Pierwsze symptomy kryzysu? FOMC widzi narastające ryzyko recesji

Atmosfera przedświątecznego lenistwa wyraźnie odbija swoje piętno na uczestnikach rynku walutowego, którzy na przestrzeni kilku ostatnich sesji wyraźnie zawęzili obserwowaną zmienność. W trakcie wtorkowych notowań uwagę inwestorów skutecznie zwracał amerykański dług, bowiem zyskowności dziesięcioletnich obligacji wystrzeliły o 6,5 pb. do poziomu nienotowanego od końca października (2,4590 proc.). Problem stosunkowo wygładzonej krzywej rentowności podejmowali reprezentanci Fed – Neel Kashkari oraz Robert Kaplan. Pomimo zdecydowanie różnego podejścia wobec normalizacji polityki pieniężnej w USA (pozostawienie status quo versus trzy podwyżki stóp w 2018 roku) należy mówić o zgodności członków FOMC, którzy przez pryzmat wygładzonego ogona widzą narastające ryzyko recesji.

Najsilniej zyskującym komponentem koszyka G10 okazało się być euro (0,3 proc.), które na koniec dnia próbuje utrzymać parę EUR/USD 20 pipsów nad okrągłym poziomem 1,1800. Do przetasowania sentymentu wobec waluty wspólnotowej nie przyczyniły się niewiele gorsze wskazania klimatu biznesowego w Niemczech. W najnowszych szacunkach indeksu Ifo uwagę zwróciło lekkie pogorszenie się oceny przyszłych warunków (109,5 pkt, poprzednio: 111,0 pkt), co było jednak rekompensowane przez sukcesywną poprawę oceny bieżącej (125,4 pkt, poprzednio: 124,5 pkt).

Dzisiejszą wyższość amerykańskiej waluty najsilniej uznaje japoński jen (-0,4 proc.), pozwalający inwestorom na retest oporu przez USD/JPY przy okrągłym poziomie 113,00. Skromne wzrosty na rynku ropy nie są dostateczne ku temu, aby można było obserwować wyraźną zmianę sentymentu wobec kanadyjskiego dolara (-0,3 proc.) oraz norweskiej korony (-0,3 proc.). Podobną skalę deprecjacji notuje funt szterling (-0,2 proc.), który w dalszej mierze oczekuje na napływ świeżych informacji na temat BREXIT-owego konsensusu. Obecnie GBP/USD próbuje znaleźć złoty środek w okolicach 1,3350.

O miano lidera walut Emerging Markets biją się polski złoty oraz węgierski forint, które na przestrzeni dnia zdołały umocnić się względem dolara po 0,5 proc. Dodatkowym paliwem do wzrostów HUF okazał się być komunikat do decyzji Narodowego Banku Węgier (MNB), który zdecydował się na podwyższenie prognoz wzrostu gospodarczego oraz przedstawił pierwsze projekcje na 2020 rok. W ostatnim okresie symulacji roczny przyrost cen konsumenta powinna wynieś 3,0 proc. wobec 2,7 proc. odnotowanych przez średnioroczną dynamikę PKB. Swoje pięć minut miała również polska gospodarka, aczkolwiek napływające dane nie przyczyniły się do zmiany sentymentu wobec PLN. W popołudniowej paczce danych miano najważniejszej publikacji zyskały listopadowe szacunki produkcji przemysłowej, które zgodnie z naszymi oczekiwaniami lekko rozczarowały rynkowe oczekiwania (9,0 proc. r/r, TMS Brokers: 9,1 proc., konsensus: 9,6 proc.). Na szczególną uwagę zasługuje fenomenalna sprzedaż detaliczna (8,8 proc. r/r, TMS Brokers: 6,7 proc., konsensus: 6,4 proc.) sugerująca podtrzymanie silnych trendów spożycia indywidualnego w rachunkach narodowych za IV kwartał. Dawki zaskoczenia nie zapewnił indeks cen producenta, który z miesiąca na miesiąc wzrósł o zaledwie 0,1 proc. (TMS Brokers: 0,1 proc., konsensus: 0,3 proc.). Na koniec dnia EUR/PLN balansuje przy 4,2020, USD/PLN schodzi do 3,5540, GBP/PLN wraca do 4,7450, a CHF/PLN ponownie jest kwotowany w okolicach 3,6030.

Po wczorajszych wzrostach na europejskich parkietach pozostały jedynie wspomnienia. Na czele frankfurckiego indeksu DAX (-0,7 proc.) znalazła się Lufthansa (1,4 proc.), pomimo problemów technicznych związanych z działaniem internetowego kanału obsługi klienta. W cieniu lotniczego giganta uplasowały się akcje ThyssenKrupp (0,9 proc.), co częściowo było spowodowane zamiarem dokapitalizowania spółki TATA Steel w drodze sprzedaży walorów obecnym akcjonariuszom. Na dnie znalazł się Deutsche Bank, którego 1,7 proc. zniżkę usilnie gonił ProSiebenSat.1 (-1,6 proc.). Na fali niezbyt przychylnych nastrojów w europejskim sektorze energetycznym znalazło się RWE (-1,6 proc.) – według najnowszych prognoz należy się spodziewać dość łagodnej zimy.

Ze spadkowych nastrojów udało się wyłamać giełdzie w Londynie. Najsilniej zwyżkującym komponentem indeksu FTSE 100 (0,1 proc.) okazało się być Shire (3,8 proc.) za sprawą doniesień związanych z zezwoleniem amerykańskiej Agencji Żywności i Leków na działania marketingowe związane z lekiem na hemofilię myPKFiT. Dobre nastroje w sektorze lotniczym wpłynęły również na wycenę walorów EasyJet (2,8 proc.). Tani przewoźnik poinformował o zmianach w modelu biznesowym spółki, które obejmują między innymi rozszerzenie oferty o loty do portu Mediolan-Malpensa. Na dnie listy stu największych spółek znalazł się Mediclinic (-4,8 proc.) przebijający na koniec dnia średnią z ostatnich 50 notowań.

Ponure nastroje w sektorze energetycznym odbiły się na najbardziej przecenionych walorach przy Książęcej. Na dnie indeksu WIG 20 (-0,4 proc.) znalazły się Tauron (-2,8 proc.), Energa (-1,9 proc.) oraz Jastrzębska Spółka Węglowa (-2,2 proc.), która planuje rozwiązanie rezerwy na deputaty węglowe w kwocie 1,3 mld PLN z obecnie wynoszącej 1,9 mld PLN. Swoje pięć minut miały spółki wytwarzające dobra konsumenckie. Na ich czele znalazły się walory CCC, które ze zwyżką na poziomie 1,7 proc. skutecznie odskoczyły zyskującemu 0,7 proc. LPP.

Na rynku surowców najbardziej pokaźny ruch w stronę północy mają za sobą marcowe kontrakty na cukier, które od wczorajszego zamknięcia zyskały 4,4 proc. Zdecydowanie mniej spektakularne ruchy obserwuje się wśród „energetyków” – 0,5 proc. zwyżce ropy WTI (57,40 USD) przeciwstawia się dość skromna przecena styczniowych kontraktów na gaz ziemny (-0,7 proc.). Dość blisko poziomów wyjściowych znajdą się metale szlachetne. Na koniec dnia uncja złota (-0,2 proc.) wraca do poziomu 1 259,80 USD, a srebro (-0,3 proc.) notuje ruch w okolicę 16,10 USD.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Rok 2018 to najwyższy czas na pokochanie swoich danych

Przedsiębiorstwa powinny traktować swoje dane jako wartościowe zasoby nie ze względu na nowe regulacje czy strach przed przestępcami. W gospodarce opartej na danych dane to przyszłość każdego przedsiębiorstwa, dlatego firmy powinny traktować dane w sposób, który odzwierciedla ich znaczenie. W przypadku przedsiębiorstw prowadzących działalność w UE najnowszą regulacją, którą będą musiały spełnić, będzie rozporządzenie GDPR, wchodzące w życie w maju 2018r.

Od dawna wiadomo, że „wiedza to potęga”, ale nigdy nie było to dla przedsiębiorstw równie trafne jak dzisiaj. W epoce, w której firmy starają się być bliżej klientów i usprawniać procesy biznesowe za pomocą bardziej inteligentnej analizy danych, odpowiednio zgromadzona i wyselekcjonowana wiedza decyduje o ich sukcesie.

Dane są coraz bardziej wartościowym zasobem, a przedsiębiorstwa czerpiące maksymalne korzyści ze zbieranych i generowanych danych mają ogromne szanse na sukces. Według Oracle wciąż istnieją jednak istotne przeszkody do pokonania, związane przede wszystkim z bezpieczeństwem i zgodnością z przepisami. W miarę jak rośnie wartość danych, rośnie również nadzór nad tym, w jaki sposób są one zbierane, przechowywane i wykorzystywane oraz kto, gdzie i kiedy może uzyskiwać do nich dostęp.

Pojawiające się na pierwszych stronach gazet informacje o naruszeniach ochrony danych z całego świata i ze wszystkich branż uświadomiły już wszystkim negatywne konsekwencje takich incydentów dla przedsiębiorstw i ich klientów, ale firmy mają teraz również dodatkową motywację do tego, aby zapewnić bezpieczeństwo swoich danych. Powinny dbać o ich bezpieczeństwo, ponieważ są wartościowe i stanowią przyszłość ich biznesu. Powinny kochać swoje dane i nie uważać ich ochrony za uciążliwy obowiązek. Każda organizacja musi dopilnować, by jej procesy, szkolenia i kultura organizacyjna były ukierunkowane na dostrzeganie i szanowanie wartości posiadanych danych. Powinna również wyznaczyć osoby odpowiedzialne za kwestie związane z ochroną danych: inspektora ochrony danych (data protection officerDPO), współpracującego z dyrektorem ds. bezpieczeństwa informacji (chief information security officerCISO).

Jednakże zadanie określenia tego, jaki powinien być odpowiedni poziom ochrony danych, nie należy wyłącznie do odpowiedzialnych i przyszłościowo myślących przedsiębiorstw. Coraz częściej formułowaniem i egzekwowaniem tych standardów zajmują się rządy i ustawodawcy.

Ogólne rozporządzenie UE o ochronie danych (GDPR), wchodzące w życie w maju 2018r., to najnowsza regulacja określająca, w jaki sposób organizacje powinny przetwarzać i wykorzystywać dane, a w szczególności dane konsumentów. Mimo że jest to rozporządzenie UE, jego konsekwencje odczują wszystkie przedsiębiorstwa prowadzące działalność w Unii Europejskiej. Firmy, które nie spełnią wymogów GDPR, będą narażone na wysokie kary finansowe wynoszące do 4% ich globalnych obrotów, więc można by się spodziewać, że wszyscy będą się starali je spełnić. Gartner przewiduje jednak, że 50% firm znacznie przekroczy termin spełnienia wymogów GDPR.

Mimo że zachowanie zgodności z konkretnymi przepisami może być uciążliwe, szersza potrzeba ciągłego aktualizowania i doskonalenia dotychczasowych środków zapewniających bezpieczeństwo i zgodność z przepisami powinny być wbudowane w procedury pracy każdego przedsiębiorstwa, które przetwarza wartościowe dane. Firmy powinny sprawdzać, czy wystarczająco chronią swoje dane, niezależnie od tego, czy pojawiają się nowe regulacje.

Jak przedsiębiorstwa podchodzą do tego zadania? Kluczowe elementy GDPR to ocena, zapobieganie i wykrywanie. Są to użyteczne, aczkolwiek dość ogólnie sformułowane punkty wyjścia dla każdego przedsiębiorstwa, któremu zależy na ochronie posiadanych danych, traktowaniu ich w sposób odpowiedzialny i z szacunkiem.

Ocena: Ocena to kwestia kluczowa. Wiele organizacji rozwijało się w sposób niezorganizowany — poszczególne działy pracowały niezależnie od siebie i wprowadzały swoje własne aplikacje i procesy. Ponadto z biegiem lat niektórzy pracownicy nauczyli się omijać zasady i regulaminy. W wyniku tego pracują w sposób, który ma sens dla nich, ale jest szkodliwy dla ochrony danych i zachowania zgodności. Aby przedsiębiorstwa były w stanie rozwiązać problemy, muszą najpierw je dokładnie zidentyfikować.

Zapobieganie: Kiedy przedsiębiorstwa dowiedzą się już, gdzie znajdują się ich dane i w jaki sposób są one wykorzystywane, muszą ustanowić i egzekwować reguły oraz wdrożyć sprawne środki ochrony, które zapobiegają nieuprawnionym działaniom. Obejmuje to ochronę danych przed przypadkowymi i intencjonalnymi zagrożeniami z zewnątrz i wewnątrz organizacji. Następnym krokiem jest podjęcie odpowiednich działań uniemożliwiających wykorzystanie danych wrażliwych osobom z zewnątrz lub osobom bez odpowiednich uprawnień. Skuteczne metody osiągnięcia tego celu to m.in. szyfrowanie, tokenizacja, maskowanie danych, anonimizacja i zaawansowana kontrola dostępu. Przedsiębiorstwa powinny również dokonać przeglądu wykorzystywanych danych, aby określić, jakie mechanizmy kontrolne są najlepiej dopasowane do konkretnej sytuacji.

Wykrywanie: Czujność to kluczowy element najlepszych procedur w zakresie zgodności i bezpieczeństwa. Automatyzacja może odegrać znaczną rolę w wykrywaniu podejrzanych zachowań i wdrażaniu działań obronnych na podstawie ustalonych kryteriów zagrożeń. Systemy muszą przeprowadzać inteligentne oceny określające kto, kiedy i dlaczego uzyskuje dostęp do informacji, oraz w oparciu o predefiniowane kryteria zagrożeń podejmować odpowiednie działania, takie jak zablokowanie użytkownika, zanim będzie w stanie uzyskać dostęp do danych wrażliwych, przenieść je lub je wykorzystać.

Terminy takie jak wejście w życie GDPR to dobra motywacja dla przedsiębiorstw. Jednak mimo iż regulacje mogą się wydawać uciążliwe, przedsiębiorstwa powinny traktować swoje dane jako cenny zasób i zabezpieczać je niezależnie od zachęt regulacyjnych. Aby osiągnąć sukces w gospodarce opartej na danych, w której wiedza to niewątpliwie potęga, przedsiębiorstwa powinny kochać swoje dane tak mocno, aby chronić je za wszelką cenę. Jeśli tego dokonają, będą mieć pewność siebie i możliwości potrzebne do wykorzystania pełnego potencjału tych danych. Ponieważ zgodność z przepisami to jedynie punkt wyjścia na drodze do cyfrowego sukcesu, a nie cel sam w sobie.

W gospodarce opartej na danych zgodność z przepisami to konieczność, nie czynnik decydujący o sukcesie przedsiębiorstwa. Czynnikiem, który pozwoli przedsiębiorstwom naprawdę wyróżnić się na rynku — i jeszcze bardziej pokochać swoje dane — będzie natomiast to, w jaki sposób wykorzystają te dane do czerpania cennej wiedzy, tworzenia nowych modeli biznesowych i lepszego dopasowania usług do potrzeb klientów.

Autor – Adam Wojtkowski, Dyrektor Generalny Oracle Polska

Kurs dolara spada, złotówka zyskuje

W poniedziałek amerykański dolar tracił do swoich rywali. W ten sposób inwestorzy realizują zyski po wcześniejszej aprecjacji amerykańskiej waluty w związku z rosnącymi oczekiwaniami uchwalenia ustawy Republikanów dotyczącej obniżek podatkowych. Prawdopodobnie już przed końcem tego tygodnia prezydent Donald Trump dostanie ustawę do podpisu. Byłoby to pierwsze wielkie zwycięstwo legislacyjne ekipy Trumpa. Na słabszym dolarze, a także na kolejnych danych mówiących o dobrej kondycji polskiej gospodarki (w listopadzie płace wzrosły o 6,5%, a zatrudnienie o 4,5% r/r) zyskuje złotówka.  

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do dolara kanadyjskiego (+0,07%), a traci do euro (-0,22%), brytyjskiego funta (-0,27%), dolara australijskiego (-0,04%) oraz japońskiego jena (-0,14%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,18, GBP/USD – 1,338, USD/CAD – 1,286, AUD/USD – 0,767 i USD/JPY – 112,5. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,1%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,7, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,881. Złotówka zyskuje do dolara i euro, minimalnie traci do franka szwajcarskiego i nie zmienia kursu do funta. We wtorek rano dolar kosztuje 3,56 zł, euro – 4,2 zł, funt – 4,77 zł, a frank – prawie 3,62 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru zielonego. W poniedziałek w Europie londyński indeks FTSE 100 wzrósł o 0,62%, frankfurcki indeks DAX – o 1,59%, a paryski indeks CAC 40 – o 1,33%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 zyskał 0,54%, meksykański indeks Bolsa – 1,15%, a brazylijski indeks Bovespa – 0,7%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei obniżył się o 0,15%, chiński indeks Shanghai Composite wzrósł o 0,88%, a hongkoński indeks Hang Seng podniósł się o 0,68%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej nadal wahają się. W poniedziałek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 63,41 USD (+0,28%), a ropy WTI – 57,16 USD (-0,24%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostaje na poziomie 65 USD. Z kolei po wcześniejszej stabilizacji ceny złota idą w górę. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1263 USD. To 7 USD więcej (+0,56%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 1:30 – Australia – Protokół z posiedzenia RBA, grudzień
  • 9:00 – Polska – Wskaźnik Dobrobytu wg BIEC, grudzień – 106,6 pkt. (poprzednio 106,6 pkt.)
  • 10:00 – Niemcy – Indeks instytutu Ifo, grudzień (prognoza 117,5 pkt.)
  • 14:00 – Polska – Produkcja przemysłowa (r/r), listopad (prognoza 9%)
  • 14:00 – Polska – Produkcja budowlano-montażowa (r/r), listopad (prognoza 14%)
  • 14:00 – Polska – Sprzedaż detaliczna (r/r), listopad (prognoza 7,5%)
  • 14:00 –Węgry – Decyzja ws. stóp procentowych, grudzień
  • 14:30 – USA – Pozwolenia na budowę domów, listopad (prognoza 1278 tys.)
  • 14:30 – USA – Rozpoczęte budowy domów, listopad (prognoza 1250 tys.)
  • 14:30 – USA – Saldo rachunku bieżącego, III kw. (prognoza -117,2 mld USD)
  • 19:10 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Minneapolis

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Wysyłanie newsletterów a RODO

Zgodnie z przepisami Rozporządzenia Ogólnego o Ochronie Danych Osobowych (RODO), które wejdzie w życie w maju 2018 r., aby móc wysyłać newsletter do klientów, firma potrzebuje ich zgody na przetwarzanie danych osobowych do celów marketingowych. Co istotne, musi ona zostać udzielona dobrowolnie i nieprzypadkowo.

„Bardzo ważne jest to, żebyśmy pamiętali, że nie możemy uzyskiwać zgody poprzez checkboxy, które są zaznaczane automatycznie. Oczywiście podmioty przestrzegają tego już w tej chwili, natomiast RODO bardzo mocno tego wymaga. Zgoda musi być dobrowolna i wyrażona w sposób jednoznaczny, przez podjęcie konkretnych czynności” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Magdalena Kot, radca prawny z kancelarii LAWMORE.

Należy przy tym mieć na uwadze, że zgodnie z RODO każda udzielona zgoda na przetwarzanie danych osobowych dotyczy konkretnego celu tego przetwarzania. Jeśli podmiot chce wykorzystywać otrzymane dane w innym celu, potrzebuje na to kolejnej zgody. Poza tym osoba, której dane są przetwarzane, musi mieć możliwość cofnięcia swojej zgody.

Hongkong wyprzedził Londyn zostając najdroższą lokalizacją biurową świata

  • Londyn spadł na drugie miejsce, ale przy koszcie utrzymania stanowiska pracy na poziomie 22 665 USD jest nadal dwukrotnie droższy od Paryża czy Frankfurtu
  • Ulokowanie 100 pracowników w Hongkongu kosztuje tyle samo, co 300 osób w Toronto, 500 w Madrycie lub 900 w Mumbaju
  • W ostatnich 12 miesiącach średni roczny koszt utrzymania stanowiska pracy wzrósł w skali globalnej o 1,5%
  • Nowe sposoby wykonywania pracy i rozwój technologii mogą przyczynić się do zmian w rankingach w kolejnych latach

Z najnowszego raportu międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield dotyczącego powierzchni biurowych na świecie „Office Space Across the World” wynika, że Hongkong wyprzedził w tegorocznym rankingu londyńską dzielnicę West End, zostając najdroższą lokalizacją biurową świata.

Coroczny raport przedstawia analizę kosztów najmu na 215 rynkach biurowych w 58 krajach całego świata w oparciu o dane własne firmy Cushman & Wakefield oraz ranking najdroższych lokalizacji według kosztów utrzymania stanowiska pracy i wskaźników zagęszczenia miejsc pracy w nowo wybudowanych lub zmodernizowanych obiektach biurowych.

Roczne koszty w Hongkongu wzrosły o 5,5% do 27 431 USD wskutek niewielkiej dostępności powierzchni biurowej i silnego popytu ze strony firm z Chin kontynentalnych. Wzrost czynszów skłania coraz więcej międzynarodowych korporacji do przenoszenia części działalności do regionów oferujących niższe koszty. Dla porównania, ulokowanie 100 pracowników w biurze w Hongkongu kosztuje tyle samo, co zatrudnienie 300 osób w Toronto, 500 w Madrycie lub 900 w Mumbaju.

Z kolei w Londynie średni roczny koszt utrzymania stanowiska pracy zmniejszył się od 2016 roku o 19% do poziomu 22 665 USD – głównie wskutek osłabienia się kursu funta szterlinga. W pierwszej dziesiątce znalazł się także Paryż, ale również odnotował spadek kosztów w przeliczeniu na jedno stanowisko pracy, które są jednak prawie o połowę niższe niż w Londynie.Hongkong wyprzedził Londyn zostając najdroższą lokalizacją biurową świata

W skali globalnej średni roczny koszt utrzymania stanowiska pracy wzrósł w ostatnich 12 miesiącach o 1,5% – głównie za sprawą wzrostów w Ameryce Północnej i Południowej (o 4,2%) oraz w krajach Azji i Pacyfiku (o 3,4%). Z kolei w regionie EMEA koszt ten obniżył się o 1,3%. Za niektóre największe zmiany w rankingach przedstawionych w raporcie odpowiadają wahania kursów walut. W przypadku firm analizujących koszty w walutach lokalnych czynnik ten będzie miał większe znaczenie w przyszłym roku niż sytuacja na rynkach nieruchomości.

Wraz z rosnącymi kosztami najmu powierzchni biurowej w 2017 roku wzrósł także wskaźnik zagęszczenia miejsc pracy, określający liczbę pracowników ulokowanych na danej powierzchni. Firmy na całym świecie, a zwłaszcza w tzw. najpotężniejszych miastach takich jak Nowy Jork, Londyn, Tokio i Hongkong, dążą do maksymalnej efektywności, starając się zapewnić miejsca pracy dla coraz większej liczby pracowników i jednocześnie jak najlepiej wykorzystać zajmowaną powierzchnię pomimo wzrostu kosztów najmu.

Raport przedstawia także trendy, które wpływają na ranking rynków biurowych. W wyniku dynamicznego rozwoju sektora technologicznego powstają firmy nowej generacji, które w porównaniu z bankami czy instytucjami finansowymi są w mniejszym stopniu przywiązane do wspomnianych powyżej miast. Ponadto nowe technologie umożliwiają pracownikom posiadającym laptop i dostęp do internetu pracę z dowolnego miejsca, a to z kolei prowadzi do zmian w funkcjonowaniu firm, ponieważ budynki biurowe coraz częściej odgrywają inną niż dotychczas rolę w zakresie zapewnienia odpowiednich warunków do współpracy.

Sophy Moffat, autorka raportu, dział badań i analiz w regionie EMEA, Cushman & Wakefield, powiedziała: „Hongkong i Londyn są zdecydowanie najdroższymi rynkami biurowymi, ale w erze cyfrowej mniejsze miasta zaczynają rywalizować z nimi w inny sposób niż w erze przemysłowej. W naszych rankingach awansują także lokalizacje takie jakie Sztokholm, Austin i Seul. Na przykład Austin, który znalazł się w tegorocznym zestawieniu na 21. miejscu, nadal oferuje koszty najmu o 40% niższe niż Dolina Krzemowa, mimo że stał się już ważnym hubem technologicznym.

Wobec rosnących kosztów utrzymania stanowisk pracy kluczowe znaczenie dla firm ma maksymalnie efektywne wykorzystanie zasobów kadrowych poprzez zapewnienie środowiska pracy, które pomaga pozyskać i zatrzymać najbardziej utalentowanych pracowników w warunkach globalnej konkurencji. Punktem przełomowym może być zarówno zbyt duże zagęszczenie, jak i za mała dostępność powierzchni przeznaczonej do pracy wspólnej. W obu przypadkach pracownicy mogą mieć trudności z wykonywaniem zadań. Ze względu na coraz silniejszą konkurencję pomiędzy lokalizacjami i miastami zapewnienie warunków sprzyjających zachowaniu dobrego samopoczucia użytkowników i pracowników staje się koniecznością”.

Z raportu ponadto wynika, że w dłuższej perspektywie należy oczekiwać nieznacznych zmian w zakresie kształtowania się kosztów najmu na całym świecie z uwagi na coraz większe zainteresowanie pracowników i firm gospodarkami wschodzącymi. Do roku 2025 odsetek firm z krajów wschodzących na liście Fortune Global 500 wzrośnie do ponad 45% w porównaniu z zaledwie 5% w 1990 roku.

Richard Aboo, Partner Międzynarodowy, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, Cushman & Wakefield
Richard Aboo, Partner Międzynarodowy, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, Cushman & Wakefield

Richard Aboo, Partner Międzynarodowy, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, Cushman & Wakefield, powiedział: „W Warszawie dzięki utrzymującemu się silnemu popytowi wśród najemców wskaźnik pustostanów maleje i wynosi obecnie 12,9%. W przyszłym roku przewidujemy jego dalszy spadek wskutek prognozowanej, najniższej od 2011 roku podaży nowej powierzchni biurowej. Wzrosty czynszów są jednak mało prawdopodobne, głównie ze względu na dużą liczbę projektów w przygotowaniu na lata 2019-21”.

Anna Górska-Kwiatkowska, Associate, manager ds. reprezentacji właścicieli nieruchomości w dziale powierzchni biurowych, Cushman & Wakefield
Anna Górska-Kwiatkowska, Associate, manager ds. reprezentacji właścicieli nieruchomości w dziale powierzchni biurowych, Cushman & Wakefield

Anna Górska-Kwiatkowska, Associate, manager ds. reprezentacji właścicieli nieruchomości w dziale powierzchni biurowych, Cushman & Wakefield, powiedziała: „Obecnie jesteśmy świadkami bezprecedensowego trendu, jakim jest przekształcanie tradycyjnego biura w innowacyjne i twórcze środowisko pracy uwzględniające rozwiązania z zakresu experience-based workplace. Miejsca pracy będą projektowane z myślą o poszczególnych pracownikach – motywowaniu ich do pracy i większej wydajności oraz zapewnieniu im większej satysfakcji”.

„Sowa” czy „skowronek”? Rytm okołodobowy a zarządzanie czasem swoim i pracowników

Ludzi pod względem efektywności w ciągu dnia dzieli się na „skowronki” i „sowy”. Ci pierwsi są bardziej wytrwali i sumienni, a drudzy – kreatywni i ekstrawertyczni. Czy to oznacza, że powinni pracować w różnych zespołach? A może efektywniejsza będzie załoga złożona zarówno z osób wstających skoro świt, jak i tych, prowadzących raczej nocny tryb życia? Sprawdź, jakie naturalne predyspozycje ma nasz organizm o określonych porach dnia i co do tego ma tegoroczna nagroda Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny.

Sen muszki owocówki a efektywność człowieka

Tegoroczni laureaci nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny – Jeffrey C. Hall, Michael Rosbash i Michael W. Young – badania zwiększające świadomość w zakresie właściwej higieny snu rozpoczęli ponad 30 lat temu. Odkryli geny odpowiadające za produkcję białek, które kontrolują cykl dobowy i prawidłowe funkcjonowanie komórek, tkanek, narządów, a także regulują mechanizm metabolizmu, temperaturę ciała, poziom hormonów, sen i zachowania, czyli odpowiadają za dobrostan całego organizmu. Badacze dowiedli, że zmiana ilości dziennego światła dostarczanego muszce owocówce doprowadziła między innymi do zaburzenia jej równowagi snu i czuwania, odmiennego zachowania oraz znacznego pogorszenia jej równowagi fizjologicznej. Podobnie reaguje nasz organizm, każda nasza komórka i narząd mają swój zegar, a ten główny zegar biologiczny jest umiejscowiony w podwzgórzu w mózgu i odbiera on informacje ze świata o natężeniu światła słonecznego oraz steruje pracą całego ciała. Co zatem, jako ludzie, powinniśmy wiedzieć o właściwej regulacji naszego rytmu?

Która godzina? – pyta… menedżer

Wyniki badań tegorocznych noblistów nie precyzują najlepszych i najgorszych pór na określone działania, uświadamiają jednak możliwości i potrzeby organizmu o różnych godzinach. Jak zatem biologicznie kształtują się nasze naturalne predyspozycje?

4:00 – 5:00 – organizm zaczyna się przebudzać, przestawiamy nasz rytm na całodobową aktywność. To zatem nienajlepsza informacja dla „sów”, które prowadzą bardziej nocny tryb życia i o tej porze nieraz dopiero kończą działanie.

5:00 – 6:00 – stopniowe wybudzanie i wzrost stężenia hormonów płciowych. W tych godzinach warto popracować nad efektywnością indywidualną – na przykład doładować swoje akumulatory na różnych płaszczyznach – duchowej, pobudzić umysł i intelekt, ale i zadbać o ciało oraz poranną dawkę ruchu, energii i poprawę krążenia. To wszystko pomoże nam zwracać większą uwagę na emocje, relacje z innymi, a także work-life balance.

7:00 – 09:00 – ciśnienie wzrasta, procesy metaboliczne nabierają tempa, wydzielają się enzymy i organizm domaga się pożywienia (a niekoniecznie wytężonego wysiłku fizycznego). – Ten czas dobrze wykorzystać na weryfikację planu dnia, aby nie zaczynać pracy „z marszu”. Zadania można pokategoryzować na przykład według stopnia ważności i pilności, jak proponuje Dwight Eisenhower – mówi Paulina Węgrzyn, specjalista ds. rozwoju i trener z firmy szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland. Znacznie łatwiej to zrobić, kiedy jesteśmy wypoczęci, bo niektóre sprawy dopiero poddane analizie z dystansu nabierają mniejszego znaczenia, a co za tym idzie mogą trafić do kategorii niezbyt pilnych i mało ważnych, dzięki czemu łatwiej będzie nam podjąć decyzję o ich eliminacji i przeznaczyć czas na zdecydowanie ważniejsze zajęcia. Korzystając z porannej koncentracji lepiej zrealizować np. zadania wymagające żmudnej, analitycznej pracy – dodaje.

10:00 – 12:00 – rozkwit naszych twórczych, intelektualnych możliwości. – Warto wziąć to pod uwagę nie tylko planując grafik pracy millenialsów, którzy często dopiero o tej porze zaczynają „nadawać się” do pracy, ale też na przykład zespołów sprzedażowych, marketingowych czy ustalając plan kreatywnych spotkań, wymagających innowacyjnych rozwiązań oraz szczytu zaangażowania i elokwencji pracowników – mówi Paulina Węgrzyn.

13:00 – 15:00 – gotowość organizmu do trawienia, warto więc zjeść posiłek i zregenerować się, a przede wszystkim ograniczyć najbardziej kreatywne działania oraz wymagające wysokiego poziomu uwagi spotkaniaponieważ intelektualne możliwości nie są zbyt wysokie. – Menedżer może na część tego czasu zaplanować działania wzmacniające więzi między członkami zespołu, pomagające w budowaniu zaangażowania i poczucia przynależności do grupy, jak chociażby wspólne posiłki. W ramach tej zniżki energii można też uporządkować swoją przestrzeń – dokumenty, pliki, maile czy wykonać kilka zaległych telefonów, notatek, krótko mówiąc zrobić to, co usprawni naszą dalszą pracę – podpowiada Paulina Węgrzyn z Integra Consulting Poland.

15:00 – 17:00 – wzrost temperatury ciała, odporności na ból, sprawności mięśni i odzyskanie wigoru. To dla „skowronków” zaczynających pracę wcześnie koniec roboczego dnia, warto ten czas spędzić na aktywnym wypoczynku przy świetle dziennym i najlepiej na świeżym powietrzu.

17:00 – 20:00 – nasz organizm w tych godzinach pracuje na wysokich obrotach. Możemy to wykorzystać zarówno w kontekście zawodowym, jeśli firma umożliwia elastyczne planowanie działań, jak i osobistym, ponieważ to świetny czas na naukę i własny rozwój.

21:00 – 22:00 – wzrasta poziom melatoniny, przez którą odczuwamy senność i zmęczenie. Nie warto się forsować, tylko raczej rozpocząć rytuał „wyciszania” np. poprzez czytanie czy przyjemną rozmowę z bliskimi. Filmy akcji, przeglądanie Facebooka czy spotkanie ze znajomymi choć przyjemne, to nie przestawiają organizmu na wypoczynek.

23:00 – ze względu na najniższy poziom hormonów stresu powinna to być maksymalna godzina zaśnięcia, aby rytm okołodobowy kolejnego dnia nie był zachwiany.

Sowa vs skowronek w pracy

W systemie „wczesnoporannym” znacznie bardziej wydajne są „skowronki”, co potwierdza ich większa wytrwałość, sumienność, proaktywność, stabilność i umiejętność współpracy. Choć „sowy” funkcjonują w niekorzystnym dla siebie rytmie gorzej, przypisuje im się takie cechy jak kreatywność, inteligencja, ekstrawersja, szersze spojrzenie i odwaga w działaniu. – Aby najlepiej wykorzystać potencjał pracowników – zarówno „skowronków” jak i „sów” – warto zapewnić im specyficznie i otwarcie zorganizowane struktury, z korzyścią dla obu stron – podsumowuje Paulina Węgrzyn z Integra Consulting Poland.

Polskie startupy chcą zrewolucjonizować branżę IoT

Big data, analityka i Internet rzeczy to główne obszary działalności polskich startupów – wynika z „Raportu Polskie Startupy 2017”, przygotowanego przez Fundację Startup Poland. Aż 55 proc. spośród wszystkich uczestników raportu działa w jednej z tych trzech branż, a połowa eksportuje swoje produkty i usługi. Na rynku zaobserwować można również dynamiczny rozwój platform wspierających startupy, takich jak inkubatory czy akceleratory. Czy w związku z tym polskie młode firmy są w stanie utrzymać się na rynku, zaistnieć w branży, a nawet podbić globalne rynki?

Według „Raportu Polskie Startupy 2017”, ponad ¾ wszystkich młodych firm technologicznych działa na rynku B2B i sprzedaje technologie i usługi innym przedsiębiorstwom. Natomiast 14 proc. tworzy technologie w obszarze Internet of Things. Oznacza to, że aż 87, spośród wszystkich 621 respondentów, którzy wzięli udział w raporcie, specjalizuje się w IoT.

 „Polskie startupy z obszaru IoT nie tylko mają szansę podbić świat, ale już to robią. Jak wynika z raportu, przygotowanego przez naszą fundację, już teraz połowa z nich eksportuje swoje produkty za granicę. Ciekawym przykładem globalnych sukcesów w tym obszarze mogą być firmy Kontakt.io i Estimote, które sprzedają swoje inteligentne sensory – tzw. beacony – na całym świecie. Te dwa startupy rozsławiły swój rodzinny Kraków na tyle, że w branży mówi się już o małopolskiej Beacon Valley” – komentuje Agata Kowalczyk z Fundacji Startup Poland.

Polska specjalność

Najwięcej startupów działa w obszarach, takich jak big data, analityka, Internet rzeczy, narzędzia deweloperskie i nauki przyrodnicze. Może to świadczyć o tym, że IoT staje się jedną z głównych specjalizacji polskich startupów. Według IDC, wartość inwestycji w Internet of Things wyniosła w Polsce w 2014 roku 2 mld dolarów, a w 2018 wyniesie już ponad 3,7 mld, więc prawie się podwoi. Natomiast do 2020 roku wydatki na IoT będą oscylowały w Polsce już na poziomie 5,4 mld dolarów.

Duże inwestycje i zainteresowanie koncepcją Internetu rzeczy przekładają się również na sukcesy polskich startupów na tym polu. Przykładem może być krakowska firma Silvair (jej założycielem jest Rafał Han, twórca m.in. wspomnianego Estimote), która w oparciu o nurt IoT stworzyła sposób inteligentnego zarządzania oświetleniem, wykorzystujący technologię ledową. Projekt zakłada możliwość dostosowania oświetlenia do warunków panujących w danym pomieszczeniu. Firma Silvair pracuje także nad wdrożeniem w urządzeniach specjalnych sensorów emitujących sygnał ułatwiający lokalizację przedmiotu. System będzie potrafił wskazać m.in. w szpitalach, czy dany przyrząd znajduje się na 3., czy na 5. piętrze i pozwoli zaoszczędzić bardzo cenny czas, będący w branży medycznej często na wagę złota. Za bezprzewodową łączność ma odpowiadać nowy standard Bluetooth Mesh, który Silvair rozwija jako jedna z niewielu firm na świecie. Dodatkowo, startup jest też liderem w Bluetooth SIG, czyli organizacji, która zrzesza gigantów, takich jak Google, Intel czy Microsoft.

„Sukcesy polskich firm wykorzystujących Internet rzeczy niezmiernie nas cieszą. Powinny też sprawić, że zainteresowanie rozwiązaniami IoT wśród polskich startupów wzrośnie jeszcze bardziej. Koncepcja ta została sklasyfikowana przez firmę analityczno-doradczą Gartner jako jeden z najgorętszych trendów 2018 roku” – mówi Paweł Kacperek, niezależny ekspert w branży Internet of Things.

Jednostkowe wsparcie dla startupów IoT

„Na rynku obserwujemy wysyp platform wspierających biznesowy rozwój startupów. Można do nich zaliczyć m.in. inkubatory, akceleratory, fundacje, fundusze czy różne programy. Pomimo dużego zainteresowania wschodzących firm koncepcją Internetu Rzeczy, dostrzegalne jest nikłe zaangażowanie tych podmiotów we wspieranie startupów działających w dziedzinie IoT. Brakuje narzędzi i know-how, które umożliwiłoby młodym firmom rozwój i zdobycie klientów na rynkach międzynarodowych” – dodaje Paweł Kacperek.

W raporcie Startup Poland wymienione są jedynie dwa województwa, w których powstały organizacje wspierające rozwój młodych firm funkcjonujących w obszarze Internet of Things. W województwie podkarpackim powstał Samsung Inkubator (IT/IoT), który współpracuje z Doliną Lotniczą oraz Politechniką Rzeszowską, natomiast w województwie lubelskim – C-C HUB CYCLE, będący akceleratorem IoT w motoryzacji.

Szansą wymiany doświadczeń związanych z projektami dotyczącymi Internetu rzeczy i możliwością prezentacji swoich rozwiązań przez startupy z całej Polski będzie pierwsza edycja targów IoT Poland Show. Odbędą się one w dniach 17-18 kwietnia w Warszawie, w Centrum Targowo – Kongresowym MT Polska, znajdującym się przy ul. Marsa 56c.

„IoT Poland Show to ewenement niespotykany do tej pory w naszym kraju. Chcemy, żeby targi stały się cyklicznym wydarzeniem do nawiązywania relacji biznesowych dla przedstawicieli branż, takich jak smart city, smart home, fintech czy connected cars oraz wszystkich innych, które wykorzystują Internet rzeczy. IoT Poland Show pomoże startupom zmonetyzować ich produkty i usługi” – mówi Paweł Kacperek, główny pomysłodawca i organizator pierwszych w Europie Środkowo – Wschodniej targów IoT Poland Show.

Organizator IoT Poland Show przygotuje w trakcie swojego wydarzenia specjalną strefę Startup Zone, w ramach której startupy będą mogły zaprezentować na stoiskach swoje rozwiązania oraz wygłosić podczas Startup Day 10-minutowe wystąpienia. Finałem wydarzenia będzie wybór najlepszego startupu w trakcie IoT Poland Show Night.

Co czeka inwestorów w 2018 roku? Prognozy inwestycyjne na rok 2018

Co czeka inwestorów w 2018 roku? Oto kilka noworocznych prognoz od zespołu inwestycyjnego Vienna Life.

Kontynuacja silnego zachowania giełdy amerykańskiej

Najsłynniejsza na świecie choinka co rok staje w Nowym Jorku na placu Rockefeller Center. Najsłynniejsza giełda świata przy Wall Street radzi sobie znakomicie i póki co nie widać oznak nadchodzącej zmiany, co sprawia, że jest to nadal bardzo atrakcyjna propozycja dla inwestorów. Dobre dane płynące z amerykańskiej gospodarki są paliwem dla wzrostów cen akcji. Dodatkowo, realizacja reformy podatkowej może spowodować powrót kapitału do USA, na czym przede wszystkim powinny skorzystać spółki związane z tzw. „starą ekonomią” i banki. W mniejszym stopniu ten efekt będzie widoczny w spółkach technologicznych, ale i one mają spore szanse na kontynuację wzrostów.

W nawiązaniu do kilkudziesięciometrowej nowojorskiej choinki warto jednak przypomnieć powiedzenie, że „drzewa nie rosną do nieba”. W inwestowaniu oznacza to po prostu, że zawsze warto zachować czujność oraz racjonalną dywersyfikację portfela.

Bitcoin niewiadomą 2018 roku

Bitcoin nie schodzi z pierwszych stron gazet. Coraz większa liczba ważnych finansowych instytucji głośno ostrzega przed zakupem kryptowaluty, bądź nawet nawołuje do jej delegalizacji. W dużej mierze może być to związane z obawą o utratę monopolu w emisji pieniądza i kontroli w jego przepływie. Jednak po niezwykle gwałtownych wzrostach kursu Bitcoina ryzyko skrajnego napompowania bańki spekulacyjnej jest bardzo wysokie. Nic nie trwa wiecznie, także w 2018 roku jest spore ryzyko załamania ceny tej kryptowaluty, do czego sygnałem może być choćby kolejne zniknięcie jednej z giełd specjalizujących się w Bitcoinie lub przejściowy spadek ceny, wywołujący chęć wyjścia rozgrzanych inwestorów. Kryptowalutom (paradoksalnie) najbardziej może zaszkodzić ich największa zaleta, czyli niezależność. Niestety jest to cecha nielubiana przez rządy na całym świecie i możliwość wprowadzenia zakazu handlu tego typu instrumentami, zwłaszcza na dużych rynkach (jak Chiny, Rosja) może spowodować gwałtowną przecenę.

Spółki technologiczne na topie

Spółki technologiczne cieszą się ostatnio popularnością wśród inwestorów w Europie, ale także Chinach i Stanach Zjednoczonych.  Gwałtowny rozwój technologii sprzyja wzrostom cen akcji. Dotyczy to nie tylko spółek zajmujących się projektami o dużym ryzyku (niemal z pogranicza science fiction), ale także tych, których rozwiązania stosujemy już na co dzień. Ponieważ rozwój technologii praktycznie nie zna granic, to wzrosty akcji tego sektora mogą być widoczne praktycznie na wszystkich rynkach. Stale mogą pojawiać się nowi liderzy, przykładowo chińska spółka Tencent, zaliczająca się już dziś do TOP5 pod względem kapitalizacji (wartości rynkowej wszystkich wyemitowanych akcji), swoją wartością wyprzedza Facebooka, a w najbliższym czasie może prześcignąć Apple.

Wzrost cen nieruchomości

Ceny mieszkań na polskim rynku nieruchomości, pomimo długo trwającego boomu w sprzedaży mieszkań, dopiero w ostatnim czasie zaczęły rosnąć. Duży popyt na nieruchomości, związany z niedostatkiem mieszkań w Polsce oraz szukaniem dochodowego miejsca do lokowania kapitału przez pieniądz wypłacany z nisko oprocentowanych depozytów bankowych, w końcu zaczyna wywoływać wzrost cen. Skokowo wzrosły ceny wykonawstwa, ruszyły też ceny gruntów. Zresztą dostępnych lokalizacji, na których deweloperzy mogliby postawić nowe osiedla, jest coraz mniej. W efekcie, można oczekiwać dalszego wzrostu cen mieszkań na rynku pierwotnym, a w ślad za nim, także na rynku wtórnym.

2017 rok na polskim na niebie – problemy przewoźników i 172 mln zł odszkodowań

Rok 2017 obfitował w problematyczne sytuacje z dużymi liniami w roli głównej – chaos w Ryanairze, bankructwo Air Berlin, awaria systemu informatycznego w British Airways. Także te wydarzenia wpłynęły na to, że liczba pasażerów uprawnionych do wypłaty odszkodowania okazała się rekordowa – według prognoz AirHelp 143 383 osoby mają prawo do rekompensaty.

Z danych globalnego lidera w uzyskiwaniu odszkodowań lotniczych – firmy AirHelp wynika, że osoby odlatujące z polskich lotnisk, które spotkały się z anulowaniem lotu lub jego poważnym opóźnieniem, wynoszącym ponad trzy godziny, mogą ubiegać się o rekompensaty o łącznej wartości ponad 172 mln złotych.

LOTNISKA NAJBARDZIEJ OBLEGANE W SIERPNIU

W tym roku polskie lotniska najbardziej oblegane były w sierpniu. Co nie zaskakuje, ponieważ jest to okres wakacyjny. Tylko w tym miesiącu wykonano ponad 15 000 lotów z ponad 2 mln pasażerów na pokładach.

Najpopularniejsze połączenia z polskich lotnisk w 2017 roku to przede wszystkim loty krajowe. Pomimo wzmożonego ruchu na tych trasach, nie okazały się one jednak najbardziej problematyczne. Numerem jeden wśród najczęściej zakłócanych kursów okazała się trasa Gdańsk – Berlin – ponad 64% lotów było opóźnionych o ponad 3 godziny bądź zostało odwołanych. Na drugiej pozycji tego niechlubnego zestawienia znalazła się relacja Warszawa – Londyn, a podium zamyka Kraków – Paryż, gdzie co trzeci lot był mocno problematyczny.

Trasa Wskaźnik utrudnionych lotów[1]
1.    Gdańsk – Berlin     64,29%
2.    Warszawa – Londyn     35,85%
3.   Kraków – Paryż     32,84%
4.    Kraków – Londyn   32,64%
5.    Warszawa – Paryż   32,20%

NIETYPOWE SYTUACJE NA POKŁADZIE

To był ciężki rok dla popularnych w Polsce przewoźników. AirBerlin ogłosił upadłość, a Ryanair popadł w chaos – odwołał tysiące lotów, utrudniając tym samym podróże ponad 2 mln pasażerów. To wszystko wpłynęło na znaczny wzrost cen biletów w Wielkiej Brytanii i Niemczech.

W 2017 r., w ciągu tylko zaledwie jednego miesiąca, linia British Airways stanęła w obliczu dwóch awarii systemu informatycznego, powodujących utrudnienia w podróży dla setek tysięcy pasażerów. Szacuje się, że odszkodowania dla klientów wyniosły ok. 100 mln funtów.

Wśród najbardziej nietypowych powodów opóźnień lotów w 2017 znalazły się: skorpion i mysz na pokładzie oraz brak papieru toaletowego w toalecie. Co ciekawe, ci dwaj zwierzęcy pasażerowie na gapę to również przypadki z British Airways, które prawdopodobnie kosztowały linię 300 tys. funtów – tyle w przybliżeniu wyniosły rekompensaty dla klientów.

– W tym roku byliśmy świadkami wielu wydarzeń w sektorze transportu lotniczego. Kłopoty popularnych wśród Polaków linii na pewno wpłyną na przetasowania w naszym rankingu najlepszych i najgorszych przewoźników na świecie, czyli w AirHelp Score – komentuje Natalia Gębska, Country Manager w AirHelp.

Bieżące dane AirHelp Score wskazują, że w 2017 r. Bulgaria Air i SmartWings okazały się najgorszymi przewoźnikami na świecie. Polski LOT uplasował się natomiast na 43. miejscu. AirHelp przygotowuje również zestawienie portów lotniczych. Lotnisko w Kuwejcie oraz dwa porty z Wielkiej Brytanii (London Gatwick i Manchester) znalazły się na końcu rankingu. Uwzględniony w rankingu Port Lotniczy im. Chopina w Warszawie znalazł się na 25. pozycji (na 76 ocenianych).

TYLKO 2 PROC. PASAŻERÓW ZNA SWOJE PRAWA

Warto pamiętać, że w przypadku opóźnionego lub odwołanego lotu, pasażerowie są uprawnieni do otrzymania odszkodowania w wysokości nawet do 600 euro. Nadal jednak niewiele osób składa reklamację u przewoźnika – według danych AirHelp zaledwie 2% klientów jest świadomych swoich praw.

Namawiamy pasażerów, którzy w 2017 roku spotkali się z utrudnieniami w podróży, aby sprawdzili, czy mają prawo do ubiegania się o odszkodowanie. Uzupełniając krótki formularz na Airhelp.pl bądź za pośrednictwem aplikacji mobilnej, natychmiast otrzymasz informację, czy Twój lot kwalifikuje się do wypłaty rekompensaty – mówi Natalia Gębska, Country Manager w AirHelp.

Wniosek o odszkodowanie można złożyć samemu lub skorzystać z pomocy firmy AirHelp, która wyręcza w przeprowadzeniu tej procedury.

[1] Stosunek wszystkich wykonanych lotów do tych opóźnionych (powyżej 3h) bądź odwołanych. W zestawieniu wzięto pod uwagę połączenia, na których wykonano min. 100 lotów w ciągu całego roku.  Dane za okres styczeń-listopad 2017 r.

Nestmedic z pierwszą umową w Europie Zachodniej

  • Rozwiązania spółki trafią na 3. globalnie rynek technologii medycznych
  • System Pregnabit będzie testowany przez sieci klinik i szpitali
  • Plany ekspansji obejmują kolejne kraje, także poza Unią Europejską

Spółka Nestmedic podpisała właśnie pierwszą umowę o współpracy w Europie Zachodniej. W jej ramach niemiecki partner, centrum telemedycyny Zentrum für Telemedizin Bad Kissingen GmbH (ZTM), będzie testował zarówno urządzenia Pregnabit do mobilnego badania KTG, jak i dedykowaną do systemu platformę do przesyłu zapisów teleKTG oraz ich analizy przez specjalistyczny personel medyczny. Niemcy to trzeci największy na świecie rynek technologii medycznych, wart 28 mld EUR (wg BVMed Report 2017) i zarazem kluczowy element w strategii rozwoju Nestmedic.

Nasza ekspansja zagraniczna przechodzi z fazy demonstrowania urządzenia i nawiązywania relacji biznesowych do fazy testów i wdrożeń. Mamy produkt i platformę zaprojektowaną pod użytkowników i klientów na całym świecie. ZTM to, po kenijskim eMedica, kolejny partner, z którym chcemy budować dystrybucję naszych produktów – podkreśla dr n. med. Patrycja Wizińska-Socha, prezes zarządu Nestmedic. Jednocześnie rośnie budżet spółki na ekspansję zagraniczną. Nestmedic znalazł się bowiem na finalnej liście projektów do finansowania przez PARP w ramach programu „Go To Brand”. To oznaczać będzie kolejne ponad 0,5 mln zł wsparcia na rozwój marki Pregnabit za granicą.

Obecnie, w ramach umowy z ZTM, niemiecka spółka będzie testować i prezentować rozwiązania Nestmedic w sieciach klinik i szpitali w całych Niemczech.

Współpraca z ZTM pozwoli nam zdobyć niezbędne doświadczenia i referencje w Niemczech. To kluczowy krok do wdrożeń na większą skalę, a potencjał rynku jest ogromny, Niemcy to zamożne i otwarte na nowinki technologiczne społeczeństwo. Pracujemy nad kolejnymi umowami tego typu – tłumaczy dr n. med. Anna Skotny, dyrektor generalny i współzałożycielka Nestmedic.

Nawiązanie współpracy z ZTM to efekt działań przy programie Go Global, finansowanym przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. W Niemczech Nestmedic wsparło Towarzystwo Fraunhofera, największa w Europie organizacja zajmująca się badaniami stosowanymi i ich wdrożeniami w przemyśle, skupiająca ponad 70 niemieckich instytutów naukowo-badawczych i samodzielnych jednostek badawczych.

Z perspektywy makroekonomicznej, nowy rynek Nestmedic jest wyjątkowo atrakcyjny: wydatki na ochronę zdrowia per capita rocznie w Niemczech są jednymi z najwyższych w Europie i wynoszą 5,1 tys. EUR (w Polsce wynoszą poniżej 1 tys. EUR). 25 proc. tej kwoty konsumuje prywatna część sektora medycznego u naszych zachodnich sąsiadów (dane za Emergo). Według prognoz Komisji Europejskiej, w tym roku w Niemczech na świat przyjdzie ok. 800 tys. dzieci, najwięcej od ponad 30 lat.

Trwa boom na condohotele. W budowie jest kilkanaście inwestycji

Trwa boom na polskie condohotele. W budowie jest kilkanaście inwestycji w dużych polskich miastach, które dostarczą ok. 2500 nowych apartamentów tego typu. Inwestorów przyciągają m.in. atrakcyjne stopy zwrotu, które wg raportu „Rynek hotelowy w Polsce”, przygotowanego przez Emmerson Evaluation, wynoszą od ok. 4,5 do nawet 9% rocznie. Jednak, jak podkreślają eksperci firmy, w Polsce to nadal dość młody rynek i jego długoterminowe perspektywy są trudne do ocenienia. Mało wiemy bowiem o jego potencjalnych słabościach.

Formuła condohoteli narodziła się w Stanach Zjednoczonych w połowie XX wieku. W Polsce takie obiekty zaczęły powstawać ok. 2007-2008 r. Ich formuła polega na rozproszeniu własności apartamentów pomiędzy indywidualnych inwestorów, którzy otrzymują określoną stopę zwrotu z wynajmu nieruchomości, zwykle ustaloną z góry w umowie. Condohotele mogą funkcjonować także w oparciu o udział właściciela w przychodach lub zyskach z wynajmu. W tym modelu zwrot z inwestycji jest jednak zależny od zmiennych czynników, takich jak obłożenie czy popyt. Zarządzanie condohotelami i obsługa wynajmu apartamentów zwykle jest przenoszona na profesjonalnego operatora.

Formuła condohoteli wydaje się dość prosta i atrakcyjna, ale realny zwrot z inwestycji, podawany przez firmy oferujące takie formy lokowania kapitału może być w rzeczywistości niższy. Właściciel apartamentu w condohotelu ponosi koszty związane z funkcjonowaniem lokalu, podobnie jak w przypadku tradycyjnych mieszkań. Oznacza to, że musi uiszczać opłaty za czynsz, ubezpieczenie oraz płacić podatek od nieruchomości. Analizując ofertę inwestycji w condohotel warto pamiętać o dodatkowych kosztach i nie ulegać magii liczb podawanych w ofercie dewelopera – podkreśla Dariusz Książak, Prezes Zarządu Emmerson Evaluation.

Zyski z inwestycji warto dobrze skalkulować. Także w dłuższej perspektywie

Określony zysk z apartamentu w formule condo jest gwarantowany w umowie tylko na określony czas. – Umowa najmu w inwestycji typu condo jest zwykle zawierana na okres od 5 do 10 lat, obecnie rzadko zdarzają się umowy na dłuższy okres. Po jej wygaśnięciu nie mamy gwarancji zysku, który skłonił nas do inwestycji. Polski rynek condohoteli jest bardzo młody, nie mieliśmy tak na prawdę okazji sprawdzić, jak funkcjonuje w dłuższej perspektywie. Pamiętajmy bowiem, że są to zwykle inwestycje premium, które aby utrzymać swój standard potrzebują ciągłych nakładów inwestycyjnych. Jednocześnie krajowy rynek hoteli intensywnie się rozwija, pojawiają się nowe obiekty, które będą nowocześniejsze i atrakcyjniejsze w stosunku do starszych nieruchomości. To potencjalny problem condohoteli, z którym inwestorzy będą musieli się zmierzyć w przyszłości – dodaje ekspert Emmerson Evaluation.

W ofercie inwestycji w sektor condohoteli możemy też spotkać duże zróżnicowanie pod kątem gwarantowanej stopy zwrotu z inwestycji oraz cen apartamentów. Zależą one bowiem głównie od lokalizacji obiektu i jego usytuowania w budynku. Im bardziej atrakcyjne położenie, tym potencjalnie zyski z wynajmu mogą być większe, jednak inwestor musi dysponować odpowiednio zasobnym portfelem. Przykładowo, za apartament zlokalizowany w Świnoujściu trzeba zapłacić od ok. 6,8 do 12 tys. zł/mkw., a lokal w obiekcie w bezpośrednim sąsiedztwie plaży w Kołobrzegu kosztuje od 8,5 do nawet 16 tys. zł/mkw, podaje w raporcie Emmerson Evaluation. – Nie bez znaczenia jest także wielkość inwestycji, kategoria obiektu oraz standard wykończenia i wyposażenia apartamentów. Jednak kluczowe znaczenie ma nadal lokalizacja, w tym znaczenie miejscowości na turystycznej mapie Polski, dostępność atrakcji jak. np. wyciąg narciarski czy plaża oraz widoki, jakie oferuje apartament – dodaje Dariusz Książak.

Condohotele wychodzą do dużych miast

Rynek condohoteli pierwotnie skupiał się wokół wynajmu dla turystów. Obecnie, rozwija się także w innych kierunkach. W tej formule powstają już nie tylko budynki hotelowe, ale także mieszkalne w dużych aglomeracjach miejskich, jak: Warszawa, Wrocław, Kraków czy Trójmiasto. Deweloperzy mieszkaniowi dostrzegli w takich inwestycjach alternatywny sposób sprzedaży lokali. Zachęcają potencjalnych nabywców często niższą ceną niż dla standardowego mieszkania oraz zazwyczaj gwarantowanym zyskiem. Takie lokale funkcjonują najczęściej w formie w pełni wyposażonych i umeblowanych mikro apartamentów, o powierzchni już od 15 mkw., gdzie operator zapewnia pełen serwis podczas obowiązywania umowy. W obecnej chwili w budowie jest kilkanaście inwestycji w dużych polskich miastach, które dostarczą ok. 2500 takich apartamentów. Co więcej, rynek condohoteli otwiera się także na coraz drobniejszych inwestorów. Powstają obiekty o tzw. niskiej cenie wejścia, poniżej 200 tys. zł.

Rynek condohoteli będzie się rozwijał

Boom na inwestycje w condohotele trwa, a sam rynek zaczyna dojrzewać. Deweloperzy nie obiecują już tak wysokich stóp zwrotu jak jeszcze kilka lat temu, ale nadal ich oferta pozostaje atrakcyjna dla inwestorów korporacyjnych i indywidualnych. – Przewiduję, że w dalszym ciągu będzie się on silnie rozwiał, ale zarówno podaż jak i popyt zintensyfikuje się w segmencie luksusowych apartamentów, głownie w dużych miastach. Condohotele mogą zwłaszcza przyciągnąć uwagę indywidualnych inwestorów, którzy skoncentrowani byli do tej pory głównie na inwestycjach w mieszkania pod wynajem. Wciąż jednak rynek ten jest w fazie rozwoju i w najbliższej perspektywie sądzę, że nie będzie on w stanie zastąpić tradycyjnego segmentu hotelowego – podsumowuje Dariusz Książak z Emmerson Evaluation.

Płatności Konsumenckie Polaków 2017

Co trzeci polski rodzic (33 proc.) przynajmniej raz w ciągu ubiegłego roku odczuwał społeczną presję zakupu swoim dzieciom rzeczy, na które go nie stać – wynika z Raportu Płatności Konsumenckich 2017, przygotowanego przez Intrum Justitia. Polacy, którzy ulegli tej presji społecznej, kupili swojemu dziecku telefon komórkowy (39 proc.), obuwie (29 proc.), markowe ubrania (28 proc.), konsolę lub grę video (19 proc.), komputer (16 proc.), ale także inne produkty jak rower czy aparat fotograficzny. Jednocześnie 1/3 Polaków finansuje zakup produktów dla swoich dzieci z pożyczonych pieniędzy lub wykorzystuje w tym celu limit karty kredytowej.

Intrum Justitia co roku przeprowadza badanie, którego celem jest uzyskanie obrazu codziennego życia konsumentów, ich wydatków oraz zdolności zarządzania domowym budżetem w ujęciu miesięcznym. W tym roku badanie zostało przeprowadzone w 24 krajach w Europie na grupie 24 401 konsumentów, w tym również Polaków. Zebrane dane opublikowano w Raporcie Płatności Konsumenckich 2017. – W tym roku skupiliśmy się na analizie sił napędowych, które powodują nadmierne wydatki konsumentów. Jedną z nich jest silna presja społeczna wywierana na rodziców, która może skutkować długoterminowym zadłużeniem. Biorąc pod uwagę dostępne, liczne opcje płatności oraz społeczną presję zakupową, jakiej poddają się Polacy, musimy zrobić więcej, aby stworzyć zaufanie i nauczyć każde nowe pokolenie zrównoważonej konsumpcji – mówi Krzysztof Krauze, prezes Intrum Justitia.

Prezenty na kredyt? Bardzo chętnie

Niemal co trzeci Polak (30 proc.) martwi się skąd wziąć pieniądze na prezenty świąteczne. Przy czym 40 proc. rodaków zwykle wydaje więcej pieniędzy na prezenty świąteczne niż powinni. 1 na 3 Polaków przyznaje, że czasami musi pożyczyć pieniądze lub wykorzystać limit karty kredytowej, by móc kupić upominki na Boże Narodzenie. Jednocześnie 1/3 Polaków określa styczeń finansowo najtrudniejszym miesiącem w roku.

Prawie połowa Polaków (47 proc.) nie widzi niczego złego w zakupie dóbr konsumpcyjnych na raty, kredyt lub za pożyczone pieniądze. Odsetek ten jest wyższy jedynie na Łotwie, gdzie wspomniana forma zakupów odpowiada 48 proc. respondentów. Jednocześnie, jedynie 27 proc. ankietowanych w Polsce nie popiera nabywania dóbr konsumpcyjnych w taki sposób. Jest to najniższy odsetek wśród krajów, w których zostało przeprowadzone badanie – dla porównania, średnia europejska wynosi 45 proc.

Nie płacą, bo zapominają

53 proc. Polaków przyznaje, że w ciągu ostatniego roku zdarzyło im się przynajmniej raz nie zapłacić rachunku w terminie. Głównym powodem opóźnionych płatności nie był jednak brak środków na koncie (choć tę odpowiedź wybrało 34 proc. Polaków), ale zaniedbanie – aż 59 proc. Polaków zapomniało o uregulowaniu rachunku. 15 proc. respondentów miało problemy techniczne, przez które nie udało im się zrealizować płatności na czas, a 5 proc. celowo nie opłaciło rachunków w wyznaczonym terminie. Niemal co trzeci Polak (28 proc.) w ciągu ostatniego pół roku pożyczył pieniądze lub wykorzystał limit karty kredytowej, by zapłacić rachunki.

Pieniądze najchętniej pożyczamy od rodziny – taką odpowiedź wybrało 39 proc. badanych Polaków. Chętnie także z własnego banku (29 proc.) oraz od znajomych (22 proc.). Niemal co piąty Polak (17 proc.) przekracza debet na karcie kredytowej, 14 proc. rodaków pożycza z banku, w którym nie ma konta, 13 proc. w serwisach internetowych lub SMS-owych, a 11 proc. od pożyczkodawcy lub lichwiarza.

Hierarchia wydatków

Rachunki za zamówienia internetowe, usługi lekarskie i dentystyczne to zobowiązania, które 88 proc. Polaków reguluje w terminie. Równie ważne są dla Polaków podatki (83 proc.), ubezpieczenia (80 proc.), ale również płatności za prenumeraty gazet i czasopism, karnety sportowe i inne podobne opłaty okresowe – te zobowiązania 79 proc. rodaków reguluje na czas. Opłaty hipoteczne 78 proc. ankietowanych opłaca w wyznaczonym terminie, podobnie jest ze spłatą zobowiązań na karcie kredytowej – 75 proc. płaci w terminie. Czynsz, opłaty za telewizję, telefon stacjonarny czy komórkowy opłaca w terminie ponad 60 proc. badanych Polaków.

Znaczące różnice w płatnościach na czas, po czasie lub różnie – w zależności od okoliczności pojawiają się przy płatnościach rachunków za internet, które po wyznaczonym terminie reguluje ponad 20 proc. ankietowanych. Jeśli zaś chodzi o spłatę pożyczek to 15 proc. spłaca po terminie, a 20 proc. różnie – w zależności od okoliczności. Polacy mają problem także z regulowaniem na czas rachunków za gaz, wodę i prąd – 54 proc. płaci w terminie, ale 23 proc. po terminie, a kolejne 23 proc. różnie. Podobnie jest ze spłatą należnych długów – 52 proc. spłaca na czas, 23 proc. po czasie, a co czwarty Polak (25 proc.) długi spłaca czasem w terminie, a czasem po nim, w zależności od okoliczności.

Będzie tylko lepiej

Aż 59 proc. polskich respondentów wierzy, że ma realną szansę na znaczną poprawę swojej sytuacji finansowej. Wynik ten jest wyższy od średniej europejskiej, która wynosi 47 proc. Niemal połowa Polaków (45 proc.) uważa, że jest lub będzie w lepszej sytuacji finansowej niż ich rodzice, a 44 proc. już teraz widzi poprawę swoich finansów. – Analizując dane z Raportu Płatności Konsumenckich 2017, które dotyczą całej Europy, można zauważyć, że nastroje europejskich konsumentów uległy poprawie w ciągu ostatnich 12 miesięcy, co może być efektem ożywienia gospodarczego w wielu europejskich krajach.. Największy optymizm dotyczący finansów osobistych zaobserwować można wśród młodych respondentów, w wieku 18-24 lat. Więcej niż połowa Europejczyków (64 proc.) w tym przedziale wiekowym wierzy w poprawę swojej sytuacji finansowej. Jednak młodzi ludzie są mniej optymistycznie nastawieni odnośnie perspektyw gospodarczych na poziomie krajowym niż osoby starsze biorące udział w badaniu – nieco mniej niż 1/3 z nich uważa, że gospodarka w ich kraju ulega poprawie – mówi Krzysztof Krauze, prezes Intrum Justitia.

Jednocześnie wielu badanych (43 proc.) martwi się, że osłabienie Unii Europejskiej może mieć negatywny wpływ na ich finanse osobiste. Hiszpania jest krajem, który obawia się tego najbardziej – taką odpowiedź wybrało 63 proc. respondentów. Po Hiszpanii jest Portugalia, gdzie 58 proc. badanych zgłosiło ten sam problem, a następnie Włochy i 53 proc. – Jeśli chodzi o Polskę to 46 proc. badanych obawia się, że osłabienie UE może mieć zły wpływ na ich osobistą sytuację finansową. Choć ogólnie trzeba przyznać, że Polacy są jednymi z największych optymistów w Europie – podsumowuje Krzysztof Krauze.

O raporcie

Badanie zostało przeprowadzone we wrześniu 2017 r. na reprezentatywnej próbie, czyli co najmniej n=1000 respondentów w każdym kraju, co daje ogółem n=24 401 wywiadów przeprowadzonych w 24 europejskich krajach. Grupa docelowa tego badania została zdefiniowana jako osoby (mężczyźni i kobiety) w wieku 18 lat i więcej, które są głównie lub częściowo odpowiedzialne za zarządzanie swoimi lub domowymi finansami. Udział w badaniu polegał na samodzielnym wypełnieniu internetowej ankiety.

Enefit z pierwszą umową zakupu energii elektrycznej od wytwórcy OZE

Enefit Polska, spółka zależna estońskiej grupy Eesti Energia, podpisała kontrakt na zakup energii elektrycznej od elektrowni wiatrowej Gewind. Dodatkowo Enefit będzie realizować dostawę energii na potrzeby własne farmy. Jest to pierwsza umowa tego typu zawarta na polskim rynku przez Enefit, która jednocześnie zaznacza wkroczenie firmy na rodzimy rynek OZE z nowym zakresem usług.

Poszerzenie obszaru naszej działalności w Polsce o sektor OZE wpisuje się w ogólną strategię grupy Eesti Energia, która zakłada zwiększenie udziału energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych w całym portfelu wytwórczym – mówi Maciej Kowalski, dyrektor zarządzający Enefit Polska – Polski rynek OZE jest dla nas interesujący w obszarze zakupu energii od wytwórców na podstawie umów indywidualnych, ale także inwestycji, w szczególności w źródła fotowoltaicznedodaje.

Umowa na zakup energii elektrycznej od farmy wiatrowej Gewind została zawarta na 12 miesięcy. Wytwórca będzie sprzedawać energię firmie Enefit w formule SPOT, czyli po zmiennej cenie rynku dnia następnego ustalanej zgodnie z aktualnym kursem na Towarowej Giełdzie Energii (TGE). Formuła ta pozwala wytwórcy korzystać z okresowych wzrostów cen na giełdzie i maksymalizować zyski. Jest to popularne podejście do kontraktacji w krajach bałtyckich. Obecnie aż 40% klientów korporacyjnych Eesti Energia w Estonii kupuje energię elektryczną w formule SPOT.

Z początkiem 2018 roku wchodzą w życie nowe przepisy ustawy o OZE, zgodnie z którymi cena regulowana przez Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki (URE) przestanie obowiązywać. Oznacza to, że producenci energii ze źródeł odnawialnych będą mogli wybrać partnera handlowego, który kupi od nich energię elektryczną i dostarczy usługi bilansowania. Decyzja dotycząca wyboru partnera jest zatem kluczowa i może oznaczać zarówno optymalizację zysków, jak i krótszy czas zwrotu z inwestycji.

Enefit Polska z grupy Eesti Energia – największego producenta energii w krajach bałtyckich – oferuje profesjonalną usługę zakupu energii elektrycznej i bilansowania handlowego (POB) w oparciu o swoje wieloletnie doświadczenie na rynkach międzynarodowych. Rozliczenie odbywa się w trzech formułach, które zakładają zróżnicowany udział ceny gwarantowanej i giełdowej dostosowany do indywidualnych potrzeb klienta (cena stała, cena SPOT lub formuła mieszana).

Eesti Energia rozwija działalność w sektorze energii odnawialnej

Na początku grudnia Eesti Energia ogłosiła, że wychodzi z działalnością w obszarze produkcji energii ze źródeł odnawialnych na rynki zagraniczne. Ta część biznesu będzie realizowana przez Enefit Green, spółkę z grupy Eesti Energia. W ten sposób estoński koncern planuje zwiększyć swoją obecność na rynku OZE w regionie Morza Bałtyckiego. Strategiczny cel grupy zakłada wytwarzanie 40% energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych do 2021 roku.

Pierwsza taka elektrownia fotowoltaiczna w Polsce

W Jeleniej Górze powstanie pierwsza designerska elektrownia fotowoltaiczna w Polsce. 30 tys. paneli zostanie ułożonych w kształt symbolu miasta – jelonka. Firma Polski Solar S.A. zapowiedziała rozpoczęcie prac na początek 2018 roku.

Unikatowy w skali Polski i świata projekt powstanie na działce przy Trasie Czeskiej, którą firma Polski Solar dzierżawi od miasta. Na kształt jelonka złożą się czarne, monokrystaliczne oraz niebieskie, polikrystaliczne panele słoneczne. Zajmą powierzchnię 22 hektarów. Dzięki temu symbol miasta będzie dobrze widoczny z gór.

Wpisanie jelonka w projekt elektrowni fotowoltaicznej było dla nas oczywistym wyborem. W ten sposób nie tylko odwołujemy się do nazwy Jeleniej Góry i promujemy ją w Polsce i na świecie. Oddajemy również uznanie przełomowym zmianom, na które się zdecydowała, stając się liderem w dążeniu do niezależności energetycznej – mówi William Buba, dyrektor generalny firmy Polski Solar.

Obecność jelonka w herbie Jeleniej Góry, a wkrótce również w formie designerskiej elektrowni, wiąże się z legendą sięgającą czasów Bolesława Krzywoustego. Książę w pogoni za zwierzęciem zapędził się w tereny dzisiejszego miasta. Jeleń chciał w ten sposób na dłużej zatrzymać go w rejonie, by zobaczył piękno okolicy. W rezultacie Bolesław Krzywousty w 1108 roku wystawił tu zamek warowny.

Jelonek, a w zasadzie Centrum Energii Odnawialnej Jelenia Góra, powstaje w ramach Jeleniogórskiego Klastra Energii Odnawialnej. Instalacja o łącznej mocy 10 MW wyprodukuje „czysty” prąd, który zaspokoi potrzeby 4,5 tys. lokalnych gospodarstw domowych. Pierwsze prace ruszą na początku 2018 roku. Wartość inwestycji szacowana jest na 37 mln zł netto.

Klastry energii odnawialnej to przyszłość sektora energetycznego. Mają ogromne znaczenie w kwestii poprawy jakości powietrza w Kotlinie Jeleniogórskiej, ale również ze względu na obniżenie kosztów funkcjonowania powiatu – mówi Jacek Ryński, wiceprezes Fundacji Polski Solar Holding, koordynatora klastra.

Jeleniogórski Klaster Energii Odnawialnej powstał w październiku 2017 roku. Porozumienie podpisał wówczas Jerzy Łużniak, zastępca prezydenta Jeleniej Góry, a także przedstawiciele firm Polski Solar oraz Maf Energy.

To szóste tego rodzaju przedsięwzięcie realizowanym przez firmę Polski Solar z samorządami. Wcześniej powołano: Klaster Energii Odnawialnej Ziemi Ząbkowickiej (gminy Ciepłowody, Stoszowice, Ziębice i Ząbkowice), Klaster Energii Odnawialnej Wzgórz Trzebnickich (Prusice, Oborniki Śląskie, Wisznia Mała, Wołów i Żmigród), Klaster Energii Odnawialnej Ziemi Łużyckiej (Olszyna, Gryfów Śląski, Leśna, Siekierczyn i Lubań), Izerski Klaster Energii Odnawialnej (Mirsk, Wleń, Lubomierz, Lwówek Śląski i Stara Kamienica), Klaster Energii Odnawialnej Wzgórz Strzelińskich (Domaniów, Kondratowice, Przeworno, Strzelin i Wiązów).

Optimum Mark i Kancelaria Prof. Skubisza wygrały z Red Bull przed Sądem UE

Sąd Unii Europejskiej w Luksemburgu utrzymał w mocy unieważnienie niebiesko-srebrnych znaków towarowych Red Bull. Wniosek przeciwko Red Bull GmbH został złożony przez prawników z Kancelarii Prawno-Patentowej Ryszard Skubisz, reprezentujących spółkę Optimum Mark sp. z o.o., powiązaną z Jeronimo Martins Polska S.A., właścicielem sieci sklepów „Biedronka”. To jeden z największych sukcesów polskich prawników w historii europejskich procesów, dotyczących znaków towarowych. Korzystną dla Optimum Mark decyzję w tej sprawie wydał także Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie.

Spółka Red Bull GmbH dążyła do zachowania wyłącznych praw do oznaczeń obejmujących kombinację kolorów srebrnego oraz niebieskiego dla napojów energetyzujących. Kancelaria Skubisz, działając w imieniu Optimum Mark, podniosła w swoim wniosku, że taka kombinacja nie spełnia jednak wymogu graficznej przedstawialności znaku towarowego. Nie można bowiem ustalić jednego układu kolorystycznego, pod względem proporcji i ich wzajemnego rozmieszczania, który mógłby zostać zapamiętany przez konsumentów. Znaki te obejmują nieskończoną liczbę różnorodnych kombinacji kolorów niebieskiego i srebrnego.

Wyrok Sądu Unii Europejskiej jest jednym z najważniejszych unijnych orzeczeń z zakresu prawa własności przemysłowej i jednocześnie pierwszym orzeczeniem, w którym tak szczegółowo rozważono problem przedstawienia kolorowego znaku towarowego. To także bardzo ważna decyzja z punktu widzenia wielu podmiotów handlowych działających na rynku spożywczym. Od tej pory będą one mogły korzystać z  opakowań, których użycie narażało je dotychczas na konsekwencje prawne, jedynie ze względu na zbieżność kolorystyczną z etykietami napojów Red Bull. To był z pewnością jeden z najtrudniejszych procesów w historii naszej kancelarii. Cieszymy się, że byliśmy częścią tego sukcesu – mówi profesor Ryszard Skubisz.

Argumentację Optimum Mark i Kancelarii Skubisz w całej rozciągłości zaakceptowały Wydział ds. Unieważnień  EUIPO, Izba Odwoławcza EUIPO, a następnie Sąd Unii Europejskiej, który orzekł, że „(…) przedstawienie graficzne spornych znaków towarowych stanowi zwykłe zestawienie dwóch kolorów bez formy ani konturów, umożliwiając szereg różnych kombinacji dwóch kolorów (…) opisy załączone do przedstawienia graficznego każdego ze spornych znaków towarowych nie zawierają dodatkowych uściśleń w odniesieniu do systematycznego układu łączącego kolory w z góry określony i stały sposób, a także uniemożliwiającego szereg różnych kombinacji tych kolorów”.

Spółka Red Bull GmbH może wnieść odwołanie od wyroku Sądu do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. W razie uprawomocnienia się tego wyroku, spółka Red Bull definitywnie straci możliwość podnoszenia roszczeń, na podstawie w/w znaków towarowych, przeciwko innym przedsiębiorcom stosującym kombinację kolorów niebieskiego i srebrnego dla napojów energetyzujących.

Decyzja Sądu UE jest zbieżna ze stanowiskiem Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego (WSA) w Warszawie. W dniu 8 grudnia 2017 WSA oddalił skargę Red Bull GmbH na decyzję Urzędu Patentowego RP  o unieważnieniu prawa ochronnego na znak stanowiący srebrno-niebieską kombinację dla oznaczania napojów energetyzujących. W uzasadnieniu WSA poparł w pełni stanowisko Urzędu i Optimum Mark o wadliwej graficznej przedstawialności takiego znaku. Oznacza to, że korzystna dla Optimum Mark decyzja ma swoje umocowanie zarówno na szczeblu UE jak i krajowym.

Prognozy na 2018 rok: optymistycznie w gospodarce, niepewnie na rynkach

W 2018 roku możemy liczyć na kontynuację ożywienia w światowej i polskiej gospodarce. Sytuacja na rynkach finansowych będzie jednak mniej komfortowa niż do tej pory. Trzeba się liczyć z większą zmiennością, a więc i większym ryzykiem oraz słabszym zachowaniem indeksów giełdowych. Jednym ze źródeł niepewności i wahań będzie polityka pieniężna głównych banków centralnych.

Gospodarka daje radę

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy nastąpiła wyraźna poprawa koniunktury gospodarczej oraz postrzegania jej perspektyw. Nie sprawdziły się więc dominujące jeszcze na początku 2017 r. obawy, że kruche i mizerne ożywienie tempa wzrostu będzie coraz słabsze. W przypadku większości krajów dynamika PKB z każdym kwartałem rosła, wraz z nią poprawiały się nastroje przedsiębiorców i ekonomistów oraz korygowane w górę były prognozy. Obecnie większość ośrodków analitycznych spodziewa się lekkiego przyspieszenia tempa wzrostu w 2018 r., przesuwając perspektywę jego lekkiego wyhamowania na 2019 r. OECD i MFW przewidują, że światowa gospodarka przyspieszy w 2018 r. z 3,6 do 3,7 proc., amerykańska z 2,2 do 2,3-2,5 proc., w strefie euro dynamika PKB ma obniżyć się do 2,1 proc., ale nastąpi to po nieoczekiwanie silnym, sięgającym 2,4 proc. wzroście w 2017 r. Z 6,8 do 6,5 proc. spowolnić ma wzrost w Chinach, ale ma być to wynik świadomej polityki tamtejszych władz, konsekwentnie zmierzającej do zmiany modelu i struktury gospodarki. Zagrożeń więc nie widać, a obserwując praktykę „nadążania” szacunków ekonomistów za rzeczywistym rozwojem tendencji w gospodarce, można się nawet spodziewać kolejnych optymistycznych rewizji prognoz.

Podobne zjawiska i tendencje, nawet ze zdwojoną siłą, odnoszą się do polskiej gospodarki, która swoją dynamiką zaskoczyła nawet największych optymistów. Prognozy dopiero pod koniec 2017 r. zaczęły odzwierciedlać rzeczywistą sytuację. Zdecydowane przyspieszenie dynamiki PKB w trzecim kwartale do 4,9 proc., a więc do poziomu najwyższego od sześciu lat oraz perspektywa dobrego wyniku w ostatnich trzech miesiącach roku powodują, że tempo wzrostu w całym 2017 r. może sięgnąć 4,4-4,5 proc. Nadal przeważają opinie, że w 2018 r. będzie ono wolniejsze i może wynieść od 3,2 do 3,8 proc., choć pojawiły się też bardziej odważne prognozy, mówiące o wzroście sięgającym nawet 4,4 proc. Optymistyczny scenariusz, zakładający dynamikę porównywalną z tegoroczną, jest możliwy pod warunkiem wyraźnego przyspieszenia inwestycji oraz utrzymania korzystnych tendencji w konsumpcji i eksporcie. Nawet gdyby tempo wzrostu okazało się nieco niższe, poprawić się powinna jego struktura, przesuwając akcent bardziej zdecydowanie z konsumpcji na inwestycje. Zagrożeniem dla jego realizacji mogą okazać się ograniczenia wewnętrzne, głównie w sferze rynku pracy i szeroko rozumianej logistyki, utrudniające realizację dużych inwestycji infrastrukturalnych oraz zewnętrzne, mogące hamować wzrost eksportu. Tym niemniej można założyć, że dynamika PKB sięgnie 4-4,3 proc. Należy zakładać dalsze obniżenie się stopy bezrobocia, utrzymanie się i tak już bardzo wysokiego tempa wzrostu płac, nasilenia inflacji do średniego poziomu 2,3-2,5 proc. Dynamika produkcji przemysłowej powinna utrzymywać się, podobnie jak w 2010 r., na poziomie powyżej 10 proc., przynajmniej w pierwszej połowie 2018 r.

Uwaga na banki centralne

O ile zasadnicze kierunki polityki pieniężnej głównych banków centralnych świata są dość jasno określone, to niewiadomą pozostaje tempo ich działań. Ten czynnik będzie największym źródłem niepewności i powodem wahań sytuacji na rynkach finansowych, przede wszystkim dotyczących walut. Najbardziej zdeterminowana w zacieśnianiu monetarnym jest amerykańska rezerwa federalna. Mimo że jej dotychczasowe działania nie tylko nie spowodowały żadnych perturbacji, ale wręcz były przez inwestorów przyjmowane z optymizmem, kolejne podwyżki stóp procentowych oraz konsekwentne redukowanie sumy bilansowej Fed, mogą w 2018 r. zacząć silniej oddziaływać na sytuację zarówno na rynkach walut i długu, jak i na giełdach. Umocnienie dolara może niekorzystnie wpłynąć na notowania surowców oraz waluty i akcje na rynkach wschodzących, będzie zaś działać pozytywnie na gospodarkę i giełdy krajów strefy euro. Ewentualny negatywny wpływ droższego pieniądza na wyniki amerykańskich firm i gospodarki zostanie zamortyzowany przez efekty reformy podatkowej. Choć Fed podtrzymuje zamiar dokonania trzech podwyżek stóp procentowych w 2018 r., to jednak realizacja takiego scenariusza wcale nie jest przesądzona i zależeć będzie od tempa wzrostu gospodarczego w USA oraz inflacji.

Znacznie bardziej przewidywalna jest polityka Europejskiego Banku Centralnego. W 2018 r. kontynuowany będzie, choć w ograniczonej skali, program skupu aktywów. Choć ma on obowiązywać do września, faktyczny czas jego trwania zależeć będzie od przekonania o trwałym zmierzaniu inflacji w kierunku celu wynoszącego 2 proc. Biorąc pod uwagę prognozy EBC, zakładające że inflacja w strefie euro w 2018 r. wyniesie 1,4 proc., należy się spodziewać przedłużenia programu ilościowego luzowania polityki pieniężnej, a ewentualnej podwyżki stóp procentowych można wyglądać nie wcześniej niż pod koniec 2019 r. Pewnym paradoksem mijającego roku było umocnienie się euro, mimo wyraźnej rozbieżności między łagodną polityką EBC, a zacieśnianiem jej przez Fed.

Choć Rada Polityki Pieniężnej swoje stanowisko deklaruje równie jasno, jak EBC, wśród analityków nie ma jednomyślności  w kwestii utrzymania stóp procentowych na obecnym poziomie do końca 2018 r. O ile najbardziej jastrzębio nastawieni krajowi ekonomiści dopuszczają możliwość podwyższenia stóp procentowych o 0,25-0,5 punktu procentowego pod koniec roku, to agencja ratingowa Fitch przewiduje, że na koniec 2018 r. stopa referencyjna może wynieść 2,5 proc., co oznaczałoby wzrost aż o 1 punkt procentowy. Naszym zdaniem najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest pozostawienie stóp na poziomie 1,5 proc. Podwyżka mogłaby nastąpić jedynie w przypadku jednoczesnego utrzymywania się wysokiego tempa wzrostu płac, inflacji trwale przewyższającej 2,5 proc. z tendencją wzrostową oraz dynamiki PKB przekraczającej 4,5 proc. z perspektywą jedynie niewielkiego spowolnienia w 2019 r.

Na giełdach nie będzie łatwo

W 2018 r. trudno liczyć na tak dobre wyniki, jakie były możliwe do osiągnięcia na niemal wszystkich giełdach w minionych dwunastu miesiącach. Nie oznacza to, że należy się obawiać poważniejszego załamania, ale trzeba się liczyć z większymi spadkowymi korektami oraz podwyższoną zmiennością notowań, a więc zjawiskami, od których inwestorzy zdążyli się odzwyczaić. Choć ostateczny bilans nadchodzącego roku powinien być dodatni, to skala wzrostu indeksów będzie raczej jednocyfrowa.

Hossa na Wall Street trwa już dziewięć lat, a niemal 20 proc. zwyżka głównych indeksów z 2017 r. należała do najbardziej dynamicznych w całym tym okresie. Wyceny akcji stały się już mocno wyśrubowane, a perspektywa wzrostu zysków spółek jest raczej umiarkowana. Rynkowi może zacząć ciążyć zaostrzanie polityki pieniężnej przez Fed, umocnienie dolara oraz obawy przed spowolnieniem gospodarczym, które może mieć miejsce w 2019 r. Choć sytuacja na głównych giełdach europejskich jest podobna, to jednak są dwie istotne różnice: o wiele niższe niż w Stanach Zjednoczonych wyceny akcji oraz wciąż bardziej korzystne warunki monetarne, utrzymywane przez EBC. Ewentualne osłabienie się wspólnej waluty może stanowić dodatkowy impuls wzrostowy zarówno dla wyników finansowych europejskich firm, jak i indeksów we Frankfurcie i Paryżu.

Kondycja i perspektywy polskiej gospodarki powinny sprzyjać rynkowi akcji. Trzeba jednak pamiętać, że koniunktura w segmencie największych spółek zależy w głównej mierze od nastawienia globalnego kapitału do rynków wschodzących. WIG20 w 2017 r. wzrósł o 24 proc., ale w ujęciu dolarowym, czyli z punktu widzenia inwestorów zagranicznych, zwyżka sięgnęła 45 proc., stawiając nasz indeks w ścisłym gronie światowych liderów. Będący punktem odniesienia MSCI Emerging Markets zyskał „jedynie” 32 proc. Przewaga WIG20 wynikała między innymi z nadrabiania zaległości z poprzednich lat, gdy pozostawał w tyle. Utrzymanie się w czołówce drugi rok z rzędu może być zadaniem o wiele trudniejszym. Dodając do tego ograniczone możliwości wzrostu zysków największych spółek oraz perspektywę spowolnienia dynamiki PKB w 2019 r., można liczyć na kilkuprocentową zwyżkę WIG20 w skali roku. Tegoroczny wynik ma szansę powtórzyć mWIG40, rosnąc o około 10 proc. Średnie spółki mają potencjał do poprawy wyników finansowych i możliwości wykorzystania dobrej koniunktury w kraju i na świecie. Bardziej zdecydowanej poprawy można oczekiwać po segmencie najmniejszych firm. sWIG80, notujący jedynie symboliczną zwyżkę, to największe rozczarowanie i zaskoczenie mijającego roku. Z jednej strony małe spółki nie zachwycały wynikami, odczuwając ciemniejsze strony gospodarczego ożywienia, czyli wzrost kosztów surowców i zatrudnienia, z drugiej zaś na notowaniach odbijał się dotkliwy brak kapitału, gotowego angażować się w akcje małych spółek. Ostatnie tygodnie przyniosły sygnały pozytywnych zmian w tym sektorze, jest więc bardzo prawdopodobne, że koniunktura ulegnie wyraźnej poprawie.

Patrząc szerzej, z perspektywy przeciętnego posiadacza oszczędności, można się w najbliższych miesiącach spodziewać kontynuacji dotychczasowych tendencji, a więc utrzymania oprocentowania lokat bankowych na bardzo niskim poziomie, co przy nasilającej się inflacji jeszcze bardziej zniechęci do tej formy i skłoni do poszukiwania lepszych możliwości. Najbardziej ostrożni będą zwracać się w kierunku obligacji skarbowych, z których jedynie część będzie w stanie ochronić realną wartość kapitału. Bardziej odważni mogą szukać wyższych zysków na rynku akcji i obligacji korporacyjnych. Zdecydowanie utrzymać się powinno duże zainteresowanie zakupem nieruchomości w celach inwestycyjnych, do czego skłaniać będzie coraz bardziej widoczny wzrost cen nieruchomości oraz nadal atrakcyjne zyski z najmu.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

We Wrocławiu powstanie dolina startupowa

Business Link i Skanska podpisały właśnie umowę o współpracy, dzięki której już we wrześniu 2018 roku we Wrocławiu powstanie niezwykła dolina startupowa. To całkowicie nowy model przestrzeni dla rozwoju biznesu wypracowany wspólnie przez jednego z największych deweloperów w Europie oraz największą sieć coworkingu w tej części kontynentu i jednocześnie ekosystem łączący startupy i korporacje. Wcześniej podobne strefy uruchomiliśmy w Warszawie i Poznaniu. Teraz czas na Wrocław – mówi Dariusz Żuk – Prezes Business Link.

Nowa strefa biznesu dla startupów powstanie wokół powierzchni biurowych umiejscowionych w nowej inwestycji Skanska Property Poland – Green2Day. To elegancki w swojej prostocie biurowiec zlokalizowany przy ul. Szczytnickiej 11, który zapewni pracownikom najwyższy komfort wnętrz.

Startupy i międzynarodowe firmy będą mogły korzystać z prawie 4 tysięcy mkw. powierzchni, w której zlokalizowanych zostanie 130 biur zamkniętych, 36 miejsc coworkingowych, 24 dedykowanych biurek i 6 sal spotkań. Przy tworzeniu projektu wnętrz architekci zainspirowali się ulotnymi momentami z różnych zakątków świata. Energia wyjątkowej przestrzeni połączona z energią jej mieszkańców stworzy naprawdę zaskakujące efekty. W tym miejscu zatrą się granice między pracą i pasją, koniecznością i przyjemnością. Ale to nie sama przestrzeń biurowa stanowi o wyjątkowym charakterze tego miejsca.

Wypracowaliśmy całkowicie nowy model współpracy świata startupów i świata korporacji. Nasz model  nazwaliśmy bChange. To model, dzięki któremu obie strony mogą rozwijać się szybciej niż dotychczas. Korporacje zyskują nową energię i wracają do idei, które leżały u podstaw ich powstawania, a startupy otrzymują paliwo do szybszego rozwoju w postaci zleceń i współpracy z globalnymi brandami – mówi Dariusz Żuk, który kilkanaście lat temu wspólnie z grupą znajomych zakładał w Polsce pierwsze Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości i rozpoczynał rewolucję startupową w Polsce, a dziś jest CEO ekosystemu Business Link. – Dziś przestrzenie coworkingowe dostarczają swoim najemcom różnego rodzaju programy akceleracyjne, animacyjne czy eventy. Dla nas to za mało. My chcemy być facylitatorem współpracy startupów i korporacji, bo wiemy, że to z tej współpracy zrodzi się całkowicie nowy model biznesu. Dziś zapraszamy korporacje i startupy działające we Wrocławiu do tworzenia tego nowego modelu. Zapraszamy ich do doliny startupowej Business Link – dodaje Dariusz Żuk.

Współpraca Skanska i Business Link zgodnie z zapowiedziami nabiera odpowiedniego rozpędu. Łączymy nasze doświadczenia związane z kreowaniem nietuzinkowych przestrzeni biurowych, w których ludzie chcą przebywać i rozwijać swoje pomysły. Business Link zyska dzięki nowej lokalizacji we Wrocławiu znakomitego sąsiada w postaci Uniwersytetu Wrocławskiego, a wrocławianie i najemcy Green2Day nowoczesną powierzchnię biurową na wyciągnięcie ręki – podkreśla Ewelina Kałużna, dyrektor ds. wynajmu i zarządzania wartością portfela w spółce biurowej Skanska.

Green2Day wydaje się idealnym miejscem dla takiej współpracy. Biurowiec składa się z 7 kondygnacji naziemnych i 2 podziemnych, z 231 miejscami parkingowymi dla najemców. Green2Day swoją nazwą nawiązuje do sąsiedniego biurowca Green Day, zlokalizowanego tuż obok, przy ul. Szczytnickiej 9. Przestrzeń w biurowcu Green2Day ma zagwarantować wysoką jakość biur i elastyczność ich najmu. Biura i coworking w Business Link można wynajmować nawet na trzy miesiące, a okres wypowiedzenia wynosi tylko miesiąc.

Business Link istnieje od 6 lat. W jego ekosystemie rozwinęło się już ponad 21 000 przedsiębiorców, a z jego przestrzeni korzystały takie marki jak Twitter, Uber czy Brand24. Najnowsza inwestycja we Wrocławiu jest częścią ogólnopolskiej i międzynarodowej ekspansji Business Link. W ciągu najbliższych lat w Europie Środkowo-Wschodniej powstanie ok. 12 nowych lokalizacji Business Link o łącznej powierzchni od 45 do 50 tysięcy mkw.

Otwarcie wrocławskiej inwestycji Business Link zaplanowane jest na wrzesień 2018 roku.

2017 rok najlepszy dla branży transportowej od trzech lat

Odczyt „Barometru EFL”[1] dla transportu na IV kwartał tego roku wyniósł aż 63,8 pkt. i był drugim najwyższym w tym roku. Co więcej, firmy transportowe oceniły swoją sytuację lepiej niż w III kwartale br. (59,3 pkt.) oraz w analogicznym okresie ubiegłego roku (55,8 pkt.). Dobry wynik to zasługa przede wszystkim optymizmu dotyczącego inwestycji, których wzrostu spodziewa się ponad 38% przedsiębiorców w branży. Tym samym dla przewoźników 2017 rok był najlepszym od początku 2015 roku, od kiedy EFL realizuje badanie.

– Na początku tego roku branża transportowa zanotowała jeden z niższych wyników w historii naszego badania, co było z pewnością następstwem ubiegłorocznych nastrojów. Jednak w kolejnych kwartałach widzimy znaczne odbicie – odczyty za II, III i IV kwartał są najwyższe dla tego obszaru od początku 2015 roku – co oznacza, że polskie firmy transportowe są jednymi z najsilniejszych w Europie i szybko potrafią wyjść na prostą. To bardzo dobry prognostyk na nadchodzący rok, bo krajowi przewoźnicy mają ogromny udział w budowaniu PKB naszego kraju i są jednymi z najbardziej cenionych w całej Europie – mówi Radosław Kuczyński, Prezes EFL.

Transport z drugim najlepszym wynikiem w historii

W IV kwartale br. subindeks „Barometru EFL” dla branży budowlanej wyniósł 63,8 pkt. Jest to wynik nie tylko lepszy niż w poprzednim kwartale (+4,5 pkt.), ale i rok temu (+8 pkt.). Powodów do optymizmu jest jednak więcej. Biorąc pod uwagę wszystkie cztery tegoroczne pomiary, 2017 rok był najlepszym od trzech lat. Trzy subindeksy (za II, III i IV kwartał) należą do najwyższych w historii badania, czyli od I kwartału 2015 roku. Warto też spojrzeć na nastroje firm transportowych w porównaniu do wyników pozostałych pięciu badanych branż (handel, HoReCa, produkcja, budownictwo, usługi). Pomiar dla transportu na IV kwartał tego roku jest drugim najwyższym wynikiem – wyższy uzyskała budowlanka (66,7 pkt.)

Przewoźnicy będą więcej inwestować

Bardzo dobre nastroje w branży transportowej to przede wszystkim pochodna pozytywnych prognoz dotyczących inwestycji. Pod koniec tego roku 38,1% firm transportowych spodziewa się więcej inwestować. To lepszy wynik niż kwartał wcześniej (28,3%) oraz rok temu (31,1%). Przedstawiciele branży transportowej liczą również na większe zamówienia w porównaniu do analogicznego okresu 2016 roku – 27,5% vs. 17,5%. Warto zauważyć, że przewoźnicy nie obawiają się również o swoją płynność finansową. Lepszej spodziewa się więcej niż jedna czwarta zapytanych (28,8%), podczas gdy rok temu tylko 12,5%.

2017 lepszy niż 2016 dla całego sektora MŚP

Główny odczyt „Barometru EFL” za IV kwartał 2017 roku wyniósł 58,2 pkt. i wciąż znajduje się ponad progiem OR[2]. Zgodnie z przewidywaniami ekspertów EFL pomiędzy III a IV kwartałem br., podobnie jak to miało miejsce rok temu, wartość Barometru spadła (o 1,1 pkt.). Warto jednak podkreślić, że wartość wskaźnika jest wyższa nie tylko niż w IV kwartale ubiegłego roku (55,3 pkt.), ale w porównaniu do wszystkich pomiarów z 2016 roku. To oznacza, że mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa, pomimo odrobinę gorszych prognoz, cały czas widzą szanse na rozwój w najbliższych miesiącach.

[1] Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 6-13 listopada 2017 r.

[2] Próg OR jest podstawową miarą analityczną zastosowaną do wyników badania, który stanowi algorytm stworzony na podstawie danych zgromadzonych w trakcie badania przedsiębiorców. Przyjmuje on wartości od 0 do 100, przy czym zagregowany wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują sprzyjające warunki do rozwoju sektora MŚP, natomiast wynik niższy oznacza, że warunki te są niekorzystne. Zatem poziom 50 pkt. stanowi próg OR, czyli poziom ograniczonego rozwoju.

10 lat Polski w Schengen

Przekraczanie granicy, dziś w większości Europy ledwie zauważalne, kiedyś zabierało czas, wiązało się z procedurami. Oczekiwanie w kolejce, kontrole paszportu, bagażnika, odpowiedzi na pytania o cel podróży – to nie zawsze było miłe. Ale były też czasy, gdy z Polski za granicę mogli wyjeżdżać tylko nieliczni.

– Bardzo wiele zmieniło się równo 10 lat temu. W nocy z 20 na 21 grudnia 2007 r. podróżowanie po Europie nagle stało się dla Polaków o wiele łatwiejsze – mówi Bartosz Grejner, analityk rynkowy portalu finansowego Cinkciarz.pl.

Czteromilionowa przestrzeń swobody

Polska oficjalnie witała się z Europą otwartych granic w dolnośląskiej wsi Porajów, położonej po sąsiedzku z Niemcami i Czechami oraz w Budzisku na granicy z Litwą. Szefowie trzech państw oraz unijni oficjele przemawiali, padali sobie w ramiona, a tzw. zwykli obywatele mogli bez żadnych przeszkód wybrać się za granicę na spacer. Przy innych przejściach granicznych Polacy także cieszyli się z wejścia do strefy Schengen. Na plaży w Świnoujściu symbolicznie rozcinali zasieki.

Nazwa strefy wywodzi się od miejscowości w Luksemburgu. W czerwcu 1985 r. właśnie w Schengen przedstawiciele pięciu krajów (Belgii, Francji, Holandii, Luksemburga, RFN) podpisali porozumienie o stopniowym likwidowaniu przejść i kontroli granicznych. Wyrażoną wtedy wolę zrealizowali 10 lat później. Ich idea stopniowo rozprzestrzeniła się na niemal cały kontynent.

– Po wstąpieniu do strefy Schengen Polacy zaczęli o wiele więcej podróżować za granicę, wg danych OECD, ich liczba zwiększyła się w latach 2008-2016 o blisko 50 proc. Zadziałało to także w drugą stronę, tzn. więcej zagranicznych turystów przyjechało do Polski, w tym samym okresie ich liczba wzrosła o 35 proc – mówi analityk Cinkciarz.pl.

Wydarzenie z grudnia 2007 r. stanowiło przełom nie tylko w Polsce. Wraz z naszym krajem do Europy bez granic wchodziły także: Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Malta, Słowacja, Słowenia i Węgry. Dziś przestrzeń swobodnego przemieszczania się tworzy aż 29 państw, a wolę przystąpienia do strefy sformułowały cztery kolejne.

Od Skandynawii po skraj Półwyspu Iberyjskiego przez ponad cztery miliony kilometrów kwadratowych z reguły można podróżować swobodnie. Wyjątki powstają najczęściej tylko w sytuacjach zagrożenia. Np. latem tego roku Niemcy, organizując szczyt G20, na miesiąc przywrócili kontrole na swoich granicach. Podobnie działo się też kilka miesięcy wcześniej, gdy kilka krajów ograniczyło swobodny ruch z uwagi na kryzys migracyjny.

Zanim runęły mury

Ogólnie jednak w strefie Schengen podróżowanie odbywa się bez przeszkód, a korzystający z tego udogodnienia nastoletni Polacy nie mogą pamiętać, jak to wyglądało, zanim runęły mury, a zagranica, którą mogliśmy poznawać, składała się zasadniczo z bratnich państw socjalistycznych.

Przez kilkadziesiąt lat w powojennej Polsce nie istniały kantory, pierwszy z nich powstał ponoć dopiero w 1989 r. Wcześniej wymiana walut była zasadniczo nielegalna. Zresztą ludzie i tak częściej potrzebowali np. dolarów, marek czy funtów bardziej po to, by lokować w nich swoje oszczędności, niż na wycieczkę. W latach 50 -70 klucze do zagranicznych wyjazdów, czyli paszporty, polskie władze wydawały obywatelom niechętnie, najczęściej tylko na wyjazdy służbowe lub na tzw. zaproszenie. Po powrocie do kraju paszport należało zwrócić do biura paszportowego, które mieściło się w lokalnej komendzie milicji. Na forach historycznych można wyszperać dane, że w latach 60. przez cały rok z Polski do krajów kapitalistycznych wyjeżdżało ledwie ok. 50 tys. osób oraz ok. dwa razy więcej do krajów socjalistycznych.

W latach 70. dużo łatwiejsze stały się wycieczki do NRD i Czechosłowacji, lecz od zachodniej Europy Polaków ciągle oddzielała kurtyna, za którą nie dawało się ot, tak zwyczajnie wychylić. Przeszkodę stanowiły nie tylko problemy paszportowe, ale także wizy i koszty. Nieliczne wycieczki były w zderzeniu ze średnimi zarobkami pracowników w Polsce absurdalnie drogie.

Dopiero pod koniec lat 80. każdy dorosły Polak mógł sobie wyrobić wieloletni paszport na wszystkie kraje świata i trzymać ów dokument stale w domu. Jak bardzo Polacy tęsknili za taką chwilą, mówiły tłumy chętnych przed biurami paszportowymi. Powstawały komitety kolejkowe, listy obecności, całonocne dyżury – wielu ludzi marzyło o przepustce do zagranicznych wyjazdów, choćby do Berlina Zachodniego, w którym 1989 runął mur przez 28 lat dzielący miasto na dwa państwa.

Nie godząc się na zakazy

Dziś wydaje się nieprawdopodobne, że ledwie kilkadziesiąt lat temu w komunistycznej Polsce ludzi, którzy chcieli żyć i zarabiać w innym państwie, propaganda piętnowała niczym “zdrajców i sprzedawczyków”. Mimo to Polaków ciągnęło w świat. Nasz kraj tkwił w środku Europy niczym zamknięta strefa z pilnie strzeżonymi granicami, dlatego tzw. zwykli obywatele, ale także gwiazdy sportu czy artyści porywali się na ucieczki, nierzadko brawurowe. Innymi sposobami na emigrację stawały się wyjazdy legalne, na których wyjeżdżający odmawiali powrotu do kraju i prosili o azyl, czyli zalegalizowanie pobytu za granicą.

Często decydowały o tym względy ekonomiczne, ale też kwestie światopoglądu, polityki, bądź po prostu wola sprzeciwu przeciwko zakazom. Później na kanwie historii najbardziej spektakularnych ucieczek powstawały książki, filmy, reportaże. Twórcy brali na warsztat wzięte z życia pasjonujące historie: np. o ucieczce znanego piłkarza przez okno hotelowego pokoju przy okazji wyjazdu na pucharowy mecz z zagraniczną drużyną, o porwaniu statku lub samolotu, o ukrywaniu się wśród bagaży, albo w konstrukcji podwozia ciężarówki, o rejsach kutrami rybackimi do Danii lub Szwecji.

Najpierw Unia, później Schengen

Wejście Polski do Unii Europejskiej w 2004 r. oraz przystąpienie do strefy Schengen, które zaczęło obowiązywać w grudniową noc 2007 r., dało Polakom nie tylko wygodę w podróżowaniu po Starym Kontynencie. Dziś obywatele naszego kraju mogą też wybrać kraj, w którym chcą mieszkać, pracować, korzystać ze świadczeń medycznych czy emerytalnych.

Dane statystyczne mówią, że coraz więcej ludzi korzysta z tego przywileju. – W 2004 r., w krajach Unii Europejskiej żyło 770 tys. Polaków. Ledwie rok później pierwszy raz złamaliśmy barierę miliona (1,2). Po kilku kolejnych latach w UE, ale poza Polską, mieszkało już ponad 2 mln Polaków, a dane GUS za 2016 r. mówią już o ponad 2,2 mln naszych rodaków, którzy zdecydowali się na unijną emigrację. Warto dodać, że wspomniane 2,2 mln to jednocześnie ogromna większość całej polskiej emigracji, którą GUS w ub.r. oszacował na nieco ponad 2,5 mln – mówi Bartosz Grejner, analityk rynkowy portalu finansowego Cinkciarz.pl. – Szacunki GUS mogą być jednak nieco konserwatywne. Dane OECD wskazują, że w samych Niemczech obecnie żyje ok. 1,3 mln Polaków, a w Wielkiej Brytanii niecały milion – mówi analityk Cinkciarz.pl.

Zmiany w rządzie w przyszły roku. Problemy Brexitu

Tegoroczne zmiany w rządzie ograniczyły się do stanowiska premiera i jego gabinetu. Wielka Brytania znów ma problem z tym jak realnie przebiegnie Brexit. Wzrost wynagrodzeń wysoki, ale poniżej oczekiwań. Zatrudnienie lepsze.

Kolejne zmiany w rządzie po Trzech Króli

Wczoraj zgodnie z zapowiedziami doszło do zmian w najbliższym otoczeniu premiera. Nowym szefem kancelarii został dotychczasowy wiceminister obrony Michał Dworczyk. Szefem gabinetu z kolei Marek Suski, dotychczas wiceszef klubu parlamentarnego PiS. Nie są to zmiany mające wpływ na rynki. Ważniejsze będą informacje, które poznamy po 6 stycznia. Z punktu widzenia inwestorów szczególnie ciekawie zapowiada się kto zastąpi Mateusza Morawieckiego na stanowiskach z których rezygnuje i ile będzie to osób. Najważniejszy wydaje się w tym kontekście stołek ministra finansów. Jeżeli nie będzie to postać wyrazista z zapleczem politycznym w partii rządzącej to rynki raczej zignorują zmianę. W takim scenariuszu można założyć, że będzie to zmiana czysto wizerunkowa bez wpływu na politykę gospodarczą. Największych zmian można się spodziewać, jeżeli stanowisko przejmie osoba kojarzona nie z finansami a z ideologią. Wtedy rynki mogą zrealizować zyski na umacniającym się złotym i przenieść kapitał gdzie indziej.

Kolejny problem z Brexitem

Wielka Brytania ma nie pierwszy zresztą problem w negocjacjach. Dotychczasowa wizja w której londyńskie city dostawało specjalne warunki współpracy na wspólnym rynku była bardzo korzystna. Po zapowiedzi głównego unijnego negocjatora, że tak nie będzie mamy kolejny słabszy sygnał dla funta. Bez specjalnych warunków rośnie ryzyko przeniesienia większej części miejsc pracy na kontynent. Po raz kolejny okazuje się, że warunki, które reklamowano Brytyjczykom w trakcie kampani referendalnej nie zostaną uzgodnione. W rezultacie nie może dziwić, że inwestorzy z coraz większym dystansem patrzą na funta, a Brytyjczycy w sondażach w większości są przeciwnikami procesu, za którym sami głosowali.

Wynagrodzeni już nie rosną tak szybko

W listopadzie wzrost wynagrodzeń w Polsce spowolnił do 6,5% z 7,4% w październiku. Wynik ten wcale nie jest zły. Szczególnie biorąc pod uwagę, że zatrudnienie rosło o 4,5% czyli 0,1% powyżej oczekiwań.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Polska – produkcja przemysłowa,
  • 14:00 – Polska – sprzedaż detaliczna,
  • 14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Związek Polskiego Leasingu przyjął strategię działania na lata 2018-2020

Związek Polskiego Leasingu, reprezentujący polski sektor leasingowy przyjął strategię na lata 2018 – 2020. Wśród obszarów priorytetowych dla polskiej branży leasingowej znalazły się działania odnoszące się do digitalizacji procesu leasingowego, projektów badawczych, motoryzacji czy otwarcie się na nowe trendy.

Dokument strategii, który został opracowany przez ekspertów ZPL na bazie wewnętrznego dialogu, prowadzonego z podmiotami zrzeszonymi w polskiej organizacji leasingowej, został jednogłośnie przyjęty podczas Nadzwyczajnego Walnego Zebrania Związku Polskiego Leasingu. Strategia definiuje na nowo misję ZPL, opierając ją na 5 filarach, wśród których należy wyróżnić: rozwój, bezpieczeństwo, wizerunek, jedność, platforma. Na poziomie spodziewanych efektów, strategia zakłada m.in. silniejszy głos branży w Polsce i Europie, większą aktywność grup roboczych działających w ramach organizacji, a także nowe inicjatywy.

Andrzej Krzemiński, Przewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu
Andrzej Krzemiński, Przewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu

„Znaczenie leasingu, a tym samym siła polskiej branży leasingowej wzrastają. Według badań opublikowanych ostatnio przez Komisję Europejską, leasing jest w Polsce najbardziej istotnym źródłem finansowania MŚP. Dane KE znajdują potwierdzenie w krajowych wynikach branży. W ciągu ostatnich 5 lat polska branża leasingowa rosła średniorocznie o 16,8 proc. Analizy ZPL wskazują też na to, że w 2017r. łączna wartość nowych kontraktów polskich leasingodawców może wynieść blisko 66 mld zł. Aby sprostać wyzwaniom, które stoją przed firmami leasingowymi w kolejnych latach, a tym samym przygotować się do zmian zachodzących na polskim rynku, jako branża opracowaliśmy i przyjęliśmy strategię działania Związku Polskiego Leasingu na lata 2018-2020. W pierwszej kolejności stawiamy na digitalizację procesu leasingowego, projekty badawcze oraz szeroko pojęty obszar motoryzacji. Nie zapominamy także o tak istotnych aspektach naszej działalności jak: prawo i podatki, rachunkowość, etyka, szkolenia oraz o działaniach zmierzających do zwiększenia bezpieczeństwa w obrocie gospodarczym” – powiedział Andrzej Krzemiński, Przewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu. 

Realizację nowej strategii będzie wspierał silniejszy Komitet Wykonawczy ZPL w składzie: Andrzej Krzemiński (Prezes Zarządu PKO Leasing S.A.), Ewa Łuniewska (Prezes Zarządu ING Lease Polska Sp. z o.o.), Marcin Balicki (Prezes Zarządu Millennium Leasing Sp. z o.o.), Grzegorz Borowiec (były Prezes Siemens FINANCE Sp. z o.o.), Radosław Kuczyński (Prezes Zarządu Europejskiego Funduszu Leasingowego S.A.), Artur Nowicki (Dyrektor Generalny Fraikin Region Europy Środkowej i Wschodniej), Leszek Pomorski (Członek Zarządu PZWLP) i Mieczysław Woźniak (członek zarządu Leaseurope).

Działania zdefiniowane w nowej strategii ZPL będą realizowane m.in. przy udziale zespołów i grup roboczych, działających w ramach Związku Polskiego Leasingu oraz pracowników biura ZPL. Eksperci branży leasingowej pracują społecznie na rzecz rozwiązań istotnych dla funkcjonowania polskich leasingodawców i ich klientów. W Związku działają: Grupa ds. digitalizacji, Grupa ds. rynku motoryzacyjnego, Grupa ds. rozwiązań prawnych, Grupa ds. rachunkowości, Grupa ds. statystyki i monitorowania rynku, Grupa ds. PR i marketingu oraz Zespół ds. przeciwdziałania wyłudzeniom. Związek liczy obecnie 31 członków, przy czym w latach 2016 – 2017, organizacja pozyskała sześć nowych podmiotów: Alior Leasing, BMW Financial Services, Fraikin Polska, Leasing Polski, PSA Finance Polska, Santander Consumer Multirent.

Szopi.pl pozyskał finansowanie w wysokości 3 mln zł

Szopi.pl, jeden z najprężniej i najszybciej rozwijających się polskich start-upów, umożliwiający robienie zakupów online, pozyskał kolejne źródło finansowania. Wsparcie w wysokości 3 mln zł, zapewni współpraca z funduszem Impera Alfa, inwestującym w innowacyjne polskie projekty.

– Współpraca z Impera Alfa to ważny krok w rozwoju Szopi.pl. Finansowanie pozwoli nam na dalsze inwestycje, zarówno technologiczne, jak i umożliwiające ekspansję firmy i pojawienie się naszego serwisu w kolejnych miastach Polski – mówi Zbigniew Płuciennik, CEO i twórca Szopi.pl.

Pozyskane środki właściciele Szopi.pl zamierzają zainwestować, m.in. w algorytm, dzięki któremu robiący w imieniu klientów zakupy szoperzy będą otrzymywać zadania w czasie rzeczywistym. – Takie rozwiązanie będzie unikalnym systemem przydziału zleceń, zbliżonym do stosowanych  przez firmy logistyczne. Pozwoli ono znacznie usprawnić system obsługi klienta. W naszym przypadku oznacza to szybsze dostawy zakupów do ich domów – mówi Zbigniew Płuciennik.

– Naszym celem jest wspieranie innowacyjnych start-upów, które mają szansę na komercjalizację. Istotnym czynnikiem, który zdecydował o naszym zainteresowaniu Szopi.pl było to, że firma zamierza inwestować w działalność badawczo-rozwojową. Mamy nadzieję, że dzięki naszemu wsparciu Szopi będzie rozwijać się równie dynamicznie jak dotychczas – mówi Andrzej Ziemiński, Członek Zarządu Impera Alfa. Impera Alfa to fundusz prowadzący działalność venture capital, współpracujący z Narodowym Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu BRidge Alfa.

Współpraca z Impera Alfa była możliwa, także dzięki doradztwu ekspertów firmy Equity Advisors.

Pozyskanie finansowania jest kolejnym sukcesem osiągniętym przez Szopi.pl w ostatnich tygodniach. Przez najbliższe sześć miesięcy przedstawiciele serwisu korzystać będą ze wsparcia w ramach programu Google. Launchpad Accelerator to międzynarodowy program organizowany przez globalny zespół Google Developers, dla szybko rosnących startupów z potwierdzoną historią sukcesów rynkowych (tzw. scale-ups). W tym roku program po raz drugi objął firmy z regionu Europy Środkowo-Wschodniej. W tej edycji Szopi.pl jest jedyną polską spółką, która się w niej znalazła.

Szopi.pl to start up, który stawia na technologie. Współtworzy go zespół doświadczonych programistów, po to by uruchomić w Polsce projekt, który w USA i Azji bije rekordy popularności. Wystarczy wspomnieć, że w ubiegłym tygodniu amerykański start-up Shipt został kupiony przez sieć Target za 550 mln dolarów.

Za 10-15 lat powstaną tzw. getta biedy, w których zostaną starsi i ubożsi Polacy

Prognozy ekspertów na temat skutków tego zjawiska są dość mocno podzielone. Jedni twierdzą, że tańsze ceny nieruchomości w mniejszych miejscowościach doprowadzą do wyludnienia miast. Będą pustoszały osiedla z wielkiej płyty i kwartały starych kamienic. Pogorszą się też warunki życia mieszkańców dużych aglomeracji. Powodem tego będzie m.in. odpływ sporej części podatników, którzy nadal będą korzystać z infrastruktury, pracując lub ucząc się w stolicy województwa. Dla odmiany, inni specjaliści uważają, że rozrastanie się podmiejskich gmin nie niesie ze sobą poważnych zagrożeń. Należy tylko przyspieszyć rozbudowę dróg i kolei, żeby nie doszło do paraliżu komunikacyjnego.

Zgodnie z danymi GUS-u, do 2030 roku wzrośnie liczba ludności zaledwie w 6 z 39 polskich miast, mających powyżej 100 tys. mieszkańców. Przewidywany jest natomiast rozwój gmin, skoncentrowanych wokół największych ośrodków miejskich. Jak podkreśla dr Łukasz Bernatowicz z Business Center Club, nastąpi to w podobny sposób, jak w całym cywilizowanym świecie, m.in. w Stanach Zjednoczonych czy w innych wysokorozwiniętych krajach Unii Europejskiej. Zdaniem eksperta, to nie są niepokojące zmiany.

– W mojej ocenie, rozwój podmiejskich gmin niesie ze sobą szereg zagrożeń. Ludzie, którzy masowo zaczną wyprowadzać się z miast, przestaną w nich płacić podatki, choć wciąż będą tam pracować. W trakcie codziennych dojazdów bardzo obciążą sieci drogowe i dodatkowo zanieczyszczą powietrze. Z czasem w wyludnionych wieczorami, dużych aglomeracjach pozostaną wyłącznie starsi i ubożsi ludzie. Będzie szerzyła się tam przestępczość. Taki proces był już widoczny w USA. Kilkadziesiąt lat temu powstały tam tzw. getta biedy. Ich mieszkańcy do dziś korzystają z pomocy społecznej. W Polsce będzie podobnie – komentuje Łukasz Sęktas, ekspert rynku nieruchomości, prezes zarządu TIARA Development.

Natomiast dr Łukasz Bernatowicz zaznacza, że nie da się odgórnie zatrzymać suburbanizacji. Ten proces będzie postępował dopóty, dopóki gminy będą atrakcyjnymi miejscami do życia dla ludności odpływającej z dużych miast. Granice rozwoju podmiejskich aglomeracji wyznaczą władze lokalne, wytyczając kolejne tereny pod nowe budownictwo. Jeżeli zaprzestaną takich działań, naturalnie zabraknie mieszkań dla przybyszów.

– Wyższe ceny nieruchomości w dużych miastach sprzyjają przeprowadzkom do pobliskich gmin. W ciągu kolejnych 10-15 lat suburbanizacja będzie kontynuowana. Szacuję, że do 2030 roku liczba ludności największych polskich aglomeracji spadnie średnio o 15%. Rozrosną się tylko obrzeża metropolii, w których najłatwiej będzie znaleźć pracę. Będą to powiaty: wrocławski, poznański oraz gdański, a pod Warszawą – m.in. piaseczyński, wołomiński i legionowski. Natomiast do 2050 roku miasta na Śląsku, tj. Zabrze, Chorzów czy Świętochłowice, stracą aż połowę mieszkańców. Z kolei Łódź zmniejszy się o jedną trzecią – prognozuje prezes Sęktas.

Jak przewiduje dr Bernatowicz, rozwój podmiejskich gmin ograniczy ostatecznie odległość pomiędzy domami i zakładami pracy. W którymś momencie punkt krytyczny zostanie przekroczony i nikt nie będzie już chciał pokonywać codziennie wielu dziesiątek kilometrów. Niemniej, przykład Stanów Zjednoczonych pokazuje, że nawet kilkadziesiąt kilometrów nie jest dla ludzi przeszkodą, by dojeżdżali do firmy i mówili, że mieszkają np. pod Chicago czy pod Los Angeles.

– Podmiejskie gminy oczywiście zyskają, gdy na ich obszarze wzrośnie liczba podatników. Wraz z nimi pojawiają się nowe firmy i punkty usługowe, które również będą odprowadzały daniny. Chcąc do tego doprowadzić, lokalne władze powinny przede wszystkim zadbać o uchwalony plan zagospodarowania. Określa on dopuszczalny rodzaj zabudowy na konkretnych działkach. Bez tego nowi mieszkańcy sami muszą starać się o liczne pozwolenia na wybudowanie wymarzonego domu i to może ich skutecznie zniechęcać do wyprowadzki z miasta – dodaje Łukasz Sęktas.

Tymczasem dr Bernatowicz zaleca, aby gminy współpracowały z miastami w zakresie rozbudowy infrastruktury drogowej i kolejowej. Jeśli rozwój komunikacji nie zostanie przyspieszony w całej Polsce, to dojdzie do paraliżu. Już dzisiaj obserwujemy duże zatłoczenie na drogach wjazdowych w godzinach porannych i popołudniowych, gdy większość ludzi zaczyna oraz kończy pracę. Udogodnieniem dla przemieszczających się osób powinien być bilet autobusowy, ważny na terenie miasta i w sąsiednich gminach. Wspólny system, zastosowany np. w stolicy i jej okolicach, daje ludziom poczucie komfortu.

– Codzienne podróżowanie do pracy będzie uciążliwe dla mieszkańców gmin, pomimo lepszej infrastruktury drogowej. Rozbudowane trasy nie zrekompensują im straty czasu na dojazdy, ani zwiększonych wydatków na paliwo. Wyprowadzka poza miasto może być szczególnie trudna dla rodzin z małymi dziećmi, które trzeba będzie wozić i odbierać ze szkół czy z dodatkowych zajęć – ocenia prezes TIARA Development.

Z kolei ekspert z BCC zwraca uwagę na to, że w Polsce, wbrew trendom zachodnioeuropejskim, większość ludzi „musi” pojechać do pracy własnym samochodem. Zamiast „wożenia” trzech pustych miejsc, warto porozumieć się z sąsiadami i wspólnie dojeżdżać z gminy do miasta. To samo dotyczy odbierania dzieci ze szkół. Jak podsumowuje dr Łukasz Bernatowicz, współpraca w obrębie społeczeństwa lokalnego może rozwiązać wiele tego typu problemów, m.in. ekologicznych.

Rośnie liczba upadłości polskich przedsiębiorstw

W 2017 roku upadło o 15 proc. przedsiębiorstw więcej niż w ubiegłym roku. Szacuje się, że w 2018 nastąpi dalszy, choć mniej dynamiczny wzrost i będzie to około 5 proc. więcej upadłości niż obecnie.

Podstawowym problemem przedsiębiorców są wydłużające się terminy płatności i rosnące zatory płatnicze. Wielu firmom w Polsce nie udało się wytworzyć wystarczającej poduszki finansowej, by móc przetrwać ewentualne problemy. Istnieją branże, w których zatory te są mniejsze. Należy do nich sektor dóbr szybko zbywalnych – żywność, chemia gospodarcza, kosmetyki – powiedział serwisowi eNewsroom Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes – Są to towary dostarczane do sklepów, gdzie sprzedaż detaliczna odbywa się szybko. Zatory są więc krótsze, ponieważ wszyscy płacą wcześniej, zwłaszcza w przypadku obrotu produktami szybko psującym się. W branżach tych marże w znacznej części są też niższe i zarabiają je głównie duzi, mocno skoncentrowani detaliści. Producenci jak i dystrybutorzy w tym sektorze muszą odpowiadać im rozmiarem, aby stanowić dla nich przeciwwagę lub rezygnować z części swojej marży, żeby w ogóle móc istnieć na rynku. Z tego powodu mogą mieć problemy z płynnością finansową – dodał Starus.

Sześć spraw, o których powinien pamiętać każdy przedsiębiorca i księgowy przed końcem roku

Koniec roku to szczególnie gorący czas dla przedsiębiorców oraz księgowych. Eksperci z firmy inFakt przedstawiają praktyczny przewodnik po tematach, o których koniecznie w tym czasie należy pamiętać.

Wyższe koszty = niższy podatek

Koniec roku to ostatni dzwonek na zakupy, dzięki którym podatek do zapłaty w tym roku będzie niższy. Warto więc pomyśleć jeszcze w grudniu o tym, czy na potrzeby prowadzonej działalności nie potrzebujemy towarów lub środków trwałych, możemy też opłacić z góry abonament za usługi na kilka miesięcy. –  Jednym z pomysłów może być również wzięcie samochodu w leasing z powiększoną pierwszą wpłatą własną – podpowiada Magda Sławińska-Rzemek, doradca podatkowy w inFakt, firmie oferującej nowoczesne rozwiązania księgowe. – Podstawę opodatkowania można także obniżyć, wpłacając darowiznę na cele charytatywne, organizacje pożytku publicznego bądź na cele kultu religijnego.

Jeśli z kolei przedsiębiorca planuje zakup środków trwałych o wartości od 3,5 do 10 tysięcy złotych – lepiej, aby poczekał z tym do 1 stycznia z uwagi na wchodzące niedługo w życie nowe regulacje prawne.

Korzyści ze złożenia PIT-a rocznego do 20 stycznia

Składając rozliczenie podatkowe za rok 2017 do 20 stycznia i płacąc do tego czasu należny podatek, nie będzie trzeba płacić zaliczki na grudzień. Termin 20 stycznia to data ostatecznego, terminowego uregulowania zaliczki na podatek dochodowy za grudzień lub IV kwartał roku poprzedniego. Stąd też osoby, które do tego dnia złożą zeznanie roczne, nie wpłacają tej zaliczki, tylko kwotę podatku (jeśli wystąpi) wyliczoną w składanym zeznaniu rocznym.

W przypadku złożenia zeznania rocznego po 20 stycznia, zaliczkę trzeba uregulować na konto urzędu skarbowego, a kwestia podatku będzie regulowana odrębnie. Jeśli podatnik w zeznaniu rocznym wykaże kwotę podatku do zwrotu, to urząd zobowiązany jest przekazać te środki w terminie  3 miesięcy od dnia złożenia zeznania rocznego w urzędzie skarbowym.

Dobry moment na zmianę formy opodatkowania

Raz w roku, do 20 stycznia, można zmienić formę opodatkowania. Pod koniec roku warto więc sprawdzić, czy osiągane dochody nie sprawiają, że można pomyśleć nad zmianą formy opodatkowania, np. podatkiem liniowym, jeśli dochód w skali roku przekroczy 85 528 złotych.

W celu dokonania zmiany należy zawiadomić w formie pisemnej właściwego naczelnika urzędu skarbowego o wyborze innej formy opodatkowania. Naczelnik urzędu skarbowego musi od podatnika otrzymać pismo z informacją o zmianie. Ta czynność daje pewność podatnikowi, że US wie o zmianie.

Spis z natury obowiązkowy na koniec roku

Spis z natury jest obowiązkiem każdego podatnika na koniec każdego roku podatkowego. Sporządzenie go jest konieczne także w przypadku, kiedy spis z natury jest zerowy lub gdy przedsiębiorca zawiesił działalność gospodarczą. Dobrą wiadomością jest natomiast to, że nie ma już tego obowiązku na 1 stycznia kolejnego roku podatkowego, jeśli sporządziło się go za poprzedni.

W spisie z natury należy wykazać towary handlowe, materiały, odpady itp. Muszą być w nim uwzględnione także te towary, które znajdują się fizycznie z jakichś przyczyn u kontrahenta. Jeśli z kolei przedsiębiorca przechowuje towary kontrahenta, musi wskazać, do kogo one należą, ale ich nie wycenia. Wpis w książce przychodów i rozchodów powinien znaleźć się pod datą 31 grudnia.

Roczna korekta VAT konieczna przy sprzedaży mieszanej

Przedsiębiorca, który w ramach swojej działalności prowadzi sprzedaż mieszaną, czyli świadczy usługi zarówno zwolnione, jak i opodatkowane VAT-em i odlicza go wg wskaźnika proporcji, powinien pamiętać o korekcie VAT na koniec roku.

Korektę należy dokonać w deklaracji VAT, składanej za pierwszy okres rozliczeniowy roku następnego po roku podatkowym, za który sporządzamy korektę.

Główne zmiany przepisów na 2018

Najważniejsze zmiany, które wejdą w życie w 2018 roku to obowiązek składania Jednolitego Pliku Kontrolnego oraz split payment – czyli mechanizm podzielonej płatności w przypadku VAT (najprawdopodobniej od lipca 2018 roku).

Planowaną zmianą, która już teraz budzi spore zainteresowanie, jest reforma dotycząca funkcjonowania kas fiskalnych. Mają one być połączone z nowo utworzonym Centralnym Repozytorium Kas za pośrednictwem internetu oraz przesyłać do niego informacje zgodne ze strukturą JPK. W praktyce oznacza to wymianę kas fiskalnych na takie, które spełniają nowe wymogi Ministerstwa Finansów.

Bieżące podekscytowanie

Optymizm związany z ustawą podatkową USA napędza wzrosty indeksów giełdowych, ale na FX panuje flauta. W dłuższym horyzoncie ważniejsze od podpisania ustawy będzie faktyczna efektywność nowych przepisów. Na razie jednak nikt nie chce sobie psuć nastrojów przed świętami.

Z każdym dniem jest coraz trudniej o ciekawy komentarz rynkowy, kiedy praktycznie stojący w miejscu nie pomaga w pracy analityka. Ostatnie 24 godziny to głównie zielona fala indeksów giełdowych przez Azję, Europę, USA i teraz częściowo ponownie Azję (wzrosty w Chinach, ale już nie w Japonii i Korei). Tylko że katalizatorem wzrostów są nadzieje na uchwalenie reformy podatkowej w USA, a zatem temat już tak prześwietlony w ostatnich tygodniach, że powtarzanie go jeszcze raz byłoby torturą dla czytelników. Wystarczy powiedzieć, że najnowsze informacje z Waszyngtonu sugerują, że Republikanie zgromadzili wystarczającą ilość głosów, by uchwalić ustawę. Dziś Kongres startuje do głosowania w Izbie Reprezentantów, a potem dokument trafia do Senatu, a dalej na biurko prezydenta Trumpa. Jak wszystko się powiedzie (bardzo prawdopodobne), rynek się ucieszy (na chwilę), by dopiero po świętach zastanawiać się, na ile nowe przepisy wzmocnią gospodarkę. W tym kontekście dominuje sceptycyzm – nawet Fed po uwzględnieniu wpływu polityki fiskalnej dalej mierzy tylko w trzy podwyżki stóp procentowych w 2018 r. (tyle samo, ile przewidywał we wrześniu, kiedy nie brał pod uwagę reformy podatkowej). Podsumowując, nie liczmy na istotnego „kop” dla USD.

Mimo to magia świąt działa, ale przez „magię” rozumiem obniżoną płynność i nadzwyczajne ruchy cen aktywów. Wczoraj przez większą część dnia USD tracił, ale nagłe przebudzenie rynku długu w USA i rajd 10-latek do 2,39 proc. pozwolił na odbicie. Ale w tym czasie cena złota nie rezygnowała z utrzymania silnej pozycji i dziś na 1264 USD/oz poprawia 11-dniowe szczyty – dość dziwna reakcja przy umocnieniu USD i wzroście rentowności. W rezultacie nie zamierzam zbyt wiele wyczytywać ze zmian aktywów aż do 2 stycznia, gdyż nie widzę w tym sensu. Póki respektowane są lokalne zakresy wahań, wszytko wewnątrz pozostaje szumem.

Dziś w kalendarzu zaczynamy od niemieckiego indeksu Ifo. Miesiąc temu wzrósł on do rekordowych poziomów, więc teraz możliwe jest lekkie odreagowanie. Nastroje w niemieckim biznesie pozostają jednak bardzo dobre, co widać po wskazaniach PMI. Pozytywna niespodzianka wesprze EUR. W Polsce niekorzystny rozkład dni roboczych przyniesie miesięczny spadek produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej, ale dynamiki roczne pozostaną silne, podtrzymując wysokie oczekiwania dla dynamiki PKB w IV kw. Dla złotego dane jednak nic nie zmienią. Z USA dane o pozwoleniach na budowę domów i rozpoczętych budów są drugorzędne i zginą w cieniu doniesień z Kongresu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czy 2018 rok przyniesie ze sobą kryzys finansowy?

W ostatnim czasie na rynku coraz mniej mówi się o prawdopodobieństwa wystąpienia kryzysu finansowego, wszystkie oczy zostały skierowane w stronę kryptowalut. Czy słusznie? Nie, ponieważ do kryzysu globalnego spowodowanego przez rynek akcji w Stanach Zjednoczonych zbliżamy się wielkimi krokami.

Na ostatnim posiedzeniu Rezerwy Federalnej stopy procentowe zostały podwyższone, był to scenariusz w pełni zdyskontowany przez rynek. FED w dalszym ciągu uparcie dąży do trzech podwyżek stóp procentowych w 2018 roku oraz prognozuje dwie na 2019 rok, do których prawdopodobnie nigdy nie dojdzie.

Spread rentowności – zbliżają się kłopoty

Nadchodzące kłopoty zwiastuje spadek spreadu rentowności pomiędzy 10 letnimi i 2 letnimi obligacji.

spread rentownosci

Źródło: Bloomberg

Powyższa grafika przedstawia różnicę pomiędzy rentownością długoterminowych oraz krótkoterminowych obligacji. Z kolei linia czerwona wyznacza poziom zerowy. Trzy ostatnie recesje zostały zapowiedziane przez spadek rentowności poniżej 0. Było to jednoznaczne z zaprzeczeniem praw ekonomii. Krótkoterminowe pożyczki stały się o wiele droższe od tych długoterminowych. Poniżej poziomu linii zera pojawiły się także problemy z płynnością na rynku międzybankowym, banki zaczęły ściągać dług z rynku – każdy szukał wolnej gotówki. W takich warunkach rynkowych także i brokerzy likwidowali linie kredytowe dla swoich klientów.

Różnica w rentowności systematycznie spada od zakończenia QE wprowadzonego przez Rezerwę Federalną. Przez 2017 rok spread spadł o 75 punktów bazowych, jeżeli trend zostanie utrzymany, to w 2018 roku znajdzie się na poziomie -0.25 proc., co oznaczałoby recesję. W związku z tym największe prawdopodobieństwo wystąpienia recesji przypada na IV kwartał 2018 roku oraz na początek 2019 roku.

Buffet Indicator

Kapitalizacja giełdy amerykańskiej wynosi już 133 procent amerykańskiej gospodarki, co zostało zobrazowane na powyższej grafice. Wycena giełdy mierzona PKB znalazła się wyżej niż w 2007 roku. Natomiast rekord przypada na 2000 rok, gdzie kapitalizacja giełdy w Stanach Zjednoczonych wynosiła już 150 procent PKB.

Buffett indicator

Reasumując, amerykańskie akcje na tle gospodarki Stanów Zjednoczonych są bardzo drogie. Niemniej jednak różnica w oprocentowaniu długoterminowego i krótkoterminowego długu nie wskazuje na większą przecenę akcji w pierwszej połowie 2018 roku.

Banki centralne – zmiana globalnej polityki monetarnej

Od 2009 roku banki centralne zaczęły dostarczać płynność na rynek kapitałowy w postaci QE. Jako pierwsza wychyliła się Rezerwa Federalna, w jej ślady poszły pozostałe największe banki centralne na świecie. Według Deutsche Banku od 2018 roku banki centralne zamierzają zmniejszyć skalę luzowania ilościowego, natomiast Rezerwa Federalna zacznie wyprzedaż papierów wartościowych zgromadzonych podczas programu QE.

rolling 12 month balance sheet

SP500 – analiza techniczna

Z punktu widzenia analizy technicznej możemy mówić o słynnym powiedzeniu „sky is the limit”. Od listopada 2016 roku indeks S&P 500 znajduje się w nieustannym trendzie wzrostowym przerywany bardzo małymi korektami. Opory znajdują się jedynie na psychologicznych poziomach jak 2700 czy też 2800 punktów. Jeżeli obecne wzrosty utrzymają się, to do czasu kryzysu finansowego indeks prawdopodobnie dotrze w okolicę 2900 punktów.

Notowania S&P 500, interwał dzienny

notowania sp500

Źródło: Admiral Markets

Sztuczna inteligencja zrewolucjonizuje życie ludzi. Wzajemna współpraca i integracja poszczególnych systemów istotnym wyzwaniem w przypadku internetu rzeczy

Sztuczna inteligencja zrewolucjonizuje życie ludzi. Wzajemna współpraca i integracja poszczególnych systemów istotnym wyzwaniem w przypadku internetu rzeczy 1

Rozwój technologii niesie możliwość podłączenia do internetu coraz większej liczby urządzeń. Ta funkcjonalność dostępna jest już dla każdej branży i dziedziny życia. Możliwość skomunikowania ze sobą poszczególnych elementów systemu i wymiana informacji pomiędzy nimi to nadrzędna idea przemysłowego internetu rzeczy. Wyzwaniem dla specjalistów IIoT podczas wdrażania poszczególnych systemów jest właśnie ich odpowiednie przygotowanie do wzajemnej integracji.

Zaprojektowanie rozwiązań z obszaru IIoT (Industrial Internet of Things) niesie za sobą wiele wymagań. Nie tylko dla wdrażających je ekspertów, lecz także producentów osprzętu wchodzącego w skład konkretnych systemów. Całość musi bowiem ze sobą współpracować.

– Prawdziwy obraz zastosowania technologii związanych z IIoT czy przemysłem 4.0 obserwujemy wtedy, kiedy produkt do klienta jest customizowany automatycznie przez wszystkie systemy na liniach produkcyjnych na jego życzenie. To wymaga wzajemnej integracji wszystkich używanych rozwiązań. Jednocześnie obserwuje się też coraz większe przenikanie światów IT i otwartych technologii, czyli świata automatyki przemysłowej, co jest również niemałym wyzwaniem przy wdrażaniu tego typu aplikacji i systemów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Mirosław Zwierzyński z firmy Elmark Automatyka.

Obecnie możemy podłączyć do internetu już większość urządzeń elektronicznych, które po takim podłączeniu nazywa się powszechnie inteligentnymi. Na dzień dzisiejszy nie możemy jednak mówić o inteligentnych maszynach czy rozwiązaniach bez pracy człowieka. Tylko on jest w stanie stworzyć odpowiednie algorytmy i procedury.

– Sztuczna inteligencja to wynik pracy człowieka. Myślę, że do takiego momentu, gdy zaczniemy mówić o naprawdę prawdziwej sztucznej inteligencji, jeszcze trochę nam brakuje. Natomiast wykorzystywanie konkretnych elementów i części inteligentnych systemów – to już się dzieje i obserwujemy na co dzień w naszym życiu i pracy – dodaje Mirosław Zwierzyński.

Specjalista podkreśla, że nie powinniśmy się obawiać sztucznej inteligencji. W pewnym stopniu zrewolucjonizuje ona życie ludzi, a automatyzacja i robotyzacja będą im odbierać pracę, zwłaszcza manualną. Z drugiej strony taki rozwój technologii przyniesie coraz większe zapotrzebowanie na wysoko wykwalifikowanych pracowników, którzy będą w stanie dostarczać i czuwać nad tego typu rozwiązaniami.

– Sztuczna inteligencja już w jakimś stopniu rewolucjonizuje życie ludzi i to, co nas otacza, w pewnych kręgach może to być odbierane jako pewnego rodzaju zagrożenie. Automatyzacja i robotyzacja w jakimś stopniu odbierają pracę manualną ludziom. Z drugiej strony jest to rzecz, która tworzy zapotrzebowanie na coraz większą liczbę specjalistów, wysoko wykwalifikowanych pracowników, którzy będą w stanie taką technologię dostarczać –przekonuje ekspert.

W ubiegłym roku wielkość rynku sztucznej inteligencji na świecie została wyceniona na 641,9 mln dol. To dane Grand View Research na podstawie bezpośrednich źródeł przychodów. Jak wynika z raportu Markets and Markets, w 2022 roku wartość globalnego rynku AI może wynieść ponad 16 mld dol., wzrastając w najbliższych latach średniorocznie o blisko 63 proc.

System inteligentnych granic ma zwiększyć bezpieczeństwo obywateli UE. To odpowiedź na rosnący napływ imigrantów

System inteligentnych granic ma zwiększyć bezpieczeństwo obywateli UE. To odpowiedź na rosnący napływ imigrantów 2

Unia Europejska proceduje nowe rozporządzenie dotyczące bezpieczeństwa w strefie Schengen. Projekt Smart Borders ma ograniczyć problem nielegalnych imigrantów. Automatyczne sprawdzanie m.in. danych biometrycznych pozwoli na szybką weryfikację osób wjeżdżających i wyjeżdżających z terytorium Wspólnoty. Równolegle prace nad systemem inteligentnych granic prowadzą Polacy w ramach projektu finansowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Rozwiązanie ma być wdrożone na przejściach granicznych do końca 2020 roku.

System Smart Borders ma za zadanie uszczelnić zewnętrzne granice Unii Europejskiej, co ma się przełożyć na bezpieczeństwo obywateli. Projekt jest odpowiedzią m.in. na rosnący problem nielegalnych imigrantów.

– Każda osoba z kraju trzeciego, spoza strefy Schengen, pierwszy raz wjeżdżając do Unii Europejskiej, odda swoje dane biometryczne – wizerunek twarzy, cztery odciski palców oraz dane osobowe, które będą przechowywane na centralnym serwerze. Osoba ta, wyjeżdżając z UE, jest weryfikowana nie tylko wzrokiem funkcjonariusza Straży Granicznej, lecz także biometrycznie, co polepsza bezpieczeństwo granic. Z drugiej strony Unia Europejska ma wiedzę, kto wszedł i kto wyszedł z danego miejsca – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje ppłk Norbert Pałka z Instytutu Optoelektroniki WAT.

Prace konsorcjum złożonego z Instytutu Optoelektroniki Wojskowej Akademii Technicznej oraz firm JAS Technologie i Gemalto trwały blisko trzy lata. Ich efektem jest opracowanie systemu usprawniającego kontrolę graniczną, w pełni zgodnego z europejskimi wymaganiami.

– System składa się trzech stanowisk. Pierwsze to stanowisko stacjonarne odprawy granicznej, znamy je z lotnisk, wyjeżdżając poza strefę Schengen. Drugie to stanowisko automatyczne, a trzecie – mobilne, np. w autobusach na granicy wschodniej. Dodatkowym elementem są serwery centralne, gdzie wszystkie dane są zbierane i archiwizowane – informuje ekspert z Wojskowej Akademii Technicznej.

Rozwiązanie obejmuje automatyczne odczytywanie z paszportu danych biometrycznych, w tym m.in. odcisk palca czy zdjęcie twarzy i porównanie ich z danymi pobranymi od podróżującego. System dokonuje także weryfikacji w bazach danych. Co ważne, wszystkie informacje mają być dostępne w każdej chwili na dowolnym przejściu granicznym, gdyż są pobierane z centralnej bazy danych.

– Nasz system sprawdza, czy jest to ta sama osoba, czy zgadzają się odciski palców i wizerunek twarzy. Kolejnym krokiem jest również określenie, czy osoba nie była w Unii Europejskiej zbyt długo. Ma 90 dni w przeciągu 180 dni, jeśli przekroczy ten limit, uruchamiane są specjalne procedury – podkreśla ppłk Norbert Pałka.

System przeszedł już pomyślnie testy, również w warunkach zbliżonych do rzeczywistych. Decyzja o jego wdrożeniu leży w gestii Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Na poziomie wspólnotowym rozporządzenie dotyczące projektu Smart Borders jest na etapie uzgodnień. Na granicach ma zostać wdrożone najprawdopodobniej do końca 2020 roku.

Jak wynika z danych Straży Granicznej, w 2016 roku na przejściach granicznych na zewnętrznej granicy lądowej UE w Polsce przeprowadzono w sumie blisko 35 mln odpraw. Z kolei dane Komisji Europejskiej za 2009 rok mówią o 12,6 mln przekroczeniach granic wspólnoty na tydzień.

Portale coraz częściej ograniczają dostęp do treści użytkownikom programów blokujących reklamy. Rynek reklamy internetowej dynamicznie rośnie

Portale coraz częściej ograniczają dostęp do treści użytkownikom programów blokujących reklamy. Rynek reklamy internetowej dynamicznie rośnie 3

Najważniejszym trendem w reklamie online jest reklama wideo, natomiast coraz większe znaczenie ma dla rynku także reklama na urządzenia mobilne. W Polsce już 30 proc. całego ruchu w Internecie pochodzi z urządzeń mobilnych. Coraz większą popularność zyskuje jednak oprogramowanie blokujące reklamy. Tego typu programy występują głównie jako rozszerzenia do przeglądarek i są zainstalowane już na ponad 600 mln urządzeń na całym świecie. Zarabiające na reklamach portale coraz częściej decydują się na blokowanie swoich treści użytkownikom takich programów.

– Ruch w internecie pochodzący z urządzeń mobilnych jest coraz większy, w Polsce to już około 30 proc., więc coraz chętniej budżety są kierowane na urządzenia mobilne, a także do materiałów wideo, które stają się coraz bardziej popularne wśród użytkowników. Reklamodawcy naturalnie podążają za użytkownikiem – mówi  w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Radosław Gołąb, ekspert firmy Gemius.

Jeszcze w roku 2012 aż 91 proc. przychodów reklamowych pochodziło z urządzeń stacjonarnych. Mobilne zapewniały jedynie 9 proc. przychodów. Jednak do roku 2016 sytuacja na rynku reklamowym uległa radykalnej zmianie. Reklamy na urządzenia mobilne zdobyły już 38 proc. rynku. Jak prognozują analitycy PwC, do roku 2021 urządzenia mobilne zapewnią reklamodawcom aż 56 proc. przychodów. Zmiany te są napędzane przez gwałtownie rosnącą popularność smartfonów i tabletów.

– Rynek napędza przede wszystkim rozwój urządzeń mobilnych i ich dostępność. Technologie transferu danych i materiały, które możemy odtwarzać na małych ekranach również są coraz lepszej jakości. To główne czynniki, który sprawią, że ruch na tych urządzeniach w dalszym ciągu będzie się dynamicznie rozwijać – prognozuje Radosław Gołąb.

Dla reklamodawców oraz właścicieli witryn internetowych poważnym problemem staje się coraz powszechniejsze blokowanie reklam przez użytkowników. Z raportu „The state of the blocked web” dowiadujemy się, że w grudniu 2016 roku 11 proc. internautów stosowało oprogramowanie blokujące. Było ono zainstalowane na 615 mln urządzeń, z czego 62 proc. stanowiły urządzenia mobilne. Pomiędzy grudniem 2015 a grudniem 2016 odsetek użytkowników oprogramowania blokującego zwiększył się aż o 30 proc. Najnowszym trendem jest uniemożliwianie korzystania z witryny tym internautom, którzy blokują reklamy.

– Takie działania wydawców to dobry kierunek. Użytkownik, który nie generuje przychodu z reklam jest dla nich kosztem. Serwisy zarabiają na reklamach i jeśli internauta odwiedza stronę WWW, wykonuje odsłony na których nie pojawia się reklama, to wówczas ta powierzchnia nie jest monetyzowana. Dla wydawcy utrzymywanie serwisu i tworzenie treści jest kosztowne. Z tego powodu właściciele stron internetowych coraz częściej będą uniemożliwiać korzystanie z treści tym internautom, którzy blokują reklamy. Taki trend został wskazany przez portale z USA oraz z Zachodu i coraz chętniej jest wdrażany także na polskim rynku – twierdzi ekspert Gemiusa.

Jednocześnie aż 77 proc. użytkowników oprogramowania blokującego dopuszcza wyświetlanie niektórych formatów reklam. O ile są to reklamy, które nie utrudniają korzystania z witryny. Internauci często skarżą się na nietrafione reklamy. Wystarczy bowiem zajrzeć do sklepu internetowego i zainteresować się np. lodówką, by na wszystkich kolejno odwiedzanych witrynach pokazywano nam tę lodówkę, nawet jeśli ją dawno kupiliśmy. To irytujący sposób reklamowania produktów.

– Reklamy które podążają za użytkownikiem nazywane są retargetingiem. Każdy internauta wchodząc na stronę WWW na przykład sklepu internetowego, ma swoje pliki cookie. To właśnie do nich dopisywana jest informacja, jakie przedmioty oglądał, w co klikał, czym był zainteresowany – tłumaczy Radosław Gołąb.

Eksperci z firmy Statista szacują, że w 2017 roku świat wyda na internetową reklamę 204 mld dolarów. Jeszcze w roku 2015 było to niemal 170 mld dol., a zdaniem analityków Statisty w roku 2021 kwota ta sięgnie aż 330 mld dol.

W Krakowie powstanie nowoczesne centrum naukowe. Skupi się na tworzeniu innowacji w medycynie

W Krakowie powstanie nowoczesne centrum naukowe. Skupi się na tworzeniu innowacji w medycynie 4

Unia Europejska przeznacza znaczną pulę środków finansowych na badania naukowe i innowacje. Tzw. centra doskonałości mają powstać w regionach, które do tej pory nie słynęły z zaawansowania naukowego i technologicznego. Dzięki gamie projektów programu Horyzont 2020 pod nazwą Teaming, w ich stworzeniu pomogą specjaliści z wiodących ośrodków naukowych. Jedno z takich centrów powstanie w Krakowie. Zajmie się zaawansowanymi symulacjami komputerowymi oraz innowacyjnymi metodami diagnostyki medycznej i indywidualnej terapii.

– Zakłada się, że w takim centrum będzie pracowało około 100 osób, które będą wybierane w drodze otwartych konkursów, to istotny warunek. Centrum musi być autentycznie innowacyjne w swojej działalności naukowej, a równocześnie oferujące rozwiązania, które będą wartościowe z punktu widzenia zastosowań praktycznych. Jednym z takich produktów badań naukowych, będą systemy decyzyjne wspierające różnego rodzaju terapie medyczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Marian Bubak z Katedry Informatyki i Akademickiego Centrum Komputerowego Cyfronet Akademii Górniczo-Hutniczej.

Program składa się z dwóch etapów. Pierwsza faza projektu ruszyła we wrześniu tego roku. Aktualnie przygotowywany jest plan biznesowy, który obejmuje także planowane badania i wdrożenia. Naukowcy rozmawiają z instytucjami, które chciałyby wspierać i korzystać z takiego centrum. Gromadzone są też fundusze zapewniające finansowania ze strony polskiej. Założeniem projektu jest bowiem, aby nowo powstałe centrum naukowe mogło funkcjonować przez jak najdłuższy czas, także po zakończeniu dofinansowania z Unii Europejskiej, które jest przewidziane na maksymalnie siedem lat w wysokości nawet do 15 mln euro.

– Istota programu unijnego jest taka, że centrum powinno stać się samowystarczalną jednostką i powinno być autentycznie centrum doskonałości. Wszystkie elementy związane z badaniami, które będą na najwyższym poziomie są w tym najistotniejsze, ale te badania w naszym przypadku będą ukierunkowane właśnie na medycynę – mówi dr Marian Bubak.

Główną gałęzią działalności krakowskiego centrum będzie opracowywanie narzędzi do obrazowania i przetwarzania danych medycznych oraz zaawansowanych symulacji komputerowych, które wspomogą codzienną pracę lekarzy. To tutaj powstaną m.in. modele komputerowe oraz rozwijane będą narzędzia do coraz dokładniejszego demonstrowania funkcjonowania organów wewnętrznych w połączeniu ze zgromadzonymi danymi dotyczącymi istotnych parametrów pacjenta.

– To jedna z tych inteligentnych specjalizacji, w ramach których funkcjonują różnego rodzaju projekty w Małopolsce. Liczymy na to, że dzięki temu będziemy mogli te rozproszone zasoby, które w tej chwili funkcjonują w różnych ośrodkach, zogniskować w jednym miejscu, przy silnej współpracy ze szpitalami oraz firmami z zakresu life science – dodaje ekspert z AGH.

Projekt jest realizowany w ramach programu Horyzont 2020 – największego do tej pory programu finansowania badań naukowych i innowacji w Unii Europejskiej. Jego budżet w latach 2014-2020 wynosi blisko 80 mld euro.

70 proc. dłużników alimentacyjnych spędzi święta z inną rodziną

Wielu rodziców nie tylko nie da pieniędzy na utrzymanie córki czy syna i nie kupi im prezentów na Gwiazdkę, ale też nawet nie spotka się z nimi w święta. Czterech na dziesięciu rodziców unikających płacenia alimentów nie poczuwa się do związku z dzieckiem i nie utrzymuje z nim kontaktów – wynika z wykonanego na zlecenie BIG InfoMonitor, po raz drugi, badania „Postawy Polaków wobec dłużników alimentacyjnych”.

Instytut ARC Rynek i Opinia po raz drugi zrealizował badanie „Postawy Polaków wobec dłużników alimentacyjnych”* dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Tym razem spytaliśmy osoby znające dłużników alimentacyjnych dlaczego ci nie płacą na swoje dzieci. Lista powodów jest długa, ale najpoważniejszy w opinii ankietowanych, to brak więzi rodzicielskiej. Wygląda na to, że według respondentów, rozstanie rodziców, w blisko 40 proc. przypadków kończy się dla potomstwa praktycznie utratą ojca lub matki. – Obecnie w BIG InfoMonitor wpisanych jest już prawie 315 tys. osób z kwotą długów alimentacyjnych sięgającą 11,3 mld zł. Skala problemu jest ogromna. W wynoszących ponad 62 mld zł zaległościach kredytowych i pozakredytowych, widocznych w BIG InfoMonitor oraz BIK, niemal co piąta złotówka to właśnie alimenty – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

70 proc. dłużników alimentacyjnych spędzi święta z inną rodziną

– Nierzadko brak kontaktu z potomstwem jest wynikiem utraty zainteresowania „starym – byłym” dzieckiem po tym, gdy pojawią się „nowe” w nowym związku. Według osób, które znają ojców czy matki unikających płacenia alimentów, większość – 70 proc. ma nowe rodziny i „nowe” dzieci. Dzieci bywają też kartą przetargową w trwającym także po rozwodzie konflikcie pomiędzy „byłymi”. Rozwód nie tylko niczego nie zakończył – wprost przeciwnie, rozpoczął nową fazę konfliktu – podział władzy rodzicielskiej majątku, zobowiązań, alimenty eskalują często silne, negatywne uczucia. Bywa, że każdy sposób jest dobry by odegrać się na „byłej” czy „byłym” – z jednej strony gra alimentami, z drugiej uniemożliwianiem kontaktu z dziećmi – zauważa Roman Pomianowski, psycholog społeczny, prezes Stowarzyszenia Program Wsparcia Zadłużonych. – Niestety silne negatywne emocje towarzyszące rozpadowi związku -złość, żal, poczucie krzywdy przy braku kultury i tradycji polubownego rozwiązywania sporów oraz słabości profesjonalnego systemu wsparcia, sprzyja nakręcaniu spirali nienawiści w trakcie rozwodu. Dlatego, zanim dojdzie do rozprawy rozwodowej, polecałbym dla dobra partnerów jak i dzieci skorzystanie wcześniej z pomocy profesjonalnego mediatora. Może nie zawsze uda się wypracować satysfakcjonującą obie strony ugodę, ale pozwolą w sposób bardziej rzeczowy ustalić zasady rozstania, podział majątku jak i warunki późniejszych kontaktów z dziećmi. Warto pomyśleć o dobru dzieci, bo partnerzy zaaferowani sobą nie zdają sobie sprawy, że dziecko przeżywa stratę wywołaną rozwodem  pięciokrotnie dłużej i bardziej niż małżonkowie – zaznacza Roman Pomianowski.

Zdecydowanie rzadziej wśród przyczyn unikania płacenia alimentów wymieniane są powody bardziej obiektywnej natury jak problemy finansowe czy sytuacje losowe. Znajomi dłużników alimentacyjnych w około 20 proc. przypadków wskazali na utratę stałego źródła zarobkowania, a także zbyt wysokie świadczenia w relacji do dochodów oraz pogorszenie sytuacji materialnej. Są to też według części badanych sytuacje, które obok choroby, mogłyby ewentualnie usprawiedliwić niepłacenie świadczenia.

70 proc. dłużników alimentacyjnych spędzi święta z inną rodziną 2

Przeprowadzone ponownie badanie pokazało, że niezmiennie przeważająca większość Polaków negatywnie postrzega dłużników alimentacyjnych. Zdecydowanie źle ocenia ich w tym roku siedmiu na 10 badanych, a tylko źle, tak jak w zeszłym roku – 9 na 10. Mniej krytyczne podejście prezentują głównie osoby, które nie mają do czynienia z problemem niepłacenia alimentów, nie znają dłużnika alimentacyjnego, ani dziecka, które nie dostaje świadczenia.

70 proc. dłużników alimentacyjnych spędzi święta z inną rodziną 3

Wśród 888 uczestniczących w badaniu osób między 22 a 65 rokiem życia, aż 60 proc. zna kogoś kto powinien płacić alimenty lub rodziny z dzieckiem, które powinny alimenty otrzymywać. Jedna trzecia (33 proc.) zna osoby, które mimo obowiązku, alimentów nie płacą.

 

70 proc. dłużników alimentacyjnych spędzi święta z inną rodziną 4Niewielu chętnych do pożyczania pieniędzy i nawiązania przyjaźni niepłacącymi na dzieci

Coraz częściej pojawiający się w publicznej dyskusji problem unikania płacenia alimentów jak i skala zjawiska sprawiły najwyraźniej, że Polacy są mniej chętni do nawiązywania bezpośrednich relacji z osobami, które nie chcą współuczestniczyć w utrzymywaniu swoich dzieci. W efekcie, w porównaniu z badaniem z 2016 r. już nie 28 proc. a jedynie 19 proc. wprowadziłoby dłużnika alimentacyjnego do grona swoich znajomych, tylko 9 proc. osób, a nie 14 proc. pożyczyłoby mu pieniądze i jedynie 8 proc. zamiast 17 proc. zaufałoby dłużnikowi alimentacyjnemu jako liderowi. Dane te pokazują, że właściwie nie ma w społeczeństwie przyzwolenia na niepłacenie alimentów.

Informacja o tym, że ktoś nie płaci alimentów nie jest też najlepszą rekomendacją dla pracodawcy, ale w tym przypadku więcej jest ankietowanych, którzy zatrudniliby taką osobę – 45 proc., niż tych, które by tego nie zrobiły – 30 proc.

70 proc. dłużników alimentacyjnych spędzi święta z inną rodziną 5Co ósme dziecko w Polsce pozbawione jest finansowego wsparcia jednego z rodziców

Niepłacenie na dzieci wynikające z niechęci czy też obojętności rodziców zapominających o swoim obowiązku oraz społeczeństwa, które nie chce się wtrącać, ma swoje konsekwencje. Zgodnie z szacunkami organizacji kobiecych, alimentów nie otrzymuje w Polsce około 1 miliona dzieci, czyli niemal co ósme dziecko biorąc pod uwagę, że w wieku do 19 lat mamy 7,7 mln osób (GUS). Budżet państwa, który wyręcza część rodziców wypłacając pieniądze z Funduszu Alimentacyjnego (FA) na rzecz ok. 320 tys. dzieci, kosztuje to ok. 1,5 mld zł rocznie. Długi rodziców wyręczanych przez Państwo i zgłoszonych w związku z tym do Rejestru BIG InfoMonitor przekraczają już 11,3 mld zł. Liczba dłużników alimentacyjnych dochodzi do 315 tys. Przeciętny dłużnik alimentacyjny, przeważnie mężczyzna, najczęściej ma między 34 a 44 lata. Niemal co drugi ma także na koncie inne nieopłacone zobowiązania jak rachunki telefoniczne, pożyczki czy kredyty.

Dłużników alimentacyjnych byłoby znacznie więcej gdyby do Rejestru BIG InfoMonitor zgłaszali ich też – stanowiący większość – rodzice niekorzystający z pomocy Funduszu Alimentacyjnego, ponieważ nie pozwala im na to przekraczający 725 zł netto dochód na członka rodziny. Ogółem ściągalność alimentów szacowana jest na kilkanaście procent, a skuteczność egzekucji komorniczych, jak podaje Krajowa Rada Komornicza, sięga 19 proc. Wykorzystywanie wpisu niesolidnego rodzica do BIG, szczególnie gdy prowadzi on aktywne życie finansowe i jeszcze np. ma firmę może okazać się jednym z lepszych narzędzi mobilizujących do spłaty zaległych alimentów. Osoby obecne w BIG InfoMonitor jako dłużnicy, mają bowiem problem z zaciąganiem kredytów, pożyczek czy też zawieraniem różnego rodzaju umów związanych z płatnościami rozłożonymi w czasie.

*Badanie „Postawy Polaków wobec dłużników alimentacyjnych” przeprowadził Instytut ARC Rynek i Opinia techniką CAWI (Computer Assisted Web Interview), na reprezentatywnej grupie 888 Polaków w wieku 22-65 lat, w sierpniu 2017 r. Zrealizowano również dodatkowe wywiady (tzw.booster) w grupie osób mających styczność z osobami podlegającymi obowiązkowi alimentacyjnemu N = 800 wywiadów.

Lider branży hotelowej inwestuje w młode firmy. Pomogą w tworzeniu i wprowadzaniu innowacyjnych rozwiązań dla klientów

Lider branży hotelowej inwestuje w młode firmy. Pomogą w tworzeniu i wprowadzaniu innowacyjnych rozwiązań dla klientów 5

Grupa AccorHotels jako jedna z pierwszych w hotelowej branży nawiązuje współpracę ze start-upami. Chce zyskać świeże spojrzenie oraz rozwiązania, jakie hotele mogą zaoferować gościom dzięki nowym technologiom. Najlepsze pomysły wyłonione w czasie Guest Experience Challange sieć wdroży w swoich obiektach w Europie Wschodniej. W nowych technologiach AccorHotels upatruje szansy na zdystansowanie konkurencji. 

– Żyjemy w niezwykle spersonalizowanym świecie, w którym każdy chce robić i mieć coś własnego, żyjemy w świecie zdigitalizowanym, w którym wszystko dzieje się szybciej i wszystko jest ze sobą połączone. Novotel przez ostatnie 50 lat wyznaczał trendy w branży. Chcemy w tym miejscu połączyć najlepsze cechy obydwu tych światów – ultrapersonalizacji i cyfryzacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jean-Yves Besnard, Head of digital projects, social & digital learning practice for Eastern Europe w Grupie AccorHotels.

Jeden z największych na świecie operatorów hotelowych szuka nowatorskich koncepcji. Chce przekształcić łazienki w swoich obiektach, korzystając z nowych rozwiązań technologicznych. W tym celu AccorHotels organizuje Guest Experience Challenge – warsztaty start-upowe w formie konkursu. Zadaniem zgłoszonych zespołów będzie prezentacja innowacyjnych pomysłów dla hotelowych łazienek, a najlepsze z nich zostaną wdrożone w hotelach AccorHotels w Europie Wschodniej.

– Chodzi np. o interaktywne lustra, o różne zapachy wprowadzane do pokojów i łazienek, o specjalne oświetlenie, ale również o to, jak możemy za pomocą telefonu komórkowego decydować o natężeniu światła i innych funkcjach. To też fitness i różnego rodzaju ćwiczenia, które można wykonywać, a także mierzenie różnych parametrów zdrowotnych. Takie pomysły będziemy sprawdzać, żeby w najbliższej przyszłości móc je wprowadzić w naszych hotelach – zapowiada Jean-Yves Besnard.

Pierwsze pilotażowe warsztaty Guest Experience Challenge odbyły się już w Warszawie. Zadanie konkursowe polegało na stworzeniu rozwiązania technologicznego, które zwiększy u gości poczucie komfortu i zadowolenia z pobytu.

– Główną nagrodą jest 4,5 tys. euro i obietnica współpracy z naszą marką, czyli wprowadzenie rozwiązań tej firmy w naszych hotelach w Europie Wschodniej – mówi Jean-Yves Besnard.

Zwycięska drużyna będzie też mogła zamienić nagrodę pieniężną na możliwość przedstawienia swojego pomysłu przed Central Innovation Unit w Paryżu i powalczyć o globalny kontrakt.

Novotel to jeden z pierwszych brandów w branży hotelarskiej, który nawiązuje współpracę ze start-upami, żeby zyskać świeże, kreatywne spojrzenie na doświadczenia, jakie hotele mogą zaoferować gościom dzięki nowym technologiom.

– Na ogół inkubatory działają w taki sposób, że współpraca ze start-upami odbywa się między różnymi branżami, a nie jest tak, że jedna firma przedstawia jakieś konkretne tematy do pracy dla start-upów. W Europie Wschodniej często jest tak, że start-upy boją się kontaktowania z dużymi korporacjami. My wykonujemy ten pierwszy krok i przyciągamy te firmy do nas – podkreśla przedstawiciel AccorHotels.

AccorHotels upatruje w nowych technologiach szansy na zdystansowanie konkurencji i utrzymanie pozycji lidera branży. Dlatego marka szuka projektów, które będą nowoczesne i atrakcyjne, funkcjonalne, łatwe do wdrożenia, a przy tym estetyczne. W kolejnych edycjach Guest Experience Challlenge marka będzie poszukiwać rozwiązań dla kolejnych obszarów w hotelu.

– Chcemy dostarczyć klientom najlepsze możliwe rozwiązania cyfrowe. One już dziś istnieją, np. nasi pracownicy mają wiele pomysłów na takie rozwiązania. Ale nie jesteśmy firmą taką jak Apple czy Google, nie zajmujemy się cyfryzacją na co dzień. Chodzi o to, żeby poznać jak najlepsze pomysły i przełożyć je na rozwiązania cyfrowe. Wszystko po to, żeby stworzyć dla gości jak najlepsze rozwiązania – mówi Jean-Yves Besnard.

Ponad połowa pracodawców w Polsce ma problemy ze znalezieniem pracowników. Tradycyjne ogłoszenia o pracę odchodzą do lamusa

Ponad połowa pracodawców w Polsce ma problemy ze znalezieniem pracowników. Tradycyjne ogłoszenia o pracę odchodzą do lamusa 6

Blisko 60 proc. kandydatów jest niedopasowanych do potrzeb pracodawców, a 40 proc. ma zbyt wygórowane oczekiwania finansowe. Co drugi pracownik wskazuje, że w ogłoszeniach o pracę brakuje podstawowych informacji, przede wszystkim o wysokości zarobków. Zdaniem ekspertów skończył się już czas tradycyjnych ogłoszeń z ofertami pracy. Potencjalny pracownik traktowany jest jak klient, a firmy coraz częściej stosują nowoczesne narzędzia podczas rekrutacji.  

– Niewątpliwie najważniejszymi problemami, z jakimi borykają się aktualnie pracodawcy, to brak kandydatów. Ponad 50 proc. pracodawców zgłasza problemy z niedoborem kandydatów. W przypadku większości rekrutacji, około 60 proc. kandydatów to osoby niedopasowane do potrzeb pracodawców, blisko 40 proc. kandydatów ma zbyt wygórowane potrzeby finansowe, a około 20 proc. kandydatów w ogóle nie przychodzi na spotkania – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Adamczyk, prezes zarządu serwisu Kariera.pl.

Historycznie niskie bezrobocie sprawia, że od miesięcy rynkiem pracy rządzą pracownicy. Według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w listopadzie stopa bezrobocia utrzymała się na poziomie z października i wynosi 6,6 proc. To o 1,6 pkt proc. mniej niż przed rokiem. Bez pracy pozostaje obecnie 1,06 mln Polaków (o 0,5 tys. osób mniej niż w październiku). To najniższe wskaźniki od 1991 roku. Rośnie zaś liczba wolnych miejsc pracy i aktywizacji zawodowej zgłoszonych przez pracodawców do rzędów pracy – w listopadzie było to 128,3 tys.

– Duża liczba ofert niekoniecznie oznacza, że kandydat znajdzie ofertę odpowiednią dla siebie. Wręcz przeciwnie, kandydat powoli gubi się i nie do końca wie, o czym mówią te oferty. Informacje przekazywane w ofertach są zwykle niewystarczające lub nie w pełni wyczerpują zainteresowanie kandydata. Najważniejszą informacją, której brakuje w 80 proc. ofert, jest brak informacji o zarobkach – wskazuje Adamczyk.

W zdecydowanej większości ogłoszeń o pracę wynagrodzenie nie jest ujawniane, ponieważ najczęściej uzależnione jest od doświadczenia danego pracownika. Tylko 19 proc. firm decyduje się na upublicznienie oferowanych na danym stanowisku zarobków. W krajach anglosaskich, gdzie bezrobocie od lat utrzymuje się na niskim poziomie, zarobki są tradycyjnie określone w ogłoszeniu. Pozwala to nie tylko oszczędzić czas, lecz także przyciągnąć większą liczbę kandydatów.

– Najważniejsze problemy, które występują aktualnie na linii kandydat pracodawca, to te związane z opisem potrzeb, które ma pracodawca i na które odpowiada kandydat. Kandydaci nie wiedzą, gdzie będą pracować, co będą robić, za jakie pieniądze. Informacje podane w ofertach pracy są enigmatyczne i mówią o szerokim ogóle pewnego rodzaju potrzeb. To, co najbardziej interesuje kandydata, to konkretne informacje dotyczące projektów, które będzie realizował, otoczenia pracy i najważniejsze – pieniędzy, które ma zarabiać na danym stanowisku – wymienia ekspert.

Portale rekrutacyjne SMART Recruit Online oraz Jobsite oceniają, że podanie w ogłoszeniu widełek płacowych wpłynęło na wzrost zainteresowania ofertami o 30 proc. Brak takiej informacji, zwłaszcza w branżach cierpiących na brak wykwalifikowanej kadry, może się wiązać z małą liczbą osób rekrutujących. Sytuacja jednak powoli się zmienia. O ile w 2014 roku 3,5 proc. firm podawało w ogłoszeniu wynagrodzenie (dane GoldenLine), to obecnie jest to blisko co piąta firma (badanie dla HRK Employer Branding). Ubiegłoroczny dokument „Dobre praktyki spółek notowanych na GPW” przygotowany przez Giełdę Papierów Wartościowych rekomenduje przedstawianie raportów o polityce wynagrodzeń.

– Jednym z najważniejszych elementów, który poprawiłby efektywność rekrutacji, jest lepsza komunikacja. Aktualne metody rekrutacji, oparte na portalach o pracę i na ogłoszeniach, powoli odchodzą do lamusa. Czas na nową rekrutację, zwiększenie zakresu informacji i komunikacji między kandydatem a pracodawcą. Czas na przekazanie pracownikowi informacji, które są mu potrzebne, i kluczowe do wyboru danej oferty – podkreśla prezes Kariera.pl.

Firmy prześcigają się w oryginalnych ofertach pracy. Tam, gdzie jest największy niedobór wykwalifikowanej kadry, np. w IT, już niemal standardem stały się nieformalne spotkania. Niektóre firmy stawiają na oryginalne kampanie marketingowe: są obecne w grach komputerowych i organizują konkursy dla specjalistów. Do ofert pracy dołączane są też krótkie filmiki z wypowiedziami pracowników czy pokazujące miejsce pracy.

– Do najważniejszych narzędzi, które polepszają komunikację między pracodawcą a pracobiorcą, należą wszelkiego rodzaju narzędzia z zakresu talent acquisition marketing. Pozwalają one dotrzeć do kandydatów pasywnych, którzy na co dzień nie szukają pracy. Co najważniejsze, pozwalają przekazać im pełną informację, która umożliwi szybkie i bezbłędne podjęcie decyzji – przekonuje Piotr Adamczyk.

Grudzień to okres żniw dla salonów kosmetycznych i fryzjerskich. Ponad 40 proc. grudniowych przychodów generuje dzień przed Wigilią

Grudzień to okres żniw dla salonów kosmetycznych i fryzjerskich. Ponad 40 proc. grudniowych przychodów generuje dzień przed Wigilią 7

Branża hair & beauty szykuje się na przedświąteczne oblężenie. Ponad 11 proc. wizyt w ciągu roku realizowanych jest w grudniu. Tłumy pojawiają się szczególnie tuż przed Wigilią. Salony fryzjerskie i kosmetyczne generują wówczas ponad 43 proc. zysku z całego miesiąca – wynika z raportu „Grudzień najbardziej dochodowy miesiąc w branży beauty” przygotowany w oparciu o dane uzyskane od klientów Versum. Branża czerpie zyski nie tylko z wizyt klientów, ale i sprzedaży bonów podarunkowych. Blisko 40 proc. wszystkich bonów sprzedawanych w drugiej połowie roku przypada na okres tuż przed świętami.

– Koniec roku w salonach hair & beauty jest wyjątkowo intensywny. Spośród wszystkich wizyt umawianych w całym roku, ponad 11 proc. wizyt jest realizowanych w grudniu. Wszyscy chcemy być piękni przed świętami, w stosunku do stycznia, w którym umawianych jest 5 proc. wizyt, jest to dwa razy więcej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sebastian Maśka, prezes zarządu Versum, firmy dostarczającej system do zarządzania salonami hair & beauty.

Z raportu „Grudzień najbardziej dochodowy miesiąc w branży beauty” przygotowanego w oparciu o dane uzyskane od klientów Versum wynika, że w grudniu Polacy umawiają więcej wizyt niż w innych miesiącach roku. W porównaniu ze styczniem, to ponad dwukrotnie więcej. Największym okresem żniw dla właścicieli salonów hair & beauty są dni tuż przed Świętami Bożego Narodzenia.

– Najbardziej intensywna jest druga połowa miesiąca, 22 grudnia to dzień w którym w salonach są największe tłumy. Wszyscy odkładają tą wizytę na możliwie późny dzień przed świętami żeby wyglądać najlepiej w momencie spotkań ze znajomymi i bliskimi – wskazuje Maśka.

Ponad połowa Polaków (56 proc.) czeka z wizytą na ostatnią chwilę i umawia się do fryzjera lub kosmetyczki przed samymi świętami. Jednak duża część (42 proc.)  wizytę w salonie piękności planuje z dużym wyprzedzeniem, w okresie od września do listopada.

– Kluczowe jest dobre zaplanowanie pracy, żeby w salonie było odpowiednio dużo pracowników, fryzjerów, kosmetyczek, którzy są w stanie przyjąć klientów, którzy zwlekali z umówieniem się na wizytę do ostatniej chwili – wskazuje ekspert.

Z danych Versum wynika, że choć najwięcej klientów przychodzi do salonów piękności 22 grudnia, to aż 43 proc. wszystkich zysków wygenerowanych w grudniu przez salony, przypada na dzień przed Wigilią.

– Może to być spowodowane tym, że wizyt w salonach jest realizowanych wtedy bardzo dużo, ale też wtedy sprzedawane są kosmetyki, bony podarunkowe czy vouchery, które stają się prezentami pod choinką – ocenia Maśka.

Sprzedaż bonów na usługi hair & beauty systematycznie rośnie. W 2016 roku z bonów sprzedanych w II połowie roku, 40 proc. przypadało na grudzień. W tym roku już od stycznia salony notują coraz większą sprzedaż bonów, zdaniem ekspertów grudzień może okazać się pod tym względem rekordowy.

– Bony w salonach hair & beauty to rosnący trend, są coraz częściej oferowane przez salony, ale również konsumenci ich poszukują. 40 proc. wszystkich bonów, które są sprzedawane w drugiej połowie roku, jest sprzedawanych zaraz przed świętami, co świadczy o tym, że stają się one naturalnym wyborem i na pewno wszyscy znajdziemy je pod choinką – mówi Sebastian Maśka.

Blisko 80 proc. PR-owców spotkało się z nieuczciwymi praktykami przetargowymi. Branża opracowała zbiór dobrych praktyk

Blisko 80 proc. PR-owców spotkało się z nieuczciwymi praktykami przetargowymi. Branża opracowała zbiór dobrych praktyk 8

Z ankiet przeprowadzonych wśród PR-owców wynika, że blisko 80 proc. zetknęło się z nieuczciwymi praktykami przetargowymi na zakup takich usług. Narażają one agencje na duże koszty i przekładają się na jakość pracy. Związek Firm Public Relations opracował Białą Księgę – zbiór zasad, wskazówek i dobrych praktyk w postępowaniach przetargowych. Dokument poprzedził dwuletni dialog branżowy, w trakcie którego nad kształtem dokumentu debatowało blisko osiemdziesięciu ekspertów obu stron.

– Nieuczciwe praktyki na zakup usług PR mają szereg przeróżnego rodzaju form, zaczynając od tego, że brief, który otrzymujemy, jest czasem bardzo niekompletny, a agencja już wcześniej została wybrana. Trzeba też pamiętać o zapisach, które forsowane są już na samym początku, na etapie przetargowym, dotyczących na przykład trzymiesięcznych terminów płatności. To zabija branżę od środka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sebastian Stępak, wiceprezes Związku Firm Public Relations.

W branży PR nieuczciwe praktyki przetargowe są dość powszechne – to główny wniosek ankiety, którą przeprowadziły w ubiegłym roku agencja Monday PR, Związek Firm Public Relations oraz serwis Proto.pl. Badanie pokazało, że 78 proc. PR-owców zetknęło się w swojej pracy z nieuczciwymi praktykami przetargowymi. 70 proc. z nich skarży się na brak rozstrzygnięcia przetargu bez podania konkretnej przyczyny. Z kolei połowa spotkała się z późniejszym wykorzystaniem przez firmę pomysłów zawartych w ofercie przetargowej. Nierzadko zdarza się, że firmy organizują przetargi nie w celu wyłonienia agencji świadczącej usługi public relations, ale po to, by bezkosztowo zebrać jak największą liczbę pomysłów albo porównać ceny.

– Wiele przetargów odbywa się w sposób kompletnie nietrzymający jakichkolwiek norm, zaczynając od finansowych i merytorycznych, a kończąc na tym, w jaki sposób są rozstrzygane. Skala problemu wciąż jest duża, można powiedzieć, że średnio do 30–40 proc. przetargów mamy bardzo duże zastrzeżenia. Czasami dochodzi do tego, że Związek Firm Public Relations – jako organ w pewnym sensie kontrolny – musi interweniować i występować w imieniu agencji, ponieważ w takiej sytuacji bardzo trudno jest się porozumieć, żeby agencja później nie została naznaczona i wciąż była zapraszana do przetargów – mówi Sebastian Stępak.

ZFPR zwraca uwagę na to, że takie działania narażają agencje PR na duże koszty i przekładają się na jakość ich pracy. Zgodnie z dobrymi praktykami wszystkie zapraszane do przetargu agencje, które świadczą usługi public relations, powinny w tym samym czasie otrzymać jednakowe briefy, w których jasno sprecyzowane zostaną zadania i oczekiwania klienta oraz wysokość budżetu, który firma zamierza przeznaczyć na realizację usługi.

– Jest bardzo wiele sposobów na to, żeby przetarg wyglądał dobrze i uczciwie – jasne kryteria wyboru to absolutna podstawa. Trzeba też pamiętać o tym, ile agencji angażujemy w taki przetarg. Kiedy przeprowadzamy procedurę, w którą jest zaangażowanych 20–30 agencji, a takowe cały czas na rynku się zdarzają, to ocena merytoryczna choćby pięciu z tych propozycji już stanowi problem. My rekomendujemy 3–4 agencje w każdym przetargu, które są celowo dobrane pod kątem specjalizacji i potrzeb klienta – zauważa Sebastian Stępak.

Związek Firm Public Relations opracował Białą Księgę – zbiór zasad i dobrych praktyk w postępowaniach przetargowych na zakup usług PR. Dokument poprzedził dwuletni dialog branżowy, w trakcie którego nad kształtem dokumentu debatowali eksperci obu stron.

– Przez dwa lata ponadosiemdziesięciu wysokiej rangi ekspertów spotykało się na blisko czterdziestu spotkaniach, żeby wspólnie się zastanowić, jakie powinny być standardy w organizowaniu przetargów na usługi marketingowe – zarówno usługi agencji PR, jak i świadczących inne usługi komunikacyjne. To były spotkania pełne nerwów, ale też pełne pozytywnych emocji. Wydaje nam się, że w końcu udało się przygotować pewnego rodzaju drogowskaz, dokument, który będzie pomagał zarówno stronie agencyjnej, jak i osobom ze strony klienta zorganizować profesjonalnie przetarg – podkreśla Karolina Borkowska, wiceprezes Związku Firm Public Relations.

Biała Księga zawiera wskazówki zarówno dla klientów, jak i agencji oraz podmiotów zajmujących się komunikacją marketingową dotyczące tego, jak prawidłowo powinien być przeprowadzony i rozstrzygnięty przetarg na zakup takich usług.

– Mam nadzieję, że dzięki temu nasz rynek stanie się bardziej profesjonalny, ale to tak naprawdę dopiero początek drogi – podkreśla Karolina Borkowska.

Równolegle Związek Firm Public Relations prowadzi też projekt pod nazwą Rate Card, którego celem jest większa transparentność oraz edukowanie zarówno firm i agencji PR, jak i ich klientów w zakresie tego, jak powinny być obliczane stawki za usługi public relations. Projekt ma też uświadomić agencjom, które składają swoje oferty w przetargach na usługi PR, że w bardzo wielu przypadkach konkurowanie ceną jest kompletnie nieuzasadnione i odbija się też na jakości merytorycznej świadczonych usług.

– Edukujemy zarówno firmy, jak i klientów o tym, w jaki sposób agencje PR zarabiają pieniądze, gdzie jest ich marża oraz jakie są koszty składowe. Kiedy dział zakupów decyduje, że chciałby zatrudnić daną agencję, pomagamy z dwóch stron: zrozumieć wycenę i zrozumieć, które elementy można negocjować, a które wpłyną bezpośrednio na jakość projektów. Agencjom też próbujemy przekazać, w jaki sposób powinny operować finansowo na co dzień i co za tym idzie – jak powinny dochodzić do swoich stawek na rynku – mówi Sebastian Stępak, wiceprezes Związku Firm Public Relations.

Związek Firm Public Relations to organizacja zrzeszająca blisko czterdziestu profesjonalnych agencji PR, której celem jest reprezentacja branży oraz dbałość o standardy etyczne i zawodowe w usługach PR-owych.

W Warszawie może zacząć brakować nowych mieszkań. To pociągnie za sobą wzrost cen

W Warszawie może zacząć brakować nowych mieszkań. To pociągnie za sobą wzrost cen 9

Popyt na mieszkania w Warszawie jest tak duży, że w tym roku ma paść kolejny sprzedażowy rekord. Pod względem podaży nowych lokali sytuacja staje się coraz trudniejsza, więc jest ryzyko, że mieszkań zacznie brakować – ocenia prezes Dom Development. Fakt ten w połączeniu ze wzrostem kosztów budowy i brakiem siły roboczej w budownictwie może się przełożyć na odczuwalny wzrost cen w perspektywie nadchodzących kwartałów.  

– Rynek warszawski rozwija się znakomicie. Szacuje się, że łącznie w 2017 roku nabywców znajdzie prawie 28 tys. mieszkań. To rekordowy wynik, który oznacza podwojenie skali inwestycji w ciągu czterech lat. Pod względem popytu jest znakomicie, natomiast pod względem podaży – najprawdopodobniej mieszkań zacznie brakować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Szanajca, prezes zarządu Dom Development.

Jak podkreśla, w Warszawie coraz trudniej wprowadzać na rynek nowe projekty.

– Bardzo trudno uzyskać pozwolenie na budowę, warunki planistyczne są trudne i nie wiadomo, czy tak duży popyt zostanie zaspokojony przez wystarczającą podaż – podkreśla Szanajca.

Na wysoki popyt – zarówno w stolicy, jak i w całym kraju – złożyło się kilka czynników. Historycznie niskie stopy procentowe przekładają się na oprocentowanie i niską rentowność lokat bankowych. To w połączeniu z niepewnością co do innych form inwestowania spowodowało, że wielu Polaków zdecydowało się ulokować kapitał w nieruchomościach.

Rynek napędzał też rządowy program Mieszkanie dla Młodych, który w przyszłym roku zostanie wygaszony – co sprawiło, że część nabywców przestała odkładać decyzję o zakupie mieszkania, chcąc skorzystać jeszcze z rządowych dopłat w ramach MdM. Na to nakładają się jeszcze korzystne wskaźniki makroekonomiczne.

– Mamy niskie stopy procentowe, które według deklaracji NBP nie powinny się zmienić w 2018 roku. Mamy wzrost płac, który sięga prawie 7 proc. rocznie przy niskiej inflacji. Mamy wreszcie naturalny popyt inwestycyjny – wiele osób po prostu przekonało się do długotrwałej inwestycji w nieruchomości, zwłaszcza w mieszkania. Widać, że ten trend ma cechy trwałe – mówi Jarosław Szanajca.

Według danych Narodowego Banku Polskiego na koniec ubiegłego roku średnia cena mieszkania z rynku pierwotnego w Warszawie wynosiła 7,7 tys. zł za metr kwadratowy. Warszawa jest jednak największym, najdroższym i najbardziej zróżnicowanym rynkiem w Polsce – ceny zaczynają się już od około 5 tys. zł za metr kwadratowy w segmencie popularnym w peryferyjnych dzielnicach, a kończy nawet na 20–30 tys. zł na metr kwadratowy w przypadku prestiżowych inwestycji zlokalizowanych w samym centrum.

W ciągu trzech ostatnich lat te stawki podlegały tylko niewielkim wahaniom, co potwierdza raport Amron – SARFiN za III kwartał 2017 roku, z którego wynika, że w tym okresie średnia cena transakcyjna za 1 mkw. wzrosła o 1,8 proc. (83 zł). Jednak prezes Dom Development ocenia, że jeżeli na warszawskim rynku popyt zacznie znacząco przewyższać podaż – można się spodziewać odczuwalnego wzrostu cen.

– W ciągu najbliższego roku prawdopodobnie będziemy mieć równie niskie stopy procentowe, zamożność potencjalnych klientów cały czas rośnie, chęć do kupowania jest bardzo duża. Jeżeli taka sytuacja się utrzyma, a podaż nie będzie za tym nadążać, ceny mogą dość istotnie wzrosnąć. Tym bardziej że mocno rosną koszty budowy – mówi Jarosław Szanajca.

Wzrosty kosztów budowy wynikają z podwyżek cen materiałów i przede wszystkim – spadku dostępności siły roboczej. W tej chwili przy historycznie niskim bezrobociu (6,6 proc. na koniec października wg GUS) rynkiem pracy rządzą pracownicy. Natomiast budownictwo jest w czołówce branż, które mają największe kłopoty z pozyskaniem siły roboczej.

– Wzrost kosztów materiałów zazwyczaj hamuje szybciej, natomiast mamy do czynienia ze strukturalnym brakiem siły roboczej na rynku. Nie wiadomo, jak długo to potrwa ani jaki wzrost cen jeszcze wygeneruje – mówi Jarosław Szanajca.

Na warszawskim rynku preferencje nabywców są raczej stabilne. Jak wynika z danych Amron, najpopularniejsze są mieszkania o metrażu 40–60 mkw., które odpowiadają za około 40 proc. rynku. Popularne są też trzypokojowe lokale w przedziale 60–90 mkw., natomiast kawalerki i najmniejsze mieszkania, których metraż nie przekracza 40 mkw., odpowiadają za około jedną piątą rynku. Prezes Dom Development prognozuje, że ewentualny wzrost cen będzie najmniej odczuwalny właśnie dla nabywców popularnych mieszkań ze średniego segmentu.

– Segment popularny jest utrzymywany w ryzach zdolnością kredytową nabywców, czyli po prostu fizycznymi możliwościami tych, których stać albo nie stać na mieszkania popularne. Ruchy cenowe zazwyczaj zaczynają się w segmentach wyższych. Mieszkania o podwyższonym standardzie, które my głównie produkujemy i oferujemy, zazwyczaj cenowo rosną szybciej i znaczniej – mówi prezes zarządu Dom Development.

W III kwartale 2017 roku spółka wypracowała rekordowy dotychczas wynik 1 081 sprzedanych lokali, odnotowując 53-proc. wzrost rdr. Takie wyniki deweloper osiągnął przy kilkuprocentowym wzroście cen w porównaniu do roku poprzedniego. Łączna sprzedaż w pierwszych trzech kwartałach tego roku wyniosła 2 926 lokali, co oznacza wzrost o 45 proc. rdr.

Telemedycyna zastąpi gabinety lekarskie?

Telemedycyna zmienia oblicze rynku opieki zdrowotnej w Polsce. Pozwala na monitorowanie stanu zdrowia pacjentów, umówienie wizyty online, przechowywanie dokumentacji, co w efekcie sprzyja oszczędności czasu. Jak wynika z danych, opracowanych przez firmę LekSeek, liczba użytkowników aplikacji medycznych wzrosła średnio o ponad połowę w stosunku do ubiegłego roku. Łukasz Kamiński z LekSeek Polska wyjaśnia, jak w ostatnim czasie zmienił się rynek e-medycyny.

Rynek usług telemedycznych w Polsce jest relatywnie młody. Jak podkreśla Łukasz Kamiński, e-medycyna znacząco rozwinęła się za sprawą nowych technologii. Coraz popularniejsze stają się m.in. aplikacje medyczne, które pozwalają monitorować stan zdrowia pacjenta, zapisać się na wizytę online, a także przypominają o wizytach u lekarza oraz przyjęciu dawki leków.

Łukasz Kamiński z LekSeek Polska
Łukasz Kamiński, dyrektor zarządzający LekSeek Polska

„Mobilne oprogramowania, wspierające działanie służby zdrowia, w zasadzie zrewolucjonizowały podejście pacjentów do leczenia. Jak wskazują wyniki przygotowanego przez LekSeek raportu „E-zdrowie oczami Polaków“, około 75% procent ankietowanych preferuje otrzymanie elektronicznej recepty. Zaskakujące jest to, że nawet najstarsze grupy wiekowe są przychylne takim rozwiązaniom” – wyjaśnia Łukasz Kamiński, dyrektor zarządzający LekSeek Polska.

W samym 2017 roku na rynku pojawiło się kilkadziesiąt nowych medycznych aplikacji mobilnych, m.in.: PES, OneTouch Gabinet, Ulotki Leków, MyDr Diabetologia, Dr100, Gabinet drWidget, Riboo. Z danych LekSeek Polska wynika, że najpopularniejszymi aplikacjami mobilnymi w wersji na Android’a były: DrWidget Baza Leków, DrWidget ICD10 oraz DrWidget Interakcje, natomiast na system IOS: DrWidget ICD9, DrWidget ICD10, DrWidget ChPL.

Rekordowy wzrost odnotowała aplikacja „Szczepienia” – liczba pobrań wyniosła 1640% więcej niż w roku ubiegłym. Stronami internetowymi, stworzonymi dla lekarzy i farmaceutów, które w 2017 roku cieszyły się dużym zainteresowaniem były leksykon.com.pl, który zanotował o 123% więcej odsłon niż w 2016 roku oraz medkiosk.pl, który zanotował wzrost w wysokości 196%.

Zwiększyła się również – o 56 proc. – liczba użytkowników programu Gabinet drWidget.

Gabinet drWidget to oprogramowanie dla lekarzy, które pomaga im w codziennej pracy. Za jego pomocą mogą oni przechowywać wyniki i dane pacjentów w jednym miejscu. Platforma daje im również dostęp do bazy jednostek chorobowych, leków i procedur oraz możliwość wystawiania recept, skierowań czy też zwolnień” – tłumaczy ekspert LekSeek.

Eksperci twierdzą, że rynek telemedycyny nadal będzie się rozwijał i ma szansę na ogromny wzrost w ciągu najbliższych dwóch lat.

„Jak wynika z raportu „E-zdrowie oczami Polaków”, ponad 65% Polaków uważa, że cyfryzacja służby zdrowia jest w Polsce słabo lub bardzo słabo rozwinięta. Ankietowani zapytani o rozwiązania, które usprawniłyby pracę lekarzy i placówek medycznych, najczęściej wskazywali wprowadzenie możliwości rejestracji online oraz wdrożenie zintegrowanego systemu do przechowywania danych, wyników i historii chorób pacjentów. Uważam, że stwarza to ogromne możliwości dalszej ekspansji na tym polu. Firma LekSeek zwiększyła zatrudnienie o 25 proc. w stosunku do ubiegłego roku i będziemy w dalszym ciągu się rozwijać – dodaje Łukasz Kamiński.

Wewnątrzwspólnotowe świadczenie usług. Na co zwrócić uwagę przy księgowaniu i dokumentowaniu?

Ewa Szpytko-Waszczyszyn, ekspert wFirma.pl
Ewa Szpytko-Waszczyszyn, ekspert wFirma.pl

Wewnątrzwspólnotowe świadczenie usług. Na co zwrócić uwagę przy księgowaniu i dokumentowaniu?

Polskie firmy rozszerzają swoją działalność poza granice kraju. Często odbiorcami są klienci z Unii Europejskiej. W ujęciu podatkowym transakcje wewnątrzwspólnotowego świadczenia usług są niekiedy rozliczane i dokumentowane inaczej niż sprzedaż krajowa. Podejmując się zatem świadczenia usług na rzecz kontrahentów z Unii, warto sprawdzić, na co zwrócić uwagę.

Miejsce wewnątrzwspólnotowego świadczenia usług dla celów VAT

Miejscem wewnątrzwspólnotowego świadczenia usług na gruncie podatkowym nie zawsze jest miejsce, w którym sprzedawca faktycznie wykonuje usługę. A ponieważ miejsce świadczenia usługi ma znaczenie dla celów podatkowych (ustalenie miejsca opodatkowania), należy poznać przepisy ustawy o VAT definiujące te kwestie.

Miejsce świadczenia usług na rzecz firm z UE

Artykuł 28b ustawy o VAT określa ogólne zasady ustalania miejsca wewnątrzwspólnotowego świadczenia usług na rzecz innych firm, stanowiąc, że miejscem tym jest siedziba działalności gospodarczej nabywcy. Nie ma zatem znaczenia, gdzie znajduje się sprzedawca w momencie świadczenia usługi.

Wyjątkami od tej reguły są m.in.:
● usługi związane z nieruchomościami, w tym usługi świadczone przez rzeczoznawców, pośredników w obrocie nieruchomościami, usługi zakwaterowania w hotelach lub obiektach o podobnej funkcji, takich jak ośrodki wczasowe lub miejsca przeznaczone do użytku jako kempingi, użytkowania i używania nieruchomości oraz usługi przygotowywania i koordynowania prac budowlanych;
● usługi transportu pasażerów;
● usługi wstępu na imprezy kulturalne, artystyczne, sportowe, naukowe, edukacyjne, rozrywkowe lub podobne, takie jak targi i wystawy, oraz usługi pomocnicze związane z usługami wstępu na te imprezy;
● usługi restauracyjne i cateringowe;
● usługi krótkoterminowego wynajmu środków transportu;
● usługi turystyki.

Miejsce świadczenia usług na rzecz osób prywatnych z UE
Artykuł 28c ustawy o VAT definiuje zasady ustalania miejsca wewnątrzwspólnotowego świadczenia usług na rzecz osób prywatnych. Przepisy stanowią, że w takim przypadku jest nim siedziba usługodawcy. Odwrotnie więc niż przy usługach na rzecz firm.

Jednak w tym przypadku także występują wyjątki:
● usługi pośrednictwa;
● usługi związane z nieruchomościami;
● usługi transportu towarów i pasażerów;
● usługi wstępu na imprezy kulturalne, artystyczne, sportowe, naukowe, edukacyjne, rozrywkowe lub podobne, takie jak targi i wystawy, oraz usługi pomocnicze związane z usługami wstępu na te imprezy;
● usługi elektroniczne;
● usług telekomunikacyjne i nadawcze;
● usługi turystyki.

Wewnątrzwspólnotowe świadczenie usług wymaga rejestracji dla celów VAT-UE
Głównym obowiązkiem wynikającym z podjęcia świadczenia wewnątrzwspólnotowego usług jest rejestracja do celów VAT UE. Dokonuje się tego, składając w urzędzie skarbowym wniosek VAT-R (wypełniając przede wszystkim część C.3.). Obowiązek rejestracji dotyczy zarówno czynnych, jak i zwolnionych podatników VAT. W momencie rejestracji przedsiębiorca otrzymuje tzw. NIP europejski, czyli przedrostek PL przed swoim dotychczasowym NIP-em.

Dokumentowanie wewnątrzwspólnotowego świadczenia usług
Wewnątrzwspólnotowe świadczenie usług dokumentowane jest fakturą. Gdy kupującym jest firma – czyli podatnik z innego państwa członkowskiego Unii Europejskiej – faktura w polu danych sprzedawcy i nabywcy powinna zawierać ich numery VAT-UE.

W przypadku, gdy usługa podlega opodatkowaniu w kraju nabywcy, sprzedawca nie musi odprowadzać VAT w Polsce. Faktura wówczas nie musi być opatrzona w informacje dotyczące stawki czy wartości podatku VAT. Należy jednak mieć na uwadze, by na fakturze takiej zamieścić adnotację “odwrotne obciążenie”.

Gdy polska firma świadczy usługi na rzecz osób prywatnych z UE, na fakturze stosuje się zwykle Polską stawkę VAT bez konieczności zamieszczania dodatkowych adnotacji. Wyjątkiem będą usługi, dla których miejscem opodatkowania nie będzie kraj sprzedawcy, czyli np. usługi elektroniczne. W ich przypadku opodatkowanie powinno nastąpić w kraju nabywcy. Jest to w obecnej sytuacji wyjątek – osoby prywatne same nie opodatkują nabycia, stąd obowiązek odprowadzenia zagranicznego podatku VAT od tej transakcji spoczywa na sprzedawcy. Ma on wówczas dwa rozwiązania: rejestrować się do VAT w każdym kraju, do którego sprzedaje swoje usługi elektroniczne lub skorzystać z procedury VAT-MOSS, która uprości procedurę i ograniczy konieczność rejestracji w każdym z krajów.

Rozliczenie podatkowe wewnątrzwspólnotowego świadczenia usług

Przy podatkowym rozliczaniu wewnątrzwspólnotowego świadczenia usług, poza koniecznością wystawienia faktury polski sprzedawca musi jeszcze wykazać sprzedaż w odpowiednich deklaracjach VAT.

Usługi, które nie są opodatkowane w kraju nabywcy, czyli do których ma zastosowanie art. 28b, sprzedawca wykazuje w pozycji deklaracji VAT zatytułowanej “Dostawa towarów oraz świadczenie usług poza terytorium kraju”. Ponadto należałoby transakcję wykazać również w pozycji: “w tym świadczenie usług, o których mowa w art. 100 ust. 1 pkt 4 ustawy”. Zatem na deklaracji VAT kwota transakcji wewnątrzwspólnotowego świadczenia usług będzie widniała dwa razy.

Dodatkowo wartość usług świadczonych w UE, dla których podatnikiem jest nabywca, będzie wykazywana w tzw. informacji podsumowującej VAT-UE – czyli w dodatkowej deklaracji poza deklaracją VAT-7/VAT-7K. Transakcje świadczenia usług wewnątrzwspólnotowych wykazuje się tam w rozbiciu na poszczególnych kontrahentów, uzupełniając część E formularza (w przypadku braku miejsca należy skorzystać z załącznika VAT-UE/C).

Informację VAT-UE, podobnie jak deklarację VAT, przesyła się do urzędu wyłącznie w formie elektronicznej. Należy pamiętać, że informację podsumowującą VAT-UE składa się wyłącznie za okresy miesięczne, tj. do 25. dnia miesiąca po zakończeniu miesiąca rozliczeniowego, w którym wystąpiła transakcja wewnątrzwspólnotowa. Nie ma więc obowiązku składania tzw. zerowych deklaracji, czyli deklaracji za okres, w którym nie wystąpiła żadna z transakcji wykazywana w informacji podsumowującej VAT-UE.

Usługi wykonane na rzecz osób prywatnych z Unii, które sprzedawca opodatkowuje w Polsce, powinny zostać ujęte wyłącznie w deklaracji VAT-7/VAT-7K, na takich samych zasadach co transakcje krajowe.

Wewnątrzwspólnotowe świadczenie usług nie jest zatem trudne w rozliczaniu. Wymaga jednak od podatników dopełnienia obowiązków rejestracyjnych, a następnie prawidłowego udokumentowania i opodatkowania, kończąc na wykazaniu w odpowiednich deklaracjach podatkowych.

Eric Kimberling radzi, jak uratować feralne wdrożenie ERP

Nie każda implementacja systemów ERP kończy się sukcesem. To samo tyczy się cyfrowej transformacji. Mimo ciężkiej pracy całego zespołu, na drodze do osiągnięcia zamierzonych celów pojawiają się większe lub mniejsze trudności, które mogą pełen potencjału projekt zamienić w sromotną porażkę. Eric Kimberling z Panorama Consulting radzi w 5. punktach, jak wyjść z kryzysu obronną ręką.

Ważne, by zaakceptować sytuację taką, jaka ona jest. Nie jesteś sam. Ponadto są rzeczy, które możesz zrobić, by wszystko naprawić i przywrócić projekt na właściwe tory. Akceptując to, że jego status może zmienić się na lepsze bierzesz pierwszy, niezwykle istotny krok w kierunku uzdrowienia sytuacji.

Gdy osiągniesz już poziom akceptacji, podejmij te 5 kroków, które pomogą tobie i twojemu zespołowi wyjść z impasu.

  1. Oceń szkody. Krok pierwszy polega na ustaleniu, gdzie dokładnie stoisz z projektem. Główny oficer informacyjny, manager projektu czy zespół odpowiedzialny za jego wdrożenie mogą być przytłoczeni wszystkimi jego ruchomymi częściami i kumulującymi się kosztami. Zatrudnienie niezależnej firmy doradczej w takiej sytuacji to strzał w dziesiątkę. Autonomiczni konsultanci przeprowadzą obiektywną ocenę projektu i oszacują, w jakim stadium obecnie się znajduje, a w jakim powinien. Dostarczą również proste w realizacji wskazówki, dzięki którym projekt wróci na właściwe tory.
  2. Skup się na ludziach i procesach. W większości przypadków, rozeznanie przeprowadzone w punkcie pierwszym pociągnie za sobą zmiany w podejściu do poszczególnych elementów projektu i przeniesie ciężar skupienia na zarządzanie zmianami organizacyjnymi i/lub zarządzanie procesami biznesowymi. Zbyt często projekty grzęzną od strony technologicznej, ale prawdziwe okazje, by sprowadzić projekt na właściwe tory związane są z ludźmi i procesami. Odsunięcie na bok kwestii technologicznych, wygospodarowanie czasu i skupienie się na dokładniejszym zdefiniowaniu procesów biznesowych oraz właściwej reakcji na opór organizacyjny w większości przypadków przełożą się na większy zwrot z inwestycji.
  3. Zastanów się nad alternatywami. Wiele zespołów zaraz po rozpoczęciu projektu czuje się uwięzionych. Innymi słowy, czują się tak, jakby musieli maszerować określoną ścieżką, na którą się na początku zdecydowali. W rzeczywistości, firmy dysponują wieloma drogami, którymi można doprowadzić projekt do końca. Spróbuj odpowiedzieć sobie na te przykładowe pytania: Czy oryginalny cel, którym się kierujesz jest odpowiedni na tym etapie projektu? Warto wziąć pod uwagę fakt, że na każdym kolejnym etapie widzisz więcej i wiesz więcej. Może istnieją sposoby, które sprawią, że projektem będzie się lepiej zarządzać? Czy posiadasz odpowiednich członków zespołu? Czy wybrana wcześniej integracja systemowa na pewno jest najlepszym rozwiązaniem? Odpowiadając sobie na te i inne pytania możesz dostrzec alternatywne rozwiązania, których do tej pory nie brałeś pod uwagę.
  4. Weź pod uwagę tańsze i bezpieczniejsze opcje. Tak, jak w punkcie poprzedzającym, zastanów się nad alternatywnymi rozwiązaniami. Być może istnieją inne sposoby realizacji celu końcowego, bez bólu, ryzyka i kosztów, z którymi obecnie się zmagasz? Jeśli odpowiednio podszedłeś do punktu 1., to odpowiedź na to pytanie powinna być oczywista. Możesz dowiedzieć się np., że modyfikacja obecnego systemu i procesów biznesowych zaowocuje podobnymi korzyściami biznesowymi, co nowe wdrożenie, tyle że bez współmiernego ryzyka i wysokich kosztów.
  5. Gdy wszystko inne zawiedzie spauzuj lub przerwij projekt. Spojrzenie prawdzie w oczy może być bolesne, ale być może to najwyższy czas by podjąć radykalną decyzję i zrezygnować z projektu lub wstrzymać go na jakiś czas. Jeśli nie posiadasz wystarczających środków, dysponujesz zbyt niskim budżetem, brakuje ci wsparcia ze strony kadry zarządzającej lub innych kluczowych dla osiągnięcia sukcesu czynników, być może takie rozwiązanie będzie prostsze do strawienia. Tak czy tak, dobrze jest wiedzieć, gdzie należy postawić granicę i kiedy wycofać się w porę.

O komentarz do 5 kroków Eric Kimberling z Panorama Consulting, mających pomóc wyprowadzić na prostą nieudane wdrożenia systemu ERP, poprosiliśmy eksperta z DSR SA, Pawła Daszkiewicza:

Eric Kimberling przedstawia dosyć spójną receptę, jak wyjść z zapaści projekt wdrożenia systemu ERP. Jednak przyznam, że z perspektywy kilkuset wdrożeń, które miałem możliwość dotknąć, jego recepta nie do końca mnie przekonuje. Propozycja wynajęcia firmy doradczej, która oceni stan projektu i przedstawi rekomendację jest bowiem trochę metodą wyparcia problemów. Oczywiście metoda „nowego otwarcia” jest często skuteczna, tyle tylko, że nie uczy organizacji, która przeprowadzała wdrożenie, dlaczego i kiedy nastąpiły zdarzenia, które zdecydowały o zaistniałym kryzysie. Zanim zacznie się realizować kroki naprawcze proponowane przez Erica Kimberlinga, wydaje się istotne wykonanie kroku przygotowawczego, jakim jest uczciwa rewizja przez sponsora projektu zasadniczych elementów definiujących takie przedsięwzięcie.

Są to zwykłe bazowe elementy dla każdego projektu, jednak jak uczą przykłady, często wciąż słabo zdefiniowane lub wręcz pomijane. I tu jest klucz. Aby projekt wdrożenia systemu ERP mógł się udać, muszą być zdefiniowane cele, jakie są stawiane dla oceny osiągnięcia sukcesu, zakres i harmonogram wdrożenia, wyłączenia i ograniczenia, określony i zabezpieczony budżet przedsięwzięcia, powołany zespół projektowy z osób świadomych procesów i celów organizacji i z zagwarantowanym czasem na prowadzenie wymaganych aktywności oraz uzgodniona metodyka, komunikacja i marketing projektu. Szczególnie kwestia komunikacji w zakresie uwspólnienia celów i oczekiwań jest zaniedbywana i projekt bywa kierowany w zupełnie odmiennych kierunkach przez zarząd, sponsora, zespół projektowy i w końcu końcowych użytkowników, którzy maja pracować w systemie. Oczywiście zdarza się, że kryzys we wdrożeniu związany jest z czynnikami zewnętrznymi, takimi jak niewłaściwie wybrana technologia lub brak kompetencji u dostawcy systemu ERP, jednak nawet takie czynniki zwykle są konsekwencją niezadbania o wymienione wyżej elementy bazowe projektu. Określenie, który z tych elementów został źle zdefiniowany lub błędnie uruchomiony, dopiero może być podstawą, by proponowane przez Erica Kimberlinga kroki przyniosły efekt.