Liczba mikroprzedsiębiorców w Polsce rośnie z roku na rok. Blisko połowa dobrze ocenia swoją sytuację

0

Liczba mikroprzedsiębiorców w Polsce rośnie z roku na rok. Blisko połowa dobrze ocenia swoją sytuację 1

W Polsce na tysiąc mieszkańców przypada średnio 58,6 mikrofirm. Stanowią 96 proc. wszystkich przedsiębiorstw, a 2/3 z nich to firmy jednoosobowe. Choć zwracają uwagę na uciążliwe bariery w prowadzeniu działalności – wysokie podatki, rosnące koszty zatrudnienia oraz konkurencję ze strony przedsiębiorstw działających w szarej strefie, to blisko połowa ocenia swoją sytuację finansową jako dobrą. Ogólnie nasz mikroprzedsiębiorca ma się całkiem nieźle i oby tak dalej – ocenia Katarzyna Dębkowska z Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

 Liczba mikroprzedsiębiorstw rośnie z roku na rok o 3 proc. W tej liczbie znaczący udział, bo 2/3, mają przedsiębiorstwa jednoosobowe. Mikrofirmy stanowią generalnie 96 proc. naszych wszystkich przedsiębiorstw i generują co trzecią złotówkę w PKB, więc jest to bardzo istotny segment naszej gospodarki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Dębkowska, kierownik Zespołu Foresightu Gospodarczego Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Raport „Mikrofirmy pod lupą” przygotowany przez Polski Instytut Ekonomiczny wskazuje, że na koniec 2017 roku działało w Polsce 2,3 mln firm zatrudniających do 10 osób, z czego 67 proc. stanowili przedsiębiorcy samozatrudnieni. Średnio w Polsce w 2017 roku na tysiąc mieszkańców przypadało 58,6 mikrofirm.

Najmniejsi przedsiębiorcy wśród barier, które utrudniają im prowadzenie działalności, wskazywali wysokie podatki i inne obciążenia finansowe (69 proc.), rosnące koszty zatrudnienia pracowników (66 proc.), konkurencję ze strony przedsiębiorstw krajowych (59 proc.), trudności w pozyskaniu nowych pracowników (53 proc.) i niestabilność przepisów prawa gospodarczego (52 proc.). Mimo wprowadzanych przepisów ułatwiających prowadzenie biznesu  45 proc. przedstawicieli mikrofirm wymienia jako barierę rozwoju niekorzystną politykę rządu wobec przedsiębiorstw.

Mikroprzedsiębiorstwa nie są jednomyślne w ocenie tych barier. Raport zidentyfikował trzy grupy, które pod tym względem się różnią.

– Grupę, w której mikroprzedsiębiorcy generalnie wszystkie bariery oceniają jako bardzo utrudniające tę działalność, nazwaliśmy malkontentami. W tej grupie najczęściej są przedsiębiorstwa prowadzone w formie spółek, które działają w branży transportowej, budownictwie, przetwórstwie przemysłowym – wskazuje ekspertka PIE.

Grupa malkontentów stanowi 37 proc. badanych przedsiębiorstw. To najczęściej spółki o przeciętnym stażu 5–10 lat o dochodach najczęściej w granicach 100–500 tys., a w przypadku większych przedsiębiorstw – ponad 500 tys. zł. Malkontenci częściej niż pozostałe grupy mikroprzedsiębiorstw wskazują na wzrost kosztów zatrudnienia, są też wrażliwi na pogorszenie dostępności kredytów lub innych form finansowania zewnętrznego.

– Zadowoleni to mikroprzedsiębiorcy, którzy bariery w prowadzeniu działalności wskazują jako w ogóle nieutrudniające bądź w bardzo małym stopniu. Najczęściej to jednoosobowe działalności gospodarcze działające w sektorze usług biznesowych, najczęściej o najniższych obrotach rocznych, do 100 tys. zł. Grupa średniaków to z kolei tacy, którzy niektóre bariery oceniali wyżej, inne niżej – wyjaśnia Katarzyna Dębkowska.

Średniacy są najbardziej wrażliwi na zmiany cen dóbr zaopatrzeniowo-inwestycyjnych, zadowoleni zaś znacznie rzadziej niż pozostali mikroprzedsiębiorcy mają problemy z terminowością regulowania należności przez kontrahentów. Jednocześnie wszystkie grupy dostrzegły poprawę konkurencyjności swojej firmy w 2018 roku.

Blisko połowa mikroprzedsiębiorstw uznaje swoją sytuację finansową za dobrą lub bardzo dobrą. 80 proc. w ciągu ostatnich 12 miesięcy nie miało zaś problemów z regulacją swoich zobowiązań.

– Ponad połowa badanych mikroprzedsiębiorstw wskazuje, że ma bardzo dobrą albo dobrą sytuację finansową. Jest bardzo niewielki odsetek, który wskazuje, że mają jakieś problemy z zobowiązaniami czy też są na skraju bankructwa – podkreśla ekspertka PIE.

Najgorzej sytuacją finansową oceniają przedsiębiorstwa handlowe, które w większości należą do grupy malkontentów. Jednak nawet w przypadku tego sektora zdecydowanie przeważały oceny korzystne (tylko 6,4 proc. ocen złych i bardzo złych).

Z badań wynika, że 1/3 mikroprzedsiębiorstw nie podejmuje i nie planuje żadnych inwestycji. Są nastawione przede wszystkim na utrzymanie status quo i nie mają potrzeby, aby dostosować się do zmian zachodzących na rynku. Część dobrze radzi sobie na rynku nawet bez inwestycji.

 Tylko około 20 proc. przedsiębiorstw korzysta z pomocy publicznej. Jeśli chodzi o finansowanie swojej działalności, to stawiają na siebie i środki własne. Z drugiej strony, jeśli np. pytamy o powody niewprowadzania innowacyjności, podają takie kwestie jak właśnie brak środków – ocenia Katarzyna Dębkowska.

Sieć 5G pozwoli na rozwój nowych modeli biznesowych i usług. Wymaga to jednak pilnych zmian w prawie oraz w sposobie wykorzystywnia danych przez firmy

Sieć 5G pozwoli na rozwój nowych modeli biznesowych i usług. Wymaga to jednak pilnych zmian w prawie oraz w sposobie wykorzystywnia danych przez firmy 2

Zbyt rygorystyczne normy pola magnetycznego, konieczność uporządkowania zakresu częstotliwości, żeby móc je alokować do 5G, oraz przygotowanie polskich przedsiębiorstw do tego, żeby były w stanie w pełni z tej technologii korzystać, to obecnie największe bariery dla rozwoju sieci 5G w Polsce – uważa Wojciech Pytel, członek rady nadzorczej Polkomtela i Netii. Jak podkreśla, firmy muszą przede wszystkim zrozumieć, jak wielkie znaczenie dla ich rozwoju mają dane i nauczyć się je lepiej wykorzystywać. – Także klient musi zrozumieć, że wchodzimy w nowy świat, który jest bardzo mocno zrobotyzowany – dodaje Wojciech Pytel. 

Przygotowujemy się do wdrożenia 5G w wielu warstwach. Pierwszą są testy techniczne, które przeprowadzamy od dwóch lat. Pracujemy również nad nowymi modelami biznesowymi, nowymi produktami bazującymi na tej technologii, które będziemy sprzedawać na rynku. To przede wszystkim model B2B2C, czyli sprzedaż do klienta końcowego poprzez jeszcze jedno przedsiębiorstwo. Po trzecie, pracujemy nad modelami finansowania tego przedsięwzięcia. 5G w tej chwili to dość kompleksowa dziedzina naszej działalności – powiedział podczas Forum TIME agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Pytel, członek rady nadzorczej Polkomtela i Netii.

Sieć 5G zapewni o wiele wyższe przepustowości, co przełoży się na zwiększenie szybkości mobilnego internetu. Wymaga jednak gęstszej sieci nadajników, w stosunku do obecnej technologii. Tymczasem Polska ma obecnie jedne z najbardziej wyśrubowanych w Europie norm poziomów pól elektromagnetycznych (PEM). Dopuszczalne 0,1 W/mkw. to gęstość mocy nadajników nawet stukrotnie mniejsza niż w wielu innych krajach UE, gdzie limity dosięgają 10 W/mkw. To powoduje trudności w zaprojektowaniu sieci 5G. Zmiana regulacji dotyczących norm PEM to jedna z najpilniejszych potrzeb.

– Jeżeli sieć 5G rzeczywiście ma obsługiwać tak wiele urządzeń, to przy mocach 0,1 W/mkw. po prostu nie jesteśmy w stanie jej zbudować w dużych miastach. To kwestia regulacyjna, pod tym względem odstajemy od reszty Europy dość znacznie. Oprócz tego mamy też dużo problemów mniejszego kalibru, np. uporządkowanie zakresu częstotliwości, żeby móc je alokować do 5G – mówi Wojciech Pytel.

Ministerstwo Cyfryzacji w końcówce ubiegłego roku zwróciło już uwagę, że zbyt rygorystyczne normy PEM mogą spowodować trudności we wdrażaniu sieci 5G w Polsce. Uruchomienie sieci piątej generacji będzie wymagać też nowych częstotliwości i ogromnych inwestycji w infrastrukturę, które resort oszacował na 11,4–20,3 mld zł.

Członek rady nadzorczej Polkomtela podkreśla, że konieczne jest też przygotowanie polskich przedsiębiorstw do tego, żeby były w stanie tej technologii potem użyć. W tym celu firmy muszą przede wszystkim zrozumieć, jak wielkie znaczenie dla ich rozwoju mają dane, i nauczyć się je lepiej wykorzystywać.

Siła 5G polega na tym, że będzie dostarczać bardzo wiele informacji, które trzeba przetworzyć, a potem „wykrzesać” z nich pieniądze – mówi Wojciech Pytel. – Dostosowanie 5G do przemysłu 4.0 czy w ogóle obszaru B2B to najtrudniejsza część zagadnienia, ponieważ mówimy o nowych modelach biznesowych. Jeszcze bardziej skomplikowany jest model, w którym za danym przedsiębiorstwem stoją miliony klientów końcowych, do których również będziemy starali się dotrzeć.

Eksperci są zgodni, że sieć 5G ma zapoczątkować nową rewolucję technologiczną i – w porównaniu do LTE – stworzy rewolucyjne możliwości, oferując ultraszybką komunikację i większą pojemność sieci. Podczas gdy LTE pozwala na dostęp do internetu z przepustowością liczoną w megabitach, sieć 5G stworzy możliwość przesyłania danych z prędkością sięgającą kilku czy nawet kilkudziesięciu gigabitów na sekundę, a czas opóźnienia transmisji skróci się z kilkudziesięciu do kilku milisekund.

Dzięki temu możliwe będzie upowszechnienie usług takich, jak telemedycyna, internet rzeczy, samochody autonomiczne czy rozwiązań z obszaru smart cities.

– Dzięki 5G będzie można świadczyć usługi inaczej niż do tej pory. Duże przepustowości i bardzo małe opóźnienia pomiędzy sygnałem wysłanym z czujnika a odpowiedzią, która przychodzi z sieci, będą mieć znaczenie np. w przypadku krytycznych aplikacji służących do sterowania ruchem czy robotyzacji w fabryce – twierdzi Wojciech Pytel. – Masowe użycie czujników podłączonych do sieci ułatwi nam życie. W centrum jest jednak klient, który będzie chciał zdalnie włączać i wyłączać światło albo monitorować sytuację w domu podczas nieobecności. Ten klient musi zrozumieć, że wchodzimy w nowy, bardzo mocno zrobotyzowany świat.

Zgodnie z wymogami Komisji Europejskiej do 2020 roku kraje członkowskie UE powinny uruchomić technologię 5G w co najmniej jednym dużym mieście, natomiast do 2025 roku – zapewnić szerokie pokrycie siecią 5G.

Sektor usług biznesowych walczy o pracowników. Pracodawcy muszą się prześcigać w benefitach

Sektor usług biznesowych walczy o pracowników. Pracodawcy muszą się prześcigać w benefitach 3

Polski sektor usług biznesowych cechuje szybki rozwój i duże zapotrzebowanie na nowych pracowników. Najbardziej poszukiwani są kandydaci wielojęzyczni, posługujący się więcej niż jednym językiem obcym. Ze względu na niską podaż specjalistów i dużą rotację pracodawcy muszą przykładać coraz większą wagę do świadczeń pozapłacowych, które są już niemal równie istotne co wysokość wynagrodzenia. Obecnie kandydaci oczekują już nie tylko podstawowych benefitów, lecz także spersonalizowanych świadczeń dopasowanych do ich potrzeb.

W sektorze business services na pewnych poziomach – mniej więcej od stanowisk juniorskich po specjalistyczne – następuje dosyć duża rotacja pracowników. Dlatego ten sektor ma duże potrzeby rekrutacyjne, ponieważ pracownicy rotują, a z drugiej strony – branża dość dynamicznie rośnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Glogier-Osiński, dyrektor marketingu w GI Group.

Rynek centrów biznesowych w Polsce jest jednym z najszybciej rosnących w całej Europie. Cechuje go zarówno szybki rozwój, jak i regularny wzrost zatrudnienia, ponieważ firmy mające w Polsce swoje centra BPO, SSC i IT rozszerzają zakres działalności. Z danych branżowego stowarzyszenia ABSL wynika, że w I kwartale 2018 roku na polskim rynku działało ponad 1,2 tys. centrów usług dla biznesu, zatrudniających 279 tys. osób (ponad 80 proc. pracuje w centrach zagranicznych). Na przestrzeni poprzedzającego roku działalność rozpoczęło 91 nowych, a zatrudnienie w branży wzrosło w tym czasie o 13 proc. Natomiast licząc od 2016 roku – całkowity przyrost nowych miejsc sięgnął aż 30 proc. To oznacza, że w ciągu dwóch lat w branży przybyło 65 tys. nowych miejsc pracy (średnio 90 każdego dnia). ABSL szacuje, że w optymalnym scenariuszu już na początku przyszłego roku zatrudnienie w centrach usług biznesowych sięgnie 340 tys. osób.

Jest zapotrzebowanie na nowych pracowników i – w zależności od rynku lokalnego – to zapotrzebowanie przybiera obraz deficytu lub zdrowej konkurencji rynkowej. W przypadku Krakowa, który jest największym tego typu rynkiem w Polsce, jest to już dość ostra rywalizacja o pracownika. Bardzo konkurencyjnym rynkiem jest również Warszawa, kolejny jest Wrocław, gdzie też już zaczyna się robić ciasno, jeśli chodzi o potencjał kandydatów na rynku. To jest segment, który dynamicznie rekrutuje i cały czas jest zapotrzebowanie na pracowników – mówi Rafał Glogier-Osiński.

Jak podkreśla, w Polsce sektor business services opiera się na usługach informatycznych, finansowo-księgowych, bankowo-finansowych oraz na obsłudze klienta. W każdym z tych obszarów są funkcje niszowe, które trudniej obsadzić, bo podaż specjalistów jest znacznie mniejsza niż popyt.

Typowym przykładem są oczywiście stanowiska IT, ale równie trudno jest znaleźć kandydatów posługujących się więcej niż jednym językiem obcym –mówi Rafał Glogier-Osiński.

Obok kompetencji zawodowych znajomość języków obcych to najbardziej pożądana cecha kandydatów. Według badań ABSL centra usług wspólnych zatrudniają obecnie pracowników, którzy posługują się 35 językami obcymi (co trzecie centrum świadczy usługi w przynajmniej 10 językach). Oprócz angielskiego najbardziej popularne są niemiecki, francuski, włoski, hiszpański, niderlandzki, rosyjski i portugalski.

Poziom wynagrodzeń w sektorze business services na przestrzeni ostatnich lat raczej nie maleje, a rośnie, choć w różnym tempie i w zależności od specjalizacji. Odnosząc się do średniego wynagrodzenia krajowego, sektor oferuje płace w dolnej granicy, trochę poniżej średnich statystycznych wynagrodzenia krajowego. Jest to kwota około 5 tys. zł. Natomiast biorąc pod uwagę dominantę wynagrodzenia krajowego, gdzie dochodzimy do poziomu trochę niższego, bo około 2–2,5 tys. zł brutto – to są stanowiska, gdzie wynagrodzenia zaczynają się od takich kwot. Mówię tu oczywiście o stanowiskach juniorskich, osób rozpoczynających karierę zawodową – mówi Rafał Glogier-Osiński.

Jak zaznacza, niemal równie istotne co wysokość wynagrodzenia są świadczenia pozapłacowe. Kandydaci zwracają uwagę na ten aspekt i sprawdzają oferty tych świadczeń u potencjalnych pracodawców. Najbardziej popularne są dobrze znane świadczenia grupowe, takie jak podstawowa opieka medyczna, karty sportowe czy programy dofinansowywania posiłków. Natomiast – jak wynika z raportu „Business Services 2019” Grafton Recruitment (należącej do GI Group) – pracownicy i kandydaci coraz częściej oczekują spersonalizowanych świadczeń.

Cenią sobie świadczenia, które wpływają na ich jakość życia, takie jak możliwość pracy zdalnie albo w elastycznych godzinach, rozpoznanie przez firmę istotnych okazji w ich życiu, dofinansowanie nietypowych programów, jak rozszerzona opieka medyczna czy dentystyczna, dofinansowywanie wyjazdów albo taki prosty benefit jak dodatkowy dzień płatnego urlopu w ciągu roku. Są i bardziej zaawansowane programy, takie jak akcjonariat pracowniczy, udział pracowników w majątku firmy – wylicza Rafał Glogier-Osiński.

Dyrektor marketingu w GI Group ocenia, że w Polsce pracodawcy są świadomi, że w sytuacji niedoboru pracowników i walki o talenty muszą dołożyć wszelkich starań, żeby przyciągnąć wykwalifikowanych kandydatów do pracy. Dlatego coraz lepiej komunikują swoje oferty i coraz lepiej dopasowują je do potrzeb pracowników.

Największym wyzwaniem jest taka komunikacja, aby pracownik od razu rozpoznał, że przyszły pracodawca rozumie jego potrzeby, że oferta benefitów w danej firmie jest elastyczna i lepsza niż na rynku albo przynajmniej porównywalna – mówi Rafał Glogier-Osiński.

Polityka zagraniczna mężczyznami stoi. Kobiety są w mniejszości, zwłaszcza na kierowniczych stanowiskach

Polityka zagraniczna mężczyznami stoi. Kobiety są w mniejszości, zwłaszcza na kierowniczych stanowiskach 4

Kobiety wciąż stanowią mniejszość wśród polityków, dyplomatów czy posłów do Parlamentu Europejskiego, których wybierać będziemy już za dwa miesiące. Dysproporcja płci widoczna jest zwłaszcza na stanowiskach kierowniczych, ale także wśród wypowiadających się w mediach ekspertów ds. stosunków międzynarodowych. Pomóc mogłyby m.in. kwoty płci, edukacja i wsparcie instytucjonalne, które ułatwiłoby łączenie roli matki z obowiązkami zawodowymi – wynika z raportu Instytutu Spraw Publicznych.

– Uwzględniłyśmy w naszym badaniu takie grupy, jak polityczki, dziennikarki, urzędniczki, zarówno szczebli centralnych, jak i bardziej lokalnych, oraz dyplomatki. Wynika z niego, że liczebnościowo kobiet jest mniej. Średnio obsadzają 1/5 stanowisk kierowniczych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Druciarek, kierowniczka Obserwatorium Równości Płci w Instytucie Spraw Publicznych, współautorka raportu „U wioseł i za sterem. Kobiety w polskiej polityce zagranicznej”. – Ale również chciałyśmy zbadać, jak one postrzegają swoją sytuację i czy widzą bariery warunkowane płcią. Faktycznie, te bariery są, natomiast jeśli chodzi o poziom uświadomienia ich przez kobiety, to się dość mocno różni w zależności od grupy. Polityczki na pewno są grupą najbardziej świadomą tych barier, które są specyficzne dla kobiet w ich karierach zawodowych.

W Polsce posłanki i senatorki stanowią zaledwie jedną piątą wszystkich parlamentarzystów. Nieco lepiej jest w Parlamencie Europejskim: tam kobietą jest co czwarty polityk z Polski. W dyplomacji na placówkach zagranicznych znów kobiety zajmują tylko co piąte miejsce kierownicze, a w Ministerstwie Spraw Zagranicznych odsetek ten wynosi 23 proc. Natomiast na stanowiskach urzędniczych w urzędach centralnych kobietami obsadzonych jest 28 proc. posad.

Główna bariera, która zawsze się pojawia w tego typu badaniach, to jest to podwójne obciążenie kobiet pracą zawodową i obowiązkami domowymi. Ta bariera była wymieniana przez większość naszych respondentek. Ona jest bardzo dotkliwa dla tych, które wyjeżdżają za granicę, czy to do Parlamentu Europejskiego, czy na placówki – mówi Małgorzata Druciarek. – Brakuje infrastruktury, która miałaby pomóc im w łączeniu życia zawodowego z obowiązkami rodzinnymi. Ale to przeszkadza zarówno kobietom, jak i mężczyznom. Oni również wskazywali, że to utrudnia im karierę.

Z raportu wynika, że Polska na tle innych krajów zbliżonego kręgu kulturowego wypada dobrze pod kątem reprezentacji i znaczenia oraz kompetencji kobiet w polityce zagranicznej. W niektórych kwestiach nawet wyprzedza nieraz tak progresywnie kojarzone kraje jak państwa skandynawskie czy Niemcy, ale w innych powinna się od nich uczyć. Zwłaszcza uczelnie odstają jeszcze od norm w Europie Zachodniej. Na uczelniach publicznych kobiety zajmują 39 proc. stanowisk kierowniczych, na prywatnych – 32 proc. Dwie na pięć osób ze stopniem co najmniej doktora na uczelniach prywatnych to kobiety, na publicznych zaś odsetek ten wynosi 36 proc.

W MSZ faktycznie kobiet urzędniczek jest dość dużo, natomiast jeżeli popatrzymy na wyższe stanowiska, kierownicze, to jest ich zdecydowanie mniej. Myślę, że około jedna czwarta stanowisk jest zajmowana przez kobiety – ocenia przedstawicielka Instytutu Spraw Publicznych. – Dodatkowo wciąż pokutuje stereotypowe podejście do kobiet, że my nadajemy się do prac konkretnych, organizacyjnych, a im wyżej patrzymy, jeśli chodzi o stanowisko, tym mężczyzn jest więcej, bo oni chętniej się biorą za kierowanie, chętniej wchodzą w przestrzeń publiczną i wypowiadają się na dany temat.

Mężczyźni dominują także w debacie publicznej, np. podczas dyskusji w mediach. Według współautorki raportu to skutek tego, że dziennikarze i dziennikarki sięgają ciągle po ten sam krąg ekspertów i zazwyczaj są to mężczyźni, a ponadto kobiety się same ograniczają, niechętnie idą do mediów i zabierają głos, ponieważ nie zawsze czują się wystarczająco kompetentne. Tymczasem w polityce zagranicznej nie ma typowo męskich czy kobiecych tematów, i panie tak samo dobrze znają się na energetyce czy bezpieczeństwie jak panowie.

Pozytywem jest zaobserwowana w badaniu zmiana pokoleniowa: młodsi mężczyźni traktują koleżanki w o wiele bardziej partnerski sposób niż ich starsi koledzy, zwłaszcza w urzędach i na uczelniach, co dobrze wróży na przyszłość. Gorzej było już w samej polityce. Potrzebne są dalsze zmiany, by obecność kobiet była bardziej widoczna.

– Wśród rekomendacji na przyszłość na pewno są kwoty płci na stanowiskach wybieralnych i również tych obsadzanych przez dane urzędy, co by pomogło kobietom zaistnieć na stanowiskach kierowniczych. To na pewno jest edukacja równościowa, czyli działanie u podstaw, które odwróciłoby stereotypowe postrzeganie ról kobiet i mężczyzn – postuluje Małgorzata Druciarek. – To jest także stworzenie infrastruktury instytucjonalnej, która umożliwiłaby łączenie obowiązków domowych, czyli wychowywania dzieci, z pracą zawodową kobiet.

Włoska kuchnia od lat króluje w polskim rankingu ulubionych zagranicznych kuchni. Włosi też coraz chętniej sięgają po polskie specjały

Włoska kuchnia od lat króluje w polskim rankingu ulubionych zagranicznych kuchni. Włosi też coraz chętniej sięgają po polskie specjały 5

Mięsa, zupy i słodkie wypieki to dania kuchni polskiej, na które są gotowi skusić się Włosi. Polacy za to wciąż lubują się w pizzy, sałatce caprese czy makaronach i coraz częściej używają do ich przygotowania oryginalnych produktów sprowadzanych z Półwyspu Apenińskiego. Wymiana handlowa produktów spożywczych między Polską a Włochami rośnie.

Włosi eksportują w szczególności makarony, oliwę z oliwek, sery oraz wyroby cukiernicze, produkty na bazie kakao. Od dwóch lat skala eksportu żywności z Włoch do Polski podwoiła się i wciąż wzrasta, czym jesteśmy bardzo usatysfakcjonowani – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Antonio Mafodda, dyrektor ICE Agencji Promocji i Internacjonalizacji Przedsiębiorstw Włoskich z Sekcji Promocji Handlu Ambasady Włoskiej. – Polacy cenią włoską żywność przede wszystkim za różnorodność smaków, która jest istotnym elementem kuchni włoskiej. Jest to zasługa wysokiej jakości składników we włoskich potrawach. Dlatego tak istotne jest, aby włoskie potrawy były przyrządzane z oryginalnych składników.

Polacy od lat deklarują, że po rodzimej najbardziej lubią kuchnię włoską. To samo wynika zresztą z danych firm zajmujących się dowozem dań z restauracji. Włochy są też od lat wysoko w rankingu partnerów Polski w wymianie zagranicznej. W 2018 roku zajmowały czwarte miejsce na liście krajów, z których Polska sprowadza towary i piąte na liście odbiorców produktów znad Wisły. Wartość wymiany, mimo turbulencji we włoskiej gospodarce, jest równa 21,5 mld euro, a choć w ostatnim roku udział Włoch w polskiej wymianie handlowej spadł, to nominalnie wzrósł we wszystkich walutach. Jedynie eksport z Polski pozostał na niezmienionym poziomie.

Wielkość eksportu produktów żywnościowych z Włoch do Polski szacuje się na około 1 mld euro – mówi Antonio Mafodda. – Włochy są największym eksporterem win do Polski. Eksport szacowany jest na 60 mln euro.

Nieodłącznym składnikiem kuchni włoskiej pozostają wina. Wbrew powszechnemu mniemaniu, to właśnie ten kraj od kilku już lat jest największym producentem winnego trunku. W 2018 roku w Italii powstało 48,5 mln hl wina, a w drugiej na podium Francji – 46,4 mln hl.

– Nasze najważniejsze rynki dla włoskich win to Niemcy, Francja, Kanada i USA. Rynek w Stanach Zjednoczonych ma największą tendencję wzrostową i rośnie w bardzo szybkim tempie. Nasze wina – chianti, barolo, brunello di montalcino – cieszą się tam dużą popularnością, z czego jesteśmy bardzo zadowoleni. Włochy są największym eksporterem wina, nie tylko w Polsce, lecz także na świecie. Wielkość eksportu szacuje się na 6 mld euro rocznie –mówi Antonio Mafodda.

Wymiana żywnościowa ma jednak dwa kierunki ruchu. Polska kuchnia, tradycyjnie z natury cięższa, podobnie jak włoska, zawierająca dużo węglowodanów, również się odchudza, a producenci coraz częściej zwracają uwagę na prozdrowotne wartości produktów. Włosi cenią zwłaszcza polskie mięso.

Włosi kochają dobrze zjeść. Jesteśmy także otwarci na nowe smaki. Zatem na pytanie, czy polska kuchnia ma szanse podbić włoskie serca, odpowiedź jest prosta: tak! Jeśli chodzi o poszczególne produkty, wielu Włochów odwiedzających Polskę bardzo chwali sobie kaczkę, dziczyznę, a także pyszne polskie wyroby cukiernicze, takie jak szarlotka. Polska kuchnia ma także do zaoferowania bardzo dobre zupy, np. borowikową – wymienia Antonio Mafodda.

Łącznie w 2018 roku Włochy sprowadziły z Polski towary rolno-spożywcze o wartości 1,6 mld euro, w tym także żywe zwierzęta i surowce. To więcej niż 5 proc. całego polskiego eksportu w tej dziedzinie w ubiegłym roku. Mieszkańcy Półwyspu Apenińskiego chętnie sięgają także po polskie produkty przetworzone. Jak informuje GUS, w 2017 roku (za 2018 nie ma jeszcze danych) przetwory spożywcze odpowiadały za niemal 698 mln euro w eksporcie i tylko 424,6 mln euro w imporcie.

Rewolucyjne urządzenie zaalarmuje służby ratunkowe po katastrofie morskiej i wskaże jej dokładną lokalizację. Energię do pracy wygeneruje z fal

Rewolucyjne urządzenie zaalarmuje służby ratunkowe po katastrofie morskiej i wskaże jej dokładną lokalizację. Energię do pracy wygeneruje z fal 6

Co roku na morzu ginie średnio 20 marynarzy. Podstawowym zagrożeniem dla życia rozbitka jest hipotermia. W zimnej wodzie już po 45 minutach zanikają funkcje życiowe. Większość dostępnych sygnalizatorów i alarmów umożliwia wezwanie pomocy, ale czas oczekiwania sięga nawet kilku– kilkunastu godzin. Dzięki niewielkiemu urządzeniu akcje ratownicze mogą jednak znacznie przyspieszyć. Nić złożona ze splecionych nanorurek węglowych sama wytwarza elektryczność, dzięki czemu urządzenie nie wymaga baterii, wystarczy słona woda.

Rynek urządzeń alarmujących w sytuacji zagrożenia życia i zdrowia dynamicznie się rozwija. Dotyczy to nie tyko rozwiązań mających zastosowanie w szeroko rozumianej ochronie zdrowia i telemedycynie, lecz także służących zapewnieniu bezpieczeństwa. Wciąż brakuje jednak rozwiązań, które sprawdziłyby się podczas wypadków na morzu.

Obecnie najczęściej wykorzystywane są radiolatarnie Emergency Position Indicating Radio Beacon, które kiedy są aktywowane, przekazują informacje o statku do satelitów.  Stamtąd informacje są przesyłane do lokalnego terminala użytkownika, wysyłane do centrum kontroli misji, a następnie do centrum koordynacji ratownictwa. Jeszcze inne automatycznie wysyłają informację o położeniu, wymagają jednak wcześniejszego aktywowania. Podczas wypadku często jednak okazują się mało przydatne.

Dzięki nowej technologii wykorzystującej nanorurki węglowe, akcje ratownicze podczas wypadków na morzu oraz wodowań samolotów mogą znacznie przyspieszyć.

– Możemy pozyskiwać energię elektryczną z wody morskiej i wykorzystać ją w krytycznych sytuacjach w przypadku osób rannych na morzu. Urządzenie zbudowane jest z włókien nanorurek węglowych, które mogą pozyskiwać energię elektryczną z wody morskiej poprzez rozciąganie. Dodatkowo wyposażyliśmy je w kondensator magazynujący tę energię do późniejszego wykorzystania, gdy tylko będzie potrzebna – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tae Jin Mun z  Hanyang University w Seulu.

Emergency Signal Devices to urządzenie sygnalizacji awaryjnej z własnym zasilaniem. Przeznaczone jest do wytwarzania energii elektrycznej z fal morskich bez użycia baterii, dzięki wykorzystaniu transmisji sygnału GPS, i emisji światła LED w celu ułatwienia akcji ratowniczych. Wykorzystuje technologię nanorurek węglowych. Zwinięte w nicie nanorurki węglowe są w stanie wytworzyć energię elektryczną po rozciągnięciu lub skręceniu. Gdy przędza jest skręcona lub rozciągnięta, jej objętość maleje, zbliżając ładunki elektryczne do siebie i zwiększając ich energię.

Aby wytworzyć energię elektryczną, przędza musi być zanurzona lub pokryta materiałem przewodzącym albo elektrolitem, wystarczy więc zwykła mieszanka wody z solą czy woda morska. Urządzenie nie potrzebuje baterii, samo produkuje energię, tym samym może być z powodzeniem wykorzystywane we wszelkich lokalizatorach, urządzeniach ustalających położenie. Sprawdzi się więc przede wszystkim w akcjach ratunkowych.

– Urządzenie przeznaczone jest do zastosowania w sytuacjach, gdy ktoś zostanie ciężko ranny na morzu i potrzebuje szybkiej pomocy medycznej. Dzięki naszemu urządzeniu pomoc może nadejść szybciej – przekonuje Tae Jin Mun.

Z raportu International Association of Dry Cargo Shipowners’ (Intercargo) Bulk Carrier Casualty Report wynika, że w ciągu ostatniej dekady życie na morzu straciło ponad 200 marynarzy w wyniku kolizji i zdarzeń, do których doszło przy udziale masowców. Do wypadków dochodzi jednak znacznie częściej – według danych udostępnionych przez Komisję Ochrony Środowiska Morskiego Bałtyku wynika, że tylko na Bałtyku dochodzi rocznie do 120 zdarzeń z udziałem statków.

Groźna jest zwłaszcza hipotermia – zgodnie z informacjami podawanymi w Międzynarodowym lotniczym i morskim poradniku poszukiwania i ratowania czas przeżycia w wodzie ludzi nieubranych w kombinezony ratownicze waha się do maksimum 45 minut, przy temperaturze wody do 2 st. C. Przy katastrofach na morzu ratunek często przychodzi za późno. Dzięki technologii wykorzystującej nanorurki węglowe wystarczyłoby tylko aktywować urządzenie, a ratownicy otrzymaliby w ciągu chwili dokładną lokalizację.

– Obecnie koszty są wysokie, więc musimy przeprowadzić dalsze badania nad masową produkcją i obniżyć koszty naszych materiałów. Kiedy ten proces się zakończy, będziemy gotowi do wprowadzenia naszego produktu na rynek – zapowiada Tae Jin Mun.

Jak otworzyć lokal gastronomiczny?

Prowadzenie własnej restauracji lub innego lokalu gastronomicznego może dawać sporo satysfakcji. Nic więc dziwnego, że dla wielu osób pasjonujących się gotowaniem jest to prawdziwe spełnienie marzeń.Jak otworzyć lokal gastronomiczny

Często jednak nie decydują się na otwarcie lokalu z powodu obaw i wątpliwości. Obawiamy się formalności, nie wiemy o co warto zadbać. Sprawdźmy więc jak wygląda otwieranie własnego lokalu krok po kroku.

Biznesplan i rejestracja firmy

Nie da się ukryć, że założenie lokalu gastronomicznego nie jest zadaniem łatwym i wymaga sporych nakładów finansowych. Warto więc zastanowić się nad skorzystaniem z unijnych dotacji, które pomogą nam wyremontować i urządzić lokal oraz zadbać o jego odpowiednie wyposażenie. Kolejnym krokiem jest założenie działalności gospodarczej. Na szczęście, w dzisiejszych czasach możemy zrobić to wygodnie za pośrednictwem internetu.

Znajdź lokal i najlepszych dostawców

Kolejnym krokiem jest znalezienie odpowiedniego lokalu, który położony będzie w dogodnej lokalizacji zachęcającej gości. Zwracaj uwagę na to jakich prac remontowych wymaga dany lokal – im mniej zmian musisz wprowadzić tym lepiej dla twojego portfela.
Bardzo duże znaczenie ma również znalezienie odpowiednich, lokalnych dostawców, którzy będą w stanie zaoferować ci produkty, które pozbawione są chemii. Od tego, z czego będziesz przyrządzał potrawy zależy bowiem ich smak. Nie bój się sprawdzać opinii w internecie – dzięki temu szybko znajdziesz hurtownie i producentów, których oferty są warte rozpatrzenia.

Zakup niezbędne wyposażenie

Jeśli zależy ci na tym, by twój lokal gastronomiczny osiągnął sukces musisz pamiętać o tym, że niezwykle ważny jest wybór odpowiedniego, spełniającego normy wyposażenia. Zarówno urządzenia grzewcze, jak i chłodnicze powinny posiadać niezbędne atesty. Warto więc stawiać na sprawdzonych, cieszących się dobrą opinią producentów. Pamiętaj również, że potrzebujesz nie tylko urządzeń, ale również odpowiedniej zastawy oraz akcesoriów i garnków, które ułatwią ci przygotowywanie posiłków. Jednym z miejsc, w których znajdziesz wszystko co niezbędne do prowadzenia lokalu jest https://www.sas24.pl/.

Ustawa frankowa w oczach ekspertów rynku nieruchomości

Ustawa frankowa wprowadzi fundusz wsparcia kredytobiorców, który udzieli pomocy tym, którzy są w ciężkiej sytuacji finansowej. Pieniądze pomogą pokryć raty kredytów, ale trzeba pamiętać o tym, że jest to pożyczka i w przyszłości trzeba będzie ją spłacić.

– Ustawa frankowa ma się składać z dwóch części. Jedna część będzie dotyczyła pomocy osobom, które np. stracą pracę i nie będą sobie radziły ze spłatą kredytu i w takiej sytuacji będą mogły liczyć na wsparcie. Fundusz będzie gromadzić pieniądze na wypłaty, które mają nam pomóc w spłacie rat. Kwota, którą będziemy mogli co miesiąc dostawać zostanie podwyższona z 1500 zł do 2000 zł – mówi Jarosław Sadowski, Expander.

Biuro Informacji Kredytowej podaje, że obecnie do spłaty zostało jeszcze ponad 450 tys. kredytów frankowych, a na koniec 2018 roku wartość portfela kredytów frankowych wynosiła 107,1 mld zł.

– Druga część ustawy zakłada powstanie tzw. funduszu konwersji, w którym banki mają się składać na kwoty, które pokrywać będą straty wynikające z przewalutowania kredytów frankowych na złotowe po kursie korzystniejszym od obecnego. Pieniądze na tą całą operację zamiany mają być zgromadzone na tym funduszu. Na niego mają składać się banki, które mają w portfelu kredyty walutowe – wyjaśnia J. Sadowski, Expander

– Najbliższe pięć lat pokaże czy uwolnimy się z tych kredytów i będziemy mogli kupić nowe, większe mieszkania, chociażby dlatego, że rodzina nam się rozrasta i zostajemy z problemem, bo nie możemy sobie pozwolić na kupno większego lokum – podsumowuje Jarosław Mikołaj Skoczeń, Zastępca Redaktora Naczelnego Agencji Informacyjnej MarketNews24.

W debacie wzięli udział: Jarosław Sadowski, Expander; Rafał Schurma, Prezydent Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego PLGBC i prowadzący Jarosław Mikołaj Skoczeń, Zastępca Redaktora Naczelnego Agencji Informacyjnej MarketNews24.

Kurs funta zyskuje. Brytyjski parlament odrzuca „Brexit bez porozumienia”

Brexit cały czas powinien pozostać w centrum uwagi inwestorów. Jednak w tym tygodniu warto również obserwować spotkanie FOMC oraz odczyty płynące ze strefy euro.

W zeszłym tygodniu rynek walutowy był zdominowany przez informacje dotyczące polityki w Wielkiej Brytanii. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami Izba Gmin po raz kolejny odrzuciła projekt umowy regulującej wyjście Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej ze znaczną przewagą głosów „przeciw”. Następnie parlament zagłosował za odrzuceniem scenariusza tzw. Brexitu bez umowy, a potem poparł przełożenie dotychczasowego terminu na wyjście z UE (29 marca) na nieco bardziej odległy termin. Optymizm związany z dematerializacją najbardziej ryzykownego scenariusza doprowadził do wzrostu kursu pary GBP/USD do poziomu najwyższego od lipca zeszłego roku. Wyraźnie zyskała również para GBP/PLN. Za aprecjacją szterlinga podążyły pozostałe waluty Starego Kontynentu. Ogólne umocnienie aktywów postrzeganych za ryzykowne sprzyjało walutom G10, z wyjątkiem tych powszechnie postrzeganych za bezpieczne, czyli jena japońskiego i franka szwajcarskiego.

W najbliższą środę spotkanie Rezerwy Federalnej spowoduje, że rynek walutowy ponownie skupi się na polityce monetarnej. Nie bez znaczenia pozostaje jednocześnie brytyjska polityka. We wtorek Theresa May po raz trzeci podda pod głosowanie parlamentu jej umowę regulującą Brexit. Pod koniec tygodnia poznamy również wstępne odczyty wskaźników aktywności biznesowej PMI dla całej strefy euro, co pozwoli nam na lepszą ocenę aktualnej sytuacji gospodarczej w bloku walutowym.

PLN

Polski złoty w relacji do euro zakończył ubiegły tydzień na niemal niezmienionym poziomie, a w relacji do USD i GBP praktycznie w całości reagował na zmiany na głównych parach. Najważniejszą publikacją z ostatniego tygodnia były szczegółowe projekcje inflacji i wzrostu gospodarczego DAE NBP, które zakładają nieco wyższy wzrost gospodarczy i wyraźnie niższą inflację, niż sugerowała projekcja listopadowa. Zmieniło się jednak sporo założeń, więc zaskoczenie takim obrotem spraw nie jest bardzo duże, mimo sporej skali zmian.  Co tyczy się samej inflacji: dane z ubiegłego tygodnia pokazały, że sama dynamika CPI w lutym wzrosła i to nieco bardziej od oczekiwań (zwłaszcza w ujęciu miesięcznym), nadal jednak pozostaje bardzo niska.

Bieżący tydzień przyniesie zatrzęsienie informacji z Polski, w tym poniedziałkowe wyliczenia inflacji bazowej w styczniu, wtorkowe dane o zatrudnieniu i płacach w przedsiębiorstwach w lutym, środowe dane o produkcji przemysłowej w lutym i czwartkowe „minutki” z ostatniego spotkania RPP oraz dane o sprzedaży detalicznej w lutym.

GBP

„All Brexit, all the time”. Ostatnie trzy kluczowe głosowania w parlamencie przebiegły zgodnie z naszymi oczekiwaniami: odrzucono umowę wynegocjowaną przez Theresę May, odrzucono scenariusz Brexitu bez porozumienia oraz wyrażono chęć przedłużenia terminu wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej. We wtorek premier Wielkiej Brytanii podejmie się trzeciego podejścia do głosowania w sprawie jej Withdrawal Agreement. Spodziewamy się, że przewaga głosów „przeciw” w tym głosowaniu będzie nieco mniejsza w porównaniu z zeszłym tygodniem. Aczkolwiek liczba dodatkowych głosów, które musiałaby uzyskać May jest wciąż zbyt duża, żebyśmy mogli spodziewać się przyjęcia treści umowy. Jeżeli jednak okaże się, że się mylimy, a Izba Gmin zagłosuje „za” porozumieniem Theresy May, możemy oczekiwać istotnego umocnienia szterlinga z obecnych i tak względnie wysokich poziomów.

Uwagę rynku w tym tygodniu przykuje również szczyt Rady Europejskiej, który odbędzie się pod koniec tygodnia. Podczas spotkania głów europejskich państw rozpatrzony zostanie wniosek o przedłużenie terminu na wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, który obecnie wciąż wyznaczony jest na 29 marca. Naszym zdaniem im bardziej odległy okaże się nowy termin Brexitu, tym większego umocnienia doświadczy szterling. Rynki w przypadku dłuższego odsunięcia Brexitu w czasie powinny bowiem zacząć wyceniać możliwość przeprowadzenia drugiego referendum.

EUR

Dane o produkcji przemysłowej w strefie euro w styczniu, które poznaliśmy w ubiegłym tygodniu pozytywnie zaskoczyły rynek. Warto zwrócić uwagę, że o ile ostatnie opinie dotyczące sytuacji gospodarek strefy euro są dość ponure, o tyle same odczyty gospodarcze z ostatnich kilku tygodni przybrały zdecydowanie pozytywny obrót. Nasz optymistyczny stosunek względem sytuacji gospodarek bloku walutowego skonfrontujemy z rzeczywistością już w piątek. Wtedy bowiem poznamy wstępne odczyty indeksów aktywności biznesowej PMI w strefie euro. Wierzymy, że piątkowa publikacja wspomnianych wskaźników pozytywnie zaskoczy, zwłaszcza w przypadku indeksu dla przemysłu. Taki obrót spraw spowodowałby prawdopodobnie umiarkowane umocnienie wspólnej europejskiej waluty, co z kolei mogłoby doprowadzić kurs EUR/USD do okolic 1,15, czyli do środka korytarza wahań, w którym para znajdowała się przez kilka ostatnich miesięcy.

USD

W najbliższym tygodniu uwaga rynku będzie skupiona na marcowym spotkaniu Rezerwy Federalnej, które rozpocznie się we wtorek i będzie trwać dwa dni. Konsensus ekonomistów nie spodziewa się podniesienia stóp procentowych na spotkaniu banku centralnego. Oczekuje się natomiast decyzji w sprawie wznowienia reinwestowania przychodów z zapadających obligacji, które obecnie znajdują się w bilansie banku. Taki ruch byłby uznany za lekko stymulujący.

Kluczowe będą zmiany w „dot plocie” FOMC, obrazującym indywidualne oczekiwania decydentów Rezerwy Federalnej co do przyszłego poziomu stop procentowych na koniec najbliższych kilku lat. Spodziewamy się, że mediana oczekiwań w nowym „dot plocie” wskaże na brak jakichkolwiek zmian w poziomie stop w 2019 roku – nasze oczekiwania są nieco bardziej „gołębie” niż zakłada konsensus analityków.  W związku z tym sądzimy, że w najbliższym tygodniu możemy spodziewać się osłabienia dolara amerykańskiego.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Amazon idzie po swoje i nie bierze jeńców. Polskie e-sklepy czeka prawdziwy sprawdzian

Jeżeli Amazon zdecyduje się przekroczyć polską granicę, krajowy e-handel czekają ogromne zmiany. Amerykański gigant na globalnym rynku rozpycha się coraz bardziej, pożerając po drodze lokalne przedsiębiorstwa – od płotek po grubsze ryby. Na przegrupowywanie rodzimej konkurencji czasu jest niewiele. Jak polskie firmy e-commerce przygotowują się na nadchodzącą rewolucję?

Jeżeli Amazon zdecyduje się otworzyć polski e-sklep, miałaby dużą wyjściową grupę klientów – każdego miesiąca blisko milion Polaków odwiedza brytyjski czy niemiecki sklep internetowego giganta. Amazon mógłby wygrać ceną. Z raportów wynika, że marże na jego usługach wynoszą ok. 1,3 proc. na rynku międzynarodowym i są zdecydowanie niższe niż w polskich e-sklepach. Kolejna ewentualność to upadek małych graczy. Otwarcie polskiej wersji sklepu doprowadzi do podziału e-handlu między duże firmy – małe nie będą w stanie konkurować ceną oraz szybkością. Należy się również spodziewać, że Amazon szukać będzie możliwości do przejęć. Do niedawna kandydatem do takiej transakcji była grupa Empik Media & Fashion, z którą amerykański hegemon współpracował przy sprzedaży e-czytników Kindle. Dziś Empik zbroi się na potęgę: nowa strona, aplikacja mobilna, program Mój Empik czy system ekspresowej rezerwacji i odbioru. Wygląda to tak, jakby zarząd grupy spodziewał się nadejścia potężnego rywala i robił wszystko, by z tej potyczki wyjść obronną ręką. Być może jego członkowie wiedzą o planach Amazona coś, czego nie wie reszta konkurencji?

Im więcej rynku zagarnie dla siebie Amazon, tym mniej miejsca pozostanie na nim dla innych sklepów – zarówno stacjonarnych, jak i wirtualnych. Upadek wielu mniejszych i większych firm jest więc nieunikniony. Kultowa sieć sklepów z zabawkami Toys R Us ogłosiła niedawno, że planuje zamknąć wszystkie sklepy w USA i Wielkiej Brytanii, czyli łącznie 900 placówek. W 2017 firma złożyła wniosek o upadłość. Już wtedy jej dług wynosił 5,2 mld dol. Wielu ekspertów uważa, że jedną z głównych przyczyn spektakularnej porażki Toys R Us jest migracja klientów do e-commerce – głównie do Amazona.

Wyścig zbrojeń już się rozpoczął

Jednym z głównych obszarów, w którym polskie e-sklepy mają sporo lekcje do odrobienia jest dostępność stron internetowych oraz rich contentu, czyli rozbudowanych i bogatych opisów na kartach produktów (w terminologii Amazon są one znane także pod hasłem: detalied product pages). Sama metoda publikacji i dostarczania e-contentu jest czymś, co dotychczas wyróżniało firmę Jeffa Bezosa, jednak powoli wprowadzają ją również inni gracze.

Do niedawna sklepy internetowe same indywidualnie ustalały formę rich contentu. Nie było oficjalnych specyfikacji i brakowało wytycznych. Dziś firmy, dążąc do standaryzacji, udostępniają tzw. guides, tym samym ograniczając do minimum pracę web developerów – mówi Tomek Kasperski, CEO & Founder Omnipack. Na tego typu współpracę możemy liczyć z Allegro, które podaje m.in. wymaganą rozdzielczość layoutu, wagę plików czy listę akceptowalnych tagów. Kolejny krok w kierunku rozwiązań oferowanych przez Amazona i znów „podebranych” przez polski serwis aukcyjny to tzw. Shop in Shop. W skrócie, polskie firmy przekonują się, że warto oferować swoje produkty w Strefie Marek, która ułatwi internautom nawigację po ofercie, tak aby wszystkie były widoczne w jednym miejscu.

E-sprzedawca nie zawsze jest w stanie oferować usługi logistyczne swoim klientom – brzmi kolejna lekcja, którą już dawno temu odrobił Amazon. W Polsce większość sklepów realizuje logistykę samodzielnie, ale sprawdza się to dobrze tylko w przypadku niektórych mniejszych przedsiębiorstw. Niestety, magazynowanie oraz obsługa zamówień i zwrotów pochłania tak wiele czasu i energii, że zazwyczaj brakuje jej na działania wspierające rozwój. To m.in. dla tego, większość małych e-commerce ma małe szanse, że urośnie i przy coraz większej konkurencji w końcu zniknie z rynku.

Dla sklepów internetowych, które chcą się rozwijać, kluczowe jest rozwiązanie kwestii logistyki. Niektóre inwestują we własny magazyn, a inni wybierają fulfillment jako pełne zabezpieczenie procesów logistycznych bez dużego nakładu kapitału. Wielu naszych partnerów biznesowych zdecydowało się na outsourcing, aby zachować konkurencyjność i powalczyć o lepszą pozycję na rynku. Przechowujemy towar, pakujemy, wysyłamy zamówienia, obsługujemy zwroty i świadczymy inne przydatne usługi, a nasi klienci mogą skupić się na marketingu, rozbudowanie e-sklepów i innych działaniach biznesowych – dodaje Kasperski.

Według analityków z ResearchAndMarkets zapewnienie wysokiej jakości fulfillmentu jest jednym z najważniejszych zadań, jakie stoją dziś przed sklepami internetowymi. Usprawnienie procesów z nim związanych ma decydować o utrzymaniu istniejących klientów, których oczekiwanie rosną razem z rynkiem. Tymczasem wiele polskich e-commerce wpada w pułapkę samodzielnego magazynowania oraz obsługi zamówień i zwrotów, przy niewystarczających możliwościach kadrowych. W efekcie jest on co najwyżej przeciętny, a inne działy kuleją i pozostają niedoinwestowane.

Zakupowa spirala

Usługa cyklicznego zamówienia wybranych produktów szybko zbywalnych, czyli Amazon Subscribe, to stosunkowo nowe rozwiązanie. Jest to niewątpliwie doskonała możliwość zbliżenia do siebie klientów, ale wydaje się, że Polacy nie chcą jeszcze kupować produktów w ten sposób. Jedną z pierwszych tego typu inicjatyw był Glossybox, firma, która chciał zawojować polski sektor beauty oferując lifestyle’ową usługę testowania kosmetyków, dostarczanych raz w miesiącu do domu klienta. O tym, co finalnie lądowało w pudełku, decydowali pracownicy Glossybox w oparciu o współpracę z innymi markami. Po każdej edycji klientki mogły wypełniać ankiety, a na ich podstawie dopasowywano kolejne przesyłki. Szybko okazało się, że polski rynek nie jest jeszcze gotowy na takie innowacje. Być może niebawem ta tendencja ulegnie zmianie, a cykliczne zakupy lądować będą u drzwi Polaków coraz częściej. Rodzime sklepy mogą samemu doprowadzić do ich popularyzacji lub czekać z założonymi rękami, aż zrobi to monstrum Jeffa Bezosa.

Czas na nowy front

By wyprzedzić Amazona trzeba patrzeć dalej, niż robi to konkurencja. Coraz częściej mówi się o innowacyjnych pomysłach, które zmienią branżę technologiczną. Weźmy na tapetę pomysł Elona Muska, który zadeklarował, że zaprezentuje światu przełomowy produkt, łączący mózg z komputerem. Zdaniem twórcy Tesli, już dziś jesteśmy podłączeni do naszych smartfonów, dlaczego więc nie mielibyśmy usprawnić tego połączenia, tworząc przepływ danych między naszymi umysłami, a komputerami czy urządzeniami mobilnymi?

Co prawda, ciężko wyobrazić sobie zakupy za pomocą nowego interfejsu mózg-komputer, ale to właśnie tu może rozegrać się kolejna walka na rynku e-commerce. Przecież jeszcze niedawno usługa taka, jak np. same-day delivery była zupełną nowinką, a dziś pierwsze sklepy w Polsce decydują się na jej wprowadzenie[1]. To nieuniknione, że za parę lat taka forma dostawy będzie standardem – zwraca uwagę założyciel Omnipack.

Jak przygotować się na nieuchronne wejście Amazona na polski rynek? Jakie decyzje podjąć w zakresie strategii sprzedażowej i jak rozdzielić budżety reklamowe? Takie i inne pytania stawiają sobie managerowie dużych i średnich e-commerce, którzy czują już na plecach oddech amerykańskiego giganta. Nie ma tu jednoznacznych odpowiedzi, ale jedno jest pewne: bez odważnych kroków konfrontacja z tak silnym konkurentem może okazać się fatalna w skutkach.

[1] Przykład eobuwie.pl: https://innpoland.pl/140905,nikt-w-europie-nie-sprzedaje-tak-jak-eobuwie-pl-sklep-internetowy-w-realu

Wybitni matematycy w 5 dni rozwiążą problemy zgłoszone przez firmy

18 marca br. w Warszawie rozpoczyna się European Study Group with Industry (ESGI), czyli tygodniowy matematyczny hackaton, w którym udział biorą polscy i zagraniczni matematycy współpracujący z przedsiębiorcami. Cel? Wypracowanie rozwiązań konkretnych problemów zgłoszonych przez biznes.

ESGI to organizowane od 50 lat kilkudniowe hackatony i sesje warsztatowe, w których uczestniczą wybitni naukowcy z dziedziny matematyki, nauk ścisłych i inżynierii – z Wielkiej Brytanii (Oxford, Cambridge), różnych stron świata oraz kraju będącego gospodarzem spotkań.

ESGI drugi raz w Polsce

Tegoroczna 144 edycja ESGI została zorganizowana w Warszawie przez Instytut Matematyczny PAN przy współpracy z Ambasadą Brytyjską. Tego typu spotkania zostaną przeprowadzone w Polsce po raz drugi – poprzednia 77 edycja, której gospodarzem także był IM PAN i Ambasada Brytyjska, odbyła się przed 9 laty. Zaproszeni na ESGI144 naukowcy pracują nad problemami zgłoszonymi przez polskie przedsiębiorstwa, m.in. z sektora energetyki, przemysłu wydobywczego, e-reklamy czy produkcji oprogramowania, by na koniec warsztatów (22 marca) przedstawić wypracowane rozwiązania. 

„Poprowadzenie ESGI w Warszawie to dla Instytutu Matematycznego PAN wielkie wyróżnienie, tym bardziej, że specjalnie z tej okazji przyjeżdżają do nas takie sławy świata nauki, jak profesorowie John Ockendon czy Artur Ekert – obaj będący członkami Royal Society. Nasze rodzime przedsiębiorstwa zgłaszając problemy do rozwiązania postawiły poprzeczkę bardzo wysoko. Taki zresztą jest zamysł – chodzi o to, by odpowiedzi na pytania zadane przez przedsiębiorców były wyzwaniem dla najlepszych matematyków, a wypracowane rozwiązania stanowiły wartość użytkową. Zespoły robocze w ciągu kilku dni tworzą rozwiązania realne do wdrożenia w prawdziwym biznesie” – powiedział dr Kamil Kulesza, Chairman ESGI144 w Instytucie Matematycznym Polskiej Akademii Nauk. Podkreślił, że formuła spotkań roboczych, w trakcie których rozwiązywane są rzeczywiste problemy firm, to bardzo atrakcyjna metoda budowania współpracy świata nauki ze światem biznesu. ESGI to miejsce, w którym czysta nauka tworzy wartości utylitarne.

Nad czym pracują naukowcy

Podczas ESGI144 zespoły robocze będą pracować nad następującymi projektami:

  • z sektora wydobywczego: opracowanie algorytmów, które pozwolą odpowiednio dobierać parametry eksploatacji pokładów w kopalniach, tak by w kontrolowany sposób prowokować zbliżające się i nieuniknione zjawiska sejsmiczne;
  • z sektora energetycznego: opracowanie metod optymalizacji w zakresie dostarczania energii cieplnej do budynków mieszkalnych oraz wdrożenia narzędzi opartych na grywalizacji do systemu zarządzania energią i jej stratami w budynkach mieszkalnych;
  • w sektorze e-reklamy: wykorzystanie metod sztucznej inteligencji do lepszego personalizowania reklam adresowanych do poszczególnych segmentów rynku;
  • w branży IT: opracowanie algorytmów określających zwrot z inwestycji w gratyfikowanie pracowników na poszczególnych etapach realizowania przez nich powierzonych zadań;
  • w sektorze badań zjawisk i trendów: opracowanie skutecznych metod prognozowania z wykorzystaniem mechanizmów i logiki wirtualnych rynków predykcyjnych.

Gośćmi honorowymi ESGI144 są m.in. znakomici naukowcy i popularyzatorzy nauki z Oxfordu: profesorowie Artur Ekert, John Okendon i Hilary Ockendon. Artur Ekert to światowej sławy fizyk i matematyk realizujący badania w zakresie mechaniki kwantowej oraz kwantowego przetwarzania informacji, wybitny specjalista w dziedzinie komputerów kwantowych. Jest profesorem fizyki kwantowej na wydziale Matematyki Uniwersytetu Oksfordzkiego, profesorem Narodowego Uniwersytetu Singapuru oraz dyrektorem Centrum Technologii Kwantowych działającego przy tym uniwersytecie. John Ockendon jest profesorem Oxfordu, znanym popularyzatorem nauki w dziedzinie matematyki stosowanej i jednym z najważniejszych prekursorów na polu wykorzystania nauk matematycznych w świecie przemysłu i biznesu. Obaj profesorowie są członkami najstarszego na świecie towarzystwa naukowego – The Royal Society, Towarzystwa Królewskiego w Londynie, założonego w 1660 r.

Wizje przyszłości – czyli debata o AI, kryptografii, komputerach kwantowych i cyberbezpieczeństwie

Podczas debaty przeprowadzonej w hotelu Westin w dniu otwarcia ESGI144, naukowcy wspólne z przedsiębiorcami rozmawiali o przyszłości – zastosowaniu sztucznej inteligencji, trendach w cyberbezpieczeństwie, kryptografii i komputerach kwantowych. Uczestnicy debaty zwracali uwagę, że rozwój komputerów kwantowych wymusi wypracowanie nowych modeli kryptograficznych, ponieważ dotychczasowe sposoby szyfrowania informacji przestaną być skuteczne. Omawiano też zasadnicze kwestie związane z upowszechnianiem i rozwojem sztucznej inteligencji (AI), jak np. czy przyczyni się ona do samoistnego generowania wiedzy, czy i kiedy będzie ona zdolna do rozpoznawania, rozumienia i odczuwania emocji, czy prawodawstwo będzie nadążać za jej rozwojem lub jak rozstrzygnąć kwestie odpowiedzialności za zdarzenia wywołane przez AI. Choć odpowiedzi na te pytania są trudne i odnoszą się do kreowania wizji przyszłości, z rozmowy niewątpliwie wynikał zasadniczy wniosek – że matematyka jako królowa nauk ścisłych ma przemożny wpływ na większość aspektów naszego życia, nawet jeśli na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Patronami honorowymi ESGI144 są Ambasada Brytyjska i Urząd Regulacji Energetyki.

Sponsorem głównym ESGI144 jest KGHM Polska Miedź, a sponsorami wspierającymi: Bank Millenium i Celon Pharma.

Partnerzy ESGI144 to: Ministerstwo Cyfryzacji, Fortum, Mabion S.A. oraz Simons Foundation.

Ponadto ESGI144 jest wspierane przez: EuRoPol GAZ, Hotel Westin w Warszawie, KIR, Job Finder oraz Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości.

Patronat medialny nad ESGI144 objęły: dziennik Rzeczpospolita, Forbes, InnPoland, Polska Agencja Prasowa – Nauka w Polsce, Radio dla Ciebie oraz portale wnp.pl i wysokienapiecie.pl.

Czeka nas odpływ fali pracowników z Ukrainy. Czas na Azjatów

Polski rynek pracy od schyłku ubiegłego roku mierzy się już nie tylko z deficytem kadrowym dotyczącym rodzimych pracowników, ale także ze spadkiem migracji zarobkowej zza wschodniej granicy. W jakim stopniu odpływ fali pracowników z Ukrainy zagrozi polskim pracodawcom? Czy istnieje możliwość przygotowania się na zbliżające się problemy? Na te pytania odpowiada Mariusz Hoszowski, prezes firmy Smart Work. 

Jako że na chwilę obecną na polskim rynku pracy brakuje wszystkich rodzajów pracowników, polska gospodarka w coraz większym stopniu zależna jest od imigrantów zarobkowych, których lwią część stanową Ukraińcy. Niestety, ich liczba w ostatnim czasie zaczęła maleć. Skąd wziął się ostatni spadek migracji zarobkowej do Polski zza wschodniej granicy?

Atrakcyjne sąsiedztwo

Mariusz Hoszowski -  Prezes firmy Smart Work
Mariusz Hoszowski –  Prezes firmy Smart Work

Jak mówi Mariusz Hoszowski, prezes firmy Smart Work, zmniejszająca się liczba pracowników ukraińskich w Polsce związana jest z postępującym rozwojem rynków państw ościennych – Czech, Słowacji i Niemiec: „Działając na zagranicznych rynkach pracy, dostrzegamy tam wiele ułatwień dotyczących pracy oraz samej legalizacji pobytu pracowników ze wschodu. Widząc te udogodnienia, Ukraińcy w sposób naturalny wybierają legalną pracę za większe pieniądze – choć odnośnie kwestii przestrzegania miejscowego prawa można powiedzieć, że popularniejsza jest działalność w szarej strefie. Szczególnie często praktykowane jest to u pracowników z terenu zachodniej Ukrainy, gdzie panuje długa tradycja wyjazdów zarobkowych do Polski. Co więcej, samo zjawisko jest bardzo podobnie do sytuacji polskich pracowników jeszcze przed wejściem do Unii Europejskiej, gdzie nasi rodacy masowo wyjeżdżali na Zachód pracować nielegalnie.”.

Niemieckie eldorado

Najwięcej emocji wzbudza jednak otwarcie niemieckiego rynku pracy, które zostało zaplanowane na 1 stycznia 2020 roku. W tym czasie mają wejść w życie zmiany dotyczące ograniczenia przeszkód formalnych w zatrudnianiu pracowników z krajów trzecich, w tym Ukrainy. „Zgodnie z naszymi informacjami, do końca drugiego kwartału tego roku projekt ustawy powinien być zatwierdzony przez Bundestag. Warto wspomnieć, iż nowe prawo przewiduje najistotniejsze zmiany dla wykwalifikowanych pracowników, posiadających znajomość języka niemieckiego. Dzięki uzyskaniu wizy pracowniczej obywatele państw ze Wschodu przez pół roku będą mogli szukać pracy, a potem przez kolejne sześć miesięcy pracować u dowolnego pracodawcy. Z pewnością jest to bardziej liberalne podejście do zagranicznej kadry pracowniczej niż w Polsce, gdyż kładzie się akcent na samodzielność w utrzymaniu się oraz poszukiwaniu zatrudnienia.” – mówi Mariusz Hoszowski.

Pomimo braku otwartości rynku niemieckiego na każdą grupę pracowniczą, i tak pierwszą falą ewentualnych migrantów ukraińskich do Niemiec będą Ukraińcy pracujący do tej pory w Polsce. Jak mówi Prezes firmy Smart Work: „Aby otrzymać pozwolenie na pracę, obcokrajowiec będzie musiał wykazać się wykształceniem kierunkowym oraz potwierdzoną znajomością języka niemieckiego. Z warunku lingwistycznego wyłączone są jedynie dwie grupy zawodowe – spawacze i kierowcy tirów. Możemy więc oczekiwać, iż z początkiem przyszłego roku nagle zabraknie na polskim rynku spawaczy, ponieważ większość specjalistów ukraińskich posiada dokumenty wyrobione w Polsce i kwalifikujące do uzyskania niemieckich wiz pracowniczych. Co więcej Instytut Goethego, którego certyfikaty językowe będą honorowane przez niemieckie służby konsularne, już otwiera swoje oddziały na Ukrainie oraz rozwija sieć w Polsce, właśnie pod kątem przebywających tu Ukraińców. W ukraińskim sektorze edukacyjnym bardzo popularny stał się trend szkolenia się właśnie w zakresie języka niemieckiego. Widać więc jak ogromną szansę w otwarciu niemieckiego rynku pracy dostrzegają obywatele Ukrainy. Jednak co dla jednych jest okazją, to dla innych stanowi poważne zagrożenie”.   

Równie niebezpiecznym zapisem w nowym prawie niemieckim dla polskiego rynku pracy będzie regulacja zasad prac sezonowych. „Pracownicy ze wschodu będą mogli podjąć się pracy sezonowej bez znajomości języka niemieckiego. Jeżeli Niemcy rozwiną to pojęcie w odpowiedni sposób, ich rynek pracy momentalnie otworzy się na kilkukrotnie większą ilość zagranicznych pracowników niż ma to obecnie miejsce. Dla Polski tworzy to sytuację, w której w okresie zbiorów po prostu zabraknie rąk do pracy.” – mówi Mariusz Hoszowski.

Czy istnieje rozwiązanie?

Czy można złagodzić skutki nieuchronnego odpływu pracowników z Ukrainy? Zdaniem Mariusza Hoszowskiego, rozwiązaniem dla polskiej gospodarki z pewnością jest dywersyfikacja kierunków pozyskiwania pracowników i otwartość na inne narodowości. Oczywiście taki kierunek działania wiąże się z dodatkowymi czynnikami – z racji specyfiki każdej z nacji, pracodawcy będą musieli przygotować się na nowe strategie działania swoich przedsiębiorstw. W tym procesie istotną rolę odgrywają agencje zatrudnienia takie jak Smart Work: „Temat jest bardzo złożony, jednak dzięki posiadaniu własnego przedstawicielstwa, struktur, pracowników i partnerów biznesowych w różnych punktach za granicą, mamy stałe źródło wszelkiego rodzaju pracowników – bez względu na aktualny odpływ fali migracyjnej. Stosując zdywersyfikowaną strategię rekrutacyjną, możemy oferować kadry dostosowane każdego reżimu pracy oraz wymagań klienta odnośnie kwalifikacji pracowników.” – mówi prezes firmy Smart Work.

Polska Szkoła FM pod auspicjami IFMA, RICS i PRFM

Powstaje zespół, w skład którego wejdą przedstawiciele najważniejszych organizacji branżowych z rynku FM. IFMA, RICS i PRFM łączą siły, by wypracować wspólny program edukacyjny dla zawodów FM w Polsce i spopularyzować go następnie w całym sektorze nieruchomości komercyjnych, jak i poza nim.

Joanna Plaisant - Country Manager RICS w Polsce
Joanna Plaisant – Country Manager RICS w Polsce

Celem działania zespołu będzie opracowanie kompletnego programu edukacyjnego w oparciu o unikalne kompetencje trzech najważniejszych organizacji zrzeszających profesjonalistów z rynku nieruchomości w Polsce. Opracuje on m.in. zestaw przedmiotów, kompetencji, umiejętności i wymagań zgodny z najwyższymi standardami krajowymi, europejskimi i światowymi.

To odpowiedź na potrzeby gwałtownie rosnącego rynku FM oraz rozwoju tego obszaru w Polsce, ale i  na całym świecie. Stworzony w oparciu o globalne standardy RICS i IFMA program ma odpowiadać współczesnym realiom biznesowym i być jednym z najnowocześniejszych tego typu programów dostępnych obecnie na rynku.

Nowy program będzie tworzony z uwzględnieniem wszystkich istotnych perspektyw biznesowych jak i najnowszych trendów technologicznych oraz aktualnej wiedzy managerskiej. Dzięki szerokiej dyskusji branżowej, w której wezmą udział zarówno przedstawiciele strony zamawiającej, jak i dostawców, nowi adepci sztuki FM uzyskają gigantyczny zastrzyk wiedzy na temat zasad funkcjonowania współczesnego rynku.

“Polska Szkoła FM” to projekt, którego celem jest wzmocnienie strategicznej roli FM’u w organizacjach poprzez podniesienie wiedzy o funkcjonowaniu nowoczesnych usług wsparcia dla organizacji, inteligentnych obiektów a także partnerskich relacji biznesowych.

Wspólna praca trzech organizacji ma także pomóc lepiej ustrukturyzować ścieżki rozwoju oraz zachęcić większą liczbę potencjalnych kandydatów do aktywnego uczestnictwa w życiu branży, poprzez stałe podnoszenie swoich kompetencji.

“Ten program to ogromna szansa na promocję jednego z najdynamiczniej rozwijających się obecnie obszarów rynku nieruchomości jakim jest Facility Management. Mamy nadzieję, że odpowie on na potrzeby młodych ludzi wkraczających na rynek pracy, dając im możliwość edukacji i podnoszenia swoich kompetencji poprzez skorzystanie z doświadczeń i standardów międzynarodowych największych organizacji profesjonalnych takich jak RICS i IFMA

– przekonuje Seweryna Afanasjew, Członek Europejskiego Zarządu RICS.

Udział IFMA w tym szczytnym projekcie jest realizacją naszej misji związanej z profesjonalizacją facility management. IFMA posiada wypracowane międzynarodowe standardy i systemy certyfikacji kompetencji. Uzyskanie ich wymaga jednak od kandydata ugruntowanego doświadczenia zawodowego. Dlatego istotną rolę, jaką widzę w tej inicjatywie, to wspieranie rozwoju branży poprzez dostarczenie wiedzy  wszystkim osobom zaczynającym swoją przygodę w tym sektorze. Cieszy mnie także nasze wspólne podejście i intencje jakie nam przyświecają. Razem możemy dać ludziom więcej, łącząc różnorodne perspektywy.

– podkreśla Wojciech Walania, Prezes IFMA Polska.

“Rolą Polskiej Rady Facility Management jest szeroka integracja środowisk biznesowych i doprowadzenie do powstania otwartego programu edukacyjnego, który będzie wspierał naszych członków w pozyskiwaniu nowych ekspertów. Efektywne zarządzanie zasobami ludzkimi jest bowiem największym wyzwaniem z jakim mierzą się obecnie najważniejsi gracze na rynku usług FM”.

– dodaje Krzysztof Kogut, Prezes, Polskiej Rady Facility Management

Sprzedaż aut: rekordowy luty w Polsce, przebudzenie największych rynków

Sprzedaż nowych samochodów osobowych w lutym okazała się najlepszym wynikiem tego miesiąca od 10 lat – z polskich salonów wyjechało ponad 43,5 tys. pojazdów, czyli 3,9% więcej niż rok wcześniej. Rezultat ten jest w dużej mierze zasługą poziomu rejestracji aut premium, które wbrew obawom, zanotowały wzrost o 18,2% r/r – wynika z najnowszych danych ACEA. Eksperci Exact Systems zwracają także uwagę na dysonans wyników sprzedażowych na 5 głównych rynkach w UE. Niemcy, Francja i Wielka Brytania w lutym zanotowały wzrosty, natomiast Włochy i Hiszpania już 6. miesiąc pozostają na minusie.

Paweł Gos, prezes Exact Systems
Paweł Gos, prezes Exact Systems

– Po stagnacji w styczniu powrócił optymizm sprzedażowy, głównie dzięki wzrostowi rejestracji r/r marek premium i elektroaut. Po wprowadzeniu nowelizacji przepisów leasingowych, w 2019 r. spodziewano się spadków sprzedaży najdroższych pojazdów. Jednakże wbrew obawom, wróciliśmy na ścieżkę wzrostu z 2018 r., gdy segment marek premium rósł szybciej niż średnia rynkowa. Czy tak wysoka dynamika jest jedynie tymczasowym efektem presji legislacyjnej, przez którą Polacy przyspieszyli swoje decyzje zakupowe i już w grudniu podpisywali umowy na auta produkowane w 2019 r., okaże się za 2-3 miesiące. Ewentualne zawirowania dotkną jedynie marek premium. Częściowo przebudziły się również największe rynki w Europie – w lutym Niemcy, Francja i Wielka Brytania zanotowały nieznaczne wzrosty popytu po 5 miesiącach ciągłych spadków. Mniej optymistycznie wygląda sytuacja Hiszpanii i Włoch, które nadal nie mogą wydostać się z dołka sprzedażowego, notując regres odpowiednio o ‐8.8% r/r i ‐2.4% r/r – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems.

Rekordowy luty w Polsce

W lutym br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiły się 43 764 sztuki nowych samochodów osobowych, czyli o 3,9% więcej niż w tym samym miesiącu 2018 roku. Jest to najwyższy lutowy wynik w ciągu ostatnich 10 lat. Liczba samochodów marek premium wyniosła 5,8 tys. szt., co oznacza wzrost o 18,2% r/r oraz o 12,2% w porównaniu do stycznia. Kołem zamachowym rynku wciąż pozostają firmy, które stanowią aż 64,1% kupujących. Tylko 35,9% nabywców to klienci indywidualni. TOP3 marek nie zmienił się w porównaniu do sytuacji sprzed miesiąca: najchętniej kupowane są modele Skody, druga na liście uplasowała się Toyota, a trzeci był Volkswagen.

Od początku roku, w ciągu dwóch miesięcy zarejestrowano w Polsce 89 961 nowych samochodów osobowych, czyli o 1,7% więcej rok do roku.

Hybrydy zwolniły, auta elektryczne przyspieszają

Luty nie był w pełni optymistyczny, jeśli chodzi o sprzedaż aut z alternatywnymi napędami. Z danych PZPM[1] wynika, że z salonów w Polsce wyjechało niespełna 1400 hybryd (-13,6% r/r). Spadek ten częściowo udało się skompensować wyższą dynamiką sprzedaży aut z napędem elektrycznym, których kupiono 151 szt. (+68% r/r). W porównaniu z ubiegłym rokiem zmniejszył się udział diesli (z 22,9% do 21,2%), a zwiększył silników benzynowych (z 71,5% do 73,9%).

W ciągu dwóch miesięcy 2019 r. zarejestrowano 3,4 tys. hybryd (-3,9%) oraz 228 sztuk aut (+9,6%) z napędem elektrycznym lub hybrydowym plug-in.

Dysonans na głównych rynkach UE

Z danych ACEA[2] wynika, że w lutym br. Europejczycy kupili ponad 1,1 mln nowych osobówek (-1% r/r). Spadek dynamiki wynika z ubiegłorocznej bardzo wysokiej bazy. Było to drugi najlepszy lutowy wynik w Unii Europejskiej od 2008 roku. W drugim miesiącu tego roku na zielono możemy zaznaczyć 3 z 5 największych rynków europejskich: Niemcy (+2,7 r/r), Francję (+2,1 r/r) oraz Wielką Brytanię (+1,4% r/r). Miesiąc pod kreską zakończyły Włochy (-2,4% r/r) i Hiszpania (-8,8% r/r). Pozycją nr 1 w całej Unii Europejskiej, pomimo delikatnego regresu (-0,7% r/r), może pochwalić się grupa Volkswagen.

Od stycznia do lutego 2019 r. popyt na nowe samochody w Unii Europejskiej spadł o 2,9%. Silne spadki w porównaniu z ubiegłym rokiem odnotowały Hiszpania (-8,4%) i Włochy (-4,9%). Natomiast stabilny poziom pozostał w Niemczech (+ 0,6%), Francji (+ 0,5% ) i Wielkiej Brytanii (-0,6%). Od początku roku najszybciej rozwijają się rynki: litewski (+68,8% r/r) i rumuński (+26,8% r/r). Natomiast największy spadek dynamiki nastąpił w Holandii -17,6% r/r.

Patrząc na dane ACEA, zarówno te dotyczące Polski, jak i całej Unii, ciężko prognozować w jakim miejscu znajduje się branża motoryzacyjna i jak będą wyglądały najbliższe miesiące. Dysonans w wynikach sprzedażowych spowodowany jest głęboką transformacją, którą przechodzi sektor automotive. Pojazdy elektryczne nadal traktowane są jako drugie lub trzecie auto dla zamożnej rodziny, przeznaczone do jazdy po mieście. Nie zmienia to faktu, że producenci dostrzegają rosnący potencjał ekoaut i już teraz przygotowują swoje zakłady w kierunku ich masowego  wytwarzania, stopniowo przestając inwestować w unowocześnianie i modyfikowanie pojazdów z napędami tradycyjnymi – podsumowuje Paweł Gos.

[1] https://www.pzpm.org.pl/Rynek-motoryzacyjny/Rejestracje-samochody-osobowe-i-dostawcze/Luty-2019r

[2] https://www.acea.be/uploads/press_releases_files/20190315_PRPC_1902_FINAL.pdf

Twardy Brexit – skutki podatkowe VAT, CIT, akcyza i cło

Wielka Brytania nie zawarła umowy kształtującej relacje ze Wspólnotą, w związku z czym 30 marca 2019 r. nastąpi tzw. twardy brexit. Wielka Brytania przestanie być członkiem Unii Europejskiej, a w zamian uzyska status państwa trzeciego. Nowa rzeczywistość będzie miała skutki także na gruncie prawa podatkowego.

CIT

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej oznacza, że dyrektywy unijne nie będą obowiązywały w odniesieniu do tego państwa. Z perspektywy podatków bezpośrednich nie będzie możliwości skorzystania z dyrektyw m.in.:

  • 2003/49/WE (tzw. dyrektywa odsetkowa), która eliminuje opodatkowanie podatkiem u źródła odsetek i należności licencyjnych przy spełnieniu określonych warunków,
  • 2011/96/UE, która eliminuje opodatkowanie podatkiem u źródła dywidend przy spełnieniu określonych warunków,
  • 2009/133/WE, która odracza opodatkowanie spółek zaangażowanych w łączenie, podział lub podział przez wydzielenie.

W przypadku niemożliwości skorzystania ze zwolnień zawartych w dyrektywach unijnych oraz braku umowy regulującej brexit konieczny będzie powrót do ustaleń umowy polsko-brytyjskiej w sprawie unikania podwójnego opodatkowania. W konsekwencji może pojawić się konieczność poboru podatku u źródła w przypadku wypłaty odsetek czy należności licencyjnych (obowiązek zapłaty 5% podatku u źródła w Polsce w przypadku płatności do rzeczywistego właściciela i posiadania certyfikatu rezydencji). W przypadku dywidend, przy spełnieniu określonych warunków, istnieje możliwość utrzymania braku opodatkowania.

VAT

W związku z tym, że terytorium Wielkiej Brytanii od 30 marca 2019 r. nie będzie już częścią terytorium Unii Europejskiej, zmianie ulegną transakcje towarowe. Wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów (WNT) zostanie zastąpione procedurami importowymi. W związku z tym zastosowanie będą miały przepisy dotyczące VAT importowego – obowiązek podatkowy ma miejsce z chwilą powstania tzw. długu celnego, tj. co do zasady z chwilą dopuszczenia towaru do obrotu na obszarze celnym Unii. Konieczność zapłaty VAT importowego wcześniej, najczęściej już w momencie dokonania odprawy celnej, wpłynie na płynność finansową podmiotów gospodarczych. Dziś podatek VAT należny i naliczony w związku z WNT jest, poza wyjątkami (okres 3 miesięcy od daty obowiązku podatkowego do daty otrzymania faktury), rozliczany w tej samej deklaracji, przez co nie ma wpływu na płynność finansową.

Ponadto wewnątrzwspólnotowa dostawa towarów (WDT) zostanie zastąpiona procedurami eksportowymi. Eksport towarów jest połączony z koniecznością spełnienia dodatkowych formalności celnych. Dla zastosowania stawki 0% przy eksporcie wymagane są także inne dokumenty niż w przypadku WDT, co podatnik musi weryfikować.

Zastosowania nie będzie miała Dyrektywa Rady 2006/112/WE z dnia 28 listopada 2006 r. w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej. Jedną z negatywnych konsekwencji będzie brak możliwości korzystania z uproszczenia dla transakcji trójstronnych. Uproszczenie przewiduje, że przy spełnieniu określonych warunków jedynie odbiorca towaru zobowiązany jest do naliczenia podatku VAT od takiej dostawy.

Dodatkowo zmianie ulegną np. przepisy dotyczące świadczenia usług elektronicznych czy możliwość występowania o zwrot VAT w przypadku sprzedaży detalicznej – tak jak obecnie występuje to w przypadku obywateli Ukrainy czy Białorusi.

Akcyza i cło

Jak zostało wspomniane powyżej, po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej będziemy mieli do czynienia z eksportem lub importem, co wiąże się m.in. ze składaniem zgłoszenia celnego przywozowego lub wywozowego. Nie będzie możliwości przemieszczenia w procedurze zawieszenia poboru akcyzy wyrobów akcyzowych na podstawie e-AD w Systemie EMCS. Dodatkowo dopuszczenie do konsumpcji w Unii Europejskiej nie będzie mogło się odbywać na podstawie uproszczonego dokumentu towarzyszącego (UDT). Co do zasady w przypadku gdy importowane wyroby akcyzowe nie zostaną objęte procedurą zawieszenia poboru akcyzy na terytorium kraju, podatnik będzie zobowiązany do obliczenia i wykazania kwoty akcyzy w zgłoszeniu celnym. Podobny mechanizm będzie występował w przypadku samochodów osobowych.

Zmianie mogą ulec stawki celne. Po 30 marca 2019 r. w przywozie z Wielkiej Brytanii będą obowiązywały takie same stawki celne, jak są obecnie stosowane przez UE dla towarów z państw trzecich. Nie oznacza to jednak, że taka sama klasyfikacja będzie obowiązywała w przypadku wywozu towarów do Wielkiej Brytanii. Może ona przygotować odmienną klasyfikację lub pozostać przy taryfie unijnej.

Podsumowując, tzw. twardy brexit niesie za sobą szereg konsekwencji w zakresie podatków, które są szczególnie istotne dla przedsiębiorców współpracujących z kontrahentami z Wielkiej Brytanii. W pierwszej kolejności rekomendujemy przeprowadzenie analizy, jakie obszary działalności będą dotknięte „twardym brexitem”, a następnie wdrożenie działań celem dostosowania się do nowej rzeczywistości podatkowej, która czeka nas już od 30 marca 2019 r.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Przemysł 4.0, a zmiany na rynku pracy

Rozwój nowoczesnego przemysłu wymusza na pracodawcach zmianę podejścia do biznesu. Nie dotyczy to jedynie otwierania się na innowacyjne rozwiązania. Firmy chcące zachować przewagę konkurencyjną muszą również uświadomić sobie potencjał wykwalifikowanych, dostosowanych do panujących trendów pracowników.

Zarządzanie w nowej rzeczywistości

Najnowszy międzynarodowy raport, przygotowany przez Deloitte i Forbes Insights, podsumowujący badanie przeprowadzone wśród prezesów największych światowych przedsiębiorstw pokazuje, że liderzy firm bardziej realistycznie podchodzą dziś do kwestii związanych z funkcjonowaniem w erze Przemysłu 4.0. Są świadomi, że muszą dostosować model zarządzania do nowej rzeczywistości.

Zgodnie z raportem „Success personified in the Fourth Industrial Revolution” zaangażowanie w pracę na rzecz społeczeństwa i ekorozwoju, podejmowanie decyzji na podstawie danych, realizowanie długoterminowej wizji wykorzystania technologii oraz koncentracja na rozwoju pracowników to najważniejsze cechy modelowych przywódców, zarządzających w obszarze Przemysłu 4.0.

Z punktu widzenia pracodawców szczególnie ważna jest czwarta cecha, mówiąca o odpowiednim przygotowywaniu pracowników do transformacji cyfrowej. Zgodnie z wynikami badania 55% ankietowanych zauważyło, że obecny zakres kompetencji zatrudnionych przez nich osób nie spełnia wymogów przyszłości, z kolei 25% nadal woli zatrudniać nowych pracowników zamiast szkolić i przekwalifikowywać obecnych. Ponad połowa ankietowanych uważa również, że obecny system edukacji nie jest dopasowany do funkcjonowania w, zmieniającym się w wyniku transformacji cyfrowej, rynku pracy.

W dostosowaniu się do nowych trendów mają pomóc tzw. ambasadorzy talentów, aktywnie działający na rzecz przygotowania swojego przedsiębiorstwa do transformacji, świadomi odpowiedzialności za szkolenie pracowników i korzyści z tego wynikających, którzy są bardziej skłonni inwestować w nowe technologie, by uzyskać przewagę konkurencyjną.

Z perspektywy pracownika

Sztuczna inteligencja, robotyka, automatyzacja kognitywna, zaawansowane analizy danych czy Internet rzeczy – wszystkie te trendy definiują na nowo rynek pracownika. I choć od lat słychać głosy, że transformacja cyfrowa oznacza zastąpienie pracy ludzi przez maszyny, to coraz częściej pojawiają się przykłady na to, że Przemysł 4.0 zamiast likwidować będzie tworzył nowe miejsca pracy. Co więcej Deloitte i The Manufacturing Institute przewidują deficyt pracowników. Według ich szacunków w latach 2015-2025, ze względu na brak wykwalifikowanych kandydatów, ponad 2 miliony miejsc pracy może pozostać nieobsadzonych.

Raport “The future of work in manufacturing” pokazuje, w jaki sposób zmienia się podejście do pracownika, ale też pożądane kompetencje i najbardziej liczące się umiejętności w dobie Przemysłu 4.0. Zgodnie z badaniami, opublikowanymi przez Deloitte Insights na początku tego roku, przyszłość przemysłu ma się opierać na kilku filarach.

Po pierwsze, przedsiębiorstwa pracują nad tym, by poprzez reorganizację pracy, przekwalifikowanie pracowników oraz wykorzystywanie technologii do transformacji biznesu, angażować pracowników w cały proces decyzyjny. Według raportu Global Human Capital Trends takie działanie ma pomóc nie tylko w eliminacji rutynowych zadań i obniżeniu kosztów, ale w szerszej perspektywie przynieść też wartość zarówno dla klientów jak i poczucia większej wartości pracy przez pracowników.

Wzrost automatyzacji miejsc pracy sprawia, że zmienia się zakres obowiązków pracowników. Dzięki temu, że technologia zaczyna zastępować wiele powtarzalnych zadań, otwierają się możliwości wykorzystania w pracy tzw. „miękkich” umiejętności. Krytyczne myślenie, kreatywność i umiejętność zarządzania ludźmi to według badań World Economic Forum jedne z najbardziej cenionych przez pracodawców kompetencji, które odegrają kluczową rolę w ciągu najbliższej dekady.

Wraz z rozwojem automatyki, robotyki i sztucznej inteligencji pracownicy produkcyjni w coraz większym stopniu będą też korzystać z narzędzi cyfrowych i wykorzystywać je w codziennej pracy. Mają one wspierać codzienną komunikację, a w efekcie przekładać się na wzrost produktywności.

Wzrasta świadomość pracodawców

Według raportu „Przemysł 4.0 – wyzwania współczesnej produkcji”, przygotowanego przez PwC i bazującego na odpowiedziach przedstawicieli ponad 2000 firm z całego świata, badane przedsiębiorstwa planują do 2020 roku przeznaczyć łącznie 907 miliardów dolarów na wydatki związane z Przemysłem 4.0. Środki te zostaną wydane przede wszystkim na inwestycje w technologie. Firmy są świadome, że przewaga konkurencyjna w dużej mierze zależy od odpowiednio dobranej kadry, dlatego  spora część zostanie przeznaczona również na szkolenia dotychczasowych pracowników oraz zatrudnianie nowych specjalistów, którzy będą wsparciem w przeprowadzaniu zmian, wynikających z zachodzącej w firmach transformacji cyfrowej.

Zgodnie z raportem, największym ograniczeniem we wprowadzaniu zmian może być brak odpowiednio wykwalifikowanej kadry, brak możliwości odpowiedniego przeszkolenia pracowników oraz trudności w przyciągnięciu do firm osób, które posiadają odpowiednią wiedzę. Jednocześnie transformacja cyfrowa będzie też wymuszać na pracodawcach tworzenie zupełnie nowych stanowisk, m.in. w takich obszarach jak innowacje, bezpieczeństwo i zarządzanie danymi wrażliwymi, czy współpraca z klientami oraz dostawcami.

Nowe wyzwania

Na pracodawców czeka bardzo wiele wyzwań w obszarze poszukiwania talentów dla przemysłu 4.0. Mamy do czynienia z luką w obszarze osób pracujących na rynku dłużej niż 10 lat. Uczelnie techniczne od mniej niż dekady dostarczają wielu cennych absolwentów w obszarze elektrotechniki, mechatroniki, budowy maszyn czy automatyki i robotyki. Siłą rzeczy jednak osoby te nie mają dużego doświadczenia zawodowego, więc kluczowe jest tutaj doszkalanie pracowników. Wcześniej kierunki te, choć istniały, nie cieszyły się tak dużą popularnością absolwentów szkół średnich –  tłumaczy Róża Szafranek – HR Manager w Elmodis. – Zauważalny jest też trend, że wraz z nadejściem młodszego pokolenia, zmienia się mobilność pracowników w przemyśle. Pracownicy wcześniej dużo więcej czasu spędzali u jednego pracodawcy, rzadziej zmieniali pracę, mając też dużo mniejszy wybór i mniej możliwości zawodowych

Jednocześnie przyszli pracownicy coraz bardziej doceniają interdyscyplinarne podejście. Zwracają oni uwagę nie tylko na możliwość pracy nad nowoczesnym rozwiązaniem, ale też współpracy z ekspertami w obszarze projektowania hardware’u, oprogramowania wbudowanego w urządzenie, ale także chmurowego oraz z częścią biznesową. Dzięki temu udaje nam się przyciągnąć pracowników zainteresowanych tematem IoT – dodaje Róża Szafranek.

W 2019 r. wolumen transakcji inwestycyjnych na europejskim rynku nieruchomości komercyjnych może wynieść 230 mld euro

Według międzynarodowej firmy doradczej Savills, do końca bieżącego roku wolumen transakcji inwestycyjnych na europejskim rynku nieruchomości komercyjnych może wzrosnąć do 230 mld euro, czyli szósty rok z rzędu przekroczy poziom 200 mld euro. To bezprecedensowy wynik w historii europejskiego rynku inwestycyjnego, potwierdzający status kontynentu jako bezpiecznej przystani dla inwestorów.

W 2019 roku Niemcy, Wielka Brytania i Francja nadal będą przyciągały lwią część kapitału inwestycyjnego, ale Polska (+46% wzrost wolumenu rok do roku odnotowany w 2018 r.), Dania (+38%), Finlandia (+32%) i Portugalia (+27%) mogą odnotować znaczący wzrost wolumenów transakcji inwestycyjnych powyżej średniej pięcioletniej dla poszczególnych rynków.

Jak podaje Savills, w 2018 roku najliczniej reprezentowaną grupą inwestorów spoza Europy były podmioty ze Stanów Zjednoczonych, Singapuru i Korei Południowej. Według prognoz w 2019 roku mogą utrzymać dominującą pozycję na rynku inwestycyjnym.

„Znaczny udział w obrotach na europejskim rynku nieruchomości mieli ponownie inwestorzy ze Stanów Zjednoczonych, na których w 2018 roku przypadło 48% wolumenu transakcji z udziałem kapitału spoza Europy (27,4 mld euro), a ich największym zainteresowaniem cieszyły się nieruchomości we Francji oraz w Wielkiej Brytanii i Niemczech. Jednocześnie wartość inwestycji kapitału singapurskiego w Europie wzrosła niemal dwukrotnie z 2,9 mld euro w 2017 roku do ponad 5,6 mld euro w 2018. Z 10-procentowym udziałem w łącznym wolumenie zagranicznych transakcji inwestycyjnych inwestorzy z Singapuru stanowili drugą pod względem wielkości grupę aktywnych graczy na rynku spoza Europy. Na trzecim miejscu znaleźli się inwestorzy z Korei Południowej, którzy w ubiegłym roku zainwestowali 5,4 mld euro (4,89 mld euro w 2017 roku). W kręgu ich zainteresowań pozostają nieruchomości biurowe zlokalizowane w ramach Centralnych Obszarów Biznesowych na głównych rynkach, ale ostatnio poszerzają horyzonty inwestycyjne o kraje, takie jak Belgia, Polska, Włochy, Irlandia, Dania i Hiszpania” – mówi Lydia Brissy, dyrektor, dział badań rynków europejskich w Savills.

„Oprócz obiektów logistycznych, wysoką pozycję na liście życzeń inwestorów będą zajmowały w tym roku także nieruchomości wielorodzinne w największych miastach charakteryzujących się dobrymi wskaźnikami demograficznymi. Przewidujemy, że na przykład w Holandii łączny wolumen transakcji inwestycyjnych w sektorze mieszkaniowym będzie zbliżony do obrotów na rynku nieruchomości biurowych. Jednocześnie prognozujemy wzrost udziału biur i mieszkań w oddawanych do użytku obiektach wielofunkcyjnych z uwagi na zainteresowanie wynajmujących dywersyfikacją źródeł przychodów” – dodaje Mike Barnes, Associate, dział badań rynków europejskich w Savills.

Savills wskazuje na dużą – według standardów historycznych – różnicę pomiędzy średnimi stopami kapitalizacji dla najlepszych europejskich nieruchomości biurowych w COB a rentownością dziesięcioletnich obligacji rządowych (212 pb w 2018 roku w porównaniu ze 185 pb w latach 2008/2009). Jeżeli ta dysproporcja utrzyma się, inwestorzy będą nadal chętnie lokowali kapitał w nieruchomościach komercyjnych, aby uzyskać wyższy zwrot z inwestycji.

„Przewidujemy, że w najbliższych sześciu miesiącach stopy kapitalizacji dla większości nieruchomości komercyjnych w Europie utrzymają się na dość stabilnym poziomie. Obserwujemy wzrost udziału w wolumenie transakcji inwestycyjnych inwestorów z Korei Południowej i Singapuru; według naszych prognoz, w 2019 roku Koreańczycy zwiększą swoją aktywność w Europie kontynentalnej i poszerzą ją o nowe kraje. Nieruchomości biurowe będą nadal preferowaną klasą aktywów, ale uwagę inwestorów, zwłaszcza z USA, przyciągają obiekty przemysłowe i logistyczne na terenie całej Europy. Przychody i wzrost stawek czynszowych to dwa główne czynniki wpływające na wysokość zysków inwestorów we wszystkich sektorach, ale uzależnione one są od potencjału poszczególnych lokalizacji, który musi być szczegółowo przeanalizowany” – mówi Marcus Lemli, dyrektor działu doradztwa inwestycyjnego na Europę i dyrektor generalny Savills w Niemczech.

John Palmer, dyrektor zespołu doradztwa inwestycyjnego w sektorze nieruchomości magazynowych i przemysłowych, Savills Polska
John Palmer, dyrektor zespołu doradztwa inwestycyjnego w sektorze nieruchomości magazynowych i przemysłowych, Savills Polska

„Rok 2018 był rekordowy dla rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce – całkowity wolumen transakcji inwestycyjnych przekroczył 7,2 mld euro, co świadczy o imponującym wzroście. Przewidujemy, że dobre nastroje na rynku inwestycyjnym utrzymają się również w 2019 roku. W ubiegłym roku liczba transakcji inwestycyjnych w sektorze nieruchomości magazynowych wzrosła prawie trzykrotnie w porównaniu z poprzednim rokiem, a wartość obrotów wzrosła do aż 1,84 mld euro. Nieruchomości magazynowe stają się najbardziej pożądaną klasą aktywów na całym świecie, ale rozwojowi tego sektora w Polsce sprzyja wyjątkowo dobra kondycja rynku. Strategiczna lokalizacja, silna gospodarka, prognozy długofalowego wzrostu, liczne przewagi konkurencyjne związane przede wszystkim z kosztami prowadzenia działalności oraz inwestycje infrastrukturalne stwarzają bardzo dobre fundamenty umożliwiające dynamiczny i trwały wzrost rynku logistycznego” – dodaje John Palmer, dyrektor zespołu doradztwa inwestycyjnego w sektorze nieruchomości magazynowych i przemysłowych, Savills Polska.

Likwidacja marek własnych wprowadzi do handlu spory chaos. Kto straci najwięcej?

Audyt sklepów dyskontowych wykazał spore różnice w cenach regularnych 10 popularnych produktów marek narodowych i własnych. Gdyby nagle zniknęły z rynku te drugie, to np. żel pod prysznic zdrożałby aż o 165%, czekolada – o 107%, a sok jabłkowy – o 68%. Najmniejsze wahania dotyczyłyby cukru – 10%, a także mleka – 16%. Oszacowano też, że ewentualne ograniczania mogłyby objąć aż 52% żywności, 35% art. kosmetycznych i 44% towarów z obszaru chemii gospodarczej. Najbardziej zagrożony ww. zmianami byłby Lidl, który oferuje najwięcej produktów FMCG marki własnej. Jednak niemałe problemy czekałyby również Biedronkę, Aldi i Netto. Niektórzy eksperci uważają, że w miejsce tzw. private label pojawiłyby się droższe towary odpowiadające jej jakością. Inny scenariusz zakłada, że dyskonty mogłyby zmniejszać opakowania artykułów, aby pozornie utrzymywać niskie ceny w sklepach.

Potencjalne zagrożenia

– Pomiędzy cenami marek własnych i narodowych największe różnice widać w przypadku żelu pod prysznic – aż 165%. Następnie należy wymienić czekoladę – 107%, sok jabłkowy – 68%, chipsy – 64%, a także wodę mineralną – 61%. Producenci tego typu markowych produktów komunikują, że dają one określone benefity, np. wysoką jakość lub pozytywny ładunek emocjonalny. Niestety, koszty związane z budowaniem określonego wizerunku są przenoszone na konsumentów. Marki własne nie inwestują w reklamy i dlatego są tańsze – tłumaczy Sebastian Starzyński, prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Gdyby nagle zniknęły z dyskontów marki własne, mniejsze wahania wystąpiłyby w przypadku cukru – 10%, mąki pszennej – 13%, mleka – 16%, oleju – 24%, a także masła extra – 35%. Hubert Majkowski, Country Manager Hiper-com Poland, zauważa, że klienci nie sugerują się markami w procesie wyboru tego typu artykułów. Dla świadomych konsumentów znaczenie może mieć ewentualnie to, czy dany towar jest np. ekologiczny. W tych kategoriach producenci nie konkurują mocno między sobą. I dlatego zdecydowanie rzadziej spotykamy się reklamą mąki niż żelu pod prysznic, czekolady albo chipsów.

– Jeżeliby doszłoby do realizacji ww. scenariusza, to w miejsce marek własnych pojawiłyby się produkty odpowiadające im jakością, tylko nieco droższe. Wprowadziliby je producenci, niekoniecznie związani z polskim biznesem. Konsumenci, nie mając alternatywy, płaciliby więcej. Starszym osobom mogłoby to przypominać czasy, gdy rynek był sztucznie regulowany. Oczywiście teraz półki nie świeciłyby pustkami. Wielu specjalistów pracowałoby nad nowymi rozwiązaniami, lecz niekoniecznie korzystnymi dla klientów – przewiduje Andrzej Wierzchoń, Senior Manager Sales w TERRITORY Influence/TRND CEE.

Według analityków Instytutu Badawczego ABR SESTA, ewentualne ograniczania mogą dotyczyć ponad połowy żywności w dyskontach – 52%, co trzeciego produktu kosmetycznego – 35%, a także 44% art. chemii gospodarczej, potrzebnych do m.in. do prania i sprzątania. Hubert Majkowski uważa, że zawężona liczba najtańszych towarów najbardziej dotknęłaby osoby o najmniejszych dochodach. Niemniej wszyscy konsumenci płaciliby więcej za podstawowe produkty. A jak wiadomo, duża część Polaków lubi kupować tanio i okazyjnie, bez względu na zasobność portfela.

– Sieci, które częściej promują marki własne, byłyby zmuszone redefiniować strategie promocyjne i sprzedażowe, aby nie stracić klientów. Większy nacisk mogłyby kłaść np. na aspekty jakościowe produktów, aby usprawiedliwić wzrost cen. Ewentualnie mogą zmniejszać opakowania artykułów, aby utrzymać wśród klientów opinie, że wciąż są tanimi sklepami. I to jest dość prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że konsumenci często nie zwracają uwagi na parametry towarów czy ich skład – wyjaśnia Sebastian Starzyński.

Zdaniem Andrzeja Wierzchonia, wyeliminowanie marek własnych początkowo doprowadziłoby do wahań cen najtańszych towarów na rynku. Następnie zostałyby opracowane strategie łączenia artykułów w zestawy, tzw. pack’i. Liczne promocje typu „2 w cenie 1” dawałyby poczucie oszczędności. Jednak nie byłyby to tak wygodne zakupy, na jakie obecnie pozwalają marki własne. Inne możliwe rozwiązania zależałyby od siły negocjacyjnej danej sieci, chcącej utrzymać dotychczasowych klientów lub pozyskać nowych.

Kto straci najwięcej?

– W dyskontach średni udział produktów FMCG tzw. private label jest na poziomie 44%. Największy jest w Lidlu – 62%. Ewentualne zmiany najbardziej dotknęłyby tę sieć. Ma ona za sobą wyjątkowo duże zaplecze międzynarodowe. W każdym kraju są produkowane lokalne marki własne, a następnie wysyłane do innych państw. W ten sposób polskie towary trafiają m.in. do Grecji, Francji, Włoch czy Hiszpanii. A tamtejsze specjały urozmaicają tutejsze półki sklepowe. Zatem nasi producenci współpracujący z Lidlem straciliby zamówienia, a konsumenci – dostęp do wielu dobrych produktów – ostrzega prezes Starzyński.

Nieco mniejszy udział art. FMCG marki własnej charakteryzuje Biedronkę. Jednak również jest on dość wysoki – 49%. W opinii Andrzeja Wierzchonia, po ewentualnej zmianie sytuacja wymagałaby ze strony sklepów więcej zaangażowania, zarówno po stronie kreatywnej, w tym marketingowej, jak i negocjacyjnej. Zmuszenie klienta do płacenia więcej za produkty podobne do artykułów znanych obecnie z segmentu marek własnych jest możliwe, ale to wymaga dłuższego czasu. Jak podkreśla ekspert z TERRITORY Influence/TRND CEE, zarówno Lidl, jak i Biedronka nie są zagrożone. Potrzebują tylko opracować dobre strategie sprzedaży droższych niż dotychczas produktów.

– W przypadku wprowadzenia ww. ograniczeń liderów rynku dyskontowego czeka szok. Będą musieli całkowicie zmienić swoje modele biznesowe. Zapewne Lidl i Biedronka nie zdołałyby zastąpić całego asortymentu private label markami narodowymi, zatem w ich sklepach wyraźnie zawęzi się liczba produktów. Duże problemy mogą mieć też Aldi i Netto, choć udział produktów FMCG marki własnej w tych sieciach wynosi odpowiednio 39% i 27%. Przy mniejszej skali działania zmiany mogą być równie trudne, jak w przypadku Biedronki i Lidla – analizuje ekspert z Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Sieci mogą już teraz prognozować, jaką część ich biznesu dotknęłyby ewentualne zmiany w prawie. W Lidlu marka własna dominuje w większości kategorii FMCG. W przypadku żywności stanowi aż 71%, z czego najwyższy odsetek mają takie produkty, jak mięso i owoce morza – 86%. Dla porównania, w art. spożywczych Biedronki udział private label stanowi 60%. W Aldi to 45%, a w Netto – 31%. Tylko w trzech kategoriach najwyższy odsetek marki własnej ma Aldi. Tymi wyjątkami są kosmetyki/zapachy – 41%, środki do prania i płukania – 42%, a także lody – 77%.

– W mojej ocenie, jakiekolwiek próby wpływania na decyzje rządu nie przyniosą żadnego skutku. Idea przyświecająca pomysłowi wycofania marek własnych była poza obszarem uwarunkowań ekonomicznych. Zatem na tym polu nie będzie porozumienia. Sieci są piętnowane jako zewnętrzny kapitał. Jednak na nowych regulacjach paradoksalnie najbardziej zyskałyby marki globalne, które dotychczas operowały najsilniejszą dźwignią negocjacyjną. Natomiast mali polscy producenci byliby przejmowani przez światowe koncerny. W ten sposób mogłyby one obchodzić wysokie koszty importu lub ewentualne ograniczania wynikające z nacjonalizacji części oferty – podsumowuje Andrzej Wierzchoń.

Audyt sklepów dyskontowych przeprowadził Instytut Badawczy ABR SESTA pod koniec lutego br. Wzięto pod uwagę najczęściej kupowane (według ekspertów) oraz najtańsze marki własne i narodowe. Produkty w cenach promocyjnych nie były uwzględniane. Artykuły „no name” zostały potraktowane jako towary marek własnych.

Beskidzkie Biuro Inwestycyjne S.A. przygotowuje proces połączenia z ABS Investment S.A.

Beskidzkie Biuro Inwestycyjne S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od listopada 2012 r., przygotowuje się do przeprowadzenia procesu połączenia z ABS Investment S.A. Obie spółki chcą w ten sposób osiągnąć istotne korzyści i wykorzystać efektywnie uzupełniające się wzajemnie potencjały.

Na początku tego roku Zarząd Spółki poinformował, że w wyniku przeprowadzonych rozmów z Zarządem notowanej na rynku NewConnect spółki ABS Investment S.A. podjął decyzję o przygotowaniu oraz rozpoczęciu procesu połączenia Spółki z tym podmiotem w drodze przejęcia przez ABS Investment S.A. spółki Emitenta. Aktualnie Beskidzkie Biuro Inwestycyjne S.A. realizuje działania mające na celu przygotowanie procesu połączenia od strony formalno-prawnej. Połączenie obu spółek ma przynieść znaczące korzyści ich Akcjonariuszom m.in. poprzez wykorzystanie efektów synergii biznesowych, uzupełniających się potencjałów oraz wzmocnienie pozycji na rynku kapitałowym. Przeprowadzenie procesu połączenia wymaga wyrażenia zgody przez Akcjonariuszy obu spółek podczas WZA, na których zaproponowane zostaną stosowne uchwały w tym zakresie, więc samo rozpoczęcie procesu nie jest jednoznaczne z faktycznym dokonaniem połączenia obu podmiotów.

„Można śmiało powiedzieć, że w tym kwartale definitywnie zakończyliśmy „porządki” w BBI i można uznać, że Spółka jest gotowa na połączenie z ABS. Aktualnie BBI funkcjonuje jako Grupa Kapitałowa, w skład której wchodzą dwa podmioty: BBI jako firma aplikująca o wpis do rejestru zarządzających Alternatywnymi Spółkami Inwestycyjnymi i Beskidzkie Biuro Consultingowe Sp. z o.o. jako firma doradcza świadcząca usługi m.in. autoryzowanego doradztwa, sporządzania wycen ekonomicznych i pozyskiwania środków pomocowych. BBI posiada 100% udziałów w BBC i w naturalny sposób konsoliduje wyniki tej drugiej spółki. Po ewentualnym połączeniu z ABS struktura grupy będzie identyczna tzn. ABS przejmie aktywa, które posiada obecnie BBI i będzie konsolidował wyniki BBC. Na skutek połączenia zwiększy się istotnie wartość aktywów ABS, zostaną zredukowane koszty, które w tej chwili dublują się w obu firmach, a jest ich naprawdę sporo. Dodatkowo nastąpi większa koncentracja pakietów akcji i udziałów w jednym podmiocie, co ułatwi współpracę ze spółkami portfelowymi i zwiększy realny wpływ na podejmowane w nich decyzje. Łączna wartość aktywów powinna kształtować się na poziomie 32-35 mln zł.” – komentuje Michał Damek, Prezes Zarządu Spółki Beskidzkie Biuro Inwestycyjne S.A.

Beskidzkie Biuro Inwestycyjne S.A. zakończyło z sukcesem proces restrukturyzacji kosztów. Dzięki podjętym działaniom Spółce udało się znacząco obniżyć koszty funkcjonowania oraz zmniejszyć poziom łącznych zobowiązań, które stanowią relatywnie niewiele w porównaniu z całkowitą wartością posiadanych aktywów. Emitent posiada w swoim portfelu inwestycyjnym ok. 5-6 spółek dywidendowych, z których strumień otrzymanych dywidend powinien przekroczyć poziom rocznych kosztów funkcjonowania i zapewnić tym samym bezpieczny model działalności. Zarząd Spółki jest bardzo zadowolony z efektów przeprowadzonych działań restrukturyzacyjnych i optymalizacyjnych w zakresie kosztów.

„Proces restrukturyzacji grupy to dwa równoległe procesy. Pierwszy z nich stanowi zmniejszenie do absolutnego minimum kosztów związanych z działalnością inwestycyjną (BBI) i ten stan został osiągnięty w marcu tego roku. Poziom tych kosztów jest obecnie najniższy w historii. Drugim elementem jest uzyskanie takiego poziomu stałych miesięcznych przychodów związanych z działalnością doradczą (BBC), które pokryją stałe koszty funkcjonowania Spółki. I ten stan został już osiągnięty w ostatnim kwartale zeszłego roku. Efekt tych zmian jest taki, że strumień dywidend, jakie BBI powinno otrzymać w tym roku znacznie przekroczy stałe koszty działania. Z kolei poziom tych kosztów w ujęciu rocznym nie powinien przekroczyć 1% wartości posiadanych aktywów. Jest to sytuacja bardzo komfortowa i raczej niespotykana na rynku. Również poziom zobowiązań nie powinien przekraczać 5% wartości aktywów. Taki bezpieczny model działania powinien przynieść też dobre efekty finansowe w tym roku.” – wyjaśnia Damek.

Do Spółki Beskidzkie Biuro Inwestycyjne S.A. należy spółka doradcza Beskidzkie Biuro Consultingowe Sp. z o.o., która świadczy usługi ekonomiczno-finansowe oraz zajmuje się obsługą consultingową o charakterze B2B. Podstawowymi usługami świadczonymi przez BBC są przede wszystkim usługi doradcze przy pozyskiwaniu dotacji dla przedsiębiorstw, sporządzanie wycen, analiz i innych opracowań ekonomicznych oraz usługi w zakresie pełnienia funkcji Autoryzowanego Doradcy dla rynku NewConnect i Catalyst. W tym ostatnim obszarze działalności BBC jest jednym z liderów rynku.

Beskidzkie Biuro Inwestycyjne S.A. prognozuje wypracowanie w 2019 r. jednostkowego zysku brutto w wysokości 600 tys. zł. Natomiast skonsolidowany zysk brutto Spółki ma wynieść 750 tys. zł. Prognozy finansowe Emitenta na ten rok zostały przygotowane w oparciu o zakładane przez Zarząd wpływy z działalności inwestycyjnej w ramach Spółki oraz z działalności doradczej w spółce zależnej – Beskidzkie Biuro Consultingowe Sp. z o.o.

„Do tej pory Spółka realizowała z dużą konsekwencją wszystkie wyznaczone cele, które mają spowodować jak najlepsze przygotowanie się do połączenia z ABS, ale również do ewentualnego dalszego samodzielnego funkcjonowania. Oprócz połączenia istotne jest także zrealizowanie założeń finansowych na ten rok, czyli wykonanie prognoz finansowych i to zarówno na poziomie Grupy, jak i obu spółek. Na dzień dzisiejszy można być zadowolonym zarówno z jakości aktywów posiadanych przez BBC, jak i portfela zleceń, który posiada spółka doradcza.” – zakończył Prezes Damek.

Spowolnienie gospodarcze dotknie Polskę, ale w mniejszym stopniu niż naszych sąsiadów

Spowolnienie gospodarcze jest samosprawdzającą się prognozą. Jednak dynamika polskiego PKB zmniejszy się w niewielkim stopniu, do 3,7 proc. w tym roku i do 3,5 proc. w 2020 r. Wiele krajów UE będzie nam tego zazdrościć.

Lista powodów, które schładzają światową gospodarkę jest długa, to wojny handlowe, brexit, nierównowaga włoskiego budżetu państwa czy konflikt na Bliskim Wschodzie. Chiny zmieniły swoją politykę gospodarczą, nie stawiają już tak bardzo na międzynarodową ekspansję, a coraz istotniejsze staje się podnoszenie poziomu życia, przez wprowadzanie transferów socjalnych, a skutkuje to spadkiem cen surowców na świecie.

Polska gospodarka jest uzależniona od tego, co dzieje się w niemieckiej, bo jest to nasz największy partner handlowy. Z Niemiec napływają kolejne, negatywne sygnały: w styczniu zamówienia w przetwórstwie obniżyły się o 2,6 proc. Jednak na polską gospodarkę spowolnienie w Niemczech wpływa słabiej, niż się obawiano.

– Tak, jak przed 10 laty, Polska poradzi sobie z tym spowolnieniem – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Bohdan Wyżnikiewicz z Instytutu Prognoz i Analiz, były prezes GUS. -Dla mnie najważniejsze są nastroje polskich przedsiębiorców. Ponieważ przez dłuższy czas mieliśmy wysoki wzrost gospodarczy, a ceny rosły umiarkowanie, to przedsiębiorcy nie widzą powodów żeby zwalniać poziom swojej aktywności gospodarczej. Światowe spowolnienie dotknie Polskę, ale znów w mniejszym stopniu niż inne kraje.

„13-ta emerytura” – szkodliwa, droga i niemoralna próba nakłonienia starszych wyborców

W trakcie konwencji, która odbyła się pod koniec lutego, partia rządząca zaprezentowała kilka nowych postulatów programowych, które następnie zbiorczo zaczęły być nazywane „piątką Kaczyńskiego”. Propozycje te sprowadzają się w istocie do socjalnych transferów kierowanych do precyzyjnie wyłonionych grup społecznych, atrakcyjnych z punktu widzenia nadchodzących wyborów: rodziny z dziećmi, ludzie młodzi, ludzie mieszkający poza większymi ośrodkami miejskimi, ludzie starsi. Zaprezentowany podczas konwencji pakiet propozycji oceniamy zdecydowanie negatywnie. W naszym przekonaniu, nie zawierają one żadnego postulatu stanowiącego jakikolwiek impuls pro-rozwojowy. Odbieramy je raczej jako próbę prostego przekupstwa politycznego, podjętą w gorącym okresie poprzedzającym dwie kampanie wyborcze – do Parlamentu Europejskiego oraz do parlamentu krajowego.

Przedstawiony projekt ustawy ma realizować obietnicę skierowaną do ostatniej wymienionej grupy, tj. wypłatę w 2019 roku jednorazowego świadczenia dla emerytów i rencistów w wysokości 1100 złotych brutto. Jak wynika z uzasadnienia, koszt propozycji będzie wynosił prawie 11 mld złotych. Nie sposób odnieść się do treści projektu, nie oceniając samej obietnicy, ponieważ podstawową funkcją przedstawionego aktu ma być jej wdrożenie. Tym samym, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców uznaje tzw. „trzynastą emeryturę” za szkodliwą, drogą i niemoralną próbę nakłonienia starszych wyborców do udzielenia poparcia w wyborach. Wypłata jednorazowego świadczenia w żadnym stopniu nie przyczyni się do rozwiązania strukturalnych problemów dławiących polski system emerytalny, związanych z jego repartycyjnym charakterem i fatalną sytuacją demograficzną.

Polski system emerytalny, z uwagi na powyższe czynniki, znajduje się w tej chwili w rzeczywistym kryzysie, dodatkowo pogłębianym przez nieroztropne decyzje polityczne. Obniżenie wieku emerytalnego doprowadziło do konieczności wypłacania świadczeń 300 tysiącom nowych, dodatkowych emerytów w roku 2018, co wiązało się z kosztem w wysokości ok. 7 miliardów złotych. Musimy podkreślić, że ta reforma, istotnie zwiększająca obciążenie systemu emerytalnego, została przeprowadzona w warunkach znajomości prognoz Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Wynika z nich, że nawet zakładając wyższy wiek emerytalny, w 2060 roku grupa osób w wieku produkcyjnym ma skurczyć się z nieco ponad 63 proc. społeczeństwa do niespełna 54 proc. ludności, podczas gdy odsetek ludzi pobierających świadczenia wzrosnąć ma z 18,5 proc. do ponad 30 proc. W warunkach obniżonego wieku emerytalnego, sytuacja ma być jeszcze gorsza – 48,4 proc. ludności w wieku produkcyjnym ma odprowadzać składki na wypłacanie świadczeń grupie 35,8 proc. Rezultat? Deficyt funduszu emerytalnego sięgający nawet ponad 80 mld złotych.

Dostrzegamy pewne analogie pomiędzy propozycją zaprezentowaną w omawianym projekcie, a ponownym obniżeniem wieku emerytalnego. Oba ruchy mają charakter populistyczny i stanowią nieodpowiedzialną próbę politycznego dyskontowania krótkotrwałego zadowolenia „grupy obdarowanych” – czy to możliwością wcześniejszego korzystania ze świadczeń, czy jednorazową wypłatą gotówki – bez względu na długo i krótkotrwałe konsekwencje gospodarcze. Uważamy, że propozycje takie, jak jednorazowa wypłata dodatkowego świadczenia, są niemal skandaliczne w sytuacji, w której od rządu nie wyszła żadna koncepcja systemowej reformy emerytalnej, odpowiadającej na wyzwania i zagrożenia, które są już przecież publicznie znane.

Sama treść aktu prawnego przesłanego do konsultacji, budzi niemałą konsternację. Nie jest bowiem rozwiązaniem standardowym, by uzasadniając potrzebę wprowadzenia danej ustawy, powoływać się już w pierwszych zdaniach na konwencję partyjną (sic!) i konieczność zrealizowania obietnic, które w jej trakcie padły. W zdaniach następnych zawarto treści pasujące bardziej do przedwyborczego komunikatu medialnego, niż uzasadnienia do projektu aktu normatywnego. Wskazano bowiem na szereg działań, które podjął rząd, a które miały poprawić sytuację materialną najuboższych świadczeniodawców, powołując się m.in. na podwyżkę najniższej emerytury, czy też wyższą waloryzację świadczeń. W treści uzasadnienia nie znajduje się ani jedno zdanie zawierające jakikolwiek argument świadczący o konieczności uchwalenia projektu w przedstawionym kształcie. Nie przywołano żadnych danych świadczących o potrzebie wypłaty takiego świadczenia. Wręcz przeciwnie – przez większą część „merytorycznego” uzasadnienia, projektodawca wymieniał posunięcia rządu skutkujące podwyżkami emerytur. Na końcu podsumował, że wypłata jednorazowego świadczenia „wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom większości emerytów i rencistów”. Trzeba przyznać, że to szokująco oszczędne uzasadnienie konieczności wprowadzenia rozwiązania kosztującego budżet aż 11 mld zł. W praktyce zatem, partnerzy społeczni nie mają możliwości odnieść się do żadnego argumentu za uchwaleniem ustawy, ponieważ żaden nie został przytoczony – ani w uzasadnieniu do projektu, ani w ocenie skutków regulacji.

„Trzynasta emerytura” nie przyczyni się do poprawy sytuacji materialnej emerytów. Świadczenie o charakterze jednorazowym stanowić będzie atrakcyjny „prezent” dla wyborców, jednak w perspektywie czasowej dłuższej niż miesiąc, w żadnym stopniu nie wpłynie na ich położenie. Przedstawiony projekt, ukierunkowany wyłącznie na spełnienie jednorazowej obietnicy przedwyborczej o charakterze finansowym, wydaje się być całkowicie niepoważny. W związku z powyższym, oceniamy go jednoznacznie negatywnie, po raz kolejny apelując o rzeczywistą debatę na temat przyszłości systemu emerytalnego i jego docelowego kształtu.

Opóźnienia płatności największym wyzwaniem dla polskich przedsiębiorców

Kolejny rok z rzędu rośnie liczba upadłości wśród polskich przedsiębiorstw. Od zeszłego roku utrzymuje się ona na poziomie kilkunastu procent wszystkich funkcjonujących firm. Głównym problemem, z którym mierzą się polscy przedsiębiorcy, są opóźnienia w płatnościach za wykonane usługi bądź sprzedane produkty. Czas opłacenia faktury jest jednym z czynników wpływających na tak zwaną jakość płatności. Im ta jakość niższa, tym większego kapitału obrotowego potrzebuje firma, by utrzymać się na rynku. Jeśli przedsiębiorstwo nie posiada odpowiednio wysokich stałych środków do funkcjonowania, a nie otrzymuje płatności na czas, ryzyko upadłości jest bardzo duże.

– Według danych zebranych przez Coface, firmę zajmującą się ubezpieczeniami należności i wspieraniem przedsiębiorców w zakresie otrzymywania płatności, średni czas oczekiwania na płatność na polskim rynku wynosi trzy i pół miesiąca. To 60 dni więcej, niż termin płatności określony w umowach – powiedział serwisowi eNewsroom Jarosław Jaworski, prezes Coface – To bardzo długi okres. Ma on bezwzględnie wpływ na jakość prowadzenia biznesu w Polsce. W najbardziej zagrożonych sektorach polskiego rynku: budownictwie i transporcie, średnie opóźnienie jest jeszcze większe – wynosi odpowiednio 105 i 140 dni.  By omówić tę sytuację, Coface co roku organizuje konferencję Country Risk, poświęconą zarządzaniu należnościami w prowadzeniu biznesu.

Nasi partnerzy będą dzielić się swoimi doświadczeniami z rynków polskich i zagranicznych, aby uczestnicy konferencji mogli nauczyć się, jak prowadzić biznes w sposób bezpieczny, niewpływający na pogorszenie sytuacji finansowej – zapewnia Jaworski.

USA wkrótce ważniejszym rynkiem dla eksporterów niż Rosja?

Na przełomie lat 2008-2018 wartość krajowego eksportu do Stanów Zjednoczonych wzrosła niemal 4,5-krotnie. Dziś to już 8. najważniejszy rynek zbytu dla towarów z Polski, a wartość wysyłanych tam towarów (26,2 mld zł) jest już zbliżona do tej, którą wysyłamy do Rosji (28,8 mld zł). Potencjał do dalszej ekspansji w USA jest spory, twierdzą analitycy instytucji płatniczej AKCENTA. Widać to chociażby w dynamice wzrostu sprzedaży w 2018 r. Wśród top 10 eksportowych rynków Stany zajęły pod tym względem pierwsze miejsce z przyrostem rzędu 12% r/r.

W ostatnich latach polska sprzedaż na kierunku amerykańskim doznała największego przyśpieszenia w roku 2017, kiedy to jej wartość wzrosła o prawie 1/4 w stosunku do wyniku odnotowanego rok wcześniej. W liczbach bezwzględnych to skok aż o 4,5 mld zł. W tym samym roku Stany Zjednoczone pojawiły się też zadebiutowały w pierwszej dziesiątce największych odbiorców polskiego eksportu. W kolejnym, 2018 roku znów awansowały w rankingu i zajmują już ósmą pozycję, tuż za Rosją, która jest siódma. Warto przy tym dodać, że w 2008 r. USA były dopiero na 19. miejscu, zauważają eksperci AKCENTY, instytucji płatniczej zajmującej się obsługą walutową eksporterów i importerów.

Obecnie największy udział w polskim eksporcie do Stanów Zjednoczonych mają maszyny i urządzenia mechaniczne. Znaczącymi kategoriami są także maszyny i urządzenia elektroniczne; części do samochodów oraz samolotów; urządzenia ortopedyczne, jak kule, protezy, aparaty słuchowe itp. oraz meble i akcesoria do wystroju wnętrz. Wśród żywności i produktów rolnych pierwsze miejsce zajmuje mięso, a konkretnie wieprzowina. Sporo wysyłamy do USA także czekolady i wyrobów zawierających kakao, przetworów mięsnych i rybnych oraz produktów przemysłu młynarskiego (w tym głównie gluten).

Eksporterów ciągnie za ocean

Radosław Jarema
Radosław Jarema

Poza wielkością, na rynek amerykański przyciąga polskich eksporterów także przeważnie wysoki w ostatnich latach kurs dolara, wskazuje Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału AKCENTY. – Na przełomie 2016 i 2017 r. notowania amerykańskiej waluty osiągały rekordowe poziomy, przekraczając nawet poziom 4,2 zł. Jednakże na przestrzeni samego 2017 r. dolar już sporo tracił, by zakończyć rok z prawie o 1 zł niższą wartością. Od pewnego czasu utrzymuje jednak wysoką wartość wobec złotówki, co wpływa korzystnie na marże przedsiębiorców wysyłających swoje towary do USA. Wahania kursu pozostają jednak realnym problemem w handlu na tym kierunku – analizuje Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału AKCENTY.

Wahania kursu solą w oku eksporterów

Nieprzewidywalność i zmiany notowań walutowych to istotne utrudnienie w działalności eksporterów. – W momencie negocjacji kontraktu na dostawę towaru za granicę firmy muszą uwzględnić w nim wielką niewiadomą – czyli wysokość kursu waluty, w której zawierają zagraniczny kontrakt. Biorąc pod uwagę, że między jego zawarciem, a realizacją może minąć kilka miesięcy, to ryzyko wpływu zmian kursu na marżę eksportera staje się bardzo trudne do oszacowania – tłumaczy Radosław Jarema i dodaje, że w takich sytuacjach najbezpieczniejszym wyjściem są transakcje terminowe typu forward, które „zamrażają” kurs wymiany dla przedsiębiorcy do ustalonego w niej terminu – np. do momentu, kiedy spodziewa się on zapłaty za dostawę towaru. – To wygodne, praktyczne, i co istotne dostępne bezpłatnie rozwiązanie dla eksporterów, także z sektora MŚP. Nie tylko pomaga zabezpieczyć marżę przedsiębiorcy, ale i lepiej zarządzać finansami firmy. Mając pewność co do kwoty, która pojawi się na jego koncie po realizacji kontraktu, eksporter łatwiej może planować swoje decyzje biznesowe. Przy tak dużej zmienności kursu dolara w ostatnich latach, w biznesie ze Stanami Zjednoczonymi zabezpieczenie kursu wymiany to wyjątkowo przydatne rozwiązanie  – zaznacza ekspert AKCENTY.

Myślami już przy środzie

Spokojny optymizm w odniesieniu do ryzyka panuje na rynkach na początku tygodnia. Myślą przewodnią są oczekiwania gołębiego przekazu Fed w środę, co już teraz osłabia dolara, ale daje pole do wzrostów ryzykownych walut i indeksów akcji. Równocześnie inwestorzy wyczekują nowych wieści na froncie bitwy o brexit.

Fed jest w trudnym położeniu, ale rynek oczekuje, że ponownie (jak w styczniu) bankierzy centralni ulegną presji uczestników rynku. Gospodarka USA jest słabsza niż kilka miesięcy temu, ale spowolnienie nie postępuje szybko i wciąż daje gdzieniegdzie argumenty, by nie rezygnować z jastrzębich planów. Generalną myślą jest zbudowanie wygodnego pułapu restrykcyjnej polityki na przyszłą ewentualność recesji, by mieć amunicję do ratunkowego luzowania. Jednak pod koniec ubiegłego roku rynek zaczął panikować, że zbyt agresywna ścieżka podwyżek stóp procentowych już teraz zdławi koniunkturę i ten kasandryczny scenariusz zaczął być dyskontowany niezależnie od faktycznych dowodów w danych. W rezultacie Fed stanął przed trudnym wyborem: stać przy swojej strategii, czy udobruchać rynki. W styczniu wygrała druga opcja i teraz inwestorzy zakładają, że utrzymają „kontrolę” nad Fed. Nie jestem do końca pewien, czy Fed jest gotów porzucić długoterminowe plany, ale też nie wierze, by bank zaryzykował ślepy opór przy swoim. Sądzę, że ostateczny wydźwięk w środę będzie gdzieś po środku, co z obecnego położenia może być zawodem dla sprzedających USD.

Istnieje ryzyko, że w środę wieczorem obserwatorom rynku FX przyjdzie się rozdwoić, jeśli w trakcie konferencji prasowej prezesa Fed Powella brytyjska Izba Gmin będzie po raz trzeci głosować nad projektem porozumienia ws. brexitu. Rząd premier May cały weekend wypraszał poparcie dla jej umowy, które ma być kartą przetargową do uzyskania zgody UE na przesunięcie daty brexitu z 29 marca na koniec czerwca lub później. W czwartek staruje dwudniowy szczyt unijny, zatem głosowanie w brytyjskim parlamencie nad planem May może nastąpić najpóźniej w środę, ale może i jutro. Jednak według doniesień May nie przedstawi wniosku o głosowanie, dopóki nie będzie mieć pewności, że wygra. Gdzie to ustawia GBP? Moim zdaniem – w próżni, ale z presją na utratę cierpliwości przez tych, którzy kupowali funta w ubiegłym tygodniu, licząc na szczęśliwe zakończenie sagi brexitu. Jeśli May ogłosi datę głosowanie będzie to oznaczać, że zgromadziła głosy, co na pierwszy rzut oka jest pozytywny informacją. Ale ile razy brytyjscy politycy zdążyli nas zaskoczyć zmianą zdania w ostatniej chwili? Szkoda czasu, by liczyć. Szczególnie, że ewentualne głosowanie w tym tygodniu będzie nad tym samym planem, który kilka dni temu został odrzucony.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Nowe instrumenty pochodne w ofercie GPW

  • GPW planuje wprowadzenie do obrotu nowych instrumentów pochodnych dostosowanych do potrzeb uczestników rynku
  • Po raz pierwszy w obrocie znajdą się kontrakty terminowe na akcje spółki LPP z nowym mnożnikiem 1 oraz spółki 11BIT Studios z nowym mnożnikiem 10
  • Mnożnik na kontraktach terminowych na akcje spółek mBank oraz Santander Bank zostanie zmieniony na 10 (do tej pory wynosił 100)
  • Nowe makroindeksy mają w przyszłości stać się instrumentami bazowymi dla kontraktów terminowych

Nowe instrumenty pochodne oraz zmiana mnożnika

Celem inicjatywy strategicznej – rozwój instrumentów pochodnych – jest zainteresowanie nowych inwestorów rynkiem terminowym. GPW we współpracy z uczestnikami rynku wprowadziła możliwość notowań kontraktów terminowych na akcje pojedynczych spółek z mnożnikami 1 i 10.

Dalszy rozwój rynku instrumentów pochodnych został ujęty w inicjatywie strategicznej GPW. Uważamy, że jednym z priorytetów jest przyciągnięcie inwestorów na ten rynek, dlatego wprowadziliśmy szereg zmian regulacyjnych, organizacyjnych oraz systemowych, co umożliwiło wprowadzenie do obrotu kontraktów terminowych z mnożnikami 1 i 10. Niższa wartość kontraktu i w konsekwencji niższa wartość depozytu zabezpieczającego mogą stanowić zachętę dla inwestorów do większej aktywności. Zmiana ta ułatwi również aktywne wspieranie płynności przez animatorów rynku, co jest bardzo istotne dla bezpieczeństwa obrotu – powiedziała Izabela Olszewska, członek zarządu GPW.

W związku z wprowadzeniem nowych mnożników w obrocie na GPW od 18 marca 2019 r. będą dostępne:

  1. Kontrakty terminowe z mnożnikiem 1 dla kontraktów terminowych na akcje spółki LPP oraz z mnożnikiem 10 na akcje spółki 11 BIT Studios;
  2. Kontrakty terminowe na akcje spółek Santander Bank Polska oraz mBank z mnożnikiem 10 (poprzednio 100; dotyczyć będzie wyłącznie serii wprowadzanych do obrotu od 18 marca 2019 r.).

Kontrakty terminowe na indeksy makrosektorowe

GPW planuje również wprowadzenie nowych kontraktów indeksowych. Instrumentami bazowymi dla nowych kontraktów będą indeks WIG.GAMES oraz trzy indeksy makrosektorowe, których publikację GPW rozpoczyna 18 marca 2019 r.:

  • Banki-ubezpieczenia-rynek kapitałowy-wierzytelności (WIG.MS-FIN)
  • Paliwa-gaz-chemia (WIG.MS-PET)
  • Energia-górnictwo-surowce (WIG.MS-BAS)

– Konstrukcja indeksów była konsultowana z uczestnikami rynku tak, aby nowe wskaźniki w jak największym stopniu spełniały wymogi atrakcyjnych instrumentów bazowych dla kontraktów terminowych. Jesteśmy przekonani, że dzięki temu inwestorzy szybko zauważą ich zalety i przekonają się do tych instrumentów – dodaje Izabela Olszewska.

Pierwsza publikacja nowych indeksów będzie miała miejsce 18 marca br. Wartości indeksów będą podawane w sposób ciągły co 15 sekund od rozpoczęcia do zakończenia sesji.

Kontrakty terminowe na indeksy makrosektorowe pojawią się w obrocie giełdowym po zatwierdzeniu Warunków Obrotu dla tych kontraktów przez Komisję Nadzoru Finansowego.

MLP Group – skonsolidowane wyniki finansowe za 2018 rok

MLP Group opublikowało skonsolidowane wyniki finansowe za 2018 rok. W tym okresie Grupa zarobiła na czysto 92,4 mln zł niemal podwajając wynik sprzed roku. Przychody wzrosły z kolei o 36,3% do 141,5 mln zł. Zarząd MLP Group zapewnia, że sytuacja finansowa spółki jest doskonała. Poza rozwojem w kraju priorytetowy pozostaje rynek niemiecki. W tym roku możliwe jest również rozpoczęcie działalności w Austrii w okolicach Wiednia.

MLP Group, deweloper nowoczesnych powierzchni magazynowych, w 2018 roku uzyskał 141,5 mln zł przychodów, czyli o 36,3% więcej w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. Przez dwanaście miesięcy ub.r. Grupa zanotowała 151,1 mln zł zysku na działalności operacyjnej, co jest wynikiem blisko trzy razy wyższym niż rok wcześniej (było 55,2 mln zł). Z kolei na poziomie wyniku netto MLP Group osiągnęło 92,4 mln zł zysku, co oznacza poprawę o 95% względem poprzedniego roku. Deweloper powierzchni magazynowych na koniec 2018 r. posiadał kapitały własne (aktywa netto) o wartości 815,4 mln zł, czyli o 12% wyższe niż wartości wykazane na koniec 2017 roku. W minionym roku wartość nieruchomości inwestycyjnych wzrosła o 24% do 1,44 mld zł (334,3 mln euro).

Radosław T. Krochta, Prezes MLP Group S.A.
Radosław T. Krochta, Prezes MLP Group S.A.

„Osiągnięte w 2018 roku wyniki są bardzo dobre i dają nam mocne podstawy do realizacji naszej strategii rozwoju w Europie, na rynkach na których jesteśmy obecni. Ostatnio podpisane transakcje wynajmu w Niemczech potwierdzają słuszność przyjętej przez nas strategii”  – podkreślił Radosław T. Krochta, Prezes Zarządu MLP Group S.A.

W 2018 roku Grupa zawarła umowy najmu komercjalizując łącznie 169 575 m² powierzchni magazynowej i biurowej. Z tego 119 009 m² zostało wynajęte przez klientów jako nowe umowy najmu, transakcje na łącznie 55 566 m² dotyczyły przedłużeń okresu najmu przez dotychczasowych klientów.  Aktualnie w budowie i w przygotowaniu pozostaje  62 000 m²  objętych umowami najmu.. Z kolei docelowa powierzchnia do zabudowy na posiadanych gruntach sięga blisko 1,1 mln m2, co oznacza możliwość podwojenia obecnej skali działalności.

 „Grupa znajduje się w doskonałej sytuacji finansowej. Posiadamy bardzo dobrą strukturę kapitałową umożliwiającą realizację długofalowych celów strategicznych oraz własny bank ziemi zlokalizowany w atrakcyjnych lokalizacjach umożliwiający nam podwojenie wielkości posiadanej powierzchni magazynowej. Poza naszym krajem priorytetowy jest rynek niemiecki, a w szczególności pięć regionów, w których chcemy funkcjonować: Hamburg, Monachium, Berlin, Frankfurt i Zagłębie Ruhry. W najbliższych latach Niemcy zapewnią nam największy potencjał zwrotu z inwestycji i jednocześnie dywersyfikację działalności w Polsce. Widzimy też szansę na rozpoczęcie w tym roku działalności w Austrii w okolicach Wiednia – dodał Radosław T. Krochta.

Zgodnie ze strategią „build & hold”  MLP Group po zakończeniu budowy parków logistycznych utrzymuje je w swoim portfelu.  Doceniają to najemcy, którzy przez cały okres współpracują z tymi samymi osobami odpowiadającymi za wysoką jakość świadczonych usług.

Opóźnienie brexitu

We wtorek T. May może po raz trzeci poddać pod głosowanie parlamentu swój (już dwa razy odrzucony) projekt umowy brexitowej z UE (pod warunkiem, że wcześniej uzyska zapewnienie o poparciu ze strony północnoirlandzkiej DUP oraz zwolenników brexitu ze swojej partii). Od rozstrzygnięcia będzie zależało to, o jak długie opóźnienie brexitu T. May poprosi następnie UE. Przyjęcie umowy oznaczałoby przesunięcie terminu „rozwodu” o kwartał. Jej odrzucenie może przesunąć termin brexitu nawet o rok, co wg cytowanych przez FT głosów z UE wymuszałoby na UK udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Taka perspektywa może skłaniać głosujących dotychczas przeciwko T. May brexitowców do zmiany zdania. Wg brytyjskiej telewizji Sky News Demokratyczna Partii Unionistów (DUP) prowadzi „istotne” rozmowy z brytyjskim rządem dotyczące ewentualnego poparcia umowy. DUP miałoby je uzależniać od otrzymania dodatkowych funduszy na inwestycje w Irlandii Płn. Przedstawiciele UE z Francji, Danii i Niemiec poinformowali, że chcąc wystąpić do UE z wnioskiem o opóźnienie brexitu, Londyn musi się liczyć z koniecznością zdefiniowania wiarygodnego celu opóźnienia oraz skłonności do ustępstw.

IAI wprowadziła system Barak-MX

Israel Aerospace Industries Ltd. (IAI) – największa izraelska firma przemysłu lotniczego i obronnego – wprowadziła nowy system obrony powietrznej i przeciwrakietowej z morza i lądu. Barak-MX jest kolejnym innowacyjnym systemem IAI z rodziny rakiet Barak, opartej na szerokiej gamie radarów i wyrzutni. Zapewnia zoptymalizowaną reakcję na myśliwce, śmigłowce, pociski manewrujące czy rakietowe pociski ziemia-powietrze oraz ziemia-ziemia.

Israel Aerospace IndustriesBarak-MX pozwala na dobór różnorodnych typów radarów i wyrzutni przechwytujących w zależności od rodzaju zagrożenia i realizowanej misji. Modułowa budowa systemu umożliwia użytkownikowi budowanie systemu od podstawowej konfiguracji, a następnie stopniowe lub szybkie rozbudowanie posiadanych zdolności – w zależności od potrzeb operacyjnych czy możliwości budżetowych.

Po ogromnym sukcesie eksportowym Barak-8 kontynuujemy ulepszanie naszych wiodących systemów o nowe, innowacyjne zdolności. Barak-MX jest bardzo wszechstronny i ma na celu wspieranie sił zbrojnych maksymalną elastycznością operacyjną” – powiedział Dror Bar, wiceprezes do spraw systemu obrony powietrznej i rakietowej Israel Aerospace Industries (IAI).

Barak-MX – w oparciu o inteligentny, sprawdzony operacyjnie system dowodzenia – wspiera użycie różnych pocisków przechwytujących:

  • Barak MRAD – pocisk przechwytujący wysokiej prędkości, pionowego startu, o krótkim zasięgu, przystosowany do niszczenia celów w zakresie do 35 km. Wyposażony w głowicę naprowadzaną radarem oraz silnik jednopulsowy.
  • Barak LRAD – pocisk przechwytujący wysokiej prędkości, pionowego startu, o średnim zasięgu, przystosowany do niszczenia celów w zakresie do 70 km. Wyposażony w głowicę naprowadzaną radarem oraz silnik dwupulsowy.
  • Barak ER –pocisk przechwytujący wysokiej prędkości, pionowego startu, o dalekim zasięgu, przystosowany do niszczenia celów w zakresie do 150 km. Wyposażony w przyspieszacz rakietowy, dwupulsowy silnik rakietowy oraz zaawansowaną głowicę naprowadzaną radarem.

Zaletą pocisków Barak – MRAD, LRAD oraz ER – jest pełna kompatybilność – co stanowi istotną przewagę w przypadku konserwacji, szkoleń czy ćwiczeń.

„Innowacyjne rozwiązania wprowadzone do systemu Barak-MX sprawiają, że ma ogromną efektywność na polu bitwy. System pozwala na szybką i adekwatną reakcje na pojawiające się zagrożenia. Jedną z najważniejszych jego zalet jest elastyczność – osiągnęliśmy ją przez integracje trzech pocisków rakietowych, których możliwości wzajemnie się uzupełniają” – dodał Boaz Levi, dyrektor generalny IAI.

Ranking OC, AC, NNW – luty 2019 r.

Luty był ciekawym miesiącem na rynku OC. Sprawdzamy, czy pod koniec zimy zmienili się „najtańsi” ubezpieczyciele.

Jak ustalamy wyniki rankingowe?

W lutym 2019 r. (tak samo jak zawsze) do rankingu zakwalifikowano ubezpieczycieli posiadających odpowiednio dużą liczbę kalkulacji wykonanych przez użytkowników Ubea.pl (w ciągu wcześniejszych 30 dni). Każdy spośród analizowanych zakładów ubezpieczeń otrzymał ocenę wynoszącą od 0,00 punktów do 5,00 punktów. „Najniższy wynik oznacza, że dany ubezpieczyciel we wszystkich pojedynczych porównaniach (uwzględniających tę firmę), ulokował się na ostatniej pozycji. Towarzystwo ubezpieczeń uzyskujące najwyższą liczbę punktów (5,00 pkt.), musiałoby zająć pierwsze miejsce w każdej kalkulacji z jego udziałem. W praktyce taki wynik wydaje się jednak nierealny” – tłumaczy Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

W jednej kategorii mamy aż dwóch zwycięzców

Po obliczeniu wyników punktowych ubezpieczycieli z lutego 2019 r. można stwierdzić, że mieszczą się one w podobnym przedziale jak zwykle (tzn. 2,0 punkty – 4,4 punktu). W najkrótszym miesiącu roku, zwycięskie zakłady ubezpieczeń uzyskały następującą liczbę punktów:

  • You Can Drive – 4,06 pkt. w rankingu polis OC
  • Link4/You Can Drive – po 3,99 pkt. w rankingu pakietów OC + NNW
  • Link4 – 4,35 pkt. w rankingu pakietów OC + AC
  • Aviva – 4,42 pkt. w rankingu pakietów OC + AC + NNW

Wyniki rankingowe ze stycznia oraz lutego 2019 r. świadczą o tym, że zdecydowanie najważniejsza zmiana dotyczyła kategorii OC + NNW. Mowa o awansie firmy Link4 (dwa miejsca w „górę”). „Dzięki tej zmianie, ubezpieczyciel z Grupy PZU znalazł się na pierwszej pozycji – razem z You Can Drive. Warto zwrócić uwagę, że komunikacyjna oferta Link4 jest kierowana do każdego klienta, podczas gdy polisy You Can Drive (sprzedawane pod tą marką przez Ergo Hestię) mogą wybrać tylko młodzi kierowcy” – komentuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.  

Jeżeli chodzi o pozostałych ubezpieczycieli oraz wszystkie inne kategorie, to nie odnotowano poważnych zmian względem stycznia 2019 roku. „Warto jednak podkreślić, że w przypadku dwóch zestawień (dotyczących OC i pakietów OC + AC), mamy do czynienia z bardzo niewielką różnicą punktową pomiędzy pierwszym miejscem oraz drugą pozycją (zaledwie 0,01 punktu). Ta sytuacja pokazuje jak bardzo zacięta jest rywalizacja między czołowymi zakładami ubezpieczeń” – mówi Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Ubezpieczyciele solidarnie obniżali składki OC

W każdym miesiącu eksperci porównywarki Ubea.pl badają zmiany dotyczące średniej wysokości składki OC z różnych towarzystw. Miesięczne wahania warto zaprezentować, jeżeli wyglądają one szczególnie ciekawie. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w lutym 2019 r. Ten najkrótszy miesiąc cechował się następującymi zmianami średniej składki OC u poszczególnych ubezpieczycieli:

  • Aviva – spadek o 9% względem stycznia 2019 r.
  • Benefia – spadek o 8% względem stycznia 2019 r.
  • Generali – spadek o 12% względem stycznia 2019 r.
  • Gothaer – spadek o 10% względem stycznia 2019 r.
  • Link4 – spadek o 8% względem stycznia 2019 r.
  • MTU24 – spadek o 7% względem stycznia 2019 r.
  • Proama – spadek o 12% względem stycznia 2019 r.
  • UNIQA – spadek o 9% względem stycznia 2019 r.
  • You Can Drive – spadek o 10% względem stycznia 2019 r.

Lutowe statystyki Ubea.pl są szczególnie ciekawe dlatego, że po raz pierwszy od dawna wskazują one na obniżki średnich kosztów OC we wszystkich towarzystwach. Co więcej, skala takich miesięcznych spadków (7% – 12%) nie jest szczególnie zróżnicowana. Swoje średnie składki OC oferowane przez Internet mocno obniżyli zarówno liderzy cenowi (m.in. Benefia, Link4, MTU24), jak i ubezpieczyciele zwykle plasujący się pod koniec rankingu (np. UNIQA oraz Generali).

Wyniki dotyczące lutego 2019 r. wskazują, że możemy mieć do czynienia z początkiem mocniejszej rywalizacji cenowej na rynku. „Na możliwość wystąpienia takiego zjawiska wskazuje solidarność ubezpieczycieli dotycząca obniżek. Kolejne miesiące pokażą, czy zgodność w zakresie obniżania składek OC przerodzi się w początek wojny cenowej na rynku” – podsumowuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.  Ubea ranking luty 18.03.19 – infografika

Międzynarodowe targi markowych produktów z prowincji Zhejiang

W ostatnich latach współpraca gospodarczo-handlowa pomiędzy Chinami a Polską nieustannie się zacieśnia. Rośnie także zainteresowanie artykułami pochodzącymi z Chin. Dowodem tego jest już kolejna edycja targów Zhejiang International Trade Exhibition Poland, które odbyły się podczas Targów ŚWIATŁO 2019 w Warszawie.Międzynarodowe targi markowych produktów z prowincji Zhejiang (2)

Uroczysta ceremonia otwarcia targów

Międzynarodowe targi markowych produktów z prowincji Zhejiang (1)Dzień przed rozpoczęciem Targów ŚWIATŁO 2019, 12 marca br. w hotelu Marriott w Warszawie miała miejsce uroczysta ceremonia otwarcia Międzynarodowych Targów produktów z prowincji Zhejiang (Zhejiang International Trade Exhibition (Poland) 2019). W ceremonii otwarcia udział wzięli m.in. radca handlowy Ambasady CHRL w Polsce Xu Xiaofeng, zastępca dyrektora Departamentu Handlu prowincji Zhejiang Wang Jian, a także Prezes Polskiego Związku Przemysłu Oświetleniowego Marek Orłowski oraz przedstawiciel Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu. W czasie uroczystej gali przedstawiciele branży rozmawiali na temat współpracy biznesowej pomiędzy Polską a Chinami. Ceremonię uświetniła uroczysta kolacja.

Relacja z Zhejiang International Trade Exhibition Poland 2019

Międzynarodowe targi markowych produktów z prowincji Zhejiang (3)W tym roku targi przybrały formę pawilonu podczas Międzynarodowych Targów Sprzętu Oświetleniowego 2019, który zgromadził 150 stoisk. Organizatorem targów jest Departament Handlu Prowincji Zhejiang, wykonawcą Taizhou Xiandai International Business Exhibition. Głównym celem targów była promocja artykułów z branży oświetleniowej pochodzących z prowincji Zhejiang na rynku polskim i wschodnio-europejskim oraz rozmowy na temat możliwości współpracy pomiędzy Polską a Chinami. Tegoroczna edycja targów Zhejiang International Trade Exhibition cieszyła się ogromnym zainteresowaniem.

Laptopy, telefony i drukarki najłatwiejszym celem hakerów. Administracja publiczna pilnie potrzebuje certyfikatów cyberbezpieczeństwa

Laptopy, telefony i drukarki najłatwiejszym celem hakerów. Administracja publiczna pilnie potrzebuje certyfikatów cyberbezpieczeństwa 7

Tylko w 2017 roku podjęto w Polsce 6 mln prób cyberataków na urządzenia końcowe – wynika z danych Związku Cyfrowa Polska. Eksperci podkreślają, że komórki, laptopy i drukarki są furtką, przez którą najłatwiej włamać się do poufnych danych. Wprowadzenie odpowiednich zabezpieczeń to wyzwanie zarówno dla biznesu, jak i administracji, która pilnie potrzebuje certyfikatów cyberbezpieczeństwa m.in. w publicznych przetargach. To poważne wyzwanie zwłaszcza w kontekście wdrażania nowoczesnej sieci 5G.

– Niemal codziennie dostajemy ze świata informacje medialne o kolejnych atakach hakerskich. Tymczasem największym zagrożeniem dla naszych danych na co dzień jest dostęp przez telefon komórkowy, drukarkę czy laptop. To nie są wielkie ataki na systemy teleinformatyczne. Takich włamań każdego dnia odnotowujemy tysiące – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Kanownik, prezes Związku Cyfrowa Polska.

Jak wynika z raportu „Cyberbezpieczeństwo w Polsce: Ochrona urządzeń końcowych przed cyberatakami”, opracowanego przez Związek Cyfrowa Polska, w ciągu ostatnich sześciu lat liczba ataków na notebooki, laptopy i komputery stacjonarne wzrosła o 232 proc. Tylko w 2017 roku było ich w Polsce 6 mln. To oznacza, że cyberprzestępcy próbowali włamać się do prywatnych, firmowych oraz państwowych urządzeń i sieci średnio 700 razy na godzinę. Z raportu wynika tez, że średnio co 4,2 sekundy pojawia się na świecie nowe złośliwe oprogramowanie, które coraz częściej atakuje hardware urządzeń.

Skala ataków na nasze urządzenia końcowe rośnie z każdym miesiącem z prostej przyczyny – tędy najłatwiej włamać się do danych poufnych, firmowych czy państwowych. Jeżeli włamiemy się do jednej drukarki, która stoi w urzędzie czy ministerstwie, mamy dostęp właściwie do wszystkich komputerów w tym budynku. Stąd tak ważne jest, żeby powszechnie stosowane były standardy bezpieczeństwa oraz standardy certyfikowania produktów końcowych – podkreśla Michał Kanownik.

W przyszłości nowym celem ataków mogą stać się urządzenia typu IoT (Internetu Rzeczy), których liczba stale rośnie.

Problemem jest niska świadomość cyberzagrożeń. Dane przytaczane przez Związek Cyfrowa Polska pokazują, że jedynie 40 proc. pracowników ma na uwadze ochronę urządzeń końcowych – takich jak komputery, laptopy, drukarki, urządzenia wielofunkcyjne – i w praktyce stosuje odpowiednie mechanizmy. Dlatego w Polsce potrzebna jest szersza edukacja na temat cyberzagrożeń i sposobów ochrony przed nimi.

– Jako konsumenci musimy nauczyć się pewnych standardów postępowania z naszymi telefonami komórkowymi, laptopami czy drukarkami. Podstawą jest rozważne używanie publicznych sieci Wi-Fi, ściąganie aktualizacji, nowych wersji oprogramowania antywirusowego. Jest wiele elementów, często bardzo prozaicznych, o których na co dzień zapominamy, a które mogą kolosalnie podnieść nasze bezpieczeństwo – mówi Michał Kanownik.

Równie ważne co edukacja są zabezpieczenia technologiczne użytkowanych urządzeń. Zwłaszcza w administracji publicznej i urzędach, które dysponują wrażliwymi danymi obywateli, ważny jest odpowiedni poziom bezpieczeństwa komputerów, smartfonów czy drukarek. Dlatego urzędnicy odpowiedzialni za przetargi i zamówienia publiczne powinni mieć jasne wytyczne, jakie kryteria cyberbezpieczeństwa powinien spełniać zamawiany przez nich sprzęt.

Zdaniem ekspertów administracja publiczna powinna wykorzystywać tylko sprzęt posiadający specjalny, krajowy certyfikat bezpieczeństwa, który powinien zostać wprowadzony przez polski rząd. Taki certyfikat byłby potwierdzeniem, że urządzenia spełniają najwyższe kryteria cyberbezpieczeństwa. Ta rekomendacja jest zgodna z zapisami rządowej polityki cyberbezpieczeństwa na lata 2017–2022, w której wskazano, że priorytetem jest utworzenie „krajowego systemu oceny”.

– Jako państwo, rząd powinniśmy budować własną ścieżkę certyfikacji, co już się dzieje. Mam nadzieję, że w ciągu 2–3 lat będziemy gotowi, żeby polską certyfikację wdrożyć na naszym rynku – mówi Michał Kanownik.

Kwestie bezpieczeństwa będą szczególnie istotne w kontekście rozwoju sieci 5G. To nowa generacja sieci komórkowej, nad której wdrożeniem pracują największe globalne koncerny technologiczne. Są wśród nich m.in. Samsung, Ericsson i Intel, Orange czy Deutsche Telekom.

Sieć 5G zapewni o wiele wyższe przepustowości, co przełoży się na zwiększenie szybkości mobilnego internetu. Dzięki temu możliwe będzie upowszechnienie usług takich jak telemedycyna, internet rzeczy, samochody autonomiczne czy rozwiązań z obszaru smart cities. Eksperci są zgodni co do tego, że wdrożenie 5G będzie oznaczać kolejny etap rewolucji technologicznej.

– Bezpieczeństwo to jeden z ważniejszych elementów strategii budowy sieci 5G w Polsce i  Europie. Operatorzy na każdym etapie muszą zadbać, żeby spełniała ona najwyższe standardy bezpieczeństwa. Stąd uważamy, że nie należy się w tej kwestii spieszyć. Najpierw musimy zagwarantować, żeby wszelkie urządzenia i technologie użyte przy budowie sieci 5G spełniały najwyższe standardy cyberbezpieczeństwa – podkreśla Michał Kanownik.

Kompetencje społeczne zyskują na znaczeniu. To one będą przesądzać o sukcesie na rynku pracy

Kompetencje społeczne zyskują na znaczeniu. To one będą przesądzać o sukcesie na rynku pracy 8

Efektywny dialog, umiejętność współpracy i mądrze pojęte przywództwo to umiejętności miękkie, które wkrótce będą przesądzać zarówno o sukcesie zawodowym, jak i biznesowym – wynika z najnowszego raportu Orange Polska „Mądre zarządzanie”. Eksperci wskazują, że kompetencje te mocno zyskują na znaczeniu, zwłaszcza w kontekście postępujących zmian technologicznych. Do nowych realiów muszą się dostosować zarówno pracownicy, jak i całe organizacje.

Umiejętności miękkie są bardzo ważne w naszej działalności, podobnie jak i w każdej innej, ponieważ najcenniejszym kapitałem każdej firmy są ludzie, współpracownicy. W Orange poświęcamy tym kwestiom wiele czasu i pracy, ponieważ uważamy, że mają one kluczowe znaczenie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska.

Kompetencje miękkie bardzo zyskują na znaczeniu zarówno w biznesie, jak i na rynku pracy. Kalifornijski Institute for the Future (IFTF) już w 2011 roku wskazał, że wysoka inteligencja społeczna pozwala pracownikom na lepszą współpracę w grupie i budowanie zaufania, co ma pozytywne przełożenie na wyniki ich pracy. Również Unia Europejska do kluczowych kompetencji zalicza zdolności komunikacyjne, negocjacyjne, analityczne czy międzykulturowe oraz umiejętność pracy zespołowej. W kontekście postępującej robotyzacji nazywa się je „kompetencjami przyszłości”.

Korzystamy z nowego oprogramowania, sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. Technologie tworzą i adaptują ludzie, ale z drugiej strony wpływają one na to, jak wygląda ich praca. Można zauważyć istotne zmiany i różnice w metodach pracy stosowanych w przeszłości i obecnie. Oczywiste jest to, że w przyszłości będziemy pracować zupełnie inaczej niż na przykład 50 lat temu – mówi Jean-François Fallacher.

Z raportu „Mądre zarządzanie” wynika, że to właśnie wartości, postawy i kompetencje społeczne będą wkrótce decydujące dla sukcesu zawodowego i biznesowego. Rozwijanie biznesu wymagać będzie w coraz większym stopniu tych samych umiejętności, co rozwój społeczny i budowanie społeczeństwa obywatelskiego. Eksperci Helping Heads, którzy współtworzyli raport, wyróżniają trzy kluczowe kompetencje: współpracę, dialog oraz dobrze pojęte przywództwo. Z badania przeprowadzonego na potrzeby raportu przez instytut badawczy Kantar wynika, że Polacy cenią sobie współpracę – 62 proc. uważa, że działając wspólnie, można osiągać lepsze wyniki niż w pojedynkę.

Pod tym względem Polacy nie różnią się od innych narodowości. Współpraca ma dziś ogromne znaczenie dla każdej firmy – podkreśla Jean-François Fallacher.

Ponad połowa ankietowanych przez Kantar wierzy, że współpracując z innymi, mogą pomóc potrzebującym albo rozwiązać część problemów w swoim najbliższym otoczeniu. Preferują jednak współpracę w ramach swojego najbliższego otoczenia. Jedynie co trzeci respondent byłby gotów prowadzić firmę z osobą spoza kręgu swojej rodziny czy znajomych. Również w sferze biznesu jest jeszcze duże pole do rozwoju – tylko 29 proc. badanych deklaruje gotowość do współdziałania z innymi firmami dla dobra swojego przedsiębiorstwa (np. dla realizacji kontraktu czy wspólnego celu).

Kompetencją nieodzowną w biznesie jest również umiejętność dialogu. Działające globalnie organizacje coraz częściej stawiają na szkolenia międzykulturowe, które pozwalają prowadzić taki dialog i podtrzymywać współpracę bez względu na różnice występujące pomiędzy poszczególnymi rynkami. Norweski Nansen Center for Peace and Dialogue wskazuje, że efektywny dialog musi być prowadzony z poszanowaniem wartości, celów i światopoglądów każdej ze stron.

W Polsce największym deficytem jest umiejętność konstruktywnego słuchania innych ludzi, umiejętność szukania tego, na czym możemy zbudować coś wspólnie, zamiast tego, co czyni rozmówcę głupszym ode mnie. Mamy taką skłonność do słuchania negatywnego, czyli słuchania kogoś z nastawieniem na wyłapywanie błędów – mówi prof. dr hab. Anna Giza-Poleszczuk, prorektor do spraw rozwoju Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak ocenia, w Polsce od wielu lat mamy do czynienia z niskim poziomem zaufania i kapitału społecznego. Paradoksalnie biznes jest tym obszarem, który promuje wartości umożliwiające budowanie tego kapitału.

Myślę tutaj przede wszystkim o kulturze organizacyjnej, która przyszła do nas po 1989 roku. Sama miałam przyjemność pracy na rzecz bardzo dużej, międzynarodowej korporacji i właśnie tam nauczyłam się zaufania, otwartej komunikacji, słuchania innych oraz partycypacyjnego planowania. Biznes jest środowiskiem, które uczy wielu konstruktywnych rzeczy, takich jak współpraca, umiejętność negocjacji, przywództwo czy praca metodą projektową, czyli tych kompetencji miękkich, które są określane jako kompetencje przyszłości – mówi prof. Anna Giza-Poleszczuk.

Autorzy raportu „Mądre zarządzanie” wskazują, że coraz większy nacisk na kompetencje miękkie i zmiana kultury organizacyjnej pociągają za sobą również potrzebę wypracowania nowego modelu zarządzania. Obecnie skuteczny styl przywództwa określany jest jako bardziej włączający i coachingowy, a liderzy coraz częściej muszą się wykazywać umiejętnością słuchania i wczuwania się w sytuację drugiego człowieka. Obok słowa „leadership” coraz częściej pojawia się także hasło „followership”.

Prezes Orange Polska podkreśla, że do tych wszystkich zmian muszą się dostosować zarówno pracownicy, jak i  całe przedsiębiorstwa.

Przedsiębiorstwa muszą się dostosowywać i wprowadzać nowe sposoby pracy. W Orange kładziemy duży nacisk na zmianę kultury pracy, aby stać się firmą jeszcze bardziej otwartą na technologie, o większej przejrzystości działania. Firmą, która właściwie korzysta z informacji zwrotnych i działa sprawniej dzięki wykorzystaniu najnowszych technologii – podkreśla Jean-François Fallacher.

Kompetencje przyszłości były głównym tematem zorganizowanej 12 marca debaty ekspertów „Inspirator, kreator, zdobywca. Gotowi na przyszłość?”, zorganizowanej przez Orange Polska w ramach cyklu Miasteczko Myśli.

CNN: Współczesne niewolnictwo i handel ludźmi silniejsze niż kiedykolwiek. Dziennikarze mają tu ogromną rolę do odegrania – uważa Dominika Kulczyk

0

CNN: Współczesne niewolnictwo i handel ludźmi silniejsze niż kiedykolwiek. Dziennikarze mają tu ogromną rolę do odegrania – uważa Dominika Kulczyk 9

Mamy do czynienia ze zjawiskiem niewolnictwa na ogromną skalę, to biznes liczony w setkach miliardów dolarów – podkreślają dziennikarze CNN zaangażowani w inicjatywę CNN Freedom Project. Od 2011 roku stacja przygotowała na ten temat ponad 600 reportaży i filmów dokumentalnych. Jednym z takich reportaży jest „Troubled Waters” (pol. „Wzburzone wody”) przygotowany wspólnie z Dominiką Kulczyk i Kulczyk Foundation na temat niewolniczej pracy dzieci z regionu jeziora Wolta w Ghanie.

Amerykańska telewizja CNN International od 2011 roku prowadzi CNN Freedom Project, którego celem jest naświetlanie problemu współczesnego niewolnictwa oraz niesienie realnej pomocy jego ofiarom. Reporterzy CNN podkreślają, że istotnym elementem ich działań jest również rozliczanie miejscowych władz z działań podejmowanych przez nie w walce z niewolnictwem.

– Historii z tym związanych jest niestety więcej niż możemy opowiedzieć. To bardzo smutne w 2019 roku. Kiedy zastanawiamy się nad tematami i decydujemy, czym się zająć, to patrzymy na to, czy i jak możemy coś zmienić – mówi agencji informacyjnej Newseria Leif Coorlim, reżyser filmu „Troubled Waters”, redaktor naczelny CNN Freedom Project.

– Z jednej strony, bolesne jest to, że ciągle jest tak bardzo dużo do zrobienia. Z drugiej strony, inspirujące jest oglądanie pracy moich kolegów, ponieważ czuję, że ich praca zmienia świadomość ludzi. Miejmy nadzieję, że zmienia również sposób, w jaki my, jako społeczeństwo, postrzegamy te rzeczy – dodaje Nima Elbagir, korespondentka CNN International.

Dziennikarze CNN nie mają wątpliwości, że dzięki takim projektom wiedza zachodnich społeczeństw w zakresie współczesnego niewolnictwa jest coraz większa. Jeszcze do niedawna znaczna część ludzi nie zdawała sobie sprawy z tego, że w XXI wieku wciąż może istnieć niewolnictwo, kojarząc je wyłącznie ze stron podręczników do nauki historii. Według Międzynarodowej Organizacji Pracy zyski ze współczesnego niewolnictwa wynoszą 150 mld dol zysku rocznie, a ofiar jest blisko 40 mln na całym świecie.

– Myśl o tym, że mamy teraz więcej niewolników niż kiedykolwiek wcześniej w historii, przyprawia o dreszcze. Mamy do czynienia z nadużyciami na wielką skalę. To biznes liczony w miliardach dolarów. Jest to odpowiedzialność nas wszystkich, aby mieć oczy szeroko otwarte, dostrzegać te problemy i zgłaszać, kiedy jesteśmy ich świadkiem – mówi Tony Maddox, wiceprezes, dyrektor zarządzający CNN International.

W ramach CNN Freedom Project w 2018 roku CNN nawiązało współpracę z Dominiką Kulczyk i Kulczyk Foundation. Efektem tej współpracy jest dokument pt. „Troubled Waters”, opowiadający o problemie niewolnictwa dzieci nad jeziorem Wolta w Ghanie, gdzie według szacunków do pracy przymuszanych jest 20 tys. nieletnich. W filmie pokazano m.in. relację z akcji ratowania dzieci–niewolników, a także rozmowę z matką, która sprzedała własne dziecko. Zdaniem twórców CNN Freedom Project dokument przybliżył tematykę współczesnego niewolnictwa zwykłemu odbiorcy.

– Reportaże o pomaganiu robię w nadziei, że właśnie historia może zmienić rzeczywistość, że pewna prawda przekazana publicznie i możliwie szeroko jest w stanie wpłynąć na percepcję owej publiki. Dlatego opowiadam historię reportażem, bo przede wszystkim zajmuję się pomaganiem. A mam przekonanie, że jeśli o tym pomaganiu, a przede wszystkim ludziach, którzy pomocy potrzebują, powiemy głośno, to jest szansa, że z tą wiadomością, z tym przekazem, z tą informacją, że gdzieś ktoś cierpi, potrzebuje naszej pomocy, dotrzemy jak najdalej – podkreśla Dominika Kulczyk, prezes Kulczyk Foundation.

– Kiedy rozmawiamy tylko o statystykach albo mówimy o tym problemie bezosobowo, to tak naprawdę nie przekazujemy ludziom istoty tego komunikatu. Ten film naprawdę robi wrażenie. Widzisz małych chłopców i zaczynasz się zastanawiać, jak możesz poprawić ich los. Musimy śledzić te historie i pokazywać je światu, aby podejmować konkretne działania – podkreśla Tony Maddox.

Reżyser filmu opowiadał o trudnościach przy realizacji dokumentu: – Jest taki moment w filmie, kiedy spotykamy czterech chłopców poniżej 10 roku życia w starej, przeciekającej łodzi, którzy od 24 godzin nic nie jedli. Ten widok naprawdę mocno rozdzierał nasze serca – mówi Leif Coorlim.

Stacja CNN od lat jest mocno zaangażowana w impact journalism, czyli dziennikarstwo, które realnie i aktywnie wpływa na otaczający nas świat.

– Idea impact journalism jest dość prosta. Kiedy widzisz ludzi w potrzebie, musisz działać. Nie możesz tylko opowiedzieć tej historii, a potem odejść. Musisz coś z tym zrobić, przeanalizować, jakie są możliwości ratunku, a później sprawdzić, jak zmieniła się dana sytuacja, na skutek twojej pracy – zaznacza Leif Coorlim.

– CNN to potężna marka. Produkuje reportaże, które są kierowane do szerokiej widowni, a jej dokumenty przynoszą wymierne efekty. Władze, które często nie robią wystarczająco dużo w kwestii tych problemów, nagle uświadamiają sobie, że to o wiele ważniejszy priorytet, kiedy CNN robi o tym program. To jest właśnie wpływanie na rzeczywistość – dodaje Tony Maddox.

Biznes coraz szybciej przenosi się do chmury. Polski rynek z ogromnym potencjałem rozwoju

Biznes coraz szybciej przenosi się do chmury. Polski rynek z ogromnym potencjałem rozwoju 10

Elastyczność, skalowalność, oszczędności i usprawnienie pracy – to główne zalety, które powodują, że na przejście do chmury decyduje się coraz więcej firm. Według danych Eurostatu w Unii Europejskiej z usług chmurowych korzysta ponad 26 proc. przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 osób. W Polsce odsetek ten wynosi 11,5 proc., z czego jedną trzecią stanowią wciąż duże firmy. Ze względu na niskie koszty, rośnie jednak popularność chmury wśród start-upów i mniejszych podmiotów. Z danych IBM wynika, że coraz więcej firm decyduje się również na chmurę hybrydową i tzw. multicloud, czyli korzystanie z usług opartych na kilku chmurach jednocześnie.

– Tempo wdrażania rozwiązań chmurowych w Europie Środkowo-Wschodniej jest nieco wolniejsze niż w innych krajach, takich jak USA. Jednak rośnie ono szybko, w miarę jak firmy prywatne i instytucje publiczne zauważają korzyści z przeniesienia swoich danych do chmury, dostrzegają możliwości skalowania oraz elastyczność, jaką to rozwiązanie wnosi. W krajach takich jak Polska tempo wdrożenia jest bardzo wysokie i obserwujemy jego dynamiczne przyspieszenie. Po części wynika to z powiązań między firmami w Polsce i w innych krajach Europy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Christian Noll, general manager of the global technology services, IBM Central and Eastern Europe.

Prognozy Gartnera zakładają, że w 2019 roku rynek usług chmury publicznej wzrośnie o 17,3 proc., osiągając wartość 206,2 mld dol. (w porównaniu z 175,8 mld dol. i 21-proc. wzrostem w 2018 roku). Najszybciej rosnącym segmentem jest IaaS (Infrastructure as a Service, infrastruktura jako usługa), który według prognoz wzrośnie w tym roku o 27,6 proc. do wartości 39,5 mld dol.

Migracja do chmury jest dzisiaj jednym z kluczowych elementów rozwoju i cyfrowej transformacji przedsiębiorstw. To obecnie jeden z najgorętszych trendów w IT. Według prognoz Gartnera za kilka lat firmy niewykorzystujące rozwiązań chmurowych będą tak rzadkie jak te, które dziś nie wykorzystują w swojej działalności internetu.

Rozwiązania chmurowe zapewniają cały szereg korzyści – dzięki szyfrowaniu i kluczom API zapewniają bezpieczeństwo, pozwalają obniżyć koszty i utrzymać infrastrukturę IT oraz usprawniają pracę, bo aplikacje i dane w chmurze są dostępne z każdego urządzenia podłączonego do sieci, niezależnie od lokalizacji.

– Wybór usług w chmurze jest ogromny. Począwszy od usług doradczych, poprzez usługi migracyjne i technologiczne, a skończywszy na tych związanych z bezpieczeństwem. Obserwujemy zainteresowanie klientów usługami wszelkiego rodzaju, od doradztwa po wdrażanie rozwiązań w chmurze z zakresu obsługi i przechowywania danych – mówi Christian Noll.

Usługi w chmurze eliminują konieczność wyposażenia i utrzymania serwerowni, dzięki czemu organizacje oszczędzają na kosztach sprzętu. Infrastrukturą zarządza dostawca usług chmurowych, co pozwala przedsiębiorstwu skupić się na strategicznej działalności. Z tego względu – jak ocenia dyrektor generalny IBM Polska Jarosław Szymczuk – chętnie wykorzystują ją start-upy i mniejsze przedsiębiorstwa.

– Wbrew pozorom z usług chmurowych najchętniej korzystają start-upy i firmy, które mają niski budżet na infrastrukturę IT czy rozwiązania aplikacyjne. Potrzebują szybko wejść w rozwój aplikacji, skorzystać z istniejących rozwiązań. Rozwiązania chmurowe odpowiadają na tę potrzebę. Z drugiej strony duże przedsiębiorstwa potrzebują rozwiązań chmurowych po to, żeby zwiększyć szybkość adaptacji nowych aplikacji, skorzystać z możliwości, które niesie analityka dostępna w chmurze, żeby maksymalnie szybko zaadaptować rozwiązania sztucznej inteligencji – mówi Jarosław Szymczuk, dyrektor generalny IBM Polska i kraje bałtyckie.

Jak podkreśla, kolejną zaletą chmury jest pełna skalowalność – przez co dopasowuje się ona do skali prowadzonego biznesu. Kiedy firma rośnie i zwiększa się jej zapotrzebowanie na moce obliczeniowe, chmura sprawnie i szybko obsługuje zmieniające się obciążenia, a przedsiębiorstwo ponosi koszty jedynie za wykorzystane zasoby.

– Możemy wystartować z małym rozwiązaniem, które niewiele kosztuje i jest dostępne bardzo szybko, a następnie, wraz ze wzrostem zapotrzebowania biznesowego, uzyskiwać więcej pojemności z chmury. Z drugiej strony, wyobraźmy sobie, że mamy kampanię marketingową, kiedy jest bardzo duże zapotrzebowanie na moc obliczeniową. Po jej zakończeniu zapotrzebowanie jest bliskie zeru. Chmura w bardzo sprawny sposób zapewnia obsługę tych pików – mówi Jarosław Szymczuk.

Według danych Eurostatu z ubiegłego roku z usług chmurowych w Unii Europejskiej korzysta 26,2 proc. przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 osób. Jeszcze w 2014 roku ten odsetek wynosił 19 proc. W Polsce rozwiązania chmurowe wykorzystuje 11,5 proc. przedsiębiorstw, z czego jedną trzecią (ok. 37 proc.) stanowią wciąż duże firmy zatrudniające powyżej 250 pracowników. Jak podaje GUS, większość firm korzysta z usług w chmurze za pomocą serwerów współdzielonych (77,1 proc.) lub serwerów dedykowanych ( 44,1 proc.).

Dla porównania z chmury korzysta ponad połowa przedsiębiorstw w Finlandii (65 proc.), Szwecji (57 proc.) i Danii (56 proc.), co oznacza, że polski rynek wciąż ma ogromny potencjał rozwoju.

– Zainteresowanie usługami chmurowymi w Polsce jest wciąż niewystarczające. Świat bardzo dynamicznie zmierza w stronę rozwiązań chmurowych i hybrydowych, czyli połączenia chmury prywatnej z publiczną. Polskie przedsiębiorstwa są na początku tej transformacji cyfrowej. Chcielibyśmy, żeby tempo zmian przyspieszyło z pozytywnym efektem dla firm i gospodarki – mówi Jarosław Szymczuk.

Z raportu PMR „Rynek przetwarzania danych w chmurze w Polsce 2018. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2018–2023” wynika, że rośnie on w tempie 5–6-krotnie wyższym niż cały rynek IT.

– Polski rynek jest bardzo otwarty na zastosowania chmury obliczeniowej. Z drugiej strony mamy też pewne ograniczenia, na przykład w dziedzinie usług finansowych, gdzie regulacje wprowadzone przez KNF słusznie nakazują przechowywanie niektórych danych w kraju. Dlatego bardzo dobrym rozwiązaniem jest chmura hybrydowa, w której część danych znajduje się w chmurze publicznej, a część w chmurze prywatnej użytkownika, w jego własnym centrum danych – dodaje Christian Noll.

Jak podkreśla, usługi chmury hybrydowej, których wiodącym dostawcą jest IBM, to obecnie jeden z czołowych trendów i w perspektywie nadchodzących lat to rozwiązanie będzie przeważać na rynku. Jak wynika z danych PMR, w Polsce najpopularniejsze są usługi chmury prywatnej, z których korzysta ponad 66 proc. dużych firm. W modelu chmury publicznej funkcjonują najczęściej te zasoby, które nie zawierają żadnych danych wrażliwych. Natomiast szeroko stosowany jest model chmury hybrydowej, z którego korzysta ponad 80 proc. dużych przedsiębiorstw.

– Kluczowe jest pytanie o strategię firmy, jej potrzeby biznesowe, wymagania regulatora, architekturę informacji w przedsiębiorstwie czy wrażliwość danych, z których firma korzysta. To determinuje strategię wdrażania i adaptacji rozwiązań chmurowych. Architektura hybrydowa będzie przeważała globalnie w ciągu następnych lat – mówi Jarosław Szymczuk.

Coraz więcej firm decyduje się także wykorzystywać wiele chmur, czyli usługi różnych dostawców dla różnych zadań i procesów. Tak zwany multicloud to obecnie drugi, wiodący trend na rynku rozwiązań chmurowych.

– Działanie tego mechanizmu można porównać do tankowania auta na różnych stacjach paliw – właściciel nie jest ograniczony do jednego dostawcy paliw, ale może kupować paliwo raz na jednej, raz na innej stacji. Różne są ceny i poziomy usług, więc klient ma duży wybór – mówi Christian Noll. – Korzystanie z rozwiązań multicloud wymaga jednak wcześniejszego planowania, ponieważ użytkownik musi dysponować narzędziami, które umożliwią mu zmianę. IBM mocno stawia na koncepcję otwartych standardów, możliwość przenoszenia pracy z jednej chmury do drugiej. Uważamy, że przyszłość należy do takich rozwiązań.

Rozwiązania chmurowe i ich rosnąca popularność w Polsce były tematem rozmów podczas warszawskiej konferencji IBM Cloud Summit 2019.

Niezwykłe metale tnące stal!

Przemysł wiele zyskał od czasu produkcji stali szybkotnącej na początku XX wieku. To dzięki niej, konstruktorzy mieli do dyspozycji stop, który bardzo przyspieszył obróbkę innych metali. Niestraszne mu były ani obciążenia, ani wysoka temperatura, ani wysokie prędkości obrotowe, toteż szybko uzyskał nazwę high speed steel, czyli „stal dużych prędkości” – w skrócie: HSS.

Z czego powstaje stal szybkotnąca?

Wikipedia podaje następujący skład stali szybkotnących: 0,75-1,4% węgla, do 18% wolframu, do 10% molibdenu, do 4% wanadu, do 4% chromu oraz do 10% kobaltu. Taki skład stali szybkotnącej powoduje, że nie jest to stop tani. Ze względu na swoje właściwości fizykochemiczne stal HSS jest niezwykle odporna na odkształcenia nawet w skrajnie wysokich temperaturach. Jest też wyjątkowo twarda. Dzięki temu nadaje się do wysokowydajnych narzędzi do obróbki skrawaniem. Oczywiście ze stali szybkotnącej wykonywane są jedynie same końcówki robocze, cała reszta to już stal nieposiadająca takich właściwości.

Szczegółowe parametry stali szybkotnącej zależą od jej składu. Na przykład zawartość kobaltu (mniejsza lub większa) ma wpływ na twardość stopu. Tak wygląda to w różnych temperaturach:

Twardość stali szybkotnącej w zależności od zawartości kobaltu
Twardość stali szybkotnącej w zależności od zawartości kobaltu. Ilustracja: MHz`as [CC BY-SA 3.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], źródło: Wikimedia Commons 

Wszystkie gatunki stali szybkotnącej mają jednak te same wspólne cechy.  Należy do nich ogromna twardość podczas pracy w wysokich temperaturach, odpowiednią ciągliwość rdzenia, odporność na ścieranie, i zmęczenie materiału oraz ogólnie rozumiana wysoka trwałość.

Stal szybkotnąca i jej zastosowania

Różne gatunki stali szybkotnącej znajdują rozmaite zastosowania. Na przykład stal HSS wolframowo-molibdenowa wykorzystywana jest do wytwarzania przeciągaczy, wierteł, noży, narzędzi do obróbki gwintów, frezów, kół zębatych, rozwiertaków trzpieniowych, ostrzy i elementów pił tarczowych. Noże tokarskie i strugarskie wykonywane są często ze stali oznaczonej symbolem SW18.

Stal szybkotnąca z dodatkiem kobaltu określana jest symbolem HSS-E, natomiast HSSE-PM oznacza stal szybkotnącą proszkową. Pozawala ona produkować narzędzia tnące szybciej, albowiem podlegają one wstępnemu formowaniu poprzez prasowanie i spiekanie proszku w specjalnych formach.

Z powodu swojej ceny oraz obecności wielu metali rzadkich, stal szybkotnąca jest bardzo pożądana przez firmy uczestniczące w łańcuchu recyclingowym, jak choćby Stellmet – weglik.eu. Nie ona jedna, ponieważ stal szybkotnąca jako materiał do wyrobu narzędzi ma poważnego konkurenta.

Przypadki i wynalazki – węgliki spiekane

W nauce zdarza się często, że przy okazji jakichś badań odkrywa się coś, co w ogóle nie było w planie. Tak było z węglikami spiekanymi. W latach 20. XX wieku w Niemczech trwały prace nad stworzeniem ultratwardego metalu, który zastąpiłby diament jako surowiec do produkcji ciągadeł. Celem było zaś wytwarzanie na dużą skalę… drutu do żarówek. Badacze wpadli wtedy na to, że jeśli sięgnąć po bardzo twardy wolfram, sproszkować go, dodać węgla oraz kobaltu, potem mocno sprasować i wyprażyć w bardzo wysokiej temperaturze, wtedy powstanie coś, co szybko nazwano słowem Widia od niemieckiego wie Diamant – jak diament.

Inserti_widia
Zęby piły tarczowej (tarczy pilarskiej) z nakładkami z węglików spiekanych. Fot. Basilicofresco [CC BY 3.0 (https://creativecommons.org/licenses/by/3.0)], from Wikimedia Commons

Zaczęło się tuż przed wojną

Również i ten wynalazek przyczynił się do rewolucji przemysłowej. Według Wikipedii w Polsce produkcja węglików spiekanych rozpoczęta została przez Hutę Baildon w Katowicach w 1936 roku i trwa do dzisiaj w spółce Węgliki Spiekane Baildonit będącej dawnym wydziałem Huty Baildon.

Na trzy lata przed wybuchem wojny węgliki spiekane szybko okazały się cenne także dla przemysłu zbrojeniowego: pancerze i pociski przeciwpancerne potrzebowały utwardzacza. Otworzyły się też możliwości naprawdę szybkiej obróbki metali skrawaniem – można było m.in. ciąć maszynowo stal hartowaną. Impuls rozwojowy otrzymało górnictwo, dla którego można odtąd było produkować efektywne i trwałe wiertła, by wykonywać nimi więcej otworów strzałowych na przodku.

Wyroby wyprodukowane z użyciem węglików spiekanych
Węgliki spiekane – bez nich nie powstałóby to wszystko. Fot. Dolya-boss [CC BY-SA 3.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0) oder GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html)], von Wikimedia Commons

Wkrótce okazało się tez, że do produkcji węglików spiekanych można używać nie tylko wolframu, ale i innych twardych metali. Pojawiły się więc komponenty z zawartością chromu, cyrkonu, tytanu i tantalu. Dowiedziono ponadto, że szczegółowe właściwości stopu, jakim są węgliki spiekane, zależą istotnie od procentowego udziału spoiwa.

Podobnie jak w wypadku stali szybkotnącej, także węgliki spiekane stanowią jedynie końcówki robocze narzędzi. Decyduje o tym nie tylko cena węglików, ale i ich kruchość. Węgliki można umieszczać na narzędziach poprze lutowanie lub w postaci wymiennych końcówek mocowanych śrubą.

Recykling węglików

Ze względu na masowe wykorzystywanie węglików spiekanych w przemyśle nieustannie powstaje duża ilość złomu z ich zawartością. Firmy skupujące węgliki przyjmą każdą ilość. Recykling węglików jest koniecznością, m.in. ze względu na ograniczone wydobycie rud wolframu. Ponadto produkcja węglików jest kosztowna, bardziej więc opłaca się odzyskiwać gotowe stopy i wykorzystywać je w produkcji. W wielu skupach można negocjować cenę, przy czym zależy ona m.in. od czystości stopu oraz jego komponentów: im rzadsze są metale użyte do produkcji, tym cena za kilogram złomu będzie wyższa.

Niezdarność dziecka często spowodowana jest poważnym zaburzeniem. Rodzice nierzadko to lekceważą

Niezdarność dziecka często spowodowana jest poważnym zaburzeniem. Rodzice nierzadko to lekceważą 11

Częste potykanie się, trudności z kopaniem piłki, ubieraniem się czy posługiwaniem sztućcami – takie symptomy mogą świadczyć o dyspraksji. To zaburzenie, które upośledza rozwój motoryczny malucha, często prowadząc do alienacji. Cierpi na nie nawet co dziesiąte dziecko, częściej chłopcy niż dziewczynki. Objawy dyspraksji mogą być łagodzone dzięki terapii integracji sensorycznej, wymaga to jednak prawidłowej i szybkiej diagnozy. Wielu rodziców myli jednak te zaburzenia z niezdarnością dziecka.

Dyspraksja, nazywana także dysfunkcją percepcyjno-motoryczną lub syndromem dziecka niezdarnego, to rozwojowe zaburzenie koordynacji. Jest to stosunkowo częsty problem, występuje bowiem u 5–10 proc. dzieci, przy czym trzykrotnie częściej chorują chłopcy niż dziewczynki. Przyczyny dyspraksji nie są znane, eksperci nie wykluczają jednak, że ma ona związek z czynnikami uszkadzającymi w ciąży, przedwczesnym porodem lub niedotlenieniem okołoporodowym. Dotknięte nią dziecko rozwija się prawidłowo pod względem intelektualnym, ma jednak trudności z wykonywaniem precyzyjnych czynności i uczeniem się nowych zadań ruchowych. Problemy mogą się pojawić zarówno przy wykonywaniu drobnych czynności, takich jak układanie klocków lub rysowanie, jak i bardziej skomplikowanych, np. kopaniu piłki.

– Wydaje nam się, że czynności takie jak rzucenie piłką o ścianę są elementarne, ale jest to skomplikowana czynność, złożona z kilku etapów, której musimy się nauczyć. Na każdym z tych etapów, i na poziomie pomysłu, tworzenia planu, i na poziomie realizacji czynności dziecko, z dyspraksją może mieć zaburzenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jadwiga Gluźniewicz, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i Katowicach.

Dziecko z dyspraksją ma trudności nie tylko z wykonywaniem ruchów, lecz także z planowaniem czynności, co przekłada się na problemy z wymową, pisaniem i koordynacją ruchową. Maluch nie jest w stanie płynnie pisać, ma trudności z zapamiętywaniem i opanowywaniem niektórych czynności, choćby jazdy na rowerze czy założeniem ubrania, często potyka się lub przewraca. Bardzo często skutkiem dyspraksji jest alienacja od otoczenia i niska samoocena. Objawy zaburzenia występują niekiedy już w pierwszych miesiącach życia i zmieniają się w miarę rozwoju dziecka.

– Diagnoza jest trudna, dlatego stawia się ją późno i rzadko. Wymaga skoordynowania wiedzy wszystkich osób, które z dzieckiem funkcjonują. Najlepiej przygotowani do tej diagnozy są terapeuci integracji sensorycznej – mówi Jadwiga Gluźniewicz.

Objawy dyspraksji stają się najbardziej widoczne w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, gdy dziecko zaczyna się kontaktować z rówieśnikami. Uważni rodzice mogą jednak zaobserwować symptomy choroby wcześniej, a tym, co powinno ich zaniepokoić, jest m.in. opóźnienie rozwoju ruchowego, np. długo utrzymujący się u małego dziecka krok dostawny przy wchodzeniu i schodzeniu ze schodów, zderzanie się z rówieśnikami podczas zabawy, problemy z koncentracją, zapamiętaniem i wykonywaniem dłuższych poleceń. Ponadto dziecko jest źle zorganizowane, nie pamięta drogi do sali, w której codziennie ma zajęcia, jego zabawa jest mało kreatywna pomimo dobrych możliwości intelektualnych, długo uczy się nowej umiejętności ruchowej, np. kroków tańca.

 Nawet jeżeli dyspraktyk radzi sobie z ubieraniem, to i tak ubierze się nieprawidłowo: pięta w skarpetce będzie do góry, bluzka będzie wystawać ze spodni, guziki będą niezapięte. Generalnie to ubranie jest niedokładne – mówi Jadwiga Gluźniewicz.

Objawy dyspraksji często usprawiedliwiane są jednak niezdarnością malucha. Rodzice nie mają świadomości, że ich dziecko może cierpieć z powodu zaburzenia integracji sensorycznej i powinno pozostawać pod opieką terapeuty. Dyspraksji nie da się wprawdzie wyleczyć, można jednak złagodzić jej przebieg i objawy. Terapia umożliwia ponadto dziecku nauczenie się, jak żyć z tą dysfunkcją. Obejmuje ona ćwiczenia zmuszające malucha do wykonywania kilku czynności jednocześnie, doskonalenie praktycznych umiejętności takich jak samodzielne jedzenie oraz gimnastykę zwiększającą poziom koordynacji ciała.

– Gdy wybieramy dla dziecka przedszkole, warto wybrać takie, gdzie odbywa się terapia integracji sensorycznej, żeby dziecko mogło być nią objęte. Terapeuta integracji sensorycznej wskaże rodzicowi optymalny zestaw ćwiczeń dla jego dziecka. Tylko we współpracy z rodzicem ta praca może być efektywna – mówi Jadwiga Gluźniewicz.

Dla dzieci z dyspraksją pomocne będą wszystkie ćwiczenia ogólnorozwojowe, np. jazda na rowerze lub hulajnodze, gra w klasy, pływanie. Niektórzy eksperci proponują również trening bazujący na doświadczeniach siłowych związanych z naciskiem. Dobrym pomysłem będzie także bieganie, skakanie, wskakiwanie na ławeczkę i zeskakiwanie z niej. Niezwykle istotnym elementem rozwoju dziecka z dyspraksją jest też trening radzenia sobie z planowaniem czynności, w którym ogromną rolę odgrywają rodzice.

 Nie możemy powiedzieć dyspraktykowi: posprzątaj biurko. To jest szereg zadań, które on musi wykonać po kolei i może to być dla niego za trudne. Lepiej powiedzieć: zbierz wszystkie kredki, włóż do tego pojemnika. I tak krok po kroku możemy go uczyć – mówi Jadwiga Gluźniewicz.

Rodzice powinni dbać o pozytywne doświadczenia dziecka, chwaląc je po każdej zrealizowanej czynności. W ten sposób maluch otrzyma wsparcie w osiąganiu małych sukcesów, co dla dyspraktyków ma ogromne znaczenie. Akceptacja ze strony rodziców pomaga również w walce z niską samooceną dziecka, często narażonego na brak zrozumienia i odrzucenie ze strony rówieśników.

 To wiąże się z pewnymi problemami dziecka z jego emocjami, lękami, może być zbyt nieśmiałe albo przeciwnie, może naruszać pewne granice przestrzenne wobec innych, np. przysuwać się za blisko, mówić za dużo. Często ten rozwój emocjonalny może być poniżej pewnej normy, w związku z czym rodzina musi dawać mu wsparcie i poczucie sukcesu – mówi Jadwiga Gluźniewicz.

Prezes UKE: Pierwsze miasta w Polsce zyskają dostęp do sieci 5G już w przyszłym roku. Planowane są już przetargi na częstotliwości dla największych operatorów

Prezes UKE: Pierwsze miasta w Polsce zyskają dostęp do sieci 5G już w przyszłym roku. Planowane są już przetargi na częstotliwości dla największych operatorów 12

Nadchodzi rewolucja 5G w Polsce. Już w 2020 roku może zacząć działać telekomunikacyjna sieć piątej generacji, choć na początku tylko w wybranych lokalizacjach. W ciągu 3–4 lat może zyskać krajowy zasięg, choć część bardziej zaawansowanych funkcji może być komercyjnie dostępna dopiero w drugiej połowie przyszłej dekady. Przygotowywane są już podwaliny pod budowę 5G na krajową skalę, wśród operatorów będzie dystrybuowane pasmo C, czyli 3,7 GHz w wariancie po 50 MHz dla każdego z operatorów. Przetarg ruszy prawdopodobnie na początku 2020 roku.

– Komisja Europejska zobowiązuje nas do tego, abyśmy do 2020 wyposażyli chociaż jedno miasto w każdym kraju unijnym w technologię 5G w wariancie już dostępnym dla użytkowników końcowych. Z informacji, które urząd otrzymuje od przedsiębiorców telekomunikacyjnych, dość jasno wynika, że oni oczekują jednego kroku i rolloutu sieci, a więc będziemy starali się przygotować spektrum radiowe tak, żeby mogli wyposażyć w 5G za jednym zamachem jak największe terytorium kraju, a co za tym – idzie też jak największą grupę populacji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Marcin Cichy, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

W sieci 5G przesyłanie danych będzie dziesięć razy szybsze niż w 4G. W kolejnych etapach technologia umożliwi sprawną komunikację między dziesiątkami miliardów urządzeń. Rozwijane obecnie 4G pozwala na dostęp do internetu z prędkością do 300 Mb/s. Natomiast sieć 5G stworzy możliwość przesyłania danych z prędkością wielokrotnie większą, liczoną w gigabitach na sekundę. Czas opóźnienia transmisji danych skróci się z obecnych 50 milisekund do zaledwie 1 milisekundy, to zaś będzie miało ogromne znaczenie dla rozwoju internetu rzeczy, a tym samym autonomicznych pojazdów, smart city i w pełni inteligentnych domów.

W Polsce trwają już zaawansowane przygotowania do wdrożeń. UKE wyodrębnił 20 największych miast w Polsce, w których są wskazane dostępne częstotliwości w zakresie 26 GHz i 3,4–3,8 GHz.

– Mamy wytypowanych około 20 lokalizacji, w których już dziś właściwie operatorzy mogliby startować z komercyjnymi rozwiązaniami. Do tego jednak potrzebna jest pewna gwarancja ze strony państwa, przede wszystkim regulatora, że te częstotliwości będą dla nich ważne przez dłuższy czas. To częstotliwości przyznawane na 15 lat. Po dystrybucji, kiedy operatorzy już zobaczą, w jaki sposób zostali rozlokowani w poszczególnych blokach, będą mogli się zastanowić, na których terytoriach w pierwszej kolejności uruchomią 5G – zapowiada Marcin Cichy.

Do wdrożenia technologii 5G dedykowane są pasma z zakresu 3,4–3,6 GHz, 3,6–3,8 GHz oraz 26 GHz, aktualnie użytkowane przez wiele podmiotów, m.in samorządy. Co więcej, ostatnie z obowiązujących obecnie rezerwacji w tych pasmach wygasają za 12 lat (3,4–3,6 GHz), ponad 11 lat (26 GHz) i 4 lata (3,6–3,8 GHz).

– Operatorzy na pewno będą musieli współpracować ze sobą na poziomie współpracy międzyrynkowej, międzyoperatorskiej, aby pokryć terytorium Polski na zasadzie tzw. hand-overu, przełączać tego klienta między poszczególnymi sieciami w momencie, kiedy on podróżuje np. przez różne województwa – ocenia prezes UKE.

Padł już pomysł, żeby stworzyć wspólną sieć 5G, którą mogliby wynajmować po hurtowych cenach Orange, Play, Plus oraz T-Mobile. Exatel wstępnie szacuje, że pokrycie kraju siecią 5G w paśmie 700 MHz wymaga około 6–9 tys. stacji bazowych, a koszt budowy infrastruktury mógłby wynieść 3,9–5,9 mld zł. Gdyby udało się choć częściowo wykorzystać istniejącą już infrastrukturę wieżową, koszty inwestycji spadłyby o 2–3 mld zł, a przy założeniu, że udałoby się wykorzystać zarówno istniejące wieże, jak i sieci transportowe, koszty inwestycji spadłyby do zaledwie 540–780 mln zł. Mogłoby to również przyspieszyć przetargi.

– Będziemy dystrybuować pasmo C, czyli 3,7 GHz w wariancie po 50 MHz dla każdego z operatorów tak, żeby wszyscy 4 operatorzy telefonii komórkowej mieli szansę na to, aby wystartować w przetargu i uruchomić usługi w tym samym czasie. Myślę, że w tym roku spokojnie będziemy w stanie skonsultować pełną dokumentację przetargową i jeżeli nie w tym, to na początku 2020 roku rozpocząć już proces dystrybucji w formie przetargu – zapowiada Marcin Cichy.

Komisja Europejska przeznaczyła miliard euro na rozwój technologii kwantowej. Wkrótce na rynku pojawią się pierwsze realne projekty

Komisja Europejska przeznaczyła miliard euro na rozwój technologii kwantowej. Wkrótce na rynku pojawią się pierwsze realne projekty 13

Komisja Europejska powołała do życia program Quantum Flagship, w ramach którego finansuje przedsięwzięcia związane z wykorzystaniem technologii kwantowej. Na rozwój technologii przeznaczono miliard euro, a już wkrótce pojawią się pierwsze projekty wykorzystujące potencjał komputerów kwantowych. Naukowcy szacują, że do 2035 r. technologia ta rozwinie się do tego stopnia, że będzie wpływać na przemysł w skali globalnej.

– Obecnie mówimy przede wszystkim o filarze komunikacji kwantowej, w ramach którego pojawiają się technologie i zastosowania, których integracja z obecnymi systemami jest kwestią niedalekiej przyszłości. Szczególnie jeśli chodzi o wykorzystanie kwantowych generatorów liczb losowych, np. w kryptografii do szyfrowania wiadomości i zabezpieczenia komunikacji przy użyciu systemów kwantowej dystrybucji klucza, które można wdrożyć w ramach obecnych systemów – mówi agencji Newseria Innowacje Lydia Sanmartí Vila z Instytutu Fotoniki (ICFO) w Castelldefels pod Barceloną.

W 2016 roku 3400 fizyków podpisało „manifest kwantowy”, w którym nawoływali do powołania ogólnoeuropejskiego projektu badań nad potencjałem technologii kwantowych. Dotychczas do programu Quantum Flagship zgłoszono 19 projektów, które próbują rozwiązać najróżniejsze problemy z pogranicza nauki i technologii.

Projekt QRANGE zakłada wykorzystanie komputerów kwantowych w procesie generowania liczb losowych. Technologia taka mogłaby znacząco poprawić dokładność symulacji laboratoryjnych oraz zwiększyć bezpieczeństwo systemów szyfrujących, które w dużej mierze polegają na liczbach losowych, dziś generowanych przez skomplikowane algorytmy. Wykorzystanie do tego celu komputerów kwantowych pozwoliłoby wygenerować w pełni losowe, nieprzewidywalne ciągi znaków. Jakość algorytmów szyfrujących wzrosłaby, co przełożyłoby się na zwiększenie bezpieczeństwa naszych danych przechowywanych m.in. w internecie.

Jednym z pierwszych zastosowań rozwiązań kwantowych może być stworzenie zegarów optycznych. Zespół odpowiedzialny za iqClock twierdzi, że zegary takie wykazują znacznie większą dokładność niż jakakolwiek inna technologia stosowana do pomiaru czasu. Charakteryzują się tak stabilną częstotliwością pracy, że na przestrzeni istnienia całego wszechświata ich opóźnienie względem realnego upływu czasu wyniosłoby zaledwie jedną sekundę.

– Zakres zastosowania technologii kwantowych w przyszłości jest bardzo trudny do przewidzenia. Przy obecnym stanie wiedzy możemy powiedzieć, że rozwiążą nasze problemy z bezpieczeństwem, dając praktycznie stuprocentowe zabezpieczenie transmisji i przechowywania danych. Dzięki komputerom kwantowym zyskamy też znacznie większą moc obliczeniową. Wiele problemów, które są obecnie niemożliwe do rozwiązania albo wymagają setek lat obliczeń, będzie można rozwiązać w ciągu kilku minut – twierdzi  Lydia Sanmartí Vila.

Wprowadzenie do powszechnego użytku komputerów kwantowych umożliwiłoby także stworzenie systemów, których nie jesteśmy w stanie skonstruować przy zastosowaniu technologii krzemowej. Komputery kwantowe pozwoliłyby skonstruować modele symulacyjne żywych organizmów, na których naukowcy mogliby np. testować nowe leki.

Projekt OpenSuperQ realizowany w ramach Quantum Flagship zakłada stworzenie 100-kubitowego systemu obliczeniowego. Maszyna dysponowałaby wystarczającą mocą obliczeniową do przeprowadzania zaawansowanych badań nad sztuczną inteligencją oraz skomplikowanych obliczeń kwantowych – w tym m.in. z dziedziny medycyny. Jeśli projekt uda się zrealizować, naukowcy otrzymają jedną z najbardziej zawansowanych maszyn kwantowych na świecie i pierwszą tego typu w Europie.

Pełen zakres wykorzystania technologii kwantowych jest trudny do przewidzenia, dlatego w ramach projektu Quantum Flagship wyznaczono cztery szeroko pojęte kategorie badań, które pozwalają starać się o dofinansowanie: obliczenia kwantowe, czujniki i metrologia kwantowa, symulacje kwantowe oraz komunikacja kwantowa.

– Wszystkie cztery filary są ze sobą w wielu punktach zbieżne i każdy przechodzić będzie przez inne kluczowe etapy rozwoju w różnym czasie. Obecny harmonogram jest aktualny na ten moment i odzwierciedla nasze myślenie w tej chwili, ale za pięć lat wszystko może się zmienić w miarę jak nasza wiedza na temat technologii kwantowych będzie się poszerzać i ich rozwój będzie postępował – przewiduje Lydia Sanmartí Vila.

Według wyliczeń firmy marketsandMarkets wartość rynku komputerów kwantowych w 2016 wynosiła 88,5 mln dol. Szacuje, że do 2023 roku wzrośnie do 495,3 mln przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 29 proc.

Kurs dolara – prognozy na najbliższe dni

W przyszłym tygodniu decydenci Rezerwy Federalnej podejmą kolejne decyzje dotyczące kształtowania się polityki monetarnej w Stanach Zjednoczonych. Konsensus rynkowy w kontekście spotkania spodziewa się gwałtownej aktualizacji projekcji stóp procentowych FOMC.

Podczas ostatniego spotkania FOMC, które odbyło się w grudniu ubiegłego roku, opublikowano projekcje zakładające znacznie wolniejsze tempo podwyżek stóp procentowych w 2019 roku w porównaniu z poprzednim rokiem. W tak zwanym „dot plocie”, czyli w wykresie punktowym obrazującym oczekiwany przez poszczególnych decydentów poziom stóp procentowych na zakończenie najbliższych kilku lat, członkowie Rezerwy Federalnej spodziewali się mniej więcej dwóch podwyżek stóp procentowych w 2019 roku, w porównaniu do czterech podwyżek do których doszło w 2018 r.

Od czasu grudniowego spotkania retoryka Rezerwy Federalnej uległa jednak znaczącej zmianie, a decydenci FOMC zaczęli wygłaszać znacznie bardziej „gołębie” opinie. Przewodniczący Fed, Jerome Powell, podczas spotkania Rezerwy Federalnej w styczniu wypowiadał się dość ostrożnie. W swoim przemówieniu Powell nie wspominał już o tym, że pozytywne i negatywne czynniki ryzyka dla perspektyw gospodarczych „mniej więcej się równoważą”, stwierdził natomiast, że potrzeba kolejnych podwyżek stóp procentowych wyraźnie „osłabła”. Przewodniczący Fed niedawno stwierdził też, że stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych mogą być blisko poziomu „neutralnego”, czyli takiego, który zapewnia jednocześnie stabilną inflację w długim okresie, jak i wzrost gospodarczy zbliżony do długookresowego trendu.

Ta gwałtowna zmiana w retoryce Fedu naszym zdaniem w znacznej części związana jest z publikacją słabszych danych makroekonomicznych z amerykańskiej gospodarki, szczególnie tych wskazujących spowolnienie inflacji w USA. Inflacja CPI na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy spadła do zaledwie 1,5% i po raz pierwszy od połowy 2017 roku znalazła się na poziomie niższym od 2-procentowego celu inflacyjnego Rezerwy Federalnej.

Inflacja w USA (2014-2019)

Inflacja w USAŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 12/03/2019

Publikowane od stycznia słabsze wskaźniki aktywności w Stanach Zjednoczonych, zwłaszcza dotyczące sytuacji w sektorze przemysłowym i sprzedaży detalicznej, nieco osłabiły narrację dotyczącą rozbieżności w wynikach gospodarczych między USA a resztą gospodarek rozwiniętych. W 2019 roku wyraźnie spadł wskaźnik GDPNow Banku Rezerwy Federalnej w Atlancie, który na bieżąco szacuje aktywność gospodarczą w amerykańskiej gospodarce na podstawie wcześniej opublikowanych danych.  Indeks sugeruje, że w pierwszym kwartale bieżącego roku Stany Zjednoczone doświadczą wzrostu o jedyne 0,3% w ujęciu SAAR (ujęciu zanualizowanym po odsezonowaniu).

Wskaźnik GDPNow Banku Rezerwy Federalnej w Atlancie w USA (lipiec ’18-marzec ’19)

Wskaźnik GDPNow Banku Rezerwy Federalnej w Atlancie w USAŹródło: Bloomberg Data: 13/03/2019

Szereg negatywnych, zewnętrznych czynników ryzyka również może budzić obawy co do dalszych losów gospodarki USA, a tym samym zmniejszyć potrzebę zacieśniania polityki monetarnej przez Rezerwę Federalną w bieżącym roku. Wzrost gospodarki światowej wyraźnie zwalnia. Spowolnienie obserwowane jest zwłaszcza w Chinach i w strefie euro, a utrzymująca się niepewność co do dalszych losów Brexitu, jak i obawy co do dalszych losów handlu międzynarodowego, nie wydają się sprzyjać podnoszeniu stóp procentowych. O ile nie spodziewamy się, żeby w najbliższym czasie w Stanach Zjednoczonych miało dojść do recesji, jesteśmy zdania, że amerykańskiej gospodarce obecnie dość daleko jest do „przegrzania” – aktywność w USA jest raczej w fazie schładzania. Zważając na powyższe uważamy, że na najbliższym spotkaniu Rezerwy Federalnej z dużym prawdopodobieństwem dojdzie do obniżenia oczekiwań wyrażonych w „dot plocie” FOMC. Oczekujemy, że mediana nowego „dot plot” będzie wskazywać na brak jakichkolwiek podwyżek stóp procentowych w 2019 roku. Taka zmiana oznaczałoby również, że obniżeniu uległaby prognozowana długookresowa stopa równowagi, która tym samym osiągnęłaby poziom równy albo nieco wyższy od obecnej wartości stóp procentowych Rezerwy Federalnej. Tym samym prognoza FOMC pokryłaby się z prognozą rynku. Obecnie fed fund futures nie wskazują, żeby rynek w jakimkolwiek stopniu spodziewał się nawet jednej podwyżki stóp procentowych. Zgodnie z wyceną rynku dużo bardziej prawdopodobna jest obniżka stóp procentowych.

Inwestorzy na rynku walutowym zdają się jednak w większości pomijać gołębią retorykę Fed. Dotychczas w 2019 roku decydowali się oni raczej na sprzedaż euro ze względu na dość rozczarowujące odczyty płynące z bloku walutowego, jak i na podobnie „gołębią” retorykę Europejskiego Banku Centralnego podczas spotkania w marcu. Tym samym kurs wspólnej europejskiej waluty względem dolara amerykańskiego spadł do najniższego poziomu od niemal dwóch lat, aczkolwiek euro zaczęło odrabiać część poniesionych strat.

Kurs USD/EUR & USD/PLN (styczeń ’19-marzec ’19)

Kurs USD EUR & USD PLNŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 15/03/2019

Uważamy, że jeżeli na spotkaniu w najbliższą środę, Rezerwa Federalna potwierdzi efektywne zakończenie cyklu zacieśniania polityki monetarnej w Stanach Zjednoczonych i towarzyszące temu „gołębie” komentarze Jerome Powella, na rynku walutowym może dojść do wzrostu kursu EUR/USD, dotychczas kierującego się w dół. Tym samym kurs wspólnej europejskiej waluty w stosunku do dolara amerykańskiego może powrócić do oczekiwanego przez nas poziomu 1,15 na koniec kwartału i utrzymać się w okolicy tego poziomu do końca bieżącego roku.

Niskie oczekiwania względem dodatkowych podwyżek stóp procentowych oznaczają jednak, że osłabienie dolara amerykańskiego związane z gołębią retoryką Fed raczej nie będzie natychmiastowe, a względnie stopniowe i o potencjalnie ograniczonej skali.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, analitycy Ebury

Brazylia – jak gospodarczy cud zamienił się w koszmar

Marcin Lipka
Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Świetny program wspierania rodzin, niezwykle długi okres szybkiego wzrostu PKB, zdywersyfikowana gospodarka i rekordowo niskie bezrobocie. To obraz Brazylii sprzed kilku lat. Teraz natomiast, po największej w historii recesji, przyszedł czas wyrzeczeń, czyli podwyższenia wieku emerytalnego i masowej prywatyzacji. Co poszło nie tak w największym kraju Ameryki Łacińskiej? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W ubiegły weekend najlepsze szkoły samby zakończyły występy w Rio De Janeiro. Dla Brazylijczyków powrót do szarej rzeczywistości po karnawałowych szaleństwach może być mniej bolesny niż realia, które nastały po wieloletniej ekonomicznej fieście. Zakończyła się ona niezwykle gwałtownym osłabieniem lokalnej waluty w 2014 roku, dotkliwą recesją pozbawiającą zatrudnienia 12 milionów osób oraz olbrzymimi roszadami w brazylijskiej polityce.

Zaskoczenie dotyczące Brazylii i trudności w ocenie jej sytuacji są tym większe, że kraj w okresie prosperity był dość często chwalony za granicą. Brazylia ma względnie zdywersyfikowaną gospodarkę, której eksport opiera się zarówno na żywności czy metalach przemysłowych, jak i sprzedaży produktów sektora motoryzacyjnego. Brazylia jest również trzecim na świecie dostawcą samolotów komercyjnych. Kogo można winić za załamanie koniunktury, masowe bezrobocie i niepewną przyszłość kraju?

Genialny pomysł – warunkowa gotówka dla rodzin

W 1985 r. Brazylia wyrwała się z objęć wojskowej dyktatury, a w 1990 r. przeprowadzono pierwsze bezpośrednie wybory parlamentarne. Początek lat 90. nie był stabilny dla gospodarki, którą nękała przede wszystkim bardzo wysoka inflacja.

Galopujące ceny udało się stosunkowo szybko zastopować i kraj wszedł na ścieżkę umiarkowanego wzrostu i relatywnie spokojnych cen. Natomiast olbrzymim problemem Brazylii, podobnie zresztą jak innych państw tego regionu, były nierówności społeczne. I tutaj na arenę wkracza szeroko propagowana przez lewicowego kandydata na prezydenta idea niewielkich pieniężnych zasiłków dla rodzin.

Luiz Inacio Lula da Silva (znany jako Lula) wykorzystał w kampanii wyborczej (2002 r.) pomysły dr Cristovama Buarque dotyczące warunkowych transferów pieniężnych dla rodzin. Program okazał się olbrzymim sukcesem. Rodziny otrzymywały niewielkie kwoty pieniężne (równowartości ok. 50-100 zł) w zamian za to, że dzieci chodziły do szkoły czy regularnie badały swoje zdrowie, a rodzice poprawiali kwalifikacje zawodowe i aktywnie szukali pracy.

Program Bolsa Familia (szeroko opisywana np. przez Wojciecha Duranowskiego) sprawił, że Lula nie tylko został prezydentem, ale również stał się bohaterem narodowym i ikoną dla prospołecznej polityki gospodarczej. Odchodząc ze stanowiska po dwóch kadencjach, przywódca miał nawet 80 proc. poparcia (2010 r.).

Mensalão

Pierwsze lata rządów Luli przebiegały względnie spokojnie. Wzrost gospodarczy kształtował się w okolicach 4 proc. Inflacja nie była szczególnie wysoka, a kraj notował nadwyżki na rachunku obrotów bieżących. Do tego bardzo dobrze działał program Bolsa Familia, redukując nierówności społeczne.

Pewne zawahanie się popularności nastąpiło przed wyborami w 2006 r. Wynikało ono z niewielkiej, jak się wtedy wydawało, afery korupcyjnej. Członkowie partii Luli mieli przekupywać parlamentarzystów w zamian za poparcie dla sprzyjających rządowi ustaw. Otrzymywali oni mensalão, czyli po portugalsku miesięczne wypłaty.

Afera finalnie nie zmieniła jednak obrazu brazylijskiej sceny politycznej. Lula łatwo wygrał wybory i kontynuował swoje rządy. Jednak wydaje się, że to właśnie skandal mensalão był jednym z głównych przyczyn katastrofy gospodarczej Brazylii niespełna dekadę później.

Czas na populizm

Chociaż mensalão nie przeszkodziło w karierze politycznej Luli, to jednak wpłynęło na jego politykę gospodarczą. – Po aferze w 2006 r. Lula przesunął się w stronę populizmu – mówiła na łamach „The New York Times” dr Monica de Bolle, czołowa brazylijska ekonomistka. – Potrzebował poparcia, by nie być odsuniętym ze stanowiska – argumentowała de Bolle, która jest jednocześnie ekonomistką w amerykańskim think-tanku Peterson Institute for International Economics.

Populizm polegał m.in. na utrzymywaniu niezwykle hojnego systemu emerytalnego, którego świadczenia nierzadko przekraczały wynagrodzenia, a dodatkowo pracownicy sektora publicznego mogli na nie przechodzić w wieku znacznie poniżej 60 lat. Rząd ochoczo (często o kilkanaście proc. rocznie) podnosił minimalne wynagrodzenia, niezależnie od koniunktury.

Władze utrzymywały także bardzo silne kontakty ze spółkami skarbu państwa. Przedsiębiorstwa publiczne miały dostęp do taniego finansowania z państwowych banków. Z kolei sektor prywatny miał znacznie mniejsze możliwości dostępu do kredytu, a jego inwestycje były wypychane przez krajowe molochy.

Deficyt zawsze pod korek, ale dług nie rośnie

Brazylijski budżet praktycznie zawsze był konstruowany pod 3-procentowy korek. Nie przeszkadzało to jednak, by dzięki wyjątkowo dobrej koniunkturze w 2008 r. otrzeć się nawet o zbilansowane finanse publiczne.

Wysoki deficyt nie przekładał się natomiast na wyraźny wzrost wskaźników opisujących zadłużenie. Dlaczego? Gospodarka rosła stosunkowo szybko (4-5 proc. rocznie), więc mimo kwotowego wzrostu zadłużenia relacje zobowiązań państwa w stosunku do PKB nawet malały. W rezultacie na początku kadencji Luli wskaźnik długu do PKB wynosił 58,5 proc., a pod koniec 54,2 proc.

Suchą stopą przez kryzys

Sceptycy wobec prowadzenia spraw gospodarczych przez Lulę musieli zamilknąć, gdy okazało się, że kryzys z lat 2007-2009 nie naruszył wyraźnie brazylijskiej gospodarki. W tych trzech latach gospodarka urosła ponad 12 proc. i tylko 2008 był rokiem stabilizacji PKB.

Również okres tuż po globalnej recesji okazał się korzystny, chociaż część ekonomistów zwracała uwagę, że dobra koniunktura to wynik czynników jednorazowych (np. wysokich cen cukru, soi, miedzi oraz silnego popytu na te surowce z Chin), to jednak niezaprzeczalny był fakt, że brazylijska gospodarka rosła, a grono sceptyków malało.

Samouwielbienie władzy

Pod koniec 2010 r. Lula oddaje władzę swojej partyjnej koleżance Dilmie Rousseff. W orędziu prezydenckim, według cytatu z książki „Brazil’s Lula: The Rise and Fall of an Icon”, mówił: „Jak wszyscy wiemy, Brazylia żyje dziś w magicznym okresie, ekonomicznego wzrostu, włączenia społecznego, wysokiego zatrudnienia, dystrybucji dochodu i zmniejszenia się regionalnych nierówności. Jestem przekonany, że w kolejnych latach Brazylia pozostanie krajem szans i prosperity przekształcając się w kraj rozwinięty”.

Dilma Rousseff miała jednak znacznie mniej szczęścia niż Lula. Popyt z Chin na surowce zaczął słabnąć i ceny się obniżyły. Stare i sprawdzone metody stymulacji fiskalnej z poprzedniej dekady przestały działać, a strukturalne problemy zaczęły ciążyć nad rozwojem i podwyższać ceny.

Rosnące ceny elektryczności trzeba zamrozić

Ekipa Dilmy mimo piętrzących się problemów nie dawała za wygraną. Wyższe rachunki za prąd zaczęło rekompensować państwo. W 2013 r. na dotacje do energii elektrycznej wydano 10,6 mld dolarów.

Dobre porównanie skali dopłat do rachunków za prąd zrobiła licząca się brazylijska gazeta „Folha de S.Paulo”. Redakcja zwracała uwagę, że w 2013 r. wydano więcej na dopłaty do prądu niż na budowę stadionów przed Mistrzostwami Świata w piłce nożnej zaplanowanymi na 2014 r.

Regulowanie cen przez państwo miało też inny efekt. Nie tylko zmniejszało koszty dla gospodarstw domowych, ale także obniżało wskaźnik inflacji. Z kolei dzięki niższemu wskaźnikowi inflacji wyższy był realny wzrost gospodarczy, co także ładnie wyglądało w oficjalnych statystykach.

Największa w historii recesja

W 2014 r., akurat po Mistrzostwach Świata, wyczerpało się paliwo do dalszego, sztucznie stymulowanego wzrostu PKB. Deficyt sektora finansów publicznych eksplodował, osiągając w 2015 r. ponad 10 proc. PKB, według danych MFW. W kolejnych trzech latach średnio przekraczał 8 proc. W rezultacie dług do PKB wystrzelił do poziomu 88,4 proc.

Chaos w finansach publicznych spowodował cięcie ratingu do poziomu śmieciowego, a brazylijski real w półtora roku stracił połowę wartości. Bezrobocie, które pod koniec 2014 r. wynosiło 4,57 proc., wzrosło w szczytowym momencie do 13,3 proc. PKB skurczył się podczas dwuletniej recesji o 7,5 proc., co było najgorszym okresem w historii dla brazylijskiej gospodarki.

Drastyczne reformy

Załamanie gospodarcze w ostatnich latach zbiegło się również z olbrzymią aferą korupcyjną obrazującą patologiczne powiązania parlamentarzystów ze spółkami skarbu państwa czy nawet zaprzyjaźnionymi firmami prywatnymi (np. z sektora budowlanego).

Afera dosłownie przeorała życie polityczne w kraju, a jej bezpośrednim skutkiem było wybranie przez Brazylijczyków na prezydenta skrajnie prawicowego Jaira Bolsonaro. Mimo że zwykle uwagę przykuwają jego silnie zabarwione ideologią wypowiedzi, to dużo ważniejsze są plany gospodarcze.

Nominowany przez niego minister finansów Paulo Guedes jest ortodoksyjnym liberałem. W brazylijskim kongresie procedowana jest obecnie ustawa o drastycznym podniesieniu wieku emerytalnego i likwidacji przywilejów. Oszczędności związane z reformami mają wynieść ponad 1 bilion reali, czyli niespełna 300 mld dolarów w ciągu najbliższej dekady.

Zakładana jest także szeroka prywatyzacja, która ma przeciąć patologię nieefektywnie zarządzanych spółek skarbu państwa. Brazylia ma też obniżyć chroniące ją do tej pory relatywnie wysokie cła oraz zredukować biurokrację, by wspierać konkurencję i rozwój.

To nie cud, tylko zła polityka

Utrzymująca się zaskakująco długo, wbrew sytuacji gospodarczej w innych krajach, dobra koniunktura jest często nazywana cudem gospodarczym. Nie inaczej było w Brazylii. Ten cud w przypadku latynoamerykańskiego państwa był jednak tylko i wyłącznie ułudą związaną ze zbyt silną i procykliczną stymulacją fiskalną oraz sprzyjającymi eksportowi cenami surowców.

Wysoki wzrost PKB i konsumpcja ukrywały z kolei słabości gospodarki, czyli niski poziom inwestycji prywatnych, brak reform strukturalnych, zaburzoną konkurencję i ingerencję państwa w ceny energii elektrycznej oraz paliw.

Z brazylijskiej lekcji warto wysnuć wnioski. Jeżeli szybki wzrost PKB nie wynika ze strukturalnych reform oraz inwestycji, lecz jest rezultatem zbyt silnej i mało produktywnej ingerencji państwa w gospodarkę, to cud wcześniej czy później zamienia się w koszmar.