VARSAV Game Studios podpisał umowę z NCBR

Blisko 4 miliony złotych dofinansowania od NCBR otrzymał VARSAV Game Studios na rozwój technologii QUADRIMA w ramach programu “Szybka ścieżka dla Mazowsza”. Całkowita wartość projektu umożliwiającego tworzenie interaktywnych animacji zwierząt wynosi ponad 5,2 miliona złotych.

Kwota dofinansowania stanowi 74% łącznych wydatków na QUADRIMĘ. Pozostałą sumę VARSAV Game Studios finansuje ze środków własnych. Technologia pozwoli spółce na automatyzację tworzenia wszystkich animacji związanych ze zwierzętami, które pojawią się w przyszłych grach GK VARSAV Game Studios. Oznacza to, że po sfinalizowaniu projektu, wytworzony system nie tylko zwiększy jakość animacji w produkcjach, ale również znacznie skróci czas oraz zmniejszy koszty powstania kolejnych tytułów.

Cieszę się niezmiernie, że po roku oczekiwań udało się wreszcie podpisać wniosek o dofinansowanie projektu Quadrima. System ten, po jego wykonaniu, przyczyni się do znacznego zwiększenia jakości, a jednocześnie istotnie obniży koszt tworzenia interaktywnych animacji, przede wszystkim zwierząt (ale także ludzi) w naszych kolejnych produkcjach. Prace nad systemem trwają od dłuższego czasu i już na tym etapie są widoczne bardzo pozytywne efekty – komentuje Łukasz Rosiński, prezes VARSAV Game Studios.

Zakończenie projektu planowane jest na koniec 2022 roku, jednak część elementów systemu QUADRIMA już teraz jest implementowana do kolejnego dużego projektu spółki – gry o nazwie kodowej Aria. Oznacza to, że pierwsze efekty prac nad dofinansowanym projektem będą widoczne jeszcze w tym roku – gdy tylko rozpoczną się działania marketingowe związane z tytułem.

– Dzięki otrzymaniu dofinansowania i fizycznej wypłacie pierwszych zaliczek, działania nad systemem finalnie nabiorą tempa. Powinno to w znaczący sposób wpłynąć nad wszystkie prace związane z naszym kolejnym dużym projektem – Arią. Część elementów Quadrimy chcemy wykorzystać jeszcze w tym roku przy tworzeniu materiałów do oficjalnej zapowiedzi projektu Aria – kończy prezes GK VARSAV Game Studios, Łukasz Rosiński.

Badanie: Zaszczepić się w Polsce przeciwko COVID-19 chce ponad 36% imigrantów zarobkowych

36% cudzoziemców pracujących w Polsce chciałoby się zaszczepić w naszym kraju przeciwko COVID-19. Świadczą o tym wyniki badania socjologicznego “Pracownik zagraniczny w dobie pandemii” przeprowadzonego w kwietniu i maju 2021 przez agencję EWL Group oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego.

Badanie pokazało, że 36,1% pracowników zagranicznych jest gotowych zaszczepić się przeciwko koronawirusowi w Polsce, gdyby istniała taka możliwość. Nie wyraża gotowości do zaszczepienia się w naszym kraju 31,1% ankietowanych. Niemal co trzeci (32%) migrant zarobkowy nie jest zdecydowany w kwestii szczepienia się w Polsce. Ponadto zaledwie blisko jeden procent badanych (0,8%) zadeklarowało, że jest już po szczepieniu przeciwko COID-19 lub w jego trakcie.

“Przewidujemy, że liczba pracowników zagranicznych chętnych by zaszczepić się w Polsce będzie rosła. Wynika to z faktu, że część migrantów zaszczepi się w naszym kraju indywidualnie, a z drugiej strony istotna jest również świadomość, że w Polsce będą mogli zaszczepić się szybciej niż w swoim kraju” – podkreśla Michał Wierzchowski, dyrektor sprzedaży EWL Group.

Michał Wierzchowski dodaje, że agencja podjęła już decyzję o zorganizowaniu szczepień dla swoich pracowników zagranicznych, którzy chcą się zaszczepić oraz ma też kilka pomysłów, które pomogą przekonać niezdecydowanych.

Przypomnijmy, że zgodnie z informacjami płynącymi z resortu zdrowia, obcokrajowcy posiadający legalny pobyt na terenie Polski mogą bezpłatnie skorzystać z możliwości zaszczepienia się przeciwko COVID-19.

Trzecia edycja badania socjologicznego „Pracownik zagraniczny w dobie pandemii” została przeprowadzone w kwietniu i maju 2021 roku przez EWL S.A. oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego. Metodą CAWI (Computer Assisted Web Interview) przebadanych zostało 620 pracujących w Polsce cudzoziemców, głównie z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii, Rosji i Gruzji.

Złoty zyskuje przez brak wyroku ws. frankowiczów

Mieliśmy poznać wczoraj wyrok w sprawie frankowiczów, tak by indywidualne procesy wstrzymane dotychczas przed sądami mogły toczyć się dalej. Dostaliśmy jednak tylko odroczenie, co pozwala złotemu odetchnąć i odrobić straty.

Złoty zyskuje przez brak wyroku

Wczoraj mieliśmy otrzymać wyrok Sądu Najwyższego w sprawie kredytów frankowych. Mieliśmy, ale nie otrzymaliśmy. Jest za to odroczenie i to bez terminu, bo po 5 godzinach posiedzenia okazało się konieczne zadanie pytań wyjaśniających. W rezultacie oddaliła się wizja problemów banków. Ostatnimi dniami złoty słabł w oczekiwaniu na negatywny dla systemu bankowego wyrok. Skoro go nie było, to inwestorzy zaczęli korygować swoje pozycje walutowe. Wczoraj kurs euro spadł do poziomu 4,54 zł, jest to najniższy poziom od niemal miesiąca.

Recesja na Wyspach

Dzisiaj od rana poznaliśmy dane na temat zmiany PKB w Wielkiej Brytanii. Są to dane na koniec pierwszego kwartału, w związku z czym pierwszy rocznym odczyt od początku pandemii koronawirusa. Wynik jest bardzo bliski oczekiwaniom i wynosi spadek o 6,1%. Jak widać najbardziej katastrofalne wizje z początku pandemii nie zrealizowały się, tym bardziej, że w ciągu tego roku na Wyspach mamy przecież kumulację. Jest to 9 miesięcy pandemii oraz kolejne 3 miesiące pandemii z brexitem. Pomimo tego kurs funta nadal jest bardzo mocny, a po dzisiejszych umocnieniach coraz bardziej zbliża się do swoich maksimów z przełomu marca i kwietnia. Względem złotego tego aż tak nie widać, gdyż wtedy złoty był znacznie słabszy, natomiast typowym odniesieniem dla funta jest euro.

Dobre dane z Niemiec

Wczoraj o godzinie 11:00 poznaliśmy odczyt indeksu instytutu ZEW. Jest to badanie ankietowe prowadzone wśród specjalistów z branży finansowej. Odczyt na poziomie 84,4 punktów jest wyjątkowo wysoki, o czym najlepiej świadczy fakt, że poprzedni raz tak wysoki wynik obserwowaliśmy w trakcie bańki dotcomów na początku tego tysiąclecia. Po publikacji euro lekko rosło, jednakże należy wziąć pod uwagę fakt, że europejska waluta była wczoraj blisko ważnych maksimów i tam ten ruch się zakończył. Po raz kolejny nie udało się przebić poziomów z lutego tego roku. Te same dane, które pomagały euro względem dolara, wcale nie spowodowały jednak umocnienia względem złotego. Wręcz przeciwnie, wczoraj złoty wyraźnie zyskiwał.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – inflacja konsumencka,
16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Brakuje specjalistów od Przemysłu 4.0 – rynek chłonie talenty, ale poprzeczka zawieszona jest wysoko

Wzrost liczby ofert pracy, coraz lepsze warunki zatrudnienia, a także podwyżka wynagrodzeń – tak wygląda rynek pracy w polskim sektorze przemysłowym. Największym problemem jest tu nie COVID-19, a brak dostępu do kadr wykwalifikowanych we wdrażaniu rozwiązań Przemysłu 4.0. Już przed pandemią ich brakowało, a teraz praktycznie zniknęli z rynku – alarmują eksperci.

Według najnowszych prognoz ekspertów ze Stanversity, rynek pracy w branży przemysłowej w Polsce nie tylko nie wyhamował, ale w najbliższych miesiącach odnotuje kolejny wzrost. Potwierdzają to dane ManpowerGroup na 2 kwartał 2021 roku, z których wynika, że produkcja przemysłowa pójdzie w górę przynajmniej o 11%. Jednocześnie w branżach, w których najczęściej zatrudnia się inżynierów, zagrożeniem jest nie tylko COVID-19, z którym nowoczesne przedsiębiorstwa radzą sobie coraz lepiej, ale problem z dostępem do specjalistów – już dziś w Polsce brakuje ponad 70 tys. inżynierów, tłumaczy Tomasz Szpikowski ze Stanversity, inicjatora projektu Industry 4.0 Global Executive Post-Graduate Program.

– Najtrudniejszym wyzwaniem czwartej rewolucji przemysłowej jest nauczenie ludzi właściwych kompetencji; firmy, które je posiadają mają znaczącą przewagę – mówi Joachim Hensch, były dyrektor zarządzający firmą Hugo Boss, obecnie uczący, w ramach projektu Stanversity, wdrażania rozwiązań Przemysłu 4.0. Jak dodaje prof. Murat Gunal z Uniwersytetu Lancaster, założyciel firmy tworzącej oprogramowanie symulacyjne simul8: – Nie da się stworzyć właściwego modelowania czy zaawansowanej sztucznej inteligencji, jeśli nie mamy dobrych danych. Ktoś je musi jednak w firmie ułożyć i dobrze nimi zarządzać.

Specjalistów brakuje, ale poprzeczka zawieszona jest wysoko

Według raportu firmy MarketsandMarkets, rynek rozwiązań dla Przemysłu 4.0 ma wzrosnąć do 156,6 mld dolarów w 2024 roku (dla porównania, w 2019 r. jego globalną wartość szacowano na 71,7 mld dolarów). Tomasz Szpikowski twierdzi, że liczba ta będzie zwiększać się, bo 2021 rok będzie czasem odmrażania inwestycji i wdrażania nowych projektów. Te zmiany zaczęły się już w 2020 roku.

Według Antal już pod koniec 2020 roku 44% pracodawców z sektora produkcyjnego deklarowało, że pomimo zmian na rynku pracy spowodowanych pandemią będą prowadzić procesy rekrutacyjne na stanowiska specjalistyczne i menedżerskie. 6% organizacji planowało nawet zwiększyć liczbę otwartych wakatów, co w świetle ostatnich danych się potwierdza – mówi Tomasz Szpikowski, i dodaje: – Największą rolę odgrywać jednak będą specjaliści od Przemysłu 4.0. Widać to w świetle badań McKinsey & Company, zgodnie z którymi dziś aż 96% przedsiębiorstw przyznaje, że strategia cyfrowa pozwoliła im sobie poradzić z problemami, jakie przyniósł COVID-19.

W kontekście Industry 4.0 obecnie największe zapotrzebowanie jest na:

  • analityków danych,
  • specjalistów od business intelligence,
  • specjalistów IT, zwłaszcza ekspertów od cyberbezpieczeństwa oraz przetwarzania danych w chmurze,
  • ekspertów i konsultantów z zakresu automatyzacji, sensorów, internetu rzeczy i robotyki.

Podobne wnioski płyną z danych Bergman Engineering, zgodnie z którymi aż 96% firm, które wdrożyły Przemysł 4.0, było w stanie zareagować na kryzys COVID-19, a 68% firm zadeklarowało, że wdrożenie Przemysłu 4.0 jest dla nich priorytetem strategicznym.

Z naszych obserwacji wynika, że wzrost zainteresowania i potrzeb związanych z wdrażaniem tego typu rozwiązań jest ogromny. Od początku pandemii koronawirusa blisko 70% firm stwierdziło, że Przemysł 4.0 jest dla nich bardziej wartościowy, niż przed marcem 2020. Zaledwie 12% przedsiębiorstw uznało, że wartość nowego paradygmatu w produkcji zmalała, a 23% określiło, że jest taka sama jak przed. Jest to jasny komunikat, który pokazuje, że Industry 4.0 staje się coraz istotniejsze – mówi Maciej Wilczyński, dyrektor operacyjny Stanversity.

Eksperci od Industry 4.0 będą uczyć polskich specjalistów

Z badań autorów projektu Industry 4.0 Global Executive Post-Graduate Program wynika, że w Polsce zaledwie 39% firm posiada odpowiednie zasoby ludzkie i umiejętności, aby przejść transformację cyfrową. To w myśl tej idei pod egidą Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu ruszył program Stanversity, w ramach którego przez pół roku 12 największych autorytetów w dziedzinie Industry 4.0 z czterech kontynentów świata będzie uczyć polskich specjalistów założeń Przemysłu 4.0.

Joachim Hensch, były dyrektor zarządzający Hugo Bossa, przedstawi case study jak przekształcił turecką fabrykę w Izmirze zatrudniającą cztery tysiące osób w najnowocześniejszy, w pełni zdigitalizowany zakład. Jego najważniejszym celem była transformacja organizacji w elastyczną i responsywną Smart Factory środkami przemysłu 4.0. Z kolei prof. Hwang Jung Seok, ekspert Banku Światowego i szef kampusu Industry 4.0 w Seulu w Korei opowie, jakie zmiany czekają firmy produkcyjne w wyniku światowej rewolucji – mówi Tomasz Szpikowski.

Wśród wykładowców znajdziemy także m.in. Sebastiana Vieregga z Google czy Alejandro Germán Franka, partnera badawczego w MIT Industrial Performance Center, którego badania poświęcone są interfejsowi między operacjami a zarządzaniem technologią w kontekście transformacji cyfrowej.

– Studia Stanversity to pierwszy tego typu projekt na świecie, który łączy wykładowców w tej samej dziedzinie, ale z różnych kontynentów, którzy wcześniej nie mieli okazji się właściwie poznać. Część z nas kojarzyła się z cytowań, ale dopiero tutaj następuje prawdziwa wymiana doświadczeń – podsumowuje prof. Nestor Fabian Ayala z Uniwersytetu UFRGS w Porto Allegro, najlepszej instytucji badawczej w Brazylii.

Eksperci spodziewają się szybkiego powrotu klientów do centrów handlowych

Odwiedzalność centrów handlowych w lutym, przed rozpoczęciem IV lockdownu, wynosiła średnio około 80% ubiegłorocznych wartości. Zdaniem ekspertów Cushman & Wakefield klienci wrócą do centrów handlowych po zniesieniu ograniczeń.

W I kw. 2021 r. jedynie cztery tygodnie lutego upłynęły bez znaczących ograniczeń w funkcjonowaniu centrów i parków handlowych. Styczeń to kontynuacja trzeciego, od rozpoczęcia pandemii, lockdownu, natomiast marzec rozpoczął się ograniczeniami wprowadzanymi regionalnie, w części województw, a zakończył pełnym ogólnopolskim czwartym już lockdownem.

Lutowe dane o odwiedzalności (PRCH Footfall Index) potwierdzają trend, który dał się zauważyć już podczas zeszłorocznych okresów bez ograniczeń w funkcjonowaniu obiektów handlowych. Konsumenci dosyć szybko reagują na znoszenie obostrzeń w handlu, a odwiedzalność w lutym wynosiła średnio około 80% ubiegłorocznych wartości – mówi Małgorzata Dziubińska, Associate Director, Cushman & Wakefield.

Wykres. Odwiedzalność centrów handlowych (udział % r/r; 2020/2019; 2021/2019; kolejne tygodnie po zniesieniu ograniczeń 4 maja 2020 r.)

Odwiedzalność centrów handlowych

Źródło: Cushman & Wakefield na podstawie danych PRCH

Obserwując rynek handlu detalicznego w obecnej, covidowej rzeczywistości, nie obawiam się pozostawić tezy, że klienci wrócą do centrów handlowych. W okresie kolejnych lockdownów notujemy 11-12% wzrost dynamiki handlu ecommerce, lecz niemal natychmiast spada ona o kilka %, gdy tylko następuje otwarcie handlu stacjonarnego. Klienci potrzebują nie tylko zakupów – potrzebują doświadczać kupowania rzeczy. Pandemia nie tyle spowodowała, co przyspieszyła, konieczność zmian w podejściu do zakupów fizycznych i w zarządzaniu obiektami handlowymi oraz ich użytecznościami. Najbardziej dynamicznie rozwijające się trendy, które będą miały wpływ na model funkcjonowania centrów handlowych to digitalizacja, omnichannel, elastyczne formaty handlowe, ESG – podsumowuje Beata Kokeli, Head of Retail Agency, Cushman & Wakefield.

Bioceltix wchodzi w kolejną fazę badań

Do kolejnej fazy badań trafiły dwa produkty lecznicze opracowywane przez firmę biotechnologiczną Bioceltix. Dla wrocławskiej spółki szykującej się do debiutu na New Connect to ważny krok na drodze do rejestracji jej przełomowych produktów leczniczych w Europejskiej Agencji Leków.

Celem Bioceltix jest zarejestrowanie i wdrożenie na rynek weterynaryjnych leków biologicznych, których skuteczność i bezpieczeństwo zostanie potwierdzone badaniami klinicznymi. Firma skupia się na produktach leczniczych dla zwierząt towarzyszących ze szczególnym uwzględnieniem psów i koni, a w przyszłości również kotów. Obecnie dla dwóch rozwijanych kandydatów na leki: BCX-CM-J – kandydata na lek stosowanego w leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów oraz BCX-CM-AD – kandydata na lek stosowanego w leczeniu atopowego zapalenia skóry, rozpoczął się kolejny etap badań – faza bezpieczeństwa TAS (z ang. Target Animal Safety), który jest odpowiednikiem I fazy badań klinicznych u ludzi.

W fazie bezpieczeństwa TAS badamy bezpieczeństwo drogi podania rozwijanych kandydatów na lek. Do badań w certyfikowanym ośrodku CRO[1] wysłaliśmy serię produktu, wytworzoną w standardzie farmaceutycznym GMP[2]. To dla nas ważny moment, bo jeśli potwierdzimy bezpieczeństwo dróg podania naszych kandydatów na leki, będziemy mogli przejść do kolejnego etapu, czyli do badania ich skuteczności w terenowym badaniu klinicznym na pacjentach klinicznych. Z uwagi na to, że obecnie w weterynarii mamy do czynienia z ograniczoną dostępnością zatwierdzonych sposobów leczenia z użyciem komórek macierzystych będzie to przełom nie tylko dla naszej firmy, ale w ogóle dla całej branży – mówi Łukasz Bzdzion, prezes zarządu Bioceltix.

Badania w fazie TAS mają być zrealizowane do końca roku. Jeśli wyniki będą pozytywne, Biocelitx przejdzie do kolejnego etapu, tj. do terenowych badań klinicznych potwierdzających skuteczność leków. Po pozytywnym zakończeniu fazy badań klinicznych, spółka będzie mogła złożyć wniosek o zezwolenie na dopuszczenie do obrotu do Europejskiej Agencji Leków i rozpocząć procedurą związaną z rejestracją produktu leczniczego.

Rynek zaprasza do rozwoju

W weterynarii wciąż najbardziej powszechnym sposobem leczenia chorób o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym pozostaje leczenie objawowe za pomocą̨ klasycznych leków chemicznych. Przełom terapii Biocelitx polega na tym, że firma, wykorzystując autorską technologię ALLO-BCLX, proponuje alternatywę – leki biologiczne, które obok działania objawowego będą wykazywać działanie przyczynowe poprzez wpływanie na środowisko zapalne oraz uruchomienie naturalnych mechanizmów odbudowy zmienionych chorobowo tkanek. Dzięki temu przyszłe leki Bioceltix będą powodować mniej skutków ubocznych i działać w sposób długotrwały już po jednokrotnym podaniu.

Sytuacja na rynku jest wręcz zaproszeniem do rozwoju takiej technologii. Przede wszystkim dlatego, że u zwierząt, podobnie jak u ludzi, obserwuje się wyraźny wzrost liczby pacjentów cierpiących z powodu chorób o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym – już 20% psów doświadcza zmian zwyrodnieniowych stawów, a 15% cierpi z powodu atopowego zapalenia skóry. Leki biologiczne oparte na komórkach macierzystych mogą tutaj odegrać kluczową rolę.

W ostatnich latach można zaobserwować ogromną zmianę jeśli chodzi o podejście do opieki nad zwierzętami. Coraz częściej są one właściwie członkami rodziny i pełnią rolę towarzyszy, bez których nie wyobrażamy sobie życia. Taka zmiana postrzegania zwierząt ma ważne następstwa – po pierwsze wzrasta świadomość opiekunów co do zdrowia zwierząt, a po drugie rosną także oczekiwania co do stosowanych terapii. Jest to bardzo silny argument za tezą, że rynek opieki nad zwierzętami będzie się rozwijał w kierunku nowych, skuteczniejszych i bezpieczniejszych terapii. – mówi dr inż. Paweł Wielgus, członek zarządu Bioceltix.

Pierwszy krok w obszarze, w którym działa wrocławska spółka, czyli w segmencie weterynaryjnych leków biologicznych bazujących na komórkach macierzystych, zrobiła spółka Global Stem Cell Technology (przejęta przez Boehringer Ingelheim Animal Health), rejestrując w 2019 r. Art-Cell Forte – lek na zapalenie stawów u koni produkowany z wykorzystaniem końskich komórek macierzystych. Oprócz potwierdzenia trendów rynkowych ten precedens jest ważny również dlatego, że niweluje znaczną część potencjalnych ryzyk regulatorowych.

Wysoki potencjał Bioceltix

Technologia i podejście Bioceltix przekonały także inwestorów. Spółka w ciągu blisko pięciu lat działalności pozyskała kilkanaście milionów złotych kapitału prywatnego oraz kilka grantów – w akcjonariacie znalazły się m.in. fundusze Kvarko Group, Infini, Leonarto oraz Alternative Solution. W marcu br. firma zakończyła też publiczną emisję akcji o wartości 7,4 mln zł, którą zamknęła z dużym sukcesem – stopa redukcji przy przydziale akcji dla inwestorów indywidualnych przekroczyła 95 proc.

– W Bioceltix skupiamy się na tym, aby wprowadzać w weterynarii standardy leczenia na podobnym poziomie, jak u ludzi. Nasze podejście technologiczne jest przełomowe, w czym systematycznie utwierdzają nas potencjalni partnerzy branżowi. Myślę, że nowe standardy wprowadzamy także w obszarze strategii biznesowej. Duże koncerny weterynaryjne uświadomiły nam, że niewiele firm na podobnym etapie rozwoju myśli jednocześnie zarówno o technologii i produktach, jak i skalowaniu produkcji i certyfikacji farmaceutycznej. Przejście do kolejnej fazy w procesie rozwoju leku jest potwierdzeniem naszej sprawności technologicznej i organizacyjnej. Nasi partnerzy branżowi to dostrzegają i doceniają – mówi dr inż. Paweł Wielgus.

W II lub III kwartale 2021 r. Bioceltix ma zadebiutować na New Connect. Spółka realizuje kolejne etapy agendy giełdowej – 23 kwietnia zarejestrowała w KRS podwyższenie kapitału zakładowego z IPO.

[1] CRO – z ang. Clinical Research Organisation

[2] GMP – z ang. Good Manufacturing Practice

Niskoemisyjny transport – jedyne słuszne rozwiązanie czy kolejny chwilowy trend?

  • Blisko 30% całkowitej emisji dwutlenku węgla w UE pochodzi z sektora transportu, z czego 72% – z transportu drogowego.
  • Transport jest jedynym sektorem, w którym emisje gazów cieplarnianych są nadal wyższe niż w 1990 r.
  • Zrównoważony, niskoemisyjny transport jest jednym z głównych założeń Europejskiego Zielonego Ładu.
  • Produkty branży chemicznej są w stanie przyczynić się do zmniejszenia emisyjności transportu.

Stanowisko środowisk naukowych jest jasne – katastrofy klimatycznej unikniemy tylko wówczas, gdy globalnie osiągniemy neutralność klimatyczną, czyli stan równowagi pomiędzy emitowaniem a pochłanianiem gazów cieplarnianych. Jednym z głównych założeń Europejskiego Zielonego Ładu (EZŁ), opracowanego przez Komisję Europejską, jest zredukowanie o 90% emisji gazów cieplarnianych pochodzących z transportu, tak, aby do 2050 roku gospodarka UE stała się neutralna klimatycznie. Tak wysokie cele są jednym z najpoważniejszych wyzwań, z jakim mierzy się sektor transportu. Jedyną drogą do ich osiągnięcia jest transformacja technologiczna i pójście ścieżką zrównoważonego rozwoju.

Osiągnięcie tego celu nie będzie jednak łatwe, ponieważ wskaźnik redukcji emisji w sektorze transportu spada wolniej niż zakładano. W związku z coraz większą mobilnością ludzi emisje dwutlenku węgla pochodzące z transportu wzrosły[1].

Europejski Zielony Ład a transport

Jednym z kluczowych dokumentów Europejskiego Zielonego Ładu, w przedmiotowym temacie, jest „Strategia na rzecz zrównoważonej i inteligentnej mobilności”. Stanowi ona podstawę transformacji ekologicznej i cyfrowej oraz zwiększenia odporności unijnego systemu transportu na przyszłe kryzysy, a jej celem jest ukierunkowywanie prac w ciągu najbliższych kilku lat. Jak wskazano w założeniach Europejskiego Zielonego Ładu, dzięki inteligentnemu, konkurencyjnemu, bezpiecznemu, dostępnemu i przystępnemu cenowo systemowi transportu, emisje zmniejszą się o 90% do 2050 r.[2]

W Strategii określono łącznie 82 inicjatywy w 10 kluczowych obszarach działania („inicjatywy przewodnie ”). Są to:

  1. upowszechnienie pojazdów bezemisyjnych, paliw odnawialnych i niskoemisyjnych oraz związanej z nimi infrastruktury,
  2. tworzenie bezemisyjnych lotnisk i portów,
  3. bardziej zrównoważona i zdrowsza mobilność między miastami i w miastach,
  4. ekologizacja transportu kolejowego,
  5. ustalenie opłat za emisję gazów cieplarnianych i zapewnianie lepszych zachęt dla użytkowników,
  6. urzeczywistnienie opartej na sieci zautomatyzowanej multimodalnej mobilności,
  7. innowacje, dane i sztuczna inteligencja na rzecz inteligentniejszej mobilności,
  8. wzmocnienie jednolitego rynku,
  9. uczciwa i sprawiedliwa mobilność dla wszystkich,
  10. poprawa bezpieczeństwa i ochrony transportu.

Bruksela określiła wiele obszarów, które bezpośrednio i bardzo głęboko wpłyną na sektor transportowy – dając jednocześnie relatywnie niewiele czasu na ich implementację. Dodatkowo, dokument wzbudził wiele kontrowersji po stronie poszczególnych państw członkowskich Unii Europejskiej, w tym Polski. W obecnym kształcie część jego zapisów jest niespójna, niezgodna z założeniami prawa klimatycznego oraz dyskryminuje niektóre państwa członkowskie.

Jak uczynić transport bardziej zrównoważonym?

Aby wspomniany scenariusz neutralności klimatycznej został osiągnięty, w jego realizację będą musiały włączyć się wszelkie rodzaje transportu: drogowy, kolejowy, lotniczy i wodny. Każdy z nich powinien  stać się bardziej zrównoważony –  tylko co to właściwie znaczy? W dużym uproszczeniu ma to być transport efektywny, spełniający oczekiwania społeczeństwa, korzystny ekonomicznie, a jednocześnie minimalizujący szkodliwy wpływ środków transportu na środowisko.

Z punktu widzenia redukcji emisji, elektryfikacja oraz paliwa alternatywne to jedne z najważniejszych elementów dekarbonizacji transportu. Równie istotne jest stałe ulepszanie materiałów wykorzystywanych w produkcji pojazdów, tak, by stawały się coraz lżejsze i bardziej wytrzymałe. Nie będzie to możliwe bez dostępu do odpowiednich instrumentów finansowych, zarówno na poziomie unijnym, jak i krajowym, niezbędnych do realizacji tego celu.

Nie ulega wątpliwości, że administracja unijna i krajowa powinny wspierać wszelkie przedsięwzięcia naukowe i innowacyjne zmierzające do osiągnięcia jak największej redukcji emisji w transporcie. Jednym z rozwiązań dotyczących możliwości pozyskania funduszy w zakresie badań naukowych i innowacji jest unijny program Horyzont Europa, a także krajowe programy dofinansowania.

Wyzwania logistyczne w branży chemicznej

Jedną z koncepcji składowych Europejskiego Zielonego Ładu są tzw. zielone łańcuchy dostaw. W ramach tej idei zakłada się ich projektowanie w taki sposób, aby minimalizować łączny całkowity wpływ produktu na środowisko przez cały cykl jego życia: od projektowania, poprzez produkcję, pakowanie, sprzedaż, użytkowanie i recykling. Wszystko to z uwzględnieniem procesów magazynowania, transportu, które powinny spełniać właściwe normy środowiskowe. Ponadto ważną zmianą, do której mają doprowadzić nowe regulacje, jest zwiększenie przepływu informacji na każdym z etapów transportu poszczególnych produktów. Dla stojących przed firmami branży chemicznej wyzwań w zakresie dystrybucji, , szczególne znaczenie mają prace legislacyjne dotyczące Strategii UE ds. zrównoważonych chemikaliów. Dokument ten jest ważnym krokiem w kierunku osiągnięcia zerowego poziomu emisji zanieczyszczeń na rzecz nietoksycznego środowiska zapowiedzianego w Europejskim Zielonym Ładzie.

Chemia, niezależnie od wprowadzanej właśnie Strategii, jest branżą, która od dłuższego czasu podejmuje działania na rzecz ograniczenia wpływu na środowisko w obszarze transportu wytwarzanych przez siebie produktów. Polska Izba Przemysłu Chemicznego wraz ze Szkołą Główną Handlową zrealizowała w latach 2016-2019 Projekt ChemMultimodal. – Miał on na celu przybliżenie idei transportu łączonego produktów chemicznych i wskazanie jego zalet. Dzięki współpracy między producentami chemicznymi, przewoźnikami, operatorami logistycznymi, a także władzami publicznymi, udział transportu łączonego w sektorze chemicznym wzrósł o 10%, przy jednoczesnej redukcji emisję dwutlenku węgla o 5% – powiedział dr inż. Tomasz Zieliński, Prezes Zarządu Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego.

Podsumowanie

Bez wątpienia wszystkie podmioty z branży TSL (transport-spedycja-logistyka) oraz branży chemicznej stoją przed wyzwaniem wdrażania zmian związanych z wprowadzaniem polityki Europejskiego Zielonego Ładu, narzucanych przez organy UE, a w dalszej kolejności przez polskiego ustawodawcę. Europejski Zielony Ład jest ogromnym wyzwaniem dla przedsiębiorstw branży chemicznej, jednak warto traktować go również jako szansę dla rozwoju i wdrażania różnorodnych, często innowacyjnych rozwiązań technologicznych czy organizacyjnych. Osiągnięcie celu neutralności klimatycznej będzie wymagało działań we wszystkich sektorach gospodarki, obejmujących inwestycje w technologie przyjazne środowisku oraz wprowadzanie czystszych i tańszych form transportu.

Kwestie, z jakimi będzie mierzyć się transport, związane z założeniami Europejskiego Zielonego Ładu, zostały szeroko omówione w analizie Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego i Sieci Badawczej Łukasiewicz – Instytutu Logistyki i Magazynowania pt. „Wyzwania dla sektora transportu i logistyki w ramach European Green Deal (EGD)”, przygotowanej specjalnie i dostępnej na potrzeby Członków PIPC.

Niskoemisyjny transport będzie również tematem rozmów podczas VIII Kongresu Polska Chemia, który odbędzie się już 16 czerwca w formule całodziennego programu telewizji online. Udział w wydarzeniu jest bezpłatny dla wszystkich zarejestrowanych. Szczegóły i rejestracja dostępna jest na stronie: https://www.kongrespolskachemia.pl/.

Artykuł opracowany przez Polską Izbę Przemysłu Chemicznego.

[1] Dane Europejskiej Agencji Środowiska: https://www.europarl.europa.eu/news/pl/headlines/society/20190313STO31218/emisje-co2-z-samochodow-fakty-i-liczby-infografika

[2] https://ec.europa.eu/commission/presscorner/detail/pl/ip_20_2329

Rurociąg w USA wstrzymuje działalność po infekcji ransomware. Ryuk atakuje również w Polsce.

Atak typu ransomware rosyjskich hakerów z grupy DarkSide na sieć największego w USA operatora rurociągów paliwowych Colonial Pipeline był na tyle skuteczny, że zmusił administrację prezydenta Bidena do ogłoszenia regionalnego stanu wyjątkowego. Pokazuje to rosnące niebezpieczeństwo cyberataków dla okupu wymierzonych w krytyczną infrastrukturę i pilną konieczność zabezpieczania się przed nimi – ostrzega firma Check Point Software Technologies.

Według specjalistów firmy Check Point Software Technologies do ataku wykorzystano ransomware (oprogramowanie szyfrujące) o nazwie Ryuk, które w tym roku zaatakowało ponad 2000 firm. Najwięcej ataków z udziałem tego wariantu szkodliwego oprogramowania przeprowadzono w Japonii (18%) oraz Stanach Zjednoczonych (15%). W Polsce odnotowano w tym roku co najmniej 17 incydentów z udziałem Ryuka.

Wygląda na to, że cyberatak na Colonial był największym w historii, jaki dotychczas został wymierzony w amerykański system energetyczny. Incydent ten jest bardzo podobny do niedawnego ataku SolarWind, wymierzonego w rządową infrastrukturę i zrealizowanego przez rosyjską grupę hakerów.

W wyjaśnianie zdarzenia zaangażowanych jest kilka amerykańskich instytucji federalnych, resort energii, bezpieczeństwa krajowego oraz FBI. Przedstawiciele FBI potwierdzili, że używane oprogramowanie ransomware jest powiązane z grupą hakerów o nazwie DarkSide, która prawdopodobnie ma siedzibę w Europie Wschodniej. Analiza oświadczenia grupy DarkSide sugeruje, że organizacja ta nie jest powiązana z żadnym państwem i kieruje się jedynie pobudkami finansowymi: Naszym celem jest zarabianie pieniędzy, a nie stwarzanie] problemów dla społeczeństwa – czytamy w oświadczeniu DarkSide udostępnionym agencji Reuters.

Według firmy Check Point, DarkSide dostarcza swoje usługi ransomware wielu, innym partnerom. – Oznacza to, że niewiele wiemy na temat prawdziwego autora ataku wymierzonego w Colonial, który może być jedynie jednym z partnerów DarkSide – powiedział Lotem Finkelstein, szef wywiadu zagrożeń w Check Point. – Z ujawnionych informacji wiemy, że był to wyrafinowany i dobrze zaprojektowany cyberatak. Oprogramowanie ransomware jest wykorzystywane w wielu ukierunkowanych atakach, w tym przeciwko innym firmom naftowym i gazowym.

Ataki typu ransomware stają się coraz bardziej wyrafinowane i stanowią rosnący problem. Kampanie te są wymierzone w prywatne firmy, agencje rządowe, szpitale, systemy opieki zdrowotnej, krytyczną infrastrukturę. Firma Check Point szacuje, że w 3 kwartale 2020 r. prawie połowa wszystkich przypadków ransomware obejmowała zagrożenie ujawnieniem skradzionych danych, a średnia płatność okupu wyniosła 233 817 USD – co stanowiło wzrost o 30% w porównaniu z drugim kwartałem 2020 r. Niepokojąca jest również częstotliwość ataków dla okupu. Według firmy Cybersecurity Ventures ataki ransomware będą w tym roku odbywać się co… 11 sekund!

Dane rządowej Platformy Przemysłu Przyszłości (The state of ransomware 2020) wskazują, że w Polsce połowa ataków kończy się skutecznym zaszyfrowaniem danych i żądaniem okupu. Włamywacze za cel częściej niż instytucje publiczne obierają prywatne organizacje. Co ciekawe, połowa zaatakowanych firm w Polsce decyduje się zapłacić okup. Na świecie średnia wynosi z kolei 26%. Ponad połowa (56%) zaatakowanych odzyskuje dane z kopii zapasowych, a 24% wykrywa działania cyberprzestępców, zanim dojdzie do blokady systemów.
wykresPL

Jak wynika z danych Check Pointa, ataki z wykorzystaniem programów typu ransomware są stosunkowo rzadkie i wykrywane są w zaledwie w 2,2% wszystkich organizacji (średnia światowa wynosi 1,9%). Ostatnią głośną kampanią wykorzystującą ransomware był tegoroczny atak na CD Projekt RED.

– Ataki ransomware wróciły w 2020 roku ze zdwojoną siłą, wywierając jeszcze większą presję na organizacjach. Szacuje się, że koszt tego typu ataków wyniósł w 2020 rok 20 miliardów dolarów, co stanowiło znaczny wzrost w stosunku do 11,5 miliarda dolarów w 2019 roku. Aby ustrzec się przed tego typu cyberprzestępczością, firmy muszą wprowadzić szeroko zakrojoną strategię zapobiegania zagrożeniom i nie polegać jedynie na systemach wykrywania i usuwania luk w systemach – podkreśla Maya Horowitz, dyrektor departamentu bezpieczeństwa i badań w firmie Check Point Software.

Pandemia, nowe technologie i kwestie ESG przyspieszą dezinwestycje

76% zarządzających w firmach na świecie, którzy wzięli udział w corocznym badaniu EY Global Corporate Divestment Study spodziewa się, że na skutek pandemii plany dotyczące sprzedaży części aktywów ich spółek przyspieszą. Ponad połowa (56% respondentów) planuje rozpocząć następną dezinwestycję w ciągu dwóch lat, wykorzystując możliwości, które pojawiają się na rynku M&A.

Więcej firm niż kiedykolwiek w dziewięcioletniej historii badania (78%) deklaruje, że ma w swoim portfolio biznesy, które kiedyś były dla nich krytycznie istotne, ale teraz są one obciążeniem wymagającym alokacji zasobów i kapitału, które mogłyby być lepiej wykorzystane gdzie indziej. To oznacza, że spółki za długo trzymają pewne aktywa w swoich portfelach i powinny były pozbyć się ich już wcześniej.

– Ostatnie, będące dla wielu spółek wyzwaniem miesiące zintensyfikowały procesy rewizyjne w zakresie prowadzonej działalności. Zarządzający przyjrzeli się bliżej aktywom w portfolio swoich spółek, a wnioski płynące z tych rewizji uwidoczniły, iż alokacja kapitału nie jest w każdym wypadku optymalna w kontekście bieżącej strategii spółki. Ponadto, wyniki naszego badania wskazują, iż nadal znaczna cześć firm nie prowadzi regularnych przeglądów portfela biznesowego lub wskazuje słabości w procesie takiego przeglądu. Alokacja kapitału stanowi kluczowy aspekt strategicznych decyzji biznesowych, a sprawność i jakość procesów w tym zakresie może stanowić kluczową przewagę konkurencyjną spółki w dynamicznie zmieniającym się otoczeniu – mówi Paweł Bukowiński, Partner w Dziale Strategia i Transakcje EY, Lider Doradztwa Dezinwestycyjnego w regionie Europy Środkowej, Wschodniej i Południowo-Wschodniej oraz Azji Środkowej (CESA).

Z tego, że dotychczasowe procesy monitorowania inwestycji i dezinwestycji zawiodły zdaje sobie sprawę większość ankietowanych w badaniu EY. 63% prezesów deklaruje, że powinna zainicjować albo zwiększyć częstotliwość rewizji portfolio. Co jednak ciekawe, 39% zarządzających ma problemy ze zdefiniowaniem, które biznesy są związane z główną działalnością i są niezbędne z punktu widzenia strategicznego firmy, a które nie. To z kolei sprawia, że tylko 37% badanych stara się łączyć decyzje dezinwestycyjne z wizją lub misją firmy, co sugeruje, że w innych przypadkach może chodzić wyłącznie o krótkoterminowe efekty.

Co wpływa na decyzje o dezinwestycjach?

Dla zdecydowanej większości respondentów badania EY, motorem napędzającym decyzje o dezinwestycjach są zmiany technologiczne. W najnowszej edycji badania wskazało na nie 94% badanych, podczas gdy jeszcze rok temu było to 59%. Konieczność technologicznej i cyfrowej transformacji przyspieszona przez pandemię spowodowała konieczność przesunięcia części inwestycji w ten właśnie obszar, który wymaga również wsparcia dodatkowym kapitałem. Dwóch na trzech zarządzających podejmuje decyzję o dezinwestycji w związku z nieoptymalnymi zwrotami osiąganymi w sprzedawanej działalności. Natomiast niemal dla połowy badanych (46%) kwestie ładu środowiskowego, społecznego i korporacyjnego (ESG) były decydujące przy podejmowaniu działań dezinwestycyjnych. Warto jednak mieć tu na uwadze, że czynnik ten odgrywa zdecydowanie większą rolę w regionie Azji i Pacyfiku (84%) czy EMEA (47%) niż w obu Amerykach (14%). Jest to związane przede wszystkim z różnymi regulacjami, w Europie, głównie związanymi z ograniczeniem śladu węglowego firm.

– Jak pokazują wyniki badania oraz nasze obserwacje rynku, decyzje o dezinwestycjach podejmowane są często oportunistycznie, w kontekście krótkoterminowych celów finansowych, co jak się okazuje nie zawsze prowadzi do realizacji optymalnej wartości zarówno w zakresie zbywanej części biznesu, jak i wartości pozostałego biznesu. Z drugiej strony rośnie świadomość, iż powiązanie dezinwestycji z długofalową strategią, jak również wykorzystanie procesu sprzedaży do przedefiniowana pozostałej część biznesu, może generować większą wartość dla firmy w długim okresie. Co więcej, dynamicznie rośnie znaczenie agendy ESG, czyli kwestii środowiskowych, odpowiedzialności społecznej i ładu korporacyjnego. W pierwszych trzech miesiącach tego roku wartość transakcji, których dokonano ze względu na czynniki ESG była trzy razy wyższa niż w całym ubiegłym roku, co pokazuje, iż optyka strategiczna firm ulega poszerzeniu – dodaje Paweł Bukowiński.

Na co firmy przeznaczają pieniądze z dezinwestycji?

Firmy decydujące się na dezinwestycje, pozyskane w ten sposób środki przeznaczają w większości na zakup technologii (79%). Inwestycja w nowe produkty, rozwój działalności na nowych rynkach – również geograficznych – to z kolei motor działań dla 65% ankietowanych. Spłata akcjonariuszy i długów własnych to kolejne najpopularniejsze sposoby wykorzystania kapitałów z dezinwestycji. Jedynie 28% ankietowanych przeznacza środki na nową akwizycję.

– Dezinwestycje stwarzają możliwość nie tylko pozyskania kapitału, ale przede wszystkim transformacji biznesu. Kluczowe jest jednak by były prowadzone zgodnie ze strategią rozwoju. Paradoksalnie często z punktu widzenia strategii warto sprzedać tę część biznesu, która – choć osiąga dobre wyniki – nie jest znacząca z punktu widzenia kreowania długoterminowej wartości. To wprawdzie trudna i wymagająca decyzja, ale z punktu widzenia długoterminowej działalności organizacji – konieczna. Jeśli aktywa, które obecnie generują zwrot nie pasują do strategii działalności i rozwoju firmy, a przy tym wymagają kapitału – dezinwestycja wcześniej czy później okaże się konieczna. Natomiast będzie prawdopodobnie zdecydowanie łatwiejsza i generująca wyższą wartość w przypadku dobrze zaplanowanego procesu w ramach strategii spółki, uwalniając tym samym kapitał, który można spożytkować gdzie indziej – dodaje Paweł Bukowiński.

Dopasowanie odważnych decyzji o dezinwestycji do długoterminowej strategii może pomóc prezesom zwiększyć wartość dla interesariuszy i na nowo zdefiniować pozostały biznes. Duże lub bardzo złożone zbycie jest okazją do ponownego zdefiniowania modelu działania pozostałego biznesu w momencie, gdy organizacja jest gotowa na zmianę. EY Global Corporate Divestment Study wskazuje, że 63% firm ma świadomość, że podczas ostatniej dezinwestycji nie podjęło wystarczających działań skierowanych na pozostały biznes.

Globalne Badanie Dezinwestycji

Coroczne badanie powstaje w oparciu o ankietę wśród zarządzających dużymi firmami na całym świecie. Prowadzone jest przez Thought Leadership Consulting (firma należąca do Euromoney Institutional Investor). Tegoroczne wyniki powstały na postawie 1040 ankiet wśród zarządzających korporacjami i 27 globalnych aktywnych inwestorów. Badanie prowadzono od stycznia do marca 2021 i wzięły w nim udział firmy z 11 branż, 88% respondentów stanowili CEO, CFO i inni wysokiej rangi menedżerowie zarządzający.

ZPP: „Płacenie pod stołem” to rezultat zbyt wysokiego klina podatkowego

Dyskusja o klinie podatkowym została w ciągu ostatnich miesięcy zdominowana przez narrację o degresywności systemu opodatkowania wynagrodzeń w Polsce. Towarzyszące przeciekom dot. zawartości Nowego Ładu komentarze wskazywały na rzekomo rażącą dysproporcję pomiędzy poziomem obciążenia niskich wynagrodzeń, a tym właściwym dla wyższych pensji. Jeśli jednak prawie 1,5 miliona osób w Polsce otrzymuje część wynagrodzenia „pod stołem”, nie odprowadzając od tego żadnych danin publicznoprawnych, to efektywny klin podatkowy jest dla nich znacznie niższy, niż wynikałoby to z suchej litery prawa. Należy wobec tego przeorientować dyskusję o podatkowo-składkowych narzutach na wynagrodzenia w Polsce – problemem nie jest zbyt wysokie obciążenie niskich i niedostateczne obciążenie wysokich pensji, lecz generalnie zbyt wysoki (społecznie nieakceptowalny) klin podatkowy nałożony na wynagrodzenia z tytułu umowy o pracę.

Choć popularne określenie „płacenia pod stołem” przywołuje na myśl stosunki pomiędzy pracownikiem a pracodawcą właściwe dla słusznie minionej epoki, jest to wciąż realny problem o ogromnej skali. Według opublikowanego w środę 5 maja raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego, ok. 15 proc. pracowników zatrudnionych w sektorze prywatnym otrzymuje część wynagrodzenia „w kopercie”. Stanowi to ok. 12 proc. wszystkich pracowników w Polsce, czyli ok. 1,4 miliona osób.

Nieewidencjonowanie części wynagrodzenia pracowników etatowych prowadzi do konkretnych strat dla budżetu państwa. Eksperci PIE oszacowali, że ubytek finansów publicznych z powodu płacenia „w kopercie” wynosi 17,3 mld zł. Sam Narodowy Fundusz Zdrowia traci 2,6 mld zł. Jednocześnie z tytułu składki emerytalnej i pozostałych składek na ubezpieczenie społeczne sektor finansów publicznych traci rocznie 11,6 mld zł.

System odbierania części wynagrodzenia w sposób nieewidencjonowany, w praktyce pełni tę samą rolę dla mniej zarabiających, co przechodzenie na samozatrudnienie dla lepiej uposażonych pracowników. Świadczą o tym wyliczenia PIE, które pokazują, że zjawisko płacenia „w kopercie” koncentruje się w części rozkładu wynagrodzeń równych lub bliskich płacy minimalnej, a co za tym idzie dotyczy w większości pracowników o niskich kwalifikacjach lub niskim doświadczeniu. Na samozatrudnienie z kolei często decydują się osoby, których dochody przekraczają 85 tys. zł rocznie, czyli powyżej drugiego progu podatkowego. Istotna jest w tym przypadku skala – z szacunków Instytutu Badań Strukturalnych z 2019 roku wynika, że rzecz dotyczy w Polsce ok. 160 tys. osób, a zatem kilkukrotnie mniej, niż tych odbierających część wynagrodzenia w sposób nierejestrowany.

Z naszych obliczeń wynika, że w przypadku powiększenia płacy minimalnej o średnie wynagrodzenie otrzymywane w kopercie 1971 zł (taka kwota wynika z raportu PIE), dodatkowe obciążenia fiskalne wyniosłyby ok. 957 zł, z czego pracodawca musiałby zapłacić 404 zł dodatkowych podatków i składek. Pracownik zaś otrzymałby w praktyce kwotę niższą o 554 zł. Nie jest bez znaczenia, że kwota średniego wynagrodzenie otrzymywanego w kopercie 1971 zł jest nieco niższa niż dochód brutto pracowników zarabiających płacę minimalną. Świadczy to tym, że wysoki klin podatkowy stwarza barierę, która skutecznie zniechęca zarówno pracowników i pracodawców do zawierania umów o pracę w ogóle i zniechęca do wykazywania całkowitej kwoty wynagrodzeń w zeznaniach wysyłanych do urzędów skarbowych.

Mając na uwadze wszystkie powyższe uwarunkowania, trzeba jasno stwierdzić, że skoro mechanizmy optymalizacyjne wykorzystywane są i w dolnych, i w górnych decylach rozkładu wynagrodzeń w Polsce, to znaczy że realnym problemem nie jest degresywność systemu, lecz zbyt wysoki klin podatkowy dla wszystkich wynagrodzeń z umowy o pracę. Oczywiście, w porównaniu do niektórych innych państw europejskich, klin podatkowy w Polsce nie jest rażąco wysoki i mieści się w średniej. Stanowi to istotną przewagę konkurencyjną naszej gospodarki, dynamizując jej rozwój. Powszechność zjawiska ucieczki od pełnego opodatkowania i oskładkowania wynagrodzeń z tytułu umowy o pracę wskazuje jednak, że wysokość obciążeń wynagrodzeń z tytułu umowy o pracę jest społecznie nieakceptowana.

Tym samym, tematem dyskusji powinno być podjęcie działań na rzecz powszechnego obniżenia klina podatkowego, tak by zatrudnienie na podstawie umowy o pracę stało się opłacalne – zwłaszcza, że upowszechnienie kodeksowej formy zatrudnienia jest jednym z istotnych elementów polityki rządu w obszarze rynku pracy. Dyskurs ukierunkowany na modyfikacje klina podatkowego w taki sposób, by którąś z grup podatników obciążyć w wyższym stopniu, niż obecnie, czy na stymulowanie skokowego wzrostu płacy minimalnej (ewentualnie ustanawiania jej na poziomie europejskim) nie przeżywa zderzenia z rzeczywistością.