Nawet kilkanaście tysięcy osób warzy w Polsce piwo domowym sposobem. Zainteresowanie rośnie

CEO Magazyn Polska

Polskie Stowarzyszenie Piwowarów Domowych szacuje, że w domu piwo warzy kilkanaście tysięcy miłośników tego trunku. Przekonują ich do tego niewysokie koszty oraz fakt, że mogą uzyskać piwo, które będzie dokładnie odpowiadać ich gustom i którego nigdzie nie można kupić. To istotne dla piwoszy. Dane rynkowe pokazują, że browary regionalne i rzemieślnicze zdobywają coraz większą popularność.

Szacujemy, że piwo domowe warzy już kilka, a nawet kilkanaście tysięcy osób w Polsce – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Jaskólski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Piwowarów Domowych (PSPD). – Piwowarzy przygotowują bardzo różne trunki, głównie takie, których nie można kupić w sklepach. Bardzo często są to piwa ciemne, mocne, wysokosłodowe i z dużą zawartością alkoholu.

Ważenie piwa domowym sposobem, jak przekonuje Michał Jaskólski, jest bardzo tanie. Zestaw startowy, czyli podstawowy sprzęt konieczny do przygotowania pierwszej butelki, kosztuje około 100–150 zł. Koszt samego uwarzenia natomiast zależy w głównej mierze od tego, jaki rodzaj piwa ma być przygotowany. Z reguły jednak cena własnoręcznie wytworzonego złocistego trunku wynosi od 50 groszy do kilku złotych.

Warząc piwo w domu, możemy przede wszystkim zaprojektować sobie dokładnie taki trunek, jaki chcemy – zapewnia Michał Jaskólski. – Możliwe jest dodanie do niego ulubionych składników, przypraw czy na przykład owoców. Dzięki temu spektrum uzyskiwanych smaków jest bardzo szerokie.

Piwowarzy często sięgają po stare receptury lub style piwne albo tworzą własne. W ten sposób – jak podkreślają przedstawiciele PSPD – kształtuje się różnorodność piwnej branży i rozwija się kultura piwna.

Piwo co do zasady warzymy ze słodu. Tutaj mamy największe bogactwo i największy wybór tego, jakie piwo ma być: jasne, ciemne, bardziej karmelowe czy o bardziej czystym smaku. Jest też oczywiście chmiel. W tej chwili na świecie rządzą jeszcze amerykańskie chmiele, których jest dosyć mało w Polsce, dla piwowarów domowych wystarcza i dzięki temu piwa uzyskują np. bardzo silne cytrusowe albo owocowe aromaty – mówi Michał Jaskólski.

Czas potrzebny na uwarzenie piwa zależy od jego rodzaju.

Proces zacierania trwa od 3 do 5 godzin. Następnie musimy odstawić to piwo w chłodne miejsce, żeby dojrzało. To trwa od 2–3 tygodni aż do kilku lat – mówi prezes PSPD. – Na rynku piwowarskim dominują mężczyźni, ale jest kilka pań, które weszły na niego przebojem i są mentorkami.

Jaskólski podkreśla, że piwna rewolucja polegająca na warzeniu piwa w zaciszu domowym rozpoczęła się kilkanaście lat temu w Stanach Zjednoczonych. Metoda szybko się jednak rozprzestrzeniła i dotarła do Europy.

W Polsce można bez problemu w sklepach internetowych i stacjonarnych kupić poszczególne elementy wyposażenia oraz składniki do wyrobu piwa. Krajowe prawodawstwo jest pod tym względem liberalne. Każdy bez formalności biurokratycznych może w domu przygotować piwo. Ograniczenie dotyczą dopiero tego, ile przeznaczymy na sprzedaż.

W ubiegłym roku polskie browary sprzedały prawie 40 mln hektolitrów piwa. Średnio Polacy konsumują 98 litrów tego trunku rocznie. Jak wynika z analizy firmy badawczej Nielsen, najszybciej rozwijającą się kategorią są tzw. piwne specjalności, do których należą trunki smakowe, pszeniczne, niepasteryzowane oraz niskoalkoholowe. Według badania firmy doradczej KPMG w 2013 roku udział browarów regionalnych i rzemieślniczych w krajowym wartym około 20 mld zł rynku piwa wynosił prawie 10 proc.

Polacy chcieliby mieć więcej czasu dla rodziny i na realizowanie swoich pasji

CEO Magazyn Polska

Większość Polaków narzeka na brak czasu na odpoczynek, rozwijanie zainteresowań czy podróże – wynika z badania „Polacy po godzinach” zrealizowanego dla Frisco.pl. 41 proc. ankietowanych dla rodziny przeznacza ponad 5 godzin tygodniowo, jednak co piąty przyznaje, że chciałby poświęcać jeszcze więcej. Chcemy czynnie uczestniczyć w życiu rodzinnym, spełniać się w pracy i realizować swoje pasje. Raport pokazuje, że czasie wolnym kobiety najczęściej oddają się obowiązkom domowym, a mężczyźni – odpoczywają przy swoich ulubionych zajęciach.

Nawał obowiązków zawodowych przeplata się z licznymi zobowiązaniami wobec rodziny. Żyjemy w coraz większym biegu, a większość z nas narzeka na brak czasu. Ważne jest więc to, aby zachować balans pomiędzy pracą, życiem prywatnym a realizowaniem pasji, stawiając przy tym na rozwiązania, które mogą nas w niektórych czynnościach wyręczyć.

 Polacy mają poczucie deficytu czasu wolnego. Wiadomo, że każdy z nas chciałby tego czasu mieć jak najwięcej, a często to postrzeganie nasze jest takie, że jesteśmy w ciągłym niedoczasie. To, co nas odróżnia, to nasze priorytety, to, na co chcemy ten czas przeznaczyć. Z badania wynika, że Polacy chcieliby mieć więcej czasu dla swojej rodziny, na swoje pasje, na hobby lub po prostu na odpoczynek – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Tomasz Dembowski, dyrektor marketingu w supermarkecie online Frisco.pl.

Jak pokazuje badanie Frisco.pl „Polacy po godzinach”, 25 proc. kobiet na odpoczynek poświęca do 2 godzin tygodniowo, podczas gdy aż 32 proc. mężczyzn – powyżej 5 godzin. Panie natomiast przeznaczają więcej czasu na spotkania z przyjaciółmi (do 2 godzin w tygodniu – 29 proc.) niż mężczyźni (24 proc.). Z odpowiedzi ankietowanych wynika, że panie mniej odpoczywają, a panowie stawiają na samodoskonalenie. Co piąty Polak poświęca ponad 5 godzin tygodniowo na realizowanie własnych pasji, podczas gdy największy odsetek Polek (23 proc.) na swoje hobby przeznacza zaledwie 2 godziny tygodniowo.

– Kobiety deklarują, że poświęcają więcej czasu dla rodziny. Niezwykle czasochłonne są też codzienne obowiązki domowe. A jeśli chodzi o rozrywkę czy przyjemności, to panie przyznają, że chętnie spotykają się ze znajomymi. Natomiast mężczyźni, o dziwo, znacznie częściej przyznają się do tego, że mają więcej czasu na odpoczynek, na rozwijanie swoich pasji. Mężczyźni są bardziej „ja”, czyli mam czas dla siebie, teraz jest mój czas – wyjaśnia Tomasz Dembowski.

Mieszkańcy mniejszych miast poświęcają więcej czasu na rodzinę (powyżej 5 godzin w tygodniu – 51 proc,) niż mieszkańcy dużych miast (powyżej 5 godzin – 36 proc). Ci drudzy poświęcają za to więcej czasu na realizowanie własnych pasji czy uprawianie sportu – 25 proc. od 2 do 3 godzin, u mieszkańców mniejszych miast odsetek ten wynosi 14 proc.

– Około godziny do dwóch w ciągu tygodnia zarówno panowie, jak i panie przeznaczają na zabiegi pielęgnacyjne, na dbanie o siebie. Wydawać by się mogło, że kobiety będą częściej deklarować to, że dbają o swój wygląd, natomiast, o dziwo, mężczyźni równie chętnie deklarują, że poświęcają czas na zabiegi pielęgnacyjne, cokolwiek nie kryje się za tym stwierdzeniem – tłumaczy Tomasz Dembowski.

Raport pokazuje też różnice co do sposobu spędzania czasu wolnego między mieszkańcami dużych miast i mniejszych miejscowości. Z badania Frisco.pl „Polacy po godzinach” wynika, że najlepiej w gospodarowaniu czasem radzą sobie mieszkańcy dużych miast – na rozwijanie swoich pasji czy uprawianie sportów przeznaczają więcej czasu niż osoby z mniejszych miejscowości.

 Plan dnia w miastach jest nieco bardziej sztywny. Są godziny pracy, często dłuższe niż w mniejszych miejscowościach i to sprawia, że również wolnego czasu jest mniej. Na szczęście tam, gdzie jest popyt, jest też podaż, dlatego duże miasta oferują po pierwsze więcej rozrywek, po drugie więcej możliwości na to, żeby ten czas wolny w jakiś sposób optymalizować. Czyli chociażby zakupy spożywcze przez internet, które można skondensować do dosłownie minut, a dzięki temu ma się więcej czasu na rzeczy przyjemne i ważne – podkreśla Tomasz Dembowski.

Duże miasta oferują więcej możliwości realizowania pasji i więcej rozwiązań pozwalających zyskać czas na przyjemności. Lepiej rozwinięta komunikacja czy łatwiejszy dostęp do nowoczesnych rozwiązań usprawniających życie pozwalają na zrobienie więcej liczby rzeczy szybciej i sprawniej.

Polak ma wymagania. All Inclusive czyli roszczeniowe wakacje

Wakacyjny wyjazd nie w pełni pokrywa się z tym co obiecało biuro podróży? Choć decyzji nie da się cofnąć, można złożyć reklamację. Jak wynika z badania „Wyjazdy Polaków”* Instytutu ARC Rynek i Opinia wykonanego na zlecenie BIG InfoMonitor i BIK co piąta osoba korzystająca z usług touroperatorów przynajmniej raz złożyła reklamację. Większość z pozytywnym skutkiem, odzyskując przeważnie do 1 000 zł.

Co piąta osoba korzystająca z biur podróży (21 proc.) wielokrotnie lub przynajmniej raz złożyła reklamację na usługi, które miał w ramach umowy zapewnić im touroperator. Statystycznie częściej swoich praw dochodzą mężczyźni, osoby z wyższym wykształceniem, w wieku poniżej 35 lat.

Turyści najczęściej skarżą się na zakwaterowanie

Jak wynika z badania ARC Rynek i Opinia, w wyjazdach z biurami podróży najwięcej zastrzeżeń budzą warunki mieszkaniowe, standard, wyposażenie i położenie hotelu czy pensjonatu. Odpowiedzi ankietowanych, którym zdarzyło się złożyć reklamację zostały podzielone w badaniu na wzór tabeli frankfurckiej (pomocnej w oszacowaniu możliwego zadośćuczynienia za niedogodności na wyjeździe) na trzy kategorie: zakwaterowanie, wyżywienie i transport. Zakwaterowanie zdobyło najwięcej, bo 114 proc. wskazań. Na wyżywienie i transport przypadło jedynie po około 50 proc. głosów ankietowanych.

Najczęściej na miejscu okazuje się bowiem, że odległość od plaży nie wynosi 100 metrów, lecz co najmniej kilkaset, budynek nie jest świeżo po remoncie, pokój jest mniejszy, zamiast morza za oknem wyłania się ściana na sąsiedni obiekt, obiecany widok na morze pojawia się po wychyleniu się z balkonu, o ile balkon w ogóle jest, klient trafia do innego hotelu niż planowany, często psuje się winda, a włączona klimatyzacja działa symbolicznie. Aż 29 proc. badanych reklamowało właśnie inne niż obiecane położenia obiektu, jego kiepski standard oraz nieodpowiedni pokój. Następnie najwięcej skarg posypało się na złą obsługę związaną z zakwaterowaniem, czyli sprzątanie i wymianę ręczników czy pościeli – 21 proc. Częstym mankamentem, który później decydują się reklamować turyści są też awarie klimatyzacji i windy – 18 proc. oraz brak obiecanych atrakcji w ramach infrastruktury obiektu: basenu, sauny, boiska czy kortów – 14 proc.

Nie było basenu i widoku na morze, są reklamacjeWskazania najczęściej reklamowanych niedogodności pokazują również, iż Polacy na wyjeździe zwracają uwagę na to co mają na talerzu. Łącznie 36 proc. badanych żaliło się na wyżywienie: zepsute (12 proc.), monotonne (12 proc.) i niesmaczne (12 proc.). Zdarzały się też przypadki, że na miejscu nie było gwarantowanego menu lub było mniej posiłków. Wśród problemów związanych z transportem najczęściej przyczyną reklamacji są opóźnienia -15 proc.

 

 

Doświadczenia ankietowanych pokazują, że nie we wszystkie obietnice pracowników biur podróży należy wierzyć. Zawsze, więc warto poszukać wśród znajomych lub w sieci opinii osób, które już były na miejscu i na formach lub odpowiednich portalach dzielą się wrażeniami i zdjęciami, które lepiej oddają rzeczywistość niż profesjonalne sesje fotograficzne właścicieli obiektu.

 

 

30 dni na złożenie reklamacji

Osoby, które wróciły z urlopu, na którym nie było tak jak obiecywało biuro podróży, mają prawo złożyć reklamację i ubiegać się o zwrot kosztów za usługę nie wykonaną zgodnie z umową. Na skargę klient ma 30 dni od dnia zakończenia reklamowanego wyjazdu. Tyle samo czasu na jej rozpatrzenie ma biuro podróży. Pismo opatrzone tytułem „reklamacja” można złożyć osobiście w biurze podróży lub za potwierdzeniem odbioru przekazać przedstawicielowi biura podróży w trakcie pobytu. Do przedłożonych zastrzeżeń i roszczeń warto dołączyć materiał, który będzie stanowił potwierdzenie niedotrzymanych w umowie świadczeń. Mogą to być zdjęcia, filmy oraz rachunki. Reklamować możemy wszystko to, co było ustalane jako stała część organizowanej przez firmę turystyczną imprezy.

Tabela frankfurcka podpowie ile zwróci touroperator

W oszacowaniu wartości poniesionych strat pomaga tzw. tabela frankfurcka, która wprawdzie nie stanowi obowiązującego prawa, ale określa wysokość ewentualnego roszczenia za konkretne braki ze strony organizatora.

Według tabeli frankfurckiej np. za inne niż obiecane położenie hotelu od plaży turysta może domagać się od 5 do 15 proc. ceny wyjazdu. Brak obiecanego widoku na morze, czy balkonu to 5-10 proc. zapłaconej ceny. Z kolei brak klimatyzacji lub jej uszkodzenie, brak basenu, zanieczyszczona plaża wyceniane są na 10-20 proc. ceny, strata czasu przez wymuszoną przeprowadzkę w ramach obiektu to koszt ½ dnia pobytu. O największe zwroty można się ubiegać w przypadku braku wyżywienia (50 proc.), hałasu w nocy czy też robactwa w pokoju (40/50 proc.).reklamacje biuro podróży

Nasi ankietowani to szczęściarze, bo jak wynika z badania 66 proc. złożonych przez nich reklamacji została rozpatrzona pozytywnie. W efekcie otrzymali od biura całość lub część przedłożonego roszczenia. 62 proc. uzyskało zadośćuczynienie w wysokości do 1000 zł, co dziesiąty ankietowany otrzymał od 1001 do 1500 zł, 17 proc. między 1501 a 2000 zł, a 11 proc. powyżej 2500 zł.

Zgodnie z art. 11b Ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 roku o usługach turystycznych, biura podróży w umowach z klientami mogą ograniczyć odpowiedzialność za niewykonanie lub nienależyte wykonanie usług w czasie imprezy turystycznej do dwukrotności ceny imprezy turystycznej względem każdego klienta.

Wciąż co czwarta osoba nie czyta umowy

Aby jednak wiedzieć co można zareklamować warto dobrze znać spisane w umowie warunki zakupionego wyjazdu. Co oznacza, że trzeba umowę przeczytać. W umowie znajduje się m.in. informacja z kim ją zawieramy, czyli kto jest faktycznym organizatorem wycieczki. Może się bowiem zdarzyć, że wycieczkę kupimy u agenta, a organizatorem będzie biuro znajdujące się pod innym adresem. Z reklamacją należy zwrócić się do organizatora wycieczki, a nie do agenta.

Nie dla wszystkich czytanie umów jest jednak oczywiste. Jak wynika z badań zlecanych regularnie przez UOKiK umów zakupu wyjazdu przed podpisaniem wciąż nie czyta co czwarta osoba. Pocieszający jest jednak fakt, że odsetek ten z roku na rok spada, jeszcze w 2013 r. umów nie czytała ponad połowa klientów biur podróży. Tymczasem wcześniejsza lektura dokumentu nie tylko podpowie na wyjeździe co jest nie tak, ale także pozwoli m.in. uniknąć przykrych zaskoczeń na miejscu w postaci płatnych usług, które turysta mógł uznać za wliczone w cenę, jak np. dodatkowo płatne napoje, sejf czy oferta fitness.

Brak odpowiedzi na reklamację oznacza jej akceptację

Jeśli touroperator nie ustosunkuje się do złożonej reklamacji w obowiązującym go terminie 30 dni, zgodnie z prawem oznacza to, że akceptuje roszczenia. Co jeśli jednak nadal nie ma reakcji i oczekiwane zadośćuczynienie nie wpływa na konto? Należy złożyć kolejne pismo, przypominające, że pozostawiona bez odpowiedzi reklamacja, w świetle prawa została uznana i określić termin np. 7 czy 14 dni na spełnienie żądań. Dobrze jest przytoczyć ponownie oczekiwania, a najlepiej załączyć kopię reklamacji. Jeśli touroperator nie odniesie się również do tego pisma, po pomoc można się zwrócić do Federacji Konsumentów, albo do miejskich lub powiatowych rzeczników konsumentów oraz do Urzędu Marszałkowskiego. Instytucje konsumenckie przyjdą również z pomocą w negocjacjach w momencie gdy reklamacja została odrzucona, a zdaniem klienta jest to niezasadne.

Jeśli reklamacja zostanie przez touroperatora zaakceptowana, wówczas zgodnie z prawem zadośćuczynienie jakiego żąda klient powinno być przekazane bezzwłocznie. W przepisach nie ma ściśle określonego terminu w jakim biuro powinno wywiązać się z uznanej reklamacji. Jeśli więc za pozytywnie rozpatrzoną reklamacją dłuższy czas nie pójdą dalsze kroki, warto przypomnieć się kolejnym pismem. Jeśli pisma i pomoc urzędów nie pomogą zawsze z zebraną dokumentacją można wystąpić przeciw touroperatorowi na drogę sądową.

 

KE odrzuca sprzeciw Polski w sprawie pracowników delegowanych

Nie minęło jeszcze zamieszanie spowodowane wprowadzeniem od 1 lipca obowiązku wypłacania płacy minimalnej polskim kierowcom wykonującym transport we Francji, a polskie firmy transportowe czeka kolejne rozczarowanie. Jak podaje PAP Komisja Europejska odrzuciła protest 11 krajów, w tym Polski, wobec zmian planowanych w dyrektywie dotyczącej delegowania pracowników.

Bartosz Najman OCRK
Bartosz Najman, prezes Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców

Komentarz Bartosza Najmana, prezesa Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców:

– Komisja Europejska mogła również zdecydować o zmianie lub wycofaniu proponowanego projektu. Niestety, została podjęta decyzja o jego podtrzymaniu. Marianne Thyssen, unijna komisarz ds. zatrudnienia, spraw społecznych, umiejętności i mobilności pracowników, podkreśliła w argumentacji, że przeanalizowane zostały szczegółowo wszystkie argumenty 11 krajów i stwierdzono, że wniosek jest w pełni zgodny z zasadą pomocniczości. Rewizja dyrektywy 96/71 zakłada m.in., iż pracownik wysłany przez pracodawcę do innego kraju UE na pewien okres, powinien mieć prawo do takiego samego wynagrodzenia, jak pracownik lokalny, a nie tylko do płacy minimalnej, w imię zasady „równa płaca za taką samą pracę w tym samym miejscu”. Jedną z branż, która może odczuć te zmiany najbardziej, jest polska branża transportowa. Polskie firmy, jak na razie silne w Europie w przewozach międzynarodowych cechuje duża konkurencyjność. Odrzucenie sprzeciwu, czyli tzw. „żółtej kartki”, a co za tym idzie w przyszłości, zmuszanie przedsiębiorców do wypłacania – z polskiego punktu widzenia – nierynkowych wynagrodzeń jak to ma miejsce już od 1 lipca we Francji, w powiązaniu z uciążliwymi barierami administracyjnymi, budzi w branży słuszny sprzeciw, ponieważ stanowi poważne zagrożenie dla płynności finansowej firm  – mówi Bartosz Najman, prezes OCRK.

PMI dla usług na Wyspach najsłabszy od 2009 roku

PMI dla usług na Wyspach najsłabszy od 2009 roku 1

Dzisiaj rano poznaliśmy wstępne odczyty PMI dla Japonii, Niemiec Francji, całej strefy euro oraz dla Wielkiej Brytanii, a po południu dla Stanów Zjednoczonych. Co pewnie nie może bardzo dziwić najsłabszy odczyt okazał dla Zjednoczonego Królestwa.

Indeks PMI dla przemysłu wyniósł 49,1 pkt.(prognoza 50 pkt.) i był najniższy od 2013 roku, a dla usług wyniósł 47,4 pkt.(prognoza 49,2) i jest to najniższy wynik od 2009 roku, czyli od czasu wybuchu kryzysu finansowego w Stanach Zjednoczonych. Słabe odczyty może nie zaskakują, ale odchylenie od prognoz już tak. Jest to kolejny argumentem dla Banku Anglii za mocniejszym poluzowaniem polityki pieniężnej na sierpniowym posiedzeniu.

Indeks PMI dla usług dla Wielkiej Brytanii 2006 – 2016

PMI dla usług na Wyspach najsłabszy od 2009 roku 2

Źródło: Bloomberg

Słabe odczyty PMI spowodowały deprecjację funta szterlinga, który w relacji do dolara amerykańskiego ponownie zbliża się do okrągłego poziomu 1,30; a przełamanie tej strefy prawdopodobnie będzie oznaczać spadek w okolice 1,28; czyli ostatniego dołka. Z kolei para GBP/PLN przełamała dzisiaj poziom 5,20 i zmierza w stronę 5,15 i dalsze spadki brytyjskiej waluty nie są wykluczone, co oczywiście nie jest pozytywną informacją dla Polaków przebywających w Wielkiej Brytanii.

Wczorajsze posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego nie przyniosło zmiany dotychczasowej polityki pieniężnej w strefie euro. Bank nie zmienił stóp procentowych oraz parametrów programu QE, który ma trwać do marca 2017 roku i nadal będzie wynosił 80 mld euro miesięcznie. Decyzja ta była oczekiwana przez rynek, ale większość spodziewała się jakiś zapowiedzi dalszego luzowania polityki pieniężnej we wrześniu. Jednak prezes EBC Mario Draghi unikał jakichkolwiek szczegółów odnośnie przyszłej polityki pieniężnej banku.

Nieco to popsuło klimat na rynkach akcji, które jednak dzisiaj odrabiają straty w oczekiwaniu na dalsze luzowanie polityki pieniężnej, zwłaszcza na Wyspach. Londyński indeks FTSE 100 zyskuje dzisiaj około 0,35%. Luźniejsza polityka pieniężna jest pozytywną informacją dla rynków akcji w przeciwieństwie do rynku walutowego.

Co nas czeka w przyszłym tygodniu?

Ostatnio nieco osłabł entuzjazm dotyczący wyprzedawania jena po tym, jak ukazał się wywiad z szefem Banku Japonii, który stwierdził, że tak zwany „helicopter Money” nie jest potrzebny. Japońska waluta błyskawicznie się umocniła po tych doniesieniach. Później jednak okazało się, że wywiad jest sprzed brytyjskiego referendum i jen znowu traci na wartości. Niemniej jednak najważniejsze dla dalszych losów jena jest przyszłotygodniowe posiedzenie Banku Japonii, na którym okaże czy zostaną wdrożone dodatkowe działania, które mogłyby dalej osłabiać japońską walutę.

W przyszłym tygodniu również odbędzie się posiedzenie Rezerwy Federalnej, na którym raczej nie należy spodziewać się żadnych zmian stopy funduszy federalnych. Rynki na podstawie kontraktów terminowych szacują prawdopodobieństwo takiego ruchu na nieco ponad 1%. Nie musi to jednak oznaczać, że dolar będzie tracił na wartości zwłaszcza do takich walut, jak jen, funt czy nawet euro, gdyż ciągle słyszymy zapowiedzi jeszcze luźniejszej polityki pieniężnej w tamtych krajach.

Bartosz Zawadzki
Dyrektor Działu Strategii Rynkowych i Analiz

Popołudniowy komentarz walutowy z 22.07.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 22.07.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Na GPW hossa, której nikt nie dostrzega

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Zachowanie rynku kapitałowego powinno być uzależnione od kondycji gospodarczej kraju. Tę maksymę trudno negować i wydaje się, że świadomość tej zależności jest dość powszechna. Idąc dalej wspomnianym tokiem rozumowania, zadać można sobie pytanie, dlaczego warszawska giełda w ostatnich latach jest tak słaba, mimo że od ponad dwóch lat każdy kwartał konsekwentnie prowadził do wzrostu PKB o przynajmniej 3%. Czyżby to nie przeczyło tezie z pierwszego zdania? Otóż nie do końca.

Zdecydowana większość komentatorów skupia się bowiem na głównych indeksach giełdowych, których zachowanie w dużej mierze jest determinowane przez największe spółki. Te natomiast od dłuższego czasu znajdują się niełasce, a ich wyniki gospodarcze nie są tak silnie powiązane z krajową gospodarką, jak mogłoby się wydawać. Sztandarowym tego przykładem może być spółka KGHM, której rezultaty zależą od wielkości popytu generowanego głównie w Chinach oraz cen surowców ustalanych na rynkach światowych. To, czy polski konsument wydaje więcej bądź mniej, nie ma większego znaczenia.

Zupełnie inaczej wygląda kondycja mniejszych spółek. Ich wyniki są powiązane z kondycją krajowej gospodarki i widać zależność ich notowań od poczynań polskiego konsumenta. Aby dobrze to pokazać, warto jest wskazać na dość mało popularny, nieważony indeks całego rynku. Mierzy on zachowanie cen akcji wszystkich spółek notowanych na parkiecie, ale nadaje im równe wagi. Oznacza to, że duże podmioty nie są premiowane ze względu na swoją wielkość i w konsekwencji nie determinują zachowania tego indeksu w takim stopniu, jak ma to miejsce przy bardziej eksponowanych indeksach. Nieważony indeks swoje ostatnie minimum ustanowił 20 grudnia 2012 roku, czyli w czasie ostatniego spowolnienia gospodarczego związanego między innymi z kryzysem zadłużeniowym strefy euro. Od tamtego czasu konsekwentnie zyskuje na wartości i swoim zachowaniem odzwierciedla ożywienie gospodarcze obserwowane od tamtego czasu. W samym 2013 roku indeks zyskał aż 28,5%. Kolejnego roku zwiększył swoją wartość o zdecydowanie skromniejsze 2,6%, ale trzeba pamiętać, że był to okres ukraińsko-krymskiej zawieruchy na Wschodzie, co istotnie wpłynęło na spółki zaangażowane w tamtym regionie. Rok później powróciła dwucyfrowa dynamika wzrostu, która wyniosła 17,5%. Od początku tego roku zwyżka sięga z kolei 13,5%, co trudno nazwać słabym wynikiem w okresie brexitowo-bankowej niepewności w Europie. W konsekwencji od grudniowego minimum sprzed ponad trzech lat indeks zyskał aż 78%. W tym samym czasie główny indeks WIG stracił 2%. Zachowanie GPW wciąż jest więc pochodną gospodarczej koniunktury, ale by to zobaczyć trzeba spojrzeć na parkiet uważniej. Podobnie powinno być z naszymi inwestycjami, które powinny korzystać na tej niedostrzeganej hossie.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Rozwój małych firm za 57 zł miesięcznie

Sejm przyją ustawę obniżającą podatek CIT dla małych podatników i nowo zakładanych firm z 19 do 15 proc. Teraz trafi ona do Senatu.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Sejm RP przyjął ustawę obniżającą podatek CIT dla małych podatników, czyli tylko dla firm, które są spółkami kapitałowymi i których obroty nie przekraczają 1,2 mln euro (ok. 5 mln zł). Takich firm jest w Polsce ok. 130-140 tys. na ponad 1,8 mln aktywnie działających. Rząd uważa, że „w perspektywie długookresowej działanie to (miałoby) wpłynąć na przyspieszenie tempa rozwoju i stworzenie sprzyjających warunków do zwiększenia przedsiębiorczości Polaków, w tym także przedsiębiorczości ludzi młodych.”

Ciekawe, jak ma to zostać osiągnięte, jeśli z obniżenia CIT z 19 do 15 proc. będzie mogło skorzystać tylko ok. 8 proc. mikro i małych firm, a te które skorzystają poprawią swoją zdolność do rozwoju o 57 zł miesięcznie. Za tę kwotę , która pozostanie na kontach małych spółek mogą one co najwyżej, akumulując te 57 zł w ciągu roku, pokryć koszty większych opłat za usługi finansowe, których ceny wzrosły w wyniku wprowadzenia podatku bankowego. I kupić kilka ryz papieru, aby móc przechowywać przez 50 lat w wersji papierowej dokumenty dotyczące zatrudnionych pracowników, chyba, że Sejm zmieni ustawę.

Konfederacja Lewiatan od początku wskazywała na brak sensu w tym pomyśle i postulowała przyjęcie rozwiązań, które stworzą wszystkim małym przedsiębiorstwom realne szanse na rozwój – na zwiększanie inwestycji oraz na wzrost zatrudnienia, a nowozakładanym firmom na przetrwanie dłużej niż rok czy dwa. Przede wszystkim postulowaliśmy rozmowy z małymi firmami i wspólne z nimi zaproponowanie rozwiązń, które mogą być „…wsparciem podatników, dla których utrudnienia w pozyskiwaniu kapitału na inwestycje czy zaburzone warunki konkurencji stanowią główną barierę w prowadzeniu lub rozwijaniu przedsiębiorstwa.” Ale urzędnicy i politycy wiedzą lepiej, co firmom, szczególnie najmniejszym jest potrzebne – dodatkowe 57 zł miesięcznie.

Konfederacja Lewiatan

EBC nie zaskakuje

EBC nie zaskakuje 3

Dzisiaj odbyło się posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego, na którym nie zostały zmienione stopy procentowe w strefie euro, równie parametry programu QE nie zostały zmienione. Będzie nadal wynosił 80 mld euro miesięcznie i ma trwać przynajmniej do marca 2017 roku.

Mario Draghi również nie zapowiedział żadnych działał w najbliższym czasie na konferencji po posiedzeniu. Wprawdzie wciąż widzi zagrożenia dla wzrostu gospodarczego i EBC jest gotowe do działania, aby inflacja zmierzała do celu, ale żadnych konkretów nie usłyszeliśmy z ust Mario Draghiego, który mocno unikał podawania jakichkolwiek planów banku.

Mimo braku konkretów na konferencji EBC dobra passa na rynkach akcji w Europie trwa. Niemiecki DAX drugą sesje z rzędu idzie w górę po niewielkiej korekcie na początku tygodnia, a WIG 20 znalazł się ponad okrągłych poziomem 1800 pkt., co otwiera drogę do szczytów z czerwca br. w okolicach 1850 pkt.

Kolejny dzień kurs EUR/USD próbuje przełamać poziom 1,10 i nawet dzisiaj na chwilę ta sztuka się udała. Z pewnością kolejne dobre dane z amerykańskiego rynku pracy pomogły w tym ruchu. Trwałe przełamanie tego obszaru otworzy drogę do dołków z marca br. w pobliżu 1,08.

Sytuacja na PLN

Również polski złoty zyskuje dzisiaj do większości walut. Warto dodać, że nasza rodzima waluta od początku tygodnia odznacza się siłą na szerokim rynku walutowym. W przypadku EUR/PLN przełamanie bariery 3,55 pozwoli zejść tej parze przynajmniej do 4,33; a dla CHF/PLN kluczowe będzie przełamanie okrągłego poziomu 4 złoty.

W przyszłym tygodniu swoje posiedzenie będzie miał FOMC. Rynki na podstawie kontraktów terminowych szacują prawdopodobieństwo podwyżki stopy funduszy federalnych na 2,4%, a zatem raczej nie ma szans na podwyżkę już na najbliższym posiedzeniu. Nieco wzrosły szanse na podniesienie kosztu pieniądza w Stanach Zjednoczonych w grudniu br. Obecnie prawdopodobieństwo wynosi 42%, co powinno powodować powrót sentymentu do dolara amerykańskiego, zwłaszcza jak zestawimy politykę Rezerwy Federalnej z innymi bankami.

Bartosz Zawadzki
Dyrektor Działu Strategii Rynkowych i Analiz

Skąd wziął się konflikt Erdogana z Gulenem

Turecka armia miała zawsze konstytucyjnie zagwarantowane miejsce w kształtowaniu polityki kraju. Rada Bezpieczeństwa Narodowego była czymś w rodzaju równoległego rządu, który reprezentował poglądy wojskowych. – Nie było to rozwiązanie całkiem demokratyczne. Stąd też wziął się nacisk Unii Europejskiej, by zmniejszyć rolę Rady Bezpieczeństwa – wyjaśnia w rozmowie z MarketNews24 Konrad Zasztowt z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.
Ponadto w Turcji w późniejszym okresie doszło do serii procesów pokazowych na generałach. Za sprawą rzekomego spisku w armii też mieli stać zwolennicy Fethullaha Gulena. Od tego czasu konflikt między środowiskami zaostrza się. W jeden ze skandali zamieszany był nawet syn prezydenta Turcji.

Onkologia w Polsce wciąż wymaga inwestycji. W Warszawie powstanie największy prywatny szpital onkologiczny w Polsce

CEO Magazyn Polska

W I kwartale 2017 roku LUX MED otworzy szpital onkologiczny przy ul. Elbląskiej na warszawskim Żoliborzu. Ma to być jedna z największych prywatnych placówek tego typu w Polsce, która chorym na nowotwory będzie świadczyć kompleksowe usługi – od szybkiej diagnostyki, przez leczenie, po opiekę po zakończeniu hospitalizacji. – Onkologia to dziedzina, która wciąż wymaga inwestycji – podkreśla prezes Grupy.

Inwestujemy w onkologię przede wszystkim dlatego, że widzimy duże zapotrzebowanie społeczne. Liczba zachorowań na nowotwory złośliwe w Polsce osiągnęła już w 2013 roku ponad 156 tys., z czego 94 tys. zakończyły się zgonem. Zachorowalność na nowotwory mamy mniejszą niż średnia w krajach europejskich, ale umieralność jest wyższa – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED – Dostępność usług jest dziś w Polsce ogromnym problemem i dlatego chcemy wesprzeć polskich pacjentów.

Grupa LUX MED intensywnie rozwija zakres usług onkologicznych. W 2015 roku przejęła spółkę Magodent, do której należą dwa szpitale specjalizujące się w leczeniu nowotworów i ambulatoryjna placówka onkologiczna.

Kupiliśmy Magodent, który ma 10-letnie doświadczenie w leczeniu pacjentów onkologicznych. To nasza baza kompetencyjna, która umożliwia nam rozwój w dziedzinie onkologii. Zapotrzebowanie na usługi wykracza poza dzisiejsze możliwości infrastrukturalne Magdonetu, stąd konieczne były dalsze inwestycje – podkreśla Anna Rulkiewicz.

W sumie warszawskie szpitale przy ul. Św. Wincentego i ul. Fieldorfa  mają 120 łóżek szpitalnych i przyjmują 45 tys. pacjentów rocznie. Pod koniec I kwartału 2017 roku zacznie działać nowa placówka przy ul. Elbląskiej. Będzie to szpital z ok. 200 miejscami dla pacjentów onkologicznych, w tym ponad 30 łóżkami z przeznaczeniem na chemioterapię dzienną i siedmioma łóżkami na oddziale intensywnej terapii.

W nowej placówce dużą rolę odgrywać mają opiekunowie medyczni, których zadaniem będzie kompleksowa opieka nad pacjentami, także po opuszczeniu szpitala. Będą tu również prowadzone badania kliniczne, co pozwoli zwiększyć dostęp chorych do nowoczesnych terapii.

Szpital przy Elbląskiej będzie ósmą placówką szpitalną Grupy LUX MED.

Trwają prace nad propozycjami pomocy dla kredytobiorców walutowych. Zabezpieczeniem dla nich może być ustalenie kursu maksymalnego

CEO Magazyn Polska

Zwrot określonej części spreadów walutowych z przeszłości, możliwość oddania mieszkania w zamian za umorzenie kredytu oraz przewalutowanie – to obszary, które należy wziąć pod uwagę, próbując rozwiązań problemy spłacających kredyt w walutach obcych – uważa Sławomir Horbaczewski, członek prezydenckiego zespołu ds. projektu ustawy o kredytach walutowych. W jego opinii ważnym narzędziem byłoby także wprowadzenie tzw. kursu maksymalnego.  

Mamy dzisiaj ponad 0,5 mln kredytów walutowych i ponad 700 tys. kredytobiorców, bo wiele kredytów było udzielonych np. na dwie osoby. Jeżeli dodamy jeszcze członków rodzin i znajomych, którzy wspomagają kredytobiorców, którzy nie radzą sobie ze spłatą, to mamy do czynienia z kilkoma milionami osób, które są w to uwikłani i dzisiaj nie wszyscy mają w ogóle możliwość wyjścia z tych relacji – mówi agencji Newseria Biznes Sławomir Horbaczewski, ekspert rynku nieruchomości, który brał udział w pracach prezydenckiego zespołu.

W kwietniu br. szefowa Kancelarii Prezydenta RP powołała zespół ds. wypracowania zmian w propozycji projektu ustawy dotyczącej kredytów odnoszonych do walut obcych. W czerwcu przedstawił on swoje propozycje. Wśród nich znalazły się między innymi: zwrot części spreadów, czyli różnic między kursami średnimi a kursami kupna i sprzedaży walut w bankach.

Banki zbyt dużo na tym zarabiały. Te relacje dziś są nieporównywalnie mniejsze. Jeszcze parę lat temu dochodziły do 10 proc. Mówimy o zwrocie tych kwot, które banki pobrały od kredytobiorców i zapisały sobie w rachunku wyników – wyjaśnia Horbaczewski.

Drugim zagadnieniem branym pod uwagę przez ekspertów jest mechanizm umożliwiający oddanie mieszkania w zamian za umorzenie kredytu. Takiego kredytobiorcy nie dotyczyłoby pierwsze rozwiązanie, czyli zwrot części spreadów.

Chodzi o podanie kredytobiorcy ręki, wyprowadzenie go z matni, w jakiej się znalazł, kiedy on sam nie bardzo wie, jak się ma zachować, i nie ma możliwości poradzić sobie z tym samodzielnie – zaznaczył Horbaczewski.

Trzecim rozwiązaniem w opinii eksperta byłoby wprowadzenie mechanizmu przewalutowania. Przyznał, że w tej sytuacji należy być bardzo ostrożnym, aby nie wpaść z jednego problemu w drugi. Zwrócił uwagę na to, że przy zamianie waluty kredytu na złotego problem stanowiłyby stopy procentowe.

Jeśli przy przewalutowaniu pozostałe zapisy umowy pozostałyby ważne, wtedy mamy kredyt w złotych i stopy procentowe z innych rynków, czyli na zero procent lub pół procent. Kredytobiorcy walutowi mogliby się więc pewnego dnia obudzić jako bardzo szczęśliwi ludzie – mówi Sławomir Horbaczewski. – Nie jestem zwolennikiem przewalutowania, ale gdybyśmy mieli to robić, to powinniśmy mieć kredyty w złotych i stopy procentowe właściwe dla rynku złotowego, czyli 1,5 proc., plus marża, czyli np. 2,5 proc.

Zdaniem Horbaczewskiego warto się pochylić nad koncepcją tzw. kursu maksymalnego – mechanizmu, który chroniłby kredytobiorcę przed skutkami przekroczenia wcześniej ustalonego poziomu przez kurs waluty.

W takiej sytuacji kredytobiorca byłby chroniony na poziomie kursu maksymalnego, ale kredyt zostałby w walucie. Wtedy mamy pewnego rodzaju zabezpieczenie przed nadmiernym wzrostem np. kursu franka wobec złotego – wyjaśnia ekspert.

Pierwszy poważny skok kursu franka odnotowano w ostatnich miesiącach 2008 roku. Wtedy szwajcarska waluta szybko zyskiwała względem złotego z poziomu 2 zł w połowie 2008 roku do 3 zł na przełomie 2008 i 2009 roku. Kolejna psychologiczna bariera 3,50 zł została złamana w połowie 2011 roku. Poziom 4 zł pierwszy raz został przekroczony na początku ubiegłego roku po decyzjach banku centralnego Szwajcarii.

Banki spółdzielcze będą zacieśniać współpracę. Liczą na znaczne oszczędności i poprawę wyników

CEO Magazyn Polska

Wspólne inicjatywy banków spółdzielczych, jak wspólny system informatyczny czy obsługa biur, pozwalają im oszczędzać koszty. Dlatego instytucje zapowiadają zacieśnianie współpracy. Dążenie do poprawy efektywności kosztowej jest szczególnie istotne w środowisku niskich stóp procentowych, które dla całego sektora finansowego są dużym wyzwaniem. 

Wyzwaniem dla banków spółdzielczych jest jeszcze większa współpraca, która zapewni oszczędności po stronie kosztowej, ponieważ ważna jest poprawa efektywności. Sposób, w jaki jesteśmy zorganizowani, czyli w formie zrzeszeń i systemów ochrony, sprawia, że możemy dokonać takich przedsięwzięć, które mają charakter outsourcingu niektórych czynności zaplecza, backoffice’u, co zapewnia bankom niższe koszty – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adam Skowroński, prezes Systemu Ochrony Instytucjonalnej w Spółdzielczej Grupie Bankowej.

Liczba uczestników systemów ochrony ciągle rośnie. W czerwcu tego roku uczestnikami systemu ochrony BPS było 259 banków, a systemu ochrony SGB 198 banków. Łącznie uczestnikami systemów ochrony jest 457 banków. Zrzeszenia w formie systemów ochrony powodują, że banki spółdzielcze mogą współpracować i ograniczać koszty. Dlatego, jak podkreśla Skowroński, potrzebna jest szersza współpraca banków spółdzielczych.

To jest wyzwanie na kolejne miesiące i lata, żeby realizować wspólne przedsięwzięcia, jak wspólny system informatyczny, które zapewnią bankom przy zachowaniu pełnej niezależności poprawę efektywności finansowej – przekonuje Adam Skowroński.

Jak podkreśla, sytuacja w sektorze banków spółdzielczych jest stabilna, mimo że tak jak dla całej bankowości okres jest trudny.

Mamy okres historycznie niskich stóp procentowych, z czym banki muszą sobie radzić. Jest też wiele wahań na rynku, co zawsze wpływa na wzrost ryzyka – mówi Adam Skowroński.

2016 rok to dla całego sektora bankowego wyzwania regulacyjne. Czekają one również banki spółdzielcze, które choć zgłaszają potrzebę zastosowania wobec nich zasady proporcjonalności, uzasadniając to niewielkim rozmiarem instytucji i działaniem w ramach zrzeszeń, to mogą przeforsować swoich postulatów. W czerwcu została podpisana ustawa o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym, systemie gwarantowania depozytów oraz przymusowej restrukturyzacji. Ustawa wprowadza dwie nowe dyrektywy i wejdzie w życie w październiku, po upływie 3-miesięcznego okresu vacatio legis.

Dyrektywy, które dotyczą całego sektora, dotyczą również nas. W tym roku będą wdrażane w Polsce dwie dyrektywy dotyczące gwarantowania depozytów, czyli DGS i dyrektywa BRR, dotycząca przymusowej restrukturyzacji. To są wyzwania na najbliższe miesiące – wskazuje Skowroński.

Już w ubiegłym roku dyrektywa CRD IV i rozporządzenie CRR wymusiły wprowadzenie zmian strukturalnych. Pod koniec ubiegłego roku KNF zatwierdziła umowy systemów ochrony instytucjonalnej obydwu działających zrzeszeń banków spółdzielczych oraz banków je zrzeszających. Utworzenie systemów ochrony instytucjonalnej, dzięki wprowadzonym mechanizmom kontrolnym i pomocowym, może zwiększyć bezpieczeństwo sektora, a w dłuższej perspektywie zwiększyć jego konkurencję.

Myślę, że dla klientów bardzo ważne jest to, że w bankach spółdzielczych mogą liczyć na dobrą obsługę niezależnie od zmian koniunkturalnych. Banki spółdzielcze nie stosują takiej zasady, że w przypadku spadku rentowności ograniczają finansowanie jakiegoś sektora gospodarki, ale podchodzą do tych spraw bardzo indywidualnie. Mogą sobie na to pozwolić, są to jednostki lokalne, które działają bardzo elastycznie – ocenia przedstawiciel IPS SGB.

Z „Informacji o sytuacji banków spółdzielczych i zrzeszających” przygotowanej przez KNF wynika, że w ubiegłym roku wynik finansowy netto banków spółdzielczych zmniejszył się w stosunku do 2014 roku o ponad 29 proc. (do 535,4 mln zł). W dużej mierze było to spowodowane wypłatami z FOŚG na pokrycie środków gwarantowanych deponentom SBRzR w Wołominie. Na słabsze wyniki miały też wpływ utrzymujące się niskie podstawowe stopy procentowe oraz wysoka nadwyżki depozytów sektora niefinansowego nad kredytami dla tego sektora. Skowroński uważa, że sytuacja w zakresie stóp procentowych się ustabilizowała, dlatego wyniki banków nie będą gorsze niż w poprzednim roku.

– Spodziewamy się, że wynik banków na koniec roku będzie zbliżony do tego z 2015 roku. Trudno mówić o konkretnych kwotach, bo zmienia się struktura banków w systemach ochrony. Niemniej wydaje się, że następuje stabilizacja i spodziewamy się, że wynik będzie na podobnym, być może na nieco lepszym poziomie niż w roku ubiegłym – prognozuje ekspert.

Wzrasta konsumpcja ryb na świecie. Średnie spożycie globalne to 20 kg, w Polsce – 13 kg na osobę

CEO Magazyn Polska

Ludzie na całym świecie jedzą coraz więcej ryb i owoców morza. W ciągu ostatniego półwiecza ich konsumpcja na osobę wzrosła dwukrotnie. Średnie spożycie w Państwie Środka to 40 kg, a w Europie – 23 kg na osobę. Statystyczny Polak zjada rocznie tylko 12 kg. Zwiększone zapotrzebowanie na ryby i dodatkowo niewłaściwe połowy prowadzą jednak do znacznego pogorszenia stanu mórz i oceanów. 

Z raportu Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) wynika, że w latach 60. XX wieku konsumpcja ryb wynosiła średnio 9,9 kg na osobę, w latach 90. już blisko 15 kg, a w roku 2013 – 19,7 kg. Według wstępnych szacunków w 2015 roku wartość ta była większa niż 20 kg na osobę. Najwięcej ryb, bo aż 120 mln ton, zjadają mieszkańcy Azji i Oceanii, z czego ok. 66 mln ton spożywają Chińczycy. Oznacza to, że przeciętny mieszkaniec Chin rocznie zjada ok. 40 kg ryb i owoców morza.

Dla porównania średnia Unii Europejskiej to około 23 kg na osobę rocznie. Króluje tutaj Portugalia z 60 kg, Norwegia – około 50 kg. Polacy tutaj raczej zamykają ranking, jest to około 13 kg rocznie na osobę – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Dębicka, koordynator programu MSC Polska.

Polacy zdecydowanie wolą ryby od owoców morza. W ich jadłospisie najczęściej pojawia się mintaj – roczne spożycie tej ryby wynosi 2,7 kg na osobę. Chętnie jedzą też takie ryby jak śledź, makrela i dorsz. W ciągu ostatnich kilku lat bardzo popularny stał się również łosoś. Stopniowo Polacy przekonują się także do owoców morza. W tej kategorii najchętniej spożywane są krewetki.

To zarówno krewetki dzikie, jak i hodowlane. Proszę pamiętać o tym, że to są zupełnie oddzielne produkty. Ale również tzw. mule, czyli po polsku omułek jadalny, coraz częściej są spotykane zarówno w restauracjach, jak i w sklepach – mówi Anna Dębicka.

 

Tylko co dziesiąty urlopowicz korzysta z usług biur podróży

CEO Magazyn Polska

Tegoroczne wakacje Polacy organizują głównie we własnym zakresie. Niemal 68 proc. osób, które zamierzają wyjechać na urlop, zaplanuje go samodzielnie – wynika z danych Diners Club Polska. Z usług biur podróży skorzysta jedynie 12 proc. urlopowiczów. Powodem jest przede wszystkim fakt, że większą popularnością cieszą się w tym roku wyjazdy krajowe. Poza tym organizacja wyjazdów na własną rękę jest dużo łatwiejsza chociażby dzięki coraz większej liczbie portali hotelowych i aplikacji, które umożliwiają rezerwację tanich noclegów bezpośrednio u osoby oferującej nocleg za granicą.

Z badania przeprowadzonego przez Diners Club Polska wynika, że prawie 68 proc. ankietowanych zamierza samodzielnie zorganizować swój wyjazd wakacyjny. 20 proc. z nas ma zamiar skorzystać z pomocy rodziny i przyjaciół przy organizacji wyjazdu, a jedynie 12 proc. Polaków chce korzystać z usług biura podróży. Może to wynikać z tego, że prawie 38 proc. osób badanych deklaruje, że zamierza spędzić urlop w Polsce, dlatego nie korzysta z biura podróży – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Fatyga, dyrektor generalna Diners Club Polska.

Badania pokazują, że grupa wiekowa, która najchętniej sięga po wsparcie pośredników turystycznych, to osoby w wieku od 35 do 54 lat. Z ofert biur podróży w ogóle nie korzystają natomiast podróżujący w wieku od 18 do 24 lat. Samodzielną organizację wakacji częściej wybierają mężczyźni (71 proc.) niż kobiety (64 proc.). Kobiety chętniej sugerują się natomiast rekomendacjami rodziny i znajomych (26 proc. wobec 12 proc. mężczyzn).

Samodzielne wyjazdy preferują ludzie młodzi między 18 a 24 rokiem życia, to jest największa grupa osób, i ponad 80 proc. mieszkańców metropolii i dużych miast. Z kolei w średnich i małych miastach dominującą formą organizacji urlopów wakacyjnych jest korzystanie z biur podróży – mówi Katarzyna Fatyga.

Eksperci podkreślają, że jest coraz więcej portali i aplikacji, które ułatwiają samodzielną organizację wakacyjnego wyjazdu.

Są portale ułatwiające rezerwację hotelową, zakup biletów lotniczych czy nawet takie aplikacje, gdzie możemy wynająć domy lub mieszkania wakacyjne bezpośrednio od ich właścicieli. Część firm i organizacji również oferuje swoje usługi, które ułatwiają samodzielną organizację wyjazdów wakacyjnych. My np. mamy usługę Diners Club Traveler, która umożliwia rezerwację wybranego hotelu na całym świecie – tłumaczy Katarzyna Fatyga.

Decydując się na wyjazdy organizowane przez biura podróży, warto zwrócić uwagę na wiarygodność pośrednika.

Na stronie Ministerstwa Sportu i Turystyki można znaleźć listę biur podróży i pośredników turystycznych, którzy są wiarygodni. Jeśli korzystamy z różnych portali internetowych lub aplikacji do samodzielnej rezerwacji takiego wyjazdu, to warto sprawdzić, czy takie strony mają certyfikaty lub podpytać naszych znajomych i rodzinę, czy już korzystali z podobnego rozwiązania i jakie były ich opinie na ten temat – podkreśla Katarzyna Fatyga.

Zdaniem ekspertów obecnie najmodniejszymi kierunkami zagranicznych wojaży Polaków są Hiszpania, Chorwacja i Grecja. Coraz popularniejsze stają się też zupełnie nowe kierunki, które mają zastąpić coraz mniej bezpieczne kurorty. Polacy zaczęli więc odkrywać nieznane Bałkany – Albanię, Czarnogórę, a także Gruzję.

Szaleństwo Pokemon Go dotarło do Polski. Internet rozpalają dyskusje

CEO Magazyn Polska

Aplikacja Pokemon Go, która szturmem zdobyła serca graczy na całym świecie, święci triumfy także w Polsce. W miastach, parkach i lasach organizują się grupy poszukiwaczy tropiące wirtualne potworki z bajki, która była popularna kilkanaście lat temu. Tylko w ciągu pierwszego tygodnia od światowej premiery odnotowano w internecie przeszło 280 tys. wzmianek o tej grze – wynika z analizy Dentsu Aegis Network.

– Internauci przede wszystkim pytali się o to, jak pobrać grę, bo na początku w Polsce nie była ona dostępna. Szukali możliwości obejścia ograniczeń – mówi agencji Newseria Biznes Olga Sobotka z agencji Isobar Polska należącej do Dentsu Aegis Network.

Pokemon Go, najgorętsza obecnie na świecie gra mobilna w technologii rzeczywistości rozszerzonej, miała światową premierę 6 lipca. Właściciel marki, japoński koncern Nintendo, nie spodziewał się aż takiej gorączki. W ciągu zaledwie czterech dni od debiutu firma zarobiła na niej 14 mln dol. Cena akcji notowanej na tokijskiej giełdzie od 1983 roku korporacji w ciągu tygodnia się podwoiła. W ostatnich dwóch dniach nieco osłabła, ale w pewnym momencie dzięki Pokemon Go Nintendo było wyceniane wyżej niż jej największy konkurent, czyli firma Sony.

W Polsce gra zadebiutowała 16 lipca. To właśnie w okolicy tego dnia nasiliły się publikacje w internecie.

Najwięcej wzmianek w sieci na temat Pokemon Go pojawiło się na Facebooku, internauci szukali informacji przede wszystkim o tym, jak zainstalować grę, oraz o tym, gdzie znaleźć konkretne potworki – mówi Sobotka. – Powstały specjalne fanpage’e na Facebooku i grupy połączone z konkretnymi miastami, w których użytkownicy wymieniają się informacjami, gdzie znaleźć konkretne pokemony, i umawiają się na spotkania, żeby łapać więcej zwierzaków.

Z kolei na YouTubie zamieszczane są filmiki z „polowań” na Pokemony. Pokemon Go stało się też jednym z najczęściej poszukiwanych haseł w wyszukiwarkach. Zdecydowanie częściej o aplikacji rozmawiają mężczyźni (69 proc. vs. 31 proc.)

Uczestnikami gry są zazwyczaj osoby, które stać na smartfony, kupujące nowe technologie, uwielbiające gadżety – zauważa Tomasz Pastuszka, dyrektor kreatywny w agencji Lubię to. – To aplikacja umożliwiająca zabawę w najbliższej, realnej okolicy, na podwórku, w drodze do sklepu, pracy czy szkoły, co tylko zwiększa jej atrakcyjność. Bardzo wiele osób lubi się bawić, grać, szczególnie wśród postaci i bohaterów znanych z dzieciństwa.

Fenomen Pokemonów rozpoczął się w latach 90., kiedy pojawiły się pierwsze gry na konsolę Game Boy inspirowane animowanym serialem dla dzieci oraz serią komiksów. Zdaniem Pastuszki większość osób, które fascynowały się wtedy tymi postaciami, teraz jest już dorosła. Dziecięce sympatie jednak pozostały.

Żeby zobaczyć, jak bardzo gra jest popularna, wystarczy pójść do najbliższego parku i poszukać ludzi wpatrzonych w smartfony – wskazuje Tomasz Pastuszka. – Mają nie tylko same urządzenia, lecz także podłączone kablami powerbanki, bo poszukiwania Pokemonów trwają nieraz godzinami. W okolicach 10 lipca dużym wydarzeniem było spotkanie na mieście drugiej takiej osoby. Ale już tydzień później w wielu miejscach pojawiły się zorganizowane grupy po 20 osób i większe.

Choć zdecydowana większość zbadanych wzmianek miała wydźwięk pozytywny, zdarzają się także głosy krytyczne, np. dotyczące tego, że Pokemony pojawią się w nieodpowiednich miejscach (cmentarz, oddział onkologii czy waszyngtońskie Muzeum Holokaustu). Podkreślano także, że zachowania graczy mogą wywołać zagrożeniem, np. wchodzenie na płytę lotniska czy na skrzyżowania na czerwonym świetle albo łapanie Pokemonów podczas prowadzenia auta. Inni irytowali się, że temat Pokemonów stał się wszechobecny.

Popołudniowy komentarz walutowy z 21.07.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 21.07.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Deficyt mniejszy dzięki niższym wydatkom a nie wyższym dochodom

Dochody budżetu państwa w okresie styczeń-czerwiec 2016 r. wyniosły 151,6 mld zł, wydatki 170,3 mld zł. Deficyt budżetowy wyniósł 18,7 mld zł – podało Ministerstwo Finansów prezentując Szacunkowe wykonanie budżetu państwa za styczeń-czerwiec 2016 r.

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek
Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Ministerstwo Finansów pochwaliło się, że deficyt budżetowy jest niższy od zaplanowanego na koniec czerwca 2016 r. Rzeczywiście, zgodnie z harmonogramem dochodów i wydatków budżetu państwa na 2016 r. przygotowanym przez MF, deficyt jest niższy od planowanego o 3,4 mld zł – wyniósł na koniec czerwca 18,7 mld zł, a w harmonogramie zapisano 22,1 mld zł. Przedstawiciele Ministerstwa Finansów informowali także, że udaje się zwiększać wpływy z VAT, że zaczyna działać mechanizm uszczelniania systemu podatkowego. Chcielibyśmy pogratulować, ale…
Według Szacunkowych danych o wykonaniu budżetu państwa za styczeń-czerwiec 2016 r. przedstawionych przez MF dochody budżetu wyniosły w pierwszym półroczu 2016 r. 151,6 mld zł. Tymczasem w harmonogramie zaplanowano, że będą one wynosiły 155,0 mld zł. Oznacza to, że po 6. miesiącach br. dochody były niższe od planowanych o 3,4 mld zł. I nawet jeżeli skorygujemy wpływy budżetowe o niższe niż zaplanowano dochody z podatku bankowego (o ok. 1 mld zł), a także słaby napływ środków z UE (o ok. 0,5 mld zł; ale to nasza a nie KE wina), to i tak przedstawione przez MF szacunkowe dane dotyczące wykonania budżetu mówią wyraźnie – podatki pośrednie (VAT i akcyza) wpływają do budżetu wolniej niż MF zakładał przygotowując harmonogram.

Jaka jest tego przyczyna? Przyjęcie na 2016 r. zbyt wysokiej inflacji przy projekcji wpływów do budżetu państwa z podatków pośrednich. Przypomnę, że rząd przyjął, że ceny towarów i usług wzrosną w 2016 r. o 1,7 proc. Tymczasem w ciągu pierwszego półrocza mieliśmy nie wzrost cen, a deflację na poziomie 0,9 proc. I nawet jeśli w 2. połowie roku spadki cen będą mniejsze, to i tak w 2016 r. deflacja osiągnie 0,4-0,5 proc. Różnica między 1,7 proc. a minus 0-4-0,5 proc. w zmianie cen pokazuje skalę wyzwania przed jakim stoi Minister Finansów. Mimo aktywności w obszarze uszczelniania sytemu podatkowego, w tym przede wszystkim podatku VAT, co wszyscy mocno wspieramy, dochody budżetowe są niższe od planowanych.

Na razie udało się nie wydać z budżetu państwa tyle, ile było zaplanowane – wydatki budżetowe po 6. miesiącach wyniosły bowiem 170,3 mld zł, a zgodnie z harmonogramem miały wynieść 177,1 mld zł, czyli były niższe od zaplanowanych o 6,8 mld zł. Ale nie da się tego utrzymać w całym 2016 r. Chyba, że rząd zdecyduje się ograniczyć wydatki elastyczne, czyli głównie wydatki inwestycyjne. Wydatków sztywnych, czyli związanych z ustawowymi zobowiązaniami nie da się, co oczywiste, ograniczyć. Jednak ograniczenie wydatków o charakterze inwestycyjnym to cios we wzrost polskiej gospodarki. Już po 1. kwartale 2016 r. inwestycje (nakłady brutto na środki trwałe) były w gospodarce niższe o 1,8 proc. r/r. Głównie za sprawą silnego zmniejszenia nakładów inwestycyjnych w sektorze przedsiębiorstw. Jeśli do tego ograniczania skłonności do inwestycji przez firmy dojdą decyzje o ograniczaniu nakładów publicznych na inwestycje, to wzrost PKB będzie daleki od zaplanowanych 3,8 proc.

Mamy pewną „poduszkę” – deficyt sektora finansów publicznych założony na 2016 r. to 2,8 proc. PKB. Można zatem powiedzieć, że mamy „do dyspozycji” 0,2 punkty procentowe PKB, czyli ok. 4 mld zł. Bardzo mało przy deflacji i już wolniejszym od zakładanego wzroście gospodarczym (w 1. kwartale 2016 r. 3 proc.).
Abyśmy nie wrócili do procedury nadmiernego deficytu ze wszystkimi jej konsekwencjami, pozostaje nam liczyć na efektywność MF i jego służb w systemowym uszczelnianiu systemu podatkowego. Tym bardziej, że przed nami bardzo trudny budżetowo 2017 r.

Konfederacja Lewiatan

 

Kreatywny marketing w Ekstraklasie, czyli jak polskie kluby przyciągają kibiców

Czy sukces, jakim był ćwierćfinał Mistrzostw Europy osiągnięty przez reprezentację Polski, długotrwale zwiększy popularność krajowej piłki? Czy przełoży się na wyższą frekwencję na stadionach rodzimej Ekstraklasy? Nowy sezon właśnie się rozpoczął, a kluby z pewnością będą poszukiwały kolejnych sposobów na przyciągnięcie kibiców na stadiony. Zwłaszcza że, jak pokazuje raport Deloitte Polska, przychody osiągane przez kluby w dniu meczowym wzrosły w 2015 roku aż o 16,6 mln PLN. Działy marketingu naszych ligowych klubów z pewnością powalczą, aby w tym sezonie zwiększyć frekwencję na stadionach, a co za tym idzie – przychody z dnia meczu.

Z raportu Deloitte płyną bardzo pozytywne dla klubów Ekstraklasy wnioski. Wyraźnie widać, że zanotowały one wyższe przychody we wszystkich analizowanych obszarach: z działalności komercyjnej, praw do transmisji telewizyjnych oraz z dnia meczowego. Na te ostatnie składają się wpływy uzyskane za bilety i karnety oraz wpływy ze stadionowego cateringu.

Przeciętna frekwencja na polskim stadionie w Ekstraklasie wyniosła w ubiegłym sezonie 9,1 tys. osób. Najwyższą frekwencją mogą poszczycić się: Legia Warszawa, mistrz kraju (przeciętnie 21,8 tys. widzów) oraz Lech Poznań (16,8 tys.) i Lechia Gdańsk (12,8 tys.). Wpływy do klubowej kasy warszawskiego klubu pochodzące z dnia meczu wyniosły 31,1 mln PLN. Do kasy Lecha z tego tytułu wpłynęło 20,6 mln PLN, a Lechii – 6 mln PLN.

Przychody z dnia meczu są więc niezwykle istotną częścią przychodów klubów Ekstraklasy. Działy marketingu polskich klubów stają przed trudnym zadaniem: co zrobić, aby przyciągnąć na stadion jak najwięcej kibiców. Wyzwanie jest trudne, wymagające ponadstandardowej kreatywności, ale dzięki temu w ostatnich latach mieliśmy wiele przykładów ciekawych akcji marketingowych w wykonaniu naszych klubów. 

Piłkarze „na kasie”

„Panienki młode tu były, a teraz piłkarze sprzedają…” – trudno powiedzieć, czy te słowa starszego kibica Cracovii wynikały raczej z rozczarowania czy pozytywnego zaskoczenia. Sympatyk Cracovii, chcąc kupić bilet na mecz, spotkał bowiem Damiana Dąbrowskiego, jednego z najlepszych zawodników zespołu, który wcielił się w rolę kasjera. Poza Dąbrowskim bilety na mecze Cracovii sprzedawali też m.in. Bartosz Kapustka  i Paweł Jaroszyński.

Niespodzianka czekała również na kibiców, którzy chcieli kupić karnety na rozpoczynający się właśnie sezon. Oni byli obsługiwani przez Grzegorza Sandomierskiego i Jakuba Wójcickiego.

Proszę na dworzec. Zaraz, zaraz – czy to pan Smolarek?!

Świetną akcję promocyjną zorganizowała kilka lat temu Jagiellonia Białystok. Jej dwaj najbardziej rozpoznawalni wówczas piłkarze – Tomasz Frankowski i Ebi Smolarek – wcielili się w rolę kierowców taksówki. Dzięki temu wielu kibiców Jagi mogło porozmawiać ze swoimi idolami, a przy okazji przekonać się, jak sprawdzają się za kierownicą.

„Bądź świadkiem historii!”

Piast Gliwice to aktualny wicemistrz Polski. Drużyna ze Śląska, walcząca do ostatnich kolejek o tytuł z warszawską Legią, szczególnie potrzebowała wsparcia kibiców. Klub korzystał więc m.in. z komunikacji SMS, wysyłając do fanów wiadomości z przypomnieniem terminu meczu, podaniem rywala i prośbą o kibicowskie wsparcie. „Bądź świadkiem historii!” – zachęcał kibiców Piast.

Sam jestem kibicem i bardzo podobają mi się tego typu wiadomości – mówi Andrzej Ogonowski, PR & Marketing Director w SMSAPI.pl. –  To bardzo pozytywne zjawisko, że klub poszukuje nowych kanałów komunikacji z fanami i nie poprzestaje na standardowym wywieszaniu plakatów z informacją o nadchodzącym meczu. Co więcej, SMS otrzymany od klubu jest też dla mnie, jako kibica, pewną wartością dodaną.

Halo, tu bracia Paixao!

Podobna niespodzianka czekała na kibiców Śląska Wrocław, którzy przy rejestracji podczas zakupu karnetu zostawili w systemie numer swojego telefonu. Przed jednym z meczów zadzwonili do nich z zaproszeniem na stadion bracia Flavio i Marco Paixao. Portugalczycy, mówiący po polsku z charakterystycznym akcentem, zostali łatwo rozpoznani przez kibiców.

Z kina na stadion

Mocno zaskoczeni musieli być widzowie przed jednym z seansów w poznańskim Multikinie, kiedy na ekranie, jeszcze przed blokiem reklam i filmem, pojawił się trener Lecha Poznań Jan Urban. „Kownaś, Pawłowski, Linetty? O, jeszcze Trała tam siedzi! Panowie, co wy tutaj robicie? W Multikinie, na relaksie? Jeszcze popcorn? Zostawić to i to już! Za pół godziny was widzę na treningu!”  W tym momencie z foteli podnieśli się skruszeni piłkarze: Dawid Kownacki, Szymon Pawłowski, Karol Linetty i Łukasz Trałka, pokornie kierując się w stronę wyjścia. Tym razem jednak trener był wyrozumiały i ostatecznie pozwolił piłkarzom zostać na miejscach. „No dobra, żartowałem. Dzisiaj już przecież dostaliście wycisk. Macie wolne. Proszę tylko rozdajcie Państwu upominki. Przecież 10 grudnia gramy z FC Basel.” Okazało się, że pod każdym fotelem na sali znajdował się bilet na mecz poznaniaków w Lidze Europy.

Flash mob na Placu Zamkowym

Piłkarze Legii sprawili pewnego sierpniowego popołudnia 2012 roku nie lada niespodziankę mieszkańcom i turystom odwiedzającym Warszawę. Ich flash mob na Placu Zamkowym spotkał się z ogromnym zainteresowaniem. Świadkowie eventu nie dość, że mieli okazję zrobić sobie zdjęcia i porozmawiać z ulubionymi zawodnikami, to jeszcze otrzymali wejściówki na zbliżający się mecz Legii z norweskim Rosenborgiem Trondheim. Warto podkreślić, że w akcji wzięły udział największe ówczesne gwiazdy „Wojskowych”: Danijel Ljuboja, Miroslav Radović czy Dusan Kuciak.

Bilety od piłkarzy

Bilety od swoich piłkarzy otrzymali również mieszkańcy Szczecina. Piłkarze Pogoni w ramach akcji „Wakacje z Portowcami” odwiedzali najpopularniejsze miejsca w mieście i rozdawali wejściówki na mecze. Dodatkowo ówczesny trener Pogoni Czesław Michniewicz odwiedził szachistów grających na Placu Grunwaldzkim.

Poznajmy się na… Tinderze

Ostatni przykład pochodzi co prawda nie z Ekstraklasy, ale jest niezwykle ciekawy i dotyczący zasłużonego klubu. ŁKS Łódź właśnie awansował do III ligi (czwarty poziom rozgrywkowy), a na tegoroczny Dzień Kobiet przygotował niespodziankę dla swoich fanek korzystających z Tindera – znanej aplikacji randkowej. W akcji wzięli udział piłkarze klubu. Kiedy kobieta odwzajemniała zainteresowanie zawodnika, ten zapraszał ją na mecz. Ciekawe, ile prawdziwych kibicowskich miłości do klubu miało w tej sympatycznej akcji swój początek.

Zaskocz kibica!

Kreatywne plakaty zapowiadające mecze, filmiki nagrywane przez klubowe telewizje, spotkania piłkarzy z dziećmi – to wszystko również są bardzo ważne elementy strategii przyciągania kibiców na stadion, trudno jednak nie odnieść wrażenia, że potrzebują oni czegoś „ekstra”. Istotą kibicowania są przecież emocje i zaangażowanie w życie ulubionej drużyny.

Kluby o tym wiedzą, szukają więc nowych kanałów komunikacji, prowadzą profile w social mediach, zaskakują atrakcyjnymi akcjami marketingowymi. Wiedzą również o tym, że ich zadaniem jest, aby wcześniej pozostający z boku kibic, który raz przyjdzie na stadion, chciał tam wrócić, kupił pamiątkę, obejrzał mecz w telewizji. W konsekwencji może zacznie identyfikować się z zespołem?

Przed nami nowy sezon i nowe akcje. Oby było ciekawie: i na boiskach, i wokół klubów.

Na co oszczędzają Polacy? Wyniki najnowszego raportu

Jak wynika z raportu „Finansowe zwyczaje Polaków”[1], mimo dobrych chęci, tylko połowie badanych udaje się zgromadzić oszczędności. Na co najczęściej oszczędzamy? Czy naszym celem jest edukacja dzieci, wakacje, a może niezaplanowane, nagłe wydatki? Postanowiła to sprawdzić firma Lindorff SA.

Pozornie oszczędni Polacy?

Chociaż ankietowani twierdzą, że warto oszczędzać (82%), to jednak z badania zrealizowanego na zlecenie firmy Lindorff SA wynika, że znaczna część Polaków nie posiada żadnych oszczędności – takiej odpowiedzi udzielił aż co 3 ankietowany. Co więcej, 19% z nich odmówiło odpowiedzi na to pytanie lub wskazało odpowiedź „trudno powiedzieć”, co oznacza, że „nieoszczędzanie” może w rzeczywistości dotyczyć większej liczby osób. Niepokoi również fakt, że aż połowa badanych wydaje cały dochód na bieżąco, twierdząc, że nie stać ich na oszczędzanie, a  57% w planowaniu wydatków nie wybiega poza horyzont miesiąca.

Takie wyniki nie muszą być jednak związane tylko z brakiem umiejętności zarządzania budżetem domowym, ale także z brakiem wiedzy nt. możliwych sposobów oszczędzania, większość respondentów bowiem nie wie, jak dobrze zainwestować swoje oszczędności – blisko 70% deklaruje, że robiłoby to częściej, gdyby znało na to sposób.

Chociaż odpowiedzi ankietowanych nie napawają optymizmem, to jednak blisko połowie badanych udaje się zaoszczędzić pieniądze (49%). Na co zatem je odkładają?

Na co oszczędzamy?

oszczędności Polaków
Jak pokazują wyniki badania „Finansowe zwyczaje Polaków”, Polacy najczęściej oszczędzają „na czarną godzinę” – aż 46% ankietowanych wskazało właśnie tę odpowiedź. Za oszczędzone pieniądze badani finansują także wakacje (26%) oraz remont mieszkania czy domu (23%). Co dziesiąty ankietowany procent swoich dochodów przeznacza na edukację dzieci – częściej robią to kobiety. Niemal tyle samo osób oszczędza na samochód (11%) i na sprzęt elektroniczny (10%), natomiast na emeryturę odkłada tylko 7% badanych.

Czy sytuacja zmienia się wraz z wiekiem?

Oszczędzanie „na czarną godzinę” to numer jeden dla wszystkich grup wiekowych, biorących udział w badaniu. Odkładanie pieniędzy na wakacje (31%) oraz remont mieszkania (30%) to domena w szczególności osób w wieku 41-50 lat, a edukacja dzieci – respondentów z grupy 33-40 lat. Dla najmłodszej grupy wiekowej (25-32 lata) istotny jest zakup własnego lokum, więc 15% z nich oszczędza właśnie na ten cel. Co ciekawe, osoby z tej grupy częściej myślą perspektywicznie – 9% przeznacza procent dochodu na emeryturę.

Osoby ze starszej grupy wiekowej, mające ustabilizowaną sytuację materialną, posiadające stałą pracę, własny dom/mieszkanie i samochód, częściej niż osoby z młodszych grup wiekowych odkładają na przyjemności (takie jak wakacje) oraz na poprawę komfortu życia (np. remont lokum) Ankietowani z młodszych grup wiekowych są bardziej aktywni w kategorii „zakup /budowa domu/mieszkania” (15%).

Czy oszczędzania można się nauczyć?

Specjaliści twierdzą, że tylko część osób deklarujących „nie stać mnie na oszczędzanie” rzeczywiście nie ma z czego odkładać. Reszta po prostu nigdy nie wypracowała w sobie nawyku systematycznego odkładania kilku procent dochodów. Aby to osiągnąć nie musimy diametralnie zmieniać  stylu życia – wystarczy, że wprowadzimy kilka nowych zasad lub zmienimy nieco przyzwyczajenia.

Oszczędzanie warto zacząć od regularnego odkładania mniejszych kwot. Jak ustalić ich wysokość? Warto przyjrzeć się dokładnie budżetowi domowemu. Może okazać się, że dzięki rezygnacji z jakiejś przyjemności, na którą co miesiąc wydajemy określoną sumę pieniędzy, będziemy w stanie systematycznie odkładać pieniądze na wymarzone wakacje. Co kilka miesięcy należy sprawdzać, czy zaoszczędzona kwota odpowiada już wartości założonego celu lub ile jeszcze brakuje do pełnego sukcesu. Motywacja zapewne będzie większa, kiedy uświadomimy sobie, że mamy już zebraną połowę założonej kwoty. Jeśli za odłożone pieniądze uda nam się np. sfinansować wakacje marzeń – uświadomimy sobie, że było warto i będziemy mogli wyznaczyć kolejny cel.

Jeśli do „samodzielnego” oszczędzania brakuje nam motywacji, można wybrać nieco łatwiejszy sposób. Możemy w banku zgłosić zlecenie comiesięcznego przelewu. Po wpływie wynagrodzenia, bank będzie automatycznie przekazywał ustaloną kwotę na konto oszczędnościowe. Innym ciekawym rozwiązaniem oferowanym przez banki jest usługa tzw. automatycznego oszczędzania. Za każdym razem, gdy wydajemy pieniądze, płacąc kartą czy wykonując przelew, bank automatycznie pobiera określony procent wydanej kwoty (który wcześniej sami ustaliliśmy – np. 10% od każdej transakcji), następnie przekazuje ją na konto czy rachunek oszczędnościowy.

Pamiętajmy, że nawet niewielkie sumy odkładane miesięcznie już po kilku latach mogą utworzyć na naszym koncie znaczny kapitał.

[1] Raport „Finansowe zwyczaje Polaków”, zrealizowany na zlecenie firmy Lindorff SA, kwiecień 2016 r. Ogólnopolskie badanie ilościowe realizowane techniką CAWI – przeprowadzone wśród  członków społeczności badawczej Zymetrii, N=458, osoby w wieku 25-50 lat.

Połowa firm nie odzyskuje wszystkich długów

Samodzielne odzyskiwanie długów kończy się sukcesem tylko w co drugiej firmie z sektora MSP. 44 proc. przedsiębiorstw w ciągu miesiąca udaje się na własną rękę zwindykować zaległe pieniądze. Ale co czwarta mikro, mała i średnia firma na efekty musi czekać znacznie dłużej. Czasami mija nawet rok, zanim samodzielnie odzyskają swoje należności – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Kaczmarski Inkasso.

Aż 71 proc. firm na co dzień nie otrzymuje zapłaty w terminie. Te mało optymistyczne wnioski płyną z badania przeprowadzonego na zlecenie Rzetelnej Firmy przez Keralla Research. Co ciekawe, w dwóch z trzech przedsiębiorstw z płatnościami spóźniają się zarówno nowi, jak i stali klienci.

Zatory płatnicze powodują spore utrudnienia w prowadzeniu biznesu. Większość przedsiębiorców rezygnuje z inwestycji, część musi ograniczyć zatrudnienie. Kiedy w firmie pojawiają się opóźnienia w płatnościach, przedsiębiorcy stają przed trudną decyzją. Nie chcąc popsuć dobrych relacji z partnerami biznesowymi, często rezygnują z odzyskiwania należności. Takie podejście z pewnością nie rozwiąże problemu. Nie można załamywać rąk i biernie czekać, aż kontrahent sam przypomni sobie o uregulowaniu długu – radzi Mirosław Sędłak, prezes Rzetelnej Firmy, która skupia przedsiębiorstwa z sektora MSP.

Spośród firm, które na własną rękę domagają się spłaty długu, najwięcej – bo 44 proc. – deklaruje, że pieniądze z nieopłaconych faktur trafiają do nich w ciągu miesiąca od rozpoczęcia samodzielnej windykacji. Znacznie gorzej jest w 18 proc. przedsiębiorstw – tam spóźnione należności zaczynają spływać do firmowej kiesy dopiero po 2-3 miesiącach. Zdarzają się firmy, gdzie wystarczy tylko tydzień, by samodzielnie zwindykować zaległe opłaty – ale udaje się to tylko 14 proc. przedsiębiorstw. Z kolei co dwunasta firma musi sporo natrudzić się, by zmotywować opornego płatnika do uregulowania przeterminowanych faktur. Zanim otrzymają oni należności, mija co najmniej pół roku, a w niektórych przypadkach nawet ponad rok.

Jeśli w firmie pojawi się problem z odzyskaniem długów, należy niezwłocznie upominać się o swoje pieniądze. Im szybciej przedsiębiorcy zaczną działać, tym lepiej. Największe szanse na sukces są wtedy, kiedy od upływu terminu płatności nie minęło więcej niż 3 miesiące. Wtedy spłacalność takich zobowiązań sięga 72 proc. Z kolei spłacalność długów z ponad 12-miesięcznym okresem przeterminowania wynosi zaledwie 26 proc. Wierzyciel, który upomina się o swoje płatności, daje wyraźny sygnał, że swoje finanse ma pod kontrolą. Zdarza się również, że raz windykowany kontrahent, następnym razem nie doprowadza już do opóźnienia – zauważa Radosław Koński, dyrektor Departamentu Windykacji w Kaczmarski Inkasso.

Co druga firma nie odzyskuje swoich należności

W przypadku przedsiębiorstw, w których zdecydowano się na samodzielne odzyskanie należności, 51 proc. firm udało się zwindykować całość długów z minionego roku. Otrzymania wszystkich pieniędzy nie doczekało się natomiast 49 proc. przedsiębiorców, mimo iż postanowili oni na własną rękę zmotywować klientów do uregulowania zobowiązań.

Wiele firm samodzielnie stara się odzyskać przeterminowane płatności. Blisko połowa przedsiębiorców, którzy windykują na własną rękę, nie otrzymuje wszystkich pieniędzy. Gdyby zlecili to profesjonalistom, udałoby się odzyskać większą część długów. To właśnie windykatorzy mają odpowiednią wiedzę, jak zmotywować niezdyscyplinowanych kontrahentów do spłaty należności. Zlecenie windykacji na zewnątrz ma tym większy sens, że nic nie kosztuje. Profesjonalne firmy windykacyjne pobierają prowizję dopiero wtedy, gdy odzyskują pieniądze. Te koszty można też przerzucić na dłużnika­­. Poza tym przedsiębiorcy oszczędzają swój czas i nie muszą angażować pracowników do samodzielnej windykacji – radzi Koński.

Za koszty windykacji zapłaci dłużnik

Co prawda, prawie połowa przedsiębiorców nie ponosi żadnych kosztów z tytułu domagania się spłaty długów na własną rękę. Jednak za monitoring i ściąganie należności przyszło zapłacić co trzeciej firmie, która wpisuje działania windykacyjne w stałe wydatki. 20 proc. podaje, że czasami taki koszt rzeczywiście musi ponieść. Wciąż zbyt mało firm jest świadomych, że koszty odzyskiwania należności można przenieść na dłużnika. Pozwalają na to zapisy Ustawy o terminach zapłaty w transakcjach handlowych.

Jednak nie korzysta z nich aż 76 proc. firm. Wśród głównych powodów, dla których przedsiębiorcy rezygnują z przerzucenia kosztów na dłużnika są obawy o popsucie relacji biznesowych lub utratę kontrahenta. Zupełnie niesłusznie, bowiem w ten sposób wierzyciel pokazuje, że jest przygotowany na wypadek braku płatności, a w odzyskaniu pieniędzy pomogą mu odpowiedni eksperci. Poza tym wydzwanianie i ponaglanie swojego klienta jest gorzej odbierane niż spokojna rozmowa z negocjatorem, który poszuka odpowiedniego rozwiązania, korzystnego dla obu stron – dodaje Radosław Koński.

Nowe przepisy ograniczą stosowanie pracy tymczasowej

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przedstawiło projekt ustawy dotyczący zmian w ustawie o zatrudnieniu pracowników tymczasowych i niektórych innych ustaw. W ocenie Konfederacji Lewiatan i Polskiego Forum HR proponowane zmiany doprowadzą do znacznego ograniczenia w korzystaniu z tej formy zatrudnienia, ze szkodą dla samych pracowników, jak i pracodawców.

1. Prowadzone od dłuższego czasu dyskusje, również z inicjatywy Konfederacji Lewiatan i Polskiego Forum HR, wskazywały, iż podstawowym problemem w funkcjonowaniu pracy tymczasowej w Polsce jest brak wystarczających gwarancji towarzyszących tworzeniu i działalności agencji pracy tymczasowej.

Pracodawcy z zadowoleniem przyjęli uwzględnienie przez rząd postulatu strony społecznej w zakresie zmian w ustawie o promocji zatrudnienia (..) polegających na wprowadzeniu wymogu posiadania zabezpieczenia finansowego oraz kontroli przez marszałka województwa zaległości w odprowadzaniu przez agencję zatrudnienia składek na ubezpieczenia społeczne.

Towarzyszące takim gwarancjom pewne zmiany w ustawie o zatrudnieniu pracowników tymczasowych, takie jak: obowiązek wprowadzenia do umowy o pracę informacji umożliwiających pracownikowi tymczasowemu bezpośredni kontakt z agencją, zapewnienie agencji pracy tymczasowej możliwości wglądu do treści przepisów o wynagrodzeniu obowiązujących u pracodawcy użytkownika czy wzmocnienie przepisów umożliwiających korzystanie pracownikom tymczasowym z urlopu wypoczynkowego, będą skutkować uporządkowaniem rynku pracy tymczasowej i zabezpieczeniem interesów pracowników tymczasowych.

2. Niestety projektodawca zdecydował się na wprowadzenie wielu innych zmian w ustawie, które negatywnie wpłyną na funkcjonowanie branży pracy tymczasowej. Chodzi o:
–  określenie maksymalnego okresu wykonywania pracy tymczasowej przez pracownika na rzecz danego pracodawcy użytkownika niezależnie od tego czy jest on kierowany do pracy przez jedną czy kilka agencji;
–  zastosowanie do pracy tymczasowej instytucji przedłużania do dnia porodu umowy na czas określony, która uległaby rozwiązaniu po upływie trzeciego miesiąca ciąży;
–  wprowadzenie nowego katalogu sankcji (kara grzywny od 1 000 do 30 000 złotych) za nieprzestrzeganie określonych przepisów ustawy przez agencję pracy tymczasowej albo pracodawcę użytkownika (np. naruszenie limitów czasowych pracy tymczasowej);
–  rozszerzenia zakresu stosowania przepisów ustawy w stosunku do umów prawa cywilnego (m.in. definicji pracy tymczasowej, ograniczeń w zakresie prac, które mogą być powierzone pracownikowi tymczasowemu, ograniczeń długości zatrudnienia pracownika tymczasowego);
Jednocześnie odrzucono wniosek pracodawców o wydłużenie maksymalnego okresu skierowania pracownika tymczasowego z 18 do 24 miesięcy.

Proponowane zmiany w ustawie o zatrudnieniu pracowników tymczasowych nie posłużą realizacji stawianych w nowelizacji celów, a wręcz doprowadzą do odwrotnych efektów.

– Nowe, znacznie bardziej złożone regulacje ustawy będą budziły w praktyce wiele wątpliwości, a niejasny podział odpowiedzialności między agencje pracy tymczasowej a pracodawców użytkowników z pewnością zniechęci przedsiębiorców do korzystania z tej legalnej formy zatrudnienia, która gwarantuje pracownikom tymczasowym równe traktowanie w zakresie warunków zatrudnienia – mówi Anna Wicha, prezes Polskiego Forum HR.

Przykładowo wątpliwości będzie budziła kwestia ustalania wcześniejszych okresów zatrudnienia danej osoby u pracodawcy użytkownika, bez względu na podstawę jego zatrudnienia. Odnosząc się do sytuacji kobiet w ciąży to zagadnienie było przedmiotem dyskusji na wcześniejszych etapach rozmów. Rozumiejąc szczególną sytuację kobiet w ciąży a jednocześnie mając na uwadze specyfikę pracy tymczasowej (trzy podmioty, dwie umowy – o pracę i kontrakt handlowy) zaproponowano przyjęcie systemowych rozwiązań w ramach systemu zabezpieczenia społecznego. Rząd korzystał z najłatwiejszego rozwiązania, to jest przerzucenia kosztów na przedsiębiorców, nie uwzględniając szeregu komplikacji jakie takie rozwiązanie w praktyce wywoła w przypadku pracy tymczasowej.

3. Nowa ustawa będzie naruszała równowagę pomiędzy skuteczną ochroną pracowników a celami stawianymi w prawie unijnym pracy tymczasowej w postaci skutecznego przyczyniania się do tworzenia miejsc pracy i rozwoju elastycznych form zatrudnienia. Nie bez przyczyny na poziomie unijnym uznano, iż zwiększaniu minimalnej ochrony pracowników tymczasowych powinna towarzyszyć weryfikacja ograniczeń i zakazów, które mogły zostać nałożone na pracę tymczasową.

Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan
Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan

– W tym kontekście, Konfederacja Lewiatan i Polskie Forum HR żałują, iż w projekcie nie skorzystano z możliwości promowania zatrudnienia na podstawie umów o pracę, o co zabiegała strona pracodawców. Organizacje pracodawców postulowały bowiem o wydłużenie okresu wykonywania pracy tymczasowej na rzecz pracodawcy użytkownika do 24 miesięcy w okresie obejmującym 36 miesięcy, o ile praca tymczasowa byłaby wykonywana w ramach umowy o pracę – mówi Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Prezentacja dotycząca zmiany przepisów

Konfederacja Lewiatan

Rusza konkurs dot. przyszłości pracy organizowany przez EFNI

Kaski odczytujące nasze myśli, interaktywne tafle szkła zamiast biurek i sprzętu IT,  wszechobecna tekstronika użytkowa i drony wielkości ćmy poruszające się bezgłośnie po biurach – tak może wyglądać miejsce pracy z przyszłości. Właśnie ruszył konkurs dla pisarzy-amatorów pod hasłem „Przyszłość pracy”. Na teksty o charakterze literackim opisujące wizję pracy w przyszłości organizatorzy czekają do 31 lipca br. Autorzy najciekawszych z nich otrzymają m.in. zaproszenie na Europejskie Forum Nowych Idei, które odbędzie się pod koniec września w Sopocie.

Europejskie Forum Nowych Idei odbędzie się w tym roku pod hasłem „Przyszłość pracy. Realia, marzenia i mrzonki”. Pod koniec września do Sopotu przyjadą liderzy świata polityki, biznesu i nauki, którzy będą dyskutować o przyszłości pracy w kontekście robotyzacji, ale także nierówności społecznych, imigracji, bezpieczeństwa i elastyczności zatrudnienia. W związku z interdyscyplinarnym charakterem kongresu, organizatorzy EFNI zaprosili w tym roku do współpracy również reprezentantów polskiej sceny literackiej, m.in. Sylwię Chutnik i Łukasza Orbitowskiego, a także pisarzy-amatorów. Z myślą o nich stworzono konkurs pod hasłem „Przyszłość pracy”. Na zgłoszenia prac (limit wynosi 5000 znaków) organizatorzy czekają do 31 lipca. Jury konkursu wyłoni trzy najciekawsze eseje, a ich autorzy otrzymają zaproszenie do udziału w Europejskim Forum Nowych Idei, które odbędzie się w dniach 28-30 września w Sopocie. Zwycięskie prace zostaną opublikowane także na łamach serwisu Gazety Wyborczej, w jednym z wydań Magazynu Świątecznego oraz na stronie Europejskiego Forum Nowych Idei. Zgłoszenia wraz z adnotacją o akceptacji regulaminu konkursu należy przesyłać na adres [email protected] (regulamin konkursu dostępny jest na stronie: http://goo.gl/g1v9EE).

Postęp technologiczny a rynek pracy

Tematyka tegorocznej edycji Europejskiego Forum Nowych Idei podejmuje najbardziej aktualne wyzwania dotyczące rynku pracy, przed którymi stoją państwa członkowskie Unii Europejskiej, ale i cała światowa gospodarka. Goście konferencji zastanowią się nad korzyściami i zagrożeniami wynikającymi z postępu technologicznego. To problem szeroko dyskutowany również na innych kontynentach. Jak wynika z prognoz przeprowadzonych przez European Economic Research, co najmniej 9% ogólnej sumy wszystkich zawodów zniknie z rynku pracy na skutek automatyzacji. Zdaniem ekspertów, proces ten z pewnością dotknie najbiedniejszą i co za tym idzie, najsłabiej wyedukowaną część populacji (aż 26%), która już obecnie wykonuje prosty, wręcz automatyczny rodzaj zadań, i dlatego z łatwością może zostać zastąpiona przez maszyny.

Cztery sposoby na to, aby praca sama do ciebie przyszła

To nieprawda, że aby znaleźć pracę musisz całymi dniami wysyłać CV, chodzić po siedzibach firm czy nieustannie przeglądać ogłoszenia. Jeśli poszukujesz właśnie nowego etatu, ale nie masz czasu, aby poświęcić się temu w 100 procentach, zaplanuj swoje działania tak, aby to pracodawcy pukali do twoich drzwi, a nie odwrotnie. Jak to zrobić?

Po pierwsze – zaistniej w sieci

Internet to największy sprzymierzeniec, ale też i wróg każdej osoby poszukującej zatrudnienia. Pamiętaj, że zarówno dla ciebie, jak i dla rekrutera sieć stanowi bardzo ważne źródło wszelkich informacji – w jego przypadku na twój temat. Zanim więc zaczniesz wysyłać CV zastanów się, co przyszły pracodawca może znaleźć wpisując twoje nazwisko do wyszukiwarki. – Jeszcze kilka lat temu panowało przeświadczenie, że aby zadbać o swój wizerunek w sieci, wystarczy uporządkować treści na swój temat, pozbyć się prywatnych kompromitujących zdjęć czy zablokować profile w mediach społecznościowych tak, aby posty były widoczne tylko dla znajomych. Dziś jednak jeśli chcemy, aby to rekruter nas zauważył, powinniśmy zamiast zupełnie wyciszyć komunikację, postawić na zaprezentowanie się z jak najlepszej strony i budować w ten sposób pozycję eksperta w danej branży. Systematycznie aktualizowane i uzupełniane konto na LinkedIn czy otwarty profil na Facebooku, który traktujemy nie jako prywatny kanał, ale zawodową wizytówkę to świadomie zabiegi coraz częściej podejmowane przez kandydatów – mówi Agnieszka Szczypińska z Agencji Pracy GP People.– Niektórzy z nich idą jeszcze o krok dalej i zakładają dodatkowo autorskie blogi, grupy dyskusyjne czy fora, na których dzielą się swoją wiedzą i tym samym pokazują, jak dobrze znają się na danym temacie. Takie działania to doskonałe posunięcie – dodaje.

Po drugie – bądź gotowy tu i teraz

Z jednej strony jesteś już zatrudniony w jakiejś firmie, ale z drugiej zdajesz sobie sprawę z tego, że „tuż za rogiem” może czekać na ciebie lepsze stanowisko, nowe wyzwania i wyższa pensja. Przeglądasz więc czasem ogłoszenia, widzisz, jak zmienia się branża, ale ostatecznie nawet jeśli napotykasz ciekawą ofertę, rezygnujesz z wysłania aplikacji, bo twoje CV jest nieaktualne, a ty nie masz akurat czasu, aby się tym zająć. A przecież wystarczy raz poświęcić kilkadziesiąt minut, by przygotować jego zupełnie nową wersję. Od czego zacząć? W internecie można znaleźć szereg bezpłatnych narzędzi podpowiadających nie tylko, jak stworzyć taki dokument, ale także pomocnych w jego korekcie czy oprawie graficznej. Mając tak przygotowany „pakiet aplikanta”, będziesz mógł praktycznie z automatu i bez wysiłku odpowiadać na wszystkie ogłoszenia, które wpadną ci w oko. Pomyśl, ile takich okazji przeszło ci już koło nosa, ponieważ nie miałeś aktualnych dokumentów pod ręką i działaj!

Po trzecie – niech inni szukają za ciebie

Jeśli odświeżyłeś już swoje CV, ale nie masz czasu, aby samodzielnie szukać ogłoszeń, może cię w tym wyręczyć agencja pracy – wyszukiwanie przez nią ciekawych ofert to dla kandydatów usługa zupełnie bezpłatna. Dodatkowo zwrócenie się do takiego pośrednika to też szybki i prosty sposób na to, by skonsultować swoją ścieżkę kariery ze specjalistą. – Korzystanie z usług headhuntera w wielu krajach jest standardem – to właśnie do profesjonalnych rekruterów osoby poszukujące nowej posady kierują swoje pierwsze kroki. Tego rodzaju usługi znacznie ułatwiają cały proces rekrutacji nie tylko pracodawcy, ale też pracownikowi, nie obawiajmy się więc z nich korzystać – mówi przyznaje Agnieszka Szczypińska z Agencji Pracy GP People. – Warto mieć świadomość, że HR-owe firmy doradcze posiadają znacznie szerszy wachlarz unikatowych ofert. W dodatku w przeciwieństwie do dedykowanych tylko jednaj firmie wewnętrznych działów HR mogą zaproponować danemu kandydatowi w jednym momencie nawet kilka rozwiązań czy stanowisk do wyboru – daje.

Po czwarte – idź na imprezę

Branżowe sympozja, szkolenia czy meetingi to wydarzenia, podczas których nie tylko możesz zdobyć dodatkową wiedzę, ale też nawiązać cenne kontakty. To, jak zaprezentujesz się na takim spotkaniu (nie tylko w trakcie oficjalnych wystąpień, ale także kuluarowych rozmów), może mocno zaprocentować w przyszłości. Przejrzy więc listę takich eventów organizowanych w twojej okolicy na przestrzeni najbliższych kilku miesięcy i od razu wpisz je sobie do kalendarza. Bądź aktywnym uczestnikiem, zabieraj głos, zadawaj pytania, nie bój się porozmawiać z przedstawicielami innych firm czy zaproszonymi prelegentami. Rozdawaj wizytówki, opowiadaj, czym się zajmujesz, staraj się podkreślić tematy, w których jesteś ekspertem. Pamiętaj jednak, aby zachować umiar i nie traktować każdej z dyskusji jak rozmowy rekrutacyjnej. Postaraj się po prostu zainteresować swoją osobą, a jeśli ci się to uda, na pewno zostaniesz zapamiętany.

Najbogatsze kobiety w 2016 roku

Jak pokazują dane, kobiety nie stanowią licznej grupy wśród najbogatszych ludzi świata. Mimo to płeć piękna jest zróżnicowaną grupą miliarderek. Często okazuje się, że ich majątek został odziedziczony. Istnieją jednak wyjątki bogatych pań, które swoje majątki zbudowały od podstaw. Również pod względem wieku zauważyć można bardzo duże różnice. Najstarsza z pań ma ponad 90 lat. Z drugiej strony znane są przypadki milionerek-nastolatek. Ze względu na dużą różnorodność warto bliżej przyjrzeć się tej grupie.

Podstawowym źródłem informacji o najbogatszych ludziach świata jest magazyn Forbes. Czasopismo to regularnie publikuje rankingi osób, których majątki przekroczyły barierę miliarda dolarów. Najnowszy ranking ukazał się w marcu 2016 roku. W zestawieniu tym znalazło się 190 kobiet. Ich liczba spadła o 7 w porównaniu do zestawienia z 2015 roku. Ogółem w rankingu znalazło się 1 810 osób, dlatego też udział pań stanowi niewiele ponad 10%. Porównując bieżące dane do tych z roku poprzedniego okazuje się, że majątek 31 kobiet spadł poniżej granicy miliarda dolarów, a 6 odeszło z tego świata. Swój debiut w rankingu zaliczyło 27 świeżo upieczonych miliarderek a 3 powróciły do zestawienia po nieobecności w latach poprzednich.

Pierwsze dziesięć miejsc w rankingu zajmują mężczyźni. Listę najbogatszych kobiet otwiera Liliane Bettencourt. Francuzka, która w październiku skończy 94 lata, jest głównym udziałowcem potentata kosmetycznego L’Oreal. Liliane zajmuje 11. miejsce na świecie i pierwsze we Francji. Jej majątek wyceniony został na 36,1 mld USD. W porównaniu do zeszłego roku skurczył się on o 4 mld USD. Główny wpływ na to miał spadek cen akcji L’Oreal, ale nie tylko. W 2015 roku 8 osób z jej najbliższego otoczenia oskarżonych zostało o wyłudzenia od Francuzki miliardów dolarów. Istotny w całej sprawie jest również fakt, że miliarderka z powodu postępującej demencji została ubezwłasnowolniona. Kuratelę nad nią sprawuje rodzina.

Drugą w kolejności najbogatszą kobietą świata jest amerykanka Alice Walton. Swój majątek odziedziczyła po ojcu Samie Waltonie, który w 1962 roku założył późniejszego giganta handlowego – firmę Wal-Mart. Razem z braćmi stoi na czele rodzinnej firmy jednak sama nie jest zaangażowana w prowadzenie rodzinnego biznesu. Jej majątek warty jest 32,3 mld USD i w ciągu 12 miesięcy jego wartość spadła o 7,1 mld. Związane to jest przede wszystkim ze spadkiem wartości akcji firmy Wal-Mart.

Najniższe miejsce na podium najbogatszych kobiet świata zajęła Jacqueline Mars. Amerykanka, wraz ze swoim rodzeństwem jest dziedziczką majątku po swoim ojcu, który zmarł w 1999 roku. Koncern Mars, którego stała się współwłaścicielką, zajmuje się głównie produkcją słodyczy. Forbes oszacował jej majątek na 23,4 mld USD i w porównaniu do roku poprzedniego, zmalał on o 3,2 mld USD.

Ogółem w pierwszej dziesiątce najbogatszych kobiet znalazły się cztery obywatelki Stanów Zjednoczonych i dwie obywatelki Włoch. Stawkę uzupełniają przedstawicielki Francji, Niemiec, Holandii oraz Chile.

Najbogatsze kobiety w 2016 roku

imię i nazwisko wartość

majątku

(mld USD)

miejsce w rankingu światowym  

kraj

branża
Liliane Bettencourt 36,1 11 Francja kosmetologia
Alice Walton 32,3 16 USA handel
Jacqueline Mars 23,4 27 USA spożywcza
Maria

Franca Fissolo

22,1 30 Włochy spożywcza
Susanne Klatten 18,5 38 Niemcy motoryzacja
Laurene Powell

Jobs

16,7 44 USA informatyka, rozrywka
Abigail Johnson 13,1 65 USA zarządzanie finansami
Charlene de

Carvahlo-Heineken

12,3 76 Holandia piwowarstwo
Iris Fontbona 10,1 101 Chile górnictwo
Massimiliana

Landini Aleotti

10,1 101 Włochy farmacja

 

Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie forbes.com

Poza pierwszą dziesiątkę wypadła najbogatsza kobieta z 2015 roku – Christy Walton. Majątek synowej Sama Waltona, o którym była już w tym artykule mowa uległ znacznemu zmniejszeniu z 41,7 do 5,2 mld USD. Wszystko za sprawą ujawnienia szczegółów testamentu jej męża, wedle których prawa do ich rodzinnej posiadłości zostały podzielone pomiędzy Christy i ich syna Lukasa.

Miliarderki w różnym wieku

Najmłodszą miliarderką sklasyfikowaną w rankingu jest dziewiętnastoletnia Alexandra Andersen z Norwegii. Jej majątek wyceniony został na 1,2 mld USD, co pozwoliło jej zająć 1 476. miejsce. Swoje bogactwo zawdzięcza ojcu, który będąc właścicielem firmy inwestycyjnej Ferd, przeniósł na nią i na jej siostrę udziały w ich rodzinnym biznesie. Najstarszą miliarderką na świecie jest z kolei 98-letnia Maria Franca Fissolo. Wdowa po Michele Ferrero jest właścicielką giganta branży cukierniczej Ferrero Group. Do jej najbardziej znanych marek należą: Ferrero Rocher, Raffaello, Nutella czy Tic-Tac. Majątek Fissolo wyceniony jest na 22,1 mld USD, co daje jej 30. miejsce na świecie i 4. wśród kobiet. Dzierży ona również tytuł najbogatszego człowieka we Włoszech. Rozrzut wiekowy kobiet-miliarderek jest, zatem duży.

Miliarderki w Polsce

Podobnie jak na świecie, również i w Polsce kobiety nie dominują w rankingu najbogatszych ludzi. Przeważnie ich majątki to firmy rodzinne, których są członkami Najbogatszym człowiekiem w Polsce jest jednak kobieta. Dominika Kulczyk razem z bratem Sebastianem stała się w zeszłym roku spadkobiercą rodzinnego majątku Kulczyków. Po śmierci ojca, Jana, w 2015 roku rodzeństwo przejęło kontrolę nad Kulczyk Investments (KI) stając się tym samym najbogatszymi ludźmi w kraju. Ich majątek wyceniany jest łącznie na 15,9 mld PLN. Dominika Kulczyk, jako jedyna Polska sklasyfikowana została również na światowej liście Forbes’a, gdzie razem z bratem zajęła 435. miejsce.

Rodzeństwo to nie jest jedynym przedstawicielem klanu Kulczyków w rankingu. Na 5. miejscu wśród najbogatszych Polek i jednocześnie na 14. miejscu wśród najbogatszych ludzi w kraju znajduje się była żona Jana Kulczyka – Grażyna. Majątek miłośniczki sztuki i współtwórczyni Starego Browaru wyceniony został na 1,2 mld PLN.

Wśród najbogatszych Polek, drugie miejsce zajęła Anna Woźniak-Starak, która razem z mężem kontroluje firmę farmaceutyczną Polpharma, do której należą takie marki jak m.in. Polopiryna i Etopiryna. Ich majątek wyceniany jest na 2,9 mld PLN, co daje im 5. miejsce w Polsce. Istotny jest jednak fakt, że ich majątek w odniesieniu do ubiegłorocznego zestawienia zmniejszył się o ponad 12%.

Na najniższym stopniu podium uplasowała się Solange Olszewska, która razem z mężem od wielu lat działa w branży motoryzacyjnej. Firma Solaris, której są założycielami, jest liczącym się europejskim producentem autobusów i tramwajów. Małżeństwo to w minionym roku osiągnęło ogromny sukces rynkowy. Ich majątek zwiększył się w tym czasie aż o 39%. Forbes wycenił go na 1,4 mld PLN, co pozwoliło zająć małżeństwu Olszewskich 10. miejsce wśród najbogatszych ludzi w Polsce.

 

Najbogatsze Polki w 2016 roku

imię i nazwisko wartość majątku

(mld PLN)

miejsce wśród najbogatszych Polaków  

branża

Dominika Kulczyk

(razem z bratem)

15,9 1 infrastruktura, przemysł
Anna Woźniak-Starak

(razem z mężem)

2,9 5  farmacja
Solange Olszewska

(razem z mężem)

1,4 10 motoryzacja
Małgorzata Adamkiewicz

(razem z mężem)

1,2 13 farmacja
Grażyna Kulczyk 1,2 14 nieruchomości, inwestycje, sztuka
Elżbieta Kaczmarek

(razem z mężem)

0,9 28 meblarstwo
Teresa Mokrysz

(razem z mężem)

0,9 31 spożywcza
Aldona Wejchert 0,8 39 media
Teresa Grzebita

(razem z dziećmi)

0,6 43 handel
Zyta Olszewska

(razem z mężem)

0,6 44 farmacja

 

Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie forbes.com

Umowa deweloperska – jakie zapisy są niedozwolone?

Można by sądzić, że umowa zawarta pomiędzy klientem a sprzedawcą jest wyłączną sprawą tych dwóch stron. Jeśli jednak klientem jest konsument, a sprzedawcą firmą, pojawia się ryzyko, że przedsiębiorca będzie chciał narzucić korzystne dla siebie warunki umowy. Rejestr Klauzul Niedozwolonych oraz baza decyzji Prezesa UOKiK mają zapobiegać takim sytuacjom.

Choć teoretycznie wszystkie strony umowy są sobie równe, w praktyce pozycja konsumentów może okazać się słabsza niż pozycja przedsiębiorstw. Szczególną sytuacją jest zawieranie umowy z deweloperem. Potencjalny klient otrzymuje wówczas do podpisania projekt umowy, zazwyczaj taki sam, jak inni klienci, a zawarte w nim postanowienia bywają przedstawiane w taki sposób, jakby nie podlegały negocjacjom.

Konsumenci pod ochroną

W sytuacji, gdy kupujący nie zgadza się z niektórymi zapisami, może oczywiście zgłosić swoje uwagi, ale jeśli deweloper nie zechce ich uwzględnić, konsumentowi pozostaje pogodzić się ze stanowiskiem przedsiębiorcy lub… zrezygnować z wymarzonego mieszkania. Deweloperzy doskonale wiedzą, jak silne emocje wzbudza u klientów wybór lokum – dla wielu osób to jeden z najważniejszych zakupów w życiu. A skoro tak, to kupujący często gotów jest pójść na wiele ustępstw, byle tylko nabyć swoje wymarzone „m”. Tak jednak być nie musi.

Właśnie po to, by pomóc kupującym, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów prowadzi Rejestr Klauzul Niedozwolonych oraz bazę decyzji Prezesa UOKiK, a więc takich zapisów, których nie wolno stosować w umowach z konsumentami. Jeśli takie warunki znajdą się w umowie, będziemy mieli do czynienia z naruszeniem zarówno Kodeksu cywilnego, jak i Ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów.

– Duża część wpisów w rejestrze dotyczy branży nieruchomości. Oznacza to, że wiele firm budowlanych i deweloperów umieszcza w swoich umowach zapisy niedozwolone – mówi adwokat Marta Kawecka z portalu LegalnaBudowa.pl. – Naraża to firmy na ryzyko uznania umowy w części za nieważną, a ponadto na ryzyko dotkliwej odpowiedzialności finansowej przed UOKiK, nawet do wysokości 10% ubiegłorocznych przychodów – podkreśla.

Aby przedsiębiorcy mogli uniknąć kar, a konsumenci zawczasu zareagować na niekorzystne dla nich zapisy, obydwie strony powinny mieć świadomość, jakie klauzule nie powinny znaleźć się w umowie deweloperskiej. Choć klauzul niedozwolonych związanych z branżą nieruchomości jest w rejestrze ponad 500, większość nich dotyczy jednego z wymienionych niżej zagadnień.

Klauzule niedozwolone w umowach deweloperskich

Cena sprzedaży. Cena w umowie musi zostać określona w sposób jednoznaczny, z uwzględnieniem podatków oraz innych kosztów. Nie można np. podać ceny netto. Poza tym cena nie może być uzależniona od okoliczności (np. od pomiaru mieszkania).

Prawo do rezygnacji. Konsument ma prawo odstąpić od umowy, np. gdy w skutek zmiany podatku VAT cena lokalu ulegnie zmianie lub gdy użyte zostaną inne materiały budowlane, niż te określone w umowie. W przypadku rezygnacji klienta, deweloper nie powinien narzucać wygórowanych kar umownych.

Zwrot ceny. Deweloper nie może utrudniać klientowi zwrotu wpłaconych środków w przypadku odstąpienia od umowy. Niedozwolone jest, aby uzależniać datę wypłaty od terminu pozyskania nowego nabywcy lub aby klient musiał czekać na środki kilka miesięcy.

Spóźniona płatność. Umowa nie może pozwalać firmie na natychmiastowe odstąpienie od umowy w przypadku, gdy klient spóźni się z zapłatą. Jeśli kupujący nie dokona płatności w terminie, powinien zostać mu wyznaczony dodatkowy termin.

Dodatkowe koszty. Umowa nie może nakładać na klienta obowiązku zapłaty ewentualnych kosztów windykacji.

Zwłoka dewelopera. Umowa nie może przewidywać, że firma będzie mogła spóźnić się z budową lub oddaniem nieruchomości, nie ponosząc z tego tytułu odpowiedzialności.

Kary umowne. Jeśli umowa przewiduje nakładanie kar umownych na konsumenta, muszą być przewidziane również takie sytuacje, w których ukarany zostanie deweloper. Kary nie mogą być nakładane tylko na jedną ze stron, nie może też występować rażąca dysproporcja w ich wysokości, szczególnie na niekorzyść konsumenta.

Odbiór lokalu. Umowa nie może przewidywać sytuacji, w której odbiór mieszkania zostanie dokonany jednostronnie, bez obecności klienta.

Odwołania i odmowy. Umowa nie może zmuszać kupującego do podpisania protokołu odbioru, jeśli ten zgłasza zastrzeżenia do lokalu. Klient nie może też zostać pozbawiony możliwości składania odwołań w procesie inwestycyjnym.

Dostarczanie korespondencji. Niedozwolone jest klauzula, zgodnie z którą korespondencja wysłana do klienta zostanie automatycznie uznana za dostarczoną, nawet jeśli klient nie będzie miał możliwości jej odebrania.

Określenie sądu. Zapisy umowy nie mogą narzucać, że sprawy związane z umową będą rozpatrywane przez sąd właściwy dla siedziby przedsiębiorcy.

Co zrobić, gdy w umowie jest klauzula niedozwolona?

Jeśli klient znajdzie w proponowanej przez dewelopera umowie zapisy identyczne lub podobne do tych, które zostały opublikowane w Rejestrze Klauzul Niedozwolonych, powinien poinformować o tym firmę i zażądać takich zmian, które uczynią umowę zgodną z prawem. W razie wątpliwości można też skontaktować się z kancelarią prawną lub rzecznikiem praw konsumenta, by wyjaśnić swoje wątpliwości.

– Jeżeli deweloper nie zgodzi się zmienić zapisów, które w ocenie klienta mogą być uznane za klauzule niedozwolone, może on złożyć zawiadomienie do UOKiK – mówi adwokat Marta Kawecka z portalu LegalnaBudowa.pl. – Warto przy tym pamiętać, że jeśli kupujący podpisze umowę, która zawiera klauzule niedozwolone, nie będą go one obowiązywały z mocy prawa.

Zgodnie z Art. 385. §1. Kodeksu cywilnego, postanowienia, które nie zostały uzgodnione indywidualnie, nie wiążą konsumenta, jeżeli kształtują jego prawa i obowiązki w sposób sprzeczny z dobrymi obyczajami i rażąco naruszający jego interesy.

Jeżeli więc deweloper będzie chciał wykorzystać klauzule niedozwolone, zadziała niezgodnie z prawem. W takiej sytuacji zapisy takie można traktować jako nieistniejące. Jeśli przedsiębiorca wykorzysta taki zapis na niekorzyść konsumenta to należy sprawę skierować do sądu (rejonowego lub okręgowego) o uznanie danego postanowienia za niewiążące.

Jaki najniższy dochód pozwoli na wzięcie kredytu hipotecznego?

Katarzyna Dmowska
Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych

Niedawno pojawiły się pierwsze informacje na temat nowego projektu rządowego, który zakłada pomoc rodzinom w zamieszkaniu we własnym lokum. Mieszkanie Plus przewiduje udostępnienie mieszkań osobom, których nie stać na kredyt hipoteczny. Co to jednak oznacza w praktyce? Jak wysokim dochodem trzeba dysponować, aby taki kredyt uzyskać? 

Mieszkanie Plus ma być alternatywą dla cieszącego się ogromną popularnością Mieszkania dla Młodych. Jednak już wiemy, że warunki wzięcia udziału w programie są całkiem inne. Do tej pory pomoc rządu polegała na dopłacie do kredytu hipotecznego, która wynosiła zwykle tyle, ile wynosi wymagany minimalny wkład własny. Nowy program przeznaczony jest w głównej mierze dla osób, które z różnych względów nie mogą pozwolić sobie na taki kredyt.

Własne mieszkanie – na jakich warunkach?

Nieznane są jeszcze szczegóły dotyczące standardu mieszkań oferowanych przez państwo, ich ilości i sposobu finansowania. Wiemy natomiast, że koszt ich wynajęcia ma wynosić 10 – 20 zł za metr kwadratowy. Budowa tych mieszkań może jednak potrwać, trzeba będzie ustalić kolejność przyznawania lokum w programie. Jest duże prawdopodobieństwo, że pierwszeństwo będą miały rodziny najbiedniejsze i wielodzietne. Tak więc metraż będzie musiał być dostosowany, tak aby pomieścić wielodzietną rodzinę. Przy wynajmie 50 – metrowego mieszkania, miesięczne koszty wyniosą zatem nawet 1000 zł miesięcznie plus opłaty eksploatacyjne. Kolejnym filarem programu jest zachęcanie do oszczędzania. Jeżeli uda nam się odłożyć miesięcznie 500 zł, to po roku państwo przyzna nam premię w wysokości 900 zł.

– Oczywiście póki co nie znamy szczegółów programu i warunków zakładanego „dojścia do własności”, jeżeli jednak dokładnie policzymy wszystkie koszty utrzymania mieszkania oferowanego przez państwo, to może się okazać, że będą one niewiele niższe niż rata kredytu hipotecznego wraz z opłatami – tłumaczy Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych. – Jeżeli dobrze zapoznamy się ofertami banków i dokładnie policzymy nasze finanse, kredyt hipoteczny nie powinien być gorszą opcją niż Mieszkanie Plus.

Dokładając do tego fakt, iż z dużym prawdopodobieństwem mieszkania w programie będą budowane na obrzeżach miast, w lokalizacjach znacznie oddalonych od centrum, to prawdopodobnie rodziny, które posiadają zdolność kredytową nadal będą decydowały się na zakup mieszkania na własność przy pomocy kredytu hipotecznego.

Wystarczy 2,5 tys. zł dochodu

Jeżeli nie spełniamy warunku wzięcia udziału w programie, jakim jest posiadanie rodziny wielodzietnej, to warto pomyśleć o kredycie hipotecznym. Jak wyliczyła ANG Spółdzielnia Doradców Kredytowych, już 2,5 tys. zł dochodu netto na rodzinę 2+0 umożliwia wzięcie kredytu hipotecznego na 150 tys. zł. Przy rodzinie z jednym dzieckiem, dochód powinien być wyższy o 850 zł. Miesięczna rata takiego kredytu to ok. 730 zł miesięcznie. Przy wyższym kredycie, na 250 tys. zł., minimalny dochód rodziny bezdzietnej to 3050 zł netto, a z jednym dzieckiem 3850 zł netto. W tym przypadku miesięczna rata kredytu wyniosłaby ok. 1218 zł*. Za 250 tys. zł jesteśmy w stanie kupić 50 – metrowe mieszkanie w większości dużych polskich miast.

Należy jednak pamiętać, że przy staraniu się o kredyt hipoteczny niezbędny jest wkład własny – tłumaczy Katarzyna Dmowska. – Jego minimalna wysokość zależy od banku, jednak zwykle musimy być gotowi na wpłatę co najmniej 10% wartości nieruchomości. Pamiętajmy także, że posiadanie zdolności kredytowej to jedno, a realna możliwość spłaty rat – to drugie. Jeżeli nie jesteśmy pewni, czy nasz dochód na pewno pozwoli nam na spokojną spłatę rat, skorzystajmy z pomocy doświadczonych doradców kredytowych.

Warunki uzyskania kredytu hipotecznego
  Kredyt 150 tys. zł Kredyt 250 tys. Zł
Rodzina 2+0 Minimalny dochód 2500 zł netto Minimalny dochód 3050 zł netto
Rodzina 2+1 Minimalny dochód 3350 zł netto Minimalny dochód 3850 zł netto

 

 

Porównanie miesięcznych kosztów kredytu hipotecznego na mieszkanie o powierzchni 50 m2 z programem Mieszkanie Plus
  Kredyt 150 tys. zł Kredyt 250 tys. Zł Mieszkanie Plus
Miesięczna rata/Koszt wynajmu Ok. 730 zł Ok. 1 218 zł 500 – 1000 zł

 

* Wszystkie symulacje zakładają, że kredyt to 90% wartości nieruchomości, a czas jego spłaty wynosi 30 lat

Rynek mieszkaniowy po II kwartale 2016

Andrzej Szczepanik, OPG Property Professionals
Andrzej Szczepanik, OPG Property Professionals

Z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w pierwszej połowie 2016 oddano w Polsce do użytku 73.653 mieszkania w budownictwie jedno- i wielorodzinnym. Po roku 1989 więcej wybudowaliśmy jedynie w 2009, tuż przed kryzysem. Jak w obliczu hossy prezentowały się średnie stawki ofertowe w poszczególnych miastach? Jakie skutki dla kupujących i sprzedających będzie miał koniec wsparcia w ramach Mieszkania dla Młodych i zapowiedź programu Mieszkanie+? Jak projekt oceniają deweloperzy?

73.653 mieszkania, które trafiły na polski rynek w okresie styczeń-czerwiec 2016, oznaczają wzrost o 15,1% w porównaniu do analogicznego okresu w roku ubiegłym. Zaledwie 2.500 mieszkań dzieli tegoroczny wynik od rekordu z 2009, kiedy to w pierwszym półroczu oddano najwięcej lokali po transformacji systemowej w Polsce[1].

Najwięcej, bo nieco ponad połowa (50,2%) mieszkań oddanych w tym roku do użytku, to niezmiennie efekt działań inwestorów indywidualnych. Sektor, o sile którego tradycyjnie decyduje przede wszystkim budownictwo jednorodzinne, zanotował jednocześnie nieznaczny, bo 4-procentowy spadek względem pierwszego półrocza 2015.

Boom na rynku pierwotnym

Pod względem wielkości podaży, tuż za budownictwem indywidualnym uplasowały się projekty przeznaczone na sprzedaż lub wynajem mieszkań (47,2% rynku). Deweloperzy zaliczyli spektakularny wzrost, oddając do użytku aż 34.743 mieszkania. To wynik blisko o połowę (45,4%) większy, niż przed rokiem.

W przypadku rynku pierwotnego kamień węgielny wkopano pod większą liczbę nowych inwestycji. W ramach uruchomionych pomiędzy styczniem a czerwcem 2016 projektów powstanie 42.649 mieszkań (wzrost o 6%), wzrosła też liczba samych pozwoleń na budowę (kolejne 49.265 lokali – wzrost o 13,4%).

Dane dla obu kwartałów oraz ich porównanie z analogicznym okresem w ubiegłym roku prezentuje tabela 1.

Tabela 1. Dane dla budownictwa mieszkaniowego przeznaczonego na sprzedaż i wynajem – zestawienie pierwszego i drugiego kwartału 2015 i 2016.

Dane dla budownictwa mieszkaniowego przeznaczonego na sprzedaż i wynajem
Źródło: Opracowanie OPG Property Professionals na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego

Na cennikach bez (większych) zmian

Jak w obliczu zauważalnych wzrostów podaży na rynku pierwotnym prezentowały się ceny mieszkań od deweloperów? Dla poszczególnych typów lokali średnie ceny ofertowe w największych miastach Polski wynosiły odpowiednio: 6265 zł/mkw. (metraż do 38 mkw.), 5827 zł/mkw. (metraż 38-60 mkw.) i 5900 zł/mkw. (metraż 60-90 mkw.).

Analiza stawek ofertowych w największych ośrodkach pokazuje, że na przestrzeni ostatnich sześciu miesięcy ceny nie uległy dużym wahaniom. Wyjątek stanowi Gdańsk, gdzie od kilku miesięcy w szybkim tempie rosną ceny mieszkań do 60 mkw. W pozostałych miastach zmiany nie przekraczały 6% i dotyczyły przede wszystkim mieszkań do 38 mkw. oraz powyżej 60 mkw.

Najtaniej własne M kupimy dziś w Szczecinie, Katowicach, Lublinie i Łodzi. W stolicy województwa zachodnio-pomorskiego za mieszkanie w najpopularniejszym segmencie (38-60 mkw.) deweloperzy życzą sobie przeciętnie 4756 zł/mkw., w Katowicach 4928 zł/mkw., a w Łodzi – 5011 zł/mkw.

Zdecydowanie najdrożej jest oczywiście w Warszawie, gdzie ceny wszystkich segmentów mieszkań poszły nieco w górę. Za mieszkanie do 60 mkw. w stolicy zapłacimy w granicach 7894-8560 zł/mkw. Drugie miejsce pod względem wysokości cen zajmuje Kraków, podium zamyka Poznań. Liderom po piętach depcze Gdańsk, gdzie ceny mieszkań do 38 mkw. przegoniły już stolicę Wielkopolski i wynoszą zaledwie 1000 zł mniej, niż w Warszawie.

Jeśli chodzi o dynamikę cen na przestrzeni półrocza, to w sektorze mieszkań od 60 do 90 mkw. podwyżkę da się obecnie odczuć w Poznaniu, Krakowie, Warszawie i Łodzi. Osoby poszukujące lokali do 38 mkw. we Wrocławiu, Poznaniu i Szczecinie mogą z kolei liczyć na największe obniżki stawek ofertowych względem stanu z początku roku. Najmniejszym wahaniom uległy ceny w segmencie mieszkań 38-60 mkw.

Średnie ceny ofertowe i ich dynamikę na przestrzeni półrocza dla największych polskich miast prezentuje tabela 2.

Tabela 2. Średnie ceny ofertowe mieszkań na rynku pierwotnym w wybranych miastach Polski w styczniu i w czerwcu 2016 [zł/mkw.].

Średnie ceny ofertowe mieszkań na rynku pierwotnym w wybranych miastach Polski
Średnie ceny ofertowe mieszkań na rynku pierwotnym w wybranych miastach Polski

Życie po MdM

Efektowne półrocze w wykonaniu deweloperów to efekt ich wzmożonej aktywności w latach poprzednich. Do nowych inwestycji zachęcała przede wszystkim trwająca już od dwóch i pół roku rynkowa hossa, a także rządowe programy wsparcia dla osób planujących zakup własnego M. Jednym z najważniejszych czynników napędzających sprzedaż było Mieszkanie dla Młodych. Szacuje się, że w 2016 program odpowiadał za 20-25% popytu na rynku pierwotnym.

Jak poinformował Bank Gospodarstwa Krajowego, 6 lipca wyczerpała się tegoroczna pula 373 mln zł na wsparcie w ramach MdM z planowaną datą wypłaty na 2017[5]. Kolejne 373 mln zł przewidziane na przyszły rok zostanie odblokowane dopiero 1 stycznia. Wciąż można starać się o dofinansowanie wkładu własnego w roku 2018, o ile warunki planowanej przez nabywcę transakcji przewidują taki termin ostatecznej zapłaty za mieszkanie.

W dłuższej perspektywie, zwiększona podaż oraz brak alternatyw dla MdM może oznaczać dla kupujących obniżki cen mieszkań. Dla deweloperów skończy się zaś czas opierania planów o rządowe limity wsparcia. – W walce o klienta trzeba będzie postawić na jakość, a nie jedynie na dopasowanie się do niskiej ceny zgodnej z programem, często kosztem tej jakości – uważa Andrzej Szczepanik, Business Development Manager w firmie OPG Property Professionals. – Mieszkania w niższym standardzie i w gorszej lokalizacji oczywiście wciąż będą cieszyły się pewnym zainteresowaniem. Będzie to rzutować na powiększanie się różnic cenowych w dalszej perspektywie – dodaje.

Zdaniem ekspertów, wyczerpanie tegorocznego budżetu MdM nie wpłynie na rynek mieszkań o wyższym standardzie. – W segmencie inwestycji prestiżowych kupujący liczą przede wszystkim na wygodne i elastyczne systemy płatności – tłumaczy Andrzej Szczepanik. Im wcześniej zdecydujemy się na zakup własnego M, tym lepszych warunków możemy oczekiwać. – W momencie przedsprzedaży naszym klientom oferujemy model, w ramach którego 10% kwoty wpłacane jest po podpisaniu umowy deweloperskiej, a pozostałe 90% dopiero przy odbiorze lokalu – dodaje.

Mieszkanie+ okiem deweloperów

Miejsce programu Mieszkanie dla Młodych, który zakończy działalność w 2018, ma zająć Mieszkanie+. Nowy projekt zakłada rozwój społecznego budownictwa czynszowego i wsparcie w postaci tanich lokali pod wynajem z opcją dochodzenia do własności dla rodzin o umiarkowanych dochodach. W ramach obecnej koncepcji, Skarb Państwa przekazywałby należące do niego grunty na rzecz Narodowego Funduszu Mieszkaniowego, dzięki czemu mieszkania tam budowane byłyby tańsze.

Uczestnicy rynku wciąż jednak wskazują na brak konkretów, sam program spotyka się zaś z ostrożnością ze strony deweloperów. – Rozwiązania, które w ten czy inny sposób regulują podaż lub redystrybucję środków, tylko pozornie przysłużą się kupującym. Projekt, który z założenia ogranicza koszty mieszkań, w połączeniu z zarządzaniem poprzez podmioty należące do skarbu Państwa, nie będzie ani tani, ani efektywny – ocenia Andrzej Szczepanik.

Jako alternatywę dla rządowego projektu redystrybucji majątku Skarbu Państwa, ekspert OPG wskazuje ograniczenie jego uszczuplania. – Dobry przykład działania dają Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego. Rodzina, która zakupi dom lub mieszkanie, ponoszone koszty i odsetki od kredytów może odliczyć od swoich rocznych przychodów, zmniejszając tym samym podatek dochodowy. Pieniądze trafiałyby bezpośrednio do rodzin bez urzędniczej ingerencji, ograniczając tym samym koszty Państwa, zachęcając podatników do rzetelnego rozliczania się z fiskusem i zwiększając zdolność nabywczą społeczeństwa. W takim układzie deweloperzy mogą dostosować oferty do realnych potrzeb nabywców, a nie do programów, które z góry narzucają kształtowanie się rynkowej podaży – wyjaśnia Andrzej Szczepanik.

Rynek pierwotny wkrótce wyhamuje

Czy w obliczu rekordowych ilości wprowadzanych na rynek mieszkań wygaszanie programu MdM przyczyni się do zjawiska nadpodaży? O tym przekonamy się już wkrótce. Dziś można jednak z dużą dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, że w kolejnych miesiącach rozpędzeni deweloperzy coraz wyraźniej wciskać będą hamulec. Oprócz kwestii programu MdM, wskazuje na to kilka czynników.

Po pierwsze, obowiązujący od przyszłego roku wymagany wkład własny kredytu mieszkaniowego wzrośnie z 15 do 20% wartości nieruchomości. Zmiana może się okazać przeszkodą nie do przeskoczenia i skierować kupujących w kierunku rynku najmu. Zakładając obecne ceny przeciętnego mieszkania o powierzchni 60 mkw., kupując w „tanim” Szczecinie będziemy musieli wyłożyć z własnej kieszeni około 57.000 zł. Szukając własnego M w stolicy, trzeba się będzie liczyć z wydatkiem inicjalnym rzędu 90.000 zł.

Po drugie – nie ma na razie co liczyć na tańsze kredyty mieszkaniowe. Choć podwyżka stóp procentowych nam nie zagraża, Rada Polityki Pieniężnej nie przewiduje też w najbliższym czasie cięć, licząc się z takimi czynnikami makroekonomicznymi, jak skutki Brexitu czy niepewność związana z potencjalną dalszą obniżką ratingu Polski.

Do czynników hamujących rozwój rynku mieszkaniowego w kolejnych miesiącach można też zaliczyć nowe regulacje ograniczające możliwości obrotu gruntów rolnych, a także aktualną demografię – niż oraz klimat niesprzyjający osiedlaniu się w Polsce emigrantów, którzy mogliby realnie napędzić rodzimy rynek.

Z drugiej strony, pewnym wzmocnieniem rynku mieszkaniowego po stronie kupujących może okazać się program 500+. Banki w kraju uznają wsparcie rządowe za stabilne źródło przychodów Polaków. Rodziny z trójką dzieci mogą sobie pozwolić na mieszkanie większe nawet o 30 mkw – dodatkowe 1000 zł dochodu netto na miesiąc zwiększa zdolność kredytową o ponad 200.000 zł.

Odnośniki

  • [1] http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/przemysl-budownictwo-srodki-trwale/budownictwo/budownictwo-mieszkaniowe-w-okresie-styczen-czerwiec-2016-roku,5,55.html
  • [2] http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/przemysl-budownictwo-srodki-trwale/budownictwo/budownictwo-mieszkaniowe-marzec-2015-r-,5,40.html
  • [3] http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/przemysl-budownictwo-srodki-trwale/budownictwo/budownictwo-mieszkaniowe-czerwiec-2015-r-,5,43.html
  • [4] http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/przemysl-budownictwo-srodki-trwale/budownictwo/budownictwo-mieszkaniowe-w-okresie-styczen-marzec-2016-roku,5,52.html
  • [5] https://www.bgk.pl/osoby-fizyczne/mieszkanie-dla-mlodych/

Kupiec S.A. wypłaci dywidendę z zysku za 2015 r.

Kupiec S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, działająca w branży transportu i spedycji, wypłaci dywidendę w wysokości 0,06 zł na akcję z zysku wypracowanego w 2015 r. Emitent kontynuuje tym samym przyjętą politykę dywidendową.

Akcjonariusze Spółki podczas jej ZWZA, które odbyło się w dniu 12.07.2016 r., podjęli decyzję w sprawie wypłaty dywidendy w kwocie 0,06 zł na akcję z zysku za 2015 r. Dzień ustalenia prawa do dywidendy przypada na 10.10.2016 r., a jej wypłata nastąpi w dniu 21.10.2016 r. Akcjonariusze Spółki otrzymają łącznie blisko 265 tys. zł. Pozostała część zysku osiągniętego w 2015 r. w wysokości prawie 5.109 tys. zł zostanie przeznaczona na kapitał rezerwowy z przeznaczeniem na sfinansowanie nabywania przez Kupiec S.A. akcji własnych. W poprzednim roku Emitent wypłacił dywidendę w wysokości 0,01 zł na akcję. Coroczne dzielenie się przez Spółkę wypracowywanym zyskiem jest zgodne z jej polityką dywidendową zawartą w Strategii Rozwoju. Kupiec S.A. zakończył 2015 r. rekordowym zyskiem netto w kwocie 5,37 mln zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających blisko 29,1 mln zł.

„To już drugi z kolei rok zakończony decyzją o wypłacie dywidendy. Jako główny akcjonariusz i Prezes Zarządu będę się starał, aby kolejne lata też kończyły się takimi wymiernymi korzyściami dla naszych Akcjonariuszy. W zeszłym roku Spółka wypłaciła 1 gr na akcję, czyli 0,93% w stosunku do średniej ceny akcji za rok 2014 na poziomie 1,07 zł. Natomiast z zysku za rok 2015 WZA uchwaliło, przy moim dobitnym poparciu jako większościowego akcjonariusza, dywidendę na poziomie 0,06 zł na akcję – stopa dywidendy osiągnęła już 3,04% przy średniorocznym kursie akcji na poziomie 1,97 zł. Tendencja wypłaty dywidendy w mojej opinii będzie się utrwalać zwłaszcza w kontekście coraz większej dywersyfikacji źródeł zysków Spółki opartych na działalności spedycyjnej, dywidendach od spółek, w których posiadamy udziały i potencjalnych wpływach z wynajmu powierzchni w nowo zakupionym biurowcu.” – komentuje Leszek Wróblewski, Prezes Zarządu Spółki Kupiec S.A.  

Kupiec S.A. podpisał przedwstępną umowę sprzedaży na zakup czterokondygnacyjnego biurowca w Tarnowie o powierzchni blisko 3 tys. metrów kwadratowych. Wartość tej transakcji ostała ustalona na kwotę ponad 5 mln zł. Część powierzchni biurowych ma być wykorzystywana przez Emitenta na własne potrzeby. Natomiast pozostałe biura będą oferowane do wynajmu na wolnym rynku. Spółka podpisała także z bankiem umowę najmu o charakterze warunkowym na najem przez bank wydzielonej części pomieszczeń o łącznej powierzchni użytkowej ok. 1.900 m2. Powierzchnia ta w wyniku adaptacji zostanie zmniejszona do około 550 m2 w terminie do 24 miesięcy od dnia wejście w życie zawartej umowy.

W 1 kw. 2016 r. zysk netto Emitenta przekroczył 21 tys. zł., a przychody netto ze sprzedaży wyniosły 6.941 tys. zł. Kupiec S.A. prowadzi aktualnie działania, które mają pozwolić na wzrost uzyskiwanych rentowności w segmencie spedycyjnym. Spółka jest także głównym akcjonariuszem podmiotu notowanego na rynku NewConnect – BVT S.A. – i posiada akcje stanowiące 43,05% udziału w jego kapitale zakładowym oraz 44,49% udziału w ogólnej liczbie głosów na WZA.

Będzie łatwiej budować wieloetapowe osiedla

Za niecałe pół roku wejdzie w życie nowelizacja ustawy o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie. Nowe przepisy znacznie wydłużą okres obowiązywania decyzji środowiskowej m.in. dla projektów budowlanych. Dzięki temu deweloperom będzie łatwiej, pod względem administracyjnym, realizować np. wieloetapowe inwestycje mieszkaniowe. Co ważniejsze, od 2017 r. projekty będą w większym stopniu niż dotychczas uwzględniać ochronę środowiska i wnioski z konsultacji społecznych.  Wprowadzenie tych zmian było niezbędne.

Celem nowelizacji jest przede wszystkim dostosowanie polskich przepisów do wymogów unijnych wynikających z dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2001/92/UE, zmienionej dyrektywą 2014/52/UE oraz dyrektywy 2003/4/WE. Nowe przepisy zaczną obowiązywać od 1 stycznia 2017 r. i wprowadzą trzy kluczowe zmiany, istotne z punktu widzenia przedsięwzięć budowlanych takich, jak projekty mieszkaniowe.

Decyzje środowiskowe będą obowiązywały dłużej

Jedną z najważniejszych zmian, która ma na celu ułatwienie prowadzenia inwestycji jest wydłużenie okresu wykorzystania decyzji środowiskowych. Teraz uzyskanie pozwolenia na budowę jest możliwe jedynie w ciągu 4 lat (lub 6 lat, jeżeli inwestycja przebiegała etapowo) od dnia uprawomocnienia się decyzji środowiskowej. Jest to okres zdecydowanie za krótki, szczególnie, gdy projekt mieszkaniowy składa się z kilku etapów. Wcześniej zdarzało się, że inwestorzy realizujący duże projekty budowlane nie byli w stanie uzyskać np. pozwolenia na budowę przez wygaśnięciem ważności decyzji środowiskowej. Trzeba było starać się o pozwolenia ponownie. Od nowego roku okres ten zostanie wydłużony odpowiednio do 6 i 10 lat.

Projekty budowlane będą wymagały dłuższych konsultacji społecznych

Sama nowelizacja nie wpłynie jednak znacząco na przyspieszenie realizacji inwestycji. Nowe przepisy wydłużają bowiem termin do składania wniosków dotyczących danego przedsięwzięcia, np. projektu budowlanego z 21 do 30 dni. Dotyczy to oczywiście takich inwestycji, które wymagają konsultacji społecznych. W praktyce inwestorzy będą dłużej czekali na wydanie decyzji, zwłaszcza gdy będą musieli kilkukrotnie uzupełniać dokumentację w trakcie postępowania. Wprowadzenie tych zmian było jednak niezbędne. W innym wypadku inwestycje, przy których wymagana jest ocena oddziaływania na środowisko nie mogłyby starać się o współfinansowanie ze środków unijnych. Choć do tej pory konsultacje społeczne nie cieszyły się w Polsce dużym zainteresowaniem, to nowe przepisy mogą zwiększyć udział społeczeństwa w postępowaniach środowiskowych.

Większa ochrona środowiska

Nowelizacja wprowadza przepisy dotyczące kar pieniężnych za naruszenie warunków, wynikających z decyzji środowiskowych. Do tej pory organy administracji publicznej nie miały skutecznego narzędzia, które umożliwiało egzekucję postanowień określonych w decyzji. Dzięki nowym przepisom Wojewódzki Inspektor Ochrony Środowiska będzie mógł nakładać kary finansowe w wysokości od 500 zł do nawet 1 miliona zł na przedsiębiorców, którzy nie stosują się do decyzji środowiskowej lub nie ograniczają negatywnego oddziaływania inwestycji na środowisko. Wprowadzenie kar powinno skutecznie odstraszyć od łamania postanowień decyzji, co będzie miało również przełożenie na lepszą ochronę środowiska.

Większość przepisów nowelizacji wejdzie w życie 1 stycznia 2017 r.

JR HOLDING S.A. utrzymuje wzrost przychodów

JR HOLDING S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od listopada 2012 r., osiągnęła ponad 423 tys. zł skonsolidowanych przychodów netto ze sprzedaży w czerwcu br. Emitent realizuje założenia przyjętej w tym roku Strategii Rozwoju i prowadzi nowe projekty inwestycyjne.

W czerwcu 2015 r. przychody netto ze sprzedaży całej Grupy Kapitałowej JR HOLDING S.A. wynosiły 408 tys. zł. Po sześciu miesiącach 2016 r. wartość skonsolidowanych przychodów netto ze sprzedaży Spółki z wynajmu posiadanych powierzchni w nieruchomościach komercyjnych sięgnęła blisko 2.528 tys. zł wobec 2.383 tys. zł w analogicznym okresie ub. roku. Utrzymanie wzrostu osiąganych przychodów w ujęciu rdr. jest efektem realizowania skutecznej polityki w zakresie zarządzania powierzchniami w nieruchomościach należących do spółek wchodzących w skład Grupy Kapitałowej JR HOLDING S.A.

„Czerwiec był kolejnym miesiącem, w którym udało nam się podtrzymać pozytywny trend zwiększania przychodów z tytułu wynajmu posiadanych przez nas nieruchomości komercyjnych. Konsekwentnie optymalizujemy strukturę najemców w naszych obiektach, co przekłada się na widoczny wzrost przychodów. Nasze kolejne projekty inwestycyjne także będą idealnie wpisywały się w przyjętą strategię rozwoju Spółki.” – mówi January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING S.A.

Emitent założył spółkę zależną Palabra Sp. z o.o., w której posiada 100% udziałów w kapitale zakładowym. Jest to spółka celowa powołana w celu nabycia nieruchomości w Sosnowcu przy ul. Mieroszewskich, co jest zgodne ze Strategią Rozwoju JR HOLDING S.A. Emitent finalizuje także z partnerami umowę spółki, która będzie utworzona w ramach realizowanego projektu deweloperskiego w Słomnikach. Rozpoczynają się już natomiast prace koncepcyjno-projektowe nad planowaną budową osiedla mieszkaniowego.

JR HOLDING S.A. rozwija także swoje najnowsze przedsięwzięcie biznesowe – spółkę StepCloser S.A., która zajmuje się promocją i rozbudową programu kart StepCloser. Podmiot ten zatrudnił już handlowców w największych miastach Polski, a ich zadaniem jest pozyskiwanie nowych partnerów dla Programu StepCloser Card. Spółka przygotowuje również aplikacje mobilne dla Partnerów Programu i dla jego użytkowników oraz pracuje nad nową odsłoną swojego portalu. W dniu 20.07.2016 r. uruchomiony został pierwszy StepBox w Warszawie, który jest miejscem informującym o Programie StepCloser Card oraz o aplikacji. Aktualnie trwają prace adaptacyjne i montażowe przy kolejnym StepBoxie w Poznaniu.

„Utworzenie spółki zależnej Palabra Sp. z o.o. oraz planowany zakup nieruchomości w Sosnowcu jest zgodne z założeniami naszej Strategii Rozwoju i powinno pozwolić na dalsze zwiększanie wartości Grupy Kapitałowej. Spółka StepCloser S.A. wchodzi obecnie w fazę bardzo dynamicznego rozwoju i zaczyna realizację swoich planów inwestycyjnych oraz promocyjnych. Wiążemy z tym projektem olbrzymie nadzieje.” – ocenia Prezes Ciszewski.

JR HOLDING S.A. planuje wypłatę zaliczki na dywidendę za 2016 r. w wysokości od 0,04 zł do 0,15 zł na 1 akcję, a środki przeznaczone na ten cel będą pochodziły ze sprzedaży Galerii Handlowej RAMZES w Zielonej Górze. Wartość sfinalizowanej transakcji wyniosła łącznie 14,76 mln zł brutto.

Spółka zakończyła 1 kw. 2016 r. skonsolidowanym zyskiem netto w kwocie 11,74 mln zł wobec 0,63 mln zł w analogicznym okresie 2015 r. Z kolei w całym 2015 r. Grupa Kapitałowa JR HOLDING S.A. osiągnęła 5,64 mln zł zysku netto przy przychodach netto ze sprzedaży wynoszących 4,58 mln zł. W 2014 r. skonsolidowany zysk netto Emitenta sięgnął 2,59 mln zł, a jego przychody netto ze sprzedaży ukształtowały się na poziomie 4,22 mln zł.

Ronson rusza z pierwszą publiczną emisją obligacji

Ronson Europe rozpoczyna publiczną emisję obligacji o łącznej wartości 10 mln zł. Od 21 lipca do 12 sierpnia br. inwestorzy mogą zapisywać się na 4-letnie obligacje o stałym oprocentowaniu równym 5,25% w skali roku.

Ronson to spółka bardzo dobrze znana inwestorom. Jej akcje notowane są na głównym rynku Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie od 2007 r., a od 2011 r. Ronson jest także aktywnym emitentem na rynku obligacji korporacyjnych. Dotychczas Spółka wyemitowała obligacje o łącznej wartości 308,8 mln zł, z czego wykupiła już obligacje o wartości 103,1 mln zł (stan na koniec II kw. 2016 r.). Pozostałe serie zapadają w latach 2016-2020. Wszystkie dotychczasowe emisje obligacji były przy tym przeprowadzane w formie emisji prywatnych. Obecna emisja obligacji serii P jest pierwszą publiczną ofertą papierów dłużnych Ronsona.

Dotychczasowe nasze emisje obligacji kierowane były przede wszystkim do inwestorów instytucjonalnych oraz wąskiego grona inwestorów indywidualnych. Tym razem zdecydowaliśmy się na ofertę publiczną, w której może uczestniczyć nieograniczona liczba inwestorów indywidualnych. Przez ostatnie lata udowodniliśmy, że Ronson jest wiarygodnym emitentem, potrafiącym efektywnie wykorzystać pozyskane środki – powiedział Tomasz Łapiński, dyrektor finansowy Ronsona. – Obecną ofertę traktujemy w pewnym sensie pilotażowo. Niewykluczone, że w przyszłości częściej będziemy finansować naszą działalność poprzez publiczne emisje obligacji – dodał.

Kluczowe parametry oferty

Ronson oferuje inwestorom 10 000 obligacji serii P o wartości nominalnej 1 000 zł każda. Łączna wartość nominalna emisji wyniesie zatem 10 mln zł. Oferta publiczna o takiej wartości nie wymaga przygotowania prospektu emisyjnego. Jest ona przeprowadzana na podstawie memorandum informacyjnego, które zostało udostępnione na stronie internetowej domu maklerskiego Michael / Ström, pełniącego rolę oferującego, oraz na stronie internetowej Spółki.

Obligacje serii P są obligacjami 4-letnimi o stałym oprocentowaniu równym 5,25%. Odsetki będą wypłacane inwestorom co 3 miesiące.

Termin wykupu obligacji serii P przypada w sierpniu 2020 r. Inwestorzy zyskają przy tym możliwość handlowania tymi papierami w niedługim czasie po zakończeniu oferty. Podobnie jak przy większości dotychczasowych emisji obligacji Ronsona, Spółka planuje wprowadzić obligacje serii P do obrotu na Catalyst.

Warunki i terminy zapisów na obligacje

Cena emisyjna jednej obligacji jest równa jej wartości nominalnej i wynosi 1 000 zł. Inwestorzy mogą składać zapisy na co najmniej 25 sztuk obligacji, a więc za co najmniej 25 000 zł.

Zapisy na obligacje mogą być składane w punktach obsługi klienta domu maklerskiego Michael / Ström lub korespondencyjnie. Inwestor może przy tym posiadać rachunek inwestycyjny w dowolnym domu maklerskim.

Przydział obligacji zaplanowany jest na 18 sierpnia br.

Harmonogram publicznej oferty obligacji serii P:  
Rozpoczęcie przyjmowania zapisów 21 lipca 2016 r.
Zakończenie przyjmowania zapisów 12 sierpnia 2016 r.
Przydział obligacji 18 sierpnia 2016 r.
Dzień Emisji / Początek pierwszego okresu odsetkowego 18 sierpnia 2016 r.

 

 

Stan wyjątkowy w Turcji

W Turcji władze wprowadziły stan wyjątkowy. Inwestorzy wycofują swoje zaangażowanie w tym kraju. Korekta na surowcach trwa. Prezydencki projekt ustawy emerytalnej jeszcze hojniejszy.

Władze Turcji postanowiły się nie rozdrabniać w represjach wobec oponentów i ogłosiły stan wyjątkowy, by ułatwić sobie ramy prawne. Jak bardzo zagraniczny kapitał nie lubi tego poziomu niepewności świadczą notowania waluty. Wczoraj lira straciła na wartości kolejne 1,5%, zatrzymując się na najniższym poziomie wobec euro od początku maja. Względem dolara pobiła za to mocno niechlubny rekord – jest najsłabsza w historii.

Na surowcach mamy korektę po ostatnich wzrostach. Metale szlachetne znalazły się na poziomach z przed miesiąca negując wzrosty z lipca. Podobnie ropa naftowa, której znów nie udało się na stałe przekroczyć bariery 50 dolarów za baryłkę. O tym jaki wpływ mają ceny surowców na notowania walut krajów od nich uzależnionych najlepiej pokazuje rosyjski rubel. Wczoraj wraz ze spadkami na ropie stracił on na wartości niemal 2%.

Prezydencki projekt ustawy emerytalnej tworzy kilka wyraźnych problemów dla budżetu. Jednym z nich jest propozycja, by rolnicy przechodzili na emeryturę w wieku 60 lat mężczyźni i 55 lat kobiety. Pomysł ten jest zły z dwóch powodów. Po pierwsze tracą na nim sami rolnicy, którzy z racji tego, że w Polsce mamy emerytury proporcjonalne do sumy składek i oczekiwanej długości życia na emeryturze, otrzymają świadczenia na absurdalnie niskim poziomie. Po drugie, społeczeństwo cały czas dotuje emerytury dla rolników. Dodatkowo im ten system wydaje się korzystniejszy, tym bardziej owych “rolników” przybywa.

Brakuje niestety w obecnej polityce siły, która miałaby odwagą powiedzieć Polakom, że skoro emerytura jest proporcjonalna do składek, to przy obecnym procencie odkładanym i tak będzie bardzo niska. W rezultacie trzeba wiek emerytalny podnieść lub zwiększyć składkę, by emerytura była wyższa. Jeżeli zrobimy odwrotnie, pojawią się dwa scenariusze – albo emerytura będzie dodatkiem, a nie źródłem utrzymania na starość, albo wszyscy do tego dopłacimy z budżetu, czyli będziemy płacić wyższe podatki. Ponownie wraca też pytanie kto za to zapłaci, bo rynek kiedyś nie uwierzy w kolejne wzrosty ściągalności podatków.

Dzisiaj z danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
  • 16:00 – USA – sprzedaż domów na rynku wtórnym.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Branża opakowań – sukces do rozpakowania, BZ WBK szacuje wzrost krajowego sektora na 20 proc. do 2018 r.

W 2014 r. światowy rynek opakowań był warty 812 mld USD[1]. Polska Izba Opakowań (PIO) szacuje udział naszego kraju w tej wartości na ok. 1,3 proc. Jednak rosnące PKB i zamożność polskiego społeczeństwa, podobnie jak popyt zagraniczny, są dla rodzimych producentów realną szansą na „ugryzienie” dużo większego kawałka rynkowego tortu. Eksperci Banku Zachodniego WBK przewidują, że do 2018 r. polski sektor opakowań może urosnąć nawet o 20 proc., co będzie w dużej mierze zasługą eksportu oraz innowacji.

Produkcja opakowań to obecnie jeden z najprężniej rozwijających się sektorów gospodarki globalnej. Co więcej, trendy społeczno-ekonomiczne, demograficzne i kulturowe oraz zmiany we wzorcach konsumpcyjnych na świecie, kształtują optymistyczne prognozy długoterminowe: według agencji analitycznej Smithers Pira rynek opakowań na świecie będzie rósł o 3,5 proc. rocznie aż do 2020 r.[2]W dzisiejszych czasach praktycznie żadnego produktu nie da się transportować, magazynować czy sprzedawać bez odpowiedniego opakowania. Wobec coraz szybszego postępu cywilizacyjnego i rosnącej konkurencji, rola opakowań rośnie. Opakowania mają wpływ na cały cykl życia produktu, począwszy od konfiguracji procesu produkcyjnego aż do decyzji zakupowej finalnego konsumenta – podkreśla Roman Nagler, dyrektor kredytowy ds. sektorów Banku Zachodniego WBK.

Trzy źródła potencjału polskich opakowań

Potentatami globalnego rynku opakowań są obecnie Stany Zjednoczone, Japonia i Unia Europejska. W Polsce, zgodnie z analizami PIO, rynek jest warty ponad 8 mld EUR a produkcją zajmuje się ok. 8 tys. podmiotów (głównie MŚP)[3]. Dla części krajowych wytwóców tworzyw sztucznych, szkła, papieru czy drukarni produkcja opakowań jest działalnością uzupełniającą, ale wielu dostrzegło już perspektywę zysków kryjących się w tej specjalizacji. Biorąc pod uwagę dobre prognozy wzrostu PKB i eksportu Polski oraz poziom inwestycji realizowanych przez branżę, eksperci Banku Zachodniego WBK prognozują, że do 2018 r. rynek może urosnąć nawet o 20 proc. w porównaniu do b.r.

Źródła potencjalnego sukcesu polskiej branży opakowaniowej są co najmniej trzy. Pierwszym jest popyt rynku krajowego. – Zgodnie z naszymi wyliczeniami, w porównaniu z rynkiem opakowań krajów wysokorozwiniętych, zużycie opakowań per capita w Polsce jest o ok. 40 proc. mniejsze. Przeciętny konsument z Europy Zachodniej, USA czy Japonii zużywa średnio w ciągu roku opakowania o wartości ok. 300-340 EUR. Tymczasem Polacy „rozpakowują” rocznie ok. 226 EUR. Luka jest spora, ale coraz bardziej upodabniamy się do Zachodu jeśli chodzi o poziom i wzorce konsumpcji. Będziemy zatem nadrabiać dystans – mówi Wacław Wasiak, Dyrektor Polskiej Izby Opakowań.

Drugą ogromną szansę dla polskich opakowań stanowią zamówienia krajowych firm produkujących na eksport. – Rynek opakowań jest bardzo mocno skorelowany z sektorami, będącymi motorami polskiego eksportu tj. przemysłem spożywczym, meblami, artykułami AGD, częściami motoryzacyjnymi czy farmaceutykami i kosmetykami. Eksport rośnie szybciej od całej gospodarki, więc i tempo rozwoju przemysłu opakowań powinno być zauważalnie szybsze od tempa wzrostu PKB. Szacujemy, że jeśli wzrost eksportu z Polski ma wynieść w 2016 r. 6,9 proc., a w latach 2017 i 2018 r. odpowiednio 9 i 9,6 proc., to w co najmniej podobnym stopniu będzie rosło wykorzystanie opakowań przeznaczonych dla produktów eksportowanych z Polski – mówi Artur Chodacki, członek zarządu Banku Zachodniego WBK.

Trzecim źródłem dobrej passy przemysłu opakowaniowego powinien być eksport samych opakowań. Wg szacunków PIO, obecnie na rynki zagraniczne trafia ok. 15-20 proc. produkcji branży. Eksperci Banku Zachodniego WBK podkreślają jednak potencjał dalszej ekspansji. Uważają oni, że oferta polskich producentów jest na wysokim europejskim poziomie, a krajowe firmy zdobyły już wiarygodność w oczach zagranicznych kontrahentów. Dla wielu wytwórców eksport staje się osią strategii sprzedażowych.

rynek opakowań w Polsce

Obecnie krajowy przemysł opakowaniowy w pełni zaspokaja potrzeby rynku wewnętrznego i ma nadwyżki mocy produkcyjnych na poziomie 20-25 proc.[1]Zagospodarowanie nadwyżek jest uwarunkowane międzynarodową sytuacją ekonomiczną (Zachód) oraz polityczną (Wschód), a także skalą wsparcia polskich firm na rynkach takich jak Bliski Wschód, Afryka Północna czy Ameryka Łacińska. To bardzo obiecujące kierunki dla całego eksportu, a więc także dla polskich opakowań – mówi Roman Nagler. Wyroby z tworzyw sztucznych (1/3 tych wyrobów to opakowania), znalazły się na bardzo wysokim 10. miejscu rankingu Eksportowe TOP50 2016, który uwzględnia 50 branż z największą szansą na sukces sprzedaży zagranicznej w najbliższych latach.

Jedyna słuszna strategia: innowacje

Opakowania wpływają na usprawnienie procesów produkcyjnych i organizacyjnych, poziom rentowności, kwestie ochrony środowiska czy też wyróżnienie danego produktu spośród innych, a to otwiera ogromną przestrzeń dla udoskonaleń i innowacji. Analitycy światowego rynku opakowań twierdzą wręcz, że branża ma poziom innowacyjności porównywalny z Doliną Krzemową[2]. Również Wacław Wasiak, dyrektor PIO podkreśla, że ciągłe przeobrażenia na rynku dóbr konsumpcyjnych, nowe trendy w sprzedaży i promocji oraz oczekiwania producentów różnego typu towarów powodują, że branża błyskawicznie się zmienia. To stymuluje niewyobrażalną wręcz innowacyjność, zarówno w kontekście materiałów opakowaniowych, jak i typów samych opakowań. Przykładowo, we wszystkich krajach zachodnich ze względu na zmniejszenie liczebności rodzin i wzrost odsetka singli rośnie popyt na mniejsze opakowania. Z kolei rosnąca świadomość konsumentów w zakresie ochrony środowiska czy coraz ostrzejsze wymagania regulacyjne wzmacniają popyt na opakowania z materiałów biodegradowalnych oraz łatwo poddających się procesom recyklingu o niskim współczynniku emisji CO2. Branżę cały czas zmienia też m.in. dynamiczny rozwój handlu internetowego, który zapoczątkował ogromną falę innowacji na rynku opakowań z tektury falistej. Zmiany są inspirowane również przez nowe dobra i produkty, dla których potrzebne są nowe typy opakowań. Znane są już np. opakowania, które komunikują się z konsumentem, świecą, ruszają się czy uruchamiają aplikacje mobilne na smartfonach.

W obszarze innowacji ogromne możliwości dla firm z branży opakowań stwarza nowa perspektywa unijna 2014-2020, przede wszystkim za sprawą programu Inteligentny Rozwój. Unia oferuje dofinansowanie zarówno firmom, które chcą rozpocząć projekty badawczo-rozwojowe i inwestować w innowacje, jak i przedsiębiorstwom już prowadzącym takie działania. Firmy mogą także liczyć na wsparcie w dążeniach do internacjonalizacji ich działalności oraz (w zależności od regionu) z programów regionalnych lub w ramach programu Polska Wschodnia. Bardzo gorące dla firm, nie tylko w branży opakowań, jest tegoroczne lato. Z końcem lipca zakończy się nabór wniosków w ramach działania „Szybka ścieżka”, gdzie firmy mogą dostać wsparcie na realizację prac B+R. W okresie lipiec-sierpień przewidywany jest nabór dla dużych firm w ramach dz.1.1.2 wspierającego wdrożenia instalacji demonstracyjnych i pilotażowych. Od 1 czerwca do 31 sierpnia będą przyjmowane wnioski w ramach dz.3.2.1 wspierającego wdrożenie własnych prac rozwojowych. Bank Gospodarstwa Krajowego ogłosił rozpoczęcie w lipcu trwającego do końca września naboru wniosków o premie w wysokości do 6 mln zł na wsparcie inwestycji związanych z wdrożeniem zakupionych lub własnych nowych technologii.

[1] Jak wyżej

[2] Future of packaging, Recounter, #0341/30/09/2015

[1] Szacunki agencji Smithers Pira: https://www.smitherspira.com/industry-market-reports/packaging/the-future-of-global-packaging-markets-to-2020

[2] Jak wyżej

[3] Dane Polskiej Izby Opakowań: http://oohmagazine.pl/8688,przemysl-i%C2%A0rynek-opakowan-w%C2%A0polsce-raport-pio.html

Jaką strategię przyjmie Mario Draghi?

Notowania na europejskich parkietach w środę przebiegły w dobrych nastrojach. Przez większość dnia rynki bazowe na Starym Kontynencie rosły, starając się przykryć obraz kiepskiego wtorkowego sentymentu. W momencie zamknięcia, niemiecki DAX wzrósł o 1,61%, brytyjski FTSE100 zyskał 0,47%, a francuski CAC40 1,15%.

Na GPW przez większość dnia zauważalna była niepewność inwestorów, indeks największych polskich spółek wahał się wokół zera, lecz w ostatniej godzinie Amerykanie pomogli dobrym otwarciem. Finalnie, WIG20 wzrósł o 0,44%, a obroty sięgnęły 780 mln zł.

Inwestorom powodów do optymizmu z pewnością dostarczył Bank Anglii, jak i same dane z Wielkiej Brytanii. BoE stwierdził między innymi, że większość firm nie zamierza w najbliższej perspektywie zmieniać swoich planów inwestycyjnych oraz planów zatrudnienia. W swoim raporcie zaznaczył również, że nie ma oznak, ani dowodów gwałtownego spowolnienia gospodarczego wywołanego Brexitem. Dodatkowo, wczoraj została opublikowana stopa bezrobocia na Wyspach Brytyjskich, która jest na najniższym poziomie od 10 lat, a wyniosła 4,9%.

Publikowane dziś dane makroekonomiczne dostarczą nam zdecydowanie więcej atrakcji.  Z Wielkiej Brytanii, poznamy dynamikę sprzedaży detalicznej za czerwiec. W Stanach Zjednoczonych, pojawią się dziś takie dane, jak indeks Fed z Filadelfii, tygodniowa liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych oraz indeks wyprzedzający Conference Board i dane o sprzedaży domów na rynku wtórnym. Jednak najistotniejszym wydarzeniem będzie decyzja EBC, który o godz. 13:45 określi stopę procentową. O godz. 14:30 rozpocznie się konferencja prasowa Mario Draghiego, który może zafundować inwestorom mocniejsze bicie serca. Na razie, rynek przewiduje, że nie będzie większego luzowania polityki monetarnej (w szczególności stopa powinna pozostać na poziomie zerowym), tym niemniej jest możliwe, że pojawi się zapowiedź takich ruchów na wrzesień.

Sesja w USA:

Rynek akcyjny w Stanach Zjednoczonych zamknął środowe notowania wzrostami ze względu na zyski w sektorach technologii, ochrony zdrowia i przemysłu. W momencie zamknięcia na giełdzie w Nowym Jorku, indeks Dow Jones Industrial Average zyskał 0,19%, S&P500 wzrósł o 0,43%, a Nasdaq Composite o 1,06%.

Trwający obecnie sezon wyników kwartalnych przyniósł kolejną miłą niespodziankę. Bank Morgan Stanley w swoim raporcie pochwalił się w II kwartale zyskiem na akcję w wysokości 75 centów, podczas gdy oczekiwano tylko 59 centów. Po sesji, solidnym raportem zaskoczył również Microsoft, który zarabia obecnie głównie dzięki technologicznym rozwiązaniom w chmurze.

Waluty:

Kurs EURUSD na koniec środowych notowań dotarł do poziomu 1,1015 i tym samym stracił 0,06%. Para EURGBP straciła 0,82% i osiągnęła poziom 0,8338 , natomiast EURJPY wzrosła o 0,62%, osiągając 117,69.

Polska waluta jest dziś rano wyceniana przez rynek następująco: 4,3687 PLN wobec euro, 3,9613 PLN wobec dolara amerykańskiego, 4,0093 PLN wobec franka szwajcarskiego i 5,2415 PLN wobec funta szterlinga.

Surowce:

Notowania złota w środę spadły o 0,95% do poziomu 1318,80 USD za uncję. Srebro straciło 1,97% i było notowane po 19,582 USD za uncję.

Ropa naftowa, w przypadku odmiany WTI wzrosła o 0,65% do poziomu 44,94 USD za baryłkę. Odmiana Brent zyskała natomiast 1,09% i była notowana po 47,17 USD za baryłkę.

 

Konrad Mikołajko

Head of Support

Patron FX

Rekordowe półrocze Mercedes-Benz: ponad milion sprzedanych aut

W ciągu pierwszych sześciu miesięcy br. Mercedes-Benz dostarczył klientom na całym świecie ponad milion samochodów (+12,1%), więcej niż kiedykolwiek w czasie jednego półrocza. W kluczowych regionach – w Europie, Azji i krajach NAFTA – zarówno w czerwcu, jak i w całym półroczu ustanowiono nowe rekordy sprzedaży. W Chinach, na największym rynku zbytu nowych Mercedesów, popyt w ujęciu sześciomiesięcznym wzrósł o ponad 30%. Szlakiem sukcesu niezmiennie podążają SUV-y spod znaku trójramiennej gwiazdy – w czerwcu na modele z tej grupy przypadała jedna trzecia sprzedaży Mercedes-Benz.

Mercedes-Benz zamknął pierwsze półrocze br. kolejnymi rekordowymi wynikami sprzedaży jednostkowej. W okresie od stycznia do czerwca 2016 roku nabywcy odebrali 1 006 619 samochodów spod znaku trójramiennej gwiazdy (+12,1%), z czego w samym czerwcu – 188 444 sztuk (+11,1%). Tym samym producent ze Stuttgartu po raz 40. z rzędu osiągnął miesięczny rekord sprzedaży.

Ola Källenius, Członek Zarządu Daimler AG odpowiedzialny za sprzedaż i marketing osobowych Mercedesów: „Za nami najlepsze półrocze w historii firmy – już w czerwcu przekroczyliśmy barierę miliona samochodów. Dzisiaj jedna trzecia wszystkich sprzedawanych aut z gamy osobowych Mercedesów przypada na SUV-y. To dowód, że nasza ofensywa produktowa przynosi efekty, a kompleksowo odnowiona gama SUV-ów z gwiazdą została bardzo dobrze przyjęta przez naszych klientów”.

Sprzedaż jednostkowa Mercedes-Benz na poszczególnych rynkach

W Europie sprzedaż nowych Mercedesów wzrosła w czerwcu br. o 13,7%, do 86 657 egzemplarzy. Od stycznia do czerwca klienci ze Starego Kontynentu odebrali łącznie 444 581 aut z gwiazdą, o 13,3% więcej niż w analogicznym okresie ub.r. Na rodzimy rynek niemiecki przypada z tego pula 142 756 sztuk (+7,8%). W Niemczech, we Włoszech oraz w Portugalii producent ze Stuttgartu był w minionym miesiącu liderem segmentu marek premium.

W rejonie Azji i Pacyfiku Mercedes-Benz dostarczył w czerwcu 63 754 samochody (+16,4%), a w ujęciu półrocznym wzrost sprzedaży jednostkowej przekroczył tam pułap 20%. Szczególnie wysoki przyrost odnotowano w Chinach, na największym pojedynczym rynku zbytu Mercedes-Benz, gdzie od stycznia do czerwca br. klienci odebrali 219 999 nowych wozów spod znaku gwiazdy (+33,1%). W Japonii, Australii i na Tajwanie Mercedes-Benz był w ubiegłym miesiącu najchętniej wybieraną marką aut premium.

W ciągu pierwszego półrocza br. w regionie NAFTA przekazano klientom blisko 190 000 samochodów, z czego w samym czerwcu – 33 245 sztuk (+2,4%). W USA sprzedaż w minionym miesiącu osiągnęła rekordowy poziom 28 473 egzemplarzy (+1,5%), a po niedawnym wprowadzeniu nowej limuzyny Klasy E spodziewane są tam kolejne wzrosty. W Kanadzie Mercedes-Benz po raz kolejny okazał się najpopularniejszym producentem aut premium na rynku.

Sprzedaż jednostkowa Mercedes-Benz: poszczególne modele

W czerwcu sprzedaż Mercedesów Klasy A, B, CLA, CLA Shooting Brake oraz GLA wyniosła 59 423 sztuki (+9,3%) – to czerwcowy rekord, do którego przyczyniło się przede wszystkim zwiększone zainteresowanie klientów z Państwa Środka. W całym półroczu na zakup kompaktowego auta z gwiazdą zdecydowało się 319 626 nabywców (+18,6%), więcej niż kiedykolwiek wcześniej w porównywalnym okresie.

Od początku roku klienci kupili już ponad 200 000 egzemplarzy Klasy C z nadwoziem limuzyna i kombi. Swój wkład ma tu oferowana wyłącznie w Chinach limuzyna z przedłużanym rozstawem osi, która zarówno w czerwcu, jak i w całym półroczu uzyskała rekordowe wyniki sprzedaży. Niedawno ofertę Klasy C dodatkowo wzmocniła odmiana kabriolet, którą można już zamawiać w Europie.

SUV-y Mercedesa pobiły poprzedni rekord z czerwca 2015 roku o imponujące 43% i w ubiegłym miesiącu znalazły 62 175 nabywców. Jeszcze wyższy wzrost zaobserwowano w całym półroczu – 46,1% (339 541 sztuk). Oznacza to, że na SUV-y przypada obecnie około jedna trzecia sprzedaży jednostkowej Mercedes-Benz. A ofensywa produktowa trwa: do oferty modeli z tej grupy dołącza drugie coupe, nowy GLC Coupé, który od czerwca zjeżdża z taśmy produkcyjnej fabryki w Bremen.

Mercedes-Benz w Polsce

W minionym miesiącu polscy klienci odebrali łącznie 1188 aut osobowych z Gwiazdą (nie licząc samochodów dostawczych z homologacją osobową). Wynik ten jest lepszy o 67,8% w stosunku do analogicznego okresu ub.r. Pozwoliło to producentowi ze Stuttgartu objąć pozycję lidera segmentu marek premium w naszym kraju.

smart
W czerwcu br. marka smart zwiększyła swoją sprzedaż jednostkową o 16%, dostarczając klientom na świecie 13 147 samochodów. Rekordowym wzięciem miejskim model cieszył się w rejonie Azji i Pacyfiku – nigdy wcześniej nie dostarczono tam tylu egzemplarzy smarta co w czerwcu i w całym minionym półroczu.

 

Wyniki sprzedaży oddziału Mercedes-Benz Cars

  Czerwiec 2016 r. Zmiana (%) Styczeń-czerwiec 2016 r. Zmiana (%)
Mercedes-Benz 188 444 +11,1 1 006 619 +12,1
smart 13 147 +16,0 73 510 +18,3
Mercedes-Benz Cars 201 591 +11,4 1 080 129 +12,5
         
Sprzedaż jednostkowa Mercedes-Benz w poszczególnych regionach        
Europa 86 657 +13,7 444 581 +13,3
– w tym: Niemcy 28 790 +7,4 142 756 +7,8
Azja 63 754 +16,4 346 220 +21,7
– w tym: Japonia 6356 +0,4 32 120 -1,4
– w tym: Chiny 39 462 +21,4 219 999 +33,1
NAFTA 33 245 +2,4 189 512 +0,1
– w tym: USA 28 473 +1,5 162 777 -1,3

 

Mniej kredytów, ale za to na wyższe kwoty

W maju 2016r. , w porównaniu z majem roku poprzedniego, udzielono o 4,4% mniej kredytów konsumpcyjnych na kwotę niższą o 0,9%. Wydano o 14,3% mniej kart kredytowych na łączną kwotę limitów niższą o 6,2%. Kredytów mieszkaniowych udzielono o 3,4% mniej i na kwotę niższą o 0,2%.

Od początku roku(styczeń-maj), w porównaniu do roku poprzedniego, udzielono o 3,7% mniej kredytów konsumpcyjnych na kwotę wyższą o 0,7%. Wydano o 8,1% mniej kart kredytowych na łączną kwotę limitów niższą o 1,1%. Kredytów mieszkaniowych udzielono o 5,7% więcej i na kwotę wyższą o 6,9%.

Maj wypadł słabo w kredytowaniu osób prywatnych. Udzielono, w porównaniu z majem 2015 r., mniej kredytów konsumpcyjnych i kredytów mieszkaniowych oraz wydano znacznie mniej kart kredytowych. Zauważalną tendencją jest to, że spadki w ujęciu wartościowym były mniejsze niż w ujęciu liczbowym. Oznacza, to że kredytów udziela się mniej, ale za to na wyższe kwoty.

Liczba udzielonych kredytów konsumpcyjnych

W maju 2016 r. udzielono 592,0 tys. kredytów konsumpcyjnych na łączną kwotę 6,6 mld zł. Stanowi to spadek o 4,4% w ujęciu liczbowym i o 0,9% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do maja 2015 r. Od początku roku (styczeń‑­maj) udzielono 2,8 mln kredytów na łączną kwotę 32,5 mld zł. Jest to o 3,7% mniej w ujęciu liczbowym i o 0,7% więcej w ujęciu wartościowym, niż rok wcześniej.

Liczba udzielonych kredytów mieszkaniowych

W maju 2016 r. udzielono 16,1 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną kwotę 3,4 mld zł. Stanowi to spadek o 3,4% w ujęciu liczbowym i o 0,2% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do maja 2015 r. Od początku roku (styczeń – ­maj)‑ udzielono 83,7 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną kwotę 17,6 mld zł. Jest to więcej o 5,7% w ujęciu liczbowym i o 6,9% w ujęciu wartościowym,niż rok wcześniej.

Średnia wartość udzielonego kredytu mieszkaniowego wyniosła 210,9 tys. zł w maju 2016 r.,w porównaniu do 204,2 tys. zł rok wcześniej (wzrost o 3,2%).

 Liczba przyznanych kart kredytowych

W maju 2016 r. wydano 87,7 tys. kart kredytowych na łączną kwotę limitów 399,5 mln zł. Stanowi to spadek o 14,3% w ujęciu liczbowym i o 6,2% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do maja 2015 r. Od początku roku (styczeń‑­maj) wydano 432,0 tys.kart na łączną kwotę 2,0 mld zł przyznanych limitów. Jest to o 8,1% mniej w ujęciu liczbowym i o 1,1% mniej w ujęciu wartościowym,niż rok wcześniej.

W ostatnich kwartałach spada liczba wydawanych kart kredytowych. O ile w II kw. 2015 r. kart wydano prawie 300 tys. szt., to w pierwszym kwartale br. nowych kart wydano niecałe 250 tys. szt. Pierwszy kwartał każdego roku zazwyczaj jest słabszy, jednak widoczna na przestrzeni ostatniego roku tendencja nie jest czynnikiem sezonowym. Kart kredytowych wydaje się mniej, za to wydawane są na coraz wyższe kwoty limitów.

Średnia kwota przyznanego limitu w II kw. 2015 r. wynosiła 4200 zł, natomiast w I kw. br. wyniosła 4750 zł (wzrost o 12,8%). Obecnie karty kredytowe posiada 4,7 mln osób,o 100 tys.mniej niż przed rokiem.

Opracowano przez Departament Business Intelligence w Biurze Informacji Kredytowej S.A.