Nowi partnerzy w firmie doradczej EY

Od 1 lipca cztery osoby zostały partnerami w firmie doradczej EY. Agnieszka Nalewajko i Przemysław Orlonek obejmą nowe stanowiska w Dziale Audytu, a Dorota Pokrop i Marek Jarocki w Dziale Doradztwa Podatkowego.

Marek Jarocki jest partnerem w Dziale Doradztwa Podatkowego w Zespole People Advisory Services, gdzie specjalizuje się w podatku PIT oraz doradztwie w obszarze kapitału ludzkiego. Jest licencjonowanym doradcą podatkowym.

Marek jest autorem wielu publikacji dotyczących podatków dochodowych i ubezpieczeń społecznych a także współautorem komentarza do ustawy o PIT. Obecnie rozwija współpracę z sektorem małych i średnich firm oraz z przedsiębiorstwami rodzinnymi. Wspiera także program EY Przedsiębiorca Roku.

Agnieszka Nalewajko jest partnerem w Dziale Audytu. Specjalizuje się w badaniu sprawozdań finansowych spółek z sektora produkcyjnego, transportowo-logistycznego, handlowego oraz wodno-kanalizacyjnego, a także w projektach związanych z badaniem kontroli wewnętrznych. Jest Biegłym Rewidentem i posiada uprawnienia ACCA.

Agnieszka jest ekspertem w badaniu i doradztwie dla podmiotów z sektora SSC, stworzyła od podstaw 70-osobowy zespół Centralnego Wsparcia Audytu (SSC) w Łodzi, którym zarządza. Jest liderem innowacyjności i transformacji usług audytorskich w regionie CSE, gdzie wdraża nowe narzędzia pracy.

Od lipca dołącza do zespołu we Wrocławiu, gdzie będzie wspierać rozwój działalności i usług EY w regionie dolnośląskim. Dodatkowo będzie rozwijać usługi doradcze i audytorskie dla sektora usług wspólnych (SSC) w regionie CSE. W firmie doradczej EY pracuje od 1998 roku.

Od lat wspiera inicjatywy CSR, współpracuje m.in. z Uniwersytetem Łódzkim i Akademią Rozwoju Filantropii w Polsce, jest audytorem konkursu „Dobroczyńca Roku”.

Przemysław Orlonek jest partnerem w Dziale Audytu. Ma szerokie doświadczenie w zakresie świadczenia usług zarówno dla oddziałów dużych, międzynarodowych korporacji, jak i firm krajowych. Obszar specjalizacji: spółki handlowe – hurtowe i detaliczne, firmy produkcyjne oraz spółki operujące na rynku nieruchomości. Ściśle współpracuje i rozwija portfolio klientów z kapitałem koreańskim i francuskim. Nadzoruje realizację projektów klientów z całego świata m.in. Stanów Zjednoczonych, Europy i Azji.

Od wielu lat zaangażowany w realizację konkursu EY Przedsiębiorca Roku. Od 2003 roku posiada uprawnienia Biegłego Rewidenta. Członek Association of Chartered Certified Accountants (ACCA). Absolwent Advanced Management Program w IESE Business School w Barcelonie, University of Navarra. W EY pracuje od 2002 roku.

Dorota Pokrop jest partnerem w Dziale Doradztwa Podatkowego. Specjalizuje się w obszarze podatków pośrednich – VAT oraz cła. Jest licencjonowanym doradcą podatkowym. Od 2014 roku zarządza zespołem zajmującym się doradztwem w zakresie podatków pośrednich dla sektora publicznego. Koordynuje złożone projekty obejmujące różne kraje i jurysdykcje.

Jest współautorką publikacji „VAT 2013 wraz z komentarzem ekspertów EY”, która jest wyjaśnieniem największej od przystąpienia Polski do Unii Europejskiej nowelizacji ustawy o podatku od towarów i usług. Dorota jest autorką licznych komentarzy w prasie i mediach elektronicznych. Pracuje w EY od 2002 roku.

Nadużycia giełdowe pod większą kontrolą? Od 3 lipca wchodzą w życie ważne zmiany dla spółek i inwestorów

Większa ochrona akcjonariuszy, wyższe kary za ujawnianie i wykorzystanie informacji poufnych, wprowadzenie osobistej odpowiedzialności członków zarządu za nieprawidłowe wywiązywanie się z obowiązków informacyjnych – to główne zmiany, jakie wprowadza nowe prawo. 3 lipca wchodzi w życie rozporządzenie Market Abuse Regulation (MAR) oraz dyrektywa Market Abuse Direcitve (MAD), które ujednolicają przepisy obowiązujące spółki notowane na giełdzie. Nowe prawo wymusza na spółkach większą aktywność w raportowaniu informacji cenotwórczych.

Głównym celem nowych przepisów jest zapobieganie nadużyciom i uszczelnianie systemu na rynku finansowym. Zgodnie z wchodzącymi w życie regulacjami, wybrane strategie w handlu wysokiej częstotliwości, czyli handlu prowadzonego za pomocą specjalnie zaprogramowanych komputerów, są manipulacją. Nowe przepisy zakazują manipulowaniem poziomem stóp referencyjnych (np. EURIBOR, LIBOR). Wśród narzędzi przeciwdziałania nadużyciom i zapewnienia większej przejrzystości są nowe obowiązki sprawozdawcze dla emitentów.

Insider trading

Jedną z najpopularniejszych form oszustwa giełdowego jest zjawisko insider trading, które polega na wykorzystaniu lub ujawnieniu informacji poufnej na temat spółki. W efekcie może to zniekształcić wycenę emitowanego przez nią instrumentu finansowego. Powstała w ten sposób nierównowaga w dostępie do informacji między uczestnikami rynku może prowadzić do uzyskania nieuprawnionej korzyści przez jedną ze stron. – Zgodnie z zapisami MAR i MAD wykorzystanie informacji poufnej ma miejsce wówczas, gdy osoba dysponująca informacją poufną wykorzysta ją do sprzedaży lub kupna instrumentów finansowych na rachunek własny lub na rzecz osoby trzeciej. Działanie takie może mieć charakter pośredni lub bezpośredni. Bezprawnym ujawnieniem informacji poufnej jest też przekazanie jej osobie nieupoważnionej. Jedynym wyjątkiem jest sytuacja, gdy ujawnienie odbywa się w zwykłym toku zatrudnienia, wykonywania zawodu lub obowiązków – tłumaczy Jakub Kraszkiewicz, Partner, Zespół Zarządzania Ryzykiem Nadużyć, EY. Nowe regulacje zaostrzać będą potencjalne sankcje za działania tego typu. W przypadku ujawnienia informacji poufnych, Komisja Nadzoru Finansowego może nałożyć grzywnę do dwóch milionów złotych. Odpowiedzialnemu za czyn niezgodny z prawem grozić może także kara pozbawiania wolności do lat trzech. W przypadku MAR, maksymalna administracyjna sankcja wynieść może nawet 15 milionów euro lub 15% całkowitych rocznych obrotów.

Manipulacje rynkowe

Manipulacją jest nieuprawnione działanie, przez które zniekształcony zostaje jeden z parametrów instrumentu finansowego – najczęściej wycena. Nieuprawnione działanie dotyczyć może zarówno dokonywania operacji wpływających na sam instrument finansowy, jak również rozpowszechniania zmanipulowanych informacji na temat danego instrumentu lub spółki. W rozumieniu MAR i MAD manipulacją rynkową jest zawieranie transakcji, składanie zleceń lub inne zachowanie, które może wprowadzić w błąd co do podaży, popytu lub ceny instrumentu lub utrzymania jej na nienaturalnym poziomie. Manipulacją są również operacje związane z użyciem fikcyjnych narzędzi i rozpowszechnianiem lub przekazywaniem fałszywych informacji. W przepisach jest również zakaz przekazywania wprowadzających w błąd danych dotyczących wskaźników referencyjnych. MAR za manipulację uznaje także zakłócanie funkcjonowania systemów w handlu wysokiej częstotliwości. Za stosowanie niedozwolonych praktyk grozi obecnie grzywna do pięciu milionów złotych, kara pozbawienia wolności od trzech miesięcy do pięciu lat, lub obie te sankcje łącznie. W świetle nowych regulacji maksymalną karą administracyjną w odniesieniu do manipulacji rynkowej jest pięć milionów euro dla osoby fizycznej. W przypadku osoby prawnej to 15 milionów euro lub 15% całkowitych rocznych obrotów na podstawie ostatniego zatwierdzonego sprawozdania finansowego.

Raportowanie na bieżąco

Od lipca emitenci będą zmuszeni sami określić zakres cenotwórczości wydarzeń i wynikający z niego obowiązek upublicznienia. – Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych i Fundacja Standarów Raportowania opracowały ogólny i indywidualny standard raportowania – OSR-1 i OSR-2. Zgodnie z pierwszym z nich, spółki muszą stworzyć indywidualne procedury, które pomogą im przeanalizować i ocenić czy dane zdarzenie jest cenotwórcze i w jaki sposób powinno zostać zaprezentowane. OSR-2 zawiera wskazówki dotyczące czynników, jakie powinny być wzięte pod uwagę przy opracowywaniu przez spółkę rozwiązań dostosowanych do swojej specyfiki. Oba standardy raportowania podkreślają, że zasadniczą cechą wpływającą na cenotwórczość informacji jest różnica pomiędzy oczekiwaniami inwestorów, a faktycznymi rezultatami działalności – mówi Robert Sroka, Menedżer, Zespół Zarządzania Ryzykiem Nadużyć, EY. Oznacza to, że informacja, która odbiega od prezentowanych przez spółkę prognoz lub szacunków rynkowych powinna zostać ujęta w raporcie bieżącym. Innym powodem może być ocena tego czy dana informacja mogła być oczekiwana przez rynek lub brak możliwości utrzymania informacji w poufności.

Jak się przygotować do MAR (Market Abuse Regulation)?

Kluczowym wyzwaniem dla spółek jest sporządzenie i formalne przyjęcie polityk ujawniania informacji poufnych oraz stworzenie katalogów informacji poufnych – indywidualnych dla każdej spółki. – Należy pamiętać, że wszelkie tworzone katalogi rodzajów informacji poufnych mogą mieć jedynie charakter pomocniczy i otwarty. Każdy przypadek naruszenia obowiązków informacyjnych będzie analizowany na gruncie powszechnie obowiązującego prawa. Nie oznacza to, że jednak, że spółki nie powinny dołożyć staranności w procesie przygotowań, w tym tworzenia katalogów. Zalecaną praktyką jest przeprowadzenie przy tej okazji analiz zdarzeń i informacji, jakie historycznie publikowała spółka, bądź które trafiały na rynek wraz z ich wpływem na wahania notowań. Pewnym utrudnieniem może być wyizolowanie wpływu tych informacji na poziom notowań, z uwagi na inne czynniki (np. kształtowanie się kursów walutowych, wahań koniunktury). Jednak wynik takiej analizy daje podstawy zarówno do wskazania w katalogu rodzajów zdarzeń i informacji cenotwórczych, jak i ich ewentualnych wartości progowych, które mogą stanowić przesłankę konieczności zaraportowania danej informacji – mówi Agnieszka Bryl, Dyrektor, Dział Zarządzania Ryzykiem, EY. Kolejną kwestią jest wprowadzenie systemu wyjaśniania wycieku informacji poufnych. – Ustalenie sprawców jest istotne zwłaszcza w kontekście wysokich kar przewidywanych przez ustawodawstwo MAR. W dużej mierze wyjaśnianie wycieku informacji powinno być oparte na analizie danych elektronicznych, w tym wysyłania danych oraz potencjalnego przegrywania ich na nośniki zewnętrzne przez osoby posiadające dostęp do informacji. Każde dochodzenie wewnętrzne mające na celu wyjaśnienie wycieku informacji poufnych powinno zawierać też przegląd formalnej dokumentacji oraz rozmowy z osobami, które miały dostęp i nadzorowały przebieg informacji poufnej – mówi Jakub Kraszkiewicz. – Nowe prawo nie jest doskonałe, ponieważ zawiera niejednoznaczne definicje, co należy ujawnić w raporcie. W praktyce kłopotliwe może być jednoznaczne wybranie informacji, która „prawdopodobnie może mieć znaczny wpływ.” Po wejściu w życie uregulowań, szczególnego znaczenia nabiorą systemy compliance w spółkach. Trzeba będzie w nich zwrócić szczególną uwagę na dostęp pracowników do informacji poufnych, zakres tego dostępu i bieżące weryfikowanie potrzeby takiego dostępu – podsumowuje Robert Sroka.

Propozycja o wykorzystaniu pieniędzy z OFE do sfinansowania planu Morawieckiego byłaby poważnym ciosem dla i tak słabej warszawskiej giełdy

CEO Magazyn Polska

Podczas sobotniego kongresu Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński, prezes tej partii, zasugerował użycie pieniędzy zarządzanych przez Otwarte Fundusze Emerytalne do sfinansowania tzw. planu Morawieckiego. Zdaniem Sebastiana Buczka, szefa towarzystwa Quercus TFI, byłby to silny cios w warszawską giełdę. Inwestorzy bowiem nie cenią spółek, w których znaczącym udziałowcem jest Skarb Państwa.

Jak informuje Sebastian Buczek w najbliższych miesiącach inwestorzy będą raczej wyczekiwać dalszych decyzji rządu dotyczących Otwartych Funduszy Emerytalnych (OFE). Na sobotnim kongresie rządzącej partii Prawa i Sprawiedliwości jej prezes, Jarosław Kaczyński, zadeklarował, że konieczne jest rozważenie skierowania środków zarządzanych obecnie przez OFE na pobudzenie polskiej gospodarki i realizację tzw. planu wicepremiera Morawieckiego. Zdaniem prezesa PiS pieniądze te dzisiaj „tracą tylko na wartości”.

– Pojawiają się pogłoski, że latem, kiedy wszyscy będziemy na wakacjach, mogą faktycznie się pojawić jakieś konkrety na ten temat – prognozuje Sebastian Buczek. – Wydaje się, że sytuacja zmierza jednak w kierunku konsolidacji instytucji w wielki, narodowy fundusz emerytalny w ramach jednej z instytucji państwowych, takich jak Bank Gospodarstwa Krajowego, czy ZUS. Myślę, że nie byłaby to dobra informacja dla warszawskiej giełdy. Inwestorzy od pewnego czasu bardzo się jej obawiają.

Plotki i wiadomości dotyczące losów OFE, zdaniem Sebastiana Buczka, mogą w najbliższym czasie ciążyć notowaniom polskich akcji i, przynajmniej z krótkoterminowej perspektywy, mieć znaczenie dla kondycji Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

– Poczekajmy, zobaczymy czy sprawdzą się te pogłoski – radzi Sebastian Buczek. – Myślę, że konkretne informacje rzeczywiście poznamy w połowie wakacji, czyli w lipcu. To już niedługo, zaledwie kilka tygodni. Wtedy zweryfikujemy plotki.

Przejęcie środków zarządzanych przez OFE, jak zauważa Sebastian Buczek, powodowałoby, że dużym udziałowcem wielu przedsiębiorstw notowanych na GPW stałby się, pośrednio lub bezpośrednio Skarb Państwa. Inwestorzy natomiast jego zdaniem nie cenią spółek, w których czynnik polityczny odgrywa dużą rolę, a kwestia zysku jest drugoplanowa.

Obecnie na kontach Otwartych Funduszy Emerytalnych zgromadzonych jest 140 mld złotych.

– Taki konsolidacyjny scenariusz oznaczałby, że w akcjonariacie dużej części firm notowanych na giełdzie pojawiłby się podmiot państwowy, który by kontrolował od kilkunastu do kilkudziesięciu procent kapitału, a w niektórych przypadkach dążył do tego, aby obsadzić rady nadzorcze, być może również dokonać zmian zarządów – wyjaśnia Sebastian Buczek. – Zarówno polscy, jak i zagraniczni inwestorzy do takiego scenariusza podeszliby bardzo negatywnie. Większość podmiotów z takim akcjonariatem w ostatnich latach, niestety, mocno rozczarowywała pod względem kreacji wartości. Wystarczy popatrzeć na spadek notowań spółek sektora energetycznego, PKO BP czy w ostatnich miesiącach PZU. Wydaje się, że reakcja inwestorów byłaby negatywna. Myślę, że szefowie i właściciele wielu przedsiębiorstw zastanawiają się obecnie, co w takiej sytuacji powinni zrobić.

Prezes Quercus TFI zaznacza jednocześnie, że inwestorzy nie spodziewają się obecnie zmian w polskiej polityce monetarnej. Jak zauważa krajowa waluta jest dość słaba a PKB za I kwartał ukształtował się na poziomie 3 proc. i był wynikiem znacząco niższym od oczekiwań ekspertów (konsensus wynosił 3,5 proc.). Głównym tego powodem był spadek wydatków publicznych na różnego rodzaju inwestycje.

– Na razie nie oczekujemy większych zmian w polityce pieniężnej – prognozuje Sebastian Buczek, prezes zarządu towarzystwa Quercus TFI. – Złoty jest relatywnie słaby, w związku z tym nie ma miejsca w tej chwili na cięcie stóp procentowych. Natomiast, gdyby krajowa waluta się nieco umocniła w kierunku 4,30 nie można wykluczyć, że takie miejsce się znajdzie. 

Czerwiec był kolejnym z rzędu miesiącem spadków na GPW. W maju (czerwcowych statystyk wciąż brakuje) wartość transakcji na rynku głównym wyniosła tylko 12,4 mld zł i była o prawie jedną trzecią (27,3 proc.) mniejsza niż rok wcześniej. Od połowy 2011 roku podstawowy indeks giełdowy WIG20 spadł z poziomu 2900 punktów do trochę ponad 1800 (o blisko 40 proc.).

Środki unijne dla Polski na gospodarkę odpadami zagrożone. Poziom recyklingu niewystarczający

CEO Magazyn Polska

Do 2025 roku zgodnie z wymogami UE poziom recyklingu tworzyw sztucznych ma wynosić 55 proc. Dziś w Polsce jest to 25 proc. Brak zmian w systemie gospodarowanie odpadami może spowodować, że środki, jakie UE przeznaczy w kolejnych latach na wsparcie inwestycji w tym zakresie, ominą Polskę – ostrzegają przedstawiciele Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu.

Obecnie recykling tworzyw sztucznych jest na poziomie 25 proc., a w 2025 roku ma to być 55 proc. Przede wszystkim chodzi o likwidację składowania odpadów nieprzetworzonych i maksymalizację odzysku recyklingu – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jerzy Ziaja, prezes zarządu Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu (OIGR). – Wydaje się, że dekada to bardzo dużo czasu, ale jeżeli dzisiaj nie stworzymy odpowiednich aspektów ekonomicznych, to środki unijne na gospodarkę odpadami zostaną zablokowane. Co oznacza, że w 2025 roku będziemy w tym samym miejscu co dziś.

Jak podkreśla, w zakresie ogólnego poziomu recyklingu (ok. 41 proc.) Polska jest w ogonie państw europejskich. Problem w tym, że oficjalne dane nie do końca odpowiadają stanowi faktycznemu.

Dzieje się tak dlatego, że brakuje ekonomii w całym tym przedsięwzięciu. W systemie nie ma zasady „zanieczyszczający płaci”. System, który jest promowany w krajach członkowskich starej Unii Europejskiej, polega na tym, że opłata za unieszkodliwienie odpadu, czyli za selektywną zbiórkę, sortowanie, odzysk i recykling, jest wliczona w opakowanie, które kupuje konsument. W polskim systemie nadal stosowane jest kryterium lokalizacji i ryczałtu: płaci ten, kto zamieszkuje w danej gminie – mówi Jerzy Ziaja.

Prezes OIGR ma nadzieję, że resort środowiska opracuje założenia nowego systemu pod wpływem przyjętego 2 grudnia 2015 roku pakietu dotyczącego gospodarki o obiegu zamkniętym. Wyjaśnia, że jest pięć aktów prawnych w polskim prawie, które powinny być znowelizowane pod kątem nowelizacji dyrektyw Unii Europejskiej.

Nowe propozycje KE zakładają, że do 2030 roku recykling odpadów komunalnych w UE osiągnie poziom 65 proc., odpadów opakowaniowych – 75 proc., a odsetek składowanych odpadów spadnie do 10 proc. Natomiast w przypadku składowania segregowanych odpadów będzie obowiązywał całkowity zakaz. Na wprowadzenie gospodarki zamkniętej ma być przekazane wsparcie finansowe z europejskich funduszy strukturalnych i inwestycyjnych. 650 mln euro ma pochodzić z programu Horyzont 2020 (na badania naukowe i innowacje) oraz 5,5 mld euro ze środków na gospodarowanie odpadami.

Liczymy na to, że w nowym systemie, jak KE twierdzi, będą instrumenty ekonomiczne, które pozwolą na rozwinięcie się gospodarki recyklingu. To nie jest tylko jedna firma recyklingowa, to są również firmy produkujące maszyny i urządzenia, firmy, które muszą zabezpieczyć strumień odpadu, czyli firmy zbierające, to są również ludzie, którzy są serwisem dla tych firm – wymienia Jerzy Ziaja. – Kraje, które prawidłowo wdrożyły dyrektywy Unii Europejskiej, w ciągu dwóch lat osiągnęły poziom selektywnej zbiórki taki, jaki my po dziesięciu latach.

Jak podkreśla, pierwszym korkiem mogłoby być wprowadzenie systemu kaucji po opakowaniach napojów.

Ten system wpłynął na świadomość społeczeństwa państw unijnych i nie tylko. Jest to bodziec finansowy, żeby opróżnione opakowanie zawieźć do sklepu i dostać za to z powrotem pieniądze – mówi Jerzy Ziaja. – Największym kosztem w całym systemie gospodarki zamkniętej są koszty transportu. Jeżeli jedziemy na pusto, to emitujemy ciepło i spaliny do powietrza. Jadąc z odpadem, oszczędzamy na zapłacie za pozbycie się odpadu, wykorzystujemy ten transport do tego, żeby w jedno miejsce zawieźć odpowiednią ilość opakowań po napojach.

Rośnie skala zagrożenia chemicznego. Świadomość Polaków jest jednak wciąż niewielka

CEO Magazyn Polska

Ze względu na położenie Polska staje się coraz mniej bezpiecznym chemicznie krajem. Rośnie tranzyt materiałów, które potencjalnie niosą ze sobą zagrożenie. Mogą one stanowić nawet 15 proc. wszystkich przewozów. Główne szlaki prowadzą przez tereny mocno zurbanizowane, a systematycznie rejestruje się przypadki zagrożeń spowodowanych nieprzestrzeganiem zasad w transporcie szkodliwych materiałów. Dlatego, jak podkreśla Międzynarodowe Centrum Bezpieczeństwa Chemicznego, konieczne są działania, które poprawią stan bezpieczeństwa.

Coraz więcej jest zdarzeń, które oceniamy jako wypadki związane z bezpieczeństwem chemicznym lub ekologicznym. Nie jest dobrze z bezpieczeństwem chemicznym w naszym kraju, coraz gorzej jest też na świecie, a to przede wszystkim dlatego, że dostęp do chemii stał się powszechny, a po środki chemiczne sięgają coraz częściej terroryści – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes amb. Krzysztof Paturej, prezes fundacji Międzynarodowe Centrum Bezpieczeństwa Chemicznego w Warszawie (ICCSS).

Choć rola chemii w naszym życiu jest coraz większa, nie idzie ona w parze ze wzrostem świadomości na temat zagrożeń, jakie ze sobą niesie jej wykorzystywanie, a informacje na ten temat trafiają do opinii publicznej dopiero wtedy, kiedy dojdzie do tragedii.

Ekspert przypomina, że w Polsce wciąż zdarzają się przypadki śmierci w zamkniętych zbiornikach i szambach. Ludzie nie pamiętają lub nie wiedzą, że w szambach tlenu jest zaledwie kilka procent, dominuje siarkowodór i dwutlenek węgla. Wejście do środka, bez zabezpieczenia, zazwyczaj kończy się śmiercią. Awarie gazociągów, zatrucia tlenkiem węgla, wybuchy butli i pieców gazowych to jaskrawe przykłady braku bezpieczeństwa chemicznego.

To tylko pokazuje, że bezpieczeństwo chemiczne zarówno u nas, jak i w świecie wymaga zdecydowanego działania i przede wszystkim przeciwdziałania zagrożeniom – zaznacza ekspert. – Media społecznościowe, gazety czy telewizja w bardzo niewielkim stopniu informują społeczeństwo o zagrożeniach. Najczęściej dopiero po fakcie, jeśli dojdzie do katastrofy, zatrucia rzeki, pożaru w zakładach czy wypadku, jak rozszczelnienie cysterny na drodze czy jeśli ludzie zatruwają się w oparach niebezpiecznych gazów. Ale tylko informują, w naszej opinii brakuje budowania świadomości na temat zagrożeń chemicznych i kreowania kultury bezpieczeństwa chemicznego i ekologicznego – tłumaczy Paturej.

Prezes ICCSS wskazuje również, że ze względu na rolę, jaką Polska pełni w międzynarodowym transporcie, stajemy się coraz mniej bezpiecznym krajem. Co roku transportem drogowym przewożonych jest miliony ton szkodliwych substancji. Choć w ogólnej liczbie transportów to wedle różnych szacunków ok. 10-15 proc., to skala niebezpieczeństwa jest ogromna. Również rodzimy transport takich substancji z roku na rok jest coraz większy. Wciąż dochodzi do zagrożeń spowodowanych nieprzestrzeganiem zasad transportu niebezpiecznych materiałów. Tylko przez 10 miesięcy 2015 roku inspektorzy kontroli transportu drogowego wydali 850 decyzji związanych z naruszeniami ustawy o przewozie towarów niebezpiecznych.

Jesteśmy miejscem tranzytu towarów, w tym chemii, ze wschodu na zachód, z północy na południe. Jesteśmy też krajem, przez który przejeżdża coraz więcej ludzi, a ci często wiozą rzeczy niedozwolone. Niestety, pod tym względem granica wschodnia nie jest bezpieczniejsza, bo przypadków zatrzymywania osób przewożących związki czy substancje niedozwolone jest coraz więcej. Poza niskim stanem świadomości i niewielkim zaangażowaniem agend państwa problemem jest również fakt, że dynamicznie rośnie tranzyt przez Polskę materiałów niebezpiecznych, a do takich należy chemia – przekonuje Paturej.

Ze względu na większą powszechność produktów chemicznych, rośnie też ryzyko wykorzystania ich w atakach terrorystycznych. Również zakłady, w których produkowana lub użytkowana jest chemia, mogą być celem ataku. W Polsce działa ponad 160 zakładów, gdzie produkowane lub magazynowane są toksyczne środki przemysłowe w takich ilościach, które zwiększają ryzyko awarii. Aby ograniczyć zagrożenia, konieczna jest zmiana podejścia instytucji państwowych i przede wszystkim zmiana filozofii. Pasywne reagowanie na zdarzenia i awarie należy zamienić na aktywne przeciwdziałanie zagrożeniom chemicznym i ekologicznym. Dużą rolę mogą odgrywać firmy ubezpieczeniowe, które powinny obniżać składkę tym podmiotom, które prowadzą audyty bezpieczeństwa. Jak przekonuje prezes ICCSS, zabezpieczenia w państwach Europy Zachodniej stoją na znacznie wyższym poziomie

– Zagrożenia związane z ogromnym wzrostem dostępu do związków chemicznych, poszerzaniem się obszarów, gdzie chemia jest stosowana i rosnącym tranzytem przez Polskę powodują, że stan bezpieczeństwa chemicznego będzie się pogarszał. Niższe bezpieczeństwo zwiększa ryzyka i koszty działalności gospodarczej, co zmniejsza konkurencyjność i wiarygodność. Jestem przekonany, że stan bezpieczeństwa musimy podnosić wspólnie – podkreśla Krzysztof Paturej.

ICCSS chce wdrażać w Polsce program lokalnej świadomości i odpowiedzialności w bezpieczeństwie chemicznym. Zakłada on od lat stosowane na Zachodzie, zintegrowane podejście do bezpieczeństwa chemicznego i ekologicznego oparte na współdziałaniu agend państwowych, samorządów, firm, społeczeństwa obywatelskiego i wdrażaniu programów szkoleniowych.

Wahania kursów walut wpływają na ceny błękitnego paliwa. Uczestnicy rynku gazu powinni zabezpieczyć się przed wahaniami kursowymi

CEO Magazyn Polska

Po ogłoszeniu wyników referendum w sprawie wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej ceny gazu ziemnego były stabilne i najbardziej zależały od wahań wartości funta. W dłuższej perspektywie jednak największy wpływ ma na nie aktualna podaż i popyt. Firmy mogą zabezpieczyć się przez gwałtownymi zmianami cen błękitnego paliwa, gwarantując sobie bezpieczeństwo energetyczne.

– Podczas brexitu zauważyliśmy, że wpływ na cenę gazu miały waluty, bo kiedy wartość surowca na giełdzie w Holandii spadała, to cena w Wielkiej Brytanii szła do góry, co odzwierciedlało 10-proc. deprecjację na parze walutowej funta z dolarem i brytyjskiej waluty z euro – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Przemysław Żak, handlowiec z firmy AOT Energy Poland. – Obecnie możemy powiedzieć, że brexit wpłynął tylko w kontekście walutowym. Choć oczywiście zwiększyło się też trochę ryzyko na rynku, które i tak było duże.

Jeszcze w czwartek wieczorem po ogłoszeniu wyników ostatniego sondażu wskazującego na przegraną zwolenników brexitu w referendum, wartość brytyjskiego funta wzrosła do 1,5018 dol. Potem jednak kurs tej waluty szybko spadał. Po godzinie szóstej rano czasu polskiego, gdy znane były wyniku z dużej części lokali, spadek wartości funta wynosił ponad 10 proc. Następnego dnia rano wyceniany był już na niecałe 1,35 dol. Był to najniższy poziom od września 1985 roku.

W czwartek wieczorem indeksy giełdowe oraz surowce także dyskontowały pozostanie Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Skala reakcji na wyniki referendum z perspektywy piątku była równie wysoka jak w 2008 r. po upadku banku Lehman Brothers. Index DAX na otwarciu spadł ponad 1000 punktów, WIG30 niemalże 9 proc.

Ceny gazu ziemnego w Wielkiej Brytanii były co prawda najwyższe od grudnia 2015 r., ale z powodu przede wszystkim niezapowiedzianych prac remontowych (ograniczenia w przesyle) w Norwegii oraz niespodziewanego wyłączenia na 42 dni z użytkowania magazynów w Rough odpowiedzialnych za 10 proc. całkowitego zaopatrzenia. W piątek po południu dodatkowo ogłoszono jedenastoprocentowe zmniejszenie wydobycia błękitnego paliwa w Groningen.

W skali globalnej zmiany cen były pochodną ruchu na parach walutowych: odnotowano spadek na giełdzie w Holandii, wzrost w Wielkiej Brytanii oraz niewielką zmianę w Polsce.

Wartość rynkowa błękitnego paliwa najbardziej uzależniona jest od poziomu aktualnego i przewidywanego zapotrzebowania: rośnie, gdy zwiększa się popyt, spada, gdy jest coraz mniejszy. Niepewność dotycząca dalszych ruchów legislacyjnych powstrzymuje obecnie uczestników rynków od podejmowania decyzji na większą skalę.

– Zmiany wartości błękitnego paliwa na giełdach po ogłoszeniu wyników brytyjskiego referendum były stosunkowo niewielkie w porównaniu do innych walorów i nadal takie się utrzymują – zauważa Przemysław Żak. – Działo się tak z tego powodu, że jest to rynek bardzo mocno przywiązany do fundamentów w przeciwieństwie do akcji czy walut, gdzie niejednokrotnie odnotowano spadki dziesięcioprocentowe i większe.

Zdaniem Przemysława Żaka w takim środowisku uczestnicy tego rynku powinni zabezpieczyć się przed gwałtownym ruchem cen w jedną albo drugą stronę, co pozwoli na ograniczenie ryzyka energetycznego.

– W przypadku największych przedsiębiorstw każdy gwałtowny ruch może nieść ze sobą koszty. Niezabezpieczona pozycja na zużycie gazu zwykle drogo kosztuje w zależności od tego, w która stronę idzie cena – tłumaczy Przemysław Żak. – Dostępność produktów sprawia, że możliwość gwarantowania sobie pozycji na rynku gazu jest dosyć duża. Każda firma zużywająca większe ilości błękitnego paliwa, powinna z takiej możliwości skorzystać. Będzie mogła skupić się na swoich codziennych operacjach bez obawy o aktualną cenę gazu.

Dobrym sygnałem do zabezpieczenia ekspozycji na rynku gazu są przede wszystkim duże ruchy na parach walutowych, głównie złotym, oraz na rynkach surowcowych.

– Warto zwracać uwagę głównie na rynek ropy oraz gazu ziemnego w Stanach Zjednoczonych, który jest płynny i pełni rolę bardzo dobrego prognostyka – radzi Przemysław Żak. – Należy patrzeć także na cenę węgla, która ostatnio dosyć mocno wzrastała i po brexicie nie bardzo chciała ulec deprecjacji. Liczy się również cały rynek towarowy i obserwacja trendów nim kierujących.

Liczba zachorowań na czerniaka skóry podwoiła się w ciągu 10 lat. W Polsce umiera prawie 1/3 chorych

CEO Magazyn Polska

Polacy wiedzą, czym jest czerniak, ale się nie badają. 85 proc. przyznaje, że nie odwiedzili lekarza nawet, gdy wykryli u siebie podejrzaną zmianę na skórze. Późna wykrywalność to jedna z przyczyn wysokiej umieralności na czerniaka w Polsce. Co roku nowotwór ten zabija 30 proc. chorych, znacznie więcej niż w innych krajach Europy Zachodniej.

Czerniak to nowotwór powstający w melanocytach, czyli komórkach barwnikowych. Najczęściej występuje na skórze, może się jednak pojawić także w siatkówce oka, odbycie i błonach śluzowych jamy ustnej. Nowotwór ten zazwyczaj rozwija się na bazie już istniejących zmian skórnych, np. pieprzyków. W ciągu ostatnich 10 lat zachorowalność na czerniaka na całym świecie zwiększyła się dwukrotnie – najwyższa występuje w Australii, gdzie choruje 29 na 100 tys. osób. W Polsce co roku nowotwór ten diagnozuje się u ok. 3,5 tys. osób. Czerniak stanowi zaledwie 7 proc. wszystkich nowotworów złośliwych skóry, jest jednak przyczyną blisko 90 proc. zgonów pacjentów chorych na raka skóry. W Polsce rocznie z jego powodu umiera 1,1 tys. osób.

– W Australii na czerniaka choruje prawie 8–10 razy więcej osób niż w Polsce, ale umiera tyle samo. Tam jest on znacznie wcześniej wykrywany. Australijczycy wiedzą, że należy swoją skórę obserwować i zgłaszają się do lekarza znacznie wcześniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Rutkowski, chirurg onkolog, kierownik Kliniki Nowotworów Tkanek Miękkich, Kości i Czerniaków w Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie, przewodniczący Rady Naukowej Akademii Czerniaka przy Polskim Towarzystwie Chirurgii Onkologicznej.

Wcześnie wykryty czerniak, gdy grubość zmiany jest mniejsza niż 0,8 mm, daje ponad 90 proc. szans na całkowite wyleczenie. W Polsce jednak umieralność na czerniaka wynosi ponad 30 proc., znacznie więcej niż w wielu innych krajach Europy Zachodniej. Według danych Centrum Onkologii Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie, z roku na rok zwiększa się jednak wyleczalność czerniaka w Polsce – rośnie bowiem świadomość zagrożenia i coraz więcej osób zgłasza się do lekarza na wczesnym etapie choroby. W Centrum Onkologii miesięcznie zabiegowi wycięcia zmiany skórnej poddaje się 20 pacjentów, podczas gdy jeszcze kilka lat temu był to tylko jeden chory na miesiąc.

– 80 proc. chorych jest wyleczonych, ale to i tak gorzej niż w Niemczech czy Stanach Zjednoczonych, dlatego że startujemy z gorszego punktu – z grubości czerniaka średniej 1,8 mm, a w Stanach Zjednoczonych czy w Niemczech średnia grubość to 0,8 mm. To sprawia, że mamy gorsze wyniki – mówi prof. Piotr Rutkowski.

Za rozwój 50 proc. czerniaków odpowiada mutacja genu BRAF, spowodowana zbyt częstą ekspozycją skóry na promieniowanie słoneczne. Pacjenci z tej grupy chorych mają możliwość poddania się celowanej terapii molekularnej, której celem jest zablokowanie uszkodzonego genu. Badaniu na obecność tego genu powinny zostać poddane wszystkie osoby z zaawansowanym czerniakiem. Zleca je onkolog i dopiero po otrzymaniu wyników decyduje o dalszym leczeniu farmakologicznym opartym właśnie na mechanizmie celowanym lub immunoterapeutycznym.

Liczne badania pokazują, że aż 90 proc. Polaków wie, czym jest czerniak. Jednocześnie 85 proc. nie wykorzystuje tej wiedzy w praktyce – nawet, gdy znajdą podejrzaną zmianę na skórze, nie idą do lekarza. Zwiększaniu świadomości Polaków w zakresie profilaktyki czerniaka służy kampania „CZERNIAK to może być TO. Sprawdź TO”. Celem kampanii jest uświadomienie Polakom wagi stosowania zabezpieczeń przed promieniowaniem UV i regularnego kontrolowania stanu skór – samodzielnie, a w razie konieczności u lekarza.

– Kampania ma uświadamiać, że należy chronić skórę, zwłaszcza teraz, kiedy jest lato i wychodzimy na słońce. Musimy stosować filtry UV, a w momencie, kiedy już zauważymy jakąś zmianę na skórze, absolutnie jej nie ignorujemy, tylko idziemy do dermatologa i sprawdzamy, co to jest – mówi Joanna Łojko, członek zarządu fundacji Rak’n’Roll.

W momencie zauważenia podejrzanej zmiany na skórze należy się udać do lekarza podstawowej opieki zdrowotnej, który w razie konieczności skieruje pacjenta do specjalisty – dermatologa lub onkologa. Do lekarza zgłaszać się warto nawet z małymi zmianami, zwiększa to bowiem skuteczność ewentualnego leczenia. Warto też korzystać z bezpłatnych badań skóry, przeprowadzanych w ramach kampanii społecznych, np. przez Stowarzyszenie Chorych na Czerniaka. Stosowany do badań wideodermatoskop pozwala wykryć chorobę także we wczesnym stadium.

– Nie zawsze lekarz jest świadomy tego, że to może być czerniak. Naciskajmy na lekarzy, żeby otrzymać to skierowanie. Jak najszybciej to znamię usuwajmy. Nie wymrażamy tego, nie wypalamy, tylko to wycinamy i badamy histopatologicznie – mówi Mirosława Skitek, prezes Stowarzyszenia Chorych na Czerniaka.

Jeśli w badaniu histopatologicznym zostanie rozpoznany czerniak, wykonywany jest zabieg usunięcia blizny po biopsji oraz wycięcia maksymalnie 2-centymetrowego kawałka zdrowej skóry. Czerniak daje przerzuty do najbliższego węzła wartowniczego układu limfatycznego, dlatego jest on także wycinany i poddawany analizie.

Czerniak występuje najczęściej u osób po 40 roku życia. Ryzyko zachorowania zwiększa się u osób zbyt intensywnie eksponujących skórę na działanie promieni słonecznych, często korzystających z solarium, mających niski poziom naturalnego barwnika w skórze oraz obciążenia genetyczne.

Organizatorem kampanii „CZERNIAK to może być TO. Sprawdź TO” jest fundacja Rak&HASH39;n&HASH39;Roll, a partnerem firma Novartis Oncology.

W czasie Euro 2016 w Polsce nie powstały publiczne strefy kibica. Popularne stały się transmisje w kinach

0

CEO Magazyn Polska

Podczas poprzedniego Euro kibice mogli śledzić zmagania drużyn piłkarskich w publicznych strefach kibica. W tym roku jest ich niewiele. Popularnością wśród kibiców zaczęły się cieszyć transmisje w salach kinowych. Oglądane w grupie mecze na dużym ekranie dają emocje zbliżone do tych panujących na stadionie.

W tym roku kibice narzekają na brak publicznych stref kibica. Podczas poprzednich mistrzostw Europy w piłce nożnej, które odbyły się w Polsce i na Ukrainie, tego rodzaju miejsca były w niemal każdym mieście Polski.

Wszyscy pamiętamy tłumy kibiców pod Pałacem Kultury w Warszawie czy na wrocławskim rynku – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Sadowski, kierownik projektu w spółce Multikino.W tym roku liczba takich miejsc jest mocno ograniczona. Poza domem mecze można obejrzeć głównie w pubach i restauracjach.

Dlatego Multikino razem z głównym sponsorem UEFA, firmą Coca-Cola, postanowiło utworzyć tego rodzaju miejsca w kinach. Aby obejrzeć mecz mistrzostw Europy w piłce nożnej na wielkim, kinowym ekranie trzeba wykupić specjalny zestaw kibica za niecałe 30 zł. W jego skład wchodzi napój, naklejki z podobiznami piłkarzy oraz jeden ze związanych z rozgrywkami gadżetów. Najważniejszym jednak elementem zestawu jest jednoosobowe zaproszenie do strefy kibica Coca-Cola, które można wymienić w kasie na bezpłatną wejściówkę na wybrany mecz półfinałowy lub finał.

Transmisje kinowe cieszą się od wielu lat olbrzymim zainteresowaniem naszych klientów – zauważa Piotr Sadowski. – Multikino jest liderem w tym zakresie i jako jedyna sieć kinowa w Polsce transmituje wszystkie najważniejsze wydarzenia piłkarskie. Zapraszamy zarówno na Ligę Mistrzów UEFA, mistrzostwa świata w piłce nożnej, a także, tak jak teraz, mistrzostwa Europy.

Strefy kibica Coca-Coli w Multikinie zostały uruchomione w piętnastu kinach w Polsce: Gdańsku, Gdyni, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Łodzi, Poznaniu, Rzeszowie, Szczecinie, Wrocławiu, Zabrzu oraz Warszawie (Złote Tarasy, Targówek, Ursynów), które łącznie mieszczą około 10 tys. osób.

Liczba miejsc w poszczególnych lokalizacjach jest jednak zróżnicowana – zastrzega Piotr Sadowski. – Na naszej stronie internetowej można sprawdzić dokładną pojemność wybranej sali i od razu zarezerwować miejsce w strefie kibica Coca-Cola.

Transmisje z obecnie trwających mistrzostw Europy w piłce nożnej cieszą się olbrzymim powodzeniem.

Oglądany na sali kinowej mecz daje niesamowite emocje zbliżone do tych panujących na stadionie – przekonuje Piotr Sadowski. – Ponadto Multikino gwarantuje widzom klimatyzację, wygodne fotele, a także najwyższą możliwą jakość obrazu i dźwięku. Do stref kibica przychodzi zarówno młodzież, jak i osoby dorosłe. Spotykamy również rodziny z dziećmi, które kibicują ulubionym drużynom.

Żyrardów przyciąga miłośników zabytków i naturalnych tekstyliów z całego świata. Miasto przeżywa swój renesans

CEO Magazyn Polska

Żyrardów słynie z tradycji lniarskiej i unikalnej osady fabrycznej, która z biegiem lat przekształciła się w prężnie funkcjonujące miasteczko przemysłowe. Industrialny klimat i bogactwo XIX-wiecznych zabytków, m.in. kamienic wybudowanych z charakterystycznej czerwonej cegły, zachęca do zwiedzania i przyciąga rzesze turystów. Miasto ze stuletnią tradycją i ponad trzystoma zabytkami przeżywa obecnie swój renesans.    

– Jest tu ponad 300 pięknych zabytków, miasto uzyskało statut Miasta Ogrodu, więc ma się, czym pochwalić. Niewiele jest takich miejsc w Europie, może nawet na świecie. Tu się czuje ducha historii, tu się czuje to wszystko, co działo się lata temu i co budowało historię Żyrardowa – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Lifestyle Agata Młynarska, dziennikarka.

Współczesny rozwój miasta w dużej mierze opiera się na jego poprzemysłowym dziedzictwie, potędze dawnych fabryk lniarskich.

– Określenie polska stolica lnu bierze się z tradycji lniarskich miasta, które powstało ponad 150 lat i do dziś istnieje praktycznie w niezmienionej formie. Żyrardów to jedyna XIX-wieczna osada fabryczna w Europie zachowana niezmiennie do dnia dzisiejszego – mówi Daniel Jarosz, Dyrektor Działu Promocji miasta Żyrardowa.

Rok 2016 jest rokiem Filipa de Girarda, inżyniera, wynalazcy, dyrektora technicznego słynnej fabryki i twórcy przełomowego wynalazku – mechanicznej przędzarki lnu, która zrewolucjonizowała proces produkcji lnu na ziemiach polskich. Na przełomie wieku XIX i XX żyrardowska fabryka była jednym z najnowocześniejszych zakładów lniarskich ówczesnej Europy.

– To właśnie produkty tkane w Żyrardowie dzięki maszynom Filipa de Girarda znalazły się na stole cara Rosji, na dworach w Austrii, Francji, Anglii, a nawet zasłynęły za wielką wodą – mówi Jarosz.

Moda na adaptację obiektów pofabrycznych na cele usługowo-mieszkaniowe sprawiła, że przesiąknięte historią mury dawnej fabryki otrzymują zupełnie nowe funkcje, odzyskując przy tym dzięki rewitalizacji imponujący wygląd. Tradycje lniarskie kontynuują prywatne podmioty i inwestorzy działający w obiektach dawnej fabryki. Mimo zmienionego przeznaczenia niektórych budowli, jak podkreśla Daniel Jarosz, nadal jest to miasto tkaczy i wizjonerów. Pozostaje charakter przemysłowego miasta porównywanego często z małą Łodzią, słynącą z wyrobów tkanych.

Słynny żyrardowski len i oryginalne piękno pofabrycznej architektury przyciągają do Żyrardowa miłośników zabytków i naturalnych tekstyliów z całego świata. Oprócz historii i skupienia wokół przemysłu, prężnie rozwija się sfera kulturalna miasta. Pojawia się szereg inicjatyw, koncertów, festiwali promujących młodą sztukę.

– Dla artystów Żyrardów jest wyjątkowym miejscem na mapie podróży artystycznych. Bardzo lubią tu przyjeżdżać, ponieważ dużo się tutaj dzieje. Miasto angażuje się ogromnie w teatr, koncerty, w przedsięwzięcia artystyczne, które mają ogromne znaczenie dla mieszkańców, a także dla nas, artystów, którzy przyjeżdżają tu po to, żeby cieszyć się z ludźmi, fantastycznym miejscem, atmosferą. Cieszę się, że Żyrardów stawia na dobrych artystów, dobrą jakość i na dobrą zabawę – podkreśla Agata Młynarska.

Piotr Janiszewski nowym prezesem Skanska S.A.

Piotr Janiszewski, prezes Skanska S.A.
Piotr Janiszewski, prezes Skanska S.A.

Piotr Janiszewski, dotychczasowy wiceprezes zarządzający Skanska S.A., od dnia 1 lipca 2016 r. pełni funkcję prezesa zarządu spółki.

Piotr Janiszewski związany jest ze Skanska S.A. od 1997 roku. Ostatnio pełnił funkcję wiceprezesa zarządzającego spółki, odpowiedzialnego za jej działalność operacyjną. Wcześniej, podczas niemal 20-letniej kariery w Skanska przeszedł drogę zawodową od menadżera projektu, przez dyrektora jednego z oddziałów, po wiceprezesa i dyrektora budownictwa inżynieryjnego. W latach 2007-2011 odpowiadał za budowę północnego odcinka autostrady A1 z Gdańska do Torunia o wartości 5,5 mld zł.

Na stanowisku prezesa zarządu Skanska S.A. Piotr Janiszewski będzie odpowiadał za całokształt działalności jednostki wykonawczej Skanska w Polsce.

– Piotr jest osobą bardzo szanowaną w Skanska. Jego umiejętności menedżerskie oraz świadomość biznesu stanowią wielką wartość dla firmy. Na nowym stanowisku Piotra czekają wyzwania, jakie stawia obecnie przed wszystkimi firmami budowlanymi w Polsce zmieniająca się sytuacja rynkowa – wyjaśnia Roman Wieczorek, wiceprezes wykonawczy Skanska AB.

– Priorytetem dla mnie jest elastyczne reagowanie firmy na zmieniające się otoczenie rynkowe, aby długofalowo zapewnić jej stabilny rozwój. Sytuacja na polskim rynku budowlanym wymaga podejmowania przemyślanych decyzji uwzględniających to, co dzieje się dzisiaj oraz to, co wydarzy się na rynku zarówno w najbliższej, jak i dłuższej perspektywie – mówi Piotr Janiszewski, nowy prezes spółki.

Dotychczasowy prezes Skanska S.A. Krzysztof Andrulewicz po 23 latach pracy w Skanska odchodzi z firmy.

– Krzysztof był odpowiedzialny za wypracowanie i wdrożenie strategii lokalnej obecności. To ona, w połączeniu z jego osobistym zaangażowaniem w kwestie bezpieczeństwa, stała się fundamentem nowego biznes planu spółki do roku 2020 – dodaje Roman Wieczorek.

Grupa Skanska w 2015 roku w Polsce osiągnęła 5,5 mld zł przychodów i 470 mln zysku operacyjnego. Skanska S.A., która odpowiada za działalność firmy w obszarze generalnego wykonawstwa, stawia na lokalną obecność, bliskość klientów i innowacyjne technologie. Firma zajmuje się realizacją projektów kubaturowych i inżynieryjnych ze wszystkich segmentów rynku.

Popołudniowy komentarz walutowy z 01.07.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 01.07.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Brexit. Jaki Brexit?

Brexit. Jaki Brexit? 1

Dokładnie tydzień po ogłoszeniu wyników referendum w Wielkiej Brytanii, w którym Brytyjczycy opowiedzieli się za wyjściem z Unii Europejskiej większość spadków na światowych giełdach została odrobiona. Ponownie zapanował optymizm na rynkach i tak zwany risk-on.

Wczoraj nastroje na rynkach wsparł prezes Banku Anglii Mark Carney, który zapowiedział luzowanie polityki pieniężnej, żeby złagodzić ewentualne skutki Brexitu. Prawdopodobnie będzie to dodatkowa ekspansja związana z programem QE, niż mocniejsze cięcie stóp procentowych. Po pierwsze obecnie główna stopa procentowa jest na bardzo niskim poziomie (0,5%), a poza tym jeszcze niższe stopy uderzą w zyski banków, które i tak są w bardzo słabej kondycji. Deutsche Bank ostatnio oblał stress test wykonany przez Rezerwę Federalną w Stanach Zjednoczonych.

Indeks FTSE 100 urósł od początku tygodnia około 6% i jest wyżej, niż przed ogłoszeniem referendum. Również inne indeksy w Europie odrobiły straty, choć nie tak imponująco, jak wspomniany londynki indeks. Oczekiwania rynków na dalsze luzowanie polityki pieniężnej w Wielkiej Brytanii oraz Strefie Euro napędzają ponownie kapitał do aktywów bardziej ryzykownych.

Na poprawie nastrojów zyskuje również polski złoty, który w relacji do euro spadł poniżej 4,40, a do franka szwajcarskiego w okolicach 4,06, czyli odpowiednio 15 i 20 groszy niżej, niż był widziany dokładnie tydzień temu. Jednak dalsze umocnienie nie jest tak oczywiste, gdyż wciąż pozostaje dużo niewiadomych związanych z Brexitem, co może w ostatecznym rozrachunku odstraszać od naszej waluty.

Imponujące wzrosty obserwujemy na złocie oraz srebrze. Możliwe, że jesteśmy na początku większej hossy. Oczywiście metale te zyskują na zawirowaniach rynkowych, gdyż uważane są za bezpieczne aktywa, ale warto odnotować, że ich ceny idą w górę od początku br. Obserwujemy wzmożone zainteresowanie inwestowaniem w złoto poprzez fundusze typu ETF, które są zobligowane do nabywania fizycznego złota za cześć jednostek uczestnictwa. Część inwestorów dostrzega już potencjał w tym metalu szukając większych stóp zwrotu, niż na rynkach kapitałowych. Obecnie złoto zmierza w okolice 1400 USD za uncję, a srebro w okolice 20 USD za uncję.

Bartosz Zawadzki
Szef Działu Analiz

Przed RBA – w krzywym zwierciadle

Piątego lipca poznamy najnowszy raport Banku Centralnego Australii oraz stopy procentowe. Rynek na podstawie Overnight Index Swap wycenia prawdopodobieństwo obniżenia stóp procentowych jedynie na 16,5%, natomiast na sierpniowym posiedzeniu wartość ta wzrasta do 57,4%.

Przed RBA - w krzywym zwierciadle 2

Cały świat wkracza w kolejną porcję obniżek stóp procentowych, wczoraj zapowiedział to Bank Anglii, za dwa miesiące najprawdopodobniej zrobi to Centralny Bank Australii, kolejnym Bankiem może być ECB, a potem FED, który nie zdecyduje się na zmianę stóp procentowych. Jest to niewątpliwie eksperyment monetarny wszech czasów, który nie wiadomo jak się skończy.

Przed RBA - w krzywym zwierciadle 3

Na interwale tygodniowym bykom udało się obronić strefę popytu 0.710-0.718. Pomimo zapowiadających się obniżek stóp procentowych bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja trendu wzrostowego na danej parze walutowej.

Mateusz Groszek

Analityk Rynków Finansowych

GBP/USD po BOE

GBP/USD po BOE 4

Wczorajszego dnia odbyła się konferencja szefa Banku Anglii, Marka Carneya, poniżej najważniejsze rzeczy, o których mieliśmy okazje usłyszeć:

  • Spowolnienie jest scenariuszem podstawowym
  • BOE poluzuje politykę monetarną w wakacje
  • Ocena skutków Brexitu zostanie wykonana 14 czerwca

Na konferencji szef BoE wspomniał również, że niskie stopy procentowe mogą zaszkodzić bankom i ich wynikom finansowym, zatem możemy spodziewać się dodatkowego QE ze strony Banku Anglii. Para walutowa GBP/USD podczas konferencji spadła o ponad 200 pipsów. Na wykresie czterogodzinnym notowania waluty w dalszym ciągu pozostały pomiędzy strefą popytu 1.311-1.317, a strefą podaży 1.346-1.353.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

W zakładach PZL-Świdnik ruszyło nowe centrum serwisowania śmigłowców użytkowanych przez MON

CEO Magazyn Polska

PZL-Świdnik uruchomiło nowe centrum serwisowania śmigłowców użytkowanych głównie przez Ministerstwo Obrony Narodowej. Powadzone w nim będą prace związane z przeglądami, remontem i modernizacją takich maszyn jak Mi-2, Sokoły, Anakondy, SW-4. Przy tej okazji polskim siłom zbrojnym przekazano trzy zmodernizowane w Świdniku śmigłowce. W nowej placówce pracować będzie około stu osób.

– Nie jest tajemnicą, że było dużo sygnałów, aby nasza firma wykonywała lepiej serwis – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters, firmy do której należy PZL-Świdnik. – Wyciągnęliśmy z tego wnioski i postanowiliśmy zainwestować pieniądze i czas, aby bardziej koncentrować się na usługach serwisowych.

Nowe centrum serwisowe PZL-Świdnik ruszyło w budynku o powierzchni 4 tys. mkw. Powadzone w nim będą prace związane z przeglądami, remontem oraz modernizacją maszyn produkcji PZL-Świdnik, w tym śmigłowców Mi-2, Sokół, Anakonda, SW-4, a w przyszłości także innych maszyn, wykorzystywanych przez polskich, jak i zagranicznych użytkowników. W nowym zakładzie pracować będzie około stu osób.

– Przy okazji otwarcia przekazaliśmy trzy śmigłowce – informuje Krzysztof Krystowski. – Dwa z nich to śmigłowce ratownictwa morskiego typu Anakonda dla marynarki wojennej, a jedna [maszyna – przyp. red.] to zmodernizowany Głuszec, czyli poszukiwawczo-ratowniczy śmigłowiec pola walki.

PZL-Świdnik przekazał polskim Siłom Zbrojnym ostatni z drugiej serii czterech śmigłowców W-3PL Głuszec, dzięki czemu na wyposażeniu polskich Wojsk Lądowych znajdzie się łącznie 8 śmigłowców Głuszec. Jednocześnie przekazano także dwa pierwsze śmigłowce W-3RM Anakonda z pięciu obecnie modernizowanych dla Marynarki Wojennej RP.

Cztery pierwsze śmigłowce Głuszec zostały dostarczone Wojskom Lądowym w grudniu 2010 roku. Zaraz potem PZL-Świdnik podpisał umowę na modernizację kolejnych czterech śmigłowców Sokół do wersji W-3PL.

Śmigłowce W-3RM Anakonda służą natomiast w polskiej Marynarce Wojennej już od blisko ćwierć wieku. W tym czasie wzięły udział w ponad 330 akcjach ratowniczych. Polscy marynarze posiadają obecnie sześć takich maszyn oraz dwa śmigłowce W-3 w wersji transportowej.

– Uruchamiając nowe centrum zależało nam, aby podnieść jakość serwisu – wyjaśnia Krzysztof Krystowski. – Chodzi o to, żeby dostępność naszych śmigłowców dla naszego użytkownika była jak najwyższa. Naszym celem jest, aby była nie mniejsza niż 70 proc. floty. To duże wyzwanie biorąc pod uwagę, że część śmigłowców nie może latać nie ze względu na awarię, tylko z powodu rutynowych przerw na okresowe przeglądy. Przed nami zatem naprawdę ambitne zadanie.

Należący do Leonardo Helicopters PZL-Świdnik jest jedynym producentem śmigłowców krajowej konstrukcji posiadającym pełną zdolność projektowania, badań i rozwoju, integracji systemów, produkcji, realizacji wsparcia i szkoleń oraz modernizacji tych maszyn. Przedsiębiorstwo zatrudnia obecnie ok. 3,3 tys. pracowników, w tym niemal 650 inżynierów i współpracuje z blisko tysiącem polskich przedsiębiorstw, generując blisko 4,5 tys. dodatkowych miejsc pracy w krajowej gospodarce. Największą grupę kooperantów stanowią firmy z południowo-wschodniej Polski, w tym członkowie największego polskiego klastra lotniczego „Dolina Lotnicza” oraz Lubelskiego Klastra Zaawansowanych Technologii Lotniczych.

Grupa Recykl korzysta na ekologicznym trendzie utylizacji opon i poprawia wyniki

0

Największy w Polsce producent granulatów gumowych i przetwórca zużytych opon korzysta na trendzie do ekologicznej utylizacji opon i poprawia wyniki. Grupa wypracowała w I kwartale 2016 roku bardzo dobre rezultaty finansowe. Przychody ze sprzedaży wzrosły o 17 proc. w relacji do poprzedniego roku i wyniosły 8,9 mln zł, a zysk netto był wyższy o 44 proc. i przekroczył 460 tys. zł.

– Rynek w Polsce zmienia się dosyć dynamicznie. Jesteśmy liderem rynku, jeżeli chodzi o zagospodarowanie zużytych opon w Polsce –  mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Maciej Jasiewicz, prezes zarządu Recykl Organizacja Odzysku i wiceprezes zarządu Grupy Kapitałowej Recykl SA. – Zauważamy zmiany, jeżeli chodzi o podejście do samego odpadu. Obecnie powoli zaczyna być traktowany tak samo jak każdy odpad komunalny, czyli zanieczyszczający.

Jak stwierdza Grupa Recykl w raporcie kwartalnym, w Polsce co roku powstaje około 150 tys. ton zużytych opon do zagospodarowania. Ponieważ w trakcie użytkowania spada waga opony, praktycznie obowiązek odzysku dotyczy niemal wszystkich sprzedanych w kraju opon, czyli około 180 tys. ton. Niewywiązanie się z tego obowiązku powoduje konieczność wniesienia opłaty produktowej w wysokości iloczynu różnicy pomiędzy wymaganym a osiągniętym poziomem odzysku i recyklingu oraz stawki opłaty produktowej ustalanej na dany rok przez ministra środowiska. Przykładowo wysokość tej opłaty na 2016 r. dla nowych opon pneumatycznych z gumy stosowanych w samochodach osobowych wynosiła 2,20 zł za 1 kg wprowadzonych do obrotu opon.

– Opona, która jest przez każdego użytkownika zostawiana w punkcie serwisu czy w punkcie wymiany opon, pociąga za sobą dodatkową opłatę, która w części jest do nas przekazywana. Wpływ tej opłaty, którą udaje się powoli pozyskać, ma dla nas dosyć duże znaczenie, jeżeli chodzi o koszt pozyskania surowca – mówi Jasiewicz. – Na dziś uzyskujemy już kilkunastoprocentowy spadek kosztów pozyskania surowca, a w skali, o której mówimy, bo to jest kilkadziesiąt tysięcy ton rocznie, ma to dla nas przełożenia na wyniki finansowe, które są uzyskiwane i raportowane w poszczególnych kwartałach.

W I kwartale 2016 roku Grupa Recykl uzyskała 8,9 mln zł skonsolidowanych przychodów ze sprzedaży wobec 7,6 mln zł rok temu. Zysk operacyjny wyniósł 989 tys. zł, o ponad 30 proc. więcej niż rok wcześniej. Na czysto firma zarobiła 460 tys. wobec 319 tys. zł rok wcześniej

– W wynikach za I kwartał 2016 roku odnotowaliśmy wzrost kwartał do kwartału praktycznie we wszystkich segmentach, czyli na wyniku sprzedaży, rentowności, przychodów prawie 20 proc. i wzrost wyniku netto też o 40 proc. – przypomina prezes Recyklu OO.

W latach 2008–2016 wymagany poziom odzysku opon wynosi 75 proc. masy wprowadzonych na rynek krajowy produktów, przy czym trzy czwarte z tego powinno zostać poddane recyklingowi, a do 60 proc. zutylizowane w innej formie odzysku.

– Państwo wspierało nasze działania dwukrotnie poprzez dotacje, które uzyskaliśmy w latach 2009–2010 z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Pierwsza dotacja to było 3,5 mln zł na rozwój sieci selektywnej zbiórki, czyli na zakup kontenerów i jednej technologii – mówi Jasiewicz. – Druga dotacja, w wysokości 9 mln, to była dotacja uzyskana na budowę nowego zakładu recyklingu opon. I tutaj na tym etapie wsparcie państwa się zakończyło. Obecnie nie dostajemy żadnego wsparcia, ani od strony samorządowej, ani od organów centralnych.

Podwyżka stóp procentowych w USA może mieć miejsce dopiero na początku przyszłego roku

CEO Magazyn Polska

Zapowiadana podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych prawdopodobnie spowoduje odpływ kapitału z rynku akcji w stronę dającego bardziej bezpieczny zwrot dolara. Zdaniem Rafała Sadocha z Domu Maklerskiego mBanku wydarzenie to może być przesunięte jednak nawet na początek przyszłego roku. Duży wpływ na decyzję w tej sprawie ma wynik referendum w Wielkiej Brytanii.

– Rynek w tym momencie szacuje, że kolejna podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych może mieć miejsce nawet dopiero na początku 2017 roku – informuje agencję Newseria Inwestor Rafał Sadoch, analityk w Domu Maklerskim mBanku. – Jeżeli jednak dane makroekonomiczne będą wskazywać, że może się to odbyć już po wakacjach, to mielibyśmy do czynienia z umocnieniem amerykańskiej waluty i prawdopodobnie kontynuacją spadków na głównych indeksach giełdowych.

Liczba umów na sprzedaż domów podpisanych w maju przez Amerykanów spadła miesiąc do miesiąca o 3,7 proc. Eksperci spodziewali się, że liczba umów na sprzedaż domów spadnie o 1,1 proc. miesiąc do miesiąca.

Wydatki amerykańskich konsumentów w maju wzrosły o 0,4 proc. miesiąc do miesiąca; w kwietniu wzrosły o 1,1 proc. Dochody Amerykanów wzrosły o 0,2 proc. miesiąc do miesiąca, wobec wzrostu o 0,5 proc. w poprzednim miesiącu. Ekonomiści spodziewali się, że wydatki konsumenckie wzrosną o 0,4 proc. miesiąc do miesiąca oraz że dochody wzrosną o 0,3 proc.

– Gdy rośnie ryzyko wzrostu stóp procentowych w Stanach, to kapitał odpływa z rynku akcyjnego i przez to zniżkują giełdy – wyjaśnia Rafał Sadoch. – Ostatnie dni nie były najlepsze. Mimo korekty mamy do czynienia z bardzo głębokimi spadkami, odsuwamy się od historycznych szczytów. Potencjalne umocnienie dolara jest niekorzystne dla rynków, bo kapitał w takiej sytuacji jeszcze szybciej odpływałby wtedy z rynku akcyjnego w stronę dającego bardziej bezpieczne zwroty. Wyższy poziom stóp procentowych zachęcałby do lokowania kapitału gdzie indziej niż na giełdzie.

Zdaniem ekspertów ubiegłotygodniowy wynik referendum w Wielkiej Brytanii przekreślił szansę na podwyżkę stóp procentowych przez Federalney Komitet do spraw Operacji Otwartego Rynku (FOMC) w tym roku. Nastawienie rynku uległo diametralnej zmianie, zamiast podwyżek, rynek z 10-proc. prawdopodobieństwem wycenia obniżkę stóp procentowych na lipcowym posiedzeniu FOMC, jednakże jest to bardzo wątpliwe.

Od dziś kierowcy jeżdżący do Francji zarobią co najmniej 9,67 euro za godzinę pracy. Przewoźnicy będą częściej kontrolowani

CEO Magazyn Polska

Na mocy nowego prawa od 1 lipca pracujący na terenie Francji kierowcy będą musieli zarabiać nie mniej niż 9,67 euro za godzinę pracy. Krajowi przewoźnicy alarmują, że wyliczanie całej stawki, obejmującej różnego rodzaju dodatki, będzie niezwykle skomplikowane. Najbardziej obawiają się drobiazgowych inspekcji ze strony francuskich organów kontrolnych.

– Francja po Niemczech i Norwegii to już trzecie państwo, w którym mają zastosowanie podobne regulacje – informuje agencję Newseria Biznes Bartosz Najman z Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców. – Obawiam się, że francuskie przepisy okażą się najbardziej dotkliwe dla polskich przewoźników.

Jednym z nich stosunkowo skomplikowany proces wyliczania wynagrodzenia minimalnego. Zdaniem OCRK stawka godzinowa nie będzie łatwa do określenia, bo oprócz ustawowego poziomu trzeba wziąć pod uwagę dodatki stażowe i kompetencyjne, godziny równoważne oraz nadliczbowe. Oprócz tego są jeszcze dodatki za pracę w niedzielę, święta oraz urlopowe.

– Oczekiwania dotyczące wzięcia pod uwagę przez polskie firmy francuskiego kodeksu pracy i układów zbiorowych są niezgodne z prawem unijnym – zauważa Bartosz Najman. – Drugim problemem są bariery administracyjne. Kluczową w tym zakresie jest kwestia reprezentanta.

Nowe, francuskie prawo przewiduje, że każda firma transportowa, która po 1 lipca br. będzie wysłać swoich pracowników do Francji musi mieć podpisaną umowę z tamtejszym przedstawicielem, który zgodzi się reprezentować jej interesy podczas inspekcji, czyli pośredniczyć w kontaktach z organami kontrolnymi. Obowiązkiem kierowcy ma być posiadanie w aucie wzoru zaświadczenia o takiej delegacji, w którym – prócz stawek, diet, nadgodzin – będą podane dane przedstawiciela.

– Najbardziej dotkliwym problemem może być sama mentalność francuskich służb kontrolnych – ocenia Bartosz Najman. – Nasi eksperci od wielu lat wspierają polskich przewoźników w walce z przedstawicielami tamtejszych organów kontrolnych. Nasze doświadczenie jest jednoznacznie negatywne. Francuzi są bardzo skrupulatni, drobiazgowi, ale niestety nie szanują unijnych regulacji. W połączeniu z bardzo wysokimi sankcjami i nową praktyką konfiskaty samochodów do czasu wypłaty zaległych kar jest to olbrzymi problem dla polskich przewoźników.

Francja to kolejny kraj po Niemczech, który zdecydował się na takie rozwiązanie. Zarówno Paryż, jak i Berlin tłumaczą wprowadzenie płacy minimalnej dla pracowników delegowanych koniecznością walki z nieuczciwą konkurencją. Z kolei kraje, w które najmocniej uderzają te ustawy argumentują, że są one niezgodne z prawem unijnym oraz ideą wspólnego rynku transportowego.

– Francuskie regulacje są bardzo restrykcyjne – ocenia Bartosz Najman. – Wynika to z dużo bardziej skomplikowanych przepisów związanych z minimalnym wynagrodzeniem oraz olbrzymich barier administracyjnych. Przedstawiciele, masa dokumentów, wszystko tłumaczone na język francuski, to dla nas duży problem. Ale, w mojej ocenie, największą różnicą będzie intensyfikacja kontroli. W Polsce na blisko 1,5 tys. firm transportowych jest około 20-30 inspekcji rocznie. Obawiam się, że we Francji będzie ich kilkadziesiąt tylko w pierwszym miesiącu.

Rządowa nowela ustawy o odnawialnych źródłach energii może spowodować utratę szans na 70 tys. nowych miejsc pracy

CEO Magazyn Polska

Obecnie 250 krajowych przedsiębiorstw, które wytwarzają urządzenia dla energetyki odnawialnej i eksportuje, bardzo rozwinęło działalność w ostatnich latach. Wdrożenie nowelizacji ustawy o OZE w kształcie przygotowanym przez Ministerstwo Energetyki grozi im bankructwem, a gospodarce – utratą szans na powstanie 70 tys. nowych miejsc pracy. Cofa także Polskę na pozycję importera takich urządzeń. Branża zabiega o wsparcie wicepremiera Mateusza Morawieckiego.

– Jeżeli zatrzymamy rozwój energetyki odnawialnej, krajowa gospodarka odnotuje straty miejsc pracy i z pozycji eksportera urządzeń oraz energii staniemy się importerem – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Wiśniewski, prezes Instytutu Energii Odnawialnej. – Obecnie 250 krajowych firm wytwarza urządzenia i komponenty dla energetyki odnawialnej, eksportuje je, rozwinęło się w ciągu ostatnich dziesięciu latach naszej obecności w UE. Sporej części udało się wejść na rynki europejskie, a niektórym – na dalekowschodnie. Nie należy dopuszczać do ich upadku.

Obawy branży budzi przede wszystkim nowelizacja ustawy o odnawialnych źródłach energii. Zgodnie z jej zapisami na największe wsparcie w nowym systemie aukcji mogłyby liczyć technologie „wytwarzające energię w sposób stabilny i przewidywalny”. Według Fundacji Greenpeace oznacza to znacznie mniejsze wsparcie dla właścicieli instalacji produkujących prąd z wiatru oraz słońca. Tymczasem, zdaniem Grzegorza Wiśniewskiego na 1 MW nowych mocy zainstalowanych w energetyce słonecznej przypada 11 miejsc pracy.

– Połowa z nich przypada na produkcję urządzeń, ale to także prace przy instalacjach i konserwacji – tłumaczy Grzegorz Wiśniewski. – Jeżeli pozbędziemy się przemysłu produkcji urządzeń, to będzie tak, jakby wyciekały z Polski miejsca pracy, a my, w ramach importu, przyczyniali się do wzrostu zatrudnienia w innych krajach.

Unijna dyrektywa o odnawialnych źródłach energii przewiduje, że do 2020 roku średnio 27 proc. energii na terenie Unii Europejskiej powstawać będzie dzięki wykorzystaniu OZE.

– Gdybyśmy realizowali ten plan, moglibyśmy zapobiec utracie miejsc pracy w energetyce konwencjonalnej i utworzyć 70 tys. nowych, trwałych, dobrze płatnych etatów w energetyce odnawialnej – zapewnia Wiśniewski. – Jeżeli natomiast firmy będą upadać i tak będziemy musieli rozwijać energetykę odnawialną, nie tylko z przyczyn politycznych czy regulacyjnych, lecz także dlatego że jest ona tańsza. Wtedy niemal całkowicie uzależnimy się technologicznie od importu.

Jak wynika z raportu Fundacji Greenpeace, obecnie w branży OZE mimo braku wsparcia ze strony rządu pracuje 33,8 tys. osób. Do 2030 roku polskie firmy mogłyby zatrudniać nawet 100 tys. pracowników. Skumulowany przychód z branży energetyki słonecznej w latach 2015–2030 może natomiast wynieść 18,5 mld zł. Nie da się tego jednak osiągnąć bez stabilnego prawa i długofalowej polityki, które zakładać będą wsparcie energetyki rozproszonej.

Tymczasem nowelizacja ustawy nie tylko komplikuje procedury, lecz także w założeniu ma odebrać rodzinom wsparcie dla przydomowych mikroinstalacji OZE. Ministerstwo Energetyki proponuje bowiem zastąpienie mechanizmu obecnych taryf gwarantowanych dla najmniejszych producentów tzw. opustem. Za każdą kilowatogodzinę wprowadzonej do sieci energii prosument (mały wytwórca energii) dostawałby rabat na kupowaną energię. Jego wysokość zależałaby od mocy instalacji. Jak zauważa Greenpeace, w Polsce brakuje popytu wewnętrznego, bo nie ma odpowiedniego systemu pomocy, który działa niemal na całym świecie.

– W tej chwili rynek energii wspiera paliwa kopalne, energetykę węglową, bo chcemy podtrzymać jak najdłużej wydobycie surowca – zauważa Wiśniewski. – Nie zwraca się uwagi na to, że jednocześnie tracimy rynek energetyki odnawialnej, czyli przyszłość. Niezbędne jest włączenie w proces zmian przede wszystkim Ministerstwa Rozwoju. Przemysł energetyki odnawialnej powinien się stać ważnym elementem Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju wicepremiera Mateusza Morawieckiego.

Banki wydają 1–3 proc. swoich przychodów na druk i zarządzanie dokumentami. Jest duże pole do oszczędności

CEO Magazyn Polska

W pełni cyfrowe biuro to jeszcze odległa przyszłość – podkreślają przedstawiciele firmy Lexmark. Dziś blisko 40 proc. procesów w bankach wciąż opiera się na papierowych wersja dokumentów. Zarządzanie dokumentacją i drukiem to dla instytucji finansowych znaczny koszt. Światowe trendy wskazują, że przeznaczają one na to 1–3 proc. swoich przychodów. Usprawnienia w tym procesie mogą więc przynieść znaczne oszczędności. Są też konieczne ze względu na coraz większą mobilność klientów i pracowników.

– 18 lat temu, w pierwszym dniu mojej pracy, usłyszałem hasło „digital office”, czyli biuro bez papieru. 18 lat później niewiele się zmieniło. Nadal papier jest podstawą wszystkich procesów, które odbywają się w bankach. Podając tutaj za instytutami badawczymi takimi jak IDC, w tej chwili 37 proc. procesów, które są przeprowadzane w bankach, jest nadal opartych na dokumentach w formie papierowej – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Najda, prezes w firmie Lexmark Polska. – Z kolei KPMG podaje, że około 50 proc. kosztów w banku stanowią koszty ludzkie, a zasoby te potrzebne są do manualnego procesowania dokumentów w projektach.

W porównaniu do sytuacji sprzed 18 lat bankowość stała się bardziej mobilna. Już 30 mln osób ma dostęp do swojego konta online, a 5 mln osób ma zainstalowane aplikacje bankowe na swoim smartfonie. Również organizacja wewnątrz banku opiera się w dużej mierze na urządzeniach mobilnych. Mimo to przy sprzedaży pożyczek, kredytów czy otwieraniu kont w dużej mierze korzysta się z drukowanych dokumentów.

 Bez odpowiednich regulacji papier pozostanie nadal przez najbliższe kilka, być może nawet kilkanaście lat głównym nośnikiem informacji w bankach – podkreśla Grzegorz Najda.

Jak podkreśla, operacje związane z drukiem i zarządzaniem dokumentami stanowią stały koszt dla banków. Co ważne, instytucje finansowe zwracają uwagę nie tylko na koszty zakupu danych urządzeń, lecz także na koszty ich eksploatacji i serwisu.

– Oceniają oni wybór konkretnej platformy pod kątem tego, ile będzie ich kosztowała obsługa danego rozwiązania w okresie 4 czy 5 lat trwania kontraktu. W koszty całkowite, tzw. total cost of ownership, są wliczone zarówno cena nabycia sprzętu, jak i obsługi serwisowej, materiałów eksploatacyjnych, upgrade’ów i dostępności urządzeń – wyjaśnia Grzegorz Najda.

Sprawna obsługa posprzedażowa to nie tylko kwestia zmniejszania całkowitych kosztów eksploatacji urządzeń, lecz także ich ciągłej pracy. Banki często wybierają oferty, które zwalniają ich pracowników z obowiązku kontrolowania tego, czy dany sprzęt działa, czy działa prawidłowo, czy nie brakuje papieru. Dzięki czujnikom zainstalowanym w nowoczesnych maszynach firma je obsługująca może z wyprzedzeniem przewidzieć awarię i usunąć ją jeszcze zanim pracownicy banku ją zauważą.

– Jeśli chodzi o obszar druku i zarządzania dokumentami nadal obserwujemy duże możliwości oszczędności po stronie banków. Dużo pracy zostało już wykonane, bo to nie jest tak, że banki przegapiają te możliwości. Natomiast nadal istnieje w tym obszarze duża możliwość do zoptymalizowania kosztów – przekonuje Grzegorz Najda.

Optymalizacja kosztów to tylko jeden możliwy do osiągnięcia efekt. Kolejnym jest poprawa tzw. customer experience, czyli doświadczeń klienta banku. Tym bardziej że zmiana dostawcy usług finansowych staje się coraz łatwiejsza, widać więc coraz mniejszą lojalność klientów wobec banku.

 Wydaje się, że w tej chwili poważnym wyzwaniem dla banków jest także ograniczenie ryzyka i zapewnienie zgodności z wymaganiami nakładanymi przez regulatora rynku. Są to ryzyka związane z dostępem osób niepowołanych do informacji i do urządzeń w sieci. Chodzi również o ograniczenie ryzyka związanego z samym urządzeniem, czyli zabezpieczenie dostępu poprzez autoryzację i samych informacji przetwarzanych przez maszynę, drukowanych, skanowanych czy kopiowanych – wyjaśnia Grzegorz Najda.

Ruszył pierwszy program dla dzieci, który uczy kodowania. Zainwestował w niego największy operator sieci kablowej w Polsce

CEO Magazyn Polska

Wystartował pierwszy w Polsce program dla dzieci, który uczy nowych technologii. UPC Future Makers to inicjatywa, której głównym celem jest stworzenie najmłodszym możliwości zdobywania wiedzy i umiejętności w zakresie programowania. Ma za zadanie zaszczepić w dzieciach fascynację nowymi technologiami przez naukę i zabawę. Na kreatywne wspieranie rozwoju dzieci stawia UPC Polska i fundacja CoderDojo. 

Główną ideą przyświecającą tej inicjatywie jest stworzenie najmłodszym możliwości zdobywania wiedzy i umiejętności, ważnych w dobie gospodarki cyfrowej i jednocześnie mających pozytywny wpływ na społeczeństwo. Celem jest zakrzewienie w dzieciach fascynacji nowymi technologiami poprzez naukę i zabawę. Zajęcia odbywają się pod okiem profesjonalistów w dziedzinie programowania.

– Uczymy dzieci bawić się nowymi technologiami. W polu zainteresowań naszych ninja jest programowanie, grafika komputerowa, robienie muzyki na komputerze, sterowanie robotami, budowanie rakiet. Chcemy, żeby umiały potem wykorzystać zdobyte umiejętności w życiu zawodowym, w rozwijaniu swoich pasji – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Karczewska, fundacja CoderDojo Polska.

Eksperci zaznaczają, że zainteresowanie tego typu warsztatami rośnie. Podążamy za zachodnimi krajami, które propagują i mocno podkreślają wagę wiedzy o informatyce. Sąsiedzi z Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych wprowadzili na stałe zajęcia z kodowania do swoich programów edukacyjnych. W Polsce działa 11 klubów koderskich – dojo – opierających swoje zasady funkcjonowania na wersji irlandzkiej. Pierwszy klub powstał trzy lata temu w Zambrowie, jego założycielem jest Kamil Sijko, prezes fundacji CoderDojo .

– UPC Future Makers jest nowym programem UPC Polska, którego celem jest dzielenie się z dziećmi i młodzieżą pasją do nowych technologii i pasją do programowania. Nadrzędną ideą UPC Future Makers jest stworzenie dzieciom możliwości zdobywania wiedzy, rozwijania się, rozwijania swoich umiejętności z zakresu programowania – mówi Marlena Skolimowska z UPC Polska. – 20 dzieci z 3 miast w Polsce: Warszawy, Zambrowa i Białegostoku pod okiem mentorów tworzy różne dzieła, przygotowuje grafiki 3D, programuje różne gry, bawi się robotami.

Zajęcia z programowania organizowane przez UPC są skierowane do dzieci w różnym wieku.

– Mamy grupę naszych ninja z całej Polski, od takich najmłodszych, czyli 7-letnich, do takich najstarszych, czyli około dwudziestki – wylicza Anna Karczewska z CoderDojo.

Warsztaty prowadzone są przy wsparciu specjalistów będących jednocześnie wolontariuszami. Udział w zajęciach jest bezpłatny, w dowolnym momencie można z nich zrezygnować. Zajęcia odbywają się z dala od szkoły, często w salach udostępnianych przez firmy z branży IT.

Na zajęciach dzieci wymieniają swoje doświadczenia, korzystają z dostosowanych do ich potrzeb zasobów i narzędzi. Myślą i programują kreatywnie.

– Mamy różne projekty, np. grafikę komputerową. Najmłodsze dzieciaki robią gry w Scratchu, trochę starsze dzieci robią muzykę czy sterowanie robotami Arduino, np. za pomocą komputerów dzieci można uczyć programowania i też takiego programowania kreatywnego, czyli właśnie wymyślania czegoś, co można by było zrobić – dodaje Anna Karczewska z Fundacji CoderDojo Polska.

Program UPC Future Makers pozwala dzieciom, które pojawią się na warsztatach, na samodzielne przygotowanie projektów i pokazanie efektów swojej pracy gościom z całego świata.

Piłkarze to nowi celebryci. Na reklamach zarabiają nawet kilka milionów złotych rocznie

CEO Magazyn Polska

Piłkarze zarabiają nie tylko na boisku. Najlepsi mogą liczyć na kontrakty reklamowe, które rocznie przynoszą im nawet kilka milionów złotych. Dla reklamodawców piłkarze są podwójnie cenni – łączą bowiem cechy celebrytów z pozytywnymi elementami świata sportu. W Polsce największą popularnością wśród reklamodawców cieszy się Robert Lewandowski, który za udział w kampanii otrzymuje od kilkuset tysięcy do ponad 2 mln zł. 

Zatrudnianie gwiazd i celebrytów w kampaniach reklamowych to wciąż chętnie wykorzystywany zabieg marketingowy. Jego celem jest ocieplenie wizerunku marki i wzbudzenie zaufania, a tym samym przekonanie potencjalnego klienta do zakupu. Zdaniem ekspertów dla reklamodawców szczególnie cenni są sportowcy, zwłaszcza w okresie dużych imprez sportowych, jak choćby Euro 2016 czy olimpiada. Już kilka miesięcy przed rozpoczęciem mistrzostw Europy w piłce nożnej znacznie zwiększyła się liczba reklam z udziałem piłkarzy kadry narodowej. Grzegorz Krychowiak wystąpił w reklamie telewizorów Samsung, Jakub Błaszczykowski nawiązał współpracę z marką LG, a Robert Lewandowski został gwiazdą reklam Head & Shoulders.

– W sytuacji, w której głównym tematem mediów, tematem społecznym, tematem krajowym są mistrzostwa Europy w piłce nożnej czy w ogóle jakaś duża impreza sportowa, z reguły szuka się przedstawicieli tej imprezy, najczęściej na poziomie własnej reprezentacji i stąd m.in. taka nawała reklamowa, jeżeli chodzi o polskich reprezentantów – mówi agencji informacyjnej Newseria Grzegorz Kita, prezes zarządu Sport Management Polska.

W 2014 roku magazyn „Forbes” wyceniał wartość reklamową Roberta Lewandowskiego na 1,06 mln zł. Według obecnych szacunków kapitan polskiej reprezentacji na reklamach zarabia kilka milionów złotych.

Zdaniem Grzegorza Kity piłkarze stali się współczesnymi celebrytami, a ich wartość dla reklamodawców jest podwójna. Są oni bowiem osobami rozpoznawalnymi, a jednocześnie kojarzą się ze sportem, czyli dziedziną budzącą niemal wyłącznie pozytywne emocje.

– Jeżeli mamy do czynienia ze sportowcem, który jednocześnie spełnia warunki celebryty, a z drugiej strony działa w materii, która daje olbrzymie emocje, przyjemność i nie ma tam postaw negatywnych w stosunku do reklamy, to tworzy się taki w pewnym sensie indywidualny, osobowościowy kombajn marketingowy – mówi Grzegorz Kita.

Nie każdy odnoszący sukcesy sportowe zawodnik może się jednak poszczycić osiągnięciami na polu reklamowym. Zdaniem Grzegorza Kity sukces sportowy pozwala zaledwie na wejście zawodnika do gry. O tym, czy spodoba się on konsumentom, a co za tym idzie – reklamodawcom, decyduje wiele innych czynników m.in. osobowość, aktywność na polu innym niż zawodowe, komunikacja werbalna i niewerbalna. Zdarzają się jednak przypadki, gdy wystarczy jeden z tych czynników, by sportowiec był rozchwytywany przez reklamodawców.

– Są sukcesy, które są na tyle duże, że niezależnie od walorów osobowościowych zawodnika powodują, że jest on cenny dla reklamy. Taki był przykład Adama Małysza, który nie był 10 lat temu taką postacią pełną interpersonalności, nie sprzedawał się dobrze w reklamie, ale jego sukcesy były tak duże, że marketerzy mogli z tego korzystać mówi Grzegorz Kita.

Według eksperta przykładem sportowców, którzy sukces reklamowy zawdzięczali osobowości, dobrej prezencji i aktywności, są Przemysław Saleta, Krzysztof Hołowczyc i Mateusz Kusznierewicz.

Emisja akcji Pylon S.A. z prawem poboru na przełomie III i IV kwartału 2016

Walne zgromadzenie akcjonariuszy Pylon S.A. – wiodącego, polskiego producenta wysokiej jakości zestawów oraz obudów głośnikowych, notowanego od 2013 roku na rynku NewConnect – zatwierdziło w dniu 30 czerwca 2016 roku uchwałę o podwyższeniu kapitału zakładowego spółki w drodze emisji nowych akcji serii H, realizowanej w ramach subskrypcji zamkniętej, z zachowaniem prawa poboru dla dotychczasowych akcjonariuszy. Emisja zaplanowana została na przełom III i IV kwartału 2016 roku, przy cenie emisyjnej nie niższej niż 0,22 zł za jedną akcję.

Kapitał zakładowy Pylon S.A. dzieli się obecnie na 15.092.694 akcji o łącznej wartości nominalnej 1 509 269,4 zł i zostanie podwyższony – w drodze emisji akcji zwykłych na okaziciela serii H o wartości nominalnej 0,1 zł – do kwoty nie większej niż 3.018.538,8 zł.

Celem emisji nowych akcji Pylon S.A. jest maksymalne ograniczenie zobowiązań wynikających z umowy kredytu inwestycyjnego, zawartej przez spółkę z Alior Bank S.A. oraz uregulowanie – w drodze objęcia akcji nowej emisji – należności względem PH „Maks” Sp. z o.o., stanowiącej wkład własny na zakup za 2,5 mln zł 1,09 ha nieruchomości zabudowanej w Jarocinie, na której jeszcze w 2016 roku spółka uruchomi nowy zakład produkcyjny o łącznej powierzchni ponad 3,3 tys. m2. Rozwiązanie to pozwoli spółce na długofalowe uwolnienie znacznych środków finansowych, umożliwiających dalszy, intensywny rozwój Pylon S.A.

Inwestycja we własną infrastrukturę produkcyjno-sprzedażową to nie tylko sposób na optymalizację bieżących kosztów operacyjnych, ale przede wszystkim zwiększenie możliwości produkcyjnych – już z uwzględnieniem nowego asortymentu – a tym samym potencjał do dynamicznego rozwoju Pylon Audio na rodzimym rynku oraz szeroko zakrojonej ekspansji na rynki zagraniczne. Wzrost aktywności spółki w kontekście produkcyjnym, jak też niższe koszty rat kredytu względem opłat związanych z dzierżawą zakładu produkcyjnego oznaczają również dobrą perspektywę wzrostu przychodów i rentowności spółki w kolejnych latach.

– Przeniesienie działalności produkcyjnej do własnego zakładu to plan, który konsekwentnie zakładaliśmy w strategii inwestycyjnej naszej spółki. Jesteśmy przekonani, że w perspektywie długofalowej inwestycje w infrastrukturę i działalność badawczo-rozwojową przyczynią się do znaczącego zwiększenia naszych przewag rynkowych w ujęciu technologicznym, co z kolei pozwala zakładać, że w perspektywie kolejnych lat wartość Pylon S.A. będzie wzrastać. Dlatego w ocenie Zarządu i Rady Nadzorczej przeprowadzenie celowej emisji z prawem poboru dla dotychczasowych akcjonariuszy jest najbardziej optymalnym narzędziem finansowania zobowiązań z tytułu zakupu zabudowanej nieruchomości przemysłowej w Jarocinie – podkreśla Mateusz Jujka, prezes zarządu Pylon S.A.

Od kilku lat systematycznie rozwijamy zaplecze produkcyjne, podnosząc tym samym  potencjał rozwoju Pylon S.A. Naszym długofalowym celem jest również konsekwentna rozbudowa sieci dystrybucji na krajowym rynku i równolegle rozszerzenie zagranicznych kanałów sprzedaży, a tym samym dalszy dynamiczny wzrost sprzedaży produktów własnych. Strategia ta realizowana jest zgodnie z polityką biznesową naszej firmy, której istotnym i stałym elementem operacyjnym jest pełen, merytoryczny, techniczny i biznesowy nadzór Pylon S.A. nad każdym etapem produkcji zestawów głośnikowych – od przetwornika elektroakustycznego, przez produkcję poszczególnych komponentów, aż po kompletny produkt rynkowy. Przyjęta przez nas formuła długofalowego zaangażowania w rozwój organiczny Pylon S.A. wymaga jednak znaczących inwestycji w infrastrukturę, dlatego – uwzględniając szeroko zakrojone plany strategiczne na lata 2016-2020 – jesteśmy przekonani, że dokapitalizowanie spółki w drodze nowej emisji akcji, z której środki zostaną przeznaczone na sfinansowanie zobowiązań wynikających z zakupu nieruchomości, jest jak najbardziej uzasadnione – dodaje Mikołaj Rubeńczyk, przewodniczący Rady Nadzorczej Pylon S.A.

Największą inwestycją Pylon S.A. w 2016 roku był zakup nieruchomości przemysłowej w Jarocinie. Natomiast w 2015 roku – za pośrednictwem Pylon Sp. z o.o. i przy wsparciu finansowym EBC Incubator Sp. z o.o. –uruchomiła zaawansowaną technologicznie produkcję autorskich przetworników elektroakustycznych, w które docelowo wyposażone zostaną wszystkie zestawy głośnikowe produkowane przez Pylon S.A. Koszt inwestycji wyniósł 1,68 mln zł, z czego 0,8 mln zł stanowił wkład EBC Incubator Sp. z o.o. Rozszerzanie działalności produkcyjnej umożliwia Pylon S.A. wzrost marży, a tym samym pozwoli w kolejnych latach zwiększać przychody, już nie tylko w oparciu o rosnący systematycznie wolumen sprzedaży produktów własnych. Ponadto, dzięki unowocześnieniu procesu produkcji już teraz głośniki wytwarzane w zakładzie w Jarocinie umożliwiają spółce Pylon S.A. – głównemu odbiorcy sprzętu audio produkowanego przez Pylon Sp. z o.o. – aktywne konkurowanie z wiodącymi, międzynarodowymi producentami sprzętu audio i finalnie zdobywanie nowych, zagranicznych rynków zbytu.

Produkty Pylon Audio są aktualnie dostępne w niemal 30 salonach sprzedaży zlokalizowanych w całej Polsce, w tym m.in. w ofercie sieci RTV Euro AGD oraz w autorskim sklepie internetowym www.pylonsklep.pl. Od 2015 roku zestawy głośnikowe polskiego producenta można nabyć również w Norwegii. Z kolei w 2016 roku spółka rozpoczęła także ekspansję na pozostałe, wybrane rynki europejskie, w tym rozwój struktur sprzedaży w Niemczech w ramach programu GO_GLOBAL.PL, realizowanego przy współpracy z NCBiR. Dynamiczne wejście na rynek niemiecki, a przy tym jednoczesna sprzedaż obudów do krajów azjatyckich, europejskich i do USA oraz nowe zamówienia z Francji, Belgii, Turcji, Hiszpanii i Szwajcarii na zestawy głośnikowe pokazują, że potencjał Pylon Audio w zakresie ekspansji zagranicznej jest ogromny.

Do końca 2020 roku – w ramach ekspansji międzynarodowej – Pylon S.A. planuje ponadto:

  • rozwój kanałów sprzedaży na obsługiwanym już rynku norweskim i niemieckim
  • realizację bieżących zamówień na rzecz partnerów z: Francji, Belgii, Turcji, Hiszpanii i Szwajcarii
  • nawiązanie współpracy z dystrybutorami z: Austrii, Rumunii, Indii, Ukrainy, Korei Południowej i Cypru
  • współpracę w zakresie seryjnej produkcji obudów głośnikowych na rzecz partnerów zewnętrznych, prowadzących sprzedaż finalnych produktów m.in. w Stanach Zjednoczonych, Europie oraz na rynkach azjatyckich

W I kwartale 2016 roku Pylon S.A. odnotował 0,87 mln zł przychodów ze sprzedaży produktów własnych w porównaniu do 0,55 mln zł rok wcześniej. Początek 2016 roku okazał się dla polskiego producenta niezwykle atrakcyjny pod względem zbytu – krajowi konsumenci kupili w tym czasie aż 625 autorskich zestawów głośnikowych marki Pylon Audio w porównaniu do 359 rok wcześniej i 233 w pierwszych trzech miesiącach 2014 roku.

W 2015 roku Pylon S.A. osiągnął 52 proc. wzrost sprzedaży produktów własnych w ujęciu ilościowym i 59 proc. pod względem przychodów. W tym okresie producent sprzedał łącznie 1455 zestawów głośnikowych w odniesieniu do 957 w 2014 roku, dzięki czemu przychody spółki wyniosły narastająco po czterech kwartałach 2015 roku 2,29 mln zł w porównaniu do 1,44 mln zł rok wcześniej.

Jednocześnie spółka jest aktywnym beneficjentem programów unijnych, w ramach których wspierane są innowacyjne projekty technologiczne oraz firmy inwestujące w sektor Badań i Rozwoju (B + R). Łącznie w latach 2013-2016 Pylon S.A. – w tym Pylon Audio i Pylon Sp. z o.o. – pozyskała z funduszy europejskich (wprost bądź na współfinansowane projekty) ok. 1,43 mln zł.

Veeam tworzy nowe stanowiska prezesa/COO oraz CEO w swoim zespole kierowniczym

Veeam mianuje Petera McKaya prezesem i dyrektorem operacyjnym; Williama Largenta powołuje na stanowisko dyrektora generalnego.

William H. Largent - nowy dyrektor generalny (CEO) w Veeam Software
William H. Largent – nowy dyrektor generalny (CEO) w Veeam Software

Veeam® Software, mianował Petera C. McKaya – do niedawna starszego wiceprezesa i dyrektora generalnego na Amerykę w VMware – swoim prezesem i dyrektorem operacyjnym (Chief Operating Officer, COO). Jednocześnie firma powołała Williama H. Largenta, dotychczasowego wiceprezesa zarządu, na stanowiska dyrektora generalnego (Chief Executive Officer, CEO).

Peter C. McKay -nowy prezes i dyrektor operacyjny (COO) w Veeam Software
Peter C. McKay -nowy prezes i dyrektor operacyjny (COO) w Veeam Software

Współzałożyciele i dyrektorzy firmy, Ratmir Timashev i Andrei Baronov, nadal będą odgrywać ważne role w firmie, aktywnie zajmując się strategią rynkową i tworzeniem nowych produktów. Nominacje mają na celu pogłębienie kompetencji doświadczonej kadry kierowniczej. Następują one w momencie, w którym Veeam kontynuuje skuteczne wspieranie przedsiębiorstw w zapewnianiu całodobowej dostępności, rozwija działalność na rynku korporacyjnym i odnotowuje dwucyfrowe wzrosty przychodów.

„Mianując Petera i Billa, wzbogacamy kierownictwo firmy, które już teraz reprezentuje światową klasę, o dodatkowe doświadczenie i talent. Peter i Bill to doświadczeni liderzy, których umiejętności znakomicie się uzupełniają; odegrają oni kluczową rolę w podtrzymaniu szybkiego tempa rozwoju Veeam — powiedział Ratmir Timashev. — Peter dołączy też do Rady Dyrektorów, w której będzie zasiadał obok Andreia, Billa i mnie. Przyciągając talenty takie jak Peter, wysyłamy jasny sygnał, że Veeam jest liderem rynku i dopiero zaczyna wydobywać swój prawdziwy potencjał”.

Jako prezes i dyrektor operacyjny Veeam, McKay będzie bezpośrednim podwładnym Largenta, odpowiedzialnym za działania sprzedażowe, marketing, finanse i zasoby ludzkie. Przed przejściem do Veeam, McKay pełnił szereg funkcji kierowniczych w amerykańskim oddziale VMware, gdzie rozpoczynał jako wiceprezes ds. sprzedaży na Amerykę w dziale End User Computing. Następnie objął stanowisko dyrektora operacyjnego na kontynencie amerykańskim, gdzie odpowiedzialny był za optymalizację wszystkich procesów związanych z wprowadzaniem na rynek nowych produktów. Dzięki skutecznemu działaniu powierzono mu posadę starszego wiceprezesa ds. korporacyjnych, a ukoronowaniem jego pracy w VMware było objęcie funkcji starszego wiceprezesa i jednoczenie dyrektora generalnego w amerykańskim oddziale tej firmy.

McKay rozpoczął pracę w VMware w wyniku przejęcia firmy Desktone, gdzie był prezesem i dyrektorem generalnym od 2010 r. do października 2013 r. Wcześniej McKay pełnił funkcje prezesa i dyrektora generalnego w dwóch innych firmach, finansowanych przez kapitał podwyższonego ryzyka: od 2001 do lipca 2008 r. w Watchfire, dostawcy rozwiązań zabezpieczających (przejętym przez IBM w 2007 r.), oraz od 1998 do 2001 r. w spółce eCredit (nabytej przez Internet Capital Group). McKay piastował także stanowisko „dyrektora-rezydenta” w Insight Venture Partners.

„Transformacja cyfrowa, chmura, technologie społecznościowe i nienasycony apetyt użytkowników na ciągły dostęp do krytycznych danych i aplikacji zaczynają zmieniać sposób, w jaki firmy prowadzą działalność – powiedział Peter McKay. — Jesteśmy na krawędzi cyfrowej rewolucji. Przedsiębiorstwa chcą wykorzystać moc chmury i dotrzymać kroku zmieniającym się potrzebom użytkowników, a dostępność w modelu 24/7/365 nie jest już czymś, o czym myśli się po fakcie, ale strategicznym priorytetem. Właśnie dlatego tu jestem. Marka Veeam zawsze była symbolem innowacyjności i satysfakcji klienta. Niewiele jest firm tak fascynujących jak Veeam, a ja czuję się zaszczycony, że dołączam do zespołu i pomogę poprowadzić firmę do następnego etapu rozwoju”.

Jako dyrektor generalny, William Largent będzie odpowiadał bezpośrednio przez Radą Dyrektorów Veeam i nadzorował strategię oraz finanse firmy. Largent dba o rozwój Veeam od czasu założenia firmy w 2006 r. i od ponad 30 lat pracuje na stanowiskach operacyjnych i kierowniczych w szybko rosnących przedsiębiorstwach. Przed przejściem do Veeam Largent był dyrektorem generalnym Applied Innovation, Inc., spółki publicznej poprzednio notowanej na rynku NASDAQ – National Market System. Nowy CEO Veeam współpracował też z innymi członkami zespołu kierowniczego tej firmy w Aelita Software, gdzie pełnił funkcję dyrektora operacyjno-finansowego. Wcześniej, jako dyrektor finansowy spółki Plug Power, kierował jej pierwszą publiczną ofertą akcji, organizowaną przez bank Goldman, Sachs & Co., w ramach której zgromadzono kapitał przekraczający 150 milionów dolarów.

„Przez całą karierę zawodową zajmuję się budowaniem firm, ale Veeam to coś szczególnego – powiedział Largent. – Od rozpoczęcia działalności w 2006 r. zawsze byliśmy w pierwszym szeregu innowatorów i kwestionowaliśmy zachowawcze myślenie. Nasz pierwszy produkt był bezpłatny, dzięki czemu już po krótkim czasie znał nas każdy administrator systemów wirtualnych. Zawsze pracowaliśmy w tym samym duchu innowacyjności, a patrząc w przyszłość, skupiamy się na tym, aby przedsiębiorstwa mogły osiągnąć całodobową dostępność i wykorzystać pełen potencjał gospodarki cyfrowej”.

William Largent aktualnie jest w trakcie relokacji do międzynarodowej centrali Veeam w Szwajcarii.

OT Logistics przejmuje spółki Grupy STK

Zarząd OT Logistics zawarł warunkową umowę inwestycyjną z STK Group Sp. z o.o., jednym z największych prywatnych przewoźników kolejowych w Polsce. Dotyczy nabycia akcji STK S.A. i Kolei Bałtyckiej S.A., stanowiących odpowiednio 100% i 80% udziału w kapitale zakładowym i ogólnej liczbie głosów. Łączna wartość transakcji nabycia udziałów w obu spółkach wyniesie ok. 33,1 mln zł.

STK jest piątym prywatnym przewoźnikiem kolejowym w Polsce pod względem wykonanej pracy przewozowej. Specjalizuje się w przewozach masowych i transporcie ładunków ponadgabarytowych. Głównymi klientami nabywanych Spółek są największe w Polsce zakłady z branży paliwowej, energetycznej i ciepłowniczej.

Akwizycja Grupy STK wpisuje się w naszą strategię rozwoju i wzmacnia nasze kompetencje w transporcie kolejowym, który odgrywa coraz większą rolę również w obsłudze naszych portów. Liczymy, że synergie wynikające z przejęcia grupy kolejowej wzmocnią naszą ofertę dla klientów, co następnie przełoży się na wzrost naszych udziałów rynkowych i rentowności z działalności transportowej. Chcemy, aby STK odgrywało ważną rolę w budowanym przez nas korytarzu Bałtyk-Adriatyk i aby specjalizowało się w transporcie produktów rolnych z Europy Środkowej do polskich portów – mówi Zbigniew Nowik, Prezes Zarządu OT Logistics.

W 2015 r. Grupa STK wypracowała 104,7 mln zł skonsolidowanych przychodów i 18,1 mln zł zysku netto. Roczne obroty obu przejmowanych spółek z działalności kolejowej oscylują na poziomie ok. 80 mln zł. W 2015 r. EBITDA w segmencie przewozów kolejowych w przypadku STK S.A. wyniosła 5,3 mln zł, podczas gdy EBITDA Kolei Bałtyckiej S.A. sięgnęła 0,8 mln zł.

Dzięki akwizycji Grupy STK, OT Logistics będzie mieć do dyspozycji nowe aktywa kolejowe, które umożliwią efektywną obsługę transportową ładunków o dużych rozmiarach i towarów masowych (m.in. biomasy, węgiel i kruszywa), a także produktów chemicznych. W efekcie, OT Logistics zyska nowe możliwości przewozowe i dostęp do nowych rynków.

Dołączamy do Grupy Kapitałowej o międzynarodowym zasięgu, dzięki czemu STK może skutecznie wykorzystywać swój potencjał. Jestem przekonany, że dotychczasowe kompetencje STK w zakresie przewozów specjalistycznych i masowych wpisują się w plan rozwoju OT Logistics. Niewątpliwym atutem STK jest zmotywowany i kompetentny zespół osób, z odwagą podejmujących się nowych wyzwań i zorientowanych na sukces w biznesie kolejowym. Ich wiedza na temat branży i oczekiwań klientów będzie nieoceniona dla całej Grupy Kapitałowej OT Logistics. – mówi Adrian Gierczak, Prezes Zarządu STK S.A..

Sprzedaż udziałów w obu spółkach nastąpi po spełnieniu wszystkich wskazanych w umowie warunków zawieszających, w tym m.in. po podjęciu przez Radę Nadzorczą OT Logistics uchwały wyrażającej zgodę na transakcję, uzyskaniu zgody Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) na koncentrację i podjęciu 30 czerwca br. przez Walne Zgromadzenie akcjonariuszy uchwały emisyjnej.

W ramach rozliczenia transakcji, Grupa STK nabędzie 91.406 akcji serii D OT Logistics (ilość walorów nie uwzględnia skutków uchwały o splicie akcji, która będzie przedmiotem głosowania na Walnym Zgromadzeniu Spółki 30 czerwca br.) o łącznej wartości 23,4 mln zł, czyli 256 zł za jedną akcję (po podwyższeniu kapitału będą one stanowić 6% udziału w kapitale zakładowym OT Logistics i ogólnej liczbie głosów). Pozostała część ceny za akcje STK S.A. i Kolei Bałtyckiej S.A. zostanie uregulowana przez OT Logistics w drodze bezgotówkowych rozliczeń związanych ze sprzedażą na rzecz STK Group nieruchomości należących do STK S.A i jej spółki zależnej.

Popołudniowy komentarz walutowy z 30.06.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 30.06.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Ruszyło ratowanie pięćdzięsięciu przedsiębiorstw

Od stycznia działa nowa ustawa o restrukturyzacji przedsiębiorstw, które mogłyby okazać się zagrożone bankructwem. Prawie 50 przedsiębiorstw jest już objętych tym postępowaniem

-Do końca maja postępowania restrukturyzacyjne wprowadzono w prawie 40 przedsiębiorstwach, teraz jest ich już prawdopodobnie blisko 50- mówi w rozmowie z MarketNews24 prezes zarządu spółki PMR Restrukturyzacja SA, Maciej Pietrzak.

USD jest bezpieczniejszym aktywem niż CHF

USD jest bezpieczniejszym aktywem niż CHF 5

Podczas sztormów oraz niepewności na rynkach finansowych Inwestorzy przyzwyczaili się, że frank szwajcarski pełnił rolę „bezpiecznej przystani”. Jednak po wynikach czwartkowego referendum doszło do czegoś innego. Para walutowa USD/CHF wyskoczyła do góry, czyli to dolar amerykański pełnił rolę „bezpieczniejszego” aktywa. Wszystko przez pamiętny 15 stycznia 2015 roku, czyli uwolnienie kursu szwajcarskiej waluty przez SNB.

Na interwale dziennym kurs pary walutowej porusza się pomiędzy strefą popytu 0.950-0.955, a strefą podaży 0.991-0.995. W długim terminie to dolar amerykański powinien być pod presją sprzedających ze względu na oddalające się w czasie podwyżki stóp procentowych.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Rekordy bankructw już za nami

W rekordowych latach w Polsce ogłaszało upadłość ponad tysiąc firm rocznie. W ostatnich latach 600-700 i na tym poziomie mamy stabilizację. Bankructw było jednak za mało.

-W gospodarkach takich jak Niemcy czy Francja, czyli dwukrotnie większych od Polski zdarza się 10-15 tys. upadłości – mówi w rozmowie z MarketNews24 prezes zarządu spółki PMR Restrukturyzacja SA, Maciej Pietrzak. -To oznacza, że nie do końca właściwie stosowane było prawo upadłościowe, bo ogłoszenie upadłości to sposób na wyjście przedsiębiorstwa z kłopotów, aby uniknąć wejścia likwidatora i likwidacji firmy.

Stabilizacji liczby upadłości, a nawet jest obniżeniu może teraz sprzyjać obowiązująca od stycznia ustawa o restrukturyzacji firm.

Złoto i srebro główni beneficjenci Brexitu

Złoto i srebro główni beneficjenci Brexitu 6

Złoto i srebro zyskały od ubiegłego czwartku odpowiednio 4,35% oraz około 5%. Ostatnie mocne wzrosty, głównie złota, związane były z odpływem kapitału do walorów uważanych za bezpieczne w związku z zamieszaniem wokół tak zwanego Brexitu.

Okresy niepewności wzmagają popyt na metale szlachetne, chociaż ruch w górę na złocie i srebrze obserwowany jest o wiele dłużej, a dokładnie od początku br. Wzrost cen był możliwy między innymi dzięki osłabieniu dolara amerykańskiego. Paradoksalnie waluta Stanów Zjednoczonych przestała aprecjonować po tym, jak Rezerwa Federalna podniosła stopę funduszy federalnych pierwszy raz od dziewięciu lat. Niemniej jednak dalsze podwyżki były odwlekane i prawdopodobnie nadal będą, aż do 2017 roku, a ponadto podwyżka z końca 2015 roku już dawno była zdyskontowana.

Oprócz czynnika w postaci słabszego dolara amerykańskiego obserwowany jest wzrost popytu na złoto w funduszach typu ETF, które są zobligowane kupować ten kruszec za część jednostek uczestnictwa. Również na rynku terminowym obserwowana jest duża ekspozycja pozycji kupna. Czyżby rozpoczynała się nowa hossa na tych metalach?

Z pewnością zawirowania wokół wyjścia Wielkiej Brytanii będą napędzać ruch w górę złota i srebra. Wciąż pozostaje wiele niewiadomych i mimo, że od kilku dni obserwujemy odbicie na giełdach jeszcze trudno wpadać w huraoptymizm i uznać, że nastał tak zwany „risk on„.

Złoto zmierza do okrągłego poziomu 1400 USD, który ostatnio był widziany w marcu 2014 roku, a dla srebra najbliższy przystanek to okolice 19 USD, który również były obserwowany dwa lata temu. Największym zagrożeniem dla większego ruchu w górę jest powrót do aprecjacji amerykańskiej waluty. Wprawdzie są bardzo małe szanse na podwyżkę stóp procentowych zza oceanem w tym roku, ale na tle innych państw, które mogą dalej luzować swoją politykę pieniężną może to wystarczyć, żeby dolar się umacniał.

Dzisiaj mamy raczej spokojny dzień, a rynki nadal będą żyły wyjściem Zjednoczonego Królestwa z UE. EUR/USD idzie lekko do góry po lepszych danych o inflacji HICP w Strefie Euro, a za niecałą godzinę poznamy cotygodniowe wnioski o zasiłek dla bezrobotnych w Stanach Zjednoczonych. Warto również zwrócić uwagę na wystąpienie szefa Banku Anglii, które rozpocznie się o 17:00 czasu polskiego.

Bartosz Zawadzki
Szef Działu Analiz

Powrócił temat wprowadzenia euro w Polsce

Z powodu Brexit i przygotowywanych zmian w funkcjonowaniu UE powrócił temat wprowadzenia w Polsce euro zamiast złotego. Po przyjęciu wspólnej waluty Polska znalazłaby się w gronie najsilniejszych państw Unii. A.Łaszek z FOR jest sceptykiem, co innego jest dla Polski ważniejsze.

Powinniśmy najpierw zmniejszyć deficyt budżetowy, by spełniać wszystkie kryteria traktatu z Maastricht, ocenia Aleksander Łaszek w rozmowie z MarketNews24. -Gdy mamy nieuporządkowane finanse publiczne dyskusja o wprowadzeniu euro jest dyskusją polityczną i przedwczesną.

Powiązania Deutsche Banku – TBTF

Powiązania Deutsche Banku - TBTF 7

Inwestorzy od kilku lat znienawidzili branżę finansową, większość spółek notowanych na giełdzie działających w tym sektorze znajduje się w trendzie spadkowym. Najbardziej znienawidzony jest Deutsche Bank, który posiada w swoim bilansie instrumenty pochodne opiewające na kwotę 55,605,039 milionów euro, jest to rekord wszech czasów.

W normalnych warunkach rynkowych żaden podmiot finansowy nie mógłby sobie pozwolić na tak dużą ekspozycję w instrumentach pochodnych. Zatem powstaje pytanie, czy Deutsche Bank upadnie?

Niekoniecznie, ponieważ należy do grupy Too Big to Fail, czyli nikt nie może pozwolić na jego upadek. Powyżej została przedstawione powiązana poszczególnych banków z niemieckim gigantem. Jego upadek byłby katastrofą dla całego systemu finansowego.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Gdy opadnie po-Brexitowy kurz

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Ostatnie dni, a nawet tygodnie, zdominowane zostały najpierw wyczekiwaniem na referendum odnośnie członkostwa Wielkiej Brytanii w UE, a później reakcją na jego wynik. Wybór Brytyjczyków za Brexitem spadł niczym grom z jasnego nieba, szczególnie w kontekście powszechnych oczekiwań odmiennego rezultatu. Reakcja była więc pokaźna, ale wcale nie tak duża, jak można by sądzić po komentarzach opisujących krach.

Warto sobie przypomnieć przebieg handlu w minionym tygodniu, który rozpoczął się sporymi wzrostami w nadziei na materializację sondaży wskazujących przewagę oponentów Brexitu. Zwyżki były kontynuowane na każdej kolejnej sesji tygodnia, włącznie z referendalnym czwartkiem, co jest o tyle zaskakujące, że fundusze hedgingowe zamówiły swoje sondaże exit polls, które najwidoczniej nie potrafiły poprawnie wskazać wyniku głosowania. Tym samym o wczesnych godzinach porannych w piątek niemalże wszyscy byli zaskoczeni. Potężny ruch był więc pochodną już wcześniej obserwowanej zmienności i jeżeli zaczniemy śledzić wykresy tygodniowe, to żadnej katastrofy nie dostrzeżemy.

Odmienną kwestią są konsekwencje decyzji Brytyjczyków. Te na chwilę obecną są wysoce niepewne, gdyż nie umilkły nawet głosy, czy do Brexitu rzeczywiście dojdzie. Jeżeli jednak spojrzeć na reakcję Brukseli, to widać wyraźnie, że unijni biurokraci nie smucą się z przyszłej utraty ważnego hamulcowego integracji. Wydaje się nawet, że refleksja nad przyczynami i konsekwencjami Brexitu ustąpiła miejsca złości i pewnej chęci odwetu za burzenie status quo. Tym samym w Unii ścierać się będą dwa obozy. Jeden na czele z brukselskimi biurokratami będzie chciał ukarać Londyn i uczynić Brexit kosztowym, by odwieść inne kraje od pójścia podobną ścieżką. Inny, bardziej pragmatyczny obóz będzie chciał na nowo ułożyć stosunki z drugą gospodarką Europy, handel z którą jest korzystny dla obu stron. W krótkim terminie wiele się jednak nie zmieni, gdyż wymiana handlowa będzie przebiegała na dobrze znanych warunkach, a sam proces negocjacji rozdziału trwać będzie latami. Podobnie wygląda sytuacja z budżetem unijnym, który w średnim okresie nie powinien ulec zmianie, a nawet w przyszłości nie jest powiedziane, że płatności z Londynu w całości ustaną. Preferowany norweski wariant dostępu do unijnego rynku zakłada bowiem partycypację w unijnych składkach. Tym samym w najbliższym czasie głównym skutkiem referendum jest niepewność, która może wpłynąć na konsumpcję w Wielkiej Brytanii i zapewne zaciąży na inwestycjach, jednocześnie wpływając nieco na zmianę ich kierunków. Te mogą zacząć bardziej faworyzować inne kraje, w tym Polskę, co jest potencjalną korzyścią również na GPW. Brexit nie musi się więc okazać tak strasznym, jak go malują.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Ropa WTI po raz kolejny w okolicy 50 USD

Chart WTI, D1, 2016.06.30 09:06 UTC, Admiral Markets AS, MetaTrader 4, Real

Ropa WTI od początku tygodnia zyskała niemal 3 procent. Ceny ropy po raz kolejny zbliżyły się w okolicę 50 USD za baryłkę. Wzrostom pomogły dane z American Petroleum Institute. Agencja podała do informacji publicznej, że zmiana zapasów ropy wyniosły -3,9 milionów baryłek przy konsensusie -2,3 miliona baryłek.

Wczorajsze zapasy z Energy Information Administration (EIA) także wskazały na topniejące zapasy ropy naftowej w Stanach Zjednoczonych, tym razem o -4,1 miliona. Powyższe informacje przełożyły się na kontynuacje trendu wzrostowego.

Ropa WTI od dłuższego czasu porusza się w kanale wzrostowym, aktualnym wsparciem jest dolne ograniczenie tej formacji oraz strefa popytu 46-47. W długim terminie bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja trendu wzrostowego, lecz należy oczekiwać głębszej korekty notowań w najbliższym czasie.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Technologie krakowskiej spółki Ailleron zrewolucjonizują światowe finanse?

Według danych Fed (The Federal Reserve System) w 2015 r. w samych Stanach Zjednoczonych już 43% osób posiadających telefon komórkowy i konto bankowe używało bankowości mobilnej[1]. Banki na całym świecie wykonują krok naprzód – nowe technologie, zwłaszcza wirtualne oddziały oraz bankowość mobilna, stają się obecnie ich głównym motorem napędowym. Polska ma w tej rewolucji swój znaczący udział. Krakowska firma informatyczna Ailleron SA dostarcza swój flagowy produkt , pozwalający bankom i ich klientom w pełni korzystać z dobrodziejstw bankowości mobilnej, już do kilkunastu placówek na całym świecie. Zjednoczone Emiraty Arabskie, Malezja, Singapur, Grecja czy Brazylia to dopiero początek jej ekspansji. Czy polska myśl technologiczna zamieni tradycyjne banki na wirtualne oddziały?

Polska bankowość internetowa i mobilna jest obecnie jedną z najbardziej innowacyjnych i intuicyjnych na świecie. Poziom jaki osiągnęliśmy zawdzięczamy przede wszystkim klientom. To właśnie oni wymusili na instytucjach finansowych konsekwentny proces digitalizacji oraz cyfryzacji oferowanych przez nich produktów i usług. Polacy na tle zachodnich sąsiadów wydają się bardziej odważni. W większości nie boją się zmian jakie niosą za sobą nowinki technologiczne. Wiedzą, że ułatwiają im one codzienne funkcjonowanie i zaoszczędzają czas. Dzięki takiemu podejściu utworzenie pierwszych na świecie „wirtualnych oddziałów” banków było w naszym kraju tak naprawdę kwestią czasu. Nasz autorski produkt – LiveBank – idealnie wkomponował się w czas zmian na globalnym rynku bankowym, dzięki czemu Polska stała się pionierem i trendsetter’em w zakresie najnowszych technologii dla banków. To właśnie w naszym kraju 3 z 5 największych banków wdrożyło LiveBank, a kolejne już niedługo otworzą swoje wirtualne oddziały. Inne technologie związane z nowoczesną bankowością dostarczamy do aż 11 banków z polskiej listy TOP20. Można więc powiedzieć, że odmieniamy oblicze polskiej bankowości. Byłaby to jednak tylko część prawdy biorąc pod uwagę doskonały odbiór LiveBank za granicą – i to w bardzo różnych kulturowo obszarach, co tylko potwierdza uniwersalność naszego rozwiązania – mówi Piotr Skrabski, Dyrektor Generalny LiveBank w Ailleron SA.

Małopolska spółka może już się pochwalić wieloma zagranicznymi sukcesami na kilku kontynentach, w ramach których coraz większy udział stanowią właśnie wdrożenia LiveBank. Wirtualne oddziały stworzono do kompleksowej obsługi klientów w kanałach wideo, audio i czat, przy czym to właśnie kanał wideo zasługuje na największą uwagę. LiveBank pozwala uzyskać bardzo wysoką jakość obrazu po stronie klienta, a co za tym idzie wygodę jego obsługi. To co jest bardzo istotne dla banków – LiveBank jest osadzony w ich procesach biznesowych i zakorzeniony w sercu architektury systemu bankowego, co daje więcej możliwości i zapewnia nieosiągalny do tej pory stopień bezpieczeństwa, będący kluczowym czynnikiem dla instytucji finansowych pod każdą szerokością geograficzną. Nic więc dziwnego, że proces tworzenia wirtualnych oddziałów banków nabiera tempa w tak różnych krajach jak Niemcy, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Singapur czy Malezja, nie wspominając o Polsce.

Nasze plany na najbliższą przyszłość obejmują rozszerzenie usługi LiveBank na 7 kolejnych krajów, włącznie z gigantycznym rynkiem chińskim. Trwają rozmowy o kolejnych po Commerzbanku wdrożeniach na rynku niemieckim, a także m.in. w Grecji, czy Brazylii. Dynamika wzrostu wdrożeń i tak dobre reakcje z różnych stron świata sprawiają, że musimy konsekwentnie kontynuować obraną strategię ekspansji. – mówi Tomasz Maciantowicz odpowiedzialny za sieci partnerskie LiveBanku.

Najnowsze trendy redefiniują cały obszar usług, w tym także sektora bankowego. Pojawienie się konsumentów, u których dominuje portfel mobilny, sprawiło, że banki muszą na nowo poszukiwać kanałów komunikacji z nowym pokoleniem. Według ekspertów w najbliższych latach przeciętny klient będzie odwiedzał placówkę bankową raz w roku, a 40% z nich nie będzie przychodzić do oddziałów w ogóle. Odpowiedzią na to zjawisko okazuje się zintensyfikowanie automatyzacji na linii bank-klient. Jednym ze sposobów na osiągniecie tego celu jest wdrożenie platform oferujących usługę wirtualnego banku w urządzeniu klienta, co wprowadza nowoczesną bankowość na zupełnie nowy poziom.

Wirtualne oddziały to głęboka zmiana w relacjach między bankiem a klientem. Ich wdrożenie kompleksowo i w realny sposób wpływa na prowadzony przez banki biznes umożliwiając efektywniejszą akwizycję klientów, zwłaszcza tych zorientowanych na wykorzystanie technik mobilnych, a jak wiemy ten odsetek sukcesywnie rośnie. To jednak nie jedyna akwizycyjna zaleta wirtualnych oddziałów – znacznie rozszerzają też one pole możliwości w przypadku cross-selingu szerokiej gamy produktów finansowych oferowanych przez banki. Zalety wiążą się również z daleko posuniętą optymalizacją kosztową związaną z efektywniejszą obsługą, szybszym czasem rozpatrywania zgłoszeń, co, mimo wdrożenia oszczędności, skutkuje większym zadowoleniem klientów, gdyż są to zmiany przez nich pożądane i jednocześnie jedne z głównych bolączek tradycyjnych oddziałów – zapewnia Piotr Skrabski, prowadzący LiveBank.

W 2015 roku przychody ze sprzedaży eksportowej Ailleron wzrosły o ponad połowę, do 18,21 mln złotych. Całkowite przychody zwiększyły się o 26,5 proc. do 68,2 mln zł. To oznacza, że eksport odpowiada już za niemal jedną trzecią sprzedaży Spółki.

„Chcemy inwestować coraz więcej w podbój nowych rynków i systematycznie zwiększać naszą sprzedaż zagraniczną. Na Bliskim Wschodzie wdrażamy nasz produkt w jednym z największych banków regionu a z kolejnymi prowadzimy już zawansowane rozmowy. Zainteresowanie klientów i partnerów na całym świecie jest ogromne, tylko w ostatnich kilku tygodniach podpisaliśmy strategiczne partnerstwa z wiodącymi firmami w krajach skandynawskich, Brazylii oraz w regionie Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej. Jesteśmy przekonani, że światowa klasa technologii, którą opracowaliśmy od początku do końca w Polsce, wkrótce pozwoli na komunikację jeszcze większych sukcesów eksportowych.” – dodaje Grzegorz Młynarczyk, Wiceprezes Ailleron SA.

[1] http://www.federalreserve.gov/econresdata/consumers-and-mobile-financial-services-report-201603.pdf

Na fali rekordów sprzedaży wyniki deweloperów mieszkaniowych będą coraz lepsze

CEO Magazyn Polska

Sprzedaż deweloperów mieszkaniowych utrzymuje się na rekordowych poziomach, dlatego najbliższe lata powinny przynieść bardzo dobre wyniki giełdowych reprezentantów tej branży – uważa Mateusz Mucha z DM Navigator. Jego zdaniem popyt na lokale napędzają tanie kredyty hipoteczne, a także zakupy gotówkowe i inwestycyjne. Eksperci uważają, że poważnych czynników ryzyka na razie nie widać.

W I kwartale liderami sprzedaży byli kolejno Robyg z 727 sprzedanymi mieszkaniami (wzrost o 36% rdr.), następnie Murapol (701 lokali, czyli o 21% więcej r/r), Dom Development (615, 32% więcej rdr.) i Atal (509, czyli 61% więcej rdr.). Łącznie deweloperzy giełdowi sprzedali w pierwszych trzech miesiącach tego roku 4746 mieszkań, czyli 16,5% więcej w skali roku. Jak zaznaczają eksperci, sprzyja temu dobra koniunktura gospodarcza Polski i środowisko niskich stóp procentowych.

– Po pierwsze, tańszy jest kredyt, dlatego ludziom łatwiej jest zaciągać zobowiązania hipoteczne pod zakup nowych mieszkań – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mateusz Mucha, wiceprezes zarządu Navigator Debt Advisory, menadżer w Domu Maklerskim Nawigator. – Po drugie, lokaty są na tyle nisko oprocentowane, że pojawia się dużo zakupów gotówkowych, dużo zakupów inwestycyjnych, co również napędza sprzedaż deweloperom.

W I kwartale firmy zrzeszone w Związku Firm Doradztwa Finansowego (ZFDF) pośredniczyły w udzieleniu kredytów hipotecznych o łącznej wartości 3,5 mld zł, czyli niemal o 8 proc. więcej niż rok wcześniej. Rekordowa sprzedaż mieszkań oznacza, że najbliższe kwartały powinny być bardzo dobre pod kątem wyników finansowych dla deweloperów. Mateusz Mucha zaznacza jednak, że specyfiką tego rynku jest to, że firmy rozpoznają przychody ze sprzedaży mieszkań dopiero w momencie przekazania ich finalnym nabywcom.

– Wyniki finansowe, które pokazują, są więc wynikami historycznymi obrazującymi sprzedaż z poprzednich okresów – dodaje Mateusz Mucha. – Dlatego prognozujemy, że najbliższy rok, a nawet co najmniej 1,5 roku, będzie bardzo dobre dla branży deweloperskiej.

Ekspert z DM Navigator podkreśla, że poziom sprzedaży w pierwszym kwartale tego roku oraz zwiększenie liczby wydanych pozwoleń na budowę o 20% dają solidne podstawy to tego, że wyniki w latach 2016–2017 będą równie wysokie jak te zanotowane w całym 2015 r.

Zdaniem Muchy największe zagrożenia dla deweloperów to sytuacja z kredytami frankowymi. W zależności od sposobu jej rozwiązania nie wyklucza się pojawienia dużej podaży mieszkań, które mogłyby zostać przekazane bankom przez kredytobiorców.

– Innym czynnikiem hamującym jest podwyższenie wymaganego wkładu własnego, który zwiększa się do 20 proc., czy likwidacja programu rządowego Mieszkanie dla Młodych – zauważa wiceprezes zarządu Navigator Debt Advisory. – Z kolei Mieszkanie+ jest programem, który ma dopiero wystartować. Pierwsze realizacje planowane są na 2018 rok, z tego, co rząd komunikuje, będą to pilotażowe realizacje. 

Rządowy program Mieszkanie dla Młodych skończy się w 2018 roku. Tegoroczna pula pieniędzy na wsparcie zakupu mieszkania wyczerpała się już w marcu. Jednak kupujący mogli rezerwować środki z budżetu przeznaczonego na przyszły rok. Według ostatnich informacji, aż 80% środków z tej kwoty, czyli 373 mln zł zostało już przydzielonych.

Według rządowych zapowiedzi kolejny program wspierający, czyli Mieszkanie+, ma ruszyć w 2019 roku, więc w ocenie eksperta jest to na tyle odległa perspektywa, że nie przewiduje obecnie z tej strony dużego zagrożenia dla deweloperów z rynku Catalyst. Zaznacza jednak, że w dłuższej perspektywie może stanowić ryzyko dla działalności deweloperskiej.