Indeksy PMI przeniosły zainteresowanie inwestorów za ocean

Odczyty indeksów PMI wypadły w Europie wyraźnie gorzej niż w USA. Spowodowało to przecenę euro względem dolara zarówno podczas porannych odczytów w Europie jak i popołudniowych w USA. Na rynek trafia coraz więcej głosów o przewartościowaniu akcji na giełdzie w USA.

Poniedziałkowy poranek minął na publikacjach wskaźników PMI dla przemysłu. Odczyt dla Polski wyniósł zaledwie 52,4pkt i był o ponad 1 pkt niższy od oczekiwań. Dane dla Unii Europejskiej okazały się symbolicznie gorsze od oczekiwań. Powodem był spadek indeksu w Niemczech. Wpływ tego kraju jest tak duży, że pomimo dobrych danych z Hiszpanii, Włoch i Francji odczyt dla całej UE wciąż spadł. Również dane z Wielkiej Brytanii okazały się mniej optymistyczne od oczekiwań analityków. Lepsze dane nadeszły po południu z USA, gdzie indeks PMI dla przemysłu przebił oczekiwania o 0,2 pkt. Efektem tych danych było umacnianie się dolara względem euro.

Bank Goldman Sachs wydał negatywną rekomendację dla bijących rekordy cen akcji na amerykańskich giełdach. Fakt, że współczynnik cena/zysk jest na nieprzyzwoicie wysokim poziomie. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że przedłużający się okres obowiązywania bardzo niskich stóp procentowych wpycha coraz więcej pieniędzy w giełdę, pompując kolejne bańki spekulacyjne. Pomimo tak wysokich wskaźników analitycy banku spodziewają się ustanowienia kolejnych rekordów w najbliższych miesiącach. Powodem ma być zakup akcji własnych przez firmy. Jest to bardzo wydajna metoda podniesienia swojej giełdowej wartości by otrzymać kolejną premię. Gdyby doszło do wyprzedaży na amerykańskich parkietach z pewnością widzielibyśmy również silną korektę na EUR/USD. Może nie od razu powrót w okolice 1,3000, ale najprawdopodobniej na długo zniknęłyby prognozy mówiące o zrównaniu kursu euro i dolara.

Na rynku pojawiają się kolejne propozycje mające pozwolić kredytobiorcom z kredytem we frankach na zmianę lokalu na inny bez konieczności spłacenia kredytu. W sytuacji tej oczywiście bank bardzo dokładnie będzie badał zdolność kredytową konsumenta. Z pewnością nie wszyscy będą mogli więc skorzystać z tej opcji. Rozważana jest również możliwość zamiany lokalu na tańszy.

Wczorajsze rozmowy w Berlinie, pomimo zaproszonych uczestników najwyższego szczebla nie dały rezultatu. Jak nie było zgody w sprawie planu pomocowego dla Grecji, tak nie ma jej dalej a czas tyka. 5 czerwca przypada kolejna rata do spłaty. Jest to ważna data z punktu widzenia Polski, gdyż ze względu na Boże Ciało poprzedni dzień mamy w kraju wolny. Jeżeli na rynkach zapanuje nerwowość brak rodzimych inwestorów może spowodować spore zawirowania na parach ze złotym. Nie raz już się zdarzało, że złoty w takich dniach gwałtownie tracił.

 

EUR/PLNKomentarz walutowy 02.06.2015 Komentarz aktualny na godzinę 09:30

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 02.03.2015 do 02.06.2015

Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700, utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum po wybiciu z kanału na 4,1550. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,0750, a następnie poziom 3,9700, czyli wspomniane ostatnie minima lokalne.

 

CHF/PLNKomentarz walutowy 02.06.2015 Komentarz aktualny na godzinę 09:30

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 02.03.2015 do 02.06.2015

Kurs CHF/PLN jeszcze niedawno poruszał się od ponad dwóch miesięcy w trendzie bocznym pomiędzy poziomami 3,8000 a 3,9400. Dla ruchu w dół wsparciem jest obecnie linia łącząca minima lokalne przebiegająca obecnie na 3,9750. W przypadku kontynuacji ruchu w górę opór stanowić będzie ostatnie maksimum na poziomie 4,0150.

 

USD/PLNKomentarz walutowy 02.06.2015 Komentarz aktualny na godzinę 09:30

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 02.03.2015 do 02.06.2015

Kurs USD/PLN wybił się z trendu spadkowego. Wsparciem są okolice 3,5210, gdzie znajdują się ostatnie minima lokalne. Oporem jest ostatnie maksimum lokalne na 3,8200.

 

GBP/PLNKomentarz walutowy 02.06.2015 Komentarz aktualny na godzinę 09:30

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 02.03.2015 do 02.06.2015

Po dotarciu do niemal 6,0000 w marcu, kurs zawrócił dotarł do 5,4300 i ponownie wraca ku górze. Oporem dla obecnej korekty jest ostatnie maksimum na 5,8800. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne przebiegająca obecnie na 5,7200.

Maciej Przygórzewski – główny dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Negocjacje z Grecją nabierają tempa

Wczorajsza sesja po obu stronach Oceanu upłynęła pod znakiem niewielkich wzrostów większości głównych indeksów giełdowych. Czynnikiem sprzyjającym zwyżkom zarówno na europejskim, jak i amerykańskim parkiecie okazały się nieco lepsze od prognozowanych dane obrazujące wysokość przemysłowych indeksów PMI. Wieczorem uwagę inwestorów przyciągnęły natomiast informacje napływające z Berlina, gdzie odbyło się spotkanie przedstawicieli Komisji Europejskiej, MFW i EBC, którzy dyskutowali na temat możliwości przedłużenia programu pomocy finansowej dla Grecji. W rozmowach uczestniczyli także kanclerz Niemiec, Angela Merkel i prezydent Francji, Francois Hollande, którzy już w weekend dyskutowali na ten temat z premierem Aleksisem Tspirasem. Zdaniem rzecznika niemieckiego rządu, Steffena Seiberta, rozmowy nabrały w końcu konstruktywnego charakteru, co znacząco zwiększa szansę na podpisanie nowego porozumienia między rządem w Atenach a unijnymi kredytodawcami. Zgodnie z ustaleniami, 5 czerwca mija bowiem termin spłaty kolejnej raty kredytu udzielonego Grecji przez MFW.

W Europie dzisiejsza sesja rozpoczęła się od publikacji informacji na temat stopy bezrobocia w Niemczech. Uwagę inwestorów przyciągnęły także wiadomości o wysokości inflacji HIPC w strefie euro. W ciągu dnia poznamy natomiast dane obrazujące dynamikę zamówień na dobra trwałego użytku (prognoza -0.5% m/m) w Stanach Zjednoczonych.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

saxo bank

Rajd AUD pomimo powściągliwości RBA, para USD/JPY sięga poziomu 125,00

W nocy AUD umocnił się po tym, jak komunikat Reserve Bank of Australia okazał się mniej umiarkowany, niż przewidywał rynek.

Gwałtowny rajd AUD był zaskakujący, podobnie jak obniżenie australijskich stóp procentowych o kilka punktów bazowych na początku krzywej (zmniejszające prawdopodobieństwo przyszłych cięć stóp), ponieważ komunikat nie dawał szczególnych podstaw do działania; wydaje się, że rynek w krótkim terminie otworzył nadmierną liczbę pozycji.

Nowy komunikat wycofuje majowe odwołanie do „mocniejszego wzrostu zatrudnienia”, co osobiście uważam za złagodzenie stanowiska. Jednak prognoza zawierająca stwierdzenie, że „ w ujęciu ogólnym gospodarka przez jakiś czas będzie jeszcze funkcjonować przy wolnych mocach produkcyjnych” oraz bardzo neutralna prognoza dotycząca kolejnego ruchu politycznego (może to właśnie brak wyraźnego poparcia dla luzowania ilościowego martwi australijskie niedźwiedzie?) nie jest w żadnym wypadku czynnikiem powodującym rajd AUD.

NOK jest ponownie bardzo słaba: piątkowy mocny odczyt sprzedaży detalicznej i stopy bezrobocia zrównoważył wczorajszy słaby odczyt PMI w sektorze wytwórczym. Wczorajszy rajd w parze EUR/NOK zdecydowanie spowodował powrót tej pary w wyższe rejony, powyżej dawnej strefy zwrotu w okolicach poziomu 8,55, z możliwością osiągnięcia poziomu 8.93 i być może znacznie wyższych poziomów, jeżeli Norges Bank na posiedzeniu 18 czerwca okaże się wystarczająco nastawiony na spadki (jest to wysoce prawdopodobne).

Dziś wszystko zależy od tego, czy USD jest w stanie odnotować jakiekolwiek znaczące wyniki przed ważnym piątkowym raportem w sprawie zatrudnienia. Wczorajsze dane okazały się mieszane – rozczarowujący był ulubiony wskaźnik Fed, inflacja mierzona PCE, który w kwietniu wykazał gorszy wynik od przewidywanego (w ujęciu rok do roku odczyt bazowy był najgorszy od początku 2011 r.) po lepszym, niż przewidywano odczycie bazowego CPI za kwiecień jeszcze 22 maja.

Wyniki badania sektora wytwórczego ISM nieco zaskoczyły na plus i zmniejszyły obawy dotyczące piątkowego fatalnego odczytu Chicago PMI. Dziś poznamy jedynie zamówienia fabryczne. Jutro czekają nas wyniki badania sektora niewytwórczego ISM, które wraz z piątkowym raportem w sprawie zatrudnienia stanowią główne wydarzenia ryzyka w tym tygodniu.

Wykres: AUD/USD

Para AUD/USD gwałtownie straciła na wartości po tym, jak RBA nie zapowiedziała nadchodzących cięć stóp. Komunikat był jednak stosunkowo powściągliwy, dlatego potencjał wzrostu w granicach przedziału może być dość ograniczony, w szczególności, jeżeli dane ze Stanów Zjednoczonych zaskoczą nas pozytywnie do końca tego tygodnia.

Podsumowanie w koszyku G-10:

USD: dolar wycofał się z najwyższych odnotowanych wczoraj poziomów i najprawdopodobniej nie podejmie żadnych dramatycznych ruchów w żadnym kierunku do piątkowego raportu w sprawie zatrudnienia.

EUR: euro jest stosunkowo odporne, a ruchy w parach z euro są dość umiarkowane przed jutrzejszym posiedzeniem Europejskiego Banku Centralnego, również w związku z niepewnością w sprawie Grecji. Można zakładać ostateczny spadek przy ryzyku, że szczególnie niekorzystny amerykański raport w sprawie zatrudnienie będzie początkiem „letniego zastoju” w parze EUR/USD, który zanudzi nas na śmierć przy kursie pozostającym w granicach przedziału pomiędzy 1,08 a 1,14.

JPY: jen jest bardzo słaby; para USD/JPY w nocy zdołała osiągnąć poziom 125,00 – osłabienie JPY jest szczególne, biorąc pod uwagę brak jakichkolwiek katalizatorów i zastanawiam się, czy potencjał wzrostu nie jest przypadkiem niedoceniony w sytuacji, gdyby dane ze Stanów Zjednoczonych okazały się wyjątkowo mocne pod koniec tego tygodnia.

GBP: wyniki w parze GBP/USD nie są imponujące, jednak para EUR/GBP musi jutro do końca dnia wrócić w niższe rejony, jeżeli mamy podtrzymać nasze prognozy spadkowe.

CHF: czekam na doniesienia z Grecji i zastanawiam się, czy Szwajcarski Bank Narodowy nie pozwoli parze EUR/CHF pozostać w dolnych rejonach – dowiemy się tego na posiedzeniu 18 czerwca. W dłuższej perspektywie ryzyko dla CHF jest asymetryczne ze wskazaniem na spadek, z możliwością ryzyka wzrostu w przypadku, gdyby sytuacja Grecji w nadchodzących tygodniach zdecydowanie się pogorszyła.

AUD: rynek może przesadnie reagować na umocnienie AUD po posiedzeniu RBA, ponieważ sam komunikat był stosunkowo powściągliwy – w parze AUD/USD jest jednak potencjał wzrostu w granicach przedziału do osiągnięcia kluczowego oporu. Mocne dane ze Stanów Zjednoczonych mogą spowodować szybki powrót presji spadkowej.

CAD: para USD/CAD waha się w rejonach 1,2500 w oczekiwaniu na dalsze dane ze Stanów Zjednoczonych, jak również na piątkowy kanadyjski raport w sprawie zatrudnienia. Przewiduję dalsze umocnienie do poziomu 1,2800 i wyżej, przy krótkoterminowej niepewności.

NZD: waluta nadal słaba; zobaczymy, czy opór w rejonach 0,7175/0,7200 się utrzyma – ostatni rajd USD jest w tym momencie szczególnie mocno odczuwalny. Para AUD/NZD również się umacnia po ponownym osiągnięciu poziomu 200-dniowej średniej ruchomej i może być gotowa na test obszarów powyżej ostatnich maksimów, biorąc pod uwagę zmiany w spreadach stóp procentowych.

SEK: waluta jest słaba; para EUR/SEK może przygotowywać się do testu górnych części przedziału, ponieważ waha się od maksimów do minimów przedziału.

NOK: korona jest wyjątkowo osłabiona; przełamanie do wyższego przedziału w parze EUR/NOK umożliwia test obszaru 8,95/9,00 w nadchodzących tygodniach, w szczególności, jeżeli Norges Bank zrealizuje dostępny potencjał spadkowy na posiedzeniu 18 czerwca.

Najważniejsze dane ekonomiczne

  • Japonia: płace w kwietniu wykazały +0,9% r/r w porównaniu z przewidywanym poziomem +0,3%
  • Australia: RBA pozostawił docelową stopę „cash rate” na niezmienionym poziomie 2,00%, zgodnie z przewidywaniami

Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne

  • Niemcy: zmiana/stopa bezrobocia w maju (08:55)
  • Wielka Brytania: zatwierdzone kredyty hipoteczne w kwietniu (08:30)
  • Strefa euro: szacunkowy odczyt CPI w maju (09:00)
  • Stany Zjednoczone: zamówienia w fabrykach w kwietniu (14:00)
  • Australia: wskaźnik wyników sektora usługowego (AiG Performance of Services Index) w maju (23:30)
  • Australia: PKB w I kw. (01:30)
  • Japonia: PMI w sektorze usługowym (Markit) (01:35)
  • Chiny: PMI w sektorze usługowym (HSBC) w maju (01:45)

John J Hardy, Saxo Bank

 

saxo bank

SII: Początek 2015 roku pod znakiem mocnego dolara i deflacji. Dla większości spółek z GPW obecny rok jest na razie korzystny

Rafał Irzyński, główny analityk Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych
Rafał Irzyński, główny analityk Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych

Większość spółek z polskiej giełdy pokazała po I kwartale dobre wyniki. Pewnym wyjątkiem były firmy odzieżowe. Na ich wyniki wpływ miała bowiem sytuacja na rynku walutowym oraz duże firmy handlowe, którym szkodziła deflacja. W dalszej części roku wyniki te mogą się jednak poprawić, bo spodziewany jest powrót inflacji, a dolar w kwietniu i maju był tańszy niż w okresie od stycznia do marca.

Kondycję rynku widać także po notowaniach głównego indeksu warszawskiej giełdy. Od początku roku WIG20 zyskał ponad 5 proc. i to mimo że po 24 maja stracił już ponad 3 proc.

Na kondycję większości polskich firm niewielki wpływ miała deflacja. Od niemal roku ceny w Polsce spadają i pod koniec I kwartału były niższe niż rok wcześniej o 1,5 proc. Te obniżki dotyczyły jednak ostatnio głównie jednej branży.

Ta deflacja to tak naprawdę w dużym stopniu pochodna taniej ropy. Efekt tańszych paliw po prostu przełożył się na wiele innych segmentów i składników w koszyku inflacyjnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Irzyński, główny analityk Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych. Deflacja była widoczna przede wszystkim po stronie wielkości sprzedaży dużych spółek handlowych, takich chociażby jak Eurocash. Ale patrząc na trendy cen ropy, widać, że prawdopodobnie będziemy mieli już pozytywne odczyty inflacji w drugiej części roku.

Ceny ropy na światowych giełdach zaczęły w tym roku powoli odrabiać straty. Jeszcze w marcu baryłka ropy Brent kosztowała nieco ponad 54 dolary, a obecnie jej cena utrzymuje się na poziomie o ok. 10 dolarów wyższym. Od początku roku ceny czarnego złota wzrosły o 11-12 proc. W rezultacie w kwietniu roczna deflacja zmalała do 1,1 proc. Te zawirowania na rynku surowcowym nie wpłynęły jednak na pogorszenie wyników polskich firm z branży.

– Pozytywnie wypadły spółki paliwowe – Orlen i Lotos – ocenia Rafał Irzyński.  W I kwartale tego roku poprawiły znacznie zyskowność swojej działalności operacyjnej. Co prawda pod względem wyniku netto Lotos miał gorszy wynik, ale operacyjnie wykazał pozytywne dynamiki. Efekt spadających cen ropy, który doświadczyliśmy w I kw., bardzo pozytywnie wpłynął na marże rafineryjne generowane przez te spółki.

Irzyński podkreśla, że pozytywnie wypadły też spółki mięsne. Kania, Tarczyński czy Indykpol, jak cała branża mięsna, należały do najlepszych pod względem poprawy wyników w ujęciu rok do roku. Dalszą poprawę swoich zysków wykazała również Amica. Spółka drożeje od kilku lat, z poziomu około 20 zł wzrosła do ponad 160 zł i najwyraźniej kontynuuje ten trend. Z firm produkujących towary na rynek konsumencki słabiej wypadły natomiast spółki odzieżowe, bo na ich marże poza deflacją negatywnie wpłynął efekt mocnego dolara. Za amerykańską walutę jeszcze w grudniu płaciło się niepełna 3,4 zł, obecnie kosztuje ona niemal 3,8 zł, a był czas w marcu, gdy kosztowała ok 4 zł. W rezultacie firmy, które produkują swoje towary w Azji, miały wyniki gorsze niż w I kwartale 2014 roku.

– Następny sektor to spółki energetyczne – wymienia główny analityk Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych. Tu też wszystkie cztery główne spółki poprawiły swoje wyniki i to warte jest odnotowania w kontekście sytuacji rynkowej: mamy nadal niskie ceny energii, a mimo wszystko te spółki wykazały poprawę. Pozytywnie tutaj wpłynął efekt tańszego węgla na rynku oraz dobre wyniki w segmencie dystrybucyjnym.

Jednym z najciekawszych walorów w ostatnich miesiącach były akcje Agory. Wydawca „Gazety Wyborczej” zmagał się w ostatnich latach z typowymi problemami tradycyjnych mediów, czyli spadkiem czytelnictwa i wpływów z reklam. Ostatnie wyniki spółki, zwłaszcza wzrost przychodów i poprawa zysku operacyjnego, spodobały się jednak inwestorom i jej papiery podrożały w ciągu miesiąca o ponad 10 proc., a od początku roku – o niemal dwie trzecie. Zdaniem Rafała Irzyńskiego ze Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych Agora zaskoczyła rynek.

 Tutaj wynik na poziomie EBITDA był o 30 proc. wyższy od konsensusu, a w ujęciu rok do roku te wyniki pod względem zyskowności uległy znacznej poprawie, aczkolwiek kurs akcji Agory już to wcześniej zdyskontował, rosnąc o blisko 50 proc. – przypomina Irzyński. 

AB chce zwiększyć sprzedaż w sieci. Pomóc ma w tym centrum dystrybucyjne uruchamiane właśnie pod Wrocławiem

0

Grzegorz Ochędzan, dyrektor finansowy, członek zarządu AB SA

Spółka AB, dystrybutor IT oraz sprzętu gospodarstwa domowego i zabawek, zamierza zwiększyć udział sprzedaży internetowej w swoich przychodach. By odnieść sukces na tym rynku i utrzymać pozycję lidera, chce poprawić standard obsługi odbiorców, m.in. skrócić czas oczekiwania na towar. Pomoże w tym otwierane właśnie w Magnicach pod Wrocławiem nowoczesne centrum dystrybucyjne.

Te cele spółka chce osiągnąć m.in. poprzez poprawę obsługi magazynowej oraz inwestycje w narzędzia e-handlu, czyli w infrastrukturę informatyczną, którą dostarcza swym partnerom. Dzięki temu klienci mają otrzymać lepszy produkt, mając dokładniejsze opisy, infografikę i możliwość lepszego zapoznania się z produktem w sklepach internetowych spółki.

– Nie chcę powiedzieć, że jesteśmy tutaj liderem, ale na pewno podmiotem, który chce być mocno obecny na rynku e-commerce mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Grzegorz Ochędzan, dyrektor finansowy, członek zarządu AB SA. – E-commerce to jest ta relacja B2C, czyli do klienta końcowego, a my chcemy wspomóc naszych partnerów w obsłudze klienta końcowego. Chcemy skrócić ten czas dostawy pomiędzy wysłaniem towaru z naszego magazynu a odbiorem go przez klienta.

Na przełomie maja i czerwca spółka otwiera nowoczesne centrum dystrybucyjne w podwrocławskich Magnicach. Obiekt, w który spółka do końca I kwartału zainwestowała 70 mln zł, nastawiony jest na nowy asortyment towarów, automatyzację i właśnie e-commerce. Przeprowadzka ma potrwać do sierpnia br.

– Z jednego centrum przy obecnej infrastrukturze i usługach spedytorów zewnętrznych jesteśmy w stanie obsługiwać nie tylko całą Polskę, tak jak do tej pory to robimy, lecz także rynki ościenne podkreśla Grzegorz Ochędzan.

Skonsolidowane przychody AB po trzech kwartałach roku obrotowego 2014/2015 przekraczały 5,2 mld zł, wobec 4,2 mld rok wcześniej. Zysk netto spółki przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł ponad 54,2 mln i był o 10 mln wyższy niż w tym samym okresie poprzedniego roku.

25 proc. wzrostu przychodów, ponad 27 proc. wzrostu zysku netto podsumowuje wyniki prezes Grzegorz Ochędzan z AB SA. Odnośnie do planów inwestycyjnych na przyszłość, pragnę zwrócić uwagę na to, że na przełomie maja i czerwca kończymy i rozliczamy inwestycję w Magnicach, to jest nasza największa inwestycja, która ma przynieść nowy rozdział w historii spółki i całej grupy. To, co można powiedzieć, to na pewno to, że bardzo wiele będziemy poświęcać uwagi jeszcze większemu udziałowi e-commerce w naszym przychodzie i myślę, że te inwestycje, które będą w przyszłości realizowane, to inwestycje właśnie w rozwój sprzedaży, rozwój rynków i rozwój produktowy.

Jak przypomina, dwa lata temu AB kupiła 100 proc. udziałów czołowego polskiego dystrybutora zabawek firmy Rekman. Dzięki tej akwizycji ma nadzieję na konsolidację tego bardzo rozdrobnionego rynku

– Jednym z pomysłów i kierunków rozwoju jest nowa sieć franczyzowa, Wyspa Skarbów, którą inicjujemy i zaczynamy realizować. Majmy dużo doświadczenia w rozwoju naszych dotychczasowych sieci franczyzowych w Polsce: Alsen, Kakto, od zeszłego roku jesteśmy także w Czechach i na Słowacji [szyld Digimax – red.], w zasadzie jesteśmy tutaj liderem. Mamy ponad 1,5 tys. punktów sprzedaży w tych trzech krajach. Te kompetencje i ten bagaż doświadczenia na pewno przerzucimy na nową sieć franczyzową.

 

Lorek Pawlak Family Office: Nie warto inwestować w obligacje i lepiej nie ryzykować z akcjami. Opłacalne mogą być fundusze szerokiego rynku

Mariusz Pawlak, partner w Lorek Pawlak Family Office
Mariusz Pawlak, partner w Lorek Pawlak Family Office

Obecnie najbardziej opłacalne są inwestycje w fundusze szerokiego rynku – uważa Mariusz Pawlak z Lorek Pawlak Family Office. Oprocentowanie obligacji jest bardzo niskie, co oznacza, że gdy ruszy inflacja, a za nią stopy procentowe, to papiery skarbowe stracą na wartości. Z drugiej strony akcje na czołowych giełdach drożeją już tak długo, że można się obawiać spadków cen.

– Obecnie inwestorzy rzeczywiście wybierają fundusze akcyjne, chociaż jest to trochę wbrew logice mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mariusz Pawlak, partner w Lorek Pawlak Family Office. Mamy szósty rok hossy, wszystkie rynki są praktycznie na maksymalnych poziomach. Natomiast do momentu, kiedy rynki rosną, i do momentu, kiedy banki centralne luzują politykę monetarną, sprzyja klimat do tego, żeby inwestować w akcje.

Amerykański Dow Jones, czyli główny indeks nowojorskiej giełdy, w ciągu ostatnich pięciu lat zyskał ponad 85 proc., a szerszy indeks S&P 500 – podwoił swoją wartość. Niemiecki DAX wzrósł w tym czasie o ponad 95 proc. Londyński FTSE 100 poszedł w górę o 43 proc. Ale już WIG20 zyskał w tym czasie tylko 7,5 proc. Jego wzrost uzależniony jest jednak od nastrojów na rynkach globalnych.

Nie lepiej – zdaniem Pawlaka – wyglądają dziś perspektywy funduszy obligacyjnych. Obecnie na całym świecie banki centralne próbują pobudzić gospodarkę do szybszego rozwoju i stopy procentowe w wielu krajach są rekordowo niskie. Bardzo niskie jest w rezultacie także oprocentowanie bankowych lokat oraz papierów dłużnych.

– Powiedziałbym może trochę przewrotnie, że ci, którzy mają jeszcze dzisiaj fundusze obligacji, powinni raczej jak najszybciej się ich pozbywać doradza Mariusz Pawlak. W środowisku bardzo niskich stóp ryzyko ich wzrostu wzbudzone przez inflację jest ogromne i wówczas spadek wyceny tych funduszy będzie bardzo duży. Dzisiaj unikałbym zdecydowanie funduszy obligacyjnych.

Zdaniem ekonomistów kilkuletni dodruk dolara, trwający od 2,5 roku dodruk jena i rozpoczęty w marcu dodruk euro muszą w końcu zaowocować inflacją. A wtedy stopy procentowe szybko pójdą w górę, powodując wzrost rentowności papierów, a więc spadek ich cen. Nowe obligacje będą dawały lepszy zwrot, więc trudniej będzie sprzedać te obecnie emitowane na rynku wtórnym. Ponadto oferowane przez nie niższe oprocentowanie w środowisku wyższych stóp procentowych będzie realnie znacznie mniej atrakcyjne.

To jest pytanie, które zadajemy sobie już od kilku lat zwraca uwagę partner w Lorek Pawlak Family Office. – Kiedy zostanie wzbudzona inflacja i kiedy będzie presja na podwyżkę stóp procentowych? Kto może być pierwszy? Na pewno tam, gdzie było bardzo mocne pobudzenie polityki pieniężnej przez banki centralne, czyli Stany Zjednoczone, Niemcy i Wielka Brytania. To są na pewno te kraje, które dzisiaj się cieszą bardzo dużą popularnością, jeżeli chodzi o obligacje.

Lepsze i mniej zależne od poziomu stóp procentowych perspektywy mają przed sobą obligacje korporacyjne, choć ich zakup wiąże się z większym ryzykiem straty zainwestowanych pieniędzy w przypadku kłopotów finansowych spółki.

– Jeżeli inwestor jest w stanie jednak trochę bardziej zaryzykować i kupić więcej obligacji korporacyjnych o – tak naprawdę – wyższych stopach zwrotu, a więc i wyższym ryzyku, to rzeczywiście może próbować, aczkolwiek powinien bardziej przesuwać się w stronę funduszy, które mają obligacje o zmiennej stopie procentowej bazującej na stopach rynku międzybankowego, niż w stronę tych, które mają obligacje stałokuponowe – radzi Mariusz Pawlak z Lorek Pawlak Family Office.

Dodaje, że w obecnej niepewnej sytuacji warto zabezpieczyć swoje pieniądze, inwestując w fundusze szerokiego rynku. Wtedy w razie nagłej przeceny w jednej branży traci się tylko część zysków lub zainwestowanych środków, a reszta nadal pracuje i zarabia.

– W razie czego, gdyby coś się wydarzyło w danej branży, jak np. ostatnio mieliśmy dużą korektę na cenach ropy, to nie mamy za dużo tych producentów. Tak samo nie mamy dużej ekspozycji na sektor bankowy. Bardziej kupuje się szerokie rynki danego kraju.

EY: Polska ma jeden z najgorszych dostępów do innowacyjnych leków onkologicznych w UE

Agata Polińska z Fundacji Onkologicznej Osób Młodych Alivia
Agata Polińska z Fundacji Onkologicznej Osób Młodych Alivia

Ponad dwa lata pacjentki z zaawansowanym rakiem piersi czekają na decyzję Ministerstwa Zdrowia w sprawie refundacji innowacyjnych leków onkologicznych, które są stosowane w innych krajach europejskich. Jak podkreślają onkolodzy, dzięki nowoczesnym terapiom można wydłużyć życie pacjentek i poprawić jego jakość. Dziś kobiety z zaawansowaną formą nowotworu piersi żyją średnio 2-4 lata.

Fundacja Onkologiczna Osób Młodych Alivia porównała dostęp do 30 leków onkologicznych zarejestrowanych w ciągu ostatnich 10 lat przez Europejską Agencję Medyczną. Sprawdzano, jak sytuacja wygląda w krajach Europy Zachodniej i Środkowo-Wschodniej. Z raportu wynika, że polscy pacjenci mają dostęp do mniejszej liczby nowoczesnych leków niż chorzy w innych krajach europejskich. Na 30 innowacyjnych leków opisywanych w raporcie w Polsce aż 12 jest w ogóle niedostępnych. Kolejnych 16 leków jest dostępnych, ale z ograniczeniami. Tylko dwa leki mogą być przepisywane przez lekarzy według ich uznania.

– Okazuje się, że u nas te programy są tak skonstruowane, że prawie połowa leków nie osiąga zużycia 1/4 europejskiej, co oznacza, że warunki włączenia do takiego programu bądź wyłączenia z niego są tak restrykcyjne, że realnie może z nich skorzystać znacznie mniej pacjentów, niż ma to miejsce w innych krajach – mówi agencji informacyjnej Newseria Agata Polińska z Fundacji Onkologicznej Osób Młodych Alivia.

Problemem jest także długi proces decyzyjny w kwestii refundacji leków. W Polsce to średnio dwa lata. W Europie więcej czasu na wydanie orzeczenia w tej kwestii potrzebują tylko władze Rumunii. Wśród pacjentek z zaawansowanym rakiem piersi jest np. grupa kobiet, które czekają od prawie trzech lat na decyzję w kwestii refundacji pierwszej od lat terapii celowanej, przynoszącej realną korzyść kobietom z hormonozależnym zaawansowanym rakiem piersi bez nadekspresji receptora HER-2. Terapia ta jest powszechnie dostępna w Europie.

Zdaniem ekspertów w polskiej służbie zdrowia zbyt mało pieniędzy przeznacza się na innowacyjne terapie.

– Chodzi tutaj o pieniądze zaoszczędzone w wyniku działania Komisji Ekonomicznej. W tej chwili od roku 2012 to już jest 3,7 mld zł. Politycy obiecywali, że te pieniądze zostaną przeznaczone na refundację innowacyjnych leków, do których polscy pacjenci jeszcze nie mają dostępu. Niestety, polskie społeczeństwo zostało oszukane, bo pieniądze zostały przeznaczone na łatanie dziury w budżecie NFZ-u, tzn. łatanie deficytu długów szpitalnych, natomiast nie przeznaczono ich na poprawienie dostępu do innowacyjnych, nowoczesnych leków – mówi Krzysztof Łanda, lekarz medycyny, prezes fundacji Watch Health Care.

Od 1 stycznia 2015 r. zlikwidowana została także możliwość złożenia wniosku o sfinansowanie leków w ramach chemioterapii niestandardowej, która była wykorzystywana w przypadku zaawansowanego raka piersi. Nie wprowadzono też alternatywnej procedury, która umożliwiałaby otrzymanie leczenia. Sytuację pacjentek z zaawansowanym rakiem piersi pogorszyło dodatkowo wprowadzenie pakietu onkologicznego, który główny nacisk kładzie na wczesną diagnostykę. Nastąpiło więc przesunięcie środków na leczenie chorych w początkowym stadium nowotworu, u których można zastosować radykalną terapię, co znacznie utrudnia szybkie leczenie chorych z zaawansowanym procesem nowotworowym.

– To ograniczyło możliwości szybkiego dostępu do diagnostyki dla chorych, którzy już są leczeni, dla chorych, u których trzeba podejmować decyzje co do modyfikacji leczenia, u których pojawiają się zmiany przerzutowe w innych lokalizacjach, gdzie szybki dostęp do diagnostyki jest niezbędny. Nie waham się powiedzieć, że jest to grupa niedostrzeżona przez system, przez twórców założeń pakietu onkologicznego – mówi prof. Piotr Wysocki, onkolog kliniczny, zastępca dyrektora, Zachodniopomorskie Centrum Onkologii w Szczecinie

Zaawansowany rak piersi jest chorobą nieuleczalną. Współczesna medycyna jest jednak w stanie wydłużyć życie pacjentek oraz znacznie poprawić jego jakość. Niezbędny jest jednak dostęp do nowoczesnych terapii oraz innowacyjnych leków, których w Polsce wciąż brakuje.

Prywatne polskie stocznie są w świetnej kondycji. Mają pełny portfel zamówień i osiągają co najmniej 10-proc. wzrosty

Andrzej Wojtkiewicz, prezes Związku Pracodawców Forum Okrętowe i prezes zarządu stoczni Remontowa Shipbuilding
Andrzej Wojtkiewicz, prezes Związku Pracodawców Forum Okrętowe i prezes zarządu stoczni Remontowa Shipbuilding

Polski przemysł stoczniowy dynamicznie się rozwija. Prywatne firmy są w świetnej kondycji, mają pełny portfel zamówień i z powodzeniem konkurują z gigantami z krajów skandynawskich. Branża wstępnie szacuje, że tegoroczny wzrost może sięgnąć nawet 10 proc.

Polska jest jednym z krajów, który ma stosunkowo duży jak na warunki europejskie potencjał związany z produkcją okrętową – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Wojtkiewicz, prezes Związku Pracodawców Forum Okrętowe i prezes zarządu stoczni Remontowa Shipbuilding. – To tyczy się różnych sektorów, zarówno produkcji w pełni wyposażonych, nowoczesnych statków różnego typu, jaki i prac remontowych, przebudów, realizacji różnego rodzaju skomplikowanych projektów związanych z branżą okrętową bądź branżą wydobywczą, która realizuje swoje zadania na morzu.

Dla branży okrętowej pewnym problemem jest sytuacja na rynku ropy. Branża wydobywcza należy bowiem do ważniejszych klientów polskich stoczni. To w stoczniach powstają nowe tankowce i platformy wiertnicze. Polski przemysł specjalizuje się jednak w wielu typach statków i to pozwala mu dywersyfikować ryzyko.

Remontowa Shipbuilding oprócz jednostek pływających dla przemysłu wydobywczego produkuje także jednostki o przeznaczeniu pasażersko-samochodowym czy wyspecjalizowane statki towarowe, które służą do dostarczania różnego rodzaju produktów np. w rejony arktyczne. Te kierunki rozwoju gospodarki światowej, które mają bezpośredni związek z morzem, dyktują nam kierunki rozwoju – podkreśla Andrzej Wojtkiewicz.

Do Związku Pracodawców Forum Okrętowego należy pięć stoczni oraz prawie 50 firm produkujących na ich potrzeby wyposażenie do nowych statków. Jak podkreśla Jerzy Czuczman, dyrektor biura Związku, mimo spowolnienia w sektorze oil and gas, który jest ściśle powiązany z branżą okrętową, firmy świetnie sobie radzą. Przede wszystkim szukają dla siebie miejsca na innych rynkach.

Najsilniejszą stroną sektora, patrząc przez pryzmat globalnej konkurencji, jest to, że udało nam się znaleźć swoje nisze rynkowe. Jesteśmy bardzo dobrzy w ekologicznych napędach, napędach LNG. Niedawno powstał prom Samsø, pierwszy w Europie z takim napędem – wodowany, w całości polski projekt, polska myśl techniczna i polskie wykonanie w stoczni Remontowa Shipbuilding – mówi Jerzy Czuczman.

Czuczman ocenia, że w tym roku można się spodziewać dynamiki od kilku do nawet 10 proc. Jak podkreśla, branża z optymizmem mówi o swoich perspektywach, tym bardziej że portfel zamówień jest pełny.

Polski przemysł stoczniowy jest drugi w Europie i piąty na świecie. To są coraz nowocześniejsze podmioty. Szczególnie polskie stocznie prywatne są konkurencyjne na rynku światowym, robią coraz bardziej skomplikowane statki o coraz większej wartości dodanej – mówi Przemysław Roth, członek zarządu Rolls-Royce w Polsce,

Jak podkreśla, polskie firmy są coraz bardziej profesjonalnymi partnerami dla zagranicznych koncernów.

Bardzo zwracamy uwagę na zasady bezpieczeństwa i higieny pracy. Bardzo ważne jest dla nas to, żeby firma, która z nami pracuje, dotrzymywała takich zasad, a polskie stocznie w tym względzie są na coraz wyższym poziomie – wyjaśnia Roth.

Jak podkreśla, polski przemysł nie konkuruje dziś z zakładami dalekowschodnimi, np. chińskimi czy koreańskimi, których główną przewagą jest niski koszt.

Natomiast Polska jest specjalistą światowej klasy w zakresie statków specjalistycznych i tutaj perspektywy są bardzo dobre – uważa członek zarządu Rolls-Royce Polska. – Jeszcze nie tak dawno nikt by sobie nie wyobrażał, że duża platforma mogłaby pójść do całkowitego remontu do polskiej stoczni, nikt by sobie nie wyobrażał, że statki PSV [zaopatrzenie górnictwa morskiego – red.] byłyby budowane w polskich stoczniach, oraz elementy wyposażenia np. statków do odwiertów podwodnych. Te wszystkie elementy, systemy czy podsystemy są produkowane dzisiaj w Polsce.

28 maja br. w siedzibie kancelarii K&L Gates w Warszawie odbyło się posiedzenie Rady Związku Pracodawców Forum Okrętowe połączone z konferencją prasową, w której uczestniczyli członkowie FO oraz przedstawiciele sektora bankowego.

I. Wendel: Rozwój internetu ożywi polską gospodarkę i zmieni społeczeństwo. Inwestycje w infrastrukturę sięgną 4 mld zł

Iwona Wendel, podsekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju
Iwona Wendel, podsekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju

Ponad 4 mld zł zasilą w nowej perspektywie rynek telekomunikacyjny. Unijne pieniądze pozwolą przedsiębiorcom na zbudowanie powszechnego dostępu do internetu, przede wszystkim w miejscach, gdzie są teraz białe plamy. Pozostałe środki z programu Polska Cyfrowa będą przeznaczone na rozbudowywanie e-administracji i kompetencji cyfrowych Polaków. Przyspieszenie w tej dziedzinie powinno ożywić rozwój gospodarczy i społeczny kraju.

Mamy białe plamy w Polsce, czyli miejsca, gdzie ze względów inwestycyjnych nie opłaca się przedsiębiorcom telekomunikacyjnym podejmować inwestycji. Dlatego interweniujemy tam, wykorzystując do tego środki europejskie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Iwona Wendel, podsekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju. – Zdecydowaliśmy na podstawie dotychczasowych doświadczeń, że najlepszym odbiorcą tych środków jest rynek telekomunikacyjny, więc te projekty będą mogli realizować właśnie przedsiębiorcy z tego rynku. 

W ramach programu operacyjnego Polska Cyfrowa wszyscy mieszkańcy kraju mają zyskać dostęp do szybkiego internetu. Za pięć lat każdy mam mieć możliwość korzystania z łącz o przepustowości co najmniej 30 Mb/s. Rozbudowa infrastruktury zostanie z UE dofinansowana 4 mld zł.

Z programu Innowacyjna Gospodarka realizowaliśmy wiele ważnych przedsięwzięć. Z pozostałych programów, czy to regionalnych, czy z Polski Wschodniej, budowaliśmy sieci szerokopasmowego dostępu do internetu, sieci szkieletowe i dystrybucyjne. One dały podwaliny pod to, żeby dzisiaj budować sieć dostępową, czyli ostatnią milę, ten ostatni odcinek, z którego korzystają odbiorcy końcowi, użytkownicy, mieszkańcy i przedsiębiorcy – mówi Iwona Wendel.

W niektórych województwach prace nad siecią szerokopasmową dobiegły końca (np. w Wielkopolsce, na Pomorzu i w woj. lubuskim), w pozostałych powinny zakończyć się w tym roku. W sumie w Polsce powstanie sieć 45 tys. km światłowodów.

Pozostałe pieniądze w ramach POPC zostaną spożytkowane na tworzenie e-administracji i zachęcanie ludzi do korzystania z internetu. Zgodnie z założeniami programu do 2023 roku zostaną wdrożone nowe e-usługi publiczne dla obywateli oraz przedsiębiorców, m.in. z zakresu zdrowia, edukacji, zamówień publicznych i sądownictwa. Ponad 140 mln euro trafi na budowanie kompetencji cyfrowych w społeczeństwie. Dzięki temu – jak zakłada POPC – ponad 400 tys. osób zyska wiedzę, która pozwoli im korzystać z treści dostępnych w sieci i e-usług.

Jak podkreśla Iwona Wendel, Polska Cyfrowa powinna pobudzić gospodarkę elektroniczną, ale nie tylko.

Program będzie wpływał nie tylko na rozwój polskiej gospodarki, lecz także na rozwój naszego społeczeństwa, czyli na rozwój społeczno-gospodarczy w naszym kraju. Technologie informacyjno-komunikacyjne właściwie dotykają każdego obszaru naszego życia, obojętnie, w jakiej roli występujemy: jako osoba prywatna, osoba ucząca się czy pracująca. Najważniejsze jest, żeby człowiek został w środku, w centrum zainteresowania czasem wrogiego i obcego świata, jak się wydawało do niedawna – podkreśla wiceminister.

Dodaje, że wyciągając wnioski z poprzedniej perspektywy, resort chciałby ograniczyć czas realizacji tego projektu.

Chcielibyśmy, żeby projekty w zakresie budowy sieci zamykały się w okresach dwuletnich, maksymalnie trzyletnich. Tak samo w zakresie budowanie elektronicznych usług. To rzeczywiście są skomplikowane systemy informatyczne, zwłaszcza jeżeli świadczymy usługę powszechną, jak deklaracja podatkowa czy integracja rejestrów państwowych. Także w tym obszarze chcielibyśmy jednak skrócić realizacje tych projektów do trzech lat – wyjaśnia Iwona Wendel.

Pierwszy konkurs w ramach POPC został ogłoszony pod koniec ubiegłego roku. Zakończono pierwszy nabór wniosków o dofinansowanie projektów dla e-usług publicznych. Złożono 39 wniosków o dofinansowanie na łączną kwotę ponad 2,7 mld zł. Teraz trwa ich ocena formalna. Jeszcze w tym roku ruszą kolejne nabory wniosków do działań POPC, m.in. dotyczących wsparcia dla eliminacji terytorialnych różnic w dostępie do szybkiego internetu (ok. 600 mln zł), zwiększania dostępności, poprawy jakości informacji sektora publicznego (ok. 636 mln zł) oraz rozwijania cyfrowych umiejętności społeczeństwa głównie na obszarach wiejskich i w małych miastach (ok. 180 mln zł).

Chińskie firmy chemiczne szukają w Polsce partnerów. Znaczenie ma lokalizacja i otoczenie przyjazne inwestorom zagranicznym

0
Weiren Zhao, dyrektor generalny w spółce Tri-Ring International
Weiren Zhao, dyrektor generalny w spółce Tri-Ring International

Dla chińskich firm Polska to nie tylko atrakcyjny rynek zbytu, lecz także coraz ciekawsze miejsce do inwestowania. Interesują się polskim rynkiem ze względu na silną pozycję w regionie i Europie, a także środowisko sprzyjające inwestorom zagranicznym. Chińskie firmy z branży chemicznej poszukują w Polsce partnerów. 

W ostatnim czasie mieliśmy delegację z miasta Xiangyang, wśród nich przedsiębiorcy, m.in. z branży chemicznej. Oni są bardzo zainteresowani polskim rynkiem, chcą pójść naszym śladem i wejść w inwestycje. Szukają cały czas partnera, nawet zwrócili się do nas z prośbą o pomoc w poszukiwaniu firm czy zakładów, z którymi można zawiązać  joint venture czy innego rodzaju współpracę. Są bardzo chętni, żeby podjąć rozmowy z polskimi firmami – mówi agencji Newseria Biznes Weiren Zhao, dyrektor generalny w spółce Tri-Ring International, która jest głównym udziałowcem Fabryki Łożysk Tocznych w Kraśniku.

Na razie udział chińskich inwestycji w Polsce jest niewielki (0,25 proc. wszystkich inwestycji zagranicznych w kraju). W całej Europie to tylko 2,2 proc. Eksperci przyznają jednak, że zainteresowanie Chińczyków tą częścią świata rośnie. Chińscy inwestorzy rzadko decydują się na budowę nowych fabryk, skupiają się przede wszystkim na przejęciach już istniejących.

Polska jest bardzo atrakcyjna dla Chińczyków nie tylko ze względów geograficznych – wskazuje Weiren Zhao. – Lokalizacja Polski w Europie Środkowej jest rzeczywiście bardzo korzystna, bo wszędzie można bardzo łatwo dotrzeć. Drugą rzeczą jest środowisko inwestycyjne, które chińscy inwestorzy oceniają jako bardzo przyjazne.

Jedną z największych chińskich inwestycji nad Wisłą było kupno w 2013 roku przez Tri-Ring Group Corporation, jedną z największych firm sektora motoryzacyjnego i obrabiarkowego w Państwie Środka, większości udziałów Fabryki Łożysk Tocznych z Kraśnika.

Na naszym przykładzie widać, że Polska jest dobrym miejscem na chińskie inwestycje – przekonuje dyrektor Weiren Zhao. – Wybraliśmy fabrykę, zainwestowaliśmy i efekt od razu widać. Będziemy cały czas podążać tą ścieżką i rozszerzać zakres działalności. Naszym śladem, jak sądzę, będzie szło coraz więcej chińskich inwestorów. Przykład Tri-Ringu jest bardzo dobry.

Resort gospodarki, opierając się na danych GUS, podaje, że w ubiegłym roku polski eksport do Chin wzrósł o 5,6 proc. i wyniósł 1,7 mld euro. Jeszcze więcej, bo o 19 proc., wzrósł import – do 17,4 mld euro. Tym samym niekorzystne saldo obrotów zwiększyło się o 2,7 mld euro do 15,7 mld euro.

Z końcem czerwca znika obowiązek uzyskania pozwolenia na budowę domu

Ryszard Kowalski, prezes Związku Pracodawców-Producentów Materiałów dla Budownictwa
Ryszard Kowalski, prezes Związku Pracodawców-Producentów Materiałów dla Budownictwa

Mieszkańcy osiedli domów jednorodzinnych po zniesieniu obowiązku uzyskania pozwolenia na budowę nadal będą mieli wpływ na powstające w ich sąsiedztwie budynki. Muszą jednak zacząć zwracać większą uwagę na miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego oraz warunki zabudowy.

Inwestycja i jej lokalizacja wynikają albo z miejscowego planu zagospodarowania, albo z decyzji o warunkach zabudowy. W obu przypadkach wszyscy sąsiedzi dostają informację, mogą także wyrazić swój pogląd, który może zostać uwzględniony lub nie, bo różnie bywa. Krótko mówiąc, jest ten etap ważniejszy i istotny, w którym sąsiedzi mogą powiedzieć: nie chcę tego, chcę inaczej – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ryszard Kowalski, prezes Związku Pracodawców-Producentów Materiałów dla Budownictwa.

Zgodnie z podpisaną w marcu przez prezydenta Bronisława Komorowskiego nowelizacją Prawa budowlanego od końca czerwca osoby budujące dom jednorodzinny nie będą już musiały uzyskiwać pozwolenia na budowę. Jak wyjaśnia Kowalski, to duże ułatwienie. Do tej pory konieczność uzyskania pozwolenia była niepotrzebnym obciążeniem administracyjnym. Podkreśla, że państwo nie musi nadzorować tego typu inwestycji, bo zgodnie z prawem inżynierowie budownictwa i architekci też pełnią funkcję kontrolną. To oni teraz będą mieli decydujące zdanie.

Wymyśliliśmy sobie przed laty zawody zaufania publicznego, np. inżynierów budownictwa z określonymi uprawnieniami, projektantów, architektów, którzy de facto powinni tę rolę kontrolną pełnić, ale równocześnie zachowaliśmy władcze działanie organów państwa – krytykuje dotychczasowy stan prawny Kowalski.

Zwraca uwagę także na to, że poza samą procedurą uzyskania pozwolenia na budowę dotychczasowe prawo prowadziło do opóźnień. Decyzję można było bowiem zaskarżyć, co bardzo wydłużało cały proces budowy.

Nowe prawo zniesie możliwość zaskarżenia pozwolenia na budowę np. przez niezgadzających się na projekt sąsiadów. Nie pozbawi to ich jednak możliwości sprzeciwu – będą jednak musieli reagować już wcześniej.

Zniesienie tej decyzji nie stawia w gorszej sytuacji sąsiadów – przekonuje Kowalski. – Powiem więcej: wbrew fałszywym poglądom nawet istnienie decyzji pozwolenia na budowę nie chroniło, to tylko był pozór, bo jeżeli to pozwolenie zostało wydane zgodnie z tzw. WZ-ką [decyzja o warunkach zabudowy – red.] lub z miejscowym planem zagospodarowania, to jeśli nawet 40 sąsiadów napisałoby, że im to się nie podoba, to nie można byłoby tej decyzji podważyć, bo była zgodna z tym, co zostało już wcześniej ustalone.

Według nowego prawa osoby chcące wybudować dom jednorodzinny będą musiały jedynie zgłosić taki zamiar i przekazać projekt do starostwa powiatowego. Nie będą musiały do niego załączać m.in. oświadczeń o zapewnieniu wody, energii, ciepła i gazu. Zniknie także obowiązek zgłaszania planowanego rozpoczęcia robót budowlanych do nadzoru budowlanego.

Studia zaoczne coraz lepiej postrzegane przez pracodawców. Doceniają oni motywację i wielozadaniowość absolwentów takich programów

dr Małgorzata Kluska-Nowicka z Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu
dr Małgorzata Kluska-Nowicka z Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu

Coraz więcej młodych ludzi decyduje się na studia zaoczne. Kiedyś trafiali na nie głównie ci, którzy nie dostali się na dzienne. Teraz młodzi doceniają jednak to, że weekendowe zajęcia dają większą szansę zdobycia doświadczenia zawodowego jeszcze w trakcie nauki. Zgadzają się z tym pracodawcy, dla których studenci zaoczni często są lepszymi kandydatami do pracy.

Kiedyś studia zaoczne były koniecznym wyborem, kiedy kandydat nie dostał się na studia dzienne, dzisiaj powoli jest to świadoma decyzja tychże kandydatów – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria dr Małgorzata Kluska-Nowicka z Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. – Dziś rynek pracy decyduje poniekąd za nich. Okazuje się, że potrzebny jest i dyplom, i doświadczenie zawodowe. Trudno to uzyskać, studiując w trybie dziennym.

Studia zaoczne wybierają szczególnie studenci uczelni dających praktyczne umiejętności. Taki tryb jest szczególnie cenny wtedy, gdy można łączyć naukę z pracą w danym zawodzie. W ten sposób kończąc edukację, student ma nie tylko dyplom, lecz także kilkuletnie doświadczenie na rynku pracy. Takiej możliwości często nie dają studia dzienne.

Jak wynika z analizy Instytutu Badań Edukacyjnych, dwie trzecie osób studiujących zaocznie na poziomie licencjatu na ostatnim roku pracuje już zawodowo. Wskaźnik ten dla studentów dziennych wynosi 32 proc. W przypadku ostatniego roku magisterium różnice są podobne: 64,9 proc. dla studentów zaocznych i 30,1 proc. dziennych. IBE wyliczyło także, że na pierwszym roku studiów tylko 22,2 proc. pracujących studentów wszystkich trybów wykonuje zawód związany z kierunkiem nauki, ale do końca studiów odsetek ten wzrasta do niemal 30 proc.

Ekspertka przyznaje, że studia zaoczne nie na wszystkich kierunkach są możliwe. Trudno na przykład wyobrazić sobie uczących się w ten sposób lekarzy. W wielu obszarach jednak ich popularność rośnie.

Eksperci z Business Centre Club uważają, że studenci zaoczni są lepszymi kandydatami do pracy niż studenci dzienni, bowiem mają już pewne doświadczenie wyniesione zarówno z toku studiów, jak i z wcześniej podjętych prac. Ponadto doskonale odnajdują się w otoczeniu biznesowym – przekonuje Kluska-Nowicka. – Pracodawcy zwracają uwagę na zdolności komunikacyjne, umiejętność pracy w zespole i pracę projektową.

Te zmiany nie pozostają bez wpływu na programy nauczania. Uczelnie wyższe coraz częściej zatrudniają praktyków danego zawodu i odchodzą od przekazywania jedynie wiedzy teoretycznej. Inna jest też forma zajęć. Coraz częściej odbywają się one w formie interaktywnej, pracy grupowej i projektowej, a nie tradycyjnych wykładów.

Student zaoczny jest w stanie zweryfikować, czy przekazywane treści są adekwatne do potrzeb biznesowych – tłumaczy dr Małgorzata Kluska-Nowicka. – On wie, jaka wiedza i jakie umiejętności przydadzą mu się w codziennej pracy, i dzięki temu uczelnie mogą kształcić jeszcze bardziej praktycznie.

Dodaje, że zaletą studiów zaocznych jest nie tylko możliwość połączenia pracy i nauki. To także rozwiązanie dla młodych rodziców. Nie muszą oni rezygnować ze zdobywania wykształcenia wyższego i mogą pogodzić naukę z opieką nad dziećmi. Na tryb zaoczny często decydują się również ci, którzy źle wybrali pierwszy kierunek studiów i chcą od nowa rozpocząć naukę na tym szczeblu.

Studia zaoczne to też możliwość dokończenia edukacji lub zdobycia nowej wiedzy dla starszych osób.

Coraz więcej osób po 40. roku życia powraca na studia: na drugie lub trzecie albo po prostu kończy te, których nie ukończyło wcześniej. Często wcześniej nie mieli czasu na studiowanie i rozwijanie swoich zainteresowań w nowych obszarach, gdyż skupiali się na wychowywaniu dzieci czy robieniu kariery. Teraz zauważają, że to jest odpowiedni moment, żeby skupić się na sobie i swoich zainteresowaniach – tłumaczy Kluska-Nowicka.

Najważniejsze dla branży mięsnej rynki na razie są zamknięte. Jest jednak szansa na zdobycie nowych

Witold Choiński, prezes Związku Polskie Mięso
Witold Choiński, prezes Związku Polskie Mięso

Polskie mięso ma szansę trafiać na rynki, o których jeszcze kilka lat temu producenci w ogóle nie myśleli – podkreśla prezes Związku Polskie Mięso. Do tego potrzebne jest jednak aktywne zabieganie o tamtejszych odbiorców i wdrażanie strategii eksportowej. Tym bardziej że kluczowe dla producentów rynki zagraniczne (kraje azjatyckie i Rosja) od wielu miesięcy są dla nich zamknięte.

Dzisiaj firmy stoją przed globalnymi wyzwaniami, czyli nie jak znaleźć się na rynku krajowym, ale jak znaleźć się w układance światowej, jak zdobywać kolejne rynki, te, o których jeszcze parę lat nawet nie marzyliśmy. Kiedy ktoś powiedział Filipiny, to inni pukali się w głowę, co tam będziemy robić i co tam będziemy sprzedawać. Dzisiaj są to realne rynki zbytu. I o te rynki zaczynamy coraz aktywniej zabiegać i wdrażać swoją strategię eksportową – mówi agencji Newseria Biznes Witold Choiński, prezes Związku Polskie Mięso.

To konieczne ze względu na ograniczenia w eksporcie na rynki, które były dla polskich producentów bardzo perspektywiczne.

Możemy tu powiedzieć o fenomenie rynku chińskiego, gdzie w ciągu jednego roku eksport wzrósł trzykrotnie. W 2013 roku Chiny wyrosły na największego odbiorcę naszego mięsa, bo wyeksportowaliśmy tam ponad 50 tys. ton. Jednostkowo był to największy odbiorca mięsa wieprzowego. Później był rynek białoruski, rosyjski i pozostałe – mówi Witold Choiński.

Jak wynika z danych Agencji Rynku Rolnego, w ubiegłym roku eksport mięsa wieprzowego obniżył się do 380 tys. ton (o 15 proc.), a jego wartość – do 699 mln euro (o 24 proc.). Przez embargo rosyjskie i białoruskie wywóz mięsa wieprzowego na te rynki był aż 95 proc. mniejszy. Zmalał też eksport na Ukrainę (o 75 proc.).

Z powodu wykrycia ognisk zapalnych Afrykańskiego Pomoru Świń (ASF) na terenie naszego kraju w lutym 2014 roku wiele krajów azjatyckich wprowadziło zakaz importu wieprzowiny pochodzącej z Polski. Z tego powodu producenci utracili dostęp do wielu ważnych rynków zbytu, m.in. Chin, Korei, Singapuru czy Japonii. Wolumen i wartość eksportu do tych krajów spadły w ubiegłym roku o 82-85 proc.

W maju singapurska agencja weterynaryjna zadecydowała o zniesieniu embarga na polską wieprzowinę. Polska branża mięsna liczy na to, że kolejne azjatyckie kraje pójdą w ślad za Singapurem.

W sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, możemy mówić o zmianie tendencji eksportowej. Dzisiaj możemy mówić o eksporcie na rynek Unii Europejskiej, czyli de facto nie jest to eksport, a sprzedaż na terenie UE. I to spowodowało, że mamy inną sytuację na tym rynku z innymi konkurentami i walczymy – wyjaśnia Choiński.

W przypadku wieprzowiny eksport do UE wzrósł o 24 proc.

Embargo rosyjskie wpłynęło też na zmniejszenie o blisko połowę sprzedaży zagranicznej mięsa wołowego na ten rynek. Ogólny eksport zmalał nieznacznie (0,2 proc.), a jego wartość o 6 proc.

W ubiegłym roku odnotowano za to wyraźny wzrost sprzedaży zagranicznej mięsa i podrobów z drobiu. Wolumen eksportu wzrósł o 21 proc., a jego wartość o 22 proc., i to mimo ograniczenia w handlu ze Wschodem.

Wciąż niewielu właścicieli domów dokonało termomodernizacji. Może ona obniżyć opłaty za prąd i ogrzewanie nawet o 50 proc.

Konrad Witczak, specjalista ds. norm i standardów firmy Rockwool Polska
Konrad Witczak, specjalista ds. norm i standardów firmy Rockwool Polska

Programem termomodernizacji nieruchomości w Polsce zainteresowani są przede wszystkim właściciele i zarządcy budynków wielorodzinnych. Ulepszenia w tym zakresie wprowadzono jedynie w 2 proc. domów jednorodzinnych. Oszczędności z tytułu obniżonych opłat za ogrzewanie i energię elektryczną mogą sięgnąć nawet 50 proc. Plan masowej termomodernizacji w gminie może przynieść dodatkowe korzyści, np. nowe miejsca pracy i rozwój technologii.

W wyniku prowadzonego od 1998 roku programu termomodernizacji 50 proc. budynków wielorodzinnych zostało ulepszonych – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Konrad Witczak, specjalista ds. norm i standardów firmy Rockwool Polska. – Od użytkowników budynków jednorodzinnych pochodziło tylko 2 proc. wniosków. Można więc stwierdzić, że program termomodernizacji w odniesieniu do domów jednorodzinnych się nie sprawdził. Stosowany jest w ogromnej większości w odniesieniu do budynków wielorodzinnych.

Celem rządowego programu wsparcia remontów i termomodernizacji jest poprawa stanu technicznego istniejących zasobów mieszkaniowych, ze szczególnym uwzględnieniem termomodernizacji. Mogą z niego skorzystać właściciele zasobów (gminy, spółdzielnie mieszkaniowe, właściciele mieszkań zakładowych i prywatni właściciele). Program realizowany na podstawie głównie ustawy z 18 grudnia 1998 roku o wspieraniu termomodernizacji i remontów. Wsparcie jest udzielane w postaci tzw. premii, czyli spłaty części kredytu wykorzystanego na realizację przedsięwzięcia.

Eksperci przekonują, że pozytywne skutki termomodernizacji odczuje przede wszystkim właściciel budynku, czyli statystyczny Kowalski. To m.in. mniejsze zużycie energii, a co za tym idzie – niższe rachunki za ogrzewanie i prąd.

Po takiej inwestycji nie tylko płaci mniej za ogrzewanie, lecz także spadają koszty eksploatacji budynku i poprawia się komfort użytkowania. Poza tym pojawiają się korzyści społeczne: mamy mniejszą emisję zanieczyszczeń i gazów cieplarnianych, poprawia się także wygląd budynku i otoczenia., dzięki czemu wrasta cena nieruchomości, co znowu dotyczy także Kowalskiego – wymienia Witczak.

Masowa termomodernizacja dużej liczby domów jednorodzinnych w gminie przynosi korzyści całej lokalnej społeczności. Eksperci Rockwool przekonują, że szeroko zakrojony program kompleksowej termomodernizacji gminy można rozłożyć na dłuższy okres, np. 10 lat. Wtedy łatwiej go dobrze zaplanować, z wyprzedzeniem zarezerwować firmy, które to zrobią, a także łatwiej zaplanować budżet tej inwestycji. Koszt szacowany dla statystycznej wiejskiej gminy to około 40,5 mln zł, a oszczędności to ponad 4,7 mln zł rocznie.

Mamy też niższe koszty społeczne, które trudno jest szacować, zmniejszenie kosztów leczenia czy strat spowodowanych chorobami związanych z emisją pyłów. Są też korzyści gospodarcze – pojawiają się potencjalne miejsca pracy w ekipach termomodernizacyjnych, a na rynku rozwijają się nowe technologie – podkreśla Konrad Witczak.

Termomodernizacja to szereg działań zmierzających do poprawy efektywności energetycznej budynku, m.in. docieplenie ścian wewnętrznych, wymiana okien i poprawa systemu wentylacji.

Później wchodzimy w inny zakres działania, czyli ewentualną poprawę systemów grzewczych, ciepłej wody użytkowej, chłodzenia oraz oczywiście montaż odnawialnych źródeł energii – wyjaśnia Konrad Witczak.

Warszawa liderem innowacyjności w Polsce. Priorytetową inwestycją stolicy jest komunikacja

Michał Olszewski, zastępca prezydenta miasta stołecznego Warszawy
Michał Olszewski, zastępca prezydenta miasta stołecznego Warszawy

Warszawa zajęła pierwsze miejsce w rankingu polskich miast uczących się, czyli magazynów nauki i pomysłów, zapewniających przyjazne dla wiedzy środowisko i infrastrukturę, a tym samym atrakcyjnych dla inwestorów. Stolica przoduje w takich kategoriach jak infrastruktura dla nowoczesnej produkcji, jednak wyniki w innych nie są satysfakcjonujące, m.in. jakość obsługi w urzędach skarbowych czy ZUS.

W rankingu miast uczących się przygotowanym przez Fundację Schumana Warszawa zdobyła 54,9 pkt na 100 możliwych i jako jedyne miasto w kraju może być porównywane z metropoliami europejskimi.

Jako władze miasta możemy się cieszyć, że mamy tak dobrą sytuację społeczno-gospodarczą. To jednak nie jest powód do tego, żeby dzisiaj nic nie robić i wyłącznie cieszyć się z triumfu – mówi Michał Olszewski, zastępca prezydenta miasta stołecznego Warszawy. – Bardziej spoglądamy na to, jak Warszawa plasuje się w rankingach europejskich. One są dla nas dzisiaj wyznacznikiem tego, kogo powinniśmy gonić i gdzie nadrabiać zaległości.

Autorzy raportu podkreślają, że wysoka pozycja Warszawy – z 1,7 mln zarejestrowanych mieszkańców oraz z ok. 2,5 mln przebywających w ciągu dnia pracy – nie jest zaskoczeniem. Ze względu na pełnione funkcje stolicy i centrum finansowo-gospodarczego kraju ma mocną pozycję wyjściową.

To w Warszawie dzisiaj tworzy się największa liczba miejsc pracy, to stolica dzisiaj generuje 11 proc. polskiego eksportu i 16 proc. PKB – mówi Michał Olszewski.

W Warszawie siedzibę ma co 12. zarejestrowana firma (w 2013 r. było ich 371 tys.). Bezrobocie wynosi 3,6 proc., a płace sięgają 5,1 tys. zł brutto.

Stolica ma wiele atutów, by przyciągać kolejnych inwestorów. Olszewski podkreśla jednak, że dla budowania dalszego potencjału inwestycyjnego miasta kluczowe jest domknięcie infrastruktury komunikacyjnej.

Dziś mamy wykonane 70 proc. planu w zakresie budowania dostępności Warszawy, który sobie założyliśmy w 2006 roku. Domknięcie południowej i wschodniej obwodnicy miasta spowoduje, że będziemy mogli spokojnie powiedzieć, że Warszawa jest już dostępna z perspektywy lokalnej, regionalnej i międzynarodowej – mówi zastępca prezydenta stolicy.

Na poziomie międzynarodowym wpływ miała m.in. rozbudowa terminalu na Lotnisku Chopina, mająca na celu zwiększenie przepustowości portu lotniczego do nawet 20 mln pasażerów rocznie. To znacznie więcej, niż dziś potrzebuje, jednak daje duże możliwości rozwoju.

Używając środków europejskich i naszych własnych, udało nam się nadgonić bardzo wiele zapóźnień infrastrukturalnych i przy okazji budować atrakcyjność inwestycyjną miasta – podkreśla Olszewski.

Zwiększanie dostępności oznacza również tworzenie komunikacyjnych połączeń między dzielnicami, na których brak skarżą się mieszkańcy. Miasto zapowiada, że będzie je stopniowo uzupełniać.

One z punktu widzenia całego układu komunikacyjnego może nie robią wrażenia, ale z punktu widzenia lokalnego są bardzo ważnym uzupełnieniem oferty komunikacyjnej. Każda inwestycja w infrastrukturę komunikacyjną, transportową, tramwajową i drogową daje mocny oddech. Pokazał to m.in. ukończony tramwaj na Tarchomin i liczba pasażerów, która z tego rozwiązania korzysta – mówi Michał Olszewski. – Niebawem rozpoczynamy kolejne inwestycje tramwajowe oraz kontynuujemy budowę II linii metra.

Z raportu Fundacji Schumana wynika jednak, że stolica jest najgorszym miejscem do prowadzenia biznesu. Ze względu na dużą liczbę przedsiębiorców trudniej załatwić coś w ZUS-ie lub urzędzie skarbowym (liczba urzędników na tysiąc firm jest znacznie poniżej średniej), a proces w sądzie rejonowym trwa średnio 16 miesięcy (średnia dla kraju to 9 miesięcy).

Popołudniowy komentarz walutowy z 01.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 01.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Czy Polacy będą mogli cieszyć się tańszymi kredytami hipotecznymi?

Ponad 42 mld zł – tyle wyniosła średnia wartość kredytów hipotecznych udzielonych w latach 2010-2014 przez banki uniwersalne w Polsce[1]. To właśnie do nich kierują się osoby zainteresowane zakupem nieruchomości, którego nie mogą w całości sfinansować z własnych środków. Stopniowo jednak się to zmienia, bowiem obok banków uniwersalnych powstają hipoteczne. Eksperci Związku Firm Doradztwa Finansowego wyjaśniają, czym wyróżnia się oferta nowopowstałych instytucji i dla kogo może okazać się ona korzystna.

„Hipobanki” wzmocnią bezpieczeństwo systemu bankowego

Jedną z głównych zasad funkcjonowania banków uniwersalnych w Polsce jest finansowanie kredytów hipotecznych dzięki środkom ulokowanym na depozytach krótkoterminowych. Bank pożycza zatem konsumentom pieniądze na okres kilkudziesięciu lat, korzystając z kapitału ulokowanego na np. rok czy dwa lata przez innych klientów. Wycofanie go z lokat czy produktów inwestycyjnych może spowodować trudności z zaspokojeniem potrzeb finansowych klientów, planujących zaciągnięcie zobowiązania z myślą o kupnie nieruchomości. W takiej sytuacji instytucje finansowe powinny zadbać o odpowiednie zapasy oszczędności. Wprowadzenie banków hipotecznych na rynek zwiększy bezpieczeństwo systemu. Zgodnie z modelem działania tych instytucji, oferowane przez nie kredyty hipoteczne finansowane są ze środków zdeponowanych na kilkuletni okres, czyli tzw. listów zastawnych. Są one rodzajem papierów wartościowych, zabezpieczonym poprzez wierzytelności hipoteczne – mówi Ewa Kozłowska, ekspert ZFDF, Gold Finance. – Obligacje te należą do jednych z najbezpieczniejszych instrumentów finansowych. Są drukowane na okres 5-7 lat, dzięki czemu banki zyskują stabilne zasoby finansowe i mogą obracać kapitałem przez dłuższy czas.

Nowy lek na wzrosty kursów franka?

Aktualnie osoby spłacające zobowiązania hipoteczne powinny liczyć się z regulowaniem odsetek naliczanych względem zmiennej stopy procentowej. Może mieć to negatywne skutki, jak w przypadku nagłego skoku kursu franka. Zaletą kredytu hipotecznego udzielonego przez bank hipoteczny jest stałe oprocentowanie. Zależy ono od długiego okresu emisji listów zastawnych. Zmiana stopy procentowej następowałaby dopiero po 5-7 latach.

Propozycja nie dla każdego

W ofercie banków hipotecznych na próżno jednak szukać lokat czy rachunków oszczędnościowych. Jedynym dostępnym produktem jest kredyt hipoteczny. Jednak klienci starający się o dodatkowe środki na zakup nieruchomości powinni mieć na uwadze, że i w tym przypadku obowiązują pewne ograniczenia.Banki hipoteczne preferują nieruchomości z rynku wtórnego, ale finansowanie zakupu na rynku pierwotnym nie jest wykluczone. Najczęściej bank będzie chciał uruchomić środki dopiero po akcie notarialnym. Ewentualnie może wymagać zgody dewelopera na wpisanie roszczenia do księgi wieczystej inwestycji. W przypadku niektórych deweloperów te specjalistyczne instytucje są skłonne sfinansować inwestycje także na bardzo wczesnym etapie zaawansowania budowy – komentuje Michał Krajkowski, ekspert ZFDF, Notus Doradcy Finansowi. – Ograniczenie w przypadku banków hipotecznych stanowi także Wartość Bankowo-Hipoteczna (WBH) nieruchomości. Jest ona z reguły niższa o 10-20% od wartości rynkowej. Kwota udzielonego kredytu nie może przekroczyć 100% WBH, co oznacza, że czasami wkład własny kredytobiorcy musi być większy niż wymagane przez banki uniwersalne 10%. – dodaje ekspert.

Nowi gracze na polskim rynku hipotek

Obecnie w Polsce funkcjonują trzy tzw. hipobanki – mBank, Pekao oraz PKO BP. W najbliższych miesiącach grono to może powiększyć się także o kilka innych banków. Polacy powinni jednak uzbroić się jeszcze w cierpliwość, bowiem wartość portfela listów zastawnych nie pokrywa jeszcze średniego zapotrzebowania konsumentów na kredyty hipoteczne. Dlatego instytucje finansowe powinny zadbać przede wszystkim o uwiarygodnienie listów zastawnych, aby zarówno krajowi, jak i zagraniczni przedsiębiorcy chcieli nabywać te obligacje. Potencjał bankowości hipotecznej może być niedługo pomyślnie wykorzystany przez klientów, inwestorów oraz banki.

 

Łukasz Wójcik dyrektorem działu marketingu i PR firmy Mitsubishi Motors w Polsce

Łukasz Wójcik dyrektorem działu marketingu i PR firmy Mitsubishi Motors w Polsce
Łukasz Wójcik dyrektorem działu marketingu i PR firmy Mitsubishi Motors w Polsce

Polski oddział Mitsubishi Motors, powiększa się o nowy dział -marketingu i Public Relations. Nowo utworzony departament ma za zadanie wzmocnić wizerunek firmy Mitsubishi Motors w Polsce i pomóc w realizacji ambitnych planów sprzedażowych. 

5. miejsce w Europie, 8% wzrost do kwietnia i ambitne cele

Polska filia Mitsubishi Motors od niemal 2 lat notuje stały wzrost sprzedaży. W ubiegłym roku firma sprzedała aż o 77% więcej samochodów, co uplasowało Polskę na 5. miejscu w Europie, przed tak dużymi rynkami, jak Hiszpania czy Francja.  Przez pierwsze cztery miesiące bieżącego roku z salonów marki spod znaku Trzech Diamentów wyjechało niemal 8% więcej nowych pojazdów. Ulubionym modelem Polaków pozostaje Mitsubishi ASX, dostępny w odświeżonej wersji 2015. Tuż za nim w rankingu plasuje się znany SUV Mitsubishi Outlander, który oferuje w swojej gamie także innowacyjny model Outlander PHEV – pierwszy  na świecie hybrydowy SUV-a z elektrycznym napędem na 4 koła. Rośnie sprzedaż modelu Lancer, zarówno w wersji Sedan, jak i Sportback, coraz większą popularność zdobywa również miejskie Mitsubishi Space Star, które zadebiutowało ubiegłej jesieni. W tym roku wzrosła również sprzedaż flagowego modelu Mitsubishi, jakim jest terenowe Pajero,  debiutujące w zmodernizowanej wersji 2015. „To dobry start, ale dalsza część roku będzie jeszcze bardziej intensywna.” – podkreśla prezes polskiej filii korporacji spod znaku Trzech Diamentów Yasuyuki Oyama. „Jesienią zaprezentujemy nowe Mitsubishi Outlander i L200 oraz odświeżone i specjalne wersje naszych modeli. W związku z ambitnymi celami wzmacniamy nasze działania promocyjne, czemu posłuży między innymi wyodrębnienie z działu sprzedaży nowego, liczniejszego działu marketingu i PR, prowadzonego przez kreatywnego i doświadczonego menadżera Łukasza Wójcika.” – dodaje Yasuyuki Oyama.

Nowy ekspert w zespole

Łukasz Wójcik, zatrudniony na stanowisku dyrektora działu marketingu i PR, dołączył do grona pracowników polskiego oddziału MMC w maju bieżącego roku. Jest absolwentem Wydziału Ekonomii Uniwersytetu Warszawskiego. 15-letnie doświadczenie w obszarach marketingu, PR, CRM, zarządzania, tworzenia strategii i rozwoju biznesu zdobywał w renomowanych agencjach reklamowych i korporacjach, takich, jak Saatchi&Saatchi, Grey Worlwide i British American Tobacco. Przez niemal 10 lat pełnił obowiązki menadżera do spraw komunikacji w firmie Volvo Car Poland a ostatnie lata współpracował z Harvard Business Review Polska. Jego konikiem są nowe technologie, marketing zorientowany na klienta i media społecznościowe. Wolny czas poświęca na grę w piłkę nożną i tenis a także żeglarstwo i jazdę na nartach. „Jestem dumny z możliwości pracy dla tak znakomitej marki, jaką jest Mitsubishi Motors i oraz możliwości uczestniczenia w procesie wzmacniania jej wizerunku w Polsce. Cieszę się, że dołączam do tak zgranego i doświadczonego zespołu, mogąc tworzyć i rozwijać zupełnie nowy dział. Moim celem jest wzmocnienie świadomości i siły marki Mitsubishi oraz wsparcie sprzedaży poprzez wykorzystanie nowych, innowacyjnych narzędzi i technologii.” – powiedział Łukasz Wójcik.

 

Adam Krzanowski, Prezes Grupy Nowy Styl, reprezentantem Polski w międzynarodowym finale konkursu EY Przedsiębiorca Roku

Adam Krzanowski, współzałożyciel i Prezes Grupy Nowy Styl
Adam Krzanowski, współzałożyciel i Prezes Grupy Nowy Styl

Adam Krzanowski, współzałożyciel i Prezes Grupy Nowy Styl, będzie reprezentował Polskę podczas światowego finału konkursu EY Przedsiębiorca Roku, który odbędzie się w dniach 3-7 czerwca 2015 roku w Monte Carlo. Polski przedsiębiorca zawalczy o prestiżowy tytuł EY World Entrepreneur of the Year ze wszystkimi zwycięzcami lokalnych edycji konkursu z 53 krajów świata.

Współzałożona przez Adama Krzanowskiego Grupa Nowy Styl to jedna z najdynamiczniej rozwijających się firm meblarskich w Polsce i na świecie. W jej portfolio znajduje się sześć marek produktowych oferujących meble biurowe, fotele i sofy, siedziska stadionowe, teatralne i audytoryjne, a także podłogi drewniane. Ponad 85% sprzedaży trafia na eksport do niemal 100 krajów na całym świecie, a zakłady produkcyjne zlokalizowane są w Polsce, Niemczech, na Ukrainie i w Rosji.

– Adam Krzanowski z firmy rodzinnej stworzył meblarską potęgę wyróżniającą się nie tylko na skalę Polski i Europy, ale całego świata. Skuteczna strategia firmy, stawiająca od początku na ekspansję zagraniczną, zaowocowała imponującą skalą eksportu, a konkurując na rynkach światowych, firma utrzymuje się w ścisłej czołówce kluczowych graczy z tej branży. Reprezentant naszego kraju w światowym finale konkursu EY World Entrepreneur of the Year to wizytówka Polski na miarę XXI wieku. Przykład sukcesu Grupy Nowy Styl potwierdza, że polscy przedsiębiorcy mogą śmiało konkurować i chwalić się swoimi sukcesami na arenie międzynarodowej – przyznaje Bartłomiej Smolarek, Partner w dziale Doradztwa Transakcyjnego EY, Audytor Konkursu EY Przedsiębiorca Roku.

Zwycięzca tegorocznego, 15-tego już międzynarodowego finału konkursu EY Przedsiębiorca Roku ogłoszony zostanie w sobotę, 6 czerwca br., podczas uroczystej gali finałowej, która odbędzie się w Salle Des Étoiles w Monako. Oceniając kandydatów niezależne Jury weźmie pod uwagę takie kryteria, jak przedsiębiorczość, wyniki finansowe, strategia firmy, wpływ na społeczność a także innowacyjność. W siedmioosobowym składzie międzynarodowego Jury Europę, a zarazem Polskę, reprezentował będzie przedsiębiorca, który wygrał polską edycję konkursu, Przedsiębiorca Roku 2012, Ewald Raben. Juror reprezentujący Polskę jest Prezesem Zarządu Grupy Raben, ulokowanej w Grądkach pod Poznaniem firmy logistyczno- transportowej, zarządzającej flotą ponad 5,5 tysiąca pojazdów i zatrudniającej ponad 8000 pracowników.

– Międzynarodowy finał konkursu EY Przedsiębiorca Roku będzie w tym roku spotkaniem 65 przedsiębiorców z 53 krajów świata. To grono prowadzi firmy o rocznym przychodzie sięgającym poziomu 38 mld USD. Liczba pracowników zatrudnionych przez tegorocznych laureatów też jest imponująca – wynosi  334 000. Firmy reprezentowane w tegorocznym finale dynamicznie rosną  – średnio o 12% rocznie. Pięciodniowe spotkanie tych „gigantów” światowej przedsiębiorczości jest swojego rodzaju ‘małym Davos’. Przedsiębiorcy uczestniczyć będą w kilkudziesięciu panelach dyskusyjnych, warsztatach, wykładach i roboczych sesjach. Z tytułem zwycięzcy wyjedzie z Monte Carlo tylko jeden z nich, ale tak naprawdę zwycięzcami są wszyscy uczestnicy, bo sam udział w globalnym finale jest ogromnym awansem i wyróżnieniem. Kandydatura reprezentującego w tym roku Polskę Adama Krzanowskiego jest znakomita, przedsiębiorca obiecał, że będzie walczył o wygraną ‘jak lew’, a my ogromnie mu kibicujemy  –  mówi Barbara Górska, Dyrektor Konkursu EY Przedsiębiorca Roku. 

 

Panele fotowoltaiczne: koszty i eksploatacja

Wykorzystywanie odnawialnych źródeł energii niesie ze sobą wiele korzyści. W przypadku montażu np. paneli fotowoltaicznych, dzięki energii słonecznej jesteśmy w stanie produkować prąd, który następnie sami zużyjemy lub odsprzedamy do sieci energetycznej. A dodatkowym plusem tego typu rozwiązania jest możliwość uzyskania dofinansowania w wysokości 40% całej inwestycji.

Dotacje przyznawane są w ramach programu Prosument, który ma na celu ograniczenie emisji CO2 poprzez zwiększenie produkcji energii z odnawialnych źródeł. Środki finansowe uzyskać może zatem każdy, kto zdecyduje się na zakup i montaż małego systemu paneli fotowoltaicznych.

Dofinansowanie to obejmuje 40% całej inwestycji. Pozostałą kwotę należy pokryć „z własnej kieszeni”.

– W praktyce może ona pochodzić albo z wkładu własnego (w postaci zabezpieczenia w wysokości 110% pozostałej kwoty) albo z oferowanej przez bank pożyczki. W tym ostatnim wypadku weryfikowana rzecz jasna będzie zdolność kredytowa beneficjenta – wyjaśnia Paweł Sokół z firmy Soleo, oferującej rozwiązania z zakresu odnawialnych źródeł energii.

Zanim jednak wystąpimy o dofinansowanie, warto dowiedzieć się, jakie mogą być koszty całej instalacji, jaki system będzie dla nas optymalny oraz o co dodatkowo powinniśmy przy tym zadbać.

Instalacja jedno- czy trójfazowa?

Niezależnie od wszystkiego, w każdym wypadku pierwszym krokiem będzie audyt energetyczny, który pozwoli ustalić realne zapotrzebowanie na prąd i poziom jego zużycia w danym gospodarstwie.

– Później będziemy musieli zdecydować, czy wybierzemy instalację jedno- czy trójfazową. Ta pierwsza, choć nieco tańsza, wiąże się z dużymi ograniczeniami. Energia pochodząca ze słońca może wtedy być wykorzystana do zasilenia np. tylko żarówek na jednym piętrze lub tylko gniazdek na parterze – mówi przedstawiciel Soleo.

Takiego problemu nie będziemy mieli w przypadku instalacji o mocy przekraczającej 5 kW – tzw. trójfazowych. Tu po prostu w każdym gniazdku znajdzie się prąd pozyskany ze słońca, rozwiązanie to oceniane jest więc jako najbardziej optymalne. Koszt inwestycji tego typu to ok. 6500 zł za 1 kW. Co istotne, w tę cenę wliczony jest zarówno projekt, jak i montaż.

Trwałość systemu i miejsca montażu

Trwałość instalacji fotowoltaicznej szacuje się na ok. 25 lat. Jeszcze bardziej wytrzymała jest, wykonywana na ogół z aluminium konstrukcja, na której umiejscowione są panele. Co istotne, ich montaż nie wymaga dużej ingerencji w konstrukcję budynku.

– Jeśli jednak zdecydujemy się umieścić panele na dachu, w pierwszej kolejności powinniśmy zadbać o jego stan techniczny – tak, aby bez żadnych kłopotów przetrwał on następne ćwierćwiecze. Wszelkie prace remontowe lub całkowitą wymianę należy zatem przeprowadzić jeszcze przed montażem instalacji – podpowiada ekspert Soleo.

O wydajności paneli fotowoltaicznych w dużej mierze decyduje roczne nasłonecznienie miejsca, w którym się one znajdują. Co oczywiste, silne promieniowanie i duża ilość słonecznych dni zwiększają możliwości uzyskiwania energii, instalacja powinna zatem być skierowana w stronę południową.

– Gdy taki kierunek jest niemożliwy do osiągnięcia na dachu lub balkonie, jedynym wyjściem staje się umiejscowienie systemu na ziemi. Do tego będziemy jednak potrzebowali odpowiedniej ilości miejsca na działce – dodaje Paweł Sokół.

Pamiętajmy o dwukierunkowym liczniku

Po przeprowadzonym audycie energetycznym, wyborze optymalnego systemu i zamontowaniu paneli we właściwym miejscu, ostatnim krokiem jest uzyskanie tzw. licznika dwukierunkowego. Bez niego bowiem prąd pozyskiwany ze słońca będzie traktowany tak samo jak ten płynący z sieci, przez co nasz rachunek zostanie naliczony podwójnie.

Co ciekawe, wyprodukowaną przez nas energię możemy też odsprzedawać. W tym celu należy podpisać umowę z siecią energetyczną.

Zdaniem ekspertów warto się z tym jednak wstrzymać do 1. stycznia 2016 roku. Wtedy bowiem zostaną wprowadzone „stawki gwarantowane”, po których skupowany będzie prąd pochodzący z instalacji prosumenckich: do 3 kW w cenie 0,75 zł za 1 kWh, a od 3 do 10 kW – 0,65 zł za 1 kWh.

 

PZU podpisał umowę nabycia akcji Alior Bank

0

Zawarta 30.05.2015 roku umowa przewiduje nabycie 25% akcji Alior Banku posiadanych przez spółki: Alior Lux S.àr.l. & Co SCA oraz Alior Polska Sp. z o.o.

Grupa PZU ze względu na swoją silną pozycję kapitałową ma okazję w ten sposób zrealizować zobowiązanie do wzrostu wartości Grupy. Dzięki zyskom inwestycyjnym może wygenerować dodatkową wartość dla akcjonariuszy. Inwestycja nie wpłynie na wysokość dywidendy za rok 2014.

– Wielokrotnie podkreślaliśmy, że jednym z naszych kluczowych celów jest budowanie wartości Grupy PZU dla akcjonariuszy. Możliwości znaczącego wzrostu na rynku ubezpieczeniowym są obecnie mocno ograniczone, stąd inwestycja PZU w aktywa bankowe. Bardzo się cieszę, że możemy dziś ogłosić, że to PZU, mocny, polski inwestor nabył akcje Alior Banku. Wielokrotnie podkreślałem, że PZU jest zainteresowany udziałem w takich przedsięwzięciach na rynku kapitałowym, które przy odpowiednim poziomie bezpieczeństwa przyniosą ponadprzeciętne zyski naszym właścicielom – powiedział Andrzej Klesyk, prezes PZU.

– Dzisiejsza akwizycja jest pierwszym krokiem do konsolidacji polskiego sektora bankowego z udziałem Grupy PZU. W dalszym ciągu jesteśmy zainteresowani inwestycjami w tym obszarze. Nabycie znaczącego udziału w Alior Banku pozwoli nam stworzyć platformę do konsolidacji rodzimego sektora bankowego. W efekcie umożliwi nam uzyskanie premii wynikającej z faktu bycia liderem tych procesów. Będzie to istotnym elementem wzrostu wartości Grupy PZU w kolejnych latach – dodał Andrzej Klesyk.

Innowacyjność jest jedną z wartości wpisanych do nowej strategii PZU 3.0. Nabycie akcji Alior Banku doskonale wpisuje się w tę strategię ze względu na jego innowacyjność, wysoki poziom zaawansowania komercyjnego i technologicznego oraz doświadczoną i skuteczną kadrę menedżerską.

Alior Bank jest szczególnie atrakcyjnym podmiotem także z uwagi na bardzo silną pozycję w segmencie bankowości detalicznej wspieraną licznymi inicjatywami strategicznymi, wiodące i innowacyjne rozwiązania w zakresie systemów IT, sieci dystrybucji i wysoką efektywność kosztową.

Sektor bankowy w Polsce z jednej strony charakteryzuje się relatywnie dużą stabilnością i wysoką jakością aktywów, a z drugiej strony ma przed sobą perspektywy wzrostu wynikające z niższego poziomu ubankowienia niż w krajach Europy Zachodniej. Polski sektor bankowy jest największym w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, posiadając aktywa o wartości ponad 339 mld EUR. Rentowność banków w Polsce pozostaje na stosunkowo wysokim poziomie kształtując się powyżej średniej dla krajów regionu.

Polska jako jedyna gospodarka w Unii Europejskiej uniknęła recesji w 2009 roku. Skumulowany wzrost PKB w Polsce w latach 2008-2014 ukształtował się na poziomie 23,8%, co jest jednym z najlepszych wyników nie tylko wśród krajów UE, ale również OECD. Wiodące instytucje międzynarodowe oraz krajowe oczekują dalszego wzrostu gospodarczego w Polsce. Prognozy dynamiki PKB Polski na lata 2015-2017 kształtują się w przedziale 3,0%-4,3% r/r.

 

Mija 10-lat od pierwszego mieszkaniowego boomu. To ostatni dzwonek, by dochodzić roszczeń od deweloperów.

W przyszłym roku mija 10 lat od początku boomu, jaki w 2006 roku miał miejsce  w sektorze budownictwa mieszkaniowego w Polsce. To dobry moment, aby przypomnieć wszystkim nabywcom mieszkań z tego okresu, iż nadszedł przysłowiowy „ostatni dzwonek” na dochodzenie roszczeń od deweloperów za wady nieruchomości wybudowanych w tym czasie.

Popyt przewyższający podaż

Mimo że data ta jest umowna, można przyjąć, iż początki polskiego boomu mieszkaniowego sięgają 2006 roku. Coraz stabilniejsza gospodarka oraz zwiększona dostępność kredytów mieszkaniowych (w tym jakże medialnych ostatnio kredytów walutowych we frankach szwajcarskich) pozwoliła wielu Polakom podjąć, niejednokrotnie trudną, decyzję o zakupie własnego „M”. Początkowo popyt znacznie przekraczał liczbę mieszkań dostępnych na rynku, co z jednej strony automatycznie windowało ich ceny, ale z drugiej jednocześnie skłaniało deweloperów do rozpoczęcia inwestycji na szeroką skalę. Ceny gruntów nadających się pod tego rodzaju budownictwo poszybowały w górę. Nowe osiedla zaczęto realizować w miejscach, które wcześniej nie cieszyły się większym zainteresowaniem branży bądź miały stanowić zaplecze inwestycyjne na przyszłość, czego przykładem są choćby realizacje w warszawskich dzielnicach Białołęka i Wilanów. Budowano coraz więcej i coraz szybciej, aby wykorzystać istniejącą koniunkturę. Taka sytuacja pozwoliła wielu osobom zrealizować swoje marzenia o nowym mieszkaniu, i to nie tylko szukającym przestronnych apartamentów, ale przede wszystkim mniejszych mieszkań dostępnych dla przeciętnej polskiej rodziny. Niestety sytuacja miała również swoje ciemniejsze strony.

Co nagle, to po diable

Tempo realizacji nowych inwestycji i dążenie wielu firm deweloperskich do minimalizowania kosztów niejednokrotnie powodowały obniżanie standardów wykonania mieszkań i nieruchomości wspólnych, czyli m.in. elewacji, klatek schodowych, zadaszenia, wentylacji, izolacji poziomych i pionowych budynków. Za przykład można uznać wykorzystywanie materiałów nieodpowiedniej jakości, niedbalstwo wykonawcze czy błędy projektowe i odstępstwa do założeń projektowych na etapie realizacji. Powyższe zaniedbania często łączyły się z kolejnym grzechem pierworodnym budownictwa mieszkaniowego, jakim jest wybór miejsc pod osiedla, w lokalizacjach, które nie są do tego przygotowane, często z powodu niewłaściwych warunków geologicznych. Nie dotyczyło to jedynie tańszych mieszkań, ale także ekskluzywnych osiedli zamkniętych.

Już po zakupie wymarzonego lokum na wielu inwestycjach zaczęły ujawniać się wady nabytych mieszkań oraz nieruchomości wspólnych. Część z nich była oczywiście usuwana przez deweloperów z uwagi na udzielone gwarancje i rękojmię za wady fizycznie nieruchomości. Jednak część usterek załatwiano jedynie powierzchownie lub w ogóle, a ogromna liczba wad, pomimo starań powstałych na osiedlach wspólnot mieszkaniowych i firm zajmujących się zarządzaniem nieruchomościami, istnieje do dnia dzisiejszego. Na szczęście właściciele mieszkań nie są bezbronni w takiej sytuacji – podkreśla Paweł Zimiński, partner w kancelarii Rączkowski, Kwieciński Adwokaci.

Deweloper płaci za błędy

Gdy deweloper nie chce naprawiać istniejących wad mieszkań czy też części wspólnych, mieszkańcy mogą kierować przeciwko niemu pozwy o zapłatę za nienależyte wykonanie zobowiązań. Podstawowym instrumentem chroniącym właścicieli jest wspomniana już rękojmia, która pozwala na stosunkowo łatwe dochodzenie roszczeń z tytułu wad nieruchomości, wymaga wszakże dochowania trzyletniego terminu (dla nowych inwestycji oddawanych do użytkowania od końca 2014 roku jest to 5 lat) oraz systematycznego i terminowego zgłaszania wszystkich wad. Bardzo często nie udaje się jednak wskazanych warunków zachować. W takiej sytuacji właścicielom mieszkań pozostaje dochodzenie od deweloperów roszczeń odszkodowawczych wynikających z zawartych umów sprzedaży mieszkań, przy czym ograniczeniem jest 10-letni termin przedawnienia.

Należy pamiętać, iż roszczenie związane z wadami konkretnych lokali mogą być dochodzone przez samych właścicieli. Znacznie bardziej złożone jest dochodzenie roszczeń wynikających z wad części wspólnych – każdy właściciel lokalu ma określony udział w nieruchomości wspólnej i może dochodzić samodzielnie jedynie swojej części roszczenia, co oczywiście powoduje, że takie działanie staje się całkowicie nieopłacalnedodaje mecenas Zimiński.

Niestety dotychczasowa praktyka pokazała, iż idea pozwu zbiorowego okazała się całkowicie niewydolna w odniesieniu do tego typu roszczeń. W sukurs mieszkańcom przyszedł jednak Sąd Najwyższy, który w uchwale z dnia 29 stycznia 2014 r. (sygn. akt III CZP 84/13) przesądził, iż roszczenia dotyczące nieruchomości wspólnych mogą być przenoszone przez członków wspólnot na wspólnoty. Takie rozwiązanie w znaczny sposób ułatwia dochodzenie roszczeń do deweloperów i pozwala uzyskać środki niezbędne do przywrócenia nieruchomości wspólnych do prawidłowego stanu. Ponieważ wskazany już termin przedawnienia wynosi dla takich roszczeń 10 lat, bieżący rok jest ostatnim momentem na podjęcie przez właścicieli mieszkań lub zarządców części wspólnych kroków zmierzających do wyegzekwowania roszczeń przysługujących im przeciwko deweloperowi.

Mecenas Zimiński zwraca również uwagę na fakt, że koszt usunięcia wad części wspólnych może oscylować od kilkudziesięciu tysięcy do kilku milionów złotych. Wady te ze względu na swoją specyfikę często muszą być bezwzględnie naprawione, co w przypadku, kiedy nie uda się uzyskać odszkodowania od dewelopera generuje ogromne koszty dla wspólnoty. Pytanie więc, kto za to finalnie zapłaci – współwłaściciele z własnej kieszeni, czy niesolidny deweloper –dodaje ekspert kancelarii Rączkowski, Kwieciński Adwokaci.

Z roku na rok pozwów wspólnot mieszkaniowych jest coraz więcej. W wyrokach sądy zasądzają odszkodowanie w wysokości wprost proporcjonalnej do przelanych na wspólnotę roszczeń. W przypadkach, gdy wspólnota dysponuje roszczeniami od 80% współwłaścicieli, może dochodzić jedynie 80% roszczenia. Kosztorysy sporządzane przez biegłych sądowych są podstawą zasądzenia odszkodowania. W związku z tym, nawet w przypadku braku 100% cesji, zasądzona kwota odszkodowania, może wystarczyć na usunięcie wszystkich wad części wspólnych. Praktyka przetargów pokazuje, że oferty wykonawców, którzy mają usunąć wady, zawierają kwoty niższe niż kosztorysy sporządzane przez biegłych. Tym samym ryzyko, że kwota odszkodowania w przypadku braku 100% cesji nie pokryje kosztów napraw jest relatywnie niska. Do tego dochodzą jeszcze odsetki ustawowe od zasądzonego odszkodowania, które stanowią swoistą poduszkę finansową dla wspólnot i pozwalają pokryć koszty procesudodaje mecenas Zimiński.

Koszty postępowań sądowych są czynnikiem, które odstrasza wiele wspólnot przed złożeniem pozwu. Związane jest to z faktem, że tego typu procesy sądowe są długotrwałe i wymagają zatrudnienia kancelarii prawniczych, które posiadają niezbędne zaplecze do podźwignięcia tego typu postępowań. I nie chodzi tu tylko o logistykę z uwagi na ilość dokumentów niezbędnych do złożenia pozwu, ale przede wszystkim o doświadczenie i know-how. Mimo, że na pierwszy rzut oka są to zwykłe pozwy o zapłatę, to tak naprawdę ilość pułapek formalnych czyhających na profesjonalnych pełnomocników jest ogromna. Stąd samo przygotowanie legitymacji wspólnot do wystąpienia z pozwem może stanowić o wygranej lub przegranej sprawie. A formalne kwestie są bezlitośnie wykorzystywane przez deweloperów w procesie, zwłaszcza, kiedy wady są ewidentnekończy mecenas Zimiński.

Mec. Paweł Zimiński, partner w kancelarii Rączkowski, Kwieciński Adwokaci – specjalizuje się w sprawach związanych z obsługą inwestycji na rynku nieruchomości. Od wielu lat doradza Klientom w sprawach dotyczących obrotu nieruchomościami, świadczy pomoc w kwestiach prawnych na wszystkich etapach procesu budowlanego. Reprezentuje wspólnoty mieszkaniowe oraz właścicieli nieruchomości w sporach z deweloperami w zakresie roszczeń odszkodowawczych związanych z wadami nieruchomości. Jego praktyka sądowa i administracyjna koncentruje się również na reprezentowaniu osób fizycznych i prawnych w sprawach roszczeń reprywatyzacyjnych dotyczących tzw. „gruntów warszawskich”, nacjonalizacji przemysłu, reformy rolnej, wywłaszczonych nieruchomości.

Wskaźnik PMI dla polskiego przemysłu wyniósł w maju 52,4 pkt, wobec 54,0 pkt w kwietniu br. – podał HSBC

Przemysł już nie tak dynamiczny

Wskaźnik PMI dla polskiego przemysłu wyniósł w maju 52,4 pkt, wobec 54,0 pkt w kwietniu br. – podał HSBC. Przemysł jest ciągle na fali wzrostowej, ale fala ta zaczyna się „spłaszczać”. Warto przypomnieć, że po 3. miesiącach 2015 r. produkcja sprzedana przemysłu była wyższa o 5,3 proc. r/r, a po 4 miesiącach już „tylko” o 4,4 proc. (dane GUS). Informacje płynące ze wskaźnika PMI wyprzedzająco to pokazują.

Nie oznacza to, że przemysł ma się źle. Wskaźnik nowych zamówień, w tym zamówień eksportowych rośnie. Firmy informują o pozyskiwaniu nowych klientów oraz o wyższym popycie z Europy. Rośnie kolejny (piąty) miesiąc z rzędu czas dostaw, co wskazuje na popyt silniejszy niż możliwość jego realizacji przez firmy. Maleją zapasy i jest to, w opinii przedsiębiorstw, wynikiem wzrostu sprzedaży.

Rośnie też zatrudnienie. I to jest najważniejszy sygnał płynący z sektora przemysłowego. Firmy mówią o potrzebach zwiększania zatrudnienia wraz z rosnącą produkcją, ale także wyraźnie mówią o potrzebie reorganizacji. Gdyby przemysł miał istotnie zwolnić, przedsiębiorstwa w tym sektorze nie decydowałyby się na zatrudnianie kolejnych pracowników. Polskie prawo pracy nakazuje być ostrożnym przy zatrudnianiu nowych pracowników jeśli firma nie widzi perspektyw dla rozwoju. Wzrost zatrudnienia jest zatem efektem bieżącej presji związanej z nowymi zamówieniami, ale także pokazuje myślenie firm w dłuższej perspektywie. Już dzisiaj bowiem wiele przedsiębiorstw ma kłopoty ze znalezieniem pracowników o potrzebnych kwalifikacjach i kompetencjach. Tylko oceniając przyszłość pozytywnie przemysł może chcieć i potrzebować zwiększać zatrudnienie. Za chwilę może to być już trudne i nawet istotne podwyżki wynagrodzeń dla poszukiwanych specjalistów mogą nie być skuteczne. Polski rynek pracy charakteryzuje się bowiem ciągle silnym niedopasowaniem strukturalnym do potrzeb gospodarki. Niedawno radomscy przedsiębiorcy działający w branży metalowej, która silnie się w tym regionie rozrasta, informowali że nie mogą znaleźć pracowników z kwalifikacjami potrzebnymi w tej branży. A bezrobocie w Radomiu wynosi prawie 21 proc.!

Mimo, iż kwietniowy i majowy PMI jest niższy niż w 1. kwartale br., jednak ciągle kształtuje się istotnie powyżej progu 50 pkt. A to potwierdza, że sektor gospodarki, który generuje ponad 25 proc. wartości dodanej brutto, także w 2. kwartale br. będzie motorem wzrostu gospodarczego.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

lewiatan

Czy inwestorzy będą kupować USD pod kątem słabej korekty amerykańskiego PKB w I kwartale?

USD nieco się skonsolidował przed przewidywaną znaczną korektą w dół amerykańskiego PKB w I kwartale, który w ujęciu zanualizowanym może przyjąć wartości zdecydowanie ujemne. Pytanie brzmi jednak, czy inwestorzy będą woleli skupić się na kilku odczytach, które ostatnio zaskakiwały nas pozytywnie i na nadziei, że najważniejsze dane za maj opublikowane w przyszłym tygodniu przeważą nad obawami związanymi z I kwartałem, które wydają się słabnąć (ostatecznie od III kwartału dzieli nas zaledwie kilka tygodni!).

Christine Lagarde z Międzynarodowego Funduszu Walutowego oświadczyła, że Grecja może opuścić strefę euro, co jednak nie oznacza końca wspólnej waluty. MFW zaproponował również Grecji przedłużenie terminu płatności o kolejne trzy tygodnie, aby umożliwić jej uregulowanie kwoty 1,6 mld EUR należnej w przyszłym miesiącu. Czy istnieje ryzyko, że okres niepewności w związku z sytuacją w Grecji zostanie przedłużony? To bardzo prawdopodobne…

Ujemny PKB Szwajcarii w I kwartale w ujęciu kwartał do kwartału nie był zaskoczeniem, ponieważ CHF narażony był na znaczny wstrząs rewaluacyjny 15 stycznia. SBN zachowuje względne milczenie, liżąc rany po problemach z pułapem kursu CHF, nie należy jednak sądzić, że szwajcarski bank centralny całkowicie wypadł z globalnej gry o dewaluację.

EUR/NOK

Para EUR/NOK dziś rano znajdowała się na interesującym poziomie oporu przed dzisiejszą publikacją istotnych danych – czy nadal będzie powracać w granice przedziału, czy też wybije się z powrotem do wyższego przedziału w przypadku kapitulacji.

Podsumowanie w koszyku G-10:

USD: fakt, iż dzisiejsza korekta danych z I kwartał będzie brutalna, nie jest żadną tajemnicą, możemy zatem przetrwać ten raport z mocnym USD – lub w okolicach publikacji mogą wystąpić wahania, by i tak zamknąć sesję mocnym akcentem. W tym tygodniu dolar zdołał nas przekonać, że zmierza do ponownej aprecjacji i odnotował maksima cyklu względem JPY i NZD; w nadchodzących tygodniach do tego trendu dołączą pozostałe pary z USD, jeżeli dane ze Stanów Zjednoczonych w przyszłym tygodniu okażą się korzystne.

EUR: w parach walutowych EUR wydaje się odporne, jednak rajd względem USD stanowił łagodną konsolidację i czekam na kontynuację wyprzedaży w parze EUR/USD, jeżeli rynek nie zareaguje zbyt gwałtownie na dzisiejszą korektę w dół PKB. 1,1000 to ostateczna granica na zamknięciu w tej parze. Najbliższym kluczowym zdarzeniem związanym z ryzykiem dla euro będzie posiedzenie EBC w następną środę.

JPY: przedstawiciele dokonują werbalnych interwencji: minister finansów Taro Aso stwierdził, że deprecjacja JPY była „trudna” i że zamierza uważnie śledzić sytuację na rynku. Czy ostateczną granicą będzie poziom 125,00? W pozostałych parach JPY nieco zyskuje na wartości, w szczególności względem walut surowcowych.

GBP: walucie udało się wczoraj niewielkie odbicie, nie widzę jednak przeszkód, by para GBP/USD nie powróciła z poziomów ostatniego osłabienia w kierunku obszaru 1,5100/1,5000, który obecnie może stanowić dno przedziału. W parze EUR/GBP nastąpiła konsolidacja i kolejny sygnał nadający jej kierunek możemy otrzymać dopiero po posiedzeniu EBC w przyszłą środę.

CHF: dzisiejszy negatywny odczyt PKB i brak postępów w sprawie Grecji – podejrzewam, że SBN odpoczywa, biorąc pod uwagę, że ważony kurs CHF na zamknięciu był blisko najwyższego miesięcznego poziomu od stycznia. Ryzyko dla CHF jest spadkowe, jednak istnieje również dwukierunkowe ryzyko związane z nieoczekiwanymi doniesieniami w sprawie Grecji.

AUD: waluta znajduje się obecnie blisko minimów cyklu poniżej poziomu 0,7550; w przyszłym tygodniu może sięgnąć tych minimów w przypadku umiarkowanego komunikatu RBA we wtorek i w przypadku, gdyby dane ze Stanów Zjednoczonych zapewniły wsparcie USD.

CAD: walucie udało się niewielkie odbicie po tym, jak para USD/CAD wczoraj wybiła się powyżej poziomu 1,2500. Przewiduję wzrost w tej parze, mimo iż CAD to interesująca długa pozycja. Uwaga na dzisiejszy odczyt PKB w Kanadzie.

NZD: para NZD/USD sięgnęła nowego minimum – jeżeli ta sytuacja się utrzyma przy równoczesnym umocnieniu USD, dotrzemy do poziomu 0,7000, a następnie do poziomu 0,6850. Para AUD/NZD powróciła na ścieżkę rajdu – zobaczymy, czy ten kierunek się utrzyma po wtorkowym posiedzeniu RBA.

SEK: dziś poznamy odczyt PKB, a para EUR/SEK znajduje się niemal w połowie przedziału – co robić, gdy nie podoba mi się ani EUR, ani SEK? Para ta najprawdopodobniej w najbliższym czasie zareaguje zgodnie z kierunkiem danych.

NOK: dzisiejsze dane będą miały zasadnicze znaczenie, w szczególności w kontekście faktu, iż para EUR/NOK znajduje się na głównym poziomie oporu i 200-dniowej średniej ruchomej – przedział czy przełamanie? Zasadniczo dostrzegam ryzyko dalszego osłabienia NOK w przypadku umiarkowanej retoryki Norges Bank.

Najważniejsze dane ekonomiczne

  • Wielka Brytania: wskaźnik zaufania konsumentów w maju wykazał +1 w porównaniu z przewidywanym +4 i z odnotowanym w kwietniu +4
  • Japonia: stopa bezrobocia w kwietniu wyniosła 3,3% w porównaniu z przewidywanym poziomem 3,4% i z odnotowanym w marcu 3,4%
  • Japonia: wydatki gospodarstw domowych ogółem w kwietniu wykazały -1,3% r/r w porównaniu z przewidywanym poziomem +3,0%
  • Japonia: odczyt krajowego CPI w kwietniu wykazał +0,6% r/r zgodnie z przewidywaniami
  • Japonia: odczyt krajowego CPI w kwietniu z wyłączeniem świeżej żywności i energii wykazał +0,4% r/r w porównaniu z przewidywanym +0,3%
  • Japonia: wstępny odczyt produkcji przemysłowej w kwietniu wykazał +1,0% m/m i -0,1% r/r zgodnie z przewidywaniami, w porównaniu z odnotowanym w marcu -1,7% r/r
  • Australia: sprzedaż nowych domów w kwietniu wykazała +0,6% m/m
  • Szwajcaria: PKB w I kw. wykazał -0,2% k/k i +1,1% r/r z porównaniu z przewidywanymi odpowiednio 0,0%/+1,6% oraz z odnotowanym w IV kw. +1,9% r/r

Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)

  • Szwecja: PKB w I kw. (07:30)
  • Norwegia: sprzedaż detaliczna w kwietniu (08:00)
  • Norwegia: stopa bezrobocia w maju (08:00)
  • Kanada: PKB w marcu (12:30)
  • Stany Zjednoczone: korekta PKB w I kw. (12:30)
  • Stany Zjednoczone: Chicago PMI w maju (13:45)
  • Stany Zjednoczone: ostateczne wyniki ankiety Uniwersytetu Michigan w maju (14:00)

John J Hardy, Saxo Bank

 

saxo bank

Porozumienie z Grecją jeszcze w tym tygodniu

Wszystko wskazuje na to, że do momentu zakończenia negocjacji z unijnymi kredytodawcami, kluczowe znaczenie dla sytuacji panującej zarówno na rynku walut, jak i akcji, będą miały informacje napływające południa Europy. Zgodnie z zapowiedziami rzecznika prasowego greckiego rządu, Gabriela Sakellaridisa, widoczny od kilku dni wśród inwestorów optymizm ma swoje odzwierciedlenie w postępach w rozmowach z Brukselą. „Naszym celem jest osiągnięcie porozumienia z wierzycielami do niedzieli” – powiedział Sakellaridis w czasie wczorajszej konferencji prasowej. Zdaniem ekonomistów, termin ten jest jednak mało realny, a jego dotrzymanie wymagałoby od premiera Aleksisa Tsiprasa pójścia na liczne ustępstwa m.in w kwestii reform dotyczących rynku pracy i systemu emerytalnego. Nieco mniej entuzjastycznie na temat przyszłości Aten wypowiada się także szefowa MFW, Christine Lagarde. Jej zdaniem, jeśli Grecy nie uregulują swoich zobowiązań, zostaną pozbawieni dalszego finansowania, a ich wystąpienie ze strefy euro stanie się możliwe. Termin spłaty kolejnej transzy należności – w wysokości 300 mln euro – mija 5 czerwca.

W Europie dzisiejsza sesja rozpoczęła się od publikacji danych obrazujących dynamikę sprzedaży detalicznej w Niemczech oraz inflacji PPI we Francji. Uwagę inwestorów znad Wisły przyciągnęły także wiadomości o aktualnej sytuacji ekonomicznej w Polsce. Popołudniu zza Oceanu napłyną natomiast wiadomości na temat PKB w I kwartale (prognoza -0.8% k/k) oraz wysokości indeksu Uniwersytetu Michigan (prognoza 89.9 pkt).

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

saxo bank

Trzy najbardziej zyskowne inwestycje – alkohol, auto i areał

500% zysku? Nawet tyle mogli zarobić Ci, którzy dekadę temu zainteresowali się rynkiem zabytkowych aut. Sporo można było też zarobić na dziełach sztuki, winie, whisky, ziemi rolnej i kolekcjonerskich monetach. Informacje na ten temat zebrał Lion’s Bank.

W 2014 roku średnie oprocentowanie lokat spadło poniżej 3%, giełda niespecjalnie pozwalała zarobić, a ceny nieruchomości pozostawały na niemal niezmienionym poziomie. Tym bardziej warto podkreślić, że wciąż są aktywa, w przypadku których notowane stopy zwrotu każą inwestorom przecierać oczy ze zdumienia.

Są one jednak najczęściej możliwe do zrealizowania na rynkach, w przypadku których inwestowanie bez odpowiedniej wiedzy może się skończyć sporymi stratami. Co więcej nawet osoby z największą wiedzą mogą mieć trudności z przewidzeniem korekty lub nie zauważą pompowania na danym rynku spekulacyjnej bańki. Niemniej warto wiedzieć gdzie dziś dwucyfrowe stopy zwrotu można było uzyskać w zaledwie rok.

Dwucyfrowe zyski w 2014 roku

Pod względem wzrostu wartości najlepiej w 2014 roku wypadły: zabytkowe samochody, ziemia rolna, whisky, dzieła sztuki i monety kolekcjonerskie. Wszystkie te aktywa pozwoliły zrealizować dwucyfrowe stopy zwrotu w zaledwie 12 miesięcy. Prym wiedzie w tej grupie ziemia rolna, której przeciętny wzrost wartości wyniósł aż 18,7% (IV kw. 2014 r. / IV kw. 2013 r.) – wynika z indeksu wartości ziemi rolnej stworzonego przez Lion’s Bank. Na kolejnych miejscach uplasowały się zabytkowe auta z wynikiem na poziomie 16% (dane HAGI), dzieła sztuki (15% dane Art Market Research), monety (13% dane Art Market Research) i whisky (11% dane Rare Whisky Vintage 50 Index).

Zmiany cen wybranych aktywów inwestycyjnych

Typ aktywów

Stopa zwrotu

Rok

5 lat

10 lat

Samochody

16%

140%

487%

Ziemia rolna w Polsce

19%

86%

406%

Dzieła sztuki

15%

61%

252%

Wino

7%

38%

234%

Monety

13%

92%

232%

Znaczki

3%

34%

195%

Biżuteria

2%

35%

168%

Diamenty

2%

73%

167%

Gitary

7%

-16%

73%

Chińska ceramika

9%

46%

69%

Zegarki

4%

49%

68%

Meble

-9%

-25%

-28%

Whisky

11%

190%

brak danych

Akcje na świecie (MSCI)

6%

67%

90%

Akcje w Warszawie (WIG)

0%

29%

93%

Źródło: Knight Frank, Rare Whisky Vintage 50 Index,   The 42 Guitar Index; Dane za okres do 2014 r.

W gronie tym rok 2014 przyniósł dwa rekordy cenowe. Po pierwsze na aukcji organizowanej przez Bonhams za 38 mln USD nowego właściciela znalazło Ferrari 250 GTO Berlinetta z 1962 roku. Warto podkreślić, że kwota ta to równowartość około 600 – 700 przeciętnych polskich mieszkań.

Drugą rekordową transakcją była sprzedaż złotej monety, która miała upamiętnić koronację Edwarda VIII planowaną na 1937 rok. Po wybiciu dwóch monet próbnych okazało się jednak, że w grudniu 1936 przyszły król abdykował. Powstał tym samym bardzo rzadki numizmat, którego wartość rynek ocenił na aukcji urządzonej przez Baldwin’s na 516 tys. GBP. Jest to najwyższa cena jaką kiedykolwiek osiągnął brytyjski numizmat.

 

Stracić można było na meblach

Gorzej było w przypadku zabytkowych mebli (spadek o 9% zgodnie z danymi Art Market Research). Relatywnie niewysokie stopy zwrotu można było ponadto zrealizować inwestując z biżuterię (wzrost o 2% dane Art Market Research) i diamenty (wzrost o 2% dane Fancy Color Research Foundation). W tej ostatniej kategorii warto zwrócić uwagę na rekord cenowy. W 2014 roku na aukcji organizowanej przez Sotheby’s sprzedany został bowiem niebieski diament (The Mellon Blue Diamond) za 32,6 mln USD, co było najwyższą ceną osiągniętą w historii przez tego typu kamień.

W kontekście relatywnie niewielkich wzrostów cen na uwagę zasługuje także rynek kolekcjonerskich znaczków. Z katalogu, który bada zmiany ich cen na całym świecie (Stanley Gibbons) wynika, że przeciętnie filateliści zyskali w ubiegłym roku 3%. Znacznie bardziej elektryzującą informacją jest w tym wypadku fakt, że rok 2014 przyniósł na tym rynku kolejną rekordową transakcję. Dotyczyła ona niepozornego znaczka pochodzącego z Gujany Brytyjskiej. Ten z 1856 roku o nominale zaledwie 1 centa wyceniony został na 9,48 mln USD. Cenę tę tylko w ograniczonym stopniu tłumaczy fakt, że na świecie znany jest tylko jeden zachowany egzemplarz tego znaczka.

Od kilkuset złotych do kilkuset milionów

Powyższa lista inwestycji, które wykraczają poza tradycyjne produkty bankowe czy akcje, obligacje i fundusze inwestycyjne jest bardzo okrojona, bo i możliwości lokowania kapitału jest cała masa. Można na przykład zainwestować na rynku mieszkaniowym i czerpać przychody z wynajmu, wymienić gotówkę na monety o niskich nominałach zanim trafią do obiegu i liczyć na to, że w przyszłości będzie ktoś chciał za nie więcej zapłacić czy stworzyć kolekcję specjalnych edycji gier komputerowych i popularnych zabawek, które zachowane w nienaruszonym pudełku z wiekiem mogą zyskać na wartości.

Rozwiązań jest więc wiele, a każde z nich wymaga innej zasobności portfela. Podczas gdy na zbieranie monet okolicznościowych czy zabawek i gier wystarczy kilkaset złotych w ciągu roku, to już zakup nieruchomości, beczki whisky lub zabytkowego sportowego auta kosztować może od kilkudziesięciu tysięcy złotych do ponad 100 milionów złotych. Co więcej trzeba pamiętać, że inwestycje tego typu są przeważnie długoterminowe. Warto więc, aby lokowany kapitał mógł pozostać zainwestowany przez 5-10 lat. Oczekiwanie potrafi się opłacić. Z drugiej strony trzeba mieć świadomość, że wyniki prezentowane przez wyżej wspomniane indeksy często prezentują zmiany cen hipotetycznego portfela butelek, aut, monet czy mebli, których ceny na bieżąco są badane, a wynik prezentowany w formie indeksu. W efekcie, pomimo wzrostu indeksu cen zabytkowych aut czy 100 butelek whisky o ponad kilkanaście procent w sakli roku, bez problemu można znaleźć egzemplarze, których ceny spadały.

Inter Cars chce utrzymać pozycję największego dystrybutora części zamiennych w Europie Środkowej i Wschodniej. W br. planuje uruchomienie systemu filialnego we Włoszech

Robert Kierzek, prezes zarządu Inter Cars SA
Robert Kierzek, prezes zarządu Inter Cars SA

Sprzedaż zagraniczna Inter Cars rozwija się znacznie szybciej niż dystrybucja krajowa. W drugiej połowie roku korzystna dynamika eksportu powinna być utrzymana. Spółka obecnie prowadzi działalność na dwunastu rynkach europejskich, głównie w krajach środkowej i wschodniej części Starego Kontynentu. W br. planowane jest wprowadzenie systemu filialnego we Włoszech.

Inter Cars to obecnie dwanaście rynków geograficznych, z czego nasze spółki zagraniczne mają w tej chwili dużo większą dynamikę przychodów niż Polska, bo aż dwucyfrową – informuje agencję Newseria Inwestor Robert Kierzek, prezes zarządu spółki. – Myślę, że ta tendencja będzie się utrzymywała również w drugiej połowie roku. Asortyment mamy największy w tej części Europy. Chcemy się nastawić na poprawienie sprawności logistycznej. Części do samochodów ciężarowych, rynek opon oraz elementy wizualne to w tej chwili nasze priorytety.

Kluczowym rynkiem zagranicznym dla spółki, jak przekonuje Robert Kierzek, jest obecnie Rumunia, gdzie notowana jest największa sprzedaż. W br. Inter Cars planuje wprowadzenie systemu filialnego na rynku włoskim, drugim największym w europejskiej branży części zamiennych i akcesoriów samochodowych.

Mamy bardzo świeży biznes na Słowenii, który też zaczyna się intensywnie rozwijać – zauważa prezes Kierzek. – Wydaje się jednak, że Włochy będą sporym wyzwaniem, więc na tym na razie chcemy się skupić. Oczywiście, jeżeli pozostałe rynki zagraniczne rosną w takim tempie, jak to pokazujemy w miesięcznych raportach, to jest tam też dużo do zrobienia. Szczególnie pod względem zorganizowania zaplecza logistycznego.

Obecność spółki we Włoszech związana jest z przejęciem w 2007 roku przedsiębiorstwa JC Auto.

Odziedziczyliśmy po prostu włoską strukturę, spółkę, którą na początku chcieliśmy zamknąć – tłumaczy prezes zarządu Inter Cars. – Potem jednak zdecydowaliśmy o kontynuacji. Po kilku latach doszliśmy do wniosku, że rynek włoski, a szczególnie tamtejsza, bardzo zbliżona do polskiej, mentalność, jest dużą szansą na transfer naszego systemu filialnego. Próbujemy więc nasz biznes rozwijać także tam.

Polska jest europejskim zagłębiem części zamiennych do samochodów i akcesoriów. W ub.r. wartość produkcji sprzedanej wszystkich firm z tej branży wyniosła ok. 60 mld zł, z czego połowa trafiła na eksport. Inter Cars SA jest największym dystrybutorem tego rodzaju produktów w Europie Środkowej i Wschodniej. W pierwszym kwartale br. przychody spółki wyniosły blisko miliard zł (982,5 mln zł) i były o ponad 100 mln zł wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto zamknął się kwotą 35,8 mln zł wobec 34,5 mln zł w I kwartale 2014 r. Należące do firmy podmioty zależne prowadzą działalność na Ukrainie, w Czechach, na Litwie, Słowacji, Węgrzech, w Belgii, we Włoszech, w Chorwacji, Rumunii, na Cyprze, Łotwie, w Bułgarii, na Malcie oraz w Słowenii.

Nowe e-usługi dla firm i użytkowników indywidualnych pod koniec czerwca. Ułatwią m.in. założenie i prowadzenie działalności gospodarczej

0
Marek Wójcik, podsekretarz stanu w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji
Marek Wójcik, podsekretarz stanu w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji

Pod koniec miesiąca Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji uruchomi kolejne usługi w ramach platformy e-administracji ePUAP. Wśród e-usług uruchamianych jako pierwsze mają znaleźć się te najbardziej przydatne dla firm i indywidualnych odbiorców. Łatwiej będzie m.in. zarejestrować i prowadzić działalność gospodarczą.

Modernizujemy ePUAP. Jeszcze pod koniec czerwca będziemy mogli uruchomić bardzo dużą nowych usług – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Wójcik, podsekretarz stanu w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji.

Jak podkreśla Wójcik, uruchomienie usługi przeciąga się, ponieważ resort chce mieć pewność, że po jej starcie nie będzie konieczności wprowadzania poprawek. Pierwotnie modernizacja platformy ePUAP (czyli ePUAP2) miał ruszyć w styczniu.

Przedstawiciel resortu zapewnia, że z nowego pakietu e-usług będą mogli korzystać zarówno indywidualni odbiorcy, np. w zakresie pomocy społecznej, jak i przedsiębiorcy.

Będą to usługi ułatwiające np. proces rejestracji czy proces prowadzenia działalności. Ewidentnie skierowaliśmy się na te dwie grupy. Myślę, że mieszkańcy szybko odczują te zmiany– zapewnia Marek Wójcik.

Cyfryzacja administracji to jeden z elementów zmieniania jej na bardziej innowacyjną. Co ważne, jest to jeden z filarów programu operacyjnego Polska Cyfrowa. Jak podkreśla Wójcik, innowacyjna administracja to przede wszystkim nakierowanie się na potrzeby odbiorcy.

Mówimy o potrzebie dokonywania korekt działania administracji, uwzględniając to, co przed nami. To m.in. demograficzne korekty i to bardzo głębokie, rosnąca rola dużych obszarów metropolitalnych, coraz większe zainteresowanie mieszkańców korzystaniem z narzędzi informatycznych, a co najważniejsze  rosnąca rola partycypacji społecznej, czyli włączania obywateli w zarządzanie – wymienia przedstawiciel resortu. – Dla mnie innowacyjna administracja to m.in. taka, która potrafi współpracować ze swoimi odbiorcami dla realizacji wspólnych celów.

MAiC liczy na to, że ePUAP stanie się narzędziem nie tylko do załatwiania spraw przez obywateli, lecz także platformą do współpracy Polaków z rządem. Zmiana ta wymaga przede wszystkim budowy odpowiedniej infrastruktury, a także przełomu w myśleniu obywateli. To powoli się zmienia, coraz więcej osób korzysta z narzędzi informatycznych w codziennych życiu i chce w taki sposób kontaktować się z urzędami, więc oczekuje takich rozwiązań.

Z drugiej strony, jak wyjaśnia Wójcik, zmieniać się musi także administracja. Władze muszą stać się bardziej przyjazne i bardziej zachęcać do dzielenia się informacjami oraz wykonywania czynności administracyjnych elektronicznie. Chodzi także m.in. o łączenie się gmin przy realizacji niektórych zadań.

Dziś mieszkańcy nie wiedzą, gdzie są realizowane niektóre usługi, kto ich obsługuje w zakresie telefonii, energii elektryczne czy gazu. W przypadku usług administracyjnych powinno być tak samo. Przez internet załatwiam sprawę szybciej, mam po drugiej stronie specjalistów i naprawdę nie będzie istotne to, czy to są osoby, które pracują w urzędzie w mojej gminie, czy jest to 300 km dalej – podkreśla Marek Wójcik.

Jak zwraca uwagę Wójcik, taka zmiana nastąpiła już np. w energetyce. Odbiorcy prądu nie interesują się tym, czy dzięki wprowadzanym zmianom administracja będzie bardziej przyjazna i będzie wychodzić naprzeciw potrzebom klientów.

Oczywiście, znajdujemy takie miejsca, w których jesteśmy jak petent i do których wchodzimy na miękkich nogach. Kluczowe jest tu odwrócenie ról. Administracja musi stać się partnerem, instytucją, która wspomaga obywateli, a nie tylko wykorzystuje swoje władztwo – mówi podsekretarz stanu w resorcie administracji i cyfryzacji. – To są zmiany świadomościowe, w związku z tym trochę to potrwa i twierdzę nawet, że musi potrwać. Te zmiany muszą wynikać nie z rozsądku, bo ktoś mi każe, lecz z mojego wewnętrznego przekonania.

Prognozy wzrostu PKB dla Polski dobre, ale zależne od Niemiec

Mariusz Pawlak, partner w Lorek Pawlak Family Office
Mariusz Pawlak, partner w Lorek Pawlak Family Office

Optymistyczne prognozy wzrostu gospodarczego dla Polski wciąż są uzależnione od Europy Zachodniej. Jeśli Niemcy i inne główne rynki nie zanotują w tym roku wyraźnego wzrostu, to również Polska może osiągnąć wzrost znacznie niższy od prognozowanych 3,4-3,5 proc. Żeby zapewnić wzrost w całej UE, potrzebne jest uwolnienie przedsiębiorczości.

Cały czas polska gospodarka ma jeden znak zapytania. Jeżeli Europa nie ruszy, jeżeli Niemcy i pozostałe kraje Unii Europejskiej nie będą kontynuowały wzrostu, to rewizja prognoz PKB będzie natychmiastowa. W sytuacji, kiedy widzimy poprawę w Europie, 1,5 proc. wzrostu PKB, to można powiedzieć, że jesteśmy jedną z najmocniejszych i stabilniejszych gospodarek w regionie i każdy tego typu odczyt jest pozytywny – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Pawlak, partner w Lorek Pawlak Family Office.

Ministerstwo Finansów szacuje, że polska gospodarka zanotuje wzrost na poziomie 3,4 proc. PKB. Prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego są nawet bardziej optymistyczne i zakładają wzrost na poziomie 3,5 proc. PKB. Optymistycznie nastrajają również ostatnie dane GUS, z których wynika, że w I kwartale wzrost gospodarczy wyniósł 3,6 proc. Analitycy oceniają, że stabilny rozwój oparty o silny eksport i konsumpcję oraz przyspieszające inwestycje dobrze rokuje na przyszłość i ten rok może zakończyć się wyższym wynikiem od prognozowanego, czyli bliżej poziomu 4 proc.

Pawlak podkreśla, że są to bardzo dobre prognozy, które stawiają Polskę wśród europejskich liderów wzrostu. Jednak słabsze wyniki najważniejszych unijnych gospodarek są powodem do zmartwień. Szczególnie ważny dla Polski jest rynek niemiecki – trafia tam 28,2 proc. polskiego eksportu. Gospodarka naszych zachodnich sąsiadów urosła jednak w zeszłym roku jedynie o 1,5 proc., a w tym roku prognozy mówią o zbliżonej lub nawet nieco słabszej dynamice. W pierwszym kwartale niemiecki PKB wzrósł o 1,1 proc. w ujęciu rocznym.

Pawlak dodaje, że dobre prognozy nie przekładają się na rynek akcji. Optymizmu inwestorów nie budzi Europejski Fundusz Inwestycji Strategicznych, czyli tzw. plan Junckera. Według Pawlaka do prawdziwego pobudzenia europejskich gospodarek potrzebna jest przede wszystkim liberalizacja i wspieranie przedsiębiorczości, a nie centralne plany.

Te plan jest bardzo dobry marketingowo, natomiast nie ma tam treści. Ponieważ Unia Europejska wyasygnuje sama z siebie 16 mld euro, a reszta i tak ma spoczywać na barkach krajów, które są zadłużone. Sam program, który jest inicjatywą władz centralnych, nic tutaj nie zmieni – uważa Pawlak.

W ramach EFIS dodatkowe 5 mld euro zagwarantuje Europejski Bank Inwestycyjny. Ta inwestycja w wysokości 21 mld euro ma pobudzić projekty prywatne i rządowe warte łącznie ponad 300 mld euro.

Pawlak przekonuje jednak, że zamiast tak dużych planów, które zwiększą jedynie zadłużenie, wystarczyłoby zmienić kierunek działania. Odejście od rozbudowanych wydatków socjalnych i nastawienie się na wsparcie przedsiębiorców byłoby znacznie bardziej korzystne – argumentuje.

W Europie są potrzebne zmiany strukturalne, czyli odejście od bardzo szerokiej polityki socjalnej w stronę uwolnienia przedsiębiorczości, zmniejszenia obciążeń podatkowych, dopiero wtedy można budować zamożność, a nie programami, które zabierają pieniądze jednym i rozdają innym – twierdzi Pawlak.

G – Energy, spółka inwestująca w zieloną energię, chce rozwijać produkcję biopaliw oraz dystrybucję oleju

Tomasz Bujak, wiceprezes zarządu G-Energy
Tomasz Bujak, wiceprezes zarządu G-Energy

G – Energy planuje przejęcie spółki Platinum Oil Wielkopolskie Centrum Dystrybucji. List intencyjny w tej sprawie, podpisany z Pro Oil Sp z o.o. przyznaje G-ENERGY wyłączność negocjacyjną do dnia 30 czerwca 2015 roku włącznie.  Strony dopuściły możliwość wydłużenia tego terminu za obustronną zgodą wyrażoną na piśmie.

– Platinum Oil Wielkopolskie Centrum Dystrybucji z siedzibą w województwie wielkopolskim to duży dystrybutor różnego rodzaju olejów i smarów, – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Tomasz Bujak, wiceprezes zarządu G-Energy.

Jednocześnie 31.05.2015 był ostatnim dniem obowiązywania listu intencyjnego podpisanego ze spółką Orlen Oil na przejęcie jej udziałów w Platinum Oil Wielkopolskie Centrum Dystrybucji. Obecnie spółka G – Energy nie prowadzi żadnych rozmów w tej sprawie z Grupą Orlen.

Środki na zakup Platinum Oil Wielkopolskie Centrum Dystrybucji mają pochodzić z finansowania zewnętrznego ale także z planowanej obecnie emisji akcji. Środki pozyskane z emisji Spółka zamierza przeznaczyć także na dokapitalizowanie procesu zaangażowania kapitałowego w obszarze przetwarzania odpadów pościekowych.

Bujak zaznacza, że sfinansowanie przejęcia Platinum Oil nie ma być jedynym celem emisji nowych akcji, a jedynie uzupełnieniem tego procesu. Spółka zamierza dokapitalizować inne inwestycje kapitałowe w podmioty działające na rynku szeroko rozumianej energii. Obejmuje to zarówno nowe akwizycje, jak i rozwój już prowadzonych przez spółkę projektów.

– W Polsce oczyszczal nie mają istalacji do osuszania odpadów, zgodnie z unijnymi przepisami w 2016 roku nie będzie można już składować odpadów na składowiskach komunalnych, w Polsce aż 30 % trafia na składowiska, trzeba będzie je zagospodarować. Będziemy płacić olbrzymie kary UE. Dlatego rozwój tej technologii jest bardzo ważny nie tylko dla naszej firmy, lecz także dla całego kraju, a my chcemy być liderami tych zmian – zapowiada Bujak.

W październiku ubiegłego roku G-Energy zawarło porozumienie o współpracy z Zakładem Produkcyjno-Badawczym Politerm w Katowicach, i poprzez zaangażowanie kapitałowe zamierza osiągnąć zyski przetwarzania odpadów pościekowych na paliwo stałe.

Jak tłumaczy Bujak, stosowana przez Politerm technologia jest bardzo innowacyjna , a posiadane Patenty  technologiczne wysoko ocenione przez najwyższej klasy specjalistów

3,. W Polsce istnieje duże zapotrzebowanie na nowe metody przetwarzania odpadów pościekowych na paliwo, więc jest to obszar bardzo perspektywiczny. Od przyszłego roku wszystkie odpady ściekowe będą musiały być spalane lub wykorzystywane ponownie. Na składowiska będą mogły trafiać tylko te, których wartość energetyczna jest zbyt mała, by opłacało się je spalać.

G-Energy cały czas zacieśnia współpracę z Politermem i pracuje nad zakupem jeszcze bardziej nowoczesnych i chronionych patentami technologii. Mają one m.in. zwiększyć kaloryczność produkowanego paliwa oraz umożliwić dostosowanie go do unijnych standardów dla biopaliw.

Jeszcze w ubiegłym roku G-Energy nabyło za 1,3 mln zł 50 proc. udziałów w spółce Bio Technology, która pracuje w województwie zachodniopomorskim nad instalacją przetwarzającą odpady na paliwo ciekłe. W procesie krakingu termicznego szczególnie tworzywa sztuczne, takie jak polietylen i polipropylen, są przekształcane w paliwo. Wartość inwestycji tej spółki to 25,7 mln zł, z czego 10,3 mln pochodzi z środków unijnych. Jak wynika z harmonogramu projekt zostanie zakończony w listopadzie br.

Sprzedażą bezpośrednią zajmuje się w Polsce już prawie milion osób. To coraz atrakcyjniejszy sektor na rynku pracy

Igor Markowicz, prezes zarządu Vigget
Igor Markowicz, prezes zarządu Vigget

Sprzedaż bezpośrednia w Polsce sukcesywnie rośnie – w ubiegłym roku o 4 proc. Taką formą handlu zajmuje się już blisko milion osób, a chętnych przybywa. Handlowcy doceniają możliwość rozwoju własnej działalności i dużą elastyczność. Przedstawiciele branży oceniają, że będzie ona przyciągać więcej młodych ludzi, dla części może stać się alternatywą dla emigracji zarobkowej.

– W Polsce sprzedażą bezpośrednią zajmuje się około miliona osób, a dużo więcej może się dopiero zainteresować tego rodzaju działalnością. Jeżeli przyjrzymy się liczbie młodych ludzi, którzy wyjeżdżają za granicę w poszukiwaniu pracy, to choćbyśmy mieli zatrzymać 10 proc. z nich, oferując im ciekawe rozwiązania, to jest to warte zachodu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Igor Markowicz, prezes zarządu Vigget, firmy zajmującej się sprzedażą bezpośrednią.

Dane Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej wskazują, że w 2014 roku taką formą handlu zajmowało się 910 tys. osób, czyli 10 tys. więcej niż rok wcześniej. Jak podkreśla Markowicz, branża – poprzez to, że preferowane jest samozatrudnienie – przyciąga przede wszystkim przedsiębiorcze osoby, które chcą rozwijać swoją działalność i brać za nią pełną odpowiedzialność.

Te osoby, które będą miały wynik, będą mogły się rozwijać, a to przełoży się na dobre zarobki. Z drugiej strony, firma sprzedaży bezpośredniej może sobie pozwolić na to, żeby taka osoba współpracowała z nią, nawet jeśli nie ma świetnych wyników. W przypadku pracy na etacie nie ma takiej możliwości, pracownik musi mieć bardzo wysoki wynik, wyśrubowany, a jeżeli nie spełnia tych oczekiwań, to po prostu jest zwolniony – mówi Markowicz, podkreślając, że pracownicy coraz częściej doceniają taką alternatywę na rynku pracy.

Jednocześnie to od przedsiębiorczości sprzedawców uzależnione są wyniki tej branży, a te w ostatnich latach są coraz lepsze. W ubiegłym roku przedsiębiorstwa skupione w Polskim Stowarzyszeniu Sprzedaży Bezpośredniej zanotowały 4 proc. wzrost, z 2,7 mld do blisko 3 mld zł.

Myślę, że udział sprzedaży bezpośredniej w rynku będzie wzrastał, dlatego że ta forma sprzedaży wyzwala inicjatywę w osobach, które się nią zajmują – zarówno firma, jak i jej przedstawiciele są zorientowani na wyniki sprzedaży. Rozwój może być generowany przez coraz większe zainteresowanie osób, które do tej pory w tej branży nie działały, a byłyby zainteresowane prowadzeniem własnej działalności gospodarczej – podkreśla Andrzej Czernek, wiceprezes Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”.

Branża sprzedaży bezpośredniej notuje też rosnącą liczbę klientów. Jak podkreśla Markiewicz, to nie tylko kwestia zaradnych sprzedawców, lecz także coraz lepszej jakości proponowanych produktów.

Jeżeli firma, która działa w branży sprzedaży bezpośredniej, oferuje towar kiepskiej jakości, wtedy bardzo szybko będzie zweryfikowana przez klientów, bo branża przede wszystkim bazuje na opiniach klientów. Jeżeli klienci będą odstępowali od umów, będą reklamowali produkty, wówczas znikną one z rynku, bo bardzo ważne jest to, żeby produkty oferowane w sprzedaży bezpośredniej charakteryzowały się innowacyjnością i najwyższą jakością – mówi Andrzej Czernek.

Mimo rozwoju branży polski rynek wciąż jest daleko za rynkami zachodnimi. Sprzedaż całej branży w UE wyniosła w ubiegłym roku 24 mld euro.

W krajach zachodnich sprzedaż bezpośrednia ma swoje tradycje ugruntowane od wielu lat. Ta forma sprzedaży wynika z doświadczeń i wiarygodności. Firmy sprzedaży bezpośredniej, które mają określoną pozycję na rynku i określone doświadczenia pracy z klientem, są bardziej wiarygodne. Nasz rynek jest jeszcze pod tym względem młody, ale ma duże perspektywy – dodaje wiceprezes Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”.

Zmiana sprzedawcy energii nie musi oznaczać dwóch faktur. Coraz więcej firm oferuje umowy kompleksowe

Marek Kulesa, dyrektor Biura Towarzystwa Obrotu Energią
Marek Kulesa, dyrektor Biura Towarzystwa Obrotu Energią

Zmiana sprzedawcy energii nie musi wiązać się z rezygnacją z otrzymywania jednej faktury za energię. Spółki obrotu coraz częściej oferują umowy kompleksowe, dzięki którym odbiorcy rozliczają się ze sprzedawcą i dystrybutorem energii za pomocą jednej płatności.

 Niestety, dotychczasowy system bazował na tym, że odbiorca po zmianie sprzedawcy otrzymywał dwie faktury: jedną za sprzedaż energii elektrycznej od sprzedawcy, drugą za usługę dystrybucji od OSD [operatora systemu dystrybucyjnego – red.]. Dziś każdy z nas może znaleźć sprzedawcę energii elektrycznej, który może zaproponować po zmianie sprzedawcy jedną fakturę – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Kulesa, dyrektor Biura Towarzystwa Obrotu Energią.

Po liberalizacji rynku energii skorzystanie z TPA, czyli możliwości zmiany sprzedawcy energii, często wiązało się z rezygnacją z umowy kompleksowej, w ramach której sprzedawca rozliczał się z odbiorcą tylko za pomocą jednej faktury. Nowi gracze na rynku nie mieli możliwości zaoferowania takiej umowy i konsumenci w efekcie musieli płacić dwie faktury. Jak podkreśla Marek Kulesa, to jednak się zmienia, rynek idzie w dobrą stronę i coraz częściej sprzedawcy, choć nadal nie wszyscy, oferują umowy kompleksowe.

Istotną rolę w tej zmianie odgrywają zabezpieczenia finansowe składane przez sprzedawcę operatorowi. W ramach oferty kompleksowej to sprzedawca energii rozlicza się z odbiorcą, a następnie przekazuje odpowiednią część uzyskanej kwoty dystrybutorowi. Dlatego, jak tłumaczy Marek Kulesa, zrozumiała jest potrzeba wykazania się odpowiednimi zabezpieczeniami, dzięki którym operatorzy czują się pewniej i godzą się na umowy kompleksowe.

Część uczestników rynku chciałaby, żeby te zabezpieczenia były mniejsze albo żeby w ogóle ich nie było. Jestem przekonany, że większość tych spółek, które poważnie myślą o rynku energii elektrycznej, które handlują na większą skalę lub mają taki zamiar, jest w stanie wywiązać się z zabezpieczeń wynikających ze wzajemnej umowy pomiędzy operatorem systemu dystrybucyjnego, czyli odpowiedzialnym za transport energii elektrycznej, a sprzedawcą – mówi Marek Kulesa.

Marek Kulesa zauważa, że odpowiednich zabezpieczeń finansowych wymaga też Urząd Regulacji Energetyki podczas ubiegania się o koncesję. Są one związane z wielkością sprzedaży i opierają się na zadeklarowanym jej poziomie, jednak Kulesa odradza spółkom zaniżanie prognoz.

Kiedy ubiegamy się o koncesję, czyli na tym pierwszym etapie, spółka musi zadeklarować, do jakiego segmentu będzie sprzedawać jakie ilości energii, Prezes URE wymaga najczęściej także zabezpieczenia finansowego. Uczulam wszystkie spółki, szczególnie te mniejsze, które deklarują małą liczbę klientów, a potem sprzedają na większą skalę, że Prezes URE ma możliwość sprawdzenia tego – mówi dyrektor Biura Towarzystwa Obrotu Energią.

Zauważa, że o ile w przypadku umów kompleksowych oraz zabezpieczeń finansowych polski rynek rozwija się coraz lepiej, o tyle gorzej jest w przypadku rzetelnego pomiaru zużytej energii. Jak wyjaśnia Marek Kulesa, problem wynika z wielu czynników.

W większości firm odbiorcy indywidualni nadal są rozliczani na podstawie prognoz, co wzbudza ich niezadowolenie, a do tego stwarza sytuację, w której opłaty nie muszą odzwierciedlać faktycznego zużycia. Skrócenie przerw pomiędzy odczytami jest możliwe, ale wiąże się z dodatkowymi opłatami dla odbiorców. Ci nie zawsze są gotowi, by płacić więcej za odczyty w zamian za częstsze rachunki. Niektóre firmy, zabiegając o przychylność klientów zainteresowanych lepszą kontrolą i możliwością zaoszczędzenia energii, wprowadziły już rozliczenia oparte na jej rzeczywistym, a nie prognozowanym zużyciu.

Jeżeli ktoś wybrał okres roczny i zdecydował się płacić mniej za sam odczyt, to sprzedawca do rozliczeń pomiędzy okresem odczytowym musi wykorzystać prognozy. Ze strony operatorów i sprzedawców większość taryf umożliwia częstszy niż roczny czy półroczny odczyt, ale wiąże się to ze zwiększonymi stawkami. Niestety, z punktu widzenia jakości danych we współpracy z operatorem myślę, że dużo jest do zrobienia – dodaje Marek Kulesa.

Inwestycje na lotniskach wyhamują na kilka lat

Sebastian Gościniarek, ekspert lotniczy z firmy BBSG
Sebastian Gościniarek, ekspert lotniczy z firmy BBSG

Na kilka lat spowolnią inwestycje w polskim lotnictwie. Po zakończeniu dużych projektów finansowych z perspektywy budżetowej Unii Europejskiej na lata 2013-2020 nowe ruszą dopiero za 4-6 lat. Mimo tego przestoju w inwestycjach ruch lotniczy będzie nadal rósł dynamicznie, a skorzysta na tym cała gospodarka.

Wielki boom inwestycyjny mamy już za sobą, przypadał na poprzedni okres programowania, kiedy wielkie inwestycje szły w rozwój infrastruktury naziemnej, zwłaszcza na lotniskach. Teraz nastąpi pewne uspokojenie, raczej dokończenie tych inwestycji, które się zaczęły i oczekiwanie na następny boom, który w przeciągu 4-5, a może 6 lat powinien się rozpocząć – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sebastian Gościniarek, ekspert lotniczy z firmy BBSG.

W unijnej perspektywie budżetowej na lata 2014-2020 porty lotnicze nie mogą liczyć na duże środki. Dofinansowanie w ograniczonym stopniu otrzymają jedynie największe lotniska wpisane do unijnej Transeuropejskiej Sieci Transportowej TEN-T. Lotnictwo w Polsce otrzymało jednak niższy priorytet niż inne środki transportu, co powoduje, że unijne dofinansowanie dla portów lotniczych będzie niewielkie.

Choć branża apeluje o zmianę tych priorytetów, Gościniarek przewiduje, że na kilka lat inwestycje spowolnią. W ostatnich latach, szczególnie przed mistrzostwami Euro 2012, większość portów lotniczych zbudowała nowe terminale i płaszczyzny lotniskowe, więc teraz nie mają problemów z brakiem przepustowości.

Rosnący ruch może jednak wymusić kolejną falę projektów zwiększających przepustowość za kilka lat. Gościniarek ocenia, że liczba pasażerów cały czas będzie rosnąć.

Przed nami są lata bardzo dynamicznego rozwoju transportu lotniczego w Polsce. To wynika przede wszystkim z pewnego zapóźnienia Polski w stosunku do Europy Zachodniej, która jest naszym punktem odniesienia. A także z tego, że mimo wszystko polska gospodarka się rozwija, polskie społeczeństwo zaczyna być coraz bogatsze, a w związku z tym coraz intensywniej korzysta z transportu lotniczego – tłumaczy Gościniarek.

Potwierdzają to dane. W 2014 r. ruch lotniczy w Polsce zwiększył się o 8,3 proc., a rok wcześniej – o 2,2 proc. Zarówno dotychczasowa dynamika, jak i prognozy dla Polski wyprzedzają unijną średnią.

To dobra wiadomość dla gospodarki, bo jak podkreśla Gościniarek, wpływ transportu lotniczego na rozwój kraju jest niepodważalny.

Nie ma wątpliwości co do tego, że transport lotniczy wpływa pozytywnie na PKB. Oczywiście pozostaje kwestią dyskusyjną czy to jest 1 proc., czy to jest 1,5, czy to jest 2,5 proc. Natomiast ten związek jest bardzo jasno udowodniony – przekonuje ekspert.

Gościniarek wylicza, że lotnictwo wpływa na gospodarkę zarówno bezpośrednio, poprzez tworzenie miejsc pracy oraz obrotów na lotniskach i w segmencie przewoźników, jak i pośrednio. Regiony dobrze dostępne drogą lotniczą są bardziej atrakcyjne dla inwestorów, a lokalnym przedsiębiorcom łatwiej zaistnieć na innych rynkach.

Jak wyliczała organizacja ACI Europe, skupiająca większość lotnisk w Europie, transport lotniczy generuje łącznie 4,1 proc. unijnego PKB rocznie. W Polsce ten wskaźnik wynosi 3,8 proc. ACI Europe ocenia także, że łącznie 440 tys. osób ma w Polsce pracę dzięki lotnictwu.

Polski rynek rolno-spożywczy spowolnił. Nastroje wśród producentów najgorsze od lat

Dariusz Winek, główny ekonomista Bank Gospodarki Żywnościowej (BGŻ)
Dariusz Winek, główny ekonomista Bank Gospodarki Żywnościowej (BGŻ)

Koniunktura na rynku rolno-spożywczym obecnie nie jest najlepsza. Ceny żywności są bardzo niskie, a nastroje producentów najgorsze od lat. Sytuacja jednak powinna się poprawiać, m.in. za sprawą rosnącej konsumpcji i coraz większego eksportu. Z deflacją i ograniczeniami w eksporcie polscy producenci bardzo dobrze sobie radzą.

Obecnie koniunktura rynku rolno-spożywczego na pewno nie jest dobra – informuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Winek, główny ekonomista Bank Gospodarki Żywnościowej (BGŻ). – Prowadzone wśród rolników badania wskazują, że koniunktura jest najgorsza od 4-5 lat. W związku z tym możemy powiedzieć, że z tej perspektywy sytuacja nie wygląda dobrze.

Jednym z powodów jest spadek cen produktów rolno-spożywczych. Jak informuje Fundacja Programów Pomocy dla Rolnictwa (FAMMU/FAPA) w kwietniu indeks cen żywności FAO (Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia) osiągnął wartość 171 pkt i znajdował się na najniższym poziomie od czerwca 2010 roku. Ponownie potaniały przetwory mleczne, które obecnie są o ok. jedną trzecią tańsze niż rok temu. Spadły też ceny zbóż, cukru i olejów roślinnych. Sam indeks był o ponad 40 pkt niższy niż w tym samym okresie 2014 roku i o 2 pkt niższy niż w marcu br. Kwietniowy odczyt był trzynastym z rzędu spadkiem miesięcznym. Ostatnio tak długi trend zniżkowy notowano pod koniec lat 90.

Najgorszy okres, z którym mieliśmy do czynienia w zeszłym roku, szczególnie w drugiej jego połowie, mamy już na szczęście za sobą – uważa Dariusz Winek. – Perspektywy nie są już tak negatywne. Można powiedzieć, że w większości przypadków wolno nam oczekiwać stopniowej poprawy.

Szczególnie korzystnie rysują się perspektywy rozwoju eksportu. W pierwszym kwartale br. Polska sprzedała za granicę produkty rolno-spożywcze o wartości 5,4 mld euro, o 5,5 proc. wyższej niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Rekordowym miesiącem był marzec, kiedy to krajowi producenci i pośrednicy ulokowali na rynkach zewnętrznych artykuły o wartości prawie 2 mld euro, o 11 proc. większej niż w marcu 2014 roku. Najwięcej żywności trafiło do Unii Europejskiej. Prócz Austrii, Danii, Finlandii i Słowacji handel z większością krajów UE ma dwucyfrową dynamikę.

Eksport rośnie mimo embarga ze strony Rosji – zauważa główny ekonomista BGŻ. – Wydaje się więc, że wychodzimy obronną ręką z tego problemu. Z jednej strony jest to rozwój tzw. bajpasów, czyli eksportu na teren Rosji za pośrednictwem innych krajów. Tutaj główną rolę odgrywa Białoruś, ewentualnie Kazachstan czy Serbia.

Rośnie także handel z innymi, nowymi regionami. Krajowe firmy coraz więcej żywności sprzedają do Azji oraz na rynki, które wcześniej nie były eksploatowane (Filipiny, Wietnam). W Ameryce Łacińskiej, w Meksyku, bardzo dobrze sprzedają się polskie sery, ale embargo rosyjskie rekompensują przede wszystkim kraje bliskowschodnie, Afryka Północna oraz państwa arabskie.

– Mamy bardzo duży wzrost eksportu jabłek, innych owoców oraz produktów mlecznych do Zjednoczonych Emiratów Arabskich czy Arabii Saudyjskiej – ocenia Winek.

Z punktu widzenia polskich producentów żywności najważniejszy jest jednak rynek wewnętrzny, którego wartość wynosi około 170 mld zł. Eksport jest wart prawie dwa razy mniej (około 90 mld zł).

Mimo dynamicznie rozwijającej się sprzedaży zagranicznej trudno abstrahować od krajowego rynku – podkreśla Winek. – W tej chwili producenci mogą oczekiwać stopniowego wzrostu marż. Nie będą one pod tak dużą presją jak ostatnio.

Zdaniem głównego ekonomisty Banku Gospodarki Żywnościowej nacisk na obniżki wynikał z intensywnej walki o klienta prowadzonej między różnymi formatami sklepów (dyskonty, super- i hipermarkety, delikatesy). Dziś presja producentów na redukcję cen i tym samym marż nie będzie już tak duża.

Mamy jednak bardzo niskie ceny surowców rolnych – wskazuje Dariusz Winek. – W związku z tym przetwórcy żywności mogą zaproponować w tej chwili lepsze marże. To jednak zależy od sektora. Jeżeli mamy kłopoty z eksportem produktów mleczarskich, to wówczas marże tam też są niskie. Ale wydaje się, że druga połowa br. powinna prowadzić do stopniowej poprawy kondycji ekonomicznej całej branży.

Po maszynach i produktach branży chemicznej żywność jest trzecim towarem eksportowym Polski. Po pierwszym kwartale br. nadwyżka w handlu zagranicznym produktami rolno-spożywczymi wyniosła 1,7 mld euro.

Coraz więcej deweloperów decyduje się na wprowadzanie rozwiązań ekologicznych na nowo budowanych osiedlach

Teresa Witkowska, dyrektor sprzedaży i marketingu Osiedla Alpha i Alpha Park
Teresa Witkowska, dyrektor sprzedaży i marketingu Osiedla Alpha i Alpha Park

Budowane osiedla są coraz bardziej eko. Jednym z najpopularniejszych rozwiązań ekologicznych stosowanych przez deweloperów jest montaż paneli fotowoltaicznych na dachach budynków. Zielony prąd pozwala obniżyć mieszkańcom koszty zużycia energii elektrycznej średnio o 25 proc. Podobnie jest z instalacją oświetlenia LED-owego. Z kolei dzięki gromadzeniu deszczówki, która może być wykorzystywana do podlewania zieleni, można zaoszczędzić wodę.

Deweloperzy podkreślają, że przy wyborze nowego lokum nabywcy nieruchomości coraz częściej kierują się kryterium ekologicznym. Pytają o to, jakie materiały zostały użyte do budowy i wykończenia wnętrz oraz jakie rozwiązania będą zastosowane na osiedlu. Chodzi zarówno o ochronę środowiska, jak i o oszczędności.

Wprowadzenie paneli fotowoltaicznych na dachu budynku przynosi ogromne korzyści zarówno mieszkańcom, jak i deweloperom. Po pierwsze, mamy o 1/4 niższe koszty zużycia energii elektrycznej. Zastosowanie rozwiązań fotowoltaicznych wpływa też bardzo na obniżenie kosztów utrzymania części wspólnych danego budynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Teresa Witkowska, dyrektor sprzedaży i marketingu Osiedla Alpha i Alpha Park.

Coraz częściej budynki mieszkalne są projektowane jako obiekty niskoenergetyczne, które będą zużywać nawet czterokrotnie mniej energii niż te tradycyjne. Niskie zużycie energii wynika nie tylko z dobrej izolacji domów i sprawnego ogrzewania, lecz także z cech architektonicznych. Chodzi o to, żeby dzienne pomieszczenia były umieszczone od południa, co zagwarantuje im naturalne oświetlenie słoneczne przez większą część dnia. Dzięki temu wnętrze szybko nagrzeje się i będzie wolniej tracić ciepło, dlatego będzie je można łatwiej i taniej ogrzać. Z kolei sypialnie z mniejszymi oknami powinny być położone od strony północnej.

Coraz częściej na osiedlach pojawiają się również takie rozwiązania, jak LED-y. Oświetlenie LED-owe to przede wszystkim oszczędności, a także ochrona środowiska. Innym rozwiązaniem ekologicznym jest wykorzystanie wody deszczowej do podlewania wspólnej części zieleni. Wodę deszczową zbieramy w specjalnie do tego przygotowanych zbiornikach – tłumaczy Teresa Witkowska.

Rozwiązania architektoniczne obejmują również stosowanie naturalnych, przyjaznych środowisku materiałów budowlanych, takich jak drewno, kamień czy szkło.

Rozwiązania ekologiczne są coraz bardziej przydatne, ale też coraz modniejsze. Deweloperzy stosują je coraz częściej i będą je stosować, ponieważ ludzie tego potrzebują. Ludzie są ciekawi, w jakich budynkach żyją, czy te budynki są przyjazne dla środowiska. Idziemy dalej, szukamy nowych rozwiązań, myślimy np. nad tym, aby na kolejnym naszym osiedlu przygotować WC dla psów – dodaje Teresa Witkowska.

Jak podkreśla, na ekologicznym osiedlu powinno też być jak najwięcej zielonych alejek i ścieżek rowerowych tak, żeby mieszkańcy mogli korzystać z jego oferty, nie używając samochodu.

Polacy świadomi konieczności wymiany opon na zimowe. Gorzej z dbaniem o już założone

Melania Popiel, dyrektor ds. komunikacji firmy Goodyear
Melania Popiel, dyrektor ds. komunikacji firmy Goodyear

Polacy są świadomi konieczności zmiany opon na letnie i zimowe, jednak nie zawsze dbają o zamontowane ogumienie. Wiele osób z oszczędności lub niewiedzy korzysta z opon bardzo długo, nie zwracając uwagi na poziom zużycia bieżnika. Korzystanie ze zużytych opon znacznie zmniejsza poziom bezpieczeństwa.

Według różnych badań nawet 90 proc. Polaków ma świadomość, że trzeba opony wymieniać i to robi. Mają opony na wymianę w swoich garażach albo serwisach. Nadal jednak misją każdego producenta jest to, żeby uświadamiać i przypominać o wymianie tych opon, ponieważ od tego zależy nasze życie i nasze bezpieczeństwo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Melania Popiel, dyrektor ds. komunikacji firmy Goodyear.

Popiel zwraca jednak uwagę na to, że niższa jest świadomość tego, jakie znaczenie ma dbanie o już zamontowane opony. Polacy z różnych powodów nie kupują nowych opon wystarczająco często, przez co nie brakuje kierowców jeżdżących na zużytym ogumieniu. Najbardziej wyraźną oznaką, że czas już wymienić oponę, jest zużycie bieżnika, choć wiele innych uszkodzeń może być niewidocznych.

Jak podkreśla ekspertka, na rynku nie brakuje najwyższej klasy opon. Zatem tylko właśnie od świadomości i odpowiedzialności kierowców zależy to, jak często wymieniają ogumienie. Choć Popiel ocenia, że Polacy są pod tym względem lepszymi konsumentami niż np. obywatele Wielkiej Brytanii, gdzie mało kto zmienia opony na zimowe, dane nie są optymistyczne. W 2014 r. sprzedaż opon w Polsce spadła o 2 proc. Wynikało to jednak przede wszystkim z łagodnej zimy. Sprzedaż opon zimowych spadła aż o 13 proc., podczas gdy letnich wzrosła o 11 proc.

Klimat w Polsce wręcz wymaga, żeby opony zmieniać – podkreśla Popiel. Dodaje: – Jako Polacy jesteśmy odpowiedzialni i zmieniamy opony. Ale należy jednak zwracać uwagę na to, żeby ta opona była bezpieczna, a bieżnik nie był kompletnie wykorzystany, tylko dobrej jakości, bo to nam zapewnia bezpieczeństwo.

Popiel zauważa także, że choć sprzedaż opon w Polsce nie rośnie, to zmieniają się wymagania klientów. Są one coraz wyższe, a osoby kupujące opony liczą także na fachową poradę przy doborze odpowiednich opon oraz ich profesjonalny serwis. Te słowa znajdują potwierdzenie w statystykach za ubiegły rok. Jak wynika z informacji Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego, marki premium, czyli Bridgestone, Continental i Michelin, są coraz popularniejsze wśród polskich kierowców. Średnia cena takiej opony w 2014 r. to 300 zł.

Popołudniowy komentarz walutowy z 29.05.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 29.05.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Pierwszy w Polsce ranking nieruchomości luksusowych

Sygnowany przez Poland Sotheby’s International Realty oraz magazyn Forbes

Po raz pierwszy w historii, polski rynek nieruchomości doczekał się specjalnego rankingu dedykowanego wyłącznie nieruchomościom luksusowym. Pionierski ranking przygotowany został wspólnie przez Poland Sotheby’s International Realty oraz magazyn Forbes. Zestawienie objęło 5 aglomeracji: Warszawę, Wrocław, Poznań, Kraków i Trójmiasto. Ujęto w nim 5 kategorii: luksusowe apartamenty, domy w mieście, nieruchomości historyczne i kamienice, tzw. second home, czyli drugie domy kupowane często w regionie lub destynacjach wakacyjnych, a także nieruchomości luksusowe o największym potencjale zwrotu z inwestycji. Obok prezentacji najciekawszych typów inwestycji w poszczególnych kategoriach, rankingowi towarzyszy także szereg wniosków dotyczących rynku: wyzwanie dla miast w postaci zagospodarowania brzegów rzek, kwestie rewitalizacji zabytkowych kamienic, utrzymanie przestrzeni zielonych – to tylko niektóre z wątków opracowania.

Marka Sotheby’s to na całym świecie symbol luksusu, najwyższej jakości i ekskluzywnych dóbr. Jesienią ubiegłego roku Sotheby’s International Realty (SIR), globalny nr 1 na rynku nieruchomości luksusowych, otworzył przedstawicielstwo w Warszawie. W ramach partnerstwa z Noble Bankiem, liderem bankowości prywatnej, oferuje zamożnym Polakom dostęp do najbardziej prestiżowych nieruchomości, rozsianych w Polsce i zagranicą. Specjalnie dla Magazynu Forbes, eksperci SIR Poland wskazali top lokalizacje i budynki w kategoriach nieruchomości premium.

Co to znaczy „nieruchomość luksusowa”?

Punktem wyjścia dla pierwszego w Polsce rankingu nieruchomości luksusowych było przyjęcie roboczej definicji tej kategorii. Na świecie za nieruchomość luksusową uznaje się kosztującą powyżej 1 miliona dolarów. W Polsce tą magiczną kwotą w przypadku Warszawy jest symboliczny milion złotych, w innych miastach natomiast – można już mówić o naprawdę luksusowych inwestycjach (np. apartamentach) w kwocie kilkuset tysięcy złotych. W rankingu znalazły się oczywiście również lokalizacje wyceniane na kilka czy kilkanaście milionów złotych, a eksperci Sotheby’s deklarują, że w ich ofercie znajdują się nawet perły o wartości kilkukrotnie wyższej… By zakwalifikować nieruchomość jako luksusową, kluczowa jest również prestiżowa lokalizacja i standard wykończenia, a także coraz bardziej zyskująca na znaczeniu bliskość terenów zielonych.

Dwór pod miastem czy penthouse w wysokościowcu?

Największym wyzwaniem przy tworzeniu rankingu było, zdaniem ekspertów, przyjęcie jednolitych kategorii dla wszystkich 5 wybranych do zestawienia aglomeracji. W przypadku każdego z miast rynek nieruchomości luksusowych charakteryzuje się bowiem specyficznymi, najczęściej uwarunkowanymi historycznie cechami, a podaż różnych rodzajów nieruchomości jest bardzo zróżnicowana. I tak na przykład: w Warszawie możemy mówić o bardzo szerokiej ofercie luksusowych apartamentów, pośród których klienci mogą wybierać w różnych lokalizacjach – od luksusowych wieżowców w centrum miasta po kameralną niską zabudowę na jego obrzeżach. Z kolei na wagę złota w stolicy będą nieliczne i rozchwytywane błyskawicznie apartamenty w historycznych kamienicach, z których niewiele przetrwało wojnę. Dla odmiany w miastach takich jak Wrocław czy Poznań, pięknych kamienic nie brakuje, ale większość z nich jest wciąż niezrewitalizowana. A charakterystyczne dla regionu dookoła miast są np. zabytkowe nieruchomości pałacowe czy dwory. W Poznaniu, dynamicznym regionie celującym w nieruchomościach logistycznych i biznesowych, wciąż można mówić o potrzebie rozwoju rynku ekskluzywnych apartamentów – takich inwestycji jest znacznie mniej, niż oczekiwaliby zamożni mieszkańcy. I wreszcie: w regionie Krakowa czy Trójmiasta mamy np. do czynienia z zupełnie innym niż gdzie indziej rynkiem tzw. weekendowych second homes – lokalizacje w urlopowych kurortach nad morzem czy w okolicach Zakopanego, wybierane chętnie przez najzamożniejszych Polaków ze wszystkich zakątków Polski, osiągają średnie ceny dużo wyższe niż gdzie indziej.

Wyraźnie widoczne są także trendy wspólne dla większości lub wszystkich aglomeracji. Jednym z nich jest np. diagnozowany przez ekspertów SIR wciąż niewykorzystany potencjał terenów położonych na brzegu przepływających przez miasta rzek – tzw. „waterfronts” („nad wodą/przy wodzie”), z całą infrastrukturą kanałów i marin, uznawane są dziś za przyszłość luksusowego budownictwa. Kolejnym trendem jest rosnący standard inwestycji apartamentowych – udogodnienia takie jak sauna, basen, konsultacje dekoratorów wnętrz i specjalnie projektowane tereny zielone wewnątrz enklaw, to dziś powoli oczywisty element oferty.

Finalnie twórcy rankingu zdecydowali się na zestawienie typów w 5 kategoriach:

1) luksusowe apartamenty;

2) domy w mieście;

3) nieruchomości historyczne i kamienice;

4) tzw. second home, czyli drugie domy kupowane często w regionie lub destynacjach wakacyjnych;

5) nieruchomości luksusowe o największym potencjale zwrotu z inwestycji.

W przypadku niektórych miast, szczególną uwagę poświęcono także unikalnym nieruchomościom
w regionie, np. dworom czy terenom uzdrowiskowym.

Nieruchomości pozornie nie do zdobycia…

Wszystkie wytypowane do zestawienia przez Poland Sotheby’s International Realty nieruchomości luksusowe to obiekty znajdujące się aktualnie w rynkowej ofercie. Jednocześnie…

…”Trzeba pamiętać o tym, że oferta, która jest upubliczniona np. na stronie internetowej, to wierzchołek góry lodowej. Największe perły na rynku nieruchomości luksusowych to zwykle bardzo dyskretne transakcje. W Polsce mamy setki ofert, które dotychczas nie ujrzały światła dziennego w katalogach czy na stronie internetowej. I nie ujrzą. To część naszej strategii. Mamy klientów, którzy po prostu nie chcą, by nieruchomość, którą planują sprzedać pojawiła się oficjalnie na rynku. Z różnych powodów, głównie dlatego, że należą one do osób bardzo znanych, bywalców list najbogatszych, osób rozpoznawalnych, które – ceniąc swoją prywatność – po prostu nie chcą, by transakcje były publiczne. Procedura dopięcia takiej transakcji też jest daleka od standardu – umawiamy się ze stronami na zachowanie poufności, zaś sami kupujący i sprzedający nigdy nie są przypadkowi. Może się zdarzyć, że posiadacz oferowanej nieruchomości będzie miał własne wymagania co do tego, kto może ją kupić. Element finansowy schodzi wówczas na drugi plan, wartość sentymentalna jest częścią transakcji.” – mówi Arkadiusz Wojciechowski, dyrektor zarządzający ds. rozwoju Poland Sotheby’s International Realty.

„Dobrym przykładem są np. historie klientów bankowości prywatnej, którzy marzą o domach w najbardziej prestiżowych dzielnicach dużych miast, gdzie praktycznie nie występuje już oficjalny, dostępny dla klienta z ulicy rynek. Na takie nieruchomości klienci są gotowi czekać nawet kilka lat, bo zwykle ich zakup jest realizacją marzenia, a nie pilną koniecznością. O ofertach wiedzą tylko naprawdę wyspecjalizowani znawcy – i tylko oni są w stanie je znaleźć. Klient, który chce kupić mieszkanie np. w konkretnej, prestiżowej kamienicy w Warszawie czy dom w konkretnym kwartale Żoliborza, nie znajdzie ich przez internet. To czasem podaż, którą trzeba wykreować – a to można zrobić tylko mając szeroką siatkę kontaktów. Znając klientów, jesteśmy też w stanie gwarantować jednym i drugim, nabywcy i sprzedającemu, że rozmawiają z poważnym partnerem. Bank jest także w stanie wesprzeć finansowo zakup nieruchomości” – dodaje Mariusz Latek, dyrektor zarządzający obszarem private banking w Noble Banku (cyt. za Forbes).

Kontekst biznesowy: rynek nieruchomości luksusowych w Polsce

Jak wynika z danych firmy KPMG oraz Euromonitor International, dynamicznie rośnie wartość całego polskiego rynku dóbr luksusowych – według prognoz, w 2016 roku osiągnie poziom blisko
12,9 mld zł, co oznacza wzrost o 20% w stosunku do 2013 roku. Segment nieruchomości luksusowych jest jednym z tych, gdzie można spodziewać się w tym okresie największej dynamiki – nawet do niemal 30% na plus. Co ważne, rozwój tego sektora jest naturalną pochodną dojrzewania i rozwoju gospodarki, podąża za wzrostem liczby milionerów. Tymczasem do końca najbliższej dekady jej liczebność w Polsce może wzrosnąć nawet o kilkadziesiąt procent.

Przy tej korelacji trendów, naturalną tendencją będzie wzrost popytu właśnie na nieruchomości luksusowe. Od setek lat są one tradycyjnie jednym z żelaznych elementów portfela inwestycyjnego najbogatszych, dając mu stabilne oparcie i stanowiąc bezpieczną lokatę kapitału. Ponadto, apetyt na posiadanie prestiżowych domów czy wakacyjnych apartamentów w Polsce lub zagranicą jest naturalną konsekwencją zmian w stylu życia najzamożniejszych Polaków. „Trendy, które zauważamy na polskim rynku raczej nie odbiegają już dziś od światowych. Najzamożniejsi ludzie w Polsce, tak jak milionerzy na świecie, posiadają średnio trzy nieruchomości – częsty schemat to nieruchomość w stolicy, druga w rodzinnym regionie lub pod Warszawą i trzecia wakacyjna – w polskich kurortach lub zagranicą. Coraz częściej w tym ostatnim przypadku kończy się na obu – np. apartamencie nad polskim morzem czy domu na Mazurach, ale też rozważaniu inwestycji np. na francuskiej Rivierze czy w Toskanii, gdzie apartament może kosztować już tyle samo co np. na Helu, a czas podróży samolotem jest niemal porównywalny” – mówi Arkadiusz Wojciechowski, dyrektor zarządzający ds. rozwoju Poland Sotheby’s International Realty.

Ranking nieruchomości luksusowych – top lokalizacje wskazuje Poland Sotheby’s International Realty

Trójmiasto:

  1. luksusowe apartamenty: Gdynia Orłowo oraz okolice Świętojańskiej, Placu Kaszubskiego
    i skweru Kościuszki (apartamenty Art Deco i Baltiq Plaza; apartamenty w wieżowcu Transatlantyk); Sopot – kamienica „Na Fali”
  2. domy w mieście – Gdynia Kamienna Góra; Gdańsk Oliwa; Sopot – domy przy plaży, przy
    Al. Wojska Polskiego, ul. Drzymały lub Traugutta
  3. nieruchomości historyczne i kamienice: Lwi Zamek w Gdańsku, sopocka Willa Krystyna, Garnizon – inwestycja na terenie wrzeszczańskich koszar
  4. second home: Półwysep Helski (np. North House/ Hel czy ul. Mestwina w Juracie); Szwajcaria Kaszubska; ożywające w sezonie osiedla: Neptun Park w Jelitkowie i Parkur w Sopocie
  5. potencjał inwestycyjny: Oliwa, Przymorze, Wrzeszcz; Stare Miasto (nowe apartamentowce wokół gdańskiej Starówki, mieszkania w kamienicach; Dolne Miasto); okolice molo w Brzeźnie
  6. Dodatkowo: piękne dwory i pałace w regonie, np. Sasino

Wrocław

  1. luksusowe apartamenty: najwyższy w Polsce budynek mieszkalny – Sky Tower; Ovo Wrocław
  2. domy w mieście: domy i rezydencje na Karłowicach (np. Willa Walentyna); Zacisze i Zalesie
    (np. osiedle Concerto Verona); Osiedle Malownicze
  3. nieruchomości historyczne i kamienice: Pałac Alexandrów, Wieża Ciśnień, Kamieniczki na Rynku
  4. second home: nieruchomości w dolnośląskich kurortach – Polanicy-Zdroju, Dusznikach, Kudowie, Lądku Zdrój; apartamenty w miejscowościach górskich – Szklarska Poręba, Karpacz, Zieleniec, Czarna Góra; Sobótka i okolice
  5. potencjał inwestycyjny: Przedmieście Oławskie (kamienice objęte planem rewitalizacji oraz okolice rzeki), okolice Placu Grunwaldzkiego (odnawiane kamienice oraz nowe inwestycje, np. Wyspiańskiego 11); apartamenty na Rynku

Kraków

  1. luksusowe apartamenty: Angel Wawel z jego największym w Polsce penthouse, Harmonica House, Apartamenty Twardowskiego
  2. domy w mieście: domy w okolicach zachodniej Woli Justowskiej oraz północno-zachodnia część Krakowa z miejscowościami Zabierzów i Zielonki, a także Sarni Stok, Rząska
  3. nieruchomości historyczne i kamienice: pięknie zrewitalizowane inwestycje np. przy ul. Rakowickiej 8 lub Ariańskiej 4 i 6
  4. second home: najbardziej pożądanymi kierunkami, oprócz oczywiście Zakopanego, są: Rabka-Zdrój, Czorsztyn, okolice Bukowiny Tatrzańskiej
  5. potencjał inwestycyjny: Browar Lubicz – przykład świetnej rewitalizacji postindustrialnych budynków; Nadwiślańska 11
  6. Dworki – np. piękny dwór w Winiarach Wiślickich

Poznań

  1. luksusowe apartamenty: inwestycje przy ul. Strzeleckiej oraz ul. Sikorskiego i ul. 28 czerwca 1956 roku, Nickel Development, projekt Botaniczna
  2. domy w mieście: Sołacz, Stary Grunwald oraz Winogrady i okolice Parku Cytadela
  3. nieruchomości historyczne i kamienice: ekskluzywne powierzchnie rewitalizowanej kamienicy przy ul. Młyńskiej 12; rewitalizowane kamienice przy ul. Wodnej oraz ul. Św. Wojciech
  4. second home: piękne dwory i pałace: np. w okolicach Obornik w Wielkopolsce; pałac w Krześlicach; dwór w Separowie
  5. potencjał inwestycyjny: Jeżyce, z piękną zabudową i kamienicami; Wilda; Górczyn (np. ulice Daleka, Bosa, Knapowskiego, Sielska)

Warszawa:

  1. luksusowe apartamenty: Rezydencja Opera, Apartamenty Powiśle, Złota 44
  2. domy w mieście: Kolonia Profesorska, Wilanów (np. ul. Biedronki), Stary Mokotów
  3. nieruchomości historyczne i kamienice: Mokotowska 8, modernistyczna kamienica przy Noakowskiego, Hoża 50
  4. second home: Konstancin-Jeziorna, Cosmopolitan (jako miejski apartament dla zamożnych warszawiaków, mieszkających w rezydencjach pod miastem czy biznesmenów z innych dużych miast, którzy chcą zostać np. na noc w stolicy)
  5. potencjał inwestycyjny: Śródmieście Południowe, Stara Praga, Wola

Gospodarka przyspiesza, firmy zwiększają inwestycje

PKB wzrósł w pierwszym kwartale 2015 r. o 3,6 proc. – GUS skorygował w górę swój szybki szacunek z połowy maja.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

PKB wzrósł o 3,6 proc. dzięki spożyciu, inwestycjom i eksportowi netto. Gdyby nie bardzo silny spadek zapasów – o 11,9 proc. – wzrost gospodarki byłby wyższy.
Wzrost spożycia indywidulanego o 3,1 proc., inwestycji o 11,4 proc., zdecydowanie szybszy wzrost eksportu niż importu przy jednoczesnym głębokim spadku zapasów pokazuje nam następujący obraz gospodarki:

– rosnące zatrudnienie (w sektorze przedsiębiorstw w 1 kwartale br. o 1,1 proc.) i wynagrodzenia (nominalnie o 4 proc., a realnie o ponad 5,5 proc., co łącznie ze wzrostem zatrudniania dało blisko 7 proc. realny wzrost funduszu płac), wpłynęły na wyższą skłonność gospodarstw domowych do konsumpcji, która zaowocowała wyższym o 3,1 proc. wzrostem spożycia indywidulanego niż w 1. kwartale 2014 r.;

– rosnący popyt konsumpcyjny i eksport doprowadził do zwiększenia i tak już wysokiego wykorzystania mocy wytwórczych. Skala tego popytu chyba zaskoczyła przedsiębiorstwa o czym świadczy siła spadku zapasów (o 11,9 proc.). Przy wysokim poziomie wykorzystania mocy wytwórczych (z badań NBP wynika, że w przetwórstwie przemysłowym i w usługach jest to ponad 81 proc., a w budownictwie blisko 85 proc.) jedyną szansą na szybkie dostosowanie się do rosnącego popytu jest wykorzystanie zapasów. Ale oznacza to także konieczność podjęcia inwestycji, bo zapasy nie będą w stanie wspierać podaży dłużej niż 2-3 miesiące;

– dlatego przedsiębiorstwa uruchomiły nowe inwestycje i to na skalę porównywalną z 1. kwartałem ubiegłego roku. Tak silny ich wzrost (przy wysokiej bazie) zwiększy potencjał wytwórczy gospodarki. Niezbędne będzie bowiem sprostanie rosnącemu popytowi krajowemu (konsumpcyjnemu i inwestycyjnemu) oraz zagranicznemu, a także odbudowa zapasów;
– poprawiająca się sytuacja w większości krajów UE, a przede wszystkim u naszych głównych partnerów handlowych, ale także (a może przede wszystkim) zdolność firm działających na polskim rynku do konkurowania na rynkach zewnętrznych, dała pozytywny efekt – silny, 8- procentowy wzrost eksportu. Jednocześnie import nie rósł tak szybko, mimo umacniania się złotego w 1. kwartale

Co nas czeka w 2. kwartale i całym 2015 r.? Na pewno dalszy wzrost popytu na pracę (wzrost zatrudnienia) i wzrost wynagrodzeń. Oznacza to, że przedsiębiorcy muszą przyjąć, że w 2. i kolejnych kwartałach br. mogą mieć kłopoty z pozyskaniem pracowników o potrzebnych im kwalifikacjach i kompetencjach (m.in. specjalistów IT, specjalistów od logistyki, inżynierów, techników, energetyków). A to oznacza silniejszy niż dotychczas wzrost wynagrodzeń, szczególnie w tych grupach zawodowych, które będą najbardziej poszukiwane.
Rosnąć będą także inwestycje. Niezbędne będzie odbudowywanie istotnie uszczuplonych w 1. kwartale br. zapasów. Ale rosnąć będzie także silniej import.
Obraz polskiej gospodarki po 1. kwartale 2015 r. (struktura wzrostu PKB) wskazuje, że jest szansa na wzrost nie 3,6-3,7 proc. co prognozowałam jeszcze niedawno, ale na wzrost o 0,1-0,2 punktu procentowego wyższy.

Konfederacja Lewiatan