Nowa matryca VAT ułatwi życie przedsiębiorcom, ale ceny niektórych towarów mogą wzrosnąć

0

Nowa matryca VAT ułatwi życie przedsiębiorcom, ale ceny niektórych towarów mogą wzrosnąć 1

W kwietniu 2020 roku ma wejść w życie nowa matryca stawek VAT. Celem zmian jest uporządkowanie obecnej sytuacji, która powoduje wśród przedsiębiorców kłopoty interpretacyjne. Nowym i korzystnym dla nich rozwiązaniem ma być tzw. wiążąca informacja stawkowa, która ma zapewnić podatnikom większą ochronę na wypadek kontroli organów podatkowych. Będzie można się ubiegać o nią wcześniej, już w listopadzie br. Jednocześnie konsumenci muszą być przygotowani na to, że w przypadku niektórych towarów i usług stawki VAT zostaną podwyższone, co może się wiązać ze wzrostem cen.

Nowa, uproszczona matryca odejdzie od klasyfikacji szczegółowej na rzecz bardziej ogólnej i połączy wiele kategorii towarów, które do tej pory funkcjonowały w różnych podgrupach.

Celem nowej matrycy jest likwidacja absurdu polegającego na tym, że bardzo podobne produkty są opodatkowane różnymi stawkami. Konsumenci i przedsiębiorcy muszą być przygotowani na to, że w niektórych przypadkach stawki przez nich stosowane zostaną zmienione. Przykładem mogą być wyroby piekarnicze i ciastkarskie, które do tej pory były opodatkowane wszystkimi możliwymi stawkami, a teraz będą opodatkowane jednolitą stawką 5 proc. Ta będzie się stosować także do wszystkich owoców, bo obecnie mamy w tym zakresie rozbieżności. Wzrośnie stawka VAT-u na owoce morza, niektóre przyprawy czy lód stosowany w celach spożywczych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Bieńkowska, doradca podatkowy, partner w Gekko Taxens Doradztwo Podatkowe.

Nowe przepisy zakładają, że stosowana do tej pory Polska Klasyfikacja Wyrobów i Usług (PKWiU) z 2008 roku przestanie być wykorzystywana do identyfikowania towarów i usług na potrzeby określenia stawki podatku VAT. Ten dokument sprawiał dotąd wiele trudności zarówno przedsiębiorcom, jak i organom podatkowym.

Było wiele sporów na temat prawidłowości jego stosowania. Przykładem może być spór dotyczący paluszków z makiem, według niektórych były to wyroby piekarnicze, według innych – wyroby ciastkarskie. Ta drobna różnica skutkowała różnicą w stawce VAT na ten produkt. Celem wprowadzenia nowej matrycy jest uporządkowanie tych kwestii, usunięcie absurdów i zapewnienie większej pewności stosowania przepisów w tym zakresie – mówi Agnieszka Bieńkowska.

Dodatkowo PKWiU jako klasyfikacja statystyczna nie mogła być interpretowana przez organy skarbowe, tylko przez urzędy statystyczne. Z kolei ich opinie nie miały mocy wiążącej.

Podatnik, chcąc się dowiedzieć, jaką stawkę VAT ma stosować, otrzymywał opinię urzędu statystycznego, a później w trakcie kontroli urząd skarbowy ubiegał się o własną opinię, która mówiła zupełnie coś innego. W efekcie sprawy trafiały do sądu – mówi Agnieszka Bieńkowska.

Stosowaną dotychczas PKWiU zastąpią dwa inne dokumenty: unijna Nomenklatura Scalona (CN) w zakresie towarów, natomiast w zakresie usług – Polska Klasyfikacja Wyrobów i Usług z 2015 roku.

Nomenklatura Scalona to klasyfikacja stosowana w całej Unii Europejskiej, również przez polskie organy skarbowe w zakresie importu towarów. Jest to precyzyjna klasyfikacja, w odniesieniu do której znacznie więcej wiemy, jak klasyfikowane są poszczególne towary, mamy znacznie więcej dostępnych materiałów, daje więc większą pewność. Co do zasady zmianę w tym zakresie należy uznać za pożądaną, na pewno ucieszy ona przedsiębiorców – mówi Agnieszka Bieńkowska.

Jak podkreśla, nowym i korzystnym z punktu widzenia przedsiębiorców rozwiązaniem będzie też wprowadzenie tzw. wiążącej informacji stawkowej (WIS), decyzji urzędowej, która w razie wątpliwości określi prawidłową stawkę VAT dla danego towaru bądź usługi. Na jej podstawie przedsiębiorca będzie mógł podjąć decyzję dotyczącą stosowania stawki VAT. WIS ma zapewnić podatnikom większa ochronę na wypadek kontroli organów podatkowych.

Jest to instytucja podobna do wiążących indywidualnych interpretacji przepisów prawa podatkowego. Jeśli mamy wątpliwość, możemy się ubiegać do stosownego organu o interpretację, żeby nam powiedział, co zrobić. Jeżeli się do tego zastosujemy, będziemy mieć pewność, że nie zostanie to przez nikogo podważone – mówi Agnieszka Bieńkowska.

Kolejną zaletą jest fakt, że WIS będzie niejako szła za towarem, tzn. będą mogły się nią posługiwać zarówno te podmioty, do których została adresowana, jak i wszyscy inni, którzy sprzedają dany produkt.

– W sytuacji, kiedy wiążącą informację stawkową pozyska producent, to wszyscy, którzy handlują towarami tego producenta, będą mieli pewność, że niższa stawka również z punktu widzenia ich rozliczeń podatkowych nie zostanie zakwestionowana. To także jest bardzo dobre i pożądane rozwiązanie – ocenia Agnieszka Bieńkowska.

Mimo że nowa matryca VAT zacznie obowiązywać w kwietniu przyszłego roku, o wiążącą informację stawkową będzie można się ubiegać już wcześniej. Zgodnie z harmonogramem przedsiębiorcy mają mieć taką możliwość już od 1 listopada br. Projekt ustawy o nowej matrycy VAT czeka na podpis prezydenta.

Katowice z roku na rok tracą mieszkańców. Miasto chce zahamować ten trend poprzez ulgi i zniżki dla zameldowanych

Katowice z roku na rok tracą mieszkańców. Miasto chce zahamować ten trend poprzez ulgi i zniżki dla zameldowanych 2

Tylko w ubiegłym roku stolica aglomeracji śląskiej skurczyła się o 3,2 tys. mieszkańców. Ich liczba ostatni raz przekroczyła 300 tys. ponad siedem lat temu, od tego czasu katowiczan systematycznie ubywa. Przyczyną nie jest już emigracja zarobkowa, lecz rosnące ceny nieruchomości i powroty emerytów w rodzinne strony. Odwrócenie tego trendu to jeden z priorytetów władz miasta, które chcą to robić poprzez inwestycje w infrastrukturę kulturalno-sportową, bazę dydaktyczną i przyciąganie inwestorów. 

– W Katowicach ubywa mieszkańców. Jeszcze 10 lat temu mieliśmy przekroczoną liczbę 300 tys. mieszkańców, ale ona niestety się zmniejsza. Staramy się ten trend hamować i – mimo dużych migracji – ubytki są mniejsze. Jednak prognozy nadal pokazują pogłębiający się spadek liczby mieszkańców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Waldemar Bojarun, wiceprezydent Katowic.

Na koniec ubiegłego roku stolicę aglomeracji śląskiej zamieszkiwało już 278,7 tys. mieszkańców, a na przestrzeni roku ich liczba skurczyła się o 3,2 tys. osób. Dla porównania dekadę wcześniej, bo w 2008 roku, Katowice miały blisko 311 tys. mieszkańców. Jak podkreśla wiceprezydent miasta, przyczyną odpływu mieszkańców nie jest już – podobnie jak jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu – emigracja zarobkowa do krajów Europy Zachodniej. Ten odpływ został zahamowany, a nawet coraz więcej osób wraca do Polski.

– Musimy się zmierzyć z wyzwaniem, które jest charakterystyczne dla Katowic i miast Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii i które odróżnia nas od reszty Polski. Jest to fakt, że pokolenie, które dzisiaj przechodzi na emeryturę, często wraca w swoje rodzinne strony. 30–40 lat temu przyjechali na Śląsk za pracą, dzisiaj kończą karierę zawodową i wracają. To dla nich świetne rozwiązanie, bo wracają z emeryturami wypracowanymi tutaj, w przemyśle ciężkim, remontują swój rodzinny dom po rodzicach czy dziadkach. Tutaj, w ich mieszkaniu, pozostają ich dzieci i przez to liczba mieszkańców nagle się nam zmienia – mówi Waldemar Bojarun.

Kolejny powód, który przyczynia się do odpływu mieszkańców z Katowic, to rosnące ceny nieruchomości i gruntów w mieście. Ci, którzy planują budowę domu, szukają działek budowlanych przede wszystkim w gminach okalających Katowice, gdzie grunty są tańsze.

– Ci, którzy decydują się na wyprowadzkę z Katowic, bo w sąsiedniej gminie kupują nieruchomość kilkanaście do kilkudziesięciu tysięcy złotych taniej, często nie biorą pod uwagę tego, że dojazdy do pracy, dowożenie dzieci do szkoły i korzystanie z atutów, jakimi dysponują Katowice, przez co najmniej kilkanaście lat wyniosą ich znacznie drożej – mówi Waldemar Bojarun.

Wiceprezydent Katowic podkreśla, że na spadek statystyki wpływa też polityka meldunkowa państwa. Jest duża grupa – zwłaszcza ludzi młodych – którzy przyjeżdżają do Katowic i przez dłuższy czas tu mieszkają, ale nie figurują w statystykach ze względu na brak obowiązku meldunku.

– Jestem przekonany, że gdyby wszyscy mieszkańcy miasta, którzy są tu na pobyt stały czy nawet czasowy, zameldowali się, to nasza liczba mieszkańców z powrotem wróciłaby przynajmniej do 300 tys. – mówi Waldemar Bojarun.

Odpływ mieszkańców Katowic to jeden z priorytetów władz miasta, które starają się zahamować ten trend m.in. poprzez podnoszenie komfortu życia. Stąd np. inwestycje w infrastrukturę kulturalno-sportową, baseny miejskie czy atrakcje kulturalne. Najnowszy pomysł na poprawę demografii, który wejdzie w życie od przyszłego roku, to Karta Mieszkańca, która będzie zapewniać szereg ulg i korzyści dla zameldowanych mieszkańców Katowic, jak np. tańsze bilety na basen czy zniżki za parkowanie.

– Kolejny element to budowa pozytywnego wizerunku miasta i pozyskiwanie inwestorów, co skutecznie udaje nam się w ostatnich latach. Marki takie jak IBM, Rockwell Automation czy Mentor Graphics to są firmy pierwszoplanowe, które przyciągają do Katowic kolejne. Szeroko rozumiana branża informatyczna to jeden z najszybciej rozwijających się sektorów, stąd zaangażowanie miasta w przyciąganie inwestorów, budowanie stabilnych i dobrze płatnych miejsc pracy – mówi Waldemar Bojarun.

Katowice stawiają przede wszystkich na młodych, starając się przyciągnąć ich rozbudowaną bazą dydaktyczną i ofertą uczelni wyższych, a później zatrzymać atrakcyjnymi ofertami pracy.

– Stąd też wsparcie dla uczelni wyższych, rozbudowa bazy dydaktycznej. Jesteśmy coraz bardziej znani jako dobry ośrodek akademicki. Za tym idą preferencje w zakresie znalezienia dobrego miejsca pracy po zakończeniu edukacji czy mieszkania w Katowicach. Stąd zaangażowanie miasta w projekt Mieszkanie+. Dodatkowo angażujemy się w szereg projektów, których efektem ma być pokazanie atrakcyjności miasta, chociażby w organizację Intel Extreme Masters. To przyciąga młodych ludzi jak magnes i efektywność tych działań jest już widoczna, powolutku ten negatywny trend zatrzymujemy – mówi Waldemar Bojarun.

Osoby kupujące w sieci to przeważnie zadowoleni klienci. Doceniają głównie szeroki wybór produktów i szybkie płatności

Osoby kupujące w sieci to przeważnie zadowoleni klienci. Doceniają głównie szeroki wybór produktów i szybkie płatności 3

W skali od 0 do 10 średni poziom satysfakcji klienta kupującego w internecie wynosi 7,8 – wynika z raportu Mobile Institute „Customer Happiness Index”. Kluczowym elementem, który buduje to zadowolenie, a często też warunkuje zakup, jest system płatności. Brak odpowiedniej dla klienta formy płatności może zdecydować o porzuceniu koszyka. Kupujący coraz chętniej dzielą się z innymi swoimi doświadczeniami z zakupów, a opinie innych internautów są często przy wyborze produktu ważniejsze niż samodzielnie wyszukane informacje.

– Polscy konsumenci są dość zadowoleni ze swoich zakupów, To być może jest dziwne, bo mówi się o nas, że jesteśmy dość marudni, ale wbrew pozorom nie jest tak źle. Średni poziom zadowolenia wynosi prawie 8 w skali od 0 do 10 – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Czuchaj-Łagód, dyrektor zarządzająca Mobile Institute. – Zbadaliśmy dziewięć czynników, m.in. asortyment w sklepie, wygląd sklepu stacjonarnego, to jak profesjonalna jest obsługa, czy są promocje, jak są obsługiwane reklamacje. Dla sklepów internetowych także asortyment, obsługę, intuicyjność.

Raport Mobile Institute „Customer Happiness Index” o poziomie satysfakcji z zakupów wskazuje, że najlepiej oceniamy apteki, przede wszystkim ze względu na jakość produktów i profesjonalizm obsługi. Najgorzej wypadły sklepy spożywcze, zwłaszcza reklamacje i możliwość zostawienia oceny. Konsumenci oceniali też, w jakim stopniu są skłonni polecić zakupy produktów danej marki. Średnia skłonność do polecenia, czyli NPS (Net Promoter Score), wyniosła 30 punktów. W przypadku najlepszej kategorii, czyli aptek, to 52, a w przypadku sklepów spożywczych i budowlanych – 17.

Inne badanie Mobile Institute wskazuje, że blisko 90 proc. konsumentów chce, aby marka liczyła się z ich zdaniem. Jednocześnie opinie po zakupie regularnie pozostawia 36 proc., a 44 proc. z nich liczy na to, że będą mogli podzielić się doświadczeniem od razu w miejscu zakupowym.

– W social mediach opinie są mało pozytywne, ale jeśli monitorujemy poziom satysfakcji w poszczególnych sklepach, to te opinie są raczej dobre. Jeśli konsumenci mają jakieś uwagi, to generalnie są to uwagi dość konstruktywne – zaznacza ekspertka. – Nie pasuje im np. rozkład produktów na półkach, rozstawienie półek sklepowych, oświetlenie czy braki w asortymencie.

Opinie innych klientów są przez Polaków wskazywane jako ważniejszy element procesu zakupowego niż poszukiwanie informacji i porównywanie cech produktu na własną rękę.

Sklepy internetowe są oceniane nieco lepiej niż stacjonarne, zwłaszcza w kontekście szerokiego asortymentu, dostępu do unikalnych, specjalistycznych produktów, wygody zakupu i dogodnych warunków zwrotu. Eksperci przewidują, że sklepy w centrach handlowych przeistoczą się w tzw. showroomy, na wzór chociażby IKEA w warszawskim Blue City, gdzie wystawiony asortyment będzie niewielki w stosunku do dostępnego w internecie, ale za to sklep będzie pełen technologicznych rozwiązań umożliwiających wygodny zakup online przetestowanych offline produktów.

– Polacy oceniają bardzo dobrze asortyment w sklepach, ale gorzej intuicyjność stron. Z kolei dosyć słabym punktem sklepów stacjonarnych w niektórych kategoriach jest wygląd i rozłożenie półek, które uniemożliwia wygodne zakupy – podkreśla dyrektor Mobile Institute.

Intuicyjność sklepu internetowego najlepiej była oceniana w kategoriach multimedia i apteki. Z kolei kategorie najpopularniejsze zakupowo w e-commerce, czyli ubrania, produkty dla dzieci czy RTV/AGD, nie uzyskały tutaj najwyższych ocen.

– Polacy podkreślają, że czasami trudno jest im znaleźć produkty w sklepach internetowych. Narzekają na brak porównywarek. Chcielibyśmy wybrać konkretne trzy produkty i je porównać, żeby dodać do koszyka najlepszy. To, co nam przeszkadza, to także ukryte ceny, czyli np. mamy cenę produktu, ale jak klikamy, dodajemy do koszyka, to nagle się okazuje, że musimy dopłacić jeszcze za dostawę – tłumaczy Katarzyna Czuchaj-Łagód.

Kluczowym elementem budującym satysfakcję zakupową online, a często warunkującym zakup, jest forma płatności. Najczęstszym powodem porzucenia koszyka jest właśnie niezadowolenie klienta z oferowanych mu metod płatności.

– Hitem jest BLIK, który w zakupach elektronicznych już jest na drugim miejscu po szybkich przelewach. Polacy lubią po prostu wygodnie i szybko płacić. Im mniej kliknięć, mniej wpisywania kodów, tym lepiej. Przyzwyczailiśmy się już do płatności mobilnych i kilkanaście procent konsumentów, którzy mają urządzenia mobilne, płaci zbliżeniowo – podkreśla Katarzyna Czuchaj-Łagód.

W sklepach stacjonarnych istotny jest za to profesjonalizm obsługi, promocje czy rozłożenie produktów na półkach.

Polacy jedzą lody na potęgę. W upalne dni najchętniej sięgają po lody na patyku

Polacy jedzą lody na potęgę. W upalne dni najchętniej sięgają po lody na patyku 4

Rośnie sprzedaż lodów. Polacy sięgają po nie nie tylko dla ochłody, lecz także na poprawę humoru. Choć na rynku pojawia się coraz więcej oryginalnych smaków, pozostajemy wierni tym tradycyjnym – śmietankowym, czekoladowym i owocowym. Najchętniej sięgamy po lody gałkowe lub familijne, w dużych opakowaniach, ale w upalne dni rośnie sprzedaż lodów na patyku. Coraz większą uwagę zwracamy na skład i opakowanie.

– Rok 2018 był rekordowy pod względem sprzedaży i konsumpcji lodów w Polsce. Firma PPL Koral w sezonie sprzedała prawie 60 mln litrów lodów, a w tym roku czerwiec był rekordowym miesiącem w 40-letniej historii firmy. Trzeba pamiętać o tym, że Polacy lody jedzą impulsowo. Jak pogoda za oknem jest bardzo dobra, słońce świeci, sięgamy po lody dla ochłody, dobrego smaku, który pamiętamy jeszcze z dzieciństwa, czy dla poprawy nastroju – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Olga Walentynowicz z PPL Koral.

Polacy jedzą coraz więcej lodów, ale do czołówki, jak np. Nowa Zelandia z 25 litrami lodów, USA z 20 czy Szwecją ze spożyciem ponad 10 litrów na osobę, sporo nam brakuje.

– Na konsumpcję lodów składa się bardzo wiele czynników, m.in. zamożność społeczeństwa, kwestie społeczne, na przykład to, czy wychodzimy często do restauracji, czy jemy na mieście, a także dostępność lodów w sklepach. Prognozy są bardzo pozytywne, a sprzedaż cały czas ma rosnąć – ocenia Olga Walentynowicz.

Z danych PPL Koral wynika, że w sprzedaży królują tradycyjne smaki, które pamiętamy z dzieciństwa. Najpopularniejszy jest smak śmietankowy (39 proc.), czekoladowy i owocowy (odpowiednio 25 i 23 proc.). Na eksperymenty decydujemy się raczej rzadko. Ubiegłoroczne badanie wskazało, że zaledwie 13 proc. konsumentów sięga po nietypowe smaki.

– Polacy nie przepadają za takimi nowościami jak lody o smaku szpinaku. Bardziej idziemy w te tradycyjne smaki, ale takie, które do tej pory nie pojawiały się w lodach. W tym roku hitem są lody makowe w białej czekoladzie z marcepanem. To są smaki, które znamy, natomiast są zaskoczeniem, jeżeli podamy je w formie lodów – wskazuje Walentynowicz.

Najchętniej sięgamy po lody gałkowe (30 proc.), a jeśli wybieramy te w opakowaniu, to najczęściej są to lody familijne, w dużym pudełku (29 proc.). Znacznie rzadziej wybieramy lody na patyku i w rożku, choć dużo zależy od pogody.

– Deklaracje w badaniach nad ulubioną formą lodów to jedno, natomiast jeżeli pogoda jest bardzo dobra, nadchodzą upały, to Polacy zdecydowanie sięgają po lody impulsowe. Lody na patyku są wtedy na pierwszym miejscu, bo przynoszą natychmiastową ochłodę – komentuje Walentynowicz.

Choć przy wyborze lodów najczęściej kierujemy się ceną (41 proc.), to coraz większą wagę przywiązujemy do składu i zawartości naturalnych składników, a także formy podania (odpowiednio 38 i 36 proc.). Marka produktu liczy się przede wszystkim dla osób powyżej 50 lat.

– Konsumenci są coraz bardziej wymagający i coraz bardziej świadomi. Zwracają coraz większą uwagę na skład produktów i producenta. Dlatego producenci muszą się coraz bardziej starać i zwracać uwagę na wszystko – od składu po opakowania i sposób sprzedaży. Z naszego doświadczenia wynika, że Polacy zwracają również dużą uwagę na opakowanie lodów. My staramy się zawsze zaskakiwać, były lody w słoiku, a w tym roku są lody w opakowaniu z hologramem – wymienia Olga Walentynowicz.

Wyszukanie jednego hasła w Google pochłania tyle samo dwutlenku węgla, co zagotowanie wody w czajniku. Internet przyczynia się do globalnego ocieplenia bardziej niż przemysł lotniczy

Wyszukanie jednego hasła w Google pochłania tyle samo dwutlenku węgla, co zagotowanie wody w czajniku. Internet przyczynia się do globalnego ocieplenia bardziej niż przemysł lotniczy 5

Transmisja i oglądanie filmów online generuje 300 mln ton dwutlenku węgla rocznie. Wysyłanie dziesiątek wiadomości e-mail dziennie, szybkie dzwonienie na WhatsApp, przesyłanie zdjęć do chmury, oglądanie krótkiego klipu na YouTube to tylko część codziennego cyfrowego życia. Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę z tego, że odbija się to na całym środowisku. O ile np. udział lotnictwa w globalnej emisji dwutlenku węgla szacuje się na około 2,5 proc., o tyle globalny transfer danych i niezbędna infrastruktura – już 4 proc. Przenosząc dane do chmury można nie tylko znacznie zaoszczędzić – blisko 40 proc., lecz przede wszystkim pomóc środowisku.

– Internet przyczynia się do globalnego ocieplenia, bo generuje bardzo dużo dwutlenku węgla, ponad 2 proc. całości jest generowanych właśnie przez internet. Chyba nawet do końca sobie nie zdajemy sprawy z tego, jak dużo energii pochłania korzystanie z internetu na co dzień. Proste działanie w przeglądarce generuje nam 7 gramów dwutlenku węgla, a wysłanie e-maila z załącznikiem do 50 gramów – wylicza w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Marcin Zmaczyński, dyrektor marketingu w firmie Aruba Cloud na Europę Środkowo-Wschodnią.

Zgodnie z najnowszymi badaniami przeprowadzonymi przez paryski think tank The Shift Project technologie cyfrowe przewyższyły nawet przemysł lotniczy pod względem emisji dwutlenku węgla. Podczas gdy udział lotnictwa w globalnej emisji dwutlenku węgla szacuje się na około 2,5 proc., to niemal 4 proc. emisji dwutlenku węgla generuje globalny transfer danych i niezbędna infrastruktura. W 2025 roku może to być już 8 proc.

Wysyłanie s-maili, szybkie dzwonienie na WhatsApp, oglądanie klipu na YouTube to tylko część codziennego cyfrowego życia niemal każdego człowieka. Ruch internetowy na całym świecie może się jednak w ogromnym stopniu przyczyniać do zmian klimatu.

– Wyszukiwanie jednego hasła w Google generuje nam tyle śladowego dwutlenku węgla, ile np. zagotowanie wody w dzbanku elektrycznym. To może małe sumy, ale kiedy pomnożymy to przez liczbę użytkowników internetu, czyli około 2,5 mld, to tworzą nam się gigantyczne sumy. Ma to konkretny wpływ na środowisko naturalne – ocenia Marcin Zmaczyński.

Zwłaszcza przesyłanie filmów online wymaga dużej liczby danych. W 2018 roku ruch wideo online był odpowiedzialny za ponad 300 mln ton dwutlenku węgla, to mniej więcej tyle, ile w ciągu roku produkuje Hiszpania. Im wyższa rozdzielczość filmu, tym więcej wymaganych danych. Według The Shift Project dziesięć godzin filmu w wysokiej rozdzielczości pochłania więcej bajtów niż wszystkie anglojęzyczne artykuły w Wikipedii razem wzięte. Przejście na filmy w coraz wyższej rozdzielczości (np. 8K), przyczyni się do dalszego zwiększenia emisji.

– Najwięcej dwutlenku węgla generuje tzw. streaming wideo. Z roku na rok jakość plików, które oglądamy, staje się coraz lepsza. Oglądamy je już często w 4K albo Ultra HD. To są potężne ilości danych, które są konwertowane, i ta tendencja będzie rosła, bo coraz więcej konsumujemy obrazów w postaci filmów wideo niż czytanego internetu – przypomina ekspert.

Transmisja i oglądanie filmów online generuje 300 mln ton dwutlenku węgla rocznie. Usługi wideo na żądanie, takie jak Netflix, stanowią jedną trzecią tej kwoty, a filmy pornograficzne oglądane online – kolejną jedną trzecią. Oznacza to, że oglądanie filmów pornograficznych generuje tyle dwutlenku węgla rocznie, ile emitują takie kraje jak Belgia, Bangladesz czy Nigeria.

Jak podkreśla ekspert, z internetu warto korzystać z głową. Nie oznacza to całkowitej rezygnacji z dobrodziejstw cyfrowego świata, ale racjonalne podejście do infrastruktury, np. można odinstalować aplikacje, które służą do zabijania czasu, a niekoniecznie są do czegokolwiek potrzebne. Wraz z rosnącym zapotrzebowaniem na dane, coraz więcej będziemy też płacić za prąd. To ważne zwłaszcza dla przedsiębiorstw, przede wszystkim w kontekście uwolnienia cen prądu.

– Według badań Pike Research, przy przenoszeniu swojej infrastruktury do chmury obliczeniowej można uzyskać oszczędności do 38 proc. – zaznacza Zmaczyński.

Korzystanie z chmury może też być bardzo ekologiczne, ważne przy tym jest to, jak pozyskiwana jest energia w centrach danych.

– Warto wybierać takie centra danych, które są maksymalnie zoptymalizowane pod kątem wykorzystania energii i ciepła, które generuje energia. Takie centra danych pozwalają zmniejszyć koszty energii, chmura bierze prąd z centrów danych, które są budowane najczęściej od samego projektu w sposób zoptymalizowany pod kątem oszczędności energii – zaznacza przedstawiciel Aruba Cloud.

Eurostat podaje, że w Unii Europejskiej z usług chmurowych korzysta ponad 26 proc. przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 osób. W Polsce zaledwie 11,5 proc. Dla porównania np. w Finlandii – 65 proc.

Powstają innowacyjne systemy lokalizacyjne. Ułatwią odnalezienie samochodu nawet w podziemiach, pozwolą też śledzić bagaż

Powstają innowacyjne systemy lokalizacyjne. Ułatwią odnalezienie samochodu nawet w podziemiach, pozwolą też śledzić bagaż 6

Systemy nawigacji satelitarnej upowszechniły się za sprawą urządzeń mobilnych i coraz częściej wykorzystuje się je do odnajdywania skradzionych aut bądź zagubionych zwierząt. Niestety mają też swoje wady, wśród których najpoważniejszą jest duże zapotrzebowanie na energię eklektyczną. Mobilne lokalizatory GPS rozładowują się w błyskawicznym tempie, co może uniemożliwić ustalenie miejsca pobytu zguby. Z tego powodu prowadzi się prace nad alternatywnymi systemami lokalizacji, które wyeliminują wady GPS-ów. 

– GPS sam w sobie jest precyzyjny, ale gdy zgubimy jakiś przedmiot, często wystarczy informacja, w jakim on jest mieście lub przy której ulicy, by spróbować go odnaleźć bez wskazywania dokładnej kropki na mapie. W zamian możemy uzyskać dłuższy czas pracy baterii, na poziomie tygodni, nawet miesięcy. Wierzymy, że ten czas życia baterii, prostota użytkowania są istotniejsze niż dokładne zlokalizowanie punktu na mapie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Patryk Szymczak, dyrektor techniczny GoFind.

Prace nad wdrożeniem alternatywnych systemów lokalizacyjnych prowadzą m.in firmy z branży lotniczej, poszukujące skutecznych systemów śledzenia bagaży. Przedstawiciele China Eastern Airlines oraz China Southern Airlines planują wdrożyć system elektronicznego monitorowania przesyłek. Będzie działał w oparciu o specjalne tagi przyczepiane do bagażu, które na każdym etapie podróży mają być skanowane, a informacja o ich położeniu przekazywana do aplikacji mobilnej. Dzięki temu podróżni będą wiedzieli, gdzie znajduje się ich walizka i czy nie zaginęła w drodze na lotnisko docelowe.

Polska firma Indoorway postanowiła z kolei rozwiązać problem braku sygnału GPS w budynkach i zaprojektowała system, który pozwala lokalizować przedmioty i obiekty wewnątrz budynków przy wykorzystaniu transmisji ultraszerokopasmowej (UWB). Technologia ta pozwala z dużą dokładnością ustalić położenie obiektów we wnętrzach, do działania wymaga jednak zainstalowania specjalnych bramek. Z tego powodu najlepiej sprawdza się w systemach lokalizacji tworzonych na potrzeby przemysłowe.

Choć powyższe systemy rozwiązują część problemów typowych dla lokalizacji GPS, działają wyłącznie w ograniczonym obrębie. Inżynierowie GoFind postanowili opracować uniwersalny system lokalizacyjny, który będzie jednocześnie energooszczędny i na tyle wszechstronny, aby mógł być wykorzystywany zarówno na świeżym powietrzu, jak i we wnętrzach.

– GoFind działa na zasadzie triangulacji między stacjami bazowymi, na bazie rozwiązania sigfox. To rozwiązanie podobne do sieci 3G, tylko służy do internetu rzeczy. Możemy przesłać transmisję danych, ale także lokalizować proste, niewielkie urządzenia elektroniczne. Przy czym nie otrzymujemy sygnału GPS z satelitów, tylko z okolicznych stacji bazowych, które działają na niższych częstotliwościach i przez to sygnał jest przesyłany przez ściany, sufity, beton, a nawet kilka pięter czy parking podziemny – tłumaczy ekspert.

Lokalizator GoFind powstał głównie z myślą o klientach biznesowych, a nie indywidualnych. Start-up planuje sprzedawać swoje rozwiązanie firmom, które umieszczałyby urządzenia w swoich produktach. Moduł GoFind mógłby być montowany w rowerach, ubraniach czy bagażach lotniczych, gdzie sprawdziłby się w roli niewidocznego systemu lokalizacyjnego.

– Cel jest taki, żeby nasz lokalizator był częścią gotowego wyrobu, który ktoś już produkuje, ma poukładaną sprzedaż, marketing. My dostarczamy kawałek komponentu elektronicznego. Konsument kupuje bagaż ze sklepu i ten bagaż już ma zaszytą tę magiczną funkcję. Może wyciągnąć telefon z kieszeni, zsynchronizować się z tagiem i od tego momentu śledzić swój bagaż – wyjaśnia Patryk Szymczak.

Według firmy badawczej Market Research Report wartość globalnego rynku urządzeń GPS do 2023 roku wzrośnie do przeszło 2,5 mld dol. W najbliższych latach ma się on rozwijać w tempie niemal 12 proc. w skali roku.

STS z najwyższym zyskiem wśród największych polskich bukmacherów

Ministerstwo Finansów opublikowało na swojej stronie internetowej dane z zeznań podatkowych firm za rok 2018. Wśród nich znaleźć możemy informacje o legalnych bukmacherach, ale tylko tych, których przychód przekroczył w 2018 roku 50 mln EUR. Okazuje się, że takich firm było 4 – STS, Fortuna, Totolotek i Forbet.

Na liście przedstawionej przez Ministerstwo Finansów znalazło się czterech polskich bukmacherów. Według widniejących w raporcie danych największe przychody w poprzednim roku zanotował bukmacher Start-Typ-Sport (STS), rok zakończył z zyskiem nieco ponad 164 milionów złotych (164,440,433 zł). Spółka z siedzibą w Katowicach odnotowała przychód w wysokości niemal dwóch i pół miliarda złotych (2,415,552,088 zł), ponosząc nieco ponad dwa miliardy dwieście milionów złotych kosztów (2,251,111,655 zł).

Na drugim miejscu spośród legalnych bukmacherów znalazł się jeden z najstarszych bukmacherów w Polsce – Fortuna. Sponsor warszawskiej Legii może pochwalić się ubiegłorocznym zyskiem na poziomie 78 milionów złotych (78,461,547 zł). Łączny przychód bukmachera wyniósł ponad miliard siedemset milionów złotych (1,734,393,393 zł), zaś koszty przekroczyły miliard sześćset milionów złotych (1,655,931,846 zł). Warto odnotować, że STS oraz Fortuna to jedyni w tym zestawieniu bukmacherzy, którzy mogą poszczycić się zyskami za ubiegły rok.

Trzeci na liście przychodów jest Totolotek, który w 2018 roku zanotował największą stratę w stawce czterech największych legalnych bukmacherów w Polsce. Ubytek budżetu firmy wyniósł nieco ponad 11 milionów złotych (11,770,775 zł). Przychód wyniósł natomiast ponad 382 miliony złotych (382,232,390 zł), przy kosztach ok. 394 milionów złotych (394,003,164 zł). Spółka Totolotek S.A. przeszła jednak w tym roku w ręce niemieckiego inwestora, więc być może jej sytuacja ulegnie wkrótce poprawie.

Czwartym i zarazem ostatnim polskim bukmacherem, który znalazł się w tym zestawieniu jest forBET. Spółka z Warszawy podobnie jak Totolotek zanotowała stratę, choć niższą od Totolotka, bo przekraczającą nieco 2 miliony złotych (2,113,174 zł). ForBET osiągnął przychód w wysokości 237 milionów złotych (237,900,057 zł), ponosząc 240 milionów złotych (240,013,231 zł) kosztów.

W opublikowanym dokumencie nie znalazł się żaden inny bukmacher, a przypomnijmy że legalnych bukmacherów jest już w Polsce kilkunastu. Głównym warunkiem, aby Ministerstwo uwzględniło firmę w swoim raporcie, był przychód w wysokości min. 50 mln EUR. Cały raport przygotowany przez Ministerstwo Finansów do zobaczenia tutaj: https://www.gov.pl/web/finanse/dane-za-rok-2018.

Złoty odrabia straty po ostrej wyprzedaży

Kurs EUR/PLN dziś odrabia straty. Co jednak stało za ostatnimi silnymi wzrostami na tej parze?

Ostatnie kilka dni przyniosły wyraźny wzrost zmienności na parach z polskim złotym. Silna wyprzedaż złotego została zapoczątkowana w środę i była kontynuowana również przez większość następnego dnia – para EUR/PLN w konsekwencji znalazła się wczoraj tuż poniżej poziomu 4,40, rosnąc do najwyższego poziomu od lipca 2018 roku.

Tak silna wyprzedaż polskiej waluty była splotem kilku czynników. Trudno jednak stwierdzić, żeby miała jakiekolwiek powiązanie z sytuacją w kraju. Ostatnie dane makroekonomiczne z Polski wprawdzie pokazały, że w II kwartale mieliśmy do czynienia ze spowolnieniem gospodarczym, było jednak ono dość łagodne – wzrost PKB cały czas pozostaje wysoki i powinien hamować jedynie umiarkowanie.

Pierwszym z powodów silnej presji na złotego był negatywny sentyment do ryzyka, który jeszcze wzmocniło odwrócenie krzywych rentowności w USA i Wielkiej Brytanii w kluczowym fragmencie (rentowności papierów 2-letnich przekroczyły poziomy notowane przez 10-letnie), co inwestorzy odebrali jako sygnał mogący zwiastować recesję.

Ów negatywny sentyment i postrzegany przez inwestorów wzrost ryzyka głębszego spowolnienia gospodarczego, czy nawet wspomnianej recesji w kluczowych globalnych gospodarkach, nie pozostał bez wpływu na oczekiwania cięć stóp procentowych w Polsce. Niedawno zostały one jeszcze wzmocnione przez słowa prezesa NBP, który w wypowiedzi w sierpniowym wydaniu miesięcznika „Bank”, zasugerował, że w przypadku istotnego pogorszenia koniunktury w Polsce można byłoby myśleć o luzowaniu polityki monetarnej przez NBP. I tak implikowane prawdopodobieństwo obniżki stóp procentowych za rok (oparte na stawkach FRA 12×15 na PLN) pokazało, że rynek w ostatnich dniach zaczął wyceniać spadek stóp procentowych o ponad 25 pb. w horyzoncie rocznym. Jeszcze na początku miesiąca rynek stawiał, że za rok stopy będą zaledwie o 3 pb. niższe niż obecnie (czyli, że w praktyce RPP nie będzie obcinać stóp procentowych).

Trzecim powodem mógł być wzrost presji spekulacyjnej. W czwartek wyprzedaży polskiego złotego sprzyjał dzień wolny w Polsce i związana z tym niższa aktywność krajowych inwestorów na rynku.

Obecnie kurs EUR/PLN „normalizuje się”. W momencie pisania para znajduje się w okolicy poziomu 4,34, który istotnie nie odbiega od poziomów notowanych w ostatnich dniach.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,37-4,40. Kurs EUR/USD zakończył wczorajszy dzień na minusie, co było konsekwencją wyprzedaży wspólnej europejskiej waluty. Euro wczoraj nie sprzyjała m.in. retoryka jednego z członków Europejskiego Banku Centralnego. Olli Rehn zasiadający w Radzie Prezesów EBC w wywiadzie dla „The Wall Street Journal” odnosząc się do oczekiwanego przez rynki luzowania polityki monetarnej ze strony banku centralnego stwierdził, że „to ważne, abyśmy opracowali istotny i skuteczny pakiet”, co można było odczytać jako sugestię zdecydowanych działań podczas spotkania EBC we wrześniu.

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek wzrósł o 0,7%, wahając się w widełkach 4,73-4,76. Funt brytyjski wczoraj radził sobie dobrze, zyskując również w relacji do głównych walut. Walucie pomogły m.in. dane z gospodarki – lipcowy odczyt dynamiki sprzedaży detalicznej okazał się wyższy od oczekiwań. Utrzymaniu dość wysokiego poziomu konsumpcji sprzyja wzrost dynamiki płac, która w ostatnim okresie pomiarów wzrosła do najwyższego poziomu od 11 lat.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 3,92-3,95. Wczorajszy dzień przyniósł zatrzęsienie danych z USA. Były one dość mieszane, jednak rynek zdawał się skupić na imponującym odczycie sprzedaży detalicznej. Dynamika sprzedaży detalicznej w lipcu wyniosła 0,7% i była ponad dwukrotnie wyższa od oczekiwań konsensusu, jak i poziomu odnotowanego miesiąc wcześniej, co dobrze wróży wzrostowi gospodarczemu w początkach III kwartału.

W kontekście informacji istotnych dla USD warto jednak wymienić niezbyt pozytywną wiadomość z Chin. Państwo Środka zadeklarowało wczoraj, że odpowie na złamanie „zawieszenia ognia” przez USA (plan nałożenia nowych ceł na chińskie produkty o wartości 300 mld USD). Do pewnego stopnia uspokajającą wieścią w tej kwestii może być informacja ze strony Chin o tym, że komunikacja między państwami jednak nadal trwa.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:00 – bazowa inflacja CPI w Polsce w lipcu
  • 14:30 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w USA w lipcu
  • 16:00 – indeks nastrojów konsumentów Uniwersytetu Michigan w sierpniu

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

PKB w Polsce ponad 4%

Nastąpiło spore osłabienie złotego, kurs w relacji do większości głównych walut dochodzi do ważnych poziomów technicznych. Powodami tego stanu są przede wszystkim spodziewane działania EBC, podejście RPP i … dzień wolny w naszym kraju. Dzisiaj sytuacja nieco się stabilizuje i obserwujemy delikatne odreagowanie oraz cofnięcie od wspomnianych oporów, ale presja na waluty rynków wschodzących pozostaje ogromna. Niemniej sytuacja gospodarcza Polski jest na tyle dobra, że aż taka wyprzedaż waluty jest nieracjonalna. 

Fala wyprzedaży złotego

Wczorajszy dzień przyniósł istotną falę wyprzedaży krajowej waluty. Czy można być jednak zaskoczonym? Nie do końca, gdyż w przeszłości, kiedy w naszym kraju był dzień wolny (tak jak to miało miejsce wczoraj), a inne ośrodki finansowe, jak Londyn czy Nowy Jork działały, dochodziło do skokowego osłabienia złotego. Szczególnie, że już początek tygodnia, biorąc pod uwagę napiętą sytuację rynkową, zwiastował ciężkie dni dla złotówki. W efekcie testowaliśmy 4,40 na EUR/PLN, najmocniej jednak tracił polski orzeł do dolara, gdzie notowaliśmy już nawet 3,95. Rynki, poza otoczeniem zewnętrznym, obawiają się sytuacji wewnątrz naszego kraju. Chodzi o możliwość poluzowania ilościowego przez RPP naszej krajowej polityki pieniężnej. Do tego dochodzi kwestia kredytów frankowych i ewentualne problemy banków w Polsce. Trzeba jednak dodać, że powodów do tak panicznej wyprzedaży złotego nie ma, sytuacja gospodarcza jest naprawdę dobra.

Jakie działanie podejmie EBC?

Biorąc pod uwagę sytuację na szerokim rynku, wczorajszy dzień przyniósł istotne osłabienie euro w stosunku do dolara. Było to również przyczyną osłabienia złotówki. Kurs EUR/USD zszedł poniżej 1,11. Kolejne wypowiedzi członków EBC wskazują na możliwe bardzo mocne poluzowanie polityki pieniężnej na kolejnym posiedzeniu już we wrześniu. Chodzi o to, że decydenci z banku centralnego strefy euro nie wierzą już w efekt tylko obniżenia stóp procentowych, czy uruchomienia znów QE. I jest to dość ciekawe podejście, ale całkiem zrozumiałe. Zaskakująco dobry efekt przynoszą nowe rozwiązania, a te, które znamy są już w większości wcześniej wkalkulowane przez inwestorów. A działać trzeba, za przykład można przytoczyć wczorajszy odczyt PKB z Niemiec, który wyniósł 0 za II kwartał. Co oznacza, że główna lokomotywa strefy euro stoi w miejscu.

Napięcia na rynkach odbijają się na danych

Na rynkach widać ogromne napięcie. Stąd nie ma się co dziwić, że pierwszym wyborem inwestorów pozostają bezpieczne przystanie, jak frank szwajcarski, czy jen japoński. Świat boi się gwałtownego spowolnienia i trzeba przyznać, że patrząc na krzywe rentowności obligacji, choćby w USA, czy w Wielkiej Brytanii, jest się o co martwić. Nie pomagają już nawet lepsze informacje w wojnie handlowej USA-Chiny, a więc odroczenie ceł przez Trumpa, który zaciekle walczy o reelekcję. Fatalnie wypadają dane ze strefy euro i wydaje się, że bez uruchomienia “drukarek” przez Mario Draghiego na koniec kadencji się nie obędzie. Nie wspominając już o wciąż niestabilnej sytuacji Włoch, możliwego powrotu byłego prezydenta Argentyny, który doprowadził kraj niemal do bankructwa, a także paraliżu Hongkongu i niewykluczonej interwencji, nawet zbrojnej, Chin.

Krzysztof Pawlak, analityk walutowy Internetowykantor.pl

Błąd w systemie e-biletów British Airways pozwala na wgląd w osobiste dane

Przez lukę w systemie e-biletów brytyjskich linii lotniczych dane klientów mogły być dostępne dla niepowołanych osób. Xopero Software, producent rozwiązań do backupu danych, w obliczu coraz liczniejszych wpadek przewoźników, upomina o skuteczniejszą ochronę danych pasażerów.

Okazuje się, że maile o odprawie online wysyłane przez British Airways do pasażerów zawierają nieszyfrowane linki. Kierują one do automatycznego logowania do konta, w którym znajdują się szczegóły lotu i informacje personalne.

Przez brak szyfrowania adres ten jest bardzo łatwy do przechwycenia. Korzystając z tej samej sieci Wi-Fi – na przykład tej darmowej, dostępnej na lotnisku – możliwe jest przejęcie owego linku. A dzięki automatycznemu logowaniu, można swobodnie przeglądać wszelkie dane, które podała potencjalna ofiara.

Wśród informacji “do wglądu” znalazły się adresy e-mail, numery telefonu, imiona i nazwiska, dane konta w serwisie British Airways oraz szczegółu lotu, takie jak numer rezerwacji czy miejsca.

Problem odkryli badacze z firmy Wandera. Natychmiast powiadomili brytyjskiego przewoźnika. Prace nad usunięciem błędu nie powinny potrwać długo, jako że British Airways jest w ciągłym kontakcie ze specjalistami. Jak twierdzi przedstawiciel koncernu, nawet po zalogowaniu do konta nie ma możliwości dostępu do żadnych danych paszportowych czy informacji o płatności z wykorzystaniem tego sposobu.

Szacuje się, że przez ostatnie sześć miesięcy ok. 2,5 miliona użytkowników skorzystało z wrażliwych linków. Nie ma jednak dowodów na jakiekolwiek wykorzystanie błędu do nielegalnych celów.

– Chociaż nie znaleziono żadnych dowodów, nie można bagatelizować takich spraw. – mówi Bartosz Jurga, dyrektor sprzedaży Xopero Software – Taka marka jak British Airways powinna nie tylko korzystać z szyfrowanych linków, ale również wdrożyć mechanizmy dwupoziomowego uwierzytelniania podczas logowania do kont i odprawy online. Zwłaszcza, że to nie pierwsza tego typu wpadka przewoźnika.

British Airways ma na swoim koncie już kilka przypadków luk w systemach bezpieczeństwa. W październiku 2018 roku przewoźnik poinformował o wycieku danych niemal 400 tysięcy transakcji płatniczych. Później liczba ta zwiększyła się do ponad 0,5 miliona. W lipcu tego roku koncern został ukarany grzywną opiewającą na 230 milionów dolarów.

W lutym wykryto podobne błędy na stronach ośmiu innych przewoźników – Air France, Vueling, Southwest, KLM, Jetstar, Air Europa, Thomas Cook oraz Transavia.

Złoty w stosunku do euro najniżej od ponad roku

Złoty w mijającym krótszym roboczym tygodniu zanotował straty i to w stosunku do dwóch głównych walut. W czwartek jego kurs w relacji do euro wynosił nieco poniżej 4,40 PLN/EUR. To najniższy poziom zanotowany od lipca ubiegłego roku. Na parze walutowej z dolarem amerykańskim złoty tak słaby nie był od kwietnia 2017 r. Złotówka była również w tym tygodniu najsłabszą walutą regionu Europy Środkowej, a jej straty były głównie spowodowane negatywnymi nastrojami na rynkach finansowych.

Osłabienie złotego, na pierwszy rzut oka, może się wydawać nieco paradoksalne, ponieważ dane z polskiej gospodarki są w dalszym ciągu bardzo pozytywne. Wzrost inflacji konsumenckiej został w lipcu potwierdzony na poziomie 2,9% r/r i jest to najszybszy miesięczny wzrost od października 2012 r. W ostatnich latach z pewnością w Polsce nie często obserwowaliśmy inflację przekraczającą cel inflacyjny NBP, tj. ponad 2,5%. Wzrost polskiej gospodarki w 2. kwartale (+0,8% k/k i 4,1% r/r po korekcie sezonowej i kalendarzowej), choć pozostał nieco w tyle za prognozami rynkowymi, to Polska ponownie znalazła się gronie najszybciej rozwijających się krajów UE. Jednak jeśli sytuacja gospodarcza w Niemczech nie poprawi się w najbliższej przyszłości, to spowolnienie polskiej gospodarki w najbliższych kwartałach wydaje się być nieuniknione. Nawet silna konsumpcja polskich gospodarstw w tym wypadku nie uratuje sytuacji.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY

Ten magiczny dzień w roku

Nie ma to jak trafić z krajowym świętem w najgorsze załamanie rynkowe od co najmniej trzech lat. Złoty osłabił się do niemal 4,40 za euro, ale szybki odwrót sugeruje, że inwestorzy widzą w tym poziomie psychologiczny sufit. Tymczasem na rynkach zewnętrznych trwa dyskusja o arsenale posiadanym przez banki centralne i czy jest on wystarczający?

Nie jest dużym zaskoczeniem, że krajowe święta w Polsce nie są przychylne dla złotego, szczególnie gdy nastroje na rynkach zewnętrzy są złe. Polscy inwestorzy odpowiadają za płynność, a zatem i stabilność kursu, więc ich brak jest zaproszeniem do spekulacyjnego osłabienia waluty. Niedaleko trzeba szukać, gdyż dokładnie rok temu złoty osłabił się o 5 gr ponad 4,34 za euro, kiedy w tle rynki żyły kryzysem finansowym w Turcji. Dwa dni później EUR/PLN był na 4,29 i po całej eskapadzie nie było śladu. To tylko dowodzi, że w takich przypadkach słabość złotego ma podłoże płynnościowe, a nie fundamentalne. Jakkolwiek polska gospodarka będzie doświadczona przez globalne spowolnienie, jak na razie jedyne, co pokazuje, to względną odporność na chociażby fatalną postawę Niemiec. W efekcie tak silne osłabienie waluty jest brutalnym wykorzystywaniem okazji spekulacyjnej niż wyrazem racjonalnej oceny tła makroekonomicznego i nie jest do utrzymania w dłuższym horyzoncie. Wczoraj szarpany handel przy 4,40 ostatecznie zakończył się odejściem niżej, co może sugerować, że w okrągłym poziomie inwestorzy widzą psychologiczną granicę. Albo dla stadnego myślenia innych inwestorów i nasilenia transakcji pod zawrotkę, albo jako poziom skłaniający NBP do stabilizacji wahań kursu (tj. dostarczenia płynności dla wygładzenia wahań, a nie walki z osłabieniem). Ostre spadki EUR/PLN na początku piątkowych notowań w Europie potwierdzają tezę, że wczorajsze poziomy były anomalią. Czy to oznacza, że 4,40 już się nie pojawi? Niestety, przy niepewności wokół licznych czynników politycznych czynników niczego nie można stwierdzić z pewnością. A mijający rok pokazuje, że wszystko jest możliwe.

Wojny handlowe są na ustach wszystkich, a ostatnie dni przyniosły eskalację obaw, co zaburzenia w handlu mogą oznaczać dla globalnej gospodarki (nic dobrego) i jak w takim razie powinny zareagować banki centralne? Czwartek przyniósł dwa interesujące sygnały z Fed i EBC. Szef oddziału Fed w St. Louis James Bullard, zapytany o szanse na obniżkę stóp procentowych o 50 pb we wrześniu, odpowiedział, że nie chce z góry przesądzać o wyniku posiedzenia. Choć to stwierdzenie samo w sobie wygląda dla naturalny unik bankiera centralnego, to trzeba pamiętać, że Bullard na podobne pytanie przed lipcowym posiedzeniem FOMC odpowiedział, że „nie sądzi, aby sytuacja wymagała tak agresywnego ruchu”. Może to być wskazówka, że Fed jest gotowy reagować stanowczo na obecną sytuację. Rynek stopy procentowej dyskontuje 35 pb cięcia we września, więc jeśli kolejne słowa decydentów z Fed potwierdziły otwartość do głębokiego luzowania, USD znajdzie się pod presją.

Ale EUR/USD jest niżej (pod 1,11), gdyż wczoraj większe znaczenie miały słowa członka Rady Prezesów EBC Olliego Rehna. W wywiadzie dla WSJ Rehn zapowiedział „znaczący i wymierny” pakiet luzowania monetarnego, który bank przedstawi po wrześniowym posiedzeniu. Takie działanie jest konieczne w związku ze słabą postawą gospodarki, a zdaniem członka EBC „lepiej jest przeszacować z pakietem niż nie doszacować”. EBC chce udowodnić, że ma amunicję dla ratowania gospodarki, a przez osłabienie EUR rynek pokazał, że nie zamierza powątpiewać w chęci banku centralnego. Mimo to spadek EUR/USD o ok. 0,5 proc. pokazuje, że albo rynek w dużym stopniu jest przygotowany na nowy pakiet EBC, albo nie do końca wierzy w jego skuteczność. Wielokrotnie już pisaliśmy, że zarówno obniżanie stóp procentowych, jak i wznowiony program QE będzie się wiązać z różnorakimi ograniczeniami osłabiającymi jego efektywność. Reakcja szokowa może zepchnąć EUR/USD jeszcze niżej, ale w dłuższym horyzoncie trzeba patrzeć na obie strony kursu. Zbyt silny USD do EUR będzie potęgował niezadowolenie prezydenta Trumpa z nasilającą się krytyką Fed, ale też innymi działaniami Białego Domu na rzecz osłabienia dolara. Dalej powątpiewam w trwałość zjazdu EUR/USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

10-proc. wzrost wniosków o przyznanie statusu uchodźcy w UE

Wnioski o udzielenie ochrony międzynarodowej w krajach UE+ złożyło 337,2 tys. cudzoziemców – wynika z danych Europejskiego Urzędu Wsparcia w dziedzinie Azylu za I półrocze. Jest to o 10 proc. więcej w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Najwięcej osób ubiegających się o ochronę pochodziło z Syrii, Afganistanu i Wenezueli.

Tegoroczny wzrost liczby cudzoziemców ubiegających się o ochronę międzynarodową w Europie jest zmianą w stosunku do trendu spadkowego odnotowanego w 2018 r. Wówczas wnioski złożyło prawie 634,7 tys. osób, czyli o ok. 10 proc. mniej niż w 2017 r. Liczba zarejestrowanych w tym roku spraw jest jednak niższa względem lat 2015-2016.

W I półroczu głównymi krajami pochodzenia wnioskodawców były Syria, Afganistan oraz Wenezuela. Największe wzrosty odnotowano wśród cudzoziemców z krajów Ameryki Południowej. Ponad 25 proc. spraw dotyczyło obywateli państw zwolnionych z obowiązku wizowego. Liczba wniosków składanych po raz kolejny w tym samym państwie członkowskim pozostała na poziomie ok. 10 proc.

Do końca czerwca kraje UE+ wydały w pierwszej instancji 277,7 tys. decyzji ws. ochrony międzynarodowej, w tym 95,3 tys. pozytywnych. W 70 proc. rozstrzygnięć przyznano status uchodźcy, a w 30 proc. ochronę uzupełniającą. Najczęściej ochronę międzynarodową otrzymywali obywatele Syrii i Jemenu (po 86 proc.) oraz Erytrei (80 proc.).

Istotnym wskaźnikiem obrazującym obciążenie urzędów migracyjnych państw członkowskich w zakresie prowadzenia spraw uchodźczych są dane dotyczące trwających postępowań. Według stanu na koniec czerwca, ok. 439 tys. spraw było w trakcie rozpatrywania na etapie pierwszej instancji.

W krajach dotkniętych największą presją migracyjną organizowana jest pomoc koordynowana przez Europejski Urząd Wsparcia w dziedzinie Azylu. Od 2016 r. eksperci Urzędu do Spraw Cudzoziemców odbyli ponad 100 zagranicznych misji wsparcia. Polscy specjaliści wyjeżdżali do Grecji, Włoch oraz na Cypr, gdzie pomagali tamtejszym służbom migracyjnym w prowadzeniu spraw uchodźczych.

W I połowie br. wnioski o udzielenie ochrony międzynarodowej w Polsce złożyło natomiast 1,8 tys. cudzoziemców – o ok. 12 proc. mniej w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r.

Dane dot. UE+ obejmują 28 państw członkowskich oraz Norwegię i Szwajcarię.

Od 2020 roku większa pomoc dla kredytobiorców. W praktyce może jednak pogłębić problemy finansowe

Od 2020 roku większa pomoc dla kredytobiorców. W praktyce może jednak pogłębić problemy finansowe 7

– Nowelizacja ustawy frankowej to tylko powierzchowna zmiana – ocenia ekonomista Sławomir Horbaczewski. Nowe przepisy, które wejdą w życie z początkiem 2020 roku, wydłużają okres i wartość pomocy udzielanej kredytobiorcom, którzy borykają się z trudnościami w ich spłacie. W praktyce mogą jednak pogłębić ich problemy, kiedy – po okresie przejściowym – otrzymaną pomoc finansową trzeba będzie zwrócić. Ekonomista ocenia, że problem kredytów walutowych z czasem rozwiąże się sam, bo ich spłacalność jest bardzo dobra, a kredytobiorcy sami dochodzą do porozumienia z bankami w przypadku problemów.

– Te zmiany, przewidziane w znowelizowanej ustawie, idą w kierunku poprawy już obowiązujących ułatwień dla kredytobiorców. Nie jest to zmiana o charakterze jakościowym, czyli nie są to całkiem nowe rozwiązania, które umożliwiają zastosowanie nowych instrumentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes ekonomista Sławomir Horbaczewski. – Polska gospodarka się rozwija, ludziom żyje się dostatniej, mamy większe zasoby, ale wciąż pojawiają się określonego rodzaju problemy w spłacie kredytów – wszystkich, nie tylko walutowych, w związku z czym należy umożliwić większej liczbie osób skorzystanie z takiej pomocy.

W połowie lipca prezydent podpisał nowelizację ustawy o wsparciu kredytobiorców znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej, którzy zaciągnęli kredyt mieszkaniowy (ustawa frankowa). Zakłada ona rozszerzenie pomocy udzielanej z Funduszu Wsparcia tym posiadaczom kredytów (zarówno walutowych, jak i złotowych), którzy z obiektywnych i nieprzewidzianych przyczyn znaleźli się w trudnej sytuacji i mają problemy ze spłatą rat. W stosunku do pierwotnej ustawy z 2015 roku nowelizacja wydłuża okres pomocy (z 18 do 36 miesięcy) i zwiększa jej wartość (z 1,5 do 2 tys. zł miesięcznie). Wprowadza również możliwość częściowego umorzenia w przypadku terminowego zwrotu części rat z tytułu udzielonego wsparcia. Nowe przepisy mają zacząć obowiązywać z początkiem 2020 roku.

– To zmiana dotychczas obowiązujących przepisów w zakresie pomocy dla osób, które mają problemy ze spłatą kredytów wynikające np. z utraty pracy, trudniejszej sytuacji gospodarczej, obniżenia wynagrodzenia, rozwodu czy zmiany sytuacji życiowej niemożliwej do przewidzenia w momencie zaciągania kredytu – mówi Sławomir Horbaczewski.

Jak podkreśla, jednym z zarzutów w stosunku do nowelizacji ustawy frankowej jest to, że może ona w praktyce pogłębić problemy osób borykających się z trudnościami w spłacie kredytów.

– Jeżeli te osoby skorzystają z ułatwień, to w okresie przejściowym będzie im łatwiej spłacać raty kredytów, ale kiedy minie ten czas i trzeba będzie zwrócić pomoc, wówczas znowu zacznie się problem. On będzie się pogłębiać i wrócimy do punktu wyjścia. Dlatego byłbym ostrożny, jeżeli chodzi o stosowanie tej ustawy – mówi Sławomir Horbaczewski. – Zresztą ustawa o pomocy dla osób mających kłopoty w spłacie kredytów obowiązuje już od kilku lat i do tej pory te rozwiązania są rzadko stosowane. Niewiele osób jest nią zainteresowanych, banki też nie, bo jest to rozwiązanie tymczasowe i nie zmienia sytuacji, a tylko ułatwia przeżycie pewnego okresu.

Problemy kredytów walutowych są w większości na bieżąco rozwiązywane przez samych kredytobiorców, którzy nadpłacają te kredyty albo dogadują się z bankami.

– Problemy kredytów walutowych są również rozwiązywane przez banki. Banki postrzegają to jako kłopot, ponieważ muszą tworzyć większe rezerwy, kredyty walutowe bardziej obciążają banki w sensie sumy bilansowej, różnego rodzaju wskaźników kapitałowych. W związku z tym banki są otwarte, nie zamykają się na rozmowy z kredytobiorcami i próbują wspólnie z nimi szukać jakichś rozwiązań – mówi Sławomir Horbaczewski.

Jak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej, na koniec czerwca br. kredyty mieszkaniowe we frankach szwajcarskich spłacało blisko 800 tys. Polaków. Wartość ich zadłużenia z tego tytułu wynosi prawie 103 mld zł, ale łączna suma zobowiązań frankowiczów – włącznie m.in. z kredytami konsumpcyjnymi czy zadłużeniem na kartach kredytowych – przekracza 131 mld zł. Obecnie prawie co piąty czynny kredyt mieszkaniowy jest nominowany we frankach.

Zarówno liczba, jak i wartość zobowiązań hipotecznych obsługiwanych we frankach stale się zmniejsza. W 2011 roku rekordowe zadłużenie z tego tytułu (w przeliczeniu na złote) wynosiło 162,03 mld zł. Trzy lata temu kredytobiorcy spłacali 520,81 tys. kredytów frankowych, na koniec czerwca br. było ich już 458,8 tys. Kredyty frankowe charakteryzują się dobrą spłacalnością. Odsetek zobowiązań opóźnionych w spłacie powyżej 90 dni wynosi 1,2 proc. (vs 1,4 proc. w przypadku kredytów złotowych).

– Moim zdaniem problem kredytów walutowych rozwiąże się sam, bo one są spłacane, a kredytobiorcy dogadują się z bankami. Różnego rodzaju rozwiązania ustawowe w Polsce nie wchodzą w grę. Dobrze, że te, które zostały przyjęte, dotyczą wszystkich kredytobiorców, zarówno walutowych, jak i złotowych. Czas leczy rany i w Polsce problem kredytów frankowych stał się znacznie mniejszy. To oznacza, że jednak kredyty walutowe w większości przypadków brały osoby, które są lepiej przygotowane do zrozumienia ryzyka finansowego, lepiej sytuowane, mające większe zasoby własne – mówi Sławomir Horbaczewski.

Wyhamowały inwestycje w gospodarstwach rolnych. Z powodu suszy i słabego wykorzystania środków unijnych spada sprzedaż maszyn rolniczych

Wyhamowały inwestycje w gospodarstwach rolnych. Z powodu suszy i słabego wykorzystania środków unijnych spada sprzedaż maszyn rolniczych 8

Sprzedaż ciągników i przyczep rolniczych spada. I półrocze 2019 roku jest pod tym względem najsłabsze od lat. W sumie zarejestrowano nieco ponad 3,9 tys. nowych ciągników i blisko 2,4 tys. nowych przyczep. Rolnicy są mniej skłonni do inwestycji, a każdy zakup jest bardziej przemyślany. – To wynik problemów z suszą, chorobami zwierząt i sytuacji z dotacjami rolniczymi – tłumaczy Michał Spaczyński z Polskiej Izby Gospodarczej Maszyn i Urządzeń Rolniczych.

W latach 2016–2018 indeks zadowolenia menadżerów z branży maszyn i urządzeń rolniczych wzrastał, a więc to zadowolenie z perspektywy rynku się poprawiało. Natomiast na przestrzeni ostatniego roku obserwujemy, że te nastroje się pogarszają. To szczególnie wynik ubiegłorocznej suszy, która bardzo mocno dotknęła polskich rolników. Przewidywania związane z zatrzymaniem inwestycji w gospodarstwach rolnych rzeczywiście mocno napawały pesymizmem menadżerów, którzy zajmują się sprzedażą maszyn rolniczych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Spaczyński, wiceprezes zarządu, dyrektor zarządzający Polskiej Izby Gospodarczej Maszyn i Urządzeń Rolniczych.

Kwietniowy raport PIGMiUR wskazuje, że rośnie odsetek przedsiębiorców, którzy negatywnie oceniają sytuację na rynku maszyn rolniczych – ok. 42 proc. spodziewa się pogorszenia koniunktury (jeszcze w październiku 2018 roku było to ok. 23 proc.), spada natomiast odsetek optymistów. Ponad 36 proc. wskazuje, że sprzedaż w ich firmie będzie poniżej poziomu sprzed roku (20 proc. w październiku 2018 roku).

– Od 2012 roku, ze sprzedażą ciągników rolniczych na poziomie ponad 19 tys., sukcesywnie z roku na rok ta liczba spada. Ubiegły rok kształtował się na poziomie około 9 tys. sztuk i myślimy, że to będzie poziom, który również w tym roku zostanie prawdopodobnie osiągnięty. Aczkolwiek pierwsze miesiące niestety nie napawają zbyt dużym optymizmem – ocenia Michał Spaczyński.

I półrocze 2019 roku było pod tym względem jednym z najsłabszych od lat – w sumie zarejestrowano 3 943 nowych ciągników, o 46 mniej niż w I półroczu 2018 roku oraz o 343 mniej niż w 2017 roku. Kryzys przechodzi też rynek ciągników używanych.

– Podobnie jest z przyczepami. Lata 2012–2013 były bardzo dobre, natomiast później ta sprzedaż sukcesywnie malała do poziomu około 4–5 tys. Wydaje nam się, że rynek będzie wyglądał podobnie w tym roku – prognozuje dyrektor zarządzający PIGMiUR.

Również w tym segmencie pierwsza połowa 2019 roku zamknęła się mniejszą liczbą rejestracji niż w 2018 roku. Zarejestrowano 2 393 nowych przyczep, przy 2 467 rok wcześniej. Oznacza to niewielki, 3-proc., spadek. Także rynek wtórny notuje nieco słabsze wyniki.

Spadek inwestycji to pochodna kilku istotnych kwestii. Poza trudną sytuacja pogodową, która wpływa na dochody rolników i ich skłonność do inwestowania, gospodarstwa rolne zmagają się także z problemem chorób zwierząt, m.in. ASF. Na to nakłada się sytuacja z dotacjami rolniczymi. W połowie roku wykorzystanie środków unijnych było na poziomie 17 proc. w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich.

Poza tym w Polsce mamy ponad 1,2 mln gospodarstw rolnych, które korzystają z dopłat unijnych, a jedynie około 1/4 z nich to są gospodarstwa produkcyjne, a więc takie, które są skłonne do inwestowania oraz mają możliwości, żeby kupować maszyny rolnicze. Te 300 tys. gospodarstw na bardzo nasycony rynek dystrybucji maszyn rolniczych to stosunkowo niewiele – przypomina dyrektor zarządzający PIGMiUR. – Te czynniki powodują, że perspektywy rozwoju dla tego rynku w okresie najbliższych paru lat nie są zbyt optymistyczne.

Dla polskich producentów maszyn rolniczych wyzwaniem jest także obecność w Polsce największych światowych konkurentów, co powoduje, że rynek jest mocno nasycony. Dlatego coraz częściej szukają oni szans za granicą. Tylko w 2017 roku wartość polskiego eksportu maszyn i urządzeń rolniczych wyniosła blisko 1,2 mld euro (ponad 18 proc. wzrost). Pod względem sprzedaży Polska należy do europejskiej czołówki.

Jak popatrzymy na udział w przychodach poszczególnych firm produkujących w Polsce maszyny rolnicze, to coraz większy odsetek zyskuje sprzedaż do innych krajów europejskich. Rolnicy nie tylko w Europie, lecz także w innych częściach świata coraz bardziej doceniają jakość produkowanych w Polsce maszyn rolniczych przy stosunkowo niskiej cenie. Perspektywa rozwoju dla firm produkujących w Polsce jest bardzo dobra – przekonuje Michał Spaczyński.

Blisko 150 największych firm technologicznych zapłaci w UE 3 proc. podatek cyfrowy. To może oznaczać nie tylko koniec rajów podatkowych, lecz także wyższe ceny usług i produktów

Blisko 150 największych firm technologicznych zapłaci w UE 3 proc. podatek cyfrowy. To może oznaczać nie tylko koniec rajów podatkowych, lecz także wyższe ceny usług i produktów 9

Giganci technologiczni, który działają w oparciu o cyfrowe modele biznesowe, monopolizują rynek. Prowadzą działalność, która wyklucza skutecznie pojawianie się innowacyjnych rozwiązań – podkreśla Katarzyna Królak-Wyszyńska, prezes Innovatika. Tylko w 2018 roku aż 60 firm z listy Fortune 500 nie płaciło podatków w USA. Raje podatkowe istnieją także w Unii Europejskiej, to m.in. Cypr czy Malta. Także przepisy w Belgii i Irlandii sprzyjają międzynarodowym firmom w unikaniu płacenia podatków. Wprowadzenie podatku cyfrowego dla m.in. Google’a, Apple’a, Facebooka i Amazona ma zmienić tę sytuację.

– Giganci technologiczni wykupują swoich konkurentów i starają się wszystko mieć pod kontrolą, a to powoduje spore ryzyka. Taki monopolista ma więcej niż tylko siłę rynkową i biznesową, ma siłę równoważną z siłą rządu państwa – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Katarzyna Królak-Wyszyńska, prezes Innovatika.

W Stanach Zjednoczonych w 2018 roku co najmniej 60 firm z listy Fortune 500 zgłosiło, że od dochodów uzyskanych w USA nie zapłaciło nawet dolara (analiza opublikowana przez Institute on Taxation and Economic Policy, think tank z siedzibą w Waszyngtonie). Należą do nich m.in. gigant technologiczny Amazon, serwis streamingowy Netflix czy naftowy Chevron Corp., producent farmaceutyczny Eli Lilly & Co. oraz producent sprzętu rolniczego i handlowego Deere & Co. Firmy, w tym giganci technologiczni jak Amazon czy Netflix, powinny zapłacić 16,4 mld dol. podatku. Zamiast tego otrzymały ulgę podatkową (ponad 4 mld dol.).

– Regulacje podatkowe dotyczą granic geograficznych, natomiast działania biznesów cyfrowych wymykają się poza te granice. Dlatego jeżeli giganci technologiczni, jak Google, Amazon, Facebook, Netflix, Spotify czy Apple, są zarejestrowani w kraju, który jest rajem podatkowym, albo w kraju, gdzie jest im wygodnie prowadzić jakąś działalność, i tam mają swoją główną siedzibę, płacą podatki według stawek, które obowiązują w tych właśnie krajach. Natomiast większość ich przychodów generowana jest dzięki działaniom na zupełnie innych terytoriach – tłumaczy Katarzyna Królak-Wyszyńska.

Raje podatkowe to nie tylko egzotyczne kraje, istnieją także w Unii Europejskiej. Komisja Europejska i OECD określa np. Cypr, Maltę, a od niedawna także Belgię czy Irlandię, jako kraje, które pomagają największym firmom w unikaniu płacenia podatków. Tylko w 2016 roku Komisja Europejska nakazała Belgii odzyskać 700 mln euro od przedsiębiorstw, które skorzystały z ulg, m.in. BASF, Cellio czy obecny Proximus, a Luksemburgowi –  250 mln euro od Amazona. Wprowadzenie 3 proc. podatku cyfrowego dla największych firm technologicznych miałoby raczej symboliczne działanie, ale byłoby pierwszym krokiem do uporządkowania sytuacji.

– Wielkie firmy technologiczne niespecjalnie odczują ciężar tego podatku. Po pierwsze, jego wysokość jest dosyć symboliczna – 3 proc., po drugie, w standardzie każdego biznesu jest przerzucać wszelkie koszty na swoich klientów. W przypadku bigtechów to jesteśmy my, konsumenci, więc jeżeli już ktoś poczuje ciężar, to prawdopodobnie my będziemy płacić trochę więcej za usługi – ocenia ekspertka.

Zgodnie z zapowiedziami KE 150 największych firm internetowych (głównie amerykańskich) o globalnych przychodach wyższych niż 750 mln euro i europejskich wyższych niż 50 mln euro miałyby zapłacić w całej UE 3-proc. podatek od przychodów ze sprzedaży przestrzeni reklamowej w sieci, sprzedaży danych wygenerowanych dzięki informacjom o użytkownikach i od przychodów internetowych pośredników. Wprowadzenie unijnej daniny jednak znacznie się wydłuża. Wiadomo już, że na decyzję KE nie czekały Francja, Hiszpania, Włochy, Wielka Brytania, Austria i Czechy. Własny podatek cyfrowy chce też wprowadzić Polska, która jeszcze czeka na unijną zgodę.

– Ponieważ dyrektywa unijna nie została przyjęta, to poszczególne kraje mogą myśleć o wprowadzeniu pewnych działań czy podatków na swoim terytorium lokalnie. To zrobiła już Francja i zamierza zrobić Polska. Ministerstwo Finansów pracuje nad podatkiem cyfrowym, który ma mieć konstrukcję podobną do tej zaproponowanej przez Komisję Europejską. Plany są takie, żeby od początku 2020 roku obowiązywał 3-proc. podatek – przypomina Katarzyna Królak-Wyszyńska.

Lasy umierają z powodu suszy. Drzewa atakują korniki i rośnie ryzyko pożarowe

Lasy umierają z powodu suszy. Drzewa atakują korniki i rośnie ryzyko pożarowe 10

Obecny rok nie wypada źle pod względem liczby pożarów w lasach. Problemem są jednak susza i ekstremalnie wysokie temperatury, słabo znoszone przez starsze drzewostany – oceniają leśnicy. Apelują przy tym, żeby podczas przebywania w lasach zachować ostrożność, a wszystkie zagrożenia zgłaszać pod numer alarmowy 112. Za 90 proc. pożarów lasów odpowiada właśnie ludzka nieostrożność albo umyślne podpalenia. Odbudowa ekosystemu po pożarze trwa nawet kilkadziesiąt lat.

Dziś mamy w lasach bardzo mało wody i drzewa źle to znoszą. W szczególności dotyczy to starych drzew, które są mniej elastyczne, plastyczne i bardziej wrażliwe na suszę. Jeżeli jest bardzo sucho, to  sosny są bardzo łatwym obiektem ataku ze strony kornika ostrozębnego. To jest taki kornik, który potrafi zabić stare drzewa sosnowe. Oprócz tego, że drzewa umierają na skutek braku wody, susza powoduje też ogromne zagrożenie pożarowe – mówi agencji Newseria Biznes Stefan Traczyk, nadleśniczy Nadleśnictwa Jabłonna.

Warunki pogodowe to główny czynnik, od którego zależy podatność lasów na pożary. Brak opadów wpływa na wilgotność ściółki, której spadek poniżej poziomu 28 proc. znacznie zwiększa ryzyko zapalenia.

Codziennie są robione pomiary i dwa razy – o godzinie 9.00 i 13.00 – mierzy się wilgotność ściółki. Służy do tego profesjonalny sprzęt, więc codziennie mamy nowe informacje o tym, jak duże jest zagrożenie. Wpływa na nie również temperatura powietrza – to są dwa elementy, na podstawie których określa się zagrożenie pożarowe – mówi Stefan Traczyk.

Kiedy wilgotność spada poniżej 10 proc., czyli w granicach wilgotności kartki papieru, to każda nieostrożność człowieka, każdy porzucony niedopałek automatycznie stają się zarzewiem pożaru.

Jak podaje Komenda Główna Państwowej Straży Pożarnej, za ponad 90 proc. pożarów lasów odpowiedzialny jest człowiek. Obok umyślnych podpaleń najczęstszą ich przyczyną są palone ogniska, grille, używanie w lasach otwartego ognia i niedopałki papierosów, także te wyrzucane z przejeżdżających przez tereny leśne samochodów.

W lasach jabłonowskich, gdzie jest bardzo duża penetracja ludzi, bardzo często powstają pożary. Często jest to umyślne podpalenie, ale są też przypadki, kiedy ludzie działają nieumyślnie – zostawiają niedopałki, niedogaszone ognisko czy śmieci, które ulegają samozapłonowi. To stwarza ogromne zagrożenie – mówi Stefan Traczyk. – Oczywiście w lasach mamy cały system monitoringu, obserwacji i alarmowania, ale aktywne społeczeństwo, które pomaga leśnikom, jest bardzo ważnym elementem. Stąd też ogromny apel do ludzi, którzy przebywają, spacerują w lasach, żeby powiadamiać nas o różnych zagrożeniach.

Leśnicy oceniają, że obecny rok nie wypada źle pod względem liczby pożarów.

Na terenie Leśnictwa Kąty Węgierskie w Nadleśnictwie Jabłonna do tej pory miało miejsce 9 pożarów, największy w czerwcu, kiedy płonęło 3,5 ha 10-letniego młodnika. Bywały lata, kiedy pożary wywoływane przez podpalaczy liczone były w setkach. Szczęśliwym był z kolei 2017 rok, kiedy nie odnotowaliśmy żadnego pożaru, ale statystycznie przypada ich mniej więcej ok. 10 rocznie – mówi Gerard Hoja, leśniczy w Leśnictwie Kąty Węgierskie, Nadleśnictwo Jabłonna.

Pożary mają katastrofalne skutki dla ekosystemu.

Pożar i wysokie temperatury zabijają życie biologiczne – roślinne i zwierzęce – na danym terenie, ziemia się praktycznie wyjaławia. Temperatury ponad 500 stopni Celsjusza zabijają również wszelkiego rodzaju życie w glebie. Odbudowa tego trwa kilka, nawet kilkadziesiąt lat – mówi Gerard Hoja.

System ERP dopasowany do branży, w której działasz? Tak, to możliwe!

Business erp gear web computer industrial concept. Enterprise resource planning strategy shopping finance internet plan market shop commerce logistics technologyPrzemysł składa się z wielu gałęzi, które można sklasyfikować pod względem złożoności i liczebności produkcji, rodzajów produktów, asortymentu, skali, czasów wytwarzania, organizacji pracy. Zróżnicowanie przedsiębiorstw produkcyjnych jest ogromne i pewnie zastanawiasz się, czy aby na pewno wdrożenie systemu ERP jest dla Ciebie i Twojej firmy.

Co daje ERP?

ERP (Enterprise Resources Planning) to przede wszystkim oprogramowanie do planowania i zarządzania zasobami przedsiębiorstwa. Ze względu na modułową budowę, wspomaga organizację w gromadzeniu oraz przetwarzaniu danych rejestrowanych w każdym obszarze firmy. Cechą kluczową programów z tej rodziny jest elastyczność, która pozwala na dostosowanie się do potrzeb użytkownika. Zatem niezależnie od profilu biznesu, można wprowadzić jednolity system informatyczny, który usprawni i zoptymalizuje pracę całego przedsiębiorstwa.

Produkujesz? Potrzebujesz dobrego planu!

Planowanie produkcji wymaga zebrania wielu informacji i takiego ich przetworzenia, które pozwoli ustalić plan działań dla całego procesu. Zarządzanie Produkcją to jeden z modułów Streamsoft Prestiż, w którym techniczne przygotowanie produkcji, jej planowanie i zarządzanie, sterowanie zasobami, raportowanie odbywa się w pełni zintegrowany sposób. Skoordynowane działania w zakresie planowania produkcji dają odpowiedź na pytanie: czy moc wytwórcza przedsiębiorstwa jest w stanie wykonać zamówienie w podanym terminie z uwzględnieniem potrzeb materiałowych i produkcyjnych.

ERP w różnych branżach produkcyjnych

Zróżnicowanie firm wytwórczych i zastosowanie w każdej z nich tego samego systemu nie oznacza, że to przedsiębiorstwo ma się dostosować do ram funkcjonalnych oprogramowania. Na etapie wdrożenia specjaliści pracują nad dopasowaniem go do potrzeb przedsiębiorstwa i są zawsze otwarci na modyfikacje względem nakreślonych potrzeb danej firmy. Streamsoft Prestiż jest szyty na miarę biznesu, a za przykład może posłużyć:

  • Branża metalowa – producenci poza wyrobami katalogowymi stawiają również na produkty niestandardowe – na zamówienie klienta, dlatego ważna jest obecność zintegrowanego systemu, który wspiera produkcję na poziomie integracji z maszynami do cięcia, programami typu CAD czy też obsługę procesu kooperacji.
  • Branża odlewnicza – system automatyzuje proces zamówień odlewów i umożliwia klientowi śledzenie realizacji zamówienia online, wspomaga zarządzanie produkcją w odlewni, analizuje i raportuje efektywność procesu.
  • Branża tworzyw sztucznych – system wspomaga firmy przez rejestrację zamówień, konfigurację produktu, generowanie zleceń produkcyjnych, a także zarządzanie odpadem i kolorystyką produktu (obsługuje i rozlicza surowce do ponownego przetworzenia), Zajmuje się wyceną technicznego kosztu wytworzenia półproduktów i wyrobów (TKW), kontroluje i rozlicza dostawy magazynowane w silosach.
  • Branża jachtowa – Streamsoft Prestiż wspomaga import zamówień od dealerów wraz z automatyczną konfiguracją produktu, wydanie surowców na produkcję, kontrolę jakości łodzi prototypowych, planowanie sprzedaży (S&OP) i budowanie głównego planu materiałowego (MRP) oraz automatyzację tworzenia zamówień do dostawców.

Reasumując, nie ma takiej dziedziny przemysłu, która nie dałaby się zinformatyzować. Oprócz modułu Zarządzania Produkcją, Streamsoft Prestiż ma w zanadrzu funkcjonalności o szczególnym znaczeniu dla przedsiębiorstw produkcyjnych: Moduł Handlowo-Magazynowy, Moduł Logistyka, Moduł Finansowo-Księgowy, Moduł Kadrowo-Płacowy i inne. Kwestią jest tylko dopasowanie szczegółów do oczekiwań przedsiębiorców i rozwiązanie ich wymagań związanych z prowadzeniem biznesu.

Dobre lata w gospodarce się kończą. Eksperci przewidują obniżenie tempa wzrostu PKB

Według analiz rynkowych w ostatnich dwóch latach tempo wzrostu gospodarczego w Polsce przekroczyło średnią 3,3%, która obowiązuje od czasu transformacji. Od 2017 roku tempo wzrostu waha się między 4 a 5,5% wartości rynku. To znacznie przekracza polskie trendy. Przyczyn tak dużego wzrostu gospodarczego eksperci dopatrują się w dobrej koniunkturze gospodarczej w Europie, a także w wykorzystaniu rezerw rynkowych – zaoszczędzonych w poprzednich latach. Przed 2017 rokiem tempo wzrostu było bowiem znacząco mniejsze. Pozwoliło to w ostatnich dwóch latach zwiększyć wytwórczość i zatrudnienie – co przełożyło się na wyższy wzrost gospodarczy. Jednak dobre lata się kończą. Eksperci przewidują, że w następnych latach wzrost gospodarczy będzie znacząco niższy.

– Możliwości utrzymania wysokiego tempa wzrostu gospodarczego kończą się. W związku z tym oczekujemy, że w tym roku tempo wzrostu dochodu narodowego zmniejszy się z ponad 5% do około 4%, a w przyszłym będzie się plasować w granicach 2,5 a 3,5% – powiedział serwisowie Newsroom Stanisław Gomułka, główny ekonomista BBC. – Jednym z czynników wpływających na obniżenie tempa jest wyczerpywanie się możliwości po stronie krajowej. Duże znaczenie ma także silne spowolnienie wzrostu gospodarczego w strefie euro. Tempo wzrostu w krajach posługujących się walutą europejską plasuje się w okolicy 1%, zamiast około 3%. To dotknie również naszą gospodarkę. W nadchodzących latach będziemy mieć do czynienia ze znacznym spowolnieniem tempa wzrostu polskiego dochodu narodowego – zapowiada Gomułka.

3 VATy informacji, czyli co elektryzuje podatników (i nie tylko)

Nowy JPK_VAT dość mocno interesuje podatników oraz dostawców rozwiązań informatycznych. Choć zmodyfikowane przepisy zaczną obowiązywać duże firmy dopiero od 1 stycznia 2020r., w świetle innych zmian podatkowych nie wydają się już takie proste. Wszyscy podatnicy z zaciekawieniem śledzą też doniesienia związane z tzw. białą listą podatników, która pojawi się niebawem. Co warto wiedzieć na ten temat?

Jeszcze tylko przez kilka dni (do 16 sierpnia 2019r.) trwają konsultacje podatkowe dotyczące JPK_V7K i JPK_V7M (czyli od stycznia JPK_VAT) dla podatników, którzy rozliczają się miesięcznie i kwartalnie. Są one prowadzone internetowo przez Ministerstwo Finansów. By mieć jasny obraz sytuacji przedsiębiorców, warto pamiętać jednak o wszystkich planowanych zmianach.

Lawina podatkowa czy proces

– Ustawa o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz niektórych innych ustaw została podpisana przez Prezydenta na koniec lipca br. Wśród wprowadzonych zmian znalazł się przepis dotyczący zastąpienia deklaracji VAT-7 i VAT-7K nowym przekształconym plikiem JPK_VAT. Podobne rozwiązanie miało być wprowadzone już wcześniej. Przesunięcie można traktować więc jako dodatkowy czas, aby przedsiębiorcy mogli lepiej przygotować się na zmiany – mówi Monika Pupiec, Kierownik Zespołu Wsparcia jHMS Zarządzanie Finansami w firmie Kalasoft. – Z uwagi na lawinowe wdrażanie zmian w systemie podatkowym, nowości wprowadzają jednak zamieszanie – podkreśla Monika Pupiec.

Dodaje ona również: – Wszyscy z niecierpliwością czekają na termin udostępnienia nowych standardów struktur JPK oraz zasad ich wysyłki. Są one nie mniej istotne niż np. okres przejściowy pomiędzy wejściem w życie przepisów a obowiązkiem ich stosowania – mówi specjalistka z Kalasoft.

Rachunek zysków i strat

Ważne są też konsekwencje nowych przepisów. – JPK_VAT daje sporo możliwości w zakresie kontroli i ewentualnych sankcji ze strony fiskusa, jednak oznacza również wiele korzyści dla podatników. Usprawni on wywiązywanie się z obowiązków względem fiskusa. Istotnym uproszczeniem będzie eliminacja załączników wymaganych przy składaniu tradycyjnego rozliczenia podatku VAT (VAT-ZZ, VAT-ZD, VAT-ZT). Przy rozliczeniu nie będą potrzebne też wnioski dołączane do standardowych deklaracji jako odrębne dokumenty. Zostaną one zastąpione polami wyboru w nowym pliku – wyjaśnia Monika Pupiec.

Kierownik Zespołu Wsparcia jHMS Zarządzanie Finansami w firmie Kalasoft dodaje również, że są to przykładowe korzyści wynikające z wprowadzenia JPK_VAT: – Z technologicznego punktu widzenia zmiany nie powinny być zbyt dotkliwe dla podatników. Przyzwyczaili się oni już do tej formy przekazywania informacji fiskusowi. Tak naprawdę zmieni się tylko zakres dostarczanych danych. Łatwiej będzie też je korygować (za sprawą jednego pliku) – wyjaśnia Monika Pupiec.

Szare strony białej listy

Co ciekawe, istnieje jeszcze jedna nowość, która interesuje przedsiębiorców bardziej niż JPK_VAT. To tzw. biała lista podatników. Ten ujednolicony rejestr ma zostać opublikowany przez KAS do 1 września 2019r. Na liście znajdzie się m.in. wykaz rachunków rozliczeniowych kontrahentów. Realizując transakcję o wartości powyżej 15 tys. zł na rachunek bankowy spoza tej listy, przedsiębiorca narazi się na sankcje. Nie będzie mógł m.in. zaliczyć tego wydatku do kosztów podatkowych. Na chwilę obecną nie znamy jeszcze wszystkich szczegółów technicznych odnośnie białej listy podatników. Istnieją jednak rzeczy, które już teraz powinniśmy wiedzieć.

– Dzięki białej liście podatników poszerzeniu ulegnie zakres danych, które będą dostępne do weryfikacji przez podatnika. Znajdziemy tu nie tylko rachunki bankowe kontrahenta, ale również jego dane historyczne. Dotychczas mogliśmy weryfikować dane jedynie według stanu na dzień weryfikacji – podkreśla Monika Pupiec z Kalasoft. Dodaje ona również, że wielu podatników interesuje informacja, w jaki sposób biała lista będzie funkcjonować w praktyce i czy dostawcy oprogramowania skutecznie będą wspierać ich w realizacji obowiązków związanych z dochowaniem należytej staranności w tym zakresie.

Poznanie odpowiedzi na te oraz inne pytania wydaje się kwestią czasu. Obserwując zmiany związane z JPK_VAT i białą listą podatników, warto mieć też na uwadze inne tematy. Obowiązkowy split payment dla branż „wrażliwych”, czy udostępnienie każdemu podatnikowi jednego indywidualnego mikrorachunku bankowego są kolejnymi planowanymi nowościami. Mogą one jeszcze bardziej zmienić sytuację podatników, dlatego warto być jak najlepiej przygotowanym na wszystkie zmiany obowiązujące daną grupę przedsiębiorców.

Frank będzie drogi

Frank znów pokonał granicę 4 zł. Drożeje od maja, kiedy dobił do 3,8 zł, a na początku sierpnia wystrzelił do 3,9 zł. Frankowicze nie powinni spodziewać się poprawy swej sytuacji w bliskich tygodniach.

Po pokonaniu tej granicy we wtorek szwajcarska waluta nieznacznie osłabiła się, ale nadal oscyluje wokół 4 zł.

– Frank jest najdroższy od ponad dwóch lat, co przede wszystkim jest związane z presją na EBC, aby ten bank centralny obniżał stopy procentowe i dalewj luzował politykę pieniężną – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Coraz gorsza sytuacja gospodarcza w Europie oznacza, że EBC jest pod naciskiem z wielu stron.

Natomiast szwajcarski bank centralny, który już utrzymuje bardzo niskie stopy, to rynek finansowy oczekuje, że te różnice w stopach procentowych jeszcze bardziej się zmniejszą. Inwestorzy tym bardziej kupują franki, traktując je jako bezpieczną przystań

Frank cały czas zyskuje wobec euro, a dodatkowo euro zyskuje wobec złotego.

Na dodatek rynki finansowe obawiają się kolejnego kryzysu walutowego w Argentynie, co zniechęca do walut krajów wschodzących.

– Wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie frank będzie drogi – ocenia ekspert XTB.

Tak samo trudno jest kupić „M” jak 15 lat temu

Ostatnio dostępność cenowa mieszkań zaczęła spadać. Sprawdzamy, jak sytuacja wyglądała przez minione 15 lat.

Jedna z niedawnych analiz portalu RynekPierwotny.pl potwierdza, że ostatnio tempo wzrostów cen mieszkań w metropoliach wyprzedziło podwyżki wynagrodzeń. Takie aktualne spostrzeżenia na pewno są ważne. W kontekście oceny sytuacji mieszkaniowej Polaków, bardziej przydatne okazują się jednak analizy dotyczące ostatnich 10 lat – 15 lat. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl pokusili się właśnie o taką długookresową analizę. Prezentuje ona zmiany dostępności cenowej mieszkań z pięciu największych polskich rynków. Wyniki obliczeń analityków RynekPierwotny.pl niestety wskazują, że obecnie zakup „M” na terenie metropolii nie jest łatwiejszy niż 15 lat wcześniej.

Dostępność lokali z dużych miast rosła od 2008 r. do 2017 r.

Sprawdzenie długookresowych zmian dostępności cenowej mieszkań z dużych miast jest utrudnione przez brak spójnych danych. W tym kontekście warto przypomnieć, że Narodowy Bank Polski dopiero od jesieni 2006 r. prezentuje średnie transakcyjne ceny 1 mkw. mieszkań. Ze względu na tę sytuację, eksperci RynekPierwotny.pl do analizy dotyczącej lat 2002 – 2007 wykorzystali inne źródła danych. Dlatego na poniższym wykresie wyniki z 2002 r. – 2007 r. zostały specjalnie wyróżnione. Wspomniany wykres przedstawia zmiany średniej powierzchni mieszkania (nowego i używanego), którą w pięciu największych miastach można było kupić za przeciętne miesięcznie wynagrodzenie netto z sektora przedsiębiorstw.

Wyniki obliczeń widoczne na poniższym wykresie, bardzo dobrze pokazują dwie główne fazy. Pierwsza z nich (patrz lata 2002 – 2007) wiązała się z bardzo wyraźnym spadkiem metrażu dostępnego za przeciętne wynagrodzenie. Taki średni spadek obliczony dla pięciu analizowanych rynków (Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław i Poznań) wyniósł aż 42%. Później trend się odwrócił, co skutkowało wzrostem dostępności cenowej mieszkań od 2008 r. do 2017 r. Na wskutek tej dodatniej zmiany, powierzchnia „M” dostępnego za przeciętne wynagrodzenie netto w sektorze przedsiębiorstw wzrosła z 0,35 mkw. (średnia dla pięciu rynków w 2007 r.) do 0,61 mkw. (średnia dla pięciu rynków w 2017 r.). Oznaczało to powrót do wyników notowanych w 2002 r.

Poniższy wykres sygnalizuje, że zmiany pozytywne dla nabywców mieszkań zakończyły się w 2016 r. (Łódź) albo w 2017 r. (Warszawa, Wrocław i Poznań). Krakowski rynek mieszkaniowy pozostaje wyjątkiem, ponieważ w minionym roku odnotował on wzrost dostępności cenowej metrażu. Warto zwrócić uwagę, że od 2016 r. Kraków pod względem relacji cen lokali i wynagrodzeń prezentuje się lepiej niż Warszawa.

Dostępność cenowa M 15 lat RP wyk.1

Jedynie dziesięcioletnie zmiany prezentują się imponująco …

Poniższa tabela stanowi ciekawe uzupełnienie dla wcześniej prezentowanego wykresu. Przedstawia ona zmiany metrażu dostępnego za przeciętne wynagrodzenie netto w sektorze przedsiębiorstw, które zostały obliczone dla każdego z pięciu miast. Informacje prezentowane w poniższej tabeli potwierdzają, że dostępność cenowa mieszkań nie zmieniła się znacząco przez dwa lata (2016 r. – 2018 r.). W perspektywie pięcioletniej, wyniki poprawiły się natomiast o 5% (Warszawa) – 19% (Kraków). Bardzo duża poprawa dostępności metrażu (o 44% – 78%) jest widoczna jeśli zestawimy wyniki z 2008 r. oraz 2018 r. O wiele mniej optymistycznie wygląda porównanie sytuacji dotyczącej 2003 r. oraz 2018 r. W takim piętnastoletnim ujęciu, nie jest widoczny istotny wzrost dostępności cenowej mieszkań. Co więcej, dla Warszawy odnotowano nawet wyraźny spadek metrażu dostępnego za przeciętne wynagrodzenie (o 19%). Piętnastoletnie porównanie pokazuje nam, że obecna dostępność cenowa mieszkań z metropolii mimo poprawy względem czasów poprzedniego boomu, wcale nie jest zadowalająca.Dostępność cenowa M 15 lat RP tab.1

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Pierwszy duży przetarg kolejowy CPK. Inwentaryzacje przyrodnicze dla 10 „szprych”

Spółka Centralny Port Komunikacyjny ogłosiła przetarg na inwentaryzacje przyrodnicze dla nowych linii kolejowych prowadzących do nowego lotniska i Warszawy. Umowa zostanie podpisana jesienią. Szacowana wartość zamówienia to ponad 26 mln zł 

Inwentaryzacja przyrodnicza ma na celu identyfikację chronionych, rzadkich lub zagrożonych elementów środowiska na terenach przeznaczonych pod przyszłe inwestycje. Wyniki badań terenowych są jedną z części składowych niezbędnych w ramach procedury środowiskowej, która poprzedza wydanie pozwolenia na budowę.

W wyniku trwającego postępowania spółka CPK planuje wybrać sześciu wykonawców, z którymi tej jesieni zawrze umowę ramową na pięć lat. Wyselekcjonowane firmy będą następnie brały udział w organizowanych przez spółkę zamówieniach cząstkowych. O konkretnym zleceniu na inwentaryzację przyrodniczą w ramach Programu Kolejowego CPK będzie decydowała zaproponowana przez firmę cena.

Jak podkreśla pełnomocnik rządu ds. CPK Mikołaj Wild, w pierwszej kolejności inwentaryzacja przyrodnicza zostanie przeprowadzona na terenie, na którym powstanie linia dużych prędkości Warszawa – CPK – Łódź. Później inwentaryzacja będzie wykonywana w zależności od bieżących potrzeb inwestycyjnych (w miarę postępu prac związanych z przygotowaniami do budowy kolejnych odcinków).

–  Inwentaryzacje przyrodnicze to pierwszy przetarg kolejowy realizowany przez spółkę. Naszym celem w ramach tzw. etapu zero, który powinien być gotowy przed otwarciem Portu Lotniczego Solidarność, jest wybudowanie 140 km nowych linii, głównie trasy Warszawa – CPK – Łódź. Docelowo zakładamy budowę 1,6 tys. km nowych linii prowadzących z 10 kierunków do CPK i Warszawy – mówi Piotr Malepszak, pełniący obowiązki prezesa CPK.

Spółka CPK szacuje łączny maksymalny obszar inwentaryzacji przyrodniczych do objęcia umową na 220 tys. ha. Powierzchnia badań w ramach jednego zamówienia cząstkowego nie będzie mniejsza niż 900 ha. Zadania mogą być zlokalizowane na terenie całego kraju. Podczas pierwszego etapu badań wykonawcy przeprowadzą prace studialne, a następnie badania terenowe, których wyniki przedstawią w ekspertyzie przyrodniczej.

Wyniki inwentaryzacji przyrodniczej będzie stanowić załącznik do raportu o oddziaływaniu na środowisko, który wraz z wnioskiem o wydanie decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach zostanie przedłożony odpowiedniemu Regionalnemu Dyrektorowi Ochrony Środowiska (RDOŚ). Kolejnym elementem w ramach przygotowań do inwestycji będzie uzyskanie decyzji lokalizacyjnej, a następnie pozwolenia na budowę.

Każda z 10 kolejowych „szprych”, prowadzących do CPK składać się będzie z nowych odcinków sieci, które wybuduje spółka CPK, oraz z wyremontowanych lub zmodernizowanych fragmentów istniejącej infrastruktury, które znajdują w gestii PKP PLK. 29 kwietnia br. rząd przyjął rozporządzenie, na mocy którego każdy z nowych odcinków torów, którymi pociągi dojadą do CPK i Warszawy, został włączony do wykazu linii kolejowych o znaczeniu państwowym.

Łączna długość linii kolejowych w Polsce wynosi dziś ponad 19 tys. km. Od początku lat 90. zostało zlikwidowanych ponad 5 tys. km linii. Nowe inwestycje są potrzebne, ponieważ od lat 80., kiedy zakończono realizację Linii Hutniczej Szerokotorowej, a wcześniej Centralnej Magistrali Kolejowej, nie budowano w Polsce na dużą skalę szlaków kolejowych. Program CPK to pierwszy całościowy plan budowy nowej infrastruktury kolejowej od tego czasu.

W lipcu decyzją Premiera RP Mateusza Morawieckiego spółka CPK została dofinansowana kwotą 300 mln zł, co jest efektem objęcia nowych udziałów przez Skarb Państwa. Rząd uznał CPK nie tylko za projekt strategiczny dla rozwoju Polski, ale także za opłacalną inwestycję. Według raportu PwC z kwietnia br., polski rynek lotniczy ma jeden z największych potencjałów wzrostu w całej Europie, a budowa hubu pod Warszawą jest uzasadniona m.in. prognozami ruchu i zakładaną stopą zwrotu. Według opracowania Baker McKenzie i Polityki Insight z maja br., powstanie CPK może przynieść Polsce od 4 do 7 proc. wzrostu PKB.

DB Energy SA – wyniki finansowe za rok obrotowy 2018-2019

Rekordowy poziom przychodów przy trzycyfrowych wzrostach sprzedaży, zyski w górę zgodnie z założeniami, portfel zleceń o wartości 10 mln zł do realizacji w 2019/2020.

W mln zł 01.04.2019-30.06.2019 01.04.2018-30.06.2018 Zmiana % 2018/2019 2017/2018 Zmiana %
Przychody ze sprzedaży 8,19 0,55 1389% 16,54 5,05 228%
EBIT 0,39 (0,47) 1,32 0,85 55%
Marża EBIT 4,8%   8% 16,9%  
EBITDA 0,43 (0,43) 1,47 0,98 50%
Marża EBITDA 5,3%   8,9% 19,4%  
Zysk netto 0,32 (0,47) 0,97 0,64 51%

 

Rok obrotowy trwa od 1 lipca 2018 do 30 czerwca 2019, wstępne wyniki

Na koniec roku obrotowego 2018/2019 DB Energy osiągnęła rekordowy poziom przychodów przy trzycyfrowych wzrostach sprzedaży. Skokowy wzrost skali biznesu jest efektem realizacji coraz większej liczby projektów inwestycyjnych z obszaru efektywności energetycznej. Rośnie portfel projektów na kolejny rok, co jest dobrym prognostykiem dla wyników w najbliższych kwartałach, podsumowuje Krzysztof Piontek, Prezes DB Energy SA.

Rekordowy poziom przychodów przy trzycyfrowym wzroście sprzedaży rdr

W IV kw. 2018/2019 r. sprzedaż DB Energy wyniosła 8,19 mln zł wobec 549 tys. zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Narastająco w roku obrotowym 2018/2019 sprzedaż osiągnęła poziom 16,54 mln zł, tj. wzrost o 228% rdr. W omawianym okresie spółka zrealizowała projekt dla Ciech Soda Polska o wartości blisko 10,2 mln zł. W strukturze sprzedaży spółki 68% udziału stanowiły projekty inwestycyjne, w tym w modelu ESCO (Energy Saving Contract – finansowanie długoterminowe), 21% udziału stanowiły natomiast Audyty EEA i pozyskiwanie Białych Certyfikatów.

Zgodnie z przyjętym modelem działalności spółka realizuje coraz więcej projektów inwestycyjnych, co przekłada się na wzrost obrotów przy jednoczesnym stabilizowaniu poziomu rentowności. DB Energy wyszukuje projekty inwestycyjne o wartości od 2 mln do 20 mln zł, o średniej wewnętrznej stopie zwrotu na poziomie nie mniejszym niż 30%. Ze względu na współpracę z renomowanymi podmiotami finansującymi, spółka ma możliwość pozyskania refinansowania gotowych projektów oraz dysponuje wiedzą w zakresie oczekiwanych przez klientów inwestycji i ich okresów zwrotu, wartości, a także sposobu obsługi procesu realizacji. Obecnie spółka ma rozpoznane projekty o wartości ponad 300 mln zł.

W ciągu trzech lat przewiduje się realizację projektów o wartości ok. 30 mln zł. W lipcu br. DB Energy podpisała wstępne porozumienie z międzynarodową instytucją finansową ws. finansowania projektów w modelu ESCO. Porozumienie umożliwi finansowanie projektów o łącznej wartości co najmiej 15 mln euro w ciągu dwóch lat. Na potrzeby tej współpracy spółka zidentyfikowała 30 projektów inwestycyjnych o szacowanej wartości blisko 40 mln euro.

W ciągu 10 lat działalności firma przeprowadziła ponad 1000 audytów efektywności energetycznej generując projekty o wartości ponad 2,4 mld zł, co przełożyło się na redukcję zużycia energii przekraczającą 3,9 TWh i dało rocznie ok. 708 mln zł oszczędności klientom. Spółka złożyła łącznie wnioski na Białe Certyfikaty o wartości ponad 450 mln zł, z czego już ok. 200 mln zł zostało przyznane klientom (tj. 37% całego rynku za lata 2017/2018). Mając na względzie fakt, że dla części klientów usługi związane z pozyskaniem Białych Certyfikatów rozliczane są w oparciu o tzw. success fee (ponad 100 umów), część przychodów spółki została odroczona do czasu przydziału lub sprzedaży (w zależności od warunków umownych) Białych Certyfikatów. Przedłużenie ważności Białych Certyfikatów (kontraktów PMEF) będzie mieć istotny pozytywny wpływ na wyniki finansowe w kolejnych okresach obrachunkowych.

Zyski w górę zgodnie z założeniami

EBITDA spółki w IV kw. 2018/2019 r. wyniosła 431,8 tys. zł, w porównaniu do 432,7 tys. straty w IV kw. 2017/2018. W całym 2018/2019 r. EBITDA ukształtowała się na poziomie 1,47 mln zł, tj. 50% więcej rdr. Marża EBITDA narastająco na koniec 2018/2019 r. wyniosła 8,9%.

W IV kw. 2018/2019 r. spółka odnotowała 393,8 tys. zł zysku operacyjnego, wobec 476,9 tys. zł straty w analogicznym okresie 2017/2018 r. Narastająco w 2018/2019 r. DB Energy osiągnęła zysk operacyjny w wysokości 1,32 mln zł, co oznacza wzrost o 55% rdr.

Koszty operacyjne w całym 2018/2019 r. wyniosły 15,45 mln zł wobec 4,09 mln zł w 2017/2018 r. Jest to głównie pochodna wzrostu kosztów usług obcych (i.a. koszty podwykonawców w projekcie Ciech) do poziomu 10,6 mln zł, tj. 562% rdr, w związku ze zmianą modelu działania na inwestycyjny.

Zysk netto na koniec 2018/2019 r. wyniósł 968,2 tys. zł, tj. 51% wzrostu rdr. Wyniki spółki są zgodne z założeniami i wynikają ze zmiany modelu działalności z doradczej na inwestycyjną.

Na koniec okresu spółka dysponowała gotówką w kwocie 2,56 mln zł, tj. 7% spadku rdr. To również efekt zaangażowania w model inwestycyjny – w całym roku spółka wydatkowała na poziomie operacyjnym 4,4 mln zł. W skali całego roku obrotowego znaczne zwiększenie wydatków operacyjnych zostało pokryte przepływami finansowymi, których głównym źródłem była emisja akcji serii C, z której spółka pozyskała 3,25 mln zł.

Perspektywy dalszych wzrostów w 2019/2020 r.

Na koniec IV kw. 2018/2019 r. spółka miała w portfelu 5 projektów o łącznej wartości 10 mln zł do realizacji na 2019/2020 r. Spóka zawarła aneks rozszerzający zakres realizacji przedsięwzięć służących poprawie efektywności energetycznej w firmie Simoldes Plasticos Polska sp. z o.o.  na szacunkową kwotę ok. 2 mln zł oraz podpisała umowę z Zakładami Górniczo-Hutniczymi „Bolesław” SA z siedzibą w Bukownie, której przedmiotem jest kompleksowa realizacja projektu dotyczącego instalacji odzysku ciepła odpadowego oraz instalacji do przekazania i zagospodarowania ciepła. Wartość umowy to ponad 3,36 mln zł, a przewidywany termin zakończenia realizacji projektu przypada na 21 stycznia 2020 r.

Strategia rozwoju z potencjałem zysków za granicą, diagsys do komercjalizacji

Celem strategicznym spółki jest rozwój w obszarze audytów efektywności energetycznej w Polsce, dywersyfikacja portfela usług i produktów, ze szczególnym uwzględnieniem usług ESCO i usługi diagnostyki napędów oraz rozwój eksportu wraz ze stabilnym wzrostem jego udziału w strukturze przychodów spółki. W marcu br. spółka przeprowadziła ofertę prywatną akcji i pozyskała 3,26 mln zł. Środki z oferty zostały przeznaczone na rozwój usług w modelu ESCO (2 mln zł), utworzenie i rozwój spółki w Niemczech (0,75 mln zł) oraz komercjalizację projektu DiagSys – przeznaczonego do diagnostyki uszkodzeń i stanu pracy silników elektrycznych (0,5 mln zł).

W kolejnym roku Zarząd planuje rozwój sprzedaży zagranicznej, głównie na rynku Europy Zachodniej, w tym w szczególności w Niemczech, gdzie w br. została utworzona spółka Willbee Energy GmbH. Spółka ma zidentyfikowane grono potencjalnych klientów, do których rozpoczęła już ofertowanie. Zarząd ma nadzieję na realizację pierwszych projektów już na początku nowego roku obrotowego. Spółka zamierza wykorzystać istniejącą szeroką bazę klientów, firm o kapitale zagranicznym do rozszerzenia działalności audytowej poza granice Polski. Rozwój zagraniczny może pozwolić na uzyskanie wyższej marży na projekcie. Celem strategicznym jest dynamiczny wzrost przychodów z eksportu w strukturze sprzedaży.

W II poł. 2020 r. spółka planuje zakończenie projektu B+R DiagSys i jego komercjalizację wykorzystując partnerską sieć sprzedaży w ponad 60 krajach na świecie. Na koniec czerwca 2019 r. Zarząd szacuje zaawansowanie projektu na ok. 60%. Projekt B+R, realizowany w ramach INDUSTRY 4.0, obejmuje opracowanie systemu, który umożliwi tańsze i szybsze, zdalne i bezobsługowe wykrywanie zmian uszkodzeniowych w pracy napędów elektrycznych (w tym zużycia elementów eksploatacyjnych, awarii mechanicznych i elektrycznych, nieprawidłowości procesowych oraz przeciążeń), co może przyczyniać się do ograniczenia zużycia energii maszyn procesowych aż o 7,5%. W połączeniu z rozwiązaniami IT z obszaru BIG DATA, system zapewni monitoring procesów przemysłowych, niezbędny do zarządzania inteligentną fabryką.

Trzy czwarte firm wraca z chmury publicznej do prywatnej

To, jak rozwijała się infrastruktura chmur obliczeniowych w ciągu ostatnich 15 lat, jest jednym z fenomenów i najważniejszych w historii przykładów konwergencji rozwiązań obliczeniowych i komunikacyjnych. Dzięki tego typu platformom przedsiębiorstwom zapewniona została niespotykana wcześniej możliwość szybkiego rozwoju oraz podążająca za nim nieblokowana niczym skalowalność zasobów IT, z których mogą korzystać. Natychmiastowy dostęp do informacji wpłynął też na przekształcenie naszej globalnej gospodarki, podobnie jak smartfony i urządzenia IoT.

Postęp związany z tą jedną z najbardziej unikalnych zmian technologicznych w historii nie jest jednak wolny od wątpliwości użytkowników rozwiązań chmurowych. Z ankiety, przeprowadzonej niedawno przez agencję IHS Markit na zlecenie Fortinet, wynika, że menedżerowie cały czas szukają najlepszej oferty zasobów IT w chmurze, a także próbują modyfikować swoje modele biznesowe w celu dostosowania ich do nowych realiów.

Spośród 350 ankietowanych firm, aż 74% dokonało migracji aplikacji do chmury publicznej, a następnie – z różnych powodów i okoliczności – zdecydowało się przenieść ją z powrotem do infrastruktury lokalnej lub prywatnej chmury. Nie oznacza to jednak, że całkowicie zrezygnowali z wdrożenia w infrastrukturze firmy trzeciej.

Dla przykładu, 40% respondentów zauważyło, że w niektórych przypadkach wdrożenia w chmurze, które trafiły z powrotem do lokalnej infrastruktury, miały charakter tymczasowych. Może to wynikać z różnych czynników, takich jak potrzeba przeprowadzenia chwilowej migracji środowiska IT w związku z przejęciem firmy lub jej połączeniem z inną. Istnieje jednak wiele innych wskazywanych przyczyn, jak obawy dotyczące bezpieczeństwa, konieczność zmiany modelu zarządzania kosztami, niska lub nieprzewidywalna wydajność zasobów w chmurze, zmieniające się przepisy, konieczność opracowywania nowych aplikacji i zmian w już użytkowanych.

Niezależnie od planów bądź gotów na zmiany

Jedną z kluczowych cech środowisk chmurowych jest to, że cały czas obserwujemy przepływanie danych między nimi. Ich transfer następuje nie tylko między centrum danych przedsiębiorstwa i chmurą publiczną, ale także między różnymi chmurami publicznymi. Powstają w ten sposób środowiska wielochmurowe, z którymi firmy także muszą nauczyć się sobie radzić. Dotyczy to nie tylko użytkowników, ale też dostawców usług czy twórców aplikacji i ich integratorów. Zarządzanie i bezpieczeństwo – to dwa aspekty, o których nie można zapominać przy podejmowaniu decyzji o migracji do kilku środowisk chmurowych.

Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet
Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet

Aby efektywnie korzystać z najlepszych rozwiązań chmurowych, przedsiębiorstwa muszą upewnić się, że stosowane przez nich narzędzia i technologie zapewniają spójne możliwości, zdolność do automatyzacji operacji i scentralizowane zarządzanie w różnych środowiskach – podkreśla Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet w Polsce. – To oznacza, że narzędzia te ​​powinny móc działać w różnych chmurach publicznych, ale także prywatnych i w lokalnych sieciach fizycznych. Tradycyjnie największym wyzwaniem będzie zapewnienie bezpieczeństwa, z przenoszeniem aplikacji i zapewnianiem usług DevOps branża IT nauczyła się już sobie radzić.

Obowiązkowy split payment

Rząd planuje od września 2019 r. wprowadzić obowiązkowy mechanizm podzielonej płatności (ang. split payment) w niektórych transakcjach. Mechanizm podzielonej płatności funkcjonuje w Polsce od lipca 2018 r. jako dobrowolna metoda regulowania płatności. Zakłada on, że płatności VAT wynikające z wystawianych faktur sprzedaży będą dokonywane na specjalnie wyodrębniony rachunek bankowy, a możliwości dysponowania nimi będą ograniczone. Do tej pory mechanizm działał na zasadzie dobrowolności, tzn. nabywca mógł zdecydować, czy chce płacić w mechanizmie podzielonej płatności, czy nie. Ministerstwo Finansów dostrzegło jednak lukę polegającą na stosunkowo niewielkim wykorzystaniu przez podatników tej metody płatności. Projekt nowych regulacji jest kolejnym krokiem w kierunku wprowadzenia obowiązkowego split paymentu we wszystkich transakcjach. Zmiany przygotowane przez rząd mają charakter kompleksowy, dlatego warto już dziś skontaktować się z doradcą podatkowym, żeby sprawdzić, jak wpłyną one na działalność gospodarczą.

Likwidacja odwrotnego obciążenia

Głównym celem projektowanych zmian jest zastąpienie obowiązującego obecnie szczególnego rozwiązania rozliczania podatku VAT, czyli odwrotnego obciążenia, stosowanym obligatoryjnie mechanizmem podzielonej płatności. To dobra wiadomość dla podwykonawców robót budowlanych, bo nie będą musieli występować ciągle o zwroty VAT za zakupy materiałów budowlanych. Ogranicza się w ten sposób w znacznym stopniu konieczność częstego ubiegania się o zwrot podatku z urzędu skarbowego poprzez dokonywanie tradycyjnego rozliczania i naliczania podatku VAT.

Podobne ułatwienie dotyczyć będzie także innych przedsiębiorców nabywających towary lub usługi zgodnie ze stawką krajową, a dokonujących sprzedaży w odwrotnym obciążeniu (jak np. sprzedawcy elektroniki). Obecnie występują oni o zwrot podatku naliczonego, gdyż nie wykazują VAT należnego. Sytuacja ta ma się zmienić po wejściu w życie nowych regulacji.

Próg 15 tys. złotych

Zgodnie z projektowanymi regulacjami obligatoryjnym stosowaniem mechanizmu podzielonej płatności zostaną objęte towary lub usługi udokumentowane fakturami, których wartość brutto przekracza 15 tys. zł lub równowartość tej kwoty, gdzie wykazano transakcje w zakresie towarów lub usług wymienionych w dodawanym załączniku nr 15. Warto podkreślić, że kwota ta będzie skorelowana z kwotą obowiązkowych płatności przelewem bankowym zgodnie z ustawą z dnia 6 marca 2018 r. – Prawo przedsiębiorców.

Zgodnie z powyższym faktury opiewające na kwoty poniżej 15 tys. zł będą podlegały natomiast rozliczaniu na ogólnych zasadach. W zakresie takich transakcji nabywca może jednak zastosować mechanizm podzielonej płatności na zasadzie dobrowolności.

Modyfikacja w zakresie solidarnej odpowiedzialności

Zmianie ulegną także przesłanki, których spełnienie wyłącza zastosowanie odpowiedzialności solidarnej. W celu uwolnienia się od odpowiedzialności solidarnej wystarczy między innymi skorzystać z dobrowolnego mechanizmu podzielonej płatności. Jest to jedna z korzyści, jaką przedsiębiorcy są motywowani do stosowania mechanizmu podzielonej płatności.

Obowiązkowa informacja na fakturze

W projekcie proponuje się dodanie do katalogu informacji, jakie powinna zawierać faktura, specjalnego oznaczenia w postaci zapisu „mechanizm podzielonej płatności”. Obowiązek zamieszczenia tej informacji będzie dotyczył wyłącznie faktur, w których wartość brutto przekracza 15 tys. zł lub równowartość tej kwoty i faktura taka dokumentuje nabycie towarów lub usług wymienione w dodawanym do ustawy załączniku nr 15. Oznacza to, że nawet w sytuacji, gdy faktura taka zawiera jedną pozycję objętą zakresem wskazanym w załączniku nr 15, podatnik będzie miał obowiązek zamieszczenia na tej fakturze informacji „mechanizm podzielonej płatności”. Nie ma przy tym znaczenia, że wartość towarów lub usług objętych załącznikiem nr 15, wykazanych na danej fakturze, jest niższa niż 15 tys. zł.

Brak informacji na fakturze będzie obarczony sankcją w wysokości 30% kwoty podatku wykazanego na fakturze. Sankcja ta będzie naliczana proporcjonalnie do wartości objętej mechanizmem podzielonej płatności. Sankcja nie będzie dotyczyła transakcji, gdy sprzedawca mimo braku informacji na fakturze otrzyma płatność w split paymencie. Zatem niezbędne jest wdrożenie odpowiednich procesów wystawiania faktury, tak aby na fakturze zawarte zostały wszystkie informacje, a jeżeli ich nie będzie, należy posiadać proces „naprawczy”.

Zaliczki a split payment

Projektowane regulacje przewidują także możliwość płatności zaliczek poprzez split payment. Rozwiązanie to funkcjonowało do tej pory, jednak nie miało podstawy w ustawie. W przypadku zapłaty zaliczki w podzielonej płatności podatnik powinien być w stanie udowodnić, że płacona przez niego zaliczka dotyczy konkretnej faktury.

Płatność split payment za więcej niż jedną fakturę

Nowe regulacje przewidują także możliwość dokonywania jednym komunikatem przelewu zapłaty za więcej niż jedną fakturę. W takim przypadku komunikat przelewu musi obejmować wszystkie faktury wystawione dla podatnika w danym okresie od jednego dostawcy i zawierać całą kwotę podatku VAT wykazanego na tych fakturach. Okres ten nie może być krótszy niż jeden dzień i dłuższy niż jeden miesiąc kalendarzowy.

Płatność innych zobowiązań publiczno-prawnych

Uproszczenie przewidziane w nowych przepisach polega na tym, że środki z rachunku VAT podatnik będzie mógł przeznaczyć nie tylko na zapłatę zobowiązania w podatku VAT (tak jak to ma miejsce obecnie), ale również na zapłatę podatku dochodowego od osób prawnych, podatku dochodowego od osób fizycznych, podatku akcyzowego, należności celnych oraz składek ZUS.

Podsumowanie

Z powyższej analizy wynika, że zmiany mają kompleksowy charakter i mogą wpłynąć na wielu przedsiębiorców, w szczególności tych dokonujących transakcji w ramach odwrotnego obciążenia. Dodatkowo dochodzi jeszcze ograniczenie w zaliczeniu do kosztów podatkowych płatności niedokonanych w split paymencie mimo obowiązku. Wpływ zmian powinien być każdorazowo indywidualnie przeanalizowany u przedsiębiorcy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Jak lojalny jest polski klient?

Dostawcy są przekonani, że klienci poszukują nowych możliwości mniej więcej w 50% przypadków. Tymczasem nabywcy deklarują, że sprawdzają inne oferty zdecydowanie częściej. To błędne przeświadczenie o lojalności klientów prowadzi do zaniedbywania bieżących relacji przez sprzedawców i zwiększenia poziomu rotacji konsumentów. Ich zdaniem głównymi motywacjami do zmiany dostawcy są: lepsze rozwiązania konkurencji (78%) oraz większa aktywność i zaangażowanie nowego dostawcy (77% wskazań) – wynika z raportu „Co się naprawdę liczy w sprzedaży B2B”. Eksperci podkreślają, że nadmiernej migracji klientów da się zapobiec m.in. dzięki budowaniu zaangażowania, partnerskiej relacji oraz docenianiu lojalności.

Firmy w Polsce są przekonane, że tylko około połowa klientów zadowolonych z bieżącej współpracy porównuje oferty i jest skłonna przenosić się do konkurencji. A tym samym pozostaje pokaźna grupa wiernych nabywców, o których nie trzeba się starać, bo i tak będą korzystać z usług sprawdzonego dostawcy. Tymczasem ze wskazań samych klientów wynika, że w pełni lojalnych konsumentów jest zdecydowanie mniej, niż wydaje się przedsiębiorcom. Rodzimi nabywcy nie przywiązują się do konkretnej marki. Nie liczy się dla nich nazwa, lecz zakres usług, proaktywne podejście i wartości, które stoją za działalnością danej firmy. Bierność dostawców, wynikająca z przeświadczenia o posiadaniu znacznego grona stałych odbiorców, pogłębia jedynie problem ich rotacji – mówi Michał Kot, New Business Director z Grupy IQS.

Zadowolony klient nadal wymaga atencji

Bezpośrednio po dokonaniu zakupu klient staje się bardziej czujny, obserwuje i szuka potwierdzenia, że dokonał właściwego wyboru. Aby dostarczyć mu wartość długoterminową – utrzymać satysfakcję z faktu posiadania, nie samego zakupu, należy stale trzymać rękę na pulsie i wykazywać zainteresowanie potrzebami nabywcy.

W innym wypadku nawet klienci zadowoleni z zakupu za jakiś czas będą rozglądać się za alternatywnymi możliwościami, co otwiera szansę dla konkurencji na ich przechwycenie. Nabywcy najczęściej decydują się na wybór nowego dostawcy z kilku powodów. Najważniejsze są dwa z nich: nowy dostawca proponuje lepsze rozwiązanie (78% wskazań) oraz jest bardziej aktywny i zaangażowany (77% wskazań). Jak widać kluczem jest proaktywna postawa wobec nabywców, tymczasem duża część sprzedawców nadal uważa, że decydującym czynnikiem jest lepsza cena.

Bierność się nie opłaca

Niezrozumienie przez sprzedawców potrzeb drugiej strony w prostej linii prowadzi do niezadowolenia. A w badaniu „Co się naprawdę liczy w sprzedaży B2B”, aż 28% nabywców zadeklarowało, że zmienia dostawcę zawsze, gdy nie są usatysfakcjonowani jakością współpracy. Momentem krytycznym jest także podniesienie cen (zawsze dla 27% klientów), co dostrzega zaledwie 12% dostawców.

Jak wskazuje ekspert Livespace, aby zapobiec nadmiernej migracji klientów należy trzymać się 3 złotych zasad: być proaktywnym, okazując nabywcy nie mniejsze zainteresowanie niż podczas jego pozyskiwania. Budować dwustronne zaufanie i partnerską relację, poprzez angażowanie klienta w śledzenie zmian w firmie lub produkcie. A także na bieżąco badać satysfakcję oraz potrzeby, aby móc odpowiednio reagować i utrzymywać wysoki poziom zadowolenia. Zarówno w pozyskiwaniu, jak i utrzymaniu klienta niezbędne są odpowiednie narzędzia typu CRM, które umożliwiają gromadzenie wiedzy na temat klienta, jego potrzeb oraz wszelkich kontaktów z firmą.

Łatwiej jest aktywizować klienta, który jest z nami, niż odzyskać zniechęconego lub utraconego. Koszt utrzymania nabywcy w stosunku do kosztu pozyskania zupełnie nowego jest zdecydowanie niższy, a przy tym otwiera możliwości do bycia poleconym dalej jako firma, która dba o klienta. Zadowolony klient to najlepszy ambasador marki. Dlatego warto zadbać o jego potrzeby, wyjść im naprzeciw i w ten sposób wyróżnić się spośród innych dostawców. Niby proste, ale wciąż niewiele przedsiębiorstw to podejście stosuje w praktyce. Zdaniem konsumentów, zaledwie 3% firm wyróżnia się doskonale na tle konkurencji – podsumowuje Łukasz Kupiec, Head of Customer Success w Livespace.

***

Metodologia – badanie „Co się naprawdę liczy w sprzedaży B2B” zostało przeprowadzone na grupie 308 firm, z czego 184 stanowiły firmy dostawców, a 124 – nabywców. W grupie dostawców dominowali mężczyźni (67%). Przedstawiciele tej płci przeważali także wśród nabywców (55%). Wiek badanych wyniósł od 25 do 55 lat. W badaniu uczestniczyły firmy różnej wielkości – od 50 do ponad 1000 osób, zarówno po stronie nabywców, jak i dostawców. Badanie zleciła grupa firm sprzedażowych – Infoteam Sales Process Consulting AG, we współpracy z Livespace, Wydawnictwem Explanator oraz Grupą IQS.

Trudny rok dla polskiego eksportu

Wg najnowszych danych GUS, w pierwszym półroczu 2019 r. polski eksport liczony w euro zanotował wzrost o 4,3% r/r. Jak zauważają eksperci międzynarodowej instytucji płatniczej AKCENTA, to wciąż dobry wynik w obliczu coraz bardziej widocznego spowolnienia gospodarczego w Europie, a przede wszystkim u naszego głównego partnera handlowego, Niemiec. – Poniekąd spadek popytu zza zachodniej granicy widać już w danych, ale eksporterzy rekompensują to sobie częściowo na innych, pozaunijnych kierunkach – wskazuje Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału AKCENTY.

W pierwszym półroczu 2019 r. wartość polskiej sprzedaży zagranicznej towarów wyniosła 115,2 mld euro. To o 7,6 mld euro więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. W 2019 r. wywóz notuje jednak niższą dynamikę. W pierwszej połowie 2018 r. rósł on bowiem w tempie 5,7% r/r, a w roku obecnym 4,3% r/r. Natomiast jeszcze w okresie styczeń-maj br. eksport wykazywał znacznie wyższą dynamikę (6,6% r/r). – Spowolnienia dynamiki wzrostu polskiego eksportu w 2019 r. spodziewano się już od dawna. Głównie z powodu pogarszającej się koniunktury zewnętrznej. Do tego cały czas aktualne pozostaje zagrożenie twardym Brexitem i globalną wojną handlową. Mimo tych niesprzyjających okoliczności eksporterzy potrafili utrzymać rosnący poziom sprzedaży – analizuje szef AKCENTY w Polsce.

Spada udział Niemiec

Największe obawy w kontekście osłabienia koniunktury wywołuje obecnie spowolnienie gospodarcze w Niemczech, które są najważniejszym partnerem handlowym i odbiorcą polskiej sprzedaży zagranicznej. Wg danych GUS eksport na niemiecki rynek w pierwszej połowie br. wzrósł tylko o 1,7% r/r. To jeden z najniższych wyników wśród krajów pierwszej dziesiątki odbiorców towarów z Polski. W porównaniu z pierwszym półroczem 2018 r. mniejszy jest także udział tego kierunku (spadek z 28% do 27,3%). Spore wyhamowanie dynamiki wywozu, do zaledwie 0,4% r/r, odnotowano również w przypadku rynku czeskiego. – Republika Czeska jest jeszcze mocniej niż Polska powiązana gospodarczo z Niemcami. Kraj ten na rynek niemiecki wysyła blisko 1/3 całego swojego eksportu. Słabsza koniunktura w Niemczech odbija się na gospodarkach ważnych odbiorców polskiego eksportu. Jego skutki polski biznes odczuwa więc także pośrednio – zauważa Radosław Jarema.

Eksport spogląda na pozaunijne rynki

Polscy eksporterzy dostrzegają ryzyko, jakie wiąże się z uzależnieniem od koniunktury w UE i coraz mocniej rozwijają sprzedaż poza jej granicami. Najbardziej znaczącymi kierunkami są pod tym względem USA i Rosja. Wartość wywozu do Stanów Zjednoczonych rośnie najszybciej wśród całej dziesiatki najważniejszych odbiorców towarów z Polski – w pierwszym półroczu br. w tempie 15,5% r/r. To prawie dwukrotnie wyższa dynamika niż w pierwszym półroczu 2018 r. W przypadku Rosji również widać wysokie przyrosty (7,7% r/r). Częściowo to właśnie wzrost eksportu na tych kierunkach rekompensuje słabszy popyt z Niemiec i Czech. To przykład tego jak ważna jest dywersyfikacja rynków zbytu, wskazują w swojej analizie eksperci AKCENTY.

Internet inteligentniejszych rzeczy

Dane z raportu Allied Market Research mówią wprost – Internet Rzeczy to przyszłość przemysłu. Z roku na rok, przybywać będzie maszyn, które same będą komunikować się ze sobą. Rosnąca liczba smart urządzeń sprawia, że za 4 lata wartość rynku Przemysłowego Internetu Rzeczy (IIoT), wyniesie blisko 200 mld dolarów. To niemal 50 mld dolarów więcej niż jego obecna wartość.

Według autorów raportu Factories of the Future w 2025 roku na całym świecie działać będzie ponad 75 miliardów podłączonych urządzeń, z których większość znajdzie zastosowanie w sektorze wytwórczym. Firmy produkcyjne wydawać będą coraz większe kwoty na urządzenia i maszyny, które będą ze sobą połączone. Z danych opublikowanych przez analityków z Allied Market Research wynika, że w ciągu zaledwie 4 lat rynek urośnie o 1/3 i będzie wart 196,8 mld dolarów.

Sama maszyna to nie wszystko!

Głównym czynnikiem wpływającymi na szybki rozwój Przemysłowego Internetu Rzeczy
w sektorze wytwórczym będzie postępująca kontrola wszystkich składowych procesu produkcji, która ma wpływać na wzrost wydajności.

Proces ten już się rozpoczął, ale jesteśmy na początku jego drogi. Pierwszym etapem była i nadal jest gruntowna informatyzacja przemysłu, która opiera się na systemach klasy ERP. To właśnie to rozwiązanie informatyczne pozwala przedsiębiorstwu wdrażać nowe technologie, które usprawnią działanie organizacji i przygotują ją na nadchodzące zmiany. – mówi Lucjan Giza Dyrektor ds. Rozwoju w BPSC i dodaje – Ten etap ma za sobą tylko część firm. W Polskich warunkach to odpowiednio: co druga (54%) średnia firma i 80% dużych przedsiębiorstw. – kończy ekspert z firmy dostarczającej rozwiązania IT dla biznesu.

Czy faktycznie jesteśmy na początku drogi prowadzącej do automatycznych fabryk, o której mówi ekspert z BPSC? Najlepiej w tym przypadku polegać na liczbach, które są niezaprzeczalnie obiektywne. McKinsey zapytał menagerów w firmach przemysłowych, czy po wdrożeniu rozwiązań IoT zauważyli zmianę. 60% stwierdziło, że tak i obecnie mają lepszy wgląd w to, co dzieje się w ich firmie. Jednocześnie ponad połowa tej grupy (54%) deklaruje, że wykorzystuje zaledwie dziesiątą część informacji (10%) pochodzącą z maszyn. Oznacza to, że aż 90% danych jest marnotrawionych.

W czym tkwi problem? W znikomym wykorzystaniu sztucznej inteligencji (SI). Ze wspomnianego już wcześniej raportu Factories of the Future dowiadujemy się, że mniej niż jeden na dziesięciu (8%) producentów przemysłowych wykorzystuje w swoim zakładzie technologię opartą na sztucznej inteligencji. Jednak jak wynika z deklaracji kadry kierowniczej biorącej udział w badaniu, do 2020 roku co druga firma z sektora przemysłowego (50%) wdroży rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji.

– Motorem napędowym inwestycji w SI będzie rosnąca ilość danych, z którymi mamy obecnie do czynienia w sektorze produkcyjnym. Zawansowana automatyka przemysłowa, czujniki i sensory w maszynach zbierają ogromne ilości informacji. Te dane są, jak diamenty, które dopiero po oczyszczeniu i obróbce jubilerskiej – staną się bezcennymi brylantami, otaczając blaskiem swojego posiadacza. Odpowiednikiem jubilera jest sztuczna inteligencja. To „ona” pomoże sektorowi produkcyjnemu poradzić sobie z wartkim strumieniem informacji. – kontynuuje Lucjan Giza z BPSC.

Zwrot z awarii

Sztuczna inteligencja jest również niezwykle przydatna do prowadzania konserwacji maszyn i urządzeń. Używając czujników do śledzenia wydajności i warunków produkcji, maszyny same mogą nauczyć się przewidywać awarie i podejmować działania prewencyjne lub naprawcze. Wyeliminowanie przestojów bardzo się opłaca. Specjaliści z Wall Street Journal wyliczyli, że nieplanowane przerwy w pracy kosztują globalny sektor produkcyjny około 50 mld dolarów rocznie, a awaria aktywów jest przyczyną 42% przestojów. Dzięki SI rutynowe kontrole są szybsze i dokładniejsze. Wyeliminowany jest również wymóg kontroli jakości, prowadzony w trakcie procesu przez ludzi, co jest czasochłonne i często obarczone błędem.

Jakość 4.0

Jeżeli w świecie odzieżowym rządzi dziś zjawisko szybkiej mody, to w przemyśle możemy mówić o szybkiej produkcji. Coraz krótsze terminy wprowadzania wyrobów na rynek oraz wzrost ich złożoności sprawia, że przedsiębiorstwom produkcyjnym coraz trudniej jest utrzymać wysoki poziom jakości przy zachowaniu zadowalającej marżowości oraz przestrzeganiu zmieniających się przepisów i norm. Z drugiej strony, klienci oczekują produktów bezbłędnych. Wykorzystanie algorytmów SI, które powiadamiać będą zespoły produkcyjne o pojawiających się anomaliach produkcyjnych jest skutecznym panaceum na problemy z utrzymaniem wysokiej jakości produktu przy minimalizacji kosztów jego wytworzenia.

Internet Inteligentniejszych Rzeczy

Epoka Internetu Rzeczy i sztucznej inteligencji na dobre zmieni istniejący krajobraz przemysłu. Ponieważ automatyzacja i pogłębiona analiza idą w parze. Sztuczna inteligencja sprawia, że aplikacje IoT wykorzystują swój pełny potencjał. Możemy zaryzykować stwierdzenie, że wykorzystanie obu technologii w przedsiębiorstwie produkcyjnym kreuje nową technologię internetu inteligentniejszych rzeczy.

Co warto wiedzieć biorąc kredyt hipoteczny na budowę domu

budowa domu - Co warto wiedzieć biorąc kredyt hipoteczny na budowę domuZakup nowego domu czy… budowa od zera? Każda z tych opcji ma swoje plusy i minusy. Podczas, gdy kupno nieruchomości od dewelopera czy z rynku wtórnego wiąże się z oszczędnością czasu, to właśnie budowa domu daje elastyczność i możliwość dowolnej aranżacji, jednak łączy się z nią sporo formalności i wątpliwości.

Jeśli jesteśmy już szczęśliwymi posiadaczami działki, potrzebujemy kredytu “jedynie” na budowę samego domu. Jednak, jeżeli nie posiadamy żadnego terenu, na którym możemy postawić dom, musimy sfinansować także ten aspekt, co zdecydowanie wpływa na ostateczną wysokość zobowiązania. Czy to jedyna kwestia, którą trzeba wziąć pod uwagę? Lista, niestety, jest znacznie dłuższa, a dopilnowanie wszystkich jej punktów może być czasochłonne i pracochłonne. Z pomocą przychodzi osoba doradcy kredytowego, która ma za sobą kilkaset procedur kredytowych dla klientów, dysponuje zatem odpowiednim doświadczeniem i wiedzą, z której zdecydowanie warto skorzystać przy rozważaniu kredytu hipotecznego na budowę domu.

Kwota kredytu

Przy budowie domu dobranie kwoty kredytu jest nieco cięższe niż przy kupnie mieszkania. W tym drugim przypadku należy wziąć pod uwagę jedynie cenę nieruchomości plus nawiązkę na ewentualny remont czy wykończenie. Skalkulowanie całego kosztu budowy domu na starcie bywa problematyczne, ponieważ bardzo często pojawiają się niespodziewane koszty lub dynamiczne zmiany cen materiałów lub stawek specjalistów budowlanych. Ciężko jest przewidzieć końcową kwotę, dlatego zaleca się, by kwota kredytu była przynajmniej o 10% wyższa od tej, która wyszła nam w wyliczeniach. Jeśli pieniędzy zabraknie, zacznie się robić nieciekawie. Teoretycznie można w trakcie spłacania wnioskować o wyższą kwotę kredytu, jednak wiąże się to z ogromem formalności i nie zawsze bank godzi się na takie rozwiązanie. Lepiej chuchać na zimne.

Razem czy oddzielnie?

Ten problem nie występuje, kiedy jesteśmy już właścicielami działki budowlanej. Jeśli jednak sytuacja wygląda inaczej, musimy ją kupić. Ten zakup może zostać objęty przez kredyt hipoteczny lub możesz wybrać rozwiązanie dwóch odrębnych kredytów. Jak jest najlepiej? Jeden kredyt to minimum formalności. Przyznawanie kredytu to i tak długie tygodnie pełne wycieczek do oddziałów banku, zatem wybierając jedno zobowiązanie finansowe, oszczędzamy mnóstwo czasu i nerwów. Z drugiej jednak strony, kupując najpierw działkę i dopiero po jakimś czasie decydując się na budowę domu, zyskujemy czas na przemyślenie tego, jak ten dom ma wyglądać – w przypadku jednego kredytu bank musi od razu dostać od nas kosztorys budowy i projekt domu.

Który bank wybrać?

Jeśli znamy kwotę kredytu, kamień milowy za nami. Aby mieć pewność, że otrzymamy najlepszą ofertę i rozwiązanie najbardziej dopasowane do naszych możliwości, warto rozważyć konsultacje z doradcą finansowym. Sprawdzony doradca nie tylko dobierze odpowiednie oferty na podstawie wywiadu z klientem, ale i pomoże w formalnościach oraz wnioskowaniu. Dzięki swojej wiedzy i doświadczeniu, służy poradą dotyczącą wyboru banku, wymagań i dokumentacji. Rola doradcy nie kończy się w momencie złożenia podpisu w banku – doradca zostaje z klientem po uruchomieniu kredytu, pozostając do dyspozycji w sprawie kredytu oraz innych rozwiązań finansowych.

Wybór banków jest ważny, ale istotną sprawą, która może zaważyć na wyborze konkretnego banku lub akceptacji naszego wniosku, jest też wkład własny. Banki wymagają minimum 10% wkładu własnego, ale jeśli jesteśmy w posiadaniu 20% lub ponad – tym lepiej. Może to skutkować niższym oprocentowaniem. Im wyższy wkład własny, tym niższa kwota kredytu, odsetki i prowizja. Sprawdźmy też koszty kredytu. Niektóre oferty są na tyle niekorzystne, że klient jest w stanie przepłacić nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Koniecznie zweryfikujmy wysokość raty, oprocentowanie, koszty dodatkowe np. koszty zabezpieczenia przejściowego (okres ich płacenia może trwać nawet kilka lat). Trzeba mieć to wszystko na uwadze, wybierając bank, od którego chcemy pożyczyć niemałe przecież pieniądze. W takich sprawach najlepiej poradzić się doradcy kredytowego, dla którego wnioskowanie o kredyty to codzienność i wie o wszystkich kruczkach, haczykach i niuansach.

Niestety, kruczki bywają bezlitosne. Często wyglądają całkiem niewinnie i mało kto zwraca na nie uwagę. W wielu ofertach banków jest informacja, że jeśli specjalnie na poczet kredytu otworzymy w danym banku konto i zobowiążemy się, że co miesiąc będzie na nie wpływała określona kwota, to dostaniemy znacznie niższe oprocentowanie rat kredytu. Brzmi świetnie? Spójrzmy jednak na to w ten sposób – spłacanie kredytu trwa kilkadziesiąt lat. Może się tak zdarzyć, że w tym czasie będzie jakiś miesiąc, dwa lub trzy, kiedy będziemy bez pracy. Nie jesteśmy wtedy w stanie zapewnić stałych wpływów na konto i może to skutkować wzrostem oprocentowania kredytu. Upewnijmy się, czy istnieje takie ryzyko, a jeśli tak, to jak duże. Może być też taka oferta, że zobowiązujemy się na stałe wpływy na konto jedynie na kilka pierwszych lat. Wszystko zależy od indywidualnej oferty w każdym banku, dlatego tak ważne jest szczegółowe ich przeanalizowanie. Dzięki temu zapewnimy sobie spokojny proces wnioskowania o kredyt i będziemy świadomi ewentualnego ryzyka.

Kto zyska, a kto straci w długi weekend

  • Turystyka i gastronomia to branże, które w długi weekend zyskają, ten rok może przynieść rekordowe przychody z turystyki.
  • Z powodu długiego weekendu ucierpią natomiast firmy produkcyjne, budowlane czy transportowe. Szczególnie małe i średnie z trudem utrzymujące płynność finansową.
  • Jeśli jedynie połowa z nas weźmie w długi weekend zaledwie jeden dodatkowy dzień wolny, polska gospodarka może stracić nawet około 5 mld zł, które tylko w części zrównoważą większe przychody z turystyki.

Zbliżający się długi weekend sierpniowy pozwoli wypocząć. Biorąc jeden dzień wolnego będzie można się relaksować przez 4 dni, przy 4 dniach wolnego można się nie pokazywać w pracy aż 9 dni (jeśli do dni, kiedy weźmiemy urlop doliczymy weekendy i święto). To co cieszy zatrudnionych na umowę, a także restauracje, hotele, pensjonaty i firmy korzystające z turystyki, martwi właścicieli większości pozostałych przedsiębiorstw. Odpoczynek i wolne dni to mniej wykonanych usług czy wyprodukowanych towarów, co może zmniejszyć dochody i pogorszyć płynność.

Turystyka i gastronomia zyska

Z długiego weekendu skorzystają biznesowo właściciele stacji paliw czy małych sklepów spożywczych, ale przede wszystkim ci, obsługujący rekreację i wypoczynek.

Turystyka w Polsce z roku na rok bije rekordy – zarówno jeśli chodzi o liczbę osób przyjeżdżających do kraju jak i przychody. W samym tylko Krakowie w 2018 roku turyści zostawili 6,5 mld zł. Hotelarze, restauratorzy, operatorzy obiektów turystycznych czy wypożyczalni sprzętu sportowego (rowery, kajaki, sprzęt do rekreacji) na długi weekend czekają i na nim zyskają.

Wg GUS w 2018 r. z usług obiektów z co najmniej dziesięcioma miejscami noclegowymi skorzystało 32 mln turystów, czyli o 1,9 mln więcej niż w 2017 r. W 2017 r. o 39,3 proc. wzrosło wykorzystanie miejsc noclegowych, a pokoi w obiektach hotelowych o 48,9 proc.

Trzeba jednak pamiętać, że firmy żyjące z turystyki, które dzięki dobrej pogodzie i długiemu weekendowi zwiększą w tym czasie przychody, ponoszą także dodatkowe koszty np. większego w dni wolne wynagrodzenia dla przewodników, ochrony, sprzątających czy obsługi.

Większość firm straci

Na długim weekendzie straci zdecydowana większość biznesu. Przestoje czekają firmy produkcyjne i wytwórcze, straty będą też liczyć w budowlance czy transporcie. Wolne dni to zamknięte budowy w szczycie sezonu, wtedy kiedy pogoda umożliwia nadgonienie opóźnionych realizacji. To także ograniczenia w możliwości poruszania się ciężkich pojazdów po drogach. Te dwie działalności w ostatnich latach radziły sobie ze zmiennym szczęściem i były szczególnie narażone na opóźnienia w płatnościach.

Biorąc pod uwagę fakt, że polska gospodarka funkcjonuje w modelu odroczonej płatności, a zatory płatnicze są prawdziwą plagą, zbyt długi odpoczynek może tylko pogłębić niekorzystny model rozliczania się pomiędzy sobą w biznesie. Znacząca część biznesu otrzymuje przelewy z opóźnieniem, aż 90% firm w naszym kraju tego doświadcza, w dodatku problem się nasila.

Jeśli jedynie połowa z nas weźmie w długi weekend zaledwie jeden dodatkowy dzień wolny, polska gospodarka może stracić nawet około 5 mld zł.

– Te kilka miliardów, których nie wypracujemy z powodu dodatkowego wolnego nie są tylko księgowym zapisem. Tych pieniędzy rzeczywiście komuś zabraknie. Budowlanka i transport są narażone najbardziej. Jest lato, dobra pogoda, więc powinni pracować, zarabiać i odrabiać ew. opóźnienia, tymczasem muszę czekać. Jeśli nie pracują, później otrzymają zapłatę za swoją pracę. Przedsiębiorcy, którzy potrafią przewidzieć takie zagrożenia i wcześniej zapewnią sobie finansowanie zastępcze mają większe szanse na uratowanie płynności rachunku. Zapewnienie sobie elastycznego finansowania, jakim jest np. faktoring może być kluczowe dla przetrwania. Budowlańcy i firmy transportowe należą do tradycyjnych klientów faktoringu, obsługujemy bardzo dużo takich firm – mówi Anna Konecka – Pająk – Dyrektor Makroregionu Mazowieckiego w eFaktor.

Kilku się cieszy, większość martwi

Długi weekend ma duży wpływ na dane makroekonomiczne, liczba dni pracy oddziałuje np. na wyniki produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. Wpływa też na płynność finansową, bo zaburza normalny tygodniowy rytm działania. Obowiązuje tu prosta zasada: nie pracujesz nie zarabiasz. To tym bardziej niepokojące, że zaledwie 1% przedsiębiorców deklaruje, że nigdy nie spotkało się z zaległościami w przelewach środków za swoje towary i usługi.

– Ta statystyka znajduje też potwierdzenie w naszych rozmowach z przedsiębiorcami, którzy jako powód korzystania z faktoringu wskazują właśnie ryzyko długiego oczekiwania na własne środki. Po pierwsze w wyniku odroczonego o dwa, trzy lub więcej miesięcy terminu płatności na fakturze, a po drugie z powodu niedotrzymywania przez kontrahentów nawet tych odległych terminów. Faktoring skraca czas oczekiwania na pieniądze do kilkunastu godzin – mówi Anna Konecka – Pająk z eFaktor.

Biorąc pod uwagę to, że w ubiegłym roku upadło 988 przedsiębiorstw (blisko 100 więcej niż w 2017!), a przewidywania na ten rok wskazują, że ta liczba może być jeszcze większa – jest się czym niepokoić. Duża liczba długich weekendów może się do większej liczby upadłości przyczynić, cieszą się więc nieliczni przedsiębiorcy, większość się martwi.

Nakręca się spirala strachu

Nowe dane z kluczowych gospodarek oraz zachowanie amerykańskiego rynku obligacji sprawiają, że obawy inwestorów nie ustępują.

Ostatnie odczyty z globalnych gospodarek w większości rozczarowywały wskazując na niższą aktywność kluczowych sektorów (szczególnie przemysłu) w najważniejszych gospodarkach świata. M.in. to właśnie nowe informacje pomogły odwrócić się krzywej rentowności w Stanach Zjednoczonych w kluczowym jej fragmencie – w ostatnich godzinach rentowności 2-letnich papierów dłużnych przekroczyły poziom 10-letnich po raz pierwszy od czasu kryzysu finansowego. Analogiczna sytuacja miała miejsce w Wielkiej Brytanii.

W związku z tym, iż historycznie inwersja krzywej rentowności na tym odcinku niejednokrotnie poprzedzała recesje, nie jest zaskoczeniem, że taka sytuacja budzi obawy. W najlepszym przypadku sygnał nie ma znaczenia, w najgorszym – oznacza, że za kilka kwartałów gospodarkę Stanów Zjednoczonych czeka załamanie, które nie pozostanie bez wpływu na sytuację globalną.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,33-4,35. Polski złoty w relacji do euro również dziś radzi sobie słabo. W ostatnich godzinach kurs EUR/PLN przekroczył poziom 4,35, tym samym krajowa waluta osłabiła się do poziomu, jaki ostatni raz obserwowaliśmy w lipcu 2018 roku. Częściowo złotemu szkodzi pogorszenie sytuacji globalnej i utrzymywanie się negatywnego sentymentu na rynku, częściowo natomiast osłabienie krajowej waluty można powiązać z wyraźnym wzrostem oczekiwań rynku względem cięcia stóp procentowych. Wyceny stawek FRA 12×15 na PLN wskazują, że rynek w horyzoncie rocznym oczekuje cięcia stóp procentowych o co najmniej 25 punktów bazowych, co oznacza, że oczekiwania względem luzowania polityki pieniężnej ze strony RPP za rok są najwyższe od około 3 lat.

Kurs EUR/USD zakończył ubiegły dzień na minusie, co miało związek tak z osłabieniem euro, jak i siłą dolara amerykańskiego. Wspólnej europejskiej walucie nie sprzyjały najnowsze dane. Wczorajsze, sierpniowe indeksy ZEW pokazały wyraźny wzrost obaw o perspektywy gospodarek wspólnego bloku. Dzisiejsze dane z Niemiec potwierdzają, że obawy – przynajmniej w części – są uzasadnione. PKB największej gospodarki strefy euro w II kwartale, zgodnie z oczekiwaniami, skurczyło się o 0,1% w relacji do poprzedniego kwartału. Nie wpłynęło to na zmianę odczytu dla strefy euro za ten sam okres. Jednak niedługo po publikacji dla Niemiec rozczarował odczyt produkcji przemysłowej w strefie euro, której dynamika w ujęciu rocznym odnotowała w czerwcu największy spadek od pół roku, wskazując na utrzymującą się słabość sektora.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,66-4,69. Wczorajsze dane z brytyjskiego rynku pracy były względnie dobre, dziś in plus zaskoczyły również dane o inflacji w Zjednoczonym Królestwie. Bazowa inflacja CPI w lipcu niespodziewanie przyspieszyła do poziomu 1,9% w ujęciu rocznym wobec poziomu 1,8% notowanego miesiąc wcześniej, inflacja konsumencka z kolei podskoczyła do 2,1% i ponownie znalazła się powyżej celu inflacyjnego Banku Anglii. Nie oznacza to bynajmniej, że w BoE rozpocznie się dyskusja dotycząca podwyżek stóp procentowych – przed rozwiązaniem kwestii Brexitu trudno wyobrazić sobie zmiany stóp procentowych w Wielkiej Brytanii.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,5%, wahając się w widełkach 3,86-3,88. Wczorajsze dane o amerykańskiej inflacji w lipcu pokazały wyższą dynamikę cen niż zakładano. Uwaga rynku skupiła się jednak na innej kwestii, a mianowicie na odsunięciu w czasie ceł na część chińskich dóbr o wartości 300 mld USD. 10-procentowe taryfy mające wejść w życie we wrześniu nie obejmą od razu wybranych towarów, m.in. niektórych sprzętów elektronicznych, zabawek oraz ubrań. Wiadomość ta wsparła dolara amerykańskiego i na pewien czas nieco uspokoiła rynek. Nawet mimo pozytywnej reakcji Chin, niekoniecznie jednak oznacza ocieplenie relacji między mocarstwami. Sugestie Trumpa i lista chińskich dóbr, które jeszcze do 15 grudnia unikną amerykańskich ceł wskazuje na to, że USA odłożyły cła w czasie, aby amerykańscy konsumenci nie przepłacili za mocno za świąteczne zakupy.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

Brak istotnych publikacji w drugiej części dnia

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Inflacja w górę, złotówka traci

Dane GUS pokazują, że inflacja wciąż rośnie. Głównym powodem tego stanu rzeczy są drogie produkty rolne. Nie ma to na razie wpływu na waluty, ale przez ryzyka na rynkach złotówka wciąż jest w odwrocie.

Susza winduje inflację

Główny Urząd Statystyczny podał wartość inflacji w Polsce. W lipcu wyniosła ona 2,9%. Jedną z przyczyn jest wzrost cen żywności, w szczególności warzyw, wywołany między innymi suszą. To wzrost o 0,3% względem czerwca. Warto przypomnieć, że cel inflacyjny ma tolerancję 1%, zatem od górnej granicy wciąż dzieli nas 0,6%. Nie zmienia to faktu, że to najwyższy odczyt od 7 lat. Z drugiej strony, patrząc na sygnały mówiące o możliwym spowolnieniu na zachodzie, nie należy spodziewać się, że parametr ten długotrwale będzie przewyższał cel inflacyjny (o ile w ogóle tam dotrze).

Interwencja Banku Szwajcarii

Wczoraj na rynku widzieliśmy udaną próbę interwencji na parze EURCHF. Jej wynikiem było przesunięcie cen z poziomu 1,084 na 1,092 w bardzo krótkim czasie. Problem w tym, że interwencja ta miała jedynie krótkotrwały efekt. Dzisiaj kurs wrócił już o połowę tego ruchu. Dodatkowo warto zwrócić uwagę, że choć kurs franka do złotego zawrócił wczoraj z granicy 4 zł, to dzisiaj ponownie się tam znalazł i to pomimo niższej relacji euro do franka. Powodem tego jest nagły wzrost euro powyżej granicy 4,35 zł.

Polska w czołówce wzrostu PKB

Opublikowane statystyki wzrostu gospodarczego państw Unii Europejskiej pokazują, że Polska wciąż jest w czołówce. Obecnie mamy trzeci najwyższy wzrost gospodarczy zaraz za Węgrami i Rumunią. Wśród 10 najszybciej rozwijających się krajów spoza Europy Środkowowschodniej znajduje się tylko Cypr i Hiszpania.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

USA odroczą część ceł importowych do 15 grudnia

Decyzja USA o częściowym odroczeniu ceł importowych nakładanych na Chiny była sporą niespodzianką, co w pełni tłumaczy skalę rajdu ulgi ryzykownych aktywów. Jednak co do trwałości odbicia należy mieć wątpliwości. Wczorajsze informacje wcale nie sugerują, aby doszło do postępu w negocjacjach handlowych. Stan alarmowy zostaje podtrzymany.

We wtorek Departament Skarbu USA niespodziewanie poinformował, że w przypadku ok. 60 proc. chińskich towarów jeszcze nieobjętych cłem, termin wprowadzenia nowego podatku zostanie odroczony z 1 września na 15 grudnia. Była to pierwsza pozytywna informacja związana z ostatnią eskalacją sporu handlowego, która całkowicie odstaje od retoryki strony amerykańskiej z ostatnich dni. Wszak jeszcze w weekend prezydent Trump twierdził, że jest mu obojętne, czy dojdzie do kolejnej rundy rozmów z Pekinem. Dla zdestabilizowanych rynków tak zaskakująca informacja stała się silnym pretekstem do ucieczki z pozycji (np. krótkich w akcjach, długich w złocie, JPY, CHF).

Ale tak samo, jak przesadna była dzień wcześniej reakcja na doniesienia z Argentyny i Hong Kongu, tak samo wtorkowy rajd ulgi wydaje się przereagowaniem. Pozostaję ostrożnie sceptyczny co do tego, czy cokolwiek uległo poprawie w relacjach USA-Chiny. Nie wiemy, co było podstawą złagodzenia stanowiska USA, ale wydaje się mało prawdopodobne, że wynika to z przystania Chin na nowe warunki. W tej kwestii raczej nic się nie zmieniło, skoro Pekin rozważa powrót do rozmów z USA za dwa tygodnie, ale tylko przez telekonferencję. Innymi słowy, po co fatygować się w podróż do Waszyngtonu, jeśli nie ma szans na postęp w rozmowach? Zatem poluzowanie polityki celnej prawdopodobnie ma źródło w presji ze strony amerykańskich firm, które obawiały się zatorów importowych w najgorętszym okresie zakupów konsumenckich (Black Friday, święta Bożego Narodzenia). Jakkolwiek nic jeszcze nie wyklucza ostatecznego porozumienia, to jednak implikacje płynące z wczorajszej decyzji nie są tak silne, aby uzasadniać trwały rajd ryzykownych aktywów. Szczególnie, że w tym miesiącu zdążyliśmy się przekonać, że zdanie prezydenta Trumpa może łatwo się zmienić o 180 stopni. Chiny też to wiedzą i dlatego nie odczytają odroczenia jako szczerego wyciagnięcia ręki do powrotu do negocjacji.

Z perspektywy rynków powstał chaos, który wymaga uspokojenia. Sądzę, że podstawy dla podtrzymania rajdu ulgi są zbyt kruche, ale możliwe, że potrzebna jest jeszcze jedna sesja, aby kurz opadł. Z drugiej strony bez jednostronnego toku negatywnych informacji w temacie wojen handlowych już nie jest tak wygodnie porzucać ryzyko i pompować bezpieczne aktywa. Jednakże w ujęciu netto jest bardziej realne, że apetyt m.in. na złoto, JPY i CHF będzie podtrzymany, a na rynku akcji dominować będzie polowanie na sprzedaż górek.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Usługa kompleksowa a faktura VAT

Dyskusja dotycząca świadczeń złożonych (lub inaczej kompleksowych) toczy się między podatnikami, organami i sądami od wielu lat. Są to świadczenia składające się z kilku lub kilkunastu usług lub dostaw towarów, które jednak mają znaczenie dla konkretnego podatnika podatku VAT jako całość, tworząc tym samym jeden byt prawny, objęty tymi samymi zasadami opodatkowania podatkiem VAT. Wskazówki co do pojęcia usługi kompleksowej zawarte są także w stosunkowo bogatym orzecznictwie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Warto podkreślić, że z gospodarczego i ekonomicznego punktu widzenia świadczenia złożone są obecnie bardzo popularne i powszechne. Dlatego tak ważne jest prawidłowe rozliczenie tego rodzaju usług.

Świadczenie główne a pomocnicze

Co do zasady każde świadczenie i każda usługa powinny być uznawane, jako niezależne dla potrzeb stosowania przepisów systemu podatku VAT. Istnieją jednak sytuacje, gdy usługi są ze sobą ściśle związane, tak, że ich rozdzielenie byłoby sztuczne i nieuzasadnione gospodarczo. W takiej sytuacji takie świadczenie powinno być traktowane jako kompleksowe na potrzeby ustawy o VAT i w konsekwencji jednolicie opodatkowane. W takich sytuacjach wyróżnia się świadczenia główne oraz świadczenia pomocnicze do nich, tworzące razem świadczenia złożone (kompleksowe), które dzielą swój byt prawny. W konsekwencji, jeżeli jedno ze świadczeń korzysta ze zwolnienia, towarzysząca mu usługa lub dostawa również będzie zwolniona z opodatkowania. Analogicznie, jeżeli usługa traktowana jako główna korzysta z preferencyjnej stawki podatku VAT, również usługi o charakterze pomocniczym, tworzącym jedność, będą podlegały opodatkowaniu tym podatkiem.

Bardzo istotne jest, aby dwa lub więcej elementów albo dwie lub więcej czynności dokonane przez podatnika były ze sobą tak ściśle związane, że tworzą obiektywnie tylko jedno niepodzielne świadczenie ekonomiczne, którego rozdzielenie miałoby charakter sztuczny. W szczególności świadczenie należy uznać za pomocnicze w stosunku do świadczenia głównego, jeżeli nie stanowi samo w sobie celu, lecz służy skorzystaniu w jak najlepszy sposób ze świadczenia głównego usługodawcy. Przy czym w celu ustalenia, czy świadczenia stanowią kilka niezależnych świadczeń, czy jedno świadczenie należy poszukać elementów charakterystycznych dla danej transakcji.

Ujęcie usługi kompleksowej na fakturze

Biorąc powyższe pod uwagę, w przypadku usług kompleksowych organy podatkowe wypracowały stanowisko, które zostało przyjęte przez praktykę gospodarczą, że faktura dokumentująca usługi kompleksowe powinna zawierać jedną pozycję. Wówczas w ocenie organów niemożliwe jest wyodrębnienie poszczególnych świadczeń i odrębne ich opodatkowanie. Przykładowo w interpretacji podatkowej z 27 stycznia 2017 r. (nr 1462-IPPP3.4512.801.2016.2.IG) Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej wskazał, że oddzielne fakturowanie, jak również odrębna taryfikacja świadczeń oraz zakupy od kilku kontrahentów przemawiają za istnieniem zakupu wielu niezależnych świadczeń, które złożą się na organizowaną imprezę integracyjną. Oznacza to przykładowo, że w przypadku, gdy świadczenie nie przedstawia jednej ceny, ale oddzielną wycenę np. wynajmu sal konferencyjnych, usług konferencyjnych i gastronomicznych, jest mało prawdopodobne, że organy uznają to za dostawę złożoną organizacji konferencji.

Świadczenie kompleksowe a faktura VAT

Powyższe stanowisko organów podatkowych prowadzi do odrębnego traktowania świadczenia w przypadku ujęcia na fakturze jednej pozycji („usługa kompleksowa”) od specyfikacji poszczególnych świadczeń na fakturze. Pomimo iż w art. 106e ust. 1 pkt 7) i 8) ustawy o VAT wskazane jest, że faktura powinna zawierać nazwę (rodzaj) towaru lub usługi oraz miarę i ilość (liczbę) dostarczonych towarów lub zakres wykonanych usług, organy podatkowe twierdzą, że w przypadku specyfikacji świadczeń na fakturze nie mamy do czynienia ze świadczeniem kompleksowym.

Takie rozumowanie organów podatkowych zostało zakwestionowane przez Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie – rozstrzygnięcie z 5 czerwca 2019 r. (sygn. akt I FSK 661/17). Sprawa dotyczyła podatnika z branży metalowej, który świadczył dostawy wyrobów hutniczych objęte odwrotnym obciążeniem wraz z usługami dodatkowymi, które w ocenie podatnika nie stanowiły samoistnych świadczeń, lecz świadczone były w ramach jednego zamówienia dostawy towarów.

Naczelny Sąd Administracyjny zwrócił uwagę, iż ustawa o VAT wymaga od podatnika, aby wystawiana przez niego faktura odzwierciedlała rzeczywisty przebieg transakcji, a więc dokumentowała sprzedaż oraz te elementy, które w ramach tej sprzedaży miały rzeczywiście miejsce. Analizując przepisy ustawy o VAT, można dojść do wniosku, iż podatnik zobowiązany jest do wykazania tego, co w rzeczywistości miało miejsce, a sposobem dokumentacji takiego zdarzenia jest faktura. NSA zakwestionował więc powyższe podejście organów podatkowych, wskazując wręcz, że podatnik powinien wykazać na fakturze to, co w rzeczywistości miało miejsce.

Podsumowanie

Powyższe orzeczenie NSA jest bardzo korzystne dla podatników, zwłaszcza nabywających kompleksowe świadczenia. W szczególności korekty rozliczeń z tytułu VAT mogą dokonać podatnicy, którzy na skutek podejścia fiskusa ponieśli straty związane z niekorzystnym rozliczeniem usługi kompleksowej. Należy jednak pamiętać, że orzeczenie NSA nie jest wiążące dla organów podatkowych, które z pewnością nie będą chciały przyznać się do pomyłki w ocenie świadczeń kompleksowych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Zmiany klimatyczne spowodują wzrost cen wody i żywności. To również duże wyzwanie dla energetyki

Zmiany klimatyczne spowodują wzrost cen wody i żywności. To również duże wyzwanie dla energetyki 11

W nachodzących latach susze w rolnictwie przełożą się na wzrost cen żywności i spadek dochodów osób, które utrzymują się z produkcji rolnej. Niedostatek wody spowoduje też, że zabraknie jej do chłodzenia elektrowni, co w połączeniu z coraz częstszymi silnymi wiatrami, wichurami, czy huraganami zrywającymi sieci dystrybucyjne, wpłynie na stabilność dostaw energii, a także jej ceny. – Rozwiązaniem jest rozwój rozproszonej energetyki, ale do tego trzeba odwagi politycznej i zwiększenia udziału prosumentów w całym systemie – mówi Mirosław Proppé, prezes WWF Polska.

Ważnym elementem zmian klimatycznych jest sektor energetyczny. Mamy dziś energetykę opartą o węgiel, z którego wytwarzane jest 84 proc. energii. Znakomita większość naszych elektrowni jest chłodzona wodą. Tej wody w rzekach brakuje, mieliśmy już tego przykład kilka lat temu, kiedy zabrakło jej do chłodzenia bloku w Kozienicach. Latem, kiedy zapotrzebowanie na energię jest coraz wyższe, m.in. ze względu na klimatyzatory, te elektrownie będą coraz częściej wyłączane ze względu na brak wody do ich chłodzenia. Wcale nie będą stabilnym, ale niestabilnym elementem całego systemu elektroenergetycznego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mirosław Proppé, prezes Fundacji WWF Polska.

Jak zauważa, dużych ilości wody do chłodzenia potrzebuje też elektrownia jądrowa, której budowa planowana jest w Polsce. Woda w Bałtyku, która cały czas się ociepla i staje się coraz bardziej zanieczyszczona, nie będzie nadawała się do jej chłodzenia.

Jeżeli dodamy do tego nasilające się wichury i burze, które już dzisiaj zrywają sieci transmisyjne i dystrybucyjne, to wszystko będzie powodować, że my, jako gospodarstwa domowe i przemysł, będziemy dotkliwie odczuwać przerwy w dostawie energii. Rozwiązaniem jest tylko i wyłącznie rozwój rozproszonej energetyki, ale do tego trzeba odwagi politycznej i zwiększenia udziału prosumentów w całym systemie – mówi Mirosław Proppé.

Obok konsekwencji technologicznych zmiany klimatyczne pociągną też za sobą problemy społeczne. W nachodzących latach anomalie pogodowe, takie jak susze, będą się zaostrzać. W rolnictwie spowoduje to szkody w uprawach, co przełoży się na ceny żywności i dochody osób, które utrzymują się z produkcji rolnej.

Wzrośnie również cena wody dla mieszkańców miast, bo firmy wodociągowe będą musiały głębiej po tę wodę sięgać. Część z miast, w szczególności w centrum Polski, gdzie to stepowienie postępuje najszybciej, będzie miało coraz większe problemy – mówi Mirosław Proppé.

W ostatnim raporcie  naukowcy z Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) przestrzegają, że jeżeli ludzkość nie zrezygnuje ze spalania węgla do 2050 roku, będzie mieć miejsce klimatyczny kataklizm, który zachwieje podstawami współczesnej cywilizacji. Obecna średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. Jeżeli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie zredukowana, to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy 1,5°C w 2040 roku, 2°C w 2065 roku i 4°C na koniec obecnego stulecia.

Efektem będzie m.in. zalanie wysp na Oceanie Spokojnym i terenów zamieszkanych przez połowę ludności świata, 150 tys. zgonów rocznie z powodu upałów w samej Europie i setki miliony zgonów spowodowanych zanieczyszczeniem powietrza, rozprzestrzenianie się chorób tropikalnych, ograniczony dostęp do żywności i wody pitnej. Ucierpi także rolnictwo – już do 2030 roku poziom światowej produkcji żywności może obniżyć się o 10 proc., a w kolejnym dwudziestoleciu spadnie o ponad 20 proc.

Prezes Fundacji WWF Polska podkreśla, że problemem równie poważnym jak emisja gazów cieplarniach i globalne ocieplenie jest wszechobecne zanieczyszczenie plastikiem. Na przestrzeni ostatnich 60 lat jego produkcja zwiększyła się ponad dwustukrotnie, a każdego roku do mórz i oceanów trafia ok. 8 mln ton plastiku. Według danych Komisji Europejskiej, co roku Europejczycy wytwarzają 25 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych, ale nadal raptem niecałe 30 proc. jest zbieranych i poddanych recyklingowi.

Plastik wymaga zmiany podejścia. I to jest zarówno kwestia nas, konsumentów, ale też producentów plastiku. Część z nich będzie musiała się zupełnie przebranżowić, w szczególności producenci jednorazowego plastiku. Natomiast drugą odsłoną tej sprawy jest kwestia recyklingu. W Polsce przetwarzamy bardzo mało odpadów, w większości je składujemy i miasta pomału zaczynają się zatykać na wysypiskach – mówi Mirosław Proppé. – Musimy znaleźć rozwiązanie na ponowne użycie wyrzucanego plastiku. I to jest jeden z kierunków, w który powinniśmy dzisiaj inwestować.

Od przyszłego roku główny wskaźnik na rynku finansowym w nowym standardzie. Ma gwarantować bezpieczeństwo kredytobiorców i odporność na manipulacje

Od przyszłego roku główny wskaźnik na rynku finansowym w nowym standardzie. Ma gwarantować bezpieczeństwo kredytobiorców i odporność na manipulacje 12

Od początku 2020 roku w umowach i instrumentach finansowych będzie można bez przeszkód stosować WIBOR, czyli kluczowy wskaźnik referencyjny na rynku finansowym. Metoda jego wyznaczania dostosowana do unijnego rozporządzenia BMR ma zapewnić, że wskaźnik ten będzie bardziej przejrzysty i odporny na manipulację, a przy tym, bezpieczniejszy dla rynku i kredytobiorców. W Polsce za nadzór nad metodą opracowywania i administrowanie WIBOR-em odpowiada GPW Benchmark. Spółka przeprowadziła testy proponowanego rozwiązania i do końca tego roku zamierza złożyć do KNF wniosek o rejestrację jako administrator stawek referencyjnych WIBID i WIBOR, zgodnie z wymogami rozporządzenia BMR.

Stawki referencyjne WIBID i WIBOR to w uproszczeniu stopy procentowe, po jakich banki są gotowe udzielać sobie nawzajem pożyczek, ich wysokość jest zmienna i ustalana każdego dnia – to tzw. fixing. WIBOR to stawka kluczowa dla funkcjonowania całego systemu finansowego, bo jest stawką bazową dla obligacji i instrumentów finansowych, kredytów i innych umów finansowych. Ma duże przełożenie na przeciętnego konsumenta, bo występuje de facto w każdej umowie kredytowej w polskiej walucie. Wpływa na wysokość rat kredytów hipotecznych i jest dla banków podstawą do wyznaczania oprocentowania kredytów udzielanych zarówno klientom indywidualnym, jak i przedsiębiorstwom.

– W ciągu ostatnich kilkunastu lat okazało się, że stawkami referencyjnymi da się niestety manipulować. Polska nie była bohaterem tych negatywnych historii, ale wiemy na przykładach rynku londyńskiego czy europejskiego, że niektórym udawało się zmienić poziom takiej stawki. Międzynarodowa społeczność profesjonalnych użytkowników tych stawek i osób zarządzających nimi zdecydowała o tym, żeby wprowadzić specjalne regulacje, stopniowo implementowane do porządków prawnych. W Europie wprowadzono rozporządzenie BMR, które zmienia sposób patrzenia na stawki referencyjne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksandra Bluj, wiceprezes zarządu GPW Benchmark.

Rozporządzenie BMR ws. wskaźników referencyjnych, które obowiązuje od początku ubiegłego roku, to reakcja m.in. na ujawnienie wieloletnich manipulacji banków stawkami LIBOR i EURIBOR. Wprowadza ono nowy standard wyznaczania i stosowania kluczowych wskaźników referencyjnych, do których został zaliczony WIBOR.

– WIBOR jako najważniejsza ze stawek używanych w polskiej gospodarce ma być bezpieczny dla konsumenta, przejrzysty dla wszystkich, którzy go używają, i odporny na manipulacje. Ma być również taką stawką, która rozwija się wraz z rynkiem. Tego dotąd brakowało i my chcemy zagwarantować właśnie taki rozwój, dostosowując ją do nowych, unijnych wymogów i nowego otoczenia prawnego – mówi Aleksandra Bluj.

Według rozporządzenia BMR WIBOR ma być ustalany nie jak dotychczas na podstawie deklaracji banków, ale wartości faktycznych transakcji rynkowych.

– W sytuacjach, kiedy takiej możliwości nie ma, wykorzystywane będą inne źródła informacji, reprezentowane przez kwotowania wiążące uczestników rynku. Z punktu widzenia konsumentów cały ten proces nie powoduje żadnych zmian, ponieważ został zaprojektowany tak, żeby zapewnić ciągłość pomiaru realiów gospodarczych – mówi Grzegorz Koloch, główny analityk GPW Benchmark.

Jak podkreśla, stawki referencyjne będą też wrażliwe na zmieniającą się sytuację w gospodarce.

– Innymi słowy, metoda, która została wykorzystana w procesie kalkulacji stawek referencyjnych przez administratora, daje możliwość rozwoju w przyszłości, jeżeli będą zachodziły ku temu okoliczności, jeżeli będą się zmieniały warunki, czy makroekonomiczne, czy bardziej charakterystyczne dla polskiej gospodarki – wyjaśnia Grzegorz Koloch. – Jeżeli będą zachodziły okoliczności związane ze wzrostem czy spadkiem transakcyjności poszczególnych rynków, będzie istniała możliwość uwzględniania tych okoliczności.

Regulacja wprowadza też nadzór nad administratorami wskaźników referencyjnych – nową kategorią podmiotów, których zadaniem jest opracowanie nowych wskaźników spełniających wymogi unijnego rozporządzenia i administrowanie nimi. W Polsce tę rolę pełni spółka GPW Benchmark (w której 100 proc. udziałów posiada GPW).

– Zakres obowiązków administratora, czyli GPW Benchmark, wynika bezpośrednio z rozporządzenia BMR, które jest implementowane do polskiego porządku prawnego. Sam proces opracowania metody pomiaru stawek referencyjnych, dostosowanej do wymogów rozporządzenia BMR, to nie koniec. Administrator zobowiązany jest do wdrożenia również procedur związanych z identyfikacją i monitorowaniem podejrzanych kwotowań i transakcji. Te działania spowodują wzrost bezpieczeństwa, stabilności i dalszy, ewolucyjny wzrost jakości wskaźników referencyjnych, co  kolei przełoży się na stabilność rynku i wszystkich podmiotów, które wykorzystują wskaźniki referencyjne – dodaje główny analityk GPW Benchmark.

Metoda wyznaczania stawek referencyjnych musi zyskać akceptację Komisji Nadzoru Finansowego. Spółka GPW Benchmark poinformowała, że przeprowadziła testy proponowanych rozwiązań. Do końca tego roku zamierza złożyć do KNF wniosek o zgodę na pełnienie funkcji administratora tych stawek, aby zapewnić ich ciągłość i móc administrować nimi od początku 2020. Dwuletni okres przejściowy rozporządzenia BMR został wprawdzie przedłużony do końca 2021 roku, ale GPW Benchmark zapowiada, że nie zamierza z tego korzystać.

Z kolei jeszcze w tym roku – zgodnie z wymogami rozporządzenia BMR – spółka ma również przejąć od GPW administrowanie indeksów giełdowych z głównego rynku, NewConnect oraz Treasury BondSpot Poland (TBSP), w tym m.in.: WIG20, mWIG40 oraz sWIG80.

Rządowa chmura obliczeniowa poprawi bezpieczeństwo IT w samorządach. Zachęci też mniejsze firmy do takich rozwiązań

0

Rządowa chmura obliczeniowa poprawi bezpieczeństwo IT w samorządach. Zachęci też mniejsze firmy do takich rozwiązań 13

W Wielkiej Brytanii G-Cloud, czyli rządowa chmura obliczeniowa, obsługuje ponad 1,2 tys. różnego rodzaju podmiotów i cały czas jej portfolio usług i produktów poszerza się. – W tym samym kierunku będzie zmierzać polskie rozwiązanie – mówi Marcin Zmaczyński, ekspert Aruba Cloud. Jak podkreśla, uruchomiona w styczniu przez resort cyfryzacji rządowa chmura obliczeniowa będzie dla przedsiębiorstw jasnym sygnałem, że to bezpieczne i opłacalne rozwiązanie. Zdecydowanie poprawi też bezpieczeństwo w mniejszych jednostkach samorządowych, gdzie lokalne serwerownie są często przestarzałe.

– Rządowa chmura obliczeniowa wzbudza wiele nadziei, ale i kontrowersji związanych ze sposobem jej działania. Obecnie jest już na niej przechowywany m-Obywatel, a także Otwarte Dane dane.gov.pl. Niedługo zostaną także zaproszeni partnerzy, którzy mogą oferować swoje usługi w otwartym market place rządowej chmury obliczeniowej. Tutaj liczymy, że rzeczywiście stworzy to ekosystem dla małych i średnich przedsiębiorstw, który pozwoli im nie tylko na zakup chmury jako infrastruktury, ale także różnego rodzaju platform czy oprogramowania jako usługi, czyli tzw. SaaS – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Zmaczyński, dyrektor marketingu w firmie Aruba Cloud na Europę Środkowo-Wschodnią.

Rządowa chmura obliczeniowa – projekt Ministerstwa Cyfryzacji i Centralnego Ośrodka Informatyki – wystartowała w styczniu br. Dostarcza mocy obliczeniowej (serwerów, oprogramowania, baz danych, sieci, analiz itp.) na potrzeby ważnych z puntu widzenia państwa systemów i rejestrów. Jak na razie w rządowej chmurze działają już mObywatel (rządowa aplikacja, za pośrednictwem której użytkownik ma dostęp do swoich mDokumentów, takich jak mTożsamość i mLegitymacja) i baza Otwarte Dane, ale resort cyfryzacji zapowiada, że wkrótce dołączą kolejne systemy administracji publicznej. Możliwe, że już jesienią samorządy będą mogły kupić pierwsze usługi chmurowe przygotowane specjalnie dla administracji.

Podobne rozwiązania funkcjonują też w innych państwach UE, m.in. we Włoszech, gdzie od kwietnia organy rządowe mają możliwość przenoszenia swoich usług do chmury, albo w Wielkiej Brytanii, gdzie obowiązuje zasada „cloud first”. Oznacza ona, że każdy organ administracji, wdrażając nowe rozwiązanie, powinien wziąć pod uwagę to, czy nie można go oprzeć na cloud computingu. W ten sposób rząd promuje rozwiązania chmurowe i nie ma potrzeby późniejszej kosztownej migracji.

– Mamy bardzo dobre wzorce z innych krajów, gdzie takie chmury już działają. Przykładem jest G-Cloud, czyli brytyjska rządowa chmura obliczeniowa, która działa od 2012 roku. Ma ponad 700 różnego rodzaju dostawców w swoim otwartym market place i w 2014 roku wygenerowała ponad 50 mln funtów. Obsługuje ponad 1,2 tys. różnego rodzaju podmiotów i cały czas jej portfolio usług i produktów się poszerza. Kiedy słuchamy przedstawicieli rządu odpowiedzialnych za rządową chmurę obliczeniową, myślę, że dokładnie w tym samym kierunku będzie zmierzać polskie rozwiązanie – mówi Marcin Zmaczyński.

Chmura rządowa ma ułatwić wdrażanie innowacji technologicznych w urzędach. Jak ocenia ekspert, na pewno poprawi kwestie bezpieczeństwa, szczególnie w jednostkach samorządowych, w małych miejscowościach, gdzie lokalne serwerownie są często przestarzałe. Dodatkowym plusem będzie podniesienie świadomości i edukacji w zakresie rozwiązań chmurowych.

– Kiedy dane samorządowe będą przeniesione do chmury, wszyscy lokalni informatycy będą musieli przejść szkolenia dotyczące zarządzania danymi w nowej infrastrukturze, co także przyczyni się do poprawy bezpieczeństwa – podkreśla Marcin Zmaczyński.

Kolejny plus to spadek kosztu utrzymania infrastruktury IT na trzech poziomach. Samorządy i urzędy nie będą musiały inwestować w nowe rozwiązania i sprzęt, bo to leży w obowiązku dostawcy chmury. Po drugie, nie będą musiały przeprowadzać długotrwałych i skomplikowanych przetargów, a po trzecie, pracownicy do tej pory zajmujący się infrastrukturą IT będą mogli być wykorzystywani do innych zadań.

– Kolejna jest kwestia dostępności. Wyobraźmy sobie, że w danej miejscowości po huraganie następuje awaria i mieszkańcy nie mają dostępu do swoich danych, ponieważ lokalna serwerownia zostaje całkowicie odcięta. W przypadku chmury taka sytuacja nie zaistnieje – dane są zawsze bezpieczne bez względu na sytuację, ponieważ są utrzymywane w profesjonalnie przygotowanych serwerowniach, które mają restore, backup, redundancję danych – wyjaśnia ekspert Aruba Cloud. 

Jak podkreśla, stopień implementacji chmury wśród polskich przedsiębiorstw – zwłaszcza z sektora MŚP – jest wciąż niewielki. Uruchomienie rządowej chmury obliczeniowej to dla nich jasny sygnał, że jest to rozwiązanie bezpieczne. Eksperci podkreślają, że architektura stosowana przez najlepszych dostawców chmury praktycznie uniemożliwia włamanie się do informacji w niej przechowywanych. Dane przechowywane na dyskach są zaszyfrowane, więc i tak potencjalny haker nie zrobi z nich użytku.

– Skoro rząd przenosi swoje wrażliwe dane, nie tylko dużych instytucji, lecz także jednostek samorządowych, do chmury obliczeniowej, to znaczy, że jest to dobry kierunek. To duży pozytyw w budowaniu pewnej wiedzy i świadomości w zakresie chmury obliczeniowej – mówi Marcin Zmaczyński.

Według danych GUS-u w Polsce rozwiązania chmurowe wykorzystuje na razie zaledwie 11,5 proc. przedsiębiorstw, przy czym jedną trzecią (ok. 37 proc.) stanowią wciąż duże firmy zatrudniające powyżej 250 pracowników. Dla porównania, według danych Eurostatu z usług chmurowych korzysta ponad połowa przedsiębiorstw w Szwecji (57 proc.) i Danii (56 proc.), a w Finlandii ten odsetek jest jeszcze wyższy (65 proc.).

Nawet co druga żarówka LED nie spełnia wymogów. Dobrze dobrane oświetlenie pozwala zmniejszyć zużycie energii o kilkadziesiąt procent

Nawet co druga żarówka LED nie spełnia wymogów. Dobrze dobrane oświetlenie pozwala zmniejszyć zużycie energii o kilkadziesiąt procent 14

Blisko połowa lamp LED-owych wprowadzonych na rynek w Polsce nie spełnia wymagań podstawowych przepisów, np. deklarowanego strumienia światła – tak wynika z danych Związku Producentów Sprzętu Oświetleniowego Pol-lighting. Może to zniechęcać konsumentów do zakupu, mimo wielu korzyści z wymiany oświetlenia na LED-owe. Ma ono trzykrotnie większą trwałość niż tradycyjne źródła światła, a skumulowane oszczędności energii mogą sięgnąć kilkudziesięciu procent.

– Na podstawie naszych badań wynika, że z jakością lamp LED-owych jest różnie. Około 50 proc. lamp LED-owych wprowadzonych na rynek w Polsce nie spełnia wymagań podstawowych przepisów. Wprowadzający np. deklaruje, że dana lampa LED-owa daje 806 lumenów światła, a mamy np. 500 lumenów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Waloch, prezes zarządu, dyrektor generalny Związku Producentów Sprzętu Oświetleniowego Pol-lighting.

Z badań przeprowadzonych przez  Związek Producentów Sprzętu Oświetleniowego Pol-lighting wynika, że 29 proc. opraw LED pobranych nie spełniało wymagań normy EMC, związanej z pracą w środowisku elektromagnetycznym. Jeden z badanych produktów przekraczał tę normę o blisko 1,4 tys. proc. Łącznie 43 proc. lamp LED nie spełniało wymagań z rozporządzeń, w tym podstawowego parametru, czyli deklarowanego strumienia świetlnego. W takiej sytuacji spodziewana  ilość światła jest niższa niż ta zadeklarowana przez producenta na opakowaniu.

– Musimy szczególnie zwracać uwagę na cenę, żeby nie była ona rażąco niska w stosunku do cen innych produktów znaczących firm. Jeżeli jedna lampa LED-owa kosztuje 6 zł, a druga, znaczącego producenta, 15–20 zł, to na pewno w tej niższej cenie nie uzyskamy wysokiej jakości i będziemy zniechęceni, bo ona się przepali po kilku miesiącach – przekonuje Michał Waloch.

Zdarza się, że np. lampa LED, która według informacji producenta stanowiła zamiennik żarówki 88W, co najwyżej odpowiadała żarówce 66W.

Jak wynika z danych Pol-lighting, wśród najczęstszy wad niemarkowych lamp LED pojawiają się także nierównomierne rozłożenie światła na skutek braku selekcji diod, nieskuteczny stabilizator natężenia prądu, co może prowadzić do szybkiego zepsucia się lampu przez wahania napięcia w sieci zasilającej, niedostateczne chłodzenie diody LED, co skraca jej trwałość.

Białe diody LED o niskiej jakości emitują także zbyt duże natężenie składowej niebieskiej, to z kolei bezpośrednio wpływa na ludzki wzrok. W przypadku produktów wysokiej jakości nie ma tego problemu, a ewentualne odchylenia od norm są wyłapywane na etapie badań. Oświetlenie LED niskiej jakości może stanowić m.in. zagrożenie dla oczu i skóry promieniowaniem UV, promieniowaniem UV-A, czy zagrożeniem termicznym dla skóry i siatkówki.

Te kwestie mogą sprawić, że rozczarowany konsument zrezygnuje z kolejnego zakupu lampy LED. Tymczasem tego typu oświetlenie oznacza spore oszczędności energii, a co za tym idzie, również jej kosztów.

– Dzięki wymianie oświetlenia ze starych żarówek wolframowych na lampy LED-owe oszczędność prądu wynosi od 20 do 30 proc. Jeżeli mamy dom jednorodzinny i chcielibyśmy zamontować czujniki światła na zewnątrz, ta oszczędność jest nawet do 50 proc. Bardzo opłaca się wymienić oświetlenie na LED-owe, musimy jednak zwracać szczególną uwagę na jego jakość – radzi ekspert.

Żarówki halogenowe pracują ok. 2 tys. godzin, a żywotność świetlówek wynosi ok. 8 tys. godzin, w przypadku lamp LED – żywotność sięga nawet kilkudziesięciu tysięcy godzin. Żarówki LED mogą służyć nawet 10-20 lat, halogeny – ok. 5 lat. Z kolei według obliczeń koalicji organizacji pozarządowych Cool Products, halogeny są ok. 6-krotnie droższe od lamp LED.

– Oświetlenie stanowi 10-20 proc. budżetu domowego, w zależności od tego, jaką mamy kubaturę, czyli jaką mamy powierzchnię miejsca, w którym mieszkamy, ile jest punktów oświetleniowych, czy mamy zamontowane oprawy oświetleniowe, czy mamy zaprojektowane oświetlenie przez projektanta – ocenia Michał Waloch.

Zatrudnienie młodocianych pracowników tylko pod pewnymi warunkami. Nie mogą wykonywać wszystkich obowiązków i pracować w pełnym wymiarze godzin

Zatrudnienie młodocianych pracowników tylko pod pewnymi warunkami. Nie mogą wykonywać wszystkich obowiązków i pracować w pełnym wymiarze godzin 15

Handel, usługi, reklama i sektor rolno-spożywczy, to te branże najczęściej korzystają ze wsparcia młodocianych pracowników w okresie wakacyjnym. Korzyści są obopólne, bo pracodawcy w szczycie sezonu mają do dyspozycji dodatkowe ręce do pracy, a młodzież zdobywa pierwsze doświadczenia na rynku pracy i dodatkowe pieniądze. Zgodnie z przepisami pracę mogą podjąć osoby w wieku 15–18 lat, jednak nie każdą i nie zawsze w pełnym wymiarze godzin – przypomina przedstawiciel Ochotniczych Hufców Pracy w Warszawie.

– Wakacje to okres, kiedy młode osoby szukają miejsc pracy. Szczególnie w regionach atrakcyjnych turystycznie, jak Pomorze, Małopolska, Warmia i Mazury – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Modzelewski, zastępca Komendanta Głównego Ochotniczych Hufców Pracy w Warszawie.

Brak rąk do pracy sprawia, że pracodawcy coraz chętniej zatrudniają osoby bez doświadczenia, w tym także młodzież, która w ten sposób stawia pierwsze kroki na rynku pracy. Prawo zezwala na podejmowanie pracy przez młodocianych, czyli osoby w wieku 15–18 lat, stawia jednak pewne warunki.

– Kodeks Pracy jasno definiuje, na jakiej zasadzie mogą być zatrudniane osoby do 15. roku życia. Mogą one wykonywać tzw. prace lekkie, czyli takie, które nie zagrażają życiu i zdrowiu młodej osoby. Każdy pracodawca, który chce zatrudniać młodocianych, powinien mieć w uzgodnieniu z Inspektorem Pracy wywieszoną listę definiującą, co oznacza praca lekka – przypomina Piotr Modzelewski.

W okresie wakacji i ferii szkolnych wymiar czasu pracy młodocianego nie może przekraczać 7 godzin na dobę i 35 godzin w tygodniu. W przypadku osób poniżej 16 lat – 6 godzin na dobę i 30 godzin w tygodniu. Młodzież, która ma 18 lat i więcej, jest w rozumieniu prawa zwykłym pracownikiem, z 8-godzinnym dniem pracy i 40-godzinnym tygodniem.

Osoby niepełnoletnie, czyli między 15. a 18. rokiem życia, mogą być zatrudniane w oparciu o umowę o pracę. W przypadku pełnoletnich mogą być to różnego rodzaju formy zatrudnienia, czy to umowa o pracę, umowa zlecenie, czy umowa o dzieło – wymienia ekspert.

Niezależnie od rodzaju podpisanej umowy, młodzież ma takie same prawa jak dorośli pracownicy , co oznacza, że obowiązują ich nie tylko takie same stawki minimalne (2250 zł w przypadku umowy o pracę i 14,70 zł stawki godzinowej), lecz także okresy wypowiedzenia.

Ochotnicze Hufce Pracy starają się, żeby ten wachlarz zakresu pracy, które mogą młode osoby znaleźć w okresie wakacyjnym, krótko- czy długoterminowym, był bardzo szeroki. Największym zainteresowaniem młodociani cieszą się w takie gałęziach jak handel, usługa, reklama, ale również gastronomia i cała gałąź rolno-spożywcza – zaznacza Piotr Modzelewski.

Co istotne, przed podpisaniem umowy o pracę, młodociany musi przedstawić świadectwo lekarskie, które potwierdzi, że praca nie zagraża jego zdrowiu. To naruszenie przepisów dotyczących przygotowania młodych do pracy jest jednym z większych uchybień pracodawców – nawet co trzeci pracodawca skontrolowany przez PIP dopuścił do pracy młodocianego bez wstępnych badań lekarskich.

– Jeśli są łamane prawa pracownicze, to młoda osoba może to zgłosić do wszystkich jednostek administracji, które zajmują się weryfikacją i stoją na straży przestrzegania przez pracodawców Kodeksu Pracy. To Państwowa Inspekcja Pracy, inne jednostki administracji, również Ochotnicze Hufce Pracy – wskazuje Piotr Modzelewski.