Wiceminister Podedworna-Tarnowska na kongresie brokerów

Zasady konkurencji w pośrednictwie ubezpieczeniowym, rola ubezpieczyciela w gospodarce oraz konkurencja i współpraca w ubezpieczeniach to niektóre tematy XVIII Kongresu Brokerów, który odbywa się Rawie Mazowieckiej w dniach 28-30 maja pod hasłem „Konkurencja i konkurencyjność na rynku ubezpieczeniowym”. W spotkaniu 28 maja br. wzięła udział wiceminister finansów Dorota Podedworna-Tarnowska.

Minister podziękowała środowisku brokerskiemu za kształtowanie i upowszechnianie zasad etyki zawodowej w działalności pośrednictwa ubezpieczeniowego i reasekuracyjnego oraz wkład w rozwój rynku ubezpieczeniowego i ochronę interesów konsumenckich. „Od liczby brokerów działających na rynku, ich pracy i zaangażowania oraz umiejętności sprawnego i rzetelnego identyfikowania ryzyka oraz od aktywności na rynku ubezpieczeniowym zależy w dużej mierze rozwój sektora ubezpieczeń” ¬– oceniła Dorota Podedworna-Tarnowska. Wskazała też, że rozwój całego rynku ubezpieczeniowego oraz silna konkurencja wewnątrz środowiska brokerskiego nakłada na tę grupę konieczność stałego podnoszenia standardów jakości usług.

Minister przypomniała o rozwiązaniach obowiązujących od 10 sierpnia 2014 r., kiedy weszła w życie ustawa z dnia 9 maja 2014 r. o ułatwieniu dostępu do wykonywania niektórych zawodów regulowanych (zwana II transzą deregulacyjną). Ułatwiła ona podjęcie i wykonywanie działalności brokera ubezpieczeniowego i reasekuracyjnego. Zniesiono m.in. konieczność zdawania egzaminu brokerskiego przez osoby, które przez co najmniej 5 lat wykonywały czynności bezpośrednio związane z czynnościami brokerskimi w zakresie ubezpieczeń (lub w zakresie reasekuracji) w okresie 10 lat bezpośrednio poprzedzających złożenie wniosku oraz posiadają pozytywną opinię brokera ubezpieczeniowego, pod kierunkiem którego wykonywały wyżej wskazane czynności. Egzaminu nie muszą zdawać również osoby, które Komisja Egzaminacyjna dla Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych zwolni z tego obowiązku. Chodzi o ukończenie uznanych przez ww. Komisję studiów wyższych, na których osoby te zdały egzaminy w formie pisemnej, a od ukończenia studiów nie upłynęło więcej niż 3 lata. Odpowiednio do zmian w ustawie o pośrednictwie ubezpieczeniowym wydano nowe akty wykonawcze.

12 czerwca 2014 r. opublikowana została Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 15 maja 2014 r. w sprawie rynków instrumentów finansowych (MiFID 2), która wprowadziła m.in. nowe przepisy do dyrektywy z dnia 22 maja 2003 r. w sprawie pośrednictwa ubezpieczeniowego (IMD1). Jak przypomniała minister Podedworna-Tarnowska, miały one za zadanie przede wszystkim podniesienie poziomu ochrony ubezpieczających oraz poprawienie praktyki dotyczącej sprzedaży produktów inwestycyjnych opartych na ubezpieczeniach. Nowelizacja polegała na dodaniu do dyrektywy IMD1 definicji produktu inwestycyjnego opartego na ubezpieczeniu oraz przepisów, które odnoszą się do konfliktów interesów, ogólnych zasad i informacji przekazywanych klientom. Pośrednik ubezpieczeniowy i zakład ubezpieczeń będą zobowiązani do postępowania w sposób uczciwy, rzetelny i profesjonalny, zgodnie z najlepiej pojętym interesem swoich klientów, a przekazywane przez nich informacje, w tym materiały informacyjne, nie mogą wprowadzać w błąd.

„Na poziomie Unii Europejskiej toczą się zaawansowane prace nad projektem dyrektywy w sprawie dystrybucji ubezpieczeń (IMD2). Jej celem jest zapewnienie równych zasad działania wszystkim uczestnikom zajmującym się sprzedażą produktów ubezpieczeniowych oraz zwiększenie poziomu ochrony osób ubezpieczonych” – powiedziała Dorota Podedworna-Tarnowska. Projekt dyrektywy przewiduje m.in. rozszerzenie stosowania pierwotnej dyrektywy w sprawie pośrednictwa ubezpieczeniowego na wszystkie kanały dystrybucji. Projektowany akt ma regulować także obowiązki informacyjne względem konsumentów. Poza obowiązkiem przekazywania informacji w sposób zrozumiały, uczciwy, jasny i niewprowadzający w błąd, zgodnie z najlepszym interesem konsumenta, wprowadzi także dodatkowe obowiązki względem klientów (np. obowiązek ujawniania charakteru i natury wynagrodzenia). Dodatkowo podmiot oferujący ubezpieczeniowy produkt inwestycyjny będzie zobowiązany do poinformowania konsumenta o ryzyku związanym z przyjęciem proponowanych strategii inwestycyjnych.

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 29.05.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Wielkość powierzchni handlowej w Polsce przyrasta dużo szybciej niż wydatki konsumentów

W latach 2011-2014 wskaźnik GLA, czyli wskaźnik łącznej powierzchni najmu w centrach handlowych w Polsce zwiększył się o blisko jedną trzecią – z 8,4 mln do 11,1 mln metrów kwadratowych.

W dużych miastach największy przyrost wskaźnika GLA odnotowano w Krakowie (o ponad 25 proc.), Szczecinie (o 30 proc.), Katowicach (o 30 proc.), Lublinie (o 50 proc.) oraz w Rzeszowie (o ponad 60 proc.). Równocześnie dynamika przyrostów wydatków konsumentów w tych miastach była niewspółmiernie mała. Na przykład w Lublinie przyrost wydatków w handlu był pięciokrotnie, a w Rzeszowie sześciokrotnie niższy niż przyrost wskaźnika powierzchni najmu (GLA). Trafne rozpoznanie rzeczywistej strefy oddziaływania oraz zamieszkującej ją grupy docelowej, jej potencjału i potrzeb, to główne wyzwania stojące przed menadżerami centrów handlowych w procesie poszukiwania skutecznego sposób na prowadzenie efektywnego pozycjonowania zarządzanej przez nich powierzchni handlowej.

Intensywna rozbudowa dostępnej powierzchni handlowej zmieniła ranking nasycenia powierzchnią najmu GLA na 1000 mieszkańców, szczególnie w miastach o liczbie ludności w przedziale 100-500 tys. W ciągu 3 analizowanych lat (2011-2014) z pierwszej dziesiątki miast o największym nasyceniu GLA wypadły: Wałbrzych, Tarnów i Zielona Góra. Ich miejsce zajęły Katowice, Kalisz i Lublin.

Analizując jakość istniejącej powierzchni handlowej, szczególnie warto przyjrzeć się dwóm miastom: Lublinowi, w którym nastąpił dwukrotny wzrost wskaźnika GLA oraz Rzeszowowi, w którym wskaźnik GLA wzrósł o dwie trzecie. Równocześnie w obu miastach siła nabywcza mieszkańców dla handlu detalicznego w ciągu ostatnich 3 lat wzrosła o około 10 proc. – w Rzeszowie o 9,9 proc., w Lublinie o 10,2 proc. Powyższe zestawienie jest ilustracją ogólnopolskiej tendencji nienadążania wzrostu wydatków konsumentów w handlu za przyrostem dostępnej powierzchni handlowej. W Lublinie przyrost wydatków w handlu jest pięciokrotnie niższy niż przyrost powierzchni handlowej, a w Rzeszowie sześciokrotnie niższy. Oznacza to, że nieznacznie wzrastająca pula pieniężna będąca w dyspozycji konsumentów, przypada na dynamicznie przyrastającą podaż oferty.

Mimo tych niekorzystnych tendencji centra handlowe w miastach o takich dysproporcjach mogą sprawnie funkcjonować. Analizowane rynki centrów handlowych należy traktować jak rynki posegmentowane, zarówno ze względu na typy obiektów, jak i typy grup docelowych.
W ujęciu ze względu na typy obiektów wyróżnić można dwa ich segmenty (celowo pominięto parki handlowe): segment klasyczny, czyli miejskie galerie handlowe, oferujące klientom nie tylko możliwość zakupów, ale również spędzenie wolnego czasu (kino, kręgle czy szersza oferta food court) oraz tzw. segment attached malls, których cechą wyróżniającą jest oferta hipermarketowa. W obu miastach nasycenie wskaźnikiem GLA w obu segmentach kształtuje się następująco:

Nasycenie_GLA_mieszkancow.png

Analiza obiektów w Lublinie uwidacznia dodatkowy podział segmentu klasycznego na 2 dodatkowe typy – obiekty śródmiejskie o nasyceniu 180 m2 na 1000 mieszkańców oraz obiekty peryferyjne o nasyceniu 396 m2 na 1000 mieszkańców. Każdy typ segmentu przyciąga inne grupy klientów, co ilustruje ważność właściwej oceny potencjału wskaźnika catchment area oraz analizy nasycenia lokalnych rynków, ich uprzedniego posegmentowania ze względu na typ centrów handlowych oraz typ ich grup docelowych.

W przypadku rynków wysoce nasyconych powierzchnią handlową należy odejść od, nierzadko mylącego, wskaźnika GLA na 1000 mieszkańców, na rzecz wskaźnika GLA na 1000 reprezentantów grupy docelowej. By tego dokonać, niezbędne jest przeanalizowanie siły oddziaływania obiektu handlowego i wynikający z niej potencjał rzeczywistego wskaźnika catchment area (zasięg, liczba potencjalnych klientów), zwyczajów zakupowych konsumentów, ich racjonalnych i emocjonalnych potrzeb związanych z zakupami oraz selekcji strategicznych i drugorzędnych grup docelowych wraz z definicją sposobów dotarcia. Tak przeprowadzone rozpoznanie rynku daje gwarancję posiadania pełnej wiedzy o tym, jaki ten rynek jest, jakimi prawami się rządzi, jaką pozycję posiadają obiekty konkurencyjne, kto jest rzeczywistym konkurentem, jak duży jest rynek konsumencki i ile jest wart, jakie ma oczekiwania, jakie cechują go zwyczaje zakupowe i styl życia. Pozyskana wiedza stanowi wstęp do prawidłowego pozycjonowania obiektu handlowego – zarówno nowego, jak i takiego, który wymaga remodellingu.

Największe wyzwania bezpieczeństwa IT dotyczące użytkowników wewnętrznych według polskich managerów IT

BalaBit IT Security prezentuje wyniki ankiety przeprowadzonej podczas warszawskiego VIII Forum Bezpieczeństwa i Audytu IT – SEMAFOR 2015 wśród praktyków bezpieczeństwa IT. Blisko 60 proc. ekspertów przyznało, że największym wyzwaniem dla bezpieczeństwa IT jest skuteczne wykrywanie i śledzenie podejrzanego zachowania użytkowników oraz zapobieganie groźnym incydentom.

Respondenci wskazali w ankiecie największe wyzwania bezpieczeństwa IT. Wśród nich wymienili według liczby wskazań:

  • Wykrywanie/ śledzenie podejrzanego zachowania użytkowników oraz zapobieganie incydentom – blisko 60 proc. badanych specjalistów ds. bezpieczeństwa IT wskazało, że jest to największe wyzwanie w ich pracy
  • Kontrola działalności administratorów systemu i superużytkowników (57 %)
  • Kontrola aktywności strony trzeciej, zewnętrznych partnerów usług IT (42 %)
  • Wsparcie wewnętrznych procesów biznesowych organizacji (np. raportowania) (38 %)
  • Przyspieszenie audytów IT i całego procesu dochodzenia śledczego (27 %)
  • Zmniejszenie kosztów zapewnienia zgodności organizacji z przepisami, regulacjami itp. (19 %)

Monitoring to podstawa

Ponad 93 % badanych profesjonalistów bezpieczeństwa IT przyznaje, że monitoring superużytkowników, takich jak administratorzy, może zwiększyć poziom bezpieczeństwa systemu IT ich firm.

Według respondentów organizacje chronią się przed wewnętrznymi cyberatakami między innymi za pomocą:

  • Firewalli, IDS/IPS – 86 % badanych
  • Systemu zarządzania prawami dostępu i menadżera haseł – 64 %
  • Rozwiązań do monitoringu aktywności użytkowników – 58 %

To niepokojące, że tak wielu specjalistów IT wciąż ignoruje czynnik ludzki i nie bierze go jako priorytet przy planowaniu oraz modernizacji fizycznej i wirtualnej infrastruktury IT. Najczęściej używanym rozwiązaniem są firewalle, które są całkowicie nieskuteczne wobec ataków ukierunkowanych, zwłaszcza APT lub ataków wewnętrznych. Jak wynika z doniesień medialnych, tego typu ataki są coraz częstsze i nie są tylko naruszeniem bezpieczeństwa danych, ale także najbardziej kosztownymi w skutkach cyberatakami.” – powiedział Zoltán Györkő, prezes BalaBit IT Security.

Od alertu do ataku

Dodatkowo podczas ankiety zapytano profesjonalistów IT ile otrzymują dziennie alertów bezpieczeństwa. Więcej niż co czwarty respondent otrzymuje ponad 100 alertów bezpieczeństwa dziennie, a blisko 60 proc. mniej niż 50. Zespoły bezpieczeństwa IT w dużych polskich firmach składają się przeważnie od 5 do 10 specjalistów, którzy codziennie stoją przed wyzwaniem, badając wszystkie alerty bezpieczeństwa. Przeciętnie mają mniej niż 10 minut na alert, aby zadecydować, czy jest to atak (na przykład wyrafinowany atak APT) i wymaga dalszych badań, czy też nie. Nic dziwnego, że ponad 76 proc. firm już odczuła efekty ataków cybernetycznych (nie mamy informacji o niewykrytych, a obecnie trwających atakach). Natomiast blisko 80 proc. specjalistów ds. bezpieczeństwa IT stwierdziło, że w czasie rzeczywistym wykrywa się mniej niż co czwarty skuteczny cyberatak na firmowy system IT.

Według firmy BalaBit, automatyzacja jest priorytetem – maszyny mogą wykonać większość prac analitycznych, wybierając nietypowe działania na podstawie predefiniowanych reguł i samokształcących się algorytmów. Pozwoli to specjalistom bezpieczeństwa IT skoncentrować się na zadaniach, które wymagają ludzkiej inteligencji, tym samym podnosząc ogólna wydajność ich pracy.

O ankiecie

BalaBit IT Security przeprowadził badanie podczas warszawskiego VIII Forum Bezpieczeństwa i Audytu IT – SEMAFOR 2015 wśród praktyków bezpieczeństwa IT. Odpowiedzi udzieliło ponad 100 praktyków bezpieczeństwa IT, w tym dyrektorzy działów IT i bezpieczeństwa IT, administratorzy systemów, menadżerowie i inni pracownicy działów IT polskich firm. Ponad 60 proc. respondentów pracuje w dużych organizacjach zatrudniających ponad 500 osób, 27 proc. w średnich firmach, a 13 % w małych.

Reprezentowali następujące branże: IT/ Telco – 42 proc. badanych, finanse 27 proc., administracja państwowa 9 proc., przemysł wytwórczy 4 %, handel 3 %.

O FIRMIE BALABIT IT SECURITY

BalaBit IT Security jest innowacyjną europejską firmą bezpieczeństwa informacji, specjalizującą się w rozwiązaniach technologicznych do zarządzania rejestrami zdarzeń oraz monitoringu aktywności uprzywilejowanej. Chroni klientów przed wewnętrznymi i zewnętrznymi zagrożeniami oraz wspiera organizacje w realizacji wymogów bezpieczeństwa i realizacji standardów zgodnych z normami prawnymi.

Zgodnie z ostatnim rankingiem Deloitte Technology Fast 50, BalaBit charakteryzuje się najdynamiczniejszym wzrostem wśród firm bezpieczeństwa IT w Europie Centralnej. Centrala firmy znajduje się w Luksemburgu, a lokalne oddziały są we Francji, Niemczech, Rosji, Wielkiej Brytanii i w USA. Firma współpracuje z partnerami z całego świata w ponad 40 krajach. Główny dział badań i rozwoju oraz globalne centrum wsparcia znajduje się na Węgrzech. BalaBit obsługuje klientów z całego świata w tym aż 23 największe firmy z listy Fortune 100.

Firma historycznie znana dzięki rozwiązaniu syslog-ng™, które służy do zarządzania rejestrami zdarzeń (logami) i aktualnie z niego korzysta ponad 1 milion organizacji na całym świecie. Pierwotnie tylko w wersji open source rozwiązanie syslog-ng™ jest podstawą rozwoju firmy BalaBit. Obecnie flagowym produktem firmy jest Shell Control Box™, innowacyjne rozwiązanie do monitoringu aktywności uprzywilejowanej.

Konferencja NIK o stanie ochrony zwierząt w Polsce

W auli SGGW zorganizowana została konferencja na temat stanu ochrony zwierząt w Polsce. Celem konferencji było zdiagnozowanie sytuacji i sformułowanie wniosków służących poprawie ich ochrony. W Konferencji wzięli udział przedstawiciele organów administracji rządowej (ministrowie z MEN i MAiC) i samorządowej oraz organizacji pozarządowych.

W ostatnich miesiącach w Najwyższej Izbie Kontroli powstała Rada do Spraw Wspierania Działań na Rzecz Ochrony Zwierząt. W jej skład, obok kontrolerów z NIK, weszli także eksperci zajmujący się problematyką opieki nad zwierzętami oraz przedstawiciele organizacji pozarządowych. Rada ma formułę otwartą, będą do niej zapraszane kolejne osoby i organizacje, którym bliska jest tematyka ochrony zwierząt.

Najwyższa Izba Kontroli od wielu lat interesuje się problemem opieki nad bezdomnymi zwierzętami. Z roku na rok przybywa porzucanych zwierząt. Ich liczba wzrosła od 2005 r. o ponad 25 procent. Na szczęście wzrasta też liczba adopcji. Wnioskami z raportów NIK zainteresowali się nie tylko parlamentarzyści, ale przede wszystkim przedstawiciele organizacji pozarządowych. Zainspirowali oni Izbę do zorganizowania konferencji w gronie ekspertów i samorządowców na temat opieki nad bezdomnymi zwierzętami.

Co wynika z dotychczasowych kontroli NIK?

  • W ponad 60 proc. gmin odławiano zwierzęta bez zapewnienia im miejsc w schroniskach. Odławianie psów i kotów „donikąd”, przy równoczesnym braku ich znakowania (czipowania) otwierało drogę do uśmiercania zwierząt lub wywożenia i wypuszczania ich w sąsiednich powiatach, względnie – prowadziło do umieszczania zwierząt w przepełnionych i nie zawsze zapewniających właściwe warunki schroniskach.
  • 60 proc. gmin zlecało odławianie zwierząt podmiotom, które nie miały wszystkich wymaganych prawem zezwoleń.
  • 80 proc. wszystkich pieniędzy teoretycznie przeznaczonych na opiekę nad zwierzętami w rzeczywistości trafiało do firm odławiających bezdomne zwierzęta. Na tej dość specyficznie rozumianej „opiece” nad zwierzętami zarabiają więc głównie hycle.
  • 30 proc. pieniędzy przeznaczonych na opiekę nad zwierzętami wydano nielegalnie (płacąc firmom, które nie miały odpowiednich zezwoleń na wyłapywanie zwierząt i nie zapewniały im miejsc w schroniskach) lub niegospodarnie (płacąc schroniskom, które nie potrafiły zapewnić nawet minimalnych standardów opieki nad zwierzętami).
  • Połowa skontrolowanych gmin nie sprawdzała, co działo się ze schwytanymi, odłowionymi bezdomnymi zwierzętami.
  • W umowach z hyclami i schroniskami 60 proc. gmin nie zawarło żadnych wymagań dotyczących standardów opieki nad zwierzętami.
  • 80 proc. gmin nie żądało od schronisk prowadzenia rzetelnych rejestrów przyjętych zwierząt, co ułatwiało – oględnie mówiąc – nierzetelną opiekę. Tylko nieliczne gminy znakowały (czipowały) bezdomne zwierzęta.
  • Ponad 60 proc. schronisk nie prowadziło rzetelnie ewidencji, a bez pełnej dokumentacji niemożliwe jest śledzenie przez gminy dalszych losów zwierząt umieszczanych w schroniskach lub oddawanych do adopcji. Bez odpowiednich rejestrów utrudnione jest także sprawdzanie prawidłowości wykorzystania środków publicznych przeznaczanych na ochronę zwierząt.
  • Ponad 80 proc. schronisk nie zapewniło odpowiednich warunków dla przyjętych zwierząt – głównie z powodu przepełnienia. Zdarzało się, że część wyłapywanych zwierząt była umieszczana w placówkach nieobjętych nadzorem weterynaryjnym (przytuliskach, hotelach itp.), gdzie często doświadczały okrutnego traktowania. Schroniska nie były w stanie zapewnić zwierzętom godnych warunków bytowania. Psy i koty nie miały odpowiednich pomieszczeń, legowisk ani wybiegów (w 71 proc. schronisk), przebywały w złych warunkach sanitarnych – zanieczyszczonych odchodami kojcach i boksach (w 43 proc. schronisk), często były źle karmione (w 21 proc. schronisk), a nawet narażone na zranienia.
  • Gminy, szczególnie małe, nie radziły sobie z problemem bezdomności zwierząt, głównie z powodu nieskutecznych działań ograniczających rozrodczość oraz braku schronisk bądź ich przepełnienia.
  • Niektóre samorządy, na szczęście nieliczne, wpadły na pomysł, że wszystkie bezdomne zwierzęta stanowią zagrożenie i nie zapewniały im w ogóle miejsc w schroniskach – zgadzając się tym samym na uśmiercanie psów i kotów przez hycli.
  • Obowiązkowo sterylizowano zwierzęta tylko w dwóch skontrolowanych schroniskach i dotyczyło to głównie zwierząt przeznaczonych do adopcji.

W związku ze stwierdzonymi nieprawidłowościami NIK sformułowała wnioski, które dotyczyły:

  • ustawowego obowiązku rejestracji i znakowania zwłaszcza bezdomnych psów (tzw. czipowanie), co pozwoliłoby na śledzenie losów wyłapywanych zwierząt, a także sprawdzanie, czy trafiły do schroniska oraz kiedy oddano je do adopcji. Czipowanie pomogłoby również w rozliczaniu schronisk z przekazanych im pieniędzy;
  • prawnego wymogu umożliwiającego prowadzenie schroniska pod warunkiem uprzedniego wydania przez inspekcję weterynaryjną decyzji stwierdzającej spełnienie przez organizatora wszystkich niezbędnych warunków;
  • ustawowego obowiązku zawierania w umowach z hyclami i schroniskami precyzyjnych wymagań dotyczących opieki nad zwierzętami. Gminy muszą też mieć możliwość – i chęć – zagwarantowania sobie w umowach prawa do prowadzenia w schroniskach kontroli;
  • wprowadzenia ustawowego obowiązku opieki nad bezdomnymi zwierzętami (co w kompleksowym procesie uczyni z wyłapywania tylko pierwszy etap opieki, którego następstwem będzie umieszczenie bezdomnego zwierzęcia w schronisku i przeprowadzenie adopcji), zamiast dotychczasowego obowiązku ochrony przed zwierzętami (co prowadziło do wyłapywania psów i kotów, dla których nie było miejsc w schroniskach);
  • ustanowienie gminnych programów opieki nad bezdomnymi zwierzętami aktami prawa miejscowego (co znacząco ułatwi egzekwowanie uchwalonych przepisów).

Wprowadzenie zaproponowanych przez NIK wniosków zależy w dużej mierze od administracji rządowej, w tym od Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji (stąd obecność jego przedstawicieli) oraz przede wszystkim od posłów i senatorów ze wszystkich ugrupowań.

NIK wraz z Radą, organizując przy pomocy SGGW konferencję, zdaje sobie sprawę jak ważna jest świadomość praw zwierząt oraz edukacja – wychowanie do dojrzałych, pełnych empatii postaw. „Zwierzę nie jest rzeczą” – trzeba o tym stale przypominać. Dlatego też w konferencji wzięli udział m.in. etycy (prof. Magdalena Środa) oraz przedstawiciele MEN.

Jedną z rekomendacji płynących z konferencji jest zwrócenie uwagi na to, jak ważnym środkiem w przeciwdziałaniu bezdomności zwierząt jest ograniczanie ich rozrodczości oraz promowanie adopcji. Prelegenci z organizacji pozarządowych oraz przedstawiciele samorządu mówili o swoich doświadczeniach w tym zakresie.

Ukraińcy kupują w Polsce coraz więcej mieszkań

W 2014 r. Ukraińcy kupili w Polsce o 30 proc. więcej mieszkań niż rok wcześniej. Jeśli tak dalej pójdzie, to za rok nabędą więcej lokali niż Niemcy, którzy przez ostatnie lata byli najbardziej aktywnymi inwestorami. Najpopularniejszym miastem jest dla obcokrajowców Warszawa.

Z raportu opublikowanego przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wynika, że w 2014 r. cudzoziemcy kupili w Polsce 170 tys. metrów kwadratowych mieszkań. Przy założeniu, że mieszkanie ma 50-55 mkw. oznacza to zakup 3-3,5 tys. lokali. Najwięcej, bo prawie 18 proc., to inwestycje dokonane przez obywateli Niemiec, którzy kupili 30,2 tys. mkw. mieszkań, o 4 proc. więcej niż rok temu.

Warto jednak zwrócić uwagę na Ukraińców, którzy wg zestawienia MSW znajdują się na drugim miejscu na liście cudzoziemców kupujących w Polsce mieszkania. W ubiegłym roku nabyli oni 24,1 tys. mkw. mieszkań, co oznacza wzrost rok do roku o 30 proc. i ponad 14 proc. łącznego metrażu zakupów cudzoziemców będących osobami fizycznymi. W 2013 r. odsetek ten stanowił 11,4 proc., a w 2006 r. było to poniżej 5 proc. Tak dynamiczna zmiana jest prawdopodobnie związana z niestabilną sytuacją w ich kraju i atrakcyjnością polskiego rynku należącego do Unii Europejskiej.

W dalszym kręgu krajów, których obywatele kupują w Polsce najwięcej mieszkań są Wielka Brytania, Francja, Włochy, Białoruś i Rosja. Rosjanie odpowiadają za niespełna 4 proc. powierzchni mieszkań kupionych w ubiegłym roku przez obcokrajowców. Łącznie dziesiątka najaktywniejszych krajów to ponad 2/3 powierzchni wszystkich lokali.

Chińczycy coraz częstszymi inwestorami

Z danych MSW wynika, że w ubiegłym roku nieruchomości mieszkalne w Polsce kupili obywatele 92 krajów, wśród nich tak egzotycznych jak Wyspy Marshalla, Gwatemala, Dominikana czy Mauritius. W statystykach uwagę zwraca też wzrost aktywności inwestycyjnej obywateli Chin. W 2013 r. kupili oni 3 tys. mkw. mieszkań, a w ubiegłym roku było to już 4,8 tys. mkw., czyli około sto mieszkań. Wzrost powierzchni lokali kupionych przez Chińczyków wyniósł rok do roku prawie 60 proc.

Łącznie mieszkaniowe zakupy cudzoziemców będących osobami fizycznymi wzrosły o 4,6 proc. Gdy doliczyć do tego osoby prawne, będzie to 5,2 proc. Większość mieszkań kupowanych w Polsce to jednak inwestycje osób fizycznych (prawie 80 proc.). Wśród osób prawnych dominują podmioty z Cypru, co jest efektem popularności tego kraju wśród Polaków jako miejsca optymalizacji podatkowej. Za dużą częścią cypryjskich inwestycji stoją po prostu obywatele polscy.

Rocznie cudzoziemcy (łącznie osoby fizyczne i prawne) kupują w Polsce około 4-4,5 tys. mieszkań, w tym samym do użytkowania oddawanych jest 140-150 tys. nowych lokali, zatem zakupy cudzoziemców stanowią ok. 3 proc. rocznej liczby nowych mieszkań w naszym kraju.

Ukraińcy kupili w Polsce o 30 proc. więcej mieszkań niż rok wcześniej

Warszawa numerem jeden

Obcokrajowcy najwięcej mieszkań kupują w Warszawie. W 2014 r. było to 45,4 tys. mkw., co stanowi ponad jedną czwartą powierzchni mieszkań kupionych w Polsce przez osoby fizyczne z zagranicy. Nie jest to niespodzianka, wszak jest ona największym i najbardziej płynnym rynkiem nieruchomości w Polsce. Prawie 20 tys. mkw. kupiono w Krakowie, a niespełna 13 tys. mkw. we Wrocławiu. Kolejne najpopularniejsze miasta to Poznań, Łódź, Gdańsk i Szczecin. W podziale na województwa króluje naturalnie mazowieckie (niemal 60 tys. mkw. powierzchni mieszkań kupionych przez osoby fizyczne i 18 tys. mkw. kupione przez osoby prawne).

Prawo mówi, że kupujący w Polsce nieruchomość potrzebują na to zezwolenia MSW, ale nie dotyczy to zakupu mieszkań. W ich wypadku ministerstwo musi tylko gromadzić dane o transakcjach. Podaje je w corocznych raportach wyrażając kupione przez cudzoziemców mieszkania w metrach kwadratowych powierzchni.

Marcin Krasoń, Home Broker

Rynek pożyczek internetowych przekroczył już wartość 4,5 mld zł a do końca roku będzie to 5 mld zł

W Polsce jest blisko 15 mln kredytobiorców. Według danych BIK w 2014 roku prawie, co drugi dorosły Polak miał kredyt. Z danych zebranych przez Skopos dla Kreditech Polska wynika, że ponad 50% pożyczających w internecie to mieszkający w dużych miastach mężczyźni, zaciągający pożyczki w wysokości do 2 tys. zł.

Jak wynika z informacji BIK, w samym tylko pierwszym kwartale Polacy pożyczyli 19,5 mld zł. Sporą część tej puli przez Internet – rynek pożyczek internetowych przekroczył już wartość 4,5 mld zł a do końca roku będzie to 5 mld zł. Szybkość i dyskrecja to najczęściej podawane powody korzystania z usług internetowych firm pożyczkowych.

Segmentacja dokonana przez Skopos dla Kreditech Polska wskazuje także na modele społeczne pożyczających przez internet. Lubią oni robić zakupy online i są konsumentami nowych mediów, a szybko dostępne pożyczki w sieci wybierają, jako te, które gwarantują natychmiastowe zaspokojenie potrzeb. W przywołanych w raporcie serwisach Kredito24 i Zaimo, pożycza głównie konsument określany mianem „pewny siebie przywódca” (40%). Dalej plasuje się mieszkający poza miastem „konformista” (22%), który lubi robić zakupy w internecie i aktywnie korzysta z bankowości online, a przejrzystość produktu lub usługi i bezpieczeństwo danych w Internecie traktuje, jako priorytet przy podejmowaniu decyzji finansowych. Listę profili zamyka ceniący swoją prywatność „pasywny i niezdecydowany singiel” (12%).

Krótkie terminy spłaty i spora konkurencja wśród instytucji bankowych i poza bankowych sprawiają, że pożyczanie pieniędzy w sieci stało się naprawdę proste i wygodne. Badania wskazują, że z takich pożyczek korzysta coraz więcej aktywnych zawodowo i odpowiednio wyedukowanych ludzi, którzy wiedzą, że wiąże się to z kosztami, których wysokość lepiej poznać, przed zaciągnięciem pożyczki –podkreśla Aleksander Rutkowski, dyrektor zarządzający w Kreditech Polska.

Zdaniem Rutkowskiego zainteresowanie pożyczkami będzie rosło, bo chociaż banki coraz chętniej udzielają kredytów konsumpcyjnych na bieżące potrzeby, nie wpływa to znacząco na zmiany popytu na mikropożyczki, ponieważ są to dwa różne produkty. Mikropożyczka to niska kwota na krótki okres, gdzie środki na koncie są dostępne w 15 minut. A takiej oferty w większości banków brak.

/ Kreditech

Kreatywna rekrutacja: Tak to robią najlepsi!

Pracodawcy sięgają po coraz bardziej ambitne metody pozyskiwania pracowników. Do nowoczesnych kanałów rekrutacji możemy zaliczyć już nie tylko social media, czy kreatywne billboardy, ale coraz częściej gry, a nawet astrologię biznesu. Kandydaci chętnie dzielą się swoimi wrażeniami po rozmowie kwalifikacyjnej na portalach opinii. Zapytaliśmy Wojciecha Kozickiego, przedstawiciela GoWork.pl, o najciekawsze przykłady takich nietypowych poszukiwań.

Diabelsko trudna rekrutacja

Agencja reklamowa Saatchi&Saatchi szukając pracowników do działu IT postanowiła dokonać wyboru na podstawie ich osiągnięć w grze Diablo III. Ta metoda miała zweryfikować umiejętność pracy zespołowej i kreatywność. Prawdziwe marzenie gracza! Poprzez grę – My Marriot Hotel, rekrutowała również firma Mariott International. Dopiero po osiągnięciu odpowiednio wysokiego poziomu w zarządzaniu wirtualnym hotelem i restauracją, kandydaci mogli wziąć udział w finalnym etapie rekrutacji. Z kolei Siemens rekrutował poprzez grę Plantville, w której najpierw trzeba było zostać menadżerem fabryki.
Wymierne efekty dobrego wykorzystania Tweetera

Firma HCL Technologies zdecydowała się przeprowadzić rekrutację przez Tweetera. Przez kilka tygodni pod tagiem #CoolestInterviewEver publikowano zadania rekrutacyjne. Z najlepszą piątką uczestników akcji przeprowadzono wywiady, także na Tweeterze. Rekrutację promowały m.in. filmiki umieszczone w internecie. Poza wymiernym efektem uzyskania nowego, zdolnego pracownika, o ponad 20 proc. zwiększyła się ilość obserwatorów profilu firmy, co przełożyło się na 88 tys. nowych użytkowników. I kto tu jest demonem social media?

Fotograf trojański

Agencja reklamowa Jung von Matt, chcąc wyłuskać najlepszych art directorów z konkurencyjnych agencji reklamowych, użyła „fotografów trojańskich”. Podstawieni fotografowie dostarczali agencjom swoje portfolio z dyskretnie ukrytym przekazem rekrutacyjnym. Kampania idealnie trafiła w target, docierając do upragnionej grupy docelowej, a jednocześnie osiągnęła cel employer brandingowy.

Przystanek praca

Wrocławska Fabryka Volvo Polska, chcąc w krótkim czasie zatrudnić dużą liczbę pracowników, postanowiła nie czekać aż sami się zgłoszą. W teren wyruszyły specjalne autobusy, a podróżujący nimi specjaliści udzielali zainteresowanym informacji na temat proponowanego zatrudnienia. Akcję dumnie nazwano „Kierunek Volvo – przystanek praca”. Trudno byłoby o lepsze hasło tej kampanii.

Zmontuj sobie pracę

Jeden z czołowych producentów mebli, stwierdził że umiejętność ich samodzielnego składania
to istotne kryterium jakie powinien spełniać kandydat na nowego pracownika. Dlatego ulotka
z instrukcją rekrutacji była dołączona do mebli.

Lorem Ipsum

Agencja Jung von Matt przoduje w kreatywnych rekrutacjach. Szukając nowego dyrektora artystycznego zastosowała nietypową metodę. Na stronie Lorem Ipsum (lipsum.com) służącej do tworzenia przykładowych bloków tekstu – wykorzystywanych np. przez projektantów stron, plakatów, itp., podłączyli ogłoszenie informujące o otwartym stanowisku. Każdemu użytkownikowi który skorzystał z generatora znajdującego się na stronie wyświetlał się komunikat. Dzięki temu zabiegowi, do ogłoszenia dotarło 200 tys osób.

Oferta z krzyżówki

Warszawski oddział niemieckiej agencji Jung von Matt również skorzystał z kreatywnego sposobu rekrutacji poszukując copywriterów. W magazynie Brief zamieścił krzyżówkę, której rozwiązaniem był kod QR. Jego zeskanowanie i przejście na właściwa stronę internetową zapewniało przejście do kolejnego etapu rekrutacji. Kampania idealnie trafiła w target. Dodatkowo była też świetną reklamą, bo o działaniach agencji zrobiło się głośno w mediach.

Przez żołądek do serca pracownika

Luxsoft Polska postawił na argument cukierniczy. W krakowskich wieżowcach i biurach rozdawano darmowe pączki z listem, w którym była informacja o poszukiwanych informatykach. Nawet jeżeli łakocie nie trafiły w ręce idealnego kandydata, za polecenie właściwej osoby można było uzyskać korzyść finansową, albo… po prostu zjeść darmowego pączka.

Idealny kandydat wskazany przez gwiazdy

Choć może się to wydawać nieprawdopodobne, coraz więcej firm zamiast z własnego doświadczenia i intuicji korzysta z rad astrologów. Nie wierzycie? W 1997 roku powstało nawet ISBA, czyli Międzynarodowe Stowarzyszenie Astrologów Biznesu. Nie trudno wywróżyć, że biorąc pod uwagę jak kreatywnie i dynamicznie rozwija się sektor HR, czeka nas jeszcze wiele niespodzianek.

Banki chcą dopłacić „frankowcom” do rat gdy kurs CHF/PLN przekroczy 5 zł

W trakcie marcowej konferencji Forum Bankowe, przedstawiciele Związku Banków Polskich (ZBP) zaprezentowali swoją koncepcję pomocy dla „frankowców”. Pomysł utworzenia dwóch funduszy wspierających kredytobiorców nie spotkał się z dużym entuzjazmem. Prezes KNF-u stwierdził nawet, że banki chcą przerzucić większość swoich kosztów i odpowiedzialności na budżet państwa. Mimo takich opinii, ZBP kontynuował prace nad swoim planem pomocowym. Zgodnie z obietnicą banków, pod koniec maja poznaliśmy szczegóły proponowanych rozwiązań.

Pomoc zostanie uruchomiona, gdy kurs CHF/PLN przekroczy 5 zł

Informacje zamieszczone na stronie internetowej ZBP wskazują, że bankowcy rozwinęli swój wcześniejszy plan pomocowy. Jego kluczowym elementem miał być Sektorowy Fundusz Stabilizacyjny – tłumaczy Andrzej Prajsnar z portalu RynekPierwotny.pl. Według nowych założeń, banki utworzą oddzielne fundusze do stabilizacji rat. Zebrane środki zapewnią kredytobiorcom dopłaty po dużym wzroście kursu CHF/PLN. Ustalenia ZBP zaakceptowało dziesięć banków (BGŻ BNP, BPH, BZ WBK, Deutsche Bank, Getin Noble, mBank, Millennium, PKO BP, Raiffeisen Polbank i Santander Consumer Bank). W każdym z nich klient otrzyma dopłatę do raty (np. 0,3 zł za 1 CHF), gdy notowania franka przekroczą 5,00 zł. Pozostałe warunki pomocy zostaną ustalone indywidualnie. Dopłaty ratalne mają być przeznaczone dla klientów, którzy:

  • zaciągnęli kredyt waloryzowany do kursu waluty obcej na zaspokojenie własnych potrzeb mieszkaniowych i kupili dom (do 100 mkw. powierzchni użytkowej) lub lokal mieszkalny (do 75 mkw. powierzchni użytkowej)
  • podpiszą odpowiedni aneks do umowy kredytu w trakcie 6 miesięcy od utworzenia funduszu stabilizacyjnego
  • zgodzą się na przewalutowanie kredytu, gdy kurs CHF/PLN spadnie do ustalonego poziomu (np. 3,00 zł)
  • w momencie złożenia wniosku o aneks mają przeciętny dochód (z ostatnich 12 miesięcy) niższy od średniego wynagrodzenia w gospodarce narodowej
  • regularnie spłacali swój kredyt mieszkaniowy

Wydaje się, że najbardziej restrykcyjny jest wymóg dotyczący miesięcznego dochodu. Informacje, które NBP zaprezentował w marcowym raporcie o inflacji wskazują, że tylko 10% – 15% „frankowców” uzyskuje dochody zbliżone lub niższe od przeciętnych. Faktyczna atrakcyjność propozycji, którą ZBP ma dla takich osób, będzie zależała od wysokości dopłat oraz oczekiwanego kursu przewalutowania. Dokładne zasady dotowania rat w poszczególnych bankach zostaną jeszcze doprecyzowane przed uruchomieniem funduszy stabilizacyjnych. Wszystkie ustalenia zakończą się najpóźniej w czwartym kwartale bieżącego roku.

Banki oferują klientom również zwrotną pożyczkę restrukturyzacyjną

Kolejnym elementem bankowej oferty dla „frankowców” ma być Fundusz Wsparcia Restrukturyzacji Kredytów Hipotecznych (FWRKH). Skorzystają z niego też nabywcy mieszkań zadłużeni w innych walutach (np. euro i złotym). Banki zadeklarowały, że na restrukturyzację kredytów mogą przeznaczyć 125 mln zł. Działalność Funduszu Wsparcia Restrukturyzacji Kredytów Hipotecznych ma zostać uregulowana przez ustawę. Zgodnie z pomysłem banków, swój wkład do FWRKH wniesie państwo. Przedstawiciele ZBP już wcześniej podkreślali, że instytucje państwowe ponoszą częściową odpowiedzialność za „frankowy” problem (m.in. ze względu na brak odpowiednich regulacji w latach mieszkaniowego boomu).

Pomoc Funduszu Wsparcia Restrukturyzacji Kredytów Hipotecznych co do zasady ma być zwrotna. Z umorzenia dodatkowego długu skorzystają tylko wybrane osoby – dodaje analityk portalu RynekPierwotny.pl. Opisywany fundusz udzieli pożyczki na spłatę rat po jakimś zdarzeniu losowym (np. utracie pracy, chorobie lub śmierci małżonka). Zwrotna pomoc z FWRKH będzie wypłacana nie dłużej niż przez 12 miesięcy. Jej wartość nie przekroczy 1500 zł/m-c. Wsparcia nie otrzymają osoby, które kupiły duży lokal (> 75 mkw.) lub dom o powierzchni użytkowej powyżej 100 mkw.

Dłużnicy będą mogli zamienić nieruchomość bez przewalutowania

Dla wielu „frankowców” propozycja utworzenia funduszu restrukturyzacyjnego i stabilizacyjnego nie jest najbardziej istotna. Wydaje się, że większe zainteresowanie mogą wzbudzić dwa inne rozwiązania. Pierwsze z nich polega na przedłużeniu dotychczasowego pakietu pomocy do końca 2015 r. W ramach wspomnianego pakietu posiadacze kredytów waloryzowanych do franka mogą liczyć na:

  • uwzględnienie ujemnego LIBOR-u przy ustalaniu oprocentowania
  • niższy spread w bankowym kursie CHF/PLN
  • przewalutowanie po średnim kursie NBP (bez spreadu)
  • bardziej elastyczne podejście kredytodawcy w kwestii restrukturyzacji i przedłużenia okresu spłaty
  • rezygnację banku z dodatkowych zabezpieczeń kredytu (w przypadku terminowej spłaty)

Banki chcą uzupełnić swój pakiet o możliwość przenoszenia hipoteki bez spłaty długu. Na razie tylko Getin przeprowadza taką operację. Dwaj inni kredytodawcy (PKO BP oraz mBank), chcą pójść w jego ślady. Można oczekiwać, że wkrótce wzrośnie liczba banków pozwalających „frankowcom” na łatwą zamianę lokalu. ZBP wydał bowiem rekomendację określającą uproszczone zasady przenoszenia hipoteki (bez przewalutowania i spłaty kredytu).

Wprowadzenie nowych procedur oczywiście nie rozwiąże problemu nadmiernego zadłużenia. Takiego efektu nie będą miały również inne działania podejmowane przez Związek Banków Polskich. Brak bardziej kompleksowych planów ze strony sektora bankowego, otwiera drogę do przewalutowania na warunkach narzuconych przez polityków.
Andrzej Prajsnar – RynekPierwotny.pl

Badanie KPF: Wielkość polskiego rynku wierzytelności

8,5 miliona sztuk wierzytelności o wartości nominalnej niemal 57 miliardów PLN obsługują spółki zarządzające wierzytelnościami, objęte badaniem Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, w wyniku którego powstał raport „Wielkość polskiego rynku wierzytelności. IV kwartał 2014„.

W obu przypadkach oznacza to znaczący wzrost. W strukturze wierzytelności, zarządzanych przez Członków KPF, dominują te obsługiwane na rzecz własnych funduszy sekurytyzacyjnych. W tej kategorii wierzytelności znalazły się portfele o największej jednostkowej wartości, choć jeszcze rok wcześniej prym pod tym względem wiodły wierzytelności obsługiwane na zlecenie banków.Wielkość polskiego rynku wierzytelności

Skala wierzytelności obsługiwanych przez członków KPF

Na koniec 2014 roku wartość nominalna wierzytelności zarządzanych przez Członków KPF wyniosła prawie 57 mld PLN, co w porównaniu z poprzednim kwartałem oznacza wzrost o 6 mld, czyli o 13%. Natomiast w całym analizowanym okresie, ich wartość wzrosła 2,5-krotnie, o 36 mld PLN. Biorąc pod uwagę salda obserwowane na koniec poszczególnych lat, to wartość wierzytelności obsługiwanych przez firmy rosła średnio o 29% r/r.

W raporcie KPF wierzytelności podzielono na pięć kategorii. Dominującą pozycję pod względem wartościowym zajmują te zarządzane na rzecz własnych funduszy sekurytyzacyjnych, stanowiące 63% wszystkich wierzytelności obsługiwanych przez firmy członkowskie KPF. Te portfele cechowała też najwyższa średnia dynamika wzrostu w analizowanych latach – od końca 2011 do końca 2014 roku wartość portfeli w tym segmencie zwiększyła się o 20 mld PLN – z 16 mld do 36 mld PLN. Znaczący wzrost odnotowano także w odniesieniu do wierzytelności obsługiwanych przez inne fundusze sekurytyzacyjne. Tylko w ciągu ostatniego roku ich wartość z 3,7 mld PLN przyrosła do niemal 9 mld. Mniejsza, choć również warta odnotowania, jest dynamika wartości wierzytelności zarządzanych w imieniu banków – z 2,5 mld PLN na koniec 2010 roku do 4,6 mld na koniec roku 2014. Względnie niezmienna pozostawała natomiast wartość wierzytelności obsługiwanych w imieniu własnym firm – na koniec lat 2010 i 2014 było to odpowiednio 5,4 i 5,7 mld PLN.

W strukturze ilościowej na koniec 2014 roku również dominowały portfele zarządzane na rzecz własnych funduszy sekurytyzacyjnych. Między 2011 a 2014 rokiem liczba tych wierzytelności wzrosła ponad dwukrotnie – z 2,2 mln do 4,6 mln sztuk.

– W związku z faktem, iż rynek sekurytyzacyjny rozwija się szybciej, coraz więcej instytucji decyduje się na sprzedaż wierzytelności, bądź należności których odzyskanie stanowi duże zagrożenie. Decydują się na taki krok, chcąc utrzymać płynność finansową we własnej firmie. Z punku widzenia firmy windykacyjnej fundusz sekurytyzacyjny pozwala na łatwiejsze pozyskanie finansowania na kolejne zakupy wierzytelności – emitowane certyfikaty inwestycyjne mogą być (za pomocą obsługującego fundusz Towarzystwa Inwestycyjnego) dostarczane szerokiej rzeszy inwestorów, co pozwala na zakup kolejnych portfeli wierzytelności. Innym ważnym czynnikiem zakładania funduszy sekurytyzacyjnych jest fakt, że polskie prawo, w przypadku banków, premiuje zbywanie wierzytelności do funduszy sekurytyzacyjnych, ponieważ wiąże się to z korzyściami podatkowymi. Stąd też niektóre banki wymagają w założeniach przetargów, że nabywcą może być tylko i wyłącznie fundusz – mówi Karol Wenecki z For-Net S.A.

Wartość wierzytelności obsługiwanych w imieniu własnym firm oscylowała wokół poziomu 1,8 mln szt. Względnie mało wierzytelności firmy windykacyjne obsługiwały z kolei na rzecz banków – poniżej 1 mln sztuk w analizowanych latach. Przeciętna liczba obsługiwanych na koniec 2014 roku wierzytelności, przypadająca na jedną firmę objętą badaniem wynosiła w 531 tys. sztuk.

– Od zeszłego roku banki otworzyły się również na sprzedaż nowego rodzaju aktywów – portfeli zabezpieczonych hipoteką, co także przyczyniło się do wzrostu podaży wierzytelności na rynku. Miniony rok to kilka dużych transakcji na rynku, w których wartość jednorazowo sprzedawanego portfela wynosiła nawet ponad 1 miliard PLN. Dużej podaży odpowiada naturalnie duży popyt – jeśli posiada się profesjonalny zespół i skuteczne procesy operacyjne, to zakup wierzytelności jest po prostu dobrą inwestycją –uważa Karolina Barańska z Grupy KRUK S.A.

Koniunktura na rynku wierzytelności

W badaniu, na podstawie opinii praktyków biznesowych, dokonano analizy bieżącej sytuacji oraz przewidywań dotyczących przyszłej koniunktury na rynku zarządzania wierzytelnościami. Ocenie poddano stan windykacji na zlecenie oraz obrotu wierzytelnościami. W pierwszym z tych segmentów sytuację bieżącą w porównaniu z poprzednim rokiem ponad 2/3 firm oceniło neutralnie, a oceny negatywne nieznacznie przeważały nad pozytywnymi. W dłuższej perspektywie czasu również dominowały oceny neutralne, choć już z przewagą ocen pozytywnych.

Zdecydowanie korzystniejsze prognozy – wg przedstawicieli firm – rysują się przed rynkiem obrotu wierzytelnościami. Zarówno sytuację bieżącą, jak i sytuację przyszłą około ekspertów oceniło dobrze lub raczej dobrze.

– Wobec istotnych zmian jakie przyniosła zmiana przepisów ustawy o upadłości, zamieszania wokół BTE, coraz częstszych emisji portfeli bankowych zabezpieczonych hipotecznie oraz ( o czym nie można zapominać ) napiętego kalendarza wyborczego zarówno II półrocze 2015 jak i przyszły 2016 będą latami ciekawymi. Należy założyć, że przeciętny Kowalski chętniej będzie się obsadzał w roli dłużnika z racji dysponowania argumentem szybkiej ścieżki upadłości co wprost powinno przyczynić się do spadków cen portfeli wobec chęci zbywania przez banki „trudnych” dłużników. Powstały w ten sposób nawis w sektorze bankowym powinien szybko przełożyć się na istotne wahania cen portfeli z tendencją spadkową. Z kolei wierzytelności B2B trafiają na rynek coraz później i są coraz trudniejsze. Tutaj raczej spodziewać się należy raczej zmniejszenia wolumenu obsługiwanego przez firmy windykacyjne gdyż firmy – wierzyciele, już teraz w sposób zauważalny radzą sobie same coraz lepiej w odzyskiwaniu swych własnych wierzytelności – prognozuje Mariusz Piotrowski, Dyrektor ds. Zarządzania Wierzytelnościami Sekurytyzowanymi Indos S.A.

Badanie Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych „Wielkość polskiego rynku wierzytelności”przeprowadzane jest w cyklu kwartalnym wśród firm członkowskich KPF, do których zaliczają się liderzy rynku zarządzania wierzytelnościami w Polsce.
Źródło: KPF.

607 zł – tyle miesięcznie wydajemy na dziecko

Posiadanie dzieci wiąże się nie tylko z olbrzymią odpowiedzialnością, lecz także wydatkami. Średnio wynoszą one 607 zł na jedno dziecko miesięcznie. Najwięcej pieniędzy (673 zł) muszą zarezerwować w budżecie rodzice pociech w wieku 10–12 lat. Podobno im dziecko starsze, tym mniej na nie wydajemy. Co kosztuje nas najbardziej?

Rodzice przeznaczają środki finansowe przede wszystkim na żywność (średnio 208 zł miesięcznie). Wydatki te są wyższe w dużych miastach. Wraz z wiekiem rodziców wzrastają (nawet o 80 zł). „Znaczną cześć pieniędzy (114 zł) przeznaczamy na zakup ubrań. Domowy budżet obciążają też opłaty związane ze szkołą i zajęciami pozalekcyjnymi, średnio 84 zł” – mówi serwisowi infoWire.pl Alina Stahl z Biura Informacji Kredytowej. 95 zł rezerwujemy na zabawki oraz spełnianie zachcianek dzieci – najwięcej wydają rodzice tych w wieku 3–5 lat. Na leczenie pociech przeznaczamy z kolei 64 zł.

Nie zapominamy również o edukacji finansowej – 49% dzieci otrzymuje kieszonkowe. Średnio jest to 39 zł na miesiąc. Wartość ta wzrasta wraz z wiekiem pociech. Te mające 13–15 lat otrzymują na własne potrzeby nawet 70 zł.

Jak widać, na dzieci wydajemy bardzo dużo. I nie ma się co dziwić. Przedstawiciele pokolenia Y – osoby urodzone w latach 1982–1995 – których coraz więcej zostaje rodzicami, chcą dać swoim pociechom to, czego sami często nie mieli.

Ponad 50% stanowisk pracy nie spełnia wymogów ergonomii

51,6% stanowisk pracy nie spełnia wymogów ergonomii. Oznacza to, że większość polskich pracodawców nie zapewnia swoim pracownikom odpowiednich warunków do pracy, narażając ich tym samym na poważne schorzenia, spadek motywacji, a co za tym idzie również straty finansowe firmy. Jakie inne alarmujące dane o pracy w polskich biurach obnażył raport Ergotest?

Zaledwie 40% ankietowanych pracuje przy stanowisku pracy w wydzielonym miejscu z prawidłowo zachowaną – większą niż 80 cm – odległością od innych stanowisk, jednocześnie blisko co czwarty respondent (22,7%) przyznaje, że ma na swoim biurku zbyt mało miejsca na dokumenty. Swoboda ruchów i zachowanie odpowiednio ułożonej sylwetki chroni nas przed uciążliwymi schorzeniami, jednak aż 17% wszystkich uczestników badania przyznało, że nie ma wystarczającej ilości miejsca na nogi pod biurkiem. Oprócz dolegliwości związanych z kręgosłupem, do jakich może doprowadzić niedostateczna ilość miejsca na nogi, może również dochodzić do zaburzeń krążenia obwodowego, a w przypadku mężczyzn nawet do impotencji.

Wypowiedź: Jacek Świgost, Fellowes, organizator kampanii

Google: Oczekujecie mobilnej rewolucji…

Ponad 6 tys. deweloperów zebrało się w Moscone Center w San Francisco, aby wypić 5,7 tys. litrów kawy i dołączyć do milionów użytkowników, którzy oglądali transmisję na żywo z 8 corocznej konferencji Google I/O. Podczas niej pracownicy firmy Google opowiedzieli, nad czym ostatnio pracowali i co zamierzają zrobić w przyszłości.

Sundar Pichai, Senior Vice President, ProductsSundar Pichai, Senior Vice President, Products

Rozwój Androida

W ciągu zaledwie kilku lat technologia mobilna całkowicie zmieniła sposób, w jaki poszukujemy informacji oraz rozrywki, komunikujemy się ze znajomymi i rodziną, a także wykonujemy różne rzeczy. Posiadanie superkomputera w kieszeni stało się dla nas czymś naturalnym; dzisiaj więcej wyszukiwań w Google odbywa się na urządzeniach przenośnych niż na komputerach stacjonarnych. Zgodnie z niektórymi szacunkami, na świecie jest już więcej urządzeń mobilnych niż wszystkich mieszkańców. A najlepszym dowodem na to, że jesteśmy świadkami mobilnej rewolucji jest rozwój Androida. Odbyliśmy długą drogę od momentu pojawienia się pierwszego telefonu z Androidem w 2008 r. Liczba użytkowników naszego systemu dynamicznie wzrosła i obecnie jest ich ponad miliard. Na rynku dostępnych jest ponad 4 tys. różnych urządzeń z Androidem, produkowanych przez ponad 400 firm i dostępnych w ofercie ponad 500 operatorów.

Urządzenia same w sobie również bardzo się zmieniły. W dzisiejszym “wieloekranowym” świecie możecie korzystać z Androida na swoich telefonach, tabletach, na nadgarstku, w samochodzie i w salonie, a także płynnie przełączać się między jednym urządzeniem, a drugim. Wiele tych nowych rodzajów urządzeń pojawiło się zaledwie w ciągu ostatniego roku. Możecie wybierać między siedmioma różnymi zegarkami z Android Wear, w różnych stylach, z różnymi paskami, a także ponad 1500 tarczami stworzonymi przed deweloperów.

Do końca 2015 r. pojawi się 35 modeli samochodów z systemem Android Auto, który ułatwi Wam dostęp do wyszukiwarki, Map, muzyki i wielu innych informacji poprzez samochodowy system multimedialny. A na rynku dostępne są już pierwsze urządzenia z Android TV.

Biorąc pod uwagę wszystkie nowe miejsca, w których korzystacie z urządzeń z Androidem, deweloperzy mają teraz jeszcze więcej możliwości, aby tworzyć nowe aplikacje, dzięki którym użytkownicy mogą się uczyć, angażować czy korzystać z rozrywki. Dzisiaj mówiliśmy o nowych narzędziach oraz funkcjach które udostępniamy deweloperom, by mogli tworzyć jeszcze lepsze rozwiązania dla systemu Android.

Android M - jeszcze większa wydajność i lepsze doświadczenie dla użytkowników

Android M – jeszcze większa wydajność i lepsze doświadczenie dla użytkowników

Android M to jak dotąd najmocniejsza wersja Androida, do której wprowadziliśmy setki ulepszeń. Do najważniejszych z nich zaliczamy wydłużony cykl życia baterii oraz usprawniony system uprawnień w aplikacjach, dzięki któremu łatwiej zdecydujecie, do jakich informacji mogą mieć dostęp aplikacje w Waszych telefonach. Dzisiaj zapowiedzieliśmy również usługę Android Pay, która umożliwi Wam dokonywanie płatności za pomocą telefonu, nawet bez konieczności uruchomienia aplikacji. Cały czas pracujemy też nad tym, abyście mogli łatwiej wyszukiwać konkretne informacje w aplikacjach, jak również wprowadzamy ważne aktualizacje w Google Now (poniżej więcej informacji na ten temat!).

Lepsze zarządzanie światowymi zasobami informacji

Wasze telefony komórkowe zawierają mnóstwo informacji, ale kiedy w danym momencie potrzebujecie odszukać konkretną rzecz, nie zawsze jest to proste – wiecie o czym mówimy, jeśli kiedykolwiek próbowaliście coś szybko znaleźć w mailu, uporządkować setki zdjęć na różnych urządzeniach albo szukaliście miejsca na kolację z przyjaciółmi. Na szczęście, wyszukiwanie i organizowanie informacji to specjalność Google (niektórzy mogą nawet nazwać to naszą misją).

Dlatego też wraz z nową wersją Androida M rozwijamy Google Now, aby umożliwić Wam wsparcie zawsze wtedy, kiedy tego potrzebujecie – jeśli chcecie np. sprawdzić, czy w nowej restauracji znajdzie się wolny stolik albo gdzie i kiedy możecie obejrzeć nowy film. Dodatkowo, teraz będzie Wam łatwiej wyszukiwać nowe aplikacje oraz konkretne treści w aplikacjach – co jest korzystne zarówno dla użytkowników, jak i dla deweloperów.

Lata badań i rozwoju nad uczeniem maszynowym znalazło odzwierciedlenie w naszych produktach. Stworzyliśmy jeszcze bardziej użyteczną Wyszukiwarkę, a Wasze skrzynki pocztowe uczyniliśmy bardziej intuicyjnymi. Od teraz pomożemy Wam także uporządkować Wasze zdjęcia. Dzisiaj zaprezentowaliśmy nową aplikację – Zdjęcia, która pozwala Wam przechowywać zdjęcia i filmy w jednym miejscu, przeglądać je jeszcze sprawniej, dodawać do nich efekty oraz dzielić się nimi na wiele sposobów.

Nowa platforma dla Internetu Rzeczy

Otaczają nas urządzenia, które często funkcjonują niezależnie od siebie. Nasze codzienne życie byłoby dużo prostsze, gdyby wszystkie te technologie mogły się ze sobą komunikować – np. gdyby nasza aplikacja kulinarna mogła się porozumiewać z naszym inteligentnym piekarnikiem i ustawić temperaturę na idealnym poziomie. Albo poza domem – począwszy od aplikacji z rozkładami jazdy, która informuje o zmianach w ruchu drogowym, po gospodarstwa rolne, gdzie kombajny oraz systemy nawadniające mogą być kontrolowane z poziomu telefonu.

Mimo to istnieje jeszcze wiele wyzwań – doświadczenie użytkownika jest niespójne i niejasne. Producenci często zaczynają tworzenie kolejnych urządzeń od nowa – urządzenia nie współpracują ze sobą, a deweloperzy nie mają możliwości stworzenia rozwiązań działających spójnie między nimi.

Dołączcie do Projektu Brillo, nowej platformy wywodzącej się z systemu Android, która umożliwia deweloperom oraz producentom tworzenie urządzeń komunikujących się miedzy sobą. Częścią Brillo jest Weave – protokół komunikacyjny stworzony wspólnie z Nest, zestaw API dla deweloperów, podstawowy zestaw schematów oraz program certyfikacyjny, który ma zapewnić możliwość współpracy urządzeń i aplikacji. Mimo że projekt zostanie wprowadzony w drugiej połowie roku, zapowiedzieliśmy Brillo już dzisiaj, ponieważ zobowiązujemy się do wspierania ekosystemu, który pozwoli rozwijać się całej branży.

Nowe doświadczenia mobilne

Mobilne technologie rozwinęły się na przestrzeni ostatnich kilku lat, z urządzeniami o różnych formatach ekranów w zależności od potrzeb użytkowników. Jednak jesteśmy dopiero na początku drogi jeśli chodzi o bardziej wciągające i angażujące doświadczenia mobilne. Rok temu podczas I/O ogłosiliśmy projekt Cardboard, który pozwala zamienić telefon w doświadczenie wirtualnej rzeczywistości. Obecnie na rynku jest już ponad 500 aplikacji Cardboard dla filmów, gier, podróży oraz nauki, a z Google Cardboard korzysta już ponad milion użytkowników. Dzisiaj ogłosiliśmy wsparcie dla deweloperów pracujących nad Google Cardboard na systemie iOS oraz zaprezentowaliśmy usługę Google Expeditions, która umozliwia uczniom odbywanie wirtualnych wycieczek za pośrednictwem Cardboard np. takich jak zwiedzanie podwodnego świata czy księżyca. Zapowiedzieliśmy też rozwiązanie Jump, które pozwala uchwycić obraz w formie wideo tak, jakbyście byli wewnątrz niego.

Kolejny miliard użytkowników

Pierwszy miliard użytkowników internetu zaczął korzystać z sieci za pomocą komputerów stacjonarnych. Następny miliard to już użytkownicy innego rodzaju – korzystający z telefonów i smartfonów, które dają odmienne możliwości oraz generują nowe wyzwania. Pracujemy nad tym, by użytkownicy tych urządzeń mieli najlepsze doświadczenia związane z korzystaniem z naszych produktów.

Oprócz tworzenia urządzeń bardziej dostępnych, jak Chromebooki i urządzenia Android One (obecnie w siedmiu krajach), dokonujemy zmian, które umożliwią naszemu systemowi operacyjnemu pracę bez przeszkód nawet tam, gdzie nie ma dobrego połączenia z internetem. Wprowadziliśmy uproszczoną wersję wyników Wyszukiwarki w 13 krajach i obecnie 73 miliony osób korzysta z trybu oszczędzania danych w Chrome, aby wyszukiwać informacje jeszcze bardziej efektywnie. Wreszcie, zapowiedzieliśmy nowe mapy działające w trybie offline – zgadza się i jest dokładnie tym co myślicie – mapami nie potrzebującymi do działania sieci, w których można korzystać z nawigacji.

Rozwiązywanie złożonych problemów w mobilnym świecie

Już w pierwszych dniach funkcjonowania naszej Wyszukiwarki, naszym celem było tworzenie produktów dla każdego, wykorzystując techniczną wiedzę do rozwiązywania poważnych problemów. W dzisiejszym świecie, opartym na urządzeniach mobilnych, to podejście jest dla nas równie ważne – od poszukiwania informacji rozproszonych w wielu aplikacjach, po wsparcie w uporządkowaniu zdjęć Waszych dzieci; od wirtualnego zwiedzania Piramid, po zapewnienie dostępu do internetu kolejnemu miliardowi użytkowników.

Tworząc platformę, w ramach której każdy deweloper może dokonywać zmian, możemy dotrzeć do ludzi na całym świecie i umożliwić im korzystanie z internetu niezależnie od tego, kim są, z jakiego urządzenia korzystają i w jakim miejscu się znajdują.

Tak wygląda mobilna rewolucja. Nie możemy się doczekać, co będzie dalej.

 

CEO Magazyn Polska

Sygnity chce wrócić na rynek telekomunikacyjny. W nowej perspektywie unijnej liczy też na projekty realizowane przez szkolnictwo wyższe

0
Roman Durka, wiceprezes zarządu Sygnity SA
Roman Durka, wiceprezes zarządu Sygnity SA

Informatyczna spółka Sygnity zamierza wrócić na rynek telekomunikacyjny. Dostawca oprogramowania przygląda się też obszarom, w których dotychczas nie działał, takim jak nowe media. Zamierza wreszcie sięgnąć po środki unijne w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego, zwłaszcza w dziedzinie szkolnictwa wyższego.

Sygnity to firma działająca obecnie na trzech rynkach: publicznym, utilities oraz bankowo-finansowym. Zamierza nadal rozwijać się w tych dziedzinach, udoskonalając produkty własne wraz z rozwojem nowych technologii. Szuka też kolejnych obszarów działania. Obecnie prowadzi rozmowy z klientami na temat projektów w branży telekomunikacyjnej i teleinformatycznej.

Widzimy potencjał firmy właśnie w tych obszarach, o których mówiłem, czyli w takich usługach rozwiązań ICT mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Roman Durka, wiceprezes zarządu Sygnity SA. Każdy klient, który kupuje od nas rozwiązanie, czy to jest system bilingowy, czy jakikolwiek inny, nie używa tego rozwiązania w próżni. Chcemy być również doradcą klienta w zakresie maksymalnie optymalnej budowy infrastruktury ICT, jeśli chodzi o użytkowanie, zarówno naszych aplikacji, jak i innych, które już działają. Chcemy tak działać, by klient miał poczucie, że jego dane bezpieczne.

Dla Sygnity oznacza to powrót do branży telekomunikacyjnej.

Kiedyś straciliśmy rynek telekomunikacyjny i dzisiaj mocno pracujemy, żeby na ten rynek wrócić deklaruje Roman Durka. Nasza praca obejmuje nie tylko spotkania z klientami i przekonywanie ich, że jesteśmy dobrym partnerem, lecz także myślenie o tym, które produkty i usługi i na jakim poziomie zaoferować klientom z tej branży. Wydaje mi się, że już się te pomysły rodzą i zaczynamy znajdować wspólny język z potencjalnymi klientami.

Kolejnym obszarem zainteresowań spółki jest szybko rozwijający się rynek nowych mediów. Wiceprezes zarządu Sygnity SA przyznaje, że to poważne wyzwanie, bo nowe media dopiero się tworzą i trudno precyzyjnie zidentyfikować ich potrzeby.

– Na razie nie jesteśmy mocno obecni na tym rynku. Jest on tak różnorodny, ma tak zróżnicowane potrzeby, że trzeba dobrze się zastanowić, z jaką ofertą na ten rynek wejść.

W ramach unijnej perspektywy finansowej 2014-2020 z nowego budżetu polityki spójności Polska otrzyma 82,5 mld euro. Największy nacisk w tej perspektywie ma być położony na innowacje. Sygnity chce być przygotowane do skorzystania z unijnych środków, gdy strumień pieniędzy ruszy i – ­jak deklaruje wiceprezes spółki – szuka projektów w szkolnictwie wyższym. Chce także znaleźć najbardziej optymalny sposób ich zdobycia.

Trzeba dobrze rozpoznać specyfikę tych finansów i budżetów. To nie są budżety przeznaczone jednoznacznie do wzięcia przez prywatne firmy, które mogą rozwinąć i zaoferować rynkowi swoje pomysły, chociaż częściowo też. Bardzo często znacznie łatwiej sięgnąć po te pieniądze w partnerstwie prywatno-publicznym i o tym też myślimy – mówi Durka. – Perspektywa się zbliża, pewnie w połowie przyszłego roku będą dostępne pierwsze fundusze, a teraz jest czas, żeby myśleć o tym, które obszary zdefiniować, tak by móc ubiegać się o fundusze i mieć gotowe projekty, kiedy pieniądze będą już dostępne.

Grecy pociągają za sznurki

Doniesienia o postępach w rozmowach prowadzonych między Grecją a krajami Unii Europejskiej w pozytywny sposób wpłynęły na sytuację panującą na europejskich parkietach. W efekcie, w środę obserwowaliśmy znaczące zwyżki większości głównych indeksów giełdowych – niemiecki DAX zakończył wczorajszą sesję z wynikiem +1.26%, natomiast francuski CAC 40 – +1.95%.

Popołudniu pozytywne nastroje udziały się także inwestorom zza Oceanu. W reakcji na zapewnienia premiera Aleksisa Tsiprasa o bliskim porozumieniu z unijnymi kredytodawcami, indeks S&P 500 wzrósł do poziomu 2123.48 pkt, podczas gdy Nasdaq Composite sięgnął 5106,59 pkt.

Rano uwagę inwestorów przyciągnęły wiadomości napływające z Dalekiego Wschodu, gdzie zostały opublikowane dane obrazujące dynamikę sprzedaży detalicznej w Japonii. Popołudniu poznamy natomiast informacje o sytuacji panującej na amerykańskim rynku pracy – analitycy spodziewają się spadku liczby złożonych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych do poziomu 274K.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

saxo bank

Para USD/JPY wycofuje się po osiągnięciu 12-letnich maksimów

Para USD/JPY odnotowała najwyższy poziom od 2002 r., sięgając maksimów z 2007 r., jednak potem nastąpiła ostra korekta w dół pod koniec sesji, ponieważ ruch ten wydaje się zbyt duży i przedwczesny. Odwrócenie wydaje się interesujące również i w innych parach, m.in. w parze GBP/JPY, która odnotowała najwyższe poziomy od czasu kryzysu finansowego.

Jest za wcześnie na obwieszczanie końca wyprzedaży JPY, jednak zobaczymy, jak pary z JPY poradzą sobie z konsolidacją po ostatnim przełamaniu oporu na poziomie 122,00 w parze USD/JPY. Rzecznik japońskiego rządu, Yoshihide Suga, w nocy interweniował po tym, jak para USD/JPY odnotowała kolejne maksima. Zdaniem rzecznika nieoczekiwane ruchy na rynku walutowym są niepożądane.

Wczorajszy dzień przypomniał nam, że jesteśmy nadal narażeni na ryzyko nieoczekiwanych doniesień z Grecji do czasu zawarcia bardziej trwałego „porozumienia” pomiędzy Grecją a jej wierzycielami. Wczoraj strona grecka poinformowała, że opracowywano projekt porozumienia. Informacja ta przyczyniła się do zwiększenia liczby zleceń kupna EUR po tym, jak para EUR/USD sięgnęła najniższego poziomu od miesiąca.

Minister finansów Niemiec, Schaeuble, wyraził wczoraj zdziwienie, że opinia Greków na temat trwających negocjacji była pozytywna, ponieważ jego zdaniem nie poczyniono większych postępów. Najwyraźniej jesteśmy jeszcze daleko od rozstrzygnięcia.

Opublikowany w nocy bardzo słaby odczyt wydatków kapitałowych w Australii zadał cios AUD we wszystkich parach, ponieważ dane te są szczególnie istotne dla gospodarki australijskiej, która opiera się głównie na górnictwie i surowcach. Odczyt wykazał -4,4% w ujęciu rok do roku, co oznacza największy spadek od 2009 r. Może to być wskaźnik wyprzedzający w stosunku do przyjęcia przez Reserve Bank of Australia bardziej umiarkowanego stanowiska na posiedzeniu w przyszły wtorek.

AUD/USD – wykres miesięczny

Para AUD/USD jest nadal ociężała przed posiedzeniem RBA w przyszły wtorek, ponieważ opublikowany w nocy odczyt wydatków kapitałowych wzmocnił oczekiwania, że wytyczne RBA będą bardziej umiarkowane. Od minimów poniżej poziomu 0,7550 nadal dzieli nas pewien dystans (mimo iż nie widać tego na wykresie miesięcznym, takim jak zaprezentowany poniżej), jednak nowa fala aprecjacji USD, np. w efekcie pozytywnych danych ze Stanów Zjednoczonych w przyszłym tygodniu, może spowodować, że para ta nieoczekiwanie odnotuje najniższe poziomy od 2009 r. Uwaga na mocną linię trendu od 2001 r. – znajduje się bliżej, jeżeli użyjemy skali logarytmicznej zamiast skali regularnej.

Podsumowanie w koszyku G-10:

USD: aprecjacja chwilowo została wstrzymana, USD jest jednak nadal mocny względem słabych walut surowcowych. Inwestorzy powinni uważać na piątkową korektę PKB w I kwartale w Stanach Zjednoczonych – przewiduje się, że wskaźnik zostanie mocno obniżony, mimo iż w ujęciu ogólnym większe znaczenie mieć będą główne amerykańskie odczyty za maj opublikowane w przyszłym tygodniu.

EUR: kurs jest nieco korygowany w górę, co umożliwia test głównej strefy oporu (1,1000/50), zanim powrócimy do sprzedaży. Stałe ryzyko doniesień związanych z Grecją, które mogą skutkować akcją w dowolnym kierunku.

JPY: Japonia ustnie interweniowała po ostatnim ruchu, który wydaje się nieco zawyżony, biorąc pod uwagę brak ewidentnych bodźców. Parą, którą należy obserwować, jest nadal USD/JPY: wzrost jest prawdopodobny, dopóki poziomy zamknięcia będą powyżej poziomu 122,00.

GBP: dziś nastąpi korekta PKB; rajd funta wykazuje oznaki słabnięcia w niektórych parach. Nadal przewiduję spadek w parze GBP/USD; ciekawe, czy zaniknie również nadmierne umocnienie brytyjskiej waluty względem EUR, mimo iż korelacja pomiędzy parami EUR/USD i EUR/GBP może się utrzymać.

AUD: waluta straciła na wartości po słabym odczycie wydatków kapitałowych w I kwartale i może pozostać osłabiona ze względu na możliwość przyjęcia przez RBA umiarkowanego stanowiska na posiedzeniu w przyszły wtorek w związku z ostatnimi danymi. Para AUD/CAD to potencjalnie interesująca alternatywa dla pary AUD/USD w kontekście spadku AUD.

CAD: konsolidacja jest na razie bardzo delikatna i systematyczna, ponieważ ostatni rajd wydaje się bardzo wiarygodny i może podtrzymać konsolidację niżej nie zagrażając równocześnie potencjałowi wzrostu. Ruch powyżej poziomu 1,2500 w pełni potwierdzi prognozy wzrostu.

NZD: waluta umocniła się względem AUD po słabym australijskim odczycie, jednak istotny katalizator dla spadku w parze NZD/USD czeka poniżej poziomu 0,7200, jeżeli USD pozostanie mocny.

SEK: wczorajszy rajd rozwiał nadzieje na większą aprecjację SEK – powracamy zatem do osłabienia w związku z agresywnie umiarkowaną retoryką Riksbank.

NOK: jutrzejsze dane będą interesujące. Ropa gwałtownie traci na wartości od kilku sesji, skłaniam się zatem do spadku, w szczególności, jeżeli stopa bezrobocia utrzyma się na wysokim poziomie 3,0% lub wyżej, zamiast spaść do przewidywanego poziomu 2,9%.

Najważniejsze dane ekonomiczne

  • Japonia: handel detaliczny w kwietniu wykazał +0,4% m/m w porównaniu z przewidywanym +1,1%, natomiast w ujęciu r/r wykazał +5,0% w porównaniu z przewidywanym +5,5%
  • Australia: prywatne wydatki kapitałowe w I kw. wykazały -4,4% k/k w porównaniu z przewidywanym wynikiem -2,2%

Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)

  • Wielka Brytania: korekta PKB w I kw. (08:30)
  • Wielka Brytania: indeks usług w marcu (08:30)
  • Strefa euro: wyniki badania dotyczącego przemysłu, ekonomii, usług, zaufania konsumentów w maju (09:00)
  • Kanada: saldo na rachunku bieżącym w I kw. (12:30)
  • Stany Zjednoczone: cotygodniowe dane o nowych wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych (12:30)
  • Stany Zjednoczone: wskaźnik podpisanych umów sprzedaży domów w kwietniu (14:00)
  • Stany Zjednoczone: wystąpienie Kocherlakoty z Fed (18:45)
  • Nowa Zelandia: pozwolenia na budowę wydane w kwietniu (22:45)
  • Wielka Brytania: wskaźnik zaufania konsumentów GfK w maju (23:05)
  • Japonia: stopa bezrobocia w kwietniu (23:30)
  • Japonia: wydatki gospodarstw domowych ogółem w kwietniu (23:30)
  • Japonia: odczyt krajowego CPI w kwietniu (23:30)
  • Japonia: odczyt produkcji przemysłowej w kwietniu (23:50)
  • Australia: sprzedaż nowych domów (HIA) w kwietniu (01:00)
  • Nowa Zelandia: prognoza aktywności/wskaźnik zaufania przedsiębiorstw (ANZ) w maju (01:00)
  • Australia: kredyty w sektorze prywatnym w kwietniu (01:30)

John J Hardy, Saxo Bank

 

saxo bank

P. Kuczyński: Podwyżka stóp procentowych w USA najwcześniej we wrześniu. Warunkiem są jednak dobre dane z gospodarki

Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion
Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion

Gospodarka Stanów Zjednoczona urosła w I kwartale bieżącego roku zaledwie o 0,2 proc., a przed piątkowym drugim odczytem ekonomiści spodziewają się nawet spadku. Słabe dane znacząco oddalają perspektywę podwyżek stóp procentowych za oceanem. W przypadku poprawy koniunktury nastąpi ona najwcześniej we wrześniu. Przeciwny scenariusz grozi powrotem Fed do dodruku pieniądza i wojną walutową między najważniejszymi bankami centralnymi na świecie.

Protokół opublikowany po ostatnim posiedzeniu FOMC, czyli komitetu nadzorującego politykę pieniężną w Stanach Zjednoczonych, potwierdza, że podwyżka stóp procentowych w czerwcu jest mało prawdopodobna. Komunikat wskazuje na słabe dane makroekonomiczne płynące z największej światowej gospodarki, przyjmując, że spowolnienie może mieć charakter jedynie przejściowy.

Widać to nie tylko w protokole z ostatniego posiedzenia. Z danych makro, które były publikowane wcześniej, już wynikało, że o czerwcowej podwyżce możemy zapomnieć. Według mnie to jest wysoce nieprawdopodobne. Może wrzesień, jeżeli dane makro będą w miarę dobre – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

Według pierwszych danych za pierwsze trzy miesiące bieżącego roku dynamika PKB w Stanach Zjednoczonych wyhamowała prawie do zera, notując wzrost o zaledwie 0,2 proc. w ujęciu zanualizowanym (dana pokazuje, o ile w całym roku urosłaby gospodarka, gdyby rozwijała się w takim tempie, jak w danym kwartale wobec kwartału poprzedzającego). Nie jest to odczyt ostateczny; w piątek podana zostanie jego zrewidowana wartość, a ekonomiści spodziewają się wręcz spadku. Ostateczny odczyt zostanie przekazany do publicznej wiadomości pod koniec czerwca.

W opinii Piotra Kuczyńskiego w przypadku, gdyby dane makroekonomiczne za II kwartał okazały się równie słabe, możliwe jest, że podwyżka stóp procentowych zostanie przełożona jeszcze o rok. Realny jest także scenariusz, w którym Fed po raz kolejny zacznie drukować pieniądze w ramach programu skupu aktywów.

– W tej chwili mieliby konkurencję z Europejskim Bankiem Centralnym i z Bank of Japan, bo wtedy wszyscy by drukowali i wtedy ta wojna walutowa rzeczywiście by rozgorzała. Na razie Amerykanie są wstrzemięźliwi, dolar się umacnia, bo pozwolili na to, co biło w ich gospodarkę, m.in. stąd to osłabienie w I kw., to nie tylko efekt zimy – tłumaczy Piotr Kuczyński.

Dolar umacniał się niemal nieprzerwanie od połowy ubiegłego roku do połowy marca. Obecnie jest mocniejszy wobec euro o niemal jedną czwartą niż rok temu. Z kolei ogłoszony w styczniu, a rozpoczęty w marcu przez Europejski Bank Centralny program luzowania ilościowego, który zakłada skup obligacji państw strefy euro w kwocie blisko 1,1 biliona euro, sprzyja osłabianiu wspólnej waluty. Program potrwa do września 2016 roku. Podobna operacja realizowana jest także w Japonii.

– Gdyby tak włączyły się znowu drukarki i w Stanach, Europa musiałaby jeszcze mocniej drukować, Japonia również, i nie wiem, na czym by się to skończyło. Na pewno na dużej inflacji kiedyś – przewiduje główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

W Japonii program luzowania ilościowego trwa od końca 2012 roku. W tym czasie jen osłabił się do dolara o 35 proc. Natomiast główny indeks japońskiej giełdy, Nikkei 225, wzrósł w tym czasie o niemal 140 proc.

– Taki scenariusz o dziwo na razie pomaga giełdom, dlatego że twierdzi się, że skoro podwyżki stóp są odsunięte w siną dal, to może nawet zwiększone zostanie poluzowanie ilościowe, czyli druk, bo to napędza indeksy, które rosną – tłumaczy Piotr Kuczyński

Analityk Domu Inwestycyjnego Xelion określa to zjawisko mianem inflacji na rynku akcyjnym. Ekspert zaznacza jednak, że musi istnieć pewien punkt, w którym dodruk pieniądza nie będzie w stanie zrekompensować pogarszającego się stanu realnej gospodarki.

– Kiedyś może przyjść taki moment, w którym te dane będą już za słabe, wtedy zaczęto by się lekko bać. Ale za chwilę znów by się pojawiło myślenie: acha, jak one są takie słabe, to Fed znowu włączy drukarki i znowu będzie szło do góry. Trudno opanować taki proces, on został uruchomiony kilka lat temu – mówi wypowiedź Piotr Kuczyński.

Prezes Rafako: Zwiększenie limitów gwarancyjnych możliwe jeszcze w II kwartale. To klucz wzrostu przychodów

0
Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes Rafako
Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes Rafako

Rafako negocjuje z instytucjami finansowymi gwarancje, które są kluczowym warunkiem pozyskania nowych kontraktów i redukcji zadłużenia netto. Prezes spółki spodziewa się, że w II kwartale uda się zwiększyć limity gwarancyjne o ok. 50 mln zł, a więc o tyle, ile Rafako pozyskało w I kwartale. Od wielkości wynegocjowanych limitów zależy również wartość zapowiedzianej emisji akcji.

– W I kwartale tego roku udało nam się pozyskać 50 mln limitów gwarancyjnych z rynku ubezpieczeniowego. 20 mln z tych 50 mln to limit przeznaczony na transakcje zagraniczne, które z naszego punktu widzenia też są bardzo istotne, bo cały czas ofertujemy za granicą mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes Rafako.

Zwiększenie limitu dostępnych gwarancji bankowych oraz ubezpieczeniowych ma kluczowe znaczenie dla poprawy płynności finansowej spółki. Dzięki temu Rafako będzie mogło uwolnić gotówkę, która służy jako kaucja gwarancyjna realizowanych obecnie kontraktów. Potrzeby w zakresie limitów gwarancyjnych spółka szacuje na 350-400 mln zł w tym roku, co wynika z planowanego wzrostu sprzedaży na eksport.

– W tej chwili mamy złożonych około 60 ofert na około 100 mln euro w kontraktach zagranicznych i wszystkie te kontrakty w jakimś stopniu wymagają zabezpieczenia już na etapie składania oferty, czyli zabezpieczenia wadialnego. Stąd ten limit jest dla nas bardzo istotny, a 30 mln to jest limit na transakcje krajowe. Negocjujemy teraz dodatkowe limity i przynajmniej taka kwota jest spodziewana dość szybko, być może jeszcze w tym kwartale tłumaczy Wasilewska-Semail.

W 2014 r. udział sprzedaży zagranicznej w sprzedaży ogółem wyniósł 15,3 proc. i był o 14,1 pkt proc. niższy w 2013 r. – wynika ze sprawozdania z działalności spółki w 2014 r. Całość przychodów ze sprzedaży w tym okresie wzrosła o 54,6 proc., a spółka poprawiła wynik netto z -140 mln zł do 24 mln zł. Podstawowym celem na najbliższe kwartały pozostaje wciąż poprawa marży EBIT oraz rentowności sprzedaży.

W celu zwiększenia wartości portfela zamówień oraz przychodów Rafako zapowiedziało emisję akcji. Akcjonariusze spółki zdecydowali w marcu o upoważnieniu zarządu do emisji nowych akcji o łącznej wartości nominalnej nie większej niż blisko 30,7 mln zł. Wielkość kapitału, jaką Rafako będzie chciało pozyskać na rynku, zależy jednak od powodzenia negocjacji z instytucjami finansowymi w sprawie gwarancji. Poza uzyskaniem limitów w wysokości 50 mln zł, spółka stara się również poprawić płynność finansową poprzez realizację samofinansujących się kontraktów, w których inwestorzy wypłacają zaliczki.

– Oczywiście to nie jest limit wystarczający na potrzeby kontraktacji spółki, która ma ambicje przynajmniej utrzymać taki poziom przychodów, jaki osiągnęła w ubiegłym roku, a tak naprawdę sukcesywnie go zwiększać – mówi prezes Rafako.

Rafako należy do największych polskich firm zajmujących się generalną realizacją inwestycji w zakresie kompletnych bloków energetycznych oraz projektowaniem, produkcją, budową, serwisem urządzeń i obiektów energetycznych. Od listopada 2011 roku Spółka wchodzi w skład Grupy PBG.

Jest szansa na ograniczenie korków na A4 między Krakowem a Katowicami. Trwają rozmowy na temat wprowadzenia elektronicznego systemu poboru opłat

prof. Wojciech Suchorzewski z Politechniki Warszawskiej
prof. Wojciech Suchorzewski z Politechniki Warszawskiej

Polska spóźniła się z przejściem na elektroniczny system poboru opłat, który działa już w innych krajach UE – ocenia prof. Wojciech Suchorzewski z Politechniki Warszawskiej. Zgodnie z zapowiedziami rządu powszechny system dla aut osobowych na autostradach płatnych prawdopodobnie nie pojawi się przed 2018 rokiem. Jest jednak szansa na rozszerzenie tego systemu na autostrady koncesyjne – w pierwszej kolejności na A4 pomiędzy Katowicami a Krakowem.

Rozszerzanie systemu poboru opłat na autostradach skończyło się kryzysami, zwłaszcza w okresie wakacji. Ostrzegaliśmy, że pozostawienie ręcznego poboru opłat prędzej czy później doprowadzi do kryzysu. Ten kryzys wynika z tego, że założyliśmy, że z opóźnieniem w stosunku do innych krajów będziemy przechodzili z ręcznego na elektroniczny pobór opłat – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Wojciech Suchorzewski z Politechniki Warszawskiej.

Elektroniczny system poboru opłat viaTOLL obowiązuje w Polsce obecnie na drogach płatnych (autostradach, drogach ekspresowych i niektórych krajowych) dla samochodów ciężarowych. Kierowcy samochodów osobowych mogą z niego korzystać na fragmentach autostrad zarządzanych przez GDDKiA. Większość kierowców jednak wciąż płaci za przejazd ręcznie (na autostradach koncesyjnych nie mają wyboru), co w okresach największego natężenia ruchu powoduje duże zatory.

Prof. Suchorzewski ocenia, że mała popularność systemu viaAUTO dla samochodów osobowych wynika z konieczności zakupu specjalnego urządzenia, chociaż jego cena nie jest wysoka. Problemem jest również to, że e-myto nie daje żadnych korzyści na autostradach koncesyjnych. To jednak wkrótce może się zmienić, bo trwają rozmowy z koncesjonariuszami na temat objęcia tych odcinków systemami viaTOLL dla aut ciężarowych i nieobowiązkowym viaAUTO dla osobówek.

Rozmowy z koncesjonariuszami są prowadzone w różnym tempie od jesieni zeszłego roku. Najbardziej zaawansowane są rozmowy ze Stalexport Autostrada Małopolska [koncesjonariusz autostrady A4 Kraków-Katowice – red.]. Uzgodniliśmy wszystkie szczegóły techniczne, organizacyjne i ekonomiczne. Stalexport jest skłonny, by ten projekt zrealizować i sfinansować po swojej stronie nakłady na infrastrukturę na swojej autostradzie – wyjaśnia Marek Cywiński, dyrektor zarządzający Kapsch Telematic Services, spółki zarządzającej systemem viaTOLL.

Prof. Suchorzewski liczy na to, że szybkie wprowadzenie e-myta będzie możliwe dzięki zaangażowaniu rządu i dobrej współpracy z prywatnymi podmiotami. Jednak szanse na przyspieszenie są niewielkie – według ostatnich zapowiedzi minister infrastruktury Marii Wasiak e-myto może zostać wprowadzone powszechnie dla aut osobowych dopiero po zakończeniu obecnego kontraktu z Kapschem, czyli w 2018 r.

Taki system mógłby jednak docelowo być wykorzystany znacznie szerzej niż tylko do poboru opłat za autostrady. Można by w ten sposób pobierać opłaty np. za tunele czy mosty, a także różnicować stawki w zależności od godziny i dnia, by lepiej sterować natężeniem ruchu. I wcale nie musi być to droższe rozwiązanie dla kierowców.

Można wymyślić taki system, w którym obciążenie społeczeństwa kosztami korzystania z dróg się nie zmieni. Tyle że część, którą dziś obywatele płacą np. w akcyzie paliwowej, byłaby uzyskana z systemu elektronicznego poboru opłat, więc rozbudowie systemu powinno też towarzyszyć zmniejszenie podatku akcyzowego. Chodzi o to, byśmy płacili naprawdę za używanie drogi danej kategorii. Jeśli to jest luksusowa droga, to trochę więcej, jak jedziemy w szczycie, to też trochę więcej, ale jak nocą lub w sobotę to trochę mniej – mówi prof. Suchorzewski.

Obecnie systemem viaTOLL dla aut ciężarowych objętych jest 2917 km dróg. W tym roku do systemu włączonych zostanie dodatkowych 250 km.

Zakładamy, że być może w tym roku jeszcze będzie jakaś instrukcja i będzie można dołożyć kilkaset kilometrów. Ale to oczywiście nie zależy od nas, tylko od zamawiającego – mówi Cywiński.

Od uruchomienia w lipcu 2011 r. system przyniósł Polsce 4,4 mld zł wpływów. W systemie zarejestrowanych jest ponad 870 tys. pojazdów, urządzeń viaAUTO dla samochodów osobowych sprzedano 23,6 tys. razy.

Coraz więcej miejsc pracy w Łodzi. Miasto spodziewa się powstania nowych biur i centrów usługowych

0
Marek Cieślak, wiceprezydent Łodzi
Marek Cieślak, wiceprezydent Łodzi

W I kwartale w Łodzi powstało ponad 2 tysiące nowych miejsc pracy. To bezprecedensowe tempo oceniają władze miasta. Liczą jednak, że będzie się ono utrzymywać, bo w regionie przybywa inwestycji wymagających zatrudniania dużych grup pracowników. Tu śmigłowce dla polskiej armii ma produkować Airbus Helicopters.

Centrum Polski, czyli właśnie okolice Łodzi, oceniane są jako jeden z najszybciej rozwijających się regionów kraju. Sprzyja mu nie tylko położenie, lecz także już zakończone oraz jeszcze prowadzone inwestycje infrastrukturalne. Tam właśnie krzyżują się najważniejsze polskie autostrady. Te już istniejące łączą bałtyckie porty, zachodnią granicę kraju oraz stolicę. Budowane dotrą do granicy wschodniej oraz na południe. To oznacza, że Łódź staje się dobrą lokalizacją dla inwestycji magazynowych, logistycznych oraz produkcyjnych.

I kwartał tego roku był zadziwiająco dobry mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Cieślak, wiceprezydent Łodzi. – Inwestorzy deklarują, że utworzyli ponad 2 tys. miejsc pracy, szczególnie w centrach usług. To jest to, co wspieramy od lat, ale faktycznie rozwój nastąpił w ostatnich 2-3 latach. Nigdy wcześniej nie było takiego tempa. Wracają deweloperzy i projekty, które były zamrożone.

Z danych ABSL wynika, że w ciągu dwóch lat od 2012 do 2014 roku zatrudnienie w sektorze usług wspólnych w Łodzi wzrosło o 57 proc.

Władze Łodzi oceniają, że na tym nie koniec. Już powstają kolejne obiekty, a w regionie cały czas pojawiają się nowi inwestorzy.

– Prowadzimy sporo rozmów informuje Marek Cieślak. Niewątpliwie to będą centra usług wspólnych, duże projekty logistyczne. Myślę, że otworzenie wschodniej obwodnicy Łodzi, czyli odcinka A1 między Rzgowem a Strykowem, niewątpliwie pomoże. To, że została uruchomiona S8, kawałek między Łodzią a Wrocławiem, także pomaga.

Zasoby powierzchni magazynowej w regionie łódzkim to 1,13 mln mkw. (dane Colliers International na koniec 2014 roku). W budowie pozostaje ponad 45 tys. mkw. W ciągu roku podpisano umowy najmu na łączną powierzchnię blisko 273 tys. mkw., z czego zdecydowana większość to umowy nowe.

Wiceprezydent Łodzi przyznaje, że pod względem inwestycji biurowych jego miasto nie ma szans na doścignięcie ogólnopolskiego lidera, czyli Warszawy, gdzie biurowce mają łącznie prawie 4,4 mln mkw. Liczy jednak na dobrą pozycję w rankingu. Na koniec ubiegłego roku w mieście oferowano ponad 241 tys. mkw. powierzchni biurowej, a w budowie było ok. 30 tys. mkw. To daje Łodzi szóstą pozycję wśród polskich miast.

– Liczba miejsc pracy w biurach i centrach usługowych będzie rosła. Parę dużych inwestycji i projektów logistycznych jest pod Łodzią. Patrząc z punktu widzenia aglomeracyjnego, to jest bardzo istotne, bo logistyka będzie się rozwijać na obrzeżach Łodzi. Największe centrum, UPS, które otworzyło się niedawno, stworzyło kilkadziesiąt nowych miejsc pracy. Zatrudnia także przemysł farmaceutyczny, np. duża fabryka Sandozu. Zatem perspektywy są bardzo optymistycznie.

Na przemysł Łódź bardzo dziś liczy. Tu bowiem śmigłowce dla polskiej armii produkować może Airbus Helicopters. Jako miasto akademickie Łódź może zapewnić pracodawcom wysoko wykwalifikowanych pracowników i współpracę instytutów badawczych.

Bardzo dobrze oceniam decyzję ws. Airbusa, mam nadzieję, że będzie podtrzymana, bo to jest branża, która dotychczas w Łodzi rozwijała się na zasadzie współpracy między uczelnią i Airbusem. Teraz pojawia się realna możliwość budowania fabryki i montowania śmigłowców. To zupełnie nowa dziedzina, myślę, że ważna, choćby ze względu na rozwój wyższych uczelni deklaruje wiceprezydent miasta.

Klienci centrów handlowych nie chcą już wyłącznie robić w nich zakupów. Obiekty muszą oferować coraz więcej udogodnień

Lidia Deja, szefowa marketingu i PR w firmie Apsys Polska
Lidia Deja, szefowa marketingu i PR w firmie Apsys Polska

W Polsce działa około 450 nowoczesnych centrów handlowych, a 30 jest w trakcie budowy. Ich inwestorzy stawiają już nie tylko na funkcje komercyjne. Klienci oczekują bowiem coraz więcej od takich obiektów. Dlatego coraz większą część powierzchni zajmują punkty gastronomiczne, kluby fitness czy odnowy biologicznej, a same budynki nawiązują do okolicznej architektury oraz lokalnej tradycji miejsca. 

W ostatnich latach bardzo zmieniła się rola centrum handlowego w społeczności lokalnej, wielkomiejskiej – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Lidia Deja, szefowa marketingu i PR w firmie Apsys Polska, operatora centrów handlowych. – W pewnym sensie także samoświadomość deweloperów i zarządców centrów handlowych uległa znacznej ewolucji.

Jak wynika z danych Polskiej Rady Centrów Handlowych (PRCH), krajowi konsumenci mają obecnie do dyspozycji 450 galerii handlowych, co sytuuje Polskę w okolicach średniej unijnej. W budowie znajduje się jeszcze 30 tego rodzaju obiektów, choć nieco mniejszych.

Zdaniem szefowej marketingu i PR Apsys Polska wśród firm inwestujących w centra handlowe oraz zarządców tego rodzaju nieruchomości zaczyna dominować przekonanie, że obiekty te powinny być stawiane na lata. Konieczne jest zatem wpisanie ich zarówno w tkankę infrastruktury miejskiej, jak i społecznej.

Odpowiedzialność biznesu nie ogranicza się już dzisiaj wyłącznie do zrównoważonego budownictwa – przekonuje Lidia Deja. – Istotne są także kwestie społeczne. W związku z tym właściwe projektowanie centrum jest nie tylko kwestią etyczną, lecz także ekonomiczną. Chodzi o to, żeby placówka znalazła swoje miejsce w społeczności lokalnej, była przyjazna, otworzyła się na miasto.

Przy dużej i wymagającej konkurencji na rynku centrów handlowych nie warto oszczędzać na badaniach opinii i konsultacjach społecznych. Znajomość klienta, wyczucie co do trendów społecznych i kulturowych oraz wiedza na temat nowinek technologicznych to podstawa przyjaznej ludziom i dobrze zaprojektowanej przestrzeni handlowej. Według Deji tego rodzaju nowoczesne placówki handlowe stają się swoistym hubem, wokół którego zaczynają rozkwitać usługi i inne funkcjonalności społeczne.

Wiąże się to również ze zmianą oferty, z którą tego rodzaju placówki zwracają się do konsumenta – zauważa Lidia Deja. – Dzisiaj to już nie tylko handel, lecz także rozrywka, rekreacja i kultura. Centra handlowe oferują spotkania, koncerty, eventy i pokazy. Dzisiaj konsumenci nie przychodzą do galerii handlowej już tylko po zakupy, które robione są trochę przy okazji. Ludzie bardzo cenią swój czas, nie chcą go marnować, wolą spędzić go z rodziną, przyjaciółmi lub poświęcając się własnym pasjom. Stąd oferta gastronomiczna restauracji, kawiarni, pubów i barów jest tak szalenie istotna.

Szczególnie pod względem usług rekreacyjnych centra handlowe, jak twierdzi Lidia Deja, stają się coraz bardziej innowacyjne.

Przytoczę przykład Posnanii, którą Apsys buduje właśnie w stolicy Wielkopolski, gdzie oprócz tradycyjnej oferty usług, jak kino i fitness, będzie basen, lodowisko, a dookoła centrum tereny zielone wraz ze ścieżkami rowerowymi, stacjami serwisowymi i punktami wypożyczenia roweru miejskiego – wymienia Lidia Deja. – To dobrze pokazuje, jak bardzo bierze się dziś pod uwagę zmianę potrzeb, zachowań i stylu życia współczesnego klienta.

Zgodnie z założeniami usytuowana przy rondzie Rataje inwestycja o powierzchni ponad 260 tys. mkw. (100 mkw. najmu) ma kosztować 300 mln euro. W nowej placówce znajdzie pracę około 6 tys. osób, ulokowanych zostanie 300 marek, 220 butików, 40 sklepów średnio- i wielkopowierzchniowych, 40 restauracji i kawiarń, będzie też 3,3 tys. miejsc parkingowych. Razem z budową powstaje ścieżka rowerowa o długości około sześciu kilometrów łącząca rondo Rataje z centrum Poznania. Otwarcie planowane jest na jesień 2016 roku.

Przybywa w Polsce zabytkowych pojazdów. Kolekcjonerzy łączą pasję z inwestycją

dr Piotr Majewski, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu
dr Piotr Majewski, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu

Rynek pojazdów zabytkowych w Polsce rozwija się bardzo dynamicznie. Krajowi kolekcjonerzy posiadają ok. 50 tys. samochodów, a ich liczba cały czas rośnie. Wraz z rozwojem tego rynku przybywa firm, które zarabiają na kolekcjonerskiej pasji Polaków. To m.in. serwisy i ubezpieczyciele.

Pojazdy zabytkowe to głównie samochody i motocykle, choć wśród kolekcjonerów są też np. zbieracze starych traktorów, lokomobili, czołgów czy parowozów. Zbieranie motoryzacyjnych zabytków to na ogół kosztowne hobby, choć większość starych pojazdów z wiekiem raczej zyskuje na wartości. Dla kolekcjonerów potencjalne zyski nie są jednak głównym celem.

Rynek samochodów klasycznych ciągle rośnie, ponieważ te samochody różnią się od samochodów współczesnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Piotr Majewski, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu. – Czasami są wykonane ręcznie, mają piękne detale, mówi się o nich, że mają duszę. Myślę, że odzwierciedla to ogólny trend poszukiwania przedmiotów starych, które estetyką istotnie różnią się od przedmiotów współczesnych.

Kolekcjonowanie starych pojazdów nie musi być drogie. Na tym rynku stosuje się podział na youngtimery i oldtimery. Te pierwsze na ogół kosztują nieco mniej. Zalicza się do nich pojazdy 30- i 40-letnie, które niekiedy można kupić nawet za kilkaset złotych. Górnej granicy praktycznie wyznaczyć się nie da, bowiem egzemplarze najdroższych zabytków motoryzacji kosztują dziś dziesiątki milionów dolarów, a ich ceny cały czas idą w górę. W zeszłym roku za Ferrari 250 GTO z 1962 roku zapłacono na aukcji ponad 38 mln dolarów. To rekordowa suma, jaką wydano na zabytkowy samochód, jednak w garażach kolekcjonerów znajdują się pojazdy, za które niewiele mniej płacono 5 czy 10 lat temu, i jak długo nie trafią na rynek, tak nie sposób oszacować, ile będą za nie skłonni zapłacić kolejni inwestorzy.

Niektóre samochody mają pewne indywidualne cechy, które powodują, że ludzie ich pożądają, albo są po prostu ładne, albo posiadał je ktoś znany – tłumaczy dr Piotr Majewski. – Możliwe, że brały udział w jakichś słynnych produkcjach filmowych albo pozytywnie się kojarzą, bo ktoś taki samochód miał w dzieciństwie. Trudno określić jednoznacznie, ale w większości samochody kolekcjonerskie były kiedyś samochodami sportowymi bądź luksusowymi.

Szacuje się, że w Europie jest ponad 1,5 mln zabytkowych samochodów, a dynamika wzrostu jest dwucyfrowa. W branży samochodów zabytkowych pracuje bardzo wielu ludzi, którzy je naprawiają lub nimi handlują. Ta usługowa część rynku powoli tworzy się też w Polsce.

Mamy cały przemysł dotyczący napraw, renowacji i utrzymywania aut w dobrej kondycji. Samochody zabytkowe nie są już produkowane, w związku z tym mogą występować problemy ze zdobyciem części zamiennych. Niektóre technologie, w których one były wykonane, wyszły już z użycia i jest problem z odnalezieniem fachowców, którzy mogliby to wykonać – mówi ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu.

Coraz większa jest również oferta ubezpieczycieli dla kolekcjonerów.

Od niedawna mamy na rynku produkty ubezpieczeniowe autocasco, ponieważ niektóre z tych samochodów kosztują sporo, w związku z tym można już je ubezpieczać – podkreśla Majewski.

Pojazd zabytkowy to doskonałe połączenie hobby z inwestycją. Na przemyślanym zakupie raczej się nie traci, a dodatkowo jest wiele możliwości wykorzystania takiego auta czy motocyklu. Zarówno w Polsce, jak i w całej Europie odbywa się wiele rajdów, pokazów, konkursów i zlotów kolekcjonerskich. Można uczestniczyć w ekskluzywnych wycieczkach, nocując w zabytkowych zamkach i pałacach, ścigać się w kolekcjonerskich zawodach lub wraz z innymi pasjonatami brać udział w rekonstrukcjach militarnych.

W Polsce mamy około 50 tys. takich samochodów, a ich liczba bardzo szybko rośnie, ponieważ staje się to bardzo modnym zajęciem – podkreśla dr Piotr Majewski. – Współczesne samochody nie spełniają oczekiwań miłośników starszych samochodów. Posiadacz klasyka to przeważnie mężczyzna, aczkolwiek jest w tym gronie także bardzo wiele pań.

Lokalizacja i cena wciąż decydujące przy zakupie mieszkania. 84 proc. klientów zaciągnie na ten cel kredyt

Monika Rudnicka, dyrektor serwisu OtoDom.pl
Monika Rudnicka, dyrektor serwisu OtoDom.pl

Przybywa Polaków, którzy kupując nieruchomość, największą uwagę zwracają na cenę – wynika z najnowszego raportu serwisu OtoDom.pl. Nadal ważna, choć mniej niż w zeszłym roku, jest też lokalizacja. Coraz bardziej liczą się za to takie udogodnienia, jak duży balkon, miejsce parkingowe czy plac zabaw. 84 proc. nabywców mieszkań i domów zaciągało na ten cel bankowy kredyt, choć największa grupa – 27 proc. – ze środków własnych finansowała co najmniej 30 proc. inwestycji.

Przede wszystkim dla klientów kluczowa jest lokalizacja, natomiast króluje też cena. To, które z tych kryteriów, jest istotniejsze, zależy od regionu. W Gdańsku bardziej zwracają uwagę na cenę, w przypadku naszych badań jest to 80 proc. respondentów, a w przypadku Krakowa zdecydowanie bardziej liczy się lokalizacja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Rudnicka, dyrektor serwisu OtoDom.pl.

Koszt nieruchomości ma znaczenie dla 68 proc. nabywców, co oznacza, że ich liczba zwiększyła się od poprzedniego roku o 4 proc. Liczba osób zwracających uwagę na lokalizację spadła o 7 proc. i wynosi dziś 55 proc.

Lokalizacja dla każdego znaczy coś innego, ale gdyby uśrednić wszystkie głosy, to można powiedzieć, że jest to przede wszystkim łatwy dojazd samochodem, czyli to wcale nie musi być w centrum miasta, może być na obrzeżach, łatwy dojazd komunikacją miejską, w mieście, ale nie w hałaśliwym centrum, czyli z dużą dostępnością terenów zielonych i w przyjaznej okolicy – zwraca Rudnicka.

Z badań TNS Polska dla OtoDom.pl wynika, że podejście Polaków do zakupu nieruchomości powoli zaczyna się zmieniać

Te najważniejsze kryteria, czyli cena i lokalizacja, oddają trochę pola wszystkim pozostałym udogodnieniom – mówi Monika Rudnicka. – Czy jest balkon i taras, czy są miejsca parkingowe, czy jest ogrodzenie, czy są place zabaw. Takie aspekty zaczynają być elementem różnicującym dla każdego dewelopera.

Zaledwie 8 proc. badanych deklarowało, że chce kupić mieszkanie mniejsze niż 40 mkw., a 15 proc. szukało ponad 80 mkw. 27 proc. potrzebuje metrażu 51-60 mkw., a 73 proc. badanych chce mieć do dyspozycji 2-3 pokoje. 55 proc. Polaków deklaruje, że nieruchomość kupi tylko z rynku pierwotnego, od dewelopera.

W tym zakresie też mamy różnice regionalne – zaznacza Monika Rudnicka. – Ze statystyki ogólnopolskiej bardzo mocno wybija się Warszawa, ponieważ klienci w stolicy chętnie kupują z rynku wtórnego. Prawdopodobnie wynika to z dostępności ofert, ich atrakcyjności i ceny, która jest dopasowana do kieszeni klienta. Inny jest też proces zakupu. W przypadku rynku wtórnego klienci mówią, że jest to dla nich lepszy wybór, bo mieszkanie już jest gotowe, mogą się od razu wprowadzić, mogą także negocjować cenę, co u dewelopera jest trudniejsze.

35 proc. Polaków, kupując nieruchomość od dewelopera, narzeka na czas oczekiwania na objęcie inwestycji, a 25 proc. na wyższe ceny. 21 proc. przyznaje, że obawia się, czy firma w której kupuje lokal, nie zbankrutuje. Zaledwie 10 proc., wybierając nieruchomość, interesuje się jednak opinią o deweloperze. To jednak zaczyna się zmieniać.

W przyszłości marka dewelopera będzie miała kluczowe znaczenie w sprzedaży, bo teraz już widać, że deweloperzy, którzy mają dobrą markę i dobrze budują jakościowo, wygrywają – mówi Katarzyna Cyprynowska, prezes firmy Nowy Adres. – Kolejna rzecz to świadomość kosztów, które się ponosi, mieszkając w danej inwestycji. Ona też wzrasta.

Świadczy o tym m.in. wybór internautów w „Rankingu Inwestycji Deweloperskich”. Największa grupa z 280 tysięcy głosujących wybrała „Dom dla każdego” budowany w Krakowie przez Wawel Service. To osiedle ekologiczne, zazwyczaj droższe, przez co mniej popularne wśród przeciętnych polskich nabywców.

Zrealizowaliśmy już dwie takie inwestycje i jesteśmy w trakcie kolejnych. Jest to kierunek, który musi się rozwijać i mamy nadzieję, że w tym kierunku będzie szło nasze budownictwo – mówi Grzegorz Zagrabski, członek zarządu Wawel Service. – Świadomość klienta w tym zakresie jest bardzo słaba. Często to my przy pierwszym kontakcie musimy go uświadamiać, jakie będzie mieć korzyści z zakupu takiego mieszkania. Klienci są trochę nieufni, ale w inwestycjach, które już zakończyliśmy, zauważyliśmy, że przekłada się to na portfel klienta.

Zwycięzca rankingu liczy więc, że nabywcy zaczną dostrzegać, że jakość, która kryje się za wyższą ceną osiedli ekologicznych, oznacza większe profity w przyszłości.

Polski pracownik narzeka na stres w miejscu pracy. Liczy na pomoc pracodawcy

Polski pracownik narzeka na <a title=stres w miejscu pracy. Liczy na pomoc pracodawcy" title="Polski pracownik narzeka na stres w miejscu pracy. Liczy na pomoc pracodawcy" />
Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED
Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED

Polscy pracownicy doceniają programy zdrowotne w miejscu pracy, a dwie trzecie z nich korzysta. Ich zdaniem oferta pracodawców nie jest jednak wystarczająca. Najwięcej pracowników (45 proc.) liczy na wsparcie w walce ze stresem, ale większość go nie otrzymuje.

Dwie trzecie polskich pracowników uważa, że ich wydajność zawodowa wzrosłaby, gdyby ich aktualny stan zdrowia był lepszy. Dlatego cenią organizowane przez pracodawców programy prozdrowotne. Najwięcej pracowników liczy na wsparcie w zakresie zdrowia psychicznego i skutków stresu czy depresji (45 proc.) oraz profilaktyki chorób układu krążenia (39 proc.) – wynika z raportu „Zdrowie w miejscu pracy – diagnoza i oczekiwane zmiany”.

Choć walka ze stresem jest dla pracowników polskich firm najważniejszym, czego wymagają od programów zdrowotnych, to pracodawcy rzadko odpowiadają na to zapotrzebowanie

Polska miała najgorszy wynik wśród badanych państw w zakresie faktycznej realizacji takich programów, a stres w miejscu pracy jestem tematem numer jeden. W Polsce wyraźnie zarysowana była także kwestia dostępu do opieki medycznej, rehabilitacji i usług stomatologicznych – mówi agencji Informacyjnej Newseria dr Grzegorz Juszczyk, dyrektor Biura Edukacji Zdrowotnej, Grupa LUX MED.

Jednocześnie pracodawcy powszechnie deklarują zaangażowanie w programy zdrowotne dla pracowników. 76 proc. przedsiębiorców z Polski twierdzi, że prowadzi co najmniej jedno działanie w tym zakresie. Najbardziej popularnymi dziedzinami są programy opieki zdrowotnej (19 proc.), szczepienia (17 proc.) czy zniżki do klubów sportowych (18 proc.).

Rosną nasze oczekiwania, będą zatem rosły potrzeby medyczne, w związku z tym na pewno musi nastąpić zmiana w obecnym systemie, bo ten jest niewystarczający. Myślę tutaj o dodatkowym finansowaniu opieki zdrowotnej, czy to w formie ubezpieczeń, czy współpłacenia – mówi Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED.

Z badania wynika, że największą barierą powstrzymującą pracodawców przed zaangażowaniem się w zdrowie pracowników są koszty takich działań. Część firm wskazywała, że do większej profilaktyki skłoniłyby ich ulgi podatkowe w tej dziedzinie. Ankietowani wskazywali także na zbyt małe przekonanie o skuteczności programów zdrowotnych wśród kadry zarządzającej oraz brak wykwalifikowanych osób w firmach, które mogłyby się tym kompleksowo zająć.

Ci pracodawcy, którzy zdecydowali się na rozwój programów zdrowotnych, widzą jednak, że przynosi to korzyści. Ponad 40 proc. pracodawców zaobserwowało w swojej firmie pozytywne efekty takich inwestycji. Największe to spadek absencji, poprawa stanu zdrowia i zwiększenie zaangażowania zatrudnionych.

Zwiększając świadomość zdrowotną poszczególnych pracowników, tłumacząc im, dlaczego działania profilaktyczne są tak ważne, możemy zwiększyć ich zdrowie. Pracodawcy coraz częściej zdają sobie sprawę z tego, że ogromne znaczenie dla nich ma dbanie o zdrowie pracownika – mówi Jolanta Walusiak-Skorupa, kierownik Kliniki Chorób Zawodowych i Toksykologii Instytutu Medycyny Pracy im. Jerzego Nofera w Łodzi i prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Pracy.

Zaniedbanie przez pracodawców działań prozdrowotnych jest negatywnie oceniane przez pytanych pracowników, ale nie skłania ich to do rezygnacji z pracy. Dużo większy wpływ takie programy mają na osoby poszukujące pracy. Aż 43 proc. ankietowanych wskazywało, że zwraca na to uwagę.

Badanie „Zdrowie w miejscu pracy – diagnoza i oczekiwane zmiany” przeprowadzono na próbie 1600 menedżerów w firmach i 16800 pracowników z Polski, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i Australii na zlecenie międzynarodowej grupy medycznej Bupa, której częścią jest LUX MED.

Kłopoty finansowe branży mięsnej

CEO Magazyn Polska

Embargo ze strony Rosji oraz ograniczenia w eksporcie do krajów azjatyckich są coraz bardziej odczuwane przez producentów mięsa. O blisko 20 proc. wzrósł odsetek przedsiębiorstw, których wyniki pogorszyły się w stosunku do 2013 roku. Ponad połowa firm źle ocenia swoją sytuację finansową. W dodatku deflacja powoduje, że szybko spada rentowność. Obecnie jest na poziomie 1-2 proc., czyli cztery razy niższym niż kilka lat temu.

Sytuacja finansowa branży mięsnej zmienia się, niestety, na niekorzyść – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Choiński, prezes Związku Polskie Mięso. – Widać wyraźnie, że rok do roku jest coraz trudniej.

Według danych związku, organizacji zrzeszającej przeszło 100 producentów i przetwórców (w zdecydowanej większości małe i średnie przedsiębiorstwa), pod koniec 2013 roku tylko jedna czwarta firm źle oceniała swoją sytuację finansową. W ubiegłym roku odsetek ten był już przeszło dwa razy wyższy i wyniósł około 55 proc.

Wynika to z samej konkurencji z innymi krajami, a także m.in. embarga rosyjskiego czy ASF (afrykańskiego pomoru świń – red.). To spowodowało, że rynki krajów trzecich, takie jak Japonia, Korea, Tajwan i Chiny, zostały zamknięte na polskie produkty – mówi Witold Choiński. – To wszystko zdecydowanie miało wpływ na sytuację finansową branży mięsnej.

Kondycja sektora ucierpiała na skutek utrzymującej się od lipca ubiegłego roku deflacja. W kwietniu tego roku, według Głównego Urzędu Statystycznego, ceny dóbr i usług konsumpcyjnych w stosunku do marca co prawda wzrosły o 0,4 proc, jednak w porównaniu z tym samym miesiącem 2014 r. były niższe o 1,1 proc.

Na pewno w jakimś stopniu powoduje to, że mięso w zasadzie nie drożeje, a wręcz tanieje, co wpływa na sytuacje finansową i zyski – informuje Choiński.

Jeszcze kilka lat temu przeciętna rentowność w branży wynosiła około 7-8 proc. Obecnie rzadko przekracza 2 proc., a najczęściej kształtuje się na poziomie między 1 i 2 proc.

I to jest już dobra rentowność – podkreśla prezes Związku Polskie Mięso. – Firmy wchodzące w ten segment działalności nadrabiają obrotem. Jest tendencja, żeby windować przychody, dzięki czemu można uzyskać jeszcze rentowność.

Według Związku Polskie Mięso wartość produkcji przemysłu mięsnego wynosi około 8,5 mld zł, co stanowi około 1,5 proc. PKB. Branża zatrudnia ponad 100 tys. osób (w uboju i przetwórstwie) oraz milion rolników, co łącznie stanowi ok. 7 proc. ogółu zatrudnionych w Polsce.

Trendy biznesowe wpływają na rynek wydawniczy

0

CEO Magazyn Polska

Wymiana handlowa i rozwój biznesu wpływają na rynek wydawniczy. Coraz większa współpraca z krajami azjatyckimi przekłada się na zainteresowanie czytelników publikacjami na temat tamtejszej kultury i języków. W tym roku takie książki mogą cieszyć się nawet o kilkadziesiąt procent większym zainteresowaniem niż rok wcześniej.

Jako wydawnictwo musimy reagować na zmiany na rynku, także te związane z wymianą handlową. Widzimy, że oprócz zainteresowania krajami z którymi od dawna współpracujemy, jak Niemcy czy Wielka Brytania, rośnie również zainteresowanie krajami azjatyckimi – mówi agencji Newseria Biznes Michał Skuba, dyrektor zarządzający Wydawnictwa Naukowego PWN.

Rośnie wymiana handlowa Polski z krajami azjatyckimi. Naszym najważniejszym partnerem na kontynencie są Chiny, coraz więcej inwestycji powstaje również w innych krajach regionu. Za zmianą kierunków biznesowych muszą podążać również wydawnictwa, a książki wchodzące na rynek powinny być dostosowane do nowych trendów. Dlatego na półkach w księgarniach coraz częściej można znaleźć podręczniki do nauki języków obcych i nie tylko tych tradycyjnych, jak angielski czy niemiecki. Rośnie zainteresowanie językami z Półwyspu Iberyjskiego i orientalnymi.

W tym roku można się spodziewać kilkunasto-, a nawet kilkudziesięcioprocentowego wzrostu zainteresowania nauką języków orientalnych – tłumaczy Skuba. – Ale nauka to nie tylko język, lecz także kultura, system biznesowy i gospodarczy. Dlatego potraktowałbym jako całość i język, i wszystkie wydarzenia wokół samej nauki języka.

Jak wskazują badania Education First, brak znajomości języka jest jedną z głównych barier – wskazywanych przez firmy – we wchodzeniu na zagraniczne rynki.

W maju na polskim rynku pojawiło się pierwsze wydanie światowego bestsellera „Chineasy”. Jak przyznaje dyrektor PWN, choć język chiński, którym posługuje się ponad 1,3 mld osób na świecie, w Polsce wciąż jest mniej popularny niż języki europejskie, to nowa pozycja powinna przyciągnąć czytelników. Przede wszystkim dlatego, że autorka ShaoLan podeszła nowatorsko do nauki języka Państwa Środka, przekształcając kluczowe chiński znaki w piktogramy, które łatwiej zapamiętać.

Eksperci podkreślają, że język chiński jest jednym z najtrudniejszych na świecie. US Foreign Service Institute wskazuje, że potrzeba co najmniej 2,2 tys. godzin nauki, by osiągnąć w nim biegłość. W  przypadku języka francuskiego potrzebne jest mniej niż 600 godzin.

Liczymy na to, że sama formuła książki, tematyka i zainteresowanie kulturą chińską, zarówno po stronie biznesowej, jak i naukowej, akademickiej, przełoży się na satysfakcjonujące wyniki sprzedażowe – mówi Skuba i dodaje, że innym przykładem jest przewodnik „Język chiński. Pomocnik handlowy” dla osób, które zamierzają rozpocząć współpracę z Chinami. – Zawiera on zestaw podstawowych sformułowań, zwrotów i słów, które na pewno pomagają w nawiązaniu relacji z klientami biznesowymi w Państwie Środka.

W przypadku dużego zainteresowania książką PWN przygotuje kolejne pozycje, które w ciągu 2-3 lat pojawią się w sprzedaży. Skuba podkreśla, że wydawnictwo nie może zamykać się na inny rodzaj książek, nie skupiać się wyłącznie na podręcznikach akademickich, ale musi nadążać za zmianą trendów w biznesie.

Polskie wydanie „Chineasy” jest 13. wersją językową tego podręcznika. Jej partnerem została firma Tri-Ring Group Corp., która inwestuje w Europie. Jest głównym akcjonariuszem m.in. Fabryki Łożysk Tocznych w Kraśniku.

Kupujący powoli przekonują się do zielonego budownictwa

CEO Magazyn Polska

W Polsce zielone certyfikaty w biurowcach są już standardem, a najemcy coraz częściej szukają takich nieruchomości. Na rynku mieszkaniowym dopiero zaczynają się one pojawiać, jednak deweloperzy prognozują, że będą zyskiwać na znaczeniu. Tym bardziej że i klienci – wiedząc jakie korzyści one niosą dla zdrowia i kieszeni – będą gotowi płacić za takie mieszkanie więcej.

W Polsce certyfikaty w mieszkaniówce to novum – mówi agencji Newseria Biznes Tymon Nowosielski, dyrektor operacyjny Bouygues Immobilier, dewelopera, którego inwestycje jako pierwsze w regionie uzyskały certyfikat HQE w budownictwie mieszkaniowym. – Każdy nowo wznoszony biurowiec, który chce aspirować do tego, żeby być dobrym projektem, z automatu ma już certyfikat. Jednakże w budownictwie mieszkaniowym istnieje obawa, że przysłowiowy Kowalski będzie musiał zapłacić dodatkowe pieniądze za certyfikat. Nasza inwestycja pokazuje, że nie do końca jest to prawdą, poza tym warto zwrócić uwagę na długoterminowe korzyści.

Jak podkreśla, zmiany na rynku są jednak kwestią czasu. Na Zachodzie certyfikaty przyznawane budynkom mieszkalnym są już standardem.

Za kilka lat certyfikacja budynków mieszkalnych w systemach HQE lub innym stanie się takim samym standardem, jak ISO w certyfikacji zarządzania. Korzyści jest wiele. Można je zdefiniować przez element wartości, bo jakość budynku jest potwierdzona w oficjalny, sformalizowany sposób – mówi Nowosielski i prognozuje, że certyfikaty staną się w ciągu kilku lat również istotnym elementem na rynku wtórnym.

Inwestycje Accent Vert i Accent Eco na warszawskim Bemowie to pierwsze budynki mieszkalne w Europie Środkowo-Wschodniej, które otrzymały certyfikat HQE International przyznawany przez organizację CERWAY dla budownictwa przyjaznego dla środowiska. Inwestycja Accent Eco otrzymała certyfikat na poziomie „very good”.

To są budynki dla rodzin, dla których to jest bardzo często pierwsze mieszkanie. Przyświecała nam taka idea, że jeżeli certyfikacja z punktu widzenia ekonomicznego sprawdzi się w budynkach właśnie w tym segmencie, to na pewno łatwiej będzie nam robić to w budynkach w segmencie wyższym, gdyż tam możemy dysponować większymi środkami – podkreśla Nowosielski.

Kryteria w HQE dzielą się na cztery bloki (łącznie 14 celów) – ochrona środowiska naturalnego, w którym powstaje budynek, komfort użytkowania, oszczędność energii oraz ochrona zdrowia mieszkańców.

Cały proces projektowania i realizacji jest poddany reżimowi kontroli. Jeżeli weźmiemy pod uwagę dyscyplinę, którą narzuca certyfikacja HQE, żeby zdobyć certyfikację na poziomie „very good”, trzeba dokonać szeregu świadomych wyborów, dodatkowo te wybory należy udokumentować w formalny sposób, przedstawić je później niezależnemu audytorowi i dopiero to gwarantuje otrzymanie tego certyfikatu – tłumaczy Nowosielski.

Certyfikat gwarantuje, że deweloper zaplanował realizację swojej inwestycji, spełniając szereg ściśle określonych kryteriów sprzyjających ekologii oraz przyszłym użytkownikom. Oceniany jest między innymi wpływ budynku na otoczenie. Istotne jest również zarządzanie energią i gospodarką wodną. W jednym z warszawskich budynków została zaprojektowana instalacja paneli solarnych do podgrzewania wody. Stosowane są też odpowiednie materiały, które niwelują przypadki alergii, mieszkania są długotrwale wietrzone, a instalacje wodociągowe wielokrotnie płukane przed użytkowaniem.

Innym elementem HQE jest odpowiedzialna budowa. Inwestor, który zdecydował się na certyfikat, musi precyzyjnie udokumentować to, co się dzieje z wszelkimi odpadami z tej budowy. W jaki sposób są składowane palety drewniane, czy są wywożone do powtórnego wykorzystania, w jaki sposób ziemia wywożona jest do jak najbliżej położonych miejsc składowania, tak żeby nie tworzyć zbędnego transportu – mówi dyrektor w Bouygues Immobilier.

MCI.TechVentures zainwestuje w Pigu.lt

MCI.TechVentures 1.0, fundusz zarządzany przez Grupę Kapitałową Private Equity Managers (Grupa PEManagers), podpisał umowę nabycia większościowego pakietu akcji spółki Pigu.lt (Spółka), lidera w segmencie e-commerce w Państwach Bałtyckich. Transakcja oczekuje obecnie na zgodę odpowiednich urzędów ochrony konkurencji.

Pigu.lt jest liderem e-commerce na Litwie i Łotwie, od 2014 roku dynamicznie rozwija swoją działalność w Estonii. Spółka osiąga przychody na poziomie blisko 50 mln EUR i posiada ponad milion zarejestrowanych klientów. W ofercie produktowej znajdziemy ok. 90 tys. produktów w tym sprzęt AGD, elektronikę, modę, kosmetyki i artykuły dziecięce.

Akcjonariusze spółki są bardzo zadowoleni z możliwości współpracy z doświadczonym inwestorem e-commerce. Dzięki temu partnerstwu jeszcze bardziej wzmocnimy naszą wiodącą pozycję w Państwach Bałtyckich i otrzymamy wsparcie w oferowaniu naszym klientom jakości obsługi na najwyższym światowym poziomie powiedział Mykolas Majauskas, Przewodniczący Rady Nadzorczej Pigu.lt.

Potencjał spółki jest bardzo duży. Rynki krajów bałtyckich są zdecydowanie mniej nasycone niż zachodnia Europa, a zakupy internetowe stają się coraz bardziej popularne. Jednocześnie w tych właśnie krajach dzięki szybkiemu wzrostowi gospodarczemu i szeroko rozbudowanej infrastrukturze szerokopasmowej przewidujemy dynamiczny rozwój rynku e-commerce. – dodał Maciej Kowalski, Partner Inwestycyjny Private Equity Managers S.A.

Pigu.lt jest kolejną inwestycją Grupy PEManagers, po Morele.net, KupiVIP czy Mall.cz z segmentu e-commerce, co sprawia, że spółka w trakcie inwestycji otrzyma nie tylko wsparcie finansowe, ale także doświadczenie inwestycyjne i operacyjne menedżerów związanych z Grupą PEManagers.

O Pigu.lt.:

Spółka Pigu.lt to lider segmentu e-commerce, założony w 2007 r. Początkowo funkcjonował na rynku litewskim, w 2011 r. rozszerzył swój zasięg o Łotwę (jako 220.lv), od 2014 r. rozwija się dynamicznie w Estonii (jako www.kaup24.ee). Asortyment sklepu obejmuje segmenty: elektroniczny, sprzęt AGD, artykuły meblowe i wystroju wnętrz, branży modowej, kosmetyków, artykuły dziecięce, sportowe, itp.

Popołudniowy komentarz walutowy z 28.05.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 28.05.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

W 2016 roku płaca minimalna powinna wzrosnąć do 1800 zł

Związkowcy chcieliby, aby minimalne wynagrodzenie za pracę wzrosło w przyszłym roku z 1750 zł do przynajmniej 1880 zł. Pracodawcy mówią o kwocie 1800 zł.

Komentarz Jeremiego Mordasewicza, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan

Płaca minimalna w wysokości 1800 zł w przyszłym roku byłaby rozsądnym kompromisem między oczekiwaniami pracowników, a możliwościami małych polskich firm.
Taki wniosek można wyciągnąć z sondażu przeprowadzonego wśród członków Konfederacji Lewiatan. W dużych miastach i dużych firmach do zaakceptowania byłaby nawet większa podwyżka. Trzeba jednak pamiętać, że członkami Lewiatana są przede wszystkim firmy średnie i duże.
W małych firmach, w szczególności działających w biednych regionach, wynagrodzenie minimalne powyżej 1800 zł może spowodować zwolnienia pracowników o niskich kwalifikacjach.

Konfederacja Lewiatan

Prawo autorskie a dobre praktyki w podpisywaniu zdjęć

0

Konieczność podpisywania zdjęć, a zatem wskazywanie autora dzieła fotograficznego, jest podstawą pracy każdego fotografa i fotoedytora. Nikon Polska w ramach projektu Fotoprawo.pl od ponad 5 lat prowadzi regularne badania świadczące o tym, że media nie przykładają wagi do podpisywania zdjęć. Dlaczego tak się dzieje i jak ma się teoria do praktyki w kontekście zapisów Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych? Na te i inne pytania próbowano znaleźć odpowiedz podczas debaty zorganizowanej 14 maja w Warszawie w ramach tegorocznej edycji konkursu Grand Press Photo.

Statystyki prowadzone przez Fotoprawo.pl obrazujące praktykę podpisywania zdjęć w polskich mediach są wciąż niezadowalające, a zwyczaje większości redakcji i milcząca zgoda wielu agencji fotograficznych nie pomagają w ich poprawie. Co więcej, sami fotografowie często nie są świadomi swoich praw, a co za tym idzie nie wiedzą jak je chronić. Uczestnicy debaty w składzie Anna Brzezińska-Skarżyńska – redaktor naczelna PAP Foto, Ewa Morgunow – fotoedytorka miesięcznika ELLE, Marcin Janiszewski – kierownik agencji Newspix.pl, mec. Krzysztof Pluta z kancelarii prawnych Jakubowski Pluta i Wspólnicy oraz Wiktor Sobolewski, koordynator projektu Fotoprawo.pl z Nikon Polska, przekonywali, że stosowanie pełnego opisu zdjęć jest jednym ze sposobów, w jaki fotograf może i musi zabezpieczyć się przed ewentualnymi roszczeniami. Wśród gości na sali znaleźli się fotografowie, fotoedytorzy, przedstawiciele agencji prasowych i fotograficznych oraz dziennikarze.

Nasze prawa autorskie są podstawą naszej pracy, to trzon naszego biznesu. Są kluczowe dla wiarygodności i pewności informacji. Jeżeli chcemy mieć autentyczne informacje, które są sprawdzone i których celem jest tylko i wyłącznie informowanie, a nie osiąganie celów politycznych, nie osiąganie celów handlowych, to musimy przestrzegać praw autorskich. To jest jedyna i prawdziwa wartość informacji, bez tego będziemy mieli sponsorów dystrybuowania informacji, ale to już nie będą w ogóle informacje. – tymi słowami, cytując Erica Baradata, szefa AFP Francuskiej Agencji Prasowej, rozpoczął spotkanie Wiktor Sobolewski.

Debata okazała się zderzeniem odmiennych punktów widzenia i ujawniła znaczące różnice między teorią i praktyką. Widać je było wyraźnie w kwestii podpisywania zdjęć anonimowych, czyli sytuacji, kiedy to sami fotografowie żądają zatajenia ich imienia i nazwiska. Wywołało to lawinę pytań, zwłaszcza ze strony fotoedytorów i agencji fotograficznych. Marcin Janiszewski, szef Newspix, Ringier Axel Springer Polska, podkreślił, że ponad połowa zdjęć, jakie trafiają do agencji jest celowo niepodpisana, pomimo tego, że doskonale wiadomo, kto jest autorem dzieła. Potwierdził zatem zasadę, że wielu fotografów zdjęć typu „paparazzi” pragnie pozostać anonimowymi. Anna Brzezińska-Skarżyńska, redaktor naczelna PAP Foto podkreślała, że poza takimi wyjątkami nie rozumie chęci ukrywania autorów zdjęć, zwłaszcza gdy robi to agencja w celu zatajenia danych przed konkurencją. Zwróciła uwagę, że do tego służy umowa o prawo do zdjęcia na wyłączność. – Nasze zdjęcia zawsze są podpisane imieniem i nazwiskiem autora oraz nazwą agencji. Nawet w regulaminie jest napisane, że zdjęcie musi być podpisane danymi autora i naszą agencją. Coraz częściej nakładamy na redakcję kary za niepodpisane zdjęcie, żądając trzykrotności ceny wyjściowej. – tłumaczy.

Ewa Morgunow, fotoedytorka miesięcznika ELLE przyznaje, że redakcje często w pośpiechu podpisują zdjęcia jedynie nazwą agencji, a sama odpowiedzialność za to jest bardzo rozmyta. – Prawo prasowe mówi wyraźnie, że odpowiedzialność ponosi redaktor naczelny i każdy kto uczestniczył w procesie tworzenia materiału. Zatem każdy, kto przyczynił się do publikacji takiego niepodpisanego materiału, może liczyć się z odpowiedzialnością. A prawo do podawania swojego imienia i nazwiska nie podlega zrzeczeniu. – skomentował Krzysztof Pluta.

Prawo autorskie nie odnosi się wyłącznie do przedmiotu podpisywania zdjęć, istnieje jeszcze zagadnienie ingerencji w zdjęcia, czy problem ochrony wizerunku. Dlatego uczestnicy debaty i organizatorzy projektu Fotoprawo.pl już teraz zapowiedzieli kontynuację tematu, aby doprowadzić do ujednolicenia zasad podpisywania utworów fotograficznych. W planach jest wypracowanie zbioru zasad określających przestrzeganie praw autorskich do zdjęć. Do projektu już teraz zapraszani są przedstawiciele mediów, fotoedytorzy i fotografowie. Pomysłodawcy projektu wierzą, że tylko dzięki zaangażowaniu tak szerokiego grona doświadczonych praktyków, będzie możliwe wypracowanie najlepszych standardów pracy i zachęcenie do ich powszechnego stosowania.

Podczas spotkania zaprezentowano również nowy wygląd portalu Fotoprawo.pl. Projekt stale się rozwija i poszerza zakres materiałów dostępnych na stronie, starając się jak najbardziej przybliżyć temat praw autorskich fotoedytorom i fotografom, którzy nie tylko współpracują z agencjami fotograficznymi i prasowymi, ale również prowadzą własną działalność, gdyż to zwłaszcza oni muszą pamiętać, aby zadbać o swój biznes. Projekt ma przed sobą ogromne wyzwanie, ponieważ tylko poprzez ustawiczne edukowanie kolejnych pokoleń specjalistów można z czasem upowszechnić świadomość prawa autorskiego w Polsce.

Content na wagę złota

Social MediaSocial media dziś

Na przestrzeni ostatniej dekady sposób komunikacji między ludźmi uległ zmianie. Social media stały się wszechobecne i ich rola urosła do rangi drugiej najpopularniejszej formy wymiany myśli i doświadczeń. Tegoroczne badanie Wave 8 pokazuje wyraźny trend w komunikacji, świadczący o dojrzewaniu polskich internautów, określany jako one2few zamiast one2many. Liczba regularnie utrzymywanych kontaktów za pomocą mediów społecznościowych nie odbiega obecnie znacząco od liczby kontaktów, które mamy w świecie rzeczywistym. Zgodnie z wynikami badania Wave 8, w Polsce social media często utożsamiane są z Facebookiem, z którego najczęściej korzysta 62,2% ankietowanych. Drugim wymienianym serwisem jest You Tube wymieniany przez 39% badanych, choć tu widać wyraźny spadek w stosunku do poprzedniej fali badania. Może to być efektem agresywnych działań Facebooka w obszarze video.  Powoli wzrasta siła mniejszych platform  takich jak: Instagram (3,8%), Pinterest (1,7%), Snapchat (2,2%). Na świecie częstotliwość z ich korzystania jest 2-3 większa, co może świadczyć o wysokim potencjale wzrostu w najbliższym czasie.

Jak budować komunikację z konsumentami?

Współczesne mechanizmy komunikacji międzyludzkiej znalazły swoje zastosowanie w wymianie treści pomiędzy markami i konsumentami za pośrednictwem social media. Postrzeganie marek przez pryzmat prowadzonej przez nie komunikacji w tych kanałach potrafi bowiem w znaczący sposób przyczynić się do poprawy lub pogorszenia ich wizerunku w świecie rzeczywistym.

Marka, która komunikuje się z konsumentami, powinna rozumieć potrzeby swoich odbiorców. Jest  to kluczowe, aby stworzyć atrakcyjną platformę komunikacyjną, która będzie podstawę do stworzenia m.in. skutecznej strategii content marketingowej. Ta może być realizowana praktycznie  we wszystkich kanałach  komunikacji, z wykorzystaniem odpowiednich touchpointów i momentów,  sercem jej jednak są dziś social media, będące w zasięgu ręki dzięki masowej smartfonizacji.

Komunikacja z fanami poprzez kanały społecznościowe powinna odbywać się na zasadzie partnerstwa, przyjacielskiej wymiany myśli i doświadczeń, w oparciu o zasady netykiety oraz kultury językowej. Sposób zaangażowania emocjonalnego fanów i postrzegania marek w social media przekłada się na ich lojalność oraz wzmocnienie lub osłabienie generalnego wizerunku.

Social media daje markom szanse na prowadzenie interaktywnego dialogu z konsumentami. Z roku na rok marki coraz lepiej rozumieją, że aktywność w social media nie polega na nachalnej promocji czy sprzedaży, lecz na długofalowym budowaniu relacji i zaangażowania z użytkownikami właśnie z wykorzystaniem contentu.

Content, który cenią Internauci

Wyniki Wave 8 pokazują, że użytkownicy social mediów są emocjonalnie związani z treściami, które udostępniają oraz markami, do których się przyłączają. Różnicę widać, kiedy analizujemy jakie treści lubią, a jakimi się dzielą. To bowiem określa ich wirtualny wizerunek.  Dzielimy się zatem najczęściej treściami, które wyrażają nasz punkt widzenia, są zabawne i pozwalają rozwijać pasje. Często są to treści o charakterze rozrywkowym, które pozwalają im sprawiać na odbiorcach wrażenie kreatywnych albo takie, dzięki którym zyskują uznanie i akceptację społeczną, a tym samym promują własną osobę. Dzielimy się też contentem, który postrzegamy jako inspirujący lub użyteczny (np. DIY). Wyrażanie swojego zdania jest dla Internautów istotne, ale nie jest to dla nich kwestia priorytetowa. Doceniamy większość contentu, szczególnie jednak  informacje które nas zaskakują i pozwalają zdobyć wiedzę.

W zależności od kategorii do której przypisana jest marka, internauci są skłonni poszerzyć jej społeczność, aby:

  • zdobywać wiedzę o produktach, nowościach, trendach
  • budować relacje z innymi dzieląc się treściami i opiniami
  • dbać o rozwój osobisty podnosząc swoje umiejętności, szczególnie zawodowe
  • zyskać uznanie i akceptację społeczną poprzez współudział w inicjatywach, które są ich zdaniem fajne
  • dostać atrakcyjny content, który pozwoli się rozerwać, wypełni czas dając darmową  rozrywkę

Komunikacja marek może się także sprowadzać do realizowania bieżących zadań kampanii i aktywizowania fanów, np. za pomocą aplikacji, konkursów, przepisów czy zabaw językowych. Cele oraz rodzaj treści udostępnianych przez marki są zależne od ich typu. Konsumenci z kategorii consumer technology doceniają kontent, dzięki któremu zdobywają wiedzę lub który zapewnia im użyteczne wskazówki oraz gdy jest interesujący, kontrowersyjny i inicjuje dyskusję. Branża turystyczna powinna postawić bardziej na inspirowanie i rozwijanie pasji wśród potencjalnych klientów. Natomiast branża alkoholowa dobrze, aby pomagała nawiązywać kontakt z innymi i dostarczała rozrywkowy content.

„Wave 8: Wszystko, co chcieliście wiedzieć o contencie, a baliście się zapytać” to bardzo dogłęb­ne badanie, obejmujące wiele aspektów komunikacji z podziałem na różnorodne branże.

Wypoczynek na wsi popularnym sposobem spędzania urlopu

Polacy poszukują bliższych naturze i bardziej tradycyjnych form wypoczynku. Dlatego agroturystyka cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W gospodarstwie agroturystycznym nie tylko dobrze zjemy, lecz także aktywnie spędzimy czas oraz zobaczymy, jak wygląda codzienność polskiej wsi.

Chcemy żyć wolniej, dlatego z zakorkowanych miast uciekamy w zacisze. Wykorzystują to polscy gospodarze, którzy coraz chętniej oferują swoją gościnność. Bez względu na wiek każdy znajdzie na wsi coś dla siebie. Jazda konna, wspólne zbieranie ziół, praca przy pasiece, opieka nad zwierzętami gospodarskimi czy wykonywanie rękodzieł – to nieliczne z atrakcji adresowanych do zmęczonych mieszkańców wielkich miast.

Agroturystyka to idealne rozwiązanie dla rodzin. Tereny wiejskie są przygotowane z myślą o bezpieczeństwie najmłodszych. Dzieci przez zabawę uczą się miejscowych tradycji, pod okiem gospodyń doglądają zwierząt i zdobywają wiedzę na ich temat, a dzięki wycieczkom edukacyjnym poznają przyrodę. „Co więcej, rodzice w ciągu dnia mają czas wolny dla siebie, ponieważ gospodynie z uprawnieniami pedagogicznymi zajmują się pociechami” – mówi serwisowi infoWire.pl dyrektor Sądeckiej Organizacji Turystycznej Bożena Srebro.

Wielbicielami terenów wiejskich oraz życzliwości rolników są także seniorzy. W gospodarstwach uczą się wypieku chleba, produkcji wina czy rękodzielnictwa. Równie chętnie uczestniczą w wieczorach poezji, wycieczkach oraz zajęciach z jazdy konnej. „Agroturystyka to forma wypoczynku dostosowana nie tylko do potrzeb osób starszych, lecz także ich budżetu” – podkreśla ekspertka.

Kierowco, wzrosły stawki mandatów

0

Przed szybką jazdą ma odstraszać nie tylko zabieranie prawa jazdy – w maju zmieniły się stawki mandatów za przekroczenie prędkości. Dotychczas najwyższe wynosiły 500 zł, obecnie jest to ponad trzy razy więcej.

Wprowadzone kary są bardzo dotkliwe. Dla przykładu za przekroczenie prędkości o 41–50 km/h trzeba zapłacić 532 zł, jeżeli do wykroczenia doszło w terenie niezabudowanym, i 1064 zł, w przypadku gdy miało ono miejsce w terenie zabudowanym. Jeśli prędkość przekroczy się o ponad 50 km/h, policjant nie tylko wręcza mandat, lecz także odbiera prawo jazdy. Kierowcy, którzy zostali złapani na zbyt szybkiej jeździe po raz czwarty (i każdy kolejny) w ciągu roku od pierwszego wykroczenia, muszą płacić kary podwyższone o 50%.

Stawki mandatów w nowym taryfikatorze zależą od średniej krajowej z poprzedniego roku. Lepszym rozwiązaniem wydaje się wyliczanie ich od zarobków.

„Zmiany są dla kierowców druzgocące” – zaznacza w rozmowie z serwisem infoWire.pl Krzysztof Kuberski z Fundacji Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych. „Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście przyczynią się do podniesienia bezpieczeństwa. Kierowców trzeba nauczyć, jak zmienić nawyki jazdy, a nie karać wysokimi mandatami, których nie będą w stanie zapłacić” – dodaje.

Większą karę niż do tej pory – 800 zł – przewidziano również za parkowanie bez uprawnień na kopercie. 100 zł zapłaci z kolei pieszy za brak wymaganych odblasków.

Prowadzisz szkołę językową? Zobacz jak reklamuje się twoja konkurencja!

32 tysiące wyświetleń oraz 650 kliknięć w reklamę w skali miesiąca. To wynik możliwy do osiągnięcia przez szkołę językową wydającą na kampanię online 50 zł dziennie. O tym, jak wykorzystywać reklamę w wyszukiwarce do skutecznego eksponowania oferty szkoleniowej mówi najnowszy raport udostępniony przez Blink.pl.

Zgodnie z danymi opublikowanymi w ubiegłym roku przez English Proficiency Index, Polacy to jeden z najlepiej mówiących po angielsku narodów na świecie. Zajmujemy wysokie, bo aż szóste miejsce w światowym rankingu, wyprzedzając w tej dziedzinie m.in. Niemców, Francuzów i Czechów. – Jak pokazało badanie przeprowadzone przez naszych specjalistów, dużą popularnością cieszą się nie tylko kursy języka angielskiego, ale także niemieckiego, rosyjskiego, hiszpańskiego czy francuskiego. Zaobserwowano także wzmożone zainteresowanie Polaków nauką języka obcego na poziomie biznesowym oraz specjalistycznymi certyfikatami – tłumaczy Jakub Dwernicki, prezes Blink.pl, firmy specjalizującej się w kampaniach SEM i SEO.

206 tys. klientów miesięcznie

1_liczba_klikniec

Frazy związane z nauką języka obcego wyszukiwane są przez polskich internautów średnio 206 tysięcy razy miesięcznie! Najnowszy raport opublikowany przez Blink.pl pokazuje, jak wykorzystać ten potencjał do skutecznego wypromowania oferty szkoły językowej w internecie. Analiza objęła firmy zlokalizowane w największych miastach Polski, a samo badanie przeprowadzono na przełomie marca i kwietnia 2015 r. Na potrzeby symulacji założono, że szkoła językowa przeznaczy na reklamę w wyszukiwarce hipotetyczny budżet w wysokości 1 500 zł miesięcznie. Przyjęto też, że za kliknięcie CPC w reklamę nie zapłaci więcej niż 5 zł.

 

Dokonując analizy potencjału reklamy online dla branży szkoleniowej, specjaliści pod uwagę wzięli zestaw 22-tu przykładowych fraz wpisywanych w wyszukiwarkę przez potencjalnych klientów szkół językowych. Były to: „FCE”, „nauka angielskiego”, „nauka niemieckiego”, „CAE”, „kurs angielskiego”, „nauka hiszpańskiego”, „nauka francuskiego”, „szkoła językowa”, „nauka rosyjskiego”, „kurs niemieckiego”, „Proficiency”, „kurs hiszpańskiego”, „certyfikat z angielskiego”, „kurs francuskiego”, „angielski w biznesie”, „kurs rosyjskiego”, „nauka języków obcych”, „certyfikat z niemieckiego”, „niemiecki w biznesie”, „dobra szkoła językowa”, „szkoła językowa opinie” oraz „ZDAF”.

Wrzesień pod znakiem języka angielskiego

Skuteczna reklama w wyszukiwarce to przekaz dostosowany do aktualnych potrzeb potencjalnego klienta. Przy planowaniu i realizowaniu takiej kampanii ważne jest zatem poznanie i uwzględnienie preferencji internauty oraz obowiązujących trendów sezonowych. Taki rozkład dla branży szkoleniowej pokazuje analiza dokonana przez Blink.pl. Jak czytamy w raporcie, frazy związane z nauką języka angielskiego najczęściej wyszukiwane są przez internautów we wrześniu, by wyraźny spadek osiągnąć na początku roku kalendarzowego. Warto więc postawić na zwartą kampanię reklamową nastawioną na tę frazę właśnie w sezonie wczesnojesiennym.

2_wykres_trend_angielski

Co ciekawe, wyrażenie „nauka angielskiego” wpisywane jest w wyszukiwarkę Google  równomiernie często we wszystkich województwach, z niewielką przewagą mazowieckiego i podkarpackiego.

3_mapa_angielski

W lubuskim stawiaj na niemiecki

Popularność wyszukiwania frazy „nauka niemieckiego” systematycznie rośnie już od 2010 roku. Podobnie, jak w wypadku „języka angielskiego”, potencjalni klienci szkół językowych interesują się nauką w styczniu i wrześniu, jednak w przeciwieństwie do angielskiego – szczyt styczniowy jest zdecydowanie wyższy!

4_wykres_trend_niemiecki

Rozkład geograficzny dla frazy „nauka niemieckiego” wygląda zupełnie inaczej niż było to w przypadku wyrażenia „nauka angielskiego”. Wyraźnie widać, że im bliżej zachodniej granicy, tym zainteresowanie potencjalnych klientów kursami języka niemieckiego rośnie. Takie szkolenia największą popularnością cieszą w województwie lubuskim, a najmniejszą kujawsko-pomorskim.

5_mapa_niemiecki

W październiku promuj First Certificate in English

 

First Certificate in English to jeden z najpopularniejszych, honorowanych na całym świecie egzaminów językowych. Przeprowadzone badanie pokazało, że fraza „FCE” najczęściej wyszukiwana jest przez internatów wczesną jesienią, szczególnie w miesiącach wrzesień i październik.

6_wykres_trend_fce

Lepiej hiszpański niż francuski

Obserwacje dokonane przez specjalistów pokazały też zainteresowanie Polaków nauką języka hiszpańskiego i francuskiego. Jak się jednak okazało, szczególnie pierwszy z nich przyciąga sporą uwagę potencjalnych klientów.

7_wykres_trend_franc_hiszp

Szkoły językowe w miastach

 

Analizując wyniki symulacji, widać jakie wyrażenia związane z nauką języków obcych cieszą się największą popularnością w zależności od miasta, z którego pochodzi zainteresowany internauta. Dla przykładu Poznaniacy najczęściej wybierają frazy „kurs angielskiego” (7 865 wyświetleń i 238 prognozowanych kliknięć w reklamę/mc), z kolei Warszawiacy wolą kombinację słów „nauka angielskiego” (5 825 wyświetleń i 367 kliknięć). Szacuje się, że w reklamę „nauka niemieckiego” miesięcznie może kliknąć 166, a reklamę „kurs niemieckiego” – 154 mieszkańców Wrocławia. Spore zainteresowanie nauką języka hiszpańskiego i francuskiego występuje w Krakowie – reklama po tej frazie może wyświetlić się odpowiednio 826 i 709 potencjalnym klientom. Z kolei kursami rosyjskiego najbardziej zainteresowani są mieszkańcy Gdańska – tutejsze szkoły językowe powinny promować się wg frazy „nauka rosyjskiego”, której reklama wyświetli się 430 potencjalnym klientom.

Jak widać, tworzone przekazy reklamowe muszą uwzględniać trendy sezonowe pozwalające na wyświetlanie reklam klientom w czasie, kiedy znalezienie informacji na promowany temat jest najbardziej pożądane. Drugim, niezwykle ważnym czynnikiem determinującym powodzenie kampanii w wyszukiwarce Google jest planowanie geograficzne. Zainteresowanie daną frazą, a co za tym idzie koszt kliknięcia CPC, mogą się bowiem znacząco różnić w zależności od miasta, w którym dana szkoła się znajduje – tłumaczy dr inż. Artur Pajkert, ekspert z Blink.pl.

Z tego powodu specjaliści dodatkowo sprawdzili, jak będą kształtować się ceny za reklamę doprecyzowaną geograficznie, tj. nastawioną na dotarcie do internauty korzystającego z kombinacji słów „szkoła językowa” + nazwa miasta. Potencjalnie najdroższa kampania będzie w Warszawie, gdzie za kliknięcie w reklamę trzeba zapłacić 9,87 zł (1000 wyświetleń/mc po frazie „szkoła językowa warszawa”). Na tym rynku panuje jednak największa konkurencja (0,89/1). Najmniejsza występuje w Gdańsku (0,76/1), gdzie za kliknięcie w reklamę zapłaci się 4,53 zł (260 wyświetleń/mc). Najmniejsze koszty za kampanię poniesie natomiast szkoła językowa z Krakowa (0,61 zł).

Trzeba jednak pamiętać, że ceny za kliknięcie mogą się różnić kilkukrotnie, a bardzo ważnym wskaźnikiem determinującym rzeczywiście uzyskiwaną cenę kliknięcia jest jakość słów kluczowych w kampanii, która zależy m.in. od trafności reklam oraz jakości strony www szkoły. Dlatego tak ważnym elementem jest wybranie właściwej agencji, która zapewni przeprowadzenie dobrze przygotowanej kampanii.

e-klient i m-klient

8_wykres_urzadzenia

 

Wydaje się, że poszukiwanie szkoły językowej jest czynnością, której nie wykonuje się „na szybko”. Rosnący udział urządzeń mobilnych na rynku powoduje jednak, że nie warto lekceważyć m-klienta. – Już teraz aż 14% potencjalnych klientów szkół językowych wykorzystuje urządzenia mobilne do znalezienia szkoły językowej. Oczywiście to nadal niewielki odsetek w stosunku do całości, niemniej zmieniająca się polityka Google połączona z systematycznym rozwojem m-commerce powinny stać się motorem napędowym do tworzenia stron responsywnych, tj. dostosowanych do widoku przez urządzenia mobilne – podsumowuje Jakub Dwernicki.

5 zasad bezpiecznej bankowości online

Co raz więcej raportów alarmuje o zwiększającej się ilości ataków hakerskich na banki internetowe. Radzimy jak najprościej chronić się przed utratą oszczędności.

Właściciele banków zapewniają, że klienci korzystający z usług online mogą spać spokojnie, a ich wirtualne pieniądze są tak samo bezpieczne jak te przechowywane w pancernych sejfach.

Nie są to wyłącznie puste deklaracje, bowiem instytucje finansowe w obszarze bezpieczeństwa kierują się rekomendacjami Generalnego Inspektoratu Nadzoru Bankowego. Ale należy pamiętać, że po drugiej stronie barykady stoją hakerzy dysponującymi bogatą wiedzą i arsenałem nowoczesnych narzędzi. Co gorsza, ich kreatywność oraz zuchwałość nie zna granic. Pod tym względem nie są wcale gorsi od legendarnego kasiarza Henryka Kwinto. Ilość cyberataków wymierzonych w instytucje finansowe wzrosła w 2014 roku o 44,5% – informuje firma w raporcie „G DATA Security Labs Malware”. To dane, które z pewnością budzą niepokój wśród wielu klientów e-banków. Warto pamiętać, że bezpieczeństwo usług finansowych nie zależy wyłącznie od przestrzegania zasad przez banki, ale również użytkowników. Nie bez przyczyny mówi się, że człowiek stanowi najsłabsze ogniwo systemu bezpieczeństwa. Jak zatem skutecznie chronić swoje pieniądze przed hakerami? Specjaliści z firmy G DATA opracowali pięć zasad bezpiecznego korzystania z bankowości online.

  1. Zainstaluj dobry program antywirusowy

Komputer, z którego logujesz się do banku, powinien mieć odpowiedni program antywirusowy. Przyjrzyj się uważnie możliwościom aplikacji, tym bardziej, że chodzi o Twoje ciężko zarobione pieniądze. Optymalnym rozwiązaniem jest zastosowanie systemu z ochroną proaktywną. Działa on w ten sposób, że chroni dane również wtedy kiedy nie zna wirusa. Oprogramowanie kontroluje pamięć operacyjną i zapobiega jakiejkolwiek manipulacji danych płatniczych.

  1. Nie zapominaj o aktualizacjach

Twórcy aplikacji bezpieczeństwa toczą permanentną wojnę z cyberprzestępcami. Ci ostatni potrafią tworzyć nowe wirusy niemal w mgnieniu oka. G DATA SecurityLabs w 2014 roku wykryła niemal 6 mln nowych odmian złośliwego oprogramowania. Dlatego pamiętaj o aktualizacjach oprogramowania antywirusowego. Każda nowa wersja jest lepiej przygotowana do ochrony Twojego komputera i danych.

  1. Wymyśl piekielnie trudne hasło

O ile hakerzy wykazują się dużą kreatywnością, o tyle klienci e-banków potrafią być do znudzenia przewidywalni. Ich hasła dostępu do konta w banku online często zawierają datę urodzenia, drugie imię czy „zawiłe” kombinacje cyfr jak np. 123456 lub 777777. Czym kierować się przy tworzeniu haseł? Wykorzystuj kombinacje wielkich i małych liter oraz cyfr, a także znaki nie alfanumeryczne. Nie stosuj jednego hasła do wielu usług.

  1. Loguj się do e-konta w bezpiecznych miejscach

Bankowość online pozwala na dokonywanie transakcji z dowolnego miejsca. Ale to tylko teoria. Kawiarenki internetowe, kina bądź restauracje z niezabezpieczoną siecią Wi-Fi są doskonałym miejscem do przeglądania witryn, serwisów społecznościowych czy wysyłania poczty elektronicznej. Jednak unikaj tych miejsc, jeśli chcesz obsługiwać swoje e-konto. Optymalnym miejscem do dokonywania transakcji online są własne cztery kąty, zaś najlepszym narzędziem komputer osobisty.

  1. Nie reaguj na podejrzane e-maile

Phisihing to jedna z ulubionych metod wykorzystywanych przez sieciowych przestępców. Agresor tworzy niemal idealną kopię witryny internetowej banku, a następnie zachęca użytkownika do ujawnienia hasła czy numeru PIN poprzez spreparowany formularz. Cyberprzestępcy sięgają po różne metody, aby nakłonić klienta e-banku do odwiedzenia fałszywej strony, najczęściej wysyłają do nich e-maile. Dlatego bądź czujny i stosuj zasadę ograniczonego zaufania wobec korespondencji pochodzącej z nieznanych źródeł, rzekomych instytucji finansowych itp. Zanim klikniesz w link zawarty w e-mailu, uważnie sprawdź adres, do którego prowadzi.

/ G DATA

Luksus po warszawsku, czyli 50 najdroższych ulic w stolicy

Najdroższe mieszkania w Warszawie znajdziemy przy ul. Świętojańskiej. W pierwszej trójce najkosztowniejszych lokalizacji znalazły się również ulice Bitwy Pod Rokitną i Kruczkowskiego. Zaskakująco nisko, bo poza czołową „30” uplasowały się m.in. Krakowskie Przedmieście oraz ul. Świętokrzyska.

Tyle oczekiwania sprzedających. A jak wygląda ranking uwzględniający jedynie ceny transakcyjne? Tu w Top 10 króluje ul. Kopernika.

 Luksus po warszawsku, czyli 50 najdroższych ulic w stolicy

Dane Cenatorium, obejmujące Top 50 ulic w Warszawie wg cen transakcyjnych pokazują, żeobecnie zdecydowanie najdroższy adres w stolicy to ul. Kopernika1. W ostatnim roku, w mieszczącej się tam rezydencji Foksal, klienci płacili za metr mieszkania ponad 26 tys. zł. Na tym tle blado wypada ul. Świętojańska, gdzie sprzedający średnio oczekują 18,2 tys. zł za m2, jednak przy podpisywaniu umowy cena wywoławcza spada do niecałych 11 tys. za m2. Nie dziwi to o tyle, że w tej lokalizacji, większość ofert dotyczy starego budownictwa (nawet z 1947 roku).

Gdybyśmy porządkowali zestawienie TOP 50, biorąc pod uwagę jedynie ceny transakcyjne w podanych lokalizacjach zebrane przez Cenatorium, to pierwsza dziesiątka wyglądałaby nieco inaczej niż sugerują to oferty. Wynika to nie tylko z umiejętności negocjacyjnych kupujących, ale i m.in. z faktu, że najbardziej prestiżowe adresy rzadko trafiają na listę publicznie dostępnych ogłoszeń. Znaczące różnice między cenami ofertowymi, a faktycznymi to też normalna sytuacja bo w czasie stagnacji na rynku mieszkaniowym zwiększa się przepaść między oczekiwaniami sprzedających a kupujących.

Prestiżowa okolica nie zawsze ma znaczenie jeśli weźmiemy pod uwagę konkretny lokal. Na warszawskim Powiślu jest wiele nowych, luksusowych apartamentowców, a obok nich są stare niezadbane kamienice. Sprzedający mieszkanie w tym drugim typie budynku, może oczekiwać wyższej ceny za swoje lokum ze względu na prestiżowe sąsiedztwo. Dla kupującego ta logika nie jest już tak oczywista. Ponadto warto pamiętać, że lokale klasy premium sprzedawane są bardziej dyskretnie. Dlatego często nie znajdziemy ich na portalach ofertowych. Równocześnie są takie miejsca jak ulica Parkowa, na której rok w rok odnotowujemy rekordową transakcję. Podaż jest tam jednak bardzo ograniczona, do poziomu 2-4 dużych transakcji rocznie, dlatego nie uwzględniliśmy jej w zestawieniu mówi Mariusz Kurzac, dyrektor generalny Cenatorium.

Gdyby jednak uwzględnić ul. Parkową w poniższym zestawieniu, jej pierwszeństwo jako „naj” nie podlegałoby dyskusji – cena transakcyjna za m2 apartamentu w sąsiedztwie Łazienek wyniosła w ostatnim roku 36 tys. zł.
Pozycja Ulica Średnia cena transakcyjna za m2 mieszkania z rynku wtórnego
1 Kopernika 26 031
2 Wybrzeże Kościuszkowskie 19 906
3 Leszczyńska 16 429
4 Rynek Starego Miasta 15 897
5 Kruczkowskiego 14 979
6 Bitwy pod Rokitną 14 790
7 Biały Kamień 14 106
8 Sułkowicka 14 048
9 Chodkiewicza 13 641
10 Krzywe Koło 12 885

Wysokie miejsce w zestawieniu cen transakcyjnych zajęły też inne śródmiejskie ulice, na których nie brakuje nowych inwestycji mieszkaniowych: to szczycące się bliskością parków, metra i Wisły lokalizacje na Powiślu czyli Wybrzeże Kościuszkowskie oraz ul. Leszczyńska.

Na 5. miejscu uplasowała się ul. Kruczkowskiego. Wciąż wysokie są ceny apartamentów w urokliwych miejscach Mokotowa (ul. Sułkowicka, Biały Kamień oraz Chodkiewicza) oraz na Żoliborzu (ul. Bitwy pod Rokitną). Tuż za podium znalazła się najbardziej prestiżowa staromiejska lokalizacja. Za mieszkanie przy Rynku Starego Miasta trzeba zapłacić średnio 15,9 tys. zł za m2, czyli o 30 proc. więcej niż na znajdującej się niedaleko ul. Krzywe Koło.

TOP 10 cen ofertowych prezentuje się nieco inaczej. Tu do czołówki wskakują mieszkania przy ulicach Nowy Świat oraz Świętojańskiej i Okólnik. Na tej pierwszej – chyba najsłynniejszej ulicy – w Polsce zauważalne są spore rozbieżności cenowe. Mieszkanie w nowszym budownictwie (2000 r.) kosztuje tu nawet 3,2 mln zł. Jeśli ktoś myśli o zakupie pod tym adresem lokum w kamienicy z 1920 r. wystarczy mu minimum 0,5 mln zł. Co ciekawe, różnica między średnią ceną wywoławczą a transakcyjną na Nowym Świecie sięga aż 35%. Pierwszą piątkę ofertowych hitów zamyka ul. Krzywe Koło na Starym Mieście, gdzie sprzedający oczekują średnio aż 16,7 tys. zł za m2 mieszkania. Większość lokali dostępnych w tej lokalizacji to mieszkania jedno i dwupokojowe z niewielkim metrażem.

Pozycja Ulica Średnia cena ofertowa za m2 mieszkania z rynku wtórnego Średnia cena transakcyjna za m2 mieszkania z rynku wtórnego
1 Świętojańska 18 213 10 860
2 Bitwy Pod Rokitną 17 866 14 790
3 Kruczkowskiego 17 058 14 979
4 Nowy Świat 16 700 10 823
5 Krzywe Koło 16 650 12 885
6 Biały Kamień 16 337 14 106
7 Leszczyńska 16 282 16 429
8 Okólnik 16 164 11 655
9 Sułkowicka 15 849 14 048
10 Kopernika 15 165 26 031

Źródła danych: dane transakcyjne – Cenatorium, największa w Polsce baza aktualnych cen transakcyjnych nieruchomości, dane ofertowe -portal nieruchomości Morizon.pl, stan na kwiecień 2015

/ Cenatorium

1 Z uwzględnieniem rynku premium

Kontynuacja zwyżek

Na rynku walutowym wtorek upłynął pod znakiem kontynuacji zwyżek zapoczątkowanych podczas poniedziałkowej sesji – kurs EUR/PLN wzrósł wczoraj o 1.1%, do 4.1532, natomiast CHF/PLN o 1.2%, do 4.0169, przekraczając w ten sposób najwyższy poziom od lutego b.r.

Nie ulega wątpliwości, że w najbliższych dniach kluczowe znaczenie dla wyceny walut państw Europy Środkowo – Wschodniej będą miały informacje napływające z Grecji, gdzie w dalszym ciągu trwają negocjacje z unijnymi kredytodawcami. W wywiadzie udzielonym w poniedziałek dziennikowi „Les Echos”, Olivier Blanchard, główny ekonomista MFW, ocenił, że propozycja reform gospodarczych przedstawiona przez Ateny jest niewystarczająca, aby kraj uzyskał w tym roku pierwotną nadwyżkę budżetową, co jest warunkiem przedłużenia programu pomocy finansowej.

Nad ranem uwagę inwestorów przyciągnęła publikacja protokołu z ostatniego posiedzenia BoJ. Zza Odry napłynęły natomiast wiadomości o wysokości indeksu zadufania konsumentów GfK, który w maju spadł do poziomu 93 pkt. Popołudniu decyzję w sprawie wysokości stóp procentowych podejmie bank centralny Kanady.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

saxo bank

Chiny, Australia i ruda żelaza

Chiny wykonały kolejny ruch i może to być część nowej „drogi”…

Rzadko doradzam kupno pojedynczych akcji, jednak poniżej prezentuję osobistą strategię zaangażowania w trzy elementy, w których pokładam nadzieje w następnym pełnym cyklu (tj. w perspektywie nieprzekraczającej pięciu lat).

Jakie to trzy elementy? Wzrost Chin dzięki nowemu Jedwabnemu Szlakowi, wzrost cen towarów dzięki rudzie żelaza oraz wzrost w Australii dzięki branży wydobywczej.

Coraz więcej wskazuje na to, że Chiny zrealizują jeszcze więcej projektów infrastrukturalnych, i to być może jeszcze przed pełnym wdrożeniem internetowego korytarza ekonomicznego w ramach Jedwabnego Szlaku.

Dziś rano w Pekinie Krajowa Komisja Rozwoju i Reform ogłosiła listę 1 043 projektów w ramach tzw. partnerstw publiczno-prywatnych. Całkowita wartość tych inwestycji? Ponad 300 mld USD.

Równocześnie dziś rano w Sydney pojawiły się pogłoski, że Chiny złożyły do Australijskiej Komisji Oceny Inwestycji Zagranicznych wniosek o pozwolenie na inwestowanie w producenta rudy żelaza – spółkę Fortescue.

Już od dłuższego czasu czekałem na sygnał do kupna akcji wysoko lewarowanej spółki wydobywczej Fortescue; przekonało mnie niedawne refinansowanie obligacji tej spółki. Nie wiem, czy powyższe pogłoski się potwierdzą… jednak mój „model” przewiduje kupno na poziomie 2,65.

Rzut oka na wykresy rudy żelaza pozwala stwierdzić, że cena tego surowca obecnie rośnie po gwałtownym i długim spadku.

To inwestycja wysokiego ryzyka, jednak obejmuje wszystkie główne tematy, które moim zdaniem już wkrótce odgrywać będą główną rolę na wszystkich światowych rynkach.

Steen Jakobsen, Saxo Bank

saxo bank