Polska projektantka Dorota Goldpoint chce podbić arabski rynek mody. Jej kolekcja wkrótce trafi do sklepów w Zjednoczonych Emiratach Arabskich

0

Polska projektantka Dorota Goldpoint ponownie zachwyciła gości zgromadzonych podczas International Fashion Week w Dubaju. Tym razem zaproponowała specjalną kolekcję bogato zdobionych sukni wieczorowych zaprojektowanych w komplecie z abajami. Tym samym chciała pokazać, jak wygląda świat arabskiej mody widziany oczami Polki. Projektantka zdobyła prestiżową nagrodę i szybko posypały się propozycje współpracy. Niewykluczone, że wkrótce jej ubrania trafią do sprzedaży w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Podczas poprzedniej, 10. edycji International Fashion Week w Dubaju Dorota Goldpoint zaprezentowała kolekcję złotych kreacji wieczorowych, która spotkała się z dużym uznaniem krytyków i klientek. Kreatywność i oryginalność projektantki zostały uhonorowane wyróżnieniem Best Ready to Wear Designer 2020. Tym razem, podczas 11. edycji International Fashion Week, Polka zaprezentowała kolejne modowe perełki, które zostały uszyte w zgodzie z kulturą arabską i jej zdaniem są wręcz stworzone dla mieszkanek tamtej części świata.

International Fashion Week w Dubaju jest wyjściową platformą do tego, żeby zacząć rozpoznawać rynek i pokazać się na nim potencjalnym partnerom. Było to więc dla mnie ważne wydarzenie i możliwość pokazania czegoś zupełnie nowego, oryginalnego na rynku, który jest mi bardzo bliski. Wszystkie kolekcje, które prezentuję, są idealne na Dubaj. Naturalne tkaniny, piękne wzory i printy, zwiewne suknie to jest to, co Arabki kochają – mówi agencji Newseria Dorota Goldpoint, projektantka mody.

Z Dubaju wróciła z bardzo prestiżową nagrodą. Projektantka nie kryje satysfakcji z tego, że jej kreatywność została doceniona.

– Dostałam nagrodę za najlepsze europejskie abaje pokazane w Dubaju od głównego patrona tego wydarzenia. Był zachwycony moimi abajami i jednocześnie zdziwiony, skąd czerpałam wiedzę o tym, jak je szyć. To prestiżowe wyróżnienie, szczególnie że pochodzi właśnie od lokalnego mieszkańca i ważnej postaci na tamtejszym rynku – mówi Dorota Goldpoint.

Jak podkreśla, wraz z całym swoim zespołem włożyła dużo trudu w przygotowanie tej kolekcji. Wszystko było wykonane z największą starannością i dopracowane w każdym detalu.

To jest duża satysfakcja dla całej mojej firmy i pań, które wkładały całe serce w uszycie tych strojów. Przez ostatnie dwa miesiące pracowałyśmy bardzo intensywnie, żeby tę całą kolekcję przygotować. Ona wymagała bardzo dużych nakładów pracy i zaangażowania. To jest nagroda dla nas wszystkich za ten trud i ogrom pracy, ale też za odwagę, żeby stworzyć taką kolekcję – mówi projektantka.

Dorota Goldpoint planuje dalszy podbój Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Obecność na targach w Dubaju przyniosła kilka ciekawych propozycji współpracy. Na razie projektantka nie chce mówić o szczegółach, ale niewykluczone, że już wkrótce jej prace trafią na tamtejszy rynek.

Na ten moment mogę powiedzieć tylko tyle, że mam kilka bardzo konkretnych propozycji i będę je rozważała. Byłam nawet zdziwiona tym, że aż tyle różnych firm się zgłosiło z propozycją współpracy i to w bardzo różnym zakresie. Niebawem będę na stałe sprzedawać tam swoją kolekcję. Na razie trwają rozmowy i jesteśmy w trakcie różnych ustaleń, domawiania szczegółów, więc nie do końca wiem, z którym partnerem tę współpracę ostatecznie nawiążę. Chciałabym bardziej znacząco zaistnieć na tym rynku niż tylko z kolekcją w butiku multibrandowym – mówi.

Efektem wizyty projektantki w Dubaju jest również nietypowe zamówienie, które jest właśnie w fazie realizacji.

Podpisałam kontrakt na pewną kolekcję, ale właściciel marki prosił, żeby jeszcze nie mówić o szczegółach. Odszyliśmy już próbną kolekcję, która bardzo się podobała, i w tej chwili ją poszerzamy. Będziemy szyć jeszcze więcej modeli i wzorów. Ze względu na tajemnicę handlową mogę tylko powiedzieć, że jest to sportowa kolekcja i dotyczy dyscypliny, która jest tam uwielbiana. Bardzo się cieszę, bo będą to naprawdę ciekawe realizacje – mówi Dorota Goldpoint.

Projektantka nie ukrywa, że chciałaby w szczególny sposób zaznaczyć obecność polskiej marki na rynkach międzynarodowych. Chętnie uczestniczy więc w tygodniach mody w różnych krajach, bo to okazja do nawiązania i budowania relacji biznesowych.

Jest to okazja do spotkania mnóstwa ciekawych ludzi, których w normalnym życiu właściwie nie miałabym możliwości spotkać. Na przykład poznałam człowieka, który zarządza całą siecią Buddha Bar. Poznałam też wiele osób z dużego biznesu, którzy zajmują się naprawdę olbrzymimi projektami. Przede wszystkim przywiozłam z Dubaju ogrom dobrej energii od ludzi, którzy chcą mi pomóc wejść na tamtejszy rynek i ze mną współpracować – podkreśla.

Zakupy firmowe wciąż mało zdigitalizowane. To może się zmienić przez pandemię

Ponad połowa firm prowadzących sprzedaż B2B, czyli do klienta biznesowego, nie ma opracowanej strategii transformacji cyfrowej – wynika z raportu Unity Group. Co prawda pandemia i lockdown również w tym obszarze przyspieszyły rozwój handlu online, ale nie na taką skalę jak w segmencie B2C, czyli do klienta indywidualnego. Różnica w digitalizacji obu tych obszarów to mniej więcej dwa lata – oceniają eksperci Unity Group. 80 proc. badanych firm prowadzi sprzedaż w internecie, ale wciąż ok. 70 proc. za kluczowe kanały sprzedaży uznaje przedstawicieli handlowych, partnerów i oddziały terenowe.

Pandemia spowodowała większy udział internetu w handlu, ale jest to zróżnicowane w segmentach B2C i B2B. W sprzedaży konsumenckiej dużo łatwiej wprowadzić zmiany. W tym segmencie działa wiele firm zagranicznych, wykorzystujących w Polsce te same rozwiązania, co na swoich rodzimych rynkach. W związku z tym poziom konkurencji jest wyższy i wszyscy się do niego dostosowują. W segmencie B2C nie odbiegamy od Europy, a nawet są takie obszary, w których polskie firmy są liderami, np. systemy płatności lub dystrybucji – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Rudno-Rudziński, partner zarządzający Unity Group.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w bardziej zamkniętym segmencie B2B. Firmy działające w tym obszarze uważają, że w prowadzeniu biznesu wciąż istotny, wręcz krytyczny, jest kontakt osobisty. To podejście zmienia pandemia COVID-19, przez którą wiele firm rozpoczęło już inwestycje w technologię. Jak wynika z badania Unity Group „Polski rynek B2B vs. Cyfrowy Megatrend. Sytuacja branży post COVID-19”, ponad połowa firm odnotowuje wpływ pandemii na digitalizację sprzedaży. Dla firm o obrotach powyżej 50 mln zł odsetek ten wynosi ponad 60 proc., a wśród firm z obrotami do 50 mln zł jest on mniejszy – zbliżony do 40 proc.

– Z badań, które zostały wykonane w 2020 roku na nasze zlecenie na próbie 500 firm handlujących B2B, wynika, że o ile w internecie obecnie sprzedaje już 82 proc. firm, o tyle jednocześnie aż 79 proc. respondentów deklaruje, że ich obrót realizowany w e-commerce wynosi poniżej 10 proc. Więc raczej są to próby rozpoznania nowego kanału albo nie do końca zrealizowane pomysły, a zmiana na wielu poziomach dopiero następuje – ocenia Grzegorz Rudno-Rudziński.

Z badań wynika, że 54 proc. firm nie ma strategii transformacji. Z pozostałej grupy tylko 19 proc. zadeklarowało w sposób zdecydowany, że taką strategię posiada, a 18 proc. – że prowadzi transformację cyfrową. Pomimo trudnych warunków pandemii blisko 40 proc. respondentów nie planuje inwestycji w e-commerce oraz business intelligence. To jednak będzie musiało się zmienić pod wpływem zjawiska konsumeryzacji B2B. Oznacza ono, że klienci przyzwyczajeni do handlu internetowego w segmencie B2C będą oczekiwali takich samych standardów również w obszarze zakupów biznesowych. Tym bardziej że coraz częściej w firmach będą za niego odpowiadać przedstawiciele młodszych pokoleń.

 Według wyników badań przedstawiciele młodszych pokoleń, które od zawsze kupują w internecie, mają mniejszą potrzebę kontaktu osobistego. A ci uczący się zdalnie w dobie COVID-19, pewnie nawet nie będą mieli tej potrzeby i umiejętności – zaznacza partner zarządzający Unity Group.

Jego zdaniem segment B2B czeka teraz wiele pracy i zmian. Pierwszym krokiem powinno być określenie strategii cyfrowej i kultury firmy, bo wiele podmiotów z tej branży to przedsiębiorstwa rodzinne działające od lat 90. ubiegłego wieku.

To jest olbrzymie wyzwanie dla tych właścicieli, menedżerów. Tym cięższe, że to czasami jest inwestycja wieloletnia, a w pierwszym czy drugim roku są tylko koszty, a dopiero potem zwiększone przychody powodują, że mamy przekroczony break even point i to się nam zaczyna opłacać. To olbrzymie wyzwanie mentalne, dotrzymać do momentu, gdy są korzyści – podkreśla Grzegorz Rudno-Rudziński.

Drugi krok to pozyskanie ekspertów z obszaru e-commerce, a także przekonanie do zmian strategii dotychczasowych pracowników. Wielu z nich obawia się, że technologie pozbawią ich miejsc pracy, więc są niechętni transformacji cyfrowej.

Jeżeli nie będziemy mieli ludzi, którzy wierzą w tę transformację, to ten proces się nie uda. To ludzie, którzy są nieraz z firmą od lat, mają olbrzymią wartość, bo rozumieją firmę i jej klientów, więc nauczenie ich nowych kompetencji jest kluczowe dla rozwoju. A za tym idzie to, co my robimy na co dzień, czyli automatyzacja, zbudowanie infrastruktury i dobieranie rozwiązań IT adekwatnych do strategii klienta – mówi partner zarządzający Unity Group.

Jak podkreśla, wzrost znaczenia obszaru online spowoduje też większą konkurencję na rynku sprzedaży B2B.

Obecnie wiele firm produkcyjnych rozważa przejście na model D2C, czyli direct-to-consumer. Polega to na stworzeniu systemów, w których zostaną pominięci tradycyjni dystrybutorzy, a klienci będą mogli zamówić towar bezpośrednio na produkcji – mówi Grzegorz Rudno-Rudziński. – To może być game changerem w handlu B2B w kolejnych latach.

Na całym świecie liczba pośredników w procesie sprzedaży maleje wraz z digitalizacją i globalizacją. Analitycy Unity Group przewidują, że nowe modele biznesowe takie jak np. D2C zmienią radykalnie oblicze wielu branż. Jeśli producenci będą wykorzystywali kanały cyfrowe nie tylko w komunikacji, ale też w transakcjach i procesach posprzedażowych, to dystrybutorzy przestaną być potrzebni. A jeśli dystrybutor nie stworzy kanałów cyfrowej sprzedaży i nie zwiąże swoich obecnych klientów usługami cyfrowymi, budując silne relacje partnerskie, to nie wykorzysta potencjału logistycznego do dostarczania usług konsolidacji i serwisów posprzedażnych na poziomie wyższym niż producent. Producenci, którzy samodzielnie zaczną przeprowadzać transformację cyfrową, będą wypierać pośredników (firmy handlowe B2B) z rynku.

Na świecie operacje wykonuje już niemal 6 tys. robotów chirurgicznych. W Polsce do dyspozycji jest tylko 14, jednak z roku na rok ich przybywa

– W Polsce jest zainstalowanych 14 robotów chirurgicznych, które pracują i czynnie wykonują operacje – mówi dr Joanna Bubak-Dawidziuk z warszawskiego Szpitala Medicover. Statystyki pokazują, że to wciąż o wiele mniej niż europejska średnia, jednak takich urządzeń w polskich szpitalach i placówkach medycznych przybywa z każdym rokiem. Także lekarze korzystają z nich coraz chętniej, m.in. ze względu na większe bezpieczeństwo, precyzję i mniejsze ryzyko powikłań pooperacyjnych. Lista zastosowań robotów da Vinci jest bardzo szeroka szczególnie w ginekologii, a w ostatnich latach zyskują one dużą popularność zwłaszcza w leczeniu endometriozy, która dotyka szacunkowo nawet co dziesiątą kobietę.

– Najwięcej robotów chirurgicznych pracuje w Stanach Zjednoczonych, gdzie jest ich ok. 4 tys. W Europie mamy około tysiąca robotów, które przeprowadzają operacje. W Polsce jest ich 14 i do Niemiec, które mają ich ok. 140, wciąż trochę nam brakuje. Natomiast rynek robotyki cały czas się rozwija i z każdym rokiem będzie podłączanych coraz więcej robotów, w asyście których można będzie przeprowadzać coraz bardziej skomplikowane operacje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Joanna Bubak-Dawidziuk, lekarz ginekolog i certyfikowany operator robota da Vinci w warszawskim Szpitalu Medicover.

Robot chirurgiczny da Vinci jest w tej chwili najbardziej rozpowszechnionym urządzeniem tego typu. Jest wykorzystywany przede wszystkim w chirurgii ogólnej, urologii i ginekologii, choć lista jego zastosowań jest dłuższa (może być wykorzystywany w ok. 170 typach zabiegów). Jak wynika z szacunków amerykańskiego producenta Intuitive Surgical, statystycznie na świecie średnio co 26 sekund jest przeprowadzany zabieg z wykorzystaniem robota da Vinci.

– Pierwsze operacje robot da Vinci wykonywał już 20 lat temu, po zatwierdzeniu przez amerykańską FDA [Agencja Żywności i Leków – red.]. Od tego czasu lista jego zastosowań rozszerza się o coraz liczniejsze specjalizacje. Obecnie zarówno urolodzy, jak i chirurdzy, ginekolodzy, kardiolodzy czy laryngolodzy wykonują coraz więcej operacji w jego asyście. Szacuje się, że tylko w dziedzinie ginekologii jest ponad 20 typów takich operacji – wskazuje lekarz ginekolog.

Jak wynika z raportu „Rynek robotyki chirurgicznej w Polsce 2020” PMR i Upper Finance, do tej pory na całym świecie zainstalowano około 5,7 tys. robotów da Vinci, za pomocą których wykonano ponad 7,2 mln operacji. Najwięcej w Stanach Zjednoczonych, gdzie jeden taki aparat przypada na około 90 tys. mieszkańców. W Europie jeden przypada na 749 tys. osób, natomiast w Polsce – na 3,4 mln. To jednak i tak duży wzrost względem 2019 roku, bo liczba takich urządzeń w polskich szpitalach i placówkach medycznych rośnie z każdym rokiem.

– Jednym z tych miejsc, gdzie możemy wykonywać bardzo złożone operacje w asyście robota da Vinci, jest Szpital Medicover. Dzięki niemu mamy możliwość nowoczesnego, szybkiego leczenia pacjentek z problemami ginekologicznymi i urologicznymi – wskazuje dr Joanna Bubak-Dawidziuk.

Jak podkreśla, zabiegi przeprowadzane w asyście robota chirurgicznego wiążą się z całym szeregiem korzyści zarówno po stronie lekarzy, jak i pacjentek. Takie operacje są krótsze i bezpieczniejsze, a pacjent traci mniej krwi i jest w mniejszym stopniu narażony na powikłania.

– W ginekologii są to zabiegi mało inwazyjne, które wykonujemy przez niewielkie otwory w obrębie jamy brzusznej. To są około jednocentymetrowe nacięcia w powłokach, a więc mamy mały uraz tkanek i mniejsze blizny pooperacyjne. Pacjentka dużo szybciej może wrócić do normalnego funkcjonowania po operacji. Poza tym obserwujemy niewielkie śródoperacyjne utraty krwi, a tym samym szybsze gojenie związane z mniejszym poziomem niedokrwistości. Takie zabiegi są na dodatek bardzo precyzyjne, bo dzięki 10-krotnemu powiększeniu możemy bardzo dokładnie oglądać i preparować struktury. Mówimy tu już nawet o mikrochirurgii – podkreśla lekarz ginekolog z warszawskiego Szpitala Medicover.

W ginekologii lista zastosowań robotów chirurgicznych da Vinci jest bardzo szeroka. W ich asyście można przeprowadzać zarówno mało inwazyjne zabiegi w łagodnych schorzeniach, jak również w poważniejszych chorobach nowotworowych.

– W szpitalu operujemy m.in. mięśniaki macicy, możemy wyłuszczać torbiele, wycinać macicę – czyli przeprowadzić histerektomię. Da Vinci jest pomocny także w przypadku chorób onkologicznych, np. jeżeli chcemy leczyć raka trzonu macicy. Korzyści jego wykorzystania obserwowane są szczególnie przy zabiegach u pacjentek z dużym BMI, nawet ze skrajną otyłością, które również szybko wracają do zdrowia – mówi dr Joanna Bubak-Dawidziuk.

W ostatnich latach roboty da Vinci zyskują też dużą popularność w leczeniu endometriozy, która szacunkowo dotyka nawet co 10. kobietę. To choroba bardzo bolesna, która przysparza kobietom bólu głównie przed miesiączkami i w ich trakcie. Wśród pacjentek leczonych z powodu niepłodności w około 50–60 proc. przypadków diagnozuje się właśnie endometriozę.

 Endometrioza to choroba, która wiąże się z obecnością błony śluzowej macicy poza nią. Najczęściej ta błona osiada w jamie brzusznej i tam te komórki endometrium zaczynają rosnąć i powodować problemy, głównie bólowe, zlokalizowane np. w okolicy nerwów więzadeł krzyżowych. Z czasem choroba zaczyna się rozwijać. W zaawansowanych przypadkach narządy wewnątrz jamy brzusznej wyglądają tak, jakby w jej środku wszystko zaczęło się ze sobą sklejać. Dlatego tak liczne są dolegliwości zgłaszane przez pacjentki – począwszy od narządu rodnego po przewód pokarmowy, gdzie mogą być np. zrośnięte pętle jelita, które powodują niedrożność – wyjaśnia lekarz ginekolog.

Robot da Vinci, m.in. dzięki wysokiej precyzji i kamerze 3D o wysokiej rozdzielczości, pozwala bardzo dokładnie zobaczyć i zoperować chore narządy, usuwając ogniska endometriozy przy zachowaniu pełnego bezpieczeństwa pacjentki. Umożliwia operowanie w 10-krotnym powiększeniu, podczas gdy klasyczna laparoskopia oferuje czterokrotne.

 Dzięki dużemu powiększeniu możemy obserwować zmiany endometrialne z bardzo dużą dokładnością i mamy lepszą możliwość ich usunięcia. Robot, działając bardzo precyzyjnie, pozwala nam rozdzielić drobne zrosty. Jeżeli mamy np. zrośnięte pętle jelitowe, bardzo ważne jest oddzielenie w granicach zdrowych tkanek bez uszkodzenia sąsiadujących narządów – mówi certyfikowany operator robota da Vinci w warszawskim Szpitalu Medicover. – Bardzo precyzyjnie możemy również uwalniać nerwy miednicy mniejszej od choroby, co pozwala nam uwolnić pacjentkę od bólu. 

Nowe badania amerykańskiej agencji rządowej potwierdzają skuteczność szczepionek mRNA w realnym użyciu. Nawet 80 proc. ochrony już po pierwszej dawce

Szczepionki mRNA zapewniają 90-proc. ochronę przed zakażeniem koronawirusem po przyjęciu dwóch dawek i 80-proc. ochronę po przyjęciu tylko jednej dawki – wynika z badań przeprowadzonych na personelu medycznym przez amerykańską agencję Centers for Disease Control and Prevention. Ochrona rozpoczyna się dwa tygodnie po otrzymaniu zastrzyku.  – Autoryzowane szczepionki są kluczowym narzędziem, które pomoże zakończyć tę niszczycielską pandemię – podkreśla dr Rochelle P. Walensky, dyrektor CDC.

W badaniu przeprowadzonym przez amerykańską agencję rządową, wchodzącą w skład Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej, wzięło udział 3950 osób szczepionych preparatami Pfizer i Moderna. Okres obserwacyjny obejmował 13 tygodni w okresie od 14 grudnia 2020 roku do 13 marca 2021 roku. Wyniki wskazują na to, że po drugiej dawce szczepionki ryzyko zakażenia zmniejszyło się o 90 proc. co najmniej dwa tygodnie od jej przyjęcia. Po podaniu pojedynczej dawki ryzyko zakażenia SARS-CoV-2 przez uczestników zmniejszyło się w tym okresie o 80 proc. Po podaniu każdej dawki szczepionki organizm potrzebował około dwóch tygodni, aby wytworzyć przeciwciała chroniące przed infekcją.

– Nasze badanie pokazuje, że podejmowane wysiłki w zakresie szczepień przynoszą efekty. Autoryzowane szczepionki mRNA przeciwko COVID-19 zapewniły rzeczywistą ochronę przed infekcją personelu medycznego, ratowników i innych podstawowych pracowników pierwszej linii walczących z koronawirusem – podkreśla dr Rochelle P. Walensky, dyrektor amerykańskiej agencji rządowej Centers for Disease Control and Prevention (CDC).

Ustalenia CDC stanowią potwierdzenie wyników badań klinicznych III fazy, które zostały przeprowadzone na szczepionkach, jeszcze zanim otrzymały zezwolenie na użycie od amerykańskiej FDA. Warto zauważyć, że badania kliniczne oceniały skuteczność szczepionki przeciwko chorobie COVID-19. Badanie przeprowadzone przez CDC dało odpowiedź na pytanie o skuteczność szczepionki przeciwko infekcjom koronawirusem, również takim, które przebiegały bezobjawowo. Uczestnicy co tydzień samodzielnie pobierali wymazy do testów laboratoryjnych RT-PCR. Bezobjawowe zakażenie SARS-CoV-2 zostało stwierdzone u 10,7 proc. obserwowanych.

– Potwierdzenie skuteczności szczepionek w realnych warunkach powinno dać nadzieję milionom ludzi, którzy każdego dnia otrzymują szczepionki przeciwko COVID-19. Powinno też dodać otuchy tym, którzy będą mieli okazję zaszczepić się w nadchodzących tygodniach. Autoryzowane szczepionki są kluczowym narzędziem, które pomoże zakończyć tę niszczycielską pandemię – twierdzi dr Rochelle P. Walensky.

Według danych opublikowanych przez Our World in Data w Stanach Zjednoczonych podano dotychczas 146 mln dawek szczepionki przeciw SARS-CoV-2. Pełne szczepienie przeszło 52,6 mln ludzi, co stanowi 16 proc. populacji tego kraju.

W Polsce pełnemu szczepieniu poddanych zostało dotąd 2 mln ludzi, czyli 5,25 proc. populacji. To wynik zbliżony do poziomu wyszczepienia Brytyjczyków, Hiszpanów i Włochów.

W ciągu tygodnia do organizmu człowieka przedostaje się nawet 21 gramów mikroplastiku. Wykryto go już nawet w powietrzu czy butelkowanej wodzie

Morski Instytut Rybacki podaje, że ok. 10 proc. odpadów przemysłowych i komunalnych trafia bezpośrednio do ekosystemów morskich. Obecnie ocenia się, że jednym z najpoważniejszych zagrożeń dla środowiska są mikroplastiki produkowane jako dodatek do kosmetyków i środków czystości czy powstające w efekcie destrukcji i rozdrobnienia tworzyw sztucznych. Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że mikroplastik został wykryty w wodzie morskiej, słodkiej, ściekach, żywności, powietrzu czy butelkowanej wodzie pitnej, a to nie pozostaje bez konsekwencji na zdrowie człowieka.

– Szacuje się, że do 2017 roku wyprodukowaliśmy około 8,3 mld ton plastiku, a w ciągu ostatnich 40 lat jego produkcja wzrosła 40-krotnie i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić. Nie pozostaje to bez wpływu na środowisko naturalne, a w konsekwencji również  człowieka. Liczne raporty naukowców z całego świata potwierdzają powszechną obecność niewielkich fragmentów plastiku, tzw. mikroplastiku, przede wszystkim w ekosystemach morskich. Przyczyną tego stanu rzeczy jest m.in. niewłaściwe zagospodarowanie odpadów – rocznie aż 6,5 mln ton tworzyw sztucznych wyrzuca się ze statków do mórz i oceanów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr inż. Krystian Szczepański, dyrektor Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego.

Nie bez znaczenia dla naszego zdrowia jest również mikroplastik pochodzący z gospodarstw domowych, którego źródłem są produkty chemii gospodarczej i kosmetyki. Pozostałości kosmetyków są spłukiwane wodą, następnie trafiają do wód ściekowych, a stamtąd do systemów oczyszczania ścieków. Jeżeli system oczyszczania nie jest w stanie ich wyłapać, system uzdatniania wody też nie zapewnia pełnej filtracji tego typu mikrocząstek, przez co trafia również do naszych kranów. Jednak mikroplastik pochodzący z kosmetyków stanowi jedynie 2 proc.

– Mikroplastiki stanowią poważne zagrożenie, ponieważ ich niewielkie rozmiary czynią je dostępnymi dla wielu organizmów, począwszy od drobnych jak plankton, przez małże, ryby, a skończywszy na wodnych ssakach. Dlatego jedząc ryby, owoce morza, sól morską, lecz także miód, a nawet pijąc wodę butelkowaną, dostarczamy mikroplastiki do swojego organizmu – mówi Krystian Szczepański

Do innych istotnych źródeł mikroplastiku należy także pranie syntetycznych ubrań (35 proc.), ścieranie opon samochodowych podczas jazdy (28 proc.) oraz pył miejski (24 proc.). Ostatnie badania IOŚ-PIB pokazują, że mikroplastiki są obecne nie tylko w ekosystemach morskich, lecz także w znacznych ilościach w powietrzu. Każdego roku wdychamy nawet dziesiątki tysięcy maleńkich kawałków tworzyw sztucznych. Według badania World Wildlife Fund ludzie konsumują około 5 g plastiku tygodniowo, z kolei według badań niemieckiego oddziału WWF w Hamburgu z 2019 roku w ciągu tygodnia do organizmu człowieka przedostaje się go ok. 21 g.

– W IOŚ-PIB prowadziliśmy analizę filtrów z poborników określających zanieczyszczenie powietrza oraz kolektory opadu. Na podstawie zebranego materiału  zidentyfikowano szereg cząstek, które sklasyfikowano jako syntetyczny polimer. Musimy pamiętać, że to wszystko jest ze sobą  powiązane. To, że zmyjemy to w naszych kranach, nie znaczy, że to gdzieś znika. Wszystko krąży w środowisku i potem znowu wraca do nas, do naszych organizmów i staje się bardzo dużym zagrożeniem dla naszego zdrowia – tłumaczy dyrektor IOŚ-PIB.

O tym, że mikroplastik unosi się w powietrzu, może świadczyć fakt, że naukowcy odkryli go w próbkach śniegu z Arktyki. Żeby tam trafić, musiał być przenoszony w powietrzu. W 2019 roku krakowscy naukowcy w specjalnych pojemnikach na dachu Uniwersytetu Pedagogicznego umieścili szklane naczynia, w których osiadały zanieczyszczenia powietrza. Podczas analizy okazało się, że pośród zanieczyszczeń dużo było również mikrowłókien plastiku.

ONZ już kilka lat temu ostrzegała, że wkrótce w oceanach może być więcej plastiku niż ryb. W 2016 roku Morski Instytut Rybacki zbadał próbki osadów piasku polskiego Wybrzeża. Okazało się, że średnio w piasku znajdowało się 55 drobin/50 cm3 osadu. Największą liczbę mikrocząstek odnotowano w klasie wielkości 200-500 µm. Zidentyfikowane w próbkach piasku plaż drobiny mikroplastików można zaliczyć przede wszystkim do wtórnej grupy, powstałej w wyniku degradacji zdecydowanie większych obiektów.

Tymczasem mikroplastik ma niekorzystny wpływ na nasze zdrowie.

– Im mniejsze substancje, tym łatwiej dostają się poprzez nasz układ pokarmowy czy oddechowy do naszych organizmów. Mikroplastik ulega akumulacji w organach człowieka i wchodzi do krwiobiegu. Należy tu także wspomnieć o roli mikroplastiku jako nośnika zanieczyszczeń. Efekt toksyczny może, ale nie musi wynikać z działania samych cząstek mikroplastików, lecz właśnie z obecności na jego powierzchni zanieczyszczeń, które wykazują właściwości genotoksyczne oraz kancerogenne – wskazuje ekspert.

Aby zmniejszyć ilość plastiku krążącą w środowisku, Unia Europejska zakazała m.in. obrotu jednorazowymi produktami, czyli talerzami, sztućcami czy słomkami. Dyrektywa plastikowa zakłada też, że od 2025 roku producenci muszą zrezygnować z plastikowych słomek przytwierdzonych do kartonowych pojemników, z rynku mają zniknąć plastikowe butelki z nakrętkami luzem. Dodatkowo plastikowe butelki będą musiały być wykonane w minimum 25 proc. z materiału pochodzącego z recyklingu (od 2030 roku w 30 proc.).

–  Unia Europejska w zakresie klimatu i odpadów jest pewnego rodzaju liderem i pokazuje, w jaki sposób tego typu problemy wynikające z egzystencji człowieka powinny być rozwiązywane. Jednak musimy myśleć także o tym, jak inne części świata powinny radzić sobie z tego typu wyzwaniami. Nawet jeśli w całej UE ograniczymy wyroby z tworzyw sztucznych i emisje mikroplastików do środowiska, ale pozostałe kraje nie zmienią swojej polityki w tym zakresie, to mikroplastik obecny chociażby w ekosystemach morskich będzie dla nas zagrożeniem – twierdzi dr inż. Krystian Szczepański.

Szacuje się, że tylko niespełna 10 proc. światowego plastiku podlega recyklingowi. Ponad 30 proc. jest składowana, a około jedna trzecia trafia do oceanów. Z kolei według danych Eurostatu w krajach członkowskich Unii Europejskiej zbierane odpady z tworzyw sztucznych podlegają w 39 proc. spalaniu, w 31 proc. składowaniu, zaś w 30 proc. recyklingowi. Jednak popyt na tworzywa sztuczne pochodzące z recyklingu stanowi zaledwie 6 proc. zapotrzebowania na tworzywa sztuczne w Europie, co powoduje, że połowę tworzyw sztucznych zebranych w celu recyklingu wywozi się do innych krajów spoza UE.

Digitalizacja na tak, przed chmurą wciąż obawy

Nowa rzeczywistość podkreśliła potrzebę cyfrowej transformacji, choć w wielu przypadkach wdrożenie i skalowanie usług chmurowych pozostaje wyzwaniem. Jak wskazuje Iron Mountain, pandemia w początkowym etapie przyspieszyła wdrażanie rozwiązań cyfrowych, lecz dzisiaj zainteresowanie pozostaje na stałym, choć nierosnącym poziomie. Firmy, bardziej niż pełnego przejścia do chmury, szukają rozwiązań cyfrowych gwarantujących bezpieczeństwo danych.

Jak wynika z badania EY Digital Investment Index, 79% przedsiębiorców uznaje, że ich działania cyfryzacyjne zatrzymują się w początkowej fazie, a przyczyny tej sytuacji są mnogie: od braku pracowników, budżetu czy dostępu do danych[1]. Wzmożone zainteresowanie digitalizacją w ubiegłym roku wiązało się z koniecznością organizacji zdalnego funkcjonowania wielu firm. Dzisiaj większość z nich wypracowała własne procedury, procesy i mechanizmy operacyjne. Z tego względu większym zainteresowaniem cieszą się dzisiaj usługi pomocnicze bądź dające dodatkowe zabezpieczenie dla posiadanych zasobów.

W nowej rzeczywistości, gdy większość nas funkcjonuje zdalnie bezpieczeństwo dokumentów i danych jeszcze mocniej rośnie na znaczeniu. Potwierdzają to sytuacje takie, jak pożar archiwum z 20 tys. metrów bieżących dokumentów urzędu miasta w Krakowie. Dokumentacja nie została zdigitalizowana, wskutek czego większość danych przepadło, wśród których znajdowały się także informacje siedmiu publicznych zakładów opieki zdrowotnej.

Pandemia bez wątpienia pokazała znaczenie cyfryzacji dokumentów, co zauważyliśmy w wysokim popycie na wszelkie usługi związane z digitalizacją, szczególnie na początku ubiegłego roku. Dzięki przetwarzaniu dokumentów do wersji cyfrowej, firmy mogą korzystać z nich w sposób umożliwiający wszystkim symultaniczny dostęp, przydatny w pracy zdalnej – zauważa Marcin Mandryk, Sales Operations Executive CEE & Product Manager Iron Mountain Polska. – Sam dokument dzisiaj nie jest potrzebny, liczą się informacje, które są w nim zawarte.

Jak podkreśla Iron Mountain, zainteresowanie digitalizacją wciąż jest wysokie, zarówno w Polsce, jak i zagranicą, gdzie firmy zależnie od wielkości i sektora widzą szanse i korzyści z cyfryzacji dokumentów. Jednak dzisiaj znaczna część zapytań wiąże się z rozwiązaniami i usługami, które oferują zabezpieczenie dokumentacji i danych na wypadek wypadków losowych, takich jak choćby w Krakowie. Duży wzrost notują zapytania o uporządkowanie dokumentacji zgodnie z obowiązującymi przepisami RODO –  szczególnie w Polsce o około 30% i na Węgrzech – 10%.

Digitalizacja dokumentów pozwala na rejestrację podstawowych informacji umożliwiających identyfikację przy zachowaniu minimalizacji przetwarzania danych osobowych. Kierowanie się indeksem wiodących pozwala przeprowadzać operacje na dokumentach bez powiązywania ich bezpośrednio z osobą. Dodatkowo w przypadku pracy zdalnej pozwala na jej ciągłość i bezpieczny dostęp do informacji. Firmy, które funkcjonują zdalnie w nowej rzeczywistości obecnie udoskonalają wdrożone procedury i szukają rozwiązań, które je usprawnią. Jednak, jak dostrzega Iron Mountain, pomimo otwarcia na digitalizację, zainteresowanie rozwiązaniami wyłącznie chmurowymi jest wciąż niewielkie w całym regionie Centralnej i Wschodniej Europy.

Brak dużego zainteresowania chmurą pokazuje wciąż obecny brak zaufania do technologii i odpowiednich regulacji prawnych na poziomie ogólnym, a także dopasowanym do każdego sektora. Cały czas widoczne są bariery na poziomie świadomości digitalizacji i płynących z niej korzyści, szczególnie wśród mniejszych firm, które wciąż są przywiązane do papieru i korzystają z obu wersji dokumentów jednocześnie. Przez to rozwój chmury będzie postępował w nieco wolniejszym tempie – dodaje Mandryk.

Częściej korzyści z digitalizacji i rozwiązań chmurowych dostrzegają dzisiaj klienci instytucjonalni, przede wszystkim w krajach bałtyckich, gdzie przoduje Estonia. Z kolei w Polsce podejście różni się w zależności od sektora – banki i firmy ubezpieczeniowe są bardziej otwarte i chętne na wdrożenia. Coraz częściej pojawia się też digitalizacja rozwiązań dla osób indywidualnych w zakresie usług retailowych, dostawców prądu, gazu czy wodociągów. Choć zmiany w funkcjonowaniu biznesu na całym świecie przyspieszyły cyfrową transformację, wciąż w wielu krajach i sektorach ten proces przebiega w jednostajnym i długofalowym tempie.

[1] https://www.ey.com/pl_pl/news/2020/12/67-procent-firm-z-caleg-swiata-zamierza-inwestowac-w-internet

Globalne centrum wsparcia w Indiach? To już przeszłość W dobie pandemii Europa wraca do łask

Sprawne działanie globalnej organizacji to priorytet nie tylko w czasach zawirowań gospodarczych. W ostatnich latach – ze względów finansowych – zarówno wewnętrzne jak i zewnętrzne centra wsparcia przenoszone były z Europy czy Ameryki Północnej do państw, gdzie koszty pracy są znacznie niższe. Pandemia koronawirusa spowodowała odwrócenie trendu. Dowodzą tego m.in. działania Luxoft dla jednego z globalnych banków inwestycyjnych. Potencjał tkwiący w branży jest spory – jak dowodzą badania rynkowe, działania IT typu user support/service desk w 2020 roku stanowiły 38 proc. procesów  wspieranych przez centra usług biznesowych w Polsce[1].

Pandemia koronawirusa postawiła przed setkami tysięcy przedsiębiorstw na całym świecie nowe wyzwania. Jednym z nich okazało się szybkie i efektywne wdrożenie modelu pracy zdalnej lub hybrydowej. O ile w przypadku państw unijnych powszechna dostępność do elektryczności czy szybkiego łącza internetowego jest oczywistością, o tyle w krajach rozwijających się może ona stanowić znaczną barierę.

W jednej z czołowych instytucji finansowych ryzyko z tego tytułu było znaczące – wielu użytkowników wewnętrznego systemu mogło zostać bez adekwatnej pomocy. Zapadła szybka decyzja – niezbędne jest przeniesienie części działań z Indii do nowej lokalizacji. Wybór padł na Wrocław, a o pomoc poproszono Luxoft Poland – lidera w branży IT. Dzięki współdziałaniu z firmą, w niezwykle krótkim czasie udało się zbudować kilkudziesięcioosobowy team wsparcia dla użytkowników anglojęzycznych. Kooperacja między bankiem a firmą IT rozpoczęła się jednak jeszcze w 2018 roku, kiedy bank chciał rozwinąć możliwości swojego centrum wsparcia technicznego przy pomocy zewnętrznych dostawców, i objęła szeroki zakres usług – od etapu budowy infrastruktury, po obsługę działań dla użytkownika końcowego, w tym m.in. zarządzanie incydentami.

– Wiele firm korzystało z możliwości organizowania wsparcia technicznego w Indiach z uwagi na niskie koszty pracy. Okazało się jednak, że nie tylko cena odgrywa tutaj sporą rolę, ale także ryzyko związane z takim outsourcingiem. Pandemia zmusiła przedsiębiorstwa do spojrzenia na temat z innej strony. Praca zdalna, ograniczenia w przemieszczaniu się czy podróżach międzynarodowych – wszystko to spowodowało, że organizowanie zespołów w odległych państwach stało się po prostu ryzykowne. W tym kontekście europejskie lokalizacje w wielu przypadkach stały się na powrót atrakcyjne – podkreśla Artur Górecki, Delivery Director w Luxoft Poland, firmie będącej światowym liderem w branży IT.

Pomoc całą dobę, siedem dni w tygodniu

Działanie 24/7, w trybie „follow the sun”, sprawia, że użytkownicy oczekują całodobowego wsparcia w zakresie obsługi infrastruktury technicznej. Luxoft na przestrzeni ostatnich trzech lat zbudował od zera niemal studwudziestoosobowy team, który zapewnia globalne wsparcie on-shore i off-shore, zintegrowane ze wszystkimi procesami wspierającymi w firmie klienta – a znaczna część specjalistów pracuje w Polsce – we Wrocławiu i Krakowie.

– Należy podkreślić, że bank chciał rozwinąć usługi z sektora, który nie był dziedziną tradycyjnej specjalizacji Luxoftu. Luxoft zajmuje się oprogramowaniem, nie zaś dostarczaniem wsparcia dla użytkownika końcowego. A to właśnie interesowało naszego klienta. Zdecydowaliśmy jednak podjąć się wdrożenia wieloaspektowej strategii w celu rozwinięcia nowych możliwości w banku. Usprawniliśmy procesy. Członków zespołu świadczącego usługi przeszkoliliśmy i certyfikowaliśmy w zakresie ITIL4 (najnowszej wersji najlepszych praktyk zarządzania usługami IT). Te i inne konsekwentnie prowadzone działania umożliwiły nam zbudowanie dedykowanego zespołu w obszarze wsparcia klienta końcowego (w jęz. angielskim i niemieckim) na poziomie L1/L2 we Wrocławiu, a następnie także rozszerzenie go na inne lokalizacje w Polsce – wyjaśnia Artur Górecki z Luxoft Poland.

Sprawne wsparcie użytkownika końcowego w banku jest kluczowe z punktu widzenia jakości i komfortu pracy. W przypadku jakichkolwiek problemów oferowana jest natychmiastowa pomoc na poziomie 1 i 2, dzięki której można rozwiązać podstawowe i nieco bardziej skomplikowane usterki zgłaszane przez użytkowników w zakresie środowiska pracy. W takim service desku, oprócz konsultantów, pracują również managerowie zarządzający kolejką zgłoszeń czy zasobami. Jest to więc, wbrew pozorom, zaawansowana organizacja.

W przypadku poważniejszych przypadków, które wymagają przywrócenia całego systemu do pełnej funkcjonalności, wymagana jest koordynacja działań wielu specjalistów z różnych działów – zarówno z wewnątrz, jak i na zewnątrz, którzy dodatkowo rezydują w różnych, oddalonych od siebie geograficznie lokalizacjach.

Inne obszary supportowe, w których zaangażowani są eksperci Luxoft, to wsparcie w zakresie użytkowania i administrowania rozmaitych aplikacji biznesowych wdrożonych banku, a także zaawansowane projekty rozwojowe czy migracyjne, związane z modyfikacjami platform systemowych.

– Luxoft nie spoczywa na laurach i szuka nowych sposobów na wdrożenie nowo zdobytych możliwości. Tylko w ciągu ostatniego miesiąca odbyły się trzy sesje case study z menedżerami Luxoft, którzy kontaktowali się z potencjalnymi klientami zainteresowanymi nowymi usługami z zakresu wsparcia technicznego – podsumowuje Artur Górecki.

[1] https://absl.pl/storage/app/uploads/public/5ee/887/8d5/5ee8878d59858995982318.pdf

Firmy rodzinne na GPW

  • Już co trzecia spółka notowana na warszawskiej giełdzie to firma rodzinna.
  • Inwestorzy je lubią, bo dawały im w pandemii wyższą rentowność i mniejszą zmienność kursów.
  • Wyzwaniem będzie jednak zmiana pokoleniowa właścicieli tych spółek – wynika z raportu Grant Thornton przygotowanego pod patronatem Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW).

Przez ostatnie dekady systematycznie rośnie znaczenie firm rodzinnych w polskiej gospodarce. Już dawno przestały być one dla największych międzynarodowych podmiotów obecnych na polskim rynku jedynie drobnym lokalnym biznesem, z niewielkimi udziałami w rynku, a stały się dla nich silną konkurencją. Nic więc dziwnego, że polski prywatny, rodzinny biznes jest w coraz większym stopniu obecny na polskim rynku kapitałowym.

Jak pokazuje raport firmy audytorsko-doradczej Grant Thornton „Firmy Rodzinne na GPW”, na Głównym Rynku GPW notowanych jest obecnie 139 spółek rodzinnych, czyli 32 proc. wszystkich podmiotów tego parkietu. Tylko w latach 2011-2020 na GPW zadebiutowały 64 spółki definiowane na potrzeby raportu jako rodzinne. Najwięcej firm rodzinnych na GPW ma swoje siedziby w województwie mazowieckim (41), dolnośląskim (17) i wielkopolskim (15).

W zarządzaniu firmami rodzinnymi dostrzec można perspektywę długoterminową. Dzięki temu lepiej niż inne spółki radzą sobie one w okresach rynkowych turbulencji. Może to również wynikać z większej skłonności do kumulowania i reinwestowania kapitału, co wiąże się z mniejszą skłonnością do wypłaty dywidendy dla inwestorów. Spółki rodzinne powinny być zatem atrakcyjną alternatywą dla inwestorów poszukujących bezpiecznych długoterminowych inwestycji – komentuje Dariusz Bednarski, wiceprezes Grant Thornton, partner zarządzający Departamentem Doradztwa.

Choć dla firm o charakterze rodzinnym ważniejszym celem niż bieżący wynik finansowy jest długoterminowy, bezpieczny rozwój, to przedsiębiorstwa te w wielu przypadkach – zwłaszcza w okresach rynkowych zawirowań jak pandemia – wykazują wyższą rentowność niż spółki nierodzinne. Rentowność EBITDA w ostatnich zaraportowanych 12 miesiącach (IVQ’19-IIIQ’20) dla spółek rodzinnych wynosiła 12,3%, tymczasem dla pozostałych 10,8%. Zysk netto w tym okresie wyniósł w spółkach rodzinnych 2,7%, a dla pozostałych spółek odnotowano stratę na poziomie 1,5%. Jeszcze większe różnice widać na rentowności kapitału własnego (ROE), który wyniósł odpowiednio 5,1% i -2,2%.

Wykres 1. Wyniki finansowe spółek notowanych na GPW

Wyniki finansowe spółek notowanych na GPW
Źródło: raport firmy Grant Thornton „Firmy rodzinne na GPW”, 2021 r.

O tym, że inwestorzy dużym zaufaniem, zwłaszcza w trudnych czasach, np. pandemii, obdarzają spółki zarządzane przez prywatnych właścicieli, świadczy też opracowany przez Grant Thornton indeks GT Rodzinne, obrazujący zachowanie akcji 20 największych spółek rodzinnych na GPW, według metodologii analogicznej do tworzenia indeksu WIG20. W okresie styczeń 2015 – luty 2021 indeks GT Rodzinne wzrósł o około 40%, natomiast spółki z WIG20 straciły w tym samym okresie na wartości około 16%. Ciekawa jest również analiza kształtowania się stopy zwrotu w pandemicznym okresie luty 2020 r. – luty 2021 r. Spółki z GT Rodzinne zyskały 57%, a WIG20 stracił 5%.

Biznesy rodzinne odpowiadają za około 2/3 polskiego PKB, stymulując wzrost gospodarczy i wzmacniając krajową przedsiębiorczość. W najnowszym indeksie Niemieckiej Fundacji Firm Rodzinnych Polska plasuje się na 12. miejscu wśród 21 analizowanych krajów pod względem warunków prowadzenia działalności gospodarczej, wyprzedzając takie państwa, jak Belgia, Niemcy czy Japonia – zaznacza Marek Dietl, prezes zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Polscy przedsiębiorcy są emocjonalnie związani ze swoimi biznesami, które tworzyli od podstaw przez 30 lat wolnej gospodarki. Miedzy innymi dlatego biznesy rodzinne coraz chętniej wybierają drogę przez giełdę, która umożliwia pozyskiwanie kapitału na rozwój przy jednoczesnym zachowaniu kontroli właścicielskiej – dodaje.

Niepokojący dla inwestorów może być natomiast fakt, że wśród notowanych na GPW firm rodzinnych nadal niewiele jest takich, które mają uporządkowaną kwestię sukcesji pokoleniowej. Widać to na przykład po akcjonariacie analizowanych przedsiębiorstw. Choć wielu twórców i głównych akcjonariuszy spółek rodzinnych zbliża się obecnie do wieku emerytalnego i z problemem sukcesji wkrótce będą musieli się zmierzyć, to tylko w przypadku 17 proc. tych spółek akcje są już w rękach przynajmniej jednego sukcesora.

Sukcesorzy relatywnie rzadko są też obecni w najważniejszych organach spółek. Obecnie jedynie w co szóstej (16%) spółce rodzinnej przedstawiciel pokolenia sukcesorów zasiada w zarządzie, a w co piątej (22%) w radzie nadzorczej. Tymczasem aż połowa firm w zarządach i radach nadzorczych jako jedynego przedstawiciela rodziny posiada nestora (odpowiednio 55% i 48%).

Wykres 2. Odsetek spółek rodzinnych, w których organach zasiadają sukcesorzy i nestorzy

Odsetek spółek rodzinnych, w których organach zasiadają sukcesorzy i nestorzy
Źródło: raport firmy Grant Thornton „Firmy rodzinne na GPW”, 2021 r.

Czas na agrowoltaikę

Technologia produkcji energii ze źródeł odnawialnych wciąż się rozwija. Jednym z nowszych trendów na rynku OZE jest agrowoltaika – czyli połączenie rolnictwa i hodowli zwierząt z produkcją energii ze słońca. Rozwiązanie to powoli wchodzi na rynki europejskie, a tym samym do Polski. Agrowoltaika to bardzo kuszące rozwiązanie dla właścicieli ziem, którzy chcą nadal wykorzystywać je pod uprawę roślin lub hodowlę zwierząt. Zainstalowane na większej wysokości panele fotowoltaiczne są ustawione pod odpowiednim kątem i z zachowaniem przestrzeni – pozwalają więc na wykorzystanie ziemi, która znajduje się pod nimi. Dzięki temu rolnik może zarabiać na dwa sposoby – sprzedając owoce swojej pracy, a także produkując prąd dla siebie lub na sprzedaż.

– Dotychczas stawiano panele fotowoltaiczne w tradycyjny sposób, wyłączając grunty z produkcji rolnej. Agrowoltaika zakłada, że wciąż można wykorzystywać grunty pod uprawę roślin lub hodowlę zwierząt. Czyli z tego samego hektara otrzymujemy symultanicznie produkcję energii ze źródeł odnawialnych i uprawę rolną – powiedział serwisowi eNewsroom Roman Karbowy, przewodniczący grupy roboczej ds. agrowoltaiki, Polskie Stowarzyszenie Fotowoltaiki. – Agrowoltaika ma też inne zalety. Przede wszystkim chroni grunty przed nadmierną perspiracją, czyli przesuszaniem. To szczególnie ważne, ponieważ ze względu na zmiany klimatyczne susze będą się zdarzać coraz częściej. Wysokie konstrukcje fotowoltaiczne potrafią również chronić uprawy przed gwałtownymi zmianami pogody – takimi jak grad czy deszcz nawalny. Agrowoltaika jest zatem dodatkową szansą dla rolnika. Zapewnia zabezpieczenie jego tradycyjnego źródła zarobkowania – w postaci hodowli lub uprawy rolnej – i daje mu możliwość dodatkowego źródła dochodów w postaci fotowoltaiki. W ten sposób uniezależnia go od zmian na rynkach rolnych i daje większe bezpieczeństwo finansowe – wskazuje Karbowy.

Zmiany nawyków pracy w czasie pandemii. Co drugi pracownik ocenia je pozytywnie

Rok po wybuchu pandemii warto przeanalizować zmiany, jakie zaszły w trybie i nawykach pracy pracowników. Wielu z nich już od ponad dwunastu miesięcy nieprzerwanie pracuje z domu, często łącząc zobowiązania zawodowe i rodzicielskie. W konsekwencji zmianie uległo nie tylko miejsce, z którego wykonują swoje obowiązki, ale też dotychczasowe przyzwyczajenia. Chociaż na przestrzeni roku sposób, w jaki pracujemy, niezaprzeczalnie uległ transformacji, to zdaniem pracowników objętych badaniem Hays Poland najczęściej są to zmiany na lepsze.

Co drugi pracownik w okresie pandemii zmienił swoje nawyki pracy. Takie wnioski płyną z sondażu internetowego przeprowadzonego przez Hays Poland w marcu 2021 roku na grupie ponad 1,5 tys. specjalistów i menedżerów. W badaniu nawyki zostały zidentyfikowane jako sposób i organizacja pracy w czasie pandemii, a także wszelkie aspekty z nią związane. Zmiany w tym zakresie zaobserwowało 55 proc. respondentów.

Praca na nowo

Zmiany najczęściej dotyczyły trybu wykonywania pracy, np. zastąpienia tradycyjnej pracy w biurze modelem zdalnym lub hybrydowym, na co wskazało 81 proc. respondentów. Kolejne 48 proc. zadeklarowało pracę w godzinach innych niż przed pandemią.

Zmiana godzin pracy w części przypadków była zapewne podyktowana odmiennymi potrzebami biznesowymi firmy i odgórnymi ustaleniami. Jednak pewniejszym wydaje się stwierdzenie, iż zmiana nawyków wynika głównie z wdrożenia pracy zdalnej. Z jednej strony wiąże się to dla pracowników z oszczędnością czasu, dającą możliwość wcześniejszego rozpoczęcia pracy. Beneficjentami są zarówno osoby pracujące w modelu home office, jak również te dojeżdżające do biura, które w wyniku mniejszego natężenia ruchu nie tracą czasu w korkach. Z drugiej strony rozmycie granic pomiędzy sferą prywatną i zawodową oraz konieczność jednoczesnego łączenia różnych obowiązków, częściej wymaga pracy poza standardowymi godzinami, np. późnym wieczorem, gdy dzieci już śpią – zaznacza Agnieszka Kolenda, Executive Director w Hays Poland.

Znajduje to odzwierciedlenie w odpowiedziach respondentów badania. Wśród osób, które zadeklarowały zmianę nawyków pracy, 31 proc. wskazało na inny rozkład dnia, np. dłuższe przerwy, które idą w parze ze zmianą godzin rozpoczęcia i zakończenia pracy. Kolejnych 16 proc. respondentów zadeklarowało zmianę dni, w których zazwyczaj pracują. Może to oznaczać zarówno otwarcie się na wykonywanie obowiązków zawodowych w dni standardowo wolne od pracy, jak i skrócenie tygodnia pracy.

Zmiany nawyków obejmują również takie aspekty jak dress code (50 proc. wskazań) oraz posiłki w czasie pracy (28 proc.). Okres pandemii zmienił standardy ubioru obowiązujące w sferze biznesowej. Formalny strój występuje rzadziej zarówno podczas wideo konferencji, jak i w biurach, gdzie obecnie przebywa mniej współpracowników oraz klientów. Kwestia nawyków żywieniowych wymagałaby głębszej analizy. Z pewnością istnieje grupa pracowników, która w wyniku pracy zdalnej poprawiła swoje nawyki i odżywia się lepiej, samodzielne przygotowując posiłki. Obok zapewne funkcjonują jednak osoby, którym w warunkach home office trudno jest oderwać się od komputera i wygospodarować czas na posiłek.

Które nawyki pracy uległy zmianie w czasie pandemii?

81% Tryb pracy (np. zdalny lub hybrydowy)
50% Dress code
48% Godziny pracy
31% Rozkład dnia pracy
28% Przerwy na posiłki
16% Dni pracy

Źródło: badanie Hays Poland, marzec 2021.

Brak granic

Zmiana trybu życia wywołana przez pandemię oraz popularyzacja pracy zdalnej sprawiły, że pracodawcy i pracownicy bardziej elastycznie postrzegają czas pracy. Po ponad roku od wybuchu pandemii w Polsce, firmy wiedzą, jakie rozwiązania i strategie zdają egzamin. Ufają swoim zespołom oraz wykazują się większym zrozumieniem wobec indywidualnych potrzeb.

Część pracodawców otwiera się również na ewentualność skrócenia tygodnia pracy, jeśli pracownik wykazuje się wysoką wydajnością i jest w stanie wykonać wszystkie swoje obowiązki w krótszym czasie. Jest to rozwiązanie, które w Polsce wciąż nie cieszy się dużą popularnością, natomiast organizacje coraz częściej rozliczają pracowników z rzeczywistych efektów ich pracy, a nie czasu spędzonego przed komputerem. Istnieje zatem przestrzeń do testowania tego typu rozwiązań w niedalekiej przyszłości.

Jednocześnie w wyniku pracy zdalnej zatrudnieni mniej stanowczo stawiają granice pomiędzy czasem pracy i czasem wolnym.

– Pracownicy czasem zajmują się prywatnymi sprawami w ciągu dnia pracy, ale też włączają komputer w weekend, chociaż przed pandemią im się to nie zdarzało. Profesjonaliści cenią sobie elastyczność i większą niezależność, natomiast należy uważnie przyglądać się również potencjalnym zagrożeniom. Każdy pracownik powinien mieć możliwość i nawyk całkowitego odcinania się od pracy, bez względu na okoliczności i model, w którym realizuje swoje obowiązki. Tylko wtedy możliwy jest prawdziwy odpoczynek i regeneracja sił, tak istotne w obecnych, wciąż trudnych dla wielu osób czasach – komentuje Agnieszka Kolenda.

Zmiany na lepsze

Zachodzące w okresie pandemii zmiany nawyków pracy przez profesjonalistów najczęściej są oceniane pozytywnie. Takiej odpowiedzi udzieliło 54% respondentów sondażu Hays, a kolejnych 17 proc. nie potrafiło udzielić jednoznacznej odpowiedzi.

Jak oceniasz zmiany nawyków pracy, które zaszły w Twoim życiu zawodowym w czasie pandemii?

54% Pozytywnie
17% Nie mam zdania
29% Negatywnie

Źródło: badanie Hays Poland, marzec 2021.

Co to oznacza dla pracodawców? Zdaniem Agnieszki Kolendy z Hays Poland, przede wszystkim zadanie uwzględnienia tych nowych nawyków w modelu pracy obowiązującym po zakończeniu pandemii. – Pracownicy będą oczekiwać dostępu do pracy zdalnej, większej elastyczności w zakresie decydowania o czasie pracy, rozliczania za efekty pracy oraz możliwości łączenia obowiązków zawodowych i prywatnych, gdy wystąpi taka potrzeba. Oczywiście obie strony zdają sobie sprawę, że obecny czas jest okresem przejściowym, a przez to wyjątkowym. Jednak całkowity powrót do standardów sprzed pandemii wydaje się być mało prawdopodobny – dodaje.

Dostęp do pracy zdalnej, a także większa niezależność w decydowaniu o kształcie dnia i godzinach pracy, umożliwiły pracownikom dopasowanie tych aspektów do własnych preferencji. Zmiany nawyków pozwoliły m.in. zaoszczędzić czas przeznaczany na dojazd do biura, wydłużyć sen czy poświęcać więcej uwagi bliskim. To wszystko może istotnie wpływać na odczuwaną satysfakcję oraz skuteczność w pracy.