PayU: E-commerce siłą napędową dla sektora MŚP

Rynek e-commerce w Polsce staje się coraz bardziej nasycony. Obecnie na 1 tys. mieszkańców przypada średnio 1 sklep internetowy, podczas gdy trzy lata temu było to 0,5 sklepu. Pomimo szybko rosnącej konkurencji, wciąż jednak jest na nim miejsce dla nowych sprzedawców, którzy mogą zawalczyć o swój kawałek tortu wartego według szacunków 100 mld złotych.

Już ponad 20 mln Polaków kupuje online i liczba ta systematycznie rośnie. Z powodu wielomiesięcznego zamknięcia sklepów tradycyjnych 27 proc. internautów zaczęło robić zakupy w sieci nawet częściej niż dotychczas – informuje Izba Gospodarki Elektronicznej w jednym ze swoich raportów. Odpowiedzią na coraz częstszą obecność konsumentów w wirtualnym świecie jest rosnący trend przenoszenia tam biznesu – e-commerce stał się tym samym siłą napędową dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Aby skutecznie konkurować na rynku, nowo powstające e-sklepy muszą od razu sprostać rosnącym oczekiwaniom kupujących. Zapewnienie szybkich, bezproblemowych i bezpiecznych zakupów w internecie to kwestia podstawowa. Jednym z kluczy do sukcesu, który każda firma sprzedająca w internecie powinna zastosować, jest wdrożenie elektronicznych kanałów płatności.

Maksymalnie uproszczenie procesu płacenia za zakupy przekłada się na większą satysfakcję kupujących. Z kolei zakres oferowanych kanałów płatności może decydować o tym, czy konsument dokona zakupu, czy jednak z niego zrezygnuje, np. ze względu na brak możliwości zapłacenia z poziomu telefonu komórkowego lub niewystarczające środki na rachunku bankowym. Dlatego też tak ważne w budowaniu pozytywnego doświadczenia zakupowego jest dostosowanie płatności do urządzeń mobilnych, udostępnienie szerokiego wachlarza metod płatniczych, a także wprowadzenie rozwiązań one-click’owych.

Zapewniamy odpowiednie rozwiązania płatnicze dla każdego modelu biznesowego funkcjonującego w e-handlu, a dla początkujących sprzedawców oferujemy preferencyjne warunki na start – mówi Joanna Pieńkowska-Olczak, Prezes PayU S.A. i dodaje: Rozumiemy jak ważna w przypadku małych i średnich sklepów może być szybkość nawiązania współpracy. Dlatego też od strony sklepu proces ten jest w pełni zautomatyzowany: przedsiębiorca otwiera stronę PayU i wypełnia formularz, który kończy się wygenerowaniem i podpisaniem umowy elektronicznej. Firmy te mogą liczyć także na preferencyjne warunki finansowe i do 28 lutego w prosty sposób ustawić bramkę płatności dla swojego e-sklepu, ponosząc jedynie połowę standardowej prowizji.

Obserwując dużą liczbę ofert na rynku oraz tempo powstawania nowych podmiotów sprzedających w internecie, część kupujących może nie być od razu w pełni przekonana do nowej formy zakupów. Ważne jest zatem, aby przedsiębiorca zadbał o rozpoznawalność sklepu i dobre opinie dotychczasowych klientów, które będą pochodną przyjaznego procesu zakupowego. Skorzystanie z usług najbardziej rozpoznawalnych i cenionych na rynku operatorów płatności może w tym bardzo pomóc.

Dostawcą płatności wybieranym najczęściej przez małe i średnie firmy działające w branży e-commerce w Polsce jest PayU – wynika z badania e-Gazele Biznesu. Korzystanie z usług operatora potwierdziło 54 proc. badanych firm. PayU jest również pierwszym wyborem dla większości e-konsumentów, aż 53% kupujących online wskazuje, że korzysta z tego systemu płatności (raport eCommerce 2020, Izba Gospodarki Elektronicznej).

W 2020 roku niemal każda osoba kupująca online w Polsce przynajmniej raz skorzystała z płatności PayU. Zaufanie naszych użytkowników i bezpieczeństwo ich środków jest dla nas najważniejsze. Podczas gdy konsumenci mogą wybierać z coraz szerszego wachlarza udostępnianych przez nas kanałów płatności, my pracujemy również nad tym, aby zapewnić odpowiedni sposób ich uwierzytelniania, mając jednocześnie na uwadze zwiększanie konwersji w sklepiepodsumowuje Joanna Pieńkowska-Olczak.

Jak sfinansować zieloną transformację gospodarek i firm?

W najbliższych dziesięcioleciach czeka nas ogromna zmiana związana z reformą całych gospodarek tak, aby były bardziej „zielone”. Unia Europejska dąży w stronę zeroemisyjności, w tym celu zaproponowano nową strategię wspólnoty „Europejski Zielony Ład”. Zakłada ona wdrożenie działań związanych z ochroną środowiska oraz przeciwdziałaniem zmianom klimatycznym, aby w 2050 roku Europa była kontynentem neutralnym klimatycznie.

„Europejski Zielony Ład” zakłada m.in. transformację energetyczną – redukcję emisji CO2 i przejście z „brudnej” energetyki na odnawialne źródła energii. Ważnymi punktami strategii są także: zrównoważony transport, oparty na paliwach alternatywnych oraz efektywne energetycznie budownictwo i gospodarowanie odpadami w zamkniętym obiegu. Dla niektórych krajów wspólnoty zaproponowane działania będą ewolucją i przyspieszą zmiany wprowadzane już od dłuższego czasu. Jednak dla wielu krajów Unii, w tym dla Polski, strategia i jej ambitne cele niosą za sobą rewolucyjne zmiany. Dostosowanie się do nich będzie szczególnie dużym wyzwaniem dla naszego sektora energetycznego, który w Polsce w ponad 75 proc. jest oparty na węglu.

– Firmy energetyczne funkcjonujące w Polsce już teraz podejmują działania mające na celu redukcję CO2 i przejście na OZE. Wiele z nich widzi, że od tego trendu nie ma odwrotu i bycie bardziej „zielonym” jest koniecznością. Obecnie szczególnie dynamicznie rozwija się segment fotowoltaiki, której moc zainstalowana w Polsce wzrosła w ciągu ostatniego roku prawie trzykrotnie, osiągając 3,7 GW. Kolejnym etapem będą morskie farmy wiatrowe. Santander Bank Polska jest zaangażowany w ten proces, oferując jako pierwsza instytucja finansowa w kraju, rozwiązania finansowe oparte na zasadach ESG (Environmental, Social, Governance) czy SDG (Sustainable Development Goals). Są to m.in. zielone obligacje, kredyty ESG-linked czy transakcje zabezpieczające ryzyko zmienności stóp procentowych oparte na zasadach zrównoważonego rozwoju, czyli zielone IRS. Jesteśmy też zaangażowani w finansowanie największych w kraju farm wiatrowych i solarnych – wyjaśnia Maciej Tarnawski, dyrektor departamentu rynków kredytowych w Pionie Bankowości Korporacyjnej i Inwestycyjnej Santander Bank Polska.

Jak zauważają eksperci S&P Global Ratings, zainteresowanie międzynarodowych inwestorów pozyskiwaniem szczegółowych i rzetelnych informacji dotyczących zagadnień związanych z kwestiami ochrony środowiska naturalnego, relacjami społecznymi oraz kształtem ładu korporacyjnego przedsiębiorstw, gwałtownie rośnie. Obecnie, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, doceniają oni wartość uwzględniania czynników ESG w podejmowanych przez siebie decyzjach inwestycyjnych, zarówno w celu ograniczenia potencjalnego ryzyka, jak i odkrywania nowych możliwości biznesowych. Jednocześnie, dla dalszego rozwoju rynku instrumentów finansowych opartych o kryteria ESG, niezwykle istotna jest odpowiednia komunikacja oraz transparentność – inwestorzy coraz częściej chcą wiedzieć czy instrumenty oferowane im jako „zielone” lub „społecznie odpowiedzialne” są takimi w rzeczywistości, dlatego też pełna przejrzystość w tym zakresie jest niezbędna.

– Narzędziem wspierającym dynamiczny rozwój rynku jest Ocena ESG stworzona przez S&P Global Ratings. Jej celem jest zwiększenie transparentności poprzez przeprowadzenie szczegółowej analizy przedsiębiorstw pod kątem ewaluacji czynników ryzyka związanych z ochroną środowiska naturalnego, społecznej odpowiedzialności oraz zarządzania organizacją. Ocena ESG wykorzystywana jest zarówno przez inwestorów dla określenia akceptowalnego przez nich ryzyka, jak i firmy, które za jej pośrednictwem wzmacniają swoją reputację oraz wiarygodność wśród kluczowych interesariuszy – podkreśla Łukasz Olszewski, Dyrektor Generalny Oddziału w Polsce oraz Dyrektor Rozwoju Biznesu na Europę Środkową i Wschodnią, Turcję, Grecję i Ukrainę w S&P Global Ratings.

Energetyka to nie jedyna gałąź gospodarki, która dynamicznie się zmienia i w której aspekty środowiskowe stają się kluczowym tematem. Także w branży produkcyjnej, transporcie, handlu czy usługach, zasady zrównoważonego rozwoju i ograniczenie negatywnego wpływu na środowisko są coraz poważniej traktowane. Zmiany, które są wdrażane dotyczą oszczędności poprzez poprawienie efektywności energetycznej, wykorzystywania w większym stopniu energii z OZE, redukcji ilości śmieci i lepszego ich recyklingu, zmiany opakowań na bardziej ekologiczne, czy zmiany floty samochodowej na auta z napędem alternatywnym. O tym, że „zielona transformacja” nie jest chwilowym trendem a trwałą zmianą przekonani są uczestnicy debaty eksperckiej „Zielona transformacja okiem przedsiębiorców i inwestorów”. Zdaniem przedstawicieli sektora finansowego, którzy brali udział w dyskusji, już teraz można powiedzieć, że duże inwestycje nie spełniające kryteriów ESG, są trudne do sfinansowania, bo wiele instytucji finansowych wymaga, aby firmy realizowały „zielone” kryteria.

– Finansując projekty firm z przeróżnych branż widzimy, że coraz ważniejszym aspektem jest dążenie do zminimalizowania wpływu na środowisko. Większość dużych firm już teraz planuje wdrażanie ambitnych projektów ekologicznych, które są rozłożone na lata i pozyskuje na nie finansowanie. Liderzy zmian w tym zakresie kompletnie przestawili swój sposób myślenia i nie traktują takich działań jako kosztu a raczej jako inwestycję, która w przyszłości da wymierne oszczędności finansowe oraz zysk w postaci ochrony środowiska. Bycie nie ekologicznym w najbliższych latach będzie wiązało się z coraz większym kosztem, dlatego niezależnie od branży warto już teraz myśleć o tym w jaki sposób zredukować wpływ na środowisko – dodaje Maciej Tarnawski, dyrektor departamentu rynków kredytowych w Pionie Bankowości Korporacyjnej i Inwestycyjnej Santander Bank Polska.

Cele „Zielonego ładu” zakładają redukcję zużycia węgla 0 60-80 proc do roku 2030, a w roku 2050 ma on całkowicie zniknąć z europejskiego rynku energii. W ciągu ostatnich prawie trzydziestu lat emisja gazów cieplarnianych w Polsce zmalała z 447 megaton ekwiwalentu dwutlenku węgla do 380 w 2017 roku. Aby do 2050 nasza gospodarka stała się zeroemisyjna, redukcja emisji musiałaby przyspieszyć czterokrotnie. Zdaniem analityków firmy McKinsey dekarbonizacja polskiej gospodarki w ciągu 30 lat będzie kosztowała 380 mld euro. Przyniesie też spadek kosztów operacyjnych, rozwój nowych branż oraz 300 000 nowych miejsc pracy[1].

[1] Raport McKinsey „Neutralna emisyjnie Polska 2050”, czerwiec 2020

Fed nie zaskoczył. Huśtawka na Wall Street

Wstrząsy na środowym otwarciu Wall Street uderzyły w aktywa ryzykowne po całej szerokości, skutkując konkursem na najlepsze wyjaśnienie zjawiska. Ale im więcej pojawia się teorii, tym większe szanse, że przyczyna tąpnięcia jest bardziej prozaiczna. Stabilizacja nastrojów po półgodzinnej huśtawce jest tego najlepszym dowodem.

Wczoraj zaraz po rozpoczęciu handlu kasowego na nowojorskiej giełdzie główne indeksy zaczęły nurkować, co zaraz rozlało się po wszystkich klasach aktywów. Na tamten moment jedyną informacją wartą uwagi były dane o inflacji z USA, które wypadły poniżej oczekiwań – w styczniu inflacja bazowa spowolniła do 1,4 proc. r/r z 1,6 proc., o 0,1 pkt proc. mniej niż prognozowano. Wstępnie dane odebrano jako pozytywne dla trendu reflacyjnego – bez przyspieszenia inflacji nie ma presji na Fed, by szybciej normalizował politykę pieniężną, więc słabość dolara z korzyścią dla aktywów ryzykownych może trwać. Ale gdy Wall Street na otwarciu zaczęło spadać, zaczęto „szyć” nowe wytłumaczenie – skoro ekspansja monetarna i fiskalna nie generują inflacji, to gospodarka jeszcze długo nie stanie na równe nogi. Celowo użyłem określenia „szyć”, ponieważ uważam taką hipotezę za mocno naciąganą i powstałą w wyniku konieczności znalezienia jakiegokolwiek uzasadnienia. Z drugiej strony chyba trzeba się cieszyć, że preteksty do korekty nie znajdują się poważniejsze. Osobiście jestem zdania, że przesz Wall Street przeszedł efekt kuli śnieżnej w związku z realizacją zysków po ostatnich wzrostach. Fakt, że handel szybko się ustabilizował, przemawia za tym, że powód musiał być bardziej techniczny niż fundamentalny. Nie bez znaczenia jest też zamknięcie na kilka dni głównych ośrodków finansowych w Azji z powodu świąt, przez co ewentualny rajd reflacyjny nie będzie miał punktu zaczepienia przez jedną trzecią doby. Naprawdę, czasami nie ma sensu szukać bardziej wymyślnych wytłumaczeń.

Prezes Fed Powell nie zaskoczył podczas środowego wystąpienia w Nowym Jorku. Podtrzymany został przekaz ze styczniowego komunikatu FOMC. Stwierdził, że potrzebne jest cierpliwe podtrzymywanie akomodacyjnej polityki pieniężnej i poczekanie na faktyczne efekty gospodarcze. Dodał, że kondycja rynku pracy jest daleka od silnej. Nawet jeśli inflacja zacznie rosnąć, nie będzie to miało większego znaczenia, gdyż odczyty podbiją efekty bazy niż strukturalne zmiany. Dlatego też Fed poczeka na materializację stabilnego trendu inflacyjnego niż będzie polegać na zmianach oczekiwań inflacyjnych. Powell jasno daje do zrozumienia, aby rynek nie rozpędzał się w dyskontowaniu normalizacji polityki w oparciu o odbicie inflacji. Jeśli inflacja zacznie rosnąć, a stopy procentowe zostaną nisko, będzie to ciążyć na wycenie USD w średnim terminie. Ale inwestorzy pozostaną inwestorami i zapewne Fed będzie musiał cyklicznie przypominać, że przez dobre kilka miesięcy nic się w jego polityce nie zmieni.

Złoty ucierpiał na wczorajszym skoku awersji do ryzyka i dziś rano EUR/PLN zahacza o 4,50. Nie widzimy fundamentalnych podstaw za zmianą trendu i w osłabieniu złotego widzimy techniczne odreagowanie ostatniego umocnienia po zatrzymaniu spadków EUR/PLN na 4,47. NBP wyraźnie trzyma się na uboczu i nawet ostatnia opinia banku centralnego w temacie przewalutowania kredytów frankowych jest pośrednio pozytywna dla waluty. Rynek złotego wyznacza nową półkę dla bocznego dryfu w przedziale 4,47-4,5050 w oczekiwaniu na kolejny zryw globalnego apetytu na ryzyko. W horyzoncie następnych kilkunastu dni spodziewam się wznowienia aprecjacja złotego w kierunku 4,45.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polacy krytykują lockdown w gastronomii. Nie chcą też kar dla przedsiębiorców łamiących obostrzenia

Blisko 76% Polaków nie chce kar dla gastronomii za otwieranie lokali pomimo rządowych obostrzeń. Niecałe 70% uważa, że rząd popełnił błąd.rzad zle zrobil ze przedluzyl lockdown infografika

Z najnowszego sondażu opinii społecznej wynika, że blisko 70% Polaków źle ocenia ponowne przedłużenie obostrzeń w gastronomii. Do tego niecałe 76% stwierdza, że nie należy bezwzględnie karać właścicieli lokali, które są otwierane mimo zakazu. Za lockdownem w tej branży częściej opowiadają się mężczyźni niż kobiety. Z kolei za stanowczym egzekwowaniem przepisów wobec przedsiębiorców jest prawie 22% badanych. Głównie są to osoby z wykształceniem zawodowym, podstawowym i gimnazjalnym.

Jak wynika z ogólnopolskiego badania UCE RESEARCH i SYNO Poland, 68,5% Polaków uważa, że rząd podjął złą decyzję, przedłużając lockdown w gastronomii. Natomiast 23,4% jest przeciwnego zdania, a 8,1% nie ma wyrobionej opinii w tej kwestii. Widać więc wyraźnie, że społeczeństwo chce otwarcia tej branży, co podkreśla Krzysztof Zych, główny analityk UCE RESEARCH. I dodaje, że ludzie mają już dość ograniczeń. Chcieliby swobodnie spotykać się w restauracjach, kawiarniach i pubach.

Prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce
Prof. Witold Orłowski

– Nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie, czy dzisiaj należy otwierać lokale gastronomiczne. Z jednej strony są potrzeby i oczekiwania ludzi, ale z drugiej jest też pandemia. Być może rząd nie ma dzisiaj innego wyjścia, jak tylko przedłużać obostrzenia. Ale przecież był czas na to, by ustalić zasady bezpiecznego korzystania z takich miejsc, przynajmniej od pół roku istniała możliwość wypracowania procedur, w ramach których restauracje mogłyby dziś działać – komentuje prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce.

Wśród osób, które twierdzą, że rząd podjął dobrą decyzję, większy odsetek stanowią mężczyźni niż kobiety. Najwięcej zwolenników jest w przedziale wiekowym 56-80 lat i w grupie rodaków z wykształceniem podstawowym i gimnazjalnym. Natomiast uwzględniając miejsce zamieszkania, widać, że największe poparcie dla restrykcji jest w miastach mających powyżej 500 tys. ludności, a także w miejscowościach liczących od 20 tys. do 49 tys. mieszkańców.

– Zdrowie i życie jest zawsze na pierwszym miejscu, ale państwo powinno lepiej pomagać przedsiębiorcom. Przecież gastronomia to dla niego przede wszystkim podatnik. A przy braku obrotów, raczej nie odprowadzi danin. Ucierpią też ludzie, którzy pracują w tej branży. Już słychać, że windykatorzy i prawnicy zacierają ręce, bo w dłuższej perspektywie będą mieli mnóstwo klientów – dodaje główny analityk UCE RESEARCH.

75,7% Polaków uważa, że restauracje, puby i kawiarnie, otwierające się pomimo rządowych obostrzeń, nie powinny być bezwzględnie karane. Przeciwnego zdania jest 21,6% badanych, a 2,7% nie ma opinii w tej kwestii. Jak podkreśla Krzysztof Zych, Polacy nie chcą stosowania represji wobec tej grupy przedsiębiorców. W opinii eksperta, rządzący powinni to wziąć pod uwagę. Zamiast karać, należy podjąć realną próbę wyjścia z tej trudnej sytuacji.

– Takie przyzwolenie na działanie mimo zakazów oznacza po prostu brak zaufania do tego, co robi rząd. To również przekonanie, że pewne rzeczy są robione niewłaściwie, niepotrzebnie albo nie wiadomo dlaczego. Myślę, że te wyniki nie oznaczają solidarności z przedsiębiorcami, choć oni i osoby z nimi związane tak twierdzą. To po prostu wyraz coraz bardziej powszechnego przekonania, że zarządzanie pandemią w Polsce jest dość nieudolne – mówi prof. Orłowski.

Więcej zwolenników bezwzględnego karania ww. przedsiębiorców jest wśród mężczyzn niż kobiet. Głównie za takim rozwiązaniem opowiadają się osoby w wieku 36-55 oraz 56-80 lat, a także z wyksztalceniem zawodowym. Ponadto orędownicy kar w dużej mierze zamieszkują miasta od 50 tys. do 99 tys. mieszkańców oraz wsie i miejscowości do 5 tys. mieszkańców.

– W tym przypadku kierowanie się nadrzędnością prawa, niezależnie od uciążliwości oraz konsekwencji przepisów, może przynieść więcej szkody niż pożytku. Tu nie chodzi o dobry PR, tylko o zwykłą ludzką solidarność i zrozumienie dramatu przedsiębiorców. Niestety, w tej sytuacji pat może się pogłębiać. I jeżeli nic się nie zmieni, to będzie skutkowało dalszą eskalacją problemu i niepotrzebnymi napięciami – podsumowuje Krzysztof Zych.

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 05-07.02.2021 r. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Gazety Wyborczej na reprezentatywnej próbie 1017 dorosłych Polaków.

Rekordy popytu na powierzchnię magazynową w 2020 r.

Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowała rok 2020 na polskim rynku nieruchomości magazynowych.

  • W 2020 roku popyt całkowity osiągnął rekordowy poziom prawie 5 mln mkw.
  • Prawie 70% całkowitego wolumenu transakcji stanowiły nowe umowy i ekspansje.
  • W czwartym kwartale ilość dostępnej do wynajęcia powierzchni magazynowej zmalała o prawie 300 000 mkw.
  • Aktywność deweloperska utrzymuje się na wysokim poziomie.

W 2020 roku popyt całkowity osiągnął rekordowy poziom prawie 5 mln mkw.

W 2020 roku całkowity popyt na nowoczesną powierzchnię magazynową pierwszy raz w historii sięgnął prawie 5 mln mkw. i wzrósł znacząco o 24% w ujęciu rocznym. Około 3,45 mln mkw. tj. prawie 70% całkowitego wolumenu transakcji stanowiły nowe umowy i ekspansje.

Na tak wysoki wynik aktywności najemców wpływ miały zarówno realizacje decyzji inwestycyjnych podjętych jeszcze w 2019 roku i na początku ubiegłego roku, tj. w okresie poprzedzającym pandemię koronawirusa, jak i gwałtowny wzrost dynamiki rozwoju branży e-commerce spowodowany ograniczeniami handlu stacjonarnego w kolejnych miesiącach 2020 roku. Przedłużenia umów najmu dotyczyły pozostałych 1,54 mln mkw., co również świadczy o swoistej, wysokiej odporności firm z sektora magazynowego w trudnych warunkach rynkowych – mówi Joanna Sinkiewicz, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych w Cushman & Wakefield.

W strukturze popytu, podobnie jak przed rokiem, największy udział miały dwie branże tj. logistyczna/KEP (34%) oraz handlowa (17%), napędzane przez rosnący popyt konsumentów na produkty szybko zbywalne (FMCG), elektronikę/AGD oraz meble/artykuły wyposażenia wnętrz.

Czynsze: w ubiegłym roku nie zaobserwowaliśmy istotnych zmian w poziomie czynszów magazynowych.

Nie zaobserwowaliśmy istotnych zmian w poziomie czynszów magazynowych, choć na niektórych rynkach widoczny był nieznaczny trend spadkowy w związku z dużym poziomem podaży i wzrostem pustostanów. Czynsze bazowe wahają się od 2,50-3,80 €/mkw/miesiąc w przypadku obiektów typu BIG-BOX do 4,00-5,25 €/mkw/miesiąc w przypadku obiektów typu SBU (Small Business Units) w obszarach miejskich na kluczowych rynkach. Zachęty finansowe oferowane przez deweloperów sięgają zazwyczaj 10-30% stawki bazowej czynszu, w zależności od warunków najmu. Składają się na nie okresy bezczynszowe wynoszące od jednego do dwóch miesięcy za każdy rok najmu oraz kontrybucja finansowa na wybrane prace wykończeniowe, czy koszty potencjalnej relokacji najemcy.

W czwartym kwartale ilość dostępnej do wynajęcia powierzchni magazynowej zmalała o prawie 300 000 mkw.

Pod koniec IV kwartału 2020 roku na rynku magazynowym dostępne do wynajęcia było ok. 1,42 mln mkw., co stanowiło 6,8% całkowitej podaży w Polsce. Silny wzrost popytu w IV kw. 2020 roku oraz relatywnie niski poziom nowej podaży w porównaniu do poprzednich kwartałów przyczyniły się do znaczącego spadku poziomu pustostanów o ponad 300 tys. mkw. Mniejsza dostępność powierzchni magazynowej oraz wysoki poziom zabezpieczenia umowami przednajmu projektów w budowie, może wskazywać na prawdopodobne, nieznaczne ograniczenie skali zachęt finansowych oferowanych najemcom w 2021 roku na niektórych rynkach regionalnych.

Podaż: aktywność deweloperska utrzymuje się na wysokim poziomie

W 2020 roku na rynku magazynowym ukończono prawie 2 miliony mkw. powierzchni magazynowej, a całkowite jej zasoby w Polsce wzrosły o 11 % r/r. W porównaniu do rekordowego 2019 roku, wolumen nowej podaży spadł o 27% (lub 0,74 mln mkw.). Pomimo podobnej liczby ukończonych inwestycji zauważalny był znacznie niższy udział dużych projektów o powierzchni przekraczającej 50 tys. mkw. W 2020 roku wyniósł on 370 tys. mkw. w porównaniu do 1 mln mkw. w 2019 roku, gdy finalizowano kolejne duże inwestycje dla firm takich jak Amazon, Zalando, Leroy Merlin, Castorama i Carrefour. Natomiast pod koniec ubiegłego roku w budowie znajdowało się ponad 2 miliony mkw., o około 100 000 mkw. więcej niż rok wcześniej. Około 73% wolumenu inwestycji w budowie zostało już zabezpieczone umowami przednajmu (pre-let), co stanowi znaczący wzrost tego wskaźnika o 23 pp. r/r wynikający zarówno z wysokiego popytu oraz tendencji do ograniczania inwestycji spekulacyjnych w związku z wyższym ryzykiem rynkowym w czasie pandemii COVID-19.

W 2021 roku planowane jest rozpoczęcie wielu nowych projektów deweloperskich, w tym dużych jak np. Wrocław CAMPUS 39 firmy Panattoni Europe (180 000 mkw., Wrocław), 7R Park Gdańsk-Port (123 000 mkw., Trójmiasto), Hillwood Rokitno (110 000 mkw., Polska Zachodnia) czy DL Invest Park Teresin (100 000 mkw., okolice Warszawy).

Oprócz parków magazynowych oferujących większe moduły magazynowe (BIG-BOX) oraz inwestycji typu BTS (build to suit), deweloperzy aktywnie rozwijają inwestycje w ramach nabierającego rozpędu trendu rozwoju logistyki „ostatniej mili”. Dobrym przykładem jest Warszawa, gdzie deweloperzy realizują kolejne projekty tego typu na Okęciu, w rejonie Żerania, Targówka Przemysłowego i Bielan. Na celowniku deweloperów są także inne miasta w Polsce jak np. Poznań, Wrocław, Łódź, Kraków, Gdańsk, Gdynia czy Rzeszów. Zmianie ulega standard obiektów magazynowych oferując dogodne rozwiązania dla realizacji specyficznych operacji związanych z logistyką pod e-commerce czy lekką produkcją. Silny wpływ na standard nowych obiektów ma również trend ekologiczny i automatyzacja. Deweloperzy i najemcy coraz chętniej inwestują w nowe technologie IT, automatykę przemysłową, energię odnawialną i przyjazne środowisko pracy – mówi Adrian Semaan, Senior Research Consultant, Cushman & Wakefield

Prognoza

Podczas gdy wiele branż przeżywa ogromne trudności w związku z pandemią, rynek magazynowy odnotował silny wzrost. To głównie zasługa długofalowego rozwoju napędzanego w dużej mierze  wysoką dynamiką rozwoju sektora e-commerce, który w warunkach ograniczeń handlu stacjonarnego dodatkowo zyskał na znaczeniu. Strategiczna lokalizacja Polski na przecięciu głównych szlaków handlowych, a także dalsze inwestycje w infrastrukturę transportową w powiązaniu z rozwojem logistyki miejskiej i transgranicznej, pozwalają z optymizmem patrzeć na kondycję rynku w 2021 roku. Długofalowy wzrost przewidują również inwestorzy, którzy na projekty przemysłowe wydali w 2020 roku rekordowe 2,6 mld euro – dodaje Joanna Sinkiewicz.

Pełna treść raportu dostępna pod linkiem: https://info.cushmanwakefield.com/l/263412/2021-02-11/3gprfx

Rynek dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych w III kw. 2020 r. zanotował ponad 10% wzrost

Według opublikowanych przez Polską Izbę Ubezpieczeń danych liczba osób korzystających z dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych na koniec III kwartału 2020 roku wynosiła ponad 3,1 mln. To o 10,6% więcej niż rok wcześniej. Wydaliśmy na nie łącznie 665 mln zł, czyli 4,3% więcej niż w tym samym okresie 2019 r.

Ostatni rok zdecydowanie zmienił podejście ubezpieczających i ubezpieczonych do polis zdrowotnych, zarówno grupowych, jak i indywidualnych. Po pierwsze, zaczęły być one jeszcze bardziej pożądanym benefitem pracowniczym niż rok temu. Po drugie, zmieniło się podejście kupujących do zakresu polis – świadczenia wcześniej marginalizowane i uważane za dodatki są teraz jednymi z najistotniejszych, jak telemedycyna.

Na co zwracamy uwagę wybierając polisę w 2021 r.?

Dotychczas dla ubezpieczających najważniejsza była jak najdłuższa lista świadczeń dostępnych w ramach polisy. Nie analizowali oni jednak aż tak dokładnie, co ona zawierała. A krótsza lista wcale nie musi oznaczać słabszej ochrony. Kluczem, według którego powinno wybierać się świadczenia, są:

– problemy zdrowotne, z jakimi borykają się ubezpieczeni,
– choroby zawodowe, które im grożą,
– wiek ubezpieczonych i wynikające z niego zagrożenia dla zdrowia.

Obecnie świadczeniami, które są szczególnie „w cenie”, są ochrona przed chorobami zakaźnymi, zwłaszcza COVID-19, pomoc zdalna oraz wsparcie w walce z problemami psychicznymi. Pandemia i spowodowana nią izolacja odcisnęły piętno na naszym zdrowiu – zarówno fizycznym, jak i psychicznym.

W ofertach ubezpieczycieli, zwłaszcza tych dotyczących polis grupowych, pojawiła się więc możliwość organizacji testów przesiewowych na koronawirusa wśród pracowników. Ponadto, część towarzystw przygotowuje się do włączenia do akcji szczepień przeciw COVID-19 w ramach mobilnych punktów szczepień, które będzie można zorganizować w firmie. Co więcej, nieustająco rozwijane są usługi z zakresu telemedycyny, ponieważ ta forma kontaktu nie straci na popularności przez długi czas. Jestem wręcz zdania, że zostanie z nami na stałe. Trzeba też zaopiekować się rosnącą liczbą osób z problemami natury psychicznej, do czego przyczyniły się ograniczenia spowodowane lockdownem. Na szczęście coraz bardziej otwarcie mówimy o tych schorzeniach i coraz chętniej zwracamy się po pomoc. Dlatego coraz więcej osób wybierając ubezpieczenie, dba o to, żeby obejmowało również konsultacje psychiatryczne i psychologiczne.

Pracodawcy powinni zachęcać do korzystania z polis grupowych

Biorąc pod uwagę fakt, że przez pandemię zdecydowanie pogorszyła się nasza dbałość o odpowiednią profilaktykę zdrowotną, poza ochroną przed COVID-19, ubezpieczający w ramach polis grupowych (pracodawcy) powinni pełnić nie tylko rolę dostawcy ochrony, ale też aktywnie zachęcać do korzystania ze świadczeń. Przedsiębiorcy powinni przede wszystkim wyjść poza schemat obowiązkowych badań okresowych i zachęcać pracowników do częstszego sprawdzania swojego stanu zdrowia. Zwłaszcza że pojęcie medycyny pracy jest bardzo pojemne i można w jej ramach całościowo zadbać o zdrowie, tworząc np. pracownicze programy profilaktyczne, pomagające kompleksowo diagnozować i leczyć najpowszechniej występujące wśród pracowników schorzenia.

Robert Łoś, Prezes SALTUS Ubezpieczenia

Prywatne ubezpieczenia coraz ważniejsze w ochronie zdrowia

Ubezpieczenie zdrowotne ma już ponad 3,1 mln Polaków – wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń po III kw. 2020 r. To o 10,6 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2019 r. Wartość składki wzrosła o 4,3 proc. i przekroczyła łącznie 665 mln zł. Zainteresowanie prywatnymi polisami zdrowotnymi w Polsce ciągle rośnie.

– Prywatne ubezpieczenia stały się ważnym elementem ochrony zdrowia dla Polaków, ponieważ zapewniają szybki dostęp do wysokiej jakości opieki medycznej. Pomimo niepewności wywołanej spowolnieniem gospodarczym, pracodawcy nie rezygnują z polis zdrowotnych. Co więcej, kolejne firmy decydują się na zakup takiego ubezpieczenia w ramach benefitów pracowniczych. Ponadto zwiększyła się liczba posiadaczy indywidualnych polis zdrowotnych. Wzrost jest tu prawie trzykrotnie wyższy niż w przypadku ubezpieczeń grupowych. Wpływ na to może mieć trudna sytuacja w publicznej opiece zdrowotnej, obciążonej walką z SARS CoV-2 – mówi Dorota M. Fal, doradca zarządu PIU.

Coraz większe możliwości dla ubezpieczonych

W 2020 r. duża część opieki medycznej była świadczona zdalnie. Szczególnie w początkowej fazie pandemii bardzo wielu pacjentów korzystało z e-konsultacji z lekarzami. Ubezpieczyciele rozszerzyli w związku z tym zakres usług telemedycznych. Wzmocniona została obsługa w call center, a dodatkowo pacjenci oraz lekarze zyskali lepszy dostęp do wyników badań przekazywanych zdalnie.

Oferta zakładów ubezpieczeń została w wielu przypadkach wzbogacona także o usługi podstawowej opieki zdrowotnej (POZ). Przed wybuchem pandemii dla ubezpieczonych ważny był przede wszystkim dostęp do specjalistów. W sytuacji epidemicznej wzrosło natomiast zainteresowanie konsultacjami z internistami i pediatrami. Wiele firm ubezpieczeniowych włączyło też w zakres polisy opiekę psychologa, ponieważ w warunkach izolacji, wprowadzonych obostrzeń i dużej niepewności gospodarczej zwiększyło się zapotrzebowanie na usługi psychologiczne. Dodatkowo ubezpieczyciele zaoferowali organizację testów na COVID-19 – dodaje Dorota M. Fal.

W III kwartale 2020 r. wielu Polaków wróciło do wizyt stacjonarnych, co przełożyło się na wzrost ogólnej liczby badań i konsultacji medycznych. Wracają też powoli badania profilaktyczne. Telemedycyna nadal cieszy się jednak dużą popularnością, a wizyty zdalne pozostaną w ofercie ubezpieczycieli na stałe.

Jak zwiększyć wpływy z akcyzy na wyroby tytoniowe?

W Warszawie zawisł „Licznik Strat Lockdownowych”. Jaką kwotę pokazuje?

Na elewacji warszawskiego pubu „Świetlicy Wolności” pojawiły się ekrany wyświetlające Licznik Strat Lockdownowych. W sumie od marca 2020 r. polska gospodarka w wyniku wprowadzenia lockdownu straciła już ponad 30 mld zł.

Odmrożenie gospodarki zaplanowane na 12 lutego jest tylko częściowe (dotyczy kin, hoteli, teatrów i stoków) i tymczasowe (po dwóch tygodniach możliwy jest powrót do obostrzeń). Oznacza to, że polska gospodarka wciąż ma do czynienia z pełzającym lockdownem. Licznik Strat Lockdownowych wskazuje w czasie rzeczywistym skumulowaną stratę gospodarczą w rozumieniu utraconego dochodu od pierwszego, wiosennego lockdownu – oraz wyszczególnia straty czterech najważniejszych branż, które były lub są zamrożone (gastronomia, fitness, rozrywka, hotele). Będzie też aktualizowany w zależności od bieżących zmian reżimu sanitarnego. Twórcy licznika, Warsaw Enterprise Institute oraz Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, stoją na stanowisku, że straty poniesione w wyniku lockdownu nie były koniecznością. Gospodarka powinna funkcjonować w sposób ciągły – pod warunkiem zachowania zaostrzonego rygoru sanitarnego.

Wyliczenia WEI i ZPP wskazują, że największe szkody uczynił w gospodarce wiosenny lockdown. Wówczas PKB Polski skurczyło się o 0.74%. Do spadku przyczyniły się w największym stopniu ograniczenia w handlu detalicznym i związane z nim zamknięcie galerii oraz targowisk rolno-spożywczych. Spadek wartości dodanej generowanej przez sektor handlu detalicznego sięgnął 5.47 mld zł. Jako efekt pośredni spadki wystąpiły również w sektorach powiązanych z sektorem sprzedaży detalicznej tj. handle hurtowy 4.10 mld zł, przemysł 0,45 mld zł, energia 0.17 mld zł, transport 0,21 mld zł. W usługach indywidualnych tj. fryzjerzy i kosmetyczki straty wynikające z wiosennego lockdownu wyniosły 1,03 mld zł. Wysokie spadki odnotowały również branża rozrywkowa i kulturalna, turystyczna, sport i rekreacja, transport lotniczy, hotelarska.

Według wstępnego szacunku GUS produkt krajowy brutto (PKB) w 2020 roku był realnie niższy o 2,8% w porównaniu z 2019 r. Do tego spadku przyczyniły się, oczywiście, nie tylko obostrzenia gospodarcze, lecz także spadek popytu zagranicznego oraz obniżenie się nastrojów konsumenckich i zwiększona ostrożność sanitarna. Licznik – oparty na modelu input-output – odsiewa jednak te zjawiska, koncentrując się wyłącznie na stratach wywołanych lockdownem. Bierze pod uwagę nie tylko utracone dochody w branżach zamrożonych, lecz także rezultaty pośrednie jakie ich zamrożenie miało dla innych sektorów.

Licznik dostępny jest także w Internecie pod adresem: http://licznik.wei.org.pl/

Zniknie wraz z odmrożeniem ostatniej zamrożonej branży i ostateczną rezygnacją z polityki lockdownowej.

Biznes w pandemii potrzebuje dopływu gotówki, ale to nie banki, a usługi faktoringowe leczyły i utrzymywały przy życiu firmy dotknięte Covidem

  • W 2020 r. przedsiębiorcy zostali odcięci od kredytów – zaciągnęli ich o prawie 1/3 mniej niż rok wcześniej (dane BIK).
  • Dostęp do finansowania był jednak ważny jak nigdy – wg danych Polskiego Instytutu Ekonomicznego w grudniu 79 proc. firm utrzymało w ujęciu miesięcznym poziom finansowania bieżącej działalności środkami zewnętrznymi.
  • Biznes w pandemii potrzebuje dopływu gotówki, ale to nie banki, a usługi faktoringowe leczyły i utrzymywały przy życiu firmy dotknięte Covidem. W tym roku będzie podobnie.

Wg danych Biura Informacji Kredytowej (BIK) w 2020 r. przedsiębiorcy zaciągnęli o prawie jedną trzecią kredytów mniej niż rok wcześniej. Od stycznia do listopada 2020 r. banki udzieliły mikroprzedsiębiorcom 119,5 tys. kredytów, czyli o 32,2 proc. mniej niż w 2019 r. Ich łączna wartość wyniosła 15,8 mld zł, o 27 proc. mniej niż przed rokiem.

W stabilnej gospodarczo sytuacji pierwszym adresem, pod który firmy udają się po pieniądze są banki. Wg Związku Banków Polskich (ZBP) w czasach dobrej koniunktury gospodarczej kredyt w banku wymieniany jest jako najbardziej powszechne zewnętrzne źródło finansowania działalności biznesu. Tak twierdzi 53% średnich firm oraz 43% mikro- i małych przedsiębiorstw (badania z 2018 roku). W pandemii to się zmienia. Pod koniec sierpnia 2020 roku wg Polskiego Instytutu Ekonomicznego z kredytu korzystało już tylko 35 proc. badanych firm.

Nowy model finansowania w pandemii

Spadła dostępność kredytów, a pozyskiwanie środków było dla firm ważne jak nigdy wcześniej. Pod koniec 2020 roku aż 79 proc. firm utrzymało w ujęciu miesięcznym poziom finansowania bieżącej działalności środkami zewnętrznymi. Tak wynika z badania PIE oraz Banku Gospodarstwa Krajowego przeprowadzonego na początku stycznia 2021. Przedsiębiorcy zaciekle walczą o utrzymanie swoich firm, o zachowanie stanu zatrudnienia i pozycji rynkowej. Do tego potrzebna jest wysoka płynność i obieg pieniądza.

Trafiają do nas setki przedsiębiorców, którzy w bankach usłyszeli odmowę. Ci, którzy wcześniej mogli liczyć na finansowanie bankowe, teraz również otrzymują brak zgody na zwiększenie obecnego finansowania lub zostaje ono ograniczone. W pewnym sensie faktoring staje się szpitalem dla firm, miejscem, gdzie znajdują tlen, czyli finansowanie. Faktoringiem w pandemii interesuje się coraz większa grupa firm – ilość zgłoszeń wzrosła u nas w ubiegłym roku o kilkadziesiąt procent. Ta forma finansowania sprawdza się w trudnych czasach lepiej niż kredyt, bo przy ocenie ryzyka najważniejsze są perspektywy biznesowe, a nie zdolność kredytowa firmy. W ostatnich miesiącach to się potwierdziło – przedsiębiorcy podejmowali przemyślane i odpowiedzialne decyzje, a mimo to stali się zbyt ryzykowni dla systemu bankowego. Zmieniają więc adresata i idą po pomoc do faktorów. Skrócenie cyklu rotacji należności otwiera przed nimi nowe możliwości, np. udziału w przetargach czy inwestowania w rozwój firmy, a także regulowania swoich bieżących zobowiązań – Marek Sikorski, Dyrektor Sprzedaży Finea.

Przedsiębiorcy muszą przetrwać pierwszy kwartał

Po wybuchu pandemii banki ograniczyły akcję kredytową. Zapowiedziały, że uruchomią ją ponownie jesienią zeszłego roku. Druga fala pandemii rozbiła w pył te zapewnienia. W dodatku szef Związku Banków Polskich spodziewa się w tym roku wzrostu liczby tzw. złych kredytów, na które banki muszą uważać. Nie wróży to dobrze firmom, które będą szukać finansowania.

Przedsiębiorstwa weszły w 2021 rok w dość trudnych warunkach – w grudniu 2020 r. 48 proc. firm odnotowało niższą wartość sprzedaży w porównaniu do listopada. Spadku w styczniu spodziewa się jeszcze więcej firm (52 proc. – dane PIE). Początek tego roku będzie obfitował w sytuacje kryzysowe. Na wyraźne polepszenie się sytuacji gospodarczej trzeba poczekać do drugiej połowy roku.

– Problem w tym, że przedsiębiorcy tego czasu już nie mają. Podczas ubiegłorocznego zamrożenia gospodarki wielu z nich wykorzystało rezerwowe środki, więc nie mogą w nieskończoność czekać aż sytuacja się poprawi. Szukają więc finansowania poprzez faktoring.  Oczywiście, aby móc skorzystać z faktoringu, firma musi sprzedawać. Faktur w obrocie jest mniej, ale te, które są obecnie wystawiane mają jeszcze większe znaczenie – Marek Sikorski z Finea.

Faktoring oparł się niekorzystnym dla biznesu tendencjom ograniczania finansowania. Dodatkowy napęd w postaci gwarancji wartych 11,5 mld zł. otrzymał w połowie zeszłego roku od Banku Gospodarstwa Krajowego. Ten model pozwala firmom zachować płynność i łagodzi konsekwencje nawarstwiających się w gospodarce zatorów płatniczych. Nie obciąża przy tym zdolności kredytowej, a niektórzy faktorzy przyjmują do finansowania nawet pojedyncze faktury (zamiast pakietów).