Prezes BCC: nie wierzę w rozpad strefy euro

Większe bezrobocie i zadłużenie, a nawet konflikty między państwami – to możliwe skutki rozpadu strefy euro. Zdaniem Marka Goliszewskiego, prezesa BCC, żadne państwo nie jest na to przygotowane. – Turbulencje będą, ale wytrzymajmy jeszcze trochę – radzi ekonomista.

Kryzys w strefie euro to nic w porównaniu z tym, co może się wydarzyć po jej rozpadzie.

– Mamy wówczas kryzys w całej Europie i na świecie. Chiny kupiły kilkaset miliardów euro, Ameryka też jest zadłużona w euro wobec nas. Wzrosłoby radykalnie bezrobocie we wszystkich krajach, wzrósłby deficyt budżetu państwa, wzrosłyby długi – przestrzega Marek Goliszewski.

Jednocześnie podkreśla, że dziś żadne państwo, nawet wśród tych, które narzekają na rygorystyczne oszczędności, nie jest nastawione na rozbicie strefy euro czy całej Unii Europejskiej. Zdaniem Marka Goliszewskiego, taki scenariusz raczej nie ma szans na realizację.

– Ja nie wierzę w rozpad strefy euro, bo musiałbym uwierzyć w to, że liderzy państw są, za przeproszeniem, durniami, którzy prą do wojny. Bo zgadzam się z tym, o czym mówił minister Rostowski w Brukseli, że rozpad tych dwóch instytucji może oznaczać wojny – uważa Marek Goliszewski.

O wyjściu Grecji z eurolandu i możliwych scenariuszach rozmawiają nie tylko politycy, ale również ekonomiści. Zdaniem niektórych z nich, grecka gospodarka mocno osłabiona mogłaby po dwóch latach w końcu odbić się od dna, m.in. dzięki konkurencyjnym cenom w turystyce.

Jednak zmiana euro na drachmę mogłoby wywołać ogromne problemy dla unijnych banków, które skupowały greckie papiery wartościowe. W takim przypadku, choć polska gospodarka w niewielkim stopniu jest związana z grecką, my również zaczniemy odczuwać skutki kryzysu.

– Nam kryzys grecki niespecjalnie zaszkodzi, podobnie włoski. Nam zaszkodziłby kryzys w Niemczech. Tam jednak na razie jest wzrost gospodarczy – mówi prezes Business Centre Club. – Miejmy nadzieję, że to wszystko rozejdzie się po kościach. Ja jestem optymistą, chociaż oczywiście pewne turbulencje będą.

Więcej o możliwych scenariuszach dla Grecji i strefy euro będzie można powiedzieć po powtórzonych wyborach. 17 czerwca Grecy po raz kolejny będą wybierać partię rządzącą.

Po poprzednim głosowaniu, które odbyło się 6 maja, żadna z frakcji parlamentarnych nie zdołała uzyskać zdecydowanej większości. Najnowsze sondaże dawały kilkuprocentową przewagę Nowej Demokracji, czyli partii popierającej program oszczędnościowy realizowany przez Grecję. Kontynuacja reform w zamian za unijną pomoc może odsunąć w czasie perspektywę rozbicia eurolandu.

To surowce przesądzają o konkurencyjności w świecie

– Przejęcie Quadry przez KGHM pokazuje, że możliwy jest dziś dostęp do surowców na całym świecie – uważa Beata Stelmach, wiceminister spraw zagranicznych. Jak podkreśla, sukces przedsięwzięcia świadczy również o tym, że takie transakcje wymagają wielu wysiłków i zarządczego sprytu, bo poszczególne kraje bronią swoich dostępu do swoich zasobów. – To surowce dziś przesądzają o konkurencyjności w świecie – dodaje wiceminister.

Globalna gospodarka stwarza szansę dla krajów, które nie posiadają własnych złóż. To jednak wcale nie oznacza, że zapewnienie sobie bezpieczeństwa surowcowego jest proste.

– Dziś w globalnej gospodarce nie ma problemu z dostępem do zasobów złóż na drugim końcu świata. Problem polega na tym, w jaki sposób być na tyle konkurencyjnym i na tyle podjąć wyzwanie, by po te surowce sięgnąć – mówi Beata Stelmach, wiceminister spraw zagranicznych.

I dodaje, że to nie jest łatwe wyzwanie. Surowce naturalne to dziś jeden z warunków konkurencyjności w globalnej gospodarce. Dlatego poszczególne kraje, bogate w surowce, bronią dostępu do swoich złóż, zwłaszcza tych, które występują w ograniczonym stopniu.

– Myślę, że wszystko jest w zasięgu ręki, ale tylko teoretycznie. Dziś konkurencja globalna powoduje, że wielu wysiłków i starań, a także sprytu zarządczego potrzeba, by te efekty osiągnąć – uważa Beata Stelmach.

O tym, że można osiągnąć sukces w pozyskiwaniu rynku surowcowego poza granicami własnego kraju świadczy przejęcie przez KGHM kanadyjskiej Quadry.

– W globalnej gospodarce można sięgać po te zasoby, stając się uczestnikiem danego rynku. Transakcja KGHM pokazuje taką drogę, gdzie poprzez przejęcie firmy nastąpiło przejęcie również złóż w Kanadzie, USA i w Chile – mówi wiceminister.

Dzięki zagranicznej ekspansji KGHM Polska zyskuje dostęp nie tylko do ponad 100 tysięcy ton miedzi rocznie, ale również do dużych zasobów srebra, platyny, palladu, niklu i molibdenu. Zapewnienie bezpieczeństwa surowcowego kraju jest jednym z celów spółki.

–- My jesteśmy bogatym krajem, chociażby w zasoby gazu niekonwencjonalnego. Podejmujemy te wyzwania i rozpoczynamy eksploatację, a wkrótce również, mam nadzieję, produkcję – podkreśla Beata Stelmach.

Również lubiński koncern zamierza inwestować w gaz łupkowy. Na poszukiwania i wydobycie surowca nie tylko w Polsce chce w najbliższym czasie przeznaczyć 600 mln zł.

Towarowa Giełda Energii zamierza uruchomić platformę obrotu biomasą

Towarowa Giełda Energii zamierza uruchomić platformę obrotu biomasą. – Nie będzie to giełda towarowa w pełnym wymiarze, ale rzetelność obrotu będzie przez nas gwarantowana – zapewnia prezes TGE Grzegorz Onichimowski. Spółka coraz poważniej rozważa również rozpoczęcie na giełdzie handlu węglem.

Praca nad uruchomieniem platformy, na której by można handlować biomasą, trwają w TGE od dłuższego czasu.

– Będzie to platforma obrotu, której rzetelność może być gwarantowana przez Giełdę jako właściciela takiego przedsięwzięcia. Mam nadzieję, że do końca tego roku będziemy mogli coś takiego zaproponować – zapowiada Grzegorz Onichimowski.

Jak zaznacza prezes TGE, nowy rynek nie będzie giełdą towarową w pełnym wymiarze. Warunkuje to specyfika biomasy, coraz częściej wykorzystywanego w energetyce surowca.

– Ze względu na lokalność tego produktu, czyli na to, że w cenie najważniejsze jest nie to, ile kosztuje sama biomasa, ale to, z jak daleka trzeba ją przywieźć, nie uda się zorganizować tego jako giełdy pełnowymiarowej – tłumaczy Grzegorz Onichimowski. – Ale w wymiarze platformy obrotu to jest do zrobienia.

Możliwe, że w najbliższym czasie na TGE powstanie również rynek obrotu paliwami stałymi.

– To jest opcja bardzo poważnie przez nas rozważana. Jeszcze 2-3 lata temu np. o giełdzie węgla wszyscy mówili z dużym sceptycyzmem. Teraz, kiedy jest dużo ofert na rynku, również z importu, to się staje realne – informuje Onichimowski.

Oprócz platform do handlu biomasą i węglem na TGE pojawi się również giełda gazu. To element konieczny do uwolnienia cen tego surowca z początkiem 2013 roku dla odbiorców przemysłowych. Urząd Regulacji Energetyki chce, by już w III kwartale br. na giełdzie przeprowadzono pierwsze transakcje. W ten sposób ma być sprzedawane co najmniej 70 proc. gazu, wprowadzanego do sieci przez dużych uczestników rynku.

Nowy szef Bankowości Detalicznej w Zarządzie BNP Paribas Banku

Do Zarządu BNP Paribas Banku Polska dołączył Adam Parfiniewicz – zdecydowała Rada Nadzorcza banku w trakcie wczorajszego Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy. Nowy członek Zarządu ma wzmocnić pozycję banku na rynku bankowości detalicznej.

Rada Nadzorcza banku na posiedzeniu, które odbyło się 23 maja 2012 r., powołała Adama Parfiniewicza na członka Zarządu BNP Paribas Banku Polska SA. Funkcję tę będzie pełnił od 23 maja tego roku do końca bieżącej pięcioletniej kadencji. Będzie on odpowiedzialny w banku za Obszar Bankowości Detalicznej – Obsługa Małych Przedsiębiorstw i Klientów Indywidualnych. Adam Parfiniewicz zarządza tym obszarem już od początku maja, kiedy to dołączył do struktur BNP Paribas Banku.

Adam Parfiniewicz jest menedżerem z bardzo dużym doświadczeniem w obszarze detalicznych usług finansowych, w tym sektorze pracuje od 20 lat. Ostatnio zarządzał Expanderem, największą niezależną firmą doradztwa finansowego w Polsce. W tym czasie firma skutecznie odbudowała potencjał i przychody po poprzedniej fali kryzysu finansowego, odnotowując jedne z najwyższych wzrostów w swojej branży. Poprzednio Adam Parfiniewicz zarządzał bankowością detaliczną w Lukas Banku (obecnie Credit Agricole), gdzie odpowiadał za linię bankowości detalicznej oraz sprzedaż w sieci placówek bankowych i consumer finance. W swojej karierze pełnił również funkcję prezesa Polcardu, doprowadzając do znaczącej poprawy wyników finansowych; pracował także w Commercial Union (jako członek zarządu odpowiedzialny za wsparcie sprzedaży) oraz w bankach PBK i BPH. Adam Parfiniewicz ukończył Wydział Zarządzania na Uniwersytecie Warszawskim. Jest żonaty, ma dwóch synów.

W ramach budowania silnego banku uniwersalnego Adam Parfiniewicz będzie nadzorował zarówno rozwój oferty produktowej BNP Paribas Banku, jak i sieci sprzedaży. Obecnie bank posiada 231 placówek detalicznych w całej Polsce. W tym roku planuje kolejne otwarcia nowych oddziałów.

Polskę czeka spowolnienie

W pierwszych trzech miesiącach 2012 roku dynamika PKB w ujęciu rocznym spadła do 3,5 proc. z 4,3 proc. odnotowanych w poprzednim kwartale. Wynik, choć zbliżony do konsensusu prognoz, zdaniem analityków BRE Banku, dobitnie wskazuje, że cykliczne spowolnienie nie ominie polskiej gospodarki. Świadczy o tym przede wszystkim struktura wzrostu.

– Wśród składowych PKB rozczarowała przede wszystkim dynamika konsumpcji. Pomimo dwucyfrowej dynamiki sprzedaży detalicznej konsumpcja prywatna wzrosła zaledwie o 2,1 proc. – analizuje Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku. Dynamika konsumpcji okazała się o około 0,7 punktu procentowego niższa do prognoz z projekcji NBP. W porównaniu do IV kw. 2011 spadła także dynamika roczna inwestycji (z 9,7 proc. do 6,7 proc.). – Obniżenie tej dynamiki nastąpiło poprzez niższe tempo wzrostu inwestycji w maszyny i urządzenia – podkreśla Pytlarczyk. Jego zdaniem oznacza to, że cykliczne spowolnienie zaczyna dotykać aktywność inwestycyjną powiązaną bezpośrednio z produkcją, lub też z oczekiwaniami co do przyszłego popytu w sektorze prywatnym – Pamiętajmy, że jeszcze w poprzednim kwartale można było powiedzieć coś zupełnie innego. Widać wyraźnie, że szok niepewności odciska więc swoje piętno także w Polsce – komentuje.

– Wśród pozostałych elementów, warto zwrócić uwagę na zapasy i eksport netto, które podwyższały dynamikę PKB w I kwartale. Ta druga wielkość może sugerować, że deficyt handlowy był niższy niż ten przedstawiony w danych o handlu zagranicznym – mówi Marcin Mazurek, analityk BRE Banku. Dodaje, że w I kw. kontynuowane były zabiegi konsolidacyjne Ministerstwa Finansów. – Spożycie publiczne spadło o 1,3 proc. w ujęciu rocznym. Wskazuje to dobitnie, ze polityka fiskalna nie będzie wspierać wzrostu PKB w kolejnych kwartałach – analizuje Mazurek.

– W kolejnych kwartałach spodziewamy się spadku dynamiki PKB. W ostatnich miesiącach tego roku będzie ona niewiele wyższa od 2 proc. – przewiduje Marcin Mazurek. Podkreśla także, że kontynuowany będzie również spadek dynamiki konsumpcji prywatnej, mimo pozytywnego wpływu Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. – Coraz bardziej wątpliwie wygląda także kontynuacja odbicia inwestycji. Oprócz wygasających projektów infrastrukturalnych mogą zostać one negatywnie dotknięte zachowawczym podejściem firm, które będą wstrzymywać się z nowymi projektami – dodaje Mazurek

Zdaniem głównego ekonomisty BRE Banku z punktu widzenia RPP dane o PKB są neutralne. – Ostatni tekst Jerzego Hausnera i Andrzeja Sławińskiego pokazuje, że środek ciężkości w myśleniu Rady przeniósł się na kwestie związane ze stabilnością i teorią wzrostu. Istotnym elementem układanki może być również wspieranie odbudowy stopy oszczędności. – mówi Pytlarczyk. – Stąd też Rada może na najbliższym posiedzeniu zapowiedzieć kolejną podwyżkę stóp, mimo negatywnej niespodzianki ze wzrostem PKB – dodaje.

14-proc. spadek złotego w ciągu miesiąca. Apogeum jeszcze przed nami – mówią analitycy

Od początku maja złoty traci w stosunku do dolara i jest już na poziomach z początku stycznia. Osłabienie to przede wszystkim efekt problemów w strefie euro. – Apogeum jeszcze przed nami – uważa Marek Nienałtowski, główny analityk Domu Kredytowego Notus. Jednak jego zdaniem poziomy 3,6 zł za dolara powinny być maksymalne.

– Trudno powiedzieć, jak mocno złoty może się osłabić. Ja myślę, że na obecną chwilę poziomy powyżej 3,6 zł za dolara mogą stanowić maksima obserwowanego trendu osłabienia złotego – prognozuje główny analityk DK Notus, Marek Nienałtowski.

Dolar jest w tej chwili najdroższy od trzech lat. Zdaniem Marka Nienałtowskiego, apogeum trendu spadkowego złotego jeszcze jest przed nami. I trudno przewidywać, kiedy ono nastąpi.

– Nie widziałabym tutaj za wiele przestrzeni, by kurs dolara do złotego miał iść do góry i tym samym wydaje się, że potencjał spadku kursu euro do dolara na arenie międzynarodowej jest już bardzo ograniczony. Myślę, że jesteśmy już bardzo niedaleko. Jest tylko pytanie, czy to będzie za dzień, za dwa, za tydzień czy za miesiąc – prognozuje analityk.

Trudno również przewidzieć, jak szybko po osiągnięciu poziomu maksymalnego, złoty zacznie ponownie wędrówkę w górę.

Trwające od miesiąca problemy polskiej waluty odzwierciedlają spowolnienie gospodarek światowych, przede wszystkim w strefie euro.

– Złoty jest wyprzedawany przede wszystkim na fali spadku sentymentu na rynkach międzynarodowych, związanym z tym, że dzieje się coś złego w strefie euro, w szczególności w gospodarce Hiszpanii i Grecji, ale dzieje się źle, bo spowalnia światowa gospodarka, także w Chinach i w Stanach Zjednoczonych, na co wskazują ostatnie dane – wyjaśnia Marek Nienałtowski.

Seria słabych danych makroekonomicznych z gospodarki amerykańskiej może jednak paradoksalnie pomóc polskiej walucie.

– To jest iskierka nadziei nie tylko dla sentymentu na międzynarodowych rynkach, ale i polskiego złotego. Te dane mogą skłonić amerykański bank centralny do ponownego poluzowania polityki monetarnej, czyli FED może przeprowadzić trzecią rundę luzowania ilościowego – uważa główny analityk DK Notus.

To oznacza, że amerykański bank centralny może dodrukować pieniądze. Za rządów Baracka Obamy FED dodrukował ponad 2 bln dolarów. Cel to osłabienie waluty i pobudzenie gospodarki. Za te pieniądze bank będzie mógł wykupić aktywa finansowe od banków komercyjnych. Te zaś dodatkową gotówkę będą mogły przeznaczyć na kredyty dla firm i gospodarstw domowych. Analitycy prognozują, że oprócz FED interweniować mogą również banki centralne Wielkiej Brytanii i Chin.

Odzwierciedlenie na polskim rynku walutowym kłopotów Hiszpanii czy Grecji oraz spowolnienie w USA nie powinno nas dziwić, szczególnie jeśli uwzględnimy przy tym cały region.

Polski rynek walutowy jest najbardziej płynnym spośród rynków regionu, co oznacza, że tu wszystkie transakcje wejścia na rynek i wyjścia z rynku są dla inwestorów najłatwiejsze i najszybsze. Ta zaleta polskiego rynku w okresie niepokojów zmienia się w wadę, bo to złoty cierpi najmocniej.

– Inwestorzy nas trochę karzą, że przez nasz rynek prowadzone są wszystkie transakcje spekulacyjne. Na początku roku, kiedy były dobre nastroje na rynkach międzynarodowych, był powrót optymizmu i złoty zachowywał się rewelacyjnie i był jedną z najlepiej zachowujących się walut. Teraz mamy odwrót inwestorów od ryzykownych aktywów. Złoty traci i to mocno, tak, jak mocno zyskiwał na początku roku – wyjaśnia Marek Nienałtowski.

W najbliższym czasie nastroje inwestorów wciąż będą zależały od danych płynących z światowych gospodarek. W Polsce wpływa na notowanie złotego może decyzja, jaką w sprawie polityki monetarnej podejmie w środę Rada Polityki Pieniężnej.

Trzeci kwartał z rzędu rośnie liczba firm zalegających z płatnościami

Co czwarta firma sygnalizuje, że jej kontrahenci nie płacą na czas. Ponad 30 proc. z nich przyznaje, że spóźniają się ze swoimi płatnościami, bo sami nie otrzymują zapłat w terminie. – Od ponad roku straszy nas się drugą falą kryzysu, więc przedsiębiorcy wstrzymują inwestycje – mówi Adam Łącki, prezes Krajowego Rejestru Długów.

Zatory płatnicze to z miesiąca na miesiąc coraz poważniejszy problem. Odsetek firm zalegających z płatnościami rośnie już trzeci kwartał z rzędu – wskazuje raport Krajowego Rejestru Długów. Indeks Należności Polskich Przedsiębiorstw, obrazujący przepływ należności między firmami, gwałtownie się obniżył w pierwszych miesiącach roku. To poziom sprzed dwóch lat, kiedy gospodarka wychodziła z kryzysu.

– Jeszcze trzy kwartały temu, 34 proc. przedsiębiorców deklarowało, że nie reguluje swoich płatności względem innych, bo sami nie otrzymali zapłaty na czas. W tej chwili ten odsetek wynosi już 36 proc. – mówi Adam Łącki, prezes Krajowego Rejestru Długów.

Jego zdaniem nie ma ekonomicznych podstaw do zwiększającej się liczby zatorów płatniczych.

– Jesteśmy od prawie roku straszeni, że nadejdzie druga fala kryzysu, że ten kryzys będzie się pogłębiał, w związku z czym przedsiębiorcy patrzą bardzo negatywnie w przyszłość i starają się jak najbardziej zabezpieczyć na ciężkie czasy – podkreśla prezes KRD.

Wskazują na to również liczby dotyczące oszczędności gromadzonych przez przedsiębiorców. Jak podkreśla Adam Łącki, kwota zgromadzona na depozytach bankowych jest w tej chwili największa w historii.

– To ponad 200 mld zł, które leżą na kontach i czekają na trudne czasy. Przedsiębiorcy nie inwestują, bo boją się długoterminowych zobowiązań, nie korzystają z kredytów bankowych, bo to się wiąże z długoterminowym zobowiązaniem. Tak naprawdę nie wiadomo jak będzie, więc powiedziałbym, że psychologia ma tutaj duże znaczenie – uważa prezes Krajowego Rejestru Długów.

Coraz mniej przedsiębiorców widzi szansę na poprawę sytuacji finansowej w swojej firmie. Na koniec 2011 roku takie deklaracje składało 25 proc. przedsiębiorców. Po I kwartale było ich 4 proc. mniej. Co trzeci przedsiębiorca podejmuje decyzję w ograniczeniu inwestycji.

Szef Goldman Sachs AM: gospodarka Polski wzrośnie w tym roku o min. 3,5 proc.

– Gospodarka Polski wzrośnie w tym roku o minimum 3,5 proc. – prognozuje Jim O’Neill, prezes Goldman Sachs Asset Management. Tempo rozwoju mogłoby przyspieszyć w kolejnych latach, ale do tego potrzebne są inwestycje w innowacyjność i wydajność. Ekonomista dodaje, że sposób, w jaki Polska poradziła sobie z kryzysem powinien być przykładem dla innych krajów europejskich.

– Myślę, że Polska jest w świetnej sytuacji, szczególnie w porównaniu z innymi gospodarkami. Musicie przekazać część swojej mądrości innym krajom, w tym Wielkiej Brytanii, w której mieszkam. One potrzebują waszej mądrości, dzięki której tak dobrze poradziliście sobie tutaj z kryzysem – mówi szef Goldman Sachs Asset Management.

Równowaga w sektorze finansowym i niski poziom długu publicznego – zdaniem Jima O’Neilla to właśnie te dwa czynniki, które umiejscowiły Polskę na dużo lepszej pozycji niż jakikolwiek inny rozwinięty kraj.

– Polska nie była zaangażowana w światowy proces lewarowania, z powodu którego wiele krajów ucierpiało. To oznacza, że polski system finansowy nie podlega presji, której poddane są inne gospodarki. Dodatkowo Polska wykonała wspaniałą pracę, utrzymując na niskim poziomie dług publiczny – analizuje O’Neill.

Dzisiejsza pozycja wyjściowa Polski, w ocenie szefa banku inwestycyjnego, daje nam możliwość szybkiego rozwoju gospodarczego w kolejnych latach. I to bez trudności, jakim większość krajów europejskich musi stawiać czoła.

– Polski PKB powinien w tym roku wzrosnąć pomiędzy 3,5 a 4 proc. Utrzymanie podobnego tempa wzrostu przez kolejną dekadę powinno być możliwe. Jeżeli chcielibyście jeszcze wyższego wzrostu, potrzeba działań, które podniosą wydajność gospodarki i zwiększą rolę nowoczesnych technologii w gospodarce. To mogłoby mieć też szczególne znaczenie w kontekście eksportu do krajów BRICS – ocenia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Jim O’Neill, który jest twórcą tego akronimu.

Właśnie współpraca Polski z rynkami wschodzącymi BRICS, czyli Brazylią, Rosją, Indiami, Chinami i RPA była głównym tematem spotkania szefa londyńskiego banku z przedstawicielami Kancelarii Prezydenta, bankowcami i ekonomistami.

– Celem mojej wizyty jest pokazanie jak kraje BRICS zmieniają świat i jak istotną rolę mogą spełnić w stosunku do Polski w tym gwałtownie zmieniającym się świecie – podkreśla O’Neill.

– Chcieliśmy zbadać i omówić, w jakim stopniu w nowym, globalnym porządku gospodarczym może i powinna odnajdywać się Polska. Czy te nowe bieguny wzrostu, w szczególności Indie, Chiny, Brazylia, Rosja, powinny być ważnym dla nas punktem odniesienia w polityce gospodarczej, w szczególności w polityce eksportowej, w polityce ekspansji gospodarczej na zewnątrz, czy tez powinniśmy dalej tkwić w tym wątku europejskim – wymienia tematy spotkania sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Olgierd Dziekoński.

Rośnie wartość europejskiego rynku piłkarskiego

W sezonie 2010/2011 wartość europejskiego rynku piłkarskiego wzrosła o 4% (0,6 mld euro), osiągając przychody na poziomie 16,9 mld euro. Pomimo trudnej sytuacji ekonomicznej wszystkie europejskie ligi z „wielkiej piątki” (Bundesliga, La Liga, Ligue 1, Premier League i Serie A) odnotowały sumaryczny wzrost przychodów o 181 mln euro (2%), do poziomu 8,6 mld euro. To główne wnioski 21. edycji raportu Annual Review of Football Finance przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

„Poziom wzrostu przychodów rynku futbolowego jest niższy niż w poprzedniej dekadzie (średnio 7%), jednak osiągane wyniki są nadal imponujące, szczególnie w obecnej sytuacji ekonomicznej. Nowe umowy na transmisje meczów zawarte przez Premier League i Serie A, które zaczęły obowiązywać od sezonu 2010/2011 udowadniają, że piłka nożna posiada niezwykłą umiejętność przyciągania widzów” – mówi Dan Jones, Partner, Sports Business Group w Deloitte UK.

Po raz kolejny, najwyższe przychody na europejskim rynku futbolowym wygenerowała angielska Premier League– jej kluby osiągnęły przychody na poziomie 2,5 mld euro w sezonie 2010/2011 (wzrost o 12%). Dalsze osłabienie funta w stosunku do euro sprawiło, że różnica w porównaniu z drugą w kolejności niemiecką Bundesligą (1 746 mln euro) zmniejszyła się o 6% i wyniosła 769 mln euro.

Natomiast najbardziej dochodową ligą europejską okazała się ponownie Bundesliga, której zyski operacyjne wzrosły o 33 mln euro (24%), do 171 mln euro. Tym samym zwiększyła się różnica w stosunku do Premier League, w której zyski operacyjne spadły do poziomu 75 mln euro. Serie A i Ligue 1 nadal generują straty.

„Niemiecka Bundesliga cieszy się najwyższą średnią frekwencją w Europie (42 100 osób/mecz), co w połączeniu ze wzrostem przychodów z reklam na największym rynku europejskim, pozwoliło jej zachować drugie miejsce w rankingu. Dodatkowe miejsce dla Niemiec w Lidze Mistrzów od sezonu 2012/13 oraz 50-procentowe zwiększenie wpływów z praw do transmitowania meczów od sezonu 2013/14 pomoże Bundeslidze utrzymać imponujący wzrost przychodów i zachować status największego rywala angielskiej Premier League pod względem osiąganych wpływów „- tłumaczy Jones.

Hiszpańska La Liga osiągnęła wzrost przychodów na poziomie 74 mln euro (5%), do 1 718 mln euro. Wzrost ten był możliwy dzięki większym o 47 mln euro (10%) przychodom z reklam oraz o 39 mln euro (5%) z praw do transmisji, które pozwoliły skompensować spadek przychodów o 12 mln euro (3%) uzyskiwanych w dniu meczu. Sumaryczny wynik w Hiszpanii nie oddaje jej zróżnicowania – w analizowanym okresie Real Madryt i Barcelona osiągnęły łączny wzrost przychodów na poziomie 93 mln euro (11%), podczas gdy pozostałe 18 klubów La Liga zanotowały spadek wpływów o 19 mln euro (2%).

Przychody włoskiej Serie A wzrosły w sezonie 2010/2011 o 21 mln euro (1%) do kwoty 1 553 mln euro. Powrót do strategii wspólnej sprzedaży praw do transmisji meczów Serie A przyniósł wzrost przychodów i pozwolił na ich bardziej zrównoważony podział między klubami.

W sezonie 2010/2011 przychody klubów francuskiej Ligue 1 spadły o 32 mln euro (3%) do 1 040 mln euro, głównie z powodu słabszych wyników francuskich klubów w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Różnica w poziomie przychodów w porównaniu z Serie A zwiększyła się do 513 mln euro.

„Zdolność osiągania wzrostu przychodów przez europejskie kluby w obecnej, niełatwej sytuacji gospodarczej, jest imponująca. Poziom wzrostów różni się w zależności od ligi i klubu, ale siłą futbolu pozostaje jego zdolność przyciągania i angażowania widzów. Niemniej jednak, są ligi i kluby, w szczególności we Francji, Włoszech i Hiszpanii, które mają problemy z poprawą poziomu zadowolenia kibiców w dniu meczu oraz przyspieszeniem planów lub ukończeniem projektów, dzięki którym możliwe będzie osiągnięcie długoterminowych korzyści z meczów i reklam. W szczególności kluby francuskie powinny zacząć czerpać korzyści z modernizacji stadionów, które przeprowadza się przed Mistrzostwami Europy w Piłce Nożnej we Francji w roku 2016” – dodaje Dan Jones.

Z tegorocznego raportu Deloitte wynika, że w sezonie 2010/2011 wynagrodzenia w ligach „wielkiej piątki” wzrosły o ponad 100 mln euro (2%) i przekroczyły poziom 5,6 mld euro. Poziom wzrostów wynagrodzeń w poszczególnych ligach znacząco się różnił.

Podobnie jak w przypadku przychodów w sezonie 2010/2011 najszybciej rosły wynagrodzenia w klubach angielskiej Premier League i osiągnęły poziom 1 771 mln euro. Wynagrodzenia w klubach hiszpańskiej La Liga (1 005 mln euro) i niemieckiej Bundesligi (923 mln euro) wzrosły o 4%. Koszty wynagrodzeń we francuskiej Ligue 1 (777 mln euro) pozostały na niezmienionym poziomie, podczas gdy we włoskiej Serie A spadły o 24 mln euro (2%) do poziomu 1 157 mln euro. W Anglii (70%), Francji (75%) i we Włoszech (75%) łączny stosunek wynagrodzeń do przychodów w klubach pierwszej ligi wyniósł co najmniej 70%. Nigdy wcześniej nie zaobserwowano takiej sytuacji w trzech ligach „wielkiej piątki” w tym samym sezonie.

„Największym wyzwaniem dla europejskich klubów piłkarskich pozostaje kontrola kosztów. Stosunek wynagrodzeń do przychodów w ligach „wielkiej piątki” w Europie wzrósł z 60% do 66% w ciągu ostatnich pięciu lat, ze względu na wyższy wzrost kosztów wynagrodzeń niż przychodów. Dlatego z zadowoleniem przyjęliśmy nowe przepisy finansowego fair play zaproponowane przez UEFA, dzięki którym kluby piłkarskie będą skuteczniej zarządzać stosunkiem przychodów do kosztów. Wyniki finansowe osiągnięte w sezonie 2011/2012 przez kluby, które zechcą wziąć udział w rozgrywkach organizowanych przez UEFA będą, po raz pierwszy brane pod uwagę przy obliczaniu rentowności zgodnie z regulacjami finansowego fair play”– podkreśla Adam Bull, konsultant w Sports Business Group w Deloitte

Spółki z Europy Środkowo-Wschodniej mają swój indeks na GPW

WIG-CEE debiutuje na warszawskim parkiecie. W nowym indeksie znalazło się 25 spółek z naszego regionu, głównie z Ukrainy i Czech, które do tej pory były notowane na GPW. – To jest jeden z wielu instrumentów, by potwierdzić pozycję warszawskiej giełdy jako głównego centrum finansowego dla regionu – podkreśla Ludwik Sobolewski, prezes warszawskiej giełdy.

30 maja warszawska giełda rozpoczęła obliczanie i publikację indeksu WIG-CEE. To już trzeci, po WIG-Poland i WIG-Ukraine, regionalny indeks GPW, dla którego kluczowym kryterium doboru jest kraj pochodzenia. W jego skład mogą więc wchodzić spółki z Ukrainy, Czech, Słowacji, Węgier, Słoweni, Litwy, Łotwy, Estonii, Rumunii. Bułgarii i Chorwacji.

– Indeks będzie skupiał i obejmował spółki zagraniczne, które są notowane w Warszawie, ale nie wszystkie spółki zagraniczne, lecz takie, które pochodzą z krajów, z których notowane są jeszcze inne podmioty. Czyli mamy pewną próbkę reprezentatywną gospodarek poszczególnych krajów regionu – wyjaśnia Ludwik Sobolewski, prezes Giełdy Papierów Wartościowych.

Wśród 25 spółek, które weszły w skład WIG-CEE znalazły się m.in. ukraińskie Kernel, Agroton, Sadovaya, węgierski MOL oraz czeskie CEZ i Fortuna.

– To bardzo interesujące rozwiązanie dla tych inwestorów, którzy mogą zacząć traktować GPW w Warszawie jako miejsce, gdzie można dokonywać inwestycji nie tylko w spółki reprezentujące naszą lokalną gospodarkę, ale również w te, które składają się na region Europy Środkowej i Wschodniej – ocenia Ludwik Sobolewski.

Decyzja o utworzeniu nowego indeksu to efekt coraz większej liczby emitentów spośród krajów naszej części Europy. Jak podkreśla prezes GPW, nowy indeks ma potwierdzić silną i wciąż umacniającą się pozycję giełdy wśród innych parkietów regionu.

– My nie mamy problemu z utrzymywaniem naszej pozycji. Po I kwartale 2012 ponad połowa obrotów spółkami na obszarze całego regionu jest generowana na warszawskiej giełdzie – podkreśla Ludwik Sobolewski. – Chcemy raczej przekształcać giełdę w jednoznaczne centrum finansowe dla Europy Środkowej i Wschodniej.

Jak podano w komunikacie spółki, wartości indeksu WIG-CEE zostały przeliczone wstecz do grudnia 2010 roku, a jego obecna wartość kształtuje się na poziomie 800 pkt.