Hakerzy manipulowali rządami wybranych państw w sprawie zamówień szczepionek na COVID-19

ze zdwojoną siłą łańcuchy dostaw chcąc opóźnić dostęp do szczepionek, ukraść cenne dane i osiągnąć ogromne zyski. W konsekwencji dezinformacji o procesie zatwierdzania szczepionek przez Europejską Agencję Leków (EMA), niektóre państwa zaczęły poszukiwania alternatywnych źródeł. W ostatnich tygodniach Węgry i Słowacja podjęły decyzję o złamaniu europejskiego porozumienia w sprawie wspólnych zamówień. Teraz o pozaeuropejskich dostawcach szczepionek głośno zaczynają mówić rządy Czech i Polski.

Ataki dezinformacyjne hakerów na łańcuchy dostaw szczepionek przeciwko COVID-19 mogły zmusić rządy niektórych państw do poszukiwania alternatywnych dostawców. Check Point już pod koniec zeszłego roku ostrzegał o atakach cyberprzestępców na sektor zdrowia i producentów szczepionekujawnia Wojciech Głażewski, dyrektor firmy Check Point w Polsce.

 

EMA poinformowała niedawno o ​​trwającym śledztwie dotyczącym setek zainfekowanych e-maili i ‘’zmanipulowanych’’ opinii o wybranych szczepionkach, otrzymywanych przez pracowników tej instytucji od hakerów. Cyberprzestępcy chcieli wykraść poufne dane dotyczące wybranych szczepionek na COVID-19, będące w posiadaniu tej organizacji. Sprawą natychmiast zajął się Interpol i ostrzegł rządy 194 krajów przed atakami związanymi ze szczepionkami.

Celem ataku był dostęp do poufnym dokumentów o szczepionkach firm Pfizer i BioNTech. Przypuszcza się, że wrogie państwa próbowały ukraść tajemnice szczepionek, w celu manipulacji informacjami o ich skuteczności. Ostatnie ataki mogły prowadzić do podważenia zaufania do wybranych szczepionek i zaburzyć proces oceny i dopuszczenia kolejnych leków przez EMA dokonywany w oparciu o wiarygodne dowody naukowe dotyczące bezpieczeństwa, jakości i skuteczności danej szczepionki – informowała niemiecka agencja Deutsche Welle– Oprócz poszukiwania danych o nowych szczepionkach i korzyści finansowych, coraz częściej dochodzi do prób zakłócenia łańcucha dystrybucji szczepionek i spowolnienia dostarczania szczepionki tym krajom, które jej potrzebują – ostrzegają eksperci firmy Check Point. W opinii ekspertów działania hakerów mają na celu wywołanie niepokoju wśród państw oczekujących na kolejne partie dostaw szczepionki od dostawców. Dodatkowo może wywoływać obawy wśród obywateli, co do skuteczności leków wybranych producentów.

Pomimo, iż Europejska Agencja Leków poinformowała o podjęciu „niezbędnych działań” w odpowiedzi na włamanie, a dochodzenie jest w toku, działania EMA spotkały z ostrą krytyką ze strony Niemiec i innych krajów członkowskich UE za to, że proces zatwierdzania szczepionek przeciwko wirusowi odbywa się zbyt długo. Rządy Węgier i Słowacji nie chciały już czekać dłużej na decyzje EMA czy innych organów UE w zakresie negocjacji i zapewnienia oczekiwanych ilości szczepionek i złożyły zamówienia u producentów w Rosji (Sputnik V) i Chinach (Sinopharm). Wkrótce po tym okazało się, że w ślad za tymi krajami podążają Czechy. – Po konsultacji z premierem wysłałem list do prezydenta Rosji z prośbą o dostawę szczepionki Sputnik – powiedział w telewizji Prima prezydent Czech Milos Zeman. Czesi nie zamierzają czekać, aż EMA da zielone światło dla szczepionek rosyjskiej i chińskiej. Temat alternatywnych dostaw szczepionek zaczyna być dyskutowany w Polsce.

Być może właśnie takich reakcji oczekują cyberprzestępcy kierując kolejne ataki na łańcuchy dostaw szczepionek przeciw COVID-19 – oceniają eksperci. 

Chłodniczy łańcuch dostaw szczepionek to sieć logistyczna, która umożliwia transport szczepionek z miejsca ich produkcji do klinik podstawowej opieki zdrowotnej na całym świecie w niskich temperaturach wymaganych dla ich skuteczności.

– Analizując cyberzagrożenia, przed którymi stoi łańcuch dostaw szczepionek Covid-19, należy wyodrębnić dwie grupy: osoby tworzące, dystrybuujące i śledzące szczepionkę oraz osoby otrzymujące ją – podkreślają eksperci ds. cyberbezpieczeństwa. Z danych firmy Check Point wynika, że zainteresowanie i handel szczepionkami w darknecie rośnie w zatrważającym tempie. Jednocześnie skokowo wzrosła cena szczepionki z takiego źródła – z 250 USD do ponad 1.250 USD. Zazwyczaj płatności są pobierane w Bitcoinach, co pozwala sprzedawcom chronić swoją tożsamość i utrudnia śledzenie płatności

Ogromne zainteresowanie szczepionkami widać również po ilości domen i ogłoszeń oferujących szczepionki na COVID-19. W ciągu zaledwie kilku miesięcy ich ilość wzrosła o 300 proc. Wśród nich, blisko 300 domen zostało oznaczonych przez Check Point jako potencjalnie groźne dla użytkowników.

Nie jest tajemnicą, że koronawirus zmienił sposób, w jaki żyjemy, ale niewielu w pełni rozumie, jak doświadczenie pandemii zmieniło zachowania hakerów. Napływ pacjentów z koronawirusem całkowicie zmienił tryb pracy szpitali, wpływając również na pracę administracji. Dostrzegają to niektórzy hakerzy, dokonujący ataku w sytuacji kryzysowej i próbując wykorzystać swoją okazję. Zakładamy, że w tym roku ten trend się utrzyma, dlatego szpitale oraz inne placówki medyczne powinny informować swoich pracowników o zagrożeniach płynących m.in. ze złośliwych wiadomości e-mail – mówi Wojciech Głażewski, Country Manager firmy Check Point w Polsce.

Krajobraz zagrożeń wydaje się ponury, ale stanie się ofiarą tych przestępstw nie musi być nieuniknione dla pracowników służby zdrowia.

– Najskuteczniejszym sposobem walki z takimi atakami jest edukacja i ostrzeganie ludności o legalnym procesie otrzymywania szczepionki. Jak w każdym łańcuchu dostaw, napastnicy polują na najsłabsze ogniwo – czynnik ludzki. Przestępcy próbują zidentyfikować technologię używaną przez ich cel, w tym sprzęt i oprogramowanie. W związku z tym upewnienie się, że wszystkie urządzenia są zabezpieczone, ma kluczowe znaczenie – podsumowuje Wojciech Głażewski z Check Point.

Huśtawka rentowności obligacji USA

Huśtawka rentowności obligacji USA nadaje kierunek dla pozostałych klas aktywów. W piątek nagłe przerwanie stabilizacji wyciąga dochodowość 10-latek do 1,63 proc., co przeradza się w umocnienie USD. Zmiany na rynku długu czynią posiedzenie FOMC w tym tygodniu jeszcze bardziej istotnym, choć dominują oczekiwania kolejnego rozczarowania brakiem reakcji na wzrost rentowności.

Jeszcze w ostatnich godzinach przed weekendem USD zyskiwał do głównych walut w ślad za wzrostami rentowności obligacji skarbowych USA (10-latki: 1,63 proc.). Nie było bezpośredniego katalizatora dla ruchów, choć można domniemywać, że krótki okres między decyzją EBC a posiedzeniem FOMC, gdzie ta pierwsza była nakierowana na zatrzymanie wzrostu rentowności, podnosi nerwowość wśród inwestorów i może prowadzić do nagłych zwrotów cen aktywów. Ekscytacja z tytułu przyspieszania globalnego ożywienia schodzi na dalszy plan, szczególnie gdy szum informacyjny wokół tematu walki z pandemią jest mieszany – z jednej strony wysokie tempo zaszczepień w USA i Wielkiej Brytanii; z drugiej strony przywracany lockdown we Włoszech czy trzecia fala zachorowań w Europie Środkowo-Wschodniej.

Szerszy kontekst i długoterminowe perspektywy mogą przejściowo zginąć w blasku krótkoterminowych czynników ryzyka, z posiedzeniem FOMC na czele. Szczególnie, że konsensus zakłada jastrzębi wydźwięk (czyt. pozytywny dla USD i wzrostu rentowności) i podtrzymanie dotychczasowej narracji Fed, tj. niewyrażania większego zaniepokojenia wyższymi rentownościami. Jakkolwiek jest bardzo prawdopodobne, że prezes Powell na konferencji będzie starał się tonować oczekiwania szybkiego wycofywania bodźca monetarnego, to nie mam pewności, czy to wystarczy, by doprowadzić to do tąpnięcia rentowności i osłabienia USD. Niuanse mogą zaważyć o końcowej interpretacji. Fed jest wciąż daleko od osiągnięcia swoich celów (inflacji, stopy bezrobocia) i zamierza pozostać akomodacyjny. Jednocześnie w obliczu zatwierdzenia nowego pakietu fiskalnego i postępującego procesu szczepień Fed optymistyczniej będzie patrzył na perspektywy ożywienia. Nawet jeśli nowa projekcja ścieżki stopy procentowej sugeruje wcześniejszy termin podwyżki (jedna w 2023 r.), wciąż będzie to poniżej rynkowej wyceny trzech podwyżek do tego momentu, ale sam fakt, że Fed rewiduje swoje oczekiwania, może być odczytany jako pierwsze oznaki ulegania Fed presji rynku. Niewykluczone, że Fed nie zostanie odczytany tak, jakby tego chciał.

Złoty pozostaje stabilny z EUR/PLN przy 4,58. Złoty przy 4,60 za euro jest tani, ale nagromadzenie czynników ryzyka opóźnia odreagowanie. Fundamenty gospodarki są dla złotego drugorzędnym czynnikiem przy większej wpływie nastrojów zewnętrznych (wahania rentowności USA i wartości USD), trzeciej fali zachorowań na COVID-19 i niepewności przed wyrokiem SN ws. kredytów frankowych. Do tego w piątek doszedł komunikat NBP, według którego bank rozważa zwiększenie elastyczności i częstotliwości skupu aktywów, aby przeciwdziałać wzrostowi rentowności obligacji skarbowych. Decyzja wygląda na kalkę czwartkowej decyzji EBC, aby dorównać gołębiości europejskiego banku i uniknąć powstania presji na umocnienie złotego względem euro.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Inwestycje w centra danych: Polska jednym z największych beneficjentów

Europejski rynek centrów danych zostanie zasilony nakładami inwestycyjnymi w wysokości 9 miliardów dolarów do końca 2022 roku, donosi ostatnia, lutowa analiza Data Centre Developments in Europe – 2021, autorstwa DataCentrePricing.com.

Co jednak jest kluczowe w opracowaniu uwzględniającym 70 zaplanowanych projektów budowy i modernizacji centrów danych w 12 europejskich państwach to fakt, że środki nie zostaną ulokowane głównie na największych rynkach – czyli w regionie FLAP (Frankfurt, Londyn, Amsterdam, Paryż) a w państwach klasyfikowanych w kategorii TIER 2, w tym również w Polsce.

Inwestycje w centra danych Polska jednym z największych beneficjentów
Źródło: DataCenterDynamics.com (https://www.datacenterdynamics.com/en/news/report-dublin-replaces-paris-top-four-european-hubs-accelerate)

Zmiana priorytetów

Rynki dotąd traktowane mniej priorytetowo niż wspominane czołowe, europejskie huby centrów danych stoją przed wielką szansą na odrobienie dystansu do peletonu. Mowa tutaj o Irlandii, Włochach, Austrii, Hiszpanii, Szwajcarii oraz Polsce. Zdaniem ekspertów DataCentrePricing.com to właśnie tam „wyrośnie” lwia część z planowanej, liczącej 850 tys. metrów kwadratowych łącznej europejskiej powierzchni serwerowej o mocy, która wynieść ma finalnie 1500 MW.

Nie jest to jedyne rynkowe doniesienie potwierdzające znaczny wzrost zainteresowania inwestycjami w centra danych w wymienionych powyżej krajach. Do bardzo podobnych wniosków doszli analitycy Knight Frank oraz DC Byte, którzy przygotowali prognozę wzrostu centrów danych w poszczególnych europejskich państwach, posługując się parametrem ich mocy. Pośród centrodanowych hubów spoza klasyfikacji FLAP, przed którymi bardzo widoczne przyrosty względem stanu na październik minionego roku, wskazać należy szczególnie na Madryt, Mediolan, Berlin oraz Warszawę.

Oczywiście, biorąc pod uwagę ogół mocy obliczeniowej, dotychczas dominujące huby pozostawiają widoczny dystans względem tych „wschodzących”, niemniej bardzo dobrą informacją jest fakt, iż te będą dość szybko podnosiły swoją zdolność do obsługi środowisk IT wielu europejskich przedsiębiorstw. To także dobrze prognozujący sygnał dla powodzenia projektu GAIA-X, czyli koncepcji stworzenia lokalnej, niezależnej infrastruktury chmurowej, która z pewnością będzie wymagać bardzo dużej mocy obliczeniowej. W Polsce, powierzchnia serwerowa powinna wzrosnąć minimum dwukrotnie do końca 2022 roku – tłumaczy Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud.

Spotęgowane finansowanie

Generalnie, zgodnie z analizą Kinght Frank oraz DC Byte skala inwestycji w europejskie centra danych tylko w pierwszej połowie 2020 roku wyniosła aż czterokrotność dotąd notowanej średniej rocznej. Ma to oczywiście również związek z popytem na usługi świadczone przez kampusy DC, który w tym samym okresie wzrósł o połowę względem pierwszego półrocza 2019r.

Kwarantanna a praca zdalna – nowa ustawa COVID-owa

Przedłużająca się sytuacja pandemiczna wymaga od ustawodawców nowych rozwiązań prawnych, które pomogą nam funkcjonować w rzeczywistości koronawirusa. Regulacje wprowadzone w zeszłym roku nie wystarczają, gdyż nie odpowiadają na wszystkie pytania i wątpliwości – dotyczące między innymi pracy zdalnej. Jedną z kwestii, która wzbudza wciąż kontrowersje, jest możliwość pracy zdalnej podczas kwarantanny i izolacji – czyli wtedy, gdy u pracownika potwierdzone zostało zakażenie wirusem. Nie wiadomo, czy dodatni test powinien automatycznie oznaczać L4 i zasiłek, czy pracownik może dalej wypełniać swoje obowiązki zawodowe – korzystając z technologii cyfrowej. Nowe regulacje dają na to rozwiązanie zielone światło.

– Zmiany wprowadzone w tak zwanej “ustawie o COVID” wskazują, że pracownicy w czasie kwarantanny i izolacji – czyli mający dodatni wynik testu – mogą wykonywać pracę w warunkach domowych. Oczywiście, jeżeli pozwala im na to stan zdrowia – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Bocianowski, adwokat, mediator i specjalista z zakresu prawa pracy. – Ma to na celu rozwiązanie problemu deficytu pracowników. Coraz więcej osób objętych jest kwarantanną i izolacją. Wielu z nich zgłasza wnioski i postulaty do pracodawców, że chcą jednak pracować i zarabiać. Ich wynagrodzenie za pracę zdalną będzie bowiem wyższe niż zasiłek chorobowy. Ustawodawca wyszedł więc temu naprzeciw. Jeżeli stan zdrowia im na to pozwala, mogą wykonywać swoją pracę. W szczególności dotyczy to osób przechodzących chorobę bezobjawowo lub z lekkim przebiegiem – wyjaśnia Bocianowski.

Bank Pekao S.A. zwiększa zaangażowanie w OZE finansując budowę największej w Polsce farmy fotowoltaicznej

Konsorcjum trzech banków, w składzie Bank Pekao S.A., PKO BP i mBank, podpisało umowę kredytową z PAK PCE Fotowoltaika Sp. z o.o. na finansowanie największej w Polsce farmy fotowoltaicznej o mocy 70 MWp. Kwota umowy wynosi 175 mln zł i obejmuje kredyt długoterminowy oraz kredyt VAT. Inwestycja zlokalizowana będzie w gminie Brudzew w województwie wielkopolskim. Budowa ma zakończyć się w październiku tego roku.

W ramach umów finansowania podpisana została również Umowa Wsparcia, w której gwarantem będzie Zespół Elektrowni Pątnów – Adamów – Konin SA (ZE PAK SA). Energię z nowej farmy fotowoltaicznej rozdystrybuuje Polkomtel Sp. o .o. Udział Pekao w tej inwestycji to kolejne działanie sukcesywnie zwiększające zaangażowanie banku w strategiczny obszar finansowania OZE, wpisujący się w zrównoważony rozwój Banku Pekao w oparciu o czynniki ESG.

Udział Pekao w inwestycji ZE PAK SA zwiększa nasze zaangażowanie w projekty wspierające proces transformacji energetycznej w Polsce, realizację inicjatyw ekologicznych oraz finansowanie Odnawialnych Źródeł Energii. Posiadamy znaczącą ekspozycję na zielone inwestycje, dlatego tym bardziej cieszę się, że do naszego portfolio dołącza projekt o tak dużej skali. Jesteśmy odpowiednio przygotowani aby w przyszłości finansować kolejne tego typu projekty – mówi Jerzy Kwieciński, wiceprezes Banku Pekao S.A., nadzorujący Pion Bankowości Korporacyjnej, Rynków i Bankowości Inwestycyjnej.

Inwestycja ZE PAK SA wpisuje się w transformację terenów pogórniczych w Polsce. Obszar inwestycji stanowi zrekultywowany teren po odkrywkowej eksploatacji węgla brunatnego, gdzie jeszcze w lutym tego roku wydobyta została jego ostatnia tona.

Bank Pekao angażując się w projekty ekologiczne finansuje m.in. farmy wiatrowe, instalacje fotowoltaiczne czy niskoemisyjny transport miejski. W ubiegłym roku Pekao uczestniczył w emisji obligacji o charakterze zrównoważonym największych polskich spółek energetycznych Orlen i Tauron. Grupa Pekao wypracowała również strukturę programu emisji obligacji Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania w Warszawie o wartości 2,5 mld zł. Ma to zapewnić pozyskanie finansowania na modernizację i rozbudowę spalarni odpadów komunalnych oraz budowę sortowni odpadów. W swojej ofercie bank posiada także pożyczkę ekspresową na cele ekologiczne w ramach akcji „Zadbaj o dobry klimat”. W sumie wartość zielonego i zrównoważonego finansowania w Pekao przekroczyła 8 mld zł w 2020 roku.

Czy potrzebujesz audytu UX dla swojej strony internetowej?

Nie ma dziś chyba lepszego sposobu na szybką poprawę działania strony internetowej, aplikacji mobilnej niż audyt UX. Co za tym enigmatycznym pojęciem się kryje? Czym jest audyt User Experience? Jakie korzyści daje audyt UX? Zaraz wyjaśnimy.

Co to jest User Experience (UX)?

User Experience, z angielskiego na polski, tłumaczy się jako doświadczenie użytkownika. Pojęcie odnosi się do emocji, ocen, nastawień, oczekiwań, satysfakcji, jakie pojawiają się w kontakcie z firmą, jej produktem. Dowolna interakcja powinna być źródłem pozytywnych doświadczeń. Niestety, nie zawsze jest.

User Experience zajmuje się z jednej strony diagnozowaniem, wskazywaniem źródłem problemów. Z drugiej zaś dostarcza badań, analiz, wzorców, rozwiązań, wskazówek mających na celu poprawę doświadczeń. Termin najczęściej spotkamy, gdy mowa jest o produktach cyfrowych (np. aplikacjach mobilnych, aplikacjach webowych).

W tym przypadku UX najczęściej oznacza optymalizację interfejsu, użyteczności, architektury informacji, designu aplikacji, estetyki. Ale odnosi się także do kwestii bardziej technicznych. Choćby szybkości ładowania, działania aplikacji, czy zgodności technologii, w jakich została wykonana, ze standardami sieciowymi.

User Experience to nie tylko wzorce, ale także całkiem zaawansowane metody badań, dzięki którym problemy są trafnie zdiagnozowane i rozwiązywane. Wszystkie te działania właściwie mają jeden cel – sprawić, by kontakt z aplikacją był dla jej użytkownika jak najbardziej bezproblemowy, intuicyjny, korzystny.

User Experience to dziś jedna z kluczowych strategii konkurowania. Wykorzystana w sklepie internetowym, podniesie wyniki sprzedaży. Zastosowana na stronie firmowej, zwiększy współczynnik konwersji. Uwzględniona w procesie projektowania aplikacji mobilnej, zwiększy lojalność klientów. I tak dalej.

Od czego zacząć poprawę aplikacji, strony internetowej? Od audytu UX! Nie inaczej.

Co to jest audyt UX?podpis elektroniczny

Audyty stały się w ostatnich latach bardzo popularnymi usługami. W branży UX nie mogło zatem zabraknąć oferty audytowania stron internetowych, aplikacji mobilnych lub webowych.

Audyt UX jest formą przeglądu, diagnozowania, testowania, analizowania produktu cyfrowego w celu poznania błędów w interfejsie, które wpływają na konwersję i realizację celów użytkowników. W szczególności chodzi o odnalezienie miejsc, punktów, elementów interfejsu nie spełniających oczekiwań użytkowników lub utrudniających korzystanie z aplikacji.

Audyty pozwalają wskazać błędy oraz ich rozwiązania. Konkretne wytyczne optymalizacyjne, jakie są wynikiem audytu pozwalają podjąć planowo, racjonalnie działania naprawcze. A dzięki nim biznesowa użyteczność strony, aplikacji znacząco wzrasta. Nie tylko w teorii, ale i w praktyce.

Jak długo trwa audyt UX?

Jedną z kluczowych zalet audytu UX jest szybkość jego wykonania. Audyty są metodą diagnostyczną stosunkowo przystępną finansowo i zdecydowanie opłacalną. Zwrot z inwestycji, w przypadku audytu i wprowadzonych na jego podstawie zmian, to często kwestia kilku dni od wdrożenia pierwszych rekomendacji. Różnica jest odczuwalna bardzo szybko.

Ile zazwyczaj trwa audyt UX? Od kilku do kilkunastu dni. Czas na jego wykonanie jest zależny od złożoności strony internetowej, aplikacji webowej, czy mobilnej. Siłą rzeczy diagnozowanie sklepu internetowego będzie o wiele bardziej czasochłonne niż analizowanie, badanie prostej strony internetowej.

Audyt UX jest działaniem ukierunkowanym i może dotyczyć bardzo różnych aspektów. Od zupełnie ogólnych, po bardzo szczegółowe (np. design koszyka w sklepie internetowym). W tym ostatnim przypadku celem audytu UX może być na przykład znalezienie przyczyny porzucania koszyka, przerwania finalizowania zamówienia.

Ile kosztuje audyt UX?

W Polsce ceny na usługę Audytu UX wahają się pomiędzy kilkoma a kilkunastoma tysiącami złotych. Na cenę ma wpływ doświadczenie i kwalifikacje wykonawcy oraz zakres audytu. Punktem wyjścia dla oceny zakresu jest ustalenie, czy przedmiotem audytu jest serwis internetowy, czy interfejsu aplikacji. Kolejną zmienną, którą bierze pod uwagę agencja UX, jest wymóg przeprowadzenia audytu z udziałem użytkowników lub bez – wyłącznie w drodze analizy eksperckiej.

Wykonanie podstawowego audytu UX serwisu sprzedającego usługi B2B można wykonać już w cenie 1900 zł netto.

W jaki sposób przeprowadza się audyt UX?

Cele audytów UX mogą być różne, to już wiemy. Metody badawcze, wykorzystywane do przeprowadzenia audytów, także są bardzo różne i obejmują kilkanaście rodzajów badań. Dobór metody zależny jest oczywiście od problemu badawczego, celów audytu, pytań, na jakie chcemy znaleźć odpowiedź.

Podstawową metodą audytowania serwisu lub interfejsu są 10 Heurystyk Nielsena. Ta metoda pozwala na przeprowadzenie audytu bez obserwowania użytkowników. Wyłącznie opierając się na sprawdzeniu zgodności badanego interfejsu z 10 heurystykami. Badanie przeprowadza ekspert. Czasem badacze rozszerzają swój zakres o metodę Wędrówki poznawczej. Dzięki temu możliwe jest odkrycie większości błędów, które utrudniają interakcję z interfejsem.

Analizy heurystyczne w UX to temat na osobny artykuł. Powszechnie stosowanych i rekomendowanych zbiorów heurystyk jest kilka. Przy czym 10 heurystyk użyteczności Jakoba Nielsena i „8 złotych zasad Bena Shneidermana” należą do najważniejszych.

Heurystyki to zbiory zasad, rekomendacji, wzorów projektowych, które w syntetycznej formie stanowią narzędzie diagnostyczne. Pozwalają skonfrontować konkretny projekt z wytycznymi. Pozwalają sprawdzić, na ile jest on w stanie sprostać oczekiwaniom użytkowników.

Sposób nawigowania, poznawania, uczenia się nowego serwisu, aplikacji także może być przedmiotem badań. Do tego celu służy wspomniana powyżej metoda nazywana Wędrówką poznawczą (Cognitive Walkthrough). Polega na poznaniu produktu cyfrowego z perspektywy jego użytkownika. Użytkownicy poznając aplikację, jednocześnie ją w naturalny sposób testują. Poddają funkcjonalności sprawdzeniu i ocenie.

Audyt można rozszerzyć o badania zachowań użytkowników. Eye-trackingowe (analiza ruchu gałek ocznych za pomocą specjalnego oprogramowania i urządzeń) oraz nagrania z sesji użytkowników (za pomocą Yandex.Metrica, czy Hotjar) pozwalają uchwycić zachowania użytkownika na stronie. Dzięki tym metodom wiemy, która część strony przykuwa uwagę, która jest ignorowana, jakie elementy stanowią dla użytkowników wyzwanie, problem, które są źródłem frustracji.

Co ciekawe, audyt UX może być przeprowadzony jeszcze w fazie koncepcyjnej lub na wczesnym etapie powstawania produktu cyfrowego. Niekoniecznie musimy posiadać gotową, działającą stronę lub aplikację.

Bardzo popularną metodą są badania przeprowadzane na papierowych prototypach lub klikalnych makietach. Obie metody polegają na tworzeniu prototypów interfejsów przyszłych aplikacji i omawianiu ich działania, użyteczności z uczestnikami badania.

To oczywiście bardzo skrócona lista. Generalnie, badania przeprowadzane w czasie audytu UX powinny uwzględniać kwestie interfejsu, nawigacji, layoutu, zrozumiałości informacji, przystępności formularzy kontaktowych, silników wyszukiwania. Także użyteczności aplikacji, czyli skuteczności z jaką pozwala ona użytkownikom wykonywać zadania i osiągać cele.

No dobrze, wiemy „co” i „jak” można zbadać, ale nie wiemy wciąż „po co” mielibyśmy to robić. Zatem…

Jakie są korzyści audytu UX?

Audyt UX strony internetowej, aplikacji mobilnej to przede wszystkim inwestycja, która przynosi szybkie i realne korzyści. Wymierne, mierzalne, odczuwalne. Audyt UX jest działaniem strategicznym, mającym na celu zwiększenie konkurencyjności.

Pozwala przede wszystkim dostrzec problemy, błędy, wskazać mocne i słabe strony oraz sposoby ich rozwiązania. Zbiór rekomendacji optymalizacyjnych pozwala wyeliminować wszelkie krytyczne problemy. Mogą one dotyczyć w równym stopniu kwestii estetycznych, co procesów.

Warto także pamiętać, że audyt UX pozwala rangować problemy. Błędy odkryte w toku audytu są przyporządkowywane do jednej z trzech grup. Błędów krytycznych, średnich lub podstawowych.

Błędy krytyczne wymagają naprawy niezwłocznej. Naprawa średnich może być wykonana w drugiej kolejności, natomiast błędy najniższego rzędu mogą być eliminowane w dłuższej perspektywie czasowej.

Podsumowując. Audyt UX jest usługą diagnostyczną, która pozwala naprawiać błędy występujące na stronie internetowej lub aplikacji mobilnej. W szybki sposób poprawia konkurencyjność i podnosi tym samym wolumen sprzedaży, wysokość współczynnika konwersji lub innej metryki świadczącej o sukcesie.

Urządzamy domowe biuro. Jakie rozwiązania się z nim sprawdzą?

Ostatnie miesiące wszystkim nam pokazały, jak ważne jest posiadanie choćby najmniejszego, lecz własnego kącika do pracy zdalnej. Trudny czas zweryfikował nasze potrzeby i gust. Jeżeli stoisz przed wyborem mebli do domowego biura, poniższy tekst na pewno Ci w tym pomoże. Zaczynamy!

Ergonomia przede wszystkim, czyli jakie meble biurowe wybrać do domowego minigabinetu?

W domowym gabinecie przydadzą się na pewno takie meble biurowe, które cechuje wysoki komfort użytkowania. Producenci dbają o to, aby charakteryzowała je coraz lepsza ergonomia. Na liście absolutnych biurowych niezbędników na pewno znajdują się fotele gabinetowe. Odpowiednio wyprofilowane oparcie, dodatkowo regulowane pod kątem nachylenia, usprawnia codzienną pracę przed ekranem komputera. Istotna jest również możliwość zmiany wysokości i głębokości podparcia na wysokości odcinka lędźwiowego kręgosłupa, aby zapobiec dotkliwym bólom pleców. Stosowane w dobrych fotelach biurowych regulowane dwupłaszczyznowo zagłówki ograniczają bóle i napięcie mięśni na odcinku szyjnym. Jeśli chodzi o inne meble biurowe, na pewno nie może zabraknąć blatu roboczego. W wielu firmach niezbędne są stoły konferencyjne, które pomieszczą dużą liczbę pracowników. W warunkach home office jednak zdecydowanie wystarczą ergonomiczne biurka. Ciekawym rozwiązaniem są zwłaszcza te z możliwością płynnej regulacji blatu – z pozycji siedzącej aż do stojącej.

Jak wydzielić kącik do pracy zdalnej, gdy w mieszkaniu nie ma dodatkowego pokoju?

Nie każdy dysponuje tak dużą przestrzenią, aby w swoim mieszkaniu mógł wydzielić dodatkową przestrzeń na domowe biuro. Ten problem również da się rozwiązać. W części dziennej, czyli w salonie, można wygospodarować sobie niewielki kącik. Jak tego dokonać bez kosztownego dostawiania ścianek działowych? Można wykorzystać do tego meble biurowe – ich odpowiednie ustawienie stworzy niewielką niszę, w której będzie można odciąć się od bodźców płynących z zewnątrz. Drugim sposobem jest wykorzystanie silnego trendu – biofilii, oscylującego wokół zamiłowania do roślin doniczkowych i ogromnej potrzeby bycia blisko natury. Aby odgrodzić się od bodźców, można zastosować wysokie monstery o okazałych liściach oraz kwietniki. Ta zielona przegroda świetnie się prezentuje i tworzy odpowiedni mikroklimat we wnętrzu. Biofilia to trend, który bez wątpienia odnajdzie się w domowym biurze. Zwłaszcza, że przebywanie w otoczeniu roślin i patrzenie na ich zielone liście, zdaniem naukowców, pozytywnie wpływa na niwelowanie napięć i stresów, których w pracy biurowej zdecydowanie nie brakuje.

Podsumowując, trendy w wyposażeniu domowego biura oscylują zwłaszcza wokół ergonomii i komfortu pracy. Wiele badań pokazuje, że wygodna przestrzeń do realizacji zadań sprzyja utrzymaniu produktywności i skupienia przez dłuższy czas, zatem przekłada się na efektywność pracownika.

E-sport zyskuje w pandemii i przyciąga inwestorów. Wyzwaniem pozostaje brak adekwatnych regulacji prawnych

E-sport mocno zyskuje na popularności, a COVID-19 dodatkowo przyspieszył ten trend. Większość rozgrywek e-sportowych w formie stacjonarnej została co prawda odwołana, ale na znaczeniu zyskuje streaming, a w Polsce od początku pandemii znaczące wzrosty notuje cała branża gier. Co istotne, e-sport trafił też do kręgu zainteresowania spółek gamingowych i koncernów, którym stwarza szerokie możliwości product placementu, oraz inwestorów takich jak fundusze private equity. Z drugiej strony wraz z rosnącą popularnością e-sportu wzrasta też liczba związanych z nim sporów prawnych, bo obecne regulacje często nie obejmują specyfiki sportów elektronicznych.

– Mimo pandemii e-sport rozwija się bardzo dobrze. Być może ta branża nieświadomie stała się beneficjentem obecnej sytuacji. Zeszły rok był dla niej udany, chociaż nie można tego powiedzieć o wszystkich uczestnikach rynku, bo niewątpliwie jego część eventowa okazała się wielkim przegranym. Natomiast w organizowaniu rozgrywek i transmisji widać duży postęp – mówi agencji Newseria Biznes adwokat Xawery Konarski, partner w Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy, która specjalizuje się m.in. w cyberbezpieczeństwie, e-sporcie i branży gamingowej.

E-sport już od kilku lat przebija się do głównego nurtu rozrywki. Turnieje e-sportowe – w formule wzorowanej na tradycyjnych rozgrywkach – zyskują na popularności, a rywalizacja w tytułach takich jak Counter-Strike: Global Offensive, Leaque of Legends, Dota 2 czy FIFA dla wielu profesjonalnych graczy stała się podstawowym źródłem utrzymania.

Globalna wartość rynku e-sportu – według danych Newzoo – w 2019 roku po raz pierwszy przekroczyła 1 mld dol. Szacuje się, że do 2022 roku globalna wartość e-sportowego rynku może już sięgnąć od ok. 1,8 mld do nawet 3,2 mld dol., co wynika z faktu, że w branżę inwestują coraz większe firmy, takie jak Amazon czy Google (raport CDV „E-sport 2020. Biznes – rynek pracy – edukacja”). W ubiegłym roku globalna publiczność e-sportowa była szacowana na 495 mln osób (wobec 454 mln rok wcześniej), z których około 223 mln to entuzjaści tej formy rozrywki, a reszta widzowie okazjonalni. Grono fanów poszczególnych rozgrywek niejednokrotnie bywa większe niż w przypadku piłki nożnej czy siatkówki.

Polski rynek e-sportu jest – według ubiegłorocznego raportu PARP („The game industry of Poland”) – wart ok. 11,5 mln dol., a liczba entuzjastów wirtualnych rozgrywek sięga ok. 3 mln (w 2019 roku same finały ESL Mistrzostw Polski w Counter Strike: Global Offensive zanotowały prawie 3,5 mln wyświetleń przy średniej oglądających na poziomie 90 tys. osób). Polski rynek ma też mocne podstawy dla rozwoju, bo w gry komputerowe gra ok. 16 mln Polaków, a rodzimi gracze to trzecia największa grupa klientów GOG.com pod względem udziałów w sprzedaży. Dane Epic Games Store wskazują z kolei polskich graczy jako siódmą największą społeczność na tej platformie.

– Ocenia się, że rynek e-sportu na świecie jest już wart miliard dolarów, z czego ok. 30 proc. przypada na Europę. Mówimy więc o kilkuset milionach. Polski rynek to ok. 5 proc. w tym europejskim torcie, więc nie są to powalające kwoty, ale dynamika jest bardzo duża i przykuwająca uwagę, także inwestorów – mówi Xawery Konarski.

Jeszcze przed wybuchem pandemii COVID-19 analitycy Deloitte’a prognozowali („Let’s play!”), że w latach 2020–2023 e-sport będzie się wiązał ze znaczącym wzrostem przychodów dla graczy, organizacji e-sportowych, sponsorów i partnerów rozgrywek. Jednak koronawirus zachwiał branżą, powodując m.in. odwoływanie konwentów tematycznych, targów, rozgrywek e-sportowych etc.

W Polsce jaskrawym tego przykładem było odwołanie tuż przed startem udziału publiczności w Intel Extreme Master, jednej z największych tego typu imprez na świecie. Finały IEM w ostatnich latach rozrosły się do rekordowych rozmiarów. W 2019 roku na żywo w Spodku oglądało je ponad 174 tys. osób z 60 krajów, a transmisje z wydarzenia dotarły do 230 mln unikalnych odbiorców. Z powodu pandemii odwołana lub przełożona została jednak zdecydowana większość rozgrywek e-sportowych w formie stacjonarnej, czego efektem było też wstrzymanie sponsoringu firm partnerskich. Długofalowo COVID-19 może mieć jednak pozytywny wpływ na rozwój e-sportu, w którym rozgrywki mogą się odbywać niemal wyłącznie online.

– Eventy były jednym z trzech filarów przychodowych branży e-sportowej w Polsce – podkreśla partner w Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy. – Szansą jest jednak content wideo. E-sport nie wypiera, ale zaczyna uzupełniać content z tradycyjnych rozgrywek sportowych. Polska jest pod tym względem jednym z „forwarderów” w Europie i idzie w ślad za tym, co się od dawna dzieje w USA. Tam rozgrywki e-sportowe osiągają w tej chwili wyższy poziom oglądalności niż np. liga NBA. Być może część osób już zauważyła, że w mainstreamowych mediach, np. w Eurosporcie, coraz częściej zaczęły się pojawiać transmisje z rozgrywek e-sportowych. Ten content przebił się już do masowej świadomości. Co za tym idzie, w tej branży zaczęły pojawiać się też coraz większe środki pieniężne.

Oglądalność największych eventów przekracza widownię konwencjonalnej telewizji, a tradycyjne media dostrzegły ten potencjał. Dowodem jest m.in. start kanału Polsat Games, poświęconego m.in. rozgrywkom w League of Legends, czy podpisanie przez TVP Sport umowy na transmisję z międzynarodową ligą gier ESL. Do branży e-sportu wciąż dołączają nowe firmy, sponsorzy, producenci sprzętu, deweloperzy gier i – co ciekawe – także tradycyjne kluby i ligi sportowe. W Polsce przykładem jest turniej Ekstraklasa Games, organizowany przez piłkarską Ekstraklasę m.in. we współpracy z wydawcą Fify, czyli EA Sports.

Raport CDV „E-sport 2020. Biznes – rynek pracy – edukacja” pokazuje, że zyskujący z każdym rokiem e-sport stał się potencjalnym źródłem dochodów dla wielu firm. Branża stwarza szerokie możliwości product placementu, stąd aktywność takich marek jak Mercedes-Benz, który partnerował serii turniejów ESL One Dota 2, Red Bull czy T-Mobile, które sponsorują turnieje i profesjonalnych zawodników. Jak wynika z danych Newzoo, w 2019 roku udział sponsoringu w łącznych przychodach w e-sporcie wyniósł 456,7 mln dol.

E-sportowa branża coraz częściej znajduje się też w kręgu zainteresowań spółek gamingowych, które chcą w niej zaistnieć, oraz inwestorów takich jak fundusze private equity. Według danych Deloitte’a liczba fuzji, przejęć i globalnych inwestycji w branży e-sportu sukcesywnie rosła w ostatnich latach z poziomu zaledwie 20 takich transakcji w 2015 roku do 68 zaledwie trzy lata później.

 Wiele funduszy traktuje branżę e-sportową jako najciekawszy obecnie segment sektora entertainment – mówi adwokat kancelarii TKP. – W powszechnej opinii inwestycje w e-sport są jednymi z najbardziej opłacalnych, dość szybko zwracalne i niewymagające dużych nakładów. E-sport bywa czasem mylony z branżą gamingu, którego stanowi część, ale w przypadku gamingu trzeba ponosić ogromne, wieloletnie nakłady na tworzenie gier. W przypadku e-sportu nie ma tego ryzyka, co czyni inwestycję bardziej opłacalną. Co ciekawe, w wiele gier można grać za darmo, bo ich producenci traktują to jako formę promocji, więc czasem odpadają nawet opłaty licencyjne. Największym wydatkiem jest wypromowanie drużyn i rozgrywek, czyli nakłady marketingowe.

Wraz z rosnącą popularnością gamingu i e-sportu wzrasta też liczba związanych z nimi sporów prawnych, dotyczących np. takich kwestii jak znaki towarowe czy własność intelektualna. Obecne regulacje prawne często tych kwestii nie obejmują, co może stanowić wyzwanie dla ustawodawcy, jak i prawników próbujących dostosować aktualne przepisy do specyfiki sportów elektronicznych.

– W tym momencie nie widzę barier dla e-sportu, które należałoby usuwać, a raczej ułatwienia, choćby w zakresie statusu zawodników, rozgrywek czy tworzenia lig profesjonalnych – mówi Xawery Konarski. – E-sport być może dobrze się rozwija dlatego, że nie jest za bardzo regulowany prawnie. Tendencją jest podążanie śladem tradycyjnych rozwiązań prawa sportowego, dotyczących np. sposobu funkcjonowania drużyn czy standardów umów z zawodnikami. Do e-sportu dotarł nawet doping. W Korei Południowej od lat są prowadzone procesy o elektroniczny doping. Wiele schematów z branży sportowej zaczyna przenikać do e-sportu. Wydaje się więc, że e-sportowcy będą mieli takie same uprawnienia jak zwykli sportowcy, np. w zakresie świadczeń socjalnych, ZUS-u, podatku od nagród. 

Unia Europejska może stanąć przed poważnym kryzysem migracyjnym. Potrzebne większe nakłady na pomoc humanitarną i nowe podejście do migrantów

Pandemia ograniczyła napływ imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu do Europy zaledwie o jedną piątą. Brak perspektyw w krajach afrykańskich czy na Bliskim Wschodzie, potęgowany skutkami kryzysu gospodarczego oraz konfliktów zbrojnych, może się stać już za kilka miesięcy źródłem wielomilionowej fali migracji w kierunku Starego Kontynentu. Według prezesa Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej można temu zapobiec, inwestując w opiekę medyczną, edukację i pomoc żywieniową w tych krajach oraz umożliwienie legalnej emigracji, co pozwoli ją kontrolować.

– W roku 2020 ruch migracyjny do Europy spadł o około 20 proc., co jest dość niewielkim spadkiem, zważywszy na potężny wpływ pandemii na wszystkie kraje na szlakach migracyjnych, takich jak np. Libia. Ubóstwo, brak perspektyw, brak możliwości normalnego życia będą potężnym motorem wzrostu migracji w roku 2021 – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Wojciech Wilk, prezes Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. – Ruchy migracyjne będą rosnąć nie tylko z terytorium Libii i południowego wybrzeża Morza Śródziemnego do Europy, ale także najprawdopodobniej z Libanu, Syrii oraz Turcji.

Fundacja pracuje w Libanie od 2012 roku i obserwuje, że ktokolwiek ma możliwość wyjazdu i środki na ten cel, stara się go opuścić. Dotyczy to głównie osób wykształconych: lekarzy, inżynierów, specjalistów, którzy nie widzą dla siebie perspektyw nie tylko rozwoju, ale i normalnego życia. W Libanie mieszka jednak zaledwie 5 mln osób, podczas gdy w kolejnym zagrożonym falą emigracji regionie – pasie krajów na południe od Sahary, takich jak Mali, Burkina Faso, Niger, przez Sudan i Sudan Południowy, po Erytreę i Etiopię – łącznie pół miliarda ludzi.

– To ogromna liczba osób dotknięta skutkami zmian klimatycznych, brakiem żywności i kryzysem gospodarczym spowodowanym COVID-em. To kilka tysięcy kilometrów od granicy Unii Europejskiej, ale przez Saharę biegną szlaki migracyjne i naprawdę nie dziwmy się, jeżeli za pół roku do roku na wybrzeżach Libii czy Mauretanii w kierunku Wysp Kanaryjskich będą dziesiątki tysięcy migrantów próbujących się dostać do Unii Europejskiej ­– podkreśla dr Wojciech Wilk. – Drugim zalążkiem niestabilności i kryzysów jest obszar Bliskiego Wschodu. W Syrii, kiedy myślimy, że w danym roku pomoc humanitarna osiągnęła już najgorszy punkt, w kolejnym roku jest jeszcze gorzej. Ludzie stoją w kilometrowych kolejkach po chleb, bo nie stać ich na zakup czegokolwiek innego, więc może działa w Syrii przycichły, ale nie skończył się kryzys humanitarny.

Niewiele lepiej jest w Iraku, Libii czy Jemenie. Szczególnie groźna jest sytuacja między Etiopią a Sudanem, gdzie napięcia polityczne są tak silne, że zachodzi obawa o wybuch konfliktu zbrojnego. Licząca 105 mln obywateli Etiopia rozdarta jest też zbrojnymi konfliktami wewnętrznymi.

– Wskutek tego prawie 1,5 mln ludzi musiało uciekać z domu. Gdyby sytuacja w Etiopii dalej rozwijała się w złym kierunku, to nawet jeżeli 10 proc. ludności tego kraju uciekłoby za granicę, to mówimy tutaj o fali 10 mln uchodźców – mówi prezes PCPM.

Według fundacji, jeśli bogate kraje Zachodu nie chcą ponosić zdrowotnych, społecznych i gospodarczych skutków fali nielegalnych imigrantów, powinny szybko podjąć działania pomocowe, które w sumie będą kosztować znacznie mniej. Dotyczy to nie tylko Europy, ale także Stanów Zjednoczonych, do których z Meksyku próbują się przedzierać nie tylko obywatele tego kraju, ale też np. Gwatemali.

– Konieczne jest wsparcie w zakresie szczepionek na COVID-19 w pierwszej kolejności krajów sąsiednich, ale w dalszej kolejności krajów dalej położonych. Jest to w naszym własnym interesie, żeby zapewnić bezpieczeństwo również naszych obywateli – precyzuje prezes Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. – Po drugie, konieczne jest wsparcie w zakresie pomocy humanitarnej i wsparcia dla gospodarek praktycznie wszystkich krajów na świecie. Oczywiście Unia Europejska nie jest w stanie sfinansować i pokryć wszystkich potrzeb, ale konieczne jest radykalne zwiększenie nakładów UE na ten cel dlatego, że to leży w jej długofalowym interesie.

Dziś Unia Europejska i państwa członkowskie odpowiadają za udzielanie ok. 36 proc. globalnej pomocy humanitarnej i są pod tym względem światowym liderem. W ubiegłym tygodniu Komisja Europejska zapowiedziała jednak zwiększenie zaangażowania i działania na rzecz większej skuteczności operacji humanitarnych. UE chce stworzyć nowy potencjał europejskich działań, aby interweniować bezpośrednio w sytuacji, gdy tradycyjne mechanizmy – np. za pośrednictwem partnerów UE – okażą się niewystarczające. Ten nowy potencjał ma ułatwiać logistykę i transport, gromadzenie zapasów i ich rozdzielanie. To może się okazać przydatne m.in. w kontekście dystrybucji szczepionek.

Jak wykazała ankieta przeprowadzona w 27 państwach członkowskich, 91 proc. respondentów pozytywnie ocenia działania humanitarne finansowane przez UE. Prawie połowa opowiada się za utrzymaniem nakładów na dotychczasowym poziomie, a 40 proc. – za ich zwiększeniem.

Jak podkreśla dr Wojciech Wilk, nawet niewielkie z punktu widzenia krajów UE środki mogą znacząco poprawić byt ludności w krajach biednych, ustabilizować sytuację polityczną, podnieść poziom edukacji i opieki medycznej, zapewnić wodę i posiłki.

– Po trzecie, umożliwienie legalnej, nawet czasowej migracji pracowników do Unii Europejskiej zahamowałoby nielegalną migrację, a także dałoby ogromną motywację osobom, które chcą szukać lepszego wykształcenia czy kwalifikacji zawodowych w krajach afrykańskich. Jest to kluczowy element, bardzo niepopularny politycznie. Mało kto wie, że Polska jest krajem, który w zeszłym roku wydał najwięcej pozwoleń na pracę dla obcokrajowców spośród wszystkich państw UE – mówi prezes PCPM.

Z danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców wynika, że ważne zezwolenia na pobyt w Polsce posiadało po 2020 roku 457,2 tys. cudzoziemców. W ubiegłym roku liczba ta wzrosła o nieco ponad 34 tys. osób. Największe grupy stanowili obywatele Ukrainy – 244,2 tys. osób, Białorusi – 28,8 tys., Niemiec – 20,5 tys., Rosji – 12,7 tys., Wietnamu – 10,9 tys., Indii – 9,9 tys., Włoch – 8,5 tys., Gruzji – 7,9 tys., Chin – 7,1 tys. oraz Wielkiej Brytanii – 6,6 tys. Z kolei według ZUS-u na koniec 2020 roku do ubezpieczeń społecznych zgłoszonych było 725 tys. obcokrajowców, o prawie 67,5 tys. więcej niż rok wcześniej.

 Jeżeli Polska może w ten sposób regulować swój rynek pracy i otwierać go dla obcokrajowców, oczywiście mówimy tutaj głównie o obywatelach Europy Wschodniej, to w podobnym kierunku powinny pójść kraje Europy Zachodniej. One z innych powodów cały czas liczą na to, że nielegalna migracja, bardzo często dominowana przez organizacje przestępcze, sama z siebie się ureguluje – wskazuje dr Wojciech Wilk. – Możemy jej nie zauważać, ale jeżeli ta migracja napędzana przez kryzysy gospodarcze wzrośnie o kilkadziesiąt procent, to Unia Europejska stanie przed ogromnym kryzysem.

ONZ szacuje, że w tym roku jedna na 33 osoby na świecie będzie potrzebowała pomocy humanitarnej. W stosunku do 2020 roku to wzrost o 40 proc., a względem 2014 roku – niemal trzykrotny. Jednocześnie – jak wskazuje KE – pogłębia się luka między dostępnymi środkami a zapotrzebowaniem. W ubiegłym roku ONZ apelowała o pomoc humanitarną w rekordowej wysokości 32,5 mld euro, a wartość udzielonej pomocy sięgnęła 15 mld euro. Ta luka może w tym roku być jeszcze większa. W UE tylko cztery państwa członkowskie i Komisja Europejska zapewniają około 90 proc. środków na finansowanie unijnej pomocy humanitarnej.

Trzecia fala pandemii dotarła do Warszawy. W wielu szpitalach brakuje łóżek, ale też kadry medycznej

W piątek na SOR w Szpitalu Bródnowskim brakowało 22 łóżek dla pacjentów, a w Szpitalu Bielańskim – 61, które trzeba było uzupełnić dostawkami. Dane z Systemu Informacji o Szpitalach pokazują trudną sytuację warszawskich placówek, które borykają się z trzecią falą pandemii. Przepełnione szpitale miała odciążyć otwarta w lutym placówka na Ursynowie, ale brakuje lekarzy i pielęgniarek, żeby ją zapełnić. W efekcie Szpital Południowy na 300 dostępnych łóżek może w tej chwili przyjąć raptem kilkudziesięciu pacjentów. Ratusz we współpracy z wojewodą mazowieckim prowadzą poszukiwania kadr medycznych, ale tych brakuje już w skali całego kraju.

– Mamy do czynienia z trzecią, dosyć mocną falą epidemii COVID-19, na którą nałożyły się dodatkowe czynniki. Po pierwsze, wielu pacjentów niecovidowych po prostu musiało wrócić do szpitali na różnego rodzaju zabiegi, operacje odłożone w czasie. Ten rok był dość trudny, ponieważ wielu pacjentów przymuszonych sytuacją albo z własnej woli rezygnowało z diagnostyki i leczenia. Dzisiaj to wraca ze zdwojoną siłą. W tej chwili mamy szpitale pełne pacjentów niecovidowych, a do tego dochodzi jeszcze potrzeba kolejnych łóżek dla pacjentów z COVID-19, których intensywnie przybywa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Renata Kaznowska, wiceprezydent m.st. Warszawy odpowiedzialna m.in. za obszar miejskiej polityki zdrowotnej.

W ostatnich dniach Ministerstwo Zdrowia informuje o rekordowych liczbach nowych zakażeń SARS-CoV-2 od początku roku. Aktualna liczba pacjentów przebywających w szpitalach (19 102) i pod respiratorami (1982) jest najwyższa od początku grudnia i rośnie. Zwłaszcza na Mazowszu, które jest w tej chwili największym ogniskiem COVID-19 i które notuje najwięcej zakażeń od początku pandemii w Polsce. Trzecia fala pandemii dotarła też do Warszawy.

W wielu miejskich szpitalach nie ma już miejsc dla zakażonych, SOR-y są przepełnione, a karetki czekają godzinami na wolne łóżko albo wożą pacjentów od jednej placówki do drugiej. Ciężką sytuację obrazują dane z Systemu Informacji o Szpitalach, według których w piątek po południu na oddziale ratunkowym w Szpitalu Praskim i na Solcu było zero wolnych miejsc, w Szpitalu Bródnowskim minus 22, a w Bielańskim minus 61. Minus określa liczbę dostawek ponad liczbę regularnych miejsc dla pacjentów. To oznacza, że np. w Szpitalu Bielańskim, który dysponuje 23 łóżkami na SOR, w piątek było aż 84 pacjentów. W miejskich szpitalach trwa też ekspresowe przekształcanie oddziałów internistycznych w covidowe.

– Wojewoda podjął decyzję, żeby w naszych szpitalach przekształcać łóżka niecovidowe w covidowe i tych przekształceń jest sporo. Szpital Bielański, który dotychczas miał 31 łóżek covidowych, docelowo ma mieć ich aż 98. Jednak ta decyzja została podjęta 9 marca z realizacją od 10 marca, co jest absolutnie niemożliwe, ponieważ te wszystkie łóżka są zajęte przez pacjentów. Musimy ich najpierw wyleczyć i wypisać albo przekierować do innych szpitali. Dlatego dyrektor szpitala odwołała się od tego terminu – mówi Renata Kaznowska. – Ale oczywiście przygotowujemy się do tego, żeby jak najszybciej i jak najwięcej łóżek przeznaczyć na potrzeby walki z COVID-19, choć ten proces trwa.

Jak podkreśla, dostępność łóżek dla pacjentów z COVID-19 to w tej chwili niejedyny problem, z jakim borykają się przepełnione, warszawskie szpitale. Kolejnym jest brak wystarczającej liczby kadry medycznej.

– Budowane są szpitale tymczasowe, ale szpitale i łóżka nie leczą. Potrzebni są lekarze i pielęgniarki, a z tym jest olbrzymi problem. Widać to na przykładzie naszego szpitala tymczasowego, który został zorganizowany w Szpitalu Południowym. On działa, przyjmuje pacjentów wyłącznie covidowych, w najcięższych stanach. Mamy jednak olbrzymi problem z kadrą medyczną. W tej chwili znalezienie pielęgniarki czy lekarza szczególnie internisty, anestezjologa jest rzeczą niezwykle trudną. Między innymi dlatego, że otwierają się kolejne placówki tymczasowe. W Warszawie jest olbrzymi szpital tymczasowy na Stadionie Narodowym, nasz tymczasowy Szpital Południowy, szpital wojskowy na Okęciu i inne, budowane w całej Polsce, które borykają się z tym samym problemem braku kadry – mówi wiceprezydent Warszawy.

Szpital Południowy na Ursynowie przyjmuje pierwszych pacjentów od 15 lutego, co oznacza, że jego oddanie do użytku zostało przyspieszone aż o pół roku. Było to możliwe m.in. dzięki dodatkowym 22 mln zł przekazanym przez wojewodę na doposażenie placówki. Na razie tymczasowy Szpital Południowy leczy tylko pacjentów zakażonych COVID-19. W odróżnieniu od podobnej placówki na Stadionie Narodowym przyjmuje też pacjentów w cięższym stanie, wymagających intensywnej opieki.

– Do tego szpitala trafiają najtrudniejsze przypadki z miasta. Staramy się zwiększać liczbę łóżek, ale największy problem to właśnie dostępność kadry medycznej. Mamy w tym szpitalu podpisanych 170 umów, ale to są bardzo często kontrakty i zlecenia cząstkowe. Brakuje nam lekarzy i pielęgniarek na dyżury w ciągu dnia, poszukujemy ich – mówi Renata Kaznowska.

Jak wskazuje, w tym tygodniu ratusz podpisał ponad 20 nowych umów z medykami, którzy będą pracować w Szpitalu Południowym. Dzięki temu placówka będzie w stanie zwiększyć liczbę łóżek dla pacjentów do 60, a w perspektywie kolejnego tygodnia przekroczyć 100.

Szpital Południowy to jeden z ośmiu szpitali tymczasowych na Mazowszu utworzonych w ramach planu zabezpieczenia łóżek covidowych. Przy komplecie lekarzy, pielęgniarek i kadry medycznej jest w stanie przyjąć ok. 300 pacjentów, w tym 80 na intensywnej terapii.

– Lekarzy i medyków do obsługi tego szpitala szukamy zarówno my, jak i wojewoda. Jeżeli są chętni i wolni medycy, to my oczywiście zachęcamy, dajemy ogłoszenia i szukamy. Mam nadzieję, że ten szpital będziemy mogli sukcesywnie zapełniać pacjentami – mówi wiceprezydent Warszawy.

Stołeczny ratusz zarządza 10 szpitalami na terenie Warszawy, które w ostatnich latach zostały w większości wyremontowane i doinwestowane. Miejskie szpitale samorządowe mają sprzęt i aparaturę o wartości 380 mln zł, z czego ponad 70 proc. zostało sfinansowane właśnie z budżetu stolicy. Sam koszt rozpoczętej w 2016 roku budowy Szpitala Południowego przekroczył 370 mln zł. Po zakończeniu pandemii koronawirusa nowy miejski szpital zacznie służyć mieszkańcom południowych dzielnic Warszawy.