Wojny handlowe weszły na wyższy poziom

Po wczorajszym załamaniu czwartek na rynkach wygląda zupełnie inaczej. Wydarzeniem dnia jest pierwszy od lat fixing chińskiego juana powyżej 7,0, ale ponieważ rynkowe oczekiwania były bardziej ponure, netto nastroje inwestorów są lepsze. Jakkolwiek irracjonalnie to brzmi, taka jest rzeczywistość wakacyjnego handlu.

Czasami po prostu trzeba spojrzeć jaka jest aktualnie pora roku. Sierpień w świecie finansów jest uznawany jako główny miesiąc do planowania wakacji. Nie szukając daleko, w Polsce Rada Polityki Pieniężnej nie ma w tym miesiącu posiedzenia decyzyjnego. Z perspektywy rynków finansowych oznacza to czasowe ograniczenie liczby aktywnych uczestników i spadek płynności. Jeśli dodamy do tego lawinowy przyrost czynników ryzyka, tworzy nam się mieszanka do skokowych zmian cen.

Chyba tak trzeba traktować wczorajsze załamanie na starcie handlu w USA. Główne indeksy na Wall Street tąpnęły o 2 proc., szybko gasząc pozytywny do tego moment wydźwięk sesji w Europie. Rentowności 10-letnich obligacji USA znalazły się na 1,6 proc., a niemieckich Bundów na -0,6 proc. Złoto wyszło ponad 1500 USD/oz pierwszy raz od sześciu lat, a wyprzedaż ropy naftowej przekroczyła 6 proc. w skali dnia. Na rynku walutowym zyskiwał przede wszystkim JPY, a traciły waluty rynków wschodzących. Nie było żadnej bezpośredniej informacji stojącej za ruchem, a mimo to obserwowaliśmy efekt kuli śnieżnej kilku rynków zmieniających się w tym samym czasie. Niska płynność i pękające zlecenia stop loss potęgowały wyprzedaż. To jest największe ryzyko najbliższych tygodni. Niezależnie, czy dostaniemy impuls w postaci decyzji politycznych lub komentarzy najważniejszych ludzi na świecie, rynki mają potencjał do nagłego rozbujania zmienności.

I równie prosto może dojść do ocieplenia klimatu. Dziś takim „uspokajaczem” stał się fixing USD/CNY. Wprawdzie pierwszy raz od lat Ludowy Bank Chin wyznaczył fixing powyżej 7,0 (7,0036), ale rynek obawiał się, że presja na osłabienie juana będzie większa, więc niższy fixing uznano za wyraz determinacji chińskich władz do stabilizacji waluty. Uniknęliśmy kontynuacji chaosu, nawet jeśli w szerszym kontekście niewiele uległo zmianie. Wojny handlowe weszły na wyższy poziom, zagrożenia dla gospodarki globalnej są większe, banki centralne czują potrzebę ratowania ożywienia poprzez luzowanie monetarne. Wniosek jest taki, że nie wiadomo, co przyniesie jutro, albo przyszły tydzień. Na razie dla rynków liczy się tu i teraz i czwartek zdaje się być tym pogodniejszym dniem.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sport zyska na wprowadzeniu technologii 5G

Technologia 5G oznacza zmiany, które wpłyną na weryfikację wyników sportowych  jak jak również sposób w jaki kibicujemy naszym ulubionym sportowcom. Korzyści będą zauważalne dla tysięcy fanów na stadionie i tych, którzy śledzą rywalizację sportową przez sieć. Technologia 5G jest już dostępna w Polsce, a jednym z pierwszych miejsc z ultraszybkim internetem, dzięki wsparciu Ericssona i Play, będzie stadion Legii Warszawa.

 Pierwszą wielką imprezą sportową transmitowaną na żywo przez telewizję były igrzyska olimpijskie w Berlinie 1936 r. Z kolei zmagania sportowców z Tokio 1964 r. śledziliśmy już dzięki łączności satelitarnej, a z Los Angeles 1984 r. za pomocą światłowodu. Z biegiem lat technologia szła naprzód i potęgowała sportowe emocje. Jednak przez cały ten czas, siedząc daleko od centrum akcji, kibice byli tylko pasywnymi widzami. Zmieni to technologia 5G, która z kanapy, a nawet ze stadionowego krzesła, zabierze nas w czasie rzeczywistym w sam środek boiska.

– Wyobraźmy sobie, że oglądamy finał Mistrzostw Świata w piłce nożnej z perspektywy trenera, a gdy akcja przenosi się pod pole karne, widzimy ją oczami ruszającego do ataku napastnika. Dzięki okularom VR i czujnikom rozsianym po boisku możemy rozejrzeć się czy  nadbiega obrońca, sprawdzić kondycję dowolnie wybranego zawodnika, jego prędkość i statystyki. Informacja o spalonym lub nawet milimetrowym aucie jest natychmiast przekazywana do sędziego przez analizującą mecz sztuczną inteligencje. Takie rzeczy są możliwe dzięki technologii 5G i dalszemu rozwojowi internetu rzeczy– mówi Marcin Sugak, dyrektor ds. rozwoju w firmie Ericsson.

Wprowadzeniu 5G będzie towarzyszyć dalszy wzrost transferu danych. Według Ericsson Mobility Report w 2018 roku na świecie przez połączenia mobilne przesyłanych było miesięcznie średnio 28 egzabajtów (EB). Z roku na rok liczba ta niemal się podwaja. Szacuje się, że za pięć lat przesyłać będziemy co miesiąc już 131 EB.

Interaktywny stadion dla każdego

Technologia 5G to także udogodnienia dla kibiców. Niedziałająca sieć komórkowa na stadionie czy w hali sportowej może irytować. Wszystko dlatego, że tysiące ludzi w jednym miejscu chce się połączyć z jedną anteną. Ten problem zniknie po uruchomieniu sieci nowej generacji. – 5G na stadionach pozwoli wykorzystać możliwości nowych aplikacji i rozwiązań, które umożliwią kibicom np. oglądanie powtórek akcji w 360° lub śledzenie na żywo statystyk zawodników. Pracujemy nad tym, żeby tego typu rozwiązania były dostępne jak najszybciej, także dla kibiców w Polsce – tłumaczy Marcin Sugak z firmy Ericsson.

Sieć 5G na stadionie Legii

Ericsson w porozumieniu z operatorem sieci Play wprowadzi technologię 5G na stadion Legii Warszawa. – To element transformacji cyfrowej, która umożliwi rozwój naszych usług okołomeczowych. Dzięki tym zmianom niedługo będziemy w stanie w trakcie meczu dostarczyć naszym kibicom unikalny kontent i wdrożyć najnowocześniejsze rozwiązania z zakresu obsługi – mówi Dariusz Mioduski, prezes Legii WarszawaPo zakończeniu projektu Legia będzie dysponowała jednym z najnowocześniejszych stadionów w Europie. Pierwsze usługi cyfrowe oparte na standardzie 5G mają być dostępne na stadionie Legii
już jesienią 2019 roku.

Korzyści również dla sportowca

W profesjonalnym sporcie o sukcesie często decydują najdrobniejsze detale w przygotowaniu czy analizie danych. 5G może zoptymalizować profesjonalne treningi, a także zmienić podejście do taktyki stosowanej już „na żywo” na przykład podczas meczu. – Dzięki internetowi rzeczy, rozszerzonej rzeczywistości, sztucznej inteligencji i technologii 5G trenerzy będą mogli w dużo bardziej analityczny sposób decydować o taktyce gry, czy nawet przewidywać określony rozwój akcji po ustawieniu i ruchu zawodników przeciwnej drużyny. Możliwości są praktycznie nieograniczone, ale bądźmy spokojni – pomimo całego natłoku technologii, sport nie straci tego co kibice kochają najbardziej – emocji i pasji zawodnika – podsumowuje Marcin Sugak.

Polska u progu 5G

Sama technologia 5G jest już w Polsce dostępna, ale konieczne jest jeszcze przydzielenie odpowiednich pasm i częstotliwości. Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G, a w Polsce pierwszym miastem z niej korzystającym będzie Łódź. W sytuacji, gdy plany wprowadzenia nowej technologii będą realizowane bez większych przeszkód, to sieć komercyjna 5G zacznie działać nad Wisłą około 2022 roku.

Od 2015 r. Ericsson zainstalował już ponad 3 mln stacji bazowych gotowych obsłużyć 5G, które czekają na zdalne uruchomienie. Spora część z tych stacji znajduje się w Polsce, a gotowa technologia nie została jeszcze wprowadzona ze względu na uwarunkowania prawne.

W pomyłce kasjera co trzeci Polak widzi szanse na łatwy zarobek

Moralność finansowa Polaków pozostawia wiele do życzenia. Widać to na przykładzie przyzwolenia na wykorzystanie błędu sprzedawcy, który wydał za dużą resztę. Jak wynika z badania „Moralność Finansowa Polaków”, wykonanego na zlecenie KPF, w partnerstwie z BIG InfoMonitor, takiej okazji do łatwego zarobku nie potępia blisko jedna trzecia badanych. Oznacza to, że na przestrzeni zaledwie kilku lat odsetek osób przymykających oko w takiej sytuacji wzrósł o ponad 12 p.p. Kto jest najbardziej podatny na takie zachowania? Statystycznie najczęściej będzie to młody mężczyzna z małej miejscowości.

Dla blisko jednej trzeciej Polaków odpowiedź na pytanie: czy można usprawiedliwić, gdy „ktoś nie zwraca uwagi kasjerowi, który pomylił się na własną niekorzyść?” brzmi „tak”. Oznacza to, że w oczach 32 proc. nie ma niczego złego w wykorzystaniu cudzej nieuwagi. Według ankietowanych w badaniu „Moralność finansowa Polaków” wykonanym na zlecenie Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce, we współpracy z Instytutem Filozofii i Socjologii PAN oraz w partnerstwie z BIG InfoMonitor, takie zachowanie można usprawiedliwić: zawsze – 3,6 proc., często – 7,8 proc., czasem – 20,6 proc.

Wśród osób usprawiedliwiających (czasem, często lub zawsze), gdy ktoś nie zwraca uwagi sprzedawcy, który pomylił się na własną niekorzyść blisko dwie trzecie (65,3 proc.) uważa, że na rynku trzeba ponosić skutki własnych błędów. Innymi słowy należy wykorzystać okazję, która zaistniała w trakcie wymiany rynkowej, ponieważ druga strona transakcji powinna cechować się profesjonalizmem i ponosić konsekwencje swoich błędów. Ponad 23 proc. tych osób wskazuje na korzyść, którą może przynieść takie zachowanie i nieco ponad 11 proc. deklaruje przyzwolenie na nie ze strony otoczenia.

Wprawdzie większość z nas (68 proc.) nie znajduje usprawiedliwienia dla wykorzystania pomyłki ekspedienta, nie oznacza to jednak, że mamy powody do zadowolenia. W porównaniu do wyników badania z 2016 roku (sprzed 3 lat), odsetek osób akceptujących „skorzystanie z okazji” wzrósł o 12,6 p.p. Najwięcej przybyło tych, którzy czasem zezwalają na wykorzystanie błędu kasjera – aż o 8,8 p.p. Również ci, którzy często dają na to przyzwolenie, są liczniejsi o 5 p.p.

W pomyłce kasjera co trzeci Polak widzi szanse na łatwy zarobek
Źródło: Badanie na zlecenie KPF, w partnerstwie z BIG InfoMonitor

Murapol planuje kolejną inwestycję w Gdańsku

Grupa Murapol zawarła przedwstępną umowę dotyczącą zakupu nieruchomości o powierzchni ok. 3,7 ha w gdańskiej dzielnicy Łostowice. Na zakontraktowanym terenie deweloper planuje realizację dziewięciu kameralnych budynków wielorodzinnych, w których powstanie ok. 300 mieszkań.

Zgodnie z wprowadzonym w styczniu br. standardem wszystkie budynki, które powstaną w ramach nowego gdańskiego projektu deweloperskiego, wyposażone zostaną w Home Management System, autorski system infrastruktury i instalacji umożliwiający zastosowanie w mieszkaniach rozwiązań smart home – Murapol Appartme, monitoringu części wspólnych oraz wideodomofonów. Lokale dostępne w inwestycji będą posiadały również pakiet antysmogowy. Planowany termin rozpoczęcia sprzedaży mieszkań to trzeci kwartał 2020 roku.

Nikodem Iskra
Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol S.A.

– Z uwagą obserwujemy dynamiczny rozwój trójmiejskiego rynku nieruchomości mieszkaniowych, który stanowi atrakcyjną destynację zarówno do zamieszkania, jak i prowadzenia działalności biznesowej. To także chętnie odwiedzany turystycznie region, co stwarza duże perspektywy dla działalności deweloperskiej. Dostrzegamy ten potencjał, dlatego od 11 lat z sukcesem realizujemy kolejne projekty na terenie Gdańska, a od ponad 2 lat także Gdyni – mówi Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol SA. – Liczymy, że nowa gdańska inwestycja będzie cieszyła się równie dużym zainteresowaniem, co wcześniejsze nasze projekty w tym mieście – dodaje Nikodem Iskra.

Do tej pory deweloper oddał do dyspozycji mieszkańców Gdańska i Gdyni ponad tysiąc lokali mieszkalnych w wieloetapowych inwestycjach Orle Gniazdo i Osiedle Vivaldiego, w projekcie Murapol Nowa Morena oraz w premierowej gdyńskiej inwestycji Murapol Nadmorskie Tarasy. W stolicy województwa pomorskiego Murapol zrealizował także budynek biurowo-usługowy Nordika.

Dostrzegając potencjał stolicy województwa pomorskiego, spółka realizuje tu kolejny projekt – Murapol Nowa Jabłoniowa, powstający w południowej części miasta przy ul. Jabłoniowej. Zaprojektowano w nim 224 mieszkania, które powstają w 3 budynkach.

5 pytań o długi alimentacyjne – windykacja, kary, Rejestr Dłużników

Z danych Biura Informacji Gospodarczej ERIF wynika, że Polacy mają do spłaty długi alimentacyjne o wartości ponad 12 mld zł. Alimentów nie płaci ok. 315 tys. rodziców.[1] W 2017 roku zaostrzono przepisy Kodeksu karnego, co miało pomóc w odzyskiwaniu zaległych należności. Spowodowało to, że w 2019 roku z artykułu 209 k.k. wszczęto 90 tys. spraw przeciwko dłużnikom, podczas gdy rok wcześniej było ich tylko 10 tys.  Kiedy rodzic może być pociągnięty do odpowiedzialności karnej w związku z uchylaniem się przed płaceniem alimentów? Czy firma windykacyjna może pomóc w odzyskaniu długu z tytułu alimentów? Podpowiadamy.

W ostatnich latach Rząd wprowadził szereg nowych przepisów, które mają na celu efektywniejsze i szybsze wywiązywanie się z obowiązku alimentacyjnego przez zobowiązanych. W styczniu tego roku organizatorzy robót publicznych zostali zobowiązani do zatrudniania, w pierwszej kolejności, dłużników alimentacyjnych. Podobnie jest z urzędami pracy, które mają za zadanie aktywizować osoby bezrobotne, zobowiązane do płacenia alimentów. Wkrótce pracodawcy, którzy chcieliby zatrudniać dłużników alimentacyjnych nielegalnie lub wypłacać im inne kwoty aniżeli wskazane w umowie, będą musieli liczyć się z jeszcze wyższymi karami pieniężnymi niż dotychczas. Z kolei w grudniu 2019 roku wejdą z życie zmiany, zgodnie z którymi komornik będzie szybciej i sprawniej pozyskiwał dane o dłużniku alimentacyjnym z ZUS. Dotychczas były one przekazywane drogą „papierową” co znacznie wydłużało proces. Po zmianach będą przekazywane drogą elektroniczną.

Andrzej Roter
Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce

Jest wiele przyczyn, dla których dłużnicy alimentacyjni spóźniają się z regulowaniem zobowiązań lub nie regulują ich wcale. Wśród istotnych są zapewne wypadki losowe, takie jak choroba, a w jej konsekwencji – brak możliwości podjęcia pracy czy brak pozyskania jakiegokolwiek źródła utrzymania. Niestety, wśród powodów trzeba również wymienić zapominalstwo i niefrasobliwość. Oddzielną grupę stanowią zaś osoby, które świadomie unikają odpowiedzialności za zobowiązania finansowe względem swoich dzieci – podkreśla Andrzej Roter, Prezes Zarządu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, która w imieniu profesjonalnych firm windykacyjnych prowadzi kampanię edukacyjną dotyczącą zarówno zadłużenia Polaków jak i samej windykacji. Jednym z celów kampanii jest również zmiana myślenia o zadłużeniu i nakłonienie do przyjmowania rzetelnych postaw wobec tych, którzy są naszymi wierzycielami. Dotyczy to również tych, wobec których mamy obowiązki alimentacyjne.

Jeśli mamy do czynienia z osobami, które nie dysponują środkami finansowymi na opłacenie alimentów, to podstawowym krokiem, który należy podjąć jest aktywizacja zawodowa, umożliwienie znalezienia pracy, zarobienia pieniędzy i rozpoczęcie regulowania należności. Praca na czarno, wynikająca z dążenia do tego, by wynagrodzenie uzyskiwać w całości lub choćby w części „pod stołem”, ukrywając dochody przed wierzycielem, nie jest dobrym rozwiązaniem, które pozwolić mogłoby na przywrócenie dłużnika do sytuacji pełnienia swoich społecznych ról w sposób normalny. Jeśli natomiast mówimy o osobach, które uchylają się od płacenia alimentów, to potrzebna jest szeroka kampania edukacyjna, zmieniająca myślenie tych osób względem wierzycieli, swoich bliskich i odpowiedzialności za swoje długi – mówi Andrzej Roter. – Bez zmian postaw, bez zmniejszenia skali nieodpowiedzialności i braku moralności w obszarze zadłużenia w naszym społeczeństwie na niewiele mogą zdać się zmiany w prawie, które na przestrzeni kilku ostatnich lat weszły w życie oraz te, które są dopiero planowane. – dodaje Roter. Przypominamy najważniejsze z nich.

[Poradnik]

Kiedy rodzic może być pociągnięty do odpowiedzialności karnej w związku z uchylaniem się przed płaceniem alimentów?

W 2017 roku zmieniono treść art. 209 k.k. Po zmianach, do odpowiedzialności karnej można pociągnąć rodzica, który nie płacił alimentów na swoje dziecko przez trzy miesiące. Jeżeli wezwany przez prokuratora nie ureguluje zaległości w ciągu 30 dni od dnia pierwszego przesłuchania w charakterze podejrzanego, sąd może wymierzyć karę pozbawienia wolności np. w trybie dozoru elektronicznego. Wcześniejsze przepisy pozwalały na zastosowanie kary pozbawienia wolności tylko wtedy, gdy rodzic „uporczywie uchylał” się od płacenia świadczenia. Dzięki zmianom w Kodeksie karnym wzrosła nie tylko liczba spraw przeciwko dłużnikom alimentacyjnym, ale również wyroków. W 2018 roku liczba stwierdzonych przestępstw z artykułu 209 k.k. sięgała 39 tys., podczas gdy rok wcześniej tylko 5,1 tys.[2]

Jak wpisać do rejestru dłużników osobę, która nie płaci alimentów?

Osoba prywatna potrzebuje prawomocnego wyroku mówiącego o należnych świadczeniach alimentacyjnych „osoby trzeciej”, by zgłosić ją do rejestru dłużników. W większości przypadków warunkiem jest kwota zaległości, która – w przypadku konsumentów – musi przekraczać 200 zł oraz czas spóźniania się z zapłatą, który musi być dłuższy niż 30 dni. Gdy rodzic posiada jednak prawomocny wyrok sądu oraz klauzulę wykonalności – zgodnie z ustawą o udostępnianiu informacji gospodarczej i wymianie danych gospodarczych można wpisać dłużnika alimentacyjnego do rejestru bez wyżej wspomnianego progu kwotowego po 14 dniach od wysłania dłużnikowi ostrzeżenia o takim zamiarze. Warto przypomnieć, że z rejestrów dłużników (np. KRD, ERIF) korzystają nie tylko banki, ale również firmy pożyczkowe, telekomunikacyjne, czy leasingowe, zatem osoba, która widnieje w takim rejestrze może mieć trudności z zaciągnięciem nowych zobowiązań: wzięciem kredytu, pożyczki, zakupem telewizora na raty, podpisaniem umowy telekomunikacyjnej etc.

Czy dłużnik alimentacyjny, którego dane widnieją w rejestrze długów, może być z niego wykreślony, jeżeli ureguluje tylko część zobowiązań?

Prawo, zgodnie z ustawą o udostępnianiu informacji gospodarczej i wymianie danych gospodarczych, nakazuje BIG-om usuwanie dłużników alimentacyjnych z rejestrów długów – w określonych warunkach. Zgodnie ze wspomnianą ustawą usunięcie informacji gospodarczych (czyli danych dłużnika) nie jest powiązane z upływem terminu przedawnienia, lecz z upływem określonego czasu – od daty wymagalności, czy też sądowego stwierdzenia roszczenia. Rząd chce wprowadzić zmiany w tym zakresie. Zdaniem Państwa zobowiązania dłużników z tytułu świadczeń wypłacanych z funduszu alimentacyjnego, które powiększają się rocznie o prawie 1,5 mld zł powinny widnieć w rejestrach długów aż do momentu spłacenia przez dłużnika ostatniej złotówki.

Jakie zmiany szykuje rząd dla pracodawców zatrudniających dłużników alimentacyjnych?

Od grudnia 2020 roku mają obowiązywać nowe przepisy dotyczące pracodawców, którzy zatrudniają dłużników alimentacyjnych nielegalnie lub płacą im część wynagrodzenia poza umową. Pracodawcy stosujący takie praktyki mają być karani grzywnami większymi niż dotychczas, w wysokości od 1,5 tys. do 45 tys. zł.

Czy firma windykacyjna może pomóc w odzyskaniu alimentów?

Warto podkreślić, że rodzice, którzy nie mogą wyegzekwować alimentów dla swoich dzieci mogą ubiegać się o takowe z Funduszu Alimentacyjnego. Wnioski można składać w urzędzie gminy lub miasta, ośrodku pomocy społecznej albo specjalnie powołanej do tego celu jednostce organizacyjnej (np. centrum świadczeń). Wsparcie przysługuje osobom do 18 roku życia oraz tym, które nie ukończyły 25 lat, a pobierają naukę w szkole lub na uczelni wyższej. Jednym z najważniejszych kryteriów przyznania alimentów z Funduszu jest dochód przypadający na osobę w rodzinie, który powinien być nie wyższy niż 800 zł. Z danych Stowarzyszenia „Alimenty To Nie Prezenty” wynika, że zadłużenie wobec Funduszu wynosi 10,56 mld zł. Niestety, nie ma oficjalnych statystyk dotyczących tego, ile są winni rodzice dzieciom, które alimentów z Funduszu nie otrzymują.

Rodzice, którzy z różnych względów nie otrzymują świadczeń z Funduszu Alimentacyjnego, a mają problemy z odzyskaniem długów alimentacyjnych, mogą zlecić to zadanie profesjonalnym firmom windykacyjnym. Takie instytucje zajmują się tzw. windykacją polubowną, przypominają o spłacie, negocjują warunki spłaty zadłużenia, a w ostateczności kierują sprawę do sądu. Firmy windykacyjne mają dużą wiedzę, jak zarządzać wierzytelnościami, jak rozmawiać z dłużnikami, jakie przepisy prawne regulują te kwestie, słowem – w jaki sposób doprowadzić do spłaty długu.

Często uważa się, że z pomocy profesjonalnych firm windykacyjnych korzystają głównie firmy, które chcą negocjować zapłatę spóźniających się faktur. Nic bardziej mylnego. Z usług firm windykacyjnych może skorzystać również każdy rodzic, który nie może wyegzekwować danej należności od swojego byłego partnera czy małżonka. Prowizja od takiej usługi zwyczajowo pobierana „z dołu”, czyli jest to procent od już wyegzekwowanej kwoty, którą otrzymał wierzyciel alimentacyjny – przypomina Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF.

[1] https://biznes.newseria.pl/news/polacy-maja-blisko-12-mld,p1962546074

[2] Tamże

Pracownicy 50 plus. Jak będzie wyglądała nasza zawodowa przyszłość

W erze długowieczności i przy spadku liczby urodzeń rośnie udział osób starszych w populacji. Zgodnie z danymi GUS na polskim rynku pracy tylko 34 proc. osób między 50 a 64. r.ż. jest aktywnych zawodowo. Niezbędna jest zmiana nastawienia pracodawców do zatrudniania osób starszych. Szybki rozwój technologii i coraz dłuższy okres aktywności zawodowej wymuszają ciągłe doskonalenie się przez pracowników. W przyszłości cykle nauki, wyboru zawodu czy zdobywania nowych kompetencji będą występowały wielokrotnie w ciągu życia człowieka. Praca w erze długowieczności to jeden z trendów opisanych w 6. edycji raportu Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości pt. „Monitoring trendów krajowych i światowych”.

PARP jako instytucja wspierająca innowacyjność i przedsiębiorczość na bieżąco obserwuje trendy społeczno-gospodarcze. Wynikiem tych obserwacji są cykliczne opracowania takie jak „Monitoring trendów krajowych i światowych”. Raport opiera się na analizie ogólnodostępnych danych, najnowszej literatury oraz raportów publikowanych przez polskie i zagraniczne instytucje.

„Ważne jest systematyczne wyszukiwanie i analizowanie zjawisk technologicznych, społecznych, politycznych czy gospodarczych, które wpływają na rozwój innowacyjnych rozwiązań, wzrost przedsiębiorstw, a także poprawę jakości życia społeczeństw” – mówi Paulina Zadura, Dyrektor Departamentu Analiz i Strategii w PARP.

Jednym z największych osiągnięć współczesnej nauki jest wydłużenie ludzkiego życia – średnia wieku na świecie wzrosła z niespełna 53 lat w 1960 r. do ponad 72 w 2017 r., i stale rośnie. Z drugiej strony długowieczność w połączeniu ze spadającą liczbą urodzeń powoduje wzrost udziału osób starszych w światowej populacji, szczególnie w krajach rozwiniętych.

Eurostat podaje, że w 2017 r. wskaźnik obciążenia demograficznego dla UE wyniósł 29,9 proc., a w Polsce wynosi 24,2 proc. Oznacza to, że na jedną osobę powyżej 65 lat przypadają odpowiednio 3,4 i 4,1 osoby w wieku produkcyjnym (15-64 lata). Prognozy demograficzne GUS wskazują, że – o ile nic się nie zmieni – w Polsce w 2050 r. udział osób w wieku produkcyjnym w populacji wyniesie 57 proc., w wieku powyżej 65. r.ż. – aż 32,7 proc., natomiast w wieku przedprodukcyjnym – niecałe 11 proc.

Z raportu PwC „Rosnąca luka na rynku pracy w Polsce. Jak ją zniwelować?” wynika, że w Polsce już w 2025 r. zabraknie ok. 1,5 mln pracowników i to pomimo poprawy wskaźnika zatrudnienia w ostatnim roku w większości grup wyodrębnionych ze względu na wiek oraz doraźnego wsparcia imigrantów.

Na polskim rynku pracy aktywnych zawodowo pozostaje 34 proc. osób między 50 a 64 r.ż. (dane GUS). Polska zajmuje dopiero 30. miejsce w rankingu PwC „Golden Age Index”, oceniającym poziom wykorzystania potencjału osób w wieku powyżej 55 lat. „Aby liczba pracujących w gospodarce nie malała, konieczna staje się aktywizacja zawodowa ludności. Zważywszy, że bezrobocie w Polsce jest jednym z najniższych w Europie, a wskaźnik zatrudnienia osób pomiędzy 25. a 50. r.ż. oscyluje wokół 80 proc., największe możliwości stwarzają młodsze (15+) i starsze roczniki (50+). Trzeba jednak pamiętać, że liczebność grupy wiekowej 15-24 systematycznie się zmniejsza. Natomiast w coraz liczniejszej grupie50 – 65 plus tkwi spory potencjał, w dużej mierze niewykorzystany” – wyjaśnia Paweł Chaber, ekspert PARP.

Potrzeba zmiany nastawienia pracodawców do zatrudniania osób starszych oraz uwzględnienie ich specyfiki w zarządzaniu zasobami ludzkimi. W firmie, w której mają pracować ludzie w różnym wieku konieczne jest wprowadzenie programów zarządzania pokoleniami (wiekiem), a w szerszym kontekście – zarządzania różnorodnością.

Jednym z elementów zarządzania wiekiem jest dbanie o równość wśród pracowników poprzez zapewnienie odpowiedniego stosunku do pracowników w każdym wieku.

Coraz popularniejszym rozwiązaniem będzie tworzenie zespołów złożonych z młodszych i starszych pracowników. Nie chodzi o przewrócenie dawnego układu mistrz-uczeń – choć celem, jak dawniej jest transfer wiedzy – ale wzajemne wsparcie w realizacji zadań. Wcześniej młodzi pracownicy zdobywali doświadczenie metodą prób i błędów ze wszystkimi tego konsekwencjami dla pracodawcy.

Z uwagi na starszych pracowników potrzebna będzie zmiana warunków i organizacji pracy. Wachlarz możliwości jest szeroki. Może to być np. dodatkowy urlop wypoczynkowy lub „wiekowy” (takie rozwiązania stosują m.in. urząd miasta Helsinki oraz fiński zakład przemysłowy Assa-Abloy), okresowa możliwość ograniczenia wymiaru czasu pracy, bezpłatne urlopy opiekuńcze i „dziadkowe” (stosuje je pewna brytyjska sieć handlowa) czy pomoc w opiece nad członkami rodzin (amerykańska agencja federalna National Institutes of Health oferuje opiekę w nagłych wypadkach dla rodziców pracowników).

Ewoluujący rynek pracy wymaga zwiększenia zaangażowania również po stronie pracownika. Szybki rozwój technologii i coraz dłuższy okres aktywności zawodowej wymusza proces ciągłego doskonalenia się.

Jak wynika z badań Międzynarodowego Instytutu Analiz i Systemów Stosowanych w Laxenburgu w Austrii jest to mechanizm zwrotny – długowieczność i poziom wykształcenia są skorelowane. Kształcenie ustawiczne już dziś jest przydatne w utrzymaniu się na rynku pracy, ale w nieodległej przyszłości stanie się koniecznością. Wiedza i umiejętności nabyte do 30 r.ż. przestają wystarczać na całe życie zawodowe. Ta sytuacja będzie wymagać od pracowników dodatkowego czasu i środków finansowych na uczenie się nowych rzeczy („re-learning”) i przekwalifikowanie („re-skilling”).

Obecnie w życiu człowieka występuje najczęściej jeden etap nauki, po którym całe życie zawodowe pracownik specjalizuje się w jednej dziedzinie. W przyszłości cykle nauki, wyboru zawodu czy zdobywania nowych kompetencji będą następowały po sobie wielokrotnie w ciągu naszego życia. Od ludzi będzie to wymagało tzw. transformacyjnych kompetencji (transformational skills), takich jak przewidywanie, elastyczność, tworzenie nowych więzi, zdobywanie nowej wiedzy/ przekwalifikowanie się.

Potrzeba ciągłego dostosowania się pomoże ludziom zachować cechy charakterystyczne dla okresu dojrzewania (neotenia), które zwiększają elastyczność i zdolności adaptacyjne. „Jeśli w przyszłości wiek przestanie determinować dany etap życia, częstsze będą przyjaźnie międzypokoleniowe, ponieważ ludzie z różnych grup wiekowych będą znajdować się na podobnym etapie. Taki układ pozwoli starszym osobom zachować dłużej młodość – podsumowuje Paweł Chaber.

Lexus z 10 proc. wzrostem sprzedaży

Lexus w pierwszych sześciu miesiącach 2019 roku (od stycznia do czerwca) sprzedał na całym świecie 360 045 samochodów. Marka osiągnęła 10 procentowy wzrost w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. W globalnej sprzedaży Lexusa wzrósł też udział aut hybrydowych.

Dane z 2019 roku wskazują na ogromne zainteresowanie klientów nowym luksusowym sedanem ES oraz nowym kompaktowym crossoverem Lexusem UX. Zgodnie z oczekiwaniami urósł także rynek pojazdów luksusowych w Chinach.

O 34 procent wzrosła sprzedaż pojazdów z samoładującym się układem hybrydowym. W pierwszych sześciu miesiącach sprzedano 121 234 pojazdy, co stanowi aż 37% całej światowej sprzedaży. Lexus od lat przoduje w elektryfikacji segmentu premium. Do tej pory marka sprzedała już 1,5 mln samochodów z napędem hybrydowym.

“Jesteśmy zaszczyceni tym, że klienci na całym świecie wybierają nasze samochody. W tym roku do naszych salonów trafią też nowe modele Lexus RC F oraz RX. Cały czas staramy się wprowadzać nowinki technologiczne i innowacje do naszych samochodów, zachowując najwyższą dbałość o detale i wykonanie. Jako luksusowa marka dążymy do tego, by dostarczać niesamowite doświadczenia, które przekroczą oczekiwania klientów.” – mówi Yoshiro Sawa, prezes Lexus International.

Wzrosty w Europie, Polska wśród kluczowych rynków

Mimo nieznacznie malejącego rynku premium w Europie (-2 %.), Lexus w pierwszej połowie 2019 roku kontynuował stabilne tempo wzrostu. Sprzedaż na poziomie 40 450 sztuk w okresie od stycznia do czerwca to o 5 procent więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Znaczący wzrost odnotowano na kilku czołowych rynkach, takich jak Włochy (+51 %.), Niemcy (+33 %), Hiszpania (+19 %), Polska (+13 %), Francja (+12 %) i Wielka Brytania (+8 %).

Dwa zupełnie nowe modele – kompaktowy crossover UX oraz luksusowy sedan ES, znacząco przyczyniły się do wzrostu sprzedaży na Starym Kontynencie. Po zaledwie pięciu miesiącach od premiery sprzedano 8532 egzemplarze modelu UX, co potwierdza pozytywną reakcję rynku na pierwszego Lexusa w szybko rozwijającym się segmencie kompaktowych crossoverów.

Model ES może poszczycić się najwyższym wzrostem sprzedaży. Wprowadzony pod koniec 2018 roku model nowej generacji osiągnął pułap 3012 sztuk, co oznacza wzrost o 387 proc.

Dzięki 28 006 pojazdom z samoładującym się napędem hybrydowym, sprzedanym w Europie w pierwszej połowie 2019 roku (o 17 % więcej w stosunku do okresu styczeń-czerwiec 2018), Lexus jest wiodącym graczem w dziedzinie elektryfikacji samochodów. Samoładujące się hybrydy stanowią 95 proc. sprzedaży Lexusa w Europie Zachodniej i Centralnej.

Więcej Polaków otwartych na elastyczne formy pracy

Co trzeci kandydat w Polsce chciałby pracować w oparciu o elastyczny model pracy, dwa lata temu był to co piąty poszukujący pracy. Spośród alternatywnych form zatrudnienia kandydaci najchętniej wybraliby niepełny etat lub kontrakt. Największą motywacją do podjęcia elastycznych form pracy jest możliwość realizacji kilku zleceń i osiągnięcia work-life balance – potwierdza opublikowany dziś raport ManpowerGroup „Jak chcemy pracować?” na temat preferencji zawodowych kandydatów dotyczących modelu pracy.

ManpowerGroup zapytał 18 000 kandydatów na świecie, w tym 750 w Polsce, o to w jaki sposób chcą pracować, jaki tryb pracy preferują i co wpływa na ich wybory. Choć w Polsce największą popularnością nadal cieszy się pełen etat (preferowany przez 70% badanych), to systematycznie rośnie liczba osób optujących za elastycznym modelem pracy. Podczas gdy w 2017 roku było to 18% polskich kandydatów, dziś w ten sposób chciałoby pracować 29% osób poszukujących pracy.

– Forma zatrudnienia często determinuje wybór propozycji zawodowej obok takich czynników jak możliwości rozwoju, wysokość wynagrodzenia, oferowane benefity czy kultura organizacyjna – mówi Katarzyna Pączkowska, dyrektor rekrutacji stałej w Manpower. – W przypadku stanowisk wysoko wyspecjalizowanych czy kierowniczych coraz częściej pojawia się pytanie o elastyczne formy zatrudnienia. Osoby pracujące na dobrze opłacanych stanowiskach, posiadające zaplecze finansowe, chętnie wybierają pracę w oparciu o umowę cywilnoprawną. Na dzisiejszym rynku pracy obserwujemy także zainteresowanie pracą projektową. Z kolei praca na niepełny etat jest chętnie wybierana przez osoby, które rozpoczynają swoją ścieżkę zawodową jeszcze w okresie studiów i potrzebują czasu na dokończenie nauki. Elastyczność jest także ceniona przez osoby posiadające małe dzieci, które dzięki skróconym godzinom pracy, mogą więcej czasu poświęcić rodzinie i sprawom prywatnym – dodaje Katarzyna Pączkowska.

Oferta firm niedopasowana do potrzeb kandydata

Raport ManpowerGroup pokazuje również, że choć więcej osób w Polsce wybrałoby alternatywny model pracy, to ich obecny pracodawca nie daje im takiej możliwości. Spośród 11% polskich kandydatów, którzy preferują umowę kontraktową lub pracę rozliczaną projektowo, tylko połowa ma możliwość być zatrudniona w ten sposób. Jak to wygląda w innych krajach europejskich? Największe różnice w niedopasowaniu ofert pracodawców do potrzeb kandydatów odnotowano w Czechach (7% zatrudnionych vs. 33% preferujących kontrakt lub pracę projektową), Hiszpanii (17% vs. 33%) i we Włoszech (11% vs. 20%), najmniejsze w Wielkiej Brytanii (8% vs. 9%).

Jak zaznacza Marek Wróbel, dyrektor ds. kluczowych klientów z ManpowerGroup, w ostatnich latach widoczna jest rosnąca świadomość zarówno klientów na polskim rynku, jak i kandydatów, którzy mając możliwość wyboru, gotowi są przyjąć ofertę pracy w oparciu o model elastyczny, ale w ciekawej firmie lub na interesującym i rozwojowym stanowisku. –Najczęściej są to ludzie młodzi, którzy wchodzą na rynek pracy i chcą spróbować swoich sił w kilku firmach, na różnych szczeblach kariery. Elastyczne modele pracy najczęściej oferowane są przez firmy zagraniczne, dla których standardem jest, żeby pewien odsetek pracujących zatrudniany był na projekty czasowe czy w niepełnym wymiarze czasu pracy. Oprócz branż, które najczęściej oferują takie rozwiązanie, czyli logistyki i produkcji, również centra usług wspólnych, na przykład finansowe czy IT, zgłaszają zapotrzebowanie na pracowników, z którymi nie planują długoletniej współpracy – dodaje Marek Wróbel.

Polska na tle innych rynków

Jak na innych rynkach europejskich wyglądają preferencje kandydatów dotyczące formy zatrudnienia? Spośród 10 przeanalizowanych krajów najwięcej osób deklarujących chęć pracy w ramach alternatywnych modeli pracy mieszka w Czechach (50% poszukujących pracy), w Hiszpanii (49%) i we Włoszech (43%). Najmniej we Francji (28%), Szwecji (30%) i Norwegii (33%). Średnia dla krajów europejskich to 38%, podczas gdy w ujęciu globalnym taki model zatrudnienia wybrałoby 45% kandydatów. W badaniu kandydaci zostali również zapytani o czynniki motywujące ich do podjęcia zatrudnienia w oparciu o elastyczny model pracy. Największym uznaniem wśród nich cieszy się możliwość realizacji jednocześnie innych zleceń. Wielu z nich w elastyczności widzi też szansę na pogodzenie życia rodzinnego z zawodowym.

Co mogą zrobić pracodawcy?

Wśród kandydatów na świecie odnotowuje się coraz większą chęć rezygnacji z zatrudnienia na pełen etat w zamian za elastyczny czas pracy, możliwość wyboru projektów oraz potrzebę osiągnięcia work-life balance. Pracodawcy chcący pozyskać pracowników na stanowiska pełnoetatowe mogą wdrożyć elementy elastyczności na wzór pracy w oparciu o umowę kontraktową lub pracę projektową, proponując elastyczne godziny pracy, pracę zdalną z zapewnieniem niezbędnych narzędzi czy rozliczanie za efekt. Firmy wychodząc naprzeciw oczekiwaniom kandydatów i pracowników, zwiększają również wymiar płatnego urlopu.

– Potrzeba zmian ze strony kandydatów będzie wymuszać z kolei zmianę w podejściu pracodawców do elastycznego zatrudnienia. Organizacje będą dostosowywać się do potrzeb potencjalnego pracownika i budować dla niego model współpracy, porzucając założenie, że umowa o pracę pozwoli zatrzymać pracownika na dłużej i zmniejszyć rotację. Ostatni rok, czyli czas największego od lat niedoboru talentów w Polsce, pokazał, że taka strategia w praktyce nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Po stronie firm jest zatem wypracowanie takich rozwiązań w zakresie zatrudnienia, aby pracownik chciał u nich pracować – podsumowuje Tomasz Walenczak, dyrektor marki Manpower.

O badaniu:

Raport ManpowerGroup „Jak chcemy pracować? Co pracodawcy powinni wiedzieć o preferencjach kandydatów dotyczących modelu pracy?” został opracowany na podstawie międzynarodowego badania przeprowadzonego na grupie 18 000 kandydatów w wieku produkcyjnym z 24 rynków. W badaniu wzięły udział osoby obecnie zatrudnione, poszukujące nowej pracy. Ankietowani reprezentowali cały przekrój wiekowy, dochodowy, rodzaju zatrudnienia, stopnia kariery oraz branży. Najliczniejszą grupę respondentów stanowili doświadczeni pracownicy na stanowiskach niekierowniczych (28%), następni byli studenci studiów I i II stopnia (20%), osoby na stanowiskach kierowniczych (18%), rozpoczynający karierę zawodową (16%), dyrektorzy wykonawczy (6%) i kadra kierownicza wyższego szczebla (4%).

W 2020 r. znacząco wzrosną składki ZUS. Przedsiębiorcy chcą reformy systemu

W ostatnim czasie pojawiła się informacja o wzroście składek na ubezpieczenie społeczne dla przedsiębiorców w 2020 roku. Wszystko wskazuje na to, że będzie on rekordowo wysoki – najwyższy od 2013 roku. Tym samym składki w ujęciu miesięczny miałyby wzrosnąć o niecałe 120 złotych dla każdej firmy, która nie korzysta z szczególnych preferencji. To duży wzrost obciążeń – spowoduje, że wysokość składek przekroczy 1400 złotych miesięcznie. Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców w liście skierowanym do Premiera Mateusza Morawieckiego wskazuje, że system ten jest wadliwy i wymaga zmian. Federacja Przedsiębiorców Polskich popiera stanowisko Rzecznika MŚP w tym zakresie. Oprócz tego uważa, że niezbędne są zmiany w sposobie opłacania składek na ubezpieczenie społeczne.

– Obecny system z jednej strony nadmiernie obciąża przedsiębiorców osiągających niewielkie dochody – których możliwości finansowe są ograniczone. Z drugiej – nie stanowi problemu dla generujących duże zyski – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich. – FPP proponuje, aby dotychczasowe zasady zastąpić nowym systemem – w ramach którego wysokość płaconych świadczeń byłaby uzależniona od wysokości sprawozdawanego dochodu. Wówczas oznaczałoby to większą zależność pomiędzy wysokością składek, a faktycznymi możliwościami finansowymi firm – co nie ograniczałoby ich rozwoju. Ważnym elementem całościowej reformy powinna być także restytucja ubezpieczeń społecznych. Miałaby polegać na rozszerzeniu zakresu podlegania ubezpieczeniom społecznym z tytułu umów zleceń. Oprócz tego powinna gwarantować zapisanie składek na kontach ZUS osobom, które były zatrudniane na umowach zlecenie. To bardzo ważna inicjatywa i niezbędny element naprawy systemu ubezpieczeń społecznych – podkreślił Kozłowski.

Resort infrastruktury: Kolej ma być główną gałęzią transportu. Będzie to możliwe dzięki wielomiliardowym inwestycjom w trakcje i dworce

Resort infrastruktury: Kolej ma być główną gałęzią transportu. Będzie to możliwe dzięki wielomiliardowym inwestycjom w trakcje i dworce 1

Jak ocenia wiceminister infrastruktury Andrzej Bittel, za kilka lat kolej ma być już główną gałęzią transportu zbiorowego, do czego przyczyni się szereg realizowanych inwestycji, m.in. modernizacja dworców kolejowych czy wart 70 mld zł Krajowy Program Kolejowy. Rozbudowę kolei zapewni również plan uruchomienia Centralnego Portu Komunikacyjnego. Aby inwestycje przebiegały bezproblemowo, resort infrastruktury wdraża rozwiązania, które ułatwiają wykonawcom realizowanie kontraktów.

Polska kolej się zmienia z dnia na dzień, konsekwentnie realizujemy programy modernizacyjne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes wiceminister infrastruktury Andrzej Bittel. – Chcemy stawiać na rozwój polskiej kolei, w przyszłości będzie to główna gałąź transportu zbiorowego.

Fundamentem zmian jest opiewający na ponad 70 mld zł Krajowy Program Kolejowy, w ramach którego zostanie zmodernizowanych ok. 9 tys. kilometrów torów kolejowych, a użytkownicy kolei odczują skrócenie czasów podróży. Poprawi się też przepustowość i bezpieczeństwo na przejazdach kolejowych oraz możliwości operowania przewoźników cargo. KPK obejmuje w sumie 220 zadań inwestycyjnych w horyzoncie do 2023 roku.

Na kolei dzieje się dziś bardzo dużo. Jesteśmy liderem w ramach pozyskiwania środków z instrumentu CEF „Łącząc Europę”. Do tego mamy program utrzymaniowy wart 23 mld zł, który służy temu, aby nową infrastrukturę utrzymywać w należytym stanie, ale też powoli odrabiać wieloletnie zaległości na polskiej kolei. Jeszcze kilka lat temu nie było na nią mody, teraz na szczęście ten trend się odwrócił – mówi Andrzej Bittel.

Według danych UTK w całym 2018 roku wszyscy przewoźnicy kolejowi obsłużyli w sumie 310,3 milionów pasażerów – o 6,7 mln więcej niż jeszcze rok wcześniej. Tendencja jest wzrostowa już od kilku lat, więc również sami przewoźnicy decydują się na kolejne inwestycje.

W trakcie realizacji dużego planu inwestycyjnego jest także PKP Intercity. Przewoźnik wyda w sumie 7 mld zł na nowe wagony, elektryczne zespoły trakcyjne i nowe lokomotywy. Tylko w ubiegłym roku spółka podpisała lub rozszerzyła umowy na zakup lub unowocześnianie taboru na ponad 2 mld zł i pozyskała 654 mln zł dofinansowania ze środków Unii Europejskiej. Z kolei pierwsze półrocze br. było dla PKP Intercity rekordowe pod względem liczby pasażerów –  z usług przewoźnika skorzystało 22,8 mln osób, czyli ponad 1,3 mln więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku.

– Intercity wyda 7 mld zł na nowy tabor, ażeby nie tylko klasa Pendolino czy części Dartów woziła naszych klientów. Z kolei PLK wyda w sumie 70 mld na modernizacje torów. W najbliższej perspektywie mamy Centralny Port Komunikacyjny, który spowoduje, że będziemy jeździli z prędkością do 250 km/h i wybudujemy – po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat – ok. 1,6 tys. km nowych linii kolejowych – mówi Krzysztof Mamiński, prezes PKP S.A.

Realizacja sztandarowej inwestycji infrastrukturalnej rządu zakłada również utworzenie węzłów przesiadkowych i przyczyni się do rozbudowy sieci połączeń kolejowych w całej Polsce. Prezes Grupy PKP podkreśla, że po tym okresie nie będzie już w Polsce żadnego miasta powyżej 10 tys. mieszkańców, które byłoby wykluczone z sieci kolejowej.

– Inwestycje to jest ciągły proces. Patrząc przez pryzmat Warszawy, mamy realizowaną modernizację linii do Radomia i Lublina. Modernizujemy linię w kierunku Białegostoku oraz Poznania – to jedne z najważniejszych inwestycji i ogromne przedsięwzięcia. Podobnie jak modernizacja węzła krakowskiego i w kierunku Katowic – wymienia wiceminister.

Jak podkreśla, ważnym elementem zmian na kolei jest też opiewający na 1,4 mld zł Program Inwestycji Dworcowych na lata 2016–2023, w ramach którego zostanie zmodernizowanych 188 dworców kolejowych w całym kraju. Te mają być energooszczędne, ekologiczne (wyposażone m.in. w panele fotowoltaiczne, przez pompy ciepła czy systemy odzyskiwania wody deszczowej do spłukiwania toalet) oraz lepiej odpowiadać potrzebom pasażerów i integrować różne środki transportu.

Program Inwestycji Dworcowych to blisko 200 dworców modernizowanych bądź budowanych na nowo z uwzględnieniem nowoczesnych technologii. To będą ekologiczne, wręcz samowystarczalne budynki – zapowiada Andrzej Bittel.

Jak podkreśla, modernizacja na kolei nie przebiega bez problemów, powodowanych m.in. niedoborami kadr na rynku pracy czy zawiłością postępowań przetargowych.

Wprowadziliśmy m.in. zaliczki na zakup materiałów, dzięki czemu nie mamy w tej chwili spiętrzenia w ramach transportu kruszywa na budowę. Klauzule są zmieniane tak, aby rozkładać ryzyko w sposób partnerski, a nie jednostronny, jak do tej pory. Podejmujemy działania związane z obniżaniem wadiów i gwarancji, które zaczęły być dla firm barierą w składaniu ofert i podpisywaniu kontraktów. Chodzi o to, że rynek finansowy traktuje inwestycje infrastrukturalne jako ryzykowną działalność i warunki finansowania są dla tego sektora odrobinę gorsze niż dla innych – mówi Andrzej Bittel. – Wszystkie te działania służą temu, aby móc na bieżąco rozwiązywać problemy i stworzyć jak najlepsze warunki do tego, żeby wspólnie z wykonawcami realizować przedsięwzięcia kolejowe.

Producenci wołowiny w trudnej sytuacji. Winny spadek spożycia na europejskim rynku i zawirowania w eksporcie

Producenci wołowiny w trudnej sytuacji. Winny spadek spożycia na europejskim rynku i zawirowania w eksporcie 2

Ceny żywca wołowego są niższe średnio o 15 proc. w stosunku do ubiegłego roku. To przede wszystkim efekt spadku spożycia wołowiny na europejskim rynku, na który trafia 80 proc. krajowego eksportu. Polskim producentom zagrażają również inne uwarunkowania międzynarodowe – zbliżający się brexit, umowa z krajami Mercosuru. Sytuację ponadto pogarsza zamknięcie tureckiego rynku z powodu nieprzyznania kontyngentów importowych. Branża szuka nowych rynków zbytu i liczy na to, że ceny niedługo powrócą do poziomu sprzed kilku miesięcy.

Sytuacja na rynku wołowiny jest dziś niewątpliwie trudna. Obserwujemy spadki cen sięgające 15 proc. i nie ma to związku z kryzysem wizerunkowym, który mieliśmy w styczniu, ale z trudną sytuacją na rynku europejskim. Jesteśmy jednym z największych eksporterów wołowiny w Europie, trafia tam 80 proc. naszej produkcji, dlatego kiedy spożycie wołowiny w Europie spada, my odczuwamy to najbardziej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Zarzecki, prezes Polskiego Związku Hodowców i Producentów Bydła Mięsnego.

Do trudnej obecnie sytuacji na krajowym rynku wołowiny i spadku cen przyczynia się też zamknięcie tureckiego rynku z powodu nieprzyznania kontyngentów importowych. W ubiegłym roku Turcja była trzecim największym odbiorcą polskiej wołowiny – trafiło tam 33 tys. ton mięsa, czyli ok. 8 proc. krajowej produkcji. Dużym zagrożeniem dla polskich producentów jest też zbliżający się brexit, który stawia pod znakiem zapytania eksport na tamtejszy rynek.

Wielka Brytania jest dla nas jednym z najważniejszych rynków – mówi Jacek Zarzecki. – W sytuacji, kiedy ponad 80 proc. naszej produkcji trafia na eksport, jakiekolwiek wahnięcia na międzynarodowym rynku powodują u nas spadek cen. Dodatkowo mamy umowę z Mercosurem, która powoduje pewne wątpliwości co do tego, w jakim kierunku należy produkować.

Umowa pomiędzy Unią Europejską a Mercosur (Wspólny Rynek Południa) ma stworzyć największa na świecie strefę wolnego handlu pomiędzy liczącym około 500 mln konsumentów europejskim rynkiem a państwami Ameryki Południowej zrzeszonymi w Mercosur (Brazylią, Argentyną, Paragwajem i Urugwajem). Te zyskają m.in. duże ułatwienia w eksporcie żywności na rynek UE. Polski rząd niemal od początku prac zgłasza zastrzeżenia do umowy, wskazując, że może ona zachwiać stabilnością europejskiego rynku, zwłaszcza gospodarstw rolnych.

Stanowisko polskiego rządu jest dość jasno sprecyzowane, jesteśmy przeciwni umowie z Mercosurem. Uważamy, że rolnictwo – nie tylko polskie, lecz także europejskie, a zwłaszcza sektor wołowiny – zostało przehandlowane za duży przemysł, koncerny farmaceutyczne i przemysł motoryzacyjny. My nie będziemy mieć z tej umowy żadnej korzyści, oznacza tylko straty dla kilkuset tysięcy gospodarstw rolnych w Polsce i kilku milionów gospodarstw w UE. Czuć pewien niesmak w sytuacji, kiedy odchodząca Komisja Europejska kolanem dopycha umowę z Mercosurem i zostawia to kukułcze jajo następnej kadencji. Dlatego jako sektor wołowiny w pełni popieramy działania polskiego rządu w tym zakresie – mówi prezes Polskiego Związku Hodowców i Producentów Bydła Mięsnego.

Jak podkreśla, ograniczony popyt i spadek cen na krajowym rynku oraz stagnacja na rynku europejskim zmuszają producentów wołowiny do poszukiwania nowych rynków zbytu. Branża liczy jednak na to, że sytuacja niedługo się ustabilizuje i ceny wrócą do poziomu sprzed kilku miesięcy.

– Widzimy już, że eksport jest niższy o kilkanaście procent w stosunku rok do roku. Przy takim spożyciu wołowiny w Polsce nie ma gdzie tego towaru wypchnąć – mówi Jacek Zarzecki. – Niełatwo będzie zastąpić polską wołowinę na rynku europejskim czy tureckim, który – mam nadzieję – niedługo ruszy. Ale musimy też znajdywać nowe rynki, gdzie będziemy mogli eksportować.

W Polsce spożycie wołowiny od trzech lat wzrasta. W 2015 roku wynosiło 1,2 kg rocznie na osobę, obecnie sięga już 3,4 kg. Za zmniejszony popyt odpowiada głównie spadek spożycia wołowiny w krajach europejskich, do czego przyczynia się m.in. moda na wegetarianizm.

W Polsce wzrost jest znaczący, z kolei na rynku europejskim i światowym obserwujemy taką tendencję, że konsumenci dążą do ograniczenia spożycia mięsa. Nie chcę dyskutować o tym, czy jest to mądry trend, ale trzeba podkreślić, że wołowina jest nośnikiem pełnego białka, naturalnym spalaczem tłuszczu, przeciwdziała nowotworom – uważa Jacek Zarzecki.

Jak podkreśla, polska wołowina konkuruje już nie tylko ceną – niższą o ok. 11 proc. od cen na rynku europejskim, lecz także wysoką jakością.

– Mówiąc, że nadmierne spożycie wołowiny jest niezdrowe, mamy na myśli wołowinę wysokoprzetworzoną. Polska wołowina jest hodowana w naturalnych warunkach, ekstensywnie, więc jest też bardzo dobrej jakości i dlatego jest tak chętnie kupowana w krajach Unii Europejskiej – mówi Jacek Zarzecki.

Zbyt duża centralizacja i finanse największymi problemami samorządów. Chcą one, aby rząd sam finansował swoje zadania

Zbyt duża centralizacja i finanse największymi problemami samorządów. Chcą one, aby rząd sam finansował swoje zadania 3

Decentralizacja powinna pójść szerzej i polegać nie tylko na przenoszeniu urzędów z Warszawy do mniejszych miast, ponieważ to niewiele pomoże – ocenia zastępca prezydenta Rudy Śląskiej Krzysztof Mejer. Jak podkreśla, największym problemem samorządów jest fakt, że są blokowane przez przepisy prawne i muszą współfinansować zadania rządowe z własnych budżetów. – Najlepszym rozwiązaniem byłoby dokończenie reformy samorządowej z 1997 roku, tak aby zapewnić im większą możliwość samostanowienia i decydowania na szczeblu lokalnym – mówi Krzysztof Mejer.

– Największym problemem dla samorządów są dziś sprawy finansowe. Z każdym rokiem wydatki bieżące rosną szybciej od dochodów. Jest to spowodowane m.in. tym, że musimy w dużym stopniu finansować zadania rządowe z własnego budżetu. Cały nasz wysiłek skupia się na zwiększaniu dochodów, aby móc sprostać oczekiwaniom naszych mieszkańców i w pełni realizować potrzeby lokalnych wspólnot miejskich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Mejer, zastępca prezydenta Rudy Śląskiej.

Jak podkreśla, obecnie samorządy muszą z własnej kiesy dokładać pieniądze do realizacji zadań rządowych, chociażby np. do wypłat dla nauczycieli. W przypadku Rudy Śląskiej ta kwota przekracza 20 mln zł rocznie.

– Dla nas najważniejsze jest, aby rząd w 100 procentach finansował zadania rządowe, które realizuje samorząd – podkreśla Krzysztof Mejer.

Jak ocenia, samorządy potrzebują dziś również większej stabilizacji i spokoju w zakresie ustawodawstwa oraz bardziej efektywnej współpracy z rządem, który powinien się lepiej wsłuchiwać w ich potrzeby.

– Ciągła zmiana ustaw powoduje spory bałagan w podejmowaniu decyzji przez urzędy – mówi Krzysztof Mejer. – Dobrze byłoby też, gdyby rząd wsłuchiwał się w głosy samorządów. Negatywnym przykładem jest ustawa o utrzymaniu czystości i porządku, przy której rząd odrzucił wszystkie postulaty uzgodnione wcześniej wspólnie ze stroną samorządową. Takie postępowanie nie rokuje dobrze i nie świadczy dobrze o podejściu rządu do spraw samorządowych.

W połowie czerwca szefowa Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii Jadwiga Emilewicz oficjalnie zainaugurowała nowy, rządowy program Miasto Plus. Przy resorcie został powołany specjalny zespół złożony z polityków i ekspertów, który ma wypracować plan rozwojowy dla polskich miast – zarówno wojewódzkich, tracących swoje funkcje społeczno-gospodarcze, jak i mniejszych miasteczek i miejscowości. Jednym z elementów programu Miasto Plus ma być decentralizacja, czyli przeniesienie wybranych urzędów z Warszawy do regionów, co ma się przyczynić m.in. do pobudzenia lokalnej przedsiębiorczości i stworzenia nowych miejsc pracy.

– Sam pomysł jest ciekawy i wart rozpatrzenia, ale – jak zwykle w takich sytuacjach – diabeł tkwi w szczegółach. Bezrobocie to nie jest dziś najważniejszy problem polskich miast, w przypadku Rudy Śląskiej ono jest na poziomie raptem 3 proc. Warto byłoby kompleksowo podejść do samorządów i dokończyć reformę, która została zapoczątkowana w 1997 roku, bo wtedy został zakończony pierwszy etap rozwoju polskich samorządów. Niestety, nie doczekaliśmy się kolejnych działań w tym zakresie – mówi Krzysztof Mejer.

Obecnie, zgodnie z danymi MPiT, ze 107 urzędów państwowych tylko 14 jest zlokalizowanych poza Warszawą. Resort wyłonił 31 instytucji (m.in. URE, UKE, Centrum Projektów Polska Cyfrowa, Centralna Komisja), których przeniesienie poza stolicę pozwoliłoby m.in. zapewnić dopływ nowych kadr i obniżyć koszty ich funkcjonowania. Beneficjentami procesu deglomeracji mogą być 33 miasta, które ponad 20 lat temu utraciły status miast wojewódzkich.

Zastępca prezydenta Rudy Śląskiej ocenia, że samo przenoszenie urzędów do mniejszych miast i miasteczek nie przyniesie większych efektów, bo dla samorządów dużo ważniejsze są dziś kwestie związane z finansowaniem.

– Działania zmierzające do wsparcia polskich samorządów powinny pójść zupełnie w innym kierunku. Powinniśmy mieć więcej władzy, móc w większym zakresie decydować o naszych sprawach. Ta decentralizacja powinna pójść szerzej. Potrzebne są rozwiązania systemowe. Wszyscy oczekujemy takich rozwiązań, które spowodują, że ta reforma z 1997 roku będzie pełna i będziemy mogli w pełni stanowić o swoich sprawach. Dzisiaj niestety tak nie jest, jesteśmy blokowani wieloma ustawami, które ograniczają nasze możliwości działania – podkreśla zastępca prezydenta Rudy Śląskiej.

Branża nawozów pod naporem zagranicznej konkurencji. Polska importuje więcej, niż sprzedaje za granicę

Branża nawozów pod naporem zagranicznej konkurencji. Polska importuje więcej, niż sprzedaje za granicę 4

Konkurencja ze strony zagranicznych importerów oraz rosnące ceny energii i gazu, które odpowiadają za ok. 70 proc. całkowitych kosztów produkcji nawozów, to coraz większe problemy dla branży nawozowej na polskim rynku. Już w tej chwili Polska importuje więcej nawozów, niż sprzedaje na rynki eksportowe. Krajowi producenci rozwijają się za to w segmencie nawozów płynnych, biokomponentów i biododatków. Ten rynkowy trend uważnie śledzi również Zakłady Azotowe Chorzów – Grupa AZOTY Puławy, która nie wyklucza rozwoju w tym segmencie.

W tym roku produkcja nawozów sięgnęła już ponad 4 mln ton, podczas gdy jeszcze dekadę temu wynosiła niecałe 2 mln ton. Cały rynek nawozów w Polsce jest szacowany na około 6–7 mln ton rocznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sebastian Kostrubała, dyrektor handlowy Zakładów Azotowych Chorzów w Grupie Azoty Puławy.

Jak ocenia, głównym wyzwaniem dla branży są w tej chwili rosnące ceny surowców, zarówno gazu, jak i energii elektrycznej. To istotne o tyle, że stanowią one około 70 proc. całkowitych kosztów produkcji nawozów. Wzrost cen surowców przekłada się na podwyżki cen produktów, obserwowane na krajowym rynku od września ubiegłego roku.

Kolejnym wyzwaniem jest import nawozów do Polski przez konkurencję zagraniczną. W tym momencie prawie 1 mln ton nawozów jest importowanych na nasz rynek, głównie ze Wschodu. Obserwujemy również trend, jakim jest rozwój i import marek własnych dystrybutorów krajowych i zagranicznych. Wszystko to powoduje, że konkurencja na rynku nawozowym jest coraz większa. Dlatego mówimy o rosnącej podaży nawozów, nowych producentach czy liniach produkcyjnych, które otwierają się w Polsce – mówi Sebastian Kostrubała.

Na przestrzeni ostatniej dekady znacznie wzrósł eksport nawozów z Polski do krajów Unii Europejskiej, jednocześnie w tej chwili branża obserwuje znaczny wzrost importu. Bilans jest dla polskiego rynku jest ujemny i wynosi około 240 mln euro, co oznacza, że w tej chwili Polska importuje z zagranicy więcej nawozów, niż tam sprzedaje.

– Duży wpływ na eksport mają zarówno ceny surowców, obecność konkurentów na poszczególnych rynkach, jak i regulacje prawne, przepisy unijne. Koncentrujemy się na lokowaniu naszych nadwyżek na rynkach eksportowych, głównie w Niemczech, ale ciekawym rynkiem jest też dla nas Ukraina. Koncentrujemy swoją działalność na rynkach eksportowych również z uwagi na lepszą sytuację rolników – mówi Sebastian Kostrubała.

Zakłady Azotowe Chorzów koncentrują się głównie na produkcji saletry potasowej, azotanu, saletry wapniowej, azotanu wapnia oraz nawozów specjalistycznych.

– Skupiamy się również na rozwoju w innych segmentach, w których jesteśmy obecni, technicznym i spożywczym – mówi Sebastian Kostrubała. – Mamy bardzo dużą konkurencję, zarówno graczy międzynarodowych, jak ICL, Haifa czy Yara, jak i graczy lokalnych, typu Alventa. Bronimy swojej pozycji poprzez odpowiednie warunki handlowe, umowy dystrybucyjne, współpracę z dystrybutorami, pakiet odpowiednich materiałów marketingowych, lecz również poprzez rozwój portfolio produktowego i produkty specjalistyczne.

Duży wpływ na plany producentów nawozów ma także rozwój segmentu nawozów płynnych oraz zmiana technologii w kierunku stosowania biokomponentów i biododatków.

Polskie rolnictwo jest nadal bardzo rozdrobnione, średnia wielkość gospodarstwa rolnego w Polsce wynosi nieco ponad 10 ha. Stąd trend, aby uzyskiwać z hektara jak największe plony, co też wiąże się ze stosowaniem rolnictwa precyzyjnego, specjalnie dobranych nawozów specjalistycznych czy też dodatkowych narzędzi pozwalających na monitorowanie gleby i samej uprawy. Innym istotnym trendem jest trend bio i eko, pojawiają się nawozy z biokomponentami, nawozy ekologiczne. Przyglądamy się temu i nie wykluczamy, że również będziemy podążać w tym kierunku – mówi Sebastian Kostrubała.

Kary cielesne negatywnie wpływają na poczucie bezpieczeństwa dziecka. W Polsce stosuje je 26 proc. rodziców

Kary cielesne negatywnie wpływają na poczucie bezpieczeństwa dziecka. W Polsce stosuje je 26 proc. rodziców 5

Kary fizyczne na dzieciach są coraz mniej akceptowalne przez polskich rodziców. Wciąż jednak 26 proc. Polaków uważa klapsy za dobrą metodę wychowawczą. Zdaniem ekspertów tego rodzaju kary są jednak nieskuteczne, mają też negatywny wpływ na psychikę dziecka. Jak oceniają, tego typu działania zaburzają jego poczucie bezpieczeństwa i obniżają samoocenę.

Aby dziecko rozwijało się prawidłowo, konieczne jest zaspokajanie jego podstawowych potrzeb, zarówno fizycznych, takich jak potrzeba pożywienia, snu czy ruchu, jak i emocjonalnych, do których należy m.in. poczucie bezpieczeństwa, akceptacja samego siebie oraz bliskość ze strony rodziców. Przemoc wobec dziecka to działania zakłócające ten optymalny rozwój, przybierające różnoraką postać: przemocy fizycznej, zaniedbania, wykorzystywania seksualnego oraz przemocy emocjonalnej. Zdaniem ekspertów za krzywdzenie dziecka uznaje się niedawanie maluchowi tego, co jest dla niego ważne na danym etapie życia.

– Przemoc może się przejawiać w lekceważeniu różnych potrzeb dziecka, niedawaniu mu bliskości, poczucia bezpieczeństwa, tego, co warunkuje jego prawidłowy rozwój. Może polegać też na zaniedbaniu, czyli niedostrzeganiu różnych aspektów funkcjonowania małego dziecka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Urszula Kubicka-Kraszyńska z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę.

Bardzo często rodzice, od których dziecko jest całkowicie zależne, zwłaszcza w pierwszych miesiącach życia, krzywdzą swoje pociechy nieintencjonalnie. Wielu z nich kieruje się źle pojmowanym dobrem dziecka, nie mając świadomości, że ich zachowanie ma krzywdzący charakter. Zdaniem ekspertów może to być wynikiem przenoszenia wzorców z własnego dzieciństwa – sami zostali wychowani w ten sposób, teraz powielają zaś wzorce postępowania swoich rodziców.

– Może się zdarzyć, że rodzice stosują niekonstruktywne sposoby zajmowania się dzieckiem, ponieważ postępują dokładnie tak, jak postępowali ich rodzice czy stosują karcenie fizyczne, klapsy – mówi Urszula Kubicka-Kraszyńska.

W Polsce, zgodnie z obowiązującą od 1991 roku Konwencją o prawach dziecka, stosowanie kar cielesnych wobec osób nieletnich jest niezgodne z prawem. Także Kodeks rodzinny zakazuje tej formy karcenia dzieci. Jednak jak pokazuje badanie przeprowadzone przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę, tylko 61 proc. dorosłych Polaków zdaje sobie sprawę z istnienia przepisów zakazujących bicia dzieci, a klapsy jako metodę wychowawczą stosuje 26 proc. rodziców. Eksperci fundacji podkreślają, że jest to metoda nieskuteczna, mająca długofalowo negatywny wpływ na całościowe funkcjonowanie dziecka i jego równowagę emocjonalną.

– Kary fizyczne nie uczą dziecka, jak należy postępować w danej sytuacji, raczej służą wyładowaniu napięcia, które ma dorosły, kiedy jest zniecierpliwiony czy wyprowadzony z równowagi. Stosowanie kar fizycznych bardzo negatywnie wpływa na poczucie bezpieczeństwa dziecka i jego relacje z opiekunem – mówi Urszula Kubicka-Kraszyńska.

Rodzice muszą mieć świadomość, że dzieci mają niedojrzały układ nerwowy, ich reakcje bywają więc nadmiernie emocjonalne. Szybko męczą się nadmiarem bodźców, nie mają też narzędzi do radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Histeria to często także próba przekazania rodzicom emocji, których dziecko nie jest w stanie lub nie chce wypowiedzieć. Warto pamiętać, że sytuacje trudne emocjonalnie dla osoby dorosłej w przypadku dziecka stają się jeszcze trudniejsze do udźwignięcia. Dla wyprowadzonego z równowagi rodzica często pierwszym odruchem jest jednak wymierzenie maluchowi klapsa.

– Dlatego też hasło jednej z naszych kampanii brzmi: „Potrafię się zatrzymać”. To zwrot adresowany do rodzica, aby na chwilę się zatrzymał i nie zareagował zbyt gwałtownie, tylko dał sobie moment na wzięcie oddechu, policzenie do 10 i spokojne wyjaśnienie z dzieckiem konfliktowej sytuacji – mówi Urszula Kubicka-Kraszyńska.

Dorośli powinni także uświadomić sobie, że to na nich spoczywa odpowiedzialność za wychowanie dziecka w bezpiecznych, także pod względem emocjonalnym, warunkach. Dotyczy to nie tylko rodziców, lecz także pracowników żłobka, przedszkola i szkoły.

Branża gastronomiczna eksperymentuje ze sztuczną inteligencją. Powstały także automaty do nalewania napojów i robo-kelnerzy

Branża gastronomiczna eksperymentuje ze sztuczną inteligencją. Powstały także automaty do nalewania napojów i robo-kelnerzy 6

Rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji zaczynają rewolucjonizować gastronomię. Powstają roboty użytkowe, które mogą przejąć część obowiązków kucharzy, kelnerów czy barmanów. Pierwsze automatyczne maszyny gastronomiczne wykorzystywane są do podawania potraw oraz przygotowywania i serwowania drinków. Jeden z takich automatów do nalewania napojów wymyślili Polacy. W przyszłości tego typu urządzenia mogą przejąć wszystkie zadania wykonywane dotychczas przez pracowników kuchni.

– BeerMa to mechatroniczne urządzenie do automatycznego nalewania zimnych napojów. Automatycznie pobiera kubki i je napełnia, a w międzyczasie wysyła informację do systemu bazodanowego, raportując wielkość, intensywność i warunki sprzedaży. Sama sprzedaż będzie odbywała się tradycyjnie, natomiast urządzenie przyspieszy proces obsługi,  w związku z czym kontrola pełnoletniości w przypadku sprzedaży artykułów zawierających alkohol będzie odbywała się zupełnie gdzie indziej – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Dorota Hubka-Wójcik, członek zarządu firmy Be TECH.

Automatyczny nalewak Beermat został zaprojektowany w celu usprawnienia procesu serwowania napojów podczas średnich i dużych imprez masowych, na których kluczowe jest jak najszybsze zrealizowanie zamówienia. Zastosowanie takich automatycznych nalewaków pozwala skrócić czas wydania napoju aż o 60 proc., a przy okazji znacząco obniżyć koszty obsługi barmańskiej, gdyż jedna osoba jest w stanie obsłużyć do czterech nalewaków.

Projekt BarOn opolskiej firmy Weegree z kolei to humanoidalny robot-barman. To maszyna na wynajem, która z serwowania drinków zrobi małe widowisko. BarOn ma dwa elastyczne ramiona naszpikowane czujnikami, dzięki którym może przygotowywać napoje alkoholowe w taki sposób, w jaki zrobiłby to żywy barman, mieszając ze sobą poszczególne składniki na oczach klientów.

Do pełnej automatyzacji procesu wydawania drinków jest jednak daleka droga, na przeszkodzie stoją bowiem wymogi prawne pod postacią konieczności weryfikacji pełnoletniości zamawiającego. W przypadku BarOn nie ma z tym problemu, gdyż maszyna nie jest zaprojektowana z myślą o imprezach masowych, w którym udział bierze dużo anonimowych osób. Wdrożenie BeerMa wymaga zaś kontrolowania wieku na etapie zamawiania napojów alkoholowych.

– W tej chwili automat przeznaczony jest do napojów zimnych, również gazowanych. Natomiast jeżeli np. dystrybuowany byłby napój zawierający alkohol taki jak piwo, kontrola wieku odbywa się na etapie zapłaty. Czyli najczęściej osoba na dużych imprezach dostaje żeton bądź jakiś inny dowód zapłaty i w tym momencie powinna nastąpić weryfikacja wieku. W momencie wydawania napoju, jeżeli ktoś otrzymał żeton, uznajemy, że jest osobą pełnoletnią – wyjaśnia ekspertka.

Firma NVIDIA wierzy, że proces automatyzacji pracy w branży gastronomicznej będzie postępował. Próby stworzenia robotów-barmanów to dopiero początek rewolucyjnych zmian, jakie czekają ten segment gospodarki. Korporacja we współpracy z Ikeą oraz naukowcami z Uniwersytetu Waszyngtońskiego uruchomiła laboratorium robotyki, w którym będą testowane rozwiązania z zakresu automatyki kuchennej. Badania skupią się na opracowaniu maszyn, które w przyszłości będą w stanie wykonać za człowieka wszystkie prace kuchenne.

Zanim jednak do tego dojdzie, restauracje mogą się zapełnić robotami kelnerskimi. Maszyny takie spotkać można m.in. we włoskim barze Gran Caffè Rapallo. Choć zamówienia przyjmują w nim żywi kelnerzy, realizuje je robot Xiao Ai, który dostarcza zamówienia do stolika. Wyposażono go także w prostego asystenta głosowego, który udziela odpowiedzi na podstawowe pytania, a dzięki czujnikom zbliżeniowym potrafi rozpoznawać i omijać przeszkody na swojej drodze.

Po podobną technologię sięgnął południowokoreański oddział Pizzy Hut, który zaprojektował robota do dostarczania pizzy do klientów. Dilly Plate to prototypowa maszyna kelnerska o maksymalnym udźwigu rzędu 22 kilogramów, która była testowana w jednej z seulskich restauracji. Zaprojektowano ją, aby po części zautomatyzować obsługę kelnerską – dzięki dużemu udźwigowi może realizować kilka zamówień jednocześnie i odciążyć pracowników restauracji.

W związku z postępującą automatyzacją społeczeństwa i dynamicznym rozwojem branży sztucznej inteligencji, podobnych maszyn w najbliższym czasie może przybywać. Jest jeszcze zbyt wcześnie, aby roboty zastąpiły człowieka w obsłudze klientów barów i restauracji, ale branża jest żywo zainteresowana technologią tego typu.

– Katowicki spodek zamówił pięć maszyn, z czego trzy zostały już dostarczone. W Niemczech nasza maszyna będzie obsługiwała imprezy towarzyszące Bundeslidze. Mamy także podpisaną umowę przedstawicielstwa na rynek czeski. Na razie jednak to są działania polegające bardziej na testowaniu urządzenia w warunkach rzeczywistych. Z produkcją chcemy ruszyć w IV kw. tego roku – mówi Dorota Hubka-Wójcik.

Według firmy badawczej ResearchAndMarkets wartość globalnego rynku robotów autonomicznych do 2024 roku wzrośnie do blisko 12 mld dol. W najbliższych latach ma  się on rozwijać w tempie blisko 14 proc. w skali roku.

Stworzono implanty mogące leczyć urazy i schorzenia kręgosłupa. Do sprzedaży trafią w ciągu kilku lat

Stworzono implanty mogące leczyć urazy i schorzenia kręgosłupa. Do sprzedaży trafią w ciągu kilku lat 7

Nowe implanty kręgosłupowe, dopasowane do indywidualnych potrzeb każdego pacjenta, mogą stanowić rewolucję w leczeniu schorzeń kręgosłupa. Naukowcy opracowali już bioinżynieryjne krążki międzykręgowe wykonane z własnych komórek macierzystych. Zastrzyki komórkami macierzystymi w zniszczone dyski niwelują natomiast stan zapalny. Nowoczesne implanty, giętkie i dopasowujące się do ruchu kręgosłupa, to szansa na życie bez bólu dla milionów osób. Szacuje się, że ponad 80 proc. Polaków skarży się na ból pleców.

– W przypadku leczenia operacyjnego schorzeń kręgosłupa podstawową metodą jest stabilizacja kręgosłupa. To metoda sztywna, czyli unieruchamiamy kręgosłup w odcinku, który jest chorobowo zmieniony. Natomiast tendencja jest taka, żeby ta stabilizacja nie była sztywna, ponieważ kręgosłup rusza się. Bardziej naturalne są metody, które zapewniają ruchomość tego kręgosłupa, bo to pozwala pacjentom odczuwać mniejszy ból, mniejszą sztywność, a po zabiegach operacyjnych mogą szybciej wrócić do zdrowia – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Szydlik, prezes firmy Evispine.

Naukowcy od lat pracują nad skutecznym rozwiązaniem bólu pleców. Multidyscyplinarny zespół badawczy z University of Pennsylvania’s Perelman School of Medicine, School of Engineering and Applied Science oraz School of Veterinary Medicine opracował bioinżynieryjne krążki międzykręgowe wykonane z komórek macierzystych. Komórki macierzyste mają potencjał do transformacji w dowolne wyspecjalizowane komórki, tym samym tak wykonany materiał integruje się z tkankami. Jeszcze innym rozwiązaniem są zastrzyki z komórek macierzystych, które likwidują stan zapalny i pomagają odbudować zniszczone tkanki. Polscy lekarze pracują z kolei nad wszczepieniem ruchomych implantów, dostosowujących się do kręgosłupa.

– Nasz projekt dotyczący stabilizacji kręgosłupa, czyli nowych implantów kręgosłupowych, ma na celu stworzenie implantów, które moglibyśmy dostosować do konkretnego pacjenta, do jego schorzeń, do nasilenia bólu. My możemy tę stabilizację dostosować konkretnie do tego pacjenta – podkreśla Piotr Szydlik.

Nowe implanty to rozwiązanie skrojone na miarę każdego pacjenta. Dedykowane implanty dokładnie zastępują zniszczone kręgi i odbudowują kręgosłup. To przede wszystkim rozwiązanie dla pacjentów, którzy ze względu na olbrzymi ból spowodowany deformacją i uciskiem na nerwy mają trudności z poruszaniem się. Implanty kręgosłupowe pomogą też osobom starszym.

– To dotyczy przede wszystkim schorzeń kręgosłupa takiego typu jak zwyrodnienia, które szczególnie występują u starszych osób, a także w sytuacjach przeciążenia kręgosłupa, to szczególnie dotyczy osób młodych. I w takich sytuacjach u osób, które wymagają leczenia operacyjnego, możemy stosować te nowe implanty – zapowiada ekspert.

Niewykluczone, że w przyszłości sprawdzą się również w leczeniu osób z przerwanym i uszkodzonym rdzeniem kręgowym. Obecnie takie osoby skazane są najczęściej na wózek inwalidzki – w przyszłości dzięki nowoczesnym implantom mogłyby liczyć na całkowitą odbudowę rdzenia. Na razie nowoczesne implanty są jeszcze w fazie testów. Na rynek trafią najwcześniej za kilka lat.

– Za 4 lata przewidujemy opracowanie już gotowych implantów kręgosłupowych, które będziemy mogli produkować i sprzedawać na rynku krajowym i europejskim. Koszt to prawie 6 mln zł, natomiast jest to na tyle nowoczesne rozwiązanie, że jest warte inwestycji – ocenia Szydlik.

Obecnie, jak wynika z badań, na bóle kręgosłupa narzeka zdecydowana większość Polaków. Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że oprócz bólu stawów to właśnie bóle pleców i kręgosłupa są najczęstszą przyczyną zwolnień lekarskich.

– Ból kręgosłupa jest to poważny problem, bo 80 proc. ludzi może doświadczyć tego bólu w ciągu swojego życia. I według raportów ból kręgosłupa jest pierwszą przyczyną niesprawności, a także nieobecności w pracy. Dlatego też ci pacjenci wymagają intensywnego leczenia, w tym m.in. leczenia operacyjnego – przekonuje Piotr Szydlik.

Rynek logistyczno-magazynowy w Polsce – 1. pół. 2019 r.

Czesi nie mogą się z nami mierzyć pod względem nowej powierzchni magazynowo-logistycznej, a nasze stabilne tempo wzrostu sprawia, że stanowimy dobrą alternatywę dla Niemiec – wskazują najnowsze analizy CBRE za I półrocze 2019 r. W tym okresie w Polsce przybyło ponad milion mkw. takiej przestrzeni, czyli ponad trzy razy więcej niż w Czechach i tylko 800 tys. mkw. mniej niż w Niemczech. Rosną magazyny, rośnie też potencjał – pod względem przyrostu nowej powierzchni w stosunku do obecnej nie mamy sobie równych w Europie.

Beata Hryniewska
Beata Hryniewska

Po pierwszym półroczu 2019 r. polski rynek magazynowy utrzymuje bardzo dobre tempo przyrostu nowej powierzchni, przy nieco wyższym poziomie pustostanów niż u naszych południowych i zachodnich sąsiadów. Dzięki temu oraz ze względu na zainteresowanie najmem wśród klientów, stanowimy łakomy kąsek dla inwestorów, zapełniając lukę na rynku sprawniej niż Czesi i Niemcy. W minionym półroczu wybiła się przede wszystkim Polska Centralna, która przebiła Górny Śląsk pod względem dostępnej podaży powierzchni magazynowej. Stało się tak dzięki oddaniu do użytku kolejnych etapów dużych projektów w województwie łódzkim – P3 Piotrków i Panattoni BTS Castorama. Najprawdopodobniej ta sytuacja nie utrzyma się jednak długo. Najwięcej buduje się znów na Górnym Śląsku – komentuje Beata Hryniewska, Szefowa Działu Powierzchni Magazynowych i Logistyki CBRE.

Niemcy na pierwszym miejscu, a potem długo nic

Niemcy pozostają liderem europejskiego rynku magazynowo-logistycznego. Z ilością niemal 77 mln mkw. przestrzeni żaden kraj nie może konkurować. Na drugim miejscu jest Francja, w której znajduje się 39 mln mkw. magazynów, a trzecia Wielka Brytania – tam dostępna powierzchnia to prawie 37 mln mkw.

Polska walczy o uwagę inwestorów przede wszystkim ze swoimi sąsiadami z Południa oraz Zachodu i coraz częściej tę walkę wygrywa. Dostępnej powierzchni mamy obecnie 16,7 mln, czyli niemal pięć razy mniej niż nieco większe Niemcy, ale buduje się u nas proporcjonalnie więcej – w I półroczu 2019 ilość wzrosła o 6,5%, a u zachodnich sąsiadów jedynie 2,4%. U Czechów powierzchni logistycznej jest o połowę mniej niż u nas (ok. 8 mln mkw.), a przybyło jej niecałe 4%. Dodatkowo w naszym kraju utrzymuje się nieco wyższy niż u wspomnianych sąsiadów poziom pustostanów – z braku dostępnych atrakcyjnych lokalizacji na Zachodzie i Południu inwestorzy chętniej patrzą na oferującą większy wybór Polskę.

W Polsce stabilny wzrost

Popyt odnotowany w naszym kraju w pierwszych dwóch kwartałach sięgnął niemalże 2 mln mkw., co jest nieznacznie niższym wynikiem niż w analogicznym okresie w ubiegłym roku, bez wpływu na ocenę naszego kraju. Poziom powierzchni w budowie pozostaje niezmiennie na bardzo wysokim poziomie w okolicach 2 mln mkw. Deweloperzy planują inwestycje w coraz bardziej niszowych lokalizacjach, więc nic nie wskazuje, by miało się to zmienić.

Największa umowa w pierwszej połowie roku to przedłużenie dla Jysk w Logistic City Piotrków Trybunalski (60 tys. mkw.). Natomiast największą nową umową w analizowanym okresie była powierzchnia w realizowanym obecnie obiekcie Panattoni Park Wrocław XI dla Pantos Logistics (59 tys. mkw.).

Czynsze pozostają na stabilnym poziomie, bazowe stawki utrzymują się w przedziale 2,50-3,90 EUR/mkw./m-c. Niskie czynsze w porównaniu do stawek występujących u naszych sąsiadów stanowią wielką zachętę dla najemców, który rozważają relokacje lub rozbudowę swojego biznesu.

Jak wskazują eksperci CBRE, nic nie wskazuje na to, by sytuacja na rynku magazynowym w Polsce miała się zmienić. Utrzymamy pozycję kraju atrakcyjnego zarówno dla najemców jak i inwestorów magazynowo-logistycznych, rozwijając swój potencjał.

Złoto przebija 1500 dolarów za uncję, bitcoin poszybował w górę

Na rynkach widać w tej chwili bardzo niepokojący obraz. Po pierwsze duże gospodarki, szczególnie europejskie, publikują coraz słabsze dane. Po drugie pieniądze uciekają do rynków alternatywnych (np. inwestycje w złoto). Nie bez znaczenia są też decyzje banków centralnych, obniżających koszt pieniądza, by amortyzować sytuację.

Słabe dane z Niemiec

Gospodarka naszych zachodnich sąsiadów nie pokazuje ostatnio dobrych wyników. Wcześniej w ramach danych makroekonomicznych pozytywnym zaskoczeniem był tam mniejszy spadek niż oczekiwano. Dzisiaj nawet to się nie udało. Produkcja przemysłowa spada nie jak oczekiwano o 3,1% w skali roku, ale aż 5,2%. Dane te nie pozostawiają złudzeń. Główna lokomotywa napędowa strefy euro ma poważne problemy i jest spore ryzyko, że szybko przeniesie je na sąsiednie kraje.

Nowa Zelandia tnie stopy

O tym, że na dzisiejszym posiedzeniu Królewskiego Banku Nowej Zelandii dojdzie do obniżek stóp mówiła większość analityków. Spodziewali się oni jednak obniżki o 0,25% a stopy obniżono o 0,5%. Tak silna obniżka stóp spowodowała nagłą wyprzedaż dolara australijskiego. Tuż po decyzji obserwowaliśmy ruch, który w szczytowym momencie osłabiał walutę tego kraju o przeszło 2%. Było to wynikiem dostosowywania pozycji inwestycyjnej do nowej rzeczywistości. Co ciekawe dane makroekonomiczne nie sugerują problemów Nowej Zelandii. Inflacja, bezrobocie czy wzrost gospodarczy są na solidnych poziomach.

Złoto przebija 1500 dolarów za uncję

Strach na rynkach światowych gwałtownie winduje ceny złota. W rezultacie od początku miesiąca podrożało ono o niemal 100 dolarów za uncję. Złoto kupowane jest nie tylko przez inwestorów, ale również banki centralne. Chiny właśnie ósmy miesiąc z rzędu potwierdziły zakup kolejnej transzy tego kruszcu. Warto przypomnieć, że od kilku lat Pekin raportuje zakupy na bieżąco, a nie skokowo. Raz na kilka lat podaje łączny zakup, zaskakując rynki. Dobrze radzą sobie również inne inwestycje alternatywne, nawet kryptowaluty. Od początku miesiąca bitcoin poszybował w górę o 15%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Podatkowe zachęty dla innowatorów – ulga B+R i IP Box

W rozliczeniach podatkowych za 2019 r. przedsiębiorcy po raz pierwszy będą mogli skorzystać z obniżonej stawki podatku dochodowego w wysokości 5% od kwalifikowanych dochodów z kwalifikowanych praw własności intelektualnej.

– IP BOX to nowe rozwiązanie, które sprawia, że Polska dołącza do grona państw podatkowo przyjaznych innowatorom – mówi w rozmowie z MarketNews24 Piotr Leonarski, starszy prawnik, doradca podatkowy w Zięba&Partners. – W 2016 r. wprowadzono ulgę na B+R, a IP BOX, to druga strona tego rozwiązania.

Przedsiębiorca, który ponosił koszty związane z działalnością badawczo-rozwojową, może te koszty korzystanie rozliczać podatkowo, dzięki uldze na B+R. Kiedy te koszty zaczynają przynosić efekt w postaci przychodów, przedsiębiorca będzie mógł skorzystać z nowego rozwiązania, czyli IP BOX.

Obniżona stawka podatku dochodowego dotyczy zarówno PIT, jak i CIT.

Informatyków powinno ucieszyć, że IP BOX obejmuje prawa autorskie do programu komputerowego.

– Stosowanie nowych zasad może rodzić trudności dla podatników, jednak nagrodą za te niedogodności może być istotna oszczędność podatkowa – ocenia mec. P.Leonarski z kancelarii Zięba&Partners.

Podatkowa grupa kapitałowa – jeden podatnik, duże korzyści i duże ryzyko

Podatkowe grupy kapitałowe, choć niezbyt popularne w polskiej rzeczywistości gospodarczej, postrzegane są jako skuteczny sposób legalnego zmniejszenia zobowiązań podatkowych oraz ograniczenia obowiązków natury formalnej dla podmiotów wchodzących w skład takich grup. Funkcjonowanie w ramach grup wiąże się jednak z dużym ryzykiem, które sprawia, że rozwiązanie to nie zawsze bywa korzystne.

PGK to rozwiązanie dla nielicznych

Zgodnie z art. 1a ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych podatkową grupę kapitałową mogą tworzyć co najmniej dwie spółki prawa handlowego mające osobowość prawną, czyli spółki z ograniczoną odpowiedzialnością i spółki akcyjne. Podmioty takie muszą mieć siedzibę na terytorium Polski oraz określony kapitał zakładowy – przeciętna jego wartość przypadająca na każdą ze spółek musi wynosić co najmniej 500 tys. zł. Dodatkowo spółki te muszą być powiązane kapitałowo – jedna z nich musi być spółką dominującą, posiadającą bezpośredni udział kapitałowy w kapitale zakładowym pozostałych spółek w wysokości co najmniej 75%. Spółki zależne nie mogą natomiast posiadać udziałów w kapitale zakładowym żadnego z pozostałych podmiotów wchodzących w skład grupy. Ustawa dla utworzenia grupy wymaga także niezalegania z podatkami przez spółki wchodzące w skład grupy oraz niekorzystania przez nie ze zwolnienia od podatku dochodowego w związku z uzyskanym zezwoleniem strefowym lub decyzją o wspieraniu nowych inwestycji.

Spełnianie tych kryteriów pozwala na utworzenie podatkowej grupy kapitałowej na określony czas – co najmniej 3 lata. Przed zawarciem stosownej umowy trzeba jednak dokładnie przeanalizować potencjalne korzyści i ryzyko związane z prowadzeniem działalności w tej formie.

Jeden podatnik, wiele korzyści

Zawiązanie podatkowej grupy kapitałowej sprawia, że wszystkie spółki wchodzące w jej skład stają się jednym podatnikiem podatku dochodowego od osób prawnych. To oznacza, że w czasie funkcjonowania grupy podmioty nie rozliczają się odrębnie w tym podatku, ale ich przychody i koszty są sumowane, a podatek jest określany dla całej grupy. To może przynieść znaczne korzyści, zwłaszcza gdy niektóre podmioty w ramach grupy generują stratę, a inne zysk.

Funkcjonowanie jako jeden podatnik sprawia także, że do rozliczeń między spółkami wewnątrz grupy nie znajdują zastosowania przepisy o cenach transferowych. Tym samym nie tylko nie powstaje obowiązek sporządzania dokumentacji dla dokonywanych transakcji, ale także nie ma ryzyka zakwestionowania przez organy podatkowe rynkowego charakteru tych transakcji. Działanie w ramach grupy w praktyce znosi także limity zaliczania do kosztów podatkowych odsetek od pożyczek udzielonych przez podmioty powiązane. Udzielanie finansowania przez podmioty działające w ramach grupy kapitałowej może być więc znacznie korzystniejsze niż poza nią.

Status PGK można utracić

Warunki pozwalające na utworzenie grupy, w tym wysokość kapitału zakładowego oraz zasady dotyczące powiązań, muszą być spełnione w czasie całego okresu trwania grupy. Dodatkowo ustawa wprowadza wymóg współpracy z podmiotami powiązanymi spoza grupy na rynkowych zasadach oraz wykazywania dochodowości na określonym poziomie – zgodnie z nim w każdym roku funkcjonowania grupy udział jej dochodów w przychodach musi wynosić co najmniej 2%. Ten wymóg może być najtrudniejszy do spełnienia, bo jest on uzależniony nie tylko od podmiotów wchodzących w skład grupy, ale także ogólnej sytuacji gospodarczej.

Tym samym spełnienie tych kryteriów nie zawsze jest proste. Za to konsekwencje ich niespełnienia mogą być bardzo dotkliwe.

Działanie w grupie może być ryzykowne

Podatkowa grupa kapitałowa to nie tylko korzyści, ale także duże ryzyko. W razie utraty statusu podatkowej grupy kapitałowej przed upływem czasu, na jaki została zawarta, spółki wchodzące w skład grupy muszą rozliczyć się z fiskusem osobno – także wstecznie.

Podatkowa grupa kapitałowa przestaje istnieć z chwilą naruszenia warunków jej działania, jednak skutki utraty tego statusu obejmują cały okres jej funkcjonowania. Oznacza to utratę wszystkich korzyści związanych z funkcjonowaniem w ramach grupy za cały okres jej istnienia.

W takim przypadku każda ze spółek ma trzy miesiące na rozliczenie podatku, tak jak gdyby podatkowa grupa kapitałowa nie istniała. Konieczność samodzielnego rozliczenia podatku (oraz zaliczek na podatek) wstecz oznacza, że każda z tych spółek powinna określić podatek dochodowy we właściwej wysokości, bazując na własnych wynikach finansowych. Podatki i zaliczki na podatek wpłacone za okresy, których takie rozliczenia dotyczą, zostają zaliczone proporcjonalnie do dochodów poszczególnych spółek. Zostają one przy tym zaliczone do właściwych okresów. Nie oznacza to jednak, że takie rozliczenia pozwolą na uniknięcie dopłat. Problemem może być przede wszystkim sytuacja, gdy wspólne rozliczenia obejmowały spółki, które samodzielnie osiągały zysk oraz wykazywały stratę. W takiej sytuacja strata i zysk tych spółek wzajemnie się kompensowały, a tym samym podatek dochodowy całej grupy był niższy niż gdyby dokonywane były odrębne rozliczenia. To sprawia, że spółki osiągające zysk po ustaniu grupy będą miały zaległości podatkowe i konieczne stanie się ich uregulowanie wraz z odsetkami. Dodatkowo problematyczne mogą okazać się zarówno nierynkowe zasady rozliczeń dokonywane przez podmioty wchodzące w skład grupy, jak i określenie kosztów ich wzajemnego finansowania.

Przed utworzeniem grupy konieczna jest dokładna analiza

Możliwe konsekwencje funkcjonowania w podatkowej grupie kapitałowej w razie utraty jej statusu mogą być bardzo bolesne. Nie oznacza to jednak, że takie rozwiązanie nie jest godne przemyślenia. Wspólne rozliczenia mogą przynieść liczne korzyści dla każdej ze spółek wchodzących w skład grupy – przede wszystkim ułatwienie wzajemnych rozliczeń oraz finalnie zapłatę niższego podatku dochodowego. Pewną wartością może być także zerwanie z fikcją polegającą na tym, że każdy z podmiotów powiązanych działa niezależnie, podczas gdy wszystkie z nich faktycznie realizują wspólne cele. To sprawia, że podatkowa grupa kapitałowa pozostaje opcją zawsze wartą do rozważenia. Jednak bez dokładnego przeanalizowania tego, czy projekt ma szansę się powieść, zakładanie takiej grupy może okazać się bardzo ryzykowne.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Zarządzanie inwestycjami pod koniec cyklu gospodarczego

Podczas gdy cykl gospodarczy w Stanach Zjednoczonych stopniowo dojrzewa, wielu zaczyna zadawać sobie pytanie o to, kiedy i w jaki sposób cykl się zakończy. Stephen Dover kierujący naszym zespołem ds. akcji uważa, że inwestorzy niewątpliwie powinni być odpowiednio przygotowani, ale jednocześnie nie dostrzega ryzyka recesji w najbliższej przyszłości.

Stephen H. Dover, Szef zespołu ds. akcji, CFA - Franklin Templeton Investments
Stephen H. Dover, Szef zespołu ds. akcji, CFA – Franklin Templeton Investments

Choć nie sądzimy, by długość ekspansji gospodarczej sama w sobie powinna niepokoić inwestorów, jedno z pytań, które w ostatnim czasie słyszymy najczęściej, brzmi: „Kiedy nastąpi kolejna recesja?”.

Nie próbujemy przewidzieć recesji ani momentu, w którym się rozpocznie, jednak nie mamy wątpliwości co do tego, że zbliżamy się do końca bardzo długiego cyklu gospodarczego. Fluktuacje cyklu gospodarczego przynoszą na zmianę okresy ekspansji i spowolnienia, a każdy z nich ma własną odmienną charakterystykę. Szczytowy punkt cyklu to czas maksymalnej wydajności gospodarki, której zwykle towarzyszą pewne dysproporcje wymagające korekty. Kolejny etap to spowolnienie, po którym następują rynkowe spadki lub recesja.

W przeszłości, gdy gospodarka Stanów Zjednoczonych była oparta na produkcji, recesja rozpoczynała się, gdy poziomy zapasów stawały się zbyt wysokie. Przez 20 ostatnich lat w miarę przesuwania się środka ciężkości amerykańskiej gospodarki w kierunku usług ta zależność przestała być aktualna. Nie sądzę zatem, byśmy mogli uznać recesję za nieuchronną tylko dlatego, że trwająca obecnie ekspansja jest dłuższa od podobnych okresów w przeszłości.

Faza ekspansji w bieżącym cyklu gospodarczym w Stanach Zjednoczonych rzeczywiście jest znacznie dłuższa niż miało to zwykle miejsce w przeszłości — od ostatniego poziomu odbicia zanotowanego w 2009 r. minęło już ponad 10 lat. Rekord w długości ekspansji ekonomicznej należy jednak do Australii, gdzie ten etap trwa już ponad 20 lat.

Obecnie nie wygląda na to, by recesja miała rozpocząć się w ciągu najbliższego roku czy dwóch lat, zatem spodziewamy się dalszej ekspansji w Stanach Zjednoczonych. Niemniej jednak inwestorzy z pewnością powinni, według nas, być przygotowani na zmianę fazy cyklu.Zarządzanie inwestycjami pod koniec cyklu gospodarczego

Pozycjonowanie portfela akcji pod kątem końcowych etapów cyklu gospodarczego

Rynki wschodzące zwykle z wyprzedzeniem sygnalizują początek recesji. W obawie przed spadkową fazą cyklu gospodarczego uczestnicy rynków zaczynają korygować swoje oczekiwania, co znajduje odbicie w niższych kursach akcji. Według naszych analiz od pierwszych spadków kursów akcji do początku recesji mija średnio osiem miesięcy.

Mogą jednak pojawiać się także fałszywe sygnały. Oczywiście spadki na rynkach akcji nie zawsze prowadzą do recesji; co istotne, recesja w 1980 r. nie była z kolei poprzedzona żadną znaczącą dekoniunkturą na rynku akcji.czym jest recesjarecesja

Wyróżniające się sektory

Nasze podejście do zarządzania inwestycjami pod koniec cyklu gospodarczego pod wieloma względami jest podobne do naszego standardowego podejścia inwestycyjnego. Niezmiennie koncentrujemy się na budowaniu portfeli, które będą mogły skorzystać na wieloletnim sekularnym wzroście lub innowacjach.

Przyjmujemy długoterminową perspektywę i na podstawie prowadzonych przez nas indywidualnych analiz typujemy spółki, które mają dominujące na rynku marki lub franczyzy, wysokiej jakości zarządy, solidne zwroty finansowe i historię zrównoważonych wyników.

W obecnych warunkach zarządzający naszymi portfelami inwestycyjnymi generalnie unikają mocno zadłużonych spółek, koncentrując się na spółkach, które generują solidne przepływy pieniężne.

Należy także zauważyć, że różne sektory zwykle reagują na recesję w różny sposób. Sektory dóbr konsumpcyjnych pierwszej potrzeby, ochrony zdrowia, energetyki, materiałów i usług komunalnych często w przeszłości radziły sobie lepiej niż szeroki rynek w okresach spadków, ponieważ zapotrzebowanie na ich ofertę jest względnie mało elastyczne. Przykładowo, w okresie recesji konsumenci mogą ograniczać wydatki w takich obszarach, jak rozrywka czy podróże, ale raczej nie oszczędzają na paście do zębów czy prądzie elektrycznym.recesja akcje

Globalna dywersyfikacja

Według większości przeprowadzonych analiz Stany Zjednoczone znajdują się obecnie na późniejszym etapie cyklu gospodarczego niż inne kraje, zatem uważnie obserwujemy możliwości w innych częściach świata pod kątem ewentualnej dywersyfikacji naszych portfeli.

Europejskie rynki zwykle radzą sobie dobrze pod koniec cyklu w związku z dużą ekspozycją na wrażliwe na zmiany inflacji i stóp procentowych sektory, takie jak surowce czy finanse, które osiągają lepsze wyniki w warunkach rosnących cen i stóp procentowych.

Zyski przedsiębiorstw europejskich są znacznie niższe w porównaniu z zyskami spółek ze Stanów Zjednoczonych, ale jednocześnie wyceny akcji spółek z Europy są zaniżone na tle danych historycznych, co oferuje potencjał do wzrostu zysków i wskaźników wyceny wraz z normalizacją polityki.

Akcje selekcjonowane według kryterium wartości często zyskują na atrakcyjności w okresie recesji

Zmienność na rynkach światowych oscyluje obecnie w okolicach normalnych poziomów, co postrzegamy jako źródło możliwości. Inwestorzy koncentrujący się na wartości poszukują niedoszacowanych akcji, a takich dysproporcji nie ma zbyt wiele w warunkach niskiej zmienności. Gdy jednak inwestorzy wycofują z rynku swoje pieniądze, zwykle robią to w sposób dość bezkrytyczny. Bezkrytyczne wyprzedaże często prowadzą do wypaczonej wyceny akcji w stosunku do ich fundamentów. Inwestorzy koncentrujący się na wartości poszukują okazji do wykorzystania takich cenowych dysproporcji, gdy zmienność rośnie.

Dlatego uważamy, że zarówno styl inwestycyjny oparty na wzroście, jak i styl oparty na wartości może być odpowiednio pozycjonowany pod kątem zakładanych przez nas ostrożnie optymistycznych scenariuszy. Nasze prognozy dla wzrostu zysków spółek są optymistyczne, podobnie jak prognozy dla światowego wzrostu gospodarczego w 2019 r.

Należy ponownie skupić się na selekcji akcji

Uważam, że w ciągu ostatnich kilku lat wielu inwestorów działających na rynkach akcji nieco przesadnie koncentrowało się na niewłaściwych sprawach.

Inwestorzy kupujący akcje zwykle oceniają interesujące ich spółki na podstawie zysków. Ostatnich dziesięć lat poluzowanej polityki pieniężnej banków centralnych sprawiło jednak, że wielu inwestorów zaczęło skupiać się w większym stopniu na czynnikach makroekonomicznych niż na szczegółowej analizie indywidualnej. Uważamy, że inwestorzy powinni ponownie zacząć przyglądać się różnicom pomiędzy akcjami poszczególnych spółek i nie koncentrować się nadmiernie na działaniach banków centralnych, w tym, w szczególności, Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych.

Wprawdzie nie dostrzegamy ryzyka recesji w najbliższej przyszłości, jednak nie oznacza to, że liczymy na niekończące się wzrosty kursów akcji. Zmienność i sporadyczne spadki lub korekty to nieodzowne elementy solidnej hossy. Ostatecznie i tak koncentrujemy się na spółkach, które generują strumienie zysków odpowiednio wysokiej jakości.

Negatywne skutki wojny handlowej

Departament Skarbu USA oficjalnie oskarżył Pekin o manipulowanie kursem juana po tym, jak po raz pierwszy od kryzysu finansowego w 2008 r. cena tej waluty spadła poniżej 7 juanów za dolara. Wojny handlowe znów eskalują.

Po spokojnym lipcu początek sierpnia przyniósł zawieruchę na rynkach finansowych spowodowaną odnowieniem wojen handlowych. Prezydent D.Trump zapowiedział wprowadzenie kolejnych ceł na produkty importowane z Chin. Natomiast Chińczycy nie mogą już odpowiedzieć w podobny sposób, dlatego władze tego kraju dały do zrozumienia, że może dojść do osłabienia kursu juana.

– Rynki finansowe zareagowały bardzo nerwowo, bo chodzi o całą mapę konkurencyjności globalnego handlu, która może się bardzo zmienić, gdyby Chiny zdecydowały się na osłabienie swej waluty – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Chiny jednak sugerują, że w ich interesie nie jest skokowa deprecjacja juana, być może będą chciały mieć słabszą walutę, ale dążąc do tego w kontrolowany sposób.

W najbliższych miesiącach może już nie dojść do pragmatycznych rozmów USA-Chiny, a to oznacza podkopywanie fundamentów w biznesie, prowadzi także do coraz bardziej prawdopodobnego dalszego osłabiania się globalnej gospodarki, co stanie się boleśnie odczuwalne dla coraz większej ilości krajów.

Wzrosła liczba biernych zawodowo

O kondycji rynku pracy nie świadczy sam wskaźnik bezrobocia. Dużo większą rolę odgrywają: współczynnik zatrudnienia i skala bierności zawodowej. Wyniki te nie są zadowalające, bo liczba niepracujących w wieku produkcyjnym znowu wzrosła – podaje GUS. Zdaniem Michała Młynarczyka program rządowy likwidacji podatku PIT dla osób do 26-go roku życia, jest dobrą odpowiedzią na problem aktywizacji zawodowej.

Choć w Polsce stopa bezrobocia plasuje się na rekordowo niskim poziomie – z mniejszymi wahaniami – i mogłoby się wydawać, że cieszymy się bardzo dobrą koniunkturą gospodarczą, nic bardziej mylnego. Faktyczne słabości ukryte są w bardzo wysokim wskaźniku bierności i coraz niższej aktywności zawodowej. W efekcie borykamy się z ogromnym deficytem kadrowym, a prognozy demograficzne również nie wróżą dobrze na przyszłość.

Michał Młynarczyk
Michał Młynarczyk, prezes devire

– Największe niedobory odnotowuje branża budowlana, produkcyjna, handel detaliczny oraz stale rozwijający się rynek IT. Jednocześnie, niemal połowa Polaków nie pracuje – zgodnie z najnowszymi danymi GUS w pierwszym kwartale 2019 r. było ich 13 mln 365 tys. na ponad 16 mln pracujących. W tym 5 mln to osoby w wieku produkcyjnym. To znaczy, że na 1000 osób pracujących przypada aż 862 niepracujących lub biernych zawodowo – podkreśla Michał Młynarczyk, dyrektor zarządzający firmy rekrutacyjnej i outsourcingowej Devire.

Dlaczego nie pracują?

Wśród ogółu biernych zawodowo zdecydowaną większość stanowią emeryci (54,6%) oraz osoby, które nadal się uczą i/lub uzupełniają kwalifikacje (16,4%). Wciąż jednak pozostaje liczna grupa osób w wieku produkcyjnym, które nie kwapią się do podjęcia pracy. Najczęściej dzieje się tak dlatego, że obciążają ich obowiązki rodzinne (31,9%) są dotknięci chorobą lub niepełnosprawnością (25%) albo po prostu są zniechęceni bezskutecznością poszukiwań pracy – jest to blisko 250 tys. osób biernych zawodowo. Ostatnią grupę stanowią poszukujący pracy, ale niegotowi do jej podjęcia .

– Co 3 osoba w wieku produkcyjnym nie podejmuje się pracy ze względu na obowiązki rodzinne. Większość z nich to kobiety. Przyczynę upatruję w programie 500+, który choć okazał się olbrzymim sukcesem, jako program socjalny, to niestety ma też skutek uboczny. Jest nim masowa dezaktywizacja zawodowa kobiet. Szczególnie w świetle planowanego rozszerzenia programu na pierwsze dziecko, matki w rodzinach wielodzietnych dostały silny bodziec do niepodejmowania działalności zawodowej i to one będą w przyszłości najszybciej rosnącą grupą nieaktywnych – dodaje Michał Młynarczyk.polacy bierni zawodowo

Tylko co trzeci, młody Polak jest aktywny na rynku pracy

 

Coraz większym problemem staje się także aktywność zawodowa Polaków. Wyniki z najnowszego badania BAEL (IQ2019) są alarmujące – liczba aktywnych uczestników rynku pracy zmniejszyła się zarówno w odniesieniu do IV kwartału 2018 r., jak i analogicznego okresu poprzedniego roku. Jednocześnie wzrosła grupa biernych zawodowo. W tym duży udział mają osoby młode, ponieważ tylko co trzeci młody Polak jest aktywny (34,2 proc. osób 15-24 lat), czyli pracował lub – mimo bezrobocia – aktywnie poszukiwał zatrudnienia i był gotowy do jego podjęcia[i].

Ciekawe dane na temat młodych przedstawił Eurostat, określając ich mianem NEET-ów (z ang. not in employment, education or training). Mają 20-34 lat, nie pracują i nie kształcą się. W całej UE jest aż 16,5 proc. NEET-ów, czyli około 15 milionów osób w wieku produkcyjnym. Polska plasuje się nieco poniżej średniej unijnej – 16,4 proc.[ii]. W prawdzie od 2013 roku odsetek NEET-ów w Polsce systematycznie spada, ale nadal jest to ogromny, niewykorzystany potencjał.neet w polsce

Zdaniem Michała Młynarczyka program rządowy ulga dla młodych, który ruszył od 1 sierpnia 2019 roku, polegający na likwidacji podatku PIT dla pracowników do 26-go roku życia, jest dobrą odpowiedzią na problem aktywizacji zawodowej. Obecnie klin podatkowy (różnica pomiędzy kosztem pracodawcy, a tym co faktycznie dostajemy na konto – około 35%) dotykał najbardziej właśnie ludzi młodych, wchodzących na rynek pracy oraz najgorzej zarabiających. W efekcie trafiali do szarej strefy lub zniechęceni rezygnowali z podjęcia działalności zawodowej. Należy zauważyć, że klin podatkowy w Polsce jest i tak stosunkowo niski na tle bardziej rozwiniętych gospodarek europejskich. Np. w Belgii wynosi on około 54%, a w Niemczech 48%. Jednak faktem jest, że od ponad dekady wskaźnik ten rósł, demotywując coraz większą część społeczeństwa do podjęcia aktywności zawodowej[i].

 

Szara strefa pochłania potencjalnych pracowników

 

Warto też zauważyć, że dodatkowym problemem pozostaje istniejąca w Polsce szara strefa w zatrudnieniu – szczególnie popularna w branży budowlanej, pomocy domowej i opiece nad dziećmi, czy też pracy w gospodarstwie. Popularyzacja portali internetowych takich jak OLX czy Allegro spowodowała pojawienie się grupy osób nieaktywnych zawodowo, które „dorabiają” poprzez mikro handel lub krótkoterminowy wynajem mieszkań. Co ciekawe, szara strefa zmniejszyła się znacznie w stosunku do ubiegłych lat. Jak podaje Instytut Analiz i Prognoz Gospodarczych (IAPG) w swoim najnowszym raporcie „Szara strefa 2019″ – udział szarej strefy w polskiej gospodarce wyniesie w tym roku 17,2 proc. (w 2015 r. było to 19,2 proc.). Nadal jednak szacuje się, że pracuje w niej ponad 800 tysięcy Polaków i wciąż rosnąca liczba obcokrajowów, przekraczająca już pół miliona osób[ii].

 

Co zrobić z milionami obywateli, którzy przebywają w domach?

 

Na rynku pracy można zaobserwować coraz większą tendencję do faworyzowania zawodów wymagających wysokich kwalifikacji. Dlatego tak ważne jest inwestowanie w kształcenie osób, które przez długi czas były poza rynkiem pracy lub których umiejętności mogą być nieaktualne.

 

Polityka zatrudnienia koncentruje się głównie na osobach bezrobotnych i do nich kierowanych jest większość działań. Biorąc pod uwagę fakt, że pracodawcy wciąż narzekają na brak rąk do pracy, warto zwrócić uwagę na dostępną, ale bierną pulę pracowników. Szczególnie w kontekście kobiet, które po urlopach macierzyńskich decydują się zostać w domu, przez co od lat przeważają w grupie nieaktywnych. Dzieje się tak, ponieważ młodzi rodzice nadal nie mają możliwości łatwego pogodzenia opieki z pracą – dodaje Michał Młynarczyk.

Perspektywa na przyszłość wygląda jeszcze gorzej, gdy spojrzymy na dane demograficzne. Według Eurostatu wskaźnik obciążenia demograficznego w Polsce zwiększa się rok do roku. Jeszcze w 2017 na jedną osobę w wieku powyżej 65 lat przypadały cztery osoby w wieku produkcyjnym (24,2 proc.[iii]), a już w 2018 roku wskaźnik ten wyniósł 25,3%, co daje tylko 3 osoby w wieku produkcyjnym na jednego emeryta[iv]. W praktyce oznacza to dalsze nasilanie się deficytu pracowników.

[i] https://www.bankier.pl/wiadomosc/Kto-pracuje-w-szarej-strefie-7622284.html

[ii] Raport „Szara strefa 2019” Instytut Analiz i Prognoz Gospodarczych:

http://www.ipag.org.pl/Content/Uploaded/files/IPAG_Szara_Strefa_2019.pdf

[iii] Eurostat

https://ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/index.php?title=File:Population_age_structure_indicators,_1_January_2017_(%25).png

[iv] Eurostat

https://ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/index.php?title=File:Population_age_structure_indicators,_1_January_2018_(%25).png

[i] GUS, Informacja o rynku pracy IQ2019

[ii] Eurostat https://appsso.eurostat.ec.europa.eu/nui/submitViewTableAction.do

Zła wiadomość dla frankowiczów

Cena franka ponownie wraca w okolice 4 zł, a splot niekorzystnych okoliczności może posłać go jeszcze wyżej. Wszystkiemu winne są słaba gospodarka w Eurolandzie i obawy globalnych inwestorów. Jest jednak „światełko w tunelu”.

Posiadacze kredytów we frankach nie mają powodów do zadowolenia – frank notowany jest obecnie najwyżej od kwietnia 2017 r. i znajduje się blisko granicy 4 zł.

– Istnieje ryzyko, że poziom ten zostanie wkrótce pokonany, gdyż obecnie splata się ze sobą szereg niekorzystnych dla złotego, a korzystnych dla franka czynników – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets. – Przede wszystkim, patrząc na wycenę franka do złotego, należy spojrzeć na notowania franka wobec euro. Obecnie notowania EUR/CHF znajdują się nad poziomem 1,08 stanowiącym dla tej pary wsparcie. Jego pokonanie może doprowadzić notowania na poziomy, na których frank znajdował się w pierwszym kwartale po sławnym zakończeniu interwencji przez Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) w 2014 r.

Trudna sytuacja gospodarcza w Unii Europejskiej oraz potrzeba luzowania polityki monetarnej w Strefie euro sprawiają, że na euro ciąży presja podażowa. Nie można wykluczyć, że euro i frank będą się zbliżały do parytetu, czyli jeden frank będzie kosztował jedno euro. – W takim scenariuszu, w związku z dodatnią korelacją euro i złotego, trzeba by się liczyć z wyceną franka na poziomie 4,25-4,30 – ocenia ekspert CMC Markets.

Nasilają się też obawy o eskalację wojny handlowej na linii Chiny – USA. Ostatnie decyzje Donalda Trumpa spowodowały panikę na rynkach. Inwestorzy szukają „bezpiecznych przystani” dla swojego kapitału, co winduje kurs franka, uznawanego za dobrą lokatę na czarną godzinę.

Ukojenie dla frankowiczów może przynieść szwajcarski bank centralny. Silny frank nie sprzyja bowiem gospodarce Helwetów, dlatego może dojść do otwartej interwencji na rynku walutowym, tak jak miało to miejsce w latach 2012-2015. – Dane na temat depozytów w szwajcarskich bankach sugerują, że już dochodzi do ograniczonej interwencji– wyjaśnia Maciej Leściorz.

Analityka zwiększa przejrzystość działań administracji publicznej

Administracja publiczna ma obowiązek udostępniania informacji dotyczących swojej działalności w postaci tzw. danych otwartych. Zwiększa to przejrzystość prowadzonych przez nią projektów, poszerza możliwości rozliczania z powierzonych zadań, a przede wszystkim stymuluje obywateli do aktywnego udziału w życiu publicznym. Zarządzanie tymi informacjami wymaga wsparcia narzędzi analitycznych, które sprawiają, że ze zgromadzonych zasobów mogą korzystać zarówno obywatele, jak i przedstawiciele innych wydziałów i resortów.

Watchdogi to fundacje i stowarzyszenia, które patrzą władzy na ręce, niezależnie od tego, jaka partia aktualnie ją sprawuje. Funkcję kontrolną mogą również pełnić sami obywatele, uważnie monitorując działania rządzących. W tym celu muszą jednak dysponować dostępem do aktualnych i kompletnych informacji – danych otwartych. Nie powinny one być objęte jakimkolwiek programem licencyjnym, gdyż może to powodować nadużycia polegające na ograniczeniu wglądu w informacje określonym osobom lub całym grupom.

Rozwój e-usług

Administracja publiczna na mocy dyrektywy 2013/37/UE Parlamentu Europejskiego oraz polskiej Ustawy z dnia 25 lutego 2016 r. o ponownym wykorzystaniu informacji sektora publicznego jest zobowiązana do dzielenia się danymi publicznymi. Otwarte publiczne dane są swojego rodzaju narzędziem kontroli obywateli wobec władzy, ale przede wszystkim pełnią rolę informacyjną. To dzięki nim przedsiębiorca wie, do którego urzędu powinien się udać, aby załatwić określoną sprawę, a podróżny jest w stanie sprawdzić jak najszybciej dostać się w dane miejsce korzystając z komunikacji miejskiej. Dane otwarte przyczyniają się do rozwoju e-usług, zasilanych danymi geograficznymi, transportowymi czy gospodarczymi. Przykładowo holenderski zarząd dróg i autostrad Rijkswaterstaat (RWS) udostępnia posiadane informacje, dzięki czemu firmy z sektora prywatnego są w stanie realizować projekty dotyczące m.in. konserwacji nawierzchni.

Jedna platforma dla otwartych danych

Idea podejścia do otwartych danych nie jest nowa i ma swoją długą historię. Istnieje dziś wiele narzędzi do obsługi procesu publikacji tego typu informacji. Nie wszystkie z nich umożliwiają gromadzenie i udostępnienie pełnego zakresu danych, co utrudnia ich wyszukiwanie. Przykładem kompleksowej platformy end-to-end pozwalającej administracji publicznej na zapewnienie przejrzystości prowadzonych działań i właściwe informowanie obywateli jest SAS for Open Data. Kompleksowy system zarządzania treścią (CMS) oparty o technologię open source umożliwia definiowanie struktury i treści całego portalu otwartych danych bez konieczności znajomości języka programowania. Rozwiązanie bazuje na danych wysokiej jakości, gdyż administracja publiczna otrzymuje dostęp m.in. do mechanizmów standaryzacji, deduplikacji czy korekty danych, dzięki którym błędne informacje nie są publikowane. Procedura wzbogacania danych analizuje wszelkie dane surowe, wykrywa ich strukturę i identyfikuje zawartość, aby automatycznie generować metadane zgodnie z międzynarodowymi standardami.

SAS for Open Data nie tylko zarządza zadaniami wymagającymi pracy manualnej, ale również automatycznie uruchamia działania i alerty, dzięki czemu cały proces odświeżania czy dodawania informacji może odbywać się bez udziału człowieka. Każda ze stron internetowego portalu otwartych danych jest efektywnie indeksowana w wyszukiwarkach internetowych (SEO. Z perspektywy obywatela, portal zapewnia bogate mechanizmy wyszukiwania, wizualizacji i automatycznego dostępu. Dodatkowe funkcjonalności precyzyjnego linkowania umożliwiają podzielenie się konkretnymi wyselekcjonowanymi informacjami z innymi użytkownikami.

Dane otwarte prawdziwie dostępne

Biorąc pod uwagę różny poziom umiejętności technologicznych użytkowników systemy obsługujące dane otwarte muszą umożliwiać łatwe ich porządkowanie, automatyczne przetwarzanie i wyszukiwanie.

Obywatel powinien móc samodzielnie korzystać z wizualnej eksploracji danych otwartych. Tylko wtedy będą one prawdziwie przydatne. W przeciwnym wypadku działy IT administracji publicznej będą musiały asystować użytkownikom i odpowiadać na ich zapytania co pochłania dużo czasu i jest niezwykle kosztowne. O wiele lepszym rozwiązaniem jest wdrożenie łatwej w obsłudze platformy, która będzie posiadała intuicyjny interface – mówi Łukasz Leszewski, Lider praktyki Data Management w SAS Polska. Ważny jest też komfort użytkownika, system musi odpowiednio szybko reagować na zapytania. Obecnie wydajne technologie przetwarzania w pamięci pozwalają na sprawne przeprowadzanie obliczeń analitycznych i wydobywanie informacji zawartych w danych, także na urządzeniach mobilnych – podsumowuje Łukasz Leszewski.

Banki centralne reagują na wzrost ryzyka

Środa charakteryzuje się pasmem niespodziewanych decyzji banków centralnych. Z czym są one związane i co oznaczają?

Pierwszy kurz po ostatniej eskalacji konfliktu handlowego na linii USA-Chiny opadł, co przełożyło się na pewne uspokojenie na globalnych rynkach akcji podczas ostatnich sesji. Owo uspokojenie nie było widoczne jednak na wszystkich rynkach. Wczoraj doświadczyliśmy pogłębienia spadku cen ropy naftowej – cena październikowych kontraktów futures na ropę Brent we wtorek znalazła się na poziomie niższym o 20% od kwietniowego szczytu, co oznacza, że surowiec wkroczył w tzw. rynek niedźwiedzia. Jest to szczególnie zła wiadomość dla krajów eksportujących ropę naftową.

W kontekście wydarzeń z ostatnich godzin warto wspomnieć o działaniach globalnych banków centralnych. Podczas dzisiejszego spotkania Bank Nowej Zelandii ściął stopy procentowe o 50 punktów bazowych, zaskakując rynek, który spodziewał się obniżki jedynie o 25 pb. Dziś inwestorów zaskoczyły również banki centralne Indii oraz Tajlandii. Pierwszy obniżył referencyjną stopę z poziomu 5,75% do 5,40% (oczekiwano cięcia stóp do poziomu 5,50%), mocniej obcinając też stopę reverse repo. Drugi z kolei niespodziewanie zdecydował się na cięcie stóp z poziomu 1,75% do 1,50%, obniżając je po raz pierwszy od 2015 roku. O ile decyzje banków centralnych tak odległych krajów mogą wydawać się nieznaczące, to jednak patrząc na nie zbiorczo można zauważyć, że ostatnia eskalacja wojny handlowej oraz związane z tym rosnące ryzyko głębszego spowolnienia globalnej gospodarki generuje znaczne obawy również wśród decydentów.

W tym kontekście kluczowym pytaniem, które zadają sobie inwestorzy jest to, jak na ostatnie rewelacje w handlu międzynarodowym zareagują najważniejsze banki centralne świata, czyli Fed i EBC. Rynki oczekują, że oba banki centralne będą prowadziły luźniejszą politykę monetarną. Rynkowa wycena wskazuje na to, że w obu przypadkach inwestorzy są praktycznie pewni, że stopy procentowe pójdą w dół już podczas następnego spotkania każdego z banków. Inwestorzy zastanawiają się jedynie, czy nie czekają nas cięcia głębsze niż standardowe (10 p.p. w przypadku EBC i 25 p.p. w przypadku Fedu).

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,31-4,32. Po wielu miesiącach rozczarowań wczoraj mocno na plus zaskoczyły dane o zamówieniach fabryk w Niemczech w czerwcu. Ich dynamika wyniosła 2,5% w porównaniu do poprzedniego miesiąca, tym samym była najwyższa od sierpnia 2018 roku. Radość z publikacji nie trwała jednak zbyt długo. Dziś rano mocno rozczarowały dane o produkcji przemysłowej w Niemczech w czerwcu, miesięczna dynamika wyniosła -1,5%. Konsensus Bloomberga wprawdzie zakładał spadek, jednak o dużo niższej skali (-0,5%). Patrząc na dane w ujęciu rocznym, produkcja przemysłowa w Niemczech w czerwcu radziła sobie najgorzej od blisko dekady. To już kolejne dane, po ostatnich odczytach PMI i danych o nastrojach, które wskazują na to, że niemiecki przemysł jest w opłakanym stanie.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,67-4,71. Brytyjska waluta radziła sobie wczoraj dość dobrze, kończąc dzień na lekkim plusie również w relacji do głównych walut. Skala wczorajszego umocnienia (czy raczej, próby odrobienia części strat) była jednak ograniczona. Trudno wyobrazić sobie większy ruch waluty na północ w momencie, kiedy nad rynkami wciąż wisi ryzyko potencjalnego Brexitu bez porozumienia.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 3,84-3,86. Dolar pozostawał również dość stabilny w parze z euro, kończąc dzień jedyne na lekkim plusie. Wczorajsze dane JOLT z USA okazały się nieznacznie lepsze od oczekiwań. W czerwcu liczba nowych ofert pracy okazała się nieco niższa od (zrewidowanego w górę) poziomu z poprzedniego miesiąca, jednak była wyższa niż oczekiwał konsensus Bloomberga. Poziomy, które notujemy w ostatnim czasie znajdują się w okolicy rekordowych w historii tych statystyk i wskazują na dobrą sytuację amerykańskiego rynku pracy.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

18:00 – przemawia Charles Evans z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Jak zbudować markę pracodawcy?

7 sierpnia 2019 roku] Na dzisiejszym rynku pracy coraz częściej to firmy muszą konkurować ze sobą o najlepsze talenty. Silna pozycja kandydatów, w połączniu z rekordowo niskim bezrobociem, dużym zapotrzebowaniem na „ręce do pracy” oraz częstymi rotacjami dają się pracodawcom we znaki. Co więcej, prognozy gospodarcze nie wskazują na to, aby w najbliższej przyszłości sytuacja miała się zmienić. Jak zatem poprawić skuteczność prowadzonych rekrutacji i zwiększyć atrakcyjność firmy na rynku pracy? Komentuje Agnieszka Marciniak, Senior Manager w firmie rekrutacyjnej Michael Page.

Agnieszka Marciniak, Senior Manager w firmie rekrutacyjnej Michael Page
Agnieszka Marciniak, Senior Manager w firmie rekrutacyjnej Michael Page

W obecnych czasach przyciągnięcie do firmy nowej, utalentowanej osoby z potencjałem oraz zatrzymanie jej w organizacji staje się coraz trudniejsze. Badanie „Confidence Index” regularnie przeprowadzane przez firmę rekrutacyjną Michael Page pokazuje, że propozycja atrakcyjnego wynagrodzenia do zmiany miejsca zatrudnienia może skłonić coraz mniejszy odsetek respondentów. W I kwartale 2019 r. było to 43 proc. badanych, w II kwartale 2019 r. natomiast spadło do 39 proc. ankietowanych. Pracodawcy zauważyli, że metody rekrutacyjne, które stosowali do tej pory mogą już nie wystarczyć, aby zapewnić firmie konkurencyjność i stały napływ talentów. Jak zatem odpowiedzieć na potrzeby współczesnego rynku pracy i zbudować rozpoznawalną markę pracodawcy?

Pracodawca „pierwszego wyboru”

Wizerunek pracodawcy odgrywa coraz większą rolę w rekrutacji. Wynika to m.in. z tego, że coraz częściej pracownicy firmy mają duży wpływ na proces pozyskiwania talentów. Najlepiej wiedzą z jakimi osobami chcieliby pracować i jakie kompetencje są kluczowe na danym stanowisku. Dzięki temu mają większą szansę, aby stworzyć dobrze zgrany zespół, dopasowany również pod kątem osobowości.

Poszukiwanie kandydatów coraz częściej rozpoczyna się wewnątrz organizacji. Jedną z zalet takiego rozwiązania jest szybkość w dotarciu do potencjalnego kandydata oraz większa przejrzystość w komunikacji. Polecony pracownik zazwyczaj jest lepiej zaznajomiony ze specyfiką pracy w danej organizacji i na konkretnym stanowisku. Zna realny obraz firmy, co sprawia, że jego decyzja o związaniu się z nią jest bardziej świadoma – komentuje Agnieszka Marciniak, Senior Manager w firmie rekrutacyjnej Michael Page.

Employer Branding zaczyna się wewnątrz organizacji

Pracownicy firmy, aby mogli stać się jej wizytówką i byli skłonni chętnie polecać ją na zewnątrz, muszą przede wszystkim sami czuć się usatysfakcjonowani warunkami zatrudnienia. Wg badań Michael Page przeprowadzonych w II kwartale 2019 r., dla polskich pracowników kluczową rolę w miejscu pracy odgrywają takie aspekty jak: relacje ze współpracownikami i przełożonymi (97 proc.), dostęp do szkoleń (92 proc.), możliwość zachowania work-life balance (91 proc.). Na znaczeniu zyskuje zatem employee relations, czyli budowanie relacji między pracownikami, a pracodawcami. Wg badań „Życie w Pracy” przeprowadzonych w 2018 r. przez Michael Page czynnik ten jest istotny już niemal dla 95 proc. badanych. Co więcej, 6 na 10 respondentów przyznało również, że pozytywne relacje z przełożonym przekładają się na ich produktywność.

Organizacje, które chcą zbudować skuteczne kampanie employer brandingowe powinny najpierw poznać potrzeby pracowników i oczekiwania potencjalnych kandydatów. Regularne badanie nastrojów wewnątrz firmy pozwala lepiej dostosować ofertę rekrutacyjną oraz przewidzieć ewentualne odejścia z pracy. Dbanie o employer branding nie tylko podnosi satysfakcję osób już zatrudnionych, ale również poszerza pulę kandydatów potencjalnie zainteresowanych dołączeniem do organizacji. W dalszej perspektywie, zwiększa to również jej rozpoznawalność na rynku – mówi Agnieszka Marciniak.

„Miękkie” dopasowanie

Podstawą do zbudowania silnej marki pracodawcy jest stworzenie przyjaznego, stymulującego rozwój środowiska pracy. Za to w głównej mierze odpowiadają pracownicy firmy. W związku z tym, w procesie rekrutacyjnym coraz większą wagę przykłada się do tego, aby dopasować członków zespołu nie tylko pod kątem umiejętności technicznych, ale również osobowości. W badaniu przeprowadzonym przez LinkedIn w 2019 r. już 9 na 10 ankietowanych specjalistów przyznało, że kompetencje miękkie są istotnym czynnikiem wpływającym na skuteczność rekrutacji. Co więcej, kreatywność, umiejętność perswazji, współpraca, elastyczność i zarządzanie czasem to cechy, które wg ankietowanych są obecnie najbardziej pożądane na rynku pracy.

Ponadto w procesie rekrutacji doceniane są również osoby o wysoko rozwiniętych zdolnościach komunikacyjnych i organizacyjnych. Szczególnie poszukiwani są także kandydaci, którzy mają predyspozycje do szybkiego uczenia się i zdobywania wiedzy. Takie osoby – z dużym potencjałem – mogą wiele wnieść do rozwoju firmy i zespołu, a właśnie ten aspekt jest jednym z kluczowych czynników warunkujących sukces organizacji – podsumowuje Agnieszka Marciniak.

Już nie tylko Millenialsi grymaszą na rynku pracy. Wysoka rotacja pracowników hamuje rozwój polskich firm.

Aż 68 proc. polskich firm planuje rekrutować nowych pracowników w ciągu najbliższych sześciu miesięcy – wynika z raportu „Rynek pracy oczami pracodawców” przygotowanego przez Trenkwalder Polska. Najbardziej poszukiwani są pracownicy fizyczni. Tak duża liczba rekrutacji to nie efekt wzrostu gospodarczego, ale przede wszystkim skutek wysokiej rotacji kadr. A ta, wbrew powszechnej opinii, nie dotyczy już tylko pracowników z pokolenia Y i Z oraz „białych kołnierzyków”.

Hossa na rynku pracy wciąż trwa. Jak pokazują dane zebrane na zlecenie Trenkwalder, tylko w ciągu ostatnich 12 miesięcy ponad 70 proc. firm w Polsce zwiększyło zatrudnienie średnio o 10 proc., a 30 proc. badanych przedsiębiorców zadeklarowało, że zatrudniło więcej niż 50 osób. Jednocześnie, według danych GUS, dynamika zatrudnienia netto w tym okresie spadła z 5,8 proc. do 2,8 proc.[1] Według ekspertów odpowiada za to wysoka rotacja pracowników, która jeszcze nasiliła się w ostatnim półroczu. Problem dotyczy przede wszystkim podmiotów z sektora MŚP. Sytuacja w dużych firmach jest bardziej ustabilizowana.

– „Statystyki wyraźnie pokazują, że pomimo wzrostu zatrudnienia, liczba nowoutworzonych miejsc pracy w pierwszym kwartale tego roku jest mniejsza niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Oznacza to, że w dużej mierze obsadzane są te same wakaty – jedni pracownicy odchodzą, a na ich miejsce przychodzą inni. Dla pracodawców to oczywiście sytuacja bardzo niekorzystna, bo zamiast inwestować czas i pieniądze w rozwój firmy, muszą uzupełniać braki kadrowe. Coraz bardziej widać, że brak siły roboczej staje się hamulcem rozwoju przedsiębiorstw.”mówi Wojciech Ratajczyk, CEO, Trenkwalder Polska oraz wiceprezes Polskiego Forum HR.

ROŚNIE ZATRUDNIENIE, RĄK DO PRACY WCIĄŻ BRAKUJE

Jak wynika z raportu „Rynek pracy oczami pracodawców” przygotowanego przez Trenkwalder Polska, aż 69 proc. dużych, 65 proc. średnich i 68 proc. małych firm w Polsce zamierza rekrutować w najbliższym półroczu. Około 70 proc. firm, które w ciągu ostatnich 12 miesięcy zwiększyły wielkość zatrudnienia na poziomie od 6 do ponad 50 pracowników, planuje w najbliższym półroczu dodatkowe rekrutacje. Według Wojciecha Ratajczyka, jest to przejaw nie tyle optymistycznych planów dotyczących rozwoju biznesu, ile coraz większej świadomości problemów związanych z utrzymaniem poziomu zatrudnienia, który pozwalałby na efektywne funkcjonowanie przedsiębiorstwa.

– „Warto zauważyć, że coraz częściej kwestia rotacji nie dotyczy już tylko młodych pracowników, którzy dopiero wkraczają na ścieżkę kariery i poszukują najlepszego miejsca do realizowania swoich zawodowych ambicji. Rynek pracownika sprawił, że na zmianę pracy decydują się osoby z większym doświadczeniem, które dotychczas nie były skłonne do podjęcia ryzyka zmiany pracy. To trend, który będzie przybierał na sile. Dotyczy to wielu branż. Dlatego też pracodawcy powinni nie tylko dołożyć wszelkich starań, aby odpowiednio dostosować ofertę dla nowych pracowników i opracować skuteczne sposoby ich pozyskania, ale również aby zminimalizować ryzyko odejścia doświadczonych specjalistów.” – podkreśla Wojciech Ratajczyk – „ Wiąże się to z dodatkowymi nakładami czasu i środków, dlatego rynek coraz bardziej zmierza w kierunku połączenia potrzeb przedsiębiorstw w obszarze rekrutacji z wiedzą i doświadczeniem wyspecjalizowanych firm HR.” – dodaje Ratajczyk.

Aż 58% firm ankietowanych przez Trenkwalder Polska przedsiębiorców deklarowało, że w ciągu ostatniego roku więcej kandydatów odrzucało oferty pracy niż w latach poprzednich. 37% kandydatów odrzuciło oferty podając jako powód lepszą ofertę u innego pracodawcy. Dopiero na drugim miejscu (23%) było lepsze wynagrodzenie.

-„Jak pokazują wyniki naszego badania, najważniejszym czynnikiem niekoniecznie była tylko wysokość wynagrodzenia czy benefity, ale całokształt oferty pracy i jej atrakcyjność. To ważny sygnał dla pracodawców i wskazówka, żeby analizować powody odrzucenia ofert, a wnioski uwzględniać przy projektowaniu strategii personalnych i budowaniu wizerunku firmy.” – mówi Wojciech Ratajczyk

DOŚWIADCZONEGO PRACOWNIKA NIEŁATWO ZASTĄPIĆ NOWYM…

Zmiany, które zaszły w ciągu ostatnich lat na rodzimym rynku pracy pokazują niezbicie, że pracownika o wiele łatwiej jest stracić, niż zrekrutować. I wbrew pozorom problem z pozyskaniem kandydatów nie dotyczy już tylko stanowisk, które wymagają rzadkich i unikalnych kompetencji. Co prawda pracodawcy zapytani przez Trenkwalder Polska o to, na jakie stanowisko było im najtrudniej zrekrutować pracowników w ciągu ostatnich 12 miesięcy, na pierwszym miejscu wskazują programistów i specjalistów IT (23 proc. wskazań), ale tuż za nimi znajdują się „niebieskie kołnierzyki”: operatorzy maszyn (14 proc. wskazań), elektrycy i elektromechanicy (12 proc. wskazań) oraz pracownicy produkcji (9 proc.).

– „Trudności w rekrutacji nowych pracowników wynikają zazwyczaj z niedoboru specjalistów o wąskich kompetencjach i wysokich kwalifikacjach. Jednak niedobór wolnych rąk do pracy w Polsce i niedopasowanie pomiędzy potrzebami rynku pracy, a umiejętnościami kandydatów sprawiły, że również pozyskanie pracowników fizycznych sprawia firmom duże problemy.”mówi Ewelina Glińska-Kołodziej, dyrektor operacyjny w Trenkwalder Polska.

… TRUDNO ZASTĄPIĆ GO TEŻ MASZYNĄ!

Wynik badania zrealizowanego na zlecenie Trenkwalder Polska wyraźnie pokazuje, że pracodawcy najbardziej zmagają się z deficytem pracowników fizycznych. To właśnie „niebieskie kołnierzyki” otwierają listę kandydatów najbardziej pożądanych przez firmy (39 proc. wskazań). Dopiero kolejne miejsca zajmują inżynierowie (15 proc. wskazań), sprzedawcy (11 proc. wskazań) oraz specjaliści IT (10 proc.).

– „Tempo wzrostu automatyzacji w polskich przedsiębiorstwach jest zbyt małe, aby w wykonywaniu prostych prac fizycznych, ludzi można było szybko zastąpić maszynami. Jednocześnie niski poziom bezrobocia w Polsce nie daje złudzeń, że podaż pracowników fizycznych gotowych do podjęcia pracy mogłaby się w najbliższym czasie zwiększyć.”mówi Ewelina Glińska-Kołodziej.

DZIAŁANIA „NA WCZORAJ”

Wcześniejsze fale emigracji zarobkowej pracowników fizycznych, obecny kryzys demograficzny i wzrost osób biernych zawodowo czy wreszcie niedopasowanie szkolnictwa zawodowego do realnych potrzeb przedsiębiorców dały o sobie znać. Eksperci zgodnie stwierdzają, że w najbliższych latach na rodzimym rynku zabraknie około 3 – 4 mln pracowników, a do 2050 roku liczba ta może wzrosnąć nawet do 10 mln. Załatanie „dziur” na polskim rynku pracy to działania na lata, które wymagają systemowych rozwiązań.

Wojciech Ratajczyk, CEO Trenkwalder, Wiceprezes ds. pracy tymczasowej Polskiego Forum HR
Wojciech Ratajczyk, CEO Trenkwalder, Wiceprezes ds. pracy tymczasowej Polskiego Forum HR

-„Przedsiębiorcy potrzebują rozwiązań na już. Dlatego w krótkiej perspektywie trzeba natychmiast wprowadzić ułatwienia w zatrudnianiu i legalizacji pracowników z Ukrainy i z innych krajów. Kolejna rzecz, to dbałość o wizerunek pracodawcy we wszystkich jego aspektach – to co obiecuje, powinno być zgodne z tym, co pracownik zobaczy, kiedy zacznie pracę. Rozbieżność pomiędzy oczekiwaniami, a rzeczywistością, to częste powody rezygnacji z pracy. W długiej perspektywie musimy zredefiniować szkolnictwo branżowe. To działania „na wczoraj”. Nie stać nas na ich odwlekanie, bo na efekty będziemy musieli jeszcze długo poczekać.” – podsumowuje Wojciech Ratajczyk, CEO, Trenkwalder Polska oraz wiceprezes Polskiego Forum HR.

[1] Dane GUS, kwiecień 2019.

Faktoring w parze z windykacją

Już 88% przedsiębiorców ma problemy z wyegzekwowaniem należności od kontrahentów, a na płatności czekają średnio 114 dni. Zatory płatnicze tak mocno dają im się we znaki, że coraz częściej szukają kompleksowych rozwiązań. Według najnowszego badania NFG, ponad 63% przedsiębiorców byłoby skłonnych skorzystać z dodatkowych usług – obok faktoringu – wspierających płynność finansową. Na pierwszym miejscu wskazało windykację.

O zachowaniu przez firmę płynności finansowej mówimy wtedy, kiedy środki finansowe wpływające na bieżąco do przedsiębiorstwa są wystarczające na pokrycie jego wszystkich wydatków, w tym także jego zobowiązań finansowych. Utrata płynności jest więc pierwszą oznaką niewypłacalności przedsiębiorstwa, która w efekcie może prowadzić do jego upadłości.

Małe firmy najbardziej narażone

Ostatni raport Krajowego Rejestru Długów BIG SA i Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych „Portfel należności polskich przedsiębiorstw” donosi, że problemy z wyegzekwowaniem pieniędzy od kontrahentów ma już 88% firm. Najbardziej narażone na ryzyko braku zapłaty lub nieterminowej zapłaty ze strony kontrahentów są przedsiębiorstwa, które sprzedają towary i usługi z odroczonym terminem płatności. Dłużnicy, czyli odbiorcy tych usług, często odwlekają termin płatności, kredytując swoją działalność właśnie kosztem dostawców. W efekcie polskie firmy na pieniądze czekają średnio 3 miesiące i 24 dni. Analizując okres przeterminowania z perspektywy wielkości przedsiębiorstw, najdłużej na otrzymanie płatności czekają firmy małe: przeciętnie 4 miesiące i 15 dni.

Obserwujemy, że w relacjach asymetrycznych, w których firma z sektora MŚP świadczy jakąś usługę lub dostarcza towar większemu podmiotowi, duże firmy często wykorzystują dominującą pozycję względem swoich dostawców i nie respektują ustalonych terminów płatności. Przez to ci najmniejsi są najbardziej narażeni na zatory płatnicze i ryzyko bankructwa. Dlatego jako fintech faktoringowy od początku wspieramy te właśnie przedsiębiorstwa, oferując im jeden z najlepszych instrumentów służących poprawie płynności finansowej, czyli eFaktoring. Teraz także postanowiliśmy sprawdzić, czy przedsiębiorcy są świadomi zagrożeń, jakie niosą ze sobą zatory płatnicze, i czy widzą potrzebę korzystania jeszcze z innych dostępnych na rynku narzędzi wspierających płynność finansową – mówi Dariusz Szkaradek, prezes Zarządu NFG.

Faktoring plus coś jeszcze

Jednym z najbardziej skutecznych narzędzi wspierających płynność finansową jest faktoring. W skrócie polega on na tym, że przedsiębiorca przekazuje firmie faktoringowej swoje faktury i wymienia je na gotówkę. Przekonuje się do niego coraz więcej firm. Według danych GUS, w 2018 roku z tej usługi skorzystało w Polsce 17 917 klientów – o 12,8% więcej niż w roku poprzednim. Ale w coraz większej liczbie firm narasta świadomość, że tylko kompleksowe, wielorakie, wzajemnie uzupełniające się działania przynoszą najlepsze efekty i dają największe poczucie bezpieczeństwa. W najnowszym badaniu „Percepcja faktoringu w MŚP” Instytut Keralla Research na zlecenie firmy faktoringowej NFG spytał polskich przedsiębiorców o to, z jakich usług wspierających płynność finansową, obok faktoringu, byliby skłonni skorzystać, by chronić i odzyskiwać swoje należności. Taką potrzebę korzystania z usług dodatkowych widzi większość respondentów.

Jak pokazuje nasze badanie, potrzeba przedsiębiorców aby zapewnić sobie kompleksową ochronę przed zatorami jest dość duża. Ponad 63% firm wybrałaby dodatkowe usługi w tym zakresie. Zdaniem przedsiębiorców, najlepszą formą ochrony i odzyskania pieniędzy jest windykacja należności. Na tę usługę zdecydowałoby się 42,1 procent badanych. Na drugim miejscu przedsiębiorcy wskazywali ubezpieczenie należności. Sprawdzanie i monitorowanie kontrahenta znalazło się na trzecim miejscu, a dopisywanie kontrahenta do rejestru dłużników to wybór co piątego przedsiębiorcy – wyjaśnia Dariusz Szkaradek.faktoring i windykacja

Windykacja, ubezpieczenie, sprawdzanie

Faktoring jest doskonałym narzędziem wspierającym płynność finansową, bo w przypadku wierzytelności niewymagalnych z odroczonym terminem płatności pozwala w szybki sposób zamienić faktury na gotówkę. Ale w przypadku starych należności, czyli wierzytelności wymagalnych, których firmy faktoringowe nie finansują, konieczna jest pomoc profesjonalistów. Dlatego 42,1% przedsiębiorców zgodnie przyznaje, że wybrałoby windykację jako dodatkową usługę.

Drugi wybór przedsiębiorców to ubezpieczenie należności. Tę usługę wskazało 39% badanych. Istotnie ma ona wiele korzyści: w przypadku braku uregulowania należności przez kontrahenta, ubezpieczyciel często przejmuje na siebie ciężar windykacji należności, a odszkodowanie z tytułu braku płatności minimalizuje w pewnym stopniu stratę przedsiębiorcy.

Na kolejnych dwóch miejscach znalazły się usługi oferowane przez biura informacji gospodarczej, czyli: sprawdzanie i monitorowanie kontrahenta (36,6%) oraz dopisywanie kontrahenta do rejestru dłużników (20,9%). Polskie BIG-i, jak na przykład Krajowy Rejestr Długów, pełnią dwie role: prewencyjną i windykacyjną. Raporty o kondycji finansowej firm pozyskane z BIG-ów pozwalają przedsiębiorcom weryfikować kontrahentów i tym samym uniknąć współpracy z niesolidnym płatnikiem. Z kolei umieszczenie w bazie danych KRD informacji o dłużniku skutecznie motywuje go do spłaty zobowiązań, dzięki czemu przedsiębiorca szybciej otrzymuje należne mu pieniądze. Niesolidny kontrahent jest bowiem widoczny dla innych uczestników rynku i napotyka na szereg utrudnień w prowadzeniu działalności gospodarczej. Obecność na liście dłużników staje się uciążliwa, dlatego robi wszystko, by jak najszybciej zniknąć z rejestru.

Charakterystyczne jest to, że większy odsetek przedsiębiorców myśli o ochronie swojej płynności finansowej, jak już ma problem z odzyskaniem pieniędzy, a nie wtedy kiedy zawiera umowę z kontrahentem. Co prawda różnica nie jest duża, bo 42% wskazuje na windykację jako na uzupełnienie faktoringu, a niecałe 37% na sprawdzenie w KRD, ale jest. To i tak olbrzymi postęp, bo jeszcze kilka lat temu sprawdzanie kontrahenta przed zawarciem z nim umowy było traktowane w małych firmach, jak nietakt – mówi Dariusz Szkaradek.

Jak pokazuje badanie NFG, wśród polskich przedsiębiorców istnieje świadomość zagrożenia zatorami płatniczymi i potrzeba dodatkowych usług wspierających płynność. Tylko od nich zależy, które instrumenty finansowe wybiorą.

Informacja o badaniu: Badanie ogólnopolskie „Percepcja faktoringu w MŚP” przeprowadzone przez Instytut Keralla Research na zlecenie firmy faktoringowej NFG, w II kwartale 2019 r., wśród mikro, małych i średnich firm, na próbie N=500. Technika: wywiady telefoniczne.

Czy ceny mieszkań są już najwyższe w historii rynku – deweloperzy odpowiadają

Czy ceny mieszkań doszły już do rekordowego poziomu ze szczytu ostatniej hossy sprzed ponad dekady? Czy możemy mówić o najwyższych cenach na rynku deweloperskim w jego historii? W jakich lokalizacjach mieszkania drożeją najszybciej? Sondę przygotował serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Ceny w większości miast są wyższe niż w 2007/2008 roku, można mówić więc o rekordzie. Należy jednak pokreślić, że teraz znajdujemy się w zupełnie innych realiach rynkowych, dlatego nie można wprost porównywać obecnej sytuacji do tej sprzed ponad dekady. Wystarczy wspomnieć, iż w ostatnich latach, poza wzrostem cen mieszkań, wrosły też w kraju zarobki średnio o ponad 70 proc. i inflacja o ponad 20 proc. Tym samym, pomimo zrównania się cen mieszkań z poziomem z lat 2007/2008, zdolność nabywcza klientów jest dwukrotnie wyższa.

Ceny mieszkań najbardziej wzrosły w największych aglomeracjach w kraju, przy czym podwyżki były różne w poszczególnych miastach. Jeśli chodzi o wysokość stawek, niezmiennie wybija się Warszawa, niemniej mocno zyskał Gdańsk, który wcześniej plasował się za Krakowem i Wrocławiem, a dziś jest trzecim najdroższym miastem w kraju, po Sopocie i Warszawie.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Faktycznie w skali całego rynku ceny mieszkań dotarły nominalnie, bez uwzględnienia inflacji, do poziomu cen ze szczytu hossy sprzed dekady. Najbardziej dynamiczne zwyżki dotyczyły rynku warszawskiego, wrocławskiego i krakowskiego. Jeśli jednak otoczenie rynkowe nie zmieni się, należy spodziewać się raczej stabilizacji poziomu cen, z utrzymaniem lekkiego trendu wzrostowego.

Warto zaznaczyć, że odnotowany w ostatnich miesiącach trend wzrostowy, jeśli chodzi o ceny mieszkań, miał związek z ciążącymi na branży budowlanej rosnącymi kosztami inwestycji. Przede wszystkim podrożały materiały budowlane i wykonawstwo, ale także ceny gruntów. Mówimy tu o znacznym wzroście, rzędu kilkuset złotych na metrze kwadratowym. Jednak w przypadku naszej firmy nie miało to aż tak znacznego, jak u konkurencji, przełożenia na ceny mieszkań. To zasługa naszego unikatowego modelu biznesowego, minimalizującego udział pośredników i bazującego m.in. na własnym generalnym wykonawstwie. Dzięki temu, w znacznym stopniu kompensujemy rosnące koszty inwestycji i niezmiennie oferujemy mieszkania w atrakcyjnych cenach.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Z danych NBP wynika, iż we wszystkich miastach z wyjątkiem Wrocławia, w ostatnim kwartale 2018 roku odnotowano najwyższą dynamikę wzrostu cen od czwartego kwartału 2007 roku. Jednak warto podkreślić, że dzisiaj sytuacja na rynku mieszkaniowym jest zupełnie inna niż dekadę temu. Deweloperzy podnoszą ceny ze względu na wyższe koszty robocizny i materiałów. Jeśli sytuacja na rynku wykonawstwa ustabilizuje się, dynamika wzrostu cen mieszkań prawdopodobnie ulegnie osłabieniu. Nieprędko jednak to nastąpi. W pierwszym kwartale 2019 roku, według danych rynkowych lokale sprzedawane przez deweloperów w 6 największych miastach Polski były średnio o ponad 11 proc. droższe niż rok wcześniej. Najszybciej drożały mieszkania w Warszawie, w szczególności w dobrych lokalizacjach. Na koniec marca br. średnia cena 1 mkw. w Warszawie wynosiła ponad 10 tys. zł, a rok temu było to 8,8 tys. zł/mkw. Średnia liczona jest jednak z uwzględnieniem zarówno cen apartamentów w inwestycjach premium, jak i z cen mieszkań dla mniej zamożnego klienta. Największym zainteresowaniem cieszą się mieszkania o powierzchni do 55 mkw. i to właśnie takie lokale podrożały najbardziej.

Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development odpowiedzialny za sprzedaż i marketing

W przypadku miast, w których działamy, na pewno możemy mówić o rekordowo wysokich cenach mieszkań w Warszawie, Szczecinie, a nawet Poznaniu, gdzie dotychczas ceny rosły znacznie wolniej. Mieszkania wyraźnie podrożały, niezależnie od lokalizacji. Takie warszawskie dzielnice, jak Białołęka czy Ursus, które wcześniej kojarzone były z tańszymi ofertami, drożały równie szybko, jak lokalizacje bliżej centrum miasta.

Piotr Tarkowski, dyrektor ds. Sprzedaży Allcon Osiedla

Ceny mieszkań na rynku pierwotnym w większości polskich aglomeracji albo są na poziomie z ostatniej hossy, albo ten poziom przekroczyły. Ta sytuacja jest potwierdzeniem, że nieruchomości są długoterminowym instrumentem inwestycyjnym. Ceny nieruchomości co do zasady mają trend wzrostowy, pokazują to wykresy z rynków, których historia jest znacznie dłuższa niż nasza. Liderem wzrostów cenowych w ostatnim okresie jest Trójmiasto. To efekt synergii. Walory krajobrazowe, historia, turyści, ośrodek akademicki, międzynarodowy biznes kreują coraz większy popyt po stronie potrzeb mieszkaniowych oraz inwestycyjnych. To właśnie w Trójmieście bardzo szybko rozwija się rynek second home.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Średnie ceny nowych mieszkań w Warszawie i Trójmieście przekroczyły już poziom z lat 2007-2008. W Warszawie za lokale trzeba zapłacić przeciętnie 10 000 zł za mkw. wobec 9 200 zł/mkw. w 2008 roku. W Trójmieście mieszkania kosztują teraz średnio 8 900 zł/mkw. wobec 8 700zł/mkw. w 2007 roku.

O ile w poprzednim cyklu koniunktury wzrost cen był znacznie bardziej dynamiczny i nakręcany głównie zakupami spekulacyjnymi, w tym w znaczącej mierze przez inwestorów zagranicznych, o tyle w obecnym cyklu na szczególną uwagę zasługuje struktura popytu. Zakupy inwestycyjne obecnie również mają duży udział wśród dokonywanych transakcji, jednak największy procent stanowią zakupy na własne potrzeby oraz zakupy inwestycyjne drobnych inwestorów. W poprzednim okresie bardziej rozpowszechnione były zakupy pakietowe, kilkanaście lub kilkadziesiąt lokali nabywał jeden podmiot. A ewentualne wycofanie się takiego inwestora stanowi duże zagrożenie dla inwestycji, a w szerszym ujęciu także dla stabilności rynku. Niebagatelne znaczenie dla różnicy między obecnym a poprzednim cyklem koniunktury ma również struktura finansowania. Obecnie znacznie większy jest udział środków własnych. Nie ma też kredytów frankowych, które dzięki zaniżonemu oprocentowaniu powodowały, że osoby, które obecnie nie otrzymałby kredytu stać było na mieszkanie.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Na pewno ceny mieszkań w ostatnim czasie znacząco wzrosły, ale jest to zupełnie inna sytuacja niż ta sprzed ponad dekady. Aktualnie stawki idą w górę ze względu na wysokie koszty zakupu gruntów oraz wykonawstwa. Poza tym, marże deweloperów nie są wcale takie wysokie, jak mogłoby się wydawać. Najdroższe są oczywiście mieszkania w największych miastach w budynkach zlokalizowanych w ich centralnych częściach z dobrą komunikacją i bogatą infrastrukturą.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Sytuacja rynkowa jest dziś z pewnością zupełnie inna niż w 2007/2008 roku. Moim zdaniem samo porównanie wysokości cen nie jest tu najlepszym punktem odniesienia. Mieszkania nadal systematycznie drożeją, rynek rośnie jednak stopniowo i znajduje się we względnej równowadze, choć faktycznie od dłuższego czasu mamy do czynienia z przewagą popytu. Nie możemy jednak mówić o gwałtownych zmianach cen, ale raczej o stabilnych długofalowych wzrostach rynkowych.

Wojciech Duda, wiceprezes Duda Development

W topowych lokalizacjach w centralnych dzielnicach miast ceny nie tylko wyrównały, ale i przekroczyły te, które obowiązywały w czasie hossy. Zdecydowanie możemy mówić o rekordowych poziomach cen. Wraz ze wzrostem cen rosną oczekiwania nabywców. To zapotrzebowanie, na które odpowiadamy, proponując inwestycje wyróżniające się na przykład wyjątkowo estetyczną fasadą, czy starannie zaprojektowanymi układami mieszkań.

Monika Foremniak, specjalista ds. sprzedaży mieszkań w firmie Peira

Ceny mieszkań wzrosły znacznie od momentu hossy z 2007/2008 roku, a nawet przekroczyły stawki z tamtego okresu. Trudno prognozować, czy nastąpi już stabilizacja cen mieszkań, czy to jeszcze nie koniec wzrostu. Jeśli chodzi o wpływ lokalizacji na cenę, mieszkania drożeją najszybciej w centrach miast, gdzie klienci kupują nieruchomości z myślą o zainwestowaniu środków, a także w wyjątkowych miejscach, jak na przykład w sąsiedztwie terenów zielonych, jak nasza inwestycja Srebrzyńska Park, która znajduje się tuż przy największym łódzkim parku.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

W wielu lokalizacjach ceny przekroczyły już poziom z ostatniej hossy, ale mamy też inne czasy. Stymulowanie gospodarki bardzo pomogło popytowi, zarówno stymulacja socjalna, jak i wyjątkowo atrakcyjny rynek fiskalny. Przeciętny Polak zarabia coraz więcej przy wyjątkowo niskim koszcie kredytu. Dzisiejszy wzrost również inaczej się rozwijał, był stabilniejszy i równoległy względem rynku. Nie zdążyliśmy zbudować sztucznej bańki, nie mniej jednak uważam, że wzrost cen nie będzie wyższy niż 5-10 proc.

Katarzyna Nowicka, prezes zarządu w firmie Akord

Ceny większości produktów na rynku stale rosną ze względu na wzrost płac, inflację, czy wyższe koszty prowadzenia działalności. Najszybciej drożeją mieszkania w centrach miast i w zabudowie śródmiejskiej.

Autor: Dompress.pl

Założyłeś nową firmę i szukasz finansowania?

Aasa ceo.com.pl

Zewnętrzne finansowanie jest często jedynym sposobem na rozwój nowej firmy. Niestety, banki niechętnie pożyczają pieniądze przedsiębiorcom bez długiego stażu na rynku. Gdzie wtedy szukać finansowania? Rozwiązaniem może być pożyczka dla młodych firm.

Polacy należą bez wątpienia do jednych z najbardziej przedsiębiorczych narodów w Unii Europejskiej. U nas panuje wręcz moda na zakładanie własnego biznesu, a szczególnie w formie jednoosobowej działalności gospodarczej. Z rejestru REGON wynika, że takich firm jest już ponad 3 mln w naszym kraju, a co roku powstaje około 25 tys. nowych podmiotów gospodarczych.

Niestety, młodzi przedsiębiorcy muszą się borykać z wieloma problemami, a największym z nich jest kłopot ze znalezieniem zewnętrznego finansowania. To szczególnie trudne w początkowej fazie działalności firmy, gdy zarazem potrzeby inwestycyjne są często największe. Bez pieniędzy trudno rozwijać biznes.

Tymczasem przeważnie na początku działalności trzeba wyposażyć przedsiębiorstwo w odpowiednie narzędzia (w przypadku sektora przemysłowego mogą być bardzo kosztowne), pozyskać know-how, skorzystać z rad ekspertów, a w końcu także zatroszczyć się o utrzymanie płynności finansowej, zanim zdobędzie się odpowiednią liczbę klientów. Nie każdy może liczyć na różnego rodzaju dotacje czy środki z funduszy unijnych. Z danych Fundacji Kronenberga wynika, że jedynie co trzeci mikroprzedsiębiorca składa wniosek o wsparcie z UE, a pieniądze uzyskuje tylko jedna trzecia z nich.

Najczęściej młode firmy są skazane na finansowanie z własnych środków i tak próbuje działać 60% młodych przedsiębiorców. Co jednak z tymi, którzy nie mają własnych środków? Większość z nich próbuje zdobyć finansowanie w banku, ale nie zawsze z pozytywnym skutkiem.

Dlaczego banki nie chcą finansować nowych firm?

Bank wydaje się naturalnym źródłem zewnętrznego finansowania biznesu. W praktyce jednak nie jest wcale łatwo zaciągnąć kredyt na rozwój firmy, szczególnie nowej. W I kwartale 2019 roku, podobnie jak w poprzednich, banki ponownie zaostrzyły kryteria przyznawania kredytów dla przedsiębiorców. Dostępność finansowania w bankach jest coraz trudniejsza. W 2019 roku niemal 21% firm spotkało się z odmową kredytu ze strony banku, gdy 3 lata wcześniej było to jedynie 14% przedsiębiorców, jak wynika z raportu Instytutu Keralla.

Najczęściej banki odmawiają finansowania małym firmom, uważając je za obarczone dużym ryzykiem. W najgorszej sytuacji są branże, które zostały uznane przez sektor bankowy za najbardziej ryzykowne. Można tu wymienić przede wszystkim branżę budowlaną, usługową i produkcyjną. To właśnie przedsiębiorcy z tych sektorów mają najtrudniejszy dostęp do bankowego pieniądza.

Jeszcze gorzej jest z młodymi firmami. Banki, jeśli w ogóle mają ofertę dla przedsiębiorców, wymagają, aby firma działała najczęściej co najmniej 12 miesięcy na rynku. Gdzie zatem młody przedsiębiorca może szukać finansowania? Na szczęście sytuacja nie jest bez wyjścia.

Pożyczka dla młodych firm na rynku pozabankowym

 Z pomocą nowym firmom przychodzi sektor, który najczęściej nie kojarzy się ze wsparciem biznesu, ale z szybkimi pożyczkami. Chodzi o oczywiście o sektor pozabankowych pożyczek.

– Silna konkurencja na rynku pozabankowym wymusiła na firmach pożyczkowych poszukiwanie nowych grup klientów. Wybór padł na biznes. Obecnie coraz więcej firm pożyczkowych ma w swojej ofercie nie tylko pożyczkę biznesową, ale również taki produkt, jak pożyczka dla firm bez zaświadczeń – zauważa ekspert marki Aasa dla Biznesu.

– To szansa dla wszystkich przedsiębiorców, którzy dopiero rozpoczynają działalność na rynku. Takie pożyczki pozabankowe dla biznesu są często dostępne już od pierwszego dnia istnienia firmy, formalności są mocno ograniczone, nie trzeba przygotowywać skomplikowanych biznesplanów. W ten sposób można błyskawicznie pożyczyć kilkadziesiąt tysięcy złotych na dowolny cel związany z działalnością biznesową firmy. Pieniądze można przeznaczyć nawet na zapłacenie podatków czy składki ZUS. Należy również pamiętać, że taką pożyczkę można wliczyć w koszty uzyskania przychodu – podkreśla przedstawiciel Aasa dla Biznesu.

Gdzie jeszcze szukać finansowania?

Młoda firma może szukać finansowania także w innych źródłach niż wcześniej wspomniane. Coraz popularniejsze jest na przykład pozyskiwanie zewnętrznych inwestorów, szczególnie gdy firma działa w sektorze nowych technologii. Coraz więcej nowych firm finansują fundusze venture capital czy tzw. aniołowie biznesu. Te pierwsze nabywają udziały w przedsiębiorstwach na wczesnym etapie rozwoju, a po latach sprzedają te udziały z zyskiem. Natomiast aniołowie biznesu to prywatne osoby, które angażują swoje środki we wsparcie innowacyjnego biznesu, a do tego służą wsparciem merytorycznym.

Nawet najlepszy pomysł na biznes może zakończyć się porażką, jeśli nie uzyska odpowiedniego finansowania. Nowa firma musi zwykle przeznaczyć dużo środków na rozwój, dlatego tak ważne jest dla niej dostęp do pieniądza. Na szczęście na rynku finansowym są różne możliwości, z których może skorzystać młody przedsiębiorca.

Trendy w motoryzacji, które zrewolucjonizują naszą codzienność

Choć pierwsza połowa 2019 roku przyniosła rekordowy wzrost liczby zakupionych elektryków to nadal pojazdy w pełni elektryczne i hybrydy plug-in stanowiły niespełna 5 promili wśród całkowitej sprzedaży nowych aut osobowych w Polsce. Patrząc na suche dane nic nie wskazuje na to, że zbliżamy się do momentu przełomowego dla elektromobilności. Jednakże jak podkreślają eksperci Exact Systems, przemysł motoryzacyjny mocno postawił na rozwój technologii dla aut o napędach alternatywnych, więc elektrorewolucja jest jedynie kwestią czasu. Poniżej przedstawiamy wyselekcjonowane przez Exact Systems cztery top trendy, które pomogą przyśpieszyć ten proces.

NIŻSZE KOSZTY BATERII

Powód tak niskiego udziału elektryków w rynku nowych aut (na poziomie 0,48%) jest prozaiczny – zbyt wysoka cena w stosunku do przeciętnych zarobków. Kluczem do jej obniżenia jest wytwarzanie tańszych baterii. Inwestycje poczynione w rozwój technologii motoryzacyjnych skutkują wzrostem ich możliwości i osiągów przy jednoczesnym zmniejszeniu kosztów produkcji.

Jak podaje Bloomberg New Energy Finance (BNEF), koszt wytworzenia akumulatorów systematycznie spada. Jeszcze w 2015 roku stanowiły one 57% wartości elektroauta, a w 2025 będzie to zaledwie 20%[1]. Dzięki temu w ciągu kilku lat ceny dużych aut elektrycznych mają szansę zrównać się z cenami swoich tradycyjnych odpowiedników. A tym samym stać się dostępne dla znacznie szerszego gron odbiorców niż obecnie. Analitycy BNEF optymistycznie zakładają, że dojdzie do tego już w 2022 roku. I chociaż znaczącą rolę w tym procesie odegrają ceny surowców oraz skala popytu na nie, to upowszechnienie napędów elektrycznych staje się coraz bardziej prawdopodobne – zauważa Jacek Opala, członek zarządu Exact Systems.

JEDNO AUTO NA CAŁE ŻYCIE?

Upowszechnienie się samochodów elektrycznych sprawi, że kupno auta może stać się jednym z najważniejszych wyborów w naszym życiu. Uproszczona konstrukcja elektryków, które składają się z pięciokrotnie mniejszej liczby części niż auta tradycyjne, przekłada się na znacznie niższe prawdopodobieństwo awarii podczas eksploatacji. Elon Musk twierdzi wręcz, że nadwozie i napęd Tesli 3 wytrzymają przebieg 1,6 mln kilometrów. Natomiast żywotność baterii przewidziana jest na 480-600 tys. kilometrów. Co oznacza, że typowy polski kierowca, który wg danych GUS pokonuje średnio 12,1 tys. km w ciągu roku[2], może jeździć nawet 50 lat bez konieczności wymiany ogniw bateryjnych. Zatem jak to możliwe, że firmie Muska opłaca się tworzyć niezawodne auta?

AUTO JAKO USŁUGA, A NIE PRODUKT

Sama sprzedaż długowiecznych aut elektrycznych byłaby dla producentów nieopłacalna w perspektywie kilkunastu lat. Jednakże możliwość rozszerzenia działalności fabryki motoryzacyjnej o usługi oparte na niezawodnych pojazdach, zupełnie zmienia postać rzeczy. Mogą one być używane m.in. jako: taksówki, usługi kurierskie i dostawcze, car sharing (wynajem na minuty) czy carpooling (wspólne przejazdy) – wszystkie tym bardziej dochodowe im większe mają obłożenie. Część z nich swój pełen komercyjny potencjał osiągnie dopiero za kilka lat, dzięki automatyzacji.

Jacek Opala, członek zarządu Exact Systems S.A., odpowiedzialny za rozwój sprzedaży
Jacek Opala, członek zarządu Exact Systems S.A., odpowiedzialny za rozwój sprzedaży

Samochód przestaje być traktowany jedynie jako produkt, który należy posiadać, a zaczyna pełnić rolę usługi, z której korzystamy, gdy jest nam potrzebna. I chociaż tę elastyczność i brak stałych kosztów ceni coraz więcej osób to trudno sobie wyobrazić, że Polacy nagle przestaną kupować auta. Obie formy użytkowania – własnościowa i usługowa, będą ze sobą koegzystować. Ta druga będzie ewoluować wraz z rozwojem pojazdów samojezdnych. Sądzę, że pełna automatyzacja szybciej pojawi się w transporcie niż w autach osobowych, ponieważ firmy flotowe będą chciały wyróżnić się ekologicznym i nowoczesnym wizerunkiem. Z jednej strony doprowadzi to do ograniczenia popytu na zawodowych kierowców, lecz z drugiej przyczyni się do powstania zupełnie nowego ekosystemu – inteligentnych miast, nieznanych dotąd zawodów czy prawa dostosowanego do nadchodzących wyzwań – mówi Jacek Opala.

ELEKTROMOBILNOŚĆ NIE KOŃCZY SIĘ NA MOTORYZACJI

Coraz bardziej spektakularnym efektom innowacyjnego wyścigu zbrojeń w automotive uważnie przyglądają się przedstawiciele innych branż. Co za tym idzie, dostosowują oni doświadczenia zdobyte przez producentów motoryzacyjnych do swoich potrzeb. To wprowadza elektromobilność na kolejny poziom i przybliża nas do prawdziwej rewolucji – być może niedługo będziemy regularnie podróżować także elektrostatkami czy elektrosamolotami. Te drugie będą testowane już w tym roku m.in. przez magniX i Harbour Air.

[1] https://about.bnef.com/blog/bullard-electric-car-price-tag-shrinks-along-battery-cost/

[2] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/srodowisko-energia/energia/zuzycie-energii-w-gospodarstwach-domowych-w-2015-r-,2,3.html

Mastercard przejmuje część biznesu Nets za 2,85 mld €

Mastercard zakupił części biznesu Nets, wiodącej europejskiej firmy z sektora PayTech. Zakupione przez Mastercard obszary biznesowe obejmują usługi rozliczeniowe, płatności natychmiastowe i e-fakturowanie w sektorze usług korporacyjnych. Kwota transakcji wyniosła 2,85 mld € (3,19 mld $).

Przejęcie części biznesu Nets wzmacnia możliwości Mastercard w zakresie przetwarzania płatności z konto na konto (ang. account to account, A2A). Płatności w czasie rzeczywistym, z których mogą korzystać banki, detaliści czy administracja publiczna, są dużym wyzwaniem biznesowym, na które Mastercard odpowiada, dodając do swojego portfolio nowe usługi. Firma już wcześniej przejęła takie spółki jak Vocalink, Transfast czy Transactis.

Przejęcie większości usług korporacyjnych Nets poszerza zakres technologii Mastercard Send and Transfast, które zapewniają płatności transgraniczne na konta bankowe, portfele mobilne i karty. Dzięki temu Mastercard będzie mógł kompleksowo oferować swoje usługi w zakresie przetwarzania płatności w modelu A2A w Europie kontynentalnej.

Sytuacja na rynku pracy w sektorze e-commerce

Mimo postępującej automatyzacji procesów logistycznych oraz rozwoju nowoczesnych systemów umożliwiających kompletację, sortowanie i wysyłkę towaru do odbiorcy końcowego, wiele procesów nadal wymagać będzie manualnej operacji, więc najemcy dokładają wszelkich starań, aby przyciągnąć i przede wszystkim zatrzymać w swoich lokalizacjach jak najwięcej pracowników. Eksperci międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield przewidują, że w związku z prężnym rozwojem rynku e-commerce zapotrzebowanie na pracowników w magazynach będzie nadal rosnąć. Odpowiedzialni są oni głównie za przepływy towarów w ramach procesów magazynowych, kompletowanie przesyłek, ale również bezpieczeństwo i nadzór nad całością procesu dostawy, ale przede wszystkim logistykę zwrotów. Z najnowszego raportu „Jak ugryźć e-commerce w magazynie” dowiadujemy się, jak wygląda sytuacja pracowników obsługujących rynek e-commerce na rynku magazynowym w Polsce.

E-commerce to jeden z najszybciej rozwijających się kanałów dystrybucji w Polsce. Zakupy internetowe stały się bardzo popularne wśród rodzimych konsumentów, którzy coraz chętniej wybierają odwiedziny w sklepach online oraz zakupy z wykorzystaniem aplikacji mobilnych. W związku z coraz większą presją na skracanie czasu dostawy przesyłek, firmy obsługujące ten dynamicznie rozwijający się sektor, muszą zadbać zarówno o dobór odpowiednio wyposażonych powierzchni magazynowych, jak i o wystarczające zasoby ludzkie, mające kluczowe znaczenie w procesie podnoszenia jakości świadczonych usług.

Procesy przyjęcia towaru, pakowania czy logistyka zwrotów w dużej mierze prowadzone są manualnie, a ponieważ to właśnie te czynniki pozwalają na uzyskanie przewagi konkurencyjnej na rynku, rosną wymagania względem firm transportujących oraz wykonujących usługi tzw. „fulfillment”. Personalizowanie przesyłek oraz zwracanie coraz większej wagi na estetykę wymagają pracy człowieka – zastąpienie jej nawet najszybszą maszyną jest niemożliwe.

Duże zapotrzebowanie na pracowników jest również szczególnie ważne w okresie przedświątecznym oraz w czasie najgorętszych okresów sprzedażowych, takich jak np. Black Friday czy Cyber Monday.

– Koszty pracy i dostępność wykwalifikowanych pracowników, stale ulepszana i rozwijana infrastruktura transportowa oraz magazynowa to czynniki, które w największym stopniu decydują o atrakcyjności naszego kraju jako miejsca do lokowania zakładów produkcyjnych i magazynów. Polska, pomimo istniejących problemów z dostępnością zasobów ludzkich, jest cały czas bardzo atrakcyjna w porównaniu do rynków zachodnich. Polski rynek pracy jest wciąż jednym z najbardziej atrakcyjnych w Europie, szczególnie jeśli godzinne koszty pracy w naszym kraju porównamy z Niemcami czy Danią, w których stawki te są odpowiednio trzy- i czterokrotnie wyższe. Z tego właśnie powodu, biznes e-commerce jest transferowany do Polski – powiedział Damian KołataAssociate w Dziale Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield.

Zdecydowana większość firm wynajmujących powierzchnie w parkach logistycznych i działająca w sektorze e-commerce zatrudnia powyżej 500 pracowników. Dodatkowo, według ankietowanych w najbliższych latach liczba ta będzie rosnąć. Aż 73% deweloperów oraz 100% operatorów logistycznych twierdzi, że w najbliższych latach liczba pracowników wzrośnie. Jedynie 27% deweloperów uważa, że liczba pracowników zmaleje.

W związku z dużą konkurencją w branży e-commerce pracodawcy dokładają szczególnych starań, aby zachęcić do pracy w magazynie. Wprowadzają liczne udogodnienia i zachęty. Wśród nich są m.in.: karta sportowa, prywatna opieka medyczna i fizjoterapeutyczna, ubezpieczenie, a także różnego rodzaju bony i podarunki, do których pracownik zyskuje prawo od pierwszego dnia na stanowisku. Bardzo ważna jest również odpowiednia organizacja pracy, a także regularne szkolenia. Najemcy zwracają także dużą uwagę na dostosowanie przestrzeni budynku do potrzeb pracowników, bardzo często tworząc atrakcyjne części wspólne oraz miejsca do odpoczynku. Dodatkowo, większość pracowników ma zapewniony darmowy dojazd i powrót z pracy do domu.

– Decyzja o wyborze lokalizacji dla magazynu do obsługi e-commerce ma charakter strategiczny i jest szczególnie wrażliwa na dwa czynniki: możliwość sprawnej dystrybucji, pozwalającej na maksymalne skrócenie czasu dostawy i dostępność zasobów ludzkich. Tym samym niezwykle istotne stają się idealna infrastruktura drogowa czy możliwość zapewnienia kadr, mogących sprostać wyzwaniom związanym z fluktuacją popytu i szczytami sprzedażowymi. Wybór lokalizacji jest swoistym kompromisem na rzecz tego drugiego aspektu i inwestycja zostaje zlokalizowana w rejonach o lepszej dostępności do siły roboczej jak np. Polski Zachodniej czy północno-wschodniej – powiedziała Joanna SinkiewiczPartner, Dyrektor w Dziale Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield.

Ponad 80% firm z sektora finansowego wykryło cyberatak w ostatnim roku

81% przedsiębiorstw z branży finansowej w ciągu ostatnich 12 miesięcy wykryło cyberatak, którego padły ofiarą, a 26% odkryło ich więcej niż 5 (w porównaniu z odpowiednio 68% i 16% w pozostałych sektorach).[1] Do niedawna za generowanie tych zagrożeń, ze względu na poziom ich skomplikowania, odpowiadały głównie podmioty powiązane z administracją państwową wrogich krajów. Jednak stosowane przez nie techniki stały się powszechnie dostępne i są już wykorzystywane także przez zorganizowane grupy cyberprzestępców. Kradzież pieniędzy jest przy tym tylko jedną z motywacji atakujących.Ataki_na_sektor_finansowy

Nie tylko pieniądze

Ataki na sektor finansowy, poza kradzieżą gotówki, mają na celu przede wszystkim przejęcie danych oraz naruszanie ich integralności i sabotaż, m.in. poprzez zakłócanie pracy systemów lub niszczenie informacji. Skradzione dane finansowe mogą zostać wykorzystane do szantażu lub innych rodzajów manipulacji i socjotechnik. Do najbardziej popularnych technik wykorzystywanych przez cyberprzestępców należą ransomware[2] i ataki typu distributed denial-of-service (DDoS)[3].

Z Korei w świat

Podobne ataki były dotąd prowadzone przez podmioty sponsorowane przez państwa reżimowe, często objęte sankcjami lub działaniami wojennymi. Celem kradzieży danych finansowych było monitorowanie działalności konkretnych osób czy dużych transakcji międzynarodowych. W ciągu ostatnich trzech lat z tego typu incydentami, zaobserwowanymi w ponad 30 krajach, powiązano Koreę Północną. Taktyki, techniki i procedury stosowane przez państwa upowszechniły się jednak także wśród „zwykłych” cyberprzestępców. Kradną oni dane uwierzytelniające banków, wysyłają fałszywe wnioski o przelewy, autoryzują nielegalne wypłaty z bankomatów.Priorytety_bezpieczeństwa

Wiedza przede wszystkim

Firmy z branży finansowej zazwyczaj dbają o aktualność swoich zabezpieczeń. Wśród priorytetów wskazują bezpieczeństwo chmury i aplikacji (24%), zapobieganie wyciekom i utracie danych (23%), ochronę przed złośliwym oprogramowaniem i ransomware (22%) czy zapobieganie lub minimalizowanie zagrożeń związanych ze szkodliwymi działaniami pracowników (21%). 90% firm z branży korzysta przy tym z usług doradczych w zakresie cyberbezpieczeństwa. Najczęściej obejmują one zwiększanie świadomości dot. zagrożeń wśród pracowników, ocenę podatności, strategie bezpieczeństwa, zarządzanie prywatnością (m.in. w kontekście RODO) oraz analizę zagrożeń, prowadzoną m.in. przez tzw. etycznych hakerów[4].

Zwiększenie budżetu na ochronę planuje 94% podmiotów z sektora finansowego. Jednak samo wydawanie pieniędzy na rozwiązania z zakresu cyberbezpieczeństwa nie rozwiąże problemu. Zdarza się, że firmy padają ofiarami ataków z powodu prostych naruszeń, mimo przeznaczania milionów na bezpieczeństwo. Podstawą skutecznej ochrony jest zrozumienie, dlaczego przestępcy atakują dany podmiot. Jest to kosztowne i czasochłonne, jednak pozwala oszacować ryzyko ataków i wdrożyć odpowiednie środki ochrony. Pomaga także w szybszym wykrywaniu zdarzeń i reagowaniu na nie – wskazuje starszy analityk F-Secure, George Michael.

[1] Badanie zrealizowane przez F-Secure w okresie październik-listopad 2018 wśród 3350 respondentów z 12 krajów.

[2] Ransomware – oprogramowanie szyfrujące dane i żądające okupu.

[3] Ang. distributed denial of service, rozproszona odmowa dostępu do usługi. Jedna z metod wykorzystywanych do blokowania serwisów internetowych, łączy lub systemów informatycznych poprzez wysyłanie do nich ogromnej ilości danych, jakiej nie są w stanie obsłużyć.

[4] Zespół przeprowadzający tzw. testy penetracyjne, czyli kontrolowane ataki, które mają na celu poprawienie poziomu zabezpieczeń w firmie lub instytucji.

Kiwi przeżywa hORRor. RBNZ się nie szczypie – cięcie stóp o 50 bps do najniższego poziomu w historii

Prezes Banku Rezerwy Nowej Zelandii Adrian Orr w jedną noc stał się ideałem dla szefa banku centralnego, gdyby zapytać prezydenta USA Donalda Trumpa. W zaskakującej decyzji RBNZ ściął główną stopę OCR o 50 pb do 1 proc., dwa razy mocniej niż zakładał rynek. Kiwi został posłany na trzyletnie minima, a reszcie rynku zostało przypomniane, dokąd zmierza globalna polityka pieniężna.

RBNZ uznał, że w obecnych warunkach perspektywy dla rynku pracy i inflacji rysują się w mniej przyjaznych barwach, w rezultacie konieczne jest większe wsparcie gospodarki. W tak ostrym zwrocie w nastawieniu nie przeszkodziły nawet opublikowane dzień wcześniej silne dane o zatrudnieniu w II kw. Dla banku ważniejsze stały się ryzyka zewnętrzne związane z handlem globalnym, który dotkliwe mogą się odbić na kondycji silnie uzależnionej od eksportu Nowej Zelandii. Choć w komunikacie nie nakreślono sztywnego forward guidance, na konferencji prezes Orr jasno zaznaczył, że w przyszłości nic nie jest wykluczone i zakładanie kolejnych obniżek jest „całkowicie rozsądne”. Nowe prognozy OCR nie pozostawiają wątpliwości i wyznaczają 0,91 proc. jako punkt dla końca 2020 r. Nic dziwnego więc, że NZD tąpnął o niemal 2 proc. w stosunku do USD i jest najniżej do trzech lat. Przy gołębim komentarzu prezesa Orra rynek nie zrezygnuje z oczekiwań na kolejne cięcie, nawet jeszcze w tym roku (pozostały posiedzenia we wrześniu i listopadzie). Teraz tylko cudowne zażegnanie konwiktu handlowego USA-Chiny mogłoby odmienić losy kiwi.

Dzisiejsza decyzja RBNZ niesie konsekwencje nie tylko dla NZD. Znajdujemy się w sytuacji, gdzie przez narastające ryzyko wojen handlowych banki centralne zostały pozbawione znormalizowania polityki monetarnej i z ograniczonym arsenałem przystępują do walki o ratowanie globalnego ożywienia. W rezultacie skromne asekuracyjne dostosowywanie polityki (a’la Fed) może być złym podejściem i lepiej zastosować terapię szokową. W przeciwnym wypadku inwestorzy mogą zawsze oceniać politykę luzowania drobnymi krokami jako rozczarowującą, przez co rynkowa przecena będzie ściągać gospodarkę w dół. W pierwszej reakcji decyzja RBNZ jest odczytywana jako zaproszenie dla RBA do dalszego luzowania, przez co AUD/USD jest najniżej do dekady. Dalej istotne będzie, jak zdecydują się zareagować Fed i EBC. Kierunek wydaje się jednak jeden, co wywiera presję na rentowności obligacji skarbowych, ale też ciągnie cenę złota w kierunku 1500 USD/oz.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

NIK: Państwo niegotowe na cudzoziemców

Administracja publiczna nie radzi sobie z obsługą lawinowo rosnącej liczby cudzoziemców przyjeżdżających do Polski. Czas legalizacji ich pobytu w ciągu czterech lat wydłużył się ponad trzykrotnie – z 64 do 206 dni. W skrajnym przypadku cudzoziemiec na wydanie decyzji czekał ponad trzy lata. Brakuje sprawnej, rzetelnej  i terminowej obsługi, co jest spowodowane m.in. problemami kadrowymi w urzędach i niewystarczającym finansowaniem ich działalności. Wciąż nie stworzono strategicznego dokumentu określającego politykę państwa w zakresie kształtowania migracji. To wszystko może spowodować, że zniecierpliwieni cudzoziemcy, którzy uzupełniają niedobory na naszym rynku pracy, wyjadą z Polski.

Od kilku lat lawinowo rośnie liczba obywateli innych państw, głównie ze Wschodu, rozpoczynających pracę w Polsce.

kierunki zarobkowe

Jednak oszacowanie liczby cudzoziemców przebywających w Polsce nie jest łatwe, gdyż instytucje opracowujące takie dane, m.in. Główny Urząd Statystyczny i Urząd do Spraw Cudzoziemców, w odmienny sposób je gromadzą i przedstawiają. Ponadto znaczna część migracji ma charakter cyrkulacyjny, a także występuje trudna do zmierzenia migracja nielegalna. Na początku 2019 r. ponad 372 tys. cudzoziemców posiadało ważne dokumenty potwierdzające prawo pobytu na terytorium RP.

W latach 2014-2018 cudzoziemcy złożyli łącznie blisko 732 tys. wniosków o legalizację ich pobytu w Polsce, w tym ponad 649 tys.  dotyczyło pobytu czasowego, a blisko 69 tys. pobytu stałego oraz blisko 14 tys. pobytu rezydenta długoterminowego UE. Rozstrzygnięcia wydano w 560 tys. przypadków – blisko 474 tys. cudzoziemców otrzymało decyzję pozytywną (84,5 proc.).

legalny pobyt

Przybywający coraz liczniej do Polski imigranci mogą być sposobem  na częściowe rozwiązanie niedoborów na rynku pracy. Bowiem niski przyrost naturalny, starzenie się społeczeństwa, a także znaczna liczba Polaków przebywających za granicą skutkują coraz większymi brakami siły roboczej. Specjaliści rynku pracy wskazują, że w 2030 r. pracodawcy będą mieli problemy z obsadzeniem co piątego stanowiska pracy. Na 20 mln potrzebnych pracowników pracować będzie ok. 16 mln osób. Brakować będzie nie tylko pracowników wysoko wykwalifikowanych, lecz również tych o kwalifikacjach podstawowych. Już obecnie na polskim rynku brakuje według GUS 145 tys., a według statystyk Eurostatu nawet ok. 200 tys. pracowników. Z danych GUS wynika również, że w I kwartale 2019 r., pracodawcy najczęściej poszukiwali robotników przemysłowych i rzemieślników – blisko 37 tys. (26 proc.).

Do 2050 r., aby utrzymać obecny poziom zatrudnienia w polskiej gospodarce, musiałoby w niej pracować ok. 8 proc. cudzoziemców. Jednocześnie NIK zwraca uwagę, że w wyniku zmiany uwarunkowań międzynarodowych, np. otwarcia rynków pracy innych państw Europy Zachodniej dla obywateli ze Wschodu, napływ cudzoziemców do Polski może zostać wyhamowany.

Dlatego coraz większego znaczenia nabiera odpowiednia ich obsługa. Tymczasem zwiększone zainteresowanie legalizacją pobytu i pracy w Polsce, powoduje istotne wyzwania oraz problemy urzędów. Jak pokazała kontrola NIK, administracja publiczna w latach 2014-2018 nie była przygotowana pod względem proceduralnym i technicznym do sprawnej obsługi licznie napływających do Polski cudzoziemców.

W latach 2014-2018 do urzędów wojewódzkich w całej Polsce wpłynęło łącznie ponad 910 tys. wniosków o zezwolenie na pracę, z czego w 2014 r. było ich prawie 47 tys., a w 2018 r. już blisko 367 tys. W urzędach pracy zarejestrowano łącznie ponad 5,8 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi, przy czym ich liczba wzrosła czterokrotnie: z 387 tys. w 2014 r. do ponad 1,5 mln w 2018 r. Z uwagi na zmianę prawa, w 2018 r. do urzędów pracy wpływały także wnioski o zezwolenie na pracę sezonową – w łącznej liczbie ponad 235 tys., z których ponad 51 proc. rozpatrzono pozytywnie.rynek pracy cudzoziemców

Brak strategii i nieefektywny podział kompetencji

Brakowało dokumentów o strategicznym charakterze, kompleksowo określających politykę państwa w zakresie kształtowania migracji i koordynacji działań instytucji w tym zakresie, pomimo że Rada Ministrów określiła za niezbędne ich opracowania już w lutym 2017 r. Poprzednio obowiązujące dokumenty tej rangi (od lipca 2012 r. do października 2016 r.), zostały uznane za nieadekwatne do sytuacji międzynarodowej i wewnętrznej Polski. Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji odpowiedzialny za sprawy cudzoziemców i koordynację działań związanych z polityką migracyjną państwa, działając opieszale nie opracował nowego dokumentu, który – jak sam Minister wskazał – określałby zakres koordynacji i spójności działań instytucji odpowiedzialnych za politykę migracyjną państwa oraz wskazywał kierunki jej kształtowania. Podjęto wprawdzie działania zmierzające do jego opracowania, jednak nie zakończyły się one powodzeniem.

Wypracowaniem aktualnej polityki migracyjnej państwa zajmowało się jednocześnie kilka zespołów. W MSWiA funkcjonował międzyresortowy Zespół do Spraw Migracji i wewnątrzresortowy Zespół do spraw przygotowania dokumentu „Polityka migracyjna Polski”, a w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju działał Zespół roboczy ds. społeczno-gospodarczych polityki migracyjnej. Taki podział kompetencji, w tym pomiędzy dwóch ministrów, jest działaniem nieefektywnym.  Powiązanie polityki migracyjnej z kwestiami społeczno-gospodarczymi powinno odbywać się w oparciu o funkcjonujący porządek prawny, w którym to Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji jest ustawowo odpowiedzialny za sprawy cudzoziemców i  koordynację polityki migracyjnej. Prace równolegle prowadzone w obu resortach krzyżowały się, co może skutkować sporami, trudnościami w skoordynowaniu działań oraz dublowaniem kompetencji, na co zwracało uwagę m.in. Rządowe Centrum Legislacji.

polityka migracyjna

Brak skutecznego nadzoru ze strony MSWiA

Nadzór Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji nad wojewodami w zakresie spraw związanych z cudzoziemcami był niewystarczający, bowiem m.in. nie ograniczył przypadków nieterminowości wydawanych rozstrzygnięć. Choć podejmowano działania mające na celu usprawnienie obsługi cudzoziemców, polegających głównie na zwiększaniu zatrudnienia – nie przyniosły one oczekiwanych rezultatów. Średni czas trwania prowadzonych postępowań dotyczących legalizacji pobytu w okresie objętym kontrolą wydłużył się ponad trzykrotnie – z 64 dni do 206 dni. Pomimo trwających od 2017 r. w MSWiA prac nad przygotowaniem polityki nadzorczej Ministra wobec podległych organów, nie wypracowano dotąd właściwego dokumentu.

Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji nie wypracował także sformalizowanej polityki nadzoru nad Szefem Urzędu do Spraw Cudzoziemców. Pod koniec maja 2019 r. w MSWiA trwały jeszcze prace nad stosownym dokumentem, chociaż miały się one skończyć w IV kwartale 2018 r. Dopuszczono zatem do sytuacji dalszego  nadzoru nad Szefem tego Urzędu w sposób nieusystematyzowany i doraźny, oparty zasadniczo na przedstawianych przez ten organ sprawozdaniach.

Niebezpieczny brak formalnej wiedzy o opuszczeniu przez cudzoziemców terytorium RP

Brak odpowiedniego nadzoru uwidoczniony został także w innym ważnym aspekcie. W MSWiA nierzetelnie monitorowano proces wykonywania decyzji o zobowiązaniu cudzoziemców do powrotu. W latach 2016-2018 Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji wydał łącznie 12 takich decyzji. Przesłankami były obawy, że osoby te mogą prowadzić działalność terrorystyczną (10 decyzji) lub szpiegowską (dwie decyzje). Tymczasem w pięciu na sześć skontrolowanych spraw, nie dysponowano informacjami Straży Granicznej, czy cudzoziemcy faktycznie opuścili terytorium RP. Wiedzę o tym czerpano przede wszystkim z kontaktów roboczych pracowników MSWiA z pracownikami Straży Granicznej. Nie było to jednak odpowiednio udokumentowane. W wyniku kontroli NIK Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji poinformował o zmianie praktyki polegającej na roboczym informowaniu o wykonaniu decyzji, na rzecz udokumentowanego przekazywania informacji przez Straż Graniczną.

decyzje odmowne cudzoziemców

Brak wystarczających rozwiązań i analiz w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej

W Ministerstwie Rodziny Pracy i Polityki Społecznej nie opracowano dokumentu, dotyczącego dostępu cudzoziemców do rynku pracy z punktu widzenia potrzeb polskiej gospodarki.  Wprowadzone rozwiązania prawne,  ograniczały się do jednostkowych ułatwień, np. w przypadku niektórych zawodów zniesienia obowiązku przeprowadzenia przed zatrudnieniem cudzoziemca analizy, czy na to stanowisko nie ma chętnych do pracy Polaków. Brakowało spójnego systemu narzędzi oraz  mechanizmów, zachęcających i wspierających cudzoziemców o ustabilizowanej sytuacji zawodowej do trwałego osiedlania się w Polsce.

Opracowywane na lata 2015-2017 i 2018 rok Krajowe Plany Działań na Rzecz Zatrudnienia były przygotowane nierzetelnie, gdyż nie określały ilościowych wskaźników realizacji ujętych w nich zadań. Utrudniało to ocenę ich skuteczności, zwłaszcza w przypadku działań wieloletnich. Pochodzące z czerwca 2014 r. opracowanie o cudzoziemcach na rynku pracy nie było aktualizowane, choć opierało się na danych z 2012 r. i wcześniejszych, a więc z okresu, w którym rynek pracy miał inne problemy i wyzwania niż obecnie.

NIK zwraca uwagę na istotne znaczenie pracy cudzoziemców dla funkcjonowania polskiego sytemu ubezpieczeń społecznych. W latach 2014-2017 liczba cudzoziemców zgłoszonych do ubezpieczenia społecznego systematycznie rosła i na koniec każdego z tych lat wynosiła odpowiednio:  ponad 124 tys. osób, 184 tys. osób, 293 tys. osób i 440 tys. osób, natomiast według stanu na 30 września 2018 r. było ich już  ponad 569 tys. Warunkiem, by cudzoziemcy zasilali polski system ubezpieczeń społecznych jest m.in. zapewnienie pracodawcom możliwości legalnego ich zatrudnienia, do czego niezbędne jest zagwarantowanie wydajnego systemu wydawania zezwoleń na pracę cudzoziemca. Opóźnienia w tym zakresie mogą doprowadzić do powiększenia się liczby cudzoziemców pracujących w szarej strefie i jednoczesnego zmniejszenia wpływów z podatków do budżetu państwa. Podkreślenia wymaga, że Ministerstwo nie analizowało i nie projektowało przyszłych zobowiązań ZUS wobec ubezpieczonych cudzoziemców, pomimo takich możliwości. Może to w przyszłości utrudnić prowadzenie polityki migracyjnej państwa.

Niewłaściwa obsługa cudzoziemców w urzędach wojewódzkich

Kontrola 264 spraw dotyczących wydawania cudzoziemcom przez wojewodów zezwoleń pobytowych, na pracę, a także dokumentów podróży, wykazała nieprawidłowości w aż 187 spawach (blisko 71 proc. zbadanych spraw). Błędy dotyczyły wszystkich skontrolowanych urzędów wojewódzkich.

Nieprawidłowości dotyczyły w szczególności ustalania daty wszczęcia postępowania administracyjnego niezgodnie z prawem  (73 sprawy) oraz podejmowania pierwszej czynności w sprawie już z opóźnieniem, co powodowało ich przewlekłość (10 spraw). Opóźnienia sięgały do 345 dni. W 42 sprawach prowadzono postępowania z naruszeniem terminów przewidzianych w przepisach prawa. W skrajnym przypadku decyzja została wydana po 1 259 dniach od złożenia wniosku, tj. po ponad trzech latach. Dodatkowo w 15 sprawach organ pozostawał w bezczynności, pomimo dysponowania wystarczającym materiałem dowodowym, pozwalającym na jej zakończenie – bezczynność trwała od dwóch miesięcy do dwóch lat i ośmiu miesięcy.

Średni czas prowadzenia postępowań w urzędach wojewódzkich w sprawie legalizacji pobytu cudzoziemców na terytorium RP systematycznie wydłużał się. W 2018 r. wynosił od 116 dni (województwo lubelskie) do 328 dni (województwo dolnośląskie), choć co do zasady powinny się one zakończyć najpóźniej do 90 dni.

średni pobyt cudzoziemca

Niewłaściwa obsługa w urzędach wojewódzkich prowadzić może do istotnego zniechęcenia cudzoziemców, którzy potencjalnie podjęliby legalną i długotrwałą pracę. Konkurencyjność innych krajów, a także coraz większe możliwości podejmowania w nich pracy mogą prowadzić do odpływu cudzoziemców z polskiego rynku pracy.

Także w Urzędzie do Spraw Cudzoziemców zadania związane z ich obsługą  prowadzone były w sposób przewlekły. Wyznaczając nowe terminy określano je już wstępnie na okres od dwóch do ponad pięciu miesięcy.

Żaden ze skontrolowanych wojewodów nie skorzystał z możliwości przeprowadzenia kontroli legalności pobytu cudzoziemców na terytorium RP. Takich działań nie prowadził również Urząd do Spraw Cudzoziemców, pomimo prawnych możliwości w tym zakresie.

Nierówne traktowanie stron

W Dolnośląskim Urzędzie Wojewódzkim we Wrocławiu przyjęte rozwiązania proceduralno-organizacyjne przy przyjmowaniu i rozpatrywaniu wniosków składanych przez cudzoziemców były sprzeczne z zasadą równego traktowania stron i stanowiły potencjalne pole do rozwoju mechanizmów korupcjogennych. W urzędzie tym umożliwiono, głównie tzw. klientom strategicznym, tj. cudzoziemcom wykonującym pracę na rzecz inwestorów zagranicznych, zlokalizowanych w specjalnych strefach ekonomicznych, złożenie wniosków poza systemem kolejkowym. W takim „trybie” przyjmowano średnio ok. 300 cudzoziemców miesięcznie, którzy wbrew uznanej w urzędzie zasadzie procedowania wniosków zgodnie z chronologią ich wpływu, mieli możliwość uzyskania wcześniejszego rozstrzygnięcia sprawy, w porównaniu do pozostałych klientów, którzy nie mogli skorzystać z tej uprzywilejowanej ścieżki. Także na etapie rozpatrywania wniosków stosowano rozwiązania, wskazujące na traktowanie w sposób uprzywilejowany wybranych grup cudzoziemców. Przeprowadzona w trakcie kontroli analiza 54 wniosków pobytowych, których rozstrzygnięcie zakończyło się wydaniem decyzji pozytywnej wykazała, że w 18 przypadkach (w tym 16 z lat 2017-2018) postępowania te zakończyły się w terminach znacznie krótszych niż średni ich czas prowadzenia w urzędzie. Rozstrzygnięcia te (w terminie do 30 dni) otrzymywali głównie cudzoziemcy poniżej 13. roku życia, zawodnicy lokalnych klubów sportowych oraz członek zarządu banku. Należy podkreślić, że działalność organów administracji publicznej powinna opierać się o zasadę przejrzystości i równego traktowania stron postępowania. Wskazane wyżej przykłady przeczą tym fundamentalnym zasadom, naruszając jednocześnie zaufanie obywateli do władz publicznych. Delegatura NIK we Wrocławiu przekazała wystąpienie pokontrolne z kontroli w Dolnośląskim Urzędzie Wojewódzkim we Wrocławiu do Delegatury Centralnego Biura Antykorupcyjnego we Wrocławiu.

Braki kadrowe uniemożliwiają  terminowe prowadzenie spraw

Jedną z przyczyn niewłaściwej obsługi cudzoziemców w urzędach wojewódzkich i w Urzędzie do Spraw Cudzoziemców były niewystarczające i nieadekwatne do liczby i rodzaju załatwianych spraw zasoby kadrowe.

W 2018 r. do kontrolowanych urzędów wojewódzkich wpłynęło 278 tys. wniosków o legalizację pracy i ponad 180  tys. o legalizację pobytu, co stanowiło odpowiednio niemal siedmiokrotny i ponad trzykrotny wzrost w porównaniu do 2014 r. Tymczasem liczba zatrudnionych w tym okresie wzrosła tylko dwukrotnie z 438 do 875 osób. Pomimo wzrostu zatrudnienia, obciążenie pracowników liczbą przypadających spraw do załatwienia oraz duża ich rotacja (sięgająca nawet 80 proc.), skutkowały nieterminową i nierzetelną realizacją zadań. Duża rotacja pracowników powodowała przekazywanie rozpoczętych spraw innym, często niedoświadczonym osobom. We wszystkich kontrolowanych urzędach wojewódzkich wskazywano na potrzebę dodatkowego zatrudnienia pracowników. Wzmocnienie kadrowe urzędów pozostaje jedną z istotnych kwestii, która wpływa na sprawność prowadzenia postępowań dotyczących legalizacji pobytu i pracy cudzoziemców w Polsce.

Także zasoby kadrowe Urzędu do Spraw Cudzoziemców były nieadekwatne do liczby i rodzaju załatwianych spraw, gdyż odnotowywano znaczny odpływ pracowników tego Urzędu. W badanym okresie plan zatrudnienia oscylował pomiędzy 406 a 432 etatami, natomiast uszczuplenia w zasobach kadrowych, w odniesieniu do planu, wynosiły od 12 proc. do 20 proc. Średnia liczba spraw przypadających na jednego pracownika merytorycznego corocznie rosła i przekraczała możliwości ich obsługi. Reakcją na to było zawieranie dużej liczby umów cywilnoprawnych z pracownikami spoza Urzędu. NIK zwraca uwagę, że prowadzenie postępowań w sprawach cudzoziemców wymaga nie tylko znajomości przepisów merytorycznych, księgowości, ubezpieczeń społecznych, ale także kompetencji językowych. Dodatkowo identyfikacja nadużyć i prób obejścia przez cudzoziemców przepisów oraz aktualna sytuacja międzynarodowa – rosnące zagrożenie terroryzmem oraz nielegalną migracją -powodują, że pracownicy Urzędu ds. Cudzoziemców powinni rzetelnie przeprowadzać postępowania mające m.in. na celu stwierdzenie, czy wjazd i pobyt cudzoziemca na terytorium RP nie zagraża porządkowi publicznemu i bezpieczeństwu wewnętrznemu.

Jedynie zasoby kadrowe urzędów pracy do realizacji zadań związanych z obsługą cudzoziemców i pracodawców ich zatrudniających były na ogół wystarczające. Zatrudnienie w badanym okresie wzrosło ze 115 osób do 185 osób, przy ponad siedmiokrotnym wzroście liczby spraw związanych z rejestracją oświadczeń w sprawie wykonywania pracy przez cudzoziemców.

Kontrola NIK wykazała także istotne zróżnicowanie w obciążeniu urzędów wojewódzkich i urzędów pracy w różnych częściach kraju.

urzędy i cudzoziemcy

Za mało środków  na obsługę cudzoziemców

Przyznawane urzędom wojewódzkim środki finansowe były niewystarczające dla wzmocnienia kadrowego wydziałów zajmujących się obsługą cudzoziemców. W 2017 r. urzędy wojewódzkie zgłosiły zapotrzebowanie w wysokości blisko 18,5 mln zł na dodatkowe 255 etatów dla pracowników zajmujących się sprawami legalizacji zatrudnienia i pobytu cudzoziemców, a uzyskały środki  w wysokości blisko 14 mln zł na 218 etatów. Przyznane fundusze na dodatkowe etaty, przy ciągłym wzroście liczby składanych wniosków, nie przyczyniły się do skrócenia terminów załatwiania spraw.

Także zasoby finansowe Urzędu do Spraw Cudzoziemców w szczególności na zatrudnienie pracowników, były nieadekwatne do potrzeb związanych z obsługą cudzoziemców. Pomimo że plan wydatków Urzędu wzrastał corocznie, w kontrolowanym okresie od ponad 98 mln zł do ponad 114 mln zł, to dotyczyły one głównie wydatków na pomoc socjalną dla cudzoziemców, w tym utrzymanie dla nich ośrodków.

Mankamenty w obsłudze klienta, który jest cudzoziemcem

W żadnym z kontrolowanych urzędów wojewódzkich nie opracowano w sposób formalny odrębnych procedur obsługi cudzoziemców i nie przygotowano polityki informacyjnej, w tym zasad komunikowania się z klientami będącymi obcokrajowcami.

Tylko w dwóch urzędach pracy (spośród ośmiu skontrolowanych) opracowano w sposób formalny zasady  obsługi klientów, w tym cudzoziemców i pracodawców ich zatrudniających oraz politykę informacyjną.

We wszystkich urzędach wojewódzkich funkcjonowały sale obsługi klientów, niemniej w trzech warunki lokalowe, aby przebiegało to sprawnie, były niewystarczające. Występowały ponadto pojedyncze przypadki nieprzystosowania poczekalni do liczby oczekujących na załatwienie sprawy, braku zapewnienia poufności przy składaniu wniosków, niewłaściwego działania systemu rezerwacji wizyt.

wydział do spraw cudzoziemców

Do listopada 2018 r. warunki obsługi cudzoziemców w Lubelskim Urzędzie Wojewódzkim nie zapewniały poufności obsługi cudzoziemców, bowiem w dwóch z czterech pokoi, w których przyjmowano i rejestrowano wnioski związane z legalizacją pobytu i załatwiano sprawy związane z kartą pobytu, stanowiska obsługi cudzoziemców umieszczone były obok siebie, a biurka nie posiadały ścianek je oddzielających.

Małopolskim Urzędzie Wojewódzkim w Krakowie warunki lokalowe, pomimo przeprowadzanych modernizacji, były niewystarczające, ze względu na ciągle wzrastającą liczbę obsługiwanych osób.

Dolnośląskim Urzędzie Wojewódzkim we Wrocławiu:

  • Ø system rezerwacji wizyt we Wrocławiu nie umożliwiał rezerwacji wizyty w okresie kolejnych 50 dni,
  • Ø poprzez przyjęte rozwiązania organizacyjne zdecydowana większość cudzoziemców (ok. 70 proc.) nie miała możliwości otrzymania, w chwili złożenia wniosku o legalizację pobytu, stempla w paszporcie sankcjonującego (czasowo, do dnia wydania decyzji) legalność ich pobytu na terytorium RP,
  • Ø od II kwartału 2018 r. do bezpośredniej obsługi cudzoziemców kierowano pracowników merytorycznych, co stało w sprzeczności z przyjętym rozwiązaniem organizacyjnym, polegającym na wydzieleniu strefy zamkniętej dla cudzoziemców, w której kontakt z inspektorem prowadzącym sprawę nie jest możliwy, m.in. z uwagi na potencjalne ryzyko wystąpienia mechanizmów korupcjogennych,
  • Ø sala obsługi klienta na drugim piętrze nie była wyposażona w dostateczną liczbę stolików do wypełniania dokumentów, nie była także klimatyzowana, podczas gdy dzienna liczba obsłużonych cudzoziemców wynosiła ok. 500,
  • Ø obowiązujący system internetowej rezerwacji wizyty nie umożliwiał jej dokonania w języku innym, niż polski, mimo że posiadał opcję wyboru wersji językowej (angielskiej lub rosyjskiej). Cudzoziemcom utrudniono tym samym dostęp do możliwości osobistego złożenia wniosku pobytowego, czy uzyskania informacji w sprawie, bo do tego wymagana jest rezerwacja terminu.

Skargi, opieszałość, bezczynność i ich skutki finansowe

Niesprawność działania organów administracji publicznej przekładała się na składane przez cudzoziemców skargi.  We wszystkich skontrolowanych urzędach wojewódzkich odnotowano ich ponad 1 tys. Najwięcej, aż 579 skarg wpłynęło do Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego. NIK zauważa, że liczba skarg z roku na rok rośnie. W 2014 r. było ich 63, a w 2018 r. (do 30 września) już 620. Skargi najczęściej dotyczyły nienależytego wykonywania obowiązków przez pracowników, braku możliwości rejestracji wizyty w urzędzie, niedoręczenia decyzji rozstrzygającej sprawę, braku możliwości kontaktu i uzyskania informacji w toczącej się sprawie czy też opieszałości i przewlekłego ich prowadzenia.

Ponadto, z uwagi na bezczynność wojewodów bądź przewlekłe prowadzenie postępowań dotyczących wydawania zezwoleń na pobyt czasowy i pracę, cudzoziemcy korzystali także z możliwości składania skarg do wojewódzkich sądów administracyjnych. W latach 2014 (maj) – 2018 (listopad)  wydały one łącznie 115 wyroków, w których stwierdzono bezczynność lub przewlekłość postępowań i w związku z tym wojewodowie (Skarb Państwa) będą musieli łącznie zapłacić ponad 211 tys. zł. Istotny wzrost liczby wyroków zaobserwowano w 2018 r., bowiem do listopada tego roku wydano ich łącznie 101, w związku z czym Skarb Państwa będzie zobowiązany zapłacić ponad 196 tys. zł. Jednocześnie w sądach znajdowały się 183 skargi cudzoziemców, w których nie zapadł jeszcze wyrok. Największą liczbę 72 wyroków w latach 2017-2018 zasądził Wojewódzki Sąd Administracyjny we Wrocławiu. Według stanu na IV kwartał 2018 r. w sądzie tym 128 spraw oczekiwało jeszcze na rozstrzygnięcie.

skargi cudzoziemców

Wnioski

Do Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji skierowano 7 wniosków.

W ramach koordynacji działań związanych z polityką migracyjną państwa, organizacją struktur i urzędów administracji publicznej oraz procedur administracyjnych, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji winien m.in.:

  1. Sfinalizować prace mające na celu opracowanie dokumentu o charakterze strategicznym, określającego zakres koordynacji i działań instytucji odpowiedzialnych za politykę migracyjną oraz wskazującego kierunki kształtowania tej polityki.
  2. Określić i wdrożyć rozwiązania, w tym prawne i nadzorcze, mające na celu usprawnienie prowadzenia postępowań legalizujących pobyt i pracę cudzoziemców na terytorium RP, a także skrócenie czasu oczekiwania na załatwienie spraw tej kategorii.
  3. Przeanalizować przyczyny fluktuacji kadr, jak i wpływ warunków pracy oferowanych przez urzędy wojewódzkie, na skuteczność realizacji zadań w zakresie obsługi cudzoziemców przez wojewodów.

Do Ministra Rodziny Pracy i Polityki Społecznej skierowano 5 wniosków.

W ramach prowadzonej polityki rynku pracy i zatrudnienia, Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej winien m.in.:

  1. Wypracować mechanizmy uzupełniania szczególnie dotkliwych niedoborów pracowników, w tym w branżach o popycie na wysokie kwalifikacje, celem dłuższego lub trwałego związania cudzoziemców z polskim rynkiem pracy.
  2. Monitorować proces dopuszczania cudzoziemców do polskiego rynku pracy, także pod kątem analizowania i projektowania przyszłych zobowiązań ZUS wobec ubezpieczonych cudzoziemców.
  3. Określić i wdrożyć rozwiązania, w tym prawne, mające na celu usprawnienie legalizacji pracy cudzoziemców na terytorium RP i skrócenie czasu oczekiwania na załatwienie spraw tej kategorii.

Do Szefa Urzędu do Spraw Cudzoziemców skierowano 2 wnioski.

Szef Urzędu do Spraw Cudzoziemców jako centralny organ administracji rządowej w sprawach m.in. wjazdu cudzoziemców na terytorium RP, pobytu na nim i wyjazdu z niego, winien:

  1. Zintensyfikować działania mające na celu uzyskanie od Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji realnego wzmocnienia kadrowego, pozwalającego na rzetelną i terminową realizację ustawowych zadań, o których mowa w art. 22 ustawy o cudzoziemcach.
  2. Wprowadzić usprawnienia mające na celu terminowe zamieszczanie i aktualizację wpisów w wykazie cudzoziemców, których pobyt na terytorium RP jest niepożądany, w szczególności z uwagi na ich charakter związany z zapewnieniem bezpieczeństwa publicznego.

Do wojewodów skierowano 4 wnioski.

W związku z wykonywaniem zadań dotyczących legalizacji pobytu i zatrudnienia cudzoziemców na terytorium RP, wojewodowie winni m.in.:

  1. Kontynuować działania zmierzające do poprawy sytuacji kadrowej wydziałów do spraw cudzoziemców, w tym ukierunkowane na ograniczanie fluktuacji pracowników.
  2. Podejmować skuteczne działania zmierzające do terminowego załatwiania spraw dotyczących wydawanych cudzoziemcom zezwoleń na pobyt i na pracę, w tym poprzez wdrożenie skutecznych narzędzi nadzoru nad terminowością realizowanych zadań, celem ograniczenia liczby ponagleń i skarg na bezczynność lub przewlekłe prowadzenie postępowań.

Ocena ryzyka krajów. Słabe punkty światowej gospodarki

Coface prowadzi oceny ryzyka krajów dla ponad 160 państw. Dotyczą one sektora przedsiębiorstw – ocenianych jest więc wiele aspektów związanych z prowadzeniem działalności firm w danych miejscach na świecie. Należą do nich otoczenie makroekonomiczne, ale także biznesowe czy ryzyko niewypłacalności przedsiębiorstw.

W ramach ostatniej rewizji ocen zdecydowano o podwyższeniu ryzyka w dość istotnych – z punktu widzenia polskiego eksportu – gospodarkach: niemieckiej, czeskiej, słowackiej i austriackiej. Bezpośrednio zagraża im słabnąca koniunktura w Strefie Euro. W dużej mierze są one uzależnione od eksportu. Wpływa na nie zatem globalne spowolnienie gospodarcze oraz rosnący protekcjonizm i zawirowania w handlu światowym. Te czynniki przyczynią się do pogorszenia strony makroekonomicznej, jak również sytuacji płynnościowej przedsiębiorstw.

– W ocenie Coface duże znaczenie ma pogorszenie sytuacji w sektorze motoryzacyjnym, spowodowane niższym popytem na samochody w Unii Europejskiej – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface – Przyczyną jest także konieczność dostosowywania się do nowych norm emisji spalin. Powoduje to widoczną już, niższą rejestrację nowych pojazdów. Należy pamiętać, że Czechy, Austria, Niemcy czy Słowacja są bardzo powiązane z branżą motoryzacyjną. Obecna sytuacja na tym rynku była jedną z przyczyn podwyższenia poziomu ryzyka tych krajów. Ocena Polski pozostaje tymczasem na stabilnym poziomie A3, chociaż istnieje wiele rodzimych firm aktywnych w sektorze motoryzacyjnym. Dla nich rosnące ryzyko na rynkach zewnętrznych – zwłaszcza w Europie Zachodniej – jest istotne. Patrząc ogólnie na sektor przedsiębiorstw w Polsce, widać dosyć stabilny popyt wewnętrzny. To czynnik rekompensujący sytuację za granicą. W drugiej połowie roku oczekiwane jest zwiększenie obrotów firm na skutek wprowadzenia tzw. pakietu fiskalnego. Chociaż ich sytuacja płynnościowa nie będzie idealna – nie ulegnie takiemu pogorszeniu, jak w przypadku gospodarek dużo bardziej zależnych od sytuacji na rynkach zagranicznych – zapowiada Sielewicz.

Wojna handlowa – konsekwencje dla firm i gospodarki

Napięcia handlowe między Chinami a Stanami Zjednoczonymi przyczynią się, wraz z niższym popytem krajowym, do spowolnienia gospodarki USA, gdzie wzrost gospodarczy szacuje się na 2,5% w roku bieżącym i zaledwie 1,3% w roku 2020, w porównaniu do 2,9% w roku 2018. W przypadku Chin, wojna handlowa doprowadziła w szczególności do 10-procentowego spadku eksportu do Stanów Zjednoczonych w ciągu pierwszych czterech miesięcy roku.

Ogólnie rzecz biorąc niepewność co do wyników negocjacji między rządami Chin i USA oraz atmosfera napięcia wynikająca z tej wojny handlowej wciąż rzutuje na poziom zaufania przedsiębiorstw. W roku ubiegłym wartości wskaźników zaufania przedsiębiorstw spadły w wielu krajach na całym świecie, zwłaszcza w sektorach produkcyjnych.

Dotyczy to Niemiec, gdzie w czerwcu odnotowano najniższy od pięciu lat poziom wskaźników zaufania przedsiębiorstw, takich jak IFO. Roczna stopa produkcji przemysłowej wykazuje tendencję spadkową. Na rok bieżący Coface przewiduje wzrost gospodarczy na poziomie 0,8% w porównaniu do 1,5% w roku ubiegłym.

Coface obniża ocenę ryzyka kraju dla Niemiec z A1 do A2. Obniżono również oceny trzech gospodarek zależnych od gospodarki niemieckiej. Stało się tak w przypadku Czech i Słowacji (w obu przypadkach obniżenie z A2 do A3), a także Austrii (obniżenie z A1 do A2). Ryzyko biznesowe wzrasta również w Islandii (obniżenie do A3).

Bardziej pozytywnym akcentem jest fakt, że spółki w Uzbekistanie (wzrost z C do B) i Kirgistanie (wzrost z D do C) odnoszą korzyści z utrzymującej się względnej otwartości politycznej i gospodarczej.Oceny ryzyka krajów prowadzone przez Coface

Zmiany klimatyczne wymuszą przejście na czyste technologie. Rezygnacja z węgla raczej nie będzie możliwa bez atomu

Zmiany klimatyczne wymuszą przejście na czyste technologie. Rezygnacja z węgla raczej nie będzie możliwa bez atomu 8

Mimo sprzeciwu Polski na czerwcowym szczycie i zablokowania neutralności klimatycznej UE do 2050 roku, w długiej perspektywie polska gospodarka nie ma innej drogi, jak przestawienie się na czyste technologie w produkcji energii – ocenia ekspert Uniwersytetu Wrocławskiego dr Mieczysław Sobik. Jak podkreśla, jednym z najbardziej perspektywicznych segmentów jest dziś fotowoltaika i energetyka nuklearna.

– Energia słoneczna to wielka perspektywa na przyszłość. Technologie cały czas się poprawiają, więc ta ogromna ilość energii, którą Ziemia otrzymuje ze słońca, może być przetworzona na energię elektryczną, czyli najbardziej praktyczną dla nas formę energii – mówi agencji Newseria Biznes dr Mieczysław Sobik z Zakładu Klimatologii i Ochrony Atmosfery Uniwersytetu Wrocławskiego. – Trzeba też zwrócić uwagę na coś, co w dużej skali daje wielkie efekty, czyli energooszczędność, np. ocieplanie domów, żeby spalać mniej nośników energii i zapewnić sobie komfort termiczny.

Z danych Ministerstwa Energii wynika, że w ubiegłym roku w Polsce powstało łącznie 28,36 tys. mikroinstalacji fotowoltaicznych o łącznej mocy 173 MW. To ponaddwukrotnie więcej niż w 2017 roku.

– Polska gospodarka węglem stoi. Samego węgla jest coraz mniej, zużywamy w tej chwili 1/3 tego, co jeszcze w latach 70.–80. ubiegłego stulecia. Ten trend trzeba pielęgnować, należy dalej ograniczać zużycie węgla, wprowadzać OZE. W dłuższej perspektywie prawdopodobnie nie będziemy mogli zrezygnować z wprowadzenia energetyki nuklearnej, o ile chcemy zrezygnować węgla – mówi dr Mieczysław Sobik.

Z „Krajowego Planu na Rzecz Energii i Klimatu na lata 2021–2030”, którego autorem jest Ministerstwo Energii, wynika, że w 2030 roku polska gospodarka ma jeszcze w 60 proc. opierać się na węglu, a udział OZE w miksie energetycznym ma do tego czasu sięgnąć 21 proc.

Aktualne cele klimatyczne UE zakładają, że do 2030 roku emisja gazów cieplarnianych zostanie zredukowana minimum o 40 proc. w stosunku do poziomu z 1990 roku (do tego czasu ma też zostać osiągnięty 27-proc. udział OZE z miksie energetycznym UE). W ostatnich miesiącach trwały jednak prace nad doprecyzowaniem bardziej ambitnych celów. Komisja Europejska opublikowała w listopadzie ubiegłego roku długoterminową strategię przestawienia europejskiej gospodarki na neutralność klimatyczną do 2050 roku (oznacza to sytuację, w której gospodarka emituje tyle samo dwutlenku węgla, ile pochłania, np. dzięki sadzeniu nowych drzew).

Deklaracja zobowiązująca UE do osiągnięcia neutralności klimatycznej została jednak zablokowana na szczycie UE w drugiej połowie czerwca przez Polskę, Węgry, Czechy i Estonię. Polska delegacja na czele z premierem Mateuszem Morawieckim chciała najpierw doprecyzować kwestię wsparcia finansowego dla państw uzależnionych od węgla, dla których transformacja energetyczna wiąże się z gigantycznymi kosztami. W Polsce blisko 80 proc. całkowitej produkcji energii wciąż opiera się na węglu, ale – jak podkreśla dr Mieczysław Sobik – w długiej perspektywie polska gospodarka nie ma innej drogi, jak przestawienie się na czyste technologie.

To kwestia nie tylko ocieplenia klimatu, lecz także jakości powietrza, którym oddychamy. Wszyscy żyjemy problemem smogu, zwłaszcza w większych miastach, i trzeba go mocno ograniczyć. Musimy oddychać czystym powietrzem, a przy okazji będziemy emitować mniej gazów cieplarnianych, które same w sobie nie mają istotnych skutków zdrowotnych, natomiast pogarszają funkcjonowanie naszego klimatu poprzez wyzwalanie dodatkowej energii w systemie ziemia – atmosfera, co skutkuje wzrostem temperatury w wieloleciu – mówi dr Mieczysław Sobik.

Polityka klimatyczna nastawiona na ograniczanie emisji gazów cieplarnianych ma szczególne znaczenie w kontekście ostatniego raportu Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC). Podkreśla on, że do 2050 roku ludzkość musi całkowicie zrezygnować ze spalania węgla, a do 2030 roku globalna emisja dwutlenku węgla musi spaść o 45 proc. (w porównaniu z poziomem z 2010 roku), żeby zapobiec katastrofie klimatycznej na niespotykaną skalę. Jej konsekwencją będzie m.in. 150 tys. zgonów rocznie z powodu upałów w samej Europie, setki miliony zgonów spowodowanych zanieczyszczeniem powietrza, rozprzestrzenianie się chorób tropikalnych, a także ograniczony dostęp do wody pitnej i problemy z produkcją żywności.

– Rolnictwo będzie się zmieniać i pójdziemy w kierunku upraw bardziej ciepłolubnych. Nie wiadomo, jak będzie z opadami atmosferycznymi – jeżeli będą wystarczające, możemy wprowadzać takie gatunki, które potrzebują tej wody więcej. Jeśli nie, będziemy musieli wprowadzać uprawy z obszarów półsuchych, np. proso zamiast pszenicy. Być może dojdzie do rozwoju uprawy soi, uprawy winorośli – mówi dr Mieczysław Sobik.

Ekspert podkreśla również, że wpływ na ograniczanie zmian klimatycznych mają sami konsumenci. Nawet drobne wybory konsumenckie, jak rezygnacja z samochodu czy spędzenie urlopu w kraju, w dużej skali wpływają na ograniczanie śladu węglowego.

Ogólną zasadą, która powinna nam przyświecać, jest „myśl globalnie, działaj lokalnie”. Im bardziej działamy lokalnie, tym lepiej, bo w większym stopniu ograniczamy emisję węgla – mówi dr Mieczysław Sobik.

Składki na pracownicze plany kapitałowe to nie tylko koszt dla firm. Mogą w ten sposób przyciągnąć i zatrzymać pracowników

Składki na pracownicze plany kapitałowe to nie tylko koszt dla firm. Mogą w ten sposób przyciągnąć i zatrzymać pracowników 9

Dzięki pracowniczym planom kapitałowym wypłacana w przyszłości emerytura może wynieść nie 25–30 proc. ostatniej pensji, tylko ok. połowy. Rząd zakłada, że do programu przystąpi 75 proc. uprawnionych, czyli ok. 8,5 mln Polaków. Zdaniem ekspertów sukcesem będzie już pułap 50 proc., bo zaufanie do państwa w kwestii oszczędności emerytalnych naruszyła sprawa otwartych funduszy emerytalnych. – Im szybciej problem przyszłości OFE zostanie rozstrzygnięty, tym będzie to korzystniejsze dla PPK – podkreśla Tomasz Prusek, prezes Fundacji Przyjazny Kraj.

– Po pierwszych tygodniach funkcjonowania PPK mamy nadal wielką debatę dotyczącą zaufania obywateli do państwa i systemu emerytalnego. To, co wydarzyło się z otwartymi funduszami emerytalnymi, wiele osób uważa za złamanie pewnej umowy społecznej – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Prusek, prezes Fundacji Przyjazny Kraj.

Z początkiem 2020 roku otwarte fundusze emerytalne mają zniknąć z rynku, a zgromadzone w nich pieniądze mają trafić w całości do ZUS (wówczas będzie można uniknąć 15-proc. potrącenia ze zgromadzonych środków), lub na indywidualne konta emerytalne (IKE). Oznacza to całkowity demontaż instytucji, które miały pomóc Polakom oszczędzać na emeryturę.

Taki sam cel mają pracownicze plany kapitałowe. Eksperci podkreślają, że przystąpienie do programu to gwarancja zwiększenie stopy zastąpienia, czyli relacji pierwszej emerytury do ostatniej pensji. Dołączenie do PPK jest dla pracowników dobrowolne. To, ile osób zdecyduje się oszczędzać w tym systemie, w dużej mierze zależy od zbudowania zaufania, nadszarpniętego przez zmiany w OFE.

 Mówi się, że skala zainteresowania może być w granicach 50 proc. i to jest uznawane za sukces. Niemniej niektórzy optymiści twierdzą wręcz, że będzie to 70–80 proc. Marzeniem byłoby, gdybyśmy mieli taki poziom jak w Wielkiej Brytanii, gdzie podobny program gromadzi ponad 90 proc. uprawnionych. Pracownicy do PPK po prostu muszą się przekonać – tłumaczy Tomasz Prusek.

Łącznie do programu PPK może dołączyć ok. 13 mln Polaków. Przy optymistycznych prognozach skorzysta z niego 8,5 mln osób. Polski Fundusz Rozwoju oblicza, że satysfakcjonującym poziomem będzie już 50 proc., czyli nieco ponad 6 mln.

– Wiele osób liczy na to, że ten wskaźnik zainteresowania PPK będzie w kolejnych latach rósł. Na rynkach dojrzałych kapitałowo, gdzie podobne programy są prowadzone i jest wysokie zaufanie do państwa, takie programy z biegiem czasu zyskują sobie uznanie wśród pracowników – zaznacza prezes Fundacji Przyjazny Kraj.

Od lipca 2019 roku do PPK musiały dołączyć firmy zatrudniające co najmniej 250 pracowników. Co pół roku będą dołączać kolejne grupy – od stycznia 2020 roku podmioty zatrudniające co najmniej 50 osób, a od lipca 2020 roku – zatrudniające co najmniej 20 osób. Pozostałe firmy, w tym te z sektora publicznego, do PPK dołączą w styczniu 2021 roku.

 Dla firm jest to z jednej strony obowiązek i koszt, ponieważ muszą dołożyć swoją część do pieniędzy wpłacanych do PPK z pensji pracownika i dopłaty państwa – przypomina Tomasz Prusek. – Z drugiej strony spotkałem się z przykładami firm, które uważają wręcz, że PPK jest dla nich szansą. Zachęcając wysokimi wpłatami na PPK, będą mogli zatrzymać pracowników. W sytuacji, kiedy pracowników po prostu na rynku brakuje, PPK jest dobrą szansą na to, aby ustabilizować zatrudnienie w wielu firmach.

Zgodnie z założeniami pracownicy będą co miesiąc odkładać w PPK 2–4 proc. swoich zarobków, najmniej zarabiający – 0,5 proc. Pracodawca dołoży 1,5–4 proc. pensji. Dodatkowo każdy dostanie z budżetu państwa 250 zł na powitanie i co roku 240 zł.