POLMAN S.A. opublikował wyniki za 2018 r.

POLMAN S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od 2008 r., zajmująca się świadczeniem usług serwisu przemysłowego, osiągnęła w 2018 r. zysk netto w wysokości 1,9 mln zł przy przychodach netto wynoszących ponad 16,5 mln zł. Spółka koncentruje się na podstawowej działalności w segmencie przemysłowym i zrezygnowała z dalszego rozwoju działu nowoczesnych technologii IT w ramach własnej struktury przedsiębiorstwa.

Emitent wypracował w 2018 r. zysk netto na poziomie 1.899 tys. zł, a jego przychody netto ze sprzedaży sięgnęły 16.523 tys. zł. To znacząca progresja wobec 2017 r., w którym POLMAN S.A. miał 12 tys. zł zysku netto przy przychodach netto ze sprzedaży w kwocie 14.232 tys. zł. Poprawa wyników finansowych Spółki była rezultatem realizacji nowych projektów w obszarze specjalistycznych usług dla przemysłu, co jest możliwe dzięki stabilnej pozycji w branży i bardzo dobrej rozpoznawalności na rynku usług tego rodzaju, a także systematycznemu wzrostowi ilości pozyskiwanych zleceń w kraju oraz na rynkach zagranicznych. Zarząd POLMAN S.A. pozytywnie ocenia osiągnięte wyniki i poszukuje komplementarnych obszarów biznesowych dla rozwoju Spółki oraz dywersyfikacji źródeł przychodów.

„Zarząd jest bardzo zadowolony z wyników uzyskanych w 2018 roku. Prawie 17% wzrost przychodów w całości został zrealizowany z działalności podstawowej, czyli z realizowanych kontraktów. Świadczy to o dużym zaufaniu, jakim obdarzyli naszą firmę kontrahenci. Spółka radzi sobie również z presją kosztową, a jej zysk EBITDA w minionym roku przekroczył 1,5 mln zł. Mimo znaczącego wzrostu sumy bilansowej do poziomu blisko 14,4 mln zł utrzymany został wysoki wskaźnik finansowania działalności  kapitałami własnymi na poziomie 63%. Wycena rynkowa na koniec 2018 r. stanowiła 4-krotność wypracowanego zysku i 50% sumy bilansowej. Bardzo istotne jest również to, że Spółka nie posiadała na koniec ubiegłego roku żadnych zobowiązań długoterminowych.” – komentuje Mariusz Nowak Prezes Zarządu Spółki POLMAN S.A.

Aktualna kapitalizacja Spółki wynosi ponad 9,2 mln zł, a jej kapitały własne na koniec 2018 r. przekraczały 9 mln zł. W ten sposób wskaźnik C/WK oscyluje w okolicach poziomu 1,0. Z kolei wskaźnik C/Z dla POLMAN S.A. kształtuje się obecnie na poziomie 5,0.

W 2018 r. Emitent zdecydował o wygaszeniu aktywności działu Nowoczesnych Technologii IT, który od 2015 r. pracował nad własnym portfolio produktów. Była to trudna decyzja biznesowa. Zapadła w wyniku splotu niesprzyjających okoliczności rynkowych m.in. dotyczących niepowodzenia w pozyskaniu środków na dalszy rozwój tego działu, o jakie Spółka ubiegała się w ramach składanych projektów dotacyjnych oraz trudności pozyskaniem wykwalifikowanych informatyków. Poprzez koncentrację przez Spółkę na segmencie biznesowym stanowiącym fundament jej działalności, a więc świadczeniu specjalistycznych usług dla przemysłu, będzie ona dążyła do ugruntowania swojej tożsamości oraz stworzenia stabilnej perspektywy dla Akcjonariuszy oczekujących minimalizacji ryzyka inwestycyjnego. Zarząd POLMAN S.A. jest przekonany, że dzięki podjętym działaniom będzie mógł budować dalszy wzrost wartości Spółki.

„Wyodrębnienie segmentu Nowych Technologii IT do osobnego podmiotu z jednej strony poprawi transparentność tej linii biznesowej, a z drugiej umożliwi dostęp do kapitału, który jest niezbędny do dalszego rozwoju. Zarząd może się skupić obecnie na ekspansji podstawowej i tradycyjnej linii biznesowej. Dzięki podziałowi tych segmentów biznesowych powstała precyzyjna alokacja kosztów i przejrzysty podział kompetencji zarządczych. Celem dla projektów Nowych Technologii jest maksymalizacja wartości. Spółka zakłada wyjście z inwestycji w drodze sprzedaży udziałów w podmiocie.” – zakończył Prezes Nowak.

Na początku 2018 r. w akcjonariacie POLMAN S.A. pojawił się inwestor finansowy – fundusz kapitałowy ABS Investment S.A., który posiada obecnie akcje stanowiące 7,42% udziału w kapitale zakładowym oraz 5,10% udziału w ogólnej liczbie głosów na WZA Spółki. ABS Investment S.A. to podmiot notowany na rynku NewConnect, który prowadzi działalność w obszarze inwestycji kapitałowych i specjalizuje się w inwestycjach w spółki działające w niszowych branżach, mające już rozwinięty biznes, o ponadprzeciętnej oczekiwanej stopie zwrotu. Inwestycja w POLMAN S.A. spełniała rygorystyczne kryteria inwestycyjne ABS Investment S.A., a obie spółki liczą na dalsze zacieśnianie współpracy w wielu obszarach biznesowych.

Sieci handlowe nie radzą sobie wewnętrzną komunikacją

Jednym z najważniejszych wyzwań związanych z zarządzaniem efektywnością pracy ludzi w sieciach handlowych jest uporządkowanie systemu komunikacji. Obecnie centrale wysyłają sklepom informacje różnymi kanałami, tworząc chaos. Pracownicy szukają wiadomości dotyczących jednego tematu w SMS-ach, e-mailach i komunikatorach. Największym błędem jest przekazywanie instrukcji w formie np. 100-stronicowych plików PDF czy tabel w Excelu. Zadania są przez to dłużej wykonywane, a niektóre obowiązki zaniedbywane. Rosnąca frustracja i zmęczenie zespołów może pogłębiać braki kadrowe. Niezadowoleni ze współpracy bywają też producenci. Ostatecznie na całej sytuacji tracą klienci.

Błędy w komunikacji

Zła komunikacja wewnętrzna w znacznym stopniu obniża efektywność pracy i zyski firmy. Dzieje się tak w każdej branży, ale w sieciach handlowych szczególnie to widać, ponieważ pracownicy są rozsiani po całym kraju, a nawet – kontynencie. Według Andrzeja Wojciechowicza, z firmy doradczej FMCG Business Consulting, bardzo często w tak dużych firmach nie ma jednolicie określonych procedur przepływu informacji. Proces komunikacyjny nie nadąża za rozwojem przedsiębiorstw.

– Centrale wysyłają do pracowników sklepów obszerne instrukcje za pośrednictwem e-maili i wiele krótkich wiadomości SMS-owych. W efekcie nie wiedzą, czy ich polecenia zostały właściwie zrozumiane i wypełnione. Z kolei osoby, które dostają informacje w taki sposób, same ustalają priorytety, co grozi niską efektywnością pracy. Korzystając na raz z kilku narzędzi komunikacji, pracują w chaosie. Czasem nie mogą odnaleźć części danych dotyczących jednego tematu – mówi Sebastian Starzyński, prezes zarządu platformy TakeTask.

Błędy pracowników wynikają często z braku narzędzi ułatwiających płynne przekazywanie informacji. Osobom z centrali zależy na szybkiej formie przekazu. Wobec tego wysyłają sporo pojedynczych komunikatów poprzez urządzenie, które akurat mają pod ręką. Na sposób wysyłania informacji patrzą krótkowzrocznie, zapominając czasem o tym, że trudno będzie je potem odnaleźć.

– Jednym z największych błędów centrali jest wysyłanie obszernych instrukcji w formie plików PDF. Zdarza się, że pracownicy otrzymują wytyczne dotyczące zmiany aranżacji palcówki opisane na 100 stronach dokumentu. W krótkim czasie muszą je przeczytać, zrozumieć i jeszcze wdrożyć, zgodnie ze standardami obowiązującymi w danej sieci. Skutkuje to pomijaniem istotnych kwestii. Obsługa sklepu jest przytłoczona i działa nieefektywnie – zauważa prezes Starzyński.

Przekazywanie instrukcji w formie tabeli, do której pracownicy są zobowiązani wklejać zdjęcia wykonanej pracy, też jest złą praktyką. Wykaz jest najpierw drukowany i wypełniany ręcznie w sklepie, a potem przepisywany na komputerze. Ponadto wykonane fotografie trzeba zgrać z telefonu, wkleić je do tabelki i wysłać poprzez e-mail. Pracownik traci wtedy mnóstwo czasu i może popełnić szereg błędów. Dla centrali taka forma komunikacji też jest uciążliwa. Bardzo łatwo można się pomylić, gdy przychodzą na raz wiadomości od kilkudziesięciu sklepów, dotyczące różnych tematów.

Potrzeba zmian

– Mamy usystematyzowaną kwestię przepływu informacji poprzez tzw. Netto Pomoc. Centrala wysyła e-maile do sklepów dwa razy dziennie o stałych godzinach. Są w nich poruszane najważniejsze bieżące sprawy. Kierownicy zmian drukują wiadomości lub przekazują je ustnie pozostałym pracownikom. Staramy się, aby komunikaty nie były zbyt obszerne. Oczywiście szukamy prostszych rozwiązań. Pracujemy nad tym, żeby usprawnić funkcjonowanie urządzania PDA. Umożliwia ono m.in. skanowanie kodów produktów, a także wysyłanie zdjęć i obsługę korespondencji e-mailowej – informuje Mariola Skolimowska, PR&Communications Manager w sieci Netto.

W opinii eksperta z platformy TakeTask, osoby z centrali niechętnie poszukują nowych rozwiązań, nawet jeśli wiąże się to z brakiem komfortu. Tymczasem zła komunikacja wewnętrzna prowadzi do tego, że pracownicy dłużej wykonują swoje zadania i zaniedbują część obowiązków. Mogą popełniać poważne błędy, np. związane z zachowaniem bezpieczeństwa czy higieny. Są też sfrustrowani i nierzadko gotowi do odejścia z pracy. Jak podkreśla Sebastian Starzyński, w czasach, gdy pracodawcy narzekają na braki kadrowe, warto minimalizować występowanie takich problemów.

– Dopóki brak właściwego przepływu informacji nie stanie się odpowiednio bolesny dla danej firmy, dopóty wciąż będzie w niej panował chaos. Komunikat jest pewnego rodzaju produktem, który powinien być stale kontrolowany. Centrala sieci handlowej powinna wiedzieć, gdzie, kiedy, komu i w jakiej wersji jest przekazywany. Tak samo, jak buduje się łańcuch blokowy w dostawach, należy tworzyć blockchain informacyjny. A jego podstawowym narzędziem powinno być sprawnie działające oprogramowanie – stwierdza Andrzej Wojciechowicz.

Nie sposób wymienić wszystkich możliwych szkód, do których prowadzą nieporozumienia między centralą i pracownikami. Jednym z przykładów może być sytuacja, w której producent chce wprowadzić promocje w kilku sklepach danej sieci. Jednak są one realizowane tylko w części placówek, z uwagi na zamęt komunikacyjny i brak obowiązku potwierdzenia realizacji zadań. Tak powstają straty finansowe, bo wytwórca płaci tylko za to, co zostało wykonane. Może też podważyć opłaconą fakturę i chcieć zakończyć współpracę. Stratni są również klienci, którzy nie mogą korzystać z niewidocznych rabatów.

– Korzystanie z jednego narzędzia poprawiłoby przepływ informacji między centralą i pracownikami. Musi ono być wygodne w użytku dla obu stron. Powinno też umożliwiać ustalanie priorytetów, zlecanie zadań w całej sieci sprzedaży, weryfikowanie ich, raportowanie oraz zgłaszanie ewentualnych uwag i wątpliwości. Oczywiście polecenia muszą być też formułowane precyzyjnie. A zamiast opisywać zadanie na dziesiątkach stron, łatwiej i szybciej jest przekazać coś, wykorzystując do tego zdjęcia lub krótkie filmy, nagrywane nawet zwykłym smartfonem – dodaje prezes Starzyński.

Nowoczesne rozwiązania

Zdaniem Marioli Skolimowskiej, obecnie jest to raczej nierealne, żeby centrala korzystała tylko i wyłącznie z jednego narzędzia do komunikacji z całą siecią sprzedaży. Chcąc wprowadzić rozwiązanie, oparte na pojedynczym urządzeniu, pracodawca powinien brać pod uwagę różne ograniczenia techniczne, w tym np. przerwy w dostępie do sieci. Dlatego powinny być stosowane różne dostępne możliwości. Dla przykładu, w Netto przepływ informacji ułatwia zamknięta grupa na Facebooku. Korzysta z niej ok. 2 tys. osób w Polsce. Pracownicy mają także dostęp do tradycyjnych narzędzi, takich jak SharePoint czy Intranet.

– Oprócz urządzeń służących do komunikacji z pracownikami, sieciom handlowym potrzebne są platformy do porozumiewania się z innymi firmami, np. z dostawcami usług sprzątania, naprawiania sprzętów czy czyszczenia klimatyzacji. Pozwalają one na śledzenie i optymalizowanie wydatków związanych z ww. usługami. Takie aplikacje zaczynają już funkcjonować w niektórych korporacjach. Wprowadzają one np. systemy do zarządzania fakturami kosztowymi – zapewnia ekspert z platformy TakeTask.

Do powyższego grona dołączają już aplikacje do zarządzania wewnętrznymi projektami, np. umożlwiające planowanie promocji i ekspozycji produktów w gazetkach w kontekście ustalanych budżetów i umów z dostawcami. Na Zachodzie działa już kilka tego typu rozwiązań, a w Polsce pojawiają się pierwsze, z których zaczynają korzystać sieci handlowe. Znacznie bardziej rozpowszechnione są narzędzia do automatyzowania komunikacji z klientami, takie jak np. chatboty czy systemy analizujące zakupy klientów.

– Będziemy mieli również aplikację pracowniczą. O tym, jakie będzie miała funkcje, zadecyduje centrala. Kiedy Duńczycy przetestują oprogramowanie, oddziały w pozostałych krajach, czyli w Polsce, Niemczech i Szwecji, będą mogły z niego korzystać. To rozwiązanie z pewnością zintegruje zespoły i uprości pracę wielu osób, które zechcą się nim posługiwać –­ przewiduje PR&Communications Manager w sieci Netto.

Jak podsumowuje Sebastian Starzyński, automatyzacja coraz mocniej wkracza w wiele sfer handlu. Sklepy stacjonarne inwestują już w nowe technologie, m.in. w kasy samoobsługowe, inteligentne koszyki, paczkomaty czy coolomaty do odbioru zamówień składanych online. Za tym pójdzie wdrażanie urządzeń do efektywnej komunikacji z pracownikami i koordynacji ich działań. Przełomowe będzie korzystanie z jednej aplikacji, która połączy wszystkie potrzeby w ramach struktury sieci. Nie będą musiały używać kilku narzędzi w tym samym czasie. To pozwoli im podnosić zyski sprzedażowe.

SII wnioskuje do Ministerstwa Finansów o obniżenie podatku „belki”

Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (SII) w ramach procesu konsultacji  publicznych nad Strategią Rozwoju Rynku Kapitałowego  (SRRK) skierowało do Minister Finansów opinię do opublikowanego przez Ministerstwo dokumentu Strategii. W swoim Stanowisku Stowarzyszenie wnioskuje przede wszystkim o istotne obniżenie podatku „belki”. Proponuje także wiele innych rozwiązań mających na celu wzrost zainteresowania Polaków rynkiem kapitałowym, w tym długoterminowym oszczędzaniem.

Stowarzyszenie w opinii skierowanej do Minister Finansów podnosi, iż zaprezentowany projekt Strategii niewątpliwie ma elementy pozytywne dla inwestorów indywidualnych. Wymienić można wśród nich m.in. zamiar wzmocnienia ochrony uczestników rynku kapitałowego, zwiększenie nacisku na edukację ekonomiczną Polaków, rekomendację stworzenia właściwego sądu i prokuratury do rozstrzygania sporów dotyczących rynku finansowego, ale także proponowana jest możliwość kompensacji strat z jednostek funduszy inwestycyjnych z zyskami z innych inwestycji kapitałowych, o co SII postulowało już wcześniej. Wśród kierunkowo pozytywnych rozwiązań wymienić można także propozycję obniżenia opodatkowania dywidend w przypadku inwestycji długoterminowych.

Stowarzyszenie zwraca jednak w swoim stanowisku uwagę, że w opublikowanym projekcie SRRK występuje w niektórych obszarach niespójności między celami SRRK, a dość zachowawczymi propozycjami zachęt i rozwiązań dla inwestorów indywidualnych, które mają wspierać realizację tych celów. Mianowicie z jednej strony Ministerstwo wskazuje, iż chce zwiększyć udział oszczędności w gospodarce, chce poprawić płynność rynku, chce zwiększyć skalę pozyskiwanego kapitału przez spółki. Podnosi się ponadto, iż intencją dokumentu SRRK jest zapewnienie stosowania konkurencyjnych zachęt podatkowych, a Ministerstwo samo diagnozuje, że brak jest wystarczających zachęt podatkowych dla inwestorów. Do tego wskazuje się na niski poziom prywatnych oszczędności, w tym realizowanych w ramach IKE i IKZE, a zadaniem SRRK zgodnie z jej treścią ma być z kolei przedstawienie rozwiązań skutkujących zwiększeniem skłonności konsumentów do oszczędzania.

Tymczasem choć Ministerstwo Finansów właściwie identyfikuje konieczność wzmocnienia roli inwestorów indywidualnych w kontekście planów rozwoju rynku kapitałowego, to proponowane zachęty dla inwestorów w dalekim stopniu odbiegają od rozwiązań zarówno oczekiwanych przez Stowarzyszenia, jak również indywidualnych uczestników rynków finansowych. Natomiast przedstawione w projekcie SRRK propozycje zachęt dla inwestorów istotnie zostały okrojone względem rozwiązań przedstawionych przez Ministerstwo w sierpniu 2018 r.

„Strategia proponowana przez Ministerstwo w pewnym sensie sprawia wrażenie strategii zachowawczej względem inwestorów indywidualnych. Nie jest to strategia nastawiona na preferowanie i premiowanie uczestników rynku, którzy świadomie i długoterminowo chcieliby budować swoje oszczędności, w tym przede wszystkim oszczędności emerytalne w oparciu o rodzimy rynek kapitałowy” – podkreśla Piotr Cieślak, Wiceprezes Zarządu Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych

Mając na uwadze powyższe, SII zaproponowało, aby Ministerstwo Finansów powróciło do rozwiązań zawartych w dokumencie Strategii przedstawionym w sierpniu 2018 r.,  tj. m.in. do: podwojenia limitów rocznych wpłat na IKE i IKZE, zniesienia 10% PIT od wypłat z IKZE, uatrakcyjnienia emerytalnych planów inwestycyjnych (w tym IKE/IKZE), zniesienie ograniczeń czasowych zawartych w obecnie obowiązujących przepisach (zobowiązanie do oszczędzania przez okres 5 lat kalendarzowych), zmniejszenia „podatku Belki” do 9% dla zysków z inwestycji utrzymywanych przez okres przekraczający 12 miesięcy w papiery wartościowe notowane na rynkach regulowanych oraz MTF i jednostki uczestnictwa w otwarte fundusze inwestycyjne inwestujące w takie notowane papiery wartościowe oraz zezwolenia rodzicom na otwieranie kont IKZE dla dzieci.

Ponadto Stowarzyszenie zdecydowanie sprzeciwiło się zamiarom Ministerstwa Finansów dotyczącym uniemożliwienia inwestorom inwestującym na instrumentach CFD kompensowania strat z tych instrumentów z zyskami z innych instrumentów finansowych. SII zaproponowało też  dodatkowe zachęty podatkowe dla inwestorów indywidualnych w postaci zmniejszenia „podatku Belki” do poziomu 4% dla zysków z inwestycji utrzymywanych przez okres co najmniej 60 miesięcy w papiery wartościowe notowane na rynkach regulowanych oraz MTF i jednostki uczestnictwa w otwarte fundusze inwestycyjne inwestujące w takie notowane papiery wartościowe, a w przypadku inwestycji utrzymywanych przez okres przekraczający 60 miesięcy w papiery wartościowe notowane na rynkach regulowanych oraz MTF Stowarzyszenie proponuje, aby nie pobierano podatku od dywidend. SII zaproponowało też wprowadzenie możliwości kompensowania strat z tytułu inwestycji w jednostki funduszy inwestycyjnych i inne papiery wartościowe z zyskami od dywidend wypłacanymi przez Spółki.

„Zachowawcze propozycje Ministerstwa Finansów w SRRK w szczególności odnoszące się do zachęt podatkowych są niezrozumiałe w obliczu faktu, że Ministerstwo ma pełną świadomość, iż przyszłe emerytury Polaków wypłacane z ZUS będą stanowić zaledwie ułamek wynagrodzeń, które obecnie trafiają do kieszeni Polaków. Stąd też negatywnym zaskoczeniem jest, że w zaproponowanej strategii nie zawarto zdecydowanie większej ilości rozwiązań motywujących do oszczędzania emerytalnego przy wykorzystaniu instrumentów dostępnych na rynku kapitałowym” – podsumowuje Piotr Cieślak.

Etyczna rekrutacja – na co zwrócić uwagę?

Proces rekrutacyjny to bardzo specyficzna forma relacji pomiędzy osobą, która stara się o zatrudnienie, a reprezentantami potencjalnego pracodawcy. Niestety, zdarza się, że rekruterzy podchodzą do kandydatów „taśmowo” i nawet jeśli nie naruszają prawa, to czasem przekraczają granice zachowań, które można uznać za etyczne.

Proces rekrutacji powinien stanowić pierwszy etap budowania pozytywnego wizerunku pracodawcy. Dla firmy poszukującej pracowników jest to szansa na pokazanie organizacji od dobrej strony, a poniekąd także na reklamę wśród kandydatów do pracy. Osoba, która będzie miała poczucie, że potraktowano ją z szacunkiem, poświęcając jej czas i udzielając potrzebnych informacji na każdym etapie procesu, będzie miała zapewne znacznie lepsze zdanie o danej firmie niż ktoś, kto poczuł się np. zlekceważony. I to niezależnie od wyników rekrutacji.

Rekrutacja buduje wizerunek pracodawcy

Niestety, dość często zdarza się, że ta szansa zostaje zaprzepaszczona. Sprzeczne wymagania w ogłoszeniu o pracy, trudności z uzyskaniem konkretnych informacji, gdy kandydat zdecyduje się na kontakt telefoniczny w sprawie oferty, brak możliwości uzyskania tak kluczowego dla potencjalnego pracownika parametru, jak choćby przybliżone wynagrodzenie za pracę, czy w końcu brak informacji zwrotnej po zakończonej rekrutacji – wszystko to może zmienić początkową sympatię wobec rekrutującej firmy, w zniechęcenie, żal, poczucie lekceważenia. Najczęściej nie taka była wola działu HR lub agencji rekrutacyjnej – po prostu, tak wyszło, ktoś nie pomyślał, a ktoś inny nie przewidział konsekwencji pewnych zachowań.

– Pozyskiwaniem pracowników i rekrutacją zajmuję się już ponad 25 lat i dla mnie „byle jakie” traktowanie kandydatów wciąż pozostaje największym problemem. W Polsce spotkania rekrutacyjne często realizowane są w wielkim pośpiechu przez nieprzygotowanych rekruterów. A warto pamiętać, że dzisiaj nawet jedno fatalnie przeprowadzone spotkanie rekrutacyjne może mieć wpływ na wizerunek firmy – mówi Jarosław Marciniak, konsultant oraz autor szkoleń z zakresu etycznych aspektów rekrutacji w firmie Effect Group.

Cienka granica dyskryminacji

Zadaniem rekrutera jest znalezienie dla swojego pracodawcy bądź klienta najlepszych kandydatów na dane stanowisko. Pierwszym elementem branym przez niego pod uwagę jest cel biznesowy, a więc to, jakie cechy i umiejętności powinna mieć dana osoba, aby można ją było uznać za najbardziej odpowiednią do konkretnej pracy.

Tutaj jednak do gry wkraczają przepisy prawa, które nie pozwalają na zupełnie dowolne kreowanie procesu rektutacji. Np. podczas rozmowy kwalifikacyjnej nie można zadawać takich pytań, które mogłyby zostać uznane za wyraz dyskryminacji.

Zasadniczo więc nie można pytań o wiarę, wyznanie czy też kwestie światopoglądowe. Ale uwaga – nie są to zastrzeżenia bezwzględne. W pewnych sytuacjach można je zadać, chociaż trzeba wykazać związek danej kwestii z pracą na danym stanowisku.

– W przypadku starania się o pracę w organizacjach kościelnych lub związkach wyznaniowych, pytanie o wyznanie może być uzasadnione – przyznaje Jarosław Marciniak. – Nie jest natomiast etyczne przeszukiwanie prywatnych kont kandydatów w mediach społecznościowych i pozyskiwanie w taki sposób informacji o ich życiu prywatnym czy o przejawianych na co dzień postawach – podkreśla ekspert.

Za młodzi, za starzy…

W praktyce poważnym problemem w Polsce pozostaje dyskryminacja ze względu na wiek. W ostatnich latach w mediach oraz w środowisku osób odpowiedzialnych za rekrutacje dość dużo mówiło się o korzyściach z zatrudniania osób w wieku 50+, o ich dużym potencjale i pozytywnym wpływie na środowisko pracy, co spowodowało, że problem ten jest mniejszy niż jeszcze kilkanaście lat temu. Dzisiaj dla wielu pracodawców osoby w średnim wieku stanowią najlepszą kategorię wiekową, biorąc pod uwagę doświadczenie i szeroko rozumiane kompetencje.

Ale to nie znaczy, że stereotypy zniknęły. Obecnie jednak zaczęły przybierać na sile wobec ludzi młodych, dopiero wchodzących na rynek pracy. Często z góry przyjmuje się, że młody kandydat będzie roszczeniowy, leniwy, albo „na pewno sobie nie poradzi”, co również prowadzi do dyskryminacji. „Straszenie” w mediach pokoleniem Millenialsów i kolejnych generacji określanych rozmaitymi nazwami spowodowało, że niektórzy pracodawcy zaczęli unikać zatrudniania pracowników młodych. Warto jednak mieć świadomość, że odrzucanie kandydatów wyłącznie z powodu metryki jest zarówno nieetyczne, jak i niezgodne z prawem.

Wątpliwości etyczne mogą pojawiać się za każdym razem, gdy rekruter bierze pod uwagę inne cechy niż wykształcenie i doświadczenie kandydata. Na przykład w wielu ofertach pracy wymagana jest „miła aparycja”, a CV powinno zawierać zdjęcie. Może to sugerować, że oceniany będzie także wygląd kandydata. Przyjmuje się, że o ile rekrutacja dotyczy pracy w charakterze modela/modelki lub aktora/aktorki, wówczas cechy fizyczne mogą być brane pod uwagę, ponieważ mają bezpośredni związek z wykonywaną pracą. W każdym innym przypadku pracodawca powinien wykazać się dużą ostrożnością w kwestii ustalania jakichkolwiek wymagań nawiązujących do wyglądu kandydatów. Wątpliwe jest np. ocenianie wyglądu sprzedawców, pomimo że istnieje prawdopodobieństwo, że atrakcyjność handlowca może mieć wpływ na wyniki sprzedaży.

– W tego typu sprawach istotne jest, jakiego rodzaju wymogi i standardy w tym zakresie przewidują zasady obowiązujące u danego pracodawcy. Opierając się na tych wytycznych można kształtować praktykę rekrutacji, ale wymagana jest szczególna ostrożność. Każde ograniczenie dotyczące kandydatów musi mieć realne, biznesowe uzasadnienie, jednocześnie ściśle związane z charakterystyką procesu pracy na danym stanowisku – mówi trener Effect Group.

Polecaj, zamiast podbierać

Nad etyką można się zastanawiać także w kontekście samego pozyskiwania kandydatów do pracy. Istnieją w Polsce firmy, które same siebie określają jako agencje „headhunterskie”, a przecież sytuacje, w których najlepsi pracownicy z jednego przedsiębiorstwa są „podbierani” przez konkurentów, trudno uznać za etyczne. Z drugiej strony, sytuacji konkurowania o najlepszych pracowników trudno uniknąć. Firmy same jednak znalazły sposoby, by się przed tym bronić. Temu właśnie służą przemyślane kontrakty związane z zatrudnieniem, zawierające zapisy o zakazie konkurencji. Takie działania pozwalają zminimalizować prawdopodobieństwo i negatywne skutki działania „łowców głów”.

Innym sposobem pozyskiwania najlepszych kandydatów, który także wzbudza czasem kontrowersje, jest zatrudnianie osób „z polecenia”. Zdarza się, że pracodawcy płacą nawet kilka tysięcy złotym tym spośród swoich pracowników, którzy przyprowadzą do firmy dobrych kandydatów.

– Jest to świetny sposób na pozyskiwanie pracowników na trudnym rynku pracy, szczególnie w sytuacji, w której określonych kompetencji na tym rynku brakuje – mówi Jarosław Marciniak. – Programy poleceń (jawne i formalnie określone) są jakościowo czymś zupełnie innym niż zatrudnianie „przyjaciół i znajomych królika”, które kojarzy się z nepotyzmem i układami – podkreśla.

Po pierwsze – większa świadomość

Tym, co można zrobić, aby firmy rekrutowały w sposób bardziej etyczny, a następnie dbały o właściwe zachowania wobec zatrudnionych osób, jest podnoszenie świadomości – zarówno wśród osób bezpośrednio odpowiedzialnych za rekrutację, jak i wśród menedżerów. Do tego potrzebna jest także świadomość zagrożeń związanych z nieprzestrzeganiem etyki i prawa (np. wspomniana utrata reputacji).

O odpowiednią wiedzę możemy zadbać poprzez szkolenia, ale wdrożenie wyniesionej z nich wiedzy będzie już wymagało dobrej woli ze strony kadry zarządzającej oraz wprowadzenia (a potem przestrzegania) procedur, które z etyki uczynią obowiązujący w firmie standard. Tego typu podejście z pewnością jednak przyniesie pozytywne korzyści – tak kandydatom, pracownikom, jak i całej organizacji pracodawcy.

Instagram Stories w komunikacji marki

Michał Chrościcki
Michał Chrościcki, Analyst & Strategy Planner Mint Media

Stories to format, który jest coraz częściej wykorzystywany w mediach społecznościowych. Według danych Instagrama ze stycznia 2019 wynika, że każdego dnia korzysta z niego aż 500 mln użytkowników. Krótkie historie dostępne w serwisie przez dobę to już nie tylko forma komunikacji między znajomymi, ale coraz prężniej rozwijające się narzędzie marketingowe.

Czym są Instagram Stories?

Mowa tu o pewnego rodzaju szybkich historyjkach bazujących na zdjęciach lub wideo (obecnie wydłużonych z 15 do 60 sekund), które są modyfikowane do formy krótkich relacji. Format ten został zapoczątkowany przez Snapchat, a następnie zaimplementowany przez Facebooka oraz Instagram. Sukces Stories wynika z faktu, że odpowiadają one na potrzeby coraz bardziej mobilnych użytkowników mediów społecznościowych. Tworzona relacja jest unikalna, krótka, dynamiczna i interaktywna, co sprawia, że idealnie dostosowuje się do obecnych oczekiwań internautów, którzy coraz szybciej konsumują otrzymywane informacje.

Instagram Stories a komunikacja marek

Stories są dla marek okazją do docierania do jej sympatyków oraz najbardziej aktywnych użytkowników. Idealnym modelem wykorzystania danego formatu są relacje z życia marki, real-time marketing (RTM), relacje na żywo, unikalne materiały oraz content stricte rozrywkowy. Na kanale jakim jest Instagram, dopiero Stories, a nie statyczne posty, stworzyły możliwość większej interakcji użytkowników z publikowaną treścią, a marketerom dostarczyły mierzalne dane. Nie zmienia to jednak faktu, że to wciąż poprzez feed łatwiej jest dotrzeć do użytkownika. Jak podaje firma Rival IQ w raporcie „2018 Instagram Stories Benchmark Report”, to właśnie posty osiągają największe zasięgi. Wynika to między innymi ze struktury danego formatu oraz zachowań odbiorców. Skrolowanie jest łatwe i bardziej przyjazne dla użytkowników oraz pozwala na szybsze zapoznanie się z  interesującymi nas informacjami (tzn. najpierw duże zdjęcie, potem mały tekst).

Efektywne i atrakcyjne relacje

Na odbiór Stories przez użytkowników ma wpływ kilka czynników, a jednym z głównych jest liczba oglądanych relacji. Z analizy przeprowadzonej przez serwis Buffer (Instagram Stories Research) wynika, że już pierwsze Stories (czy nawet pierwsze cztery), decydują o atrakcyjności całego materiału. Jeśli autor nie przykuje uwagi użytkownika już na wstępie, to utrzymanie zainteresowania maleje z każdą kolejną relacją. Kluczem jest również dopasowanie treści do odbiorcy, czyli ponownie – Content is the King. Z doświadczenia wielu marketerów wynika, że treści powinny być jak najkrótsze. Zdarzają się jednak wyjątki – mowa tu o przekazie unikalnym i „zakulisowym”. Może być on dłuższy, bowiem wzbudza ciekawość przez co bardziej angażuje odbiorcę.

W analizie efektywności opublikowanych Stories mamy do dyspozycji kilka zmiennych. Niezależnie od narzędzia, z którego korzystamy w statystykach, widzimy takie dane jak:

  • – liczba wyświetleń;
  • – liczba unikalnych profili, które zobaczyły relację (zasięg);
  • – liczba akcji prześlij;
  • – liczba akcji dalej;
  • – liczba akcji wstecz;
  • – liczba akcji wyjście.

Z czego, przy ocenie efektywności Stories  jako relacji np. z wydarzeń, gdzie poszczególne Stories tworzą dłuższą narrację, kluczowa jest holistyczna analiza wyświetleń. Dane z elementu początkowego i końcowego stworzą obraz tego, ile osób udało się zainteresować daną treścią.

Wszystko to mówi, że Instagram Stories stają się kanałem efektywnego docierania do użytkowników oczekujących unikalnego i dynamicznego przekazu. Dlatego też, strategia komunikacji marki powinna szybko adaptować nowe rozwiązania pojawiające się w mediach społecznościowych. Dotyczy to szczególnie odbiorców, którzy najczęściej korzystają ze społeczności za pomocą urządzeń mobilnych.

Autor: Michał Chrościcki, Analyst & Strategy Planner Mint Media – z marketingiem internetowym związany ponad 8 lat, aktualnie zajmuje się monitoringiem Internetu i analizą działań w mediach społecznościowych. Pracował w Domu Badawczym Brand Fibres (VML Poland). Founder projektu Academy of Digital.

Shell przenosi do Krakowa obsługę kolejnych globalnych zadań. Koncern chce w tym roku zatrudnić kolejne kilkaset osób

Shell przenosi do Krakowa obsługę kolejnych globalnych zadań. Koncern chce w tym roku zatrudnić kolejne kilkaset osób 1

Kraków to jeden z trzech największych w Polsce ośrodków BPO/SSC. W blisko 200 centrach usług biznesowych pracuje ponad 64 tys. osób, a stolica Małopolski przyciąga kolejnych inwestorów m.in. podażą biur i młodych talentów. W Krakowie dynamicznie rozwija się też Shell, który już obecnie ma pozycję jednego z największych pracodawców i inwestorów w regionie. Tylko w ubiegłym roku koncern zatrudnił ponad 600 nowych pracowników. Właśnie powiększył swój kompleks biurowy o nowy budynek (Topaz) i zapowiada, że utrzyma wzrost zatrudniania na podobnym poziomie.

 Shell Energy Campus to strategiczna inwestycja dla naszej firmy, nie tylko w Polsce czy Europie, lecz także globalnie. Jest to jeden z pięciu dużych hubów Shell na świecie. Kraków rozwija się najbardziej dynamicznie i odgrywa coraz większą rolę w strategii firmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Pocztowska, dyrektor generalna Shell Business Operations w Krakowie.

W stolicy Małopolski centrum operacji biznesowych Shell działa od 2006 roku, najpierw w podkrakowskim Zabierzowie, skąd dwa lata temu zostało przeniesione do centrum miasta. To najszybciej rozwijający się tego typu ośrodek koncernu na świecie, który stale zwiększa zatrudnienie.

– Poszukujemy specjalistów w dziedzinie finansów, obsługi klienta, logistyki i marketingu czy bardziej kreatywnych prac w zakresie komunikacji wewnętrznej, ale rozwinąć się u nas mogą również osoby o kompetencjach liderów. Działamy w projektach globalnych, międzynarodowych, dlatego sądzę, że każdy znajdzie u nas ciekawą opcję rozwoju – mówi Agnieszka Pocztowska.

Shell planuje w tym roku utrzymać wzrost zatrudnienia na poziomie zbliżonym do ubiegłorocznego. Specjalistów chce przyciągnąć szerokimi możliwościami rozwoju kariery, szansą uczestniczenia w międzynarodowych projektach oraz atrakcyjnym pakietem wynagrodzeń i benefitów. Pracownicy mogą rozwijać swoje kompetencje i zaangażowanie społeczne, uczestnicząc w globalnych inicjatywach Shell, a – obok elastycznych godzin pracy czy projektów mentoringowych – firma oferuje szereg możliwości rozwoju ścieżki kariery. Kluczowym wymogiem wobec kandydatów jest biegła znajomość języków obcych oraz otwartość na naukę nowych umiejętności i dyscyplin.

W krakowskim centrum Shell pracuje obecnie 3,6 tys. osób, reprezentujących 48 narodowości, które posługują się łącznie 20 językami obcymi. Ten poziom zatrudnienia stawia koncern wśród kluczowych pracodawców w regionie. Marka kładzie nacisk na różnorodność – ponad 650 pracowników to obcokrajowcy, a kobiety stanowią 68 proc. zatrudnionych i zajmują 2/3 stanowisk menadżerskich. W centrum pracuje również 31 osób z różnym stopniem niepełnosprawności.

 Ostatnie dwa lata były bardzo ważne, rozwinęliśmy się zarówno pod względem liczbowym, zatrudniając przeszło 2 tys. osób, jak i w zakresie odpowiedzialności prac wykonywanych w Krakowie, które mają coraz większy wpływ na strategię działania firmy ­– mówi Agnieszka Pocztowska.

Krakowski ośrodek wspiera Shell w obszarze zakupów, logistyki, finansów i spraw kadrowych, a nawet w sprawach związanych z diagnostyką i naprawą maszyn znajdujących się na platformach wiertniczych albo statkach morskich. Do stolicy Małopolski w coraz większym stopniu przenoszone są też globalne zadania Shell, związane m.in. z komunikacją wewnętrzna i zewnętrzną.

– W tym roku w Krakowie osiągniemy zatrudnienie na poziomie 4 tys., co powoduje, że jesteśmy jednym z największych pracodawców w regionie, jak i jednym z największych inwestorów. W związku z tym jesteśmy żywo zainteresowani współpracą – zarówno z miastem, jak i ze środowiskiem akademickim, ponieważ sukces naszego biznesu to również sukces Krakowa i dobre warunki do życia dla naszych pracowników – mówi Agnieszka Pocztowska.

Kraków to jeden z trzech największych w Polsce ośrodków BPO/SSC. Jest liderem pod względem zatrudnienia w tym sektorze – w krakowskich centrach usług pracuje ponad 64 tys. osób (co oznacza 23-procentowy udział w całości zatrudnienia w tej branży w Polsce). Według ubiegłorocznych danych ABSL, w Krakowie działa 195 centrów usług biznesowych, a na przestrzeni ostatnich dwóch lata stolica Małopolski – obok Warszawy i Trójmiasta – przyciągała najwięcej nowych inwestycji z tego sektora. Kraków jest również najważniejszym rynkiem biurowym w Polsce poza Warszawą – w 2017 roku przekroczył granicę 1 mln mkw całkowitej podaży biur, co w połączeniu z około 40 tys. absolwentów rocznie, kształconych przez 21 krakowskich uczelni przekłada się na atrakcyjne warunki dla inwestorów, którzy chcą lokować w stolicy Małopolski swoje centra biznesowe.

 Shell odniósł w Krakowie duży sukces i na tej bazie będziemy dalej rozwijać działalność. Zamierzamy w dalszym ciągu wykorzystywać potencjał talentów w Krakowie i na pewno będziemy wzmacniać rolę krakowskiego biura w  strategii naszej firmy – zapowiada Agnieszka Pocztowska.

W związku z rozwojem (tylko w 2018 roku firma zatrudniła ponad 600 pracowników) Shell oficjalnie otworzył właśnie kolejny, piąty już, budynek na terenie krakowskiego kompleksu. Docelowo ma on pomieścić 1,1 tys. pracowników na sześciu kondygnacjach. Nazwa budynku – Topaz – została wybrana przez pracowników w wewnętrznym konkursie. Biuro jest wyposażone w nowoczesne kuchnie, strefy rozrywki i relaksu, a także pokoje z możliwością tzw. teleobecności, sprzyjające pracy zespołów wirtualnych. Dostępna jest również infrastruktura dla rowerzystów: stacja napraw rowerów, szatnie oraz parking rowerowy.

– Mamy nowoczesne biuro, zaprojektowane według najnowszych standardów. Przestrzeń została zaprojektowana razem z naszymi pracownikami i tworzy warunki pracy dla każdego, odpowiadając na współczesne potrzeby pracy wirtualnej, globalnej i teamworku – mówi dyrektor generalna Shell Business Operations w Krakowie.

Na terenie krakowskiego kompleksu poza nowym budynkiem o nazwie Topaz znajdują się już biurowce Ruby, Amber, Pearl oraz Diamond. Łącznie zapewniają prawie 40 tys. mkw. powierzchni biurowej. Kompleks posiada certyfikat BREEAM na poziomie excellent dla zrównoważonego budownictwa, a wszystkie obiekty zostały wyposażone w filtry zatrzymujące ponad 90 proc. pyłków, tak aby powietrze w biurach było maksymalnie komfortowe dla pracowników.

Rewolucyjne zmiany w szkolnictwie. Dyrektor szkoły powinien działać jak prezes firmy

Rewolucyjne zmiany w szkolnictwie. Dyrektor szkoły powinien działać jak prezes firmy 2

Nowe technologie i pokolenia uczniów wychowanych na smartfonach z dostępem do internetu to wyzwanie dla współczesnego szkolnictwa, nauczycieli i dyrektorów szkół. Ci ostatni muszą wypracować nowe metody zarządzania placówkami oświatowymi – obliczone na efektywność i przystające do technologicznej rzeczywistości. Dyrektor szkoły to oświatowy prezes i może korzystać z tych samych metod, które wykorzystują innowacyjne przedsiębiorstwa czy liderzy Doliny Krzemowej. Nowatorskie sposoby zarządzania szkołami zdominowały dyskusję podczas konferencji Nowoczesny Dyrektor, zorganizowanej po raz siódmy przez firmę Librus.

– Wszelkie nauki, które przekazywali nam rodzice czy dziadkowie, niedługo będą już nieaktualne. Będziemy zmieniali zawody co dziesięć lat. Musimy nauczyć nasze dzieci dostosowywać się do tych szybkich zmian, nauczyć je krytycznego myślenia, żeby nie zalewała ich fala fake newsów. To jest gigantyczne wyzwanie, które stoi przed nowoczesnym szkolnictwem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. Rafał Ohme, ekspert w dziedzinie psychologii emocji i komunikacji z Uniwersytetu SWPS, prelegent konferencji Nowoczesny Dyrektor.

Szkolnictwo – podobnie jak każda inna dziedzina życia czy sektor gospodarki – jest na etapie rewolucyjnych zmian spowodowanych rozwojem technologii. Do 2020 roku już wszystkie 30,5 tys. szkół w całym kraju zostanie podłączonych do szerokopasmowego internetu o przepustowości co najmniej 100 Mb/s w ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej. Sami uczniowie już powszechnie korzystają z dostępu do sieci w szkole i poza nią. Z ostatniej edycji badania EU Kids Online, przeprowadzonego na grupie blisko 1,3 tys. uczniów w wieku 9–17 lat wynika, że 82,5 proc. z nich codziennie łączy się z siecią przez telefon komórkowy. Codziennie lub prawie codziennie korzysta z niego 9 na 10 badanych, a 15 proc. uczniów spędza w dzień powszedni ponad 5 godzin online. Prawie 73 proc. nastolatków ma swój profil w mediach społecznościowych albo na stronie z grami, w młodszej grupie wiekowej 9–10 lat ten odsetek sięga blisko 50 proc.

Uczniowie podstawówek to tzw. pokolenie „always on”. Facebook, Snapchat, youtuberzy i influencerzy, fake newsy, aplikacje to dla nich naturalne środowisko. Zupełnie inaczej konsumują i przetwarzają treści, inaczej się uczą i zapamiętują, korzystają z innych form komunikacji i rozwijają inne kompetencje. W przyszłości na rynku pracy także będą im potrzebne całkiem inne umiejętności niż obecnie. Według World Economic Forum 65 proc. dzieci, które uczą się obecnie w podstawówkach, będzie w przyszłości pracować w zawodach powiązanych z nowymi technologiami, które dziś jeszcze nie istnieją. To wyzwanie dla nauczycieli i dyrektorów szkół, którzy muszą wypracować  nowe metody zarządzania placówkami oświatowymi – obliczone na efektywność i przystające do technologicznej rzeczywistości.

– Dyrektorzy szkół są dziś takimi samymi przedsiębiorcami czy biznesmenami jak ci, którzy zarządzają fabrykami czy hutami – mówi prof. Rafał Ohme.

Dyrektor szkoły to współczesny oświatowy CEO i może korzystać z tych samych metod, które wykorzystują innowacyjne przedsiębiorstwa czy liderzy Doliny Krzemowej. Jedną z nich jest wywodząca się z neuronauki metoda smart power, czyli połączenie dobrze znanego systemu nagród i kar (hard power) z inteligencją emocjonalną, motywowaniem i inspirowaniem innych za pomocą emocji i wartości (soft power).

Mamy dwa systemy, które pomagają nam się komunikować i zarządzać ludźmi. Pierwszy to system logiczny, racjonalny, a drugi emocjonalny. Trzeba połączyć te dwa systemy, aby pobudzać ludzi do działania – mówi prof. Rafał Ohme. – System smart power przyszedł do nas z Doliny Krzemowej, gdzie wszyscy milionerzy, którzy chodzą w klapkach i krótkich spodenkach, w ten sposób motywują swoich pracowników. On powinien być zaadaptowany także w naszym kraju: roztoczyć wizję, która pociągnie ludzi za sobą, oprzeć się na wartościach, zbudować relacje. Smart power to spowodowanie, żeby ludziom „chciało się chcieć”.

Nowatorskie metody zarządzania szkołami to jeden z tematów, które zdominowały dyskusję podczas siódmej edycji konferencji Nowoczesny Dyrektor. Przez dwa dni rozmawiało o nich ponad 500 dyrektorów szkół, którzy – jak co roku – spotkali się w podwarszawskiej Jachrance.

– Wydarzenie jest przestrzenią do dyskusji i wymiany doświadczeń ponad 500 najbardziej aktywnych dyrektorów szkół oraz przedstawicieli jednostek samorządu terytorialnego z całej Polski. To doskonała okazja, by przekonać się, że umiejętne zarządzanie z wykorzystaniem innowacyjnych narzędzi w obszarze edukacji podnosi efekty pracy oraz ułatwia codzienne obowiązki menadżerów placówek. Nie może tu zabraknąć nikogo, kto myśli o edukacji w sposób innowacyjny – mówi Marcin Kempka, prezes firmy Librus, która od siedmiu lat organizuje konferencję Nowoczesny Dyrektor.

O tym, że nowoczesne zarządzanie szkołą to nie tylko problem wewnętrzny placówki lub samorządu świadczy zestaw partnerów konferencji – wśród nich są m.in. Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Fundacja Orange oraz globalni, technologiczni giganci – Microsoft, Google i HP – którzy podejmują też działania na rzecz wspierania edukacji.

Pierwsze zmiany z „piątki Kaczyńskiego” przyjęte przez rząd. Realizacja pakietu może być problemem dla budżetu już w przyszłym roku

Pierwsze zmiany z „piątki Kaczyńskiego” przyjęte przez rząd. Realizacja pakietu może być problemem dla budżetu już w przyszłym roku 3

Zgodnie z obietnicą prezesa Prawa i Sprawiedliwości rząd przyjął we wtorek pierwszą z ustaw wprowadzających kolejny pakiet – Emerytura+. Świadczenie miałoby zacząć być wypłacane jeszcze w pierwszej połowie roku. Według zapowiedzi od lipca ruszą natomiast wypłaty 500 plus na każde pierwsze dziecko. Cały pakiet to obciążenie państwowej kasy rzędu 40 mld zł. Zdaniem ekonomistów te wydatki z czasem będą coraz bardziej ciążyć budżetowi.

Trzynasta emerytura, likwidacja PIT dla osób do 26. roku życia i obniżenie PIT-u pracowniczego do 17 proc., 500 plus na pierwsze dziecko, zwiększenie kwoty wolnej od podatku i przywrócenie lokalnych połączeń autobusowych to elementy ogłoszonego na konwencji PiS pod koniec lutego pakietu socjalnego, tzw. „piątki Kaczyńskiego”. Pierwszy z nich – jednorazowa wypłata dodatkowych emerytur w wysokości świadczenia minimalnego, czyli 1100 zł, został przyjęty na wtorkowym posiedzeniu rządu.

Wśród kilku elementów, które tworzą ten projekt, zwróciłbym uwagę na wzrost kosztów uzyskania przychodu – uważam, że to jest wartościowy element. On generuje koszty, nie generuje wydatków, a to jest istotne z punktu widzenia budżetu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Bartłomiej Gabryś z katedry przedsiębiorczości Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. – Natomiast wszystkie pozostałe elementy generują i koszty, i wydatki. Przykładem jednorazowa wypłata dla emerytów, oczywiście pożądana społecznie, bo przecież jest to ta grupa, która tych środków ma niewiele. Pytanie brzmi, dlaczego najpierw pobieramy od nich PIT, a potem oddajemy im te środki? Przecież, gdyby zlikwidować PIT od emerytur, to w kieszeni emerytów i rencistów pozostałoby dużo więcej. Nie 1,1 tys. zł, tylko ponad 2,5 tys. zł, zakładając najniższą emeryturę.

Kolejny element to wypłata 500 plus na każde pierwsze dziecko, a nie tylko na te wychowujące się w rodzinach o bardzo niskich dochodach. To najdroższa część planu, według szacunków minister pracy Elżbiety Rafalskiej ma kosztować około 20 mld zł rocznie. W tym roku pochłonie około połowy tej kwoty, bo wypłaty mają ruszyć w lipcu.

 Założeniem programu 500 plus był wzrost dzietności. On się świetnie sprawdził, jeżeli chodzi o wyrównywanie poziomu ubóstwa, natomiast dane za 2018 rok pokazują, że tylko w roku 2017 odnotowaliśmy przyrost dzietności, natomiast w roku 2018 z powrotem wracamy w dół. Mamy jeden z najniższych wskaźników dzietności na kobietę, on się waha w poziomie 1,4-1,5. Za 20 lat nie będzie nas 37 mln, tylko 33-34 mln – tłumaczy dr Bartłomiej Gabryś.

Dodaje też, że by sfinansować emerytury coraz liczniejszej grupy seniorów z zarobków coraz mniejszej grupy pracujących, będzie trzeba podnieść podatki, choć na razie, w roku wyborczym się je obniża: rząd chce 17-proc. PIT-u dla pracowników oraz dwukrotnego podniesienia kwoty uzyskania przychodu. Najmłodsi pracujący, ci poniżej 26. roku życia, mieliby tego podatku nie płacić w ogóle, co powinno ułatwić ich zatrudnianie.

Cały pakiet propozycji będzie oznaczał dodatkowy koszt około 40 mld zł, czyli jedną dziesiątą obecnych wydatków budżetowych. To zwiększy deficyt, a przekroczenie 3-proc. progu grozi ponownym nałożeniem na Polskę procedury nadmiernego deficytu; nasz kraj był już nią objęty w latach 2004–2008 oraz 2009–2015. W dodatku wydatki socjalne są wydatkami sztywnymi, które trudno będzie zmniejszyć. A polska gospodarka nie będzie rozwijać się w kolejnych latach tak szybko, jak w 2018 roku, gdy wzrost PKB przekroczył 5 proc. To zaś oznacza mniejsze wpływy przy zwiększonych wydatkach.

– Pytanie, czy idziemy w zwiększenie dziury budżetowej, czy ten deficyt budżetowy będzie utrzymany w ryzach nie tylko teraz, kiedy rośnie nasze PKB, ale również wtedy, kiedy będzie spowolnienie gospodarcze – mówi dr Bartłomiej Gabryś. – To jest pole minowe dla przyszłych rządów, które będą sobie musiały z tym poradzić. To będą stałe koszty, stałe wydatki znacząco obciążające budżet, a powodujące, że w przyszłości ktokolwiek będzie chciał z nich zrezygnować, spotka się z bardzo silnym oporem społecznym.

Zaznacza też, że dodatkowo dochodzi do tego element psychologiczny: rośnie pokolenie młodych ludzi przyzwyczajonych do tego, że pomoc państwa im się należy. To nie tylko będzie utrudniać konstrukcję i realizację przyszłych budżetów, ale także demotywować wchodzących na rynek pracy do własnej inicjatywy, umiejętności szukania inwestorów, kreatywności i przedsiębiorczości, którą wykazała się duża część pokolenia ich rodziców.

Polska w ogonie Europy w leczeniu alergii. Powodem jest ograniczony dostęp do immunoterapii

Polska w ogonie Europy w leczeniu alergii. Powodem jest ograniczony dostęp do immunoterapii 4

Przez ostatnie kilkadziesiąt lat odsetek osób cierpiących z powodu różnych alergii wzrósł z mniej niż 1 proc. do ponad 40 proc. Za następne kilkanaście lat już co drugi Europejczyk będzie alergikiem. Szczególnie narażone są dzieci. Uczulenie na pyłki roślin, kurz domowy, sierść zwierząt czy jad owadów, są bardzo uciążliwe, a w niektórych przypadkach mogą zagrażać życiu. Skuteczna w leczeniu alergii jest immunoterapia alergenowa, która leczy przyczynę i jednocześnie zapobiega rozwojowi powikłań. Polska pod względem dostępności do tego typu leczenia znajduje się w ogonie Europy, głównie z powodu braku refundacji.

– Alergie są bardzo częstymi chorobami we współczesnym społeczeństwie. W XX wieku obserwowaliśmy bardzo gwałtowny trend narastania chorób alergicznych, szczególnie w krajach wysoko rozwiniętych. W niektórych krajach ten wzrost występowania alergii był cztero-, pięciokrotny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Marek Kulus, kierownik Kliniki Pulmonologii i Alergologii Wieku Dziecięcego w Warszawie, prezydent Polskiego Towarzystwa Alergologicznego.

Z danych WHO wynika, że przez ostatnie sto lat odsetek osób cierpiących z powodu różnych alergii wzrósł z niespełna 1 proc. do ponad 40 procent populacji. Choroby alergiczne są w czołówce pod względem częstości występowania, zaraz po chorobach układu krążenia, oddechowego i nowotworach. Za 15 lat na różnego rodzaju alergie może cierpieć co drugi Europejczyk.

W Polsce, według badania ECAP (Epidemiologia Chorób Alergicznych w Polsce), ok. 40 proc. osób cierpi na okresowe lub przewlekłe objawy chorób alergicznych o różnej manifestacji klinicznej: alergiczny nieżyt nosa, astma, atopowe zapalenie skóry.

– Najczęstszą chorobą alergiczną jest alergiczny nieżyt nosa. Dotyczy on przede wszystkim osób dorosłych i stanowi wysoki procent wśród alergii dotykających nasze społeczeństwo. Dzieci, mają bardzo wcześnie objawy alergiczne, są to w 20 proc. objawy skórne, przy czym trzeba pamiętać, że nie zawsze jest to alergia pokarmowa, występująca u ok. 6 proc. niemowląt – wskazuje prof. Marek Kulus

Coraz częściej dochodzi do tzw. marszu alergicznego, czyli postępującej wraz z wiekiem ewolucji chorób alergicznych. Szacuje się, że nawet u 30–40 proc. dzieci z atopowym zapaleniem skóry z wiekiem dojdzie do rozwoju chorób dróg oddechowych w tym astmy oskrzelowej. Również uczulenie na pokarmy we wczesnym dzieciństwie zwiększa ryzyko zachorowania na AZS, alergiczny nieżyt nosa czy astmę.

– Jedyną metodą, która wydaje się być skuteczna w zapobieganiu progresji alergii, jest stosowanie immunoterapii swoistej, czyli tak zwanych szczepionek alergenowych. Jeżeli ktoś ma alergiczny nieżyt nosa, możemy u niego stosować immunoterapię, żeby nie doszło do rozwoju astmy. Jest to jedyna, znana obecnie metoda zapobiegania i przyczynowego leczenia alergii – tłumaczy prof. Marek Kulus.

W Polsce według ekspertów, podjęzykową immunoterapią alergenową leczonych jest zaledwie kilka procent chorych. Główną tego przyczyną jest przede wszystkim brak finansowania ze środków budżetu państwa, które refunduje jedynie immunoterapię iniekcyjną podawaną w warunkach ambulatoryjnych, choć i z tym bywają problemy.

– Właściwie większość pacjentów wymaga standardowych szczepionek. Mówimy tutaj o osobach uczulonych na pyłki drzew, traw, roztocza kurzu domowego czy jad owadów. Nie wszyscy mają jednak dostęp do tego, co oferuje rynek farmaceutyczny, ponieważ szczepionki podjęzykowe nie są refundowane w Polsce. Najbardziej skuteczne są terapie z zastosowaniem jadu owadów, pszczoły i osy. Ponad 90 proc. pacjentów poddanych tej terapii nie reaguje już na kolejne użądlenia. To jest niezwykle ważne, ponieważ reakcje poużądleniowe są nieraz groźne dla życia – podkreśla prof. Marek Jutel, kierownik Katedry i Zakładu Immunologii Klinicznej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, dyrektor Instytutu Badań Medycznych „All-Med” we Wrocławiu.

W leczeniu alergii dużo zależy tak od czynników genetycznych, jak i samego alergenu, dlatego istotne jest wczesne rozpoznanie i rozpoczęcie leczenia przyczynowego. Proces podstawowego leczenia trwa 3 lata, natomiast zaleca się dodatkowe stosowanie immunoterapii, tzw. leczenie podtrzymujące, przez kolejne 2 lata dla utrwalenia efektu terapeutycznego. Właściwie przeprowadzone leczenie może doprowadzić do całkowitego wyleczenia lub wycofania się choroby na kilka lub kilkanaście lat, co znacząco wpływa na jakość życia pacjenta.

W przypadku alergenów powietrznopochodnych, czyli tego co wdychamy lub co ma kontakt ze skórą, przyjmujemy, że immunoterapia prowadzi do redukcji objawów minimum o 20 proc. Jest grupa pacjentów, u której udaje się osiągnąć całkowite wyleczenie po 3 letnim okresie odczulania, to jest około 3040 proc. osób – wyjaśnia prof. Marek Jutel.

WHO zaleca, aby immunoterapię alergenową rozważyć u wszystkich pacjentów, u których stwierdzono przeciwciała przeciwko klinicznie istotnym alergenom. Nie na wszystkie alergeny opracowano jednak leczenie, problemem jest również brak dostępu do nowych terapii.

Według wytycznych immunoterapia z pewnością jest wskazana u pacjentów, u których nie mamy dobrego efektu leczenia za pomocą farmaceutyków działających objawowo, czyli tradycyjnych tabletek, inhalatorów, kropli itd. Wówczas niewątpliwie należy zalecić immunoterapię, o ile nie ma przeciwwskazań do tego leczenia. Nasza praktyka dotychczasowa wskazuje, że im wcześniej rozpoczniemy to leczenie, tym jest ono skuteczniejsze – przekonuje prof. Marek Jutel. – Na tle innych krajów europejskich Polska wypada słabo, jeżeli chodzi o zastosowanie immunoterapii podjęzykowej, przede wszystkim ze względu na brak jej refundacji. One są niekonkurencyjne cenowo dla pacjenta w stosunku do refundowanych terapii iniekcyjnych. Po wprowadzeniu refundacji częściej moglibyśmy w szerszej grupie pacjentów zastosować tego typu leczenie, które jest bardzo wartościowe i porównywalne, jeżeli chodzi o skuteczność w stosunku do iniekcyjnej immunoterapii.

Częstsze ulewy, tornada i susza stają się zmorą rolników. Ocieplenie klimatu wpłynie też na gatunki uprawianych roślin

Częstsze ulewy, tornada i susza stają się zmorą rolników. Ocieplenie klimatu wpłynie też na gatunki uprawianych roślin 5

W ciągu ostatnich 30 lat w Europie 64 proc. strat było bezpośrednio związanych z pogodą i czynnikami klimatycznymi – burzami, powodziami czy falami upałów. W tym czasie wyraźnie wzrosła średnia temperatura powietrza, w efekcie zacierają się różnice między porami roku. To zaś ma ogromne znaczenie dla rolnictwa. Bank Światowy ocenia, że każdy dodatkowy wzrost temperatury globalnej o 1°C powoduje, że zbiory pszenicy spadną o 6, a ryżu o 10 proc. Cieplejszy klimat to nie tylko wzrost uprawy roślin ciepłolubnych, lecz także większe zagrożenia, w tym np. szarańcza – ocenia klimatolog prof. Krzysztof Błażejczyk.

– Patrząc na zapisy stacji meteorologicznych, widzimy, że w ciągu ostatnich 20–30 lat wyraźnie wzrosła średnia temperatura powietrza. To nie oznacza, że nie mamy zimy, tylko że są one cieplejsze, lata również – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Krzysztof Błażejczyk, klimatolog z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk.

Z danych Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) wynika, że obecna średnia temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. W tym tempie zmian do końca stulecia temperatura może być wyższa o 4°C. Tymczasem wzrost nawet o 1°C oznacza olbrzymie zmiany dla całego ekosystemu.

– Powoduje on zaburzenia w procesach hydrologicznych, czyli w kształtowaniu opadów, i w procesach ekologicznych, jak kwitnienie, dojrzewanie roślin. Jeszcze 50 lat temu zakładało się, że wzrost temperatury na 100 lat będzie wynosił około 1–1,5 stopnia, ale ostatnie 30 lat pokazuje, że ten wzrost może być nawet większy – ocenia prof. Krzysztof Błażejczyk.

Raport „Wpływ zmiany klimatu na zdrowie” Koalicji Klimatycznej i Heal Polska wskazuje, że w Europie 64 proc. strat finansowych w latach 1980–2007 było bezpośrednio związanych z pogodą i czynnikami klimatycznymi, jak burze, powodzie, fale upałów, a 25 proc. stanowiły dzikie pożary, oziębienie, usunięcia ziemi i lawiny. Całkowite straty w latach 1980–1989 wynosiły około 7 mld euro rocznie, a w latach 1998–2007 już 13,7 mld euro.

– Od około 20 lat obserwujemy zwiększenie prędkości silnych, porywistych wiatrów, zarówno huraganowych, jak i tornad, trąb powietrznych, które coraz częściej pojawiają się nad Polską i naszą częścią Europy – wskazuje klimatolog. – O ile 2030 lat temu były to zupełnie sporadyczne przypadki, jeden przypadek na 2–3 lata, o tyle teraz praktycznie nie ma roku, żeby tak silny wiatr w którejś części Polski nie wystąpił.

Ocieplenie klimatu oznacza nie tylko częstsze wiatry, ale też ulewy i powodzie, za czym idzie podnoszenie się poziomu wód. Z danych IPCC wynika, że wzrost średniej globalnej temperatury powyżej 1,5°C spowoduje, że średni poziom mórz do 2100 roku podniesie się o 90 cm. Według innych prognoz może to być nawet 130 cm. To zaś może doprowadzić do trwałego zalania nisko położonych obszarów.

– Z jednej strony mamy miejsca, gdzie opadów jest więcej i są bardziej intensywne, powodując podtopienia, a z drugiej strony 20–50 km obok obserwujemy negatywne zmiany, czyli zmniejszenie ilości opadów – zauważa prof. Błażejczyk.

Ocieplenie klimatu powoduje ogromne zmiany dla całej przyrody, a tym samym dla rolnictwa. Jak wynika z raportu „Wpływ zmiany klimatu na zdrowie”, są regiony, które na tym cierpią, m.in. Afryka Północna, Ocenia i Polinezja, Ameryka Środkowa i Karaiby, ale niektóre powinny na tym skorzystać, np. Skandynawia, Tybet czy Kanada. Szacunki Banku Światowego mówią, że każdy dodatkowy wzrost temperatury globalnej o 1°C powoduje, że globalne zbiory pszenicy spadną o 6 proc., a ryżu o 10 proc. Częstszy może stać się problem głodu. Susza daje się we znaki daje – tylko w 2018 roku w jej efekcie w Polsce poszkodowanych zostało ponad 90 tys. gospodarstw, a straty dotknęły ponad 1,5 mln hektarów upraw.

 Zmienia się rodzaj uprawianych roślin w Polsce. Na razie jeszcze dominują zboża typu żyto, pszenica i ziemniaki czy buraki, natomiast w niektórych obszarach coraz częściej pojawiają się rośliny ciepłolubne jak soja czy winorośle – mówi ekspert. – Na przestrzeni najbliższych 20–30 lat będzie ich coraz więcej.

Wraz z ociepleniem będą się też pojawiać szkodniki, które dotychczas w Polsce nie występowały i które będą niszczyć uprawy. W Europie coraz częściej będą się także pojawiać zjawiska dotychczas w tym rejonie nieobserwowane, np. naloty szarańczy.

 – To jest poważny problem w krajach Sahelu, Afryki Północnej i basenu Morza Śródziemnego. Upały i brak opadów powodują to, że w takich miejscach jak Kolorado pożary są jeszcze bardziej intensywne i obejmują ogromne obszary. To zjawiska, których możemy się spodziewać częściej, a niektórych w ogóle do tej pory nie przeżywaliśmy – wymienia prof. Krzysztof Błażejczyk.

Opracowano urządzenie prysznicowe sterowane za pomocą gestów oraz poleceń głosowych. Pomoże znacznie zmniejszyć zużycie wody i energii

Opracowano urządzenie prysznicowe sterowane za pomocą gestów oraz poleceń głosowych. Pomoże znacznie zmniejszyć zużycie wody i energii 6

W Europie i USA prysznic trwa średnio ponad 8 minut. Za każdym razem zużywa się 65 litrów wody – to tyle, co 45 butelek o objętości 1,5 litra. Nowoczesne urządzenia pozwalają kontrolować zużycie wody, a tym samym oszczędzać wodę i energię. Mniejsze zużycie wody to także redukcja emisji dwutlenku węgla. Dzięki eddo.drop użytkownik definiuje czas trwania prysznica, może uruchomić i zatrzymać strumień jednym ruchem dłoni czy poprzez sterowanie głosem. W aplikacji mobilnej można zaś sprawdzić średnie zużycie wody i modyfikować ustawienia.

– Eddo.drop pomaga oszczędzać wodę. To małe urządzenie, montowane pod baterią prysznicową, którego głównym zadaniem jest realna pomoc w ograniczaniu zużycia wody. Dzięki niemu udaje się skrócić czas spędzany pod prysznicem. W Europie i USA ludzie jednorazowo spędzają pod prysznicem średnio 9 minut, więc zdecydowaliśmy się wprowadzić te dane do naszego urządzenia – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Flavien Lespine z Smartembed.

Nowe technologie coraz śmielej wkraczają nie tylko do domów, lecz także do łazienek. Większość ma za zadanie przede wszystkim zwiększać komfort użytkownika, np. podgrzewana deska klozetowa, możliwość bezdotykowego podnoszenia i opuszczania deski oraz spłukiwania. Część firm oferuje też lustra zintegrowane z asystentami głosowymi.

Pojawiają się też rozwiązania, które mają pomóc w oszczędzaniu wody, np. specjalne czujniki, które wykryją przeciek wody czy oszczędzające tryby spłukiwania. Eddo.drop pozwala zaś samemu ustawić preferowany czas trwania prysznica i zatrzymać strumień wody na czas sięgnięcia po mydło, czy szampon. System działa również poprzez sterowanie głosowe, jest wyposażony w głośnik bluetooth, który pozwala słuchać muzyki podczas kąpieli.

– Nasze rozwiązanie zasadniczo mierzy czas, przy czym dodatkowo jest wyposażone w system Amazon Alexa, więc ma głośnik, mikrofon, dzięki czemu możliwe jest sterowanie prysznicem i całym domem podczas kąpieli. Mamy też czujnik ruchu, więc gdy chcemy zamknąć dopływ wody, możemy to zrobić machnięciem dłoni, zamiast korzystać z baterii prysznicowej – tłumaczy Flavien Lespine.

Średnio pod prysznicem ludzie w Europie i USA spędzają 8,2 minuty. Jeden prysznic to 65 litrów wody, czyli mniej więcej tyle, co 45 butelek 1,5 litrowych. Dlatego nie brakuje rozwiązań, które mają pomóc w nabraniu odpowiednich nawyków i skrócić czas potrzebny do kąpieli. Istnieją gadżety, które kontrolują przepływ wody, czy aplikacje, które przeliczają dane i oceniają, jak ekologiczna była kąpiel.

Eddo.drop jest z kolei zintegrowany z aplikacją mobilną, w której można sprawdzić średnie zużycie wody, czas trwania prysznica czy ocenić, kiedy udało się zmniejszyć zużycie wody. Na podstawie oszczędności wody i energii w eddo.drop eksperci z panelu CES Climate Change Innovator oszacowali, że 1 proc. penetracja rynku w 5 krajach przełoży się na całkowitą redukcję ponad 414 tys. ton emisji dwutlenku węgla.

– Eddo.drop jest przeznaczone dla indywidualnych konsumentów, ale system eddo powstał z myślą o bardziej profesjonalnym zastosowaniu. Chodzi np. o siłownie czy kempingi, gdzie korzysta się ze specjalnych bransoletek, które przykłada się do czytnika. Urządzenie nalicza minuty korzystania z prysznica przez poszczególnych użytkowników, dzięki czemu właściciele kempingów i siłowni mogą przeglądać dane i analizować zużycie wody – zaznacza Flavien Lespine.

System eddo.drop ma być dostępny na rynku we wrześniu 2019 roku i kosztować ok. 200 euro. Tymczasem firma badawcza Allied Market Research szacuje, że rynek rozwiązań inteligentnych dla łazienek do 2023 roku osiągnie wartość 2,5 mld dol.

Sztuczna inteligencja może uchronić firmy przed brakiem rąk do pracy. Jej rozwój spowoduje powstanie nowych zawodów i konieczność przekwalifikowywania pracowników

Sztuczna inteligencja może uchronić firmy przed brakiem rąk do pracy. Jej rozwój spowoduje powstanie nowych zawodów i konieczność przekwalifikowywania pracowników 7

To tylko kwestia czasu, kiedy człowiek będzie pracować ramię w ramię z robotem. Sztuczna inteligencja zmienia praktycznie wszystkie dziedziny życia, a jej rozwój może zrewolucjonizować większość branż. Do tego jednak konieczna jest zmiana mentalności, a przede wszystkim zmiana edukacji. Młodzi ludzie wybierają prywatne firmy, a najlepsi eksperci od SI wybierają rynki zagraniczne, w tym przede wszystkim Stany Zjednoczone. Bez przyciągnięcia ich do świata nauki rozwój sztucznej inteligencji w Polsce może się znacząco opóźnić.

– Perspektywy rozwoju sztucznej inteligencji w przemyśle, a w ogóle w gospodarce, są oczywiście, ale pod jednym warunkiem, że stworzymy odpowiedni rynek, czyli przebudujemy mentalność społeczeństwa. Jest konieczność edukacji zarówno pracowników, menadżerów, jak i kadry w zakresie wiedzy na temat tego, co ta sztuczna inteligencja może im oferować – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Olaf Gajl, dyrektor Ośrodka Przetwarzania Informacji Państwowego Instytutu Badawczego.

W niedalekiej przyszłości o sile gospodarek będzie decydować właśnie sztuczna inteligencja. Te państwa, które wdrożą nowe rozwiązania, będą się rozwijać zdecydowanie szybciej. Na rozwoju SI zyskają też niemal wszystkie branże. Sztuczna inteligencja ułatwi życie, pomoże w produkcji i rolnictwie, już teraz roboty sprawdzają się w szpitalach. Sztuczna inteligencja, choć według niektórych może całkowicie zmienić rynek pracy, może go także ulepszyć.

Z raportu „2018 Future of Jobs” sporządzonego przez World Economic Forum wynika, że choć połowa firm do 2022 roku zmniejszy zatrudnienie w pełnym wymiarze godzin dzięki automatyzacji, to blisko 2/3 zamierza przekwalifikować pracowników. Już teraz człowiek potrafi pracować ramię w ramię z robotem, przykładem może być choćby wykorzystanie robotów w operacjach na odległość.

– Sztuczna inteligencja nie będzie eliminować ludzi z zatrudnienia. W tej chwili mamy kłopoty w ogóle na rynku pracy, mamy za mało pracowników, więc całe szczęście, że jest możliwość zastąpienia części brakujących etatów właśnie robotami. Powstaną zupełnie nowe dziedziny, gdzie ludzie będą mogli pracować, współpracując ze sztuczną inteligencją. SI niczego sama nie załatwi, zawsze będzie potrzebny człowiek – przekonuje Olaf Gajl.

Także polski rząd chce wykorzystać potencjał sztucznej inteligencji. Dokument „Założenia do strategii AI w Polsce” zakłada, że w perspektywie od 2 do 6 lat do stymulacji rozwoju gospodarki opartej na danych kluczowy ma być udział państwa jako zleceniodawcy w projektach ukierunkowanych na wykorzystanie danych cyfrowych. Aby mogło się to udać, konieczne są jednak zmiany.

– Trzeba się zająć kształceniem młodych ludzi. Do tego jeszcze potrzeba nam nauczycieli i naukowców jednocześnie. Trzeba zacząć lepiej opłacać naukowców, którzy zajmują się akurat sztuczną inteligencją. To niepopularne, ponieważ zwiększa różnice pomiędzy różnymi grupami, ale bez tego nie da się całego procesu przeprowadzić. Różnica płac na uczelni, w instytucie badawczym, w PAN czy rządowym, a tym, co może oferować przemysł jest zbyt duża – ocenia Olaf Gajl.

Polscy naukowcy są uznawani za najlepszych ekspertów od sztucznej inteligencji. Aby tak było także w przyszłości, już teraz należy zająć się edukacją najmłodszych. Jak wynika z raportu Światowego Forum Ekonomicznego, 65 proc. dzieci rozpoczynających dziś naukę w szkołach podstawowych będzie w przyszłości pracować w zawodach, których dziś na rynku jeszcze nie ma. Będą one związane głównie z nowymi technologiami, cyfryzacją i sztuczną inteligencją. To z kolei wymaga zmian w podstawie nauczania.

Aby przyciągnąć najlepszych do ośrodków naukowo-badawczych, konieczne będzie przeznaczenie na ten cel dodatkowych środków. Zdaniem eksperta tylko spełnienie wszystkich tych warunków może zagwarantować rozwój sztucznej inteligencji w Polsce.

– Polski rynek jest za mały. Większość firm zajmujących się sztuczną inteligencją stara się wyjść ze swoimi rozwiązaniami poza granice Polski, najchętniej do Stanów Zjednoczonych, bo tam jest 360 mln ludzi w miarę jednolitego rynku. Bez edukacji rynek w Polsce nie powstanie – podsumowuje Olaf Gajl.

Trwa nabór do Ogólnopolskiego Programu Certyfikacji Krajowej Firma Roku oraz Produkt Roku

Trwa nabór do kolejnej edycji Ogólnopolskiego Programu Certyfikacji Krajowej Firma Roku oraz Produkt Roku. Misją Programu jest promocja przedsiębiorstw, które mają znaczący wkład w rozwój polskiej gospodarki, cieszące się uznaniem wśród klientów, będące wzorem rzetelności i jakości.

Program kierowany jest do firm wszystkich gałęzi gospodarki. Certyfikaty Firma Roku i Produkt Roku cieszą się popularnością w wielu branżach produkcyjnych, dystrybucyjnych jak i usługowych.

CK zajmuje się wspieraniem przedsiębiorców, szczególnie małych i średnich firm, w realizacji potrzeb związanych z budowaniem świadomości marki i wyróżnieniem na tle konkurencji.

Firmy mogą zgłaszać się samodzielnie do Programu lub poprzez otrzymanie Nominacji z ramienia Kapituły CK. – Często jako pierwsi dostrzegamy potencjał w małych firmach i niewielkich markach, które dzięki naszemu wsparciu marketingowemu stają się liderami w regionie lub swojej grupie docelowej – mówi Marcin Andrzejewski, Dyrektor Programowy CK.

W procesie weryfikacji przeprowadzane są m.i n. badania  marketingowo- wizerunkowe, ankiety, monitoring opinii  konsumentów, a w niektórych wypadkach wizytacje firm – Laureatami Programu zostają podmioty, które świadczą najwyższej jakości usługi w swojej kategorii, zapewniają profesjonalną obsługę, cieszą się renomą i zaufaniem wśród klientów oraz partnerów biznesowych – wyjaśnia Marcin Andrzejewski.

Przystąpienie do Programu daje liczne korzyści. Laureaci otrzymują Certyfikat jakości, statuetkę oraz licencję upoważniającą do posługiwania się rozpoznawalnym Godłem promocyjnym.  Jest to skuteczne narzędzie PR-owe i marketingowe, budujące pozytywny wizerunek firmy, dające przewagę w rozmowach handlowych, zwiększające zainteresowanie ofertą oraz uwiarygadniające pozycję firmy w relacjach biznesowych.  Nagrodzone podmioty otrzymują również roczny pakiet promocyjny od Organizatora, w postaci wsparcia medialnego i marketingowego.

  • Godło Firma Roku i Produkt Roku to potwierdzenie wiarygodności i jakości, ale też wzmocnienie rozpoznawalności i zaufania do marki, które, jak pokazują doświadczenia naszych laureatów, przekłada się na większa sprzedaż – mówi Marcin Andrzejewski.

Do Programu firmy mogę się zgłaszać w następujących kategoriach:

Firma Roku 2019FIRMA ROKU

Produkt Roku 2019PRODUKT ROKU

Jeśli chcesz, by Twój biznes rozwijał się szybciej i efektywniej, jeśli chcesz zyskać przewagę nad konkurencją i mocniejszą pozycję w rozmowach handlowych – zgłoś się jeszcze dziś!

Nabór do Programu trwa: od 1 marca do 12 kwietnia 2019 r.

Zapraszamy do kontaktu i zapoznania się z informacjami na stronie:

http://certyfikacjakrajowa.org.pl/firma-roku/

Pierwsza w Polsce kara za naruszenie RODO

Firma dostała 934 tys. zł kary za brak realizacji funkcjonalności RODO, nie informując w należyty sposób o przetwarzaniu danych. Z decyzji wynika, że tworzyła bazy danych i nieprawidłowo informowała osoby w niej umieszczone o fakcie przetwarzania danych.

Jak podaje Urządu Ochrony Danych Osobowych (UODO), o fakcie przetwarzania danych zostali poinformowani tylko ci przedsiębiorcy, którzy podali w oficjalnych rejestrach swój adres mailowy. W przypadku pozostałych ukarana spółka postanowiła skorzystać z wyjątku opisanego w art. 14 pkt 5 lit b ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (RODO), który pozwala odejść od obowiązku informowania o przetwarzaniu danych, jeżeli wymagałoby to niewspółmiernie dużego wysiłku.

– Niestety decyzja UODO kontynuuje obrany przed 20 laty kierunek ochrony danych osobowych w Polsce – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Mackiewicz, adwokat, Szef Praktyki Nowych Technologii, w kancelarii Kochański i Partnerzy. – Formalne spełnienie części obowiązków jest bardzo ważne, jednak z praktycznego punktu widzenia nie zwiększa ono poziomu bezpieczeństwa przetwarzania danych osobowych w Polsce. Niefortunnie Urząd z całej problematyki wybrał na pierwszą dość symboliczną karę sprawę nie dotyczącą najistotniejszych problemów w tym obszarze, jak na przykład handel “lewymi” bazami danych.

4 strategie, które pomogą poprawić Digital Experience

W badaniu przeprowadzonym przez Gartner wśród CMO (Dyrektorzy Marketingu),
98% respondentów potwierdziło, że świat online i offline jest dziś nierozłączny w biznesie.

Dla managerów IT i marketingu łączenie się świata wirtualnego i rzeczywistego stało się koniecznością. Żeby osiągnąć korzyści z technologii cyfrowej, ważne jest przedefiniowanie procesów biznesowych, prowadzące do transformacji cyfrowej całej firmy. Dzięki transformacji cyfrowej klienci i firmy będą mogli wchodzić ze sobą w interakcje na jeszcze wyższym poziomie.

Badania dotyczące rewolucji technologicznej jasno wskazują, że transformacja cyfrowa będzie wpływała na całe społeczeństwo, a już dzisiaj coraz trudniej pominąć ją w firmach. Średnia długość życia firm (z indeksu największych spółek giełdowych Standard&Poor 500) przed rewolucją technologiczną wynosiła 67 lat. Dzisiaj to zaledwie 15 lat. Raport Global Center for Digital Business Transformation jasno pokazuje, że w ciągu następnych pięciu lat cztery z dziesięciu firm mogą zniknąć z rynku ze względu na zbyt późne wprowadzenie rozwiązań cyfrowych. Wniosek jest jasny: firmy, które nie wykorzystują nowych możliwości, jakie wprowadza technologia cyfrowa, są eliminowane przez rynek.

DIGITAL EXPERIENCE JAKO PRZEWAGA KONKURENCYJNA

Global Web Index pokazuje, że 91% osób korzysta z urządzeń mobilnych surfując po internecie. Użytkownicy oczekują, że korzystanie z mobilnych rozwiązań będzie szybkie, niewymagające ich wysiłku i intuicyjne. Myślenie cyfrowe jest więc dzisiaj czymś więcej niż tylko trendem: to długoterminowa strategia innowacji, pozwalającą prowadzić biznes tak, aby doświadczenie klienta z marką było coraz lepsze.  Niezbędne staje się analizowanie doświadczenia klientów z perspektywy cyfrowej. W jaki sposób klienci mogą najlepiej wykorzystać produkt lub usługę za pośrednictwem sieci i urządzeń mobilnych? Projektując wyjątkowe doświadczenie klienta, firmy mają szansę odróżnić się od innych marek. Strategia zorientowana na klienta i oparta na solidnych podstawach technologia cyfrowa, to podstawa, żeby zbudować przewagę konkurencyjną.

4 STRATEGIE, KTÓRE POMOGĄ POPRAWIĆ DIGITAL EXPERIENCE

  1. POZNAJ ODBIORCÓW DOCELOWYCH

Firmy, chcąc przetrwać na rynku, powinny badać i analizować zwyczaje społeczne i kulturowe, opinie i pozostałe aspekty, które pozwolą na zdefiniowanie różnych grup odbiorców. Dzięki dobrej znajomości profili użytkowników, firmy mogą projektować doświadczenia spersonalizowane pod konkretne grupy docelowe.

Pięć kroków:

  1. Zidentyfikuj

Określ najważniejsze atrybuty, które definiują profil użytkownika i odróżniają go od innych użytkowników.

  1. Policz

Ustal minimalną liczbę użytkowników, których można przypisać do jednego segmentu.

  1. Opisz

Opisz interesujące szczegóły dotyczące użytkowników, takie jak stanowisko, cele, wyzwania, czy też demografia.

  1. Sprawdź

Zatwierdź docelowych użytkowników i przypisane im segmenty, dopasowując ich do swoich celów biznesowych.

  1. Włącz

Przypisane atrybuty powinny być widoczne, a także przywoływane podczas projektowania strategii i inicjatyw w całej firmie.

  1. ZOPTYMALIZUJ ŚCIEŻKĘ UŻYTKOWNIKA

Podstawą cyfrowej transformacji jest zrozumienie ścieżki, którą muszą przejść użytkownicy, aby dotrzeć do treści których poszukują. Zrozumienie czyjegoś doświadczenia i trasy, jaką przebywa może zdefiniować strategię cyfrową, a także pomóc w odkryciu obszarów wymagających poprawy. Ważne z punktu widzenia firmy jest dostrzeżenie tzw. mikro-momentów (https://www.thinkwithgoogle.com/micromoments/intro.html). To dzięki mikro-momentom użytkownik zdradza swoje plany i potrzeby. To chwile, kiedy może się ujawnić „ten” zamiar – potrzeba skorzystania z oferty, czasami nawet jeszcze nieuświadomiona. Jeśli firma może zidentyfikować te możliwości i zaoferuje swój produkt w odpowiednim momencie, aby wypełnić potrzebę użytkownika, z większym prawdopodobieństwem osiągnie sukces.

Ponadto konieczne jest testowanie ścieżki, którą odbywają użytkownicy. Jakie formy mają najlepsze współczynniki konwersji? Jakie banery lub obrazy mają większą popularność wśród klientów? Jakie są trzy najpopularniejsze kroki poprzedzające zakup?  Zrozumienie każdego kroku typowego klienta to niezbędny element wdrożenia zwycięskiej strategii cyfrowej w „Erze klienta”.

  1. SPÓJNE DOŚWIADCZENIE NA WIELU KANAŁACH

Wyobraźmy sobie sytuację, że klient utworzy spersonalizowaną listę życzeń w przeglądarce komputerowej. Jego oczekiwaniem będzie, że tą samą listę będzie mógł otworzyć również
w swoim smartfonie. Umożliwienie klientom dostępu do marki na dowolnym kanale przy jednoczesnym zachowaniu konsekwencji i spersonalizowanego doświadczenia są kluczowym wyzwaniem dla firm. Harvard Business Review porównuje cyfrowe doświadczenie do patrzenia na mozaikę. Wszystkie punkty muszą być spójne. Gdy klienci mają negatywne doświadczenia na jednym kanale, mogą budować negatywny wizerunek całej marki.  W dzisiejszym świecie bardzo trudno jest kontrolować, gdzie i jak klienci będą się z nimi kontaktować. Każdy kanał musi być więc dostosowany do potrzeb klientów. Optymalizacja treści do różnych rozmiarów ekranu to nie wszystko. Kluczem jest budowa spójnego cyfrowego doświadczenia.

  1. ZACHOWANIE SYNERGII WEWNĄTRZ FIRMY

Ostatnie badania przeprowadzone przez Enterprise Management Associates (EMA) pokazują, że zarówno biznes, jak i IT dostrzegają istotny wpływ nowej technologii cyfrowej na funkcjonowanie firmy. Dobre doświadczenia klientów sprawiają, że stają się oni promotorami marki. Żeby jednak doświadczenia użytkowników były pozytywne, niezbędna jest pełna synergia pomiędzy działami IT i biznesowymi. Zwłaszcza w przypadku wielu kanałów dotarcia do użytkowników, niezbędne jest ich budowanie, tak aby wewnętrzne systemy były do siebie dopasowane. Tylko dzięki wewnętrznej współpracy możliwe jest ostateczne osiągnięcie doświadczenia niezawodności oferowanego produktu lub usługi.

JAK ROZWIĄZANIA DIGITAL EXPERIENCE MOGĄ POMÓC?

Transformacja cyfrowa jest bezpośrednio związana z tworzeniem nowych modeli biznesowych i dobrze przemyślanej interakcji z klientami. Platforma Digital Experience pozwala firmom odpowiedzieć na wyzwania, takie jak:

  • Monitorowanie każdej interakcji klientów z marką.
  • Zapewnienie jednego spojrzenia na cały „cykl życia klienta”.
  • Zarządzanie doświadczeniami użytkowników z firmą.
  • Integracja różnych systemów w jedną platformę.

Menedżerowie logistyki obawiają się napięć na rynkach i zagrożeń geopolitycznych

Branża logistyczna z zadowoleniem odbiera 5-procentowe tempo wzrostu na rynkach wschodzących w 2019 roku, jednak zadziwiająco wielu ankietowanych menedżerów przygotowuje się na kryzys związany z tarciami na linii USA – Chiny, zmianami stóp procentowych oraz niepewnością w kwestii Brexitu. Taki wniosek wynika z Indeksu Logistycznego Rynków Wschodzących na rok 2019, opublikowanego po raz dziesiąty przez Agility, globalnego dostawcę zintegrowanych rozwiązań logistycznych i spedycyjnych.

W ankiecie Agility, przeprowadzonej wśród 500 ekspertów z branży logistycznej, 55,7 proc. respondentów uznało, że wzrost gospodarek rozwijających się na poziomie 5 proc. to wynik „całkiem dobry.” W 2018 roku rynki wschodzące urosły o 4,7 proc., a bieżące prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego przewidują, że w 2019 roku wzrost ten wyniesie 4,5 proc. Jednocześnie, 47,1 proc. menedżerów twierdzi, że kryzys na rynkach wschodzących jest „prawdopodobny” lub „wysoce prawdopodobny.” Jak pokazują wyniki ankiety, rosnące napięcie i wprowadzenie taryf celnych mogą spowodować 10-procentowy spadek wielkości handlu między Chinami i USA.

Ankieta jest częścią Indeksu Logistycznego Rynków Wschodzących Agility na rok 2019 (Agility Emerging Markets Logistics Index 2019), dorocznego przeglądu nastrojów panujących w branży, połączonego z rankingiem 50 czołowych rynków wschodzących. Indeks pokazuje wskaźnik ich konkurencyjności w oparciu o krajowy i międzynarodowy potencjał logistyczny oraz warunki prowadzenia biznesu. Przy tworzeniu rankingu uwzględniane są czynniki ważne z punktu widzenia operatorów logistycznych, firm spedycyjnych, armatorów, przewoźników lotniczych i dystrybutorów. W pierwszej dziesiątce znalazły się Chiny, Indie, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Indonezja, Malezja, Arabia Saudyjska, Meksyk, Katar, Turcja i Wietnam. W obszarze logistyki krajowej najwyższe pozycje zajęły Chiny, Indie i Indonezja, w logistyce międzynarodowej Chiny, Indie i Meksyk, natomiast najlepsze warunki dla działalności biznesowej zapewniają ZEA, Malezja i Katar.

„Firmy szukające nowych możliwości znajdują je na rynkach wschodzących, gdzie istotnym czynnikiem wzrostu są małe i średnie przedsiębiorstwa, czerpiące korzyści z dostępu do najnowocześniejszych technologii i bankowości mobilnej” mówi Essa Al-Saleh, CEO Agility Global Integrated Logistics. „Jednocześnie eksperci w branży logistycznej obawiają się, że te rynki mogą okazać się podatne na wpływ negatywnych skutków wielkich wyzwań geopolitycznych”.

Indeks Logistyczny Rynków Wschodzących na rok 2019 – wyniki rankingu i ankiety

Chiny i Indie, które zajęły czołowe miejsca w rankingu 2019, dzięki silnej pozycji jako krajowe i międzynarodowe rynki logistyczne, pozostają w tyle za mniejszymi rywalami, jeśli chodzi o warunki prowadzenia biznesu. W tej kategorii pod uwagę brane są takie czynniki jak otoczenie regulacyjne, dynamika kredytów i zadłużenia, egzekwowanie umów, zabezpieczenia antykorupcyjne, stabilność cenowa i dostęp do rynku. Tu Chiny znalazły się na 7, a Indie na 10. miejscu. Najsilniejsze klastry rynków wschodzących są w rejonie Zatoki Perskiej i Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN). Powstały dzięki warunkom przyjaznym dla biznesu oraz swoim atutom – bogactwu energetycznemu rejonu Zatoki i sile wytwórczej krajów Azji Południowo-Wschodniej. Spośród krajów Zatoki wysokie pozycje w rankingu zajęły ZEA (3), Arabia Saudyjska (6), Katar (8), Oman (12), Bahrajn (16) i Kuwejt (18). Najsilniejsze kraje strefy ASEAN to Indonezja (4), Malezja (5), Wietnam (10), Tajlandia (11) i Filipiny (20). W kontekście tarć w handlu międzynarodowym i danych pokazujących spowolnienie chińskiej gospodarki, respondenci uznali Indie za rynek o największym potencjale, na 2. miejscu umieszczając Chiny. 56 proc. ankietowanych uważa, że przedłużający się impas w stosunkach USA – Chiny może okazać się korzystny dla krajów Azji Południowo-Wschodniej, stanowiących alternatywne wobec Chin źródło siły produkcyjnej. Brazylia, z zawirowaniami gospodarczymi, spadła z 9. na 15. miejsce, niżej niż mniejsze gospodarki Ameryki Łacińskiej, Meksyk (7) i Chile (13). W kategorii warunków prowadzenia biznesu, Brazylia zajęła 39. miejsce. Mimo tak słabych wyników, ankietowani menedżerowie widzą nadzieję na przyszłość: 44,5 proc. patrzy „optymistycznie” lub „bardzo optymistycznie” na rozwój Brazylii. Z kolei chińska inicjatywa „jednego pasa i jednej drogi” (BRI), zakładająca inwestycje w rozwój infrastruktury o wartości 4-4,8 mld USD, przynosi dużo większe korzyści Chinom niż krajom Azji, Bliskiego Wschodu, Afryki i Europy, które są nią objęte. 64 proc. ankietowanych uważa, że BRI napędza wzrost i rozwój handlu w Chinach; a tylko 41,4 proc. wierzy, że pomoże ona też innym rynkom wschodzącym. Krótkookresowy potencjał Iranu znacząco ucierpiał w efekcie sankcji przywróconych przez USA. Niemal 75 proc. respondentów uważa, że Iran jest „mniej obiecujący, niż wcześniej” lub „nie jest obiecujący”. Iran znalazł się na 49. miejscu wśród 50 krajów w obszarze międzynarodowych możliwości logistycznych. Na szczycie zestawienia w kategorii warunków prowadzenia biznesu znalazły się ZEA i Malezja.  Wysoko są też kraje Zatoki Perskiej, Katar, Oman i Arabia Saudyjska. Najtrudniej jest prowadzić biznes w Wenezueli, Angoli, Myanmarze i Libii. 65 proc. ankietowanych uważa, że Meksyk zwiększy obroty handlowe z USA i Kanadą po ratyfikacji traktatu handlowego, który ma zastąpić wcześniejszą umowę NAFTA. Wenezuela, z największymi rezerwami ropy naftowej na świecie, znalazła się na ostatnim (50) miejscu w obszarach międzynarodowych możliwości logistycznych i warunków prowadzenia biznesu. Grupa BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i RPA), kiedyś barometr i motor napędowy gospodarek wschodzących, rozpadła się. Chiny (1) i Indie (2) nadal osiągają roczny wzrost przekraczający 6 proc. Rozwój Rosji spowolniły sankcje ekonomiczne i niskie ceny energii; Brazylia (15) odczuwa skutki spowolnienia, zaś perspektywy RPA (24) pogorszyły się z powodu konfliktu w partii rządzącej i niepokojów na rynku pracy. Różna jest sytuacja w Afryce Subsaharyjskiej. Wyniki RPA (24) są dużo gorsze od oczekiwań. W obszarze warunków prowadzenia biznesu Ghana (19) i Kenia (21) radzą sobie stosunkowo dobrze. Pozycję Nigerii (44), rywalizującej z RPA o miano największej gospodarki w regionie, zaniżają złe warunki prowadzenia biznesu. Brazylia, Filipiny, Argentyna, Bangladesz, Nigeria i Boliwia mogą wzmocnić pozycję w rankingu, jeśli poprawią warunki prowadzenia biznesu. Afrykańskie gospodarki o wysokim potencjale logistycznym, Uganda, Libia, Mozambik i Angola, nie mogą wykorzystać możliwości z powodu słabych warunków prowadzenia biznesu.

Brexit może okazać się korzystny dla rynków wschodzących. 59 proc. menedżerów uważa, że rynki wschodzące będą mogły zawrzeć nowe umowy handlowe z Wielką Brytanią, na korzystnych dla nich warunkach. Zdaniem 70 proc. ankietowanych Brexit nie wpłynie negatywnie na sytuację na rynkach wschodzących. Ważnym czynnikiem rozwoju logistyki na rynkach wschodzących jest handel internetowy. 60 proc. menedżerów przewiduje wzrost zapotrzebowania na outsourcing dostaw tzw. „ostatniej mili”, a 47,4 proc. spodziewa się wzrostu zapotrzebowania na outsourcing usług logistycznych (e-fulfilment). Według respondentów, największym utrudnieniem dla małych i średnich firm jest biurokracja w handlu, co utrudnia prowadzenie międzynarodowej działalności. Jeśli chodzi o tempo wzrostu, respondenci uznali, że MŚP na rynkach wschodzących będą rozwijać się znacznie szybciej niż korporacje czy duże firmy lokalne i regionalne.

„W 2019 roku sytuacja niektórych rynków wschodzących, szczególnie gospodarek o znaczącym długu denominowanym w dolarze, budzi istotne obawy. Jednak, jako grupa, rynki te rozwijają się w tempie niemal dwukrotnie przekraczającym tempo wzrostu na rynkach rozwiniętych” mówi Al.-Saleh z Agility. „Najbardziej dodaje otuchy fakt, że teraz wiele z nich wydaje się być wystarczająco odporne, by uniknąć pogorszenia, jakie obserwowaliśmy na rynkach wschodzących w 2013 i 2008 roku”.

Indeks Logistyczny Rynków Wschodzących Agility opracowywany jest przez Transport Intelligence (Ti), czołową firmę badawczą w branży logistycznej.

– Tegoroczny Indeks pokazuje wiele wyzwań i możliwości, jakie stoją przed rynkami wschodzącymi. Niepewność dotycząca relacji handlowych, w połączeniu z wprowadzaniem nowych barier w handlu, grozi zahamowaniem integracji rynków wschodzących z resztą świata. Musimy zrobić wszystko, by szkodliwa polityka handlowa nie stanęła na drodze możliwościom biznesowym, które są podstawą wzrostu na rynkach wschodzących – podsumował John Manners-Bell, dyrektor zarządzający Ti.

Filip Aryanowicz opowiada o tym, jak wygląda współpraca z agencją zatrudniającą obcokrajowców

Filip Aryanowicz, wiceprezes agencji pracy Bisar
Filip Aryanowicz, wiceprezes agencji pracy Bisar

Nie da się nie zauważyć, że od pewnego czasu Polska jest popularnym miejscem migracji zarobkowej mieszkańców Wschodu. Polscy pracodawcy, którzy zmagają się z niedostateczną liczbą rąk do pracy chętnie zatrudniają w swoich przedsiębiorstwach nie tylko Ukraińców i Białorusinów, ale również mieszkańców Dalekiego Wschodu. Filip Aryanowicz, wiceprezes agencji pracy Bisar tłumaczy, jak krok po kroku, wygląda zatrudnianie cudzoziemców przy współpracy z pośrednikiem.

Fachowe doradztwo w każdym oddziale

Polscy przedsiębiorcy, którzy zastanawiają się nad zatrudnieniem pracowników ze Wschodu, ale jeszcze nie do końca wiedzą, na czym to wszystko polega, mogą zgłosić się do jednego z polskich oddziałów agencji pośrednictwa pracy Bisar . Placówki Bisar znajdują się między innymi w Warszawie, Poznaniu, Lublinie, Gorzowie, Gdańsku Koszalinie, Rzeszowie i Strykowie. Filip Aryanowicz, wiceprezes Bisar dodaje, że w każdym z oddziałów agencji można liczyć na fachowe doradztwo w zakresie zatrudniania cudzoziemców.

– Pracodawca, który nie miał wcześniej do czynienia z „cudzoziemcem-pracownikiem” może czuć się nieco zagubiony we wszystkich procedurach związanych z legalnym zatrudnieniem pracowników ze Wschodu. Tu nawet nie chodzi o samą rekrutację, ale również o możliwe formy zatrudnienia, formalności prawne, sprawy techniczne itp. Nasza wykwalifikowana kadra jest gotowa odpowiedzieć wyczerpująco na wszystkie pytania związane z zatrudnianiem Ukraińców i innych pracowników ze Wschodu. W Bisar służymy pomocą na każdym etapie współpracy – nasza oferta jest kompleksowa, a kadra profesjonalna. W placówce, do której zgłosi się przedsiębiorca problem zostanie wnikliwie przeanalizowany, a nasi godni zaufania doradcy zaproponują najlepsze jego rozwiązanie i poprowadzą pracodawcę krok po kroku przez wszystkie etapy współpracy z agencją. Ułatwiamy wszystkie procedury maksymalnie, ponieważ wiemy, że przedsiębiorcy mają już wystarczająco dużo spraw na głowie – dodaje Filip Aryanowicz.

Rekrutacja pracowników ze Wschodu

Trafiając do agencji pośrednictwa pracy przedsiębiorca powinien określić wymagania, co do kandydata, którego poszukuje. Dobrze podać tu niezbędne kwalifikacje, które musi on posiadać, minimalne doświadczenie, potrzebne uprawnienia, umiejętności językowe itp. Ustalany jest również termin i rodzaj zatrudnienia oraz inne kwestie formalne dotyczące współpracy z agencją. Wszystko jest na bieżąco tłumaczone i wyjaśniane, jeśli pojawią się jakiekolwiek niejasności. Samą rekrutacją zajmuje się już agencja pracy, na podstawie przekazanych przed przedsiębiorcę wymagań. Jak zaznaczył Filip Aryanowicz, Bisar aktywnie rekrutuje pracowników ze Wschodu nie tylko do Polski, ale również na zachód Europy – starając się w ten sposób wyeliminować zastoje związane z brakiem rąk do pracy i pomóc lokalnym oraz zachodnim firmom w rozwoju.

– Znalezienie w naszej szerokiej bazie pracownika, który będzie odpowiadał wymaganiom naszego klienta nie jest trudne. W razie potrzeby posiadamy ponadto wielu partnerów zagranicznych, którzy gotowi są do współpracy i pomocy w poszukiwaniu pracowników o konkretnych, mniej popularnych kwalifikacjach. Nasi specjaliści HR wybierają osoby, które najlepiej wpisują się w przedstawiony przez pracodawcę profil kandydata – na tym jednak nie kończy się nasza praca. Można nawet powiedzieć, że dopiero się zaczyna. Nie tylko przeprowadzamy samą rekrutację, ale również weryfikujemy doświadczenie i umiejętności kandydatów, sprawdzamy ich kompetencje językowe oraz uprawnienia. To bardzo ważne, ponieważ pracodawca ma pewność, że zatrudnia dokładnie takiego pracownika, na jakim mu zależało – dodaje Filip Aryanowicz.

Zobacz również : Filip Aryanowicz o asymilacji cudzoziemców pracujących w Polsce

Branże z największym zapotrzebowaniem na wschodnie ręce do pracy

Z roku na rok zwiększa się zapotrzebowanie na pracowników ze Wschodu. Polacy już dawno odkryli potencjał w cudzoziemcach i coraz chętniej zatrudniają ich w swoich firmach. Popyt na pracowników zza wschodniej granicy można zaobserwować dziś w wielu branżach. Zwłaszcza tam, gdzie trudno znaleźć wystarczającą ilość Polaków chętnych do pracy, cudzoziemcy okazują się wręcz ratunkiem dla czasowego lub stałego funkcjonowania wielu przedsiębiorstw.

– Polska cały czas zmaga się z niedostateczną liczbą pracowników w transporcie i logistyce. Pracownicy ze Wschodu, którzy posiadają uprawnienia do prowadzenia pojazdów typu TIR czy autobus są na wagę złota. Sezonowo obserwujemy ogromne zapotrzebowanie na pracowników do sektora rolniczego i ogrodniczego – np. na plantacje owoców i warzyw. Nie można zapomnieć również o produkcji i przetwórstwie, gdzie każda para rąk do pracy zawsze będzie potrzebna. Coraz częściej dla naszych klientów z Polski i Europy Zachodniej (w tym Niemiec, Francji i Skandynawii) pozyskujemy również pracowników z doświadczeniem w hotelarstwie, budownictwie, IT, handlu. Potrzebni są także między innymi pracownicy magazynów, sprzątaczki oraz szwaczki – kończy Filip Aryanowicz.

Filip Aryanowicz o procedurach formalnych i kwestiach technicznych

Sama rekrutacja pracowników ze Wschodu to, jak mówi Filip Aryanowicz, dopiero początek góry lodowej. Jak już wcześniej zauważył wiceprezes Bisar – oferta agencji jest kompleksowa. Przedsiębiorca, który przychodzi do agencji od początku wie, że na każdym etapie współpracy może liczyć na aktywną pomoc ze strony agencji.

– Przejmujemy na siebie wszystko, jeśli chodzi o zatrudnianie pracowników ze Wschodu. Dotyczy to nie tylko Polski – dbamy również o rozwój firm zachodnich. Z naszych usług korzystają między innymi klienci z Niemiec, Skandynawii i Francji. Nie tylko doradzamy, rekrutujemy i weryfikujemy, ale również dbamy o procedury formalne i kwestie techniczne. Dzięki wypracowanym schematom działania i szerokim kontaktom w kraju i za granicą bez problemu organizujemy transport cudzoziemców, oraz zapewniamy im zakwaterowanie. Zajmujemy się także legalizacją pracy oraz pobytu pracowników ze Wschodu, nadzorem nad ich pracą, szkoleniami z zakresu bezpieczeństwa pracy oraz badaniami lekarskimi. Oczywiście również obsługa płacowa i prawna znajduje się po naszej stronie, dzięki czemu współpraca z nami dla pracodawcy to minimum formalności i zachodu, a maksimum zysku i zadowolenia – kończy Filip Aryanowicz.

Zobacz także: Filip Aryanowicz: Wspieramy polskie firmy w rozwoju

Oznaki wyhamowania na rynku nieruchomości

Rynek nieruchomości obecnie jest na bardzo wysokim poziomie. Mamy do czynienia z sytuacją z 2008 roku. Czy w związku z tym czeka nas spowolnienie?

Kamil Kosior, CEO Lloyd Group
Kamil Kosior, CEO Lloyd Group

Trzeba jasno powiedzieć, że rynek nieruchomości znajduje się obecnie na bardzo wysokim poziomie. Widać wyraźnie jednak oznaki wyhamowania. Pokazują to wyniki firm deweloperskich. Deweloperzy w 2018 roku sprzedali kilka procent mniej mieszkań niż w 2017. Nie interpretowałbym tego jednak jako zły prognostyk. W mojej opinii, sektor nieruchomości ulega stabilizacji. Jeśli w najbliższym czasie nie dojdzie do żadnych znaczących wydarzeń na rynku, czyli np. globalnego kryzysu, to nie będziemy mieli do czynienia z jego załamaniem.

Szczególnie, że ceny mieszkań również stabilizują się. Nie można jednak zapomnieć, że jednocześnie rosną koszty ponoszone przez deweloperów. I to zaczynając od kosztów gruntów, przez materiały budowlane, na sile roboczej kończąc. Mówiąc o cenach, trzeba sobie uświadomić, że ich poziom osiągnął już wartości, które obserwowaliśmy w 2008 roku, czyli na szczycie hossy nieruchomościowej. Dziś mamy jednak zdecydowanie większe zasoby w zakresie portfela inwestycyjnego.

Średni dochód rozporządzalny pozwala na zmianę sposobu finansowania. W niektórych segmentach udział gotówki to już 50 proc. 5-10 lat temu gotówką finansowano maksymalnie 10 proc. kupowanych nieruchomości. Wartym odnotowania jest fakt, że obecnie w Polsce co czwarte mieszkanie jest kupowane na wynajem. Bywają rejony, np. śródmieścia dużych miast, gdzie w celach inwestycyjnych jest kupowana ponad połowa nieruchomości. Coraz rzadziej kupują tu mieszkania ci, którzy chcą je mieć dla siebie. Zauważyć też można dość znaczący trend zakupu coraz większych mieszkań.

Spada popularność kawalerek. Wynika to z tego, że są trudno dostępne i bardzo zdrożały. Wzrósł natomiast popyt na mieszkania inwestycyjne. To rynek szczególnie atrakcyjny dla tych, którzy wykreowali nowy rodzaj nieruchomości inwestycyjnych. Dzielą większe mieszkania na pojedyncze pokoje. Pozytywny wpływ na cały sektor wywiera także wynajem krótkoterminowy. Ten trend jest bardzo dynamiczny. Tylko w Warszawie w ubiegłym roku na Booking.com było 44 proc., na Airbnb aż 58 proc. więcej ofert. Wszystko dlatego, że w przypadku zwykłego najmu długoterminowego zwrot z inwestycji sięga 4-5 proc. Najem krótkoterminowy lub taki, gdzie dzielimy mieszkanie na mniejsze, to nawet 10 proc.

Kamil Kosior, CEO Lloyd Group

Zmiana czasu na letni – tachograf i ewidencja czasu pracy kierowcy

Aż 84%[1] przebadanych obywateli Unii Europejskiej jest za całkowitą rezygnacją ze zmiany czasu. Co myślą o tym kierowcy zawodowi, których obowiązkiem jest skrupulatna ewidencja swojego czasu pracy? Co powinni zrobić, aby po wykonaniu trasy w nocy z 30 na 31 marca 2019 roku dokumentacja okresów jazdy, odpoczynków i przerw była prawidłowa i zgodna
z prawem, a na wykresówce nie brakowało godziny?

Tachograf jest najważniejszy

Dlaczego? Bo to na podstawie danych z tego urządzenia sporządzana jest cała dokumentacja jazdy, a tym samym czasu pracy i przerwy kierowcy. Obecnie dominująca liczba tachografów to urządzenia cyfrowe – wszystkie samochody zarejestrowane po 1 maja 2006 roku[2] powinny być wyposażone w takie właśnie rejestratory – ale w użyciu są również te analogowe. W zależności od tego, z jego typu korzysta kierowca, przy zmianie czasu trzeba dostosować sposób postępowania.

Analogowo i własnoręcznie

W tachografie analogowym aktualną godzinę można zmienić samodzielnie. Trudno w tym przypadku o uniwersalne wskazówki, bo urządzenia mimo wszystko różnią się w pewnym stopniu między sobą. Warto przed trasą zapoznać się jeszcze raz z instrukcją obsługi.

Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania KierowcówNajlepiej jest zmienić czas od razu, w pierwszym możliwym momencie, bo później, w toku dnia pracy może to po prostu umknąć. Koniecznie trzeba pamiętać, że na tarczy analogowej czas od 2:00 do 3:00 będzie określony jako „brak danych”. W związku z tym warto na odwrocie wykresówki odnotować, z czego wynika taki zapis. Pozwoli to w łatwy sposób wykazać, dlaczego w dokumentacji pojawiła się pewnego rodzaju nieścisłość. Będzie to również w pełni jasne i zrozumiałe nawet w późniejszym czasie dla służb kontrolujących czas pracy kierowcy – informuje ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców, Kamil Wolański. – Alternatywą dla tej metody jest zmiana czasu w tachografie już po zakończonej jeździe w danym dniu – dzięki temu zostanie zachowana ciągłość zapisu. Ważne jednak, żeby uczynić to przed rozpoczęciem pracy na kolejnej wykresówce.

Uniwersalnie i cyfrowo

Jeśli kierowca ma zamontowany w samochodzie tachograf cyfrowy, cała procedura jest o wiele prostsza, ponieważ urządzenie rejestruje dane na podstawie uniwersalnego czasu UTC (Coordinated Universal Time), bez przesunięcia czasowego lato/zima. UTC ustawia wyłącznie warsztat kalibrujący tachograf. Kierowca może dokonać drobnej korekty, ale tylko raz w tygodniu i tylko +/- 1 minutę.

Mateusz Włoch, ekspert firmy INELO
Mateusz Włoch, ekspert firmy INELO

Ma to na celu niwelowanie drobnych różnic czasowych pomiędzy wieloma pojazdami w firmie. Na wyświetlaczu tachografu widoczny jest również czas lokalny (zazwyczaj oznaczony kropką) – w Polsce różni się on od czasu UTC o +1 godzinę w zimie oraz +2 godziny w lecie. Jest on używany wyłącznie pomocniczo dla kierowcy, a jego zmiana nie wpływa na zapisywane dane. Czas lokalny w tachografie kierowca może sam ustawiać. Warto to więc zrobić prawidłowo. W nowszych tachografach następuje to często automatycznie – tak jak np. w telefonachmówi Mateusz Włoch, ekspert z firmy Inelo.

Podsumowując, w przypadku rejestratora cyfrowego nie trzeba się przejmować zmianą czasu. Warto jednak po przejściu na tryb letni sprawdzić, czy czas lokalny przestawił się samoczynnie. Jeśli nie, to należy to zrobić we własnym zakresie. Co ciekawe, oprogramowanie, służące do analizy informacji zebranych z tachografów i kart kierowców, samo dopasowuje dane do odpowiedniego czasu lokalnego na przykład po to, by zweryfikować naruszenia.

Zaawansowane rozwiązanie IT, z którego korzystają na przykład funkcjonariusze Inspekcji Transportu Drogowego, wyświetla rzeczywisty czas pracy, nie uzupełniając luki pomiędzy 2:00 a 3:00, pustą godziną. W tej sytuacji kontrolerzy nie traktują tego okresu jako sztucznej, dodatkowej przerwy. Warto zwrócić również uwagę na to przy odbieraniu odpoczynku dobowego regularnego (11 godzin), jeśli taki odpoczynek przypadnie na zmianę czasu. Dla przykładu od godziny 20:00, 30.03 do 7:00, 31.03 jest 11 godzin, ale z uwagi na przejście z trybu zimowego na letni – fizycznie odpoczynku jest jednak
o godzinę mniej. W tej sytuacji, jeżeli kierowca chce odebrać 11-godzinny odpoczynek, powinien odpoczywać do 8:00 rano. Gwarantuje to brak problemów podczas kontroli –
wyjaśnia Mateusz Włoch z Inelo.

To tylko godzina?

Pozornie wydaje się, że zmiana czasu z zimowego na letni to drobna sprawa, jednak dla Inspekcji Transportu Drogowego brak jej zaznaczenia na wykresówce może okazać się podstawą do nałożenia kary na kierowcę (100 PLN za każdą wykresówkę, nie więcej niż 1000 PLN). Dlatego też osoby zarządzające, przedsiębiorcy, czy spedytorzy powinni przypomnieć swoim kierowcom o zbliżającej się dacie zmiany czasu, aby dać im szansę na odpowiednie przygotowanie się na to odstępstwo od rutyny. Jeśli w firmie truckerzy korzystają z takich samych typów tachografów analogowych, można przygotować dla nich krótki dokument z instrukcją krok po kroku. W przypadku tachografów cyfrowych, gdzie zdarzenia rejestrowane są w czasie UTC (więc zmiana czasu nie ma znaczenia), można poinformować o tym, w jaki sposób zmienić pomocniczo wyświetlany czas lokalny – w najnowszych tachografach aktualizuje się on automatycznie – mówi Kamil Wolański, OCRK.

Po co komu zmiana?

Przechodzenie z trybu zimowego na letni i z powrotem, stosowane jest w blisko siedemdziesięciu krajach na świecie. W Europie nie przeprowadza się go jedynie w Rosji, na Białorusi i Islandii. Coraz częściej można jednak usłyszeć głosy, że zmiana czasu dwa razy w roku jest niepotrzebna, anachroniczna i uciążliwa. W teorii jest ona podyktowana oszczędnością energii. Liczne badania jednak nie potwierdziły tej tezy. Tę niespójność dostrzegają obywatele. Komisja Europejska przeprowadziła szerokie konsultacje społeczne, w ramach których obywatele UE mieli wyrazić swoją opinię na temat zmiany czasu. 76%[3] przepytanych osób wskazało, że odczuwa negatywne skutki zmiany, a aż 84% jest za wprowadzeniem na stałe czasu letniego. Warto przypomnieć, że całe zamieszanie z okresem letnim i zimowym wynika bezpośrednio z dyrektywy unijnej z 2000 roku[4]. Jednak podczas prac Komisji Transportu Parlamentu Europejskiego została przegłosowana propozycja, aby w marcu 2021 roku nastąpiła ostatnia zmiana czasu z zimowego na letni[5]. Lecz finalnej decyzji wciąż nie ma, a dopóki będzie istniała konieczność zmiany czasu, dopóty zawodowi kierowcy będą musieli brać ją pod uwagę przy ewidencji swojego czasu pracy.

[1] http://gum.gov.pl/pl/aktualnosci/2597,Zmiany-czasu-czy-rezygnacja-ze-zmian-czasu-Ocen-ktore-rozwiazanie-jest-dla-Ciebi.html

[2] https://eur-lex.europa.eu/legal-content/PL/TXT/?uri=celex%3A32006R0561

[3] http://gum.gov.pl/pl/aktualnosci/2597,Zmiany-czasu-czy-rezygnacja-ze-zmian-czasu-Ocen-ktore-rozwiazanie-jest-dla-Ciebi.html

[4] https://publications.europa.eu/pl/publication-detail/-/publication/eb170453-93f3-4edb-a1ef-a4c46b64efc7/language-pl

[5] http://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news%2C33088%2Ckomisja-pe-za-zniesieniem-zmiany-czasu-w-ue-od-2021-roku.html

W czwartek skok funta

Po serii porażek, głosach o dymisji napływających zarówno ze strony opozycji, jak i konserwatystów, brytyjska premier trwa na stanowisku. Niewykluczone, że finalnie w czwartek uda się jej przeprowadzić plan brexitu przez brytyjski parlament i dzięki temu prawdopodobnie umocnić funta pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

„Do trzech razy sztuka” – popularne w Polsce powiedzenie często stosuje się też w Wielkiej Brytanii (third time lucky). W angielskiej wersji pochodzi prawdopodobnie z XVII-wiecznej komedii pt. „Wesołe kumoszki z Windsoru” Williama Shakespeare’a. Czy jednak ten zwrot przyniesienie Theresie May zwycięstwo i Izba Gmin, głosując trzeci raz plan brexitu, ostatecznie go przyjmie?

Przez wszystkich odwoływana, a jednak trwa

Nie jest żadną tajemnicą, że premier May ma wielu oponentów. Jej plan brexitu napotkał na opór wśród euroenzujastycznych członków swojej partii. W poniedziałek 30 torysów zagłosowało razem z laburzystami za poprawką, która otwiera drogę do środowych indykatywnych głosowań na temat alternatywnych planów opuszczenia UE lub w ogóle pozostania we Wspólnocie.

Również od wielu dni krążą plotki, że eurosceptycznym członkom torysów zależy na odsunięciu May ze stanowiska premiera, gdyż nie wypełnia przyrzeczenia wyborców oraz ryzykuje, że poprzez mechanizm awaryjny (backstop) Wielka Brytania pozostanie w permanentnej unii celnej z UE. Z tego potwornego bałaganu, wielogodzinnych dyskusji parlamentarnych, krzykliwych nagłówków brytyjskiej prasy i irytacji świata być może zostanie przyjęte pierwotne rozwiązanie, czyli lekko zmodyfikowany plan Theresy May. Jak to możliwe?

Najlepsze z możliwych rozwiązań

Kluczem do poparcia planu May jest mały koalicjant konserwatywnego rządu, czyli północnoirlandzka partia DUP. Unioniści mają tylko 10 miejsc w brytyjskiej Izbie Gmin, ale są aktywnym głosem oporu w kwestii mechanizmu awaryjnego. Według DUP backstop mógłby doprowadzić do granicy pomiędzy Irlandią Północną a główną brytyjską wyspą, co jest dla unionistów nie do zaakceptowania.

Wydaje się jednak, że DUP jest gotowa do kompromisu. Po pierwsze backstop może zostać jeszcze lekko zmieniony, zmniejszając faktyczne ryzyko utknięcia Brytyjczyków  w unii celnej w przypadku braku nowego porozumienia handlowego pomiędzy Londynem i Brukselą. Dodatkowo DUP może liczyć prawdopodobnie na więcej inwestycji w Irlandii Północnej, gdyby doszło do poparcia planu May.

Co ciekawe, od decyzji DUP zależy również poparcie planu May przez eurosceptycznych torysów. Ich lider Jacob Rees-Mogg twierdzi, że rozwiązanie premier jest lepsze niż ryzyko braku brexitu, czyli pozostanie w UE.

Pewnym problemem dla May są również euroentuzjastyczni torysi (ci, którzy w poniedziałek poparli środowe indykatywne głosowania). Wydaje się jednak, że oni także mają sporo do stracenia. Przedterminowe wybory, które byłyby prawdopodobnie rezultatem odrzucenia obecnego planu, są dużym ryzykiem. Dodatkowo mogą oni się jeszcze wykazać podczas negocjacji nowego porozumienia handlowego z Unią, które może zakładać stosunkowo bliskie relacje z UE. Sprzyjają temu naciski przedsiębiorców czy nastroje społeczne.

Finalnie więc  czwartek (oczekiwany termin trzeciego głosowania nad planem May) może przynieść olbrzymie zaskoczenie. Mimo sprzecznych interesów rozrywających partię konserwatywną z bólem serca część najbardziej aktywnych parlamentarzystów poprzez plan Theresy May i Wielka Brytania opuści Unię w sposób uporządkowany.

Funt powinien być beneficjentem

Wygranym całej tej batalii prawdopodobnie będzie funt. Przyjęcie przez Izbę Gmin wynegocjowanego z Brukselą planu opuszczenia Unii zażegna wizję chaotycznego brexitu. Zmniejszy to, przynajmniej w perspektywie najbliższych tygodni, ryzyka polityczne i ekonomiczne dla Wielkiej Brytanii.

Dodatkowo plan Theresy May nie wyklucza również, że negocjacje dotyczące nowej umowy handlowej będą przebiegały w stronę stosunkowo bliskich relacji. W rezultacie jeszcze w czwartek, gdy zadziała zasada do trzech razy sztuka, brytyjska waluta może zyskać nawet ponad 2 proc. Funt w relacji do złotego przekroczyłby wówczas wartość 5,10 zł, osiągając najwyższy poziom od ponad dwóch lat.

Izba Gmin znów głosuje. Obietnice wyborcze

Brytyjski parlament podjął próbę rozwiązania problemu kształtu Brexitu. Szansa nie jest zbyt duża, ale dzisiejszy pakiet głosowań powinien nas trochę przybliżyć do celu. Znamy źródło finansowania polskich obietnic wyborczych.

Kolejna seria głosowań w Izbie Gmin

W poniedziałek podjęto decyzję, że dzisiaj na zakończenie sesji odbędzie się seria głosowań mająca na celu ustalić jakiego kształtu Brexitu oczekują członkowie Izby. Przegłosowane warianty co ciekawe będą tylko polityczna instrukcją dla rządu nie będą miały mocy prawnej. Niepokojące jest, że głosowanie w sprawie ustalenia tych głosowań rząd Theresy May przegrał po złamaniu dyscypliny partyjnej przez 30 członków Partii Konserwatywnej. Wielka Brytania ma czas do piątku na uzgodnienie warunków opuszczenia UE do 22 maja. Jeżeli to się nie odbędzie 12 kwietnia musi wyjść bez dodatkowych warunków lub poprosić o dodatkowy czas. Analitycy są niemal zgodni, że wariant z dodatkowym czasem jest obecnie najbardziej prawdopodobny.

Znamy źródło realizacji obietnic wyborczych

Szef Kancelarii Premiera poinformował, że nowe obietnice wyborcze nie naruszają reguły wydatkowej. Środki na nie pochodzić będą z uszczelnienia i usprawnienia systemu podatkowego. O ile wiemy czym jest uszczelnienie nie znamy jeszcze szczegółów usprawnienia. Zdaniem części analityków może chodzić o pomysł zniesienia limitu maksymalnej składki ZUS. Nie jest to jednak wystarczający ruch by pokryć owe wydatki. Z wypowiedzi Minister Finansów wynika z kolei, że deficyt może przejściowo wzrosnąć, ale nie powinien przekroczyć wymaganych przez Unię 3% i procedura nadmiernego deficytu nam nie grozi.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:30 – USA – pozwolenia na budowę domów,
  • 14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 15:00 – USA – indeks zaufania konsumentów Conference Board.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Na zakazie handlu najwięcej zyskały stacje paliw

Zdecydowanym wygranym zakazu handlu są stacje paliw, wynika z raportu Nielsena*. W 2018 roku sprzedaż produktów FMCG na stacjach benzynowych wzrosła aż o 23,8%, prawie dwukrotnie więcej niż w przypadku sklepów średnioformatowych. Tymczasem małe sklepy spożywcze, które miały być po części beneficjentem ustawy odnotowały spadek sprzedaży o 0,4%. O konsekwencjach ustawy w przegłosowanej przez Rząd formie alarmowała Polska Grupa Supermarketów już na początku 2018 roku.

Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów (PGS)
Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów (PGS)

Poprawki wprowadzone przez Sejm i Senat do obywatelskiej ustawy dotyczącej zakazu handlu w niedziele mogą doprowadzić do skupienia się niedzielnego handlu wokół stacji paliw oraz dworców komunikacyjnych – apelował Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów, po wdrożeniu zmodyfikowanej wersji ustawy o ograniczeniu handlu w niedzielę. Przedstawione niedawno przez Nielsena i BIG InfoMonitor dane*, potwierdzają te przewidywania.

W 2018 roku przeciętny wzrost sprzedaży produktów FMCG wynosił 4,8%. W tym czasie sprzedaż w dyskontach wzrosła o 7,4%, natomiast w sklepach średniej wielkości dwuipółkrotnie względem średniej rynkowej. Największym beneficjentem zmian były jednak stacje benzynowe. 23,8% wzrostu rok do roku to ponad pięciokrotnie wyższy wynik niż średnia.

Na przeciwległym biegunie znalazły się hipermarkety (-1,1%), których oferta z roku na rok cieszy się coraz mniejszym zainteresowaniem klientów oraz małe sklepy spożywcze (-0,4), które pierwotnie miały zyskać na zmianach legislacyjnych.

Jak wynika z badań Havas Media, Polacy czują dezorientację w związku z
„wolnymi niedzielami” – 37% osób nie jest pewna lub nie wie w które niedziele miesiąca można dokonać zakupów.

*Badania Nielsen opublikowane w dniu 19.03.2019 na łamach dziennika Rzeczpospolita (Rp.pl)

Dwa razy więcej biur trafiło do najemców niż zostało oddanych

Rok 2018 zapisał się rekordowo wysokim popytem na warszawskie biura, a szybkie tempo wzrostu katowickiego rynku pozwoliło mu wyprzedzić Poznań pod względem podaży        

W 2018 roku w największych ośrodkach biurowych w kraju do najemców trafiło przeszło 1,5 mln mkw. biur. Ponad 850 tys. mkw. powierzchni zakontraktowane zostało na rynku warszawskim, który odnotował pod tym względem najlepszy wynik w swojej historii, a na rynkach regionalnych wynajęte zostało łącznie blisko 650 tys. mkw. biur – informuje Walter Herz.

Za jedną trzecią najmu w regionach odpowiada Kraków. W stolicy Małopolski popyt sięgnął 220 tys. mkw. Wysoką chłonnością nadal wyróżniał się także rynek wrocławski, na którym w ubiegłym roku podpisano umowy na wynajem 165 tys. mkw. powierzchni. W Krakowie i Wrocławiu zakontraktowana została większość powierzchni biurowej, wynajętej poza Warszawą. Trójmiasto odnotowało swój udział w ogólnym wolumenie wynajmu na poziomie 87 tys. mkw., w Poznaniu zapotrzebowanie przekroczyło 70 tys. mkw.

Mateusz Strzelecki – Partner w Walter Herz
Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz

– Nowym zjawiskiem, jakie mogliśmy obserwować w ubiegłym roku, szczególnie widocznym na rynku warszawskim była ekspansja operatorów powierzchni coworkingowych i biur serwisowanych. Ta grupa najemców wygenerowała kilkanaście procent popytu na biura w Warszawie. Rozwój tego segmentu ma znaczący wpływ na ewolucję rynku biurowego w naszym kraju, decydujący dla jego przyszłego kształtu  – zauważa Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz.

Zasoby polskiego rynku liczą ponad 10 mln mkw. powierzchni biurowej

W minionym roku zasoby biurowe w naszym kraju zwiększyły się o prawie 750 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni. W Warszawie przybyło zaledwie 230 tys. mkw. biur, co jest najsłabszym wynikiem od kilku lat. Sukcesem mogą się jednak pochwalić rynki regionalne, które łącznie zwiększyły ofertę o około 520 tys. mkw. powierzchni.

W największych miastach w Polsce jest już ponad 10 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Najwięcej w Warszawie – ponad 5,5 mln mkw., w Krakowie 1,27 mln mkw. i we Wrocławiu 1,07 mln mkw.

– Wrocław odnotował w 2018 roku najlepszy wynik w historii, zarówno jeśli chodzi o wartość popytu, jak i nowej podaży – komentuje Mateusz Strzelecki. Na wrocławskim rynku, jak oblicza Walter Herz, przybyło w minionym roku 147 tys. mkw. biur. Wrocław, podobnie jak Kraków, który wzbogacił się w zeszłym roku o ponad 155 tys. mkw. powierzchni biurowych, dysponuje już przeszło milionem mkw. powierzchni biurowych.

– Na uwagę zasługuje również rynek katowicki, na którym podaż na koniec zeszłego roku przekroczyła 0,5 mln mkw. powierzchni. Tym samym Katowice wyprzedziły Poznań, który w ubiegłym roku zwiększył ofertę zaledwie o ponad 20 tys. mkw. i oferuje aktualnie około 480 tys. mkw. biur – dodaje ekspert Walter Herz.

Biurowa Polska w budowie

Do największych obiektów biurowych ukończonych w 2018 roku należą: Olivia Star w Gdańsku (43 tys. mkw.), Olivia Prime A w Gdańsku (29 tys. mkw.), Sagittarius Business House we Wrocławiu (25 tys. mkw.), Ogrodowa 8 w Łodzi (28 tys. mkw.), Equal Business Park C w Krakowie (23 tys. mkw.), Centrum Praskie Koneser (21 tys. mkw.) w Warszawie, Proximo II w Warszawie (20 tys. mkw.), Equator IV w Warszawie (19 tys. mkw.), O3 Business Campus III w Krakowie (19 tys. mkw.), Retro Office House we Wrocławiu (18 tys. mkw.), KTW I w Katowicach (18 tys. mkw.), czy Spokojna 2 w Lublinie (18 tys. mkw.).

W największych miastach w kraju w trakcie budowy pozostaje ponad 1,7 mln mkw. powierzchni biurowych. Około 790 tys. mkw. biur powstaje w Warszawie, z czego jak szacują analitycy Walter Herz, około 260 tys. mkw. ma zostać oddane do końca bieżącego roku. Większość z realizowanej w aglomeracji powierzchni w ciągu najbliższych dwóch, trzech lat oddana zostanie w dużych kompleksach biurowych, w których zaprojektowane zostały także budynki wysokościowe, jak na przykład Varso, The Warsaw Hub, Warsaw Unit, czy Generation Park.

Inwestycje prowadzone w regionach przyniosą wkrótce około 915 tys. mkw. powierzchni biurowej. Najwięcej nowych projektów powstaje w Krakowie (250 tys. mkw.) i we Wrocławiu (208 tys. mkw.), gdzie realizowany jest kompleks Business Garden z 90 tys. mkw. powierzchni. W Trójmieście w trakcie budowy jest 130 tys.  mkw. biur, a w Poznaniu inwestorzy zapowiadają w tym roku oddanie do użytku 110 tys. mkw. powierzchni.

Brakuje wolnych biur

Nadzwyczajna chłonność naszego ryku biurowego spowodowała, że w ciągu ostatniego roku współczynnik powierzchni niewynajętej spadł we wszystkich największych ośrodkach biznesowych w kraju do średniego poziomu 8,5 proc.

W Warszawie wskaźnik pustostanów, który utrzymuje się w podobnych granicach, nie był tak niski od wielu lat. Obiekty biurowe oddawane w stolicy są już na ogół skomercjalizowane w około 80 proc. Wyjątkiem nie są też w pełni wynajęte budynki w momencie ukończenia budowy. Świetnym przykładem jest tu będący na ukończeniu  kompleks biurowy Mennica Legacy Tower, położony przy skrzyżowaniu Prostej i Żelaznej. W skład obiektu wchodzi 130 metrowa wieża i sąsiadujący z nią 36 metrowy Budynek Zachodni, który w całości został wynajęty przez firmę WeWork, operatora powierzchni coworkingowych. Większość z ponad 65 tys. mkw. powierzchni, jaką oferuje kompleks została zaś zakontraktowana przez mBank. Porozumienie dotyczące wynajmu ponad 40 tys. mkw. powierzchni na nową siedzibę banku stanowi jedną z największych transakcji w historii rynku biurowego w Polsce.

Warszawskie projekty, które pozostają w trakcie realizacji zabezpieczone umowami najmu mają około 40 proc. powierzchni. Najtrudniej jest znaleźć wolne biura w budynkach zlokalizowanych w centralnej części miasta.

W 2018 roku współczynnik pustostanów obniżył się na wszystkich rynkach biurowych w kraju. Nawet w takich miastach jak Kraków, czy Wrocław, w których odnotowany został spory przyrost zasobów biurowych. Świadczy to bardzo dobitnie o dużym zapotrzebowaniu na powierzchnię biurową zgłaszanym przez najemców.

Czy warto kupować zamienniki tuszów do drukarek?

tuszedodrukarkibrotherKażdy właściciel drukarki atramentowej regularnie zadaje sobie pytanie, jaki tusz kupić do swojego urządzenia, by pracowało wydajnie i niezawodnie przez wiele lat. Zwolennicy oryginalnych materiałów eksploatacyjnych twierdzą, że zamienniki mogą mieć niekorzystny wpływ na działanie drukarki, jednak osoby regularnie stosujące odpowiedniki oryginalnych tuszów są zupełnie innego zdania. Komu wierzyć? Faktom.

Oryginalne tusze – wady i zalety

Przywykliśmy sądzić, że im wyższa cena produktu, tym lepsza jego jakość. W przypadku tuszów do drukarek, za oryginał zapłacimy nawet kilkadziesiąt procent więcej niż za zamiennik. Ta ogromna różnica rodzi wiele pytań, co sprawia, że właściciele drukarek patrzą na odpowiedniki podejrzliwym okiem. Jednak nie każdy może sobie pozwolić na korzystanie z oryginalnych tuszów producenta, zwłaszcza jeśli prowadzimy biuro, w którym każdego dnia drukuje się setki dokumentów. Korzystanie z oryginalnych tuszów może więc ostatecznie być nieopłacalne, a nawet szybko przekroczyć koszt samej drukarki. Oryginalne tusze polecane są więc szczególnie osobom, które drukują mało i pragną korzystać z najwyższej jakości materiałów eksploatacyjnych. Tym, co wyróżnia oryginalne tusze, jest właśnie wysoka jakość – kupując tusz z nazwą producenta drukarki, mamy 100% pewność, że będzie to produkt, który zaspokoi nasze oczekiwania. Wysoka cena oryginalnych tuszów związana jest w dużej mierze z renomą firmy, a także kosztami testów oraz kampanii reklamowych. Producent tuszu nigdy nie zdradza jego pełnego składu, a więc jakość zamienników jest naprawdę zróżnicowana. Jeśli więc szukasz odpowiedników, których jakość zbliżona jest do tej oferowanej przez producenta oryginałów, wybieraj wieloskładnikowe tusze od renomowanych firm (np. tusze Brother).

Zamienniki – dlaczego nie powinniśmy się ich bać?

Najlepsze zamienniki oryginalnych tuszów to te, które w składzie chemicznym mają najwięcej elementów. Tusz bowiem nie składa się jedynie z pigmentu i wody, lecz zawiera także polimery, konserwanty, substancje higroskopijne oraz koagulanty, które wpływają na jego jakość. Każdy producent zamienników stosuje inny skład, co możemy zauważyć w jakości wydruków. Wybierając zamienniki, warto więc nie tylko czytać skład chemiczny produktu, lecz również sugerować się renomą producenta. Do polecanych producentów zamienników zaliczamy m.in. ActiveJet, Wox, Asarto, Orink oraz JetWorld. Znani producenci odpowiedników również przeprowadzają testy na swoich tuszach, by zapewnić klientom bezpieczeństwo użytkowania i spełnić wymogi restrykcyjnych norm, takich jak ISO (testy zgodne z normą ISO/IEC 19752:2004(E) lub ISO/IEC 19798:2006 lub ISO/IEC 24711:2006.

Certyfikat ISO 9001 lub ISO 14001, gwarantujący kontrolę jakości). Zamienniki są nie tylko tańsze, lecz również bardziej wydajne, a ich skład jest niemal identyczny, co w oryginalnych materiałach eksploatacyjnych.

Gdzie kupować zamienniki?

Miejscem, w którym warto kupować zamienniki, są sklepy internetowe oferujące zarówno oryginalne tusze, jak i ich odpowiedniki. Dlaczego? Korzystając z oferty takich sklepów, masz pewność, że działają one fair i dają swoim klientom możliwość wyboru. Poza tym niektóre z nich, np. sklep internetowy DoDrukarki.pl czy Tonery-Lublin.pl umożliwiają porównanie ceny oryginału i zamiennika, podając koszt za 1 ml i określając wydajność produktu. Wybierając zamienniki, sugeruj się opiniami innych użytkowników, renomą firmy i przyznanymi certyfikatami, a będziesz miał pewność, że korzystasz z wysokiej jakości odpowiedników, które w żaden sposób nie zaszkodzą twojej drukarce.

Fatalna sytuacja gospodarcza Turcji. Co zrobi Erdogan

Drastyczny spadek rezerw walutowych Turcji i rekordowy poziom depozytów w zagranicznych walutach gospodarstw domowych spowodował silną przecenę liry. Fatalna sytuacja gospodarcza Turcji może się jeszcze pogorszyć, bo władze patrzą na rzeczywistość przez różowe okulary i perspektywę lokalnych wyborów – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Turcja jest w kryzysie. Bezrobocie wzrosło pod koniec ub.r. do poziomu 13,5 proc. i jest najwyższe od niemal 9 lat, według lokalnego urzędu statystycznego TurkStat. Poza rynkiem pracy fatalnie wygląda produkcja przemysłowa. Od września wyraźnie się obniża w ujęciu rok do roku. W grudniu spadek sięgnął 10 proc. (najgłębszy od sierpnia 2009 r.), a styczniu 7,3 proc. Sprzedaż detaliczna od ostatniego kwartału ub.r. również dramatycznie się kurczy. W styczniu zanurkowała o 6,7 proc., także w ujęciu rok do roku.

Załamanie koniunktury idealnie pokazują także dane z przemysłu motoryzacyjnego. Według TurkStat sprzedaż samochodów osobowych w styczniu spadła o 39,9 proc. w porównaniu ze styczniem 2018 r. Spadek sprzedaży autobusów i samochodów ciężarowych przekroczył 50 proc. (rok do roku).

Spadkowi koniunktury towarzyszy bardzo wysoka, sięgająca 20 proc. inflacja. Rządzący  robią jednak dobrę minę do złej gry i przed zaplanowanymi na 31 marca lokalnymi wyborami sugerują znaczną poprawę kondycji gospodarczej kraju.

OECD przewiduje głęboką recesję, a rząd przyzwoity wzrost

Jeszcze w pierwszym kwartale 2018 r. turecka gospodarka rozwijała się w tempie 7,4 proc. (rok do roku). Wtedy przed wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi tureckie władze były niezwykle hojne dla mieszkańców. Jak przypomina „Financial Times” w analizie pt. „Turkey’s ruling party turns to economic tricks as polls loom”, obywatele dostali rok temu prezenty w wysokości 6 mld dolarów. Gros z tych środków poszło na wypłacenie emerytalnej „trzynastki” i „czternastki” w wysokości po 1000 lir każda (ok. 850 zł w tamtym czasie) dla 13 milionów tureckich świadczeniobiorców.

Teraz sytuacja ekonomiczna jest fatalna i nie ma żadnych hojnych przedwyborczych fantów. PKB w IV kw. 2018 r. kurczyło się o 3 proc. (rok do roku), a OECD oczekuje, że spadek w całym 2019 r. wyniesie 1,8 proc. Berat Albayrak, minister finansów i prywatnie zięć prezydenta Recepa Erdogana, nie traci jednak optymizmu. W miniony piątek mówił (według agencji Bloomberg), że tureckie PKB w tym roku urośnie nawet więcej, niż przewiduje rząd, czyli ponad 2,3 proc.

Różnica pomiędzy oceną wzrostu gospodarczego przez ministerstwo finansów a szacunkami OECD jest gigantyczna i przekracza 4 pkt proc. na cały 2019 r. Wydaje się jednak, że obywatele raczej nie wierzą władzom w pozytywny scenariusz i wolą dmuchać na zimne, kupując m.in. zagraniczną walutę.

Dolarowe oszczędności nadzieją Turków

Według danych banku centralnego pomiędzy 8 i 15 marca wartość zgromadzonych depozytów w zagranicznej walucie wzrosła w Turcji o ponad 4 mld dolarów i osiągnęła rekordową wartość 175,8 mld dolarów (osoby fizyczne mają z tego 105,7 mld). To kwotowo najwyższy poziom w historii, który jednocześnie stanowi ok. 50 proc. wszystkich depozytów (dane Bloomberg). Dla porównania – w Polsce, według danych KNF za styczeń 2019 r., depozyty gospodarstw domowych wynosiły 843 mld zł. Tylko 92,5 mld zł (11 proc.) było zdeponowane w innej walucie niż w złotym.

Z drugiej strony rezerwy walutowe netto tureckiego banku centralnego obniżyły się w badanym tygodniu o ponad 3,5 mld dolarów do 28,5 mld USD, co według szacunków agencji Bloomberg było największym spadkiem od pięciu lat.

W odpowiedzi na te doniesienia turecka lira osłabiała się ubiegły piątek o 5 proc. Wprawdzie w poniedziałek większość strat udało się odrobić, ale sytuacja pozostała napięta. Partia prezydenta Erdogana (AKP), zaczyna tracić poparcie w wielkich miastach. Opozycyjni kandydaci mają coraz większą szansę wygrać w Ankarze czy Stambule. Jakie byłyby tego skutki?

Wybuchowa mieszanka

W razie porażki rządzącej koalicji AKP i MHP w lokalnych wyborach Erdogan, znany z niechęci do wysokich stóp procentowych, mógłby wywoływać presję na bank centralny, by ten obniżył koszty kredytu. Również rząd mógłby poluźnić pasa i wycofywać się z polityki kryzysowych oszczędności. To byłaby jednak wybuchowa mieszanka dla liry.

Z jednej strony zagraniczni inwestorzy staliby się jeszcze bardziej nerwowi, czego przykład widzieliśmy w piątek, a z drugiej strony spanikowani obywatele dalej lokolowaliby oszczędności w dolarach. W rezultacie znacznie wzrosłoby ryzyko nowej fali silnego osłabienia liry.

Nowy kapitał może zainwestować w nieruchomości nawet 2,5 biliona dolarów do 2020 roku

Jak wynika z najnowszego raportu Colliers International „Global Capital Diversification: Europe in Context”, na całym świecie rośnie wartość kapitału inwestowanego w nieruchomości. To wynik większego apetytu inwestorów instytucjonalnych oraz pojawienia się nowych źródeł kapitału.                                             

W 2018 roku wartość inwestycji w nieruchomości dokonanych przez globalne instytucje osiągnęła co najmniej 840 mld dolarów. Kolejne 370 mld dolarów pochodzące z funduszy zamkniętych czeka na zainwestowanie w tego typu aktywa w roku 2019. Wartość inwestycji może podwoić się z uwagi na rosnący wpływ lokalnych inwestorów i rodzinnych funduszy majątkowych, gdyż aktualnie stanowią one zaledwie 10,4% kwot zainwestowanych w nieruchomości. Wartość nowego kapitału, który może zostać zainwestowany w nieruchomości do 2020 roku, może sięgnąć 2,5 biliona dolarów.

Nowe źródła kapitału

Globalna wartość zarządzanych nieruchomości („REAUM” – Global real estate assets under management) podwoiła się w drugiej połowie cyklu inwestycyjnego od 2014 r., a 100 największych globalnych podmiotów zarządzających funduszami zwiększyło REAUM z 1,6 do 3 bilionów dolarów. Jednak wzrost REAUM dla 10 czołowych funduszy był wolniejszy niż dla 100 kluczowych funduszy (odpowiednio 60% i 88%), wskazując na rosnące zróżnicowanie kapitału.

Z dodatkowych 298 funduszy nieruchomości zamkniętych w ubiegłym roku, w połączeniu z istniejącymi zbywalnymi papierami wartościowymi, większość pieniędzy jest teraz alokowana w transakcje oportunistyczne. Na przeciwnym, czyli bardziej defensywnym biegunie ryzyka widać dalszy rozwój funduszy dłużnych, których kapitał w marcu 2019 roku wynosi około 61 mld dolarów. Przeprowadzona przez Colliers International analiza globalnych inwestorów, pokazuje, że co najmniej dwie trzecie z nich już zainwestowało lub aktualnie inwestuje większe środki w instrumenty dłużne, z których część dedykowana jest działalności deweloperskiej.

— Pomimo nieznacznego spowolnienia wzrostu gospodarczego i działalności inwestycyjnej wartość zarządzanych na całym świecie aktywów nieruchomościowych nadal rośnie, podobnie jak inwestowane w nie środki. Choć inwestorzy są bardziej ostrożni ze względu na niepewność związaną z Brexitem oraz rosnące napięcia między Chinami i USA, nadal pojawiają się nowe źródła globalnego kapitału mimo konsolidacji wśród większych podmiotów zarządzających funduszami nieruchomościowymi. Główne źródła aktywnego na całym świecie kapitału pozostają w rękach instytucji i podmiotów typu private equity, ale przez kolejne pięć lat obserwować będziemy oznaki zmian w tym obszarze, gdyż zainteresowanie sektorem nieruchomości będzie rosło wśród inwestorów rodzinnych i państwowych funduszy majątkowych. Kolejnym ważnym trendem, który obserwujemy, jest rosnące zainteresowanie branżą logistyczną i budownictwem mieszkaniowym, które były najszybciej rozwijającymi się sektorami w Europie i na całym świecie. Znacznie wzrosło zainteresowanie działalnością deweloperską, gdyż w dobie ograniczonej dostępności pojawia się potrzeba inwestowania w nowy produkt, a spadające stopy zwrotu zmniejszą dochodowość dotychczasowych aktywów – komentuje Richard Divall, dyrektor Działu Rynków Kapitałowych w regionie EMEA w Colliers International.

Europa na radarze inwestorów

Bezpośrednim beneficjentem rosnącej dywersyfikacji globalnego kapitału jest Europa, szczególnie pod względem nowego kapitału z Azji, który stanowi 30% inwestycji zagranicznych i pochodzi głównie z Korei, Singapuru i Hongkongu. Rośnie też zainteresowanie europejskim rynkiem inwestorów z Japonii i Australii. Przewidujemy, że kapitału azjatyckiego będzie w Europie coraz więcej ze względu na hedging i korzystne różnice kursowe.

Te same korzyści hedgingowe dotyczą także kapitału z Ameryki Północnej, którego znacząca ilość napłynęła do Europy w 2018 r. Zdaniem ekspertów Colliers trend ten będzie kontynuowany także w tym roku. Pięć z sześciu krajów, do których w 2018 roku trafiało najwięcej kapitału z USA, to kraje europejskie: Hiszpania, Wielka Brytania, Francja, Niemcy i Holandia, a szczególnie stolice, tj. Madryt, Londyn, Paryż i Amsterdam.

Kapitał napływał głównie do światowych metropolii. Najwięcej trafiło do Nowego Jorku i Londynu, a zaraz potem do Los Angeles, Tokio i Paryża. Do elitarnego klubu dziewięciu miast, w których podczas ostatniego cyklu zainwestowano ponad 100 mld dolarów, dołączyły jeszcze cztery rynki: Hongkong, Waszyngton, San Francisco i Chicago.

— Widocznym trendem obserwowanym w wielu światowych metropoliach jest rosnący napływ kapitału zagranicznego, przy czym widać tu znaczne różnice geograficzne. Miastem zdecydowanie wyróżniającym się pod tym względem jest Londyn, w którym około 70% inwestycji finansowanych realizuje kapitał zagraniczny pochodzący z obu Ameryk, Azji i Europy. Na drugim biegunie znajduje się wiele miast amerykańskich m.in. Nowy Jork, mimo że środkowy Manhattan nadal przyciąga międzynarodowy kapitał i odpowiada za prawie 45% działalności inwestycyjnej w ostatnich latach, wchłaniając kapitał z Europy i Azji — mówi Damian Harrington, dyrektor Działu Badań Rynku na region EMEA w Colliers International.

Jeżeli chodzi o Europę, kolejną dużą grupę odbiorców kapitału tworzą czołowe miasta niemieckie, tj. Berlin, Monachium i Frankfurt, oraz stolica Szwecji – Sztokholm. Od 2008 roku zainwestowano tam od 50 do 100 mld dolarów. Ponadto widać rosnące zainteresowanie Madrytem i Amsterdamem.

— Rola kapitału zagranicznego w europejskich miastach nadal rośnie i w zależności od regionu utrzymuje się na poziomie 50% lub znacznie wyższym. Choć fundusze mające swą siedzibę w Europie i regionie EMEA nadal mają pozycję dominującą, a istotną rolę odgrywają wszędzie inwestorzy z Ameryki Północnej, to widać rosnącą aktywność kapitału azjatyckiego nie tylko na tak popularnych rynkach jak Niemcy, Wielka Brytania czy Paryż, ale też w Amsterdamie, Madrycie, Lizbonie, Helsinkach i Warszawie. Wraz ze wzrostem roli kapitału azjatyckiego oraz dywersyfikacji inwestorów oczekujemy, że coraz więcej kapitału napłynie do wielu  kluczowych europejskich miast, szczególnie tych, które mają do zaoferowania atrakcyjne produkty inwestycyjne — dodaje Damian Harrington.

Polska na tle Europy

— Polska, lider Europy Środkowej, najszybciej rozwijająca się gospodarka europejska, stała się na dobre częścią globalnego rynku nieruchomości komercyjnych. Wysoki wzrost PKB i mocne perspektywy makroekonomiczne przyciągają międzynarodowych inwestorów zarówno z tradycyjnych kierunków – Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych, jak i nowych – Republiki Południowej Afryki, krajów dalekiej Azji – Korei Południowej, Chin, Singapuru, Malezji czy też Japonii — mówi Marcin Mędrzecki, dyrektor w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego Colliers International.

Z uwagi na zastanawiająco niską aktywność inwestorów polskich 98% kapitału (ponad 16 mld Euro) w ciągu ostatnich trzech lat w Polsce zainwestowały podmioty zagraniczne. W Warszawie, największym rynku Europy Środkowej poziom tych inwestycji, w tym okresie, wyniósł 5 mld Euro.

— Pomimo spadku obrotów na rynku nieruchomości komercyjnych globalnie oraz w Europie, Polska odnotowała wzrost 40% rok do roku – z 5,2 mld Euro w 2017 do 7,2 mld Euro w 2018. O 5% w tym okresie zwiększyły się obroty w Europie Środkowej (CEE-6). Biorąc pod uwagę opisane w raporcie trendy oczekiwać można, iż aktywność różnych typów inwestorów globalnych na rynku CEE-6 i Polski w nadchodzących latach będzie nadal rosnąć – dodaje Marcin Mędrzecki.

— Polska wyróżnia się na tle Europy Środkowej nie tylko rozwijającą się w sposób ciągły gospodarką czy dużym rynkiem wewnętrznym, ale także niewielką ilością rodzimego kapitału, który inwestuje w nieruchomości komercyjne. Podczas gdy w 2018 roku kapitał rodzimy w transakcjach zrealizowanych w Polsce stanowił zaledwie 2%, na Słowacji było to ponad 20%, a w Czechach i na Węgrzech ponad 60%. Ten faktor dodatkowo umacnia pozycję kapitału międzynarodowego, który jest zainteresowany inwestowaniem w nieruchomości w Polsce. Kapitał ten pochodzi już od lat z kierunków takich, jak Ameryka czy Europa Zachodnia. Od kilku lat na dobre zadomowił się także kapitał z RPA, a aktualnie wyraźnie wysoka jest aktywność kapitału z Azji. Zauważamy także rosnący trend w sektorze nabycia spółek nieruchomościowych, a także tworzenia joint venture między nowo napływającym kapitałem, a firmami lokalnymi, typu asset management czy investment management, działającymi w regionie, szczególnie w Polsce. Rośnie także zainteresowanie ze strony funduszy, które chętnie inwestują w spółki giełdowe — wyjaśnia Dorota Wysokińska-Kuzdra, partner, dyrektor Działu Corporate Finance CEE w Colliers International.

Dodatkowe zobowiązanie podatkowe, czyli kolejne sankcje podatkowe

Od 1 stycznia 2019 r. dopisano do Ordynacji podatkowej nowy rozdział: „Dodatkowe zobowiązanie podatkowe”. Nazwa dość zwyczajna, niebudząca na pierwszy rzut oka protestu. Rozdział ten jednak tylko z nazwy brzmi łagodnie. W rzeczywistości jest to dodatkowa „sankcja” podatkowa.

Nowy rok, nowe sankcje

Zmiana Ordynacji podatkowej w 2019 r. jest kolejną odsłoną walki z unikaniem opodatkowania. Jednym z wyrazów tej walki jest dodany rozdział 6a „Dodatkowe zobowiązanie podatkowe”. Niby tylko kilka przepisów, ale jakże istotnych dla podatnika. Nie od dziś wiadomo, że klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania ma charakter na tyle otwarty, że właściwie każde, nawet zgodne z prawem minimalizowanie swoich zobowiązań publicznoprawnych może zostać potraktowane właśnie jako „unikanie opodatkowania”. Według projektodawcy jednak sama klauzula to za mało. W uzasadnieniu do projektu czytamy, że choć klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania miała stanowić formę prewencji, to jednak „trudno uznać, że konsekwencje zastosowania przedmiotowej klauzuli zniechęcają obecnie podatników do unikania opodatkowania”.

Analizując przepisy art. 58a-58e Ordynacji podatkowej, nie trudno zauważyć, że „dodatkowe zobowiązanie podatkowe” jest zwykłą karą dla podatnika, wobec którego przeprowadzono postępowanie, w efekcie którego wydano decyzję, stosując przepisy dot. unikania opodatkowania, cen transferowych czy też środki ograniczające umowne korzyści. Jakkolwiek nowego rozdziału w ustawie nie nazwano (nie bez powodu zresztą) mianem „dodatkowych sankcji podatkowych”, to w uzasadnieniu do projektu wprost posłużono się dość wymownym cytatem: „(…) na ogół nie uda się odstraszyć złodziei, przez wymaganie, aby wtedy, kiedy udało się ich złapać, musieli oddać, co ukradli. W celu odstraszenia złodziei prawo musi ustanowić wystarczające kary, tak by oczekiwana korzyść netto z przestępstwa była dla przestępcy ujemna” (por. R. Cooter, T. Ulen, Ekonomiczna analiza prawa, Wydanie II C.H. Beck, Warszawa 2011, s. 598)”.

Istota dodatkowego zobowiązania podatkowego

Na czym więc polega sankcja? W przypadku, w którym organ podatkowy wydaje decyzję w oparciu o przepisy klauzuli o unikaniu opodatkowania, dot. cen transferowych lub z zastosowaniem środków ograniczających umowne korzyści, ustala on (obowiązkowo!) dodatkowe zobowiązanie podatkowe, które odpowiada ułamkowi stwierdzonej w postępowaniu korzyści podatkowej. Innymi słowy, podatnik, wobec którego zostanie wydana decyzja z zastosowaniem ww. przepisów, będzie obowiązany nie tylko „zwrócić korzyść majątkową”, czyli zapłacić zobowiązanie podatkowe główne (wraz z odsetkami), ale również karę, która będzie stanowiła pewien procent od tej korzyści.

Jaki to będzie procent? Jeśli decyzja będzie dotyczyła PIT lub CIT, będzie to „10% sumy nienależnie wykazanej lub zawyżonej straty podatkowej i niewykazanego w całości lub w części dochodu do opodatkowania”. Jeśli natomiast decyzja zostanie wydana w oparciu o klauzulę przeciwko unikaniu opodatkowania i będzie dotyczyła innego podatku niż PIT i CIT, będzie to aż 40% kwoty korzyści podatkowej. To jednak nie wszystko. Powyższa kwota sankcji może zostać podwojona, a w niektórych przypadkach nawet potrojona, jeśli: (a) podstawa do jej ustalenia przekracza 15 000 000; (b) nie upłynęło 10 lat od końca roku kalendarzowego, w którym podatnikowi lub (c) płatnikowi doręczono ostateczną decyzję z zastosowaniem ww. przepisów lub środków; strona nie przedłożyła organowi podatkowemu dokumentacji podatkowej.

Klauzula dobrej wiary jako możliwość odstąpienia od nałożenia sankcji

Prawodawca nie jest jednak bez serca. Dał organom podatkowym możliwość odstąpienia od nałożenia sankcji, jeśli podatnik działał w dobrej wierze, tj. „pozostawał w błędnym, ale usprawiedliwionym przekonaniu o zgodności uzyskanej przez niego w danych okolicznościach korzyści podatkowej z przedmiotem i celem ustawy podatkowej lub jej przepisu”. Co ma świadczyć o działaniu w dobrej wierze? To też zostało uregulowane. Niby katalog otwarty przesłanek dobrej wiary, ale… brak prowadzenia działalności gospodarczej albo prowadzenie takiej w niewielkich rozmiarach. Dlaczego akurat tak? Bo według ustawodawcy od takiej osoby nie można rozsądnie oczekiwać, że skorzystała z pomocy profesjonalisty w kwestii skutków podatkowych danej czynności. Pytanie jednak, co według prawodawcy oznacza „działalność gospodarcza niewielkich rozmiarów”? Jest to pojęcie niejasne, zatem będziemy musieli poczekać na interpretację… NSA?

Cel nowych regulacji – czy aby na pewno prewencja?

Nie trudno zauważyć, że obecnie wykorzystywana jest każda możliwa okazja do pozyskania jak największej ilości pieniędzy dla Skarbu Państwa. Według prawodawcy przepisy, o których mowa powyżej, mają działać prewencyjnie, aby zniechęcić do stosowania mechanizmów unikania opodatkowania (bo klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania nie wykazuje się dostatecznymi wynikami), a także stosowania nierynkowych cen z podmiotami powiązanymi. Czas pokaże, czy tak się jednak stanie. Wszystkie wprowadzane rozwiązania dają z pewnością do myślenia, czy jednak na temat zaniechania działań zmierzających do zminimalizowania obciążeń publicznoprawnych, czy raczej do zastanowienia się nad zmianą miejsca centrum interesów życiowych i gospodarczych? Jest to z pewnością kwestia do przemyślenia dla każdego przedsiębiorcy.

Póki co istnieje jeszcze kilka zgodnych z prawem sposobów na obniżenie podatków, z których można bez obawy skorzystać (np. ulgi podatkowe). Aby jednak z nich skorzystać, trzeba o nich wiedzieć. Dlatego rozsądnie jest zasięgnąć opinii profesjonalisty. Kto wie, co przyniesie przyszłość. Uszczelnianie systemu podatkowego trwa i nie wiadomo, jakie jeszcze regulacje wejdą w życie i jak bardzo jeszcze obroża zostanie zaciśnięta na szyjach przedsiębiorców.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Ransomware LockerGoga sparaliżował światowego producenta aluminium

Systemy informatyczne międzynarodowego producenta aluminium Norsk Hydro zostały 18 marca zaatakowane przez znany od niedawna rodzaj ransomware[1] o nazwie LockerGoga. Złośliwe oprogramowanie sparaliżowało działanie firmy, która swoje oddziały ma także w Polsce. Pracownicy części zakładów musieli przejść w tryb ręcznego sterowania.

Badacze z laboratorium F-Secure Labs ustalili, że złośliwe oprogramowanie LockerGoga zmienia hasło użytkownika na „HuHuHUHoHo283283@dJD”. Następnie  wylogowuje go i wymagaja podania nowego hasła. Po uzyskaniu uprawnień administratora szyfruje pliki dodając im rozszerzenie „.locked”. Na pulpicie pojawia się notatka README_LOCKED.TXT, z żądaniem okupu za odszyfrowanie danych.

Tom Van de Wiele, główny konsultant ds. bezpieczeństwa w F-Secure
Tom Van de Wiele, główny konsultant ds. bezpieczeństwa w F-Secure

Atak na międzynarodową firmę przemysłową może nieść konsekwencje nie tylko gospodarcze, ale i polityczne. Złośliwe oprogramowanie typu ransomware zazwyczaj jest dla przestępców sposobem na szybki zarobek. Może jednak zostać użyte jako zasłona dymna, która odwróci uwagę od ukierunkowanego ataku o bardziej dotkliwych skutkach – wskazuje Tom Van de Wiele, główny konsultant ds. bezpieczeństwa w F-Secure.

Prawie połowa (47%) cyberataków wymierzonych w branżę przemysłową to kradzież własności intelektualnej w celu zyskania przewagi konkurencyjnej. 53% ataków dokonują przy tym podmioty powiązane z rządami państw[2].

Wyzwaniem wśród producentów jest łączenie systemów IT z automatyką przemysłową (ang. Operational Technology, OT). Zwiększanie przepływu danych pomiędzy nimi naraża maszyny i całe procesy produkcyjne na cyberzagrożenia. Wiele systemów OT nie posiada zabezpieczeń, gdyż powstały przed pojawieniem się obecnie znanych cyberzagrożeń. Aktualizacje nie zawsze są możliwe, ponieważ wiele systemów musi działać przez całą dobę. System warty miliony i zaprojektowany na dziesięciolecia pracy nie może w łatwy sposób zostać zastąpiony nowym – nawet jeśli uzna się go za zagrożony.

Norsk Hydro to międzynarodowe zakłady przemysłowe, z którymi współpracuje duża liczba dostawców usług. Źródłem naruszenia może być luka w systemie firmy lub zewnętrznej sieci dostawcy. Niewykluczone również, że jeden z pracowników otrzymał e-mail ze złośliwym załącznikiem. Z pewnością zawiodła jednak odpowiednia separacja systemów informatycznych od produkcyjnych – wskazuje Tom Van de Wiele, główny konsultant ds. bezpieczeństwa w F-Secure.

W ostatnim czasie ransomware tracił na znaczeniu – liczba nowych zagrożeń tego typu spadła z prawie 350 tys. końcem 2017 roku do około 64 tys. w I kw. 2018 roku[3]. Doniesienia związane z Norsk Hydro mogą świadczyć jednak o bardziej przemyślanym dobieraniu celów przez cyberprzestępców.

[1] Ransomware – oprogramowania szyfrujące dane i żądające okupu.

[2] https://enterprise.verizon.com/resources/reports/dbir/

[3] Według AV-TEST Security Report 2017-2018.

Wyważone, ale konstruktywne perspektywy rynkowe

Zważywszy na skalę korekt na wielu rynkach w 2018 r. sądzimy, że wiele czynników ryzyka znalazło już odpowiednie odzwierciedlenie w wycenach na światowych rynkach akcji. Zamierzamy wykorzystać spodziewaną zmienność do wyszukiwania atrakcyjnych możliwości inwestycyjnych w obecnych warunkach rynkowych.

Zmienność

Zmienność zwykle rośnie wraz ze stopami procentowymi, a stopy procentowe niewątpliwie poszły w górę w 2018 r. Zmienność poszła mocno w górę w porównaniu z historycznymi minimami z 2017 r. i mamy wrażenie, że wahania rynkowe zostały dodatkowo nasilone przez narastające ryzyko polityczne oraz oznaki spadku tempa globalnej gospodarki, na czele z Chinami, rynkami wschodzącymi, a w pewnym stopniu także Europą.

Zmienność zwykle rośnie pod koniec cyklu rynkowego, a po 10 latach ekspansji ekonomicznej i wzrostów na rynkach akcji sądzimy, że inwestorzy powinni przewidywać jeszcze bardziej wzmożoną zmienność
w przyszłości. Niemniej jednak zmienność sama w sobie nie powinna być powodem do obaw dla długoterminowych inwestorów. Wierzymy natomiast, że może oferować korzystne możliwości zamykania pozycji, które osiągnęły pełną wycenę, a także powiększenia pozycji wyprzedanych. Dla wielu inwestorów, którzy słusznie koncentrują się w coraz większym stopniu na bilansach spółek, rynkowe wahania to także okazja do poprawy jakości portfeli.

Należy zrozumieć, że nasze podejście do wartości jest odmienne od typowego podejścia w branży oraz koncepcją leżącą u podstaw benchmarków tego segmentu rynku. Benchmarki reprezentujące styl inwestowania oparty na wartości budowane są na podstawie danych historycznych i porównania obecnych cen akcji z przeszłymi wskaźnikami fundamentalnymi. My definiujemy wartość, kierując się przyszłościowym podejściem i koncentrujemy się na akcjach, których wyceny są najniższe na tle ich rzeczywistej wartości, która ma niewiele wspólnego z danymi o zyskach czy wartości księgowej
za poprzedni rok, a więcej z perspektywami rysującymi się przed wskaźnikami fundamentalnymi.

Inwestycje zorientowane na wartość

5-6 ostatnich lat było bardzo trudnym okresem dla inwestorów koncentrujących się na wartości, głównie w związku z polityką pieniężną dominującą po globalnym kryzysie finansowym.

Gdy koszt pieniądza zbliża się do zera, wyceny oparte na czynnikach fundamentalnych nie stanowią takiego ograniczenia, jak w bardziej normalnych warunkach, dlatego inwestowanie oparte na poszukiwaniu ukrytej wartości jest bardzo trudne. Obecnie znajdujemy się, naszym zdaniem, na końcowym etapie tego cyklu. Koszt pieniądza rośnie, odzwierciedlając fakt, że system finansowy jest obecnie znacznie bezpieczniejszy i parawan ochronny w postaci zerowych kosztów pieniądza nie jest już potrzebny. W ten sposób wyceny wracają na poziomy zbliżone w większym stopniu do normalnych.

Stany Zjednoczone

Koncentrujemy się na wycenach, a wyniki naszych analiz pojedynczych papierów sugerują, że rynek amerykański od pewnego czasu jest dość drogi. W jakim kierunku będzie teraz zmierzał rynek amerykański? Rynek amerykański przez ostatnią dekadę znacząco wyprzedzał rynki z innych regionów, a w ubiegłym roku ta przewaga szybko rosła dzięki cięciom podatków od dochodów przedsiębiorstw, sprowadzaniu do kraju zysków wypracowanych na rynkach zagranicznych oraz wykupowi akcji przez wiele spółek. Pomimo niedawnych sygnałów ze strony Rady Gubernatorów Rezerwy Federalnej („Fedu”), które mogą zapowiadać wstrzymanie podwyżek stóp procentowych, cykl gospodarczy w Stanach Zjednoczonych dojrzewa.

Warto przypomnieć, że Stany Zjednoczone były pierwszą dużą gospodarką, która wkroczyła w recesję na początku globalnego kryzysu finansowego, a potężna stymulacja pomogła wyjść z tych trudności obronną ręką. Z jednej strony bieżąca ekspansja jest zatem najdłuższa w historii, ale jednocześnie jest jedną z najsłabszych. Z drugiej strony zbliżamy się do pełnego zatrudnienia przy niskiej inflacji, a korzyści płynące z ubiegłorocznej stymulacji budżetowej wprowadzonej przez administrację prezydenta Trumpa prawdopodobnie osłabną.

Wojny handlowe

Na przestrzeni czterech ostatnich dziesięcioleci otwarcie różnych gospodarek i ekspansja światowego handlu miały ważny wkład w globalny wzrost gospodarczy. Obecna wojna handlowa pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami oraz inne potyczki pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a ich ważnymi partnerami handlowymi tylko nasilają niepewność i ciążą na globalnym wzroście.

Stany Zjednoczone nałożyły cła na chiński eksport o łącznej wartości 350 mld USD, co przekłada się na spadek tempa rozwoju chińskiej gospodarki i ma niekorzystny wpływ na partnerów handlowych z rynków wschodzących i Europy. Konsekwencje dla gospodarki amerykańskiej były najmniej dotkliwe, ale wyższe cła na import mają pewien wpływ na wzrost inflacji w Stanach Zjednoczonych, podwyższają marże spółek i są przerzucane na amerykańskich konsumentów.

Obecnie trwa 90-dniowa przerwa w negocjacjach handlowych Stanów Zjednoczonych z Chinami, która potrwa do 1 marca; inwestorzy mają nadzieję, że zważywszy na presję ekonomiczną w Chinach
i perspektywy słabnącego wzrostu w Stanach Zjednoczonych obydwie strony będą się starały dojść do porozumienia na jakimś etapie bieżącego roku.

Rynki wschodzące

Ubiegły rok był trudnym okresem dla większości rynków wschodzących, które radziły sobie generalnie słabiej od rynków rozwiniętych. Przyglądamy się pozycjom z rynków wschodzących w kontekście wycen spółek, ryzyka makroekonomicznego oraz czynników krajowych, włącznie z kursami walut. Spodziewana zmiana polityki Fedu może sprzyjać złagodzeniu kursu dolara, które z kolei byłoby korzystne dla walut z rynków wschodzących, a rozbieżności pomiędzy stopami wzrostu gospodarczego mogłyby działać na korzyść rynków wschodzących w kolejnych miesiącach roku. Niemniej jednak dla nas wszystko sprowadza się do wyceny danej spółki, jej potencjału wzrostowego i związanego z nią ryzyka.

Brexit

Głosowanie nad proponowanym przez brytyjską premier Theresę May porozumieniem w sprawie Brexitu zakończyło się największą porażką rządu w historii brytyjskiego parlamentaryzmu. Premier May zdołała jednak wyjść obronną ręką z głosowania nad wotum nieufności. W tym wyjątkowym okresie funt brytyjski się umocnił, odzwierciedlając coraz bardziej powszechne oczekiwania, że Wielka Brytania pójdzie drogą łagodnego Brexitu, całkowicie z Brexitu zrezygnuje lub otrzyma możliwość pewnego rozszerzenia art. 50.

Niezmiennie uważamy, że praktycznie nie da się przewidzieć konsekwencji Brexitu i trzeba brać pod uwagę wszystkie możliwe scenariusze (łącznie z brakiem porozumienia). Niezależnie od ostatecznego rozwoju wydarzeń Wielka Brytania będzie zmagać się z niepewnością do czasu, aż ta kwestia o krytycznym znaczeniu zostanie rozwiązana.

Cały czas poszukujemy wartości, jednak nie znajdujemy jej zbyt wiele wśród krajowych spółek brytyjskich. Dostrzegamy wartość w dużych koncernach międzynarodowych, których wyceny zostały zaniżone pod wpływem Brexitu, a które nie powinny odczuć negatywnych konsekwencji żadnego z tych scenariuszy.

Europa

Jeżeli odłożymy na bok wydarzenia polityczne z pierwszych stron gazet, zauważymy, że ubiegłoroczna wyprzedaż na europejskich rynkach akcji miała podłoże większym stopniu emocjonalne niż fundamentalne. Skala osłabienia akcji spółek europejskich, w tym, w szczególności, spółek o charakterze cyklicznym, przypominała spadki zwykle związane z warunkami ujemnego wzrostu gospodarczego
i recesji.

Wprawdzie wzrost rzeczywiście zwalniał w ubiegłym roku, ale dane ekonomiczne wyraźnie sygnalizowały ekspansję, a stopa wzrostu produktu krajowego brutto utrzymała się na terytorium dodatnim. Jeżeli chodzi o perspektywy na przyszłość, wskaźniki wyprzedzające koniunkturę w Europie mogą właśnie notować poziomy odbicia w warunkach poprawy w obszarze stanów magazynowych i umiarkowania aprecjacji euro.

Co więcej, europejska gospodarka jest znacznie silniej powiązana z gospodarką światową, a obecnie dostrzegamy sygnały stymulacji w Chinach i szanse na wstrzymanie normalizacji polityki pieniężnej przez Fed, a także nawet bardziej „gołębiego” nastawienia Europejskiego Banku Centralnego. Wszystkie te czynniki mogą być sprzyjające dla Europy.

Sytuacja polityczna w Europie wciąż jest bardzo niepewna, jednak uważamy, że wiele spośród obecnych problemów powinno zostać rozwiązanych do połowy roku. Europa ma za sobą długą historię przezwyciężania kolejnych kryzysów politycznych. Tymczasem akcje spółek europejskich miały najniższe wyceny na tle wszystkich najważniejszych regionów (według danych na koniec roku), a przedsiębiorstwa nadal generują i zwiększają zyski.

Energetyka

W 2018 r. ceny ropy spadły, gdy producenci z Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową (OPEC) i Stanów Zjednoczonych zwiększyli produkcję, a eksport z Iranu nie spadł tak mocno, jak oczekiwano, po nałożeniu sankcji przez Stany Zjednoczone. Światowa podaż przewyższała słabnący globalny popyt, a ceny ropy zareagowały spadkiem.

7 grudnia 2018 r. OPEC podjęła decyzję o zmniejszeniu produkcji, co powinno przyczynić się do przywrócenia równowagi na rynkach energii. Do sektora energetycznego nadal mamy defensywne podejście. Duże globalne zintegrowane koncerny naftowe oferują wysokie dochody z dywidendy, które mają, według nas, dostateczne pokrycie dzięki dyscyplinie kapitałowej i rosnących przepływach pieniężnych. Obecnie zaczynamy poszukiwać nowych okazji we wrażliwych na zmiany cen segmentach rynku energetycznego po solidnej korekcie w tym obszarze.

Ochrona zdrowia

Ochrona zdrowia należała w ubiegłym roku do najprężniejszych sektorów rynku akcji, jednak warto przypomnieć, że w 2017 r. znajdowała się wśród sektorów najsłabszych, a wręcz radziła sobie słabiej przez kilka kolejnych lat poprzedzających 2018 r. Ceny akcji w tym sektorze znacząco spadły pod wpływem kilku różnych źródeł obaw takich jak konsolidacja rynku podmiotów zarządzających świadczeniami farmaceutycznymi, doniesienia o nadmiernych podwyżkach cen leków, dążenia administracji Trumpa
i Kongresu do obniżania cen czy informacje o realizowanych przez przedsiębiorstwa farmaceutyczne złożonych strategiach unikania zobowiązań podatkowych.

Wszystkie te czynniki ryzyka wciąż są aktualne, ale zamiast skupiać się na tych pesymistycznych doniesieniach, rynek koncentrował się na tym, co my także dostrzegamy, czyli kombinacji defensywnego podejścia, wzrostu i atrakcyjnych wycen. Nasze prognozy dla tego sektora wciąż są optymistyczne.

Podobnie jak w przypadku dóbr konsumpcyjnych pierwszej potrzeby, popyt na wyroby i usługi farmaceutyczne jest w dużej mierze stabilny i przewidywalny. Niemniej jednak, w odróżnieniu od tych dwóch sektorów, przemysł farmaceutyczny nie jest wyłącznie akcyjnym odpowiednikiem rynku obligacji, oferuje defensywny profil inwestycji niezależnie od wahań stóp procentowych i ma, według nas, wciąż atrakcyjne wyceny. Sądzimy, że sektor ten oferuje także światowej klasy innowacje i nadal niezrealizowany potencjał rynkowy.

Perspektywy

W 2019 r. globalna gospodarka powinna nadal rosnąć w umiarkowanym tempie. Ożywienie wzrostu w Chinach może nastąpić nieco później w tym roku, jeżeli stymulacja pieniężna i budżetowa zostanie utrzymana, a w szczególności jeżeli osłabną napięcia w handlu.

Sytuacja gospodarek europejskich może się poprawić wraz z przyspieszeniem wzrostu w Chinach, a także, co istotne, jeżeli uspokoi się sytuacja polityczna we Włoszech, Francji i Wielkiej Brytanii. Gospodarka Stanów Zjednoczonych powinna nieco zwolnić, co może być konsekwencją zawieszenia działalności rządu, bieżącej niepewności wokół wojen handlowych oraz niesłabnącego zamieszania politycznego, jak również jednorazowego korzystnego wpływu cięć podatkowych. Taka sytuacja może skłonić Fed do wstrzymania zaostrzania polityki pieniężnej, co z kolei powinny przynieść pewną ulgę gospodarce amerykańskiej i rynkom światowym.

Uważamy, że wiele spośród trudności z 2018 r. może w 2019 r. osłabnąć lub wręcz odmienić się na lepsze — wojna handlowa z Chinami może się uspokoić lub zakończyć, Brexit może mieć łagodniejsze konsekwencje lub wręcz w ogóle nie nastąpić, a podwyżki stóp procentowych mogą zostać wstrzymane i inne banki centralne mogą zasilać rynki dodatkową płynnością.

Uważamy zatem, że wszelkie pozytywne zmiany będą dobrze przyjęte przez rynki, biorąc pod uwagę jak wiele niekorzystnych czynników zostało już w pełni uwzględnionych w wycenach akcji — w szczególności poza rynkiem amerykańskim.

Korzystny wpływ na wyniki w innych częściach świata może mieć ewentualne osłabienie dolara amerykańskiego, które zwykle towarzyszy przyspieszeniu wzrostu poza Stanami Zjednoczonymi na tle dynamiki gospodarki amerykańskiej.

Należy jednak pamiętać, że w 2019 r. nie unikniemy ryzyka. Mamy za sobą jeden z najdłuższych okresów ekspansji gospodarczej i rynkowej w historii, co oznacza większe ryzyko wzrostu inflacji i stóp procentowych, a także dojrzewania cyklu i ostatecznie spadku dynamiki wzrostu gospodarczego.

Ryzyko polityczne wciąż jest wysokie, zważywszy na pogłębiającą się przepaść pomiędzy najzamożniejszymi i najuboższymi na całym świecie. Odejście od globalizacji oznacza radykalną zmianę sytuacji dla większości gospodarek. Skrajnie wysokie poziomy zadłużenia rządowego tylko zwiększają to ryzyko.

Aby zatem możliwie najlepiej poradzić sobie ze wzmożoną zmiennością, zamierzamy nadal koncentrować się na inwestowaniu w spółki o przyzwoitych fundamentach, solidnych lub poprawiających się bilansach, mierzalnym ryzyku i zaniżonej wycenie w pełni, lub wręcz przesadnie odzwierciedlającej wszystkie wspomniane czynniki. Ogólnie rzecz biorąc, nasze prognozy na 2019 r. są ostrożne, ale optymistyczne.

Autorzy komentarza:

Antonio (Tony) Docal, CFA
Director of Portfolio Management
Templeton Global Equity Group

Heather Arnold, CFA
Director of Research, Portfolio Manager,
Templeton Global Equity Group

Kto może ubiegać się o kredyt oddłużeniowy?

Polski złoty PLNKredyt oddłużeniowy przeznaczony jest dla osób, które posiadają odnotowane zaległości w spłacie pożyczek, kredytów czy kart kredytowych. Nie znajdziemy go w banku. Dostępny jest wyłącznie online. Aby wnioskować o kredyt oddłużeniowy należy posiadać stały dochód oraz zastawić nieruchomość.

Czym jest kredyt oddłużeniowy?

Problem z zadłużeniem może spotkać każdego. Instytucje działające na rynku finansowym są tego świadome, dlatego wzbogaciły swoją ofertę o kredyt oddłużeniowy. Czym on jest? To kredyt skierowany do osób posiadających niską zdolność kredytową, a także zadłużenie na koncie. Ten rodzaj pożyczki sprawdzi się u osób, które nie mogą ubiegać się o dodatkową gotówkę w banku.

Kredyt oddłużeniowy podobnie jak pożyczki na raty, dostępny jest online. Oferują go firmy działające na innych zasadach niż banki. Pieniądze z kredytu mogą zostać przeznaczone na spłatę zaległych pożyczek bankowych, pozabankowych, kart kredytowych, długów w SKOKach czy pożyczek w bankach spółdzielczych.

Kredyt ze złym BIKiem – warunki

Jak zostało wspomniane, kredyt oddłużeniowy skierowany jest do osób, które nie poradziły sobie z terminową spłatą pożyczek czy kredytów. Ubiegający się o gotówkę powinni jednak spełnić podstawowe wymagania, aby ich wniosek został rozpatrzony. Od dłużnika wymaga się posiadania regularnych wpływów na konto. Należy je potwierdzić np. wyciągiem z rachunku.

Często od kredytobiorcy wymaga się zaświadczenia o opłacaniu składek ZUS. Co więcej, kredytobiorca powinien przedstawić pełną listę zadłużeń. Ważne, aby znalazły się na niej dane wierzycieli, wysokość długów oraz miesięcznych rat zobowiązań.

Czy możliwy jest kredyt oddłużeniowy bez zabezpieczeń?

Kredytobiorcy posiadający złą historię kredytową zobowiązani są zabezpieczyć transakcję. Mogą tego dokonać, decydując się np. na ubezpieczenie kredytu. Jest ono kosztowne. Gwarantuje jednak, że w przypadku naszej niewypłacalności nasi bliscy nie zostaną obciążeni długiem. Często ta forma zabezpieczenia jest obowiązkowa.

Istnieją też przypadki, w których dłużnik może zostać poproszony o wskazanie żyranta. Ten poświadcza, że wnioskujący o kredyt spłaci go na czas. W innej sytuacji poręczyciel ureguluje zadłużenie z własnych pieniędzy. Najczęściej jednak od kredytobiorcy wymaga się zastawu nieruchomości. Kredyt przyznawany jest w wysokości 70 proc. jej wartości.

Pamiętajmy, że kredyt oddłużeniowy dostępny jest wyłącznie online. Banki oferują kredyt dla osób z niską zdolnością kredytową, ale jest to kredyt konsolidacyjny. Możemy się o niego ubiegać zanim trafimy do rejestrów dłużników.

Kredyt oddłużeniowy z komornikiem

Zdarza się, że nasze zadłużenie jest bardzo wysokie. Sprawę przejmuje komornik, a środki finansowe na naszym koncie zostają zablokowane. Czy mimo takiej sytuacji możemy ubiegać się o kredyt oddłużeniowy?

Przy takim biegu wydarzeń nie dostaniemy kredytu oddłużeniowego. Możemy jednak wnioskować o szybkie pożyczki pozabankowe. Dostępne są one na dowód bez zaświadczeń. W ramach nich dostaniemy maksymalnie kilka tysięcy złotych. Decydując się na taką pożyczkę, musimy pamiętać o jej spłacie. Kilka takich zobowiązań może doprowadzić do spirali zadłużenia.

Kredyt oddłużeniowy a kredyt konsolidacyjny

Bardzo ważne jest to, abyśmy rozróżniali produkty oferowane przez banki czy firmy pożyczkowe. Do osób z niską zdolnością kredytową skierowany jest zarówno kredyt oddłużeniowy, jak i kredyt konsolidacyjny. Czym się one różnią?

Kredyt oddłużeniowy sprawdzi się u osób, które zostały już odnotowane w bazach dłużników. Pieniądze z tego świadczenia powinny zostać przeznaczone na regulację długu. Produktu oddłużeniowego nie oferują banki.

Inaczej sprawa wygląda w przypadku kredytu konsolidacyjnego. Możemy go znaleźć w wielu instytucjach bankowych. Z jego pomocą połączymy kilka mniejszych zadłużeń w jedno, którego rata będzie dopasowana do naszych możliwości. Co istotne, kredyt konsolidacyjny wymaga od nas posiadania pozytywnej zdolności kredytowej.

Wady i zalety kredytów oddłużenioweych

Decydując się na kredyt oddłużeniowy, powinniśmy poznać jego wady i zalety. Do tych pierwszych należy zaliczyć:

  • brak obowiązku posiadania pozytywnej zdolności kredytowej;
  • pieniądze na spłatę zadłużenia;
  • dostępność online;
  • gotówka w oparciu stały i udokumentowany dochód.

Bardzo często wymaga się od kredytobiorcy zabezpieczenia transakcji. Jej ubezpieczenie jest kosztowne. Mając dobre intencje, możemy obciążyć dodatkowo nasz budżet. Jeśli nie wykorzystamy pieniędzy na właściwy cel, pogłębimy swoje zadłużenie.

Analiza i długoterminowa prognoza dla leja rumuńskiego

Po analizie korony czeskiej i forinta węgierskiego, czas na bliższe przyjrzenie się kolejnej istotnej walucie Europy Środkowo-Wschodniej. Tym razem będzie to podsumowanie i prognoza dla leja rumuńskiego. Materiał Ebury szczególnie polecamy polskim eksporterom i importerom.

Na początku 2019 roku lej rumuński (RON) doświadczył gwałtownej wyprzedaży. Jej skala była istotna, ponieważ waluta należy do jednej z najbardziej kontrolowanych przez bank centralny walut regionu. Kurs pary EUR/RON wzrósł o 2,5% w ciągu niecałego miesiąca. A jeszcze w zeszłym roku para utrzymywała się w okolicy poziomu 4,65, z niewielkimi odchyleniami.

EUR/RON (marzec ’18-marzec ’19)EUR-RON

Źródło: Thomson Reuters Datastream                       Data: 11/03/2019

Jesteśmy zdania, że stabilność leja rumuńskiego w 2018 roku wynikała z równoważenia się grających na niekorzyść czynników strukturalnych z zacieśnianiem polityki monetarnej w Rumunii. Największym problemem osłabiającym fundamenty gospodarcze Rumunii pozostają bliźniacze deficyty. Przez ostatnie trzy lata w kraju notowano deficyty budżetowe bliskie 3% PKB. W tym samym okresie pogorszyła się również sytuacja w bilansie płatniczym. Deficyt na rachunku obrotów bieżących wzrósł z 1,2% PKB w 2015 roku (względnie bezpiecznego poziomu) do 3,4% w 2017 roku. Rok później pozycja Rumunii pogorszyła się, a deficyt najpewniej przekroczył 4%. Jest to poziom gorszy od oczekiwanego, ale zważywszy na uzależnienie wzrostu gospodarczego Rumunii od konsumpcji, nie jest on jednocześnie bardzo zaskakujący.

Rachunek obrotów bieżących w Rumunii jako proc. PKB (1988-2018)

Rachunek obrotów bieżących w RumuniiŹródło: Thomson Reuters Datastream                       Data: 11/03/2019

Wzrost gospodarczy w ubiegłym roku był dość umiarkowany w porównaniu z imponującym tempem z 2017 roku, co było zgodne z oczekiwaniami. W czwartym kwartale zeszłego roku PKB Rumunii wzrosło o 4,1% w ujęciu rocznym – we wcześniejszym kwartale ekspansja wyniosła 4,2%. W ujęciu kwartalnym rumuńska gospodarka rozwijała się względnie dynamicznie, zwłaszcza w środku roku – wskaźniki wzrostu nadal są jednak niższe w porównaniu z 2017 rokiem.

Wzrost PKB Rumunii w ujęciu rocznym (2006-2018)

Wzrost PKB Rumunii w ujęciu rocznymŹródło: Thomson Reuters Datastream                     Data: 11/03/2019

Stosunkowo dobra sytuacja na rumuńskim rynku pracy i ekspansywna polityka fiskalna wspierają wysoki poziom konsumpcji w Rumunii. Ta część składowa rumuńskiego PKB powinna wyhamowywać w kolejnych kwartałach, aczkolwiek w ograniczonym stopniu.  Wysoki poziom konsumpcji wpływa jednak negatywnie na bilans handlu zagranicznego, stąd jej wyższy poziom w 2018 roku w nieco mniejszym stopniu wspierał wzrost gospodarczy. Poza kwestiami strukturalnymi na perspektywy Rumunii w 2019 roku, podobnie jak w przypadku pozostałych krajów regionu, negatywny wpływ będzie miał niski poziom wzrostu w strefie euro. Już teraz widzimy negatywny wpływ sytuacji w bloku walutowym na rumuńską produkcję przemysłową. Uważamy jednak, że wpływ tych czynników na gospodarkę Rumunii będzie dość ograniczony. Jej wzrost bowiem staje się obecnie w dużej mierze zależny od popytu wewnętrznego. Pogląd ten wspiera również to, że nasze prognozy nie zakładają, żeby sytuacja gospodarcza w strefie euro miała ulec istotnemu pogorszeniu.

Produkcja przemysłowa w Rumunii (2012-2018)

Produkcja przemysłowa w RumuniiŹródło: Thomson Reuters Datastream                     Data: 11/03/2019

Wzrost gospodarczy w Rumunii zbliżony do potencjalnego (3-3,5%) w połączeniu z imponującą dynamiką płac powinien zapewnić to, że inflacja pozostanie relatywnie wysoka, jednak prawdopodobnie nie tak wysoka, żeby istotnie przekroczyć górną granicę celu inflacyjnego (2,5 +/- 1 p.p.). Kluczowy wskaźnik bazowej dynamiki cen, który ma największy wpływ na politykę monetarną, znajduje się nieznacznie poniżej środka celu inflacyjnego. Uwzględniając powyższe sądzimy, że rumuński bank centralny nie jest poddany dużej presji na podwyżki stóp procentowych w nadchodzących miesiącach. Stąd oczekujemy, że w 2019 roku najpewniej zaobserwujemy zacieśnienie polityki monetarnej w Rumunii o dość ograniczonej skali (o ile w ogóle nastąpi).

„Podatek od chciwości”

Jednym z najważniejszych czynników, który odpowiadał za losy leja rumuńskiego od początku bieżącego roku była kontrowersyjna reforma podatkowa, czyli tzw. podatek od chciwości. Był to podatek nałożony na banki, którego nałożenie spowodowało gwałtowną wyprzedaż rumuńskich aktywów. Powiązanie „podatku od chciwości” ze stopami międzybankowi ROBOR zdecydowanie utrudniło pracę Narodowego Banku Rumunii, a obecny poziom stóp rynkowych powoduje, że podatek ten jest nieproporcjonalnie wysoki. Jest ponad dwa razy większy niż podobne daniny wprowadzane w Polsce, czy na Węgrzech. Rząd Rumunii wydaje się ostatnio bardziej skłonny, aby zmienić obecną postać „podatku od chciwości”. Minister finansów, Eugen Teodorovici, ogłosił, że kilka rodzajów aktywów finansowych (w tym m.in. obligacje państwowe) przestaną być uwzględniane w puli aktywów bankowych objętych podatkiem.  Wydaje się również, że stawka podatku docelowo nie będzie związana ze stopą ROBOR.

Indeks BET (2017-2019)

Indeks BET
Źródło: Thomson Reuters Datastream                       Data: 11/03/2019

Ciężki czas przed rumuńską walutą

Nawet, jeżeli sposób egzekwowania „podatku od chciwości” zostanie zmieniony, nie oznacza to, że staniemy się optymistami względem perspektyw leja rumuńskiego. Waluta Rumunii jest szczególnie podatna na deprecjację ze względu na bliźniacze deficyty, które prawdopodobnie pozostaną na dłużej. Nie spodziewamy się również, żeby leja rumuńskiego wsparły istotne podwyżki stóp procentowych banku centralnego. W naszej opinii, względnie dobre perspektywy ekspansji to zbyt mało, żeby uchronić walutę przed deprecjacją.

Problemy polityczne w Rumunii, czyli m.in. liczne skandale korupcyjne, a także możliwość uruchomienia względem kraju unijnej Procedury Nadmiernego Deficytu (w 2018 roku Rumunia ledwo co uniknęła wprowadzenie tego środka) są czynnikami, które zagrażają perspektywom rumuńskiej waluty.  Nadal prognozujemy deprecjację leja rumuńskiego w stosunku do euro, aczkolwiek obecna prognoza zakłada jej nieco szybsze tempo.

  USD/RON EUR/RON RON/PLN
Q2-2019 4,15 4,80 0,89
Q3-2019 4,15 4,80 0,89
E-2019 4,15 4,80 0,89
E-2020 4,10 4,85 0,87

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, Analitycy Ebury

Automatyzacja oparta na sztucznej inteligencji ułatwia współpracę świata fizycznego ze światem cyfrowym

Jacek Żurowski, Dyrektor Regionalny Zebra Technologies na Europę Środkową
Jacek Żurowski, Dyrektor Regionalny Zebra Technologies na Europę Środkową

Sztuczna inteligencja umożliwia wdrażanie adaptacyjnych, elastycznych i autonomicznych systemów technologicznych, dzięki którym możliwe jest zyskanie przewagi konkurencyjnej w środowisku opartym na danych. Rozwój automatyzacji w różnych sektorach oznacza implementację innowacyjnych technologii, takich jak drony, roboty i autonomiczne pojazdy. Dzięki tym osiągnięciom możliwa staje się zaawansowana automatyzacja sterowana sztuczną inteligencją. Jednocześnie zarządzanie danymi pozwala firmom na sprawne podejmowanie decyzji w czasie rzeczywistym.

Przedsiębiorstwa wykorzystują technologie mobilne, aby zapewnić pracownikom mającym kontakt z klientami potrzebne rozwiązania i informacje. Zwiększają one wydajność pracy i pozwalają podejmować decyzje w czasie rzeczywistym, co z kolei umożliwia lepszą obsługę klienta. Sztuczna inteligencja i technologie automatyzacji są coraz powszechniej wykorzystywane na całym świecie. Firmy integrują je z nowymi lub funkcjonującymi już systemami, zmieniając i znacznie usprawniając procesy przepływów pracy, interakcji i podejmowania decyzji. W ten sposób zwiększają możliwości istniejących rozwiązań
i tworzą bardziej dynamiczne ekosystemy nastawione na zwiększanie produktywności pracowników, poprawę wydajności i rozwój bezpiecznych środowisk.

Świat staje się coraz bardziej skomplikowany i w coraz większym stopniu opiera się na danych cyfrowych. Firmy szukają więc lepszych sposobów na poruszanie się w tym świecie i automatyzację procesów bez kosztów związanych z kapitałem ludzkim. W przyszłości odnoszące sukcesy organizacje będą polegały na bieżących danych i statystykach, dzięki którym poprawią wydajność i zyskają przewagę konkurencyjną. Przez wiele lat firmy pozyskiwały informacje z „dużych zbiorów danych” (Big Data) gromadzonych i zapisywanych każdego dnia, czasami bez przerwy. W 2019 roku na prowadzenie wysuną się „niewielkie zbiory danych ułatwiające podejmowanie działań” (ang. small actionable data), do których dostęp można uzyskać w ramach poszczególnych przepływów pracy. Te dane dotyczą konkretnego przypadku i ułatwiają przedsiębiorstwom rozwiązywanie problemów i uzyskiwanie pożądanych wyników.

Informacje są coraz częściej gromadzone i monitorowane za pomocą skanowania kodów kreskowych 2D. Ponad 70 proc. sprzedawanych dziś ręcznych skanerów to urządzenia 2D, zamiast popularnych wcześniej skanerów 1D. Technologia UHF RFID – wykorzystywana dotychczas na poziomie pojedynczego produktu – będzie wkrótce powszechnie używana w całym łańcuchu dostaw i branży wytwórczej. W 2019 roku w handlu i transporcie zostanie wykorzystane ponad 10 miliardów etykiet UHF RFID.

Firmy zaczną domagać się zintegrowanych rozwiązań do zarządzania danymi, aby móc wykorzystywać nowoczesne metody pozyskiwania danych. Przedsiębiorstwa już teraz potrzebują propozycji projektów, które zostaną zintegrowane z narzędziami analitycznymi, by dostarczać w czasie rzeczywistym wskazówek i statystyk umożliwiających podejmowanie trafniejszych decyzji oraz właściwych działań na bieżąco.

Izba Gmin odebrała premier May kontrolę nad planem działania

Nigdy nie można nie doceniać pomysłowości brytyjskich polityków. Brexit zyskuje nową warstwę zagmatwania po tym, jak wczoraj Izba Gmin odebrała premier May kontrolę nad planem działania. Funt jednak dalej stoi w miejscu, gdyż inwestorzy mają wątpliwości, czy uda się przerwać impas.

Wczoraj wieczorem brytyjski parlament przyjął tzw. poprawkę Letwina stosunkiem głosów 329-302 i tym samym przejął od rządu kontrolę nad procesem brexitu. W środę Izba Gim będzie głosować nad serią wniosków dotyczących dalszego postępowania w negocjacjach. Będzie miało to na celu zmuszenie parlamentarzystów do jasnego opowiedzenia się za rozwiązaniami, które (teoretycznie) są gotowi poprzeć, a które stanowczo odrzucają. Tym sposobem politycy chcą wyeliminować sytuacje, w których posłowie głosują przeciw wnioskom, z którymi się zgadzają, ale bardziej zależy im na forsowaniu pomysłów podpisanych własnym imieniem. Dobrze, że parlament zdaje sobie sprawę z tragicznej sytuacji, w jakiej się znajduje, gdzie osobiste interesy są stawiane ponad dobrem narodu. Ale z puntku widzenia inwestorów wciąż nie daje to gwarancji, że w środę wieczorem zostanie wyłoniony jeden scenariusz, którym zyska poparcie większości. Do wyboru jest m.in. aktualny plan May, bezumowny brexit, wycofanie Artykułu 50., ponowne referendum, rozpisanie wyborów, pozostanie w unii celnej w obecnej wersji lub norweskiej. Każdej z opcji towarzyszy więcej krytyki niż pochwał, choć jeden pozytywny efekt głosowań, jaki można przewidzieć już teraz, to ponowne opowiedzenie się przeciw bezumownemu rozstaniu z UE. To punkt wyjścia ponad który niemal wszytki inne opcje będą dla funta pozytywne. Tylka wizja nowych wyborów będzie oznaczać większy chaos, ale też samobójstwo polityczne dla niektórych prominentnych posłów, którzy doprowadzili do tego bałaganu. Jeśli jednak faktycznie własne interesy stawiają oni ponad dobrem kraju, będą się starać uniknąć skrócenia swojej kadencji.

Dziś w kalendarzu głównie drugorzędne dane, choć nieco uwagi może zostać poświęcone raportowi z rynku budowlanego i nastrojom konsumentów z USA. Poza tym mamy kilka wystąpień przedstawicieli Fed: Harkera, Evansa and Daly’ego. Ryzyka wokół przemówień leżą po stronie negatywnych dla USD, jeśli wskażą malejące chęci do przeprowadzenia dalszych podwyżek stóp procentowych. Z drugiej strony rynek już zdyskontował pełną obniżkę do końca roku – jak bardzo rynek może być pesymistycznie nastawiony bez posiadania potwierdzenia w danych?

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Nadchodzą trudne czasy dla towarzystw funduszy inwestycyjnych. Połowa z nich może zniknąć z polskiego rynku

Nadchodzą trudne czasy dla towarzystw funduszy inwestycyjnych. Połowa z nich może zniknąć z polskiego rynku 8

Wyniki niektórych funduszy inwestycyjnych i związany z nimi kryzys zaufania oraz wejście w życie dyrektywy MiFID II spowodowały trudności na rynku TFI. Pogłębiają je również spowolnienie koniunktury w Europie i wojna handlowa między USA a Chinami. Duża część towarzystw funduszy inwestycyjnych, zwłaszcza tych mniejszych, nie przetrwa – przewiduje szef jednego z największych holdingów na świecie zarządzających funduszami inwestycyjnymi Franklin Templeton Investments w Polsce. Jego zdaniem w ciągu najbliższych 2–5 lat z rynku zniknie nawet połowa z 60 TFI.

– W następnych kwartałach sytuacja wielu funduszy będzie nadal bardzo trudna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Borno Janekovic, prezes zarządu Franklin Templeton Investments w Polsce. – Prognozy dla TFI na następne miesiące i lata są bardzo interesujące, ale można też zauważyć pewne trudności. Powodem tego jest wejście w życie w Polsce dyrektywy MiFID II, w związku z czym wiele TFI nie będzie w stanie osiągać zysków i znikną z rynku. Obecnie w Polsce działa około 60 towarzystw. Przewiduję, że w okresie od dwóch do pięciu lat zostanie tylko połowa z nich.

W 2018 roku, zwłaszcza w jego drugiej połowie, inwestorzy więcej pieniędzy wycofywali z funduszy, niż do nich wpłacali. W efekcie w ciągu 12 miesięcy, do końca stycznia 2019 roku, z funduszy oferowanych przez polskie TFI odpłynęło 25,1 mld zł. Styczeń przyniósł poprawę nastrojów i wzrost aktywów funduszy o 0,7 proc. – do 258,5 mld zł.

– Nadszedł trudny okres dla sektora funduszy inwestycyjnych. Inwestorzy byli bardzo rozczarowani 2018 rokiem z powodu wyników niektórych funduszy, choć głównych przyczyn tego rozczarowania należy szukać w metodach zarządzania funduszami niektórych firm inwestycyjnych – ocenia Borno Janekovic. – Zwłaszcza że niektóre z nich stosowały nieuczciwe praktyki, przez co klienci stracili pieniądze. Teraz są oni niezadowoleni i stracili zaufanie do tego sektora.

To właśnie utrata zaufania do rynku spowodowała falę umorzeń w TFI. Pod koniec grudnia 2018 roku KNF przedstawił listę zachęt, które wolno będzie stosować pośrednikom, namawiając klientów do zakupu funduszy. Mają też spaść prowizje – według rozporządzenia ministra finansów w 2019 roku nie mogą być one wyższe niż 3,5 proc., w 2020 roku – niż 3 proc., a w 2021 roku – 2,5 proc. To sprawi, że banki, chcąc zatrzymać całą, coraz mniejszą prowizję dla siebie, będą promować głównie fundusze własnych TFI, a instytucje niezależne nie będą w stanie osiągać wystarczających zysków.

– Duże podmioty będą musiały rozwijać swoją działalność, aby przetrwać, bo tylko duże TFI pozostaną na rynku, natomiast małe z niego znikną. W ostatnich dziesięciu latach w Polsce inwestorzy patrzyli tylko na jedną rzecz – na wyniki funduszy. Zapoznawali się z danymi, który fundusz osiągał najwyższe wyniki w okresie ostatnich sześciu miesięcy i inwestowali w niego – mówi prezes Franklin Templeton Investments w Polsce. – Moim zdaniem nie należy się kierować tylko tym jednym kryterium. Ludzie powinni nauczyć się zwracać uwagę również na inne aspekty: w jaki sposób inwestuje dana firma, czy prowadzi działalność zgodnie z zasadami etyki, jak długo jest na rynku. To zmieni nasz sposób postrzegania inwestycji.

Do lokowania pieniędzy w funduszach inwestorów nie zachęcają również napięcia na światowych rynkach. Głównym problemem pozostaje wciąż wojna handlowa między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, która negatywnie odbija się na rynkach wschodzących. Do tego dochodzi spowolnienie w strefie euro, głównie w Niemczech, najważniejszym dla polskiej gospodarki rynku. Wciąż nie wiadomo też, jakie skutki przyniesie brexit.

Stopniowemu odzyskiwaniu zaufania inwestorów do rynku kapitałowego mogą służyć pracownicze plany kapitałowe, które zaczną funkcjonować w II połowie roku.

– Uważam, że PPK są bardzo dobrym rozwiązaniem dla Polski. Są podobne do rozwiązań amerykańskich, gdzie każdy pracownik jest uczestnikiem funduszu – mówi Borno Janekovic. – Z czasem w Polsce sytuacja będzie wyglądała tak samo, a więcej osób zainwestuje swoje środki w fundusze, co pozytywnie wpłynie na ten rynek i klienci będą zadowoleni z wyników. Zaletą tego rozwiązania jest fakt, że jeżeli długoterminowe inwestycje zaczną przynosić wysokie zyski, to przyczyni się to do poprawy wizerunku całego sektora.

Prezes Allegro zapowiada duże zmiany w najbliższych miesiącach. Wśród nich odroczone płatności, wyszukiwanie wizualne i bilety na wydarzenia kulturalne

Francois Nuyts, prezes zarządu Allegro
Francois Nuyts, prezes zarządu Allegro

Blisko 60 proc. polskich internautów regularnie odwiedza Allegro i coraz częściej robi tam zakupy. Platforma chce zachęcić do kupowania online kolejne osoby, planuje więc na ten rok wiele zmian i usprawnień. Wśród najważniejszych jest włączenie do oferty biletów na wydarzenia kulturalne i wprowadzenie odroczonych płatności. Allegro cały czas pracuje także nad przyspieszeniem dostaw. Umożliwi klientom śledzenie przesyłki na smartfonie. Sprzedawcom zaoferuje za to możliwość analizy sprzedaży na tle konkurencji oraz nowe usługi finansowe, np. leasing. 

W Polsce wciąż tylko 9 proc. transakcji zakupowych przebiega w internecie. Dla przykładu w Wielkiej Brytanii online dokonywany jest co piąty zakup. Stąd wniosek, że polski rynek zakupów w sieci ma jeszcze duży potencjał rozwoju. Rośnie on zresztą o wiele szybciej niż sprzedaż detaliczna ogółem. Ta ostatnio wzrosła w 2018 roku o 6,2 proc., podczas gdy e-handel przyspieszył o ponad 13 proc. Pokazują to również wynik platform sprzedażowych i e-sklepów.

Mamy za sobą świetny rok. Cały czas wprowadzamy innowacje i zwiększamy zatrudnienie – nasza załoga liczy już ponad 1 700 osób, z czego 250 dołączyło w ciągu ostatniego roku​  – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Francois Nuyts, prezes zarządu Allegro. – Działalność Allegro opiera się na współpracy z 125 tys. firm handlowych i 17 milionami nabywców. Tylko w minionym roku dołączyło do nas 16 tys. sprzedawców. Na Allegro można znaleźć 102 mln indywidualnych ofert, a liczba ta stale rośnie. Każdego dnia na portalu pojawia się 90 tys. produktów.

Allegro, które dziś jest szóstym pod względem wielkości e-detalistą w Europie, przygotowało na ten rok kolejne inwestycje, które mają przyciągnąć jeszcze większą liczbę klientów i kontrahentów. Kluczem do pozyskania tych pierwszych jest dostępność produktów i przystępne ceny, a także usprawnienie dostaw.

W ubiegłym roku uruchomiliśmy usługę Allegro Smart, w ramach której za 49 zł rocznie klient może skorzystać z nieograniczonej liczby dostaw bez dodatkowych kosztów. Do dziś dzięki tej usłudze konsumenci oszczędzili już 100 mln zł. W programie dostępnych jest już 49 mln ofert, czyli blisko połowa wszystkich dostępnych na Allegro – mówi Francois Nuyts.

Z obserwacji Allegro wynika, że klienci, którzy korzystają z tej opcji, kupują 6 razy więcej produktów niż osoby, które usługi nie wykupiły.

Jak podkreśla prezes Allegro, mocny nacisk kładziony jest także na skrócenie czasu dostawy do jednego dnia, a niekiedy przesyłka będzie mogła zostać doręczona nawet w dniu zakupu. Dziś przeciętnie czas ten wynosi 2–3 dni.

 – Dążymy do tego, by zakupione produkty trafiały do nabywców jeszcze szybciej i w jeszcze bardziej przewidywalny sposób. Poprzez uruchomienie funkcji Track & Trace, umożliwiającej śledzenie przesyłki na smartfonie, możemy zobaczyć, gdzie aktualnie znajduje się nasza paczka ­– mówi prezes zarządu Allegro.

Na razie z usługi tej korzysta większość użytkowników pakietu Allegro Smart, wprowadzonego w sierpniu 2018 roku, jednak platforma chce uczynić z niej standard. Dodatkowo klient nie będzie musiał płacić za przesyłkę od razu, a nawet po 30 dniach od otrzymania produktu bez żadnych dodatkowych kosztów.

Allegro pracuje także nad nowinkami technologicznymi i wykorzystaniem sztucznej inteligencji oraz uczenia maszynowego. Pod koniec roku planuje wprowadzić wizualne wyszukiwanie i nawigację – rzeczywiste zdjęcia przedmiotów będą wykorzystywane do wyszukiwania na platformie konkretnego lub podobnego produktu. Poza tym klienci będą mieli możliwość zamówienia kontaktu z konsultantem Allegro. Kluczowe dla zwiększania liczby użytkowników na platformie jest również poszerzanie oferty.

Finalizujemy przejęcie e-Biletu. Dzięki integracji z tą platformą 17 mln klientów na Allegro zyska możliwość łatwego zakupu biletów na koncerty i festiwale – mówi Francois Nuyts.

Allegro liczy na duże wzrosty w tym zakresie. Potencjał wzrostu rynku sprzedaży biletów online ocenia na 20 proc. rocznie. Dziś jest on wart ok. 700 mln zł.

Drugi obszar działań Allegro dotyczy zwiększania na platformie liczby sprzedawców. W 2018 roku przybyło ich 16 tys. Były to głównie małe i średnie firmy, lale też duże światowe marki. Allegro zamierza zaproponować im latem panel „Jakość mojej sprzedaży”. Z jego pomocą sprzedawcy będą mogli przeanalizować swoją sprzedaż i usprawnić ofertę. Obecnie trwa faza testowa projektu.

Wychodzimy również z ofertą B2B przeznaczoną dla przedsiębiorców, w tym usługami leasingowymi i kredytowymi, aby ułatwić im rozwój działalności. To będzie rok pełen nowości – zapowiada prezes Allegro.

Ostatnie lata przyniosły ogromny postęp w leczeniu nowotworów. Na świecie pojawiają się nowe leki, ale w Polsce jest problem z ich refundacją

Ostatnie lata przyniosły ogromny postęp w leczeniu nowotworów. Na świecie pojawiają się nowe leki, ale w Polsce jest problem z ich refundacją 9

Raka piersi co roku diagnozuje się u około 18 tys. Polek, z których 85 proc. udaje się wyleczyć. Dzięki nowoczesnym terapiom – obecnie nawet rak piersi z przerzutami może stać się chorobą przewlekłą. Podobnie jest w przypadku wielu innych typów nowotworów – choć liczba zachorowań rośnie, pojawiają się innowacyjne leki, które znacząco wydłużają życie chorych i poprawiają jego jakość. Przykładowo, w leczeniu szpiczaka zarejestrowano w ostatnich latach aż sześć nowych cząsteczek. W Polsce problematyczna jest jednak refundacja nowych terapii, przez co lekarze i pacjenci nie mają do nich dostępu. 

– Ostatnie lata przyniosły niewyobrażalne postępy. Choroby dotychczas uważane za nieuleczalne, w których żadne leczenie systemowe nie przynosiło widocznej poprawy, stały się chorobami przewlekłymi. To oznacza, że są one kontrolowane, a pacjent wraca do normalnego życia. Jakość życia tych pacjentów poprawiła się dramatycznie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Jan Walewski, dyrektor Centrum Onkologii Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie, kierownik Kliniki Nowotworów Układu Chłonnego.

Przykładem szybkiego postępu medycyny jest szpiczak plazmocytowy – groźny, rzadki nowotwór krwi, który w Polsce co roku stwierdza się u około 1,5–2 tys. pacjentów. W ciągu kilku ostatnich lat na świecie zarejestrowano sześć nowych leków ratujących życie chorym z nawracającym szpiczakiem. Są mniej toksyczne i podawane w formie doustnej, dzięki czemu chory nie musi spędzać wielu tygodni w szpitalach i może prowadzić względnie normalne życie.

Jak podkreśla prof. Jan Walewski, kluczem do skutecznego leczenia jest sekwencyjność, ponieważ nowotwór – w miarę podawania pacjentowi kolejnych dawek – uodparnia się na stosowany lek, który przestaje działać. Zastosowanie różnych sekwencji leków (jeden po drugim lub wymiennie) pozwala wydłużyć życie chorego. Lekarze muszą mieć jednak szeroki dostęp do terapii nowej generacji, które mogą stosować w kolejnych, następujących po sobie liniach leczenia. 

– Kiedy dochodzi do niepowodzenia w pierwszej linii leczenia, kolejno stosuje się następne. Szukamy drugiej linii, czyli innych leków, które można by zastosować – to postępowanie jest wiadome i znane. Pojawiają się jednak nowe odkrycia i nowe mechanizmy działania, leki, które są wybiórcze nie tylko wobec komórek nowotworowych, lecz także wobec konkretnych mechanizmów patogenezy. Są to zarówno przeciwciała monoklonalne, jak i małe cząsteczki, które trafiają w konkretny cel, są to wreszcie sekwencje tych leków. Tego wcześniej nie było – wyjaśnia prof. Jan Walewski.

Jak ocenia, w Polsce pacjenci na ogół leczeni są zgodnie z międzynarodowymi standardami i zaleceniami. Problematyczna jest za to refundacja nowych terapii.

– Nie wszystkie opcje terapeutyczne, które są uwzględnione w zaleceniach europejskich, są w Polsce refundowane. Mamy obowiązek poinformować o tym pacjenta, który ma prawo do informacji o tym, co jest standardem, ale nie możemy tego zastosować. I to jest konflikt sumienia. System finansowania leków w Polsce wywołuje konflikt sumienia w środowisku onkologii – mówi prof. Jan Walewski.

Metody leczenia wczesnego raka piersi są w Polsce niemal identyczne jak w Europie i Stanach Zjednoczonych. W początkowych stadiach choroby jest to leczenie chirurgiczne w połączeniu z hormonoterapią lub chemioterapią, która – ze względu na wysoką toksyczność i duże obciążenie dla organizmu – jest jednak stosowana w wąskich, uzasadnionych przypadkach.

– Natomiast w przypadku pacjentek z chorobą przerzutową, czyli chorych na uogólnionego raka piersi, mamy już większe braki. Nie mamy dostępu do leczenia inhibitorami CDK4 i CDK6. To są leki, które w tej chwili są już dostępne w całej Europie w leczeniu przerzutowego raka hormonozależnego. Niestety, są dość drogie, a w Polsce nie są refundowane w żadnym wskazaniu, więc to jest duży brak. Na takie leczenie mogą sobie pozwolić tylko te pacjentki, które stać na spory wydatek finansowy – mówi dr n. med. Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld, onkolog z Kliniki Nowotworów Piersi i Chirurgii Rekonstrukcyjnej w warszawskim Centrum Onkologii Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie.

Dostęp do terapii inhibitorami CDK4/6 mają m.in. mieszkanki Austrii, Niemiec, Danii, Holandii, Norwegii, Szwecji, Słowenii, Szwajcarii czy Islandii. Natomiast w Polsce brak refundacji tej nowoczesnej metody leczenia to główny problem kobiet chorych na uogólnionego raka piersi.

Dr Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld podkreśla, że nie są one w stanie całkowicie pokonać raka piersi, ale mogą znacznie wydłużyć i poprawić jakość życia, umożliwiając kobietom w miarę normalne funkcjonowanie. Są mniej toksyczne i mają mniej skutków ubocznych, przez co znaczna część kobiet poddanych tego rodzaju leczeniu jest w stanie pracować zawodowo, nie generując tym samym kosztów dla budżetu państwa.

– To jest korzyść społeczna, ponieważ te pacjentki nie rezygnują z pracy, nie potrzebują chemioterapii. Mogą przez długie lata cieszyć się dobrym zdrowiem bez potrzeby korzystania z renty, zwolnień, zabiegów rehabilitacyjnych etc. Dlatego wydaje się, że w ogólnym rozrachunku, mimo że te inhibitory CDK4, CDK6 są drogimi lekami, społecznie i tak opłaca nam się refundować ten typ terapii – mówi dr Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld.

Rak piersi to w tej chwili najczęstszy nowotwór wśród Polek, odpowiadający za 21,9 proc. wszystkich zachorowań. Rokrocznie jest diagnozowany u ok. 18 tys. kobiet, z których ok. 6 tys. umiera. Statystycznie każdego dnia diagnozę rak piersi słyszy 47 Polek.

– W Polsce i w krajach europejskich śmiertelność spada, rośnie za to liczba zachorowań na raka piersi, który jest chorobą cywilizacyjną. Im lepiej rozwinięty kraj, im lepsza stopa życia społeczeństwa, tym więcej odnotowuje się przypadków. Wynika to z wielu różnych przyczyn, m.in. z tego, że kobiety coraz później zachodzą w ciążę, mają mniej dzieci, często przez długi czas stosuje się hormonoterapię zastępczą, hormonalne leki zapobiegające ciąży – mówi dr n. med. Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld, onkolog z Kliniki Nowotworów Piersi i Chirurgii Rekonstrukcyjnej w warszawskim Centrum Onkologii Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie.

Jak podkreśla, wśród przyczyn zwiększonej zachorowalności na raka piersi jest również stres, nieregularny tryb życia, zbyt mała dawka ruchu i otyłość, palenie papierosów, zła dieta i nadużywanie alkoholu, a więc w większości czynniki związane właśnie z rozwojem cywilizacyjnym.

U części kobiet nowotwór rozpoznawany jest dopiero wówczas, gdy choroba daje przerzuty do innych organów. Dzieje się tak, ponieważ Polki są nadal mało wyczulone na profilaktykę i nie mają wypracowanego nawyku regularnego samobadania. Rozpoznanie zaawansowanego raka piersi jest równoznaczne ze stwierdzeniem choroby nieuleczalnej.

– Około 85 proc. pacjentek z rakiem piersi można wyleczyć. Natomiast jest grupa 5–6 proc., które zgłaszają się na późnym etapie choroby, kiedy mają już przerzuty odległe i ich nie da się wyleczyć. Można stosować szereg różnych metod leczenia i terapii, które wydłużą im życie i spowodują, że te kobiety będą czuły się w miarę dobrze – mówi dr Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld.

Co istotne – rak piersi atakuje coraz częściej i coraz młodsze kobiety. W ciągu ostatnich 30 lat prawie dwukrotnie zwiększyła się zachorowalność na raka piersi wśród kobiet młodszych, w wieku 20–49 lat. Według prognoz w 2025 roku liczba zachorowań na raka piersi będzie o połowę wyższa niż jeszcze kilkanaście lat temu. Sytuacja wygląda podobnie w innych krajach – według WHO co roku na świecie diagnozowanych jest ponad 1,7 mln przypadków tej choroby, a w krajach Unii Europejskiej blisko 400 tys.

– W Polsce, jeżeli chodzi o diagnostykę, nie brakuje nam naprawdę niczego. Akurat dostęp do diagnostyki w Polsce jest nawet lepszy niż w wielu innych krajach europejskich. Diagnostyka jest przeprowadzana szybciej, metodami takimi samymi, jak na całym świecie, więc nie mamy się czego powstydzić –mówi dr Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld.

Według prognoz Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem (IARC), która jest agendą WHO, liczba pacjentów chorych na raka będzie skokowo rosnąć. W 2030 roku wzrośnie już do 22 mln, a w 2035 – do 24 mln. 

6 maja licealiści rozpoczną zmagania maturalne. Rodzice mogą wesprzeć młodzież w przygotowaniach do egzaminu dojrzałości

6 maja licealiści rozpoczną zmagania maturalne. Rodzice mogą wesprzeć młodzież w przygotowaniach do egzaminu dojrzałości 10

Okres przygotowań do testów i egzaminów to czas, kiedy rodzice powinni zacząć budować relację z dzieckiem na temat poczucia jego własnej wartości, wiedzy, umiejętności, kompetencji – mówi Magdalena Szul-Fryda, wykładowca z Wyższej Szkole Bankowej w Opolu. Wsparcie jest szczególnie ważne podczas matury, czyli w symbolicznym momencie przechodzenia w dorosłość. Warto wspólnie przygotować plan B na wypadek niezdanych egzaminów, co według danych z ubiegłego roku zdarzyło się co piątemu uczniowi. Tymczasem wielu rodziców przenosi na dzieci swoje oczekiwania, nie potrafi z nimi rozmawiać, co dodatkowo stresuje maturzystów i ich demotywuje.

– Przez cały okres edukacji, wyboru przyszłej ścieżki zawodowej rodzice powinni robić wszystko, żeby optymalizować dobrostan psychofizyczny dziecka, czyli wspierać je w rozwoju, jego zainteresowaniach, motywować do pracy, rozwijania swoich kompetencji, również w kontekście przyszłej drogi zawodowej. Mówię szczególnie o wyborze przedmiotów do matury, które powinny być zgodne z zainteresowaniami, kompetencjami i przede wszystkim możliwościami przyszłego maturzysty – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Szul-Fryda, wykładowca na kierunkach pedagogicznych w Wyższej Szkole Bankowej w Opolu.

To na rodzicach spoczywa obowiązek przygotowania dziecka do ewentualnych porażek. O ile na początku edukacji ma to bardziej wymiar symboliczny, o tyle w późniejszym etapie rodzice mogą być dużym wsparciem. Z badania CBOS „Młodzież 2016” wynika, że autorytetami dla uczniów, a więc osobami, o których uznanie zabiegają, są najczęściej rodzice, przede wszystkim matka (59 proc.), nieco rzadziej ojciec (47 proc.). Młodzi liczą przede wszystkim na wsparcie ze strony matki (60 proc.) Jest to szczególnie ważne dla maturzystów, którzy zastanawiają się nad wyborem przedmiotów, dalszej edukacji i ścieżki przyszłej kariery. Młodych stresuje fakt samego egzaminu, scenariusz, kiedy go nie zdadzą, lecz także konieczność podejmowania ważnych życiowych decyzji.

– Młodzież ma oczekiwania co do stworzenia przestrzeni, w której mogłaby porozmawiać na temat swoich obaw, problemów, niepewności. Chce podzielić się kłopotem, przed którym stoi i móc się wygadać, wyżalić. Pojawia się też oczekiwanie, i to jest bardzo ważne, co do wspólnego stworzenia planu B – przekonuje Magdalena Szul-Fryda.

W 2018 roku matury nie zdało blisko 20 proc. uczniów.

– Nie stawiajmy maturzystów pod ścianą, że matura to jest wszystko i poza nią nie ma nic. Dzisiaj to się już trochę zmieniło. Są poprawki, więc ewentualny dodatkowy rok wolnego, jeżeli nie uda się zdać matury w pierwszym terminie, daje okazję do rozeznania się, zebrania nowych doświadczeń, większego wglądu w siebie. Uczeń może się zastanowić, co chce robić, jak chce się w przyszłości spełniać zawodowo – mówi wykładowca WSB w Opolu.

Częstym problemem są nadmierne ambicje i oczekiwania rodziców. To na dzieci przenoszą swoje niespełnione plany i marzenia, a kiedy dziecko nie chce się im podporządkować, próbują to wymusić.

Ekspertka radzi, by w ostatnich tygodniach przed maturą zaufać dziecku, zachęcać do nauki, ale do niej nie zmuszać. Istotne jest także, by znaleźć złoty środek i zrównoważyć czas potrzebny na naukę, odpoczynek i rozrywkę. Rodzice powinni obserwować dziecko w stresującym okresie i jeśli coś budzi zaniepokojenie, udać się do specjalisty.

– Kluczowe jest przede wszystkim wspieranie poprzez poczucie bezwarunkowej akceptacji jako człowieka, bez względu na to, czy tę maturę zda, czy nie zda – dodaje Szul-Fryda.

Bankowość elektroniczna powinna być lepiej zabezpieczona przed atakami. Hakerzy coraz skuteczniej przechwytują dane uwierzytelniające, zwłaszcza z urządzeń mobilnych

Bankowość elektroniczna powinna być lepiej zabezpieczona przed atakami. Hakerzy coraz skuteczniej przechwytują dane uwierzytelniające, zwłaszcza z urządzeń mobilnych 11

Wraz z rozwojem elektronicznych usług bankowych pojawia się potrzeba wzmocnienia bezpieczeństwa cybernetycznego. Sektor bankowy jest jednym z najbardziej narażonych na ataki hakerskie. Tylko w zeszłym roku liczba ataków na urządzenia mobilne zwiększyła się trzykrotnie. Krajowy System Cyberbezpieczeństwa ma zwiększyć bezpieczeństwo użytkowników zupełnie nowych, innowacyjnych rozwiązań finansowych, które pojawią się na rynku w najbliższym czasie. Z usług elektronicznej bankowości korzysta coraz więcej klientów, a Polska jest największym rynkiem branży fintech w Europie Środkowo-Wschodniej.

– Sektor bankowy w Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa jest jednym z siedmiu sektorów, które muszą zbudować rozwiązania w zakresie podniesienia odporności systemów teleinformatycznych. Ten sektor jest regulowany przez Komisję Nadzoru Finansowego, która wskazuje podmioty, które są operatorami usług kluczowych dla sektora finansowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Robert Kośla, dyrektor Departamentu Cyberbezpieczeństwa w Ministerstwie Cyfryzacji.

KNF wskazała 19 operatorów usług kluczowych w sektorze bankowym. To instytucje finansowe i banki, które będą zobowiązane do spełnienia wymagań ustawowych w zakresie zarządzania ryzykiem dla systemów teleinformatycznych. Oznaczać to będzie m.in. konieczność zgłaszania incydentów oraz przeprowadzenie audytu dot. realizacji wymagań ustawowych. Potrzeba poprawy bezpieczeństwa operacji finansowych napędzana jest przez niezwykle dynamiczny rozwój fintechu.

– Nie obawiam się rewolucji, jeżeli chodzi o fintechy i otwartą bankowość, o ile tylko te rozwiązania wypracowane przez fintechy będą spełniały podstawowe, minimalne wymagania w zakresie bezpieczeństwa aplikacji, bezpieczeństwa świadczenia usług. I również ta rewolucja będzie wymagała wysokiej świadomości użytkowników tych technologii – twierdzi Robert Kośla.

Z danych opublikowanych przez ekspertów z Kaspersky Lab wynika, że z roku na rok coraz więcej klientów bankowości elektronicznej pada ofiarą cyberataków. W 2018 roku niemal 900 tys. użytkowników korzystających z usług dostarczanych przez Kaspersky Lab padło ofiarą bankowych trojanów, czyli wirusów kradnących dane uwierzytelniające. W porównaniu do roku poprzedniego liczba ta wzrosła niemal o 16 proc. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w przypadku osób korzystających z oprogramowania bankowego na urządzeniach mobilnych. Liczba ataków na te z systemem Android wzrosła w 2018 roku w porównaniu z rokiem 2017 aż trzykrotnie i wyniosła niemal 1,8 mln.

Poza wdrożeniem odpowiednich procedur bezpieczeństwa wyzwaniem pozostaje przyjęcie wymogów unijnej dyrektywy PSD2, która otworzyła szereg innowacyjnych możliwości w zakresie usług płatniczych i bankowych. Dyrektywa określa m.in. sposób uwierzytelniania, a także umożliwia działalność nielicencjonowanych, małych instytucji płatniczych oraz prowadzenie otwartej bankowości.

– Ta dyrektywa wprowadza wymagania w zakresie zgłaszania incydentów związanych z płatnościami, z instrumentami płatniczymi. Podmioty związane z obiegiem informacji związanych z płatnościami będą musiały spełnić podstawowe wymagania i standardy w zakresie infrastruktury, wykrywania wszelkiego typu prób ataków czy incydentów i zgłaszania tych incydentów, jak również w zakresie personelu, który będzie odpowiadał za bezpieczną obsługę systemu płatniczego – mówi Robert Kośla.

Większe ryzyko wystąpienia ataków wynika z rosnącego zainteresowania rozwiązaniami z zakresu fintechu. Z raportu „Consumer Trend Report 2018/19” opublikowanego przez Europejski Urząd Nadzoru Bankowego wynika, że w 2017 roku z bankowości elektronicznej korzystało 51 proc. mieszkańców Unii Europejskiej. Oznacza to ponaddwukrotny wzrost w stosunku do danych z 2007 roku, kiedy to z bankowości elektronicznej korzystała zaledwie jedna czwarta obywateli UE. Zwiększona liczba użytkowników oznacza potrzebę zwiększenia ich bezpieczeństwa.

– Krajowy system cyberbezpieczeństwa ma na celu zbudowanie podstaw systemowych, czyli przede wszystkim wprowadza procedury, wprowadza procesy w zakresie zgłaszania incydentów, w zakresie budowania większej odporności, również zakłada stosowanie określonych środków technicznych do podnoszenia odporności, a także nakłada na podmioty, które wykonują funkcje operatorów usług kluczowych, zatrudnienie właściwego personelu, który ma odpowiednie kwalifikacje do realizacji usług związanych z cyberbezpieczeństwem – mówi Robert Kośla.

Raport opracowany przez Związek Banków Polskich wskazuje, że liczba klientów korzystających z bankowości elektronicznej wzrosła w pierwszym kwartale minionego roku o 6,5 proc. w ujęciu rok do roku. Z kolei w raporcie Fintech in Poland opracowanym przez Flanders Investment & Trade znajdziemy informację, że Polska jest największym rynkiem fintech w Europie Środkowo-Wschodniej.

Nowe materiały rewolucjonizują rynek druku 3D. W ciągu kilku lat drukarki trafią do większości domów, pozwalając tworzyć przedmioty codziennego użytku

Nowe materiały rewolucjonizują rynek druku 3D. W ciągu kilku lat drukarki trafią do większości domów, pozwalając tworzyć przedmioty codziennego użytku 12

Rynek druku 3D zanotuje w najbliższych latach ponadtrzykrotny wzrost. Duży wpływ na dynamiczny rozwój będzie miało opracowanie materiałów gotowych do użycia w trudnych warunkach, m.in. w kosmosie. Przyszłością druku 3D są zupełnie nowe materiały, takie jak żywice utwardzane światłem UV i sproszkowany metal. Rozwijanie nowych technologii druku pozwoli wejść na rynek małych i średnich przedsiębiorstw, a także odbiorców indywidualnych.

– Branża druku 3D jest dynamiczną i dość młodą branżą, jeżeli chodzi o sektor małych i średnich przedsiębiorstw. Wcześniej była zarezerwowana dla dużych przedsiębiorstw i przemysłowego zastosowania. Dzisiaj będziemy już zmierzali do konsumenckiego podejścia. Za kilka, kilkanaście lat drukarki 3D będą stosowane już w domach w codziennym użytkowaniu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Rafał Tomasiak, prezes zarządu Zortrax.

Technologia druku 3D zmierza na rynek konsumencki. Już wkrótce drukowanie codziennych przedmiotów, takich jak kubki, narzędzia, zabawki czy nawet buty, stanie się możliwe i powszechne w zaciszu domowym. Zauważalnym trendem jest również coraz częstsze wykorzystanie drukarek 3D w branży kosmicznej.

Francusko-włoskie konsorcjum Thales Alenia Space ogłosiło, że użyje technologii druku 3D ze sproszkowanego metalu do seryjnej produkcji komponentów dla satelitów komunikacyjnych zbudowanych na platformie Spacebus Neo. Dzięki takiemu rozwiązaniu firma obniży koszty produkcyjne o 10 proc. Czas realizacji inwestycji w kosmosie skróci się ponadto nawet o 2 miesiące. Drukowane w tej technologii komponenty będą lżejsze o 30 proc. od tych tworzonych tradycyjnie.

– Druk 3D ze sproszkowanego metalu jest jedną z najpopularniejszych obecnie i najbardziej rozwijających się nowych technologii. Sproszkowany metal jest spiekany za pomocą silnego światła laserowego. Pod wpływem wysokiej temperatury wytwarzany jest model – tłumaczy Rafał Tomasiak.

W rozwój nowych materiałów do stosowania w druku 3D włączają się najwięksi gracze branży. Amerykańska firma Arkema uruchomiła pod koniec ubiegłego roku Centrum Doskonałości w druku 3D. To zaawansowane laboratorium badawczo-rozwojowe, w którym opracowywane są najnowocześniejsze żywice do druku 3D. Centrum jest częścią światowej sieci badawczo-rozwojowej Arkema zajmującej się rozwojem zaawansowanych materiałów.

Firma zapowiedziała uruchomienie w 2019 roku zakładu produkcji żywic fotokomórkowych w Chinach, a w 2021 roku żywic poliamidowych w Azji. Amerykańska firma zaprezentowała na ostatnich targach Formnext we Frankfurcie trzy rodzaje żywic utwardzanych światłem UV. Jedna z nich, żywica udarowa, dzięki doskonałej odporności na uderzenia umożliwia produkcję części funkcjonalnych, takich jak np. klamry zatrzaskowe. Według producentów fotopolimerowe drukarki 3D w technologii UV LCD drukują do 8 razy szybciej i do 9 razy dokładniej od wiodących drukarek 3D typu SLA.

– Obecnie najnowszymi trendami i technologiami, które stosuje się na rynku, są technologie fotopolimerowe, czyli druk z polimerów płynnych, które są utwardzane za pomocą światła UV. To światło może być dostarczane za pomocą lasera, projektora czy też nawet wyświetlacza. Nasza nowa drukarka Zortrax Inkspire została bardzo dobrze przyjęta, widzimy bardzo duży potencjał w rozwoju tej technologii – twierdzi ekspert.

Według analityków MarketsandMarkets światowy rynek druku 3D ma wzrosnąć z 9,9 mld dol. notowanych w 2018 roku do wartości na poziomie niemal 35 mld dol. już w 2024 roku. Oznacza to średnioroczne tempo wzrostu na poziomie ponad 23 proc. Zdaniem twórców raportu, kluczowymi czynnikami napędzającymi rozwój tego rynku ma być związana z technologią szansa na opracowywanie produktów dostosowanych do indywidualnych potrzeb, a także obniżenie kosztów produkcji i przestojów w wytwarzaniu.

– Technologia druku 3D jest bardzo specyficzną branżą dlatego, że rozwija się bardzo dynamicznie. To, co 5 lat temu było w sferze marzeń, jeżeli chodzi o technologię druku 3D, dzisiaj jest już powszechnie, codziennie stosowane przez różne sektory przemysłu, mody, designu, medycyny – podsumowuje Rafał Tomasiak.

Wakacyjne wyjazdy coraz droższe. Biura podróży notują jednak wzrosty w przedsprzedaży na letni sezon

Wakacyjne wyjazdy coraz droższe. Biura podróży notują jednak wzrosty w przedsprzedaży na letni sezon 13

Najwięcej Polaków na wakacje wyjeżdża do Grecji, ale bardzo dynamiczny wzrost notują Turcja, Tunezja i Egipt. Te kierunki pozostaną w tym roku konkurencyjne cenowo, mimo że rynek notuje wzrost średniej ceny wyjazdu. Ok. 5-proc. podwyżki to efekt m.in. słabszej złotówki, wzrostu cen paliwa i wyższych marży touroperatorów. W 2019 roku biura podróży liczą na większe zainteresowanie egzotycznymi kierunkami. Dzięki bezpośrednim połączeniom lotniczym możemy dostać się w tej chwili do wielu destynacji, które do tej pory nie były w zasięgu ręki – mówi Edyta Romanowska, rzecznik prasowy Rainbow Tours.

– Oferta na tegoroczne wakacje sprzedaje się bardzo dobrze. Udało nam się nie tylko utrzymać poziom z poprzedniego roku, ale odnotowujemy niewielkie wzrosty – około 5 proc. więcej klientów kupiło oferty na lato. Natomiast odnotowaliśmy już w tej chwili 10-proc. wzrost przychodów i to nas bardzo cieszy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Edyta Romanowska, rzecznik prasowy Rainbow Tours.

Z danych touroperatora z początku lutego wynika, że w przedsprzedaży oferty Lato 2019 biuro zanotowało 105,5 tys. rezerwacji. Najczęściej wybierane są kraje Morza Śródziemnego.

– Zdecydowanie prowadzi Grecja. Wśród pozostałych kierunków kolejno można wymienić Hiszpanię, Włochy, Chorwację czy Bułgarię. Natomiast największy wzrost notują Turcja, Egipt czy Tunezja. W przypadku Turcji możemy mówić o 60-proc. wzroście sprzedaży w porównaniu z poprzednim rokiem – wskazuje Edyta Romanowska.

Grecja od lat jest ulubionym kierunkiem Polaków udających się na letnie wakacje z biurami podróży, ale notuje coraz słabsze wzrosty. Jak wynika z raportu Polskiej Izby Turystyki „Zagraniczne wakacje Polaków”, w 2018 roku co trzeci Polak wyjechał właśnie do Grecji. Dużą popularnością cieszyła się też Turcja, Bułgaria i Hiszpania. Największą dynamikę wzrostu zanotowała zaś Tunezja (494 proc.), Turcja (168 proc.) i Albania (132 proc.).

– W tym roku odnotowujemy niewielkie wzrosty średniej ceny. Aktualne prognozy mówią o około 5-proc. wzroście średnich cen na wyjazdy na lato 2019. Jest to spowodowane z jednej strony przez wzrost kosztów – mowa tutaj o kosztach w hotelach, przelotach, cen paliw w samolotach, również o walutach, ale z drugiej strony również wzrosła marża – mówi rzecznik prasowy Rainbow Tours.

Dane PIT wskazują, że w ubiegłym roku średnia ceny imprezy nieznacznie przekraczała 2,1 tys. zł (o 180 zł mniej niż w 2017 roku), zaś rezerwacji – 5,7 tys. zł (spadek o 253 zł rdr.). W dużej mierze spadki były wynikiem zakontraktowania przez touroperatorów ok. 300 tys. miejsc za dużo. By zrównoważyć podaż z popytem, trzeba było obniżać ceny.

– Na pewno na wysokim poziomie cenowym utrzyma się Hiszpania, Włochy i Chorwacja. Natomiast jeśli chodzi o Turcję, Egipt czy Tunezję, spodziewamy się bardzo atrakcyjnych cen – ocenia Edyta Romanowska.

Coraz większym zainteresowaniem cieszą się też egzotyczne kierunki. Klienci wybierają je nie tylko podczas polskiej jesieni i zimy, lecz także w wakacje.

– Dzięki bezpośrednim połączeniom lotniczym możemy dostać się w bardzo wiele destynacji, których do tej pory nie było w zasięgu ręki. Ceny też stają się coraz bardziej przystępne – mówi Edyta Romanowska.