Ceny nowych mieszkań rosną szybko. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, czy za tymi podwyżkami nadążają wynagrodzenia z największych krajowych miast.
Powierzchnia mieszkania możliwa do zakupu za przeciętne wynagrodzenie to ważny wskaźnik, który informuje nas o tym, czy ceny metrażu zaczynają „odrywać” się od realiów rynku pracy. Drastyczny spadek wspomnianego wskaźnika był widoczny w czasach poprzedniego boomu mieszkaniowego (2005 r. – 2008 r.). Przez ostatnie 3 lata – 4 lata, tak niekorzystne zmiany relacji między cenami metrażu i poziomem płac na szczęście nie miały miejsca. Wyniki analizy RynekPierwotny.pl sugerują jednak, że pogarsza się dostępność cenowa nowych mieszkań z największych polskich miast. Wyjątek stanowi jedynie Poznań.
Przez trzy lata nowy metraż z metropolii podrożał o 12% – 31%
Portal RynekPierwotny.pl posiada największą w Polsce bazę ofert dotyczących sprzedaży nowych mieszkań. Warto zapoznać się z danymi wspomnianego serwisu, które dobrze pokazują skalę wzrostów cen nowego metrażu. Informacje widoczne na poniższym wykresie mówią, że w ciągu trzech lat (III kw. 2016 r. – II kw. 2019 r.) średnia ofertowa cena 1 mkw. mieszkań deweloperskich z metropolii zmieniła się następująco:
Warszawa – wzrost o 26%
Kraków – wzrost o 22%
Łódź – wzrost o 16%
Wrocław – wzrost o 24%
Poznań – wzrost o 12%
Gdańsk – wzrost o 31%
Wykres przygotowany przez ekspertów RynekPierwotny.pl pokazuje również tempo podwyżek w ujęciu rocznym (od II kw. 2018 r. do II kw. 2019 r.). Takie porównanie wskazuje, że nowy metraż zaczął niepokojąco szybko drożeć na terenie Warszawy, Krakowa, Wrocławia oraz Gdańska. Nawet na rynku poznańskim, który wcześniej był stabilny cenowo, odnotowano szybkie wzrosty.
Dostępność mieszkań pogorszyła się w pięciu dużych miastach
Na podstawie płacowych danych GUS oraz lokalnych urzędów statystycznych można obliczyć, jak przez ostatni rok i minione trzy lata zmieniała się przeciętna dostępność cenowa mieszkań deweloperskich. Mowa o powierzchni typowego mieszkania, którą można kupić za przeciętne wynagrodzenie netto w sektorze przedsiębiorstw. Poniższa tabela prezentuje zmiany takiej powierzchni dotyczące sześciu krajowych metropolii. Jeżeli przyjmiemy II kw. 2019 r. za punkt odniesienia, to można obliczyć, że dostępność cenowa nowych lokali zmieniła się następująco:
Warszawa – spadek o 12% względem II kw. 2018 r./spadek o 8% względem III kw. 2016 r.
Kraków – spadek o 4% względem II kw. 2018 r./wzrost o 1% względem III kw. 2016 r.
Łódź – spadek o 2% względem II kw. 2018 r./bez zmian (0%) względem III kw. 2016 r.
Wrocław – spadek o 4% względem II kw. 2018 r./spadek o 2% względem III kw. 2016 r.
Poznań – wzrost o 1% względem II kw. 2018 r./wzrost o 13% względem III kw. 2016 r.
Gdańsk – spadek o 6% względem II kw. 2018 r./spadek o 10% względem III kw. 2016 r.
Jak nietrudno zauważyć, wszystkie metropolie poza Poznaniem w ujęciu rocznym zanotowały spadek przeciętnej dostępności cenowej nowych mieszkań. Najbardziej niepokojąco wygląda sytuacja warszawskiego rynku pierwotnego (nawet jeśli założymy, że część negatywnej zmiany jest efektem rozbudowy oferty najdroższych „M”). Roczny wzrost dostępności cenowej nowego metrażu widoczny w Stolicy Wielkopolski (+1%) ma natomiast charakter czysto symboliczny. Mieszkańcy Poznania o wiele większą poprawę mogli odczuć w perspektywie trzyletniej.
Jeżeli chodzi o inne trzyletnie zmiany na terenie krajowych metropolii, to oprócz Warszawy najgorzej prezentuje się Gdańsk. Wspomniane miasto trzy lata temu cechowało się zdecydowanie najlepszą relacją między cenami nowych „M” oraz poziomem wynagrodzeń (w porównaniu do pozostałych metropolii). Dane z połowy 2019 r. informują, że Stolica Pomorza notuje podobne wyniki jak Łódź i została już wyprzedzona przez Poznań. Nie można wykluczyć, że długookresowa poprawa dostępności cenowej nowych mieszkań z Poznania pomoże w złagodzeniu problemu, z jakim boryka się to miasto. Mowa o utracie ludności na rzecz podmiejskich gmin z powiatu poznańskiego.
Autor: Andrzej Prajsnar,ekspert portalu RynekPierwotny.pl
Przez jakiś czas udało się zmienić temat numer jeden na rynkach finansowych z Brexitu na stopy procentowe w USA. Teraz kandydaci na stanowisko szefa Partii Konserwatywnej znów zatrzęśli rynkiem. Powodem jest polaryzacja stanowiska w walce o głosy twardego elektoratu.
Co dalej z Brexitem?
Trwają wybory przywódcy Partii Konserwatywnej. Lider wyścigu Boris Johnson w dalszym ciągu podtrzymuje swoje wcześniejsze postulaty, z kolei jego rywal Jeremy Hunt przechodzi na bardziej antyunijne pozycje. Powodem są nastroje wśród głosujących członków torysów. W rezultacie rośnie szansa tzw. twardego Brexitu. Obaj kandydaci krytykują obecne porozumienie, a szansa na to, że Unia zgodzi się na rozpoczęcie negocjacji od nowa, jest znikoma. Nawet jeśli pojawiłaby się taka możliwość, to nie jest realnym zakończenie takich rozmów do 31 października, czyli kolejnego już granicznego terminu opuszczenia UE przez Zjednoczone Królestwo. Obaj kandydaci obiecują, że tym razem jest to ostateczna data. W rezultacie funt traci na wartości. Od początku tygodnia spadł już o około 5 groszy względem złotego.
Rynek pracy w Polsce
Dzisiaj rano Główny Urząd Statystyczny opublikował dane na temat wzrostu zatrudnienia i wynagrodzeń. Zatrudnienie rośnie szybciej od oczekiwań, dokładnie o 2,8%. Taki wzrost sugeruje, że najnowszy odczyt bezrobocia nie będzie zapewne ostatnim historycznym minimum w tym roku. Niewykluczone, że uda się przełamać barierę 5%, biorąc pod uwagę bezrobocie rejestrowane. Z drugiej strony dane na temat wynagrodzeń nie są aż tak pozytywne. Rosną one o 5,3% w skali roku, co jest wyraźnie słabszym wynikiem niż oczekiwane 7%. Jednak wzrost na poziomie 5,3% to w dalszym ciągu bardzo dobry wynik. Dzięki niemu średnia pensja w przedsiębiorstwach przekroczyła 5100 zł brutto.
Dane z USA
Wczorajsze odczyty zostały odebrane przez rynki jako korzystne dla dolara. Sprzedaż detaliczna utrzymała się na poziomie 0,4% miesiąc do miesiąca, pomimo spodziewanego spadku do 0,1%. Słabiej wypadła produkcja przemysłowa, która nie zmieniła się w ujęciu miesięcznym przy oczekiwanym wzroście o symboliczne 0,1%. Rynki od początku dnia przenosiły swoje zainteresowanie z euro na dolara i publikacje wskaźników tylko potwierdziły ten ruch. W ciągu całego dnia wspólna waluta staniała o pół centa względem USD. Kolejnym efektem tych danych było podrożenie dolara względem złotego.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
20:00 – USA – zapiski z posiedzenia FED, tzw. beżowa księga.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Ponad połowa Polaków (55 proc.) uważa, że każdy powinien mieć możliwość pracy w niedzielę, przy czym 47 proc. twierdzi, że nie powinno być w tym zakresie żadnych ograniczeń – pokazują badania Agencji Badań Rynku i Opinii SW Research. Tymczasem zakaz handlu stopniowo zmienia organizację pracy i styl życia, zwłaszcza osób zatrudnionych w handlu, szczególnie jeśli pracują w systemie zmianowym lub wyłącznie w weekendy. Kim są ci, którzy mają ograniczone możliwości niedzielnego zarobku? Są to m.in. studenci dzienni, dorabiający emeryci, osoby pracujące dorywczo w branżach powiązanych z galeriami handlowymi, np. pracownicy ochrony czy serwisu sprzątającego. Agencja badawcza Danae przeprowadziła z nimi serię wywiadów, na podstawie których możemy dowiedzieć się, co sami zainteresowani myślą o zakazie handlu, jak wpłynął on na ich życie i jak odnaleźli się w nowej sytuacji.
Ograniczenie handlu w niedzielę zostało zapoczątkowane w 2018 roku, jednak najbardziej odczuwalny będzie ostatni etap zmian, który planowany jest na styczeń 2020 r. Wtedy sklepy będą zamknięte w niemal każdą niedzielę. Jednak kwestia niedziel niehandlowych jest wciąż dyskusyjna dla części społeczeństwa. Doskonale ilustruje to badanie zrealizowane przez SW Research. Okazało się, że 85 proc. ankietowanych zapytanych o to na jakich zasadach pracownicy jednak mogliby pracować w niedzielę, wskazało jakąś formę gratyfikacji. Ponad połowa (53,5proc.) badanych uważa, że pracownicy powinni mieć w niedzielę wyższą stawkę godzinową (150% normalnej stawki). Drugi najczęściej wskazywany pomysł (16 proc. odpowiedzi) to wyższy przelicznik godzinowy za pracę (1 godzina liczona jako 1,5 godziny). Prawie tyle samo, bo 15,3 proc. ankietowanych postuluje jeden gwarantowany dzień wolny w tygodniu w zamian za każdą przepracowaną niedzielę. Szczegółowy rozkład głosów prezentuje poniższy wykres:
W ramach badania prowadzone były wywiady, w których wypowiedzieli się studenci i emeryci, pracujący w różnym wymiarze godzin w handlu lub ochronie, przychodzący do pracy wyłącznie lub również w weekendy. Jakie są ich spostrzeżenia?
Młodzi pracujący w weekendy
Uczniowie i studenci dzienni, którzy w weekendy dorabiali sobie w galeriach handlowych, nie mają często czasu, aby pracować w inne dni tygodnia: – Koleżanka sama się zwolniła, ponieważ miała do wyrobienia 80 lub 60 godzin w miesiącu i nie miała jak. Bo studiujemy tak, że kończymy zajęcia i nie za bardzo mamy czas na swoje życie prywatne. Nawet na to, żeby pójść do domu, położyć się do łóżka i odpocząć – mówi Ola. Młodzi ludzie, którzy chcą zaoszczędzić, np. na wymarzony komputer, telefon czy wakacje lub też mieszkają jeszcze z rodzicami i chcą po prostu dołożyć się do domowego budżetu liczą straty finansowe: – Ja też na tym cierpię, bo dużo prywatnych pieniędzy, które mogłem sobie odłożyć na cokolwiek, to ich nie mam. Patrząc przyszłościowo: na samochód, wakacje. To zawsze 600 zł miesięcznie, czyli licząc 3 niedziele – no to jest mniej o 450 zł. W skali roku to jest bardzo dużo, to już jest kwota prawie 5,5 tys. – opowiada Arek. Niekiedy skutki rezygnacji z pracy w niedzielę są jednak bardziej dotkliwe: Mam też takiego jednego znajomego, który na tym bardzo ucierpiał i musiał składać papiery o stypendium socjalne, żeby to jakoś nadgonić – dodaje Tomek. Są też osoby, które na skutek obniżenia zarobków zmuszone były do zrezygnowania ze studiów zamiejscowych i powrotu do domu rodzinnego oraz studiowania na pobliskiej, mniej renomowanej uczelni.
Jak odnaleźć się w nowej sytuacji?
W sytuacji, gdy pozostała tylko jedna pracująca niedziela w miesiącu, osoby chcące zająć czymś czas i dorobić sobie dodatkowe pieniądze, musiały poszukać sobie nowych zajęć. – Moja dziewczyna nauczyła się robić hybrydy, kupiła sobie lampę. Nie było jeszcze takiej niedzieli od gdzieś pół roku, żeby nie miała przynajmniej 2 klientek, które przychodzą. Najczęściej są to koleżanki, później z rekomendacji – mówi Arek. Młodzi ludzie ratują się też udzielaniem korepetycji, które charakteryzuje jednak większa nieregularność: – Na początku była złość. Że jest to ograniczenie. I że sam sobie [do tej pory – przyp.] rozplanowywałem, jak to będzie wyglądać. A jak teraz rozplanowałem sobie, to średnio ciekawie to dla mnie wyglądało. Później się jakoś to porozkładało, znalazłem inne zajęcia dorywcze, np. korepetycje. I tak też czasami się zdarza, że w niedziele daję korepetycje – mówi Tomek. Jednak nie wszyscy potrafili sobie przeorganizować plany: – Nic nie robię w niedzielę. Na studiach nadganiam jakieś rzeczy. Jeśli pracuję w sobotę, to wyjechać na samą niedzielę jest średnio. Można, wiadomo, ale jeśli mam do domu 300 km, to już nie zdążę [w ciągu 1 dnia – przyp.] – mówi Arek.
Starsi chętnie popracują za wyższą stawkę
Osoby starsze jako motywację do pracy w niedzielę wskazywały natomiast wyższą stawkę jaką otrzymywały za ten dzień. Najłatwiej było im zdobyć właśnie pracę w handlu, ponieważ bardzo często nie lubią bądź nie czują się już na siłach, by podjąć pracę np. w gastronomii. W sytuacji, gdy większość niedziel została objęta zakazem handlu, emeryci nie mogą zrekompensować sobie utraconych dochodów. – Straciłem możliwość zarobku, a nie zyskałem nic. Ja przecież chciałem pracować, o to chodzi. W niedziele najlepiej można było zarobić, na przykład godzina była płatna 200-300% w stosunku do normalnego dnia. Także ja na tym straciłem. Teraz w tych czasach niby wszystko idzie do przodu, a tu zauważam takie uwstecznianie się, jakbyśmy się cofnęli cywilizacyjnie, przez taki zakaz, to niezrozumiałe dla mnie – mówi pan Andrzej. W sytuacji zmniejszonych dochodów łatwo też wpaść w pułapkę zadłużenia, co pokazuje historia jednej seniorki: – Pewnie większość z nas ma jakieś karty debetowe. Ja mam taką kartę odnawialną. Nie muszę jej w ciągu miesiąc spłacać. Wzięłam sobie taką kartę i jak mi brakuje z pensji… Wcześniej też ją miałam, ale rzadziej korzystałam. O niebo rzadziej. Musiałam sobie teraz zwiększyć kwotę, którą mogę sobie wybrać – mówi pani Halina.
Kontakt z ludźmi jako towar deficytowy
Przejście na emeryturę często powoduje depresję, na którą cierpi według różnych statystyk pomiędzy 15-30% seniorów w Polsce[1]. Warto też zauważyć, że duży odsetek osób starszych mieszka samotnie lub ze współmałżonkiem w podobnym wieku. Potrzebują oni kontaktów z innymi, często tęsknią za swoimi dziećmi i wnukami, z którymi widują się stosunkowo rzadko. Dodatkowa praca w weekendy to dla części emerytów okazja do wyjścia z domu i kontaktu z ludźmi, który jest bardzo ważny dla ich ogólnego dobrostanu: – Mnie tak naprawdę to brakowało chyba kontaktu z ludźmi tak na co dzień. Ja byłam przyzwyczajona do tego – w biurze podróży to wiadomo, potem w banku też, bo pracowałam na froncie. I teraz była taka możliwość wyjścia w sobotę, niedzielę [do pracy – przyp.] – mówi pani Danuta. Problem ten jest szczególnie dotkliwy w małych miejscowościach, gdzie oferta spędzania czasu wolnego jest ograniczona: – To był taki mały sklepik. Na wsiach są takie małe, ogólne, spożywczo-przemysłowe. Klienci ciągle ci sami, których polubiłam, których przecież już tam znałam, bo tam długo pracowałam. Zresztą miło to wspominam po prostu. Byłoby miło wciąż tam pracować… – mówi pani Halina. Emeryci często mają jeszcze siłę i energię, ale nie wiedzą, jak je spożytkować: – Lubię kontakt z ludźmi, ekspozycję towaru. W ogóle lubię pracować, wcześniej pracowałam w barze, to też by mi odpowiadało. Ja lubię właśnie kontakt z ludźmi. Kiedyś pracowałam w biurze, to było 8 godzin za biurkiem. Makabra. Ja mówię, że chyba się urodziłam po to, żeby w handlu pracować – mówi pani Ewa.
Czemu inni mogą pracować, a ja nie?
Część studentów i emerytów pracujących w handlu zastanawiała się też, dlaczego zmiany dotyczą tylko ich branży: – Według mnie nie powinno być czegoś takiego, że jedni mają wolne, a drudzy nie. Nie wiem, dlaczego handel jest wyróżniony. Rozumiem, że to jeden sektor. Ale są inne sektory. Jakbyśmy zatrzymali produkcję czegoś na jeden dzień, to wydaje mi się, że to też spowodowałoby jakieś straty – mówi Arek. Niektórzy badani zwracali też uwagę na fakt, że wybierając pracę w handlu, świadomie godzili się na pracę w niedzielę: – Są zawody, które od zawsze pracowały: szpital działa, pogotowie działa, SOR-y działają, tramwaje jeżdżą, autobusy, pociągi jeżdżą, stacje benzynowe, kasjerki, gastronomia pracuje. Wydaje mi się, że osoby, które pracują w tych zawodach, liczą się z tym, że pracują w święta, że pracują na nocne zmiany, na zmiany popołudniowe. Tak samo osoby, które zdecydowały się na pracę w handlu, liczą się z tym, że będą pracowały – podkreśla pani Danuta.
Warto też dodać, że część badanych przyznało, iż kiedyś praca w niedziele sprawiała im
po prostu przyjemność. Klienci zazwyczaj byli uśmiechnięci, zrelaksowani, mili, nie spieszyli się, chętnie kupowali i rzadziej się irytowali. Obecnie najwięcej osób przychodzi na zakupy
w piątki i soboty, ale nie jest już tak miło – ludzie się spieszą, często bywają nieuprzejmi, zarówno w stosunku do siebie nawzajem, jak i do obsługi. Część studentów i emerytów badanych przez Danae przyznawało, że odczuwa złość i rozgoryczenie zaistniałą sytuacją – utracili ważne dla siebie dochody oraz możliwość wykonywania pracy. Tym samym zdecydowano o istotnej części ich życia bez ich udziału i wbrew ich woli.
***
Przedstawione wyniki dotyczą badań ilościowych, które obejmowały 2 pytania, jak również 13 wywiadów jakościowych. Łącznie w ramach diagnozy społecznej zadanych zostało 7 pytań
na reprezentatywnej próbie 1 000 dorosłych Polaków stanowiących podstawę do analizy ilościowej oraz przeprowadzonych było 60 narracji/opinii zróżnicowanych pod kątem światopoglądowym, stylu życia oraz wielkości miejscowości.
[1] badanie „Sytuacja społeczna osób w wieku 65+” zrealizowane dla Stowarzyszenia mali bracia Ubogich przez ARC Rynek i Opinia
Wraz z początkiem lipca br. ceny energii elektrycznej kupowanej przez średnie i duże przedsiębiorstwa zostaną uwolnione. Biorąc pod uwagę sytuację na hurtowym rynku energii elektrycznej w UE, w praktyce oznacza to znaczny wzrost kosztów dla polskich firm. W ocenie Europejskiego Instytutu Miedzi rozwiązaniem dla rodzimych przedsiębiorców mogą być inwestycje w mikroinstalacje fotowoltaiczne i stanie się prosumentami energii odnawialnej zgodnie z przyjętą przez rząd nowelizacją ustawy o OZE.
Ceny energii uderzą w gospodarkę?
Od 1 lipca 2019 r. działające w Polsce przedsiębiorstwa obrotu energią nie będą już miały obowiązku oferowania cen energii elektrycznej na poziomie z 30 czerwca 2018 r. dla średnich i dużych przedsiębiorstw. W efekcie oznacza to znaczny wzrost kosztów dla krajowych firm, co może uderzyć w ich konkurencyjność na rynku europejskim oraz przełożyć się na wyższe ceny dla konsumentów. Nowe przepisy co prawda przewidują możliwość ubiegania się przez przedsiębiorstwa o dopłatę do każdej kupionej, a zużytej w II połowie 2019 r. ilości energii w ramach dozwolonej przepisami UE pomocy de minimis. Wsparcie to jest jednak ograniczone do 200 tys. euro w ciągu trzech lat podatkowych.
W ocenie Europejskiego Instytutu Miedzi w dłuższej perspektywie korzystniejszym rozwiązaniem dla rodzimych firm mogą być inwestycje w mikroinstalacje fotowoltaiczne i stanie się prosumentami energii odnawialnej zgodnie z przyjętą 25 czerwca br. przez rząd nowelizacją ustawy o OZE.
Nowe regulacje rozszerzają bowiem definicję prosumenta, dopuszczając do tej grupy również przedsiębiorców. Zgodnie z planowanymi przepisami prosumentem energii odnawialnej będzie odbiorca końcowy, wytwarzający energię elektryczną z OZE na własne potrzeby w mikroinstalacji, który może tę energię magazynować lub sprzedawać, albo sprzedawcy zobowiązanemu, albo innemu sprzedawcy. Warunkiem jest, aby dla odbiorcy nie będącego gospodarstwem domowym, sprzedaż energii z własnej mikroinstalacji nie była przedmiotem przeważającej działalności gospodarczej w myśl ustawy o statystyce publicznej. Dopuszczalna wielkość mikroinstalacji ma wynieść 50 kW, a system opustów jaki obejmie firmy-prosumentów to 0,8 dla instalacji do 10 kW i 0,7 dla tych o mocy 10-50 kW.
Słoneczny wiatr w żagle
Zdaniem Europejskiego Instytutu Miedzi rządowy projekt przyczyni się nie tylko do poprawy sytuacji polskich przedsiębiorstw, ale także do osiągnięcia ciążącego na Polsce celu 15 proc. udziału energii ze źródeł odnawialnych w końcowym zużyciu energii brutto do 2020 r. Tym bardziej, że sektor fotowoltaiki w naszym kraju szybko rośnie. Do maja 2019 r. skumulowana moc we wszystkich instalacjach tego typu osiągnęła 700 MW, a w całym 2019 r moc instalacji PV może wynieść 1 GW, co da nam czwarte miejsce w Europie, jeśli chodzi o roczny przyrost mocy PV. Tym samym fotowoltaika stanie się drugą technologią OZE o najszybszym tempie wzrostu, jednocześnie oferującą najniższe koszty produkcji energii elektrycznej.
Eksperci Europejskiego Instytutu Miedzi szacują, że potencjał ten jest jeszcze większy. Niezbędne są jednak dalsze zmiany prawne ułatwiające rozwój technologii fotowoltaicznych o najkrótszych cyklach inwestycyjnych, a więc właśnie instalacji prosumenckich oraz małych farm fotowoltaicznych, które mogłyby dysponować pełną mocą produkcyjną już w ciągu 2 lat. Osiągnięcie poziomu 3-4 GW zainstalowanej mocy pochodzącej z instalacji fotowoltaicznych byłoby spełnieniem oczekiwań związanych z optymalizacją źródeł wytwórczych pochodzących z OZE.
Pozwoliłoby to do 2020 r. zwiększyć zdolności produkcyjne czystej energii, tym samym ograniczając straty budżetu państwa z tytułu kar za niedotrzymanie unijnych celów polityki klimatycznej o 0,5 mld zł do nawet 1 mld zł.
Świat inwestuje w fotowoltaikę
Poza granicami Polski, rynek energii słonecznej rozwija się jeszcze dynamiczniej. Według Solar Power Europe[1], w roku 2018 została zainstalowana globalnie większa moc energii fotowoltaicznej niż którejkolwiek innej technologii wytwarzania energii elektrycznej – więcej niż energii ze źródeł kopalnych i jądrowej łącznie. Moc zainstalowana energii słonecznej, przyłączona do sieci w 2018 r. wyniosła 102,4 GW (wzrost o 4 proc. r/r). Oznacza to, że całkowita zainstalowana moc energii słonecznej wynosi ponad 500 GW.
Światowy prym wśród inwestorów wiodą Chiny, które w minionym roku zainstalowały blisko połowę (43,3 proc.) globalnej mocy wytwórczej w 2018 r. Wysoką aktywność zachowały również Stany Zjednoczone, które zwiększyły moc instalacji solarnych o 10,6 GW. Na kolejnych miejscach w światowym rankingu uplasowały się Indie (8,3 GW), Japonia (6,6 GW), Australia (5,5 GW) oraz Niemcy (2,9 GW). Europa w tym czasie dodała 11,3 GW, co oznacza 21 proc. wzrost w porównaniu z 9,3 GW zainstalowanym rok wcześniej.
Według przewidywań Solar Power Europe do końca bieżącego roku skumulowana moc instalacji fotowoltaicznych powinna osiągnąć poziom 645 GW, a do 2022 r. 1,1 TW.
Niezbędne zasoby
Realizacja procesu transformacji energetycznej, zarówno globalnej, jak i polskiej gospodarki, będzie wymagała dostępu nie tylko do odnawialnych źródeł energii, ale również do surowców kopalnianych, m.in. miedzi, której Polska jest jednym z największych producentów na świecie.
Właściwości miedzi, takie jak wysoka przewodność elektryczna, trwałość czy przetwarzalność, czynią z niej kluczowy materiał dla nowoczesnej energetyki bazującej na odnawialnych źródłach energii. Miedź jest bowiem powszechnie wykorzystywana do produkcji kluczowych elementów infrastruktury energetycznej ‒ przewodów i kabli, paneli fotowoltaicznych czy systemów magazynowania energii.
Z szacunków Europejskiego Instytutu Miedzi wynika, że każdy kilogram miedzi użyty w systemie energetycznym, w zależności od wykorzystywanej technologii, przynosi oszczędność pierwotnie wytworzonej energii od 500 do 50 000 kWh, obniżając koszty od 60 do 6000 EUR na poziomie UE. Ponadto, wykorzystując doskonałą przewodność elektryczną miedzi, w ciągu następnych 10-20 lat w Europie będzie można zmniejszyć emisję CO2 o co najmniej 100 milionów ton rocznie.
Ilość miedzi typowo zużywanej w elektrowni fotowoltaicznej o mocy 1MW wynosi od 3,1 do 4,8 t/MW. Zakładając, że nowa moc zainstalowana fotowoltaiki w okresie 2018-2022 osiągnie 645 GW, to szacowane dodatkowe zapotrzebowanie na miedź w sektorze OZE wyniesie ok. 500 tys. ton rocznie.
Według badań agencji United States Geological Survey, światowe rezerwy miedzi wynoszą ok. 830 mln ton, a zasoby szacuje się na przeszło 5 000 mln ton[2]. Oznacza to, że powinny one wystarczyć odpowiednio na 40 lat oraz 200 lat.
Ważną rolę w dostępności miedzi odgrywa również jej recycling. Surowiec ten jest jednym z nielicznych, który może być wielokrotnie przetwarzany bez utraty swoich właściwości lub parametrów jakościowych. Miedź odzyskiwana jest zarówno z produktów wycofywanych po zakończeniu eksploatacji, jak z odpadów poprodukcyjnych. Obecnie w ten sposób co roku pozyskuje się ok. 8,5 mln ton tego surowca. W skali globalnej współczynnik recyclingu ze złomu miedzianego wynosi 30 proc. W Europie liczba ta jest bliższa 45 proc. Warto też dodać, że z pracujących kabli i urządzeń odzyskuje się blisko 100 proc użytej w nich miedzi. Dlatego ważne jest, by poza wykorzystywaniem naturalnych surowców, inwestować równolegle w rozwój technologii recyklingowych, pozwalających na budowanie wysokowydajnej gospodarki opartej na zamkniętym obiegu zasobów.
Pomimo rosnącego zapotrzebowania na miedź ze strony sektora OZE, dostęp do miedzi jako jednego z kluczowych surowców wydaje się niezagrożony. Polityka rządów oraz działania podmiotów zaangażowanych w rozwój sektora odnawialnych źródeł energii powinny więc w najbliższych latach koncentrować się na zwiększeniu efektywności, zarówno w zakresie wytwarzania energii, jak i wykorzystania miedzi, tak aby w efekcie móc systematycznie obniżać koszty dla odbiorców końcowych.
[1] SolarPower Europe „Global Market Outlook 2019-2023” http://www.solarpowereurope.org/global-market-outlook-2019-2023/
[2] Rezerwy są to złoża, które zostały odkryte, oszacowane i ocenione jako ekonomicznie opłacalne. Zasoby są znacznie większe i obejmują: rezerwy, odkryte złoża, które są potencjalnie opłacalne oraz przewidywane nieodkryte złoża.
Globalna konkurencja, upowszechnienie nowoczesnych technologii, nowe formy organizacji pracy i zmiany struktury zawodowo-kwalifikacyjnej powodują, że największym potencjałem przedsiębiorstwa są obecnie ludzie i ich wiedza. Decydują oni o utrzymaniu konkurencyjnej przewagi firmy na rynku, budują jej wartość i pozwalają sprawnie zarządzać organizacją. Szczególną rolę w tym aspekcie odgrywa kadra zarządzająca średniego szczebla – jej umiejętność stałego uczenia się i rozwijania własnych kompetencji.
Współczesne przedsiębiorstwa zgłaszają zapotrzebowanie na ekspertów mających zdolność do samodzielnego, efektywnego i skutecznego działania. Te umiejętności w kontekście gospodarki opartej na wiedzy wymagają już nie tylko precyzji w wykonywaniu określonych czynności, ale oznaczają pierwszorzędne znaczenie takich elementów jak: zdolność do pełnienia różnych ról, elastyczność w działaniu, ciągły rozwój kompetencji, mobilność, zdolność do adaptacji. Tworzą one zasób wiedzy i umiejętności, będący najważniejszym budulcem każdego nowoczesnego przedsiębiorstwa. – Permanentne uczenie się jest koniecznością w warunkach dynamicznych i nieprzewidywalnych zmian dla utrzymania i rozwoju potencjału konkurencyjnego. Proces ten wynika zarówno z szybko postępującej dezaktualizacji wiedzy, jak i zmiany struktury rynku pracy. W największym stopniu dotyczy to kadry zarządzającej średniego i niskiego szczebla – menadżerów, team leaderów – którzy na co dzień koordynują efektywną pracę swoich zespołów – mówi Tomasz Bereźnicki, prezes DPC Polska, najbardziej doświadczonej firmy wdrożeniowej w kraju.
Kluczowa rola team leaderów
Kadra zarządzająca średniego szczebla pełni w każdym przedsiębiorstwie kluczową rolę. Po pierwsze, to ona kieruje codzienną pracą swoich zespołów, umożliwiając realizację bieżących zadań i projektów. Po drugie, stanowi łącznik pomiędzy pracownikami a dyrektorami czy zarządami, zapewniając właściwy i płynny przekaz informacji oraz kierunków działania. Po trzecie wreszcie, ich rola w firmie polega na sprawnym identyfikowaniu i eliminacji ewentualnych problemów – Schemat komunikacji w każdym przedsiębiorstwie wygląda następująco: polecenia kierowane są z samego szczytu tj. od prezesa czy dyrektora, w dół, natomiast problemy – przerwy w pracy, kłopoty techniczne, nieporozumienia wśród załogi – formułowane są przez personel najniższego szczebla bezpośrednio do przełożonych. Specyficzne położenie menadżerów w tej hierarchii, utrzymujących stały kontakt z najważniejszymi osobami w organizacji, dla których jednocześnie pracownicy operacyjni nie są anonimowi, umożliwia natychmiastowe reagowanie w sytuacjach kryzysogennych – przekonuje Tomasz Bereźnicki. – Moje wieloletnie doświadczenie we współpracy z szeregiem firm z rożnych branż przy wdrażaniu nowych standardów w zakresie przywództwa, procesów i doskonalenia wskazuje, że sukces rynkowy danego przedsiębiorstwa, niezależnie od branży czy wielkości, w największej mierze zależy od kompetencji kadry zarządzającej średniego i niskiego szczebla i jej gotowości do ciągłego zdobywania nowych umiejętności – dodaje.
Właściwy dobór kadr
Efektywność pracy menadżerów w pierwszej kolejności zależy od sprawnego funkcjonowania działu HR. Niezależnie od charakteru rekrutacji – czy to na stanowisko pracownika operacyjnego z możliwością awansu, czy też poszukiwania bezpośrednio team leadera – należy zwracać uwagę na szereg kompetencji wykraczających poza standardową listę widoczną na niemal każdym CV. Nie tylko wykształcenie i doświadczenie, ale również umiejętności miękkie oraz postawa stanowią o potencjale danego kandydata. Do takich umiejętności można zaliczyć: kreatywność, innowacyjność, zdolność do szybkiego identyfikowania i rozwiązywania problemów, dbałość o dobrą atmosferę i komunikację w zespole.
Pracodawcom zależeć powinno również na takim zarządzaniu własnym biznesem, aby zminimalizować problem rotacyjności kadry średniego i niskiego szczebla, co w dzisiejszych czasach jest niemałym wyzwaniem. – O ile zastąpienie pracownika operacyjnego wykonującego określone zadania nie stanowi zasadniczego problemu, o tyle utrata team leadera wiąże się z określonymi kosztami. Rekrutacja bądź wykształcenie kolejnego, efektywnego menadżera to proces przede wszystkim czasochłonny, destabilizujący prawidłowe funkcjonowanie całego zespołu. Dlatego usprawnianie działalności firmy i zapewnienie pracownikom możliwości ciągłego kwestionowania i eksperymentowania ma na celu zatrzymanie w niej najbardziej wartościowych członków załogi na lata – mówi Mariusz Drewnowski, Partner w DPC Polska.
Strategia Zarządzania Lean
Odpowiedni dobór team leaderów oraz skuteczne przeciwdziałanie fluktuacji kadr to jeden z celów Strategii Zarządzania Lean. Jest to koncepcja o ugruntowanym uznaniu na świecie, coraz szerzej wdrażana w wielu polskich firmach, zarówno przemysłowych (wytwórczych), jak i usługowych, która doczekała się już szeregu opracowań naukowych.
Strategia Zarządzania Lean ma charakter czteroetapowy:
Warsztaty strategiczne – czyli refleksja na temat realizacji celów strategicznych firmy, przeprowadzana w formie warsztatów z udziałem kadry zarządzającej (top management firmy lub obszaru).
Ocena potencjału – czyli analiza stanu obecnego w celu uzyskania porozumienia co do poziomu efektywności procesów w firmie lub wybranym obszarze i oceny potencjału co do rozwoju organizacji (rekomendacja zmian)
Kierunki rozwoju – czyli warsztaty obejmujące opracowanie planu wdrożenia zmian (usprawnień) na bazie rekomendacji wypracowanych w fazie Oceny Potencjału.
Wdrożenie i utrzymanie zmian – czyli działania pozwalające na wdrożenie, rozwijanie i utrzymanie nowych standardów: procesów, zarządzania (przywództwa) oraz doskonalenia.
Wśród szeregu działań proponowanych przez firmy wdrożeniowe zajmujące się Strategią Lean, szczególny nacisk kładzie się na umiejętność i świadomość potrzeby ciągłego wykorzystywania KPIs (ang. Key Performance Indicators), stanowiących podstawę podejmowania kluczowych decyzji i eliminacji przyczyn ewentualnych problemów, oraz wykształcenie w pracownikach odwagi do kwestionowania status quo i eksperymentowania podnoszącego efektywność ich pracy. – Żadnego z tych celów nie osiągniemy bez zbudowania w danym przedsiębiorstwie świadomości kadry średniego szczebla co do jej celów i wartości, kadry otwartej na zmiany i adaptację do dynamicznie zmieniających się warunków. To oni, z jednej strony koordynując pracę swojego zespołu, z drugiej zaś raportując przełożonym efekty działań oraz komunikując potencjalne problemy, odgrywają kluczową rolę w prawidłowym funkcjonowaniu każdej organizacji – mówi Piotr Rybotycki, Partner w DPC Polska.
Autorzy złośliwego oprogramowania GandCrab kończą swoją działalność. Grupa cyberprzestępców, która stworzyła jeden z najbardziej aktywnych ransomware w ostatnich latach, twierdzi, że osobiście zarobiła na nim około 150 milionów dolarów. Jednocześnie wyróżniła się na czarnym rynku sposobem dystrybucji swoich narzędzi oraz nietypowymi działaniami marketingowymi.
Dochodowy cyberbiznes
Twórcy GandCrab udostępnili swoje narzędzie na czarnym rynku w modelu usługowym (RaaS – Ransomware-as-a-Service). Dzielili się zyskami ze swoimi partnerami, najczęściej w proporcjach 60-40% lub, rzadziej, 70-30%.
Kariera GandCraba zaczęła się w styczniu 2018 roku, gdy po raz pierwszy pojawił się na rosyjskim forum exploit.in. Był to czas, kiedy wydawało się, że cyberprzestępcy będą coraz rzadziej korzystać z narzędzi typu ransomware. Mimo tego GandCrab zdołał osiągnąć znaczną popularność, infekując ponad 50 tys. urządzeń tylko w ciągu pierwszego miesiąca działania.
Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet
Szeroka sieć dystrybucji GandCraba została zbudowana dzięki programowi partnerskiemu i związkom z innymi usługami, jak np. NTCrypt i innymi podmiotami mającymi doświadczenie w dystrybucji przez protokoły RDP i VNC. – Początkowo były one skierowane tylko do krajów zachodnich, głównie do Ameryki Łacińskiej. Później rozszerzono współpracę z dystrybutorami złośliwego oprogramowania w Chinach i Korei Południowej, przy czym jeszcze w kwietniu ubiegłego roku laboratoria Fortinet wykryły kampanię spamu dostarczającą ładunek GandCrab do Korei Południowej – mówi Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet w Polsce.
GandCrab był szeroko obecny także w Polsce. Według danych Fortinet to najczęściej występujący ransomware w naszym kraju w drugiej połowie 2018 roku, kiedy odnotowano ponad 1500 przypadków aktywności jego różnych wariantów.
Cyberprzestępczy marketing
W związku z szybkim rozwojem GandCrab, laboratoria FortiGuard, jak również inni badacze bezpieczeństwa aktywnie monitorowali zmiany pomiędzy jego kolejnymi wydaniami. Oprócz nowych funkcji, obejmowały one również publiczne komunikaty, które cyberprzestępcy zamieszczali jako sposób na wyśmiewanie badaczy i organizacji bezpieczeństwa.
Takie podejście sprawiło, że GandCrab był prawdopodobnie jedną z najszerzej omawianych rodzin ransomware w ubiegłym roku. Ta niezwykła strategia pokazała niemal bezprecedensowy poziom odwagi cyberprzestępców, a nawet poczucie bezkarności. W innej taktyce marketingowej wykorzystywali oni raporty firm zajmujących się bezpieczeństwem do promowania sukcesu swoich usług, kpiąc jednocześnie z przeciwników.
Pułapki rozwoju
Za sukcesem GandCrab stało między innymi wykorzystanie przez hakerów tzw. agile development, opisywanego jako zwinne podejście do rozwoju, które umożliwiło szybkie wydawanie nowych wersji. Pomogło to cyberprzestępcom uniknąć wykrycia przez wiele narzędzi ochronnych. Jednak GandCrab nie był wolny od wad wynikających ze stosowania takiego podejścia, ponieważ zaczęto odkrywać w wersjach rozproszonych błędy i luki.
Okazało się, że największą pomyłką autorów GandCrab było dopuszczenie do infiltracji ich własnej infrastruktury serwerowej, co doprowadziło do wycieków kluczy prywatnych ofiar. Dzięki temu Bitdefender, we współpracy z Europolem, udostępnił darmowe narzędzie deszyfrujące dla ofiar programu GandCrab v1. Wydarzenie to było ciekawe o tyle, że w tym czasie w przestrzeni publicznej były dostępne bardzo ograniczone informacje na temat sposobu, w jaki obie te organizacje mogły uzyskać dostęp do poufnych danych cyberprzestępców – przynajmniej do momentu, gdy oni sami ogłosili, że ich strona płatności została naruszona.
Podobna sytuacja doprowadziła do wydania narzędzia do odzyskiwania plików zaszyfrowanych przez nowe wersje złośliwego oprogramowania. W rzeczywistości, zaledwie dwa tygodnie po ogłoszeniu emerytury przez twórców GandCrab, Bitdefender opublikował nową wersję narzędzia deszyfrującego, które obsługuje najnowszą (v5.2) wersję tego złośliwego oprogramowania.
Co dalej?
Organizacja przestępcza stojąca za GandCrab była bardzo pewna siebie, a jednocześnie skuteczna. Dzięki agresywnym i niezwykłym strategiom marketingowym oraz stałej rekrutacji partnerów, była w stanie dystrybuować na całym świecie dużą ilość swojego złośliwego oprogramowania. Czy jednak można brać na poważnie ich ogłoszenie o oszałamiających wynikach finansowych i końcu kariery? – Biorąc pod uwagę specyficzny charakter tej grupy, nie byłoby wcale zaskoczeniem, gdyby ogłoszenie o przejściu na emeryturę było tylko kolejną z ich licznych prowokacji lub próbą uśpienia czujności – mówi Robert Dąbrowski. – To, co najbardziej odróżnia ją od innych grup, to nieprzewidywalność. Zawsze istnieje możliwość, że powrócą w takiej czy innej postaci – podsumowuje ekspert Fortinet.
Od dłuższego czasu do polskich pracowników docierają pełne optymizmu informacje o tym, że sytuacja na rynku pracy, z ich punktu widzenia, dawno nie była tak komfortowa, a oni sami tak uprzywilejowani. Bezrobocie utrzymuje się na bardzo niskim poziomie, a pracodawcy walczą o kandydatów i zatrzymanie obecnych pracowników, nie tylko przy użyciu rosnących wynagrodzeń, ale też coraz bardziej wyszukanych benefitów pozapłacowych. Tymczasem coraz więcej Polaków deklaruje, że nie odrzuca możliwości samozatrudnienia oraz pracy jako freelancer. Kolejną złą wiadomością dla zatrudniających jest fakt, że lojalność względem pracodawców spada – coraz mniej osób aktywnych na rynku pracy może dziś pochwalić się dłuższym, niż 5 lat stażem pracy u jednego pracodawcy. Szczególnie młode osoby skłonne są do tego, by częściej zmieniać pracę w poszukiwaniu lepszych warunków zatrudnienia i możliwości rozwoju. Dokąd może doprowadzić taka sytuacja?
Grzegorz Święch – Wiceprezes i Partner Grupy Nowe Motywacje
Problem dla HR-owców, zysk dla pracowników
Sytuacja na polskim rynku pracy jest trudna i skomplikowana dla pracodawców oraz pracowników działów HR. W wielu zawodach brakuje kandydatów, a znalezienie pracownika z odpowiednimi kwalifikacjami wiąże się nierzadko z wielomiesięcznym procesem rekrutacyjnym, który też nie zawsze kończy się sukcesem. Tymczasem aż 80% pracujących Polaków uważa, że obecna sytuacja na rynku pracy jest dobra i będzie taka w nadchodzących miesiącach[1], a zaledwie 9,5%[2] osób aktywnych zawodowo obawia się w najbliższym czasie utraty pracy. Poprawia się również sytuacja finansowa – w kwietniu 2019 roku przeciętne wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw były wyższe o 7,1% niż rok wcześniej[3]. Mimo iż gospodarka nieco hamuje, w najbliższym czasie, według prognoz, tempo wzrostu wynagrodzeń ma się utrzymywać na podobnym poziomie. Rekordowo wysokie jest zadowolenie z wykonywanej pracy – deklaruje je 79% osób pracujących[4], a jednak 11% osób aktywnie poszukuje nowego zajęcia, a 40% przyznaje, że rozgląda się za ciekawymi ofertami. Nie należy się dziwić, że Polacy, słysząc zewsząd o tak sprzyjającej sytuacji, starają się znaleźć jak najlepsze dla siebie warunki pracy, pracodawcę oferującego możliwości rozwoju, najlepiej połączone z korzystnym wynagrodzeniem. Jak wynika z badania przeprowadzanego cyklicznie przez firmę Randstadt, w ciągu ostatnich 6 miesięcy 25% pracowników zmieniło pracodawcę. Najczęstszym motorem do zmiany są właśnie większe możliwości rozwoju zawodowego – wskazuje na nie 58%[5] wśród osób, które zdecydowały się na taki krok. Okazuje się natomiast, że benefity, którymi stara się kusić nowych pracowników wiele firm, są ważne zaledwie dla 13% tych, którzy podjęli zatrudnienie w nowym miejscu.
Z pracodawcą wiążemy się na krócej
Fakt, że pracownicy szukają dla siebie najbardziej odpowiedniego miejsca, nie jest niczym zaskakującym – szczególnie, jeśli w obecnej sytuacji mogą liczyć na to, że o ich umiejętności i doświadczenie pracodawcy będą ze sobą konkurować. Jednak tak duża rotacja pracowników jest zjawiskiem stosunkowo nowym, wynikającym nie tylko ze sprzyjającej sytuacji na rynku, ale też zmiany pokoleniowej.
Wśród aktywnych zawodowo Polaków znajdują się obecnie przedstawiciele różnych pokoleń, których podejście do pracy znacząco się różni. Tak zwani Baby Boomers i Pokolenie X to osoby, które przyzwyczajone były do długotrwałej pracy w jednym miejscu, wiązały się ze swoim pracodawcą na wiele lat – najstarsi pracownicy nierzadko cały swój staż przepracowali w jednej firmie czy instytucji. Obecnie takie sytuacje są już właściwie marginalne. Młodzi ludzie nie tylko chcą wykorzystać swoją szansę, ale też zupełnie inaczej podchodzą do dłuższej więzi z pracodawcą. Wiele elementów jest dla nich ważne, jednak szczególnie liczy się dla nich możliwość nauki i rozwoju, a także pracy przy ciekawych, rozwijających projektach – zauważa Grzegorz Święch z Grupy Nowe Motywacje.
I rzeczywiście – z własnej woli najczęściej zmieniają pracę osoby będące obecnie między 18 a 35 rokiem życia – ponad 63% aktywnych zawodowo osób w tej grupie deklaruje, że przynajmniej raz zdecydowali o rezygnacji z dotychczasowego zatrudnienia. Z wiekiem ten odsetek spada, w grupie wiekowej powyżej 45 r.ż. już tylko 44% przyznaje, że przynajmniej raz w życiu postanowiło zmienić pracę. Jednocześnie statystyki potwierdzają, że przedstawiciele starszych pokoleń częściej wiązali się z pracodawcami na długie lata. Wśród aktywnych zawodowo osób z grupie 55+ aż 39,9% nigdy nie zmieniło pracodawcy. Wśród najmłodszych pracowników, w wieku 18-34 lata, takich osób jest niecałe 30%[6] –ale też ich staż w dotychczasowej pracy jest znacznie krótszy. Wyraźnie spada również ilość aktywnych zawodowo osób, które są związane z jednym pracodawcą dłużej niż 5 lat – jeszcze w połowie 2018 roku było ich 39%, podczas gdy na początku tego roku ten współczynnik wynosił już 33%. Widoczny jest natomiast wzrost liczby pracowników, których staż w obecnej firmie nie przekroczył 6 miesięcy – obecnie jest to 26%[7], czyli o 3% więcej, niż w roku ubiegłym.
Mobilność i nowe technologie budzą chęć do pracy na swoim
Na skracający się staż pracy u jednego pracodawcy wpływ ma wiele czynników, wynikających między innymi ze zmian na rynku pracy, związanych między innymi z rozwojem nowych technologii. Dostępne już dziś narzędzia pozwalają na większą mobilność, pracę z dowolnego miejsca na ziemi, a także jednoczesną pracę dla kilku zleceniodawców czy przy kilku różnych projektach. Okazuje się, że przeciwnie do tendencji w Unii Europejskiej, Polacy coraz częściej biorą pod uwagę w ogóle rezygnację ze stałej posady. W Europie pewność zatrudnienia, jaką daje umowa o prace, ceni sobie ponad połowa pracujących. 47%[8] Europejczyków deklaruje, że zupełnie nie są zainteresowani pracą jako freelancer czy samozatrudnieniem. Jest to aż o 8% więcej, niż w ubiegłym roku. Wśród Polaków natomiast chęć podjęcia pracy w formie dającej dużą elastyczność, możliwość pracy w nienormowanym czasie, czy z dowolnego miejsca, bierze pod uwagę już ponad 26%, podczas gdy rok temu było ich 19%. Ta tendencja może być kolejnym problemem dla pracodawców, którym zatrudnienie pracownika na etat daje jakiekolwiek, nawet miesięczne, zabezpieczenie w sytuacji, gdy rotacja stale rośnie. Na kogo zatem powinni zwrócić uwagę pracodawcy i przedstawiciele działów HR, chcąc znaleźć oddanego pracownika?
Im mniejsze doświadczenie, tym większa chęć zmian
Najbardziej otwarci na zmianę pracy są ludzie młodzi. To właśnie w grupie wiekowej 18-29 lat w pierwszym kwartale 2019 roku aż 37%[9] zmieniło pracę, a 19% deklaruje, że aktywnie szuka nowych możliwości zawodowych. Rotacja dotyczy też w dużej mierze pracowników niewykwalifikowanych, pracowników biurowych i administracyjnych oraz kasjerów i pracowników obsługi klienta – wśród przedstawicieli tych zawodów ponad 30% dokonało zmiany miejsca pracy w ciągu minionych 6 miesięcy. Chęć do zmian spada z wiekiem, co wiąże się z jednej strony z innym podejściem do pracy i wychowaniem w świecie, gdzie z jednym pracodawcą człowiek wiązał się na długo, z drugiej – ze zbliżającą się emeryturą, przed którą raczej nikt nie chce dokonywać radyklanych zmian. Ważny jest także staż pracy pozwalający na dojście do wysokich stanowisk – wśród osób powyżej 40 roku życia zaledwie 5% poszukuje aktywnie pracy, podobnie jak wśród przedstawicieli kadry zarządzającej – 8%[10]. Jeszcze mniej chętni do zmian są przedstawiciele kadry kierowniczej średniego szczebla – tylko 4% z nich deklaruje, że poszukuje innych możliwości zatrudnienia.
Na pytanie o to, kto może być oddanym pracownikiem, odpowiedź nie jest prosta i jednoznaczna. Mający przed sobą duże perspektywy i możliwości pracownicy będą szukać lepszych warunków. Zmieniają się nie tylko warunki pracy, ale też zakres i sposób wykonywania obowiązków, zatem osoba, która się nie rozwija, szybko może zostać w tyle peletonu i wypaść z kręgu zainteresowania pracodawców. Dziś optymalnym czasem na związanie się z jednym pracodawcą wydaje nam się okres od 2 do 5 lat – tyle czasu planuje pracować w obecnej firmie 27% aktywnych zawodowo Polaków[11].
Nie można wymagać od osób aktywnych zawodowo, żeby nie korzystały z szans, jakie otworzyły się przed nimi w ostatnich latach. O to, żeby pracownik był oddany pracy w danej firmie, o jego lojalność, powinien zadbać sam pracodawca, na każdym etapie jego kontaktu z organizacją. W obecnej sytuacji owocowe środy, karta sportowa czy luźna atmosfera pracy nie są już wystarczającą kartą przetargową dla osoby, która dostaje inną propozycję zawodową, wiążącą się z awansem zawodowym, zdobyciem nowych umiejętności czy możliwością dokształcania się w wybranych obszarach. Aby móc zachować w firmie najlepszych pracowników, należy stworzyć dla nich prawdziwą ścieżkę rozwoju i awansu zawodowego, a także pokazać, że docenia się ich wkład w funkcjonowanie firmy. Bo jeśli nie zrobimy tego my, zrobi to inny pracodawca – podsumowuje Grzegorz Święch z Nowych Motywacji.
Potencjalnym brakom kadrowym warto jest zapobiegać, zanim faktycznie do nich dojdzie. Dziś wiele firm stara się powiększać pakiety benefitów, czy podnosić wynagrodzenia, na które mogą liczyć nowi pracownicy. Uwagę należy jednak skupić również, a może nawet przede wszystkim, na pracownikach już zatrudnionych, znających specyfikę pracy w firmie, posiadających niezbędne umiejętności, doświadczenie, i już z nią związanych. Mimo bowiem, iż w 2019 roku zwiększenie zatrudnienia planuje nieco mniej polskich firm, niż w 2018 roku[12], konkurencja w walce o pracowników nie maleje w sytuacji, gdy dzięki nowym technologiom obecność w biurze na drugim końcu świata nie jest konieczna do podjęcia pracy.
Każda organizacja, która nie chce pozostać w tyle, inwestuje dziś w sztuczną inteligencję, jednak mało która robi to w przemyślany sposób – informuje IDC. Lipcowe badania przeprowadzone na grupie niemal 2500 organizacji wskazują, że zaledwie 1 na 4 firmy, które już stosują rozwiązania sztucznej inteligencji, posiada opracowaną strategię SI dla całego przedsiębiorstwa. Jednocześnie połowa badanych organizacji postrzega wdrożenie tej technologii jako priorytet.
Transformacja cyfrowa, powoli staje się na tyle pospolitym zjawiskiem w świecie biznesu, że Accenture już zwiastuje nadejście ery post digital. Nic więc dziwnego, że wdrożenie SI znalazło się na szczycie listy rzeczy zarówno ważnych, jak i pilnych, co nadaje temu zadaniu najwyższy priorytet. Jak donosi IDC w swoim najnowszym badaniu “Artificial Intelligence Global Adoption Trends & Strategies”, zjawisko to niesie za sobą pewne ryzyko. Jakie? Organizacje będą musiały opracować skuteczną strategię sztucznej inteligencji dostosowaną do celów biznesowych i innowacyjnych modeli biznesowych, aby móc skutecznie ją egzekwować. Problem w tym, że jak na razie robi to zaledwie 1 na 4 firmy.
Wdrożenie sztucznej inteligencji, tak jak każdej innowacyjnej technologii, musi poprzedzić analiza procesów i ocena, czy SI cokolwiek usprawni w danym biznesie. Sam proces wdrożenia warto przeprowadzić krótkimi etapami. Mamy jakąś nową funkcjonalność SI, od razu wdrażamy, obserwujemy, zbieramy dane, oceniamy czy zadziałało i od razu decydujemy co dalej. Nad wszystkim zaś musi czuwać dedykowany zespół ekspertów ds. sztucznej inteligencji i ds. biznesu. Organizacja może go zbudować samodzielnie, albo zaufać zewnętrznym ekspertom – komentuje Stanisław Bochnak, główny strateg ds. biznesowych w VMware Polska.
Przemysłowe koło zamachowe
Gdzie wydatki na sztuczną inteligencję będą rosły najszybciej? Według ekspertów IDC należy się spodziewać, że to sektor przemysłowy będzie czerpał najwięcej z technologii SI. Jak wynika z danych firmy konsultingowej, za cztery lata, w 2023 roku wartość rozwiązań technologii opartej na sztucznej inteligencji dedykowanej przemysłowi osiągnie wartość blisko 5 mld dolarów. Będzie to ponad siedmiokrotny wzrost w porównaniu do jego obecnej wartości, która na koniec 2018 wynosiła 633 mln dolarów. – Inwestycje w rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji w przedsiębiorstwach produkcyjnych są i będą napędzane ideą czwartej rewolucji przemysłowej – wyjaśnia Lucjan Giza, Dyrektor ds. Rozwoju z firmy BPSC. — Technologie oparte na SI będą pomocne m.in. do analizy ogromnych ilości danych w czasie rzeczywistym. To poprawi dokładności prognoz i kontroli w procesach operacyjnych, szczególnie tych służących do poprawy wydajności produkcji — kończy Giza.
Dzięki SI przedsiębiorstwa mogą nie tylko usprawnić procesy zarządzania działalnością, ale zredukują też koszty związane z rozwojem produktów. Dzięki cyfrowemu połączeniu systemów producentów i dostawców, możliwe będzie prawidłowe zarządzanie łańcuchem dostaw. Mechanizmy sztucznej inteligencji dostarczą przedsiębiorcom dokładnych informacji na temat dostępności mocy produkcyjnych oraz dyspozycyjności lub awarii maszyn dostawców. Szczególnie dwie gałęzie przemysłu: produkcją dyskretna i produkcja procesowa według prognoz IDC będą wypadały szczególnie dobrze. W obu przypadkach priorytetem wydatków na digitalizację jest inteligentna produkcja, której czerpie pełnymi garściami z dobrodziejstw, jakie przynosi sztuczna inteligencja.
Sztuczna inteligencja, prawdziwe dylematy
To, że wykorzystanie sztucznej inteligencji w biznesie będzie rosło, jest więc więcej jak oczywiste – potwierdza to raport firmy IDC, która szacuje, że światowe wydatki na rozwój systemów SI sięgną blisko 36 mld USD w 2019 r.. To wzrost o 44,0% w stosunku do kwoty wydanej w 2018 r. Biznes inwestuje z rozmachem w projekty wykorzystujące możliwości oprogramowania SI, a to przyczyni się do uzyskania ponad dwukrotnie wyższej wyceny na poziomie 79,2 mld USD, już w 2022 r..
Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies S.A.
„Biznes wie, że aby się wyróżnić z grona pozornie podobnych ofert, musi wypracować strategię, która pozwoli na stworzenie przewagi konkurencyjnej. By to zrobić – potrzebuje informacji o kliencie. Z pomocą przychodzi analityka Big Data, która pozwala poznać i zrozumieć konsumenckie zainteresowania i intencje. Wnioski z analizy umożliwiają stworzenie spersonalizowanego przekazu, który będzie dla odbiorcy naturalne interesujący i angażujący. SI bez Big Data? To jak samochód bez paliwa.” – mówi Piotr Prajsnar CEO Cloud Technologies, która posiada jedną z największych na świecie hurtowni anonimowych danych o użytkownikach Internetu.
Czy wdrożenie sztucznej inteligencji w znacznym stopniu wpływa na firmy? Jak informuje IDC w swoim najnowszym raporcie, ponad 60% organizacji zauważyło zmiany w swoim modelu biznesowym w związku z wdrożeniem technologii SI.
Ważne jest, aby rozumieć różnicę pomiędzy transformacją cyfrową, a digitalizacją. Ta pierwsza ma za zadanie wspieranie strategii organizacji. Z tego względu każda firma musi wiedzieć, w jakim kierunku chce podążać i jaki ma cel – mówi prezes BPSC Rafał Orawski.
Oswajanie sztucznej inteligencji
Według ekspertów, wdrożeń SI będzie coraz więcej, ale zanim to nastąpi zarówno biznes, jak i finalni odbiorcy innowacji muszą dokładnie zrozumieć z czym mają do czynienia. Na chwilę obecną nie jest jednak z tym dobrze. Według ostatnich badań firmy VMware, niemal 45 proc. konsumentów uważa, że sztuczna inteligencja to bardziej „rzecz”, “robot”, niż zbiór inteligentnych algorytmów, usprawniających działanie systemów IT czy usług.
Jest jednak szansa na poprawę. 53 proc. ankietowanych w badaniu VMware konsumentów przyznało, że chce zrozumieć co tak naprawdę nowe technologie oznaczają dla ich normalnej, codziennej aktywności w pracy czy w życiu prywatnym. Gra jest warta świeczki – świadomy konsument jest bowiem głównym motorem cyfryzacji biznesu. Nadal istnieje pole do dalszej edukacji społeczeństwa, aby jeszcze bardziej zwiększyć świadomość i zaufanie do nowych technologii. Firmy mają więc teraz swoje pięć minut, by zaprezentować innowacje, które będą coraz bardziej podnosić zadowolenie konsumentów i pracowników – konkluduje Stanisław Bochnak z VMware.
Już po raz 20. firma doradcza Deloitte wyłoni najszybciej rozwijające się spółki technologiczne z Europy Środkowej, działające w różnych sektorach gospodarki. Na zgłoszenia zostały już tylko dwa tygodnie. Celem programu Deloitte Technology Fast 50 jest promowanie innowacyjności, zarówno wśród przedsiębiorstw o ugruntowanej pozycji na rynku, jak i mniejszych spółek oraz start-upów. Firmy są oceniane w pięciu kategoriach, m.in. Social Impact – pozytywny wpływ biznesu na społeczeństwo i środowisko oraz Most Disruptive Innovation – technologie, produkt lub usługi, które mogą wywrzeć rewolucyjny wpływ na rynek. Zwycięzców rankingu Deloitte poznamy w październiku.
Rozwój technologii generuje nie tylko wzrost przychodów firm i umocnienie przewagi konkurencyjnej na rynku, ale również wpływa na poprawę warunków życia konsumentów. Rewolucja 4.0 jest obecna w wielu sektorach gospodarki – mówimy już o handlu 4.0, chemii 4.0 czy transporcie 4.0. Ranking Deloitte Technology Fast 50 Central Europe wyróżnia firmy technologiczne działające w różnych obszarach przemysłu i usług, a tym samym przyczynia się do zwiększenia ich rozpoznawalności na rynku globalnym.
– Deloitte Technology Fast 50 Central Europe to doskonała okazja do promocji krajowych i międzynarodowych rozwiązań technologicznych. W ten sposób nie tylko wspieramy lokalne przedsiębiorstwa w umacnianiu ich pozycji w regionie, ale także zwiększamy ich szanse na współpracę globalną. Duże zainteresowanie rankingiem utwierdza nas w przekonaniu, że tego typu inicjatywy są potrzebne. W ostatnich czterech latach średnia dynamika wzrostu przychodów wszystkich firm technologicznych z rankingu wyniosła 1 290 proc. Szczególnie cieszy nas duża reprezentacja firm krajowych – w zeszłorocznej edycji było ich aż 18 – mówi Agnieszka Zielińska, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego, Lider Programu Deloitte Technology Fast 50. Wśród laureatów poprzednich edycji znalazło się wiele polskich spółek, m.in. CD Projekt, eCard, Pracuj.pl czy LiveChat.
Wymagania i zasady
Na pozycję w rankingu ma wpływ głównie dynamika wzrostu przychodów operacyjnych danej firmy oraz innowacyjna technologia. Program przeznaczony jest dla przedsiębiorstw o różnej wielkości i stażu działalności, które mają siedzibę w krajach Europy Środkowej (Albanii, Bośni i Hercegowinie, Bułgarii, Chorwacji, Czechach, Estonii, Węgrzech, Kosowie, Łotwie, Litwie, Macedonii, Mołdawii, Czarnogórze, Polsce, Rumunii, Serbii, Słowacji i Słowenii).
Główną kategorią rankingu jest „Fast 50”, która jest przeznaczona dla firm technologicznych obecnych na rynku od co najmniej czterech lat i działających w jednym z siedmiu obszarów: komunikacji, ochronie środowiska, fintech, sprzętach komputerowych, ochronie zdrowia i naukach medycznych, mediach i rozrywce czy produkcji oprogramowania. Przychody operacyjne firm w roku 2015, 2016, 2017 powinny wynosić minimum 50 tys. euro, a w roku 2018 minimum 100 tys. euro. Pozostałe warunki uczestnictwa zostały opisane na stronie rankingu: http://www.deloitte.com/fast50ce.
Każdy gracz ze swoją kategorią
Do pozostałych kategorii rankingu należą: „Wielka Piątka” – przeznaczona dla najbardziej dynamicznych firm, które w 2018 roku osiągnęły przychody operacyjne wyższe niż 25 mln euro, a także „Wschodzące Gwiazdy” – zaadresowana do młodszych firm, które osiągnęły przychody powyżej 30 tys. euro w każdym rozpatrywanym roku (2016 – 2018). Nagroda specjalna „Most Disruptive Innovation” trafi natomiast do przedsiębiorstw, których technologie, produkt lub usługi, mogą wywrzeć rewolucyjny wpływ na rynek.
Ranking uwzględnia również wpływ biznesu na społeczeństwo i środowisko. Przyznana w ubiegłym roku po raz pierwszy nagroda specjalna „Social Impact Award” trafiła do polskiej spółki Saule Technologies, która produkuje rewolucyjne panele słoneczne.
Termin zgłoszeń do tegorocznej edycji rankingu upływa31 lipca 2019r. Aby wziąć w niej udział należy wypełnić formularz online: http://www.deloitte.com/fast50ce.
Lista zwycięzców zostanie opublikowana w październiku.
Raport firmy VMware pokazuje, że europejski biznes musi jeszcze wiele zrobić, by sprawnie walczyć z zagrożeniami w cyfrowych czasach. Aż 75 proc. organizacji nie wierzy w skuteczność swoich rozwiązań w zakresie bezpieczeństwa IT, a tylko niecałe 18 proc. przedsiębiorców jest przekonanych, że ich pracownicy są przygotowani na potencjalne ataki crackerskie. W Polsce ten odsetek wynosi jeszcze mniej , bo tylko 10 proc.
Badania przeprowadzone przez Forbes Insights na zlecenie firmy VMware objęły kadrę zarządzającą i ekspertów ds. bezpieczeństwa IT z 650 największych europejskich firm m.in. z Polski, Niemiec, Francji, Wlk. Brytanii i Włoch. Choć cyberzagrożenia z roku na roku stają się coraz bardziej złożone, prawie 75 proc. polskich ankietowanych przyznaje, że ich systemy zabezpieczeń są przestarzałe i wymagają aktualizacji. I to pomimo faktu, że ponad 42 proc. europejskim firm, w tym 33 proc. polskich, wdrożyło w ostatnich roku nowe rozwiązania i usługi w zakresie cyberbezpieczeństwa.
Pułapka dobrych chęci
Jak wynika z badań VMware dla większości firm odpowiedzią na cyberataki są kolejne inwestycje w istniejące i znane produkty oraz rozwiązania. Już teraz 29 proc. firm posiada ponad 26 różnych rozwiązań dla cyberbezpieczeństwa. 83 proc. proc. organizacji zamierza zakupić nowe usługi w ciągu 3 lat.
W Polsce taki plan działania postuluje ponad 89 proc. ankietowanych. Ta gotowość do inwestowania jest godna pochwały, ale statystki pokazują, że mimo rosnących nakładów na cyberbezpieczeństwo rośnie również liczba incydentów. Według raportu UE koszty potencjalnego ataku wzrosły pięciokrotnie między 2013 a 2017 rokiem – mówi Stanisław Bochnak, strateg ds. biznesowych w VMware Polska.
W czym więc tkwi problem? Raport VMware pokazuje, że ponad 54 proc. europejskich firm zamierza zakupić rozwiązania służące jedynie do wykrywania oraz identyfikowania ataków.
Albert Einstein twierdził, że obłędem jest powtarzanie w kółko tej samej czynności w oczekiwaniu na inne rezultaty. Niestety, tak wygląda obecne podejście do cyberbezpieczeństwa. Firmy inwestują cały czas w tradycyjne rozwiązania, a reguły gry zmieniły się – komentuje wyniki badań Sylvain Cazard, wiceprezes VMware w regionie EMEA. Sieć jest coraz bardziej rozległa, otaczają nas rozwiązania i sensory IoT, ludzie pracują zdalne w oparciu o rozwiązania chmurowe. To czyni przestrzeń potencjalnego ataku znacznie większą niż kiedyś – dodaje.
Czy technologie security zawiodły?
IDC prognozuje, że światowe wydatki na sprzęt, oprogramowanie i usługi związane z bezpieczeństwem sięgną 103,1 mld dolarów jeszcze w 2019 r. Choć inwestycje rosną, jedna trzecia firmowych ekspertów ds. IT przyznaje, że wykrycie oraz reakcja na atak hakerski może trwać nawet cały tydzień. W czasach gdy wszystko jest ze sobą połączone, a w ciągu sekundy powstają miliony danych, tak powolna reakcja budzi wiele obaw.
Obecna sytuacja sprawia, że wiele przedsiębiorstw traci zaufanie do szeroko rozumianego cyberbezpieczeństwa. Nasze badania pokazują, że mimo postulowanych inwestycji tylko 23 proc europejskich i 30 proc. polskich firm wierzy w bezpieczeństwo wdrażanych chmur obliczeniowych – komentuje Stanisław Bochnak. Nadal najsłabszym ogniwem cyberbezpieczeństwa pozostają ludzie. Tylko 18 proc. europejskich, w tym tylko 10 proc. polskich organizacji ufa, że ich pracownicy mają kompetencje, by przeciwdziałać cyberatakom – dodaje.
Firmowe cyberwojny
Wyjścia z tego impasu ni ułatwia komunikacja na linii kadra zarządzająca – eksperci ds. bezpieczeństwa. Tylko 21 proc. ankietowanych pracowników IT przyznaje, że ich szefowie są skłonni do współpracy w zakresie cyberbezpieczeństwa. W Polsce sytuacja wygląda nieco lepiej, ale nadal nie jest to wynik budzący zadowolenie – tylko 27 proc. polskich specjalistów IT jest zdania, że biznes pomaga im w walce z cyberzagrożeniami.
A jest o co kruszyć kopie. Ataki typu ransoware występują średnio co 14 sekund. Współczesne rozwiązania cyberbezpieczeństwa nie mogą więc tylko skupiać się na wykrywaniu ataków, bo wtedy nie robiłby nic innego. Czy biznes jest dzisiaj więc całkowicie bezbronny?
By cyberbezpieczeństwo było skuteczne muszą wydarzyć się trzy rzeczy. Musimy przestać koncentrować się tak bardzo na reaktywnym wykrywaniu zagrożeń, skupić naszą uwagę na samych aplikacjach i sprawić, by bezpieczeństwo było nieodłącznie wpisane w każdy element naszego IT – radzi Stanisław Bochnak. Wszystko łączy dzisiaj sieć i to ją musimy przede wszystkim zabezpieczyć z poziomu jednego oprogramowania. Kiedyś było tak, że bezpieczeństwo IT i sieci były oddzielne, dzisiaj wdrażanie sieci wirtualnych daje przedsiębiorstwom uniwersalną podstawę, gwarantującą bezpieczeństwo wszystkiemu co łączy ta sieć w danej chwili – dodaje.
Ctrl+Sky – mobilny system antydronowy od Advanced Protection Systems został zakupiony i wdrożony przez jedną z armii kraju Bliskiego Wschodu.
Polski system – przeprowadza detekcję dronów jednocześnie za pomocą sensora radarowego, akustycznego, wizyjnego i radiowego.
Według prognoz Droneii potencjał finansowy rynku dronów w latach 2019–2024 to nawet 43 mld USD.
W ciągu ostatniego roku drony stały się zwiastunem nowej ery m.in. w logistyce i branży security. Zapotrzebowanie na skuteczne rozwiązania antydronowe wciąż rośnie – tym samym to pole nowych kontraktów dla Advanced Protection Systems (APS), twórcy i dostawcy unikalnych rozwiązań antydronowych.
Polski system do detekcji i neutralizacji dronów Ctrl+Sky jest od niedawna wykorzystywany przez wojsko jednego z państw na Bliskim Wschodzie. Polska spółka zrealizowała tam więc kolejny kontrakt, opiewający na setki tysięcy dolarów. System został dostarczony do służb specjalnych w I kwartale br.
– Nowoczesne armie zawsze były pierwszymi odbiorcami innowacji technologicznych. Tak jest i w tym przypadku. Nic dziwnego, na Bliskim Wschodzie UAV bezustannie pojawiają się nad infrastrukturą krytyczną. Codziennie słyszymy o dronach-bombach wykorzystywanych przez terrorystów, czy o bezzałogowcach zakłócających ruch lotniczy, generujących tym samym gigantyczne koszty dla gospodarek. Dostajemy dziesiątki zapytań o nasz system z całego świata– podkreśla dr Maciej Klemm, prezes APS, zapowiadając kolejne wdrożenia systemu m.in. w krajach Unii Europejskiej.
Twórcy APS są na radarze branży security oraz agencji rządowych na całym świecie. Podczas majowych testów, organizowanych przez Departament Lotnictwa Policji Stanowej Michigan, system Ctrl+Sky (jako jedyny z grupy uczestniczących w demonstracji firm) wykrył, śledził i zneutralizował wszystkie drony, wykorzystane przez amerykańskich policjantów podczas pokazów. Żadne z rozwiązań dostępnych na rynku nie zapewniło kontroli monitorowanego terenu w stopniu porównywalnym ze skutecznością parasolowego rozwiązania APS.
– To, że nasz system jako jedyny wykrył wszystkie drony na demonstracji na żywo w siedzibie policji stanu Michigan wzbudziło uznanie obecnych na prezentacji przedstawicieli policji, FBI i podmiotów infrastruktury krytycznej – zaznacza dr Radosław Piesiewicz, jeden z twórców systemu Ctrl+Sky.
Za oceanem dystrybutor Ctrl+Sky – Federal Resources – zaprezentował system w bazie wojskowej kluczowym pracownikom amerykańskich służb specjalnych. FR zapewnia najwyższej jakości rozwiązania o znaczeniu krytycznym odpowiadające na potrzeby sił zbrojnych USA i agencji rządowych na wszystkich szczeblach – federalnym, stanowym, lokalnym i międzynarodowym.podczas pokazu Mock Prison Riot system Ctrl+Sky został zademonstrowany nie tylko federalnym, ale również stanowym i lokalnym służbom więziennictwa, na co dzień mierzącym się z coraz częstszymi incydentami z wykorzystaniem dronów.
–Kontrabanda broni, narkotyków czy telefonów do więzień drogą powietrzną to prawdziwa plaga w Stanach Zjednoczonych. Budowanie coraz wyższych ogrodzeń nie jest skuteczne, gdy nielegalne przesyłki dostarczają drony. Wdrożenie Ctrl+Sky, zaawansowanego, kompleksowego systemu, wykrywający i neutralizujący drony w więzieniach, może rozwiązać ten problem – komentuje Wayne Horvath, szef sprzedaży APS w USA.
Od kilku miesięcy APS współpracuje także z Avinor AS. Polski system antydronowy chroni bowiem Stavanger Airport przed bezzałogowymi statkami powietrznymi i ptakami – ich obecność stwarza ogromne zagrożenie dla samolotów podczas lądowania i startu. Spółka nie wyklucza, że za chwilę pojawi się na kolejnych lotniskach. Same systemy do wykrywania i identyfikacji dronów na rynku komercyjnym są dostępne zaledwie od kilku lat. To lukratywny segment: globalny rynek dronów w 2018 r. był wart 14 mld USD, w 2024 r. jego wartość przebije 43 mld USD (prognozy Droneii). Rynek północnoamerykański jest obecnie największym regionalnym rynkiem dronów, ale rynek azjatycki rośnie w znacznie szybszym tempie. Po zalegalizowaniu dronów w grudniu 2018 r. Indie będą zdecydowanie najszybciej rozwijającym się komercyjnym rynkiem dronów na świecie, w 2024 r. staną się trzecim co do wielkości. A zagrożeń przybywa lawinowo: w 2020 r. (wg FAA – Federalnej Administracji Lotnictwa) w samych tylko Stanach Zjednoczonych regularnie latać ma już 330 tys. przemysłowych dronów i ponad 1,5 mln amatorskich UAV.
Euro po słabych odczytach ZEW znalazło się pod presją a zwyżka, która jeszcze przed 1,13 wytraciła impet załamała się. Notowania cofnęły się do 1,12, ale z tych pułapów nie widzimy dużo pola do słabości euro. Jednocześnie obecnie nie ma też za wielu argumentów by kupować wspólną walutę.
Do wykrystalizowania się pozytywniejszej aury wokół euro potrzebne są lepsze dane makro. A tych jak nie było, tak nie ma na horyzoncie, czego dobitnie dowodzi wczorajszy odczyt ZEW. Widać również relatywną słabość europejskiego rynku akcji. Dla przykładu: DAX w lipcu znajduje się w fazie spadkowej korekty. W tym samym czasie amerykańskie indeksy podniosły się kilka procent i ustanawiają nowe rekordy wszechczasów.
O ile, euro wygląda słabo, to położenie funta jest wręcz katastrofalne. GBP/USD znalazł się w silnej spirali wyprzedaży, która kurs zepchnęła dziś rano poniżej 1,24 i najniżej od 2014 roku. Brytyjskiej walucie nie pomagają nawet świetne dane. Wczorajsze sygnały z ryku pracy były nad wyraz optymistyczne. Stopa bezrobocia jest blisko historycznych minimów a dynamika wynagrodzeń na cyklicznych a nawet post kryzysowych szczytach. Dziś poznamy wartości wskaźników inflacyjnych za czerwiec i ponownie tworzą one asymetryczne ryzyka dla waluty. Rynek powinien pozostawać w trybie wygaszania odbić i wykorzystywania ich do odnawiania krótkiej ekspozycji na funta, ale jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że ostatnia przecena skrajnie odrywa wycenę GBP od fundamentów. Tyle tylko, że taki stan może trwać długo.
Warto zauważyć, że waluty Antypodów nie były w stanie pokonać kluczowych poziomów i wykonały zwrot. Szczególnie negatywnie postrzegamy dolara australijskiego. Dziś w nocy zostanie opublikowany raport z rynku pracy, a jak wiemy z protokołu po posiedzeniu RBA jego kondycja przesądzi, czy cykl luzowania będzie kontynuowany. Słabość fundamentów makro gospodarki i jej silna eskpozycja na wojny handlowe pozostawia przestrzeń do kontynuacji łagodzenia i osłabienia AUD. Naszym zdaniem dyskusyjna jest kwestia, czy RBNZ będzie kontynuować cięcie stóp. Duży odsetek uczestników rynku skłania się do takiej oceny, co tworzy szansę na NZD. Nie widzimy natomiast szans na cięcie stóp w Kanadzie, w czym obok przyśpieszającego wzrostu i dobrej koniunktury na rynku surowców energetycznych upatrujemy argumentów za umocnieniem kanadyjskiej waluty. Ciekawym wehikułem może się okazać cross surowcowy AUD/CAD. Przed dzisiejszymi danymi inflacyjnymi zakładany jest spadek dynamiki CPI z 2,4 do 2,0 proc. rok do roku. Widzimy większe prawdopodobieństwo korzystnego dla CAD odczytu.
Ultimate Games, producent i wydawca gier specjalizujący się w popularnych symulatorach wędkarstwa, według wstępnych szacunków w 2019 roku zarobił 1,85 mln zł netto przy przychodach rzędu 3,38 mln zł. Spółka liczy na znaczące zwiększenie wyników w drugim półroczu 2019 roku z uwagi na zbliżające się premiery gier. W tym roku planowany jest także debiut na głównym parkiecie GPW.
W pierwszym półroczu 2019 wpływ na wzrost wyników finansowych miały liczne premiery mniejszych produkcji oraz stałe zyski generowane przez gry wędkarskie, takie jak m.in. Ultimate Fishing Simulator w wersji na PC i Mobile.
Mateusz Zawadzki, CEO Ultimate Games
Cały czas intensywnie pracujemy nad nowymi produkcjami i są one ciepło przyjmowane przez rynek. Kluczowe dla Spółki będzie jednak drugie półrocze, w który odbędzie się najwięcej premier, co w naszych założeniach wpłynie na istotny wzrost wyników finansowych. Dodatkowo w tym okresie na zyski będą miały wpływ także przychody z premier gier na Nintendo Switch, wydanych w pierwszych sześciu miesiącach 2019 roku – prognozuje Mateusz Zawadzki, CEO Ultimate Games.
Zarząd Spółki planuje rok do roku wykazywać stałe wzrosty w wynikach finansowych. W najbliższych planach, oprócz przeniesienia się z NewConnect na rynek główny GPW, znajduje się także podpisanie wielu kolejnych umów i wydawanie dużej liczby nowych gier.
W 2019 roku Ultimate Games S.A. zamierza wydaćponad 50 gier, zarówno nowe produkcje, jak i porty wydanych już tytułów na nowe platformy. Wśród nich znajdują się między innymi Unlucky 7 (PC), Bakery Simulator (PC), Woodzone (PC) czy Deadliest Catch: The Game (PC), tworzone w ścisłej współpracy z Discovery Channel. Rok ten zapowiada się więc dla Spółki rekordowo, zarówno pod kątem liczby tytułów, jak i związanych z ich wydaniem przychodów oraz zysków.
Liczba nowo rejestrowanych pojazdów elektrycznych w państwach wysoko rozwiniętych wciąż rośnie. W Europie, Azji i Ameryce Północnej po drogach jeździ już ponad milion samochodów z napędem zeroemisyjnym. Przewiduje się, że w tym roku zostanie zarejestrowane ponad 3 miliony kolejnych. Ekologiczny trend w transporcie doprowadził do tego, że kolejne kraje wprowadzają zakaz rejestracji samochodów z napędem dieslowskim. Rządzący jednak liczą się z tym, że wymiana floty samochodowej w całym państwie to długi proces. Eliminacja napędu dieslowskiego przewidywana jest w różnych krajach na rok 2025, 2030 lub nawet 2040. Mimo rosnącej liczby rejestrowanych samochodów elektrycznych, większość pojazdów jeżdżących po naszych drogach to wciąż samochody konwencjonalne.
– W Polsce rejestruje się 500 tysięcy nowych samochodów w ciągu roku, ale liczba wszystkich zarejestrowanych samochodów wynosi blisko 20 milionów. W Norwegii, gdzie liczba samochodów elektrycznych przekracza w ostatnich miesiącach 60% wszystkich rejestracji, wciąż stanowią one zaledwie kilka procent wszystkich pojazdów – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazur,dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – Jednak proces trwa. Największe koncerny zapowiedziały wydatki na poziomie ponad 250 miliardów dolarów na rozwój elektromobilności. To przełoży się na ponad 200 modeli samochodów z napędem elektrycznym. Już niedługo samochody zeroemisyjne będą miały zasięgi 400-500 kilometrów i więcej, a ich ceny będą takie same, jak teraz ceny pojazdów spalinowych – przewiduje Mazur.
Lokale średniej wielkości systematycznie zyskują na popularności.
Londyn, Paryż i Warszawa to rynki oferujące największą powierzchnię przestrzeni współdzielonych. Napędzane w największym stopniu przez głównych globalnych graczy.
Europejski rynek coworkingowy nabiera kształtu – tak wynika z raportu działu badań BNP Paribas Real Estate, który przygotowany został na podstawie największych umów najmu w 2018 roku. Pozwalający na dużą elastyczność, możliwość dostosowania i dopasowania do potrzeb firm, coworking staje się coraz bardziej popularnym rozwiązaniem. Zaowocowało to wzrostem liczby umów najmu obejmujących przestrzenie współdzielone w głównych miastach europejskich. Miejsce pracy zostało zdefiniowane na nowo, w oparciu o społeczności lokalne i z myślą o nowych usługach i udogodnieniach. W efekcie, strategie na rynku nieruchomości muszą dostosować się do szerokiej gamy współczesnych możliwości.
Napędzane przez dużych globalnych graczy Londyn, Paryż i Warszawa dominują na europejskim rynku przestrzeni współdzielonych. W 2018 r. Londyn mógł pochwalić się 70 nowymi obiektami, głównie na terenie City i West Endu, uznanych dzielnicach biznesowych brytyjskiej stolicy. W Paryżu w 2018 r. zawarto 28 umów najmu na łączną powierzchnię 117 866 mkw. (+19% w porównaniu z 2017 r.), prawie wyłącznie w śródmieściu i skoncentrowanych na obszarze dzielnic biznesowych.
Na uwagę zasługuje wysoka pozycja rynku biur elastycznych w Warszawie. Grono operatorów elastycznych przestrzeni biurowych w Warszawie składa się zarówno z uznanych międzynarodowych graczy, jak i podmiotów lokalnych oraz marek własnych prowadzonych przez deweloperów biurowych. Po fali silnego popytu ze strony marek coworkingowych w 2017 roku, rynek warszawski nadal podlegał strukturyzacji w 2018 r. – zawarto umowy najmu na ok. 110 tys. mkw. elastycznych powierzchni biurowych. Większość konceptów coworkingowych można znaleźć w klastrach biurowych: Warszawskie CBD stanowiło 32% umów najmu w 2018 r. (w mkw.), Śródmieście 45%, zaś podstrefa Mokotów – Służewiec 9%. W Warszawie większość centrów coworkingowych powstało w budynkach klasy A. Oznacza to, że ta szybka ekspansja w wielu lokalizacjach idzie w parze z poprawą jakości dostępnych powierzchni.
Dynamicznie rozwijający się rynek europejski w 2018 r.
Powierzchnia przestrzeni coworkingowych w Europie i ich średnia wielkość wzrosła. Londyn pozostaje kluczową europejską lokalizacją, dzięki zwiększaniu podaży o ponad 180 000 mkw. nowej powierzchni coworkingowej (+13% w stosunku do 2017 r.). Spośród 18 analizowanych miast europejskich, Wiedeń, Mediolan, Kolonia i Dublin odnotowały szczególnie szybkie tempo rozwoju tego sektora. W Wiedniu i Mediolanie zanotowano rekordowe wyniki, odpowiednio 30 365 mkw. oraz 38 211 mkw. nowej powierzchni współdzielonej, co oznacza wzrost o 449% i 294% w porównaniu z 2017 rokiem. W 2018 r. w Kolonii zawarto sześć umów na łączną powierzchnię 29 200 mkw. (+161% w stosunku do 2017 r.). Wreszcie, 8 umów najmu o łącznej powierzchni 43 338 mkw. (+122% w porównaniu do 2017 r.) wzmocniło rynek dubliński, na którym średnia wielkość transakcji wyniosła 5 417 mkw.
Umowy najmu podpisane przez operatorów elastycznych powierzchni biurowych w Europie w 2018 r. (w tys. mkw.)
Powierzchnia biur elastycznych rośnie
W 2018 r. zaobserwować można było tendencję do wynajmu większych lokali, szczególnie w Wiedniu, gdzie średnia transakcja w odniesieniu do powierzchni lokali o wynosiła ok. 5 000 mkw. (+83% w stosunku do 2017 r.). Wynikało to w dużej mierze z pojawienia się
na rynku dużych globalnych graczy, którzy czują się komfortowo w przestronnych powierzchniach. W Amsterdamie transakcje w 2018 r. dotyczyły powierzchni wynoszącej średnio 3500 mkw. (+ 29% w porównaniu z 2017 r.). Tymczasem w Madrycie wielkość przeciętnego lokalu coworkingowego wyniosła 2701 mkw., co stanowi wzrost o 10% w stosunku do 2017 roku.
Richard Malle
Po gwałtownym wzroście liczby powierzchni współdzielonych w ostatnich latach, która skoczyła z około 1000 na całym świecie do ponad 18 000 obecnie, rynek powinien się ustabilizować lub nawet skonsolidować w niektórych miejscach. Biorąc pod uwagę fakt, że w 2018 r. jedna czwarta przestrzeni coworkingowych na całym świecie była jeszcze nieopłacalna, rynek musi się zastanowić i ewoluować w nadchodzących latach. O ile firmy wykorzystujące model współdzielenia powierzchni biurowych korzystają z oferowanej przez niego elastyczności, same marki coworkingowe podpisują umowy leasingowe bez klauzuli break option, przyznającej prawo do wypowiedzenia umowy najmu przed zakończeniem okresu, na jaki była zawarta. Jednocześnie muszą zapewnić rentowność swoich modeli w dłuższej perspektywie czasowej. Ponadto, niezależni gracze nieposiadający środków do mierzenia się z dużymi markami są niejako zmuszeni do pozycjonowania się w określonych segmentach. Jednakże trend w kierunku nowych form współpracy i coworkingu jest obecnie stałym elementem rynku usług. – Richard Malle, Global Head of Research, BNP Paribas Real Estate
Kierunek Londyn, Paryż i Warszawa
Londyn
Sektor przestrzeni współdzielonej i biur serwisowanych znacznie rozwinął się w ostatnich latach w centrum Londynu. W 2018 r. około 183 tys. mkw. (+13% w porównaniu z 2017 r.) zostało wynajęte operatorom biur coworkingowych i serwisowanych. W podziale na poszczególne rynki wewnątrz samego Londynu, dużym zainteresowaniem cieszyły się City (40% umów najmu obejmujących elastyczną powierzchnię biurową w mkw.. w 2018 r.), West End (28%) i Midtown (17%). Popyt generowany jest przez najemców poszukujących miejsc pracy, które oferują elastyczność w wynajmie przy jednoczesnej oszczędności kosztów. Biorąc pod uwagę fakt, iż do pewnego stopnia zarówno mniejsi, jak i więksi najemcy rozważają mniej tradycyjną powierzchnię, inwestorzy będą musieli zmienić sposób, w jaki ich budynki i powierzchnie są wprowadzane na rynek. Może to obejmować zmiany takie jak skrócenie okresu najmu, zwiększenie zachęt lub działanie jako usługodawca a nie dostawca powierzchni. Wynajmujący, którzy chcą podążać za tym trendem, obecnie postrzegają wynajem powierzchni operatorów biur serwisowanych w mniejszym stopniu jako „ostatnią deskę ratunku”, a w większym stopniu jako dodatkowe udogodnienie dla większych najemców już znajdujących się w budynku.
Paryż
We Francji sektor powierzchni coworkingowych początkowo zanotował spadek, lecz niedługo po tym okazał się być realnym wzmocnieniem dla rynku nieruchomości biurowych – w 2018 r. zawartych zostało 28 umów najmu o łącznym wolumenie ok. 118 tys. mkw. (+19% w stosunku do 2017 r.). Na rynku paryskim pojawiło się już wiele inwestycji ze strony firm krajowych i międzynarodowych. Niemniej jednak podaż pozostaje bardzo skoncentrowana. W szczególności paryskie CBD w 2018 r. reprezentowało ponad 53% podpisanych umów najmu na powierzchnie współdzielone, 40% poza CBD w Paryżu i 2,5% w dzielnicy biznesowej La Défense. Rynek coworkingowy w dalszym ciągu ewoluuje i staje się coraz bardziej profesjonalny. Firmy bazujące na zasadzie współdzielenia powierzchni wynajmują coraz większe lokale i wprowadzają strategie skierowane zarówno do samozatrudnionych, jak i do większych grup.
We wrześniu Bank Gospodarstwa Krajowego uruchomi pilotażowy program nisko oprocentowanych pożyczek na likwidację barier architektonicznych w budynkach pod kątem seniorów, rodziców z dziećmi i osób z niepełnosprawnościami. Skorzystać z nich będą mogły m.in. uczelnie i szkoły, biblioteki i spółdzielnie mieszkaniowe. Po spełnieniu określonych kryteriów mogą liczyć na umorzenie nawet 40 proc. wartości pożyczki. W tym roku BGK przeznaczy na nie 4 mln zł, w kolejnych latach środki na ten cel będą znacznie większe. – W Finlandii w ciągu 9 lat udało się wyremontować 45 tys. klatek schodowych, a Polska jest krajem o wiele większym, co pokazuje nasze potrzeby w tym zakresie – mówi Piotr Krasuski z Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju.
– Program, który uruchamiamy, to element szerszego, rządowego programu Dostępność+, realizowanego od ubiegłego roku w horyzoncie czasowym do 2025 roku. Ma on na celu poprawę stanu infrastruktury w Polsce pod kątem zaspokajania coraz szerszych potrzeb osób z niepełnosprawnościami, osób starszych, ale także innych osób w specyficznej sytuacji, np. kobiet w ciąży czy nawet osób, które podróżują z ciężkim bagażem i nie są w stanie wnieść go po stopniach albo zmieścić się z nim w wąskim przejściu – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Krasuski, dyrektor departamentu Europejskiego Funduszu Społecznego w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.
Pilotażowy program nisko oprocentowanych pożyczek z Banku Gospodarstwa Krajowego ruszy we wrześniu. Na początku lipca BGK podpisał w tej sprawie umowę z dysponentem środków, czyli Ministerstwem Inwestycji i Rozwoju.
– Dwa miesiące wakacji chcielibyśmy przeznaczyć na dopracowanie szczegółów tego programu – mówi Paweł Chorąży, dyrektor zarządzający pionem funduszy europejskich w BGK. – Zwiększenie dostępności budynków i likwidacja barier architektonicznych doskonale wpisuje się w misję BGK wspierania rozwoju społecznego kraju. O wsparcie na likwidację barier architektonicznych będą mogły się ubiegać różnego rodzaju podmioty zarządzające obiektami użyteczności publicznej, a więc np. szkoły, biblioteki, jednostki samorządu terytorialnego, ich związki czy jednostki naukowe. Drugą grupą – nawet bardziej istotną z punktu widzenia realizacji tego programu – są zarządcy wielorodzinnych budynków mieszkaniowych, a więc spółdzielnie, wspólnoty mieszkaniowe czy osoby indywidualne, które są właścicielami tego typu budynków.
Inwestycje poprawiające dostępność architektoniczną, na które można będzie przeznaczyć nisko oprocentowaną pożyczkę z BGK, to na przykład windy w budynkach wielokondygnacyjnych, likwidacja zbędnych schodków albo montaż uchwytów i poręczy. Ułatwią poruszanie się tym osobom, które mają ograniczoną sprawność, problemy ze słuchem czy wzrokiem. Likwidacja barier architektonicznych pozwoli im zwiększyć samodzielność i szerzej uczestniczyć w życiu społecznym.
– Warunki, na jakich Bank Gospodarstwa Krajowego będzie prowadził program, są bardzo atrakcyjne. Nie pobieramy żadnych opłat ani prowizji z tytułu udzielenia pożyczki i kredytowania, a oprocentowanie wynosi zaledwie 0,15 proc. przez 20 lat, bo na taki okres jest udzielana pożyczka. Przewidziana jest również karencja w spłacie sięgająca 6 miesięcy – mówi Paweł Chorąży.
Nisko oprocentowane pożyczki kierowane do sektora publicznego oraz spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych będą podlegać częściowemu umorzeniu, jeżeli beneficjenci spełnią określone kryteria. Maksymalna wartość umorzenia może sięgnąć 40 proc.
– Kryteria umorzenia są trzy. Pierwsze to tzw. kryterium terytorialne, określane na podstawie liczby osób pobierających zasiłek pielęgnacyjny w danej gminie. Jeżeli ta liczba przekracza 80 osób na każde 1 tys. mieszkańców, można uzyskać 10 proc. umorzenia. Najbardziej istotnym jest kryterium społeczne, obejmujące osoby z niepełnosprawnościami, seniorów powyżej 60. roku życia i rodziców z małymi dziećmi do 6. roku życia. Te trzy grupy składają się na wartość całego umorzenia, które może sięgnąć aż 20 proc. Trzecie jest kryterium przeznaczenia, które obejmuje wielorodzinne budynki mieszkaniowe. Z tego tytułu można uzyskać kolejne 10 proc. umorzenia – mówi Paweł Chorąży.
Jak podkreśla, zainteresowane podmioty już teraz powinny się zająć szczegółami takimi jak dopracowanie kosztorysu inwestycji czy przygotowanie planu architektonicznego, ponieważ te dokumenty będą wymagane przez BGK wraz z wnioskiem o udzielenie pożyczki.
– Wsparcie pilotażowe chcemy uruchomić we wrześniu i wtedy przetestujemy warunki programu. Zobaczymy, czy środki i warunki, którymi dysponujemy, są tym, co rzeczywiście trafia w potrzeby ewentualnych odbiorców – mówi Piotr Krasuski.
Dyrektor w MIiR podkreśla, że uruchamiany właśnie program to element szerszych, rządowych działań wpisujących się w ten sam profil.
– Finansujemy już podobne działania skierowane do uczelni, żeby zwiększyć liczbę studentów z niepełnosprawnościami, którzy dzięki zniwelowaniu barier architektonicznych i edukacyjnych mogą podejmować i kontynuować naukę. Jesteśmy w trakcie opracowywania analogicznego programu szkolnego. Po wakacjach zostanie też uruchomiony podobny program dla placówek ochrony zdrowia. Chcemy nim objąć 150 przychodni i szpitali – mówi Piotr Krasuski.
W okresie pilotażu w 2019 roku budżet programu nisko oprocentowanych pożyczek BGK wyniesie 4 mln zł. Pieniądze pochodzą ze spłat pożyczek unijnych udzielanych w latach 2007–2013. W kolejnych latach środki na ten cel mają być jednak znacząco większe.
– Tylko ze zwrotów środków europejskich chcemy przeznaczyć ok. 120 mln zł w ciągu najbliższych 3 lat. Liczymy też na wsparcie z innych źródeł, np. z Funduszu Solidarnościowego. Potrzeby są olbrzymie, a my mamy świadomość, że dopiero zaczynamy. Podobne programy realizowane w innych państwach Unii Europejskiej mają charakter wieloletni. Dla przykładu, w Finlandii w ciągu 9 lat udało się wyposażyć i wyremontować 45 tys. klatek schodowych, a Polska jest krajem o wiele większym, co pokazuje nasze potrzeby w tym zakresie – mówi Piotr Krasuski.
Coraz większy nacisk na ekologię, automatyzacja pracy, prefabrykacja i eliminacja papierowej dokumentacji – to trendy, które zdaniem liderów branży zdominują budownictwo w nadchodzących latach – wynika z raportu „Budownictwo. Innowacje. Wizja liderów branży 2025”, zrealizowanego na zlecenie Autodesk. Większość badanych menadżerów firm jest zgodna – branża w kolejnych latach postawi na optymalizację i zwiększanie efektywności. Może się do nich przyczynić szersze wykorzystanie nowych technologii i innowacji, lecz w Polsce budownictwo jest raczej na etapie ich testowania – branża bacznie obserwuje rynkowych liderów i dopiero dojrzewa do wdrażania nowości.
– Mimo rosnącej produkcji budowlanej na rynku nie ma wielkiego optymizmu, a branża budowlana stoi przed wieloma wyzwaniami. Firmy wymieniają wśród nich m.in. rosnące koszty energii, wzrost kosztów pracy i słabą dostępność firm podwykonawczych. Na to nakłada się jeszcze skomplikowane otoczenie instytucjonalne oraz prawo – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Nogaj, menadżer ds. rozwiązań Autodesk dla architektury i budownictwa.
Pomimo bardzo dobrej koniunktury w budownictwie sytuacja finansowa firm z tego sektora się pogarsza. Na koniec ubiegłego roku zadłużenie firm budowlanych wzrosło o 6 proc. do poziomu 4,75 mld zł, a problem z terminowym regulowaniem zobowiązań miało prawie 43 tys. przedsiębiorstw – wynika z raportu BIG InfoMonitor i Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. Z drugiej strony branża mierzy się z aktualnymi wyzwaniami i musi wychodzić naprzeciw nowym wyzwaniom, związanymi z ekologią, rosnącym popytem na mieszkania czy zmianami preferencji inwestorów.
– Budownictwo musi odpowiadać na zmieniające się potrzeby społeczne. Możemy zaobserwować starzenie się społeczeństwa, inne przywiązanie się do własności, większą dbałość o ekologię. Te elementy będą mocno wpływać na branżę. Stąd też firmy budowlane będą zwracać dużą uwagę na zastosowanie nowych materiałów w budownictwie, inne podejście do projektowania i realizacji inwestycji, zastosowanie nowych technologii w zakresie automatyzacji i robotyzacji, zwiększone inwestycje w infrastrukturę teleinformatyczną przez wprowadzenie technologii do zarządzania obiegiem dokumentów, lepszej współpracy i komunikacji pomiędzy wszystkimi uczestnikami procesu inwestycyjnego – wylicza Przemysław Nogaj.
Raport „Budownictwo. Innowacje. Wizja liderów branży 2025”, zrealizowany na zlecenie Autodesk przez ASM – Centrum Badań i Analiz Rynku, powstał na podstawie wywiadów z dyrektorami i menadżerami największych firm budowlanych działających na polskim rynku. Liderzy branży oceniają, że najbliższe lata w budownictwie upłyną pod znakiem optymalizacji i stopniowego wdrażania nowych rozwiązań. Większość z nich jest już dostępna, a obecnie przyszedł czas na ich szersze zastosowanie.
– Szukając optymalizacji i efektywności, firmy zaczynają stosować nowe metodyki zarządzania procesem budowlanym. Szukają nowych rozwiązań związanych z automatyzacją i robotyzacją procesów w budownictwie ze względu na niską dostępność firm podwykonawczych – mówi Przemysław Nogaj.
Jak wskazuje raport, branża ma ogromny potencjał do zwiększenia efektywności w takich obszarach jak redukowanie odpadów budowlanych czy minimalizowanie zużycia energii związanego z produkcją i transportem materiałów budowlanych. Do wzrostu efektywności przyczyni się w najbliższych latach szersze zastosowanie innowacji i nowych technologii.
– Praca nad zwiększeniem wydajności musi obejmować wszystkie fazy realizacji inwestycji. Obszary, w których należy szukać szans na wyższą efektywność, to ograniczenie wykorzystania dokumentów papierowych, lepsza analiza danych do optymalizacji procesów, szersze zastosowanie BIM, nowe materiały w budownictwie, a także ściślejsza współpraca między poszczególnymi podmiotami działającymi na rynku – podkreśla Przemysław Nogaj.
Najbardziej otwarte na innowacje są dziś największe firmy budowlane. Pozostałe firmy są dziś raczej na etapie ich obserwowania i testowania, i dopiero dojrzewają do wdrażania nowości.
– Branża patrzy na liderów, obserwuje, jak te innowacje pomagają im w zwiększeniu efektywności, i zakłada, że dopiero w momencie, kiedy liderzy osiągną zakładane rezultaty, reszta rynku podąży za nimi – mówi Przemysław Nogaj.
– Nowe technologie bardzo wiele zmieniają w procesie przygotowywania i projektowania budynków. Jedyną taką zmianą widoczną dla użytkowników jest bardziej staranne podejście do ekologii. Kolejne lata nie przyniosą – moim zdaniem – rewolucji na tym polu, bo zmienia się bardzo wiele, ale dosyć powoli, małymi kroczkami – mówi Szymon Wojciechowski, architekt i partner w APA Wojciechowski.
Zdaniem liderów branży budowlanej, jednym z czynników, które zdominują ją w nadchodzących latach, będą aspekty związane z ekologią, takie jak podnoszenie efektywności energetycznej, poszukiwanie nowych materiałów budowlanych czy stosowanie alternatywnych źródeł energii.
Branża budowlana jest jedną z tych, które najmocniej odczuwają braki kadrowe związane z historycznie niskim bezrobociem. Z raportu Autodesk wynika, że odpowiedzią na ten problem będzie częściowa automatyzacja procesów budowlanych. Już teraz na polskich budowach zaczyna się stosować maszyny, które częściowo zastępują pracę ludzką. Ten kierunek z pewnością zostanie utrzymany, choć – jak zaznaczają eksperci – nigdy nie nastąpi całkowita eliminacja ludzkiej pracy w procesie realizacji inwestycji.
Kolejnym, zauważalnym trendem w branży jest coraz szersze wykorzystywanie modelowania informacji o obiekcie (BIM) w fazie projektowej. Pełne wykorzystanie BIM da firmom budowlanym olbrzymie pole do optymalizacji – od wyceny przez harmonogram, identyfikację kolizji, logistykę dostaw, całą realizację aż po eksploatację obiektu.
– Nasza dokumentacja BIM-owska nie jest jeszcze w pełni wykorzystana na budowie, ale wiodące firmy zaczynają się do tego zabierać. Na pewno przyjdzie czas eliminacji papieru. Jest wiele ograniczeń z tym związanych, głównie konserwatywne myślenie ludzi i kwestie prawne, bo dokumentację budowlaną w dalszym ciągu składamy w formie papierowej, błędy czy koszty dodatkowe wykazuje się na papierze, nie wiadomo, kto ma prawo zmieniać tę dokumentację BIM-owską, jak ją zamrażać. To są kwestie, które muszą jeszcze zostać rozwiązane. Natomiast BIM pomaga w projektowaniu, usprawnia i polepsza jakość dokumentacji. W pewnym momencie firmy budowlane się w tym zorientują i zaczną z tego szerzej korzystać – mówi Szymon Wojciechowski.
Z początkiem 2021 roku wejdzie w życie nowe Prawo zamówień publicznych, którego projekt w ubiegły wtorek został przyjęty przez rząd. Nowelizacja ma naprawić bolączki obecnego systemu, na który uskarża się wiele firm, m.in. skomplikowane procedury, faworyzowanie zamawiających kosztem wykonawców i niejasne orzecznictwo. Prezes Urzędu Zamówień Publicznych Hubert Nowak podkreśla też, że nowe przepisy mają promować sektor MŚP i zostały pomyślane tak, żeby system zakupowy wspierał cele gospodarcze i rozwojowe państwa.
– Najważniejszą bolączką systemu zamówień publicznych jest dzisiaj brak powiązania systemu zakupowego ze strategią rozwoju państwa. Dlatego w nowym Prawie zamówień publicznych staramy się ten problem zaadresować – mówi agencji Newseria Biznes Hubert Nowak, prezes Urzędu Zamówień Publicznych.
Obecnie obowiązująca ustawa od 2004 roku była nowelizowana już ponad czterdzieści razy. Dlatego potrzebny jest nowy, spójny system zamówień publicznych. Jak wskazywał resort, aktualny jest nieefektywny i zmaga się z wieloma bolączkami, m.in. skomplikowane i kosztowne procedury, niejasne orzecznictwo i brak równowagi sił między zamawiającymi a wykonawcami.
– Problemem jest zmniejszająca się konkurencyjność postępowań i brak równowagi między zamawiającymi a wykonawcami, co niewątpliwie miało wpływ na zmniejszający się udział poszczególnych firm, w tym również MŚP, w zamówieniach publicznych – ocenia Hubert Nowak. – Kolejnymi bolączkami, które zidentyfikowaliśmy, były kwestie związane z dużym formalizmem, rygoryzmem i dążeniem zamawiających do spełnienia tych rygorów i koncertowania się na 100 proc. ceny, zamiast dążenia do uzyskania najbardziej efektywnego zakupu.
Prezes UZP podkreśla, że zmiany w PZP będą dotyczyć wszystkich obszarów i wszystkich interesariuszy. Nowelizacja ma m.in. przyczynić się do zwiększenia liczby firm startujących w przetargach (głównie małych i średnich), wydawania publicznych pieniędzy w sposób bardziej efektywny oraz uwzględniający cele rozwojowe państwa, np. wzrost innowacyjności.
– Po pierwsze, skupiliśmy się na uproszczeniach proceduralnych, a więc na tym, żeby oddzielić procedurę dla zamówień dużych i małych. W przypadku dużych zamówień skupiliśmy się na wypełnieniu unijnych dyrektyw, które zobowiązują nas do pewnych rozwiązań. Natomiast poniżej progów unijnych, czyli tam, gdzie nie jesteśmy zobowiązani dyrektywami unijnymi, postanowiliśmy zaproponować prostsze i krótsze procedury, które zwiększają również elastyczność poprzez dopuszczenie trybów negocjacyjnych – mówi Hubert Nowak.
Nowe Prawo zamówień publicznych ma promować małe i średnie przedsiębiorstwa, które stanowią ponad 90 proc. polskiego rynku i odpowiadają za ok. 75 proc. polskiego PKB. W tej chwili sektor MŚP pozyskuje zaledwie 45 proc. zamówień o wartości powyżej progów unijnych (i to występując w roli zarówno bezpośrednich wykonawców lub konsorcjantów, jak i podwykonawców). Oznacza to, że udział MŚP w zamówieniach publicznych jest znacznie niższy niż ich znaczenie gospodarcze i potencjał rynkowy.
– Kolejne kwestie, którymi postanowiliśmy się zająć w nowym prawie, są związane ze środkami ochrony prawnej, a więc poprawą tego, co dziś leży w zakresie Krajowej Izby Odwoławczej, ze zwiększeniem dostępności środków ochrony prawnej, zapewnieniem dostępu do skarg na orzeczenia KIO oraz ujednoliceniem jej orzecznictwa – wymienia Hubert Nowak. – Drugi aspekt to problemy, które powstają w trakcie realizacji kontraktów. Zaproponowaliśmy nowe rozwiązanie, formuły mediacyjne, które w naszej ocenie będą sprzyjać temu, żeby te spory się nie ciągnęły i nie mnożyły kosztów, ale były rozwiązywane w miarę szybko i w sposób pozytywny dla obu partnerów.
Kolejną, ważną zmianą w nowym PZP będzie wyrównanie pozycji zamawiających i wykonawców, na których dotąd spadała większość ryzyka kontaktowego.
– Chcieliśmy wprowadzić większą symetrię. Zaproponowaliśmy takie rozwiązania, jak kwestie cen, procedur mediacyjnych, zwiększenia dostępności do środków ochrony prawnej, kwestie klauzul abuzywnych, płatności zaliczkowych i częściowych, obniżenie kwot związanych z wadiami czy zabezpieczeniem należytego wykonania umowy – podkreśla Hubert Nowak.
Zamówienia publiczne mają duże i – w odróżnieniu od innych wydatków z budżetu państwa – bezpośrednie przełożenie na polską gospodarkę.
– Liczymy, że dzięki tym rozwiązaniom będziemy otrzymywali dużo bardziej konkurencyjne zamówienia, wpłyniemy również na zwiększenie ich jakości i sprawimy, że ich cel zostanie osiągnięty – podkreśla Hubert Nowak.
Rynek zamówień publicznych w 2018 roku był wart w Polsce 202 mld zł. Co istotne, jego wartość rośnie – jeszcze w 2017 roku wynosiła ok. 163 mld zł, co oznacza, że roczny wzrost wyniósł ok. 25 proc.
– Niestety, udział rynku wykonawców w zamówieniach publicznych z roku na rok się zmniejsza. W 2018 roku mieliśmy średnio 2,19 oferty na postępowanie, w stosunku do roku poprzedniego jest to spadek o 0,2. Z przykrością obserwujemy już od kilku lat tendencję spadkową w tym zakresie – mówi prezes Urzędu Zamówień Publicznych.
9 lipca Rada Ministrów przyjęła projekt nowej ustawy Prawo zamówień publicznych, którego autorami są UZP i Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii. Teraz dokument trafi do Sejmu, a zgodnie z założeniami w życie wejdzie dopiero z początkiem 2021 roku.
– Uznaliśmy, że długie vacatio legis jest niezbędne wszystkim interesariuszom, żeby mogli się przygotować do nowych wyzwań – mówi Hubert Nowak.
Tylko w czerwcu port lotniczy we Wrocławiu obsłużył ponad 365 tys. pasażerów, a przez pierwsze półrocze – blisko 1,6 mln osób. O ile jeszcze kilka lat temu ruch na lotnisku w letnich miesiącach był niemal dwukrotnie większy niż zimą, o tyle obecnie dysproporcje nie są już tak duże. To wynik szerokiego wyboru ofert – coraz bogatszej oferty połączeń sieciowych i rozbudowanej siatki połączeń niskokosztowych. Rośnie też liczba pasażerów, którzy korzystają z lotów czarterowych przez cały rok.
– Jeszcze 5–7 lat temu porównanie ruchu pomiędzy najsłabszym miesiącem w roku, jakim klasycznie jest luty, a najlepszym, czyli lipcem lub sierpniem, to była przepaść. W lecie mieliśmy miesięczny ruch dwukrotnie większy niż w lutym. Teraz ze względu na coraz bogatsze oferowanie w miesiącach słabszego sezonu te dysproporcje się nieco zrównują, choć wciąż jest dysproporcja mniej więcej 60 proc. do 40 – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Kuś, prezes Portu Lotniczego we Wrocławiu.
Z danych lotniska wynika, że w czerwcu liczba pasażerów wrocławskiego portu przekroczyła 365,7 tys. Dla porównania, w najsłabszym lutym było to nieco ponad 221 tys. osób. Całe I półrocze 2019 roku zamknęło się rekordowym wynikiem 1,6 mln pasażerów, blisko 10 proc. większym niż w analogicznym okresie 2018 roku.
– W ostatnich dwóch latach sezon trwa praktycznie cały rok ze względu na bogatą ofertę lotów czarterowych, wakacyjnych, wypoczynkowych, jaką mamy w okresie zimowym. Touroperatorzy zapewniają wówczas loty na Zanzibar, do Emiratów Arabskich, Omanu. Mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec oferty w przyszłych sezonach. Kraje europejskie, czyli południe Europy, szczególnie Turcja, Wyspy Kanaryjskie to także oferta całoroczna. Od kwietnia praktycznie dolecimy już do większości kurortów tureckich i części kurortów greckich – wymienia Dariusz Kuś.
Najwięcej, bo ok. 1 mln osób, przewiozły tanie linie lotnicze. Podróżnych przybywa na trasach na południe Europy, Wyspy Brytyjskie czy do krajów skandynawskich. Jak przekonuje prezes lotniska to w dużej mierze zmiana przyzwyczajeń biznesmenów, którzy częściej wybierają bezpośrednie połączenia tanich linii lotniczych. Przykładem mogą być połączenia z Londynem, gdzie nawet 20 proc. pasażerów stanowią biznesmeni.
– Przez długi czas było tak, że pasażerowie lotów biznesowych najczęściej wybierali przewoźników sieciowych, czyli LOT, Lufthansę, SAS, dolatując do hubu przesiadkowego i tam korzystając z kolejnego połączenia do miejsca docelowego. Dzisiaj ci pasażerowie bardzo chętnie korzystają również z połączeń niskokosztowych – zaznacza Dariusz Kuś.
Przewoźnicy sieciowi wciąż jednak notują wzrosty – w I półroczu 2019 roku o 18 proc. rdr. Największym zainteresowaniem cieszą się rejsy do największych hubów przesiadkowych, np. do Paryża, uruchomione przez linie Air France przed rokiem, czy uruchomione na początku maja przez KLM połączenie z Amsterdamem.
– Pozwala to na skonfigurowanie podróży po całym świecie, a z uwagi na nasilającą się konkurencję odbywa się to w coraz lepszych cenach – przekonuje prezes wrocławskiego lotniska.
W 2018 roku lotnisko obsłużyło ponad 3,3 mln pasażerów. Z oferty tanich linii na kierunkach międzynarodowych skorzystało najwięcej, bo ponad 2 mln pasażerów. Przewoźnicy sieciowi obsłużyli zaś o 22 proc. podróżnych więcej niż w 2017 roku.
Od początku roku systematycznie rośnie też liczba pasażerów, którzy skorzystali z oferty biur podróży – ruch czarterowy wzrósł o ok. 17 proc. Popularnością cieszą się kurorty na Riwierze Tureckiej i Egejskiej, greckie wyspy, Hiszpania, Bułgaria, Egipt, Madera, a od niedawna portugalski region Algarve.
– Najchętniej latamy na południe Europy, szczególnie w sezonie wakacyjnym, ale nie tylko. Drugi trend to loty do miast w Europie na 3–4-dniowe pobyty, tzw. city break – wymienia Dariusz Kuś.
3 godziny dziennie – tyle czasu blisko połowa użytkowników smartfonów i tabletów spędza na korzystaniu z ulubionego urządzenia, a co piąty poświęca na to 6 godzin w ciągu dnia – wynika z badania Selectivv Mobile House. Trend digital wellbeing ma na celu ograniczenie bezrefleksyjnego użytkowania urządzeń mobilnych i propagowanie zdrowej równowagi między życiem cyfrowym a realnym. Pierwszym krokiem w jego wdrażaniu jest minimalizacja powiadomień w smartfonie oraz wykasowanie aplikacji mediów społecznościowych z ekranu urządzenia.
Jak pokazują badania Selectivv Mobile House, 63 proc. użytkowników smartfonów i tabletów korzysta ze swojego urządzenia mobilnego co 30 minut. 49 proc. na przeglądaniu smartfona spędza 3 godziny dziennie, 22 proc. natomiast poświęca na to aż 6 godzin w ciągu dnia. Eksperci mówią o fonoholizmie, dotykającym przede wszystkim dzieci i młodzież, co potwierdzają badania przeprowadzone przez Fundację Dbam o Mój Z@sięg oraz Uniwersytet Gdański. Wynika z nich, że wśród uczniów między 12 a 18 rokiem życia ponad 86 proc. regularnie korzysta ze smartfonów. 56 proc. robi to z taką samą częstotliwością w dni powszednie i weekendy, a blisko 30 proc. nie wyobraża sobie natomiast codziennego funkcjonowania bez urządzenia mobilnego.
– Na świecie jest już ponad 5 mld użytkowników telefonów komórkowych, a ponad 3 mld osób użytkuje media społecznościowe na urządzeniach mobilnych. Dorasta pokolenie, które de facto nie zna życia offline, nie wie, co to znaczy nie mieć internetu – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Bocheńska, odpowiedzialna za sprzedaż i marketing w firmie Mudita.
Zdaniem ekspertki po fazie zachłyśnięcia się możliwościami, jakie dają nowoczesne technologie, ludzkość przeszła do etapu refleksji nad konsekwencjami ich użytkowania. Coraz częściej dostrzegamy negatywny wpływ nadmiernego przywiązania do smartfonów na zdrowie człowieka w postaci problemów ze wzrokiem, bezsenności i bólów kręgosłupa. Efektem tej refleksji jest trend określany mianem digital wellbeing, definiowany jako świadoma relacja z technologią. Jego celem jest walka z uzależnieniem od urządzeń mobilnych i propagowanie równowagi między życiem cyfrowym a realnym.
– Nie chodzi o to, żeby negować technologię, my często podkreślamy jej pozytywne aspekty, ale jak w każdym bardzo dobrym rozwiązaniu są też te negatywne strony i stąd właśnie wywodzi się sam trend digital wellbeing – mówi Katarzyna Bocheńska.
Wprowadzanie zasad digital wellbeing należy zacząć od sprawdzenia, ile czasu dziennie spędzamy na korzystaniu z urządzeń mobilnych. Można to zrobić np. za pomocą aplikacji na telefon. Drugi krok to zastanowienie się, czy czas ten był produktywny, czy poświęcony na bezrefleksyjne przeglądanie mediów społecznościowych. Następny etap to już działanie na rzecz ograniczenia czasu korzystania ze smartfona bądź tabletu – zacząć można od zminimalizowania przychodzących powiadomień do absolutnego minimum. Dzięki temu będziemy sięgać po telefon tylko w sytuacjach, gdy potrzebujemy i jest to naprawdę niezbędne, a nie wymuszane niejako przez urządzenie.
– Usunęłam aplikacje mediów społecznościowych z telefonu. Nadal mam tam konto, ale sam fakt, że nie mam tych aplikacji, sprawia, że po prostu nie sięgam po telefon. Wcześniej samokontrola nie zawsze wystarczała i łapałam się na tym, że scrolluję nawet bez intencjonalnego działania – mówi Katarzyna Bocheńska.
Dobrym pomysłem jest także powrót do tradycyjnych budzików. Korzystanie z funkcji budzika, w którą wyposażone są wszystkie nowoczesne smartfony sprawia, że sięgamy po urządzenie jeszcze przed snem. Tymczasem liczne badania pokazują, że korzystanie z komputera, smartfona, tabletu lub telewizora minimum godzinę przed położeniem się do łóżka prowadzi do bezsenności. Barwa światła emitowanego przez ekrany tych urządzeń przypomina barwę światła słonecznego pobudzającego do działania, a nie skłaniającego do snu.
– Sen to jest bardzo ważny czas dla naszej regeneracji. Są już badania, które wykazują, że może być on zakłócony również przez promieniowanie elektromagnetyczne – mówi Katarzyna Bocheńska.
Ruch na rzecz świadomego korzystania z technologii ma wiele wymiarów. Jednym z nich jest nastawienie producentów urządzeń mobilnych na długofalowe zadowolenie użytkownika, a nie powiększanie zysków płynących z coraz nowszych technologii. Dotychczas celem producentów większości aplikacji, była przede wszystkim monetyzacja naszej uwagi.
– Model, który jest zbudowany na reklamach, czyli tak naprawdę płacimy swoim czasem, uwagą za bezpłatny dostęp do usług jest właśnie monetyzowany przez te firmy. Dlatego jest teraz trend na to, żeby zmienić trochę tę dynamikę i żebyśmy już nie musieli płacić własnym czasem za to, że mamy bezpłatny dostęp do technologii – mówi Katarzyna Bocheńska.
Taka właśnie idea przyświeca twórcom telefonu Mudita Pure, który nie odciąga naszej uwagi poprzez nadmiar powiadomień i aplikacji. Telefon z delikatną estetyką inspirowaną naturą, który w prostej formie zawiera jedynie niezbędne funkcje.
Intencją firmy Mudita jest stworzenie telefonu, który wpłynie na spokój umysłu i da użytkownikowi więcej czasu na cieszenie się życiem w realnym świecie.
Krajowy sektor kosmiczny rośnie w siłę. Na tym przyszłościowym rynku konkurują ze sobą zarówno rodzime firmy z sektora prywatnego, które wysyłają w przestrzeń kosmiczną nanosatelity własnej konstrukcji, jak i duże ośrodki naukowe zaangażowane w międzynarodowe misje kosmiczne. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii przyjęło projekt Polskiej Strategii Kosmicznej, który ma poprawić konkurencyjność polskich firm z tego sektora na rynku europejskim. Finansowanie dla innowacyjnych projektów kosmicznych zapewni powołana właśnie Szybka Ścieżka Kosmiczna.
– Polacy w tej chwili są na pierwszym etapie rozwoju technik satelitarnych. Powstają małe firmy, które, mam nadzieję, dołączą do naszych liderów. W przyszłości to małe satelity będą przejmowały zadania od tych dużych obiektów, a przy większej liczbie małych satelitów można uzyskać znacznie więcej informacji o otaczającym nas środowisku wokół Ziemi, ale również i o samej Ziemi przez wykonywanie obserwacji właśnie z orbity satelitarnej – mówi agencji Newseria Innowacje prof. dr hab. inż. Piotr Wolański z Instytutu Lotnictwa w Warszawie.
Dotychczas za realizację programów kosmicznych odpowiadały w Polsce duże ośrodki naukowe takie jak Centrum Badań Kosmicznych, które wysłało w przestrzeń satelity naukowe Lem i Heweliusz. Sytuacja na rynku ulega zmianie. Dziś na realizację podobnych projektów coraz częściej mogą pozwolić sobie zarówno mniejsze ośrodki naukowe, jak i firmy z sektora prywatnego. Tylko w lipcu tego roku na orbicie okołoziemskiej umieszczono satelitę doświadczalnego KRAKsat oraz satelitę obserwacyjnego Światowid.
Pierwszy z nich, autorstwa studentów Uniwersytetu Jagielońskiego i Akademii Górniczo Hutniczej, powstał z myślą o przetestowaniu nowego systemu nawigacji bazującego na układzie wypełnionym ferroluidem, czyli zawiesiną ferromagnetyczną działającą podobnie do klasycznego magnesu. Konstruktorzy KRAKsata liczą na to, że ich innowacyjny układ może posłużyć do skonstruowania koła zamachowego bazującego na płynnym magnesie, które sprawdzi się w roli układu sterowania pojazdami kosmicznymi w warunkach zerowej grawitacji.
Z kolei nanosatelita Światowid skonstruowany przez firmę SatRevolution to prototypowy model komercyjnego systemu obserwacji. Docelowo firma planuje wysłać na orbitę ponad tysiąc takich jednostek, które będą zdolne do wykonywania zdjęć satelitarnych na potrzeby monitorowania stanu wód gruntowych, zanieczyszczenia powietrza czy zmian pogody.
– Na razie cała aparatura budowana w Polsce była wykorzystywana do celów naukowych, czy to na naszych satelitach, na satelitach zbudowanych w innych krajach, czy próbnikach kosmicznych. Natomiast nie ma żadnego problemu, żeby tę technologię wykorzystać również do satelitów użytecznych, czyli takich satelitów obserwacyjnych czy nawet komunikacyjnych w przyszłości – twierdzi ekspert.
Potencjał branży kosmicznej dostrzegły także polskie władze, które uruchomiły kilka programów wsparcia dla tego innowacyjnego sektora gospodarki. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju powołało do życia program sektorowy Szybka Ścieżka Kosmiczna, w ramach którego przeznaczy 300 mln zł na wsparcie polskich projektów kosmicznych. Firmy zainteresowane udziałem w konkursie będą mogły składać wnioski o dofinansowanie od 2 września do 15 listopada tego roku.
Z kolei już w 2017 roku Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii ogłosiło Polską Strategię Kosmiczną, czyli długofalowy program wsparcia dla sektora kosmicznego na lata 2017–2030. Projekt powołano w celu zwiększenia konkurencyjności polskich projektów na arenie europejskiej. Głównym celem PSK będzie zwiększenie obrotów rodzimego sektora kosmicznego do poziomu co najmniej 3 proc. ogólnych obrotów na rynku europejskim.
– Na razie to finansowanie jest jeszcze na stosunkowo niewielkim poziomie. Gdybyśmy chcieli porównać do finansowania NASA czy Europejskiej Agencji Kosmicznej, to są to stosunkowo niewielkie środki. Nasz wkład do Europejskiej Agencji Kosmicznej to jest około 30 mln euro rocznie. W Europie są rozwijane takie duże programy z funduszów Unii Europejskiej jak Copernicus i Galileo, w których na razie mamy bardzo niewielki udział, a powinniśmy szeroko włączyć się w rozwoju tych technik – mówi Piotr Wolański.
Projekt o przyszłościowym charakterze realizuje firma SpaceForest, która testuje modułowe rakiety wielokrotnego użytku. Ich suborbitalna rakieta SIR została wyposażona w hybrydowy silnik oraz automatyczny system sterowania, który umożliwi odzyskanie rakiety po umieszczeniu satelity na orbicie. Rozwijany jest również projekt teleskopu optycznego SkyLab zaprojektowanego z myślą o wykrywaniu kosmicznych śmieci. Laboratorium powstało na potrzeby Centrum Astronomicznego im. Mikołaja Kopernika w Warszawie, które planuje mapować położenie odpadów krążących po orbicie i mogących stanowić zagrożenie dla satelitów.
– To właśnie za pomocą urządzeń wysłanych na orbitę rozwinęła się astronomia. Dostarczyła ona wiele przyrządów do bardzo dokładnego obserwowania kosmosu, nie tylko dalekiego, lecz także bliskiego – Księżyca, planet, Słońca. Astronomowie bardzo dużo korzystają właśnie z technologii kosmicznych, które są wynoszone przez satelity i próbniki za pomocą właśnie rakiet, które rozwijamy m.in. w Instytucie Lotnictwa – mówi ekspert.
Według analityków z firmy Research and Markets wartość globalnego rynku przemysłu kosmicznego w 2018 roku wyniosła 360 mld dol. Przewiduje się, że do 2026 roku wzrośnie ona do 558 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 5,6 proc.
Szacuje się, że przeciętny użytkownik internetu jest zarejestrowany w kilku usługach online. Musi więc wymyślić i zapamiętać kilka różnych loginów i haseł. Dzięki tożsamości cyfrowej tego obowiązku może już nie mieć. Wystarczą dane osobowe i informacje o samym urządzeniu, by móc automatycznie logować się do bankowości czy usług instytucji państwowych. Cyfrowa tożsamość pozwala też znacznie zmniejszyć skalę oszustw i cyberataków. O ile na Zachodzie jest wykorzystywana coraz częściej, o tyle Polska ma jeszcze sporo do nadrobienia. Przede wszystkim pod względem rozwiązań chmurowych, które umożliwiają taką identyfikację.
– Cyfrowa tożsamość pozwala wykrywać nadużycia przede wszystkim w szeregu instytucji, nie tylko finansowych, także w branży ubezpieczeniowej, e-commerce czy telekomunikacyjnej. Musimy odejść od myślenia, że możemy bazować tylko na danych, które banki, instytucje finansowe, ubezpieczyciele mają w swoich rejestrach. Ale musimy też patrzeć, kim dany użytkownik jest, czyli tak naprawdę cyfrowa tożsamość zaczyna się od urządzenia – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jakub Antczak z LexisNexis Risk Solutions.
Eksperci są zgodni, że tożsamość cyfrowa daje możliwość usunięcia nieefektywnych i czasochłonnych procesów ręcznych. Jednocześnie znacznie zmniejsza się skala oszustw. W dużej mierze zapewnienie cyfrowej tożsamości w internecie jest możliwe dzięki bankom. Według Statisty w 2017 roku 84 proc. brytyjskich konsumentów wierzyło, że metody uwierzytelniania banków internetowych są bezpieczne, podczas gdy badanie YouGov sugeruje, że 55 proc. aktywnie zaufało swoim bankom.
Aby stworzyć rozwiązania oparte na tożsamości cyfrowej, niezbędne jest gromadzenie danych, nie tylko osobowych, lecz także tych dotyczących urządzeń, za pomocą których logujemy się do systemów.
– Patrzymy, jakie są atrybuty tego urządzenia, skąd to urządzenie tak naprawdę próbuje się do nas zalogować, zarejestrować, z czym jest powiązane, jak ono wygląda w globalnej sieci urządzeń. Tak naprawdę cyfrowa tożsamość to kombinacja wielu czynników – wskazuje Jakub Antczak.
Oprócz wygody dla użytkowników cyfrowa tożsamość znacznie poprawia bezpieczeństwo. Raport o cyberprzestępczości opracowywany przez LexisNexis Risk Solutions wskazuje, że w 2018 roku analiza 17 mld transakcji wykazała 3 mld ataków botów. Doszło do 244 mln ataków zainicjowanych przez człowieka, w tym 103 mln ataków mobilnych. Dzięki cyfrowej tożsamości można zaś łatwo stwierdzić, skąd pochodzi dane urządzenie, gdzie jest zarejestrowane albo jak wiele atrybutów jest przywiązanych do danego urządzenia, np. kilkadziesiąt adresów mailowych.
– Cyfrowa tożsamość w naszej sieci jest szeroko udostępniona wszystkim klientom. Jesteśmy w stanie dostarczyć informacje np. do banku, że dane urządzenie jest skompromitowane, zostało zablokowane przez inną instytucję finansową. I to jest zasadnicza różnica, wychodzimy od warstwy urządzenia, od warstwy tożsamości, a nie tylko od danych statycznych, które dzisiaj są w bankach, w instytucjach finansowych – przekonuje ekspert.
Cyfrowa tożsamość jest przydatna nie tylko w bankowości. Także opieka zdrowotna czy komunikacja potrzebują rozwiązań do weryfikacji, które oceniają ryzyko transakcji. Agencje rządowe potrzebują nowoczesnych narzędzi, żeby znacznie zmniejszyć skalę oszustw. Do wdrożenia na szerszą skalę rozwiązań cyfrowej tożsamości konieczna jest jednak odpowiednia infrastruktura. Tymczasem raport Eurostatu na temat użycia w Unii wskazuje, że tylko 11 proc. polskich przedsiębiorców, którzy zatrudniają powyżej 10 pracowników, korzysta z usług chmurowych. W Unii średnia wynosi 46 proc.
– W Wielkiej Brytanii banki tworzą oddzielne konsorcja, wymieniają ze sobą dane już nie tylko w ramach wewnętrznej sieci. Dostarczają też takich informacji, jak dana tożsamość cyfrowa wygląda w danym sektorze, np. finansowym, ubezpieczeniowym, czy została oceniona pozytywnie, czy negatywnie. Banki ze sobą dużo bardziej współpracują – ocenia Jakub Antczak.
W Polsce kwestia automatycznego logowania do bankowości, na podstawie zweryfikowanego urządzenia, jest jeszcze przyszłością. Pojawiają się jednak pierwsze rozwiązania, które znacznie zwiększają bezpieczeństwo transakcji i opierają się na szerokiej wymianie danych. Banki PKO BP i ING Bank Śląski jako pierwsze udostępniły w Polsce usługę mojeID, która służy do potwierdzania tożsamości w internecie. Także pozostałe banki zapowiadają wdrożenie podobnej usługi, część jeszcze w tym roku.
– Dynamika wzrostu aplikacji mobilnych jest wysoka. 72 proc. użytkowników smartfonów w Polsce w zeszłym roku przynajmniej raz w miesiącu logowało się do aplikacji mobilnej. To oznacza, że będziemy przygotowani do cyfrowej tożsamości i będziemy dynamicznie nadrabiać tę stratę – wskazuje Jakub Antczak.
15% osób, które chcą pracować sezonowo, w wakacje wyjedzie za granicę (w tym 30% do Holandii, 28% do Niemiec, 17% do Wielkiej Brytanii, a 15% do Szwajcarii). 6 na 10 badanych odbiera telefon służbowy po pracy, a blisko połowa sprawdza pocztę elektroniczną – wynika z najnowszej edycji „Monitora Rynku Pracy”.
Duże zapotrzebowanie na pracę w Polsce przekłada się na deklaracje miejsca w którym pracownicy wyrażają chęć podjęcia zatrudnienia sezonowego. Zdecydowana większość planuje pracować tam, gdzie mieszka lub – co ciekawe – w miejscowości z której pochodzi. Nie widać dużego zainteresowania pracą za granicą, co niewątpliwie ma związek z coraz mniejszą opłacalnością tych wyjazdów. Wzrost wynagrodzeń w Polsce spowodował, że podjęcie pracy w kraju, po uwzględnieniu wszystkich koniecznych kosztów, może przynieść porównywalny, albo nawet większy dochód.
Wyniki badania pokazują jak bardzo życie zawodowe i prywatne dla wielu pracowników wzajemnie się przenikają. Wiele osób ma służbową skrzynkę zainstalowaną na prywatnym telefonie lub laptopie i właściwe prawie cały czas jest w stanie odpowiadać na maile czy telefony. Jednocześnie postęp technologiczny pozwala pracownikom w godzinach pracy zajmować się sprawami prywatnymi i wiele osób z tego korzysta – wysłanie przelewu, zarezerwowanie biletów na wieczorny spektakl czy sprawdzenie ocen dziecka w szkolnym systemie jest możliwe właściwie w każdym momencie doby.
Dla części pracowników bycie cały czas „on line” jest oczywiste, a czynności takie jak sprawdzanie poczty służbowej czy odbieranie telefonów przez niektórych mogą nie być postrzegane jako wykonywanie obowiązków służbowych.
Sezon wakacji to dla wielu osób możliwość zarobienia dodatkowych środków. Przedsiębiorstwa potrzebują nowych osób z powodu nieobecności urlopowych stałych pracowników lub zwiększonych zamówień (szczególnie w branży gastronomicznej, turystycznej, handlu detalicznym czy budownictwie). Jest to okazja nie tylko na dodatkowy zarobek, ale również na uzyskanie doświadczenia, które może być ważne przy poszukiwaniu stałej pracy.
Wiele początkujących firm popełnia błąd i lekceważy wagę ochrony prawnej swoich rozwiązań. Wg raportu EUIPO w samej UE straty z powodu podrabiania towarów wynoszą rocznie niemal 261 mld złotych[1]. Ale podróbki to nie jedyne zagrożenie. Działalności firm mogą zagrozić także pozwy ze strony konkurencji. FIBARO jest przygotowane na takie ryzyko.
Ochrona własności intelektualnej jest często spychana na dalszy plan. Jednak dzięki jej odpowiedniemu wykorzystaniu firmy zwiększają swoje szanse na uniknięcie konfliktów z potencjalną konkurencją, a przede wszystkim zabezpieczają się przed kradzieżą swoich unikalnych i gwarantujących sukces na rynku pomysłów. FIBARO, rozpoczynając działalność w 2010 roku, od początku realizowało strategie sprzedaży na całym świecie i kładło duży nacisk na odpowiednie zabezpieczenie swoich produktów. Obecnie rozwiązania firmy z Poznania chronione są przez ponad 100 patentów i zarejestrowanych znaków towarowych w UE, USA oraz Azji, a w szczególności w Chinach.
Dowodem na konieczność odpowiedniego zarządzania ochroną własności intelektualnej są niedawne działania Pinek IP LLC z siedzibą w Teksasie. Amerykańska firma zajmująca się zarządzaniem patentami oskarżyła FIBARO o naruszenie własności intelektualnej. Pinek złożyło pozew przeciwko FIBARO w związku z rzekomym naruszeniem patentu o nazwie „System i metoda odbioru sygnału do wyzwalania systemu aktywacji piroelektrycznej”. Jednakże FIBARO od lat dba o ochronę własności intelektualnej i przykłada szczególną wagę do tego, jakie rozwiązania oferuje na rynku. Przedstawiona dokumentacja i wsparcie specjalistycznej kancelarii McAndrews spowodowały, że Pinek 27 czerwca wycofało swoje roszczenia bez możliwości ponownego pozwu. Dzięki odpowiedniej dbałości i przygotowaniu firma uniknęła istotnego ryzyka dla dotychczasowej działalności.
Bartłomiej Arcichowski, Członek Zarządu FIBARO
– Przemyślana strategia ochrony własności intelektualnej jest często lekceważona przez początkujące firmy, a w szczególności start-upy. To jednak jeden z kluczowych elementów zabezpieczających know-how firmy – mówi Bartłomiej Arcichowski, Członek Zarządu FIBARO. – Jeżeli zaprezentujemy światu przełomowe rozwiązania bez jego ochrony oraz przeprowadzenia badań czystości patentowej, lata prac rozwojowych i doskonalenia produktów mogą zostać zaprzepaszczone. Dlatego w FIBARO przykładamy ogromną wagę do ochrony własności intelektualnej, szkolimy i wyczulamy naszą załogę, aby odpowiednio zabezpieczała to, nad czym wspólnie pracujemy – dodaje Bartłomiej Arcichowski.
Starania FIBARO zostały także dostrzeżone w drugiej edycji prestiżowego konkursu organizowanego przez Urząd Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO), agencję UE z siedzibą w Alicante. FIBARO Intercom został nominowany w kategorii „Przemysł” jako jeden z czterech wzorów przemysłowych, które dotarły do ścisłego finału konkursu w 2018 roku.
BNP Paribas Real Estate rozwijając swoją strategię dywersyfikacji branżowej stworzył nową linię usług: „Logistyka i doradztwo w zakresie zarządzania łańcuchem dostaw”. Te usługi stanowią kolejny krok w kierunku realizacji długoterminowych aspiracji BNP zmierzających do poszerzenia portfela usług w zakresie aktywów logistycznych, w odpowiedzi na rosnące zainteresowanie klientów tym sektorem.
Na czele nowego oddziału staną współzałożyciele Traker, Mike Haziza i Erwan Giraud wspierani przez zespół 10 konsultantów. Celem nowej linii usług jest zwiększenie konkurencyjności przedsiębiorców przemysłowych poprzez modernizację ich łańcucha dostaw. Od momentu powstania w 2008 r. Traker zrealizował ponad 200 projektów w całej Europie, których beneficjentami było około 100 klientów z różnych sektorów gospodarki (w tym przemysłu, handlu detalicznego, logistyki i usług).
Firma Traker posiada ugruntowaną reputację za sprawą świadczonych usług konsultingowych i znakomitych referencji. Podzielamy tę samą kulturę doskonałości strategicznej i operacyjnej, dzięki której będziemy wspierać sukces naszych klientów. Nasza oferta umożliwi dostarczanie globalnych rozwiązań, gwarantując jednocześnie pionowy transfer wiedzy na temat logistyki
Usługi doradztwa w zakresie łańcucha dostaw, jakie BNP Paribas Real Estate może zaoferować swoim inwestorom i klientom-najemcom, zapewnią szerokie wsparcie zintegrowanych i powiązanych usług w zakresie realizacji projektów logistycznych (wynajem lub zakup lokalu, transakcje pod klucz, inwestycje, wycena, zarządzanie nieruchomościami).
Jesteśmy niezwykle dumni, że możemy współpracować z BNP Paribas Real Estate. Współpracujemy z od kilku lat i podzielamy ten sam zapał w odniesieniu do zrównoważonych rozwiązań, a także kulturę opartą na doskonałości, pracy u podstaw i śmiałych projektach. Ta integracja pozwoli nam wzmocnić naszą gotowość do innowacji i tworzenia wartości dodanej dla łańcuchów dostaw naszych klientów, otwierając jednocześnie nowe możliwości rozwoju dla naszego zespołu – Erwan Giraud i Mike Haziz, TRAKER
BNP Paribas Real Estate nieustająco rozwija portfel usług wsparcia dla klientów z branży przemysłowej, logistycznej i handlu detalicznego w ramach europejskich systemów logistycznych. Jest to następstwem konsolidacji organizacyjnej zespołu transakcyjnego oraz powołania do zespołu Arthura Rodrigueza, byłego zastępcy dyrektora ds. głównych systemów przemysłowych i logistycznych w CBRE France, a także wprowadzenia systemu ogólnoeuropejskiej koordynacji z siedziby BNP Paribas Real Estate w Issy-les-Moulineaux we Francji.
Nie powrócą czasy sprzed ponad 3 lat, gdy przez wiele miesięcy ceny spadały. Inflacja w czerwcu wzrosła do 2,6 proc. i jest to przekroczenie celu inflacyjnego wyznaczonego przez NBP. Bardzo szybko rosną ceny żywności, w czerwcu był to skok o 5,7 proc. I jest to powód do obaw, którego jednak Rada Polityki Pieniężnej nie podziela.
– Spodziewamy się, że w kolejnych miesiącach inflacja będzie wzrastała – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Polsce. – Pod koniec tego roku może sięgnąć nawet 3 proc. Wtedy będziemy mieli do czynienia z uwolnieniem cen energii dla przedsiębiorstw.
Z początkiem 2020 r. wzrosną ceny energii dla konsumentów, a inflację będzie dodatkowo pobudzał nadal solidny popyt konsumpcyjny.
– Po tej górce inflacyjnej na przełomie roku inflacja będzie już spadała, a w 2020 r. przewidujemy, że wyniesie 2,0 proc. – komentuje ekspert Coface.
16 lipca na GPW zadebiutowały certyfikaty strukturyzowane wyemitowane przez Raiffeisen Centrobank
Instrumentem bazowym dla nowych certyfikatów są akcje Jeronimo Martins
16 lipca tego roku w obrocie giełdowym znalazły się nowe certyfikaty strukturyzowane – dwie serie typu FAKTOR oraz jedna seria typu TRACKER – wyemitowane przez Raiffeisen Centrobank. Instrumentem bazowym dla nowej emisji certyfikatów są akcje Jeronimo Martins – właściciela największej sieci dyskontów w Polsce.
– GPW konsekwentnie rozszerza swoją ofertę produktową o kolejne instrumenty finansowe adresowane do inwestorów o zróżnicowanej skłonności do ryzyka. Dostęp do szerokiego wachlarza produktów pozwala inwestorom na dywersyfikację portfela, szczególnie w czasach słabszej koniunktury na rynkach finansowych. Cieszymy się, że Raiffeisen Centrobank wyemitował kolejne serie certyfikatów strukturyzowanych na naszym rynku. Atrakcyjny instrument bazowy, jakim są akcje Jeronimo Martins – właściciela największej sieci detalicznej w Polsce, daje ekspozycję na akcje spółki, która notowana jest na rynkach zagranicznych – mówi Izabela Olszewska, członek zarządu GPW.
Jeronimo Martins Polska jest właścicielem Biedronki, największej sieci detalicznej w Polsce, mającej ponad 2820 sklepów w ponad tysiącu miejscowościach. Sieć Biedronka, obecna na polskim rynku od ponad 20 lat, współpracuje z ponad pięciuset polskimi partnerami handlowymi.
Na GPW notowanych jest łącznie ponad 1200 produktów strukturyzowanych. Inwestorzy mają duży wybór zróżnicowanych instrumentów bazowych: akcji, koszyków akcji, indeksów czy produktów rolnych. Ponadto produkty strukturyzowane umożliwiają wybór instrumentu bazowego zgodnego z preferowanym poziomem ryzyka inwestycyjnego, a także możliwość zarabiania na wzrostach i spadkach cen instrumentów bazowych.
Jean-Bernard Mas objął stanowisko Senior Country Officera Credit Agricole w Polsce i I wiceprezesa banku Credit Agricole. Do zarządu banku dołączył także Richard Paret.
Jean Bernard Mas – Credit Agricole
Jean-Bernard Mas związany jest z Grupą CA od 30 lat, a z Polską w roli wiceprezesa banku Credit Agricole od 2015 roku. Ten niezwykle profesjonalny i skuteczny menadżer zarządzał m.in. pionem finansów; bankowością korporacyjną, która dynamicznie rozwija się z roku na rok i zwiększa swoje udziały w rynku; obszarem cyfryzacji i back office oraz IT. W 2017 roku nadzorował jedną z największych technologicznych i organizacyjnych zmian w historii banku. Wdrożony program uprościł architekturę IT oraz znacznie zwiększył liczbę realizowanych projektów w organizacji. Dzięki temu bank jest w stanie szybciej, lepiej odpowiadać na potrzeby klientów i konsekwentnie z tych możliwości korzysta.
W ostatnim czasie Credit Agricole do oferty wprowadził m.in nowe pakiety kont osobistych, innowacyjne metody płatności (BLIK, Apple oraz Google Pay), a także nowy Serwis internetowy CA24 eBank. Działania i wyniki Credit Agricole doceniły kapituły ogólnopolskich konkursów branżowych. Bank zajął m.in. pierwsze miejsce w kategorii małych i średnich banków komercyjnych w zestawieniu najlepszych banków Gazety Bankowej. Bankowość mobilna CA24 Mobile została uznana za najlepiej zabezpieczoną aplikację mobilną w konkursie Portfel Wprost, a wcześniej wyróżniona za logowanie biometryczne w rankingu Gazety Bankowej. Ostatnia nagroda nie jest jedyną w obszarze innowacji. Wcześniej bank otrzymał ją za telebota. Tytuł Innowatora Rynku Bankowego został też przyznany prezesowi zarządu banku. Credit Agricole zebrał również rekordową liczbę statuetek za działania reklamowe w najważniejszych konkursach w Polsce, m.in. Golden Arrow, Kreatura, Srebrna Pantera, MIXX Awards. Klienci także doceniają bank w badaniach satysfakcji i jakości obsługi. Credit Agricole należy do najchętniej polecanych banków, a jego infolinia już od 5 lat znajduje się w TOP 3 bankowych Contact Center w Polsce.
Objęcie przez Jean-Bernarda Masa, 1 lipca br., stanowiska I wiceprezesa Zarządu i Senior Country Officera nie wpływa na zmianę misji Credit Agricole, którego ambicją jest być najbardziej zorientowanym na ludzi bankiem i zapewnienie klientom najwyższego poziomu satysfakcji.
Olivier Constantin, który do końca czerwca pełnił funkcję Senior Country Officera, po czteroletniej misji w Polsce i znaczącym zaangażowaniu w rozwój wszystkich spółek Grupy w Polsce, rozpoczyna nowy etap kariery i będzie zarządzał jedną z kluczowych Kas Regionalnych we Francji.
Richard Paret – Credit Agricole
Do zarządu banku Credit Agricole, w roli wiceprezesa, 12 lipca wrócił Richard Paret. Będzie nadzorował bankowość korporacyjną i inwestycyjną, obszary back office oraz zarządzania zmianą i cyfryzacją. Richard Paret z bankowością i Grupą Crédit Agricole jest związany od 20 lat. Do banku w Polsce dołączył w 2014 r. jako dyrektor odpowiedzialny za obszar ryzyka. Dwa lata później, już w roli Wiceprezesa Zarządu, nadzorował dodatkowo sieć i wsparcie sprzedaży w bankowości detalicznej oraz SME, obszar consumer finance. Do 2018 roku wdrożył z sukcesem wiele strategicznych zmian w zarządzanych przez niego obszarach.
Nieco ponad 1,8 tys. cudzoziemców złożyło w Polsce wnioski o udzielenie ochrony międzynarodowej w I połowie tego roku. Oznacza to spadek o ok. 12 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r. Warunki przyznania jednej z form ochrony międzynarodowej spełniało w sumie 140 osób. Decyzje negatywne otrzymało prawie 940 obcokrajowców, a 960 postępowań umorzono.
Około 64 proc. z 1,8 tys. wniosków o ochronę międzynarodową zostało złożonych po raz pierwszy. W pierwszej piątce krajów pochodzenia wnioskodawców znalazły się: Rosja – 1160 osób, Ukraina – 220 os., Tadżykistan – 52 os., Afganistan – 44 os. oraz Turcja – 41 os. Nieco ponad połowa wniosków została złożona na wschodniej granicy kraju, z czego najwięcej w placówce Straży Granicznej w Terespolu. Osoby niepełnoletnie stanowiły 43 proc. wnioskodawców.
Cudzoziemcowi udziela się ochrony międzynarodowej jeśli w jego kraju pochodzenia grozi mu prześladowanie lub rzeczywiste ryzyko utraty życia czy zdrowia. Każdy wniosek jest rozpatrywany indywidualnie przez Urząd do Spraw Cudzoziemców, który szczegółowo analizuje poszczególne sprawy w celu sprawdzenia czy danej osobie należy udzielić ochrony.
W I połowie roku warunki przyznania ochrony międzynarodowej spełniało 140 cudzoziemców. Byli to głównie obywatele Rosji (49 os.), Ukrainy (15 os.) i Tadżykistanu (15 os.). Decyzje negatywne otrzymało prawie 940 osób – najwięcej obywatele Rosji (534 osób), a 960 postępowań umorzono – również głównie wobec obywateli Rosji (727 osób). Sprawy są umarzane w sytuacji gdy cudzoziemiec opuścił Polskę, nie czekając na wydanie decyzji najczęściej udając się do państw Europy Zachodniej.
Podczas trwania procedury uchodźczej cudzoziemcy są objęci pomocą socjalną (m.in. zakwaterowanie, wyżywienie, opieka zdrowotna) zapewnianą przez Urząd do Spraw Cudzoziemców oraz działaniami edukacyjnymi (m.in. nauka języka polskiego, kursy informacyjne). Mają oni do wyboru pobyt w ośrodku lub samodzielne utrzymanie się poza ośrodkami przy pomocy finansowej otrzymywanej od UdSC. Według stanu na 30 czerwca z pomocy socjalnej Urzędu do Spraw Cudzoziemców korzystało 2960 osób.
1 lipca 2019 roku nastąpiła zmiana w przepisach dotyczących emisji obligacji. Głównym jej celem jest zwiększenie bezpieczeństwa inwestorów. Dla przedsiębiorców, którzy swoją działalność chcieliby w ten sposób sfinansować, oznacza to jednak szereg nowych utrudnień. Przede wszystkim znacząco wzrosną koszty, a proces wydłuży się i skomplikuje. Dla mniejszych spółek emisja obligacji może okazać się zupełnie nieopłacalna. Źródeł finansowania mogą one szukać w ofercie banków, ale nie każda firma spełni warunki uzyskania kredytu. W tej sytuacji, na atrakcyjności zyskuje propozycja instytucji pozabankowych oferujących finansowanie dłużne, którego pozyskanie jest prostsze i bardziej elastyczne.
Dla mniejszych spółek emisja obligacji, nawet przed zmianami, nie była procesem ani łatwym, ani tanim. Zgromadzenie wielu inwestorów wymaga zaangażowania wyspecjalizowanej firmy doradczej. Emisja generuje także koszty, które po części ponoszone są również w przypadku nieuplasowania jej w całości. Teraz proces emisyjny staje się jeszcze bardziej kosztowny i skomplikowany. Przede wszystkim wiąże się to z obowiązkową dematerializacją obligacji, koniecznością ich rejestracji w Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych oraz nową instytucją agenta emisji. Dodatkowe koszty związane z wynagrodzeniem agenta oraz opłatą za rejestrację w KDPW sprawiają, że małe emisje mogą być całkowicie nieopłacalne. Po jakie instrumenty może więc sięgnąć mniejsza spółka, by finansować swoją działalność bez ponoszenia nadmiernych kosztów?
Kredyt bankowy – liczy się historia i niskie ryzyko
Niskooprocentowany kredyt wydaje się najbardziej naturalnym rozwiązaniem. Dla większości małych firm jego koszty są jednak zazwyczaj wyższe niż dla dużych przedsiębiorstw z długą historią biznesową. Wiele firm nawet nie stara się o jego udzielenie, wiedząc że nie spełni warunków, ze względu na krótki okres prowadzenia działalności, ryzykowną branżę lub brak wymaganych zabezpieczeń np. w postaci hipoteki. Dodatkowo, w przypadku finansowania na cele obrotowe, zdolność kredytowa jest ściśle uzależniona od dotychczasowych przychodów ze sprzedaży. Fakt, że mając do dyspozycji więcej gotówki, firma może zwielokrotnić sprzedaż, w niczym tu nie pomoże. Wygodnym rozwiązaniem tej sytuacji mogła być emisja obligacji, dzięki której finansowanie pozyskuje się bez pośrednictwa banku. Sposób ten był nie tylko bardziej elastyczny, ale też atrakcyjny z uwagi na odroczenie terminu całkowitej spłaty nawet o kilka lat. W tym okresie firma może w pełni korzystać z pozyskanych środków, a na bieżąco spłacać wierzycielom jedynie odsetki. Nowe zasady emisji obligacji sprawiają jednak, że teraz dla wielu mniejszych spółek taka forma finansowania może okazać się zbyt droga, a kredyt będzie nadal niedostępny.
Venture capital – liczy się innowacyjność
Dla firm, które często dopiero startują w biznesie i dla banków nie są atrakcyjne ze względu na wysokie ryzyko, rozwiązaniem może być pozyskanie inwestora finansowego. Wiąże się to jednak z szeregiem daleko idących konsekwencji, na co nie każdy przedsiębiorca jest gotowy. Inwestor obejmuje część udziałów w firmie, często kontroluje radę nadzorczą, a z założenia po kilku latach chce wyjść z inwestycji poprzez zbycie swoich udziałów. Takim inwestorem finansowym może być fundusz typu venture capital. – Finansowanie tego typu wiąże się z objęciem przez inwestora części udziałów w spółce, lecz zwykle jest to pakiet mniejszościowy, a osoby zarządzające mają pełną swobodę w działalności operacyjnej. Warunki współpracy ustalane są indywidualnie, z góry określony jest jej przewidywany horyzont czasowy oraz zasady sprawowania nadzoru. Fundusze venture capital oferują nie tylko kapitał na rozwój, ale również wsparcie merytoryczne. Inwestor pełni tu rolę partnera biznesowego, który dzieli się doświadczeniem i doradza w kwestiach strategicznych, finansowych czy prawnych – mówi Krystyna Kalinowska, dyrektor inwestycyjny w Podlaskim Funduszu Kapitałowym. W przypadku wielu funduszy warunkiem ubiegania się o tego rodzaju finansowanie jest, by prowadzona działalność miała charakter innowacyjny oraz potencjał do osiągania ponadprzeciętnych wzrostów. Z tego powodu rozwiązanie venture capital adresowane jest przede wszystkim do start-upów technologicznych.
Private debt – liczą się marże i perspektywy rozwoju
Rozwiązaniem pośrednim między długiem a pozyskaniem inwestora jest finansowanie dłużne typu private debt. Tutaj branża nie jest, aż tak istotna – firma może prowadzić tradycyjną działalność handlową lub produkcyjną. Najważniejsze jest, by biznes był stabilny, dobrze rokujący i operujący na wysokich marżach. Private debt daje spółce podobne korzyści jak pozyskanie inwestora finansowego, zakończenie współpracy jest jednak dużo łatwiejsze – następuje wraz ze spłatą zadłużenia. – Największymi zaletami tego typu finansowania jest elastyczność w kwestii warunków spłaty oraz zabezpieczeń. Private debt może być traktowane jako uzupełnienie finansowania bankowego, jak również jedyna forma finansowania ze źródeł zewnętrznych – dodaje Krystyna Kalinowska z Podlaskiego Funduszu Kapitałowego. Jest to rozwiązanie droższe niż kredyt bankowy. Jego koszt mieści się zwykle w przedziale 9-15 proc. w skali roku, jednak ze względu na zmiany na rynku obligacji korporacyjnych, atrakcyjność tej formy finansowania znacząco wzrasta. Dla sektora MŚP, którym zazwyczaj nie interesują się fundusze dysponujące wysokim kapitałem, oferta private debt jest dostępna dzięki małym funduszom, które próbują zagospodarować tę niszę.
Na rynku jest wiele popularnych rozwiązań, w ramach których spółka może pozyskać finansowanie na dalszy rozwój. W przypadku zakupu środków trwałych, stosunkowo prostym sposobem może okazać się leasing, z kolei przy długich okresach płatności – faktoring. Co jednak w sytuacji gdy pieniądze są potrzebne po to, aby rozwinąć skrzydła – zatrudnić dodatkowych pracowników, wyjść na nowe rynki? Emisja obligacji, po wprowadzonych zmianach, przestaje być prostym i atrakcyjnym rozwiązaniem, natomiast kredyt bankowy często nadal pozostaje trudno dostępny, bądź niewystarczający w stosunku do aktualnych potrzeb. Dla wielu firm atrakcyjna może okazać się propozycja instytucji pozabankowych, która wypełnia lukę w finansowaniu małych i średnich przedsiębiorstw, umożliwiając im pozyskanie środków na realizację planów rozwojowych.
Wczorajsza debata między kandydatami o fotel premiera Wielkiej Brytanii rozbudziła obawy inwestorów o rozwój sytuacji w związku z Brexitem. Dzisiejsze dane o nastrojach we wspólnym bloku walutowym z kolei wskazują na to, że pesymizm względem perspektyw gospodarczych strefy euro utrzymuje się.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w poniedziałek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,26-4,27. Para EUR/USD również zakończyła dzień na minusie.
Wczorajszy dzień nie przyniósł żadnych istotnych informacji ze wspólnego bloku walutowego. Dziś warto zwrócić uwagę na dane o nastrojach ekonomicznych. Lipcowe indeksy ZEW dla Niemiec, opisujące nastawienie ankietowanych ekspertów względem sytuacji bieżącej, jak i ich nastroje dotyczące przyszłości, pokazały zauważalny spadek w relacji do sytuacji sprzed miesiąca.
Oba indeksy rozczarowały, jednak z oczekiwaniami szczególnie mocno rozminął się ten pierwszy. Wbrew założeniom konsensusu ekonomistów nie odnotował on jedynie umiarkowanego spadku, tylko zszedł poniżej zera po raz pierwszy od czerwca 2010 roku. W tym kontekście nawet niższy od oczekiwanego spadek indeksu ZEW opisujący nastroje względem perspektyw strefy euro nie może budzić optymizmu – wskaźnik cały czas pozostaje głęboko ujemny.
Widoczny pesymizm – dostrzegalny nie tylko w indeksach ZEW, ale również ostatnich odczytach indeksów Ifo, czy danych PMI – nie jest dobrym sygnałem. Gorsze nastroje ankietowanych raczej nie pozostaną bez wpływu na ich decyzje, a to może oznaczać, że na poprawę sytuacji gospodarczej w strefie euro przyjdzie nam poczekać jeszcze dłużej.
GBP
Kurs GBP/PLN w poniedziałek spadł o 0,6%, wahając się w widełkach 4,73-4,76. Brytyjska waluta wczoraj charakteryzowała się słabością również w relacji do głównych walut. Funt tracił w związku z negatywnym sentymentem związanym z Brexitem.
Dzisiejsze dane napływające z Wielkiej Brytanii były dość mieszane, jednak można uznać je za względnie pozytywnie. Wprawdzie rozczarowały trzymiesięczne dane o zatrudnieniu, dodatkowo w czerwcu wyraźnie wzrosła liczba wniosków o zasiłki dla bezrobotnych, niemniej kluczowe dane o płacach pokazały wyraźny wzrost. Dynamika wynagrodzeń przyspieszyła do 3,6% w ujęciu rocznym – najwyższego poziomu od 11 lat.
Wspomniana publikacja nie pomogła jednak brytyjskiej walucie. Po wczorajszej debacie pretendentów do objęcia stanowiska premiera Wielkiej Brytanii wyprzedaż funta nabrała rozpędu. Agresywna retoryka obu kandydatów i determinacja do wynegocjowania z UE „nowej umowy”, a nie poprawienia porozumienia wynegocjowanego przez May oraz szczególnie odrzucenie przez nich tzw. backstopu, na nowo rozbudziła obawy rynku związane z Brexitem.
USD
Kurs USD/PLN w poniedziałek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,78-3,79. Mimo słabości w parze z silniejszym złotym, amerykańska waluta wczoraj zyskiwała w relacji do głównych walut.
Poniedziałek nie obfitował w informacje z USA. Kalendarz sugeruje jednak, że ów deficyt z nawiązką nadrobimy dziś. W drugiej części dnia warto obserwować odczyty twardych danych o sprzedaży detalicznej oraz produkcji przemysłowej w czerwcu. Oprócz tego wtorek będzie obfitował w przemówienia ze strony członków FOMC, wśród których szczególną uwagę przykuje wieczorne przemówienie prezesa Rezerwy Federalnej, Jerome’a Powella.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
14:15 – przemawia Raphael Bostic z FOMC
14:15 – przemawia Michelle Bowman z FOMC
14:30 – dane o sprzedaży detalicznej w USA w czerwcu
15:15 – dane o produkcji przemysłowej w USA w czerwcu
18:20 – przemawia Robert Kaplan z FOMC
19:00 – przemawia przewodniczący FOMC, Jerome Powell
Na finiszu są dwie ważne ustawy: przeciwdziałająca zatorom płatniczym oraz ułatwiająca życie założycielom start-upów. W decydującą fazę wkracza projekt zmieniający Prawo Zamówień Publicznych (PZP). Część przedsiębiorców z pewnością ucieszą nowe przepisy dotyczące produkcji energii ze źródeł odnawialnych, a także liberalizacja przepisów o obrocie ziemią rolną. Oto krótki przegląd zmian prawnych istotnych dla MŚP.
Walka z zatorami płatniczymi
Projekt Ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu ograniczenia zatorów płatniczych w połowie maja został przyjęty przez rząd, a w pierwszych dniach lipca – przez sejm. Ustawa, przygotowana przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, ma wejść w życie 1 stycznia 2020 r.
Dla małych i średnich przedsiębiorstw kluczowe znaczenie będzie miało ustawowe skrócenie terminów zapłaty w transakcjach z dużymi firmami (tzw. transakcja asymetryczna) – do 60 dni. Z kolei dostawcy dla podmiotów publicznych (z wyłączeniem podmiotów leczniczych) uzyskają skrócenie terminów zapłaty do 30 dni. Największe przedsiębiorstwa zostaną zobowiązane do przekazywania Ministerstwu Przedsiębiorczości i Technologii raportów dotyczących stosowanych terminów płatności. W ten sposób powstanie publicznie dostępna lista firm, które swoich kontrahentów zmuszają do najdłuższego oczekiwania na należną zapłatę.
Ponadto na firmy, które najbardziej opóźniają regulowanie swoich zobowiązań, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów ma nakładać administracyjne kary pieniężne.
Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny firmy faktoringowej Bibby Financial Services
– Ustawa zwraca uwagę na ważne problemy, zwłaszcza transakcje asymetryczne. Wprowadza rozwiązania, które sprawdziły się w innych krajach, np. lista notorycznie spóźniających się płatników stanowi w Wielkiej Brytanii znakomity drogowskaz dla MŚP. Jednak, jak wynika z analiz Polskiego Związku Faktorów, działania zmierzające do odblokowania zatorów płatniczych byłyby skuteczniejsze, gdyby dodatkowo uwzględniały zniesienie zakazów cesji w umowach handlowych – mówi Jerzy Dąbrowski, prezes zarządu Bibby Financial Services i członek Komitetu Wykonawczego Polskiego Związku Faktorów. – W tej chwili nie wszyscy przedsiębiorcy mogą dysponować fakturami. Problem jest zwłaszcza widoczny w transakcjach z dużymi podmiotami i spółkami Skarbu Państwa. Jako Polski Związek Faktorów postulujemy odpowiednie zmiany w Kodeksie Cywilnym.
Warto wspomnieć, że projekt ustawy wprowadza też tzw. ulgę na złe długi w podatkach PIT i CIT, na wzór mechanizmu funkcjonującego w podatku VAT. Granicznym terminem jest 90 dni od upływu terminu określonego w umowie lub na fakturze. Po jego upływie dostawca będzie mógł pomniejszyć podstawę opodatkowania o kwotę, z którą zalega jego odbiorca. Jednocześnie dłużnik powinien podnieść podstawę opodatkowania o kwotę, której nie zapłacił.
Na pomoc start-upom, czyli prosta spółka akcyjna
Projekt ustawy wprowadzającej do Kodeksu Spółek Handlowych nowy typ spółki kapitałowej – prostą spółkę akcyjną (PSA) w połowie czerwca został uchwalony przez sejm. Prace są już na ostatniej prostej, ustawa powinna wejść w życie z początkiem marca 2020 r.
Obecnie założyciele firm jako formę prowadzenia działalności najczęściej wybierają spółkę z o.o. Powodem jest głównie poziom minimalnego kapitału oraz prostsze formalności. Wprowadzenie nowej formy prawnej postulowało środowisko start-upów. Prosta spółka akcyjna ma ułatwić samo zakładanie spółki i pozyskiwanie kapitału na rozwój. Ma też podnieść konkurencyjności polskich start-upów, które często stają do wyścigu z firmami działającymi na podstawie korzystniejszych przepisów w innych krajach.
Prosta spółka akcyjna tworzona jest dla start-upów, ale nie jest dla nich zarezerwowana. Może stać się również ciekawą alternatywą dla innych uczestników rynku.
Wśród głównych zalet PSA należy wymienić:
brak barier wejścia (1 zł kapitału na start),
szybką rejestrację elektroniczną,
uproszczenie i elektronizację procedur w spółce (w tym możliwość podejmowania uchwał za pomocą poczty elektronicznej albo w czasie wideokonferencji),
dużą swobodę i elastyczność w określaniu rodzajów akcji i zasad działania spółki,
możliwość przydziału akcji w zamian za prace i usługi),
uproszczony elektroniczny rejestr akcjonariuszy, również z wykorzystaniem technologii blockchain,
uproszczoną likwidację.
Tańszy prąd dla przedsiębiorstw
Również w czerwcu rząd przyjął Pakiet prosumencki, pozwalający małym i średnim przedsiębiorstwom produkować energię elektryczną na własne potrzeby, a nadwyżki – „magazynować” na później w sieci operatorów energetycznych. Podobne rozwiązanie z powodzeniem funkcjonuje w odniesieniu do gospodarstw domowych, stąd pomysł, aby rozszerzyć je również na MŚP. Projekt nowelizacji ustawy o OZE procedowany będzie teraz przez sejm.
Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii ma nadzieję, że regulacje staną się silnym impulsem do rozwoju energetyki odnawialnej, a zwłaszcza wzrostu liczby mikroinstalacji fotowoltaicznych. W ubiegłym roku w Polsce powstało łącznie ok. 28, 36 tys. tego typu instalacji, ponad dwa razy więcej niż w 2017 roku. Na koniec marca tego roku w sumie mieliśmy już ponad 65 tys. mikroinstalacji OZE (wg danych MPiT).
W połączeniu z mechanizmami finansowania inwestycji fotowoltaicznych (m.in. gwarancje kredytowe z BGK) działania te mają na celu obniżenie kosztów energii dla firm.
Zamówienia publiczne będą odblokowane dla MŚP
W czerwcu wyjątkowo dużo się działo w obszarze prawa istotnego z punktu widzenia przedsiębiorców. Komitet Stały Rady Ministrów zaakceptował projekt nowego Prawa zamówień publicznych (PZP). Kolejnym krokiem będzie rozpatrzenie przez rząd. Jak wynika z danych Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, dotychczas obowiązujące PZP doprowadziło do pogorszenia konkurencyjności systemu. Jeszcze w 2017 roku do przetargu przystępowały średnio niespełna 2,5 firmy, w ubiegłym roku – już tylko 2,19. Stąd postulat zmian, które otworzą przetargi na małe i średnie przedsiębiorstwa, zwiększając tym samym liczbę startujących. Wsparciu MŚP służyć będą m.in. obowiązkowe, częściowe płatności i zaliczki w dłuższych umowach oraz wzmocnienie podziału zamówień na części. Nowe przepisy mają także wprowadzić konieczność wyboru rozwiązań najbardziej efektywnych w dłuższym okresie, a niekoniecznie – najtańszych. Dodatkowo wpisane zostanie zalecenie, aby postępowania w ramach PZP uwzględniały strategiczne cele państwa, m.in. wzrost innowacyjności – czyli większe szanse w przetargach będą miały firmy innowacyjne, inwestujące w nowe rozwiązania.
Kiedy przedsiębiorca może kupić ziemię rolną
26 czerwca 2019 weszła w życie Ustawa o zmianie ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego oraz niektórych innych ustaw. Nowelizacja zmniejszyła wcześniejsze restrykcje w obrocie ziemią rolną – osoby, które nie są rolnikami mogą kupić większy kawałek gruntów. Do tej pory przedsiębiorca lub osoba prywatna, niezwiązani z rolnictwem, mogli kupić 0,3 ha, teraz będą mogli nabyć areał do 1 ha ziemi rolnej. Nabyte grunty będzie można sprzedać po 5 latach, a nie po 10. Nabywcą nieruchomości przedsiębiorca stanie się również w toku postępowania egzekucyjnego i upadłościowego, w wyniku zniesienia współwłasności, podziału majątku wspólnego po ustaniu małżeństwa oraz działu spadku oraz w wyniku podziału, przekształcenia, bądź łączenia spółek prawa handlowego.
Jedną z podstawowych zasad prawa podatkowego, której celem jest poprawa pozycji podatników w autorytatywnych relacjach z fiskusem, jest zasada in dubio tributario. Zgodnie z jej treścią, jeśli w trakcie wykładni przepisów podatkowych pojawią się jakiekolwiek wątpliwości trudne do jednoznacznej interpretacji, należy odczytywać je zgodnie z interesem podatnika.
Organy podatkowe przez długi czas zdawały się lekceważyć istnienie tej zasady. Jednak kwietniowy wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie (sygn. akt III SA/Wa 1905/18) skutecznie im o niej przypomniał.
Jak interpretować podatek minimalny od budynków komercyjnych?
Art. 24b ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych nakłada obowiązek comiesięcznej zapłaty podatku minimalnego od budynków o charakterze komercyjnym. Przepis nie precyzuje jednak dostatecznie dobrze mechanizmu, który określa wysokość tego podatku. W tym miejscu powstaje więc furtka dla odbiegających od siebie interpretacji.
Przepis wskazuje, że punktem wyjścia dla obliczeń powinna być wartość budynku rozumiana jako suma początkowa środka trwałego dla celów amortyzacji. Według organów podatkowych chodzi o wartość początkową, pomijając pomniejszającą ją wysokość odpisów amortyzacyjnych.
Takie rozumienie przepisu 24b ustawy o CIT zakwestionował podatnik, który uznał, że podstawa dla obliczenia wysokości podatku minimalnego powinna być pomniejszona o wartość odpisów amortyzacyjnych. W ten sposób istotnie zmniejszyłaby się wysokość ostatecznej daniny, którą jest zobowiązany uiścić na rzecz urzędu skarbowego.
„Niedające się usunąć wątpliwości rozstrzyga się na korzyść podatnika”
WSA w Warszawie przychylił się do stanowiska podatnika, podnosząc, iż w spornej kwestii znajduje zastosowanie zasada, że niedające się usunąć wątpliwości rozstrzyga się na korzyść podatnika. W tym przypadku podstawa obliczania wysokości podatku minimalnego powinna maleć wraz z amortyzacją dla celów podatkowych.
Sąd niewątpliwie zwrócił się ku wykładni literalnej przepisu. Podniósł, że w przepisie 24b ustawy o CIT nie ma zapisu, który wskazywałby na konieczność uwzględnienia w wysokości podstawy obliczania podatku wartości odpisów amortyzacyjnych. Wręcz przeciwnie – skoro podatek ma być obliczany i uiszczany w cyklu comiesięcznym, tym bardziej sugeruje to możliwość odliczenia od podstawy obliczania podatku wartości odpisów amortyzacyjnych.
Jak ustawodawca radzi sobie z niejasnymi przepisami?
Pomimo tego, że omawiane orzeczenie zostało wydane w kwietniu 2019 r., sama sprawa dotyczy wykładni treści przepisu na dzień 1 stycznia 2018 r. Nowelizacja ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, która weszła w życie w tym roku, zmieniła treść spornego przepisu.
Jak się jednak okazuje, ustawodawca kompletnie nie radzi sobie z eliminowaniem niejasności z polskiego prawa podatkowego. Pomimo iż treść przepisu została zmieniona, kwestia tego, czy od podstawy obliczania podatku można odliczać wartość odpisów amortyzacyjnych, pozostała nierozstrzygnięta.
Z tego powodu usprawiedliwione wydają się przypuszczenia, że gdyby omawiane orzeczenie dotyczyło aktualnego brzmienia przepisu 24b ustawy o CIT, jego treść byłaby taka sama.
Czego mogą spodziewać się podatnicy?
Orzeczenie WSA w Warszawie dobitnie pokazuje, że wyrażona w art. 2a Ordynacji podatkowej zasada in dubio pro nie jest jedynie martwym przepisem, ale zasadą, która ma istotne znaczenie dla bezpieczeństwa podatników.
Orzeczenie wskazuje, że sądy są jeszcze gotowe stawać w obronie podatników oraz piętnować postawę organów podatkowych zmierzających do maksymalizacji efektywności swoich działań kosztem drugiej strony stosunku podatkowego. Sąd swoim orzeczeniem dowiódł, iż rozumie podstawowe zasady prawa podatkowego oraz pamięta, że nie są one jedynie zbiorem pustych reguł, ale istotnym elementem obowiązującego systemu prawnego.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
W tej chwili cały świat (i wszystkie rynki) próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie: jak daleko zajdą obniżki stóp procentowych? Niemal wszyscy są już przekonani, że musi do tego dojść w USA, a jeśli tam, to EBC również będzie musiał zareagować. Dlatego wiele banków centralnych czeka na rozwój sytuacji u najważniejszych graczy, choć niektórzy, jak chociażby Rosja, zaczęli już powolny marsz w dół.
Mocny złoty
Poniedziałek był naprawdę dobrym dniem dla polskiej waluty. Europejska waluta staniała o 1 grosz do 4,26 zł, natomiast funt aż o 3 grosze do poziomu 4,73 zł. Kurs dolara i franka był bardziej stabilny. Głównym powodem tego stanu rzeczy było umacnianie się obydwu tych walut względem euro. Należy jednak dodać do tego równania jeszcze jedną zmienną. Gdyby złoty w tym czasie nie umacniał się do euro, to również traciłby względem innych głównych walut. W rezultacie frank prawdopodobnie przekroczyłby maksima z końca marca tego roku, osiągając najwyższy poziom od września 2018.
Co zrobi Japonia?
Miniony tydzień zakończył się umocnieniem jena względem dolara. Wczoraj w Japonii było święto z okazji Dnia Morza, więc ruch na rynkach był niewielki. Dzisiaj na otwarciu mocniejszy jen wyraźnie szkodził giełdzie, ale na walutach cały czas utrzymuje się względny spokój. W dalszym ciągu rynki nie znają odpowiedzi na jedno ważne pytanie – jak będzie się kształtowała dalsza polityka monetarna Banku Japonii. Jest to o tyle ciekawe zagadnienie, że BOJ w swojej strategii skupia się na utrzymaniu rentowności 10-letnich obligacji w okolicy 0%. Właśnie teraz pojawiają się wątpliwości co do stabilności tego stanowiska. Gdy Europa i USA zaczną liberalizować politykę monetarną, to czy nie wymuszą podobnego ruchu na swoim azjatyckim partnerze? Gdyby Japończycy nie zmieniali stóp, prawdopodobnie skutkowałoby to dalszym umacnianiem jena.
Czarne chmury nad rublem
Rosyjska waluta ostatnimi miesiącami znana jest głównie z podążania za cenami surowców energetycznych. Na horyzoncie pojawia się jednak kwestia obniżek stóp procentowych. Pierwszy ruch wykonano już w czerwcu, kiedy to główna stopa spadła z 7,75% na 7,5%. Teraz analitycy spodziewają się dalszych redukcji. Przypomnijmy, że poziom stóp w tym kraju wcale nie jest (w przeciwieństwie do wielu państw europejskich) na historycznych minimach. W 2011 roku ten sam wskaźnik był na poziomie 5%. Późniejsze działania, m.in. wobec Ukrainy, spowodowały jednak, że podnoszono go w celu obrony wartości rubla. Zdaniem specjalistów stopy w Rosji powinny spadać szybciej niż na Zachodzie. Jeżeli taki scenariusz okaże się prawdziwy, to istnieje duża szansa, że już niedługo będziemy oglądać rubla w okolicach 6 groszy.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – sprzedaż detaliczna,
15:15 – USA – produkcja przemysłowa.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Dzięki uruchomieniu w Europie Xoom od teraz możliwe jest szybkie i bezpieczne przesyłanie pieniędzy m.in. z Wielkiej Brytanii czy Niemiec do Polski oraz ponad 130 innych rynków.
To dobra wiadomość dla ponad 21 milionów Polaków mieszkających za granicą, którzy mogą od teraz wykonać szybki przelew w euro czy funtach do Polski przez stronę Xoom lub używając aplikacji mobilnej[1].
Przesłane pieniądze mogą trafić bezpośrednio na konto bankowe, zostać wypłacone w gotówce w ponad 4600 placówkach Poczty Polskiej w kraju lub zostać dostarczone bezpośrednio do domu odbiorcy.
Od dzisiaj Xoom, czyli międzynarodowe przekazy pieniężne oferowane przez PayPal, są dostępne na 32 europejskich rynkach, w tym w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Francji. Dzięki temu Polonia w tych krajach może szybko wysłać pieniądze do rodziny czy przyjaciół, opłacić rachunki czy doładować kartę telefoniczną w Polsce lub na ponad 130 innych rynkach. Wejście Xoom do Europy to kolejny krok w realizacji misji PayPal, aby transfery pieniężne stały się wygodniejsze, bezpieczniejsze i bardziej przystępne cenowo.
Obecnie za granicą przebywa ponad 21 milionów Polaków[2], których większość wybrała kraje Unii Europejskiej, takie jak Wielka Brytania czy Niemcy[3]. Ponad 68 proc. Polaków wyjeżdzających za granicę przeprowadza się tam w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy[4].
Globalny rynek osobistych przekazów pieniężnych jest wyceniany na około 689 miliardów dolarów[5] – tylko w 2018 roku ok. 7,37 miliardów dolarów (28 miliardów złotych) trafiło do Polski, co jest odpowiednikiem 1,3 proc. polskiego PKB[6]. Tylko w Wielkiej Brytanii mieszka ponad 9,3 milionów imigrantów[7], w tym niemalże milion Polaków[8]. Wielu z nich wspiera finansowo rodzinę w ojczyźnie, pomagając w opłaceniu edukacji, leczenia czy regulowaniu bieżących rachunków. To ważny element funkcjonowania lokalnych gospodarek – jak pokazuje tegoroczny raport UNESCO poświęcony edukacji, międzynarodowe przekazy pieniężne umożliwiły zwiększenie wydatków na edukację w gospodarstwach domowych na całym świecie[9].
W przeszłości przesyłanie pieniędzy między krajami wiązało się z długim oczekiwaniem, jednak dzięki postępowi technologicznemu – w szczególności dzięki rosnącej popularności urządzeń mobilnych – dokonała się w tym zakresie prawdziwa rewolucja. Wprowadzenie Xoom na rynki europejskie oznacza, że najbliżsi w innych krajach – w tym w Polsce – mogą otrzymać pieniądze na konto bankowe lub w formie gotówki niemalże natychmiastowo[10]. Przelewy przez Xoom na konto bankowe prowadzone w polskich złotych (m.in. w Banku Pekao, PKO Banku Polskim czy Santander) są dostępne następnego dnia roboczego, a gotówkę można odebrać w ciągu paru minut w jednym z ponad 4 600 oddziałów Poczty Polskiej. Istnieje również możliwość dostarczenia pieniędzy bezpośrednio do domu odbiorcy. W przypadku Wielkiej Brytanii, można również wysłać pieniądze przez Xoom na polski numer telefonu.
– Przez ostatnie kilka lat nastąpiły ogromne zmiany w zakresie tego, w jaki sposób zarządzamy naszymi finansami. Minęły czasy, gdy wysłanie pieniędzy za granicę wiązało się z staniem w kolejkach – mówi Dan Schulman, Prezes i CEO PayPal. – Mimo tego, nawet w 2019 roku, przesłanie pieniędzy z krajów europejskich do najbliższych wciąż zajmuje zbyt wiele czasu. Wiemy, jak ważną rolę odgrywają te przekazy w życiu milionów ludzi, co oznacza, że ich szybkość oraz bezpieczeństwo są na wagę złota. Dzięki Xoom, dowolna osoba w autobusie w Londynie czy w pociągu w Berlinie może ze swojego smartfona wysłać pieniądze, które w ciągu paru minut będą dostępne w Białymstoku czy Zielonej Górze. To ważne zarówno w nagłych wypadkach, jak również w codziennych sytuacjach, takich jak opłata domowych rachunków[11].
Szybki, wygodny i bezpieczny sposób na wspieranie najbliższych w kraju
W ramach jednej transakcji, klienci Xoom mogą przesłać kwotę do wysokości ok. 42 000 złotych (8 900 funtów)[12]. Założenie konta w serwisie Xoom.com lub w aplikacji mobilnej dostępnej na iOS i Android jest bardzo proste, a użytkownicy PayPal mogą skorzystać z usługi poprzez swoje konto w systemie PayPal. Ponadto, ci ostatni mogą przesłać pieniądze znajdujące się na karcie kredytowej, debetowej, a także na koncie bankowym. Przebieg transakcji można łatwo śledzić dzięki SMS-om, e-mailom lub informacjom dostępnym w aplikacji oraz na stronie.
Xoom współpracuje z najważniejszymi bankami i partnerami, aby umożliwić szybsze i bezpieczniejsze przekazy pieniężne na kluczowe rynki takie jak Polska, Czechy czy Węgry, jak również inne państwa w Europie, Azji, Północnej i Południowej Ameryce oraz Afryce. Aby wysłać pieniądze za granicę z Xoom, wystarczy zarejestrować się na stronie Xoom.com lub w aplikacji mobilnej. Do logowania można również wykorzystać istniejące konto PayPal.
[4] Źródło: Migracje Zarobkowe Polaków IX – listopad 2018 by Work Service
[5] Źródło: World Bank press release: Record High Remittances Sent Globally in 2018
[6] Źródło: World Bank’s data on received personal remittances
[7] Źródło: Population of the United Kingdom by Country of Birth and Nationality: 2018, Office of National Statistics
[8] Źródło: Population of the United Kingdom by Country of Birth and Nationality: 2018, Office of National Statistics
[9] Źródło: Global Education Monitoring Report Summary, UNESCO
[10] Prędkość podlega zatwierdzeniu przez prawnie zastrzeżony system weryfikacji Xoom, oraz systemy partnerów wypłat, a także okres przetwarzania. Więcej szczegółowych informacji na temat szybkości różnych opcji wpłat w tych krajach można znaleźć poniżej
[11] Prędkość podlega zatwierdzeniu przez prawnie zastrzeżony system weryfikacji Xoom, systemy partnerów wypłaty oraz godziny przetwarzania
Najbardziej optymistycznie na gospodarkę patrzą firmy z branży informacji i komunikacji* oraz edukacji, opieki zdrowotnej i pomocy społecznej. Najmniej optymistycznie obecną koniunkturę oceniają przedsiębiorcy z branży finansów, ubezpieczeń i nieruchomości. Sektor przedsiębiorstw w Polsce nie jest jednorodny, MŚP borykają się z innymi problemami niż duże firmy – to główne wnioski płynące z cyklicznego badania PARP „Koniunktura i otoczenie biznesu”.
W kwietniowym badaniu PARP pytała polskich przedsiębiorców m.in. o to:
Jak, w porównaniu z marcem ubiegłego roku, oceniają obecną koniunkturę w polskiej gospodarce oraz w branżach, w których działają?
Jaka będzie ich zdaniem koniunktura za trzy miesiące?
Koniunktura dobra, ale było lepiej
Po rekordowo dobrze ocenianym roku 2018, bieżący rok przyniósł mniejszy optymizm w postrzeganiu obecnej i przyszłej koniunktury. Ponad jedna czwarta firm, które uczestniczyły w badaniu uznała, że koniunktura gospodarcza jest lepsza niż przed rokiem. Ponad 40 proc. badanych firm w tym roku uważa że nastąpiło pogorszenie koniunktury, przy czym ok. 30 proc. z nich oceniło je jako nieznaczne.
W podobnych proporcjach przedstawiają się wskaźniki dotyczące postrzegania przyszłej koniunktury. Około 20 proc. przedsiębiorców spodziewa się poprawy zarówno w polskiej gospodarce, jak i branży, w której działają. Jeśli chodzi o pesymistów, jest ich mniej w odniesieniu do oceny przyszłości własnej branży (34 proc.) niż w ocenie dla ogólnej koniunktury w gospodarce (43 proc.).
Co ciekawe, oceny przedsiębiorców dotyczące postrzegania przez nich ogólnej koniunktury w polskiej gospodarce niemal pokrywają się z postrzeganiem koniunktury w branżach, w których działają – zaznacza Robert Zakrzewski, ekspert PARP.
Co wpływa na zmianę w postrzeganiu koniunktury?
Z przeprowadzonych analiz wynika, że głównymi czynnikami wpływającymi na ocenę obecnej sytuacji gospodarczej są ceny towarów i materiałów, popyt oraz dostępność finansowania. Przy ocenie przyszłej koniunktury kluczowymi problemami dla firm są rosnące koszty zatrudnienia, dostępność wykwalifikowanych pracowników oraz dostępność kredytów.
Bolączki znane od lat
Wzrost cen operacyjnych, pogorszenie terminowości regulowania płatności przez kontrahentów oraz mniejsza dostępność kredytów sprawiły, że 1/3 firm obawiała się utraty płynności finansowej. Był to najwyższy wskaźnik od 2015 r. Niemniej, obraz polskich przedsiębiorców nie jest jednorodny – groźba utraty płynności finansowej oraz problemy, przed którymi stają firmy są zróżnicowane: głównie ze względu na wielkość firmy. Duże podmioty radzą sobie stosunkowo dobrze, podczas, gdy trudności dotykają przede wszystkim firm mikro, małych i średnich. Z kolei te największe podmioty cierpią z powodu wysokich kosztów pracy oraz borykają się z brakiem wykwalifikowanych pracowników.
Odpowiedzią na wspomniane bolączki dotykające MŚP jest Ustawa o zmianie niektórych ustaw w celu ograniczenia zatorów płatniczych przygotowana przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii. Przepisy przyjęte przez Sejm 4 lipca br. mają wejść w życie od początku 2020 r.
Więcej informacji nt. badania** znajduje się w „Raporcie o stanie sektora MŚP w Polsce” – 22. edycji publikacji PARP o stanie sektora przedsiębiorstw.
—————
* Branża informacji i komunikacji obejmuje m.in. sektor ICT, działalność wydawniczą, produkcję filmów, nagrań wideo, programów tv, telekomunikację oraz działalność usługową w zakresie informacji.
** Badanie zostało przeprowadzone w ramach projektu badawczego PARP „Panel Polskich Przedsiębiorstw”, przy użyciu techniki CAWI (Computer-Assisted Web Interview) w kwietniu br. z udziałem 448 właścicieli i osób zarządzających firmami działającymi w Polsce.
W ubiegłym roku Polacy odbyli ponad 70 milionów podróży, z czego 80 proc. stanowiły wyjazdy na terenie kraju, a pozostałą część – wycieczki zagraniczne.[1] Ci, którzy spędzali wakacje w Polsce, najczęściej podróżowali własnym samochodem. Według raportu SW Research ten środek transportu wybrało blisko 70 proc. respondentów. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku będzie podobnie. Jeżeli dodamy do tego zagranicznych turystów, którzy coraz liczniej przyjeżdżają na wypoczynek do Polski, zakazy i ograniczenia w ruchu związane z trwającymi remontami krajowych dróg i autostrad – na polskich trasach robi się tłoczno i niebezpiecznie. Kto na tym może stracić? Zawodowi kierowcy, którzy na co dzień pokonują setki kilometrów, by dostarczyć towar na czas. Z jakimi utrudnieniami mierzą się trakerzy w wakacje?
Lipiec i sierpień to zdecydowanie najbardziej intensywne miesiące urlopowe Polaków, a kierunek podróży to w dużej mierze nadmorskie kurorty, polskie góry lub Mazury. Przy wyborze zagranicznych wycieczek nadal często pojawiają się takie kraje jak Chorwacja, Bułgaria czy Włochy. Co łączy te kierunki? Środek transportu, ponieważ najczęściej Polacy decydują się na podróż własnym samochodem oraz trasa, przez którą nierzadko biegnie szlak tranzytowy. Skutek? Wzmożony ruch na drogach, zakorkowane przejazdy i strata cennego czasu, szczególnie odczuwalna dla branży transportowej.
Kamil Wolański
Okres letni a w szczególności lipiec i sierpień to intensywny, a zarazem stresujący czas dla polskiej branży transportowej. Na drogach pojawia się znacznie więcej aut, często na trasę wyjeżdżają osoby niedoświadczone w długich podróżach, które na co dzień rzadko lub w ogóle nie podróżują samochodem. Dodatkowym wyzwaniem są zagraniczni turyści, szczególnie ci z zachodnich krajów, którzy coraz chętniej na wczasy przyjeżdżają właśnie do Polski. Te z pozoru nieistotne kwestie mają ogromne znaczenie dla branży, która musi zmierzyć się z zastojami na głównych drogach tranzytowych, zadaniem dostarczenia ładunku na czas, a także intensyfikacją ruchu, a co za tym idzie większą ilością sytuacji potencjalnie niebezpiecznych z udziałem wakacyjnych, często niedoświadczonych kierowców– mówi Kamil Wolański, ekspert OCRK.
Remonty na wakacyjnych szlakach
Największy problem dotyczy tras prowadzących do kurortów wypoczynkowych nad polskim morzem. Chodzi m.in. o budowaną drogę ekspresową S6, czyli najważniejszą trasę Pomorza, łączącą miasta Polski Północnej od Szczecina po Gdańsk. Jednocześnie stanowi ona połączenie polskich portów morskich, a także trasę dojazdu do dróg obsługujących obszary turystyczne w tym rejonie. Nowy szlak ma być kluczową zmianą na mapie tego regionu, a czas przejazdu ze Szczecina powinien się skrócić o niemal godzinę. Trasa ta umożliwi wyprowadzenie ruchu tranzytowego z wielu miejscowości położonych blisko DK6, jednocześnie wpłynie na rozładowanie korków, szczególnie w okresie letnim. Zanim jednak to się stanie, polscy kierowcy muszą jeszcze podczas tych wakacji zmierzyć się
z utrudnieniami na drodze.
Autostrada A6 to jedna z najważniejszych krajowych dróg komunikacyjnych. Stanowi część korytarza transportowego, który łączy obwód kaliningradzki z Europą Zachodnią. Dla polskich przewoźników z północnej Polski to jedna z głównych dróg, umożliwiających przewóz towarów na Zachód, do Niemiec.W okresie letnim, w związku ze wzmożonym ruchem i odbywającym się remontami, trakerzy mają nie lada wyzwanie, aby podróżować tą trasą – wyjaśnia Wolański.
Podobne utrudnienia czekają na polskich kierowców na drodze ekspresowej nr 7, która dopiero za kilka lat ma się stać najdłuższą trasą szybkiego ruchu w Polsce czy na odcinkach autostrady A1 prowadzącej znad morza do kurortów wypoczynkowych w polskich górach. Polacy podróżują tamtędy do zagranicznych krajów, jak Chorwacja czy Bułgaria. Jeśli dodamy do tego trwające remonty na odcinku Tuszyn – Piotrków Trybunalski i obowiązującą nową organizację ruchu, przejazdy w tych rejonach mogą przysporzyć wiele problemów.
Korek na trasie a tachograf
Zatorów na drodze bardzo nie lubią polscy transportowcy. Utrudnienia w przewożeniu towarów na czas, nieterminowość i nierzadko kary z tym związane, nakładane na polskich przewoźników czy temat rejestrowania czasu jazdy i przestojów za pomocą tachografu to tylko nieliczne z problemów, z którymi muszą się mierzyć truckerzy, szczególnie w miesiącach letnich, kiedy tak zwane korki to codzienność. – Podczas okresów wakacyjnych standardową trasę 400 km, która przy prędkości 90 km/h zajmuje zwykle ok. 4,5 godziny, kierowca pokonuje często z 2-3 godzinnym opóźnieniem. Rozpoczyna się walka z czasem, aby z jednej strony dostarczyć towar w określonym terminie, a z drugiej strony nie przekroczyć czasu pracy, a także prawidłowo zaraportować przestój na drodze – mówi ekspert OCRK.
Wyścig z czasem
Często zastanawiamy się, dlaczego ciężarówki z załadunkiem decydują się wyprzedzać inne pojazdy ciężarowe. Jeśli weźmiemy pod uwagę 90 godzin pracy, jakie do swojej dyspozycji mają kierowcy w dwóch następujących po sobie tygodniach, a także różnicę w prędkości dwóch pojazdów na przykład 3-6 km/h, to okazuje się, że jeden z przewoźników może stracić na tej różnicy od 270 do 540 km – czyli od 3-6 godzin jazdy. Jedni mogą sobie pozwolić na taką stratę lub są po prostu zobligowani do poruszania się z prędkością 84 km/h, dla innych te kilka km może warunkować powrót do domu na czas lub nadrobienie okresu, kiedy stali w korkach.
W dzień na parkingu w nocy na drodze
Kolejnym utrudnieniem, z którym muszą zmierzyć się polscy przewoźnicy, są zakazy ruchu ciężarówek obowiązujące w okresie letnim w całej Europie. W Polsce, w każdy wakacyjny piątek, samochody o dopuszczalnej całkowitej masie przekraczającej 12 ton nie będą mogły poruszać się po drogach od godziny 18:00 do 22:00. W soboty zakaz ten dotyczyć będzie godzin od 8:00 do 14:00, natomiast w niedziele od 8:00 do 22:00. Należy również pamiętać o dniach ustawowo wolnych od pracy, jak np. zbliżający się 15 sierpnia. Zakaz ruchu ciężarówek obowiązuje wtedy w godzinach 8:00-22:00, natomiast w dniu poprzedzających święto – auta te nie mogą poruszać się w godzinach 18:00-22:00. Jeśli kierowcy nie dostosują się do określonych wymogów, przewoźnik może zapłacić łącznie nawet 3 500 zł kary.
Najbardziej problematyczne z punktu widzenia branży jest nie tylko ograniczenie w ruchu transportu, ale także zmęczenie kierowcy, który w ciągu dnia podczas największych upałów jest zmuszony do przebywania w kabinie samochodu, która nie zawsze wyposażona jest w sprawny system klimatyzacji. W takich okolicznościach kierowcy, zmęczeni ogromnymi upałami – wyruszają w nocną trasę. Być może warto zastanowić się nad korektą istniejących zakazów, tak aby zminimalizować również w tym obszarze niebezpieczeństwo dojścia do wypadku drogowego – sygnalizuje Kamil Wolański.
W Niemczech zakaz wakacyjny obowiązuje od 1 lipca do 31 sierpnia na niektórych autostradach i drogach federalnych. W tym okresie tirami nie można poruszać się w soboty w godzinach 7-20. Zakazy ruchu obejmują całą sieć dróg także we wszystkie niedziele oraz święta od północy do godziny 22:00. Ograniczenia dotyczą pojazdów ciężarowych o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 7,5 tony, a także wszystkich samochodów z przyczepami, niezależnie od ciężaru. Zakazy ruchu we Francji, podobnie jak w Niemczech, dotyczą ciężarówek i zestawów pojazdów o DMC powyżej 7,5 tony. Podróżując przez tę republikę, należy liczyć się z tym, że regułą jest tam brak możliwości jazdy w soboty od godziny 22:00 i w przeddzień świąteczny – także od 22:00 do niedzieli lub święta do 22:00, choć też zdarzają się wyjątki. We Francji najbliższe ograniczenia w ruchu pojawią się 14 i 15 sierpnia.
Sezon urlopowy, sezon wypadkowy
Wakacyjna pogoda i wysokie temperatury często usypiają czujność kierowców i choć z punktu widzenia statystyk jest lepiej, bo w ciągu ostatnich lat liczba poważnych wypadków drogowych z udziałem ciężarówek zmalała prawie o połowę, to nadal problem ten jest widoczny. Szacuje się, że każdego roku na drogach UE dochodzi do ok. 26 000 zdarzeń drogowych, z czego w 15 proc. przypadków biorą w nich udział pojazdy ciężarowe.[2] W samej Polsce, według danych Komendy Głównej Policji – kierowcy tirów są sprawcami zaledwie 6,5 proc. wszystkich wypadków. Ponad połowa wypadków jest spowodowana przez kierowców samochodów osobowych.
Niewątpliwie okres letni to wyzwanie dla branży TSL, która musi być przygotowana na ewentualne utrudnienia w ruchu drogowym, zakazy i obostrzenia występujące nie tylko na polskich, ale i zagranicznych drogach. Remonty i przebudowy infrastruktury drogowej mają usprawnić poruszanie się po trasach i zlikwidować zatory w newralgicznych miejscach na mapie Polski.
Mazurska Manufaktura Alkoholi – produkująca wódki i nalewki kraftowe – zakończyła zbiórkę crowdfundingową na portalu Beesfund z ponad 1000 nowych akcjonariuszy na pokładzie. Nabyli oni akcje o łącznej wartości 2,54 mln zł, co plasuje firmę na 5. miejscu w zestawieniu największych emisji na platformach crowdfundingowych. Firma zrealizowała już część prac zaplanowanych w ramach budżetu emisyjnego, a jako kolejny cel wyznacza sobie rewitalizację zabytkowego browaru w Szczytnie.
Mazurska Manufaktura Alkoholi to rodzinna firma z siedzibą w zabytkowym, ponad stuletnim browarze w Szczytnie. Od 2001 roku działała tutaj spółka Tarpan Fabryka Likierów, która pod koniec 2016 roku została przejęta przez Jakuba Gromka. Przedsiębiorca dokonał trwającej dwa lata głębokiej restrukturyzacji firmy, która pozwoliła na zwiększenie możliwości produkcyjnych zakładu i rozszerzenie portfela produktowego. Tak narodziła się Mazurska Manufaktura Alkoholi, która specjalizuje się w produkcji alkoholi mocnych, w tym przede wszystkim wyrobów premium. W maju firma powiększyła swoje portfolio o mało popularne na polskim rynku kraftowe wyroby wysokoprocentowe, tworzone metodami rzemieślniczymi, z najwyższej jakości spirytusu pszeniczno-żytniego i wody z mazurskich źródeł, a także w oparciu o tradycyjne receptury. To właśnie w krafcie Spółka dostrzega szansę na podbicie serc konsumentów, a w przyszłości – na uzyskanie 1 proc. udziałów wartościowych w rynku napojów spirytusowych w dwóch kategoriach: wódka oraz likiery, nalewki i smakowe napoje spirytusowe.
Aby zrealizować założone cele firma rozpoczęła na początku kwietnia kampanię crowdfundingową, w ramach której na platformie Beesfund wyemitowała akcje o wartości 4 mln zł, każda po 29,75 zł. Dzięki zaangażowaniu 1010 nowych akcjonariuszy spółka pozyskała 2 538 924,5 zł. – Jesteśmy bardzo usatysfakcjonowani finałową kwotą zbiórki. Ponad 2,5 mln zebranych środków daje nam 5. miejsce w zestawieniu największych emisji na platformach crowdfundignowych, po tak znanych markach jak PINTA czy Wisła Kraków – mówi Jakub Gromek, główny akcjonariusz i pomysłodawca Mazurskiej Manufaktury Alkoholi. – Jeszcze bardziej cieszy nas liczba pozyskanych akcjonariuszy, bo to właśnie na zaangażowanej w naszą markę społeczności zależało nam najbardziej. Jest nam bardzo miło, że wśród nowych współwłaścicieli naszej Manufaktury znalazła się m.in. pani Magda Gessler, a także, że czwórka z naszych nowych akcjonariuszy – uznanych ekspertów w swojej branży – dołączyła do Rady Nadzorczej – dodaje Jakub Gromek.
Jeszcze w czasie trwania zbiórki crowdfundingowej Mazurska Manufaktura zrealizowała część planów ujętych w budżecie emisyjnym. – W ramach doposażenia zakładu zamontowaliśmy już nową banderolownicę i zakupiliśmy tanki. Jeszcze w lipcu planujemy rozlew dwóch nalewek kraftowych, a także wprowadzenie na rynek legendarnego na Warmii i Mazurach piwa Jurand, którego wskrzeszenie jest swoistą niespodzianką dla naszych akcjonariuszy – mówi Jakub Gromek z Mazurskiej Manufaktury Alkoholi. Kolejnym celem firmy jest rewitalizacja wspomnianego browaru w Szczytnie, który jest ostatnim z istniejących browarów Warmińsko-Mazurskich. Spółka ma w planach przywrócenie browarowi dawnej świetności, a także jego rozbudowę o hotel ze strefą wellness & SPA.
Społeczność użytkowników Revolut w Polsce liczy ponad pół miliona osób, co miesiąc dołącza 50 tysięcy
Pół tysiąca pracowników Revolut z krakowskiego biura przeniosło się do nowej siedziby, firma podwoi zatrudnienie
Po udostępnieniu Apple Pay, funkcji Donations, zrzutek Group Vaults, firma zapowiada nowe premiery produktowe
Revolut, jeden z najszybciej rosnących europejskich fintechów, po 6 kwartałach od oficjalnego startu w Polsce ogłosił, że ma nad Wisłą ponad pół miliona użytkowników. Posiadacze kont i aplikacji Revolut w Polsce wykonali w czerwcu transakcje o wartości 1 miliarda złotych. By zapewnić właściwe wsparcie użytkownikom, firma inwestuje i zwiększa zatrudnienie. Pół tysiąca polskich pracowników fintechu przeniosło się właśnie do nowego krakowskiego biura, które jest dziś największym centrum usług Revolut na świecie.
Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce
“Błyskawiczny wzrost popularności Revolut w Polsce zawdzięczamy naszym użytkownikom i temu, że nas polecają. To im należą się podziękowania. Na początku zeszłego roku było nas 30 tysięcy. Dziś jest nas już pół miliona, ale to dopiero początek. Chcemy by usługi finansowe były tanie, bezpieczne i dostępne. By produkty, zarezerwowane tradycyjnie dla klientów VIP, stały się dostępne dla każdego“ – mówi Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce.
Wakacje i zakupy w sieci
Z badań przeprowadzonych w maju wśród 2000 użytkowników Revolut w wieku 18-38 lat wynika, że korzystają z aplikacji przede wszystkim podczas wakacji (82%), do bezpiecznych zakupów online (69%), w trakcie wyjazdów służbowych (26%) i realizując przelewy do rodziny (16%). Revolut ułatwia też codzienne rozliczenia, jak dzielenie rachunku w restauracji (17%) i oszczędzanie na konkretne cele, z pomocą sejfów Vault (7%).
“Po sześciu kwartałach, udało nam się rozszerzyć dostęp do kategorii kart wielowalutowych w Polsce. Sprawiliśmy, że zakupy online stały się bezpieczne, dzięki kartom wirtualnym ze zmiennym numerem. Nasi użytkownicy lepiej kontrolują swoje wydatki i nie tracą czasu na proste rozliczenia, jak podział rachunku w restauracji. Teraz na cel weźmiemy kolejne usługi finansowe, mają do nich dostęp nieliczni, my otworzymy je dla wszystkich” – dodaje Karol Sadaj.
Innowacje dla każdego
Revolut udostępnił konsumentom w Polsce szereg nowych rozwiązań. Od początku roku można rezerwować przez aplikację saloniki lotniskowe. Firma poszerzyła liczbę subkont walutowych z 24 do 29. Doszły waluty popularnych wśród Polaków destynacji wakacyjnych, jak kuna Chorwacka i lew Bułgarski. Przydatną innowacją okazało się auto-przewalutowanie. Pozwala kupować 29 walut automatycznie, o ile kurs osiągnie oczekiwany przez nas poziom. Nowością, której pomysł wykiełkował z Polski, są wspólne sejfy Vault, pomocne do realizacji zrzutek na prezent i składkowych imprez. Nie sposób pominąć Apple Pay. Fintech udostępnił opcję płacenia telefonem tuż przed sezonem urlopowym. Najnowszą premierą Revolut jest funkcja Donations, która pozwala wspierać organizacje dobroczynne zaokrąglonymi końcówkami z codziennych płatności.
“Jesteśmy dumni. W ciągu zaledwie dwóch tygodni od uruchomienia funkcji Donations użytkownicy Revolut przekazali na cele dobroczynne 250 tysięcy złotych. Najwięcej datków przekazano organizacji Save the Children (45%). Hojniejsi od Polaków okazali się jedynie Irlandczycy i Rumuni. Mikro darowizny można włączyć i wyłączyć w każdej chwili. Wierzę, że Polacy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i funkcję Donations aktywują kolejne osoby” – mówi Karol Sadaj.
To dopiero początek
Revolut obchodzi w tym tygodniu czwarte urodziny (15 lipca). To rok, w którym startup wychodzi poza Europę i staje się marką globalną. W czerwcu fintech ogłosił udostępnienie usługi na kontynencie australijskim. Kolejnym krokiem będzie debiut w Azji i Ameryce. Zagraniczną ekspansję wspierają biura w Londynie (277 pracowników) i Krakowie (554 pracowników). Polski zespół Revolut zajął właśnie 3 piętra z zielonymi tarasami w nowym biurze w Krakowie. Fintech rozwija tu swoje największe centrum usług na świecie.
“Revolut stale zwiększa inwestycje i zatrudnienie w Polsce. Wygodna przestrzeń nowego biura w Krakowie ma sprzyjać komfortowi pracy, dynamicznemu rozwojowi zespołu i wzrostowi biznesu w Polsce i na świecie” – mówi Karol Sadaj.
W drugiej połowie roku Revolut weźmie na cel rynek usług inwestycyjnych i otworzy dostęp do bezprowizyjnego handlu akcjami. Produkt będzie tani, prosty i dostępny dla każdego. Fintech planuje rozwinąć ofertę dla firm i dopasować ją do potrzeb przedsiębiorców na lokalnych rynkach. Firma będzie kontynuować prace nad kartą dla dzieci i zaprosi do usługi Donations kolejne organizacje charytatywne.
W 2016 roku Parlament Europejski zobowiązał wszystkie kraje członkowskie UE do wdrożenia rozporządzenia o ochronie danych osobowych, w skrócie RODO. Co dzieje się, gdy informacje o dłużniku trafiają do publicznego rejestru długów? Czy osoba zadłużona może wnioskować – w imię ochrony prywatności – o usunięcie swoich danych? W jaki sposób wierzyciele powinni chronić dane osób zadłużonych?
Co w polskim prawie zmieniło rozporządzenie RODO? Przede wszystkim spowodowało konieczność nowelizacji ustawy o ochronie danych osobowych z 1997 roku, która została zastąpiona nową ustawą z dnia 10 maja 2018 roku. Rolę Generalnego Inspektora Danych Osobowych przejął Urząd Ochrony Danych Osobowych (w skrócie: UODO) na czele z Prezesem tegoż Urzędu (PUODO). Wszystkie polskie przedsiębiorstwa, także te, które świadczą usługi windykacyjne, musiały dostosować swoją politykę do przepisów RODO. Co to oznacza w praktyce? Oto trzy najczęściej spotykane przypadki, w których RODO i windykacja mają wspólny mianownik.
Przypadek 1:
Dane osobowe dłużnika w rejestrze długów
Często słyszy się, że osoby zadłużone nie wyraziły zgody na wpisanie ich do rejestru dłużników ze względu na ochronę danych osobowych i rozporządzenie RODO. Czy nowe przepisy „chronią” dłużników przed upublicznieniem ich danych w takich rejestrach?
Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce
– Gdyby faktycznie tak było, należałoby podważyć sens działania biur informacji gospodarczej. To podmioty, które – co do zasady – przetwarzają dane osób zadłużonych, by informować o niespłaconych zobowiązaniach. Ochrona danych osobowych nie będzie uznana za usprawiedliwienie dla unikania terminowego regulowania zobowiązań, mimo tego, iż RODO wprowadziło wiele zmian prawnych w dotychczasowych przepisach podnoszących poziom ochrony. Jedynie wywiązywanie się ze zobowiązań i płacenie swoich długów pozwoli uchronić dłużnika przed tym, by jego dane nie były upubliczniane w jednym z rejestrów – podkreśla Andrzej Roter, Prezes Zarządu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, która wraz z firmami windykacyjnymi zrzeszonymi w jej strukturach prowadzi kampanię edukacyjną „Windykacja? Jasna Sprawa”.
Biura Informacji Gospodarczej (a jest ich w Polsce kilka) działają w oparciu o ustawę o udostępnianiu informacji gospodarczych i wymianie danych gospodarczych. Na podstawie tych przepisów dłużnik ma prawo sprzeciwu dotyczącego przetwarzania jego danych. Między innymi wtedy, gdy są one niewłaściwe (np. jest błąd w nazwisku) lub podana kwota zadłużenia jest inna niż w rzeczywistości. Osoba zadłużona może wnioskować o usunięcie swoich danych z rejestru, ale musi to dobrze udokumentować (np. przedstawić dowody, że jej zadłużenie zostało uregulowane lub jej nie dotyczy). Czy Biura Informacji Gospodarczej, wzorem innych podmiotów przestrzegających rozporządzenia RODO, muszą informować wszystkich dłużników, że ich dane są przetwarzane i widnieją w bazach? Nie – same BIG-i nie mają takiego obowiązku, zwłaszcza, że niejednokrotnie posiadają wiele takich informacji. O zamiarze wpisu do rejestru musi jednak zawiadomić zadłużonego sam wierzyciel.
– Pamiętajmy, że wierzyciel musi poinformować zadłużoną osobę lub firmę o zamiarze wpisania jej do danego Biura Informacji Gospodarczej. Powinien wysłać mu listownie lub wręczyć osobiście wezwanie do zapłaty ze specjalnym zapisem o tym, że brak zapłaty może spowodować dopisanie informacji gospodarczej o zadłużeniu do rejestru prowadzonego przez konkretny BIG. Jeśli do kilku BIG-ów, to wtedy powinien wpisać w takiej klauzuli informacyjnej nazwy wszystkich, do których zostanie dopisana informacja o zadłużeniu. Dzięki temu zadłużony wie, że jego dane mogą, zgodnie z prawem, być przekazane do konkretnego BIG-u lub nawet do wszystkich działających BIG-ów – przypomina Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF.
Przypadek 2:
Dane osobowe dłużnika na giełdzie wierzytelności
Zadłużenie, zarówno osoby prywatnej jak i firmy, można wystawić na tzw. giełdzie wierzytelności, czyli platformie umożliwiającej odsprzedanie go innemu wierzycielowi. Firma, która wystawia dług na sprzedaż publikuje wtedy nie tylko kwotę zadłużenia, podstawę roszczenia i cenę, za jaką chce je odsprzedać, ale również dane osobowe dłużnika. W przypadku osób fizycznych – imię, nazwisko, miasto zamieszkania i kod pocztowy. Czy robi to zgodnie z prawem?
– Wyniki kontroli UODO, czyli Urzędu Ochrony Danych Osobowych potwierdzają, że giełdy wierzytelności działają zgodnie z unijnym rozporządzeniem, a publikowanie danych osobowych dłużników na stronach internetowych takich giełd jest zgodne z prawem – podkreśla Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF.
Warto też pamiętać, że za poprawność danych, które są publikowane w takim serwisie odpowiada przedsiębiorca, który je tam zamieszcza. Dłużnik może zakwestionować poprawność swoich danych. W takich przypadkach (aż do chwili wyjaśnienia sprawy) dane osobowe są ukrywane.
Przypadek 3:
Przetwarzanie danych osobowych w procesie windykacji
Warto pamiętać, że rozporządzenie RODO dotyczy również danych osobowych dłużników przetwarzanych w procesie windykacji przez wierzycieli (w tym firmy windykacyjne). Zgodnie z RODO, przesłanką do tego, by przetwarzać czyjeś dane osobowe są „prawnie uzasadnione interesy”. Jeżeli celem jest dochodzenie roszczenia (czyli odzyskanie długów) to wierzyciel może przetwarzać dane dłużnika – również wtedy, gdy nie uzyskał na to jego zgody. Gdy wierzyciel osiągnie swój cel (czyli odzyska dług) powinien zaprzestać przetwarzania danych osobowych i usunąć je. Powyższe zasady dotyczą również tych instytucji, które uzyskały prawo do danej wierzytelności w oparciu o umowę cesji.
– Firmy zarządzające wierzytelnościami powinny dokładać wszelkiej staranności w kwestii ochrony danych osobowych dłużników. To oczywiste i niezwykle ważne, by dane te nie były wykorzystywane do innych celów niż do tych, do których zostały one przekazane – mówi Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF.
Zasady Dobrych Praktyk Windykacyjnych
Profesjonalne firmy windykacyjne zrzeszone w Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych są zobowiązane do przestrzegania w codziennej pracy Zasad Dobrych Praktyk. To obszerny dokument, który określa m.in. w jaki sposób powinna wyglądać komunikacja z osobą zadłużoną (w tym korespondencja, rozmowy telefoniczne, czy wizyty przedstawiciela terenowego), jakie są praktyki zakazane i niedozwolone, jak chronić dane osobowe. Kluczowe jest zachowanie tajemnicy i pełna ochrona danych osobowych oraz niewykorzystywanie ich do celów innych niż do tych, do których zostały udostępnione.
Jeżeli zatem firma windykacyjna kontaktuje się z osobą zadłużoną i chce negocjować uregulowanie należności, dłużnik ma prawo wiedzieć skąd pozyskała jego dane i w jaki sposób je przetwarza. Dane osobowe powinny być objęte tajemnicą, a to oznacza, że firmie windykacyjnej nie wolno informować rodziny, sąsiadów, czy współpracowników, że osoba ma zadłużenie.
Warto pamiętać, że ochrona danych osobowych nie może być pretekstem do unikania swoich zobowiązań, a mimo zmian w prawie jedna rzecz pozostała niezmienna – uniknięcie wpisu do rejestru dłużników jest możliwe tylko wtedy, gdy opłaci się faktury oraz rachunki w terminie. Dobrze jednak znać swoje prawa dotyczące danych osobowych, także wtedy, gdy są one przetwarzane przez wierzycieli.