Grupa Wyszehradzka – 30 lat transformacji, integracji i rozwoju – raport PIE

Grupa Wyszehradzka powstała 15 lutego 1991 r. W latach 1991-2019 jej PKB wzrósł o 155 proc. Wartość eksportu towarów wzrosła między 1995 a 2019 r. ponad 19-krotnie, importu 16-krotnie, a inwestycje w środki trwałe rosły 3-krotnie szybciej niż w krajach UE-15. Jednocześnie, w 2019 r. PKB na mieszkańca stanowił blisko 72 proc. poziomu państw „starej UE”. Obecnie region jest szóstą siłą gospodarczą i trzecim rynkiem konsumenckim w Europie – wynika z przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny raportu „Grupa Wyszehradzka – 30 lat transformacji, integracji i rozwoju”.

Ostatnie trzy dekady to okres znaczących przemian w państwach Grupy Wyszehradzkiej. Atrakcyjność inwestycyjna regionu pozwoliła na włączenie się gospodarek V4 w globalne łańcuchy wartości. Szczególnie silna stała się więź handlowa i gospodarcza z Niemcami – dziś wolumen eksportu i importu między V4 a Niemcami stanowi 1,5-krotność wymiany niemiecko-chińskiej. Sukcesem jest także niska, nawet w porównaniu do krajów zachodnich UE, stopa bezrobocia. Jednocześnie, region wciąż musi nadrabiać dystans rozwojowy dzielący go od najlepiej rozwiniętych krajów UE. Ponadto, problemem jest starzenie się społeczeństw, spadek ludności oraz niewielki napływ migrantów.

Akcesja do UE zbliżyła V4 do najbogatszych

W 2019 r. wartość PKB (w cenach bieżących) krajów V4 wyniosła 996 mld EUR, wzrastając o 155 proc. wobec 1991 r. Na tle krajów regionu dynamiką wzrostu wyróżniała się Polska, której gospodarka urosła ponad trzykrotnie. Wyraźnie zwiększyło się znaczenie państw V4 w gospodarce UE – z 4,6 proc. w 2004 r. do 6,2 proc. w 2019 r. Wśród kluczowych czynników wspierających proces konwergencji był popyt zagraniczny obejmujący przede wszystkim produkty wytwarzane w umiędzynarodowionych gałęziach przemysłu przetwórczego, głównie w branży motoryzacyjnej i maszynowej. O ile w latach 90. XX w. proces konwergencji był powolny, to zmniejszanie luki dochodowej przyspieszyło po akcesji państw V4 do UE w 2004 r.

Jeszcze w 2000 r. wartość PKB per capita krajów Grupy mierzona parytetem siły nabywczej wynosiła 45 proc. średniego poziomu dla UE-15, ale już w 2019 r. wskaźnik wzrósł do 72 proc. Najbliżej tego poziomu są Czechy, które w 2019 r. osiągnęły PKB na mieszkańca odpowiadający 92 proc. średniej dla państw UE-28. Ważnym elementem podnoszenia konkurencyjności gospodarek oraz poprawy jakości życia w krajach V4 były fundusze unijne. W latach 2004-2019 z budżetu UE, głównie w ramach wspólnej polityki rolnej oraz polityki spójności, do Polski, Czech, Węgier i Słowacji trafiło niemal 328 mld EUR. Najwięcej (55,2 proc.), trafiło do Polski.

Kraje Grupy Wyszehradzkiej dokonały ogromnego postępu na przestrzeni ostatnich trzech dekad. Na płaszczyźnie politycznej kluczowa była integracja z Zachodem dzięki dołączeniu do NATO i UE. Do czynników wpływających na podniesienie pozycji gospodarczej V4 oprócz funduszy unijnych należy zaliczyć przede wszystkim napływ ogromnych środków inwestycyjnych w postaci zagranicznego kapitału prywatnego. Skumulowana wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych zwiększyła się aż 118-krotnie, z 5 mld USD w 1991 r. do 565 mld USW w 2019 r. Grupa Wyszehradzka ma szansę na utrzymanie dotychczasowych trendów zmniejszania luki dochodowej. Wyzwaniem pozostaje niwelowanie różnic w zakresie innowacyjności: Czechy zmniejszyły lukę w wydatkach na badania i rozwój między 2000 a 2019 rokiem z 0,7 pkt. proc. do 0,26 pkt. proc., a Polska z 1,17 pkt. proc. do 0,88 pkt. proc. Wciąż też znacznie mniejszy odsetek publikacji naukowych trafia do czasopism o najwyższych wskaźnikach cytowalności  –  powiedział Marek Wąsiński, kierownik zespołu handlu zagranicznego w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

Rynek pracy odporny na wstrząsy, ale trendy demograficzne tworzą ryzyko rozwojowe

Jeszcze w latach 2003-2004 stopa bezrobocia w krajach V4 była prawie dwukrotnie wyższa niż w państwach „starej Unii” (15,4 proc. wobec 8 proc.). Jednak w dłuższej perspektywie i w następstwie światowego kryzysu finansowego z lat 2008-2010, to rynki pracy krajów UE-15 mocniej ucierpiały. Trwały punkt przełamania miał miejsce w 2012 r., od tego czasu stopa bezrobocia w państwach Grupy Wyszehradzkiej utrzymuje się na niższym poziomie niż w UE-15.W ciągu 30 lat eksport Grupy Wyszehradzkiej wzrósł 19-krotnie

Jednocześnie, na przestrzeni ostatnich 30 lat populacja krajów V4 spadła o 1 proc., podczas gdy w krajach UE wzrosła o 12 proc. Duży odpływ młodych i dobrze wykształconych obywateli państw V4 w pierwszych latach po akcesji do UE pogorszył prognozy demograficzne regionu. Trendy migracyjne zbiegły się w czasie z przemianami społeczno-kulturowymi, czego skutkiem był m.in. ujemny przyrost naturalny.

Transformacja gospodarcza V4 korzystna dla klimatu

Radykalna zmiana modelu gospodarczego w państwach Grupy Wyszehradzkiej pociągnęła za sobą znaczne koszty społeczne, na czele z bezrobociem strukturalnym wynikającym
z zamykania nierentownych branż przemysłu. Jednak oprócz negatywnych skutków społecznych, na przestrzeni ostatnich 30 lat udało się doprowadzić do znaczącego obniżenia (o 23 proc.) emisji gazów cieplarnianych. Stało się tak głównie dzięki modernizacji i urynkowieniu przemysłu oraz sektora energetycznego, a także wzrostowi znaczenia sektora usług.Transformacja gospodarcza V4 korzystna dla klimatu

Rośnie zainteresowanie płatnościami internetowymi w czasie pandemii. To wyzwanie zwłaszcza dla małych i średnich firm e-commerce

Pandemia COVID-19 napędziła rozwój e-commerce, lecz także wzrost konkurencji w tym kanale zakupowym. Wymagania klientów ciągle rosną i dotyczą już nie tylko niskich cen, ale również coraz wygodniejszych rozwiązań z zakresu dostawy, jakości obsługi czy metod płatności. Wdrożenie wygodnych, elektronicznych rozwiązań w tym zakresie jest warunkiem sukcesu zwłaszcza dla nowo powstających e-sklepów, bo zakres oferowanych kanałów płatności może zadecydować o tym, czy klient dokona zakupu, czy jednak z niego zrezygnuje i skieruje się do konkurencji.

– Sytuacja epidemiologiczna w Polsce może spowodować, że odsetek osób korzystających z płatności elektronicznych będzie wzrastał w nieco szybszym tempie niż dotychczas. Zmiany w codziennym funkcjonowaniu społeczeństwa związane z częściowym zamknięciem handlu czy koniecznością zachowania dystansu społecznego przyspieszyły transformację cyfrową przedsiębiorstw – tłumaczy w komentarzu do raportu „Płatności cyfrowe 2020” Joanna Pieńkowska-Olczak, prezes PayU SA.

Z danych Gemiusa wynika, że jeszcze na samym początku pandemii, w marcu 2020 roku, zakupy w sieci robiło już 73 proc. polskich internautów, czyli ponad 20 mln Polaków. Z roku na rok ten odsetek rośnie w coraz szybszym tempie. COVID-19 i związane z nim ograniczenia w stacjonarnym handlu tylko ten wzrost przyspieszyły, napędzając migrację klientów do kanału online. Według raportu „Omni-commerce. Kupuję wygodnie” Izby Gospodarki Elektronicznej 27 proc. internautów w czasie pandemii zaczęło częściej wybierać ten kanał zakupowy. Wraz z klientami do online’u musieli przenieść się też przedsiębiorcy.

– Wiele sklepów i usługodawców przeniosło swoją działalność do świata online, co jednocześnie wpłynęło pozytywnie na nastawienie konsumentów do płatności online, które są wygodne, szybkie i bezpieczne – wskazuje we wpisie „Polska dwóch płatności” Joanna Pieńkowska-Olczak. – Wolumen transakcji opłacanych online będzie się sukcesywnie zwiększał, choć rzecz jasna płatności elektroniczne szybko nie zastąpią gotówki. Jednak z pewnością e-commerce w najbliższych latach będzie rósł znacznie szybciej niż tradycyjna sprzedaż w punktach stacjonarnych i utrzyma przynajmniej kilkunastoprocentową dynamikę. Równolegle udział gotówki w transakcjach e-commerce będzie nadal spadał.

Dla wielu firm w czasie lockdownu przymusowa migracja do e-commerce była warunkiem utrzymania działalności. Badanie przeprowadzone przez KRD pokazało, że już w pierwszej fali pandemii (w maju ub.r.) rozbudowę swoich kanałów sprzedażowych w sieci planowało 42 proc. firm budowlanych i 40 proc. firm produkcyjnych, czyli branż, które wcześniej nawet nie były kojarzone z internetem i prowadziły w większości stacjonarną działalność. Dane zawarte w raporcie Gemiusa pokazują z kolei, że tylko w kwietniu ubiegłego roku na platformie Shoper, która dostarcza gotowe oprogramowanie dla e-sklepów, zostało założonych o 137 proc. więcej nowych sklepów internetowych niż rok wcześniej.

W czasie zamrożenia gospodarki wyceniany już na ok. 100 mld zł rynek e-commerce stał się siłą napędową zwłaszcza dla przedsiębiorstw małych i średnich. Jednak jego szybki rozwój – dodatkowo napędzony pandemią – sprawił, że w tym kanale konkurencja jest coraz ostrzejsza. Wymagania klientów ciągle rosną i dotyczą już nie tylko niskich cen, lecz także coraz wygodniejszych rozwiązań z zakresu dostawy, jakości obsługi czy metod płatności.

– Wzrost zainteresowania płatnościami internetowymi wśród konsumentów to zarazem szansa, jak i wyzwanie. Sprzedawcy powinni skupić się na dopracowaniu kwestii doświadczeń klientów, na prostocie i niezawodności oferowanych rozwiązań, także w zakresie płacenia za zakupy. W obecnej sytuacji te aspekty mogą okazać się decydujące w kontekście przełamania bariery nieufności i przekonania osób korzystających dotychczas z gotówki do wyboru płatności elektronicznych – wskazuje w swoim komentarzu prezes PayU SA.

Z grudniowego raportu Izby Gospodarki Elektronicznej („Płatności cyfrowe 2020”) wynika, że blisko połowa Polaków, którzy kupują online (47 proc.), korzysta z płatności elektronicznych. To o 3 pkt proc. więcej niż w zeszłym roku. Jako najczęściej wybierany sposób zapłaty za zakupy przez internet z wykorzystaniem komputera wskazywano przede wszystkim szybkie przelewy przez serwis płatności (35 proc.), a w dalszej kolejności płatności Blikiem (26 proc.), które również są oferowane przez agregatorów płatności, takich jak np. PayU. Oprócz BLIK-a zakres usług płatniczych dostarczanych przez tego operatora obejmuje jeszcze m.in. płatności jednym kliknięciem (one-clickowe), mobilne, raty online, płatności odnawialne oraz portfele elektroniczne takie jak Google Pay, Apple Pay, Click to Pay czy MasterPass.

 W 2020 roku niemal każda osoba kupująca online w Polsce przynajmniej raz skorzystała z płatności PayU – podkreśla cytowana w komunikacie prasowym Joanna Pieńkowska-Olczak. – Podczas gdy konsumenci mogą wybierać z coraz szerszego wachlarza udostępnianych przez nas kanałów płatności, my pracujemy również nad tym, aby zapewnić odpowiedni sposób ich uwierzytelniania, mając jednocześnie na uwadze zwiększanie konwersji w sklepie.

Jak podkreśla, maksymalne uproszczenie procesu płacenia za zakupy w sieci jest dla e-sklepów warunkiem utrzymania satysfakcji kupujących. Zakres oferowanych kanałów płatności może też zadecydować o tym, czy klient dokona zakupu, czy jednak z niego zrezygnuje, np. ze względu na brak opcji płatności mobilnych albo niewystarczające środki na koncie bankowym. Dlatego wdrożenie wygodnych, elektronicznych kanałów płatności jest ważne zwłaszcza dla nowo powstających e-sklepów, które chcą się utrzymać w coraz bardziej konkurencyjnej branży e-commerce.

– Zapewniamy odpowiednie rozwiązania płatnicze dla każdego modelu biznesowego funkcjonującego w e-handlu, a dla początkujących sprzedawców oferujemy preferencyjne warunki na start – przekonuje cytowana w komunikacie prasowym prezes PayU SA. – Rozumiemy, jak ważna w przypadku małych i średnich sklepów może być szybkość nawiązania współpracy. Dlatego też od strony sklepu proces ten jest w pełni zautomatyzowany: przedsiębiorca otwiera stronę PayU i wypełnia formularz, który kończy się wygenerowaniem i podpisaniem umowy elektronicznej. Firmy mogą liczyć także na preferencyjne warunki finansowe i do 28 lutego w prosty sposób ustawić bramkę płatności dla swojego e-sklepu, ponosząc jedynie połowę standardowej prowizji.

Czy Tarcza 7.0 osłoni przed falą bankructw?

Przedsiębiorcy z kolejnych branży mogą od 1 lutego składać wnioski o pomoc w ramach Tarczy 7.0 i uzyskać od państwa m.in. świadczenie postojowe, mikropożyczkę czy zwolnienie z ZUS. Jednak jak wskazują eksperci z firmy inFakt, proponowany zakres pomocy dla wielu firm, zwłaszcza z branży hotelarskiej i turystycznej, może okazać się niewystarczający.

Zakres pomocy z Tarczy 7.0

Przepisy siódmej odsłony rządowego programu wsparcia dla przedsiębiorców dotkniętych przez pandemię przewidują możliwość skorzystania z dobrze znanych już rozwiązań. Są to: dofinansowanie do wynagrodzenia pracownika w kwocie 2 000 zł przez trzy miesiące, mikropożyczka w wysokości 5 000 zł (bezzwrotna, jeśli przedsiębiorca utrzyma działalność przez 3 miesiące od jej otrzymania), świadczenie postojowe w kwocie 2 080 zł oraz zwolnienie ze składek ZUS – tym razem za styczeń 2021 lub grudzień 2020 i styczeń 2021, jeśli przedsiębiorca był zgłoszony jako płatnik składek przed 1 listopada 2020 r. W przypadku wcześniejszego opłacenia tych składek, ZUS na wniosek zwróci je lub zostaną one zaliczone na poczet przyszłych zobowiązań.

Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt, podkreśla, że nowa Tarcza zawiera instrumenty, które będą realnym wsparciem dla części przedsiębiorców, jednak w wielu przypadkach proponowane kwoty nie będą wystarczające. – Wyobraźmy sobie sytuację właściciela zamkniętego hotelu, który zatrudnia 40 pracowników na umowę o pracę i przez cały czas, kiedy hotel był zamknięty, on to wynagrodzenie wypłacał. Poza tym musiał wciąż opłacać bieżące rachunki, podatki i inne zobowiązania – wskazuje ekspert. – Zaproponowana przez rząd pomoc na pewno nie pokryje w tej sytuacji całych kosztów. Może być za to wsparciem dla podmiotów, które posiadają oszczędności. Pozostaje jednak pytanie, ile środków jeszcze zostało przedsiębiorcom? Czy mają zapasy wystarczające na tyle, aby przetrwać?

Dla kogo pomoc z Tarczy 7.0?

O pomoc w ramach nowej Tarczy mogą się ubiegać przedsiębiorcy z blisko 50 branży. Rząd wprowadził sześć nowych klasyfikacji PKD, odnoszących się do działalności hotelarskiej i turystycznej. Aby uzyskać wsparcie, przeważająca działalność przedsiębiorcy powinna być zaklasyfikowana według jednego z PKD ujętych w rozporządzeniu i prowadzona na dzień 30 listopada 2020 roku. Ponadto przedsiębiorca powinien wykazać spadek przychodu o co najmniej 40 proc. W tym celu porównywane są różne okresy w zależności od rodzaju pomocy, z której wnioskodawca chciałby skorzystać.

  • Świadczenie na rzecz ochrony miejsc pracy w wysokości 2 000 zł – w jednym z trzech miesięcy poprzedzających miesiąc złożenia wniosku do przychodu uzyskanego w miesiącu poprzednim lub w analogicznym miesiącu roku poprzedniego;
  • Dotacja 5 000 zł na pokrycie bieżących kosztów – w miesiącu poprzedzającym miesiąc złożenia wniosku do analogicznego okresu rok wcześniej;
  • Ponowne świadczenie postojowe i zwolnienie z opłacania składek ZUS – w jednym z dwóch miesięcy poprzedzających miesiąc złożenia wniosku do analogicznego okresu rok wcześniej.

Wnioski o świadczenia można składać do 31 marca 2021 r. włącznie. Wyjątkiem jest świadczenie postojowe, o które można się ubiegać do 3 miesięcy po zakończeniu stanu epidemii.

Wyzwania w branży logistycznej – employer branding oraz onboarding pracowników

Jeszcze 5 lat temu szacowano wartość rynku „food delivery” oraz branży spożywczej zamawianej online na 200 mln zł. Aktualnie rynek ten może być wart nawet 7 mld zł*. Podobne wzrosty widać w e-commerce – jego wartość wyniosła ok. 100 mld zł, czyli 30 mld więcej niż przewidywano**. Jest to sygnał m.in. dla branży logistycznej, że ma przed sobą ogromne wyzwanie, jakim jest gwałtowny wzrost popytu na usługi kurierskie i logistyczne. Problemem stało się jednak znalezienie odpowiednich kandydatów: z kompetencjami i chęcią do pracy. Czy promocja pracodawcy oraz procedury wdrożeniowe są przyszłością branży logistycznej? Odpowiadamy poniżej.

Szukanie pracy w branży logistycznej

Wydarzenia wywołane przez pandemię w dużej mierze wpłynęły także na branżę logistyczną.  Do głównych zmian należą m.in. jak najszybsze spełnianie potrzeb odbiorców, ale także integracja łańcucha logistycznego. Ze względu na dynamikę oraz niepewność zmian prawno-gospodarczych, sytuacji nie poprawił także niedobór kierowców czy kurierów – część z nich nie mogła wrócić do kraju, a cześć przebywała na kwarantannie. Fakt, że popyt na pracownika w logistyce, wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie, a potencjalni pracownicy rozważają pracę w branży, potwierdzają wyszukiwania w przeglądarce Google: ***.

  • „Logistyk, ile zarabia?”

W tym przypadku także zanotowano wzrost zainteresowania w ostatnim kwartale roku. Od najniższego poziomu tj. 60 wyszukiwań miesięcznie poziom wzrósł ponad dwukrotnie.

  • „Ile zarabia kierowca tira?”

Widać tutaj ogromne zainteresowanie – w ostatnim kwartale roku 2020, ponad 2,4 tysiąca osób miesięcznie wpisywało w wyszukiwarkę Google powyższe zapytanie.

  • „Ile zarabia kurier?”

W tym przypadku także zaobserwować można ponad dwukrotny wzrost zainteresowania – miesięcznie w grudniu 2020 roku, powyższe hasło wpisywało w wyszukiwarkę Google aż 2,4 tysiąca osób.

Firmy logistyczne stanęły przed wyzwaniem, jakim jest znalezienie odpowiednich pracowników wspierających rozwój ich biznesu. Chociaż są w stanie oferować różnorodne i zróżnicowane stanowiska ze względu na szeroki zakres działalności, wielu z nich traci na konkurencyjności ze względu na wizerunek. Właśnie dlatego warto zadbać o obszar employer brandingu, dzięki któremu zyskają miano „firmy z wyboru”.

W jaki sposób firmy mogą wspierać działania rekrutacyjne?

Zainteresowanie pracownika danym rynkiem czy branżą, nie jest jednoznaczne z dużą liczbą kandydatów na dane stanowisko. Już od pewnego czasu, mówi się o „rynku pracownika”, a nie o „rynku pracodawcy”. Dlatego, tak ważne jest inwestowanie w nowe narzędzia komunikacji. Jedną z form, jest employer branding, który buduje markę pracodawcy. Celem takich działań jest dotarcie do potencjalnych klientów.

Marka pracodawcy jest niezbędna do rekrutacji nowych pracowników, ale także do zatrzymania tych, których już zatrudniono. Pracownicy mają możliwość wyboru tego, co chcą robić w życiu zawodowym.

To oni decydują, dla kogo chcą pracować. Tymczasem połowa polskich firm wciąż nie ma strategii dotyczącej kształtowania swojego wizerunku, a 25% nie dostrzega nawet takiej potrzeby. Pracodawcy, powinni zacząć być świadomi, że aż 84% kandydatów przed aplikowaniem o pracę sprawdza opinie o przyszłym pracodawcy (raport z badania „Percepcja wizerunku pracodawców w oczach kandydatów”).

– Budowanie wizerunku opartego na employer branding wspiera strategiczne cele biznesowe firmy. Właśnie dlatego działania z zakresu EB powinny być dostosowane do specyfiki pracy. Warto zadać sobie pytanie – jakie potrzeby mają osoby, które pracują w branży logistycznej? I choć narzędzia, które zostaną użyte mogą być prawie takie same, jak w przypadku rekrutacji na inne stanowisko, to kluczem jest historia, którą opowiadamy. Jej celem jest precyzyjne dotarcie do świadomości potencjalnych kandydatów i skuteczne zachęcenie do wejścia w szeregi firmy – podsumowuje Sebastian Kopiej, ekspert agencji Commplace.

Onboarding – czyli adaptacja pracownika do firmy

Skuteczne zrekrutowanie pracownika to pierwszy krok – drugim, nierzadko trudniejszym, jest utrzymanie go. Zapewnienie nowym pracownikom dobrego samopoczucia i odpowiednich informacji, których potrzebują na wczesnym etapie wdrożenia (pomocne może okazać się opracowanie procedur komunikacji wewnętrznej lub przeprowadzenie warsztatów z zakresu budowania relacji).

W ciągu pierwszych kilku dni, większość nowych pracowników, czuje się nieco przytłoczonych, przyzwyczajając się do nowej roli. Ten etap ma jednak kluczowe znaczenie dla długoterminowego utrzymania pracowników. Specjaliści wskazują, że „pierwsze dobre wrażenie” będzie trwać, a doświadczenie podczas pierwszych kilku dni, będzie tym, o czym będą rozmawiać poza pracą (w tym na forach dyskusyjnych). Dlatego tak ważny jest dobrze zaplanowany onboarding dla wszystkich nowych pracowników, jeszcze przed ich pierwszym dniem pracy.

Najważniejsze o czym należy pamiętać, to fakt, że pracownicy stają się ambasadorami firmy. Ich opinie stanowią najbardziej wiarygodne źródło informacji. Dla wszystkich: kandydatów, klientów oraz partnerów biznesowych.niedobór kierowców

Źródła:

* na podstawie szacunków przeprowadzonych przez portal Pyszne.pl

** jak podają wyniki badań przeprowadzonych przez Catchers za pośrednictwem panelu badawczego Ariadna

*** na podstawie danych zebranych z Google Keyword Planner

Czy pracodawca może wymagać od pracownika szczepienia na COVID19?

Narodowa akcja szczepień przeciwko COVID19 przynosi nadzieję na powrót do normalności. Stawia jednak przed pracodawcami pytanie bez odpowiedzi: czy mogą wymagać od pracownika zaszczepienia się? I czy choroba niezaszczepionego pracownika może obciążyć ich odpowiedzialnością za niedołożenie odpowiednich starań do zapewnienia bezpiecznego miejsca pracy? Kodeks pracy nie umie odpowiedzieć jasno na te pytania. Specjaliści są jednak pewni: nie można pracownika zmusić do decyzji o zaszczepieniu się. Kodeks pracy wymaga od pracodawcy, że w razie zatrudnienia pracownika w warunkach narażenia na działania szkodliwych czynników biologicznych pracodawca stosuje wszelkie dostępne środki eliminujące narażenie – a jeżeli jest to niemożliwe, ograniczające stopień tego narażenia przy odpowiednim wykorzystaniu nauki i techniki. Obecnie wirus Sars-Cov2 jest zakwalifikowany jako czynnik szkodliwy w środowisku pracy. Czy ten przepis umożliwi pozwanie pracodawcy, którego pracownicy zachorowali na COVID19 w wyniku braku szczepienia?

– Mamy pewne grupy zawodowe, które już podlegają szczepieniom – na przykład nauczyciele. Pracodawcy zastanawiają się, czy mogą ich do tego szczepienia zobowiązać. Obecnie nie ma przepisu w prawie pracy mówiącego o tym, że pracownik zobowiązany jest do zaszczepienia się. Pracodawca może więc zachęcać i informować, a w przyszłości umożliwić szczepienie na koszt pracodawcy – ale nie może do niego zobowiązać ani odmówić zatrudnienia z uwagi na jego brak – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Bocianowski, adwokat, mediator i specjalista z zakresu prawa pracy. – Tutaj pojawia się jednak problem. Jeżeli pracodawca wykaże, że w danym środowisku pracy szczepienia są jedynym racjonalnym przeciwdziałaniem czynnikom biologicznym – może zasugerować zaszczepienie się przez pracownika. Nadal jednak nie może go zobowiązać, gdyż szczepienie przeciwko COVID nie jest szczepieniem obowiązkowym. Co pracodawca może więc zrobić, gdy pracownik odmawia? Może zażądać od niego złożenia oświadczenia, że nie chce się poddać szczepieniom i że nie będzie rościł sobie z tego tytułu jakichkolwiek roszczeń. Ale podkreślam, że pracownik nie może być zobowiązany do poddania się szczepieniu. Ustawodawca zaś powinien podjąć prace zmieniające ustawę i wprowadzające wyraźne przepisy w tym zakresie – zaleca Bocianowski.

W stylu nowoczesnej stodoły – co oznacza ta najmodniejsza od kilku sezonów nazwa?

Zachwycają minimalizmem, cieszą oko prostą bryłą, efektownymi przeszkleniami oraz maksymalnym wykorzystaniem przestrzeni. Pięknie wpisują się w otaczający je krajobraz, a także ułatwiają domownikom funkcjonowanie dzięki nowoczesnym i energooszczędnym rozwiązaniom. Takie są projekty domów w stylu nowoczesnej stodoły, które od kilku sezonów cieszą się dużą popularnością wśród wielu Inwestorów.

Dom w stylu nowoczesnej stodoły, czyli połączenie najnowszych trendów z klasyką

Nowoczesne projekty domów w stylu stodoły trafiają w gusta i potrzeby Inwestorów, którzy lubią żyć w zgodzie z trendami i modą, ale bliska jest im również klasyka i tradycja. Dom w stylu nowoczesnej stodoły charakteryzuje się zwartą i prostą bryłą na planie prostokąta, dwuspadowym dachem bez okapu, pokrytym często płaską dachówką lub blachą łączoną na rąbek stojący. Dla wielbicieli mniej standardowych rozwiązań idealnym materiałem na dach będzie gont drewniany, który także może posłużyć jako materiał wykończeniowy elewacji. Ta z kolei charakteryzuje się minimalizmem, często z wykorzystaniem naturalnej, drewnianej okładziny, cegieł lub betonu architektonicznego. Domy w stylu nowoczesnej stodoły to też duże przeszklenia, dodające prostej bryle wyjątkowego charakteru.  Wnętrza domów w stylu nowoczesnej stodoły to zazwyczaj jeden poziom z poddaszem użytkowym, które dają niezliczoną ilość aranżacji – od wnętrz wyglądem przypominających lofty, po minimalistyczne, monochromatyczne  formy, aż po przytulne, ciepłe wnętrza, w których stylizowane, antyczne dodatki, tradycja i klasyka łączą się z nowoczesnością.Energooszczędny dom w stylu nowoczesnej stodoły

Energooszczędny dom w stylu nowoczesnej stodoły, idealny na wąskie działki.

Na parametry energetyczne budynku wpływa szereg czynników. Jednym z nich jest charakterystyczna cecha domów w stylu stodoły, czyli prosta, zwarta bryła. Niewielka ilość detali architektonicznych, dwuspadowy dach minimalizują ryzyko powstawania mostków termicznych. Proste rozwiązania konstrukcyjne domów w stylu nowoczesnej stodoły pozytywnie oddziałują także na tempo budowy inwestycji, a jej koszty często są niższe niż w przypadku bardziej skomplikowanych projektów. Wiele projektów domów typu stodoła, które powstają na planie prostokąta, można realizować na wąskich działkach. Ciekawe propozycje w tej kategorii oferuje Pracownia ARCHON+. Projekty gwarantują jak najlepsze wykorzystanie przestrzeni, różnorodność układów funkcjonalnych dopasowanych do potrzeb wymagających Inwestorów, a tym samym zapewniają domownikom duży komfort użytkowania, odpoczynku i relaksu w domu.Dom typu stodoła

Dom typu stodoła przyciąga wzrok dużymi przeszkleniami

Duże, przesuwne okna dodają uroku projektom nowoczesnych domów, także w stylu stodoły. Mogą być zaprojektowane na całej ścianie i najlepiej, aby była to ściana południowa. Takie ich umiejscowienie korzystnie wpłynie na wykorzystanie energii słonecznej, pozwalając  tym samym ograniczyć koszty jego utrzymania. Duże okna robią niezwykłe wrażenie, wspaniale otwierają dom na ogród oraz umożliwiają domownikom stały kontakt z przyrodą, która przenika do wnętrz i tworzy zmieniające się obrazy, zależne od pór roku. Dzięki okazałym przeszkleniom dom jest pięknie doświetlony, wnętrza nabierają lekkości oraz przestronności, sprawiając wrażenie optycznie większych.

W bogatej ofercie projektów Pracowni ARCHON+ gotowe projekty domów w stylu nowoczesnej stodoły są zróżnicowane pod kątem wielkości powierzchni użytkowej, programów funkcjonalnych i na różne rodzaje działek. Z pewnością trafią w gusta wielu Klientów, którzy stoją przed wyborem najodpowiedniejszego projektu domu. Zachęcamy do odwiedzenia strony www.archon.pl oraz do kontaktu z naszymi profesjonalnymi konsultantami w zakresie doradztwa projektowego, którzy rozwieją wszelkie wątpliwości, odpowiedzą na nurtujące pytania oraz pomogą w wyborze idealnego projektu domu.

Dlaczego warto kupić okna drewniane? Okna od polskiego producenta!

Drewniane okna z Polski cieszą się bardzo dużą popularnością u naszych zachodnich sąsiadów. Również i w kraju zyskują coraz większą grupę zwolenników. Dobre okna drewniane cechują się bowiem nie tylko doskonałą estetyką, lecz także świetną termoizolacyjnością, wyciszeniem i trwałością. 

Dlaczego okna drewniane?

Trwałość, wytrzymałość i idealne dopasowanie

Dlaczego okna drewniane?

Okna drewniane przez wiele osób wybierane są przede wszystkim ze względu na wyjątkową estetykę i naturalność materiału. Okna drewniane świetnie komponują się właściwie z każdą elewacją, dobrze wyglądają również w każdej aranżacji przestrzeni. Drewno jako naturalny materiał jest pod tym względem bardzo uniwersalne. Raczej otwiera szerokie możliwości projektowe, aniżeli je ogranicza. Okna drewniane są eleganckie, dobrze wyglądają zarówno w pomieszczeniach urządzonych w bardziej tradycyjnej estetyce, jak i tych nowoczesnych, a nawet minimalistyczny, ascetycznych wnętrzach.

Okna drewniane mają także niemało zalet funkcjonalnych. Przede wszystko cechują się one bardzo Dobrę izolacyjnością termiczną. Cechuje je niski współczynnik przenikania ciepła, co oznacza, że dzięki montażowi dobrej jakości okien drewnianych w domu, mieszkania czy biura uciekać będzie znacznie mniej ciepła niż przy innych, konkurencyjnych rozwiązaniach. To poprawia nie tylko komfort przebywania w takich pomieszczeniach. Przekłada się również na wymierne oszczędności i niższe rachunki za ogrzewanie. Coraz więcej na rynku dostępnych jest okien „energooszczędnych”. Wiele ciekawych rozwiązań znajdziesz np. https://www.polnischefenster24.de/fenster/holzfenster/

Kolejny niezaprzeczalny atut to wysoki poziom ochrony przed hałasem. Aż 90% hałasu dostaje się do wnętrza przez okna i drzwi. Tym bardziej dźwiękoszczelne okna, tym większe ograniczenie hałasu, cisza i spokój w domu. Wybierając okna drewniane, nie musisz martwic się hałasem nawet, jeśli mieszkasz przy ruchliwej ulicy. Okna drewniane z masywnymi profilami okiennymi cechują się naprawdę wysoką izolacyjnością akustyczną, co przekłada się na znaczące zmniejszenie odczuwanego hałasu.

Trwałość, wytrzymałość i idealne dopasowanie

Okna drewniane cechują się bardzo wysoką trwałością. Przede wiele lat zachowują idealną sztywność i stabilność kształtu. Drewno ma także niską rozszerzalność termiczną, zmieniające się warunki atmosferyczne nie wpływają więc na stabilność wymiarów. Znacznie łatwiej jest także poddać je ewentualnej renowacji. Ostateczny efekt zależy oczywiście od wybranego gatunku drewna i lakieru. Modele okien drewnianych mogą się różnić linią ramy, kształtem listwy przyszybowej czy frezowaniem. Problemu nie stanowi zamówienie zarówno okien o standardowych, jak i nietypowych wymiarach i kształtach. Drewno daje się bowiem łatwo formować.okna

Fenster Welten GmbH
Günstig Fenster aus Polen

str. Ziegelstraße 38
15230 Frankfurt an der Oder

E-mail: [email protected]
Tel.: 033586924586
WWW:
https://www.polnischefenster24.de/

3–4 mld zł strat z 2020 roku branża fitness będzie odrabiać przez wiele lat. Brak aktywności fizycznej dla Polaków może mieć jeszcze większe konsekwencje

Lockdown w 2020 roku mógł kosztować polską branżę fitness ok. 4 mld zł, czyli niemal tyle, ile wynoszą jej roczne przychody. Zamrożenie działalności siłowni i klubów fitness może też spowodować redukcję dużej części spośród 100 tys. etatów – wskazuje Związek Przedsiębiorców i Pracodawców oraz podkreśla, że straty finansowe ta branża będzie odrabiać nawet przez kilka lat. Dużo większe mogą być jednak koszty zdrowotne i społeczne wynikające z ograniczonej aktywności fizycznej Polaków. W zeszłym roku spadła ona poniżej minimalnego poziomu koniecznego do utrzymania zdrowia, do czego istotnie przyczyniło się właśnie zamknięcie obiektów sportowych.

W nowym raporcie „Zdrowie za miliard dolarów – branża fitness w Polsce i jej znaczenie dla ducha, ciała i PKB” Związek Przedsiębiorców i Pracodawców wskazuje, że w przeciwieństwie np. do gastronomii, która zaczęła funkcjonować w trybie zamówień na wynos, branża fitness mogła zmienić swój model biznesowy tylko w bardzo ograniczonym stopniu. Wprawdzie zaoferowała treningi w formie online, które zyskały grono zwolenników, lecz ze względu na brak sprzętu do ćwiczeń czy nadzoru trenera nie było ono tak liczne jak przy treningach w klubach.

– Straty branży fitness wynikające z lockdownu w 2020 roku można oszacować na około 3–4 mld zł, co oznacza, że siłownie będą musiały odbudowywać się przez kolejnych kilka lat. Dlatego tak ważne jest ich jak najszybsze uruchomienie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

W Polsce funkcjonuje ok. 10 tys. obiektów sportowo-rekreacyjnych, z czego ponad 3 tys. to kluby fitness bądź pokrewne. Branża fitness w 2019 roku zanotowała przychody w wysokości ok. 4 mld zł rocznie i jest warta ok. 0,2 proc. krajowego PKB. Nie ma jednak marginalnego znaczenia dla gospodarki, ponieważ stymuluje popyt również w innych sektorach (np. odzieżowym czy spożywczym). Według przytaczanych w raporcie ZPP szacunków Polskiego Instytutu Ekonomicznego jej wartość dodana wynosi w Polsce ok. 10 mld zł. Wraz ze współpracującymi podmiotami, dystrybuującymi m.in. sprzęt czy stroje do ćwiczeń, branża fitness kreuje też ponad 100 tys. miejsc pracy.

– Z punktu widzenia pracowników stan tej branży jest absolutnie kluczowy. Z punktu widzenia społecznego również, bo jest to branża o istotnym znaczeniu dla zdrowia publicznego. Uprawianie sportu wpływa m.in. na naszą odporność i samopoczucie – mówi Jakub Bińkowski.

Aktywność fizyczna pozytywnie wpływa na zdrowie, a im większy odsetek społeczeństwa jest aktywny, tym mniej chorób przewlekłych, absencji w pracy i kosztów dla systemu ochrony zdrowia. Instytut Badań Strukturalnych już kilka lat temu policzył, że koszty niewystarczającej aktywności fizycznej Polaków wynoszą około 7 mld zł rocznie. W tej kwocie ok. 6 mld zł to straty spowodowane absencją pracowniczą, a 900 mln zł to koszty publicznego systemu ochrony zdrowia. Aktywizacja zaledwie 10 proc. populacji zwiększyłaby liczbę pracujących w gospodarce o 37 tys. osób i przełożyła się na oszczędności w wysokości 1 mld zł.

Tymczasem ze względu na lockdown i obostrzenia wprowadzane przez rząd – który wiosną zeszłego roku zakazał aktywności fizycznej na świeżym powietrzu – poziom aktywności fizycznej Polaków spada. W 2020 roku był poniżej minimalnego poziomu koniecznego do utrzymania zdrowia.

– Wiadomo, że branża fitness współuczestniczy w aktywności fizycznej Polaków. Zamknięcie tej branży – zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym, kiedy trudno trenować na zewnątrz – jest szczególnie niebezpieczne. Badania naukowe pokazują, że nawet niewielka redukcja codziennego wysiłku fizycznego natychmiast negatywnie przekłada się na zdrowie i naszą podatność na choroby przewlekłe. To w długiej perspektywie zwiększy koszty obsługi systemu zdrowotnego – mówi Sebastian Stodolak, szef Departamentu Badań i Analiz Warsaw Enterprise Institute. – Będzie też większym kosztem dla pracodawców, ponieważ pracownicy, którzy trenują, rzadziej zapadają na choroby i rzadziej chodzą na zwolnienia chorobowe.

Szacowane, całkowite koszty przewlekłych chorób niezakaźnych w Polsce wynoszą około 87,7 mld zł. Branża fitness, wspierając aktywność fizyczną Polaków, ma istotny wkład w ograniczanie zachorowalności na choroby przewlekłe, co z kolei przekłada się na wielomiliardowe oszczędności dla pracodawców i budżetu państwa.

Dlatego ZPP ocenia: „zamykanie obiektów sportowych przyniosło więcej szkody niż pożytku”. O ile jeszcze na początku pandemii decyzje te były zrozumiałe, o tyle ich ponawianie jesienią – kiedy wzrosła wiedza na temat transmisji koronawirusa – branża określa jako bezzasadne.

– Żyjemy z wirusem już rok i mamy dane naukowe, które pokazują, że w siłowniach nie dochodziło do zwiększonego przyrostu zakażeń. Nie ma więc powodów, żeby dalej utrzymywać zamknięcie tej dziedziny gospodarki – przekonuje Sebastian Stodolak. – Poza tym siłownie są niejako wewnętrznie zabezpieczone przed transmisją koronawirusa. O ile prawdopodobnie ktoś pójdzie do pracy, jeśli ma gorączkę albo źle się czuje, bo taka jest presja pracodawcy, o tyle na trening raczej się nie wybierze, bo po prostu nie będzie miał na niego siły.

– Branża fitness pewnego rodzaju rygory sanitarne wprowadziła jeszcze przed pandemią. W klubach sportowych standardem jest dezynfekcja miejsc i urządzeń wykorzystywanych do ćwiczeń. Rygor sanitarny tak czy inaczej w tych miejscach funkcjonuje – dodaje Jakub Bińkowski.

Eksperci zrzeszeni wokół ZPP postulują jak najszybsze odmrożenie działalności klubów fitness i innych obiektów sportowych przy zachowaniu reżimu sanitarnego. Proponują także szereg narzędzi, które przyspieszą proces odbudowywania strat. Wśród krótkoterminowych działań wymieniają uszczelnienie tarczy antykryzysowej i zachęcenie banków do otwarcia linii płynnościowych dla przedsiębiorców oraz pakiet tymczasowych ułatwień podatkowych. Jako rozwiązania do wprowadzenia na stałe eksperci zaproponowali zachęty podatkowe do kultywowania aktywności sportowej (m.in. ulgi na korzystanie z obiektów sportowych), wprowadzenie sportu jako metody leczenia czy współpracę systemu edukacji z placówkami fitness.

Wzrost polskiej fotowoltaiki w czasie pandemii szybszy od prognoz. Rośnie liczba zleceń, a także zatrudnienie w branży

Instytut Energetyki Odnawialnej szacuje, że w 2025 roku moc zainstalowana fotowoltaiki w Polsce sięgnie 7,8 GW. Miniony rok pokazał, że wzrost branży okazuje się dużo szybszy od rynkowych prognoz pomimo pandemii COVID-19. W grudniu moc zainstalowana PV przekroczyła 3,6 GW, a na koniec roku w Polsce było 457,4 tys. mikroinstalacji, których liczba tylko w drugim półroczu wzrosła o blisko 200 proc. Dla gospodarstw domowych inwestycja w fotowoltaikę, która zwraca się w około siedem lat, to atrakcyjny sposób na obniżenie rachunków za prąd. Dlatego cały rynek wyczekuje uruchomienia w tym roku nowej odsłony programu Mój Prąd, która da branży kolejny impuls do rozwoju. 

– Fotowoltaika odczuła pandemię Covid-19, natomiast największe uderzenie było zauważalne w marcu i kwietniu zeszłego roku. Obecnie wróciliśmy już do normy. Okazało się, że branża funkcjonuje i radzi sobie doskonale, czego dowodem jest przekroczenie planów zakładanych przez Instytut Energetyki Odnawialnej już w 2020 roku. Na dzisiaj branża się rozwija i sygnalizuje raczej wzrost zatrudnienia i wzrost liczby zleceń niż wyhamowanie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Wilk, country manager IBC SOLAR Polska.

Fotowoltaika już od kilku lat jest w Polsce jednym z głównych obszarów inwestycji w OZE. Na początku grudnia ub.r. moc zainstalowana PV w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym wyniosła 3661,7 MW co oznaczało wzrost o 7 proc. w ujęciu miesięcznym i aż o 181,8 proc. od grudnia 2019 roku. Instytut Energetyki Odnawialnej szacował, że na koniec 2020 roku moc zainstalowana PV w systemie wyniesie ok. 2,5 GW, tymczasem ten pułap został osiągnięty już w połowie ubiegłego roku. Wzrost branży jest więc nawet szybszy od rynkowych prognoz.

– Na koniec 2021 roku Instytut Energetyki Odnawialnej ustalił za cel osiągnięcie 4,2 GW mocy zainstalowanej. Tymczasem już osiągnęliśmy pułap 3,7 GW, co pod względem przyrostu nowych mocy w fotowoltaice daje nam piąte miejsce w Europie. Stawia to też Polskę w bardzo dobrej sytuacji, jeżeli chodzi o perspektywy rozwoju na bieżący rok. Zainteresowanie prosumentów energią fotowoltaiczną i instalowaniem systemów PV, które wynika z programów Mój Prąd czy Czyste Powietrze oraz innych form wsparcia, napędza tę branżę do dalszego rozwoju – mówi Mariusz Wilk.

Boom na fotowoltaikę w Polsce napędziły m.in. nowelizacja ustawy o OZE zmieniająca definicję prosumenta, spadek cen paneli fotowoltaicznych oraz rządowe programy Energia Plus czy Mój Prąd, który jest największym w Europie programem dofinansowania do prosumenckich instalacji fotowoltaicznych o mocy 2–10 kW. Zwiększony do 1,1 mld zł budżet programu został wyczerpany w grudniu (NFOŚiGW podaje, że pod koniec liczba składanych wniosków dochodziła nawet do 2 tys. dziennie), ale w tym roku ma wystartować jego nowa odsłona, poszerzona m.in. o dotacje na budowę punktów ładowania dla samochodów elektrycznych.

Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej podaje, że w ramach Mojego Prądu wsparcie na budowę instalacji PV trafi w sumie do 220 tys. prosumentów, a łączna moc instalacji ze złożonych wniosków da 1,2 GW, które rocznie wyprodukują ok. 1200 GWh energii elektrycznej.

– Rynek fotowoltaiki w Polsce napędzały do tej pory głównie dwa czynniki. Pierwszym było wsparcie w postaci programu Mój Prąd – na którego wznowienie wszyscy w branży czekają z niecierpliwością – oraz programu Czyste Powietrze, a także lokalnych inicjatyw oddolnych z gmin i samorządów. W tej chwili głównym czynnikiem motywującym do inwestycji w PV jest jednak ekonomia, czyli rosnące ceny prądu odczuwalne dla końcowego odbiorcy – mówi country manager IBC SOLAR Polska.

Według danych Polskiego Towarzystwa Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej, przytaczanych przez resort rozwoju, w Polsce na koniec 2020 roku funkcjonowało już ponad 457,4 tys. mikroinstalacji (dla porównania jeszcze w połowie ub.r. było ich ok. 262,3 tys.) o łącznej mocy ok. 3006 MW. To oznacza wzrost o ponad 28 proc. wobec III kwartału ub.r. i aż o 196 proc. względem końca 2019 roku.

W tej chwili to właśnie w segmencie prosumenckich mikroinstalacji PV jest obserwowany największy przyrost nowych mocy, jednak dzięki aukcyjnemu systemowi wsparcia od kilku lat rozwijają się też farmy fotowoltaiczne.

– Farmy fotowoltaiczne stanowiły do tej pory około 20 proc. energii słonecznej zainstalowanej w naszym kraju. Jednak szacuje się, że zbliżymy się do modelu funkcjonującego na Zachodzie, gdzie stosunek farm do domowych źródeł energii fotowoltaicznej jest w miarę zrównoważony – wskazuje Mariusz Wilk.

Rozwój fotowoltaiki w Polsce – podobnie jak całego rynku OZE – napędza w ostatnich latach unijna polityka klimatyczna, jak również fakt, że energia ze słońca jest po prostu tańsza niż z innych źródeł. Dlatego dla gospodarstw domowych przydomowa instalacja fotowoltaiczna stała się już dość popularnym sposobem na produkcję ekologicznej energii i obniżenie wysokości rachunków.

– Inwestycja w fotowoltaikę zapewnia bardzo duże korzyści – i to już od samego początku. Po pierwsze, zmniejszamy rachunki za energię elektryczną, co sprawia, że sama inwestycja zwraca się dość szybko. Szacujemy, że dobrze zaprojektowana i wykonana instalacja fotowoltaiczna może zwrócić się nawet w siedem lat. Dodatkowa korzyść dla inwestora to także podniesienie wartości nieruchomości, bo instalacja fotowoltaiczna jest traktowana jako inwestycja smart w nieruchomość, w związku z czym podnosi jej wartość rynkową – mówi Maciej Drobczyk, country manager w IBC SOLAR Polska.

– W tej chwili obserwujemy również rosnące zainteresowanie ze strony rynku komercyjnego. Duża liczba przedsiębiorstw, szukając alternatywy dla rosnących cen energii elektrycznej, wybiera rozwiązania takie jak fotowoltaika. Pozwalają one im uchronić się przed wzrostem kosztów, zwiększyć świadomość ekologiczną i przygotować się na kolejny krok, którym najprawdopodobniej będą magazyny energii i elektromobilność – dodaje Mariusz Wilk.

Jak podkreśla, firmy zwracają dużą uwagę na rozkład kosztów, w których energia stanowi znacząca pozycję. Podwyżki i pandemia COVID-19, która dodatkowo odbiła się na finansach przedsiębiorstw, skłoniła je więc do szukania oszczędności i obniżania bieżących kosztów utrzymania. Inwestycja we własne źródło PV stwarza im taką możliwość, a na dodatek istniejące na rynku rozwiązania pozwalają sfinansować ją przy minimalnym nakładzie, bez angażowania dużego kapitału.

– Taka inwestycja pozwala też wykorzystać połacie dachowe, które poza systemami wentylacyjnymi czy klimatyzacją zwykle pozostają niezagospodarowane. Fotowoltaika pozwala je wykorzystać – bez ponoszenia kosztów na zakup dodatkowych gruntów czy rozbudowę przedsiębiorstwa – w celu obniżenia kosztów działania oraz podniesienia poziomu niezależności – mówi Mariusz Wilk.

Przykładem może być, dofinansowana z programu Słoneczne Dachy, instalacja PV na budynkach Poznańskiej Spółdzielni Mieszkaniowej Winogrady. Moduły fotowoltaiczne i zaadaptowane specjalnie na potrzeby tej inwestycji konstrukcje montażowe dostarczył do projektu IBC SOLAR Polska.

– Branża fotowoltaiczna będzie inwestować w nowe technologie, musi to robić, żeby podążać za trendami światowymi. Zmieniają się moduły, zmienia się technologia ich wytwarzania, zmieniają się inwertery, ale również konstrukcje montażowe – mówi Maciej Drobczyk.

Oddana do użytku w zeszłym roku miejska elektrownia słoneczna w Poznaniu jest unikatowa ze względu na skalę trudności. Zrealizowana została na dachach czterech 17-piętrowych bloków i obejmuje 496 paneli fotowoltaicznych zaprojektowanych w technologii half-cut oraz konstrukcje montażowe, które przytwierdzono do połaci dachowej za pomocą specjalnych mocowników, dzięki czemu uniknięto konieczności przebijania poszycia dachowego. Nie tylko takie skomplikowane realizacje wymagają odpowiedniego zaprojektowania, żeby inwestycja w PV zwróciła się w możliwie najkrótszym czasie.

– Dobrze jest sprawdzić, jaką opinię mają dostawcy rozwiązań, i pamiętać o gwarancji. Dobry produkt niesie za sobą gwarancję, ale nie tylko na papierze. To też gwarancja, że np. producent czy dostawca nie zniknie nam z rynku. Dlatego należy wybierać takich partnerów, którzy są stabilni i pracują na rynku fotowoltaicznym od lat – podkreśla country manager IBC SOLAR Polska.

Zmiany klimatu coraz większym wyzwaniem dla zdrowia publicznego. W Polsce ich koszty zdrowotne są szacowane na prawie 120 mld zł do 2030 roku

Choroby zakaźne, które z regionów tropikalnych przenoszą się na południe Europy, czy fale upałów, które nawiedzają Stary Kontynent niemal każdego lata, powodując zwiększoną liczbę hospitalizacji i zgonów liczonych w dziesiątkach tysięcy – to jedne z przykładów wpływu zmian klimatycznych na życie i zdrowie Europejczyków. Tylko w Polsce koszty zdrowotne zmian klimatu są szacowane na 119 mld zł w latach 2021–2030 i składają się na nie m.in. koszty hospitalizacji, utraconych dni pracy, rent czy zasiłków w wyniku niezdolności do pracy – podaje Koalicja Lekarzy i Naukowców na rzecz Czystego Powietrza.

– Każdego roku liczba osób, które tracą życie albo odnoszą uszczerbek na zdrowiu spowodowany stricte zmianami klimatycznymi i globalnym ociepleniem, zwiększa się o 30 do nawet 50 proc. Rok temu ten wzrost wyniósł 54 proc. – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. n. med. Tadeusz Zielonka, pulmonolog, przewodniczący i inicjator Koalicji Lekarzy i Naukowców na rzecz Czystego Powietrza.

Jak wskazuje, wpływ zmian klimatycznych na zdrowie często bywa utożsamiany ze smogiem. To zjawisko, które co roku na całym świecie jest powodem ok. 10 proc. przedwczesnych zgonów. W Polsce zabija rocznie ok. 40–50 tys. osób, a w całej Europie – nawet dziesięciokrotnie więcej. Smog jest jednak tylko częścią, wycinkiem większego, globalnego problemu związanego ze zmianami klimatu.

– Te dwie kwestie się częściowo pokrywają, ale nie są tożsame. Zmiany klimatyczne to zjawisko szersze niż smog, a ich wpływ na zdrowie jest odmienny. Są one przyczyną m.in. coraz częstszych zaburzeń meteorologicznych – powodzi, pożarów, burz, które przekładają się na straty śmiertelne i powodują istotne problemy zdrowotne, od  krążeniowych po psychiczne – mówi dr hab. n. med. Tadeusz Zielonka.

Dobrym przykładem oddziaływania zmian klimatycznych na zdrowie i życie są np. fale upałów, które nawiedzają Europę niemal każdego lata, powodując zwiększoną liczbę hospitalizacji i zgonów liczonych w dziesiątkach tysięcy.

– Szczególnie osoby starsze albo małe dzieci są podatne na odwodnienie i często trafiają do szpitala. W wyniku odwodnienia przy upałach można nabawić się np. ostrej niewydolności nerek – mówi ekspert.

Jak wskazują eksperci HEAL i Koalicji Klimatycznej (raport „Wpływ zmiany klimatu na zdrowie”), niesprzyjające warunki atmosferyczne (m.in. upały) są odpowiedzialne za ok. 20 proc. zawałów serca. Przyczyniają się także do większej częstotliwości chorób krążenia. Coraz gorętsze lata to również większe ryzyko nowotworów skóry i zgonów nimi spowodowanych.

Z raportu IPCC (Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu) wynika, że średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. Prognozy naukowców zakładają, że jeżeli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie szybko zahamowana, to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy bezpieczny próg 1,5°C już w 2040 roku. To będzie skutkować ekologiczną katastrofą na globalną skalę. Podczas gdy w latach 1981–2010 gwałtowne zjawiska pogodowe dotykały zaledwie 5 proc. ludności Europy, pod koniec tego wieku klęski żywiołowe mogą dosięgnąć już co najmniej 2/3 Europejczyków.

Zmiany klimatyczne spowodują też niedobory żywności, czystej wody pitnej, ale wraz z nimi w Europie pojawią się także nowe wyzwania dla zdrowia publicznego, np. choroby znane dotąd tylko z regionów tropikalnych.

– Znakomitym przykładem jest denga, która kiedyś była stricte afrykańską chorobą, przenoszoną przez komary występujące tylko w Afryce. Dzisiaj te komary występują już także na południu Europy. Pierwsze zachorowania odnotowano nawet w Czechach, a komara afrykańskiego wykryto już też w Małopolsce. Jest tylko kwestią czasu, kiedy afrykańska denga rozpocznie się w Polsce, bo jest już m.in. w Grecji, Bułgarii czy we Włoszech – mówi dr hab. n. med. Tadeusz Zielonka.

Do wektorowych chorób zakaźnych, które w związku ze zmianami klimatycznymi zbierają coraz większe żniwo, zalicza się też borelioza. Obecnie w Polsce diagnozuje się ponad sześć razy więcej zachorowań niż jeszcze kilkanaście lat temu (dane Koalicji Lekarzy i Naukowców na Rzecz Czystego Powietrza).

– To efekt ocieplenia klimatu i poszerzenia strefy bytowania kleszczy. Kiedyś to była strefa bardzo endemiczna, zlokalizowana głównie na północy, w okolicach Podlasia i Mazur. W tej chwili z boreliozą mamy do czynienia praktycznie w całej Polsce – mówi inicjator Koalicji Lekarzy i Naukowców na rzecz Czystego Powietrza.

Do znanych już chorób mogą dojść kolejne, bo naukowcy szacują, że w topniejących lodowcach uwięzione mogą być nawet 33 nowe wirusy. Po uwolnieniu mogą zagrażać zdrowiu publicznemu.

Jak podkreśla ekspert, zmiany klimatu powodują coraz dotkliwsze skutki zdrowotne, dlatego nie powinny się kojarzyć z abstrakcyjną, odległą katastrofą klimatyczną, która wystąpi za kilkadziesiąt lat, ale z przepełnionymi szpitalami, coraz większą liczbą chorób i przedwczesnych zgonów tu i teraz. Światowa Organizacja Zdrowia już zakwalifikowała zmiany klimatu jako jedno z głównych zagrożeń dla zdrowia i życia ludzi na całym świecie, wpisując je jako jeden z głównych obszarów działań na 2021 rok.

– Pamiętam, że kilka lat temu na szczycie klimatycznym w Paryżu było wyraźnie powiedziane: jeśli nie uczynimy nic jako społeczność światowa, to w ciągu 50 lat będzie dramat. Przyznam się, że nie zrobiło to na mnie takiego wrażenia, bo pomyślałem: to za pół wieku. Minęły cztery lata, na szczycie klimatycznym w Katowicach ci sami eksperci mówią: jeśli nie zrobimy czegoś w ciągu trzech lat, to katastrofa będzie ok. 2030 roku. Nagle perspektywa się zmieniła. To już nie dotyczy tylko naszych wnuków, ale również nas – przypomina Tadeusz Zielonka.

Powołana niedawno Koalicja Lekarzy i Naukowców na Rzecz Czystego Powietrza, która apeluje do rządzących o pilne działania na rzecz klimatu, podaje, że już w tej chwili generują one wysokie koszty zdrowotne. Problem w tym, że brakuje dokładnych szacunków, ile one mogą wynosić. O ile znane są koszty leczenia czy hospitalizacji, o tyle rzadko bierze się pod uwagę np. koszty związane z utratą zdolności do pracy czy nieobecnością w pracy.

– Nie doceniamy konsekwencji finansowych zmian klimatu, bo my tego po prostu nie liczymy – mówi ekspert z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. – To bardzo utrudnia ocenę, ponieważ nie jesteśmy w stanie uwrażliwić społeczeństwa na rzeczywiste ponoszone koszty, skoro one nie zostały dokładnie policzone.

Dane przytaczane w raporcie „Wpływ zmiany klimatu na zdrowie” wskazują, że w latach 2001–2010 straty wywołane skutkami zmian klimatycznych mogły wynieść ok. 54 mld zł, a w kolejnej dekadzie – już 86 mld. W okresie 2021–2030 koszty zdrowotne mogą wzrosnąć do nawet 119 mld zł.