Benefity dla firm a motywacja pracowników – jak dobrać pakiet benefitów do zespołu?

Benefity potrafią wzmacniać motywację, ale tylko wtedy, gdy pracownik naprawdę z nich korzysta. Karta sportowa, pakiet medyczny czy budżet szkoleniowy nie działają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ich wartość zależy od tego, czy odpowiadają na potrzeby zespołu i czy są łatwe do wykorzystania w codziennym życiu. Z tego artykułu dowiesz się: jak benefity wpływają na motywację, jakie świadczenia działają najlepiej, w jaki sposób dopasować je do zespołu, jak skutecznie wdrożyć pakiet benefitów u siebie.

Dlaczego benefity wpływają na motywację?

Benefity pracownicze zwiększają motywację wtedy, gdy pracownik widzi w nich konkretną wartość. Może to być np. lepszy dostęp do opieki medycznej, możliwość uprawiania ulubionej aktywności fizycznej albo pomoc finansowa.

Mechanizm jest prosty. Pracownik, który może korzystać ze świadczeń dopasowanych do własnej sytuacji, częściej odczuwa, że firma traktuje go podmiotowo. To wzmacnia lojalność i chęć, by dawać z siebie więcej.

Znaczenie ma też autonomia. Możliwość wyboru benefitów zwiększa zaangażowanie, bo pracownik nie dostaje przypadkowego dodatku. Zyskuje on świadczenie, z którego faktycznie chce korzystać.

Benefity, które pobudzają motywację pracowników

Dobrze dopasowany pakiet powinien łączyć kilka obszarów. Sama karta sportowa albo samo ubezpieczenie nie wystarczą, ponieważ zespoły zazwyczaj mają bardziej złożone potrzeby.

Wellbeing i zdrowie

Tutaj dobrze działają:

  • karty sportowe,

  • programy wsparcia psychologicznego,

  • telemedycyna,

  • badania profilaktyczne,

  • inne benefity związane ze zdrowym stylem życia.

Karty sportowe, takie jak FitProfit i FitSport, ułatwiają pracownikom wybór aktywności dopasowanej do ich rytmu dnia — od siłowni, przez basen, po zajęcia grupowe.

Rozwój pracownika

W obszarze rozwoju ważne są:

  • budżety szkoleniowe,

  • mentoring,

  • kursy online,

  • możliwość zdobycia certyfikatów.

To właśnie te benefity pokazują, że firma inwestuje w przyszłość zatrudnionego, a nie tylko w bieżące zadania.

Benefity finansowe

Coraz większe znaczenie mają również pracownicze świadczenia pieniężne (poza podstawową wypłatą). Popularnymi benefitami dla zespołów są:

  • premie,

  • programy oszczędnościowe,

  • ubezpieczenia,

  • doradztwo finansowe,

  • okazjonalne wsparcie w trudnych sytuacjach życiowych.

Elastyczność i odpowiednia forma pracy to fundament motywacji

Pakiet benefitów powinien pasować do sposobu pracy.

  • Pracownicy zdalni częściej korzystają z rozwiązań cyfrowych, takich jak: telemedycyna, webinary, kursy online i wsparcia home office.

  • Zespoły stacjonarne mogą bardziej doceniać: dofinansowanie dojazdów, posiłki w miejscu pracy, lokalne zajęcia sportowe albo opiekę medyczną blisko biura.

  • W modelu hybrydowym znaczenie z kolei zyskuje dostępność. Benefit powinien działać niezależnie od tego, czy pracownik jest w biurze, w domu czy w podróży. Jeśli korzystanie ze świadczenia wymaga wielu formalności, jego wartość spada.

Personalizacja a kultura organizacyjna

Personalizacja benefitów kształtuje nie tylko na poziom popularności świadczeń. Wpływa też na kulturę organizacyjną. Pokazuje, że firma widzi różnorodność potrzeb i nie zakłada, że jeden model świadczeń pasuje do wszystkich.

Pracownik, który może wybrać między wsparciem zdrowotnym, sportem albo szkoleniem, ma większe poczucie wpływu zarówno na swoją karierę, jak i na dobro zespołu. To nie tylko buduje zaufanie do pracodawcy, ale przede wszystkim zwiększa motywację do pracy.

Warunkiem tego stanu rzeczy jest jednak transparentność. Zasady przyznawania benefitów powinny być zrozumiałe, dostępne i jednakowe dla osób w podobnej sytuacji. Brak jasności może szybko osłabić efekt motywacyjny.

Wdrożenie pakietu benefitów dla zespołów – krótki przewodnik krok po kroku

  • Pierwszy krok: diagnoza potrzeb – firma powinna zebrać dane i sprawdzić, które świadczenia są naprawdę oczekiwane.

  • Drugi krok: zaprojektowanie pakietu – warto połączyć różne rodzaje benefitów (zdrowotne, sportowe, rozwojowe oraz finansowe).

  • Trzeci krok: pilotaż – test na mniejszej grupie przez około pół roku pozwala ocenić, czy pracownicy korzystają z nowych świadczeń i czy rozumieją ich zasady.

  • Czwarty krok: komunikacja – bez jasnej i zaplanowanej komunikacji pakiet benefitów trudno skutecznie wdrożyć. Pomocne w planowaniu komunikacji są: krótkie instrukcje, FAQ, spotkania informacyjne oraz wsparcie menedżerów.

  • Piąty krok: pomiar i korekta – oferta benefitowa nie powinna być zamrożona na lata. Potrzeby pracowników zmieniają się wraz z rynkiem, wiekiem zespołu czy modelem pracy. Benefity powinny nadążać za zmieniającymi się potrzebami zespołu.

Podsumowanie

Dobry pakiet benefitów motywuje, ponieważ odpowiada na prawdziwe potrzeby zespołów. Pakiet taki powinien łączyć różne obszary, w tym: zdrowie, sport, rozwój czy wsparcie finansowe.

Najważniejsze w procesie wdrażania benefitów motywujących pracowników są:

  • diagnoza,

  • swobodny dostęp,

  • transparentne zasady,

  • regularny pomiar efektów.

Świadczenia dla firm nie powinny być przypadkową listą dodatków. Powinny za to tworzyć system, który wzmacnia zaangażowanie, buduje lojalność i pomaga zatrzymać ludzi w organizacji na dłużej.

Suwerenność cyfrowa zaczyna się od decyzji, gdzie trafiają dane i publiczne pieniądze

Z raportu Sieci Badawczej Łukasiewicz „Cyfrowy bilans Polski. Jak zmienić uzależnienie w suwerenność?” wynika jasno, że skala zależności technologicznej przestała być problemem branżowym, a stała się problemem gospodarczym. W 2016 roku import produktów cyfrowych wynosił około 9 mld zł. W 2024 roku to już blisko 48 mld zł. Tempo wzrostu sięga średnio 25 proc. rocznie. W tym samym czasie eksport pozostaje praktycznie na niezmienionym poziomie około 3 mld zł. W efekcie powstała trwała luka sięgająca około 45 mld zł rocznie, która zasila zagraniczne ekosystemy chmurowe, licencyjne i platformowe. – To nie jest tylko statystyka handlowa. To realny przepływ pieniędzy i kontroli poza Polskę. W efekcie krajowa gospodarka cyfrowa działa dziś na cudzym silniku. I coraz więcej za to płaci – mówi Robert Czarniewski, wiceprezes zarządu i CFO Polcom.

Importujemy cyfrową rzeczywistość

– Dziś mówimy o sytuacji, w której Polska każdego roku transferuje dziesiątki miliardów złotych do zagranicznych dostawców technologii. To nie jest już kwestia wyboru narzędzi IT, tylko strukturalnego uzależnienia całej gospodarki. Jeśli ten trend się utrzyma, to będziemy coraz bardziej konsumentem technologii, a nie ich współtwórcą, a to w długim terminie oznacza utratę konkurencyjności — wskazuje Robert Czarniewski

Polska nie tylko kupuje technologie, ale stopniowo oddaje nad nimi wpływ. Dane są przetwarzane poza krajem, kluczowe systemy opierają się na zagranicznych platformach, a decyzje dotyczące infrastruktury cyfrowej zapadają poza lokalną jurysdykcją. W debacie publicznej temat ten często próbuje się sprowadzić do cyberbezpieczeństwa, ale w praktyce chodzi o coś bardziej fundamentalnego – o to, kto zarabia na cyfryzacji i kto ustala jej zasady.

Podobny kierunek wybrzmiał niedawno podczas inauguracji projektu Local Content, gdzie premier Donald Tusk mówił o potrzebie budowania suwerenności gospodarczej i technologicznej Polski: wierzymy też głęboko w to, że ten local content to także rozwój polskiej myśli technologicznej i bezpieczeństwa.

W praktyce może to oznaczać na coraz większą presję na rozwój lokalnej infrastruktury cyfrowej, krajowych kompetencji technologicznych oraz większy udział polskich i europejskich dostawców w strategicznych projektach IT i chmurowych.

Społeczny mandat jest, system nie nadąża

Społecznie ten problem jest już dostrzegany. Badania Digital Poland wskazuje, że 56 proc. Polaków uznaje suwerenność technologiczną za priorytet, a aż 71 proc. deklaruje gotowość wydatkowania większych budżetów w zamian za rozwiązania lokalne. To wyraźny sygnał, że rynek jest gotowy na zmianę. Problem polega na tym, że polityka państwa nie zawsze za tym nadąża.

Z kolei z raportu Polcom „Barometr Cyfrowej Transformacji Polskiego Biznesu 2025-2026” wyłania się obraz systemu, który w praktyce wciąż premiuje globalnych graczy. 15 proc. firm uważa, że polityka państwa sprzyja zagranicznym dostawcom, a 25 proc. wskazuje na brak realnych mechanizmów wsparcia dla polskich firm IT. Tylko 6 proc. przedsiębiorstw widzi konkretne działania wspierające lokalnych lub europejskich dostawców, a taki sam odsetek wierzy w równe szanse w projektach strategicznych.

Z perspektywy firm technologicznych największym problemem nie jest brak kompetencji czy kapitału, ale brak spójnej polityki zakupowej państwa. Jeżeli w projektach publicznych w praktyce wygrywają globalni dostawcy, to trudno mówić o budowaniu lokalnego ekosystemu. Suwerenność zaczyna się od decyzji, gdzie trafiają publiczne pieniądze i jakie kryteria realnie obowiązują w przetargach. To nie są marginalne opinie, tylko sygnał, że rynek widzi wyraźną asymetrię – komentuje wiceprezes Polcom.

Cyfrowe państwo rośnie, ale na cudzej infrastrukturze

Jednocześnie sama cyfryzacja państwa postępuje, choć nie w tempie liderów europejskich. W Unii Europejskiej z e-administracji korzysta już 72 proc. mieszkańców, podczas gdy w Polsce jest to 58,5 proc. Liderzy, jak Dania czy Finlandia, osiągają poziom 96-98 proc.

Oznacza to, że cyfrowych usług publicznych przybywa, a wraz z nimi rośnie ilość danych generowanych przez obywateli i instytucje. Problem polega na tym, że wzrost skali nie zawsze idzie w parze z kontrolą nad tym, gdzie te dane są przetwarzane i kto faktycznie nimi zarządza.

Państwo przyspiesza z cyfryzacją, ale nie zawsze idzie za tym refleksja, gdzie trafiają dane i kto ma do nich dostęp. Możemy mieć nowoczesne e-usługi, ale jeśli ich fundamentem są zewnętrzne platformy, to ta nowoczesność jest w pewnym sensie iluzoryczna. Prawdziwa niezależność zaczyna się dopiero wtedy, gdy kontrolujemy nie tylko aplikacje, ale też infrastrukturę i dane — dodaje Robert Czarniewski.

Biznes już liczy ryzyko

Znacznie bardziej pragmatyczne podejście widać w sektorze prywatnym. Już 43 proc. firm przy wyborze dostawcy chmury kieruje się lokalizacją danych w centrum danych na terytorium Polski. To nie jest już kwestia wizerunku czy ideologii, ale twardej kalkulacji biznesowej.

Firmy coraz częściej analizują, w jakiej jurysdykcji działają ich dane i jakie regulacje mogą mieć na nie wpływ. W tle pojawiają się takie akty jak amerykański Cloud Act, który umożliwia dostęp do danych przechowywanych przez amerykańskie firmy niezależnie od miejsca ich fizycznego przechowywania.

Na poziomie europejskim kierunek jest jasno określony. Budowa suwerenności cyfrowej staje się jednym z filarów polityki gospodarczej. Chodzi o to, aby dane europejskich firm i obywateli były przetwarzane w ramach europejskich regulacji i pod kontrolą podmiotów działających w tej samej przestrzeni prawnej. Według prognoz Gartnera do 2029 roku ponad połowa międzynarodowych organizacji wdroży formalne podejście do suwerenności cyfrowej. Dziś robi to zaledwie około 10 proc., co pokazuje, jak dynamiczna zmiana dopiero się rozpędza.

W tym kontekście Polska stoi przed wyborem, który trudno już odkładać. Można dalej funkcjonować jako rynek zbytu dla globalnych dostawców i akceptować rosnący odpływ wartości, albo zacząć świadomie budować własne kompetencje i wzmacniać lokalny ekosystem technologiczny.

Dyskusja o cyfrowej niezależności przestaje być abstrakcyjna. To rozmowa o pieniądzach, o modelu rozwoju gospodarczego i o tym, czy Polska chce być tylko użytkownikiem technologii, czy również ich współtwórcą. W świecie, w którym dane stają się jednym z najważniejszych zasobów, brak kontroli nad nimi oznacza oddanie części wpływu na własną przyszłość – zaznacza Robert Czarniewski, wiceprezes Polcom.

Marcin Sołtysiak: przejęcie Polenergia Fotowoltaika to element szerszej strategii

Marcin Sołtysiak, inwestor branżowy, Prezes Grupy ELQ S.A. oraz główny akcjonariusz Grupy, sfinalizował transakcję nabycia 100% akcji spółki Polenergia Fotowoltaika S.A. Transakcja została przeprowadzona poprzez wehikuł inwestycyjny, powiązany z Grupą Kapitałową ELQ S.A.

Nabycie Polenergia Fotowoltaika S.A. stanowi istotny krok w kierunku rozwoju aktywności inwestycyjnej Marcina Sołtysiaka w sektorze energetycznym oraz budowy szerszego zaplecza kompetencyjnego wokół Grupy ELQ. Transakcja wzmacnia obecność w obszarze energetyki rozproszonej, nowoczesnych rozwiązań OZE oraz usług energetycznych skierowanych do klientów indywidualnych, biznesowych i instytucjonalnych.

Polenergia Fotowoltaika S.A. to spółka posiadająca rozpoznawalność rynkową, doświadczenie operacyjne, zespół, know-how oraz bazę klientów. Te elementy stanowią solidny fundament do dalszego rozwoju pod nowym właścicielem.

Po zmianie właścicielskiej spółka kontynuuje działalność operacyjną bez zakłóceń, realizuje bieżące projekty oraz utrzymuje obsługę klientów zgodnie z dotychczasowymi zasadami. Bieżące umowy, serwis, gwarancje oraz zobowiązania wobec klientów i partnerów pozostają w mocy.

„Nabycie Polenergia Fotowoltaika traktuję jako strategiczny krok w kierunku budowy silnej, skalowalnej pozycji w segmencie energetyki rozproszonej i nowoczesnych rozwiązań OZE. Przejmujemy spółkę z doświadczonym zespołem, realnym know-how oraz zaufaniem klientów — czyli fundamentami, na których można budować dalszy wzrost.

Naszą ambicją nie jest jedynie kontynuacja działalności, ale nadanie jej nowej dynamiki poprzez rozwój technologiczny, poszerzenie oferty, zwiększenie skali operacyjnej oraz wykorzystanie synergii z kompetencjami zgromadzonymi wokół Grupy ELQ w sektorze elektroenergetycznym. Widzimy w tym przejęciu nie pojedynczą transakcję, lecz element szerszej strategii rozwoju w obszarze transformacji energetycznej. Energetyka rozproszona, lokalne źródła energii, usługi dla klientów oraz integracja nowoczesnych rozwiązań OZE będą coraz ważniejszą częścią rynku. Chcemy aktywnie uczestniczyć w tym procesie i budować pozycję w segmentach, które będą miały znaczenie dla przyszłości polskiej energetyki.”

— powiedział Marcin Sołtysiak, Prezes Grupy ELQ S.A.

Transakcja wpisuje się w długofalową strategię inwestycyjną Marcina Sołtysiaka, ukierunkowaną na rozwój kompetencji w sektorze elektroenergetycznym, infrastrukturalnym oraz odnawialnych źródeł energii. Powiązanie transakcji z Grupą Kapitałową ELQ S.A. tworzy potencjał do wykorzystania doświadczenia branżowego, organizacyjnego i technicznego zgromadzonego wokół Grupy ELQ.

Celem nowego właściciela jest dalsze wzmacnianie pozycji rynkowej Polenergia Fotowoltaika S.A., rozwój kompetencji zespołu, poszerzanie możliwości operacyjnych oraz budowanie skali działania w oparciu o doświadczenie sektorowe, zaplecze organizacyjne i długofalowe podejście do rozwoju.

W kolejnym etapie planowany jest uporządkowany proces dalszego rozwoju spółki oraz identyfikacji potencjalnych synergii biznesowych. Proces ten będzie prowadzony z zachowaniem ciągłości operacyjnej, stabilności obsługi klientów oraz realizacji bieżących zobowiązań.

Nabycie Polenergia Fotowoltaika S.A. otwiera nowy etap rozwoju w segmencie energetyki rozproszonej — obszarze, który w kolejnych latach będzie odgrywał coraz większą rolę w transformacji energetycznej, zwiększaniu efektywności energetycznej oraz budowie bardziej odpornego, zdecentralizowanego systemu energetycznego.

O Marcinie Sołtysiaku i Grupie ELQ

Marcin Sołtysiak jest inwestorem branżowym, Prezesem Grupy ELQ S.A. oraz głównym akcjonariuszem Grupy(94%). Od lat rozwija działalność w sektorze elektroenergetycznym, infrastrukturalnym i inwestycyjnym, koncentrując się na projektach związanych z transformacją energetyczną, bezpieczeństwem energetycznym oraz budową nowoczesnych modeli rozwoju infrastruktury.

ELQ S.A. to polska grupa działająca w sektorze elektroenergetycznym od 1976 roku, specjalizująca się w rozwiązaniach dla infrastruktury energetycznej, transformacji energetycznej oraz nowoczesnych technologii wspierających bezpieczeństwo i niezależność energetyczną. Grupa rozwija działalność w Polsce i na rynkach zagranicznych, łącząc kompetencje przemysłowe, projektowe, operacyjne i inwestycyjne.

Polacy coraz chętniej wybierają marki własne. Rynek wart już 67 mld zł

0

Rynek marek własnych w Polsce systematycznie zwiększa swój udział w koszyku FMCG. W 2025 roku wydatki w tym segmencie sięgnęły 67 mld zł, co oznacza wzrost o 6,6 proc. rok do roku. Udział wartościowy marek własnych wyniósł 23,5 proc., czyli o 3,8 pkt proc. więcej niż pięć lat wcześniej. W praktyce oznacza to, że już co czwarta złotówka wydawana na produkty FMCG trafia do marek sieci detalicznych.

Po okresie bardzo wysokiej dynamiki w latach 2022-2023 – sięgającej blisko 20 proc. rocznie – tempo wzrostu marek własnych ustabilizowało się w ostatnich dwóch latach na poziomie ok. 7 proc. rocznie. Według danych YouGov za długookresowy wzrost znaczenia marek własnych odpowiada m.in. kanał dyskontów, obejmujący takie szyldy jak Biedronka, Lidl, Netto i Aldi. W 2025 roku gospodarstwa domowe zrealizowały w tym formacie 44 proc. wydatków FMCG w handlu detalicznym. Dyskonty skutecznie konkurują zarówno z małymi sklepami – poprzez ofertę świeżych produktów i pieczywa – jak i z hipermarketami, zwiększając częstotliwość wizyt oraz udział dużych koszyków, w tym zakupów robionych na zapas.

Choć rosnąca rola dyskontów pozostaje jednym z kluczowych czynników wzmacniających segment marek własnych, jego rozwój nie wynika wyłącznie z ekspansji tego formatu. Równolegle zaszła bowiem głęboka zmiana charakteru samej oferty. To, co dziś obserwujemy na polskim rynku, jest efektem złożonej i długoletniej transformacji – od produktów postrzeganych jako tańsza alternatywa do pełnoprawnych brandów z własną tożsamością, rozpoznawalną komunikacją i rosnącą lojalnością nabywców.

– Marki własne w dyskontach przestały być tłem dla brandów producenckich. Są już świadomie budowanymi markami z konkretną obietnicą dla konsumenta – opartą nie tylko na cenie, ale również na wygodzie zakupu, dostępności czy określonym stylu życia. Przykłady takie jak Marletto, Kraina Wędlin, Fruvita, Pilos, K-Stąd Takie Dobre czy Isana pokazują, że marki te obecne są dziś w segmentach premium, funkcjonalnych, lokalnych i ekologicznych, a ich obecność w kampaniach telewizyjnych i online potwierdza profesjonalizację komunikacji. Oferta jest coraz częściej dopasowywana do mikrosegmentów, a ten strategiczny rozwój przekłada się bezpośrednio na wyniki sprzedażowekomentuje Michał Maksymiec, retail client director w YouGov.

83 proc. Polaków robi „smart” zakupy

Zmianom strukturalnym towarzyszy ewolucja postaw konsumenckich. Z raportu YouGov „Shopping Monitor 2026” wynika, że 83 proc. Polaków zalicza się do tzw. smart shoppers, czyli konsumentów planujących zakupy, porównujących ceny jednostkowe, analizujących składy i aktywnie korzystających z narzędzi cyfrowych. Jednocześnie maleje udział osób kierujących się wyłącznie ceną, a rośnie znaczenie jakości, wygody oraz doświadczenia z marką.

– Zjawisko tzw. smart shoppingu wykracza dziś daleko poza proste porównywanie cen. Mamy do czynienia z konsumentami, którzy są świetnie przygotowani do zakupów – wiedzą, czego szukają i nie boją się testować nowości. Marki własne trafiają w ten trend idealnie: oferują dobrą relację wartości do ceny, są łatwo dostępne i coraz częściej wzbudzają zaufanie dzięki stałej jakości i estetyce. To powoduje, że przestają być tylko „opcją w trudnych czasach”, a stają się świadomym wyborem także wśród klasy średniej i młodszych grup konsumentów dodaje Rafał Dobrowolski, strategic insight manager w YouGov.

Marki własne w niemal każdym koszyku

Z raportu „Shopping Monitor 2026” YouGov wynika, że marki własne są obecne w koszykach praktycznie wszystkich Polaków, niezależnie od stylu zakupowego. Jednocześnie rośnie grupa konsumentów, którzy traktują dyskonty jako podstawowe miejsce codziennych zakupów. Przyciągają one nie tylko ceną i promocjami, ale również szeroką ofertą dostępną wyłącznie w ramach danej sieci. Tzw. „miłośnicy dyskontów” przeznaczają na marki własne nawet ponad jedną trzecią swoich wydatków FMCG. Szczególnie wysoka otwartość na ten segment jest widoczna wśród przedstawicieli generacji Z oraz millenialsów, zwłaszcza w gospodarstwach domowych z dziećmi. Dla nich atrakcyjność oferty marek własnych jest jednym z kluczowych kryteriów wyboru miejsca codziennych zakupów.

Równolegle rośnie znaczenie marek własnych w obszarze innowacji. Sieci rozwijają nowe produkty, warianty i funkcjonalności, a niekiedy inicjują całe kategorie, do których następnie dołączają marki producenckie. Działania te służą nie tylko zwiększaniu ruchu w sklepach, lecz również budowaniu wizerunku i wzmacnianiu postrzeganej wartości oferty. W efekcie granica między marką producenta a marką sieci z perspektywy konsumenta coraz bardziej się zaciera, a sam podział ma często charakter techniczny.

Mimo rosnącej roli marek własnych producenci markowi utrzymują silną pozycję w wybranych segmentach. W kategoriach takich jak napoje typu cola, margaryny, dezodoranty czy maszynki do golenia udział marek własnych nie przekracza 10 proc. Z kolei w segmentach o wysokiej wrażliwości cenowej – m.in. papier toaletowy, ręczniki papierowe, kasze, ryż, owoce mrożone czy dania gotowe – marki własne osiągają od 50 do ponad 70 proc. udziału rynkowego.

– Rynek marek własnych w Polsce dojrzewa – zarówno po stronie podaży, jak i popytu. Mimo to, producenci markowi nie tracą znaczenia – pozostają źródłem innowacji, silnych emocjonalnych relacji z klientami i szerokiej oferty. Najbliższe lata zapowiadają rywalizację nie tylko na cenę, ale przede wszystkim na jakość, wizerunek, funkcjonalność i wartość postrzeganą przez konsumentapodsumowuje Michał Maksymiec.

Dane z YouGov Shopper Panel (8.000 polskich gospodarstw domowych, zakupy dokonywane przez gospodarstwa domowe na swoje potrzeby – przynoszone do domu)

Luka w przepisach może ujawniać adopcję dziecka. UODO interweniuje

Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych Mirosław Wróblewski wystąpił do Minister Zdrowia z wnioskiem o podjęcie prac legislacyjnych dotyczących dokumentacji medycznej dzieci, które zostały przysposobione. Chodzi o dostosowanie zasad wprowadzania zmian w dokumentach medycznych tak, aby skuteczniej chronić dane osobowe dziecka, jego prawo do prywatności oraz informacje związane z adopcją.

Inicjatywę Prezesa UODO poparła Rzeczniczka Praw Dziecka Monika Horna-Cieślak. Problem ma istotne znaczenie praktyczne, ponieważ obecne przepisy nie odpowiadają w pełni sytuacjom, w których po przysposobieniu pełnym dochodzi do zmiany danych identyfikacyjnych dziecka, w tym nadania mu nowego numeru PESEL.

Impulsem do interwencji była skarga matki dziecka, którego danych osobowych nie zaktualizowano prawidłowo po procedurze przysposobienia pełnego. Podmiot medyczny nadal przetwarzał poprzedni numer PESEL małoletniego, mimo że dziecku nadano już nowy numer. W jednym z zaświadczeń lekarskich umieszczono zarówno poprzedni, jak i aktualny numer PESEL, co doprowadziło do ujawnienia informacji o adopcji.

Jak wskazuje UODO, skarżąca poinformowała podmiot medyczny o całkowitej zmianie numeru PESEL. Mimo to placówka nie uwzględniła tej aktualizacji w sposób, który byłby właściwy z punktu widzenia zasad wynikających z RODO. Sprawa pokazała, że obowiązujące regulacje nie dają jednoznacznych narzędzi do odpowiedniego postępowania z dokumentacją medyczną dziecka po pełnym przysposobieniu.

Dokumentacja medyczna podlega ochronie prawnej na podstawie ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta. Szczegółowe zasady przetwarzania danych zawartych w takiej dokumentacji określa natomiast rozporządzenie Ministra Zdrowia z 2020 roku. Zgodnie z obecnymi przepisami wpisu w dokumentacji medycznej nie można po prostu usunąć. Jeżeli został wprowadzony błędnie, należy go skreślić, dodać adnotację o przyczynie błędu, datę oraz oznaczenie osoby, która wprowadziła taką adnotację.

Ten mechanizm, choć uzasadniony z punktu widzenia integralności dokumentacji medycznej, może okazać się niewystarczający w szczególnych przypadkach, takich jak pełne przysposobienie dziecka. Utrzymywanie w obrocie dokumentów zawierających poprzednie dane identyfikacyjne może bowiem prowadzić do ujawnienia informacji, które powinny pozostać chronione. Dotyczy to zwłaszcza sytuacji, gdy po sporządzeniu nowego aktu urodzenia wcześniejsze dane dziecka nie powinny być ujawniane.

Prezes UODO zwraca uwagę, że pozostawienie przepisów w obecnym kształcie może budzić wątpliwości zarówno z perspektywy RODO, jak i Konstytucji RP. Chodzi przede wszystkim o zasadę minimalizacji danych, zgodnie z którą należy przetwarzać wyłącznie informacje niezbędne do określonego celu. Władze publiczne oraz podmioty wykonujące zadania publiczne nie powinny pozyskiwać, gromadzić ani udostępniać danych obywateli w zakresie szerszym, niż jest to konieczne w demokratycznym państwie prawa.

Problem wynika z braku szczególnych przepisów, które pozwalałyby na zmianę danych osobowych dziecka w dokumentacji medycznej po dokonaniu pełnego przysposobienia. Zgodnie z Kodeksem rodzinnym i opiekuńczym przysposobienie pełne tworzy między dzieckiem a osobą przysposabiającą taki stosunek prawny, jaki istnieje między rodzicami a dziećmi. W praktyce oznacza to zmianę nazwiska dziecka, a w niektórych przypadkach również zmianę imienia.

Sąd może również orzec o sporządzeniu nowego aktu urodzenia. W takiej sytuacji dotychczasowy akt urodzenia nie podlega ujawnieniu, a dziecku nadawany jest nowy numer PESEL, który zostaje wpisany do rejestru stanu cywilnego. Poprzednie dane identyfikacyjne są usuwane z aktualnego obrotu prawnego, co powinno znaleźć odpowiednie odzwierciedlenie również w dokumentacji medycznej.

Lukę w przepisach dostrzegła także Rzeczniczka Praw Dziecka. Monika Horna-Cieślak skierowała wniosek o zmianę przepisów wykonawczych do Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji, Ministra Sprawiedliwości, Ministra Obrony Narodowej oraz Ministra Zdrowia. Proponowane rozwiązanie dotyczy możliwości wydawania dokumentacji medycznej na wniosek przedstawiciela ustawowego lub opiekuna faktycznego w formie odpisu zawierającego aktualne dane osobowe pacjenta wynikające z pełnego przysposobienia.

To ważna różnica, ponieważ odpis — inaczej niż kopia dokumentacji medycznej — może mieć charakter niepełny. Oznacza to, że nie musi zawierać wszystkich danych znajdujących się w oryginalnej dokumentacji, w tym pierwotnych danych identyfikacyjnych pacjenta. Takie rozwiązanie mogłoby ograniczyć ryzyko ujawnienia informacji o adopcji osobom lub instytucjom, które nie powinny mieć dostępu do takich danych.

Gotowość do podjęcia działań prawodawczych wyrazili już Minister Obrony Narodowej oraz Minister Spraw Wewnętrznych. Podobną inicjatywę podjął Minister Sprawiedliwości. Znaczenie sprawy jest tym większe, że podmioty lecznicze powinny stosować jednolite zasady prowadzenia dokumentacji medycznej, niezależnie od tego, w jakim systemie organizacyjnym funkcjonują.

Projekt zmian rozporządzenia Ministra Zdrowia znajduje się obecnie na etapie konsultacji publicznych. Prezes UODO wyraził nadzieję, że nowe przepisy zostaną skutecznie wprowadzone i zapewnią właściwe gwarancje dostępu do aktualnych oraz prawidłowych danych osobowych zawartych w dokumentacji medycznej.

Zmiany mają jednocześnie respektować prawo dziecka do prywatności oraz podstawowe zasady przetwarzania danych osobowych. W praktyce chodzi o znalezienie równowagi między koniecznością zachowania ciągłości dokumentacji medycznej a ochroną szczególnie wrażliwych informacji dotyczących historii rodzinnej i prawnej dziecka.

Drees & Sommer kupuje 100% udziałów w ADC

ADC, polska firma specjalizująca się w zarządzaniu projektami i planowaniu inwestycji budowlanych, stała się częścią globalnej firmy doradczej Drees & Sommer. Grupa przejęła 100 proc. udziałów w spółce. Transakcję sfinalizowano 6 maja 2026 r. Przejęcie wzmocni obsługę międzynarodowych i lokalnych klientów Drees & Sommer w Polsce oraz w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Założona w 2018 roku firma ADC oferuje zintegrowane usługi w zakresie architektury, projektowania oraz doradztwa technicznego, a także zarządzania projektami i nadzoru nad realizacją inwestycji. Spółka ugruntowała pozycję silnego gracza na polskim rynku i utrzymuje stabilny wzrost.

Do Drees & Sommer Polska dołączy około 70 pracowników ADC po czym firma będzie zatrudniać łącznie ponad 90 osób w czterech biurach w Polsce zlokalizowanych w Warszawie, Rzeszowie, Wrocławiu i Katowicach. Dzięki integracji zespołów spółka będzie oferować kompleksową obsługę inwestycji w modelu one-stop shop – od projektowania i planowania po realizację i nadzór.

Milowy krok dla Drees & Sommer w Polsce

„Polska jest jednym z najbardziej dynamicznych rynków inwestycyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej” – powiedział Steffen Szeidl, Chief Executive Officer i Partner Drees & Sommer. „Przejęcie ADC to ważny krok strategiczny dla Drees & Sommer. Zyskujemy sprawdzonego partnera z silnymi kompetencjami planistycznymi, rozbudowaną siecią relacji na rynku lokalnym oraz bardzo doświadczonym zespołem zarządzającym. To połączenie sprawia także, że znacząco wzmacniamy naszą obecność na polskim rynku, ale również mamy większe możliwości w jego aktywnym rozwoju.”

„ADC doskonale uzupełnia nasze dotychczasowe kompetencje konsultingowe o zaawansowane możliwości w zakresie planowania i realizacji w Polsce” – dodał Jörg Wohlfarth, Partner w Drees & Sommer. „Razem możemy oferować kompleksowe rozwiązania obejmujące cały proces inwestycyjny, łączące międzynarodowe doświadczenie z dogłębną znajomością lokalnego rynku. To kluczowy czynnik sukcesu w realizacji złożonych i wielkoskalowych projektów w Polsce, jak i w całym regionie CEE.”

Rozszerzenie kompetencji interdyscyplinarnych i kompleksowa oferta usług

Dzięki połączeniu sił z ADC Drees & Sommer znacząco wzmacnia swoje interdyscyplinarne kompetencje w Polsce, poszerzając lokalną ofertę o zaawansowane usługi w zakresie planowania i realizacji inwestycji. Przejęcie pozwoli spółce oferować na polskim rynku kompleksowe rozwiązania, łączące usługi doradcze, projektowe, zarządzanie i nadzór w ramach jednej organizacji.

„Dołączenie do Drees & Sommer otwiera przed ADC nowe możliwości rozwoju” – powiedział Bogusław Paciorek, Managing Director ADC. „Jednocześnie zachowujemy naszą kulturę organizacyjną, silną pozycję na rynku lokalnym i dotychczasowy model zarządzania. Nasi klienci skorzystają z szerszej oferty i międzynarodowego doświadczenia.”

Drees & Sommer wyróżnia się tworzeniem zrównoważonych, innowacyjnych i efektywnych ekonomicznie rozwiązań, odpowiadających na indywidualne potrzeby klientów. Dzięki interdyscyplinarnym zespołom firma łączy globalne doświadczenie z lokalną wiedzą ekspercką.  Drees & Sommer działa dziś w ponad 80 lokalizacjach na świecie, realizując blisko 7 000 projektów dla klientów w Europie, na Bliskim Wschodzie, w Chinach, regionie APAC oraz Ameryce Północnej.

W ciągu ostatnich ośmiu lat ADC zrealizowało ponad 300 projektów w całej Polsce – od dużych inwestycji logistycznych, przemysłowych i biurowych po złożone projekty rewitalizacji miejskiej oraz inwestycje mieszkaniowe.  Do kluczowych realizacji należy m.in. wykonanie centrum dystrybucyjnego o powierzchni 50 000 m² w Opocznie na zlecenie Jerónimo Martins, realizowanego wspólnie z Drees & Sommer w formule obejmującej projektowanie, zarządzanie projektem i nadzór nad realizacją.

Do pozostałych projektów należą m.in. rewitalizacja historycznego Domu Towarowego Braci Jabłkowskich w Warszawie, rozbudowa zakładu produkcji soli spółki Quemetica w Janikowie, duże inwestycje mieszkaniowe realizowane dla Victoria Dom w stolicy i okolicach o łącznej powierzchni przekraczającej 100 000 m², a także realizacja innowacyjnej zajezdni autobusowej z infrastrukturą do tankowania wodoru w Koninie, wspierającej niskoemisyjny transport publiczny.

„Nasze zespoły łączą wspólne wartości oraz ambicja dostarczania wysokiej jakości zintegrowanych rozwiązań projektowych” – dodaje Łukasz Lenczewski, Managing Director w ADC. „Dotychczasowa bliska współpraca ADC i Drees & Sommer już się sprawdziła w praktyce. Razem jesteśmy lepiej przygotowani, aby wspierać realizację złożonych projektów w Polsce i poza jej granicami.”

Na razie oficjalna nazwa firmy ADC Sp. z o.o.  się nie zmieni. Organizacja będzie działać pod logo „ADC – Part of Drees & Sommer”, a kierownictwo pozostanie w dotychczasowym składzie.

Przewóz już 10 kg odzieży i 20 sztuk obuwia pod ścisłą kontrolą . Na firmy z branży sypią się pierwsze kary

Od 17 marca 2026 r. działający w Polsce system monitorowania przewozu towarów SENT został rozszerzony o nowe kategorie produktów – w tym odzież, odzież używaną oraz obuwie. To przełomowa zmiana dla firm z sektora mody, e-commerce, handlu i logistyki. Oznacza ona bowiem nowe obowiązki administracyjne, których niedopełnienie grozi poważnymi sankcjami finansowymi. Przedsiębiorcy, którzy nie zdążyli się przygotować, muszą pilnie nadrobić zaległości. Przeprowadzono już prawie 700 kontroli. Brak zgłoszenia przewozu już więcej niż 10 kg odzieży lub 20 sztuk obuwia może skutkować karą w wysokości 46% wartości towaru, nie mniej niż 20 tys. zł – nawet przy niewielkich przesyłkach – ostrzega radca prawny Natalia Stanowska-Potoczny z kancelarii prawnej Causa Finita Szczepanek i Wspólnicy Sp.K.

Pierwsze kary. Branża apeluje o zmiany

Pierwsze dane pokazują, że system już działa z pełną intensywnością. W ciągu pierwszego miesiąca dokonano 55 tys. zgłoszeń, przeprowadzono 653 kontrole, w 86 przypadkach wykryto nieprawidłowości oraz nałożono 34 mandaty. Nie jest jednak jasne, jaka część naruszeń wynikała z celowego działania, a jaka z błędów lub niejasności przepisów.

Coraz więcej przedsiębiorców wskazuje, że obecny kształt przepisów wymaga pilnej korekty. Szczególnie zagrożone są mikro i małe firmy, które często nie dysponują odpowiednim zapleczem administracyjnym do obsługi nowych obowiązków. Bez zmian system SENT – zamiast ograniczać nadużycia – może stać się poważną barierą dla legalnie działających przedsiębiorstw w branży modowej.- ostrzega radca prawny Natalia Stanowska-Potoczny z kancelarii prawnej Causa Finita Szczepanek i Wspólnicy Sp.K.

Czym jest system SENT i jak działa

SENT, czyli System Elektronicznego Nadzoru Transportu, funkcjonuje w Polsce od 2017 r. jako narzędzie Krajowej Administracji Skarbowej do monitorowania przewozu tzw. towarów wrażliwych. System opiera się na obowiązku zgłaszania transportów oraz ich bieżącego nadzorowania – w tym często także śledzenia geolokalizacji pojazdów. Pierwotnie SENT obejmował głównie takie towary jak paliwa, alkohol czy wyroby tytoniowe – sektory szczególnie narażone na nadużycia podatkowe i działalność szarej strefy. Dzięki systemowi możliwe stało się ograniczenie wyłudzeń VAT oraz zwiększenie kontroli nad obrotem towarami wysokiego ryzyka. W praktyce SENT to rozbudowany system raportowania realizowany za pośrednictwem platformy PUESC. Wymaga on od przedsiębiorców szczegółowego przekazywania danych o przewozach – od informacji o towarze (kod CN, masa, ilość), przez dane kontrahentów, aż po szczegóły dotyczące transportu i przewoźnika. W wielu przypadkach konieczne jest również zapewnienie ciągłej transmisji danych lokalizacyjnych pojazdu.

Dlaczego odzież i obuwie trafiły do SENT. Niskie progi, szeroki obowiązek

Rozszerzenie systemu na branżę modową to kolejny etap uszczelniania systemu podatkowego. Choć odzież i obuwie nie są klasycznymi „towarami wrażliwymi” jak paliwa czy alkohol, to sektor ten charakteryzuje się ogromną skalą obrotów. Bezpośrednim impulsem do zmian były nadużycia związane z importem towarów – zwłaszcza z Azji – w tym zaniżanie ich wartości i unikanie opodatkowania. W efekcie nowe przepisy obejmują około 100 tys. firm działających w Polsce.

Nowe regulacje obejmują transporty przekraczające bardzo niskie limity – już powyżej 10 kg odzieży lub 20 sztuk obuwia. To oznacza, że obowiązek zgłoszenia dotyczy ogromnej liczby codziennych operacji logistycznych. Przed rozpoczęciem transportu przedsiębiorca musi dokonać zgłoszenia w SENT poprzez PUESC. Zgłoszenie obejmuje szczegółowe dane dotyczące: nadawcy i odbiorcy, rodzaju i ilości towaru oraz środka transportu i przewoźnika. Kierowca musi posiadać numer referencyjny zgłoszenia oraz dokumenty przewozowe i okazywać je podczas kontroli. W wielu przypadkach wymagane jest także aktywne urządzenie GPS przekazujące dane w czasie rzeczywistym. Po zakończeniu przewozu konieczne jest jego potwierdzenie w systemie. – dodaje radca prawny Natalia Stanowska-Potoczny z kancelarii prawnej Causa Finita Szczepanek i Wspólnicy Sp.K.

Surowe sankcje i realne ryzyko. Niejasne przepisy i ciężar dowodu

Największe obawy przedsiębiorców budzą sankcje. Brak zgłoszenia przewozu może skutkować karą w wysokości 46% wartości towaru, nie mniej niż 20 tys. zł – nawet przy niewielkich przesyłkach. Dodatkowe kary obejmują: 10 tys. zł za brak aktualizacji danych oraz 10 tys. zł za brak działającego urządzenia GPS.

Tak restrykcyjne przepisy szczególnie dotykają firmy e-commerce i importerów operujących dużą liczbą przesyłek o niskiej wartości jednostkowej. W praktyce nawet drobny błąd formalny może generować poważne konsekwencje finansowe. Dodatkowym problemem jest niejednoznaczna interpretacja przepisów. Z jednej strony sprzedaż na rzecz konsumentów nie powinna podlegać obowiązkowi zgłoszenia w SENT. Z drugiej – przedsiębiorcy muszą być w stanie udowodnić ten fakt podczas kontroli. Oznacza to konieczność posiadania dokumentów potwierdzających charakter transakcji. W praktyce jednak organy mogą kwestionować przedstawione dowody, co znacząco zwiększa ryzyko sporów i sankcji.- komentuje radca prawny Natalia Stanowska-Potoczny z kancelarii prawnej Causa Finita Szczepanek i Wspólnicy Sp.K.

Beesafe ma nowego prezesa. Daniel Byster zastąpił Annę Włodarczyk-Moczkowską

Z początkiem maja stanowisko prezesa zarządu Beesafe objął Daniel Byster, dotychczasowy członek zarządu spółki odpowiedzialny za rozwój sprzedaży. Anna Włodarczyk-Moczkowska, prezeska Compensy, która od połowy ubiegłego roku kierowała Beesafe, została powołana do rady nadzorczej spółki.

Daniel Byster jest związany z Beesafe od 2019 roku. Jako członek zarządu nadzorował obszar sprzedaży oraz wzmacnianie pozycji spółki w kanałach cyfrowych. Równolegle, od 2024 roku, pełni funkcję Dyrektora Biura Marketingu i Sprzedaży Cyfrowej w Compensie. Przed dołączeniem do Beesafe pracował m.in. w T-Mobile, Avivie czy LINK4, gdzie odpowiadał m.in. za rozwój sprzedaży i działania marketingowe.

Od sześciu lat mam przyjemność obserwować, jak Beesafe przesuwa granice tego, co możliwe w ubezpieczeniach. Obejmując stery spółki, chcę skupić się na dalszym wzroście biznesu w kanałach cyfrowych oraz wzmacnianiu naszej roli hubu technologicznego dla polskich spółek VIG. Jesteśmy w trakcie fundamentalnych zmian, które sztuczna inteligencja wnosi do branży finansowej. Dlatego technologia to dla nas coś więcej niż efektywność – to fundament nowoczesnego modelu ubezpieczeń, który wspólnie budujemy w całej grupiemówi Daniel Byster, prezes Beesafe.

Beesafe jest jednym z kluczowych motorów transformacji cyfrowej w Grupie VIG. Spółka udowadnia, że można skutecznie i efektywnie łączyć dynamiczny wzrost biznesu ubezpieczeniowego z zaawansowaną technologią i innowacjami. Jestem przekonany, że powołanie Daniela dodatkowo przyspieszy ten rozwój, w szczególności w kontekście wykorzystania nowych technologii, w tym wdrażania rozwiązań opartych na kluczowej dla rozwoju biznesu ubezpieczeniowego technologii sztucznej inteligencji – podkreśla Harald Riener, przewodniczący rady nadzorczej Beesafe i członek zarządu VIG.

Zmiana w zarządzie wpisuje się w dalszy rozwój Beesafe jako podmiotu łączącego kompetencje sprzedażowe z zaawansowanym zapleczem technologicznym. Zgodnie ze swoją strategią spółka pełni funkcję hubu technologicznego dla polskich spółek Vienna Insurance Group, wspierając Compensę, InterRisk i Vienna Life w obszarze innowacji produktowych, automatyzacji procesów czy wykorzystania sztucznej inteligencji. Równolegle rozwija sprzedaż ubezpieczeń pod własną marką w kanałach cyfrowych oraz za pośrednictwem partnerów, takich jak Rankomat czy Mubi.

Beesafe to „cyfrowe serce” polskiej rodziny VIG i cieszę się, że Daniel, który współtworzył sukcesy sprzedażowe spółki, będzie odpowiedzialny za jej dalszy rozwój. Jestem przekonana, że jego unikalna perspektywa – łącząca sprzedaż, marketing i technologie, w tym sztuczną inteligencję – pozwoli nam jeszcze skuteczniej odpowiadać na potrzeby klientów i rynkumówi Anna Włodarczyk-Moczkowska, członek rady nadzorczej Beesafe i prezes Compensa TU S.A. Vienna Insurance Group.

Compensa jest jednym z trzech udziałowców Beesafe. Pozostali to Vienna Insurance Group oraz Vienna Life. W skład zarządu Beesafe, obok Daniela Bystera, wchodzi także Marcin Grabowski, odpowiedzialny za obszar technologiczny.

Magazyny energii poprawią efektywność sprzedaży energii z farm Grupy Mosty

Grupy Mosty, działająca m.in. w branży energetyki odnawialnej, której spółka zależna uplasowała emisję zielonych obligacji i wprowadziła je na Catalyst, instaluje pierwsze magazyny energii w ramach rozbudowy obecnie eksploatowanych farm słonecznych i wiatrowych. Równolegle do prac budowlanych, prowadzone są działania związane z włączeniem nowo zainstalowanych magazynów do sieci oraz rozpoczęciem świadczenia usług bilansujących dla systemu elektroenergetycznego. Docelowo do 2030 r. Grupa Mosty planuje uruchomić instalacje magazynowania energii o łącznej pojemności około 320 MWh.

„Odebraliśmy pierwsze magazyny energii i zgodnie z planem instalujemy je w wybranych lokalizacjach. Pracujemy nad włączeniem ich do sieci i procesem kwalifikacji Dostawcy Usług Bilansujących, która jest kluczowa do zwiększenia naszych przychodów. Integracja magazynów z istniejącymi farmami OZE pozwoli na bilansowanie systemu, optymalizację ceny sprzedaży energii oraz świadczenie usług systemowych” – mówi Andrzej Michał Kowalik, prezes Grupy Mosty.

Magazyny energii Grupy Mosty instalowane są przy ponad 30 projektach OZE, farmach słonecznych oraz wiatrowych. Zakończenie prac instalacyjnych planowane jest na IV kwartał br.

„Do 2030 r. planujemy uruchomić instalacje magazynowania energii o łącznej pojemności około 320 MWh. W realizacji celów wspierają nas środki pozyskane z emisji zielonych obligacji” – mówi Jacek Skrabacz, wiceprezes Grupy Mosty.

Magazyny energii wraz z eksploatowanymi instalacjami wytwórczymi zostaną połączone w jeden wspólnie zarządzany system. Docelowo uzyskają status Dostawcy Usług Bilansujących. Instalacje będą sterowane przez wybrany podmiot, z którym Grupa Mosty podpisze Umowę Optymalizacyjną.

Cyberataki rosną szybciej niż gotowość firm

Skala zagrożeń w polskiej cyberprzestrzeni przestała być abstrakcją. Z danych opublikowanych przez CERT Polska wynika, że w 2025 roku liczba zarejestrowanych incydentów cyberbezpieczeństwa wzrosła o 152% rok do roku. Jednocześnie odnotowano blisko 3500 incydentów opartych na szkodliwym oprogramowaniu, to o 81% więcej niż rok wcześniej.

Jest to nowa skala ryzyka, z którą mierzą się przedsiębiorcy. Widać to wyraźnie w badaniu Mastercard, z którego wynika, że cyberataku doświadczyło około 25% małych firm, 44% średnich i co druga duża organizacja w Polsce. Mimo to ponad połowa małych przedsiębiorstw (54%) nigdy nie szkoliła pracowników z cyberbezpieczeństwa, a plan reagowania na incydenty posiada jedynie 18% z nich. Najczęściej ofiarami cyberprzestępców padają firmy produkcyjne (49%), handlowe (38%) i e-commerce (34%). I nie jest to przypadek.

Największym błędem, jaki widzimy w firmach, jest traktowanie cyberbezpieczeństwa jako tematu czysto technicznego, którym powinien zająć się dział IT. Tymczasem to obszar bezpośrednio wpływający na ciągłość działania biznesu. Cyberatak to często zatrzymana produkcja, brak dostępu do systemów, paraliż operacyjny i realne straty finansowe w firmie – mówi Piotr Niemczyk, Prezes zarządu Tipping Point Works.

Dlaczego firmy są zaskakiwane skalą problemu

W praktyce wiele przedsiębiorstw inwestuje w zabezpieczenia, nie mając pełnego obrazu własnej infrastruktury. Nie wiedzą, gdzie znajdują się krytyczne dane, jak połączone są systemy, które urządzenia w sieci stanowią najsłabsze ogniwo ani kto realnie ma dostęp do ich zasobów.

Bez pełnej widoczności infrastruktury i przepływu danych, firmy inwestują w bezpieczeństwo trochę na ślepo. Najpierw trzeba zrozumieć, co tak naprawdę wymaga ochrony i gdzie są realne punkty ryzyka. Dopiero takie uporządkowanie daje efekty – podkreśla Piotr Niemczyk z Tipping Point Works.

Co to oznacza w praktyce? Ekspert wskazuje na większą widoczność ryzyk, jasne priorytety bezpieczeństwa, szybsze reagowanie na problemy i, co kluczowe dla branży produkcyjnej, mniej przestojów operacyjnych.

Człowiek jako najsłabsze ogniwo

Dominujące dziś typy ataków to ransomware, phishing, manipulacje mailowe i SMS-owe (social engineering) czy ataki na systemy uwierzytelniania. W wielu przypadkach nie wymagają one zaawansowanego włamania, wystarczy jedno kliknięcie pracownika.

Widzimy firmy z dobrymi zabezpieczeniami technicznymi, które padają ofiarą jednego maila. Świadomość pracowników jest równie ważna jak systemy ochrony i infrastruktura IT. Dzisiejsze ataki coraz rzadziej polegają na włamaniu do systemu, a coraz częściej na skutecznej manipulacji pracownikiem. Wiadomości phishingowe wykorzystują presję czasu, podszywanie się pod kontrahentów czy działy wewnętrzne firmy i do złudzenia przypominają zwykłą korespondencję służbową. W takiej sytuacji to użytkownik, a nie system nieświadomie przekazuje przestępcy dostęp do newralgicznych informacji – informuje Piotr Niemczyk, Prezes zarządu Tipping Point Works.

Tymczasem statystyki pokazują, że edukacja w tym obszarze jest wciąż marginalizowana, szczególnie w mniejszych firmach.

NIS2 i nowelizacja KSC

Od 2 kwietnia 2026 r. obowiązuje nowelizacja ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa implementująca dyrektywę NIS2. Nowe przepisy obejmują szeroką grupę przedsiębiorstw, w tym firmy produkcyjne, spożywcze, zajmujące się gospodarką odpadami, elektroniką, działalnością badawczo-rozwojową czy platformy cyfrowe.

Organizacje muszą dziś nie tylko reagować na incydenty, ale systemowo zarządzać bezpieczeństwem, co w praktyce oznacza wyznaczenie osób odpowiedzialnych, wdrożenie dokumentacji, umożliwienie zgłaszania incydentów oraz ich raportowanie w krótkich terminach.

Dla wielu firm NIS2 będzie pierwszym momentem, kiedy zobaczą, że nie mają uporządkowanego bezpieczeństwa. Te regulacje wymuszają dojrzałość organizacyjną, której wcześniej często brakowało – zauważa Piotr Niemczyk.

Bezpieczeństwo jako fundament wdrażania AI

Równolegle coraz więcej firm planuje inwestycje w analizę danych, automatyzację i rozwiązania AI. Jednak bez uporządkowanego i bezpiecznego środowiska technologicznego takie projekty niosą dodatkowe ryzyko.

Nie da się bezpiecznie wdrażać AI na niekontrolowanej, nieuporządkowanej infrastrukturze. Bezpieczeństwo technologiczne jest fundamentem wszystkich nowoczesnych rozwiązań opartych na danych – podkreśla Piotr Niemczyk, Prezes zarządu Tipping Pint Works.

Dlatego firmy, które myślą o AI, muszą najpierw uporządkować dane, zabezpieczyć infrastrukturę, wdrożyć monitoring systemów i mieć pełną kontrolę nad dostępami – dodaje ekspert.

W praktyce oznacza to zmianę myślenia. Bezpieczeństwo technologiczne nie jest już dodatkiem do projektów cyfrowych, ale ich punktem wyjścia. Organizacje, które chcą rozwijać analitykę danych, automatyzację i rozwiązania oparte na AI, muszą mieć pewność, że środowisko, na którym te rozwiązania będą działać, jest stabilne, przejrzyste i odporne na ataki.