Instytut Jagielloński: Marynarka Wojenna Polski w kryzysie. Polskie władze nie doceniają znaczenia bezpieczeństwa morskiego

Polskie władze nie doceniają strategicznego znaczenia Bałtyku i Marynarki Wojennej dla polskiej obronności, przez co pogrąża się ona w kryzysie – przekonuje Instytut Jagielloński. Może się to zmienić po zakupie trzech nowych okrętów podwodnych, ale tylko wtedy, gdy będą odpowiednio wyposażone w rakiety manewrujące. Bez takiej broni okręty nie będą spełniały funkcji odstraszającej.

– Polska marynarka wojenna od lat przeżywa potężny kryzys i dziś nie ma żadnych zdolności do realizacji zadań na morzach i oceanach, nie mamy możliwości reakcji nawet na sytuacje nam najbliższe, czyli w rejonie naszej wyłącznej strefy ekonomicznej. Trudno dziś powiedzieć, że polskie bezpieczeństwo morskie ma jakiekolwiek znaczenie dla władz. Należy natychmiast zmienić tę sytuację – apeluje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Kister, ekspert ds. bezpieczeństwa Instytutu Jagiellońskiego.

Polska Marynarka Wojenna od wielu lat nie jest modernizowana, a większość okrętów została zbudowana przed 1989 r. lub na początku lat 90. Spośród pięciu okrętów podwodnych aż cztery zostały zwodowane w latach 60. To właśnie jednostki tego typu są kluczowe dla potencjału bojowego polskiego wojska. Ministerstwo Obrony Narodowej planuje pozyskanie trzech nowych okrętów podwodnych w latach 2021–2030, a kontrakt będzie wart ok. 7,5 mld zł.

Kister podkreśla, że okręty podwodne są potrzebne nie tylko po to, by chronić polskiego wybrzeża. Polska ma wprawdzie 440 km linii brzegowej i ponad 8,5 tys. km kwadratowych wód terytorialnych, jednak trudno sobie wyobrazić, by Bałtyk stał się rejonem działań zbrojnych. Istotnym aspektem nowoczesnej floty okrętów podwodnych jest jednak jej potencjał odstraszający.

Kluczowe jest, by polska marynarka była wyposażona w okręty podwodne uzbrojone w pociski manewrujące. Daje to nam potężną przewagę psychologiczną, mamy wtedy miecz, którym możemy uderzać w najbardziej wrażliwe punkty naszego wroga. Przede wszystkim straszyć go możliwością wykorzystania tej broni. Okręty podwodne są tutaj najlepszymi nośnikami takiej broni. To skryte uderzenie z głębin morskich. Okręty trudne do wykrycia z głębin morskich mogą uderzać i atakować terytorium wroga – tłumaczy Kister.

Pociski manewrujące to broń o dużym zasięgu i bardzo wysokiej precyzji uderzenia. Dzięki lotowi na niskiej wysokości i nie w linii prostej są bardzo trudne do wykrycia i zniszczenia. Posiadanie takiej broni zwiększyłoby siłę odstraszającą polskiej marynarki, bo potencjalni wrogowie obawialiby się precyzyjnego uderzenia w cele na ich terytorium. Takie pociski w polskim wojsku mogłyby być przenoszone jedynie przez nowe okręty podwodne. Na temat konieczności posiadania okrętów podwodnych wyposażonych w pociski manewrujące wypowiadali się także niedawno publicznie Stefan Niesiołowski, przewodniczący Sejmowej Komisji Obrony Narodowej, oraz poseł Michał Jach, przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Wojska Polskiego. Podczas debaty zorganizowanej przez Instytut Jagielloński w tej sprawie zabrał także głos gen. dyw. dr Anatol Wojtan, I zastępca szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, który stwierdził, że: „jeśli wszystko dobrze pójdzie, to okręty podwodne dla MW RP mają zostać wyposażone w pociski manewrujące”.

Dodatkowym aspektem modernizacji Marynarki Wojennej jest konieczność ochrony szlaków handlowych na Bałtyku. Transport morski na tym akwenie jest duży, a zaangażowanych w niego jest wiele krajów. Instytut Jagielloński w raporcie zaznacza, że dostęp do Bałtyku ma też Rosja, więc nie można całkowicie wykluczyć ryzyka działań zbrojnych w tym rejonie. Polska ma też zobowiązania sojusznicze wynikające z członkostwa w NATO.

Instytut Jagielloński przekonuje, że te wszystkie czynniki wymuszają zwiększenie nie tylko potencjału obronnego, lecz także siły ofensywnej polskiej marynarki. Tylko wtedy będzie ona skuteczna w odstraszaniu potencjalnych zagrożeń, w tym także asymetrycznych (np. związanych z terroryzmem).

Należy natychmiast przystąpić do zbudowania strategii bezpieczeństwa narodowego, w którym bezpieczeństwo morskie będzie miało swą właściwą pozycję – wzywa Kister. –  Nie wystarczy, że Ministerstwo Obrony Narodowej będzie decydowało o tym, jak będziemy realizowali nasze projekty modernizacyjne, do tego musimy zaprosić Prezydenta RP, Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, Ministerstwo Spraw Zagranicznych, think-tanki, czyli instytuty badawcze, które zajmują się problemem bezpieczeństwa, i niezależnych ekspertów.

Hossa na giełdach w Europie Zachodniej i USA wciąż omija warszawski parkiet

Polska giełda pozostaje wrażliwa na przepływy krótkoterminowego kapitału zagranicznego. To oznacza, że sytuacja na warszawskim parkiecie może się szybko zmienić. Rozhuśtać GPW są w stanie także krajowi inwestorzy, co widać szczególnie przy okazji pierwszych ofert publicznych. Przyciągają one wielu inwestorów, którzy sprzedają akcje już w dniu debiutu.

 – Polska jest ciągle postrzegana jako rynek wschodzący. To oznacza, że jesteśmy w drugim albo w trzecim priorytecie, jeśli chodzi o lokację środków na giełdzie. A w przypadku jakichkolwiek zawirowań politycznych te pieniądze raczej szybciej niż później wychodzą z tego rynku. Mówię tutaj o inwestorach zagranicznych, którzy dzisiaj stanowią prawdopodobnie 40 proc., a może nawet około 50 proc. całego udziału w inwestycjach kapitałowych na rynku zorganizowanym – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Duszyński, prezes zarządu Capital One Advisers.

W rezultacie polski rynek kapitałowy nie jest jeszcze tak stabilny jak dojrzałe rynki w Europie Zachodniej i USA. Występuje przy tym dość osobliwa sytuacja, ponieważ z jednej strony krótkoterminowy kapitał zagraniczny może destabilizować polski rynek, a z drugiej, w obawie przed ryzykiem, ten sam kapitał inwestuje głównie w blue chipy, czyli największe spółki na GPW.

Mówimy o takich podmiotach, jak KGHM czy PKN Orlen. Wynika to z tego, że alokacja tych funduszy, którymi dysponują inwestorzy, jest z założenia nakierowana na duże podmioty. Oni też boją się wzrostów, spadków czy niestabilności uważają, że większe podmioty mają po pierwsze większą stabilność finansową, a po drugie gwarantują odpowiednią płynność, która w sytuacjach niepewności jest kluczowa i w związku z tym inwestują właśnie w takie firmy – uważa Duszyński.

W przypadku części dużych spółek czynnikiem zniechęcającym inwestorów zagranicznych może być polityka głównego udziałowca, czyli Skarbu Państwa. Sztandarowym przykładem jest inwestycja PGE w Opolu, którą forsował rząd prawdopodobnie wbrew interesom akcjonariuszy, ponieważ analizy zamówione przez spółkę nie wykazały jej celowości. Poza strukturą właścicielską inwestorzy muszą brać też pod uwagę ryzyko regulacyjne, jakie występuje w niektórych branżach, np. energetyce czy surowcach. Fundusze działające w skali międzynarodowej są jednak w stanie dywersyfikować takie specyficzne, lokalne ryzyko, nie rezygnując jednocześnie ze specjalizacji.

Są firmy, które inwestują na przykład w energię czy też pochodne energii, więc wiadomo, że taka firma chętniej zainwestuje w PKN Orlen jako dystrybutora tych nośników energii, a mniej chętnie w KGHM. Z kolei takie, które inwestują w surowce, to wiadomo, że przede wszystkim postawią na KGHM, a PKN Orlen może być w drugiej kolejności – uważa prezes Capital One Advisers.

W przeciwieństwie do polskich obligacji na razie nie widać dużego napływu kapitału zagranicznego na GPW. Wartość indeksu WIG20 jest niemal na tym samym poziomie, co roku temu. W tym samym okresie amerykański indeks S&P 500 oraz niemiecki DAX biły kolejne, rekordowe poziomy. Od grudnia widoczny jest zastój także na rynku pierwotnym, zwłaszcza pod względem wielkości ofert publicznych (IPO). PKP Cargo i Energa weszły na giełdę w ostatnim kwartale 2013 r. i były to ostatnie na tyle duże debiuty, które mogły interesować zagraniczny kapitał.

W przeszłości debiuty spółek na GPW (w tym zwłaszcza firm pod kontrolą Skarbu Państwa) przyciągały na giełdę spory kapitał, zarówno inwestorów instytucjonalnych, jak i indywidualnych. Wysokie wzrosty cen akcji przy niektórych IPO zachęcały coraz większą rzeszę drobnych inwestorów do krótkoterminowej spekulacji. Popularny stał się pogląd, że debiut niezakończony wysokim wzrostem to debiut nieudany.

W Polsce jest zbyt duże przywiązanie do tej ceny i do tego momentu. Tak naprawdę to jest tylko bardzo mało ważny element w całej historii spółki. Liczy się to, co po debiucie, i to jest najważniejsze. Debiut udany zazwyczaj oznacza, że jest jakieś przebicie ceny w stosunku do ceny nabycia bądź objęcia akcji przed tym debiutem. To jest czysta spekulacja. Tutaj nie ma reguł – uważa Duszyński.

Debiut na regulowanym rynku nie jest zatem celem samym w sobie, tylko sposobem na zwiększenie możliwości rozwoju w średnim i dłuższym terminie. Z jednej strony rynek kapitałowy ułatwia spółce publicznej zdobycie funduszy w drodze emisji akcji lub obligacji, a z drugiej – bacznie obserwuje wyniki i decyzje podejmowane przez zarząd.

Według Marcina Duszyńskiego po debiucie spółka powinna osiągać lepsze przychody i zyski niż prognozy prezentowane w prospekcie emisyjnym.

Taka jest nasza zasada, bo wtedy mamy gwarancję, że zaufanie, które początkowo inwestorzy mają do spółki, które mimo wszystko jednak jest ograniczone, zostanie podtrzymane i rozwinięte, ponieważ spółka udowodni na rynku publicznym, że dotrzymuje słowa i że firma rzeczywiście rośnie – tłumaczy.

Polskie miasta wprowadzają inteligentne rozwiązania. Mają one zmniejszyć hałas, zanieczyszczenia i korki

CEO Magazyn Polska

Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad pracuje nad Krajowym Systemem Zarządzania Ruchem, który łączyłby nową infrastrukturę drogową z inteligentnymi rozwiązaniami. Ma to poprawić płynność i bezpieczeństwo ruchu, a także komfort mieszkańców miast. W przyszłym roku mają ruszyć przetargi na główne elementy systemu, a rozpoczęcie jego działania na części sieci dróg krajowych planowane jest na 2020 rok.

Wydaje się, że budowa kolejnego tunelu czy mostu ułatwi możliwość przejechania przez miasto. Ale to jest ułuda. Dość szybko nowa infrastruktura jest konsumowana przez narastający ruch. Jeżeli celem naszych działań jest łatwy przejazd przez miasto, musimy zastosować rozwiązania, które na to pozwolą, i wybrać optymalny sposób wykorzystania infrastruktury oraz środków transportu – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Cywiński, dyrektor generalny Kapsch Telematic Services.

Cywiński podkreśla, że inwestycje infrastrukturalne stają się coraz przyjaźniejsze dla użytkowników. Niezwykle ważnym projektem jest Krajowy System Zarządzania Ruchem, nad którym pracuje Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Dzięki niemu możliwe stanie się szerokie wykorzystanie inteligentnych systemów transportowych. Jak ocenia Cywiński KSZR nie tylko poprawi bezpieczeństwo na drogach, lecz także zwiększy płynność ruchu. Dzięki inteligentnym systemom istniejąca infrastruktura zostanie odblokowana. To z kolei ma przełożyć się na zwiększenie komfortu życia mieszkańców miast.

Te rozwiązania, coraz częściej stosowane w polskich miastach, w Europie są już powszechnie znane. Dają efekt nie tylko w postaci tego, że łatwiej nam się żyje, lecz także że żyje nam się bezpieczniej, mamy mniejszy hałas, mniejsze zanieczyszczenie i możemy się łatwiej dostać w dowolne miejsce, gdzie prowadzimy interesy, mieszkamy, idziemy do restauracji czy teatru – przekonuje Cywiński.

Marek Cieślak, wiceprezydent Łodzi, dodaje, że innowacyjne rozwiązania miejskie to nie tylko kwestia infrastruktury. Poprawiają one atmosferę biznesową w mieście i zachęcają mieszkańców do tworzenia własnych propozycji.

Innowacyjne miasto to także innowacyjni przedsiębiorcy. Jesteśmy na etapie tworzenia inkubatorów dla przedsiębiorczości, wspierania start-upów, szczególnie tych, które działają przy wyższych uczelniach, a także budowy parków technologicznych, gdzie będzie można realizować swoje pomysły. To jest infrastruktura bardzo mocna i bardzo techniczna, natomiast jest jeszcze potrzebna dobra współpraca z wyższymi uczelniami albo z przedsiębiorcami w zakresie wspierania działań proinnowacyjnych – przekonuje Cieślak.

Marek Cywiński zauważa, że nowoczesne rozwiązania wymagają komunikacji pomiędzy miastem a mieszkańcami. W przypadku infrastruktury drogowej jest to możliwe m.in. dzięki specjalnym urządzeniom w samochodach. Dzięki nim mieszkańcy mogą bezgotówkowo opłacić parking lub wjazd do centrum miasta, a także poznać najlepszą drogę z uwzględnieniem informacji o korkach lub wypadkach. Cywiński ocenia, że już teraz w tę stronę zmierzają polskie instytucje i władze, a wkrótce zapewne innowacyjne rozwiązania przedstawią też producenci aut.

Chcielibyśmy w przyszłości wyeliminować w ogóle jakiekolwiek płatności gotówkowe w obrocie pomiędzy miastem a mieszkańcami. Czasem to sami mieszkańcy potrafią mieć fajne pomysły. W Łodzi na przykład zabytki mają aplikację, z której przy pomocy smartfona można dowiedzieć się wiele na temat tego miejsca i niepotrzebny jest przewodnik. Możliwości związanych z innowacyjnością i jej wykorzystania w życiu miasta jest naprawdę dużo, także w energetyce i komunikacji – podkreśla Cieślak.

Australijska firma Prairie Downs zbuduje kopalnię na Lubelszczyźnie

CEO Magazyn Polska

Australijska firma Prairie Downs Metals Limited wyda 680 mln dolarów na inwestycję związaną z wydobyciem węgla na Lubelszczyźnie. Spółka ma cztery koncesje rozpoznawcze, a budowa kopalni rozpocznie się w 2016 r. Dyrektor generalny ocenia, że dzięki nowoczesnym technologiom polskie kopalnie mogą być rentowne. Węgiel jeszcze przez wiele lat będzie jednym z głównych źródeł energii.

 – Mamy spore aktywa węglowe w Lubelskim Zagłębiu Węglowym w Polsce, które wykorzystamy do rozwoju – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Benjamin Stoikovich, dyrektor generalny Prairie Downs. – Przejęliśmy kontrolę nad koncesją węglową w połowie 2012 roku. Do tej pory wydaliśmy prawie 10 milionów dolarów na analizy i prace rozpoznawcze. Przewidzieliśmy szacunkowo, że nakłady inwestycyjne na projekt sięgną 680 milionów dolarów, a budowę rozpoczniemy w 2016 roku.

Australijska spółka ma cztery koncesje rozpoznawcze w bezpośrednim sąsiedztwie kopalni LW Bogdanka. Ich łączna powierzchnia to 182 km2. Na podstawie ponad 200 odwiertów w obrębie posiadanych koncesji i w ich sąsiedztwie Prairie Downs szacuje, że zasoby węgla mogą sięgać nawet 1,6 mld ton. Sąsiednia Bogdanka w 2013 r. wydobyła 8,35 mln ton węgla handlowego.

Stoikovich podkreśla, że nowe kopalnie węgla mają nadal szanse na rentowność, ale muszą być nowoczesne. To właśnie największa bolączka polskiego górnictwa.

Chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że tradycyjny polski przemysł górniczy jest od 20 lat w odwrocie. To, co my wnosimy, to nowoczesne podejście do przemysłu górniczego z użyciem najnowszych międzynarodowych technologii. Wierzymy, że rozwinięte kopalnie będą bardziej rentowne, będą generować mniejsze koszty i będą długofalową, opłacalną inwestycją dla Polski – zapowiada Stoikovich.

Dodaje, że presja na ochronę środowiska i redukcję zanieczyszczeń wpływa na zmiany w sektorze energetycznym. Pomimo nacisku na odnawialne źródła energii i energooszczędność, węgiel wciąż ma i będzie mieć duże znaczenie. Stoikovich prognozuje, że Europa będzie w coraz większym stopniu budować kompleksowy, oparty na wielu źródłach system energetyczny. Dzięki inteligentnym sieciom wykorzystywane będą zarówno źródła konwencjonalne, takie jak węgiel czy gaz, jak i energia słoneczna, wiatrowa czy z biomasy.

Sieć drogerii Dayli Polska planuje do końca przyszłego roku prawie dwukrotnie zwiększyć liczbę sklepów i zatrudnienie

0

CEO Magazyn Polska

Sieć drogerii Dayli Plus planuje zwiększenie liczby sklepów do minimum 300 do końca 2015 roku. To prawie dwa razy więcej placówek, niż dziś posiada firma. Dynamiczny rozwój sieci będzie wiązał się z równie szybkim wzrostem zatrudnienia. Przedstawiciele firmy liczą, że nowy model sprzedaży – drogerie typu convenience z szeroką gamą produktów i usług – zyska popularność wśród klientów.

Do końca 2015 r. chcemy posiadać co najmniej 300 sklepów. Do tej pory mamy 170, więc to oznacza wzrost o prawie 100 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Bromboszcz, dyrektor sprzedaży w firmie Dayli Polska. – Przejęliśmy firmę Schlecker pod koniec 2012 roku i od tego momentu bardzo mocno i dynamicznie rozwijamy się. Otworzyliśmy trzy sklepy w Krakowie, trzy w Warszawie. W samym tylko marcu otworzyliśmy cztery nowe sklepy.

Plany dynamicznego rozwoju sieci oznaczają równocześnie zwiększanie zatrudnienia.

Jesteśmy polską firmą, więc bardzo chcemy jak najwięcej kapitału zostawić w Polsce i dać pracę jak największej liczbie rodaków – przekonuje Dariusz Bromboszcz.

Dayli działa w formule convenience, a więc stara się lokalizować sklepy blisko miejsca zamieszkania klienta i oferować szeroką paletę produktów codziennego użytku. Oprócz kosmetyków i produktów drogeryjnych w sklepach można nabyć m.in. artykuły spożywcze czy higieniczne. W ofercie znajduje się obecnie ok. 5 tysięcy produktów.

Rozbudowujemy ofertę również poprzez sprzedaż usług. Mam nadzieję, że tym sposobem będziemy mogli w najbliższym czasie zdobywać coraz większą liczbę klientów – twierdzi Bromboszcz. 

W ofercie usług drogerii są m.in. doładowania do telefonów i usługi pocztowe. W niektórych sklepach dostępna jest także gorąca kawa, losy Lotto czy bilety komunikacji miejskiej.

Dayli chce także zwiększyć rozpoznawalność marki poprzez szeroko zakrojoną kampanię reklamową.

Oprócz naszej szeroko rozwiniętej strategii reklamy outdoorowej na pewno będziemy kontynuować reklamę telewizyjną – mówi Bromboszcz. –  Promują nas siostry Radwańskie i reklama cieszy się ogromnym powodzeniem. Jestem przekonany, że  jeżeli będziemy dalej współpracować, to będziemy jeszcze lepiej rozpoznawalni i coraz bardziej widoczni w telewizji i nie tylko – dodaje.

W Modlinie przybywa pasażerów. Lotnisko rozmawia o nowych trasach nie tylko z tanimi liniami

CEO Magazyn Polska

Jeszcze w tym roku lotnisko w Modlinie może pozyskać drugiego przewoźnika i chce obsłużyć 1,6-1,7 mln pasażerów. Port lotniczy rozmawia nie tylko z liniami niskokosztowymi i czarterowymi, lecz także z przewoźnikiem tradycyjnym i cargo. Szybki rozwój portu, który jest już szóstym największym lotniskiem w kraju i codziennie obsługuje 5 tys. podróżnych, świadczy o odbudowaniu wizerunku po półrocznym zamknięciu.

Statystyki ruchu lotniczego wskazują na bardzo dynamiczny rozwój naszego portu. Od momentu rozpoczęcia działalności obsłużyliśmy już 1,8 mln pasażerów, a w lipcu liczba ta przekroczy 2 mln. Codziennie obsługujemy 5 tys. pasażerów, miesięcznie już ponad 150 tys. pasażerów i liczba ta cały czas wzrasta – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Bojarska, rzeczniczka Mazowieckiego Portu Lotniczego Warszawa-Modlin.

Dzięki wzrostowi liczby pasażerów lotnisko w Modlinie, choć od ponownego otwarcia portu lotniczego minął niecały rok, jest już na szóstym miejscu w kraju. Za tę statystykę odpowiada tylko jeden przewoźnik – irlandzki niskokosztowy Ryanair, który jest monopolistą w Modlinie. Jednak Bojarska zapowiada, że jeszcze w tym roku Modlin może nawiązać współpracę z kolejną linią.

Rzeczniczka lotniska dodaje, że Modlin jest dobrze przygotowany nie tylko na obsługę kolejnych połączeń regularnych, lecz także przekierowań. Port udowodnił to pod koniec maja, gdy z powodu silnej burzy nad Lotniskiem Chopina do Modlina przekierowane zostały cztery embraery PLL LOT. 

Z uwagi na szybszy rozwój podwarszawskie lotnisko planuje kolejne inwestycje.

Ponieważ ruch lotniczy się rozwija, częstotliwość połączeń wzrasta i wchodzą nowe kierunki, a być może jeszcze w tym roku pozyskamy nowego przewoźnika, już teraz myślimy o rozbudowie terminala. Jedną z inwestycji w tym roku będzie zakupienie projektu rozbudowy terminala, który zostanie powiększony dwukrotnie o hale odlotów, dzięki czemu zwiększy się przepustowość z 3 do 6 mln pasażerów rocznie – zapowiada Bojarska.

Port lotniczy planuje też inne inwestycje w infrastrukturę, m.in. związaną z powiększeniem części ogrodzonej i budową punktu kontroli. Łączne nakłady w tym roku mają sięgnąć 36-38 mln zł.

Bojarska dodaje, że nowym przewoźnikiem w Modlinie niekoniecznie musi być linia niskokosztowa. Zauważa, że w trakcie kwietniowych targów Routes Europe w Marsylii wielu przewoźników było zainteresowanych tym lotniskiem. Oznacza to, że Modlin odbudowuje wizerunek nadszarpnięty półrocznym zamknięciem z uwagi na uszkodzenia nawierzchni pasa startowego. Lotnisko zostało po raz pierwszy otwarte w lipcu 2012 r., ale kilka miesięcy później, w grudniu 2012 r., na ponad sześć miesięcy port został zamknięty dla dużych samolotów. 

Jesteśmy przez większość przewoźników postrzegani jako nowo otwarte lotnisko. Co więcej, nie jesteśmy już postrzegani jako lotnisko przeznaczone wyłącznie do obsługi tanich linii lotniczych. Interesują się nami również przewoźnicy tradycyjni i przewoźnicy cargo, choć jak wiadomo osiągnięcie efektów tego typu kontaktów w postaci konkretnych połączeń jest procesem długotrwałym – mówi Bojarska.

Dodaje, że choć lotnisko zostało stworzone w celu odciążenia Lotniska Chopina w zakresie lotów niskokosztowych i czarterowych, jego szybki rozwój zaskoczył wszystkich. Bojarska ocenia, że nikt nie zakładał tak dużej liczby pasażerów w Modlinie w ciągu roku od ponownego otwarcia. Przypomina, że Modlin ma nie tylko niższe koszty operacyjne niż główne warszawskie lotnisko, lecz także w przeciwieństwie do niego może przyjmować samoloty przez całą dobę. Lotnisko Chopina ma ograniczenia dotyczące lotów w godzinach nocnych.

Modlin jest też pierwszym regionalnym lotniskiem z systemem precyzyjnego lądowania ILS kategorii drugiej, który umożliwia lądowanie w warunkach bardzo ograniczonej widzialności. Działa on tam od początku maja br.

Polski rynek nieruchomości wciąż przyciąga zagranicznych inwestorów. Głównie dzięki stabilnej gospodarce, ale także – niskim podatkom

CEO Magazyn Polska

Aktualizacja 2014-06-18 godz. 10:05

Niskie opodatkowanie komercyjnych inwestycji w nieruchomości sprawia, że zwiększa się atrakcyjność Polski dla zagranicznych inwestorów. Polskim rynkiem interesuje się wielu światowych graczy, co również świadczy o tym, że Polska jest uznawana za kraj stabilny gospodarczo. To daje rynkowi nieruchomości dobre perspektywy na przyszłość. Jednak eksperci oceniają, że coraz trudniej będzie utrzymać niski poziom opodatkowania inwestycji – zarówno ze względu na presję wewnętrzną, jak i zalecenia Unii Europejskiej.

Myślę, że biznesowo rynek będzie się dalej rozwijał. Może będą okresowe wahania, jak na przykład teraz w Warszawie, gdzie jest bardzo duża nadpodaż powierzchni biurowych i czynsze spadają. Będziemy też dążyć do jeszcze większej stabilizacji rynku, zbliżenia do bardziej dojrzałych rynków, jak Niemcy czy Francja, choć raczej nie londyńskie City – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Toński, partner w Crido Taxand, polskiej firmie doradczej należącej do międzynarodowej organizacji podatkowej Taxand. 

Niski poziom opodatkowania inwestycji w nieruchomości komercyjne sprawia, że Polska jest atrakcyjnym krajem dla zagranicznych inwestorów. Jak wynika z badania „T3” (Total Tax Take) przeprowadzonego przez Taxand w ponad 20 krajach świata, łączne obciążenie podatkowe kształtuje się na poziomie 4,41 procent ceny sprzedaży. Tym samym Polska jest pod tym względem liderem (dla porównania średnia w tym segmencie wynosi ponad 11 procent, a np. w Chile – ponad 15 procent). Polska jest zaliczana do atrakcyjnych krajów także ze względu na lokalizację dla inwestycji deweloperskich, gdzie udział podatków w ostatecznej cenie nieruchomości wynosi niecałe 12 procent (w tej kategorii Polska zajęła czwarte miejsce).

– Sprawdziliśmy w wielu krajach europejskich i głównych rynkach poza Europą, jaki procent ostatecznej ceny sprzedaży nieruchomości mieszkaniowych i komercyjnych zajmują podatki. Polska w tych rankingach wypada korzystnie. Poziom opodatkowania jest względnie niski, tj. podatki w niewielkim stopniu mają wpływ na ostateczną cenę. Generalnie na świecie podatki przy inwestycjach w nieruchomości są wyższe, co wpływa na wyższą cenę nieruchomości – zaznacza Toński.

W Polsce z podatkowego punktu widzenia opłaca się inwestować w nieruchomości przede wszystkim komercyjne. Ze względu na niskie podatki większość zarobków z wynajmu czy sprzedaży nieruchomości trafia do kieszeni inwestorów. Także z tego powodu nasz kraj cieszy się powodzeniem u zagranicznych inwestorów – w 2013 roku zostało przeprowadzonych wiele transakcji, łączna ich wartość przekroczyła 3 mld euro, w tym największa – dotycząca centrum handlowego Silesia o wartości około 400 mln euro i kilka transakcji biurowych, z których każda przekraczała 100 mln euro. Eksperci sądzą jednak, że w horyzoncie kilku lat pod względem poziomu opodatkowania inwestycji trudno będzie utrzymać obecną sytuację na rynku nieruchomości. Polski rząd sam szuka dodatkowych środków dla budżetu i uszczelnia przepisy, ale też presję wywołuje Unia Europejska, która uważa, że podatki i poziom ich ściągalności powinny być wyższe. 

Polski fiskus stara się różnymi metodami, czy rozważaniem nad wprowadzaniem klauzuli obejścia prawa, czy zmianami w przepisach dotyczących spółek komandytowo-akcyjnych, ograniczać możliwości obniżenia opodatkowania – mówi Toński.

Mniej korzystne opodatkowanie nie powinno jednak istotnie wpłynąć na aktywność zagranicznych inwestorów na polskim rynku. W tej chwili na rynku mocno obecni są już najwięksi gracze z rynku nieruchomości, duże fundusze niemieckie czy amerykańskie, i traktują one polski rynek poważnie, a nie jako źródło chwilowych i szybkich dochodów tylko dlatego, że podatki są niewielkie.

– Świadczy to o tym, że inwestorzy zagraniczni Polsce ufają, uważają, że tutaj można zarobić pieniądze, bo Polska może się rozwijać. Przede wszystkim sądzą, że nie stracą pieniędzy, bo nie będzie żadnych załamań rynku. Tu jest stabilne prawo, stabilna sytuacja gospodarcza, inwestorzy wiedzą, w co inwestują. To znak, że z perspektywy zagranicznych rynków kapitałowych sytuacja Polski jest postrzegana jako naprawdę dobra i stabilna, również na rynku nieruchomości – ocenia Paweł Toński.

Jak podkreśla ekspert z Crido Taxand, nie bez znaczenia jest fakt, że kryzys, jaki dotknął gospodarkę i branżę nieruchomościową kilka lat temu, był w Polsce mniej odczuwalny niż w innych krajach. Choć w latach 2009–2011 było mniej dużych transakcji, to od 2012 roku można zauważyć ich stopniowy wzrost. Wciąż inwestują zagraniczne fundusze inwestycyjne i emerytalne, a one – jak podkreśla Toński – inwestują wyłącznie w stabilne i bezpieczne rynki. Co więcej powoli na polski rynek wchodzi też np. kapitał chiński.

Rynek nieruchomości w Polsce jest dość zróżnicowany. W duże nieruchomości inwestują gracze szukający stabilnego zwrotu, bezpiecznego produktu, który zagwarantuje może nie duży wzrost wartości, ale stałe źródło przychodów i małe ryzyko utraty wartości nieruchomości. Natomiast mniejsze nieruchomości to często kapitał wyższego ryzyka. Gracz jest skłonny zaakceptować ryzyko i zainwestować w coś, co może się wydawać trudniejsze do sprzedaży, jeśli wierzy, że po pewnych zmianach jest w stanie sprzedać to drogo. W mniejsze obiekty inwestują też gracze mniejsi, bardziej elastyczni – podsumowuje Paweł Toński. 

Ponad 2/3 Polaków ma telefon z dostępem do sieci. Internet coraz częściej wygrywa z telewizją

CEO Magazyn Polska

Dwie trzecie internautów korzysta ze smartfona, a co czwarty jest użytkownikiem tabletu. Rosnącej popularności urządzeń mobilnych z dostępem do sieci towarzyszy wzrost zainteresowania treściami wideo w internecie. Polacy mają dość sztywnych ramówek telewizyjnych, dlatego coraz częściej filmy i programy oglądają właśnie online. Dzięki różnym przydatnym aplikacjom urządzenia mobilne stały się nieodłącznym towarzyszem podróży.

Z badania przeprowadzonego przez Google wśród ponad tysiąca internautów wynika, że 66 proc. z nich korzysta ze smartfona lub telefonu z dostępem do internetu. Dużo mniej, bo zaledwie 26 proc., zadeklarowało posiadanie tabletu.

W ostatnim czasie zaobserwowaliśmy ogromny przeskok na urządzenia mobilne, głównie na smartfony. Dla wielu użytkowników jest to podstawowy sposób dostępu do treści w internecie oraz podstawowe urządzenie, z którego korzystają – stwierdza Piotr Zalewski z Google Polska. 

Urządzenie przenośne z dostępem do internetu było też drugą najczęściej wybieraną przez badanych mężczyzn odpowiedzią na pytanie, co lub kogo zabrałbyś na bezludną wyspę. Odpowiedział tak co trzeci ankietowany. Na pierwszym miejscu znalazł się przyjaciel. Wśród kobiet 20 proc. badanych zabrałoby ze sobą takie urządzenie – częściej przyjaciela i nóż.

Widać, jak ważne dla nas jest to urządzenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Zalewski. – Ciekawie wygląda to także w kategoriach płci. Mniej kobiet używa smartfonów, natomiast te, które korzystają, bardziej intensywnie niż mężczyźni wykorzystują wszelkie funkcje społecznościowe i dzielą się zdjęciami.

Duże zainteresowanie wśród rodaków wzbudza możliwość oglądania materiałów wideo w sieci. 45 proc. respondentów przyznaje natomiast, że woli internet od telewizji. Sporym zainteresowaniem cieszy się także platforma YouTube, którą regularnie odwiedza 72 proc. użytkowników sieci. 

Wielu badanych sugeruje, że oglądanie wideo w internecie, w tym na platformie YouTube, zastępuje telewizję. Jest to dla nich pierwszy wybór. Subskrybują i stale oglądają niektóre kanały. Działa to jak prenumerata papierowej prasy – ktoś zainteresowany treściami dostaje nowe informacje o filmach na bieżąco. Coraz więcej osób śledzi wybrane kanały i wcale nie są one związane tylko z rozrywką. Według badań bardzo dużo osób zadeklarowało wyszukiwanie treści z kategorii „how to”, czyli wideoporadników – tłumaczy Zalewski.

Internet coraz częściej towarzyszy Polakom w podróżach – tych bliższych, jak komunikacją miejską (31 proc. badanych), jak i tych dalszych. 45 proc. ankietowanych zabiera urządzenie z dostępem do sieci na wakacje, a 18 proc. – korzysta z internetu podczas podróży służbowej.  

Chętnie też planujemy podróżowanie ze specjalnymi aplikacjami. Aż 82 proc. respondentów w Polsce przyznało, że sprawdza mapy internetowe przed wyjazdem. Natomiast 60 proc. Polaków zadeklarowało, że w podróżach zagranicznych używa aplikacji tłumaczących.

Sprawdzaliśmy również, jak respondenci wykorzystują aplikację po wyjeździe za granicę. Dla wielu osób dostęp do sieci jest bardzo ważny, dlatego szukają Wi-Fi lub kupują lokalne karty SIM, bo ceny roamingowe są za wysokie. Użytkownicy za granicą najczęściej korzystają z aplikacji Tłumacza Google oraz Google Maps – dodaje Zalewski.

Badanie wykazało, że mapy Google najczęściej służą do sprawdzania odległości między danymi lokalizacjami, wyszukiwania wskazówek dojazdu oraz okolic miejsca planowanego wyjazdu.

Badanie zostało przeprowadzone przez Interaktywny Instytut Badań Rynkowych w ramach projektu „Internet in everyday life”. Program realizowany był w pięciu krajach: Polsce, Czechach, na Słowacji, Węgrzech i w Rumunii. Ankietą objęto tysiąc użytkowników powyżej 15. roku życia.

Faktoring a zarządzanie ryzykiem finansowym w branży TSL

Brak środków obrotowych i długie terminy płatności to główna bolączka branży transportowej. Odpowiedzią na ten problem może być faktoring. Poza samym finansowaniem bieżącej działalności, usługa ta wspiera przedsiębiorców w zarządzaniu ryzykiem finansowym. Monitoring płatności i wywiad gospodarczy pozwalają uniknąć powstania zatorów finansowych, a także należności określanych jako trudno ściągalne.

W transporcie roszczenia przedawniają się po roku

Nieterminowe regulowanie należności stanowi problem w większości branż. Wraz z poprawą warunków makroekonomicznych sytuacja okresowo ulega poprawie. Przedsiębiorcy wciąż jednak walczą o klienta nie tylko ceną, ale i wydłużaniem terminów płatności. Mimo udzielania odbiorcom kredytów kupieckich, często tygodniami oczekują na wpływ gotówki. Odzyskanie należności na drodze sądowej to również długotrwały proces. Z raportu „Doing Business” Banku Światowego wynika, że średni okres oczekiwania na zapłatę od momentu skierowania pozwu wynosi w naszym kraju aż 685 dni.

W transporcie sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana. Opieszałość płatnicza odbiorców firm transportowych wynika z dużej konkurencyjności na rynku tych usług. Firmy wiedzą, że mogą dyktować warunki przewoźnikom, bo w każdej chwili znajdą firmę gotową przejąć obsługę ich transportu. Ponadto, zgodnie z polskim prawem, roszczenia dla usług transportowych przedawniają się już po roku. Z tego powodu bierność w dochodzeniu roszczeń jest szczególnie niewskazana, bo może oznaczać bezpowrotną utratę gotówki.

Faktoring jako prewencja przed powstaniem zatorów

Faktoring to często oferowane przewoźnikom narzędzie finansowania należności niewymagalnych, pozwalające otrzymać gotówkę z tytułu wystawionych faktur przed terminem płatności. Pełni często funkcję prewencyjną, przeciwdziałając powstaniu zatorów płatniczych. Taką rolę spełnia monitoring płatności, który wobec odbiorców klienta faktoringowego przejmuje instytucja finansująca. Polega on na tym, iż firma faktoringowa kontroluje terminowość wpłat, a w razie opóźnień monituje o ich dokonanie. Monitoring płatności działa dyscyplinująco na odbiorców. Scedowanie trudnego obowiązku kontrolowania płatności pozwala dodatkowo uniknąć napięć na linii dostawca usług – klient. W sytuacji braku wpływu należności to nie przewoźnik (oferent) upomina się o dokonanie zapłaty, ale zewnętrzny podmiot. Bieżąca kontrola finansów jest bardzo ważna w branży transportowej z uwagi na krótki okres przedawnienia roszczeń.

Szybka reakcja to sukces windykacji

W sytuacji braku płatności, skierowanie należności do windykacji na wczesnym etapie daje duże prawdopodobieństwo szybkiego wyegzekwowania zapłaty. Faktor zapewniają profesjonalną obsługę prawną transakcji, która w perspektywie znacząco wpływa na skuteczność odzyskiwania zaległych należności. Część firm faktoringowych oferuję również tzw. miękką windykację, a cześć posiada w swoich strukturach profesjonalnych windykatorów. Zlecenie windykacji jest w tym przypadku tańsze niż w standardowej ofercie rynkowej. Podobną jak monitoring rolę, pozwalającą uniknąć ryzyka w transakcjach handlowych, spełnia wywiad gospodarczy. Przeprowadzany przez instytucją finansującą, jeszcze przed udzieleniem finansowania wobec odbiorców klienta faktoringowego, wyklucza z finansowania klientów, z którymi współpraca wiązałaby się z ryzykiem niewypłacalności. Wdrożenie rozwiązania finansowego jakim jest faktoring, poza dostępem do kapitału obrotowego, w branżach podwyższonego ryzyka może znacząco wesprzeć menadżerów w zarządzaniu ryzkiem finansowych przedsiębiorstw.

Autorem tekstu jest Grzegorz Pardela – Dyrektor Handlowy i Członek Zarządu Pragma Faktoring SA.

Środki w programie „Mieszkanie dla Młodych” mogą przepaść z powodu zbyt niskich limitów cen mieszkań

CEO Magazyn Polska

Ponad połowa środków przeznaczonych w tym roku na program „Mieszkanie dla Młodych” może przepaść. Jeśli rząd szybko nie wprowadzi okresowego podwyższenia limitów cen, zamiast planowanych 25 tys. rodzin z dofinansowania skorzysta jedynie ok. 10 tys. Na rynku brakuje mieszkań spełniających kryteria programu, najgorzej jest w Krakowie, Lublinie i Warszawie.

– Zgodnie z naszymi przewidywaniami zdecydowanie nie uda się wykorzystać całości limitu przewidzianego na ten rok – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Konrad Płochocki, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich. – Dane Banku Gospodarstwa Krajowego o wykorzystaniu środków do końca maja potwierdzają ten scenariusz. Po pięciu miesiącach udało się wykorzystać 130 mln złotych, co stanowi niewiele ponad 20 proc. założonego limitu. Myślimy, że dobrniemy do około 270-280 mln złotych, co da około 10 tys. rodzin.

Zgodnie z rządowym założeniem w tym roku w ramach MdM miało zostać wydanych 600 mln zł. Oznaczało to dofinansowanie dla 24-25 tys. rodzin. Płochocki podkreśla jednak, że na rynku brakuje nieruchomości spełniających warunki programu. Problemem jest niski limit cenowy, w którym mieszczą się jedynie nieruchomości na obrzeżach miast i/lub w niskim standardzie.

Jeśli limit nie zostanie szybko, okresowo zmieniony, to środki na MdM przepadną, ponieważ dopłaty są realizowane ze specjalnie tworzonej rezerwy budżetowej. Zgodnie z prawem nie ma możliwości przeniesienia tych środków do kolejnego budżetu, co oznacza, że na koniec roku niewykorzystane fundusze wrócą do skarbu państwa i zostaną przeznaczone na inne cele.

Płochocki podkreśla, że wystarczy tymczasowe podniesienie limitów. Już w przyszłym roku deweloperzy dostarczą zapewne więcej mieszkań kwalifikujących się do zakupu w ramach MdM, choć młodzi nabywcy muszą pogodzić się z tym, że będą one położone na obrzeżach miast i zbudowane w niższym standardzie.

W tym roku ceny rynkowe są jednak znacznie wyższe niż limity programu. Ponad 20-proc. różnica między limitami a cenami rynkowymi występuje m.in. w Krakowie, we Wrocławiu i w Warszawie. W stolicy Małopolski prawie nie ma mieszkań, które kwalifikowałyby się do programu. Płochocki dodaje, że trudna sytuacja jest też w Lublinie.

– Limity cen mieszkań w Krakowie i Lublinie również od wielu lat są o wiele niższe niż realia rynkowe. W Krakowie jedynie około 4-5 proc. oferty w ogóle kwalifikuje się na potrzeby programu i stąd jest najsłabsze wykorzystanie, bo tam po prostu nie ma czego kupić. Najlepiej wygląda to natomiast w Trójmieście – mówi Płochocki. – Oczywiście ta oferta będzie z czasem rosła, więc to niewykorzystanie środków dotyczy tego roku, ponieważ z tegorocznej puli skorzystać mogą tylko mieszkania już gotowe lub te, które będą ukończone w 2014 roku.

Płochocki postuluje zwiększenie współczynnika, który jest jednym z czynników w wyliczeniu limitu ceny. Obecnie wynosi on 1,1, natomiast poziom 1,3-1,4 pozwoliłby lepiej wykorzystać tegoroczne środki. Mimo tych błędów Płochocki ocenia, że każdy program wsparcia dla młodych kupujących mieszkania jest wartościowy. Podkreśla, że duże zasługi w reklamowaniu MdM mają sami deweloperzy, którzy informują o tym, że ich mieszkania mieszczą się w limicie.

Idealny byłby program, w którym każdy młody Polak – niezależnie od tego, czy chce zamieszkać w małym, czy dużym mieście, czy blisko, czy daleko od centrum – mógłby skorzystać z jakiejś pomocy. Mogą to być np. ulgi podatkowe, które mogłyby dotyczyć większej grupy obywateli. Wydaje mi się, że to mogłoby być lepsze rozwiązanie. Natomiast sama idea wsparcia przez państwo młodych ludzi, którzy chcą kupić swoje pierwsze mieszkanie, jest na pewno bardzo dobra – ocenia Płochocki.

Od początku tego roku banki nie mogą już udzielać kredytów bez wkładu własnego. W tym roku minimalny wkład własny wynosi 5 proc., w przyszłym wzrośnie do 10 proc. To duża bariera dla młodych. W ramach MdM mogą oni liczyć na 10-proc. (osoby samotne i bezdzietne) lub 15-proc. (małżeństwa z dziećmi) dopłatę do maksymalnie 50 mkw. mieszkania.