Obroty przemysłu lotniczego i wojskowego szybują w górę

Rosnąca produkcja samolotów komercyjnych i duże wydatki na cele obronne w 2018 roku sprawiły, że światowy przemysł lotniczy i obronny (Aerospace & Defense) nie tylko odrobił straty, ale także osiągnął spore wzrosty. Eksperci firmy doradczej Deloitte, autorzy raportu „2019 global aerospace and defense industry outlook. Aerospace and defense industry trends” prognozują, że w 2019 roku przemysł ten nadal będzie na ścieżce wzrostu, a w ciągu najbliższych 20 lat na całym świecie wyprodukowanych zostanie około 38 tys. samolotów.

Wzrost cen ropy naftowej zwiększył popyt na paliwooszczędne samoloty nowej generacji. Zamówienia w komercyjnym sektorze lotniczym utrzymują się na rekordowo wysokim poziomie i wciąż rosną. W ubiegłym roku na świecie dostarczonych zostało ponad 1600 samolotów. Eksperci Deloitte przewidują, że na koniec 2019 roku ta liczba powiększy się o 100 kolejnych sztuk, a producenci będą zwiększać tempo produkcji, aby nadążyć za rosnącymi zaległościami. Nowym trendem na rynku jest osłabiony popyt na samoloty szerokokadłubowe. Linie lotnicze czekają na efektywniejsze szerokokadłubowe samoloty nowej generacji, ponadto wraz z wprowadzeniem Boeinga 737-8 i Airbusa A321neo zwiększyły się możliwości samolotów wąskokadłubowych.

Wyścig potęg

Eksperci Deloitte przewidują, że w ciągu najbliższych 20 lat Chiny mogą potrzebować nawet 7 690 nowych samolotów komercyjnych o wartości 1,2 biliona dolarów. – Na potęgę wyrastają również Indie. Do 2025 roku mogą stać się trzecim co do wielkości po Stanach i Chinach rynkiem lotniczym. W ciągu najbliższych dwóch dekad w tym kraju może pojawić się popyt na ponad 2000 nowych samolotów, głównie jednokadłubowych. Na Bliskim Wschodzie natomiast przez najbliższe 20 lat samoloty szerokokadłubowe będą stanowiły ponad 40 proc. ogólnego zapotrzebowania na samoloty. To dlatego, że region ten odpowiada przede wszystkim za loty wielkogabarytowe na bardzo długich dystansach – mówi Piotr Świętochowski, Partner w Dziale Audit & Assurance w Deloitte, Lider sektora Aerospace & Defense. Do 2037 roku ruch pasażerski na Bliskim Wschodzie wzrośnie o 5,2 proc., tworząc popyt na 2 990 nowych samolotów o wartości 660 mld dolarów.

Eksperci zauważają w raporcie, że przez zbliżający się Brexit niepewna jest przyszłość brytyjskiego przemysłu A&D. Z uwagi na to, że po opuszczeniu Unii Europejskiej kraj ten renegocjowałby umowy handlowe z krajami członkowskimi oraz innymi państwami, należy się spodziewać zakłóceń w łańcuchach dostaw i barier handlowych.
Eksperci nie spodziewają się natomiast szybkiego wzrostu ruchu pasażerskiego w Japonii. W ciągu najbliższych 20 lat wyniesie około 3,2 proc., czyli znacznie poniżej wzrostu liczby pasażerów w rejonie Azji i Pacyfiku wynoszącego 5,3 proc.

Zagrożenie z kosmosu

Napięcia geopolityczne rosną i napędzają wydatki na obronność na całym świecie. – W sektorze obronnym wzrost wydatków spowodował także ożywienie budżetu obronnego światowych potęg. Stany Zjednoczone zwiększają środki na obronę od początku prezydentury Donalda Trumpa. Krajem, który po Stanach Zjednoczonych wydaje najwięcej na obronę są Chiny. Budżet Państwa Środka na ten cel wzrósł o 8,1 proc. w ciągu roku, czyli do 175 mld USD. To zdecydowanie największy wzrost w ciągu ostatnich trzech lat – mówi Piotr Świętochowski z Deloitte. W najbliższych latach wydatki obronne Chin wzrosną nawet o kolejne 10 proc. Również kraje NATO koncentrują się na obronności w obawie przed potencjalnym zagrożeniem ze strony Rosji i Bliskiego Wschodu. Francja planuje zwiększyć swoje wydatki obronne o 40 proc. w ciągu najbliższych sześciu lat, ponieważ do 2025 r. musi osiągnąć cel NATO, jakim jest przeznaczanie na obronę 2 proc. PKB. Więcej wydają również Indie, Chiny i Japonia. Ponadto zwiększone napięcia geopolityczne na Bliskim Wschodzie i w Korei Północnej tworzą silny popyt na sprzęt wojskowy, który ma być jednym z kluczowych czynników wzrostu sektora obronnego w najbliższej przyszłości.

Postęp technologiczny sprawił, że wśród zagrożeń pojawiły się także te związane z cyberprzestępczością, które w niedalekiej przyszłości mogą stać się jednym z głównych niebezpieczeństw. Ważną częścią ekosystemu obronnego staje się także przestrzeń kosmiczna. Wzmagające się napięcia na świecie mogą stanowić zagrożenie dla zasobów takich jak satelity, na których często polega się w operacjach wojskowych i które ułatwiają nadzór czy komunikację. Stany Zjednoczone, Chiny i Rosja już rozpoczęły wyścig o dominację w przestrzeni kosmicznej, a inne kraje, takie jak Korea Północna i Indie, powoli idą ich śladem.

Wolny handel najważniejszy

Eksport samolotów i broni napędza wzrost przychodów, dlatego wolny handel jest istotny dla branży A&D. To wiodący przemysł pod względem eksportu w Stanach Zjednoczonych. W 2017 roku jego wartość w Stanach wyniosła 143 miliardów USD , co oznacza wzrost o 26 proc. w ciągu ostatnich 5 lat z poziomu 113 miliardów USD w 2012 roku.

– Najprawdopodobniej cła nakładane w wyniku napięć w handlu transatlantyckim na aluminium i inne surowce, które importują producenci A&D, zwiększą koszty produkcji i wpłyną na rentowność firm obronnych, głownie tych, które sprzedają swoje produkty rządom zagranicznym. Na pewno jednym ze sposobów na poradzenie sobie z obciążeniem, jakie niosą taryfy odwetowe, jest przeniesienie produkcji. To jednak może zakłócić łańcuchy dostaw i opóźnić dostawy – mówi Piotr Świętochowski.

Podczas, gdy Indie i Chiny będą prawdopodobnie motorem wzrostu zarówno w komercyjnym sektorze lotniczym, jak i obronnym, kluczowym rynkiem przede wszystkim dla sektora obronnego będzie Japonia. Budżet obronny tego kraju na lata 2018-19 wzrósł o 2,1 proc. do 47,6 mld dolarów, co oznacza najwyższy wzrost w historii i siódmy z rzędu wzrost roczny.

Oczekuje się, że na Bliskim Wschodzie wydatki na cele obronne powrócą do normy, ponieważ ceny ropy naftowej ustabilizują się na znacznie wyższym poziomie w porównaniu z okresem 2015-17. – Znak zapytania dotyczy Wielkiej Brytanii. Nie wiadomo jaki wpływ na krajowy przemysł A&D będzie miał Brexit. Istnieje jednak obawa, że może skłonić firmy do rewizji dotychczasowych strategii przemysłowych – dodaje Piotr Świętochowski.

Przemysł lotniczy a nadużycia i ryzyko reputacyjne

Wyścig w kierunku rozwoju i wzrostu zysków może tworzyć presję na firmy do produkowania i sprzedawania większej ilości przy mniejszej bazie kosztowej. W związku z tym firmy coraz częściej korzystają z usług firm trzecich, tj. zewnętrznych dostawców i podwykonawców. Kwestia zarządzania ryzykiem w łańcuch dostaw staje się podstawową kwestią dla przemysłu lotniczego i obronnego. Skomplikowane łańcuchy dostaw mogą stwarzać szerokie spektrum ryzyk, nie tylko finansowych i prawnych, ale także związanych z embargami, nadużyciami czy niewłaściwymi praktykami, takimi jak na przykład korupcja. Wystąpienie któregokolwiek z tych ryzyk oznaczać może duży kryzys reputacyjny dla firmy.

Wnikliwa analiza relacji z dostawcami i podwykonawcami staje się szczególnie istotna w obliczu rosnącego zainteresowania regulatorów, jak i opinii publicznej kwestiami nadużyć. Brak efektywnego zarządzania ryzykiem w zakresie nadużyć i oszustw może skutkować postępowaniami regulacyjnymi, pozwami sądowymi i utratą reputacji, a w konsekwencji ogromnymi stratami finansowymi dla firmy.

– Praktyczne rozumienie i zarządzanie ryzykami związanymi z własnym łańcuchem dostaw wymaga zorganizowanego oraz systematycznego podejścia do zapobiegania nadużyciom finansowym. Firma, która dąży do tego, by skutecznie zarządzać takim ryzykiem, powinna opracować i wdrożyć dedykowany system służący zarówno zapobieganiu, jak i monitorowaniu oraz sprawnemu reagowaniu na zidentyfikowane nadużycia finansowe. Właściwe podejście to takie, które zapewnia z jednej strony zgodność z wymogami regulacyjnymi, a z drugiej strony dba o długofalowe skutki swoich działań, czyli wpływ na bezpośrednich odbiorców usług oraz społeczeństwo – mówi Monika Wolska-Hertman, Manager w Zespole Forensic, Deloitte .

Wdrożenie efektywnego systemu zarządzania ryzykiem nadużyć pomoże firmom ochronić ich markę, aktywa czy reputację oraz odpowiednio i szybko zareagować w przypadku wystąpienia zdarzenia w celu minimalizacji strat.

Spadek tempa wzrostu sektora handlowego w Polsce

Pierwszy kwartał br. nie przyniósł ożywienia na rynku nowoczesnych obiektów handlowych. Jak wynika z raportu BNP Paribas Real Estate Poland, w ciągu trzech pierwszych miesięcy tego roku oddano do użytku jedynie ok. 50 000 m kw. nowej powierzchni najmu. Potwierdza to utrzymujący się od dłuższego czasu spadek tempa wzrostu sektora handlowego w Polsce. Systematycznie rośnie natomiast znaczenie małych miast o wielkości populacji poniżej 100 tys. mieszkańców, w których obecnie realizowane jest ok. 40% nowej podaży.

Na koniec marca 2019 roku zasoby nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce wyniosły 14,68 miliona m kw. Blisko ¾ tej powierzchni przypada na 435 obiektów działających w formacie tradycyjnych centrów handlowych. Największym z otwartych w I kwartale tego roku obiektów jest gliwickie centrum wyprzedażowe Silesia Outlet, będące szesnastym tego typu obiektem w Polsce. Po zrealizowaniu drugiej fazy projektu i oddaniu do użytku dalszych 8 000 m kw., stanie się on największym centrum wyprzedażowym w konurbacji górnośląskiej. Innym ważnym wydarzeniem na rynku było uruchomienie w warszawskim centrum handlowym Blue City nowoczesnego kina Helios, składającego się z ośmiu sal kinowych, w tym trzech o podwyższonym standardzie.

Patrycja Dzikowska
Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, z BNP Paribas Real Estate Poland

Oddanie do użytku kina Helios w Warszawie wpisuje się w trend poszerzania oferty rozrywkowej w obiektach handlowych. Nabiera on szczególnego znaczenia w kontekście ograniczenia handlu w niedziele oraz stanowi odpowiedź na zmieniające się potrzeby i oczekiwania klientów. W niedziele, w które handel jest ograniczony, urozmaicona oferta rozrywkowa i gastronomiczna mają na celu przyciągnąć odwiedzających, a w pozostałe dni tygodnia wydłużyć czas ich wizyty w obiekcie. Zauważmy, że nawet obiekty o dominującej pozycji rynkowej, starają się wykreować nowe atrakcje dla całych rodzin. Świetnym przykładem jest zapełniony dziećmi nowoczesny plac zabaw przed warszawską Arkadią
-Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz i Badań Rynkowych z BNP Paribas Real Estate Poland

Duże zainteresowanie małymi miastami

Rozwój rynku nowoczesnego handlu widoczny jest najwyraźniej w segmencie małych miast do 100 000 mieszkańców, gdzie największą popularnością cieszą się małe parki i centra handlowe (o wielkości od 5000 do 10 000 m kw.). Potwierdzeniem tego trendu są otwarte w I kw. br. HopStop w Siedlcach i Galeria Hosso w Drawsku Pomorskim, a także kolejny sklep w ramach ogólnokrajowej sieci Agata Meble (10 000 m kw.) w wolnostojącym budynku w Opolu.

O znaczeniu rynkowym małych miast świadczy wysoki poziom realizowanej tam obecnie nowej podaży. Z powierzchni będącej obecnie na etapie budowy ok. 40% przypada właśnie na małe rynki. Wg ekspertów BNP Paribas Real Estate Poland jeszcze dekadę temu zasoby usytuowane w miastach o liczbie mieszkańców do 100 tysięcy stanowiły tylko ok. 9% całego rynku. Obecnie ich udział został podwojony i nadal będzie rósł m.in. dzięki aktualnie powstającym tam projektom, jak np. Color Park w Nowym Targu z pierwszym i jedynym w regionie czterosalowym kinem pod szyldem Cinema 3D, Galeria Chełm w Chełmie czy usytuowana w centrum Nysy Galeria Dekada.

Dalsze ograniczanie nowej podaży

Od dłuższego czasu na rynku handlowym mamy do czynienia z ograniczeniem podaży nowej powierzchni handlowej. W dwóch poprzednich latach (2017 i 2018) przyrost zasobów w skali roku wynosił ok. 450 000 m kw., co stanowi wyraźne wyhamowanie w porównaniu z tempem wzrostu sektora nowoczesnej powierzchni handlowej w latach 2007 – 2016, kiedy to przybywało średnio po 700 000 m kw. nowych zasobów rocznie. Eksperci BNP Paribas Real Estate Poland uważają, że trend ten utrzyma się również w kolejnych latach. Na koniec marca br. w trakcie budowy było ok. 440 000 m kw. powierzchni najmu, z czego ok. 334 000 m kw. przewidziane jest do otwarcia w kolejnych trzech kwartałach 2019 roku. Oznacza to, że wolumen nowej powierzchni najmu oddanej do użytku w całym 2019 r. nie przekroczy poziomu 400 000 m kw. Spadek tempa wzrostu podaży nowej powierzchni handlowej wynika w dużej mierze z braku dużych projektów handlowych.

Polski rynek atrakcyjny dla zagranicznych marek

Pomimo wyraźnego ograniczenia tempa wzrostu zasobów, Polska jest wciąż atrakcyjnym rynkiem dla nowych marek, zarówno polskich jak i zagranicznych. Funkcjonujące od zeszłego roku ograniczenie handlu w niedziele w dużym stopniu jest rekompensowane przez stały wzrost sprzedaży detalicznej, rosnącą siłę nabywczą konsumentów oraz generalnie dobrą kondycję sektora nowoczesnego handlu. Z zagranicznych premier w I kw. br. warto odnotować debiut niemieckiej sieci MyShoes, wchodzącej w skład Grupy Deichmann. Na miejsce swojego debiutu wybrała ona dominujące centra handlowe na głównych rynkach. Z kolei rosnąca popularność produktów typu „eco” skłoniła markę Carrefour do otwierania nowych placówek o nazwie „Carrefour Bio” o powierzchni sprzedaży nie przekraczającej 200 m kw.

Stawki czynszu stabilne w obiektach wiodących. Silna presja w obiektach gorszej klasy.

Stawki czynszu typu “prime” w najwyższej klasy centrach handlowych działających na głównych rynkach są stabilne i utrzymują się w przedziale 110€ – 130€ / m kw. / m-c w Warszawie i pomiędzy 45€ a 60€ m kw. / m-c w pozostałych dużych miastach. Właściciele obiektów o gorszej kondycji rynkowej borykają się z rosnącą presją najemców na obniżanie stawek czynszu i podnoszenie kwoty przeznaczanej na wyposażenie lokali do wymagań najemców, co zazwyczaj argumentowane jest zakazem handlu w niedziele, mającym wpływ na spadek obrotów. Obecna sytuacja sprzyja pogłębianiu się różnic w poziomie pustostanów pomiędzy obiektami handlowymi o ugruntowanej pozycji rynkowej, a tymi gorszej klasy. Jak twierdzą eksperci z BNP Paribas Real Estate Poland, rosnący poziom konkurencji może jeszcze nasilić presję najemców na stawki czynszu oraz inne komponenty finansowe umowy najmu.

Eesti Energia z pilotażowym projektem inteligentniejszego ładowania autobusów elektrycznych

Grupa Eesti Energia nawiązała współpracę z przedsiębiorstwem transportu miejskiego w Tallinie, dla którego opracuje inteligentne rozwiązanie z zakresu elektromobilności. System zarządzania flotą będzie pozwalał na nadzór nad procesem ładowania w zależności od aktualnych cen SPOT energii elektrycznej na rynku i ograniczeń związanych z obciążeniami sieci.

W ramach poszukiwania innowacji i rozwijania alternatywnych źródeł energii oraz ekologicznych środków transportu, Eesti Energia, do której należy działający w Polsce Enefit, i Tallinna Linnatranspordi AS, przedsiębiorstwo transportu miejskiego z Tallina, podpisały w styczniu umowę na opracowanie inteligentnego sposobu ładowania autobusów elektrycznych. W tym celu testy będą prowadzone na dwóch liniach autobusowych w Tallinie. Podczas projektu pilotażowego Eesti Energia opracuje inteligentne rozwiązanie, które będzie w stanie zarządzać procesem ładowania, uwzględniając aktualne ceny SPOT energii elektrycznej na rynku i ograniczenia związane z obciążeniami sieci. Dla wybranych tras autobusowych planowany jest zakup 10 autobusów elektrycznych, a cały projekt ma być przygotowaniem do większego wdrożenia transportu opartego na energii elektrycznej w Tallinie.

Maciej Kowalski, dyrektor zarządzający w firmie Enefit Polska
Maciej Kowalski, dyrektor zarządzający w firmie Enefit Polska

Często podnoszonym czynnikiem ograniczającym rozwój transportu elektrycznego w miastach jest zbyt duże obciążenie sieci przy rosnącej liczbie pojazdów elektrycznych. Z naszego punktu widzenia takie obciążenie nie powinno jednak stać się problemem, ponieważ pojazdy elektryczne można również uznać za urządzenia do magazynowania energiimówi Maciej Kowalski, dyrektor zarządzający w Enefit. – Program pilotażowy naszej spółki w Estonii opiera się na zastosowaniu idei wykorzystania technologii pamięci masowej w sektorze energetycznym. Polega to na magazynowaniu energii, gdy cena jest tańsza i używania jej, gdy jest droższa. Zmagazynowana energia może być również wprowadzana do sieci, aby pomóc w redukcji obciążenia sieci elektrycznej, zwiększyć wykorzystanie energii odnawialnej i zapewnić stabilność pracy siecidodaje Maciej Kowalski.

W 2017 roku liczba autobusów w transporcie miejskim na świecie wynosiła 3 miliony, z czego 13% stanowiły pojazdy napędzane energią elektryczną. W polskich miastach funkcjonowało 12 119 autobusów, z czego 98 to pojazdy w pełni zelektryfikowane, a 50 – hybrydy typu plug-in. W sierpniu 2018 r. liczba autobusów całkowicie elektrycznych w Polsce wzrosła do 109 sztuk. Najwięcej z nich jeździ po drogach Warszawy (31), Krakowa (26) i Jaworzna (24).[1]

Wprowadzenie do obiegu pojazdów elektrycznych stale rośnie zarówno na świecie jak i w Polsce. Szacunki ekspertów Bloomberg NEF pokazują, że do 2040 r. 55% nowych samochodów sprzedawanych na całym świecie będą to pojazdy elektryczne[2]. Dlatego celem Eesti Energia jest odpowiednie przygotowanie się do ogólnego prognozowanego wzrostu zapotrzebowania na pojazdy elektryczne – zarówno do celów prywatnych, jak i transportu publicznego.

[1] Elektromobilność w transporcie publicznym. Praktyczne aspekty wdrażania, wyd. Polski Fundusz Rozwoju, oprac. Polski Fundusz Rozwoju, Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych, Warszawa 2018.

[2] Raport Electric Vehicle Outlook 2018, Bloomberg New Energy Finance.

Elektryczne hulajnogi CityBee dostępne w Warszawie

CityBee rozszerza swoją działalność w Polsce. W Warszawie, oprócz wynajmu samochodów dostawczych na minuty, dostępne będzie 800 elektrycznych hulajnóg. Z usługi można skorzystać poprzez tę samą aplikację, za pomocą której można wypożyczać dostawczaki. To kolejny krok firmy w kierunku zaoferowania kompleksowej usługi shared mobility w największych polskich miastach.elektryczne hulajnogi CityBee w Warszawie

CityBee zadebiutowało w Polsce pół roku temu z usługą wynajmu aut dostawczych na minuty za pomocą aplikacji w telefonie. Flota 150 pojemnych fiatów Ducato i volkswagenów Crafter jest dostępna na terenie 10 aglomeracji. Po dobrym przyjęciu BIG Carsharingu operator wprowadza do Polski kolejny współdzielony miejski środek transportu. Na ulicach Warszawy pojawiło się już 400 elektrycznych hulajnóg w charakterystycznym dla marki pomarańczowym kolorze. Kolejne 400 pojazdów zostanie udostępnione w najbliższych dniach.

‒ Ideą CityBee jest ułatwienie mieszkańcom przemieszczania się w mieście i poprawa komfortu ich życia. Wierzymy, że przemyślany system komunikacji publicznej w połączeniu z różnego rodzaju pojazdami współdzielonej mobilności pozwolą na ograniczenie ruchu samochodowego, a co za tym idzie zmniejszenie korków i emisji szkodliwych substancji. Udostępniamy wygodne i przyjazne środowisku elektryczne hulajnogi, które ułatwią przejazd na ostatnim odcinku podróży na uczelnię, do biura czy domu. ‒ mówi Bogdan Marszałek, Country Manager CityBee Polska.

Hulajnogi CityBee to model Segway Ninebot ES4, który może rozwinąć maksymalną prędkość 25 km/h. Pojazdy można wypożyczyć za pomocą tej samej intuicyjnej aplikacji, w której dostępne są samochody dostawcze operatora. Przedpłata nie jest wymagana, a za przejazdy płaci się kartą podpiętą do aplikacji w trakcie rejestracji. Minuta jazdy kosztuje 0,45 zł, a opłata startowa 2,50 zł, czyli mniej niż u globalnych gigantów usług microsharingu. Na początku pomarańczowe pojazdy będą dostępne do wypożyczenie w strefie obejmującej Śródmieście, Wolę, Ochotę i Mokotów.

Warszawa nie jest pierwszym miastem, w którym pojawiły się pomarańczowe hulajnogi CityBee. Od początku kwietnia w Wilnie dostępnych do wypożyczenia jest 500 elektrycznych jednośladów, a w Madrycie 250

‒W Wilnie pojawiliśmy się z hulajnogami jako pierwsi. W Madrycie natomiast jesteśmy już jedną z kilkunastu firm, które otrzymały licencję na tego typu usługi. Podobnie jest w Warszawie ‒ udostępniamy pojazdy jako czwarty operator, ale w naszej opinii rynek mikromobilności w stolicy jest o wiele bardziej pojemny. ‒ wyjaśnia Bogdan Marszałek i dodaje ‒ Dostrzegamy jednocześnie wyzwania związane ze współdzieleniem mikropojazdów. Dlatego dołączyliśmy do Mobilnego Miasta, by wspólnie z innymi firmami i władzami lokalnymi przygotować polskie miasta na rozwiązania przyszłości z obszaru shared mobility. Edukujemy również naszych użytkowników jak korzystać z hulajnóg bezpiecznie i z poszanowaniem pieszych, rowerzystów i kierowców.

Intuicyjna aplikacja CityBee jest dostępna w sklepach Google Play (Android) i App Store (iOS), a proces wynajmu hulajnóg jest prosty i podobny do innych usług współdzielonej mobilności. Po szybkiej rejestracji na mapie pojawią się dostępne pojazdy. Odblokowanie wybranej hulajnogi odbywa się przez zeskanowanie kodu QR lub wpisanie jej numeru. Po zaparkowaniu w bezpiecznym miejscu, wypożyczenie kończymy postępując zgodnie z instrukcjami w aplikacji, a płatność następuje automatycznie po zakończeniu wynajmu.

Operator uruchomił całodobową infolinię, na którą użytkownicy, ale również mieszkańcy Warszawy, mogą zgłaszać potencjalne niedogodności związane z hulajnogami. O sprawne funkcjonowanie systemu wypożyczeń dba pracujący w centrum stolicy lokalny zespół CityBee. Oprócz działających w nocy pracowników odpowiedzialnych za doładowanie pojazdów, na ulicach pojawiły się również ekipy dbające w trakcie dnia o porządek oraz parkowanie hulajnóg w dozwolonych i bezpiecznych miejscach.

Efekty uboczne pomyślności

Inwestorzy powoli wracają po świątecznej przerwie, a wczoraj przy pozbawionym intersujących wydarzeń kalendarzu było więcej miejsca dla szarpanego i nieskorelowanego z niczym handlu. Dziś jest już na czym skupić uwagę, choć w szerszym ujęciu rynki pozostają trochę pozbawione kierunku, co przykłada się ku nerwowej zmienności.

W ostatnich kilkudziesięciu godzinach nie jest już tak łatwo pchać rynek z nurtem, jak przez poprzednie dwa tygodnie. Rynki zostały pozbawione pozytywnego katalizatora w postaci tematu, którym żyły w poprzednich dniach – Chiny. Kalendarz publikacji z Państwa Środka jest w tym tygodniu pusty. Kolejna runda rozmów handlowych USA-Chiny nie ruszy przed 30 kwietnia, co oznacza posuchę we wszelkich przeciekach o poczynionych postępach. Ponadto media donoszą, że Ludowy Bank Chin zamierza przystopować luzowanie polityki pieniężnej ukontentowany lepszą od oczekiwań postawa gospodarki w pierwszym kwartale. Podobnie biuro polityczne Pekin przesuwa uwagę ku reformom niż bezpośredniemu podsycaniu wzrostu gospodarczego, aby m.in. uchronić się przed utworzeniem kolejnej bańki na rynku nieruchomości. Mamy do czynienia z efektem ubocznym mentalności „zła wiadomość do dobra wiadomość”. Kiedy dane z Chin są złe, można się „cieszyć”, że Pekin zareaguje i naprostuje gospodarkę. Jednak gdy dane w końcu są dobre, potencjał to pozytywnych zaskoczeń zaczyna się kurczyć.

Potrzeba świeżego paliwa, by podtrzymać pozytywny klimat, w przeciwnym wypadku w handel wkrada się nerwowość i presja na redukcję ryzyka. Górę biorąc też czynniki szczególne, jak np. nowe rekordy S&P500 na fali lepszych od oczekiwań wyników finansowych spółek z Wall Street (prawie 80 proc. z nich podało wyższy zysk na akcję). Gdy globalna polityka monetarna skręca w gołębią stronę, łatwiej jest windować indeksy. Ale dla rynku walutowego to czas szarpanej zmienności, gdyż jeśli wszyscy luzują lub chcą luzować, każdy jest przegranym. Ostatnią ofiarą obecnego klimatu jest AUD. Nie dość, że został pozbawiony wsparcia od strony „czynnika chińskiego”, to w nocy fatalne dane o inflacji z Australii podsycają oczekiwania, że w maju RBA dokona obniżki stopy procentowej. W pierwszym kwartale inflacja CPI nie zmieniła się k/k, co jest sporym rozczarowaniem wobec prognozy 0,2 proc. To najgorszy odczyt od trzech lat i ściągnął inflację roczną do 1,3 proc. z 1,8 proc. Inflacja bazowa na 1,6 proc. oddala się od celu RBA 2-3 proc. i bankowi centralnemu nie pozostało wiele wyboru, jak wykorzystać posiadany arsenał, by wesprzeć gospodarkę. Dyskusja rynkowa przesuwa się na kwestię, czy jedno cięcie wystarczy? Brak konsensusu może krótkoterminowo ratować AUD, gdyż przez to handel nie będzie jednokierunkowy (szczególnie póki AUD/USD pozostaje ponad 0,70), ale bilans ryzyk wyraźnie przesunął się na niekorzyść Aussie.

Pozostając w temacie, który bank centralny co zrobi w najbliższym czasie, środa przynosi decyzję Banku Kanady. Zakładamy pozostawienie stopy overnight na 1,75 proc. Odbicie lutowej sprzedaży detalicznej i powrót miar inflacji bazowej do celu 2 proc. w marcu daje pole manewru decydentom z BoC. Bank jest już po dwóch turach łagodzenia nastawienia (w styczniu i marcu) i teraz nie ma silnego powodu, by wyzbywać się ostatnich skrawków komunikatu sugerujących chęć powrotu do cyklu podwyżek. Z drugiej strony jest za wcześnie, by od razu ogłaszać sukces. Wciąż jest wiele niepewności wokół wydatków gospodarstw domowych, rynku ropy naftowej i globalnej polityki handlowej. Spodziewamy się w większości neutralnego tonu komunikatu i uznania ostatniej słabości za przemijającą, ale bez wskazówek, aby termin podwyżki się przybliżył. Wątpimy, aby w decyzji BoC CAD znalazł impuls do aprecjacji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Konsekwencje wojen handlowych USA dla polskich przedsiębiorców

Polscy przedsiębiorcy są obojętni wobec decyzji Donalda Trumpa. Będą jednak ponosić ich konsekwencje.

Stany Zjednoczone nie łagodzą kursu w zagranicznej polityce ekonomicznej i zapowiadają kolejne cła. Tym razem wobec Unii Europejskiej. Jak wynika z raportu DNB Bank Polska i PwC „Kierunki 2019. Nowe nadzieje, nowe zagrożenia w dobie rosnącego egoizmu gospodarczego. Skutki dla polskiej gospodarki i przedsiębiorstw” polscy przedsiębiorcy w większości nie analizowali wpływu potencjalnego zaostrzenia gospodarczego konfliktu USA vs. Europa na swoją działalność. Tylko niespełna jedna czwarta największych firm w Polsce obawia się skutków tej polityki, która może mieć wpływ na ich biznes. Szczególnie narażona jest branża motoryzacyjna.

Obecne relacje handlowe USA-Chiny są dowodem, że protekcjonizm ma negatywny wpływ na poziom wymiany handlowej. Zgodnie z opinią ekspertów DNB Bank Polska i PwC, tylko w okresie styczeń-październik 2018 roku deficyt handlowy USA wyniósł 729 mld USD. Jak w tym kontekście rozumieć najnowsze deklaracje USA o wprowadzeniu ograniczeń w handlu z Unią Europejską? Pretekstem dla administracji Donalda Trumpa są dotacje, które otrzymywał francuski Airbus, największy rywal Boeinga – amerykańskiego producenta samolotów. Zgodnie ze Światową Organizacją Handlu dofinansowanie było niezgodne z prawem. Warto jednak pamiętać, że jest to sprawa tocząca się od 14 lat, mająca swój początek jeszcze za kadencji Georga W. Busha.

Wymiana handlowa to system naczyń połączonych

Ekonomiczna wieź łącząca dwie strony Atlantyku jest silna. Jednym z top 5 partnerów handlowych Stanów Zjednoczonych są Niemcy. Wśród kolejnych 10 państw pięć jest członkami Unii Europejskiej (w tym Wielka Brytania). Mimo to dzisiejsi partnerzy są gotowi ochłodzić relacje. USA zadeklarowało ostatnio możliwość oclenia europejskich produktów o wartości 11 mld USD. W odpowiedzi Komisja Europejska przygotowała listę produktów, których oclenie może kosztować Amerykę utratę potencjalnego zysku z eksportu o wartości 22,6 mld USD. Ewentualne straty są więc po obu stronach wysokie.

Co ciekawe, badanie DNB Bank Polska i PwC wykazało, że większość przedsiębiorców w Polsce (67,4 proc.) nie analizowało konsekwencji protekcjonistycznej polityki handlowej USA z perspektywy swojej działalności. Jedynie 23,9 proc. jest zdania, że decyzje podejmowane przez administrację Donalda Trumpa mogą negatywnie wpłynąć na ich biznes. Nie oznacza to jednak, że Polska uniknie konsekwencji potencjalnego konfliktu. Jednymi z najbardziej dotkliwych mogą być dla Europy sankcje wobec rynku motoryzacyjnego. Eksport aut do USA stanowi 29 proc. wymiany handlowej branży. Ucierpi na tym także Polska. Jak bardzo? Eksperci wskazują, że tylko ze względu na powiązanie polskich producentów z niemieckim przemysłem motoryzacyjnym, spadek eksportu polskich produktów może wynieść 1,87 proc.

Produkcja samochodów osobowych w Polsce w roku 2018 była na poziomie 450 tys. sztuk. To mniej niż w poprzednim roku aż o 63 tys. sztuk. Oznacza to, że obecna koniunktura się zmienia. Dane DNB Bank Polska i PwC wskazują, że możliwość wprowadzenia ceł ze strony Stanów Zjednoczonych na europejskie auta może dodatkowo przyczynić się do pogorszenia sytuacji branżymówi Olga Plewicka, Ekspert ds. Sektora motoryzacyjnego, DNB Bank Polska S.A. – Polska może odczuć skutki wojny celnej, jako dostawca półproduktów dla producentów samochodów w Niemczech. Mogłoby to oznaczać konieczność poszukiwania alternatywnych rynków zbytu lub dywersyfikacji oferty produktowej. Zarówno jedno, jak i drugie rozwiązanie wiązałoby się z koniecznością poniesienia dużych tymczasowych kosztów dostosowawczych. – dodaje.

Jak wskazuje European Automobile Manufacturers Association producenci aut funkcjonują w globalnym modelu łańcucha dostaw. Bariery w wymianie handlowej zakłócające swobodny przepływ części, komponentów i gotowych produktów uderzają we wszystkich. Ograniczenia mogą okazać się szczególnie dotkliwe w dzisiejszej dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości, w której jesteśmy świadkami rozwoju elektromobilności i aut autonomicznych, zaostrzenia norm dotyczących spalin (WLTP) czy ograniczania wykorzystywania diesla. Jest wiele argumentów, by utrzymać otwartość gospodarczą, jednym z nich jest rozwój branży motoryzacyjnej.

Które ze stwierdzeń w Państwa ocenie najlepiej opisuje nową, protekcjonistyczną politykę handlową Stanów Zjednoczonych wprowadzoną przez administrację Donalda Trumpa
Źródło: DNB Bank Polska i PwC „Kierunki 2019. Nowe nadzieje, nowe zagrożenia w dobie rosnącego egoizmu gospodarczego. Skutki dla polskiej gospodarki i przedsiębiorstw”

Inwestycje na rynku nieruchomości w regionie Europy Środkowo-Wschodniej

Polska cieszy się dużym zainteresowaniem ze strony inwestorów z Azji. W Czechach rynek inwestycyjny jest zdominowany przez rodzimych kupców, a Rumunii wolumen transakcji inwestycyjnych osiągnął w zeszłym roku poziom blisko 1 mld euro. Pomimo pewnych przeszkód stojących na drodze rozwoju prognozy dla wszystkich trzech rynków są niezwykle obiecujące.

Polska – rekordowy rok w sektorze inwestycyjnym na rynku nieruchomości

Całkowity wolumen transakcji zawartych na polskim rynku nieruchomości wyniósł w roku 2018 blisko 7.3 mld euro, w ten sposób bijąc o 43% rekordowy wynik osiągnięty w roku poprzednim. Stopniowo zwiększający się poziom zainteresowania polskim rynkiem po stronie inwestorów azjatyckich z krajów takich jak Malezja, Chiny, Singapur i Korea Południowa obserwowany jest już od trzech lat.

W roku 2018 polski sektor powierzchni biurowych nadal wykazywał silne tempo wzrostu zarówno na terenie Warszawy, jak i na mniejszych rynkach regionalnych. Popyt ze strony najemców – napędzany wzrostem poziomu zatrudnienia, ekspansjami dotychczas zajmowanych powierzchni i przeprowadzkami do obiektów o wyższym standardzie – pozostał niesłabnący. Całkowity poziom najmu na rynku polskim przekroczył 1,5 mln m kw., z czego najem netto stanowił ok. 73%. W Warszawie poziom najmu brutto osiągnął 858 000 m kw., co stanowiło wzrost o 30% w porównaniu ze średnim wynikiem z ostatnich 10 lat. Było to równocześnie najlepszym wynikiem w historii odnotowanym na warszawskim rynku. Na koniec roku 2018 polski rynek powierzchni biurowych osiągnął wielkość blisko 10,4 mln m kw., z czego 53% zlokalizowanych jest w Warszawie.

Marcin Klammer, Prezes Zarządu, CEO CEE, Europa Środkowa i Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland
Marcin Klammer, Prezes Zarządu, CEO CEE, Europa Środkowa i Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

Na przestrzeni 2018 roku, ze względu na zwiększający się poziom powierzchni wynajętych, nadal mogliśmy obserwować zmniejszanie się różnicy pomiędzy czynszem bazowym i efektywnym, gdzie kolejnym czynnikiem był też znaczny wzrost kosztów budowy i wykończenia powierzchni odnotowany w okresie ostatnich dwóch lat – Marcin Klammer, Prezes Zarządu, CEO CEE, Europa Środkowa i Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

Sektor nowoczesnych powierzchni handlowych, którego wielkość powierzchni najmu brutto przekracza 14,6 mln m kw. wszystkich typów powierzchni, oferuje szeroką gamę możliwości zróżnicowanym markom o różnych profilach i pozycji rynkowej. Na rynku dostępny jest szereg formatów centrów handlowych, poczynając od najnowocześniejszych galerii handlowych z dominującą funkcją rekreacyjną w dużych aglomeracjach, a kończąc na małych centrach w miastach liczących ok. 15 000 – 20 000 mieszkańców. Polski rynek powierzchni handlowych osiągnął fazę dojrzałości, dlatego też tempo jego wzrostu znacząco spadło. Niższy poziom nowej podaży w latach 2017-2018 i ograniczona ilość planowanych projektów oznaczają, że tradycyjne formaty handlowe czeka nieunikniona rewolucja. Przebudowy i modernizacje starszych obiektów, zazwyczaj mające na celu włączenie nowych konceptów handlowych, a także funkcji gastronomicznych i rekreacyjnych, są obecnie jednym z głównych czynników napędzających rozwój rynku.

Z kolei polski rynek powierzchni przemysłowych i logistycznych przeszedł na przestrzeni ostatnich trzech lat prawdziwy boom, w efekcie czego apetyt inwestorów na produkty w tym segmencie utrzymał się w roku 2018 na niezwykle wysokim poziomie. Wolumen zawartych transakcji wyniósł ponad 1,9 mld euro, co oznacza nowy rekord dla tego sektora i wzrost o ponad 60% w porównaniu z rokiem 2017. Całkowite zasoby powierzchni magazynowych wzrosły w przeciągu zaledwie dwóch lat o 40% i osiągnęły poziom 15,7 mln m kw. Równocześnie wskaźnik powierzchni niewynajętych utrzymał się na niezwykle niskim poziomie i na koniec roku 2018 wyniósł zaledwie 5,1%. Tak niska dostępność powierzchni magazynowych wynika z bardzo wysokiego poziomu zainteresowania ze strony najemców. Całkowity poziom najmu netto na polskim rynku osiągnął w roku 2018 rekordowy wynik 3,1 mln m kw. Jest to czwarty najlepszy wynik osiągnięty w Unii Europejskiej, gdzie lepszymi okazały się jedynie jej największe gospodarki, czyli Niemcy, Francja i Wielka Brytania.

Czechy – stabilny i dojrzały rynek charakteryzujący się niewielkim ryzykiem inwestycyjnym

Czeski rynek inwestycyjny jest rynkiem dojrzałym, na którym aktywna jest duża i silna grupa krajowych inwestorów. W ubiegłym roku inwestorzy czescy stali za ponad 60% całkowitego wolumenu inwestycyjnego, który wyniósł 2,6 mld euro. Dodatkowo wysoki poziom aktywności czeskich inwestorów oznacza płynność i daje możliwość wyjścia z rynku inwestorom zagranicznym. W roku 2018 najczęściej transakcje zawierane były w odniesieniu do aktywów biurowych (44%), a następnie handlowych (29%) i przemysłowych (22%).

Czeski rynek powierzchni biurowych zdominowanych jest przez nieruchomości zlokalizowane w stolicy. W ostatnich latach – w efekcie silnego popytu ze strony najemców i niewielkiej podaży – w Pradze odnotowywano stopniowy spadek wskaźnika powierzchni niewynajętych, który teraz osiągnął rekordowo niski poziom. W roku 2018 oddano do użytku ok. 131 000 m kw. powierzchni biurowej, a w roku 2019 na rynek dostarczonych zostanie kolejne 200 000 m kw., jednakże duża część tej powierzchni już została wynajęta, a pozostała powierzchnia zostanie szybko wchłonięta przez rynek zaraz po jej oddaniu do użytku

Czeski rynek powierzchni handlowych czerpie znaczne korzyści z dynamicznie wzrastającego poziomu konsumpcji i sprzedaży detalicznej. W roku 2018 czynsze w najatrakcyjniejszych obiektach nadal wzrastały i istnieje duże prawdopodobieństwo, iż w roku 2019 nadal będą one wzrastać. Nowa podaż osiągnie w roku 2019 rekordowo niski poziom, a ograniczona ilość nowych projektów w budowie oznaczać będzie, że dominującymi trendami na rynku będą przebudowy, modernizacje i rozbudowy istniejących aktywów.

Erik Drukker
Erik Drukker – BNP Paribas Real Estate

Najatrakcyjniejsze praskie ulice handlowe zajmują wyjątkową pozycję w hierarchii powierzchni handlowych. W ostatnich latach doświadczyły one stopniowego wzrostu czynszów, przy czym prognozy nadal mówią o tendencjach wzrostowych. Rynek powierzchni przemysłowych i logistycznych napędzany jest przez dynamicznie rozwijający się sektor handlu e-commerce, a popyt ze strony najemców powinien w tym roku utrzymać się na wysokim poziomie – Erik Drukker, Dyrektor Zarządzający w Działach Wynajmu i Wycen, Europa Środkowo-Wschodnia oraz Country Head na Czechy, BNP Paribas Real Estate

Niska dostępność siły roboczej i gruntów inwestycyjnych, a także rosnące koszty budowy i pracy nadal stanowią główne ograniczenia dla dynamicznego rozwoju tego sektora. Aktywność najemców skoncentrowana jest na aglomeracji praskiej, w której tradycyjnie już odnotowywany jest najwyższy poziom stawek najmu. Równocześnie północne i zachodnie regiony kraju czerpią duże korzyści z bliskiego sąsiedztwa rynku niemieckiego i pozostałych rynków zachodnich.

Rumunia – nie tylko Bukareszt

Silny popyt na nowoczesne powierzchnie biurowe w najważniejszych miastach regionalnych napędza aktywność deweloperów, w efekcie czego w roku 2018 doszło do oddania do użytku dużej ilości powierzchni biurowej, a na rok 2019 planowana jest realizacja kolejnych znacznych projektów. Poziom najmu w stolicy pozostaje wysoki, gdzie na koniec roku 2018 został osiągnięty wynik 290 000 m kw., przy czym w odniesieniu do 45% wynajętej powierzchni zawarto umowy przednajmu. W największych miastach regionalnych, takich jak Cluj-Napoca, Timisoara, Iasi oraz Brasov, prócz nowych najemców zaczynają pojawiać się przedłużenia umów i relokacje.

Pomimo faktu, iż rozwój gospodarczy w ostatnich latach napędzany był wzrostem konsumpcji, do użytku oddano niewiele nowych obiektów handlowych. Kilku deweloperów z sektora handlowego koncentruje się na mniejszych miastach, w których budowane są parki handlowe ze strategicznymi najemcami w postaci operatorów sieci spożywczych, a także centra handlowe oferujące atrakcyjną strukturę najemców obejmujących zarówno marki krajowe, jak i międzynarodowe – Olga Melihov, Country Head, BNP Paribas Real Estate Romania

Wysoki poziom popytu na nowoczesne powierzchnie przemysłowe przełożył się na roczny poziom najmu wielkości 570 000 m kw. Aktywność najemców w roku 2018 napędzana była przez zarówno tradycyjnych najemców, jak i operatorów spożywczych, i tych wywodzących się z sektora e-commerce. Odrodzenie rynku powierzchni przemysłowych doprowadziło do zmiany podejścia deweloperów, którzy obecnie gotowi są prowadzić inwestycje spekulacyjne, a także realizować projekty typu build-to-suit i te wynajmowane na podstawie umów przednajmu. Aktywni deweloperzy będą nadal umacniać swoją pozycję na rynku krajowym dzięki budowie nowych obiektów lub pozyskiwaniu istniejących obiektów przemysłowych o dobrej pozycji i wynajętych atrakcyjnym najemcom. Liczba planowanych projektów, które potencjalnie mogą oznaczać zwiększenie całkowitych zasobów nowoczesnej powierzchni przemysłowej na rumuńskim rynku do 4 mln m kw. nie wywrze dalszej presji na czynszach, które zgodnie z prognozami powinny utrzymać się na stałym poziomie przez dłużej niż kolejne 12 miesięcy.

Na rynku kolejowym zaczyna robić się coraz ciaśniej

PKP Intercity jest niemal monopolistą na rynku najważniejszych połączeń kolejowych w kraju. Wprowadzenie firm konkurencyjnych mogłoby spowodować spadek cen i podniesienie jakości. Tak było w Czechach. Tam krajowe spółki doprowadziły do zmniejszenia opłat i poprawienia poziomu usług. W Polsce to właściwie niemożliwe. Na nasz rynek wraca firma Leo Express z połączeniami z Krakowa i Katowic do Pragi. Choć PKP Intercity zarzeka się, że oferty promocyjne obu spółek są podobne, to Czesi poza promocją oferują bilety za ok. 130-140 zł, a rodzimy przewoźnik – za ok. 230 zł. Czasy przejazdów są podobne. Różnica polega na tym, że na razie czeska oferta obejmuje tylko weekendy. Generalnie bilety w Europie Środkowo-Wschodniej są średnio tańsze niż w samej Polsce. Także jakość usług jest wyższa u naszych sąsiadów.

Na krajowy rynek kolejowy nieśmiało usiłuje wejść zagraniczna konkurencja. Na razie wróciła czeska spółka Leo Express oferująca weekendowe połączenia z Krakowa i Katowic do czeskiej Pragi. Zdaniem Agnieszki Serbeńskiej, rzeczniczki prasowej PKP Intercity, to nie jest rywal dla krajowego monopolisty. Polski przewoźnik oferuje dwa takie połączenia na dobę, a w promocyjnej ofercie bilety można kupić już od 19 euro, czyli ok. 80 zł. Ponadto porównując kompleksową ofertę promocyjną polskiego i czeskiego przewoźnika, mamy do czynienia z podobnym poziomem cen. Jeśli jednak spojrzeć na zwykłe opłaty, Czesi oferują podróż w cenie nieco ponad 130 zł, a krajowy operator – 230 zł. Różnica jest oczywista.

– Ceny oczywiście zależą od wielu czynników, m.in. od tego jak często jeżdżą składy i do jakiego poziomu są zapełnione. Pociągi czeskiej spółki Leo Express przejeżdżają ok. 2 tys. km na dobę. To nieosiągalne w Polsce nawet dla najszybszych pociągów Pendolino. Ten wynik pokazuje efekt pewnej kalkulacji dot. tego, czy bardziej się opłaca, żeby tabor stał bądź nieustannie jeździł. Natomiast drugi czeski prywatny przewoźnik – RegioJet chwali się dobrym wypełnieniem pociągów, nawet w środku dnia – mówi Jakub Madrjas, zastępca dyrektora specjalistycznego wydawnictwa TOR.

Z kolei dr Michał Beim, były członek zarządu PKP i ekspert do spraw transportu z Instytutu Sobieskiego, podkreśla, że prywatni operatorzy dzięki ciekawszej ofercie mają wyższe napełnienie pociągów. Paradoksem jest to, że liczba pasażerów PKP Intercity rośnie, a jednocześnie coraz więcej Polaków wybiera samochód, ponieważ przejazd już dwóch osób autem jest tańszy niż bilety kolejowe. Rola kolei przy rosnącej ruchliwości Polaków maleje. Szczególnie dot. to popularnych tras dalekobieżnych, jak połączenie Krakowa, Katowic czy Gdańska z Warszawą. Zagraniczni przewoźnicy dynamicznie zarządzając cenami, osiągają większe wypełnienie. Przykładowo czeski FlixTrain prowadzi składy złożone nawet z ośmiu wagonów, osiągając ponad 70% zajętych miejsc. A w krajowych kolejach to maksimum 50%.

– Na ceny biletów w dużej mierze wpływa konkurencja. Dobrym przykładem jest rynek czeski. Na głównej magistrali Praga-Ostrawa działa trzech przewoźników – jeden państwowy i dwóch prywatnych. W efekcie spadły opłaty za przewozy pasażerskie, ale państwowe České dráhy nie straciły z tego powodu wielu pasażerów. Po prostu znacząco wzrosła liczba podróżujących, dzięki połączeniom świadczonym przez konkurencję – stwierdza Jakub Madrjas.

Natomiast ekspert z Instytutu Sobieskiego wskazuje, że polski rynek jest przeregulowany, a w związku z tym pasażer traci potrójnie. Po pierwsze ma drogie połączenia, po drugie rocznie każdy obywatel z podatków płaci blisko 20 zł na pociągi w służbie publicznej uruchamiane przez PKP Intercity, a po trzecie nie ma firm prywatnych z rodzimym kapitałem, które mogłyby wejść na krajowe tory i – za przykładem Czech – rozwijać działalność zagraniczną. Tymczasem konkurencja u naszych południowych sąsiadów doprowadziła do podniesienia jakości usług przy niższych cenach biletów. Umożliwiła także ekspansję w krajach ościennych.

– Trzeba też zauważyć, że są jednak połączenia wymagające dotacji na mniej popularnych trasach w Polsce. Kilka lat temu mogły się o nie ubiegać również firmy prywatne. Przykładowo w liniach regionalnych Arriva, tj. dziś należąca do Deutsche Bahn, oferowała ona w przetargu w województwie kujawsko-pomorskim niższe opłaty za bilety niż Przewozy Regionalne. Właśnie tu widać nacisk na podnoszenie efektywności i obniżanie kosztów umożliwiających wprowadzanie tańszych biletów – komentuje Jakub Madrjas.

Rywalizacja może zdziałać cuda, ale narodowy przewoźnik jest pełen optymizmu. Według Agnieszki Serbeńskiej, siatka połączeń PKP Intercity jest niewspółmierna do zakresu, w jakim operuje przewoźnik z Czech, a połączenie kolejowe Kraków-Praga jest jedynym przez niego obsługiwanym w naszym kraju i dostępnym wyłącznie w weekendy. Natomiast państwowa firma dziennie uruchamia średnio 383 pociągi, w tym na połączeniach zagranicznych m.in. w stronę Czech, Niemiec, Austrii, Słowacji, Węgier, Ukrainy czy nawet Białorusi i Rosji.

– O wejściu konkurencji na poszczególne trasy decyduje Urząd Transportu Kolejowego. Ale wystarczy, że na danej trasie, obok komercyjnych EIC i EIP, jeżdżą pociągi w służbie publicznej – dotowane z budżetu państwa jak TLK lub IC, by uznać, że prywatny operator zaburzy ich działalność. I to wszystko odbywa się zgodnie z obowiązującym prawem. W praktyce niestety wystarczy kilka nieatrakcyjnych połączeń na oblężonych trasach, by nie dopuścić innych operatorów do ruchu. W Czechach też są linie dalekobieżne z dofinansowaniem rządu, głównie na mniej popularnych trasach, ale to właśnie na najważniejszych szlakach dopuszczono innych operatorów – wyjaśnia Beim.

Sukcesy, czyli jakość i niższe ceny biletów nad Wełtawą, osiągnięto m.in. dlatego, że fundusze unijne służyły głównie rozwojowi infrastruktury, a tabor musiały kupować firmy na własny koszt. Dlatego, jak wzmiankuje Jakub Madrjas, RegioJet kupiło w Rumunii tanie wagony (poniżej miliona euro za sztukę), przystosowane do jazdy z prędkością do 200 km/h i wyposażone w multimedialny system rozrywkowy dla pasażerów. Zespoły trakcyjne, nabywane przez PKP Intercity, są droższe i daleko im do takich standardów, zarówno cenowych, jak i usługowych.

FPP chce ujednolicenia systemu ubezpieczeń społecznych

Obowiązujący system ubezpieczeń społecznych zakłada, że przedsiębiorcy opłacają składki w sposób ryczałtowy. Chociaż w wielu przypadkach takie rozwiązanie jest atrakcyjne, przedsiębiorcy uzyskujący małe przychody mogą być podatkiem nadmiernie obciążeni. To prowadzi do zamykania działalności lub prowadzenia transakcji nielegalnie, w tak zwanej szarej strefie. Z drugiej strony przedsiębiorcy uzyskujący duży przychód płacą stosunkowo małe składki. W ten sposób dochodzi do przypadków nieuzasadnionego samozatrudnienia, co odbywa się ze stratą dla budżetu państwa. Usprawnieniem systemu ubezpieczeń społecznych chce zająć się Federacja Przedsiębiorców Polskich.

– Zasady opłacania składek do ZUS powinny mieć jednolite zasady, niezależnie od formy prowadzenia aktywności zarobkowej czy ekonomicznej – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich. – Proponujemy, by przedsiębiorcy płacili składki na ubezpieczenie społeczne w proporcji do uzyskiwanego przez nich dochodu, przy czym podstawą do obliczeń byłaby jego połowa. W ten sposób osoby prowadzące działalność gospodarczą o niskich dochodach płaciliby mniejsze składki niż obecnie, a osoby wysoko zarabiające – odpowiednio wyższe. To pewnego rodzaju premia za ryzyko, jakie przedsiębiorcy ponoszą w związku z prowadzeniem biznesu. Dzięki temu poziom obciążeń będzie możliwy do udźwignięcia przez przedsiębiorców, a tym samym firmy będą znacznie dłużej utrzymywały swoją działalność na rynku – uważa Kozłowski.

Czynności komornicze nie podlegają VAT. Jest interpretacja resortu finansów

Czynności w postępowaniu egzekucyjnym i zabezpieczającym nie podlegają VAT. To główna teza interpretacji, która przed końcem 2018 roku została zapowiedziana w komunikacie Ministerstwa Finansów. Jednak na jej publikację trzeba było czekać aż do 15 kwietnia, a nowe przepisy dot. komorników obowiązują od początku br. Znawcy tematu nie są zgodni, czy w ostatnim czasie dochodziło do podwyższania opłaty egzekucyjnej o wspomniany podatek, bo nikt nie prowadzi takich statystyk. Spośród kilkudziesięciu losowo wybranych kancelarii komorniczych zdecydowana większość nie udzieliła odpowiedzi na pytanie w tym zakresie. Dlatego w opinii ekspertów, dłużnicy powinni sami zwracać uwagę na koszty i szybko reagować na ewentualne nieprawidłowości. Komornik, który popełnił błąd, nie ma bowiem żadnego obowiązku, w tym prawnego, inicjowania kontaktu w tej sprawie.

Będzie bez VAT-u

1 stycznia 2019 roku zmienił się status prawny komorników sądowych. Jak podkreśla Monika Janus, rzecznik prasowy Krajowej Rady Komorniczej, stali się oni organem władzy publicznej (tj. pomocniczym organem wymiaru sprawiedliwości), który stricte realizuje zadania państwa. Czynności egzekucyjne nie mieszczą się w pojęciu działalności gospodarczej w rozumieniu ustawy o VAT. Zgodnie z nią, za podatnika nie uznaje się m.in. organów władzy.

– Ministerstwo Finansów już kilka miesięcy temu w specjalnym komunikacie zapowiedziało wydanie interpretacji ogólnej. Została ona opublikowana 15 kwietnia br. w Dzienniku Urzędowym Ministra Finansów. Zgodnie z zapowiedziami potwierdza, że w aktualnym stanie prawnym wykonywane przez komorników sądowych czynności w postępowaniu egzekucyjnym i zabezpieczającym nie podlegają opodatkowaniu podatkiem VAT. Problem błędnie naliczanej daniny powinien zatem zniknąć – mówi Marek Niczyporuk, radca prawny i doradca podatkowy z Kancelarii Ars AEQUI.

Jak informuje Paweł Jurek, rzecznik prasowy Ministerstwa Finansów, interpretacja ogólna z 15 kwietnia 2019 roku przesądza o tym, że komornicy sądowi nie są uznawani za podatników VAT. Dotyczy to wykonywania czynności w postępowaniu egzekucyjnym i zabezpieczającym po wejściu w życie ustawy z dnia 22 marca 2018 roku o komornikach sądowych oraz ustawy z dnia 28 lutego 2018 roku o kosztach komorniczych.

Utrwalone w orzecznictwie

– Do tej pory nie odnotowaliśmy przypadków, aby w obecnym stanie prawnym komornicy doliczali VAT do opłaty. Takie przypadki miały miejsce do 27 lipca 2017 roku, kiedy to Sąd Najwyższy podjął uchwałę. Wynika z niej, że komornik sądowy nie może podwyższyć opłaty egzekucyjnej, pobieranej na podstawie ustawy o komornikach sądowych i egzekucji, o podatek od towarów i usług – komentuje Monika Janus.

Z kolei Marek Niczyporuk podkreśla, że Sąd Najwyższy już kilkukrotnie wydawał w tej kwestii rozstrzygnięcia. Uchwały, np. z 7 lipca 2016 i 27 lipca 2017 roku, jednoznacznie wskazywały, że świadczenie ma charakter brutto. Zatem stanowisko to należy uznać za utrwalone w orzecznictwie, na co zwrócił uwagę SN w postanowieniu z 10 sierpnia 2018 roku. Według eksperta, wciąż nierzadko zdarza się, że komornicy po obliczeniu należnej opłaty egzekucyjnej, według zasad ustawowych, doliczają również podatek VAT. Wydana interpretacja ogólna rozwiewa wątpliwości w tym zakresie.

– Po wydaniu uchwały Sądu Najwyższego z 27 lipca 2017 roku przypadki doliczania VAT w opłacie były marginalne. W zasadzie wszyscy komornicy respektowali wskazane orzeczenie. Osobiście kojarzę incydentalne przypadki występowania na drogę sądową przeciwko komornikom powiększającym należność o ten podatek. Jednak w ostatnich miesiącach nie odnotowaliśmy takich skarg – dodaje rzecznik prasowy Krajowej Rady Komorniczej.

Bez zwrotów

Analitycy serwisu agencyjnego MondayNews skontaktowali się z trzydziestoma losowo wybranymi kancelariami komorniczymi z różnych miast. Celem było uzyskanie odpowiedzi, czy dłużnicy często zgłaszają się po zwrot podatku VAT. Zareagowały jedynie 3 podmioty, z czego dwa udzieliły krótkich wyjaśnień.

– U mnie dłużnicy w ogóle nie składają wniosku o zwrot VAT-u. Był czas, kiedy doliczaliśmy go, ale tylko do momentu wydania wyroku przez Sąd Najwyższy. Później ten podatek był w opłacie, czyli nie dodawaliśmy go do naszych czynności, a odsyłaliśmy do urzędów skarbowych. Sąd Okręgowy w Katowicach stoi na stanowisku, że wtedy dobrze robiliśmy – podkreśla Bernadeta Brzóska, komornik sądowy przy Sądzie Rejonowym Katowice-Wschód w Katowicach.

Natomiast, jak podaje Jan Forystek, komornik sądowy przy Sądzie Rejonowym w Rzeszowie, w jego kancelarii nikt nie zgłosił się w sprawie VAT-u. Komornik również stwierdza, że problem ewentualnego zwrotu podatku od towaru i usług przez komorników jest prawnie złożony. Często rozliczenie następowało na podstawie faktur, a podatek został zapłacony do urzędu skarbowego i złożono stosowne deklaracje.

– Postępowania, w toku których naliczono VAT, zostały zakończone odpowiednimi postanowieniami. W ich ramach ustalono i rozliczono koszty. To prawomocne rozstrzygnięcia, które wiążą nie tylko strony tej sprawy. Dotyczą również komornika, który je wydał, oraz wszystkie inne sądy, instytucje państwowe i organy administracji publicznej. On zatem, nawet gdyby chciał, nie może w dowolnym momencie weryfikować, korygować czy zmieniać zapadłego rozstrzygnięcia. Uchwała SN z 10 lutego 1995 roku wskazuje, że koszty są definitywnie rozliczane w tym postępowaniu, w którym powstały, a jakiekolwiek korygowanie prawomocnych sum jest niedopuszczalne – zaznacza Monika Janus.

Analiza kosztów

Radca prawny Marek Niczyporuk podpowiada, że w toku postępowania egzekucyjnego warto przeanalizować wysokość opłaty egzekucyjnej. Jeśli dłużnik uzna, że jest ona zbyt wysoka, to przysługuje mu prawo do złożenia do sądu skargi na czynności komornika. Jednak trzeba ją wnieść w terminie 7 dni od dnia naliczenia ww. opłaty. Jeżeli upłynął dłuższy okres, a nawet zakończyła się egzekucja, to dłużnik nie stoi na straconej pozycji. Powinien wezwać do zwrotu różnicy pomiędzy kwotą należną, według przepisów prawa powszechnie obowiązującego, a stawką zawyżoną przez komornika. Ekspert sugeruje też, aby wyznaczyć rozsądny termin uregulowania należności. Żadna regulacja z góry go nie przewiduje.

– Stronom, które ewentualnie kwestionowałyby zasadność naliczenia kosztów, przysługują środki zaskarżenia, o czym zostały prawidłowo pouczone. Tryb zaskarżania postanowień komornika reguluje w szczególności art. 767 k.p.c. i nie może być zastępowany innymi działaniami. Nie jest dopuszczalne jakiekolwiek wywodzenie żądań korekty prawomocnych sum na podstawie broszury Ministra Finansów. Dotyczy to również późniejszych uchwał Sądu Najwyższego, które w chwili ustalania przez komorników kosztów w ogóle jeszcze nie istniały – twierdzi rzecznik prasowy Krajowej Rady Komorniczej.

Mecenas Niczyporuk wskazuje drogę w przypadku braku dokonania zwrotu nienależnie pobranego VAT-u. Dłużnik może wytoczyć przeciwko komornikowi powództwo w trybie przewidzianym w przepisie art. 23 nieobowiązującej już ustawy o komornikach sądowych i egzekucji lub art. 36 nowej ustawy o komornikach sądowych. W takim przypadku również Skarb Państwa jest solidarnie odpowiedzialny wraz z pozwanym za naprawienie powstałej szkody majątkowej. Na taki tryb postępowania wskazuje również postanowienie Sądu Najwyższego z 10 sierpnia 2018 roku.

– Przepisy ustawy o podatku od towarów i usług nie regulują wprost sposobu poboru VAT-u od opłaty stosunkowej. Konsekwencje nieprawidłowego naliczenia są wskazane w przepisach dotyczących wykonywania funkcji komornika sądowego. W tym zakresie właściwe do udzielenia odpowiedzi jest Ministerstwo Sprawiedliwości – podkreśla Paweł Jurek.

Jak podsumowuje ekspert z Kancelarii Ars AEQUI, nie należy spodziewać się, że komornicy sami będą zwracali błędnie naliczony podatek VAT. Żaden przepis prawny nie nakłada na nich obowiązku inicjowania kontaktu z poszkodowanymi dłużnikami. Taki przegląd spraw przez kancelarie byłby z resztą bardzo czasochłonny, a co za tym idzie – również i kosztowny. Trudno wymagać od komorników, by z własnej inicjatywy angażowali czas oraz środki na dokonanie takich analiz i kontakt ze wszystkimi dłużnikami.