Sylwester i święta pod palmami albo na narciarskim stoku

Wystarczyło wziąć pięć dni urlopu i mieć ponad dwutygodniową przerwę w pracy. Wyjątkowo sprzyjający w tym roku kalendarz oraz większy optymizm co do przyszłości gospodarki i domowych budżetów sprawiły, że więcej Polaków niż przed rokiem święta i Sylwestra spędzi poza domem.

 Sylwester to najpopularniejszy termin wyjazdowy w sezonie zimowym. Coraz więcej osób spędza go poza domem, łącząc świętowanie z wypoczynkiem. Dotychczas Polacy wyjeżdżali na Sylwestra tuż po Wigilii. Natomiast w tym roku ze względu na korzystny układ dni wolnych wiele osób łączyło święta z Sylwestrem wypoczywając nawet 17 dni – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Plutecka-Dydoń z Neckermann Polska.

W tym roku wystarczy wziąć pięć dni wolnego, aby zimowe wakacje trwały ponad dwa tygodnie. Wiele osób korzysta z okazji, by naładować akumulatory w pełnym słońcu.

 – Dlatego wybierają ciepłe, słoneczne kierunki, zarówno te bliskie, jak chociażby Wyspy Kanaryjskie, Egipt, Maroko, Tunezję, jak i dalsze – Meksyk, Dominikanę, Kubę, Tajlandię. Coraz częściej decydujemy się na mniej znane, mniej odkryte miejsca, jak chociażby Oman albo Wietnam – wymienia Magda Plutecka-Dydoń.

W Neckermannie wzrost grudniowych rezerwacji wyjazdów do egzotycznych miejsc wyniósł ponad 60 proc.

 – W Tunezji tygodniowy wypoczynek połączony z Sylwestrem w czterogwiazdkowym hotelu to koszt od około 1,8 tys. zł, na Wyspach Kanaryjskich od 3,5 tys. zł. Natomiast za dziewięciodniowy wyjazd w tym czasie do Meksyku zapłacimy od około 9,5 tys. zł – wylicza Magda Plutecka-Dydoń.

Biorąc pod uwagę wszystkie wykupione wycieczki, także na narciarskie stoki, Neckermann odnotowuje blisko 12-procentowy wzrost liczby klientów, która wyjedzie w grudniu na wakacje.

 – W okresie świątecznym wiele osób rozpoczyna również sezon narciarski. Najpopularniejsze są kurorty alpejskie, głównie we Włoszech oraz w Austrii. Tygodniowe wakacje połączone z Sylwestrem to koszt od około 1,8 tys. zł z wyżywieniem – mówi przedstawicielka biura podróży.

Grudzień i styczeń to czas żniw dla sprzedawców sprzętu sportowego

CEO Magazyn Polska

Ostatnie tygodnie roku to dla sprzedawców artykułów sportowych miesiące największych obrotów. W tym czasie branża koncentruje się na sprzedaży sprzętu i odzieży do sportów zimowych, głównie dla narciarzy. Wydatki Polaków na akcesoria sportowe rosną, choć wciąż największą popularnością cieszą się sporty, które nie wymagają specjalistycznego i drogiego wyposażenia.

Branżę artykułów sportowych cechuje duża sezonowość sprzedaży. W ostatnich latach sezon zimowy zaczyna się jednak coraz później.

 – Zmieniliśmy nasze podejście do towarowania sklepów. Jesień towarujemy jeszcze grupami całorocznymi, a nacisk na grupy zimowe stawiamy od listopada, i liczymy na nadejście zimy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Mikołajko, prezes zarządu Intersport Polska SA. – Z tej jesieni jesteśmy zadowoleni. Listopad też jest na dwucyfrowym wzroście.

Mimo że spółce nie udało się wyjść na plus w trzecim kwartale, jej strata netto zmalała do 1,6 mln zł z 2,1 mln zł rok wcześniej, przy porównywalnych przychodach ze sprzedaży na poziomie 50,2 mln zł. W ocenie spółki poprawa wyników związana była z optymalizacją kosztów oraz wyższą marżą w porównaniu do ubiegłorocznej. Intersport liczy, że uda się ograniczyć stratę w ostatnich tygodniach roku.

Sprzedawcy sprzętu sportowego w ostatnich latach zauważyli, że są dyscypliny sportowe, które z sezonowych stają się całorocznymi – np. bieganie. W niektórych przypadkach mnożą się odmiany danej dyscypliny, czyli pojawia się zapotrzebowanie na różne rodzaje sprzętu.

 – Wśród sportów zimowych dominuje narciarstwo, ale jest wiele jego rodzajów. Dawniej ludzie jeździli tylko na wyciągach, teraz jest też freerajd, czyli narciarstwo pozatrasowe, ludzie chodzą na biegówkach czy śladówkach – tłumaczy Artur Mikołajko. – Jeżeli biegamy po ulicy, w okolicach bloku, domu, jeden czy dwa kilometry to może nie ma znaczenia w jakim ubraniu, ale jeżeli biegam 5–10 kilometrów dziennie, potrzebuję innej odzieży. Ludzie poszukują pewnego poziomu zaawansowania, innego sprzętu i odzieży, co z punktu widzenia handlowego jest dla nas dobre.

Polacy jednak wciąż ostrożnie podchodzą do wydatków na sport. Dlatego najszybciej rośnie popularność tanich sportów, jak bieganie czy jazda na rowerze.

 – To jest różna odzież, to jest różna częstotliwość i różny poziom koszyka wydatków na uprawiany sport – wyjaśnia Mikołajko. – Są duże wzrosty w bieganiu, jest popularne i tanie. Są duże wzrosty w rowerach, ponieważ ludzie uważają, że lepiej wydać na rower 1000 czy 2000 zł i używać go przez dziewięć miesięcy w roku, a nie tylko przez dwa tygodnie w zimie, jak w przypadku nart.

Rozwój sieci sklepów

W trzecim i czwartym kwartale tego roku Intersport podpisał umowę najmu powierzchni handlowej w CH Zakopianka w Krakowie oraz przedłużył umowę najmu lokali w Galerii Wisła w Płocku, Galerii Sfera w Bielsku-Białej i CH Plejada w Bytomiu. W listopadzie otworzył sklep o powierzchni 800 metrów kwadratowych w Galerii Bronowice w Krakowie, a w 2014 roku planuje otwarcie nowych sklepów w CH Felicity w Lublinie i Galerii Amber w Kaliszu.

 – W przyszłym roku na wiosnę otwieramy sklep w Lublinie i negocjujemy dwie inne placówki – dodaje prezes. – Otwieramy sklepy w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców, ponieważ musi być potencjał zakupowy, by był sens otwierać sklep. Jesteśmy już w większości miast, w tej chwili zastanawiamy się nad każdą lokalizacją, mieliśmy burzliwy rozwój w latach 2007-2010 i w tej chwili optymalizujemy sklepy i jednocześnie szukamy dobrych lokalizacji.

W najbliższych 2-3 latach spółka zakłada dalszy zrównoważony rozwój poprzez zwiększanie liczby swoich sklepów w najbardziej rentownych lokalizacjach.

Bombki „made in Poland” hitem w USA

CEO Magazyn Polska

Polskie bombki zdobywają rynki zachodnioeuropejskie i amerykański. Są symbolem dobrej jakości i luksusu. Amerykanie płacą za nie nawet 100 zł za sztukę i oczekują co roku nowych wzorów. To tu trafia od 70 proc. do 95 proc. produkcji, czyli 400-600 tys. szt.

W tym roku Magdalena Słodyczka, współwłaścicielka podwarszawskiej firmy Silverado, odpowiedzialna za projektowanie wzorów bombek, postawiła na te związane z owocami i warzywami. Popularnością cieszą się też te pod hasłem „royality”, czyli związane z insygniami władzy – korony, berła, wysadzone kamieniami.

 – Amerykanie kochają święta i stać ich na nie. Musimy się mocno nagimnastykować, żeby ich zadowolić. Jest to bardzo dopracowany, wymagający, ale i chłonny rynek. Odczuwamy presję, żeby cały czas szukać nowych inspiracji. Mogłabym go porównać do rynku mody, gdzie w kolekcjach projektantów są tematy inspiracyjne, do których odnoszą się całe kolekcje. Amerykanie uwielbiają budować historię, mamy więc wzory nawiązujące do Orientu, Egiptu, Hawajów. – opowiada Magdalena Słodyczka. – I co jest ważne – musi być karteczka, że to są bombki z Polski. Mamy bardzo dobrą renomę, jeżeli chodzi o te produkt w Stanach.

O amerykański rynek polscy producenci walczą głównie z wytwórcami z Meksyku, Portugalii, Słowacji i Ukrainy. Zagrożeniem są również Chiny, ale tylko pod względem ceny, a nie jakości produktu.

 – Chiny odebrały nam kilku dużych klientów. Jednak nasz produkt jest ekskluzywny i bardzo drogi w wykonaniu, a tym samym w sprzedaży. To jest dla nas nisza, której Chińczycy na razie nie będą w stanie wypełnić. Są poważną konkurencją dla firm, które specjalizują się w tańszych produktach. – wyjaśnia Magdalena Słodyczka.

Polskim firmom udaje się utrzymać pozycję dzięki produktom wysokiej jakości i kreatywności w wymyślaniu nowych wzorów. Tu Chińczycy przegrywają także dlatego, że w tradycji tej kultury nie ma świąt Bożego Narodzenia, więc nie czują tego rynku i kopiują wzory od Europejczyków.

Oprócz Stanów Zjednoczonych, bombki z podwarszawskiego Józefowa wędrują także do Szwajcarii, Kanady, Niemiec, Krajów Beneluksu, Danii, Austrii. Pojawiają się również zapytania od potencjalnych kontrahentów z RPA i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Na polski rynek w zależności od roku trafia zaledwie 3-5 proc. produkcji Silverado.

Nieprzewidywalność różnic kursowych niesie spore ryzyko, ponieważ umowy z zagranicznymi kontrahentami podpisywane są raz na cały rok. A to sprawiło, że i na producentach polskich bombek odbił się kryzys w Stanach Zjednoczonych.

 – Zabójcze dla nas były różnice kursowe, które były przyczyną upadku wielu dużych polskich firm. W tej branży jest niemalże roczny cykl, kontraktujemy zamówienia, a produkcja jest realizowana dopiero kilka miesięcy później, płatności spływają po kolejnych dwóch miesiącach. Jeżeli pojawiają się jakiekolwiek wahania kursowe, to jesteśmy kompletnie zdruzgotani finansowo. – mówi Magdalena Słodyczka.

Załamanie amerykańskiej gospodarki najmocniej, w ocenie Słodyczki, dotknęło polskich producentów trzy lata temu.

 – Kluczowe, duże firmy, które miały wielkie osiągnięcia, zatrudniały około 300 osób, nie były w stanie pokonać tych trudności. Dochodowość kontraktowa im spadła, a utrzymanie takiej liczby pracowników jest kosztowne. – wyjaśnia Magdalena Słodyczka.

Firmie Silverado udało się przetrwać, a dziś sytuacja jest stabilniejsza i ten rok zamknięty zostanie z ośmioprocentowym wzrostem.

 – Kolejne prognozy będą znane po pierwszym kwartale roku 2014, kiedy to zaczną spływać nowe zamówienia na bazie wyników sprzedaży i trafności doboru kolekcji w 2013 roku. Dotychczasowe spotkania z kupcami mogą sugerować w miarę dobrą koniunkturę na nadchodzący rok. – informuje Wojciech Słodyczka, drugi właściciel fabryki.

Najtańsza bombka może kosztować 1 zł, a najdroższa nawet 100 zł.

 – W sprzedaży detalicznej ceny te wzrastać mogą kilkakrotnie, a w niektórych sklepach w USA nawet pięciokrotnie – podaje Wojciech Słodyczka. – W zależności od skomplikowania wzoru koszt projektu do wyprodukowania pierwszej sztuki to nie mniej niż 2 tys. zł dla bombki formowej (gdzie jest konieczne przygotowanie modeli gipsowych i odlewów aluminiowych). Natomiast koszt wykonania projektu na bombce okrągłej zaczyna się od około 100 zł.

87 proc. tabletów spełnia wszystkie niezbędne wymogi. Do niedawna zaledwie połowa

CEO Magazyn Polska

Ponad połowa dostępnych na polskim rynku tabletów nie spełniała wymagań formalnych lub technicznych – wykazała kontrola Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Korzystanie z wadliwego urządzenia mobilnego może być niebezpieczne i uciążliwe dla użytkownika, powodując m.in. zakłócenia w pracy innych sprzętów domowych. W efekcie kontroli UKE odsetek tabletów spełniających normy techniczne wzrósł do 87 proc.

W wyniku naszej kontroli producenci i dystrybutorzy tych urządzeń zostali wezwani do poprawienia się – wyjaśnia Jacek Strzałkowski, rzecznik Urzędu Komunikacji Elektronicznej. – W większości przypadków producenci bardzo dobrze z nami współpracowali, szybko naprawili te wszystkie brakiJedynie w przypadku kilku urządzeń musieliśmy nakazać wycofanie ich z rynku, w trzech przypadkach producenci sami zdecydowali o tym, że nie będą tych urządzeń dalej sprzedawać, ponieważ nie są w stanie tych wad usunąć.

Urządzenia mobilne bardzo szybko zyskują w Polsce na popularności. W pierwszym półroczu 2013 r. sprzedaż tabletów wzrosła o ponad 141 proc. wobec analogicznego okresu ubiegłego roku. Szacuje się, że do końca tego roku sprzedaż tabletów na polskim rynku może osiągnąć nawet 1,1 mln sztuk.

Przed podjęciem decyzji o zakupie tabletu – na przykład na gwiazdkowy prezent „last minute” – warto odwiedzić stronę Urzędu Komunikacji Elektronicznej, aby zapoznać się z jego szczegółowym opisem. Znajdują się tam rekomendacje UKE dla najpopularniejszych w Polsce urządzeń mobilnych oraz pełny opis ich testów technicznych.

 – Łącznie do kontroli pobraliśmy 104 urządzenia, z tego niestety połowa nie spełniała wymagań: zarówno administracyjnych, jak i technicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Strzałkowski.

UKE skoncentrował się głównie na tabletach z niższej półki, na które w Polsce jest największy popyt. Kontrola wymagań administracyjnych polegała na sprawdzeniu wymaganych dokumentów, które powinny być dołączone do urządzenia.

 – Sprawdzamy, czy taki tablet posiada dołączoną instrukcję obsługi, deklarację producenta o spełnianiu norm technicznych, jak również, czy jest odpowiednio oznaczony znakiem CE – wymienia rzecznik UKE.

Producent, który zamierza wprowadzić tablet na rynek, zobowiązany jest m.in. do zamieszczenia oznakowania CE na produkcie, dołączenia do niego deklaracji zgodności, a także informacji umożliwiającej identyfikację kraju, w którym urządzenie może być używane, oraz informacji o zakończeniach sieci publicznej, do których urządzenie może być podłączone.

Dużo bardziej złożonym procesem jest kontrola techniczna, ponieważ wymaga ona użycia sprzętu laboratoryjnego. Poddaje się jej urządzenia radiowe nadawcze i nadawczo–odbiorcze, do których należą m.in. tablety. Pozwala ona bowiem zweryfikować m.in. wymagania kompatybilności elektromagnetycznej danego urządzenia.

 – W laboratorium badamy, czy taki tablet w chwili, kiedy działa i jest podłączony do sieci zasilającej, nie powoduje groźnych zaburzeń w sieci – wyjaśnia Strzałkowski. – Jeśli mamy jakieś trzaski w odbiorniku radiowym lub zakłócenia na ekranie telewizora, to mogą one pochodzić właśnie z takiego niesprawnego urządzenia.

MCI pozyskało 30 mln zł z emisji obligacji

0

30 mln zł pozyskała MCI Management S.A. z prywatnej emisji obligacji zwykłych serii H3.Pozyskane środki zostaną przeznaczone na inwestycje typu growth i buyout.

W dniu 19 grudnia 2013 roku MCI zamknęło trzecią w tym roku emisję obligacji zwykłych zabezpieczonych certyfikatami inwestycyjnymi subfunduszy Grupy MCI. W ofercie na 30 mln zł inwestorzy złożyli zapisy na 50,3 mln zł. Wysoki popyt na papiery spółki jest potwierdzeniem trafności decyzji podjętych przez zarządzających subfunduszami oraz właściwej strategii inwestycyjnej, zakładającej inwestycje w firmy, które w różnym stopniu rozwijają swój model biznesowy w oparciu o możliwości, jakie daje Internet. Od początku działalności do 30.09.2013 MCI osiągnął stopę zwrotu netto (net IRR) na poziomie 19,8%.

Wcześniej w kwietniu i czerwcu tego roku, konto funduszu zostało zasilone kwotą 54,8 mln zł z emisji obligacji serii H1 i H2. Pozyskane środki finansowe fundusz przeznaczy na finansowanie kolejnych inwestycji subfunduszy MCI.TechVentures i MCI.EuroVentures w spółki technologiczne (e-commerce, mobile internet, cloud computing). Oferującym emisji był Copernicus Securities S.A.

– Emisja serii H3 to kolejna udana sprzedaż obligacji naszego funduszu. Cieszymy się, że już po raz trzeci w tym roku inwestorzy tak chętnie zapisywali się na nasze obligacje. Oznacza to, że pozytywnie oceniają nasze dotychczasowe wyniki i perspektywy dalszego wzrostu spółek portfelowych – komentuje Wojciech Marcińczyk, członek zarządu MCI Management odpowiedzialny za fundraising i zarządzanie funduszem dłużnym MCI.CreditVentures FIZ w Grupie MCI .

Emisja została objęta w całości przez inwestorów indywidualnych i fundusze inwestycyjne. W ramach budowania księgi popytu inwestorzy złożyli deklaracje objęcia obligacji o wartości 50.336.000 zł, co oznacza, że wartość zapisów przekroczyła o 68% podaży oferty.

Obligacje serii H3, które będą notowane na rynku Catalyst, posiadają oprocentowanie zmienne z marżą 450 bp ponad WIBOR 6M w skali roku. Odsetki będą wypłacane półrocznie, a wykup obligacji nastąpi po trzech latach od emisji. Ryzyko inwestycyjne jest niskie – podobnie jak obligacje serii H1 i H2, obligacje serii H3 są zabezpieczone zastawem rejestrowym na certyfikatach inwestycyjnych subfunduszy Grupy MCI: MCI.EuroVentures i MCI.TechVentures. Spółka zagwarantowała sobie prawo do przedterminowej spłaty papierów serii H3, może z niego skorzystać najwcześniej sześć miesięcy po dacie emisji.

Event Marketing 2013

Budżety firm wydawane na eventy w nadchodzącym roku utrzymają się, ale marketerzy będą częściej korzystać z profesjonalnego wsparcia agencji i firm prowadzonych działania z obszaru MICE. To tylko kilka z wniosków z raportu Event Marketing 2013 przygotowanego przez Mind Progress Group

W elektronicznej publikacji znajdują się m.in. szczegółowe wyniki badania przeprowadzonego przez Mind Progress Group i Instytut Badawczy IPC na temat polskiego rynku event-marketingowego. – Okazuje się, że organizacja wydarzeń jest jednym z pięciu najchętniej wybieranych narzędzi w firmach powyżej 250 pracowników – mówi Michał Pawlik, head of strategy w Mind Progress Group. – O wiele rzadziej na tego typu działania decydują się małe i średnie przedsiębiorstwa. To tylko 6%.

Wykorzystanie narzędzi on-line sprawia, że nośność materiału wideo może być jeszcze większa i skuteczniej realizować cele postawione przez organizatora wydarzenia – mówi Piotr Radziemski ze studia filmowego Ikona KMP. – Eventowe wideo może być doskonałym elementem następnego newslettera, które podniesie bo skuteczność e-mail marketingu niemal 2-3-krotnie. Film z wydarzenia spowoduje, że zatrzymujemy użytkowników na swojej stronie około 2 minuty dłużej niż zazwyczaj.

W 2014 roku, ponad połowa dużych i 40% małych oraz średnich firm chce przeznaczyć na działania eventowe podobne kwoty jak w mijającym roku. Mimo generalnego trendu związanego z cięciami budżetów, klienci oczekują od agencji i firm realizujących wydarzenia nie tylko kompleksowej obsługi, ale także wysokiego stopnia wyspecjalizowania, profesjonalizacji, a także doświadczenia. Eventy i działania MICE postrzegane są jako kosztowne i o niewielkim zasięgu. Co ciekawe, marketerzy cenią sobie je m.in. za możliwość bezpośredniego kontaktu z klientami i możliwość otrzymania szybkiej informacji zwrotnej.

Jakub Korczak spadek kursu akcji Serinus Energy reakcją inwestorów na porozumienie miedzy Ukrainą a Rosją

W ostatnich dniach odnotowaliśmy spadek kursu akcji Serinus Energy. Sądzimy, że wynika on z pochopnej reakcji inwestorów na porozumienie miedzy Ukrainą a Rosją, dotyczące redukcji cen gazu. W odpowiedzi na pytania inwestorów, informujemy, że Serinus Energy nie rozważa sprzedaży licencji na Ukrainie – jest odpowiedzialnym inwestorem długoterminowym. Zatem obawy o losy naszej ukraińskiej spółki są nieuzasadnione.

Uczestnikom rynku nie są znane ani szczegóły umowy, ani jej przełożenie na cenę gazu dla odbiorców ostatecznych. Tak więc trudno na tej podstawie określić jej wpływ na naszą działalność.

Z pewnością nawet zmiana dotychczasowych warunków nie spowoduje utraty opłacalności naszego zaangażowania na Ukrainie. Ewentualny spadek cen gazu do 268 dolarów za tysiąc metrów sześciennych (wariant skrajnie pesymistyczny), oznaczałby obniżenie naszej rentowności operacyjnej na Ukrainie do trzydziestu kilku procent. Obecnie rentowność wynosi ponad 60 procent. To byłby nadal bardzo dobry poziom zyskowności. Ponadto, gdyby zaistniała taka potrzeba, jesteśmy w stanie zrekompensować spadek marży planowanym długoterminowym wzrostem produkcji oraz możliwym ograniczaniem kosztów. Istnieje możliwość wstrzymania najdroższych operacji (np. szczelinowania) lub np. rezygnacji z jednorazowego wynajmu wiertni do przeprowadzenia bardzo głębokiego odwiertu – jedynego tego typu, zaplanowanego na przyszły rok. Wszystkie zaplanowane odwierty wykonujemy bowiem z wykorzystaniem własnego sprzętu i posiadanej przez nas wiertni. Pozwala to na utrzymanie optymalnego poziomu kosztów.

Pragnę podkreślić, że udział przychodów z Ukrainy, który dziś stanowi około 60-70 procent przychodów całej grupy, będzie się systematycznie zmniejszał. Planujemy zwiększenie wydobycia gazu i ropy naftowej w Tunezji już w ciągu 1-3 lat. W ten sposób nasz biznes jest zbalansowany i zdywersyfikowany.

Najpopularniejszym upominkiem pod choinkę nadal jest gotówka

Aż 57 proc. polskich kobiet, które dysponują mniejszym niż w ubiegłym roku świątecznym budżetem, tłumaczy to gorszą sytuacją ekonomiczną w Polsce. Wśród mężczyzn odsetek ten jest o 11 pp. niższy. Zarówno Polacy, jak i Polki pod choinką chcą znaleźć przede wszystkim gotówkę i książki Jak pokazuje coroczne badanie firmy doradczej Deloitte „Zakupy Świąteczne 2013” jedynie w przypadku 18-24- latków pieniądze nie są najbardziej oczekiwanym prezentem gwiazdkowym.

Grupa osób, którzy są zmuszone ograniczyć swój budżet świąteczny z powodu złej sytuacji ekonomicznej, rośnie wraz z wiekiem. Przyznało to aż 74 proc. badanych w grupie powyżej 55 lat, podczas gdy wśród ludzi pomiędzy 18 a 34 rokiem życia odsetek ten nie przekracza 44 proc.

Zarówno Polki, jak i Polacy święta zamierzają w ogromnej większości sfinansować głównie z oszczędności. „Co ciekawe najwięcej osób, które planują skorzystać z tej opcji znajduje się w grupie pomiędzy 18 a 34 rokiem życia. Tam odsetek sięga nawet 86 proc., a tylko co dziesiąty badany zadeklarował, że za świąteczne zakupy zapłaci kartą kredytową. Tymczasem w grupach powyżej 35 i 45 lat odsetek ten sięgał 18 i 16 proc. Wynika to prawdopodobnie z lepszej sytuacji ekonomicznej, a tym samym większego poczucia bezpieczeństwa finansowego ludzi, którzy na rynku pracy funkcjonują już kilkanaście lat” – mówi Piotr Świętochowski, Dyrektor w Dziale Audytu Deloitte.

Niezależnie od płci najpopularniejszym upominkiem jest gotówka, a na drugim miejscu książki. Jednak kobiety pod choinką na równi z dobrą lekturą chciałyby znaleźć także kosmetyki i perfumy (49 proc.). Taki rodzaj prezentów za to niemal zupełnie nie interesuje panów, którzy marzą raczej o smartfonach (28 proc.). I to one właśnie znalazły się na trzecim miejscu ich listy prezentów, a ich popularność w ciągu roku wzrosła aż o 5 pp. Tylko w jednej grupie wiekowej (18-24 lata) gotówka przegrała z książkami, co może świadczyć o tym, że młodzi ludzie nie są tak pragmatycznie nastawieni do świąt, jak reszta badanych.

Najmłodsi wiekiem respondenci są najbardziej podatni na promocje. Aż 78 proc. z nich przyznało, że są skłonni wydać na święta więcej niż planowali, jeżeli natkną się na promocyjne ceny. Na ten rodzaj marketingowych chwytów bardziej wrażliwi są mężczyźni (70 proc.) niż kobiety (66 proc.).

Pragmatyzm kobiet widać także w stosunku do dzieci. Aż siedem na dziesięć badanych, kupując prezenty dla najmłodszych, zwraca na ich edukacyjny charakter. Wśród panów takiej odpowiedzi udzieliło zaledwie 53 proc. Polki częściej niż Polacy chcą w tym roku poszukiwać bardziej użytecznych prezentów, które mają zamiar kupić w tańszych sklepach.

Więcej Polek niż Polaków zdecydowało się na świąteczne zakupy już w listopadzie. Było to odpowiednio 30 do 18 proc. Mężczyźni są też tymi, którzy zostawiają zakup prezentów na ostatnią chwilę. Zadeklarowało tak 30 proc. badanych, prawie dwa razy większy odsetek niż wśród pań. Dość widoczne różnice występują także biorąc pod uwagę wiek badanych. Ludzie w starszym i średnim wieku chętniej ruszyli do sklepów już w listopadzie (odpowiednio 31 i 26 proc.) niż osoby pomiędzy 18 a 24 rokiem życia (16 proc.). Prawie jedna trzecia przedstawicieli tej grupy wiekowej zaplanowała świąteczne zakupy na ostatnie dni przed Wigilią.

Młodzi ludzie najczęściej szukają i porównują ceny towarów w Internecie, ale co ciekawe, aż 58 proc. z nich zadeklarowało, że już samego zakupu dokonuje w tradycyjnych sklepach. Pod tym względem byli najliczniejszą grupą wśród badanych, przewyższając o 1 pp. osoby powyżej 55 roku życia. Zakupy online największą popularnością cieszą się zaś wśród 35-44 latków (52 proc.). „Okazuje się także, że wiek odgrywa rolę przy wyborze sklepów, w których kupujemy prezenty. Wśród młodych ludzi zdecydowanie wygrywają galerie handlowe i domy towarowe, zaś starsze pokolenie preferuje raczej super- i hipermarkety” –wyjaśnia Adam Chróścielewski, Dyrektor w Dziale Audytu Deloitte.

Jeżeli chodzi o sklepy spożywcze, to świąteczne jedzenie kobiety będą kupować najczęściej w sklepach dyskontowych (65 proc.), które cieszą się nieco mniejszą popularnością wśród mężczyzn (55 proc.). Dyskonty wygrywają także w praktycznie każdej grupie wiekowej, jedynie osoby przed 25. rokiem życia wybierają supermarkety i sklepy wielkopowierzchniowe.

Azoty szukają nowych rynków zbytu. Głównie w krajach UE

CEO Magazyn Polska

Zmiana polityki gospodarczej Chin wymusza na Grupie Azoty nowe podejście do rynków zagranicznych. Producent nawozów i tworzyw testuje więc nowe możliwości produkcji i zmienia kurs na rynek europejski. 

 – Grupę Azoty czekają wyzwania, które wyznacza nam rynek. Jednak trudno sobie wyobrazić tak dobry okres koniunktury jak ostatnie lata. Nałożenie się dwóch szczytów cykli koniunkturalnych i w nawozach, i tworzywach. Teraz musimy się przygotowywać do stanu, w którym ten cykl się odwróci w jednym i w drugim przypadku. – uważa Witold Szczypiński, wiceprezes zarządu Grupy Azoty.

Jednym z elementów tych przygotowań jest fuzja zakładów w Tarnowie i Puławach, która miała miejsce na początku tego roku.

 – Połączenie zasobów Puław i Tarnowa w części kaprolaktamowej determinuje dalsze działania. Zakładamy wydłużenie łańcucha produktowego, zbilansowanie całości wytwarzanego kaprolaktamu w Polsce, czyli 170 tys. ton. Taki projekt obecnie badamy i sądzę, że w I kwartale przyszłego roku będziemy mogli jednoznacznie odpowiedzieć, jakie są jego efekty. – zapowiada Witold Szczypiński.

Zakład w Puławach jest w stanie wytworzyć 70 tys. ton kaprolaktamu rocznie, co razem z produkcją Tarnowa daje właśnie 170 tys. ton tego tworzywa. Z kolei 70 tys. ton to moce przerobu kaprolaktamu na poliamid w Tarnowie.

Kaprolaktam to organiczny związek chemiczny, który jest stosowanym do produkcji poliamidów (rodzaj syntetycznych włókien) oraz technicznych żywic poliamidowych, wykorzystywanych głównie w motoryzacji i elektrotechnice.

 – W Grupie Azoty przygotowywany jest program inwestycyjny, obejmujący zadania związane z dalszym przetwórstwem kaprolaktamu w ramach grupy. Opracowywana jest nowelizacja studium wykonalności projektu poliamidowego, związana ze zmianami na rynku tego produktu w Chinach. Projekt ten pozwoliłby nam zoptymalizować portfel tworzyw konstrukcyjnych w ramach całej Grupy Azoty – informuje Grzegorz Kulik, rzecznik prasowy Grupy Azoty.

 – Próbujemy realizować niewielkie projekty wydłużenia łańcucha produktowego z poliamidów na mieszaniny. Ta część byłaby realizowana w Tarnowie. – tłumaczy Witold Szczypiński. – W części związanej z tworzywami, w zasadzie z organiką, alkoholami OXO, w Kędzierzynie, mam nadzieję, że pod koniec przyszłego roku zostanie uruchomiony nowy plastyfikator [środek zmiękczający stosowany w przemyśle chemicznym], odpowiadający w pełni wymaganiom Unii Europejskiej. I to jest bardzo istotne zadanie z punktu widzenia Kędzierzyna.

Kędzierzyńska spółka wchodząca w skład Grupy Azoty jest jedynym producentem alkoholi OXO w Polsce. Dysponuje jedną z najbardziej zaawansowanych technologicznie instalacji OXO w Europie. Alkohole OXO wykorzystuje się jako dodatki do olejów oraz jako rozpuszczalniki w produkcji farb, lakierów i innych gałęziach przemysłu.

 – Te działania mają być odpowiedzią na to, co stało się w ostatnich latach w Chinach, czyli zdecydowany wzrost produkcji kaprolaktamu. W ten sposób chcemy globalnie zmienić nasze rynki dotychczasowe i zamierzamy tę część kaprolaktamu, która lokowana była na rynku chińskim, lokować w postaci poliamidów na innych rynkach, głównie Unii Europejskiej. – informuje Witold Szczypiński. – Poliamid jest produktem bardziej zaawansowanym niż kaprolaktam i liczy się tutaj budowa relacji między producentem bezpośrednim a konsumentem.

Z danych spółki wynika, że już trzy lat temu Państwo Środka zużywało 25 proc. światowej produkcji kaprolaktamu, a według prognoz w 2015 roku osiągnie pułap 40 proc. W 2011 roku aż 5 proc. jego importu pochodziło właśnie z Polski. Jednak Chiny dążą do samowystarczalności w produkcji tego związku, tak aby móc zaspokoić aż 80 proc. zapotrzebowania, dzięki rodzimym dostawcom. W 2011 roku wprowadziły cło antydumpingowe, rozwijają też własną produkcję w tym zakresie. To sprawiło, że Azoty musiały zmodyfikować strukturę sprzedaży na rynkach Dalekiego Wschodu, przeznaczając produkt na rynki inne niż chiński (Tajwan, Malezja) oraz wchodząc na nowe rynki zbytu.

Prezes PERN „Przyjaźń”: Terminal naftowy w Gdańsku hubem do magazynowania i przeładunku ropy

W połowie przyszłego roku ma być gotowa nowa strategia PERN „Przyjaźń”. – To będzie kompleksowa strategia dla podmiotu, który będzie świadczył usługi przesyłu oraz magazynowania ropy, paliw i chemikaliów – zapowiada prezes spółki, Marcin Moskalewicz. Kluczowym elementem ma być inwestycja w terminal naftowy w Gdańsku.

 – Dokładną strategię przekażemy w połowie przyszłego roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Moskalewicz, prezes zarządu PERN „Przyjaźń” SA. – To będzie nowa infrastruktura, nowa logistyka, nowe obszary. Mamy dużo pomysłów. Chcemy wykorzystać potencjał, który mamy, czyli spółki w Gdańsku. Chcemy również wykazać innowacyjność, czyli spółkę, która zajmuje się monitoringiem rurociągów, nie tylko ropnych. Chcemy pokazać, że stać nas na to, by konkurować w tym obszarze nie tylko na rynku europejskim, ale też światowym.

Zapewnia, że spółka bardzo poważnie „wzięła się” za realizację inwestycji w terminal naftowy w Gdańsku, który będzie kluczowym elementem nowej strategii.

Terminal ma być pierwszym polskim hubem morskim na ropę naftową, chemikalia i produkty ropopochodne. Jego pojemność będzie wynosić ok. 700 tys. metrów sześciennych. W terminalu ma być możliwe magazynowanie, blendowanie i kumulacja ropy naftowej. Całość inwestycji kosztującej 820 mln zł ma zostać zrealizowana do 2018 r. Budowa ma się rozpocząć w przyszłym roku.

Zdaniem Moskalewicza, możliwości wykorzystania terminala pokazuje podpisana na początku listopada z włoskim koncernem Eni Trading and Shipping. Kontrakt dotyczy, oprócz transportu, również przeładunku i magazynowania ok. 100 tysięcy ton ropy.

 – To jest pierwsza umowa, krótkofalowa. Liczymy na to, że to jest początek naszej drogi, ale po 2015 roku. Mam nadzieję, że terminal w Gdańsku będzie postrzegany przez traderów jako hub do magazynowania i przeładunku, czyli usług, których Polska do tej pory nie świadczyła – podkreśla Marcin Moskalewicz.

M. Boni: Szybki internet w całym kraju do 2020 roku

CEO Magazyn Polska

Dostęp do szybkiego internetu, e-administracja i poszerzenie cyfrowych kompetencji użytkowników internetu – to cele Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa. Jego realizacja oparta jest m.in. na budowie sieci szerokopasmowego internetu. Do 2020 roku każdy Polak ma mieć dostęp do internetu o przepustowości co najmniej 30 Mbps.

Polska Cyfrowa ma zwiększyć zasięg i dostęp do szybkiego internetu na terenie całego kraju, dzięki czemu, po pierwsze ma się poprawić jakość życia społeczeństwa, a po drugie powinien się zmniejszyć dystans pomiędzy Polską a krajami tzw. starej piętnastki w cyfrowym wyścigu.

 – W tym programie mówimy, że trzeba zapewnić dostęp do szybkiego internetu, bo im więcej go używamy i im więcej treści przetwarzamy, tym bardziej przepustowość musi być na odpowiednim poziomie. – mówi Newserii Biznes Michał Boni.

E-budowa

Pierwszym krokiem ma być stworzenie odpowiedniej infrastruktury. Ma to odbyć się przez dokończenie budowy szerokopasmowej sieci światłowodów. Projekt dofinansowywany jest w poszczególnych regionach ze środków europejskich. Jednak nie wiadomo, czy wszędzie uda się stworzyć sieć na czas, np. na Mazowszu.

 – W 2015 roku będziemy wiedzieli, czy inwestycja w 35 tysięcy kilometrów linii światłowodowych się udała, czy nie. Myślę, że w dużej mierze się uda. – mówi Michał Boni. – To jest baza do tego, żeby w oparciu o tę szkieletową sieć budować sieć dostępową w tym okresie do 2020 roku, o nowoczesnych parametrach technicznych, czyli o wysokiej przepływności.

Jednocześnie kontynuowane są rozmowy dotyczącego modelu budowania sieci szerokopasmowej. Celem programu jest stworzenie siatki kryjącej cały kraj. Zdaniem Boniego najlepszym rozwiązaniem jest pozostawienie najbardziej dochodowych miejsc w rękach rynku i wspieranie ze środków unijnych miejsc, gdzie nie opłaca się wejść inwestorom.

 – Dzisiaj już nikt, kto buduje sieć, nie myśli o samym zbudowaniu, ale myśli o jej użytkowaniu. – tłumaczy były minister. – Dlatego ten wysiłek na rzecz wzrostu podaży i popytu będzie zmieniał warunki biznesowe dalszego inwestowania w sieci teleinformatyczne. Trzeba zadbać nie tylko o duże miasta, lecz także o te miejsca, w które rynek nie inwestuje, bo mu się to nie opłaca. Chcemy w Programie Operacyjnym Polska Cyfrowa, żeby te inwestycje ze środków unijnych tam zaistniały.

Trzy cyfrowe kroki

Z danych Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji wynika, że dziś Internet dociera do 70 proc. polskich domów. Regularnie korzysta z niego tylko 59 proc. Polaków. Połowa społeczeństwa przyznaje, że nie korzysta z internetu, bo nie ma takiej potrzeby. Zdaniem byłego ministra, to będzie się zmieniać w kolejnych miesiącach i latach wraz z rozwojem e-usług w administracji czy służbie zdrowia.

 – Taka depapieryzacja jest potrzebna i do tego jest przygotowany grunt, np. nowa ustawa o informatyzacji, przyjęta przez Sejm. Są przygotowywane kolejne projekty – mówi Michał Boni. – Ta podaż powinna rozwijać się również w postaci treści, do których jako obywatele, użytkownicy będziemy mieli dostęp: informacja publiczna, treści edukacyjne, kulturowe, treści naukowe.

Do tego potrzebny jest również rozwój kompetencji. Zdaniem byłego ministra cyfryzacji i administracji szczególny nacisk należy położyć na edukację osób z grup 50+ oraz seniorów. W jego opinii nieprzekazanie im odpowiednich kompetencji może doprowadzić do ich wykluczenia społecznego.

 – Musimy umieć korzystać z internetu, młodzi to umieją, ale też pewnie będą potrzebne coraz to nowe umiejętności, choćby programowania – wyjaśnia Boni.

Program Polska Cyfrowa w I połowie roku będzie konsultowany z Komisją Europejską. Jego realizacja powinna rozpocząć się w II połowie. Na realizację celów PO PC z unijnej kasy trafi nawet 8 mld złotych, ze środkami krajowymi będzie ok. 10 mld zł.  Projekt prowadzą wspólnie Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji oraz Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju.

Hiszpański sąd zdecyduje o losach FagorMastercook. Wierzyciele z Polski powinni składać wnioski

CEO Magazyn Polska

Hiszpański sąd zdecyduje wkrótce o wszczęciu postępowania, związanego z bankructwem spółki FagorMastercook SA. Oznacza to, że polscy wierzyciele będą musieli zgłaszać swoje wierzytelności do sądu w San Sebastian, gdzie trafił wniosek o upadłość układową, złożony przez zarząd firmy. Będą mogli też wnioskować  o ogłoszenie upadłości wtórnej do polskiego wymiaru sprawiedliwości. – Wtedy polski majątek będzie podlegał polskim regulacjom likwidacyjnego postępowania upadłościowego – tłumaczy mec. Piotr Zimmerman z kancelarii Zimmerman i Wspólnicy.

Zarząd spółki FagorMastercook podjął decyzję o ogłoszeniu bankructwa, nie widząc szans na wyjście z fatalnej sytuacji finansowej. Firma nie była w stanie terminowo realizować zobowiązań. Próby zawarcia porozumienia z wierzycielami albo pozyskania dodatkowych źródeł finansowania nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. Wniosek o upadłość układową trafił do sądu w San Sebastian 30 października, o czym zarząd spółki poinformował niedawno w krótkim komunikacie opublikowanym  na stronach internetowych.  

 – Na mocy przepisów rozporządzenia Unii Europejskiej jest możliwe ogłoszenie upadłości spółki zarejestrowanej w Polsce przez sąd w Hiszpanii – tłumaczy mec. Piotr Zimmerman. – Było to spowodowane problemami spółki-matki, która kilka lat temu kupiła to polskie przedsiębiorstwo i na skutek niewypłacalności podstawowej spółki z grupy doszło do niewypłacalności spółek-córek, w tym polskiej firmy.  

Zgodnie ze znowelizowanym niedawno hiszpańskim prawem upadłościowym, tamtejszy sąd może prowadzić proces upadłościowy całej grupy spółek jednocześnie. Polscy wierzyciele, domagający się spłaty zobowiązań, które wobec nich ma producent sprzętu AGD, mają teraz do wyboru dwa wyjścia.

 – Mogą zaakceptować fakt, że postępowanie odbywa się w Hiszpanii, tam zgłosić swoje wierzytelności  i zagłosować w sprawie układu, bo takie postępowanie otwarto w Hiszpanii – mówi mec. Zimmerman. – Mogą też w Polsce złożyć wniosek o ogłoszeniu upadłości wtórnej.

Wówczas majątek należący do polskich spółek-córek hiszpańskiej grupy podlegał będzie polskim regulacjom likwidacyjnego postępowania upadłościowego. Zdaniem mec. Piotra Zimmermana wierzyciele powinni poczekać na efekt postępowania układowego prowadzonego w Hiszpanii. Okazać się może, że znajdzie się inwestor, który będzie zainteresowany przejęciem całej grupy. Układ powinien być zawierany na poziomie spółki-matki.

Kiedy okaże się, że układ jest nierealny, powinni złożyć wniosek o ogłoszenie upadłości wtórnej, bo rzeczywiście dla wierzycieli korzystniejsze jest prowadzenie likwidacji przez sąd lokalny – tłumaczy ekspert.

Dodaje, że w jego ocenie doszło w tym wypadku do pewnego nadużycia. Spółka jest bowiem zarejestrowana w Polsce, tutaj prowadzi interesy i tu urzęduje jej zarząd. W Polsce też znajduje się duża część firmowego majątku.

Właściwy do rozpatrywania sprawy byłby sąd polski, ale nie można tego niestety zakwestionować, a polskie sądy są zobowiązane uznawać to orzeczenie automatycznie, bez możliwości jego skontrolowania – tłumaczy mec. Zimmerman.

Zdaniem eksperta dobrze byłoby, gdyby sąd zgodził się na zawarcie układu z wierzycielami. Byłoby to nie tylko z korzyścią dla nich, lecz także dla konsumentów, którzy mają w swych domach sprzęt marki Mastercook. Przede wszystkim ze względów gwarancyjnych.

W wypadku likwidacji szanse na zrealizowanie roszczeń gwarancyjnych są praktycznie zerowe – mówi  mec. Piotr Zimmerman.

Spółka FagorMastercook SA wchodzi w skłąd grupy Fagor. We Wrocławiu działają cztery jej fabryki, produkujące sprzęt kuchenny, pralki, zmywarki, lodówki oraz tłocznie. Zatrudniają łącznie 1300 pracowników.

Wartość udzielonych kredytów hipotecznych niższa niż przed kryzysem. Spadła o 15 mld zł

Po kryzysie znacznie zmalał polski rynek kredytów hipotecznych. Choć widać pewne oznaki ożywienia, to w tym roku banki udzielą kredytów o wartości 33-35 mld zł – o 15 mld zł mniej niż przed spowolnieniem gospodarczym. Trudniejszy dostęp do kredytów mieszkaniowych wpływa na rozwój rynku najmu.

 – Widzimy pewne oznaki ożywienia na tym rynku, powoli zaczyna wzrastać popyt, więc jest szansa, że kredyt hipoteczny dla banków uniwersalnych będzie ponownie ważnym produktem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Cyburt, prezes zarządu mBanku Hipotecznego.

Nawet jeśli na rynku nastąpi odbicie, to nie będzie już taki sam rynek jak przed kryzysem. Przede wszystkim rzadkością będą kredyty walutowe. Już teraz stanowią one niewielki odsetek udzielanych kredytów, a od nowego roku – zgodnie z przyjętą przez Komisję Nadzoru Finansowego w czerwcu Rekomendację S – prawie zupełnie znikną z rynku. Będą one oferowane tylko osobom, które zarabiają w danej walucie obcej.

Drugą wprowadzaną od stycznia zmianą będzie wymóg posiadania wkładu własnego – w 2014 roku będzie to 5 proc. wartości nieruchomości. Oznacza to, że o własne mieszkanie może być coraz trudniej. Nawet jeśli wejdzie w życie nowy program wspierania zakupu nieruchomości „Mieszkanie dla Młodych”.

 – Zawsze byłem dość sceptycznie nastawiony do skuteczności wszystkich pojedynczych narzędzi, jak „Rodzina na Swoim” czy „Mieszkanie dla Młodych”. Brakuje nam strategicznej wizji, co chcielibyśmy osiągnąć na rynku mieszkaniowym, tylko w zależności od potrzeb politycznych, czasem sytuacji budżetowej, wymyślane są nowe produkty – uważa Piotr Cyburt. – Jestem zwolennikiem tego, by rynek regulował te kwestie, natomiast można go stymulować, np. rozwiązaniami systemowymi, jak zmiany deregulacyjne w prawie budowlanym.

Prognozuje, że rynek kredytów hipotecznych będzie rozwijał się wraz z przyspieszaniem wzrostu gospodarczego i wzrostu płac.

Według prezesa mBanku Hipotecznego, zmiany w sytuacji na rynku kredytów mogą wpłynąć na kondycję polskiego rynku mieszkaniowego i na rozwój najmu. Cyburt ocenia, że Polacy chętnie do tej pory kupowali mieszkania, ale w porównaniu np. z rynkiem niemieckim zdecydowanie mniejszą rolę odgrywa wynajem mieszkań.

 – W Polsce jest bardzo duża skłonność do tego, żeby posiadać mieszkanie na własność, natomiast trzeba sobie szczerze powiedzieć, że nie wszystkich na to stać. Myślę, że zacznie się kształtować rynek najmu w przyszłości, na trochę większą skalę. Jak patrzę na analizy niemieckiego rynku kredytów hipotecznych, to jedną z kluczowych obserwacji  jest pytanie o różnice między ceną najmu a ceną kredytu i wysokością miesięcznej raty – podkreśla Cyburt.

Trzy czwarte firm przygotowało dla swoich pracowników wigilię lub inną atrakcję z okazji świąt

Firmowe wigilie stały się już tradycją, a po rosnącej w tym roku liczbie takich spotkań można zaobserwować, że firmy wychodzą „z dołka”. Podczas świątecznych spotkań z pracownikami polscy pracodawcy decydują się najczęściej na serwowanie tradycyjnych potraw. Rzadkością są specjalne zamówienia jak sushi czy rozbefy.

 – Zwykle klienci wybierają wigilię w stylu klasycznym, gdzie serwujemy dania, które często możemy spotkać na naszych domowych stołach. Są to pierogi, kapusta, wszelkiego rodzaju ryby, zwłaszcza karp oraz śledzie. Tradycyjne ciasta typu sernik, makowiec i szarlotka. Te potrawy królują na stołach co roku – mówi Leszek Rułka, szef kuchni i manager restauracji Sodexo. – Choć zdarzają się także specjalne zamówienia, jak sushi, pieczone mięsa, rozbefy.

Zwykle świąteczne spotkania z pracownikami przebiegają według podobnego scenariusza w tygodniu, przeważnie pod koniec dnia pracy, przed wyjściem do domu. Obserwując częstotliwość pracowniczych wigilii, można stwierdzić wzrost optymizmu pracodawców i wychodzenie ze stagnacji gospodarczej. Z badania firmy Randstad i TNS OBOP wynika, że 72 proc. pracodawców ma dla swoich pracowników jakieś atrakcje świąteczne.

 – Porównując poprzednie dwa lata widać, że tendencja jest wzrostowa, wychodzimy z kryzysu. Ten trend się odradza i powraca do normy – uważa Leszek Rułka.

Budżety przeznaczane na te spotkania wahają się, w zależności od wielkości firmy i, liczby pracowników, od 30 zł do 100 zł na osobę.

Większość pracodawców, którzy wzięli udział w badaniu Randstad i TNS OBOP, organizuje Wigilię w siedzibie firmy, rzadziej w restauracjach czy klubach.

 – Jeżeli jest organizowana w miejscu pracy, przeważnie jest to tzw. szwedzki stół. To ok. 90 proc. Wigilii, a pozostała część to przyjęcia „zasiadane” – mówi Leszek Rułka.

Wrocławski stadion zwiększa przychody i tnie koszty. Zbilansuje się dopiero w 2016 r.

Wrocławski stadion zarabia więcej niż zakładano. W tym roku przychody są o kilkanaście procent wyższe od zaplanowanych, a koszty niższe o jedną piątą. Władze stadionowej spółki liczą na rosnące przychody z organizacji konferencji oraz wynajmu biur. W 2017 r. stadion powinien mieć już zyski.

 – Z początkiem tego roku założyliśmy sobie długofalowy plan finansowy do 2017 roku, żeby nie działać punktowo i krótkoterminowo. Skrupulatnie go realizujemy. Ten plan zakłada, że w 2016 roku Stadion Wrocław się zbilansuje. Od 2017 zacznie na siebie zarabiać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Burak, dyrektor ds. komunikacji Stadionu Wrocław. – Dzięki oszczędnościom, które poczyniliśmy, tegoroczne koszty będą o około 20 proc. niższe niż zakładaliśmy, natomiast przychód o około 15-17 proc. wyższy niż zakładaliśmy na początku roku.

Oszczędności poczyniono m.in. dzięki nowemu przetargowi na dostawę i sprzedaż energii. To dało ok. miliona złotych oszczędności. Po zakończeniu budowy obiektu restrukturyzację przeszła sama spółka zarządzająca stadionem. Obecnie zatrudnionych jest tam tylko 37 osób.

Mimo cięć, miesięczne koszty utrzymania stadionu to aż 800 tys. zł. W skali roku to koszt ok. 10-12 mln zł. Dotyczy to wyłącznie „technicznych” kosztów zarządzania obiektem. Wysokie koszty powodują, że stadion nie zacznie zarabiać przed 2017 r. Burak podkreśla jednak, że podobne obiekty w Holandii, Niemczech czy Portugalii, również budowane na piłkarskie rozgrywki, także potrzebowały 4-5 lat, by wyjść na plus.

 – Teraz naszym głównym zadaniem jest zwiększenie przychodów, które pokryją te wydatki. To jest jak najbardziej możliwe. Trzeba na to tylko trochę czasu. Nikt nie przyjdzie do nas i nie wynajmie od razu 9 tys. metrów kwadratowych powierzchni biurowej. Klienci wynajmują średnio od 500 do 1500 tys. metrów kwadratowych – przekonuje Burak.

Stadion ma obecnie trzy główne źródła przychodu. Jedna z nich, czyli wynajem powierzchni biurowych w tym roku da ok. 2 mln zł. Spośród 9 tys. m kw. powierzchni na razie wynajęta jest połowa, choć jak podkreśla Burak, chętnych nie brakuje. Stadion jest doceniany za dobrą lokalizację w pobliżu Autostradowej Obwodnicy Wrocławia oraz lotniska, a także szybki dojazd do centrum oraz dostępne miejsca parkingowe.

 – W zasadzie nie ma dnia, żeby nie odzywaliby się do nas kolejni potencjalni klienci. Od 1 grudnia zaczęła działać u nas wypożyczalnia samochodów. To taki nasz najświeższy produkt, firma CarNet zdecydowała się właśnie na otwarcie tej wypożyczalni na stadionie. W połowie lutego z kolei wprowadza się do nas Grupa Kapitałowa Navi z sektora finansowego, która zatrudniać będzie na stadionie 250 osób – wylicza Burak.

Kolejne ok. 4 mln zł stadion zarobi na centrum konferencyjno-biznesowym. Największa spośród 13 sal konferencyjnych może pomieścić nawet 1500 osób. Jak podkreśla Burak, stadion stał się bardzo popularnym miejscem wśród organizatorów bankietów. W tym roku odbędzie się około 300 imprez, ale w przyszłym ma to być już 350, a docelowo nawet 400 konferencji, szkoleń i bankietów rocznie.

Trzecim źródłem przychodów, w tym roku w wysokości 5 mln zł, jest sprzedaż pakietów VIP na mecze piłkarskie Śląska Wrocław.

Przychody stadionu łącznie w tym roku wyniosą ok. 11 mln zł, ale Burak zaznacza, że cały czas są rezerwy. Do wynajęcia pozostaje jeszcze połowa powierzchni biurowej. Do sprzedaży przeznaczone są także kolejne pakiety VIP-owskie na mecze. W tej chwili na każdym meczu w loży VIP, Klubie Diamentowym i Klubie Biznesowym jest łącznie około 600 gości. Maksymalnie stadion może przyjąć do 1000 VIP-ów.

 – Jesteśmy na obiekcie czysto piłkarskim, więc niezwykle istotny jest tutaj poziom sportowy Śląska Wrocław. A to dlatego, że spory przychód również pochodzi właśnie z tytułu meczów Śląska. 5 mln zł, które zarobimy w tym roku na sprzedaży pakietów VIP-owskich, to właśnie pieniądze, które udaje się zarobić dzięki temu, że mamy tutaj drużynę klubową, która na co dzień występuje w ekstraklasie – dodaje Burak.

Dla finansów stadionu, a przede wszystkim klubu piłkarskiego, ważni są też zwykli kibice. Burak liczy na 25-30 tys. osób na meczach Śląska we Wrocławiu. Podkreśla, że stadion i klub jako spółki są od siebie uzależnione, więc muszą współpracować w celu zapewnienia dobrej frekwencji na meczach.

Za wigilijne potrawy zapłacimy podobnie jak przed rokiem. Więcej wydamy na prezenty

Po raz pierwszy od ośmiu lat ceny żywności są na podobnym poziomie jak przed rokiem. Średnio Polacy wydadzą 250 zł na przygotowanie i zakup wigilijnych potraw. Więcej pieniędzy niż przed rokiem mamy przeznaczyć na prezenty, ponieważ rośnie nasz optymizm co do poprawy sytuacji gospodarczej.

 – Wydatki na żywność i napoje po raz pierwszy od 2005 roku będą zbliżone do tych, które mieliśmy w ubiegłym roku. Do tej pory z roku na rok żywność była coraz droższa. Szacujemy, że w grudniu ceny żywności i napojów bezalkoholowych są o około 1-1,5 proc. wyższe niż były rok temu – informuje Marta Skrzypczyk, ekonomistka banku BGŻ.

Więcej za żywność na Wigilię zapłacą ci, których dieta opiera się przede wszystkim na warzywach.

 – Te są istotnie droższe ze względu na uboższe zbiory w kraju w tym roku. Przede wszystkim chodzi o ziemniaki i cebulę – ich ceny będą dwukrotnie wyższe niż w ubiegłym roku. Ale także kapusta, buraki czy tradycyjne produkty kupowane na święta również są kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt procent droższe niż przed rokiem – wyjaśnia Marta Skrzypczyk.

W drugiej połowie roku ceny większości warzyw utrzymywały się na wyższym w stosunku do minionego roku poziomie, co wynikało przede wszystkim ze spadku ich podaży. Według GUS-u wyniósł on 5,9 proc., do poziomu 4,3 mln ton – podają analitycy BGŻ. Przykładowo ceny cebuli na rynkach hurtowych w listopadzie były od kilkudziesięciu do nawet 150 proc. wyższe niż przed rokiem.

 – Ceny mięsa są zbliżone do ubiegłorocznych, za kurczaki zapłacimy nieco mniej, a z kolei za indyki więcej – informuje Marta Skrzypczyk. – Staniał cukier, z kolei ceny mąki są zbliżone do ubiegłorocznej stawki, co przełoży się na tańsze wypieki i wyroby cukiernicze. Wynika to głównie z dobrych zbiorów zbóż i roślin oleistych w kraju i na świecie.

Według danych zebranych przez BGŻ najnowsze prognozy światowych zbiorów pszenicy w sezonie 2013/14 mówią o ich wzroście o 6,6-8,2 proc. wobec 2012/13.

Za nabiał, w tym jogurty czy sery dojrzewające zapłacimy o 5 proc. więcej. Ceny skupu przetworów mleczarskich według prognoz banku będą rosnąć do końca 2013 roku. Wyhamowanie tych tendencji jest możliwe w styczniu, lutym 2014 roku. Te zwyżki wynikają z globalnie niższej podaży, na którą wpłynęły niekorzystne warunki pogodowe, zaś w kraju – ograniczenia nałożone poprzez unijny system kwotowania.

 – Średnio polska rodzina wyda w tym roku na świąteczne zakupy żywnościowe około 250 zł  to zależy od sytuacji dochodowej, od miejsca zamieszkania – mówi Newserii Biznes Marta Skrzypczyk.

Z kolei produkty nieżywnościowe nie powinny zaskoczyć wyższymi cenami. Choć kupując prezenty tuż przed świętami należy liczyć się z tym, że zapłacimy więcej niż choćby miesiąc wcześniej za takie produkty jak tablety, telefony czy perfumy. To tradycyjna praktyka stosowana przez producentów i sprzedawców.

 – Możemy nieco więcej pieniędzy przeznaczyć na takie zakupy, bo nasza skłonność do wydawania zwiększyła się ze względu na ożywienie gospodarcze, lekki spadek bezrobocia, wzrost realnych dochodów oraz oczekiwanie poprawy sytuacji gospodarczej w 2014 roku – podsumowuje ekonomistka BGŻ.

Kradzieże w sklepach coraz większym problemem. Ich wartość to przynajmniej 5 mld zł

Maciej Ptaszyński

Handlowcy domagają się przywrócenia przepisów stwierdzających, że kradzież o wartości powyżej 250 zł jest przestępstwem. Alarmują, że już miesiąc po podniesieniu tego progu wzrosła wartość kradzionych przedmiotów. Złodzieje stają się coraz bardziej zuchwali, ponieważ teraz za kradzież do 400 zł grozi im tylko mandat, a sklepikarze są bezradni.

  Po zmianie, która weszła w życie 9 listopada, liczba kradzieży pozostała mniej więcej na tym samym poziomie, może trochę wzrosła. Natomiast wzrosła znacząco wartość kradzieży, bo niemalże podwojona została wartość przedmiotów, które można ukraść nie narażając się na oskarżenie o popełnienie przestępstwa, a jedynie wykroczenia – tłumaczy Maciej Ptaszyński, dyrektor Polskiej Izby Handlu.

Nowelizacją Kodeksu wykroczeń przesunęła granicę, od której „czyny zabronione skierowane przeciwko mieniu” stanowią przestępstwo. Co oznacza, że limitem wykroczenia jest wartość rzeczy nieprzekraczająca 1/4 minimalnego wynagrodzenia za pracę, czyli do końca tego roku będzie wynosił 400 zł. Kradzież rzeczy do tej wartości jest traktowana jak wykrocznie i karana co najwyżej mandatem.

 – Dotychczasowa skala problemu w całym kraju była szacowana nawet na 5 mld zł. W przypadku sklepów to jest powyżej 1 proc. obrotów, czyli jeżeli na przykład mamy sklep o powierzchni sprzedażowej wynoszącej 100 m kw., to można przyjąć, że towary wyłożone na jednym metrze kwadratowym tej powierzchni są przeznaczone do kradzieży – mówi Newserii Biznes Maciej Ptaszyński.

Zmiany w Kodeksie wykroczeń, zdaniem sklepikarzy, rozzuchwaliły złodziei. Mówią o zorganizowanych, wyspecjalizowanych w kradzieżach gangach wynoszących niemal bezkarnie towar ze sklepów.

 – Zorganizowane grupy wiedzą, ile kosztują poszczególne towary, kradną do wysokości tego limitu i śmieją się właścicielom sklepu w twarz, bo doskonale wiedzą, że nie ma możliwości walki z nimi. O ile jeszcze w dużych sklepach funkcjonuje ochrona, są bramki, to w mniejszych problem jest właściwie nierozwiązywalny – uważa dyrektor PIH.

Przypomina, że zarówno PIH, jak i Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji oraz inne organizacje zrzeszające detalistów, apelowały żeby tej kwoty nie podnosić.

 – Każda kradzież jest przestępstwem i powinna być piętnowana – podkreśla Ptaszyński. – W naszej ocenie nie jest to zgodne z Konstytucją, ponieważ ta zapewnia ochronę własności każdemu obywatelowi. A dziś jest niewystarczająca.

Dlatego PIH domaga się przywrócenia poprzednich przepisów, gdzie granica wynosiła 250 zł, lub obniżenia tej kwoty. Chcą także stworzenia zintegrowanego rejestru osób popełniających wykroczenia.

 – Osoba płacąca mandat nie trafia do żadnego systemu, który by w sposób zintegrowany zarządzał bazą danych wszystkich osób popełniających wykroczenie. Policjant wystawiający mandat nie wie więc, że osoba dokonuje kolejnej kradzieży – tłumaczy dyrektor PIH.

Do Ogólnopolskiego Rejestru Wykroczeń miałyby być wpisywane czyny, których dopuścił się dany złodziej i sumowana wartość tych kradzieży. Gdy zostałaby przekroczona granica, miałaby zostać wyznaczona kara za przestępstwo.

Problem może narastać, ponieważ dziś minimalne wynagrodzenie za pracę wynosi 1 600 zł, ale w nadchodzącym roku kalendarzowym wynosić będzie 1 680 zł. Czyli jednocześnie zostanie podniesiona granica pomiędzy wykroczeniem a przestępstwem i będzie wynosić 420 zł.

Rzecznik Klienta w PKO Banku Polskim już w styczniu

Jako jeden z nielicznych w polskim sektorze bankowym, PKO Bank Polski zdecydował o powołaniu stanowiska Rzecznika Klientów. Od 1 stycznia 2014 roku będzie do dyspozycji klientów.

Polski Standard Płatności coraz bliżej – 6 banków powołało spółkę joint venture

Banki uczestniczące w projekcie budowy lokalnego standardu płatności mobilnych zawarły umowę inwestycyjną określającą szczegółowo zasady tworzonej spółki joint venture, która będzie zarządzać systemem płatności mobilnych. Pozwala to na złożenie wniosku o rejestrację spółki Polski Standard Płatności oraz wystąpienie o stosowne zgody do NBP i UOKiK.

PKO Bank Polski złożył wniosek o rejestrację spółki Polski Standard Płatności. Następnie zostanie złożony wniosek o udzielenie zgody na prowadzenie systemu płatności mobilnych do Narodowego Banku Polskiego oraz Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Po uzyskaniu zgody organów antymonopolowych do spółki dołączą udziałowcy: Alior Bank, Bank Millennium, Bank Zachodni WBK, ING Bank Śląski oraz mBank.

– Wraz z powołaniem spółki Polski Standard Płatności kontynuujemy mocno już zaawansowane prace, które pozwolą na wcielenie w życie porozumienia sześciu polskich banków. Liczymy przede wszystkim na to, że wypełnimy przestrzeń zdominowaną obecnie przez gotówkę, ale potencjał rozwoju płatności mobilnych widzimy również w takich obszarach jak płatności w sklepach internetowych czy transakcje person to person – mówi Adam Malicki, prezes spółki Polski Standard Płatności.

Zgodnie z podpisaną przez sześć banków umową inwestycyjną, spółka Polski Standard Płatności będzie działać na rzecz wspierania rozwoju oraz upowszechniania i promowania standardu płatności mobilnych. Tworzony system będzie wykorzystywał do autoryzacji transakcji mechanizm kodów jednorazowych prezentowanych za pomocą aplikacji mobilnej instalowanej na telefonie użytkownika. Umowa inwestycyjna określa także m.in. ład korporacyjny spółki, jej statut czy wysokość wnoszonych przez udziałowców dopłat. W spółce zostaną ustanowione Zarząd, Rada Nadzorcza oraz Zgromadzenie Wspólników.

Po uzyskaniu zgód organów antymonopolowych do spółki przystąpi pięć pozostałych banków – stron umowy inwestycyjnej: Alior Bank, Bank Millennium, Bank Zachodni WBK, ING Bank Śląski oraz mBank, w wyniku czego udziały każdego ze wspólników w spółce będą równe i wyniosą 16,67%. W ciągu 18 miesięcy od powołania spółki planowane jest przejęcie części działalności przez Krajową Izbę Rozliczeniową, która będzie docelowo realizowała pełną obsługę operacyjną systemu płatności mobilnych, a także zapewni infrastrukturę teleinformatyczną niezbędną do realizacji przedsięwzięcia.

Tworzony standard płatności mobilnych będzie systemem płatności w rozumieniu przepisów ustawy z 24 sierpnia 2001 roku o ostateczności rozrachunku w systemach płatności i systemach rozrachunku papierów wartościowych. Standard jest budowany wspólnie przez Alior Bank, Bank Millennium, Bank Zachodni WBK, ING Bank Śląski, mBank i PKO Bank Polski oraz Krajową Izbę Rozliczeniową. Projekt docelowo będzie otwarty na pozostałych uczestników rynku: inne banki, operatorów sieci bankomatów oraz organizacje płatnicze. Dzięki porozumieniu sześciu banków Polska znalazła się w elitarnej grupie krajów, które mają szansę na zbudowanie lokalnego standardu płatności mobilnych. Dla klientów oznacza to wygodny dostęp do płatności telefonem w szerokiej sieci akceptacji. Użytkownicy systemu będą mogli płacić telefonem zarówno w sklepach tradycyjnych, jak i internetowych, korzystać z bankomatów oraz przelewać środki na numer telefonu odbiorcy, bez względu na to, z którym bankiem są związani. Projekt jest unikalny ze względu na swoją skalę, dzięki znaczącemu udziałowi rynkowemu zaangażowanych instytucji finansowych, jak i szerokie możliwości, które to rozwiązanie oferuje użytkownikom.

Prof. Jerzy Osiatyński dołączył do Rady Polityki Pieniężnej

Rada Polityki Pieniężnej od stycznia będzie obradować w pełnym składzie. Prezydent Bronisław Komorowski powołał prof. Jerzego Osiatyńskiego do RPP w miejsce prof. Zyty Gilowskiej. – Będę starał się patrzeć na to, w jaki sposób zadania polityki fiskalnej, które nie są zadaniami banku centralnego, tylko rządu, mogą być uzgodnione z zadaniami polityki pieniężnej – zapewnia w rozmowie z agencja informacyjną Newseria Biznes prof. Jerzy Osiatyński.

 – Wchodzę do Rady Polityki Pieniężnej w sytuacji problemów polityki fiskalnej. Mamy otwartą procedurę nadmiernego deficytu. Komisja Europejska w ostatnich zaleceniach dla Polski idzie bardzo daleko w oczekiwaniu w najbliższych dwóch latach redukcji strukturalnych wydatków lub wzrostu trwałych dochodów, z naciskiem na te pierwsze. Pamiętajmy o tym, że 3/4 wydatków budżetu państwa to są wydatki sztywne, czyli wszystkie cięcia muszą być wykonywane na kwotach w przedziale 85-95 miliardów złotych. Cięcia, gdyby nie przeprowadzono zmian w OFE, byłyby w tym roku rzędu 17-18 mld zł, w następnym roku ok. 22 mld zł – podkreśla prof. Jerzy Osiatyński

 – Wobec tego, przychodząc do Rady Polityki Pieniężnej będę starał się patrzeć na to, w jaki sposób zadania polityki fiskalnej, które nie są zadaniami banku centralnego, tylko rządu, mogą być uzgodnione z zadaniami polityki pieniężnej i tym, co się dzieje po stronie inflacji. To jest bowiem naczelne zadanie Narodowego Banku Polskiego – dodaje prof. Osiatyński.

Prof. Jerzy Osiatyński jest doradcą społecznym prezydenta i przewodniczącym Rady Naukowej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. W latach 1992-1993 był ministrem finansów. W październiku prof. Zyta Gilowska została odwołana przez prezydenta w związku ze zrzeczeniem się przez nią funkcji członka RPP. Prof. Osiatyński będzie członkiem Rady przez pełną, sześcioletnią kadencję. Pierwsze posiedzenie w nowym składzie odbędzie się w dniach 7-8 stycznia 2014.

Z komunikatu po grudniowym posiedzeniu Rada podtrzymała ocenę, że w najbliższych kwartałach koniunktura będzie się poprawiać, a presja inflacyjna pozostanie ograniczona. Potwierdziła także, że sytuacja uzasadnia utrzymanie stóp procentowych na obecnym poziomie co najmniej do końca pierwszej połowy 2014 roku. Od kilku miesięcy główna stopa procentowa NBP wynosi 2,5 proc.

W komunikacie podkreślono, że obniżki z I połowy br. i ich stabilizacja w ostatnich miesiącach sprzyjają ożywieniu gospodarki, stopniowemu powrotowi inflacji do celu oraz stabilizacji na rynkach finansowych.

Lotos wciąż inwestuje w stacje z tańszym paliwem. Do końca roku będzie 150 stacji Lotos Optima

Z polskiego rynku znikają tanie stacje Neste i część stacji Bliska, ale mimo to szef Lotosu wierzy w projekt Lotos Optima. Do końca roku liczba obiektów pod tym szyldem może zwiększyć się do 150, a docelowo do 200. Stacje oferujące tańsze paliwo i uzupełniające segment premium mają pomóc w osiągnięciu przez koncern 10-proc. udziału w rynku detalicznym.

 – Projekt Lotos Optima dobrze się wkomponował w rynek i daje nam przy niższych cenach dość istotny wolumen sprzedaży. To jest dość efektywny dla nas kanał dystrybucji – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Olechnowicz, prezes Lotosu..

Lotos Optima to nazwa ekonomicznej sieci stacji, utworzonej w 2011 roku i będącej odpowiedzią koncernu na rosnące wówczas ceny paliw. Sieć pod nowym szyldem już po kilku miesiącach funkcjonowania liczyła 50 obiektów. Na koniec 2012 r. w sieci było ich 101, a pod koniec listopada tego roku – 137.

 – W sieci detalicznej rentowność jest na maksymalnym poziomie 2 proc., nie jest więc bardzo atrakcyjna – przyznaje prezes. – Ale kanał sprzedaży jest i biznesowo, i marketingowo ciekawy i osiągamy dobry efekt ekonomiczny.

Wśród priorytetów w obszarze sprzedaży detalicznej w strategii na lata 2011-2015 Lotos zapisał uzyskanie 10-procentowego udziału w handlu paliwami na stacjach. Startując z projektem Optima koncern szacował udział w detalu na prawie 7,5 proc., a dziś na ponad 8 proc. Wejście w segment ekonomiczny miało być istotnym krokiem w realizacji założonego w strategii celu.

 – Szukamy nisz, w które takie stacje mogą się wkomponować. Znajdujemy ich coraz więcej i myślę, że ten rok zamkniemy osiągając poziom blisko 150 stacji – informuje Paweł Olechnowicz. – Docelowo stacji Optima ma być ponad 150, być może około 200, ale nie ma założonego celu, ile musi ich być. Jeżeli ekonomicznie jest to uzasadnione i są warunki do tego, żeby stacje albo przejąć i przemianować, albo wybudować nową w środowisku, które dla nas jest atrakcyjne, to będziemy je dalej rozwijać.

Lotos informuje, że budowa jednej stacji premium kosztuje 3-4 mln zł, zaś stacje Lotos Optima powstają przy nakładach od 1 mln zł. Ceny na nich mają odpowiadać warunkom danej lokalizacji i są niższe od cen na stacjach premium. Stacje pod tym szyldem są zlokalizowane na obszarach o innym potencjale rynkowym niż stacje premium.

B. Sonik: Grozi nam wzrost cen energii i ucieczka inwestorów

Wzrosną ceny energii i koszty produkcji, a przemysł może „przenieść się” za wschodnią granicę – prognozuje europoseł Bogusław Sonik, tłumacząc, jaki wpływ będą miały zmiany wprowadzane przez Unię Europejską dotyczące systemu handlu emisjami dwutlenku węgla. Ma to uderzyć głównie w polskie kopalnie i elektrownie węglowe. Jednak Sonik przypomina, że polityka energetyczno-klimatyczna w takim kształcie jest prowadzona już od dekady i Polska miała dużo czasu, by się do niej dostosować.

 – Komisja Europejska przyrzekła, że to będzie jednorazowe działanie, odsunięte nieco w czasie. Mimo to dla Polski nie jest to dobra wiadomość – uważa Bogusław Sonik.

W tym tygodniu kraje członkowskie UE, po ponadpółrocznych dyskusjach, zgodziły się na jednorazowy backloading. Oznacza to w tym wypadku wycofanie 900 mln uprawnień do emisji CO2 z rynku. Ma  to podnieść ich cenę, a tym samym zachęcić firmy do zielonych inwestycji. To wszystko dzieje się w ramach Europejskiego System Handlu Emisjami (EU ETS), który został uruchomiony w 2005 roku jako instrument krajów UE, aby przeciwdziałać zmianom klimatycznym.

Aukcja tych 900 mln pozwoleń na emisję CO2 zostanie zawieszona w latach 2013-2015, a następnie o tyle samo ma zostać zwiększona liczba pozwoleń w kolejnych latach do 2020 r. Pojawiają się jednak głosy, że uprawnienia mogłyby zostać trwale usunięte. Polska sprzeciwiała się tym zmianom, obawiając się podwyżki cen prądu.

 – Nasza energetyka oparta na węglu powoduje, że nie tylko indywidualnym odbiorcom wzrosną koszty, ale też przemysłowi energochłonnemu. Trzeba uważać, żeby nie doszło do ucieczki przemysłu za granice UE – przestrzega Sonik.

Krajowy Ośrodek Bilansowania i Zarządzania Emisjami (KOBiZE) szacuje, że w 2014 roku średnia cena uprawnienia do emisji CO2 wzrośnie do 12,07 euro za tonę z 4,41 euro w tym roku. Gdyby nie doszło do backloadingu, średnia cena uprawnienia miałyby wzrosnąć zaledwie do 5,5 euro za tonę. Według tych szacunków polskie przedsiębiorstwa, które uczestniczą w tym systemie, zaoszczędziły na opóźnieniu backloadingu od ok. 1,8 mld zł do nawet ok. 2,4 mld zł (biorąc pod uwagę okres: styczeń 2013 – czerwiec 2014).

 – Z drugiej wiedzę o tym, że taka jest polityka unijna, mamy już od dobrych 10 lat. Trzeba więc koniecznie przyspieszyć zwiększanie odnawialnych źródeł energii i usprawniać bloki energetyczne, jest też pewna nadzieja na gaz łupkowy. Należy również tworzyć energetykę prosumencką, żeby każdy mógł produkować energię własnym źródłem odnawialnym i sprzedawać do sieci. Nie możemy dziś już tylko bazować na klasycznym, tradycyjnym, jeszcze z lat 70. pomyśle energetycznym – mówi Newserii Biznes Bogusław Sonik.

W połowie listopada resort gospodarki skierował do konsultacji międzyresortowych i społecznych kolejny już projekt ustawy o odnawialnych źródłach energii (OZE). Resort planuje, że ustawa wejdzie w życie od początku 2015 roku. Ale już od wielu miesięcy banki wstrzymują kredytowanie projektów w odnawialne źródła energii z powodu niepewności co do przyszłego systemu wsparcia takich inwestycji. Ustawa powinna wejść w życie zgodnie z wymogami unijnej dyrektywy w 2010 roku i przeciwko Polsce toczy się postępowanie w związku z tym trzyletnim już opóźnieniem. Komisja Europejska wnioskowała do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości o nałożenie na Polskę kary ponad 133 tysięcy euro za każdy dzień zwłoki.

Nowy wiceminister środowiska ma przyspieszyć prace nad poszukiwaniem gazu łupkowego

CEO Magazyn Polska

Sławomir Brodziński zastąpił wczoraj na stanowisku Głównego Geologa Kraju Piotra Woźniaka. Ma to przyspieszyć prace nad poszukiwaniem i wydobyciem gazu łupkowego w Polsce. Na razie bowiem najszybciej powstawały regulacje dotyczące podziału wpływów z przyszłego wydobycia.

– Zamiast zachęcać inwestorów do poszukiwania gazu łupkowego i ułatwić im prowadzenie wierceń, polski rząd zajął się dzieleniem pieniędzy mających spłynąć do budżetu dzięki wydobywaniu surowca – uważa Tomasz Chmal, ekspert rynku energii Instytutu Sobieskiego.

Dziś natomiast potrzebne są regulacje, które zachęciłyby przedsiębiorców do wydobycia i taki powinien być priorytet dla nowego szefa resortu środowiska i nowo powołanego przez niego Głównego Geologa Kraju. 

 – Zbyt szybko przeszliśmy do przygotowania regulacji, których nikt nie oczekiwał – uważa Tomasz Chmal, ekspert rynku energii z Instytutu Sobieskiego. – Zachłysnęliśmy się prognozami amerykańskiej Agencji Informacji Energetycznej, z których wynikało, że mamy ogromne złoża.

W tegorocznym raporcie amerykańskiej rządowej Agencji Informacji Energetycznej (EIA) o gazie łupkowym zredukowano szacunkowe zasoby tego surowca w Polsce o 20 proc. w porównaniu do ostatniej oceny EIA w 2011 roku. Wówczas agencja oceniła, że w całej Polsce może być 187 bilionów stóp sześciennych gazu z łupków, ale po dotychczas przeprowadzonych wierceniach szacuje, że jest go 148 bilionów stóp sześciennych.

 – Po tych pierwszych optymistycznych danych polscy politycy szybko przystąpili do kontrataku i przygotowania regulacji zmierzających do zgromadzenia pieniędzy na Funduszu Pokoleń i do redystrybucji ich do gospodarstw domowych, podczas gdy tak naprawdę nie mamy żadnych pieniędzy, wprost przeciwnie – musimy je wydać. A tych kolei nie mamy, w związku z tym powinniśmy zachęcać inwestorów, żeby chcieli kontynuować odwierty w Polsce – mówi Tomasz Chmal.

Nowy szef resortu środowiska, Maciej H. Grabowski, zapowiedział przyspieszenie prac nad nowelizacją ustawy Prawo geologiczne i górnicze, regulującą m.in. kwestie gazu łupkowego, zapewniając przy tym, że jej głównym celem ma być przyspieszenie poszukiwań i wydobycia.

 – Chciałbym, żeby prawo było możliwie przyjazne dla inwestorów, którzy mu podlegają. To oni ryzykują swoje bardzo wysokie środki finansowe już na wstępnym etapie – mówił obejmując urząd minister Maciej H. Grabowski.

 – W pierwszej kolejności przed ministrem stoi wyzwanie przywrócenia zaufania inwestorów do branży, wybrania regulacji, które przyspieszają inwestycje. Być może trzeba by jeszcze wrócić do wzorów kanadyjskich, gdzie mają bardzo dobre know-how w tym zakresie, i przygotować takie regulacje, które spowodują nowe otwarcie i nowy impet w poszukiwaniach i rozpoznawaniu gazu łupkowego – mówi Newserii Biznes Tomasz Chmal. – A kwestie fiskalne czy opłat eksploatacyjnych zostawiłbym na później, dopiero jak ten gaz będzie i będzie wiadomo, czym dysponujemy.

Do początku grudnia wykonano w Polsce 51 odwiertów, a żeby ocenić, jakie są zasoby, musi być ich co najmniej 100.  

 – Te odwierty są bardzo kosztowne – ok. 15 mln dolarów za jeden. Jeżeli mówimy więc o kolejnych 100-200 odwiertach, to potrzebne są ogromne pieniądze do wydania, a nie do skorzystania z nich i wydania na inne cele po sprzedaży gazu – zaznacza Tomasz Chmal.

Dziś gaz łupkowy jest wydobywany na skalę komercyjną tylko w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.

Internet przed świętami stał się największym sklepem

W tym roku wartość rynku e-handlu sięgnie 24 mld zł – wynika z analiz firmy PMR. Konsumenci coraz chętniej korzystają nie tylko z witryn internetowych, ale także z możliwości zakupów poprzez urządzenia mobilne, jak smartfony i tablety. Zakupom w sieci sprzyjają też regulacje prawne, umożliwiające zwrot produktu w ciągu 10 dni bez żadnego uzasadnienia. A okresy świąteczne i zwyczaj sprawiania bliźnim prezentów powodują, że przed Bożym Narodzeniem e-sklepy i firmy transportowe mają ręce pełne roboty.

 – Szczególnie duży ruch w sklepach wirtualnych można zobaczyć właśnie przed świętami. W tym roku 44 proc. Polaków zrobi świąteczne zakupy w sieci – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Bucki, specjalista od komunikacji i wykładowca w Wyższej Szkole Bankowej (WSB) w Gdyni. – Święta uważamy za coś bardzo istotnego i chcemy się do nich przygotować. Wszystko zgodnie ze starym przysłowiem „zastaw się, a postaw się”. Dzisiaj najłatwiej „zastawiać się” dzięki kartom kredytowym i sklepom online.

Do niedawna internauci byli przyzwyczajeni, że na dostawę trzeba poczekać kilka dni. Jednak wejście na rynek nowych graczy, wysyp sklepów online spowodował, że część sprzedawców gwarantuje transport już tego samego dnia.

 – Przyzwyczajenia zmieniły się na tyle, że nawet o 10 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem wzrosła liczba świeżych produktów spożywczych kupowanych w sklepach online. Zaczynamy wybierać coraz wygodniej, coraz bardziej świadomie. Oczywiście, nadal dominują wielkogabarytowe produkty – zwykle klienci chcą kupić całą zgrzewkę wody lub zrobić większe zapasy i korzystają z możliwości dostawy bezpośrednio do domu – komentuje wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej.

Wygoda to jedno, ale klienci e-sklepów biorą pod uwagę również ceny – na ogół niższe niż w tradycyjnych punktach.

 – Popularność takich porównywarek cen jak Ceneo czy Nokaut świadczą o chęci kupowania wygodnego, jak najtańszego i najbardziej korzystnego. To „najkorzystniej” może czasem oznaczać „najtaniej”, ale czasem może po prostu oznaczać „najwygodniej, najbliżej i najszybciej” – uważa specjalista od komunikacji w WSB.

Nie brakuje osób, które wciąż nieostrożnie robią zakupy w sieci i dają się nabrać na sztuczki oszustów, ale świadomość e-konsumentów jest coraz większa. Jednocześnie rośnie też zaufanie Polaków do sklepów online. Wskazuje na to coraz rzadziej wybierana opcja płatności za pobraniem.

 – Ta forma jest uważana za bezpieczną, damy pieniądze dopiero, kiedy kurier wręczy nam przesyłkę. Tu odnotowano spadki. Natomiast coraz więcej jest płatności za pomocą takich systemów jak PayPal czy transferów bankowych. To świadczy o tym, że mamy do e-handlu coraz większe zaufanie – podkreśla Bucki.

Handel internetowy nie jest jeszcze tak popularny jak w Wielkiej Brytanii, gdzie w okresie przedświątecznym rośnie o 70 proc., ale ma się bardzo dobrze na tle sąsiednich krajów. W porównaniu z państwami ościennymi Polska notuje tu najwyższe wzrosty we wszystkich kategoriach, począwszy od mody, poprzez artykuły sportowe i na AGD skończywszy. Najczęściej w sieci kupują ludzie młodzi, ale także coraz więcej osób ze starszego pokolenia przyzwyczaja się do nowych form zakupów i płatności.

Instytut Analiz Rynkowych: Konsumenci potrzebują firm pożyczkowych

Firmy pożyczkowe zwykle nie mają najlepszej prasy. Bywają oskarżane o lichwę, wpędzanie klientów w spiralę długów, wykorzystywanie nieświadomości klientów. Jednak, jak podkreśla dr Łukasz Gębski z Instytutu Analiz Rynkowych, to w większości stereotypy, a sektor często jako jedyny umożliwia im regulację pilnych płatności.

 W wielu przypadkach sektor pożyczkowy jest jedynym miejscem, który jest w stanie odpowiedzieć na pilne potrzeby pewnej grupy konsumentów – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Gębski, dyrektor Instytutu Analiz Rynkowych. – Przy wszystkich zastrzeżeniach do metod działania, to jest to sektor pełniący bardzo ważną społeczną rolę dla większości klientów. Przy czym musi być kontrolowany i transparentny – mówi.

Popyt na szybkie pożyczki jest duży, a pożyczkodawcy pożądani na rynku. Dlatego eksperci przestrzegają przed zbytnim przeregulowaniem rynku. Ministerstwo Finansów przedstawiło właśnie poprawiony projekt założeń do nowej ustawy regulującej branżę.

 – Ponad 10 procent osób deklaruje, że miały kontakt z sektorem pożyczkowym. Przede wszystkim interesują się pożyczkami krótkoterminowymi, chwilówkami zaspokajającymi pilne potrzeby. Poszukują środków na nagłe wydatki, na przeżycie kilku dni w razie opóźnienia wypłaty. Znacznie mniej jest osób pożyczających spontanicznie, pod wpływem impulsu chcących zrealizować swoje zachcianki – wyjaśnia ekspert.

Planowane regulacje w zasadzie spotkały się ze zrozumieniem branży, wątpliwości wywołuje kwestia nałożenia limitów kosztów pożyczki. Resort proponuje m.in. nałożenie na firmy limitów kosztów pozaodsetkowych w wysokości połowy wartości pożyczki.

 – Firmy działające w sektorze pożyczkowym chcą budzić większe zaufanie wśród swoich klientów. I nie ma potrzeby wymyślać nowych rozwiązań w zakresie ograniczeń limitów. Kwestie kosztu pieniądza reguluje istniejąca ustawa antylichwiarska, która określa poziom maksymalnych odsetek – uważa szef Instytut Analiz Rynkowych.

Dla całego sektora najważniejsza dzisiaj jest transparentność działania. Chodzi przede wszystkim o przejrzystość umów i edukację ekonomiczną klientów, którzy powinni zachować ostrożność i rozwagę podejmując decyzję o zaciągnięciu pożyczki. Wszystko razem spowoduje, że będą mogli bezpiecznie i komfortowo korzystać z oferty rynkowej.

Dziś nie wiadomo dokładnie, ile spółek oferuje pożyczki, szacunki mówią o kilku lub nawet kilkunastu tysiącach podmiotów.

 – W tak ogromnej masie zawsze znajdą się czarne owce psujące reputację sektora, dlatego mówi się o wielu skargach klientów. Myślę, że w kanale internetowym i wśród największych firm nie ma zjawisk patologicznych – podsumowuje Łukasz Gębski.

Polacy liderem w Europie pod względem platności bezgotówkowych

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej korzystają z płatności bezgotówkowych i stali się liderem w Europie pod względem liczby takich transakcji. Eksperci oceniają, że ten sposób na przyspieszenie płatności będzie szczególnie popularny podczas gorączki przedświątecznych zakupów.

 – Przed Bożym Narodzeniem zakupów jest najwięcej, a my potrzebujemy zrobić je szybko – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksander Naganowski, Business Leader Business Development w Mastercard Europe. – Ponadto karta zbliżeniowa pozbawia nas konieczności przewidywania, ile dokładnie gotówki potrzebuję, rozmieniania na drobne itd.

Płatności zbliżeniowe upowszechniają się w Polsce w szybkim tempie.

 – Wprawdzie nie każdy ma kartę zbliżeniową, ale pod względem liczby transakcji przeprowadzanych przy użyciu PayPass, Polska jest jednym ze światowych liderów. Więc widać, że jak już Polacy dostana kartę zbliżeniową, to z niej korzystają – mówi Naganowski.

Według ekspertów tak też będzie w przyszłym roku. Przede wszystkim dlatego, że rozwijać się będzie sieć akceptacji kart zbliżeniowych. Od następnego miesiąca wszystkie nowe terminale będą musiały być wyposażone w technologię transakcji zbliżeniowych.

Zdaniem Naganowskiego w przyszłym roku nastąpi również dalszy przyrost transakcji zbliżeniowych mobilnych. Według badań MasterCard w przybliżeniu co czwarty internauta, który planuje wymienić telefon w ciągu kolejnych sześciu miesięcy, chce mieć w nowym urządzeniu możliwość płatności zbliżeniowej.

 – Jeśli chodzi o płatności mobilne, jesteśmy na samym początku drogi – mówi Naganowski. – Minął dopiero rok od uruchomienia komercyjnych rozwiązań w tej kwestii. Cieszy nas, że kolejne banki wydają karty zbliżeniowe do telefonów. Prowadzimy też rozmowy z wszystkimi operatorami telefonicznymi i liczymy, że – zgodnie z deklaracjami – dołączą oni do projektu. Wzrost płatności mobilnych jest na razie bardzo szybki i sądzimy, że to początek stabilnego wzrostu w najbliższych latach – dodaje.

Przedstawiciel MasterCard zapowiada, że najpoważniejszym „konkurentem” dla nowej technologii płatności pozostaje wciąż gotówka.

 – Mamy tak dużą ilość gotówki na rynku do wyparcia i zamiany na transakcje bezgotówkowe, że każdy kto oferuje płatności elektroniczne, tak naprawdę idzie w tym samym kierunku, co my – mówi Aleksander Naganowski.

Polacy coraz bardziej przyzwyczajają się do płatności bezgotówkowych. Dotyczy to szczególnie osób młodych, chętnie korzystających z nowych technologii. Powrót do płatności gotówką lub kartą z PIN-em odczuwają jako uciążliwy – wynika z przeprowadzonego przez MasterCard eksperymentu, w ramach którego cztery osoby na 24 godziny pozbawiono możliwości płacenia zbliżeniowego smartfonem lub kartą z opcją zbliżeniową.

W eksperymencie wzięli udział ludzie wykształceni, pracujący, w wieku 27-35 lat, obojga płci i mieszkający w dużych aglomeracjach. Uczestnicy przeprowadzonego przez organizację kart płatniczych badania stwierdzili, że brak możliwości płacenia zbliżeniowego wiąże się z dużym dyskomfortem.

 – Eksperyment był okupiony stresem, brak PayPassa wiązał się z koniecznością myślenia o gotówce, o tym, gdzie ją wypłacić – mówi Aleksander Naganowski. – Jedna z uczestniczek zwróciła uwagę, że kiedy robi zakupy z dziećmi, to często wrzucają one do jej koszyka dodatkowe produkty. Szybkie opuszczenie sklepu jest wtedy głównym problemem, a płatności zbliżeniowe okazują się ocaleniem.

Wyjazdy świąteczne i sylwestrowe coraz popularniejsze wśród Polaków, choć nadal są luksusem

Wyjazd na narty albo do ciepłych krajów stają się alternatywą dla spędzania świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku w rodzinnych domach. Nadal można kupić wycieczki na ten okres. Rosnącą popularnością cieszą się zwłaszcza wyjazdy sylwestrowe. Łączna kwota przeznaczona w tym sezonie na wycieczki krajowe zwiększy się o 29 proc., a na zagraniczne aż o 77 proc.

Z raportu KPMG „Zimowe plany i wydatki Polaków. Święta Bożego Narodzenia, Sylwester i wyjazdy zimowe 2013/2014” wynika, że na zabawy sylwestrowe Polacy przeznaczą o 5 proc. więcej pieniędzy niż w ubiegłym roku. Łączne wydatki wyniosą ok. 9,6 mld zł, a za wzrost odpowiada przede wszystkim rosnąca popularność wyjazdów sylwestrowych wśród zamożnych konsumentów. I mimo,że klienci rezerwują wycieczki na ten okres często już latem, nadal można znaleźć w biurach podroży takie oferty.

 – Możemy zaproponować naszym klientom wyjazdy na święta i Nowy Rok. Są to wyjazdy narciarskie, ale też jest kilka miejsc na Wyspy Kanaryjskie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marzenna Myrcha, kierowniczka biura TUI w Warszawie. – Goście w okresie zimowym często wybierają właśnie ciepłe miejsca – plaże, palmy, morze, przede wszystkim poszukujemy wszyscy słońca, którego nam obecnie tutaj trochę brakuje. 

Popularne wśród klientów TUI od lat popularne są takie kierunki jak Wyspy Kanaryjskie, albo Phuket czy Bangkok w Tajlandii. A także Egipt, Wyspy Karaibskie, Dominikana, Meksyk i Kuba.

 – Coraz częściej klienci rezerwują takie wycieczki dużo wcześniej przed świętami – w sierpniu i we wrześniu, ponieważ te świąteczne wyjazdy cieszą się zawsze największym obłożeniem. I ta tendencja jest wzrostowa – tłumaczy Marzenna Myrcha.

Świąteczny wyjazd może być dobrym pomysłem zwłaszcza dla tych, którzy chcą odpocząć od gorączki przedświątecznych zakupów i przygotowań.

 – Jeżeli już mamy święta wolne, to bardzo dużo czasu spędzamy w kuchni. Kiedy wyjedziemy, zabierzemy całą rodzinę ze sobą na Wyspy Kanaryjskie, do Tajlandii czy na narty, wówczas mamy czas tylko dla rodziny i wszystkie obowiązki związane z zakupami, prezentami, gotowaniem zostają gdzieś w Polsce – podpowiada przedstawicielka biura TUI.

Przyznaje jednak, że wycieczki w okresie świąteczno-noworocznym są droższe niż na przykład w styczniu.

Jak wynika z raportu KPMG, wyjazdy zimowe nadal są luksusem, na który stać stosunkowo niewiele Polek i Polaków. W tegorocznym sezonie, poza okresem świątecznym i Sylwestrem, planuje je tylko 14 proc. dorosłych Polaków, zwykle są to młode i dobrze wykształcone osoby. Według szacunków wydadzą na te wyjazdy łącznie 4 mld zł.

Rynek reklamy w 2014 roku dalej będzie się kurczył. Wzrosty zanotuje głównie reklama w sieci

CEO Magazyn Polska

Czeka nas kolejny trudny rok na rynku reklamy – prognozuje Michał Daniluk z domu mediowego OMD. Wydatki na ten cel mają zmniejszyć się o kilka procent. W ocenie eksperta rozpoczyna się okres agresywnego wzrostu reklamy internetowej. Za kilka lat rynek reklamy będzie wyglądał zupełnie inaczej niż dziś.

To był kolejny trudny rok dla polskiego rynku reklamy. W tym roku zmniejszył się on o około 5-6 proc. i wart był niecałe 6,5 mld zł netto. Według domu mediowego OMD, 2014 rok wcale nie będzie lepszy.

 – Szacujemy, że w przyszłym roku rynek spadnie o kilka procent, jeśli chodzi o całość wydatków reklamowych – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Daniluk, członek zarządu OMD.

Jego zdaniem nie należy spodziewać się szybkiej zmiany tego trendu. Reklamodawcy zauważają, że media offlinowe (telewizja, radio, prasa) w niewielkim stopniu docierają do grupy docelowej.

 – Reklama w internecie pozwala robić to dużo precyzyjniej i w tym chaosie komunikacyjnym wydobywać tych odbiorców, którzy naprawdę nas interesują – mówi Daniluk.  Nie spodziewałbym się, że będziemy mieć do czynienia ze wzrostem rynku reklamowego. On się po prostu stanie bardziej efektywny.

Ekspert wskazuje, że przyszłością jest reklama spersonalizowana. Bardzo dynamicznie będą rosły wydatki na reklamę w internecie, szczególnie dobrze ma rozwijać się segment mobile. Dziś do sieci trafia zaledwie 20 proc. budżetów reklamodawców.

 – Można się spodziewać, że tradycyjne media dalej będą spadać i będą zastępowane przez nowe technologie i nowe sposoby dotarcia z komunikatem do konsumentów – twierdzi rozmówca Newserii Biznes.  To jest bardzo duża zmiana technologiczna, a nie tylko zmiana wydatków reklamowych. Mamy do czynienia z zupełną restrukturyzacją.

Niektóre analizy wskazują, że do końca dekady wydatki na reklamę w internecie będą kilkakrotnie wyższe od budżetów tzw. tradycyjnych mediów.

 – Z naszej obserwacji wynika, że reklama internetowa może potencjalnie prześcignąć reklamy telewizyjne w ciągu kilku lat, może nawet pięciu – prognozuje Michał Daniluk.  Oczywiście, wszystko będzie zależało od tego, w jaki sposób sama telewizja będzie się zmieniać.

Polacy nie oszczędzają na świątecznych prezentach

CEO Magazyn Polska

W tym roku Polacy sięgną głębiej do portfela i nie będą oszczędzać na świątecznych prezentach. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Groupon, co czwarty Polak wyda na prezenty więcej pieniędzy niż przed rokiem, a drobne upominki zastąpi wartościowymi prezentami. Z raportu wynika też, że blisko połowa, zamiast buszować w zatłoczonych sklepach, zdecyduje się na zakupy w sieci.

 – Ponad 40 proc. Polaków kupi prezenty w internecie. Jest to jeden z wyższych wskaźników w Europie i pokazuje, że Polacy dobrze adaptują ideę kupowania przez internet, są smart shopperami, potrafią znaleźć prezenty w dobrej okazyjnej cenie i nie płacą za nie więcej niż powinni – mówi, agencji informacyjnej  Newseria Lifestyle, Artur Bednarz z firmy Groupon.

Drobne upominki są wypierane przez wartościowe prezenty. Na prezenty Polacy wydadzą co prawda więcej ze swoich portfeli niż rok temu, ale obdarują prezentami mniej osób. 

 – Przeprowadzone przez nas badanie pokazało też poziom szczodrości Europejczyków. Brytyjczycy podarują prezenty trzynastu osobom w te święta, my jesteśmy trochę mniej hojni, obdarujemy 6 – 7 osób, chociaż są też osoby, które zadeklarowały, że nawet 20 osób obdarują. Widzimy też wzrost kwot, które zajmują budżety świąteczne w tym roku, coraz wyższa jest grupa klientów, które chcą wydać na prezenty ponad tysiąc złotych i więcej – wyjaśnia Artur Bednarz.

Badania pokazały też, na jakie prezenty liczą mieszkańcy poszczególnych krajów europejskich, a także jak często oddajemy rzeczy, które otrzymaliśmy w prezencie.

 – Ponad połowa Brytyjczyków lubi kupować dziwaczne prezenty, coś zupełnie niepraktycznego. Z kolei ponad połowa Włochów oddaje prezenty, które otrzymali. Przekazują je dalej. W Polsce natomiast tylko kilkanaście procent osób przyznaje się do takiego postępowania – dodaje Artur Bednarz.

Na przedświąteczną ankietę firmy Groupon odpowiedziało ponad 13 tysięcy osób z siedmiu europejskich krajów.

Asseco – umowa z ARiMR na blisko 90 mln

0

Dnia 20 grudnia 2013 roku Asseco Poland zawarło 3,5-letnią umowę z Agencją Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w zakresie utrzymania i rozwoju Systemu Informatycznego Agencji (SIA). Kontrakt o wartości 87 mln zł brutto będzie realizowany przez 41 miesięcy, do końca maja 2017 roku.

Asseco Poland złożyło najkorzystniejszą ofertę w przetargu ogłoszonym przez ARiMR. System Informatyczny Agencji, którego dotyczy umowa, obejmuje Zintegrowany System Zarządzania i Kontroli, znany jako IACS.
W ramach kontraktu Asseco Poland zajmie się również utrzymaniem wielu innych aplikacji, które zbudowało dla Agencji. Należą do nich m.in. system obsługujący dopłaty związane z Programem Rozwoju Obszarów Wiejskich oraz platforma umożliwiająca udostępnianie danych gromadzonych przez ARiMR instytucjom zewnętrznym, a także moduł do składania przez rolników wniosków o dopłaty za pośrednictwem Internetu.

– Dotychczas współpracowaliśmy z Agencją jako podwykonawca HP. Obecnie będziemy kontynuować współpracę w podobnym zakresie, z tym że nasi specjaliści przejmą opiekę także nad hurtownią danych i środowiskiem produkcyjnym. Myślę, że zasoby informatyczne Agencji są w rękach doświadczonych specjalistów, żeby nie powiedzieć – najlepszych w Polsce znawców tego zagadnienia – mówi Witold Malina, dyrektor Pionu Rolnictwo, Asseco Poland.

Asseco Poland rozpoczęło budowę SIA w 2001 roku i od tego czasu nieprzerwanie zajmuje się utrzymaniem i rozwojem kluczowych aplikacji w ARiMR. IACS to jeden z najbardziej złożonych systemów w polskiej administracji. Korzysta z niego blisko 6,5 tys. użytkowników, którzy w ponad 300 lokalizacji Agencji obsługuje łącznie 1,3 mln dokumentów wejściowych miesięcznie. Rozmiar baz danych Agencji w połowie 2013 roku zbliżył się do 7 TB.

 

Komentarz Pawła Durjasza nt. danych o produkcji w listopadzie

Tempo wzrostu produkcji sprzedanej przemysłu okazało się listopadzie wyższe od oczekiwań, wynosząc 2,9% r/r wobec 4,4% r/r w październiku. Tegoroczny listopad liczył jednak dwa dni robocze mniej w stosunku do ubiegłorocznego. Po skorygowaniu danych o czynniki sezonowe, przy uwzględnieniu różnicy w liczbie dni roboczych, roczna dynamika produkcji sprzedanej wzrosła do 4,4% r/r wobec 3,8 % r/r w październiku. Od czerwca odsezonowana produkcja rośnie w skali roku, a uśrednione tempo jej wzrostu powoli przyspiesza. Warto przy tym zauważyć, że dynamika produkcji w przetwórstwie przemysłowym była wyższa w stosunku do dynamiki ogólnego wskaźnika produkcji. Hamująco wpływał nań natomiast spadek produkcji w dziale „wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, parę wodną i gorącą wodę” – prawdopodobnie ze względu na stosunkowo ciepły w tym roku listopad.

W samym listopadzie poziom odsezonowanej produkcji sprzedanej przemysłu obniżył się nieznacznie w stosunku do października (-0,3% m/m). Widoczna od początku 2013 r. tendencja wzrostu produkcji pozostaje jednak zachowana, pomimo lekkiego przyhamowania w ostatnich dwóch miesiącach.

W październiku i listopadzie przyspieszył także proces podnoszenia się produkcji budowlano-montażowej po głębokim spadku jaki miał miejsce pomiędzy lutym 2012 a majem 2013 r. W listopadzie wzrosła ona (dane odsezonowane) o 3,9% m/m, po wzroście o 2,3% m/m w październiku. Poziom tej produkcji jest jednak ciągle niższy o 17,7% w stosunku do początku 2012 r. Roczna dynamika odsezonowanej produkcji budowlano-montażowej wzrosła w listopadzie do -4,2% r/r wobec -6,1% r/r w październiku.

Dzisiejsze dane wpisują się w obraz poprawy koniunktury w polskim przemyśle przetwórczym. Badania koniunktury wskazują ostatnio na dość silny wzrost nowych zamówień, w tym krajowych. W grudniu wyraźnie wzrósł wskaźnik koniunktury PMI w niemieckim przemyśle przetwórczym. Warunki dla dalszego wzrostu produkcji przemysłowej pozostają zatem sprzyjające. Cieszy także przyspieszenie wzrostu produkcji w budownictwie, choć jest ona ciągle niższa w stosunku do analogicznego miesiąca poprzedniego roku. Wydaje się, że dynamika PKB w IV kwartale może wynieść ok. 2,4%r/r –2,5% r/r.

Paweł Durjasz,
Główny Ekonomista PZU

Ponad 2 mln listów dziennie w okresie przedświątecznym

W grudniu liczba listów opracowywanych w warszawskiej sortowni rośnie średnio o 50% w stosunku do pozostałych miesięcy w roku. Dwukrotnie wzrasta też liczba paczek, którymi przesyłane są towary zamówione w sklepach internetowych. Większy ruch w placówkach i sortowniach Poczty Polskiej rozpoczyna się już w połowie listopada.

W okresie przedświątecznym w warszawskim WER (węzeł ekspedycyjno-rodzielczy) opracowywanych jest około 2 mln listów i ok. 60 tysięcy paczek dziennie. Jeden z największych węzłów, w których sortuje się i rozdziela przesyłki obsługuje w najgorętszym okresie nawet do 3 milionów przesyłek dziennie. W zwykłym okresie opracowywanych jest około 1,5 mln listów dziennie do odbiorców w kraju i 140 tys. listów za granicę.

Poczta Polska prowadzi także statystyki ogólnopolskie. Specjalnie przygotowany wskaźnik zakupowej gorączki przedświątecznej – Barometr Świąteczny Poczty Polskiej – publikowany jest na witrynie barometrswiateczny.pl i pokazuje, jak rośnie liczba wysyłanych za pośrednictwem spółki paczek w skali kraju. Ostatni odczyt Barometru (za tydzień 9-15 grudnia) wskazywał poziom 165,51 proc., co oznacza, że Polacy wysłali o ponad 65 proc. więcej paczek, niż zwykle.

Największy ruch w 14 centrach logistycznych Poczty Polskiej jest w godzinach wieczornych i w nocy, kiedy wysłane przez klientów paczki i listy są przywożone do sortowania i rozesłania do adresatów. W tych godzinach szczytu tylko w warszawskim centrum pracuje 2 tysiące osób w systemie czterozmianowym. WER w Warszawie to największa sortownia w Europie Środkowo– Wschodniej.

Szybciej, sprawniej, bezpieczniej

Poczta Polska rozstrzygnęła przetarg na maszyny rozdzielcze do sortowania standardowych przesyłek listowych. Inwestycja związana jest z realizacją strategii Poczty Polskiej, której kluczowym elementem jest poprawa jakości usług i obsługi klientów. Nowy park maszynowy przyczyni się do poprawy terminowości i bezpieczeństwa obrotu pocztowego.

Inwestycja ta to kolejny etap umaszynowienia podstawowych węzłów w sieci pocztowej. Dotychczas maszyny rozdzielcze funkcjonowały w WER-ach w Krakowie, Łodzi, Komornikach i w Warszawie. Nowe maszyny zostaną zainstalowane we Wrocławiu, Pruszczu Gdańskim, Zabrzu (2 maszyny), Lisim Ogonie oraz w Warszawie (3 maszyny). Są one przystosowane do rozdziału maszynowego przesyłek standardowych czyli przysłowiowej przesyłki średniej wielkości. Ich instalacja spowoduje m.in.: poprawę terminowości przebiegu przesyłek, zwiększenie bezpieczeństwa obrotu pocztowego, łączenie obszarów obsługi węzłów oraz uzyskanie potencjalnych oszczędności.

Inwestycja jest związana z jednym ze strategicznych priorytetów Spółki, którym jest poprawa jakości usług i obsługi klienta, a która mierzona jest m.in. wskaźnikami terminowości. Do najważniejszych zalicza się właśnie unowocześnianie węzłów ekspedycyjno – rozdzielczych. Poprawa terminowości przebiegu przesyłek w Poczcie Polskiej możliwa jest dzięki udoskonalaniu zaplecza logistycznego. Firma dokonuje szeregu inwestycji w infrastrukturę oraz zmian na poziomie logistycznym, które już dziś przynoszą wymierne korzyści.

Nowe placówki

Aby ułatwić Klientowi dostęp do usług Poczty Polskiej, od początku roku spółka wprowadziła nowy model sieci. Profesjonalna obsługa, łatwy dostęp do usług i przyjazna atmosfera to cele jakie stawia sobie Poczta Polska, zmieniając placówki pocztowe. Oddziały mają nowoczesny wystrój i nową wizualizację. Nowe placówki mają wydzielone strefy: pocztową (listy, paczki, wpłaty i wypłaty), bankowo-ubezpieczeniową (konta, lokaty, polisy), handlową (np. kartki pocztowe czy prasa) i samoobsługową. Taki podział rozszerza i poprawia funkcjonalność dla klientów. Dzięki temu, placówka staje się czymś więcej niż tylko miejscem do wysłania i odbierania korespondencji. Klienci będą mogą w nich otworzyć konto, kupić polisę, a w strefie samoobsługowej własnoręcznie nadać przesyłkę czy odebrać list polecony.

E-poczta

Równocześnie Poczta Polska przenosi swoją działalność do Internetu. Z badań, jakie na zlecenie spółki przeprowadziła Homo Homini w lipcu br. wynika, że dziewięć na dziesięć młodych osób, w wieku 18-24 lat, chce wykorzystywać Internet w sprawach związanych z usługami masowymi. Odpowiadając na to zapotrzebowanie w listopadzie br., wprowadzono nową markę – Envelo. To narzędzie, które pozwala na korzystanie z usług pocztowych w każdym miejscu i o każdej porze. Klienci Poczty Polskiej mogą w Internecie kupić i wydrukować znaczki pocztowe, wysłać listy lub kartki, które w papierowej formie dostarczy listonosz. Za wdrożenie odpowiedzialna jest spółka Poczta Polska Usługi Cyfrowe.

Blisko co trzeci Polak nie martwi się, ile wyda na święta

Boże Narodzenie i Nowy Rok to zwyczajowo czas świętowania z bliskimi, ale i czas refleksji – takiej, która może odbić się na naszych przyszłych decyzjach finansowych. Z badania „Finansowy Barometr ING” wynika, że 29% Europejczyków nie przejmuje się wielkością wydatków świątecznych. Polacy pod tym względem odpowiadali zgodnie ze średnią europejską (wyliczoną na podstawie odpowiedzi z 12 krajów Unii Europejskiej). Najwyższy odsetek zanotowano w Rumunii (46%) a wyjątkowo niski w Holandii (16%) oraz Luksemburgu i Czechach (18%).

Takie zachowanie nie zawsze jest jednak zdrowe z punktu widzenia domowych finansów. Wśród osób przyznających, że ubiegłoroczne święta sfinansowali z pożyczki, połowa deklaruje, że w tym roku wyda na nie więcej niż poprzednio. Trudno zakładać, że chodzi o osoby, które jeszcze rok temu były bezrobotne, ale w międzyczasie znalazły pracę i dlatego mogą sobie pozwolić na więcej.

Osoby, które przed rokiem sfinansowały święta bez zadłużania się, podeszły do tegorocznych wydatków ostrożniej – jedynie co dziesiąta zadeklarowała zwiększenie wydatków w stosunku do 2012 roku. Większe wydatki planowało przeciętnie 14% Europejczyków. W Polsce ten odsetek wyniósł 16%, choć jeszcze rok temu tak odpowiedziało 22% Polaków.

Pieniądze to gorący temat postanowień noworocznych. Czterech na pięciu uczestników badania (79%) mających postanowienia noworoczne zadeklarowało, że dotyczą one pieniędzy. W Polsce odsetek ten wyniósł 71%. W Europie wśród finansowych postanowień na następny rok najczęściej wymieniana była deklaracja oszczędzania więcej (38%). W Polsce najczęściej wskazywana była natomiast chęć zmniejszenia zadłużenia (35%), podobnie w Czechach i Turcji. Z kolei mieszkańcy Rumunii i Luksemburga najczęściej deklarowali zamiar ściślejszego kontrolowania wydatków.

Wśród ankietowanych pojawiały się także sporadyczne opinie, że po okresie zaciskania pasa i kumulowania oszczędności w przyszłym roku chcieliby pozwolić sobie na więcej. Według nas 2014 będzie właśnie takim rokiem odchodzenia konsumentów od ostrożnościowego trybu zarządzania budżetem domowym do takiego, który przyzwala na chociaż część wstrzymywanych większych wydatków.

Badanie „Finansowy Barometr ING” zostało zrealizowane w październiku i listopadzie 2013 r. na grupie 12637 respondentów w 13 krajach, w tym 1008 z Polski (Polska, Austria, Francja, Włochy, Belgia, Wielka Brytania, Luksemburg, Holandia, Hiszpania, Niemcy, Turcja, Rumunia, Czechy). Badanie zostało zrealizowane na zlecenie Grupy ING przez IPSOS metodą CAWI.

MCI Management prognozuje zwiększenie wartości aktywów i inwestycji w 2014 r.

0

MCI, czołowa Grupa technologicznych funduszy typu PE/VC w Europie Środkowo-Wschodniej, przewiduje w 2014 r. zwiększenie wartości aktywów netto na akcję do poziomu 16,50 zł a wartości nowych inwestycji do co najmniej 305 mln zł.

Po bardzo udanych trzech kwartałach 2013 r. i rekordowych w historii funduszu wynikach finansowych, w dniu 18 grudnia 2013 r. Zarząd MCI Management podał do publicznej wiadomości prognozę podstawowych wskaźników na 2014 r. Projekcja finansowa zakłada wzrost wartości aktywów netto na akcję do poziomu 16,50 zł. MCI przewiduje również, że skala inwestycji realizowanych przez fundusze wchodzące w skład Grupy Kapitałowej wyniesie do końca 2014 r. nie mniej niż 305 mln zł.

– Sprzyja nam otoczenie rynkowe. Cyfrowa gospodarka jako całość, a w szczególności jej segmenty, którymi jesteśmy najbardziej zainteresowani inwestycyjnie, mają imponujący potencjał wzrostu. Mamy pomysł i możliwości finansowe, by na tych wzrostach zbudować wartość dla naszych akcjonariuszy – skomentował Tomasz Czechowicz, Partner Zarządzający MCI Management. Patrząc na prognozowane wzrosty dla spółek działających w takich segmentach jak media cyfrowe i e-commerce, nasze prognozy można ocenić jako konserwatywne – dodał.

Prognozy zostały sporządzone przy założeniu, że stopień realizacji tzw. priorytetów dla Grupy Kapitałowej na 2014 r. wyniesie nie mniej niż 50% w stosunku do przyjętego planu. Duże znaczenie dla wykonania prognozy będzie mieć planowane na I półrocze 2014 r. IPO spółki zależnej Private Equity Managers SA. Zarząd funduszu zakłada również dobrą koniunkturę na giełdzie i wzrost polskiego PKB o minimum 2% w 2014 r.

Przy okazji publikacji prognozy MCI Management przedstawił również ramy zaktualizowanej strategii inwestycyjnej. Dostrzegając dynamikę rozwoju i bardzo dobre perspektywy stojące przed branżą internetową, MCI w centrum swojego zainteresowania postawił firmy, które w różnym stopniu rozwijają swój model biznesowy w oparciu o możliwości, jak daje Internet. Zaktualizowana strategia inwestycyjna funduszu opiera się na trzech filarach wzrostu:

1) Inwestycjach w tzw. digital disruption

MCI rozważa i realizuje inwestycje w czyste modele internetowe (tzw. pure players). Największe wzrosty prognozuje dla spółek działających w segmentach: media cyfrowe, ecommerce, marketplaces, Fintech, Internet of Things, Software as a Service, cloud computing, mobilny internet oraz rozrywka cyfrowa.

2) Inwestycjach w tzw. digital ecosystem

MCI bierze pod uwagę inwestycje w spółki działające na rynku rozwoju infrastruktury internetowej, takie jak telekomy i centra gromadzenia danych.

3) Inwestycjach w tzw. digital adaptation

MCI wspiera inwestycyjnie spółki, które po osiągnięciu wiodącej pozycji w tradycyjnej gospodarce, mają ambicje aby wspiąć się na poziom europejski i globalny dzięki wykorzystaniu możliwości Internetu. Fundusz poszukuje spółek, które mają potencjał osiągnięcia sukcesu na miarę takich polskich czempionów jak Empik.com, mBank i GPW.

Po trzech kwartałach br. Grupa MCI Management zanotowała 170,5 mln zł skonsolidowanego zysku netto wobec 31,8 mln zł przed rokiem. Suma aktywów Grupy wzrosła o 16 proc. do 907 mln zł z 780 mln zł na koniec 2012 roku. W ciągu 9 miesięcy 2013 r. aktywa netto wzrosły w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego o 142 mln zł do ponad 747 mln zł, co daje wzrost o ponad 15 proc.  r/r. Aktywa pod zarządzaniem Grupy MCI zgodnie z oczekiwaniami zarządu po raz pierwszy w historii przekroczyły 1 mld zł i wynoszą obecnie  1 mld 51 mln zł.

Pozytywna ocena potencjału i perspektyw stojących przed spółkami portfelowymi MCI Management skłoniła analityków domu maklerskiego Noble Securities do wystawienia rekomendacji KUPUJ i ustalenia ceny docelowej w horyzoncie 9-miesięcznym na poziomie 13,56 zł. Ponieważ cena akcji w dniu wydania rekomendacji wynosiła 10,22 zł, potencjał wzrostowy kursu akcji MCI został określony na 33%.

Synthos S.A. łączy siły z Harwick Standard Distribution Corporation

Synthos S.A.Synthos S.A., jeden z wiodących europejskich producentów kauczuku syntetycznego łączy siły z Harwick Standard Distribution Corporation z siedzibą w Akron

Synthos S.A., (www.synthosgroup.com) jeden z największych europejskich producentów kauczuku syntetycznego ogłosił strategiczny sojusz handlowy z Harwick Standard Distribution Corporation z siedzibą w Ohio, USA na dystrybucję kauczuku butadienowo-styrenowego (SBR) i kauczuku butadienowego (BR) Synthos na obszarze Stanów Zjednoczonych i Kanady.

Wybór kluczowego partnera dla naszych kauczuków SBR w Ameryce Północnej stanowił bardzo ważną decyzję dla Synthos i przed wybraniem Harwick Standard Distribution przeprowadziliśmy szeroko zakrojone badania różnych dystrybutorów – stwierdził Sim Elman, Dyrektor Pionu Sprzedaży Kauczuków Syntetycznych Synthos. – Doskonała reputacja Harwick w branży kauczukowej oraz ich model dystrybucyjny idealnie odpowiada potrzebom Synthos.

Synthos jest największym europejskim producentem SBR, o zdolności produkcyjnej 280.000 ton na rok kauczuku butadienowo-styrenowego na bazie emulsji (E-SBR), posiadającym zakłady produkcyjne w Polsce i Republice Czeskiej.

Synthos posiada również zlokalizowaną w Czechach fabrykę kauczuku butadienowego na katalizatorze neodymowym o wydajności 80.000 ton oraz zakład produkcji kauczuku butadienowo-akrylonitrylowego (NBR) i kauczuku wysokostyrenowego (HSR) w Polsce.

Przedsiębiorstwo otworzy swój pierwszy zakład produkcji kauczuku styrenowo-butadienowego otrzymywanego metodą rozpuszczalnikową (S-SBR), o wydajności  90.000 ton rocznie. Instalacja jest aktualnie budowana w Oświęcimiu i będzie oddana do eksploatacji w 2015 r.

Przedsiębiorstwo jest znane na całym świecie z dostarczania najwyższej jakości zaawansowanych produktów technologicznych.

Harwick Standard (www.harwickstandard.com) ma za sobą ponad 80 lat realizacji usług dla sektora kauczukowego, termoplastów i innych dziedzin związanych z polimerami. Harwick Standard jest organizacją mającą siedzibę w Akron, Ohio. Przedsiębiorstwo posiada certyfikat ISO 9001, obsługuje ogólnokrajową sieć dystrybucji dostarczającą produkty pochodzące od ponad 30 renomowanych producentów. Harwick Standard szczyci się członkostwem w National Association of Chemical Distributors (NACD) [Krajowe Stowarzyszenie Dystrybutorów Chemicznych] i realizuje Proces Odpowiedzialnej Dystrybucji NACDSM.

Komentując porozumienie zawarte między obydwoma przedsiębiorstwami, Prezes Zarządu Synthos Tomasz Kalwat powiedział: Synthos przez długi czas rozpoznawał potencjał rozwoju na rynku USA i związał się z Harwick Standard w celu wprowadzania na rynek i dystrybucji pełnego portfela produktów Synthos: E-SBR, NdBR i S-SBR dla producentów nieoponiarskich i wybranych przedsiębiorstw oponiarskich. Widzimy Amerykę Północną jako niezwykle ważny rynek dla naszego rozwoju. Fakt, że jesteśmy pionowo zintegrowani z naszym zaopatrzeniem w monomery, pozwala zagwarantować nieprzerwane dostawy produktów dla naszych klientów. Synthos wykorzysta rozległą sieć magazynów Harwick Standard. Ponadto, rozmiary naszego przedsiębiorstwa pozwalają nam na budowanie zaufania i lojalności klientów oraz ugruntowanie naszej pozycji jako ogólnoświatowego strategicznego dostawcy polimerów.

Prezes Zarządu Harwick Standard, Ernie Pouttu powiedział: Harwick podchodzi z dużym entuzjazmem do partnerstwa z Synthos. Synthos jest znany na całym świecie jako lider produkcji najwyższej jakości wysokowartościowych  polimerów i w sposób naturalny odpowiada Harwick Standard. Zgodnie z naszą nazwą, wyznaczamy standard w branży poprzez nasz model dystrybucji, koncentrując się na naszych klientach w celu zapewnienia im najwyższej jakości produktów i wsparcia w możliwie jak najbardziej efektywny sposób. Nasze partnerstwo z Synthos pomoże nam w osiąganiu tego celu.

Stelmet tworzy nowe miejsca pracy – będzie zatrudniał ponad 1 100 osób

Stelmet, firma zajmująca się produkcją drewnianej architektury ogrodowej, zatrudni 60 wykwalifikowanych pracowników. Znajdą oni pracę w zakładach w Zielonej Górze, Jeleniowie i Lubięcinie. Dynamiczny rozwój firmy sprawia, że jest ona jednym z głównych pracodawców w województwie lubuskim. Stelmet wraz z nowo przyjętymi do pracy będzie zatrudniał ponad 1 100 osób.

Firma planuje zatrudnić wykwalifikowanych pracowników do obsługi obrabiarek, wielopił, formatówek oraz innych
urządzeń potrzebnych do produkcji asortymentu architektury ogrodowej.

– Największe szanse na zatrudnienie mają osoby, które pracowały w branży i mają wiedzę i umiejętności z zakresu obsługi, ustawiania parametrów nowoczesnych maszyn do obróbki drewna – komentuje Sławomir Jankowski, Dyrektor Personalny Stelmet.

Jednym z głównych powodów zwiększenia zatrudnienia jest wzrost popytu na architekturę ogrodową, której roczna produkcja sięga 100 mln euro, a 95 proc. trafia na eksport, głównie do Niemiec i Francji. Na rok 2014 prognozowany jest kolejny wzrost sprzedaży, co wiąże się między innymi z niedawno uruchomioną linią do produkcji i impregnacji elementów drewnianych w wielu kolorach. Do tej pory płoty, pergole czy altany były wykonywane jedynie w kolorach zielonym i brązowym. Do siedziby firmy trafiały sygnały, że ta paleta jest zbyt uboga, dlatego dostosują się do potrzeb klientów Stelmet poszerzył asortyment.

Stelmet to nie tylko architektura ogrodowa, ważnym filarem działalności firmy jest produkcja pelletu – ekologicznego paliwa wytwarzanego z odpadów drewnianych, spółka produkuję także energię elektryczną.
– Inwestycje w Stelmecie są niezmiernie istotne, spółka która wyrosła z rodzinnego kapitału dzięki innowacjom należy dziś do największych i najbardziej nowoczesnych w branży drzewnej w całej Europie – komentuje Przemysław Bieńkowski wiceprezes Stelmet sp. z o.o. S.K.A.

Piotr Królikowski nowym członkiem zarządu w Provident Polska

piotr krolikowskiPiotr Królikowski jest menedżerem, który posiada ponad 18. letnie doświadczenie w pracy dla liderów rynku finansowego. Ostatnio pełnił funkcje prezesa PTE Nordea, a wcześniej – wiceprezesa Banku BPH odpowiedzialnego za bankowość detaliczną. Był członkiem zarządu w Deutsche Bank PBC, gdzie od podstaw budował biznes Consumer Finance, a także – przez szereg lat – pracował w Banku Millennium. Tworzył w Polsce biznes Svenska Handelsbanken oraz odpowiadał za połączenie Banku Austria Creditanstalt z Powszechnym Bankiem Kredytowym. W bankach oraz towarzystwie emerytalnym zajmował się różnymi dziedzinami, był odpowiedzialny m.in. za wdrażanie strategii, dystrybucję, marketing, produkty, compliance, operacje i IT.

„W Providencie będę wraz z zespołem odpowiedzialny za zarządzanie i rozwój jednej z największych sieci sprzedaży bezpośredniej w Polsce, a także zapewnienie najwyższej jakość obsługi ponad 825 tysięcy klientów, którzy korzystają z usług firmy. Provident to obecnie niezwykle silna marka, która już osiągnęła bardzo wiele na rynku i jestem głęboko przekonany, że wciąż ma bardzo duży potencjał wzrostu i dotarcia do nowych grup klientów. ” – mówi Piotr Królikowski.

Piotr Królikowski ma 46 lat, jest absolwentem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego i Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Studiował też na Albert Ludwigs Universität we Fryburgu (Niemcy) oraz ukończył Advanced Management Programme INSEAD w Fontainebleau (Francja). Jest żonaty i ma dwóch synów. Interesuje się kulturą śródziemnomorską, w szczególności Włoch, muzyką i sztuką baroku, a także psychologią biznesu, zwłaszcza ekonomią behawioralną.

ATM S.A. rozpoczyna budowę biurowca w ramach projektu Centrum Innowacji

W dniu 3 grudnia 2013 roku Spółka podpisała umowę na wybudowanie i wyposażenie nowego budynku biurowego. Sześciopiętrowy budynek o powierzchni całkowitej ponad 4300 m kw., z podziemnym i nadziemnym garażem, powstanie na terenie największego w Polsce kampusu telekomunikacyjnego w Warszawie, zlokalizowanego na warszawskim Grochowie blisko kluczowych ciągów komunikacyjnych miasta, z dogodnym dojazdem do obu warszawskich lotnisk. Atrakcyjny architektonicznie projekt i dobry współczynnik naświetlenia pomieszczeń biurowca pozwala na dowolną aranżację wnętrza biurowego w formie wydzielonych pokoi lub otwartej przestrzeni biurowej (tzw. open space).

Kampus CD ATMAN obejmuje jeden z największych w Polsce zespół budynków serwerowni o łącznej powierzchni 4300 m kw. (w trakcie rozbudowy do 10 000 m kw.) i dostępnej mocy zasilania 26 MW. Dzięki sąsiedztwu centrum danych i połączeniu z siecią światłowodową ATMAN budynek będzie miał zapewnione najwyższe bezpieczeństwo energetyczne, i niezawodną, szerokopasmową łączność do wielu operatorów telekomunikacyjnych. Podobnie jak w centrach danych, w budynku biurowym będzie można również wydzielić strefy kontrolowanego dostępu.

Bliskość CD ATMAN i wyjątkowa infrastruktura techniczna i telekomunikacyjna powodują, że nowy budynek powinien być szczególnie atrakcyjnym miejscem dla organizacji opierających swój biznes na nowoczesnej technologii informacyjnej — takich jak centra usług IT, dostawcy usług cloud computing, działy IT i centra rozwojowe dużych firm, start-upy technologiczne. Przestrzenie biurowe wraz z zapleczem technicznym będą mogły zostać też wykorzystane do tworzenia Zapasowych Centrów Operacyjnych (Disaster Recovery Centers/Offices) w ramach zapewnienia ciągłości działania (BCP — Business Continuity Procedures) dla dużych organizacji.

Budynek biurowy jest częścią projektu Centrum Innowacji ATM, wspartego dofinansowaniem ze środków publicznych w ramach działania 4.5 Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka 2007–2013. Oddanie obiektu do użytku planowane jest na IV kwartał 2014 r.

Podsumowanie 2013 r. w branży budowlanej

Ostatnie lata, w tym rok 2013, nie były najpomyślniejszym okresem dla rynku budowlanego w ogóle. Wciąż mocno odczuwalne są długofalowe skutki światowego kryzysu gospodarczego. Jednak są sektory branży, które z kłopotów wychodzą szybciej: jednym z nich jest nowoczesna automatyka.

Trzeba powiedzieć, że rok 2013 był dla producentów automatyki dość korzystny. Pomimo powszechnej depresji branży budowlanej w kraju i na świecie, niektórzy gracze obecni na polskim rynku zanotowali wzrost sprzedaży w stosunku do roku ubiegłego. Co spowodowało taki stan rzeczy? Z pewnością nie były to korzystne warunki atmosferyczne. Mroźna i przede wszystkim długa zima spowodowała nienajlepsze wyniki branży w pierwszym kwartale. Dzięki rosnącej świadomości inwestorów na temat rozwiązań przyszłościowych i ogólnej poprawie rynkowych nastrojów, dla wielu trend zaczął się odwracać. W końcu nie sztuką jest zarabiać w okresie prosperity, sztuką jest zarabiać wtedy, gdy inni tracą.

Przekuć minus na plus

Jakie produkty cieszyły się największym zainteresowaniem? – W naszym przypadku doskonale sprzedawały się m.in. nowatorskie systemy parkingowe. Zaobserwowaliśmy dwukrotnie wyższe wyniki sprzedaży w porównaniu do roku poprzedniego i w tym też sektorze upatrujemy świetnych perspektyw na rok następny – przyznaje Piotr Wiśniewski, dyrektor generalny FAAC Polska. Pomimo mniejszej, niż sprzed roku 2008 ilości inwestycji, polska branża budowlana zdaje się pomału wychodzić z zapaści gospodarczej. Z jednej strony spadki są coraz mniejsze, z drugiej – budujemy coraz inteligentniej i w zgodzie z zachodnimi trendami. – Nowo powstające osiedla mieszkaniowe, biura czy hotele niemal zawsze wyposaża się w system kontroli dostępu (bezpłatnego lub płatnego). Począwszy od prostego szlabanu otwieranego za pomocą pilota, przez zastosowanie bardziej estetycznych (pod względem architektonicznym) słupków hydraulicznych czy sytemów automatycznej kontroli dostępu przy użyciu kart zbliżeniowych, kończąc na płatnych systemach parkingowych. Należy zwrócić uwagę, że w miastach konsekwentnie zwiększa się ilość samochodów i ubywa bezpłatnej przestrzeni do parkowania. Powoduje to u mieszkańców i włodarzy posesji komercyjnych potrzebę tworzenia prywatnych, odgrodzonych od osób niepożądanych miejsc, w których można zaparkować samochód i chęć, gdziekolwiek jest to możliwe, sięgania do kieszeni kierowców – wyjaśnia Piotr Wiśniewski.

Automatyka na czasie

Czołowi producenci prześcigają się obecnie w propozycjach udogodnień technologicznych. Wpisuje się to niejako w trend domów inteligentnych, gdzie pewne czynności przejmują od nas mechanizmy elektroniczne. I tak, tradycyjne piloty, które przez lata stanowiły jedyne akcesorium do otwierania bram, na bieżąco doczekują się kolejnych usprawnień oraz alternatyw. Przykładem są klawiatury radiowe, które otworzą nam podwoje po wpisaniu odpowiedniego kodu, czy karty dostępu znajdujące zastosowanie w zakładach produkcyjnych i na prywatnych osiedlach. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się nowe funkcje, gdzie dostęp do obiektu możemy uzyskać przy pomocy specjalnej centrali sterującej systemem dostępu (automat do bramy, szlaban, słupek itp.), współpracującej z aplikacją na smartfona, systemy fotokomórek reagujące np. na cofnięcie samochodu oraz napędy zapamiętujące maksymalne wychylenie skrzydeł bramy.

Branża automatyki stoi nieco w opozycji do ogólnej kondycji rynku budowlanego. Trendy mieszkaniowe, zmiany zachodzące w przestrzeniach urbanistycznych, stałe podnoszenie jakości swych produktów przez markowych producentów oraz coraz większa otwartość użytkowników na zmiany i nowinki technologiczne każą spoglądać na przyszłość tego sektora z umiarkowanym optymizmem – podsumowuje kondycję branży Piotr Wiśniewski.

Koniec z kredytami hipotecznymi bez własnego udziału finansowego

Od 2014 roku zacznie obowiązywać wymóg przynajmniej 5% wkładu własnego. Tym samym osoby bez oszczędności nie będą już mogły uzyskać kredytu hipotecznego. Rekomendacja S, która wprowadza zmiany, zabrania też udzielania kredytów hipotecznych na okres dłuższy niż 35 lat.

Marzenia o własnym domu – bez względu na to, czy chodzi o mieszkanie w bloku, czy dom z ogródkiem – od nowego roku będzie niektórym osobom trudniej ziścić. Od stycznia 2014 roku nowa Rekomendacja S wprowadza bowiem wymóg posiadania 5% wkładu własnego.

Mimo to – jak zapewnia ekspert z Grupy mBank, Jakub Królikowski – „popyt nie powinien spaść, ponieważ większość kredytobiorców, mimo braku możliwości kredytowania w 100%, posiada wkład własny. Statystyki pokazują, że średni poziom LtV kredytu to jest około 80%, co oznacza, że średnio nasi klienci mają 20% wkładu własnego. Jeżeli ktoś nie posiada wkładu własnego, a będzie spełniał kryteria programu Mieszkanie dla Młodych, będzie mógł środki na wkład własny pozyskać z tego programu.”

Jeśli jednak nie wpisujemy się w kryteria Mieszkania dla Młodych, Komisja Nadzoru Finansowego zezwala na uznanie za wkład własny wartości gruntu, na którym ma być posadowiony budynek stanowiący przedmiot kredytowania. Według nowych przepisów do lamusa przechodzą również kredyty hipoteczne z długoterminowym okresem kredytowania. W myśl Rekomendacji S, kredyt hipoteczny będzie można zaciągnąć na maksymalnie 35 lat.

Jednym z ważnych elementów wymaganych przez bank przy udzielaniu kredytu hipotecznego jest ubezpieczenie kredytowanej nieruchomości. Jak podkreśla Agata Grygorowicz, Dyrektor ds. Sprzedaży Bancassurance w Proama „Jednym z zabezpieczeń kredytu hipotecznego jest cesja z praw polisy dotyczącej ubezpieczenia nieruchomości. Co roku klienci banku muszą w odpowiednim czasie odnowić ubezpieczenie i dostarczyć cesję. […]Na rynku dostępne są rozwiązania z dłuższym okresem ubezpieczenia np. trzyletnim.”

Wymagany przez bank zakres ubezpieczenia to zazwyczaj ubezpieczenie murów od ognia i innych zdarzeń losowych. Często jednak potrzebujemy też ubezpieczenia ruchomości domowych oraz elementów stałych. W takiej sytuacji warto rozważyć zawarcie dwóch oddzielnych umów ubezpieczenia – radzi Agata Grygorowicz.