Comperia: Będzie odbicie na rynku kredytów hipotecznych

Niska opłacalność lokat będzie utrzymywać się w nowym roku, a większe szanse na zarobek będę mieli inwestorzy giełdowi. Banki będą kusić mobilnymi usługami dla klientów oraz kredytami hipotetycznymi dla młodych zapowiada Karol Wilczko, wiceprezes Comperia.pl.

 – W przypadku kredytów hipotecznych czeka nas może nie ponowny boom, ale na pewno odbicie versus rok 2012 czy 2013. Będzie widać poprawę pomimo tego, że wchodzą w życie regulacje, które nakazują posiadanie 5-procentowego wkładu własnego przy zaciąganiu kredytu hipotecznego. Jednak niskie stopy procentowe, poprawiająca się sytuacja gospodarcza i większa skłonność banków do udzielania kredytów, czyli bardziej przyjazna niż w zeszłych miesiącach polityka kredytowa, będą sprzyjały rozwojowi tego produktu – wymienia Karol Wilczko, wiceprezes Comperia.pl w rozmowie z Newserią Biznes.

Od stycznia oficjalnie rusza rządowy program „Mieszkanie dla Młodych”, choć realnie wsparcie będzie udzielane pod koniec pierwszego kwartału przyszłego roku. Dopłaty w ramach MdM będą udzielane do 2018 r. i będą mogły je otrzymać osoby do 35. roku życia kupujące pierwsze w życiu nowe mieszkanie.

 – Nie spodziewam się, że będzie takim hitem jak „Rodzina na swoim”, aczkolwiek w roku 2013 nie było żadnego programu wspomagającego budownictwo ani kredyty mieszkaniowe. Teraz ten program będzie, więc powinno to pomóc rynkowi – uważa Karol Wilczko.

Niskie stopy procentowe, które zgodnie z zapowiedziami Rady Polityki Pieniężnej mają utrzymać się do połowy 2014 roku, zniechęcają do odkładania pieniędzy na lokatach. Jeszcze rok temu banki oferowały 5-6 proc. rocznie (z czego trzeba było odliczyć podatek), a teraz jest to zaledwie ok. 2,5 proc.

 – Lokaty nadal nie będą aż tak atrakcyjne jak były w 2011-12 roku. Niskie stopy procentowe będą utrzymane przez większość 2014 roku, więc tutaj nie należy się spodziewać rewolucji, tak samo w kontach oszczędnościowych – zwraca uwagę Wilczko. Ostatni rok był dobry dla inwestorów giełdowych i ten 2014, pomimo ostatnich perturbacji, również powinien być takim. To na pewno będzie ciekawa alternatywa dla lokat, które są bardzo nisko oprocentowane.

Z uwagi właśnie na niskie stopy procentowe oraz konkurencję na tym rynku w takich produktach bankowych jak kredyty konsumenckie należy spodziewać się stagnacji.

 – Jest konkurencja zarówno wewnątrz rynku bankowego, ale także ze strony SKOK-ów i instytucji pozabankowych, np. firm udzielających szybkich pożyczek. Tutaj spodziewamy się kosztowej stagnacji – mówi Karol Wilczko.

Wiejscy przedsiębiorcy dostaną atrakcyjne kredyty

CEO Magazyn Polska

W tym roku mikro, mali i średni przedsiębiorcy mogą starać się o 300 tys. zł niskooprocentowanej pożyczki oferowanej przez Europejski Fundusz Rozwoju Wsi Polskiej. Na wsparcie liczyć mogą też gminy i organizacje pozarządowe działające na wsi.

 – Dla mikro, małych i średnich firm oferujemy kredyty za pośrednictwem banków z nami współpracujących. To są albo mikrokredyty do 20 tys. zł, albo większe do 1 mln zł. One są jeszcze bardzo dobrze oprocentowane. Oprócz tego oferujemy pożyczki wraz z poręczeniem – wymienia Marek Zagórski, prezes Europejskiego Funduszu Rozwoju Wsi Polskiej w rozmowie z Newserią Biznes.

W tym roku oprocentowanie będzie nieco wyższe, nadal jednak, jak zapewnia Marek Zagórski, będą to jedne z najbardziej atrakcyjnych pożyczek dla przedsiębiorców dostępnych na rynku. Ruszą też nowe programy przeznaczone głównie dla gmin. 

 – Mam nadzieję, że uda nam się rozszerzyć ofertę pożyczek dla gmin. Równolegle prowadzimy szereg programów dotacyjnych, edukacyjnych i tutaj będziemy mieli nowe propozycje. Głównie adresowane do gmin, z którymi współpracujemy, czyli gmin wiejskich, ale również dla organizacji pozarządowych, z którymi też współpracujemy – zapowiada Marek Zagórski. 

Gmina może otrzymać w ramach pożyczki 1 mln zł, a także uczestniczyć w programach edukacyjnych, które są albo darmowe lub za niewielką opłatą.

 – Z dwóch największych programów, czyli nauczania języka angielskiego „Youngster” i „Na Własne Konto” korzysta  prawie 400 gimnazjów wiejskich. Gdy przeliczy się efekty w „kapitale ludzkim”, to już jest naprawdę dużo – mówi Marek Zagórski.

Fundusz pracuje nad programem aktywizacji świetlic wiejskich, nad programem międzynarodowym wymiany nauczycieli historii współczesnej w Polsce i na Węgrzech.

 – Chodzi nam o to, żeby nauczyciele historii na Węgrzech wiedzieli, co to była „Solidarność”, a nasi, co to jest 1956 rok. Byli wyposażeni w odpowiednie narzędzia, scenariusze zajęć, materiały i mogli te zajęcia prowadzić w szkołach. Przewidujemy program dla szkół technicznych związany z nowoczesnymi technologiami w zakresie budownictwa. Mamy nadzieję kontynuować, w trochę innej formule, program „JAZZmania w stodole”, czyli warsztaty muzyczne dla młodych ludzi. Oprócz tego prowadzimy działalność think tankową – badawczą. I to też w tym roku będzie dosyć widoczne – zapowiada prezes EFRWP. 

Fundacja powstała w 1990 roku, w wyniku umowy między rządem polskim a Europejską Wspólnotą Gospodarczą, czyli poprzedniczką Unii Europejskiej. Początkowo koncentrowała się na poprawie infrastruktury technicznej – budowie dróg, wodociągów, sieci telefonicznych czy gazowych. Obecnie pomaga głównie  przedsiębiorcom i organizacjom pozarządowym, wspiera rozwój infrastruktury społecznej wspierając działania lokalnych społeczności, motywując je do większej aktywności i samoorganizacji. 

24 tysiące polskich firm świadczy usługi za granicą. Dla budżetu to kilka miliardów zysku rocznie

CEO Magazyn Polska

Praca transgraniczna przynosi korzyści pracownikom ponad 24 tysięcy polskich firm, z których usług chętnie korzystają zagraniczni partnerzy. Za granicą często brakuje wykwalifikowanych pracowników w niektórych branżach, a Polacy są konkurencją dla miejscowej siły roboczej. W Unii Europejskiej trwają negocjacje dotyczące zmian w przepisach o pracy transgranicznej.

Usługi pracy transgranicznej świadczy 24 tys. małych, dużych i średnich polskich firm. Zapewniają one wpływy budżetowe w wysokości kilku miliardów złotych rocznie. Obecnie polscy pracownicy wykonujący tzw. pracę delegowaną w krajach UE muszą zarabiać zgodnie z miejscowym prawem pracy, jednak przez 24 miesiące mogą podlegać polskiemu systemowi ubezpieczeń społecznych. Jest to korzystne dla pracowników, mających rodzinę w Polsce i zamierzających spędzić w kraju emeryturę.

 – Niekiedy za granicą nie ma wykwalifikowanych pracowników w turystyce, pracach sezonowych, przemyśle czy budowlance – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Gałka, ekspert Polskiej Izby Handlu. – Przez ostatnie 8 lat polski pracownik, przysłowiowy polski hydraulik wypracował już sobie reputację i zachodnie firmy korzystające z pracy transgranicznej chcą kontynuować współpracę.

Dla miejscowych pracowników praca transgraniczna to poważna konkurencja. Dlatego dążą oni do tego, by Unia Europejska wprowadziła ograniczenia w tym zakresie. W grudniu w Brukseli miało miejsce spotkanie ministrów pracy krajów UE, na którym dyskutowano zapisy dotyczące dyrektywy 96/71 o delegowaniu pracowników. Przedstawiciele polskiego Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wynegocjowali odrzucenie tych, które były niekorzystne dla polskich pracowników.

 – Udało się usunąć kilka zapisów projektu dyrektywy – wyjaśnia Gałka. – Chodzi o zapisy wprowadzone poprzez środowiska lobbujące, reprezentujące przede wszystkim związki zawodowe w krajach zachodnich lub zrzeszenia pracodawców, którym nie na rękę było delegowanie polskich pracowników – dodaje.

Jednym z nich był zapis dotyczący zastępowalności. Zakazywał on zastępowania pracownika delegowanego do danego zagranicznego pracodawcy, gdy ten się np. rozchorował. Związane z tym potencjalne trudności zniechęciłyby do zatrudniania Polaków. 

Inna niekorzystna propozycja, którą udało się zmienić, dotyczyła nakazu przechowywania dokumentacji dotyczącej pracy transgranicznej we wszystkich krajach, w których działała dana firma. 

 – Można sobie wyobrazić firmę, która realizuje krótkoterminowe kontrakty spawalnicze w kilku krajach europejskich – mówi Radosław Gałka. – Gdyby musiała ona wysyłać kopie dokumentów i przechowywać je we wszystkich krajach, gdzie wykonywała swoje usługi, to koszty i bariery administracyjne byłyby poważnym utrudnieniem – dodaje rozmówca Newserii Biznes. 

Przyjęcie dyrektywy w niekorzystnej dla Polaków formie oznaczałoby, zdaniem Gałki, nawet konieczność zamknięcia wielu firm i w konsekwencji zniszczenie polskiego sektora usług transgranicznych.

Ostateczna postać dyrektywy powinna powstać w kwietniu tego roku, by mógł się nią zająć Parlament obecnej kadencji, a na jej wdrożenie zostaną dwa lata. Teraz trwają konsultacje w ramach tzw. trilogu, czyli uzgodnień Komisji Europejskiej, Rady Unii Europejskiej oraz Parlamentu Europejskiego.

Zarządcy nieruchomości od nowego roku nie potrzebują licencji

CEO Magazyn Polska

W miejsce licencji szkolenia i certyfikaty na poziomie stowarzyszeń zawodowych – to powinno uchronić rynek nieruchomości przed oszustami i niekompetentnymi zarządcami oraz pośrednikami. Od początku roku ten rynek został zderegulowany.

 – Istnieje ryzyko związane z deregulacją bez wcześniejszego skonsultowania z zawodowcami działającymi na tym rynku. Może okazać się zbyt brutalna i w znaczący sposób zakłócić działanie na danym rynku – ostrzega Claudine Speltz, prezydent CEPI, czyli Europejskiej Rady Zawodów Rynku Nieruchomości. – Nadmiar regulacji prowadzi do hamowania rozwoju danego rynku. Natomiast nadmiar deregulacji może prowadzić do nadużyć.

Od 1 stycznia 2014 r. zarządcy nieruchomości mogą działać bez licencji. Zarówno ich obowiązki, jak i pośredników nieruchomości oraz prawa i obowiązki ich klientów będzie określała pisemna umowa. Do tej pory istniał wymóg niekaralności, obowiązek posiadania kierunkowego wykształcenia oraz odbycia praktyki. Na ten aspekt zwraca uwagę Claudine Speltz.

 – Istnieje kwestia kompetencji czy kwalifikacji profesjonalistów działających na tym rynku, które już nie będą musiały być zgodne z wymogami przepisów krajowych. W związku z tym istnieje ryzyko, że na rynku polskim zaczną się pojawiać podmioty pochodzące z innych krajów – uważa Claudine Speltz.

Aby więc chronić klientów, stowarzyszenia zawodowe powinny opracować kodeksy etyki, własne zasady dostępu do zawodu. A oprócz tego powinny prowadzić szkolenia i system certyfikacji.

 – Kiedy konsument zobaczy logo danego stowarzyszenia, zwiększy to jego zaufanie do danego usługodawcy – należąc do niego podlega kontroli jakości swojej pracy i kwalifikacji. I chodzi o to, żeby rola, jaką dotychczas sprawowało państwo, została przejęta przez stowarzyszenia zawodowe – mówi Newserii Biznes Claudine Speltz.

CEPI współpracuje z Komisją Europejską nad stworzeniem listy szkoleń, które są obowiązujące lub zalecane w poszczególnych krajach. Na jej podstawie ma zostać opracowane „wspólne minimum szkoleniowe”.

 – Na podstawie tego rodzaju szkoleń byłyby wydawane karty profesjonalisty. Oczywiście każdy kraj będzie mógł prowadzić szkolenia dodatkowe. Natomiast najistotniejsze jest to, żeby przynajmniej istniała ta minimalna baza – informuje ekspertka.

Orange Polska zamiast TP i PTK Centertel

Połączenie Telekomunikacji Polskiej z PTK Centertel stało się faktem. Od 2013-12-31 działają jako jedna firma Orange Polska. Połączenie nie wiąże się z żadnymi zmianami umów dla klientów.

Połączenie nastąpiło poprzez przeniesienie całego majątku PTK Centertel na TP. Nową firmą kierować będzie dotychczasowa struktura zarządcza Grupy Orange Polska. Połączenie ma na celu poprawienie efektywności działań i usprawnienie obsługi klientów. Uprości procesy i będzie wspierać rozwój oferty. Zmiana nazwy to finał długiego procesu wewnętrznej integracji spółek.

„Już dziś oferujemy najszerszy na rynku pakiet usług konwergentnych Chcemy utrzymać pozycję lidera w udziale wartościowym na rynkach mobilnym i stacjonarnym. Dzięki formalnemu połączeniu TP i PTK Centertel będziemy mogli jeszcze lepiej wykorzystać potencjał Orange Polska i siłę konwergencji, która wyróżnia nas na tle konkurencji” – powiedział prezes Orange Polska Bruno Duthoit.

Zmiany w strukturze Orange Polska nie pociągają za sobą konieczności zawierania nowych umów na usługi, z których dotąd korzystali klienci TP i PTK. Nie wpłyną również na warunki świadczenia tych usług. Mając na uwadze wcześniejsze próby oszukiwania naszych klientów, informujemy, że ewentualne nadużycia można zgłaszać poprzez bezpłatną infolinię 800 500 005. Pod tym numerem konsultanci przyjmują od klientów zgłoszenia oraz udzielają informacji jak postępować w takich przypadkach.

KNF przygotowuje Rekomendację U. Uporządkuje ona rynek ubezpieczeń oferowanych przez banki

Z końcem stycznia zakończą się prace nad Rekomendacją U. Będzie ona dotyczyła tzw. bancassurance, czyli sprzedaży produktów ubezpieczeniowych przez banki. Efektem tej regulacji ma być zmuszenie banków do prowadzenia czytelnej i przejrzystej komunikacji z klientami.

Prace nad Rekomendacją U mają się zakończyć z końcem stycznia i najprawdopodobniej od 1 listopada 2014 roku zacznie ona obowiązywać. KNF chce uregulować umowy zawierane w ramach tzw. bancassurance, czyli sprzedaż polis ubezpieczeniowych klientom banków.

 – Chcemy w tej rekomendacji uporządkować to, co wynikało do tej pory z naszych obserwacji, ale również z obserwacji europejskich w zakresie produktów oferowanych przez instytucje bankowe przy okazji sprzedaży własnych produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego.

KNF postanowił rozpocząć prace nad nową rekomendacją po serii informacji, opisujących niewłaściwe praktyki stosowane przez banki. Zastrzeżenia budzi występowanie przez banki raz w roli ubezpieczyciela, a raz pośrednika, stosowanie nieproporcjonalnie wysokich prowizji – czasem nawet 95 proc. wartości opłacanej składki, czy utrudniony dostęp do treści umowy.

 – To przede wszystkim będzie właściwie regulować stosunki pomiędzy bankiem, który sprzedaje, a klientem, który takie ubezpieczenie kupuje. Z naszych wielokrotnych obserwacji wynikało, że klient nie do końca wie, w jakiej roli występuje bank: czasami jako ubezpieczający, czasami jako agent ubezpieczeniowy, a te pozycje są zupełnie inne – wyjaśnia Jakubiak.

Rekomendacja U ma wzmocnić ochronę klientów. Dziś wielu z nich jest na straconej pozycji. Na przykład część banków przy okazji podpisywania umów o kredyt zmusza klientów do zakupu polis ubezpieczeniowych ubezpieczycieli współpracujących z bankiem.

 – Zdarzało się, że czasem wobec klientów, którzy opłacali składkę kierowano roszczenia regresowe – przypomina przewodniczący KNF. – Klienci muszą wiedzieć, na jakiego rodzaju ubezpieczenie się decydują, jaki jest zakres ochrony, muszą mieć swobodę wyboru ubezpieczyciela. Nie jest dobrą praktyką narzucanie jednego zakładu ubezpieczeń, z którym bank ma podpisaną umowę.

Efektem prac KNF-u ma być doprowadzenie do zbudowania czytelnych relacji instytucji bankowych z klientami. Dlatego klient powinien mieć prawo wyboru produktu ubezpieczeniowego, zapoznania się z pełną treścią umowy, tabelą kosztów i ewentualnymi ryzykami związanymi z umową.

Nowa regulacja ma również uporządkować kwestię ujawnienia dochodów z produktów ubezpieczeniowych w ogólnych wynikach finansowych banków. Klient będzie miał prawo do informacji, jaka część płaconej przez niego składki staje się prowizją banku.

 – Spodziewamy się, że najwięcej wątpliwości będzie budziła kwestia ujawnienia wynagrodzenia. Do tej pory sporo emocji budziły również kwestie związane z księgowaniem przychodów, gdyż niektóre z banków w dużej części przychody księgowały jednorazowo, zamiast rozkładać je w czasie, dlatego że mamy do czynienia przecież ze sprzedażą produktów długoterminowych – mówi Andrzej Jakubiak.

Odbicie w branży motoryzacyjnej zależy od kondycji rynków zagranicznych

CEO Magazyn Polska

Produkcja samochodów spada, liczba rejestracji nowych aut – po uwzględnieniu reeksportu – również. Kondycja rynku motoryzacyjnego w Polsce wciąż nie jest najlepsza. Jej poprawa w przyszłym roku będzie zależała w dużej mierze od sytuacji na rynkach europejskich, ponieważ 98 proc. polskiej produkcji trafia właśnie na eksport.

Produkcja samochodów w 2013 r. była mniejsza niż w zeszłym roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego. – Spodziewamy się, że w całym 2013 r. produkcja będzie oscylowała w okolicy 550 tys. sztuk. Tymczasem w rekordowym 2008 r. wyprodukowaliśmy prawie milion sztuk.

Jak wynika z raportu KPMG z października, Polska w ostatnich pięciu latach utraciła pozycję regionalnego lidera produkcji samochodów na rzecz Czech i Słowacji. Lepsza jest sytuacja w produkcji części i podzespołów – w tym roku nieco wzrosła w porównaniu do 2012 roku, ale i tu pozycja Polski słabnie. Przyszłoroczna sytuacja produkcji sektora motoryzacyjnego zależna jest przede wszystkim od kondycji zagranicznych gospodarek.

 – To, czy w przyszłym roku upadać będą kolejne zakłady, zależy od sytuacji w innych krajach, zwłaszcza w Europie Zachodniej – mówi Faryś. – Niemal 98 proc. polskiej produkcji pojazdów jest sprzedawane za granicę. Eksportujemy także części i podzespoły, i w tym właśnie upatrujemy nadziei na przyszłość.

Polski rynek też w kłopotach

Od stycznia do listopada zarejestrowano w Polsce nieco ponad 300 nowych samochodów (osobowych i dostawczych), czyli o 4,8 proc. więcej niż przed rokiem. Choć dane Centralnej Ewidencji Pojazdów mówią o kilkuprocentowym wzroście rejestracji, to w rzeczywistości sytuacja jest gorsza.

 – Musimy pamiętać, że jest bardzo duży reeksport samochodów osobowych. W efekcie, jeżeli mówimy o pojazdach, które zostały zarejestrowane i będą jeździły w Polsce, to w 2013 r. nastąpił kilkuprocentowy spadek – zauważa Faryś.

Polacy preferują samochody używane – ich import utrzymuje się na poziomie 600-650 tysięcy sztuk rocznie.

Spowolnienie w branży motoryzacyjnej ma wpływ na całą gospodarkę. Jak podkreśla raport KPMG, wpływy budżetowe z tej gałęzi gospodarki wynoszą rocznie ok. 27 mld zł. Odpowiada ona za 8,6 proc. produkcji dodanej brutto wytwarzanej w polskiej gospodarce. Branża przyczynia się do utrzymania ponad 760 tysięcy miejsc pracy, a w sektorach powiązanych z motoryzacją pracuje kolejne 600 tys. osób.

Nowe przepisy mają ułatwić oddłużanie samorządów

Nowe przepisy, które zaczną obowiązywać od 2014 roku, mają pomóc samorządom w ich oddłużeniu i tym samym umożliwić dalsze korzystanie z funduszy unijnych. To aktualnie jeden z najpoważniejszych problemów władz samorządowych. Dla wielu gmin nowa perspektywa unijnego budżetu na lata 2014-2020 oznacza konieczność zaangażowania środków własnych, których nie mają.

Wchodzący w życie od 1 stycznia 2014 zmieniony art. 243 Ustawy o finansach publicznych powinien w założeniach sprzyjać oddłużaniu gmin. Bierze on pod uwagę sumę rocznych spłat zobowiązań, które porównuje do dochodów ogółem. Uzależnia praktyczną i prawną możliwość obsługi kosztów zadłużenia od  średniej arytmetycznej tzw. nadwyżki operacyjnej z ostatnich trzech lat. Zgodnie z dodanym do tego artykułu ustępem na nowy indywidualny wskaźnik zadłużenia nie będą miały wpływu obciążenia gmin poniesione po 1 stycznia 2013 roku, wynikające z realizacji projektów współfinansowanych przez UE (co najmniej w 60 proc.).

Ale to nie wszystko, czego oczekują jednostki samorządu terytorialnego.

 – Od trzech lat proponuję, aby maksymalny wskaźnik zadłużenia uwzględniał pilną potrzebę samorządów, jaką jest ich oddłużenie. Chodzi o to, aby była możliwość restrukturyzacji zaciągniętego przez nie długu. Po prostu z tego wskaźnika należałoby wyłączyć emitowane obligacje. Ja je nazywam umownie restrukturyzacyjnymi, komunalnymi, dzięki którym dług nie wzrasta ani o złotówkę. Gmina ma wówczas możliwość rozłożenia spłat dotychczas zaciągniętych zobowiązań w innym terminie – proponuje rozwiązanie problemu Lesław Fijał, skarbnik miasta Krakowa.

Z tą nadzieją Kraków wyemitował swoje obligacje na rynku instrumentów finansowych Catalyst na Giełdzie Papierów Wartościowych.  Dołączył w ten sposób do kilku innych dużych polskich miast, które korzystają z takiej formy finansowania deficytu budżetowego.

 – Jesteśmy zadowoleni z tych emisji. Oparte są o zmienną stopę i wydaje się, że w przyszłym roku również będziemy się skłaniali do emisji papierów dłużnych zamiast zaciągać kredyt bankowy. Inwestorzy traktują obligacje krakowskie jako papier wartościowy, którego nie warto się pozbywać  – przekonuje Lesław Fijał.

W tym przekonaniu utwierdza włodarzy miasta również fakt, że od 2008 roku posiada ono ocenę wiarygodności kredytowej na poziomie A- z perspektywą stabilną. Podtrzymała ją także agencja ratingowa Standard & Poor’s w swoim raporcie z 23 października br.

 – Nie ulega też wątpliwości, że obecnie warunki kosztowe zaciągania długu są lepsze niż na przykład w latach 2006-2009, a w szczególności w 2010 roku. Wówczas mieliśmy do czynienia z ogólnoświatowym kryzysem finansowym. Taka zamiana zobowiązań jest korzystniejsza, bo wydłuża okres spłaty długu. A docelowo umożliwi dalsze pozyskiwanie wsparcia z funduszy pomocowych UE  – wyjaśnia Lesław Fijał.

Problem bezrobocia mogą rozwiązać centra usług wspólnych i nowoczesne rolnictwo

Ponad 13-procentowa stopa bezrobocia i ponad 2,1 mln osób bez pracy – kończący się rok, w ocenie ekspertów, był jednym z najtrudniejszych dla rynku pracy. Pracodawcy wciąż ostrożnie tworzą miejsca pracy i liczą na większe ożywienie w gospodarce. W miarę stabilna jest sytuacja w branży produkcyjnej, przemyśle samochodowym oraz w centrach usług.

Brak stabilności i rozbieżne oceny dotyczące przyszłości przełożyły się na sytuację na rynku pracy. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego za listopad wynika, że bez stałego zajęcia jest 13,2 proc. Polaków. To więcej niż przed rokiem i więcej niż w poprzednich trzech miesiącach.

 – Wiele osób szukających pracy nie znalazło jej ze względu na pochodną klimatu wynikającego z kryzysu, który spowodował, że firmy z dużą ostrożnością podchodzą do rekrutacji i do zatrudniania ludzi. Wielu z nich obawia się, że względnie niepewna sytuacja ekonomiczna może doprowadzić do tego, że trzeba będzie zwalniać ludzi – mówi Bernhard Matussek, dyrektor zarządzający Kienbaum Polska.

Nie lepiej jest w pozostałych krajach Unii Europejskiej. Średni poziom bezrobocia, liczony przez Eurostat, to 12 proc. (w Polsce według Eurostatu stopa bezrobocia wynosi 10,2 proc.). W przyszłym roku należy się spodziewać niewielkiego spadku liczby bezrobotnych.

Dziś najłatwiej można znaleźć pacę w takich branżach jak: produkcja, FMCG (produkty szybkozbywalne: artykuły spożywcze, środki czystości, alkohol i papierosy), BPO (centra usług outsourcingowych).

 – Inwestycje, które od wielu lat są w Polsce: firmy zachodnie produkujące w Polsce, przemysł samochodowy  to są branże stabilne, gdzie być może był przyrost zatrudnienia – wyjaśnia ekspert. – Także w innych branżach, jak dobra szybkozbywalne, gdzie popyt wewnętrzny jest stabilny, mamy dosyć dużą stabilizację. Ale są też branże, które rosną w Polsce, np. centra usług wspólnych.

Duży wpływ na rynek pracy będzie miała atmosfera gospodarcza u partnerów handlowych Polski, w tym głównie w Niemczech. To oni są głównymi odbiorcami towarów polskich eksporterów.

 – Polska gospodarka jest, jak w wielu krajach europejskich, uzależniona od eksportu – przypomina Matussek. – Popyt jest w znaczącej mierze generowany poprzez gospodarkę niemiecką, która jako najsilniejsza i rosnąca gospodarka jest w dobrej fazie koniunkturalnej. Wywołuje ona odpowiedni efekt ssący też dla polskiej gospodarki.

W ocenie eksperta bardzo rozwojowym fragmentem rynku, który może odnieść w przyszłym roku największy sukces, jest nowoczesna branża spożywcza. Jej importem zainteresowane są przede wszystkim kraje starej Unii Europejskiej.

 – To jest nowy temat, który rysuje się od kilku lat, bo powoduje nową jakość również w rolnictwie. Zaczyna rosnąć nam nowa generacja ludzi pracujących w rolnictwie, bardzo profesjonalnie traktujących swój zawód. To powoduje, że stajemy się znaczącym rynkiem nie tylko wewnętrznym, lecz także eksportowym żywności. To są ważne i dobre impulsy – mówi dyrektor zarządzający Kienbaum Polska.

Rusza program „Mieszkanie dla młodych”

CEO Magazyn Polska

Program „Mieszkanie dla młodych” formalnie wystartuje 1 stycznia 2014 roku, natomiast wnioski kredytowe będzie można złożyć 2 stycznia, pod warunkiem, że banki będą również przygotowane. Z programu najtrudniej będzie skorzystać młodym ludziom z małych miejscowości, gdzie jest niewielki wybór nieruchomości spełniających kryteria rządowego programu.

 – Zainteresowanie banków programem jest bardzo duże – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Krajkowski, główny analityk DK Notus. – Kilkanaście z nich wyraziło zainteresowanie przystąpieniem do tego programu, więc już w pierwszych dniach nowego roku będzie można z niego skorzystać przynajmniej w kilku bankach. 

Eksperci przestrzegali, że ograniczenie programu „Mieszkanie dla młodych” tylko do rynku pierwotnego spowoduje, że będzie on funkcjonował jedynie w dużych aglomeracjach, gdzie rynek deweloperski jest w pełni rozwinięty.

 – Nie wszędzie program będzie funkcjonował w praktyce. Formalnie skorzystają z niego kupujący na rynku pierwotnym, więc w praktyce wyłączone z niego będą małe miejscowości. Tam rynek pierwotny nie funkcjonuje, bo deweloperzy nie budują. Jest bardzo dużo powiatów, gdzie w minionym roku nie było żadnego pozwolenia na budowę budynku wielorodzinnego – wyjaśnia Michał Krajkowski.

Dostępność mieszkań jest ograniczona także w dużych miastach.

 – W Krakowie, we Wrocławiu i w Warszawie dostępność waha się pomiędzy 10-15 proc. – tylko tyle mieszkań z rynku pierwotnego kwalifikuje się do tego programu. Zatem oddziaływanie „MdM” w tych miastach będzie zdecydowanie mniejsze niż na przykład w Łodzi, gdzie połowa zasobu mieszkaniowego rynku pierwotnego kwalifikuje się do programu – twierdzi Michał Krajkowski.

Na rządową dopłatę można liczyć przy zakupie mieszkania na rynku pierwotnym do 75 m2 lub domu jednorodzinnego do 100 m2, albo odpowiednio do 85m2 i 110 m2, jeżeli nabywca wychowuje minimum trójkę dzieci.

 – W dużych miastach – jak Gdańsk, Łódź, Gdynia – program na pewno będzie miał duże znaczenie, dostępność mieszkań jest spora i deweloperzy muszą się liczyć z tymi dopłatami. Może to spowodować częściowe, przynajmniej w tych lokalizacjach, przesunięcie klientów i ich zainteresowania z rynku wtórnego na rynek pierwotny – prognozuje analityk.

Zwłaszcza, że wchodząca od stycznia w życie Rekomendacja S nakłada obowiązek posiadania wkładu własnego przy zakupie nieruchomości na kredyt. W 2014 roku wyniesie co najmniej 5 proc., rok później będzie to co najmniej 10 proc., w 2016 r. – 15 proc., a od 2017 r. – 20 proc.

 – Dopłata z programu ten wymóg Rekomendacji S będzie uzupełniać. Ktoś, kto nie ma środków na wkład własny, będzie mógł otrzymać kredyt na zakup nieruchomości na rynku pierwotnym, bo dopłata ze Skarbu Państwa, czyli 10-15 proc., będzie traktowana jako wkład własny – mówi Newserii Biznes Michał Krajkowski.

W 2014 roku warto będzie inwestować w spółki z branży surowcowej i energetycznej

CEO Magazyn Polska

Akcje spółek surowcowych i energetycznych powinny zainteresować inwestorów w 2014 roku – ocenia Paweł Szczepanik z firmy Szkolenia z Inwestycji Giełdowych. To one będą notować największe wzrosty w przeciwieństwie do banków, które wiodły prym w tym roku. Gdyby jednak scenariusz ten nie sprawdził się, możemy mieć do czynienia nie ze wzrostami, lecz z przeceną akcji największych spółek giełdowych.

Atmosfera na giełdzie sprzyja inwestorom, choć w przyszłym roku nastroje mogą się nieco pogorszyć. Klimat inwestycyjny na warszawskim parkiecie w dużej mierze będzie zależał od nastrojów na światowych rynkach.

 – Rok 2014 może być, moim zdaniem, trudnym rokiem, z tego powodu, że 2013 rok był bardzo dobry – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Szczepanik z firmy Szkolenia z Inwestycji Giełdowych. – Wszystko zależ, po pierwsze, od tego, czy będzie dopływ pieniędzy do giełdy amerykańskiej, czy spółki amerykańskie będą w stanie produkować lepsze wyniki. To jest warunek wstępny do tego, żebyśmy kontynuowali wzrost, mimo że on zawsze jest słabszy aniżeli na pakietach zachodnich.

Ekspert zwraca uwagę na zmieniające się strategie inwestowania. O ile kiedyś polscy gracze interesowali się spółkami czysto spekulacyjnymi, o tyle teraz docenili te, które mają najlepsze perspektywy na dynamiczny rozwój.

 – Inwestorzy będą poszukiwać spółek, które mogą zaskoczyć fundamentalnie in plus. Już nie grają w spółki, które mogą być spółkami spekulacyjnymi, bańkami spekulacyjnymi, oni po prostu szukają spółek, które mogą poprawić wyniki – podkreśla Szczepanik.

W tym roku wśród liderów na warszawskim parkiecie znalazła się np. branża odzieżowa, choć akcje nie wszystkich działających w niej spółek poszły w górę. Jako przykłady tych, które dały najlepiej zarobić inwestorom Paweł Szczepanik wymienia m.in. Monnari, LPP oraz CCC.

Natomiast inwestując w akcje małych spółek, które w tym roku popisały się znacznie wyższymi wzrostami niż spółki duże, warto zwracać uwagę nie tyle na branżę, w której działają, co na ich poszczególne parametry.

 – Czy są w stanie przejąć restrukturyzację, czy są w stanie poprawić wyniki, bo obstawienie branży jako branży, w przypadku małych spółek, niewiele nam daje – tłumaczy Paweł Szczepanik.

Analiza branży dużo lepiej natomiast sprawdza się w przypadku dużych spółek. Zdaniem eksperta w przyszłym roku prym będą wiodły surowce i energetyka. Indeks spółek surowcowych był najmocniej przeceniony na giełdzie w 2013 roku, stracił jedną trzecią swojej wartości. Spółki energetyczne łącznie potaniały o ponad 5 proc. Natomiast sektor bankowy, obok budowlanego, medialnego i chemicznego, należał do liderów wzrostu. Indeks spółek tego sektora zyskał jedną piątą.

 – I tutaj mamy dość poważny problem, bo liderami zeszłego roku były banki. I teraz możemy zastanowić się, czy banki będą miały potencjał do wzrostu o kolejne 20–30 proc. w przyszłym roku. Musiałyby o tyle poprawić wyniki, a co do tego możemy być sceptyczni. Pozostają nam spółki surowcowe i energetyczne – wyjaśnia ekspert.

Gdyby jednak scenariusz ten się nie sprawdził, możemy mieć do czynienia nawet z przeceną akcji największych spółek giełdowych.

 – Jeżeli w przyszłym roku surowcowe spółki pozostaną na niezmienionym poziomie, a banki zaczną korygować swój tegoroczny wzrost, to będziemy mieli na giełdzie w przyszłym roku nie wzrosty, ale przecenę na WIG20 – tłumaczy Szczepanik.

Zagrożeniem dla poziomów wzrostu na giełdzie w przyszłym roku jest też wprowadzenie zmian w OFE, które staje się coraz bardziej realne. Jeśli Trybunał Konstytucyjny nie zakwestionuje jej zapisów do końca stycznia, wejdą one w życie z początkiem lutego.

Od stycznia zmiany w VAT. Mogą utrudnić działalność przedsiębiorcom

Wcześniejsze terminy płatności podatków, późniejsze ich zwrotu oraz nowe terminy wystawiania faktur. Wchodząca w życie od stycznia nowelizacja ustawy o podatku VAT zmusza przedsiębiorców do zmiany dotychczasowego trybu rozliczania faktur.

 To rewolucja. Wszystkie elementy konstrukcyjne z punktu widzenia VAT zostały zmienione. Zmiany dotkną każdego podatnika VAT-u – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Borowski, partner zarządzający w kancelarii Ożóg i Wspólnicy.

Wprowadzone zmiany powodują, że biznes od nowa będzie się uczyć przyjętych reguł. A przede wszystkim będzie oferował budżetowi darmowy kredyt, ponieważ zmienia się moment powstania obowiązku podatkowego.

 – Możemy mówić o pewnej detronizacji roli faktury: obowiązek podatkowy w większości przypadków będzie powstawał niezależnie od terminu wystawienia faktury. Pojawi się w chwili wykonania usługi lub po upłynięciu okresu rozliczeniowego przy rozliczeniach typu ciągłego. Natomiast fakturę będzie można wystawić zarówno przed wykonaniem usługi, jak i po jej wykonaniu, nawet w dość długim terminie. A podatnicy, niezależnie od tego, kiedy otrzymają fakturę, będą mieli obowiązek wykazania VAT-u i odprowadzenia tego podatku wcześniej niż dotychczas – tłumaczy Michał Borowski.

Według starych zasad podstawą opodatkowania był obrót, czyli należność pomniejszona o VAT. Od początku roku 2014 podstawę stanowi zapłata, którą przedsiębiorca otrzymał lub ma otrzymać. W tym drugim przypadku będzie musiał wyłożyć własne pieniądze na podatek. Dla przedsiębiorców to zła wiadomość, ale fiskus będzie z nowych reguł czerpał korzyści.

 – Nowy model rozliczeń zakłada, że podatnicy, którzy dokonują sprzedaży towarów i usług, wykażą VAT należny wcześniej. Natomiast podatnicy, którzy nabywają towary i usługi, z odliczeniem będą musieli poczekać trochę dłużej niż dotychczas. W związku z tym z jednej strony pierwsza grupa podatników odprowadzi VAT do urzędu skarbowego wcześniej, a druga – nabywców – odprowadzi czy odliczy ten VAT nieco później. Podatnicy powinni zdecydowanie zwrócić uwagę też na moment ustalania prawa do odliczenia – informuje prawnik.

Zdaniem eksperta nowa konstrukcja w praktyce będzie powodowała wiele problemów.

 – Z jednej strony to nowość, do tej pory takich rozwiązań nie było, z drugiej – nabywca towaru czy usługi musi się zastanowić, czy u niego powstał obowiązek podatkowy z tytułu danej transakcji, a jeśli tak, to zweryfikować, czy drugi warunek, czyli posiadanie faktury, jest spełniony. Wówczas dopiero powstaje prawo do odliczenia. To zupełnie nowa konstrukcja: mając fakturę za daną usługę czy towar w zasadzie będziemy mogli realizować prawo do odliczenia – wyjaśnia Michał Borowski.

W tej chwili sam fakt posiadania faktury nie oznacza automatycznie możliwości odliczenia VAT, ponieważ u dostawcy nie powstał obowiązek podatkowy z tytułu tej transakcji. Koncepcja ustawodawcy zakładała uproszczenie przypisów.

 – Wyszło jak wyszło. Pamiętajmy, że oprócz zasady ogólnej powstawania obowiązku podatkowego, mamy też szereg wyjątków, acz wyjątków innych niż obowiązywały dotychczas. To zasadniczy problem: podatnicy przywykli już do pewnego sposobu rozliczania VAT-u, a teraz będą musieli uczyć się go od nowa. System nie stał się mniej skomplikowany, stał się po prostu inny – stwierdza ekspert.

Na opanowanie nowych przepisów ustawodawca dał przedsiębiorcom rok. Nowelizacja była znana już w grudniu 2012 roku, a przepisy wchodzą w życie 1 stycznia 2014 roku.

Polski turysta wciąż wybiera last minute, ale rośnie standard wycieczek

CEO Magazyn Polska

W branży turystycznej widać pierwsze efekty odwilży na rynku. Z danych Polskiego Związku Organizatorów Turystyki wynika, że tegoroczny sezon wakacyjny zamknął się ponad 35-proc. wzrostem liczby obsłużonych klientów.  Ten rok pozwolił osiągnąć bardzo dobry wynik finansowy  podkreśla Krzysztof Piątek, prezes Neckermann Polska.

Neckermann Polska zamyka rok z 8 mln złotych zysku i bardzo dobrymi prognozami na kolejne miesiące. W ocenie prezesa spółki Polacy znów chętnie wybierają wyjazdy zagraniczne.

 – Nasi klienci wybierają z reguły hotele wyższych kategorii, od czterech gwiazdek w górę. Można dostrzec wzrost udziału gości wybierających zakwaterowanie w opcji all inclusive, ale też w wysokich kategoriach – mówi Krzysztof Piątek agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Z danych zebranych przez PZOT wynika, że w tym roku na wakacyjny wyjazd zdecydowało się o ponad 30 proc. więcej Polaków niż przed rokiem. Jednocześnie o 16 proc. spadła liczba agentów i biur sprzedających wyjazdy.

Wielu turystów zdecydowało się na zagraniczne wyjazdy ze względu na cenę, a ta w porównaniu z ubiegłym rokiem nie zmieniła się znacząco. Na korzyść branży turystycznej działało stabilne otoczenie ekonomiczne, brak wielkich bankructw w branży, stabilny złoty i niewielkie zmiany cen na rynku paliw lotniczych.

 – Ta stabilizacja cen i ogólne opinie o tym, że wychodzimy z kryzysu, wpłynęły bardzo pozytywnie na postawy i nastroje konsumenckie. Stąd wzrosty, które zanotował cały rynek usług turystycznych w 2013 roku – podkreśla prezes Neckermann Polska.

W tym roku Polacy najchętniej spędzali wakacje w ośrodkach turystycznych w krajach basenu Morza Śródziemnego: Grecji, Hiszpanii i Turcji. Wciąż rośnie także popularność takich krajów jak Chorwacja czy Bułgaria. Do łask wraca również Egipt.

 – Klienci pokazują, że idą w kierunku nieco wyższej kategorii. Nieznacznie uległ skróceniu czas pobytu za granicą, ale w dalszym ciągu oscyluje średnio wokół 9 dni. Ale nie nastąpiły żadne istotne zmiany w pakiecie usług turystycznych, jaki nabywa przeciętny klient – wyjaśnia Piątek.

Wciąż większość Polaków wybiera kierunek wakacyjnych podróży w ostatnim momencie. Robi tak aż 55 proc. klientów. Zdaniem szefa jednego z największych operatorów w kraju, to podnosi koszty, a w konsekwencji – ceny poszczególnych wycieczek.

 – Dostrzegam trend późniejszego podejmowania decyzji. Liczba osób rezerwujących w okresie 30 dni przed terminem wyjazdu nieznacznie wzrosła, to kilkuprocentowe zmiany – mówi Piątek. – Pokazuje to jak trudno optymalizować załadowanie w samolotach, jak długo trzeba czekać na klienta, który przyjdzie nieco później niż bywało to w poprzednich sezonach, ale przyjdzie, i kupi dobrą, solidną usługę.

Od maja obowiązują również zmienione przepisy dotyczące branży turystycznej. Celem tych zmian było utrudnienie dostępu do rynku niedoświadczonym i nieprzygotowanym podmiotom. Na ich wprowadzenie rząd zdecydował się po fali upadków biur podróży w 2012 roku, kiedy to z publicznej kasy pokryto koszty powrotu do kraju kilku tysięcy turystów. Zmiany polegały na podniesieniu minimalnej kwoty gwarancyjnej oraz wprowadzeniu innego sposobu ich naliczania.

 – Ten rok mieliśmy wyjątkowo spokojny w zakresie niewypłacalności w biurach podróży. Był jeden czy dwa przypadki, praktycznie nie było mowy o szkodach, jakie ponieśli klienci – mówi Krzysztof Piątek. – Widać, że sytuacja się ustabilizowała, a dalsze plany, mające na celu jeszcze zwiększenie bezpieczeństwa konsumentów również korzystających z indywidualnych świadczeń turystycznych, sprawią, że klienci biur podróży będą pod specjalną ochroną i ich bezpieczeństwo będzie w 100 proc. zapewnione.

W przyszłym roku miał ruszyć dodatkowy Turystyczny Fundusz Gwarancyjny, chroniący klientów biur podróży w razie bankructwa touroperatora. Projekt ustawy jest gotowy, jednak Ministerstwo Finansów nie przewidziało w budżecie dofinansowania na ten cel. Nie wiadomo więc, czy fundusz będzie miał za co wystartować. Najnowszy pomysł przewiduje pożyczenie pieniędzy na rozpoczęcie działalności funduszu.

Białystok rozmawia z mieszkańcami, na co wyda unijne pieniądze

Mijający rok Białystok kończy wpisaniem do nowego budżetu siedmiu projektów, które wybrali sami mieszkańcy. Opiewają one na kwotę 10 mln zł. Doświadczenia przy tworzeniu budżetu obywatelskiego miasto chce wykorzystać przy planowaniu nowej perspektywy unijnej. Rok 2014 to ciąg dalszy konsultacji z białostoczanami, na jakie inwestycje chcą przeznaczyć środki z UE. 

 – Białystok w tych latach od 2006-2007 roku rozwijał się dynamicznie. Zrobiliśmy bardzo dużo rzeczy, ale jest również wiele potrzeb i chcemy zapytać mieszkańców, na czym im najbardziej zależy, jakie obszary należałoby rozwijać, na co postawić, by Białystok z jednej strony mógł wykorzystać fundusze unijne, a z drugiej był tak dobrze odbierany jak w ostatnich latach – mówi Tadeusz Truskolaski, prezydent Białegostoku.

Władze miasta uruchomiły specjalną stronę internetową Twojbialystok2020.pl, za pomocą której można przesyłać swoje propozycje. Opinie mieszkańców pozwolą wyznaczyć kierunki rozwoju miasta na najbliższe lata.

 – Uzyskane do tej pory opinie wnoszą coś nowego, pokazują, że ludziom rzeczywiście zależy na rozwoju miasta – dodaje prezydent Białegostoku.

Elementem, na który białostoczanie szczególnie zwracają uwagę, jest brak miejsc pracy. Stopa bezrobocia w listopadzie 2013 roku wynosiła w całym woj. podlaskim 14,9 proc., w samym mieście – 13,8 proc., podczas gdy średnia dla Polska wyniosła 13,2 proc.

 – Mamy wysoką stopę bezrobocia i dlatego też mieszkańcy troszczą się o miejsca pracy. Mówią o ściąganiu inwestorów, o parku naukowo-technologicznym, który właściwie już powstał i jest w trakcie odbioru, o strefie ekonomicznej, w której stworzyliśmy już kilkaset nowych miejsc pracy – informuje Tadeusz Truskolaski.

Inną sprawą poruszaną przez mieszkańców jest infrastruktura, w tym rozbudowa i poprawa jakości dróg oraz publiczna komunikacja.

 – Jestem mile zaskoczony, że mieszkańcy popierają ograniczenie ruchu samochodów w centrum miasta, chcą stworzenia buspasów, które przecież budzą kontrowersje. Mówią o rozwoju zieleni i sportu, również tego osiedlowego, czyli o boiskach, siłowniach pod chmurką, o hali widowiskowo-sportowej – wymienia prezydent.

Akcja „Twój Białystok 2020” jest kontynuacją doświadczeń zebranych podczas projektowania budżetu obywatelskiego. Poddano głosowaniu 51 projektów, które opiewały na ponad 40 milionów złotych. Łącznie przeznaczono na niego 10 milionów złotych. O wyborze konkretnych zadecydowała liczba głosów. I tak białostoczanie przegłosowali m.in. społeczną koncepcję Węglowej, czyli uporządkowanie terenu i stworzenie ogólnodostępnego miejsca sportowo-rekreacyjnego; budowę Centrum Sportów Miejskich do rozwoju sportów ekstremalnych; budowę drogi łączącej ulicę Armii Krajowej z Lasem na Bacieczkach oraz budowę na rzece Białej kładki, umożliwiającej dojście z osiedla Dziesięciny na boiska i do ogródków działkowych.

 – Na początku planowaliśmy 5 mln zł, z inicjatywy radnych kwota została zwiększona do 10 mln zł. Poznań ma również podobny budżet obywatelski, a jest o wiele większym miastem – zwraca uwagę Tadeusz Truskolaski. – Mamy miasto, które rozwija się dynamicznie, wszechstronnie. Właściwie, poza wizerunkowymi elementami związanymi z wybrykami o charakterze rasistowskim, to w pozostałych obszarach ten wizerunek jest bardzo dobry. 

Oświadczenie dot. publikacji w dniu 28.12.2013 r. artykułu „Straty nad Bosforem” w dzienniku Gazeta Giełdy Parkiet

0

W związku z opublikowaniem w dniu 28 grudnia 2013 roku (wydanie 28-29 grudnia) artykułu „Straty nad Bosforem” w dzienniku Gazeta Giełdy Parkiet, Zarząd MCI Management SA („MCI”) oświadcza, iż nieprawdziwa i wprowadzająca w błąd jest informacja, jakoby MCI obejmował akcje Indeksu po 4,35 liry tureckiej.

Zgodnie z treścią raportem bieżącym nr 17/2013 z dnia 20 maja 2013 roku, w którym MCI informował o zawarciu umowy nabycia 11,2 mln akcji spółki İndeks Bilgisayar Sistemleri Mühendislik Sanayi ve Ticaret A.Ş. , płatność za nabyte akcje zrealizowana zostanie w transzach, przy czym płatność pierwszej transzy dokonana została z istotnym dyskontem wobec wyceny rynkowej w dniu 19 maja 2013 roku. Maksymalna cena nabycia akcji ustalona została na poziomie 4,35 TRL (turecki lir = 1,76 zł) za akcję. Całkowita wartość transakcji uwarunkowana jest realizacją ambitnych prognoz przez spółkę Index na lata 2013-2014.

Dodatkowo MCI oświadcza, że inwestycja w Indeks rozwija się zgodnie z przyjętymi założeniami biznesowymi, a obecna wycena giełdowa jej akcji znajduje się na poziomie umożliwiającym MCI księgowanie zysku z przeszacowania wartości tej inwestycji w stosunku do ceny zakupu.

Z poważaniem,

Zarząd MCI Management SA

Komisja Europejska może zmienić zasady finansowania inwestycji przez portale społecznościowe

Komisja Europejska do końca roku czeka na opinie dotyczące finansowania społecznościowego. Konsultacje społeczne dotyczące tzw. crowdfundingu mają odpowiedzieć na pytanie, jak Komisja Europejska może wesprzeć tę formę pozyskiwania kapitału. Cieszy się ona coraz większą popularnością w całej Europie, również w Polsce, sprzyjają temu nierestrykcyjne przepisy.

W 2012 roku w całej Europie pozyskano za pomocą crowdfundingu 735 milionów euro. Prognoza na 2013 rok zakłada podwojenie tej kwoty. To 35 proc. światowej wartości tego rodzaju finansowania. Dla porównania wolumen inwestycji wysokiego ryzyka (venture capital) to 3 miliardy euro – podaje portal crowfunding.pl.

 – Pozyskiwanie kapitału szybko ewoluuje i poza tradycyjnymi formami, jak publikacja prospektu emisyjnego, emisja akcji, następnie notowanie ich na giełdzie, są też inne, bardziej innowacyjne, szybsze. Przy finansowaniu mniejszych projektów na pewno bardziej opłacalne, bo czas i procedura wejścia na tradycyjną giełdę kosztuje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mirosław Kachniewski, prezes Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych.

Crowdfunding otwiera przed inwestorami nowe możliwości – współfinansowanie projektu na wczesnym etapie rozwoju, w zamian za np. udział w przedsiębiorstwie. Zaś osoby z ciekawymi pomysłami mają możliwość pozyskania wsparcia finansowego przy minimalnych kosztach (zwykle jest to opłata za skorzystanie z danej internetowej platformy crowdfundingowej).

Komisja Europejska sprawdza podczas konsultacji, czy rynek potrzebuje doregulowania, czy potrzebne są ograniczenia, nowe przepisy obowiązujące w całej UE, czy wystarczą np. działania edukacyjne, a szczegółowe kwestie pozostaną na poziomie poszczególnych państw.

 – Polski rynek jest dość restrykcyjny w kwestii regulacji, ale akurat w przypadku crowdfundingu jest wyjątkowo liberalny. Przy bardzo małych kwotach możliwe jest zbieranie tego typu środków praktycznie bez żadnych ograniczeń. Oczywiście jest tutaj pewien potencjał do nadużyć, natomiast nie wydaje mi się sensowna potrzeba dalszego regulowania tej kwestii, ponieważ chodzi o stosunkowo małe kwoty i mam nadzieję, że zdrowy rozsądek powinien wystarczyć do tego, by nie było istotnych nadużyć – tłumaczy Mirosław Kachniewski.

Trybunał oceni zmiany w OFE. „Ustawa może być zgodna z konstytucją”

CEO Magazyn Polska

Ustawa o zmianach w systemie emerytalnym może być zgodna z konstytucją pod warunkiem, że zostały zabezpieczone prawa przyszłych emerytów ocenia Tomasz Lasocki z Katedry Prawa Ubezpieczeń Uniwersytetu Warszawskiego. Państwo ma obowiązek zapewnić obywatelom zabezpieczenie emerytalne, a nie kapitałowość emerytury. W piątek ustawę o zmianach w OFE podpisał prezydent i jednocześnie zapowiedział skierowanie jej do Trybunału Konstytucyjnego.

 – Dyskusja skupia się wokół problemu, czyją własnością są środki zgromadzone w OFE. Ważniejszym pytaniem jest to, kto jest za nie odpowiedzialny, co by się stało, gdyby te zobowiązania uległyby zmianie. Oznacza to kolejną wątpliwość – jeżeli stwierdzimy, że to są moje środki, to jeżeli zostaną stracone, to czy oznacza to, że ja nie będę mógł dostać emerytury w przyszłości – zwraca uwagę Tomasz Lasocki z Katedry Prawa Ubezpieczeń Uniwersytetu Warszawskiego.

Byłoby to jednak niezgodne z Konstytucją, której art. 67 mówi, że „obywatel ma prawo do zabezpieczenia społecznego w razie niezdolności do pracy ze względu na chorobę lub inwalidztwo oraz po osiągnięciu wieku emerytalnego.”

 – Zgodnie z tym artykułem prawo do zabezpieczenia społecznego nie jest naszą własnością, lecz jest publicznym prawem podmiotowym. W związku z tym to, co mamy zgromadzone, zarówno w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, jak i również w otwartym funduszu emerytalnym, nie jest moja własność, to jest tylko ekspektatywa publicznego prawa podmiotowego. Ważne jest, żeby państwo nie ingerowało i nie zmieniało tej mojej ekspektatywy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Lasocki.

Dlatego z tego punktu widzenia nie ma znaczenia, czy pieniądze na zabezpieczenie przyszłego emeryta są zgromadzone w OFE, czy w FUS-ie. Oznacza to tylko, że państwo bierze odpowiedzialność za przejęte składki.

 – Kapitałowość systemu emerytalnego nie jest wartością konstytucyjną. Jest pożądanym bytem, dlatego że wtedy inwestujemy, staramy się rozwijać na przykład infrastrukturę, przyszłą budowę PKB. Ale jeżeli ustawodawca zmieni kwestie dotyczące otwartych funduszy emerytalnych, nie zmniejszając uprawnień ubezpieczonych, oznacza to, że działa zgodnie z prawem – uważa Tomasz Lasocki.

Rząd przeforsował nowelizację ustawy o zmianach w systemie emerytalnym, a prezydent podpisał ją, po czym skierował do Trybunału Konstytucyjnego. Zgodnie z jej zapisami, przyszli emeryci będą mogli decydować, czy nadal chcą przekazywać część składki do OFE czy całość do ZUS. Dodatkowo fundusze emerytalne nie będą mogły już inwestować w obligacje Skarbu Państwa.

Prof. E. Mączyńska: W 2014 roku będzie wyższy wzrost gospodarczy, ale nadal mało inwestycji

CEO Magazyn Polska

Nadchodzący rok ma przynieść wyższy wzrost gospodarczy i lekkie ożywienie. Jednak na zdecydowaną poprawę sytuacji nie należy liczyć, dopóki nie pojawią się znaczące inwestycje przynoszące stałe miejsca pracy. A tych nadal w Polsce brakuje. 

 Większość prognoz instytucji międzynarodowych, które pojawiały się do tej pory, były dla nas niekorzystne. Rzeczywistość przeważnie weryfikowała je in plus, czyli okazywała się lepsza od prognoz. I teraz też tak jest. Można powiedzieć, że 1,9 proc. wzrostu w III kwartale to niewiele, bo kiedyś było 5-7 proc., ale w ogóle cała Europa i cały świat wpada w pułapkę niskiego wzrostu – mówi Newserii Biznes prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Ekonomistka przypomina, że dla krajów strefy euro prognozy są bardziej pesymistyczne. Bank Światowy w raporcie „EU11 Regular Economic Report” stwierdza, że gospodarka strefy euro ten rok zakończy spadkiem PKB o 0,5 proc., a w przyszłym roku odnotuje wzrost o zaledwie 1,1 proc.

Zdaniem profesor Mączyńskiej Polska ma szansę na przekroczenie progu 2-proc. wzrostu PKB. Dynamika mogłaby dojść nawet do 3 proc.; barierą na drodze do długotrwałego rozwoju jest jednak brak inwestycji, które mogłyby dać impuls gospodarce.

 – To inwestycje tworzą miejsca pracy, a nowe inwestycje nie powstaną, dopóki poziom zdolności produkcyjnych jest słabo wykorzystany, a to ciągle występuje. Bezrobocie to jest dżuma XXI wieku. Polska ma dwucyfrowe bezrobocie, około 13 proc., i brak większych szans na to, żeby zeszło do jednocyfrowego, chociażby 9 proc. To oznacza, że najcenniejszy potencjał, czyli ludzie, jest marnowany – podkreśla ekspertka.

Dlatego w I kwartale nadchodzącego roku, w ocenie prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, bezrobocie nie zmniejszy się znacząco.

Energa w ciągu najbliższych ośmiu lat zainwestuje 13 mld zł w dystrybucję i odnawialne źródła energii

CEO Magazyn Polska

Nadchodzący rok będzie dla Energi kontynuacją dotychczasowej polityki inwestycji w sieci energetyczne i odnawialne źródła energii. Ta strategia, zdaniem prezesa spółki Mirosława Bielińskiego, sprawdziła się i do 2021 r. firma zamierza przeznaczyć na ten cel prawie 13 mld zł. Spółka zapowiada także, że będzie dzielić się z akcjonariuszami zyskami. 

 – Nasza polityka dywidendowa jest istotna dla akcjonariuszy. Płaciliśmy dużo i będziemy płacić dużo. W praktyce – cały zysk netto przeznaczamy na dywidendę – zapewnia Mirosław Bieliński, prezes Energi. – Przez cały czas rośnie nam efektywność i to jest coś, czym w przyszłości podzielimy się z naszymi klientami. Niższe koszty zależą wprost od efektywności.

Prezes spółki dodaje, że wbrew niektórym opiniom, debiut giełdowy firmy uważa za udany dla większości inwestorów.

 – Może nie są usatysfakcjonowani tym debiutem ci, którzy liczyli na to, że w jeden dzień zarobią kilka procent. Proszę znaleźć bank, który po założeniu lokaty będzie wypłacał kilka procent odsetek po kilku dniach – mówi Mirosław Bieliński.

Przed tym największym tegorocznym debiutem na GPW analitycy przewidywali 6-proc. wzrost kursu akcji na debiucie. Ale na otwarciu sesji 11 grudnia notowania spadły o 5,35 proc. Udział Skarbu Państwa w akcjonariacie został zredukowany z 84,2 proc. do nieco ponad 50 proc.

 – Dzięki naszemu wejściu na giełdę do akcjonariatu Energi dopłynęli akcjonariusze, którzy wiążą z nami plany w dłuższym horyzoncie czasowym niż kilka dni – podkreśla prezes.

Przypomina, że również początek mijającego roku to wejście na parkiet, tym razem w Luksemburgu, gdzie w marcu Energa Finance (spółka zależna Energi) przeprowadziła pierwszą emisję euroobligacji w kwocie 500 mln euro. Pierwsza emisja obejmuje euroobligacje o wartości nominalnej 99,704 każda, z 7-letnim terminem wykupu, od których płatny będzie roczny kupon w wysokości 3,250 proc.

 – Nasze obligacje zostały wyemitowane na rynku europejskim mniej więcej w tym samym momencie co obligacje Gazpromu, a ten jest zmuszony płacić wyższe odsetki niż my. Jest to więc ogromy sukces Energi – zaznacza Mirosław Bieliński.

Do sukcesów zalicza także przejęcie farm wiatrowych od Iberdroli i Dong Energy, dzięki którym Energa pozyskała 165 MW z elektrowni wiatrowych, a odnawialne źródła energii stanowią już ok. 40 proc. jej potencjału wytwórczego. Ta polityka będzie kontynuowana w kolejnych latach.

 – W tym roku na wszystkie inwestycje, w tym także  na akwizycje wydaliśmy około 3 mld zł, w przyszłym wydamy mniej. W sumie w naszym tzw. planie podstawowym na lata od przyszłego do 2021 jest około 13 mld zł i w tej kwocie mieszczą się przede wszystkim inwestycje w sieci energetyczne oraz trochę w OZE. Poprzez inwestycje wzmacniamy to, co jest mocne w grupie Energa, czyli dystrybucja i OZE – podsumowuje Mirosław Bieliński.

Grupa Energa jest jedną z czterech największych grup energetycznych w Polsce. Zgodnie ze strategią grupy na lata 2013-2021 zamierza łącznie w tym okresie przeznaczyć do 19,7 mld zł na inwestycje, w tym 15,9 mld zł na projekty istotne strategicznie, niezależne od warunków zewnętrznych. Ok. 12,5 mld zł przeznaczonych zostanie na inwestycje w segmencie dystrybucji, a pozostała część na elektrownie konwencjonalne i gazowe, CHP, OZE i inne.

Spółki komandytowo-akcyjne tracą przywileje. Będą opodatkowane jak spółki z ograniczoną odpowiedzialnością

CEO Magazyn Polska

Od stycznia w życie wchodzą zmiany likwidujące przywileje podatkowe dla spółek komandytowo-akcyjnych. Dotychczas firmy działające według tego modelu nie musiały płacić podatku dochodowego, ten płacili tylko wspólnicy spółki. Od nowego roku fiskus będzie pobierał podatek i od spółki, i od wspólników. Zmiany obejmą około 2 tys. firm.

Nadchodzą trudniejsze czasy dla firm, które postanowiły przetrwać trudny okres spowolnienia gospodarczego w formie spółek komandytowo-akcyjnych. Dla wielu z nich był to najlepszy sposób na optymalizację kosztów. Korzystało z tego wielu przedsiębiorców: w 2003 roku w takiej formie działało zaledwie 18 firm, a w 2013 – ponad 2 tys.

Od stycznia w życie wchodzą przepisy znowelizowanej ustawy podatkowej, według której takie spółki staną się podatnikiem CIT-u. Oznacza to, że urzędy skarbowe będą traktowały spółki komandytowo-akcyjne tak samo jak spółki kapitałowe – akcyjne i z ograniczoną odpowiedzialnością. Będą więc one opodatkowane dwustopniowo.

 – Wszystkie zyski pochodzące z działalności spółki komandytowo-akcyjnej będą podatkowane na poziomie tej spółki według stawki 19 proc. Późniejsza dystrybucja zysków do wspólników, czyli do komplementariuszy i akcjonariuszy, również będzie podlegała opodatkowaniu według stawki 19 proc. w rękach tychże wspólników – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kamil Skomorowski, doradca podatkowy Kancelarii Ożóg i Wspólnicy.

Do tej pory spółki komandytowo-akcyjne nie podlegały podatkowi dochodowemu. Ten płacili tylko wspólnicy – komplementariusz i akcjonariusze – np. od wypłaconej im dywidendy. A ta mogła być odroczona w czasie lub zarządzana przez zamknięty fundusz inwestycyjny.

Po zmianach część firm przez rok będzie mogła zachować przywileje wynikające z tej formy działalności. Dotyczy to tych przedsiębiorstw, których rok obrotowy nie kończy się 31 grudnia br., i które zostały założone przed 12 grudnia.

 – Spółka komandytowo-akcyjna z przedłużonym rokiem to rozwiązanie w pewien sposób ograniczone czasowo. Z tego rozwiązania będzie można korzystać do początku 2015 roku, ale to daje jakieś dobrodziejstwa – wylicza doradca.

Wspólnicy spółek, chcąc utrzymać przywileje podatkowe, mogą również skorzystać z innego rozwiązania, czyli stworzenia struktury międzynarodowej. Wykorzystana może być tu forma luksemburskiej specjalnej spółki komandytowej SCSp.

 – Spółka luksemburska wykorzystywana tu jest jako pośrednik pomiędzy funduszem inwestycyjnym zamkniętym a polską spółka komandytową, która prowadzi w Polsce działalność operacyjną – mówi Kamil Skomorowski.

Spółka komandytowo-akcyjna prowadzona jest w oparciu o kodeks spółek handlowych. Nie posiada ona osobowości prawnej, ale może we własnym imieniu nabywać prawa, nieruchomości i zaciągać zobowiązania. Kieruje nią jeden ze wspólników, nazywany komplementariuszem, i to on odpowiada w sposób nieograniczony za zobowiązania spółki.

Prezes BOŚ Banku: Będziemy finansować inwestycje Polaków w odnawialne źródła energii

Mariusz Klimczak

Mimo braku odpowiednich regulacji, Bank Ochrony Środowiska nie zrezygnował w mijającym roku z finansowania inwestycji w odnawialne źródła energii. Z tego też powodu warunki, jakie musieli spełnić zainteresowani inwestorzy, były bardziej rygorystyczne niż w poprzednich latach. Szansę na rozwój tego sektora prezes banku widzi w produkcji energii przez indywidualnych użytkowników.

 – Jesteśmy cały czas liderem w finansowaniu przedsięwzięć związanych z ochroną środowiska, zwłaszcza z odnawialnymi źródłami energii. Jesteśmy jednym z niewielu banków, które w 2013 r. finansowały OZE, np. farmy wiatrowe. Kryteria były bardziej rygorystyczne, niż to miało miejsce kilka lat temu, ale jest to związane z brakiem ostatecznych regulacji. I tak np. instalacje solarne, które cieszyły się ogromnym powodzeniem w 2013 roku, będą wygaszane, góra do połowy 2014 roku – mówi Mariusz Klimczak, prezes Banku Ochrony Środowiska.

Banki wstrzymują inwestycje w zieloną energetykę z powodu niepewności co do ich opłacalności w przyszłości i z powodu przedłużających się prac rządu nad ustawą o OZE.

 – Największe inwestycje to projekty wiatrowe, bo one są przygotowane. Inwestorzy i banki czekają z uruchomieniem finansowania na ostateczny kształt ustawy. Od strony finansowania inwestycji to będzie numer jeden w przyszłym roku i latach następnych. W zależności od tego, jaki będzie kształt ustawy, być może ruszy również rynek biogazowni. W tej chwili wygląda to niestety nieciekawie – podsumowuje prezes banku.

Z powodu problemów z wdrożeniem tzw. trójpaku energetycznego, czyli pakietu ustaw regulujących i porządkujących rynek energii, jesienią Sejm uchwalił tzw. mały trójpak. Ta nowelizacja Prawa energetycznego daje szansę na rozwój nowego obszaru rynku energii.

 – Mocno idziemy w stronę prosumenta, małych instalacji odnawialnych źródeł energii. Mam nadzieję, że ten rynek będzie się mocno rozwijał w najbliższych latach i będzie dawał kilka miliardów złotych dodatkowych inwestycji rocznie w perspektywie kilku lat – uważa Mariusz Klimczak.

Chodzi o małe instalacje, takie jak pompy ciepła, solary, ogniwa fotowoltaiczne, za pomocą których można ogrzać wodę w domu, dostarczyć energię cieplną i elektryczną na własne potrzeby, a ewentualne nadwyżki sprzedać do sieci.

 – Jest to bardzo interesujący rynek, opłacalny dla Kowalskiego. W przypadku nowego domu każdy powinien stosować takie instalacje, bo jest to zdecydowanie tańsze rozwiązanie niż w przypadku tradycyjnego ogrzewania. Natomiast w przypadku wymiany istniejących już instalacji, przy wsparciu ze strony NFOŚ również jest to opłacalna inwestycja – zachęca prezes BOŚ Banku.

Ocenia, że bank jest w stanie dofinansować takie inwestycje w wysokości kilku miliardów złotych. A potencjał polskiego rynku jest obiecujący.

 – W Polsce sprzedaje się 5-6 tysięcy pomp ciepła rocznie. Potencjał tego rynku w perspektywie kilku lat to może być 100-150 tysięcy tego typu instalacji rocznie. Ale potrzeba na to kilku lat, na rozpęd, na budowanie świadomości. Czekamy na regulacje –  mówi Mariusz Klimczak.

Deweloperzy liczą na lepszy rok. Ożywienie na rynku przyniosła już druga połowa 2013 roku

CEO Magazyn Polska

Mimo spodziewanego wyhamowania na rynku nieruchomości z powodu braku rządowego programu wsparcia dla kupujących mieszkania deweloperzy nie narzekają na tegoroczną sprzedaż. Była większa niż w minionych latach. Obniżenie cen spowodowało większą skłonność do inwestowania w nieruchomości niż na lokatach czy na giełdzie. Natomiast programy rządowe mają na cały rynek niewielki wpływ.

 – 2013 rok był „nadspodziewanie” dobry dla rynku mieszkaniowego, zarówno dla sprzedających, jak i kupujących. Od połowy roku obserwowaliśmy znaczne zainteresowanie kupnem nowych mieszkań i wiele firm zanotowało rekordowe wprost wyniki sprzedaży w ciągu ostatniego półrocza – mówi Jacek Bielecki, dyrektor ds. jakości segmentu deweloperskiego w Grupie Marvipol, jednym z największych warszawskich deweloperów.

Stołeczna grupa zamyka rok z rekordowymi wynikami – w ciągu 11 miesięcy 2013 roku znalazła nabywców na 522 mieszkania i lokale użytkowe, co daje więcej niż w całym 2011 r. W listopadzie br. Marvipol sprzedał 61 lokali, wobec 9 sprzedanych w listopadzie 2012 r. Cały rok grupa zakończy sprzedażą na poziomie ok. 600 lokali.

 – To będzie o kilkadziesiąt procent więcej niż w poprzednich latach. Najbardziej poszukiwane są mieszkania dwupokojowe do 50 m2.  Sprzedają się zarówno te ze średniej półki, jak i te z trochę wyższej – informuje Jacek Bielecki.

Mieszkania z segmentu ekonomicznego odpowiadają za jedną czwartą wolumenu sprzedaży grupy, a ich udział w wartości sprzedaży jest „istotnie mniejszy”. Marvipol zakłada, że ten trend utrzyma się również w nadchodzącym roku i w kolejnych latach, ponieważ zamierza skoncentrować się na projektach o wyższym standardzie.

 – Od kilku miesięcy obserwujemy lekki, ale zauważalny wzrost cen. Maleje chęć deweloperów do obniżek, do negocjacji cen – mówi Jacek Bielecki agencji informacyjnej Newseria Biznes. – O ile ceny katalogowe nieznacznie wzrosły lub wręcz nie wzrosły, to cena transakcyjna rzeczywiście jest wyższa.

To właśnie niskie stawki napędzały koniunkturę w drugiej połowie mijającego roku.

 – Rynek uznał, że cena, którą dzisiaj deweloperzy oferują, jest atrakcyjna. Wyliczyliśmy, że uwzględniając siłę nabywczą to jest cena sprzed 2006 roku, więc sprzed gwałtownego wzrostu stawek – wyjaśnia Jacek Bielecki. Zaobserwowaliśmy też stosunkowo duży udział transakcji gotówkowych. W niektórych realizacjach to jest nawet 30 proc., czego od dawna nie obserwowaliśmy. Myślę, że bierze się to stąd, że wiele osób, dysponujących gotówką uznało, że inwestycja w mieszkanie jest atrakcyjniejsza niż lokata bankowa, inwestowanie na giełdzie czy w fundusze inwestycyjne.

Dysponujący kapitałem rezygnowali z nisko oprocentowanych lokat, inwestując w realną gospodarkę, czyli w nieruchomości. A z drugiej strony ci, którzy nie mają dostępu do gotówki, a spodziewają się wejścia w życie nowych regulacji („Rekomendacji S”), która likwiduje kredyty na 100 proc. wartości nieruchomości, zdecydowali się na wzięcie kredytu i kupno mieszkania.

 – Natomiast wbrew naszym obawom nie zaobserwowaliśmy negatywnego wpływu braku rządowych programów. Nie było w tym roku żadnego wsparcia dla kupujących: „Rodzina na swoim” się skończyła, program „Mieszkanie dla młodych” wejdzie dopiero w przyszłym roku. Obawialiśmy się, że to będzie czynnikiem hamującym chęć zakupu. Okazało się, że nie. Nabywcy już się przekonali, że te programy rządowe mają niewielkie znaczenie i że nie warto czekać na nowe programy, trzeba liczyć na własne siły – podsumowuje przedstawiciel Marvipolu.

Od nowego roku banki będą inaczej liczyły zdolność kredytową. W życie wchodzi Rekomendacja S

CEO Magazyn Polska

Od nowego roku każdy starający się o kredyt hipoteczny będzie musiał dysponować 5-procentowym wkładem własnym. Wchodząca w życie od stycznia  Rekomendacja S zakłada, że docelowo  w 2017 roku  kredyt hipoteczny będą mogli uzyskać tylko klienci, którzy posiadają wkład własny na poziomie 20 proc. wartości nieruchomości. Z drugiej strony KNF łagodzi kryteria liczenia zdolności kredytowej.

Od 1 stycznia 2014 roku każdy ubiegający się o kredyt hipoteczny będzie musiał posiadać 5 proc. wkładu własnego. To efekt wejścia w życie pierwszej części zaleceń KNF-u zawartych w Rekomendacji S. W praktyce oznacza to, że zaciągając kredyt złotówkowy w wysokości 300 tys. zł, trzeba mieć na koncie 15 tys. zł plus środki na opłaty związane z kredytem.

  W tym obszarze Rekomendacja S zaostrza wymagania dotyczące udzielania kredytów – mówi Michał Krajkowski, główny analityk DK Notus. – W pewnych obszarach jednak łagodzi wymagania, między innymi w zakresie liczenia zdolności kredytowej.

Do tej pory przy zaciąganiu kredytu na 30 lat zdolność kredytową liczono na 25 lat. Zgodnie z nową rekomendacją ten okres wydłuży się o pięć lat. Jak ocenia Krajkowski, zdolność kredytowa społeczeństwa wzrośnie o około 5-7 proc.

Ponadto od stycznia polskie banki nie będą mogły udzielać kredytów hipotecznych na okres dłuższy niż 25 lat. Przed wprowadzeniem zmian nieruchomość mogła być spłacana nawet przez 50 lat.

 – Z punktu widzenia klienta jest to jak najbardziej korzystne – podkreśla analityk. – Często klienci nieświadomi kosztów, jakie z tym się wiążą, mogli wydłużać okres kredytowania, a to powodowało, że łączny koszt, odsetki w skali 40 czy 50 lat rosły w sposób nieproporcjonalny do korzyści, jakie zyskujemy na niższej racie.

Rekomendacja ogranicza także dostępność do kredytów walutowych. Od nowego roku będą one dostępne tylko dla tych, którzy zarabiają w danej walucie. W tym wypadku decyzja KNF potwierdza tylko stosowaną już od dawna praktykę banków.

 – Oczywiście ograniczenie kredytów walutowych, patrząc krótkowzrocznie, dla klientów może być nie do końca satysfakcjonujące. Celem jest jednak ochrona całego systemu bankowego – mówi rozmówca Newserii Biznes.

Nowa rekomendacja ma również pomóc bankom w stworzeniu fundamentów do rozwoju rynku instrumentów dłużnych opartych o jednorodne portfele kredytów mieszkaniowych.

Centrum Badań Energetyki w Kijowie: Jest wielki potencjał do eksportu energii z Ukrainy do Europy

Dmytro Wasylew

Mimo podpisania umowy z Moskwą i otrzymania od niej pierwszej transzy obiecanej pomocy, Ukraina nadal ma otwarte drzwi do Unii Europejskiej. I powinna wykorzystać tę współpracę do zwiększenia kierunków dostaw gazu oraz do rozwijania odnawialnych źródeł energii, co uniezależniłoby ją od Rosji.

 – Jest wielki potencjał do eksportu energii z Ukrainy do Europy. Istnieje duża szansa na dogadanie się i podpisanie kontraktów na eksport energii do Polski i na Węgry, być może i do innych krajów. Ukraina może rozwijać przemysł wytwarzania energii – mówi Newserii Biznes Dmytro Wasylew, zastępca dyrektora zarządzającego z Centrum Badań Energetyki w Kijowie.

17 grudnia prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz zdecydował się na zbliżenie z Rosją i podpisał w Moskwie porozumienie z Wladimirem Putinem. Zgodnie z nim Rosja wykupi część ukraińskiego zadłużenia opiewającego na 15-17 mld dolarów. Cena rosyjskiego gazu dla Kijowa od 1 stycznia zostanie obniżona. Ukraina zapłaci za surowiec 268,5 dolara za 1 tys. m3 zamiast obecnych ok. 400 dolarów za 1 tys. m3. Obecne stawki należą do najwyższych w Europie. Ukraina już dostała 3 mld dolarów w postaci sprzedaży Rosji swoich obligacji skarbowych na giełdzie irlandzkiej.

 – Europa może zaoferować znacznie więcej: zasady gry, które znamy, więcej kontraktów i szans na współpracę w dziedzinie energetyki, możliwy import energii elektrycznej z Ukrainy, również dobre ceny gazu ze – przynajmniej – Słowacji i Węgier, i może Polski – uważa Dmytro Wasylew.

Wskazuje także na możliwości dywersyfikacji źródeł energii, które dają odnawialne źródła energii (OZE).

 – Europa może zaoferować Ukrainie również inwestycje w OZE, mamy tu ogromny potencjał, jeśli chodzi o ich rozwój. Jeśli europejscy partnerzy będą mogli przyjechać do nas ze swoimi inwestycjami i tu je rozwijać, to wspomogłoby również rozwój Ukrainy oraz zmniejszyłoby jej zapotrzebowanie na dostawy gazu z Rosji – zwraca uwagę Dmytro Wasylew.

Dodaje, że także kwestie związane z polityką, np. ze złagodzeniem reżimu wizowego przybliżyłoby Ukrainę do Europy i wpłynęło na jej rozwój gospodarczy.

Sylwester w górach nigdy nie był aż tak popularny

Znalezienie noclegu w Zakopanem i okolicach jest praktycznie niemożliwe. Ceny ofert przekraczały zarobki przeciętnego Polaka. Wszystko za jedną noc! Internetowe Centrum Podróży eSKY.pl zestawiło ceny, które w polskich górach obowiązują w święta i w sylwestra. Jak się one kształtują? I o ile wzrosły w stosunku do roku ubiegłego?

– W roku poprzednim po raz pierwszy porównaliśmy ceny noclegów, które obowiązują w okresie od świąt do sylwestra i zestawiliśmy je z cenami „poza sezonem”. Wówczas zwróciliśmy przede wszystkim uwagę na to, że ceny rosną dwukrotnie – pierwszy raz na święta, a drugi na sylwestra. Przy czym ten drugi wzrost bywa naprawdę bardzo znaczący – mówi Łukasz Neska z serwisu eSKY.pl – Zdarza się, zwłaszcza w przypadku hoteli wyższej klasy, że cena rośnie parokrotnie. Dodatkowo, nie ma możliwości rezerwacji tylko jednej nocy, tylko należy się zdecydować od razu na pakiet. Przykładowo, są hotele w Zakopanem, w których normalnie nocleg kosztuje od 390 PLN za dobę dla dwóch osób, tymczasem na czas sylwestra jest wyłącznie możliwość rezerwacji 4 dób w cenie od 3 612 PLN.

Zimowa stolica Polski to najdroższa opcja dla tych, którzy chcą świętować w górach nadejście nowego roku. Na dwa tygodnie przed sylwestrem oferty zaczynają się od 385 PLN za dobę dla dwóch osób. Dostępnych noclegów jest niewiele i większość tych, które pozostały, dotyczą hoteli pięciogwiazdkowych, w których ceny zaczynają się od 1200 PLN.

Gdy przyjrzeć się kosztom rezerwacji, które już zostały dokonane, to są one również wyższe od tych, które zrobiono przed rokiem. Porównując koszty pobytu w Zakopanem w okresie zwykłym tj. gdy nie ma żadnych świąt, to średnio wzrosły one o 30 PLN w stosunku do roku ubiegłego (237 PLN w 2012 roku, a w 2013 – 267 PLN). Średni koszt pobytu w czasie świąt zwiększył się o 68 PLN (z 346 PLN w roku 2012 do 414 PLN w tym roku). Rekordowe koszty wiążą się z rezerwacją hotelu na sylwestrową noc. Rosną one aż o 91 PLN w stosunku do roku ubiegłego i dają średnią 696 PLN. Statystyki te dotyczą samego miasta Zakopane, natomiast gdy analizie zostaną poddane noclegi w Białce Tatrzańskiej czy w Bukowinie to o nie zmieniły się one znacząco od roku ubiegłego. Nieco wyższe są koszty związane ze spędzaniem sylwestra w tych miejscowościach i ich okolicach – średnio o 25 PLN, co daje kwotę oscylującą w granicach 465 PLN. Niższe ceny niż w Zakopanem powodują, że miejsca noclegowe zapełniły się tu jeszcze szybciej niż w zimowej stolicy Polski.

Osoby, które chciały spędzić sylwester w polskich górach, często decydowały się na pobyt w Beskidach lub Sudetach. Analitycy z Internetowego Centrum Podróży eSKY.pl porównali również koszty związane z pobytem z popularnych miejscowościach zlokalizowanych u podnóża tych łańcuchów górskich.

W przypadku Beskidów porównano ceny hoteli w czterech miejscowościach: Wiśle, Żywcu, Szczyrku i Ustroniu. Tu średnie koszty pobytu nie zmieniły się w ogóle w stosunku do roku ubiegłego. Nadal najdroższy jest Żywiec. W okresie nieświątecznym średni koszt doby hotelowej w mieście wynosi 230 PLN i niewiele zwiększa się w czasie świąt – 250 PLN, natomiast na sylwestrową noc koszty rosną prawie dwukrotnie i wynoszą średnio 453 PLN. Rok temu najtańszy był pobyt w Wiśle – w normalnym okresie za dobę w pokoju dwuosobowym płaci się tam średnio 129 PLN, w święta jest to 160 PLN, a w sylwestra 223 PLN. W tym roku ceny nieznacznie się podniosły. I tak w okresie zwykłym nocleg dla dwóch osób kosztuje średnio 135 PLN, w święta 180 PLN, a w sylwestra 250 PLN. Ten wzrost średnich kosztów noclegu powoduje, że najtańszy jest pobyt w Ustroniu, gdzie ceny nieco zmalały. Doba dla dwóch osób w okresie nieświątecznym to koszt 120 PLN, w święta 170 PLN, a w sylwestra 235 PLN. Podobnie jak w roku ubiegłym, sylwester w Beskidach może być prawie trzy razy tańszy niż ten spędzony w Zakopanem.

Sprawdzono również koszty, które poniosą osoby spędzające sylwester w zimowych kurortach województwa dolnośląskiego. Przeanalizowane ceny dotyczą trzech popularnych miejscowości: Szklarskiej Poręby, Karpacza i Kudowy Zdroju. W roku ubiegłym najdroższy był pobyt w Kudowie, gdzie średnie ceny w hotelach w normalnym okresie oscylują w okolicach 300 PLN, natomiast na sylwester wzrastają do 763 PLN (należy jednak zaznaczyć, że wszystkie hotele zlokalizowane w Kudowie Zdroju, które zostały poddane analizie, w cenie noclegu oferowały również bal sylwestrowy). W tym roku koszty znacznie się zmniejszyły i średnia cena noclegu w sylwestra to 520 PLN. Znacznie wyższa jest średnia cena pobytu w Szklarskiej Porębie. Chociaż normalnie średni koszt rezerwacji noclegu wynosi 183 PLN, w święta kwota wzrasta średnio do 501 PLN, a w sylwestra do 608 PLN. Ceny niewiele się różnią od tych, które należy zapłacić za pobyt w Zakopanem.

– Należy podkreślić, że w przeprowadzonej przez nas analizie nie były brane pod uwagę kwatery prywatne. Ma to w tym wypadku duże znaczenie, bo najczęściej to właśnie ich właściciele podnoszą cenę w sposób dowolny – w zależności od popytu. Chociaż ceny kwater nie rosną do tak wysokich, jak noclegi w hotelach – wyjaśnia Łukasz Neska z eSKY.pl.

Niezależnie od tego, jak bardzo rosną koszty pobytu w górach w okresie świątecznym i sylwestrowym, zainteresowanie takimi wyjazdami nie maleje, a wręcz przeciwnie. Coraz więcej osób rezygnuje z tradycyjnej Wigilii i zamiast spędzać święta w dużym rodzinnym gronie, woli wyjechać i odpocząć w górach. Na przestrzeni ostatnich dwóch lat liczba takich wyjazdów zwiększyła się o 14 proc. – w roku ubiegłym o 8 proc., natomiast w tym o kolejne 6 proc. Oczywiście najwięcej osób wybiera się do Zakopanego i w jego okolice – blisko 40 proc. klientów eSKY.pl. Na drugim miejscu jeżeli chodzi o popularność są Beskidy – tu zachęcające są przede wszystkim ceny, najniższe ze wszystkich górskich ośrodków. Sylwester w Beskidach spędzi 23 proc. klientów eSKY.pl. Sudety w tym roku są najmniej oblegane: zaledwie 15 proc. osób zdecydowało się na się na spędzenie sylwestra właśnie tam.

Źródło: eSKY.pl

Wind Mobile – kluczowy projekt dla operatora sfinalizowany

W dniu 23 grudnia 2013 Wind Mobile sfinalizował realizację kluczowego projektu dla operatora mobilnego. Projekt, o którym Spółka informowała w raporcie za trzeci kwartał 2013 dotyczył dostawy licencji własnych Wind Mobile. Wartość projektu wyniosła ok. 1 milion złotych netto, a jego wpływ na wynik netto to ponad 800 tysięcy złotych.

„Realizacja tego projektu jest dużym osiągnięciem Wind Mobile. Zapotrzebowanie operatora na licencje Wind Mobile było związane głównie z dynamicznym rozwojem projektu One Ringback. Wzrost sprzedaży muzyki cyfrowej osiągnięty przez Dział Mobilnej Rozrywki spowodował dodatnie sprzężenie zwrotne odzwierciedlone przychodami działu Mobilnej Infrastruktury. Poszerzona pojemność platformy One Ringback pozwala nam na skokowe zwiększenie skali działania. Przygotowujemy się do największego wydarzenia w historii One Ringback. Pozyskaliśmy prawa do najlepszych hitów na rynku muzycznym i spodziewamy się rekordowych wyników sprzedaży już począwszy od grudnia 2013.” – mówi Tomasz Kiser, wiceprezes Wind Mobile odpowiedzialny za sprzedaż i marketing spółki.

W tym roku upadnie prawie tysiąc firm

CEO Magazyn Polska

Liczba upadłości w Polsce będzie w tym roku większa o ponad 6 proc. w porównaniu z 2012 rokiem – wynika z prognoz KUKE. Upadnie ok. 930 przedsiębiorstw. Dzięki ożywieniu gospodarczemu w przyszłym roku realna liczba upadłości może okazać się mniejsza, jednak problem wciąż jest aktualny. Dla dobra gospodarki lepiej, by upadłości kończyły się układem z wierzycielami lub przejęciem firmy, a nie ich likwidacją. Do tego potrzeba jednak zmian w prawie.

 Zdecydowanie trzeba zmienić polskie prawo upadłościowe tak, aby umożliwić przedsiębiorcom, którzy mają kłopoty, wyjście z tych kłopotów w sposób optymalny dla wierzycieli, z pożytkiem dla nich i dla gospodarki. Uważam, że rozwiązaniem będzie rozbudowanie możliwości restrukturyzacji – zbudowanie szerokiego wachlarza możliwości prawnych, dzięki którym przedsiębiorstwo pozostanie przy życiu, pracownicy nie stracą miejsc pracy, a gospodarka nie straci źródła podatku i ogólnie PKB – stwierdza Piotr Zimmerman, mecenas i założyciel Kancelarii Zimmerman i Wspólnicy, ekspert w dziedzinie prawa upadłościowego i naprawczego.

Polskie prawo dopuszcza upadłość układową zakładającą negocjacje z wierzycielami oraz upadłość likwidacyjną, prowadzącą do sprzedaży masy upadłościowej przez syndyka. W wielu przypadkach dochodzi do bankructwa ostatecznego, choć być może część spółek udałoby się uratować. Ale to wymaga zmian legislacyjnych.

 – Dziś polska upadłość układowa jest zbyt blisko upadłości likwidacyjnej. Dlatego przedsiębiorca starający się o zawarcie układu jest traktowany jako przedsiębiorca upadły. Nikt nie chce z nim handlować, nikt nie chce mu sprzedawać na kredyt. Jest praktycznie skreślony w oczach swoich kontrahentów, jedynie wyrok pozostaje odroczony. W prawie upadłościowym trzeba wyraźnie wyróżnić tych, którzy zasługują na zawarcie układu i na to, żeby przetrwać na rynku. Trzeba dać wyraźną szansę naprawy poza postępowaniem upadłościowym – komentuje w rozmowie z Newserią Biznes Piotr Zimmerman.

W Stanach Zjednoczonych ogłoszenie upadłości bywa naturalnym etapem w działalności firmy, chroni przed wierzycielami i daje szansę na odbudowę: czy to własnymi siłami, czy z pomocą nowych inwestorów. W Polsce tylko nieliczne firmy, jak np. grupa budowlana PBG, są w stanie wynegocjować redukcję zadłużenia i program naprawczy, a i to z niejasnymi perspektywami. 

 – Trzeba przyspieszyć postępowanie, procedury. Należy przenieść większość czynności w postępowaniu upadłościowym na platformę elektroniczną: w internecie zgłaszać wierzytelności, publikować informacje o sprzedaży majątku i rezygnować – jeśli to tylko możliwe – z dokumentacji papierowej. Dzięki temu procedury zostałyby skrócone z 1,5-2 lat do maksimum 12 miesięcy. Wtedy upadające przedsiębiorstwo będzie miało szansę przeżyć, czasami pod rządami innego właściciela, ale zachowując swoją pozycję na rynku – przekonuje założyciel Kancelarii Zimmerman i Wspólnicy.

Rozsądnie przygotowane rozwiązania sprawdzą się nie tylko w czasach trudnych dla gospodarki, kiedy liczba bankructw rośnie, ale także w okresie wychodzenia z kryzysu czy dobrej koniunktury.

 – Pakiet zmian jest wręcz przygotowywany na wyjście z kryzysu, na okres dynamicznego rozwoju, napływu kapitału i rosnącej konkurencji na rynku. Właśnie wtedy trzeba przeciwdziałać bezsensownym likwidacjom, prowadzącym do zniszczenia majątku, który mógłby być wykorzystany i który mógłby generować miejsca pracy – podkreśla Piotr Zimmerman.

W niektórych przypadkach jedynym rozwiązaniem pozostaje likwidacja przedsiębiorstwa. Ale także w tym przypadku najpierw należy właściwie rozpoznać sytuację, by nie podejmować decyzji pochopnie. Taką rolę powinien spełniać wykwalifikowany sąd upadłościowy, który określi, czy jest szansa na restrukturyzację, czy potrzebna jest szybka likwidacja.

Zdaniem mecenasa w takiej sytuacji byłoby możliwe, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych lub w Wielkiej Brytanii, przejęcie przedsiębiorstwa przez nabywcę przed podaniem do publicznej wiadomości informacji o upadłości.

 – Unika się wtedy negatywnych skutków, firma funkcjonuje normalnie, jedynie z dnia na dzień zmienia się właściciel. Cały proces jest poddany kontroli sądowej z prawem do zażalenia i kontrolą wyceny majątku dokonaną przez biegłych sądowych – dodaje mecenas.

Wciąż jednak polskie ustawodawstwo w zakresie upadłości nie dorównuje regulacjom obowiązującym w krajach Europy Zachodniej i w USA. Brakuje kadry zdolnej do zarządzania przedsiębiorstwami w kryzysie, a ograniczenie sześć lat temu wynagrodzeń syndyków doprowadziły do ucieczki profesjonalistów zajmujących się zarządzaniem i biegłych w zakresie upadłości firm.

 – Uważam, że trzeba wrócić do godziwego wynagradzania syndyków, przy czym uzależnić je od efektów. Za szybką i efektywną sprzedaż spółki powinno się odpowiednio płacić, w przypadku postępowań toczących się latami i sprzedaży spółek za ułamek wartości, wynagrodzenie musi być symboliczne. Tak, by stworzyć motywację do szybkiej, efektywnej pracy – tłumaczy Piotr Zimmerman.

Prof. J. Stępień o ustawie ws. OFE: Na miejscu prezydenta ręka by mi zadrżała

Przesunięcie 150 mld zł z otwartych funduszy emerytalnych do ZUS ma uratować finansowe publiczne, ale w opinii wielu ekspertów jest rozwiązaniem niezgodnym z konstytucją. To pieniądze należące do obywateli, a nie do państwa – argumentują. Prezydent ma czas do 2 stycznia na podpisanie ustawy o zmianach w OFE.

 – Jeśli prezydent podpisze ustawę i skieruje do Trybunału Konstytucyjnego, to ustawa wejdzie w życie i z końcem stycznia będziemy mieli do czynienia z wywłaszczeniem mienia, które jest w OFE. Na jego miejscu ręka by mi zadrżała. Nie chciałbym przejść do historii jako ktoś, kto jednym podpisem doprowadził do przesunięcia 150 mld zł z finansów prywatnych do finansów publicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Jerzy Stępień, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku.

6 grudnia Sejm uchwalił ustawę o zmianach w systemie emerytalnym. Prezydent Bronisław Komorowski ma ją podpisać do 2 stycznia. Może też ją zawetować lub skierować do Trybunału Konstytucyjnego. Prezydent może to zrobić zarówno przed, jak i po jej podpisaniu. Zdaniem prof. Stępnia, jeśli ustawa trafi do trybunału, to najprawdopodobniej orzeknie on o jej niekonstytucyjności.

 – Specjaliści mówią, że jest niekonstytucyjna, bo działa przeciwko prawom nabytym, mieniu i przeciwko pewnej zborności systemu – wyjaśnia prof. Jerzy Stępień. – 2,5 roku temu ostrzegałem, że manipulowanie przy tym systemie w takim kierunku, w jakim się to odbywa, jest niebezpieczne. Ale wtedy tylko ograniczyliśmy dopływ składki do systemu, a w tej chwili nie tylko ograniczamy dopływ składki, ale jeszcze na dodatek wyciągamy rękę po mienie prywatne obywateli. Pamiętajmy jeszcze o tym, że te składki są wzięte z wynagrodzenia przed opodatkowaniem. 

Należy zatem rozpatrywać tę sprawę także z punktu widzenia ochrony stosunku pracy, którego istotnym elementem jest właśnie wynagrodzenie.

Kluczowe znaczenie ma to, czy środki zgromadzone w funduszach należą do obywateli.

 – Od początku, jak tylko weszła ustawa o OFE, było zdecydowane, że te pieniądze wchodzą w skład majątku dorobkowego małżonków. A ponieważ były pewne wątpliwości, w 2004 roku Sejm jeszcze raz podkreślił, że te środki są objęte wspólnością małżeńską, i zrobił to rząd Leszka Millera. Kodeks rodzinny i opiekuńczy wyraźnie mówi, do kogo należą te środki, co się z nimi dzieje w momencie, kiedy następuje koniec małżeństwa – podkreśla profesor.

Sam prezydent przyznał w wywiadzie, że ma poważne wątpliwości co do zapisów tej ustawy. Nie przesądził jednak jeszcze, jaką decyzję podejmie. Po niedzieli ma rozmawiać na ten temat z szefem rządu.

W przypadku pierwszego scenariusza, gdy prezydent podpisze ustawę przed odesłaniem jej do trybunału, sytuacja może przypominać tę, która miała miejsce w przypadku ubezpieczeń zdrowotnych.

 – Mieliśmy Kasy Chorych, które następnie zlikwidowano, sprawa trafiła do trybunału. Trybunał orzekł, że ta ustawa jest niekonstytucyjna, po pewnym czasie trzeba było uchwalić nową, która nie poprawiła systemu i widzimy, że system ubezpieczeń zdrowotnych kuleje, jest coraz gorzej – przypomina były prezes TK.

Zdaniem profesora, system emerytalny, w tym również OFE, wymagają zmian. Jednym z pomysłów jest obniżenie prowizji powszechnych towarzystw emerytalnych, czyli ich wynagrodzenia za obracanie zgromadzonymi środkami.

 – Chociaż nie powinno się ich likwidować do końca, bo to jest dodatkowy bodziec, który potęguje większą aktywność funduszy. Moim zdaniem trzeba się naprawdę dobrze zastanowić, kto ostatecznie ma wypłacać emeryturę. To musi być jedna emerytura, czy może powinna przypływać z dwóch różnych źródeł, żeby ludzie jednak mieli cały czas kontrolę nad tym, co przypływa z systemu repartycyjnego, a co przypływa z systemu kapitałowego – uważa prof. Jerzy Stępień.

PAIiIZ: Mijający rok rekordowy pod względem inwestycji bezpośrednich w Polsce

W 2013 r. wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce wyniosła blisko 825 mld euro. W przyszłym roku powinno być podobnie – ocenia prezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych. Polska nie jest już tylko miejscem, w którym opłaca się wybudować fabrykę – staje się krajem usług biznesowych i centrów badawczo-naukowych.

 – Dzięki inwestycjom krajowym i zagranicznym prowadzonym przez PAIiIZ w 2013 r. powstanie 18 tys. nowych miejsc pracy. To jest ponad 45 proc. więcej niż przed rokiem  mówi Newserii Biznes Sławomir Majman, prezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych.

W tym roku 50 inwestorów zdecydowało się na ulokowanie inwestycji w Polsce. Razem zainwestują oni 824,9 mln euro. Większość to inwestycje w nowoczesne usługi biznesowe i przemysł samochodowy. Prezes Agencji podkreśla znaczenie powstających w Polsce centrów naukowo-badawczych.

 – Jest to nowość, z której jesteśmy bardzo zadowoleni. Ona nobilituje Polskę jako miejsce do inwestowania. Możemy już wyrzucić ten obraz inwestycji z początku tego wieku, mianowicie taśmy produkcyjne, przy tych taśmach produkcyjnych przeszkoleni w ciągu paru miesięcy ludzie montujący jakieś części. Zarówno centra usług biznesowych, jak i centra naukowo-badawcze wymagają wysokich kwalifikacji umysłowych mówi Majman.

Obecnie PAIiIZ negocjuje ponad 160 nowych projektów. Najwięcej ze Stanów Zjednoczonych  43 projekty o wartośći prawie 1 mld euro, które mogą przynieść prawie 7 tys. miejsc pracy. Na kolejnym miejscu uplasowały się Niemcy z 26 projektami inwestycyjnymi o wartości ponad 500 mln euro, które stworzą prawie 5 tys. miejsc pracy. Trzecie miejsce zajmują Chiny  11 projektów na 300 mln euro i prawie 3 tys. miejsc pracy. Po 10 projektów inwestycyjnych pochodzi z Wielkiej Brytanii, Japonii i Korei Południowej.

37 projektów prowadzonych przez PAIiIZ dotyczy branży motoryzacyjnej. Mniej więcej tyle samo stanowią BPO i sektor badawczo rozwojowy. Z branży lotniczej jest dziewięć nowych projektów, natomiast ze spożywczej  osiem.

 – Te projekty, jeżeli zakończą się happy endem, to w ciągu najbliższych trzech lat. Co ciekawe, tych projektów na różnych etapach negocjacji z różnymi inwestorami mamy na koniec tego roku znacznie więcej niż mieliśmy ich na koniec zeszłego roku, co jest wiadomością optymistyczną  ocenia Majman.

O tym, jak będzie w 2014 roku trudno obecnie przesądzać, ale prezes PAIiIZ jest dobrej myśli.

 – Jak zawsze jesteśmy bardzo uzależnieni od koniunktury na rynkach europejskich i ciągle wąskiego strumienia inwestycji, które sączą ze świata do Europy. Powinno być nie najgorzej, stabilna sytuacja z lekkim optymizmem podsumowuje prezes PAIiIZ.

Będą limity kosztów pożyczek. Utrudni to działalność firm pożyczkowych

Ministerstwo Finansów zmieniło swoje pierwotne propozycje regulacji firm pożyczkowych pod wpływem konsultacji z branżą i innymi resortami. Związek Firm Pożyczkowych (ZFP) część zapisów popiera, wyraża jednak obawy wobec wprowadzenia sztywnego limitu kosztu kredytów. 

Plany Ministerstwa Finansów to m.in. wprowadzenie rejestru firm pożyczkowych w Ministerstwie Gospodarki, nałożenie wymogów kapitałowych na poziomie minimum 200 tys. zł, niekaralność członków zarządu i obowiązek przedstawiania klientom pełnej informacji na temat pożyczki. Chodzi o to, by pożyczkobiorca wiedział, jak będzie spłacał pożyczkę i na jakich zasadach zawiera umowę, przed jej podpisaniem.

 – Te wymogi są racjonalne. Branża nie boi się tego, żeby przejrzyście prezentować ofertę dla klientów. Regulacja na rynku jest potrzebna i Związek Firm Pożyczkowych ją popiera, natomiast nie popieramy nadmiernego przeregulowania, czyli ingerowania w ceny produktu. Każdy przedsiębiorca miałby ogromne opory, żeby zaakceptować to, że ktoś mu narzuca ceny maksymalne lub chce ingerować dokładnie w to, jak jego produkt ma wyglądać – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Ryba, prezes Związku Firm Pożyczkowych.

Taką nadmierną regulacją jest, zdaniem Ryby, wprowadzenie limitu ograniczającego koszt pożyczki. Pierwotnie ministerstwo proponowało, by wynosił on 30 proc. wartości pożyczki; w najnowszej propozycji podniesiono ten próg do 50 proc. Pozaodsetkowe koszty pożyczek to wszelkie opłaty, ubezpieczenia i prowizje nakładane przez pożyczkodawcę. Koszty odsetkowe ustawowo są ograniczone do czterokrotności stopy lombardowej Narodowego Banku Polskiego.

 – Nie odnosimy się do wysokości limitu, tylko krytykujemy jego zasadność. Nie wiemy, jak zmieni się otoczenie w przyszłości, jak długo utrzymają się obecne warunki, np. rekordowo niskie stopy procentowe. To może się wkrótce zmienić, a wtedy okaże się, że wzrośnie koszt pieniądza i rynek będzie wyglądał zupełnie inaczej. Propozycja MF to sztywny limit i w przypadku zmiany warunków rynkowych świadczenie usług pożyczkowych może się okazać niemożliwe – tłumaczy Jarosław Ryba. – Poza tym nowe regulacje, jak rejestr, wymiana informacji o klientach, zbiór informacji kredytowej oznaczają dla firm pożyczkowych wyższe koszty, które mogą przełożyć się na ceny pożyczek. Wprowadzenie limitu grozi zniknięciem części ofert z rynku – dodaje.

Branża pożyczkowa bywa oskarżana o wpędzanie klientów w pętlę zadłużenia. Szef ZFP odrzuca te zarzuty. Tłumaczy, że wskaźnik niespłacanych pożyczek w firmach to 11-13 proc., lepszy niż w np. SKOK-ach.

 – Niski odsetek wynika z kilku czynników. Po pierwsze, klienci są bardzo dokładnie weryfikowani. 99 proc. nowych klientów jest sprawdzana w Biurach Informacji Gospodarczej. Tylko co trzeci wniosek o pożyczkę jest akceptowany. Z pozostałych połowa zostaje odrzucona z powodu niewystarczających dochodów klienta, a połowa ze względu na negatywną historię, czyli opóźnienia w spłatach innych zobowiązań. Sito weryfikacji jest bardzo gęste – przekonuje Jarosław Ryba.

Z danych związku wynika, że średnia kwota pożyczki internetowej dla nowego klienta to jest 449 zł. Dla klienta powracającego, czyli kogoś, kto już spłacił pierwsze zobowiązanie i chce ponownie pożyczyć pieniądze, przeciętna kwota wynosi 750 zł. Nieco wyższych pożyczek udzielają placówki terenowe – to kwoty rzędu tysiąca złotych.

 – Tak niskie kwoty w żaden sposób nie mogą zaszkodzić kondycji domowego budżetu. Nawet w przypadku, gdyby klient miał przejściowe problemy z ich spłatą. Na stronach firm pożyczkowych można samodzielnie sprawdzić maksymalny limit pierwszej pożyczki. Z reguły to 1000 zł, choć wiele firm przyjmuje na pierwszą pożyczkę dla klienta kwotę 500 zł. To są mikropożyczki – informuje Jarosław Ryba.

Według prezesa ZFP źródła spirali zadłużenia znajdują się w sektorze bankowym, udzielających dużych kredytów, trudnych do spłacania np. w razie utraty pracy przez dłużnika.

 – Takie kredyty nawet przy niższym oprocentowaniu bardzo szybko mogą narastać wartościowo, są zatem bardziej ryzykowne. Za to firmy pożyczkowe bardzo często pomagają utrzymać płynność finansową. Gdy pojawiają się niespodziewane wydatki, szybka pożyczka firmy pożyczkowej może pozwolić uregulować na czas zagrożoną ratę. I gdy klient w przyszłym miesiącu znowu osiąga dochody, może spłacić oba zobowiązania równolegle – twierdzi Jarosław Ryba.

Komputronik zapowiada ekspansję na Wschód i do Niemiec. Będzie to możliwe dzięki rekordowym zyskom w tym roku

CEO Magazyn Polska

Komputronik osiągnie w tym roku rekordowy wynik sprzedaży detalicznej. Szczególnie dobrze sprzedają się smartfony oraz komputery przeznaczone do gier. Dzięki dobrym wynikom spółka szykuje ekspansję na Wschód i uruchomienie rosyjskojęzycznego portalu. Komputronik chce także dotrzeć do klientów w Niemczech.

 – Niewątpliwie ten rok należy uznać za bardzo udany. Spółka notuje rekordowe przychody, również bardzo dobre zyski. Jeżeli w trzecim kwartale kalendarzowym, który zakończył się we wrześniu, spółka miała wyższe przychody niż do tej pory w czwartym  najlepszym dla branży kwartale zeszłego roku, można oczekiwać, że w tym kwartale uda nam się ten rekord pobić – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Buczkowski, prezes Komputronika.

W ciągu ośmiu miesięcy roku, od kwietnia do listopada, szacunkowy zysk handlowy wyniósł blisko 80 mln zł, czyli był o ponad 25 proc. wyższy niż w tym samym okresie 2012 roku.

Spółka notuje wzrosty szczególnie w sprzedaży detalicznej, w tym także poprzez stronę internetową. Wielu klientów decyduje się na zakup smartfonów, a hitem był tani model Goclever Quantum. W pewnych momentach sprzedaż przekroczyła nawet możliwości realizacji zamówień.

W przyszłym roku Komputronik chce dalej zwiększać przychody, m.in. poprzez ekspansję zagraniczną. Buczkowski zapowiada uruchomienie portalu rosyjskojęzycznego, który będzie skierowany dla klientów z Obwodu Kaliningradzkiego, Białorusi i Ukrainy. Sprzedaż jednak nadal będzie odbywała się w Polsce.

 – Dodatkowo uruchomimy cztery punkty agencyjne, które będą blisko punktów granicznych, tak żeby skrócić podróż naszych potencjalnych klientów z krajów ościennych – zapowiada Buczkowski. – Od paru lat jesteśmy na rynkach czeskim i słowackim. Jeżeli chodzi o sprzedaż w kierunku zachodnim, to myślimy również o uruchomieniu sprzedaży w Niemczech. W pierwszym kwartale przyszłego roku spodziewamy się startu naszego projektu sprzedaży z wykorzystaniem platform transakcyjnych, takich jak Amazon.

Buczkowski dodaje, że sytuacja w branży komputerowej bardzo się skomplikowała po wprowadzeniu na rynek nowych technologii. Produkowane są już nie tylko smartfony i tablety, ale także telewizory, a nawet lodówki, które mają możliwość podłączenia do internetu. Sprzedaż wszystkich urządzeń tego typu rośnie, ale tracą na tym sprzedawcy komputerów.

 – Sprzedaż komputerów stacjonarnych globalnie na rynku nieco spada, chociaż Komputronik, jako największy producent sprzętu tego typu w Polsce, może się pochwalić dodatnią dynamiką. Nasza sprzedaż wzrasta, szczególnie w segmencie komputerów do gier – podkreśla Buczkowski.

Banki czeka rewolucja w nadchodzącym roku

Nowelizacja ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, która wejdzie w życie 1 stycznia, zakłada m.in. zmiany w podatku CIT. Ułatwią one bankom sprzedaż praw do ich własnych należności z tytułu kredytów i pożyczek innym instytucjom finansowym. Zdaniem Joanny Andryszczak-Lewandowskiej, eksperta ds. obrotu wierzytelnościami, zmiana ta oznacza dla banków małą rewolucję, która z jednej strony poprawi ich płynność finansową, a z drugiej da gospodarce pozytywny impuls do przyspieszenia.

 Zmiany z jednej strony wyrwą trochę banki z marazmu, a z drugiej strony będą miały wpływ na ożywienie i pozytywny impuls w spowolnieniu gospodarczym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Andryszczak-Lewandowska, ekspert obrotu wierzytelnościami.

Na podstawie umowy o subpartycypację fundusze sekurytyzacyjne będą kupować od banków prawa do przyszłych świadczeń ze spłat kredytów i pożyczek. Dzięki temu banki zyskają nowe źródło finansowania swojej działalności. Dotychczas sprzedaż wierzytelności była dla banków nieopłacalna z przyczyn podatkowych (zgodnie z ustawą o CIT). Przepisy pośrednio niekorzystnie przekładały się również na sytuację kredytobiorców.

 – Banki do tej pory udzielały kredytów i w ten sposób blokowały swoją gotówkę, nie mając dalszej perspektywy na to, że będą mogły się rozwijać i swobodnie prowadzić akcję kredytową – tłumaczy ekspertka. – Oznaczało to również, że te środki nie mogły być przez kredytobiorców spłacane szybciej, tylko zgodnie z harmonogramami, które były podpisane na wstępie.

Zmiana przepisów da przede wszystkim bankom spory zastrzyk gotówki, co poprawi ich płynność finansową. Tym bardziej, że transakcje o subpartycypację zawierane są przy dużych kwotach aktywów –  zazwyczaj powyżej 100 mln euro.

 – Pewnego dnia jako kredytobiorca dostaniemy informację o tym, że bank sprzedał nasz kredyt, ale my realizujemy dalej spłaty, natomiast bank ma gotówkę, którą może wydawać i którą może swobodnie dysponować budując swój rozwój – wyjaśnia Joanna Andryszczak-Lewandowska.

Poprawa płynności banków pozytywnie przełoży się  również na całą gospodarkę.

 – To będzie wzrost gotówki w gospodarce, będzie to napędzało rynek usług doradczych, pośredniczących. Pojawią się instytucje finansujące tego typu transakcje na rynku – zaznacza Andryszczak-Lewandowska. – Spodziewamy się również pozytywnego impulsu z napływu gotówki z Zachodu.

Podkreśla natomiast, że sami kredytobiorcy nie odczują bezpośrednio tych zmian.

 – Harmonogramy spłat zostają dokładnie takie same jakie były do tej pory. Umowy kredytowe, które banki podpisały z kredytobiorcami pozostają w mocy, a dopóki spłacamy nasze zadłużenia nic nam nie grozi, możemy zachowywać pełny spokój – dodaje ekspertka.

Na Zachodzie umowy banków z funduszami sekurytyzacyjnymi zawierane są od lat 80. ubiegłego stulecia. Obserwując rozwój zagranicznych instytucji, polski rynek od dawna już oczekiwał takich samych możliwości u siebie.

Niskie stopy procentowe napędzają popyt na mieszkania. Będzie ożywienie na rynku

CEO Magazyn Polska

Historycznie niskie stopy procentowe zachęciły wielu Polaków do podjęcia decyzji o zaciągnięciu kredytu hipotecznego na zakup własnego mieszkania. Zdaniem analityków z DK Notus w 2014 roku należy spodziewać się ożywienia na rynku nieruchomości. Jednym z czynników napędzających koniunkturę będzie start rządowego programu „Mieszkanie dla Młodych”.

Od 1 stycznia Komisja Nadzoru Finansowego wprowadza Rekomendację S. Zaostrzy ona kryteria przyznawania kredytów hipotecznych. By otrzymać taki w przyszłym roku będzie trzeba dysponować 5 proc. wkładu własnego, w 2015 roku – 10 proc, a w 2017 roku – 20 proc. Dlatego rynek nieruchomości, w tym wielu deweloperów, wyczekują startu rządowego programu „Mieszkanie dla Młodych”. Następca „Rodziny na Swoim” dedykowany jest młodym Polakom do 35. roku życia, którzy kupują pierwszą nieruchomość w życiu. MdM będzie jednorazową dopłatą do wkładu własnego na zakup mieszkania z rynku pierwotnego lub budowę domu.

 – Wielu klientów wstrzymywało się z zakupem nieruchomości, z zaciągnięciem kredytu właśnie w oczekiwaniu na ten program. To jest zrozumiałe, jeżeli ktoś może otrzymać 10 czy 15 proc. dopłaty – przypomina Michał Krajkowski, główny analityk DK Notus w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – Wdrożenie tego programu przesunęło się o pół roku, więc wielu deweloperów mogło mieć pewien problem ze sprzedażą nieruchomości.

Zdaniem głównego analityka DK Notus należy spodziewać się zwiększonego ruchu na rynku nieruchomości.

 – Patrząc na rok 2014 deweloperzy informują, że rośnie zainteresowanie klientów zakupem nieruchomości, rynkiem nieruchomości, więc i rynkiem kredytowym będzie rosło – zauważa Krajkowski.

To nie był zły rok

W ocenie analityków kończący się rok można ocenić jako czas stabilizacji, zarówno cen, jak i popytu na nieruchomości. I to mimo tego, że w 2013 roku nie obowiązywał żaden program dopłat publicznych do mieszkań, z których mogliby skorzystać młodzi Polacy. Rynek kształtowany był decyzjami Rady Polityki Pieniężnej. Dzięki obniżaniu stóp procentowych WIBOR 3M, na którym opiera się oprocentowanie kredytów, spadł do poziomu 2,65 proc.

 – Tak niskie stopy procentowe przełożyły się na wzrost zdolności kredytowej. Osoby, które zaciągały kredyt w 2013 roku, miały możliwość zaciągnięcia kredytu wyższego o kilka czy nawet kilkanaście procent niż w roku 2012 – mówi Krajkowski.

Przykładowo rata osoby, która zaciągnęła kredyt złotówkowy w wysokości 300 tys. zł na 30 lat, jest niższa o około 250 zł miesięcznie.

 – Myślę, że niskie stopy procentowe były jednym z czynników, który wspomógł akcję kredytową. Rok 2013 zapowiadał się początkowo dosyć kiepsko. Wyniki sprzedaży w pierwszych dwóch kwartałach były zdecydowanie poniżej oczekiwań – przypomina główny analityk DK Notus.

Pasażerowie Przewozów Regionalnych od nowego roku będą mogli kupić bilety przez urządzenia mobilne

Pasażerowie Przewozów Regionalnych od 1 stycznia 2014 r. będą mogli dzięki specjalnej aplikacji nabyć bilety elektronicznie przez komórkę lub tablet. To nie jedyna zmiana, którą spółka planuje na następny rok. Na najdłuższych trasach pojawią się także wagony restauracyjne.

 Aplikacja w pierwszym etapie będzie dostępna na Androida oraz na systemy iOS. Docelowo w niedługim czasie także na Windowsa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Żmuda, dyrektor Pionu Handlowego Przewozów Regionalnych SA.

Za pomocą aplikacji możliwy będzie zakup biletów na połączenia InterREGIO, jak również pociągi REGIO.

 – Mamy coś, czego nie mają inni. Nie musimy mrozić pieniędzy ani zakładać specjalnych subkont. Aplikacja bezpośrednio i bezpłatnie obciąża naszą kartę płatniczą tak jakbyśmy płacili za bilety w kasie biletowej – przekonuje Żmuda.

W razie pomyłki zakupiony za pomocą aplikacji bilet będzie można zwrócić w ciągu 4 minut od transakcji. Po ich upływie staje się ważny.

Przewoźnik planował uruchomienie sprzedaży przez urządzenia mobilne od dłuższego czasu. Wahał się jednak, czy podjąć w tym zakresie współpracę z TK Telekom, czy stworzyć własną aplikację. Ostatecznie zdecydowały się na drugie rozwiązanie.

Elektroniczny zakup biletów to nie jedyna planowana zmiana w Przewozach Regionalnych.

 – W przyszłym roku planujemy także wprowadzenie wagonów restauracyjnych na najdłuższych trasach. Wagon taki będzie w połowie wagonem 2 klasy, a w połowie wagonem restauracyjnym, w którym będzie można usiąść, wypić kawę, coś zjeść lub zamówić posiłek do swojego przedziału – mówi Żmuda.

Wagony będą kursować pod marką cafeREGIO, a jedzenie będzie zapewniane dzięki współpracy z firmą Wars. Przewoźnik uruchomił również wagony multimedialne z dostępem do filmów i audiobooków. Jak podkreśla Żmuda, pierwsze wyniki wszystkich zmian spodziewane są w II połowie przyszłego roku.

 – Mamy świadomość tego, że pasażerowie nie przyjdą i nie skorzystają z tego od razu – zauważa dyrektor Pionu Handlowego Przewozów Regionalnych SA. – Będzie to dłuższy proces, ale chcemy, że do końca przyszłego roku ten projekt nam się zwrócił.

Świąteczne „promocje” i „gratisy” to często oszustwa. Takie towary można reklamować

Promocyjne ceny i „gratisy” to najczęstsze sposoby naciągania klientów, także przed bożonarodzeniowymi zakupami. W tym okresie 10 proc. skarg, które trafiają do UOKiK-u, dotyczy właśnie tego problemu. Klienci skarżą się również na to, że sklepy nie przyjmują zwrotów zakupionych towarów, ale jak przypomina Urząd to zależy wyłącznie od dobrej woli sprzedawcy.

 – Co roku trafia do nas ok. 10 proc. spraw, które dotyczą głównie problemów z tzw. promocjami świątecznymi. To są głównie wprowadzenia w błąd, gdzie wydaje się, że konsument płaci znacznie mniej za pakiety świąteczne, ponieważ dostaje coś w „gratisie”, coś jest większe niż zazwyczaj, a tak naprawdę opakowanie zewnętrzne jest większe, ale w środku jest znacznie mniej albo tyle samo. Albo sprzedawcy przekreślają wyższą cenę, ale w wielu przypadkach okazuje się, że ta przedświąteczna stawka nigdy nie obowiązywała – mówi Małgorzata Cieloch, rzeczniczka Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

W takiej sytuacji warto zgłosić sprawę do Inspekcji Handlowej. Po kontroli promocji zastrzeżenia wzbudziło 7 proc. ze sprawdzonych 2477 produktów. Fałszywe promocje można też zareklamować, na takich samych zasadach jak pozostałe produkty.

Zwrot nie w każdym sklepie

Nietrafiony prezent można oddać, ale nie we wszystkich sklepach.

 – Jeśli Święty Mikołaj nie umówił się ze sprzedawcą, że będzie można wymienić lub zwrócić w określonym terminie niechciany prezent, to nie można tego zrobić – przestrzega Małgorzata Cieloch.

Tak jest w przypadku zakupów w tradycyjnych sklepów. Nawet jeśli klient ma paragon, ale chce zwrócić albo wymienić towar, a nie go zareklamować, nie ma takiego prawa. Wyjątkiem są sklepy, które stosują „dobry obyczaj” i dają możliwości zwrotu towaru w określonym terminie z dobrej woli. Wówczas zwracana rzecz najczęściej musi być opakowana i ometkowana. Zwykle nie można zwrócić przedmiotów osobistego użytku, jak bielizna.

Natomiast kupującym w sieci przysługuje w tym przypadku więcej praw.

 – Wirtualnie jesteśmy chronieni znacznie lepiej niż w sklepach tradycyjnych. Mamy możliwość do namysłu, do zwrotu towaru w ciągu 10 dni od daty zakupu. To jest istotne, ponieważ za datę zakupu w tym przypadku uznaje się dzień fizycznego dostarczenia nam danej rzeczy. Czyli od dnia przyjazdu kuriera liczymy 10 dni i mamy możliwość zwrotu lub wymiany – tłumaczy rzeczniczka.

Z tej możliwości wyłączone są zakupy płyt CD, DVD i programów komputerowych (jeśli opakowanie zostało otwarte) oraz gdy towar kupiony został od innego konsumenta, np. podczas licytacji w serwisie aukcyjnym, a nie w sklepie internetowym. W pozostałych sytuacjach towar należy odesłać sprzedawcy na własny koszt, ale ten musi zwrócić koszty wysyłki. Co więcej, nie trzeba wówczas podawać powodu rezygnacji z zakupu.

Podobnie jest w przypadku coraz popularniejszych tzw. zakupów grupowych. Jeśli osoba obdarowana nie będzie zadowolona z wykonania usługi, można złożyć reklamację do sprzedawcy. Co więcej, od umowy nabycia kuponu można odstąpić w ciągu 10 dni, ale pod warunkiem, że nie zaczęło się go realizować.

Polacy prezenty kupowali głównie w galeriach handlowych. Wydali na nie około 250 zł

Połowa Polaków wydała na prezenty tyle samo co przed rokiem. Z badania przeprowadzonego przez Citi Handlowy wynika, że inspiracji szukaliśmy najczęściej w galeriach handlowych.  Decydując się na wybór prezentów zwracaliśmy uwagę na promocje  podkreśla Marta Cieśla z Departamentu Kart Kredytowych Citi Handlowy.

Większość z nas – 60 proc. – szukała inspiracji na prezenty w galeriach handlowych. To tam prezenty kupiło 74 proc. osób spośród tych, którzy wybrali zakupy tradycyjne. Zaledwie co trzeci z nas zwiększył upominkowy budżet w porównaniu z ubiegłym rokiem. 52 proc. Polaków wydało na ten cel tyle ile rok temu, czyli średnio 250 zł.

 – Tylko 30 proc. respondentów deklaruje, że wyda więcej niż w zeszłym roku. To jest ten czas, kiedy wydajemy najwięcej – wyjaśnia Marta Cieśla.

Citi Handlowy zapytał respondentów o to, w jaki sposób wybierają prezenty. 60 proc. pytanych wskazało, że szuka inspiracji w galeriach handlowych, co drugi Polak – w rozmowach z bliskimi. Prawie połowa  z nas sugeruje się informacjami umieszczonymi w broszurach oraz reklamami.

 – Na podstawie naszych analiz widzimy również, że wydatki związane są głównie z zakupem biżuterii, kosmetyków i książek. To jest stały wzrost w tych okresach świątecznych – tłumaczy przedstawicielka banku.

Duży wpływ na nasze wybory mają rabaty i promocje oferowane przez sklepy. Autorzy badania twierdzą, że zwraca na to uwagę 66 proc. z nas. Częściej takich okazji szukają przede wszystkim kobiety.

 – Kobiety jak zwykle więcej wydają od mężczyzn, pokazują to nasze badania i raporty – mówi Cieśla. – Smart zakupy oznaczają płacenie za nie mniej niż więcej. Po co płacić więcej skoro mogę zapłacić kartą i otrzymać rabat? To samo dotyczy internetu. Wielu respondentów sprawdza to, co chciałoby kupić w centrum handlowym, a potem szuka danej rzeczy w sieci.

Wciąż rośnie grupa tych, którzy zdają się tylko na internet. W tym roku prezenty w sieci planowało kupić 47 proc. Polaków. W sieci upominki kupują głównie mężczyźni.

 – Dużo Polaków dokonuje transakcji za granicą i jest to związane z tym, że dużo brandów nie ma w Polsce. Polacy szukają okazji także w transakcjach zagranicznych. Niemniej nadal jest to mały odsetek kupujących, więc ten rynek na pewno będzie się rozwijał – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Decydując się na zakupy internetowe najczęściej płacimy przelewem bezpośrednim, czyli tzw. pay-by-link, najczęściej robi tak 79 procent z nas.  Z kart płatniczych korzysta w sieci zaledwie 37 procent pytanych.

Z badania przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Citi Handlowy wynika, że Polacy kupując w sieci zapominają o bezpieczeństwie.

 – Przede wszystkim czytajmy regulaminy sklepów w internecie, w których dokonujemy zakupów. Sprawdzajmy, kto jest dostawcą płatności, sprawdzajmy nasze prawa. Róbmy zakupy rozsądnie – radzi Marta Cieśla.

Po świętach i Nowym Roku statystyczny Polak wyrzuci na śmietnik jedzenie warte 200 zł

CEO Magazyn Polska

W tym roku po świętach i sylwestrze wyrzucimy na śmietnik produkty żywnościowe warte 200 zł. To dwa razy więcej niż w każdym innym miesiącu w roku. Przed świętami kupujemy za dużo, często w obawie przed tym, żeby nie zabrakło jedzenia podczas rodzinnych spotkań.

Jak wynika z prognoz różnych firm badawczych, w tym roku na przygotowanie Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku Polacy wydadzą łącznie ok. 1700 zł.

 – Ponad 30 proc. to wydatki na jedzenie – mówi Arieta Prusak z firmy cateringowej Canappka i dodaje, że po Nowym Roku jedna trzecia z tego, co kupimy,  wyląduje w koszu na śmieci. – A to oznacza, że lekką ręką wyrzucimy na śmietnik prawie 200 zł. – wylicza Arieta Prusak.

Na kilka świątecznych dni Polacy często kupują takie ilości produktów żywnościowych, że nie są w stanie ich zjeść w terminie ich przydatności do spożycia. Według badania Millward Brown SMG/KRC przeprowadzonego na zlecenie Federacji Polskich Banków Żywności we wrześniu br. do wyrzucania żywności przyznaje się 39 proc. Polaków. To o 9 proc. więcej niż przed rokiem. Z powodu nieumiejętnego oszacowania tego, ile produktów żywnościowych potrzebujemy na przygotowanie posiłków, co roku na śmietniku ląduje ponad 13 mln ton jedzenia.

 – Tak naprawdę kupujemy za dużo, a później nie jesteśmy w stanie tego wykorzystać i zwyczajnie wyrzucamy to do śmieci. Zawsze staramy się, żeby jedzenia nie zabrakło, ale i żeby nie było w nadmiarze, i bardzo się tym denerwujemy. – tłumaczy zjawisko Arieta Prusak.

Dlatego wielu Polaków, świadomych braku umiejętności w przygotowaniu wystawnej kolacji, woli zamówić firmę cateringową i jej zlecić przygotowanie jedzenia, szczególnie na noworoczną imprezę.

 – Są bardzo dobrym rozwiązaniem na tego typu okazje, ponieważ profesjonaliści przygotowują duże kolacje nie tylko od święta, lecz także każdego dnia w ciągu roku. – tłumaczy Arieta Prusak.

W Europie marnuje się 89 mln ton żywności, a na całym świecie – 1,3 mld ton, co stanowi 1/3 ilości produkowanej żywności nadającej się do spożycia.

Według pomysłodawców kampanii NieMarnuje.pl jest kilka podstawowych rad, których przestrzeganie powinno zmniejszyć ilość wyrzucanej na śmietnik żywności. Przede wszystkim powinno się robić zakupy z wcześniej przygotowaną listą zakupów, a planując potrawy warto robić to z przepisami, by dokładnie oszacować, jakie ilości składników potrzebujemy. Zakupioną żywność trzeba w odpowiedni sposób przechowywać, a nadmiar potraw warto wcześniej zamrozić – w ten sposób będą nadawały się do spożycia nawet kilka tygodni po świętach.

Praca na święta i Sylwestra. Najwięcej zarobi św. Mikołaj

Usługi i handel to miejsca, gdzie najczęściej można dorobić w okresie świąteczno-noworocznym. Za pracę hostessy albo przy pakowaniu koszy upominkowych i podczas inwentaryzacji można zarobić od 10 do 20 zł za godzinę. Za wystąpienie w roli św. Mikołaja jest szansa na nawet 180 zł za godzinę.

Popyt na pracowników w branży handlowej i usługowej zwiększa się od początku listopada do końca stycznia. W tym roku porównując do minionych lat wzrosło zapotrzebowania na tzw. doradców klientów w sklepach z elektroniką i perfumeriach – wynika z danych Adecco Poland.

 – W tym czasie cała działalność produkcyjna zostaje w zasadzie wyłączona. Natomiast działy, które mają jakkolwiek wspierać funkcjonowanie społeczności, są czynne i muszą być do pełnej dyspozycji. Pracują wszelkie lokale gastronomiczne, także niektóre kluby – wymienia Ewa Wardak, HR Manager w firmie Adecco Poland.

Z kolei w okresie międzyświątecznym usługodawcy ograniczają swoją działalność, poza takimi jak zakłady kosmetyczne czy fryzjerskie, które są często odwiedzane przed zabawami sylwestrowymi.

W Sylwestra też można zarobić

Sama noc sylwestrowa jest okazją do zwiększenia obrotów przez firmy przewozowe.

 – Te firmy zdecydowanie przeżywają boom. Pamiętajmy, że często dużo wcześniej są rezerwowane przez osoby, które chcą z takiej usługi  w tym okresie skorzystać – zwraca uwagę Ewa Wardak.

Szczególnie poszukiwane są w tym okresie także osoby do pracy przy wykładaniu towarów w sklepach, aranżacji przestrzeni sklepowych i poświątecznej inwentaryzacji. Tu mogą zarobić od 10 do 14 zł brutto za godzinę. Przy promocji w dużych sieciach spożywczych stawki są nieco wyższe – od 15 do 20 zł brutto za godzinę. Jak informuje Adecco Poland, szczególne zapotrzebowanie jest na osoby wspierające sprzedaż napojów, produktów spożywczych, kosmetyków, produktów dla dzieci oraz sprzętu RTV i AGD.

 – Formy zatrudnienia preferowane przez przedsiębiorców to zdecydowanie umowy zlecenia. Coraz częściej, i to należy chwalić, to są również umowy o pracę tymczasową, które mogą być obsługiwane przez agencję pracy tymczasowej. Jest to bezpieczniejsza forma zatrudnienia i gwarantująca otrzymanie wypłaty po zakończonej pracy – podkreśla Ewa Wardak. – Na pewno warto poszukać pracy w korporacjach, które też wspierają się różnymi formami pomocy. I to jest właściwie jedyne miejsce, które może nam zagwarantować oficjalne i rzeczywiście zgodne z prawem zatrudnienie.

Mimo że w wielu branżach święta i Sylwester to okres wytężonej pracy, pracodawcy nie zwiększają wynagrodzenia.

 – Przedsiębiorcy nadal są dość zachowawczy i ostrożni i zmiana wynagrodzeń nie koreluje bezpośrednio z ilością pracy. Stawki nie odbiegają zdecydowanie od tego, co oferowane jest w trakcie całego roku – mówi Ewa Wardak.

Święta na Facebooku. Smartfony utrudniają Polakom wspólne, rodzinne świętowanie

CEO Magazyn Polska

Święta stają się coraz bardziej „społecznościowe”. Na Facebooku młodzi ludzie nie tylko składają sobie świąteczne życzenia, lecz także na bieżąco dzielą się wrażeniami ze świąt. – Coraz rzadziej obserwujemy i przeżywamy, a coraz częściej tylko dokumentujemy po to, żeby udostępnić znajomym – mówi Piotr Bucki, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Gdyni. To sprawia, że nawet przy świątecznym stole nie rozstajemy się ze smartfonami. Specjaliści od komunikacji przekonują, że może to utrudnić budowanie bezpośrednich relacji z rodziną i znajomymi.

 – Sherry Turkle z Massachusetts Institute of Technology, która od 15 lat bada wpływ technologii na nasze życie i na nasze zachowania, zwraca uwagę, że coraz rzadziej obserwujemy, a coraz częściej tylko dokumentujemy przeżycia po to, żeby je udostępniać – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Biznes Piotr Bucki, coach i wykładowca z Wyższej Szkoły Bankowej. – Na koncertach rockowych ludzie nie wyciągają zapalniczek, tylko smartfony, wszystko nagrywają i nagrania szybko udostępniają.

Jak podkreśla, użytkownicy mediów społecznościowych w pewnym stopniu uzależniają się od tej możliwości i natychmiastowej reakcji zwrotnej znajomych. Dlatego tego typu zachowania towarzyszą im w różnych codziennych sytuacjach, również podczas świąt.

 – Nie zdziwię się, że jeżeli podczas świąt również nasze tablice na wszelkiego rodzaju mediach społecznościowych zostaną zalane przez to, co przeżywamy w danej chwili, czyli na przykład wigilijną kolację czy choinkę z różnymi komentarzami – dodaje Bucki.

Uzależnienie od korzystania z urządzeń mobilnych i ciągłego dostępu do internetu może jednak przeszkodzić w rodzinnym świętowaniu, a w dalszej konsekwencji – nawet w budowaniu bezpośrednich relacji z innymi.

 – Jesteśmy z rodziną podczas ważnych świąt, siedzimy przy jednym stole, ale jednocześnie jesteśmy w innej rzeczywistości, którą zapewniają nam smartfony – podkreśla Piotr Bucki. – To jest chyba najdziwniejszy element i, jak twierdzi Sherry Turkle, najbardziej niepokojący, ponieważ wskazuje, że możemy mieć bardzo dużo kłopotów z budowaniem relacji. Komunikacja, którą teraz uprawiamy, te kawałki kodu językowego – nowego wizualnego, związanego z mediami społecznościowymi – nie prowadzą do głębszego poznania i do głębszego przeżywania, to jest przeżywanie natychmiastowe – wyjaśnia.

Jego zdaniem, wielu użytkowników mediów społecznościowych ma podobny problem: boją się rozmowy w realu, której nie mogą kontrolować tak jak tej wirtualnej. Dlatego rozmowy w czasie świąt są dla nich udręką.

Dodaje, że „społecznościowe” przeżywanie świąt będzie z roku na rok coraz bardziej intensywne, o ile sami na to pozwolimy.

 – Niektóre restauracje zabraniają już używania smartfonów i może warto, byśmy w czasie świąt podążyli ich śladem – zachęca Bucki. – Złóżmy sobie taką obietnicę, że odkładamy smartfon i jesteśmy z rodziną. Pozwoli to na wzajemne poznanie, nawet jeśli czasem dojdzie do spięć czy padną przykre słowa.

Polacy pomagają chętnie, ale niesystematycznie

CEO Magazyn Polska

Polacy chętnie przekazują pieniądze i dary rzeczowe, znacznie rzadziej poświęcają własny czas, by pomóc potrzebującym. Wzruszają ich chore dzieci, ale nie dostrzegają innych problemów i osób szukających wsparcia. Socjolodzy oceniają, że polska dobroczynność charakteryzuje się masowymi zrywami, bez tradycji stałego, systematycznego pomagania, jaka jest w krajach zachodnich.

 – Potrzebujemy więcej systematyczności, więcej gotowości do małych działań, małych kroków, które będą się kumulowały w pozytywną masę krytyczną. A nie tylko wystrzały, fajerwerki raz do roku– przekonuje dr Joanna Szalacha-Jarmużek, socjolog z Katedry Nauk Społecznych Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy.

Przytacza badania CBOS-u, które od lata pokazują, że Polacy popierają ideę pomocy innym, zwłaszcza słabszym, ale mają problem z aktywnym angażowaniem się w tę pomoc.  

 – Polacy najchętniej dają pieniądze, ponad 60 proc. badanych przez CBOS w 2012 roku deklaruje, że przynajmniej raz w roku przekazało je na jakiś cel społeczny. Mniejszy odsetek respondentów i respondentek, ok. 50 proc., daje dary rzeczowe. Jeszcze mniej osób, od 15 proc. do nawet poniżej 10 proc., w zależności od badania, poświęca czas innym w ramach np. wolontariatu – zwraca uwagę ekspertka.

Badanie CBOS z początku bieżącego roku mówi, że w 2012 roku niespełna jedna piąta badanych (17 proc.) przeznaczyła na cele charytatywne własną pracę, a co dwudziesty badany (5 proc.) pracował jako wolontariusz.

 – Brakuje nam kultury wolontariatu, m.in. dlatego że w systemie szkolnictwa nie jesteśmy uczeni, czym on jest. Wiele osób kojarzy go z tak trudnymi miejscami jak hospicja, które wymagają szczególnej postawy. Jest więc sporo organizacji, które szukają wolontariuszy i ich nie znajdują, a potrzebni są np. w ogrodach zoologicznych, w miejscach, gdzie przychodzą bawić się dzieci. To nie musi być pomoc trwająca przez kilka godzin w ciągu dnia. Czasem wystarczy, że wolontariusz pojawi się na dwie godziny w tygodniu. To jest obszar, który w Polsce wymaga pewnego dopracowania, uświadomienia – podkreśla dr Joanna Szalacha-Jarmużek.

Badacze CBOS-u zwracają uwagę, że Polacy znani są z masowych zrywów i zbiórek pieniędzy oraz darów na rzecz potrzebujących przy okazji wojen, kataklizmów, wielkich akcji charytatywnych. Natomiast nie mają tradycji niesienia systematycznej pomocy.

 – Inaczej wygląda sytuacja w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy w krajach skandynawskich, gdzie dobroczynność ma długie tradycje. I przede wszystkim jest związana z drobnymi kwotami, ale wpłacanymi regularnie. Wiele osób w tych krajach co miesiąc lub kwartalnie wysyła czeki czy drobne przelewy. W Wielkiej Brytanii szacuje się, że średnio to jest ok. 10 funtów miesięcznie przekazywane wybranej organizacji – informuje dr Joanna Szalacha-Jarmużek.

I te drobne kwoty, jak twierdzą często przedstawiciele organizacji, pozwalają im przetrwać, a także tworzyć długofalowe plany.

Dodatkowo Polacy w swej dobroczynności koncertują się tylko na kilku wybranych problemach, co sprawia, że wiele z organizacji pozarządowych nie może liczyć na wsparcie. 

 – Najczęściej jest to pomoc chorym dzieciom, jesteśmy wrażliwi na tego typu komunikaty. Rzadziej przeznaczamy pieniądze na inne cele społeczne, które nie są związane bezpośrednio z dziećmi, pomocą medyczną czy z pomocą najsłabszym. Jest wiele małych organizacji, które nie są wspierane przez znane postaci, w związku z czym nie mają odpowiedniego rozgłosu – wymienia problemy polskich organizacji pozarządowych Szalacha-Jarmużek.