XTB Najlepszym Polskim Brokerem Forex & CFD według Invest Cuffs 2019

W dniach 22-23 marca 2019 w Centrum Kongresowym ICE Kraków odbyły się jedne z największych targów branży inwestycyjnej w Europie Środkowo-Wschodniej. Targi to nie tylko okazja do spotkań z ekspertami XTB, ale również możliwość zapoznania się z naszą ofertą. W ramach targów odbyła się także uroczysta gala, podczas której poznaliśmy zwycięzców piątej edycji Konkursu Invest Cuffs 2019.

Oprócz nagród w kategorii Polski Broker CFD Roku i Polski Broker Forex Roku, XTB otrzymało statuetki za Produkt Roku i Kampanię Marketingową Roku. Zwycięzcy wyłaniani byli w wyniku głosowania kapituły konkursowej w skład, której wchodzą eksperci rynków finansowych, doświadczeni inwestorzy, ekonomiści, dziennikarze, analitycy, a także przedstawiciele instytucji finansowych.

Produktem Roku, za który XTB otrzymało tegoroczną nagrodę, były “Akcje i ETF-y z całego świata”. W 2018 roku wprowadziliśmy do swojej oferty akcje i ETF-y z największych giełd
w Europie i Stanach Zjednoczonych. Nie są to oferowane do tej pory instrumenty CFD, tylko realne akcje dostępne na giełdach. Łącznie nasi klienci posiadają dostęp do 16 giełd z całego świata, w tym do warszawskiej GPW:

Szczególnie cieszy nagroda w kategorii Produkt Roku za ofertę prawdziwych akcji i ETF-ów
z całego świata. Jest to dla nas naturalny kierunek rozwoju, aby nasi Klienci na flagowej platformie XTB xStation 5 mogli zdywersyfikować swoje inwestycje. Ten projekt to efekt ogromnej pracy całego naszego zespołu, dlatego tym bardziej cieszy, że te wysiłki zostały docenione najpierw przez Klientów, a potem kapitułę
– mówi Jakub Paturalski – dyrektor polskiego oddziału XTB.

Kolejną z kategorii, w której otrzymaliśmy tegoroczną nagrodę, była Kampania Marketingowa Roku. Kapituła nagrodziła “Kurs Inwestowania z Traderem 21”. Jest to darmowy kurs online z profesjonalnym inwestorem, możliwość poznania jego strategii inwestycyjnej i okazja do stworzenia własnego portfela inwestycyjnego. Dla XTB bardzo ważna jest edukacja klientów i to właśnie edukacyjny walor kampanii, został doceniony przez kapitułę konkursu Invest Cuffs.

To nie pierwsza edycja konkursu Invest Cuffs, w którym XTB zdobywa cenne wyróżnienia.
W 2018 roku nagrodę dla Analityka Roku odebrał Przemysław Kwiecień – dyrektor działu analiz XTB, natomiast podczas trzeciej edycji w 2017 roku odebraliśmy nagrody w pięciu kategoriach: Produkt Roku, Kampania Marketingowa Roku, Wydarzenie Roku, Polski Broker CFD Roku i Polski Broker Forex Roku.

W 2018 r. Ukraińcy wydali w Polsce 7,5 mld zł

W ubiegłym roku ukraińscy konsumenci dołożyli do naszego obrotu detalicznego aż 7,48 mld zł, co oznacza spadek o niemal 3% w porównaniu do 2017 r. W samym IV kwartale 2018 r. Ukraińcy wydali 2 mld zł – wynika z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego[1]. Więcej niż nasi wschodni sąsiedzi w 2018 r. wydali w Polsce jedynie Niemcy, którzy zostawili w sklepach i na usługi aż 16,7 mld zł, a w IV kwartale 2018 roku 3,4 mld zł. Eksperci Personnel Service wskazują, że od 2012 r. wydatki Ukraińców w Polsce się podwoiły – z 3,6 mld w 2012 r. do 7,5 mld w 2018 r.

Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service

Ukrainiec odwiedzający Polskę w IV kwartale 2018 r. wydał przeciętnie 782 zł podczas jednej wizyty, a Polak na Ukrainie jedynie 196 zł. Także dane z naszych wydatków w innych krajach wskazują, że Polacy za granicą są mniej rozrzutni, niż przyjeżdżający do nas cudzoziemcy. Widać również, że wydatki naszych wschodnich sąsiadów nieco spadły w porównaniu do poprzedniego roku, ale cały czas utrzymują się na wysokim poziomie, osiągniętym przez ostatnie lata nasilonej migracji zarobkowej. Ukraińcy pracujący w Polsce cały czas wydają naprawdę minimalne kwoty na swoje utrzymanie, zabierając większość ze sobą do ojczyzny. Co ciekawe, rzadziej trzymają pieniądze w gotówce i przewożą przez granicę, coraz chętniej przesyłają je korzystając z usług polskich banków i przekazów pieniężnych – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service, ekspert rynku pracy.

Wydatki cudzoziemców wzrosły[2]

Łącznie w naszym kraju w 2018 r. cudzoziemcy zostawili aż 43,5 mld zł, czyli o 2 mld zł więcej r/r – wynika z najnowszych danych GUS. W samym IV kwartale 2018 r. konsumenci z zagranicy zostawili w naszym kraju 10 mld zł, o 5,1% więcej r/r. Więcej niż Ukraińcy wydali tylko Niemcy  – 3,4 mld zł. Trzecie miejsce na podium zajmują Czesi, którzy zostawili u nas 1 mld zł.

Cudzoziemcy przyjeżdżający spoza UE w IV kwartale ubiegłego roku najwięcej wydali na towary nieżywnościowe – dotyczyło ich aż 84,2% wszystkich wydatków. Na żywność i napoje bezalkoholowe przeznaczyli niemal 12%. Spośród artykułów nieżywnościowych największym zainteresowaniem cudzoziemców cieszyły się materiały do budowy, remontu i konserwacji mieszkania lub domu (23,3%), sprzęt RTV i AGD (19,6%) oraz części i akcesoria do środków transportu (12,3%).

Jak wskazują najnowsze dane GUS, w zakupach cudzoziemców przyjeżdżających do nas z obszaru UE w IV kwartale 2018 r. także dominowały towary inne, niż spożywcze. Dotyczyło ich 56,2%, wydatków, podczas gdy sumy przeznaczone na jedzenie i napoje bezalkoholowe objęły 13,4%.

Polak na zakupach

Jeśli chodzi o wydatki Polaków za granicą, to największe kwoty zostawiamy w Niemczech – w IV kwartale 2018 r. wydaliśmy tam sporo ponad połowę wszystkich pieniędzy (62%). Na drugim miejscu znalazły się Czechy, na zakupy w których nasi rodacy przeznaczyli niemal jedną piątą całej kwoty zostawionej za granicami kraju. Podium domyka Słowacja, która zyskała 12% wszystkich wydatków polskich konsumentów za granicą. Co warto dodać, na Ukrainie zostawiliśmy jedynie 1,4% całej kwoty.

[1] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/ceny-handel/handel/ruch-graniczny-oraz-wydatki-cudzoziemcow-w-polsce-i-polakow-za-granica-w-iv-kwartale-2018-roku,13,22.html

[2] Dotyczy wydatków osób przekraczających lądową granicę

Inwestycje w obligacje będą bezpieczniejsze

Wszystkie emisje obligacji będą publiczne, a te kierowane do inwestorów indywidualnych będą wymagały publikacji memorandum informacyjnego (lub prospektu) – zakłada ministerialny projekt nowelizacji ustawy o publicznym obrocie.

To jedna z dwóch istotnych zmian poprawiających bezpieczeństwo inwestorów indywidualnych na rynku obligacji. Drugą – kto wie, czy nie ważniejszą – jest możliwość przenoszenia praw z obligacji po dacie ich wykupu. Obecnie handel obligacjami, które nie zostały wykupione w terminie, nie jest możliwy, zabrania tego ustawa o obligacjach. Wyjątkiem są obligacje w formie papierowej, ale te mają zniknąć w lipcu na podstawie uchwalonych już przepisów o wzmocnieniu nadzoru nad rynkiem kapitałowym.

Od wielu lat zarówno oferujący, jak i inwestorzy przekonywali, że wprowadzenie możliwości przeprowadzania obligacji po dacie ich wykupu wzmocni bezpieczeństwo inwestorów. Dlaczego jest to tak istotne? Obecnie – gdy nie ma możliwości sprzedaży niewykupionych obligacji – inwestorzy, jeśli chcą odzyskać środki, których emitent nie chce zwrócić – muszą podejmować aktywne działania w tym kierunku. Jeśli obligacje są zabezpieczone, muszą współpracować z administratorem hipoteki, jeśli oczekują sądowej decyzji (nakazu zapłaty), muszą wnieść sprawę do sądu, a jeśli emitent wejdzie w proces restrukturyzacyjny lub upadłościowy, muszą brać udział w tych postępowaniach – negocjować i zatwierdzać układ, zgłaszać wierzytelności etc.). Wszystko to oznacza, jeśli nie dodatkowe koszty, to z pewnością czas i nerwy, abstrahując już od efektywności procesów zaspokajania obligacyjnych wierzycieli w Polsce.

Prawdopodobnie więc inwestorzy skorzystaliby z możliwości sprzedaży niewykupionych przez emitentów obligacji, gdyby taką możliwość otrzymali, a oferowana cena byłaby satysfakcjonująca. Dotyczy to nie tylko inwestorów indywidualnych, ale także profesjonalnych (funduszy inwestycyjnych), dla których również odzyskiwanie wierzytelności z obligacji jest kosztownym i długotrwałym procesem. Zainteresowane zakupem obligacji po dacie wykupu mogą być wyspecjalizowane kancelarie prawne lub fundusze inwestycyjne.

Korzystając z wiedzy prawniczej i rynkowego doświadczenia mogą one oszacować prawdopodobieństwo i stopień zaspokojenia wierzytelności z obligacji i złożyć obligatariuszom ofertę sprzedaży obligacji, aby później już na własny rachunek dochodzić praw z nich wynikających. Dzięki temu pieniądze szybciej wrócą do inwestorów, a emitenci będą mieli świadomość, że razie defaultu mogą mieć do czynienia z profesjonalnymi podmiotami wyspecjalizowanymi w odzyskiwaniu długów korporacyjnych. W propozycji nowelizacji obejmującej ustawę o obligacjach zapisano, że nabywcą obligacji po dacie wykupu nie będzie mógł być inwestor detaliczny, chyba, że sam wystąpi z taką inicjatywą, co prawdopodobnie umożliwi zawieranie transakcji na rynku regulowanym (Catalyst).

Wróćmy jednak do zmian w sposobie oferowania obligacji. Ministerstwo Finansów proponuje, aby każda emisja obligacji miała charakter publiczny, przy czym o ile będą one kierowane do podmiotów powiązanych z emitentem (np. kapitałowo lub osobowo) lub do inwestorów kwalifikowanych (profesjonalnych – takich jak fundusze inwestycyjne czy banki), zmieni się głównie nazwa (emisje prywatne zastąpią publiczne), a nie sposób oferowania. Wyjątkiem będą emisje, w których brać będą udział inwestorzy indywidualni. Jeśli emisja przeprowadzana będzie na podstawie prospektu emisyjnego zatwierdzonego przez Komisję Nadzoru Finansowego – nic się nie zmieni. Jeśli jednak oferta będzie kierowana do mniej niż 149 inwestorów na podstawie memorandum informacyjnego, to przeprowadzenie drugiej takiej oferty w roku będzie wymagało opublikowania memorandum informacyjnego zatwierdzonego przez KNF. I od tej zasady wprowadzono wyjątek, bowiem jeśli emisja będzie kierowana do inwestorów, którzy już posiadają „podobne instrumenty”, publikacja memorandum nie będzie konieczna. Wszystkie emisje – bez względu na to, kto będzie ich adresatem – będą musiały być sprawdzone przez agenta emisji, który będzie czuwał nad prawidłowością dokumentacji emisji. Zgodnie z już wcześniej przyjętymi rozwiązaniami, wszystkie emisje obligacji będą musiały być rejestrowane w Krajowym Depozycje Papierów Wartościowych, wszystkie też będą miały postać niematerialną.

Dzięki tak sformułowanym zapisom osiągnięty zostanie podstawowy cel nowelizacji – obligacje korporacyjne nie będą oferowane w sposób taki, jaki robił to GetBack, który przeprowadzał wprawdzie emisje prywatne, ale nawet do kilku emisji dziennie, co zostało określone mianem pełzającej oferty publicznej. Po drugie obligacje nie będą też oferowane inwestorom, którzy nie inwestowali wcześniej w tego typu instrumenty i z tego powodu nieświadomym ryzyka, które obligacjom korporacyjnym towarzyszy. Chyba, że będą to emisje publiczne – czy to na podstawie prospektów emisyjnych czy memorandów informacyjnych, zatwierdzanych przez KNF. Jednak nawet i w tym wypadku szansa na to, że na ofertę nabycia obligacji natknie się osoba nieświadoma ryzyka inwestycji, będzie minimalna, choćby ze względu na już obecnie obowiązujące przepisy i konieczność wypełnienia ankiety MiFID przed podjęciem decyzji o inwestycji.

Jednocześnie nowelizacja ustawy uwzględnia obecnie obowiązujące zapisy – emisje publiczne o równowartości do 2,5 mln EUR w ciągu 12 miesięcy nie będą wymagały zatwierdzania memorandów informacyjnych.

Autor: Emil Szweda, ekspert Michael/Ström Dom Maklerski

Rozbieżne oczekiwania startupów i funduszy VC

Globalne inwestycje venture capital w 2018 r. wzrosły o 40 proc r/r.[1], jednak polski rynek odnotował dramatyczne spadki. Zmianie uległy również oczekiwania startupów dotyczące współpracy z funduszami. Najważniejszymi obszarami wsparcia są: pomoc w znalezieniu inwestorów do kolejnych rund inwestycyjnych (67 proc.), zbudowaniu equity story i otrzymania feedbacku z potencjalnymi funduszami na kolejną rundy inwestycji (49 proc.), konsultacje i wsparcie eksperckie (41 proc.). Fundusz Inovo Venture Partners oraz Market One Capital przeprowadzili ankietę “Oczekiwania vs rzeczywistość – start-upy a fundusze VC” z której wynika, że istnieje duża rozbieżność pomiędzy oczekiwaniami wsparcia funduszu, a ich rzeczywistymi zadaniami.

Znaczenie funduszy venture capital konsekwentnie wzrasta, ich globalne inwestycje wyniosły 190  mld USD i są o 40 proc. wyższe w porównaniu do 2017 r. gdzie osiągnął 135 mld USD. W przeciwieństwie do rynku światowego, polski obszar przeżył drastyczne zmiany, spadek wyniósł 45 proc. r/r – z 384 mln PLN do 213 mln PLN według raportu przygotowanego przez Inovo Venture Partners. Pomimo spadków, rola funduszy pozostaje taka sama, czyli finansowanie, wiedza i doświadczenie dzięki łączeniu founderów z przedsiębiorcami, którzy już przeszli tą drogę i mierzyli się z podobnymi wyzwaniami. Inwestorzy doradzają również w kwestiach organizacyjnych oraz przygotowania do skalowania spółki.

W ankiecie jako najmniej oczekiwaną pomoc wskazano rozwiązywanie konfliktów między założycielami. Co ciekawe, ten punkt został dodany na bazie doświadczeń spółek mających wśród inwestorów czołowe amerykańskie fundusze. Założyciele często nie zdają sobie sprawy, że takowe konflikty się wydarzą i są potencjalnym zagrożeniem wpływającym na rozwój spółki. Nasze doświadczenia pokazują, że. takie konflikty miały miejsce w ponad połowie spółek portfelowych Inovo, dodaje Michał Rokosz, partner Inovo Venture Partners.

Oczekiwania startupów

Z przeprowadzonej ankiety wynika, że najważniejszymi oczekiwaniami startupów są: wsparcie w przygotowaniu kolejnych rund finansowania (67 proc.), zbudowanie equity story i feedback z kilkoma funduszami potencjalnymi na kolejną rundę (49 proc.), konsultacje oraz wsparcie eksperckie (41 proc.). Innym ważnym aspektem pojawiającym się w badaniu jest przedstawienie nowym klientom i wsparcie sprzedaży (38 proc.). Co ważne, ten punkt występuje głównie wśród wolno rosnących spółek o małej skali. Z analizy wynika również, że zaledwie 25 proc. badanych założycieli ocenia wsparcie prawne jako bardzo ważny aspekt.

Rolą funduszu nie jest wyręczanie przedsiębiorców w prowadzeniu biznesu. Naszym zadaniem jest wspomaganie ich w szybszym osiągnięciu celów. Najczęściej wykorzystujemy nasze doświadczenia, wiedzę rynkową lub dostęp do sieci kontaktów. Nie jesteśmy w stanie pomagać wszystkim spółkom w tym samym stopniu. Akceptujemy fakt, że w procesie rozwoju startupu pojawiają się przeszkody. Wówczas skupiamy się na tych spółkach, w których widzimy, że nasza pomoc pozwoli na usunięcie przeszkód, a spółka będzie w stanie wrócić na ścieżkę dynamicznego wzrostu, dodaje Marcin Zabielski Market One Capital.

Jak wynika z danych Inovo mniej niż 50 proc. badanych funduszy potrafi podwoić swoje przychody rok do roku. A to właśnie dynamika na takim poziomie wyróżnia startup od przedsiębiorstwa i uzasadnia inwestycje funduszy VC.

Każda runda finansowania wymaga spełnienia wielu wymagań i wprowadzenia konkretnych ulepszeń w zarządzaniu firmą. Etap “seed” to dobry pomysł, z kolei “seria A” jest momentem, w którym trzeba się wykazać co najmniej 100 proc. wzrostem r/r aby zachęcić fundusz VC, a zaledwie 30 proc. ankietowanych spółek rośnie w tym tempie. Następnymi krokami jest pozyskanie do zespołu osób z doświadczeniem w szybkim skalowaniu organizacji

Fundusze VC mogą zapewnić startupom nie tylko kapitał, ale również pomoc w przejściu konkretnych etapów skalowania spółki. Warto pamiętać, że dobrze przemyślana współpraca i jasny zakres działań może zaowocować powstaniem kolejnego jednorożca.

O ankiecie:

Ankieta “Oczekiwania vs rzeczywistość – start-upy a fundusze VC” zrealizowane zostało przez fundusze Inovo Venture Partners oraz Market One Capital. Badanie przeprowadzono na próbie 63 aktywnych startupów, z czego 59 startupów udzieliło informacji o swoich przychodach, dotychczasowym finansowaniu i oczekiwaniach.

[1] Badanie wyników VC 2018 r. przygotowane przez Inovo Venture Partners

Indeks IFO lepszy od oczekiwań. Premier May zostaje

Wreszcie mamy lepszy od oczekiwań indeks koniunktury od naszego zachodniego sąsiada. Brytyjska premier nie podaje się do dymisji. Bezrobocie w Polsce zgodnie z oczekiwaniami pozostało na poziomie 6,1%.

Nadzieja na zachodzie

Po serii bardzo słabych danych z Niemiec niespodziewanie zobaczyliśmy lepszy od oczekiwań indeks IFO. Jest to badanie ankietowe pokazujące jak zdaniem badanych zachowa się gospodarka w przyszłości. Im wyższy wynik tym lepsze perspektywy. Granica 100 pkt symbolicznie rozdziela przewagę odpowiedzi pozytywnych od negatywnych. 99,6 punktu jest zatem słabym rezultatem, ale to wciąż zdecydowanie lepiej niż oczekiwane przez analityków 98,5 punktu. Po tych danych inwestorzy odetchnęli z ulgą a euro zyskało delikatnie na wartości.

Theresa May zostaje

Wiele środowisk domagało się ostatnio dymisji Theresy May. Nie jest ona na razie jednak zainteresowana układem podania się do dymisji w zamian za wsparcie w najważniejszym głosowaniu brexitowym. Biorąc pod uwagę uciekający czas, 2,5 tygodnia do kolejnego terminu inwestorzy będą pilnie obserwować doniesienia z Wysp Brytyjskich. W piątek na fali lepszych nastrojów co do terminu funt dosyć niespodziewanie umocnił się o 8 groszy względem złotego. Był to dzień kiedy złotówka straciła również względem innych walut, ale strata względem euro wyniosła zaledwie 1,5 grosza.

Bezrobocie w lutym

Dane z polskiego rynku pracy pokazały stabilizację bezrobocia na poziomie 6,1%. Już niedługo prace sezonowe najpierw w rolnictwie a potem w turystyce powinny ponownie obniżyć bezrobocie poniżej 6% do kolejnych historycznych minimów. Biorąc pod uwagę, że rok temu było o 0,7% wyższe latem powinno spaść w okolice nawet 5,5%. Dane te były zgodne z oczekiwaniami analityków stąd niewielka reakcja na rynkach walutowych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

TOP3 trendy, które kształtują przyszłość rynku biurowego

Lepsza jakość powierzchni biurowej, wyższy prestiż obiektów, praca zdalna naśladująca tę w biurze, talent ważniejszy niż odległość – to trendy, które w ciągu najbliższych 20 lat zdominują miejsca pracy. Jak wskazują eksperci CBRE w raporcie „Portfolio 2040”, biura zaczną być postrzegane bardziej jako usługi niż fizyczne aktywa. Miejsca pracy staną się jeszcze bardziej elastyczne, podobnie jak warunki najmu. Już teraz takich powierzchni poszukują firmy z sektorów IT i HI-TECH, usług dla biznesu czy FMCG, a nawet reprezentanci tradycyjnych branż, m.in. finansowej i prawniczej.

Mikołaj Sznajder, Senior Associate Director, Dział Office, CBRE_media
Mikołaj Sznajder

Już teraz widzimy, jak nowe technologie znakomicie odpowiadają na potrzeby rynku pracy. Coraz częściej zdarzają się przypadki osób, których firma ma siedzibę w Polsce, a one pracują bez przeszkód z innego miejsca na Ziemi. To skrajny przykład, ale przy problemach ze znalezieniem odpowiednich specjalistów w mieście czy kraju, w którym znajduje się instytucja, jeszcze częściej pracodawcy będą decydować się na zatrudnianie osób znajdujących się w innych lokalizacjach niż główna siedziba firmy. Dlatego biura będą stawały się coraz bardziej elastyczne. Już dzisiaj obserwujemy, że celem firm nie jest zmieszczenie jak największej liczby osób na jak najmniejszej przestrzeni; ważniejsze stają się efektywność, komfort pracy i możliwość dostosowania przestrzeni do zmieniających się potrzeb rynku pracy – mówi Mikołaj Sznajder, dyrektor działu powierzchni biurowych CBRE.

Trend 1. Jakość zamiast ilości

Jak przewiduje CBRE do 2040 roku nieruchomości biurowe staną się raczej usługą, dzięki której wykonuje się swoje obowiązki zawodowe, a nie posiadaną przestrzenią. Duża liczba nowoczesnych rozwiązań ułatwiających pracę, których będziemy doświadczać na co dzień w 2040 roku, sprawi, że to na nie, zamiast np. na wielkość przestrzeni, pracownicy i pracodawcy będą kładli największy nacisk. Biura będzie można coraz bardziej dostosowywać do potrzeb firmy, np. w prosty sposób zmieniając wystrój z konferencyjnego na strefy cichej pracy. Elastyczny czas i miejsce pracy sprawi, że wiele firm zacznie odchodzić od stałego wynajmu przestrzeni, na rzecz krótkotrwałego, dopasowanego do rytmu pracy w firmie. W efekcie więcej instytucji zacznie współdzielić biura, wymieniając się miejscami w zależności od potrzeb. Firmy będą mogły pozwolić sobie na wynajem miejsc o wyższym prestiżu, lepszej jakości i funkcjonalności – biura zyskają na znaczeniu jako wizytówki swoich instytucji. W gąszczu możliwości, które będą dawać firmom nowoczesne przestrzenie do pracy, wzrośnie znaczenie specjalistycznego doradztwa, które pozwoli instytucjom wybrać miejsce najlepiej dopasowane do ich potrzeb.

Trend 2. Zdigitalizowany talent

Według raportu „Portfolio 2040” za 20 lat więcej niż połowa pracowników będzie pracować przynajmniej częściowo zdalnie. Coraz trudniejsza rywalizacja o dobrych specjalistów na rynku pracy sprawi, że pracodawcy zaczną wypatrywać pracowników poza granicami swojego miasta, czy nawet kraju. Zatrudnienie takiej osoby nie będzie musiało wiązać się z jej przeprowadzką. W 2040 roku coraz powszechniejsze avatary rozwiążą wiele potrzeb związanych ze spotkaniami zespołowymi i nawiązywaniem relacji w grupach. Nowe technologie dadzą szersze możliwości poznawania siebie nawzajem i budowania dobrej współpracy. Dlatego w nowoczesnych biurach to nie biurka zdominują przestrzeń, a rozwiązania umożliwiające efektywne spotkania na odległość. Popularne konferencje telefoniczne (conference calls) muszą zostać zastąpione nie tylko spotkaniami video, ale mogą pójść znacznie dalej dzięki rozwiązaniom kamer 360, holografom czy wirtualnym asystentom. Jeszcze bardziej wzrośnie więc znaczenie nowoczesnych technologii używanych w biurach.

Trend 3. Home office przyszłości

Czas wolny już teraz coraz odważniej wchodzi do biur w postaci miejsc spotkań i relaksu. Zgodnie z przewidywaniami ekspertów CBRE, do 2040 roku praca równie przebojowo znajdzie swoje miejsce w domach. Biura staną się coraz bardziej prestiżowe, podobnie jak miejsca pracy tworzone w mieszkaniach. Domy będą projektowane i budowane z uwzględnieniem  dopasowanych do konkretnych potrzeb miejsc pracy. Osoby pracujące zdalnie będą miały możliwość „podłączenia się” do wirtualnego biura zaprojektowanego zgodnie z filozofią marki i samodzielnie dostosowującego parametry pomieszczenia, takie jak oświetlenie czy temperatura, do stojącego przed pracownikiem zadania. Organizacje oferujące możliwość dobrej komunikacji z biurem podczas pracy w domu będą przyciągać najlepszych pracowników. Nie oznacza to jednak, że biura nie będą już potrzebne. Będą spełniać jedynie inną rolę. Pracownicy, którzy nie będą chcieli pracować zdalnie lub nie będą mieć warunków do pracy w domu wciąż będą korzystać z przestrzeni biurowej. Z pewnością część z nich będzie potrzebować również bezpośredniej interakcji i socjalizacji z zespołem oraz wygód, które będą oferować nowoczesne, dobrze wyposażone biura.

Kalkulacja car-sharing kontra rent a car. Co opłaca się bardziej?

Samochód na godziny, czy na doby?

Car-sharing, czyli wynajem samochodów na minuty, z impetem wjechał do największych polskich miast. Warto jednak pamiętać, że to nie jedyna forma wynajmu aut. Stary dobry rent-a-car także staje się coraz nowocześniejszy, a w wielu sytuacjach okazuje się nawet bardziej opłacalny.

Dlaczego car-sharing wzbudza tak duże zainteresowanie mediów i potencjalnych klientów? Idea współdzielenia jednego pojazdu pomiędzy wielu użytkowników w ciągu jednej doby wpisuje się w rozmaite oczekiwania.

Car-sharing jest trendy, ale…

Dla klientów auto na minuty oznacza niższe koszty i większą elastyczność. Młody człowiek, szczególnie gdy nie ma jeszcze własnej rodziny, zamiast kupować samochód, może wynajmować auto dokładnie wtedy, gdy go potrzebuje. Nie płaci przy tym za parkingi, paliwo, naprawy czy ubezpieczenie. Jest wygodnie, a koszty nie tak znowu duże – szczególnie gdy zestawi się je  z ratą kredytu czy leasingu za własny samochód. Z kolei dla osoby, która korzysta z car-sharingu sporadycznie, auto na minuty to dobra alternatywa dla taksówki.

Druga sprawa wiąże się z faktem, że car-sharing może być odpowiedzią na problem korków i zanieczyszczenia środowiska. Gdyby idea korzystania z aut na minuty faktycznie przyjęła się na dużą skalę, a mieszkańcy zaczęliby pod jej wpływem rezygnować z własnych samochodów, w miastach byłoby mniej tłoczno. A gdyby do tego wszystkie auta na minuty były hybrydowe, czy – jeszcze lepiej – elektryczne, korzystny wpływ takiego trendu na środowisko byłby bardzo znaczący. No właśnie – gdyby…

Problem w tym, że elektryfikacja motoryzacji w Polsce to pieśń przyszłości. Póki co, samochodów elektrycznych nie ma gdzie ładować. Zamiast masowego wykorzystywania aut na minuty, jak na razie mamy przepełnione parkingi, na których obok cywilnych samochodów mieszkańców, dodatkowo pojawiły się dziesiątki pojazdów na wynajem. W związku z tym słychać coraz więcej głosów osób niezadowolonych z faktu, że wypuszczenie na ulicę dodatkowych samochodów (w Warszawie jest ich kilkaset) jeszcze zmniejszyło – i tak niewystarczającą – liczbę dostępnych miejsc parkingowych.

Rent-a-car to wciąż niezła alternatywa

Moda na car-sharing spowodowała, że tradycyjne wypożyczalnie samochodów zaczęły tracić na atrakcyjności w oczach klientów poszukujących nowoczesnych i elastycznych rozwiązań. Ale czy słusznie? Przecież wynajem auta z floty wypożyczalni, to także sposób na realizację idei współdzielenia i rozwiązanie typu MaaS (Mobility as a Service).

Dziś na rynku rent-a-car obecne są nowoczesne firmy z flotami aut pochodzącymi prosto z salonu. W dobrej klasy wypożyczalni nie znajdziemy samochodu starszego niż 3-letni, a standardem są pojazdy o śladowym przebiegu i bardzo młodym wieku. W dodatku, do tej branży także wchodzą nowinki techniczne oraz rozwiązania dające klientom wygodę i swobodę, niewiele mniejszą niż w przypadku car-sharingu.

– W naszej firmie zarówno odbiór, jak i zdanie auta odbywa się bez zbędnych papierów, na tablecie – mówi Ireneusz Tymiński z ogólnopolskiej sieci wypożyczalni Emotis – Samochód można zarezerwować online lub przez telefon, a na życzenie pojazd może zostać podstawiony w miejsce wskazane przez klienta, np. na lotnisko lub pod dom – podkreśla.

W wypożyczalni klient ma do wyboru auto dowolnej klasy. Może być to auto miejskie, kompaktowe kombi, elegancka limuzyna, van, a nawet suv lub samochód dostawczy. Nie da się ukryć, że w car-sharingu nie możemy liczyć na tak szeroki wybór.

Zazwyczaj w formule car-sharingu nie możemy także zarezerwować samochodu na konkretny termin, przez co może się okazać, że o planowanej godzinie wyjazdu, zamiast zaczynać podróż, będziemy biegali po osiedlu w poszukiwaniu dostępnego samochodu.

Co opłaca się bardziej?

Czy jednak cena wynajmu auta na minuty nie rekompensuje tych niedogodności? W praktyce, zależy to od czasu, na jaki chcemy wypożyczyć samochód oraz od dystansu, jaki zamierzamy przejechać.

W Emotis wypożyczenie auta miejskiego klasy B (np. Peugeota 208) kosztuje 78 zł brutto za 24 godziny. Do tego musimy doliczyć koszty paliwa. Zakładając, że samochodem przejedziemy 200 km, a średnie zużycie benzyny wyniesie 6 l/100 km, to przy cenie 5 zł za litr, doliczyć trzeba 60 zł. Łączny koszt wynajmu wyniesie 138 zł.

W tym samym czasie (24 h) za wynajem Toyoty Yaris w jednej z sieci car-sharingu w Warszawie zapłacimy 90 zł (opłata za dobę wynajmu) oraz 130 zł za przejechany dystans 200 km (przy stawce 0,65 zł/km). Nie będziemy musieli tankować z własnej kieszeni, ale i tak łączny koszt będzie wyższy – wyniesie w sumie 220 zł. Różnica? W tym przypadku – 82 zł, z korzyścią na rzecz rent-a-car.

Oczywiście wiele zależy od indywidualnej sytuacji. Jeśli potrzebujemy auta na godzinę, car-sharing opłaca się bardziej. Jeśli jednak musimy przejechać z jednego na drugi koniec Warszawy i z powrotem, a po drodze utkniemy w korkach, sytuacja może się diametralnie zmienić.

Jeśli czas użytkowania samochodu w ciągu doby osiągnie 3 godziny, car-sharing może przestać być korzystny. Załóżmy taki właśnie czas i dystans 60 kilometrów. Za czas wynajmu zapłacimy wtedy 90 zł, a za przejechany dystans – 39 zł. Nie uwzględniamy opłaty za ewentualny postój, ale i tak łączny koszt wynosi 129 zł.

Fakt – w tym przykładzie car-sharing wychodzi trochę taniej, ale w ramach rent-a-car wystarczyłoby dopłacić 9 zł, a moglibyśmy mieć samochód na całą dobę, z limitem 200 km w cenie.

Choć wiele zależy od konkretnej sytuacji, warto mieć świadomość, że car-sharing w obecnych warunkach nie stanowi antidotum na korki i nie zawsze okazuje się rozwiązaniem najkorzystniejszym ekonomicznie. Dziś obydwie formy wynajmu mogą być równie nowoczesne, a ich koszty – porównywalne.

Jeśli potrzebujemy podjechać kilka kilometrów, a na ulicy właśnie stoi wolny samochód – car-sharing sprawdzi się wyśmienicie. Jeśli jednak potrzebujemy auta konkretnego segmentu na kilka godzin lub dłużej, warto sprawdzić, czy rent-a-car nie zaoferuje nam więcej i w niższej cenie. Tak, ekonomia współdzielenia transportu ma sens!

SAS i NVIDIA ogłaszają współpracę przy projektach deep learning i computer vision

SAS ogłasza współpracę z firmą NVIDIA, na rzecz wsparcia biznesu we wdrażaniu sztucznej inteligencji (ang. Artificial Intelligence – AI). Firmy będą współpracować przy projektach uczenia maszynowego, rozpoznawania obrazów i przetwarzania języka naturalnego. Wsparciem dla kluczowych elementów rozwiązań SAS AI będą układy NVIDIA GPU wykorzystujące architekturę obliczeniową (biblioteki) CUDA-X, dzięki czemu procesy analityczne będą jeszcze szybsze i dokładniejsze.

Sztuczna inteligencja wpływa na rozwój biznesu, niezależnie od branży. Sercem transformacji opartej na AI jest zaawansowana analityka. Wydajne procesory GPU, wykonujące miliony operacji matematycznych w bardzo krótkim czasie, pomagają przyspieszyć procesy analityczne. Współpraca z firmą NVIDIA sprawi, że biznes będzie mógł lepiej wykorzytać potencjał zarówno sztucznej, jak i ludzkiej inteligencji mówi Gavin Day, wiceprezes ds. technologii w SAS.

W branżach takich, jak opieka zdrowotna, nauki przyrodnicze, produkcja i finanse, sztuczna inteligencja ma szczególne znaczenie. Oto kilka przykładów, w jaki sposób SAS i NVIDIA wspierają swoich klientów w działaniach związanych z AI:

  • Dostawcy usług medycznych wykorzystują rozpoznawanie obiektów do identyfikacji komórek nowotworów złośliwych i odróżniania ich od komórek raka łagodnego.
  • Zakłady produkcyjne wykorzystują technologię rozpoznawania obiektów do wykrywania wad zanim produkty opuszczą linie produkcyjne.
  • Instytucje finansowe oszczędzają biliony dolarów dzięki systemom do wykrywania nadużyć.

Współpraca z SAS pomoże klientom korporacyjnym wykorzystać pełnię możliwości, które daje sztuczna inteligencja. Dzięki technologii NVIDIA, firmy będą mogły przyspieszyć wszytkie procesy związane z zarządzeniem i przetwarzaniem danych, wprowadzać innowacje, rozwijać portfolio usług i zwiększać rentownośćmówi Ian Buck, wiceprezes i dyrektor generalny Accelerated Computing w NVIDIA.

Dzięki wsparciu platformy SAS® Viya® przez rozbudowane układy NVIDIA GPU, w tym produktów, takich jak SAS Visual Data Mining and Machine Learning oraz SAS Event Stream Processing – klienci mogą korzystać z ogromnego potencjału AI do wykrywania obiektów, zamiany mowy na tekst, klasyfikacji i rozpoznawania obrazów oraz emocji. Firmy wykorzystują również deep learning oraz schematy podejmowania decyzji w oparciu o dane w urządzeniach peryferyjnych (ang. edge devices), co stwarza nowe możliwości dla całych ekostytemów IoT. Przykładowo wyposażenie drona w technologię AI znacznie zwiększa jego możliwości. Może on np. monitorować z powietrza infrastrukturę przedsiębiorstwa co jest wykorzytywane w branżach posiadających zasoby zlokalizowane na dużym obszarze, m.in. energetycznej lub lokalizować potencjalne awarie i zawiadamiać o potrzebie przeprowadzenia konserwacji prewencyjnej w zakładach przemysłowych. Dzięki procesorowi graficznemu oraz wbudowanym w drona funkcjom analitycznym, analizy mogą być dokonywane w czasie rzeczywistym, w miejscu gdzie znajdują się dane. Pozwala to na jeszcze szybsze i dokładniejsze podejmowanie decyzji.

Partnerstwo z firmą NVIDIA jest jednym ze strategicznych elementów zaangażowania SAS w projekty sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. SAS zapowiada również, że w ciągu najbliższych trzech lat zainwestuje miliard dolarów w innowacyjne oprogramowanie AI, programy edukacyjne oraz inne zasoby związane z rozwojem w tym obszarze.

Instytut Matematyczny PAN: Matematycy mogą mieć wpływ na konkurencyjność polskiej gospodarki

Jeszcze 60 lat temu większość prowadzonych przez przemysł badań i prac rozwojowych bazowała na eksperymentach i prostych kalkulacjach. Rewolucja komputerowa sprawiła, że dzisiaj trudno wskazać wartościową społecznie lub ekonomicznie działalność, która nie wykorzystywałaby osiągnięć matematyki. Zakończona w ubiegłym tygodniu 144 edycja European Study Group with Industry (ESGI144) pokazała, że nie ma problemów biznesowych, których rozwiązania nie można powierzyć matematykom.

22 marca br. zakończył się matematyczny hackathon ESGI zorganizowany w Warszawie przez Instytut Matematyczna PAN przy współpracy z Ambasadą Brytyjską. ESGI miała numer 144, tyle bowiem edycji odbyło od pierwszego hackatonu zorganizowanego w Oxfordzie 50 lat temu. Matematycy (od studentów studiów doktoranckich po wybitnych profesorów) z różnych krajów europejskich przedstawili przygotowane po kilku dniach intensywnej pracy propozycje rozwiązania problemów biznesowych zdefiniowanych przez cztery działające w Polsce firmy – Fortum, KGHM, One2Tribe oraz RoomSage. Na ESGI144 ogłoszono, że publikacją raportów z tego i kolejnych ESGI będzie zajmował się od tej pory Cambridge University Press.

„Oczywiście są matematycy, którzy potrafią doskonale liczyć, ale w naszej dziedzinie to tylko poboczna umiejętność. Znaczna część matematyków nie zajmuje się obliczeniami przez większość swojej kariery. Matematyka to uniwersalny sposób opisu świata, a matematycy zastanawiają się, jak są połączone obiekty, jakie mają własności. Dlatego błędem jest myślenie, że matematyka może przydać się biznesowi tylko wtedy, gdy trzeba przetworzyć dane. Każdy problem, który wymaga zastanowienia się co, z czym i jak jest powiązane, co z czego wynika, to potencjalnie zadanie dla matematyka” – powiedział dr Kamil Kulesza, Chairman ESGI144 w Instytucie Matematycznym PAN.

Ważna funkcja ESGI

Na matematyce w coraz większym stopniu opierają się nauki biologiczne, fizyczne, inżynieryjne a nawet społeczne. Dodatkowo rosnące zbiory danych, uczenie maszynowe i sztuczna inteligencja – wszystko to sprawia, że znaczenie matematyki ciągle wzrasta i trend ten nabierze jeszcze dynamiki. Matematyka staje się dzisiaj jedną z najpotężniejszych technologii. Państwa i firmy, które tego nie dostrzegają, ryzykują, że przestaną się liczyć we współczesnym, w coraz większym stopniu cyfrowym świecie.

Dlatego tak wielkiego znaczenia nabierają wspólne działania biznesu, administracji publicznej, uniwersytetów i instytucji nauki na rzecz wspierania matematyki użytkowej, jak po polsku nazywa się często brytyjską industrial mathematics. Mogłoby się wydawać, że przełomowe osiągnięcia matematyczne wymagają teoretycznie jedynie kartki papieru i ołówka. Mogą przy tym powstawać na bezludnych wyspach. Wyzwaniem pozostaje jedynie potrzebny na to czas. Jeśli chcemy planowo przyspieszać innowacje i napędzać gospodarkę, potrzebna jest współpraca i wspomaganie transferu „technologii” z ośrodków akademickich do biznesu.

ESGI to sprawdzona w skali globalnej formuła spotkań roboczych, w trakcie których rozwiązywane są rzeczywiste problemy firm. To bardzo atrakcyjna metoda budowania współpracy świata nauki ze światem biznesu a zarazem miejsce, w którym czysta nauka tworzy wartości utylitarne, które przedsiębiorstwa mogą szybko wdrożyć w życie. W ESGI ciekawe jest nie tylko to, że matematycy mogą skonfrontować się z kluczowymi problemami świata biznesu. Stanowi ona także jedno z rozwiązań problemu finansowania nauki.

„Zwłaszcza w Polsce słychać narzekania wielu naukowców, że brakuje im środków na badania. ESGI wskazuje sposób optymalnego rozwiązania tego negatywnego zjawiska. Pracując nad problemami, które mają wartość biznesową, naturalne jest to, że jesteśmy odpowiednio wynagradzani. Dzięki temu nie trzeba zajmować się aplikowaniem o granty. Projekty stricte naukowe można finansować samodzielnie, nie licząc na pieniądze podatników. Przy tym nie tylko korzystamy z publicznych pieniędzy, ale też utrzymujemy dobre relacje ze społeczeństwem” – powiedział dr Kamil Kulesza.

Modele matematyczne w akcji – nad czym pracowano na ESGi144

Uczestnicy ESGI pracowali nad następującymi problemami.

Działająca w segmencie energetyki firma Fortum zgłosiła dwa projekty:

opracowanie modelu termicznego budynków, który wykorzystywałby informacje spływające w czasie rzeczywistym a także uwzględniał interakcje użytkowników; celem jego działania miało być zasilanie informacjami inteligentnego systemu sterowania podstacją cieplną, dostarczanie prawie na bieżąco informacji o komforcie termicznym do właścicieli mieszkań oraz stworzenie modelu podziału kosztów ogrzewania pomiędzy właścicieli mieszkań, który będzie adaptował się do realnej dystrybucji temperatury w budynku,

zaprojektowania modelu grywalizacyjnego, który wykorzystywałby informacje zwrotne od użytkowników do optymalizacji zarządzania energią cieplną w budynku. Z punktu widzenia użytkowników największą korzyścią miały być przede wszystkim mniejsze rachunki za energię cieplną a przy tym model miał uwzględniać (ale nie preferować żadnego z nich) także inne elementy: preferencje poszczególnych mieszkańców odnośnie komfortu termicznego, ich cele finansowe, a także świadomość ekologiczną.

Firma RoomSage zgłosiła projekt wyboru najlepszej metody segmentacji klientów hoteli, która pozwoliłaby na tworzenie spersonalizowanych ofert dla tych segmentów, które gwarantują najlepszą wartość w przeliczeniu na kliknięcie w reklamę internetową.

Firma One2Tribe zgłosiła projekt opracowania optymalnych scenariuszy minimalizowania stresu pracowników – członków dużych zespołów, przy założeniu, że maksymalizowana jest wartość biznesowa pracodawcy, a minimalizowany poziom stresu pracowników. Innymi słowy matematycy przygotowywali model, który dostarczałby odpowiedzi na pytanie: jak optymalnie zrealizować cele organizacji, a jednocześnie maksymalizować morale pracowników (w tym metodami pozapłacowymi), tak aby byli zaangażowani i chcieli pozostać w firmie.

„Przedstawione rozwiązanie jest modelem, którego poszukujemy. Bardzo podoba mi się to, że otrzymaliśmy ściśle matematyczne rozwiązanie, nieodnoszące się do konkretnego systemu informatycznego. Pierwszy krok, który chciałbym zrobić po otrzymaniu finalnego raportu, to przygotowanie projektu pilotażowego, który sprawdzi model w praktyce. Dlatego liczę, że wkrótce będziemy mogli współpracować na komercyjnych zasadach z osobami z zespołu ESGI, który pracował nad naszym problemem” – powiedział Wojciech Ozimek, prezes i współzałożyciel One2tribe, które zaproponowało projekt na ESGI144.

Zgłoszony przez KGHM projekt dotyczył stworzenia algorytmu umożliwiającego prognozowanie wystąpienia zjawisk sejsmicznych o określonej energii a także – w oparciu o stworzony algorytm – zbudowania metody selekcji parametrów operacyjnych pozwalających na prognozowanie zbliżających się i nieuniknionych zjawisk sejsmicznych w określonym czasie.

„W tegorocznej edycji ESGI projekty dotykały bardzo różnych obszarów matematyki. Niektóre korzystały z całego spektrum dostępnych narzędzi i teorii matematycznych, ale niektóre skupiały się na bardzo wąskich obszarach. Przykładowo w jednym z projektów zgłoszonych przez Fortum bazowano na wykorzystywanych w fizyce modelach matematycznych, modelowaniu przepływu ciepła, równaniach różniczkowych – to bardzo ciekawy kawałek matematyki. Bardzo się cieszę, że projekt ten spotkał się z dużym zainteresowaniem uczestników” – dodał dr Kamil Kulesza.

Czy opłaca się teraz odsprzedać mieszkanie?

Długookresowy i wyraźny wzrost cen mieszkań zawsze jest czynnikiem zachęcającym do odsprzedaży „M” wcześniej kupionego w celach typowo inwestycyjnych. Można sądzić, że pod wpływem doniesień z rynku mieszkaniowego, spora część inwestorów obecnie bierze pod uwagę sprzedaż lokalu. Właśnie dlatego eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili sprawdzić, ile w przypadku odsprzedaży typowego mieszkania mogłaby zarobić osoba, która kupiła taki lokal dwa lata wcześniej.   

Zyskowna odsprzedaż używanych lokali bywa łatwiejsza

Wysokość zysku z odsprzedaży mieszkania kupionego w celach inwestycyjnych, może zależeć od wielu czynników. Wg portalu RynekPierwotny.pl bardzo ważną kwestią jest na przykład to, czy po zakupie inwestor wydał dodatkowe środki na remont lub wykończenie „M”. Najprostszy wariant zakłada zakup używanego mieszkania, które właściciel odsprzedaje bez wcześniejszego zainwestowania znaczących środków. Właśnie taki wariant został uwzględniony na poniższym wykresie.

Wspomniany wykres przedstawia szacunkowy zysk, który pod koniec 2008 roku, 2010 roku, 2012 roku, 2014 roku, 2016 roku oraz 2018 roku mógł osiągnąć inwestor odsprzedający używane mieszkanie kupione dwa lata wcześniej. Przykładowa analiza zakłada kupno i odsprzedaż mieszkania po średniej transakcyjnej cenie 1 mkw. z rynku wtórnego. Warto podkreślić, że wyniki widoczne na poniższym wykresie uwzględniają dane dla siedmiu największych rynków mieszkaniowych (Warszawy, Krakowa, Łodzi, Wrocławia, Poznania, Gdańska oraz Gdyni). Uproszczone obliczenia analityków RynekPierwotny.pl nie obejmują wpływu takich czynników, jak koszty transakcyjne (m.in. notarialne), dwuletnia inflacja i konieczność zapłaty podatku PIT od zysku ze sprzedaży mieszkania.

Pomimo wymienionych uproszczeń, wyniki obliczeń dobrze pokazują, że w ostatnim czasie znacząco poprawiły się perspektywy zyskownej odsprzedaży mieszkania. Stopa zysku brutto na sprzedaży typowego używanego lokum z siedmiu największych rynków w IV kw. 2018 r. wyniosła bowiem 16% (przy założeniu kupna „M” dwa lata wcześniej). Lepszy wynik (zysk brutto: 28%) notowano tylko pod koniec 2008 r. Analogiczne wyniki z końca 2010 roku, 2012 roku, 2014 roku oraz 2016 roku wyniosły odpowiednio: (-9%), (-9%), (+1%) oraz (+4%).Odsprzedaż mieszkań RP wyk.1

Trudniej zarobić na wykończonym i nowym mieszkaniu …

Zysk z odsprzedaży lokalu może być trudniejszy do osiągnięcia, jeżeli po zakupie nowego mieszkania w stanie deweloperskim, inwestor sporo zapłacił za jego wykończenie. Kolejny wariant analizy zakłada, że pod koniec 2016 r. nowe mieszkanie z różnych miast wojewódzkich zostało kupione za średnią transakcyjną cenę 1 mkw. na rynku pierwotnym, a nabywca następnie zapłacił 1500 zł/mkw. za wykończenie „M” (tymczasowo przeznaczonego do wynajmu). Poniższa tabela prezentuje ceny 1 mkw., za jakie po dwóch latach trzeba byłoby sprzedać lokum, aby uzyskać zwrot za koszty wykończenia i dodatkowy zysk na poziomie 5% i 10% (bez uwzględnienia podatku PIT oraz inflacji).

Informacje z poniższego zestawienia sugerują, że uzyskanie ceny sprzedaży zapewniającej założony zysk i zwrot kosztów wykończenia lokum niekoniecznie będzie łatwe. W przypadku Warszawy, mówimy bowiem o cenie transakcyjnej 1 mkw. wynoszącej odpowiednio 9 645 zł (zysk brutto 5%) oraz 10 105 zł (zysk brutto 10%).

Dla porównania, średnia cena sprzedaży 1 mkw. używanego warszawskiego lokalu w IV kw. 2018 r. wynosiła 8259 zł. Oczywiście można argumentować, że wykończone i prawie nowe lokum w dobrej lokalizacji powinno zostać sprzedane za cenę znacząco wyższą od średniej. Tym niemniej, analiza portalu RynekPierwotny.pl pokazuje, że koszty wykończenia lokum w stanie deweloperskim są ważnym elementem wpływającym na opłacalność inwestycji. W ciągu ostatnich 2 lat – 3 lat, takie koszty niestety wzrosły ze względu na coraz wyższe ceny materiałów wykończeniowych i drożejącą robociznę.Odsprzedaż mieszkań RP tab.1

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Debata i głosowanie nad pakietem mobilności już w najbliższą środę 27.03.2019

Debata i głosowanie nad pakietem mobilności na sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego odbędzie się już w najbliższą środę 27.03.2019. Sprawdź szczegóły głosowań.

Zgodnie z informacjami zawartymi w oficjalnym harmonogramie prac Parlamentu Europejskiego już w najbliższą środę (tj. 27.03.2019) podczas sesji plenarnej nastąpią głosowania związane z najważniejszymi aspektami tzw. pakietu mobilności. Głosowania będą poprzedzone ponad  trzygodzinną debatą.

Łukasz Włoch OCRK
Łukasz Włoch, ekspert OCRK

Zaskakujące jest to, że ogłoszenie o debacie i planowym głosowaniu nie zostało poprzedzone żadnymi wcześniejszymi oficjalnymi rozmowami i informacjami. Po ostatnim spotkaniu prace nad pakietem mobilności odroczono, by lepiej się do nich przygotować oraz by prace nad propozycjami europosłów były prowadzone w spokoju, a nie w atmosferze przedwyborczego napięcia. W związku z tym europarlamentarzyści, którzy będą podejmować jedne z najważniejszych decyzji dla międzynarodowego transportu drogowego, mogą nie czuć się dostatecznie przygotowani do tej debaty. Głosowanie w trybie pilnym, nie wróży dobrze polskim przedsiębiorcom. Taka sytuacja zaskoczyła nie tylko przewoźników, ale również obserwatorów i komentatorów w branży transportowej – mówi Łukasz Włoch, główny ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK).

Celem propozycji jest poprawa egzekwowania przepisów w sektorze transportu drogowego i lepszego zwalczania nielegalnych praktyk, takich jak np. firmy skrzynki-pocztowe. Mają one określić również, do jakich operacji transportowych powinny mieć zastosowanie przepisy dotyczące delegowania pracowników (zagranicznej płacy minimalnej) oraz kwestie związane z czasem odpoczynku kierowców. Planowane są głosowania w następujących tematach:

1.    Wymogi w zakresie egzekwowania prawa oraz szczegółowe zasady dotyczące delegowania kierowców w sektorze transportu drogowego:
http://www.europarl.europa.eu/doceo/document/A-8-2018-0206_PL.html?redirect
2.    Maksymalny dzienny i tygodniowy czas prowadzenia pojazdu, minimalne przerwy oraz dzienny
i tygodniowy czas odpoczynku, a także określanie położenia za pomocą tachografów:  http://www.europarl.europa.eu/doceo/document/A-8-2018-0205_PL.html?redirect
3.    Dostosowanie do zmian w sektorze transportu drogowego (dostęp do rynku): http://www.europarl.europa.eu/doceo/document/A-8-2018-0204_PL.html?redirect

Ze szczegółami powyższych sprawozdań poddanych pod głosowanie można zapoznać się na stronie Parlamentu Europejskiego – link znajduje się obok tematu głosowania. Łącznie sprawozdania zawierają setki poprawek. Podczas sesji posłowie są uprawnieni do zmiany przedłożonego im tekstu poprzez wprowadzenie własnych poprawek lub zmianę obecnych. Najczęściej posłowie głosują najpierw nad każdą poprawką osobno, a następnie nad zmienionym tekstem jako całością.

Sesje plenarną będzie można śledzić na żywo na stronie: http://www.europarl.europa.eu/plenary/pl/home.html

Brexit to niejedyny problem europejskich gospodarek

Zeszły tydzień obfitował w dość istotne wydarzenia dla rynków finansowych i zmienność na głównych parach była dość duża. To nie może dziwić, ponieważ nieczęsto otrzymujemy aż tak niepokojące informacje.

Zwłaszcza euro ma za sobą dość zmienny tydzień. Po środowym spotkaniu Rezerwy Federalnej wspólna europejska waluta umocniła się do poziomu, który był najwyższy od siedmiu tygodni. Euro zareagowało w ten sposób na spotkanie decyzyjne Rezerwy Federalnej, podczas którego FOMC zdecydowało się obciąć prognozowaną ścieżkę stóp procentowych. Z kolei piątkowy odczyt wskaźników aktywności biznesowej PMI dla strefy euro okazał się bardzo słaby, co doprowadziło do osłabienia euro do poziomu poniżej 1,13 w relacji do dolara amerykańskiego. Na rynek finansowy wróciły również obawy co do możliwości recesji w strefie euro.

Przechodząc do Wielkiej Brytanii: Theresa May zdołała skutecznie przedłużyć termin Brexitu, aczkolwiek Rada Europejska zaoferowała Wielkiej Brytanii mniej dodatkowego czasu, niż chciała tego premier. W najbliższym tygodniu Brexit najpewniej nadal będzie dominował nad zmianami na rynku walutowym. Oczekuje się, że już we wtorek Theresa May podda Withdrawal Agreement po raz trzeci do głosowania w Izbie Gmin. Aczkolwiek wiele wskazuje na to, że propozycja znowu zostanie odrzucona przez parlament.

PLN

Przez większą część ubiegłego tygodnia polski złoty umacniał się w relacji do głównych walut. W piątek doznał jednak istotnego osłabienia związanego ze zmianami na parze EUR/USD po publikacji rozczarowujących danych PMI, reagując podobnie jak reszta płynnych walut regionu. W konsekwencji zakończył tydzień na poziomie niemal niezmienionym w relacji do euro.

Co tyczy się informacji z kraju z ubiegłego tygodnia, były one przytłaczająco pozytywne. Pozytywnie zaskoczyły rynek pracy, sprzedaż detaliczna oraz – szczególnie – produkcja przemysłowa, która zdaje się nadal opierać spowolnieniu notowanemu w strefie euro. Wszystkie te odczyty sugerują, że ekspansja gospodarcza w pierwszym kwartale roku prawdopodobnie jest nieco wyższa, niż można było myśleć jeszcze kilka tygodni temu.

Najbliższy tydzień przyniesie kilka interesujących wiadomości. W poniedziałek poznamy szacunek stopy bezrobocia w lutym, w piątek szacunek inflacji w marcu oraz rewizję oceny wiarygodności kredytowej przez agencję Fitch. W kontekście tej ostatniej warto zwrócić uwagę na retorykę agencji dotyczącej sytuacji fiskalnej. W tym momencie jednak mało prawdopodobna wydaje się zmiana ratingu, czy perspektywy.

GBP

Przez ubiegły tydzień funt brytyjski zachowywał się niczym waluta emerging markets. W czwartek niepewność związana z perspektywą tzw. Brexitu bez umowy doprowadziła do deprecjacji szterlinga, natomiast pod koniec tygodnia, dzięki wydłużeniu terminu na wyjście Wielkiej Brytanii z UE przez Radę Europejską, funt zdołał odrobić poniesione straty.

Jeżeli Theresa May zdoła przekonać parlament do akceptacji swojego porozumienia, termin na wyjście Królestwa z Unii Europejskiej przypadnie na 22 maja. Jeżeli jednak umowa May zostanie odrzucona, termin Brexitu zostanie wyznaczony na 12 kwietnia. Aby uniknąć ryzyka tzw. Brexitu bez umowy, brytyjski rząd powinien wówczas po raz kolejny wystąpić o przedłużenie wejścia w życie artykułu 50. W przypadku odrzucenia Withdrawal Agreement spodziewamy się osłabienia funta brytyjskiego w relacji do USD do poziomu zdecydowanie poniżej 1,30. W przypadku porażki w Izbie Gmin rynki finansowe zaczną przygotowywać się na możliwość realizacji scenariusza, w którym Wielka Brytania występuje z Unii Europejskiej już za nieco ponad dwa tygodnie – bez umowy regulującej dalsze stosunki Królestwa ze Wspólnotą.

Uważamy jednak, że dużo bardziej prawdopodobne zdaje się kolejne przedłużenie Brexitu, albo dalsze negocjacje nad porozumieniem między Zjednoczonym Królestwem z UE. Tym samym funt powinien utrzymać się na poziomie powyżej 1,30.

EUR

Opublikowane w zeszłym tygodniu kluczowe wskaźniki aktywności biznesowej PMI w strefie euro mocno rozczarowały. Tym samym w piątek wspólna europejska waluta osłabiła się o ponad pół procenta w relacji do dolara amerykańskiego. O ile wskaźnik dla sektora usług utrzymał względnie stabilny poziom, to w przemyśle od dłuższego czasu utrzymuje się trend spadkowy. W marcu wskaźnik PMI dla tego sektora spadł do poziomu 47,6, co oznacza wyraźne spowolnienie w tej części gospodarki. Duży wpływ na niski poziom indeksu dla strefy euro mają problemy sektora w Niemczech.

Kolejne rozczarowanie danymi makroekonomicznymi w strefie euro ponownie wzbudziło obawy przed recesją w bloku walutowym w 2019 r. Naszym zdaniem warto również zwrócić uwagę, że niski poziom wskaźników PMI potwierdza, że Europejski Bank Centralny nie zdecyduje się na podwyżkę stóp procentowych w 2019 roku. Uważamy, że brak aktywności w polityce monetarnej sprawi, że kurs EUR/USD pozostanie w okolicy obecnych poziomów co najmniej do końca roku.

USD

W raporcie poprzedzającym spotkanie FOMC podkreślaliśmy, że kluczowym dla reakcji dolara amerykańskiego na posiedzenie banku centralnego nie będzie to, czy Rezerwa Federalna zdecyduje się obniżyć projekcje przyszłego poziomu stóp procentowych. Ważniejsze było pytanie, w jakim stopniu decydenci Fedu obetną prognozy. Nasz pogląd potwierdził się w zeszłą środę wieczorem. Wówczas FOMC opublikował nowy „dot plot”, z którego wynikało, że obecnie Rezerwa Federalna nie oczekuje ani jednej podwyżki stóp procentowych w 2019 roku. To dość istotna zmiana; jeszcze w grudniu w mediana oczekiwań członków FOMC wskazywała na dwie podwyżki. Konsensus nie oczekiwał aż tak gwałtownej zmiany szacunków decydentów Fedu.

Po spotkaniu FOMC rynki finansowe zaczęły wyceniać z dość istotnym prawdopodobieństwem, że w najbliższych latach dojdzie do obniżek stóp procentowych. Uważamy jednak taką reakcję za przesadzoną. Nie spodziewamy się, żeby do końca 2019 roku polityka monetarna Rezerwy Federalnej miała ulec jakimkolwiek istotnym zmianom. Podtrzymujemy również nasze stanowisko, zgodnie z którym relatywnie niskie stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych oraz stabilny wzrost gospodarki światowej stanowią razem bardzo dobre środowisko dla wzrostu walut gospodarek wschodzących.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Ceny nie hamują, a materiały wciąż drożeją

Stawki oferowane za warszawskie nieruchomości wciąż trzymają się maksymalnych pułapów. Na rynku pierwotnym trzeba dziś zapłacić ok. 8 500 zł/mkw., a na wtórnym ponad 10 000 zł/mkw., wynika z danych portalu Bankier.pl.

Potwierdza je także analiza rynku wtórnego przeprowadzona przez serwis Morizon.pl. W lutym średnia cena oferowanych mieszkań w Warszawie wyniosła 10 306 zł/mkw. W porównaniu do tego samego okresu w ubiegłym roku, jest  ona wyższa aż o 12 proc.

– Zgodnie z przewidywaniami ceny mieszkań wciąż systematycznie rosną, a trend wzrostowy w Polsce trwa już nieprzerwalnie od 5 lat. Jeśli cofniemy się do lipca 2013 roku, czyli do momentu, kiedy ceny spadły najbardziej, to okaże się, że obecna cena za mkw. w Warszawie jest o 27 proc. wyższa. Popyt na mieszkania pomimo wysokich cen wciąż nie spada. Osoby, które obecnie zakupią lokal z przeznaczeniem na wynajem, mogą liczyć na zysk roczny rzędu ok. 5,02 proc. – zauważa Rafał Malik z Funduszu Mieszkań na Wynajem.

Najdroższymi dzielnicami nadal pozostają Śródmieście i Mokotów. Ale to nie znaczy, że stawki są takie same dla całego lokalnego rynku. Istnieją mieszkania, których ceny zaczynają się już od 5 000 zł/mkw., ale osoba zainteresowana zakupem musi iść na pewne ustępstwa.

Naturalnie można liczyć na nieco niższe ceny w stolicy, przy czym takie mieszkania na ogół wymagają generalnego remontu, są zazwyczaj zlokalizowane w blokowiskach budowanych jeszcze w latach 70/80 XX wieku lub są położone na peryferiach miasta. Dla osób, których nie stać na zakup własnego mieszkania lub taka inwestycja nie stanowi dla nich priorytetu nie mniej ciekawą alternatywą jest także opcja bezpiecznego najmu instytucjonalnego  – wylicza Rafał Malik.

Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem
Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem

Drugim najdroższym miastem jest Gdańsk. Tutaj ceny mieszkań na rynku pierwotnym wynoszą 7 982 zł/mkw., a na wtórnym 9 719 zł/mkw. Na trzecim miejscu plasuje się Kraków ze stawkami wynoszącymi odpowiednio 7 972 zł/mkw. i 9 046 zł/mkw. Natomiast miastem, w którym można kupić najtaniej mieszkanie niezmiennie pozostaje Łódź. W ciągu ostatnich sześciu lat łódzki rynek nieruchomości mieszkaniowych powiększył się aż trzykrotnie. Na rynku pierwotnym średnia cena za mieszkanie wyniosła w Łodzi 5 611 zł/mkw., a na wtórnym 4 979 zł/mkw. – W tym roku planujemy dalszą rozbudowę naszego portfela o kolejne inwestycje na ok. 200-250 mieszkań. Z możliwych lokalizacji bierzemy pod uwagę miasta z dużym potencjałem m.in. świetnie rozwijającą się Łódź, a także Poznań – dodaje Rafał Malik.

Drożejące materiały budowlano-montażowe skutecznie napędzają ceny mieszkań

– Wpływ na wzrost cen mają przede wszystkim rosnące wskaźniki cen produkcji budowlano-montażowej. Z najnowszych danych przekazanych przez Główny Urząd Statystyczny za  luty br. wynika, że były one wyższe o 0,1 proc. w porównaniu do stycznia i aż o 3,6 proc. w odniesieniu do  lutego 2018 r. – informuje Rafał Malik.

Prócz wzrostu cen materiałów budowlanych, przyczyn drożejących mieszkań należy upatrywać także w rosnących kosztach robocizny i windujących cenach gruntów pozyskiwanych pod inwestycje. Pomimo tego rynek wciąż dynamicznie się rozwija, a rosnące ceny nie zniechęcają inwestorów ani indywidualnych klientów. Z obliczeń Home Broker wynika, że w całym 2018 r. ceny nieruchomości w największych miastach Polski wzrosły o prawie 15 proc.

1 na 3 auta elektryczne w Polsce jeździ w leasingu

Z najnowszych danych Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców (CEPiK) wynika, że liczba pierwszych rejestracji aut elektrycznych w 2018 roku wyniosła 1176 sztuk. Właścicielami niemal dwóch trzecich z nich (63 proc.) zostały firmy, wśród których połowa to firmy leasingowe i CFM. Eksperci EFL zwracają uwagę, że jeśli elektromobilność ma w Polsce nabrać tempa, nie może odbyć się to bez udziału przedsiębiorstw i ich edukacjiw zakresie metod finansowania i zakupu pojazdów elektrycznych.

Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL
Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL

– Sprzedaż nowych pojazdów w Polsce od wielu lat jest napędzana przez zakupy firmowe. W ubiegłym roku w Polsce, jak wynika z danych PZPM, ponad 70 proc. nowych samochodów osobowych zostało kupionych przez firmy, wśród których leasingodawcy i firmy CFM to aż 68 proc. Rynek aut elektrycznych rozwija się w podobny sposób i zakładamy, że nie zmieni się to w najbliższej przyszłości. Dlatego rząd we współpracy z instytucjami finansowymi powinien postawić na edukację w zakresie metod finansowania pojazdów elektrycznych. Ten model mobilności tworzy zupełnie nowy ekosystem użytkowania i korzystania z pojazdu, w którym nowoczesne formy finansowania, np. możliwość leasingu samej baterii, mogą mieć decydujące znaczenie, jeśli chodzi o ekonomiczny sens zmiany dominującego obecnie spalinowego środka transportu na elektryczny. W krajach zachodnich nawet 75 proc. samochodów elektrycznych jest leasingowana lub wynajmowana. W Polsce wskaźnik ten jest sporo niższy, co pokazuje że ten segment rynku ma bardzo duży potencjał wzrostu – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Rządowe wsparcie do tej pory za słabe

Z raportu Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych (PSPA) i Frost & Sullivan „Polish EV Outlook 2019” wynika, że osiągnięcie zakładanego przez polski rząd poziomu 1 miliona aut elektrycznych w 2025 roku nie będzie możliwe. Ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych jak do tej pory nie przyspieszyła tempa rozwoju tego rynku, gdyż nie wynikały z niej wymierne korzyści dla nabywców elektryków. W szczególności dla przedsiębiorców, dla których argumenty ekologiczne, np. dotyczące poprawy jakości powietrza w miastach, nie są wystarczające. Elektromobilność musi się im po prostu opłacać. Tymczasem, do tej pory przyszli właściciele pojazdów elektrycznych mogą liczyć na możliwość korzystania z buspasów, darmowe parkowanie w płatnych strefach oraz wyższe odpisy amortyzacyjne. Ponadto pod koniec ubiegłego roku Komisja Europejska wyraziła zgodę na zniesienie w Polsce akcyzy na samochody elektryczne.

Przedsiębiorcy na to czekają

Czynnikiem, który może jednak nieco bardziej pobudzić rynek, mogą być dopłaty, o których mowa w projekcie rozporządzenia (przedstawionym w lutym br.) Ministra Energii w sprawie szczegółowych warunków udzielania oraz rozliczania wsparcia ze środków Funduszu Niskoemisyjnego Transportu. Zakłada on między innymi do 36 tys. zł dopłaty do zakupu samochodu elektrycznego. Przy średniej cenie ok. 150 tys. PLN taki bonus oznacza oszczędność rzędu jednej czwartej wartości pojazdu.

Sytuację mógłby poprawić impuls płynący z Ministerstwa Finansów w obszarze zmian regulacji dotyczących podatku VAT – w przypadku finansowania osobowego samochodu elektrycznego przedsiębiorcy przysługiwałoby prawo do odliczenia 100% VAT, tak jak jest to obecnie stosowane w przypadku samochodów ciężarowych.

Kolejny obszar, który mógłby dopełnić program wsparcia rozwoju elektromobilności to skierowanie przez rząd i bank centralny oferty wsparcia (np. celowej niskooprocentowanych linii kredytowych) adresowanej do instytucji finansowych wspierających przedsiębiorców chcących wykorzystywać samochody z alternatywnym napędem, co przełożyłoby się na możliwość uzyskania taniego źródła finansowania pojazdów elektrycznych.

Rekordowy wzrost Grupy Muszkieterów w Europie w 2018 roku

W 2018 r. sieci należące do Grupy Muszkieterów, wraz ze stacjami paliw,  odnotowały wzrost obrotów o 7,774 proc. Łączne obroty dziewięciu szyldów należących do Muszkieterów Intermarché, Netto, Bricomarché, Bricorama, Brico Cash, Roady, Rapid Pare-Brise, American Car Wash oraz Poivre Rouge, a także stacji paliw – wyniosły 40,47 miliarda euro. Natomiast pion rolno-spożywczy, wypracował wynik na poziomie 4,03 miliardów euro, zwiększając tym samym obrót całkowity Grupy w Europie do 44,5 miliarda euro.

Obchodzony w tym roku jubileusz 50-lecia działalności Grupy na rynku to potwierdzenie znaczenia niezależnego handlu, który potrafi dostosować się do oczekiwań konsumentów, jak również sprostać wymogom dynamicznie rozwijającego się rynku. Było to możliwe dzięki zaangażowaniu 3 101 przedsiębiorców oraz 150 000 pracowników sklepów i struktur centralnych.

– W 2018 roku Muszkieterowie osiągnęli rekordowy wzrost obrotów od 2000 roku. Stało się tak dzięki dynamice, jaka cechuje nie tylko nasze sieci handlowe, ale wszystkie nasze jednostki. Jednym z najważniejszych osiągnięć minionego roku był niewątpliwie nasz rozwój, wraz z przyłączeniem Bricoramy, nabyciem mniejszościowych udziałów w Les Comptoirs de la Bio oraz przejęciem Rapid Pare-Brise i American Car Washmówi Didier Duhaupand, Prezes Grupy Muszkieterów.

Grupa Muszkieterów w liczbach (stan na 31/12/2018) :

  • 44,5 miliarda euro obrotu (w tym stacje paliw).
  • 3 101 przedsiębiorców.
  • 150 000 pracowników.
  • 4 011 punktów sprzedaży w Europie, z czego 3 230 we Francji i 781 na poziomie międzynarodowym.
  • 4 sieci w 4 krajach:
  • Sieć Spożywcza (2 659 punktów sprzedaży),
  • Sieć Dom i Ogród (874 punkty sprzedaży),
  • Sieć motoryzacyjna (398 punktów sprzedaży),
  • Sieć restauracyjna (80 punktów sprzedaży).

9 szyldów – Intermarché, Netto, Bricomarché, Brico Cash, Bricorama, Roady, American Car Wash, Rapid Pare-Brise, Poivre Rouge.

6,4 miliona m² powierzchni sprzedaży (+10,41 proc. vs 2017).

Agromousquetaires: 4. pion rolno-spożywczy we Francji (klasyfikacja czasopisma branżowego RIA), z 62 zakładami produkcyjnymi.

Sztuczna inteligencja zastąpi księgowych

  • Według danych w I kwartale 2018 r. w Polsce funkcjonowało 1 236 centrów usług BPO, SSC, IT, R&D (polskich i zagranicznych) zatrudniających 279 tys. osób[1].
  • Docelowo roboty mogą zastąpić nawet jedną piątą etatowych pracowników.
  • Polscy przedsiębiorcy przeznaczają średnio 334 godzin w roku na dopełnienie różnych formalności – dlatego decydują się na outsourcing usług księgowych.
  • Process Solutions zostało wyróżnione jako najlepsza firma księgowa w 2018 roku, nagrodzona za najszybszy rozwój operacyjny spośród wszystkich firm outsourcingowych.

Najbliższe lata ukształtują przyszły rynek pracy, w którym cyfryzacja i automatyzacja będą odgrywać ważną rolę. Badania World Economic Forum wskazują, że aż 65 proc. dzieci rozpoczynających naukę, będzie pracować w zawodach, których obecnie jeszcze nie znamy. Co więcej, roboty i postępująca automatyzacja są również odpowiedzią na największy problem przedsiębiorców – brak rąk do pracy. Według McKinsey Global Institute już do 2030 roku roboty przejmą ok. 800 mln miejsc pracy.

Robotyzacja księgowości

Sektor nowoczesnych usług księgowych przechodzi intensywną cyfrową transformację, która wpłynie na znaczne przyspieszenie procesowania dokumentów, a w efekcie wygeneruje realne oszczędności dla biznesu. Jednak zastąpienie pracy ludzi nie będzie możliwe przy bardziej zaawansowanych czynnościach, które wymagają eksperckiej wiedzy na temat lokalnego prawa czy podatków, tzw. accounting compliance. Jest to najważniejszy obszar rozwoju wyspecjalizowanych firm outsourcingowych.

Część naszej pracy stanowią powtarzalne procesy, które mogą być przejmowane przez inteligentne systemy księgowe. Pracujemy nad zaawansowanymi rozwiązaniami aby  funkcje operacyjne były coraz częściej realizowane przez systemy. Wprowadzi to nową jakość i pozytywnie wpłynie na szybkość procesowania dokumentów – komentuje Tomasz Tąkiel z Process Solutions.

Wyzwania na rynku pracownika

Rynek pracy staje się coraz trudniejszy – niedobór wykwalifikowanych kandydatów, brak kompetencji, wysokie oczekiwania finansowe czy brak zainteresowania młodych osób zawodem to największe wyzwania rynku[2]. Eksperci wyróżniają rosnące znaczenie młodych talentów oraz tzw. srebrną gospodarkę jako ważny trend. Coraz więcej osób konsekwentnie podnosi swoje kwalifikacje, niezależnie od wieku, często pracując na własny rachunek. W tej chwili tylko w Unii Europejskiej jest już ok 30,6 mln takich przypadków[3].

Zapotrzebowanie na usługi finansowe dynamicznie wzrasta z roku na rok i stawia przed nami duże wyzwania. Nie pomaga w tym niż demograficzny i zmieniające się wymagania rynku pracy, do którego musimy się dostosować. Tym bardziej cieszymy się że nasza praca została zauważona i doceniona –  dodaje Tomasz Tąkiel.

Doradztwo zlecane poza firmę

Według Banku Światowego polscy przedsiębiorcy potrzebują średnio 334 godzin w roku na dopełnienie wszelkich formalności – to najwięcej w Europie.  Odpowiedzię na to jest rosnący trend outsourcowania usług księgowych. Według danych za I kwartał 2018 r. w Polsce funkcjonowało 1 236 centrów usług BPO, SSC, IT, R&D[4]. Zewnętrzna obsługa księgowa zapewnia przedsiębiorcom poczucie bezpieczeństwa w prowadzeniu firmy, dodatkowo generując oszczędność czasu i kosztów.

Oprócz samego doradztwa w zakresie księgowości od ekspertów oczekuje się monitorowania aktualnych zmian w prawie i przygotowania do tego przedsiębiorstwa, a także zabezpieczenia przed ryzykiem prawnym i finansowym związanym z prowadzeniem biznesu[5]. Duże firmy utrzymują nie tylko wysoki poziom ekspertów, ale również podążają za zmianami i zapewniają certyfikację doradcom czy potrzebne szkolenia.

[1] Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce 2018, ABSL 2018

[2] Raport Płacowy 2019, Hays

[3] Raport – Wzrost znaczenia rynku talentów – megatrendy od Deloitte

[4] Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce 2018, ABSL 2018

[5] Raport KPMG

Najlepsze lokalizacje dla outsourcingu IT. Polska 3. w Europie i 5. na świecie

Z 10 najlepszych lokalizacji usługowych dla branży IT aż siedem leży w Europie – wynika z raportu „Executive Brief Outsourcing 2019”, przygotowanego przez globalną firmę konsultingową 7N. Jednym z liderów zestawienia jest Polska.

  • Polska zajmuje 3. miejsce, jeśli chodzi o outsourcing usług IT w modelu nearshoring (czyli lokalizacje relatywnie blisko Europy Zachodniej). Wyprzedzają nas Czechy i Węgry (ale o mniej niż 1 punkt).
  • Polska zajmuje czołowe miejsca w takich kategoriach jak biegłość w języku angielskim czy tzw. ICT tertiary (wskaźnik określający, ilu nowych pracowników wejdzie do branży ICT w bliskiej przyszłości).
  • W zestawieniu globalnym, tj. w kategorii offshoring, Polska zajmuje 5. miejsce, za Filipinami, Indiami, Czechami i Węgrami

Braki kadrowe na rynku IT odczuwalne są przez niemal wszystkie wysoko rozwinięte kraje europejskie. Wiele międzynarodowych firm część swojej działalności przenosi na drugą półkulę, gdzie koszty pracy i życia są dużo niższe, i gdzie nie brakuje specjalistów IT. Taki rodzaj outsourcingu to offshoring (od ang. offshore – zamorski) i jest przeciwieństwem onshoringu, czyli szukania podwykonawców we własnym kraju. Ma on jednak swoje wady, takie jak trudna do przeskoczenia przy pracy nad wspólnymi projektami różnica czasu, koszty podróży, które mimo wszystko bywają konieczne, a także odmienna kultury pracy i niestabilność gospodarek wschodzących.

Dlatego kompromisowym rozwiązaniem jest tzw. nearshoring (od ang. near shore – bliski brzeg), czyli współpraca z partnerami działającymi za granicą, ale relatywnie niedaleko. Z perspektywy Europy Zachodniej, idealnym miejscem ich pozyskania jest Europa Środkowa.

Kurs na Europę Środkową

Czołówka rankingu, opracowanego przez firmę 7N, zdominowana jest przez kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Choć państwa Azji Południowo-Wschodniej również zostały wysoko oceniane, szczególnie w takich kategoriach jak koszty pracy i życia, to kraje naszego regionu wygrywają w kategoriach: infrastruktura, stabilność gospodarcza (premia za obecność w UE) czy wysoki standard życia.

W pierwszej dziesiątce najlepszych lokalizacji aż sześć to kraje Europy Środkowo-Wschodniej – kolejno są to: Czechy, Węgry, Polska, Bułgaria, Estonia i Rumunia. Siódmym europejskim krajem, jaki znalazł się w czołówce zestawienia, jest Irlandia.

Sebastian Podleśny
Sebastian Podleśny

Polska kadra IT jest wysoko ceniona na świecie. Paradoksalnie Polska znalazła się w rankingu za Czechami i Węgrami ze względu na… dojrzałość branży IT. Nasz kraj uzyskał mniej punktów w kategorii konkurencja – oznaczającej nasycenie rynku firmami IT i możliwość pozyskania specjalistów tej branży. Nad Wisłą pracodawcy z zagranicy, podobnie jak w krajach zachodnioeuropejskich, muszą konkurować o najlepszych, doświadczonych specjalistów IT z lokalnymi firmami, które są w stanie zaoferować równie atrakcyjne projekty i warunki pracy. Polskie uczelnie wyższe, jak i prywatne szkoły programowania i IT, nie nadążają z kształceniem kolejnych kadr, a rynek jest w stanie niemal natychmiast je zagospodarować — komentuje Sebastian Podleśny, prezes zarządu 7N

Przy tworzeniu zestawienia eksperci wzięli pod uwagę 14 wskaźników – od kwestii jakości infrastruktury i stabilności walutowej przez koszty pracy i potencjału dalszego rozwoju branży ICT, po kwestie kulturowe i znajomość języka angielskiego.

Autorem raportu jest wywodząca się z Danii międzynarodowa firma 7N – zajmująca się kontraktowaniem oraz konsultingiem IT. 7N to ponad 1300 wysokiej klasy specjalistów IT z zakresu rozwoju oprogramowania, zarządzania projektami oraz zarządzania jakością IT w 9 krajach. W Polsce 7N działa od 2005 roku, zatrudniając ponad 700 osób.

Nowe przepisy oddają w ręce KAS nieograniczoną władzę?

Kontrowersyjny projekt nowelizacji ustawy o Krajowej Administracji Skarbowej wzbudzał sprzeciw ekspertów już na etapie legislacji. Wraz z początkiem 2019 r. większość przepisów ostatecznie weszła w życie. Nowe reguły przewidują m.in. rozszerzenie uprawnień naczelników urzędów skarbowych o dostęp do chronionych informacji oraz przyśpieszenie procedury wszczynania kontroli celno-skarbowej. Co to oznacza dla podatników i czy jest się czego obawiać?

Cicha inwigilacja

Nowa ustawa przyzwala na ciche inwigilowanie podatników poprzez kontrolę ich rachunków bankowych. Co gorsza, organy mogą korzystać z tych informacji nie tylko w związku z kontrolą celno-skarbową, podatkową albo postępowaniem podatkowym, ale także dla celów analitycznych, które pozostają poza procedurami kontrolnymi. W praktyce oznacza to, że podatnik nawet nie musi być stroną postępowania lub kontroli celno-skarbowej, by stać się celem inwigilacji KAS.

Krajowa Administracja Skarbowa z uprawnieniami służb specjalnych

W założeniach nowe przepisy mają poprawić efektywność walki z tzw. szarą strefą – przedsiębiorcami, którzy nie zgłosili działalności gospodarczej do opodatkowania albo uzyskują przychody ze źródeł nieujawnionych.

Nowe przepisy wzbudzają jednak słuszne wątpliwości podatników, którzy obawiają się nadużyć i bezprawia urzędniczego. Po wejściu w życie przepisów, KAS otrzymała niemal nieograniczony dostęp do chronionych danych podatników, a tym samym zbliżyła zakres swoich uprawnień do tych, które przysługują służbom specjalnym.

Nie bez znaczenia pozostaje także sytuacja instytucji finansowych, w szczególności banków. Nowelizacja nakłada na nie obowiązek udostępnienia danych (pod groźbą sankcji finansowej), w tym imienia i nazwiska, adresu, numeru telefonu oraz adresu e-mail klientów uznanych za posiadaczy podejrzanych kont. W ten sposób nowe przepisy przyczyniają się do osłabienia zaufania podatników do instytucji finansowych – bez względu na to, czy odprowadzają podatki, czy działają w szarej strefie.

Uproszczony tryb wszczynania kontroli celno-skarbowej

Nowe przepisy przenoszą zasady kontroli podatkowej znane z przepisów ordynacji podatkowej na grunt kontroli celno-skarbowej regulowanej przez ustawę o KAS. Od stycznia 2019 r. organy celno-skarbowe mogą wręczać upoważnienia nie tylko kontrolowanemu, ale także jego reprezentantom oraz osobom uprawnionym do odbioru korespondencji.

Wystarczy więc w pewnych sytuacjach przedstawić legitymację służbową ochroniarzowi lub sekretarce, gdy kontrolowanego albo jego zastępców nie ma w firmie.

Z jednej strony zmiana ta oznacza usprawnienie przebiegu kontroli celno-skarbowej. Natomiast z drugiej strony wiąże się z przeniesieniem na jej grunt niekorzystnego dla kontrolowanego i znanego z ordynacji podatkowej prawa do przeprowadzenia kontroli w razie jego nieobecności. Ministerstwo Finansów uspokaja, że obowiązek doręczenia podmiotowi upoważnienia nie zostanie zlikwidowany. Organ kontrolujący będzie wciąż musiał je przekazać w późniejszym terminie. Tylko jaką korzyść z otrzymania upoważnienia po fakcie będzie miał podatnik?

Ustawodawca stoi na stanowisku, że podobnie jak w przypadku kontroli podatkowych, nowelizacja ustawy o KAS ma umożliwić przeprowadzenie kontroli celno-skarbowej, nawet gdy podatnik jej unika. Warto zastanowić się jednak nad słusznością nowych zasad.

Treść przepisów wskazuje, że ustawodawca nie uwzględnił losowych przypadków nieobecności podatnika lub osób go reprezentujących, np. z powodu wyjazdu. Tym samym zapomniał, że nie każde działanie kontrolowanego musi być automatycznie nastawione na chęć uniknięcia lub utrudnienia przeprowadzenia kontroli.

Uszczelnianie systemu podatkowego

Wprowadzenie w życie znowelizowanej ustawy o Krajowej Administracji Skarbowej to kolejny krok na drodze do uszczelnienia systemu podatkowego. Kontrolujący dostali w swoje ręce dwa potężne narzędzia, które ułatwią im pozyskiwanie informacji na temat podatników oraz wszczynanie kontroli.

Nie ma wątpliwości, że usprawni to ich działania. Powstaje jednak pytanie, czy takie szerokie uprawnienia nie będą nadużywane i jak wpłyną na swobodę prowadzenia działalności przez uczciwych podatników?

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Sztuczna inteligencja jest wśród nas, ale jest czymś innym niż myślisz

Inteligentne maszyny są częścią naszej popkultury od dawna. Nie raz nie dwa widzieliśmy jak super-zaawansowane technologicznie roboty polowały na Sarę Connor albo stawały do walki z Avengersami. Niestety cały ten fikcyjny sztafaż namieszał w naszym postrzeganiu SI w prawdziwym życiu, a właściwie w biznesie. Dzisiaj mało kto wie jak działa sztuczna inteligencja. Co więcej, są firmy, które tę niewiedzę wykorzystują, byle tylko zdobyć fundusze od inwestorów. Czy współczesny konsument może więc dzisiaj liczyć na prawdziwe spotkanie „trzeciego stopnia” z SI?

IDC prognozuje, że jeszcze w tym roku firmowe wydatki na sztuczną inteligencję osiągną wartość ponad 35 mld dolarów. Stanowić to będzie 44-procentowy wzrost względem wydatków w roku ubiegłym. Popyt na rozwiązania SI napędzać będzie przede wszystkim branża handlowa. Za sumę prawie 6 mld dolarów detaliści chcą rozwijać cyfrowych doradców klienta i konsultantów zakupowych.

Drugą co do wielkości branżą, która chce podążyć tą drogą będzie bankowość. Instytucje finansowe przeznaczą ponad 5,5 mld dolarów m.in. na zautomatyzowane systemy analizy zagrożeń oraz inteligentne oprogramowanie do walki z nadużyciami. Te wszystkie liczby robią wrażenie, ale niestety zwykli konsumenci nadal nie do końca rozumieją o co w tym wszystkich chodzi. Zresztą ludzie od biznesu też mają z tym problem. Czasem z braku wiedzy, czasem to zwykła premedytacja.

Robot, algorytm i kwiatek do kożucha

Ostatnio opublikowane badania londyńskiej firmy inwestycyjnej MMC Ventures, odbiły się w zachodniej prasie szerokim echem. Analitycy przebadali 2830 startupów z całej Europy. Każdy z nich twierdził, że zajmuje się badaniami nad sztuczną inteligencją. Problem w tym, że w 40 proc. z nich nie stwierdzono, by SI było ważną częścią oferowanego produktu. Raczej hasłem odgrywającym rolę kwiatka do kożucha. Wielu inwestorów dotuje jednak te firmy, nie mając wiedzy o tym w co de facto inwestuje. Świadomość konsumentów również pozostawia wiele do życzenia. Według badań VMware, ponad 40 proc. Europejczyków błędnie widzi w sztucznej inteligencji humanoidalnego robota. Czy przyczyną jest brak wiedzy? A może termin ten nam zbytnio spowszechniał?

Jeszcze dziesięć lat temu sądziliśmy, że najlepszym wyrazem sztucznej inteligencji była responsywna komunikacja użytkownika z komputerem. Dzisiaj wiemy, że to standard funkcjonowania systemów operacyjnych i przestaliśmy to postrzegać nawet jako inteligencję maszynową – wspomina David Matthews, główny inżynier rozwiązań technologicznych dla Sky, jednej z największych firm medialnych w Europie.

Skoro SI nie jest ani robotem, ani formą komunikacji maszynowej, to czym właściwie jest? Jakie są dzisiejsze możliwości zastosowania jej w biznesie? Odpowiedź wielu osobom wydać się może niezbyt pasjonująca i na pewno daleka od powszechnych wyobrażeń. Choć dużo mówimy dzisiaj o sztucznej inteligencji, to obecnie najpowszechniejsze są rozwiązania tzw. uczenia maszynowego (ML – machine learning). Algorytmom tym daleko do wyobrażeń o samodzielnie myślących robotach, ale ich wykorzystanie w biznesie rośnie wraz z pojawianiem coraz to bardziej innowacyjnych technologii wymagających odpowiedniego wsparcia. I nie ma tutaj mowy o naginaniu faktów.

Smart gaming maszyną napędzany

Playtika jest jedną z najbardziej nowoczesnych firm zajmujących się produkcją gier mobilnych na świecie, która wdrożyła rozwiązania machine learningu. Rynek podbiła m.in. serią Board Kings oraz World Series of Poker. Uczenie maszynowe zostało wdrożone, by sprostać rosnącym oczekiwaniom graczy, łaknących coraz to lepszych, naturalnych, responsywnych doświadczeń gamingowych.

Rozwój algorytmów uczenia maszynowego jest naszą codziennością. To nasza droga w stronę inteligentnych systemów. Przy czym nie jesteśmy już na etapie testów, ponieważ wszystko co w tym zakresie robimy jest żywotną częścią naszych technologii i całego biznesu. Wykorzystujemy te rozwiązania choćby do tego by skutecznie analizować dane graczy – opowiada Erez Rachmil, wiceprezes ds. technologicznych w firmie Playtika.

Algorytmy uczenia maszynowego stosowane przez Playtikę mają za zadanie przewidywać ruchy i zagrywki graczy. Jednocześnie zbierają dane techniczne, które umożliwiają zespołom IT sprawne zarządzanie backgroundem systemowym. Wszystko razem pozwala graczom czuć się jakby grali z żywym człowiekiem.

Pomocna dłoń dla Internetu Rzeczy

Kolejnym obszarem praktycznego zastosowania SI są rozwiązania tzw. Internetu Rzeczy. Funkcjonują one w naszej rzeczywistości już wiele lat, ale dopiero wsparcie tego typu urządzeń algorytmami SI zwiększa ich potencjał biznesowy i daje im realną szansę, by zrewolucjonizować każdą branżę i nasze konsumenckie doświadczenia.

Urządzenia Internetu Rzeczy generują dzisiaj ogromne ilości danych i firmy muszą umieć je wykorzystać. Samo urządzenie może być fajne, odlotowe. Kolejne aktualizację mogę je jeszcze bardziej uatrakcyjnić. Ale nie o to w tym już chodzi. Prawdziwa innowacja zaczyna się tu, gdzie znajdujemy inteligentne rozwiązania do predyktywnej wręcz analizy danych z tych czujników czy smart gadżetów. Od tej analizy zależy zadowolenie klientów – przekonuje wiceprezes ds. technologicznych w firmie VMware.

PoznAI klienta

Dzisiejszy konsument oczekuje doświadczenia, które wykracza poza tradycyjnie pojmowany produkt. Doskonale rozumie to obsługująca ponad 23 mln abonentów platforma cyfrowa Sky. Dla niej możliwości jakie niesie uczenie maszynowe wspierające Internet Rzeczy czy edge computing, to okazja, by mocno namieszać na rynku usług medialnych.

Ze swoimi usługami docieramy do wielu milionów domów rozsianych po Europie. Ich mieszkańcy nie oglądają już tylko telewizji. Każdy w kieszeni ma superkomputer. Każde urządzenie, które posiadają może zostać podłączone do sieci. By zagwarantować im komfort użytkowania z tych urządzeń potrzebujemy rozwiązań, które połączą to w całość. Następnie będą analizować dane o potrzebach naszych klientów tu i teraz, a gdy zajdzie potrzeba będą wprowadzać zmiany natychmiastowo  – przekonuje David Matthews ze Sky.

Choć SI, jak widać, nie jest do końca tym co nauczyła nas popkultura, wiele firm, jeśli chce skorzystać z jej możliwości, musi decyzję podjąć natychmiastowo. Innowacje takie jak ML mają to do siebie, że zmieniają się bardzo szybko i nie wiadomo, czy dzisiejsza biznesowa potrzeba, jutro nie będzie już finansowym obciążeniem.

Czy Polska zbuduje elektrownię atomową?

Jeżeli Polska w swojej strategii energetycznej postawi na energetykę jądrową, budowa tylko jednego reaktora nie będzie miała sensu. Wtedy, ze względu na efekt skali, warto będzie podjąć kilka takich inwestycji. Przy tak dużym przedsięwzięciu, które może sięgać nawet 100 miliardów złotych – co stanowi jedynie ostrożny szacunek – warto zainwestować w więcej takich jednostek. Wtedy środki te na pewno się zwrócą.

Jeden reaktor może mieć 1500 mW, co jest porównywalne z jedną, skromną elektrownią wiatrową. Pozostaje pytanie o finansowanie elektrowni jądrowych. Obecnie brakuje modelu finansowego. Mówi się jedynie o teoretycznym projekcie z nieznanym wykonawcą. Nie ogłoszono dotychczas przetargów, a sam projekt jest jeszcze w powijakach. Nie wiadomo nawet, czy kiedykolwiek znane będą jego szczegóły. Wstępem do dyskusji powinna być rozmowa o odpowiednim modelu finansowym. Przetarg technologiczny ma zostać dopiero ogłoszony i będzie to wyraźnym sygnał, że Polska naprawdę buduje atom i szuka wykonawcy. Mogą pojawić się propozycje francuskie, chińskie, amerykańskie, czy oferty we współpracy firm, np. Stanów Zjednoczonych i Japonii. Wszystko zależy od tego, jaki model energetyki jądrowej zostanie wybrany.

– Polska strategia energetyczna zakłada, że dzięki atomowi będziemy redukować emisję dwutlenku węgla, jednocześnie pozwalając przy tym przetrwać energetyce węglowej – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny Biznes Alert – Dobrze rozwinięta energetyka jądrowa może zaważyć na przyszłości węgla. Według planów rządu, energia wytwarzana w oparciu o ten surowiec ma pozostać w miksie. Atom będzie odpowiedzialny za ograniczenie emisji, co pozwoli dalej wykorzystywać węgiel, pomimo rozwoju polityki klimatycznej. Limity w tym zakresie wyliczane są zbiorczo dla całego kraju. W ten sposób emisja w Polsce może zostać zmniejszona, a koszty wytwarzania energii obniżone – przy jednoczesnym eksploatowaniu węgla. W efekcie doprowadzi to do spadku cen energii. Wybór technologii jest uwarunkowany rodzajem reaktorów, czy lokalizacją. Takie rozważania pojawią się jednak dopiero w przyszłości. Najpierw konieczne jest ustalenie kwestii finansowania. Koszt budowy elektrowni może oznaczać od 4 do 8 miliardów złotych rocznie, które trzeba będzie wpisać do budżetu. Projekty mogą być opłacane prosto z niego, przy gwarancjach państwowych. Choć możliwe byłyby także inne rozwiązania – póki co, jeszcze się nie pojawiły – wyjaśnił Jakóbik.

Gaming Factory planuje debiut na GPW w przyszłym roku

Spółka Gaming Factory, połączenie funduszu venture capital i producenta gier, zamierza wysłać spółki portfelowe na NewConnect, a sama zadebiutuje na Giełdzie Papierów Wartościowych w przyszłym roku.

Grupa Gaming Factory S.A. skupia się na inwestowaniu w polską branżę gier komputerowych. Wyszukuje i celuje w projekty na wczesnym lub średnim etapie rozwoju, które mają doświadczone osoby w zespole i potencjalnie ciekawe produkcje w portfolio. Następnie inwestuje kapitał i wspiera mniejsze spółki w dalszej działalności – od produkcji po wydanie gry.

Obecnie około 85 proc. akcji spółki jest w rękach trzech założycieli. Gaming Factory ma    w portfelu akcje i udziały 17 spółek o łącznej wartości rzędu około 15 milionów złotych.

Naszym celem na przyszły rok jest debiut na głównym parkiecie GPW. Ten rok zamierzamy poświęcić na intensywny rozwój projektów własnych i zwiększenie przychodów z produkcji gier. Coraz więcej naszych produkcji pojawia się na Steam, a razem ze spółką zależną zamierzamy przeportować 30-40 gier na konsolę Nintendo Switch. Przygotowujemy się także do rozszerzenia działalności na konsole Sony i Microsoft  – zapowiada Mateusz Adamkiewicz, Prezes Zarządu Gaming Factory

W ubiegłym roku priorytetem była rozbudowa portfela inwestycyjnego i praca ze spółkami portfelowymi, które zamierzamy systematycznie wysyłać na NewConnect. Oczywiście nie każda jest gotowa do wejścia na rynek, dlatego chcemy aby w pierwszej kolejności spółki portfelowe były samowystarczalne, czyli generowały przychody ze sprzedaży gier. Pierwszą spółką z naszego portfela, która już złożyła dokument informacyjny na GPW jest Art Games Studio. W dalszej kolejności na NewConnect wybiorą się Sonka, Red Dev Studio i Drageus Games – dodaje.

Gaming Factory nie tylko finansuje spółki portfelowe z własnej kieszeni, lecz także pomaga im zorganizować finansowanie zewnętrzne oraz wspiera je w zakresie marketingu, dostępu do wydawców i know-how. Sama też inwestuje w produkcję gier, posiłkując się firmami zewnętrznymi.

Sprzedaż gier na naszym rynku rośnie w tempie kilkunastu procent rocznie, Polska jest w tej chwili na 23 miejscu jeśli chodzi o globalną sprzedaż. Głównymi rynkami dla spółek gamingowych są jednak Stany Zjednoczone, Europa Zachodnia i Chiny, w spółkach z naszej grupy sprzedaż danej gry w Polsce zazwyczaj stanowi maksymalnie 10 proc. całości – mówi Adamkiewicz

Nie widzę zagrożenia jeśli chodzi o rozwój rynku gamingowego. Oczywiście trendy się zmieniają, gracze szybko zmieniają preferencje, a konkurencja rośnie, ale struktura naszej grupy powoduje, że jesteśmy w stanie szybko dostosować się do panujących warunków. Obecnie współfinansujemy kilkanaście produkcji na PC, z których część jest już widoczna na portalu Steam w formie trailerów. Naszym celem jest wypuszczanie 5-10 gier rocznie.        Od początku naszą podstawową zasadą jest dywersyfikacja zarówno jeśli chodzi o portfel inwestycyjny, jak i produkowane gry ­– dodaje Prezes Gaming Factory.

Nad produktami Gaming Factory pracuje obecnie ponad 50 osób, w zdecydowanej większości są to zespoły zewnętrzne.

Gaming Factory nie upublicznia prognoz finansowych, ale według planów wynik za 2019 powinien być o co najmniej 20 procent lepszy, niż w poprzednim roku. Wówczas spółka wypracowała 2,7 mln zysku netto przy przychodach 4,5 mln oraz wypłaciła niemal 1,5 mln dywidendy.

Enefit Green wyprodukował w lutym rekordowy wolumen energii wiatrowej

Elektrownie wiatrowe spółki Enefit Green, która w grupie Eesti Energia odpowiada za wytwarzanie energii ze źródeł odnawialnych, wyprodukowały w lutym br. rekordowy wolumen 124 GWh energii elektrycznej. To aż 10 razy więcej niż rok temu i 30% więcej niż w styczniu 2019 r.

W Estonii i na Litwie spółka Enefit Green posiada 20 farm wiatrowych wyposażonych w 165 wiatraków o łącznej mocy wytwórczej 398 MW. Wolumen energii elektrycznej wyprodukowanej w ubiegłym miesiącu odpowiada rocznemu zaopatrzeniu 40 tysięcy gospodarstw domowych o przeciętnym zużyciu.

Poprzez przejęcie Nelja Energia w 2018 roku, Enefit Green zwiększył udział energii wiatrowej w swoim portfelu. Wyjątkowo wysoka produkcja w lutym jest rezultatem świetnych warunków wiatrowych, a także bardzo dobrej wydajności elektrowni mówi Aavo Kärmas, dyrektor zarządzający Enefit Green.

Enefit Green jest spółką zależną Eesti Energia. Działa w obszarze energetyki odnawialnej i znacząco przyczynia się do realizacji celu grupy, którym jest zwiększenie do 2022 roku udziału produkcji energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych i alternatywnych w miksie energetycznym do 40%. Enefit Green wytwarza energię elektryczną z wiatru, wody i energii słonecznej. Do produkcji energii elektrycznej i cieplnej stosuje także biomasę oraz zmieszane odpady komunalne. W lutym 2019 r. produkcja energii elektrycznej przez spółkę wyniosła 139 GWh. Dzięki przejęciu Nelja Energia w listopadzie 2018 roku do portfela produkcyjnego Enefit Green trafiły farmy wiatrowe, a także fabryka peletu na Łotwie. Po przejęciach produkcja energii elektrycznej Enefit Green wzrosła prawie trzykrotnie, przekraczając 1 TWh rocznie.

Grupa Eesti Energia stawia na sukcesywny rozwój działań z zakresu OZE także na polskim rynku za pośrednictwem spółki Enefit. Jednym z kierunków rozwoju Enefit w Polsce na obecny rok jest działalność na rynku tzw. umów Corporate PPA, które można rozpatrywać jako alternatywny dla systemów wsparcia sposób finansowania projektów OZE. Firma planuje także poszerzać swoją ofertę w zakresie OZE. Enefit oferuje również usługę zakupu energii elektrycznej i bilansowania handlowego (POB) dla wytwórców energii ze źródeł odnawialnych. W ubiegłym roku spółka zakontraktowała łącznie 454 GWh. Umowy podpisano z farmami wiatrowymi, biogazowniami i farmami fotowoltaicznymi o łącznej mocy wytwórczej 136 MW.

Jeden PMI to jeszcze nie koniec świata

W piątek awersja do ryzyka z wyjątkową siłą uderzyła w rynki finansowe, a inwestorzy uciekali w stronę bezpiecznych aktywów w obawie przed globalną recesją, której rzekomym zwiastunem stały się fatalne dane z niemieckiego przemysłu. Po raz kolejny popularne stały się porównania do wydarzeń historycznych. Po raz kolejny niesłusznie.

Sensacja przykuwa uwagę także w obszarze rynków finansowych, więc z tego punktu widzenia załamanie z piątku nie może dziwić. Fatalnie wypadła ocena koniunktury w europejskim przemyśle, gdyż indeks PMI spadł do najniższego poziomu do 6 lat. Nadzieje (także moje) na pierwsze oznaki ustabilizowania sytuacji i zbudowanie bazy do odbicia ożywienia nie spełniają się. Kolejny raz jako główne problemy wskazano niepewność o czynniki polityczne, głównie wokół brexitu i sporu handlowego USA-Chiny, choć przeciągająca się niepewność zaczyna odbijać się na popycie krajowym. Zatem wciąż problem leży w czynnikach, które z dnia na dzień mogą obrócić się o 180 stopni i pod tym kątem trudno mi zwiastować koniec świata.

Podobnie chłodno oceniam zmiany na rynku długu Niemiec i USA, które zebrały sporą uwagę w piątek. Oprocentowanie niemieckich 10-latek spadło poniżej zera pierwszy raz od 2016 r., a w USA rentowność 10-letnia jest poniżej stopy trzymiesięcznej – pierwszy raz do 2007 r. Oba wydarzenia pokazują masową ucieczkę inwestorów w stronę bezpiecznych aktywów (na FX potwierdzało to umocnieni CHF i JPY), ale w przeszłości sytuacja taka (szczególnie w USA) prawie zawsze zapowiadała recesję. Historia lubi się powtarzać, ale w makroekonomii droga od A do B nigdy nie jest prosta i krótka. Obecny stan gospodarki światowej i wszystkie jej towarzyszące warunki są wyjątkowo i trudne do porównania z historią. Środowisko niskich stóp procentowych, które ma trudność z pobudzaniem inflacji pomimo okresów solidnego wzrostu skutkuje tym, że chociażby na rynku długu panują inne warunki. Zarówno rynek w Eurolandzie, jak i USA jest zdeformowany programami skupu aktywów. Czym innym jest zerowanie rentowności, startując z pułapu 4 proc., a czym innym z 0,2 proc. To tak jakby euforycznie reagować na zwycięstwo polskiej reprezentacji w piłce nożnej nad drużyną narodową Francji, ignorując fakt, że Trójkolorowi wystawili czwarty skład.

Moim zdaniem w piątek mieliśmy przykład typowego przeciążenia, które doprowadziło do mini-resetu. Inwestorzy podekscytowali się gołębim przekazem Fed, który miałby otwierać drogę do rajdu ryzyka, jednak nic z tego nie będzie, jeśli dane nie potwierdzą odbicia gospodarki światowej do dna. Piątkowe rozczarowanie było bolesne, ale jeszcze nie czas, by wieścić całkowite załamanie. Sądzę, że po weekendzie powinniśmy widzieć równoważenie emocji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Więcej ropy z Angoli

PKN ORLEN, po pozytywnym przerobie ropy naftowej z Angoli, po raz pierwszy sprowadzonej do kraju w lutym br., sprowadzi kolejne 130 tys. ton surowca z tego kierunku. Ładunek dotrze do Naftoportu w Gdańsku w czerwcu br.

Daniel Obajtek
Daniel Obajtek

– Zgodnie z zapowiedziami umacniamy pozycję w regionie Afryki i ponownie kupujemy surowiec od drugiego pod względem ilości wydobycia kraju na tym kontynencie.
Podejmowane działania zmierzające do dywersyfikacji są odpowiedzią na zwiększony popyt na gotowe produkty naftowe na rynku polskim, w tym na diesla. Aby zwiększyć uzyski w tym zakresie musimy przerabiać więcej ropy o innych właściwościach niż rosyjska REBCO. W ten sposób realnie przyczyniamy się do wzrostu bezpieczeństwa energetycznego Polski – podkreślił Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Kolejne 130 tys. ton ropy typu Nemba, uzupełniło realizowane przez PKN ORLEN dostawy spot. W ramach zakupów tego typu, w ostatnim czasie zakontraktowany został surowiec m.in. ze Stanów Zjednoczonych, Nigerii czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Rafinerie z Grupy ORLEN przerabiały już także ropę naftową pochodzącą m.in. z Iraku, Azerbejdżanu, Kazachstanu, Wenezueli, czy Norwegii. Zakupy spot skutecznie uzupełniają długoterminowe zaopatrzenie Koncernu w ropę naftową, które obejmuje umowy terminowe z producentami z Zatoki Perskiej i Wschodu.

PKN ORLEN w ramach działań dywersyfikacyjnych zacieśnia również relacje z Saudi Aramco. W ostatnim czasie we wzajemnych relacjach zastosowana została nowa forma współpracy dwustronnej dotycząca dostawy surowca i odbioru gotowych produktów. W związku z tym zakontraktowane zostały dostawy do 800 tys. ton ropy w ciągu sześciu miesięcy dla Grupy ORLEN od spółki córki saudyjskiego producenta. Z kolei na mocy odrębnej umowy handlowej, dostawca z Arabii Saudyjskiej zobowiązał się także do zakupu ciężkiego oleju opałowego produkowanego przez ORLEN Lietuva.

Jeszcze w latach 2012-2013 udział ropy REBCO, a więc w większości rosyjskiej, w produkcji rafineryjnej GK ORLEN wynosił ok. 95%. Obecnie portfel dostawców do wszystkich rafinerii Koncernu budowany jest w oparciu o pogłębione analizy ekonomiczne, tak aby skutecznie łączyć bezpieczeństwo dostaw z elastycznością handlową.

Marcowy DIMAQ Voice już za nami

18 marca br. w Domu Innowacji Społecznych Marzyciele i Rzemieślnicy odbył się  już piąty DIMAQ Voice.  Spotkania te już na stałe wpisały się w kalendarz wydarzeń marketingowych. Wygłoszone prelekcje dotyczyły zagadnień komunikacji, dobrego  i skutecznego contentu oraz tego, jak reklamować się w świecie gry Minecraft.

Wierzymy, że każdy ma coś do powiedzenia

Jako pierwszy na dimaqowej scenie  przemawiał Paweł Zawadzki, ManagingDirector w firmie Większe logo, który opowiedział o  dobrych praktykach komunikacji marketingowej w oparciu o angażujące formaty, ciekawe treści lub niestandardowe rozwiązania.

Dobra komunikacja zdaniem Pawła to taka, która  angażuje, budzi emocje, wzrusza, prowokuje do myślenia, inspiruje do działania. Ale to nie wszystko, żeby komunikacja przebiegała sprawnie należy również dobrać odpowiednią platformę. Prelegent wyróżniłm.in.

  • Audio & Voice
  • Custom & Interactive
  • Live video & Streaming
  • Newsletter

W celu wizualizacji dwóch różnych podejść do komunikacji marketingowej zaprezentował przykład zrealizowanej przez firmę Większe logo kampanii dla PEKAO SA na święta bożonarodzeniowe oraz „zewnętrzną” kampanię marki APPLE.

Bądź odważny

Paweł Zawadzki zostawił uczestników z komunikatem „Bądź odważny”.  Zdaniem prelegenta tylko dzięki kreatywnemu, odważnemu podejściu jesteśmy w stanie osiągnąć zamierzonycel. Inspirował słuchaczy do schodzenia z utartych ścieżek komunikacyjnych i powielania schematów wprost do nowatorskich rozwiązań.

Klient na szpan

Podczas drugiej prelekcji o dość przewrotnym tytule “Klient na szpan – czyli kilka słów o dobrym kontencie” Sławomir Skowerski, Head of Copywriting w firmie GoldenSubmarine zaprezentował, jaka jest  idea kontentu, po co właściwie jest i dlaczego jest tak ważny.

Prelegent przede wszystkim zwrócił uwagę na to, że podczas tworzenia strategii komunikacji, istotne jest tworzenie kontentu pod grupę docelową, od insightu aż po egzekucję, kolejno po napisanie treści pod kątem odbiorcy. Następnie zaprezentował najciekawsze casestudies pod względem wizualnym, jak i samej komunikacji.

7 sposobów na to, by Twój kontent był zawsze kreatywny

Na koniec prezentacji Sławek zdradził również kilka  porad,jak tworzyć kreatywne rzeczy i wciąż przy tym dobrze się bawić:

  • Ty/Ja – bo kto jest najważniejszą osobą na świecie? Oczywiście, że Ty (dla nas, dla marki) i Ja (dla ciebie)!
  • Liczby – bowszystko, co mówimy i zapamiętujemy, musi być wartościowe.
  • Odkryj – zamiast „sprawdź” czy „zobacz”. Bo każdy przecież chce być prawdziwym odkrywcą.
  • Udowodniony – boprzecież nikt z nas nie chce być świnką doświadczalną.
  • Bezpieczny – jakpiszesz reklamę samochodu lub leków, nie zaczynaj bez tego słowa!
  • Nowy– alboinnowacyjny. Nie słyszeliście o tym? To przecież takie wyjątkowe!
  • Seks – lub „miłość” w wersji dla romantyków. Bo one wszystko sprzedają!

W świecie gier

Ostatnia prelekcja dotyczyła promowania marek wśród młodej grupy docelowej.  A najlepiej robić to w naturalnym środowisko, czyli w tym przypadku w świecie Minecraft.

Jakub Bakuła, Digital Development Manager,  w firmie Veovee, opowiedział o tym,  jak współpracować z infuenceramii twórcami gamingowymi.  Następnie podzielił się z uczestnikami spotkania praktycznymi casestudies oraz poradami w zakresie tego jak budować wizerunek wśród młodzieży.

Zdaniem prelegenta, kluczem do dobrego marketingu jest jakość kontentu oraz analiza pomysłu i kluczowych elementów/funkcjonalności projektu. Ważne jest również, że jeśli już decydujemy się na współpracę z influencerem, należy mu zaufać, ponieważ to twórcy znają swoich odbiorców, musi on być przede wszystkim autentyczny.

Kolejne spotkanie już 10 kwietnia. Rejestracja obowiązkowa ->http://bit.ly/2FplhPH

Brexit – efekty, które już odczuli polscy przedsiębiorcy

Niezależnie od rozwoju wydarzeń – rozstrzygnięć dotyczących formy wyjścia W. Brytanii z UE i dalszych wzajemnych relacji z krajami Wspólnoty, w tym z Polską, można już podsumować pierwsze efekty w sferze gospodarczej samej tylko decyzji (wyrażonej w referendum w 2016 roku) o opuszczeniu przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej.

  • Dotychczasowe straty (utracone szanse eksportowe) polskich firm w eksporcie do Wlk. Brytanii tylko w latach 2016-2018 były czterokrotnie wyższe niż pierwsze, ostrożne szacunki przyjęte dla całego okresu przejściowego (2016-2019)
  • Branże, które odczuły spowolnienie wzrostu wymiany handlowej z Wlk. Brytanią to mi.in. sektor spożywczy i motoryzacyjny. Niepewność sprzyja wzrostowi liczby wyłudzeń oraz przekłada się na większa skalę problemów z brytyjskich firm – wzrost liczby ich niewypłacalności (+10% w 2018 r., prognozowane +9% w 2019 r.)
  • Ocena aktualnej sytuacji gospodarczej w Wlk. Brytanii, 3 pod względem wielkości rynku polskiego eksportu (pod względem obrotów), o jedno miejsce niżej od 2018 r.

Dział badań ekonomicznych Euler Hermes szacuje, że tylko w latach 2016-2018 niepewność towarzysząca Brexitowi i towarzyszące temu czynniki wpłynęły na zmniejszenie w tym czasie dynamiki polskiego eksportu o 3,2 mld Euro (o tyle więcej wzrósłby w tym czasie dodatkowo polski eksport do W. Brytanii, gdyby nie temat Brexitu). Początkowe ostrożne szacunki w 2016 r. – po samym referendum zakładały dużo, bo ponad czterokrotnie niższe (pod względem wartości) straty w dynamice wzrostu polskiego eksportu do W.Brytanii w tym czasie (dokładnie 700 mln Euro).

Nie musi to przesądzać o przyszłych polsko-brytyjskich relacjach handlowych, ale wskazuje jak dużym – i mającym wymierne już skutki problemem dla gospodarki, także polskiej jest Brexit.

Utracony potencjał wzrostu polskiej gospodarki w eksporcie do Wlk. Brytanii

– Z twardych danych wynika, że polski eksport do Wielkiej Brytanii wzrósł narastająco w latach 2016-18 o 0,9 mld EUR, ale szacujemy, że mógłby wzrosnąć o 3,2 mld EUR więcej, gdyby nie decyzja o Brexicie. – ocenia Ana Boata, Starszy Ekonomista ds. Europy w dziale Badań Ekonomicznych Euler Hermes. – Rzeczywiście, wyższy kurs funta szterlinga sprzyjałby większemu importowi, a gospodarka brytyjska rosłaby (w większym tempie) dzięki zarówno ciągłemu napływowi inwestycji zagranicznych jak i większym inwestycjom krajowym….

Zamiast tego, w efekcie referendum o Brexicie i m.in. wspomnianego osłabienia siły nabywczej funta, spadku napływu inwestycji zagranicznych, wzrostu niewypłacalności firm brytyjskich i innych związanych z tym czynników tempo wzrostu wymiany handlowej Polski z Wlk. Brytanią spowolniło, tak że Czechy w 2018 r. prześcignęły Wlk. Brytanię, zajmując przynależące jej dotychczas miejsce rynku nr. 2 w statystyce polskiego eksportu.

Branże, które już odczuły spowolnienie wzrostu wymiany handlowej z Wlk. Brytanią

Trudno wskazać jednego przegranego – sektor polskiej gospodarki, który stracił najwięcej potencjalnych szans eksportowych w pierwszych latach po referendum o Brexicie. Brytyjski rynek był zawsze istotny dla naszych firm – znajdował się na drugim miejscu w rankingu polskiego eksportu, stąd struktura branżowa tej sprzedaży była
(i nadal jest) bardzo rozbudowana i różnorodna. Analogiczna jest więc struktura utraconych szans eksportowych – w niemal proporcjonalnie wysokim stopniu o utraconym potencjale eksportu z Polski do Wielkiej Brytanii w latach 2016-2018 mogą mówić przedstawiciele sektora spożywczego, AGD, a następnie także wyrobów motoryzacyjnych, mebli, przemysłu chemicznego, wytwórcy maszyn i części, AGD oraz pozostałych zsumowanych branż.

– Szkoda jest straconego potencjału wzrostu polskich eksporterów zwłaszcza w przemyśle spożywczym, który musiał borykać się w tym czasie m.in. z utrzymującym się embargiem w sprzedaży do naszego wschodniego sąsiada, co w jeszcze większym stopniu (niż faktycznie miało to miejsce) mógł zrekompensować właśnie rynek brytyjski. I na koniec warto wspomnieć także o polskim sektorze transportowym, obsługującym nie tylko polskich eksporterów, ale generalnie dużą część frachtu drogowego z kontynentu na Wyspy (szacuje się, że nawet 25% tych przewozów) – z tego powodu to oni mogą być wymieniani jako Ci, którzy pomimo zbudowania tak dużej skali swoich operacji, jednocześnie byli wśród tych sektorów, które straciły najwięcej szans dalszego rozwoju w związku z niepewnością związaną z Brexitem i jej wspomnianymi następstwami ocenia Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka.

Jak dodaje Tomasz Starus: Eksporterzy z Polski powinni na bieżąco monitorować generalnie pogarszającą się kondycję wielu spośród brytyjskich firm, o czym świadczy znaczny wzrost liczby niewypłacalności brytyjskich firm (przypomnijmy – w ubiegłym roku ich liczba wzrosła o +10% r/r, do poziomu ponad 20 tys. przedsiębiorstw). Zabezpieczanie transakcji eksportowych zawsze było istotne ze względu na większe niż w transakcjach krajowych prawdopodobieństwo braku płatności, a teraz jest to jeszcze bardziej aktualne niż kiedykolwiek wcześniej.

Aktualna sytuacja gospodarcza w Wlk. Brytanii – wzrost liczby niewypłacalności, którego skala może ulec zwiększeniu

Przedłużająca się wysoka niepewność dotycząca Brexitu znacznie zmniejszyła odporność na zawirowania brytyjskiej gospodarki. Deprecjacja funta szterlinga zwiększyła koszty importu i spowodowała spadek marż przedsiębiorstw. Inwestycje utrzymują się o prawie 2% poniżej poziomu sprzed referendum, podczas gdy wzrost wydatków konsumpcyjnych, choć bardziej odporny niż inne czynniki makroekonomiczne, osiągnął najniższy poziom od 2012 r. Słabość popytu krajowego, ale także zewnętrznego (strefa euro, Chiny…) spowodowała silne spowolnienie wzrostu obrotów w brytyjskim sektorze produkcyjnym (poniżej 2% r/r), bardziej odporne okazały się usługi (około 8% r/r). W związku z tym wzrost PKB w drugiej połowie 2018 r. wynikał głównie z tworzenia rezerw, zapasów awaryjnych, co powinno utrzymać się w I kwartale 2019 r. i zaowocuje tempem rozwoju na niskim poziomie + 0,2% kw / kw. Ogólnie oczekuje się, że roczny wzrost PKB w 2019 r. osiągnie skromne 1,2%.

Dotychczasowy brak poparcia parlamentarnego dla obecnej umowy Brexit zwiększył prawdopodobieństwo „braku porozumienia” (prawdopodobieństwo 25%) i spowodował większą niepewność. Szacuje się, że koszty takiej niepewności powodują coroczny spadek PKB o 0,3 punktu procentowego i powinny nadal mieć znaczenie w 2020 r., ponieważ negocjacje w sprawie przyszłej umowy o wolnym handlu będą prawdopodobnie trudne. Oczekujemy spowolnienia wzrostu PKB do + 1,0% w 2020 roku.

Oczekujemy, że liczba niewypłacalności brytyjskich przedsiębiorstw wzrośnie o kolejne + 9% w 2019 r. (po + 10% w 2018 r.), Nawet w przypadku porozumienia w sprawie warunków separacji i ram dla przyszłych stosunków UK/UE. Poziom ten uległby pogorszeniu do + 20% w przypadku Brexitu bez umowy, który również spowodowałby recesję gospodarki brytyjskiej (PKB spadłby o -1%).

Urząd Miasta Krakowa będzie przekazywał informacje o osobach niepłacących zobowiązań do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor

W trosce o finanse publiczne i poprawę skuteczności w ściąganiu należności od mieszkańców zalegających z opłatami, Urząd Miasta Krakowa będzie przekazywał informacje o osobach niepłacących zobowiązań do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Krakowian – niesolidnych dłużników jest obecnie w BIG InfoMonitor 35 578. W sumie mają do oddania innym wierzycielom  ponad 798,2 mln zł. Na tę kwotę składają się m.in. zaległe czynsze, kary za jazdę bez biletu, alimenty, opłaty sądowe, nieuregulowane rachunki za prąd, gaz, wodę czy wywóz nieczystości. Pod względem solidności płatniczej mieszkańcy Krakowa i tak wypadają znacznie lepiej niż mieszkańcy wielu innych miast m.in. Łodzi czy Wrocławia.

Zaległości mieszkańców miast są potężne i stanowią dużą przeszkodę dla jednostek zarządzających działaniami modernizacyjnymi i rewitalizacyjnymi, nastawionymi na polepszanie jakości życia mieszkańców. Z powodu braku należnych wpłat nie można naprawiać chodników, budować ścieżek rowerowych, odnawiać budynków i klatek, cierpią też na tym mieszkańcy, którzy płacą w terminie. W przypadku Krakowa już obecnie zgłoszone do rejestru różnego rodzaju zaległości w tym m.in. na rzecz telekomów, operatorów kablówek, sądów, spółdzielni mieszkaniowych, transportu miejskiego czy wodociągów, przekraczają 798,2 mln zł. Przeterminowane długi ma tu 35 578 osób.

Liczba krakowskich dłużników w 2019 r. jeszcze wzrośnie. Urząd Miasta Krakowa rozpoczyna bowiem przekazywanie danych o niepłacących na rzecz Gminy do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Rocznie może to być ok. 2 tys. dłużników, ostateczna liczba oczywiście będzie zależała od stopnia realizacji zobowiązań w stosunku do Gminy. W planach Miasta jest wpisywanie m.in. zaległych opłat oraz należności wynikających z umów.

Kraków solidniejszy niż Łódź czy Wrocław

Choć przybędzie jeszcze osób posiadających zaległe zobowiązania w stolicy Małopolski, to i tak np. na tle Łodzi czy Wrocławia, Kraków wypada solidniej. Pod względem liczby dłużników w Łodzi w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor odnotowano prawie 61 tys. dłużników, a we Wrocławiu niemalże 50 tys. Łódź też wygrywa jeśli chodzi o łączną zaległość, która wynosi ponad 1,3 mld zł.

Małopolska należy też do województw, gdzie przypada najmniej dłużników na 1000 dorosłych mieszkańców. Najwyższy w kraju odsetek niesolidnych dłużników mają woj. zachodniopomorskie i lubuskie. Do grupy bardziej ryzykownych regionów należą również woj. kujawsko-pomorskie, pomorskie, warmińsko- mazurskie oraz śląskie. Najlepiej pod tym względem wypadają Podkarpacie, wspomniana Małopolska i Podlasie.

Miasto dba o finanse publiczne

– Zarówno przed podjęciem współpracy z BIG InfoMonitor jak i aktualnie, Urząd Miasta Krakowa prowadzi intensywne działania mające na celu windykację należności cywilnoprawnych stanowiących dochód budżetu Gminy. Jednym z elementów takiej windykacji jest m.in. kierowanie do dłużników wezwań do zapłaty długu wraz z ostrzeżeniem, że w przypadku nieuregulowania kwoty sprawa skierowana zostanie na drogę sądową. W przypadku dalszego uchylania się od zapłaty, dług dochodzony jest w drodze przymusu, w postępowaniu egzekucyjnym. W wyniku podjętej współpracy wprowadzono element informowania o możliwości wpisu do Rejestru Dłużników prowadzonego przez BIG InfoMonitor. Będzie to dodatkowy bodziec do spłaty zobowiązania – tłumaczy Agnieszka Kędzierska, Dyrektor Wydziału Egzekucji Administracyjnej i Windykacji Urzędu Miasta Krakowa.

Skuteczne sposoby na trudnego mieszkańca

Do tej pory, za pośrednictwem BIG InfoMonitor, miasto korzystało przede wszystkim z wysłania wezwań do zapłaty. To doświadczenie pokazało, że już samo przesłanie takiego wezwania z ostrzeżeniem o możliwości wpisu do rejestru, wpływa mobilizująco. Jednak w przypadku niektórych, szczególnie tych niepłacących od lat, ta metoda może nie zadziałać. Kolejnym krokiem jest więc wpis dłużnika do Rejestru Dłużników.

Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor
Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor

– Coraz więcej Jednostek Samorządu Terytorialnego idzie w ślady firm komercyjnych, które nie wahają się i na dużą skalę wpisują dłużników do rejestru. Praktyka ta jest stosowana już przez inne miasta, co bardzo wspiera finanse publiczne. Taki wpis to informacja dla dłużnika, że trudniej mu będzie wziąć kredyt, kupić coś na raty czy podpisać umowę na telefon i internet. Na to samo muszą być przygotowani mieszkańcy Krakowa uchylający się od swoich obowiązków płatniczych – podkreśla Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Jakie korzyści dla Miasta?

Jak zakłada Miasto Kraków, podjęcie współpracy z BIG InfoMonitor przede wszystkim wpłynie na skuteczność podejmowanych działań, ale także będzie pełnić funkcję prewencyjną, co w przyszłości powinno ostatecznie doprowadzić do zmniejszenia liczby osób zalegających z płatnościami należnymi Miastu. Na wpis do rejestru nie należy patrzeć jak na sankcję, ale jak na swoisty rodzaj ciągłego przypominania nierzetelnym płatnikom o konieczności uregulowania zobowiązania. Oczywiście jest to dla dłużnika pewnego rodzaju niedogodność, ale w szerszym aspekcie, mobilizując do spłaty zobowiązania, pozwoli na uniknięcie procesu sądowego i związanych z tym kosztów.

– Odzyskane długi będą przeznaczane na realizację bieżących zadań. Mówiąc w uproszczeniu – na te wszystkie rzeczy, z których na co dzień korzystają mieszkańcy Krakowa. Trzeba pamiętać o tym, że gmina jest wspólnotą mieszkańców, a wszyscy ci, którzy mają długi w stosunku do Gminy, de facto są dłużnikami swoich sąsiadów i ograniczają zasobność wspólnego portfela – dodaje Agnieszka Kędzierska.

Co powinien wiedzieć każdy mieszkaniec?

– Najbliżej do rejestru dłużników osobie, która ma niezapłacone zobowiązania na minimum 200 zł, a od terminu wymagalności minęło 30 dni. W przypadku braku uregulowania płatności może pojawić się zaskoczenie w chwili, gdy np. krakowianin zechce zakupić sprzętu AGD lub RTV na raty, albo podpisać umowę u operatora na telefon czy internet lub gdy przyjdzie do banku po kredyt na remont mieszkania i okaże się, że jest to niemożliwe, bo w rejestrze dłużników widnieje negatywna informacja o braku spłaty jakiegoś zobowiązania – zaznacza Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Powinien też pamiętać, że jeśli spłaci dług, nie będzie żadnego śladu na ten temat w bazie dłużników, a jego problemy znikną. To mobilizuje do płacenia i działa na mieszkańców – dodaje.

Porozumienie z dłużnikami, którzy są w trudnej sytuacji finansowej

Wśród dłużników, obok tych, którzy nie płacą z premedytacją lub przeszacowali swoje finansowe możliwości, są też i tacy, którzy z przyczyn losowych przestają radzić sobie z obsługą zobowiązań lub przez własne gapiostwo trafili do rejestru. Dlatego Urząd Miasta Krakowa podejdzie do nich indywidualnie.

– Zdajemy sobie sprawę, że przyczyny nieregulowania zobowiązań są bardzo różne, dlatego dbając o najbiedniejszych, pokrzywdzonych przez los, będących w trudnej sytuacji materialnej, zostały uchwalone przepisy prawa miejscowego, pozwalające na ułatwienie zobowiązanym spłaty zadłużenia. Takim narzędziem są ulgi w postaci rozłożenia zaległości na raty, odroczenia terminu płatności bądź w szczególnych przypadkach – umorzenia. Z wnioskiem o udzielenie ulgi może się zwrócić każdy dłużnik Gminy. W toku postępowania o udzielenie ulgi badana jest sytuacja finansowa, zdrowotna i życiowa wnioskującego, pod kątem spełniania przesłanek udzielenia ulgi. W przypadku pozytywnej weryfikacji podpisywane jest z dłużnikiem stosowne porozumienie– informuje Agnieszka Kędzierska, Dyrektor Wydziału Egzekucji Administracyjnej i Windykacji Urzędu Miasta Krakowa.

Co na to mniejsi sąsiedzi?

Według danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor nie tylko mieszkańcy Krakowa nie płacą.  W sąsiednich miastach także jest wielu niesolidnych płatników. Stan zadłużenia mieszkańców Tarnowa wobec swojego miasta to ponad 121 mln zł, w Nowym Sączu taki dług wynosi ponad 90 mln zł, a w Wieliczce prawie 45 mln zł.

Wpis do rejestru dłużników – Krakowa
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor, stan na 31 grudnia 2018

Spada wskaźnik zadowolenia klientów z jakości obsługi. Powodem może być pogarszająca się sytuacja na rynku pracy

Spada wskaźnik zadowolenia klientów z jakości obsługi. Powodem może być pogarszająca się sytuacja na rynku pracy 1

Wygląd placówki, zachowanie personelu czy atrakcyjność samej oferty – to niektóre czynniki, które decydują o poziomie satysfakcji klienta. Z badań Polskiego Programu Jakości Obsługi wynika, że wskaźnik zadowolenia klientów nieznacznie się obniżył i wynosi 77 proc., a w kolejnych latach możemy obserwować dalszy spadek ze względu na coraz poważniejszy problem niedoboru pracowników. Dla firm to o tyle istotny wskaźnik, że najbardziej zadowoleni klienci są bardziej skłonni do ponownego zakupu i polecenia danej marki swoim znajomym.

Poziom satysfakcji polskich konsumentów utrzymuje się na podobnym poziomie od kilku lat, choć zauważamy nieznaczny spadek. Ten poziom wynosi 77 proc. i zastanawiamy się, jak ten trend spadkowy będzie wyglądał w przyszłości. Jest prawdopodobne, że pogorszy się w kolejnych latach z uwagi na sytuację na rynku pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mirosław Bartoń, prezes Polskiego Programu Jakości Obsługi. – Mierzymy szereg obszarów związanych z jakością obsługi i satysfakcją konsumentów, dotyczących m.in. zachowania personelu i pracowników czy wyglądu punktów sprzedaży. Natomiast czynnik ludzki zawsze jest najważniejszy.

Jak podkreśla, o poziomie satysfakcji klienta decyduje to, na ile zadowolony wychodzi z punktu sprzedaży lub obsługi i na ile jego oczekiwania względem usługi zostały zaspokojone. Decyduje o tym szereg czynników, takich jak wygląd placówki, zachowanie personelu i atrakcyjność samej oferty.

Wskaźniki satysfakcji klientów stanowią dla firm bardzo ważną informację i podstawę do działań zmierzających do poprawy świadczonej obsługi. Polski Program Jakości Obsługi od ponad dekady prowadzi cykliczne badania, które są dla firm źródłem takiej wiedzy.

Konsumenci zgłaszają nam swoje opinie przez 365 dni w roku. Dzięki temu firmy dowiadują się, jak zmieniają się oczekiwania konsumentów oraz jak poprawiać i modyfikować własne standardy obsługi, żeby dopasować się do tych potrzeb i wyprzedzić konkurencję – mówi Mirosław Bartoń.

Przez okrągły rok klienci z całej Polski mogą oceniać ponad 46 tys. firm, zgromadzonych na portalu jakoscobsługi.pl. Dzieląc się swoimi opiniami dotyczącymi obsługi, pomagają innym użytkownikom serwisu w wyborze firm, które spełnią ich oczekiwania. Z kolei dla przedsiębiorców otrzymane opinie i spostrzeżenia to źródło wiedzy, które mogą przekuć w działania na rzecz poprawy jakości świadczonej obsługi.

Na podstawie opinii klientów zgłoszonych w Polskim Programie Jakości Obsługi zostają wyłonione Gwiazdy Jakości Obsługi. W tym roku już po raz 12. konsumenci wybrali ich zdaniem najbardziej przyjazne firmy w Polsce, które stosują najwyższe standardy obsługi i otrzymały rekomendacje na 2019 rok.

– To już kolejny rok, kiedy otrzymujemy tę nagrodę, co oznacza, że jesteśmy konsekwentni w realizacji naszej strategii, a klienci to widzą i doceniają. Nagroda za jakość obsługi jest docenieniem wszystkich ludzi zatrudnionych w banku, bo kilka tysięcy ludzi przez cały rok musi bardzo ciężko pracować na ten wspólny cel – mówi Magdalena Macko-Gizińska, dyrektor Departamentu Doświadczeń Klienta w ING Banku Śląskim S.A.

Jak podkreśla, obsługa klienta to kluczowy element strategii banku, który ma bezpośrednie przełożenie na wyniki finansowe.

– Kilka lat temu zdecydowaliśmy, że w banku się kupuje, a nie sprzedaje. Dlatego w naszych placówkach nie wynagradzamy premiowo za realizację sprzedaży. Pracownicy otrzymują stałe pensje i premie roczne, co oznacza, że nie ma bodźców sprzedażowych. Chcemy budować kulturę, w której klient do nas przychodzi, bo sam chce coś od nas kupić, a będzie chciał kupić wtedy, jeżeli będziemy w stanie odpowiednio zaprezentować mu nasze produkty, pokazać naszą ofertę. To jest sposób, w jaki wyobrażamy sobie naszą współpracę z klientami – mówi Magdalena Macko-Gizińska.

Tytuł Gwiazdy Jakości Obsługi to sygnał dla obecnych i potencjalnych klientów, pracowników oraz partnerów biznesowych firmy. Komunikuje wartości takie jak solidność, jakość i zaufanie. To również symbol przedsiębiorstwa otwartego na opinie klientów, które przykłada wagę do stałego rozwoju, poprawy zadowolenia i doświadczeń zakupowych klientów. Obok ING Banku Śląskiego w gronie tegorocznych nagrodzonych znalazł się też inny bank, BGŻ BNP Paribas SA.

– Rynek oraz wymagania klientów idą w górę, co oznacza że my również musimy się poprawiać i rozwijać, przynajmniej równie szybko – mówi Przemysław Furlepa, wiceprezes zarządu Bank BGŻ BNP Paribas. – Trudno znaleźć obszar ważniejszy od obsługi klienta, to na niej wszystko się zaczyna i kończy. Dlatego na tym się koncentrujemy i w to inwestujemy. Jest to mierzalne, bo najbardziej zadowoleni klienci kupują najwięcej. Co jeszcze ważniejsze, ci najbardziej zadowoleni klienci, a wynika to z jakości obsługi, najczęściej rekomendują naszą instytucję swoim znajomym czy rodzinie, więc zależność jest bardzo wyraźna.

Na chorobę Parkinsona cierpi w Polsce ok. 100 tys. osób. Dotyka ona całe rodziny

Choroba Parkinsona postępuje powoli, latami. Chory staje się w tym czasie coraz mniej samodzielny – trudnością jest dla niego spożywanie posiłków, ubieranie się czy pokonywanie krótkich dystansów. Ciężar opieki przenosi się na barki rodziny i najbliższych, którzy nierzadko muszą całkiem zrezygnować z pracy zawodowej. Polskie Towarzystwo Neurologiczne podkreśla, że od strony medycznej sytuacja pacjentów chorych na chorobę Parkinsona jest dobra, jednak brakuje skoordynowania opieki – dlatego postuluje utworzenie specjalnych ośrodków, które zajęłyby się kompleksową terapią i rehabilitacją

Choroba Parkinsona – nazywana inaczej drżączką poraźną – jest najczęstszym zaburzeniem neurodegeneracyjnym. W Polsce dotyka blisko 100 tys. osób, a jej zaawansowaną postać ma ok. 20 proc. pacjentów. Postęp choroby jest powolny i trwa latami, a u chorego dochodzi w tym czasie do obumierania komórek mózgowych produkujących dopaminę, jeden z neuroprzekaźników.

Choroba Parkinsona jest chorobą całego ciała i wszystkich mięśni. Kiedy staje się już zaawansowana, dochodzą również problemy psychiczne. Opiekunowie muszą czuwać nad chorym 24 godziny na dobę, ponieważ on cierpi nie tylko w dzień, lecz także jego sen często jest zaburzony. Chory ma też mnóstwo innych problemów, np. urologicznych bądź z jedzeniem, dlatego w zaawansowanej chorobie nie rozstaje się z opiekunem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Machajek z Fundacji Parkinsona.

Główne objawy choroby Parkinsona to chwiejny chód i spowolnienie ruchów, drżenie rąk, słabsza mimika twarzy i trudności z wyrażaniem emocji czy zaburzenia mowy – chory mówi cicho i monotonnie. Zmienia się również jego charakter pisma. Charakterystycznym symptomom często towarzyszą dodatkowe dolegliwości i objawy, takie jak zaburzenia depresyjne, wzrokowe i snu, apatia, problemy z oddawaniem moczu czy nadmierne ślinienie się. Choroba Parkinsona nie jest uleczalna i nie ma na nią jednego lekarstwa. Początkowe leczenie farmakologiczne daje chwilową poprawę, ale ten okres trwa krótko, od 3 do 5 lat, i jest nazywany „miodowym miesiącem”. Dopiero później, w zaawansowanym stadium, choroba pokazuje prawdziwe oblicze.

Parkinson dotyka całe rodziny, ponieważ to na barkach partnerów, dzieci i najbliższych spoczywa opieka nad chorym, który staje się coraz mniej samodzielny. Trudnością staje się dla niego spożywanie posiłków, samodzielne ubieranie się czy pokonywanie krótkich dystansów. Dlatego choroba uderza nie tylko w pacjenta, lecz także w pozostałych członków jego rodziny, którzy poświęcają mnóstwo czasu albo całkiem rezygnują z pracy zawodowej, żeby móc otoczyć go opieką.

– Rytm dnia wyznaczają pory brania leków, które powodują, że wiemy, kiedy chory może jeść, a kiedy nie powinien – mówi Wojciech Machajek.

Pierwsza i najważniejsza rzecz to nauczenie się przez opiekunów radzenia sobie z emocjami. One są tak trudne do przeżywania i zaakceptowania, że opiekunowie bardzo często się poddają. Pojawia się agresja, która ujawnia niemoc i bezsilność chorego, ale przyjmowania tej trudnej emocji można się nauczyć. Trzeba dać choremu prawo do tego, że może płakać, żalić się, mieć poczucie krzywdy – dodaje dr Krystyna Teresa Panas, przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

Opieka nad pacjentem z chorobą Parkinsona wymaga dużo czasu i jeszcze więcej cierpliwości. Dlatego opiekun może poszukać pomocy, np. wśród nowych technologii, które ułatwiają komunikację, czy w grupach wsparcia. Powinien też znaleźć osobę, która zastąpi go w razie potrzeby. To ułatwi codzienne funkcjonowanie. Z drugiej strony ważne jest, żeby nie ubezwłasnowolniać podopiecznego i pozwolić mu wykonywać wszystkie czynności, którymi zajmował się przed chorobą, nawet jeżeli robi to niezdarnie. W parze z leczeniem objawów choroby Parkinsona powinna iść pomoc psychoterapeutyczna zarówno dla pacjenta, jak i jego opiekunów.

Często traktujemy chorego jak dziecko, które trzeba umyć, zadecydować za niego. Tymczasem to są dorośli ludzie, którzy funkcjonowali już w społeczeństwie i jest im bardzo trudno się w takiej sytuacji odnaleźć, zaakceptować, że ktoś ustawia im całe życie, które w dodatku nie wiadomo jak długo jeszcze potrwa – mówi dr Krystyna Teresa Panas.

W Polsce od dwóch lat dostępne są trzy nowoczesne terapie w leczeniu zaawansowanej postaci Parkinsona: DBS, głęboka stymulacja mózgu, lewodopa podawana dojelitowo oraz apomorfina w postaci wlewów podskórnych podawanych za pomocą pompy. Jak podkreślają eksperci, to duży krok naprzód.

W kwestii zaawansowanych terapii nie jest najgorzej, ale problemem jest organizacja tych świadczeń, rozproszenie ich na bardzo wiele różnych ośrodków, które niekoniecznie mają doświadczenie w tym leczeniu – mówi prof. dr hab. n. med. Jarosław Sławek, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego – Wydajemy niepotrzebnie dużo pieniędzy, które można by skoncentrować w tzw. centrach referencyjnych, oferujących kompleksową i skoordynowaną opiekę. Obejmowałaby ona tradycyjną farmakoterapię, terapie zaawansowane, leczenie operacyjne i rehabilitację, która w Polsce jest zupełnie zaniedbana w chorobie Parkinsona.

Jak ocenia, w Polsce jest 10 do 15 ośrodków zdolnych do prowadzenia takiej zintegrowanej terapii pacjentów chorych na chorobę Parkinsona i to w nich powinny się koncentrować środki przeznaczone na leczenie. To istotne o tyle, że choroba ta wymaga współpracy i zaangażowania wielu specjalistów, w tym m.in. fizjoterapeutów, dietetyków, logopedów, psychologów i psychiatrów.

Przedstawiliśmy już taki zintegrowany program opieki nad pacjentem, który jest bardziej wydajny od strony ekonomicznej, czyli nie marnuje środków, a jednocześnie bardziej przyjazny pacjentowi, ponieważ w jednym miejscu skupia ofertę terapeutyczną na najwyższym poziomie, jaki możemy w tej chwili w Polsce zaoferować – mówi prof. Jarosław Sławek.

Połowa piętnastolatków zetknęła się z hejtem w sieci. Rusza kampania, która pomoże walczyć z tym zjawiskiem

0

Połowa piętnastolatków zetknęła się z hejtem w sieci. Rusza kampania, która pomoże walczyć z tym zjawiskiem 2

Hejt w internecie urasta do rangi potężnego problemu społecznego. Dotyka nawet dzieci i nastolatków – więcej niż co trzeci zetknął się już w sieci z mową nienawiści. Hejterzy i trolle są jednak w mniejszości, stanowią zaledwie 5–6 proc. internautów. Fundacja Orange rusza z kampanią, która ma pokazać, że są oni w mniejszości i da się z nimi walczyć. W ramach akcji pokazuje, jak reagować na hejt w sieci i emocjonalnie sobie z nim radzić. Symbolem kampanii HASHjestnaswiecej jest pomarańczowa sznurówka.

– Chyba każdy z nas spotykał się w sieci z falą negatywnych komentarzy i obraźliwych tekstów, często w ogóle niczym nieuzasadnionych. Niestety, ten problem dotyczy szczególnie młodego pokolenia. Z badań, które realizowaliśmy, wynika, że aż 1/3 polskich nastolatków doświadczyło hejtu – mówi agencji Newseria Biznes Ewa Krupa, prezeska Fundacji Orange.

Z polskiej edycji badania EU Kids Online 2018 wynika, że w grupie wiekowej 15–16 lat aż 50 proc. młodzieży przynajmniej raz w ciągu ostatniego roku spotkało się w internecie z mową nienawiści lub poniżającymi treściami kierowanymi do innych internautów. Hejt wśród młodzieży jest problemem i może mieć poważne, realne skutki, ale stoi za nim stosunkowo niewielka grupa sprawców – zaledwie 5,1 proc. nastolatków. To oznacza, że hejterzy i trolle są w zdecydowanej mniejszości.

– Co ważne, internet sam w sobie nie jest źródłem hejtu – on jest przestrzenią publiczną, w której te negatywne treści występują. Hejt staje się poważnym problemem społecznym, bo rzutuje na psychikę dzieciaków, na ich poczucie własnej wartości. I dlatego wyraźnie chcemy powiedzieć temu zjawisku „stop” –podkreśla Ewa Krupa.

Hejt najczęściej przybiera formę wiadomości, ale może być też obraźliwą grafiką, filmem czy utworem muzycznym. Nie musi zawierać wulgaryzmów, żeby upokarzać czy wyśmiewać inną osobę. Zjawisko hejtu dotyka wszystkich, ale najmłodszym najtrudniej jest poradzić sobie z atakiem. Zwłaszcza że – jak wynika z badania EU Kids Online – 38 proc. nastolatków, którzy doświadczyli czegoś nieprzyjemnego w sieci, nie wskazało żadnej osoby, z którą by o tym rozmawiali. To oznacza, że wielu młodych ludzi nie ma wsparcia i musi samodzielnie radzić sobie z konsekwencjami szkodliwych zjawisk w internecie. Najpowszechniejszą reakcją jest zignorowanie problemu (56,7 proc.) i zamknięcie okna w przeglądarce lub aplikacji (61,8 proc.).

– Młodzi ludzie rzadko rozmawiają na ten temat z dorosłymi, nawet z własnymi rodzicami. Najczęściej poruszają go w rozmowie z rówieśnikami, ale to nie jest profesjonalna porada – mówi Ewa Krupa. – Przez ten brak reakcji budujemy taki obraz, że hejterzy są wszędzie. Dlatego ważne, żebyśmy jednak opowiedzieli się za tą pozytywną stroną internetu, żebyśmy reagowali, temu ma służyć kampania HASHjestnaswiecej.

Symbolem akcji jest pomarańczowa sznurówka – noszą ją już muzycy zespołu Afromental Tomson i Baron, którzy zostali ambasadorami kampanii HASHjestnaswiecej. Akcja ma podkreślić, że w internecie jest zdecydowanie więcej osób, które zachowują się w porządku, i warto, żeby aktywnie zabierały głos w sprawie hejtu. Każdy może stanąć w obronie atakowanych w sieci, używając hasztagu HASHjestnaswiecej.

– Każdy powinien zamanifestować swój sprzeciw wobec hejtu. Włączcie się do kampanii, róbcie zdjęcia w mediach społecznościowych z pomarańczową sznurówką. Pokażmy, że wszystkim nam zależy na lepszej przestrzeni do dyskusji i pozytywnym internecie nas samych – mówi Ewa Krupa.

Kampania jest adresowania nie tylko do internautów, lecz także do szkół. Na stronie www.jestnaswiecej.pl znajdują się praktyczne porady i informacje o tym, jak reagować na hejt. Przygotowano także scenariusz zajęć z młodzieżą. Placówka, która zgłosi chęć ich przeprowadzenia i wypełni formularz, otrzyma też pakiet sznurówek dla uczestników i plakat o akcji.

 Uruchomiliśmy stronę internetową, gdzie znajdują się różne materiały, które pomogą reagować w sytuacji zetknięcia się z hejtem i pokaż, jak wyrażać swoje emocje, jak zwrócić uwagę hejterowi i zaprzestać bezsensownej dyskusji z nim. Jest szereg materiałów dla rodziców i scenariusze zajęć dla nauczycieli, które pokazują, jak przeprowadzić rozmowy czy lekcje na ten temat – mówi prezeska Fundacji Orange.

Nauczyciele WF-u zyskują sprzymierzeńca. Media społecznościowe pomagają propagować sport wśród najmłodszych

0

Nauczyciele WF-u zyskują sprzymierzeńca. Media społecznościowe pomagają propagować sport wśród najmłodszych 3

Internet to dla współczesnych dzieci naturalne środowisko, dlatego znani sportowcy i youtuberzy chcą to wykorzystać do promowania aktywności fizycznej. W ramach programu Drużyna Energii nagrywają treningi i publikują je w mediach społecznościowych, a uczniowie muszą je powtórzyć, wykazując się kreatywnością i nagrywając z tego film. Druga edycja programu cieszy się rekordową popularnością. Uczestniczy w niej 200 szkół i kilkadziesiąt tysięcy uczniów z całej Polski, rywalizując o główną nagrodę i wyposażenie sal gimnastycznych. 

– Jest wiele sposobów, żeby skutecznie zachęcić dzieci do sportu. My wybraliśmy dotarcie do dzieciaków znanymi im kanałami komunikacji. Angażujemy się w pokazywanie ćwiczeń i zasad zdrowego żywienia poprzez tablety, telefony, aplikacje typu Instagram, Facebook czy TikTok. Widzimy, że to przynosi rezultaty – nie tylko po obecności uczniów na eventach, lecz także po tysiącach nadsyłanych co miesiąc filmów nagrywanych przez uczniów i ich nauczycieli – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Leszczyński, dyrektor marketingu sportowego New Balance.

Drużyna Energii to ogólnopolski program sportowy, zainicjowany przez Grupę Energa i skierowany do uczniów klas VI–VIII szkoły podstawowej. Jest odpowiedzią na niepokojące statystyki, które pokazują, że polskie dzieci są mało aktywne, a co piąte cierpi na otyłość. W ramach programu uczniowie nagrywają filmiki, na których wykonują ćwiczenia zadane przez ambasadorów akcji – znanych sportowców i youtuberów. Za każde nagranie, w którym powtórzą trening mistrzów, szkoła otrzymuje punkty liczące się w walce o główną nagrodę.

Szkoła, która w danym miesiącu prześle najciekawsze nagranie, może liczyć na odwiedziny ambasadorów i wspólny trening. W marcu zwycięska okazała się Szkoła Podstawowa im. Marii Zientary-Malewskiej z Oddziałami Dwujęzycznymi w Dywitach w województwie warmińsko-mazurskim. Ewa Lewandowska, nauczyciel wychowania fizycznego w placówce, podkreśla, że nastawienie uczniów do aktywności fizycznej zmieniło się znacznie pod wpływem rywalizacji i uczestnictwa w Drużynie Energii.

– One nie wierzyły w siebie, w to, że mogą wygrać taki program. Tymczasem przystąpiliśmy do niego już w ubiegłym roku i tak naprawdę otarliśmy się o wygraną. W tym roku bardziej uwierzyli w swoje siły, są bardzo zaangażowani i zadowoleni, podobnie jak ich rodzice – mówi Ewa Lewandowska.

Szkoła z 11-tysięcznej miejscowości wykazała się kreatywnością i była jedną z tych, które nadesłały największą liczbę filmów z uczniami wykonującymi ćwiczenia od ambasadorów. Ogółem w pierwszym etapie akcji nauczyciele wraz ze swoimi podopiecznymi ze szkół w całej Polsce nagrali ich w sumie 6 968.

– To bardzo fajna inicjatywa na poziomie szkół podstawowych. Dzieci bardzo entuzjastycznie przyjęły propozycję uczestnictwa. W tym roku mamy cztery dyscypliny sportowe, cztery gry zespołowe, dzięki czemu poprzez zabawę możemy stworzyć fajną atmosferę na zajęciach – dodaje Krzysztof Sieradzki, nauczyciel wychowania fizycznego w szkole podstawowej w Dywitach.

Dla uczniów z SP w Dywitach, którzy pokonali w rywalizacji 200 innych szkół uczestniczących w II edycji Drużyny Energii, nagrodą za zaangażowanie była aktywna zabawa i wspólny trening z Izabelą Bełcik, Markiem Citko, Bartoszem Ignacikiem, Krzysztofem Ignaczakiem i Rafałem Lipińskim. Atrakcją dla najmłodszych był pokaz freestyle football w wykonaniu Krzysztofa Golonki i konkurs, w którym dwudziestka reprezentantów szkoły zmierzyła się w zadaniach z zakresu piłki nożnej, siatkówki i koszykówki.

– Aktywność ruchowo-sportowa dzieciaków, które odwiedzamy i które uczestniczą w drugiej edycji Drużyny Energii, zmienia się bardzo. Wiemy już, że pierwsza edycja przyniosła bardzo duży sukces i staramy się, żeby ta była przynajmniej porównywalna. Wszystko zmierza w dobrym kierunku, jesteśmy w stanie połączyć aktywność sportową z szeroko rozumianą aktywnością internetową – mówi Bartosz Ignacik, dziennikarz sportowy.

Internet to dla dzisiejszych dzieci naturalne środowisko, dlatego ambasadorzy Drużyny Energii nagrywają treningi i publikują je w mediach społecznościowych. W ten sposób propagują sport za pośrednictwem kanału, z którego najchętniej korzystają dzieci i młodzież.

Aktualnie uczniowie mierzą się z drugim zestawem ćwiczeń od ambasadorów, a filmy można przesyłać do 31 marca. Natomiast w czerwcu zwycięzcy wszystkich etapów sportowej rywalizacji spotkają się na Wielkim Finale na stadionie Energa w Gdańsku, gdzie trzy najlepsze szkoły odbiorą czeki na wyposażenie sal gimnastycznych.

– Sport to rywalizacja i emocje, więc wykorzystujemy to w projekcie Drużyna Energii. Rywalizacja przebiega na kilku poziomach. Najpierw szkoły rywalizują o to, aby znaleźć się w wybranej setce, następnie o to, aby event miesiąca odbył się u nich i o udział w finale. Myślę, że rywalizacja napędza ten projekt i powoduje, że on się rozwija – mówi Robert Leszczyński.

Łącznie w akcji bierze udział kilkadziesiąt tysięcy uczniów. W pierwszej edycji programu zostało nadesłanych ponad 20 tys. filmów, a ambasadorzy Drużyny Energii przejechali w sumie 2,2 tys. kilometrów, odwiedzając szkoły w Olszynach, Żorach, Gdyni, Kętrzynie i Łęgu Probostwie.

Pogłębiające się globalne ocieplenie może spowodować miliony zgonów z powodu upałów czy groźne choroby tropikalne w Europie. To ostatni moment na odwrócenie zmian

Pogłębiające się globalne ocieplenie może spowodować miliony zgonów z powodu upałów czy groźne choroby tropikalne w Europie. To ostatni moment na odwrócenie zmian 4

Obecnie z powodu upałów w Europie co roku umiera niemal 3 tys. osób. Przy dalszym ocieplaniu klimatu i rosnących temperaturach pod koniec stulecia może to być już 150 tys. Klęski żywiołowe będą dotykać już 2/3 Europejczyków. Do 2100 roku poziom mórz może z kolei wzrosnąć aż o 90 cm, co w efekcie doprowadzi do zalania terenów zamieszkałych przez połowę populacji świata. Tylko jeżeli włączymy hamulce emocjonalne, ekonomiczne i przyzwyczajeniowe, może się udać przyhamować zachodzące zmiany – oceniają klimatolodzy.

– Obawiam się, że obserwowane obecnie zmiany klimatu są nieodwracalne. Jeżeli patrzymy na nastawienie ludzi, a zwłaszcza polityków, do tego problemu, to wydaje się, że jest on traktowany zbyt lekką ręką. Chociażby wycofanie się prezydenta Trumpa z Porozumienia Paryskiego, które zakładało, że każdy kraj poczyni wysiłki, żeby zmniejszyć emisję gazów cieplarnianych. Jeżeli tacy politycy będą się zdarzali także i w innych krajach, zwłaszcza tam, gdzie emisja tych gazów jest największa – Chiny, Rosja, Indie czy Europa Zachodnia, to niestety może być trudno te zmiany zahamować – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. dr hab. Krzysztof Błażejczyk, klimatolog z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN.

Raport Intergovernmental Panel on Climate Change wskazuje, że przekroczenie granicy bezpiecznego wzrostu średniej globalnej temperatury na poziomie do 1,5°C do końca wieku grozi nieodwracalnymi zmianami i szkodliwymi konsekwencjami dla całego społeczeństwa. Opracowanie naukowców z Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) potwierdza zaś, że obecna średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. W tym tempie do końca stulecia temperatura może być wyższa o 4°C. To zaś oznacza częstsze i bardziej intensywne susze w lecie, nawałnice, huragany czy trąby powietrzne.

WHO ocenia, że obecnie zmiany klimatu odpowiadają bezpośrednio za ponad 140 tys. zgonów rocznie, przede wszystkim w Afryce i Południowo-Wschodniej Azji. Do 2030 roku liczba ta ma wzrosnąć do 250 tys. (dane z raportu „Wpływ zmiany klimatu na zdrowie” Koalicji Klimatycznej i Heal Polska).

– Jest mało realne, żeby natura wróciła do stanu sprzed tzw. rewolucji przemysłowej, czyli końcówki XIX wieku. To, co już się wydarzyło, to, co człowiek dołożył do atmosfery, i zmiany, które są wynikiem naszej działalności, są zbyt silne – wskazuje prof. Krzysztof Błażejczyk.

Z danych IPCC wynika, że wzrost średniej globalnej temperatury powyżej 1,5°C spowoduje, że średni poziom mórz do 2100 roku podniesie się o 90 cm, co grozi zalaniem terenów zamieszkałych przez połowę populacji świata. Przestaną istnieć wyspy na Oceanie Spokojnym, miliony ludzi będą musiały zmienić miejsce zamieszkania.

Przykładem tego, jakie straty może nieść ze sobą dalsze podwyższanie się lustra mórz, może być huragan, który w 2012 roku przeszedł nad wybrzeżem USA. Po przejściu huraganu Sandy straty oszacowano na 70 mld dol. Tym samym katastrofa była jedną z dziesięciu najbardziej kosztownych we współczesnej historii. Straty byłyby zdecydowanie niższe, gdyby nie wyższy poziom wody – u wybrzeży Nowego Jorku to ok. 30 cm wyżej niż w 1900 roku, a przybór sztormowy osiąga ponad 1 m wyżej niż w czasach przedindustrialnych.

– Jeżeli jednak włączymy hamulce emocjonalne, ekonomiczne i takie przyzwyczajeniowe, to może się udać przyhamować te zmiany. A czy je się uda odwrócić, tu musimy chyba jeszcze poczekać ze 20 lat, żeby się tego dowiedzieć. Jak już je przyhamujemy, to jest szansa na to, że wrócimy do tego stanu, może nie pierwotnego, ale jakiegoś takiego rozsądnego, który miał miejsce jeszcze 30–50 lat temu – przekonuje ekspert.

Czarnego scenariusza można uniknąć, ale potrzebne są natychmiastowe działania. Aby nie przekroczyć progu bezpieczeństwa, IPCC podaje, że do 2030 roku globalna emisja dwutlenku węgla musi spaść o 45 proc. w porównaniu do poziomu z 2010 roku, natomiast do 2050 roku musimy całkowicie zrezygnować ze spalania węgla na rzecz odnawialnych źródeł energii.

– Optymistyczne scenariusze zakładają, że po roku 2050–2060 następuje przyhamowanie tego wzrostu, a niektóre, te najbardziej optymistyczne, że pod koniec tego wieku nastąpi lekkie złagodzenie, a nawet obniżenie temperatury. Nie w stosunku do tego, co mamy w tej chwili, ale w stosunku do tego półwiecza, które jest jeszcze przed nami. Natomiast ten środek powinien być jeszcze cieplejszy i z tymi wszystkimi negatywnymi konsekwencjami klimatyczno-pogodowymi – przewiduje prof. Krzysztof Błażejczyk.

Popularni blogerzy i vlogerzy są dla marek coraz lepszą formą reklamy. Ponad połowa internautów kupuje produkt pod ich wpływem

Popularni blogerzy i vlogerzy są dla marek coraz lepszą formą reklamy. Ponad połowa internautów kupuje produkt pod ich wpływem 5

Blisko połowa internautów w Polsce ma zainstalowane aplikacje blokujące reklamy, które skutecznie ograniczają widoczność marek. W takiej sytuacji niezastąpieni stają się influencerzy. Pozwalają skuteczniej, a przede wszystkim w sposób atrakcyjny i bardziej autentyczny trafiać z komunikacją marketingową do odbiorców, szczególnie tych młodych – przekonuje Konrad Traczyk, prezes Hash.fm. Dlatego na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań i narzędzi, które ułatwiają współpracę blogerów i vlogerów z markami. Jednym z nich jest sklep przeznaczony tylko dla influencerów – Fameshop.

– Zainteresowanie influencer marketingiem przez reklamodawców wynika z tego, że spada efektywność tradycyjnych formatów reklamy, nie tylko telewizji czy prasy, lecz także tej teoretycznie nowoczesnej reklamy internetowej. Influencerzy, twórcy internetowi mocno zyskują na popularności w ostatnich latach, co jest powiązane też z szybkim rozwojem platform social mediowych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Konrad Traczyk, prezes Hash.fm.

Raport agencji mediowej Starcom wskazuje, że wartość rynku reklamowego w Polsce w 2018 roku wyniosła 9,5 mld zł. Najszybciej, bo o ponad 13 proc., wzrosły wydatki na reklamę internetową. Ta jednak jest coraz mniej skuteczna. Z raportu „Zjawisko blokowania reklam” IAB Polska wynika, że 42 proc. internautów korzysta z adblocków. Oznacza to, że 8,8 mln polskich internautów blokuje reklamy na odwiedzanych stronach. W latach 2012–2017 liczba użytkowników adblocków wzrosła o 192 proc. Na tym zyskują influencerzy. W Stanach Zjednoczonych influencer marketing wykorzystuje już 65 proc. marek. W Polsce do tej formy promocji przekonuje się coraz więcej firm.

 Influencer marketing jest jednym z najszybciej rosnących kanałów marketingowych, jeżeli chodzi o wydatki, więc zainteresowanie tego typu usługami jest coraz większe. Bardzo szybko rośnie i nie wygląda na to, żeby w następnych latach miało się zmniejszyć – ocenia Konrad Traczyk.

Z raportu Whitepress „Influencer marketing – praktycznie” wynika, że ponad połowa (53 proc.) odbiorców blogów i vlogów kupiła produkt pod wpływem influencerów. Blisko dwie trzecie (60 proc.) stałych odbiorców dzięki nim robi świadome zakupy, a dla 72 proc. internautów to właśnie blogerzy i vlogerzy są pierwszym źródłem informacji o produktach, a ich opinia jest ważniejsza niż zdanie rodziny i znajomych.

Na rynku przybywa rozwiązań, które łączą marki z influencerami. Jednym z nich jest Fameshop, czyli pierwszy sklep wyłącznie dla influencerów.

 Twórcy internetowi, influencerzy, instagramerzy mogą zamawiać produkty w zamian za publikację w swoich social mediach. Od strony biznesowej jest to platforma łącząca reklamodawców z twórcami internetowymi, natomiast pozycjonowana jest jako sklep dla influencerów i dokładnie w ten sam sposób działa. Czyli mamy witrynę Fameshop.fm, która wygląda i działa jak sklep z taką różnicą, że nie płaci się złotówkami, a swoją sławą, zasięgiem, zaangażowaniem wygenerowanym w social mediach – tłumaczy prezes Hash.fm.

Zgodnie z założeniem twórcy internetowi mogą się zgłaszać po wystawione w sklepie produkty i otrzymać je bezpłatnie w zamian za publikacje w kanałach społecznościowych. Influencerzy sami decydują, jaki produkt będzie odpowiedni dla ich kanału, ale zanim otrzymają produkt, zespół Fameshop weryfikuje jakość contentu, liczbę obserwujących, współczynnik zaangażowania czy strukturę i demografię zgromadzonej społeczności.

 Mamy dowody na to, że działania w kanale influencer marketing radykalnie zwiększają pozytywne postrzeganie produktów i marek, szczególnie w młodych grupach docelowych. Tu nie ma alternatywy. Jeżeli marka chce być przez młodych ludzi postrzegana jako atrakcyjna, to w zasadzie tylko przez influencer marketing może to osiągnąć. Natomiast też mamy dowody na to, że konkretne działania z konkretnymi twórcami internetowymi potrafią przekładać się na bezpośrednio sprzedaż mierzoną w wydatkach, np. w sklepach online – przekonuje Traczyk.

Z danych z połowy lutego wynika, że kampanie z wykorzystaniem Fameshopu zrealizowały największe marki, m.in. L’Oréal, Home&You czy Ochnik. Łącznie to ponad 50 różnych akcji, które wygenerowały ponad 1,4 tys. publikacji o produktach.

– Jako Hash.fm już od wielu lat prowadzimy agencję influencer marketingu wyspecjalizowaną w prowadzeniu kampanii szytych na miarę z twórcami internetowymi. Doświadczenia, które zebraliśmy przez te wszystkie lata, pozwalają nam myśleć o tego typu progresywnych produktach, które naszym zdaniem podnoszą poprzeczkę o poziom wyżej, ale także przyspieszają rozwój tego rynku – zarówno od strony influencerów, jak i marketerów – ocenia Konrad Traczyk.

Coraz chętniej dzielimy się danymi osobowymi. Dzięki analizie big data przez sztuczną inteligencję można usprawnić transport publiczny i zmniejszyć kolejki do lekarzy

Coraz chętniej dzielimy się danymi osobowymi. Dzięki analizie big data przez sztuczną inteligencję można usprawnić transport publiczny i zmniejszyć kolejki do lekarzy 6

W dobie powszechnego dostępu do urządzeń mobilnych oraz rozwoju branży sztucznej inteligencji umiejętność właściwego wykorzystania rozwiązań z zakresu big data stanowi kluczowe wyzwanie dla firm oraz start-upów. Dzięki narzędziom do analizy dużych zasobów informacji można stworzyć innowacyjne rozwiązania technologiczne wykorzystujące algorytmy uczenia maszynowego. Analiza big data pozwoli usprawnić funkcjonowanie inteligentnych miast, rozwinąć usługi działające w ramach internetu rzeczy i dostosować funkcjonowanie aplikacji oraz serwisów do indywidualnych potrzeb klienta.

– Dane są paliwem, które napędza wiele branż i aplikacji, szczególnie związanych ze sztuczną inteligencją i uczeniem maszynowym. Wydaje się, że dystrybucja danych i dostęp do nich są w stanie napędzić wiele zastosowań sztucznej inteligencji, które na chwilę obecną nie są możliwe ze względu na to, że dane nie są dostępne w publicznej domenie ani też nie są dostępne dla wszystkich zainteresowanych nimi firm oraz organizacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Tomasz Trzciński, dyrektor naukowy w firmie Tooploox.

Coraz chętniej udostępniamy swoje dane podmiotom zewnętrznym. Z badań przeprowadzonych na początku roku przez Center for Data Innovation wynika, że aż 58 proc. Amerykanów jest skłonnych podzielić się danymi biometrycznymi, medycznymi czy informacjami o swojej lokalizacji, aby korzystać z aplikacji oraz serwisów internetowych. Z badań Experian, przeprowadzonych na skalę globalną wynika z kolei, że aż 70 proc. konsumentów dóbr cyfrowych jest skłonnych udostępniać firmom technologicznym więcej danych niż dotychczas, jeśli dzięki temu zyskają większe bezpieczeństwo lub zwiększy się ich wygoda korzystania z konkretnej usługi.

W analizie big data tkwi ogromny potencjał. Technologia ta pozwala wykorzystać spersonalizowane informacje na temat użytkowników do zoptymalizowania działania aplikacji oraz usług.

– Dane osobiste, takie jak dane medyczne, dane dotyczące naszego korzystania z transportu publicznego czy infrastruktury telekomunikacyjnej, mogą być wykorzystywane np. do przyspieszenia obsługi pacjentów w placówkach medycznych albo do ulepszenia warunków transportu w metrze czy w tramwajach w oparciu o informacje o lokalizacji pasażerów – mówi dr Tomasz Trzciński.

Samo pozyskanie informacji to nie wszystko. Po wycieku prywatnych danych użytkowników Facebooka w aferze Cambridge Analytica coraz głośniej mówi się o konieczności etycznego i bezpiecznego przetwarzania wrażliwych informacji. Brytyjska agencja National Cyber Security Centre stworzyła specjalne narzędzie, które ma ułatwić komunikację pomiędzy szefami firm a zespołami wsparcia technicznego. Board Toolkit wprowadzi osoby zarządzające do tematyki cyberbezpieczeństwa i pozwoli tak zaplanować rozwój usług cyfrowych, aby działały z poszanowaniem prywatności klientów.

Tematyką bezpieczeństwa w zakresie przetwarzania dużych zasobów informacji zajmuje się również firma Tooploox. Opracowała m.in. metodę anonimizacji danych biometrycznych wykorzystywanych w systemie rozpoznawania twarzy. Metoda ta zabezpieczy informacje o charakterze wrażliwym, umożliwiając jednocześnie wykorzystanie ich np.w  systemach autoryzacji użytkownika.

– Firmy boją się już wykorzystywać dane osobowe bez poinformowania o tym użytkownika. Wydaje się, że coraz więcej dba się o to, żeby dane były odpowiednio chronione i żeby użytkownicy w swoim dzieleniu się nimi skupiali się głównie na polepszaniu standardu życia, a nie dzieleniu się informacjami np. o tym, jaką kto ma preferencję związaną z wyborem perfum czy jak długo będziemy żyli. To są dane bardzo istotne z indywidualnej perspektywy i je staramy się zabezpieczać – tłumaczy ekspert.

Mimo że przetwarzanie big data wymaga skrupulatnego zabezpieczenia oprogramowania, firmy, nie tylko z branży technologicznej, coraz częściej sięgają po rozwiązania bazujące na algorytmach uczenia maszynowego. Żabka zorganizowała konkurs „Ogarnij Big Data”, który ma zachęcić studentów specjalizujących się w uczeniu maszynowym oraz sztucznej inteligencji do opracowania rozwiązań wykorzystujących analizę dużych zasobów danych. Celem jest stworzenie projektów, które pomogą usprawnić działanie firmy lub wykorzystają dane do poprawy funkcjonowania miasta.

Potencjał technologii doceniła także chińska firma e-commerce JD.com, która powołała do życia markę JD iCity. Jej celem jest promowanie rozwiązań z zakresu inteligentnego miasta, które wykorzystują sztuczną inteligencję oraz analizę big data. Użytkownicy JD.com w zamian za udostępnienie danych do analizy zostaną wynagrodzeni punktami Kredytu Socjalnego, a pozyskane informacje posłużą do usprawnienia działania usług miejskich.

– Świat bez danych i bez dostępu do nich rozwijałby się wolniej. Tak naprawdę jesteśmy beneficjentami danych. Jest wiele jeszcze sektorów, które tego typu dostępu do danych nie mają. Sektor związany z produkcją czy przemysłowy nie dzielą się danymi tak często jak firmy informatyczne. I być może dlatego wyzwania, które stoją przed tym sektorem, są wciąż tak nieosiągalne – twierdzi dr Tomasz Trzciński.

Według SNS Telecom & IT globalna wartość branży big data w 2018 roku wynosiła 65 mld dol. Szacuje się, że do 2022 roku będzie się rozwijać w średniorocznym tempie na poziomie 14 proc.

Jak samochody autonomiczne zmienią nasze miasta?

Samochody autonomiczne mogą całkowicie zmienić sposób przemieszczania się po miastach. Nie jest to odległa perspektywa – badanie przeprowadzone na zlecenie Renault Polska przez Kantar TNS wykazało, że większość mieszkańców polskich miast uważa, iż takie pojazdy wyjadą na ulice już w ciągu najbliższych 10-15 lat lub wcześniej*. Pojawienie się takich samochodów może mieć znaczenie szczególnie dla osób, które nie potrafią prowadzić samochodu, np. młodzieży czy osób starszych, ale także może przyczynić się do zmniejszenia liczby potrzebnych miejsc parkingowych.

Aż 58% mieszkańców polskich miast przewiduje, że samochody autonomiczne pojawią się na ulicach w ciągu najbliższych 10-15 lat lub wcześniej – w tym według 11% stanie się to już w ciągu 5 lat. Samochody autonomiczne są ważnym elementem w procesie tworzenia transportu przyszłości i mogą stanowić odpowiedź na wiele problemów w dziedzinie mobilności, z którymi obecnie borykają się miasta.

Łatwiejsza mobilność dla wielu grup społecznych

Wśród największych zalet pojazdów autonomicznych połowa badanych wskazuje większą mobilność osób, które nie potrafią prowadzić samochodu, np. młodzieży i osób starszych. Auta bez kierowcy mogą odebrać te osoby z dogodnego miejsca, bez konieczności pokonywania drogi na przystanek, co może być uciążliwe zwłaszcza w przypadku seniorów czy osób z niepełnosprawnością. Mobilność na żądanie może pomóc takim osobom zachować niezależność i swobodnie przemieszczać się po miejscu zamieszkania. To ważne w obliczu przewidywań Eurostatu, które wskazują, że w 2060 r. co trzecia osoba w Polsce będzie w wieku senioralnym (65+).

Jednocześnie rozwój samochodów autonomicznych może ułatwić podróżowanie po mieście młodzieży, która nie posiada prawa jazdy i własnego samochodu, a także rodzicom z małymi dziećmi. Komunikacja miejska nie zawsze sprawdza się w przypadku przejazdu z dzieckiem w wózku ze względu na bariery architektoniczne oraz tabor, który nie wszędzie jest dostosowany do potrzeb takich osób, np. do wielu autobusów czy tramwajów można dostać się jedynie po schodach. Pojazdy autonomiczne takie jak Renault EZ-GO będą oferować łatwy dostęp do transportu dla wszystkich użytkowników.

Czy miejsca parkingowe staną się zbędne?

Drugą w kolejności zaletą pojazdów autonomicznych wybraną przez ankietowanych jest redukcja miejsc parkingowych (21% odpowiedzi). Auta krążące w poszukiwaniu miejsca parkingowego odpowiadają obecnie za znaczącą część emisji zanieczyszczeń, przyczyniają się również do zwiększenia natężenia ruchu drogowego. Jeśli samochód autonomiczny po dotarciu do celu sam wróci do garażu właściciela albo, jak w przypadku pojazdów współdzielonych, pojedzie odebrać kolejną osobę, nie będzie on potrzebować miejsca parkingowego w centrum miasta – dłuższy postój będzie mógł się odbywać w innej przestrzeni, np. garażu podziemnym na przedmieściach. Oprócz tego upowszechnienie mobilności współdzielonej może sprawić, że wiele osób zrezygnuje z jazdy własnym samochodem właśnie na rzecz samochodów autonomicznych.

Ułatwienie dla kierowców

Samochody autonomiczne mają jeszcze inną zaletę: gdy zniknie konieczność prowadzenia auta, kierowcy zyskają dodatkowy czas dla siebie. W badaniu opinii 8% mieszkańców miast wskazało, że takie pojazdy zapewnią możliwość odpoczynku albo przeciwnie – pracy podczas podróży (2% odpowiedzi). Bardziej efektywne wykorzystanie czasu będzie jednocześnie oznaczać poprawę jakości życia użytkowników autonomicznych samochodów.

Bez stresu, cicho i ekologicznie

Mobilność autonomiczna może również sprawić, że użytkownicy aut staną się… zdrowsi i spokojniejsi. Prowadzenie auta w zatłoczonym mieście może być źródłem stresu. Tymczasem w przypadku samochodów autonomicznych o wszystko zatroszczy się sam pojazd. Jednocześnie dzięki temu, że jedno auto będzie mogło być użytkowane przez wiele osób, możliwa będzie redukcja korków w miastach.

Dodatkową zaletą elektrycznych pojazdów autonomicznych jest brak emisji spalin i hałasu, bez ograniczenia swobody przemieszczania się. To bardzo ważne zarówno dla zdrowia i jakości życia mieszkańców miast, jak i dla środowiska naturalnego.

Transport dla każdego

Obecnie korzystanie z samochodu wiąże się z kosztami takimi jak zakup samochodu, eksploatacja, opłaty za ubezpieczenie czy przeglądy. Inaczej jest w przypadku usług jak carpooling czy carsharing. Dzięki oszczędności energii i współdzieleniu kosztów eksploatacji wygodna mobilność w miastach będzie dostępna dla wszystkich.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

W ostatnim tygodniu marca rynki będą zmagać się z dylematem, czy pasywność głównych banków centralnych (w tym Fed) to wystarczający argument rajd ryzykownych aktywów, czy jednak konieczne jest potwierdzenie odbicia w danych aktywności gospodarczej? W poszukiwaniu odpowiedzi pomocne będą niemiecki Ifo, indeks zaufania konsumentów USA oraz PKB z Wielkiej Brytanii i Kanady. Poza tym sentyment kształtować będą nowe doniesienia w sprawie brexitu i negocjacji handlowych USA-Chiny.

Przyszły tydzień: indeks nastrojów konsumentów, rynek budowlany z USA, Ifo z Niemiec, HICP z Eurolandu, brexit, RBNZ, PKB z Kanady

USA

W USA w danych będzie poszukiwanie potwierdzenia dla gołębiego zwrotu Fed. Jeśli takie się nie pojawi, a na horyzoncie nie ma zagrożenia podwyżek stóp procentowych, tworzą się idealne warunki dla podtrzymania hossy na rynku akcji. Sentyment wśród konsumentów (wt) będzie kluczowy, ale ważne też, czy rynek budownictwa mieszkaniowego (wt) będzie w stanie wskazać na odbicie po ostatnich miesiącach. Dane o bilansie handlowym (śr) mają większe znacznie polityczne, jeśli pokażą wzrost importu z Chin i wówczas mogą podgrzać atmosferę wokół kolejnej rundy rozmów handlowych, która będzie miała miejsce w przyszłym tygodniu. Wreszcie PCE Core (pt) będzie uzupełniającą informacją o trendach inflacyjnych. Paradoksalnie dla samego USD większa korzyść może być w gorszych danych, biorąc pod uwagę jego status bezpiecznej przystani i blokadę w postaci biernej postawy Fed.

Strefa euro

W strefie euro interesujące będzie, czy niemiecki indeks Ifo (pon) pokaże takie samo załamanie nastrojów wśród przedsiębiorstw, jak wynika z badania PMI? W lutym indeks znalazł się najniżej do trzech lat, więc dalszy spadek będzie oddziaływał na wyobraźnie inwestorów i sentyment nie tylko wobec EUR. W drugiej części tygodnia otrzymamy szersze badanie nastrojów dla całego Eurolandu (czw) oraz szybki szacunek inflacji HICP (pt). Wyższe ceny ropy będą głównym motorem przyspieszenia inflacji do 1,6 proc. r/r z 1,5 proc. Silniejsza dynamika cen mogłaby oznaczać przenikanie presji płacowej, ale przy spowolniającej gospodarce efekt ten wydaje się mało realny.

Wielka Brytania

W przypadku funta niewiele się zmieniło. Wciąż nie wiemy, kiedy dojdzie do brexitu i jaką przyjmie on formę. W następnym tygodniu ma odbyć się trzecie głosowanie nad planem May i jego odrzucenie przywróci wizję bezumownego brexitu – tym razem po 12 kwietnia. Rynek funta jest pobojowiskiem bez zwycięzców, gdzie trudno jest utrzymać pozycję. Rozsądek podpowiada, że najczarniejszy scenariusz nikomu nie jest na rękę, ale polityka rządzi się innymi prawami. Dane o PKB (pt) schodzą na dalszy plan.

Polska

Nie oczekujemy istotnych impulsów dla złotego ze strony krajowych danych. Stopa bezrobocia (pon) prawdopodobnie potwierdzi stabilizację na 6,1 proc., podczas gdy wyższe ceny energii pozwolą na przyspieszenie inflacji CPI do 1,5 proc. r/r (pt). Złoty pozostaje zakładnikiem czynników zewnętrznych i ostatnie złe informacje z Eurolandu (PMI) budują nerwowość wokół sytuacji w krajach ościennych, w tym w Polsce. Trzymamy się zdania, że EUR/PLN na 4,30 jest sprawiedliwie wyceniony.

Japonia

Z Japonii otrzymamy dane o inflacji CPI, produkcję przemysłową i stopę bezrobocia, ale implikacje dla polityki monetarnej będą znikome. Obecnie o normalizacji nie może być mowy, ale też trudno wskazać pole, gdzie Bank Japonii mógłby rozszerzyć ekspansję monetarną. Jen pozostanie funkcją nastawienia inwestorów do ryzyka, ale przy powrocie przeceny na rynek akcji i silnym obniżeniu rentowności długu USA, USD/JPY wchodzi w trajektorią spadkową.

Australia i Nowa Zelandia

Na Antypodach cała uwaga będzie na Nowej Zelandii. RBNZ (śr) powinien utrzymać główną stopę OCR na 1,75 proc., ale wydźwięk komunikatu może być gołębi, biorąc pod uwagę zmiany w globalnej gospodarce. Wzrost PKB jest stabilny, ale 0,6 proc. k/k w IV kw. był poniżej prognoz banku centralnego (0,8 proc.). W ostatnim czasie NZD trzymał się mocno i złagodzenie stanowiska RBNZ może wypłoszyć inwestorów z długich pozycji. W Australii mamy spokojny tydzień bez ważnych informacji, ale AUD będzie wrażliwy na wahania sentymentu. Im większe obawy o globalne ożywienie, tym większe przekonanie rynku o obniżkach stopy procentowej RBA z negatywnymi implikacjami dla Aussie.

Kanada

W Kanadzie mamy bilans handlu zagranicznego (śr) i PKB za styczeń (pt). Słaby odczyt styczniowej sprzedaży detalicznej podnosi ryzyko po stronie negatywnego zaskoczenia w danych o wzroście gospodarczym, podkreślając problemy gospodarki na początku roku i uzasadniając złagodzenie nastawienia BoC. Dopóki w danych nie zobaczymy poprawy, plan dalszego zacieśniania polityki musi zostać odstawiony na bok, a przy nerwowym otoczeniu inwestorom może być łatwiej ciągnąć USD/CAD wyżej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Prezydencka pomoc dla frankowiczów. O co chodzi tym razem?

Fundusz wsparcia kredytobiorców może kosztować banki 2-3 mld zł rocznie. Koszty te znowu pokryją przede wszystkim posiadacze lokat. Tak było po wprowadzeniu podatku bankowego.

Parlament pracuje nad prezydenckim projektem nowelizacji ustawy o wsparciu kredytobiorców. Chodzi o mechanizm, dzięki któremu osoby, które popadły w finansowe kłopoty, mogą liczyć na pomoc w spłacie rat kredytów. Nowelizacja zakłada łatwiejszy dostęp do systemu wsparcia oraz znacznie hojniejsze wypłaty (szczegóły poniżej). Mało tego, pieniądze wpłacane przez banki mają być wykorzystywane do konwersji kredytów walutowych na złotowe.

O co chodzi? Jeśli na przykład ktoś ma do spłacenia równowartość 400 tysięcy złotych, ale we franku szwajcarskim, to bank może zmienić ten dług na 300 czy 350 tysięcy złotych kredytu w rodzimej walucie. Umorzoną część bank ma dostać z powrotem z funduszu, na który wcześniej się złożył. Mechanizm ten ma doprowadzić do szybszego pozbycia się walutowych kredytów mieszkaniowych z systemu bankowego.

– Na banki może zostać nałożona dodatkowa danina, tak jak trzy lata temu było to z podatkiem bankowym, a efekt nowych regulacji może być podobny: w 2016 roku bezpośrednio po wprowadzeniu nowej daniny banki wyraźnie obniżyły oprocentowanie lokat – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartosz Turek, analityk Open Finance.

Dlaczego to deponenci dostali po kieszeni, a nie posiadacze kredytów, skoro podatek naliczany jest od aktywów banku, czyli między innymi kredytów? Powód jest prosty, banki nie mogły zmienić marż milionów kredytów już udzielonych. Musiały poszukać pieniędzy na podatek gdzieś indziej. Mogły podrożeć nowo udzielane kredyty, ale tych w całej masie już spłacanych długów było relatywnie mało, a więc i efekt był skromny. Można też było podnieść opłaty i prowizje bankowe, ale też – co okazało się najprostszym rozwiązaniem – obniżyć oprocentowanie lokat.

– Jeśli oprocentowanie lokat spadnie, to znowu miliardy trzymane przez Polaków w bankach zaczną stopniowo z rachunków odpływać – przewiduje Bartosz Turek. – Jedni pieniądze po prostu wydadzą, stymulując konsumpcję, a więc i dynamikę wzrostu PKB. Inni zaczną gorączkowo szukać solidniejszych zysków niż 10-12 zł odsetek z rocznej lokaty założonej na tysiąc złotych. Kierunki są w miarę łatwe do przewidzenia. Jeszcze więcej osób kupi obligacje skarbowe, mieszkania na wynajem, jednostki mniej ryzykownych funduszy inwestycyjnych czy złoto.

Dla przypomnienia, propozycja prezydenckiej ustawy oznacza dla kredytobiorców zmianę ryzyka walutowego i ryzyka szwajcarskiej stopy procentowej na ryzyko rodzimej stopy procentowej.

Kto wydaje więcej niż zarabia – Rumunia

Jak ze stabilnej gospodarki zrobić kraj chorobliwie uzależniony od importu, zmagający się ze zbyt szybko rosnącymi cenami i z zagrożonym inwestycyjnym ratingiem? Wystarczy skopiować bieżące działania rumuńskiego rządu, który osaczony przez niezadowolone społeczeństwo postanowił zamknąć usta obywatelom, fundując im każdego roku olbrzymie wzrosty wynagrodzeń niezależnie od możliwości finansowych państwa – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W drugiej połowie 2015 r. Rumunię zmieniły dwa wydarzenia. Pierwszym z nich było postawienie w stan oskarżenia byłego premiera Victora Ponty, pochodzącego z obozu socjaldemokratycznego (PSD). Drugim zaś rozległy pożar w jednym z bukaresztańskich klubów, który pochłonął ponad 60 ofiar.

Oba przypadki łączyły kwestie korupcyjne i oba przyczyniły się też do masowych protestów społecznych, które trwają praktycznie do dziś. Te protesty nie zmieniły jednak znacznie składu parlamentu. Po wyborach w 2016 r. nadal na szczeblu centralnym rządzi socjaldemokratyczna PSD, skonfliktowana z centroprawicowym prezydentem, a nawet Komisją Europejską, mimo że Rumunia obecnie przewodniczy przecież w UE. Jak jednak udało się utrzymać władzę PSD, która nie tylko straciła w 2015 r. premiera, ale również jej obecny jej lider nie może zajmować rządowych stanowisk ze względu na korupcyjne wyroki?

Deszcz gotówki

W latach 2016-2018 pensje w rumuńskim sektorze publicznym rosły w tempie przekraczającym 20 proc. każdego roku – według danych rumuńskiego banku centralnego. Przy niskim bezrobociu popchnęło to w górę również wynagrodzenia w sektorze prywatnym o kilkanaście proc. rocznie.

Jeszcze w styczniu 2015 r. przeciętne wynagrodzenie netto wyniosło w Rumunii 1740 lei, czyli po kursie sprzed czterech lat ok. 1635 zł na rękę. W pierwszym miesiącu 2019 r. przeciętne wynagrodzenie rumuńskiego pracownika wyniosło 2936 lei (2640 zł netto). Poza wzrostem wynagrodzeń obniżono również VAT – podstawowa stawka spadła z 24 do 19 proc., co znacznie zmniejszyło przychody państwa.

Dodatkowo władze były również hojne dla emerytów. Według danych MFW wydatki na świadczenia emerytalne wzrosły z 51 mld lei do 68 mld przez cztery lata, czyli o ponad 30 proc. Inne świadczenia społeczne od państwa wzrosły o ponad połowę – z 24 do 38 mld lei.

Silne wzrosty wynagrodzeń, poprzez konsumpcję doprowadziły do olbrzymiego wzrostu PKB – o 7,0 proc. w 2017 r. W tym roku wysoka również była inflacja – 4,0 proc. Ale to nie wzrost cen jest największym zagrożeniem dla Rumunii. Przy otwartych granicach popyt konsumentów został zaspokojony przez import, drastycznie pogarszając saldo wymiany handlowej i bilans rachunku bieżącego.

Import zaspokaja potrzeby

Dane MFW pokazują, że od 2007 r. do 2015 r. wydajność rumuńskiej gospodarki rosła mniej więcej zgodnie z wynagrodzeniami. Jednak już na początku 2018 r. wynagrodzenia były o ok. 20 proc. zawyżone w porównaniu do możliwości produkcyjnych gospodarki. Teraz prawdopodobnie trzeba do tego dołożyć kolejne 10 pkt proc., biorą pod uwagę dane banku centralnego dotyczące jednostkowych kosztów pracy za trzy pierwsze kwartały 2018 r.

W rezultacie wynagrodzenia Rumunów mogą być nawet o 30 proc wyższe, niż wynika to z ich ogólnej wydajności pracy. Ponieważ gospodarka nie jest w stanie wypełnić potrzeb konsumpcyjnych czy inwestycyjnych, kraj posiłkuje się importem.

Pod koniec 2014 r. deficyt w wymianie towarowej Rumunii ze światem był umiarkowany i wynosił ok. 6 mld euro, a saldo obrotów bieżących dzięki pozytywnemu wkładowi usług było w pierwszym kwartale 2015 r. nawet dodatnie (0,24 proc. PKB). Teraz deficyt wymiany towarowej wyliczany jako suma ostatnich 12 miesięcy sięgnął w styczniu 2019 r. 15,5 mld euro, czyli prawie 8 proc. PKB. Pokazuje to olbrzymią nierównowagę zewnętrzną kraju, która jest przede wszystkim rezultatem wzrostu wynagrodzeń i mało produktywnej konsumpcji.

Zakupowa bonanza dobiega końca

Oparte wyłącznie na zbyt mocno stymulowanej konsumpcji perspektywy wzrostu gospodarczego nie mogą być trwałe. Poza silnym wzrostem deficytu w obrotach towarowych kraj ma coraz większe problemy ze zbilansowaniem budżetu.

S&P Global Ratings ocenia, że deficyt sektora finansów publicznych będzie w każdym z najbliższych czterech lat przekraczał 3 proc. PKB, czyli kraj wejdzie w procedurę nadmiernego deficytu. Jeszcze bardziej pesymistyczna była Komisja Europejska w listopadzie, oceniając, że dziura w budżecie sięgnie 4,6 proc PKB w 2020 r.

Rząd ratuje się obecnie wprowadzeniem dodatkowych podatków (od hazardu, akcyzy) czy liczy na wyższą dywidendę od spółek skarbu państwa. Z drugiej strony władze Rumunii musiały się wycofać z absurdalnie skonstruowanego podatku bankowego, który miał być zależny od rynkowych stóp procentowych. S&P, uwzględniając tę decyzję, cofnął negatywną perspektywę ratingu dla Rumunii. Wiarygodność kredytowa dla tego kraju jest obecnie na najniższym poziomie inwestycyjnym, czyli BBB-.

Niezależnie jednak już od bieżących decyzji Rumunia powinna szykować się na poważne problemy. Koniec szaleńczego wzrostu wynagrodzeń i dziura w budżecie przełoży się szybko na ograniczenie inwestycji i znaczne spowolnienie wzrostu PKB. Gospodarka przez ostatnie lata stała się także znacznie mniej konkurencyjna, czego dowodem jest olbrzymi wzrost deficytu handlowego. Rumunię czeka więc twarde lądowanie, a z okresem prosperity kraj może się pożegnać na wiele, wiele lat.

Kiedy Brexit?

Wszystkie nowe uzgodnienia mogą znów szybko stać się nieaktualne. Za 2-3 lata może dojść do ponownego referendum.

Wprawdzie brytyjska premier Theresa May zwróciła się do przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska z wnioskiem o wydłużenie procesu wyjścia z UE do 30 czerwca, a stwierdziła przy tym, że sprzeciwia się dłuższemu opóźnieniu brexitu, ale to jeszcze nie oznacza, że finał tego sporu jest przesądzony, albo bardzo prawdopodobny.

– Unia Europejska zaczyna grać na taki scenariusz, że do brexitu prawdopodobnie nie dojdzie – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Jeżeli brexit będzie się znów opóźniał, to za 2-3 lata może dojść ponownie do rozpisania referendum.

– Taki scenariusz też będzie miał swoje koszty, bo UE zamiast zajmować się gospodarką będzie się koncentrować przez ten czas na brexicie – komentuje ekspert.

Koniunktura wraca na ścieżkę wzrostów

Dzisiejszy komunikat GUS dostarcza optymistycznych informacji o przebiegu spowolnienia w gospodarce. Ogólny wskaźnik syntetyczny koniunktury w marcu 2019 r. wyniósł 105,2, więc nieco lepiej niż w lutym (104,8) i wyraźnie lepiej niż w styczniu (104,1). Pozostajemy daleko od szczytów obserwowanych na początku 2018 roku (sięgających nawet 114).

Widoczne jest jednak lekkie odbicie po kiepskim styczniu i trwałe pozostawanie indeksu powyżej średniej długookresowej (27. miesiąc z rzędu). Inaczej niż w UE, po małym tąpnięciu koniunktura wraca na starą ścieżkę wzrostów. To cieszy, ponieważ optymizm przedsiębiorców obserwowany we wskaźnikach koniunktury i potwierdzony w danych o produkcji przemysłowej, budowlano-montażowej czy sprzedaży detalicznej pozytywnie weryfikuje nasze oczekiwania łagodnego przebiegu spowolnienia w 2019 r.

Poprawa dotyczy jednak sektorów i branż w różnym stopniu i w różnych aspektach. Na tle ogólnego wskaźnika syntetycznego dla gospodarki relatywnie najlepiej kształtuje się koniunktura w budownictwie (115,7), która jednak w 2019 r. ulega niewielkiemu osłabieniu. Za dobry wynik odpowiada pozytywna i rosnąca ocena bieżącego portfela zamówień.

Przetwórstwo przemysłowe (110,0) wraca do poziomów z grudnia 2018 r. i przebija wyniki z przełomu września czy października. Bieżący portfel zamówień oceniany jest lepiej niż w styczniu czy w lutym, coraz bardziej dotkliwy robi się niedostatek zapasów, ale prognozy produkcji ulegają systematycznemu pogorszeniu, co zapewne najsilniej odczuwają polskie firmy eksportujące do hamującej w ostatnich kwartałach Europy Zachodniej (o czym świadczą chociażby publikowane dziś wskaźniki PMI dla strefy euro).

W handlu detalicznym sprzedaż towarów rośnie (106,6), a prognozy sprzedaży utrzymują się na stałym poziomie. Na tym tle najsłabszą koniunkturę deklarują usługi (96,9), które odbijają wolniej niż inne branże, za sprawą pogarszających się przewidywań, co do wielkości przyszłego popytu i braku znaczącej poprawy oceny ogólnej sytuacji biznesowej czy bieżącego popytu.

Komentarz Soni Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan