Powstaną nowe sądy wyspecjalizowane w ochronie własności intelektualnej

Ministerstwo Sprawiedliwości pracuje obecnie nad projektem nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego oraz niektórych innych ustaw, którego głównym założeniem jest wprowadzenie wyspecjalizowanych sądów ds. własności intelektualnej.

Pomysł ten nie jest nowy…. podobne postulaty były zgłaszane od co najmniej parunastu lat i często podkreślano że główną bolączką polskiego systemu ochrony własności intelektualnej jest właśnie brak takich sądów. Z drugiej strony podobne do proponowanego rozwiązania, istnieją w większości Państw Członkowskich UE.

– Liczba spraw z zakresu własności intelektualnej, trafiających do polskich sądów, rośnie z roku na rok, natomiast brak wyspecjalizowanej kadry sądowniczej i znaczne skomplikowanie tych spraw nierzadko skutkuje dość dowolnymi rozstrzygnięciami – mówi w rozmowie z MarketNews24 Mikołaj Stępkowski, prawnik w Zięba&Partners.

Obecnie sprawy o naruszenie praw własności intelektualnej rozpoznawane są przez sądy powszechne oraz Sąd Najwyższy. Dodatkowo, w zakresie prawa własności przemysłowej, w postępowaniach o uzyskanie i utrzymanie ochrony, organem właściwym jest Urząd Patentowy oraz sprawujące nad nimi kontrolę Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie oraz NSA.

Proponuje się aby sprawami z zakresu szeroko pojętego prawa własności intelektualnej, a zatem zarówno prawa autorskiego i praw pokrewnych, własności przemysłowej, nieuczciwej konkurencji, ale również innych spraw dotyczących praw na dobrach niematerialnych (m.in. komercjalizacji dóbr osobistych), trafiły pod kognicję specjalnie utworzonych wydziałów sądów okręgowych w czterech miastach: Warszawie, Katowicach, Gdańsku i Poznaniu. Przy czym w drugiej instancji sprawy będą rozstrzygane przez wydziały dwóch sądów apelacyjnych – w Warszawie i Katowicach.

Projekt ustawy zakłada rezygnację z istnienia Sądu Unijnych Znaków Towarowych i Wzorów Wspólnotowych utworzonego w ramach XXII Wydziału Sądu Okręgowego w Warszawie, który dotychczas na zasadzie wyłączności rozstrzygał sprawy dotyczące naruszeń oraz wpadkowo utrzymania ochrony tych właśnie praw.

Zgodnie z projektem, Sąd Okręgowy w Warszawie pozostanie jednak wyłącznie właściwy w sprawach gatunkowo najpoważniejszych, przy rozstrzyganiu których niezbędna jest wiedza techniczna – dotyczących programów komputerowych, wynalazków, wzorów użytkowych, odmian roślin i tajemnic przedsiębiorstwa o charakterze technicznym oraz mających znaczenie marginalne topografii układów scalonych.

Co istotne, nowela wprowadza przymus adwokacko-radcowsko-rzeczniowski. Zatem przed nowo utworzonymi wydziałami, strony będą musiały być reprezentowane przez profesjonalnych pełnomocników. Podyktowane jest to przede wszystkim potrzebą specjalizacji, ale również chęcią usprawnienia i przyspieszenia postępowań. Prowadzenie sporów w sprawach własności intelektualnej wymaga znajomości regulacji unijnych, harmonizujących oraz ujednolicających ten obszar prawa, a przede wszystkim orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości UE i działającego w jego ramach Sądu UE. Zatem zarówno pełnomocnicy jak i sędziowie muszę posiadać odpowiednią ekspertyzę w tym zakresie.

W razie ustanowienia takiego przymusu, strony będą musiały oczywiście liczyć się z koniecznością poniesienia dodatkowych kosztów związanych z honorarium pełnomocnika, ale już obecnie zwłaszcza uprawnieni – korzystają z usług profesjonalnych pełnomocników.

Niezależnie jednak od tego, projekt przewiduje możliwość zwolnienia strony z obowiązku zastępstwa przez pełnomocnika, jeśli uzasadniają to – zgodnie z projektem: „szczególne okoliczności, w tym stopień zawiłości sprawy”.

– Reorganizacja właściwości sądów w powyższym zakresie pozwoli m.in. uniknąć dość często występującej sytuacji, w których sędziowie – z powodu zawiłości sprawy, m.in. pod względem technicznym – opierają rozstrzygnięcia w głównej mierze posługując się opiniami biegłych, którzy w istocie dokonują ocen prawnych, co nie powinno mieć miejsca – wyjaśnia M.Stępowski z kancelarii Zięba&Partners.

Sądy ds. własności intelektualnej zyskają również kompetencję do rozstrzygania w przedmiocie utrzymania ochrony praw do znaków towarowych oraz praw z rejestracji wzorów przemysłowych – w skutek wytoczenia powództwa wzajemnego w postępowaniu o naruszenie. Dotychczas taka możliwość występowała wyłącznie w odniesieniu do ich unijnych odpowiedników tych praw. Natomiast w odniesieniu do praw krajowych, strona domagająca się unieważnienia lub wygaszenia prawa musiała wnosić o zawieszenie postępowania i wszczynać odrębne postępowanie przed Urzędem Patentowym, co budziło liczne kontrowersje.

Projekt przewiduje również liczne zmiany w zakresie proceduralnym, dotyczące m.in. pakietu środków służących zabezpieczeniu dowodów, a także sposobu ustalenia odszkodowania za naruszenie praw własności intelektualnej.

Kształt proponowanej przez Ministerstwo Sprawiedliwości noweli zapewne ulegnie jeszcze licznym zmianom. Proponowany termin wejścia w życie noweli to 1 stycznia 2020 r.

Ewolucja stylu pracy, a rynek powierzchni biurowych – nadążyć za trendami

Trudno nadążyć za trendami. Zwłaszcza, gdy proces powstawania budynku – począwszy od stworzenia projektu skończywszy na jego realizacji – trwa kilka lat. Rynek biurowy stara się jednak nadążać za zmieniającymi się trendami i stylem pracy, oferując rozwiązania dostosowane do potrzeb najemców.

Aleksandra Chojnacka, Negocjator w dziale powierzchni biurowych, Cushman & Wakefield
Aleksandra Chojnacka, Negocjator w dziale powierzchni biurowych, Cushman & Wakefield

Pogoń za elastycznością

W czasach automatyzacji, cyfryzacji oraz szybko zachodzących zmian gospodarczych, przedsiębiorstwa starają się unikać długoterminowych zobowiązań. Coraz więcej firm funkcjonuje w oparciu o określone projekty, zmienia się więc charakter pracy, a to powoduje zmiany w podejściu do zatrudnienia. Firmy, które nie mogą przewidzieć, ile osób będą zatrudniać za rok, czy za 5 lat, niechętnie podejmują 5-cio czy 10-cioletnie zobowiązania dotyczące tradycyjnego najmu biura. Może się bowiem okazać, że centrala firmy zdecyduje się na umieszczenie jednego ze swoich zespołów w Warszawie albo krakowski oddział wygra przetarg na ogromny projekt wymagający dodatkowego zatrudnienia 60 osób od zaraz. Potrzeba elastyczności urosła do takich rozmiarów, że eksperci ds. rynku nieruchomości komercyjnych mierzą się z podobnymi wyzwaniami na co dzień. Jednym z rozwiązań mogą być w tym przypadku zapisy kontraktowe, takie jak możliwość ekspansji czy redukcji powierzchni. Nadal trzeba się jednak liczyć z czasem niezbędnym na realizację takich zapisów i wykończenie powierzchni, a przy obecnej sytuacji na rynku budowlanym, wykończona powierzchnia zostanie dostarczona najwcześniej po kilku miesiącach.

Dla najemców, którzy nie mają tyle czasu, dobrym rozwiązaniem mogą być biura serwisowane i powierzchnie coworkingowe, których rozwój w ostatnim czasie w Polsce bardzo przyśpieszył. Tylko w 2018 roku w Warszawie oddano do użytku prawie 40 tys. mkw. nowych powierzchni coworkingowych. Operatorzy oferują najemcom rozwiązania krótkoterminowe, dając nieograniczone możliwości elastyczności – w przypadku zmiany zapotrzebowania, można dostosować wielkość biura lub liczbę biurek, z miesiąca na miesiąc przedłużyć lub z wypowiedzieć umowę, czy z godziny na godzinę zarezerwować dodatkowe sale konferencyjne. Mamy tu do czynienia z wykończonym i umeblowanym biurem, a dostępność takiego rozwiązania pozwala na szybkie podejmowanie decyzji. W tym przypadku, od momentu zidentyfikowania potrzeby najemcy do momentu wprowadzenia się na powierzchnię, mija zaledwie kilka dni.

Walka o talent

Sytuacja na rynku pracy zmieniła się na korzyść pracowników. Obecnie warunki dyktują pracownicy, z których większość stanowią Millennialsi. Aby sprostać ich oczekiwaniom, firmy zmuszone są do budowania odpowiedniej kultury organizacji. Według raportu Deloitte dot. Millennialsów, jednymi z najważniejszych czynników przy wyborze pracodawcy są pozytywna kultura organizacyjna oraz elastyczność miejsca i czasu pracy. To właśnie odpowiednie biuro ma znaczenie dla tworzenia tej kultury i elastycznego miejsca pracy. W rezultacie, w procesy poszukiwania powierzchni biurowej powinien być angażowany zespół HR. Aby wyjść naprzeciw rosnącym oczekiwaniom pracowników wobec miejsca pracy, rośnie jakość oferowana najemcom przez deweloperów. To oni prześcigają się, aby uzyskać przewagę konkurencyjną wprowadzając nowe rozwiązania ekologiczne i technologiczne oraz wszelkie inicjatywy wpływające na szeroko pojęty „wellbeing”.  Certyfikowanie typu LEED i BREEAM wprowadzono 20 lat temu, dlatego dziś trudno nadal nazywać to rozwiązanie trendem. Nowym modnym certyfikatem jest WELL, oceniający wpływ budynku i biura na zdrowie i samopoczucie użytkownika poprzez monitorowanie jakości wyposażenia i wykończenia powierzchni, ale przed wszystkim powietrza, temperatury i wilgotności.

Dla niektórych certyfikacja nie jest jednak wystarczająca, więc deweloperzy idą krok dalej. Niezwykle atrakcyjnym udogodnieniem są aplikacje budynkowe. To koncept, który w wielu krajach jest już nieodzowną częścią budynku biurowego, w Polsce dopiero się rozwija. Dobrymi przykładami są narzędzia typu spaceOS lub Connected by Skanska.  Aplikacje łączą w sobie różne funkcje – zastępują kartę wejściową, informują o wydarzeniach w budynku, atrakcjach i menu lunchowym. To również wirtualna recepcja służąca do rejestracji gości, jednocześnie informująca o przyjściu osoby odwiedzającej. Synchronizując aplikację z systemem zarządzania parkingiem można wskazać gościom miejsce parkingowe, z którego mogą skorzystać. Aplikacje są na tyle elastyczne, że najemca sam decyduje o jej funkcjonalności, mogąc połączyć ją z systemem rezerwacji sal konferencyjnych lub monitorując wykorzystanie powierzchni biurowej w celu poprawy efektywności.

Czy rynek biurowy nie prześcignął zmian mentalności?

Wprowadzanie zmian do biura jest procesem długotrwałym, wymagającym zmiany w myśleniu pracowników. Moda na tworzenie „open space’ów” musiała na dobre się rozgościć, aby realna funkcjonalność tego rozwiązania mogła zostać oceniona. Rozwiązanie „one size fits all” idzie do lamusa, najemca chce otrzymać w pełni spersonalizowane rozwiązanie. Dlatego rośnie rola specjalistów zajmujących się strategią środowiska pracy. Dzięki ich obecności w procesie poszukiwania biura można zbadać nawyki pracowników, monitorować efektywność wykorzystania powierzchni i stworzyć koncepcję biura, dostosowanego do zmieniającego się stylu pracy. Rozwiązania przestrzenne muszą iść w parze z kulturą organizacyjną firmy. Jak ma się sprawdzić „agile workplace” w organizacji, w której manager z zegarkiem sprawdza ile godzin pracownik siedzi przy biurku? Rozwój technologii umożliwia przecież pracę z dowolnego miejsca, a pracownik oczekuje od pracodawcy elastyczności i przyzwolenia na pracę zdalną. Biorąc pod uwagę urlopy, choroby i inne absencje, zajętość biurek w typowej organizacji wynosi średnio około 50-80%. Idea „open space” nigdy nie brała pod uwagę tego problemu, natomiast tworząc środowisko pracy „agile” można zredukować niską zajętość biurek czy zlikwidować problem związany z nieustannym brakiem sal konferencyjnych na spotkania ad hoc. Dlatego wprowadzany jest „desk sharing” i współczynnik 0,7-0,9 biurka na pracownika, przy adekwatnym wzroście liczby alternatywnych miejsc pracy, właśnie takich jak sale spotkań ad hoc, czy miejsca do pracy w ciszy. Możemy w ten sposób zoptymalizować wynajmowaną powierzchnię oraz zaprojektować elastyczne biuro bez przypisanych miejsc pracy. Umożliwia to łatwiejszą adaptację w razie zmian zespołowych i pojawienia się dodatkowych prac projektowych. To może być właśnie jeden trend, za którym rynek biurowy nadąży szybciej, niż wymagana zmiana kultury organizacji i mentalności pracowników.

Autor: Aleksandra Chojnacka, Negocjator w dziale powierzchni biurowych, Cushman & Wakefield

Maciej Mazur: Przyszłość transportu jest jasna

Transport osobisty i zbiorowy w polskich miastach może się diametralnie zmienić, dzięki rozwojowi technologicznemu samochodów. Podczas seminarium „Mobility City”, organizowanego przez Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych, uczestnicy mogli poznać nowe możliwości, jakie daje elektryczny i autonomiczny samochód. Po specjalnie przygotowanym torze przejechał pierwszy w Polsce pojazd bez kierowcy, czyli elektryczny model Renault EZ-GO. Eksperci przewidują, że w ciągu piętnastu lat na ulicach polskich miast zagoszczą elektryczne, autonomiczne pojazdy – które usprawnią transport zbiorowy i uczynią go bardziej ekologicznym.

– Rozwój technologii jest niebywale zaawansowany. Pojazdy na poziomie piątym autonomizacji, w którym nie jest potrzebny kierowca, realizują już projekty pilotażowe w ośrodkach testowych. W takich miejscach jak Kalifornia, Izrael czy Azja tego typu projekty są realizowane także poza ośrodkami naukowymi. Zatem coś, co wydawałoby się całkowitą futurologią, dzieje się na naszych oczach – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazur, dyrektor generalny PSPA. – Na konferencji Mobility City pokazujemy, że warto być otwartym na nowe technologie. Zmiany zachodzą dużo szybciej, niż można by się spodziewać. W ciągu kolejnych piętnastu lat możemy spotkać się z sytuacją, że nasza taksówka będzie elektryczna i że będziemy w niej absolutnie sami – przewiduje Mazur.

Spowolnienie gospodarcze wymusiło na firmach redukcję kredytu kupieckiego dla odbiorców

Euler Hermes opublikował coroczny przegląd i prognozę globalnego średniego współczynnika spłaty należności[1] (DSO), na podstawie próby 25 tys. spółek giełdowych w 20 sektorach i 36 krajach. Współczynnik obiegu należności (Days Sales Outstanding – DSO) informuje, ile czasu zajmuje notowanym firmom odzyskanie gotówki od klientów.

  • Globalny średni współczynnik obiegu należności (DSO) obniżył się o -1 dzień do 65 dni w 2018 r., po najwyższym w ciągu ostatniego 10-lecia poziomie w roku 2017. Oznacza to, iż firmy są bardziej ostrożne i tak też podchodzą do dyscypliny płatniczej swoich klientów. Ponieważ wzrost światowego PKB ulega dalszemu spowolnieniu, Euler Hermes spodziewa się, że DSO osiągnie poziom 64 dni w 2019 r.
  • Chińskie firmy nadal odnotowują najdłuższy średni okres spłaty swoich należności, wynoszący 92 dni, przy czym jedna czwarta tych firm otrzymuje płatność dopiero po czterech miesiącach, co potwierdza ich rolę jako “niewidocznych banków” na poziomie lokalnym – krajowym jak i regionalnym – dla reszty Azji.
  • Kraje śródziemnomorskie powróciły do swojego złego nawyku opóźnionego regulowania płatności: średni wskaźnik DSO dla Włoch, Francji, Grecji i Hiszpanii wydłużył się w ubiegłym roku odpowiednio o +5 dni, +2 dni, +2 dni i +1 dzień.
  • Firmy w sektorach elektronicznym (-2 dni), maszynowym (-1 dzień) i budowlanym (-3 dni) nadal odczuwają bolesne skutki najdłuższego DSO, wynoszącego odpowiednio 89, 86 i 82 dni w 2018 r. – znacznie powyżej globalnej średniej. Firmy B2C miały lepszą kontrolę nad terminami płatności.

Opracowanie Euler Hermes pokazuje, że po osiągnięciu 10-letniego, najwyższego poziomu w 2017 r., globalny średni wskaźnik obiegu należności DSO uległ skróceniu o 1 dzień do 65 dni w 2018 r., co oznacza, że firmy stają się bardziej ostrożne i szybciej starają się odzyskać z rynku swoje należności wraz z globalnym spowolnieniem gospodarczym. Ponieważ wzrost światowego PKB ulega dalszemu spowolnieniu, Euler Hermes spodziewa się, że DSO osiągnie poziom 64 dni w 2019 r.

Firmy są zaniepokojone globalnym spowolnieniem wzrostu

W 2017 r. ponowne przyspieszenie światowego wzrostu gospodarczego doprowadziło do zauważalnego wydłużenia globalnego średniego okresu obiegu należności – DSO, który osiągnął swój najwyższy poziom od 2007 r., tj. 66 dni. Firmy miały wtedy większe zaufanie do klientów ze względu na lepsze i lepiej rokujące otocznie gospodarcze i finansowe.

Tym niemniej w roku 2018 mieliśmy do czynienia z globalną niepewnością w sferze gospodarczej, która – jak prognozuje Euler Hermes – skutkować będzie spowolnieniem globalnego wzrostu gospodarczego w 2019 r. do poziomu 2.9% r/r, w porównaniu z 3.1% r/r w 2018 r. Zaniepokojone firmy zaostrzają warunki kredytowania swoich odbiorców. W konsekwencji DSO będzie kontynuował tendencję spadkową, do poziomu średnio 64 dni w 2019 r.

Globalna tendencja spadkowa od Azji do krajów nordyckich

Chiny ponownie odnotowują najdłuższy średni okres płatności na świecie wynoszący 92 dni (+27 dni ponad globalną średnią), mimo zredukowania swojego DSO (o -1 dzień w 2018 r. w stosunku do 2017 r.). Odzwierciedla to rolę chińskich firm, jako “niewidocznych banków” na poziomie krajowym i dla dużych partnerów handlowych, co wynika z mniej rozwiniętego, otwartego systemu finansowego. Jest to jednak niebezpieczne, bowiem z tego powodu chińskie firmy są bardziej wrażliwe na wszelkie ryzyka finansowe.

Kraje nordyckie i Ameryka Północna z powodzeniem utrzymały dyscyplinę płatności swoich klientów. Przy zwykle strukturalnie niższych poziomach niż reszta świata, w 2018 r. Kanada i USA zdołały mimo wszystko zredukować swój DSO odpowiednio do 52 i 51 dni. Świadczy to zarówno o kulturowych uwarunkowaniach prowadzenia biznesu, jak i o tym, że firmy o dużych zasobach gotówki w tych krajach mogą szybko przystosowywać się do zmieniających się tendencji globalnego wzrostu gospodarczego.

Mimo pogarszających się warunków gospodarczych Norwegia (53 dni), Szwecja (57 dni), Wielka Brytania (52 dni), Niemcy (54 dni), Polska (59 dni) i Belgia (59 dni) zdołały obniżyć swój wskaźnik średniego okresu obiegu należności (spółek giełdowych) DSO, w oczekiwaniu na nadchodzące spowolnienie wzrostu i przystosowując się do rosnących trudności, m.in. w przemyśle motoryzacyjnym.

Kraje śródziemnomorskie – powód do niepokoju

Maxime Lemerle, Szef Zespołu Badań Sektorowych i Niewypłacalności w Dziale Badań Ekonomicznych Euler Hermes
Maxime Lemerle, Szef Zespołu Badań Sektorowych i Niewypłacalności w Dziale Badań Ekonomicznych Euler Hermes

Kraje śródziemnomorskie pozostają w tyle ze swoimi wskaźnikami średniego okresu obiegu należności DSO, w szczególności Grecja (91 dni), Włochy (86 dni), Maroko (84 dni), Turcja (79 dni), Hiszpania (78 dni) i Francja (73 dni). Firmy w regionie powróciły do złego nawyku akceptowania dużego opóźnienia płatności od swoich klientów. “To może być kolejny przykład tradycyjnego opóźnienia, z jakim europejskie firmy reagują i przewidują zmiany cyklu gospodarczego. Ale to niebezpieczne pozostać bez gotówki w czasie spowolnienia globalnego wzrostu i handlu” – skomentował Maxime Lemerle, Szef Zespołu Badań Sektorowych i Niewypłacalności w Dziale Badań Ekonomicznych Euler Hermes.

Sektory B2C i B2B muszą uporać się z rozbieżnym kursem kształtowania się ich DSO

Branże B2C (towarów konsumpcyjnych) mają większą zdolność, w porównaniu z branżami B2B (towarów inwestycyjnych), do regulowania w razie potrzeby nowych warunków płatności. Są one bardziej skłonne do akceptowania dłuższych terminów płatności w celu wsparcia sprzedaży, jeżeli uznają, że cykl gospodarczy nie będzie w fazie zbyt gwałtownego spadku. Ponieważ znajdujemy się w późnej fazie cyklu gospodarczego, a ponadto efekty wahań gospodarczych ze sporym opóźnieniem uderzają w firmy z sektorów konsumpcyjnych – B2C, to może to skłaniać je do dalszego proponowania łagodniejszych (czytaj – wydłużonych) warunków płatności.

Wahania cyklu gospodarczego oddziałują na branże B2B (towary inwestycyjne, w tym półprodukty, maszyny, części etc.) bardziej bezpośrednio i na wcześniejszym etapie. Ze swojej natury są one bardziej cykliczne. Branże B2B już dostrzegły globalne spowolnienie wzrostu, co jest zapowiedzą nadchodzących problemów gospodarczych. W konsekwencji firmy te obawiając się ryzyka nadmiernie wydłużających się płatności skróciły akceptowane terminy płatności zmniejszając swój średnioobieg należności – DSO już w 2018 r.

Chociaż handel detaliczny charakteryzuje się najniższym – najkrótszym DSO (30 dni) w porównaniu ze wszystkimi innymi sektorami, to należy go bacznie obserwować, ponieważ gwałtownie obniżył się on w ostatnim roku, średnio w skali światowej o 5 dni w tym czasie. Ponieważ model biznesowy sektora handlu został wywrócony do góry nogami, mocno zmniejszyła się jego zdolność regulowania kredytu w rachunku bieżącym. Dostawcy – producenci mogą zostać dotknięci, jeżeli detaliści zwiększa także swój wskaźnik zaległych płatności w dniach (Days Payable Outstanding – DPO).

[1] Współczynnik spłaty należności (DSO – Days Sales Otstanding), zwany także wskaźnikiem regulowania należności w dniach, podaje liczbę dni, jaką zabiera firmie odzyskanie gotówki ze sprzedaży z odroczonym terminem zapłaty. Współczynnik oblicza się dzieląc należności przez całkowity przychód firmy z jednego roku, a następnie mnożąc przez 360.

Usługi w branży finansowej zacznie oferować sztuczna inteligencja. W przyszłości to boty będą podejmować za klientów decyzje dotyczące finansów

Ewa Wernerowicz, prezes zarządu Vivus Finance
Ewa Wernerowicz, prezes zarządu Vivus Finance

Rynkiem finansowym rządzą dziś oczekiwania klientów, zwłaszcza młodych, przyzwyczajonych do usług finansowych dostępnych w telefonie, od ręki. Dlatego branża zmierza w kierunku finansów autonomicznych, które nie będą wymagać angażowania klienta w proces decyzyjny ani poszczególne kroki wymagane do tego, by otrzymać produkt finansowy. Kołem zamachowym tej zmiany są technologie, takie jak sztuczna inteligencja, boty czy agregatory ofert, które rozpowszechnią się dzięki dyrektywie PSD2. – W kwestii rozwoju technologicznego branża finansowa wciąż ma jednak do zrobienia bardzo duży skok – ocenia Ewa Wernerowicz, prezes zarządu Vivus Finance.

– Klientom najbardziej zależy dziś na tym, żeby nie musieć się angażować w procesy i czynności, które tylko marnują ich czas i nie są dla nich przyjemne, takie jak wypełnianiu obowiązków typu wypełnianie wniosków kredytowych, aplikowanie o depozyt czy dokonanie przelewu. Dlatego rynek finansowy – kierując się tym, na czym najbardziej zależy klientom – będzie dążył do tego, aby finanse były jak najbardziej autonomiczne, nie angażowały czasu wolnego klienta – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ewa Wernerowicz.

Jak podkreśla, rynkiem finansowym rządzą dziś oczekiwania klientów – w dużej mierze dotyczy to pokolenia, które dopiero wchodzi w dorosłość i tzw. Millenialsów, czyli osób pomiędzy 18. a 35. rokiem życia. To grupa, w której wybijają się trzy główne trendy. Po pierwsze, młodzi chcą mieć wszelkie usługi finansowe dostępne na telefonie, po drugie – są przyzwyczajeni do obsługi bezgotówkowej, i po trzecie – chcą mieć wszystko „tu i teraz”, dostępne od ręki.

– Jeżeli chcą na coś wziąć kredyt – to musi on być dostępny tu i teraz, najlepiej jednym kliknięciem. Jeżeli chcą dokonać płatności, to ta płatność też musi być transferowana w czasie rzeczywistym. To są takie główne trendy na rynku finansowym, które są wyznaczane właśnie przez potrzeby klientów – mówi Ewa Wernerowicz.

Prezes Vivus Finance ocenia, że rynek zmierza powoli w kierunku finansów autonomicznych, które nie będą wymagać angażowania klienta w proces decyzyjny ani poszczególne kroki wymagane do tego, żeby np. otrzymać produkt finansowy.

– Wyobrażam sobie, że za kilka lat algorytmy zostaną zatrudnione do tego, żeby odciążyć klienta i podejmować za niego te drobne decyzje. Przykładowo, kiedy musimy poczekać na pensję jeszcze dwa dni, a pieniądze na koncie już się skończyły – to one będę automatycznie uzupełniane przez bota, który podpowie klientowi, że powinien wziąć jakąś pożyczkę – mówi Ewa Wernerowicz – Korzystając z autonomicznych finansów, klient nie będzie się musiał skupiać na czytaniu umów, bo zrobi to za niego ekspert czy bot, który będzie czuwał nad bezpieczeństwem jego finansów i pomoże mu podjąć najlepszą decyzję. Wybierze dla niego najlepszą ofertę, zaproponuje kredyt w momencie, kiedy będzie tego potrzebował albo depozyt, jeśli będzie mieć jakieś dodatkowe środki. Klienci będą korzystali z usług, gdzie te podstawowe decyzje finansowe są podejmowane przez boty czy sztuczną inteligencję.

Jednym z najważniejszych kół zamachowych zmian w finansach osobistych jest technologia. Dzięki niej obsługa transakcji przenosi się z do kanałów i urządzeń samoobsługowych – już w tej chwili większość operacji finansowych przenosi się do środowiska mobilnego. W Vivus ponad 60 proc. klientów korzysta z usług finansowych za pośrednictwem aplikacji, dlatego mobile jest kanałem priorytetowym. W przyszłości, autonomiczne finanse będą bazować na rozwoju kolejnych technologii, takich jak sztuczna inteligencja, uczenie maszynowe czy blockchain.

– Na pewno potrzebne będą też agregatory ofert, co umożliwi PSD2. Pojawią się podmioty, które będą skupiały oferty wielu graczy: banków, podmiotów niebankowych, płatności i ubezpieczeń. Tego typu agregatorzy na pewno mają szansę na rynku i to jest ta technologia, którą klienci pokochają, bo lubią mieć wszystko w jednym miejscu – mówi Ewa Wernerowicz – Obecny etap rozwoju technologii finansowych nie jest jeszcze zbyt zaawansowany, ponieważ systemy bankowe były tworzone kilkadziesiąt lat temu i nie do końca potrafią się wpiąć w takie systemy fintechowe, które agregują oferty, które dostarczają dodatkowe usługi klientom. Tak więc jeżeli chodzi o technologię, tu mamy jeszcze do zrobienia bardzo duży skok.

Prezes Vivus Finance podkreśla, że rynek pożyczek pozabankowych rozwija się nieprzerwanie od 2012 roku, szczególnie w internecie. Jego obecna wartość – liczona jako suma bilansowa przedsiębiorstw działających na tym rynku – wynosi ok. 6-7 mld zł.

– Cały rynek consumer finance w Polsce rośnie, licząc banki i firmy pozabankowe. Wiąże się to z faktem, że poprawia się sytuacja finansowa Polaków, polskich gospodarstw domowych. Związane jest to również m.in. z transferami socjalnymi, wzrostem średnich płac w gospodarce. Polacy mają coraz więcej potrzeb konsumpcyjnych i coraz łatwiej im je zaspokajać. Przy wzroście akcji kredytowych obserwujemy również poprawę kontroli nad ryzykiem kredytowym, co jest pozytywnym sygnałem dla rozwoju branży – mówi Ewa Wernerowicz.

Rynek pożyczek pozabankowych dzieli się obecnie wyraźnie na dwie kategorie: online i offline, czyli sektor, w którym działają tradycyjni pożyczkodawcy, którzy promują obsługę domową lub obsługę w oddziałach brokerskich. W tym pierwszym średnia wieku klientów to około 29-30 lat i dominują w nim osoby, które same dobrze orientują się w finansach i potrafią wyszukać właściwą dla siebie ofertę.

– Możemy w tej chwili zauważyć, że firmy pożyczkowe przechodzą do wyższych segmentów rynku. Coraz więcej klientów najpierw zagląda do firm pożyczkowych, a dopiero później do banków, w zależności od tego, jakiego produktu poszukuje. Z danych BIK-u wiadomo też, że jest duża rzesza klientów, która w ogóle nie zagląda do banków, tylko korzysta z oferty firm pożyczkowych. Dzieje się tak, ponieważ w naszej firmie można dostać tę pożyczkę właściwie w ciągu 2 minut, w zależności jak szybko się przyciśnie dwa przyciski. W kierunku zmierza właśnie rynek consumer finance – mówi Ewa Wernerowicz, prezes zarządu Vivus Finance.

Już 17 mln Europejczyków korzysta z przepisów gwarantujących ochronę socjalną w UE. System elektronicznej wymiany informacji usprawni współpracę w tym zakresie

Już 17 mln Europejczyków korzysta z przepisów gwarantujących ochronę socjalną w UE. System elektronicznej wymiany informacji usprawni współpracę w tym zakresie 1

Blisko 17 milionów obywateli Unii Europejskiej mieszka w państwie innym niż kraj pochodzenia. Szacuje się, że 2 mln osób dojeżdża do pracy lub na studia do innego kraju niż ten, w którym mieszka. Dzięki unijnej koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego mają takie same prawa do emerytury czy renty jak obywatele państw, w których pracują. Jest to możliwe dzięki ścisłej współpracy między instytucjami zabezpieczenia społecznego w różnych krajach. Nowe rozwiązania, jak Europejski Urząd ds. Pracy czy EESSI – system elektronicznej wymiany informacji dotyczących zabezpieczenia społecznego, ułatwią znalezienie pracy w innych unijnych państwach, przyspieszą weryfikację i wypłatę świadczeń.

 Koncentrujemy się obecnie na czterech głównych zagadnieniach: kwestii brexitu, wdrożenia systemu elektronicznej wymiany danych w UE, ustanowienia Europejskiego Urzędu ds. Pracy, a także nowelizacji rozporządzeń 883 oraz 987. Są to kluczowe z naszego punktu widzenia tematy, które angażują nasze siły i środki, i będą miały ogromne znaczenie dla przyszłości unijnej koordynacji systemu zabezpieczenia społecznego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Wójcik, dyrektor Departamentu Koordynacji Systemów Zabezpieczenia Społecznego w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

Nowelizacja przepisów będących podstawą prawną unijnej koordynacji ma uszczelnić obecny system. Europejski Urząd ds. Pracy pomoże w znalezieniu pracy, wskaże możliwości przygotowania zawodowego i będzie wspierał współpracę między krajami w sytuacjach transgranicznych. Prawdziwą rewolucją będzie EESSI, czyli system elektronicznej wymiany informacji zabezpieczenia społecznego, do którego Polska prawdopodobnie dołączy w lipcu 2019 roku.

– Przechodzimy od systemu papierowej wymiany informacji i korespondencji do wymiany elektronicznej. Będzie to ogromny krok naprzód, który przyspieszy weryfikację uprawnień i wypłatę świadczeń dla ubezpieczonych – zapewnia Robert Wójcik.

Komisja Europejska ocenia, że obecnie nawet 17 milionów obywateli UE mieszka w innym państwie unijnym niż kraj pochodzenia. Blisko 2 mln osób pracuje lub studiuje w jednym kraju, ale mieszka w innym. Dzięki koordynacji unijnej, umowom dwustronnym i ścisłej współpracy między instytucjami zabezpieczenia społecznego wszystkie takie osoby mają zapewnione prawo do świadczeń podczas przemieszczania się w Europie.

Koordynacja systemów zabezpieczenia społecznego tak na poziomie krajowym, jak i unijnym, wymaga bardzo bliskiej, lojalnej współpracy. Jest to działanie zespołowe – przekonuje Robert Wójcik.

– Współpraca międzyinstytucjonalna jest niezwykle ważna. Jest to wręcz nieodzowny element w kontekście zatrudniania imigrantów, którzy również znajdują się w zasięgu naszych działań. Mając na celu zapewnienie imigrantom należnych im praw, ściśle współpracujemy z ZUS-em – podkreśla Johan de Jong z instytucji holenderskiej UWV. – Stosowanie ustawodawstwa danego kraju poza jego granicami jest bardzo skomplikowanym zadaniem, ale zawsze staramy się znaleźć rozwiązanie, które umożliwi jego realizację.

To dzięki współpracy międzyinstytucjonalnej osoby mieszkające w innych krajach niż państwo pochodzenia mogą liczyć na przyznanie i wypłatę świadczeń. To istotne zwłaszcza w kontekście coraz częstszej migracji zarobkowej.

 W Holandii przebywa 300 tys. polskich obywateli. To nie są wszystkie osoby, które korzystają z systemu koordynacji, bo mamy jeszcze ponad 100 tys. pracowników delegowanych z Polski, mamy też osoby, które podejmują w Holandii pracę sezonową początkowo przez trzy miesiące, potem przez coraz dłuższe okresy. Im dłużej te osoby pracują, tym bardziej korzystają z systemu koordynacji – wskazuje Urszula Kozłowska, doradca ds. polityki migracyjnej i spraw społecznych z Ambasady Królestwa Niderlandów w Warszawie.

Umowy o współpracy pozwalają czuć się obywatelem danego kraju, nawet jeśli faktycznie tak nie jest. Taka osoba ma prawo do wszystkich świadczeń wypłacanych w danym kraju, m.in. zasiłku macierzyńskiego, świadczeń dla bezrobotnych czy tych wypłacanych ze względu na wypadek przy pracy. Co więcej, praca w innym kraju niż ten pochodzenia liczy się do stażu pracy. Tym samym jeśli dana osoba przepracowała po kilka lat w kilku krajach unijnych, to z każdego z nich będzie miała prawo do emerytury czy renty.

W Holandii mamy dwie instytucje siostry ZUS. UWV jest odpowiedzialne za zasiłki dla bezrobotnych, kwestie emerytalne i rentowe, a SVB za kwestie zaświadczeń A1, na podstawie których pracownicy delegowani z Polski mogą wyjechać do Holandii, czy za świadczenia rodzinne – wymienia Urszula Kozłowska.

Eksperci zgodnie podkreślają, że dla sprawnego działania przepisów konieczna jest ścisła współpraca między krajami. Polska i Holandia podpisały już np. umowę o współpracy w zakresie elektronicznej wymiany danych tak, by przyspieszyć prawidłowość wypłaty świadczeń.

Na podstawie umów międzynarodowych ZUS wypłaca miesięcznie ok. 186 tys. emerytur i rent w Polsce i za granicą.

– W ostatnich latach w gronie urzędników naszych instytucji odbyliśmy wiele spotkań, które miały na celu usprawnienie współpracy i omówienie jej warunków – wspólnie staramy się poprawiać nasze wyniki i zacieśniać współpracę w zakresie wymiany informacji między ZUS-em a DRV – zaznacza Christian Lemke z Deutsche Rentenversicherung Berlin-Brandenburg.

Dane najważniejszym surowcem XXI wieku. Biznes musi się nauczyć je lepiej wykorzystywać

Dane najważniejszym surowcem XXI wieku. Biznes musi się nauczyć je lepiej wykorzystywać 2

Dane określane są dziś mianem najważniejszego surowca XXI wieku. Ich wykorzystanie napędza cyfrową gospodarkę, stanowi bazę przy podejmowaniu decyzji biznesowych. Eksperci podkreślają, że firmy muszą się przekształcić z organizacji, które tylko posiadają dane, w takie, które potrafią je wykorzystywać do optymalizowania swojej działalności. – Informacje trzeba przetwarzać tak, aby na nich zarabiać, ale w sposób legalny i bezpieczny, zwłaszcza te o charakterze osobowym, które mają największą wartość – podkreśla dr Maciej Kawecki z Ministerstwa Cyfryzacji.

– Cyfryzacja i digitalizacja wiążą się przede wszystkim z korzyściami, ale również z ryzykiem i jak wszystko mają swoje białe i czarne strony. Dlatego trzeba do nich podchodzić bardzo racjonalnie. Musimy też pamiętać o tym, że nie ma cyfryzacji bez danych. Cyfryzacja, innowacje muszą być karmione danymi, bo one są wszechobecne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Maciej Kawecki, dyrektor Departamentu Zarządzania Danymi w Ministerstwie Cyfryzacji.

Jak podaje IBM, każdego dnia użytkownicy na całym świecie generują 2,5 mld gigabajtów nowych danych. Ich wykorzystanie to dla biznesu ogromna szansa. Znaczenie danych jako głównego zasobu przyszłości podkreślają Komisja Europejska, ONZ czy OECD, natomiast brytyjski dziennik „The Economist” uznał je za najważniejszy surowiec XXI wieku, który generuje więcej pieniędzy niż ropa. Według raportu „Data utilization intensity and economic performance” opracowanego dla resortu cyfryzacji efektywne przetwarzanie danych to jeden z kluczowych elementów dla gospodarki. Dostęp, analiza i wykorzystanie danych wpływają w 48 proc. na produktywność polskiej gospodarki i w 46 proc. na PKB całej Unii Europejskiej.

– Informacją w przemyśle i gospodarce powinniśmy zarządzać w taki sposób, żeby jak najwięcej na niej zarabiać. Musimy jednak pamiętać o tym, że mamy różne kategorie informacji. Jeżeli pozyskujemy dane osobowe, musimy przestrzegać RODO. Jeżeli pozyskujemy dane analityczne, które bardzo często mają swojego właściciela, czy dane geopolityczne, możemy naruszać własność intelektualną. Dlatego informacje trzeba wykorzystywać w sposób legalny i bezpieczny. Zwłaszcza informacje o charakterze osobowym, które zawsze mają największą wartość – mówi dr Maciej Kawecki.

– Przyrost danych trzeba wykorzystywać w sposób inteligentny, bo nie wszędzie gromadzenie wszystkich danych jest konieczne. Nie bądźmy obsesyjnie przywiązani do gromadzenia danych, podobnie jak do gromadzenia pieniędzy na koncie – nie chodzi o to, żeby je mieć, ale żeby umieć je wykorzystywać –dodaje prof. Jacek Leśkow, dyrektor NASK.

To się przedsiębiorstwom bardzo opłaci. Według McKinsey Global Institute firmy data-driven mają o 23 razy większą szansę na pozyskiwanie nowych klientów i sześciokrotnie większą na ich późniejsze zatrzymanie. Natomiast z badań przeprowadzonych przez MicroStategy wynika, że zdaniem 63 proc. ankietowanych analityków i ekspertów firma oparta na danych oznacza wzrost produktywności i efektywności. Ponad 50 proc. zwróciło też uwagę na możliwość podejmowania szybszych i bardziej trafnych decyzji, a także uzyskiwania lepszych wyników finansowych (raport „Global State of Enterprise Analytics 2018”). Zdecydowana większość, bo aż 90 proc. ankietowanych, przyznaje, że dane i analityka to podstawa do przeprowadzenia cyfrowej transformacji w firmie. Stąd 71 proc. firm planuje inwestować w analizę danych w perspektywie nadchodzących 5 lat.

– Jestem wielkim zwolennikiem inteligencji obliczeniowej, czyli gromadzenia danych, tam, gdzie to jest niezbędne, i wyciągania z populacji danych niewielkich próbek, na podstawie których systemy i algorytmy mogą podjąć taką samą decyzję, jak na podstawie kompletnego zbioru danych – mówi prof. Jacek Leśkow. – W mediach społecznościowych umieszczamy setki tysięcy fotografii, każda z nich generuje zbiór rzędu 2–3 MB. Staje się to ważne dopiero wtedy, kiedy np. uprawnione organa ścigania chcą przeszukiwać strony społecznościowe celem zidentyfikowania powiązań przestępcy z innymi osobami. Można wtedy stosować np. algorytmy rozpoznawania twarzy.

Do agregowania, magazynowania i efektywnego przetwarzania danych niezbędne będą mechanizmy oparte na sztucznej inteligencji. Z raportu Accenture Technology Vision 2019 wynika, że sztuczna inteligencja jest technologią, która w nadchodzących latach będzie najczęściej wykorzystywana w transformacji biznesu. Zamierza w nią inwestować ok. 60 proc. dużych firm w Polsce i na świecie.

– Sztuczna inteligencja jest karmiona danymi, bez tego nie mogłaby funkcjonować, ale musi być karmiona danymi pozyskanymi legalnie i zabezpieczonymi w taki sposób, żeby pozostały tylko w tym miejscu, do którego mają trafić. I to jest właśnie ten złoty środek, którego musimy szukać – mówi dr Maciej Kawecki.

Dzięki RODO konsumenci mają większą wiedzę o ochronie danych osobowych. Liczba skarg wzrosła dwukrotnie

0

Dzięki RODO konsumenci mają większą wiedzę o ochronie danych osobowych. Liczba skarg wzrosła dwukrotnie 3

Dwie kary administracyjne nałożone na podmioty, które rażąco łamały przepisy o ochronie danych osobowych, i około 8 tys. skarg od konsumentów – to bilans 12 miesięcy obowiązywania RODO. Unijna regulacja spowodowała wzrost świadomości konsumentów, który ma odzwierciedlenie w dwukrotnie większej liczbie skarg i licznych pytaniach kierowanych do Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Z drugiej strony, część zmian ustawodawczych wprowadzanych w Polsce w ostatnich miesiącach okazała się niespójna i nie przysłużyła się do właściwego stosowania przepisów RODO.

– Po roku obowiązywania RODO wiemy już, że panika z tym związana nie miała większego sensu. Do tych przepisów trzeba podchodzić w sposób racjonalny i myślę, że to już dotarło do firm – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Drobek, dyrektor Zespołu Analiz i Strategii w Urzędzie Ochrony Danych Osobowych. – Przepisy RODO to jedno z większych wyzwań dla firm, które dotąd niewłaściwie wdrażały ochronę danych osobowych. Dla tych, które podeszły do tego rzetelnie, RODO niewiele zmieniło, bo okazało się tylko kontynuacją wcześniejszych praktyk.

Nieco ponad rok temu, 25 maja 2018 roku, weszło w życie Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych, które narzuciło szereg nowych obowiązków na podmioty gromadzące i przetwarzające dane osobowe. Firmy i organizacje – pod groźbą kar finansowych nakładanych przez UODO – muszą m.in. stosować takie rozwiązania techniczne i organizacyjne, które zagwarantują maksymalnie wysoki poziom bezpieczeństwa informacji o ich klientach.

Zapewnienie zgodności z przepisami o ochronie danych osobowych to proces ciągły i RODO właśnie tego wymaga. Ostatni rok pokazał, że to stanowi pewien problem, bo konieczne jest nowe podejście do ochrony danych osobowych – skoncentrowane nie tylko na kwestiach formalnych, lecz także na rzetelnym wdrożeniu procedur wewnątrz organizacji. To proces, który będzie wymagał lat, aby zapewnić, że wszyscy przedsiębiorcy właśnie w ten sposób do ochrony danych osobowych będą podchodzić – mówi Piotr Drobek.

Jak podkreśla, na ocenę funkcjonowania nowych przepisów jest wciąż zbyt wcześnie, ale niestety część zmian ustawodawczych, które były w Polsce wprowadzane na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy, nie przysłużyła się do właściwego stosowania przepisów RODO.

– Przykładowo, w świetle RODO nie występuje wprost instytucja upoważnienia do przetwarzania danych. Mowa tu o dokumencie, w którym administrator formalnie potwierdza, że pracownik jest upoważniony, aby przetwarzać dane w jego imieniu. W świetle RODO upoważnienie służy określeniu, kto i do jakich danych może mieć dostęp oraz co może z nimi robić, i nie wymaga to dokumentu na papierze. Można to zapewnić poprzez wewnętrzne procedury i mechanizmy, które powinny być wdrożone w organizacji. Natomiast polskie przepisy, niezwiązane bezpośrednio z RODO, tylko z tzw. dyrektywą policyjną, wracają do modelu pisemnych upoważnień do przetwarzania danych – wyjaśnia Piotr Drobek.

Ekspert podkreśla, że nowe przepisy, które weszły w życie na początku maja, są niespójne z RODO i rozstrzygająca będzie w ich przypadku interpretacja Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych.

Pozytywny jest natomiast wzrost świadomości konsumentów związany z wejściem w życie RODO, który odzwierciedla liczba skarg wpływających do prezesa UODO. Na przestrzeni ostatniego roku było ich ok. 8 tys., podczas gdy w poprzednich latach – dwukrotnie mniej. Skargi są składane zarówno na podmioty sektora prywatnego, jak i publicznego.

– To jest duży wzrost. Widzimy też zainteresowanie konsumentów, którzy pytają nas o informacje, porady np. poprzez naszą infolinię. Wydaje się, że świadomość jest coraz większa. Oczywiście, to nie oznacza od razu, że konsumenci wiedzą, jakie uprawnienia im przysługują. Raczej jest to taka świadomość na poziomie ogólnym – wiedzą, że jest RODO, mają pewne prawa, ale nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, czego konkretnie mogą od przedsiębiorstw oczekiwać – mówi Piotr Drobek.

Jak dotąd UODO wydało dwie decyzje nakładające kary administracyjne na podmioty, które nie stosowały się do przepisów RODO. Ekspert podkreśla, że oba przypadki były przykładem „rażącego naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych”.

– To, czy pojawią się kolejne decyzje, będzie uzależnione od przebiegu toczących się obecnie postępowań. Kiedy wszczynamy postępowanie administracyjne – zainicjowane skargą, informacją mediów bądź w wyniku czynności kontrolnych, to nie wiemy, czy ono zakończy się karą. Wszystko zależy od tego, jaki materiał dowodowy zbierzemy i jak współpracuje z nami przedsiębiorca w trakcie czynności kontrolnych czy postępowania administracyjnego – mówi dyrektor Zespołu Analiz i Strategii w UODO.

Rośnie świadomość ekologiczna dzieci. Należy je uczyć ochrony środowiska już w wieku przedszkolnym

Rośnie świadomość ekologiczna dzieci. Należy je uczyć ochrony środowiska już w wieku przedszkolnym 4

Podstawowych zagadnień związanych z dbałością o środowisko można uczyć dzieci już w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym –podkreślają eksperci marki Persil, która wystartowała z cyklem edukacyjnych warsztatów dotyczących ekologii w całej Polsce. Jednym z najbardziej efektywnych sposobów ograniczenia zużycia wody i energii w domu jest pranie – w tym celu wystarczy obniżyć temperaturę i korzystać z nowoczesnych, bardziej wydajnych środków.

– Bardzo ważne jest, żebyśmy na co dzień naszym zachowaniem pokazywali im, w jaki sposób dbać o środowisko: gasząc światło, wychodząc z pokoju, zakręcając wodę przy myciu zębów czy segregując śmieci. My osobiście nastawiamy pełne pranie i czekamy, aż pralka będzie pełna. Takie małe rzeczy rzeczywiście mają znaczenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Brabander, brand manager marki Persil.

Jak podkreśla, proekologicznych zachowań można uczyć dzieci już od najmłodszych lat. Dlatego marka Persil rozpoczyna właśnie cykl eventów „Laboratorium Szopa Pracza”, które mają uświadamiać dzieci w kwestiach ekologii. Przewodnikiem najmłodszych jest sprytne zwierzątko, które edukuje najmłodszych na temat sprytnych sposobów ograniczenia zużycia wody i energii w domu – ze szczególnym uwzględnieniem procesu prania. Warsztaty w mobilnym laboratorium, zainaugurowane podczas Dnia Dziecka w Warszawie, odbędą się w nadchodzących tygodniach kilku największych miastach Polski.

– Starajmy się, żeby od najmłodszych lat dzieci miały kontakt z działaniami proekologicznymi, żeby edukować je w zakresie dbania o środowisko – mówi Krzysztof Brabander – Zauważam to osobiście i widzimy to też jako społeczeństwo, że dzieci, wracając ze szkół czy przedszkoli, zadają coraz więcej pytań: jak dbać o środowisko, w jaki sposób segregować śmieci, co mogą zrobić same, żeby to środowisko jak najdłużej nam służyło.

Podczas warsztatów dzieci będą mogły zajrzeć do wnętrza laboratorium Szopa Pracza i przekonać się m.in., jak powstaje tęczowa piana oraz dowiedzieć się czym jest zasada. Na uczestników będzie czekało kilka stanowisk, a na każdym z nich laboranci będą przeprowadzali angażujące doświadczenia i konkursy. Dla najwytrwalszych marka Persil przygotowała ekologiczne upominki oraz materiały edukacyjne, które umożliwią przeprowadzenie eksperymentów w domu.

– Świadomość ekologiczna dzieci jest coraz większa. Jako prowadzący warsztaty właśnie wśród najmłodszych widzę, że z każdym rokiem ona rośnie. Już nawet w placówkach przedszkolnych widzimy, że dzieci potrafią segregować np. śmieci, wiedzą co i gdzie trzeba wrzucić, mają tę świadomość, że jednak powinniśmy dbać o to środowisko. Biorą przykład z nas, czyli z dorosłych, widzą nasze zachowania. My je również szkolimy i pokazujemy im te dobre proekologiczne zachowania – dodaje Krzysztof Choruży z Fun University.

Jak podkreśla, już maluchy w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym poprzez zabawę można uczyć podstawowych zagadnień związanych z ekologią i dbałością o środowisko. Podstawą są jednak dobre wzorce, obserwowanie na co dzień zachowań dorosłych, rodziców, którzy np. segregują odpady, nie korzystają z foliowych torebek i w trakcie zakupów wybierają biodegradowalne opakowania czy oszczędzają wodę.

– Według Ryszarda Więckowskiego ciekawość świata jest podstawowym warunkiem efektywności edukacji środowiskowej. W związku z tym dzieci mają bardzo dużo pytań i my „Laboratorium Szopa Pracza” odpowiemy na kilka z nich – mówi Krzysztof Choruży z Fun University – Zapraszamy serdecznie na nasze warsztaty do laboratorium. Wzmagamy przede wszystkim ciekawość i radość świata oraz pokazujemy takie współdziałanie do działań ekologicznych. Bo oczywiście wiadomo, że w pojedynkę nie jesteśmy w stanie uratować naszej planety, do tego musimy się włączyć wszyscy.

Persil od lat angażuje się w działania mające charakter edukacji proekologicznej. Na swojej stronie internetowej udostępnia specjalny kalkulator, który pozwala wyliczyć, z jakimi kosztami wiąże się cotygodniowe pranie i w jaki sposób korzystanie z prostych technik i innowacyjnych produktów może pomóc obniżyć przy tym ślad węglowy.

– Nasi eksperci pracują nad tym, aby nasze pranie było nie tylko lśniące i czyste, lecz także jak najbardziej przyjazne środowisku. Wiemy, że produkcja żelu do prania zużywa około 50–60 proc. mniej energii niż produkcja proszku, dlatego właśnie wykorzystanie tego środka jest najbardziej przyjazne dla środowiska – mówi Krzysztof Brabander. – Możemy też obniżyć temperaturę prania, czyli prać nie w 40, ale w 30 stopniach. To powoduje, że znacząco zmniejszymy zużycie energii. Z drugiej strony, możemy używać skoncentrowanych środków piorących – nowoczesnych, tak jak kapsułki czy żele, które przez swoją produkcję, transport i późniejsze wykorzystanie już w samym praniu spowodują obniżone zużycie energii czy dwutlenku węgla.

Długoterminowa strategia zrównoważonego rozwoju Henkel do 2030 roku zakłada, że do tego czasu procesy produkcyjne firmy powinny być już trzy razy bardziej wydajne niż obecnie

Technologie inteligentne wkraczają do lotnictwa. Zautomatyzują procedurę lotu, wyeliminują systemy odprawy pasażerskiej oraz nadawania bagaży

Technologie inteligentne wkraczają do lotnictwa. Zautomatyzują procedurę lotu, wyeliminują systemy odprawy pasażerskiej oraz nadawania bagaży 5

Automatyzacja w lotnictwie wkrótce wykroczy dalece poza funkcje autopilota. Sztuczna inteligencja pozwoli rozwinąć zarówno systemy zainstalowane na pokładzie samolotów, jak i te funkcjonujące na lotnisku. Inżynierowie pracują już nad autonomicznymi pojazdami latającymi, poruszającymi się bez wsparcia GPS-u, które rozwiną możliwości współczesnych urządzeń nawigacyjnych. Powstaną także zaawansowane systemy bezpieczeństwa, rozpoznawania pasażerów oraz bezobsługowego nadawania bagażu.

Systemy inteligentne wkraczają na lotniska na całym świecie. W ramach projektu koncepcyjnego firma Elenium Automation zaprezentowała kompleksowe rozwiązanie, które pozwoli w całości zautomatyzować działanie portów lotniczych. System składa się m.in. z bramek do odprawy biometrycznej, urządzeń do nadawania bagaży i aplikacji Voyager Mobile App, która pozwoli wybierać miejsca w samolocie, sprawdzić paszporty i wizy czy dokonywać zakupów na terenie lotniska przy wykorzystaniu wirtualnego portfela eWallet. Docelowo projekt miałby umożliwiać komunikowanie się z personelem lotniska wyłącznie przy wykorzystaniu danych biometrycznych, bez konieczności legitymowania się dowodami tożsamości czy biletami. Całym systemem zarządzać będzie sztuczna inteligencja, która na bieżąco analizowałaby poczynania pasażerów.

Pierwsze efekty automatyzacji w lotnictwie można zaobserwować już w warszawskim porcie lotniczym im. Fryderyka Chopina, gdzie zainstalowano systemy do bezobsługowej odprawy pasażerskiej. To pierwszy krok na drodze do pełnej automatyzacji – wdrażane są już zaawansowane systemy kontroli i monitoringu, które niemal całkowicie zastąpią obsługę lotniska.

– Trend zastąpienia obsługi ludzkiej obsługą automatyczną widzimy chociażby w naszym porcie w Warszawie im. Fryderyka Chopina. Od pewnego czasu pasażerowie mogą nadawać bagaż samodzielnie. Automatyzacja pomaga, o ile dostosowane są do tego same lotniska. Systemy zarządzania ruchem lotniczym tę automatyzację przyjmują, ale tylko wtedy, jeśli personel ludzki jest przygotowany i właściwie wyszkolony do radzenia sobie z zakłóceniami podczas obsługi takich zautomatyzowanych systemów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje płk dypl. pil. Cezary Wasser, Szef Szefostwa Służby Ruchu Lotniczego SZ RP.

Automatyzacja w systemach zarządzania ruchem lotniczym wkrótce wejdzie na wyższy poziom. Firma Sightec opracowała innowacyjny system wizualnego ostrzegania, który umożliwi wykonywanie precyzyjnych lotów autonomicznych pojazdów od startu aż do lądowania. Sercem jednostki centralnej będą algorytmy sztucznej inteligencji, które dokonują pomiarów wszelkich parametrów lotu w czasie rzeczywistym, z wysoką dokładnością, nieosiągalną przez systemy wykorzystujące tylko sygnał GPS. Przedstawiciele firmy liczą na to, że oprogramowanie znajdzie zastosowanie zarówno w dronach, bezzałogowych statkach powietrznych, jak i latających taksówkach.

Jak przekonuje ekspert, polskie lotniska są zaawansowane technologicznie także pod kątem nawigowania i naziemnej obsługi lotów.

– W zakresie stosowanych urządzeń do ubezpieczenia i zabezpieczenia lotów nie odbiegamy od rozwiązań stosowanych w Europie i NATO. Mamy instrumentalne systemy podejścia do lądowania ILS, a na lotniskach wojskowych radary precyzyjnego podejścia, jak również systemy radionawigacyjne TACAN czy systemy elektroświetlne CALVERT o zmiennej intensywności świecenia, bardzo efektywne zwłaszcza przy gorszej pogodzie, pomagające pilotom odnaleźć lotnisko i zbudować właściwy manewr do lądowania – wymienia płk Wasser.

Badania nad wykorzystaniem sztucznej inteligencji w lotnictwie prowadzi amerykański Departament Obrony. DARPA testuje obecnie projekt Aircrew Labor In-Cockpit Automation System, który ma poprawić bezpieczeństwo lotów i zmniejszyć liczbę członków załogi. System ALICAS zaprojektowano w taki sposób, aby dało się go łatwo wdrożyć nie tylko do nowych pojazdów, lecz także już służących w armii. W pierwszej kolejności wprowadzone zostaną komputery, które przejmą jedynie część zadań od załogi i będą wsparciem dla ludzkiego pilota. Dopiero, kiedy system inteligentnego wsparcia sprawdzi się w tej roli, DARPA rozpocznie eksperymenty z w pełni autonomicznymi lotami.

Pierwsze próby awiacyjnej sztucznej inteligencji agencja planuje przeprowadzić na początku 2020 roku przy wykorzystaniu bezobsługowych helikopterów Black Hawk. Eksperci jednak ostrzegają, że oddanie maszynom zbyt dużej kontroli może być groźne.

– Człowiek jest z reguły leniwy i szybko się oducza, jeżeli raz się przyzwyczai do dobrego, a kiedy system go zawiedzie, to później trudno przejść do znanych, wypróbowanych metod proceduralnej kontroli sprzed kilku lat. Stąd potrzeba ciągłych treningów i właściwego szkolenia personelu, także na symulatorach ruchu lotniczego czy symulatorach poszczególnych urządzeń, to są istotne rzeczy. Automatyzacja nie rozwiązuje za nas wszystkich problemów, ona nam stwarza inne, kolejne – twierdzi płk Cezary Wasser.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji dla lotnictwa w 2018 roku przekroczyła 152 mln dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie ona do 2,2 mld dol., przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 46,6 proc.

Powstają alternatywne metody przeprowadzania biopsji. Ułatwią wykrywanie zmian nowotworowych i zmniejszą ryzyko wystąpienia infekcji pozabiegowej

Powstają alternatywne metody przeprowadzania biopsji. Ułatwią wykrywanie zmian nowotworowych i zmniejszą ryzyko wystąpienia infekcji pozabiegowej 6

Każdego roku nowotwory przyczyniają się do zgonu 9,5 mln pacjentów, podaje WHO. Szacuje się, że liczbę zachorowań można zredukować nawet o 50 proc., gdyby upowszechnić programy badań profilaktycznych. Naukowcy z całego świata pracują nad metodami, dzięki którym lekarze mogliby szybciej, prościej i bezpieczniej przeprowadzać biopsję. Powstają metody wczesnego wykrywania nowotworów za pośrednictwem badania krwi i moczu oraz algorytmy, które są w stanie z wysoką skutecznością rozpoznać pierwsze symptomy raka. Nad innowacyjną igłą do biopsji raka prostaty pracują Polacy.

– Nasz wynalazek polega na nowej formie profilaktyki antybakteryjnej dla pacjentów, którzy muszą być poddani biopsji gruczołu krokowego. Ten zabieg wiąże się z dużym ryzykiem powikłań infekcyjnych, który w ostatnich latach urósł nawet do 6 razy w niektórych ośrodkach. Stworzyliśmy nową igłę biopsyjną, która jest powleczona powłoką polimerową zawierającą kombinację antybiotyków, uwalnianych w trakcie zabiegu bezpośrednio w miejscu, gdzie ta potencjalna infekcja może się rozwinąć – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Sieczkowski, prezes zarządu spółki DEBN.

Rak prostaty jest jedną z najczęstszych chorób nowotworowych wśród mężczyzn. Według WHO każdego roku 4–5 mln pacjentów przechodzi zabieg biopsji, która ma wykluczyć lub potwierdzić występowanie zmian nowotworowych w obrębie gruczołu krokowego, a w ciągu najbliższych dwudziestu lat liczba ta może ulec podwojeniu. Tradycyjnie badanie wykonuje się metodą gruboigłową, która stwarza duże ryzyko wystąpienia infekcji oraz innych niepożądanych powikłań, takich jak krwiomocz czy długotrwałe zaburzenia erekcji. Jedynie w co drugim przypadku diagnoza daje wynik pozytywny, połowa pacjentów wystawiana jest na niepotrzebne ryzyko.

Aby ograniczyć liczbę powikłań podczas przeprowadzania biopsji, naukowcy eksperymentują z alternatywnymi metodami jej przeprowadzania. Gdańska firma DEBN w ramach grantu prowadzonego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju opracowała innowacyjne igły biopsyjne pokryte warstwą antybiotyków. Podczas pobierania materiału do badań przy pomocy tej igły lekarz od razu wprowadzałby do organizmu pacjenta leki, które znacząco ograniczyłyby ryzyko wystąpienia infekcji. Rozwiązanie pozwoli zredukować liczbę nakłuć wykonywanych podczas badania. Jedna igła będzie mogła jednocześnie podawać znieczulenie, antybiotyk oraz pobierać wycinek tkanki do badania.

– Naszym największym wyzwaniem jest wykonanie oraz przeprowadzenie wieloośrodkowego randomizowanego badania klinicznego, które pozwoli na uzyskanie dowodu na skuteczność i działanie tej formy profilaktyki biopsyjnej u pacjentów, którzy są poddawani temu zabiegowi. To jest nasze największe wyzwanie – wskazuje ekspert.

Na świecie testuje się także alternatywne, nieinwazyjne metody wykrywania raka. Na popularności zyskuje tzw. płynna biopsja, która w przypadku wykrywania raka prostaty polega na analizie moczu pacjenta pod kątem występowania specyficznych markerów genetycznych. Takie badanie nie tylko niweluje ryzyko powikłań, charakteryzuje się także wysoką, niemal stuprocentową, skutecznością w wykrywaniu najbardziej agresywnych form raka gruczołu krokowego.

Płynną biopsję stosuje się także w procesie wykrywania raka płuc. Naukowcy z Harvard Medical School w Bostonie opracowali metodę badania krwi nazwaną Circulating Cell-Free Genome Atlas, która pozwala wykryć zmiany w materiale genetycznym pacjenta świadczące o występowaniu choroby nowotworowej. Podczas eksperymentów wykorzystano trzy różne metody analityczne, które pozwoliły wykryć raka płuc we wczesnym stadium w 38–51 proc. przypadków oraz w zaawansowanym stadium ze skutecznością na poziomie 87–89 proc. Technika ta mogłaby się także sprawdzić do wykrywania nowotworów piersi, układu pokarmowego czy narządów płciowych.

Z kolei narzędzie opracowane przez zespół z Laboratorium Laserowej Spektroskopii Molekularnej Politechniki Łódzkiej pozwoli wykryć nowotwór w ciągu kilku minut przy wykorzystaniu biopsji optycznej. Metoda ta polega na pomiarze światła rozproszonego Ramana i już wkrótce może trafić do powszechnego użytku. Naukowcy przeanalizowali widma tkanek ok. 300 pacjentów, które pozwoliły stworzyć nowotworową bazę optyczną. Po wprowadzeniu igły biopsyjnej do ciała pacjenta lekarz rejestruje widmo ramanowskie za pośrednictwem sondy światłowodowej, dzięki której może w czasie rzeczywistym ocenić stopień złośliwości konkretnych komórek rakowych.

– Mamy nadzieję, że igła biopsyjna dostarczająca miejscowo profilaktykę do gruczołu krokowego pozwoli zastąpić obecnie stosowaną profilaktykę. Ujednolicić ją, ustandaryzować, zmniejszyć ryzyko tych powikłań infekcyjnych. To przyszłość tego zabiegu i przyszłość profilaktyki – przekonuje Marcin Sieczkowski.

DEBN jest obecnie w procesie pozyskania kapitału potrzebnego do sfinansowania badań klinicznych oraz rozpoczęcia komercjalizacji swojego wynalazku. Spółka planuje pozyskać około 7 mln zł na ten cel, z czego 3,2 mln zł może otrzymać z programu Szybka Ścieżka.

Według firmy badawczej Grand View Research wartość globalnego rynku diagnostyki nowotworów do 2026 roku wzrośnie do niemal 250 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie blisko 7 proc. w skali roku.

Zarząd Grupy Azoty Police zawiesza ofertę publiczną i zakłada wznowienie procesu w III kwartale 2019 roku

Zarząd spółki Grupa Azoty Zakłady Chemiczne „Police” S.A. 5 czerwca 2019 roku podjął uchwałę w sprawie zawieszenia planowanego podwyższenia kapitału zakładowego Spółki w drodze emisji akcji z zachowaniem prawa poboru dotychczasowych akcjonariuszy. Swoją decyzję Spółka argumentuje możliwością wystąpienia ewentualnych ryzyk dla inwestorów wynikających z aktualnego stanu prawnego dot. prawa pierwokupu akcji  przez Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa (KOWR), przysługującego wobec Spółek posiadających nieruchomości rolne. Ustawodawcza procedura nabycia akcji przez KOWR może uniemożliwić rejestrację praw do Akcji Oferowanych przez Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych (KDPW) oraz dopuszczenie ich do obrotu. Spółka będzie monitorować sytuację na rynku kapitałowym oraz ewentualne zmiany w otoczeniu regulacyjnym w zakresie kwestii związanych z uprawnieniami KOWR. Zarząd Spółki wznowi proces oferty akcji nowej emisji w trzecim kwartale 2019 r.

– Projekt Polimery Police stanowi kluczową inwestycję, której kontynuacja stanowi naturalną ścieżkę realizacji długoterminowych planów rozwoju Grupy Azoty. Zakładamy powrót do procesu oferty publicznej w trzecim kwartale 2019 roku. Jednocześnie będziemy z uwagą śledzić zmiany w otoczeniu regulacyjnym oraz sytuację na rynku kapitałowym – mówi dr Wojciech Wardacki, Prezes Zarządu Grupy Azoty Zakłady Chemiczne „Police” S.A. oraz Grupy Azoty S.A.

Grupa Azoty Police jest właścicielem nieruchomości rolnych w rozumieniu ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego z 11 kwietnia 2003 roku. Zgodnie z obowiązującymi przepisami ustawy, KOWR działającemu na rzecz Skarbu Państwa przysługuje prawo odkupu akcji emitowanych przez spółkę posiadającą nieruchomości rolne (po rejestracji akcji w KRS, każdy z inwestorów obejmujących akcje winien zawiadomić KOWR, który w terminie miesiąca od otrzymania zawiadomienia może odkupić akcje nowej emisji od inwestora). 26 kwietnia 2019 roku przyjęto nowelizację ww. ustawy (akt prawny oczekuje na publikację w Dzienniku Ustaw), która zmieni obowiązujące procedury związane m.in. z uprawnieniami KOWR.

Zgodnie ze stanowiskiem przedstawionym spółce przez KDPW, w obecnym stanie prawnym oraz w stanie prawnym, jaki znajdzie zastosowanie wobec Spółki po wejściu w życie opisanej powyżej nowelizacji ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego istnieje ryzyko odmowy rejestracji PDA w KDPW (co uniemożliwi wprowadzenie ich do obrotu na rynku regulowanym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie). W konsekwencji, w okresie oczekiwania na rejestrację oferowanych akcji w KDPW oraz oczekiwania na decyzję KOWR, inwestorzy nie mieliby możliwości dokonywania obrotu PDA ani akcjami oferowanymi. Ponadto zastosowanie niewłaściwej procedury dotyczącej uprawnień KOWR wynikających z obowiązującej ustawy może skutkować unieważnieniem całej emisji, czego nie można wykluczyć z związku z wątpliwościami interpretacyjnymi.

– Zdecydowaliśmy o zawieszeniu oferty publicznej Grupy Azoty Police z uwagi na czynniki legislacyjno-prawne, mogące w naszej ocenie narazić potencjalnych inwestorów na istotne ryzyka, których w obowiązującym stanie prawnym dotyczącym prawa pierwokupu akcji oferowanych nie jesteśmy w stanie wykluczyć. W opinii Zarządu, w najlepszym interesie zarówno akcjonariuszy, potencjalnych inwestorów, jak i samej spółki jest czasowe zawieszenie przeprowadzenia oferty do momentu, kiedy obowiązujące regulacje prawne umożliwią realizację uprawnień KOWR bez ryzyka związanego z brakiem obrotu na GPW prawami do Akcji Oferowanych oraz ryzyka ewentualnej nieważności emisji Akcji Serii C – dodaje dr Wojciech Wardacki.

Zarząd Grupy Azoty Police podjął decyzję o zawieszeniu Oferty działając na podstawie upoważnienia udzielonego w uchwale nr 7 NWZ Spółki z 26 kwietnia. Według postanowień NWZ, podwyższenie kapitału zakładowego Spółki nastąpiłoby w drodze emisji akcji z zachowaniem prawa poboru dotychczasowych akcjonariuszy (poprzez emisję nie mniej niż 1 i nie więcej niż 110 mln szt. akcji zwykłych na okaziciela serii C o wartości nominalnej 10 zł każda).

Planowane w III kwartale 2019 roku wznowienie procesu prowadzenia oferty akcji i ukończenie oferty w II połowie 2019 roku nie wpłynie na harmonogram realizacji Projektu Polimery Police – uzupełnia Prezes Zarządu Grupy Azoty Zakłady Chemiczne „Police” S.A. oraz Grupy Azoty S.A.

Kluczowymi wydarzeniami w ostatnich miesiącach dla Projektu Polimery Police było podpisanie umowy z koncernem Hyundai Engineering dotyczącej kompleksowej realizacji projektu i zawarcie listu intencyjnego z Grupą LOTOS S.A. w zakresie potencjalnego zaangażowania kapitałowego koncernu do kwoty 500 mln zł. Spółki z Grupy Azoty podpisały także porozumienie o współpracy inwestycyjnej z Hyundai Engineering Co., Ltd. oraz Korea Overseas Infrastructure & Urban Development Corporation, dotyczące potencjalnej inwestycji kapitałowej koreańskich koncernów współfinansującej Projekt Polimery Police w wysokości 130 mln USD.

Projekt Polimery Police pozwoli wzmocnić zaangażowanie Grupy Azoty Police oraz Grupy Azoty w rozwój obszarów niezwiązanych z produkcją nawozową oraz umożliwi dywersyfikację przychodów i ograniczy wpływ na sytuację Spółki sezonowych wahań popytu na niektóre obecnie oferowane produkty. Inwestycja będzie mieć także strategiczne znaczenie dla polskiej gospodarki – pozwoli istotnie zredukować ujemny bilans handlowy w segmencie tworzyw sztucznych i wzmocni niezależność energetyczno-surowcową kraju.

Przed EBC: czekać czy działać?

Jutrzejsze, czerwcowe posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego ma wysoką rangę ze względu na towarzyszącą mu rewizję prognoz makroekonomicznych. To właśnie ich skala i kierunek będą determinować konieczność działania ze strony władz monetarnych a w konsekwencji na rynkowy odbiór posiedzenia.

W tym roku kończy się kadencja Mario Draghiego, EBC ma wąskie spektrum narzędzi do swojej dyspozycji. Jednocześnie część decydentów uważa, że konieczne jest działanie. Posiedzenie odpowie zatem na pytanie, czy bank będzie grał na zwłokę licząc, że czarne chmury nad gospodarką zaczną się rozstępować, czy też EBC jeszcze raz ruszy do walki z zagrożeniem zbyt niska inflacją. Decyzja zostanie podjęta 6 czerwca o 13:45, a konferencja prasowa Prezesa EBC tradycyjnie rozpocznie się o 14:30. Wtedy też poznamy odświeżone projekcje makro.

Niesłabnące zagrożenia

Z zapisu ostatniego posiedzenia wynika jasno, że zakładana na drugie półrocze poprawa sytuacji gospodarczej jest coraz mocniej zagrożona i wątpliwa. Słabość wzrostu miała być przejściowa, ale taka ocena z każdym tygodniem nie dostarczającym sygnałów poprawy koniunktury jawi się jako coraz mniej uzasadniona. Przede wszystkim rynek ocenia koniunkturę przez pryzmat indeksów PMI. Wskaźniki te w maju ponownie rozczarowały, lecz należy je podsumować jako stabilizację na niskim poziomie.

Gdy spojrzymy na szersze miary koniunktury, np. wskaźnik Eurocoin w czasie rzeczywistym mierzący tempo wzrostu, to należy stwierdzić, że koniunktura się nie pogarsza. Indeksy zaskoczenia danymi makro potwierdzają taki osąd. Biorąc pod uwagę, że Europejski Bank Centralny w tym roku załagodził swoje stanowisko, obecny kształt polityki dobrze odpowiada na potrzeby. Nie wolno zapominać, że w ostatnich kilku tygodniach doszło do eskalacji konfliktu handlowego i wzrostu zmienności na rynkach finansowych. O minimum kilka miesięcy wydłuża się również szkodliwa niepewność dotycząca brexitu, ponownej destabilizacji ulega także sytuacja polityczna we Włoszech. Czynniki polityczne i geopolityczne są zatem głównym źródłem zagrożenia.

Przed EBC czekać czy działaćKoniunktura w strefie euro: eurocoin. Źródło: Bloomberg

Niekoniecznie kolejne rewizje prognoz

Po stronie pozytywów należy zapisać dane o rachunkach narodowych za pierwszy kwartał – dynamika PKB przyspieszyła przecież z 0,1-0,2 proc. do 0,4 proc. kw/kw. Dobra pozostaje też sytuacja na rynku pracy – notowany jest ciągły przyrost zatrudnienia.

Przed EBC czekać czy działać 2Aktualne prognozy EBC. Źródło: EBC

Biorąc wszystko to pod uwagę, nie zakładamy ponownych mocnych rewizji prognoz. Przypomnijmy, że w marcu zostały one bardzo mocno ścięte (np. PKB z 1,7 do 1,1 proc.). Ścieżka inflacji i dynamika PKB w projekcjach na ten rok może nawet zostać lekko podwyższona. Nie będzie to oczywiście przejaw optymizmu, a tylko odzwierciedlenie informacji, którymi już dysponujemy. Skoro tak, to po załagodzeniu stanowiska w marcu nie można liczyć na dalszą, zdecydowaną modyfikację parametrów polityki.

Opinie w Radzie Prezesów ECB są mocno podzielone: zarówno, co do oceny tendencji w gospodarce, jak i w zakresie optymalnej strategii działania by walczyć z zagrożeniem zbyt niską inflacją. Bank centralny ma bardzo ograniczone instrumentarium, działaniu nie sprzyja też zbliżająca się zmiana na stanowisku prezesa. Brak rewizji prognoz może przeważyć szalę na korzyść zwolenników strategii wait and see. Mario Draghi znów będzie chciał zabrzmieć bardzo łagodnie i dobitnie sugerować, że EBC nigdy nie pozwoli sobie by bezczynnością zaryzykować pogorszenie się profilu inflacji. Rynek wycenia jednak obniżki stóp. Wprawdzie Draghi nieraz udowadniał, że potrafi sprostać wysoko poprzeczce oczekiwań, ale tym razem może być o to naprawdę trudno. Nasz scenariusz bazowy jest konstruktywny dla euro, rentowności obligacji i notowań europejskich banków. Draghi zrobi jednak wszystko, by w zarzewiu zgasić siłę euro.

Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz w Domu Maklerskim TMS Brokers

Czeka nas obniżka stóp w USA. W Polsce bez zmian

Jeszcze rok temu analitycy zastanawiali się, kiedy inne państwa rozpoczną cykl podwyżek stóp procentowych. Obecnie pozostałe kraje nawet nie rozpoczęły tego ruchu, za to w USA nastawiają się na seryjne obniżki. Wszystkiemu winne pogarszające się prognozy wzrostów.

Co zrobi FED?

Patrząc na notowania kontraktów terminowych na stopę procentową, wyraźnie widać zmianę nastawienia rynków do polityki monetarnej. Jeszcze miesiąc temu szansa na utrzymanie obecnych poziomów do grudnia wynosiła ponad 50%. Dzisiaj jest to zaledwie 2,5%. Dominuje scenariusz, według którego dojdzie do 2-3 obniżek jeszcze w tym roku. Dlaczego to narzędzie uważane jest za wiarygodne? Kontrakt na stopę procentową pozwala zabezpieczyć ryzyko rynkowe. Jeżeli inwestorzy są przekonani, że stopy zmienią się wcześniej, to inwestują w dany kontrakt, by zabezpieczyć swoją inwestycję bądź też kredyt. W rezultacie w ich cenach widać oczekiwania rynków. Jaki ma to wpływ na waluty? Im niższe stopy procentowe, tym niższe oprocentowanie instrumentów najniższego ryzyka, np. obligacji. W rezultacie inwestorzy mogą poszukiwać rynków zapewniających wyższy zwrot kapitału. Tym samym, po obniżce stóp spada wartość waluty.

Polskie stopy

Dziś kończy się dwudniowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej w sprawie stóp procentowych. Szansa na zmiany jest właściwie żadna, gdyż RPP jest mocno podzielona. W ciągu ostatnich miesięcy wyraźnie spadł entuzjazm w kwestii podnoszenia tego wskaźnika. Wydaje się, że pomimo słabszych danych z indeksów wyprzedzających koniunkturę, jak np. indeksy PMI dla przemysłu, w Radzie nie znajdziemy również większości zdolnej przeforsować obniżkę. W rezultacie kolejne spotkanie zakończy się prawdopodobnie brakiem zmian. Warto zwrócić uwagę, że co prawda inflacja rośnie, ale nic nie wskazuje, żeby w najbliższych miesiącach miała ona przekroczyć cel inflacyjny.

Trump straszy Meksyk

Donald Trump, czyli urzędujący prezydent USA, znany jest z bardzo kontrowersyjnych przemówień (lub też wpisów w mediach społecznościowych). Co więcej, znany jest również z realizowania zawartych w nich pomysłów. Nie może zatem dziwić fakt, że zapowiedź objęcia całego importu z Meksyku cłami, w reakcji na nielegalną imigrację, mocno zaciążyło na notowaniach meksykańskiego peso.

Dzisiaj z powodu Ramadanu kolejny dzień wolny w Turcji, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:15 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia,
  • 16:00 – USA – raport ISM dla Usług.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Grupa OKNOPLAST świętuje 25-lecie działalności i ogłasza rekordowe wyniki finansowe

Grupa OKNOPLAST,  firma znajdująca się w europejskiej czołówce producentów okien PVC, 4 czerwca 2018 roku zorganizowała event z okazji 25-lecia działalności. Reprezentanci przedsiębiorstwa podczas wydarzenia przedstawili historię OKNOPLAST z perspektywy wyzwań, jak również zaprezentowali wyniki finansowe oraz plany na najbliższe lata.

OKNOPLAST to firma rodzinna, która powstała w 1994 r. W tym roku przedsiębiorstwo świętuje więc 25-lecie działalności. Z tej okazji przedstawiciele firmy podsumowali swoją historię i przedstawili największe punkty zwrotne z perspektywy biznesu. Na konferencji, która odbyła się 4 czerwca, z ramienia Grupy OKNOPLAST wystąpili m.in. Mikołaj Placek – Prezes Zarządu, Tomasz Radecki – Dyrektor Handlowy w Grupie OKNOPLAST, Magdalena Cedro-Czubaj – Dyrektor Marketingu oraz Mike Żyrek – Dyrektor Badań i Rozwoju.

25 lat sukcesu pełnego wyzwań

– Na przestrzeni 25 lat działalności mierzyliśmy się z wieloma wyzwaniami biznesowymi, które tak naprawdę ukształtowały nas jako firmę. To dzięki nim udało nam się osiągnąć tak duży sukces – tłumaczył Mikołaj Placek, Prezes Zarządu Grupy OKNOPLAST. – Historia OKNOPLAST rozpoczyna się w 1994 r. Kiedy mój ojciec Adam Placek otworzył firmę, od razu założył, że będziemy się trzymać rozwiązań z najwyższej półki. Na pierwszym miejscu postawiliśmy jakość, a nie niską cenę – co na tamte czasy w Polsce było naprawdę rzadką strategią. To była od początku nasza przewaga i tym wyróżnialiśmy się na rynku.

Dzięki ponadstandardowej jakości produktów do 2004 r. OKNOPLAST cieszył się pozycją lidera w Polsce, będąc jedną z największych firm sprzedających okna z PCV i aluminium w naszym kraju. Natomiast wejście Polski do Unii Europejskiej otworzyło przed przedsiębiorstwem nowe szanse rozwoju. – Zdawałem sobie wtedy sprawę z tego, że jeśli chcemy się rozwijać dalej, to musimy wyjść na rynki europejskie. Uznaliśmy, że aby eksportować, musimy inwestować w jakość. I to się absolutnie sprawdziło – tłumaczył Mikołaj Placek. – W pierwszej kolejności weszliśmy na rynek niemiecki, na którym w tym roku świętujemy 15-lecie naszej działalności.

Pierwszy salon firmowy w Niemczech zlokalizowany został w Iggingen koło Stuttgartu. Początki nie były łatwe, ale dzięki ponadstandardowej jakości produktów OKNOPLAST zdobył serca tego narodu. Obecnie firma znajduje się wśród czołowych producentów okien PVC w Niemczech. W kolejnych latach przedsiębiorstwo zdobywało nowe rynki – w 2007 r. włoski, a w 2010 r. francuski.

Udana sukcesja rozpędza firmę

Kolejnym wyzwaniem, przed którym stanął OKNOPLAST, była zmiana pokoleniowa. W 2008 roku stery w firmie przejął Mikołaj Placek. Proces sukcesji, który trwał w sumie 14 lat, został bardzo skrupulatnie przygotowany i zaplanowany. Sprawnie przeprowadzona sukcesja w biznesie powinna być kolejnym etapem w życiu firmy i tak było w przypadku OKNOPLAST. Prawidłowe i świadome wdrożenie rozwiązań sukcesyjnych pozwoliło na przygotowanie firmy na różnego rodzaju zdarzenia, np. ogólnoświatowy kryzys ekonomiczny, oraz na warianty dalszego rozwoju, w tym ekspansję.OKNOPLAST

– Dla mnie rozwój firmy był od początku głównym celem, który także napędzał moje działania. Innowacyjność jest jednym z kluczowych elementów rozwoju naszej firmy, ponieważ produkty oferowane przez nas są z segmentu premium. Jesteśmy przedsiębiorstwem, które kształtuje trendy, a bez innowacyjności nie byłoby to możliwe – tłumaczy Mikołaj Placek, Prezes Grupy OKNOPLAST – Przez 25 lat wprowadziliśmy na rynek ponad 50 innowacyjnych rozwiązań, które wyznaczają trendy całej branży.

Rekordowe wyniki finansowe firmy

Dzięki obranej przed 25 laty strategii biznesowej OKNOPLAST świętuje dziś wielki sukces i rocznicę swojej działalności. Firma obecna jest na 13 rynkach, zatrudnia ponad 1850 pracowników i należy do ścisłej czołówki producentów okien i drzwi z PVC w Europie. W 2018 r. Grupa OKNOPLAST osiągnęła obrót na poziomie 720 mln zł. 75% całkowitego przychodu stanowi sprzedaż na rynkach zagranicznych. W swojej grupie skupia trzy fabryki i trzy marki operujące w różnych segmentach rynku.OKNOPLAST podsumowuje 25 lat działalności małe

– Rok do roku osiągamy założone przez nas cele, co nas motywuje do dalszego działania. Do 2018 roku obsłużyliśmy ponad 1 670 000 klientów w całej Europie, a tendencja wzrostowa utrzymuje się w bieżącym roku – podsumowuje Prezes Mikołaj Placek. – Co więcej, zdecydowaliśmy się na inwestycje w Ochmanowie pod Krakowem. Nowa infrastruktura pozwoli poprawić efektywność procesów produkcyjnych i logistyczno-magazynowych, a w efekcie zwiększyć moce produkcyjne. Bez wątpienia będzie to miało wpływ na nasz obrót w przyszłych latach.

Polska w czołówce państw z niskim bezrobociem

Najnowsze badania Eurostatu dotyczące bezrobocia w kwietniu br. pokazują, że w Polsce stopa bezrobocia wynosi zaledwie 3,7 proc. i jest niższa o 0,1 pkt proc. niż w miesiącu poprzedzającym. Na tle innych krajów UE sytuacja w kraju również wygląda bardzo dobrze – poziom bezrobocia jest znacząco niższy niż średnia w całej UE (6,4%). Niskie wskaźniki bezrobocia dla krajów sąsiadujących z Polską (Czechy i Niemcy) oznaczają, że duże zapotrzebowanie na pracę utrzymuje się w całym regionie.

W czołówce państw z niskim bezrobociem znajdują się Czechy (stopa bezrobocia – 2,1%), Niemcy (3,2%), Holandia (3,3%), Malta (3,5%), Węgry (4,2%, dane z marca 2019). Niskie wskaźniki bezrobocia dla krajów sąsiadujących z Polską (Czechy i Niemcy) oznaczają, że duże zapotrzebowanie na pracę utrzymuje się w całym regionie. To powoduje konkurowanie o pracowników, również pochodzących z krajów spoza UE, poprzez podnoszenie wynagrodzeń, szczególnie w tych branżach, które potrzebują zasobów pracy o określonych kwalifikacjach.

Warto zauważyć, duże różnice pomiędzy wskaźnikami stopy bezrobocia liczonego według metodologii Eurostatu i tymi dotyczącymi bezrobocia rejestrowanego, które podaje GUS. W pierwszym przypadku Eurostat jako osoby bezrobotne zalicza te, które są w stanie podjąć zatrudnienie w stosunkowo krótkim czasie oraz aktywnie poszukują pracy, zaś drugi z wymienionych – zlicza osoby zarejestrowane w powiatowych urzędach pracy. Znaczące różnice pomiędzy wartością tych dwóch wskaźników mogą świadczyć o tym, że osoby, które są zarejestrowane jako bezrobotne nie poszukują aktywnie zatrudnienia, ale de facto pozostają bierne zawodowo.

Komentarz Moniki Fedorczuk, ekspertki Konfederacji Lewiatan

Czy małe firmy przetrwają test przedsiębiorcy?

  • Ministerstwo Finansów prowadzi prace zmierzające do zmiany sytuacji jednoosobowych firm, współpracujących na stałe z tym samym partnerem.
  • Próby regulacji tego sektora oznaczają dla niego większe obciążenia podatkowe, ale i duże wpływy do budżetu szacowane na ok. 1 mld 247 mln zł.
  • Obniżają jednak też zdolność kredytową małych firm i ich możliwości pozyskiwania kapitału. Może to także zwiększyć liczbę upadłości firm. W I kwartale 2019 było ich 224, o 5 proc. więcej niż w I kw. rok temu.

Test przedsiębiorcy to projekt sformułowany przez Ministerstwo Finansów. Ma weryfikować czy działalność gospodarcza prowadzona przez samozatrudnionych ma realny charakter, a nie jest tylko próbą uniknięcia wyższych podatków i składek ZUS. Może tak być w sytuacji, kiedy przedsiębiorca prowadzący jednoosobową działalność ma jednego klienta, któremu wystawia jedną fakturę.

Więcej zapłacą do ZUS i US, mniej dostaną z banku

Wprawdzie Ministerstwo poinformowało pod koniec kwietnia, że zrezygnowało z dalszych prac nad tym projektem, równocześnie jednak pojawiają się głosy, że resort będzie dążył w taki czy inny sposób do zmiany formuły prawnej najmniejszych firm, a przepisy, które mają umożliwić weryfikację przedsiębiorców, są procedowane. Jeśli wejdą w życie, będą oznaczały dla przedsiębiorców, którzy nie przejdą pozytywnie testu zwiększone koszty działalności związane ze składkami do ZUS czy do Urzędu Skarbowego.

Zwiększenie zobowiązań podatkowych dla najmniejszych firm to nie jedyne zmartwienie tych podmiotów. Próby regulacji small biznesu wpływają też na zdolność kredytową tych firm i ich możliwości pozyskiwania kapitału. Jeśli przedsiębiorstwo stara się w banku o kredyt z kilkuletnim harmonogramem spłaty, oczywiste jest, że wiszące nad firmą i zapowiadane przez ustawodawcę zmiany nie będą sprzyjać pozytywnej ocenie, jaką taka firma powinna otrzymać od analityka bankowego.

– Wzrost zobowiązań, w tym tych do ZUS czy US oznacza dla przedsiębiorcy niższe zyski, a więc także gorszą pozycję wobec banku. Może to wiązać się albo z niższymi kwotami kredytu jakiego bank udzieli, niestety w wielu przypadkach uniemożliwi to w ogóle otrzymanie kredytu w banku. W rezultacie takie regulacje ustawodawcze ograniczą możliwości pozyskiwania kapitału wielu przedsiębiorcom. To dość niebezpieczne, bo nawet jeśli firma wystawia jedną fakturę i współpracuje z jednym partnerem, nie oznacza to, że nie potrzebuje środków na inwestycje np. w sprzęt komputerowy, oprogramowanie, biuro czy samochód. Zapewne więcej firm trafi po kapitał do faktoringu, już teraz widzimy zwiększone zainteresowanie. Będziemy analizować sytuację takich podmiotów indywidualnie, ale jeśli z danym partnerem przedsiębiorca współpracuje od dawna i ta kooperacja nie jest zagrożona to nie powinno być problemów z finansowaniem poprzez faktoring – mówi Anna Konecka-Pająk – Dyrektor Makroregionu Mazowieckiego w eFaktor.

Test przedsiębiorcy będzie miał wpływ na zdolność pozyskiwania kapitału przez firmy w przypadku narzędzi bankowych, ale w przypadku faktoringu nie, bo tutaj finansowanie udzielane jest w oparciu o realne zyski wypracowywane przez firmy. W przypadku finansowania za pomocą faktoringu wypłacane są środki, które przedsiębiorca już zarobił i wystawił na nie niekwestionowaną przez odbiorcę fakturę, jednak zmuszony jest długo czekać na przelew.

W takim modelu o przyznaniu finansowania decyduje to, z kim przedsiębiorca handluje, jakie wiążą go umowy handlowe, jakie ma perspektywy rozwoju. W mniejszym stopniu na przyznanie finansowania ma wpływ poziom dochodów i wielkość zobowiązań wobec US i ZUS.

Test przedsiębiorcy ma zadziałać uszczelniająco na system podatkowy i wg szacunków ministerstwa może przynieść dodatkowy dochód ok. 1 mld 247 mln zł. Liczby wskazują, że MF z projektu z pewnością łatwo nie zrezygnuje. Może to niestety zwiększyć liczbę upadków firm. W I kwartale 2019 było ich 224 (upadłości i restrukturyzacje) – to o 5 proc. więcej niż w I kw. rok temu. Największe wzrosty upadłości (+46 proc.) stały się udziałem handlu.

ORLEN i PFRON podpisały deklarację o współpracy

PKN ORLEN został nowym partnerem Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. W Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej podpisano deklarację o współpracy na rzecz osób niepełnosprawnych. Patronat nad inicjatywą objął Sekretarz Stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, Pełnomocnik Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych Krzysztof Michałkiewicz.

Deklarację dotyczącą współpracy podpisali Członek Zarządu PKN ORLEN ds. Finansowych Wiesław Protasewicz oraz Prezes Zarządu PFRON Marlena Maląg. Dzięki zawartemu porozumieniu o współpracy pomiędzy instytucjami, osoby z niepełnosprawnościami będą miały szansę na znalezienie zatrudnienia w Grupie Kapitałowej ORLEN.

Biznes musi iść w parze z funkcjami społecznymi, dawać przykład. Dlatego staramy się likwidować bariery w każdym aspekcie naszej działalności. Jako największy operator blisko 1800 stacji paliw w Polsce dbamy o to, by nasze obiekty były dostępne dla wszystkich klientów. Nie dotyczy to wyłącznie infrastruktury. Wdrażamy i testujemy nowoczesne rozwiązania, ważne z punktu widzenia dostępności usług, jak możliwość płatności

bezpośrednio przy dystrybutorze. Zasadę dostępności i braku barier stosujemy również w naszym najbliższym otoczeniu. Dlatego zamierzamy sukcesywnie zwiększać zatrudnienie osób niepełnosprawnych w strukturach Grupy ORLEN. Dzisiejsza deklaracja jest jednym z kroków, które nas zbliżają do tego celu – powiedział Wiesław Protasewicz, Członek Zarządu PKN ORLEN ds. Finansowych.

Aktywni Plus” to inicjatywa Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych polegająca na zwiększeniu aktywności zawodowej osób z niepełnosprawnościami i ułatwieniu im zatrudnienia na otwartym rynku pracy. Obejmuje ona trzy programy: „Absolwent”, „Stabilne zatrudnienie” oraz „Praca-Integracja”. Łączny budżet to 35,3 mln zł.

Naszą wspólną powinnością jest podejmować wszelkie możliwe starania, aby osoby niepełnosprawne mogły w pełni korzystać z przysługujących im praw, w pełni uczestniczyć w życiu społecznym, żeby czuły się potrzebne i aby świat wokół nich był przyjazny i rozumiejący ich potrzeby i ich funkcjonowanie. Mamy dziś w Polsce historycznie najniższy poziom bezrobocia. Jest to ogromna szansa także na zwiększenie poziomu zatrudnienia wśród osób niepełnosprawnych. Z satysfakcją i dumą witamy PKN ORLEN w gronie przedsiębiorstw szczególnie przyjaznych osobom niepełnosprawnym i ich zatrudnieniu – podkreślał Krzysztof Michałkiewicz, Pełnomocnik Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych.

Założeniem programu „Praca-Integracja” jest podjęcie zatrudnienia przez osoby niepełnosprawne w dużych przedsiębiorstwach realizujących misję społecznej odpowiedzialności biznesu. Budżet programu wynosi 8 mln zł. W myśl projektu dofinansowanie na zrekrutowanie, zatrudnienie u wskazanego pracodawcy oraz wsparcie w trakcie zatrudnienia pracowników niepełnosprawnych uzyskuje organizacja pozarządowa wyłoniona przez PFRON w ramach konkursu.

Aby skutecznie przeprowadzić proces aktywizacji zawodowej osób niepełnosprawnych, stawiamy na współpracę różnych instytucji i organizacji. Poszukujemy nowych miejsc pracy dla osób z niepełnosprawnościami m.in. w administracji państwowej i w spółkach z udziałem Skarbu Państwa. Dotychczas nawiązaliśmy współpracę z Pocztą Polską i Grupą Enea – wyjaśniała Prezes Zarządu PFRON Marlena Maląg, która jako dobry przykład funkcjonowania programu „Praca-Integracja” realizowanego przez Pocztę Polską i Fundację „Aktywizacja” wskazała zatrudnienie już ponad 200 osób z niepełnosprawnościami. – Jestem przekonana, że zainicjowana dzisiaj współpraca z PKN ORLEN przyniesie równie korzystne efekty – dodała Prezes PFRON.

Środki finansowe w ramach programu „Praca-Integracja” mogą być przeznaczone na rekrutację i rozpoznanie potrzeb wynikających z niepełnosprawności, uzyskanie przez osobę niepełnosprawną pożądanych kwalifikacji i umiejętności zawodowych lub pracowniczych. Warto wspomnieć o możliwości finansowania działań takich jak niwelowanie barier uniemożliwiających podjęcie zatrudnienia, a także wypłaty dodatku motywacyjnego, rekompensującego podwyższone koszty związane z podjęciem aktywności zawodowej osoby niepełnosprawnej czy wykorzystanie innowacyjnych metod pracy, mających na celu utrzymanie osoby niepełnosprawnej w zatrudnieniu.

Przedsiębiorcy zapłacą o 60% podatku więcej, bo fiskus po latach zmienił zdanie

Gotowe posiłki i dania korzystają zasadniczo z 5% preferencyjnej stawki VAT. Dlatego też przedsiębiorcy z branży gastronomicznej (restauratorzy, właściciele barów) taką stawkę przez lata doliczali do ceny sprzedawanych posiłków. Co więcej, prawidłowość stosowania takiej stawki potwierdzały same organy podatkowe. Obecnie w ramach wzmożonych działań dla zaspokojenia rosnących potrzeb finansowych państwa fiskus sięga po uśpiony oręż – po interpretację ogólną Ministra Finansów z 2016 r. stwierdzającą, że 5% stawka jest błędna.

Zgodnie z art. 41 ust. 2a oraz z poz. 28 Załącznika nr 10 do ustawy o podatku od towarów i usług gotowe posiłki i dania, którym nadano symbol PKWiU ex 10.85.1, z wyłączeniem produktów o zawartości alkoholu powyżej 1,2%, objęte są preferencyjną 5% stawką podatku VAT (Dz.U. 2004 nr 54, poz. 535, ze zm.). Przedsiębiorcy z branży gastronomicznej stosowali więc dla sprzedawanych przez siebie posiłków taką stawkę opodatkowania. O interpretację występowali do organów fiskusa w sytuacji, gdy sprzedaży tej towarzyszył pewien rodzaj usługi (np. przy dowozie dań lub też podawaniu gotowych dań na wynos). Niepewność co do stosowania właściwej stawki VAT związana była z wydanym 10 marca 2011 r. przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wyrokiem, z którego wynika, że:

„…sprzedaż świeżo przygotowanych dań i artykułów żywnościowych do spożycia na miejscu na stoiskach lub w pojazdach gastronomicznych, lub we foyer kin stanowi dostawę towarów, o której mowa w art. 5 tej dyrektywy, jeżeli z oceny jakościowej całości transakcji wynika, że elementy świadczenia usług poprzedzające dostawę artykułów żywnościowych towarzyszące jej nie mają charakteru przeważającego” (wyrok TSUE w sprawach połączonych C 497/09, C 499/09, C 501/09 i C 502/09, Dz.U. C 63 z 13.3.2010).

Decyduje PKWiU

Minister Finansów 24 czerwca 2016 r. rozwiał obawy przedsiębiorców, wydając w przedmiocie tych wątpliwości interpretację ogólną, w której stwierdził: Na sposób opodatkowania tych produktów (wysokość stawki podatku) nie ma zatem wpływu to, czy w świetle orzecznictwa TSUE ich sprzedaż na terytorium kraju będzie traktowana jako świadczenie usług, czy też jako dostawa towarów. Wynika to z faktu, że ustawodawca przy wyznaczaniu zakresu stosowania obniżonej stawki posłużył się klasyfikacją statystyczną” (interpretacja ogólna nr PT1.050.3.2016.156, w sprawie stosowania właściwej stawki podatku od towarów i usług dla sprzedaży posiłków i dań przez placówki gastronomiczne).

W tej samej interpretacji poinformował jednak, że gotowe posiłki i dania oferowane na wynos nie mieszczą się w klasyfikacji statystycznej zezwalającej na objęcie preferencyjną 5% stawką VAT, albowiem jak tłumaczył:

„…dla określenia prawidłowej stawki (…) należy dokonać prawidłowego zaklasyfikowania tej czynności wg PKWiU. Dla uznania czy dana czynność będzie zaliczona do klasy PKWiU 10.85 Gotowe posiłki i dania, czy do działu PKWiU 56 Usługi związane z wyżywieniem istotne jest, czy oferowane produkty są w pełni przyrządzone i serwowane jako posiłek gotowy do bezpośredniego spożycia, czy też nie są przeznaczone do bezpośredniej konsumpcji – np. są zamrożone lub pakowane próżniowo i etykietowane z przeznaczeniem na sprzedaż. (…) posiłki sprzedawane przez różnego rodzaju placówki gastronomiczne, które są przeznaczone do bezpośredniej konsumpcji, nie mogą korzystać z 5% stawki podatku od towarów i usług na podstawie art. 41 ust. 2a w związku z poz. 28 załącznika nr 10 do ustawy o VAT, ponieważ nie są klasyfikowane w grupowaniu PKWiU 10.85.1.” (interpretacja ogólna nr PT1.050.3.2016.156).

Przedsiębiorcy stosowali się do interpretacji organów

Tyle że przedsiębiorcy z branży gastronomicznej stosowali preferencyjną stawkę podatku, bo prawidłowość jej stosowania potwierdzały same organy podatkowe. W jednej z wielu wydanych w tym zakresie przed dniem 24 czerwca 2016 r. interpretacji indywidualnych organ stwierdził:

„…dostawa będących przedmiotem zapytania dań gotowych, sprzedawanych przez Wnioskodawcę „na wynos” oraz zamawianych telefonicznie przez klienta z dowozem do konkretnego miejsca, jako towar w postaci gotowych posiłków i dań, z wyłączeniem produktów o zawartości alkoholu powyżej 1,2%, sklasyfikowanych przez Zainteresowanego w grupowaniu 10.85.1 PKWiU, podlega opodatkowaniu stawką podatku VAT w wysokości 5%, na mocy art. 41 ust. 2a ustawy, w związku z poz. 28 załącznika nr 10 do ustawy” (interpretacja Dyrektora Izby Skarbowej w Łodzi z 30.07.2014r., sygn. IPTPP2/443-441/14-4/IR, zob. także: interpretacja Dyrektora Izby Skarbowej w Warszawie z 02.06.2014 r., sygn. IPPP1/443-387/14-2/JL; interpretacja Dyrektora Izby Skarbowej w Łodzi z 05.06.2014 r., sygn. IPTPP4/443-204/14-4/OS; interpretacja Dyrektora Izby Skarbowej w Katowicach z 05.03.2015 r., sygn. IBPP2/443-1258/14/RSz, interpretacja Dyrektora Izby Skarbowej w Katowicach z 04.02.2016 r., sygn. IBPP2/4512-940/15/RSz).

Przychodzi fiskus i mówi: „daj”

Wydając 24 czerwca 2016 r. interpretację ogólną, Minister Finansów nie brał jednak pod uwagę interpretacji wydawanych przez organy. „…interpretacje indywidualne są wydawane w oparciu o przedstawiony przez Wnioskodawcę opis stanu faktycznego lub zdarzenia przyszłego i mają zastosowanie wyłącznie do stanu rzeczywistego zgodnego z tym opisem” (PT1.050.3.2016.156). Teraz fiskus również nie ma na uwadze przedsiębiorców, czyli podatników, dzięki którym funkcjonuje, jak i zasad ustanowionych przez stworzoną podobno dla tych przedsiębiorców Konstytucję Biznesu.

7 maja 2019 r. dziennik „Rzeczpospolita” w publikacji „Spór przedsiębiorców z fiskusem o stawkę VAT od dań na wynos” poinformował, że organy podatkowe domagają się od przedsiębiorców z branży gastronomicznej dopłaty do 8% VAT za sprzedawane przed dniem wydania przez Ministra Finansów interpretacji ogólnej, dania i posiłki na wynos z „niesłuszną” 5% stawką. Funkcjonujący w obrocie gospodarczym przedsiębiorcy stają się więc z dnia na dzień dłużnikami Skarbu Państwa. Jak łatwo policzyć, fiskus chce, aby przedsiębiorcy dopłacili mu teraz aż o 60% więcej podatku, niż to było doliczone do cen gotowych posiłków i dań, które konsumenci już dawno skonsumowali. A to nie stanowi już jedynie zwiększenia obciążenia dla całego obrotu gospodarczego, czyli zarówno przedsiębiorców, jak i konsumentów. Brakujące 60% podatku będą musieli wyciągnąć z własnej kieszeni wyłącznie przedsiębiorcy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Barometr inwestycji zagranicznych w Polsce Q1 2019. Raport CBRE i Grafton Recruitment

Bezrobocie jest najniższe od 20 lat, a pensje szybują w górę. Z danych Grafton Recruitment wynika, że pensje pracowników wzrosły nawet o kilkanaście procent r/r. Pracownicy fizyczni na stanowiskach takich jak mechanik czy elektryk mogą liczyć w stolicy na pensję osiągającą nawet 6500 zł brutto, a stażyści IT, którzy rozpoczynają karierę zarobią 5,2-6,7 tys. zł brutto miesięcznie. Rekrutacja najlepszych na takim rynku to wyzwanie, dlatego pracodawcy coraz częściej zamiast na cyferki ścigają się na komfort miejsca pracy – jak wynika z danych CBRE, w I kwartale 2019 r. największy udział w rynku nieruchomości miały transakcje biurowe.

Firmom poszukującym pracowników kończą się pomysły na wykazanie się konkurencyjnością, a atrakcyjne wynagrodzenie nie stanowi już karty przetargowej. Co ciekawe, dotyczy to praktycznie każdej branży i każdego stanowiska pracy, niezależnie od specjalizacji. W kwietniu bezrobocie wg GUS osiągnęło rekordowo niski poziom 5,6% w skali kraju, a średnie wynagrodzenie wciąż sukcesywnie rośnie. W I kwartale 2019 r. przekroczyło próg 5 tys. zł brutto miesięcznie. Rosną więc wymagania pracowników, co skutkuje presją płacową na pracodawcach, którzy oferują coraz wyższe wynagrodzenia. Na tak atrakcyjnym pod względem nieruchomości komercyjnych rynku warszawskim, poziom bezrobocia rejestrowanego osiągnął rekordowo niski poziom 1,5%. Z danych Grafton Recruitment wynika, że pensje pracowników wzrosły w stosunku do roku ubiegłego nawet o kilkanaście procent. Na przykład pracownicy fizyczni na stanowiskach, takich jak mechanik czy elektryk mogą liczyć w stolicy na pensję osiągającą nawet 6,5 tys. zł brutto. Rekordowo wysokie są też pensje w IT, nawet dla stażystów, którzy rozpoczynając dopiero karierę np. w software development zarobią 5,2-6,7 tys. zł brutto miesięcznie. Firmy, którym rekrutacja spędza sen z powiek, stawiają na inwestycje w wysokiej jakości, atrakcyjne nieruchomości komercyjne.

Wrzenie w biurach

Polska pozostaje jednym z najatrakcyjniejszych rynków nieruchomości dla inwestorów zagranicznych – przede wszystkim ze względu na dostępność wykwalifikowanych specjalistów. W pierwszym kwartale 2019 roku dokonano transakcji na kwotę 745 milionów euro. Największy udział w rynku miały transakcje biurowe – 72% wszystkich kontraktów.

– O skali i dynamice rozwoju świadczy chociażby fakt, że na przykład przez ostatnie 5 lat na warszawskim rynku biurowym powstał 1 mln powierzchni biurowej, a kolejny 1 mln będzie ukończony w ciągu kolejnych 3 lat. Rozwój sektora nieruchomości jest możliwy dzięki odpowiedniej dostępności specjalistów. Warto zwrócić także uwagę na standard nowej powierzchni biurowej oraz ich walory lokalizacyjne, ponieważ stanowią one obecnie ważny element konkurencyjności pracodawców, którzy atrakcyjnymi warunkami mogą przyciągać najlepszych specjalistów i minimalizować ryzyko rotacji – mówi Jan Banasikowski, HR & Location Advisor CBRE.

Najbardziej aktywnymi graczami na polskim rynku byli inwestorzy zagraniczni, którzy odpowiadali za podpisanie ponad 90% wszystkich kontraktów w pierwszym kwartale tego roku. Szczególnie wyróżniają się inwestorzy z Niemiec i Wielkiej Brytanii, których udział w dokonanych inwestycjach wyniósł po 27% każdy.

Stolica na prowadzeniu, ale regiony tuż za rogiem

W sektorze nieruchomości biurowych w Polsce dominującą pozycję utrzymuje Warszawa, której łączne zasoby powierzchni wynoszą 5,5 mln m kw., dodatkowo powierzchnia w budowie stanowi ponad 13,5% istniejącej nowoczesnej powierzchni w całym mieście, co jest jednym z najwyższych wyników w całej Europie.

– W obszarze powierzchni biurowych decydujący wpływ na taki stan rzeczy ma sektor nowoczesnych usług dla biznesu, który odpowiada za większość inwestycji biurowych
w Warszawie i innych rynkach regionalnych. Warto dodać, że nowe inwestycje mają szczególny wpływ na rynki regionalne ponieważ pozwalają one na tworzenie atrakcyjnych możliwości rozwoju dla miejscowych studentów, absolwentów i specjalistów, którzy do tej pory migrowali za atrakcyjną pracą do największych polskich miast. Ten trend dostrzegają zarówno inwestorzy zagraniczni, jak i obecni najemcy zainteresowani dalszym rozwojem w nowych lokalizacjach oferujących atrakcyjniejsze koszty prowadzenia działalności oraz dostęp do specjalistów kształconych przez miejscowe ośrodki akademickie –
mówi Jan Banasikowski.

W kolejnych latach będziemy obserwować rosnące zainteresowanie inwestorów rynkami regionalnymi, o czym świadczy chociażby fakt, że w pierwszym kwartale 2019 roku 55% wszystkich transakcji dotyczyło nieruchomości poza Warszawą. Popularność rynków regionalnych wiąże się z rosnącą potrzebą minimalizacji kosztów działalności, dlatego rosnąca liczba firm rozważa prowadzenie działalności w miastach regionalnych. Poza głównymi miastami regionalnymi w Polsce (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Katowice, Trójmiasto, Łódź, Szczecin, Lublin), coraz większym zainteresowaniem wśród najemców z sektora usług cieszą się takie miasta jak Bydgoszcz, Białystok, Rzeszów, Toruń, Opole oraz miasta metropolii Górnośląsko-Zagłębiowskiej, gdzie obecnie 76% zasobów powierzchni biurowej zajmują Katowice, ale o jej potencjale stanowi także osiem miast o zaludnieniu powyżej 100 tys. mieszkańców (Gliwice, Zabrze, Tychy, Sosnowiec, Bytom, Dąbrowa Górnicza, Ruda Śląska).

Decyzja o inwestowaniu poza stolicą wydaje się mieć uzasadnienie również pod względem specyfiki lokalnych rynków pracy. Choć bezrobocie w miastach takich jak Poznań, Katowice i Wrocław również jest rekordowo niskie, bo w żadnym z nich nie przekracza poziomu 2%, to oczekiwania pracowników dotyczące zarobków są zazwyczaj nieco niższe niż w Warszawie. Raport Manufacturing 2019 Grafton Recruitment i Gi Group ujawnia, że np. pracownicy produkcyjni na Śląsku zarabiają o kilkaset złotych mniej brutto niż ich koledzy w Warszawie. Analogiczną zależność zauważamy również w przypadku zarobków oferowanych w miastach regionalnych w całym sektorze SSC/BPO, w IT i w dziesiątkach innych branż. Co ciekawe, dysproporcja w zarobkach między Warszawą z innymi miastami z roku na rok jest coraz mniejsza.  Jak łatwo się domyślić, poskutkowało to zwiększeniem populacji talentów w miastach takich jak Wrocław czy Kraków.

Pensja, biuro… i benefity

Zagraniczni inwestorzy wchodzący dopiero na rynek polski nie mogą zapominać również, że walka o kandydatów to już nie tylko konkurencyjne wynagrodzenie, ale również atrakcyjne pakiety benefitów. Standardem stają się świadczenia dodatkowe takie jak: dofinansowanie wakacji, wynajem sal do zajęć sportowych, przedszkola i miejsca zabaw dla dzieci czy też masaże dla pracowników. Inwestorzy wychodząc więc poza schemat, oferując „coś więcej” mają szansę przyciągnąć najlepszych kandydatów.

Najpopularniejsze metody cyberataków na firmy w Polsce

Analitycy z laboratorium FortiGuard firmy Fortinet sprawdzili, jakie narzędzia były wykorzystywane przez cyberprzestępców do ataków na działające w Polsce firmy. Za część z nich odpowiada złośliwe oprogramowanie znane na całym świecie, jak GandCrab czy Zeroaccess. Globalną karierę zrobił też opracowany w Polsce wirus o swojsko brzmiącej nazwie… Prosiak.

Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce
Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce

GandCrab – najpopularniejszy ransomware

Ransomware to popularne wśród cyberprzestępców narzędzie blokujące urządzenie ofiary i szyfrujące zgromadzone na nim dane, a następnie żądające okupu za odzyskanie do nich dostępu. Jedne z najsłynniejszych cyberataków, do których doszło w ostatnich latach – WannaCry oraz Petya/NotPetya – należą właśnie do tej rodziny złośliwego oprogramowania.

Tymczasem w Polsce najczęściej występował ransomware o nazwie GandCrab. W drugiej połowie 2018 r. odnotowano ponad 1500 przypadków aktywności jego różnych wariantów. GandCrab był w tym samym czasie także najczęściej występującym oprogramowaniem szyfrującym na świecie, z ponad 3 milionami przypadków ataku.

Widoczny jest znaczny spadek aktywności WannaCry, który w 2017 r. doprowadził do paraliżu wielu instytucji na całym świecie i spowodował straty wycenione przez ekspertów na 8 miliardów dolarów. W drugiej połowie 2018 r. nie znalazł się już w gronie najczęstszych ataków ransomware w Polsce. Z kolei na całym świecie odnotowano w tym czasie tylko 16 tysięcy przypadków z jego wykorzystaniem.

Unikalnym ransomware występującym w Polsce wydaje się być Shade, który pojawił się około 2014 r. i jest rozprzestrzeniony przez malspam – a więc spam zawierający złośliwy załącznik, najczęściej plik w formacie zip, prezentowany odbiorcy jako coś, co należy jak najszybciej otworzyć. W Polsce w omawianym czasie odnotowano 228 przypadków Shade, nie był natomiast zauważony w podobnej skali na całym świecie.

Szczególnie interesujące były ataki ransomware, w których przestępcy próbowali podszywać się pod rosyjskie spółki naftowo-gazowe, w szczególności „PAO NGK Slavneft”. Prawdopodobnie ich celem było uderzenie w część tego segmentu przemysłu – mówi dr Paolo Di Prodi, analityk z firmy Fortinet.

Polski Prosiak podbija świat

Interesującym przypadkiem jest pochodzące z Polski złośliwe oprogramowanie o nazwie Prosiak. Jest to wirus, którego aktywność odnotowano najczęściej nie tylko w Polsce (ponad 270 tysięcy przypadków), ale też na świecie (prawie 28 milionów przypadków).

Prosiak jest backdoorem, a więc narzędziem, które cyberprzestępca tworzy po to, aby później za jego pomocą (przez „tylne drzwi”) dostać się do wybranego za cel systemu.

Backdoory mogą pojawiać się także w inny sposób, np. w wyniku pomyłki w kodzie lub są celowo tworzone przez producentów oprogramowania, aby później za ich pomocą np. naprawiać błędy. Oczywiście w tej sytuacji istnieje ryzyko, że taka intencjonalnie pozostawiona furtka zostanie odkryta przez cyberprzestępców i wykorzystana do nielegalnych celów.

Uwaga na luki w produktach Adobe i Microsoft

Sondy FortiGuard odnotowały w Polsce największą aktywność eksploitów, a więc złośliwego oprogramowania wykorzystującego luki w zabezpieczeniach, związanych z oprogramowaniem Adobe Reader i Acrobat oraz z pakietem MS Office. Cyberprzestępcze grupy wykorzystujące te narzędzia to m.in. Cobalt Group czy Goblin Panda.

Liczba przypadków wykrycia aktywności eksploita PDF/CVE_2013_2729.E!exploit wyniosła prawie 102 tysiące. Natomiast aktywność eksploitów wykorzystujących luki w pakiecie Office odnotowano ponad 41 tysięcy razy.

Niebezpieczne botnety

Botnet jest to grupa zainfekowanych złośliwym oprogramowaniem komputerów lub urządzeń IoT, za pomocą których cyberprzestępca może rozpowszechniać inny malware, wysyłać spam lub przeprowadzać ataki typu DDoS (Distributed Denial of Service – rozproszona odmowa usługi). Właściciele przejętych urządzeń nie wiedzą, że służą one do cyberprzestępczej aktywności.

Według danych Fortinet dwa najpopularniejsze botnety obecne w Polsce (po ponad 6 milionów odnotowanych przypadków aktywności) to H-worm i Zeroaccess.

H-worm jest wykorzystywany w ukierunkowanych atakach na międzynarodowy przemysł energetyczny, jednak zaobserwowano, że jest on również wykorzystywany szerzej – jako sposób przeprowadzania ataków poprzez malspam i złośliwe linki.

Z kolei botnet Zeroaccess został odkryty co najmniej około maja 2011 r. Szacuje się, że pakiet odpowiedzialny za jego rozprzestrzenianie był obecny w co najmniej 9 milionach systemów na całym świecie. W grudniu 2013 r. koalicja pod przewodnictwem Microsoftu próbowała bez powodzenia zniszczyć sieci dowodzenia i kontroli botnetu.

Świadome zarządzanie ryzykiem

Niestety często od naruszenia bezpieczeństwa do momentu jego wykrycia upływają długie miesiące. W tym czasie cyberprzestępcy są w stanie poczynić duże spustoszenie w zasobach firmy, gdyż mają dostęp do poufnych danych, m.in. o finansach. – Nasze wcześniejsze badanie pokazało, że aż 95% przedsiębiorstw działających w Polsce na przestrzeni minionych dwóch lat doświadczyło cyberataku – mówi Jolanta Malak, dyrektor polskiego oddziału Fortinet. Na szczęście po zarządach firm widać stopniowy wzrost świadomości problemu. Cyberbezpieczeństwo staje się w firmach kluczowym elementem szerszej strategii zarządzania ryzykiem i wychodzi już poza kwestie związane tylko z informatyką.

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z czujników laboratorium FortiGuard rozmieszczonych na terenie Polski i zostały zebrane od 1 czerwca do 31 grudnia 2018 r. Zaprezentowano łączną liczbę przypadków wykrycia zagrożenia przez urządzenia FortiGate (za przypadek traktowano sytuację, gdy sygnatura pliku została rozpoznana przez mechanizm antywirusowy lub silnik IPS wykrył podejrzane połączenie).

Liczba pracowników z Białorusi rośnie w tempie szybszym niż Ukraińców

Obok Ukraińców do pracy w Polsce coraz liczniej zgłaszają się Białorusini. Na początku roku już ponad 20 tys. z nich miało zezwolenie na pobyt, co zwykle wiąże się z prawem do pracy. Realnie jest ich co najmniej dwa razy więcej. Stali się więc drugą pod względem liczebności grupą obcokrajowców zatrudnionych w Polsce. Ale daleko im do przybyszy znad Dniestru. Jednak w przeciwieństwie do nich nie podejmują się każdego proponowanego im zajęcia. Dzięki lepszej sytuacji gospodarczej w rodzimym kraju szukają atrakcyjnych ofert zgodnych z kompetencjami zawodowymi. Pracują m.in. w przemyśle, transporcie, budownictwie i centrach usług biznesowych. Są też niemal nieobecni w rolnictwie. Według ekspertów, nie zastąpią Ukraińców, ale raczej wraz z nimi częściowo uzupełnią niedobór rąk do pracy.

Jednoznaczne dane

Białorusini stali się drugą najliczniejszą grupą cudzoziemców na polskim rynku pracy posiadających ważne zezwolenia na pobyt. Jakub Dudziak, rzecznik prasowy Urzędu do Spraw Cudzoziemców, informuje, że na początku tego roku zezwolenia na pobyt miało 20 tys. obywateli, czyli o prawie 5 tys. więcej niż 1 stycznia 2018 roku. Dla porównania, w przypadku Ukraińców było to 179 tys. osób (145 tys. rok wcześniej). Zwykle prawo do przebywania w Polsce wiąże się z możliwością podejmowania pracy. Zdaniem eksperta, liczba obywateli Białorusi posiadających takie dokumenty będzie dalej rosnąć.

Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich
Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich

– Już teraz plasują się za Ukraińcami, jednak jest ich, według różnych oszacowań, 10-20 razy mniej. W 2018 roku w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych było zarejestrowanych ponad 420 tys. przybyszów z Ukrainy i przeszło 34 tys. Białorusinów. Podobne dysproporcje widać w zezwoleniach na pracę czy zaświadczeniach pracodawców o zamiarze powierzenia stanowiska obcokrajowcowi. Jednym z powodów tego stanu jest kilkakrotnie mniejsza liczba mieszkańców tego kraju – mówi Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP).

W ocenie Karoliny Korzeniewskiej, Account Executive CEE w firmie Antal, pracujących w Polsce Białorusinów jest co najmniej dwukrotnie więcej od tych z pozwoleniem na pobyt stały. Trudno podać dokładne dane ze względu na liczną grupę cudzoziemców przebywających w naszym kraju nielegalnie i działających w tzw. szarej strefie. Natomiast z punktu widzenia rynku pracy nie ma różnicy między obywatelami obu państw. Są obecni w wielu sektorach branżowych, ale nie stanowią zagrożenia dla polskich pracowników ze względu na brak rąk do pracy.

– Sytuacja obywateli Białorusi jest korzystniejsza niż Ukraińców. Wielu posiada Kartę Polaka, ułatwiającą znalezienie stabilnego zatrudnienia i zorganizowanie sobie życia w naszym kraju. Widzimy w ich przypadku relatywnie większy odsetek osób z umowami o pracę. Przybysze znad Dniestru częściej pracują na podstawie oświadczeń pracodawców o zamiarze zatrudnienia ich na okres pół roku. Z kolei większość pracowników z Ukrainy działa tymczasowo w oparciu o umowy cywilno-prawne lub w sposób nieformalny – uważa ekspert z FPP.

Według specjalistów, taka sytuacja powoduje, że Ukraińcy, mimo wysokich kwalifikacji, często podejmują prostsze prace. Białorusini zwykle wykonują zawody zgodne z ich wykształceniem. Praktycznie nie widać ich w rolnictwie, ale są obecni m.in. w sektorach przemysłowym, budowlanym i transportowym. Najmłodsi podejmują się każdej pracy, przede wszystkim w miastach. Ci z wyższym wykształceniem są cennym nabytkiem dla centrów usług wspólnych. Dobrze znają języki obce, szczególnie angielski, niemiecki i francuski. Mają kompetencje, których na krajowym rynku już teraz mocno brakuje.

Migracja bez przymusu

– Jeżeli w przypadku Ukrainy powodem emigracji zarobkowej są problemy gospodarcze i polityczne po rosyjskiej agresji, to z Białorusi przyjeżdżają osoby szukające lepiej płatnych zajęć. Gospodarczo Mińsk radzi sobie lepiej niż Kijów, ale Polska pozostaje atrakcyjna, oferując wyższe zarobki i lepszy komfort życia. Wciąż jesteśmy bliżej Zachodu, ale może się okazać, że pracujący tu cudzoziemcy traktują nas tylko jako przystanek na drodze do bardziej rozwiniętych państw europejskich – sądzi eskpert z Antala.

Z kolei, zdaniem głównego ekonomisty FPP, w przypadku Ukraińców mieliśmy do czynienia z masową imigracją obejmującą szeroki przekrój społeczeństwa. Migracje z Białorusi nie są wymuszone trudną sytuacją ekonomiczno-polityczną. W tym kraju PKB na osobę jest dwukrotnie wyższe niż nad Dniestrem, choć zdecydowanie niższe od polskiego. Ale to wystarcza, by przyjezdni poszukiwali wybranej, atrakcyjnej pracy, a nie jakiejkolwiek pozwalającej na utrzymanie pracownika i jego rodziny. A napływ siły roboczej z obu krajów będzie trwał dopóty, dopóki utrzyma się dobra koniunktura gospodarcza w Polsce.

– Choć liczba pracowników z Białorusi rośnie w tempie szybszym niż tych z Ukrainy, ci drudzy nie zostaną wyparci z naszego rynku pracy. Ta grupa jest kilkukrotnie liczniejsza. Zresztą populacja naszego północno-wschodniego sąsiada jest cztery razy mniejsza od ukraińskiej. Z punktu widzenia krajowych pracodawców, jeśli ktoś dobrze wykonuje swoją pracę, narodowość nie ma znaczenia. Natomiast mam nadzieję, że Białorusini bardziej zadbają o swoje prawa. Rynek kandydata się utrzymuje i kandydaci częściej niż kiedyś wymagają legalnego zatrudnienia na równych warunkach z Polakami – przekonuje Karolina Korzeniewska.

W opinii Łukasza Kozłowskiego, nie można mówić o potencjalnej konkurencji, bo obywatele obu narodowości uzupełniają braki rąk do pracy na naszym rynku, zatem jedni nie będą zastępować drugich. Różny jest potencjał demograficzny obu krajów i powody przyjazdów do Polski. Wciąż nasilony ruch emigracyjny z Ukrainy potęguje ten efekt i dlatego Białorusini są być może nawet 20-krotnie mniejszą grupą zagranicznych pracowników. Ekspert przewiduje, że w nadchodzących latach dysproporcja może się delikatnie zmniejszać, ale wciąż pozostanie duża.

Potrzeba dywersyfikacji źródeł finansowania emerytur

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) wskazują, że większa różnorodność strumieni finansujących wypłatę emerytur jednoznacznie poprawia poziom bezpieczeństwa systemu emerytalnego. Dzięki wprowadzeniu PPK, Fundusz Ubezpieczeń Społecznych – który obecnie pobiera 97% składek i wpłat emerytalnych – przestanie być instytucją, od składek na rzecz której niemal w całości zależy dochód ubezpieczonych w okresie emerytury. Z tego względu za korzystne z punktu widzenia sytuacji przyszłych emerytów należy uznać wdrożenie najnowszej rządowej propozycji reformy OFE.

Jednym z podstawowych wyznaczników poziomu bezpieczeństwa systemu emerytalnego – w szczególności w okresie rosnących wyzwań związanych ze starzeniem się społeczeństw oraz stabilnością finansów publicznych – jest stopień dywersyfikacji źródeł finansowania wypłacanych świadczeń. Według prognoz ZUS, deficyt w polskim powszechnym systemie emerytalnym osiągnie najwyższe wartości w relacji do PKB w latach 2025-2030. Wynika to z zachodzących procesów demograficznych – zmieniających relację ubezpieczonych do świadczeniobiorców oraz z kontynuacji wypłat emerytur – których wysokość była ustalana w oparciu o zasady określone przed reformą z 1999 r.

Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)
Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)

„Poprawa bezpieczeństwa będzie przede wszystkim dotyczyła tych ubezpieczonych, którzy nie zrezygnują z uczestnictwa w PPK. Składki do OFE stanowią część obowiązkowej składki emerytalnej, w związku z czym ich rola nie ma bezpośredniego wpływu na łączny poziom składek i wpłat o charakterze emerytalnym. Jednak reforma OFE będzie miała wpływ na skłonność do uczestnictwa w PPK oraz pozostałych formach oszczędzania długoterminowego. Z tego względu za najkorzystniejsze z punktu widzenia sytuacji przyszłych emerytów należy uznać wdrożenie najnowszej rządowej propozycji reformy OFE. Im wyższy uzyskuje się poziom finansowania w systemie emerytalnym oraz programach długoterminowego oszczędzania, tym w oczywisty sposób można oczekiwać proporcjonalnie wyższych świadczeń i wypłat w przyszłości” – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich
Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich

„Tym, co może ubezpieczonym zapewnić efektywnie funkcjonujący filar kapitałowy w połączeniu z programami dobrowolnego oszczędzania, jest większa różnorodność strumieni finansujących wypłatę emerytur. W ten sposób mogą zostać złagodzone skutki materializacji jednego z istniejących czynników ryzyka, np. pogorszenia sytuacji na krajowym rynku pracy. To negatywnie odbija się na przypisie składki determinującym finalną wysokość świadczeń w bazowym systemie repartycyjnym, ponieważ emerytura z II oraz III filaru powiązana jest również z wynagrodzeniem czynnika kapitału, a część aktywów funduszy emerytalnych stanowią zagraniczne akcje oraz papiery wartościowe pozostałego typu” – wskazuje Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

FPP i CALPE dokonały analizy wpływu na bezpieczeństwo finansowe emerytów, skłonność do oszczędzania, rynek kapitałowy, gospodarkę i finanse publiczne 5 scenariuszy zmian polskiego systemu emerytalnego:

  1. status quo, zakładający utrzymanie w kolejnych latach dotychczas obowiązującego stanu prawnego à wskaźnik partycypacji w PPK na poziomie 60% wśród uprawnionych osób 
  2. wprowadzenie dobrowolności w zakresie przeniesienia 100% aktywów członka OFE do IKE lub ZUS, zgodnie z najnowszą propozycją rządu à wskaźnik partycypacji w PPK na poziomie 75% wśród uprawnionych osób
  3. wdrożenie Programu Budowy Kapitału, zakładający realizację rządowych propozycji z lipca 2016 r. à wskaźnik partycypacji w PPK na poziomie 70% wśród uprawnionych osób
  4. całkowite przejęcie aktywów OFE przez FRD à wskaźnik partycypacji w PPK na poziomie 40% wśród uprawnionych osób
  5. reforma OFE à wskaźnik partycypacji w PPK na poziomie 75% wśród uprawnionych osób

W 2021 r., po pełnej implementacji reformy PPK, udział wpłat w systemie kapitałowym w scenariuszu bazowym oraz scenariuszach zakładających wdrożenie obecnego i wcześniejszego wariantu rządowej propozycji rośnie do 15-16%. Udział na poziomie prawie 20% jest możliwy do osiągnięcia dzięki reformie OFE, a w przypadku ich nacjonalizacji osiągnięty zostałby udział jedynie na poziomie 9%.

Czterodniowy tydzień pracy? Pracownicy mówią tak!

  • Ponad polowa europejskich pracowników wolałaby pracować w cyklu czterodniowym.
  • Z największym entuzjazmem do tej koncepcji podchodzą Hiszpanie, Brytyjczycy, Holendrzy i Francuzi.
  • W Polsce taką opcję preferowałoby 37 proc. pracowników

Firma ADP® przeprowadziła badanie wśród ponad 10 tys. europejskich pracowników na temat czterodniowego tygodnia pracy. Okazało się, że aż 56 proc. ankietowanych wolałoby pracować przez 4 dni w tygodniu. Co ciekawe, taki system ma też sporo zwolenników w Polsce. Pomimo, że w Polsce nie odbyła się jeszcze debata publiczna dot. tego typu zmian na rynku pracy, to aż 37 proc. ankietowanych deklaruje, że zdecydowałoby się na taki kształt pracy.

Badanie „The Workforce View 2019” przeprowadzone przez firmę ADP® daje wgląd w kluczowe zagadnienia, przed jakimi stają obecnie pracownicy i pracodawcy w Europie. Temat czterodniowego tygodnia pracy jest w ostatnich latach poruszany coraz częściej, a takie rozwiązanie mogłoby zrewolucjonizować produktywność, poprawić równowagę pomiędzy życiem osobistym a zawodowym pracowników i obniżyć poziom stresu. Biorąc pod uwagę, że taką zmianą są coraz bardziej zainteresowani sami pracownicy, wyniki badań wskazują, że pracodawcy powinni zacząć podchodzić do tej koncepcji bardzo poważnie.

W sytuacji, gdy produktywność, równowaga pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym
i różnorodność miejsc pracy plasują się wysoko na liście kluczowych kwestii dla firm w Europie, krótszy tydzień pracy mógłby być odpowiednim rozwiązaniem. Badania wykazały, że w wielu przypadkach pracownicy, pracując w ten sposób, mogą uzyskać takie same osiągnięcia, jednocześnie ciesząc się lepszą równowagą między życiem prywatnym a zawodowym. Jest to więc koncepcja, na której korzystają wszyscy, zarówno pracownicy, jak i pracodawcy
– mówi o wynikach badań Anna Barbachowska, Country HR Business Partner ADP Polska.

Czterodniowy tydzień pracy ma w Polsce najwięcej zwolenników wśród osób, które są na półmetku swojej kariery – 41 proc. osób w wieku od 35 do 44 lat twierdzi, że wolałaby pracować w ten sposób. Może być to spowodowane wyzwaniami związanymi z łączeniem życia zawodowego z życiem rodzinnym oraz z innymi obowiązkami. Są oni jednocześnie grupą, która najchętniej zdecydowałaby się na obniżkę płac w zamian za mniejszą liczbę godzin pracy (11 proc.).

Koncepcja czterodniowego tygodnia pracy jest najbardziej popularna wśród pracowników w Hiszpanii (62,6 proc.), Wielkiej Brytanii (61,2 proc.), Holandii (60,4 proc.) i Francji (60,4 proc.). Mieszkańcy Wielkiej Brytanii najchętniej wybraliby czterodniowy tydzień pracy ze zmniejszonym wynagrodzeniem (16,3 proc.).

Istnieją przesłanki świadczące o tym, że czterodniowy tydzień pracy mógłby pomóc wspierać funkcjonowanie obu płci w miejscu pracy – dzięki takiemu rozwiązaniu pary mogłyby łatwiej zarządzać obowiązkami rodzinnymi i więcej kobiet mogłoby w pełni korzystać z możliwości zawodowych. Wreszcie – jest to pozytywne rozwiązanie dla dobrostanu i zaangażowania pracowników, które stanowią bardzo istotne czynniki dla prowadzenia firm – komentuje Anna Barbachowska, Country HR Business Partner ADP Polska.

Badanie Veeam: przez nieodpowiednie zarządzanie danymi firmy mogą tracić 20 mln USD rocznie

Jak wynika z raportu „Veeam Cloud Data Management Report”, dotyczącego zarządzania danymi w chmurze, 73 proc. firm nie zaspokaja potrzeb użytkowników w zakresie nieprzerwanego dostępu do aplikacji i danych. Wiele przedsiębiorstw chce zacząć korzystać z narzędzi do zarządzania danymi w chmurze, aby lepiej spełniać wymagania w obszarze ochrony i wykorzystać potencjał tkwiący w posiadanych danych.

W ciągu ostatniej dekady ilość generowanych danych gwałtownie wzrosła. Wzrost ten jest tak szybki, że szacuje się, że w 2025 r. będziemy generować ponad 175 zetabajtów danych rocznie, czyli o prawie dwie trzecie więcej niż w roku 2018[1]. Przedsiębiorstwa muszą tymi danymi odpowiednio zarządzać i chronić je niezależnie od ich lokalizacji. Jednak – jak pokazują wyniki ostatniego badania opublikowanego przez Veeam® Software, lidera w zakresie rozwiązań do tworzenia kopii zapasowych, które umożliwiają zarządzanie danymi w chmurze (Cloud Data Management™) – 73 proc. organizacji przyznaje, że nie jest w stanie zaspokoić potrzeb użytkowników w zakresie nieprzerwanego dostępu do danych i usług. Kosztuje to przeciętną firmę aż 20 mln USD rocznie – negatywne konsekwencje przestojów mogą obejmować utratę przychodów, spadek produktywności i zaufania klientów. Z drugiej jednak strony z tegorocznego badania wynika, że przedsiębiorstwa podejmują działania, aby przeciwdziałać tym niekorzystnym zjawiskom – prawie trzy czwarte (72 proc.) ankietowanych zamierza wykorzystać inteligentne zarządzanie danymi, nierzadko za pomocą narzędzi chmury hybrydowej.

Raport Veeam Cloud Data Management Report na rok 2019 powstał na podstawie badania, w ramach którego w 13 krajach ankietowano ponad 1500 menedżerów wyższego szczebla, odpowiedzialnych za obszary biznesowe i informatyczne. Stwierdzono, że respondenci są świadomi znaczenia zarządzania danymi dla sukcesu ich przedsiębiorstw, a jako płynące z niego korzyści wymieniają większą wydajność bieżącą i szanse na wsparcie transformacji biznesowej w przyszłości.

Ratmir Timashev
Ratmir Timashev, współzałożyciel i wiceprezes Veeam ds. sprzedaży i marketingu

„Żyjemy w epoce danych, a przedsiębiorstwa powinny zrozumieć powagę sytuacji i aktywnie zadbać o ich skuteczną ochronę. Firmy muszą zarządzać danymi tak, aby były one zawsze dostępne. Muszą też wykorzystać ich wartość do zwiększania wydajności. Zapewnianie takiego poziomu powinno być obecnie standardem. Przedsiębiorstwa, które skutecznie zarządzają swoimi danymi, mają przed sobą możliwości i szanse na zdobycie przewagi nad konkurencją. Menedżerowie powinni się więc zastanowić, czy mają pewność, że ich dane biznesowe będą zawsze dostępne. Jeśli nie są co do tego przekonani, muszą działać. Nasze badanie dowodzi tymczasem, że wiele firm działa zbyt wolno” – powiedział Ratmir Timashev, współzałożyciel firmy Veeam i wiceprezes działu sprzedaży i marketingu.

Przedsiębiorstwa stawiają na wykorzystanie możliwości takich technologii jak chmura lub chmura hybrydowa, Big Data, sztuczna inteligencja i Internet rzeczy. Zakłada się, że inwestycje w technologie tego typu w roku 2019 wyniosą średnio 41 mln USD. Prawie połowa respondentów przyznała, że ochrona danych jest niezbędna do wydobycia potencjału z tych inwestycji. Niepokoi jednak fakt, że tylko 37 proc. przedsiębiorstw ma duże zaufanie do aktualnie używanych rozwiązań w zakresie tworzenia kopii zapasowych, a większość (73 proc.) przyznaje, że nie jest w stanie zaspokoić potrzeb użytkowników. Utrudnia to wdrażanie narzędzi i procesów, które mogą przynieść firmie przewagę nad konkurencją, lecz menedżerowie zdają sobie sprawę z czekającej ich przedsiębiorstwa pracy. Ponad połowa ankietowanych chce wdrożyć inteligentne zarządzanie danymi i rozwiązania wielochmurowe w całej firmie, aby stawić czoła tym problemom.

Wdrożenie narzędzi cyfrowych niesie ze sobą znaczne korzyści – zdaniem firm generują one średnio 124 mln USD dodatkowych przychodów rocznie (na przedsiębiorstwo). Informacje te rzucają jednak światło na globalne rozbieżności w obszarze wdrażania narzędzi cyfrowych. Niektóre z największych gospodarek świata mogą być zmuszone do nadrabiania zaległości w dziedzinie inwestycji w innowacje cyfrowe. 41 proc. przedsiębiorstw japońskich i 48 proc. firm brazylijskich opisało swoje systemy zarządzania danymi jako dojrzałe – dla porównania, to samo stwierdziła tylko nieco ponad jedna czwarta przedsiębiorstw we Francji i Niemczech oraz tylko 11 proc. firm w Wielkiej Brytanii. Firmy japońskie i brazylijskie zamierzają zainwestować w ciągu najbliższych 12 miesięcy w inteligentne zarządzanie danymi średnio odpowiednio 105 mln USD i 73 mln USD, a więc znacznie więcej niż wynoszą średnie spodziewane inwestycje przedsiębiorstw w Wielkiej Brytanii (14 mln USD), Chinach (17 mln USD) i Stanach Zjednoczonych (38 mln USD).

„Obserwujemy obecnie rozwój zjawiska globalnego zbrojenia cyfrowego. Niektóre najbardziej rozwinięte gospodarki na świecie mogą pozostać w tyle, jeśli chodzi o wdrażanie technologii cyfrowych. Firmy muszą zadbać o właściwe fundamenty cyfrowe, aby w inteligentny sposób zarządzać swoimi danymi i chronić swoją przyszłość. W tym celu przedsiębiorstwa muszą być wewnętrznie zintegrowane, a obszary informatyczne i biznesowe muszą ze sobą współpracować i razem stawiać czoła wyzwaniom w zakresie kultury i umiejętności” – dodał Ratmir Timashev.

Droga do inteligentnego rozwoju biznesu

Raport Veeam Cloud Data Management Report na rok 2019 dowodzi, że przedsiębiorstwa dążą do korzystania z inteligentnych narzędzi cyfrowych. Dlatego wprowadzają takie technologie jak zarządzanie danymi w chmurze i sztuczna inteligencja, oferujące generowany w czasie rzeczywistym przegląd sytuacji w całym przedsiębiorstwie i możliwość świadomego działania na podstawie uzyskanych w ten sposób informacji. Badanie pokazuje, że firmy dążące do tego celu mają na całym świecie cztery punkty wspólne:

  1. Chmura – zarządzanie danymi w chmurze to kluczowy element realizacji inteligentnego zarządzania danymi. Trzy czwarte przedsiębiorstw używa platform oprogramowania jako usługi (SaaS). Wiele z nich korzysta z usług tworzenia kopii zapasowych i odtwarzania danych w chmurze, przy czym 51 proc. stosuje udostępniane jako usługi narzędzia kopii zapasowych (BaaS), a 44 proc. stawia na oferowane jako usługi rozwiązania do usuwania skutków awarii (DRaaS). Nie ma wątpliwości, że menedżerowie zdają sobie sprawę z zalet podejścia wielochmurowego i hybrydowego. Jako główne argumenty decydujące o wyborze takich rozwiązań wymieniają koszty, niezawodność, elastyczność i bezpieczeństwo danych.
  2. Kompetencje – przedsiębiorstwa muszą podnieść swoje kompetencje, aby mieć pewność, że ich pracownicy są w stanie korzystać z analiz danych i używać nowych, wdrażanych technologii. 9 na 10 firm uważa podnoszenie kwalifikacji w zakresie nowych technologii u personelu za element kluczowy dla odniesienia sukcesu w ich inicjatywach cyfrowych.
  3. Kultura – kluczowe znaczenie ma stworzenie kultury organizacyjnej, która jest elastyczna i otwarta na nowe technologie, dzięki czemu umożliwia ludziom rozwój razem z przedsiębiorstwem. Ponad dwie trzecie respondentów jest przekonanych, że kultura ich przedsiębiorstwie musi stać się bardziej otwarta na technologie cyfrowe.
  4. Zaufanie – przedsiębiorstwa muszą wypracować zaufanie do biznesowych narzędzi cyfrowych, opartych na silnych fundamentach w postaci danych. Obecnie tylko jedna czwarta respondentów jest w pełni przekonana, że jest w stanie sprostać swoim wyzwaniom cyfrowym.

Z raportu Veeam Cloud Data Management Report na rok 2019 wynika wyraźnie, że nadszedł czas na podjęcie działań. Niezbędne są solidne fundamenty cyfrowe, zapewniające objęcie danych mechanizmami tworzenia kopii zapasowych i ich nieprzerwaną dostępność. Gdy firma uzyska takie podstawy, może pewnie wdrożyć nowe inicjatywy cyfrowe, wykorzystać wartość biznesową i uzyskać przewagę nad konkurencją zarówno dziś, jak i w dalszej perspektywie oraz wydobyć potencjał z zarządzania danymi w chmurze.

Informacje o raporcie

Firma Veeam zleciła agencji Vanson Bourne, jednej z czołowych firm analitycznych w sektorze technologicznym, opracowanie i przeprowadzenie badania stanowiącego podstawę dla prezentowanego raportu. Wiosną 2019 r. analitycy Vanson Bourne zrealizowali kompleksową ankietę internetową z udziałem 1575 dyrektorów z 13 różnych krajów. Ankietę przeprowadzono w Australii, Brazylii, Chinach, Francji, Niemczech, Włoszech, Japonii, Meksyku, Holandii, Rosji, na Bliskim Wschodzie, w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Pełna wersja raportu jest dostępna na stronie: https://go.veeam.com/cloud-data-management-report-2019-pl.

[1] Raport IDC (2018) „The Digitization of the World From Edge to Core”

Analityka pozwala spełnić marzenie o pustych magazynach

Jaki widok cieszy specjalistę odpowiadającego za planowanie produkcji na koniec okresu rozliczeniowego? Puste magazyny, które niebawem zapełnią się nowymi produktami. Oznacza to, że towar został sprzedany, a prognozy dotyczące zapotrzebowania były trafne. Osiągnięcie tego celu nie jest możliwe bez wsparcia systemów analitycznych, które stają się coraz ważniejszym ogniwem łańcucha sprzedaży i produkcji.

Zapotrzebowanie na dany produkt czy usługę powinno stanowić punkt wyjścia dla prognoz sprzedażowych oraz procesu planowania produkcji. Tworzenie ich na podstawie archiwalnych danych nie gwarantuje sukcesu w świecie, w którym trendy zmieniają się niezwykle szybko. Niezbędne jest właściwe:

  • określenie zapotrzebowania na surowce i zabezpieczenie stanów magazynowych,
  • stworzenie harmonogramu produkcji,
  • zarządzanie gniazdami i maszynami produkcyjnymi,
  • przeprowadzenie kontroli jakości,
  • określenie cen poszczególnych produktów,
  • dystrybucja i rozmieszczenie towaru w placówkach.

3,2,1… sprzedaż

Jak wynika z badania ShopAlike „Od kliknięcia do zakupu” czas, jaki potrzebuje klient na podjęcie decyzji o nabyciu towaru różni się w zależności od kategorii produktu i może wynosić od niewiele ponad godziny do nawet kilkunastu dni. Z perspektywy pracowników działu planowania produkcji czasu jest zawsze zbyt mało, gdyż jeżeli zabraknie danego produktu, klient uda się do konkurencji. Niezwykle ważne jest zatem wyeliminowanie czynników, które przyczyniają się do spowolnienia pracy przedsiębiorstwa. Według danych SAS, 40% czasu specjaliści ds. planowania popytu poświęcają na zarządzanie danymi. Kolejne 30% ich czasu pracy konsumuje dostosowywanie prognoz sprzedażowych do zmiennych warunków rynkowych. Systemy analityczne pozwalają na automatyzację procesu planowania produkcji i sprzedaży, czego efektem jest wzrost satysfakcji klientów, którzy mają pewność, że nie zabraknie produktu, którego akurat potrzebują.

Inteligentna produkcja i sprzedaż

Systemy analityczne w procesie produkcji z powodzeniem wykorzystuje lider branży FMCG, firma Nestlé. Kluczem do sukcesu na trudnym rynku spożywczych produktów pakowanych jest umiejętność określenia lokalnego zapotrzebowania na określone dobra. Na tej podstawie tworzone są plany produkcyjne. Celem firmy jest uniknięcie nadmiernego zatowarowania i zamrożenia kapitału. Nestlé wykorzystuje systemy analityczne SAS w skali globalnej. Narzędzia umożliwiają również tworzenie prognoz produkcyjnych w oparciu o lokalne uwarunkowania, biorąc pod uwagę kontekst makroekonomiczny czy informacje dotyczące wydarzeń specjalnych, takich jak imprezy kulturalne czy sportowe.

Rozwiązania klasy Manufacturing Analytics umożliwiają m.in. określenie efektywności wykorzystania maszyn i urządzeń, automatyzację i optymalizację dystrybucji zapasów, czy zarządzanie procesem zamówień. Ich działanie uzupełniają platformy Customer Intelligence pozwalające zidentyfikować bodźce biznesowe, a także zebrać i przetwarzać dane dotyczące aktywności klientów. Systemy te łączą w sobie zaawansowaną technologię i analitykę z rozwiązaniami marketingowymi, umożliwiając tym samym analizę oraz lepsze zrozumienie informacji czy prognozowanie przyszłych zachowań konsumentów.

Eksperci SAS wskazują, na jakie elementy powinni zwrócić uwagę specjaliści ds. sprzedaży i produkcji, wykorzystując analitykę biznesową – co pozwoli im właściwie określić zapotrzebowanie rynkowe:

  1. Bądź o krok przed konkurencją: Określ zapotrzebowanie, gdy ono powstanie, nie gdy zostanie zaspokojone i na tej podstawie zaplanuj produkcję.
  2. Nie trać czasu na tworzenie ogólnych modeli zapotrzebowania. Wykorzystaj modele behawioralne do stworzenia profilu danego klienta. Twórz na ich podstawie oferty, które będą odpowiadały jego potrzebom w danym momencie.
  3. Wykorzystaj potencjał danych do określania w jaki sposób oraz kiedy tworzy się zapotrzebowanie na dany produkt lub usługę m.in. na podstawie analizy danych z mediów społecznościowych.

Cedrob otworzył wytwórnię pasz w Ligocie Dolnej

Zakład w Ligocie Dolnej koło Kluczborka zwiększy moce produkcyjne Cedrob Pasze o 30 tys. ton miesięcznie i pozwoli na produkcję ponad miliona ton pasz rocznie. Tym samym udział spółki w tym segmencie w Polsce wzrośnie do blisko 15%. Cedrob Pasze wyprodukuje w 2019 r. nawet 1,2 mln ton pasz.

Grupa Cedrob staje się znana już nie tylko z produkcji drobiu i wieprzowiny. Coraz intensywniej rozwija się też w produkcji pasz. Nowo otwarta wytwórnia pasz w Ligocie Dolnej pozwoli na wzrost mocy wytwórczych firmy nawet do 135 tys. ton miesięcznie.

Wytwórnia Pasz w Ligocie Dolnej– Inwestycja w Ligocie Dolnej pozwoli nam na sprawniejsze zaopatrywanie w pasze hodowców na południu Polski. Oficjalne otwarcie wytwórni pasz to kolejny krok w realizacji modelu „od ziarna do stołu” i silny impuls rozwojowy dla obszarów rolniczych tego regionu. W rejonach, w których działamy, opieramy współpracę z rolnikami na zaufaniu i uczciwych zasadach. Tak samo będzie na Opolszczyźnie – mówi Czesław Szlagowski, dyrektor wytwórni pasz w Ligocie Dolnej koło Kluczborka.

Wytwórnia Pasz w Ligocie dolnej 2Obiekt w Ligocie Dolnej produkować będzie głównie pasze dla trzody chlewnej, które dostarczane będż do hodowców współpracujących z firmą na zasadzie umów kontraktacyjnych oraz w ramach programu Gobarto 500. Co ważne, firma zamierza w dalszym ciągu zaopatrywać się w zboża u polskich rolników. W 2017 r. Cedrob Pasze skupił niemal 900 tys. ton polskich zbóż (pszenicę, kukurydzę, pszenżyto, owies, rzepak, żyto i jęczmień). Nowa wytwórnia powinna zwiększyć roczne zapotrzebowanie na surowce o około 30%. Obecnie z Grupą współpracuje blisko 8 tys. producentów zbóż z całej Polski. Grupa Cedrob już dziś zapowiada kolejne inwestycje w tym segmencie.

Nowo otwarta wytwórnia to jeden z najnowocześniejszych obiektów w kraju. Jest wyposażony m.in. w specjalistyczną linię do gotowania zbóż, co umożliwia „żelatynizację” zawartej w zbożach skrobi. Dzięki temu poprawia się zarówno pobranie paszy (wzrost smakowitości), jak również efektywność jej wykorzystania (rozłożenie skrobi na cukry proste poprawia ich przyswajalność). Dodatkowo, dzięki wysokiej temperaturze oraz długiemu czasowi trwania procesu poprawi się również bezpieczeństwo biologiczne przetwarzanego surowca. Jest to ważne przede wszystkim przy żywieniu prosiąt.

Cedrob Pasze to marka pełnowartościowych i uzupełniających produktów paszowych dla drobiu i trzody chlewnej. Funkcjonuje w strukturach Grupy Cedrob od 2007 roku. W ciągu ostatnich lat działalności marka rozwijała się niezwykle dynamicznie. Od 2008 roku udział w rynku mieszanek paszowych sygnowanych marką zwiększył się ponad trzykrotnie. Obecnie w ramach Cedrob Pasze działają jedne z najnowocześniejszych, w pełni zautomatyzowanych obiektów w Polsce – w Gumowie, Raciążu, Rypinie i Ligocie Dolnej. W skład oferowanych produktów wchodzą: mieszanki paszowe dla kurcząt rzeźnych, indyków rzeźnych, kur stad reprodukcyjnych mięsnych i nieśnych, a także kur towarowych, kaczek, gęsi oraz trzody chlewnej. W sprzedaży są pasze zarówno granulowane jak i kruszone, znacznie lepiej przyswajalne przez zwierzęta.

71% internautów obawia się kradzieży tożsamości w sieci

Według danych firmy F-Secure[1] niemal 3 na 4 osoby obawiają się cyberataków lub kradzieży swojej tożsamości. 73% wyraziło podobny strach o bezpieczeństwo swoich dzieci. To więcej niż w przypadku wypadków samochodowych, przed którymi obawy ma 66% respondentów.

Zagrożenia w trybie 24/7

Nasze dane są w sieci przez całą dobę, 7 dni w tygodniu. Na stronie Troya Hunta Have I been Pwned odnotowano ponad 7 858 mln kont[2], których dane zostały skradzione, co oznacza, że jest ich już więcej niż ludzi na ziemi. Nawet użytkownicy dbający o bezpieczeństwo w sieci mogą stać się ofiarą przejęcia konta lub kradzieży tożsamości. Wystarczy, że serwis, z którego korzystają, zostanie zaatakowany przez hakerów.

Powszechnie korzystamy z internetu, jednak nie zawsze wiemy, jakie informacje o nas są zbierane i gdzie są przechowywane. Tymczasem dane przetwarzane w firmach i usługach chmurowych stają się coraz bardziej atrakcyjnymi celami dla cyberprzestępców, którzy kradną z nich ogromne ilości informacji o użytkownikach – wskazuje Kristian Järnefelt, wiceprezes ds. cyberbezpieczeństwa konsumentów w firmie F-Secure.

Powszechne ataki, miliardy strat

Obawy_bezpieczeństwoPonad połowa (51%) internautów ma bliską osobę, która padła ofiarą cyberprzestępcy, a jeden na czterech użytkowników został dotknięty kilkoma formami cyberataku[3]. Najczęściej spotykanymi zagrożeniami są złośliwe oprogramowanie lub wirusy oraz oszustwa związane z kartami kredytowymi, SMS-ami i połączeniami telefonicznymi. „Tradycyjne” cyberataki są nadal bardziej powszechne niż kradzież tożsamości lub przejęcie konta, jednak liczba tych ostatnich stale rośnie. Koszty oszustw polegających na otwieraniu nowych kont z wykorzystaniem skradzionych danych użytkowników zwiększyły się z 3 mld dolarów w 2017 r. do 3,4 mld w 2018 r[4].Najczęstsze_incydenty

Jak się chronić?

Podstawowym środkiem ostrożności jest tworzenie unikalnych, silnych haseł do każdej usługi oraz korzystanie z programów zabezpieczających urządzenia i prywatność, które zneutralizują np. ataki phishingowe oraz złośliwe oprogramowanie. Bardziej zaawansowaną ochronę zapewni także oprogramowanie umożliwiające korzystanie z wirtualnej prywatnej sieci (VPN), dzięki czemu dane zabezpieczone są m.in. podczas korzystania z publicznych sieci Wi-Fi.

Po kradzieży danych osobowych ich odzyskanie jest niemożliwe. Użytkownicy mogą przy tym być nieświadomi takiego incydentu przez lata. Bezpieczeństwo tożsamości zależy od czasu jeśli konsumenci będą w stanie zareagować wystarczająco szybko, przestępcy prawdopodobnie stwierdzą, że skradzione informacje są bezużyteczne – podkreśla Kristian Järnefelt.

[1] Badanie F-Secure Identity Protection Consumer (B2C) przeprowadzono w maju 2019 r., we współpracy z Grupą Toluna. Wzięło w nim udział 3600 respondentów z USA, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Szwajcarii, Holandii, Brazylii, Finlandii, Szwecji i Japonii), w wieku powyżej 25 lat.

[2] Stan na 27 maja 2019 r.

[3] Badanie F-Secure Identity Protection Consumer

[4] Według badania Javelin Strategy & Research, 2019 Identity Fraud Study, https://www.javelinstrategy.com/coverage-area/2019-identity-fraud-report-fraudsters-seek-new-targets-and-victims-bear-brunt

Gołębi Fed w obliczu pogarszających się danych makro

Rynki zdają się sparaliżowane nadmiarem negatywnych informacji i w obecnym otoczeniu konsolidacja to najlepsze, co może się stać. Inwestorzy drążą temat nieuchronnych obniżek stóp procentowych Fed w obliczu pogarszających się danych makro.

Rozpoczęta wczoraj dwudniowa konferencja naukowa Fed obfituje w wypowiedzi bankierów centralnych i przekaz generalnie pozostaje gołębi. Prezes Fed Powell nie zasugerował bezpośrednio szykowania się banku do obniżki stóp procentowych, ale pozostawił sobie furtkę dla takiej decyzji. We wtorek stwierdził, że Fed będzie prowadził taką politykę, by utrzymać ekspansję amerykańskiej gospodarki, ale jednocześnie zaznaczył, że władze monetarne bardzo wnikliwie analizują wpływ wojen handlowych na procesy w sferze realnej. Inwestorzy bez zawahania odczytują to, że jeśli wojny handlowe szkodzą ożywieniu, Fed będzie łagodził politykę. Może nie już teraz i być może dyskontowanie 60 proc. szans na cięcie w lipcu to za dużo, ale rynek nie ma podstaw, by rezygnować z oczekiwań jednej lub dwóch obniżek do końca 2019 r. A wciąż jest pole do pogłębienia pesymizmu, biorąc pod uwagę, że fundamenty gospodarki USA (jeszcze) pozostają solidne. Na jak długo? Dziś możemy się o tym przekonać wraz z odczytem ISM dla sektora usługowego. Rozczarowanie będzie podsycać spekulacje, że gospodarka USA wkracza na równie pochyłą. Dziś usłyszymy kolejne komentarze z Fed od Claridy, Bostica i Bowman. Szczególnie analizowane będą słowa wiceprezesa Claridy, który najmocniej porusza temat zapobiegawczych cięć stóp procentowych. Spekulacje o łagodzeniu Fed i presja na spadek rentowności obligacji skarbowych USA będą odciągać inwestorów od USD. Naszym zdaniem w obecnym klimacie najlepiej powinny sobie radzić JPY i CHF.

Czerwcowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej nie powinno przynieść wiele nowych informacji. Cokolwiek członkowie Rady chcą przedyskutować w kontekście ostatnich odczytów inflacji, PKB i sytuacji na rynkach światowych, z wnioskami lepiej się wstrzymać do kolejnego miesiąca, kiedy będzie gotowa nowa projekcja makroekonomiczna. Zaognienie wojen handlowych i słabe odczyty wskaźników gospodarczych z Chin, USA i strefy euro nakazują ostrożność w kształtowaniu polityki pieniężnej. Korzystne czynniki krajowe znoszą się z zagrożeniami zewnętrznymi (zaognienie wojen handlowych i słabe odczyty wskaźników gospodarczych z Chin, USA i strefy euro) i w takich warunkach w pełni uzasadnione jest podtrzymanie neutralnego nastawienia. Z perspektywy złotego przekaz RPP nie ma wpływu. Oczekiwania prezesa Glapińskiego o utrzymaniu stóp procentowych bez zmian nawet do końca kadencji obecnej Rady (w 2022 r.) nie są brane jako sztywna deklaracja, gdyż generalne przeświadczenie jest takie, że RPP nie zrobi nic, póki EBC nie przejdzie do podwyżek stóp procentowych. A skoro to drugie jest w najbliższych miesiącach mało prawdopodobne, tak i polityka pieniężna w Polsce będzie pozostawać w zamrożeniu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Aplikacja mobilna dla sklepu online – 5 powodów dlaczego warto

Murat Kalafat, dyrektor zarządzający Criteo w regionie Europa Wschodnia
Murat Kalafat, dyrektor zarządzający Criteo w regionie Europa Wschodnia

Aplikacje mobilne są ważnym ogniwem między marką, a detalistami i konsumentami z uwagi na to, że są kompatybilne z danym systemem operacyjnym i bardziej funkcjonalne niż strony internetowe, a ponadto prezentują ofertę sklepu na ekranie smartfonu. Obok wygody obsługi i możliwości promowania wizerunku marki istnieją dodatkowe powody, dla których właściciele marek i detaliści powinni w przyszłości zwiększać sprzedaż, bazując na aplikacjach. Murat Kalafat, dyrektor zarządzający Criteo w regionie Europa Wschodnia, wskazuje pięć trendów rynkowych decydujących o tym, że tradycyjny sklep internetowy bazujący na przeglądarce przestaje wystarczać jako jedyny kanał sprzedaży mobilnej.

Zakupy mobilne robimy już nie tylko przez Internet

Jedną z największych zalet aplikacji mobilnych jest to, że mogą korzystać z innych funkcji smartfonu, aby zapewnić konsumentom lepsze wrażenia zakupowe. Jeśli konsument zezwoli aplikacji na dostęp do aparatu lub funkcji lokalizacji, może np. korzystać z wyszukiwania produktów na podstawie zdjęć, a także funkcji tzw. rzeczywistości rozszerzonej oraz ofert specjalnych, dostępnych w określonych lokalizacjach. Użytkowniczki aplikacji mobilnej francuskiej drogerii Sephora mogą np. skorzystać ze specjalnej funkcji wirtualnej pomadki i „nałożyć” dany kolor na usta, aby ułatwić wybór odcienia. Z uwagi na fakt, że drogerie Sephora są otwierane na rynkach lokalnych poza Francją, firma może wzbogacić wrażenia zakupowe o informacje o dostępności produktów wyświetlane na specjalnych monitorach w strefie kas. Dzięki temu w przyszłości granice między zakupami mobilnymi i handlem stacjonarnym będą się stopniowo zacierać. Mobilne sklepy internetowe oferują jedynie ograniczoną możliwość integracji z aplikacjami tego rodzaju i przy większym nakładzie pracy.

Coraz więcej osób robi zakupy za pośrednictwem Instagrama

Od czerwca 2018 roku Instagram oferuje markom i detalistom promującym swoje produkty tzw. posty organiczne z możliwością robienia zakupów. Użytkownik serwisu zainteresowany jednym z przedstawionych produktów może kliknąć post, aby zostać przekierowanym do odpowiedniej strony sklepu internetowego. Linki na Instagramie cechuje bardzo wysoki współczynnik konwersji, ponieważ oferują one użytkownikom bardzo wygodny dostęp do interesujących ich produktów. Co miesiąc aż 90 milionów użytkowników aktywnie korzysta z postów zakupowych. Linki prowadzą do odpowiedniej strony sklepu mobilnego, a aplikacja otrzymuje stamtąd informacje o cenie itp. Serwis Instagram testuje obecnie funkcję robienia zakupów bezpośrednio w aplikacji, co pozwoli utrzymać klientów na własnej platformie aż do finalizacji transakcji. Podmioty preferujące niezależność powinny oferować konsumentom własną aplikację i promować ją jako kanał sprzedaży bezpośredniej.

Konsumentom kupującym przez Internet zależy na spersonalizowanych wrażeniach zakupowych

Oferty trafiają w gusta konsumentów, jeśli są zbieżne z ich zainteresowaniami. W przypadku spersonalizowanych wrażeń zakupowych wszystko sprowadza się do danych. W przyszłości coraz ważniejszą rolę będą odgrywać inteligentne algorytmy odpowiedzialne za dostosowywanie ofert. Tego rodzaju zastosowanie sztucznej inteligencji wymaga stałego dopływu ogromnej ilości informacji w celu doskonalenia prognoz dotyczących potrzeb poszczególnych użytkowników. Dla przykładu, ponad 60 procent konsumentów z tzw. pokolenia Z oczekuje spersonalizowanych wrażeń zakupowych (wg raportu Criteo Gen Z Report 2018). Oczekiwania te łatwiej jest spełniać za pośrednictwem aplikacji mobilnych, wykorzystując m.in. rekomendacje produktowe lub kupony, niż w sklepach internetowych.

Dane o użytkownikach poprawiają jakość ofert

Wciąż nie wiadomo, jaki wpływ na jakość wrażeń zakupowych będą miały w przyszłości pliki cookie. Coraz więcej przeglądarek blokuje możliwość gromadzenia danych przez sklepy internetowe, mimo że pozwalają one markom informować konsumentów o ofertach i zapewniać pozytywne wrażenia zakupowe. Trend ten nie dotyczy aplikacji natywnych, ponieważ pozwalają one markom i detalistom na oferowanie konsumentom produktów odpowiadających ich preferencjom na podstawie identyfikatora sklepu. Przydaje się to w szczególności, gdy konsumenci robią zakupy przez Internet przy użyciu różnych urządzeń mobilnych.

Aplikacje działają lepiej

Choć nowi i okazjonalni konsumenci kupują często za pośrednictwem sklepów internetowych, użytkownicy aplikacji natywnych to najczęściej lojalni klienci, którzy pobrali daną aplikację świadomie. Z tego względu aplikacje natywne oferują znacznie lepszy zwrot z inwestycji. Z raportu Criteo Global Commerce Review (kwartał IV, 2018 r.) wynika, że ponad 50 procent wszystkich transakcji zakupowych w Europie jest obecnie realizowanych przy użyciu urządzeń mobilnych. Współczynnik konwersji aplikacji zakupowych jest aż sześciokrotnie wyższy w porównaniu ze sklepami internetowymi. Co więcej, z analiz Shopgate wynika, że konsumenci zdają się wydawać więcej podczas zakupów przez aplikację niż w sklepie internetowym przy użyciu przeglądarki. Średnia wartość koszyka klienta sklepu internetowego to 85 euro, natomiast w przypadku aplikacji mobilnych jest to 105 euro, a zatem o 24 procent więcej.

Konsumenci dzielą się na tych, którzy wolą kupować przez aplikację oraz tych, którzy nie chcą zaśmiecać smartfonu zbyt dużą liczbą aplikacji lub zwyczajnie wolą kupować przy użyciu przeglądarki, która daje możliwość porównania ofert kilku marek. Także w tym aspekcie zakupów mobilnych nie istnieje rozwiązanie uniwersalne. Jedno jest pewne – marki oferujące konsumentom jedynie ścieżkę dostępu do swoich produktów tracą klientów, którzy nie są do niej przekonani. Aplikacje zakupowe to nie tylko przydatne uzupełnienie sklepu internetowego, ale także skuteczna metoda zwiększania sprzedaży i wzmacniania pozycji rynkowej marki..

Prognoza długoterminowa kursu złotego do dolara i euro

Od początku roku polski złoty pozostaje jedną z najmniej zmiennych walut gospodarek wschodzących. Od sierpnia 2018 roku kurs EUR/PLN utrzymuje się w okolicy poziomu 4,30. A jakie są prognozy? Eksperci Ebury są optymistycznie nastawieni w kwestii perspektyw krajowej waluty.

Kurs EUR/PLN oraz USD/PLN (maj ‘18-maj ‘19)

kurs złoty euro i dolar wykresŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 31/05/19

Naszym zdaniem ograniczona zmienność kursu EUR/PLN w istotnym stopniu jest skutkiem stabilizacji na szerszym rynku. W ostatnich miesiącach kurs euro w parze z dolarem amerykańskim doświadczał co prawda umiarkowanej deprecjacji, niemniej jej skala była nieporównywalna ze zmianami notowanymi na początku 2018 i w 2017 roku. Obecnie rynki finansowe spodziewają się względnej stabilizacji głównej pary (EUR/USD) w obliczu relatywnie stabilnej polityki monetarnej Rezerwy Federalnej oraz Europejskiego Banku Centralnego.

Gospodarcza sytuacja kraju

Dane makroekonomiczne dla Polski z ostatnich kilku miesięcy w większości wspierały gospodarczy status quo. Na przełomie 2018 i 2019 roku obserwowaliśmy jednak znaczny spadek indeksu aktywności biznesowej PMI dla sektora przemysłu. Ankiety przeprowadzone wśród przedsiębiorstw sugerowały, że sytuacja w Polsce może ulec pogorszeniu ze względu na spowolnienie w strefie euro.

Ryzyko na szczęście nie uległo materializacji – faktyczne dane o dynamice produkcji przemysłowej w Polsce są dobre, w ostatnim czasie nieco wzrósł również sam indeks PMI.

Spowolnienie wzrostu gospodarczego w strefie euro najpewniej odciśnie swój ślad na sytuacji w Polsce. Warto jednak zwrócić uwagę, że już teraz okazuje się, że konsensus przeszacował to, jak polska gospodarka zareaguje na zmiany w bloku walutowym. Co więcej, w ostatnich tygodniach odczyty twardych danych makroekonomicznych w strefie euro są często lepsze od prognoz, co sugeruje, że obawy dotyczące pogorszenia sytuacji w gospodarkach bloku walutowego mogły być przesadzone.

Wzrost polskiego PKB w pierwszym kwartale bieżącego roku wyniósł 4,7% w ujęciu rocznym. Nawet bardziej imponujący okazał się wzrost w ujęciu kwartalnym, który znalazł się na poziomie 1,5%. Nowe dane potwierdzają silną ekspansję w krajowej gospodarce, która cieszy, tym bardziej że jej struktura zdaje się być całkiem zrównoważona i sugeruje utrzymanie wysokiej dynamiki również w dalszej części roku.

Dynamika PKB Polski w ujęciu rocznym (2009-2019)

Dynamika PKB Polski w ujęciu rocznymŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 31/05/19

Motorem wyższego PKB w Polsce pozostaje konsumpcja, którą wspiera dobra sytuacja na polskim rynku pracy. Stopa bezrobocia w Polsce jest jedną z najniższych w Europie, zatrudnienie w firmach jest wysokie, a nominalny wzrost wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw wynosi około 7% w ujęciu rocznym.

W poprzednich dwóch latach sytuacja na rynku pracy nie przełożyła się na wyższą presję inflacyjną w kraju. Sytuacja zaczęła się zmieniać w 2019 roku. W kwietniu inflacja bazowa wynosiła już 1,7%, co jest jej najwyższym poziomem od 2012 roku i oznacza wzrost o 1,10 p.p. w porównaniu z grudniem ubiegłego roku.  Względnie wysoki jest również wskaźnik cen konsumentów CPI, który w kwietniu wyniósł 2,2% w ujęciu rocznym. Warto też zauważyć, że wspomniany indeks niedawno doświadczył największego wzrostu w ujęciu miesięcznym od stycznia 2011 roku.

Inflacja w Polsce (2014-2019)

inflacja w polsceŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 23/05/19

Co dalej ze stopami procentowymi?

Kluczowe wskaźniki inflacji nadal znajdują się poniżej środka celu inflacyjnego Narodowego Banku Polskiego (2,5%, +/- 1p.p.), niemniej przyspieszenie wzrostu cen jest ewidentne i wspiera naszą prognozę o podwyżce stóp procentowych RPP na początku 2020 roku. Stopa referencyjna NBP utrzymuje się na poziomie 1,5% od marca 2015 roku. Od tego czasu polski bank centralny utrzymuje stanowisko „wait-and-see”.

Biorąc jednak pod uwagę dobrą sytuację na rynku pracy, rosnące wydatki publiczne oraz potencjalnie wyższą inflację w strefie euro, uważamy, że NBP będzie musiał zareagować. Presję na bank centralny mogą nakładać również szybko rosnące ceny mieszkań. Podkreślamy jednocześnie, że już teraz wśród decydentów pojawiają się pojedyncze głosy za podwyżkami stóp procentowych. Uważamy jednak, że po wyborach parlamentarnych, które odbędą się tej jesieni, liczba głosów za zacieśnieniem polityki monetarnej przybierze na sile, dzięki czemu na początku następnego roku w Polsce dojdzie do podwyżki stóp procentowych. Rynki nie wyceniają obecnie jakichkolwiek podwyżek stóp, stąd zarówno zmiana oczekiwań w tej kwestii, jak i sam wzrost kosztów pieniądza, w naszej opinii powinny doprowadzić do aprecjacji złotego.

Przechodząc do sytuacji fiskalnej warto zauważyć, że finanse publiczne mają się całkiem dobrze. Deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych w 2018 wyniósł około 0,4% PKB. W połączeniu z przyspieszającym wzrostem gospodarczym wskaźnik długu publicznego do PKB w kraju spadł do poziomu 48,9% PKB. Rząd planuje w najbliższym czasie zwiększyć transfery fiskalne, niemniej negatywny efekt dla finansów publicznych powinien zostać zbalansowany przez efekt zmian w systemie emerytalnym.

Wskaźnik długu publicznego do PKB Polski (2000-2018)

Wskaźnik długu publicznego do PKB PolskiŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 22/05/19

Prognozy Ebury

Rynkowy konsensus wierzy, że kurs pary EUR/PLN jeszcze długo pozostanie względnie stabilny. Widać to również w danych o implikowanej zmienności, które obliczane są na podstawie cen opcji. Rynkowa wycena zmienności kursu EUR/PLN wskazuje, że oczekiwana zmienność pary znajduje się na rekordowo niskim poziomie.

W kontekście perspektyw złotego jesteśmy nieco większymi optymistami niż rynek. W najbliższych kwartałach oczekujemy umocnienia waluty Polski. Uważamy jednak, że skala aprecjacji złotego będzie ograniczona oraz rozłożona w czasie. Tak jak wspominaliśmy w poprzednich aktualizacjach, uważamy, że czynniki zewnętrzne nie powinny wpłynąć negatywnie na kurs złotego. Z kolei dobra sytuacja w kraju powinna wspierać PLN. Nasza prognoza zakłada zatem umiarkowaną aprecjację złotego w parze z euro. Jeżeli na początku 2020 roku NBP zacznie podnosić stopy procentowe, PLN naszym zdaniem powinien zyskiwać zarówno na przełomie roku, jak i w 2020 roku.

Prognoza długoterminowa

  EUR/PLN USD/PLN
Q2-2019 4,27 3,70
Q3-2019 4,27 3,70
E-2019 4,25 3,70
Q1-2020 4,23 3,65
E-2020 4,20 3,55

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Sfinks planuje zwiększyć udział franczyzy w całej sieci do ponad 60%

Sfinks Polska – spółka zarządzająca sieciami Sphinx, Chłopskie Jadło, Piwiarnia Warki, Fabryka Pizzy i WOOK – w 2019 r. planuje zwiększyć udział franczyzy w całej sieci do ponad 60%. Po I kwartale roku spółka zarządzała 97 lokalami w tym modelu, co stanowiło 54% portfela. W planach na 2019 r. Sfinks ma także 2-3 inwestycje związane z objęciem mniejszościowych udziałów oraz uruchomienie nie mniej niż 20 nowych restauracji.

Systematyczny rozwój franczyzy to jeden z celów strategicznych restauracyjnej spółki, która chce, aby w tym modelu do 2022 r. działało 70-90% lokali. Jednym z kamieni milowych na drodze do osiągnięcia tego celu było przejecie pod koniec 2017 r. największej w Polsce sieci pubów – Piwiarnia Warki. W modelu franczyzowym działa też większość restauracji nowej marki rozwijanej przez Sfinksa – Fabryki Pizzy. Oprócz tego spółka prowadzi przekształcenia operatorskich restauracji Sphinx na franczyzę.

Sylwester Cacek
Sylwester Cacek

–  Spośród dziesięciu restauracji, które od stycznia do końca marca tego roku wypracowały najwyższe przyrosty sprzedaży, osiem działa we franczyzie. Najlepsza z nich zwiększyła w I kwartale obroty rok do roku o prawie 50%, mimo że było aż o osiem niehandlowych niedziel więcej. Pozostałe również osiągnęły kilkudziesięcioprocentową dynamikę przychodów. W tym systemie restaurator działa na własny rachunek, więc jest zmotywowany, by biznes prowadzić jak najlepiej. To według naszych doświadczeń najbardziej efektywny model i dlatego w rozwoju stawiamy przede wszystkim na to rozwiązanie zgodnie z założeniami strategii – mówi Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska.

Oprócz rozwoju modelu franczyzowego, elementem strategii Sfinksa jest rozbudowa portfolio uzupełniających się marek, tak by reprezentowały one wszystkie kluczowe segmenty rynku gastronomicznego. Jednym ze sposobów realizacji tego celu są akwizycje, w tym inwestycje w mniejszościowe pakiety udziałów. Na ten rok Sfinks chce przeprowadzić 2 lub 3 tego typu projekty przy jednoczesnym  rozwoju  sieci  w ramach dotychczasowych marek. W tym roku ma przybyć przynajmniej 20 nowych lokali, z czego 6 restauracji już zostało uruchomionych. Dodatkowo sieć wzbogaciła się w wyniku akwizycji także o dwa lokale Meta Seta Galareta i jeden Meta Disco.

Równolegle z rozwojem na rynku tradycyjnym gastronomiczna spółka umacnia się w segmencie delivery. Na koniec I kwartału 2019 r. usługę dostawy do klienta oferowały 54 restauracje. Firma zamierza jednak powiększać zasięg. Ma w tym pomóc rozwój tzw. kuchni multibrandowych, których pierwsze otwarcia zostały zaplanowane na ten rok. Są to punkty gastronomiczne, gdzie będą przygotowywane dania z menu różnych marek Sfinksa wyłącznie na zamówienie z dostawą. Oferta delivery jest realizowana poprzez zewnętrzne platformy internetowe oraz poprzez własny kanał sprzedaży – autorski serwis Smacznieiszybko.pl, który właśnie zyskał nową odsłonę. Jednym z nowoczesnych narzędzi wspomagających jego rozwój jest aplikacja internetowa Aperitif. To sposób dotarcia do klientów sieci Sfinksa, jak i program lojalnościowy. W tym roku spółka planuje przekroczenie progu 400 tys. użytkowników programu. Realizację wszystkich projektów wspomaga nowy system informatyczny – ANGUS, który działa już we wszystkich sieciach Sfinksa poza Piwiarnią Warki. Wdrożenie w pubach ma nastąpić w bieżącym roku.

– Nasza strategia rozwoju obejmuje wiele komplementarnych projektów, które mają przynosić owoce każdy z osobna, jak i prowadzić do efektów synergii. Część strategicznych dla nas projektów – jak system informatyczny czy rozwój kanału delivery – przeszła już całą fazę przygotowawczą i na ten rok planujemy zakończenie ich wdrożenia. Po trwającym w ostatnich latach okresie inwestycji finansowych i organizacyjnych, będziemy mogli od tego roku obserwować efekty tych prac. Zbudowaliśmy solidne fundamenty do rozwoju Sfinksa w kolejnych latach, co będzie przekładać się na budowanie przewag i umacnianie naszej pozycji na rynku – komentuje Sylwester Cacek.

Dlaczego outsourcing 3.0 to “must have” dla rozwoju sieci handlowych?

Outsourcing należy do najbardziej dynamicznie rozwijających się trendów biznesowych w skali całego świata. Również w Polsce, coraz więcej firm dostrzega korzyści płynące z tego typu rozwiązań. Na czym polega outsourcing najnowszej generacji i dlaczego jest to niezbędne narzędzie do rozwoju sieci handlowych?

Ktoś może zrobić coś lepiej

Sama koncepcja outsourcingu sięga roku 1923, gdy amerykański przemysłowiec, założyciel Ford Motor Company, Henry Ford wypowiada słynne słowa: „Jeśli jest coś, czego nie potrafimy zrobić wydajniej, taniej i lepiej niż konkurenci, nie ma sensu, żebyśmy to robili i powinniśmy zatrudnić do wykonania tej pracy kogoś, kto zrobi to lepiej niż my”. Pojęcie outsourcingu pochodzi z języka angielskiego od słów outside, resource, using. Dosłownie więc oznacza wykorzystywanie zewnętrznych zasobów. W praktyce jest to, jak pisze Michał Trocki, wydzielenie ze struktury organizacyjnej przedsiębiorstwa pewnych realizowanych przez nie samodzielnie funkcji i przekazanie ich do wykonania innym podmiotom ( M.Trocki, Outsourcing, Warszawa 2001).

Przykładowo w branży retail, proces otwierania lokali handlowych, mimo tego, że powtarzalny, jest zadaniem absorbującym, wymagającym specjalistycznej wiedzy z różnych obszarów działalności, funkcjonowania w przedsiębiorstwie odpowiednich działów, ciągłego rekrutowania kompetentnych pracowników oraz znajomości najnowszych rozwiązań technologicznych.

–  Przy dynamicznej realizacji planów ekspansji dobrze powierzyć niektóre procesy doświadczonym partnerom, którzy są w stanie przeprowadzić je kompleksowo – mówi Piotr Wroczek, Project Director Workshop.re. – Nasza firma jest partnerem sieci od projektu do momentu uzyskania niezbędnych zgód, potrzebnych do rozpoczęcia prac budowlanych w centrach handlowych i retail parkach, również poza granicami kraju – dodaje.

Od outsourcingu 1.0 do usług 3.0

Przez długi czas podstawowym czynnikiem przemawiającym na korzyść outsourcingu była przede wszystkim redukcja kosztów przedsiębiorstwa, polegająca na powierzaniu pewnych podstawowych zadań firmie, która wykona je taniej niż jest w stanie zrobić to wewnętrzny zespół. Tego typu outsourcing, nazywany pierwszą generacją, zaczął funkcjonować w latach 70. XX wieku. W jego obrębie znajdowały się głównie takie zadania jak ochrona, sprzątanie czy catering.

Rosnąca konkurencja i większe oczekiwania klientów sprawiły, że w połowie lat 80. XX w. wykształciła się druga generacja outsourcingu polegająca na oddelegowywaniu przez firmy procesów coraz bardziej powiązanych z ich kluczowymi kompetencjami. Oprócz dążenia do zmniejszenia kosztów, ważny stał się nacisk na poprawę jakości produktu, skrócenie czasu jego wprowadzania na rynek, jak również dostęp do unikalnych zasobów.

Dalszy rozwój konkurencji, zwłaszcza w obszarach, gdzie w bardzo szybkim tempie pojawiają się nowe możliwości technologiczne, wymusił potrzebę natychmiastowego reagowania na potrzeby klientów, ciągłego dostosowywania się oraz dążenia do nowoczesności. Tym samym wykształciła się kolejna, trzecia generacja outsourcingu, którego najważniejszą cechą jest zacieśnianie współpracy pomiędzy wyspecjalizowanym dostawcą usług a klientem. Tego typu outsourcing przejawia się redefinicją dotychczasowego modelu biznesowego. Firmy stają się dla siebie partnerami, a klienci są w stanie konkurować w oparciu o zasoby dostawcy.

Wiedza, technologia i kontakty

Outsourcing trzeciej generacji polega na poszukiwaniu specjalistów, dostępie do wiedzy i kompetencji ekspertów z konkretnych, często bardzo wąskich dziedzin. W branży retail, klient może stworzyć u siebie dział projektujący lokale w centrach handlowych, ale może też zlecić to doświadczonej firmie zewnętrznej, która wykonuje projekty dla sieci handlowych. Poza tym taki partner korzysta często z najnowszych rozwiązań technologicznych, które zapewniają wzrost konkurencyjności. Należy do nich m.in. współczesne środowisko projektowe BIM (ang. Building Information Modeling), coraz bardziej popularne w Europie, jednak w Polsce cały czas jeszcze słabo rozpowszechnione.

Przewagą BIM jest to, że to nie tylko sam projekt, ale też źródło danych. Model 3D oraz cała dokumentacja projektowanego sklepu znajduje się w chmurze. Dzięki temu dostęp do niego mają wszyscy uczestnicy procesu projektowego, wykonawcy, a przede wszystkim inwestor, dla którego jest to doskonałe narzędzie do nadzorowania całości i aktywnego uczestniczenia w projekcie – podkreśla Project Director Workshop.re. – Poza tym BIM umożliwia sprawne analizowanie kosztów oraz ilości potrzebnych materiałów poprzez generowanie zestawień, a także szybkie wyłapywanie błędów za pomocą stałego podglądu w 3D. Warto wspomnieć, że każda aktualizacja projektu jest od razu widoczna zarówno w modelu, jak i zestawieniach. W przyszłości z pewnością praca w BIMie stanie się czymś wręcz obowiązkowym – dodaje.

Poza wiedzą i technologią ważnym wyróżnikiem outsourcingu 3.0 jest uzyskanie dostępu do relacji. W branży retail będą to kontakty z różnymi centrami handlowymi i koordynatorami zarówno w kraju, jak i regionie CEE. Dzięki temu w sposób sprawny i kompleksowy firma jest w stanie przeprowadzić ekspansję sieci handlowej, uzyskując szereg niezbędnych zgód. Znajomość specyfiki konkretnego kraju oraz współpraca z lokalnymi partnerami, umożliwia projektowanie lokali, spełniających wszelkie wymogi prawne danego kraju.

Na zakończenie nasuwają się dobitne słowa premiera Singapuru Lee Kuan Yew: “Jeżeli dobrowolnie zrezygnujesz z outsourcingu procesów, które twoi konkurenci realizują poza organizacją, to wcześniej czy później twoja firma przestaje się liczyć na rynku”.

Niecertyfikowane preparaty do diagnostyki nowotworowej PET

NIK ustaliła, że skontrolowane publiczne ośrodki wykorzystywały do diagnostyki nowotworowej PET preparaty własnej produkcji, nieposiadające wymaganych certyfikatów jakościowych. Ponadto ich produkcja ruszyła w większości przypadków kilka lat później niż zakładano, a do tego są one droższe od radiofarmaceutyków sprowadzanych z zagranicy lub produkowanych przez prywatnych wytwórców w kraju.

Liczba badań PET (Pozytonowa Tomografia Emisyjna), wykorzystywanych głównie przy diagnostyce chorób onkologicznych, z roku na rok sukcesywnie rośnie, z korzyścią dla dokładniejszej diagnostyki pacjentów. Tym samym zwiększa się zapotrzebowanie na radiofarmaceutyki niezbędne do wykonywania tych badań. Oprócz podmiotów publicznych ich produkcją zajęły się także firmy prywatne.

PET (Pozytonowa Tomografia Emisyjna) – technika diagnostyczna medycyny nuklearnej, która dzięki wykorzystaniu zjawisk promieniotwórczych umożliwia ocenę procesów metabolicznych zachodzących w organizmie. Jej stosowanie wymaga wprowadzenia do organizmu znakowanej radioizotopem substancji (np. deoksyglukozy znakowanej fluorem 18F).

„Badanie pozytonowej tomografii emisyjnej jest zlecane pacjentom, u których stwierdzono nowotwór złośliwy, a za pomocą innych metod diagnostycznych nie można stwierdzić, gdzie znajduje się pierwotne ognisko choroby, lub w celu oceny rozległości procesu nowotworowego przed podjęciem decyzji o najbardziej odpowiednim leczeniu. Badanie PET jest bardzo czułe – umożliwia wczesne zdiagnozowanie zmian złośliwych, w tym przerzutów, co ma ogromne znaczenie dla skuteczności leczenia – mówi dr hab. n. med. Rafał Czepczyński z Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej. – Pozytonowa tomografia emisyjna jest zlecana także pacjentom po już przebytym leczeniu nowotworu złośliwego, ponieważ dzięki temu badaniu możemy stwierdzić, czy nie doszło do wznowy po leczeniu operacyjnym, jak również, czy stosowane leczenie nieoperacyjne, takie jak chemioterapia, daje dobre efekty i właściwą odpowiedź na leczenie”. (Źródło: Puls Medycyny)

Niecertyfikowane radiofarmaceutyki

Pierwszy w Polsce cyklotron, służący produkcji radiofarmaceutyków dopuszczonych do obrotu, zainstalował i uruchomił podmiot prywatny w 2012 r. Obecnie w Polsce funkcjonuje dziewięć cyklotronów, w tym cztery zakupione i zainstalowane przez podmioty publiczne.

Niecertyfikowane radiofarmaceutyki 2

Niecertyfikowane radiofarmaceutyki 3

Decyzję o uruchomieniu w podmiotach publicznych krajowej produkcji radiofarmaceutyków Minister Zdrowia podjął w 2005 r. Z przeprowadzonego wówczas rozpoznania wynikało m.in., że przyczyni się to do uniezależnienia od dostaw z zagranicy obarczonych ryzykiem niedostarczenia na czas prowadzenia badań w przypadku złych warunków atmosferycznych. Ponadto przewidywano obniżenie cen radiofarmaceutyków oraz wykorzystanie powstałych w ten sposób oszczędności do sfinansowania większej liczby badań. Miało to spowodować większą dostępność do nowoczesnych metod diagnostyki nowotworowej. W Narodowym Programie Zwalczania Chorób Nowotworowych (NPZChN) wyznaczono jasne zadania i cele. Produkcja radiofarmaceutyków powinna była zostać uruchomiona do końca 2011 r., ich cena miała być niższa od tych kupowanych z ośrodków poza granicami kraju. Poza tym w wytwarzane w podmiotach publicznych radiofarmaceutyki miały być zaopatrywane pracownie PET wyposażone w sprzęt (skanery PET-CT) zakupiony ze środków Ministerstwa Zdrowia i finansowane przez NFZ.

Łącznie na inwestycje związane z uruchomieniem produkcji radiofarmaceutyku FDG, najczęściej stosowanego w diagnostyce PET, Ministerstwo Zdrowia wydało, w ramach NPZChN, ponad 24 mln zł, a samorządy blisko 9 mln zł. NIK ocenia, że środki te nie zostały wydane efektywnie. Nie osiągnięto żadnego z zakładanych celów.

Finansowany przez Ministerstwo Zdrowia program budowy sieci ośrodków PET i uruchomienia produkcji radiofarmaceutyków objął Centrum Onkologii im. Prof. F. Łukaszczyka w Bydgoszczy, Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie Oddział w Gliwicach i Uniwersytet Warszawski. Ze środków samorządowych działania na rzecz uruchomienia produkcji radiofarmaceutyków podjęto także w Świętokrzyskim Centrum Onkologii w Kielcach oraz Wojewódzkim Wielospecjalistycznym Centrum Onkologii i Traumatologii im. M. Kopernika w Łodzi. Tymczasem tylko w jednym z pięciu badanych przez NIK podmiotów, które miały rozpocząć produkcję radiofarmaceutyków, inwestycje były przygotowane i przeprowadzone rzetelnie – w Centrum Onkologii w Łodzi. W pozostałych przypadkach produkcję uruchomiono z opóźnieniem, poniesiono wyższe nakłady niż planowano, bądź zmieniła się koncepcja działania ośrodka.

Uniwersytet Warszawski, który otrzymał od Ministerstwa Zdrowia 2 mln zł na zakup aparatury przeznaczonej do kontroli jakości produkowanego FDG, ze względu na nierzetelne przygotowanie przedsięwzięcia oraz przyjęcie przez Ministerstwo krótkich terminów realizacji inwestycji, odstąpił od produkcji radiofarmaceutyków. Ostatecznie zakupiony cyklotron Uniwersytet wydzierżawił i radiofarmaceutyki wytwarza tam podmiot prywatny. Uczelnia zajmuje się tym tylko w celach naukowo – badawczych.

W Centrum Onkologii w Bydgoszczy ze względu na złe przygotowanie przedsięwzięcia pod względem projektowym, niezbędna była zmiana koncepcji realizacji inwestycji.  Dlatego jej zakończenie zostało opóźnione o kilka lat oraz przekroczono wielkość pierwotnie planowanych kosztów – z 4 mln zł do 8,5 mln zł.

Podobna sytuacja miała miejsce w Centrum Onkologii w Gliwicach. W wyniku wprowadzania wielu zmian inwestycję zakończono z opóźnieniem i przekroczeniem o ponad 20 mln zł planowanych kosztów. Uruchomienie produkcji radiofarmaceutyków miało kosztować ok. 42 mln zł, a wydano ponad 63 mln zł.

Natomiast Centrum Onkologii w Kielcach ze względu na niezapewnienie finansowania dla całości inwestycji zmieniło koncepcję uruchomienia produkcji radiofarmaceutyków.  Minister Zdrowia przewidział dla tej placówki tylko środki na utworzenie pracowni badań PET. Jednak centrum kupiło szereg urządzeń służących do produkcji radiofarmaceutyków z budżetu Województwa Świętokrzyskiego, ale wciąż nie posiadało cyklotronu, tak więc przez wiele lat sprzęt stał nieużywany. Aby rozpocząć produkcję radiofarmaceutyków, Centrum w końcu nawiązało współpracę z podmiotem prywatnym, który posiadał to urządzenie.

Tylko Centrum Onkologii w Łodzi, podlegające  władzom samorządowym, zrealizowało inwestycję zgodnie z planem. W planowanym terminie uruchomiono produkcję radiofarmaceutyków oraz rozpoczęto wykonywanie badań PET. Jednak do zakończenia kontroli NIK Centrum nie uzyskało zezwoleń na produkcję tych leków i wprowadzenie ich do obrotu.

Podobna sytuacja jest w innych ośrodkach. W Bydgoszczy i Gliwicach nie dość, że produkcję radiofarmaceutyków uruchomiono z dużym opóźnieniem w stosunku do założeń NPZChN – odpowiednio w 2016 r. i 2014 r. – to tylko jeden rodzaj radiofarmaceutyku (FDG) produkowany przez te dwa centra posiadał wszystkie niezbędne zezwolenia i pozwolenia. Pozostałe wytwarzane przez te ośrodki produkty lecznicze stosowane były w diagnostyce PET bez spełnienia wszystkich wymogów.

Także radiofarmaceutyki produkowane w Centrum Onkologii w Kielcach do czasu zakończenia kontroli NIK nie były objęte stosownymi zezwoleniami na wytwarzanie i pozwoleniami na dopuszczenie do obrotu produktu leczniczego.

Kierownicy centrów onkologicznych usprawiedliwiając brak zezwoleń  tłumaczyli, że prawo dopuszcza taką sytuację w przypadku, gdy produkcja odbywa się na tzw. „własny użytek”, a tak właśnie jest w przypadku ich ośrodków. Na poparcie tej tezy przywoływali opinię Krajowego Konsultanta w zakresie Medycyny Nuklearnej, który prezentował pogląd, że dopuszczalna jest produkcja i stosowanie radiofarmaceutyków „na własny użytek”, tj. bez uzyskania zezwolenia na wytwarzanie, oraz dozwolone jest stosowanie tych produktów w badaniach PET bez pozwolenia na dopuszczenie do obrotu produktu leczniczego.

NIK zauważa, że badania PET wykorzystujące niecertyfikowane radiofarmaceutyki były finansowane przez NFZ w ramach realizacji zawartych umów. Oznacza to, że skontrolowane centra onkologii wprowadzając do obrotu wytworzone radiofarmaceutyki poprzez ich udostępnienie osobom trzecim (pacjentom), uzyskały przychody finansowe z niecertyfikowanej działalności. Z ustaleń kontroli oraz danych uzyskanych z NFZ wynika, że szpitale te zrealizowały świadczenia z wykorzystaniem wyprodukowanych przez siebie radiofarmaceutyków (niedopuszczonych do obrotu) o łącznej wartości co najmniej 295 mln zł, otrzymanych od poszczególnych oddziałów wojewódzkich NFZ, tj.:

  • CO w Bydgoszczy udzieliło co najmniej 41 650 badań, za które uzyskano z NFZ ponad 169 mln zł,
  • CO w Gliwicach: 14 771 badań, za które NFZ zapłacił blisko 62 mln zł,
  • CO w Kielcach: 12 531 badań, za które NFZ zapłacił ok. 46 mln zł,
  • CO w Łodzi: 5 151 badań, za które uzyskano z NFZ blisko 18 mln zł.

NIK zwraca uwagę, że posługiwanie się w trakcie badań diagnostycznych produktami leczniczymi nieobjętymi zezwoleniem na wytwarzanie i pozwoleniami na dopuszczenie do obrotu może generować ryzyko, że przeprowadzone badania diagnostyczne nie będą spełniać wymogów jakościowych i nie będą w pełni wiarygodne. 

Aby rozwiać wszelkie wątpliwości  NIK zleciła kontrolę Głównej Inspekcji Farmaceutycznej. Ta potwierdziła ustalenia kontrolerów Izby. Inspekcja Farmaceutyczna, mimo iż wcześniej sama z siebie nie podejmowała żadnych działań, jasno stwierdziła, że obowiązujące w Polsce przepisy regulujące udzielanie świadczeń medycznych i rynek farmaceutyczny, co do zasady nie przewidują możliwości stosowania produktów leczniczych na tzw. potrzeby własne podmiotów je produkujących z pominięciem uzyskania odpowiednich zezwoleń.

NIK negatywnie ocenia nadzór Ministra Zdrowia nad wytwarzaniem i stosowaniem radiofarmaceutyków przez skontrolowane centra onkologii oraz nad Głównym Inspektorem Farmaceutycznym. Minister nie kontrolował postępu prac w finansowanych centrach i przez to nie reagował na opóźnienia. Następnie nie zdiagnozował sytuacji i nie  przeciwdziałał nielegalnej produkcji.

Minister pomimo akceptacji ustaleń NIK, nie podjął dotychczas skutecznych działań, zmierzających do tego, aby trzy spośród czterech skontrolowanych przez NIK centrów onkologii, w diagnostyce PET wykorzystywały radiofarmaceutyki zgodnie z obowiązującymi przepisami, co powinno zagwarantować pacjentom bezpieczeństwo i jakość wykonywanych badań.

Jedynie Ośrodek  w Gliwicach zrezygnował z produkcji radiofarmaceutyków, na które nie posiadał pozwolenia i skupił się tylko na tym wytwarzanym legalnie. W innych skontrolowanych ośrodkach nie podjęto zdecydowanych działań. Nadal produkują i wykorzystują one niecertyfikowane radiofarmaceutyki.

Izba zauważa, że nie udało się także spełnić, zakładanego w Narodowym Programie Zwalczania Chorób Nowotworowych warunku niskich i przez to konkurencyjnych cen radiofarmaceutyków produkowanych przez publiczne ośrodki. Wysokie ich ceny i wejście na rynek z opóźnieniem, z powodu ślimaczących się państwowych inwestycji, spowodowało, że ten opanowali prywatni producenci. Z 24 pracowni PET, w których badania finansowane były przez NFZ, tylko trzy kupowały radiofarmaceutyki wytworzone w podmiocie publicznym –  w Centrum Onkologii w Gliwicach. Pozostałe korzystają z dostaw od prywatnych producentów.

W Europie Zachodniej już w 2003 r. jeden skaner PET przypadał na mniej niż 2 miliony mieszkańców. Obecnie według dostępnych danych, w przykładowych krajach europejskich znajduje się od trzech skanerów PET w Estonii (w 2015 r.) do 139 we Francji (w 2016 r.).

Niecertyfikowane radiofarmaceutyki 4

Wnioski

Na podstawie ustaleń kontroli NIK wystąpiła do Ministra Zdrowia z wnioskiem o wprowadzenie systemowych rozwiązań ukierunkowanych na doprowadzenie do sytuacji, w której badania diagnostyczne pozytonowej tomografii emisyjnej przeprowadzane będą w sposób legalny, z zachowaniem praw pacjentów i w sposób zapewniający im bezpieczeństwo. Tym samym środki publiczne wydatkowane przez NFZ na diagnostykę PET służyć będą wyłącznie finansowaniu świadczeń zdrowotnych udzielanych w sposób  zgodny z prawem.

Dane z satelitów pomocne w walce z powodziami

Już 4 na 5 powodzi w Europie monitorowanych jest za pomocą satelitów, a aplikacje informujące o zanieczyszczeniu powietrza biją rekordy popularności. To wszystko dzięki danym z kosmosu.

Według raportu rocznego programu Copernicus (Copernicus Market Report), obrazowanie satelitarne, realizowane w ramach programu obserwacji naszej planety, odpowiadało w 2018 roku nawet za 80 proc. danych dotyczących naszej atmosfery. 4 na 5 powodzi w Europie było monitorowanych za pomocą satelitów, a aplikacje oparte na danych z kosmosu dla rolnictwa w niektórych regionach Starego Kontynentu powodowały znaczące zmniejszenie zużycia wody, nawozów i pestycydów. 

Europejskie satelity

Autorzy Copernicus Market Report obliczyli, że wartość usług i produktów opartych na danych z systemu Copernicus w 2020 roku ma osiągnąć ponad 21 mld euro. Natomiast nakłady, jakie zostały poniesione na wsparcie Copernicusa od 2008 roku do tej pory, to ponad 8,2 mld euro. Finansowe profity to jednak nie wszystko. Dzięki funkcjonowaniu programu powstało 17 tys. nowych miejsc pracy. Ale najważniejsze korzyści, jakie udało się osiągnąć dzięki realizacji programu, to te związane z bezpieczeństwem i środowiskiem naturalnym – zmniejszenie wpływu wycieków ropy naftowej na ekosystemy, ograniczenie obszarów pożarów, poprawa zarządzania w rybołówstwie czy realizacja projektów monitorujących zanieczyszczenie środowiska.

Rynek usług opartych na wykorzystaniu danych z satelitów dynamicznie się rozwija. Dzięki europejskiemu programowi obserwacji Ziemi, mamy dostęp do aktualnych danych dotyczących  jakości powietrza w aplikacji mobilnej, systemów wczesnego ostrzegania przed powodziami i pożarami oraz do informacji dla rolników, które mogą zmniejszyć negatywny wpływ produkcji żywności na środowisko. Różne sektory gospodarki, przedsiębiorstwa i użytkownicy w Europie uzyskują wymierne korzyści dzięki wykorzystaniu danych z satelitów.

Komisja Europejska dodatkowo dba o to, żeby dostęp do tych danych był powszechny i darmowy. Użytkownicy DIAS-ów (Data and Information Access Service) mogą wyszukiwać, pobierać i analizować obrazy satelitarne na platformie internetowej, w ramach otwartego dostępu lub skorzystać z bardziej zaawansowanej oferty komercyjnej – wyjaśnia Maciej Litewski, marketing manager w CloudFerro, firmy specjalizującej się w cloud computingu, która dostarcza rozwiązania chmurowe umożliwiające gromadzenie i udostępnianie zdjęć satelitarnych z europejskich satelitów w ramach dwóch platform DIAS – CREODIAS i WEkEO. Dane z kosmosu to niezwykle cenne informacje, pozwalające m.in. oszacować szkody powstałe w wyniku klęsk żywiołowych, ocenić ryzyko różnych zjawisk pogodowych, czy analizować dane meteorologiczne na wiele różnych sposobów. Przekładają się one na konkretne, ułatwiające życie, produkty i usługi. Są to np. aplikacje dla żeglarzy, programy dla rolników, firm ubezpieczeniowych czy służb ratunkowych – dodaje Maciej Litewski.

Obrazowanie satelitarne na świecie

Według badań amerykańskiej firmy analitycznej Research and Markets, światowy komercyjny rynek obrazowania satelitarnego w 2018 roku osiągnął wartość ponad 4 mld dolarów, a do 2024 roku ma wzrosnąć do 7,5 mld dolarów. Popularność obrazowania satelitarnego, dzięki jego kompleksowości informacyjnej, częstotliwości i szybkości dostarczanych danych, przebiła już wykorzystanie zdjęć naziemnych i lotniczych.

Jeśli chodzi o wykorzystanie danych satelitarnych w poszczególnych regionach świata, od lat prym wiodą Stany Zjednoczone. USA prowadzą zdecydowanie największą liczbę badań oraz inwestycji na rynku kosmicznym, są także pionierami i liderem w komercyjnym wykorzystaniu obrazowania satelitarnego w różnych gałęziach przemysłu. Jak pokazuje przykład Stanów Zjednoczonych, eksploracja kosmosu jest nie tylko przedmiotem obszernych badań, ale również ogromną szansą dla krajowych gospodarek.

W komercyjnym przemyśle satelitarnym zachodzi obecnie ogromna transformacja, czego dowodem jest liczba wystrzeliwanych satelitów, a także wzrost przychodów z usług opartych na danych z satelitów – mówi Tom Stroup, prezes Stowarzyszenia Przemysłu Satelitarnego w USA (Satellite Industry Association). Te trendy branżowe, w połączeniu z rosnącymi możliwościami coraz bardziej zaawansowanych satelitów, wymagają jednak również wsparcia systemowego oraz odpowiednich regulacji – dodaje.

Rozwój przemysłu kosmicznego w poszczególnych krajach skorelowany jest z wielkością lokalnej agencji kosmicznej. I tak, amerykańska NASA, jako największa na świecie agencja, dysponująca największym wśród innych budżetem, jest dużym impulsem dla lokalnego przemysłu kosmicznego,  który od lat znajduje się w światowej czołówce. Sektor kosmiczny USA jest świetnym przykładem tego, jak umiejętnie lokowane wsparcie może pobudzić rynek – tłumaczy Maciej Litewski z CloudFerro. Model inwestowania w firmy przez państwo, które jako pierwsze kupuje ich produkty i usługi, bardzo dobrze sprawdza się w Stanach i coraz częściej jest wdrażany w Unii Europejskiej. Mamy nadzieję, że wkrótce będzie to możliwe również w PolsceInwestycje rządowe w produkty oparte na obrazowaniu satelitarnym, zwłaszcza związane z obronnością i bezpieczeństwem, mogą być sporym impulsem do wzrostu sektora kosmicznego w Polsce – dodaje.

Rynek europejski rośnie

Ale nie tylko Stany Zjednoczone inwestują w kosmiczne technologie. Europejska Agencja Kosmiczna z roku na roku zwiększa swój budżet i chociaż ciągle daleko jej do poziomu finansowania w stylu amerykańskim (obecnie budżet ESA to około jedna trzecia budżetu NASA), to rynek usług opartych na obrazowaniu satelitarnym w Europie również bardzo dynamicznie wzrasta.

Największe przychody z wykorzystania danych gromadzonych w ramach Copernicusa w 2018 roku uzyskano w segmencie usług związanych z monitoringiem mórz i oceanów. Kolejne sektory, w których odnotowano znaczne przychody, to ochrona i bezpieczeństwo, rolnictwo, przemysł gazowy i wydobywczy, leśnictwo oraz monitoring miejski. Według Copernicus Market Report, segment  przedsiębiorstw wykorzystujących europejskie dane obserwacyjne wzrósł w ujęciu rocznym aż o 11 proc. w Europie i o 6 proc. na świecie.

Zakończenie budowy a prawo budowlane i podatek od nieruchomości

Zgodnie z ustawą z dnia 12 stycznia 1991 r. o podatkach i opłatach lokalnych (Dz.U. 2018.1445 ze zm.) opodatkowaniu podatkiem od nieruchomości podlegają m.in. budynki lub ich części. Podstawę opodatkowania stanowi ich powierzchnia użytkowa. Zgodnie z art. 6 ust. 1 wspomnianej wyżej ustawy obowiązek podatkowy powstaje od pierwszego dnia miesiąca następującego po miesiącu, w którym powstały okoliczności uzasadniające powstanie tego obowiązku. Z kolei ust. 2 tegoż artykułu przewiduje, że jeżeli okolicznością, od której jest uzależniony obowiązek podatkowy, jest istnienie budowli albo budynku lub ich części, to obowiązek podatkowy powstaje z dniem 1 stycznia roku następującego po roku, w którym budowa została zakończona albo w którym rozpoczęto użytkowanie budowli albo budynku lub ich części przed ich ostatecznym wykończeniem. W opodatkowaniu nieruchomości niezmiernie istotne jest więc prawidłowe ustalenie daty zakończenia budowy.

Zakończenie budowy a prawo budowlane

Co do zasady zgodnie z ustawą z dnia 7 lipca 1994 r. – Prawo budowlane (art. 54) zakończenie budowy obiektu budowlanego, na którego wzniesienie jest wymagane pozwolenie na budowę, następuje, gdy inwestor dokona zawiadomienia właściwego organu nadzoru budowlanego o zakończeniu budowy, a organ ten w odpowiednim terminie nie zgłosi sprzeciwu. Z jurydycznego punktu widzenia inwestycja jest wykonana w chwili, gdy upłynie termin do wniesienia sprzeciwu na podstawie art. 54 prawa budowlanego, bądź też w chwili, gdy decyzja o pozwoleniu na użytkowanie stanie się ostateczna (wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 30 października 2018 r., sygn. II OSK 2178/17). Zakończenie budowy na gruncie prawa budowlanego nie jest jednak tożsame z zakończeniem budowy w rozumieniu przepisów podatkowych.

Zakończenie budowy a podatek od nieruchomości

W orzecznictwie sądów administracyjnych ukształtował się pogląd, że spełnienie wszystkich warunków wymaganych dla skutecznego złożenia zawiadomienia o zakończeniu budowy obiektu budowlanego lub wniosku o udzielenie pozwolenia na użytkowanie uznawane jest za tożsame z chwilą, w której została zakończona budowa budynku lub ich części. Zatem w prawie podatkowym inaczej niż w prawie budowlanym istotne jest zaistnienie faktycznych okoliczności zakończenia budowy, czyli powstanie budynku, a nie uzyskanie możliwości jej użytkowania.

Sądy twierdzą, że dalsze prace na placu budowy niezwiązane z budową obiektu, jak np. doprowadzenie dojazdu, chodników nie mogą wpływać na przesunięcie w czasie momentu powstania obowiązku podatkowego (wyrok z dnia 7 lutego 2019 r., sygn. I SA/Kr 1293/18). Ponadto sądy zwracają uwagę, że na potrzeby opodatkowania podatkiem od nieruchomości nie jest istotna specyfika wznoszonych obiektów budowlanych. Jak zauważył Naczelny Sąd Administracyjny, czym innym jest możliwość dysponowania czy użytkowania obiektu budowlanego dla potrzeb bieżącej działalności gospodarczej przez przedsiębiorcę, a czym innym jego istnienie po zakończeniu budowy (wyrok NSA z dnia 27 listopada 2018 r., sygn. II FSK 3250/16).

Wykończenie jedynie części budynku

Dodatkowo NSA zwraca uwagę, że zgodnie z treścią art. 6 ust. 2 ustawy o podatkach i opłatach lokalnych, jeżeli okolicznością, od której jest uzależniony obowiązek podatkowy, jest istnienie budowli albo budynku lub ich części, obowiązek podatkowy powstaje z dniem 1 stycznia roku następującego po roku, w którym budowa została zakończona albo w którym rozpoczęto użytkowanie budowli albo budynku lub ich części przed ich ostatecznym wykończeniem. NSA jest więc zdania, że rozpoczęcie użytkowania części budynku powoduje powstanie obowiązku podatkowego w stosunku do całego budynku (wyrok NSA z dnia 4 września 2018 r., sygn. II FSK 2344/16).

Wyrok NSA, sygn. II FSK 1456/17

W ostatnim wyroku z dnia 2 kwietnia 2019 r. (sygn. akt. II FSK 1456/17) NSA wskazał, że kwestia zakończenia budowy może co do zasady nastąpić z momentem skutecznego złożenia zawiadomienia o zakończeniu budowy lub wniosku o udzielenie pozwolenia na użytkowanie. Zdaniem Sądu z punktu widzenia ustawy o podatkach i opłatach lokalnych przesłanka zakończenia budowy ziści się również w sytuacji, w której spełnione zostaną określone w art. 57 ust. 1-3 ustawy – Prawo budowlane warunki upoważniające inwestora do złożenia zawiadomienia o zakończeniu budowy lub wniosku o udzielenie pozwolenia na użytkowanie, nawet w sytuacji, gdy ten zaniechał realizacji obowiązku wystąpienia z nim. Zatem stanowisko NSA potwierdza przytoczoną wyżej wykładnię momentu zakończenia budowy na potrzeby podatkowe.

Konsekwencje

Opodatkowanie podatkiem od nieruchomości zwłaszcza budynków używanych do prowadzenia działalności gospodarczej jest często bardzo istotnym wydatkiem dla przedsiębiorców. Co do zasady opodatkowaniu podlegają budynki od kolejnego roku po zakończeniu budowy. Oznacza to, że jeżeli zakończenie budowy nastąpiło np. w grudniu 2018 r., to podatnik będzie zobowiązany uiścić podatek już za cały rok 2019. Z kolei, jeżeli jednak zakończenie budowy nastąpiłoby w styczniu 2019 r., zobowiązanie będzie można uiszczać dopiero za 2020 r., co z perspektywy podatnika oznacza, że jeden miesiąc różnicy w zakończeniu budowy powoduje oszczędność za podatek za cały rok. W konsekwencji, biorąc pod uwagę bogate orzecznictwo sądów administracyjnych oraz brak powiązania między ustawą – Prawo budowlane a ustawą o podatkach i opłatach lokalnych, warto skonsultować budowę nieruchomości z doradcą podatkowym jeszcze przed jej zakończeniem, a najlepiej już na etapie planowania.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Biotts S.A.: Obniżymy koszty leczenia i zwiększymy komfort życia milionów pacjentów

  • Naukowcy z wrocławskiej spółki biotechnologicznej Biotts S.A. opracowują autorskie preparaty oraz receptury leków w oparciu o naturalne ekstrakty.
  • Ich pomysł docenili nie tylko inwestorzy: spółka zajęła I miejsce w kategorii „Startup” na BioForum i II miejsce w konkursie Startup-Award, została finalistą Start-Up-Med oraz 5. edycji akcelerator MIT Enterprise Forum Poland, co więcej otrzymała „Dolnośląski Bon na Innowacje”, finansujący usługi badawcze.
  • Rynek biotechnologiczny od kilkunastu lat nieprzerwanie wykazuje dużą dynamikę̨ wzrostu, jego wartość liczona jest globalnie w setkach miliardów dolarów.
od lewej dr Paweł Biernat oraz dr Jan Meler i Anna Szczepanik
od lewej dr Paweł Biernat oraz dr Jan Meler i Anna Szczepanik

Biotts jest jedną z pierwszych firm biotechnologicznych w regionie CEE, tworzącą autorskie nośniki leków w oparciu o ekstrakty pochodzenia naturalnego zwiększające biodostępność substancji czynnych. Nośniki Biotts mogą być wykorzystane jako system transportujący dla powszechnie stosowanych leków onkologicznych, przeciwzapalnych czy przeciwbólowych, zwiększając ich celowane działania nawet 10-krotnie, zmniejszając przy tym dawkę leku nawet 5-krotnie i radykalnie redukując skutki uboczne terapii. Na swoim koncie spółka ma już dwa zgłoszenia patentowe, intensywnie pracuje nad kolejnymi. Biotts rozwija także własne receptury leków w obszarze onkologii, dermatologii oraz chorób autoimmunologicznych.

Nasz uniwersalny nośnik MTC-Y (Multifunctional Transdermal Carrier-Y) działa bezpośrednio na chorobowo zmienione tkanki, gwarantując silniejszy efekt terapeutyczny, przy jednoczesnej redukcji skutków ubocznych oraz zwiększając komfort pacjenta. Przyjmowanie leków jest uciążliwe, trzeba o nich pamiętać, a zastrzyki są bolesne i dla dziecka, i dla dorosłego. Podawanie farmaceutyków w formie plastra, który uwalnia substancję czynną przez co najmniej 10 dni, to idealne rozwiązanie dla rodziców, podających leki swoim pociechom, i dla chorych, np. na Alzheimera – podkreśla dr Paweł Biernat, prezes Biotts, zarazem adiunkt Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. – Dzięki naszej technologii nie tylko obniżymy koszty leczenia, ale zwiększymy komfort życia milionów pacjentów – dodaje dr Biernat.

Firmę z Wrocławia dostrzeżono już w startupowym ekosystemie. Biotts zdobył pierwsze miejsce w kategorii „Startup” na BioForum w Łodzi, drugie miejsce w konkursie Start-Up-Award, organizowanym podczas Forum Innowacji w Tarnowie; ponadto został wyróżniony w konkursie Start-Up-Med podczas IV Kongresu Wyzwań Zdrowotnych. Spółka brała także udział w akceleracji MIT Enterprise Forum Poland, gdzie zdobyła dwa wyróżnienia. Co więcej zespół biotechnologów otrzymał kolejne wsparcie finansowe – „Dolnośląski Bon na Innowacje”. Grant, przyznawany przedsiębiorstwom z Dolnego Śląska, finansuje usługi badawcze, konsultacje z jednostkami naukowymi i audyt technologiczny. W ramach projektu finansowane są także prace badawczo-rozwojowe, dotyczące wdrożenia lub rozwoju produktu oraz technologii. Ma też wśród swoich inwestorów osoby prywatne, jak i fundusz Leonarto Alfa.

To ważne, że nasza technologia już została dostrzeżona. Wsparcie finansowe oznacza duże przyspieszenie dla efektywnej komercjalizacji naszych produktów. Mogę zdradzić, że nową dotację wykorzystamy do badań nad zobrazowaniem przenikania przez warstwy skóry substancji czynnych, połączonych z naszym uniwersalnym nośnikiem – dodaje dr Jan Meler, współzałożyciel spółki, technolog postaci leku, od ponad 30 lat związany z Uniwersytetem Medycznym we Wrocławiu.

Zespół Biotts dostarczył na rynek już wiele rozwiązań na bazie surowców naturalnych m.in.: nieagregujący nanonośnik zastosowany w produkcji preparatów witaminowych, półstałe postacie leku z nośnikiem o głębokiej penetracji, półstałe postaci leku przyspieszające odbudowę tkanek, produkty kosmetyczne o zwiększonej biodostępności na bazie surowców naturalnych, żele lecznicze, ustabilizowane i naturalnie zakonserwowane kwasy omega oraz receptury żywności funkcjonalnej.

W Biotts wskrzeszamy, z wykorzystaniem współczesnych rozwiązań technologicznych, stare receptury, często zapomniane. Dzięki tym działaniom uzyskujemy całkowicie nową jakość – mówi Jan Meler. – Korzystamy z najstarszych zapisków w poszukiwaniu metod, które możemy teraz wykorzystać. Nasze najstarsze źródło to Papirus Ebersa, czyli zbiór recept i procedur medycznych, spisanych ok. 1550 lat p.n.e. W tej jednej z pierwszych encyklopedii medycznych jest ok. 700 receptur kosmetycznych i leczniczych. Dwa tysiące lat przed Chrystusem nieznane były możliwości chemiczne niektórych składników, teraz wiemy, jak je podkręcić, aby były skuteczniejsze – dodaje Paweł Biernat.

Rynek biotechnologiczny, na którym działa Biotts, od kilkunastu lat rośnie w siłę, lecz dzięki nowym technologiom wciąż najlepsze ma przed sobą. Według analiz Global Market Insights, sam rynek biofarmaceutyków wart będzie w tym roku ponad 70 mld USD, by już w 2024 r. przebić barierę 110 mld USD.

Deficyt specjalistów na rynku pracy. Czego oczekują pracownicy w 2019 roku?

Jak wynika z danych przedstawionych w raporcie OLX Praca Know How 2019 aż 25% badanych pracodawców uważa, że w 2018 roku znalezienie odpowiednio wykwalifikowanego pracownika produkcji było trudniejsze niż rok wcześniej. Rekruterzy starają się więc przyciągnąć kandydatów ciekawymi ogłoszeniami oraz rozbudowaną ofertą benefitów. Które czynniki decydują o tym, jakie oferty są uznawane przez kandydatów za interesujące?

Kandydat starający się o pracę, np. w dziale produkcyjnym, niewiele czasu spędza na analizie ogłoszenia o pracę, a liczą się dla niego konkretne czynniki. Badania przeprowadzone na osobach poszukujących pracy poprzez portal OLX Praca w kategorii Produkcja wykazują, że najważniejsze są zarobki (ten czynnik badani ocenili na 4,5 w 5-stopniowej skali) oraz atmosfera pracy (3,8 pkt). Na trzecim miejscu znalazły się godziny pracy, kariera oraz lokalizacja (po 2,9 pkt).

Wniosek jest jasny – podkreślajmy w ofercie zasady wynagrodzenia i proponowane widełki płacowe – to zwiększy liczbę aplikacji niemal o 50%. Ponadto jeśli jesteśmy firmą o przyjaznej kulturze organizacyjnej, warto się tym chwalić i poza suchymi faktami, zaprezentować “ludzką twarz” firmy, np. dodając opis przedsiębiorstwa. Dodatkowo warto skorzystać z opcji przekierowania do własnej strony www ze strony firmowej na OLX, gdzie można pokazać więcej, m.in. zdjęcia zespołu czy filmy z ważnych wydarzeń – mówi Grzegorz Sawicki, Sales Manager w OLX Praca. Żeby nasze ogłoszenie było traktowane jako wiarygodne, należy zamieścić w nim podstawowe dane firmy. Niestety ogłoszenia publikowane przez agencje rekrutacyjne, które nie uwzględniają nazwy klienta, są traktowane jako mniej interesujące. Te zabiegi mają bezpośredni wpływ na liczbę spływających do rekruterów CV – dodaje.

Zdarza się, że praca w hali produkcyjnej wiąże się z trudnymi warunkami. Co więc ważne dla pracowników – w pracy muszą panować określone zasady, a ustalone reguły współpracy powinny być ściśle przestrzegane. W ogłoszeniu zdjęcia należy więc zamieścić zdjęcia ukazujące miejsce i narzędzia pracy, lub zawrzeć dokładne informacje na ich temat, oraz opisać podstawowe zasady współpracy i zakres obowiązków.

Jeśli są w firmie osoby, które awansowały z stanowiska produkcyjnego na wyższe stanowiska, warto uwzględnić tę informację w ogłoszeniu. Jest to dowód na to, że firma daje szansę rozwoju. Dla części pracowników produkcyjnych będzie to dodatkowa motywacja do wytężonej pracy. Poza tym, dla tej grupy zawodowej ważne jest odczuwanie dumy ze swojego miejsca pracy, a tego rodzaju materiały budują pozytywny wizerunek pracodawcy. – dodaje Grzegorz Sawicki.

Jak wynika z opinii pracowników produkcyjnych zebranych w ramach badania OLX umiejętnie dobrany pakiet udogodnień świadczy o tym, w jaki sposób firma ich traktuje. Najbardziej cenione benefity to: obiad za „złotówkę”, autobus pracowniczy czy możliwość szkolenia się np. z obsługi wózków widłowych. Ważniejsze od benefitów są jednak relacje z szefem.

Czasem wystarczy, że ktoś przyjdzie i doceni twoją pracę. To dużo daje. Pochwała zamiast polecenia „przyspiesz” (…) – mówi jeden z pracowników, który wziął udział w badaniu.

W 2018 roku najwięcej ogłoszeń w branży produkcyjnej opublikowano na portalu OLX Praca – aż 10 tys. (dla porównania ofert na stanowisko kasjer/ekspedient opublikowano 9,8 tys., a kierowca – 9,7 tys.). Konkurencja jest duża, dlatego warto podejść do tematu ogłoszenia bardzo skrupulatnie. Dla większości kandydatów jest to jedyny moment, gdy mają styczność z marką, niezbędna jest więc odpowiednia zachęta do podjęcia współpracy. Uwzględnienie powyższych wskazówek spowoduje, że oferta zamieszczona na portalu będzie atrakcyjniejsza, a liczba napływających CV bardziej satysfakcjonująca.

Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia z nowym zarządem

Iwona Szmitkowska, Aneta Janik-Barciś, Michał Podulski, Maciej Kopaczyński i Krzysztof Jakubowski, zostali wybrani do nowego zarządu Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ). Wybór prezesa organizacji nastąpi na najbliższym zebraniu zarządu – najprawdopodobniej jeszcze w czerwcu br.         

Nowy zarząd SAZ, od lewej: Michał Podulski, Iwona Szmitkowska, Aneta Janik-Barciś, Maciej Kopaczyński, Krzysztof Jakubowski.
Nowy zarząd SAZ, od lewej: Michał Podulski, Iwona Szmitkowska, Aneta Janik-Barciś, Maciej Kopaczyński, Krzysztof Jakubowski.

W czwartek (30 maja) członkowie Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ) spotkali się w Kazimierzu Dolnym, żeby podsumować rok 2018 i wybrać nowy zarząd. Głosami przedstawicieli firm zrzeszonych w SAZ, na czele organizacji stanęli: Iwona Szmitkowska, prezes Work Service, Aneta Janik-Barciś, prezes Macro-Work, Michał Podulski, dyrektor ds. sprzedaży Toolip HR, Maciej Kopaczyński, prezes Laxo Care oraz Krzysztof Jakubowski, wiceprezes InterKadra.

Na najbliższym spotkaniu nowego zarządu, które planowane jest pod koniec czerwca, wybrany zostanie prezes SAZ. Obecnie funkcję tę pełni Iwona Szmitkowska.

– Sytuację na obecnym rynku oceniamy jako dynamiczną, głównie ze względu na brak pracowników, co oznacza oczywiście, że nie brakuje i nie będzie brakować nam wyzwań. Zdajemy sobie sprawę, że temat pracy tymczasowej i zatrudniania cudzoziemców cały czas wymagają zmian i ulepszeń, ale patrzymy w przyszłość z optymizmem – mówi Iwona Szmitkowska.

Aneta Janik-Barciś zastąpiła w zarządzie Artura Skibę, prezesa Antal International, wiceprezesa SAZ w poprzedniej, trzyletniej kadencji i przewodniczącego Sekcji Agencji Rekrutacyjnych.

– Przede wszystkim bardzo cieszę się z tego, że w składzie zarządu SAZ są teraz dwie kobiety. Moim zdaniem kobiety wnoszą inną wizję i spojrzenie do biznesu i powinno nas jak najwięcej zasiadać na wysokich stanowiskach. Niestety w Polsce wciąż jeszcze zbyt małej liczbie pań udaje się „przebijać szklane sufity” – mówi Aneta Janik-Barciś i dodaje, że chce skoncentrować się na promowaniu idei SAZ i współpracy z innymi ważnymi organizacjami – izbami gospodarczymi, związkami przedsiębiorców, które liczą się na rynku. – Mamy już swojego przedstawiciela (Michała Podulskiego) w Radzie Dialogu Społecznego i Radzie Rynku Pracy. Zaczynamy się coraz bardziej liczyć jako organizacja dająca gwarancję jakości i bezpieczeństwa pracownikom i zrzeszająca firmy, które robią uczciwy biznes. Trzeba iść dalej tą drogą – mówi.

Stowarzyszenie, które jest dziś największą tego typu organizacją branżową w Polsce i zrzesza niemal 60 firm, zamierza kontynuować działalność edukacyjną, której celem jest promowanie legalnych formy zatrudnienia i rozwój sektora. W tym roku SAZ planuje jeszcze m.in. coroczną konferencję dla Agencji Pracy Tymczasowej (APT), a także poświęconą tematyce delegowania pracowników za granicę. Biuro organizacji rozpoczęło też już przygotowania do kolejnego kongresu rekrutacyjnego, który w tym roku został bardzo pozytywnie oceniony przez środowisko HR.

Nasz drogi smog. Przez smog Polska traci 111 mld zł rocznie

Światowy Dzień Środowiska został ustanowiony w 1972 roku przez Zgromadzenie Ogólne ONZ. Co roku 5 czerwca obchodzi go ponad 100 krajów. Ma zwracać uwagę opinii publicznej na problemy środowiska i pogłębiać wiedzę na temat jego ochrony. W tym roku przebiega pod hasłem #beatairpollution. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte przygotowanego we współpracy z firmą InnoEnergy „Czyste powietrze jako wyzwanie. Transport i ogrzewnictwo jako rozwiązania na rzecz czystszego powietrza” Polska jest w czołówce krajów z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem. Nie lepiej wypadamy w kwestii wykorzystania zasobów naturalnych. To, co miało wystarczyć na 12 miesięcy, wykorzystaliśmy już do 15 maja.

Organizowane 5 czerwca na całym świecie festyny, pikniki i warsztaty mają uświadomić nam wagę kwestii związanych ze środowiskiem, ekologią, segregacją śmieci czy oszczędzaniem wody. To także działania związane z edukacją w zakresie ochrony środowiska i propagowanie idei zrównoważonego rozwoju.

Nasz drogi smog

Co roku Unia Europejska ”płaci” za smog około 2,9 proc. wygenerowanego na jej terenie PKB. Tylko w przypadku Polski to 111 mld zł rocznie. Zanieczyszczone powietrze w oczywisty sposób wpływa na zdrowie oraz samopoczucie mieszkańców i jest jedną z przyczyn chorób, m.in. układu oddechowego. Dane wskazują, że zła jakość powietrza odpowiada również za przedwczesną śmierć co dziesiątego człowieka na świecie, a w samej Europie corocznie za ponad 400 tys. przedwczesnych zgonów. Wzrost pyłu PM10 o 100 jednostek u 5- letniego dziecka powoduje skrócenie jego życia średnio o około 2,3 roku. Przez smog obniża się także produktywność pracy. Komisja Europejska szacuje, że całkowite koszty zewnętrzne związane z oddziaływaniem smogu na zdrowie w 2020 r. wyniosą pomiędzy 243 mld EUR a 775 miliardów euro. Światowy Dzień Środowiska obchodzimy w tym roku po raz 47, ale nadal w wielu krajach konieczne jest zwiększenie wiedzy na temat wyzwań związanych z ochroną środowiska, dostrzeżenie ich skali i potrzeba konkretnych działań.

Julia Patorska
Julia Patorska, Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte

Przykładem jest tu Polska, mająca poważny problem z zanieczyszczeniem powietrza, gdzie w niektóre dni – zwłaszcza w sezonie grzewczym – stężenie zanieczyszczeń w wielu miastach kilkakrotnie przekracza dopuszczalne limity. Chociaż w ostatnich latach nastąpił wzrost społecznej świadomości, co do zagrożeń związanych ze smogiem, to nadal większość najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie znajduje się w Polsce. Na terenach wiejskich nie jest lepiej, a mieszka tam blisko 40 proc. ludności – mówi Julia Patorska, Lider zespołu ds. analiz ekonomicznych, Deloitte.

Ostatnie dane pokazują wprawdzie pewną zmianę na lepsze, ale wciąż blisko 60 proc. Polaków mieszkających w miastach jest narażone na stężenie pyłu PM10 przekraczające unijne normy, a jego stężenie w Polsce jest drugim, co do wielkości w Europie, tuż po Bułgarii.

Świat reaguje

Obchody Światowego Dnia Środowiska odbywają się co roku pod innym hasłem, które ma odzwierciedlać najbardziej newralgiczne problemy ekologiczne. W ubiegłym roku było to #beatplasticpollution, ukierunkowane na problem zanieczyszczenia środowiska odpadami z tworzyw sztucznych. Między innymi dzięki tej inicjatywie 21 maja br. Rada Unii Europejskiej zatwierdziła nową dyrektywę dotyczącą ograniczenia wpływu na środowisko niektórych produktów z plastiku (tzw. Single-use plastics directive). Dyrektywa przewiduje m.in. zakaz używania plastikowych słomek czy patyczków higienicznych, które będą musiały zostać zastąpione przez produkty np. z papieru, trzciny cukrowej czy skrobi kukurydzianej. W Polsce dyrektywa powinna zacząć obowiązywać już w 2021 roku.

Zaciągamy dług nie do spłacenia

5 czerwca zostanie również ogłoszona data Światowego Dnia Długu Ekologicznego. W Polsce w tym roku wypadła on o 4 dni wcześniej niż w roku poprzednim. Nadmierna konsumpcja wpędziła nas w „dług”, który powiększamy od 1970 roku, kiedy to po raz pierwszy został przekroczony roczny budżet zasobów naturalnych do wykorzystania przez człowieka. Przodują w tym kraje rozwinięte. Według ekspertów Deloitte, gdyby wszyscy ludzie żyli na poziomie jaki oferują kraje o wysokich dochodach, to konsumowalibyśmy blisko cztery razy więcej zasobów niż jest dostępnych. Według Global Footprint Network (GFN), organizacji, która opracowała wskaźnik śladu ekologicznego (mierzący zapotrzebowanie ludzkości na zasoby naturalne oraz przestrzeń konieczną do zaabsorbowania emisji dwutlenku węgla z wykorzystania paliw kopalnych), w ubiegłym roku globalnie w okres długu wkroczyliśmy już 1 sierpnia. Oznacza to, że w ciągu 212 dni skonsumowaliśmy zasoby, które powinny wystarczyć na cały rok.

Ten wysoki deficyt ekologiczny jest kontynuacją długoterminowego trendu. Po raz pierwszy dzień długu ekologicznego wypadł 29 grudnia. Zaledwie 50 lat później wypada on kwartał wcześniej. W tym roku Polacy „na koszt” Ziemi żyją już od 15 maja. Najwcześniej swój dług zaciągnęły Katar i Luksemburg, odpowiednio 11 i 16 lutego. To pokazuje, w jakim tempie zaciągamy kredyt, którego nigdy nie będziemy w stanie spłacić – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

Negatywne dla środowiska konsekwencje aktywności człowieka osłabiają gospodarkę, generują problemy społeczne a także mogą zagrozić stabilności finansowej, np. poprzez rosnące ryzyko kosztownych kataklizmów.

Gospodarka cyrkularna zamiast linearnej

Przejście na model gospodarki o obiegu zamkniętym może okazać się okazać zatem nie tylko opcją zmiany sposobu funkcjonowania gospodarki, ale wręcz ratunkiem i koniecznością. Jak wynika z raportu Deloitte „Zamknięty obieg – otwarte możliwości”, przygotowanego we współpracy m.in. z ING Bankiem Śląskim, gospodarka o obiegu zamkniętym uniezależnia rozwój gospodarczy od konsumpcji surowców, oszczędza kapitał naturalny, zwiększa możliwości regeneracji poszczególnych elementów ekosystemu, a także rozwija innowacje. Innymi słowy umożliwia wzrost dobrobytu przy jednoczesnym zmniejszeniu i optymalizacji zużycia zasobów, a więc odciążeniu środowiska naturalnego. Eksperci Deloitte obliczyli, że gdyby sektory spożywczy, budownictwa, samochodowy i elektroniczny działały zgodnie z zasadami GOZ, obniżyłyby emisję gazów cieplarnianych związanych z produkcją dóbr konsumowanych w Unii o 33 proc. Zysków jest jednak więcej. Lepsze gospodarowanie zasobami może zmienić gospodarkę w bardziej innowacyjną, odporniejszą i wydajniejszą. Zarówno inwestorzy indywidualni, jak i globalne firmy, coraz częściej biorą pod uwagę nie tylko koszty i zyski finansowe, ale także korzyści społeczne oraz środowiskowe. Do całkowitego przestawienia gospodarki światowej na neutralną dla klimatu potrzeba bowiem ogromnego kapitału.

Pieniądze to (nie)wszystko

6 bilionów euro – tyle rocznych inwestycji potrzeba, aby do 2030 roku ograniczyć globalne ocieplenie do 2 stopni Celsjusza. Osiągnięcie ustalonych w Paryżu celów polityki energetycznej i klimatycznej samej Unii Europejskiej będzie wymagało dodatkowej rocznej inwestycji w wysokości 180 miliardów euro między 2021-2030.

Finansowanie przedsięwzięć biznesowych realizujących ideę gospodarki o obiegu zamkniętym jest wyzwaniem, ponieważ różnią się one od tradycyjnych modeli biznesowych oraz są obciążone sporym ryzykiem. Ponadto fundusze publiczne nie wystarczą na zaspokojenie wszystkich potrzeb inwestycyjnych. Ważną rolę do odegrania w tym obszarze mają banki I tak na przykład ING Bank Śląski, wspiera rozwój gospodarki o obiegu zamkniętym, m.in. poprzez promowanie prośrodowiskowych postaw wśród pracowników i klientów.

Rafał Benecki
Rafał Benecki

Finansujemy projekty, które realizują założenia gospodarki o obiegu zamkniętym, przyczyniając się do zmniejszenia zużycia energii konwencjonalnej i zwiększenia czystej. Stworzyliśmy odpowiednie instrumenty finansowe, także z myślą o inwestycjach, które wspierają wydłużenie cyklu życia produktów oraz zastępowanie materiałów jednorazowych takimi, które mogą być wielokrotnie wykorzystywane. To kierunek koniecznych zmian w polskich firmach. UE stawia wysoko poprzeczkę, za jakiś czas podobnych zachowań będą oczekiwać partnerzy handlowi z Europy Zachodniej. Przespanie zmian może być równie bolesne jak zapóźnienia w transformacji energetycznej. Taka polityka naszego banku jest wyrazem osobistych przekonań proekologicznych. Prowadzimy akcję #mojepowietrze, która zachęca Polaków do proaktywnej postawy na rzecz czystego powietrza i dzielenia się swoimi pomysłami na walkę ze smogiem – mówi Rafał Benecki, Dyrektor Biura Analiz Makroekonomicznych z ING Banku Śląskiego.

Eksperci Deloitte podkreślają, że w walce o czyste środowisko pomóc może efektywna i przejrzysta współpraca sektora prywatnego i władz publicznych. Szacują, że w latach 2018 – 2025 obywatele Unii mogą zaoszczędzić dzięki temu nawet 183 mld euro.