Spotkania to codzienność większości polskich menadżerów. Według nich są zbyt czasochłonne i nieefektywne

Spotkania to codzienność większości polskich menadżerów. Według nich są zbyt czasochłonne i nieefektywne 1

74 proc. menadżerów codziennie ma spotkania w małej grupie osób, a 60 proc. przynajmniej raz w tygodniu odbywa zebrania w większym zespole – wynika z badania firmy szkoleniowej 4Results. Zdaniem badanych spotkań jest zbyt dużo i nie są one efektywne, nie kończą się żadnymi budującymi wnioskami. Dodatkowo wielu z nich podkreśla brak zaangażowania uczestników objawiający się m.in. tym, że korzystają w czasie spotkania z telefonów i laptopów.

Badanie „Spotkania: efektywnie spędzony czas czy stracone godziny?” przeprowadzone wśród blisko 500 menadżerów wskazuje, że 90 proc. z nich ma przynajmniej raz w tygodniu takie spotkania w małej grupie, a 5 na 10 – w większej grupie osób. Do tego dochodzą telekonferencje, które przynajmniej raz na tydzień odbywa połowa menadżerów.

– Menadżerowie nie oceniają spotkań zbyt wysoko pod kątem efektywności. Mają poczucie, że tych spotkań jest za dużo, zajmują im one bardzo dużo czasu, kiedy mogłyby się odbyć spotkania innego typu. Dużo czasu poświęcamy na spotkania operacyjne, kiedy trzeba w zbyt dużym gronie omówić różne rzeczy. Z kolei brakuje nam czasu na spotkania strategiczne, budujące zespół, albo jeden na jeden, które są kluczowe dla menadżerów – mówi agencji Newseria Biznes Sławomir Błaszczak, partner zarządzający, 4Results.

Zarządzający najczęściej biorą udział w tzw. operatywkach, czyli krótkich spotkaniach dotyczących bieżącej pracy. Blisko połowa menadżerów spotyka się ze swoim szefem na rozmowę rzadziej niż raz w tygodniu, a 14 proc. – w ogóle. Ponad połowa badanych przyznaje, że uczestniczy w spotkaniach strategicznych rzadziej niż raz na tydzień. Autorzy raportu sugerują, że uporządkowanie siatki spotkań, wprowadzenie ich cykliczności ułatwia zarządzanie i monitorowanie realizacji celów.

Przed spotkaniem wszyscy jego uczestnicy muszą znać cel i charakter spotkania. Dyskusja powinna być rzeczowa i konstruktywna, a jej uczestnicy aktywni

Niekoniecznie wiemy, po co się spotykamy. Po prostu są jakieś tematy do omówienia, więc potrzebne jest spotkanie. Ono powinno się kończyć konkretnym produktem: decyzją, ustaleniami, uzgodnieniami – mówi Sławomir Błaszczak.

Menadżerowie podkreślają, że łatwiej o taki przebieg spotkania w mniejszym gronie, gdy uczestnicy są właściwie dobrani. Zbyt szeroka grupa rozprasza i wprowadza zbędne wątki poboczne.

Kluczem do sukcesu jest też świadomość roli prowadzącego spotkanie. Lider spotkania powinien być przygotowany, wiedzieć, jak zebranie poprowadzić, umieć słuchać i skłaniać pracowników do dyskusji.

Badani wskazują na to, że od tego, jak oni są przygotowani, jakie mają kompetencje związane z prowadzeniem tego typu spotkań, zależy efektywność spotkania. Jeśli angażują uczestników, potrafią ich dobrze słuchać, mają dobrze przygotowaną strukturę, jasno pracują z celami, to te umiejętności znacząco wpływają na podniesienie efektywności spotkań – mówi partner zarządzający 4Results.

W ocenie menadżerów stratą czasu są telekonferencje. Częste problemy techniczne, niska jakość lub przerwy w połączeniu, a także brak bezpośredniego kontaktu sprawiają, że uczestnicy tzw. calli są rozproszeni, zajmując się jednocześnie kilkoma sprawami. Jeśli nie ma możliwości bezpośredniego spotkania, lepszy rozwiązaniem wydaje się wideokonferencja, która bardziej angażuje uczestników.

– Telekonferencja stwarza możliwość ucieczki i zajmowania się innymi tematami, a tylko pozornego uczestniczenia w spotkaniu. To wpływa na obniżenie efektywności tego typu spotkań. Dlatego zalecamy włączanie kamery, nawet jeśli to by miały być krótsze spotkania, ale będą bardziej skuteczne. Wcześniej powinny być określone materiały, z którymi należy się zapoznać, oraz jasno określony cel wideokonferencji – mówi Sławomir Błaszczak.

Mimo to 60 proc. badanych w ogóle nie bierze udziału w wideokonferencjach.

Brak zaangażowania i koncentracji uczestników to coś, co najbardziej przeszkadza menadżerom – wskazuje na to co trzeci badany. Co czwarty narzeka na to, że współpracownicy ignorują cel spotkania poprzez korzystanie z telefonów i komputerów w jego trakcie.

Coraz chętniej płacimy za usługi w modelu abonamentowym. Młodzi konsumenci przyspieszą rozwój subskrypcji

Coraz chętniej płacimy za usługi w modelu abonamentowym. Młodzi konsumenci przyspieszą rozwój subskrypcji 2

Polacy mają średnio po blisko cztery zobowiązania subskrypcyjne. Najczęściej w abonamencie kupujemy usługi telekomunikacyjne i telewizyjne, opłacamy rachunki za usługi domowe czy dostęp do platform VoD – wynika z raportu „Subskrypcje PL”. Rzadziej subskrybujemy usługi cyfrowe, niewiele osób korzysta jeszcze z abonamentów na produkty spożywcze czy platformy edukacyjne. Znaczenie ekonomii subskrypcji będzie rosnąć. Milenialsi i pokolenie Z przyspieszą rewolucję w handlu.

 Rynek usług abonamentowych w Polsce kwitnie. Ponad 90 proc. dorosłych konsumentów deklaruje, że ma co najmniej jedno zobowiązanie subskrypcyjne – mówi agencji Newseria Biznes Olgierd Borówka, marketing & PR manager w firmie Straal.

Z raportu „Subskrypcje PL”, opublikowanego przez Fundację Digital Poland i firmę Straal we współpracy z Visa, TVN Player, UPC oraz MCI Capital, wynika, że przeciętny polski konsument ma średnio 3,9 zobowiązań subskrypcyjnych. W modelu abonamentowym kupujemy przede wszystkim usługi telekomunikacyjne i telewizyjne (75 proc.), opłacamy rachunki za usługi dla domu (69 proc.), składki na ubezpieczenia (48 proc.) oraz dostęp do platform VoD (42 proc.).

 Drugą grupą są usługi, które na potrzeby raportu określiliśmy mianem usług rozwijających się. To usługi nowe, stosunkowo kosztowne, ale zyskujące w bardzo szybkim stopniu na popularności. W tej grupie przeważają usługi cyfrowe, takie jak oprogramowanie komputerowe, aplikacje mobilne czy bardzo popularne teraz dostępy do platform muzycznych – wymienia Olgierd Borówka.

Subskrypcje na produkty spożywcze (np. dieta pudełkowa), usługi transportowe czy platformy edukacyjne, bardzo popularne na Zachodzie, w Polsce stanowią niewielki odsetek. Zdaniem eksperta ich czas jednak nadejdzie, podobnie jak usług cyfrowych, z których – oprócz VoD – wciąż stosunkowo rzadko korzystamy w modelu abonamentowym.

 Polacy przekonują się coraz bardziej np. do streamingu muzyki, który jest podobny do znanego im VoD, tyle że zamiast treści filmowych uzyskują dostęp do bibliotek muzycznych. Widzimy też, że rośnie stale popularność takich usług, jak dostawy żywności czy pudełka subskrypcyjne. W Stanach Zjednoczonych rosną one w bardzo szybkim tempie i są jednym z najszybciej rozwijających się segmentów gospodarki subskrypcyjnej w ogóle – mówi ekspert firmy Straal.

Z usług subskrypcyjnych najczęściej korzystają osoby w wieku 25–34 lat. Deklarują posiadanie zobowiązań subskrypcyjnych na poziomie powyżej średniej w 8 z 16 kategorii – przede wszystkim te zaklasyfikowane jako rozwijające się i wschodzące: usługi VoD (48 proc. przy 42 proc. ogółem), aplikacje i gry mobilne (27 do 18 proc.), gry online na komputer lub konsolę (20 do 15 proc.) czy subskrypcje spożywcze (9 do 7 proc.). Osoby należące do tej grupy wiekowej będą z czasem konsumować jeszcze więcej i będą bardziej odważnie eksperymentować z nowymi usługami, dlatego w najbliższych latach może nas czekać boom subskrypcyjny.

 Osoby, które mają między 25 a 34 lata, będą korzystały nadal chętnie z tego typu usług, natomiast osoby młode, które dopiero wchodzą na rynek pracy, które dopiero będą zakładały własne gospodarstwa domowe, będą mogły sobie pozwolić na więcej usług subskrypcyjnych – tłumaczy Borówka.

Wraz z rozwojem usług abonamentowych zmieni się też model płatności. Obecnie wciąż jeszcze dominuje ten przystosowany do pojedynczych transakcji, czyli przelewy online (67 proc.) i szybkie przelewy typu pay-by-link (45 proc.). Karty zapisywane w systemie oraz portfele elektroniczne (e-wallety), które są najbardziej naturalnymi sposobami płatności za abonamenty, wybiera dziś stosunkowo niewiele osób. Ma to się jednak zmienić w nadchodzących latach.

 Przewidujemy, że płatności subskrypcyjne będą podążały za najmłodszymi użytkownikami. W kategorii wiekowej 18–24 obserwujemy zdecydowanie największy entuzjazm związany z nowoczesnymi metodami płatności: czy to kart zapisywanych w celu automatycznego obciążania, czy też płatności mobilnych takich jak BLIK czy PeoPay – ocenia Olgierd Borówka.

Branża e-commerce sięga po innowacje, by poprawić interakcję z klientem. Najnowsze technologie mają zwiększyć sprzedaż produktów i usług

Branża e-commerce sięga po innowacje, by poprawić interakcję z klientem. Najnowsze technologie mają zwiększyć sprzedaż produktów i usług 3

Sztuczna inteligencja, programy personalizujące i technologie ułatwiające kontakt z klientem. W branży e-commerce coraz częściej inwestuje się w narzędzia, które automatyzują nawiązanie kontaktu z klientem i umożliwiają nawiązanie z nim osobistej relacji za pośrednictwem wszystkich kanałów sprzedażowych. Powstają zintegrowane narzędzia do zarządzania sklepami internetowymi oraz nowatorskie systemy komunikacji.

– 80 proc. osób deklaruje zakupy u sprzedawcy, który jako pierwszy wejdzie z nim w interakcję. Zostawienie swoich danych osobowych po to, by sprzedawca do nas później oddzwonił, tak naprawdę nie jest interakcją ani narracją sprzedażową. Powoduje tylko to, że trafiamy na listy remarketingowe konkurencji. Kiedy zostawimy nasz adres e-mail na Facebooku firmie, w której zainteresowani byliśmy kupnem samochodu, następnego dnia nasza ściana facebookowa zamieni się w multibrandowy salon samochodowy. Rynkowa potrzeba dosyć jasno pokazuje, że moment, w którym klient gotowy jest kupić, to jest moment, w którym sprzedawca powinien być gotowy sprzedać – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Cezary Ziemiński, prezes zarządu Onevid.io.

Oprogramowanie Onevid.io zaprojektowano z myślą o uwspółcześnieniu internetowych narzędzi sprzedażowych i umożliwieniu nawiązania kontaktu ze sprzedawcą klientowi, kiedy ten kierowany potrzebą zakupową chce uzyskać więcej informacji o ofercie. Platforma stanowi przestrzeń do wymiany informacji audiowizualnych, umożliwia przeprowadzenie wideorozmowy we wszystkich kluczowych kanałach sprzedażowych – od postów facebookowych, przez strony firmowe, na przestrzeni detalicznej skończywszy. Jest to uwspółcześniona forma videochatu eksperckiego, która pozwala stanąć z klientem twarzą w twarz, niezależnie od tego, z jakiego miejsca podejmuje on interakcję ze sprzedawcą.

O zwiększenie szans na konwersję sprzedażową walczy także platforma Moneteasy, oferująca kompleksowe rozwiązania dla branży e-commerce. Oddaje ona w ręce przedsiębiorców rozwiązania, które ułatwiają dotarcie do klienta na dowolnym etapie sprzedaży. Przedsiębiorcy mogą optymalizować przekaz reklamowy i za pośrednictwem jednego narzędzia kierować go zarówno do osób przeglądających porównywarki cenowe, jak i czytających opisy i recenzje produktów na najpopularniejszych witrynach informacyjnych.

Z kolei firma Edrone postawiła na system automatyzujący proces profilowania klientów, dzięki któremu sprzedawca szybciej i skuteczniej zrozumie potrzeby swoich docelowych odbiorców. Platformę wyposażono w algorytmy, które dzielą klientów sklepu na kategorie ze względu na sposób ich interakcji ze sklepem: wartość koszyka zakupowego, preferowane kategorie produktowe czy aktywność w internecie. Na tej podstawie tworzą jego profil osobowy, który pozwala przeprowadzić spersonalizowaną komunikację o wyższej skuteczności sprzedażowej.

– 80 proc. osób, które kliknęły w sieci „kup teraz”, porzuca koszyk zakupowy. Powody, z których to się dzieje, nie są bardzo zróżnicowane. W 40 proc. związane są z brakiem możliwości zobaczenia detali produktu bądź z brakiem możliwości porównania go. Kolejnymi rzeczami, które powodują opuszczenia koszyka, są oczywiście względy bezpieczeństwa oraz dość zagmatwany proces wypowiedzenia przez klienta w internecie własnych potrzeb. Podpowiedzieć, jakiego sprzętu potrzebujemy, może nam wyłącznie sprzedawca. Dziś 47 proc. klientów oczekuje asysty żywego człowieka w procesie zakupowym – twierdzi ekspert.

Ciekawym przykładem wykorzystania inteligentnych systemów e-commerce są inteligentne chatboty. Znajdziemy je m.in. na Facebooku, gdzie pełnią rolę narzędzia do nawiązania pierwszego kontaktu z klientem. Można zaprogramować je tak, aby automatycznie odezwały się do osoby, która odwiedzi fanpage firmy, i podsunęły jej najczęściej zadawane pytania. Dzięki temu można zachęcić klienta do rozpoczęcia rozmowy sprzedażowej bez angażowania do niej pracownika.

Na popularności zyskują także systemy wykorzystujące technologię uczenia maszynowego. Na szeroką skalę stosuje je m.in. firma deepsense.ai, która wykorzystuje sztuczną inteligencję na każdym etapie optymalizowania sprzedaży. Algorytmy przewidują, jakie produkty pasują do profilu osobowego klienta, określają jego preferencje na podstawie koszyka zakupowego, są w stanie oszacować jego wartość w długiej perspektywie czasowej, a na podstawie analizy big data przewidzieć, jakie produkty będą się najlepiej sprzedawać w całym sklepie. Dzięki temu przedsiębiorcy mogą zoptymalizować proces dostaw i wielkość zapasów magazynowych. Wszystkie te zadania wykonywane są w pełni automatycznie.

– Algorytmy sztucznej inteligencji kompletnie zrewolucjonizują sposób, w jaki kupujemy. Nawet przy udziale żywego człowieka taki algorytm będzie w stanie podpowiedzieć mi, w jaki sposób powinienem się zachować, by zwiększyć szanse na sprzedaż. Jest w stanie wyczytać z twarzy klienta, analizując jego emocje, gdzie chce pojechać na wakacje czy jakiej klasy samochód chce kupić. Zastosowanie tego typu technologii przy półce sklepowej, gdzie klient rozgląda się i szuka pomocy, umożliwia już po kilku sekundach oglądania produktu włączenie do narracji sprzedawcy, co zwiększy nam szansę na sprzedaż o 80 proc., jeśli podejmiemy tę narrację sprzedażową jako pierwsi – twierdzi Cezary Ziemiński.

Według firmy badawczej Meticulous Research wartość globalnego rynku e-commerce do 2025 roku wzrośnie do ponad 24 bln dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie przeszło 11 proc. w skali roku.

Opracowane przez Polaków urządzenie sprawdzi pracę mózgu. Pomoże w koncentracji i zbada przygotowanie do zawodu

Opracowane przez Polaków urządzenie sprawdzi pracę mózgu. Pomoże w koncentracji i zbada przygotowanie do zawodu 4

Mózg zawiera prawie 100 miliardów neuronów i 100 tys. miliardów połączeń. Choć teoretycznie o pracy ludzkiego mózgu wiemy coraz więcej, wciąż kryje on więcej tajemnic niż kosmos. Pomóc go poznać może wirtualna rzeczywistość. Technologia bliskiej podczerwieni sprawdza, które części mózgu aktywują się przy określonych czynnościach i bada sposób, w jaki działają określone struktury płata czołowego. W przyszłości pomoże ona nawet przewidzieć zachowanie.

– Stworzyliśmy urządzenie bazujące na jednej z trzech najpopularniejszych technologii. W naszym przypadku jest to technologia bliskiej podczerwieni, w ramach której badamy, w jaki sposób pewne struktury mózgu się aktywizują, przede wszystkim w obszarze płata czołowego. Możemy przyjąć założenie, że im więcej krwi jest w danym obszarze mózgu, tym ta struktura mózgu jest bardziej aktywna – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Wojciech Broniatowski, dyrektor ds. operacyjnych w projekcie BioVR.

Ludzki mózg ma przed naukowcami wiele tajemnic. Paradoksalnie więcej wiemy o kosmosie, niż o niektórych aspektach pamięci czy procesów poznawczych. Pomocne mogą się jednak okazać nowe technologie. Dzięki wirtualnej rzeczywistości można już stopniowo wyleczyć fobie i uzależnienia. Sztuczna inteligencja na podstawie nawet niewielkich zmian potrafi rozpoznać choroby. Zmiana aktywności mózgu, częstsze korzystanie z określonych  obszarów może świadczyć o chorobach neurologicznych.

Obecnie mózg bada się za pomocą technologii EEG (elektroencefalografii), wykorzystując w tym celu elektrody. Trwają już prace nad takim obrazowaniem  mózgu, które dokładnie sprawdzi, jaki obszar mózgu aktywuje się przy danej czynności. W przyszłości mogłoby to pomóc przewidzieć ludzkie zachowanie.

– BioVR to nazwa projektu, w którym stworzyliśmy urządzenie diagnostyczne, nie urządzenie medyczne, które zakłada się na głowę. Dzięki diodom emitującym światło podczerwone możemy badać sposób, w jaki działają określone struktury płata czołowego – wskazuje Wojciech Broniatowski.

Dzięki podczerwieni można zwizualizować przepływ krwi w mózgu. Przez czaszkę przepuszcza się wiązki światła w bliskiej podczerwieni, odbijane w zależności od stopnia natlenienia krwi. Tam, gdzie krew jest mocno związana z tlenem, absorbowane są inne częstotliwości fal świetlnych, niż tam, gdzie tlen został już oddany do tkanek. W ten sposób dzięki analizie odbitego światła można wskazać czynne regiony w mózgu – tam, gdzie większa aktywność neuronów, tam większe zapotrzebowanie na tlen.

– Widzimy zastosowanie tych danych np. w zawodach opierających się o funkcje uwagowe, czyli np. kontroler ruchu lotniczego czy osoby, które muszą wychwycić konkretne zachowania, jak np. ochroniarz. Naukowcy dzięki naszemu urządzeniu mogą badać pacjentów w warunkach mobilnych, nie tylko laboratoryjnych. Mogą badać pacjenta np. podczas jazdy samochodem czy podczas biegania. Planujemy wykorzystać urządzenie także w rozrywce czy w gamingu, żeby zwiększać immersję, czyli zanurzenie gracza w rozgrywce w wirtualnej rzeczywistości – zapowiada ekspert.

Niedrogi, stereoskopowy wyświetlacz montowany na głowie wyświetla różne obrazy dla każdego oka, aby uzyskać trójwymiarową percepcję. Może temu towarzyszyć  system śledzenia głowy wykorzystujący kamerę na podczerwień czy urządzenie do śledzenia ręki. Urządzenie emituje przed oczami pacjenta, czy użytkownika odpowiednie obrazy, a diody monitorują aktywność określonych regionów mózgu czy szybkość reakcji na nagłe wydarzenia. Urządzenie może też służyć do trenowania mózgu i poprawiania jego zdolności do skupienia się na jednej, określonej czynności.

Przewagą BioVR jest przede wszystkim niewielki rozmiar. Dzięki temu może służyć do diagnostyki i aktywności mózgu podczas codziennych, rutynowych czynności. Według założeń BioVR ma być dostępne na rynku za ok. 20 tys. dol. Dotychczas za rozwiązania tego typu trzeba było zapłacić kilkukrotnie więcej.

– Wykorzystanie tego urządzenia widzimy także np. w obszarze służb mundurowych czy zawodów bazujących na uwadze, jak np. kontroler ruchu lotniczego. Dodatkowo możemy też badać kandydatów i porównywać, kto ma lepsze predyspozycje do takiego zawodu – przekonuje Wojciech Broniatowski.

Czy mieszkanie zabezpieczy nas przed niską emeryturą?

Polska wypada źle w prognozach dotyczących przyszłości systemu emerytalnego. Zastanawiamy się, czy mieszkania (na własne potrzeby lub kupione inwestycyjnie) mogą pomoc naszym rodakom na starość.

Wiele wskazuje na to, że przyzwyczailiśmy się już do złych prognoz emerytalnych. Takie projekcje robią na naszych rodakach raczej niewielkie wrażenie. Wynika to z faktu, że dotyczą one dość dalekiej przyszłości. Trzeba jednak przyznać, że pewna część Polaków świadomie i racjonalnie planuje swoją przyszłość po zakończeniu pracy. Te osoby często zastanawiają się, czy mieszkanie może być dobrą formą zabezpieczenia emerytalnego. Postanowiliśmy odpowiedzieć na to pytanie. Jest ono ciekawe, ponieważ coraz więcej osób wybiera zakup lokalu jako alternatywę dla oszczędzania w banku.

Prognoza Komisji Europejskiej nie wróży dobrze emerytom …

We wstępie artykułu pojawiła się wzmianka o prognozach emerytalnych. Warto rozwinąć ten temat, bo stosunkowo niedawno została opublikowana kolejna ciekawa prognoza. Mowa o projekcji opracowanej przez Komisję Europejską w ramach raportu „The 2018 Ageing Report”. Ta prognoza KE potwierdza bardzo złe perspektywy polskiego systemu emerytalnego. Jeszcze w 2016 r. zapewniał on całkiem wysoki poziom stopy zastąpienia brutto (61,4%). Chodzi o relację pomiędzy wysokością nowych emerytur i poziomem ostatniego wynagrodzenia brutto osób przechodzących na emeryturę w danym roku. Prognozy Komisji Europejskiej wskazują, że w 2030 r. taka stopa zastąpienia obliczona dla Polski wyniesie tylko 41,4%. Projekcja na 2050 r. jest jeszcze gorsza. „Sugeruje ona, że w połowie stulecia przeciętny polski emeryt (po zakończeniu pracy) otrzyma świadczenie o wysokości 24,0% ostatniego wynagrodzenia brutto” – ostrzega Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Wysoki udział mieszkań własnościowych w Polsce jest atutem

W świetle prognoz Komisji Europejskiej, Polska do 2050 r. będzie cechowała się największym spadkiem stopy zastąpienia emerytur w całej UE. Równocześnie nasz kraj w skali Unii Europejskiej wyróżnia się wysokim udziałem osób zasiedlających własne lokum. Warto zadać sobie pytanie, czy taka sytuacja może nieco złagodzić złe perspektywy emerytalne.

W polskich warunkach własność mieszkania prawdopodobnie będzie sporym atutem dla emeryta. Wynika to z faktu, że najem wolnorynkowy w Polsce cechuje się niestabilnością. Co więcej, koszty takiego najmu są stosunkowo wysokie względem czynszu za typowe własnościowe „M”. „Oczywiście zakładamy, że obecni kredytobiorcy mieszkaniowi przed przejściem na emeryturę całkowicie spłacą swoje kredytowe długi. Takie założenie jest całkiem realistyczne nawet po uwzględnieniu długiego okresu spłaty wielu kredytów mieszkaniowych” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Rozwój „odwróconej hipoteki” wydaje się tylko kwestią czasu

Leszek Markiewicz podkreśla również, że emeryt posiadający swoje własne lokum, może je np. zamienić na mniejsze „M” po śmierci współmałżonka. Taka zamiana pozwala na uzupełnienie swojej emerytury lub zdobycie środków potrzebnych do prywatnego leczenia.

Można oczekiwać, że w przyszłości polscy emeryci znacznie częściej będą korzystać z innego rozwiązania, które obecnie wciąż nie jest szczególnie popularne. Mowa o tak zwanej rencie dożywotniej oferowanej przez specjalne fundusze hipoteczne. Na polskim rynku wciąż nie funkcjonuje bardziej bezpieczna opcja, która miała pomóc samotnym seniorom. Mowa o odwróconym kredycie hipotecznym. Polskie banki nie kwapią się do oferowania „odwróconej hipoteki”. Można jednak oczekiwać, że aktualna sytuacja ulegnie zmianie w perspektywie np. dziesięciu lat.

Przyszły emeryt powinien zwracać uwagę na lokalizację „M”

Bardziej zamożni pracownicy lub przedsiębiorcy mogą się skupić na budowaniu majątku nieruchomego, który będzie większy niż tylko lokum wykorzystywane na własne potrzeby. Przykładem inwestycji z myślą o zabezpieczeniu emerytalnym mogą być np. mieszkania na wynajem lub działki położone w atrakcyjnych miejscach. „Takie nieruchomości niekoniecznie trzeba posiadać aż do końca swojej kariery zawodowej. Lepiej potraktować je jako przejściową lokatę kapitału i źródło zysku z dzierżawy lub wynajmu” – radzi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Zdaniem Leszka Markiewicza, niezależnie od roli nieruchomości w kontekście zabezpieczenia emerytalnego oraz planowanego czasu jej posiadania, inwestor powinien zwracać uwagę na lokalizację. Żyjemy bowiem w czasie wyraźnych zmian demograficznych oraz migracyjnych. Wspomniane zmiany wiążą się m.in. z rozwojem ludnościowym największych metropolii oraz ich okolic kosztem pozostałych części kraju. Właśnie dlatego w ramach zabezpieczenia emerytalnego warto wybierać nieruchomości posiadające perspektywiczną lokalizację. Inwestycja w inne nieruchomości niestety może zakończyć się sporym rozczarowaniem i trudnościami z korzystną odsprzedażą.

Bardzo dobrą formą zabezpieczenia emerytalnego są np. atrakcyjne nieruchomości znajdujące się na terenie aglomeracji warszawskiej. „Ta część Polski ze względu na swoją atrakcyjność dla młodych pracowników, powinna być odporna na zmiany demograficzne. Potwierdzają to prognozy GUS – u zakładające powolny wzrost liczby ludności Warszawy aż do 2050 roku” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Autor: Leszek Markiewicz, NieruchomosciSzybko.pl

Samodzielna kontrola stanu trzeźwości pracownika, a przepisy prawa

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) popiera interwencję Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców w zakresie kontroli trzeźwości pracowników. Takie uprawnienie pracodawcy jest niezbędne dla zapewnienia bezpieczeństwa pracy. Ponadto to pracodawca odpowiada przed kontrahentem za prawidłowe wykonanie zleconych prac – w branżach o podwyższonym stopniu bezpieczeństwa, jak ochrona czy transport badanie trzeźwości jest elementem niezbędnym z punktu widzenia odpowiedzialności na gruncie prawa cywilnego i karnego.

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców wystąpił do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej o wydanie objaśnienia prawnego dotyczącego uprawnienia pracodawcy do samodzielnej kontroli stanu trzeźwości pracownika.

Grażyna Spytek-Bandurska, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich
Grażyna Spytek-Bandurska, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich

Badanie stanu trzeźwości pracowników, kiedy zachodzi uzasadnione podejrzenie w tej sprawie, okazuje się dużym problemem polskich pracodawców. Muszą sprawdzać, czy rzeczywiście mogą dopuścić pracownika do wykonywania obowiązków. Należy mieć wtedy na uwadze to, czy w danej sytuacji stan zatrudnionego nie zagraża jego życiu i zdrowiu. Dotyczy to także bezpieczeństwa innych współpracowników. Uzgodnienie regulacji, które rozwiązałyby ten problem, byłoby korzystne dla obu stron. Przede wszystkim wspólną korzyść dla pracodawcy i pracownika dałoby zapewnienie bezpiecznych i higienicznych warunków w miejscu pracy To ważne także dla innych zatrudnionych, a nawet klientów – czyli osób z zewnątrz. Nietrzeźwość pracownika przy wykonywaniu obowiązków może mieć negatywne konsekwencje, a nawet tragiczne skutki – kiedy dojdzie do wypadku. Kontrola powinna być możliwa w uzasadnionych przypadkach, kiedy okoliczności na to wskazują. Najwyższym, zgodnym z prawem celem, jest wtedy zapewnienie bezpieczeństwa w miejscu pracy. Badanie trzeźwości przez pracodawcę uznać należy za działanie prewencyjne. Kiedy badanie to potwierdzi przypuszczenia i okaże się, że pracownik przystępuje do pracy nietrzeźwy – w dalszej kolejności powinien zostać przekazany organom policji do badania ostatecznie potwierdzającego jego stan” – wskazuje Grażyna Spytek-Bandurska, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich i Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców
Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców

„W opinii Biura Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców przetwarzanie danych dotyczących stanu trzeźwości pracownika możliwe jest w celu dochowania obowiązków ciążących na pracodawcy, w tym np. zapewnienia bezpieczeństwa zatrudnionym – powiedział Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców. – Wystąpiliśmy o wydanie objaśnienia prawnego w związku z zaniepokojeniem, jakie wywołał komunikat UODO wśród przedsiębiorców i brakiem pewności co do interpretacji i stosowania prawa.”

Wniosek o objaśnienie prawne, zawarty w piśmie z dnia 29 lipca, dotyczy prawidłowego rozumienia i stosowania art. 17 ustawy z dnia 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Biuro Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców wnioskuje o wskazanie, czy pracodawca jest uprawniony do samodzielnej kontroli stanu trzeźwości pracownika lub wyrywkowej kontroli tego stanu np. z użyciem alkomatu bez udziału właściwego organu. W piśmie zawarty jest również wniosek o objaśnienie prawne dotyczące art. 221b ustawy z dnia 26 czerwca 1974 r. – Kodeks pracy poprzez wskazanie, czy dane dotyczące stanu trzeźwości pracownika są danymi osobowymi o stanie zdrowia, a zatem, czy ich przekazanie możliwe jest wyłącznie z inicjatywy pracownika.

Wniosek o objaśnienie prawne jest efektem komunikatu Urzędu Ochrony Danych Osobowych z dnia 27 czerwca 2019 r., w którym Urząd stwierdził, że badanie trzeźwości może być zainicjowane wyłącznie przez pracownika, a sama informacja o stanie trzeźwości jest informacją o stanie zdrowia oraz że nie ma podstawy prawnej, która umożliwiłaby pracodawcom samodzielną kontrolę pracowników alkomatem. W takim wypadku zgoda pracownika jest niezbędna do przekazania i przetwarzania takich danych. Taka interpretacja przepisów wyklucza w zasadzie wyrywkowe lub prewencyjne badanie pracowników, które było do tej pory powszechną praktyką, szczególnie w zakładach pracy o podwyższonym stopniu bezpieczeństwa, oraz znajdowała potwierdzenie w orzeczeniach sądowych.

Czekają nas znaczne podwyżki cen mięsa

Od ubiegłego roku średnie ceny promocyjne wieprzowiny zwiększyły się o blisko 3%. Podobnie jest z cielęciną. Zanotowano podwyżki na poziomie niespełna 7%. Inaczej jest w przypadku wołowiny. Przeciętny koszt jej zakupu w promocji obniżył się o nieco ponad 1%. Sieci handlowe bardzo ostrożnie podnoszą wartości cenowe w gazetkach. Stowarzyszenie Rzeźników i Wędliniarzy RP twierdzi, że oferowanie dużych obniżek, pomimo wyraźnych wzrostów na giełdzie, wiąże się z poważnymi stratami dla producentów. I dlatego zapowiada walkę z dumpingiem w obronie interesów przetwórców. A to może doprowadzić do znacznych podwyżek w sklepach.  

Ceny wieprzowiny w górę

Średnie ceny promocyjne wzrosły we wszystkich badanych formatach, najbardziej w sieciach typu convenience – o 11,16%, potem w dyskontach – o 8,71%, a następnie – w supermarketach – o 7,65%. Mniej widoczne różnice odnotowano w hipermarketach – na poziomie 5,56%, a także w cash&carry – 2,39%. Dr Paweł Jurowczyk, Market Research Consultant w Instytucie Badawczym ABR SESTA, stwierdza, że na ww. podwyżki miał wpływ m.in. wirus ASF, tzw. afrykański pomór świń. Większe zapotrzebowanie na produkty w całej Europie sprawiło, że zdrożały. Dodatkowo Polacy przodują w konsumpcji wieprzowiny na tle innych krajów UE, a rodzime wyroby dobrze się sprzedają za granicą. Braki były więc u nas szczególnie odczuwalne.

– W ostatnich latach sieci typu convenience i dyskonty najmocniej zwiększyły sprzedaż mięsa. Przy największym obrocie i dużej dynamice wzrostu cen wieprzowiny oba formaty musiały zareagować podwyżkami, aby utrzymać swoich dostawców i nie skazać ich na olbrzymie straty. Z kolei supermarkety sprzedają coraz mniej tego typu produktów. Chcąc utrzymać klientów, zapewne poświęciły nawet część marży. Towar najmniej zdrożał w cash&carry, bo te sieci mogły posiłkować się importem tańszych artykułów zagranicznych – mówi Witold Choiński, Prezes Zarządu Związku Polskiego Mięsa.

Ceny maksymalne spadły w cash&carry o 24,23%, w hipermarketach – o 10,36%, a w supermarketach – o 3,85%. Dr Jurowczyk podkreśla, że to są efekty strategii promocyjnych ww. formatów. Zaniżając górne wartości, przyciągają klientów do sklepów. Wieprzowina jest najpopularniejszym rodzajem mięsa wśród Polaków. Jej koszt wpływa więc na wybór miejsca zakupu. Niemniej wzrosty odnotowały dyskonty – o 12,28%, a także convenience – o 4,17%. Ekspert wskazuje, że sieci handlowe, operujące na niskich marżach, nie były w stanie obniżyć cen maksymalnych na przestrzeni roku.

– Nasza analiza wykazała, że ceny minimalne są stabilne. W supermarketach i w sieciach convenience w ogóle się nie zmieniły w ciągu roku. Dyskonty i cash&carry odnotowały lekkie spadki – 2,01% i 0,48%. W hipermarketach nastąpił niewielki wzrost – 0,26%. Zachowawczość graczy rynkowych może wynikać z tego, że polski konsument preferuje wieprzowinę. Jej udział w ogóle spożywanego mięsa przewyższa 50%. Sklepy nie potrzebują więc manipulować cenami minimalnymi, aby zachęcać klientów do zakupów – wnioskuje Julita Pryzmont, Business Development and Communication Director w Hiper-Com Poland.

Patrząc na cały rynek, widać, że maksymalne i średnie ceny promocyjne poszły w górę – odpowiednio o 6,40% i 2,69%. Zdaniem eksperta z Instytutu Badawczego ABR SESTA, wyniki świadczą o tym, że wieprzowina ogólnie zdrożała. Natomiast obniżka cen minimalnych o 3,91% jest sygnałem, że sieci handlowe mogły oferować taniej najpopularniejsze mięso. Odbyło się to jednak kosztem własnej marży albo ze stratą producentów.

– Utrzymywanie się niskich cen w sklepach wielkopowierzchniowych, mimo wyraźnych wzrostów na giełdzie wynikało z podpisanych przez zakłady mięsne długoterminowych, często wielomiesięcznych, umów. Wytwórcy zobowiązywali się dostarczać mięso, m.in. wieprzowinę, w określonej, niskiej cenie. Wysokie kary za niezapewnienie produktów sklepom powodowały, że producenci sprzedawali je, ponosząc straty. Jest to zjawisko dumpingu, z którym walczymy i będziemy to robić dalej, aż przestaniemy być wykorzystywani – zaznacza Janusz Rodziewicz, Prezes Zarządu Głównego Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy RP.

Droga cielęcina

Z badania wynika, że średnie ceny promocyjne cielęciny poszły w górę we wszystkich formatach, a najbardziej w dyskontach – o 32,73%. Najmniejszą różnicę odnotowano w supermarketach – 5,04%. Dr Jurowczyk twierdzi, że wzrosty z jednej strony generuje rosnący import cieląt, a z drugiej – malejąca produkcja tego rodzaju żywności. Jest to jedno z najdroższych i najzdrowszych mięs, z dużą zawartością białek i aminokwasów. W dyskontach dodatkowe znaczenie ma paczkowanie wszystkich produktów mięsnych, a to oczywiście zwiększa koszty.

– Cielęcina jest produktem niszowym i drogim. Trafia do bardzo niewielkiej, ale wyselekcjonowanej grupy odbiorców. Są to raczej zamożni i świadomi konsumenci. Przy małym wolumenie sprzedaży i wysokiej cenie, klient zainteresowany właśnie tym artykułem i tak jest w stanie zapłacić więcej w zamian za określoną wartość odżywczą i smak mięsa – zauważa Prezes Witold Choiński.

Maksymalna cena ww. asortymentu spadła zarówno w supermarketach, jak i w sieciach convenience o 11,11%. Według eksperta z Instytutu Badawczego ABR SESTA, może to świadczyć o tym, że oba formaty chcą przyciągnąć klienta, który w większym stopniu zwraca uwagę na jakość spożywanego mięsa i jest skłonny wydać więcej pieniędzy. Inne strategie przyjęły dyskonty – wzrost o 25,14%, a także hipermarkety – podwyżka o 20,72%. Konsumenci zaopatrujący się w tych sklepach najwyraźniej są mniej zainteresowani zakupem cielęciny.

– Z kolei ceny minimalne wszędzie się zwiększyły. W niektórych formatach różnice są bardzo duże. W hipermarketach podwyżka wyniosła aż 50,33%, w cash&carry – 35,09%, w supermarketach – 17,02%, a w convenience – 16,67%. Dwa ostatnie kanały sprzedaży nie mają aż tak wielu klientów, jak większe od nich sklepy. Dlatego nie mogą pozwolić sobie na duże wzrosty najmniejszych wartości cenowych – uważa Michał Majszczyk, Data Analyst Manager w Hiper-Com Poland.

W przypadku cielęciny wzrosły zarówno ceny średnie, maksymalne, jak i minimalne – odpowiednio o 6,78%, 2,44% i 9,69%. Jak komentuje dr Jurowczyk, sieci handlowe nie były w stanie całkowicie powstrzymać podwyżek. Konsumenci zapamiętują koszt zakupu produktu, który jest dla nich ważny, miedzy innymi ze względu na jego jakość. I dotyczy to również majętnych osób. Najmniejszy wzrost ceny maksymalnej świadczy o tym, że sklepom bardzo zależy na zamożnych i świadomych klientach.

Ceny wołowiny

– Jak wynika z zebranych danych, średnia cena promocyjna wołowiny spadła o 14,54% w dyskontach i o 4,52% w hipermarketach. Produkt nieznacznie zdrożał w cash&carry – o 3,89%, w supermarketach – o 3,12% i sieciach convenience – o 0,42%. Afera z udziałem tego rodzaju mięsa powoli odchodzi w zapomnienie. Poskutkowała jednak mocnym spadkiem cen w skupach w lutym br. Obecnie wracają one już do starego poziomu, ale dzieje się to znacznie wolniej niż przewidywano. Dlatego w badanym okresie sieci handlowe nie mogły pozwolić sobie na istotne podwyżki – tłumaczy Julita Pryzmont.

W opinii eksperta z Instytutu Badawczego ABR SESTA, sieci, które odnotowały spadki, bardziej akcentują wołowinę w strategiach promocyjnych. Jest ona niezmiennie w czołówce produktów prezentowanych w gazetach. To trzeci co do wielkości spożycia gatunek mięsa w Polsce, zaraz po wieprzowinie i drobiu. Dyskonty mogły wykorzystać nadszarpnięte zaufanie konsumentów do tego produktu w negocjacjach z dostawcami i dzięki temu zaoferować atrakcyjniejsze ceny.

– W ostatnich miesiącach wołowina notowała najwyższy spadek cen rynkowych od kilku lat. Wpływ na to miały doniesienia o suszy i o możliwościach wystąpienia braków w paszach. Do tego doszły informacje o brexicie i o wolnym handlu z krajami Mercosur. To wszystko doprowadziło do wyprzedaży żywca przez europejskich rolników i podniosło podaż surowca w Europie. Dodatkowo Polska utraciła jeden z najważniejszych rynków eksportu – Turcję, co spowodowało olbrzymie spadki cen produktu – wyjaśnia Prezes Zarządu Związku Polskiego Mięsa.

Do tego dr Paweł Jurowczyk dodaje, że maksymalna cena promocyjna wzrosła tylko w convenience i to bardzo nieznacznie – o 5,09%. W hipermarketach i w supermarketach nie zmieniła się. Spadek nastąpił w dyskontach – o 12,46%, a także w cash&carry – o 3,70%. Sklepy convenience mogą pozwolić sobie na wzrost największych wartości cenowych w gazetkach, bowiem nie są postrzegane przez klientów jako główne miejsca zakupu wołowiny.

– Wystąpiły spadki minimalnych cen promocyjnych w trzech kanałach sprzedaży, tj. w hipermarketach – o 29,43%, w supermarketach – o 11,12%, a także w convenience – o 3,51%. W dyskontach mięso wołowe nie zdrożało i nie potaniało. Wzrost był widoczny jedynie w cash&carry – o 7,40%. – analizuje Michał Majszczyk.

Analizując ogólne wyniki, można zauważyć, że spadły tylko średnie i minimalne ceny promocyjne – odpowiednio o 1,27% i 2,86%. Wartości maksymalne poszły w górę zaledwie o 0,38%. Jak objaśnia dr Paweł Jurowczyk, świadczy to o tym, że promocje były korzystniejsze dla klientów w pierwszej połowie tego roku niż zeszłego.

Dane pochodzą z raportu opracowanego przez międzynarodową firmę Hiper-Com Poland we współpracy z Instytutem Badawczym ABR SESTA. Zespół przeanalizował ceny promocyjne wieprzowiny, cielęciny i wołowiny, podawane we wszystkich dostępnych na rynku gazetkach dyskontów, hipermarketów, supermarketów, sieci convenience oraz cash&carry. Porównano wyniki z pierwszego półrocza 2018 i 2019 roku.

Lipiec 2019 na rynku obligacyjnym

W lipcu na krajowym rynku obligacji korporacyjnych kluczowe znaczenie miało wejście w życie nowych zasad, regulujących jego działanie, w tym głównie obowiązek rejestracji wszystkich emisji papierów dłużnych firm w Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych oraz korzystania z usług agenta emisji w przypadku ofert niepublicznych. Część emitentów starała się pozyskać finansowanie jeszcze przed I lipca, część zaś czeka na pierwsze obserwacje i doświadczenia dotyczące działania w nowej rzeczywistości. [e dwa czynniki, w połączeniu z pełnią sezonu wakacyjnego spowodowały, że ruch na rynku pierwotnym był w lipcu niezbyt duży. Podobnie zresztą było w przypadku aktywności inwestorów na Catalyst. Ścieżkę nowych regulacji przetestowało jednak w lipcu kilka spółek, między innymi PKO Bank Hipoteczny, Ghelamco, a także Tryboń PPI i Kalisto, deweloperzy mniej znani, choć już wcześniej obecni na rynku papierów dłużnych.

Zbigniew Kowalczyk, Agiofunds TFI
Zbigniew Kowalczyk, Agiofunds TFI

Po wakacjach rynek pierwotny obligacji firm powinien się mocniej ożywić. Znani emitenci, tacy jak choćby Kruk, zapowiadają już kolejne oferty, a procedura rejestracyjna w KDPW nie powinna odstraszać także nowych i mniejszych emitentów. Firmy powinny chętniej sięgać po finansowanie rynkowe, poprzez emisję obligacji, tym bardziej że z cyklicznych badań NBP wynika, że banki zaczynają zaostrzać politykę kredytową i to nie tyko wobec małych i średnich, ale także w przypadku dużych firm, co ma związek ze spodziewanym spowolnieniem tempa wzrostu gospodarczego oraz już widocznym pogorszeniem się warunków działania przedsiębiorstw. Z kolei zainteresowanie obligacjami korporacyjnymi ze strony inwestorów powinny stymulować nowe regulacje, zwiększające przejrzystość rynku, a także szybko rosnąca inflacja, skłaniająca do poszukiwania wyższych stóp zwrotu, przy rozsądnym poziomie ryzyka.

Dużo się działo zarówno na światowym, jak i na krajowym rynku obligacji skarbowych, głównie w związku z działaniami i zapowiedziami głównych banków centralnych. Europejski Bank Centralny zapowiedział, że już w najbliższym czasie, a więc prawdopodobnie we wrześniu, przystąpi do znaczącego poluzowania swojej polityki pieniężnej. W grę wchodzić ma zarówno obniżenie stopy procentowej, jak również możliwy powrót do programu skupu aktywów. Te zapowiedzi, w połączeniu z rosnącymi obawami o kondycję globalnej gospodarki, spowodowały dalszy spadek rentowności obligacji wielu krajów strefy euro do poziomu zdecydowanie ujemnego. Rentowność szwajcarskich obligacji dziesięcioletnich sięgała prawie minus 0,85 proc., a niemieckich niemal minus O,5 proc. Z kolei oczekiwanie na posiedzenie Fed, a następnie decyzja o obniżeniu stóp procentowych w USA, prowadziło do spadku rentowności obligacji amerykańskich do poniżej 2 proc., a także wzmagało spadkową tendencję rentowności papierów dłużnych większości pozostałych państw. W pewnym momencie doszło nawet do dość nietypowej sytuacji, w której rentowność dziesięcioletnich obligacji Grecji i Polski była niższa niż analogicznych papierów amerykańskich. Ta anomalia dość szybko została skorygowana i w ostatnich dniach lipca rentowność naszych dziesięciolatek poszła w górę z około 2 proc. do 2,2 proc.

Zbigniew Kowalczyk, Agiofunds TFI

Lipiec 2019 na rynkach akcji

Lipiec przyniósł lekkie pogorszenie się nastrojów na większości światowych parkietów. Spadkowa korekta nie ominęła także warszawskiej giełdy. Z tej tendencji wyłamały się indeksy na Wall Street oraz nasz segment najmniejszych spółek.

Jakub Bentke
Jakub Bentke zarządzający portfelami w AgioFunds TFI S.A.

W lipcu można było dostrzec wyraźną zbieżność między nastrojami na poszczególnych giełdach a stanem i perspektywami odpowiadających im gospodarek oraz powszechny wzrost obaw dotyczących globalnej koniunktury. Jednocześnie obawy te zaczęły lekko przeważać nad nadziejami związanymi z deklaracjami głównych banków centralnych, które zapowiedziały poluzowanie swojej polityki w celu złagodzenia spowolnienia tempa wzrostu globalnej gospodarki. Wyraźne kłopoty strefy euro, a w szczególności Niemiec, miały swoje odzwierciedlenie w sięgającym w lipcu spadku indeksu giełdy we Frankfurcie o 1,7 proc. Z kolei bardzo solidne wciąż dane makroekonomiczne dla Stanów Zjednoczonych, podtrzymywały dobrą passę na Wall Street, gdzie indeksy ustanawiały kolejne historyczne rekordy przez niemal cały miesiąc. Mimo spadków z ostatnich dni, S&PS00 kończył lipiec zwyżką o 1,3 proc. Do pogorszenia się nastrojów na rynkach finansowych pod koniec miesiąca, przyczyniły się nieco rozczarowujące efekty posiedzeń zarówno EBC, jak i Fed, a raczej zbyt wygórowane oczekiwania inwestorów wobec ich działań. EBC nie obniżył stóp procentowych, choć zapowiedział rychłe rozpoczęcie stymulowania monetarnego. Fed z kolei stopy obniżył, ale nie dość stanowczo odniósł się do kontynuacji tego typu kroków, wzbudzając niepewność na rynkach finansowych. Takie połączenie doprowadziło do umocnienia się dolara, co niekorzystnie wpłynęło na sytuację na rynkach wschodzących. MSCI Emerging Markets zniżkował w lipcu o 2,7 proc.

Na tym tle warszawski parkiet prezentował się całkiem dobrze. WIG20 zniżkował w lipcu o 2,2 proc., co można uznać za korektę trwającej od połowy maja do pierwszych dni lipca fali wzrostowej, w wyniku której indeks największych spółek zyskał prawie 9 proc. Wskaźnik szerokiego rynku poszedł w lipcu w dół jedynie o 0,9 proc., a wynik lepszy od WIG20 zawdzięcza głównie dobrej postawie mniejszych spółek. Lepszą koniunkturę w tym segmencie rynku potwierdza sięgający 1,2 proc. wzrost indeksu sWIG80, który po mającej miejsce w kwietniu i maju spadkowej korekcie, wraca do średnioterminowej tendencji wzrostowej, rozpoczętej jeszcze pod koniec ubiegłego roku. Potwierdzeniem jej siły byłby powrót do poziomu lokalnego szczytu z początku kwietnia, do czego potrzeba zwyżki o zaledwie 3 proc. Nieco słabsze nastroje panowały w lipcu w segmencie średnich firm. mWIG40 zniżkował o ponad 3 proc. Od czterech miesięcy indeks znajduje się w fazie płaskiej korekty, oscylując wokół poziomu 4000 punktów. W perspektywie kilku tygodni można spodziewać się zakończenia tej konsolidacji, a prawdopodobnym scenariuszem jest kontynuacja długoterminowego ruchu w górę. Impulsem do tego mogłaby być poprawa wyników finansowych średnich firm. Drugi kwartał nie przyniósł w tej kwestii pozytywnego przełomu, a najmocniej zawiodły pod tym względem PKP Cargo i Forte. Indeks w dół pociągnęły także mocno przeceniane walory banków Millennium i Getin Noble, a także przedstawiciele energetyki, czyli Enea i Energa. Najlepiej w lipcu w gronie średniaków radzili sobie deweloperzy oraz reprezentanci nowych technologii.

Patrząc z perspektywy rynku jako całości, nadal widoczna była słabość branży surowcowej, finansowej i energetyki, a więc tych segmentów, które mają istotny wpływ na kondycję WIG20. Każdy z tych sektorów ma swoje problemy, ale biorąc pod uwagę skalę przeceny tych indeksów, wydaje się, że ostały one już z nawiązką zdyskontowane i można w nieodległej przyszłości spodziewać się przynajmniej średnioterminowego wzrostowego odreagowania.

Z makroekonomicznego punktu widzenia, mimo przewagi pesymistycznych prognoz, sytuacja na świecie jest zróżnicowana. Z jednej strony mamy do czynienia z bardzo słabymi danymi z gospodarki strefy euro i Niemiec, z drugiej zaś z ciągle mocno się trzymającą koniunkturą w Stanach Zjednoczonych. Taki układ sił sprzyja sile dolara, choć zarówno EBC, jak i Fed, deklarują łagodzenie polityki pieniężnej, a mocny dolar niekorzystnie wpływa na postrzeganie przez inwestorów rynków wschodzących. Jednocześnie, co ciekawe, o prawdopodobieństwie wystąpienia recesji znaczenie częściej wspomina się w odniesieniu do gospodarki amerykańskiej, niż europejskiej. Polska gospodarka, mimo pierwszych sygnałów spowolnienia tempa wzrostu, wciąż radzi sobie bardzo dobrze. Wszystko wskazuje na to, że globalne spowolnienie nam nie zaszkodzi i pod względem dynamiki PKB, podobnie jak w poprzednim cyklu, Polska będzie się wyróżniała bardzo korzystnie. Na razie globalny kapitał zdaje się tego nie dostrzegać, ale ten punkt widzenia może ulec zmianie, co powinno pomóc zarówno naszej walucie, jak i rynkowi akcji. Miesiąc na rynku obligacyjnym.

Jakub Bentke, Agiofunds TFI

Firmy transportowe hamują, są w najgorszej sytuacji od prawie 5 lat. W lepszych nastrojach budownictwo i produkcja

W III kwartale br. nastroje przedsiębiorców w poszczególnych branżach są zróżnicowane. Podczas gdy w poprzednim kwartale we wszystkich branżach odnotowano wzrost, tym razem nastąpił on jedynie w przypadku budownictwa i produkcji. Ich subindeksy są też wyższe niż główny odczyt „Barometru EFL” (52,2 pkt.) i wynoszą odpowiednio 57,3 pkt. oraz 56,6 pkt. W przypadku pozostałych czterech branż nastroje są mniej optymistyczne. Odczyt dla HoReCa wyniósł 55 pkt. (-8 pkt.), dla usług 49,5 pkt. (-4,9 pkt.), a dla handlu 48,9 pkt. (-2,9 pkt.). Najtrudniej swoją sytuację oceniają jednak firmy transportowe – odczyt na poziomie 47,3 pkt. jest najniższym od początku realizacji pomiaru (od stycznia 2015).

Różnicą między poprzednim pomiarem a obecnym jest także to, że wówczas wartość subindeksu dla każdej branży była wyższa niż 50 pkt.

Radosław Woźniak Wiceprezes Zarządu
Radosław Wożniak, wiceprezes zarządu EFL

 Branżowy obraz, jaki wyłania się z naszego Barometru w III kwartale, bardziej niż w ostatnich pomiarach przedstawia zróżnicowane nastroje w badanych segmentach gospodarki. Możemy je podzielić na dwie grupy. W pierwszej, w której znajdują się budownictwo, HoReCa i produkcja, próg ograniczonego rozwoju (OR) został wyraźnie przekroczony. To bardzo dobra wiadomość, w szczególności w przypadku produkcji przemysłowej, która jak wynika z ostatnich danych GUS, wyhamowała dosyć mocno w czerwcu. Drugą grupę, w której nie udało się osiągnąć poziomu 50 pkt., tworzą handel, transport i usługi. Tutaj martwią nas przede wszystkim firmy transportowe, które coraz mocniej zaciągają hamulec – zwraca uwagę Radosław Woźniak, wiceprezes EFL.

Transport hamuje z inwestycjami

Firmy transportowe oceniły swoją sytuacją najsłabiej wśród wszystkich badanych branż. Ich subindeks wyniósł tylko 47,3 pkt., czyli o 6,5 pkt. mniej niż w poprzednim kwartale. Jest to nie tylko najsłabszy wynik dla transportu w historii pomiaru (czyli od stycznia 2015 roku), ale również najniższy, biorąc pod uwagę wszystkie badane branże. Do takiegorezultatu przyczyniły się przede wszystkim prognozy dotyczące inwestycji. Tylko 8 proc. firm transportowych liczy na ich wzrost (w II kwartale br. 22 proc.) – najniższy wynik wśród wszystkich 6 branż, podczas gdy ich spadku spodziewa się aż 28 proc. przedsiębiorców. Mniej niż w poprzednim pomiarze jest również sprzedażowych optymistów – niecałe 29 proc., podczas gdy w drugim kwartale było ich prawie 38 proc.

Utrzymuje się popyt na usługi budowlane

W III kwartale br. subindeks dla branży budowlanej wyniósł 57 pkt., prawie tyle samo, co kwartał wcześniej (57,3 pkt.). Jest to najwyższy odczyt branżowy w tym kwartale, jednak pozostaje daleko od rekordowego wyniku z IV kwartału 2017 roku (66,7 pkt.). Na dobry wynik, podobnie jak w II kwartale, wpływ miał głównie sprzedażowy optymizm wśród firm budowlanych. Ponad 41 proc. spodziewa się wzrostu obrotów. Co więcej, przewaga optymistów nad pesymistami, którzy obawiają się wyhamowania sprzedaży, wynosi aż 36,3%. Firmy budowlane mają większy niż w poprzednim pomiarze apetyt na inwestycje. Ich wzrost planuje blisko 28 proc. zapytanych, w II kwartale wskaźnik ten wyniósł ponad 17 proc.

Firmy produkcyjne będą inwestować więcej

Istotny wzrost optymizmu obserwujemy w branży produkcyjnej (o 5,5 pkt). Wartość subindeksu Barometru EFL dla produkcji w III kwartale br. wyniosła 56,6 pkt., podczas gdy kwartał wcześniej 51,1 pkt. Podobnie jednak jak w przypadku budownictwa, wynik należy do jednych z niższych w historii pomiaru i daleko mu do rekordowego odczytu z II kwartału 2017 roku (69 pkt.). Nieco bardziej optymistyczna ocena koniunktury w produkcji to pochodna przede wszystkim pozytywnych prognoz w zakresie inwestycji. Niemal 36 proc. zarządzających małym lub średnim biznesem produkcyjnym planuje więcej inwestować. Kwartał wcześniej taką deklarację złożył tylko co dziesiąty zapytany. W porównaniu do II kwartału spadł nieco odsetek osób liczących na wzrost zamówień – z 40 proc. do 36 proc.

Firmy handlowe zaczynają szukać „dna”

W III kwartale br. subindeks „Barometru EFL” dla handlu wyniósł 48,9 pkt. Jest to wynik słabszy niż w poprzednim kwartale (-2,9 pkt.). Jest to także jeden z najniższych odczytów dla branży – niższy był tylko w I kwartale br. (48,2 pkt.). Zaważyły na nim słabsze niż kwartał wcześniej prognozy dotyczące inwestycji i sprzedaży. Po pierwsze, tylko 18 proc. firm handlowych spodziewa się więcej inwestować. Po drugie, przedstawiciele branży handlowej sygnalizują spadek zamówień. Więcej spodziewa się sprzedawać  tylko 29 proc. firm, co oznacza spadek o  ponad 4 p.p. w porównaniu do II kwartału tego roku.

HoReCa zdaje sobie sprawę z końca sezonu

W III kwartale br. subindeks „Barometru EFL” dla HoReCa wyniósł 55 pkt. i był aż o 8 pkt. niższy niż w II kwartale br. Na odczyt wpłynęły głównie słabsze prognozy dotyczące inwestycji i sprzedaży. Po pierwsze, 23 proc. hoteli, restauracji i firm cateringowych spodziewa się więcej inwestować Odsetek inwestycyjnych optymistów jest więc o 5 p.p. niższy niż kwartał wcześniej. Co więcej, po rekordowym odsetku optymistów sprzedażowych w II kwartale, w tym pomiarze nie jest już tak kolorowo. Na wzrost zamówień liczy 43 proc. respondentów (o 17 p.p. mniej). Biorąc jednak pod uwagę wszystkie branże, ten wynik jest najwyższym uzyskanym w tym kwartale w obszarze sprzedaży.

Firmy usługowe w stagnacji

Subindeks Barometru EFL dla usług wyniósł 49,5 pkt. i był o 4,9 pkt. niższy niż kwartał wcześniej. Jest to także jeden z najsłabszych wyników w historii pomiaru. Podobnie jak w większości badanych branż, na odczyt wpłynęły gorsze prognozy dotyczące inwestycji i sprzedaży. Więcej inwestować planuje tylko 11 proc. firm usługowych, podczas gdy kwartał wcześniej 33 proc. Więcej zamówień oczekuje natomiast blisko 29 proc. respondentów – w II kwartale odsetek ten był nieco wyższy i wyniósł 31 proc.

Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro-, małe i średnie firmy z terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro-, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w czerwcu 2019 roku.

Odszkodowanie za błąd w podatkach kontrahenta?

W dynamicznie zmieniającym się otoczeniu podatkowym w ramach prowadzonej działalności gospodarczej nietrudno o popełnienie błędu. Coraz większa liczba nowych regulacji wymusza nie tylko posiadanie aktualnej wiedzy, lecz także odpowiednie zarządzanie procesami w przedsiębiorstwie oraz kontakt z ekspertami. W dzisiejszych czasach bardzo ważna jest także współpraca pomiędzy podmiotami zaangażowanymi w transakcję (sprzedawcą i nabywcą, w niektórych przypadkach pośrednikami), oparta nie tylko na zaufaniu, ale także na weryfikacji i kontroli, gdyż nieprawidłowość występująca po jednej stronie transakcji może mieć wpływ na rozliczenia podatkowe drugiej strony. Naprawienie i rozliczenie błędów jednej strony może nastąpić w formie ugodowej tj. poprzez zaakceptowanie podejścia i rozliczenia podatkowego transakcji zaproponowanego przez jedną ze stron. Jeżeli jednak to nie nastąpi, w wielu przypadkach z pomocą nie przyjdzie podatnikowi prawo administracyjne czy podatkowe, ale prawo cywilne i regulacje dotyczące odszkodowania. W konsekwencji podatnicy zaczęli zastanawiać się, czy w związku z nieprawidłowościami w podatkach kontrahenta mogą dochodzić od niego odszkodowania na zasadach prawa cywilnego?

Z czego wynika problem?

Jednym ze sztandarowych przykładów, gdzie może powstać nieprawidłowość w rozliczeniu podatku, jest mechanizm odwrotnego obciążenia, w ramach którego co do zasady podatek powinien rozliczyć nabywca. Co jednak w sytuacji, jeżeli nabywca otrzyma fakturę z wykazanym podatkiem VAT i ją zapłaci, a następnie w wyniku kontroli takie rozliczenie transakcji zostanie zakwestionowane? Wtedy nabywca będzie zobowiązany do zapłaty VAT należnego wraz z odsetkami, który to podatek odprowadził już do budżetu sprzedawca.

Przykładem takiej sytuacji jest stan faktyczny zaistniały w sprawie zawisłej przed Sądem Rejonowym w Białymstoku, sygn. akt VIII GC 605/18 (wyrok z dnia 20 grudnia 2018 r.). Sprawa dotyczyła franczyzobiorcy, który nabywał hurtowo sprzęt elektroniczny, a następnie odsprzedawał go klientom detalicznym. W związku z wejściem w życie w dniu 1 lipca 2015 r. tzw. mechanizmu odwrotnego obciążenia podatkiem VAT na niektóre towary (wymienione w załączniku do ustawy VAT) strony sporu zawarły porozumienie o traktowaniu dostaw towarów jako jednolitej gospodarczo transakcji, przez co zastosowanie znajdowało odwrotne obciążenie. Sprzedawca, chcąc sprzedawać towary poza tym mechanizmem, próbował „manewrować” definicją jednolitej gospodarczo transakcji. Nie spotkało się to z aprobatą nabywcy, który w konsekwencji nie podpisał aneksów do porozumień. Pomimo tego sprzedawca wystawiał faktury poza odwrotnym obciążeniem, traktując każdą dostawę jako odrębną transakcję, nieprzekraczającą kwoty progu tj. 20 tys. zł.

Nabywca, mając wątpliwości co do prawidłowości fakturowania, wystąpił do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej o wydanie interpretacji indywidualnej na pytanie, czy przysługiwało mu prawo do pomniejszenia podatku należnego o podatek naliczony, wynikający z faktur dokumentujących nabycie przez niego towarów wymienionych w pozycji 28, 28a-28c załącznika nr 11 do ustawy o podatku od towarów i usług. W interpretacji indywidualnej z 26 lipca 2017 r. (k.18-23, sygn. 0115- (…)-3. (…).177.2017.2.AP) wskazano, że charakter transakcji dokonywanych między stronami pozostającymi w regularnych kontaktach handlowych skutkuje uznaniem tych transakcji za transakcje jednolite gospodarczo w rozumieniu przepisów ustawy, co oznacza obowiązek zastosowania mechanizmu odwrotnego obciążenia niezależnie od wartości nabywanych towarów, która w przewidywanym przez strony horyzoncie czasowym przekracza kwotę 20 tys. zł. W związku ze stanowiskiem fiskusa nabywca dokonał stosowanych korekt deklaracji VAT, wykazując VAT należny do zapłaty do urzędu, a następnie chciał odzyskać środki wcześniej zapłacone na drodze administracyjnej. Jednak w tej sytuacji postępowanie podatkowe nie wchodziło w grę.

Co orzekł sąd?

Sprawa trafiła do sądu cywilnego, wydział gospodarczy. W ocenie Sądu nabywca wykazał wszystkie przesłanki odpowiedzialności odszkodowawczej, tj.:

  • szkodę i jej wysokość,
  • zdarzenie wywołujące szkodę, będące zachowaniem sprzedawcy,
  • związek przyczynowy pomiędzy dwoma wyżej wymienionymi punktami.

Sąd, powołując się na skalę działalności sprzedawcy oraz wiedzę co do tego, że to nabywca winien naliczyć podatek w ramach odwrotnego obciążenia, uznał, że działania sprzedawcy charakteryzowały się rażącym niedbalstwem, jeśli nie umyślnym bezprawiem. To natomiast doprowadziło do szkody po stronie nabywcy. Kwestia wysokości szkody była bezsporna, gdyż wynikała z dokumentów. Istnieje także bezpośredni związek przyczynowy pomiędzy zachowaniem pozwanego a szkodą, której doznał powód, stosując się do przepisów podatkowych i korygując błędne deklaracje podatkowe oparte na niewłaściwie wystawionych fakturach pozwanego. W efekcie w oparciu o art. 415 k.c. Sąd orzekł, że rażące naruszenie prawa podatkowego poprzez niezastosowanie mechanizmu odwrotnego obciążenia przez wystawcę faktury (sprzedającego) skutkowało szkodą po stronie kontrahenta, co uprawnia tego ostatniego do odszkodowania na gruncie prawa cywilnego.

Podsumowanie

Z analizy powyżej opisanej sprawy wynika kilka wniosków. Po pierwsze podatnicy będący sprzedawcami hurtowymi powinni na początkowym etapie dystrybucji towaru przeanalizować skutki podatkowe także po stronie nabywców. Jest to dobra praktyka rynkowa, która ułatwia współpracę i zapobiega powstawaniu sporów w przyszłości. Tematyka ta dotyczy nie tylko kwestii odwrotnego obciążenia, ale także odpowiedzialności solidarnej, pakietu przewozowego czy „split paymentu”. Dlatego podatnicy (sprzedawcy) często zlecają także przygotowanie opinii co do skutków podatkowych występujących po drugiej stronie transakcji. Jeżeli nabywców jest stosunkowo niewielu, kolejnym rozwiązaniem, na jakie mogą zdecydować się sprzedawcy, jest wystąpienie ze wspólnymi wnioskami o wydanie interpretacji podatkowych, które potwierdzałyby prawidłowość rozliczenia transakcji. Takie wnioski dają ochronę dla dwóch stron transakcji oraz rozwiązują wątpliwości co do prawidłowości rozliczenia podatkowego. Z kolei nabywcy w przypadku nietypowych rozwiązań budzących wątpliwości mogą zawsze wystąpić do doradcy o wydanie opinii, na podstawie której będą mogli dyskutować sporne kwestie ze sprzedawcą. Niezależnie od powyższego, szczególnie w branżach narażonych na podwyższone ryzyko kontroli – budownictwo, motoryzacja, obrót niektórymi towarami (paliwo, złom, elektronika), nieruchomości, e-usługi, produkcja i obrót metalami i produktami metalowymi, branże transportowe i logistyczne oraz branże usług finansowych i ubezpieczeniowych – warto skorzystać z pomocy doświadczonych doradców podatkowych.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Cyberatak? Najlepiej przez asystentkę prezesa

Tylko przez ostatnie 3 lata globalna wartość strat poniesionych przez zaatakowane metodą BEC przedsiębiorstwa wzrosła o 136% i osiągnęła poziom 12,5 miliarda dolarów. Business Email Compromise i należący do tej grupy CEO Fraud, czyli oszustwo “na prezesa”, to jedne z ulubionych i najskuteczniejszych metod wykorzystywanych przez cyberprzestępców.

Straty poniesione przez firmy na całym świecie, które padły ofiarą BEC – Business Email Compromise, przekroczyły wartość 12,5 miliarda dolarów, alarmują analitycy amerykańskiej agencji bezpieczeństwa FBI. W rzeczywiści liczba ta może być znacznie wyższa, ponieważ analizie poddano wyłącznie 78,617 firm, które zgłosiły incydenty do odpowiednich organów. Nie wiadomo jak wielu przedsiębiorców zataiło ten fakt, chroniąc się przed możliwymi konsekwencjami i stratami wizerunkowymi. Szczególnie, że zgodnie z danymi FBI, zgłaszający odzyskali jedynie 4% utraconych kwot.

Panu w garniturze się nie odmawia

Jak wygląda schemat ataku metodą CEO Fraud? Rzecz zaczyna się od uzyskania dostępu do e-maila prezesa, z którego wysyłane są zlecenia przelewów. Drugim krokiem jest kradzież wrażliwych danych firmowych, dzięki którym takie oszustwo można uwiarygodnić, np. poprzez posłużenie się danymi faktycznych dostawców lub powołanie się na zaległe faktury. Przeprowadzenie ataku socjotechnicznego umożliwiającego zdobycie takich informacji jest prostsze niż się wydaje, o czym kilka dni temu przekonał się Tomasz Szpikowski, CEO TestArmy Group S.A.:

– Właśnie jechałem na spotkanie z zarządem dużego koncernu motoryzacyjnego w ich wrocławskiej siedzibie. Po drodze, rzecz trywialna, rozładował mi się telefon. W samochodzie miałem kabel USB, ale bez adaptera pozwalającego na podłączenie do gniazda zapalniczki. “Ford niestety ładuje słabo, ciekawe co by na to powiedział Lee Iacocca”, pomyślałem… Dojechałem na miejsce, wszedłem do głównego holu, gdzie zostałem przywitany przez asystentkę prezesa. Kiedy zapytała, czy może w czymś pomóc, odpowiedziałem, że owszem, rozładował mi się telefon, a przy sobie mam wyłącznie kabel USB. Asystentka wzięła telefon i nie mając adaptera, podpięła go do swojego służbowego laptopa w sekretariacie zarządu.

Co by się stało, gdyby dyrektor okazał się cyberprzestępcą?

Gest asystentki był miły i uczynny, ale gdyby Tomasz Szpikowski był cyberprzestępcą, a telefon byłby skonfigurowany tak, aby natychmiast po podłączeniu zainfekować urządzenie oprogramowaniem dającym do niego zdalny dostęp, mógłby zrobić wszystko. Skopiować wszystkie e-maile wymieniane między centralą firmy a innymi placówkami i klientami. Zaszyfrować dokumenty, pobrać dane biznesowe, faktury, informacje o pracownikach. Znałby wewnętrzne procedury, politykę wynagrodzeń, budżety czy strategię rozwoju firmy. Nie trzeba dodawać, na jakie straty firma by się naraziła, gdyby takie dane znalazły się w niewłaściwych rękach.

Pamiętajmy, że człowiek jest najsłabszym ogniwem systemu bezpieczeństwa, choć najczęściej nie z własnej winy. To zarząd firmy jest odpowiedzialny za wprowadzanie procedur walki z atakami socjotechnicznymi i odpowiednie przeszkolenie pracowników. Jeśli tego nie zrobi, biznes będzie stale narażony, a menadżerowie i dyrektorzy, którzy trzymają klucze do wirtualnie przechowywanych wrażliwych danych, będą łatwym celem dla cyberprzestępców – tłumaczy Tomasz Szpikowski.

Ekspert podkreśla, że praktycznie każdy gadżet może otwierać drzwi do strategicznych danych elektronicznych, tak samo smartfon, pendrive, transmiter do klawiatury, adapter do rzutnika, jak i inne podłączane do komputerów akcesoria. Przeprowadzone przez TestArmy CyberForces testy pokazały, że luki w systemach bezpieczeństwa ma aż 5 na 10 popularnych urządzeń IoT.

Jak cyberprzestępcy wykorzystują CEO Fraud?

Gdy cyberprzestępca zyska dostęp do e-maila dyrektora, ma pełne spektrum możliwości.

  • Gdy włamanie dotyczy firmy współpracującej z zagranicznym dostawcą, może wykorzystać długą relację biznes-dostawca. Mając dostęp do historii przelewów, wysyłać e-mailem prośby o zmianę rachunku, na który kierowane są pieniądze. Ponieważ adres e-mail będzie się zgadzać, odbiorca nie będzie podejrzewać, że cała sytuacja jest oszustwem.
  • Gdy włamanie dotyczy firmy zlecającej duże ilości przelewów, podstawiony “dyrektor” może zlecić własnym pracownikom czy instytucji finansowej obsługującej firmę przesłanie środków na podany numer konta.
  • Gdy włamanie dotyczy firmy współpracującej z zewnętrznym doradcą podatkowym lub adwokatem, przestępca może wysłać prośbę o wypełnienie papierów podatkowych, do których ma dostęp, albo o przekazanie szczegółowych i poufnych danych pracowników.

Ciekawe – najdroższy rozwód w historii zaczął się od zhackowanego telefonu

A dotyczył najbogatszego człowieka na świecie – Jeffa Bezosa, CEO Amazona. Przyczyną rozwodu był romans Bezosa z Lauren Sanchez, który nagłośniono dzięki wyciekowi ich prywatnej korespondencji. Osobisty ochroniarz Bezosa, zajmujący się jego cyberbezpieczeństwem, opisał całą sytuację w dzienniku The Daily Beast. Przyznał, że choć brak na to twardych dowodów, wszystko wskazuje na to, że za wyciekiem stoi rząd Arabii Saudyjskiej, który zhackował telefon Bezosa i ujawnił zdobyte dane American Media Inc. i gazecie National Enquirer. Bezos, którego majątek wyceniany był na prawie 160 miliardów dolarów, w wyniku rozwodu oddał byłej żonie 36 miliardów dolarów.

Takie sytuacje uświadamiają, że cyberbezpieczeństwo to sektor dotyczący nie tylko sfery zawodowej. Coraz częściej dyrektorzy firm, osoby wysoko postawione, majętne decydują się na rozszerzenie ochrony z firmy także na własną rodzinę, chcąc zabezpieczyć swoich bliskich, inteligentne domy, w których mieszkają i inteligentne urządzenia, z których korzystają na co dzień – podsumowuje Tomasz Szpikowski.

W cyfrowym świecie nikt nie jest bezpieczny, a członkowie zarządów firm wyjątkowo boleśnie przekonują się o tym, jak wyciek wrażliwych informacji może narazić ich na olbrzymie straty. Problem jest szczególnie istotny, ponieważ zgodnie z raportem Verizon DBIR 2019, osoby posiadające przywileje wykonawcze i dostęp do wielu zastrzeżonych, często krytycznych rejonów infrastruktury informatycznej są obecnie 12 razy bardziej narażeni na atak socjotechniczny niż jeszcze rok temu.

Źródło: TestArmy CyberForces

Polska rodzina wyda na wyprawkę szkolną ponad 1700 zł

– Początek września wiąże się niewątpliwie nie tylko z zakończeniem wakacji, ale także z wydatkami na wyprawkę szkolną. W tym roku polska rodzina przeznaczy na nią średnio 1 718 zł. Ponad dwie trzecie tej sumy pochłoną ubrania, buty oraz przybory szkolne. Jak wynika z pierwszej polskiej edycji raportu „Wyprawka szkolna 2019”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, 69 proc. Polaków na szkolne zakupy wybierze się w sierpniu. Będą to przede wszystkim sklepy stacjonarne, choć część budżetu trafi również do sklepów online. W dziewięciu na dziesięć gospodarstw domowych w decyzjach zakupowych będą uczestniczyły również dzieci.

Koniec wakacji jest zazwyczaj momentem wymagającym nie tylko dla dzieci, ale także dla portfeli ich rodziców. Jak wynika z badania Deloitte, w tym roku przeciętna polska rodzina wyda na wyprawkę szkolną 1 718 zł. W przypadku rodzin z jednym dzieckiem będzie to średnio 1 388 zł, z dwojgiem 1 898 zł, a z trojgiem 2 742 zł. – Początek roku szkolnego jest dużym obciążeniem budżetu domowego, a z drugiej strony ważnym okresem dla sieci handlowych. Dzieje się tak zresztą nie tylko w Polsce. Jak wynika z badania Deloitte w USA Amerykanie średnio na jedno dziecko mają zamiar wydać w tym roku 518 dolarów. W przypadku Polski będzie to około 300 dolarów. W takim porównaniu należy brać pod uwagę różnice w sile nabywczej pieniądza – mówi Michał Pieprzny, Partner, Lider sektora dóbr konsumenckich w Deloitte.

Amerykanie znacznie więcej wydają na ubrania i dodatki. W Polsce jest to 35 proc., a w USA 54 proc. budżetu przeznaczonego na wyprawkę. Polacy w większym stopniu odczuwają z kolei koszt artykułów szkolnych (32 proc. budżetu). Jedynie najmniejsza kategoria – gadżety elektroniczne – pozostają na podobnym poziomie. W obu przypadkach jest to 11 proc. Polskie rodziny jedną piątą sumy przeznaczonej na wyprawkę wydadzą na zakup komputera i akcesoriów z nim związanych.

Nie oszczędzamy na dzieciach

Ponad połowa rodziców (51 proc.) zamierza przeznaczyć na wyprawkę tyle samo pieniędzy, co w ubiegłym roku. W przypadku jednej trzeciej będzie to więcej, a 18 proc. zamierza wydać mniej niż przed rokiem. Główne powody wyższych wydatków Polacy upatrują we wzroście cen (64 proc.) i rosnących potrzebach dzieci (49 proc.). Z kolei w grupie, która planuje wydać mniej, malejące potrzeby dzieci są głównym powodem niższych budżetów szkolnych (57 proc.). Ponad połowa badanych (61 proc.) ocenia swoją sytuację finansową na poziomie podobnym do ubiegłorocznego. Odsetek respondentów deklarujących poprawę i pogorszenie jest podobny (21 vs 18 proc.). – Ocena sytuacji materialnej i planowane wydatki wyraźnie korelują ze sobą. Jedna trzecia osób, które zamierzają wydać więcej niż przed rokiem uważa, że ich sytuacja majątkowa uległa poprawie. Spośród ankietowanych, którzy zamierzają wydać mniej, tylko 18 proc. osób deklaruje taką poprawę – mówi Patrycja Venulet, Dyrektor w dziale strategii Deloitte.

W badaniu Deloitte dziewięciu na dziesięciu badanych zamierza wnioskować o pieniądze z rządowego programu „Dobry Start”, czyli o 300 zł na szkolną wyprawkę. Z kolei 94 proc. rodziców deklaruje, że pomoc przeznaczy właśnie na zakup artykułów szkolnych.

Decydują kobiety i dzieci

Co znajdzie się w zakupowych koszykach Polaków? U 90 proc. ankietowanych będą to artkuły takie jak zeszyty, bloki, długopisy i ołówki, 86 proc. kupi odzież i obuwie, a 80 proc. podręczniki i książki. Niewiele mniej, bo 79 proc. Polaków zamierza sprawić dzieciom nowe tornistry i plecaki, a 42 proc. mundurek. Znacznie rzadziej będziemy inwestować w urządzenia komputerowe (skanery czy drukarki – 18 proc.), tablety (16 proc.) czy subskrypcje cyfrowe (15 proc.).

W dziewięciu na dziesięć przypadków wpływ na to jakie ubranie kupimy, mają dzieci. Podobnie jest z artykułami szkolnymi. W przypadku gadżetów elektronicznych oraz komputerów odsetek ten wynosi odpowiednio 80 i 76 proc. Dwie trzecie badanych deklaruje, iż podczas zakupów związanych z wyprawką szkolną będą towarzyszyć im dzieci, co pokazuje jak ważną grupą konsumentów w tym przypadku są najmłodsi.

Za zakup wyprawek szkolnych odpowiedzialne są przede wszystkim kobiety. – I to do nich sieci handlowe powinny kierować swoją ofertę. Dotyczy to przede wszystkim ubrań i obuwia, ale też plecaków i tornistrów. Jedyną kategorią, w którą bardziej angażują się mężczyźni są pakiety danych do urządzeń cyfrowych, w tym abonamenty sieci komórkowych bądź dostęp do Internetu – mówi Patrycja Venulet.

Po wyprawkę w sierpniu

Aby znaleźć odpowiednie artykuły szkolne i ubrania, odwiedzimy średnio cztery sklepy stacjonarne i trzy internetowe. W tych pierwszych spędzimy średnio 7,4 godzin, a w drugich 4,4 godziny. Zeszyty, długopisy i inne rzeczy, które przydadzą się dzieciom w szkolnych ławkach, a także ubrania i obuwie kupujemy przede wszystkim w sklepach stacjonarnych (odpowiednio 81 i 68 proc.) Podobnie z plecakami czy podręcznikami, choć w tych kategoriach nie widać już tak silnych preferencji. Podczas zakupów szkolnych najchętniej odwiedzimy księgarnie, dyskonty, sieciówki odzieżowe i hipermarkety. Taki plan deklaruje ponad połowa rodziców. Największą część budżetu zamierzamy zostawić w hipermarketach (16 proc.), sieciówkach odzieżowych (14 proc.) i dyskontach (11 proc.).

Sprzęt komputerowy, gadżety elektroniczne czy pakiety danych znacznie chętniej nabędziemy online. Co trzeci konsument przy okazji zakupów internetowych skorzysta z mediów społecznościowych.

Potwierdzają się informacje z innych naszych badań, że Polacy są łowcami okazji. Najczęściej wskazywanym czynnikiem (78 proc.), który skłoni nas do zrobienia zakupów w konkretnym miejscu są najniższe ceny.  Aż trzy czwarte ankietowanych w poszukiwaniu najlepszych cen zamierza zrobić zakupy w kilku różnych miejscach – mówi Jan Kisielewski, Dyrektor w dziale strategii Deloitte.

Kiedy wybierzemy się na zakupy szkolne? Największa grupa rodziców, bo licząca 69 proc. ankietowanych, zamierza zrobić je w sierpniu. – Wtedy także obserwujemy największe natężenie działań marketingowych, związanych z powrotem do szkoły. Sklepy dosłownie bombardują nas promocjami i ofertami związanymi z wyprawką szkolną – mówi Jan Kisielewski. – W grupie rodziców, którzy planują zakupy w sierpniu, większość z nich chce to zrobić w pierwszej połowie miesiąca – dodaje. Aż 29 proc. ma już zakupy za sobą, a jedynie 2 proc. zostawia je na wrzesień.

O badaniu:

Wnioski z badania zostały przygotowane na podstawie wyników internetowej ankiety przeprowadzonej na próbie 1009 osób.

W badaniu wzięli udział rodzice planujący zakupy związane z powrotem do szkoły dla dzieci w wieku 6 – 19 lat, które będą uczęszczały do szkoły w nadchodzącym roku szkolnym 2019/2020. Dane uzyskano za pomocą ustrukturyzowanego kwestionariusza online w kontrolowanym panelu. Badanie przeprowadzono w okresie od 28.05 do 06.06.2019 roku.

Inwestycje na rynku nieruchomości w Polsce w I połowie 2019 r.

Łączna wartość transakcji inwestycyjnych sfinalizowanych na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce w I połowie 2019 r. wyniosła prawie 2,7 miliarda euro. Jest to bardzo wysoki wynik, zdecydowanie lepszy niż w analogicznych okresach z lat 2015 – 2017. Co prawda wolumen inwestycyjny uzyskany w I połowie roku ubiegłego był jeszcze wyższy, ale, jak podkreślają eksperci BNP Paribas Real Estate Poland w raporcie At a Glance II kw. 2019, został on w dużej mierze uzyskany dzięki niepowtarzalnej transakcji portfelowej zawartej w sektorze handlowym na nieodnotowaną wcześniej w Polsce kwotę 1 mld euro.

Zainteresowanie inwestorów nieruchomościami komercyjnymi w Polsce jest wciąż bardzo wysokie, co widać po ilości toczących się obecnie transakcji. Stąd cały 2019 r. może zamknąć się kwotą nieznacznie niższą niż rekordowy rok ubiegły.

W I połowie 2019 r. najwyższym popytem ze strony inwestorów cieszył się segment aktywów biurowych, na który przypadło ponad 60% wolumenu transakcyjnego zrealizowanego we wszystkich sektorach. Zawarto umowy dotyczące ponad 50 budynków biurowych na łączną kwotę prawie 1,7 miliarda euro.
Na rynku warszawskim wartość transakcji w sektorze biurowym zamknęła się w I połowie br. kwotą ok. 960 mln euro, a w nowe ręce przeszły 24 budynki. Umową opiewająca na najwyższą kwotę był zakup za ok. 190 mln euro portfela dwóch budynków West Station przez singapurski fundusz Mapletree od HB Reavis. Natomiast wieżowiec Warsaw Trade Tower, należący wcześniej do Akron Group, znalazł się w portfelu nieruchomości Globalworth za około 132,9 mln euro. Inne znaczące transakcje obejmują m.in. zakup całkowicie odnowionego budynku Ethos przez Credit Suisse Asset Management, zakup przez GLL RE otwartego w końcówce ubiegłego roku budynku Biura przy Bramie, będącego częścią Browarów Warszawskich, zakup biurowca Wronia 31 przez LaSalle IM w imieniu funduszu Encore+, obiektu Piękna 2.0 przez Generali Europe Investment Holding czy otwartego wiosną Centrum Marszałkowska, które przeszło w całości w posiadanie Liebrecht & Wood. Oprócz prestiżowych nieruchomości w topowych centralnych lokalizacjach, kupujący zainteresowani byli również obiektami posiadającymi spory potencjał podniesienia ich wartości – zarówno starszymi, jak i tymi w lokalizacjach pozacentralnych.

Transakcje w sektorze biurowym na rynkach regionalnych opiewały na kwotę ok. 700 mln euro i dotyczyły zarówno miast wiodących pod względem rozwoju segmentu biurowego, jak Kraków, Wrocław czy Trójmiasto, jak i tych o mniejszym wolumenie zasobów.

Największy ilościowo portfel nieruchomości przejęła platforma nieruchomości private equity Henderson Park, która stała się właścicielem 70 proc. udziałów w jedenastu budynkach należących do EPP ulokowanych w trzech z pięciu największych polskich miast: w Krakowie trzy budynki z kompleksu O3 Business Campus, sześć budynków w ramach kompleksu Malta Office Park w Poznaniu oraz dwa obiekty w ramach Symetris Business Park w Łodzi. Natomiast regionalnej transakcji o największej wartości dokonał filipiński holding ISOC, który za prawie 190 mln euro zakupił trzy biurowce wchodzące w skład kompleksu Business Garden we Wrocławiu oraz gdański Argon usytuowany w kompleksie biurowym Alchemia. W Gdańsku właściciela zmieniły także dwa biurowce zlokalizowane w kompleksie Arkońska Business Park. Akwizycje w Krakowie opiewały na kwotę ok. 94 milionów euro i dotyczyły trzech budynków: biurowiec .big został przejęty przez Credit Suisse, Globalworth Poland RE poszerzył swój portfel o Rondo Business Park, a K1 został zakupiony przez FLE GmbH. W Poznaniu Skanska sfinalizowała sprzedaż do Franklin Templeton Investments pierwszego biurowca w ramach kompleksu Nowy Rynek, a zlokalizowany w samym centrum miasta Poznań Financial Centre został nabyty przez Adventum.

Piotr Goździewicz, Dyrektor, Dział Rynków Kapitałowych, BNP Paribas Real Estate, Europa Środkowo – Wschodnia
Piotr Goździewicz, Dyrektor, Dział Rynków Kapitałowych, BNP Paribas Real Estate, Europa Środkowo – Wschodnia

Chociaż na rynek warszawski przypadło prawie 60% z kwoty 1,7 miliarda euro, to trzeba mocno pokreślić rosnące zaangażowanie inwestorów na rynkach regionalnych, nie tylko wiodących jak Kraków czy Wrocław, ale również tych słabiej rozwiniętych. Właścicieli zmieniło też kilka budynków biurowych w Katowicach, Łodzi i Szczecinie. Szybki rozwój potencjału rynku biurowego w miastach regionalnych potwierdza transakcja zmiany właściciela szczecińskiego biurowca Lastadia, w której reprezentowaliśmy stronę sprzedającego – Piotr Goździewicz, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych, BNP Paribas Real Estate Poland

Co prawda nie w tak dużej skali jak na rynkach Europy Zachodniej, ale i w Polsce obserwujemy w ostatnich miesiącach znaczący spadek zainteresowania inwestorów aktywami z sektora handlowego. Do końca czerwca br. wartość transakcji inwestycyjnych w tym segmencie wyniosła ok. 450 mln euro, stanowiąc niecałe 17% całkowitego wolumenu. Właściciela zmieniły m.in. kolejne centra handlowe M1 z zakupionego w ubiegłym roku portfela Chariot, tym razem w Bytomiu, Częstochowie, Radomiu i Poznaniu. Ponadto King Cross Jubilerska w Warszawie został zakupiony za 43 mln euro przez Atrium European RE, NEINVER i Nuveen Real Estate przejęły za 31,5 mln euro nowo otwarte centrum wyprzedażowe Silesia Outlet w Gliwicach, a Galeria Leszno została sprzedana przez Blackstone. Zakup Atrium Felicity w Lublinie i Atrium Koszalin za 298 mln euro przez fundusz ECE zasili już wolumen inwestycyjny drugiego półrocza.
Utrzymuje się natomiast zainteresowanie inwestorów segmentem małych centrów i parków handlowych o charakterze „centrów usług w sąsiedztwie” i spodziewamy się kontynuacji tego trendu.

Mateusz Skubiszewski
Mateusz Skubiszewski

Z uwagi na zachodzące zmiany w obszarze koncepcji funkcjonowania operatorów handlowych a w szczególności spożywczych oraz modowych rynek inwestycyjny dla tych segmentów jest dość ograniczony i uzależniony od zachodzących zmian. Biorąc pod uwagę liczbę transakcji, które obecnie są w trakcie negocjacji, prognoza całoroczna dla sektora aktywów handlowych jest zdecydowanie umiarkowana. Co prawda rynek nowoczesnego handlu w Polsce jest w całkiem niezłej kondycji, do czego przyczynia się dobra koniunktura gospodarcza w Polsce i rosnąca zamożność konsumentów, jednak inwestorzy zadają sobie wiele pytań o przyszłość obiektów tradycyjnego handlu, zwłaszcza w kontekście wzrostu wartości e-commerce i obejmowania zakazem handlu kolejnych niedziel – Mateusz Skubiszewski, Associate Head of Capital Markets, BNP Paribas Real Estate Poland

Biorąc pod uwagę liczbę transakcji, które obecnie są w trakcie negocjacji, prognoza całoroczna dla sektora aktywów handlowych jest zdecydowanie umiarkowana. Co prawda rynek nowoczesnego handlu w Polsce jest w całkiem niezłej kondycji, do czego przyczynia się dobra koniunktura gospodarcza w Polsce i rosnąca zamożność konsumentów, jednak inwestorzy zadają sobie wiele pytań o przyszłość obiektów tradycyjnego handlu, zwłaszcza w kontekście wzrostu wartości e-commerce i obejmowania zakazem handlu kolejnych niedziel.

Cały czas obserwujemy wysokie zainteresowanie inwestorów nieruchomościami magazynowo – logistycznymi, co jest oczywiście rezultatem bardzo sprzyjającej koniunktury w tym sektorze, napędzanej szybkim rozwojem polskiej gospodarki. W I połowie 2019 r. sektor ten odpowiadał za ok. 15% całkowitego wolumenu inwestycyjnego zrealizowanego w kraju. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się transakcje typu forward purchase, z racji ograniczonej dostępności produktu wybudowanego i wynajętego spełniającego standardowe kryteria inwestycyjne funduszy nieruchomościowych – Hanna Milczarek, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych, BNP Paribas Real Estate Poland

Transakcje o najwyższej wartości dotyczyły obiektów, których najemcami są operatorzy z sektora e-commerce. Amazon we Wrocławiu został w ramach portfela zakupiony przez seulski fundusz inwestycyjny Mirae Asset Global Investments, a centrum dystrybucyjne Zalando koło Olsztynka zostało nabyte również przez południowo-koreańskich inwestorów reprezentowanych przez IGIS Asset Management. Właściciela zmieniły też np. kompleksy 7R Park w Czechowicach – Dziedzicach i Biskupicach pod Wrocławiem, Hillwood w Warszawie i kilka obiektów Panattoni. W perspektywie następnych kilku kwartałów sektor magazynowo – logistyczny ma najwyższy potencjał wzrostu udziału w portfelach nabywców. Oprócz wysokiego popytu na obiekty zajmowane przez operatorów branży e-commerce, szczególnym zainteresowaniem cieszą się inne obiekty typu BTS, które często nabywane są jeszcze na etapie budowy projektu. W sektorze magazynowym spodziewana jest również najwyższa kompresja stóp kapitalizacji, zwłaszcza dla wyjątkowych aktywów z zapewnionymi długoterminowymi umowami najmu z operatorami z sektora e-commerce. W takich przypadkach stopy kapitalizacji mogą spaść znacząco poniżej 5.00%. Natomiast dla pozostałych wysokiej jakości powierzchni przemysłowych i logistycznych najniższe stopy kapitalizacji wynoszą ok. 6,25% – 6,50%.

W II kwartale br. nastąpił spadek do poziomu ok. 4,50% stopy kapitalizacji dla najwyższej klasy aktywów biurowych zlokalizowanych w Warszawie. Natomiast na najbardziej rozwiniętych rynkach regionalnych stopa kapitalizacji pozostawała na poziomie ok. 5,50% – 5,75. Nie jest natomiast spodziewana kompresja stopy kapitalizacji w segmencie handlowym, która w na koniec ubiegłego roku spadła do poziomu ok. 4,25%.

Batalia o brudną ropę trwa. Rosjanie nie chcą wypłacać odszkodowań

W kwietniu bieżącego roku białoruskie ropociągi odkryły, że dostarczana do nich rurociągiem „Przyjaźń” rosyjska ropa jest wysoce zanieczyszczona. Stężenie chlorków organicznych, które doprowadzają do korozji instalacji rafineryjnych, kilkudziesięciokrotnie przekroczyło dopuszczalny poziom. Zanieczyszczona ropa dotarła także do Polski, wchodząc do systemu ropociągowego. Chociaż sprawa dawno ujrzała światło dzienne – a w rosyjskich spółkach są już pierwsi zatrzymani, podejrzani o celowe zanieczyszczenie ropy – spór o wysokość odszkodowań wciąż trwa. Klienci, którym Rosja dostarczyła zanieczyszczoną ropę, domagają się odszkodowań – wynagradzających kryzysowe korzystanie ze strategicznych rezerw ropy oraz naprawę zniszczonych rurociągów i instalacji. Strona rosyjska jednak nie jest skłonna do wypłacenia żądanych odszkodowań.

– Chociaż zostało udowodnione, że do zanieczyszczenia doszło na terenie Rosji, rosyjskie spółki wykłócają się o każdy grosz. Pierwotnie w ogóle nie chciały płacić – teraz zaś próbują ustalić pewien limit odszkodowań, których będą mogli domagać się klienci. Nie możemy dojść do porozumienia – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu BiznesAlert. – Zanieczyszczona ropa weszła już do polskiego systemu i zostanie z niego usunięta za około pół roku. Utrudnia funkcjonowanie polskich instalacji, a kwas solny może uszkodzić naszą infrastrukturę. Wszelkie próby deprecjonowania starań klientów o odszkodowania są elementem negocjacji. Nasi negocjatorzy powinni być twardzi i oczekiwać rozstrzygnięcia jak najszybciej – podkreśla Jakóbik.

Największe inwestycje biurowe w Polsce

Chcąc wykorzystać świetną koniunkturę na rynku biurowym,  deweloperzy wchodzą z dużymi inwestycjami do największych miast we wszystkich regionach w Polsce   

Dobra passa w segmencie nieruchomości biurowych trwa. Jak podają analitycy Walter Herz, w pierwszym półroczu tego roku w największych ośrodkach biznesowych w kraju, poza Warszawą, wynajęte zostało ponad 300 tys. mkw. powierzchni biurowych. To lepszy wynik niż w roku ubiegłym, kiedy w analogicznym okresie do najemców trafiło 260 tys. mkw. biur. W wyścigu o palmę pierwszeństwa w regionach bezkonkurencyjny okazał się Kraków, w którym zakontraktowane zostało prawie 140 tys. mkw. powierzchni.

Mateusz Strzelecki – Partner w Walter Herz
Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz

– Zapotrzebowanie na biura w regionach w największym stopniu generuje sektor nowoczesnych usług dla biznesu. Udział w wynajmie firm reprezentujących te branżę w zależności od miasta kształtuje się na poziomie 40 – 50 proc. Dominującą grupę stanowią firmy IT – informuje Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz.

– Do grona znaczących najemców na rynkach regionalnych dołączyli też operatorzy powierzchni elastycznych, których udział w wynajmie rośnie, zarówno w Warszawie, jak i innych miastach. W Krakowie w pierwszej połowie bieżącego roku firmy z tego sektora wygenerowały prawie 10 proc. popytu na biura – dodaje Mateusz Strzelecki.

Do największych obiektów oddanych w pierwszych sześciu miesiącach roku na rynkach regionalnych należą m.in. Business Garden i  Nowy Rynek B w Poznaniu, Brama Miasta B w Łodzi, czy V.Offices i Fabryczna Office B1 w Krakowie.

Najszybciej rośnie rynek krakowski

Zapał inwestycyjny w sektorze biurowym nie słabnie. Deweloperzy nadal intensywnie pracują na wzrost zasobów w największych ośrodkach biznesowych w Polsce. Jak obliczają analitycy Walter Herz, na rynkach regionalnych powstaje teraz łącznie prawie 850 tys. mkw. nowoczesnych powierzchni biurowych i podobna ilość biur jest w budowie w Warszawie. Najwięcej inwestycji prowadzonych jest w Krakowie, gdzie w trakcie realizacji pozostaje około 230 tys. mkw. powierzchni, podaje Walter Herz.

Kraków, który jest liderem w regionach i drugim największym rynkiem biurowym w Polsce utrzyma w najbliższym czasie swoją pozycję. Czołowi inwestorzy w kraju przygotowują tu bowiem do budowy następne, duże projekty. Cavetina wybuduje w stolicy Małopolski kompleks Klimeckiego Office  o powierzchni ponad 35 tys. mkw., a White Star zrealizuje inwestycję The Park, w której powstanie 100 tys. mkw. biur. Nowy, krakowski projekt zapowiada też Echo Investment.

Kraków może pochwalić się największym wzrostem zasobów w pierwszym półroczu br., kiedy jego zaplecze biurowe wzrosło o około 100 tys. mkw. powierzchni. W drugiej połowie br. roku deweloperzy planują oddać w aglomeracji kolejne 70 tys. mkw. biur. Na krakowski rynek wejdzie m. in. kompleks Tischnera Office z 33,6 tys. mkw. powierzchni.

We Wrocławiu i Trójmieście budowa idzie łeb w łeb

We Wrocławiu, którego zasoby przekraczają dziś 1,1 mln mkw. powierzchni biurowych, w budowie jest 220 tys. mkw. biur. W stolicy Dolnego Śląska w budowie pozostaje m.in. biurowiec Nowy Targ z około 21. tys. mkw. biur, czy projekt  West 4 Business Hub, który zaoferuje łącznie ponad 80 tys. mkw. powierzchni. W mieście powstaje również inwestycja Business Garden, która jest największym projektem biurowym realizowanym poza Warszawą, oferującym 117 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej i usługowej. Na wrocławskim rynku realizowany jest także kompleks Cu Office z 23,5 tys. mkw. biur, biurowiec City 2 z 12 tys. mkw. powierzchni oraz inwestycja Centrum Południe, w której w pięciu budynkach do wynajęcia będzie około 85 tys. mkw. powierzchni.

W oferującym obecnie prawie 800 tys. mkw. biur Trójmieście, jak wynika z danych Walter Herz, w budowie jest natomiast około 210 tys. mkw. powierzchni biurowej. W regionie inwestują najwięksi rynkowi gracze, jak Skanska (kompleks Wave), czy Polski Holding Nieruchomości (Marina Office). Jeszcze w tym roku w Trójmieście ma zostać oddany do użytkowania Neon – ostatni biurowiec w kompleksie Alchemia w Gdańsku Oliwie, który dostarczy ponad  35 tys. mkw. biur. W ramach kompleksu 3T Office Park powstaną natomiast trzy wieże o łącznej powierzchni najmu 38 tys. mkw.

W Katowicach i w Łodzi inwestują największe firmy

W Katowicach z kolei w najbliższym czasie pojawią się takie inwestycje, jak Global Office Park (58 tys. mkw.) firmy Cavatina, czy Silesia For Business (40 tys. mkw.) firmy TriGranit.

W Łodzi, jak prognozują analitycy Walter Herz, w projektach, których budowa ma zostać ukończona w drugiej połowie bieżącego roku oddane zostanie ponad 70 tys. mkw. powierzchni. Niedawno oddany został biurowiec realizowany w pierwszej fazie Bramy Miasta (27,8 tys. mkw.) firmy Skanska. A kolejne oczekiwane biurowe otwarcia to Imagine (17 tys. mkw.), czy pierwszy budynek w kompleksie Monopolis.

W aglomeracji łódzkiej realizowany jest też kolejny budynek w Bramie Miasta i kompleks Hi Piotrkowska 155 (21 tys. mkw.). Na terenie dawnej fabryki Karola Scheiblera Echo Investment prowadzi zaś budowę wielofunkcyjnego projektu Fuzja (90 tys.  mkw.), a w kompleksie biurowym REACT deweloper odda wkrótce blisko 50 tys. mkw. powierzchni. Na start realizacji w Łodzi czeka również inwestycja P22 firmy Ghelamco i projekt HB Reavis na terenie Nowego Centrum Łodzi.

Wolnych biur coraz mniej

Dzięki wzmożonej aktywności inwestycyjnej rynki regionalne w Polsce dysponują już łącznie 5,35 mln mkw. powierzchni biurowych, z czego prawie 1,4 mln mkw. zlokalizowane jest w Krakowie.

W największych miastach regionalnych, jak podaje Walter Herz, na najemców oczekuje średnio ponad 9 proc. biur. W większości ośrodków poziom pustostanów spada. Najmniej wolnych powierzchni biurowych jest w Trójmieście – około 5,5 proc. W Krakowie, który rozbudowuje się najszybciej, współczynnik powierzchni niewynajętej sięga 10 proc. Najemcy podpisują tam jednak chętnie umowy przednajmu, dzięki czemu mimo sporej nowej podaży, ilość pustostanów pozostanie raczej niezmienna.

W największych miastach w kraju powoli idą natomiast w górę stawki czynszowe. Powodem wzrostu cen wynajmu są przede wszystkim coraz większe koszty związane z realizacją nowych obiektów.

Sąd zobowiązał Medico-Investment do uregulowania ponad 15,45 mln zł zobowiązań wobec Grupy Awbud

Spółka Awbud w efekcie złożonego pozwu przeciwko Medico-Investment sp. z o.o. uzyskała nakaz zapłaty w postępowaniu upominawczym wydanym przez Sąd Okręgowy w Częstochowie, zgodnie z którym pozwany podmiot został zobowiązany do zapłaty ponad 15,45 mln zł na rzecz Awbud. Ww. kwota dotyczy rozliczenia należności wynikających z kontraktu zawartego w 2015 roku na kwotę ponad 58 mln zł, zgodnie z którym Awbud zrealizował w formule generalnego wykonawstwa budynek Wrocławskiego Centrum Rehabilitacji i Medycyny Sportowej – Vratislavia Medica.

Wybudowany przez Awbud budynek szpitala Vratislavia Medica uzyskał pozwolenie na użytkowanie 10 sierpnia 2017 roku, a od 7 listopada 2017 r. świadczone są w nim usługi na rzecz pacjentów. Generalny wykonawca nie otrzymał jednak całości wynagrodzenia za realizację zadania budowlanego określonego w umowie. Inwestor, spółka Medico-Investment, mimo stałego korzystania z obiektu i prowadzenia na jego terenie działalności gospodarczej, od blisko dwóch lat nie wyraża zgody na odbiór umowy, obciążając ponadto spółkę Awbud połową kosztów eksploatacji obiektu. W wyniku powyższych okoliczności Awbud wystąpił do firmy Medico-Investment o ustanowienie gwarancji zapłaty z tytułu wynagrodzenia wynikającego z umowy.

W maju br. Awbud odstąpił od umowy z winy inwestora z powodu braku ustanowienia przez Medico-Investment ważnej i prawnie skutecznej gwarancji zapłaty. W konsekwencji tego inwestor został obciążony karą umowną w wysokości 10 proc. wynagrodzenia ryczałtowego wynikającego z umowy, czyli ponad 5,8 mln zł. Oprócz tego spółka jest winna Awbud ponad 9,6 mln zł z tytułu: wynagrodzenia końcowego za roboty budowlane, wynagrodzenia za prace nie rozliczone z podwykonawcami, zatrzymanej kaucji gwarancyjnej oraz zatrzymanej gwarancji wykonania. Medico-Investment została obciążona również kosztami sądowymi. Nakaz zapłaty wydany przez Sąd Okręgowy w Częstochowie opiewa łącznie na kwotę ponad 15,45 mln zł.

Zdecydowaliśmy się wystąpić na drogę sądową, ponieważ wyczerpaliśmy w naszym uznaniu wszelkie środki polubowne. Jesteśmy zmuszeni w ten sposób egzekwować należności za wykonanie umowy, nie tylko ze względu na dobro naszej spółki, ale także części podwykonawców biorących udział w pracach końcowych, którzy także nie otrzymali wynagrodzenia z powodu braku płatności ze strony inwestora, jakim jest spółka Medico-Investment – mówi Aneta Binkiewicz, prezes zarządu Awbud S.A.

Pracodawcy szukają sposobów na przyciągnięcie cudzoziemców do pracy. Bez uproszczenia formalności będzie im coraz trudniej

Pracodawcy szukają sposobów na przyciągnięcie cudzoziemców do pracy. Bez uproszczenia formalności będzie im coraz trudniej 5

Już ponad połowa firm w Polsce zatrudnia obcokrajowców. Przedsiębiorcy najchętniej przyjmują do pracy obywateli z sześciu krajów z uproszczoną procedurą zatrudnienia, czyli m.in. Ukrainy i Białorusi. W przypadku cudzoziemców z Azji i Dalekiego Wschodu procedury są jednak o wiele bardziej skomplikowane i często trwają zbyt długo. Ich uproszczenie, przy jednoczesnym zapewnieniu obcokrajowcom benefitów pozapłacowych, pozwoli związać cudzoziemców z polskim rynkiem pracy.

 Firmy bardzo chętnie rekrutują i zatrudniają obcokrajowców. Ten trend obserwujemy od 2015 roku. W początkowej fazie głównie dotyczyło to naszych wschodnich sąsiadów, a więc krajów, gdzie były uproszczone procedury. Natomiast teraz firmy coraz chętniej pytają o dalsze kierunki, ponieważ brakuje po prostu rąk do pracy, więc zaczynamy penetrować bardziej egzotyczne miejsca, takie jak Azja, Ameryka Łacińska czy Afryka – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Cezary Maciołek, wiceprezes Grupy Progres.

Z najnowszych danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że ponad 628 tys. cudzoziemców płaci składki w Polsce na ubezpieczenia społeczne. Najwięcej, bo ok. 468 tys., stanowią Ukraińcy. Jest ich już kilkukrotnie więcej niż jeszcze w 2014 roku. Systematycznie rośnie też liczba zezwoleń wydawanych na pracę cudzoziemców w Polsce. Jak podaje GUS, w 2018 roku wydano ich 328,8 tys. To o niemal 40 proc. więcej niż w 2017 roku i 5-krotnie więcej niż w 2015 roku. Zatrudnianie obcokrajowców w Polsce jest jednak problematyczne.

 Wydawanie zezwoleń wojewódzkich na pobyt i pracę trwa w niektórych przypadkach nawet kilka miesięcy. Drugie wyzwanie to przede wszystkim wydawanie wiz poprzez nasze ambasady konsularne. Głównie dotyczy to krajów Azji, o które coraz częściej pytają przedsiębiorcy, ponieważ tam są również specjaliści, których moglibyśmy dostarczać w poszczególnych branżach – tłumaczy Cezary Maciołek.

Polscy przedsiębiorcy najchętniej przyjmują do pracy obywateli z krajów z uproszczoną procedurą zatrudnienia: Ukrainy, Białorusi, Rosji, Armenii, Kazachstanu i Gruzji. W przypadku cudzoziemców z Azji i Dalekiego Wschodu procedury są o wiele bardziej skomplikowane i często trwają zbyt długo.

Jeśli w sposób sprawny uporamy się z polityką migracyjną na terenie Polski i na terenie konsulatów działających w krajach, na których nam zależy, to będziemy jeszcze bardziej konkurencyjni, jeśli chodzi o inwestorów zagranicznych – przekonuje ekspert Grupy Progres.

Konfederacja Lewiatan, aby zwiększyć atrakcyjność naszego rynku pracy dla cudzoziemców, postuluje m.in. wydłużenie okresu, na który rejestrowane jest oświadczenie o powierzeniu wykonywania pracy (z 6 do 18 miesięcy), wprowadzenie maksymalnego terminu 7 dni na umieszczenie w dokumencie podróży odcisku stempla czy wprowadzenie jednolitych wytycznych we wszystkich urzędach. Zmiany są konieczne, zwłaszcza że wszystkie prognozy są jednoznaczne – w ciągu następnej dekady na polskim rynku zabraknie kilku milionów pracowników.

– Przy PKB powyżej 3,5 proc. będzie duża potrzeba zatrudniania i ściągania cudzoziemców. Demografia jest nieubłagana, jesteśmy w złej sytuacji i wszelkie programy socjalne, które dzisiaj są wdrażane, np. 500+, nawet, jeśli okażą się skuteczne, to beneficjentami będziemy za kilkanaście lat. Jesteśmy więc zmuszeni współpracować w sposób optymalny z naszymi partnerami ze Wschodu – podkreśla Cezary Maciołek.

W kontekście przyciągania cudzoziemców istotne jest nie tylko upraszczania procedur, lecz także zapewnienie wszystkim pracownikom – niezależnie od narodowości – odpowiednich benefitów.

– Zależy nam na długoterminowym budowaniu rozwoju gospodarczego, a to jest możliwe poprzez pryzmat m.in. dobrych przepisów, sprawnej rekrutacji i zaopiekowania się w sposób jak najbardziej optymalny od strony zatrudnienia, lecz także takiej ludzkiej, a więc wsparcie w zakresie uzyskania kredytów, ściągnięcia do Polski rodziny, udogodnień, z których jako Polacy mamy możliwość korzystania. Im szybciej wkomponujemy naszych sąsiadów w strukturę społeczeństwa i długoterminowo będziemy patrzyli na politykę personalną w zakresie zatrudniania, tym szybciej nasze firmy będą konkurencyjne – wskazuje Cezary Maciołek.

Port Lotniczy we Wrocławiu planuje rozbudowę terminala. W rekordowym roku lotnisko obsłużyło 3,3 mln pasażerów

Port Lotniczy we Wrocławiu planuje rozbudowę terminala. W rekordowym roku lotnisko obsłużyło 3,3 mln pasażerów 6

Polacy coraz więcej latają, zatem rozbudowa lotnisk staje się koniecznością. Taką inwestycje planuje także zarząd Portu Lotniczego we Wrocławiu. Inwestycja będzie podzielona na dwa etapy – najpierw przebudowa, a po kilku latach rozbudowa lotniska. To, że rozbudowa jest konieczna, potwierdzają statystyki ruchu lotniczego. W rekordowym 2018 roku lotnisko obsłużyło ponad 3,3 mln pasażerów, a pierwsze półrocze tego roku to kolejny rekord sięgający 1,6 mln osób. To o 10 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

– Powoli dochodzimy do wyliczonej teoretycznie granicy przepustowości wrocławskiego lotniska. Mamy na to przygotowaną koncepcję, co, w jakich etapach i kiedy powinniśmy zrobić, żeby pasażerowie nie zauważyli, że jest ich o milion więcej niż kiedyś. Czyli żeby infrastruktura na lotnisku była nadal dostępna, obsługa była na wysokim poziomie, żeby nie było kolejek. To jest praca, którą w tej chwili wykonujemy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Kuś, prezes Portu Lotniczego we Wrocławiu.

Zarząd planuje zwiększyć przepustowość lotniska. Jest już przygotowana koncepcja rozbudowy terminala wraz z powiększeniem jego kubatury. Inwestycja podzielona jest na dwa etapy. Pierwszy to przebudowa, która ma potrwać od roku do dwóch lat. Drugi to rozbudowa terminala, która może potrwać od 3 do 5 lat. Realizacja tego planu inwestycyjnego ma przygotować lotnisko na rokroczny wzrost liczby pasażerów.

 Po fali inwestycji, które przeprowadziliśmy w latach 2010–2013, powoli zaczynamy się ponownie stykać z problemami związanymi z przepustowością. Stąd wiele lotnisk planuje kolejne etapy rozbudowy i dobudowy infrastruktury, która pomoże obsłużyć ruch za 5, 10 czy 15 lat – mówi Dariusz Kuś.

Lotniczy boom zaczął się w latach 2005–2006, gdy na polski rynek weszli tani przewoźnicy z przystępnymi cenami biletów. Tendencja jest wzrostowa nie tylko we Wrocławiu, lecz w ogóle w całej Europie. Zdaniem prezesa wrocławskiego Portu Lotniczego dynamika rozwoju polskiego rynku lotniczego przewyższa średnią europejską, ale nadal jest przestrzeń do kolejnych wzrostów.

 Te wzrosty są średnio dwukrotnie wyższe niż średnia europejska. Niemniej jest to cały czas etap, w którym nadrabiamy pewne zaległości. Dzisiaj przeciętny Europejczyk lata samolotem 2–2,5 razy w ciągu roku, podczas gdy polski obywatel robi to przeciętnie raz w roku. Zatem ten dystans jest jeszcze do nadrobienia. Natomiast dynamika wskazuje, że uda się dorównać do tych średnich europejskich w ciągu kilku lat, poniżej 10 – mówi prezes Portu Lotniczego we Wrocławiu.

Zarząd wrocławskiego lotniska podkreśla, że dobre wyniki to efekt kilku czynników: obecności w ostatnich latach przewoźników sieciowych, nowych połączeń do europejskich hubów przesiadkowych oraz dużej popularności lotów czarterowych, które przekładają się na kilkudziesięcioprocentowe wzrosty.

 Bardzo często Polacy raz w roku lecą lotem czarterowym na wakacje, nie korzystając z innych połączeń w ciągu roku, bo nie mają takich potrzeb. Patrząc po rozwoju tego segmentu widać, że odsetek Polaków, którzy po raz pierwszy korzystają z połączenia lotniczego w drodze na wakacje, bardzo wyraźnie się powiększa. Ci, którzy oswojeni są z lataniem, latają kilka razy w roku na city breaki, krótkie wakacje – mówi Dariusz Kuś.

Z analizy wrocławskiego lotniska wynika, że w sezonie wakacyjnym, ale nie tylko, najchętniej latamy na południe kontynentu europejskiego. Coraz częściej decydujemy się też na kilkudniowe pobyty w europejskich miastach tzw. city breaki. Prezes Portu Lotniczego we Wrocławiu zapowiada, że będzie rozwijał siatkę połączeń. Trwają rozmowy z przewoźnikami

Ciekawą nowością od sezonu jesienno-zimowego, czyli przełomu października i listopada, są loty do Odessy dwa razy w tygodniu. Myślę, że będzie to połączenie, które będą lubili Ukraińcy, którzy wykorzystają je w swoich przylotach do Polski, ale będzie to też kierunek turystyczny dla nas, w wypadach nad Morze Czarne – podkreśla prezes lotniska.

Wrocław i region dolnośląski zyskują inwestycyjnie (ostatnia inwestycja Daimlera pod Jaworem) i turystycznie (wzrost liczby pasażerów z Francji, Izraela czy Włoch).

– To wszystko stanowi paliwo dla linii lotniczych właśnie do uruchamiania nowych połączeń, zwiększania liczby rotacji, czyli liczby połączeń w ciągu dnia do swoich głównych hubów przesiadkowych – mówi Dariusz Kuś.

W Polsce rolnictwo jest jednym z głównych emitentów gazów cieplarnianych. Europejska polityka rolna powinna promować ekologiczne uprawy

W Polsce rolnictwo jest jednym z głównych emitentów gazów cieplarnianych. Europejska polityka rolna powinna promować ekologiczne uprawy 7

Trzy czwarte unijnych dopłat trafia obecnie do 20 proc. najbardziej uprzemysłowionych gospodarstw. Ten sposób kształtowania Wspólnej Polityki Rolnej sprzyja koncentracji gospodarstw rolnych, co z kolei ma negatywny wpływ na środowisko i kondycję gleby. Szacuje się, że polskie rolnictwo odpowiada za około 10 proc. krajowej emisji gazów cieplarnianych. Dlatego eksperci uważają, że europejska polityka rolna wymaga reformy i ukierunkowania na wspieranie małych i średnich gospodarstw, produkcji zdrowej żywności i rolnictwa ekologicznego. 

Rolnictwo w Polsce w porównaniu z bardzo intensywnym rolnictwem zwłaszcza w zachodniej i północnej Europie nie wypada najgorzej, ale to wcale nie jest powód do tego, żebyśmy się cieszyli, bo i tak odpowiada za około 10 proc. emisji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Kassenberg, ekspert Instytutu na rzecz Ekorozwoju.

Jak wynika z Krajowego Raportu Inwentaryzacyjnego KOBiZE za 2018 rok, emisja gazów cieplarnianych utrzymuje się w Polsce na poziomie około 400 mln ton ekwiwalentów dwutlenku węgla rocznie i od około 7 lat ta wartość nie zmienia się znacząco. Rolnictwo jest jednym z głównych emitentów, obok przemysłu, sektora energetycznego czy odpadowego. W 2016 roku wytworzyło ponad 30 mln ton ekwiwalentu dwutlenku węgla, ale – co istotne – w porównaniu z 1988 rokiem emisja zmniejszyła się o ponad 37 proc. Nadal pozostaje jednak drugim największym emitentem metanu, z udziałem na poziomie 29,6 proc.

Gospodarstw rolnych ubywa, następuje znacząca koncentracja ziemi. Ta koncentracja powoduje, że stosujemy bardzo intensywne metody, które wpływają negatywnie na środowisko, kondycję gleby i nie przyczyniają się do poprawy dobrostanu zwierząt – mówi Andrzej Kassenberg.

Opublikowany na początku czerwca przez Fundację im. Heinricha Bölla i Instytut na rzecz Ekorozwoju „Atlas rolny” pokazuje, że w Polsce beneficjentami 74 proc. unijnych dopłat bezpośrednich jest raptem 20 proc. największych gospodarstw w Polsce. Pozostałe 80 proc. rolników otrzymuje zaledwie 1/4 funduszy. To powoduje, że powiększają i rozwijają się tylko duże gospodarstwa, a obszary wiejskie powoli wymierają.

 Jeżeli utrzymamy tę tendencję, będziemy mieć coraz mniej gospodarstw, duża ich część znajdzie się na skraju egzystencji. Znacząca koncentracja spowoduje, że poza jakością środowiska i gleby również jakość żywności będzie gorsza, a rozwijające się całkiem dobrze rolnictwo ekologiczne będzie mieć trudności – mówi Andrzej Kassenberg.

Jak podkreśla, polska żywność cieszy się dobrą marką i jest ceniona na europejskim rynku. Dlatego Wspólna Polityka Rolna powinna być skonstruowana tak, żeby promować i wspierać małe i średnie gospodarstwa, które produkują zdrową żywność wysokiej jakości i przykładają wagę do kwestii ekologii.

Rolnictwo ekologiczne chroni środowisko, a wszyscy w UE chcą przecież żyć w czystym środowisku i mieć dostępną w marketach żywność wysokiej jakości – mówi Edyta Jaroszewska-Nowak, rolnik ze Stowarzyszenie Ekoland. – Odkąd weszliśmy do UE, mamy szczególne dopłaty do produkcji ekologicznej. One pobudzają rozwój tej produkcji, ale w niewystarczającym stopniu. Beneficjentami dopłat są przede wszystkim duże obszarowo gospodarstwa, więc najwyższa pora na zmianę.

Trzeba poprzez Wspólną Politykę Rolną wspierać tych rolników, którzy przyczyniają się do ograniczania emisji gazów cieplarnianych, m.in. poprzez właściwe gospodarowanie glebą, odpowiednią hodowlę czy wykorzystywanie energii ze źródeł odnawialnych. Rolnictwo jest taką wielką elektrownią, ale w rozproszeniu, bo zarówno energetyka słoneczna, wiatrowa, jak i wykorzystanie odpadów z rolnictwa do produkcji biogazu to jest ogromna szansa na włączenie się rolników w działania na rzecz ochrony klimatu – wyjaśnia Andrzej Kassenberg.

Potrzebę zmian dostrzegają sami rolnicy, bo większość z nich nie jest zadowolona z aktualnego kształtu WPR, co widać chociażby w trakcie pretekstów rolniczych, których powodem są zwykle przyczyny ekonomiczne i fakt, że rolnicy nie są w stanie wyżyć ze swojej produkcji.

– Część rolników twierdzi, że dopłaty spowodowały niekorzystne zjawiska w rolnictwie, że ziemia stała się towarem, a nie miejscem, gdzie produkuje się żywność. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że każdy kraj dopłaca do produkcji żywności, żeby ustabilizować dochody rolników i żeby żywność była w cenie dostępnej dla konsumenta. Jest oczywiście zagrożenie, że na nasz rynek trafi po niższych cenach żywność z innych krajów, gdzie standardy są niższe, ale po to właśnie są dopłaty i WPR, żeby te dochody rolnicze ustabilizować i żeby nie było drastycznych różnic – wyjaśnia Edyta Jaroszewska-Nowak.

Ważne, żeby dokonać zmiany Wspólnej Polityki Rolnej, tak aby na jej II filar, czyli zrównoważony rozwój rolnictwa, było znacznie więcej środków niż na I filar, związany z powierzchnią terenów rolnych. Obecnie z finansowego punktu widzenia opłaca się mieć coraz więcej hektarów, a rolnictwo wcale nie jest bardziej zrównoważone, lepsze dla środowiska, lokalnych społeczności i zdrowia konsumentów – podkreśla Andrzej Kassenberg.

Jak wynika z „Atlasu rolnego”, rozkład unijnych dopłat wygląda podobnie w całej Unii Europejskiej, gdzie 82 proc. dopłat trafia do jedynie 20 proc. największych i najbardziej uprzemysłowionych rolników. W Polsce, od momentu wstąpienia do Unii, wartość środków kierowanych do obszarów wiejskich wzrosła 15-krotnie. Polskie rolnictwo wciąż odgrywa znaczącą rolę w polskiej gospodarce – wytwarza około 2,4 proc. PKB, podczas gdy średnia w UE to niecałe 1,5 proc.

Dieta i ćwiczenia nie zawsze wystarczają w walce z otyłością. Często jedyną szansą są zabiegi chirurgiczne

Otyłość dotyczy prawie 1/4 populacji Polski. Ryzyko, jakie ze sobą niesie, powoduje, że coraz więcej osób chce ją leczyć. Osoby z otyłością I i II stopnia mogą się ograniczyć do leczenia zachowawczego, obejmującego zmianę diety, aktywność fizyczną i terapię farmakologiczną. Pozostałym pacjentom zaleca się mniej lub bardziej inwazyjne zabiegi chirurgiczne, np. założenie balona żołądkowego. W każdym przypadku podstawą jest diagnostyka obejmująca prześwietlenie całego ciała, czyli tzw. screening – pozwala to ustalić ilość tkanki tłuszczowej i jej rozmieszczenie w organizmie, a tym samym dobranie odpowiedniej metody terapeutycznej.

Otyłość uważana jest za epidemię XXI wieku. W ciągu ostatniego półwiecza liczba osób cierpiących z tego powodu na całym świecie powiększyła się blisko dziesięciokrotnie – obecnie wynosi ona ponad 1 mld. Z danych Światowego Indeksu Bezpieczeństwa Żywnościowego wynika, że w Polsce otyłość dotyka ponad 23 proc. populacji. Światowa Organizacja Zdrowia uznała otyłość za najgroźniejszą obecnie chorobę przewlekłą, nieleczona prowadzi bowiem do rozwoju wielu groźnych chorób, m.in. cukrzycy typu 2, zespołu metabolicznego, schorzeń sercowo-naczyniowych. Zwiększa także ryzyko wystąpienia niektórych nowotworów. Przyczyną otyłości jest przede wszystkim niezdrowy tryb życia – nadmierna konsumpcja słonych, słodkich i wysoko przetworzonych produktów oraz brak aktywności fizycznej.

– Stres i elementy z nim związane, czyli nadmierne popędy, chęć podjadania produktów, które są łatwo dostępne, nie pomagają nam w codziennym, ciężkim, zabieganym życiu. One są głównym czynnikiem, z powodu którego nabieramy kilogramów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr n. med. Patrycja Wachowska-Kelly, lekarz specjalista chorób wewnętrznych i leczenia otyłości.

Otyłości można przeciwdziałać, a współczesna medycyna oferuje kilka możliwości leczenia. Podstawą jest odpowiednia diagnostyka, obejmująca nie tylko ustalenie BMI pacjenta, lecz przede wszystkim obliczenie wartości procentowej tkanki tłuszczowej w organizmie. Screening ciała umożliwia zdiagnozowanie chorób będących przyczyną nadwagi (np. niedoczynność tarczycy lub niedobór testosteronu) oraz schorzeń stanowiących konsekwencję nadmiaru kilogramów. Tę metodę diagnostyki można poszerzyć o nowoczesne badanie wykorzystujące rezonans magnetyczny i umożliwiające ocenę składu całego ciała człowieka.

– Mówi nam ono o rozłożeniu tkanki tłuszczowej, mięśniowej i kostnej w całym organizmie. Jest to główny czynnik chorób współistniejących z nadwagą bądź otyłością, bo jeżeli tkanki tłuszczowej jest za dużo w talii, to z takimi zmianami mogą współistnieć nadciśnienie, zawał serca czy cukrzyca. Badanie AMRA umożliwi nam ocenę składu i wyglądu ciała pacjenta – mówi dr Patrycja Wachowska-Kelly.

Na podstawie wyników badań diagnostycznych lekarze podejmują decyzję o wyborze odpowiedniej metody leczenia. W zależności od stopnia otyłości możliwe jest leczenie zachowawcze lub operacyjne, przy czym pierwszy z tych rodzajów terapii stosowany jest u pacjentów z mniejszą liczbą kilogramów, dla których otyłość nie stanowi poważnego zagrożenia dla zdrowia organizmu. Lekarz ustala program leczenia oparty na zmianie stylu życia – podstawą jest dieta opracowana przez dietetyka oraz aktywność fizyczna, w razie potrzeby uzupełniane przez leczenie farmakologiczne.

– Mamy dostępnych kilka preparatów, wszystko jest dobierane indywidualnie, pod kontrolą lekarską. Mamy możliwość dobrania odpowiedniej diety. Dopiero cały komplet, czyli aktywność, żywienie i leczenie farmakologiczne, da nam wymierne efekty – mówi dr Patrycja Wachowska-Kelly.

Pacjentom, których BMI wynosi 28, ale nie przekracza 35, zaleca się założenie balona dożołądkowego. Jest to metoda stosunkowo mało inwazyjna, polegająca na założeniu w żołądku chorego niewielkiego balona wypełnionego solą fizjologiczną. Zmniejsza on pojemność żołądka, dzięki czemu organizm szybciej osiąga uczucie sytości. Pacjenci tracą ok. 15–20 kg w ciągu 6 miesięcy.

Dla pacjentów z większą otyłością przeznaczone są zabiegi chirurgiczne z zakresu bariatrii, m.in. rękawowa resekcja żołądka (sleeve gastrektomia) czy ominięcie żołądkowe (gastric by-pass). Sleeve jest jedną z najskuteczniejszych metod chudnięcia – większości pacjentów w ciągu pół roku udaje się zrzucić 20–30 kg. Zabieg ten polega na zmniejszeniu żołądka poprzez jego resekcję nawet o ¾. Z kolei ominięcie żołądkowe polega na wydzieleniu z żołądka fragmentu, który zostaje wyłączony z użycia, dzięki czemu zmniejsza się powierzchnia wchłaniania. Jest to zabieg polecany pacjentom z cukrzycą typu 2.

Do każdej z tych operacji pacjent musi być odpowiednio przygotowany leczeniem zachowawczym, tzn. musi się odżywiać regularnie porcjami o małych objętościach oraz być aktywny fizycznie.

– Jeżeli jest to otyłość skrajna, która kwalifikuje się bezpośrednio do zabiegów operacyjnych, a pacjent waży 160 czy powyżej 200 kg, wówczas ta aktywność fizyczna może być możliwa dopiero po redukcji masy ciała, tak żeby nie przeciążać stawów – mówi dr Patrycja Wachowska-Kelly.

Najważniejsze kryteria, którymi powinien się kierować pacjent przy wyborze placówki leczenia otyłości, to dobry kontakt z lekarzem prowadzącym oraz kompleksowa opieka medyczna. Dobre kliniki oferują opiekę całego zespołu ekspertów złożonego z lekarza prowadzącego, dietetyka, psychologa i fizjoterapeuty. Ich zadaniem jest udzielenie pacjentowi rzetelnej informacji odnośnie leczenia, ułożenie planu terapii uwzględniającego indywidualne potrzeby i preferencje pacjenta oraz zmotywowanie go do wytrwania w zmianach i ustabilizowanie sfery emocjonalnej.

– My mamy wszystko w jednym miejscu: dietetyka, motywatora sportowego, psychologa, chirurga bariatrę, lekarza prowadzącego, czyli pomagającego pacjentowi na każdym etapie życia. To jest kompleksowa opieka w jednym miejscu, jak również możliwość diagnostyki – mówi dr Patrycja Wachowska-Kelly.

Rekordowe wyniki popularnej produkcji Netfliksa. Ze „Stranger Things” zetknął się co szósty internauta

0

Rekordowe wyniki popularnej produkcji Netfliksa. Ze „Stranger Things” zetknął się co szósty internauta 8

Zasięg serialu „Stranger Things” przekroczył 208 mln, co oznacza, że statystyczny internauta mógł się zetknąć z tematem sześć razy – wynika z analizy Instytutu Monitorowania Mediów. Tylko w dniu premiery 3. sezonu w social mediach pojawiło się na jego temat ponad 2 tys. wpisów. Ekwiwalent reklamowy wszystkich publikacji sięgnął blisko 25 mln zł i równie burzliwej dyskusji można się spodziewać w przypadku kolejnego sezonu jednej z najpopularniejszych produkcji Netfliksa.

– Serial „Stranger Things” bez wątpienia można już określić mianem kultowego. Wpływ ma na to szereg czynników, przede wszystkim fabuła z pogranicza horroru i science fiction. Dla tych, którzy nigdy nie oglądali: serial opowiada historię bohaterów małego amerykańskiego miasteczka, którzy zmagają się z nadnaturalnymi siłami. Oczywiście nie zabrakło wątków miłosnych i motywu dojrzewania głównych bohaterów, więc widzowie czują się z nimi zżyci i to bez wątpienia też ma ogromny wpływ na popularność tego serialu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Górska, młodszy specjalista ds. kontent marketingu w Instytucie Monitorowania Mediów.

„Stranger Things” to jedna z najpopularniejszych i najlepiej ocenianych produkcji Netfliksa. IMM sprawdził, jak prezentowała się internetowa dyskusja dotycząca tego serialu – od 23 czerwca do 23 lipca br. w monitoringu internetu i mediów społecznościowych pojawiło się o nim łącznie ponad 21 tys. wzmianek.

– Ekwiwalent reklamowy wszystkich publikacji – czyli koszt netto, który trzeba by ponieść w przypadku, gdyby były one płatne – wyniósł prawie 25 mln zł, a dotarcie było tak ogromne, że z tym tematem każdy internauta mógł się spotkać aż sześć razy – mówi Joanna Górska.

Łączny ekwiwalent reklamowy wygenerowany przez wszystkie wpisy i artykuły dotyczące serialu „Stranger Things” wyniósł dokładnie 24,7 mln zł. Z kolei zasięg – jak podkreśla IMM – być zawrotny i dotarcie wyniosło aż 208,8 mln.

– Najwięcej publikacji pojawiło się 4 lipca, w dniu premiery. Internauci zamieścili wtedy w social mediach ponad 2 tys. wpisów. Były to głównie informacje, że serial już pojawił się na platformie Netflix i można już go obejrzeć, pojawiały się także adnotacje dotyczące stylistyki serialu, która nawiązywała do lat 80. Nie zabrakło także wywiadów z głównymi bohaterami i informacji na temat tego, że w serialu pojawiła się córka Umy Thurman, Maya Hawke, która zagrała rezolutną i odważną Robin – mówi Joanna Górska.

Premiera 3. sezonu „Stranger Things” była tak istotnym wydarzeniem, że informacje na ten temat pojawiały się na nawet na twitterowych kontach dużych mediów takich jak Newsweek Polska, Wprost czy TOK FM. Na media społecznościowe przypadła zdecydowanie największa część, bo aż 90 proc. wszystkich publikacji. Najbardziej aktywni byli użytkownicy Twittera – ponad 14,3 tys. postów pochodzi właśnie z tego portalu.

– Użytkownicy Twittera komentowali fabułę i wygląd ulubionych bohaterów, pojawiły się także wzmianki dotyczące rozczarowania zakończeniem trzeciego sezonu. Zapowiedziany został już także sezon czwarty i możemy się domyślać, że dyskusja na jego temat będzie tak samo burzliwa, jak w przypadku poprzedniego – mówi Joanna Górska, młodszy specjalista ds. kontent marketingu w Instytucie Monitorowania Mediów.

Otwarte dane przyspieszą rozwój technologiczny polskich miast. Ministerstwo Cyfryzacji pracuje nad wdrożeniem dyrektywy związanej z wykorzystaniem potencjału big data

Otwarte dane przyspieszą rozwój technologiczny polskich miast. Ministerstwo Cyfryzacji pracuje nad wdrożeniem dyrektywy związanej z wykorzystaniem potencjału big data 9

Administracja publiczna gromadzi mnóstwo danych, które nie są w pełni wykorzystywane przez społeczeństwo. Udostępnienie informacji urzędowych podmiotom prywatnym pozwoli stworzyć nowe, innowacyjne aplikacje. Polska zaczyna wdrażać postanowienia dyrektywy o otwartych danych i ponownym wykorzystywaniu informacji sektora publicznego przyjętą w kwietniu przez Parlament Europejski. Nowe regulacje mają umożliwić wykorzystanie publicznych zasobów big data do unowocześnienia gospodarek państw członkowskich.

– Polacy korzystają z otwartych danych, ale to korzystanie ma dwa wymiary. Po pierwsze, żeby zapoznać się z informacjami, które produkują miasta, np. związane z edukacją, ze zdrowiem czy z transportem. Drugim elementem wykorzystywania danych jest tworzenie serwisów przez organizacje pozarządowe czy przez biznes. I tu mamy ogromny problem, ponieważ są to zadania trudne, kosztowne i aktualizacja tych danych ze strony miast też pozostawia wiele do życzenia. Jesteśmy w Polsce na półmetku tego procesu, zaczynamy rozumieć, jak otwierać dane, zaczynamy myśleć o tym, co by ten proces wsparło – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Krzysztof Izdebski, dyrektor programowy Fundacji ePaństwo.

Przyjęcie przez Parlament Europejski dyrektywy o otwartych danych ma ukierunkować państwa członkowskie na właściwe wykorzystanie potencjału big data. Jest to odpowiedź na rosnące zainteresowanie technologią sztucznej inteligencji, którą coraz częściej wdraża się do rozwiązań z zakresu smart city. Dyrektywa wprowadza do prawodawstwa m.in. nową kategorię informacji, tzw. dane dynamiczne modyfikowane w czasie rzeczywistym (np. informacje pogodowe czy transportowe), które mogą być przekazywane do sektora prywatnego.

Ministerstwo Cyfryzacji pracuje obecnie nad dokumentem, który przyspieszy wdrożenie założeń nowej dyrektywy. Urzędnicy mają m.in. wyznaczyć dane o wysokiej wartości, które mają największe szansę na wykorzystanie przez firmy oraz start-upy. Powstanie także urzędowe API, które pozwoli bezpłatnie udostępniać wspomniane informacje zewnętrznym deweloperom.

– Niektóre kraje, które wydawałyby się, że pozostają w tyle rozwoju technologicznego, są dużo bardziej do przodu w zakresie otwierania danych i ich wykorzystywania. Ukraina zbudowała cały system procesu zamówień publicznych w oparciu o otwarte dane, które umożliwiają analitykę biznesową, złapanie różnych ryzyk korupcji na tych mechanizmach używających big data. W Polsce nie udało nam się w zasadzie do tej pory zbudować porządnej platformy zamówień publicznych – zauważa ekspert.

W celu popularyzacji rozwiązań wykorzystujących otwarte dane Fundacja ePaństwo powołała do życia portal MojePanstwo.pl. W ramach tej inicjatywy powstał szereg aplikacji webowych, które pozwalają kontrolować i wpływać na działanie aparatu państwowego. Na stronie można za darmo uzyskać dostęp do aktów prawnych, skontrolować finanse gmin, wydatki posłów czy aktywność przedstawicieli sektora publicznego.

Aby jednak upowszechnić aplikacje tego typu i zachęcić urzędy do dzielenia się danymi, Ministerstwo Cyfryzacji musi wypracować przepisy, które pozwolą wdrożyć w życie dyrektywę o otwartych danych i ponownym wykorzystywaniu informacji sektora publicznego. Państwa członkowskie mają czas na dostosowanie krajowego prawa do 17 lipca 2021 roku, aby z jednej strony pozwalało w pełni korzystać z zasobów informacji publicznych, z drugiej zaś było zgodne m.in. z unijnym rozporządzeniem RODO.

– Należy uporządkować regulacje prawne. W tej chwili mamy wiele ustaw, które regulują w nieco odmienny sposób dostęp do danych. Jest wiele przykładów takich inicjatyw, które musiały się zderzyć z brutalną rzeczywistością. Zbudowały serwis, po czym dane przestały do nich napływać, przestały być udostępniane, a bez nich tych serwisów niestety nie ma. Otwarte dane przydają się też w samym urzędzie, żeby analizować np. rejestr wydatków. Gdańsk to świetny przykład na otwarte dane, udostępnia rejestr wszystkich wydatków online. Tylko mam wrażenie, że za rzadko korzysta z tego do własnej analizy swoich wydatków – twierdzi Krzysztof Izdebski.

Mimo niedoskonałości prawnych w Polsce powstają już pierwsze aplikacje wykorzystujące otwarte dane. Dużym ułatwieniem w ich tworzeniu jest portal dane.gov.pl, który gromadzi bezpłatne informacje na temat funkcjonowania sektora publicznego. Obecnie serwis na bieżąco monitoruje i udostępnia za darmo dane z przeszło 100 krajowych instytucji. Ministerstwo powołało także pełnomocników ds. otwartości danych w ministerstwach, Kancelarii Prezesa Rady Ministrów oraz Głównym Urzędzie Statystycznym, których zadaniem będzie realizacja Programu otwierania danych publicznych przyjętego uchwałą Rady Ministrów.

Również na poziomie miast powstają pierwsze aplikacje wykorzystujące dane publiczne. Poznański Zarząd Transportu Miejskiego w ramach realizacji idei smart city udostępnił już rozkłady jazdy oraz informacje dotyczące wolnych miejsc parkingowych w systemie P+R, aby upłynnić korzystanie z systemu komunikacji. Aplikacja Zdążuś z kolei wykorzystuje dane o rzeczywistym czasie odjazdów trójmiejskich autobusów, tramwajów, trolejbusów oraz pociągów SKM. Pozwoli więc zaplanować podróż, poinformuje także o planowanych remontach, zmianach tras czy tymczasowych objazdach. Proces otwierania danych rozpoczął się nie tylko w dużych ośrodkach miejskich. Jaworzno udostępnia dane statystyczne, wzory dokumentów, listy placówek publicznych czy dokumenty opisujące strategię rozwoju miasta. Upublicznienie tych danych pozwoli w sposób bardziej przejrzysty i wiarygodny komunikować się z mieszkańcami.

– Poczucie zagrożenia mogą powodować te dane, które zawierają dane osobowe. To jest rzeczywiście bariera, która powstrzymuje wiele urzędów. Mamy kilka pozytywnych decyzji Urzędu Ochrony Danych Osobowych, kilka pozytywnych wyroków sądów administracyjnych odnoszących się do tego, że bardzo duża część danych, np. te z Krajowego Rejestru Sądowego, może być przetwarzana przez inne podmioty, ponieważ dotyczy działań o publicznym zasięgu, a nie danych bardzo wrażliwych. Ale na pewno to jest jedna z takich barier, która jest na nowo dyskutowana w kontekście RODO – stwierdza ekspert.

Według analityków z firmy International Data Corporation wartość globalnego rynku big data w 2018 roku przekroczyła 189 mld dol. Przewiduje się, że do 2022 roku wzrośnie do przeszło 274 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie powyżej 13 proc.

Branżę e-sportu czeka rewolucja. Sieć nowej generacji przyspieszy wprowadzanie rozszerzonej i wirtualnej rzeczywistości do rozgrywek

Branżę e-sportu czeka rewolucja. Sieć nowej generacji przyspieszy wprowadzanie rozszerzonej i wirtualnej rzeczywistości do rozgrywek 10

Opóźnienie i szybkość to największe problemy w branży gier online i e-sportu. Technologia sieci piątej generacji może pomóc rozwiązać te problemy. Zapewni ultraszybkie połączenia internetowe o bardzo niskim opóźnieniu – mniejszym niż jedna milisekunda. Nowa technologia doprowadzi też do rozwoju gier z rozszerzoną i wirtualną rzeczywistością. Ponieważ sieci 5G nie będą wymagać przewodów, możliwe będzie uczestnictwo w dowolnym turnieju z dowolnego miejsca na Ziemi za pomocą urządzenia VR.

 Czekamy na wprowadzenie technologii 5G, która w naszej ocenie zrewolucjonizuje rozgrywki e-sportowe, zwiększy ich dostępność. Obecnie wielu polskich zawodników zmaga się jeszcze z problemami natury technologicznej, takimi jak słabej jakości łącze internetowe, przez co nie mogą rywalizować na równi z zawodnikami z całego świata. Widać olbrzymią dysproporcję między zawodnikami polskimi a na przykład szwedzkimi czy niemieckimi – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Adrian Kostrzębski, dyrektor ds. rozwoju regionalnego w ESL Polska.

O tym, że szybkie łącze ma dla rozwoju e-sportu kluczowe znaczenie, nie trzeba nikogo przekonywać. W grze Dota 2 jedna dziesiąta sekundy opóźnienia może spowodować przerwanie gry. Z tego powodu dwa południowokoreańskie zespoły (MVP.Hot6ix i MVP.Phoenix), które chciały wziąć udział w eliminacjach do The International, jednej z największych imprezy dla graczy Dota 2, poleciały do Singapuru, by móc skorzystać z szybszego internetu. W Korei Południowej czas oczekiwania wynosił 0,16 sekundy, podczas gdy w Singapurze 0,06 sekundy.

– W przyszłości przede wszystkim czeka nas wzrost zainteresowania rozgrywkami mobilnymi, właśnie ze względu na technologię 5G. Czeka nas także bardzo mocny rozwój rozgrywek na szczeblu lokalnym. Bardzo mocno do tej pory rozwijane były szczeble międzynarodowe dla profesjonalnych zawodników. Teraz rozwój rozgrywek lokalnych będzie tym trendem, który będzie postępował przez najbliższe 2–3 lata – ocenia Adrian Kostrzębski.

Technologia 5G została już przetestowana w mobilnym e-sporcie. W 2018 roku fiński zawodnik Joona Leppänen stał się pierwszym e-sportowym zawodowcem, który opanował rozgrywkę za pośrednictwem połączenia 5G na żywo. Gra została przeprowadzona przez Telię i Nokię w testowej sieci 5G w laboratorium Nokia Campus 5G Innovation w Finlandii. Nokia była pierwszą firmą, która wykorzystała 5G w e-sporcie.

Szybszy internet umożliwi też rozwój technologii wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości w e-sporcie. Takie technologie znacznie uatrakcyjniają zawody e-sportowe, gdzie kibice dzięki goglom VR mogą dokładnie obserwować poczynania zawodników. Oprócz statystyk mogą być podawane informacje dotyczące np. liczby spalonych kalorii podczas gry.

– Coraz większe są turnieje e-sportowe z wykorzystaniem technologii VR, gdzie bezpośrednio widzimy wysiłek fizyczny i rywalizację tę bardziej cyfrową. Przed nami przede wszystkim rozwój technologii VR-owej, gdyż to jest bezpośrednie połączenie e-sportu ze sportem – mówi Adrian Kostrzębski.

Urządzenia do VR pozwalają dokładnie odwzorować ruchy zawodnika w wirtualnym świecie. Jest to możliwe dzięki np. specjalnym bieżniom, nagolennikom, czy butom. Raport Intela i Ovium („5G Economics of Entertainment Report”) wskazuje, że szybkość 5G umożliwi rozwój takich usług, jak rzeczywistość wirtualna (VR) i rzeczywistość rozszerzona (AR), które wygenerują ponad 140 mld dolarów przychodów w latach 2021–2028.

– Rozszerzoną rzeczywistość bardzo często wykorzystujemy podczas transmisji z naszych rozgrywek, dzięki czemu możemy zwiększyć liczbę informacji, którą ukazujemy naszym widzom – tłumaczy przedstawiciel ESL Polska.

Gry mają się znaleźć na czele innowacji 5G, gdzie gry AR wygenerują roczne przychody w wysokości prawie 36 mld dol. na całym świecie.

Jastrzębia Rezerwa Federalna wzmacnia dolara

Miniony tydzień przyniósł osłabienie polskiego złotego i umocnienie amerykańskiej waluty. Co stało za tymi ruchami?

„Jastrzębie cięcie” stóp procentowych ze strony Fedu, do którego doszło w środę rozbudziło rynki finansowe. Eskalacja konfliktu handlowego na linii USA-Chiny, do której doszło po informacji o tym, że USA planują nałożyć na Chiny kolejne 10-procentowe cła też nie uspokoiła nastrojów. USD umocnił się w relacji do większości głównych walut. Niemniej, najlepiej radzącą sobie walutą G10 był jen japoński, który umocnił się w związku z odwrotem od ryzyka, który zaowocował też ostrymi spadkami globalnych indeksów akcji. Miniony tydzień był wyjątkowo trudny dla walut rynków wschodzących. Nie sprzyjała im ani retoryka Fedu, ani wzrost ryzyka na rynku po informacji o nowych amerykańskich cłach i związany z tym spadek cen surowców.

Bieżący tydzień nie przyniesie żadnych istotnych informacji z zakresu polityki monetarnej, nie poznamy również zbyt wielu istotnych danych makroekonomicznych, na które mógłby reagować rynek. W kontekście minionego tygodnia warto wspomnieć o odbiciu euro w drugiej części tygodnia. W konsekwencji czego wspólna waluta zakończyła tydzień jedynie na lekkim minusie w parze z dolarem amerykańskim, pomimo jastrzębiej retoryki FOMC, dobrych danych z amerykańskiego rynku pracy i słabych danych o inflacji bazowej w strefie euro. Będziemy obserwować, czy równie wysoką odpornością wspólna europejska waluta wykaże się w tym tygodniu.

PLN

W minionym tygodniu polskiemu złotemu nie sprzyjał szczególnie mniej „gołębi” ton FOMC po obniżce stóp procentowych oraz wzrost ryzyka w związku z eskalacją konfliktu handlowego na linii USA-Chiny.

Ostatnie kilka dni przyniosło jednak stosunkowo dużo informacji z Polski. Po pierwsze, zgodnie ze wstępnym odczytem, inflacja CPI w Polsce w lipcu niespodziewanie dobiła do poziomu 2,9%, przyspieszając w związku z silnym wzrostem cen żywności i podbiciem inflacji bazowej. Wyższa inflacja wspiera nasze oczekiwania względem podwyżek stóp procentowych ze strony RPP w 2020 roku. Rynek nadal jednak nie jest przekonany do takiego scenariusza. Miniony tydzień przyniósł również negatywną wiadomość w postaci słabego odczytu PMI dla przemysłu Polski. Indeks wskazuje na utrzymujące się pogorszenie sytuacji w sektorze.

GBP

Sierpniowe spotkanie Banku Anglii nie wpłynęło istotnie na zachowanie brytyjskiej waluty. Stopy procentowe banku centralnego pozostały bowiem niezmienione, rynki zresztą skupiają się praktycznie wyłącznie na informacjach związanych z Brexitem. Nasza opinia, zgodnie z którą rozwiązanie brexitowego impasu nie będzie możliwe bez przeprowadzenia wyborów powszechnych, w minionym tygodnia została wzmocniona po tym, jak brytyjscy Liberalni Demokraci wygrali wybory uzupełniające do Izby Gmin, odbierając Konserwatystom część miejsc. W konsekwencji powyższego, przewaga obecnej koalicji Konserwatystów i partii DUP w brytyjskim parlamencie zwęziła się do zaledwie jednego miejsca.

EUR

Europejski Bank Centralny na pewno rozczarował lipcowy raport o inflacji w strefie euro. Bazowa dynamika cen we wspólnym bloku walutowym spadła z poziomu 1,1% w czerwcu do 0,9% w lipcu, pokazując brak jakichkolwiek oznak sugerujących trwały wzrost indeksu, niezbędny do osiągnięcia celu EBC. Po rozczarowujących danych PMI i informacjach o inflacji, EBC podczas spotkania we wrześniu niemal na pewno zdecyduje się na dodatkową stymulację gospodarek strefy euro podczas spotkania we wrześniu.

USD

Jest dość zaskakującym, że dolar amerykański nie radził sobie lepiej w relacji do pozostałych walut G10 niż miało to miejsce w zeszłym tygodniu. Oprócz Rezerwy Federalnej, która zaskoczyła rynki bardziej ostrożną niż oczekiwano retoryką w kontekście przyszłych cięć stóp, raport z amerykańskiego rynku pracy za ostatni miesiąc był dość dobry – wyższe od oczekiwanego tempo wzrostu płac zaskoczyło konsensus. Umocnieniu amerykańskiej waluty najpewniej nie sprzyjała jednak eskalacja konfliktu na linii USA-Chiny. Biorąc pod uwagę, że ten tydzień nie przyniesie zbyt wielu informacji makroekonomicznych, dolar amerykański powinien reagować przede wszystkim na informacje o odpowiedzi Chin na nowe amerykańskie cła.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Co dalej z niepubliczną spółką akcyjną? Nadchodzą ważne zmiany w kodeksie spółek handlowych

19 lipca 2019 r. Sejm uchwalił ważną nowelizację kodeksu spółek handlowych, która czeka teraz na podpis Prezydenta RP. Duże zmiany czekają spółki akcyjne, w szczególności te niepubliczne, które do tej pory działały jako spółki z niewielką liczbą akcjonariuszy (tzw. spółki „zamknięte”).

Zgodnie z założeniami do projektu nowelizacji nowe regulacje podyktowane są tym, że jak czytamy w uzasadnieniu: „obecnie nie jest możliwe zagwarantowanie wymiany informacji podatkowych o posiadaczach akcji na okaziciela ze względu na brak możliwości ich identyfikacji.”

Zmiany będą jednak na tyle duże, że pod znakiem zapytania pozostać może dalsze prowadzenie działalności w formie zamkniętej spółki akcyjnej, jeśli akcjonariusze nie planują wejścia tej spółki na giełdę, tworzenia programów motywacyjnych opartych na akcjach, czy też rozpoczęcia tych nielicznych form aktywności, gdzie forma spółki akcyjnej jest wymagana. – Agata Jost, Radca prawny, Managing Associate, Deloitte Legal.

Do tej pory niepubliczne spółki akcyjne funkcjonowały często z uwagi na określone zaszłości historyczne (w tym np. delisting), bądź też możliwość anonimizacji struktury akcjonariatu. W przypadku akcji imiennych jedynie zarząd (o ile w ogóle prowadził księgę akcyjną) znał akcjonariuszy spółki, a w przypadku akcji na okaziciela w ogóle nie było instrumentu pozwalającego na ustalenie kręgu akcjonariuszy. W praktyce spółki niepubliczne działały często w ogóle bez wydawania dokumentów akcji i de facto nie różniły się wiele od spółek z ograniczoną odpowiedzialnością.

Uchwalona obecnie nowelizacja kodeksu spółek handlowych będzie stanowiła dla niepublicznych spółek akcyjnych spore wyzwanie i ostatecznie znacznie odróżni je od spółek z ograniczoną odpowiedzialnością. Przede wszystkich wszystkie akcje zostaną obligatoryjnie zdematerializowane, tzn. zarejestrowane w rejestrze akcjonariuszy prowadzonym przez np. dom maklerski. Dotyczy to zarówno akcji imiennych, jak i akcji na okaziciela. Cały obrót akcjami, ich sprzedaż, czy zastawienie będzie również realizowane obligatoryjnie za pośrednictwem domu maklerskiego. Również dywidenda będzie, co do zasady, wypłacana za pośrednictwem domu maklerskiego. Dematerializacja będzie oznaczała zatem większą pewność obrotu, ale również z pewnością większe koszty. Obrót akcjami będzie odbywał się niejako poza samą spółką, co może rodzić również problemy praktyczne. W szczególności, jeśli w rejestrze akcjonariuszy prowadzonym przez dom maklerski znajdzie się wpis osoby, która w rzeczywistości nie jest akcjonariuszem to nabycie akcji od takiego nieuprawnionego będzie mogło być skuteczne, jeśli nabywca działał w dobrej wierze (art. 169 kodeksu cywilnego). W tym kontekście nowego znaczenia nabiera ustanowienie w statucie spółki dobrych ograniczeń w obrocie akcjami (np. wymóg zgody spółki).

Dostęp do rejestru akcjonariuszy, a zatem do wszystkich danych o każdym akcjonariuszu, będzie miała nie tylko spółka i akcjonariusze, ale również, zgodnie z uzasadnieniem projektu nowelizacji, organy państwa na takich samych zasadach, jak do tajemnicy bankowej, czy maklerskiej.

Ważną zmianą jest również zobowiązanie spółki akcyjnej i komandytowo-akcyjnej do prowadzenia strony internetowej, wydzielenia na niej miejsca przeznaczonego do komunikacji z akcjonariuszami oraz zamieszczanie tam wszystkich ogłoszeń wymaganych prawem. Oznacza to, że ogłoszenia, które do tej pory były publikowane tylko w Monitorze Sądowym i Gospodarczym, będą dodatkowo obligatoryjne publikowane na stronie internetowej. Może być to dodatkowe obciążenie dla spółki, o którym ta będzie musiała pamiętać po każdorazowej zmianie zarządu, czy statutu. Nie jest bowiem jasne jakie byłyby konsekwencje niedokonania ogłoszenia.

Jeśli chodzi o wejście w życie opisanych przepisów to uchwalona nowelizacja przewiduje, że zarząd spółki akcyjnej będzie musiał wezwać akcjonariuszy do złożenia dokumentów akcji aż pięciokrotnie, z tym że pierwsze wezwanie powinno nastąpić najpóźniej do 30 czerwca 2020 r. Brak wezwania jest zagrożony karą grzywny do 20.000 zł. Nie wiadomo, jak miałoby przebiegać wezwanie, jeśli spółka w ogóle nie wystawiła dokumentów akcji, co jest spotykaną w obrocie praktyką, szczególnie w przypadku akcji imiennych. Ostatecznie dokumenty akcji stracą moc obowiązującą od 1 stycznia 2021 r.

Powyższe nie wyczerpuje całego zakresu nowelizacji, ale pozwala na wniosek, że niepubliczna spółka akcyjna stanie się bardziej sformalizowana, wyłączona też zostanie anonimowość jej akcjonariuszy.

Wejście w życie nowych regulacji z całą pewnością będzie się wiązać z potrzebą podjęcia odpowiednich działań przygotowawczych, będzie też wymagało wprowadzenia zmian do statutów spółek akcyjnych. Można się również spodziewać, że przynajmniej część spółek akcyjnych podejmie decyzję o zmianie formy prawnej, i np. przekształceniu w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, której funkcjonowanie jest tańsze i mniej sformalizowane.- Edyta Garlicka, Radca prawny, Partner, Deloitte Legal.

Angielski 4.0. Jak będzie wyglądać nauka przyszłości?

Współczesna nauka języków obcych opiera się na wykorzystaniu uberyzacji, personalizacji oraz customizacji usług. Jednak przyszłość edukacji sięgnie jeszcze dalej. Już niedługo nauka angielskiego będzie odbywać się w wirtualnej rzeczywistości, nauczycielami zaś zostaną chatboty, a wszystko to bez książek. Czy to możliwe?

Nowoczesne technologie już w swojej obecnej formie znacząco ułatwiają proces uczenia się. Dzięki dostępowi do on-linowych platform, nauka języka angielskiego jest bardziej różnorodna. E-learning był jedną z pierwszych przełomowych zmian w edukacji. Obecnie, uczniowie mają możliwość uczestniczenia w lekcjach bez wychodzenia z domu, będąc w  pracy czy innym, dowolnym miejscu na świecie. Co ważne, przy on-linowych sesjach językowych nie trzeba umawiać się na zajęcia, a w razie nagłej zmiany planów – odwoływać ich.

Czy można uczyć się bez książek?

Obecnie coraz popularniejszy staje się model nauki, który bazuje na doświadczeniu, nie zaś na czerpaniu wiedzy z książek. Założenie jest takie, że to uczeń i jego potrzeby edukacyjne są w centrum zainteresowania wykładowcy. Dzięki temu, nauczyciel ma możliwość indywidualnego podejścia do ucznia, zamiast starać się realizować odgórnie narzucony program nauczania. Kurs opiera się w dużej mierze na rozmowie w języku obcym z wykładowcą, dlatego jest możliwość personalizacji i przygotowywania uszytych na miarę lekcji. W zależności od potrzeb, lekcja może dotyczyć więc przygotowania do rozmowy o pracę w języku angielskim, powtórzenia materiału przed egzaminem, bądź po prostu być formą podnoszenia własnych kompetencji językowych w oparciu o dowolny temat.

Trendy w edukacji

Futurolodzy z amerykańskiego Association of Professional Futurists trafnie przewidzieli, że e-learning odmieni system edukacji. Jakie kolejne trendy niesie przyszłość? Nad jednym z nich, rodem z filmów science fiction pracują założyciele polskiej platformy do nauki języka angielskiego, Tutlo. – W planach mamy przygotowanie symultanicznego translatora, który w czasie realnym będzie tłumaczył rozmowy między osobami mówiącymi w różnych językach – mówi Tomasz Jabłoński, współzałożyciel Tutlo. Z translatora będą mogły korzystać osoby, które dopiero zaczynają uczyć się języka angielskiego. Ponadto, firma zamierza rozwijać technologię VR (wirtualnej rzeczywistości) na swojej platformie e-learningowej. Zespół pracuje również nad przygotowaniem wirtualnego lektora, czyli chatbota, z którym będzie można rozmawiać jak z żywym człowiekiem. Dzięki wykorzystaniu nowych technologii nauka języka angielskiego ma szansę stać się jeszcze bardziej efektywna.

Przyszłość handlu sprzętem rolniczym

Rolnicy do tematu zakupów podchodzą obecnie bardzo ostrożnie – każdy zakup jest dokładnie przemyślany – podejmowanie decyzji trwa po prostu dłużej. Jak podaje Polska Izba Gospodarcza Maszyn i Urządzeń Rolniczych, tegoroczny czerwiec (podobnie jak w zeszłym roku) był najlepszym miesiącem pierwszego półrocza, jeżeli chodzi o ilość rejestracji nowych ciągników[1]. Zarejestrowano ich 845 szt. Jest to o 11 szt. więcej niż w czerwcu 2018. Pod względem importu i eksportu maszyn to także najlepszy miesiąc na przestrzeni ostatnich trzech lat.

Rynek maszyn rolniczych, w tym ciągników, traktorów, kombajnów, części wymiennych oraz narzędzi stosowanych w produkcji roślinno-zwierzęcej, jest jednym z ważniejszych elementów agrobiznesu. Tworzą go zarówno producenci, jak i handlowcy dystrybuujący sprzęt. Decydujący głos w tym, jaką maszynę sprzedać, a jaką kupić, należy do nabywcy, któremu jedno pytanie często spędza sen z powiek – wybrać ten nowy, czy używany?

Rolnicy coraz częściej decydują się na zakup maszyn z drugiej ręki. Obserwujemy jak z roku na rok sprzedaż nowych pojazdów rolniczych maleje na rzecz rynku wtórnego. Potwierdzają to także najnowsze wyniki sprzedaży. Według danych Polskiej Izby Gospodarczej Maszyn i Urządzeń Rolniczych, w pierwszym półroczu tego roku sprzedano 9067 używanych ciągników, podczas gdy zbyt nowych zamknął się z wynikiem 3943. Skąd ta różnica?

Przy kompletowaniu zestawu maszyn dla gospodarstwa rolnego, koszty zakupu i utrzymania nowego sprzętu, w wielu przypadkach przewyższają zyski jakie przynosi jego eksploatacja. Duża część rolników, która nie chce przepłacać za sprzęt dla gospodarstwa, decyduje się z tego powodu na zakup maszyn używanych. Tu jednak łatwo natknąć się na przeszkodę.

– Rynek wtórny urządzeń przeznaczonych dla gospodarstw rolnych jest dość trudny i pełen nieuczciwych sprzedawców. Sposobem, który pozwala za jednym razem ograniczyć koszty i zdobyć niezawodny sprzęt, jest współpraca z prawdziwym i rzetelnym sprzedawcą. Używanych maszyn warto szukać wyłącznie w sprawdzonych miejscach, gdzie nikt nas nie oszuka – mówi Marvin Van Haelen z firmy Tradus, właściciela innowacyjnej platformy kupna i sprzedaży sprzętu z ciężkiego i rolniczego.

Chciane, więc importowane

Import sprzętu rolniczego, ciężkiego i transportowego w Polsce od kilku lat stale wzrasta i utrzymuje się na wysokim poziom. Jak wynika z danych firmy Tradus, w zeszłym roku Polski rynek osiągnął pod tym względem wartość przekraczającą 625 milionów euro. Rok wcześniej granica ta wyniosła około 619 mln, a w 2016 roku 615mln. Widać zatem tendencję wzrostową. To samo tyczy się eksportu, choć jego wartość jest zdecydowanie niższa. W 2016 roku wyniosła około 147 mln euro, rok później 170 mln EUR, a w 2018 180 mln EUR.

– Polscy przedsiębiorcy i rolnicy korzystają przede wszystkim ze sprzętu wyprodukowanego za granicą. Warto przyjrzeć się temu, co zagraniczny rynek wtórny ma do zaoferowania, jednak dobrze zaczerpnąć wsparcia ze strony godnego zaufania partnera, który przekaże nam swoją rekomendację. W firmie Tradus skupiamy się na zapewnieniu polskim klientom łatwej współpracy ze sprzedawcami poza granicami kraju. Użytkownik, mając nasze wiarygodne referencje dotyczące sprzętu oraz osoby, od której ten pochodzi, może bez obaw zdecydować się na import sprzętu z zagranicy – dodaje Marvin.

Maszyny rolnicze są sprowadzane przede wszystkim z krajów UE, przy czym udział Niemiec jest nieprzerwanie zdecydowanie największy (około 1/6 całego importu). Kolejne miejsca zajmuje Francja oraz Wielkia Brytania. Chcąc modernizować swoje maszynowe parki, rolnicy uczą się współdziałania, organizują większe grupy, by wspólnie dokonywać transakcji międzynarodowych i tym samym budują swoją pozycję wobec dużych, prywatnych koncernów, które skupiają swoją uwagę na głównie na nowym sprzęcie. Pod tym kątem, Polska ma szansę wykazać się w ciągu następnych lat.

[1] https://www.pigmiur.pl/wp-content/uploads/2019/07/INFORMATOR-PIGMIUR-nr-3-2019.pdf

Skutki podatkowe odpłatnego zbycia nieruchomości po śmierci małżonka w świetle nowych przepisów

Sprzedaż nieruchomości przed upływem 5 lat od jej nabycia jest zasadniczo obarczona obowiązkiem zapłaty 19% podatku od osiągniętego z tej sprzedaży dochodu. Od 1 stycznia 2019 r. obowiązują jednak przepisy znowelizowanej ustawy o PIT zezwalające na korzystniejszy dla podatników sposób liczenia tego terminu w przypadku sprzedaży nieruchomości nabytych przez małżonków do majątku wspólnego.

Art. 10 ust. 1 pkt 8 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (Dz.U. 1991 nr 80, poz. 350, ze zm.) za podlegające opodatkowaniu PIT źródło przychodu uznaje zbycie nieruchomości przed upływem 5 lat od jej nabycia, liczonych od końca roku kalendarzowego, w którym nastąpiło nabycie lub wybudowanie.

Z dniem 1 stycznia 2019 r. weszły jednak w życie, dodane Ustawą z dnia 23 października 2018 r. o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych oraz niektórych innych ustaw, przepisy art. 10 ust. 5 i 6 ustawy o PIT, zgodnie z którymi:

„W przypadku odpłatnego zbycia, nabytych w drodze spadku, nieruchomości lub praw majątkowych, określonych w ust. 1 pkt 8 lit. a–c, okres, o którym mowa w tym przepisie, liczy się od końca roku kalendarzowego, w którym nastąpiło nabycie lub wybudowanie tej nieruchomości lub nabycie prawa majątkowego przez spadkodawcę. W przypadku odpłatnego zbycia po ustaniu wspólności majątkowej małżeńskiej, nabytych do majątku wspólnego małżonków (…) nieruchomości lub nabytych do majątku wspólnego małżonków praw majątkowych, określonych w ust. 1 pkt 8 lit. a–c, okres, o którym mowa w tym przepisie, liczy się od końca roku kalendarzowego, w którym nastąpiło ich nabycie do majątku wspólnego małżonków…” (Dz.U. 2018, poz. 2159).

Nowe przepisy inaczej liczą termin

W 2005 r. małżeństwo nabyło do wspólności majątkowej nieruchomość. W sierpniu 2018 r. mąż zmarł. Mimo posiadania dwóch córek sąd dokonał działu spadku w ten sposób, że całość majątku po zmarłym przypadła małżonce. W marcu 2019 r. małżonka zbyła zakupioną wspólnie z mężem w 2005 r. nieruchomość. Wystąpiła więc do organu podatkowego z wnioskiem o potwierdzenie, że w świetle znowelizowanych przepisów ustawy o PIT dokonana przez nią sprzedaż nieruchomości nie będzie podlegać opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób fizycznych. Wskazany w ustawie 5-letni termin, którego upływ uwalniał spod tego obowiązku, liczony jest w jej przypadku nie od dnia nabycia spadku po mężu, a od dnia nabycia nieruchomości do współwłasności małżeńskiej.

Organ zgodził się z podatniczką

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w wydanej 3 czerwca 2019 r. interpretacji indywidualnej potwierdził, że zgodnie z treścią wprowadzonych w życie z początkiem roku ust. 5 i 6 art. 10 ustawy o PIT spadkobierczyni nie będzie zobowiązana do ponoszenia ciężaru w podatku dochodowym od osób fizycznych z tytułu sprzedaży przedmiotowej nieruchomości, gdyż upłynął wymagany do zastosowania zwolnienia od tego podatku okres.

„…zastosowanie znajdzie obowiązujący od dnia 1 stycznia 2019 r. przytoczony uprzednio przepis art. 10 ust. 6 ww. ustawy. Oznacza to, że w przypadku odpłatnego zbycia przez Wnioskodawczynię nieruchomości w 2019 r. upływ 5-letniego terminu, o którym mowa w art. 10 ust. 1 pkt 8 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, należy liczyć od końca 2005 roku, w którym małżonkowie nabyli tę nieruchomość w ramach wspólności małżeńskiej ustawowej. Dlatego też data otwarcia spadku, czy też późniejszy dział spadku, nie stanowi dla Wnioskodawczyni nabycia, o którym mowa w art. 10 ust. 1 pkt 8 tej ustawy” (sygn. 0115-KDIT2-3.4011.181.2019.1.PS).

Liczy się data nabycia praw przez spadkodawcę, a nie spadkobrania

Podobne stanowisko Dyrektor KIS zajął w interpretacji wydanej dzień później, czyli 4 czerwca 2019 r. Zapytanie podatnika dotyczyło wówczas zbycia nieruchomości przed upływem 5 lat od nabycia jej w drodze spadku. W tym przypadku fiskus także wskazał, że 5-letni termin „uwalniający” sprzedaż nieruchomości od podatku dochodowego liczony jest od nabycia jej przez spadkodawcę, a nie od daty nabycia spadku.

„…ustawą z dnia 23 października 2018 r. (…) do ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych dodano art. 10 ust. 5, który stosuje się do dochodów (przychodów) uzyskanych od dnia 1 stycznia 2019 r. Zgodnie z tym unormowaniem, w przypadku odpłatnego zbycia, nabytych w drodze spadku, nieruchomości lub praw majątkowych, określonych w ust. 1 pkt 8 lit. a)-c), okres, o którym mowa w tym przepisie, liczy się od końca roku kalendarzowego, w którym nastąpiło nabycie lub wybudowanie tej nieruchomości lub nabycie prawa majątkowego przez spadkodawcę” (sygn. 0115-KDIT2-3.4011.127.2019.2.JS).

Podatnicy mogą powiedzieć: nareszcie

Powołane do życia przepisy art. 10 ust. 5 i 6 ustawy o PIT to długo wyczekiwana, korzystna dla podatników zmiana. Dotąd regulacje dotyczące możliwości opodatkowania majątku gromadzonego latami wspólnie przez małżonków w ramach współwłasności małżeńskiej, podobnie jak gromadzonego przez spadkodawcę, pozwalały bowiem organom podatkowym na doprowadzanie do absurdu. Odbieranie praw do pełnej ochrony majątku stało w sprzeczności z ideą instytucji wspólności majątkowej małżeńskiej, jak i dziedziczenia praw przysługujących spadkodawcy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Dzwoni do Ciebie bot z windykacji? Sprawdź, co należy wtedy zrobić

Według najnowszego raportu „State of Chatbots 2018” boty obsługują obecnie już 15 proc. zgłoszeń konsumentów na świecie. Spotkamy się z nimi kontaktując się z bankiem, operatorem sieci telefonicznej czy podczas rejestracji wizyty lekarskiej. Wykorzystywane są coraz częściej także przez nowoczesne firmy windykacyjne, które w ten sposób kontaktują się ze swoimi klientami. Wyjaśniamy, w jakim celu mogą zadzwonić do nas boty i co w takiej sytuacji powinniśmy zrobić.

Codziennie korzystamy z udogodnień jakie daje nam nowoczesna technologia, m.in. kontaktując się z drugą osobą przez telefon komórkowy czy korzystając z Internetu. Przykładem zastosowania nowoczesnych rozwiązań w komunikacji z klientami jest wykorzystywanie botów. Coraz częściej stosuje się je w celu ułatwienia kontaktu z Klientami.

Jak to działa?

Działanie botów, czyli tak zwanych wirtualnych konsultantów, oparte jest na wykorzystaniu technologii natural language processing (NLP) – dzięki niej mowa ludzka przekształcana jest na język zrozumiały dla komputera. W ten sposób bot przetwarza podane przez nas informacje i odnajduje odpowiedni schemat odpowiedzi. Boty odpowiadają w miarę naturalnym, ludzkim głosem. – Dzięki swoim możliwościom boty potrafią szybko przekazać informacje lub rozwiązać proste sprawy. Usprawnia to obsługę klienta. Bot przetwarza to, co do niego mówimy, po czym odpowiednio reaguje. W przypadku, gdy nie będzie w stanie zrobić tego automatycznie lub sprawa będzie bardziej skomplikowana skieruje rozmówcę do konsultanta z odpowiedniego działu, aby ten rozwiązał dany problem – wyjaśnia Anna Musiał, menadżer kanałów cyfrowych Ultimo, firmy wykorzystującej boty do kontaktu z klientami.

Kiedy może zadzwonić do nas bot?

Nowoczesne firmy windykacyjne wprowadzają wiele udogodnień dla klientów. Zaliczyć można do nich m.in. możliwość spłaty długu on-line dzięki specjalnym portalom do obsługi zadłużeń oraz telefony bota z przypomnieniem o konieczności uregulowania raty. – Bot kontaktuje się z klientem, na przykład, gdy ten nie dokona wpłaty w terminie. Wirtualny konsultant przypomina o spłacie raty i pyta kiedy klient jej dokona – tłumaczy ekspert Ultimo. Czy taka rozmowa jest bezpieczna? – Jak najbardziej. Na samym początku rozmowy bot, tak samo jak konsultant, prosi o podanie danych, które pomogą zweryfikować rozmówcę. W ten sposób sprawdza, czy może przekazać informacje i czy rozmówca jest właściwą osobą. Jeśli taka weryfikacja zakończy się pomyślnie rozmowa jest kontynuowana, w innym przypadku połączenie zostaje zakończone – dodaje Anna Musiał.

Co zrobić, gdy zadzwoni do nas bot?

Rozmowę z botem warto potraktować tak samo jak rozmowę z konsultantem. Przede wszystkim należy wysłuchać jakie informacja ma nam do przekazania oraz odpowiedzieć na jego pytania. – W przypadku, gdy zadzwoni do nas bot z przypomnieniem o spłacie zaległości powinniśmy pamiętać, że deklaracje jakie padną z naszej strony podczas takiej rozmowy są tak samo wiążące jak te podczas rozmowy z konsultantem. – podkreśla Anna Musiał z Ultimo. Rozmawiając z botem warto mówić wyraźnie, prostym językiem i udzielać dokładnych odpowiedzi na pytania bota, dzięki czemu nasza wypowiedź zostanie poprawnie zrozumiana.

Nie musimy obwiać się wirtualnych doradców, z którymi coraz częściej mamy do czynienia. Boty wykorzystywane są wyłącznie po to, aby usprawnić obsługę klienta. Dzięki nim szybko otrzymamy niezbędne informacje i pomoc w rozwiązaniu naszego problemu. Właśnie dlatego słysząc bota po drugiej stronie słuchawki powinniśmy wysłuchać co ma nam do powiedzenia i prowadzić z nim zwykłe ustalenia.

Nawet 10 lat zakazu prowadzenia działalności grozi za niezgłoszenie upadłości

Lubelski sąd orzekł w ubiegłym roku blisko 200 zakazów prowadzenia działalności gospodarczej. Tylko w pierwszym kwartale br. zrobił to 27 razy, czyli i tak zdecydowanie więcej niż wiele sądów przez 2 lata. Dla przykładu, w Sądzie Rejonowym dla Wrocławia-Śródmieścia we Wrocławiu wydano zaledwie 4 takie wyroki w latach 2017-2018. Ogólnie z danych sądów wynika, że część z nich wydaje zaledwie po kilka tego typu orzeczeń rocznie. Takie rozstrzygnięcia zapadają też z innych powodów, a samo złożenie wniosku nie oznacza automatycznego zakazu. Wobec obecnego stanu rzeczy trzeba zauważyć, że liczba tego typu orzeczeń wydaje się dość niewielka, ale – według prawników – w przyszłości powinna być większa.

Sądowe statystyki

Sporym problemem może okazać się niezłożenie we właściwym terminie wniosku o ogłoszenie upadłości. Stanowi o tym przepis art. 373 ust. 1 p.u. Zgodnie z nim, sąd może orzec pozbawienie na okres od roku do dziesięciu lat prawa prowadzenia działalności gospodarczej na własny rachunek lub w ramach spółki cywilnej oraz pełnienia określonych funkcji. Dotyczy to zarządcy sukcesyjnego, członka rady nadzorczej albo komisji rewizyjnej, reprezentanta lub pełnomocnika osoby fizycznej prowadzącej działalność gospodarczą, ale również spółki handlowej, przedsiębiorstwa państwowego, spółdzielni, fundacji lub stowarzyszenia. Analitycy serwisu agencyjnego MondayNews dokładnie sprawdzili, ile takich przypadków miało miejsce w ostatnich miesiącach, w wybranych sądach w Polsce.

– Dane z Wydziału Upadłościowego Sądu Rejonowego Lublin-Wschód w Lublinie z siedzibą w Świdniku wskazują, że w 2017 roku ogłoszono 144 zakazy prowadzenia działalności gospodarczej. W 2018 roku było ich 189, natomiast w pierwszym kwartale tego roku – 27. To duży sąd, a liczba spraw wynika z rozmiaru obszaru oraz jego właściwości – mówi Barbara Markowska, rzecznik prasowy SO w Lublinie.

Ww. liczby są wyższe niż w innych regionach kraju. Sąd Rejonowy dla m. st. Warszawy w Warszawie orzekł w 2017 roku zakaz prowadzenia działalności gospodarczej w 81 sprawach. W kolejnym roku tak było w 22, a w pierwszych pięciu miesiącach 2019 roku – w pięciu przypadkach. 2 lata temu Sąd Rejonowy dla Krakowa-Śródmieścia w Krakowie miał 109 tego typu spraw. Liczba osób objętych sankcją wyniosła wówczas 111, a wobec 61 orzeczono zakaz. W ubiegłym roku były 122 sprawy, 126 osób objęto orzeczeniem, a wobec 82 zasądzono zakaz. Statystyki za pierwszy kwartał br. wynoszą odpowiednio – 32, 33 i 15. W 2017 roku w SR dla Łodzi-Śródmieścia w Łodzi wydano zakaz wobec 47 osób. W statystykach za ubiegły rok widnieją 54 osoby, a za pierwszy kwartał tego roku – 13.

– W latach 2017-2018 w Sądzie Rejonowym dla Wrocławia-Śródmieścia we Wrocławiu wydano 4 wyroki, w których orzeczono zakaz prowadzenia działalności gospodarczej. W żadnej sprawie nie orzekano zakazu pełnienia funkcji członka rady nadzorczej lub komisji rewizyjnej. Ponadto w dwóch innych wyrokach orzeczono zakaz wykonywania zawodu związanego z wychowaniem i edukacją w związku ze skazaniem za czyn z art. 200 par. 1 kk – podkreśla SSO Marek Poteralski, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego we Wrocławiu.

Z kolei w Sądzie Rejonowym Poznań-Stare Miasto w Poznaniu istotny zakaz orzeczono w 2017 roku wobec 8 osób. Rok później ich liczba wyniosła 32, a w pierwszym kwartale tego roku – 7, co wylicza SSR Łukasz Lipowicz. W SR Katowice-Wschód w Katowicach nie było wyroków, w których orzeczono zakaz w związku z niezłożeniem we właściwym terminie wniosku o ogłoszenie upadłości. Dotyczy to okresu od 2017 roku do końca pierwszego kwartału 2019 roku, o czym informuje prezes tego sądu Michał Dmowski.

– Orzeczenie zakazu, o którym mowa w treści art. 373 ust. 1 ustawy z 28 lutego 2003 roku – Prawo upadłościowe, nastąpiło wobec 14 osób w 2017 roku, 7 – w 2018 roku i 3 – w pierwszym kwartale 2019 roku. W tym ostatnim okresie były to dwie kary na okres dwóch lat, a jedna na 3 lata – wskazuje SSO Tomasz Szaj, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Szczecinie.

2 lata temu w Sądzie Rejonowym w Opolu wydano 12 zakazów, a w ubiegłym roku – 6. W pierwszym kwartale br. nie było takiego orzeczenia. W analizowanym okresie nikt nie otrzymał zakazu na 10 lat. W 2017 roku do SR w Kielcach wpłynęło 15 wniosków o orzeczenie zakazu. Uwzględniono 4, po 2 na 3 lata i na 5 lat. W kolejnym roku było 9 takich pism. W dwóch przypadkach orzeczono zakaz, na 10 i 5 lat. W pierwszym kwartale br. dotarł 1 wniosek, który nie został uwzględniony.

– W pierwszym kwartale 2018 roku w V Wydziale Gospodarczym Sądu Rejonowego w Olsztynie zostało wydanych 8 postanowień o pozbawieniu prawa prowadzenia działalności gospodarczej i pełnienia funkcji określonych w art. 373 ust. 1 p.u. W analogicznym okresie br. takich orzeczeń było 13. Wobec dwóch uczestników orzeczono maksymalny wymiar kary, tj. 10 lat – komentuje Agnieszka Żegarska, rzecznik prasowy SO w Olsztynie.

Ze statystyk Sądu Rejonowego w Gorzowie Wielkopolskim wynika, że w 2017 roku wydano zakaz wobec 14 osób, w tym 2 orzeczenia nieprawomocne. W kolejnym roku było ich odpowiednio 12, w tym 1 nieprawomocne, a w pierwszym kwartale br. 2, w tym 1 nieprawomocne. Natomiast sędzia Beata M. Wołosik, wiceprezes SR w Białymstoku, wskazuje, że w toku postępowań prowadzonych przez sąd gospodarczy orzeczono w 2017 roku zakaz wobec 28 osób, w 2018 roku – 43, a w pierwszym kw. 2019 roku – 8. W dwóch przypadkach wymierzono karę na okres 10 lat, a w pozostałych – na 5 lat. Z kolei SSR Tomasz Holeniewski, wiceprezes Sądu Rejonowego w Zielonej Górze zaznacza, że w 2017 roku zakaz orzeczono w dwóch sprawach, w jednej – na rok, a w drugiej – na 5 lat. Później nie było już takich przypadków.

Różne scenariusze

– Wnioski o orzeczenie zakazu działalności gospodarczej są składane nie tylko z powodu niedopełnienia formalności we właściwym terminie, ale również z innych przyczyn. W systemie nie ma na ten temat informacji. Trzeba by było przeglądać wszystkie akta z danych okresów, aby ustalić szczegóły – podkreśla Berenika Rusek, wiceprezes Sądu Rejonowego dla Krakowa-Śródmieścia w Krakowie.

Zakaz może zostać orzeczony jako środek karny w oparciu o przepisy prawa karnego, co podkreśla Marek Niczyporuk, radca prawny z Kancelarii Ars AEQUI. Ekspert dodaje, że popełnienie niektórych kategorii przestępstw pozbawia możliwości zasiadania we władzach spółek prawa handlowego, nawet pomimo braku odrębnego orzeczenia przez sąd takiego zakazu. Takie przypadki przewiduje przepis art. 18 § 2 kodeksu spółek handlowych.

– Różnica między Lublinem a pozostałymi miastami wynika najprawdopodobniej z liczby składanych wniosków. Sąd ma prawo działać z urzędu, ale najczęściej robi to na wniosek. Może więc tam jest prokurator czy zespół śledczych, którzy zajmują się sprawami gospodarczymi, zwracają uwagę na tego typu przypadki i wnioskują o orzeczenie zakazu. W pozostałych ośrodkach może nie ma takiego zwyczaju. Lublin nie wyróżnia się niczym szczególnym względem innych dużych miast, żeby akurat tam było więcej tego typu problemów – komentuje Jakub Bartosiak, adwokat z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.

Z obserwacji Sądu Rejonowego Poznań-Stare Miasto w Poznaniu wynika, że znaczna część wniosków o zakaz kończy się oddaleniem. Dzieje się tak ze względu na ich niezbyt dobre przygotowanie merytoryczne, w szczególności w zakresie formułowania wniosków dowodowych. Jak wskazuje sędzia Łukasz Lipowicz, większość wnioskodawców uważa, że wystarczy wykazać niezłożenie w terminie wniosku o ogłoszenie upadłości, aby sąd automatycznie orzekł zakaz. To jednak dopiero moment, w którym zaczyna się całe postępowanie.

– Istotny jest związek przyczynowy pomiędzy przesłankami a nieosiągnięciem celów postępowania upadłościowego. Przy orzekaniu zakazu, sąd bierze pod uwagę stopień winy oraz skutki podejmowanych działań, w szczególności obniżenie wartości ekonomicznej przedsiębiorstwa upadłego i rozmiar pokrzywdzenia wierzycieli – zaznaczają pracownicy Samodzielnej Sekcji Prasowej Sądu Okręgowego w Warszawie.

Jak przekonuje mecenas Bartosiak, każda sprawa jest inna, ale orzekanie kary w najwyższym wymiarze raczej pozostaje rzadkością. To dotyczy różnych postępowań, nie tylko związanych z zakazem prowadzenia działalności. Ekspert z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office dodaje, że większość orzekanych kar jest zapewne pośrodku możliwego zagrożenia. Można więc przypuszczać, że i w sprawach dotyczących zakazów dzieje się podobnie.

– Ogólna liczba orzeczonych zakazów wydaje się mała. Jednak może w przyszłości ulec zmianie, z uwagi na wprowadzenie do kodeksu karnego nowych rodzajów przestępstw, np. tzw. zbrodni VAT. Jest też presja społeczna związana ze ściganiem przestępstw gospodarczych, spowodowana chociażby sprawą Amber Gold czy też działalnością komisji sejmowej ds. VAT – podsumowuje radca prawny Marek Niczyporuk.

Chiny kontratakują

Chiny nie zamierzają ulegać naciskom prezydenta Trumpa i przystąpiły do ofensywy nakazując państwowym firmom wstrzymanie importu towarów rolnych z USA. USD/CNY przebił 7,0 pierwszy raz od 11 lat, co wznieca spekulacje, że Państwo Środka może użyć kursu walutowego jako broni w wojnie handlowej. Czekamy na reakcję Trumpa.

Wstrzymaniem importu towarów rolnych Pekin pokazuje, że nie zamierza biernie przyjmować ciosów i potrafi sprawić ból stronie amerykańskiej. Na pierwszą kadencję Trump został wybrany głosami rolników, więc informacji z Chin prezydent raczej nie przyjmie spokojnie. Dodatkowo pozwolenie na osłabienie juana do poziomów niewidzianych od 2008 r. tylko podgrzeje atmosferę. Nawet jeśli Ludowy Bank Chin określił fixing niżej (6,9225), to może to być tylko zasłona dymna fałszywie sugerująca, aby bank chciał hamować deprecjację. Jeśli perspektywa wysokich ceł na dłużej jest realna, a Chinom zależy na podtrzymaniu eksportu do USA, rozsądnym wydaje się zaoferowanie producentom przestrzeni do obniżenia cen sprzedaży. Kolejny ruch należy do prezydenta Trumpa, który zapewne nie zawaha się skorzystać ze swojego konta na Twitterze, by emocjonalnie skomentować reakcję Chin.

Nie wygląda na to, aby miało dojść do szybkiego rozstrzygnięcia, szczególnie, że deadline dla nałożenia nowej rundy ceł na chińskie towary upływa 1 września. Chociaż jest miejsce, by USA złagodziły swoje groźby, zdaje się, że Chiny nie chcą szybko wrócić do negocjacji i cła mogą zostać faktycznie nałożone, zanim przyjdzie do deeskalacji napięć. Bez wizji pojednania na horyzoncie nerwowa sytuacja na rynkach finansowych utrzyma się. Sprzyjać temu będzie także specyficzna dla sierpniowego handlu niska płynność, a także podwyższone wyceny ryzykownych aktywów m.in. na rynku akcji. Z historycznych wzorców wiemy, że po wstępnym tornadzie przychodzi uspokojenie, gdyż ostatecznie obu stronom zależy na podpisaniu porozumienia. Jakkolwiek przyszłość relacji handlowych USA-Chiny może być mniej ponura, niż się teraz wydaje, uważamy, że na razie za wcześnie jest na łapanie spadającego noża.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Portret frankowicza – kredytobiorcy frankowi i ich kredyty

Maleje liczba pozostających w spłacie kredytów mieszkaniowych  w walucie szwajcarskiej – w czerwcu 2019 r., w porównaniu do czerwca 2018 r. w ujęciu liczbowym, ubyło 23,32 tys. rachunków. Obecnie pozostaje w spłacie 458,83 tys. kredytów frankowych. Według danych BIK wartość portfela mieszkaniowych kredytów frankowych na 30.06.2019 r. wynosiła 102,8 mld zł., i pomimo osłabienia się kursu złotówki wobec franka o 5 gr. (3,77 na 27 czerwca 2018 do 3,82 na 30 czerwca 2019), głównie dzięki spłatom zobowiązań przez kredytobiorców, jego wartość w ciągu 12 miesięcy obniżyła się o 7,91 mld zł.

Ważne liczby

  •  systematycznie maleje liczba rachunków kredytowych we franku szwajcarskim: na koniec czerwca 2019 r. było ich mniej o 23,32 tys. w stosunku do czerwca 2018 r.,
  • o 7,91 mld zł zmniejszyło się zadłużenie na koniec czerwca 2019 r., w porównaniu do czerwca 2018 r.,
  • 162,03 mld zł to najwyższe zadłużenie w przeliczeniu na PLN w kredytach frankowych, które miało miejsce w 2011 r.,
  • 102,8 mld zł – tyle obecnie wynosi zadłużenie w przeliczeniu na PLN w kredytach frankowych zaciągniętych na nieruchomości (VI 2019 r.),
  • prawie co piąty (18,6%) obecnie spłacany kredyt mieszkaniowy jest nominowany we franku,
  • prawie co czwarta (23,3%) złotówka zadłużenia z tytułu kredytów mieszkaniowych (po przeliczeniu walut na złote po kursie na koniec czerwca) pochodzi z kredytów frankowych.

Liczba zobowiązań hipotecznych obsługiwanych we frankach szwajcarskich stale zmniejsza się, w 2016 r. kredytobiorcy spłacali 520,81 tys. kredytów, a obecnie o 11,9% mniej. W czerwcu 2019 r., w porównaniu do czerwca 2018 r. w ujęciu liczbowym, ubyło o kolejne 4,8% rachunków mieszkaniowych zaciągniętych w CHF.

Portfel kredytowy Polaków

Bazy BIK, zawierające informacje o 15,24 mln kredytobiorców w Polsce, odnotowują obecnie 5,2% udział osób spłacających kredyty mieszkaniowe we frankach. Kwota do spłaty wszystkich kredytów ogółu kredytobiorców w Polsce wynosi na koniec czerwca 2019 r. w przeliczeniu na złote 642,94 mld zł, z czego 131,08 mld zł (20,4%) to wartość do spłaty wszystkich rodzajów kredytów posiadanych przez kredytobiorców frankowych.

Liczba wszystkich kredytów posiadanych przez frankowiczów wynosi 1,66 mln szt., co stanowi 6,0% spośród 27,69 mln szt. kredytów obsługiwanych przez wszystkich Polaków łącznie.

Kredytobiorcy frankowi i ich kredyty

Łączna kwota do spłaty z tytułu kredytów mieszkaniowych udzielonych/nominowanych we franku szwajcarskim na koniec czerwca 2019 r., to 102,8 mld zł a całkowite aktualne zadłużenie kredytobiorców frankowych z tytułu wszystkich posiadanych produktów kredytowych to 131,08 mld zł. Na tę wartość składają się oprócz frankowych i zaciągniętych w innych walutach (głównie w zł) kredytów mieszkaniowych na kwotę 120,96 mld zł, kredyty konsumpcyjne o wartości 7,48 mld zł, następnie karty kredytowe na kwotę do spłaty wynoszącą 1,49 mld zł, a także posiadane limity kredytowe w wysokości do spłaty 1,09 mld zł.

prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej
prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej

– Spadek wartości zadłużenia z tytułu kredytów mieszkaniowych frankowych w okresie ostatnich 12 miesięcy w kwocie ok. 7,91 mld zł, przy tylko niewielkim umocnieniu się kursu franka w tym okresie w stosunku do złotówki o ok. 5 gr., wynika przede wszystkim z terminowych spłat, dokonywanych przez kredytobiorców. Sprzyja temu niewątpliwie dobra sytuacja polskiej gospodarki, która przekłada się na spadek bezrobocia i wzrost dochodów gospodarstw domowych. Należy również wspomnieć o wzroście cen nieruchomości na rynku wtórnym w aglomeracjach, a tam właśnie głównie mieszkają frankowicze,  co pozytywnie wpływa na wartość wskaźnika LtV (jego spadek) – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura informacji Kredytowej.

– Mieszkaniowe kredyty frankowe, podobnie jak kredyty złotowe, charakteryzują się bardzo dobrą spłacalnością, na co oprócz aspektu dochodowego (wzrostu dochodów gospodarstw domowych) wpływ mają nadal ujemne stopy procentowe w Szwajcarii (LIBOR CHF), oraz aspekt kulturowy – w piramidzie spłacalności kredyty mieszkaniowe są na pierwszym miejscu, a w przypadku trudności ze spłatą zobowiązań kredyty mieszkaniowe przestają być terminowo obsługiwane na samym końcu – uzupełnia prof. Waldemar Rogowski.kredytobiorcy frankowi

Jakość kredytów frankowych

Niski poziom szkodowości to cecha walutowych kredytów hipotecznych, a jakość zobowiązań zaciągniętych we frankach szwajcarskich okazuje się być lepsza od złotowych.

– Obecnie, na koniec czerwca 2019 r., tylko 1,22% czynnych mieszkaniowych kredytów frankowych pozostaje w portfelach bankowych jako opóźnione powyżej 90 dni. W przypadku kredytów mieszkaniowych złotowych, odsetek ten jest wyższy i wynosi 1,44%. Analizując kredyty złotowe i frankowe udzielone do 2011 r. na dzień 30 czerwca 2019 r., 2,58% kredytów udzielonych we frankach okazało się straconymi, czyli zostało przekazane do windykacji, sprzedane bądź przewalutowane na złotówki albo pozostaje w portfelach jako opóźnione powyżej 90 dni. W przypadku kredytów mieszkaniowych udzielonych w złotych do 2011 r. odsetek ten jest wyższy i wynosi 3,21% – podsumowuje główny analityk BIK.

Czy ustawa antylichwiarska podniesie koszty kredytów i zniszczy małe firmy?

Rząd pracuje nad ustawą ograniczającą działalność firm pożyczkowych.  

  • Koszty kredytów w bankach mogą wzrosnąć, kiedy część konkurencji w postaci firm pożyczkowych zniknie z rynku.
  • Wzrost kosztów kredytu i brak dostępu do kapitału może znacząco zwiększyć liczbę bankructw najmniejszych przedsiębiorstw odciętych od finansowania.

W jaki sposób ustawa wpłynie na gospodarkę?

18 czerwca rząd przyjął projekt tzw. ustawy antylichwiarskiej, która ma wprowadzić przepisy, regulujące działanie firm pożyczkowych. Rząd planuje ukrócić działalność takich firm, a ustawa ma ograniczyć koszty pozaodsetkowe do 20 proc. Aktualnie prace nad ustawą zostały zawieszone w wyniku zastrzeżeń Komisji Europejskiej do procedury legislacyjnej, ale przedstawiciele rządu przyznają, że w taki, czy inny sposób będą dążyć do uregulowania i ograniczenia działalności firm pożyczkowych. Ustawa w projektowanym kształcie to istotna ingerencja w swobodę świadczenia usług i oznacza duże zmiany na rynku finansowym. Wg ekspertów forsowane ograniczenia doprowadzą do likwidacji większości firm pożyczkowych w Polsce, pozostanie jedynie kilka największych podmiotów z najsilniejszą pozycją.

Usługi firm pożyczkowych nie są tanie, a środki, które udostępniają osobom prywatnym i firmom są stosunkowo wysoko oprocentowane, ale jednak sam fakt istnienia takich firm dowodzi, że stanowią istotną część rynku finansowego.

Ustawa wodą na bankowe młyny

Tzw. ustawa antylichwiarska dotknie także niektóre banki, zwłaszcza te, które wcześniej miały bardziej agresywną politykę kredytową. Będą musiały ograniczyć swoje ryzyko i dawać pożyczki tylko najlepszym klientom – to oznacza, że będą mniej pożyczały. Banki na ustawie mogą jednak generalnie zyskać.

– Prawdopodobnie wzrosną koszty kredytów w bankach, które nie będą miały już konkurencji w postaci firm pożyczkowych. Potrzeby pożyczkowe przecież pozostaną na podobnym poziomie, a zmniejszy się liczba instytucji oferujących takie usługi. Z pewnością jest to więc dobra wiadomość dla tych, którzy pozostaną na rynku, np. banków. Zła niestety dla firm, bo część z nich korzystała z kapitału udostępnianego przez firmy pożyczkowe. Dzieje się tak dlatego, że wielu przedsiębiorców nie ma szans na kredyt bankowy, nie mają wystarczającego stażu funkcjonowania czy zabezpieczeń. Szczególnie małe firmy mają mniejsze możliwości pozyskiwania kapitału i trudniejszy dostęp do pożyczek. Na szczęście rozwiązaniem pozostaje faktoring, który z miesiąca na miesiąc jest dostępny dla coraz szerszej grupy przedsiębiorców. My systematycznie obniżamy też koszty takiej usługi – mówi Tomasz Skowroński – Dyrektor Regionu Śląskiego w eFaktor S.A.

Na likwidacji sektora pożyczkowego zyska faktoring

Faktoring jest bezpieczniejszy niż kredyt, bo polega na przekazywaniu przedsiębiorcy jego własnych, już zarobionych i zafakturowanych pieniędzy. Jest też łatwiej dostępny niż pożyczka w banku, bo decyzja o jego przyznaniu opiera się nie na przewidywanych w przyszłości dochodach, a tych realnie już osiągniętych. Faktoring skraca czas oczekiwania na przelew, czasem nawet z kilku miesięcy do kilku godzin. Działa podobnie jak zewnętrzne źródło finansowania, ale nie obciąża firmy nowymi zobowiązaniami.

– Zauważamy rosnący niepokój przedsiębiorców o dostępność kapitału w razie wyeliminowania z rynku firm pożyczkowych. Coraz więcej firm dopytuje o możliwość finansowania poprzez faktoring, który powoduje, że przedsiębiorca utrzymuje płynność na wysokim poziomie i nie musi się ratować kredytem w banku czy szukać drogiego kapitału w innych źródłach – mówi Tomasz Skowroński – z eFaktor.

Wejście w życie ustawy nie jest przesądzone, ale jeśli rząd wykaże w jej procedowaniu determinację podobną, jak w innych sprawach zmieni to realia na rynku finansowym. Część konsumentów i firm zyska ochronę przed pożyczkami z wysokimi kosztami, inni zostaną odcięci od finansowania. Z pewnością ucierpi na tym część firm, które będą w większym stopniu zwracały się po kapitał do innych podmiotów np. do faktorów. Obecnie w Polsce działa ponad 400 firm pożyczkowych, które mają ok. 3 mln klientów.

Freelancing w Polsce i na świecie – raport 2019 r.

Branża freelancingu nabrała rozpędu już nie tylko za granicą, ale także w naszym kraju. W tym roku bowiem wartość rodzimego rynku zwiększy się o ponad 1/6 i wyniesie prawie 10 mld zł. A liczba osób pracujących na nim wzrośnie o 1/8 do blisko 0,5 miliona pracowników. Co różni wolnych strzelców w Polsce i na świecie? Przed jakimi wyzwaniami stają? Na jakie stawki mogę liczyć? Pełen obraz krajowego rynku oraz globalne spojrzenie na freelancing prezentuje najnowszy raport Useme.eu.

Wraz z pojawieniem się gospodarki określanej mianem „gig economy”, freelancing na świecie jeszcze nigdy tak szybko się nie rozwijał. Analizy i estymacje mówią o tym, że wolni strzelcy już w 2020 roku będą stanowić około 40% amerykańskiej siły roboczej, podczas gdy w Europie będzie to poziom 25%. Jednak już w 2027 roku na starym kontynencie oraz w USA aż połowa pracujących ma wykorzystywać ten model zarobkowania. Dzięki takim wzrostom freelancerzy są, a także pozostaną globalnie najszybciej rosnąca grupa pracowników.

Także w naszym kraju branża freelancingu ma się coraz lepiej. Co prawda,  brakuje nam jeszcze trochę do poziomu rozwoju rynków zagranicznych, jednak wolnych strzelców nad Wisłą przybywa z roku na rok. – Tylko w br.  ich liczba zwiększy się o 10% do poziomu 220 tysięcy osób w obszarze elektronicznych usług dla biznesu i o 12,5% do poziomu 450 tysięcy pracujących we wszystkich branżach. – mówi Przemysław Głośny, prezes zarządu Useme.eu. – Z naszych analiz wynika, że wartość rynku freelancingu w Polsce wzrośnie w tym roku o 17,5%, uzyskując tym samym znakomity wynik na poziomie 9,4 mld zł. Na tą wartość składają się m.in. 6,9 mld zł od osób utrzymujących się tylko z tej formy zarobkowania i 2,5 mld zł od dorabiających do umów o prace, na zlecenia i uczących się – dodaje Głośny z Useme.eu.

Freelancing na świecie

Średnia stawka godzinowa dla freelancerów na świecie to 19$, tj. ok. 71 zł. Jednak realne wynagrodzenia wahają się pomiędzy 11$ a 28$, tj. 41 zł a 105 zł, w zależności od branży, doświadczenia freelancera oraz kraju, z którego pochodzi zlecenie. Dla przykładu specjaliści ds. administracji czy obsługi klienta zarabiają najmniej, podczas gdy ci oferujący usługi prawne lub programiści otrzymują najwyższe wynagrodzenia. Z badań wynika także, że aż ponad połowa światowych freelancerów pracuje za stawki w przedziale 11$ – 15$, tj. 41 zł – 56 zł za godzinę.

W dużym stopniu polski rynek zdominowany jest w dalszym ciągu przez wyceny projektowe, tj. za całościowe zlecenie, a nie godzinowe. Na podstawie transakcji na naszej platformie można jednak określić, że stawki w Polsce zaczynają się od 15 zł za godzinę pracy, m.in. za drobne prace copywriterskie czy obsługę sklepu online. Tłumacze i graficy oczekują około 50 – 70 zł/h, a najwyższe opłaty w wysokości 100 – 150 zł pobierane są przez przedstawicieli branży IT, w tym programistów i specjalistów od UX. Choć nierzadko ci najlepsi, zwłaszcza oferujący bardzo potrzebne na rynku umiejętności, np. programiści iOS, mający spore doświadczenie i posiadający dobrą markę własną, są w stanie żądać 250 – 300 zł lub nawet więcej za godzinę pracy – mówi Przemysław Głośny z platformy Useme.eu.

Aż dwóm trzecim wolnych strzelców pracujących na świecie (68%), zależy najbardziej na wyższych zarobkach. Ponad połowa respondentów (52%) chciałaby także zwiększyć liczbę metod wyszukiwania i pozyskiwania klientów, a 1/3 badanych (34%) na pracy z większą liczbą międzynarodowych klientów oraz wyższych stawkach godzinowych.  Z badań globalnych wynika także, że czterech z pięciu freelancerów zazwyczaj pracuje nad jednym do trzech projektów realizowanych jednocześnie. Około połowa freelancerów pracuje od 30 do 50 godzin tygodniowo. Co piąty (22%) poświecą 20 godzin lub mniej, a 10% freelancing zajmuje ponad 60 godzin w tygodniu. Specjaliści ds. finansów, zarządzania i HR pracują najwięcej – średnio 39 godzin, podczas gdy wolni strzelcy związani z usługami prawnymi poświęcają najmniej, tj. średnio 33,6 h tygodniowo.

Freelancing po polsku

Z raportu „Freelancing w Polsce edycja 2019”, przygotowanego przez platformę Useme.eu wynika, że dla blisko połowy (49,3%) respondentów ta forma zarobkowania to jedyny model utrzymania, a dla 50,3% to działanie dodatkowe, łączone zazwyczaj z umową o pracę lub zleceniami. W 2018 roku co siódmy badany (14,5%) zrezygnował z pracy na etat i utrzymywał się tylko z pracy freelancera. W 2019 roku co dziesiąty respondent (10,6%) planuje porzucić etat – umowę o pracę na rzecz freelancingu. Co szósty badany (17%) pracuje jako wolny strzelec będąc studentem (14%) lub uczniem przed maturą (3%).

Zlecenia i klienci

Większość badanych pozyskuje klientów poprzez rekomendacje i polecenia (58,3%) oraz portale ogłoszeniowe, w tym Useme.eu, (48,5%). Co trzeci korzysta z mediów społecznościowych w celu znalezienie nowego zlecenia, co dziesiąty wykorzystuje do tego zagraniczne serwisy oferujące pracę wolnym strzelcom, a 7,6% promuje swoje umiejętności za pośrednictwem np. reklamy.

W porównaniu do zagranicznych freelancerów, ich polscy koledzy pracują więcej, prowadząc większą liczbę projektów. W Polsce jedynie 1/3 freelancerów (35,9%) pracuje jednocześnie nad jednym do trzech zleceń. 22,3% badanych koncentruje się na 4-5 projektów w tym samym czasie, 13,6% na 6-10, a 14,5% kooperuje jednocześnie z ponad 10 klientami lub więcej.

– Polscy freelancerzy coraz chętniej podejmują się pracy dla zagranicznych klientów, doceniając fakt znacząco wyższych stawek godzinowych i projektowych za granicą. Na pytanie „Ile zleceń dla klientów zagranicznych wykonujesz w ciągu roku?” 27,7% badanych odpowiedziało 1-5, 4,8% dla 6-10, 2,7% dla 11-15 i 4,3% dla ponad 15.  – mówi Przemysław Głośny z platformy Useme.eu. – Ten trend spotyka się z działaniami podejmowanymi przez nas i zmierzającymi do oferowanie większej liczby ofert z zagranicy na naszej platformie – dodaje Głośny.

Problem z płatnościami

Z badań przeprowadzonych przez Useme.eu wynika, że ponad połowa respondentów (54,2%) ma trudności z otrzymywaniem terminowych zapłat za swoją pracę. Dla 4,4% freelancerów opóźnione przelewy zdarzają się często, dla 14,2% od czasu do czasu, a dla 35,6% rzadko.

Dla 44% problem z płatnościami w ogóle nie występuje w 2019 r. Porównując zatem dane z badań Useme.eu z bieżącego i ubiegłego roku, gdzie taką odpowiedz wskazało 39%, należy uznać ze sytuacja w zakresie terminowego regulowania zobowiązań wobec wolnych strzelców uległa poprawie na polskim rynku.

Raport „Freelancerzy w Polsce 2019” został przygotowany w oparciu o badanie przeprowadzone metodą CAWI, w którym wzięło udział 1224 freelancerów w pierwszym kwartale br. Najliczniejszą grupę respondentów stanowią osoby między 25 a 34 rokiem życia (51,5%), pochodzące z dużych (38,0%) i średnich miast (21,7%). W bieżącym roku odpowiedzi udzieliło niemal tyle samo kobiet co mężczyzn (odpowiednio 50,4% i 49,6%). Badanie dotyczące globalnego freelancingu zostało przeprowadzone na zlecenie Payoneer, na grupie ponad 21 tysiącach freelancerów, zamieszkujących 170 krajów.

Business Poland House ma ułatwić polskim przedsiębiorcom dotarcie do europejskich ustawodawców

Prawa i legislacje ustanawiane w Parlamencie Europejskim czy przez Komisję Europejską mają realny wpływ na działalność polskich firm. Niestety, polscy przedsiębiorcy mają mały udział w tym, jakie rozwiązania wypracowywane są w europejskich instytucjach. W procesie powstawania i przegłosowywania ustaw dużą rolę odgrywają lobbyści, przedstawiający i argumentujący przed urzędnikami interesy swoich zleceniodawców. Polscy przedsiębiorcy dotychczas mieli stosunkowo mało takich przedstawicieli, co przekłada się na znikomą reprezentację naszych interesów w KE. Raporty Komisji Europejskiej wykazują, że na 1400 lobbystów niemieckich przypadało tylko 68 polskich. Nowy projekt Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii ma to zmienić. Business Poland House powiększy liczbę lobbystów, którzy będą pracować nad dostosowaniem europejskich praw do polskich realiów.

– Musimy dotrzeć do europosłów i urzędników, by im wyjaśnić kwestie dotyczące trzydziesto-ośmio milionowego kraju oraz rynku wewnętrznego w Europie Środkowej. Nasze realia niekoniecznie muszą być widziane i rozumiane z perspektywy dokumentów czy materiałów przedstawionych przez lobbystów pracujących dla niemieckich i francuskich przedsiębiorstw – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Jeżeli wykorzystujemy takie narzędzia i otwieramy swoje przedstawicielstwa w Brukseli, łatwiej jest nam wpłynąć już nie na polski rząd – ale na Komisję Europejską. Ten proces zinstytucjonalizowanego lobbyingu w Unii Europejskiej jest od wielu lat bardzo znany. Możliwość wpłynięcia na rzeczywistość prawną Unii jest bardzo duża, trzeba tylko mieć do tego ludzi, budżet i odpowiednie argumenty – ocenia Arak.

Rola wierzyciela w postępowaniu upadłościowym

Głównym celem postępowań upadłościowych wobec przedsiębiorców jest zaspokojenie wierzycieli. Następuje to ze środków uzyskanych przez syndyka po sprzedaży majątku upadłego. Wierzyciele mają realny wpływ na przebieg postępowania. Prawo przyznaje im szereg uprawnień pozwalających doprowadzić do wszczęcia, czy też umorzenia postępowania, jak również daje możliwość aktywnego uczestnictwa i kontroli – tłumaczą eksperci z firmy doradczej Lege Advisors.

Na wstępie warto zaznaczyć, że uprawniony do złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości jest sam dłużnik oraz każdy z jego wierzycieli. Od tych ostatnich wymagane jest na tym etapie jedynie uprawdopodobnienie swojej wierzytelności.

Adam Pasternak, Lege Advisors
Adam Pasternak, Lege Advisors

Kim jest wierzyciel?Zgodnie z prawem upadłościowym jest to każdy uprawniony do zaspokojenia z masy upadłościowej. Nawet jeżeli jego wierzytelność nie wymaga zgłoszenia. Tak więc status wierzyciela w postępowaniu upadłościowym będą miały podmioty, których należności figurują na liście wierzytelności w wyniku dokonanych zgłoszeń. Status taki będą mieć także wpisywani na listę z urzędu pracownicy, czy też wierzyciele zabezpieczeni hipotecznie. – wyjaśnia Adam Pasternak z  firmy doradczej Lege Advisors.

Każdemu z wierzycieli przysługuje szereg uprawnień, takich jak m. in. zgłaszanie wierzytelności, czy też zaskarżanie list wierzytelności, planów podziału lub opisów i oszacowań. Co więcej, wyciąg z zatwierdzonej listy wierzytelności jest pełnoprawnym tytułem egzekucyjnym przeciwko dłużnikowi. Wyciąg taki może być bardzo przydatny zwłaszcza po umorzeniu danego postępowania.

Warto skupić się na sytuacjach, w których wierzyciele uczestniczą w postępowaniu działając wspólnie. Przede wszystkim wspomnieć trzeba o zgromadzeniu wierzycieli. Działa ono pod przewodnictwem sędziego-komisarza, a tworzone jest zasadniczo przez wszystkich wierzycieli, których wierzytelności zostały uznane. Zgromadzenie zwoływane jest przez sędziego-komisarza, jeżeli ustawa wymaga podjęcia przez nie uchwały i zawnioskuje o to odpowiednio reprezentatywna grupa wierzycieli. W innych wypadkach następuje to wedle uznania sędziego-komisarza. – Zgromadzenie podejmuje decyzje w formie uchwał, a do jego najważniejszych uprawnień należy głosowanie nad układem z dłużnikiem, dokonywanie wyłączeń z masy upadłości oraz decydowanie o konieczności wniesienia przez wierzycieli zaliczek na koszty postępowania. – mówi Adam Pasternak z  Lege Advisors.

Drugą z form reprezentacji wierzycieli w trakcie postępowania jest rada wierzycieli ustanawiana przez sędziego-komisarza z urzędu. Rada powstaje, jeśli sędzia uzna to za konieczne lub na wniosek wierzycieli, czy też upadłego. W skład rady wchodzi pięciu członków oraz dwóch zastępców, względnie trzech członków w przypadku małej liczby wierzycieli. Rolą rady wierzycieli jest udzielanie pomocy, kontrolowanie działalności syndyka, a przede wszystkim udzielanie zezwoleń na dokonanie niektórych czynności. W wypadku nieustanowienia rady, jej funkcje pełni sędzia-komisarz.

Jest jeszcze jedna sytuacja, która świadczy o silnej pozycji wierzycieli w postępowaniu upadłościowym – na zgodny wniosek wszystkich wierzycieli, sąd zobowiązany jest do umorzenia postępowania.

Źródło: Lege Advisors

Od września zmieni się model kształcenia nauczycieli przedszkoli i klas I–III. Będzie większy nacisk na nauczanie praktyczne

Od września zmieni się model kształcenia nauczycieli przedszkoli i klas I–III. Będzie większy nacisk na nauczanie praktyczne 11

W Polsce systematycznie przybywa zarówno przedszkoli i punktów przedszkolnych, jak i dzieci w wieku 3–6 lat objętych obowiązkiem nauczania przedszkolnego – wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego. W poprzednim roku szkolnym działalność prowadziło w sumie 22 tys. takich placówek, a ich liczba wzrosła o ponad 300. Kandydaci na nauczycieli przedszkola i klas I–III szkoły podstawowej od października – zgodnie z wymogami MEN – zostaną już objęci nowym standardem kształcenia, w którym większy nacisk ma zostać położony m.in. na nauczanie praktyczne. Uczelnie wyższe będą z kolei mogły kształcić w tym zawodzie w ramach jednolitych studiów magisterskich. 

– Zmiana dotychczasowych przepisów w zakresie kształcenia nauczycieli przedszkolnych i wczesnoszkolnych wiąże się przede wszystkim z tym, że od 1 października 2019 roku kształcenie przygotowujące do wykonywania zawodu nauczyciela przedszkola i klas I–III szkoły podstawowej może być prowadzone na jednolitych studiach magisterskich, na kierunku pedagogika przedszkolna i wczesnoszkolna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Wiśniewska-Borysiak, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu, menadżer kierunku Pedagogika.

W nadchodzącym roku akademickim 2019/2020 zmieni się standard kształcenia nauczycieli przedszkola i klas IIII szkoły podstawowej. Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego od października uczelnie wyższe będą mogły kształcić w tym zawodzie w ramach jednolitych studiów magisterskich o ściśle określonym kierunku „pedagogika przedszkolna i wczesnoszkolna”.

Większy nacisk w tym procesie ma też zostać położony na kształcenie praktyczne i dostosowywanie nauczania do specjalnych potrzeb edukacyjnych uczniów. Kandydaci, którzy będą w przyszłości wykonywać ten zawód, będą pełnili dwie kluczowe role: nauczyciela-dydaktyka i nauczyciela-wychowawcy. W związku z tym powinni być przygotowani do pracy zarówno w obszarze dydaktycznym, jak i wychowawczo-społecznym.

– W obszarze dydaktycznym najważniejsze jest, aby przyszli nauczyciele potrafili skutecznie przekazywać wiedzę, zainteresować tematem zajęć, potrafili wyjaśnić, dlaczego uczniowie mają się nauczyć danego materiału. Wreszcie ważne, żeby przygotowywali uczniów do samokształcenia, aby oni umieli samodzielnie zdobywać wiedzę, analizować ją, przetwarzać, przyswajać ze zrozumieniem. W obszarze społeczno-wychowawczym liczy się to, aby przyszli nauczyciele potrafili rozpoznawać indywidualne potrzeby uczniów, reagować w trudnych, konfliktowych sytuacjach i aby kształtowali w uczniach postawy prospołeczne, chociażby takie, jak zaangażowanie czy empatia – wymienia Katarzyna Wiśniewska-Borysiak.

Zmiany w dotychczasowym modelu kształcenia nauczycieli przedszkola i klas IIII szkoły podstawowej wiążą się z wygaśnięciem dotychczas obowiązujących przepisów regulujących te kwestie, ponieważ w październiku ubiegłego roku zastąpiła je tzw. Konstytucja dla nauki (Ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce). Ta wprowadziła nowe standardy kształcenia w programach studiów przygotowujących nie tylko do zawodu nauczyciela, lecz także m.in. lekarza, farmaceuty, pielęgniarki i architekta.

– Kompleksowe przygotowanie nauczycieli jest tak ważne, ponieważ w swojej pracy mają do czynienia przede wszystkim z człowiekiem, który ma określone potrzeby i oczekiwania. Dlatego studenci – w toku jednolitych studiów magisterskich na kierunku pedagogika przedszkolna i wczesnoszkolna – powinni być przygotowywani nie tylko w obszarze wychowawczym czy dydaktycznym, lecz także badawczo-diagnostycznym, językowo-komunikacyjnym, informacyjno-medialnym czy też autorefleksyjnym i autoewoluacyjnym – mówi Katarzyna Wiśniewska-Borysiak.

Ekspert i wykładowca toruńskiej WSB podkreśla, że studia muszą też kształtować w nauczycielach umiejętność samodoskonalenia, ciągłego rozwoju, systematycznej oceny swoich kwalifikacji i ich ciągłego podnoszenia. Tylko w ten sposób, doskonaląc swój warsztat pracy, będą mogli przeciwdziałać wypaleniu zawodowemu.

Główny nacisk powinien być też położony na praktyczność kształcenia – tzn. że studia mają nie tylko wyposażać nauczycieli w wiedzę, lecz także stwarzać okazje do wykorzystania jej w praktyce. Dlatego zajęcia powinny się odbywać nie tylko w murach uczelni, lecz także w przedszkolach i szkołach, dzięki czemu przyszli nauczyciele zdobędą pierwsze zawodowe doświadczenia.

– Absolwenci jednolitych studiów magisterskich na tym kierunku odnajdą się w pracy z dziećmi w młodszym wieku szkolnym i przedszkolnym. Perspektywy pracy są dla nich dobre, co wynika z uwarunkowań społeczno-demograficznych i instytucjonalnych związanych ze wzrostem liczby publicznych i niepublicznych punktów przedszkolnych, przedszkoli oraz tworzonych oddziałów przedszkolnych w szkołach podstawowych – mówi Katarzyna Wiśniewska-Borysiak.

Również dane GUS potwierdzają, że w Polsce systematycznie rośnie zarówno liczba przedszkoli i punktów przedszkolnych, jak i dzieci w wieku 36 lat objętych obowiązkiem kształcenia przedszkolnego. W roku szkolnym 2017/2018 działalność prowadziło w sumie 22,0 tys. formalnie zarejestrowanych placówek wychowania przedszkolnego, a w porównaniu z poprzednim rokiem ich liczba zwiększyła się o 0,3 tys. Uczęszczało do nich prawie 1,4 tys. dzieci – o 62 tys. więcej niż w roku poprzednim. Natomiast w 14 571 szkołach podstawowych kształciło się w ubiegłym roku szkolnym w sumie 2,7 mln uczniów.

Co istotne, zmiany w systemie kształcenia nauczycieli, które wejdą w życie z 1 października br., obejmą tylko osoby rozpoczynające studia w nadchodzącym roku akademickim 2019/2020. Natomiast ci, którzy rozpoczęli studia (pierwszego lub drugiego stopnia) przed tym terminem, kontynuują kształcenie na dotychczasowych zasadach.

Tempo wzrostu cen najwyższe od siedmiu lat. Do końca roku inflacja może przekroczyć 3,5 proc.

0

Tempo wzrostu cen najwyższe od siedmiu lat. Do końca roku inflacja może przekroczyć 3,5 proc. 12

W lipcu inflacja wyniosła 2,9 proc. w ujęciu rocznym. To  najwyższy wskaźnik od blisko siedmiu lat. Zdaniem analityka Piotra Kuczyńskiego inflację ciągnie w górę już nie tylko drożejąca żywność, lecz także wzrost cen usług, który będzie widoczny w szczegółowych danych Głównego Urzędu Statystycznego. Jednocześnie podkreśla, że Rada Polityki Pieniężnej powinna już w tej chwili podnosić stopy procentowe, bo później wzrost inflacji trudno będzie zahamować niewielkimi podwyżkami.

– Szybki wzrost inflacji może bardzo niepokoić. Nie znamy jeszcze szczegółowych danych, które ukażą się niedługo, i kiedy GUS opublikuje swój raport, zobaczymy, czy za ten wzrost odpowiada przypadkiem już nie tylko żywność, lecz także wzrost cen usług. Już w ostatnim raporcie było widać, że one drożały dobrze powyżej 3 proc. Jeżeli ten trend przyspieszył, to może się okazać, że koniec roku rzeczywiście będzie bardzo zły dla naszych kieszeni, czyli inflacja może przekroczyć nawet 3,5 proc. – ocenia Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych.

Inflacja w lipcu sięgnęła 2,9 proc. w ujęciu rocznym – poinformował GUS. To duże przyspieszenie względem czerwca i najwyższy odczyt od blisko siedmiu lat, od października 2012 roku. Wstępne dane GUS zaskoczyły też ekonomistów, którzy prognozowali wskaźnik inflacji na poziomie 2,6 proc. rdr.

GUS nie opublikował jeszcze raportu, który pokaże, co złożyło się na szybszy wzrost inflacji, ale wskaźnik ciągnie w górę głównie drożejąca żywność. W ciągu ostatniego roku wzrost cen żywności i napojów bezalkoholowych sięgnął 6,8 proc., a w ujęciu miesięcznym – 0,3 proc., co analitycy mBank Research nazwali „historycznym rekordem”, jednocześnie wskazując, że w skali ostatnich czterech lat wzrost cen żywności sięgnął już 15 proc.

Drożejąca żywność to przede wszystkim wina pogody – powodzi, suszy i rekordowych temperatur, jakie przetoczyły się przez Polskę od początku tego roku, powodując straty w zbiorach owoców i warzyw (według prognoz GUS tegoroczne zbiory warzyw gruntowych będą niższe o 9 proc. rdr., a owoców – o ok. 20 proc.).

Jednocześnie jak ocenia Piotr Kuczyński szczegółowe dane GUS mogą już pokazać, że w lipcu drożała nie tylko żywność, lecz także usługi.  

– Na początku tego roku ceny rosły przede wszystkim przez żywność. Był to wzrost głównie z powodu suszy, powodzi, czynników klimatycznych różnych państw. Ale żywność to ok. 1/4 koszyka inflacyjnego, nie wszyscy wydają na nią tak dużo – niektórzy mniej, ludzie ubożsi dużo więcej, więc w nich to szczególnie uderza – mówi Piotr Kuczyński. – Teraz być może zaczęły też szybko drożeć usługi. Jeżeli usługodawca ma wszystko droższe, to sam też zaczyna podnosić cenę, bo w końcu nie wytrzymuje presji różnych komponentów, zwłaszcza kosztów pracy, bo one też rosną, zarabiamy coraz więcej. Wszystko to składa się na wzrost cen usług, do tego dochodzi żywność, i być może to właśnie widzimy już w danych GUS za lipiec.

Według prognoz ekonomistów wzrost inflacji w najbliższym czasie nie wyhamuje i pod koniec bieżącego lub na początku 2020 roku znajdzie się powyżej górnego ograniczenia celu inflacyjnego NBP (3,5 proc.). Zdaniem Kuczyńskiego najbardziej pójdą w górę rachunki za prąd.

– Wiemy, co może zdrożeć najwięcej – rachunki za prąd po prostu, ale to zależy od woli politycznej. One są wstrzymane, są różne rekompensaty „przedwyborcze”, bo przecież tylko o to chodzi, a po wyborach może znowu pojawi się jakaś superustawa, która wprowadzi rekompensaty przed wyborami prezydenckimi. Tego się jednak nie uniknie, w przyszłym roku ceny za prąd znacznie wzrosną i to się doda do inflacji – prognozuje Piotr Kuczyński.

Jak ocenia, mimo wzrostu inflacji Rada Polityki Pieniężnej raczej nie zdecyduje się na podniesienie stóp procentowych przed wyborami. Na początku lipca RPP po raz kolejny zdecydowała się pozostawić je bez zmian i zapowiada, że taki stan utrzyma się z pewnością do końca tego roku. Na rekordowo niskim poziomie utrzymują się już od 52 miesięcy, od marca 2015 roku. Oznacza to wciąż niskie raty kredytów i niską opłacalność lokat bankowych, ale jednocześnie – w związku z rosnącą inflacją – rośnie też presja na podnoszenie stóp.

– Jak wiemy, nasza Rada Polityki Pieniężnej jest ultragołębia, czyli bardzo niechętna podnoszeniu stóp procentowych, a szczególnym gołębiem jest jej szef profesor Glapiński i przed wyborami na pewno stóp nie podniesie, to jest oczywiste. Natomiast według mnie stopy powinny rosnąć, dlatego że grozi nam wybuch większej inflacji, którą trudno będzie opanować poprzez delikatne wzrosty stóp. Trzeba będzie je mocno podnosić, a to stłumi wzrost gospodarczy. Można powiedzieć, że to jest igranie z ogniem, według mnie RPP powinna podnosić stopy procentowe już w tej chwili – mówi Piotr Kuczyński.

Rząd chce przyspieszyć proces cyfryzacji społeczeństwa. Do 2023 roku polska administracja ma przejść gruntowny proces digitalizacji i otworzyć się na nowe technologie

Rząd chce przyspieszyć proces cyfryzacji społeczeństwa. Do 2023 roku polska administracja ma przejść gruntowny proces digitalizacji i otworzyć się na nowe technologie 13

W dobie dynamicznego rozwoju sektora nowych technologii coraz częściej mówi się o państwie działającym w modelu cyfrowym, w którym internet pełni rolę nadrzędnego narzędzia komunikacji między administracją publiczną a obywatelami. Ministerstwo Cyfryzacji planuje rozwijać e-usługi oraz promować innowacyjne technologie, aby upowszechnić rozwiązania z zakresu internetu rzeczy czy sztucznej inteligencji, które usprawnią funkcjonowanie społeczeństwa. Ministerstwo uruchomiło także witrynę internetową Portal RP, na której docelowo znajdą się wszystkie e-usługi świadczone przez państwo.

– Dla obywateli najważniejsze korzyści z cyfryzacji to m.in. możliwość składania wniosków o 500+, wydanie dowodu osobistego, rejestracja dziecka online. Tych rozwiązań jest bardzo dużo. To także usprawnienie takich powszechnych usług, jak ePUAP i Profil Zaufany, oraz zwiększanie świadomości społecznej co do tego, że one ułatwiają życie. To również rozwijanie usług w ramach tzw. globalnej usługi mObywatel, czyli digitalizowanie wszystkich możliwych działań wymagających kontaktów z urzędem – powiedział w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr Maciej Kawecki, pełniący wówczas funkcję dyrektora Departamentu Zarządzania Danymi w Ministerstwie Cyfryzacji.

Polska ma szansę wyrosnąć na lokalnego lidera cyfryzacji. Eksperci z Instytutu Sobieskiego zaprezentowali raport „Polska (prawdziwie) cyfrowa. 12 rekomendacji na lata 2019–2023”, w którym opisują wyzwania związane z procesem cyfryzacji, jakie czekają na posłów kolejnej kadencji. Ich realizacja pozwoli Polsce wysunąć się na pozycję europejskiego lidera administracji państwowej, zwiększy także atrakcyjność rodzimych firm informatycznych na rynku globalnym.

Wśród postulatów wysuniętych przez ekspertów odpowiedzialnych za raport Instytutu Sobieskiego znajdziemy m.in. propozycję powołania Ambasadora ds. Współpracy z Globalnymi Koncernami Informatycznymi. Jego rolą byłoby wspieranie inicjatyw usprawniających proces cyfryzacji gospodarki oraz przyspieszających wdrażanie nowych technologii do jednostek administracji publicznej.

Jednym z najważniejszych projektów na drodze do realizacji zunifikowanej platformy e-usług ma być upowszechnienie dostępu do internetu. Ministerstwo Cyfryzacji planuje rozbudować architekturę telekomunikacyjną w taki sposób, aby każdy obywatel miał możliwość podłączenia swojego domu do światłowodu. To ogromny skok, ponieważ według danych Komisji Europejskiej z 2017 roku Polska była drugim od końca krajem Unii Europejskiej pod względem dostępu gospodarstw domowych do szerokopasmowego internetu w szybkości ponad 30 Mbit/sek. Za nami uplasowała się jedynie Grecja.

Dostęp do szerokopasmowego internetu jednak nie wystarczy. Według raportu Instytutu Sobieskiego kluczem do unowocześnienia gospodarki będzie rozwój projektów wykorzystujących internet rzeczy oraz sztuczną inteligencję w każdym obszarze gospodarki. Pozwoli to m.in. zautomatyzować funkcjonowanie miast czy przyspieszyć procesy administracyjne.

– Mam nadzieję, że 2023 rok będzie wyglądał w Polsce jeszcze bardziej innowacyjnie i zbliżymy się do gospodarek takich, jak Szwecja, Norwegia, Estonia czy Finlandia. Są to kraje, w których wszyscy znają korzyści z wprowadzenia takich technologii jak sztuczna inteligencja. Bardzo duży nacisk kładziemy na innowacje w obszarze samorządowym: inwestowanie w inteligentne oświetlenie, tablice na wiatach autobusowych, w bardzo proste rozwiązania, które dotykają bezpośrednio obywateli. Mam nadzieję, że w 2023 roku społeczeństwo już będzie znało korzyści płynące z innowacji – mówi ekspert.

1 sierpnia Ministerstwo Cyfryzacji zaprezentowało założenia projektu „Portal RP”, który ma być jednym z kamieni milowych na drodze do informatyzacji polskiej administracji. Na nowej stronie internetowej znajdą się zarówno wszystkie informacje publiczne udostępniane w ramach ustawy o dostępie do informacji publicznej, jak i wszystkie rządowe usługi elektroniczne.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji w 2017 roku przekroczyła 16 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie ona do przeszło 190 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 36,6 proc.