Uważasz, że sklep Cię oszukał? Zanim ten fakt skomentujesz, dobrze się zastanów

W gorączce przedświątecznych zakupów bywa tak, że zamówiony prezent nie dociera na czas, mimo zapewnień sprzedawcy. Klient może też być poważnie niezadowolony z jakości nabytej rzeczy, np. gdy zamiast oryginału otrzyma podróbkę. W takich sytuacjach częstą praktyką konsumentów jest zamieszczanie komentarzy w Internecie. Niektórzy wyrażają swoje opinie na stronach sklepów, inni używają do tego mediów społecznościowych. Dla przykładu, w emocjach ogłaszają, żeby nie ufać konkretnej osobie, marce czy też placówce handlowej, a nawet nazywają kogoś naciągaczem lub złodziejem. Adwokat Katarzyna Topczewska ostrzega, że autorzy tego typu wpisów narażają się na odpowiedzialność cywilną z tytułu naruszenia dóbr osobistych opisywanych osób lub firm. Grozi im jednocześnie proces karny za zniesławienie. Nie znaczy to oczywiście, że nie można wystawić krytycznej opinii na temat usług sprzedawcy. Ale trzeba to zrobić w sposób bardzo wyważony. Dopóki wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu, nie wolno nikogo oskarżać o popełnienie przestępstwa, np. kradzieży czy oszustwa.

Przestępstwo zniesławienia za pomocą środków masowego komunikowania definiuje art. 212 § 2 k.k. Jest to pomówienie o takie postępowanie lub właściwości, które mogą kogoś publicznie poniżyć, narazić na utratę zaufania niezbędnego do wykonywania zawodu lub prowadzenia określonej działalności. Tyle w tej kwestii mówi kodeks. Pokrzywdzonym może być zarówno pojedynczy człowiek, jak również grupa ludzi, instytucja, osoba prawna czy jednostka organizacyjna niemająca osobowości prawnej.

– Ofiara może wejść na drogę postępowania karnego, wnosząc prywatny akt oskarżenia do sądu. Jeśli oskarżonemu zostanie udowodnione przestępstwo zniesławienia, grozi mu grzywna, ograniczenie lub pozbawienie wolności do roku. Sędzia ma prawo orzec również nawiązkę na rzecz pokrzywdzonego albo na wskazany cel społeczny, o czym mówi art. 212 § 3 k.k. Jej maksymalna wysokość wynosi obecnie do 100 tys. zł. W praktyce wymiar kary zależy od różnych czynników. Nie jest to tylko kwestia większej lub mniejszej obraźliwości komentarza internetowego. Sędzia bierze pod uwagę m.in. to, czy oskarżony był już karany i jak zachowywał się po popełnieniu czynu – wyjaśnia adwokat Katarzyna Topczewska.

Jak dodaje ekspert, największe znaczenie dla sądu może mieć rozmiar wyrządzonej szkody. Załóżmy, że w wyniku kilku wyjątkowo złośliwych komentarzy, opublikowanych przez ważną dla butiku klientkę, pomówiona sprzedawczyni traci pracę. Sprawa dzieje się w małym miasteczku, gdzie takie wiadomości szybko się rozchodzą. Jeżeli żaden sklep nie będzie chciał zatrudnić zniesławionej osoby, to skutki czynu będą naprawdę poważne. Zdaniem mec. Topczewskiej, w takiej sytuacji kara powinna być surowa. Natomiast złagodzić ją może skrucha oskarżonej, pojednanie się z pokrzywdzoną czy też dobrowolna zapłata na jej rzecz określonej kwoty tytułem naprawienia szkody lub zadośćuczynienia.

– Człowiek dotknięty nierzetelnymi komentarzami w Internecie ma możliwość dochodzenia ochrony swoich praw również w postępowaniu cywilnym. Wówczas musi złożyć do sądu pozew o ochronę dóbr osobistych oraz o usunięcie skutków tych naruszeń. Może w nim zażądać zaprzestania publikowania negatywnych komentarzy oraz opublikowania przeprosin. Ma także prawo oczekiwać zapłaty zadośćuczynienia na swoją rzecz lub na wskazany cel społeczny. Jeżeli wskutek pojawienia się nierzetelnych wpisów w sieci ich ofiara poniosła szkodę majątkową, to może także żądać zapłaty odszkodowania. Jego wysokość jest obliczana na podstawie rozmiaru straty, np. związanej z utratą pracy – stwierdza mec. Topczewska.

Adwokat zapewnia, że wybór drogi postępowania zawsze należy do pokrzywdzonego. A tak de facto nie musi on rezygnować z żadnej z możliwości. Ofiara negatywnego komentarza w Internecie ma prawo zastosować oba rozwiązania, tzn. złożyć do sądu prywatny akt oskarżenia za zniesławienie i jednocześnie pozew o ochronę dóbr osobistych. W praktyce zazwyczaj skutki tego samego czynu, jakim jest nierzetelny post na temat usług sprzedawcy, są ze sobą ściśle związane. Jednak zarówno poszkodowani, jak i winowajcy rzadko mają pełną wiedzę prawną na ten temat. Dlatego tak wiele pomówień o nieuczciwość pojawia się w sieci.

– Trzeba mieć świadomość konsekwencji, na jakie narażamy się, publikując konkretną opinię w Internecie. Przede wszystkim nie wolno nam nikogo nazwać złodziejem, dopóki sąd nie stwierdzi winy sprawcy w prawomocnym wyroku. Musimy ściśle trzymać się faktów i dokładnie opisać całą sytuację, bez obrażania wskazanej osoby lub firmy. Dla przykładu, zrobiliśmy przelew i mamy na to dowód. Ale w ciągu trzech miesięcy nie otrzymaliśmy towaru. Sprzedawca nie odpowiada na nasze wiadomości. Taka krótka informacja wystarczy, aby wyrazić swoją opinię. Mamy prawo także napisać, że jesteśmy niezadowoleni i negatywnie oceniamy podejście danej firmy do klienta – stwierdza mecenas Katarzyna Topczewska.

Zdarzają się też sytuacje, że dotknięty wpisem przedsiębiorca wysyła pismo do kupującego z żądaniem zadośćuczynienia. Jak zapewnia adwokat, nie mamy obowiązku prawnego odpowiadać sprzedawcy, gdy wzywa nas do usunięcia wpisu internetowego, zapłaty jakiejś kwoty tytułem zadośćuczynienia lub opublikowania przeprosin. Jednak zawsze warto przedstawić drugiej stronie swoje argumenty. Nasza odpowiedź może być później użyta jako dowód w sądzie.

– Jeżeli uważamy, że nasz komentarz jest obiektywny, to w odpowiedzi sprzedawcy warto wskazać, że nie mamy podstaw do jego usunięcia, bo opieramy się na faktach lub nasza ocena nie przekracza granic dozwolonej krytyki. Jeśli jednak wiemy już, że przesadziliśmy, to wtedy należy usunąć wpis i podjąć postępowanie polubowne w celu wypracowania takiego rozwiązania, które nie doprowadziłoby do wejścia na drogę sądową. Najprostszym rozwiązaniem może być usunięcie negatywnego komentarza i opublikowanie przeprosin. Jeżeli mimo tego pokrzywdzony nie będzie skory do pojednania, to wówczas wystąpi do sądu. Wciąż będzie miał takie prawo – podsumowuje Katarzyna Topczewska.

Blisko 98% akcjonariuszy Emperia Holding poparło zmianę statutu Spółki

Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Emperia Holding zdecydowaną większością przegłosowało uchwałę dotyczącą zmiany statutu spółki. Przyjęcie uchwały poparli akcjonariusze reprezentujący aż 97,7% głosów uczestniczących w walnym zgromadzeniu. Spełniony został w ten sposób jeden z warunków wezwania do sprzedaży 100% akcji Emperii Holding ogłoszonego przez MAXIMA GRUPĖ, na podstawie zawartej umowy inwestycyjnej.

Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Emperia Holding w dniu 20 grudnia 2017 r. przyjęło uchwałę dotyczącą zmiany statutu spółki. Za przyjęciem uchwały zagłosowało 97,7% akcjonariuszy uczestniczących w walnym zgromadzeniu, czyli jego znacząca większość. Na NWZA reprezentowane było blisko 74% kapitału zakładowego Spółki.

Przyjęcie uchwały przez akcjonariuszy jest spełnieniem jednego z warunków wezwania ogłoszonego przez MAXIMA GRUPĖ, UAB, które zostały określone w umowie inwestycyjnej zawartej 23 listopada br.

Na podstawie umowy inwestycyjnej litewski inwestor ogłosił wezwanie do sprzedaży akcji Emperii po cenie 100 zł za akcję. Wezwanie obejmuje 12.342.027 akcji Emperia Holding stanowiących 100% kapitału zakładowego spółki. Cena oferowana w wezwaniu stanowi odpowiednio, 9,4% i 14,4% premii powyżej średniej ceny rynkowej z okresu odpowiednio 3 i 6 miesięcy poprzedzających ogłoszenie wezwania. Przyjmowanie zapisów rozpoczęło się 14 grudnia br. i będą one prowadzone do 21 lutego 2018 r. Przewidywany dzień transakcji na GPW to 26 lutego 2018 r., a rozliczenie transakcji przed KDPW powinno nastąpić 27 lutego 2018 r.

Pozostałe warunki ogłoszonego wezwania obejmują, m.in. uzyskanie zgody na koncentrację ze strony UOKiK oraz osiągnięcie progu minimalnej liczby akcji objętych zapisami w wezwaniu uprawniających do 66% ogólnej liczby głosów w Spółce.

Ogniwa fotowoltaiczne z polskim grafenem wyprodukują do 50 proc. więcej energii elektrycznej. Na rynku pojawią się w przyszłym roku

Ogniwa fotowoltaiczne z polskim grafenem wyprodukują do 50 proc. więcej energii elektrycznej. Na rynku pojawią się w przyszłym roku 1

Polska firma FreeVolt prowadzi prace nad ulepszonym ogniwem fotowoltaicznym. Warstwę srebra stosowaną w klasycznych rozwiązaniach zastąpiła grafenem wytwarzanym opatentowaną przez Polaków metodą. To przekłada się na duży wzrost wydajności urządzenia. Produkt ma zostać skomercjalizowany w drugiej połowie 2018 roku. Nowe ogniwa mają kosztować tyle, ile obecne, a ich wydajność przy zachmurzonym niebie ma być wyższa nawet o 50 proc.

– Ogniwa grafenowe działają przede wszystkim kilkanaście razy bardziej wydajnie z uwagi na to, że są bardzo wrażliwe na światło, które jest światłem rozproszonym, czyli tak jak w Polsce: nie mamy pełnego słońca, a słońce zachmurzone. Wtedy fotowoltaika oparta na elektrodach srebrzanych ma około 20 proc. wydajności, a z elektrodami grafenowymi dostarcza od 30 do 50 proc. więcej konwersji światła na prąd elektryczny – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Łukasz Nowiński, współzałożyciel firmy FreeVolt.

W swoim rozwiązaniu twórcy korzystają z opatentowanej przez Polaków technologii wytwarzania grafenu, dzięki czemu nie będą mieli konkurencji zagranicznej przede wszystkim z Chin. Grafen jest jedną z odmian węgla. Składa się z ciasno upakowanych atomów tego pierwiastka, tworzących strukturę przypominającą plaster miodu. Ten materiał jest sto razy wytrzymalszy od stali.

Wersja testowa nowych ogniw ma być dostępna jeszcze w pierwszej połowie przyszłego roku. Wtedy zostaną przeprowadzone badania. Komercjalizacja produktu będzie miała miejsce w drugiej połowie 2018 roku. Twórcy chcą, aby nowe rozwiązanie nie odbiegało cenowo od urządzeń aktualnie dostępnych na rynku.

– Grafen nie jest droższy od srebra. Oczywiście jest to nowa technologia, dlatego komercjalizacja być może spowoduje delikatny wzrost ceny, być może o 5–7 proc. Natomiast przy wzroście wydajności od 30 do 50 proc., to relatywnie cena będzie o te 30 proc. niższa, bo będziemy mieli więcej energii za podobnie zainwestowane środki – podkreśla ekspert.

Jak czytamy w raporcie Markets and Markets, w 2020 roku rynek fotowoltaiki na świecie osiągnie wartość ponad 345 mld dol., notując w najbliższych latach średnioroczny wzrost o 18,3 proc. GTM Research prognozuje, że w 2017 roku instalacje solarne osiągną globalnie moc 85 GW. To dwa razy więcej niż w 2014 roku.

Z danych zawartych w ostatnim raporcie Instytutu Energii Odnawialnej wynika, że na koniec ubiegłego roku łączna moc systemów fotowoltaicznych w Polsce wyniosła ok. 199 MW. Głównymi wytwórcami energii w ten sposób są osoby fizyczne. U 90 proc. z nich zainstalowane są mikroinstalacje wytwarzające do 10 kW.

– Założenie modułów fotowoltaicznych w Polsce ma sens dzisiaj, miało sens w 2012 roku i pewnie też w 2008 roku, z prostej przyczyny – dzisiaj koszt elektryczności od operatora wynosi od 40 do 60 groszy za kWh. Natomiast własne moduły oparte nawet na starej technologii generowały koszt w wysokości 26 groszy. Zakupienie własnej elektrowni spowodowało, że wydawaliśmy o połowę mniej – podsumowuje Łukasz Nowiński.

Polska firma wykonała aplikację dla szwedzkiego ministerstwa zdrowia. Pomoże w zachowaniu zdrowia i poprawi długość życia o około 15–20 lat

Polska firma wykonała aplikację dla szwedzkiego ministerstwa zdrowia. Pomoże w zachowaniu zdrowia i poprawi długość życia o około 15–20 lat 2

Postępująca miniaturyzacja elektroniki napędza wiele różnych rynków, w tym konsumencki rynek ubieralnych urządzeń do monitorowania funkcji organizmu. Tanie, osobiste czujniki zmierzą temperaturę ciała, ciśnienie krwi czy tętno. Pomogą zarówno osobom chorym, jak i zdrowym monitorować pracę organizmu. Czujniki są często bogato oprogramowane i współpracują z aplikacjami, które zbierają i analizują dane. Jedną z takich aplikacji stworzyli Polacy na zlecenie szwedzkiego Ministerstwa Zdrowia.

– MovereX to aplikacja mobilna, która jest spięta z opaską odczytującą tętno użytkownika. Powstała dla szwedzkiego ministerstwa zdrowia. Istnieje tam coś takiego jak FaR, czyli recepta na aktywność fizyczną, razem z taką receptą pacjent dostaje aplikację MovereX i opaskę, która mierzy tętno. Dzięki temu lekarz jest w stanie obserwować aktywność fizyczną pacjenta, sprawdzać, czy wypełnia on założony plan aktywności fizycznej, sprawdzać jego postępy i jak sobie radzi – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Michał Walędziak, lider zespołu aplikacji mobilnych firmy Cybercom.

Aplikacje i urządzenia tego typu stanowią dodatkową motywację. Pozwalają bowiem śledzić codzienną aktywność, porównywać swoje osiągnięcia z danego dnia, tygodnia czy miesiąca z aktywnością z przeszłości. Często umożliwiają też porównywanie swoich osiągnięć z innymi osobami. Łatwy i atrakcyjny graficznie sposób prezentacji danych powoduje, że nie musimy być ekspertami w obsłudze oprogramowania czy mieć wiedzę na temat fizjologii człowieka, by móc wyciągnąć wiele interesujących wniosków. Zwykle jednak tego typu aplikacje trzeba na początku pracy skonfigurować, podając podstawowe informacje na swój temat.

– Użytkownik, czyli pacjent, wprowadza wszelkie informacje na temat swojego wieku, wagi, aktywności fizycznej. Na tej podstawie wyliczane są poziomy aktywności fizycznej. Ustalone jest tętno – jeśli aktywność fizyczna w granicach tego tętna jest utrzymywana nieprzerwanie, uznawane jest to za tzw. aktywne minuty, 10 aktywnych minut dziennie może poprawić długość życia o około 15–20 lat – przekonuje Michał Walędziak

Urządzenia monitorujące zdrowie nie tylko poprawiają komfort życia i ułatwiają leczenie, lecz także mogą znacząco obniżyć koszty opieki zdrowotnej. Obecnie w Polsce na cukrzycę choruje około 3,5 mln osób, z czego około 1,2 mln nie jest zdiagnozowanych. Roczne koszty leczenia samej tylko cukrzycy sięgają 4 mld zł. Jednak najczęstszą przyczyną zgonów w Polsce są choroby krążenia, na które każdego roku umiera około 170 tys. osób, a z powodów samej tylko absencji w pracy ZUS wypłacił 4,5 mld zł.

– Aplikacja monitoruje i przypomina, ale za większą motywację do uprawiania sportu odpowiedzialny jest lekarz, który kontroluje wyniki pacjenta i konsultuje z pacjentem poprzez funkcję chatu w aplikacji. To jest też ważne dla cukrzyków, dla osób z problemami krążenia, osób z chorobami serca. Właśnie poprzez aktywne minuty, poprzez codzienną aktywność fizyczną – twierdzi ekspert.

Aplikacja powstała na zamówienie szwedzkiego ministerstwa zdrowia. Jest ona obecnie testowana, ale producent deklaruje, że jeśli będzie zainteresowanie ze strony polskiego ministerstwa, to nic nie stoi na przeszkodzie, by wdrożyć ją i w naszym kraju.

Według raportu „Sensor Market in Consumer Healthcare – Analysis & Forecast 2013 – 2020” rynek ten w latach 2014–2020 będzie rósł w tempie 5,6 proc., by osiągnąć wartość 47,4 mld dol.

Rodzinnej awantury przy świątecznym stole można uniknąć. Wystarczy kilka zasady skutecznej komunikacji

Rodzinnej awantury przy świątecznym stole można uniknąć. Wystarczy kilka zasady skutecznej komunikacji 3

Boże Narodzenie to święta spędzane zwykle w gronie najbliższych i rodziny. Przy tej okazji może się zdarzyć, że na jaw wyjdą napięcia, konflikty czy chowane przez lata urazy. Eksperci radzą, że dobrze jest stosować kilka zasad skutecznej komunikacji międzyludzkiej, aby tego uniknąć: nie poruszać tematów politycznych, wyłączyć telefony i telewizję, a przede wszystkim uważnie słuchać innych. – To jest czas bliskości, cieszenia się sobą, naprawiania relacji, słuchania i rozmawiania o uczuciach – podkreśla ekspert komunikacji społecznej Wyższej Szkoły Bankowej.

– Przy świątecznym stole wszystko zależy od wzajemnych relacji. Albo nie mamy ze sobą o czym rozmawiać, jest cisza i strach przed odezwaniem się, bo każda rozmowa może się skończyć kłótnią, albo wręcz przeciwnie, celebrujemy święta, cieszymy się swoją obecnością, rozmawiamy na tematy ważne. Wszystko zależy od tego, jak układała się dotychczasowa komunikacja i relacje. Jeżeli są dobre, jest też prawdziwa, autentyczna rozmowa. Jeśli coś poszło nie tak, trzeba spróbować to naprawić, a pierwszym krokiem jest dobra komunikacja właśnie przy świątecznym stole – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ewa Kosowska-Korniak, ekspert do spraw komunikacji społecznej, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Nierzadko w czasie świątecznych dni zamiast pozytywnych, świątecznych emocji pojawiają się chowane przez lata urazy, kłótnie i problemy z wzajemną komunikacją pomiędzy członkami rodziny.

– Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że wszystko zależy od nas samych. Nie jesteśmy w stanie zmienić drugiej osoby, nie możemy wpłynąć na jej słowa, zachowania i postawy, ale za to można zmienić siebie w relacji z tą osobą. Komunikować się w taki sposób, żeby jakość rozmowy się poprawiła –podkreśla Ewa Kosowska-Korniak.

Ekspertka podkreśla, że przy świątecznym stole przede wszystkim należy unikać polityki. To uniwersalny temat, na który każdy ma zazwyczaj coś do powiedzenia, ale z drugiej strony to też punkt zapalny i szybko może się stać zarzewiem konfliktu.

– Dużo trudniej jest rozmawiać o tym, co w życiu najważniejsze, czyli o wartościach, rodzinie i swoich uczuciach, o tym, co jest dla nas ważne, jak się czujemy i na czym naprawdę nam zależy. Gdybyśmy komunikowali się w taki sposób, wtedy druga strona dużo lepiej by nas rozumiała. Jeżeli rozmowa przy świątecznym stole pójdzie w tym kierunku, będzie bezpieczna, spokojna, niepowtarzalna, a może będzie okazją do tego, żeby powiedzieć sobie coś bardzo ważnego, na co wcześniej nigdy nie było czasu – zauważa Ewa Kosowska-Korniak.

Kolejna rzecz, której trzeba bezwzględnie unikać, to komunikacja w drugiej osobie. Hasła „Ty zawsze robisz coś nie tak”, „Ty nigdy nie dotrzymujesz słowa” i podobne przekazy w tym stylu prawie na pewno zostaną odebrane jako personalny atak, który skończy się kłótnią.

– Mówmy o sobie, używajmy komunikatu „ja”. Zdanie „czuję się źle, kiedy nie dotrzymujesz danego mi słowa” brzmi zupełnie inaczej, to nie jest już atak na drugą osobę. Najczęstsze punkty zapalne w każdej rodzinie to hasła w rodzaju: „jesteś taki sam jak twój ojciec” albo „zachowujesz się tak jak twoja matka” – takich zdań nigdy w komunikacji rodzinnej nie używajmy – podkreśla Ewa Kosowska-Korniak.

Nierzadko zdarza się, że używamy komunikatów nacechowanych negatywnie, podszytych dozą krytyki czy złośliwości. Dlatego zanim otworzymy usta, warto dwa razy się zastanowić, jaką intencję ma wypowiedź i jak może zostać odebrana przez drugą stronę.

– Może się nam wydawać, że na przykład jesteśmy dowcipni, elokwentni i inteligencja przebija z naszych słów, podczas gdy jest to złośliwość podszyta zamiarem dokuczenia drugiej osobie i sprawia jej przykrość. Bądźmy świadomi tego, co chcemy przekazać i jaka intencja się za tym kryje – podkreśla Ewa Kosowska-Korniak.

Nawet lekko przypalona potrawa, spóźnienie czy jedna niefortunna uwaga mogą się stać w święta zarzewiem konfliktu, dlatego bezwzględnie trzeba unikać krytykowania i oceny zachowania innych osób, drobnych złośliwości i nerwowej atmosfery.

– Święta Bożego Narodzenia to czas, kiedy nie plotkujemy, nie bawimy się telefonami komórkowymi, wyłączamy inne przeszkadzacze typu telewizor, bo to są zagłuszacze naszej wzajemnej komunikacji. Jesteśmy całym sobą z drugą osobą, rozmawiamy o uczuciach, o tym, co ważne, cieszymy się swoją obecnością i bliskością – podkreśla Ewa Kosowska-Korniak.

Ekspertka podkreśla, że chęć mówienia tylko i wyłącznie o sobie jest jedną z głównych barier skutecznej komunikacji. Równie ważne jest, aby okazać swoje zainteresowanie i uwagę rozmówcy.

– Jeżeli ktoś potrafi dobrze słuchać, jest dobry w komunikacji rodzinnej i potrafi rozwiązywać pojawiające się problemy. Nauczmy się słuchać, ponieważ komunikacja musi być dwustronna – jedna osoba mówi, a druga słucha. Utrzymujemy kontakt wzrokowy, pochylamy się w stronę rozmówcy, słuchamy całym sobą, dopytujemy i podążamy za tokiem wypowiedzi – wtedy ta osoba ma pełną świadomość, że jest słuchana i czuje się ważna. Najgorsze, co można zrobić, to układać sobie już w głowie swoją własną odpowiedź czy historię i tylko czekać na chwilę przerwy, żeby wejść ze swoim wątkiem i przerzucić rozmowę na siebie. To jest bariera komunikacyjna – mówi ekspert do spraw komunikacji społecznej z Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Branża transportowa obawia się nowych unijnych regulacji. Przewoźnicy liczą na zdecydowane działania polskiego rządu

Branża transportowa obawia się nowych unijnych regulacji. Przewoźnicy liczą na zdecydowane działania polskiego rządu 4

Pakiet Mobilności, zaproponowany w maju przez Komisję Europejską, będzie oznaczać rewolucyjne zmiany dla polskich przewoźników i całej branży transportowej. Ta obawia się wzrostu kosztów i spadku konkurencyjności wobec zachodnich firm w efekcie nowych regulacji. Polska jest obecnie jedną z potęg na europejskim rynku usług transportowych. Krajowi przewoźnicy podkreślają, że obrona ich interesów na unijnym rynku wymaga zdecydowanych działań rządu.

Sytuacja na rynku transportowym jest doskonała, zapotrzebowanie na usługi rośnie, wzrastają stawki frachtowe, polskie firmy rosną i zdobywają lukratywne rynki Europy Zachodniej. Z drugiej strony wraz z forsowaniem przez UE ustaw socjalnych, które spowodują zwiększenie kosztów transportu pojawiła się ogromna obawa o przyszłość. Są na rynku naprawdę duże firmy, którym zajrzało w oczy widmo upadku, ich przyszłość będzie zależała od ostatecznego brzmienia pakietów socjalnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Loos, redaktor naczelny magazynu „Transport Manager”.

Komisja Europejska w maju br. zaprezentowała tzw. pakiet mobilności, czyli propozycje zmian w przepisach dotyczących transportu drogowego w UE. Unijna inicjatywa będzie oznaczać rewolucyjne zmiany, szczególnie dla przewoźników międzynarodowych. Zakłada m.in., że kierowcy będą traktowani jak pracownicy delegowani, powinni mieć zapewnioną płacę minimalną zgodną z przepisami kraju, w którym w danym momencie pracują. To znaczy, że za czas pracy na terytorium innego państwa polski kierowca ma otrzymywać takie samo wynagrodzenie, jak lokalny pracownik na podobnym stanowisku.

Polski, estoński czy słowacki kierowca wożący ciężarówką towary na zachód Europy, gdzie płace są zupełnie inne, będzie musiał otrzymywać taką samą płacę, jaką ma kierowca francuski przebywający we Francji czy niemiecki przebywający w Niemczech. W zależności od tego, ile czasu przebywa podczas podróży na terytorium Niemiec, Belgii, Francji czy Hiszpanii, będzie mu naliczana tamtejsza płaca – wyjaśnia Marek Loos.

Branża obawia się wzrostu kosztów działalności. Doprowadziłoby to do osłabienia na unijnym rynku pozycji polskich firm, które w efekcie przestaną być konkurencyjne wobec zachodnich. Dla przewoźników z Polski zmiany będą także wiązały się z nowymi obowiązkami administracyjnymi. Te dwa czynniki mogą spowodować, że dla międzynarodowych transport stanie się dla nich nieopłacalny.

– Koszty transportu zdecydowanie wzrosną, ponieważ koszt kierowcy jest jednym z najwyższych w działalności transportowej, szczególnie w transporcie międzynarodowym. Na dodatek jest to gigantyczna praca administracyjna dla właścicieli firm i działów finansowych, polegająca na naliczaniu innych płac za każdy odcinek trasy. Nie będą to stawki minimalne, ale płace średnie kierowców, wynikające z umów zbiorowych na poszczególnych obszarach Europy. Co więcej, będą obciążone tamtejszymi obciążeniami socjalnymi, emerytalnymi i zdrowotnymi – wyjaśnia Marek Loos.

Według Komisji Europejskiej tzw. pakiet mobilności ma uregulować wewnętrzny rynek, przepisy socjalne oraz opłaty za korzystanie z infrastruktury drogowej. Chodzi m.in. o wprowadzenie wspólnych rozwiązań na terenie państw Wspólnoty. Podobne przepisy dotyczące płac, które miały na celu ochronę wewnętrznego rynku, wprowadziły już wcześniej Niemcy czy Francja.

– Oficjalnie przyczyną jest chęć zabezpieczenia interesów pracowniczych kierowców, aby zarabiali tyle samo, ile ich koledzy na Zachodzie. Analizując to dokładniej, były to decyzje polityczne. Chodzi po prostu o obronę własnych rynków transportowych, ponieważ Polska jest potęgą – opanowała 33 proc. drogowych przewozów towarowych w Europie. Wystarczy się przejechać autostradą w kierunku Berlina czy Amsterdamu – jeżdżą tam prawie wyłącznie polskie ciężarówki. Przewoźnicy z Zachodu boją się nas, bo zabieramy im rynek – mówi Marek Loos.

Polska jest jedną z potęg na europejskim rynku usług transportowych, a rodzime firmy mają w nim już prawie jedną trzecią udziałów. Krajowa flota liczy ponad 200 tys. pojazdów, a cały sektor zatrudnia prawie milion pracowników. Rośniemy w siłę od momentu wejścia do UE i otwarcia europejskich rynków. Według statystyk GUS bezpośredni udział sektora usług transportu i logistyki w polskim PKB zwiększył się o ponad jedną piątą od momentu wstąpienia Polski do UE (wzrósł z 5,4 proc. w 2004 roku do poziomu 6,5 proc. w 2015 roku).

Tamtejsi zleceniodawcy wolą wybrać polską firmę transportową. Bynajmniej nie dlatego, że jest najtańsza. Jesteśmy najbardziej elastyczni i otwarci na niewygody. Polski kierowca pojedzie w trasę na tydzień lub dwa, natomiast kierowca z Francji tego nie zrobi, ponieważ woli być z rodziną albo prostu mu się nie chce. Częste rozłąki z rodziną to także powód, dla którego ten zawód jest bardzo niepopularny, niezależnie od relatywnie dobrych zarobków – mówi Marek Loos.

Redaktor naczelny branżowego magazynu „Transport Manager” ocenia, że obrona interesów polskich przewoźników na unijnym rynku wymaga zaangażowania rządu. Pod koniec lipca tzw. pakiet mobilności, zaproponowany przez Komisję Europejską, negatywnie zaopiniował Senat. Według wyższej izby parlamentu jest on niezgodny z unijną zasadą pomocniczości. Resort infrastruktury i budownictwa zapewnia, że aktywnie zajmuje się sprawą na forum międzynarodowym.

– Tylko na szczeblu politycznym – jako państwo polskie – możemy rozwiązać sprawę. Kraje zachodnie bronią swoich rynków, stosując protekcjonistyczne metody pod płaszczykiem obrony interesów praw socjalnych kierowców. Nie ma innego rozwiązania tego problemu i zlikwidowania niebezpieczeństwa jak na drodze politycznej. Rząd angażuje w sprawę storpedowania tych działań, które mogą doprowadzić do opłakanych skutków – mówi Marek Loos.

Sceptyczne stanowisko wobec propozycji Komisji Europejskiej ma wiele państw członkowskich, nie tylko państw z Europy Środkowo-Wschodniej. Największe wątpliwości dotyczą właśnie objęcia wszystkich operacji międzynarodowego transportu drogowego przepisami o delegowaniu pracowników.

– Stowarzyszenia przewoźników z dwudziestu krajów podpisały wspólną deklarację, która ma polegać na wspólnym sprzymierzeniu się przeciwko wprowadzeniu pakietu mobilności. Wszystko w UE opiera się na negocjacjach, wszystko jest polityką – mówi Marek Loos.

Redaktor naczelny magazynu „Transport Manager” zauważa również, że coraz więcej firm transportowych z Polski zakłada swoje oddziały lub spółki na zachodzie Europy, dzięki czemu funkcjonują w tamtejszym systemie prawnym, finansowym i socjalnym. Tam też odprowadzają podatki, ale do Polski trafia wartość dodana od wykonanej pracy, ponieważ polskie firmy tutaj kupują samochody, inwestują czy serwisują flotę.

– Regulacje socjalne w UE mogą mieć – w opinii przewoźników drogowych – bardzo zły wpływ na funkcjonowanie polskiego transportu, ale są i pewne pozytywne strony, których się dopatrują. Z moich informacji wynika, że pakiet mobilności otwiera większe, nieograniczone możliwości świadczenia kabotażu, czyli transportu wewnątrz poszczególnych krajów UE, co dotychczas było ściśle limitowane. W tej chwili jedna ciężarówka może wykonać trzy przewozy transportu kabotażowego w ciągu tygodnia, potem musi wrócić do Polski. Ten wymóg ma zniknąć, co stwarza możliwość obrócenia Pakietu Mobilności na naszą korzyść – zauważa redaktor naczelny magazynu „Transport Manager”.

Debata: Ból nowotworowy – czy jest skutecznie leczony w Polsce?

Debata : Ból nowotworowy – czy jest skutecznie leczony w Polsce? odbyła się 1 grudnia 2017 r.

Na pytania redaktor Agnieszki Rosłoniak odpowiadali: dr n. med. Jadwiga Pyszkowska (SP Centralny Szpital Kliniczny, Poradnia Medycyny Paliatywnej, Polskie Towarzystwo Medycyny Paliatywnej), Marzanna Bieńkowska (dyrektor Wydziału Interwencyjno-Poradniczego, Biuro Rzecznika Praw Pacjenta), Szymon Chrostowski (założyciel i lider Koalicji Walki z Bólem „Wygrajmy z Bólem”) i Beata Ambroziewicz (wiceprezes Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych)

Celem spotkania było przedstawienie sytuacji w zakresie leczenia bólu nowotworowego w Polsce, omówienie zmian jakie następują w prawodawstwie, świadomości społecznej, barier i trudności, ale również rekomendacji i dobrych praktyk stosowanych w naszym kraju.

Prawo do ulgi w bólu jest zaliczane do podstawowych praw człowieka. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO). Ocenia się, że w naszym kraju żyje około 200 000 osób wymagających leczenia z powodu bólów nowotworowych, które mogą pojawić się na każdym etapie choroby.

Nieleczony ból może skutkować stratami zarówno dla samych pacjentów jak i całego społeczeństwa w postaci: obniżenia skuteczności leczenia podstawowego choroby, depresji, niezdolności do pracy, zaangażowania opiekunów oraz ogromnego cierpienia chorych z powodu nieleczonego lub nieprawidłowo leczonego bólu. Aktualny stan wiedzy medycznej oraz dostęp do refundowanych terapii w Polsce pozwala w znaczącym stopniu złagodzić lub zupełnie zniwelować ból pacjentów. W związku z tym, zapewnienie chorym warunków do życia bez bólu, powinno być priorytetem zdrowia publicznego. Obowiązek ten ma uzasadnienie zarówno prawne jak i moralne.

 – Bardzo wielu pacjentów nie znajduje tak potrzebnej ulgi w bólu, pomocy od swoich lekarzy prowadzących, a niewielka ilość poradni leczenia bólu nie pozwala na zabezpieczenie potrzeb w tym zakresie. Cały czas pokutują utarte mity i tabu dotyczące uzależnienia od silnych leków przeciwbólowych, powielane zarówno przez pacjentów i lekarzy. Tym bardziej ważne jest, abyśmy wszyscy głośno mówili, że rak nie musi boleć, że żadna choroba nie musi boleć, a każdy pacjent ma prawo do leczenia bólu u każdego świadczeniodawcy, niezależnie czy jest to POZ, poradnia specjalistyczna czy szpital  podkreśla Beata Ambroziewicz z Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych.

Debata: Usługi finansowe dla rynku AGRO

Debata „Usługi finansowe dla rynku AGRO” odbyła się 1 grudnia 2017 r. Na trudne pytania dotyczące: wypłacalności, poziomu świadomości ubezpieczeń i usług finansowych, znaczenia sukcesji odpowiadali: Anna Kaczyńska-Zielińska, kierownik Zespołu Produktowego z PZU, Karolina Załuska, ekspert ds. wsparcia sprzedaży sektora agro w mBank, Joanna Karpińska-Klukowska, ekspert w Departamencie Klientów Małych i Średnich Przedsiębiorstw w PKO Banku Polskim oraz Jacek Janiszewski, były minister rolnictwa, organizator konferencji gospodarczej Welconomy Forum w Toruniu.

Podczas debaty dyskutowano, czy 160 tys. ubezpieczonych rolników to dużo czy mało, na co rolnicy biorą kredyty i dlaczego 90 procent producentów rzepaku ubezpiecza zbiory, a rolnicy uprawiający zboża tego nie robią.

 

Najwięksi światowi producenci korzystają z polskich opakowań. Branża rośnie w tempie 7 proc. rocznie

Najwięksi światowi producenci korzystają z polskich opakowań. Branża rośnie w tempie 7 proc. rocznie 5

Rynek opakowań w Polsce jest wart 33,5 mld zł. Do 2020 roku ma on rosnąć w tempie ok. 7 proc. rocznie, do poziomu 46 mld zł – wynika z raportu Equity Advisors. Nowoczesne parki maszynowe, wykwalifikowana i stosunkowa tania kadra sprawiają, że wielu producentów zagranicznych lokuje swoje fabryki na terenie naszego kraju. Najszybszy wzrost będzie charakteryzował segment opakowań z papieru, który napędzany jest przez branżę kosmetyczną, spożywczą czy farmaceutyczną, a także przez proekologiczne nastawienie klientów.

  Wielu producentów zagranicznych lokuje swoje fabryki na terenie Polski, co związane jest następnie z poszukiwaniem lokalnego dostawcy opakowań. Dodatkowo polskie drukarnie są świetnie przygotowane technologicznie do produkcji nowoczesnych opakowań. Dotacje z UE spowodowały, że mamy bardzo nowoczesny park maszynowy w Polsce, wykwalifikowaną i wciąż tańszą niż na Zachodzie kadrę. Nasze opakowania są bardzo dobrej jakości, a dodatkowo tańsze – to główny motor napędowy rynku opakowań kartonowych w Polsce – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Baranowski, wiceprezes zarządu ds. finansowych w firmie BSC Drukarnia Opakowań.

Według raportu Equity Advisors „Branża opakowań w Polsce 2010–2016 i prognozy 2017–2020” rynek opakowań w Polsce będzie rósł o blisko 7 proc. rocznie, by w 2020 roku osiągnąć wartość 46 mld zł (o 37 proc. więcej niż w ubiegłym roku). Taka dynamika wzrostu byłaby dwa razy wyższa niż na świecie. Zdaniem specjalistów międzynarodowej firmy doradczej Smithers Pira do 2020 roku wartość światowego sektora opakowań będzie rosnąć o 3,5 proc. rocznie do poziomu 1 bln dol. Rynek opakowań o największej wartości stanowią opakowania kartonowe – z tektury falistej, kartony składane i kartony do płynów (ponad 260 mld dol. w 2015 roku).

– Dziś modna jest kwestia recyklingu opakowań: skąd pochodzi karton, czy ma odpowiednie certyfikaty FSC – kiedyś zdarzało się, że nasi odbiorcy to sprawdzali, dziś to jest codziennością. Podobnie jest z technologią druku opakowań spożywczych – gdy zaczynaliśmy współpracę z jednym z naszych głównych klientów, były wymagania stosowania specjalnych farb, tzw. MGA, do opakowań spożywczych, później zaczęto wymagać, żeby cała linia była przeznaczona tylko dla takich farb – wskazuje Andrzej Baranowski.

Na polskim rynku dominują segmenty opakowań plastikowych i z tworzyw sztucznych. Ich produkcja odpowiada za prawie połowę przychodów rynku (16,5 mld zł). Na kolejnych miejscach jest papier (25 proc.), metal (13 proc.) i szkło (10 proc.).

Popyt na opakowania zależy od wielu czynników, do istotnych eksperci zaliczają bogacenie się społeczeństwa oraz coraz większe wymagania klientów dotyczące designu i ekologii.

– Klienci, zwłaszcza z branży kosmetycznej czy alkoholowej, mają coraz wyższe wymagania. Żeby przyciągnąć wzrok klienta na swoje opakowania, trzeba stosować nowe technologie, a żeby było to jak najtańsze, trzeba kupować maszyny, które są w stanie zrobić to w jednym przelocie – tłumaczy ekspert.

Zgodnie z danymi Polskiej Izby Opakowań (PIO) przeciętny konsument z krajów wysokorozwiniętych zużywa rocznie opakowania o wartości 300–340 euro. W Polsce ta wartość jest o prawie 100 euro niższa. To pokazuje potencjał krajowego rynku.

 Nasza firma mocno stawia na rozwój w segmencie opakowań kartonowych z tektury litej. Jesteśmy zainteresowani przede wszystkim dostawą opakowań wysoko przetworzonych, ponieważ są one wyżej marżowe, wymagają specyficznego podejścia do opakowania, co nie tylko daje wyższą marżę, lecz także wyższą satysfakcję dla nas. Chcemy także dalej się rozwijać w segmencie opakowań dla branży spożywczej, która jest największym odbiorcą. Jednocześnie rozwijamy się w opakowaniach farmaceutycznych – wymienia Baranowski.

Firma BSC Drukarnia Opakowań należy do czołówki wśród dostawców opakowań z tektury i papieru na polskim rynku, a poprzez międzynarodową grupę poligraficzną rlc Packaging Group jest jedną z ważniejszych drukarni na rynku europejskim.

 Trzeci kwartał był dla nas satysfakcjonujący. Cieszymy się, że mimo wzrostu kosztów, zwłaszcza pracowniczych oraz surowcowych na początku roku, marża grupy nie spadła. Spowodowane jest to miksem produktów: wymieniamy niżej marżowe produkty na wyżej marżowe, co powoduje, że marża jest utrzymana. Przychody firmy są co prawda niższe niż w zeszłym roku, ale na początku roku przewidywaliśmy spadek rzędu około 10 proc., dziś widzimy, że jest to bliżej 5 proc. – ocenia wiceprezes BSC Drukarnia Opakowań.

W ciągu trzech kwartałów 2017 roku firma wypracowała 165,9 mln zł przychodów ze sprzedaży oraz 19,2 mln zł zysku netto, przy odpowiednio 172,8 mln zł i 20,8 mln zł w analogicznym okresie 2016 roku.

Jednocześnie spółka zatwierdziła program inwestycyjny na 2018 rok na kwotę niemal 46 mln zł. Jego najważniejszym punktem jest nowy zakład produkcyjno-magazynowy w Poznaniu, który pozwoli na zwiększenie mocy produkcyjnych. Ma być gotowy w IV kwartale 2018 roku, a w 2019 roku ma ruszyć produkcja.

 22 mln zł trafią na nowoczesny park maszynowy, 15 mln zł na budowę zakładu i ok. 8 mln zł to środki produkcji do obecnych zakładów. Głównym wyzwaniem jest odpowiedni wybór parku technologicznego. Widzimy zmiany w zapotrzebowaniu naszych klientów, czyli systematyczne rozdrabnianie zleceń, które są coraz niżej nakładowe. Takie kwestie musimy brać pod uwagę przy wyborze kolejnej maszyny drukującej – mówi Andrzej Baranowski.

Tylko 9 proc. kierowców regularnie bada swój wzrok. Co czwarty badany kierowca przez brak korekcji wzroku mógł spowodować wypadek

Tylko 9 proc. kierowców regularnie bada swój wzrok. Co czwarty badany kierowca przez brak korekcji wzroku mógł spowodować wypadek 6Ponad 66 proc. kierowców po 40 roku życia nie wie, że ma wadę wzroku lub nosi okulary o nieodpowiedniej korekcji – wynika z badań przeprowadzonych przez GfK Polonia na zlecenie Vision Express. Takie osoby stanowią realne zagrożenie nie tylko dla siebie, lecz także dla innych uczestników ruchu drogowego. Statystki pokazują, że co czwarty badany przez brak korekcji wzroku mógł spowodować wypadek lub stłuczkę. Zgodnie z rekomendacją ekspertów badania okulistyczne należy przeprowadzać raz w roku.

Okres jesienno-zimowy to czas, w którym pogoda nie sprzyja prowadzeniu samochodu. Poruszanie się po drogach wymaga wtedy zwiększonej czujności od kierowców. W czasie każdego przejechanego kilometra każdy z nich podejmuje statystycznie od 8 do 12 decyzji, mając na każdą mniej niż pół sekundy. Podstawą do oceny sytuacji na drodze jest wzrok. Szacuje się, że kierujący pojazdami odbierają dzięki niemu 90 proc. informacji z otoczenia. Z badań wynika, że 40 proc. kierowców nie wie, czy ich widzenie jest prawidłowe.

– Wielu kierowców powyżej 40. roku życia już deklaruje problemy ze wzrokiem. A jest to przecież bardzo istotny element w kontekście bezpiecznego funkcjonowania w ruchu drogowym. To podstawa koordynacji wzrokowo-ruchowej. Deficyty związane z widzeniem istotnie wpływają na bezpieczeństwo, a kierowca niezauważający jakiejś przeszkody może stanowić zagrożenie nie tylko dla siebie, lecz także dla innych uczestników – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ewa Odachowska, psycholog transportu z Instytut Transportu Samochodowego, który objął patronatem badanie GfK Polonia dla Vision Express.

Ponad połowa Polaków w wieku 40+ przyznaje, że prowadzenie auta jest dla nich teraz mniej komfortowe niż jeszcze kilka lat temu. Po długiej podróży kierowcy często narzekają na ból oczu. Zjawisko dodatkowo może nasilać się u osób, które mają źle dobraną korekcję wzroku bądź mimo wskazań nie mają jej wcale. Za słabe lub za mocne szkła w okularach stanowią dla oczu ogromną przeszkodę, bo utrudniają zapewnienie ostrości widzenia. Pogarsza się więc komfort widzenia, a to negatywnie wpływa na bezpieczeństwo.

– W badaniu wzroku jest też badane widzenie kontrastu, bo okazuje się, że wada widzeniu kontrastu uniemożliwia wyodrębnienie jakiegoś obiektu ze środowiska, które jest ubogie w kontrast, np. w czasie deszczu, mgły albo ograniczonego oświetlenia kierowca ma kłopot z zauważeniem znaku drogowego – mówi Ewa Odachowska.

Słaby wzrok w przeciwieństwie do niektórych chorób i innych dysfunkcji nie dyskwalifikuje przyszłych kierowców. Zgodnie z obowiązującym prawem to kierujący pojazdem odpowiada za swój stan zdrowia – dana osoba może kierować pojazdem, jeżeli jest sprawna pod względem fizycznym i psychicznym. Poza tym zapisem ustawa nie nakłada jednak na osoby prowadzące samochód obowiązku cyklicznego poddawania się badaniom lekarskim mającym na celu sprawdzenie wzroku, co ma miejsce w przypadku niektórych państw europejskich.

– Polskie prawo przewiduje obowiązek badania wzroku u kandydatów na kierowców, natomiast potem kierowca flotowy przechodzi badania związane z medycyną pracy i wtedy lekarz kieruje go na badania. Wśród nich są też badania okulistyczne. Natomiast kierowcy amatorzy sami powinni dbać o wzrok – mówi Ewa Odachowska.

Kierowcy deklarują, że dobrym rozwiązaniem byłyby obowiązkowe, cykliczne badania wzroku – domaga się tego 85 proc. ankietowanych – najlepiej co rok, maksymalnie dwa lata. Co trzeci kierowca uważa, że badania powinny obejmować wszystkich prowadzących pojazdy, bez względu na wiek. Tyle samo sądzi, że obligatoryjne badania powinny dotyczyć kierowców 50-letnich i starszych.

– Nie ma szczegółowych wytycznych co do częstotliwości badania wzroku, natomiast są pewne daty graniczne, tak jak wspomniany wcześniej wiek 40 lat, w którym kierowcy sami zauważają pewne deficyty. Każda sytuacja, kiedy takie deficyty zauważamy, to sygnał, że powinniśmy ten wzrok sprawdzić – mówi Ewa Odachowska.

Autokarem po całej Europie. Nowy przewoźnik rozbuduje siatkę połączeń międzynarodowych Polskiego Busa

Autokarem po całej Europie. Nowy przewoźnik rozbuduje siatkę połączeń międzynarodowych Polskiego Busa 7

Niemiecki przewoźnik FlixBus, jeden z największych na europejskim rynku, przejmuje Polskiego Busa. Do połowy 2018 roku czerwone autobusy zostaną przemalowane na zielone barwy. Rozszerzy się też siatka połączeń, szczególnie po krajach europejskich. Dla pasażerów zmiany mają być odczuwalne w jak najmniejszym stopniu – dotychczasowe bilety zachowują ważność, a system rezerwacyjny Polskiego Busa nadal będzie działać. Przewoźnik zapowiada, że nie znikną też bilety, których ceny zaczynają się od złotówki.

 Będziemy przebrandowywać autokary Polskiego Busa, dodawać szereg połączeń europejskich FlixBusa i integrować te dwie siatki. Polacy zyskają połączenia do całej Europy Centralnej, Wschodniej oraz Zachodniej. Z Polski będzie można przejechać na południe Chorwacji, do Paryża, Amsterdamu czy jeszcze dalej na zachód. Nie chcemy jeszcze zdradzać konkretnych kierunków – to wymaga szeregu kroków administracyjnych, uzyskania pozwoleń oraz ustaleń z partnerami autokarowymi dokładnych tras – mówi agencji Newseria Biznes Michał Leman, dyrektor zarządzający FlixBus Polska.

Niemiecki FlixBus i Polski Bus ogłosiły w tym tygodniu zacieśnienie współpracy i nawiązanie strategicznego partnerstwa w Polsce. W praktyce oznacza to, że właściciel Polskiego Busa – spółka Souter Holdings Poland – będzie świadczyć usługi przewozowe dla FlixBusa, który jest jednym z liderów rynku europejskiego.

 Weszliśmy w kolejny etap współpracy z Polskim Busem, do tej pory największym przewoźnikiem autokarowym w przewozach międzyregionalnych w Polsce. Wcześniej sprzedawaliśmy sobie bilety nawzajem w swoich systemach rezerwacyjnych – teraz marka wchodzi pod parasol FlixBusa. Do połowy 2018 roku wszystkie autokary Polskiego Busa zostaną przemalowane na barwy FlixBusa. Zostanie z nich wymontowana część foteli, żeby zwiększyć odstępy, a tym samym komfort pasażerów – zapowiada Michał Leman.

Do końca kwietnia przyszłego roku siatka połączeń i oferta biletów nie zmienią się. Pozostaną też działające domeny, strony internetowe i adresy Polskiego Busa – pasażerowie przyzwyczajeni do tej marki i zakupu biletów za jej pośrednictwem cały czas będą mieć taką możliwość. Jednak docelowo strona internetowa marki FlixBus ma zostać głównym kanałem sprzedażowym.

 Inni partnerzy autokarowi, których FlixBus ma ponad 230 w całej Europie, także rezygnują ze swojego brandu i wchodzą pod nasz wspólny. Ma to na celu ułatwienie komunikacji z pasażerami i klientami. Dzięki temu pasażerowie wiedzą, jakiego standardu oczekiwać, co spotkają na pokładzie i z jaką ofertą będą mieli do czynienia. Gdybyśmy pozostawili wszystkie 230 brandów, byłoby to niezarządzalne i trudne komunikacyjnie dla pasażerów, a chodzi o to, żeby wszystko było jak najbardziej jasne i przejrzyste – tłumaczy Michał Leman.

FlixBus nie podaje, jakie wyniki sprzedaży zamierza osiągnąć na polskim rynku. W przyszłym roku w barwach tego przewoźnika ma już jeździć 160 autokarów i ta liczba będzie stopniowo rosnąć. Marka zapowiedziała też, że z oferty nie znikną bilety, których ceny zaczynają się od złotówki.

– Mogłoby się wydawać, że połączenia autokarowe odchodzą do lamusa, ale na rynku jest wręcz przeciwnie. Tanie linie lotnicze wykreowały nowy popyt – nie tylko wyjazdy w celach zarobkowych z Polski do Holandii czy Wielkiej Brytanii, lecz także na coraz więcej wyjazdów turystycznych. Poprawa infrastruktury drogowej w Polsce powoduje, że wszystkie miejscowości przybliżyły się czasowo, dzięki czemu Polacy częściej decydują się na wyjazdy weekendowe czy przedłużone weekendy w celach wypoczynkowych. Cały czas obserwujemy wzrosty na rynku przewozów autokarowych, stąd wejście FlixBusa do Polski – wyjaśnia Michał Leman.

Dyrektor zarządzający FlixBus Polska ocenia, że przewozy autokarowe mogą stanowić konkurencję dla transportu lotniczego czy pociągów, ale z drugiej strony każdy z tych środków ma swoją specyfikę. Połączenia autokarowe zwykle mają dużą częstotliwość, pozwalają dobrze dostosować plan podróży, z reguły są też najtańsze, chociaż czasy przejazdów są dłuższe niż w przypadku przelotów i pociągów.

Na trasach krajowych, gdzie ceny biletów autokarowych i na samolot są porównywalne, przewoźnicy autokarowi konkurują wygodą, oferując przewozy do centrów miast. Większość dworców autokarowych jest zlokalizowana w centrach lub przy węzłach przesiadkowych, w przeciwieństwie do lotnisk – z reguły lokalizowanych w sporym oddaleniu od miasta, co wydłuża całą podróż. Na plus działa też dostęp do internetu na pokładach autokarów na całej trasie, co w przypadku linii lotniczych jest rzadkością.

FlixBus to jeden z największych w Europie przewoźników, który powstał jako start-up w 2013 roku. Od tego czasu przewiózł już ponad 30 mln pasażerów. Zatrudnia około tysiąca pracowników i ok. 6 tys. kierowców w firmach partnerskich. Autokary FlixBusa kursują do 1,4 tys. miast w 26 krajach europejskich.

Rośnie eksport żywności z Polski. Wspiera go coraz lepsze postrzeganie polskich produktów za granicą

Rośnie eksport żywności z Polski. Wspiera go coraz lepsze postrzeganie polskich produktów za granicą 8

Tylko w trzech pierwszych kwartałach 2017 roku polskie firmy sprzedały za granicę produkty spożywcze za niemal 20 mld euro, a według resortu rolnictwa do końca roku wartość ta ma wzrosnąć o kolejnych 5 mld euro. Eksport jest szansą także dla firm rodzinnych na zbyt nadwyżek produkcji i dalszy rozwój.

 Firma, która chce się rozwijać, musi prędzej czy później pomyśleć o zaistnieniu na rynkach zagranicznych. Eksport jest prostą drogą do wykorzystania mocy produkcyjnych, które czasami są w nadmiarze. Jeżeli nie ma już miejsca na ekspansję na rynku krajowym, naturalne jest wyjście za granicę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Kołodziej, członek zespołu zarządzającego w firmie Roleski.

Tym bardziej że polskie produkty cieszą się coraz większą popularnością za granicą.

– Dostrzegamy sporą zmianę w postrzeganiu produktów „made in Poland” i to przeciwstawienie, które było kiedyś: German quality i Polnische wirtschaft, które miało pejoratywne znaczenie, teraz trochę się odwróciło – mówi Kołodziej.

Dodaje, że w branży, w której działa Roleski, czyli musztard, keczupów, majonezów, dressingów i innych zimnych sosów, produkty z Polski są już postrzegane bardzo pozytywnie jako wyroby wysokiej jakości, i to pomimo zawirowań politycznych. Popyt na wyroby znad Wisły widać zwłaszcza w Unii Europejskiej: od stycznia do września polskie firmy wyeksportowały na unijne rynki produkty rolno-spożywcze za 19,9 mld euro, czyli o 12,3 proc. więcej niż rok wcześniej – wynika z danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Stanowiło to 13,3 proc. całego polskiego eksportu. Głównymi odbiorcami polskiej żywności są Niemcy (23 proc.), Wielka Brytania (8,8 proc.) i Holandia (6,3 proc.). To główne rynki eksportowe także dla Roleskiego.

Nasza ekspansja eksportowa rozpoczęła się naturalnie w skupiskach Polaków mieszkających za granicą, Niemcy, Anglia, USA, kraje Beneluksu. Dzięki temu, że przez lata byliśmy tam obecni z naszymi produktami, one zaczęły być poznawane i postrzegane przez rdzennych mieszkańców tych krajów jako coś dobrego i zaczęli po nie sięgać poniekąd naturalnie. W naszym przypadku pójście szlakiem emigrantów zaowocowało – wyjaśnia Kołodziej. – Są na pewno branże, w których polska nazwa marki lub firmy może być przeszkodą, dla nas tak na szczęście nie było.

Firmy rodzinne na zagranicznych rynkach muszą wprawdzie konkurować z wielkimi koncernami, jednak zdaniem członka zespołu zarządzającego firmy Roleski najtrudniejszym zadaniem dla przedsiębiorstw, których skala działalności dawno przekroczyła możliwości obsadzenia stanowisk przez członków rodziny, jest zachowanie rodzinnego charakteru relacji z pracownikami. Roleski zatrudnia dziś 350 osób, a ponad 90 proc. awansów w przedsiębiorstwie to awanse wewnętrzne.

– Największym wyzwaniem jest to, żeby dalej traktować ludzi nie jak roboty i może nawet nie tyle jak pracowników, ile jak osoby, które świadczą usługę pracy na rzecz firmy w zamian za wynagrodzenie finansowe, satysfakcję, którą mają ze współtworzenia czegoś, co my nazywamy wspólnotą firmy rodzinnej – deklaruje Jakub Kołodziej. – Nie chcemy przymuszać członków rodziny do tego, żeby byli na zawsze związani z firmą – będą jako właściciele, ale nie muszą nią zarządzać, mają po prostu nakreślić strategię i rozliczać zespół zarządzający z wykonania celów strategicznych. 

Dietetycy: W święta nie trzeba rezygnować z kulinarnych przyjemności. Cukier w diecie jest niezbędny, ale z umiarem

Dietetycy: W święta nie trzeba rezygnować z kulinarnych przyjemności. Cukier w diecie jest niezbędny, ale z umiarem 9

Święta Bożego Narodzenia to czas tradycji, również tych kulinarnych. Dietetycy podkreślają, że rodzinne przepisy można delikatnie modyfikować z korzyścią dla zdrowia i bez różnicy dla smaku. Świątecznych słodkości można też bez obaw próbować, nie zapominając przy tym o zasadach zdrowego odżywiania. W jaki sposób oraz w jakich ilościach spożywać cukier, zwłaszcza w okresie przedświątecznym, kiedy na stole pojawia się mnogość tradycyjnych wypieków – edukuje akcja „Uczymy, jak słodzić”.

 Wiele osób deprecjonuje cukier, uważając, że jest to biała śmierć. Paradoksalnie, jest to substancja, która naturalnie występuje w żywności. Nasz organizm potrzebuje cukrów prostych do prawidłowego funkcjonowania. Składnik ten jest niezbędny do prawidłowej pracy mózgu oraz mięśni. Nawet w piramidzie zdrowego odżywiania znajdziemy słodkie przekąski, które doskonale mogą się wpisywać w zdrowy, prawidłowo zbilansowany jadłospis – mówi agencji Newseria Agnieszka Piskała, specjalista ds. żywienia, główny dietetyk akcji „Uczymy, jak słodzić”.

Wiele osób neguje rolę cukru w zbilansowanej diecie. Tymczasem większość cukrów prostych naturalnie występuje w żywności. Przykładowo, owoce zawierają fruktozę, mleko – laktozę, a winogrona są źródłem glukozy, która jest głównym źródłem energii dla ludzkiego organizmu.

Glukoza jest wykorzystywana zarówno do prawidłowej pracy mózgu (na procesy myślowe ten organ zużywa dziennie ok. 550 kcal, czyli 1/3 dziennego zapotrzebowania na energię), jak i mięśni. Jest głównym źródłem energii, niezbędnym do wszystkich procesów życiowych. W organizmie człowieka jest jedyną formą transportową cukrów. Ponieważ rola glukozy w metabolizmie jest bardzo istotna, jej stężenie we krwi utrzymywane jest na stałym poziomie (około 0,1 w stosunku do masy ciała), dzięki specjalnym mechanizmom biochemicznym. Za wysoki i za niski poziom glukozy we krwi jest bardzo niebezpieczny dla ludzkiego zdrowia.

Zbyt duża lub zbyt mała ilość cukrów w pożywieniu powoduje znużenie. Taka osoba nie może się skoncentrować na wykonywanej pracy, jest rozdrażniona i śpiąca. Za mała ilość cukrów podczas wykonywania wysiłku fizycznego przyczynia się do spadku wydolności fizycznej, siły mięśniowej i jest powodem szybkiego zmęczenia. Co więcej, brak węglowodanów w pożywieniu powoduje wytwarzanie glukozy przez sam organizm kosztem zniszczenia białek. W efekcie zmniejsza się masa mięśniowa i dochodzi do osłabienia organizmu.

– Oczywiście ważne jest to, aby zachować umiar i spożywać cukier w odpowiednich ilościach i w odpowiednim czasie. WHO rekomenduje, żeby maksymalnie 10 proc. energii, którą spożywamy w ciągu dnia, stanowiły cukry proste. Dzienne spożycie około 200 kcal pochodzących z cukrów prostych, czyli około 50 g, zaspokaja nasze dzienne potrzeby żywieniowe związane chociażby z pracą mózgu. Ten cukier możemy rozłożyć na kilka mniejszych porcji, możemy spożyć jednorazowo, ale pamiętajmy, że do całego bilansu cukrowego wliczane są również cukry proste, które pochodzą na przykład z owoców – mówi Agnieszka Piskała.

Większość ludzi potrzebuje codziennie 45–55 proc. energii pochodzącej z węglowodanów, głównie złożonych, ale w tej kategorii mieszczą się również cukry proste, które naturalnie występują w produktach spożywczych. Jak wynika z badań, dla Polaków większym problemem jest spożywanie nadmiernej ilości tłuszczów, a nie cukru. Około 20 proc. energii w codziennej diecie powinno pochodzić z tłuszczów, tymczasem w diecie przeciętnego Polaka jest to 40 proc.

– Cukier, który jest podstawowym paliwem energetycznym do pracy naszego mózgu i naszych mięśni, powinniśmy spożywać przez 365 dni w roku. Ważne jest, aby była to odpowiednia ilość i jakość, a także odpowiednia częstotliwość. Mam nadzieję, że większość osób, która przeżyje świąteczny czas i wbije się w sylwestrową sukienkę, nie będzie miała na początek roku postanowień noworocznych, żeby przestać jeść słodycze, bo słodycze są zdrowe i mogą być bardzo smaczne – mówi Agnieszka Piskała.

Specjalistka ds. żywienia przypomina, że świąteczne rodzinne przepisy można delikatnie modyfikować z korzyścią dla zdrowia i bez różnicy dla smaku, na przykład dodawać mniejszą ilość tłuszczu do ciasta drożdżowego czy większą ilość aromatycznych przypraw do pierników, które usprawniają trawienie i zapobiegają odkładaniu się tłuszczów. Takie funkcje spełnia cynamon czy gałka muszkatołowa. Śmietanę w wypiekach i ciastach można zastąpić delikatnymi jogurtami czy śmietaną o mniejszej kaloryczności.

 Okres przygotowań świątecznych to kiepski czas, żeby przechodzić na drastyczne diety. Będziemy potrzebowali dużo energii, tej intelektualnej i fizycznej, bo trzeba przynieść i ubrać choinkę, zrobić przedświąteczne porządki. Na pewno powinniśmy zasmakować słodkich przekąsek, które pojawiają się na świątecznym stole, ale zawsze powtarzam: trzeci kawałek makowca zawsze smakuje tak samo jak pierwszy – przestrzega Agnieszka Piskała.

W walce ze smogiem skuteczną pomocą są maski przeciwpyłowe. Muszą jednak być dobrze dopasowane i certyfikowane

W walce ze smogiem skuteczną pomocą są maski przeciwpyłowe. Muszą jednak być dobrze dopasowane i certyfikowane 10

Jakość powietrza w polskich miastach zaliczana jest do jednych z najgorszych Europie. Zanieczyszczenia powietrza są powodem przedwczesnej śmierci ponad 40 tys. osób rocznie. Najczęściej występującym zagrożeniem są pyły, przed którymi można się chronić, zakładając półmaski przeciwpyłowe. Warto je stosować na co dzień, a zwłaszcza podczas zwiększonej aktywności fizycznej. Aby mieć pewność, że chronią skutecznie, należy wybierać te oznakowane symbolem CE.

 We własnym zakresie można się chronić przed smogiem, głównie przed cząstkami stałymi, które są jednym z ważniejszych elementów smogu. Należy stosować maski chroniące przed cząstkami stałymi, czyli produkt przeznaczony do ochrony pracowników w miejscu pracy. Przy wyborze sprzętu warto zwrócić uwagę przede wszystkim na oznakowanie takich półmasek znakiem CE oraz numerem normy, która potwierdza, że dany sprzęt został oceniony przez kompetentne laboratorium akredytowane – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Rafał Hrynyk, ekspert 3M, producenta masek przeciwpyłowych.

Według ostatnich raportów Światowej Organizacji Zdrowia w ubiegłym roku na skutek złej jakości powietrza na świecie zmarło 7 milionów ludzi. Tylko w Polsce zanieczyszczenia powietrza są powodem przedwczesnej śmierci ponad 40 tys. osób rocznie. Z ubiegłorocznego raportu WHO wynika, że 33 spośród 50 miast o najgorszym stanie powietrza w Unii Europejskiej znajdują się właśnie w Polsce.

Przy wysokim stężeniu szkodliwych pyłów zaleca się pozostanie w domu, a gdy nie jest to możliwe – stosowanie masek przeciwpyłowych. Włókniny filtracyjne, z których zbudowane są maski przeciwsmogowe, zapewniają skuteczną filtrację powietrza i stanowią ochronę przed cząstkami stałymi, które występują w wysokim stężeniu przy smogu.

– Jednym z parametrów maski jest skuteczność filtracji, czyli to, w jaki sposób zapewni nam ona ochronę przed zagrożeniami w postaci cząstek stałych zawartych w smogu. Z drugiej strony bierzemy pod uwagę to, jak bardzo będziemy odczuwali w czasie ich używania opory oddychania. Im większa skuteczność filtracji, tym większą stanowi barierę dla przepływu powietrza. Zwłaszcza dla osób, które uprawiają aktywności na zewnątrz, wypośrodkowanie tych dwóch parametrów, czyli oporów oddychania przekładających się na komfort użytkowania oraz skuteczność filtracji, jest sprawą najważniejszą – tłumaczy dr Rafał Hrynyk.

Ochrona przed zanieczyszczeniami jest ważna zwłaszcza dla osób, które uprawiają na powietrzu aktywność fizyczną, gdy rośnie zapotrzebowanie na tlen.

 W samym uprawianiu aktywności fizycznej smog nie przeszkadza, ale jest to niewidoczne dla nas zagrożenie, więc lepiej zapobiegać, niż leczyć – przekonuje Agata Biernat, Miss Polonia 2017, instruktorka tańca i fitness. – To świeże powietrze wcale nie jest takie świeże. Jest dużo organizacji, które badają poziom smogu i biją na alarm, więc wybierając się na dłuższy spacer czy biegi, zakładajmy maski antysmogowe. Zadbajmy o to, jakie powietrze wdychamy – dodaje.

Ekspert zaznacza, że przy zakupie maski nie należy zwracać uwagi tylko na design. Ma ona przede wszystkim spełniać swoją funkcję, czyli chronić układ oddechowy przed cząstkami stałymi. Można to oceniać, sprawdzając oznakowanie maski: znak CE oraz numer normy EN 149 potwierdzają, że spełnia ona wszystkie wymagania.

– Wybierajmy maski, które są funkcjonalne, a niekoniecznie te, które świetnie wyglądają. Przykładowo w maskach, których ja używam, jest zawór wydechowy, który służy nam do tego, żeby wydychane powietrze wydostawało się na zewnątrz, maska nie robi się mokra, co jest bardziej komfortowe – zaznacza Agata Biernat.

O tym, ile zanieczyszczeń zostaje zatrzymanych, decyduje nie tylko sama maska, lecz także odpowiednie dopasowanie jej do twarzy. Istotne jest m.in. dokładne ogolenie twarzy czy odpowiednio ścisłe założenie maski, co zapewniają taśmy na głowie i dociśnięcie blaszki nosowej.

 Nawet jeżeli sprzęt będzie poprawnie dobrany, a nie będzie dopasowany, to poprzez nieszczelności między twarzą a sprzętem, zanieczyszczenie będzie docierało do dróg oddechowych. Można to porównać do balonu, który będzie przedziurawiony nawet jeśli dziurka będzie maleńka. Dokładnie tak samo jest w przypadku masek – jeśli będą nieszczelności, to przede wszystkim w tym miejscu powietrze będzie się przedostawało pod część twarzową – tłumaczy dr Rafał Hrynyk.

INNOventure inwestuje 3 mln zł w SDS Optic i technologię, która umożliwi wczesną diagnozę raka piersi

Spółka SDS Optic opracowuje mikrosondę wykorzystywaną w diagnostyce nowotworów piersi. „Zastosowanie naszej technologii pozwoli zmniejszyć umieralność na nowotwór piersi nawet o 30%” – zapewniają naukowcy, którzy stworzyli spółkę. Firma ma już gotowy prototyp mikrosondy, teraz przygotowuje się do rozpoczęcia badań klinicznych. Dzięki inwestycji INNOventure SDS Optic dostosuje swoje laboratorium do potrzeb dalszych etapów prac nad technologią, rozbuduje zespół naukowy i biznesowy o najwyższej klasy specjalistów, wdroży opracowany model biznesowy oraz przygotuje się do wejścia na jeden z parkietów giełdowych.

To czwarta inwestycja INNOventure w spółkę zajmującą się technologiami dla medycyny.

SDS Optic to kolejna firma w naszym portfelu, która dowiodła, że potrafi dobrze wykorzystać przyznane jej fundusze. W 2015 roku spółka otrzymała dofinansowanie z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu Strategmed, dzięki któremu w ciągu dwóch lat opracowała prototyp swojej sondy. Poznaliśmy zespół i plany technologiczne oraz biznesowe firmy. Widzimy duży potencjał tak w samym urządzeniu, jak i rynku rozwiązań MedTech. To zresztą kierunek obierany nie tylko w Polsce. Potwierdzeniem tego jest rekordowy grant z programu Komisji Europejskiej w ramach SME Instrument, który został uruchomiony w SDS Optic kilka dni temu. Dzięki takim inwestycjom polskie innowacje mogą z czasem poprawiać jakość opieki medycznej na całym świecie – mówi Marcin Bielówka, partner zarządzający w INNOventure.

Inwestycja INNOventure pozwoli firmie SDS Optic m.in. na skalibrowanie jej urządzenia do potrzeb badań klinicznych. W tej chwili spółka tworzy plan laboratorium biologicznego, które jest niezbędne do dalszych prac badawczych. Dzięki funduszom od INNOventure laboratorium zostanie wyposażone w sprzęt najwyższej jakości, co pozwoli uwiarygodnić polskie osiągnięcia przed zagranicznymi partnerami. Firma planuje zakończyć prace kalibracyjne oraz badania kliniczne w 2021 roku. Po tym procesie będzie mogła udostępnić urządzenie lekarzom i pacjentom na całym świecie.

Dzięki prowadzonym pracom ma powstać mikrosonda umożliwiająca diagnostykę nowotworów piersi, ze szczególnym uwzględnieniem pomiaru HER2 (receptora nabłonkowego czynnika wzrostu). Jest to marker nowotworowy wskazujący na pewien szczególny rodzaj raka piersi. Oznaczanie poziomu tego receptora jest bardzo ważne, ponieważ pozwala przewidzieć agresywność nowotworu, a dodatkowo umożliwia wprowadzenie skutecznej terapii celowanej, zwiększając szanse na wyleczenie – mówi dr hab. Magdalena Staniszewska, pomysłodawczyni mikrosondy i dyrektor ds. naukowych w SDS Optic.

Obecna wersja urządzenia jest w stanie wykrywać stężenia markerów w wymaganych medycznie zakresach. Dzięki sondzie nie będzie już potrzeby pobierania tkanek, a precyzyjny, liczbowy wynik badania lekarz i pacjentka otrzymają w kilkanaście minut.

Zasada działania naszej sondy polega na wprowadzeniu w okolice guza lub do węzła chłonnego cieniutkiej igiełki, dzięki której będzie można niemal natychmiast uzyskać informacje, czy HER2 jest pozytywny czy negatywny, oraz dokładnie ilościowo określić poziom jego stężenia. Dziś diagnoza nowotworu jest bardzo czasochłonna. To również skomplikowane i bolesne badanie dla pacjentek. Zastosowanie mikrosondy oszczędzi kobiecie bólu i stresu związanego z biopsją i długim oczekiwaniem na wyniki – tłumaczy Marcin Staniszewski, pomysłodawca i prezes zarządu SDS Optic.

Już teraz urządzenie diagnostyczne SDS Optic wzbudza szerokie zainteresowanie lekarzy onkologów oraz innych specjalizacji. Dokładność generowanych wyników badań umożliwia przyszłe szerokie zastosowanie komercyjne oraz naukowe.

Wykorzystanie naszej technologii w diagnostyce nowotworów piersi pozwoli w bardzo dużym stopniu zmniejszyć umieralność na nowotwór, nawet o 30%. Dzięki naszej mikrosondzie diagnoza jest obiektywna, pozbawiona ryzyka błędnej interpretacji wyniku przez człowieka, które to ryzyko występuje w innych metodach, a także znacznie szybsza, co zwiększa szanse na wyleczenie i obniża koszty leczenia – dodaje dr hab. Magdalena Staniszewska.

Oprócz imponującej technologii argumentem przemawiającym za inwestycją w SDS Optic były dla nas kompetencje i determinacja zespołu, z którym będziemy rozwijać ten projekt. Warto zaznaczyć, że twórcy technologii większość swojego naukowego i zawodowego życia spędzili w USA, pracując m.in. dla Harvard Medical School czy centrum badań NASA. Motywacją do powrotu do Polski była właśnie spółka i chęć jej rozwijania w ojczyźnie. Z zespołem naukowym od kilkunastu miesięcy współpracuje Interim Manager, który opracował i nadzoruje stronę biznesową i finansową projektu. Taka ścieżka jest raczej ewenementem i tym bardziej należy wspierać to przedsięwzięcie – dodaje Leszek Skowron, manager inwestycyjny, który w funduszu jest odpowiedzialny za komercjalizację projektów z branży medycznej.

Inwestycja INNOventure wesprze również proces komercjalizacji urządzenia SDS Optic i wdrażanie opracowanego modelu biznesowego.

Od stycznia 2018 r. będziemy sukcesywnie powiększać nasz zespół i wdrażać opracowane strategie komercjalizacji i komunikacji oraz model biznesowy i wizję projektu. Przygotowujemy również firmę do procesu przekształcenia w spółkę akcyjną i w odpowiednim czasie jej upublicznienia na jednym z parkietów giełdowych – dodaje Mateusz Sagan, Interim Manager, pełniący funkcję dyrektora ds. rozwoju biznesu w SDS Optic.

Można już „kopać” polską kryptowalutę EraCoin

EraCoin to prawdziwie zdemokratyzowana i niezwykle prosta w obsłudze kryptowaluta, której pozyskanie uzależnione jest wyłącznie od czasu. Ideą pomysłu było stworzenie wirtualnego rynku, pozwalającego na kupno lub sprzedaż produktów za zgromadzone podczas „kopania” tokeny (punkty). Już dzisiaj można rozpocząć pozyskiwanie waluty na www.eracoin.com. Koncept stworzyła polska spółka Bit Evil zarządzana przez Marię Belkę. Firma w połowie lipca zaliczyła jeden z najgorętszych w tym roku debiutów giełdowych.

Czas – najcenniejszy zasób

Maria Belka, CEO Bit Evil
Maria Belka, CEO Bit Evil

Idea EraCoin narodziła się z prostego pomysłu, że czas jest najmniej docenianym zasobem ludzkości. Postanowiliśmy w sposób namacalny docenić każdą upływającą sekundę ludzkiego życia.” – powiedziała Maria Belka, Prezes spółki.

Aplikacja pozwala pozyskiwać dodatkowe EraCoiny poprzez interakcje z innymi użytkownikami i elementy grywalizacji. Aby EraCoin były naliczane nie jest wymagane połączenie z Internetem, ani bezpośrednie zaangażowanie użytkownika. Aplikacja działa w „tle”.

Odwrócony mechanizm marketingowy

Kolejnym etapem rozwoju aplikacji będzie budowa marketplace, na którym użytkownicy będą mogli wykorzystać rabaty zakupione przez EraCoin. W ten sposób oprócz nadania wartości tokenom, platforma umożliwi również zoptymalizowanie wydatków reklamowych ponoszonych przez producentów produktów. Dzięki EraCoin właściciele poszczególnych marek będą mogli w prosty sposób dotrzeć bezpośrednio do swoich klientów i na platformie EraCoin oferować im bezpośrednio produkty, bez konieczności korzystania z dystrybutorów i pośredników, wynagradzając swoich klientów rabatami.

„Nasz pomysł na kryptowalutę to odwrócenie mechanizmu marketingu tak, aby budżety reklamowe trafiały wprost do portfeli klientów zainteresowanych danym produktem” – wyjaśnia Maria Belka.

Sprzedający będzie miał możliwość promowania produktu poprzez swojego rodzaju fanpage oraz poprzez umieszczenie w serwisie reklamy video, którą użytkownik obejrzy z wyboru (tj. tylko jeśli zdecyduje się na to w zamian za dodatkowe punkty). Aplikacja Web pozwoli każdej firmie na utworzenie konta w systemie i sprzedaż. Dodatkowo firmy mają wpływ na wysokość udzielanych rabatów, ilość stanów magazynowych i koszty przesyłki.

Dostępność aplikacji

Aplikacja EraCoin poza aplikacją Web to docelowo również rozwiązanie mobilne na dwie platformy: Android oraz IOS, których rozbudowa o funkcjonalności niezbędne do pozyskiwania i wydatkowania waluty EraCoin planowana jest w 2018 r.

Platforma EraCoin została uruchomiona w grudniu.

W 2018 waluta zostanie połączona z systemem Snipay, który umożliwi jej wykorzystanie
w sklepach oraz obiektach gastronomicznych. Dodatkowo zostanie uruchomiona dedykowana giełda EraCoin, która pozwoli na wymianę tokenów na inne waluty.

Usługi na rynku samochodów premium – jak idealnie skrojony garnitur

Rynek samochodów segmentu premium to cały wachlarz usług związanych z obsługą klienta. Z jednej strony luksusowe limuzyny bardzo często są szyte na miarę, z drugiej nabywca ma do wyboru wiele form finansowania takiego zakupu.

Samochody klasy premium to w Polsce jeden z największych segmentów dóbr luksusowych. W 2016 roku zarejestrowano rekordowe 52,2 tys. sztuk, a w ciągu pierwszych trzech kwartałów 2017 roku liczba ta wyniosła 46,3 tys. sztuk. Według analityków KPMG, jeżeli trend się utrzyma, liczba rejestracji nowych pojazdów w tym segmencie wyniesie w bieżącym roku ponad 60 tys. pojazdów.

Warto również dodać, że segment aut luksusowych odpowiada za największe wzrosty na rynku nowych samochodów. Marki popularne odnotowały zwiększenie ilości zarejestrowanych pojazdów o 16,4 proc., natomiast marki premium o 24,1 proc. Przy czym nabywcy instytucjonalni stanowili w obu przypadkach największą siłę nabywczą – prawie 70 proc. całości według danych PZPM.

„Wzrosty sprzedaży na rynku samochodów luksusowych wynikają po części z ciekawej i szerokiej oferty finansowania. Zauważamy, że klienci coraz częściej wybierają leasing w formie wynajmu długoterminowego, który w naszym przypadku występuje pod nazwą Smart Plan. Rosnąca popularność tej usługi wynika przede wszystkim z tego, że raty miesięczne są znacznie niższe – nawet dwu- i trzy krotnie niż w klasycznym leasingu. Po zakończeniu kontraktu, który trwa do czterech lat, można albo wykupić samochód na własność, albo oddać go do salonu i wybrać kolejny model. Wynajem długoterminowy jest również korzystny pod kątem rozliczenia kosztów w firmie. Traktowany jest bowiem nie jak wynajem, ale jak leasing” – wyjaśnia Piotr Kurpiński, kierownik salonu Lexus-Żerań.

Sieci dilerskie oferujące samochody segmentu premium mają w swoim portfolio nie tylko usługi związane z finansami. Oferowane przez nie modele samochodów bardzo często można dowolnie personalizować, a zakres zmian często wykracza poza oficjalny cennik.

Salony luksusowych samochodów projektowane są z dbałością o detale, a wiele firm prowadzi je zgodnie wyrazistą filozofią. W salonach Ferrari znaleźć można specjalne pomieszczenia, w których przyszły nabywca może w spokoju spersonalizować swój samochód, np. wybrać kolor pasów, szwy na obiciach foteli czy rodzaj i barwę skóry.

Podobnie jest w salonach Rolls-Royce’a, którego samochody produkuje się na specjalne zamówienie. W specjalnie przygotowanych pomieszczeniach sprzedawcy pomogą zdefiniować podstawowe wymagania i dobrać detale wykończenia. Co ciekawe, marka nie narzuca żadnych ograniczeń w przypadku np. wyboru barwy nadwozia, a do codzienności należą już prośby o wszycie w obicia kanap inicjałów, herbów czy charakterystycznych wizerunków.

Same salony również projektowane są z dbałością o detale i nawiązują do filozofii marki. Wspomniany Rolls-Royce posiada pomieszczenia zwane pokojami inspiracji. Znajdują się w nich nie tylko próbniki, ale również zbiory historycznych przedmiotów, książek i zdjęć. Wszystko po to, aby wprowadzić kupującego w nastrój marki.

Natomiast Lexus swoje salony sprzedaży projektuje w stylu nawiązującym do filozofii Omotenashi, czyli japońskiej gościnności. Jej założeniem jest, aby klient czuł się jak u siebie w domu. Na liście elementów wyposażenia salonu znajduje się strefa dla klienta, w której czekają kawa, herbata oraz owoce i świeże rogaliki. Dzięki temu podczas wyboru nowego modelu lub przeglądu samochodu można spokojnie odpocząć. Ideą wprowadzenia domowej atmosfery jest to, aby odwiedzający salon wiedział, że będzie miał zapewnioną opiekę na najwyższym poziomie.

lexus ls 500 2018„Nie mniej ważna w budowaniu relacji z użytkownikami naszych aut jest obsługa obejmująca pomoc w czasie codziennej eksploatacji samochodu. Wybierając finansowanie w ramach Smart Planu, można zdecydować się na Pakiet Comfort. Dzięki niemu jedyne dodatkowe koszty, jakie ponosi użytkownik samochodu, to zakup paliwa i płynu do spryskiwaczy. Wszystkie inne koszty, np. związane z wymianą opon, obsługą serwisową lub ubezpieczeniem, zawarte są w comiesięcznym abonamencie. Natomiast w czasie podróży, w sytuacji awaryjnej jesteśmy również w stanie zorganizować hotel lub zapewnić kierowcę, w przypadku gdy klient nie jest w stanie sam prowadzić, a w ramach przeglądów możemy zapewnić bezpłatny transport oraz samochód zastępczy” – dodaje Piotr Kurpiński, Lexus-Żerań.

Rynki lekceważą unijne groźby

Szereg politycznych przetasowań na półmetku tygodnia nie skutkował zmianą sentymentu zarówno na rynku walutowym, jak i na rynku długu. Głośne przygotowania inwestorów do zbliżających się świąt Bożego Narodzenia wyraźnie zagłuszyły wypowiedź Michela Barniera, głównego negocjatora ws. BREXIT-u z ramienia UE, który poinformował o zakończeniu okresu przejściowego z ostatnim dniem 2020 roku. Zmienność złotego lekko podbiła decyzja o uruchomieniu artykułu 7.1 Traktatu, aczkolwiek powyższa informacja nie zdołała ona odcisnąć trwałego piętna. Na koniec dnia EUR/PLN stabilizuje się w okolicach 4,2040, co zdaje się potwierdzać przeświadczenie o tym, że zabieg Komisji jest obecnie postrzegany przez pryzmat straszaka.

W dzisiejszym komentarzu do decyzji Riksbanku w sprawie pozostawienia stopy benchmarkowej na niezmienionym poziomie (-0,5 proc.) uwagę próbowała zwrócić rewizja ścieżki inflacji, której pozytywny wydźwięk skutecznie przyćmiła perspektywa dość gołębiego odejścia od QE. Na koniec dnia szwedzka korona (0,1 proc.) próbuje oprzeć się sile dolara, aczkolwiek w dalszej mierze znajduje się ona dość blisko punktu wyjścia. Miano najbardziej przecenionego komponentu otrzymuje norweska korona tracąca na przestrzeni dnia 0,7 proc. względem swojego amerykańskiego odpowiednika. W odwrocie znajduje się również jen (-0,6 proc.), który oczekuje na komunikat do decyzji Banku Japonii.

Wczorajsza paczka danych z amerykańskiej gospodarki wyraźnie zaskoczyła tych, którzy spodziewali się wyraźnego pogorszenia nastrojów na pierwotnym rynku nieruchomości. Dodatkowym czynnikiem świadczącym o poprawie sentymentu wśród nabywców domów jest najnowszy odczyt z rynku wtórnego, gdzie odnotowano aż 5,8 mln transakcji (konsensus: 5,5 mln), tj. o 5,6 proc. wyżej niż w październiku. Powyższe dane napawają optymizmem przed szczegółowymi szacunkami za IV kwartał, w których spodziewamy się utrzymania silnego trendu spożycia indywidualnego oraz dość pokaźnej kontrybucji przedsiębiorstw z sektora budowlanego.

Perspektywa unijnych sankcji nie pokrzyżowała szyków inwestorom przy Książęcej, którzy uczynili z WIG 20 (0,1 proc.) najsilniej zyskujący indeks na Starym Kontynencie. W gronie rodzimych gigantów najsilniejszy ruch w stronę północy odnotowały akcje KGHM Polskiej Miedzi (2,7 proc.) będące beneficjentem niezłych nastrojów na rynku metali przemysłowych. Pozostałe miejsca podium zostały obstawione przez PKO Bank Polski (1,7 proc.) oraz Orange Polska (1,5 proc.). Za zwyżką gracza na rynku usług telekomunikacyjnych stały negocjacje z T-Mobile Polska w sprawie udostępniania infrastruktury światłowodowej. Perspektywę silniejszych wzrostów skutecznie oddaliło PGE (-2,4 proc.) decydujące się na pozyskanie pakietu 66 proc. głosów ZEW Kogeneracji (-2,9 proc.). Na fali nie do końca przychylnej noty znalazł się Eurocash (-1,6 proc.), którego walory według banku Morgan Stanley mają potencjał na osiągnięcie poziomu 33 PLN (obecnie: 26,90 PLN).

Niezbyt przychylnym nastrojom we Frankfurcie opierał się skutecznie ProSiebenSat.1. Jego skromna, bowiem zaledwie 0,2 proc. zwyżka, była dostateczna ku temu, aby wynieść walory na szczyt indeksu DAX (-1,1 proc.). Na dnie niemieckiego parkietu znalazły się SAP (-2,1 proc.) oraz Henkel (-1,9 proc.), co należy wiązać wyłącznie z intensyfikacją zleceń sprzedaży. W Londynie miano bohatera sesji zyskało Mondi (2,6 proc.) za sprawą rekomendacji kupna wystawionej przez analityków Goldman Sachs (cena docelowa: 22 GBP, obecnie: 18,70 GBP). Nieco skromniejsze wzrosty zdołały odnotować Rio Tinto (1,8 proc.) oraz Anglo American (1,7 proc.), co traktuje się jako efekt pokaźnych wzrostów cen miedzi (1,5 proc.). Po drugiej stronie zestawienia uwagę skutecznie zwracało Shire (-1,4 proc.), którego władze odmówiły jakiegokolwiek komentarza na temat potencjalnego porozumienia z Pfizerem. Finalnie najsilniejszy ruch na południe odnotowało NMC Health (-4,0 proc.) między innymi za sprawą opinii analityków Jefferies.

Na rynku surowców energetycznych ponownie obserwuje się podział sentymentu. Skromnym zwyżkom ropy naftowej sprzeciwiają się przecenione o 2,2 proc. styczniowe kontrakty na gaz ziemny. Na koniec dnia baryłka ropy WTI oraz Brent zyskuje po 0,7 proc., plasując tym samym cenę odpowiednio na poziomie 58,00 USD oraz 64,30 USD. Na rynku metali szlachetnych obserwuje się lekkie wzrosty. Ostrożny rajd w stronę wyższych poziomów prezentuje złoto (0,5 proc.), które dobija do poziomu 1 268 USD za uncję. Wśród płodów rolnych uwagę inwestorów zwraca kawa. Jej marcowe kontrakty podrożały o 1,6 proc., co lekko okrywa cieniem dzisiejsze zwyżki cukru (1,4 proc.), pszenicy (1,2 proc.) czy kakao (0,8 proc.).
Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Kwestie prawne i podatkowe transakcji z firmą wykreśloną z rejestru VAT

Dla polskiej skarbówki każdy powód do odmowy odliczenia podatku VAT lub jego zwrotu jest dobry. Z tego powodu polscy podatnicy, którzy dokonali transakcji z podmiotem wykreślonym z rejestru VAT, mogą być w zasadzie pewni, że nie odzyskają zapłaconego podatku. Na szczęście jednak podejście Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej jest inne, dzięki czemu być może także polskie organy podatkowe będą musiały zmienić utrwaloną praktykę.

Praktyka organów podatkowych

Podejście polskich organów podatkowych do zwrotu VAT jest jednoznaczne: podmiot dokonujący transakcji z podmiotem wykreślonym z rejestru VAT nie odzyska podatku. Bez znaczenia pozostaną przy tym wszystkie inne okoliczności – m.in. to, czy transakcja została faktycznie dokonana, podatek wpłacony oraz z czego wynikał fakt, iż dany podmiot w rejestrze VAT nie figurował, a podatnik dokonał z nim transakcji. Dla organów podatkowych wystarczające jest stwierdzenie, że dany podmiot w ramach dokonywanej transakcji występował jako podatnik VAT, wystawiał fakturę i pobierał należność brutto, choć nie znajdował się w rejestrze. Organy skarbowe zdają się przy tym nie zauważać, że zgodnie z polskimi i unijnymi regulacjami o byciu podatnikiem VAT decydują zupełnie inne okoliczności, a samo ujęcie w urzędowym rejestrze nie ma żadnego znaczenia. Takie podejście jest także sprzeczne z orzecznictwem TSUE, czego polski fiskus dotychczas zdawał się nie zauważać.

Dodatkowo uzasadnienie takiego podejścia zdaje się pozostawać w sprzeczności nie tylko z samą istotą podatku VAT wyrażoną w przepisach unijnych, ale także z regulacjami polskiej ustawy o podatku od towarów i usług.

Organy podatkowe traktują podmioty nieznajdujące się w rejestrze czynnych podatników podatku VAT jak podmioty nieistniejące w rozumieniu art. 88 ust. 3a pkt 1 lit. a ustawy o podatku VAT i na tej podstawie odmawiają zwrotu. Zgodnie z tym przepisem nie stanowią podstawy do obniżenia podatku należnego oraz zwrotu różnicy podatku lub zwrotu podatku naliczonego faktury i dokumenty celne, w przypadku gdy sprzedaż została udokumentowana fakturami lub fakturami korygującymi wystawionymi przez podmiot nieistniejący. Sam przepis nie budzi większych wątpliwości – dokonywanie płatności na rzecz podmiotów, które faktycznie nie istnieją, może być sposobem na wyłudzenie podatku. Czym innym jest jednak nieistnienie podmiotu (co samo w sobie wyklucza także możliwość dokonania z nim transakcji opodatkowanej) i faktyczne prowadzenie działalności gospodarczej i występowanie jako podatnik VAT, mimo że nie jest się ujętym w rejestrze VAT. Fiskus zdaje się tego nie zauważać i to niezależnie od tego, czy taka transakcja była związana z oszustwem podatkowym czy nie.

Jak to się ma do przepisów?

Opisana praktyka stoi w jawnej sprzeczności z regulacjami polskimi i unijnymi, które zostały, często nieudolnie, implementowane w polskiej ustawie o podatku od towarów i usług. Zgodnie z dyrektywą 2006/112, czyli tzw. dyrektywą VAT, z którą polskie regulacje nie mogą być sprzeczne, podatek VAT jest co do zasady neutralny dla przedsiębiorców, co oznacza, że nie ponoszą oni ekonomicznego ciężaru tego podatku. Podstawowym mechanizmem urzeczywistniającym tę zasadę jest umożliwienie odliczenia podatku lub, gdy nie jest to możliwe, uzyskania jego zwrotu. Prawo to co do zasady nie powinno być ograniczane przez niewypełnienie wymogów formalnych, choć nakładanie ich jest konieczne. Takie rozumienie przepisów także na gruncie polskiej ustawy powinno prowadzić do konkluzji, że dokonywanie transakcji z podmiotami niefigurującymi w rejestrze VAT, choć faktycznie działającymi w charakterze podatników tego podatku, nie powinno pozbawiać kontrahentów tych podmiotów prawa do odzyskania podatku. Podobną tezę wyraził Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w jednym z ostatnich wyroków.

Trybunał konsekwentnie po stronie podatników

Korzystne dla podatników rozstrzygnięcie omawianego zagadnienia znalazło się w wyroku TSUE z dnia 19 października 2017 r., sygn. C-101/16. We wskazanym orzeczeniu Trybunał rozważał, czy można odmawiać prawa do odliczenia podatku VAT z tego względu, że fakturę dokumentującą transakcję wystawił podmiot uznany przez organy danego państwa za podmiot nieaktywny, choć faktycznie prowadzący działalność. Problem był więc analogiczny do opisanego powyżej i sprowadzał się do rozważania, czy czysto formalne warunki prowadzenia działalności jako podatnik VAT przez sprzedającego mogą wpłynąć na prawo do odzyskania podatku przez jego kontrahenta. Trybunał nie miał wątpliwości, wskazując, że możliwość odzyskania podatku stanowi integralną część mechanizmu VAT i co do zasady nie podlega ograniczeniu.

Trybunał podkreślił wprawdzie, że zawsze konieczne jest spełnienie także formalnych wymogów, jednak tylko tych mających kluczowy charakter, w tym przede wszystkim posiadanie faktury dokumentującej transakcję i udowodnienie na tej podstawie spełnienia wymogów materialnych, które zawsze muszą być rozstrzygające (głównie dokonanie transakcji). Zgodnie z utrwaloną linią orzeczniczą TSUE, podzielaną także w omawianym wyroku, od podatnika nie można wymagać dokonania kompleksowej i dogłębnej weryfikacji kontrahenta, a można nakładać na niego jedynie obowiązek podjęcia działań, których racjonalnie można od niego oczekiwać, w celu upewnienia się, że nie bierze on udziału w przestępstwie wyłudzenia podatku. Tym samym nie można odmówić prawa do odliczenia lub zwrotu podatku w przypadku stwierdzenia, że dana transakcja została dokonana z podmiotem nieznajdującym się w rejestrze.

Przedstawione rozstrzygnięcie bez wątpienia powinno wpłynąć na podejście polskich organów podatkowych, które od początku 2017 r. dokonały już ponad 60 tys. wykreśleń podatników z rejestru VAT, i to bez zawiadamiania o tym podatnika, bądź uznały dany podmiot za nieaktywny. Stosowanie prawa zgodnie z orzeczeniami TSUE jest bowiem obowiązkiem polskich organów skarbowych.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Założenie spółki na Ukrainie

Przepisy prawa ukraińskiego nie przewidują żadnych ograniczeń co do formy prowadzenia działalności gospodarczej przez cudzoziemców. Mienie, które zostało sprowadzone na Ukrainę jako aport do kapitału założycielskiego spółek, zwalnia się od cła wwozowego. Najbardziej popularnymi formami prowadzenia działalności gospodarczej na Ukrainie są spółka z ograniczoną odpowiedzialnością oraz przedsiębiorstwo prywatne. Wybór najodpowiedniejszej formy prowadzenia działalności zależy od rodzaju planowanej działalności gospodarczej, relacji z ukraińskimi wspólnikami, rozmiaru inwestycji i zakresu odpowiedzialności założyciela za zobowiązania przyszłej spółki.

Ukraina zajmuje 16. miejsce wśród odbiorców polskich towarów, a 22. wśród dostawców (dane na rok 2015). Kraj ten należy również do głównych obszarów ekspansji inwestycyjnej polskich firm poza Unią Europejską. Czynnikiem sprzyjającym dostępowi polskich firm do rynku ukraińskiego było przystąpienie Ukrainy do Światowej Organizacji Handlu, oznaczające obniżkę ceł na większość importowanych towarów.

Dla osób planujących rozpoczęcie działalności gospodarczej na Ukrainie duże znaczenie powinna mieć również łatwość nabywania nieruchomości. Z wyjątkiem działek pozostałych rodzajów gruntów (w tym przeznaczonych do prowadzenia działalności gospodarczej) – na dzień dzisiejszy na Ukrainie nie obowiązują żadne ograniczenia dotyczące obrotu nimi czy ich dzierżawy (maksymalny okres dzierżawy to 49 lat). Korzystne są też z pewnością ceny – mieszkania klasy „premium” kosztują średnio 27 989 UAH za metr kwadratowy (ok. 4 000 PLN). Średnia cena sprzedaży mieszkań w Kijowie na rynku wtórnym w 2014 r. wyniosła 22 140 UAH za metr kwadratowy (ok. 3 100 PLN).

Krótko o systemie podatkowym na Ukrainie

Warto mieć także na uwadze, że pomiędzy Polską a Ukrainą istnieje umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania, co w przypadku osób fizycznych daje możliwość – przy spełnieniu określonych warunków formalnych przez polskich rezydentów – całkowitego zwolnienia z opodatkowania w Polsce dochodów uzyskiwanych na Ukrainie.

Podatek od towarów i usług PTU (VAT) w podstawowej stawce wynosi 20% (w Polsce 23%), a dla operacji eksportowych – 0%.

Podatek dochodowy od osób prawnych w podstawowej stawce wynosi 18% (w Polsce 19%), tak samo w przypadku podatku od osób fizycznych. Na dochody z akcji na prawach korporacyjnych (dywidend) nałożono stawkę podatku obniżoną do 5%.

Natomiast osoby prawne, których roczny dochód nie przekracza 5 mln UAH (ok. 170 000 EUR), mają prawo wyboru następujących stawek podatku jednolitego: w przypadku oddzielnej spłaty VAT – 3% od dochodu, w przypadku włączenia VAT do podatku jednolitego – 5% od dochodu.

Na Ukrainie występuje także składka na ubezpieczenie społeczne w celu zabezpieczenia funduszu emerytalnego. Jest ona opłacana przez pracodawcę na podstawie dochodów uzyskanych przez pracowników w wysokości 22%.

Warto mieć także na uwadze, że w związku z ostatnimi wydarzeniami obowiązuje dodatkowy podatek „wojenny”, w stawce 1,5% od osób fizycznych. Jest to oczywiście regulacja tymczasowa.

Ostatnie zmiany na Ukrainie optymistycznie nastawiają do prowadzenia biznesu w tym państwie, bo świadczą o jego otwarciu na wolną przedsiębiorczość. Mowa tu o likwidacji milicji podatkowej w 2016 r. oraz o przyjęciu 29 marca 2017 r. przez Gabinet Ministrów Ukrainy koncepcji reformy państwowej służby podatkowej, zgodnej z rekomendacjami Międzynarodowego Funduszu Walutowego, służby celnej i granicznej USA, Ministerstwa Finansów USA oraz Komisji Europejskiej.

Formy prowadzenia działalności na Ukrainie

Istnieją trzy podstawowe i najczęściej wybierane formy rozpoczęcia działalności gospodarczej na Ukrainie przez cudzoziemców:

  • założenie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością (ТОВ/TOW) – Товариство з обмеженою відповідальністю),
  • otworzenie przedstawicielstwa przedsiębiorcy zagranicznego (Постійне представництво іноземної компанії – stałe przedstawicielstwo spółki zagranicznej),
  • założenie jednoosobowej działalności gospodarczej (ФОП/FOP) – Фізична особа-підприємець, czyli osoba fizyczna – przedsiębiorca), która może zostać założona tylko przez osobę posiadającą rezydencję podatkową na Ukrainie.

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością prawa ukraińskiego (TOW)

Zasady organizacji oraz funkcjonowania ukraińskiego TOW niczym nie różnią się od polskiej sp. z o.o. poza tym, że nie istnieje minimalna wartość kapitału zakładowego oraz konieczne jest w niej zatrudnienie dyrektora (odpowiednik prezesa zarządu).

Dyrektor przynajmniej na początku istnienia spółki musi być Ukraińcem. Cudzoziemcy mają prawo objąć to stanowisko, jednak wiąże się to z koniecznością uzyskania dla tej osoby zezwolenia na pracę i pobyt na Ukrainie, co nie jest możliwe, dopóki pracodawca takiej osoby (zakładana spółka) nie powstanie.

Proces rejestracji TOW od momentu przygotowania kompletu potrzebnych dokumentów do jej założenia (podanie nazwy firmy i wielkości kapitału zakładowego, adresu na Ukrainie, pod którym znajdować się będzie – faktycznie lub wirtualnie – tzw. adres prawny, czyli siedziba spółki) i złożenia stosownych wniosków do momentu rejestracji spółki nie powinien trwać dłużej niż 7 dni.

W maju 2017 r. Najwyższa Rada Ukrainy przyjęła ustawę likwidującą obowiązek rejestracji inwestycji zagranicznych oraz wnoszącą zmiany do procedury zatrudnienia i uzyskania pobytu tymczasowego obcokrajowców. Zniesiono tym samym obowiązek uprzedniego uzyskania przez pracowników zagranicznych zaświadczenia o niekaralności, a także przechodzenia badań lekarskich oraz psychiatrycznych. Dla niektórych kategorii pracowników wydłużono okres maksymalnego zatrudnienia z 1 roku do lat 5. Skrócono także termin rozpatrywania dokumentów na przedłużenie pozwolenia na pracę z 7 do 3 dni roboczych i przewidziano możliwość uzupełnienia dokumentów w trakcie jednego przeglądu.

Stałe przedstawicielstwo przedsiębiorcy zagranicznego

Stałe przedstawicielstwo przedsiębiorcy zagranicznego może prowadzić działalność wyłącznie w zakresie rodzajów działalności wyszczególnionych dla przedsiębiorstwa głównego, określonych na podstawie ukraińskiego odpowiednika kodów PKD – КВЕД (коди видів економічної діяльності – kody rodzajów działalności gospodarczej). Przedstawicielstwo może występować w formie niekomercyjnej (prowadzi działalność nie w celu zarobkowym) lub komercyjnej.

Założenie przedstawicielstwa wymaga więcej czasu (ok. 2 miesięcy) oraz nakładów finansowych (opłata za rejestrację takiego podmiotu wynosi aż 2 500 USD). Podobnie jak TOW, stałe przedstawicielstwo przedsiębiorcy zagranicznego posiada osobowość prawną. Jego podstawową zaletą i przewagą nad TOW jest możliwość zatrudniania cudzoziemców na terytorium Ukrainy bez konieczności uzyskania dla nich pozwoleń na pracę i pobyt. Istnieją również pewne ułatwienia w transferowaniu dochodów przedstawicielstwa do spółki, która powołała przedstawicielstwo na Ukrainie. Jeśli więc zależy nam na możliwości stosunkowo bezproblemowego zatrudniania własnych – np. polskich – pracowników w przedstawicielstwie na Ukrainie, to rozwiązanie wydaje się optymalne.

Zarówno TOW, jak i stałe przedstawicielstwo przedsiębiorcy zagranicznego podlegają na Ukrainie takim samym podatkom i składkom. Jednak pod niektórymi względami te dwie formy prowadzenia działalności różnią się od siebie. W większości sytuacji – ze względu na większą elastyczność, szybkość otwarcia oraz mniejsze wydatki związane z rozpoczęciem działalności – bardziej godną polecenia formą jest TOW. W pewnych przypadkach natomiast to przedstawicielstwo może być bardziej opłacalną i wygodniejszą alternatywą, szczególnie gdy szybkie rozpoczęcie działalności na Ukrainie nie jest priorytetem, za to przydatne będą ułatwienia w zatrudnianiu obcokrajowców.

Autorzy: Prawnik Maja Czarzasty-Zybert, radca prawny Robert Nogacki – Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Jaki masz scoring?

Świąteczne wydatki stanowią dla większości Polaków duże obciążenie domowego budżetu – według szacunków Deloitte w tym roku statystyczna rodzina wyda na Boże Narodzenie 882 złote. Niemal co trzeci Polak poważnie zastanawia się nad źródłem sfinansowania świątecznych zakupów, wynika z raportu przygotowanego przez Intrum Justitia.

30 proc. spośród nas przyznaje, że musi pożyczyć pieniądze lub wykorzystać limit karty kredytowej, by móc kupić upominki na Boże Narodzenie. Natomiast z raportu PayPal wynika, iż prawie połowa Polaków odkłada ten obowiązek na ostatnią chwilę. Jak zatem stać się wiarygodnym dla banku za pięć dwunasta? Aby zwiększyć szansę otrzymania dodatkowej gotówki lub podwyższenia limitu na koncie tuż przed świętami, warto zainteresować się naszym scoringiem kredytowym.

Czym jest scoring kredytowy i co na niego wpływa?

Scoring to wynik analizy kredytowej klienta. Na podstawie wybranych informacji osobowych oraz danych majątkowych i finansowych system oceny ryzyka przypisuje każdemu potencjalnemu kredytobiorcy odpowiednią ilość punktów, na którą zasłużył – mówi Bartosz Wieczorek, Head of Strategy and Business Development w TogetherData, firmie zajmującej się analizą danych. – Scoring stosowany jest w najczęściej w przypadku wniosków dotyczących pożyczek gotówkowych czy kart kredytowych – gdy bank nie ma zasobów ani czasu, aby szczegółowo i indywidualnie sporządzić profil danego klienta.

Czy aktualizujesz dane bankowe?

W pierwszym krokiem wyliczania scoringu jest analiza podstawowych danych. Sprawdzany jest wiek, dochód, staż pracy, miejsce zamieszkania, wykształcenie, wysokość dochodów czy forma i rodzaj zatrudnienia. W tym przypadku warto się upewnić, czy na bieżąco informowaliśmy bank o zmianach. Zadbanie o aktualizację takich danych może się okazać atutem w przypadku pilnej świątecznej potrzeby.

Z naszych obserwacji wynika, iż większość potencjalnych kredytobiorców nie informuje banków o podstawowych zmianach swoich danych osobowych, zapominając, iż w procesie wyliczania scoringu każdy szczegół ma znaczenie. Przykładowo, systemy bankowe najwyżej punktują klientów w związkach małżeńskich czy też  pracujących na umowie o pracę – dodaje Bartosz Wieczorek.

Jaką masz historię kredytową?

Poza podstawowymi informacjami o klientach, banki sprawdzą także historię spłat zobowiązań z przeszłości. Przypomnijmy sobie, czy terminowo wywiązywaliśmy się ze wszystkich zobowiązań, jak chociażby kredytów zaciągniętych w przypadku zakupów ratalnych. Niezależnie od liczby posiadanych pożyczek, największe znaczenie ma ich regularne spłacanie. Dlatego warto o swoją historię kredytową zadbać jak najwcześniej.

Jak stoisz w  BIKu?

Wyliczenia scoringu biorą pod uwagę także dane z Biura Informacji Kredytowej, gdzie odnotowywane są wszystkie zaległości, również te związane z rachunkami za telefon, media czy nawet mandaty karne. W BIK możemy w dowolnej chwili wygenerować bezpłatny raport ukazujący dokładnie naszą historię kredytową. Pamiętajmy, iż w tym rejestrze odnotowywane są wszystkie składane wnioski kredytowe. Budując wiarygodność kredytową, unikajmy składania wniosków w kilku bankach na raz.  Usilne ubieganie się o pożyczkę może negatywnie wpłynąć na punktację i przyporządkować nas do grupy wysokiego ryzyka.

Oszczędności mile widziane

Pamiętajmy, iż przyznawane w procesie scoringu punkty sumują się. Może dojść do sytuacji, w której  mimo posiadania dochodów, które wystarczą do spłacenia raty, potencjalny kredytobiorca może nie zdobyć wymaganej liczby punktów klasyfikującej go do odpowiedniej grupy ryzyka. Liczą się najdrobniejsze szczegóły. Kalkulacja wiarygodności sprawdzi także nasze zachowanie wobec innych produktów bankowych. Bank upewni się czy mamy, bądź mieliśmy konta oszczędnościowe albo lokaty. Liczony będzie czas ich trwania oraz oczywiście odkładane na nich kwoty.

Wydatki pod lupą

Banki w bardzo zróżnicowany sposób podchodzą do analizy danych zdolności finansowej swoich klientów. Na ocenę mogą wpłynąć także nasze zachowania. W tym przypadku brane pod uwagę są wypłaty gotówki oraz ich częstotliwość. Nie bez znaczenia pozostają płatności kartą, które są analizowane na różnorodne sposoby.  Informacje o tym ile, gdzie i za co klienci płacą kartą pomagają bankom w tworzeniu profili osób, które otrzymały kredyty w przeszłości. Jeśli profil danego konsumenta jest zbliżony do osób, które terminowo spłacą swoje zobowiązania, to szansa na poprawę wyniku scoringowego rośnie.

Kto liczy scoring?

Dziś scoring bankowy w większości przypadków wyliczany jest przez analityków. Wskutek tego często czas oczekiwania na decyzję o przyznaniu kredytu bywa bardzo długi. W obliczu rosnących potrzeb konsumentów niezbędne staje się usprawnienie oraz podniesienie efektywności procesu oceny wiarygodności i możliwości kredytobiorcy. Nie wszystkie banki wdrożyły tego typu rozwiązania.

Dzięki wykorzystaniu zautomatyzowanej analityki bank może dobrze poznać przyszłego kredytobiorcę i stworzyć jego pełny obraz. Nie są to już wnioski wyciągane tylko na podstawie porównania do grupy podobnych klientów. W efekcie klient otrzymuje szybką decyzję kredytową, odpowiadającą jego faktycznym możliwościom finansowym. Zyskuje i bank, i klient. Dzięki temu nawet na kilka dni przed świętami można złożyć wniosek z dużą szansą na rozpatrzenie w tempie ekspresowym – dodaje Bartosz Wieczorek.

Bądź wiarygodny na ….Facebooku!

Firmy analityczne dostarczają bankom coraz więcej informacji, które pomagają usprawniać procedurę sprawdzania wiarygodności kredytowej. Coraz częściej brana jest pod uwagę także aktywność w mediach społecznościowych. Systemy czytają dane np. z profili na Facebooku. Nie chodzi tu jednak tylko o zdjęcia z wakacji, wypadów weekendowych czy wpisy i komentarze, dużą rolę odgrywa przynależność do grup, polubione strony, używane aplikacje, publiczne wypowiedzi oraz informacje o znajomych. Wyliczanie scoringu na podstawie analizy mediów społecznościowych może służyć weryfikacji, czy kredytobiorca oświadczył prawdę we wniosku kredytowym. Z drugiej strony jest dużym ułatwieniem dla osób nie posiadających historii kredytowej.

– Specjalistycznie przeanalizowane informacje z mediów społęcznościowych stanowią podstawę do stworzenia indywidualnego profilu klienta – tłumaczy Bartosz Wieczorek. Choć brzmi to nieprawdopodobnie – nasza aktywność w mediach społecznościowych może mieć decydujący wpływ na to, czy nawet bez udokumentowanej historii kredytowej dostaniemy pożyczkę nawet na krótko przed świętami

Warszawa – biurowy rynek przyszłości

Spektakularne obiekty, które powstają w Warszawie za kilka lat przyniosą miastu jedno z najnowocześniejszych zapleczy biurowych w Europie.

Postęp urbanistyczny, jaki dokonał się w Warszawie w ciągu ostatniej dekady widoczny jest na każdym kroku. Zasoby stołecznego rynku biurowego podwoiły się w tym czasie i przekroczyły poziom 5 mln mkw. powierzchni. Warszawskie biurowce pachną nowością, podczas gdy w Europie Zachodniej budynki liczą sobie po kilkadziesiąt lat. Dodatkowo, na inwestycje infrastrukturalne przeprowadzane w mieście idzie kilkakrotnie więcej środków publicznych niż na przykład w Budapeszcie, czy Bukareszcie. Specjaliści Walter Herz z dumą przyznają, że  miło jest obserwować w jak dużym tempie miasto się zmienia.

Zdaniem doradców, potrzeba jeszcze sporo czasu, żeby warszawski rynek osiągnął dojrzałość porównywalną do wiodących lokalizacji w Europie Zachodniej. Jednak dzięki szybkiemu rozwojowi Warszawa, która oferuje około 60 proc. nowoczesnych powierzchni biurowych dostępnych w naszym kraju, dogania inne miasta europejskie pod względem zasobów biurowych. Choć daleko jej jeszcze do takich miast jak Paryż, Londyn, Monachium i Berlin, plasuje się już na poziomie Amsterdamu, Barcelony, czy Aten.

Warszawa przyciąga największe, światowe firmy

Boom inwestycyjny, jaki możemy obserwować na warszawskim rynku nieruchomości jest szansą na przyciągnięcie do miasta największych światowych graczy. Międzynarodowe firmy deweloperskie, które od lat są obecne w na naszym rynku w ostatnim czasie wyraźnie zwiększyły swoją aktywność, wprowadzając do realizacji w Warszawie kolejne, duże projekty.

Jak obliczają analitycy Walter Herz, w aglomeracji jest teraz w budowie około 830 mkw. powierzchni biurowej. To wynik, jakiego miasto nigdy wcześniej nie notowało. Ale i zapotrzebowanie na warszawskie biura nigdy nie było tak duże. Chłonność rynku jest imponująca, czego dowodem jest spadający współczynnik pustostanów. Stolica Polski zaczyna zyskiwać uznanie największych światowych firm, co potwierdza ostatnia decyzja banku JP Morgan o przeniesieniu do niej części swoich operacji.

Przełomowy moment dla polskiego rynku

Eksperci Walter Herz zauważają, że mamy teraz okazję obserwować przełomowy moment w historii polskiego rynku i zmianę statusu Polski, która dotąd była na pograniczu rynków rozwijających się i rozwiniętych. Decyzją FTSE Russell, która ma być ogłoszona w przyszłym roku, nasz kraj awansuje w klasyfikacji do miana rynku rozwiniętego.

Odzwierciedleniem tej oceny jest jakość oferty warszawskiego rynku biurowego, na którym powstają obiekty wykorzystujące najlepsze, światowe rozwiązania architektoniczne. Nowe biurowce bazują na ekologicznych technologiach, zapewniających maksymalny komfort pracy, a deweloperzy prześcigają się w pomysłach by kolejnymi udogodnieniami wyróżnić swoje kompleksy. Warszawa tworzy potencjał, dzięki któremu za jakiś czas będzie mogła konkurować z najlepszymi lokalizacjami biurowymi w Europie.

Najwyższy budynek w UE

Specjaliści Walter Herz przypominają, że w centrum miasta trwa budowa projektu Varso, który przyniesie Warszawie najwyższy budynek w Unii Europejskiej. Varso Tower zajmie miejsce londyńskiego The Shard. Projekt obejmuje realizację kilku biurowców, które dostarczą prawie 150 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni. Duży udział inwestycji zakrojonych na szeroką skalę wśród obecnych warszawskich realizacji powoduje, że większość budynków, które są teraz w budowie zostanie ukończonych w latach 2019 – 2020.

Oddane ostatnio w Warszawie do użytku obiekty, jak  Warsaw Spire, Q22, Hala Koszyki, czy Złota 44 to projekty, którymi mogłoby się poszczycić każde miasto na świecie. Szczególnie ciekawą inwestycją, także ze względu na otoczenie jest Warsaw Spire, gdzie wraz z budynkami biurowymi powstał Plac Europejski, uznany przez polskich urbanistów za najlepszą, nową przestrzeń publiczną w Polsce.

Obiekty mixed-use

Większość najnowszych warszawskich projektów wpisuje się w zasady zrównoważonego rozwoju. Z korzyścią dla miasta deweloperzy realizują przemyślane inwestycje, tworząc jednocześnie nową, żywą tkankę miejską. Przy biurowcach tworzone są zielone tereny rekreacyjne, place miejskie, skwery i pasaże ze sklepami, gastronomią i usługami.

Znaczący udział w rynku mają już obiekty typu mixed-use, o charakterze biurowym, handlowym, hotelowym i coraz częściej także mieszkaniowym. Przykładem mogą być tu Złote Tarasy, gdzie galeria handlowa łączy się z biurami w budynkach Lumen i Skylight lub odrestaurowana Hala Koszyki, gdzie strefa gastronomiczna i handlowo-usługowa zintegrowana została z budynkami o funkcji biurowej. Podobną koncepcję przyjęły obiekty realizowane na bazie rewitalizacji historycznych zabudowań, jak praski Koneser, ArtNorblin, czy EC Powiśle.

Coraz atrakcyjniejsza oferta

W stronę zrównoważonego rozwoju ewoluuje również warszawski Służewiec, największy obszar biurowy w kraju, który oferuje ponad 1,3 mln mkw. biur, krytykowany dotąd za swój jednolity charakter. Deweloperzy prowadzą teraz na tym terenie także inwestycje mieszkaniowe i hotelowe. Jak informują specjaliści Walter Herz, w budowie jest tam teraz kilka osiedli mieszkaniowych i pięć obiektów hotelowych. W tym rejonie wyprowadzane są także zmiany w infrastrukturze drogowej i transporcie publicznym, które nie należały dotąd do mocnych stron tego ośrodka biznesowego.

Oferta warszawskiego rynku biurowego, jak podkreślają eksperci, jest dziś bardzo zróżnicowana. Poza biurami pod tradycyjny, długoterminowy wynajem, można w niej znaleźć w pełni wyposażone powierzchnie z obsługą administracyjną i techniczną, czyli biura serwisowane oraz wspierające rozwój młodych przedsiębiorców biura coworkingowe, jak również miejsca pracy wynajmowane na godziny.

Jak podają analitycy Walter Herz, na warszawskim rynku podaż biur serwisowanych sięga około 45 tys. mkw., a powierzchni coworkingowych dostępnych jest obecnie ponad 40 tys. mkw.  Deweloperzy starając się maksymalnie uelastycznić ofertę, wychodzą również z propozycjami, które łączą różne modele najmu.

Autor: Walter Herz

Emigracja zarobkowa Polaków – gdzie wyjechać?

Jedną z najpopularniejszych przyczyn migracji są pieniądze. Migracja ekonomiczna trwa z reguły kilka lat, dlatego warto celnie wybrać kierunek wyjazdowy. Oto co należy wziąć pod uwagę:Monster- płaca minimalna w UE

  1. Kierunek a jego popularność wśród Polaków
    Próbując znaleźć kierunek migracyjny, kraj do zamieszkania i zarabiania, bardzo często bierzemy pod uwagę miejsca, które są popularne wśród rodaków. Według GUS-u jest to: Wielka Brytania, w której w 2016 r. przebywało 788 tys. Polaków, Niemcy (687 tys.), Holandia (116 tys.), Irlandia (112 tys.) oraz Włochy (93 tys.). Czasem bardziej przekonują nas w kraje, w których Polonia nie jest tak silna. Do tej grupy należą: Cypr i Portugalia – w tych krajach mieszkało w minionym roku po tysiąc Polaków, Finlandia – 3 tys., Grecja – 8 tys., Czechy – 9 tys.

W krajach, w których jest więcej Polaków, można liczyć na to, że będą organizowane np. imprezy kultury polskiej, w sklepach znajdą się polskie produkty, a w miejscu pracy będzie można spotkać rodaków. Z kolei w miejscach, w których Polaków jest mniej, będziemy musieli dostosować się do miejscowego jedzenia, a w pracy najpewniej będziemy pracować z lokalnymi mieszkańcami. Warto przeanalizować, w którym z wariantów będziemy czuć się lepiej i wówczas wybrać kierunek migracyjny.

2. Oferty pracy
Przed wyjazdem należy sprawdzić stopę bezrobocia w danym kraju oraz ogólnie panujące nastroje społeczno-gospodarcze. Przeciętna stopa bezrobocia w 28 krajach UE w sierpniu br. według Eurostatu wyniosła 7,6 proc. Najwyższa była w Grecji – 21,2 proc, Hiszpanii – 17,2 proc., we Włoszech – 11,2 proc. Chorwacji – 10,9 proc. oraz na Cyprze – 10,7 proc. Najlepiej w unijnych statystykach wypadły Czechy, gdzie stopa bezrobocia wyniosła zaledwie 2,9 proc., Niemcy – 3,6 proc, Malta – 4,2 proc., Węgry oraz Wielka Brytania – po 4,3 proc.

Wysokie bezrobocie w danym kraju nie sprzyja zatrudnianiu cudzoziemców, chyba że reprezentują oni poszukiwane zawody m.in. wykwalifikowanych specjalistów. Tylko w takiej sytuacji taki kierunek wyjazdowy może być brany pod uwagę – podkreśla Joanna Żukowska, ekspertka serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl.

3. Język
Warto sprawdzić nie tylko, jaki język obowiązuje w danym państwie, ale i jakiego języka wymaga pracodawca. Może się okazać, że francuski pracodawca poszukuje pracownika ze znajomością języka angielskiego i dodatkowo oferuje szkolenia z języka francuskiego. Wówczas czas spędzony w innym kraju, może być okazją do zdobycia nowych kompetencji językowych.

  1. Wysokość płac w kierunek migracyjny
    Pieniądze to jedna z ważniejszych kwestii, jakie należy sprawdzić, zanim wybierzemy kierunek migracyjny. Przede wszystkim warto przejrzeć raporty płacowe dla danego państwa, ale też warto zbadać dany rynek poprzez rozmowy z osobami, które już pracowały w danej branży, na podobnym stanowisku. Wiedzę o płacach, umowach oraz zasadach opodatkowania w danym kraju mają polskie ambasady. W razie wątpliwości można skontaktować się z polskim urzędem lub organizacją. Wysokość potencjalnego wynagrodzenia na konkretnym stanowisku w danym kraju można sprawdzić również na międzynarodowym portalu porównującym zarobki – Paylab.com, którego częścią jest Pensjometr od MonsterPolska.

Według danych Eurostatu z lutego br. obecnie płacy minimalnej nie ma Dania, Włochy, Cypr, Austria, Finlandia oraz Szwecja – w sumie sześć państw unijnych. Pozostałe 22 kraje posiadają płace minimalne. I tak w państwach Europy Środkowo-Wschodniej obowiązuje płaca minimalna poniżej 500 euro miesięcznie. Najniższa jest w Bułgarii – w przeliczeniu wynosi 235 euro miesięcznie. Następnie są: Rumunia (275 euro), Łotwa i Litwa (po 380 euro), Czechy (407 euro), Węgry (412 euro), Chorwacja (433 euro), Słowacja (435 euro), a także Polska (453 euro) oraz Estonia (470 euro). Kolejna grupa krajów, gdzie płaca minimalna mieści się w przedziale od 500 do 1000 euro to państwa z południa Europy.  I tak: Portugalia (650 euro), Grecja (684 euro), Malta (736 euro), Hiszpania (826 euro), a także Słowenia (805 euro). W ostatniej grupie na północy i zachodzie Europy pensja minimalna wynosi ponad 1000 euro. Na tej liście jest Wielka Brytania (1397 euro), Francja (1480 euro), Niemcy (1498 euro), Belgia (1532 euro), Holandia (1552 euro), Irlandia (1563 euro) i Luksemburg (1999 euro). Bardzo często to właśnie pieniądze wyznaczają kierunek wyjazdu.

5. Koszty życia i zakwaterowanie
Wyjeżdżając za granicę musimy zrobić kalkulację zysków i wydatków. Wyliczenia należy zrobić uwzględniając przede wszystkim największe koszty, w tym wynajem, bilety komunikacji miejskiej, wyżywienie. Na tym etapie najlepiej porozmawiać z kimś, kto mieszka w danym kraju lub zajrzeć na blogi osób mieszkających za granicą.

6. Dostępność oferty edukacyjnej i naukowej
W momencie, w którym chcemy połączyć wyjazd za granicę z dokształcaniem, należy sprawdzić już w Polsce ofertę edukacyjną w danym mieście, do którego planujemy wyjechać – mówi Żukowska. Uczelnie lub szkoły językowe najlepiej znaleźć przez internet już na etapie planowania wyjazdu. Warto się z nimi skontaktować i zapytać o wymagane dokumenty, tłumaczenia, możliwość zdobycia stypendiów i czesne. Wiedząc wcześniej, co jest wymagane, można wykonać odpowiednie tłumaczenia dokumentów i wziąć je ze sobą – dodaje.

7. Docelowe miasto
Bardzo ważne jest także sprawdzenie miejscowości, w której mamy podjąć pracę i zamieszkać. Możemy mieć bowiem wyobrażenie o danym kraju, nawet mieć na koncie podróż do metropolii, ale nie odnajdziemy się w miejscowości, w której przyjdzie nam osiąść na jakiś czas. Szczególną wagę należy zwrócić na dobrą komunikację i dostęp do miejsc takich jak kawiarnie czy kino. Zwłaszcza w początkowym etapie pobytu za granicą chcemy poznać dane miejsce, stać się jego częścią, bywać.

  1. Pogoda
    Osoby, które są szczególnie drażliwe, jeśli chodzi o liczbę deszczowych dni w roku muszą szczególnie dobrze kierunek migracyjny. Nie każdy wytrzyma pobyt w krajach skandynawskich, gdzie ponure dni nie należą do wyjątków, a są normą. W takich sytuacjach warto szukać w cieplejszych rejonach Europy, nawet kosztem niższych zarobków.
  2. Obecność znajomych i bliskich
    Łatwiej zadomowić się w kraju, w którym mieszka już ktoś z naszej rodziny lub bliskich znajomych. To szczególnie dobry początek, jeśli wyjeżdżamy „w ciemno”, czyli nie mając gwarancji stałej pracy. Dzięki wsparciu łatwiej będzie znieść poczucie obcości, tęsknotę za pozostawionym domem i bliskimi w kraju.

    10. Koszty połączeń do Polski
    Lecąc na „koniec świata”, musimy liczyć się z tym, że nieprędko będziemy mogli odwiedzić Polskę. Dlatego osoby, które chciałyby mieć poczucie, że w razie potrzeby, mogą kupić tani bilet i wsiąść do samolotu, powinny wybrać kierunek z ekonomicznymi połączeniami do Polski. Ten z powodu błahy czynnik jest bardzo ważny, gdyż wpływa na poczucie bezpieczeństwa oraz naszą psychikę. Dobre nastawienie może decydować o jakości całego zagranicznego wyjazdu.

Sztuczna inteligencja zmieni rynek contact center?

Firmy dokładają wielu starań, by ich contact center funkcjonowały lepiej, jednak mimo postępu technologicznego wciąż borykają się z licznymi problemami. Telefony w nieodpowiednim momencie, konsultanci, z którymi ciężko znaleźć wspólny język i nietrafione oferty to, tylko wycinek branżowych bolączek. Receptą na poprawę sytuacji mają być rozwiązanie oparte o zaawansowaną analitykę danych i uczenie maszynowe.

Michał pracuje w korporacji i niebawem planuje wyjechać z dziewczyną na długo wyczekiwany urlop. Po kilku dniach surfowania po internetowych stronach biur podróży zdecydował się w końcu na 10 dniowy pobyt w pięciogwiazdkowym hotelu na Krecie. Dzień po sfinalizowaniu transakcji zadzwonił telefon. Michał znał już ten numer. To natrętny telemarketer, który zawsze dzwoni w godzinach pracy i to w najmniej odpowiednich momentach. Tym razem jednak postanowił odebrać i ze zdziwieniem dowiedział się, że zamiast oferty garnków, konsultant contact center zaproponował mu ubezpieczenie turystyczne. Rozmowa nie trwała długi i jak można było przypuszczać, była produktywna dla obu stron.

Magia Big Data

Ten przykład pokazuje w jaki sposób analiza dużych zbiorów informacji przekłada się na biznes i doświadczenia klienta. Contact Center skorzystało z analityki Big Data i wzbogacenia własnego systemu CRM gromadzącego dane o klientach, o zewnętrzne informacje pozwalające na dokładną identyfikację zainteresowań danej osoby. –  W sieci internauci pozostawiają po sobie mnóstwo cyfrowych śladów, które można przekuć na użyteczną wiedzę dotyczącą decyzji zakupowych, tym samym znacząco zwiększając szanse na sprzedaż i poprawę obsługi klienta. Dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji możemy analizować gelolokalizację, zainteresowania użytkowników sieci, przyjrzeć się zainstalowanym przez nich aplikacjom oraz analizować tysiące innych zmiennych. To wszystko pozwala stworzyć wiarygodny profil klienta i monetyzować informacje  – zauważa Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, notowanej na NewConnect spółki, która jest operatorem jednej z największych hurtowni danych zbierającej informacje o zainteresowaniach internautów. Globalnie przetwarza już 9 mld anonimowych profili internautów korzystających zarówno z urządzeń mobilnych, jak i desktopów. Wzbogacaniu systemów wspierających zarządzanie w contact center o zewnętrzne dane o internautach otwiera przed telemarketerami i pracownikami infolinii nowe możliwości, dając im dostęp do niezwykle użytecznej i dotychczas nieosiągalnej wiedzy. Jeśli pracujący przy projekcie badacze danych skutecznie powiążą je ze zgromadzonymi w systemie wewnętrznymi zbiorami cyfrowych informacjami, błyskawiczna reakcja na potrzeby klienta stanie się standardem, tak samo, jak wyodrębnianie grupy docelowej na podstawie profili behawioralnych konsumentów.

– Dzięki analizie danych można dojść do bardzo ciekawych wniosków, zwiększając poziom satysfakcji klientów contact center. Można np. nie tylko zidentyfikować ich zainteresowania, to czego aktualnie szukają, ale także określić czas, w którym najlepiej zadzwonić do danej osoby. Korzystając z analizy z mediów społecznościowych, można prognozować zwiększenie ruchu telefonicznego czy zidentyfikować tematy, z którymi mogą dzwonić klienci – zwraca uwagę Paweł Pierścionek, Chief Technology Officer w Cludo, firmie dostarczającej zaawansowane rozwiązania chmurowe wspierające zarządzanie contact center.

Wybór profilu

Profilowanie behawioralne to znana praktyka o szerokim zastosowaniu. Stosuje się ją np. w kryminalistyce, reklamie internetowej i marketingu. Na podstawie takich profili największe portale randkowe parują użytkowników, wykorzystując do tego wprowadzone przez nich informacje i zaawansowane algorytmy. Podstawą takiej pracy są dane, a im jest ich więcej, tym lepiej. Właśnie w tę stronę zmierza branża call center. – Dzięki danym i ich analizie, profilowanie klientów odbywać się będzie w czasie rzeczywistym i rzadkością będzie sytuacja, w której konsultant call center zadzwoni z propozycją pożyczki do osoby z milionami na koncie. Profilowanie będzie odbywało się na podstawie algorytmu uczenia maszynowego, co oznacza, że system będzie się ciągle rozwijał i zwiększał swoje umiejętności. Algorytm zajmie się segmentacją i oceni prawdopodobieństwo odpowiedzi na daną ofertę – twierdzi Piotr Prajsnar. Jego zdaniem, na podstawie indywidualnej historii klienta będzie można określić, z jakim prawdopodobieństwem przystanie on na ofertę, zrezygnuje z usługi lub przejdzie do konkurencji. – Mówimy tu o technologii, która pomoże przygotować szytą na miarę ofertę i określić odpowiedni moment na kontakt z klientem. Fantazja? Wbrew pozorom wcale nie. Z takich możliwości contact center korzystają już dziś – dodaje prezes zarządu Cloud Technologies.

Czar sztucznej inteligencji

Big Data w contact center to nie tylko precyzyjne targetowanie i pogłębiona wiedza o życiu klientów. Nowoczesne narzędzia oparte o analitykę danych i sztuczną inteligencję znajdują coraz szersze zastosowanie w biznesie, o czym na własnej skórze przekonała się firma Dialog Direct, która w amerykańskim miasteczku Grand Rapids w stanie Michigan otworzyła nową placówkę call center i w ciągu miesiąca potrzebowała zatrudnić 140 telemarketerów. Dla działu HR takie wyzwanie to prawdziwe piekło. Dotychczas, by zrekrutować jedną osobę, przy dobrych wiatrach, zespół potrzebował minimum dwóch roboczogodzin. Rekrutacja ponad 140 nowych pracowników zajęłaby mu co najmniej dwanaście 24 godzinnych dni pracy. W tak krótkim czasie wykonanie narzuconego przez zarząd zadania było niemożliwe do zrealizowania. Szukając rozwiązania, które pomogłoby firmie wyjść z impasu, Jack Wilkie, Chief Marketing Officer, dowiedział się o działającej w chmurze obliczeniowej platformie do optymalizacji HR, która wykorzystując analitykę Big Data skracała proces rekrutacji o 75 proc. Jak to możliwe? Kandydaci zainteresowani pracą w nowej placówce Grand Rapids musieli nie tylko wypełnić szczegółową ankietę online, lecz również aktywnie uczestniczyć w symulowanej rozmowie, mającej sprawdzić ich naturalne predyspozycje do pracy na stanowisku telemarketera. Korzystający z analityki predyktywnej system automatycznie analizował nagrania wraz z danymi z elektronicznej ankiety, a następnie oznaczał najlepiej rokujących aplikantów kolorem zielonym, problematycznych – żółtym, a tych, którzy nie spełniali wymaganych kryteriów – czerwonym. Nowa metoda rekrutacji okazała się strzałem w dziesiątkę. – To pozwoliło nam oszczędzić 45 minut w procesie rekrutacji pojedynczego pracownika – przyznaje Wilkie.

Zaawansowane algorytmy mogą pomóc call center osiągać lepsze wyniki również poprzez przemyślane przydzielenie konsultantów do konsumentów. Istotną rolę odgrywa tu nie tylko typ osobowości, lecz również wiek, płeć i pochodzenie rozmówcy. Z badań przeprowadzonych przez Software Advice na terenie Stanów Zjednoczonych wynika, że aż 67 proc. osób w wieku przekraczającym 65 lat preferuje rozmowę z konsultantem wysławiającym się w sposób powolny. Taki stan rzeczy wydaje się w miarę oczywisty, jednak pozostałe wyniki mogą stanowić spore zaskoczenie. Okazuje się bowiem, że 24 proc. mieszkańców miast preferuje rozmowę z telemarketerem w swoim własnym wieku, podczas gdy zaledwie 10 proc. mieszkańców wsi uważa, że jest to istotne. Ważną rolę odgrywa również pochodzenie rozmówcy. 78 proc. ankietowanych w wieku 55 – 64 preferuje kontakt z telemarketerem o tej samej narodowości, natomiast procent osób w przedziale wiekowym 18 – 24 o takiej inklinacji wyniósł 48. Nowoczesne systemy do zarządzania contact center winny brać pod uwagę tego typu badania i za sprawą uczenia maszynowego prowadzić własne analizy, pozwalające na inteligentne parowanie konsultantów z konsumentami.

Jak na Tinderze

Xerox opublikował raport: „Stan obsługi klienta w 2015 r.”, w którym pojawiły się ciekawe dane. Otóż ponad połowa (54%) ankietowanych zadeklarowała, że jest gotowa zapłacić więcej za produkt, w zamian za lepszą obsługę klienta oferowaną przez wybierane marki. Dziś firmy muszą usprawniać doświadczenia klienta w każdym punkcie styku i robić to z wyprzedzeniem. Dlatego operatorzy contact center będą dążyć do jak najlepszej identyfikacji klientów, ich potrzeb oraz preferencji. – System teleinformatyczny w nowoczesnym centrum będzie znacznie więcej mówił konsultantowi o kliencie niż robi to dziś. A zacznie się to już od pierwszego słowa klienta, dzięki analizie mowy, która nie tylko pozwoli zidentyfikować dzwoniącego, ale też określić jego nastrój, poziom zainteresowania ofertą i nastawienie do rozmowy. Do klienta i jego potrzeb dopasowany będzie również pracownik – jego umiejętności i kwalifikacje. Obrazowo mówiąc, będzie to podobne do matchowania par znanego z aplikacji randkowych – uważa Paweł Pierścionek.

Zobacz co nas czeka w 2018 roku na rynku srebra

Powoli kończy się 2017 rok, który dla metali szlachetnych nie był tak samo udany jak 2016 rok. Wręcz można powiedzieć, że bieżący rok kalendarzowy na rynku metali szlachetnych był jedną wielką konsolidacją. Niemniej jednak 2018 może sporo namieszać, a najciekawiej pod tym względem wygląda rynek srebra.

Popyt i podaż

W krótkim terminie wycena aktywów opiera się na emocjach niż fundamentach. Z tego też względu na rynku powstają bańki spekulacyjne, a niektóre aktywa są niedowartościowane. Niewątpliwie obecna cena srebra znajduje się na bardzo ciekawym poziomie, która doprowadziła do nierównowagi pomiędzy popytem i podażą.

Silver surplus/deficit

Powyższa grafika przedstawia notowania srebra (linia pomarańczowa) na tle nadwyżki/deficytu metalu szlachetnego. Od 1990 do 2000 roku cena srebra poruszała się w szerokiej konsolidacji, mieliśmy także większą podaż surowca od popytu. Sytuacja zmieniła się z nadejściem 2000 roku, w którym mieliśmy duży popyt technologiczny oraz inwestycyjny (odpowiedź na globalny kryzys, negatywne stopy procentowe). Przez kilka kolejnych lat doświadczyliśmy potężnego deficytu srebra, natomiast cena i tak znalazła się w trendzie spadkowym. Kontra przyszła w 2004 roku, cena srebra przez kilka lat wzrosła do 50 USD za uncję. W tym okresie mieliśmy dwa lata nadwyżki dzięki recyklingowi. Od tamtej pory konsumujemy więcej srebra niż produkujemy.

Reasumując, utrzymanie dotychczasowej sytuacji w najbliższym czasie prawdopodobnie doprowadzi do zwyżki notowań tegoż metalu szlachetnego.

Najbliższe miesiące na silver

Od 1999 roku pierwsze dwa miesiące dla rynku srebra można było uznać za bardzo dobre. Średnio w styczniu oraz lutym przez 18 ostatnich lat srebro dawało stopę zwrotu na poziomie 3.62 oraz 3.78 procenta. Dodatkowo z 18 badanych miesięcy zarówno w styczniu oraz lutym 12 zakończyło się na dodatniej stopie zwrotu.

sezeonowosc mapa silver

Źródło: Bloomberg

Ponadto spoglądając na aktualne zaangażowanie podmiotów finansowych zarabiających na spekulacji mamy większe prawdopodobieństwo iż pierwszy kwartał 2018 roku zostanie zakończony na dodatniej stopie zwrotu.

cftc

Źródło: Bloomberg

Białą linią zaznaczono ilość pozycji netto na rynku kontraktów terminowych utrzymywanych przez pomioty niekomercyjne na tle notowań srebra (linia żółta). Pozycje netto znalazły się na bardzo niskim poziomie, gdzie przeważnie dochodziło do mocnego odwrócenia sytuacji na tym rynku.

Srebro – analiza techniczna

Notowania srebra, interwał tygodniowy

Notowania srebra, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Spoglądając na wykres tygodniowy sytuacja jest zgodna i wspiera prawdopodobieństwo zatrzymania trendu spadkowego. Notowania spadły na bardzo silne wsparcie 15.5-16.0 USD za uncję. Jest to już trzeci test tej strefy, każde przebicie kończyło się fiaskiem i mocnymi wzrostami. Tym razem prawdopodobnie będzie tak samo. Gdyby kupującym udało się obronić strefę, to kurs zmierzałby w okolicę 17.3 USD, po której mógłby po raz kolejny odwiedzić rejon 18 USD za uncję.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Czego życzą sobie pracownicy w nowym roku? Ponad połowa zmiany pracy

Grudzień co roku skłania do podejmowania postanowień noworocznych. Jak wynika z najnowszego badania Pracuj.pl, ponad 60% badanych chciałoby w nowym roku zmienić pracę, inni planują porozmawiać z szefem o podniesieniu wynagrodzenia. O jakich jeszcze zmianach zawodowych marzą Polacy?

Zmiana pracy, rozwój kompetencji, podwyżka, awans – tak przedstawiają się najczęstsze plany Polaków związane z nowym rokiem. Użytkownicy Pracuj.pl przepytani w grudniu przedstawili swój zawodowy pomysł na siebie – na nadchodzący 2018 rok.

Zawodowe postanowienia noworoczneJak wynika z badania Pracuj.pl, największa liczba ankietowanych – bo aż ponad 62% osób – stawia sobie za cel zmianę pracy. Na drugim miejscu wśród postanowień noworocznych uplasowała się chęć ukończenia kursów bądź szkoleń poszerzających kompetencje zawodowe (ponad 37% osób). Badani chcieliby również przebranżowić się, a także porozmawiać z przełożonym o awansie. Tylko niewiele ponad 10% ankietowanych nie ma w planach żadnej zmiany zawodowej.

Koniec roku to czas podsumowań oraz stawiania sobie nowych celów i wyzwań na nadchodzący rok. Wiele osób, za zawodowy cel kładzie sobie ciągły rozwój oraz poszerzanie kompetencji – zarówno tych zawodowych, jak i językowych (poprzez chęć biegłości w języku obcym czy zamiar uczenia się zupełnie nowych języków). Jak pokazuje badanie Pracuj.pl, pracownicy chcą podnosić kwalifikacje poprzez dodatkowe kursy i szkolenia. Mają świadomość, że dodatkowa wiedza buduje ich przewagę na rynku pracy, jest podstawą do otrzymywania wyższego wynagrodzenia czy drogą do awansu – Konstancja Zyzik, Talent Acquisition Manager w Grupie Pracuj.

Zmiana pracy – ale tylko w  marzeniach?

Wnioski z badania CBOS, przeprowadzonego w 2016 roku wskazują, że postanowienia noworoczne czyni ponad połowa Polaków, a dotyczą one przede wszystkim zdrowia i trybu życia oraz zmian w obszarze zawodowym. Z przywołanego badania wynika również, że co prawda połowa Polaków podejmuje jakieś postanowienia noworoczne, jednak zaledwie 10% z tej grupy rzeczywiście je realizuje. Można się zastanowić, jak na tym tle wygląda postanowienie związane ze zmianą pracy? Czy deklaracja przekłada się na działania? Badanie Pracuj.pl Czy pieniądze szczęścia nie dają? wskazuje, że 88% pracujących Polaków nie szuka aktywnie pracy. Jak zatem ma się postanowienie o znalezieniu pracy do tego, że nie podejmuje się wysiłku, by ją znaleźć?

Mimo wielu możliwości, jakie oferuje nam dzisiejszy rynek pracy, nadal reprezentujemy dość bierną postawę wobec zmiany zatrudnienia. Nie wystarczy pomyśleć czy nawet „postanowić”, że tę pracę zmienimy. Należy wdrożyć plan w życie i zacząć działać. Przejrzeć oferty, zrewidować swoje CV i wreszcie wysłać dokumenty na wybrane ogłoszenia – Konstancja Zyzik, Talent Acquisition Manager w Grupie Pracuj

Postanowienie o zmianie pracy warto realizować małymi kroczkami. Dokładna analiza rynku pracy pozwala na określenie, czy istnieją obszary, w których możemy zwiększyć swe kompetencje. Przestudiowanie ogłoszeń o pracę w specjalizacji, która nas interesuje, da nam obraz tego, czy nie warto pomyśleć o dodatkowych kursach czy szkoleniach, które dadzą nam przewagę nad konkurentami. Warto także spojrzeć krytycznie na swoje CV, dać je do przeczytania komuś zaufanemu, tak, by uzyskać także zewnętrzną opinię na temat tego, co w nim zawarliśmy. A na koniec należy zacząć wysyłać dokumenty aplikacyjne – bo bez tego postanowienie o znalezieniu nowej pracy nie ma szans powodzenia.

Plan na nowy rok – podwyżka

Rozmowy o podwyżce nie należą do najłatwiejszych, szczególnie, jeżeli nie zna się zasad i warunków na jakich są one w firmie przyznawane.

Pracownicy często zapominają zapytać o kwestię podwyżek na etapie rozmowy o pracę. Tymczasem warto ustalić, jaki system podnoszenia pensji obowiązuje w danej firmie – czy podwyżki przyznaje się w określonych przedziałach czasowych, jakich kwot można się spodziewać i co decyduje o podwyżkach: uznanie szefa, spełnienie jasno określonych celów okresowych, a może wyniki finansowe firmy – Maciej Bąk, Ekspert Ds. Raportów Wynagrodzeń w Grupie Pracuj

A jak wynika z badania Pracuj.pl Czy pieniądze szczęścia nie dają?, blisko 40% pracujących Polaków w przeszłości ubiegało się o podwyżkę, ale jej nie otrzymało. Co więcej – istnieje, co prawda niewielka, grupa pracowników, która podwyżki nie dostała nigdy – tak zadeklarowało 13% badanych.

Do rozmowy o podwyżce trzeba się dobrze przygotować. Idąc do przełożonego musimy wiedzieć na czym nam zależy i jaką wartość dodaną dajemy firmie w zamian. Na pewno pomocna będzie lista sukcesów, które odnieśliśmy sami czy kierowany przez nas zespół. Możemy też wskazać na nowe obowiązki, które zostały nam przydzielone w trakcie pracy w danej firmie. Często się zdarza, że w trakcie pracy, niejako „naturalnie” przybywa nam obowiązków, jednak nie idzie za tym gratyfikacja finansowa. Dlatego warto zebrać wszystkie nasze obowiązki na jedną listę i pokazać to przełożonemu, może się okazać, że nie miał on świadomości, jak bardzo ewaluował zakres naszych obowiązków, a co za tym idzie kompetencji. Argumentem za podniesieniem wynagrodzenia jest także, po prostu, staż pracy. W instytucjach budżetowych podwyżka związana z tzw. wysługą lat jest oczywista, jednak także w innych firmach warto wskazać na nasz staż pracy i związaną z tym lojalność wobec firmy. – Konstancja Zyzik, Talent Acquisition Manager w Grupie Pracuj

Niemal każdy cel można zrealizować. Jednak wymaga to planu i konsekwencji. Podobnie jest z planami noworocznymi. Warto postanowić sobie jeden konkretny. Zaplanować co nam jest potrzebne do jego realizacji i systematycznie wprowadzać go w życie. Zmiana pracy, podwyżka czy nawet przebranżowienie się – to plany realne do zrealizowania przy odpowiedniej strategii.

*Badanie „Czy pieniądze szczęścia nie dają” zrealizowane przez Kantar TNS na zlecenie Pracuj.pl, N=1001, wrzesień 2017
*Badanie na użytkownikach Pracuj.pl przeprowadzone przez Pracuj.pl, N= 2339, grudzień 2017

 

Obniżki podatków w USA. Dobre dane z Polski

Zmiana systemu podatkowego jest już coraz bliżej podpisu prezydenta. Sprzedaż detaliczna w Polsce pozytywnie zaskoczyła inwestorów. Węgrzy zgodnie z oczekiwaniami nie zmienili stóp procentowych.

Reforma podatkowa w USA

Od dawna zapowiadana przez administrację Donalda Trumpa reforma podatków przeszła przez Kongres, a wczoraj przez Senat. Jest tylko jeden, ale za to istotny problem. Wersja, nad którą głosował senat, nie była dokładnie tą samą, nad którą głosował Kongres. W rezultacie ponieważ dokonano poprawek ustawa wraca jeszcze raz do izby niższej zanim będzie mogła trafić do podpisania przez prezydenta. Co realnie się zmienia? Przede wszystkim podatek od przedsiębiorstw oraz stawki i progi w podatku PIT. W założeniach ma to oczywiście pomóc zwiększyć klasę średnią. Wielu analityków zwraca jednak uwagę, że głównym efektem będzie to, że już bogaci będą jeszcze bogatsi. Dla rynków z jednej strony jest to dobra wiadomość, gdyż to najbogatsi amerykanie głównie inwestują swoje nadwyżki. Z drugiej strony to wzrost zadłużenia w skali 10 lat o dodatkowe 1,5 biliona dolarów z powodu ulg. By lepiej przedstawić tą kwotą, jest to 7,5% całkowitego obecnego zadłużenia. W przypadku obniżki podatków oczywiście politycy liczą na korzystne wpływy dla gospodarki. Pytanie tylko czy pokryją one tą stratę i w jakim stopniu. Inwestorzy są najwyraźniej sceptyczni, gdyż po ogłoszeniu wycofują się z dolara.

Dobre dane z Polski

Wczoraj poznaliśmy odczyt zarówno produkcji przemysłowej jak i sprzedaży detalicznej dla naszego kraju. Produkcja przemysłowa rośnie o 9,1% i jest to 0,1% powyżej oczekiwań. Sprzedaż detaliczna wzrosła z kolei o 10,2% czy aż 2,7% więcej niż oczekiwano. Są to kolejne dobre dane z Polski. To między innymi dzięki nim wczoraj momentami oglądaliśmy złotego poniżej granicy 4,20 zł.

Stopy procentowe na Węgrzech bez zmian

Wczoraj zgodnie z oczekiwaniami Bank Węgier nie zmienił stóp procentowych. Utrzymały one zatem dotychczasowy poziom 0,9%. Reakcja rynków była niemalże żadna, co potwierdza, że inwestorzy oczekiwali tego scenariusza. Kraj ten podobnie jak Polska czeka na rozpoczęcie procesu normalizacji polityki pieniężnej w strefie euro. Nie chce sam rozpoczynać podwyżek by nie umacniać nadmiernie waluty oraz nie podnosząc cen kredytowania.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 12:00 – Wielka Brytania – sprzedaż detaliczna wg. CBI,
  • 16:00 – USA – sprzedaż domów na rynku wtórnym,
  • 22:45 – Nowa Zelandia – PKB.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Sztuczna inteligencja, cyfrowe bliźniaki, automatyzacja procesów biznesowych – co przyniesie branża IT w 2018

Magdalena Art - Altimi Software House
Magdalena Art – Altimi Software House

Koniec roku to doskonały czas dla podsumowań. Jednak zamiast skupiać się na tym, co minione, warto pomyśleć o przyszłości. Dotyczy to w szczególności branży IT, która charakteryzuje się wysoką dynamiką zmian, a jej osiągniecia mają dalekosiężny wpływ, w tym na globalny biznes czy światową gospodarkę. Oto 5 trendów technologicznych, co do których eksperci są przekonani, że w 2018 roku przyniosą ogromne zmiany na wielu rynkach.

Technologie przyszłości

Disruptive Innovations – tym określeniem opisuje się najwyższą formę innowacyjności, o wpływie tak wielkim, że niejednokrotnie może powodować niszczenie całych sektorów biznesu, przy jednoczesnym tworzeniu nowych. Termin ten używany jest przez ekspertów także w kontekście nowych technologii, które w najbliższych latach mogą przynieść duże zmiany dla wielu branż.

Jeszcze do niedawna takie pojęcie jak Internet of Things uznawane było za iluzję rodem z powieści Lema. Jednak ostatnie lata pokazały, że to nowa rzeczywistość, także dla świata biznesu. Dlatego warto śledzić wszelkie prognozy dotyczące trendów i wpływu osiągnięć technologicznych na dany rynek. Może bowiem okazać się, że firmy, które w odpowiednim momencie nie zdecydują się na implementację tzw. technologii przyszłości, mogą za chwilę zostać w tyle. Dotyczy to w szczególności tych branż, w których innowacja ma ogromne znaczenie – mówi Magdalena Art, ekspert w firmie Altimi, która za instytutem badawczym Gartnera wskazuje na 5 najważniejszych trendów technologicznych nadchodzących miesięcy.

„I” jak INTELIGENCJA

To kluczowe słowo opisujące najważniejsze kierunki, w których zmierza technologia i nowoczesne oprogramowanie. Mamy tu i sztuczną inteligencję, i aplikacje inteligentne, jak również inteligentne urządzenia. Pierwsza z nich budzi najwięcej obaw, a nawet kontrowersji. Ale spokojnie – nie chodzi tu o humanoidalne roboty z obywatelstwem danego kraju. Raczej o fundamenty systemów, które użytkownikom pomogą pojąć decyzję, a organizacjom usprawnić takie obszary, jak obsługa klienta, zarządzanie kampanią reklamową, a nawet łańcuchem dostaw – podkreśla ekspert firmy Altimi.

Przyszłość technologii to także inteligentne aplikacje, które już teraz są w stanie zautomatyzować procesy wykonywane na co dzień przez pracowników. Dotyczy to takich procesów jak działania new business, rekrutacja czy analityka finansów i optymalizacja kosztów. Według instytutu Gartnera, do roku 2020 85% interakcji zachodzących pomiędzy konsumentami a obsługą klienta będzie bazowało na sztucznej inteligencji. Rosnącą rolę odegra także sama analityka, na co wskazuje Forrester – amerykańska firma specjalizująca się w analizach rynkowych. Zdaniem ekspertów do 2020 r. analitykę danych wykorzystywać będzie już 90% globalnych instytucji – dodaje Magdalena Art.

W najbliższych miesiącach możemy spodziewać się także rosnącej roli urządzeń elektronicznych, które dzięki sztucznej inteligencji będą działać w sposób dużo bardziej zaawansowany. Chodzi tu o urządzenia wykorzystujące technologię IoT, zdolne do komunikacji między sobą, a także do samodoskonalenia.

Wirtualny model rzeczywistości

Podstaw tego trendu należy doszukiwać się w latach 70-tych, kiedy to pracownicy centrum kontroli misji Apollo 13, dzięki symulacjom zarządzania systemami statku kosmicznego, mogli przekazywać astronautom przetestowane na „cyfrowym bliźniaku” instrukcje postępowania.

Obecnie technologia ta może wspomagać procesy projektowania i rozwoju w różnych branżach. Dotyczy to w szczególności tych obszarów, gdzie konieczne jest przedstawienie w pełni określonego projektu, a następnie upewnienie się, że produkt będzie działał w zamierzony sposób. Prosty model statyczny nie jest w stanie zgromadzić wystarczającej liczby informacji do przeprowadzenia tego rodzaju analizy. W obszarze biznesu cyfrowe bliźniaki stały się już rzeczywistością.

Platformy komunikacyjne

Rosnące zainteresowanie platformami do zarządzania komunikacją pozwala przewidzieć, że w najbliższych latach interfejsy umożliwiające interakcję użytkownika i oprogramowania staną się dla firm nadrzędnym celem projektowym aplikacji. Inteligentne platformy z możliwością analizy głosu i samodzielnego uczenia – to zdaniem Gartnera przyszłość komunikacji.

Bez względu na to, co przyniesie przyszłość, znajomość nowych technologii oraz nadchodzących trendów w branży IT to potencjał, a także „być albo nie być” dla wielu firm, bez względu na obszar i zasięg działalności.

Co Facebook dał branży marketingowej w 2017 roku?

W kończącym się roku Facebook wprowadził tyle ciekawych, lepszych i gorszych zmian, że można byłoby napisać o nich książkę. Warto jednak skupić się na kilku trendach, które z pewnością są najbardziej istotne z punktu widzenia marketerów i dają im szeroką perspektywę.

Zacznę od najważniejszego aspektu, którym są niewątpliwie ludzie, odbiorcy komunikacji marketingowej. Facebook w 2017 dał branży marketingowej właśnie ich – a konkretnie dwa miliardy, ściśle skategoryzowanych i posegmentowanych odbiorców, ale to dopiero początek.

Mark Zuckerberg i jego zespół zadbał nie tylko o przyrost nowych użytkowników, ale też o to, aby mogli oni korzystać z coraz bardziej nowoczesnych rozwiązań i być z Facebookiem przez cały czas. Równie dobrze można powiedzieć, że ci nowi użytkownicy przyszli właśnie ze względu na ten nieustanny rozwój. Oto kilka najważniejszych zmian, na które warto zwrócić szczególną uwagę:

Wideo

Serwis dokonał wiele zmian w obszarze wideo, chcąc ewidentnie dogonić innego giganta, a mianowicie Youtube. Jakie największe zmiany przeszło wideo na Facebooku?

1.Streaming z desktopu – jest to moim zdaniem najważniejsza zmiana dotycząca wideo. Transmisje live swoją popularność zaczęły zdobywać już w roku 2016. Jednak na początku 2017 roku, Facebook rozszerzył tę opcję wprowadzając możliwość prowadzenia transmisji na żywo z poziomu desktopu bez dodatkowych narzędzi. To kolejny, poważny krok w kierunku zdominowania przez największy serwis społecznościowy na świecie również rynku wideo. Użytkownicy od razu znaleźli wiele zastosowań dla nowej funkcji. Widocznym trendem, spowodowanym właśnie tą zmianą, jest rozwój branży szkoleniowej. W ostatnim czasie wielu trenerów, czy szkoleniowców promuje swoje usługi właśnie poprzez transmisje live.

  1. Reklamy w filmach – Facebook rozszerzył również wachlarz lokalizacji, dając możliwość umieszczania reklam w filmach. W tym przypadku muszą zostać spełnione dwa warunki: długość filmu, w którym zostanie osadzona reklama musi przekraczać 90 sekund. Natomiast aby odbiorca mógł ją zobaczyć, musi oglądać film przynajmniej 20 sekund.
  2. Funkcja watch&scroll – czyli możliwość jednoczesnego oglądania filmu i scrolowania news feedu. Czyli jeszcze więcej w jeszcze krótszym czasie. Tego chyba nie trzeba komentować.

Reguły automatyczne

Możliwość korzystania z automatycznych zmian w kampaniach, zestawach reklam i reklamach została wprowadzona przez Facebooka na początku roku. Jest to ukłon serwisu w kierunku wiecznie zapracowanych trafficów, którzy codziennie optymalizują dziesiątki kampanii.

Dzięki wprowadzonym zmianom mogą teraz liczyć, że:

  • reklamy, które nie uzyskują oczekiwanych wyników wyłączą się automatycznie
  • Facebook sam zwiększy budżet efektywnych kampanii
  • bid zostanie automatycznie zwiększony o wskazaną wartość procentową jeżeli wyniki będą słabsze od oczekiwanych
  • otrzymają powiadomienie kiedy warunki dla danej reguły zostaną spełnione

Warto w tym miejscu zauważyć, że Facebook nie jest w tej kwestii pionierem. Reguły automatyczne już od dłuższego czasu oferują różne narzędzia zewnętrzne. Plusem korzystania z nich jest większa częstotliwość sprawdzania realizacji założeń reguły (Facebook weryfikuje regułę przynajmniej co 30 minut, niektóre narzędzia nawet co 10 minut). Minusem monitorowania kampanii za pomocą narzędzi zewnętrznych jest fakt, że jest to płatne rozwiązanie.

Grupy

W 2017 roku Facebook postawił na rozwój grup. Obciął zasięgi na fanpage’ach, ale dał je w grupach. Już teraz jest to przestrzeń, którą każdy specjalista marketingu musi traktować poważnie i która nieustannie rośnie w siłę.

Messenger

Ważnym wydarzeniem 2017 roku było niewątpliwie usamodzielnienie się Messengera i wprowadzenie do niego reklam. Komunikator umożliwił również rozwój botów, które mogą stać się poważnym wsparciem w procesie obsługi klienta. Już w tym roku możemy znaleźć przynajmniej kilka, naprawdę ciekawych zastosowań nowych możliwości związanych z botami w Messengerze, a trend ten w 2018 roku z pewnością rozwinie się jeszcze bardziej.

Facebook w minionym roku pokazał, że interesują go już nie tylko wirtualne statystyki, ale przede wszystkim realne, wymierne efekty działań reklamodawców, jak sprzedaż. Zmiany, jakich dokonał potwierdzają tę tendencję. Serwis także zapowiedział lub już wprowadził wiele nowości, które są na razie jeszcze w fazie testów i nieosiągalne w niektórych krajach. Jednak obserwując ich rozwój, już teraz możemy mieć uzasadnioną nadzieję, że kolejny rok będzie jeszcze bardziej ekscytujący.

Sebastian LipkaAutor: Sebastian Lipka – Performance Analyst w Catvertiser, gdzie odpowiada za doradzanie klientom w kwestiach budowania strategii promocji marki w mediach społecznościowych, prowadzenie i optymalizację kampanii reklamowych na Facebooku i Instagramie. Z branżą marketingową jest związany od ponad 3 lat. Wcześniej pracował m.in. w Varsovia Lab. Współzałożyciel agencji PRdigital, w której pracował m. in. dla ONZ.  Założyciel bloga socialmediaonline.pl.

Statystycznie Europejczyk wypija ponad 7 litrów polskiego piwa rocznie

Według najnowszego raportu Beer Statistics 2017, w ubiegłym roku Unia Europejska uwarzyła 400 mln hl piwa. Największy udział w jego produkcji miały Niemcy i Wielka Brytania. Trzecie miejsce na podium zajmuje Polska. Eurostat wyliczył, że na statystycznego mieszkańca Wspólnoty przypadło 76 litrów chmielowego trunku wyprodukowanego w europejskich browarach[1], z czego 7,8 litra to piwo uwarzone w Polsce. Eksport polskiego piwa rośnie nieprzerwanie od kilku lat.

Publikowany przez The Brewers of Europe raport Beer Statistics to doroczne opracowanie dotyczące produkcji i konsumpcji piwa w krajach unijnych oraz barometr europejskiego rynku piwa. A ten miewa się nieźle. Jak wynika z nowej edycji raportu, w 2016 r. unijne browary uwarzyły o 4 mln hl piwa więcej niż rok wcześniej, o ponad 2 mln hl wzrosła też konsumpcja złotego trunku. Biorąc pod uwagę oba te kryteria Polska plasuje się w ścisłej czołówce, będąc trzecim producentem i czwartym konsumentem piwa w Unii Europejskiej.

Co 10. piwo warzone w Europie powstaje w Polsce

W 2016 r. rodzime browary uwarzyły 41,3 mln hl piwa i tym samym pod względem produkcji chmielowego trunku Polska zajęła 3. miejsce w Europie. Więcej piwa na unijny rynek dostarczyły tylko Niemcy (94,9 mln hl) i Wielka Brytania (43,7 mln hl). W ubiegłym roku udział Polski w europejskim rynku piwnym wyniósł 10 proc., co oznacza, że co 10. piwo uwarzone na Starym Kontynencie pochodziło z polskich browarów. Produkcja piwa w Polsce od sześciu lat rośnie w miarę równomiernie, ale krajowe spożycie tego napoju utrzymuje się na zbliżonym poziomie. Jeśli chodzi o konsumpcję, tak ogółem (37,9 mln hl), jak i per capita (98 l), zajmujemy czwarte miejsce wśród krajów Wspólnoty. W statystyce spożycia ogółem wyprzedzają nas Niemcy (85,5 mln hl), Brytyjczycy (43,7 mln hl) oraz Hiszpanie (38,6 mln hl). W zestawieniu per capita ustępujemy miejsca Czechom (143 l), Niemcom (104 l) oraz Austriakom (103 l).

Ponad 7 litrów polskiego piwa w europejskim kuflu

Na statystycznego mieszkańca Starego Kontynentu przypada rocznie 76 litrów piwa uwarzonego przez europejskie browary. Uwzględniając udział poszczególnych krajów w unijnej produkcji złotego trunku łatwo wyliczyć, że przeciętny Europejczyk najczęściej napełnia kufel piwem niemieckim (18 l), brytyjskim (8,3 l) oraz tym warzonym w Polsce (7,8 l). Rosnący eksport sprawia, że polskie piwo jest coraz bardziej rozpoznawalne i cieszy się coraz większą popularnością wśród zagranicznych konsumentów. Z danych The Brewers of Europe wynika, że między 2011 a 2016 r. eksport piwa z Polski wzrósł o blisko dwie trzecie (64 proc.). W 2016 r. znakomita większość (87 proc.) polskiego piwa przeznaczonego na eksport trafiła na rynek unijny. Pozostała część znalazła odbiorców poza krajami Wspólnoty. Sami Polacy są natomiast piwnymi patriotami – z 41,3 mln hl piwa wyprodukowanego przez polskie browary w 2016 r. aż 38 mln hl zostało wypite w kraju. Wielkość eksportu z Polski jest 3,5-krotnie większa od importu.

210 browarów i 10 tysięcy pracowników

Według Beer Statistics, w ubiegłym roku w Polsce funkcjonowało 210 browarów. Oznacza to, że w ciągu 12 miesięcy na piwnej mapie kraju przybyło aż 60 nowych warzelni. W porównaniu z rokiem 2011 liczba działających na rynku browarów podwoiła się, co daje Polsce 12. miejsce w europejskim zestawieniu. Na tle innych krajów rodzime browary generują dość wysokie, bo liczące 10 tysięcy etatów, zatrudnienie bezpośrednie. Większą liczbę pracowników zatrudniają tylko browary w Niemczech (27 200) oraz Wielkiej Brytanii (14 300).

Jak wyliczyło The Brewers of Europe, całkowite zatrudnienie generowane przez produkcję i sprzedaż piwa w Polsce wynosi 200 tys. etatów, z  których zdecydowana większość przypada na sektory powiązanych czyli m.in. w handlu, gastronomii, rolnictwie, przemyśle opakowaniowym, mediach i marketingu oraz w transporcie.

[1]Dostęp: http://ec.europa.eu/eurostat/web/products-eurostat-news/-/EDN-20170804-1?inheritRedirect=true

Polska Branża IT wciąż rośnie w programistów i rozwija się w krajach CEE

Zgodnie z danymi GUS, pracę w IT podejmuje 20 tys. osób rocznie. Mimo tak wysokiej liczby, deficyt informatyków w Polsce wynosi od 30 do 50 tys. i co roku rośnie o 3-5%. W 2017 roku zapotrzebowanie i niedobór pracowników branży IT, która gwarantuje wysokie zarobki, skłoniły tysiące ludzi do rozwoju w tej dziedzinie i przebranżowienia się. Odpowiedzią na ich potrzeby są akademie programowania, które w mijającym roku przeżywały prawdziwe oblężenie.

Czy osoby, które nie zdecydowały się na kilkuletnie studia informatyczne, a nawet nie podejrzewały, że mogłyby pójść w tym kierunku, mogą dostać się do świata IT? Wiele osób jest zaskoczonych, że coraz popularniejsze kursy programowania w formie bootcampów dają taką właśnie możliwość i rzeczywiście są one przepustką do pracy w branży IT. Rosnące zainteresowanie Polaków pracą w IT potwierdzają dane wewnętrzne akademii programowania, Software Development Academy, która w 2017 roku w całej Polsce wyszkoliła cztery razy więcej programistów, niż w roku ubiegłym. W 2018 roku możemy z kolei spodziewać się ekspansji tej polskiej szkoły programistycznej na rynki Europy Środkowo-Wschodniej, ponieważ i one borykają się z brakami w kadrach.

Bootcampy programistyczne szansą na zmianę zawodu

Na przebranżowienie i rozpoczęcie kilkumiesięcznej, intensywnej nauki programowania decydują się przeważnie osoby w wieku około 25-30 lat, które kurs traktują jako dopełnienie studiów lub alternatywę dla nich. Wśród kursantów znajduje się jednak liczna grupa osób powyżej 30 roku życia, które chcą nabyć nowe kompetencje, bo myślą o zmianie dotychczasowego zawodu. Największym zainteresowaniem cieszą się intensywne kursy z zakresu języka programowania JAVA, które trwają zwykle nie mniej niż 360 godzin, z czego aż 80% stanowią zajęcia praktyczne. To właśnie ze względu na dobry warsztat techniczny absolwentów bootcampów programistycznych, tych prowadzonych przez aktywnych programistów, chętnie zatrudniają pracodawcy.

Ze względu na rosnące zainteresowanie, zwiększyliśmy liczbę oferowanych kursów. W mijającym roku rozpoczęliśmy ich blisko 80, a w przyszłym przewidujemy kolejne wzrosty. mówi  Piotr Mazur, wiceprezes Software Development Academy Zwiększyliśmy również zasoby trenerskie aż o 68% w porównaniu z rokiem ubiegłym. Obecnie w naszej akademii szkoli się blisko 550 aktywnych kursantów. Dodatkowo planujemy rozwój naszej akademii na minimum czterech rynkach zagranicznych, między innymi w Rumunii, na których obserwujemy podobne trendy i widzimy zapotrzebowanie na pracowników z praktyczną wiedzą z zakresu IT. Podejmujemy również ważne partnerstwa strategiczne, między innymi z Udemy.com, Helion i Oracle.

Polska branża IT w 2018 roku

Ze względu na dynamiczne zmiany technologiczne w wielu obszarach naszego życia i powiązaną z nimi nieustanną potrzebę zatrudnienia programistów, popularność szkół programistycznych w Polsce na pewno się utrzyma. Akademie stają się coraz bardziej atrakcyjne jako alternatywa dla studiów, a dla pracodawców – jako alternatywa dla klasycznych agencji rekrutacyjnych. Dane wewnętrzne SDA pokazują, że rok 2017 był najbardziej intensywnym, jeśli chodzi o wzrost liczby absolwentów kursów programistycznych. Jeszcze w 2015 roku było ich aż 80% mniej, niż w 2017 roku.

– Od kilku lat programista plasuje się niezmiennie na czele najpopularniejszych zawodów – komentuje Rafał Roppel, dyrektor techniczny i trener Software Development Academy – Z drugiej strony, według różnych badań, w Polsce brakuje ich około 50 tys., a deficyt ma się zwiększać z roku na rok o kilka procent. Uczelnie wyższe nie dostarczają na rynek odpowiedniej ilości inżynierów z branży IT. Tę lukę, od kilku lat, starają się zapełniać bootcampy programistyczne, które umożliwiają wejście do świata IT, proponując kilkumiesięczną, intensywną naukę w mniejszych grupach pod okiem doświadczonych trenerów.

Software Development Academy jako pierwszy bootcamp w Polsce chce wykorzystać potencjał intelektualny nie tylko obywateli naszego kraju, ale również krajów, takich jak Rumunia, których z Polską łączą wspólne doświadczenia, wspólna przyszłość oraz drzemiący w nich potencjał intelektualny.

Prognoza wiceprezesa BBI Development dla rynku mieszkań luksusowych na 2018 rok

–  Perspektywy dla rynku mieszkań luksusowych są bardzo dobre. Prawdziwe  apartamenty, wysokiej jakości, będą bezpieczną przystanią dla inwestorów. Wartość takich nieruchomości będzie bowiem rosła w czasie. Kłopoty mogą mieć jedynie te projekty, w których ceny nie pokrywają się z jakością.

W przypadku rynku apartamentów z najwyższej półki, koniunktura nadal powinna być bardzo dobra. Majętnych klientów przybywa. Z ostatniego raportu firmy KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce. Edycja 2017”  wynika bowiem, że rośnie liczba bogatych Polaków, których siła nabywcza napędza rynek dóbr luksusowych. W 2017 roku dobrze zarabiających Polaków mamy już 1,1 miliona. Preferowana przez nich forma lokowania kapitału to inwestowanie w rynek nieruchomości. 76 procent spośród majętnych osób posiada drugie mieszkanie lub dom. I wszystko wskazuje, że dalej będą szukać możliwości na rynku nieruchomości. Analitycy podkreślają, że w Polsce mamy stopy zwrotu, jakich nie można dziś osiągnąć na przykład na dojrzałych rynkach Europy Zachodniej. To przyciąga.

Trzeba jednak pamiętać, że nowe projekty mieszkaniowe będą droższe. Jak sygnalizuje m.in. centrum AMRON, działające przy Związku Banków Polskich, ale także sami deweloperzy, ceny działek budowlanych wzrosły, podobnie jak i wykonawstwa, co już przekłada się bezpośrednio na ceny mieszkań.

Z drugiej strony inflacja utrzymująca się na poziomie około 2 proc. i  stopa referencyjna NBP wynosząca 1,5 proc., powodują, że rentowność inwestycji mieszkaniowych nadal jest wyraźnie wyższa niż oprocentowanie lokat bankowych.

Należy wziąć pod uwagę, że nie każdy lokal przyniesie wysoki zysk, a jego wartość będzie rosła w czasie. To dotyczy tylko niepowtarzalnych projektów, takich jak Złota 44. Przez najbliższe kilka lat na pewno nie powstanie w Warszawie taka wieża apartamentowa, o tak wysokim standardzie oraz o tak szerokiej ofercie, jak projekt Libeskinda.

Rafał Szczepański, wiceprezes BBI Development

Złoty nie boi się KE

Amerykański dolar nieco słabł w związku z ponownym przesłaniem do Izby Reprezentantów reformy podatkowej prezydenta Donalda Trumpa po jej przegłosowaniu w obu izbach Kongresu. Doszło do tego z powodu błędów formalnych w procedurze. W Izbie Reprezentantów ma dojść do głosowania nad ustawą i dopiero potem trafi ona do podpisu przez prezydenta Trumpa. Z kolei w Polsce złotówka umacnia się wobec innych walut światowych, mimo zapowiedzi Komisji Europejskiej, która poinformowała, że projekt decyzji o uruchomieniu przeciwko Polsce procedury rzekomego łamania praworządności już jest gotowy i procedura w tej sprawie prawdopodobnie zostanie uruchomiona.  

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do euro (-0,3%) i brytyjskiego funta (-0,04%), a zyskuje do dolara kanadyjskiego (+0,02%), dolara australijskiego (+0,09%) oraz japońskiego jena (+0,41%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,183, GBP/USD – 1,339, USD/CAD – 1,286, AUD/USD – 0,766 i USD/JPY – 113. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,75%) i kurs EUR/JPY wynosi 133,8, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,884. Złotówka zyskuje do większości walut, poza euro, wobec którego nie zmienia kursu. W środę rano dolar kosztuje 3,55 zł, euro – 4,2 zł, funt – poniżej 4,76 zł, a frank szwajcarski – powyżej 3,6 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru czerwonego. We wtorek w Europie londyński indeks FTSE 100 wzrósł o 0,09%, frankfurcki indeks DAX spadł o 0,72%, a paryski indeks CAC 40 obniżył się o 0,69%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 stracił 0,32%, meksykański indeks Bolsa – 0,48%, a brazylijski indeks Bovespa – 0,6%. W środę w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się o 0,1%, chiński indeks Shanghai Composite spadł o 0,27%, a hongkoński indeks Hang Seng obniżył się o 0,09%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych wahaniach ceny ropy naftowej idą w górę. We wtorek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 63,8 USD (+0,61%), a ropy WTI – 57,46 USD (+0,52%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wzrosła o 1 USD do 66 USD. Z kolei ceny złota po wcześniejszych wzrostach pozostają na tym samym poziomie. W środę rano uncję metalu rynek wycenia na 1263 USD.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 8:00 – Niemcy – Inflacja PPI (r/r), listopad – 2,5% (prognoza 2,6%)
  • 9:30 – Szwecja – Decyzja ws. stóp procentowych, grudzień
  • 10:00 – Strefa euro – Saldo bilansu płatniczego, październik (33,4 mld EUR)
  • 13:00 – USA – Wnioski o kredyt hipoteczny, tydzień (poprzednio -2,3%)
  • 14:00 – Polska – Koniunktura konsumencka, grudzień
  • 16:00 – USA – Sprzedaż domów na rynku wtórnym, listopad (prognoza 5,52 mln)
  • 22:45 – Nowa Zelandia – PKB (r/r), III kw. (poprzednio 2,5%)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Szał świątecznych zakupów i noworocznych wyprzedaży

Święta i Nowy Rok to czas wyjątkowy, czas kiedy możemy poświęcić się rodzinie i zapomnieć o troskach, ale czy na pewno? W tym okresie musimy pamiętać, że oszuści tylko czekają na nasz błąd. W szale zakupów prezentowych i noworocznych wyprzedaży nie dajmy się złowić złodziejom. Ekspert Maciej Kaczmarski z ODO 24 radzi, jak zminimalizować ryzyko kradzieży naszych cennych danych.

Zalety  e-zakupów

Polacy coraz chętniej kupują w Internecie. Szczególnie w okresie od listopada do lutego kiedy ogarnia wszystkich szaleństwo zakupów. Jest to wygodne rozwiązanie, które pozwala zarówno zdobyć prezenty, jak skorzystać z atrakcyjnych wyprzedaży podczas np. przerwy na kawę w pracy. Możemy zamówić dowolny produkt z dostawą do domu lub biura nie ruszając się sprzed monitora.

W sieci omijamy kolejki i oszczędzamy czas, który ucieka podczas błądzenia wśród sklepowych półek. Jednak pamiętajmy, że Internet to tak samo realny świat jak nasza rzeczywistość. To co zrobimy w wirtualnej przestrzeni, niekiedy znacząco może wpłynąć na nasze codzienne życie. Dlatego powinniśmy zadać o bezpieczeństwo naszych danych w sieci – mówi Maciej Kaczmarski z ODO 24.

Jak kupować w internetowych sklepach?

Maciej Kaczmarski z ODO 24 wskazuje co zrobić, aby nasze zakupy online były bezpieczne:

  • Korzystaj wyłącznie z dużych i znanych sklepów internetowych. Renomowane marki stosują dodatkowe systemy zabezpieczające transakcje i gromadzone dane.
  • Przed podaniem swoich danych, zasięgnij opinii o serwisie i sprawdź jego rzetelność. Można to zrobić na specjalnych stronach lub forach.
  • Jeżeli nie chcesz udostępniać danych swojej karty płatniczej, wybieraj opcję opłaty „za pobraniem”. Będziesz zobligowany jedynie do podania swojego imienia i nazwiska oraz adresu.
  • Zadbaj o aktualny program antywirusowy na komputerze i smartfonie, który posiada rozszerzenie na strony internetowe. Dzięki temu Twoje dane będą bezpieczne i nikt ich nie ukradnie.
  • Przed ostatecznym zapłaceniem upewnij się, że połączenie internetowe jest bezpieczne i czy przesłane informacje nie zostaną wykorzystane przez osoby nieuprawnione. Szukaj następujących rzeczy:
  • kłódki w pasku adresu przeglądarki internetowej,
  • adresu strony rozpoczynającego się od “https://” – literka “s” informuje o bezpiecznym połączeniu,
  • paska adresu lub nazwy strony w kolorze zielonym – który oznacza, że strona jest odpowiednio zabezpieczona.
  • Staraj się nie korzystać z przesłanych na e-mail lików. Może być to wirus, który bez problemu zablokuje Twój komputer i wykradnie cenne informacje;
  • Zakupów dokonuj wyłącznie korzystając z zabezpieczonego Wi-Fi. Zaoszczędzisz dzięki temu swój czas i nerwy. Korzystanie z publicznych sieci może narazić Cię na wiele niebezpieczeństw, w tym wykorzystania danych w celach niezgodnych z prawem.

Krajowe aktywa pod wpływem dobrych danych i ocieplenia klimatu na rynkach wschodzących

Wzrosty rentowności napędzane wewnętrznie przez mocne dane gospodarcze oraz zewnętrznie przez reformę podatkową w USA. Złoty pozostaje w okolicach 4,20 wspierany mocnymi danymi krajowymi i pozytywnym klimatem inwestycyjnym w regionie.

Rynek walutowy i stopy procentowej

We wtorek poznaliśmy kolejne, zaplanowane na ten tydzień publikacje makro dot. polskiej gospodarki. Po dobrych doniesieniach z rynku pracy, równie mocno prezentowały się dane realne. W listopadzie produkcja przemysłowa wzrosła o 9,1% (9% oczekiwano), zaś sprzedaż detaliczna zwiększyła się o 10,2% (7,5% oczekiwano). Choć dane wspierają złotego, nasilając oczekiwania na szybsze niż zakłada prezes A. Glapiński podwyżki stóp nie miały bezpośrednio silnego wpływu na krajowy rynek walutowy. Niemniej, obok rosnącego kursu EURUSD mocne wyniki pozwoliły utrzymać workowe notowania eurozłotego poniżej 4,20.

Złoty, podobnie jak inne waluty EM pozostaje obecnie pod wpływem czynników zewnętrznych, w tym wyczekiwania na uchwalenie największej od 30-lat reformy podatkowej w USA. Niemniej, choć zakłada się, że jeszcze przed świętami Amerykanie będą mieli nową ordynację podatkową, dolar nie zyskuje na wartości, w skali, w jakiej wydawałoby się, że powinien. Inwestorzy mając na uwadze wcześniejsze i obecne spory jakie toczą się wokół tej ustawy (wczoraj trzech senackich parlamentarzystów odrzuciło trzy przepisy zawarte w ustawie, co oznacza konieczność ponownego glosowania w Senacie) najwyraźniej wolą czekać na finał rozgrywek, tym bardziej, że niewielkim, ale ryzykiem jest też shutdown budżetowy w USA. Nerwowość rynku pokazał też brak reakcji dolara na optymistyczne dane z rynku nieruchomości, który jest jednym z barometrów koniunktury panującej w gospodarce amerykańskiej. W rezultacie dolar pozostaje pod presją, od połowy listopada nie mogąc na EURUSD przełamać wsparcia na 1,17 a w ostatnich dniach oscylując w okolicach 1,18.

We wtorek dodatkowym wsparciem dla euro była też publikacja indeksu Ifo nastrojów niemieckich konsumentów, który choć lekko spadł w porównaniu z ostatnim odczytem (w grudniu wynosząc 117,2 pkt wobec 117,6 w listopadzie po korekcie w górę kiedy to osiągnął rekordowy poziom), nadal jednak sugeruje, że ani niepewna sytuacja polityczna w Niemczech, ani perspektywa stopniowego ograniczania działalności EBC nie przyczyniły się do pogorszenia optymizmu w stosunku do 2018 roku (oczekiwania przedsiębiorstw pozostają znacznie powyżej średniej długoterminowej). Dobre nastroje wśród niemieckich inwestorów i konsumentów wspierają dalsze wzrosty giełdowego indeksu DAX (pomimo wtorkowej czerwieni), po tym jak na początku tego tygodnia wybił się on górą z trwającej od początku listopada konsolidacji. Słaby dolar i lepsze nastroje w Europie pomagają zaś złotemu i innym walutom EM stąd te relatywnie niskie poziomy na EURPLN pomimo, że KE może zainicjować przeciw Polsce procedurę z art. 7.

Na rynku stopy procentowej we wtorek dominowały wzrosty rentowności. Krajowa krzywa dochodowości przesunęła się zdecydowanie w górę, gdzie papiery 2-letnie przebiły poziom 1,70%, natomiast 10-letnie są ponownie powyżej 3,30%. W skali ostatniego tygodnia wzrosty rentowności na krzywej sięgały poziomu 10pb na co w dużym stopniu wpływ miały wspomniane już mocne polskie dane gospodarcze. Dynamiki sprzedaży detalicznej oraz produkcji przemysłowej wskazują, że PKB w IV kw. 2017 r. powinno zdecydowanie przekroczyć 4% (ekonomiści PKO szacują wzrost zbliżony do odnotowanego w III kw. 4,9%). Dobra sytuacja gospodarcza na razie nie skłania RPP do rozważenia podwyżek stóp procentowych, jednak przy obecnych wycenach papierów skarbowych daje pole do kontynuacji presji na wzrost rentowności. Dodatkowo czynnikiem negatywnie wpływającym na ceny polskich papierów może okazać się dyskusja Komisji Europejskiej dotycząca uruchomienia wspominanego już art. 7 wobec Polski.

Przecena obligacji dotknęła również rynki bazowe, gdzie przy słabszej wadze publikowanych ostatnio danych na pierwszy plan wysunęła się reforma systemu podatkowego w USA. Rentowności obligacji w strefie euro rosły o około 5pb na co wpływa miały również jastrzębie wypowiedzi członków EBC, gdzie Józef Makuch (Słowenia), Jens Weidmann (Niemcy) oraz Ardo Hansson (Estonia), zaproponowali rozwiązania, które sugerowałyby koniec QE w przyszłym roku, albo powiązanie go z odbijającą inflacją czy też zmiana narzędzi banku na kontrolę poziomu stóp procentowych zamiast skupu aktywów.  aktywa

Autorzy: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek – PKO Bank Polski

Złoty silniejszy, ale polityka może go osłabić

Decyzja Komisji Europejskiej o uruchomieniu artykułu 7 przeciwko Polsce może nieco popsuć sentyment do złotego, który w ostatnich dniach zyskiwał na wartości. Z uwagi jednak na okres świąteczny nie należy spodziewać się dużych zmian.

Środowy poranek przynosi niewielkie umocnienie złotego do głównych walut, co oznacza kontynuacji tendencji obserwowanej już od piątku. O godzinie 09:53 kurs EUR/PLN testował poziom 4,1980 zł, osuwając się 4. kolejny dzień i wracając do poziomów z początku poprzedniego tygodnia. Kurs USD/PLN testował poziom 3,5450 zł, CHF/PLN 3,5945 zł, a GBP/PLN 4,7485 zł.

Ostatnie dni upłynęły pod znakiem niewielkiego umocnienia złotego do głównych walut, który w ten sposób odrobił część strat z poprzedniego tygodnia. Złotego wspierały przede wszystkim lepsze nastroje na rynkach globalnych, co doskonale ilustrują ostatnie rekordy na Wall Street. To wpłynęło na poprawę sentyment do walut emerging markets, pomagając równocześnie złotemu. Pozytywny wpływ miał też wzrost notowań EUR/USD, jaki nastąpił pomimo zmierzającego do szczęśliwego finału uchwalenia wielkiej reformy podatkowej w USA, co powinno stanowić w przyszłości ważny impuls dla dolara.

Inwestorzy natomiast zignorowali dobre dane z polskiej gospodarki. W tym opublikowany wczoraj raport o sprzedaży detalicznej (razem z danymi o produkcji przemysłowej i inflacji PPI), która w listopadzie niespodziewanie przyspieszyła do 10,2 proc. w skali roku z 8 proc. w październiku, notując drugi najwyższy wynik w ostatnim 5-leciu. To kolejny już raz potwierdza, że świetne wyniki gospodarki są już w cenach. Jak również, że dane nie będą się liczyć dopóty, dopóki nie będą wpływać na oczekiwania co do przyszłych decyzji Rady Polityki Pieniężnej. A opublikowana w tym tygodniu seria raportów makroekonomicznych tych oczekiwań nie zmienia. W dalszym ciągu ostatni kwartał 2018 roku jest najbardziej prawdopodobnym terminem pierwszej od lat podwyżki stóp procentowych w Polsce. Szczególnie po niedawnej „gołębiej” wypowiedzi Kamila Zubelewicza, jednego z nielicznych „jastrzębi” w obecnej Radzie.

Dziś ta powolna aprecjacja złotego z ostatnich dni może zostać przerwana. Potencjalnym impulsem może być polityka. Dokładnie spodziewana decyzja Komisji Europejskiej o uruchomieniu wobec Polski artykułu 7 unijnego traktatu, co w dalszej przyszłości może oznaczać sankcje wobec Polski. Sankcje to oczywiście pieśń przyszłości, ale samo uruchomienie procedury wpłynie na pogorszenie wizerunku Polski.

Innym potencjalnym impulsem do osłabienia złotego może być również realizacja zysków na EUR/USD po dwóch dniach mocniejszych wzrostów. Bez emocji za to zostaną przyjęte, publikowane o godzinie 14:00 dane o koniunkturze konsumenckiej w grudniu, które zapewne okażą się rekordowe.

Druga połowa tygodnia, z uwagi na zbliżające się święta Bożego Narodzenia, ale też i na brak silnych impulsów mogących wstrząsnąć rykiem walutowym, powinna przynieść dalszy spadek aktywności, a więc zarówno obrotów, jak i zmienności. Zapewne też niewiele na tym rynku będzie się dziać tuż po świętach.

Komentarz przygotował:

Marcin Kiepas, Główny Analityk WALUTEO

Huckleberry Games S.A. zadebiutuje jutro na rynku NewConnect

Huckleberry Games S.A., Spółka z branży gier komputerowych, zadebiutuje jutro na rynku NewConnect. Wejście na alternatywny rynek stanowi jeden z głównych elementów w strategii rozwoju Spółki i powinno pozwolić jej na dalszy dynamiczny rozwój.

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie wprowadzi do alternatywnego systemu obrotu na rynku NewConnect 499.999 akcji serii C oraz 102.439 akcji serii E Huckleberry Games S.A. Spółka z oferty publicznej akcji serii E pozyskała ponad 2 mln zł, które zostaną przeznaczone na produkcję nowych gier na komputery PC, konsole i urządzenia mobilne. Cena emisyjna akcji serii E wynosiła 20,00 zł. Zarząd Huckleberry Games S.A. przewiduje, że debiut na rynku NewConnect pozwoli na zwiększenie transparentności i rozpoznawalności Spółki, co powinno się przełożyć na jej dynamiczny rozwój w kolejnych latach.

„Z pewnością debiut na rynku NewConnect zwiększy rozpoznawalność Huckleberry Games, a my przyjmiemy to z pełną odpowiedzialnością. Im więcej oczu skierowanych na nas, tym lepiej. Tworzymy gry po to, by sprostać pomysłom, sugestiom oraz ideom naszej grupy docelowej. Im większa popularność, tym większe oczekiwania nas wobec samych siebie i motywacja do działania oraz osiągania zaplanowanych celów.” – podkreśla Patryk Borowski, Prezes Zarządu Spółki Huckleberry Games S.A.

W kwietniu 2017 r. Huckleberry Games S.A. rozpoczęła sprzedaż gry „Edengrad” za pośrednictwem platformy dystrybucji cyfrowej Steam. Produkcja ta została wprowadzona do dystrybucji w wersji Alpha, czyli w fazie wczesnego dostępu, co jest związane z chęcią budowania wokół niej szerokiej społeczności oraz umożliwienia graczom realnego wpływu na proces tworzenia tej gry.

Z kolei w październiku br. Spółka otrzymała dofinansowanie z programu sektorowego GameINN w kwocie ponad 1,57 mln zł. Pozyskane środki pozwolą Huckleberry Games S.A. na realizację nowego oraz innowacyjnego projektu związanego ze stworzeniem Algorytmu Prawdziwego Życia (APŻ). Całkowita wartość kosztów kwalifikowanych projektu wynosi 2.561 tys. zł, a kwota przyznanej dotacji sięga 1.578 tys. zł. Pozyskanie przez Emitenta dofinansowania stanowi jeden z elementów długoterminowej strategii rozwoju w zakresie rozwoju na różnych płaszczyznach w sektorze gier video.

19% nieuczciwych zwolnień L4 na przełomie roku

Polacy dużo częściej chorują w grudniu i styczniu niż w trakcie pozostałych miesięcy. Tak przynajmniej wynika z liczby zwolnień chorobowych przyznawanych pracownikom. Co ciekawe, średnia długość absencji chorobowej w listopadzie i w lutym jest znacznie niższa. Niestety, aż 19% procent zwolnień L4  oraz 24% zwolnień z tytułu opieki nad dzieckiem wydawanych na przełomie roku wykorzystywanych jest niezgodnie z przeznaczeniem. To o około 6 punktów procentowych więcej niż w pozostałych miesiącach. Podobny trend widoczny jest również w marcu, kiedy przypadają Święta Wielkanocne.

Świąteczna gorączka

W Polsce istnieje poważny problem związany z przyznawaniem zwolnień chorobowych. Niepokojące jest to, jak często pracownicy wykorzystują je w niewłaściwy sposób. Problem staje się szczególnie zauważalny w grudniu i styczniu, czyli w okresie świąteczno-noworocznym. Przyczyna wydaje się być oczywista. Otrzymując od lekarza dwa dni zwolnienia zyskujemy nawet sześć dni wolnego.

Zwolnienie chorobowe to czas, który powinniśmy poświęcić na leczenie i jak najszybszy powrót do zdrowia. Niestety wielu pracowników bezpodstawnie stara się o L4 tylko po to, aby wydłużyć sobie czas wolny od pracy.Z naszych badań wynika, że na przełomie roku blisko 19% chorych wykorzystuje je niezgodnie z przeznaczeniem. Niesie to wymierne straty dla pracodawców –komentuje Mikołaj Zając z firmy konsultingowej Conperio, specjalizującej się w audycie absencji chorobowej.

Wiele firm, nie przewiduje wolnych dni w okresie świątecznym. Część fabryk i zakładów pracy musi funkcjonować przez cały rok i nie może zwolnić pracowników od wykonywania obowiązków. Są i takie, które w okresie świątecznym znacznie zwiększają swoje moce przerobowe – np. zakłady przetwórstwa mięsnego. Z tego powodu dla części z nich zwolnienie lekarskie jest jedynym rozwiązaniem, by spędzić więcej czasu z rodziną. Są miejsca, w których pracuje się 365 dni w roku. Niektóre zawody wymagają systemu pracy w trybie nieuwzględniającym świąt i innych dni wolnych. Zarządzający tego typu miejscami powinni zapewnić możliwie elastyczny grafik w czasie świątecznym, co przyczyni się  do obniżenia liczby nieuczciwych zwolnień chorobowych. – tłumaczy Zając

L4 na opiekę nad dzieckiem

W okresie Świąt Bożego Narodzenia i Sylwestra znacznie wzrasta, też liczba nieuczciwych zwolnień lekarskich z tytułu opieki nad chorym dzieckiem. Dane Conperio  potwierdzają, że są one wykorzystywane niezgodnie z prawem aż w 24% przypadków. W pozostałym okresie roku ilość nadużyć mieści się w przedziale 14-18 %.

– Nasze badania audytowe wskazują na częste nadużywanie zwolnień uzasadnianych opieką nad chorym dzieckiem. To bardzo trudna sytuacja, bo w okresie okołoświątecznym rodzice nie mogą zostawić swoich pociech w szkole. Placówki edukacyjne są wówczas po prostu zamknięte. – mówi Zając. – Jeżeli nie mogą znaleźć opieki dla dzieci lub wziąć urlopu, decydują się na L4. W tego typu sytuacjach rekomendujemy pracodawcom dostosowanie planów urlopowych pod kątem pracowników bezdzietnych i tych posiadających potomstwo. Właściwa diagnoza przyczyny pozwoli znaleźć odpowiednie rozwiązanie problemu – dodaje Zając.

Spokojne Święta dla wszystkich

W Polsce Święta Bożego Narodzenia to wyjątkowy czas, który chcielibyśmy spędzić z najbliższymi w miłej atmosferze. Nieporozumienia dotyczące wolnych dni w pracy mogą te wyjątkowe chwile popsuć. Jednak przyczyna takiego stanu rzeczy nie leży tylko po stronie pracowników. Jest wiele firm, które powinny rozsądniej rozwiązywać kwestię absencji chorobowej, inteligentniej planując urlopy lub wprowadzając bardziej elastyczny grafik. Ograniczenie absencji pracowniczej przynosi duże oszczędności pracodawcom, którzy rocznie, na jednego zatrudnionego, wydają przez nią od 3,5 do 5 tys. zł. Zatem każde działania zmierzające do jej zredukowania będą dla nich korzystne. Wszystkie strony powinny być zainteresowane rozwiązaniem tego problemu.

Średnia długość trwania absencji chorobowej w poszczególnych miesiącach.

Miesiąc Średnia długość trwania ZLA
Styczeń 2016 15,16
Luty 2016 12,1
Marzec 2016 14,8
Kwiecień 2016 13,31
Maj 2016 11,28
Czerwiec 2016 10.01
Lipiec 2016 9,87
Sierpień 2016 9,91
Wrzesień 2016 11,21
Październik 2016 11,18
Listopad 2016 12,2
Grudzień 2016 14,9
Styczeń 2017 15,1
Luty 2017 13,2

Deloitte: Przed Świętami Bożego Narodzenia sklepy on-line elastycznie zarządzają poziomem marży

Różnice w cenach książek, zabawek oraz kosmetyków i perfum w okresie przedświątecznym sięgają ponad 100 proc.

Czy w tym roku wygrali ci, którzy prezenty kupili już w listopadzie, czy raczej ci, którzy czekali z zakupami niemal do samych świąt? Jak wynika z kolejnej edycji „Świątecznego barometru cenowego”, przygotowanego przez ekspertów Deloitte, wszystko zależy od kategorii produktów, które chcemy kupić. Analiza ofert 800 sklepów internetowych przeprowadzona we współpracy z firmą Dealavo pokazuje, że w gorącym okresie ostatnich tygodni (24 listopada – 12 grudnia br.) wzrastały ceny zestawów VR, drobnego AGD oraz nieznacznie kosmetyków i perfum, które znajdują się na szczycie prezentowych list. Z kolei, podobnie jak w ubiegłym roku, taniały m.in. telewizory oraz konsole. Według ekspertów Deloitte, z zakupem na przykład telewizora lub smartfonu, warto poczekać na noworoczne obniżki.

Z międzynarodowego badania Deloitte „Zakupy świąteczne 2017” analizującego świąteczne zwyczaje konsumentów wynika, że 23 proc. Polaków deklarowało, że prezenty kupi już w listopadzie, a 39 proc. miało wybrać się na zakupy w pierwszej połowie grudnia. To o kilka punktów procentowych więcej niż rok wcześniej. Do ostatnich dni przed świętami z zakupem prezentów zamierza czekać 21 proc. Polaków, czyli o 6 p.p. mniej niż w 2016 roku.

– Pozycja e-commerce rośnie z roku na rok. Ponad połowa ankietowanych powiedziała, że jeżeli nie znajdzie prezentu w sklepie stacjonarnym, będzie go szukać on-line. Nasza ubiegłoroczna analiza pokazała, że klienci, którzy decydują się na ten rodzaj zakupów muszą liczyć się z tym, że sprzedawcy w sposób elastyczny, ale jednocześnie nieprzewidywalny podchodzą do swoich strategii cenowych. Podobnie jest również w tym roku – mówi Magdalena Jończak, Lider Zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich, Partner w dziale Konsultingu Deloitte.

Dzięki corocznemu badaniu Deloitte znane są kategorie produktów, które najchętniej kupujemy jako prezenty. Do badania zostały wybrane więc najpopularniejsze produkty świąteczne z poniższych kategorii: gry komputerowe, konsole, AGD drobne, kosmetyki, książki, muzyka, okulary VR, perfumy, gry planszowe, smartfony, telewizory, zabawki oraz zegarki. Za pomocą oprogramowania Dealavo Smart Prices konkretne oferty tych produktów zostały wyszukane oraz podłączone do codziennego monitoringu. Łącznie przebadano 156 produktów, które znajdują się w ofercie ponad 800 sklepów online. Ocenie podlegała tylko cena bez jakości serwisu, warunków zwrotu towaru, siły marki sklepu czy kosztów transportu.

Wysoko w porównywarkach

W ramach „Świątecznego barometru cenowego” eksperci Deloitte przeanalizowali łącznie około 4 tys. cen produktów, które najczęściej wybieramy na prezenty dla najbliższych. We wtorek 12 grudnia br. cena 53,3 proc. z nich w porównaniu do Black Friday (24 listopada br.) nie zmieniła się. Z kolei w przypadku jednej czwartej (25,8 proc.) analizowanych cen zanotowano wzrost, a w przypadku 20,9 proc. spadek.

I tak na przykład w przypadku siedmiu na dziesięć zestawów VR cena wzrosła. Ciekawy był przypadek okularów LG 360 VR, których cena 12 grudnia w jednym ze sklepów wynosiła 99 zł, a w innym aż 1680,18 zł. – To pokazuje, że strategie cenowe sprzedawców są naprawdę różne. Część z nich obniża cenę, m.in. po to, by znaleźć się na wysokiej pozycji w porównywarkach cenowych, a te są źródłem inspiracji prezentowych dla prawie 40 proc. Polaków. Najpopularniejsze porównywarki są także bardzo dobrze pozycjonowane w wyszukiwarkach, które są dla nas podstawowym źródłem wiedzy o bożonarodzeniowych upominkach – mówi Mariusz Chmurzyński, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte. Jak pokazują dane Gemius liczba odsłon w Ceneo.pl na komputerach i urządzeniach mobilnych w listopadzie br. wyniosła 160 mln, dla porównania we wrześniu było to 90 mln odsłon. – W grudniu porównywarki cenowe zapewne notują jeszcze lepsze wyniki, szczególnie w kategoriach prezentowych. Należy jednak pamiętać, że ceny w nich podane nie obejmują innych kosztów, w tym przede wszystkim kosztów dostawy. A zdarza się, że w ten sposób sprzedawcy rekompensują sobie obniżki cen. Przy zakupie należy więc brać pod uwagę wszystkie czynniki, które składają się na ostateczny koszt – mówi Krzysztof Boś, Starszy Konsultant z Dziale Konsultingu Deloitte.

Ruletka cenowa

W przypadku drobnego AGD porównanie tegorocznych cen od 24 listopada do 12 grudnia pokazuje, że cena dziewięciu z jedenastu analizowanych produktów wzrosła, ale podwyżki wyniosły maksymalnie 5,4 proc. W przypadku kosmetyków i perfum ceny są bardzo stabilne i nie ulegają większym wahnięciom. A co z grami komputerowymi? Jeden z najbardziej przecenionych produktów w czasie Black Friday, czyli gra Titalfall 2 (PC) podrożała średnio o 45,2 proc. Z kolei ceny takich gier jak Wolfenstein II: The New Colossus (PC), Dishonored 2 (PS 4) czy Star Wars: Battlefront II (PC) mocno spadły. W przypadku konsol dziewięć na dwanaście produktów miało obniżone ceny. Podobnie było w przypadku telewizorów (osiem na dwanaście). W kategorii smartfonów ceny pięciu produktów wzrosły, a siedmiu spadły.

Jak pokazuje badanie Deloitte, Polacy chcą podarować najbliższym przede wszystkim książki, perfumy i kosmetyki, a dzieciom zabawki. Tymczasem w tych kategoriach w analizowanym okresie zdarzały się różnice w cenach sięgające ponad 100 proc. Dotyczyło to 33 ze 156 analizowanych produktów, w tym sześciu z dziesięciu tytułów książek, pięciu z dwunastu typów zabawek oraz czterech z dziesięciu produktów w kategorii perfumy i kosmetyki.

Gwiazdka po Sylwestrze

A które produkty najmocniej straciły na wartości, porównując rok do roku (12 grudnia 2016 i 2017 roku)? Wszystkie gry potaniały o średnio 30 proc. Podobnie stało się w przypadku telewizorów i smartfonów, których ceny spadły o średnio 16,5 proc. Wyjątkiem był iPhone 5S 16 GB, którego cena minimalna wzrosła o 6,2 proc. W kategorii perfum połowa z analizowanych zapachów podrożała w stosunku do 2016 roku.

A może warto poczekać z kupnem prezentów aż do początku nowego roku, kiedy tradycyjnie w sklepach rozpoczynają się duże wyprzedaże? Eksperci Deloitte porównali ceny z 12 grudnia 2016 z cenami z 16 stycznia 2017 roku (porównano ceny minimalne). – Jeśli decydujemy się na drobne prezenty, to śmiało możemy kupić je już pod choinkę, bo różnice nie powinny być znaczne, ale jeśli planujemy sprezentować sobie lub rodzinie droższy produkt typu smartfon albo telewizor, to warto poczekać, bo można zaoszczędzić nawet kilkaset złotych – mówi Krzysztof Boś. W przypadku aż dziewięciu z dziesięciu telewizorów w styczniu ich ceny były niższe niż w grudniu. W kategorii smartfonów obniżki dotyczyły siedmiu z dziesięciu analizowanych modeli.

Finisz na horyzoncie

Saga związana z przyjęciem przez Kongres reformy systemu podatkowego trwa. Wczoraj Izba Reprezentantów zaakceptowała projekt. Dziś głosowanie w Senacie i … ponowne w izbie niższej. Wszystko przez fakt, że senatorowie chcą usunąć trzy zapisy i delikatnie zmodyfikować kształt pakietu cięć. Wszystko wskazuje jednak na powodzenie, co może stać się umiarkowanie pozytywnym bodźcem dla dolara. Rynek jest już całkowicie uśpiony w przedświątecznym marazmie.

Na sesji europejskiej głównym wydarzeniem będzie decyzja Riksbanku. Decyzja zostanie opublikowana 20 grudnia o 9:30. Razem z konsensusem oczekujemy utrzymania głównej stopy procentowej na -0,50 proc. Rynek jest podzielony w sprawie programu skupu aktywów między zakończeniem QE (do końca 2017 r.), a wydłużeniem o 3-6 miesięcy.

Z perspektywy fundamentów, nie ma silnego argumentu za przedłużaniem luzowania ilościowego. Globalne ożywienie pozytywnie przekłada się na kondycję szwedzkiej gospodarki. W trzecim kwartale PKB wzrósł o 0,8 proc. k/k, podtrzymując tempo z pierwszego półrocza. W tym kwartale wskaźniki wyprzedzające także pozostają mocne. Inflacja prezentuje za to mieszany obraz, gdyż odczyty za wrzesień i październik rozczarowały, a inflacja bazowa CPIF na 1,8 proc. r/r znalazła się na 4-miesięcznym minimum. Listopad jednak przyniósł odbicie do 2 proc. dzięki deprecjacji korony
i wzrostowi cen paliw. Efekt ten powinien być trwalszy i przełożyć się na rewizję w górę projekcji inflacji, choć wciąż blisko celu 2 proc.

Jednak Riksbank nie zależy na ogłoszeniu sukcesu swojej polityki, a przede wszystkim chciałby za wszelką cenę uniknąć wysłania jastrzębiego sygnału, który mógłby zapoczątkować gwałtowne umocnienie korony, tym samym uderzając w eksport i zaprzepaszczając odbicie inflacji. Z drugiej strony od czasu ostatniego posiedzenia w październiku korona osłabiła się o prawie 4 proc., a EUR/SEK znalazł się najwyżej do roku, podczas gdy Riksbank w swoich prognozach nastawiał się na stopniową aprecjację waluty. Obawy uczestników rynku o załamanie szwedzkiego rynku nieruchomości ciąży na koronie i z obecnego położenia Riksbank równie mocno powinien obawiać się spirali deprecjacyjnej. W swoim ostatnim komentarzu prezes banku Ingves zaznaczył, że bank obserwuje sytuację na rynku walutowym i nieruchomości.

Riksbank musi znaleźć złoty środek. Sądzimy, że w 6-osobowym Zarządzie wydłużenie QE znajdzie silny opór wśród jastrzębich członków (Floden, Ohlsson, Skinsgley), choć nie jest wykluczone, że prezes Ingves wykorzysta swój podwójny głos razem z gołębiami (af Jochnick, Jansson). Mimo to jesteśmy bliżej scenariusza, w którym decyzja o zakończeniu QE zostanie „rozmiękczona” przez odsunięcie prognozy pierwszej podwyżki stopy procentowej z III kw. 2018 r. dalej w przyszłość (o 1-2 kwartały). Ponieważ kontynuacja QE raczej byłaby w dość małej skali (ok. 15 mld SEK, tyle samo co w II poł. ’17), zasygnalizowanie stabilności stóp przez dłuższy okres może mieć istotny wydźwięk. W ten sposób Riksbank zyskuje też większą elastyczność dla przyszłej zmiany nastawienia – łatwiej dostosować ścieżkę stóp procentowych niż nagle zakończyć program skupu aktywów.

Niewiele oczekuje się po grudniowym posiedzeniu Banku Japonii (kończy się w czwartek 21 grudnia w godzinach wczesno-porannych (ok. 4:00-6:00 rano polskiego czasu).): parametry polityki pieniężnej powinny być pozostawione bez zmian. Uwaga inwestorów skupi się na kwestii momentu odwrotu od ultra-luźnej polityki monetarnej, o czym niedawno wspominał prezes Kuroda. Podkreślenie gołębiości BoJ może przejściowo osłabiać JPY, choć USD/JPY wciąż pozostaje pod dominującym wpływem sentymentu względem dolara.

Sądzimy, że dla Japonii jest jeszcze za wcześnie na rozmowy o normalizacji polityki monetarnej i obecne łagodne nastawienie powinno zostać podtrzymane.  Choć gospodarka Japonii radzi sobie dobrze, korzystając na globalnej koniunkturze, perspektywy inflacji wciąż są niestabilne. Inflacja CPI w październiku spadła do 0,2 proc. r/r z 0,7 proc. we wrześniu. Inflacja bazowa (bez cen świeżej żywności) na 0,8 proc. r/r ma się lepiej, ale presję inflacyjną przejściowo podbijają ceny paliw. Bez tego nie widać, aby cel inflacyjny 2 proc. miał być prędko osiągnięty, co sugeruje, że BoJ nie rozpocznie dyskusji o normalizacji polityki pieniężnej przed 2019 rokiem.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS