Zmiany w kredytach studenckich. Wnioski będzie można składać przez cały rok

0

Zmiany w kredytach studenckich. Wnioski będzie można składać przez cały rok 1

Kredyt studencki – ze względu na niskie oprocentowanie i długi okres spłaty – pozostaje najbardziej atrakcyjną formą finansowania zewnętrznego dla studentów i doktorantów. Od tego roku na studentów czekają ułatwienia – po pierwsze, nie muszą już składać wniosków do 20 października, bo nabór prowadzony jest w trybie ciągłym, po drugie, nie muszą już przygotowywać formularzy papierowych, bo mogą wnioskować online.

– Najważniejszą zmianą w kredytach studenckich wprowadzoną w 2019 roku jest możliwość składania wniosków w systemie ciągłym zamiast w akcjach kredytowych jak było dotychczas. Od złożenia wniosku bank ma 30 dni na podpisanie umowy, ewentualnie 60 dni, jeżeli przyczyna tego przesunięcia nie leży po stronie ani banku kredytującego, ani studenta – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Sawicki z Banku Gospodarstwa Krajowego.

Zgodnie z nowymi przepisami studenci i doktoranci mogą starać się o pomoc przez cały rok. Dotychczas wnioski w tej sprawie można było składać jedynie od 15 lipca do 20 października każdego roku, a umowę zawrzeć tylko do 31 grudnia. W przypadku kandydatów na studia umowa powinna zostać zawarta w ciągu 30 dni od złożenia zaświadczenia, które potwierdza status studenta lub doktoranta. Od tego roku łatwiej także jest złożyć wniosek. Dotychczas jedyną dopuszczalną formą składania dokumentów była forma papierowa. Teraz o kredyt można starać się bez wychodzenia z domu, jeśli wybrany bank udostępnił możliwość składania wniosku online

– O kredyt studencki mogą starać się studenci, którzy nie ukończyli 30. roku życia, oraz doktoranci, którzy nie ukończyli 35. roku życia. Ważne jest, żeby pamiętać, że dochód na osobę w rodzinie studenta w roku poprzedzającym nie może przekroczyć 2,5 tys. zł – przypomina Sawicki. – Kredyt studencki jest udzielony tylko raz na okres nauki, jest to 6 lat dla studentów, ewentualnie można przedłużyć taki kredyt o 4 lata na okres studiów doktoranckich.

Kredyt studencki jest wypłacany w comiesięcznych transzach w wysokości 400, 600, 800 lub 1000 zł przez 10 miesięcy w roku. Wysokość transzy można zmienić w trakcie trwania umowy.

– Kredyt studencki jest bardzo korzystny dla studenta ze względu na warunki spłaty. Przez 2 lata trwa karencja, więc spłatę kredytu rozpoczyna się w ciągu 2 lat po ukończeniu studiów. Odsetki, jakie student spłaca, wynoszą 0,5 stopy redyskonta Narodowego Banku Polskiego. Pozostałe odsetki umowne spłaca Bank Gospodarstwa Krajowego ze środków Funduszu Kredytów Studenckich – tłumaczy przedstawiciel BGK.

Koszty kredytu studenckiego są nieporównywalne do kredytów konsumpcyjnych. Oprocentowanie wynosi 1,2 stopy redyskonta Narodowego Banku Polskiego przy ok. 6–10 proc. przy standardowych kredytach gotówkowych.– Okres spłaty kredytu studenckiego wynosi dwukrotność czasu pobierania kredytu. Jeżeli student pobierał środki przez 40 miesięcy, spłaca przez 80 miesięcy w równych ratach miesięcznych. Kredyt studencki może być umorzony ze względu na bardzo dobre wyniki w nauce, ze względu na trudną sytuację życiową lub materialną – mówi Sawicki.

Bank Gospodarstwa Krajowego umarza 50 proc. kwoty kredytu tym studentom, którzy ukończą naukę w grupie do 1 proc. najlepszych absolwentów, 35 proc. w grupie 1,01–5 proc. najlepszych absolwentów i 20 proc. – w grupie od 5,01 proc. do 10 proc. najlepszych studentów.

– Aby uzyskać kredyt, student powinien udać się do jednego z banków, które mają podpisaną umowę o współpracy z Bankiem Gospodarstwa Krajowego. Obecnie jest to PKO BP, Pekao SA, Grupa SGB Bank oraz Bank Polskiej Spółdzielczości – wymienia Piotr Sawicki.

Sektor automotive coraz ważniejszy dla polskiej gospodarki. Generuje już 8 proc. PKB i stale rośnie

Sektor automotive coraz ważniejszy dla polskiej gospodarki. Generuje już 8 proc. PKB i stale rośnie 2

W Polsce cały sektor automotive rozwija się bardzo prężnie. To znaczący pracodawca i jedna z największych gałęzi gospodarki, która generuje ok. 8 proc. polskiego PKB. Przemysł motoryzacyjny przechodzi w tej chwili czwartą rewolucję przemysłową. Kluczowy wpływ na branżę mają technologie, które pozwalają optymalizować produkcję, oraz sztuczna inteligencja, napędzająca rozwój samochodów autonomicznych. Jak podkreślają eksperci, polska branża automotive nie ma wyboru i musi stawiać na innowacje, żeby utrzymać konkurencyjność w starciu z globalnymi graczami.

 Sektor motoryzacyjny w Polsce jest w bardzo dobrej kondycji. Generuje 8 proc. polskiego PKB i jednocześnie 21 proc. naszego eksportu. Natomiast jeżeli chcemy utrzymać wysoką pozycję w światowym łańcuchu dostaw, ten przemysł musi się ciągle rozwijać – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Kot, dyrektor sprzedaży Digital Industries w Siemens Polska.

Jak wynika z szacunków Polskiego Instytutu Ekonomicznego – w ubiegłym roku wartość polskiego eksportu motoryzacyjnego przekroczyła 31 mld euro. To jedna z największych gałęzi gospodarki i znaczący pracodawca. Za ok. 60 proc. całego sektora odpowiada eksport części i akcesoriów, co plasuje Polskę na 10 miejscu pod względem wielkości eksportu części na świecie. Producenci części (których według danych PAIiH działa w kraju około 1 tys.) zatrudniają w Polsce 147,4 tys. osób, co stanowi ponad 80 proc. miejsc pracy w całym przemyśle motoryzacyjnym.

 Branża automotive to dwa główne rodzaje firm. Pierwsza grupa to przedsiębiorstwa, które produkują samochody i podzespoły. Druga to wytwórcy urządzeń do produkcji, czyli linii przemysłowych, ciągów produkcyjnych, etc. Statystyki wskazują, że choć produkcja samochodów osobowych spada, to produkcja podzespołów rośnie. Nasza firma produkuje też urządzenia, dostarcza software i wszystko to, co jest potrzebne do produkcji podzespołów, więc rośniemy wraz z rynkiem – mówi Leszek Olejarz, wiceprezes AIUT.

Jak podkreśla, polskie firmy działające w obu obszarach muszą stawiać na innowacje, żeby dostosowywać się do zmieniającego rynku i utrzymać konkurencyjność. To powoduje prawdziwe zmiany na rynku.

– Jesteśmy w przełomowym momencie. Digitalizacja i sztuczna inteligencja rewolucjonizują naszą branżę, która z producenta aut staje się oferentem usług mobilności – dodaje dr Ewa Łabno-Falęcka, Dyrektor Komunikacji i Relacji Zewnętrznych, Mercedes-Benz Manufacturing Poland.

Branża motoryzacyjna przechodzi tzw. czwartą rewolucję przemysłową, którą napędzają cyfryzacja, nowe technologie i elektromobilność. Jednym z głównych trendów jest w tej chwili tzw. digital twin, czyli koncepcja cyfrowego bliźniaka.

 Polega ona na tym, że cały proces prototypowania samochodu – od planowania jego części aż po produkcję –odbywa się w przestrzeni wirtualnej. Takie podejście zdecydowanie obniża koszt całego procesu i skraca jego czas – mówi Michał Kot.

Koncepcja cyfrowego bliźniaka usprawnia pracę projektantów, inżynierów i techników serwisowych. Jest przeciwieństwem tradycyjnej metody prób i błędów stosowanej na prototypach, dzięki czemu pozwala uniknąć pułapek tradycyjnego projektowania. Stworzenie cyfrowego modelu produktu pozwala prawie bezkosztowo testować nowe wersje produktu czy modyfikacje rozwiązań technicznych.

Cyfrowy bliźniak znajduje to zastosowanie zarówno w projektowaniu samochodów, jak i ich podzespołów. Główną zaletą tej technologii w przemyśle są oszczędności. Według prognoz Gartnera do 2021 roku już nawet połowa dużych przedsiębiorstw przemysłowych będzie korzystała z rozwiązań w ramach digital twins, a ich zastosowanie pozwoli na zwiększenie wydajności nawet o 10 proc.

 Kolejny trend istotny dla rozwoju technologicznego w przemyśle samochodowym to tzw. virtual commissioning, czyli wirtualne uruchomienie. Pozwala na testowanie stanu samochodu czy stanu produkcji w komputerze, w przestrzeni wirtualnej. To skraca czas całego procesu, a przede wszystkim pozwala unikać błędów w praktyce, bo wszystko odbywa się w przestrzeni wirtualnej – mówi Michał Kot. – W przyszłości kluczowe dla sektora automotive będą też technologie oparte o internet rzeczy, czyli wymianę informacji pomiędzy czujnikami i poszczególnymi elementami samochodu a światem zewnętrznym. Pozwoli to np. połączyć komunikat o zużyciu paliwa z lokalizacją najbliższej stacji benzynowej i informacją o cenie benzyny.

Istotna dla rozwoju branży jest także sztuczna inteligencja. Mercedes już kilka lat temu na Salonie Motoryzacyjnym we Frankfurcie prezentował w pełni autonomiczną klasę S500 Hybrid, która przejechała ponad 100-kilometrową tzw. trasę Berthy Benz z Mannheim do Pforzheim, sprawnie pokonując po drodze ronda, przejścia dla pieszych, przejazdy kolejowe i skrzyżowania.

 Nowym przykładem jest tzw. moduł MB User Experience. Najprościej mówiąc, jest to system informacyjno-rozrywkowy, który opiera się na elementach sztucznej inteligencji, rozszerzonej rzeczywistości, 3D, obsługi głosowej, paneli dotykowych i gigabajtów pamięci RAM. Wystarczy komenda „Hi Mercedes” i system jest gotowy podnieść temperaturę w aucie czy podać informacje o prognozie pogody albo najlepszej pizzerii na trasie – mówi Ewa Łabno-Falęcka.

Dla rozwoju autonomicznych, połączonych pojazdów kluczowe będzie upowszechnienie sieci 5G, która zwiększy prędkość przesyłu danych nawet 100-krotnie.

 W rezultacie samochód stanie się prawdziwym mobilnym, autonomicznym, multimedialnym centrum komunikacji, informacji i rozrywki – mówi Ewa Łabno-Falęcka.

Wdrażanie nowoczesnych technologii w branży motoryzacyjnej i związane z tym wyzwania były jednym z tematów piątej edycji konferencji naukowo-technicznej Automotive, która odbyła się w Legnicy w dniach 26-27 września. Gospodarzami konferencji byli firma Siemens oraz Konfederacja Lewiatan Związek Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych.

W Polsce przybywa nowych firm biotechnologicznych. W tej branży na sukces rynkowy muszą czekać nawet kilka lat

W Polsce przybywa nowych firm biotechnologicznych. W tej branży na sukces rynkowy muszą czekać nawet kilka lat 3

Polska ma wiele atutów, takich jak wykwalifikowana kadra i zaplecze naukowo-badawcze, do tego by stać się jednym z liderów w dziedzinie life science. Znaczenie tego sektora podkreśla nawet rządowa Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, a innowacyjnych spółek zajmujących się badaniami nad nowymi lekami i biotechnologią powstaje coraz więcej. Te na rynkowy sukces muszą czekać nawet kilka lat. Dlatego – jak podkreślają eksperci – ważne są również takie czynniki jak umiejętność radzenia sobie z porażkami oraz łączenie wiedzy i doświadczeń z różnych dziedzin.

Warunki dla rozwoju przedsięwzięć w dziedzinie life science są coraz lepsze. Jeszcze siedem lat temu to było praktycznie science fiction. W tej chwili uczelnie czują, że ten trzeci segment oprócz edukacji i nauki, czyli docieranie do gospodarki, jest bardzo ważny. Warunki do jego rozwoju są różne, czasami uczelnie są na to bardzo otwarte, zapewniając wsparcie w postaci własnych inkubatorów czy dedykowanych jednostek, które mają pomagać w ochronie własności intelektualnej, szukaniu partnerów czy budowaniu biznesplanu – mówi agencji Newseria Biznes dr n. med. Bartłomiej Grobelski z Centrum Innowacji i Transferu Technologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Biotechnologia, która łączy m.in. medycynę, farmację, diagnostykę i telemedycynę z rozwiązaniami z zakresu IT i nowych technologii, jest jedną z najszybciej rozwijających się i najbardziej innowacyjnych branż polskiej gospodarki. W najbliższych latach Polski Fundusz Rozwoju zamierza przeznaczyć na ten sektor ok. 300 mln euro.

Polska ma wiele atutów, takich jak wykwalifikowana kadra i zaplecze naukowo-badawcze, do tego, by stać się jednym z liderów w dziedzinie life science. Innowacyjnych spółek zajmujących się badaniami nad nowymi lekami i biotechnologią powstaje coraz więcej. Część z nich odnosi międzynarodowe sukcesy i pozyskuje zagranicznych inwestorów. Na sukces rynkowy spółek z tego obszaru trzeba jednak czekać nawet kilka lat, ponieważ tyle trwają prace badawcze, badania laboratoryjne, certyfikacja i proces patentowania innowacyjnych rozwiązań.

Success story zdarzają się niezwykle rzadko. Mniej więcej co 7 lat w Łodzi jakiś start-up czy wynalazca buduje firmę, która rozwija się we własnym zakresie. W większości przypadków, po zderzeniu się z rzeczywistością, pojawia się rozczarowanie. Ale ci, którzy się jednak przemogą, spróbują własnych sił, znajdą inwestora, który pomoże im na starcie, odnoszą te sukcesy – mówi dr n. med. Bartłomiej Grobelski. – Dobrym przykładem jest firma Celther profesora Piotra Rieske, która zaczynała 12 lat temu i jest na dobrej ścieżce do stworzenia leku na nowotwory mózgu. W trakcie badań okazało się, że ich rozwiązania nadają się do opatrunków i dzisiaj mają świetnie prosperujący zakład produkcyjny. Inne przykłady to Proteon Pharmaceuticals czy Mabion, które też tu zaczynały i w tej chwili są dużymi firmami.

Jak podkreśla, dla start-upów, które dopiero raczkują w obszarze life science, warunkiem sukcesu jest umiejętność radzenia sobie z porażkami, które pojawiają się po drodze – zgodnie z zasadą „it’s okay to fail”, i dzielenie się swoimi doświadczeniami.

Warto wierzyć w siebie i mieć przekonanie, że to, co się robi, jest wartościowe. Jednocześnie trzeba wiedzieć, że nie zrobi się tego samemu. Jeżeli znajdzie się ktoś, kto zażąda 40 proc. własności nowej spółki za to, że zainwestuje własne środki czy znajdzie kanały dystrybucji, to można razem stworzyć coś wartościowego. Nie trzeba bać się podziału firmy, zaproszenia kogoś do stolika – mówi dr n. med. Bartłomiej Grobelski.

– W ciągu ostatniego roku kilkoro moich studentów założyło start-upy, więc widzę, od czego zależy ich sukces: otwarta głowa, odwaga, poszukiwanie przyjaciół w budowaniu multidyscyplinarnego zespołu, ponieważ sam student medycyny nie osiągnie sukcesu, jeżeli nie dogada się z kolegami z prawa, elektroniki, informatyki czy jakiegokolwiek innego działu inżynierii. Ale przede wszystkim trzeba znaleźć cel, który jest na tyle atrakcyjny, żeby zgromadzić taką drużynę wokół, i przekonać siebie i innych, że warto poświęcić swój czas i pewne ryzyko, również finansowe, dla osiągnięcia tego celu – dodaje dr hab. Zbigniew Nawrat, prof. IPS, prezydent Międzynarodowego Stowarzyszenia na Rzecz Robotyki Medycznej, dyrektor Instytutu Protez Serca Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii im prof. Zbigniewa Religi.

Jak podkreśla, sektor life science wymaga połączenia wiedzy i doświadczenia z różnych dziedzin, m.in. inżynierii, medycyny, ekonomii, ale równie ważnym czynnikiem sukcesu jest oprawa medialna i promocyjna, uzyskanie społecznego wsparcia dla projektu.

Niestety, Polska nie jest najlepszym krajem, jeśli chodzi o poszukiwanie wsparcia finansowego, bo nie mamy milionerów rencistów, nie mamy kapitału dla takich odważnych przedsięwzięć. Ale poszukiwanie gdzieś daleko też wcale nie jest takie proste z wielu różnych względów. W związku z tym radzę te swoje działania budować sukcesywnie, cały czas dyskutując z potencjalnymi użytkownikami – mówi prof. Zbigniew Nawrat.

W tym ubiegłym tygodniu w Łodzi odbyła się konferencja EU-MED SUMMIT pierwsza w Polsce impreza dedykowana life science, skupiająca specjalistów, inwestorów, przedstawicieli biznesu, nauki i administracji. Jej organizatorzy podkreślają, że duże zainteresowanie rozwojem technologii w sektorze life science i inwestycjami w start-upy z tego sektora jest widocznie zarówno w Polsce, jak i na świecie. Jednak dotąd w Polsce nie było tak dużego wydarzenia, które skupiałoby międzynarodowych graczy chętnych, aby zaistnieć na tutejszym rynku. EU-MED SUMMIT, konferencja wspierana m.in. przez izraelską Grupę Shizim i Poland Biomed Ventures, ma wypromować polskie start-upy z tego sektora i przyciągnąć na polski rynek zagranicznych inwestorów.

Do obiegu trafił pierwszy w historii banknot o nominale 19 zł. Wyprzedał się w ciągu kilku godzin

Do obiegu trafił pierwszy w historii banknot o nominale 19 zł. Wyprzedał się w ciągu kilku godzin 4

Jedenasty z kolei banknot kolekcjonerski wyemitowany w Polsce oraz pierwszy w historii banknot o nominale 19 zł trafił do obiegu. Upamiętnia 100-lecie istnienia Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych, nawiązując do daty jej utworzenia. To biały kruk dla kolekcjonerów, którzy wykupili cały nakład w oficjalnym sklepie internetowym NBP już w kilka godzin od uruchomienia sprzedaży.  

– Charakterystyczną cechą tego banknotu jest nominał 19 zł, który nawiązuje do roku utworzenia Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych. Banknot będzie rarytasem dla kolekcjonerów, można kupić go poprzez sieć oddziałów Narodowego Banku Polskiego w całym kraju, jak również poprzez sklep internetowy. Ale z wieści, które doszły nas już dzisiejszego przedpołudnia, wynika że cały nakład jest już wyprzedany. To tylko pokazuje, że naprawdę mamy do czynienia z białym krukiem – mówi Maciej Biernat, prezes zarządu Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych.

Banknoty kolekcjonerskie emitowane są z myślą o kolekcjonerach i numizmatykach, podkreślając ważne wydarzenia i wybitne postaci polskiej historii. Poza bogatą symboliką, od zwykłych różnią się także parametrami technicznymi i graficznymi – w tym liczbą i formą zabezpieczeń przed fałszerstwami, kolorystyką, wymiarami czy technikami druku.

Nowy banknot kolekcjonerski, który trafił do obiegu 2. października, upamiętnia 100-lecie istnienia Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych, a jego nietypowa wartość nominalna nawiązuje do daty powołania PWPW, czyli 1919 roku. To jedenasty z kolei banknot kolekcjonerski wyemitowany w Polsce oraz pierwszy w historii banknot o nominale 19 zł.

– Emitentem jest Narodowy Bank Polski, a producentem oczywiście Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych. Ten banknot jest oczywiście poświęcony naszej historii. Przedstawia wizerunek Ignacego Jana Paderewskiego, ówczesnego premiera, który podpisał się pod dekretem powołującym Państwowe Zakłady Graficzne, których kontynuatorką jest PWPW. Na drugiej stronie znajduje się gmach wytwórni na tle współczesnej Warszawy. Jest to gmach historyczny, w tym roku obchodzimy 90-lecie istnienia tego obiektu. Przez cały ten czas nieprzerwanie – również w trakcie okupacji – odbywała się w nim produkcja walorów pieniężnych – mówi Maciej Biernat.

Obok wizerunku Ignacego Jana Paderewskiego wykonanego stalorytem – na przedniej stronie banknotu znajduje się stylizowany wizerunek Orderu Orła Białego oraz napis „niepodległa”, odwzorowany z rękopisów Józefa Piłsudskiego. Po prawej stronie – po raz pierwszy w polskich banknotach – zastosowano pasek holograficzny z wizerunkiem orła. Natomiast umieszczona w lewym dolnym rogu gałązka wawrzynu to opracowane w PWPW specjalne zabezpieczenie Umbra4Note.

Druga strona banknotu przedstawia gmach Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych na tle panoramy współczesnej Warszawy. Logotyp PWPW to zabezpieczenie optycznie zmienne – SPARK Live®, które w zależności od kąta obserwacji zmienia barwę z bordowej na fioletową.

– Nie słyszałem dotąd, żeby w historii emisji, wprowadzania do obiegu nowego banknotu kolekcjonerskiego był on wyprzedany w przeciągu dosłownie paru godzin od uruchomienia procesu sprzedaży, tak więc ten jest być może najbardziej pożądanym – mówi prezes PWPW Maciej Biernat.

Znajdujący się na banknocie ryt postaci Ignacego Jana Paderewskiego wykonał grafik PWPW Krystian Michalczuk, z kolei sam banknot zaprojektowała graficzka PWPW Justyna Kopecka. Jak podkreśla – prace nad nim trwały przez ostatni rok.

– To jest zawsze długotrwały proces. Zaczynamy od rozmów z Narodowym Bankiem Polskim i ustalamy m.in. jakiego typu elementy i zabezpieczenia mają się znaleźć na takim banknocie. Później jest żmudny proces przygotowania  tła zabezpieczonego oraz wklęsłodruków. Sam proces tworzenia portretu to około 2 miesięcy. Równolegle powstają tła offsetowe, które zawierają wiele elementów utrudniających fałszowanie banknotów – takich jak tła zabezpieczone, które są tworzone w specjalnie do tego przeznaczonych programach graficznych, mikroteksty o mikrodruki. To naprawdę bardzo  złożony proces nie tylko pod względem projektowym, ale przede wszystkim pod względem procesu produkcji – mówi Justyna Kopecka, grafik projektant w Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych.

Zarówno ten, jak i pozostałe wyemitowane dotąd banknoty kolekcjonerskie są w Polsce oficjalnym środkiem płatniczym i mogą być używane w obiegu pieniężnym.

Raport SWPS: Pracodawcy poszukują kompetencji miękkich u pracowników. Szczególnie przydatne są w branży gastronomicznej

Raport SWPS: Pracodawcy poszukują kompetencji miękkich u pracowników. Szczególnie przydatne są w branży gastronomicznej 5

W Polsce jest grupa około 3 mln osób w wieku 18-24 lata, a na uczelniach wyższych studiuje ponad 1,2 mln. Wielu z nich łączy naukę z pracą, rozpoczynają swoją ścieżkę zawodową już na pierwszym roku. Częstym wyborem jest dla nich gastronomia, w tym restauracje McDonald’s. Uniwersytet SWPS sprawdził, jakie kompetencje są w tej chwili najbardziej cenione na rynku pracy i jak wypadają pod tym względem pracownicy McDonald’s w porównaniu z innymi pracującymi studentami. 

– Niezależnie od branży, niezależnie od tego co produkują albo jakie usługi oferują – pracodawcy poszukują kompetencji miękkich. Okazuje się, że tym, czego potrzebują najbardziej jest umiejętność wkładania wysiłku w swoje działania, co jest dziś towarem deficytowym, bo żyjemy w relatywnie przyjemnych czasach dobrobytu. Dalej pojawiają się kwestie dotyczące efektywnego zarządzania emocjami swoimi i grupy – a więc łagodzenia konfliktów, rozwiązywania problemów – oraz kultura osobista – wymienia dr Ewa Jarczewska-Gerc z Uniwersytetu SWPS.

Wśród innych, wysoko cenionych kompetencji pracodawcy wymienili m.in. wymyślanie kreatywnych rozwiązań, inspirowanie ludzi do angażowania się w nowe aktywności, dbanie o estetykę wykonywanej pracy, podejmowanie się realizacji niewykonywanego wcześniej zadania czy życzliwość w relacjach ze współpracownikami i klientami. Wyniki badania pokazały też, że kompetencje, których oczekują pracodawcy, są zbieżne z tymi, które zdaniem rodziców powinna kształtować pierwsza praca.

– Młodzi ludzie coraz bardziej zwracają uwagę na możliwości rozwoju, które daje im pracodawca. My też przykładamy do tego dużą wagę. Właśnie uruchomiliśmy dwa projekty rozwojowe. Pierwszy to szkolenia językowe, w których weźmie udział prawie 1 tys. osób z naszej organizacji. Drugi projekt to 3-letnie studia licencjackie współtworzone z Akademią Leona Koźmińskiego w Warszawie, w których weźmie udział prawie 100 osób. Widzimy też, że coraz ważniejsze stają się szkolenia miękkie – w tym z kompetencji liderskich, kompetencji związanych z komunikowaniem, zarządzaniem ludźmi. My też stawiamy na nie w naszym programie rozwojowym – mówi Anna Borys-Karwacka.

Na zlecenie restauracyjnej sieci Uniwersytet SWPS sprawdził też jak pod względem kompetencji społeczno-zawodowych wypadają pracownicy McDonald’s na tle innych grup (zatrudnionych w innych sieciach gastronomicznych i niepracujących w ogóle). Wyniki pokazują, że pracownicy McDonald’s lepiej spełniają oczekiwania pracodawców pod względem wielu kompetencji i umiejętności. Oprócz większej wytrwałości, łatwiej zarządzają konfliktem w środowisku pracy, bez eskalowania negatywnych emocji. Potrafią łagodzić spory i są bardziej odważni – częściej potrafią zabrać głos na ważnym spotkaniu czy publicznie wyrazić swój sprzeciw. Lepiej radzą sobie tez z codziennymi sprawami, jak choćby wypełnienie zeznania podatkowego.

– Pracownicy McDonald’s w naszym badaniu uzyskali istotnie wyższe wyniki na tzw. skali samokontroli inicjującej. To zdolność efektywnego wdrażania swoich postanowień. Powoduje, że za deklaracją idzie konkretne działanie i tego faktycznie dziś pracodawcy oczekują. Można powiedzieć, że pracownicy McDonald’s to tzw. asertywni kierownicy, bowiem uzyskali istotnie wyższe wyniki niż pozostałe grupy, jeżeli chodzi o kwestie związane z zarządzaniem ludźmi, z elementem asertywności, umiejętności stawiania własnych granic – dodaje dr Ewa Jarczewska-Gerc z Uniwersytetu SWPS.

Według danych GUS, w Polsce na blisko 400 uczelniach studiuje 1,23 mln osób. Grupa 18-24-latków w Polsce liczy według GUS-u około 3 mln osób. Ci nierzadko rozpoczynają swoją ścieżkę zawodową już na początku studiów, zdobywając pierwsze doświadczenia. To – obok korzyści finansowych – pozwala też wykształcić kompetencje przydatne na dalszym etapie kariery.

Z początkiem października studenci rozpoczęli nowy rok akademicki i coraz więcej z nich decyduje się łączyć naukę z pracą. Wielu znajduje zatrudnienie w gastronomii, częstym wyborem miejsca pracy są dla młodych restauracje McDonald’s.

– Staramy się oferować naszym pracownikom spójny pakiet korzyści. Oprócz bazy, czyli umowy o pracę, oferujemy elastyczne godziny zatrudnienia, które pozwalają łączyć je z innymi zobowiązaniami, jak choćby studia w przypadku młodych osób. To jest również przyjazna, inkluzywna atmosfera oraz rozwój, czyli z jednej strony – możliwość awansu w ramach organizacji, a z drugiej możliwość nabycia kompetencji, które potem przydadzą się na rynku pracy, niezależnie od kierunku, w jakim pracownik zdecyduje się pójść dalej – mówi Anna Borys-Karwacka, dyrektor ds. korporacyjnych w McDonald’s.

Według prognoz Głównego Urzędu Statystycznego do 2050 roku na polskim rynku może brakować nawet 10 mln pracowników. Jednocześnie w Polsce jest bardzo duża grupa osób biernych zawodowo – dotyczy to ponad 40 proc. osób powyżej 15. roku życia. Pomimo rekordowo niskiego bezrobocia co czwarty Polak pracuje na niestabilnych umowach i nawet połowa pracowników w Polsce nie ma zagwarantowanego urlopu lub płatnych nadgodzin.

– McDonald’s oferuje bardzo duże wsparcie, jeśli chodzi o dyspozycyjność i elastyczne godziny pracy. Studiuję ratownictwo medyczne i zaczynałam na I roku studiów. Pracuję już dwa lata i mam świetne doświadczenia, bo mogę dopasować sobie grafik tak, żeby pracować i studiować, a nawet pojechać gdzieś na wakacje. Po pół roku dostałam awans na Lidera Gościnności ze względu na świetny kontakt z gośćmi. McDonald’s bardzo uczy też pracy zespołowej, można rozwinąć swoje kompetencje miękkie – mówi Maja Klauzińska, lider gościnności McDonald’s Polska.

Funkcjonowanie przestrzeni powietrznej nad Europą wymaga reorganizacji. Unia chce rozwijać oparty na technologii big data projekt wspólnego systemu kontroli lotów

Funkcjonowanie przestrzeni powietrznej nad Europą wymaga reorganizacji. Unia chce rozwijać oparty na technologii big data projekt wspólnego systemu kontroli lotów 6

Wdrożenie ujednoliconego systemu kontroli ruchu powietrznego nad Europą to jedno z najważniejszych wyzwań, przed jakimi stoi europejska branża lotnicza. Według Komisji Europejskiej w dobie nieustannie rosnącej liczby maszyn uczestniczących w ruchu lotniczym konieczne jest ograniczenie fragmentaryzacji europejskiej przestrzeni powietrznej, aby zwiększyć przepustowość przestrzeni powietrznej, obniżyć koszty zarządzania ruchem lotniczym i zredukować negatywny wpływ żeglugi lotniczej na środowisko naturalne. Jedno z europejskich centrów opartych na technologii big data powstanie w Polsce.

– Wiele rozwiązań jest już tak dalece zaawansowanych i opartych na sztucznej inteligencji oraz wirtualnych centrach, że jesteśmy w stanie świadczyć usługi niezależnie od miejsca. To jest przyszłość, która jest przed nami, a jednocześnie największe wyzwanie. Zarządzanie przestrzenią powietrzną to nie tylko lotnictwo cywilne, lecz także samoloty wojskowe i rzeczy związane z suwerennością czy konwencją chicagowską. Nie jesteśmy w stanie zarządzać przestrzenią powietrzną wyciągnąwszy wyłącznie lotnictwo cywilne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Magdalena Jaworska, członek Performance Review Body.

W 2018 roku europejskie linie lotnicze wykonały 11 milionów lotów, spośród których co czwarty odbył się z co najmniej 15-minutowym opóźnieniem. O 25 proc. wzrosła także liczba opóźnień dłuższych niż pół godziny, a liczba odwołanych lotów w cyklu rocznym wzrosła o 35 proc. Problem ten będzie narastał, gdyż według Międzynarodowego Zrzeszenia Przewoźników Powietrznych do 2037 roku liczba pasażerów lotniczych podwoi się i osiągnie wartość 8,2 mld w skali roku.

Komisja Europejska liczy na to, że stworzenie wspólnego systemu kontroli lotów pozwoli sprawniej zarządzać przestrzenią powietrzną i trzykrotnie zwiększy jej przepustowość względem stanu z 2004 roku. Ujednolicony system ma także obniżyć o połowę koszty zarządzania ruchem lotniczym, poprawić bezpieczeństwo podróżnych i zredukować o 10 proc. negatywny wpływ branży na stan środowiska naturalnego.

Choć prace nad projektem rozpoczęto już w 1999 roku, to według najnowszych prognoz wspólny system kontroli lotów ma szansę powstać dopiero w 2030–2035 roku. Wiąże się to z koniecznością modernizacji i ujednolicenia wszystkich systemów kontroli lotów stosowanych przez państwa członkowskie. Aby przyspieszyć ten proces, przedstawiciele branży lotniczej reprezentujący interesy 21 krajów członkowskich Unii Europejskiej podpisali deklarację o szybkim wdrożeniu rozwiązań technologicznych, które pozwolą sfinalizować projekt Jednolitej Europejskiej Przestrzeni Powietrznej.

– Mam nadzieję, że to jest przyszłość, którą jesteśmy w stanie zmierzyć w horyzoncie 5-letnim. Gdyby to, co zapisano w deklaracji, rzeczywiście zostało wdrożone, to jesteśmy w stanie wykonać pierwszy bardzo poważny krok, którego nie udało nam się wykonać w ciągu ostatnich lat – twierdzi ekspertka.

Deklarację podpisali m.in. przedstawiciele Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, którzy rozpoczynają prace nad zbudowaniem europejskiego centrum przetwarzania danych lotniczych. Będzie to jeden z sześciu ośrodków odpowiedzialnych za analizę zasobów big data pochodzących ze wszystkich systemów kontroli lotów na kontynencie. Zastąpią one lokalne, krajowe centra danych i będą przetwarzać dane na potrzeby optymalizacji całego ruchu lotniczego na terenie Europy.

Pieczę nad projektem Jednolitej Europejskiej Przestrzeni Powietrznej sprawuje Performance Review Body, ciało doradcze Komisji Europejskiej, które monitoruje m.in. wydajność krajowych systemów kontroli lotów i proces wdrażania systemów zintegrowanego zarządzania europejskim ruchem lotniczym.

– Natężenie ruchu lotniczego w pewnych obszarach Europy jest nieporównywalne z żadnym innym na świecie. To, co mamy w Europie, jest unikalne, ale z drugiej strony nie mamy granic, w związku z tym ten swobodny przepływ osób i towarów daje nam tę przewagę, którą, mam nadzieję, w końcu wykorzystamy na 1200 proc. z nowymi technologiami – przekonuje Magdalena Jaworska.

Według firmy badawczej Allied Market Research wartość globalnego rynku lotnictwa komercyjnego do 2022 roku wzrośnie do 209 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie 5,8 proc. w skali roku.

Co zmieni wyrok TSUE w sprawie frankowiczów?

profesor Witold Modzelewski, profesor nauk prawnych, ekonomista i były wiceminister finansów
profesor Witold Modzelewski, profesor nauk prawnych, ekonomista i były wiceminister finansów

Na początku października zapadnie wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, dotyczący kredytów we frankach szwajcarskich. Polskie sądy wiele razy przyznały rację pozywającym banki klientom, spodziewamy się więc pozytywnego dla poszkodowanych kredytobiorców wyroku TSUE. Zawarte w umowach kredytowych zapisy o waloryzacji i denominacji rat kredytów zostały uznane jako niezgodne z prawem, sądy usuwały więc z umów klauzule, które ich dotyczyły. Jeżeli Trybunał Sprawiedliwości przyzna rację polskim sądom, banki będą musiały rozliczyć się ze swoimi klientami na podstawie pozostałych, zgodnych z prawem części umów. Oznacza to, że dług „frankowiczów” zostanie na nowo policzony – tym razem z ominięciem nielegalnych klauzul o waloryzacji walutowej kredytu.

– Kredytobiorca będzie musiał zwrócić bankowi to, co mu pożyczono, a także odsetki i zawarte w umowie prowizje. Natomiast nie będzie obciążony kosztami wynikającymi z umocnienia się szwajcarskiej waluty – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – Zostaną na nowo ustalone zasady spłacania pozostałej kwoty kredytu. Kwota już zapłacona bankowi będzie podzielona na część, która się bankowi należała i na część, która nie powinna do niego trafić – bo wynikała z zastosowania klauzul niezgodnych z prawem. Ta kwota powinna zostać klientom zwrócona. Czym później ta restrukturyzacja kredytów zostanie zrealizowana, tym będzie to dla banków bardziej kosztowne. Okazuje się, że odkładanie tej sprawy w czasie, które miało miejsce przez ostatnie dziesięć lat, było ogromnym błędem strategicznym bankowców – wyjaśnia Modzelewski.

Bańka na rynku nieruchomości – analiza UBS

Badania UBS pokazują, że Monachium jest rynkiem mieszkaniowym, na którym obowiązują najbardziej zawyżone ceny na świecie, a niskie stawki zwiększają ryzyko związane z wystąpieniem bańki spekulacyjnej w strefie euro.

  • W ramach UBS Global Real Estate Bubble Index 2019 analizujemy ceny nieruchomości mieszkaniowych w 24 dużych miastach na całym świecie.
  • Londyn opuszcza terytorium zagrożone wystąpieniem bańki spekulacyjnej, za to Paryż i Frankfurt po raz pierwszy wchodzą do strefy ryzyka.
  • Ceny domów w popularnych dzielnicach Vancouver i Sydney gwałtownie spadły.

Zurych, 30 września 2019 roku – UBS Global Real Estate Bubble Index 2019, coroczna analiza prowadzone przez Chief Investment Office firmy UBS Global Wealth Management, wskazuje na ryzyko wystąpienia bańki spekulacyjnej lub znacznego przeszacowania na rynkach mieszkaniowych w połowie wszystkich ocenianych miast.

Ryzyko związane z wystąpieniem bańki spekulacyjnej wydaje się największe w Monachium, a następnie w Toronto, Hongkongu i Amsterdamie. Frankfurt, Vancouver i Paryż znajdują się również na terytorium ryzyka związanego z bańką spekulacyjną, podczas gdy zachwianie równowagi charakteryzuje Zurych, Londyn, San Francisco, Tokio i Sztokholm. Wyceny są przesadzone w Los Angeles, Sydney, Genewie i Nowym Jorku. Z kolei rynki nieruchomości w Singapurze, Bostonie i Mediolanie wydają się być wyceniane według wartości godziwej, podczas gdy Chicago pozostaje niedoceniane.

Madryt, Moskwa i Tel Awiw, po raz pierwszy uwzględnione w tegorocznej edycji badania, charakteryzują zawyżone ceny, a nieruchomości w Dubaju są godziwie wyceniane.

W ciągu ostatnich czterech kwartałów, poziom nierównowagi uległ gwałtownemu wzrostowi, szczególnie w strefie euro; Frankfurt i Paryż to dwa najbardziej znaczące nowe miasta dążące do strefy ryzyka związanego z możliwością wystąpienia bańki spekulacyjnej w porównaniu z rokiem ubiegłym. Natomiast ceny mieszkań w Vancouver, San Francisco, Sztokholmie i Sydney gwałtownie spadły. Londyński rynek nieruchomości znacznie się uspokoił, po raz pierwszy od czterech lat centrum finansowe wyszło z obszaru ryzyka związanego z bańką spekulacyjną. Z drugiej strony, wyniki indeksu w Nowym Jorku i Los Angeles są nieco niższe niż w ubiegłym roku, podczas gdy wyniki w Tokio i Singapurze pozostają prawie niezmienione.

Mark Haefele, Chief Investment Officer, UBS Global Wealth Management/Dyrektor ds. Inwestycji, UBS Global Wealth Management, mówi: „Na poziomie globalnym, niepewność gospodarcza posiada większe znaczenie od skutków spadku stóp procentowych związanych z popytem na mieszkania w mieście. Jednak w niektórych częściach strefy euro niskie stopy procentowe nadal pomagają we wprowadzaniu wycen nieruchomości na obszar ryzyka bańki spekulacyjnej.”

W analizowanych miastach wzrost cen skorygowany o inflację praktycznie zatrzymał się w ostatnich czterech kwartałach. Nieruchomości mieszkalne zostały docenione jedynie w Moskwie, Bostonie i miastach strefy euro. Frankfurt był jedynym miastem, które odnotowało dwucyfrowe wzrosty cen, powszechne na całym świecie w poprzednich latach. Z kolei w Sydney, Vancouver i Dubaju korekty wyniosły ponad 5 procent w porównaniu z poprzednim rokiem.

Claudio Saputelli, Head of Real Estate, UBS Global Wealth Management/ Dyrektor ds. Nieruchomości, UBS Global Wealth Management, mówi: „Ogólnoświatowe załamanie stóp procentowych nie przyniesie ratunku dla rynków mieszkaniowych. Oprocentowanie kredytów hipotecznych w wielu miastach nie jest już głównym wyzwaniem dla kupujących domy. Wiele gospodarstw domowych po prostu nie dysponuje środkami potrzebnymi do spełnienia kryteriów finansowania banków, co naszym zdaniem stanowi jedno z największych zagrożeń dla wartości nieruchomości w centrach miast.”

Matthias Holzhey, główny autor badania i szef Swiss Real Estate Investments w UBS Global Wealth Management, mówi: „Inwestorzy powinni zachować ostrożność, rozważając inwestycje w rynki mieszkaniowe na terytorium zagrożonym wystąpieniem bańki spekulacyjnej. Środki regulacyjne mające na celu ograniczenie dalszego wzrostu spowodowały już korekty na niektórych najbardziej przegrzanych rynkach. Przykładowo, spadły ceny realne we wszystkich czterech najważniejszych miastach z edycji 2016 UBS Global Real Estate Bubble Index. Średnio spadły one o 10% w stosunku do swoich maksymalnych wartości; nie widzimy szans, aby trend miał się odwrócić.”

Posiadanie nieruchomości mieszkaniowych w największych miastach świata było pewną drogą do akumulacji bogactwa. Jednak brak opłacalności ekonomicznej prowadzi do pogorszenia atrakcyjności wielu miast i sprzyja przeniesieniu miejsc pracy na przedmieścia. Czynniki sprzyjające nieruchomościom zlokalizowanym w miastach, w tym urbanizacja, rewolucja cyfrowa i ograniczenia sztucznej podaży, nadal utrzymują swoją dobrą pozycję, niemniej prawdziwa aprecjacja cen nie może być dłużej traktowana jako coś oczywistego.

UBS Global Real Estate Bubble Index 2019 UBS Global Real Estate Bubble Index

Perspektywy regionalne

Zasadnicze stopy ujemne w Szwajcarii

W Zurychu wyjątkowo niskie i wciąż spadające koszty finansowania przyczyniły się do wzrostu popytu, podobnie jak silny wzrost gospodarczy w tym regionie. Ceny mieszkań odbiegały od poziomu średniej krajowej, ale silna lokalna gospodarka łagodziła zwiększenie nierównowagi. Niemniej jednak rynek znajduje się na bardzo zawyżonym cenowo terytorium, a Zurych wykazuje najniższą rentowność najmu spośród wszystkich miast analizowanych w ramach niniejszego raportu. Z tego też względu, ujemne stopy procentowe są kluczem do utrzymania gotowości nabywców do płacenia za nieruchomości na obecnym poziomie.

Zurych wyprzedził Genewę zarówno pod względem ceny, jak i wyniku indeksu. Po wysokiej jednocyfrowej korekcie między 2013 a 2016 rokiem, rzeczywiste ceny w Genewie uległy stagnacji i pozostają poniżej szczytowych cen z końca 2012 roku. Rynek nieruchomości w Genewie jest przeszacowany, ale ponieważ jest on nienasycony, wysoki poziom cen jest uzasadniony w średnim okresie. Miasto nadal czerpie korzyści ze swojego międzynarodowego statusu i stabilności w świetle wzmożonych napięć politycznych na całym świecie.

Europa

Wyniki indeksu wzrosły we wszystkich miastach w strefie euro, jako skutek niskich stóp procentowych. Paryż i Frankfurt znajdują się obecnie na terytorium z możliwością wystąpienia ryzyka związanego z bańką spekulacyjną. W Madrycie i Mediolanie rynek mieszkaniowy odzyskuje siły, ale nadal wydaje się znajdować na wcześniejszych etapach cyklu. W przeciwieństwie do odpowiedników w strefie euro, wyniki indeksu dla Londynu i Sztokholmu spadły w ciągu ostatniego roku. Londyński rynek mieszkaniowy opuścił obszar ryzyka spekulacyjnego, ponieważ ceny uwzględniające poziom inflacji wykazują tendencję spadkową od szczytu z połowy 2016 roku.

USA

W przeprowadzonej przez nas analizie, wyniki indeksu nie wzrosły dla żadnego z amerykańskich miast po raz pierwszy od 2011 roku. Zmiany w przepisach i kwestie związane z przystępnością spowodowały, że ceny domów w Nowym Jorku były niższe od średniej krajowej. Podobnie problemy z przystępnością cenową, napięcia w handlu i malejący popyt zagraniczny na chwilę obecną ograniczyły wzrost cen mieszkań w San Francisco i Los Angeles. Boston nadal znajduje się na terytorium wartości godziwej i korzysta z atrakcyjności regionu dla biznesu i osób o wysokich dochodach. Chicago jest niedoceniane, ale nadal pozostaje daleko w tyle ze względu na rosnące wyzwania fiskalne.

Bliski Wschód

W ciągu ostatnich 30 lat w Tel Awiwie odnotowano najwyższy wzrost cen wśród miast, które omawiamy w tym raporcie. Ceny rosły prawie stale między 2003 a 2017 rokiem. Wzrost oprocentowania kredytów hipotecznych spowodował korektę. Ostatnio ceny w większości ustabilizowały się, ale miasto wciąż znajduje się na przeszacowanym terytorium. Ceny domów w Dubaju są bardzo zmienne. Od ostatniego szczytu w 2014 roku ceny zmalały o prawie 35%, a wartość indeksu gwałtownie spadła. Ceny powinny wkrótce znaleźć się na dolnym pułapie. Rynek znajduje się na obszarze wartości godziwej.

APAC

Dynamika rozpalonego rynku nieruchomości w Hongkongu utknęła w martwym punkcie. Słabsze perspektywy gospodarcze spowodowały ostudzenie nastrojów nabywców nieruchomości mieszkalnych. Jednakże rynek pozostaje na terytorium związanym z ryzykiem wystąpienia bańki spekulacyjnej. Do końca pierwszego kwartału 2019 roku ceny w Sydney były o 15% niższe niż w szczytowym momencie, a wzrost kredytów mieszkaniowych osiągnął rekordowo niski poziom. Krótki boom mieszkaniowy w Singapurze, trwający od połowy 2017 roku do połowy 2018 roku, dobiegł końca. Środki regulacyjne ograniczają oczekiwania dotyczące wzrostu cen i utrzymują rynek na terytorium o godziwej wartości.

Inflacja i stopy procentowe w Polsce. Glapiński uspokaja rynek

Podczas spotkania w październiku, Rada Polityki Pieniężnej podjęła decyzję o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%.

Podobnie jak w przypadku spotkania we wrześniu, wydźwięk komunikatu po spotkaniu RPP był dwojaki. Odzwierciedla on ogromną nierówność między informacjami z zewnątrz (które w większości są negatywne), a tymi z kraju, które pokazują, że sytuacja gospodarcza Polski cały czas jest dobra.

Podczas konferencji prasowej po spotkaniu, prezes RPP oraz towarzyszący mu członkowie Rady obecni na konferencji (prof. Ancyparowicz oraz prof. Żyżyński) nie sugerowali, żeby w najbliższym czasie miały nas czekać zmiany stóp procentowych.

Inflacja i stopy procentowe w Polsce (2009-2019)

Inflacja i stopy procentowe w Polsce
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 02/10/19

Dość dużym zainteresowaniem dziennikarzy podczas konferencji prasowej po spotkaniu RPP cieszyła się kwestia wyroku TSUE ws. frankowiczów, którego ogłoszenie ma odbyć się jutro w godzinach porannych. Prezes Glapiński uspokajał rynek, sugerując, że nie spodziewa się istotnych, negatywnych konsekwencji z tym związanych. Prezes NBP zwracał uwagę na dobrą kondycję banków, a także na fakt, iż wyrok będzie dotyczył jedynie kredytów indeksowanych (czyli istotnej, ale jednak części grupy kredytów frankowych) oraz na to, że jego konsekwencje nie będą automatyczne, a rozłożone w czasie (będzie on stanowił sugestię, jak działać mają polskie sądy – to one jednak nadal będą wydawały faktyczne wyroki ws. frankowiczów).

Wygląda na to, że retoryka prezesa Glapińskiego ws. TSUE oraz względnie jastrzębi ton (brak sugestii, że mogą czekać nas obniżki stóp procentowych) miały pozytywny wpływ na rynek. W trakcie konferencji prasowej (po 16) doszło bowiem do zauważalnego umocnienia polskiej waluty w relacji do euro – kurs EUR/PLN spadł poniżej poziomu 4,36 i znalazł się na najniższym poziomie od 20 września, kiedy to krajowa waluta gwałtownie osłabiła się w związku z informacją o planowanej dacie ogłoszenia wyroku TSUE.

Kurs EUR/PLN (02/10/2019)

Kurs EUR PLN
Źródło: Bloomberg Data: 02/10/19

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

IDM wprowadza jednolity standard weryfikacji klienta doświadczonego na rynku CFD

Izba Domów Maklerskich wprowadza dla krajowych domów maklerskich, swoich członków, jednolity standard weryfikacji wiedzy klienta doświadczonego na rynku CFD. Dla zwiększenia ochrony interesów klientów krajowych firm inwestycyjnych, Izba postuluje o przestrzeganie takich zasad przez wszystkie podmioty działające na rynku CFD w Polsce. W sierpniu br. Komisja Nadzoru Finansowego przychyliła się do postulatów Izby i uwzględniając specyfikę polskiego rynku, wprowadziła w ramach krajowej interwencji status klienta doświadczonego, który umożliwi inwestowanie na rynku CFD z wykorzystaniem dźwigni 1:100, przy zachowaniu ochrony właściwej klientowi detalicznemu.

Uznając potrzebę propagowania dobrych standardów działalności na rynku, jak również zwiększenia ochrony klientów, Izba Domów Maklerskich wprowadziła dla swoich członków standard jednolitej weryfikacji wiedzy klienta dotyczącej rynku instrumentów CFD. Członkowie IDM zobowiązani są do przeprowadzenia szkoleń dla klienta ubiegającego się o status klienta doświadczonego, według określonego przez Izbę zakresu wiedzy podzielonego na pięć bloków tematycznych oraz przeprowadzenia testu egzaminacyjnego kończącego szkolenie według opisanych w standardzie zasad. Taki proces, zakończony pozytywnym wynikiem tekstu, to element weryfikacji klienta przy zmianie jego statusu na klienta doświadczonego.

Rozwiązanie to ma na celu ochronę klientów detalicznych przy zachowaniu konkurencyjności krajowej branży maklerskiej. Standard został przygotowany przez ekspertów IDM i zatwierdzony przez Radę Domów Maklerskich. Izba przekazała również dokument do wiadomości Komisji Nadzoru Finansowego.

Interwencja krajowa na rynku CFD dla konkurencyjności branży maklerskiej i zwiększenia ochrony klienta detalicznego

Waldemar Markiewicz, Prezes Izby Domów Maklerskich
Waldemar Markiewicz, Prezes Izby Domów Maklerskich

Ostatnie rozwiązania wprowadzone na krajowym rynku CFD odpowiadają na potrzeby ochrony inwestorów indywidualnych i wyzwania rodzimej branży. Mamy nadzieję, że przede wszystkim zwiększy to bezpieczeństwo klientów i ich zaufanie do krajowych domów maklerskich pod nadzorem KNF, a także ograniczy odpływ klientów do firm spoza Unii Europejskiej i poprawi konkurencyjność krajowej branży domów maklerskich, mówi Waldemar Markiewicz, Prezes Izby Domów Maklerskich.

W sierpniu br. Komisja Nadzoru Finansowego przychyliła się do postulatów Izby i, uwzględniając specyfikę polskiego rynku, wprowadziła w ramach krajowej interwencji status klienta doświadczonego, którego uzyskanie umożliwia klientom detalicznym inwestycje na rynku CFD z wykorzystaniem dźwigni 1:100. Decyzja Komisji ma zapobiec odpływowi klientów krajowych do zagranicznych firm nieregulowanych lub niepodlegających przepisom ESMA.

Według badań Izby przeprowadzonych wraz ze środowiskami inwestorów w 2018 roku, połowa aktywnych i doświadczonych krajowych traderów, po wprowadzeniu interwencji produktowej ESMA, zdecydowała o przeniesieniu swojego rachunku maklerskiego do kraju spoza UE. Z krajowego rynku uciekali najbardziej aktywni klienci – inwestorzy doświadczeni, akceptujący wysokie ryzyko i chcący świadomie skorzystać z wysokiej dźwigni. Negatywne konsekwencje interwencji produktowej były w Polsce odczuwane również poprzez znaczący spadek obrotów krajowych firm inwestycyjnych. Członkowie IDM raportowali do UKNF, że obroty na instrumentach CFD spadły średnio o 50% w pierwszych miesiącach obowiązywania interwencji.

IDM za jednolitym standardem dla wszystkich podmiotów działających na rynku CFD w Polsce

Po wdrożeniu interwencji ESMA, Izba Domów Maklerskich zwracała uwagę wielokrotnie, że na polskim rynku pojawiły się już zagraniczne podmioty maklerskie, także spoza Unii Europejskiej, oferujące krajowym klientom detalicznym konkurencyjne warunki transakcyjne na rynku forex. Podmioty te często nie stosują się do regulacji unijnych, w tym interwencji ESMA, i pojawiają się wątpliwości dotyczące ich działań w świetle krajowych regulacji, co niesie ryzyko dla klientów detalicznych.

Mając na względzie wyzwania związane z nowymi rozwiązaniami wdrożonymi interwencją krajową, IDM uważa, że wszystkie podmioty działające na rynku CFD w Polsce powinny stosować jednolity standard przy weryfikacji klienta doświadczonego. W związku z tym, Izba przygotowała zakres merytoryczny testu weryfikacyjnego wraz z pytaniami oraz zobowiązała swoich członków do stosowania takiej samej procedury weryfikacyjnej. Dla dobra krajowych klientów, Izba postuluje o wdrożenie takiego ujednoliconego standardu na rynku CFD dla wszystkich działających w Polsce firm.

Dla ochrony klientów i zwiększania zaufania do rynku i polskich domów maklerskich, Izba zdecydowała się na wdrożenie wśród swoich członków jednolitego standardu weryfikacji doświadczenia klienta detalicznego. Chcemy, żeby inne podmioty oferujące polskim klientom usługi na rynku CFD również stosowały się do norm Izby, tak aby klient detaliczny miał jak najlepszą ochronę, dodaje Prezes Markiewicz.

Rada Polityki Pieniężnej utrzymała stopy procentowe

Podczas dzisiejszego spotkania Rada Polityki Pieniężnej utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie.

  • stopa referencyjna 1,50% w skali rocznej;
  • stopa lombardowa 2,50% w skali rocznej;
  • stopa depozytowa 0,50% w skali rocznej;
  • stopa redyskonta weksli 1,75% w skali rocznej;

Rynek liczy, że za rok możliwa jest obniżka stóp procentowych

Ostatnie dni przyniosły osłabienie polskiego złotego, jednak za ową słabość w największej części obwinia się negatywny sentyment do aktywów ryzykownych oraz – w ostatnim czasie – niepokój związany z konsekwencjami jutrzejszego wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE). Niemniej, to, w jaki sposób rynek zapatruje się na działania Narodowego Banku Polskiego również nie pozostaje bez wpływu na zachowanie krajowej waluty. Dobrym przykładem tej zależności jest sytuacja z sierpnia, kiedy to wraz z tym, jak rynek zaczął w pełni wyceniać obniżkę stóp procentowych w Polsce za rok, zwiększyła się negatywna presja na polską walutę.

Stawki kontraktów FRA 12×15 w PLN pokazują, że obecnie rynek spodziewa się spadku stóp procentowych o ok. 12 punktów bazowych w horyzoncie rocznym. Biorąc pod uwagę, że RPP historycznie nie podejmowała decyzji o cięciach w skali mniejszej niż 25 pb. rynkowa wycena może sugerować, że rynek szacuje, że jest ok. 50% szans na obniżkę stóp procentowych w Polsce za rok.

Stawki kontraktów FRA 12×15 w PLN (październik ‘18-październik ‘19)

Co rynek sądzi o przyszłości stóp procentowych w PolsceŹródło: Bloomberg Data: 02/10/19

Zmiany retoryki RPP mogą wpłynąć na zmiany oczekiwań inwestorów względem kształtowania się stóp w przyszłości, a to będzie oddziaływać na kurs złotego. Z tego też względu warto obserwować spotkania decyzyjne RPP i konferencje prasowe po spotkaniach. W polskiej gospodarce obecnie nie dzieje się nic nadmiernie niepokojącego, niemniej narastające zagrożenia zewnętrzne oraz ostatni spadek inflacji mogą wzmocnić gołębie skrzydło Rady.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,37-4,38. Para EUR/USD zakończyła wczorajszy dzień na plusie, zyskując po publikacji rozczarowujących danych z USA. Co tyczy się wieści ze strefy euro – wczorajsze, wstępne dane o inflacji we wrześniu pokazały spadek dynamiki cen. Inflacja CPI we wrześniu wyniosła 0,9%, tym samym znalazła się na najniższym poziomie od listopada 2016 roku. Inflacja bazowa wzrosła natomiast z poziomu 0,9% do 1%, od kilku dobrych lat nie oddalając się istotnie od poziomu 1%. Oba kluczowe indeksy dynamiki cen w strefie euro znajdują się obecnie w znacznej odległości od celu inflacyjnego EBC (poziom w okolicy, ale poniżej 2%) i nic nie wskazuje, żeby sytuacja w najbliższym czasie miała ulec istotnej zmianie. Sugeruje to utrzymanie luźnej polityki pieniężnej w strefie euro, co nie jest dobrą informacją dla euro.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,90-4,95. Wczorajsze dane PMI opisujące aktywność biznesową w brytyjskim przemyśle zaskoczyły na plus. Indeks wzrósł we wrześniu do poziomu 48,3 wobec oczekiwanego przez konsensus poziomu 47.

Dzisiejsze dane natomiast rozczarowały. Indeks PMI dla budownictwa odnotował wyraźny i niespodziewany spadek do poziomu 43,3, który pozostaje w niewielkiej odległości od minimum notowanego w czerwcu i przypomina poziomy, które obserwowaliśmy w 2009 roku. Informacja ta negatywnie przekłada się na zachowanie funta, jednak – z uwagi na ograniczone znaczenie sektora – uwaga rynku niedługo powinna przenieść się na jutrzejszą publikację odczytu aktywności w sektorze usług, który odpowiada za około 80% brytyjskiego PKB.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,00-4,02. Amerykańska waluta najpewniej umocniłaby się w parze z polskim złotym, gdyby nie popołudniowy odczyt bardzo słabych danych z USA.

Wczorajsza publikacja indeksu ISM dla amerykańskiego przemysłu pokazała zaskakujący i bardzo głęboki spadek wskaźnika aktywności w sektorze do najniższego poziomu od dekady. Tak słaby odczyt, którego zdecydowanie nie spodziewał się konsensus sugeruje, że niepokój w globalnym handlu przekłada się na sytuację przemysłu również w USA.

Indeks ISM dla przemysłu USA (prawa oś) i produkcja przemysłowa w USA (lewa oś) w latach 2011-2019

Indeks ISM dla przemysłu USAŹródło: Bloomberg Data: 01/10/19

Po nałożeniu wykresu produkcji przemysłowej w USA (ang. industrial production) i wspomnianego wykresu manufacturing ISM można wysnuć wniosek, że amerykański przemysł wpada w recesję. Niemniej, w tym miejscu należy zauważyć, że sygnały dotyczące skali słabości sektora nie są jednoznaczne – indeks PMI dla sektora zdaje się rysować dużo lepszy obraz sytuacji w amerykańskim przemyśle, a sama korelacja nie jest rzeczą niezmienną w czasie. Na potwierdzenie słabych informacji przyjdzie nam poczekać do 17 października, kiedy to poznamy dane o produkcji przemysłowej w USA we wrześniu.

KLUCZOWE WYDARZENIA

  • 16:00 – konferencja prasowa po spotkaniu RPP
  • 16:50 – przemawia John Williams z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Ładowarki samochodów elektrycznych na niemieckich stacjach Grupy ORLEN

Zgodnie z założeniami strategii Grupa ORLEN rozwija swoją sieć stacji pod kątem dostępności paliw alternatywnych. Na niemieckich stacjach Koncernu zlokalizowanych w Berlinie działają już dwie szybkie ładowarki o mocy 100 kW, a kolejne dwie zostaną uruchomione w najbliższych tygodniach w Hamburgu i Lubece. Tym samym Niemcy dołączają do Polski i Czech, w których funkcjonują już 43 szybkie stacje ładowania samochodów elektrycznych.

W zaktualizowanej w ubiegłym roku strategii zapowiadaliśmy przygotowanie naszej sieci do sprzedaży paliw alternatywnych. Pomimo, że w najbliższych dekadach podstawowym źródłem energii w transporcie będą paliwa kopalne, jako największa sieć w regionie, musimy być przygotowani na wzrost udziału innych źródeł napędu. Niemcy są dojrzałym rynkiem w kontekście elektromobliności, dlatego doświadczenia zebrane w tym kraju będą cenne na dalszym etapie rozwoju projektu zarówno w naszej polskiej, jak i czeskiej sieci – powiedział Jarosław Dybowski, Dyrektor Wykonawczy ds. Energetyki PKN ORLEN.

Na polskich stacjach Koncernu funkcjonuje obecnie 26 stacji szybkiego ładowania o mocy 50 i 100 kW, a kolejne są w fazie realizacji. Do końca tego roku stacje ładowania zostaną włączone do systemu informatycznego, natomiast w pierwszym półroczu 2020 zostanie przedstawiona komercyjna oferta ładowania samochodów. Na rynku czeskim, gdzie infrastruktura powstaje we współpracy z Grupą CEZ i E.ON, ładowarki działają obecnie na 17 stacjach Benzina. Ładowarki zainstalowane na stacjach Grupy ORLEN wyposażone są w złącza CHAdeMO, CCS a także Typ 2, obsługujące wszystkie typy samochodów elektrycznych dostępnych w Europie. Ponadto, w Polsce, Niemczech i Czechach działa sześć stacji ładowania obsługujących wyłącznie samochody Tesla, zrealizowanych we współpracy z amerykańskim producentem.

Na stacjach wchodzących w skład Grupy ORLEN dostępne są również inne paliwa alternatywne. Na niemieckich stajach Koncernu działają dwa punkty dla aut zasilanych wodorem, natomiast na 43 obiektach w Czechach można także tankować CNG.

Już jutro wyrok TSUE

Rada Polityki Pieniężnej znowu obraduje. Praktycznie wszyscy są przekonani, że decyzja w sprawie stóp procentowych może być tylko jedna – brak zmian. Jednakże w coraz bardziej chaotycznej rzeczywistości, która nas otacza, nie możemy zupełnie wykluczyć, że m.in. z powodu nacisków politycznych, polski regulator wreszcie zdecyduje się na obniżkę.

Niespodzianka za oceanem

Wczorajszy indeks ISM dla przemysłu zgodnie z konsensusem rynkowym miał oscylować w okolicach 50 punktów. Powodem takich przewidywań były wcześniejsze dobre dane cząstkowe. Jednak okazało się, że stanowiły one tylko wierzchołek góry lodowej, a ostateczny wynik zaskoczył wszystkich. Zamiast oczekiwanego 50,1 pkt ISM wykazał wartość 47,8 pkt. Na reakcję rynków nie trzeba było długo czekać. Dolar osłabił się względem euro o około pół centa. Tym samym wczoraj po południu byliśmy świadkami sytuacji, w której EUR drożało względem PLN, a USD taniał (dziś do południa kurs EUR/PLN wrócił do poziomów z wczorajszego poranka, czyli trochę powyżej 4,37 zł).

Decyzja (bez decyzji) Rady

Dzisiaj odbywa się kolejne posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Zdaniem analityków nie należy spodziewać się zmiany stóp procentowych. Część obserwatorów krytykuje to gremium za brak decyzyjności. Faktycznie od ponad 4 lat (marzec 2015 r.) stopy pozostają na niezmienionym poziomie. Jednak należy też przyznać, że inflacja, po przejściowym epizodzie deflacyjnym, pozostaje obecnie bardzo blisko celu założonego przez regulatora. Nie jest tajemnicą, że na RPP wywierane są (z resztą w tej chwili doświadcza tego chyba każdy bank centralny) naciski polityczne. W krótkim okresie rządzący zainteresowani są bowiem obniżką stóp procentowych.

Już jutro wyrok TSUE

Już jutro Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej podejmie decyzję w sprawie “indeksowanych” kredytów frankowych. Główne ryzyko (szczególnie dla systemu bankowego) polega na tym, że może się okazać, że z umów kredytowych wykreślone zostaną tylko zapisy uznane przez Trybunał za nielegalne. W ten sposób w tej grupie długoterminowych pożyczek pojawi się dziwny produkt: kredyt złotowy oprocentowany jak frankowy (według stawki LIBOR). W tej sytuacji klient posiadający takie zobowiązanie, będzie płacił znacząco mniej niż konsumenci, którzy od razu zdecydowali się na kredyty w PLN. Trudno przesądzać o ostatecznym kształcie werdyktu (część ekspertów twierdzi, że istotne mogą być niuanse), ale jeśli będzie on bliski takiemu rozwiązaniu, to dla niektórych polskich banków może to być bardzo bolesna informacja (mówi się o kosztach rzędu nawet 60 mld zł).

Dzisiaj dzień wolny w Chinach, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:15 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia,
  • 16:00 – Polska – konferencja prasowa RPP po posiedzeniu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Value Media i telewizja TVN z pierwszą reklamą w telewizji hybrydowej

Value Media, jako pierwszy dom mediowy w Polsce, wykorzystuje innowacyjny format reklamowy Hybrid Broadcast Broadband TV. Po raz pierwszy komercyjnie użyto go w kampanii marki Almette w stacji TVN.

TestAlmette_ValueMediaTelewizja hybrydowa, inaczej HbbTV, to nowatorskie narzędzie, które pozwala na wyświetlanie takich samych treści jak na stronach www, bezpośrednio na ekranie telewizora. W Polsce mogą z niej już korzystać wszyscy użytkownicy naziemnej telewizji cyfrowej MUX, posiadający telewizory z opcją Smart TV i podłączeniem do internetu.

To ci widzowie jako pierwsi zobaczą najnowszą kampanię telewizyjną marki Almette (Hochland), wykorzystującą innowacyjny format reklamowy Hybrid Broadcast Broadband TV. Kampania HbbTV pod hasłem “Dom z natury” Almette prowadzona jest wspólnie przez Value Media i TVN. To pierwsza taka kampania w telewizji komercyjnej. Jej skuteczność i opłacalność dla reklamodawców, w ramach współpracy pod jednym dachem Group One, zmierzy natomiast agencja SalesTube.

Wykorzystanie w tej kampanii nowego formatu, daje nam możliwość analizowania jego efektów, a więc rozwijania Hybrid Broadcast Broadband TV i współtworzenia przyszłości reklamy telewizyjnej w Polsce. Od samego początku w Value Media, stawiamy na innowacje oraz rozwój technologiczny wewnątrz grupy i dlatego już dziś możemy oferować naszym klientom rozwiązania przyszłości, które wkrótce będą dominującym i integrującym telewizję ze światem online trendem” – mówi Kamil Wiszowaty, CEO Group One Media.

„HBB to bardzo obiecująca technologia. Będąc producentem treści korzystamy już z kanałów dystrybucji, które umożliwiają bezpośrednią interakcję z użytkownikiem, ale wprowadzenie takich funkcji w połączeniu z tradycyjnym sygnałem telewizyjnym daje nam ogromne możliwości, również zasięgowe. Bardzo się cieszę, że reklamodawcy doceniają nasze innowacyjne produkty” – mówi Maciej Maciejowski, członek zarządu TVN Discovery Polska odpowiedzialny za obszar digital.

Na każdym etapie kampanii zostaną zrealizowane badania świadomości marki, w których wezmą udział widzowie serwisu HbbTV TVN.  Przed jej startem emitowane było zaproszenie do wypełnienia ankiety na ekranie telewizorów. Druga fala badania będzie przeprowadzana tuż po jej zakończeniu. Dzięki temu będzie można zmierzyć wpływ poszczególnych elementów kampanii na wskaźniki marki takie jak świadomość, wizerunek i chęć zakupu oraz znajomość loterii “Dom z Natury” Almette.

Testowa kampania Almette z wykorzystaniem Hybrid Broadcast Broadband TV jest pierwszą komercyjną kampanią wykorzystująca ten innowacyjny format w Polsce.

Dla porównania, w Niemczech praktycznie wszystkie stacje telewizyjne mają swoje serwisy HbbTV, a zasięg tej usługi obejmuje 97% odbiorców. W innych krajach europejskich to także coraz powszechniejszy standard. Poza Europą, HbbTV jest obecna w Australii, Nowej Zelandii i w Korei Południowej. To duży krok ku digitalizacji telewizji, która w Polsce też już się dzieje. Technicznie jest to możliwe nie tylko w naziemnej telewizji cyfrowej ale także przesyłanej przez telewizje kablowe i satelitarne. Zasięg HbbTV jest więc możliwy w całym obecnym zasięgu telewizji liniowej, a to daje zupełnie nowe możliwości reklamowe” – dodaje Marcin Wiśniewski, Head of TV Group One Media.

Niezbędnym elementem do korzystania z nowego formatu jest podłączenie Smart TV do internetu. Dzięki temu w HbbTV można nie tylko podejrzeć ramówkę TV danej stacji, ale także transmitować video (zwiastuny filmów, programów i seriali), kupować produkty, uczestniczyć w ankietach i głosowaniach, a nawet oglądać dwa programy jednocześnie. Do obsługi serwisu HbbTV potrzebny jest tylko pilot telewizyjny. Cała treść hybrydowej telewizji jest transmitowana poprzez internet, w sygnale TV jest wysyłany tylko adres internetowy serwisu HbbTV.

Pierwszą telewizją jaka uruchomiła testowo HbbTV w Polsce był TVN (marzec 2012). Wdrożenie jej nastąpiło dopiero kilka miesięcy później w TVP podczas ME 2012. W swoim sprawozdaniu z wykorzystania wpływów abonamentowych za 2018 rok TVP podaje, że liczba  wyemitowanych odsłon wszystkich wersji aplikacji TV hybrydowej wyniosła 2,3 miliarda. Wg badań Gemius Traffic odsłony te zostały wygenerowane przez 2,04 mln unikalnych użytkowników (odbiorników TV), a przyjmując za GUS, że w gospodarstwie domowym znajdują się średnio 3,1 osoby, daje to ponad 6 mln użytkowników w Polsce. W 2012 roku było to 37 tysięcy a w 2015 roku już 1,2 mln odbiorników. Obecnie obok TVP, sygnał TV hybrydowej nadaje także: ESKA TV, Polo TV, VOX TV, Fokus TV i Stopklatka.

Kraków stolicą pracy coworkingowej

Stolica Małopolski nie ma sobie równych pod względem miejsc do pracy elastycznej wśród regionalnych rynków biurowych w Polsce – wynika z raportu CBRE „Rynek biur elastycznych w Polsce 2019”. Jest ich tam aż 3,9 tys., podczas gdy w zajmującym drugie miejsce Wrocławiu – 2,15 tys. Dodatkowo to w Krakowie buduje się najwięcej i już wkrótce przybędzie 1,7 tys. stanowisk. Jak wskazują eksperci CBRE, inwestorzy łakomym okiem patrzą na krakowski rynek, który w ciągu najbliższych lat powinien utrzymać obecne, dwucyfrowe tempo wzrostu.

Do miast regionalnych trend pracy w coworkingu zaczął przenikać dopiero w 2012 r., ale zaległości są bardzo szybko nadrabiane. Z elastycznych biur wciąż najchętniej korzystają startupy. Wrocław i Kraków to liderzy pod względem liczebności takich firm i skuteczności pozyskiwania funduszy na innowacyjne działalności. Duże znaczenie ma także kapitał ludzki – oba miasta mogą pochwalić się wyjątkowo wysoką jakością edukacji. Na przykład w Krakowie co roku kierunki ścisłe i informatyczne kończy kilkanaście tysięcy studentów, z których część zaczyna inicjować własne, innowacyjne biznesy i potrzebuje dla nich przestrzeni – mówi Konrad Szaruga, ekspert ds. elastycznych powierzchni biurowych, CBRE.

Łączna ilość powierzchni zajmowanej przez biura elastyczne w Krakowie to aż 23,4 tys. mkw., czyli ok. 3,9 tys. stanowisk pracy. Drugie miejsce zajmuje Wrocław, z 16,9 tys. mkw., a trzecie Katowice, niemal ex aequo z Trójmiastem – mają odpowiednio 7,1 tys. mkw. oraz 6,6 tys. mkw. Na tym nie koniec. Trend trafia na podatny grunt również na innych rynkach regionalnych.

Miasta regionalne jeszcze przed boomem

coworking w polscePrzestrzenie do elastycznej pracy rosną we wszystkich dużych miastach w Polsce, ale na razie żadne nie może porównywać się z Krakowem. I jeszcze przez pewien czas tak zostanie – wynika z danych CBRE. W stolicy Małopolski w budowie i planach na najbliższe 15 miesięcy jest aż 14,5 tys. mkw. powierzchni coworkingowej. To wynik m.in. intensywnego rozwoju Krakowa i rosnącego zapotrzebowania na miejsca do pracy. Z raportu PwC „Raport stanie polskich metropolii: Kraków”[1] wynika, że kapitał miasta rośnie niemal najszybciej w Polsce. Jak wskazują eksperci firmy, Kraków, obok Warszawy, jest najlepiej rozwiniętą polską metropolią, centrum wiedzy, edukacji i kultury. Rosnąca popularność miasta przejawia się m.in. w coraz wyższych cenach nieruchomości, dlatego więcej firm woli tutaj wynajmować, niż kupować przestrzenie biurowe.

Jednak nie tylko Kraków będzie rozwijał się pod kątem dostępnej przestrzeni do pracy elastycznej. W Poznaniu ma powstać 2,5 tys. mkw., a we Wrocławiu planowane jest kolejne centrum biznesowe na 1,5 tys. mkw.

Na razie regionalny rynek elastycznych powierzchni biurowych jest zdominowany przez krajowych operatorów niezależnych czy też wspieranych przez deweloperów. Ze względu na ich rosnące znaczenie i potencjał zaczynają stanowić łakomy kąsek dla zagranicznego kapitału, który bacznie obserwuje wszystkie istotne rynki w Polsce – dodaje Konrad Szaruga.

[1] https://www.pwc.pl/pl/pdf/raport-pwc-polskie-metropolie-krakow-2019.pdf

XI Warsztatowy Kongres Szefów Produkcji

Kongres Szefów Produkcji (5)

Serdecznie zapraszamy 11 i 12 grudnia 2019 r. do Poznania na XI edycję Certyfikowanego Kongresu dla Szefów Produkcji.

Tematem przewodnim będzie Rola kierownika produkcji w budowaniu synergii między ludźmi a technologią.

Pierwszy dzień to inspirujący Kongres, podczas którego 13 uznanych ekspertów i praktyków podzieli się doświadczeniami i dobrymi praktykami ze swoich hal produkcyjnych, odpowiadając na wiele ważnych pytań, m.in.:

  • Jakie dobrać i wdrożyć działania motywacyjne dla różnych grup pracowników na produkcji.
  • Jak przekazać pracownikowi negatywny feedback, tak żeby skorygować jego postępowanie, ale jednocześnie nie stracić pracownika.
  • Jak przełamać stereotypy i zbudować autorytet lidera w zespole.
  • Jak przygotować proces produkcji oraz zespół do wdrożenia nowych technologii w taki sposób, aby uniknąć błędów i zatrzymania produkcji.

Podczas tego spotkania przedstawiciele firmy Toyota Motor Manufacturing Poland Sp. z o.o. opowiedzą o wyzwaniach z jakimi musieli się zmierzyć w związku z produkcją silników do hybryd w Polsce oraz o swoim autorskim procesie rekrutacji, który uprościł selekcję kandydatów i wzmocnił markę pracodawcy.

Na wydarzeniu nie zabraknie również gościa specjalnego – kapitana drużyny Amp Footballu – Przemysława Świercza, który opowie o wpływie kapitana na sukcesy zespołu. Będzie to prawdziwy power speech!

Uzyskanie podczas wydarzenia informacje pozwolą pomyślnie zoptymalizować zarówno procesy produkcyjne w firmie, jak i te związane z zarządzaniem zasobami ludzkimi.

Drugiego dnia zapraszamy na istny tour po produkcji –  warsztaty ze zwiedzaniem hali produkcyjnej fabryki SKF.

Warsztaty poprowadzi Michał Rygiel, który poruszy temat efektywnej współpracy międzydziałowej na produkcji. Zapisani uczestnicy zdobędą wiedzę dotyczącą  zarządzania pracownikami oraz gospodarką magazynową działu UR.

Każdy uczestnik otrzyma prestiżowy Certyfikat poświadczający zdobyte umiejętności.

Spotkajmy się w Poznaniu!

Miejsce: Hotel Novotel |Poznań.
Więcej informacji o wydarzeniu znajdziecie Państwo na oficjalnej:

https://szefowie-produkcji.pl/
http://bit.ly/SzefowieProdukcji_zapisy

Brak dokumentacji remontowej a ustalenie wartości początkowej mieszkania wprowadzanego do ewidencji środków trwałych

Nabyte ponad 20 lat temu po ówczesnych cenach mieszkanie do remontu, przedsiębiorca chciał w 2019 r. wprowadzić do ewidencji środków trwałych działalności polegającej na wynajmie mieszkań i poddać amortyzacji. Nie zachował jednak żadnych faktur i rachunków poświadczających poniesione koszty niezbędne na remont, a zwiększające wartość mieszkania. Wystąpił więc do organu podatkowego z wnioskiem o potwierdzenie, czy ustalenia tej wartości może dokonać w oparciu o aktualną wartość rynkową nieruchomości, a dokładnie na podstawie cen obowiązujących w grudniu roku poprzedniego (interpretacja indywidualna z 26 sierpnia 2019 r., sygn. 0113-KDIPT2-1.4011.352.2019.1.KS).

Wykup mieszkania zastępczego od miasta

W 1995 r. wnioskodawca nabył od gminy miejskiej lokal mieszkalny położony w budynku wielomieszkaniowym z 1961 r., wraz z udziałem w częściach wspólnych. Następnie z uwagi na jego zły stan techniczny dokonał w nim znaczących remontów, w tym m.in. wymiany instalacji: elektrycznej, gazowej i wodno-kanalizacyjnej, a także okien, drzwi i pokrycia podłóg. Obciążające go remonty objęły także części wspólne budynku, również o charakterze istotnym, jak wymiana pionów wodno-kanalizacyjnych czy naprawa dachu. Nie zgromadził jednak dokumentów, które potwierdziłyby poczynione nakłady konieczne na remont lokalu, a tym samym zwiększające wartość mieszkania, a zapłacona w 1995 r. cena 6 400 zł stanowiła jedynie 70% dokonanej wówczas wyceny mieszkania. Gmina udzieliła bowiem 30% bonifikaty z uwagi na jednorazową zapłatę za wykup.

Mieszkanie amortyzowane jako środek trwały

W 2019 r. przedsiębiorca zamierzał wprowadzić przedmiotowe mieszkanie do ewidencji środków trwałych oraz wartości niematerialnych i prawnych jako środek trwały użytkowany w działalności gospodarczej z przeznaczeniem na wynajem. Do organu interpretacyjnego wystąpił z zapytaniem, jak we wskazanej sytuacji ustalić wartość początkową tego środka trwałego. Przedsiębiorca stał na stanowisku, że nie będzie nią cena, jaką wyznaczyła gmina w 1995 r., a cena rynkowa, ustalona w oparciu o metodę porównawczą środków trwałych tego samego rodzaju z grudnia roku poprzedniego. Zgodnie bowiem z art. 22g ust. 8 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych:

„Jeżeli nie można ustalić ceny nabycia środków trwałych lub ich części nabytych przez podatników przed dniem założenia ewidencji lub sporządzenia wykazu, o których mowa w art. 22n, wartość początkową tych środków przyjmuje się w wysokości wynikającej z wyceny dokonanej przez podatnika, z uwzględnieniem cen rynkowych środków trwałych tego samego rodzaju z grudnia roku poprzedzającego rok założenia ewidencji lub sporządzenia wykazu oraz stanu i stopnia ich zużycia” (Dz.U. 1991 nr 80 poz. 350, ze zm.).

W braku dokumentów podatnik może wycenić wartość sam

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w wydanej 26 sierpnia 2019 r. interpretacji indywidualnej przyznał rację przedsiębiorcy, że ustalenia do amortyzacji wartości początkowej środka trwałego będzie mógł dokonać w oparciu o ceny rynkowe tego samego rodzaju z grudnia roku poprzedzającego rok założenia ewidencji środków trwałych lub sporządzenia ich wykazu oraz stanu i stopnia ich zużycia.

„…ustalenie wartości początkowej środka trwałego w drodze wyceny dokonywanej przez podatnika ma charakter wyjątku od ogólnej zasady ustalania tej wartości na podstawie rzeczywistych, udokumentowanych wydatków poniesionych na nabycie środka trwałego. (…) Niemożność ustalenia wartości początkowej środka trwałego winna zatem dotyczyć tych sytuacji, w których podatnik nie posiada, bo nie musiał posiadać stosownych dokumentów stwierdzających wysokość poniesionych przez niego na nabycie i przystosowanie do używania wydatków (dotyczy np. nabycia określonego składnika majątku przed rozpoczęciem prowadzenia działalności gospodarczej, czy też przeznaczenia do działalności gospodarczej prywatnego składnika majątku). Taka sytuacja ma miejsce w rozpatrywanej sprawie” (sygn. 0113-KDIPT2-1.4011.352.2019.1.KS).

Podsumowanie

To korzystna interpretacja nie tylko dla przedsiębiorców trudniących się profesjonalnym najmem mieszkań, ale także dla „zwykłych” podatników. Amortyzacji poddać można bowiem lokal wynajmowany zarówno w ramach działalności gospodarczej, jak i na cele prywatne. Zatem każdy wynajmujący, który nie posiada dokumentów potwierdzających rzeczywiste wydatki poniesione na nabycie środka trwałego, może dokonać korzystnego dla siebie wprowadzenia go do amortyzacji, w oparciu o aktualną cenę rynkową. Z kolei amortyzacji mieszkania wykorzystywanego do wynajmu w ramach prowadzonej działalności gospodarczej można dokonywać, pod pewnymi warunkami, nawet w czasie, gdy nie jest wynajmowane.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polska 4. największym unijnym eksporterem do Niemiec

Już trzecią dekadę Niemcy zajmują 1. miejsce w polskim eksporcie i imporcie towarów oraz usług. W 2017 r. popyt odbiorców końcowych w Niemczech generował w Polsce 1,4 mln miejsce pracy – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Nowe oblicze handlu Polski z Niemcami”. Zagraniczny popyt na niemieckie towary i usługi, w których zawarty jest polski komponent, odpowiedzialny był za blisko 29 proc. polskiego eksportu do Niemiec.

Niemcy są największym partnerem handlowym Polski od początku lat 90. XX wieku. Według danych GUS eksport za Odrę stanowił w 2018 roku 28,2 proc. polskiego eksportu towarów, a import – 22,4 proc. Nadwyżka w obrotach z Niemcami sięgnęła w 2018 r. 13,7 mld EUR. W pierwszych pięciu miesiącach 2019 roku Polska stała się szóstym partnerem handlowym Niemiec pod względem wielkości – komentuje Łukasz Ambroziak, analityk w Zespole Handlu Zagranicznego PIE. Wyprzedziliśmy Wielką Brytanię. Spośród państw unijnych, Niemcy miały większe obroty handlowe tylko z Holandią, Francją i Włochami.

W 2018 r. Polska, pod względem wielkości, była ósmym – po USA, Francji, Chinach, Holandii, Wielkiej Brytanii, Włoszech i Austrii – zagranicznym odbiorcą niemieckich towarów. W niemieckim eksporcie i imporcie usług Polska uplasowała się na dziesiątym miejscu. Popyt odbiorców końcowych w Niemczech kreował około 10 proc. wartości dodanej wytworzonej w Polsce (PKB) oraz ponad 9 proc. zatrudnienia i 8 proc. wynagrodzeń brutto. Z kolei popyt finalny w Polsce odpowiadał za około 1,2-1,3 proc. wartości dodanej, liczby pracujących i wynagrodzeń w Niemczech.Polska 4. największym unijnym eksporterem do Niemiec

Polska w globalnych łańcuchach dostaw. USA i Chiny na czele niemieckiego eksportu

Niemcy mają duże znaczenie w powiązaniach Polski z globalnymi łańcuchami wartości. Są one największym zagranicznym dostawcą półproduktów i usług dla polskiego eksportu, a także największym zagranicznym eksporterem polskiej wartości dodanej w postaci półproduktów i usług zawartych w niemieckim eksporcie towarów. Różnimy się jednak od pozostałych trzech państw Grupy Wyszehradzkiej. Niemcy eksportują relatywnie więcej polskiej wartości dodanej, niż ma to miejsce w przypadku pozostałych państw Grupy.

Polski eksport do Niemiec zależy w dużym stopniu od zagranicznego popytu na niemieckie towary i usługi, w których zawarty jest polski komponent. Według ostatnich dostępnych danych, popyt ten kreował blisko 29 proc. polskiego eksportu do Niemiec. Były one ważnym eksporterem polskiej wartości dodanej do USA, Chin, Wielkiej Brytanii i Włoch. Zmiany popytu importowego w tych krajach oddziałują zatem pośrednio na polski eksport do Niemiec – mówi Łukasz Ambroziak. Ma to szczególne znaczenie w dobie trwającej obecnie amerykańsko-chińskiej wojny handlowej czy też zbliżającej się daty wyjścia Wielkiej Brytanii z UE.Polska 4. największym unijnym eksporterem do Niemiec 2

Szkocka firma inwestycyjna Baillie Gifford doceniła polski startup StethoMe

Szkocka firma inwestycyjna Baillie Gifford, zarządzająca aktywami o łącznej wartości ponad 260 miliardów dolarów, uznała StethoMe za polski startup o największym potencjale ekspansji. W ramach konkursu Baillie Gifford Discovery Competition zrealizowanego wspólnie z korporacyjną fabryką nowych biznesów The Heart oraz kancelarią prawną Bird&Bird, wyłoniono 17 najbardziej obiecujących polskich startupów. Rozwiązanie udostępniające domowy stetoskop, służący do kontroli stanu zdrowia układu oddechowego, otrzymało główną nagrodę w wysokości 10 tys. funtów.

StethoMe_fot. Marian Chrzan Sergiusz Sawin, The Heart_fot. Marian Chrzan Wojciech Radomski_fot. Marian ChrzanDo konkursu wybrano młode firmy z obszaru fintech, machine learning, cyberbezpieczeństwa czy internetu rzeczy, które zaprezentowały swoje rozwiązania 26 i 27 września w Krakowie i Warszawie. Wśród startupów biorących udział w konkursie znalazły się: Abyss Glass, Airly, Billon Group, Cyberus Labs, Digital Fingerprints, Elmodis, Findair, Husarion, Secfense, Indoorway, Infermedica, Nethone, Placeme, Sentione, Skriware, StethoMe i User.com.

Baillie Gifford to firma zarządzająca aktywami, która inwestowała w takich gigantów jak Amazon, Google, Tesla, Spotify czy Salesforce. Firma otworzyła biuro w Krakowie w maju 2018 r., gdzie zatrudnia 36 programistów współpracujących z zespołem IT firmy w Edynburgu.

Zorganizowaliśmy ten konkurs wspólnie z The Heart i kancelarią Bird & Bird, aby przyjrzeć się najlepszym spółkom polskiej branży technologicznej i zwiększyć ich bazę klientów. Możemy się sporo uczyć od tych firm, podpatrując, jak wykorzystują najnowsze technologie do rewolucjonizowania rynków i tworzenia zupełnie nowych produktów. Nasz zespół programistów w Krakowie i główny zespół IT w Edynburgu czerpie inspirację z ich dynamiki i wdrożonych procesów, które pozwalają szybko opracowywać i rozwijać produkty – mówi Derek Martin, dyrektor ds. technologii w Baillie Gifford. – Naszą uwagę zwrócił StethoMe, inteligentny stetoskop połączony ze smartfonem, którego rozwiązanie ma ogromny potencjał rozwoju – dodaje.

Często przy budowie własnych spółek wykorzystujemy rozwiązania polskich startupów. Widzimy ich rosnący potencjał oraz możliwość zagranicznej ekspansji. Zwycięstwo StethoMe w konkursie Baillie Gifford, który wspólnie zorganizowaliśmy, pokazuje jak duży potencjał drzemie w rozwiązaniach medtech. Współpraca z Baillie Gifford to ogromna szansa na rozwój i skalowanie produktu na inne rynki – komentuje Jędrzej Iwaszkiewicz, współzałożyciel The Heart.

Finały konkursu odbyły się w Krakowie 26 września oraz w Warszawie 27 września 2019 r. Do Polski przyjechał kilkunastoosobowy zespół Baillie Gifford, który na co dzień analizuje nowe technologie.

Z przyjemnością wspieramy ten konkurs. Od 2008 roku, czyli od otwarcia biura w Polsce, wspieramy innowacyjne firmy i pomagamy naszym klientom instytucjonalnym we wdrażaniu nowych technologii. To bardzo inspirujące, że udaje nam się znaleźć aż tyle innowacyjnych start-upów w Polsce – mówi Sławomir Szepietowski, szef warszawskiego biura kancelarii Bird & Bird.

TenderHut z rekordem w rankingu Deloitte Fast 500 EMEA

Najszybciej rozwijająca się polska firma technologiczna – TenderHut uzyskała 64. miejsce w prestiżowym rankingu Deloitte Fast 500 EMEA. To najwyższa pozycja spośród 17 polskich firm, które zakwalifikowały się do zestawienia. Wynik TenderHut to skok w górę o 336 miejsc w porównaniu z rokiem ubiegłym.

Ranking Deloitte Fast 500 skupia najszybciej rozwijające się spółki technologiczne z 18 krajów w regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód i Afryka). Analiza oparta jest o procentowy wzrost przychodów na przełomie ostatnich czterech lat. Firmy, aby znaleźć się w tym prestiżowym rankingu muszą wykazać się średnim wzrostem przynajmniej o 131%. Grupa Kapitałowa TenderHut uzyskała najlepszy wynik z polskich firm osiągając wzrost przychodów na poziomie 1496%.

W tegorocznym rankingu Deloitte Fast 500 EMEA znalazło się 17 spółek znad Wisły – to aż o 8 mniej niż w poprzednim wydaniu. TenderHut został ujęty także we wcześniejszym rankingu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe, zajmując najwyższe miejsce wśród wszystkich firm polskich i 7. w generalnym zestawieniu. Ponadto na początku marca tego roku TenderHut został uznany przez brytyjski dziennik Financial Times za jedną z najszybciej rozwijających się firm w Europie (FT1000). Polski lider rozwiązań IT zajął 23. miejsce, notując skok aż o 224. pozycje względem zeszłorocznego zestawienia. Do rankingu Financial Times zakwalifikowały się zaledwie 22 spółki z Polski, spośród których 1. miejsce należy właśnie do TenderHut.

Wysokie pozycje w rankingach Deloitte Fast 500 EMEA, Fast 50 CE, a także Financial Times 1000, to wynik konsekwentnie realizowanej przez nas strategii rozwoju. Tempo wzrostu przychodów na poziomie niemal 1500 proc. osiągnęliśmy łącząc zaangażowanie, intensywną pracę i odważną wizję konsekwentnego rozwoju wszystkich spółek Grupy TenderHut. W rankingach Deloitte brano pod uwagę jedynie jednostkowe wyniki spółki TenderHut, a nie wyniki całej grupy. Gdyby analizowano skonsolidowane przychody całej grupy kapitałowej, nasza pozycja w rankingu byłaby jeszcze lepsza – komentuje Robert Strzelecki, prezes zarządu Grupy Kapitałowej TenderHut. – Nie boimy się nowych wyzwań i nie zwalniamy tempa działań! Przed nami kolejne rynki, o które zamierzamy powalczyć, w tym niezwykle wymagający rynek chiński, na którym właśnie rozpoczęliśmy ekspansję – dodaje.

W 2018 roku grupa wypracowała skonsolidowane przychody na poziomie 23,7 mln złotych, a wartość miesięcznego skonsolidowanego przychodu grupy przekracza aktualnie 3 mln złotych. Szacowane skonsolidowane przychody grupy kapitałowej po 9 miesiącach 2019 roku mają wynieść 27 mln zł.  Firma posiada 7 centrów developerskich w największych polskich miastach,  9 zagranicznych przedstawicielstw w kluczowych światowych centrach technologicznych oraz 3 zagraniczne spółki zależne: w USA, Danii i Chinach.

Banany podrożeją nawet o 50%

W Ameryce Łacińskiej od kilku tygodni producenci stosują wzmożone środki ochronne przed skażeniem bananowców. I informują, że już teraz koszty produkcji wzrosły o 0,15 USD na kartonie. Według części ekspertów, w tej sytuacji, a także w dłuższej perspektywie zmniejszenie podaży jest realne i może skutkować podwyżkami. Jednak importerzy uspokajają, że obecnie nie ma zagrożenia dla łańcucha dostaw. Niemniej ceny mogą pójść w górę z uwagi na wysoki sezon. Z kolei zdaniem innych obserwatorów rynku, tuż przed świętami w sklepach będzie drożej z powodu samego ryzyka rozprzestrzeniania się chorób. W zależności od tego, jak poradzą sobie plantatorzy, ten wzrost może wynieść nawet do 50%. I to będzie długofalowy problem dla całej Europy.

Grzyb Fusarium Tropical Race 4 (TR4), wykryty niedawno w Kolumbii, poważnie zagraża stabilności globalnego przemysłu bananowego, który jest silnie uzależniony od dostaw z Ameryki Łacińskiej i Karaibów. Stamtąd pochodzi prawie 92% bananów sprzedawanych na całym świecie w systemie Sprawiedliwego Handlu Fairtrade. Rządzący, plantatorzy, badacze, detaliści i przedstawiciele organizacji międzynarodowych mocno zmobilizowali się do walki o utrzymanie produkcji popularnych owoców.

– Naukowcy jeszcze nie znaleźli skutecznego sposobu na powstrzymanie grzyba, który jest zabójczy dla bananów i doszczętnie niszczy nasze plantacje. Gdy tylko znajdzie się w glebie, nie można go już niczym usunąć. W okolicy występują też inne niebezpieczne choroby dla upraw. Najbardziej rozpowszechniona jest tzw. czarna sigatoka, która nie jest aż tak groźna, jak ww. grzyb. Producenci mogą pozbywać się jej za pomocą agrochemikaliów lub innych praktyk rolniczych – mówi Nicolas Leger z CLAC, sieci producentów dostarczającej na światowy rynek ponad 90% bananów z certyfikatem Fairtrade.

Jak podkreślają plantatorzy, choroba może łatwo się rozprzestrzenić, np. za pomocą cząstek gleby, skażonych narzędzi, butów, odzieży, pojazdów, zwierząt czy wody. Zarodniki grzyba pozostają żywe w ziemi przez dziesięciolecia i nie da się ich zniszczyć. Dlatego władze Kolumbii wdrożyły zaostrzone procedury bezpieczeństwa biologicznego w całym kraju. W regionie La Guajira, gdzie wykryto dwa przypadki, poddano kwarantannie zarażone gospodarstwa i zlikwidowano ponad 150 hektarów upraw. Pod ścisłym nadzorem pozostaje też sąsiednia Magdalena oraz największy obszar produkcji – Urabá.

– W dłuższej perspektywie zmniejszenie podaży bananów na rynku może skutkować podwyżkami, jednak na tym etapie nie sposób oszacować ich skali. Walka z chorobotwórczym grzybem wymaga dodatkowych nakładów finansowych i ciężkiej pracy. Producenci nie powinni być w niej osamotnieni. Nawet bez zagrożenia Fusarium zmagają się z wieloma trudnościami, zwłaszcza z powodującymi lokalne powodzie ulewnymi deszczami – zwraca uwagę Krzysztof Rączkowiak z Fairtrade Polska.

Widmo podwyżek

W Kolumbii, Ekwadorze, Panamie, Peru i Republice Dominikańskiej producenci bardzo poważnie traktują groźbę zarażenia TR4. Wdrożyli środki zapobiegawcze i ochronne, zgodnie z którymi egzekwują systemy dezynfekcji przy wejściach i wyjściach z farm. Plantatorzy wspominają też o każdorazowym odkażaniu pojazdów. Według lokalnych szacunków, koszty zagrożonej produkcji zwiększyły się już o 0,12-0,15 USD na kartonie bananów o wadze 18 kg. A to z pewnością nie koniec.

– Taki koszt za pudełko to już dużo. Oczywiście tej różnicy nie odczujemy z dnia na dzień. To jest ogromny globalny biznes, w którym uczestniczy wielu graczy. Jeżeli łańcuch będzie zagrożony, to dostawcy i odbiorcy zaczną partycypować w rosnących wydatkach. Bez względu na dalszy rozwój sytuacji, banany na pewno zdrożeją w naszych sklepach przed Bożym Narodzeniem. Już samo ryzyko utraty upraw i zamknięcia kolejnych farm mocno oddziałuje na rynek. Podwyżki w Polsce mogą wynieść od kilku do nawet pięćdziesięciu procent, w zależności od tego, jak poradzą sobie plantatorzy – komentuje dr Maria Andrzej Faliński, niezależny ekspert rynku detalicznego.

Zdaniem Andrzeja Hajduka z firmy Artfoods, która importuje owoce z całego świata, obecnie nie ma bezpośredniego zagrożenia dla łańcucha dostaw. Na rynku może być trochę mniej towaru, co podniesie ceny w najbliższych miesiącach, ale nie z powodu choroby panamskiej, tylko z uwagi na zbliżający się wysoki sezon. Tak jest każdej jesieni. Wzrost kosztów produkcji, spowodowany zaostrzeniem środków ochronnych na plantacjach, nie powinien spowodować dodatkowych podwyżek. Mogą je wprowadzić ewentualnie sieci handlowe, np. wykorzystując obecną sytuację i doniesienia medialne.

Tani jak banan

– Producenci znajdują się pod nieustanną presją cenową ze strony kupców. Tanie banany przyciągają do sklepów konsumentów, którzy przy okazji dokonują również innych zakupów. Prowadzi to do tego, że rolnicy ponoszą niewspółmierne środowiskowe, społeczne i finansowe koszty produkcji. Jest to szkodliwe nie tylko dla właścicieli plantacji i pracowników najemnych, ale zagraża również stabilności dostaw. Informacje o fatalnej sytuacji plantatorów docierają do nas bardzo rzadko, bo banany uprawia się w odległych krajach – stwierdza Krzysztof Rączkowiak.

Jak wynika z raportu, opracowanego przez ekspertów z firmy Hiper-Com Poland i aplikacji Zdrowe Zakupy, na polskim rynku od początku 2017 roku do połowy br. średni koszt zakupu bananów w promocji zmniejszył się o nieco ponad 5%. Natomiast minimalne wartości cenowe podniosły się o zaledwie 0,28%. Tylko maksymalne ceny promocyjne bananów znacząco poszły w górę, tj. o blisko 41%.

– Mierzymy się z wieloma wyzwaniami, w tym m.in. ze zmianami klimatycznymi. Susze, powodzie czy huragany wpływają na wydajność i jakość owoców. Dlatego od wielu lat koszty produkcji stale rosną. I to już dawno powinno przełożyć się na ceny bananów w polskich sklepach. Jednak sprzedawcy detaliczni w Europie starają się za wszelką cenę oferować swoim klientom jak najtańsze towary. Dlatego trudno nam przewidywać podwyżki nawet w tak trudnej sytuacji jak obecnie – przyznaje Nicolas Leger.

Jak przewiduje dr Faliński, banany przestaną być tanie, gdy zabójczy dla nich grzyb faktycznie rozprzestrzeni się w Ameryce Łacińskiej. Wówczas być może zaczniemy sprowadzać te owoce na dużą skalę z innych części świata, np. z Azji czy z Maroka, drogą lotniczą. W opinii eksperta, należy brać pod uwagę taki scenariusz. Natomiast nie warto martwić się tym, że banany wyginą. Takie fatalistyczne wizje, które pojawiają się ostatnio w mediach, są mocne przesadzone. Prowokują panikę i bezsensowne podwyżki. Tymczasem plantatorzy szacują, że około 80% bananów uprawianych na całym świecie może być już dotkniętych TR4.

RODO: Kara ponad 2,8 mln za wyciek danych w następstwie ataku z zewnątrz

Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych (PUODO) opublikował treść decyzji o nałożeniu kolejnej (najwyższej jak dotąd) kary za naruszenie RODO. Treść decyzji może być szczególnie istotna dla branży e-commerce.

Najwyższa kara

Adresatem decyzji PUODO został właściciel sklepu internetowego Morele.net Sp. z o.o.. Należąca do tego przedsiębiorcy baza danych zawierająca informacje na temat ponad 2 milionów klientów sklepu została wykradziona i opublikowana w Internecie. Ujawnione dane mogą posłużyć do ataków socjotechnicznych na użytkowników (np. phishing) lub innych aktywności bazujących na skradzionej tożsamości. Wykorzystując dane kontaktowe klientów oraz wiedzę o dokonanych transakcjach, przestępcy zwrócili się do osób, których dane znalazły się w wykradzionej bazie o dopłatę 1 zł za pośrednictwem fałszywej bramki dla dokonywania płatności internetowych. Działanie to miało na celu w szczególności wyłudzenie haseł i loginów do kont bankowych. Na skutek tego zdarzenia właściciel sklepu będzie zmuszony zapłacić karę pieniężną w wysokości 2.830.410,00 zł. Dla porównania dotychczasowe kary nałożone przez PUODO wynosiły: 943.470,00 zł za brak wypełnienia obowiązków informacyjnych oraz 55.750,50 zł za wyciek danych będący bezpośrednim skutkiem zachowania administratora.

Czego się dowiedzieliśmy?

W przypadku wcześniejszych kar nałożonych przez PUODO administratorzy zostali ukarani, ponieważ w ocenie organu wprost naruszyli prawa osób, których dane dotyczą (w pierwszym przypadku świadomie nie informując podmiotów danych o przetwarzaniu, w drugim poprzez swoje działanie ujawniając publicznie dane osobowe).

Najnowsza decyzja PUODO wskazuje, że administrator może zostać ukarany także wtedy, gdy naruszenie interesów podmiotów danych wyniknęło bezpośrednio z działań osób zewnętrznych, w tym wypadku hakerów, którzy dokonali ataku. – Monika Skocz, Radca prawny, Senior Managing Associate w Deloitte Legal.

Na czym polegało naruszenie?

Zgodnie z uzasadnieniem decyzji, główną przyczyna nałożenia kary przez PUODO był brak zapewnienia poufności danych wynikający z zastosowania nieodpowiednich środków zabezpieczających przed ich wyciekiem. W ocenie organu przedsiębiorcy przetwarzający dane mają obowiązek regularnego testowania, mierzenia i oceniania skuteczności środków technicznych i organizacyjnych mających zapewnić bezpieczeństwo przetwarzania, tak aby upewnić się, że stosowane przez nich środki odpowiadają rzeczywistemu ryzyku. Zdaniem PUODO w przypadku omawianego wycieku danych, po stronie administratora zabrakło właściwej analizy ryzyka, przez co m.in. stosowane zabezpieczenia nie były adekwatne do zagrożeń.

Wnioski dla e-commerce

Przedsiębiorstwa z branży e-commerce powinny zwrócić szczególną uwagę na omawianą decyzję PUODO. Tego typu podmioty zazwyczaj posiadają szerokie bazy klientów oraz z natury rzeczy funkcjonują w środowisku cyfrowym, co sprawia, że mogą one być szczególnie podatne na cyberataki. – Grzegorz Olszewski, Radca prawny, Senior Associate w Deloitte Legal.

Jak z kolei wynika z uzasadnienia decyzji PUODO, na przedsiębiorcach prowadzących sklepy internetowe ciąży większa odpowiedzialność i większe wymagania niż na administratorach, którzy przetwarzają dane osobowe w ramach działalności ubocznej, incydentalnie lub na niewielką skalę. Zdaniem organu prowadząc działalność komercyjną, a przy tym gromadząc dane za pośrednictwem sieci Internet, administrator danych powinien podjąć wszelkie niezbędne działania i dochować należytej staranności w doborze środków technicznych i organizacyjnych, zapewniających bezpieczeństwo i poufność danych w tym środowisku.

Cyberbezpieczeństwo

Sklepy internetowe, portale aukcyjne i inne firmy z kategorii e-commerce, są szczególnie narażone na cyberataki. Mają dużą ekspozycję w sieci Internet. Cyberprzestępcy mogą atakować nie tylko klientów takich serwisów, ale również ich infrastrukturę sieciową, aplikację web lub podszywać się pod systemy transakcji internetowych.

Dlatego firmy te muszą posiadać zdolności w zakresie prewencji, wykrywania i reagowania na cyberataki adekwatne do ich profilu ryzyka. Brak należytego rozpoznania zagrożeń i wynikających z nich ryzyk powoduje zwykle zły dobór środków bezpieczeństwa, co skutkuje brakiem gotowości na cyberatak. Istotnym elementem w tym przypadku jest również posiadanie zdolności szybkiego wykrycia ataku i posiadanie odpowiednich narzędzi w celu określenia jego skali i skutków. Marcin Ludwiszewski, Dyrektor, Lider ds. Cyberbezpieczeństwa, Deloitte.

Kary administracyjne

Za nieprzestrzeganie przepisów ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych grożą wysokie kary administracyjne. W sytuacji, gdy kontrola wykaże nieprawidłowości w przetwarzaniu danych osobowych, Prezes Urzędu Ochrony Danych może nałożyć karę nawet do 20 000 000 EUR, lub 4% całkowitego rocznego światowego obrotu z poprzedniego roku obrotowego.

Pensja minimalna i 500 plus a wiedza ekonomiczna Polaków

Wzrost cen, zwolnienie części pracowników oraz zatrudnianie „na czarno” to trzy najbardziej prawdopodobne skutki skokowego podniesienia pensji minimalnej wskazywane przez Polaków. Z kolei płacone podatki jako główne źródło pieniędzy na wypłaty w ramach programu „500 plus” to coraz częstsza odpowiedź udzielana przez badanych, choć nadal stosunkowo najrzadziej przez sympatyków Prawa i Sprawiedliwości – tak wynika z badania przeprowadzonego dla serwisu ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna.

Uczestnicy badania zostali poproszeni o zaznaczenie trzech najbardziej prawdopodobnych – według nich – zachowań przedsiębiorcy, który zatrudnia w swojej firmie znaczną część pracowników za pensję minimalną i zostanie zmuszony przez Państwo do skokowego podniesienia tej pensji. Badani najczęściej wskazywali odpowiedzi, że przedsiębiorca: podniesie ceny produktów i usług (53%), zwolni część pracowników (44%) oraz zacznie zatrudniać i płacić „na czarno” (35%). W dalszej kolejności wymieniali, że przedsiębiorca zamknie działalność, bo przestanie mu się opłacać (16%), zmniejszy się po prostu jego zysk (14%) oraz że będzie musiał zapłacić pracownikom więcej i to jego problem, skąd weźmie na to pieniądze (10%).Pensja minimalna i 500 plus a wiedza ekonomiczna Polaków

Odpowiedzi wyborców trzech głównych ugrupowań politycznych ujawniły różnice między nimi, ale pokazały też podobieństwa.

Podniesienie cen produktów i usług, zwolnienie części pracowników, zatrudnianie i płacenie „na czarno” znalazły się na podium odpowiedzi wyborców zarówno Prawa i Sprawiedliwości, Koalicji Obywatelskiej, jak i Lewicy, ale w odmiennej kolejności i z inną intensywnością wskazań.

Zdecydowana większość wyborców Koalicji Obywatelskiej (73%) jako główne następstwo skokowego podniesienia pensji minimalnej wskazała podniesienie cen produktów i usług. Wśród wyborców PiS ta odpowiedź również znalazła się na pierwszym miejscu, ale z mniejszą liczbą wskazań (49%). Z kolei elektorat Lewicy jako najbardziej prawdopodobny efekt wskazywał na zwolnienie części pracowników (51%).Pensja minimalna i 500 plus a wiedza ekonomiczna Polaków 2

Wiedza Polaków na temat ekonomicznych skutków skokowego podniesienia pensji minimalnej idzie w parze ze wzrostem świadomości na temat źródeł finansowania programu „500 plus”.

W porównaniu do analogicznego badania sprzed 2 lat, zmniejszył się odsetek dorosłych Polaków deklarujących brak wiedzy na temat głównego źródła finansowania programu „500 plus” – z 21% do 16% badanych. Jednocześnie z 38% do 44% wzrósł odsetek osób mających świadomość, że program ten jest finansowany z ich podatków. 24% Polaków uważa, że głównym źródłem pieniędzy na wypłaty „500 plus” są podatki płacone przez innych ludzi, 7% – że podatki płacone przez firmy oraz 7% –
że z pieniędzy rządowych (spadek o 5 punktów procentowych).Pensja minimalna i 500 plus a wiedza ekonomiczna Polaków 3

Wyniki badania pokazują, że w elektoracie Prawa i Sprawiedliwości jest najwięcej osób, które deklarują brak wiedzy na temat źródła finansowania „500 plus” (16%). Wśród wyborców Koalicji Obywatelskiej odsetek takich odpowiedzi wynosi 4%, a wśród Lewicy – 1%. Wyborcy partii opozycyjnych mają świadomość, że „500 plus” jest finansowane głównie z ich podatków (KO – 60%, Lewica – 59%), podczas gdy tę wiedzę posiada jedynie 39% wyborców partii rządzącej. W elektoracie PiS jest też stosunkowo najwięcej osób (15%) błędnie przekonanych, że rząd ma własne pieniądze, z których wypłaca „500 plus”.Pensja minimalna i 500 plus a wiedza ekonomiczna Polaków 4

„Badanie pokazuje, że świadomość ekonomiczna Polaków nieznacznie wzrosła w ciągu ostatnich dwóch lat. Wynika to między innymi z nagłaśniania przez polityków i media tematów gospodarczych w kampanii wyborczej. Może to sprawić, że ludzie nie będą tak łatwo ulegali populistycznym obietnicom wiedząc, że w konsekwencji to oni będą musieli zapłacić za ich realizację z własnych pieniędzy” – mówi Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl.

————————————————————————————

Nota metodologiczna: Badanie przeprowadzone dla serwisu ciekaweliczby.pl na ogólnopolskim panelu badawczym Ariadna. Próba ogólnopolska N=1040 osoby. Kwoty dobrane wg reprezentacji
w populacji Polaków wieku 18 lat i więcej dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania. Termin realizacji: 24 – 27 września 2019 roku. Metoda CAWI.

Pracownicy o firmach rodzinnych. Czy „rodzinność” firmy ma znaczenie?

Jakie zespoły stworzą sukcesorzy, gdy staną się liderami przedsiębiorstw założonych przez rodziców? Instytut Biznesu Rodzinnego opublikował raport „Pracownicy o firmach rodzinnych. Czy „rodzinność” firmy ma znaczenie?”

Sukcesorzy dorastający pod czujnym okiem rodziców wprowadzają do przedsiębiorstw nowatorskie rozwiązania realizując własne pomysły. Dlatego dla firm rodzinnych sukcesja oznacza niemałe zmiany. Co w procesie zmiany pokoleniowej stanie się z kadrami? Z zespołami? Czy nepotyzm i faworyzowanie kandydatów będących członkami rodziny to mit? Czym różni się praca w firmach rodzinnych oraz nierodzinnych i dlaczego warto pracować w rodzinnym biznesie, sprawdził Instytut Biznesu Rodzinnego. Wyniki badania opublikował w raporcie „Pracownicy o firmach rodzinnych. Czy „rodzinność” firmy ma znaczenie?”

55% badanych uważa, iż stabilność zatrudnienia jest w firmach rodzinnych wyższa niż w nierodzinnych. Wynika to z wielu czynników, głównym z nich jest fakt, iż firmy rodzinne podejmują decyzje w dłuższym horyzoncie czasowym, mając na uwadze nie coroczne czy kwartalne wyniki, a utrzymywanie wartości przez lata i pokolenia. Dlatego również zatrudnienie pracownika postrzegają bardziej długoterminowo. Również kandydaci czują się zdecydowanie bardziej związani z firmami rodzinnymi i rzadziej podejmują decyzje o zmianie pracy.

Co robią sukcesorzy, aby walczyć z mitem szklanych sufitów?

– W firmach rodzinnych pracownicy zatrudnieni są nie po kilka, a kilkanaście lat. Oczywiście to bardzo budująca cecha, ale i wielkie wyzwanie dla sukcesora. Przygotowując się do sukcesji musi zbudować autorytet, udowodnić swoją wiedzą i kompetencjami, że jest w stanie zastąpić rodzica na fotelu prezesa. Z małego Jasia staje się Janem… – mówi dr Adrianna Lewandowska, Prezes Instytutu Biznesu Rodzinnego.

Faworyzowanie członków rodziny to w opinii badanych wciąż istniejący problem. Należy pamiętać, że przyznawanie stanowisk tylko z racji przynależności do rodziny zamiast kierowania się kompetencjami, nie tylko zaniża wydajność pracy, może też negatywnie wpływać na morale pracowników spoza rodziny i ograniczyć dostęp do talentów managerskich z zewnątrz. Jak jest naprawdę? Ankietowani (49%) przyznają, że nepotyzm jest problemem w firmach rodzinnych.W firmach rodzinnych pracownicy zatrudnieni są nie po kilka, a kilkanaście lat

Polityka otwartych drzwi – sukcesorzy muszą być szefami blisko pracowników

Aż 83% respondentów docenia płaską strukturę organizacyjną w firmach rodzinnych. Pracownicy mają poczucie dostępności osób decydujących, cenią możliwość rozmowy z właścicielami firmy. Ponadto, 66% uważa, że w firmach rodzinnych procesy decyzyjne są szybsze niż w firmach nierodzinnych, co jest wielkim walorem w zwiększaniu elastyczności działań. Taką strukturę będą musieli zachować w przyszłości sukcesorzy.

Jednocześnie jednak zdaniem 36% badanych firmy rodzinne nie wyróżniają się stymulowaniem pracowników do kreatywnego działania. Jest to prawdopodobnie wynikiem faktu, iż właściciele firm rodzinnych w Polsce są także w większości założycielami, gdyż historia polskiej przedsiębiorczości rodzinnej jest stosunkowo krótka. Właściciele czują się zobowiązani do wyznaczania nowych pomysłów i kreowania wizji rozwoju, nie zawsze mając świadomość, że zaangażowanie pracowników do procesu tworzenia przyszłości może znacząco wspomóc dynamiczny rozwój firmy. Czy sukcesorzy będą chcieli to zmienić?

– Sukcesorzy wychowani w innej rzeczywistości gospodarczej niż pokolenie nestorów bardziej niż rodzice ufają ekspertom w swoich zespołach. Sami wyznaczają kierunek rozwoju, ale nie chcą decydować o każdym szczególe. Choć zmniejsza to nieco zakres ich kontroli, to jednocześnie wyzwala kreatywność i zaangażowanie zespołów – przekonuje Lewandowska.Zaledwie 15% badanych uważa, iż firmy rodzinne są bardziej innowacyjne niż pozostałe

Zaledwie 15% badanych uważa, iż firmy rodzinne są bardziej innowacyjne niż pozostałe. Sukcesorzy w najbliższych latach będą więc musieli skupić się na poprawie innowacyjności i będą istotnie zainteresowani rekrutacją doświadczonych managerów, którzy z odwagą wprowadzą potrzebne zmiany. W firmach rodzinnych jest więc przestrzeń do kreowania nowej rzeczywistości dzięki płaskiej strukturze organizacyjnej, szybkim procesom decyzyjnym i polityce otwartych drzwi.

Czym przyciągnąć do firmy rodzinnej najlepsze talenty?

W Polsce coraz częściej kandydaci do pracy patrzą na pracodawcę z perspektywy czegoś więcej niż tylko comiesięcznej pensji na koncie. Badanie IBR sprawdzało najważniejsze czynniki, które wpływają na podjęcie przez kandydatów decyzji o zatrudnieniu u danego pracodawcy. Najistotniejszym czynnikiem jest dla kandydatów możliwość rozwoju, zdecydowanie zgadza się z tym aż 71% ankietowanych. Na drugim miejscu jest atmosfera (51%), a dalej elastyczne godziny pracy i work-life balance oraz łatwy dojazd do pracy. Te czynniki mają większy wpływ niż np. dodatkowe benefity. Zgodne jest to z trendem slow-life, w którym pracownicy, zwłaszcza z pokolenia Y oraz Z, coraz większą wagę przykładają do zdrowego balansu w życiu prywatnym, oszczędności czasu i ograniczania stresu. Dbałość o te miękkie aspekty zatrudnienia może stanowić wyróżnik pracodawcy, definiujący jego przewagę konkurencyjną.Czym przyciągnąć do firmy rodzinnej najlepsze talenty

– Sukcesorzy, którzy od lat uczestniczą w wydarzeniach organizowanych przez IBR, np. w Kongresie NextG czy w Akademii Sukcesora, udowadniają, że chcą przygotować się do roli, którą będą pełnić w przyszłości. W tym roku podczas NextG uczestnicy przejdą prawdziwą metamorfozę – agenda w dużej mierze opiera się na kreatywnych warsztatach, networkingu, grywalizacji, psychodramie z elementami coachingu… W 24 godziny uczestnicy przejdą przemianę i wyjadą z Poznania bogatsi o wiedzę, inspiracje i nową wizję przyszłości – swojej i rodzinnego biznesu. To właśnie silni zdecydowani sukcesorzy przekonają do siebie rodziców oraz pracowników – mówi Anna Włodarczyk, Event Manager, Instytut Biznesu Rodzinnego. 

Moonlit Games aktualizuje plan wydawniczy. W przyszłym roku spółka planuje co najmniej 7 premier

Moonlit Games, krakowski developer gier na komputery osobiste i urządzenia przenośne zaktualizował plan wydawniczy. Projekty studia zostały rozdzielone na dwie linie: PREMIUM, do której należą produkty strategiczne oraz LABS – pozostałe tytuły studia. W przyszłym roku spółka planuje co najmniej 7 premier.

– Plany wydawnicze podzieliliśmy na dwie serie w celu usprawnienia procesów. Projekty z kategorii PREMIUM będą naszymi największymi produkcjami. Chcemy, aby stały się one wizytówkami firmy oraz należały do topowych symulatorów na rynku. – opowiada Michał Gardeła, prezes Moonlit Games.

Do projektów PREMIUM zarząd spółki zalicza następujące projekty: Deadliest Catch: The Game, Baikonur: World in Ashes oraz niedawno ogłoszony Model Builder, czyli symulator składania modeli.

Pozostałe aktywności spółki zostały przesunięte do linii produkcyjnej LABS. Są to projekty, które stanowią dla twórców okazję do przetestowania oryginalnych pomysłów. Do tej serii należą obecnie następujące tytuły: Thief Simulator Mobile, Playerless: One Button Adventure, Crimson Rain, Ignis: Duels of Wizards, Oil Rush oraz TFF: The Final Frontier.

– Wszystkie projekty z serii LABS są całkowicie wyjątkowe. Produkcje z tej serii pozwalają nam na odkrywanie nowych rozwiązań. Świetny przykład mogą stanowić tu produkcje takie jak Thief Simulator Mobile oraz Ignis: Duels of Wizards, które wyróżniają się spośród naszych projektów – pierwsza platformą wydawniczą, natomiast druga – sposobem rozgrywki. – kończy.

Jedynym tytułem zaplanowanym na bieżący rok jest jedna z trzech gier PREMIUMDeadliest Catch. Produkcja obecnie znajduje się na platformie Kickstarter, gdzie zbierane są dodatkowe fundusze w ramach inicjatywy crowdfundingowej. Gra w ekspresowym tempie zebrała minimum wydawnicze, osiągając w tydzień wynik ponad 12 tysięcy USD. Premiera tytułu będzie miała miejsce 14 listopada.

Plany wydawnicze krakowskiej spółki skupiają się na nadchodzącym roku, w którym będzie aż 6 premier. Poza grą PREMIUMModel Simulator zostaną wydane następujące tytuły z serii LABS: Thief Simulator Mobile Playerless: One Button Adventure, Crimson Rain, Ignis: Duels of Wizards oraz Oil Rush.

Premiery ostatniego tytułu PREMIUM Baikonur oraz LABSTFF: The Final Frontier, planowane są na 2021 rok.

Rosną ryzyka dla USD. Załamanie indeksu ISM dla przemysłu USA

Załamanie indeksu ISM dla przemysłu USA dowodzi, że największa gospodarka świata nie jest niewrażliwa na globalne spowolnienie. Choć ważniejsza dla oceny kondycji gospodarki jest postawa sektora usługowego, już teraz wygląda na to, że wyrażany przez Fed spokój o sytuację wewnętrzną mógł być nietrafiony. Rosną ryzyka dla USD, którego może nie uratować status bezpiecznej przystani.

Indeks ISM dla przemysłu tąpnął we wrześniu do 47,8 z 49,1 w sierpniu, wypadając nie tyle poniżej konsensusu prognoz (50), co nawet najbardziej pesymistycznych szacunków. Szokujący efekt ma też etykieta najgorszego wyniku do 10 lat. Szczegóły były równie słabe: nowe zamówienia dalej się kurczą, a subindeks zatrudnienia wskazał na najszybsze tempo redukcji miejsc pracy od stycznia 2016 r.

W tym miejscu trzeba jednak zaznaczyć, że pogorszenie sytuacji w przemyśle USA wydaje się bardziej jako coś, co prędzej czy później musiało wystąpić. W obliczu wojny handlowej i zapaści przemysłu w ujęciu globalnym, osłabienie zamówień i popytu inwestycyjnego w końcu musiało dotknąć amerykańskie firmy. Ale przemysł odpowiada za trochę ponad 10 proc. PKB USA, za to motorem gospodarki jest sektor usługowy (ok. 80 proc. PKB). Stąd ważniejsze będzie, czy ISM dla usług (publikowany w czwartek) wskaże, że problemy przemysłu przenikają do innych segmentów gospodarki.

Na razie główny wniosek z wczorajszych danych płynie taki, że spokój decydentów Fed z postawy gospodarki krajowej może szybko wyparować i bilans ryzyk przechyli się ku dalszemu łagodzeniu polityki pieniężnej. Od jakiegoś czasu podkreślaliśmy to jako główny czynnik ryzyka dla USD. Dolar ma najwięcej do stracenia na zwrocie w polityce monetarnej, biorąc pod uwagę jak głęboko w gołębim nastawieniu siedzą inne banki centralne. Do tego dochodzi polityczne zamieszanie wokół prezydenta Trumpa, a także jego ataki werbalne na Fed. Nawet w przypadku narastania obaw o globalną recesję wykorzystywanie USD jako bezpiecznej przystani stało się wyjątkowo niewygodne.

Nikt nie spodziewa się niespodzianki po decyzji Rady Polityki Pieniężnej i stopy procentowe powinny pozostać bez zmian. Dyskusja na posiedzeniu może być żywa, gdyż w ostatnich miesiącach ujawniły się skrajne stanowiska jastrzębi (Gatnar) i gołębi (Łon), co skutkowało też zgłoszeniami wniosków za podwyżką (w lipcu) i obniżką (wrzesień). Jednak większość członków popiera stanowisko prezentowane przez prezesa Glapińskiego, który najlepiej nie zmieniałby kosztu pieniądza do końca kadencji. Zagrożenia globalnym spowolnieniem powinny być łagodzone przez ekspansję fiskalną. Z kolei obawy o akcelerację inflacji nie znalazły potwierdzenia we wczorajszych danych – CPI we wrześniu spowolnił do 2,6 proc. r/r z 2,9 proc. Złoty powinien pozostać obojętny na sygnały z RPP z całą uwagą skupioną na jutrzejszym wyroku TSUE ws. kredytów frankowych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jak zadbać o jakość stanowionego w Polsce prawa?

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) opracowały program gospodarczy dla Polski, który zabezpiecza zarówno transfery socjalne, jak i wpływy do budżetu państwa. W ramach rekomendacji upubliczniono także raport 7 rekomendacji na rzecz dobrego prawa. Jednym z jego postulatów jest ograniczenie zmian wprowadzanych w  prawie – chociaż ta zasada jest od wielu lat postulowana, to jej przekucie na praktykę nadal stanowi problem. Tymczasem powinna to być naczelna zasada w procesie stanowienia prawa.

System stanowienia prawa w Polsce nie bez powodu od wielu lat jest przedmiotem krytykiBadania ekonomiczne i gospodarcze pokazują, że jedną z największych barier rozwoju działalności gospodarczej w naszym kraju jest właśnie jego niepewność. Federacja Przedsiębiorców Polskich przygotowała raport, w którym przedstawia siedem rekomendacji, które w jej ocenie znacząco zwiększą szanse na to, że prawo będzie stabilne, a ustanowione już rozsądne regulacje nie będą wymagały kolejnych zmian już po krótkim okresie.

Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) 
Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)

– Rekomendacje oparte są  o wieloletnie doświadczenie i postulaty środowiska naukowego. Ich wprowadzenie może znacząco poprawić jakość stanowionego w Polsce prawa oraz zapobiegać jego nadprodukcji – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Lang, wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) – Warto zwrócić uwagę na dwie kwestie pożądane w systemie prawnym. Wszystkie uchwalane przepisy powinny być co kilka lat poddawane przeglądowi. Należy sprawdzić, czy działają i spełniają zakładane cele. Oprócz tego konieczna jest znacząca poprawa jakości dokumentów, które towarzyszą aktowi prawnemu. Chodzi w szczególności o ocenę skutków regulacji, a także uzasadnienie. Niedopuszczalną, choć bardzo częstą praktyką jest to, że powtarza ono brzmienie przepisu. Tym samym nie sposób się z nich dowiedzieć, jaka intencja przyświecała prawodawcy. FPP zaprasza do lektury raportu – podkreślił Lang.

FPP i CALPE proponują pięć kryteriów, które powinny dyktować decyzję, czy podjąć interwencję legislacyjną:

1. Pilność podjęcia działań przez władze publiczne
2. Niezbędność interwencji legislacyjnej – jest niezbędna, gdy nie może być zastąpiona innymi narzędziami
3. Przyczyna i cel – racjonalna motywacja podjęcia prac normatywnych wynika z dwóch okoliczności: dostrzeżenia wadliwości obowiązujących przepisów regulujących obecne zjawiska i zdefiniowane potrzeby lub powstania nowych zjawisk albo potrzeb, które wymagają interwencji władz publicznych
4. Waga przedmiotu regulacji – sięgnięcie po regulację, w szczególności rygorystyczną, jest celowe i uzasadnione w sprawach najważniejszych i najdonioślejszych
5. Liczebność adresatów – jeżeli projektowana interwencja jest adresowana do znacznej liczby podmiotów, jej skuteczność może wręcz zależeć od przyjęcia jednolitych ram prawnych

Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)
Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)

„Należy odrzucić przyzwyczajenia skutkujące pochopnymi pracami legislacyjnymi, z których bardzo trudno się wycofać. Ustandaryzowanie sposobu oceny potrzeb regulacyjnych ułatwi weryfikację ich trafności – wprowadzi zupełnie nową wartość do procesu legislacyjnego  wyraźnie zwiększy szansę na podniesienie jakości stanowionego prawa. W przypadku przepisów pilnych, które ze względu na czas nie mogą być dogłębnie zbadane na etapie przygotowania, należy wprowadzić czasowy charakter ich obowiązywania, nie przekraczający dwóch lat – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

„Obecne od kilku lat w procesie legislacyjnym tzw. zgłoszenie do wykazu prac Rządu jest daleko niewystarczające i koncentruje się na treści zgłaszanego aktu. Potrzebny jest dokument przekonujący, że decyzja o regulowaniu danego przedmiotu jest faktycznie uzasadniona i konieczna. Należy przyjąć uporządkowany sposób decydowania, który zostanie odzwierciedlony w dokumencie poprzedzającym podjęcie prac legislacyjnych. Taki akt wskaże na potrzebę interwencji legislacyjnej, a w szczególności wyczerpująco i szczegółowo opisze powody odrzucenia działań pozalegislacyjnych” – wskazuje Grzegorz Lang, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Raport wskazujący na 7 rekomendacji na rzecz dobrego prawa obejmuje postulaty: ograniczenia zmian prawa, podniesienia efektywności nowych regulacji, prowadzenia regularnych przeglądów obowiązującego prawa, zwiększenia znaczenia oceny skutków regulacji (OSR), eksperckiej oceny projektów aktów prawnych, ograniczenia i kumulowania nowelizacji – wreszcie stanowienia prostych i zrozumiałych aktów prawnych oraz stworzenia przyjaznego systemu dostępu i wyszukiwania obowiązujących regulacji.

Wśród głównych wad przyjmowanego prawa, które mają swoje źródło w obecnym procesie i strukturach jego stanowienia, należy wymienić:

  • nadmierną zmienność przepisów, w tym notorycznie zbyt krótkie okresy na przygotowanie się adresatów do nowych przepisów (vacatio legis)
  • zbyt pobieżne uzasadnienia (w tym ustosunkowywanie się do uwag partnerów społecznych oceny skutków społeczno-gospodarczych
  • często trudne do jasnego określenia relacje między regulacjami różnych aktów prawnych
  • niedostateczną jakość językową i nadmierne skomplikowanie brzmienia nowych przepisów
  • zastępowanie, bez wyraźnego powodu, dotychczasowych przepisów nowymi, o tej samej wartościnormatywnej

Kryptowaluty – pieniądz przyszłości, inwestycja czy zagrożenie?

Konflikt handlowy USA z Chinami może realnie wpłynąć na światowy rynek kryptowalut. Według różnych opinii, w Europie wzrośnie zainteresowanie bitcoinami. Do tych przewidywań odnosi się dr Przemysław Kwiecień. Jednak zdaniem głównego ekonomisty Domu Maklerskiego X-Trade Brokers, nie jest to realny scenariusz dla Polski. Czego innego można spodziewać się w Państwie Środka, gdzie juan traci na wartości. Ekspert nie dostrzega też procesu, który wprowadziłby cyfrowaluty do mainstreamu. I zaznacza, że skala regulacji oraz bezpieczeństwa ma znaczenie dla potencjalnych inwestorów. A w najbliższym czasie nie zapowiada się, żeby podmioty oferujące np. BTC były objęte takim samym nadzorem.

Trwa wojna handlowa między Stanami Zjednoczonymi i Chinami. Mówi się, że jednym z jej efektów może być większe zainteresowanie kupnem kryptowalut przez Europejczyków, w tym Polaków. Czy to realny scenariusz?

Dr Kwiecień: Moim zdaniem raczej nie. Większe zainteresowanie może wystąpić w Azji niż w Europie. Kryptowaluty, szczególnie bitcoin, mogą być traktowane przez Chińczyków jako alternatywa dla słabnącego juana. To ma związek z pewnymi ograniczeniami w transferze kapitału i inwestycyjnymi dla ludności w Chinach. Natomiast na naszym kontynencie, nie wydaje mi się, żeby to miało jakieś bezpośrednie konotacje. Oczywiście, ktoś zawsze może powiedzieć, że w Państwie Środka kupowanych jest więcej bitcoinów, więc warto się tym zainteresować.

Jednak pojawiają się głosy, że Prezydent USA myśli o cłach na towary z UE. Do tego dochodzi wizja brexitu. Te czynniki mogą wpłynąć na spadek wartości euro i spowodować problemy z transferami gotówki. To otworzy drogę do wzrostu zainteresowania kryptowalutami?

Dr Kwiecień: Nie sądzę. To trochę naciągana teoria. Oczywiście, jeśli chodzi o politykę handlową, to może być różnie. Wydaje się, że prezydent Trump chciałby wprowadzić te cła. Jednak na razie nie może sobie na to pozwolić, bo byłoby to otwarciem kolejnego konfliktu handlowego. Kluczowe jest jednak to, że w Europie nie ma takich ograniczeń jak w Chinach. Tutejsi inwestorzy mogą swobodnie kupować inne aktywa, np. dolarowe obligacje. Nie muszą uciekać się do kryptowalut. Nie widzę więc specjalnie związku przyczynowo-skutkowego.

Co mogłoby zatem spowodować większą popularność kryptowalut w Europie?

Dr Kwiecień: Największe zainteresowanie miało miejsce wtedy, kiedy następowały mocne wzrosty cen. A one nie dzieją się bez powodu. Muszą być czymś uzasadnione. W okresach zwiększonego popytu na bitcoiny, poza technologią, można było dostrzec działania marketingowe i takie zachłyśnięcie się nowością. Teraz to już jest na innym etapie.

Pojawiają się prognozy dot. wzrostu wartości BTC, który ma kosztować nawet 250 tys. dolarów w najbliższych latach. Czy to zachęci Polaków do inwestowania?

Dr Kwiecień: Na tym rynku, szczególnie w odniesieniu do bitcoina, prognoz jest bez liku – od jednego do drugiego ekstremum i niczego tu nie zmienią. Problemem jest to, że tak naprawdę nie wiadomo do końca, jak spróbować wycenić BTC, stąd też taki rozrzut. W przypadku spółki można próbować określić jej wartość. A jeżeli chodzi o aktywa, które bezpośrednio nie generują przepływów pieniężnych, wycena jest bardzo trudna i subiektywna. Wydaje mi się, że tutaj jeszcze długo nie będziemy mieć dobrego narzędzia do tego.

Czy biorąc pod uwagę obecną sytuację, przewiduje Pan większy ruch na rynku kryptowalut?

Dr Kwiecień: Jak powiedziałem, po części wzrosty w tym roku wynikały trochę z tego, że mieliśmy efekt Chin. Jednak w Europie nie widać na razie procesu, który by wprowadzał te waluty do mainstreamu. Proszę zwrócić uwagę na to, jak w Polsce przyjął się Revolut – bardzo szeroka akceptacja. Gdybyśmy mieli produkt tak zaakceptowany przez konsumentów, a oparty na jakiejś kryptowalucie, to sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Generalnie więc nie widać takiego symptomu, który mógłby z tej perspektywy stanowić przełom.

Co jeszcze mogłoby nim być?

Dr Kwiecień: To biznes musi zdecydować, czy kryptowaluty dają mu taką płaszczyznę rozwoju. Potencjalnych zastosowań jest bardzo dużo. Były np. pomysły, żeby zrobić zdecentralizowaną platformę obrotu papierami wartościowymi. Założenia są piękne, ale już wprowadzanie tego w życie, popularyzowanie rozwiązania, sprzedanie go i zarobienie na tym nie jest taką prostą rzeczą. Na razie takich projektów nie widać na dużą skalę.

Jednocześnie sektor bankowy ostrzega przed inwestowaniem na tym rynku. W lipcu upadła najstarsza polska giełda BitMarket, a jeszcze wcześniej – Bitcurex. To ma jakiś realny wpływ na postawę Polaków?

 Dr Kwiecień: Skala regulacji i bezpieczeństwa jest tutaj nie bez znaczenia. Takie afery na pewno zniechęcają część klientów. Podmioty nieregulowane albo na granicy regulacji dla jednych klientów są problemem, dla innych nie. Jednak z punktu widzenia systemu finansowego dobrze byłoby, gdyby wszystkie tego typu instytucje operowały na podobnej płaszczyźnie. Ważne, żeby ten nadzór nie był zbyt krępujący, ale jednocześnie, żeby był taki sam dla wszystkich. W Polsce nie zapowiada się to w najbliższym czasie.

Nowe inwestycje na Żeraniu zredukują o 60 proc. wykorzystanie węgla do produkcji ciepła i prądu dla Warszawy

Nowe inwestycje na Żeraniu zredukują o 60 proc. wykorzystanie węgla do produkcji ciepła i prądu dla Warszawy 7

Duże zmiany w polskim gazownictwie. Do 2029 roku Gaz-System chce zrealizować ponad 30 kluczowych inwestycji, dzięki którym długość krajowej sieci przesyłowej wzrośnie do ok. 14,8 tys. km. Operator zakończył właśnie budowę gazociągu do EC Żerań. To ważna inwestycja z punktu zapewnienia stabilnego źródła dostaw energii oraz poprawy jakości powietrza w Warszawie. Przestawienie EC Żerań z paliwa węglowego na gaz ziemny to wyjście naprzeciw oczekiwaniom mieszkańców stolicy – podkreśla Piotr Naimski, pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej.

– Nowy blok energetyczny na Żeraniu, który jest w tej chwili w budowie, jest bardzo ważny. Ta nowoczesna instalacja jest olbrzymim krokiem w przyszłość dla bezpieczeństwa dostaw zarówno ciepła, jak i energii elektrycznej dla Warszawy. To także kwestia czystości otoczenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Naimski, sekretarz stanu w KPRM, pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej.

Zakończyła się właśnie budowa 10-kilometrowego gazociągu, który łączy tłocznię gazu Rembelszczyzna z Elektrociepłownią Żerań. Umożliwi dostawę paliwa do bloku gazowego w EC Żerań. Nowy blok o mocy 500 MW ma spalać rocznie ok. 550 mln m3 gazu. Po oddaniu bloku produkcja energii elektrycznej może się zwiększyć o ok. 55 proc.

– Dzięki temu gazociągowi Elektrociepłownia Żerań ma możliwość wykorzystania gazu ziemnego jako paliwa na swoje instalacje przy produkcji prądu i ciepła oraz zamiany węgla, który zalega na tych hałdach na paliwo, które płynie pod ziemią bezpiecznym gazociągiem – podkreśla Tomasz Stępień, prezes zarządu Gaz-System.

Koszt inwestycji po stronie Gaz-System wyniósł 75 mln zł z pierwotnie planowanych ok. 100 mln zł. Gazociąg został wybudowany na trudnym terenie, w najgłębszym miejscu biegnie 22 metry pod powierzchnią ziemi. Przedstawiciele operatora i rządu podkreślają, że to inwestycja ważna nie tylko z punktu widzenia bezpieczeństwa gazowego, lecz także ekologii.

– Istnieje możliwość zredukowania o 60 proc. węgla jako paliwa wykorzystywanego do produkcji ciepła i prądu dla Warszawy i zamienienia na paliwo, które jest czystsze zarówno w zakresie obsługi, jak i emisji – podkreśla Tomasz Stępień.

Bloki gazowe coraz częściej będą zastępować elektrownie na węgiel. Inwestycja w Warszawie ma zredukować o połowę emisję pyłu, o 60 proc. dwutlenku węgla i o 30 proc. tlenków azotu. Do budowy bloku gazowego o mocy 500 MW w Elektrociepłowni Siekierki przygotowuje się m.in. PGNiG Termika. Zastąpi działające już od kilkudziesięciu lat bloki węglowe, które wymagają wymiany.

Jak podkreśla Piotr Naimski, budowa gazociągu to tylko część wielkich inwestycji. W ciągu kilku lat operatorzy przesyłowi Gaz-System, PSE i PERN wydadzą ok. 23 mld zł na infrastrukturę, z czego zdecydowaną większość Gaz-System.

–  Gaz-System prowadzi inwestycje w całej Polsce, to jest olbrzymi plac budowy. W ciągu najbliższych 4 lat wyda 14 mld zł zarówno na nowe inwestycje, jak i modernizujące sieć przesyłową. Gazociąg przyłączeniowy do Żerania jest jednym z elementów – mówi sekretarz stanu w KPRM.

Przygotowany przez Gaz-System Plan Rozwoju na lata 2020–2029 zakłada realizację ponad 30 kluczowych inwestycji. Długość krajowej sieci przesyłowej wzrośnie dzięki temu z obecnych 11 tys. km do ok. 14,8 tys. km. Plan obejmuje programy inwestycyjne związane z dywersyfikacją dostaw gazu ziemnego do Polski (Baltic Pipe, rozbudowa Terminalu LNG w Świnoujściu, połączenie z Litwą, Korytarz Północ-Południe).

– Jeżeli chodzi o inwestycje istotne dla Warszawy, Gaz-System będzie modernizował Pierścień Warszawski, czyli gazociąg, który zaopatruje stolicę w gaz. Ale także strategiczny gazociąg dla całej sieci ogólnopolskiej z Gustorzyna do Wronowa. To magistrala, która domknie od wschodu i południa trasę przesyłową północ-południe związaną z inwestycją Baltic Pipe. Przebudowujemy całą sieć transportową gazu w Polsce z kierunku wschód-zachód na kierunek północ-południe – podkreśla Piotr Naimski.

Rośnie popularność carsharingu. Wypożyczalnie aut na minuty pojawiają się też w mniejszych miastach

Rośnie popularność carsharingu. Wypożyczalnie aut na minuty pojawiają się też w mniejszych miastach 8

Współdzielenie samochodów zdobywa na polskim rynku coraz większą popularność. Przybywa zarówno firm wypożyczających auta na minuty, jak i użytkowników takich usług. Współdzielone samochody zaczęli oferować również dostawcy energii elektrycznej, a wypożyczalnie takich aut z dużych aglomeracji zaczynają wkraczać też do mniejszych miast. PGE wspólnie ze spółką 4Mobility rozszerzyła właśnie swoją ofertę takiej usługi w Siedlcach.

– Poprzez budowanie usług carsharingowych widzimy możliwość dotarcia do szerszego spektrum klientów. Carsharing jest perspektywiczny, rozwija się dynamicznie również w krajach Europy Zachodniej i Stanach Zjednoczonych, dlatego widzimy w nim duży potencjał – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Śliwa, wiceprezes zarządu ds. innowacji w PGE Polskiej Grupie Energetycznej. – My rozwijamy usługę e-carsharingu, czyli dostarczamy mieszkańcom samochody zeroemisyjne.

Z prognoz firmy doradczej PwC wynika, że w nadchodzących latach carsharing będzie cieszył się coraz większą popularnością, wzrastając w dwucyfrowym tempie. Do 2030 roku współdzielone auta będą stanowiły co najmniej 30 proc. wszystkich samochodów w Europie. Do tego czasu już co trzeci kilometr przejechany w Europie będzie realizowany w formule carsharingu („The five dimensions of automotive transformation”).

Badania przeprowadzone na zlecenie PwC pokazują też, że 26 proc. Polaków byłoby skłonnych zrezygnować z własnego samochodu na rzecz miejskiego współdzielenia pojazdów. To istotne o tyle, że w miastach głównym źródłem zanieczyszczeń jest komunikacja samochodowa, dlatego zmniejszenie liczby pojazdów może znacznie wpłynąć na poprawę jakości powietrza, a także zmniejszyć zapotrzebowanie na miejsca parkingowe i zagęszczenie ruchu. Eksperci PwC wskazują, że jedno auto współdzielone może zastąpić od 7 do 11 prywatnych samochodów. Taki jest użytkowany średnio przez godzinę dziennie, z kolei pojazd w systemie carsharingu nawet do 10 godzin.

– Cieszę się, że carsharing się rozwija, bo duże i małe miasta go potrzebują. Dużo mówimy o zanieczyszczeniach, mocno skupiamy się na węglu, ale w miastach jeszcze są spaliny niemniej groźne dla zdrowia. Tego typu wypożyczany samochód może uzupełnić system taksówkowy – mówi Krzysztof Tchórzewski, minister energii.

– Ku zaskoczeniu wielu osób usługi carsharingowe zyskały wielu klientów w Polsce. Mówimy dzisiaj o setkach tysięcy Polaków korzystających z tych usług, którzy pokazują, że nie trzeba wjeżdżać do miasta swoim samochodem, nie trzeba z niego na co dzień korzystać, nie trzeba go nawet kupować. Ten rynek w Polsce rośnie bardzo dynamicznie – dodaje Paweł Błaszczak, prezes 4Mobility.

Rynek carsharingu sukcesywnie rośnie, a samochody na minuty zaczęli oferować też dostawcy energii elektrycznej (3 firmy), wśród których jest PGE Polska Grupa Energetyczna. Rynkowy gigant na początku tego roku kupił za 15 mln zł ponad połowę udziałów w spółce 4Mobility.

– Jesteśmy jedną z pierwszych polskich firm carsharingowych. Zaczęliśmy w 2016 roku i od tego czasu rozbudowywaliśmy się głównie w Warszawie i w Poznaniu. Teraz wprowadzamy nasze usługi również w mniejszym mieście, jakim są Siedlce – zapowiada Paweł Błaszczak. – To początek ekspansji, wspólnie z Grupą PGE będziemy realizować strategię rozwoju w kolejnych miastach – mowa zarówno o dużych aglomeracjach, jak i średnich i mniejszych miastach. Kolejne 1,5 roku będzie dla nas bardzo aktywnym okresem rozwoju.

Nowe samochody elektryczne 4Mobility jeżdżą już po ulicach Siedlec – spółka wprowadziła do oferty dla mieszkańców pięć nowych samochodów Nissan Leaf. Wszystkie są w 100 proc. elektryczne, a bateria o pojemności 40 KW pozwala na przejechanie ponad 300 km. Samochody są wyposażone w dodatkowe elementy, m.in. nawigację, czujniki parkowania, zestaw multimedialny z bluetooth, które ułatwiają prowadzenie.

– Każdy klient powinien najpierw ściągnąć aplikację i zarejestrować się. W tym procesie weryfikujemy jego prawo jazdy i kartę płatniczą. Po zarejestrowaniu poprzez aplikację można sprawdzić dostępność samochodów. Jeżeli samochód jest dostępny, za pomocą aplikacji można go otworzyć, odpalić, a potem zamknąć i rozliczyć – mówi Paweł Śliwa.

Jak podkreśla, usługa współdzielenia pojazdów rozwija się bardzo dynamicznie nie tylko w dużych aglomeracjach, jak Warszawa czy Poznań, lecz także w mniejszych miejscowościach.

– Na tym rozwiązaniu mogą korzystać nie tylko duże miasta, lecz także mniejsze, takie jak Siedlce. Od marca prowadziliśmy tutaj pilotaż usługi e-carsharingu i widzimy, że jest to potencjalnie bardzo dobrze rozwijający się rynek. Ta usługa się przyjęła, dlatego 4Mobility wchodzi tu ze swoimi usługami – mówi Paweł Śliwa.

Teraz flota samochodów elektrycznych dostępnych do wypożyczania na ulicach Siedlec wzrośnie dwukrotnie – z pięciu do dziesięciu. Dostępne do tej pory Renault ZOE zmienią oznakowanie i wraz z zamknięciem usługi PGEmobility.pl uzupełnią flotę samochodów elektrycznych 4Mobility.

Użytkownicy aplikacji PGEmobility.pl będą mogli korzystać z usługi wypożyczania samochodów elektrycznych do 15 października. W tym czasie będą mogli  się zarejestrować i rozpocząć korzystanie z usług nowego operatora. Spółka 4Mobility zapowiada, że pierwsze 50 osób w Siedlcach, które zdecyduje się zarejestrować w tym systemie carsharingu, otrzyma vouchery na usługę wypożyczania samochodów.

Polska jest 4. największym rynkiem w Europie dla Mercedes-AMG. Co 10. sportowy samochód tej marki sprzedaje się na polskim rynku

W ciągu ostatnich czterech lat sprzedaż samochodów Mercedes-Benz wzrosła w Polsce trzykrotnie – mówi Wolfgang Bremm von Kleinsorgen, prezes Mercedes-Benz Polska. Dużą popularnością na polskim rynku cieszą się ekskluzywne, sportowe auta spod szyldu Mercedes-AMG. Praktycznie wszystkie modele tej marki stają się cenionymi youngtimerami, a ceny starszych egzemplarzy rosną z roku na rok. Co 10. taki samochód sprzedaje się w Polsce, a nasz rynek jest dla marki 4. pod względem wielkości w Europie. Jej pozycję w Polsce ma umocnić nowy salon Mercedes-AMG w Gdańsku – to jedyny taki obiekt w Europie i jeden z pięciu na całym świecie.

– Globalny popyt na samochody sportowe wciąż rośnie. Europa i Ameryka Północna w dalszym ciągu są dla nas najważniejszymi rynkami, ale ważne są również rynki rozwijające się, takie jak Polska czy Chiny – mówi agencji Newseria Biznes Tobias Moers, CEO Mercedes-AMG.

Mercedes-AMG to firma należąca do rodziny Mercedes-Benz, która zajmuje się produkcją samochodów sportowych. W 2017 roku na całym świecie sprzedała ich ponad 100 tys.

– Mowa nie tylko o samochodach sportowych, jak te z serii GT, w tym modele 4-drzwiowe, lecz także z serii A45, które są bardziej nastawione na osiągi. Są dla nas bardzo ważne, ponieważ przyciągają nowych, młodych klientów do marki Mercedes-AMG oraz Mercedes-Benz – mówi Tobias Moers.

Praktycznie wszystkie modele Mercedes-AMG stają się cenionymi youngtimerami, a ceny starszych egzemplarzy rosną z roku na rok. W tej chwili oferta ponad 50-letniej marki obejmuje modele niemal wszystkich segmentów – od kompaktowej Klasy A, poprzez limuzyny i kombi klasy średniej oraz SUV-y aż po ekskluzywne modele klasy S i G.

– W rodzinie AMG mamy teraz niezwykły samochód o nazwie Project One, wyprodukowany w 275 egzemplarzach, którego cena przekracza 2 mln euro. To nasze szczytowe osiągnięcie technologiczne – mówi Tobias Moers. – Mamy również bardziej tradycyjne samochody sportowe 2-drzwiowe i 4-drzwiowe oraz serie aut kompaktowych, począwszy od A35 po S63 i G63. Łącznie to ponad 70 modeli. Mamy samochód sportowy dla każdego. Konstrukcja każdego auta ma specjalnie zaprojektowaną przednią i tylną oś oraz wszystkie elementy wpływające na komfort i dynamikę jazdy. Wszystkie części są opracowywane od podstaw przez AMG, zatem cykl pracy nad takim autem trwa 3–4 lata.

Modele Mercedes-AMG są cenione także w Polsce. W ubiegłym roku polski rynek był dla marki czwartym pod względem wielkości w Europie. Niemal co dziesiąty samochód AMG Mercedes-Benz sprzedaje się właśnie w Polsce – to bardzo wysoki odsetek, który o 50 proc. przekracza średni udział firmy na rynkach europejskich.

– Popyt na auta sportowe w Polsce jest bardzo duży, co bierze się z nastawienia Polaków do życia. Polacy są nowocześni, myślą perspektywicznie, cenią nowoczesne technologie i sportowe samochody. Zatem firma AMG bardzo dobrze odnajduje się na polskim rynku. Dlatego też bardzo nas cieszy, że pierwsze centrum marki otwieramy w Gdańsku. To będzie pierwsza tego typu placówka w Europie – mówi Wolfgang Bremm von Kleinsorgen, prezes Mercedes-Benz Polska.

Nowy obiekt w sieci sprzedaży – AMG Brand Center Witman Gdańsk – to największy i jedyny tego typu salon Mercedes-AMG w Europie. Na całym świecie marka ma tylko pięć takich obiektów (m.in. w Sydney, Pekinie i Tokio), które działają wspólnie z salonami sprzedaży „cywilnych” Mercedesów, ale zajmują się wyłącznie sprzedażą sportowych maszyn. Salon Mercedes-AMG w Gdańsku ma umocnić i dać impuls do dalszego rozwoju marki na polskim rynku.

– Będziemy dążyć do wzmocnienia marki AMG, a co za tym idzie – do zwiększenia sprzedaży. W ciągu pierwszych 8 miesięcy odnotowaliśmy już 34-proc. wzrost sprzedaży w stosunku do ubiegłego roku. Liczymy na kontynuację tego pasma sukcesów, w czym pomogą nam dwa czynniki. Pierwszym jest sam produkt, który odznacza się doskonałymi parametrami. Poszerzyliśmy naszą ofertę o nowe modele w segmencie kompaktowym i SUV-ów, a także nowy 4-drzwiowy model GT Coupe. Drugim czynnikiem jest z kolei osiągająca znakomite wyniki sieć dealerów Mercedes-Benz na terenie całej Polski – mówi Wolfgang Bremm von Kleinsorgen.

Gdański salon Mercedes-AMG, zlokalizowany przy Alei Grunwaldzkiej 493, nawiązuje do wyścigowej historii marki. Na pierwszej kondygnacji eksponowanych jest kilkanaście aut – od bazowych modeli z serii 35 aż po mocarne SUV-y. Górne piętro zagospodarowano dla najdroższych maszyn, takich jak AMG GT 4-drzwiowe Coupe.

– Na dwóch poziomach pokazujemy klientom 14 różnych modeli. Organizujemy również m.in. eventy związane z motosportem, mamy Driving Academy – świetną szkołę jazdy, w ramach której przeszkoliliśmy już w naszym salonie ok. 200 klientów. Pracują u nas ludzie z pasją do motoryzacji. Salony AMG Brand Center wyróżnia też konstrukcja zewnętrzna i wewnętrzna. Mamy tzw. Eye – oko wystawowe, które jest charakterystyczne dla tego formatu, oraz oddzielne wyznaczone specjalne strefy typu pit-stop, w których możemy zaprezentować klientom szczegóły danych modeli, np. modele silników – mówi Paweł Stefaniak, dyrektor handlowy AMG Brand Center Witman.

Dyrektor handlowy nowego obiektu podkreśla, że Gdańsk ze względu na międzynarodowy charakter miasta i dużą liczbę turystów z zagranicy był dla niego idealną lokalizacją.

– Gdańsk wydaje się naprawdę świetnym miejscem dla tego salonu. Mamy mnóstwo odwiedzających z zagranicy w okresie letnim. Gdańsk sam w sobie ma mocny potencjał wzrostu, co widać po naszej okolicy. Gdańsk Oliwa to chyba najprężniej rozwijająca się dzielnica w Trójmieście, mogę śmiało powiedzieć, że idealnie wpasowaliśmy się w ten nowoczesny klimat – mówi Paweł Stefaniak.

W ramach nowego salonu działa też serwis wyspecjalizowany w obsłudze sportowych maszyn Mercedes-AMG – zarówno nowszych, jak i starszych.

Z uruchomieniem obiektu zbiega się ofensywa nowych modeli Mercedes-AMG. Do sprzedaży trafiają właśnie sportowe kompakty A 45 oraz CLA 45 o mocy nawet 421 KM oraz rodzinny kompaktowy SUV GLB 35. Te trzy modele – wraz z nowym GLE Coupe 53 – zostały premierowo zaprezentowane w Polsce podczas uroczystego otwarcia nowego salonu. CEO Mercedes-AMG Tobias Moers podkreśla, że w nadchodzących latach – podobnie jak i cały rynek motoryzacyjny – marka będzie się rozwijać w kierunku samochodów elektrycznych.

– Naszym pierwszym celem są hybrydy o wysokich osiągach, a więc pracujemy nad nowymi generacjami modeli z serii C63, S63 oraz 4-drzwiowych GT, które będą naszymi pierwszymi autami z rodziny hybryd o wysokich osiągach. Będziemy nad nimi pracować przez następne 2–3 lata. Pracujemy też nad kolejnymi projektami, a dzięki naszej kreatywności z pewnością uda nam się stworzyć auto sportowe o napędzie w pełni elektrycznym – mówi Tobias Moers.

Monitorowanie śmieci kosmicznych to intratny biznes. Polskie firmy mogą odegrać kluczową rolę w usuwaniu i kontroli odpadów krążących wokół Ziemi

Monitorowanie śmieci kosmicznych to intratny biznes. Polskie firmy mogą odegrać kluczową rolę w usuwaniu i kontroli odpadów krążących wokół Ziemi 9

Kosmicznych śmieci jest tak wiele, że szacunkowo każdy satelita może przez nie zostać rozbity. Zdaniem ekspertów skutki tego mogą stanowić zagrożenie dla telekomunikacji, rolnictwa i całej światowej gospodarki. Dlatego największe firmy opracowują rozwiązania do usuwania kosmicznych odpadów. To szansa dla polskiego sektora kosmicznego, który aktywnie uczestniczy w walce ze śmieciami. Opracowany w Polsce żagiel deorbitacyjny zapobiega powstawaniu odpadów, a teleskop optyczny polskiej produkcji pozwala zaobserwować obiekt o wielkości piksela z odległości kilometra.

– Monitorowanie śmieci kosmicznych jest nie tylko pracą naukowo-badawczą, lecz także można na tym budować swój biznes. Jeżeli wszystkie prognozy o rozwoju sektora kosmicznego i infrastruktury satelitarnej się sprawdzą, to usługi monitorowania śmieci, obiektów na orbicie będą coraz bardziej potrzebne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Wojtkiewicz, prezes Związku Pracodawców Sektora Kosmicznego, dyrektor ds. sektora kosmicznego w firmie GMV.

Europejska Agencja Kosmiczna szacuje, że na orbicie okołoziemskiej krąży ok. 20 tys. śmieci o masie 8 tys. ton. Łącznie z tymi najmniejszymi, o wielkości zaledwie kilku milimetrów, ich liczba może sięgać 750 mln. Wszystkie stanowią ogromne zagrożenie dla obiektów krążących w kosmosie, satelitów, mogą też zagrozić misjom kosmicznym. Kulka o rozmiarze 1 centymetra poruszająca się z prędkością 7 km na sekundę ma taką energię kinetyczną jak samochód jadący z prędkością 50 km na godzinę, więc może spowodować duże szkody.

– Śmieci kosmiczne powodują zagrożenie dla całej infrastruktury umieszczanej przez człowieka na orbicie okołoziemskiej. A ta infrastruktura, czego nie zauważamy na co dzień, jest już dla nas krytyczna. Nie potrafimy nie korzystać z systemu nawigacji satelitarnej, zdjęć satelitarnych, nie potrafimy przewidywać dobrze pogody, jeżeli nie używamy danych z satelitów meteorologicznych – przekonuje Paweł Wojtkiewicz.

Kosmicznych śmieci jest coraz więcej. Chińczycy w 2007 i 2008 roku zestrzelili swoje satelity, których rozbicie doprowadziło do powstania kilku tysięcy kawałków większych niż 10 cm i znacznie więcej tych mniejszych. W 2019 roku głośno było o podobnej akcji przeprowadzonej przez Indie.

– Agencje kosmiczne zastanawiają się, jak walczyć z tym problemem. Jeden sposób jest taki, żeby implementować regulacje na poziomie międzynarodowym, które będą na operatorów satelitów nakładały obowiązek opracowania sposobu zdeorbitowania, czyli tego, jak dany obiekt opuści bezpiecznie orbitę. Drugi front walki ze śmieciami kosmicznymi to ich monitorowanie i przewidywanie ich orbit wokół Ziemi – wymienia ekspert.

Naukowcy pracują nad rozwiązaniem Gateway Earth, stacji recyklingu odpadów, której zadaniem byłoby przetwarzanie śmieci orbitujących wokół Ziemi. NASA zaprojektowała kompaktor do topienia ciepła, który odzyskuje wodę ze śmieci za pomocą wymiany ciepła i zagęszcza śmieci, oraz technologię przekształcania śmieci w gaz metanowy, który można wykorzystać jako paliwo rakietowe. Technologia zagęszczania śmieci mogłaby natomiast pomóc astronautom zmienić śmieci w tarczę promieniowania kosmicznego.

 Niestety nie jesteśmy w stanie wysłać na orbitę wielkiego odkurzacza, który wszystko posprząta. Mówimy raczej o usuwaniu większych obiektów, czyli dużych satelitów z orbity. Wszystkie projekty, które dotyczą takich scenariuszy, są w fazie testowania. Tak naprawdę dziś w prosty sposób nie jesteśmy w stanie usuwać dużych obiektów, które znajdują się już na orbicie, nie mamy nad nimi kontroli – mówi prezes Związku Pracodawców Sektora Kosmicznego.

Walka ze śmieciami krążącymi wokół Ziemi to szansa dla polskiego sektora kosmicznego. Krajowe firmy mają już na tym polu pierwsze sukcesy. Żagiel deorbitacyjny, zaprojektowany przez studentów Politechniki Warszawskiej, pozwoli eksplorować kosmos, ale bez pozostawiania w nim odpadów. Teleskop optyczny polskiej produkcji umożliwia obserwację obiektów o wielkości piksela z odległości kilometra.

 Mamy w Polsce już teraz kilka firm, które biorą udział w projektach Europejskiej Agencji Kosmicznej monitorowania śmieci kosmicznych i rozwoju technologii, która ma posłużyć do usuwania śmieci z orbity. Dodatkowo niedawno przystąpiliśmy do europejskiego SST [Space Surveillance and Tracking – red.], czyli konsorcjum kilku państw, którego zadaniem jest rozwój infrastruktury umożliwiającej gromadzenie danych o obiektach znajdujących się na orbicie i dystrybucję tych danych do wszystkich państw zrzeszonych w ramach konsorcjum – przypomina Paweł Wojtkiewicz.

Alpakoterapia staje się w Polsce coraz bardziej popularna. Stanowi ona uzupełnienie rehabilitacji ruchowej czy psychoterapii

Alpakoterapia staje się w Polsce coraz bardziej popularna. Stanowi ona uzupełnienie rehabilitacji ruchowej czy psychoterapii 10

Hodowcy zwracają uwagę na to, że te pochodzące z Ameryki Południowej zwierzęta znakomicie sprawdzają się w działaniach terapeutycznych, ponieważ są bardzo przyjazne, lubią przebywać z ludźmi i mają wyjątkowo łagodne usposobienie. Alpakoterapia wspomaga edukację i rozwój psychospołeczny dzieci oraz osób niepełnosprawnych intelektualnie. Zajęcia oparte są na bezpośrednim kontakcie z alpakami i najczęściej obejmują ich karmienie lub czynności pielęgnacyjne. 

Ośrodek psychoterapeutyczny „Koparka”, założony przez Przemysława Chojnackiego, od kilku lat leczy dzieci, młodzież i dorosłych w sposób holistyczny. Pomagają w tym alpaki. Zajęcia z ich udziałem mogą być pomocne np. w terapii zaburzeń rozwojowych u dzieci.

– Alpakoterapia jest metodą wspierającą, a nie zastępującą inne terapie. Jeśli dziecko np. ma trudności z mówieniem, to podstawową terapią jest terapia logopedyczna. A my, jako alpakoterapeuci, wspieramy u dziecka postępy w mówieniu, czyli przy akceptującym zwierzęciu, w komfortowych warunkach, kiedy alpaka jest ciepła, miła i przyjemna, motywujemy dziecko do otwarcia się i mówienia. W ten sposób możemy pracować z dziećmi, które mają różne zaburzenia: ze spektrum autyzmu, z upośledzeniem umysłowym, z niepełnosprawnością intelektualną, a także z różnymi trudnościami ruchowymi, lękami społecznymi, więc tak naprawdę każdy obszar trudności dzieci może być podjęty przez alpako terapię – mówi agencji Newseria Przemysław Chojnacki, Ośrodek Psychoterapii Dzieci i Młodzieży – Koparka.

W ośrodku „Koparka” w zajęciach z alpakami uczestniczą dzieci w wieku od 2 do 14 lat. Wywodzące się z Ameryki Południowej zwierzęta z rodziny wielbłądowatych przypominają nieco lamy, choć są od nich znacznie mniejsze – przy długości ciała około 1,5 m osiągają wysokość do 1 m, a ważą 55–85 kg. Przeważnie są białe, brązowe lub czarne i mają wyjątkowo sympatyczne pyszczki. Ich sierść jest gęsta, jedwabiście miękka, pachnąca i hipoalergiczna. Przede wszystkim jednak charakteryzują się niezwykłym usposobieniem – są przyjacielskie, ciekawskie, inteligentne i towarzyskie. Lubią być dotykane i szybko się uczą. Dzieci wręcz uwielbiają się z nimi bawić i szybko obdarzają je zaufaniem.

– Dzieci szybciej przekonują się do alpak niż do psów, dlatego że psy są to zwierzęta, które występują na co drugim podwórku. Alpaki natomiast są dużo rzadsze, mają miłe pyszczki, prawie uśmiechające się, miłe w dotyku futerko, są mniejsze od konia, a większe od psa. Można się do nich przytulić, pogłaskać je, dają się szybko oswoić i dzieci mają z tego frajdę. Te, które stale do nas przychodzą, mają swoje ulubione alpaki i nie jest tak, że tylko jakaś taka najśmielsza alpaka jest najbardziej lubiana, różnie dzieci wybierają, czasem również te lękliwe i wycofane – mówi Przemysław Chojnacki.

Alpakoterapia staje się w Polsce coraz bardziej popularna. Stanowi ona uzupełnienie innych metod leczenia, na przykład rehabilitacji ruchowej, psychoterapii, a także formę edukacji. Polega na kontakcie z alpakami pod okiem instruktora. Charakter terapeutycznej aktywności dobiera się indywidualnie, w zależności od potrzeb pacjenta.

– Mamy długoterminowe efekty terapii, takie, gdzie pracowaliśmy rzeczywiście długo i pierwsze rezultaty były powiedzmy po pół roku przy 2–3-letniej współpracy z dzieckiem, ale mamy też takie krótkie, np. wtedy, kiedy dziecko miało zaklejone oko, bo miało jakiś zabieg i lekarze powiedzieli, że ma teraz już po zdjęciu opatrunku otwierać to oko. I ta dziewczynka bardzo nie chciała tego robić, ale kiedy była z alpakami, to to oko po prostu otworzyła. Alpaki są świetną motywacją do robienia rzeczy, których tak po prostu by się nie zrobiło, bo właśnie dominuje strach przed bólem, przed światłem – mówi Przemysław Chojnacki.

Alpakoterapia polecana jest również dorosłym, na przykład osobom z zespołem Downa, sparaliżowanym bądź przechodzącym rehabilitację po wypadkach.

– Z takimi osobami pracujemy podobnymi narzędziami jak z dziećmi, czyli, żeby te osoby głaskały, karmiły i czesały alpaki czy wyskubywały z nich siano, ćwicząc przy tym chwyt pęsetkowy, więc metoda jest podobna. Zdarzyło nam się kilka razy jeździć do seniorów, do osób, które nie mają trudności, i wtedy było widać jak ci ludzie się cieszą, jak odżywają, więc to po prostu poprawia humor i sprawia, że czujemy się lepiej, w naszym mózgu wytwarzają się endorfiny, czyli hormony szczęścia – mówi Przemysław Chojnacki.

Projekcja holografii 3D zrewolucjonizuje medycynę i motoryzację. Nowa technologia weszła właśnie do masowej sprzedaży

Projekcja holografii 3D zrewolucjonizuje medycynę i motoryzację. Nowa technologia weszła właśnie do masowej sprzedaży 11

Wizualizacja narządów wewnętrznych chorego w czasie rzeczywistym w formie dotykowych hologramów 3D pozwoli na lepszą ocenę możliwości przeprowadzenia operacji. Dzięki temu zabiegi będą bezpieczniejsze. Technologia holograficzna poprawi bezpieczeństwo w motoryzacji, potrafi też wskrzesić zmarłych artystów na scenie. Na rynek trafiła już zminiaturyzowana płyta przeznaczona do projekcji holograficznych.

– Stworzyliśmy technologię dotykowej projekcji holograficznej. Obraz emitowany przez wbudowany monitor LCD powstaje na powierzchni szkła charakteryzującego się refrakcją. Światło na wyświetlaczu ulega rozproszeniu i załamaniu we wnętrzu szkła, a potem ponownie ulega skupieniu. W ten sposób powstaje obraz holograficzny, który możemy dotykać – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Kazuhiro Yamamoto z Aska3D.

Technologię dotykowej holografii 3D będzie można wykorzystać przede wszystkim w medycynie do obrazowania w czasie rzeczywistym. Izraelski start-up RealView Imaging opatentował technologię umożliwiającą lekarzom hiperrealistyczną wizualizację obrazów narządów wewnętrznych w postaci dotykowych hologramów 3D. Po badaniach klinicznych przeprowadzonych w kardiologii interwencyjnej technologia została już wykorzystana w zabiegach. Trójwymiarowymi hologramami zainteresowana jest jednak nie tylko medycyna.

Technologia wykorzystywana jest również w branży rozrywkowej. W przyszłym roku rozpocznie się trasa koncertowa z udziałem hologramu zmarłej w 2012 roku Whitney Houston, co wzbudza duże kontrowersje. Przeciwnicy tego przedsięwzięcia powołują się na wątpliwości natury moralnej, związane z komercyjnym wykorzystaniem pamięci o artystce. Szerzej hologramy będą wykorzystywane m.in. w motoryzacji.

– Chcemy, aby ta technologia była wykorzystywana w medycynie, motoryzacji i narzędziach Digital Signage. Jeżeli chodzi o medycynę, lekarz w rękawiczkach nie musi dotykać wyświetlacza, więc jest to bardziej higieniczne. W przypadku Digital Signage po dotknięciu ekranu kąt projekcji jest nieograniczony, zatem obraz może widzieć wiele osób. W przypadku motoryzacji jest to nadal bardziej futurystyczne rozwiązanie z przeznaczeniem do luksusowych aut z górnej półki – mówi ekspert.

Zainteresowanie technologią holograficzną wykazują już także marki motoryzacyjne nastawione na sprzedaż odbiorcy masowemu. Volkswagen zaprezentował w maju holograficzny moduł przeznaczony do obsługi systemu audio. Został on umieszczony w bagażniku prototypowego Golfa. Docelowo hologramy mają się jednak przyczynić w motoryzacji przede wszystkim do poprawy bezpieczeństwa, stanowiąc następstwo wyświetlaczy przeziernych typu HUD. Trójwymiarowe pola informacyjne mają być dla kierowcy lepiej widoczne, a ich obsługa bardziej intuicyjna.

Rozwiązanie zaprezentowane przez niemiecką markę motoryzacyjną zajmowało jednak znaczną część bagażnika, więc aby mogło trafić na deskę rozdzielczą, musiałoby zostać mocno zminiaturyzowane. Aska 3D opracowała już płyty holograficzne o niewielkich rozmiarach.

– Pomyślnie uruchomiliśmy masową produkcję płyty o wymiarach 20 x 20 cm. Wyceniliśmy ją na 300 dol. Produkt jest już dostępny i jesteśmy w stanie wyprodukować co najmniej 10 tys. sztuk miesięcznie – deklaruje Kazuhiro Yamamoto.

Według analityków z FutureWise światowy rynek obrazowania holograficznego ma do 2029 roku przekroczyć wartość 5 mld dol, a jego średnioroczne tempo wzrostu w dekadzie 2019–2029 osiągnie ponad 32 proc.

Komisja Junckera wzięła się za branżę transportową

Zmiany klimatu to jedne z największych zagrożeń środowiskowych, społecznych, a także ekonomicznych. Europejska Agencja Środowiskowa wskazała, że jedną z przyczyn tego stanu rzeczy mogą być emisje gazów cieplarnianych.  Winne są przede wszystkim paliwa spalane w elektrowniach, przemysł, gospodarstwa domowe, a także transport.[1] Całkowity udział w emisji gazów na terenie UE branży transportowej wynosi około 25 proc., z czego ponad 18 proc. generują ciężarówki i autobusy. Dlatego Komisja Europejska postanowiła zaostrzyć przepisy i działać w kierunku zredukowania tego problemu.

Ponad rok temu zakończono prace nad programem „Europa w ruchu”. Jego celem jest między innymi zwiększenie efektywności paliwowej czy ograniczenie emisji spalin pochodzących z pojazdów ciężarowych.[2] W tym samym czasie, ta sama instytucja pracuje nad nowym prawem dla transportu nazywanym pakietem mobilności. Jego zapisy powodują, że przejazdów bez załadunku może być zdecydowanie więcej, liczba przejechanych kilometrów na europejskich drogach bez konkretnego celu wzrośnie, a to nijak się ma z celami środowiskowymi, które Bruksela stawia sobie i Europejczykom.

Dobre chęci nie wystarczą

Trochę ponad rok temu, Komisja Junckera przestawiła trzeci i ostatni pakiet działań służących realizacji założeń w sektorze mobilności w ramach programu Europa w ruchu. Postulaty w ramach tego projektu miały przede wszystkim umożliwić mieszkańcom UE korzystanie z bezpiecznego ruchu drogowego i zagwarantować zmniejszenie zanieczyszczeń generowanych przez pojazdy ciężarowe. Receptą na palący problem było wprowadzenie pierwszej w historii normy emisji CO2 dla ciężarówek o dużej ładowności. Komisarz do spraw polityki klimatycznej i energetycznej, Miguel Arias Cañete podkreślał wówczas, że każdy sektor gospodarki musi przyczyniać się do realizacji zobowiązań w dziedzinie klimatu zgodnie z porozumieniem paryskim. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że w tym czasie trwały prace KE nad pakietem mobilności, który w obecnym kształcie może oznaczać zaprzeczenie walki o lepszy klimat.

Kamil Wolański
Kamil Wolański

Według założeń mobilności ekologicznej do 2025 roku średni poziom emisji CO2 z nowych samochodów ciężarowych ma być o 15 proc. mniejszy niż obecnie, a w 2030 roku ustalono redukcję na poziomie nawet 30 proc. To ambitny plan i nie byłoby nic nadzwyczajnego w pracy nad modernizacją europejskiego systemu transportu drogowego, gdyby nie fakt, że UE równocześnie zajmuje się pakietem mobilności. Ten z kolei, poza tym, że realnie zagraża polskim przedsiębiorcom, ograniczy dostęp do rynku, zwiększy koszty prowadzenia działalności, utrudni funkcjonowanie systemu transportu drogowego głównie w Europie Środkowo-Wschodniej, pośrednio może także wpłynąć niekorzystnie na środowisko choćby w związku z przejazdami kierowców samochodów ciężarowych, którzy będą musieli wrócić do kraju nawet, jeśli nie ma dla nich ładunku. To kuriozum unijnego legislatora. Pod hasłem równych szans i poprawy warunków pracy, podejmowane są próby ograniczenia możliwości wykonywania kabotaży, które to powstały, by niwelować tak zwane przestoje i puste przebiegi a tym samym podnieść efektywność transportu drogowego – mówi Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK).

Gdzie ta mobilność ekologiczna?

Dla firm, które wyspecjalizowały się w dalekich przewozach transgranicznych, taki kształt pakietu mobilności spowoduje utratę wielu kontraktów i problemy finansowe. Dodatkowo, przymus powrotu do „bazy” w określonym czasie, wynikający z nieprzemyślanego prawa, jest krytykowany przez samych kierowców. Przewozy transgraniczne, realizowane przez wschodnioeuropejskich przewoźników w krajach wysokorozwiniętych jak Francja czy Niemcy, przynoszą największe dochody. Zatem powrót, wynikający z nieprzemyślanego prawa, wymusi na właścicielach firm ściągnięcie samochodu często bez załadunku po trzech lub czterech tygodniach w trasie. Oprócz wzrostu ruchu na drogach, przyczyni się to do spadku rentowności małych i średnich przedsiębiorstw, a także opóźnienia na granicach. Co więcej, to dodatkowe kilometry, które pojazd ciężarowy musi pokonać przez kraje Europy, a każdy kilometr to kolejne szkodliwe substancje emitowane do atmosfery.

To same straty, a jednak nikt w Parlamencie Europejskim nie zadbał o to, by odpowiednio zbadać skutki takich zmian i zapytać, co sądzą o nich osoby przewożące na co dzień towary, dzięki którym gospodarki krajów Starej Unii tak dobrze prosperują – podsumowuje Kamil Wolański, OCRK.

[1] https://www.eea.europa.eu/pl/ą/climate/about-climate-change

[2] https://europa.eu/rapid/press-release_IP-18-3708_pl.htm

Spowolnienie inflacji we wrześniu jest przejściowe. Przed nami wzrost cen, ale też obniżka stóp procentowych

Na przełomie roku czeka nas wzrost cen, choć ceny towarów i usług konsumpcyjnych we wrześniu 2019 r. w stosunku do poprzedniego miesiąca obniżyły się o 0,1%, a w porównaniu z analogicznym miesiącem ub. roku wzrosły o 2,6%.

Według szybkiego szacunku GUS inflacja we wrześnie spadła, ale nadal jest w wysoka w porównaniu do tego, co działo się w ostatnich latach.

– Ten spadek inflacji jest przejściowy. Czeka nas wzrost inflacji na przełomie roku. Wiele będzie zależało od przyszłego Parlamentu i decyzji nowego rządu. Nadal nie wiemy jak bardzo wzrosną ceny energii elektrycznej – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Inflacja może wzrosnąć powyżej 3 proc., ale później będzie osuwała się w granice 2 proc.

W porównaniu z innymi krajami UE inflacja w Polsce jest wysoka. W Hiszpanii czy Włoszech inflacji niemal nie ma. To jednak niekoniecznie jest dobre dla tych państw.

– Nie spodziewamy się, aby RPP tą inflacją jakoś specjalnie się stresowała, a ze względu na spowolnienie gospodarcze w Europie, które będzie zakradać się do naszej gospodarki zakładamy, że Rada zdecyduje się na obniżenie stóp procentowych w przyszłym roku – komentuje ekspert XTB.

Przyszłość amerykańskiej gospodarki, dolara i sytuacji na światowych rynkach finansowych

Ostatnie wydarzenia w gospodarce i na światowych rynkach finansowych nie napawają optymizmem. Inwestorzy i eksperci coraz częściej mówią o nadciągającym kryzysie ekonomicznym. Pojawiają się doniesienia o zamiarach administracji Donalda Trumpa związanych z możliwą dewaluacją dolara, a znaczące państwa, takie jak Chiny czy Rosja, podejmują działania zmierzające do dedolaryzacji swoich gospodarek. Czy rzeczywiście grozi nam kolejny kryzys ekonomiczny, a jeżeli tak, to kiedy i co może go spowodować? Odpowiedzi na te pytania są niezwykle istotne nie tylko dla ludzi odpowiedzialnych za finanse i gospodarkę państwa, ale także inwestorów giełdowych, przedsiębiorców, a w końcu „zwykłych zjadaczy chleba”, którzy w ostatecznym rozrachunku będą musieli zapłacić za niefrasobliwość decydentów ekonomicznych. Wywiad gospodarczy w swoim strategicznym wymiarze powinien na czas wykrywać symptomy nadchodzących zmian w gospodarce, szczególnie tych o charakterze kryzysowym. Dlatego chcielibyśmy zainteresować Państwa publikacją, która podchodzi do tych zmian w sposób analityczny i kompleksowy, i która pozwala na wyciągnięcie wniosków co do naszej przyszłości gospodarczej.

Ray Dalio
Ray Dalio, znany finansista, miliarder i założyciel dużego funduszu inwestycyjnego Bridgewater Associates

Ray Dalio, znany finansista, miliarder i założyciel dużego funduszu inwestycyjnego Bridgewater Associates (aktywa pod zarządzaniem funduszu to ponad 124 miliardy dolarów), opublikował programowy artykuł pt. „Paradigm Shifts” („Zmiany Paradygmatu[1]”), w którym przedstawił kilka niepokojących przewidywań dotyczących przyszłości amerykańskiej gospodarki, dolara i sytuacji na światowych rynkach finansowych. Artykuł wywołał bardzo emocjonalną reakcję mediów biznesowych – od amerykańskiej agencji Bloomberg, po australijski Sydney Morning Herald.

Jeśli sprowadzić zawarte w publikacji poglądy miliardera do kilku tez, to prognozy R. Dalio wyglądają następująco: należy oczekiwać poważnej dewaluacji dolara, systemy gwarancji socjalnych (w tym emerytury i opieka medyczna) naszpikowane zostaną zdewaluowanym pieniądzem, nasilą się konflikty społeczne, a na tym tle i na tle innych zjawisk kryzysowych najlepszą inwestycją będzie złoto.

Tezy postawione przez Dalio dotyczą najbliższej sytuacji gospodarczej w Stanach Zjednoczonych i na świecie, ale wynikają z głębokiej analizy procesów ekonomicznych, jakie zachodziły w całej światowej gospodarce w przeciągu ostatnich stu lat.

Działając przez prawie pięćdziesiąt lat w charakterze inwestora giełdowego w skali makro, Dalio zaobserwował okresy około 10-letnie, w których rynki i relacje rynkowe działają w pewien określony sposób, nazywane przez niego „paradygmatami[2]”. W okresach tych większość inwestorów dostosowuje się do danego paradygmatu (obowiązującego standardu ekonomicznego), ale z czasem ich działania stają się przesadnie dogmatyczne, nieuwzględniające realiów rynkowych, co prowadzi do odstawania ich działalności gospodarczej od realiów rynkowych, które kształtują już nowy paradygmat. W ramach tego nowego paradygmatu rynki działają w sposób, który jest bardziej przeciwieństwem (zaprzeczeniem) reguł obowiązujących w poprzednim paradygmacie niż jego kontynuacją. Identyfikacja zmian paradygmatu z odpowiednim wyprzedzeniem czasowym i/lub restrukturyzacja swojego portfela inwestycyjnego ma krytyczne znaczenie dla sukcesu rynkowego inwestorów.

Jak zachodzą zmiany paradygmatu?

Według Dalio zawsze istnieją poważne niezrównoważone siły rynkowe, które stanowią siłę napędową danego paradygmatu. Trwają wystarczająco długo, aby inwestorzy uwierzyli, że okres ich działania nigdy się nie skończy, chociaż oczywiście musi się skończyć. Klasycznym przykładem jest niezrównoważona stopa wzrostu zadłużenia, która stymuluje zakup aktywów inwestycyjnych i podnosi ceny tych aktywów, co prowadzi do przekonania, że pożyczanie i kupowanie aktywów inwestycyjnych jest najlepszym rozwiązaniem. Sytuacja taka nie może jednak trwać wiecznie, ponieważ podmioty pożyczające i kupujące te aktywa wyczerpią w końcu swoją zdolność kredytową, podczas gdy koszty obsługi zadłużenia wzrosną w stosunku do ich dochodów o kwoty, które ograniczają ich przepływy pieniężne. Kiedy dochodzi do takiej sytuacji, następuje zmiana paradygmatu. Dłużnicy zostają „przyciśnięci” spłatami rat, pojawiają się problemy z obsługą kredytów, co powoduje ograniczenie udzielania pożyczek i wydatków na towary i usługi. Aktywa inwestycyjne idą więc w dół z samonapędzającą się dynamiką, przeciwnie niż to miało miejsce w poprzednim paradygmacie. Trwa to do momentu, aż inwestorzy przesadzą z kolei w swoich działaniach ograniczających inwestycje.

Innym klasycznym przykładem jest sytuacja, kiedy na giełdach mają miejsce dłuższe okresy niskiej zmienności kursów papierów wartościowych. Ponieważ inwestorzy dostosowują się do tej sytuacji, niska zmienność kursów prowokuje ich do podejmowania decyzji, które powodują zwiększenie zmienności kursów (np. pożyczanie większej ilości pieniędzy niż pożyczaliby, gdyby zmienność była większa). Takie działania powodują w konsekwencji samowzmacniający się trend wzrostu zmienności kursów. Istnieje wiele powtarzających się w czasie, podobnych do ww. przykładów, które pozwalają pojąć istotę paradygmatów i reguł rządzących ich zmianami. Zrozumienie tych pojęć jest konieczne dla konsekwentnego i pomyślnego inwestowania.

Podczas zmiany paradygmatu większość inwestorów zostaje przyłapana na działaniach typowych dla obowiązującego w danym okresie paradygmatu, nie zauważając zachodzących zmian. Tylko nieliczni są wystarczająco bystrzy, aby zrozumieć te zmiany, wykorzystywać je w swojej działalności giełdowej lub przynajmniej się przed nimi chronić.

Wnioski z analizy procesu zmian paradygmatów

W swojej pracy „Paradigm Shifts” Dalio przeanalizował paradygmaty i ich zmiany, jakie miały miejsce w ciągu ostatnich 100 lat[3], a na podstawie tej analizy wyciągnął wnioski co do reguł rządzących zmianami paradygmatów, ze szczególnym uwzględnieniem nadchodzących zmian w obowiązującym obecnie paradygmacie.

Według autora ostatnią poważną zmianą paradygmatu był kryzys finansowy z lat 2008-2009. Stało się tak, ponieważ stopy wzrostu zadłużenia były niezrównoważone w taki sam sposób, jak wtedy, gdy nastąpiła zmiana paradygmatu w latach 1929-1932. „Ponieważ badaliśmy wcześniej takie okresy, wiedzieliśmy, że zmierzamy do „kolejnego z nich”” – twierdzi Ray Dalio. Dla inwestorów z jego otoczenia było jasne, że sytuacja z lat 2008-2009 wynikała z niezrównoważenia rynków finansowych i musi spowodować zmianę paradygmatu, dlatego grupa ta bardzo dobrze poradziła sobie z kryzysem, podczas gdy większość inwestorów z trudem się z nim zmagała.

Nadchodząca zmiana paradygmatu[4]

Ray Dalio twierdzi, że kolejna zmiana paradygmatu nastąpi w ciągu najbliższych kilku lat. Obecnie około 13 bilionów dolarów środków pieniężnych inwestorów utrzymywanych jest w papierach dłużnych o zerowej lub niższej stopie procentowej. Oznacza to, że inwestycje są bezwartościowe z punktu widzenia przychodu, chyba że są finansowane ze zobowiązań o jeszcze niższych, ujemnych stopach procentowych. Inwestycje te można więc w najlepszym razie uznać za bezpieczne miejsca do przetrzymania kapitału, dopóki nie będzie można go efektywniej wykorzystać. Sytuacja ta może spowodować, że w najbliższym czasie:

  • bankom centralnym zabraknie środków pobudzających do ożywienia rynków i słabej gospodarki;
  • narosną ogromne kwoty zobowiązań dłużnych i innych zobowiązań płatniczych (np. emerytury i opieka zdrowotna), które będą coraz bardziej wymagalne, a nie będą mogły być finansowane z aktywów.

Założyciel Bridegewater Associates zwraca uwagę, że wszystkie metody pobudzania amerykańskiej (i ogólnie zachodniej) gospodarki już się wyczerpały lub są bliskie tego wyczerpania, a stan zadłużenia osiągnął taki poziom, że bez dewaluacji niemożliwe jest jego zredukowanie. Dotychczasowe formy luzowania polityki pieniężnej przez niższe stopy procentowe i QE[5] przestają przynosić efekt, a wciąż pozostaje problem zbyt dużych zobowiązań dłużnych i zobowiązań niezwiązanych z zadłużeniem (np. zobowiązań emerytalnych i medycznych). W związku z brakiem innych form łagodzenia wydaje się oczywiste, że deprecjacja waluty i monetyzacja[6] deficytu finansowego (rządów) stają się coraz bardziej prawdopodobne.

Dlatego Dalio twierdzi, że paradygmat, w którym się znajdujemy, najprawdopodobniej skończy się wtedy, kiedy:

  1. realne stopy procentowe zostaną „zepchnięte” do tak niskiego poziomu, że inwestorzy posiadający kredyty nie będą chcieli ich utrzymać i zaczną przechodzić do innych form inwestowania, ich zdaniem lepszych w tej sytuacji;
  2. jednocześnie potrzeba dużej ilości środków pieniężnych na sfinansowanie zobowiązań przyczyni się do poważnych problemów finansowych. Na rynku nie będzie wystarczającej ilości pieniędzy, aby zaspokoić potrzeby. Musi więc zaistnieć kombinacja związana ze zwiększeniem deficytu, która realizowana będzie poprzez przekształcanie aktywów finansowych w walutę, deprecjację waluty i duże podwyżki podatków.

Najprawdopodobniej w tym czasie posiadacze papierów dłużnych otrzymają bardzo niskie lub ujemne nominalne i realne zwroty w słabnących walutach, które de facto będą stanowić „podatek od kapitału”. Jednocześnie ostra dewaluacja waluty, która z punktu widzenia konsumenta wygląda tak, jak gwałtowny wzrost cen w porównaniu z jej przychodami, będzie swego rodzaju „podatkiem dla biednych”. Dotknie ona tych, którzy nie mają prawdziwych aktywów, nie osiągają tzw. dochodu pasywnego[7], nie posiadają akcji, a jedynym źródłem ich dochodu jest wynagrodzenie i nadzieja na emeryturę. Taka sytuacja doprowadzi prawdopodobnie do zaostrzenia konfliktów między posiadaczami kapitału a społeczeństwem.

Prognozy i rady na przyszłość

Przyszłość, w której banki centralne świata zachodniego (a przede wszystkim Stanów Zjednoczonych) przechodzą na radykalne środki wsparcia gospodarki (a właściwie próby powstrzymania kryzysu systemowego), takie jak ujemne stopy procentowe, wygląda zupełnie nieatrakcyjnie. W takiej sytuacji z pewnością ucierpi sfera społeczna, ponieważ emerytury i świadczenia będą wypłacane dewaluowanymi pieniędzmi, a inflacja po prostu „zje” oszczędności tych, którzy je mają.

Innymi słowy, ogromne kwoty wkładane w inwestycje, które nie przynoszą zwrotu, są mało opłacalne, ponieważ nie zapewniają dochodu wystarczającego na sfinansowanie zobowiązań. W rzeczywistości większość z nich nie zapewnia żadnego dochodu, dlatego z inwestycyjnego punktu widzenia są one bezwartościowe. Zapewniają jedynie „bezpieczne” miejsce dla przechowywania kapitału zleceniodawcy. W rezultacie, aby sfinansować swoje wydatki, ich właściciele będą musieli sprzedawać kapitał, co zmniejszy ogólną kwotę posiadanego kapitału. W związku z tym inwestorzy:

  1. będą dążyć do uzyskania stopniowo coraz wyższych zwrotów z malejących kwot kapitałowych (czego nie będą w stanie uzyskać) lub
  2. będą musieli przyspieszyć konsumpcję, dopóki nie skończą się pieniądze (u konsumentów).

Stanie się to w tym samym czasie, kiedy nasilą się konflikty wewnętrzne (głównie między różnymi grupami społecznymi a posiadaczami kapitału) o to, jak podzielić „ciasto” i konflikty zewnętrzne między państwami o to, jak podzielić „globalne ciasto” i globalne wpływy ekonomiczne.

W swoich wypowiedziach jeszcze przed zwycięstwem w wyborach prezydenckich Donald Trump mówił, że „gospodarka USA jest jedną wielką „bańką finansową”, która wymaga osłabienia kursu dolara”. Jeśli dolar zostanie rzeczywiście znacznie zdewaluowany, USA będą mogły bardzo łatwo spłacić długi, co jednak nie uratuje światowego systemu finansowego przed kryzysem, a amerykańskiej gospodarki przed głęboką depresją. Możliwe będzie jednak udawanie, że USA wypełniają swoje zobowiązania społeczne i uczciwie spłacają swoje długi.

W takim świecie przechowywanie pieniędzy w gotówce i obligacjach nie będzie już bezpieczne. Obligacje są roszczeniami pieniężnymi, a rządy prawdopodobnie nadal będą drukowały pieniądze, aby spłacić swoje długi przy użyciu zdewaluowanych pieniędzy. To najłatwiejszy i najmniej kontrowersyjny sposób na zmniejszenie obciążeń związanych z zadłużeniem bez podnoszenia podatków.

Dalio uważa, że obecnie obligacje zapewniają złe realne i nominalne stopy zwrotu[8] dla ich posiadaczy. Jednak sytuacja ta nie doprowadzi do znacznych spadków cen i podwyższenia stóp procentowych, ponieważ większość z tych obligacji kupią najprawdopodobniej banki centralne, aby obniżyć stopy procentowe i utrzymać ceny. Innymi słowy, nowy paradygmat będzie charakteryzował się wysokim poziomem monetyzacjami zadłużenia, podobnym do tego, jaki miał miejsce w latach drugiej wojny światowej.

Ważne pytanie, które warto w tym miejscu postawić, brzmi: jakie inwestycje mogą dobrze funkcjonować w środowisku reflacyjnym[9], któremu towarzyszą duże zobowiązania dłużne i poważny konflikt wewnętrzny między posiadaczami kapitału i innymi grupami społecznymi, a także konflikty zewnętrzne? To także dobry moment, aby zapytać, jaka waluta lub instrument akumulacji kapitału najlepiej sprawdzi się w sytuacji, gdy większość banków centralnych chce dewaluować swoje waluty funkcjonujące w systemie fiat[10]?

I tutaj, jako główny instrument oszczędzania i najlepsze narzędzie do inwestowania w tym czarnym okresie gospodarczym, założyciel Bridgewater Associates sugeruje najstarsze narzędzie używane w akumulacji kapitału, czyli złoto. Korzyści ze złota w takiej sytuacji gospodarczej są oczywiste: nie można go wydrukować, nie można go zdewaluować dekretem rządowym, na kurs złota nie ma wpływu ujemne oprocentowanie depozytów bankowych (które już są w niektórych krajach europejskich, a będą najprawdopodobniej w całym świecie zachodnim w przyszłości). Na tle negatywnych rentowności obligacji rządowych i innych instrumentów dłużnych, o których Dalio pisze w swojej prognozie, złoto wypada nie tylko jako dobre narzędzie oszczędnościowe, ale również jako wysokodochodowy instrument inwestycyjny.

Według ekspertów rady amerykańskiego miliardera mają zastosowanie zarówno w odniesieniu do zwykłych inwestorów, jak i dużych funduszy inwestycyjnych. Co więcej, można je z powodzeniem wykorzystać w odniesieniu do państwowych rezerw walutowych. Sądząc po tym, jak aktywnie Chiny i Rosja, a także znaczący inwestorzy, jak np. George Soros skupują złoto, na świecie pojawili się już gracze chcący zabezpieczyć się przed konsekwencjami, które mogą wyniknąć ze zmiany ciągle jeszcze obowiązującego paradygmatu.

Źródła:

  1. Dalio, Paradigm shifts, https://www.linkedin.com/pulse/paradigm-shifts-ray-dalio/
  2. Dalio i inni, Principles For Navigating. Big Debt Crises, https://www.principles.com/big-debt-crises/

Autorzy: radca prawny Robert Nogacki, płk rez. dr inż. Krzysztof Surdyk

Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

[1] https://www.linkedin.com/pulse/paradigm-shifts-ray-dalio/.

[2] Paradygmat (gr. παράδειγμα parádeigma – przykład, wzór – w rozumieniu wprowadzonym przez filozofa Thomasa Kuhna w książce „Struktura rewolucji naukowych” (The Structure of Scientific Revolutions) z 1962 r. – to zbiór pojęć i teorii tworzących podstawy danej nauki. Teorii i pojęć tworzących paradygmat raczej się nie kwestionuje, przynajmniej do czasu, kiedy paradygmat jest twórczy poznawczo – tzn. za jego pomocą można tworzyć teorie szczegółowe zgodne z danymi doświadczalnymi (historycznymi), którymi zajmuje się dana nauka.

[3] R. Dalio, „Paradigm Shifts”, cz. I, „Paradigms and Paradigm Shifts over the Last 100 Years”.

[4] R. Dalio, „Paradigm Shifts”, cz. II, „The Coming Paradigm Shift”.

[5] QE – poluzowanie polityki pieniężnej, luzowanie ilościowe (ang. quantitative easing, QE) – zwiększenie podaży pieniądza w obiegu. Standardowy instrument służący do regulacji podaży pieniądza to stopa procentowa banków centralnych. Jeśli stopa ta znajduje się już w pobliżu zera, i nie wystarcza to do osiągnięcia pożądanych efektów makroekonomicznych (w szczególności, gdy trwa recesja gospodarcza i występuje pułapka płynności), bank centralny może, według ekonomii głównego nurtu, zwiększyć podaż pieniądza poprzez niekonwencjonalne bodźce podażowe, takie jak zakupy różnego rodzaju obligacji (np. obligacje skarbowe) na rynku.

[6] Monetyzacja (ang. monetization) – oznacza zamianę aktywów rzeczowych lub finansowych na prawny środek płatniczy. Zazwyczaj odnosi się do wybijania monet lub drukowania banknotów przez banki centralne. Potocznie – przekształcanie czegoś w pieniądz.

[7] Dochód pasywny – oznacza dochód bez stałego angażowania własnej pracy. Osoby osiągające dochód pasywny bez wkładu własnej pracy nazywamy rentierami. Dochód pasywny otrzymywany jest wtedy, gdy raz wykonana praca (akcja, działanie) przynosi zyski, przez określony czas.

[8] Realna stopa zwrotu uwzględnia wpływ inflacji (czyli rosnących cen, a tym samym spadającej siły nabywczej pieniądza) na naszą inwestycję. Taka jest zwyczajowa definicja realnej stopy zwrotu: nominalna stopa zwrotu pomniejszona o inflację w okresie trwania inwestycji.

[9] Reflacja – zwiększanie skali inflacji, jako reakcja na okres, w którym ceny kształtowały się poniżej kosztów produkcji. Stosuje się ją po znacznym spadku cen danego składnika aktywów w celu ich podwyższenia do poziomów przed załamaniem koniunktury.

[10] Waluta fiat (inaczej pieniądz fiducjarny) to legalny środek płatniczy, którego wartość ustalana i czerpana jest przez rząd, który go wydaje, a nie z fizycznego dobra lub towaru. Siły rządów, które ustalają wartość danych pieniędzy fiducjarnych, są kluczowe dla tego rodzaju pieniędzy. Większość krajów na świecie korzysta z systemu walutowego w celu kupowania towarów, usług, wykonywania inwestycji i oszczędzania. Waluta fiat zastąpiła złoto i inne niegdyś obowiązujące systemy towarowe na polu ustalania wartości dóbr.

W Łodzi się powodzi

Umacniająca się marka Łodzi pozytywnie przekłada się na lokalny rynek nieruchomości komercyjnych i mieszkaniowych. A będzie jeszcze lepiej – kolejne etapy rewitalizacji obszarowej i dalsze usprawnienia infrastrukturalne wzmacniają potencjał inwestycyjny miasta.

Ambitne plany rewitalizacyjne, silny ośrodek akademicki, blisko 1 mln mieszkańców w aglomeracji, coraz lepszy poziom infrastruktury i bogata siatka połączeń transportowych – to wszystko kształtuje wizerunek Łodzi jako atrakcyjnej lokalizacji dla inwestorów z branży nieruchomości. W mieście dynamicznie rozwija się nie tylko rynek biurowy. Jak wynika z raportu JLL, Urzędu Miasta Łodzi i HAYS Poland „Łódź – Revitalizing a vibrant business and living hub”, coraz lepsze rezultaty notują również segment nieruchomości mieszkaniowych i hotelowych.

Hanna Zdanowska, Prezydent Łodzi
Hanna Zdanowska, Prezydent Łodzi

Prawie 4 miliardy złotych – to wartość projektów, które w tej perspektywie realizujemy z unijnym dofinansowaniem. Projekty, które prowadzimy, obejmują nie tylko remonty kamienic i ulic, modernizację instytucji kultury, rozwój transportu czy poprawę stanu miejskiej infrastruktury. Uzupełniają je programy, których celem jest aktywizacja zawodowa mieszkańców, wsparcie edukacyjne czy usługi zdrowotne. Sukces tej największej w Polsce rewitalizacji jest tym bardziej możliwy, że inwestycje realizowane przez miasto idą ramię w ramię z przedsięwzięciami prywatnych inwestorów. – Hanna Zdanowska, Prezydent Łodzi

Na biurowej orbicie

Papierkiem lakmusowym oceniającym starania obu stron jest między innymi sektor nieruchomości biurowych w mieście. A ten, jak pokazuje raport JLL, Urzędu Miasta i HAYS Poland, konsekwentnie rośnie.

Łukasz Dobrzański, Dyrektor Biura JLL w Łodzi
Łukasz Dobrzański, Dyrektor Biura JLL w Łodzi

Inwestorzy doceniają unikalny charakter łódzkiego rynku biur. Firmy mogą tutaj wybierać spośród szerokiego portfolio projektów – od ultranowoczesnych biurowców, po ciekawie zaadaptowane budynki postindustrialne, które tworzą niepowtarzalną atmosferę pracy. Podobnie jak w innych polskich aglomeracjach, popyt napędzają głównie najemcy z branży usług dla biznesu. Według naszych danych, mają oni już 53% udziału w zajętej powierzchni biurowej w Łodzi. Ten współczynnik ma szansę jeszcze urosnąć, nie tylko ze względu na nowych inwestorów, ale przede wszystkim jako rezultat dynamicznej ekspansji centrów usług, które już w mieście działają. – Łukasz Dobrzański, Dyrektor Biura JLL w Łodzi

Łódź to aktualnie jedna z kluczowych lokalizacji dla centrów usług w Polsce. Według danych ABSL, w okresie od I kw. 2018 do I kw. tego roku branża stworzyła 2700 nowych miejsc pracy. Sektor zatrudnia w mieście łącznie 23 200 pracowników.
Wiele wskazuje na to, że nadchodzące miesiące będą okresem dalszego intensywnego rozwoju i przekształcania istniejących centrów usług biznesowych w jeszcze bardziej zaawansowane jednostki – centra doskonałości i centra wiedzy. To szczególnie istotne z punktu widzenia jakości miejsc pracy, które oferuje łódzki rynek. Miasto nadal ma ogromny potencjał, jeśli chodzi o możliwą skalę wzrostu, ale równie ważne, jeśli nie ważniejsze, są możliwości rozwoju zawodowego i szansa na udział w ciekawych i ambitnych projektach biznesowych. W tym aspekcie Łódź znajduje się w czołówce polskich aglomeracji. – Łukasz Grzeszczyk, Head of IT, HAYS Poland

Aktywność łódzkich inwestorów ma odzwierciedlenie w zapotrzebowaniu na powierzchnie biurowe. W 2015 roku najemcy podpisali w Łodzi umowy na 70 000 mkw. Kolejne lata również były udane. W 2016 roku popyt zbliżył się do poziomu 67 000 mkw., w 2017 roku – do blisko 60 000 mkw., a w 2018 – do prawie 57 000 mkw. W pierwszym półroczu 2019 podpisano natomiast umowy na ponad 32 000 mkw., co jest dobrą prognozą na kolejnych sześć miesięcy. Największe transakcje, które zamknęły się w tym czasie to przednajem New Work w Hi Piotrkowska 155 na 5000 mkw. oraz dwie umowy Nordea – nowy kontrakt w Red Tower i przednajem w Cross Point C. W obu budynkach firma zajmie po 3 300 mkw.
Aktualnie w budowie znajduje się 100 000 mkw. powierzchni w ramach tak spektakularnych projektów jak Hi Piotrkowska 155, Imagine, Monopolis czy Brama Miasta. Deweloperzy zabezpieczają tez grunty pod kolejne realizacje, co jest najlepszych dowodem na to, że wierzą w potencjał biznesowy Łodzi. Warto również zauważyć, że na łódzkim rynku formują się pierwsze huby biurowe, a to wskazuje na rosnącą dojrzałość sektora. Największym z nich jest tzw. Centralna Oś Łodzi – na linii od Al. Kościuszki do projektów realizowanych przy tzw. Skrzyżowaniu Marszałków. Popularność tej lokalizacji to rezultat znakomitej dostępności komunikacyjnej i centralnego położenia. – Łukasz Dobrzański, Dyrektor Biura JLL w Łodzi

Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL
Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Łódź to ciekawa alternatywa również dla inwestorów nieruchomościowych szukających nowych opcji rozwoju portfela. Miasto cieszy się rosnącym zainteresowaniem międzynarodowych funduszy zajmując już czwarte miejsce w Polsce, poza Warszawą, pod względem wartości umów kupna/sprzedaży obiektów biurowych. W ciągu dwóch ostatnich lat właścicieli zmieniły biurowce za 230 mln euro w ramach siedmiu transakcji. – Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych, JLL

Rynek mieszkaniowy przyspieszył

Chociaż Łódź jest trzecim co do wielkości miastem w Polsce pod względem liczby mieszkańców, tutejszy rynek mieszkaniowy jeszcze do niedawna pozostawał w tyle za innymi polskimi aglomeracjami.

Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL
Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL

Pod wieloma względami, takimi jak ceny czy sprzedaż na pierwotnym rynku mieszkaniowym, Łódź bardziej przypominała Lublin czy Szczecin niż Warszawę i Wrocław. Jednak w ciągu ostatnich trzech lat sytuacja uległa znacznej zmianie. Zarówno liczba sprzedanych mieszkań, jak i nowa roczna podaż wzrosły ponad dwukrotnie w 2018 w porównaniu do 2015, osiągając najwyższy poziom w historii. Sprzedano wtedy 4 300 lokali, a na rynek trafiło ich 4 600. Wszystko wskazuje też na to, że dobra passa utrzyma się również w 2019. W pierwszym półroczu sprzedano bowiem więcej mieszkań niż w całym 2016, a średnia cena za mkw. na rynku pierwotnym na koniec czerwca kształtowała się na poziomie 5 900 PLN, czyli o 40% mniej niż w przypadku Warszawy. – Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego, JLL

Coraz lepsza sytuacja w sektorze mieszkaniowym to rezultat zarówno konsekwentnej rewitalizacji miasta, co wpływa na wyższą jakość życia mieszkańców, jak i dobrego klimatu inwestycyjnego, który pozytywnie kształtuje nastroje na rynku pracy.
Łódzki rynek ma bardzo duży potencjał do dalszego rozwoju. W ubiegłym roku liczba sprzedanych lokali w przeliczeniu na 1 000 mieszkańców sięgnęła sześciu mieszkań, podczas gdy w innych dużych polskich aglomeracjach wskaźnik ten przekracza dziesięć. Ponadto, korzystny stosunek cen do wynagrodzeń oraz dostępność atrakcyjnych działek również będą zachęcały deweloperów do rozpoczynania kolejnych inwestycji. – Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego, JLL

Szczególnym segmentem w sektorze nieruchomości mieszkaniowych, również w Łodzi, są prywatne akademiki. Jak wskazuje raport, Łódź była jednym z pierwszych miast w Polsce, która przyciągnęła inwestycje w tej klasie aktywów. Nie powinno to dziwić – w mieście działają 22 uczelnie, na których studiuje 72 000 studentów. To zatem atrakcyjna nisza zarówno dla właścicieli mieszkań kupowanych pod wynajem, jak i deweloperów biorących pod uwagę inwestycje w prywatne akademiki, szczególnie że pierwsze projekty w tym segmencie, jak Student Depot czy Basecamp, mają wskaźnik obłożenia na poziomie prawie 100%.

Coraz więcej hoteli

Łódź jest szóstym co do wielkości rynkiem hotelowym w Polsce pod względem liczby pokojów. Obecnie w mieście działa 34 hoteli, które oferują ponad 3 530 miejsc hotelowych.

Operatorzy hotelowi coraz mocniej interesują się Łodzią. Najbardziej atrakcyjną lokalizacją jest oczywiście centrum, choć wraz z rozwojem biznesowym na mapie pojawią się inne interesujące opcje. Oprócz tradycyjnej hotelowo Piotrkowskiej, ekspansji sektora hotelowego spodziewamy się zwłaszcza w okolicach wokół Nowego Centrum Łodzi. W tym roku Łódź powitała długo oczekiwany Hotel Puro, a inwestorzy planują realizację sześciu kolejnych projektów hotelowych w mieście, z łączną liczbą 940 pokoi. Dwa z nich są obecnie w budowie – Hampton by Hilton i Legs Hotel, rozpoczęto też renowację Grand Hotelu. – Agata Janda, Dyrektor ds Doradztwa Hotelowego, JLL

Nastroje na łódzkim rynku, mierzone zarówno w sektorze hotelowym, biurowym oraz mieszkaniowym, poprawiają się. Poziom zaufania inwestorów w stosunku do miasta i jego potencjału rośnie.

Siła Łodzi polega na tym, że nie próbuje upodobnić się do innych miast, a garściami czerpie ze swojego unikalnego potencjału i charakterystycznej zabudowy, jakiej nie mają inne polskie aglomeracje. A przynajmniej na taką skalę. Dlatego szanse Łodzi na przyciągnięcie do siebie nowych mieszkańców mogą, wbrew prognozom demografów, zwiększyć się w kolejnych latach. Ludzie poszukujący alternatywy dla tłocznej Warszawy czy Krakowa, mogą przyjechać właśnie tutaj. Docenia to także biznes – już teraz znajdujemy się już na tzw. short-liście zagranicznych inwestorów, którzy od wielu lat czują się w Łodzi doskonale. – Hanna Zdanowska, Prezydent Łodzi

Kiedy będziemy mieli autostrady do granic i od morza do Tatr?

Polacy coraz chętniej podróżują po kraju własnym samochodem. Ten środek transportu wybiera 70 proc. ankietowanych[1]. W ostatnich latach przybyło nam autostrad i dróg ekspresowych. Możemy już korzystać z 3836,3 km dróg szybkiego ruchu – wynika z danych GDDKiA. Co więcej, jeżeli zaufać składanym deklaracjom ma powstać w niedługim czasie jeszcze więcej tras szybkiego ruchu. Czy to oznacza, że będziemy mieli wreszcie autostrady do granic, od morza do Tatr?

Niewiele osób pamięta, że jeszcze ćwierć wieku temu mieliśmy do dyspozycji zaledwie 100 km drogi o standardzie autostrady. Wszystko jednak się zmieniło w momencie wejścia Polski do Unii Europejskiej. Dzięki nowym środkom budowa dróg w naszym kraju ruszyła z nieznaną do tej pory siłą. Dlaczego jest to takie ważne? Autostrady i drogi ekspresowe są istotne z punktu widzenia rozwoju gospodarczego kraju. Obecnie w Polsce, korzystamy z 1671,5 km autostrad oraz 2164,8 km dróg ekspresowych. Istotną informacją jest to, że dobiega końca budowa kręgosłupa transportu drogowego, najistotniejszego z punktu widzenia społeczno–gospodarczego kraju.

Kluczowe z nich to A1 i A2 oraz A4. Warto tutaj szczególnie zwrócić uwagę na autostradę A2 zwaną autostradą Wolności. Przebiegać ma równoleżnikowo przez centralne obszary kraju. Ma także połączyć nasz kraj od granicy zachodniej do wschodniej. Autostrady A1 oraz A4 spełniają równie ważną rolę. Bursztynowa A1 leży w ciągu międzynarodowej trasy E75, która znajduje się w jednym z transeuropejskich korytarzy transportowych. Jest jedyną polską autostradą o przebiegu południkowym, która ma połączyć morze z górami. Natomiast A4 jest obecnie najdłuższą autostradą w Polsce o długości 672,8 km, prowadzącą z zachodu na wschód przez południową Polskę.

Ukończenie autostrady A1 planowane jest do 2022 roku, mniej optymistycznie jest z A2, chociaż prace wyraźnie przyspieszyły. GDDKiA podjęła skuteczne działania, by w przyszłości możliwy był przejazd autostradą A2 na całej długości. Tym samym GDDKiA zamknie autostradowe połączenie między zachodnią i wschodnią granicą.

Wiele dzieje się również na drogach ekspresowych. Wreszcie, po latach zaniedbań, powstaje droga S19 Via Carpatia, część korytarza europejskiego łączącego w osi północ-południe Morze Bałtyckie z Morzem Czarnym i Egejskim. Warto również zwrócić uwagę, że dzięki intensywnej budowie fragmentu S19 łączącego Rzeszów z Lublinem oraz bardzo dużemu frontowi robót na S17, łączącej Warszawę z Lublinem do 2022 roku możemy spodziewać się przełomowej zmiany dostępności tych terenów – wskazuje Jarosław Wielopolski, Prezes Multiconsult Polska.

Prowadzone działania spowodują, że czas dojazdu ze stolicy Polski do stolicy Podkarpacia skróci się do około 2,5 godziny (aktualnie trasa zajmuje 4,5 godziny). Natomiast do Lublina dojedziemy tylko w 1,5 godziny. Będzie to ogromny impuls dla rozwoju tych miast i całej ściany wschodniej. Podobnie ma się sprawa połączenia Warszawy z dawną stolicą Polski – Krakowem. Droga S7 zmierza do szczęśliwego finału. Na 2022 rok datowane jest ukończenie ostatniego odcinka od Jędrzejowa do Krakowa. Na zachodzie również prowadzone są prace uzupełniające niedokończone odcinki na drogach ekspresowych: S3, S5 i S6. Ważna jest – a trochę niedoceniana – trasa S12 horyzontalnie łącząca Lublin, Radom i zachodnią Polskę. Ostateczny wariant jej przebiegu nie został jeszcze zatwierdzony, natomiast po ukończeniu może w znacznym stopniu odciążyć układ dróg węzła warszawskiego.

Dużo już zrobiono, ale apetyt rośnie i chcielibyśmy, aby jak najszybciej kraj był pokryty siecią dobrych dróg krajowych. W Europie zajmujemy 12. miejsce pod względem długości autostrad. Na podium znalazły się takie kraje jak Hiszpania (ponad 17 tys. km), Niemcy (ponad 15 tys. km) oraz Francja (niecałe 12 tys. km) – wskazuje raport serwisu motoryzacyjnego Oponeo. To właśnie z takich wzorców powinniśmy korzystać i dążyć do podobnych wyników.

[1] https://swresearch.pl/news/czytaj/id/152/jak-podr-uj-polacy-raport-z-badania

Tablet w nowej roli

  • W I kwartale 2019 roku sprzedaż tabletów na rynku EMEA (Europy Środkowo-Wschodniej, Bliskiego Wschodu oraz Afryki) była o 10,8% niższa w stosunku do I kwartału 2018 r.
  • Raporty prognozują wzrost popytu na tablety o min. 10-calowych ekranach oraz urządzenia 2-w-1.
  • Zaś w okresie 2019-2023 ich sprzedaż w sektorze przedsiębiorstw na rynku EMEA ma rocznie średnio rosnąć o 4,7%.

Przeglądając internet zadowalamy się smartfonem

Rynek tabletów wyraźnie przegrupowuje siły. W pierwszym kwartale 2018 roku na świecie sprzedano ich 33 miliony sztuk. To o 14,9% mniej niż rok wcześniej[1]. Jak przytacza International Data Corporation międzynarodowa firma doradcza specjalizująca się w nowych technologiach, w pierwszym kwartale tego roku, sprzedaż tych urządzeń w regionie EMEA (Europie, Afryce i na Bliskim Wschodzie) była mniejsza o 10,8% w relacji do odpowiadającego mu kwartałowi 2018 roku[2]. Jednak może się to szybko zmienić.

Wszystko to wiąże się z coraz większymi  wyświetlaczami smartfonów. Kiedy miały one wielkość 3.5 czy 4.5 cala, to nie nadawały się do oglądania filmów czy czytania książek. Do tej roli stworzono tablety. Teraz, gdy 6.5-calowe ekrany smartfonów są już normą, to często oglądamy na nich filmy, przeglądamy internet czy nawet gramy w gry video.

Trend spadkowy w użytkowaniu tabletów potwierdza też Główny Urząd Statystyczny[3], według którego Polacy z siecią najczęściej łączą się za pomocą smartfona. W grupie wiekowej 16-24 wynik ten wyniósł  ponad 85%. Z kolei w tym celu z tabletu korzysta tylko co 10 ankietowany.

Duży ekran, duża mobilność i duży komfort pracy

Smartfony, wkraczając w niszę tabletów, zmuszają je do ewolucji. Tablety, by przetrwać, muszą przestać być po prostu dużymi smartfonami i zająć niszę pomiędzy smartfonem i laptopem. Analitycy IDC przewidują, że przez najbliższe 4 lata w sektorze będzie panował trend wzrostowy sprzedaży tych urządzeń, co mamy dostrzec już w przyszłym roku[4]. Lepsze wyniki ma napędzać głównie popyt na tablety z dołączaną klawiaturą, które zagrożą pozycji laptopów i ultrabooków. Widać to po optymistycznych prognozach dotyczących tabletów 10-calowych i większych, pośród których liderem pozostać ma Apple[5]. Geniusze z Cupertino przewidują wzrost sprzedaży aż o 20%.

– Ultrabooki pokazują, że wśród użytkowników istnieje silna potrzeba mobilności. Smartfony mogą rosnąć tylko do pewnego momentu, gdyż potem stają się niepraktyczne co zostawia pewną niszę w rynku urządzeń mobilnych. W tę przestrzeń idealnie wpasowują się większe tablety i urządzenia 2-w-1, które zapewniają komfort pracy, jednocześnie dając dużą swobodę – komentuje Alicja Jankowska, Junior Marketing Category Manager w Neonet. – Przyszłość, w której zarządzamy firmą za pomocą tabletu nie większego niż kartka papieru jest już niedaleko. Jeżeli słyszeliście o smart domach to nietrudno jest sobie wyobrazić smart firmy. Nie dziwi mnie, że liderem sprzedaży w tym segmencie pozostaje Apple, które słynie z produktów które są świetnie ze sobą zintegrowane – dodaje Jankowska.

Teraz przyszłość tabletów rysuje się już w znacznie lepszych barwach. Być może już w niedalekiej przyszłości każdy z nas zamiast z laptopa będzie korzystać ze składanego tabletu. Przyszłość w której tablet niczym Nintendo Switch podłącza się do klawiatury by pracować i odłącza gdy się chce obejrzeć w podróży film może nie być tak bardzo odległa.

[1] źródło: raport DIGITIMES RESEARCH: https://www.digitimes.com/news/a20180430PD209.html

[2] źródło: raport IDC EMEA Personal Computing Device Quarterly Tracker (Tablet), 2019Q1

[3] źródło: raport Głównego Urzędu Statystycznego “Polska w liczbach 2019”

[4] źródło: raport IDC Worldwide Tablet Forecast, 2019–2023

[5] źródło: raport DIGITIMES RESEARCH: https://www.digitimes.com/news/a20190801PD205.html