Warszawa dzięki łagodnej zimie już oszczędziła 5 mln zł

Do końca grudnia warszawski Zakład Oczyszczania Miasta zaoszczędził 5 mln zł dzięki bezśnieżnej zimie. Od rozpoczęcia sezonu koszty odśnieżania w stolicy wyniosły 9 mln zł. Na najbliższe dni synoptycy zapowiadają opady śniegu. Gotowość służby utrzymają co najmniej do połowy kwietnia, więc na razie za wcześnie, by oceniać cały sezon i cieszyć się z ewentualnych oszczędności.

 – Do tej pory do budżetu miasta zwróciliśmy około 5 mln zł z tego względu, że taka kwota została nam w IV kwartale ubiegłego roku. Sezon zimowy zahacza o dwa kwartały: czwarty i pierwszy kolejnego roku. Rozliczamy się jednak w roku kalendarzowym, stąd też ten zwrot – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Iwona Fryczyńska z Zarządu Oczyszczania Miasta w Warszawie. – Do tej pory sezon zimowy kosztował nas około 9 mln zł, tyle pieniędzy wydaliśmy zarówno na oczyszczanie ulic, jak i terenów dla pieszych. Łączny koszt sezonu będziemy znali około połowy kwietnia.

ZOM do tej pory ogłosił 10 akcji, w których oczyszczanych było za każdym razem 40 proc. warszawskich ulic. Zakład odpowiada jedynie za te drogi, którymi kursuje komunikacja miejska. Odśnieżanie pozostałych ulic zleca 18 urzędów warszawskich dzielnic.

Koszt jednorazowego odśnieżania to od kilkuset tysięcy do nawet ponad miliona złotych. Zależy on od zakresu działania.

 – Jedna akcja oczyszczania ulic, do której wyjeżdża 165 posypywarek, kosztuje około 1,25 mln zł. Są też akcje nieco tańsze. Ponad 100 tys. zł kosztuje akcja, kiedy 40 pojazdów wyjeżdża na tzw. odcinki niebezpieczne, czyli odśnieża mosty, wiadukty i ulice spadkowe. Jest też akcja, do której wyjeżdża 310 pługosolarek – wylicza Fryczyńska.

Na cały sezon ZOM ma zabezpieczonych 71 mln zł. Jak tłumaczy Fryczyńska, wyłonieni w przetargach wykonawcy otrzymują zapłatę tylko za zrealizowane akcje. Jednak przez cały okres od 15 października do 14 kwietnia, a w zależności od pogody także poza tymi ramami, muszą utrzymywać gotowość do działania, czyli mieć wystarczającą załogę, sprzęt oraz środki chemiczne. Umowy są tak skonstruowane, by koszty ponoszone przez miasto były proporcjonalnie niższe podczas długich i śnieżnych zim. Wynika to z tego, że po 25. akcji w trakcie sezonu od stawek naliczane są upusty.

Wykonawcy mają podpisane z ZOM-em trzyletnie umowy, co ułatwia rozliczenia. W sezonie letnim zajmują się oni myciem i zamiataniem ulic. Roczne kontrakty są podpisywane z wykonawcami oczyszczania terenów dla pieszych, czyli głównie chodników, przejść na skrzyżowaniach, dojść do stacji metra oraz terenów wokół sześciu parków administrowanych przez ZOM (Ujazdowskiego, Skaryszewskiego, Praskiego, Cytadeli, Ogrodu Saskiego i Pola Mokotowskiego).

ZOM odpowiada łącznie za ok. 1,6 mln metrów kwadratowych terenów dla pieszych w Warszawie. Teren ten obejmuje także ok. połowę wszystkich miejsc w Strefie Płatnego Parkowania.

 – Inne tereny są oczyszczane na zlecenie 18 urzędów dzielnic. Ulice osiedlowe powinny być oczyszczane w ramach prac organizowanych przez administratorów osiedli – dodaje Fryczyńska.

Warszawa została podzielona na 15 rejonów, które są obsługiwane przez łącznie siedmiu wykonawców (w tym dwa konsorcja). Odśnieżanie terenów dla pieszych zostało podzielone na 16 rejonów, wykonawców jest również siedmiu.

Grupa Nokaut: warunkowe umowy kupna akcji Morizon S.A.

Grupa Nokaut podpisała warunkowe umowy kupna akcji spółki Morizon S.A. z trzema akcjonariuszami tej spółki. Łącznie zawarte umowy dotyczą 2 337 500 akcji spółki Morizon S.A., co stanowi 18,70% jej kapitału zakładowego. W ramach umów trzej akcjonariusze Morizon S.A. zobowiązali się do odsprzedania tej liczby akcji za łącznie 3 zł w przypadku, gdy Grupa Nokaut obejmie do 21 stycznia 2014 co najmniej 8 mln akcji serii E, zaś skonsolidowany zysk netto Morizon S.A. za 2014 rok będzie niższy niż 2 mln zł. Realizacja umów warunkowych może zwiększyć udział Grupy Nokaut w kapitale spółek Morizon i Melog do 29% oraz obniżyć wycenę bazową transakcji do kwoty 20 mln zł.

Umowy warunkowe dają akcjonariuszom Grupy Nokaut dodatkowe zabezpieczenie planowanej transakcji nabycia akcji Morizona w przypadku osiągnięcia przez Morizon i Melog niesatysfakcjonujących wyników finansowych.

Morizon SA jest notowaną na NewConnect grupą wyszukiwarek w sektorze nieruchomości. W grudniu 2013 Morizon SA podpisała umowę nabycia 100% udziałów Melog.com, największego w Polsce niezależnego wydawcy specjalistycznych serwisów dla branży nieruchomości. Docelowo Grupa Nokaut.pl nie wyklucza przejęcia całości akcji Morizon.pl. Planowana inwestycja w znaczącym stopniu dywersyfikuje działalność Grupy Nokaut na rynku polskim.

„Przejęcie znaczącej części udziałów Morizon.pl to solidnie przemyślana długoterminowa decyzja inwestycyjna. Bardzo starannie badaliśmy rynek pod kątem akwizycji jednego z graczy, gdyż zależało nam, aby jego działalność w jak największym stopniudopełniła naszą dotychczasową ofertę. Warto było czekać – w wyniku transakcji przejęcia przez Morizon.pl spółki Melog.com stanie się on jednym z 3 największych graczy na rynku nieruchomości w Internecie w Polsce. Jestem przekonany, że tak perspektywiczny partner zapewni wspólnie z nami nową, jeszcze lepszą jakość usług w sektorze e-commerce. To jednak nie koniec naszej aktywności – wciąż poszukujemy partnera branżowego dla porównywarki cenowej, co pozwoli na finalizację procesu dywersyfikacji naszego portfolio” – powiedział Sławomir Topczewski, prezes zarządu Grupy Nokaut.pl.

Spółka Morizon.pl – na początku grudnia 2013 roku – podpisała umowę inwestycyjną, zakładającą przejęcie kontroli nad spółką Melog.com – właściciela m.in. popularnych serwisów ogłoszeniowych: oferty.net, domy.pl, komercyjne.pl, noweinwestycje.pl, bezposrednie.com oraz oprogramowania DomyPro i Agencja3000. Część gotówkowa transakcji będzie przeznaczona na zakup udziałów od włoskich właścicieli Melog.com (45% udziałów) oraz przejęcie 3,72% udziałów od polskich właścicieli, natomiast nowe akcje Morizon.pl zostaną w całości objęte przez polskich współwłaścicieli spółki – Jarosława Święcickiego i Tomasza Święcickiego.

Grupa Nokaut narastająco po trzech kwartałach 2013 roku zanotowała przychody w wysokości 8,55 mln zł, o 18% wyższe rok do roku. Zwiększenie przychodów było efektem podwyższenia jakości serwisu i jego skuteczniejszej monetyzacji (wzrost stawki aCPC), wzrostu uśrednionej liczby przejść jednego użytkownika serwisu Nokaut.pl do sklepu internetowego (aUCR) oraz zwiększenia liczby użytkowników (RU) odwiedzających serwis Nokaut.pl.

Niknący zasięg Facebooka początkiem końca?

Eksperci social media od dłuższego czasu zauważają znaczący spadek zasięgu postów na Facebooku. Taki stan rzeczy z pewnością utrudnia planowanie strategii promocyjnej w mediach społecznościowych, a zarazem sprzyja powstawaniu sceptycznych opinii pod adresem zasadności podejmowania tego typy aktywności na tym konkretnym portalu. Czy zasłużenie?

Wielu specjalistów uznaje, że Facebook w Polsce osiągnął szczyt swoich możliwości i pomimo wzrostu unikalnych użytkowników w naszym kraju, nie ma on przed sobą tak świetlanej przyszłości jak zapowiadano przed latami. Pomimo zapewnień, że te zmiany zasięgu mają za zadanie dbanie o większą ilość unikalnych treści kosztem tzw. lolcontentu, to jednak wszyscy jednomyślnie uznają, że chodzi wyłącznie o wzrost zysków z płatnych reklam i sponsorowania postów.

Czy oznacza to, że promocja w Internecie wycofa się z social media? Jest to scenariusz raczej niezbyt prawdopodobny. Musimy pamiętać, że żaden portal społecznościowy nie jest w stanie na dzień dzisiejszy pochwalić się tak obszerną bazą odbiorców jak Facebook. Co więcej, w mediach społecznościowych zachodzi zjawisko przenikania się tych platform, bowiem każda z nich oferuje coś zupełnie innego.

Zarówno Instagram, jak i Twitter dają możliwość jednoczesnego zamieszczania wpisów na kilku serwisach, w tym na Facebooku. Wskazuje to wyraźnie kierunek, w którym powinny iść działania marketingowe. Nie wystarczy dzisiaj istnieć bowiem na jednej scenie, należy zróżnicować komunikację i rozszerzyć ją o pozostałe kanały dotarcia do odbiorców.

Zadanie to ułatwia fakt, że każdy z tych portali charakteryzuje się innym rodzajem komunikatów, dzięki czemu nie istnieje ryzyko powielania treści. Instagram na przykład skupia się bardziej niż inne serwisy na wizualnym aspekcie social media, prezentowane zdjęcia mają za zadanie przedstawienie marki w tzw. realu. Natomiast Twitter stanowi ciekawą opcję pozwalającą na przesyłanie bezpośrednio do użytkowników krótkich informacji dotyczących wszelkich nowinek z życia marki.

Rewolucyjne zmiany zasięgu postów na Facebooku prawdopodobnie zmuszą niejako do szerszej analizy aktualnego stanu rynku social media w Polsce. – komentuje Bartłomiej Pałacki, Social Media Manager GRUPA365NET – Ta trudna bądź co bądź sytuacja, jak nigdy wcześniej zweryfikuje zdolność adaptacji marketingowców do zmieniających się warunków, panujących na arenie mediów społecznościowych.

Wyniki branży faktoringowej w 2013 roku

Wyniki branży faktoringowej na koniec 2013 r. pozwalają z optymizmem patrzeć na najbliższe miesiące. Dynamika wzrostów obrotów w branży wyniosła w ubiegłym roku 15,54 proc., a faktorzy zrzeszeni w Polskim Związku Faktorów sfinansowali wierzytelności o łącznej wartości 96,58 mld złotych.

Dane te uważam za bardzo pozytywne, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, jak trudny dla polskiej gospodarki był ubiegły rok. Spowolnienie gospodarcze z którym mieliśmy do czynienia, powodowało, że warunki działania dla firm faktoringowych były trudniejsze niż w latach poprzednich. Mimo to, nie tylko poziom obrotów branży istotnie się zwiększył, ale można było również zaobserwować wysoki przyrost liczby klientów, dłużników i faktur finansowanych przez faktorów. Należy również pamiętać, że poziom nasycenia w polskiej branży faktoringowej jest już na wysokim, europejskim poziomie. Trudno więc oczekiwać ponad 20 proc. wzrostów, których świadkami byliśmy jakiś czas temu.

Widać już wyraźnie, że branża faktoringowa nabiera rozpędu. Po pierwszym kwartale 2013 r. dynamika obrotów wynosiła 10,6 proc., co przy poziomie notowanym na koniec roku, jest optymistycznym prognostykiem na kolejne miesiące. Trend wzrostowy będzie również wzmocniony przez coraz bardziej odczuwalne ożywienie gospodarcze. Wszystko wskazuje więc na to, że rok 2014 będzie dla branży jeszcze lepszy niż poprzedni. Wątpię jednak, aby dynamika wzrostów przekroczyła kilkanaście procent, co zważywszy na bardzo wysoką bazę i poziom nasycenia rynku będzie wynikiem znakomitym.

W mojej opinii, w najbliższych miesiącach faktorzy skupią się przede wszystkim na wprowadzaniu innowacji produktowych i technologicznych, co spowoduje, że faktoring stanie się prostszy w obsłudze i jeszcze bardziej przyjazny dla klientów.

Dariusz Steć, Wiceprezes Zarządu mFaktoring S.A.

Szef wszystkich szefów – ponad 10 tysięcy firm na Aleo

Przedsiębiorcy aktywnie korzystają z możliwości jakie daje Aleo. Do końca tego roku zostało opublikowanych ponad 1700 zapytań ofertowych oraz blisko 1000 aukcji w takich kategoriach jak m.in. usługi telekomunikacyjne, kurierskie i wykończeniowo-remontowe oraz artykuły biurowe i surowce do produkcji. Liczba firm zarejestrowanych na Aleo, platformie handlowo-aukcyjnej dla firm, przekroczyła 10 tysięcy. W tym czasie w serwisie opublikowano ponad 2700 aukcji i zapytań ofertowych.

Gdy w październiku ub. r. uruchamialiśmy Aleo, liczyliśmy, że osiągniemy poziom 10 tys. użytkowników w pierwszym kwartale tego roku. Tymczasem tyle firm zarejestrowało się już po trzech miesiącach od startu. Tak wysoka dynamika wzrostu liczby użytkowników świadczy, że Aleo sprawdza się jako narzędzie pozwalające firmom optymalizować procesy zakupowe. Najaktywniejszy użytkownik zawarł w tym czasie na Aleo ponad 120 transakcje. Nie spoczywamy jednak na laurach, w 2014 r. będziemy wzbogacać platformę o dodatkowe funkcje, a także wersje językowe – powiedział Michał Bolesławski, wiceprezes ING Banku Śląskiego.

Od grudnia ub. r. użytkownicy mogą także korzystać z przelewu AleoPay, dedykowanej formy płatności dla dokonywania zakupów i rozliczania transakcji pomiędzy użytkownikami platformy Aleo. W odróżnieniu od standardowych przelewów, AleoPay pozwala kupującemu (klientowi banku) na zniwelowanie ryzyka związanego z dokonywaniem przedpłaty na rachunek sprzedającego, natomiast sprzedającemu daje pewność związaną z wypłacalnością kupującego już przed wysłaniem towaru czy rozliczeniem wykonania usługi.

W listopadzie ub. r. ING Bank Śląski wprowadził możliwość finansowania dostawców, które ułatwia realizację procesów zakupowych oraz sprzedaży poprzez finansowanie faktur. Dzięki temu odbiorca ma możliwość poprawy warunków handlowych, w tym wydłużenia terminu płatności lub/i obniżenia ceny. Należności powstałe ze sprzedaży towarów i usług w tzw. kredycie kupieckim mogą zostać sfinansowane przed terminem płatności, co pozwala na zwiększenie sprzedaży oraz poprawę płynności finansowej dostawcy.

Platforma Aleo to pierwsze na polskim rynku kompleksowe i zaawansowane narzędzie do zarządzania procesem zakupowym i sprzedażowym dla firm. Aleo stanowi połączenie e-commerce, narzędzi wspierających procesy zakupowe i platformy społecznościowej. Z nowej platformy handlowo – aukcyjnej Aleo, mogą korzystać firmy reprezentujące różne branże takie, jak: usługi, produkcja, handel.

Platforma umożliwia między innymi:
– prowadzenie elektronicznego postępowania zakupowego (przetargi);
– organizowanie aukcji zakupowych i sprzedażowych;
– prezentacje katalogu swoich produktów i usług;
– negocjacje ceny;
– przekazanie do finansowania konkretnych faktur;
– pozyskanie rzetelnych kontrahentów;
– potwierdzenie własnej wiarygodności.

Korzystanie z platformy jest darmowe (dostęp do wszystkich funkcji platformy jest bezpłatny) i bardzo proste. Po wejściu na platformę wypełnia się krótki formularz rejestracyjny dla swojej firmy. Następnie wysyła przelew na 1 zł z konta firmy, by została ona pozytywnie zweryfikowana, a proces rejestracji zakończony (jeżeli firma jest klientem ING Banku Śląskiego to przechodzi na platformę bezpośrednio z systemu). Platforma jest dostępna pod adresem www.aleo.pl.

LPP: Nie mamy obowiązku maksymalizacji podatków

Spółka LPP postanowiła przenieść prawa do swoich marek do cypryjskiej i arabskiej spółki. Powodem jest optymalizacja podatkowa. To wywołało oburzenie niektórych klientów, którzy nawołują do bojkotu sklepów Reserved i innych marek firmy. – Nie ma obowiązku maksymalizowania podatków – mówi w wywiadzie dla Bankier.pl Dariusz Pachla, dyrektor finansowy bojkotowanej spółki.

Bankier.pl: Zacznijmy od zamieszania związanego z przeniesieniem spółki na Cypr. Czy Państwo, jako spółka, czujecie się poszkodowani przez media oraz internautów za to, że LPP zostało „napiętnowane” za optymalizację podatkową?

Dariusz Pachla, dyrektor finansowy LPP: Na pewno nie zgadzamy się na to, żeby ktoś publicznie nazywał nas oszustami i to jest absolutnie nie do przyjęcia. Kwestia poszkodowania w skutek takich działań jest oczywista, w rozumieniu ujmy na wizerunku. Nie mogę wskazać materialnych wartości poszkodowania, ale jeżeli chodzi o reputację – przeglądając różne nagłówki mediów – ten negatywny przekaz było widać. Odpowiadając więc wprost na pytanie: tak.

Bankier.pl: Co rusz możemy przeczytać o zachętach, które polski rząd kieruje do zagranicznych dużych korporacji, które mają wpłynąć na podjęcie decyzji o zainwestowaniu w Polsce. Czy Państwo otrzymują również takie wsparcie?

Dariusz Pachla: W niewielkim stopniu korzystamy z pomocy, czy to ulgi lokalnej związanej z inwestycją, czy to wsparcia unijnego, dotyczącego na przykład szkoleń. Od samego początku spółka przyjęła, że od niej zależy to, co się uda zbudować i nie ma postawy roszczeniowej wobec kogokolwiek. Nie za bardzo więc mam potrzebną wiedzę, żeby obiektywnie odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ nigdy nie staraliśmy się o jakieś wielkie pomoce – więc naturalnie tych pomocy nie otrzymywaliśmy.

Bankier.pl: Idąc tym tropem – czy ta niedawna optymalizacja podatkowa jest spowodowana tym, że podatki w Polsce są zbyt wysokie lub być może ciężkie do rozliczenia, czy po prostu jest taka możliwość?

Dariusz Pachla: Odpowiem tak: ponieważ nie ma obowiązku maksymalizowania podatków, a dopuszczalne i zgodne z prawem są takie działania, żeby zyski spółki były większe – to z tego korzystamy.

Nieruchomości – kupować czy poczekać?

Kupno mieszkania to inwestycja na długie lata, a nawet całe życie. Z jednej strony pochłania nasze oszczędności, z drugiej zaś może być doskonałym sposobem na ich ulokowanie. Jednak przed kupnem lokalu wielu zastanawia się, czy to aby najlepszy moment? Czy może lepiej poczekać, aż ceny staną się bardziej atrakcyjne?

Marcin Krasoń, Analityk Rynku Nieruchomości Home Broker
Marcin Krasoń, Analityk Rynku Nieruchomości Home Broker

Dla przyszłych właścicieli mieszkań, którzy liczą na kupno po niższej cenie, nie ma dobrych wiadomości. Taniej raczej nie będzie. Początek roku według ekspertów będzie okresem ożywienia na rynku pierwotnym. Stanie się tak za sprawą startu programu „Mieszkanie dla Młodych”, przez co utrzyma się niewielki wzrost cen nieruchomości, jaki jest widoczny od połowy 2013 roku.

Jak podkreśla Marcin Krasoń, Analityk Rynku Nieruchomości Home Broker „W większości dużych miast zanotowaliśmy wzrost cen, średnio o około 8-9%. Jest to spowodowane kilkoma czynnikami. Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe, co dwojako wpłynęło na rynek nieruchomości. Z jednej strony mamy nisko-oprocentowane kredyty hipoteczne, co oczywiście zachęca część osób do tego, żeby mieszkanie kupić. Z drugiej – niskie stopy to niskie oprocentowanie lokat. Wielu zamożniejszych klientów przenosi zatem swoje środki na rynek nieruchomości, kupując mieszkania chociażby na wynajem.”

Wzrost cen nieruchomości zależy nie tylko od niskich stóp procentowych. Oferta deweloperów jest duża. Podobnie kształtuje się popyt ze strony kupujących lokale. Stąd też, póki co, stabilne ceny. Jeśli jednak w 2014 roku liczba dostępnych na rynku lokali znacznie się zmniejszy, to można spodziewać się wzrostu cen. Jeżeli jednak deweloperzy będą realizować projekty tak jak dotychczas, to obecna stabilna sytuacja cenowa mieszkań się utrzyma.

Od czego zależy wysokość ceny nieruchomości? Od lokalizacji. W każdym mieście są miejsca bardziej lub mniej popularne. Standardowo do tych obleganych należy okolica śródmieścia bądź starego miasta. „[…] Im dalej od centrum, tym ceny są niższe. Warto zaznaczyć, że kupujący zwracają też uwagę na komunikację. Jeśli nieruchomość jest dobrze skomunikowana – cena wzrasta. Nieco inaczej wygląda to, gdy w najbliższej okolicy nie ma tramwaju czy pociągu podmiejskiego. Standardowo najtaniej możemy kupić mieszkanie poza granicami administracyjnymi miasta” – zaznacza Marcin Krasoń.

Realizacja marzeń o własnym „M” nigdy nie była łatwym orzechem do zgryzienia. Najtrudniej będzie osobom, które nie posiadają oszczędności. Rekomendacja S, wprowadzona przez Krajowy Nadzór Finansowy, wymaga wniesienia do kredytu hipotecznego wkładu własnego. W 2014 roku wynosi on co najmniej 5%.

„Mieszkanie dla młodych” – najczęściej zadawane pytania

Rządowy program dopłat „Mieszkanie dla młodych” ruszył zgodnie z planem. Niektóre zasady finansowego wsparcia budzą jednak wątpliwości zainteresowanych. Na najczęstsze pytania zadawane przez internautów odpowiadają analitycy portalu finansowego Bankier.pl.

Dopłaty do kredytów mieszkaniowych przyznawane są na dość restrykcyjnych warunkach. Otrzymać je mogą tylko osoby poniżej 35 roku życia, które nie posiadały nigdy nieruchomości. Samo mieszkanie lub dom musi również mieścić się w limitach cenowych, zróżnicowanych w zależności od gminy. Te zasady mnożą pytania wśród osób zamierzających wkrótce ubiegać się o kredyt na zakup pierwszego mieszkania.

Czy o dopłaty można ubiegać się, będąc współwłaścicielem innego mieszkania? Czy o kredyt z dopłatą można wnioskować, pozostając w separacji i posiadając rozdzielność majątkową? Czy MdM dotyczy mieszkań, które zostaną oddane w tym roku, jednak formalnie kupiono je jeszcze w 2013 r.? Czy jeśli do kredytu przystępuje się z rodzicem, również jego obowiązuje warunek dotyczący wieku? – to tylko niektóre z pytań, z jakimi na łamach portalu zmierzył się analityk Bankier.pl dr Michał Kisiel.

– Nie brakuje osób, które choć deklarują zakup nieruchomości w niedługim czasie, nadal niewiele wiedzą o obowiązujących od stycznia zasadach dopłat do kredytów. Roczna przerwa pomiędzy startem „Mieszkania dla młodych” a „Rodziną na swoim” też niewiele w tym zakresie zdziałała – spotykamy się z pomyleniem założeń obu programów. Wiele osób ma nadzieję, że zakwalifikuje się do programu w oparciu o kryteria, do których ustawodawca nie odnosi się wprost – i tak pojawiają się pytania o budynki zaadaptowane na nowo przez dewelopera czy o wiek kredytobiorcy nie będącego współmałżonkiem – mówi analityk Bankier.pl.

Pytania o nowy program dopłat można kierować na adres [email protected].

Pełne zestawienie najciekawszych pytań i odpowiedzi:http://www.bankier.pl/wiadomosc/Mieszkanie-dla-mlodych-pytania-czytelnikow-2982420.html

Józef Wancer uhonorowany przez Pracodawców RP

Od 2002 roku Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej przyznają nagrody dla wybitnych Polaków, których działalność przynosi szczególne korzyści polskiej gospodarce. W tym roku, podczas dwunastej edycji Wektorów wśród uhonorowanych znalazł się prezes Zarządu Banku BGŻ – Józef Wancer.

Józef Wancer został doceniony za wybitne, wieloletnie osiągnięcia w dziedzinie bankowości w okresie polskiej transformacji ustrojowej. – Gdy wracałem 20 lat temu do Polski, nie podejrzewałem, że w życiu zawodowym odegram taką rolę w transformacji systemu bankowego, dziś mogę te doświadczenia przekazywać innym – podkreślał prezes Wancer.

– Wektory wędrują (…) w ręce tych, którzy z wielką pasją i oddaniem budują pomyślność swoją i naszego kraju. Honorujemy naszą nagrodą osobowości wyrastające ponad przeciętne. Nagradzamy ludzi, którzy tworzą wartości konstytuujące naszą gospodarkę – mówił podczas gali wręczenia Wektorów Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

Zaznaczył, że od lat kapitule konkursu przyświeca jedna idea: nagradzać i upowszechniać najlepsze wzory i praktyki oraz zachęcać innych do ich powielania. Andrzej Malinowski wskazał, że nagrody przyznawane są przedsiębiorcom, politykom, przedstawicielom świata kultury, mediów oraz organizacji społecznych, którzy ciężką pracą dają przykłady godne naśladowania.

Super Wektora 2013 – specjalną nagrodę dla wybitnej osoby, która ciężką i twórczą pracą przyczynia się do wspólnego dobra, wręczono Januszowi Lewandowskiemu. Komisarz ds. budżetu i programowania finansowego Komisji Europejskiej został nagrodzony za „uporczywe i konsekwentne – mimo wielu przeciwności – budowanie polskiej gospodarki wolnorynkowej oraz za realizowanie wizji Unii Europejskiej zgodnej z aspiracjami i oczekiwaniami polskich przedsiębiorców”.

***
WEKTORY – nagrody przyznawane przez Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej (wcześniej Konfederację Pracodawców Polskich) od roku 2002. Przyznawane są osobom, które swoją działalnością, w różnych dziedzinach gospodarki wskazują godne naśladowania kierunki postępowania, są autorami nowatorskich rozwiązań, szczególnie cennych dla polskiej gospodarki i życia społecznego

Angażowanie fanów na Facebooku w 5 prostych krokach

Siła fanpage’a często błędnie jest pojmowana jako ilość fanów, którzy polubili naszą stronę. Użytkownicy często klikną przycisk „Like” z ciekawości, po czym nie zaglądają na FP, nie udzielają się na nim, słowem – nie tworzą społeczności. A społeczność to kluczowe kryterium sukcesu kanału na social media. Jak przekuć w takim razie ilość na jakość?

1. Treść postów, która odnosi się do życia offline

Internet, mimo że potrafi żyć własnym życiem, jest niejako odzwierciedleniem wydarzeń toczących się poza nim. Użytkownicy zauważą z pewnością, jeśli komunikacja naszego fanpage’a nie będzie się odnosiła zupełnie do tego, co ich otacza na co dzień. W efekcie, staniemy się dla potencjalnych odbiorców nieatrakcyjni, niewiarygodni. A brak wiarygodności to gwóźdź do trumny dla każdego, nawet najbardziej misternego planu komunikacji.

2. Pytania otwarte

Tego typu pytania niosą ze sobą spore ryzyko, ponieważ odpowiedź nie zawsze może się naszej marce przysłużyć. Jednakże ryzyko to jest najwyższe tylko wtedy, jeśli nie przemyślimy dokładnie treści komunikatu. Zanim zamieścimy tego typu pytanie do internautów, warto się zastanowić nad możliwymi negatywnymi skutkami tych działań. Po rozważeniu plusów i minusów, przeanalizowaniu ewentualnych konsekwencji, można z czystym sumieniem przystąpić do tworzenia treści.

3. Konkursy

Konkursy z nagrodami są częstym sposobem na wzrost zaangażowania fanów, jednak należy przygotować je rozmyślnie. Nagrody za jakikolwiek komentarz, czy polubienie zdjęcia nie spowodują wzrostu zaangażowania naszych odbiorców. Warto urozmaicić zadanie konkursowe, zmusić niejako użytkowników do kreatywności, a z pewnością odbije się to pozytywnie na przyszłych relacjach marki z odbiorcą.

4. Więcej niż jedna platforma

Firmy, które poprzestają na Facebooku nigdy nie osiągną maksymalnych korzyści wynikających ze wzrostu zainteresowania naszymi treściami. Pamiętajmy o tym, że każde medium społecznościowe ma do zaoferowania inne narzędzia. Zróżnicowanie naszych działań z pewnością zostanie pozytywnie odebrane przez internautów i stworzy solidną społeczność.

5. Eventy

Marka, która organizuje wydarzenie promujące jej wizerunek, powinna czuć się zobowiązana do komunikowania tego na wszystkich dostępnych kanałach, jednakże zwykła informacja nie wystarczy do tego, aby osiągnąć na tym polu sukces. Należy zainteresować wydarzeniem, ale również przypominać o nim nawet po tym jak się ono zakończyło.

Walka o zaangażowanie fanów na Facebooku to długi i żmudny proces. Droga ta z pewnością najeżona jest trudnościami i pułapkami – komentuje Bartłomiej Pałacki, Social Media Manager GRUPA365NET – Jednakże jeśli my sami zaangażujemy się w ten proces bez reszty, to z pewnością nasi odbiorcy odwzajemnią nasz wysiłek.

Importerzy i eksporterzy mówią: będzie dobrze!

AKCENTA, instytucja płatnicza zajmująca się obsługą transakcji walutowych dla firm, zapytała polskich eksporterów i importerów o ich przewidywania dotyczące najbliższych miesięcy i całego 2014 r. Firmy zajmujące się handlem zagranicznym są optymistyczne: 38,1 proc. prezesów i właścicieli w perspektywie roku widzi przed sobą więcej szans niż ewentualnych zagrożeń.

Więcej zagrożeń niż szans dostrzega przed sobą 18,5 proc. firm eksportowych i importowych. 37,6 proc. jest zdania, że w kolejnym roku czeka ich tyle samo szans, co zagrożeń.

Badanie przeprowadzone przez AKCENTĘ* wykazało różnice pomiędzy przewidywaniami eksporterów a przewidywaniami importerów. Wśród eksporterów więcej szans niż zagrożeń widzi 38,6% zapytanych, tyle samo szans ile zagrożeń – 38,6%, a więcej zagrożeń niż szans – 20,8%. Wśród importerów wskaźniki wynosiły odpowiednio 36,7%, 37,6% i 16,5%. Oznacza to, że importerzy mniej boją się przyszłości i że mają nadzieję dorównać eksporterom, dzięki którym polska gospodarka ma się tak dobrze (zgodnie z danymi GUS wpływ eksportu netto na tempo wzrostu gospodarczego w III kw. roku wyniósł +1,4 pkt. proc., w II kw. br. +2,5 pkt. proc.). Stosunkowo większy optymizm importerów jest dobrym znakiem na przyszłość, bo to właśnie import jest głównym wyznacznikiem popytu wewnętrznego, tak ważnego dla krajowej gospodarki. Wszyscy cieszymy się, że polski eksport tak świetnie sobie radzi, ale dopiero, gdy zacznie rosnąć popyt wewnętrzny w Polsce będziemy mieć prawdziwe powody do radości podkreśla Radosław Jarema, dyrektor zarządzający AKCENTA w Polsce.

Z jednej strony importerzy są bardziej optymistyczni, z drugiej jednak strony są mniej pewni swoich prognoz. Niemal co dziesiątemu importerowi (9,2%) trudno jest ocenić przyszłość swojej firmy w perspektywie roku, natomiast ten sam problem ma jedynie co pięćdziesiąty eksporter (2%).

Zgodnie z wynikami badania im większa firma, tym lepsze jest jej nastawienie do przyszłości. Najbardziej optymistyczni są właściciele przedsiębiorstw o obrotach powyżej 50 mln EUR aż 37,5% z nich widzi przed sobą więcej szans niż zagrożeń, a jednocześnie tylko 6,3% widzi przed sobą więcej zagrożeń niż szans. Mniej optymistyczne są firmy najmniejsze, o obrotach do 10 mln EUR: 29,5% dostrzega więcej zagrożeń niż szans a 26,7% więcej szans niż zagrożeń.

* Ogólnopolskie badanie Plany importerów i eksporterów dla AKCENTY w dniach 29-31.10.2013 r. przeprowadził Instytut Homo Homini. Badanie zostało wykonane na próbie 216 przedsiębiorstw zajmujących się importem i/lub eksportem metodą telefonicznych, standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI).

Sprzedaż w App Store w roku 2013 sięgnęła 10 miliardów USD

Firma Apple ogłosiła, że w 2013 roku klienci wydali w App Store ponad 10 miliardów USD, z czego ponad 1 miliard USD w samym tylko grudniu. Klienci App Store pobrali w grudniu ponad trzy miliardy aplikacji, przez co miesiąc ten zapisał się jako rekordowy w całej historii App Store. Twórcy aplikacji dla platform Apple zarobili już w App Store 15 miliardów USD.

„Pragniemy podziękować naszym klientom, dzięki którym rok 2013 był dla App Store najlepszy w historii” — powiedział Eddy Cue, wiceprezes Apple ds. oprogramowania i usług internetowych. „Świąteczna oferta aplikacji była w tym roku bezkonkurencyjna i już nie możemy się doczekać atrakcji, jakie twórcy oprogramowania szykują na rok 2014”.

Nowy system iOS 7 otworzył przed programistami możliwość wykorzystania przeprojektowanego interfejsu użytkownika oraz ponad 200 nowych funkcji i wywołań API. Tacy twórcy oprogramowania, jak Evernote, Yahoo!, AirBnB, OpenTable, Tumblr, Pinterest i American Airlines zaproponowali zupełnie nową jakość interakcji z użytkownikiem, lepiej eksponując treść, a jednocześnie zwiększając ogólną efektywność i wydajność aplikacji.

W roku 2013 byliśmy świadkami zaskakujących sukcesów takich aplikacji, jak Heads Up Ellen DeGeneres, Moves firmy ProtoGeo, Afterlight Simona Filipa i Impossible Road Kevina Ng. Wiele spośród największych hitów ubiegłego roku, m.in. Candy Crush Saga, Puzzles & Dragons, Minecraft, QuizUp i Clumsy Ninja, powstało w studiach międzynarodowych firm programistycznych, a jednocześnie na horyzoncie pojawili się twórcy, którym szczególnie bacznie warto przyglądać się w 2014 roku — na przykład Duolingo (Stany Zjednoczone), Simogo (Szwecja), Frogmind (Wlk. Brytania), Plain Vanilla Corp (Islandia), Atypical Games (Rumunia), Lemonista (Chiny), BASE (Japonia) i Savage Interactive (Australia).

Oferta rewolucyjnego serwisu App Store obejmuje ponad milion aplikacji dla użytkowników iPhone’a, iPada i iPoda touch ze 155 krajów świata. Z tego ponad 500 000 to aplikacje stworzone specjalnie dla iPada. Klienci App Store mogą wybierać spośród niezwykle szerokiej gamy aplikacji należących do 24 kategorii, takich jak gazety i magazyny w Kiosku, gry, aplikacje dla biznesu, aplikacje dostarczające wiadomości, aplikacje sportowe, dla dzieci, dla osób prowadzących zdrowy i aktywny tryb życia oraz przydatne w podróży.

Wektor 2013 dla Tomasza Czechowicza

0

Tomasz Czechowicz, Prezes Zarządu MCI Management SA, został uhonorowany przez Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej nagrodą Wektor 2013.

Jestem zaszczycony i niezmiernie dumny z otrzymania tej prestiżowej nagrody – oświadczył Tomasz Czechowicz. Dla mnie nagroda jest dowodem uznania drogi jaką z moim zespołem przeszliśmy od powołania do życia MCI Management – dodał

Już od 11 lat Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej (wcześniej Konfederacja Pracodawców Polskich) przyznaje Wektory wybitnym osobistościom ze świata gospodarki, polityki, kultury i mediów. Nagrodę otrzymują osoby wskazane przez Kapitułę Pracodawców RP, które swoją działalnością, w różnych dziedzinach gospodarki prezentują postawy godne naśladowania, są autorami nowatorskich rozwiązań, szczególnie cennych dla polskiej gospodarki i życia społecznego. Wektory przyznawane są również za działalność wspierającą przeobrażanie Polski w kraj nowoczesny, sprawnie zarządzany oraz przyczyniającą się do tworzenia klimatu sprzyjającego rozwojowi przedsiębiorczości.

W poprzednich edycjach nagrody otrzymali m. in. Herbert Wirth – Prezes Zarządu KGHM Polska Miedź S.A., Zbigniew Jagiełło – Prezes Zarządu PKO BP, Leszek Czarnecki – przewodniczący Rady Nadzorczej Getin Noble Bank S.A., czy też Zygmunt Solorz-Żak – Przewodniczący Rady Nadzorczej Polsat SA.

Statuetki za 2013 roku wręczono 11 stycznia 2014 r. podczas Dorocznego Balu Pracodawców.

Opłata audiowizualna zastępująca abonament RTV ma wynieść maksymalnie 100 zł rocznie. Wpływy mają być trzykrotnie wyższe niż obecnie

O rewolucji w finansowaniu działalności mediów publicznych słychać od dawna. Projekt ustawy o opłacie audiowizualnej, która miałaby zastąpić abonament, trafił do Sejmu we wrześniu i utknął. Minister kultury zapewnia, że trwają jeszcze analizy prawne nowych zapisów. Resort kultury proponuje, by opłata audiowizualna nie przekraczała 100 zł rocznie.

 – Projekt ten jest przedmiotem rozmaitych ocen prawnych i analiz dotyczących przede wszystkim trzech kwestii: trybu egzekucji opłaty audiowizualnej, ustalenia płatników i zagwarantowania środków na realizacje misji dla mediów prywatnych – tłumaczy w rozmowie z Newserią Biznes Bogdan Zdrojewski, minister kultury i dziedzictwa narodowego.

Abonament RTV w 2014 roku to opłata w wysokości 19,30 zł miesięcznie, jednak płaci go – według danych Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji za 2012 rok – jedynie 10 proc. gospodarstw domowych. To łącznie 550 mln zł. Według Głównego Urzędu Statystycznego co najmniej jeden telewizor posiada prawie 98 proc. gospodarstw. Nowa, niższa, ale powszechna opłata przyniosłaby trzykrotnie wyższe wpływy.

 – Proponujemy opłatę na bardzo niskim poziomie, bo w wysokości maksimum 100 zł rocznie przy wpłacie jednorazowej. Trzeba jednak ustalić, w jakim trybie ją egzekwować. Drugi ważny problem: czy powinna być powiązana z adresem domowym, adresem pocztowym, czy z innym elementem, na przykład licznikiem energii – wyjaśnia Bogdan Zdrojewski.

Dotychczasowy abonament miał zasilać wyłącznie telewizję publiczną, media prywatne musiały radzić sobie same. W nowym prawie takiego podziału nie będzie.

 – Bardzo zależy mi na tym – i to jest trzeci analizowany problem – aby w ustawie o opłacie audiowizualnej znalazły się zapisy gwarantujące możliwość korzystania z zebranych środków także przez media prywatne na realizację projektów misyjnych. Dodatkowo, żeby ten procent w każdym roku był powiększany o określony stopień – informuje minister.

Ministerstwo proponuje także ograniczanie udziału reklam w finansowaniu telewizji publicznej. Obecne rozwiązania, jak podkreśla minister, nie są satysfakcjonujące. Chociaż jednocześnie zapowiada, że na tym etapie resort nie chce likwidować reklamy w mediach publicznych.

 – Należy też rozstrzygnąć kwestie uprawnień dotyczących podziału pozyskanej kwoty. Wydaje mi się, że każdemu Polakowi zależy na gwarancji, że te środki, które trafią do telewizji, nie będą marnowane – dodaje Bogdan Zdrojewski.

Z przeprowadzonego kilka miesięcy temu sondażu CBOS wynika, że 54 proc. osób krytykuje wprowadzenia opłaty audiowizualnej, a 63 proc. oczekuje finansowania mediów publicznych z budżetu. Ale bez względu na wyniki badań, potencjalna likwidacja abonamentu oznacza konieczność znalezienia innego sposobu finansowania działalności mediów publicznych lub ich prywatyzację, czego nie chce 59 proc. Polaków.

25 stycznia mija termin zapłaty pierwszej raty abonamentu RTV za bieżący rok.

Resort gospodarki: Ustawa o OZE może wejść w życie jeszcze przed wakacjami

CEO Magazyn Polska

Ustawa o odnawialnych źródłach energii może wejść w życie jeszcze przed letnimi wakacjami zapewnia Ministerstwo Gospodarki. Jeszcze w tym tygodniu projektem zajmie się Komitet Stały Rady Ministrów. Na nowym prawie mogą skorzystać osoby mające przydomowe elektrownie wiatrowe lub słoneczne, bo na odprowadzanym do sieci prądzie będzie można zarabiać. 

 – W końcu grudnia projekt wyszedł z Ministerstwa Gospodarki, w tym tygodniu będzie przedmiotem obrad Komitetu Stałego Rady Ministrów, a później zobaczymy. Jestem optymistą. Wierzę, że jeszcze w tym miesiącu zostanie on skierowany pod obrady Rady Ministrów, a później Sejmu – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jerzy Pietrewicz, wiceminister gospodarki odpowiedzialny za kwestie energetyki odnawialnej.

Pietrewicz oczekuje, że ustawa szybko przebrnie przez parlament i jeszcze w tym roku wejdzie w życie. Jak mówi, jest szansa, że nastąpi to nawet przed letnimi wakacjami.

To już trzecia wersja ustawy w ostatnich trzech latach. Pierwsza została zaprezentowana przez resort gospodarki w grudniu 2011 roku. Brak regulacji hamuje rozwój całego sektora OZE w Polsce, ponieważ inwestorzy wstrzymują swoje projekty. Opóźnienie we wdrożeniu unijnej dyrektywy o OZE może też skutkować karami ze strony UE. Polsce grozi kara w wysokości 130 tys. euro za jeden dzień zwłoki (liczony od dnia wydania decyzji przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości, przed którym toczy się to postępowanie).

 – My dzielimy rynek OZE na trzy części. Jeden to jest ten dotychczasowy, oparty na zielonych certyfikatach i tego obszaru nie zamierzamy rozwijać, chcemy go niejako zamrozić na tym poziomie, na którym jest – zapewnia wiceminister.

W ustawie pojawi się za to nowy element prosumencki, czyli pozwalający na produkcję energii przez konsumentów. To zachęta dla Polaków, by instalowali przydomowe elektrownie wiatrowe lub panele fotowoltaiczne.

 – Chcemy dać szansę ludziom, którzy zużywają prąd, żeby mogli zostać także jego wytwórcami, a nadwyżki odprowadzać do sieci – podkreśla Pietrewicz.

Ustawa ma też zapewnić produkcję energii ze źródeł odnawialnych na odpowiednim poziomie. Zostaną w niej wprowadzone mechanizmy rynkowe, które będą działać regulacyjnie. Choć Pietrewicz podkreśla, że im więcej energii odnawialnej, tym lepiej, to jednak przyznaje, że jest ona droższa.

 – Ona oczywiście kosztuje i to dużo więcej niż ta konwencjonalna. Dlatego też musimy ważyć, jako społeczeństwo, na jakie udziały energii odnawialnej możemy pozwolić sobie w miksie energetycznym. Ten udział do 2020 roku zapisany na poziomie 19 proc. osobiście uważam za rozsądny – ocenia Pietrewicz.

Zgodnie z przyjętą w 2009 r. polityką energetyczną Polski do 2020 r., co najmniej 15 proc. zużywanej energii powinno pochodzić ze źródeł odnawialnych. Rząd celuje jednak w wyższy próg – 19 proc. Obecnie ok. 90 proc. zużywanej w Polsce energii pochodzi z węgla.

Jak wynika z wyliczeń Instytutu Energetyki Odnawialnej, obecnie energia elektryczna z elektrowni wiatrowej kosztuje od 330 do 510 zł za MWh, a z paneli fotowoltaicznych 490-510 zł za MWh. Średnia cena energii elektrycznej w III kwartale 2013 r. według Urzędu Regulacji Energetyki wynosiła niecałe 200 zł (bez uwzględnienia podatków i opłat). IEO przewiduje jednak, że nawet nie uwzględniając rządowego wsparcia, rozwój technologii spowoduje spadek ceny energii wiatrowej i słonecznej w najbliższych latach.

Likwidacja umów śmieciowych nie pomoże ani zleceniobiorcom, ani państwu

CEO Magazyn Polska

Zapowiedziane przez premiera Donalda Tuska zakończenie niechlubnej ery śmieciówek wzbudza kontrowersje ekspertów. Ich zdaniem oskładkowanie umów cywilnoprawnych doprowadzi do tego, że zatrudnianie pracowników przestanie się opłacać lub że przejdą oni do szarej strefy. W efekcie stracą zarówno zleceniobiorcy, jak i państwo.

 – Koszty pracy, takie jak podatki i składki, są zdecydowanie zbyt wysokie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Izabela Styczyńska, członek zarządu  Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. – To właśnie dlatego rośnie zapotrzebowanie na umowy cywilnoprawne. Jeżeli one zostaną oskładkowane to albo ludzie stracą pracę, przejdą do szarej strefy, albo ich zarobki netto spadną.

Ubezpieczenia społeczne przy umowach-zlecenia nie są obowiązkowe np. w sytuacji, gdy zleceniobiorca jest zatrudniony u innego pracodawcy, gdzie zarabia przynajmniej najniższą krajową. Ponadto osoba, która pracuje wyłącznie na umowach-zlecenia, niekoniecznie podlega obowiązkowym ubezpieczeniom społecznym od każdej z nich. Jeśli są one zawierane z różnymi zleceniodawcami, bądź z tym samym, ale dotyczą różnych czynności, to składki odprowadzane są tylko od umowy zawartej najwcześniej, która często opiewa na najniższą kwotę. Według propozycji premiera, podstawę wymiaru składek stanowić będzie średni dochód ze wszystkich umów zleceń.

Zdaniem Izabeli Styczyńskiej konsekwencje tego typu reform będą szczególnie niekorzystne dla osób, które traktują pracę na umowę zlecenie jako sposób na dorobienie czy zdobycie doświadczenia zawodowego.

 – Doprowadziłoby to do spadku zatrudnienia osób, które pracują w weekendy, np. studentów. Oskładkowanie niewątpliwie nie będzie dla nich korzystne – zauważa Styczyńska.

Stracą zleceniobiorcy i państwo

Paradoksalnie oskładkowanie umów-zleceń może okazać się niekorzystne nawet dla budżetu państwa i ZUS-u.

 – Pracodawcom nie opłaca się zatrudniać na umowy o pracę, a zwiększenie oskładkowania umów-zleceń doprowadzi także do spadku opłacalności zatrudnienia na te umowy. W efekcie spadnie zatrudnienie, a co za tym idzie wysokość odprowadzanych składek i podatków – przekonuje rozmówczyni Newserii Biznes.

W ubiegły piątek Donald Tusk zapowiedział inwestycje rządowe, które  mają na celu stworzenie miejsc pracy oraz premiowanie przy zamówieniach publicznych firm zatrudniających na etaty. Powiedział również, że w tym roku ponownie zostanie podniesiona płaca minimalna oraz rozważone zostanie wprowadzenie minimalnego wynagrodzenia godzinowego dla umów cywilnoprawnych. Wspomniał także o planach objęcia składkami wynagrodzeń z tytułu członkostwa w radach nadzorczych. Na koniec roku bezrobocie, według oficjalnych prognoz, ma wynosić 13,8 proc., jednak Tusk wyraził nadzieję, że spadnie ono poniżej 13 proc.

Rośnie liczba klientów firm pożyczkowych. Ich zadłużenie sięgnęło 4 mld zł

CEO Magazyn Polska

O ile banki nie zmienią swojej polityki kredytowej, nie będą stanowić konkurencji dla firm pożyczkowych – uważa Jarosław Ryba, prezes Związku Firm Pożyczkowych. Dużą grupę klientów takich firm stanowią osoby wykluczone z sektora bankowego, m.in. ze względu na brak pozytywnej historii kredytowej czy brak odpowiednich dochodów. Teraz oferty banków i instytucji pozabankowych się uzupełniają, w przyszłości mają się do siebie coraz bardziej zbliżać.

  Sektor firm pożyczkowych i sektor kredytów bankowych w żaden sposób nie są wobec siebie konkurencyjne, a jedynie uzupełniają swoją ofertę. Żaden bank nie jest w stanie tak szybko zapewnić finansowania dla nowego klienta. Poza tym banki nie oferują pożyczek i kredytów na miesiąc, a jeżeli tak się dzieje, to są to incydentalne oferty – argumentuje Jarosław Ryba w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – Po drugie, część klientów jest z definicji wykluczona z sektora bankowego i oni mogą szukać finansowania tylko w sektorze pozabankowym.

To na przykład osoby, które nie posiadają pozytywnej historii kredytowej i nie są dla banków wiarygodne. Już dziś dużą grupę klientów firm pożyczkowych stanowią osoby pracujące na umowy cywilno-prawne.

 – Wiele wskazuje na to, że umowy cywilno-prawne i elastyczne formy zatrudnienia nie odejdą do lamusa i w przyszłym, i w kolejnych latach będzie ich coraz więcej na rynku. Także i klientów sektora firm pożyczkowych będzie przybywać. Pod warunkiem jednak, że banki nie zweryfikują swojego modelu oceny ryzyka kredytowego – mówi prezes Związku Firm Pożyczkowych (ZFP).

Do wzrostu konkurencji na rynku pożyczek może przyczynić się deklarowane przez KNF poluzowanie polityki kredytowej banków. Spełnienie tych deklaracji oznaczałoby, że  banki będą mogły nie tylko poszerzyć swoją ofertę, lecz także poluzować kryteria oceny zdolności kredytowej klienta. Branża firm pożyczkowych nie obawia się jednak konkurencji ze strony banków. Tym bardziej że już dziś niektóre produkty bankowe mają bardzo podobne parametry do tych, które oferują firmy pożyczkowe.

 – Uważamy, że zdrowa konkurencja jest pozytywnym aspektem na rynku. Już w tej chwili widać w porównaniach, że pożyczając nieduże kwoty, np. 1000 zł, koszty w najlepszych firmach pożyczkowych i niektórych bankach są bardzo do siebie zbliżone – wyjaśnia Jarosław Ryba.

Jego zdaniem oba sektory, mimo że są zupełnie inne, będą częściowo się do siebie zbliżać. 

 – Zwłaszcza że niektóre firmy pożyczkowe myślą o tym, żeby być może w przyszłości przekształcić się w banki. Z kolei banki myślą o tym, żeby coraz odważniej wchodzić na rynek pożyczek pozabankowych i o otwieraniu chociażby filii w formie firm pożyczkowych – tłumaczy Ryba.

Obecną wartość rynku pożyczek pozabankowych, czyli zadłużenie klientów firm pożyczkowych, szacuje się na 4 mld zł. Z ich usług korzysta około 4 proc. gospodarstw domowych. Dla porównania wartość kredytów konsumenckich zaciągniętych w bankach wynosi 123 mld zł. 

 – Na początku 2013 roku mówiło się, że 2012 rok zamknął się wynikiem 3 mld zł. Jest to więc bardzo duży wzrost – komentuje Jarosław Ryba.

ZFP szacuje, że w przyszłym roku rynek pożyczek pozabankowych będzie rósł w podobnym tempie. Firmy pożyczkowe nie obawiają się w związku z tym utraty dotychczasowych klientów, głównie z tego powodu, że produkt, który oferują, trafia w bieżące potrzeby pożyczkobiorców i wypełnia niszę w całym rynku kredytów konsumpcyjnych.

PZU zmienia system informatyczny. Co miesiąc włącza do niego 1000 nowych agentów

CEO Magazyn Polska

PZU co miesiąc wdraża około tysiąca nowych agentów do nowoczesnego systemu informatycznego Everest. System ma umożliwić szybsze zawieranie umów i wygodniejszą obsługę posprzedażową, a także szybszą obsługę wniosków i zapytań klientów. Pilotaż prowadzi lubelski oddział firmy.

 Zaczynamy od niewielkiej grupy agentów, ale co miesiąc będziemy wdrażali około tysiąca nowych agentów do systemu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Kopyt, dyrektor transformacji IT w firmie PZU.

Pilotaż systemu Everest składa się z dwóch etapów. Pierwszy z nich – tzw. mały pilotaż – trwał od 18 listopada do końca grudnia ubiegłego roku. Z kolei tzw. duży pilotaż rozpocznie się 13 stycznia i zakończy w lutym 2014 r. W jego ramach z Everestu korzystać będą wszyscy agenci wyłączni i oddziały sprzedażowe PZU w lubelskich i podkarpackich sieciach firmy.

 – Tam, gdzie wdrożono system, ograniczono dokumentację i znacząco skrócono proces wystawiania polisy – zauważa Kopyt.

Po zakończeniu pilotażu nastąpi podzielone na trzy etapy wdrażanie systemu. Najpierw do systemu wprowadzone zostaną produkty mieszkaniowe, komunikacyjne, a częściowo także majątkowe. Jeszcze w 2014 i w 2015 r. PZU wprowadzi produkty dla klientów indywidualnych oraz małych i średnich przedsiębiorstw, a w 2016 r. dla korporacji.

 – Pełne wdrożenie nowego systemu potrwa ok. 2,5 roku – mówi dyrektor transformacji IT w firmie PZU.

Stary, działający od 17 lat, system informatyczny w PZU jest niewystarczający na potrzeby nowoczesnego rynku. Everest jest narzędziem bardziej elastycznym, pozwalającym na szybką reakcję na zmiany rynkowe i produktowe. Będzie on odpowiadał m.in. za generowanie nowych dokumentów, odnawianie polis, zmiany w polisach, płatności czy ofertowanie oraz sprzedaż.

Za 20 lat inwestycje na giełdzie staną się powszechne

CEO Magazyn Polska

Typowy polski inwestor trzyma akcje mniej więcej przez rok. Ten model inwestowania będzie się jednak zmieniał. Według Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych za 15-20 lat powszechne stanie się wieloletnie lokowanie oszczędności w akcjach spółek zamiast zakładania depozytów.

Z upływem lat i w miarę bogacenia się społeczeństwa kupowanie akcji spółek giełdowych będzie coraz bardziej popularne. Polacy, zmuszeni z jednej strony do oszczędzania na emeryturę, a z drugiej – częściowo zniechęceni do lokat przez niskie stopy procentowe (zwłaszcza, jeśli Polska znajdzie się w strefie euro), zwrócą się w stronę giełdy.

 – Za 15-20 lat inwestowanie na giełdzie może nie będzie tak popularne, jak zakładanie lokat w banku, ale stanie się realną formą oszczędzania pieniędzy. Dziś handel akcjami uważa się za działalność bardzo ryzykowną, choć to zależy od sposobu inwestowania. W ciągu dwóch dekad zmieni się profil inwestora giełdowegobardzo dużo osób będzie oszczędzać długoterminowo. Rodzice będą kupowali akcje na lata z myślą o przekazaniu ich dzieciom. Dziś to brzmi jak science fiction, ale właśnie tak będzie się zmieniać polski inwestor – mówi w rozmowie z Newserią Biznes Michał Masłowski, wiceprezes Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych.

Na razie jednak rośnie średni wiek przeciętnego inwestora, brakuje nowych graczy. Pewna grupa odsunęła się od giełdy po stratach poniesionych podczas kryzysowych spadków. W ostatnich latach brakowało też zachęt, niewiele było spektakularnych prywatyzacji, które powodowałyby masowe zakładanie nowych rachunków maklerskich.

 – Silne odmłodzenie przeciętnego inwestora nastąpiło w roku 2010, kiedy były trzy bardzo duże prywatyzacje: Tauronu, PZU i GPW. Od tamtej pory mieliśmy wszechobecny i nieustający medialny kryzys, poza tym brakowało zachęt. Dopiero w 2013 roku na parkiecie debiutowały spółki PKP Cargo i Energa. Mieliśmy więc okres, kiedy część inwestorów straciła zainteresowanie giełdą. A pozostali zwyczajnie się postarzeli – komentuje wiceprezes SII.

Na giełdzie aktywnie inwestuje 250-300 tys. osób – inwestorzy indywidualni w pierwszej połowie ubiegłego roku mieli ok. 14-proc. udział w obrotach (spadek w porównaniu do drugiego półrocza ubiegłego roku). Rachunków maklerskich jest natomiast znacznie więcej – około 1,5 mln.

 – To naturalny stan rzeczy na wielu światowych rynkach, że bardzo duży procent rachunków jest nieaktywny. Inwestorzy często zakładają rachunki okazjonalnie i na przykład jednorazowo kupują pakiet akcji wybranej spółki i na tym kończy się ich aktywność. Po drugie, są inwestorzy, którzy świadomie kupują akcje na lata – trochę w stylu Warrena Buffetta – i trzymają je dla dywidendy. A po trzecie, istnieje grupa aktywnych inwestorów, mających po kilka rachunków maklerskich, przy czym zwykle aktywny jest tylko jeden – wyjaśnia Michał Masłowski

Ostatnie Ogólnopolskie Badanie Inwestorów (OBI) przeprowadzone przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (SII) pokazało, że przeciętny polski inwestor to wykształcony 37-latek, inwestujący od ośmiu lat. Ma w portfelu akcje siedmiu spółek. Tylko 15 proc. inwestujących to kobiety. Z badania OBI wynikało też, że znakomita większość inwestorów indywidualnych nie poświęca zbyt wiele czasu na grę giełdową. Jedynie nieco ponad 22 proc. ankietowanych przeznacza na to kilka godzin dziennie. Nic dziwnego, bo ponad dwie trzecie inwestorów wykonuje pracę etatową, a ok. 20 proc. prowadzi działalność gospodarczą. Nie tworzą wyrafinowanych strategii, przyznają, że o inwestowaniu wiedzą niewiele, w giełdzie widzą przede wszystkim alternatywę dla lokat terminowych. Tak jest od lat.

 – Spodziewam się, że inwestor indywidualny będzie się starzał, będzie miał coraz więcej pieniędzy i coraz więcej czasu na inwestowanie. Za 20 lat przeciętny inwestor będzie po pięćdziesiątce, z odchowanymi dziećmi, pieniędzmi na rachunku i wolnym czasem na inwestowanie. Nie przewidujemy jednak drastycznej zmiany profilu inwestora indywidualnego – prognozuje wiceprezes SII.

Największe wzrosty sprzedaży w sieci zanotuje sektor spożywczy

CEO Magazyn Polska

Handel internetowy w Polsce rozwija się w tempie 25 proc. rocznie. Pod tym względem polski rynek pozostaje w ścisłej czołówce krajów europejskich. Liderem jest Turcja z 75-proc. przyrostem. Oprócz produktów tradycyjnie kupowanych przez internet, takich jak książki czy płyty, konsumenci coraz chętniej zamawiają produkty spożywcze.

Jak przewiduje Mateusz Gordon z firmy badawczej Gemius, wzrost sprzedaży na rynku internetowym odczuwać będą wszystkie branże, choć dynamika niektórych będzie stopniowo spowalniać, jak np. elektroniki.

Obecnie najszybciej rozwija się sektor spożywczy. Już 13 proc. klientów deklaruje, że kupuje takie produkty przez internet. Prym wiodą marki znane z handlu tradycyjnego, szczególnie z segmentu premium, gdzie obawy o jakość produktu są najmniejsze, dzięki czemu chętniej zamawiane są przez internet. Najczęściej zamawianymi produktami są artykuły spożywcze o wydłużonym terminie ważności lub dużej wadze.

 – Zarówno w Polsce, jak i na wielu innych rynkach Europy Środkowo-Wschodniej jest jeszcze wiele obszarów do zagospodarowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Gordon, ekspert firmy Gemius od e-commerce. – Dużą perspektywę rozwoju mają sklepy z ofertą skierowaną do seniorów. Choć współcześni seniorzy nie zostali wychowani w dobie internetu, ich szeregi zasilają kolejne pokolenia, które posługują się komputerami.

Rosnąca liczba sklepów w sieci i ich coraz bogatsza oferta powoduje ostrzejszą konkurencję, a to w konsekwencji doprowadzi do konsolidacji rynku, czyli łączenia się firm.

 – Polscy e-przedsiębiorcy wciąż mają opory przed konsolidacją rynku. Dlatego cieszy mnie bardzo to, że w zeszłym roku powstała Izba Gospodarki Elektronicznej, która zrzesza firmy z branży e-commerce.To pierwszy przykład pokazujący, że można działać ponad podziałami. Inaczej polscy średni czy duzi sprzedawcy mogą mieć problemy z odparciem ataków zachodnich gigantów. Konsolidacja musi iść znacznie dalej, także w zakresie wymiany danych – doradza Mateusz Gordon.

Za witrynami największych globalnych sklepów internetowych stoi olbrzymie zaplecze logistyczne i informatyczne. Polscy sprzedawcy, którzy chcą sprostać konkurencji zachodnich gigantów, muszą czerpać z ich doświadczeń, by usatysfakcjonować klientów, a sobie zapewnić ich powrót po ponowne zakupy.

 – Takie perfekcyjne doświadczenie klienta (User Experience) wymaga umiejętności przewidzenia jego zachowań na stronie internetowej. Chodzi o to, by przewidzieć, jak będzie się on zachowywał i podrzucać mu gotowe odpowiedzi, ścieżki realizacji zamówienia, dokonania zwrotu czy jakiejkolwiek innej akcji – wyjaśnia Mateusz Gordon.

Ciepła zima sprzyja pracom na budowach. Branży budowlanej niekoniecznie

CEO Magazyn Polska

Choć ciepła zima sprzyja kontynuowaniu rozpoczętych inwestycji, na budowach będzie mniej pracy na wiosnę. Przede wszystkim dlatego, że żaden inwestor ani wykonawca nie zaplanował w swoim harmonogramie zimowych robót. Co więcej, anomalie pogodowe mogą oznaczać dla branży budowlanej dodatkowe koszty i komplikacje administracyjne związane ze zmianami w harmonogramach inwestycji oraz w organizacji pracy.

Podczas ubiegłorocznej zimy prace budowlane trzeba było wstrzymać już w połowie grudnia. W tym sezonie jest inaczej. Nie jest to jednak normalny stan pogodowy dla sezonu zimowego, dlatego też ani inwestorzy, ani wykonawcy nie wzięli go pod uwagę w harmonogramach swoich prac.

 – Jest ładnie, ciepło, i do tej pory dało się budować. Jest to jednak anomalia, a żadna anomalia dla procesu inwestycyjnego nie jest wskazana – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Styliński, prezes zarządu Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa (PZPB).

Standardowo harmonogramy inwestycyjne i wykonawcze dla poszczególnych projektów co roku opierają się na warunkach pogodowych typowych dla danego sezonu. I choć zaplanowane na ten rok prace budowlane zakończą się kilka miesięcy przed terminem, to dla budownictwa pod wieloma względami wcale nie jest to korzystna sytuacja.

 – Kiedy pojawia się taka niespodziewana okoliczność jak ciepła zima, to się okazuje, że trzeba zmienić zarządzanie zasobami, harmonogram, poprzesuwać ludzi, w innym momencie wydać pieniądze – tłumaczy prezes PZPB.

W ostatecznym rozrachunku oznacza to, że na ciepłej zimie nie skorzysta ani branża budowlana, ani pracownicy. Bo choć aura wymusi na inwestorach i wykonawcach zmiany administracyjno-organizacyjne, to nie wygeneruje dodatkowego wkładu do PKB.

 – Po prostu dzisiaj mają pracę, bo jest ona możliwa do wykonywania. Natomiast w przyrodzie nic nie ginie. Jeżeli ta praca będzie dzisiaj wykonana, to o tyle mniej pracy będzie na wiosnę – wyjaśnia Jan Styliński.

Ta sama zasada dotyczy inwestycji infrastrukturalnych.

 – W zasadzie żaden wykonawca nie planuje rozpoczęcia robót budowlanych w styczniu, jest po prostu do tego nieprzygotowany. To jest jeden aspekt – podkreśla prezes PZPB. – Drugi związany jest tym, że w sensie ogólnym w Polsce jest mało projektów przygotowywanych w taki sposób, żeby można było rozpocząć ich realizację od razu.

Sporządzenie harmonogramu prac budowlanych np. w przypadku dróg jest bardzo czasochłonnym i złożonym procesem. Obecnie w GDDKiA toczy się kilkadziesiąt postępowań przetargowych na wykonanie inwestycji drogowych, a ich budowy ruszą mniej więcej za rok.

 – W związku z tym ciepła zima dla tych inwestycji nie ma żadnego znaczenia. Może przyszła, jeśli będzie ciepła, to będzie miała jakieś znaczenie, ale ta raczej nie – dodaje Jan Styliński.

Wybierając ubezpieczenie na wyjazd narciarski, Polacy kierują się głównie ceną

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz częściej deklarują zamiar zakupu ubezpieczenia turystycznego na wyjazdy, również narciarskie. I choć świadomość, że polisa się przydaje, wzrasta, wciąż przy jej wyborze narciarze kierują się głównie ceną. Eksperci podkreślają, że przede wszystkim warto sprawdzić, czy takie ubezpieczenie pokryje koszty ewentualnej akcji ratowniczej i czy nie wyklucza wypadków przy uprawianiu sportów. Źle dobrana polisa może skończyć się boleśnie dla kieszeni turysty.

Niezależnie od umiejętności na stoku warto zainwestować w ubezpieczenie. Kontuzje takie, jak złamane kończyny czy zerwanie więzadeł przydarzają się nawet najbardziej wytrawnym narciarzom. Można również wyrządzić szkodę innej osobie.
 
 – Wiele osób, wybierając się na wakacje, wie, że trzeba wykupić ubezpieczenie turystyczne. Ale niestety kierujemy się wyłącznie ceną. Jest to dobre rozwiązanie, żeby porównywać ceny, ale nie powinniśmy od tego zaczynać, dlatego że ubezpieczenia turystyczne zawierają wiele różnych elementów i wiele z nich jest istotnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Jarosław Sadowski, główny analityk Expandera. 

Jak podkreśla, głównym haczykiem w ubezpieczeniach są wykluczenia. Warto więc sprawdzić w umowie, w jakiej sytuacji ubezpieczyciel odmówi nam wypłaty odszkodowania.

 – Kiedy jedziemy na narty, to trzeba w polisie zaznaczyć, że będziemy uprawiali sport, bo wtedy ryzyko urazu jest większe. Jeżeli przechodziliśmy jakieś choroby, które mogą się odnowić na wyjeździe, również trzeba to zaznaczyć. W innej sytuacji ubezpieczyciel nie będzie chciał pokrywać związanych z tym kosztów – przestrzega Sadowski. – Polecam sprawdzić te wszystkie opcje, które zazwyczaj są do wyboru. 

Warto zwrócić uwagę na wysokość maksymalnego świadczenia, jakie wypłaci ubezpieczyciel. Polisa powinna zagwarantować ubezpieczonemu nie tylko pokrycie kosztów leczenia przez zakład ubezpieczeń, lecz także ubezpieczenie ewentualnych zobowiązań wynikających z odpowiedzialności cywilnej wobec osób trzecich czy ubezpieczenie sprzętu. Warto sprawdzić, czy polisa pokryje koszty akcji ratowniczej i poszukiwań w przypadku lawiny i innych niebezpiecznych w skutkach zdarzeń w górach.

 – W Polsce użycie helikoptera przy akcjach ratunkowych nie wiąże się z żadnymi opłatami. Ale w części krajów trzeba za to dosyć drogo zapłacić – dodaje Jarosław Sadowski.

Dotyczy to nie tylko krajów alpejskich, lecz także np. Słowacji. Transport helikopterem to koszt kilkunastu tysięcy złotych. Jak wynika z danych Mondial Assistance z ubiegłego sezonu narciarskiego, najdroższe interwencje miały miejsce w Austrii, we Włoszech i w Szwajcarii (ponad 50 tys. zł). Tam też zdarzają się one najczęściej. 

Eksperci radzą również sprawdzić, czy zawierana umowa zobowiązuje zakład ubezpieczeń do automatycznego pokrycia kosztów udzielenia pomocy narciarzom bez konieczności wydatkowania środków przez nich, a później ubiegania się o refundację.

W ramach świadczeń oferowanych przez NFZ istnieje możliwość otrzymania Europejskiej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego, czyli EKUZ. Jest to dokument potwierdzający nasze prawo do korzystania z podstawowych świadczeń zdrowotnych w krajach członkowskich Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Szwajcarii. Dzięki niej korzystamy z opieki zdrowotnej danego państwa na tych samych zasadach co jego obywatele. Trzeba pamiętać, że nie dotyczy to wszystkich usług, np. transportu medycznego.

Banki zwalniają, ale bankowcy mają inne możliwości

Zgodnie z danymi KNF* w ostatnich trzech latach z polskiego rynku zniknęło 8 banków, a liczba zatrudnionych w sektorze bankowym zmniejszyła się o 2 776 osób (spadek z 177 233 do 174 457 osób). Podczas, gdy na rynku bankowym trwa fala konsolidacji i optymalizacji kosztów zatrudnienia, pozostałe segmenty usług finansowych nie zwalniają, a wręcz przeciwnie – zatrudniają. Przykładem są np. AKCENTA, instytucja płatnicza, która świadczy obsługę transakcji walutowych dla małych i średnich firm czy proferto.pl, internetowa giełda kredytowa.

Rynek finansowy postrzega się przez pryzmat banków, a tak naprawdę w Polsce jest dużo więcej typów instytucji finansowych, które są bardzo aktywne – podkreśla Radosław Jarema, dyrektor zarządzający AKCENTA w Polsce, i wskazuje na swoją firmę jako tę, która jest na ścieżce ekspansji, także w zakresie zatrudnienia. AKCENTA zajmuje się realizacją transakcji walutowych dla firm działających w obszarze handlu zagranicznego, czyli eksporterów i importerów. System sprzedaży w Polsce rozbudowujemy konsekwentnie od wielu lat, szczególnie mocno od roku, kiedy założyliśmy, że rynek polski będzie dla nas priorytetem. Od stycznia 2013 r. liczba naszych przedstawicieli wzrosła 2,5-krotnie, a rekrutacja trwa – wskazuje Jarema.

AKCENTA zatrudnia przedstawicieli handlowych, którzy działają w różnych formułach. Część pracuje z AKCENTĄ na wyłączność, część sprzedaje usługi AKCENTY równolegle z usługami innych instytucji. Obsługa transakcji walutowych w wydaniu AKCENTY jest na tyle unikalna, że stanowi idealne uzupełnienie oferty brokera usług finansowych, szczególnie takiego, który jest zainteresowany współpracą z klientami firmowymi – trudniejszą, ale potencjalnie bardziej perspektywiczną – podkreśla Jarema. Co więcej, możliwość sprzedaży usług AKCENTY mają nie tylko osoby indywidualne, ale też firmy, np. biura podatkowe, doradcze czy rachunkowe. Najważniejsze jest, aby stworzyć synergię, która przyniesie wymierne korzyści wszystkim trzem stronom – mówi Jarema. Firma zapewnia swoim przedstawicielom i partnerom pełne wsparcie szkoleniowo-merytoryczne oraz wsparcie marketingowe.

Sieć sprzedaży postanowiło rozwinąć też proferto.pl, internetowa giełda kredytowa, w której klient zainteresowany kredytem hipotecznym lub gotówkowym składa jedno zapytanie, a banki rywalizując między sobą przygotują najlepszą ofertę. Proferto.pl będzie szukać przede wszystkim osób z doświadczeniem w bankowości. Chcemy współpracować z osobami, które wiedzą jak rozmawiać o produktach finansowych i pomogą przejść kredytobiorcom przez proces ich zakupu. Doradcy, którzy potrafią pracować zgodnie z Zasadami Dobrych Praktyk Bankowych ZBP, znajdą zatrudnienie w proferto.pl – mówi Jakub Masłowski, szef proferto.pl.

AKCENTA wychodzi z założenia, że na polskim rynku budowanie sieci sprzedaży w finansach wymaga elastyczności, ponieważ dużą siłę, szczególnie poza największymi miastami, mają lokalni specjaliści finansowi. Wierzymy w siłę zaufania, które ludzie budują w bezpośrednich kontaktach – podkreśla Radosław Jarema.

W tym roku zatrudnienie nie wzrośnie

Raczej stabilizacja niż wzrost zatrudnienia – tak sytuację na rynku pracy w tym roku prognozują eksperci. Nie ma co liczyć, że zakładany przez rząd wzrost gospodarczy na poziomie 2,5 proc. znacząco przyspieszy powstawanie nowych miejsc pracy. Problemem wciąż pozostaje wysokie bezrobocie wśród młodych, dopiero wchodzących na rynek pracy, i tych w grupie wiekowej 50+. Według resortu pracy, stopa bezrobocia w grudniu wzrosła do 13,4 proc.

Branża infrastrukturalna i kolejowa oraz firmy współpracujące z nią – tam należy w tym roku szukać pracy. W ocenie dyrektora zarządzającego firmy doradczej Kienbaum Polska, pracownicy będą poszukiwani w związku z dużymi nakładami na remonty i tworzenie nowych tras.

 – To jest związane z inwestycjami, które ruszą dzięki unijnym pieniądzom – wyjaśnia Bernhard Matussek, dyrektor zarządzający Kienbaum Polska. – Z większym prawdopodobieństwem będzie można tutaj udzielić odpowiedzi wiosną, kiedy pewne tendencje będą już widoczne.

Jeżeli sprawdzi się rządowa prognoza dotycząca wzrostu gospodarczego i w 2014 roku będzie on oscylował wokół 2,5 proc. PKB, to raczej nie ma co liczyć na znaczący spadek bezrobocia. A to, według danych resortu pracy, w grudniu wyniosło 13,4 proc.

 – Wzrost PKB tej wielkości jeszcze nie powoduje znaczącego wzrostu zatrudnienia. Doświadczenie rynków zachodnich pokazuje, że można na to liczyć od 3-3,5 proc. wzrostu gospodarczego. To oznacza, że prawdopodobnie nastąpi pozytywna stabilizacja rynku – prognozuje rozmówca Newserii Biznes.

Zdaniem eksperta Polska wciąż nie poradziła sobie z problemem grup wykluczonych, którym bardzo trudno odnaleźć się na rynku pracy. Według szacunków Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami, w tym roku nawet 50 proc. wszystkich bezrobotnych będą stanowić młodzi ludzie, do 34. roku życia (ok. 19 proc. osoby do 25. roku życia). Wśród grupy wiekowej 50+ sytuacja nie jest lepsza – co czwarty bezrobotny w Polsce ukończył 50. rok życia.

 – Mamy problem z zatrudnianiem ludzi do 30. roku życia i mamy duży problem z grupą pracowników po 50. roku życia – mówi Matussek. – To wymaga z pewnością większych inwestycji ze strony polityków i zmiany podejścia prawnego do tego tematu. W tej chwili widzę potrzebę regulacji prawnych choćby w kontekście tego, że bardzo wiele osób emigruje.

W jego opinii rząd powinien zastanowić się nad tym, jak zahamować falę emigracji zarobkowej. Według szacunków GUS w 2012 roku ponad 1,8 mln Polaków przebywało w innych krajach europejskich. Najczęściej Polacy emigrują do: Wielkiej Brytanii, Niemiec, Irlandii, Holandii i Włoch.

 – Na południu Polski są całe województwa, gdzie pewna wartość krytyczna emigracji została przekroczona i ten trend należałoby koniecznie zahamować – mówi dyrektor zarządzający Kienbaum Polska.

Będzie łatwiej o publiczne zbiórki pieniędzy

Już pojutrze kolejny, 22. finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Istnieje szansa, że następny będzie łatwiej zorganizować od strony formalnej. Sejm pracuje bowiem nad zmianą ustawy o zbiórkach publicznych. Projekt jest po pierwszym czytaniu i pracach w komisjach.

WOŚP wpisał się w świadomość Polaków, a jego działalność przynosi korzyści placówkom medycznym. Dla tak zorganizowanej i długoletniej akcji zdobycie odpowiednich zezwoleń nie jest dziś problemem. Jednak dla wielu mniejszych przedsięwzięć konieczność uzyskania zgody urzędników bywa sporym utrudnieniem.

Lokalnym przykładem może być organizowana od kilku lat w Krakowie „Akcja SOS – Uczelnie Schroniskom” – zbiórka wśród studentów i naukowców niezbędnego wyposażenia, karmy i pieniędzy na rzecz zwierząt w lokalnym schronisku. Akcja każdorazowo wymaga zgody rektorów uczelni oraz prezydenta miasta. Wyjście poza miasto wymagałoby zgody marszałka województwa, a przekroczenie granic województwa – konieczność ubiegania się o zgodę ministra administracji i cyfryzacji. Ale to ma się wkrótce zmienić.

 – Nowa ustawa przygotowana przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji, już znajdująca się w Sejmie, zakłada, że organizacje pozarządowe nie będą musiały prosić o zgodę na przeprowadzenie zbiórki, a jedynie będą zgłaszały to, że taką zbiórkę planują. W ciągu trzech dni po zgłoszeniu będą mogły rozpocząć zbiórkę publiczną. To duże ułatwienie dla organizacji, zdejmujące jednocześnie część obowiązków z urzędników – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agata Tomaszewska, koordynator projektów z Forum Darczyńców.

Tym bardziej że zgoda to decyzja arbitralna, co więcej pochłania dużo czasu, jak również pieniędzy z budżetu państwa na pracę urzędników analizujących wnioski i wydających odpowiednie decyzje. Nowy projekt pozostawia definicję zbiórek publicznych jako prowadzonych w przestrzeni publicznej, czyli dary zbierane w gotówce do puszek i w naturze. To kwesty prowadzone w domach i instytucjach. We wciąż obowiązujących przepisach problemem był fakt, że rozporządzenie włączało do ustawowej definicji zbiórki publicznej również przelewy na konto czy wszelkie wpłaty internetowe – zjawiska spoza sfery publicznej.

 – Teraz mają nastąpić zmiany i będzie wiadomo, że wpłaty na konto nie są zbiórką publiczną, że nie potrzebujemy dodatkowo zgłaszać takich wpłat, ponieważ są one kontrolowane przez system bankowy – tłumaczy Agata Tomaszewska.

Projekt nowelizacji ustawy przeszedł już etap pierwszego czytania i prace w komisjach. Choć do projektu zgłoszono wiele uwag, to, zdaniem Agaty Tomaszewskiej, cieszy się on poparciem wszystkich stron sceny politycznej i można mieć nadzieję na wejście nowych przepisów jeszcze w tym roku.

Bezrobocie w USA spada bardzo powoli. Docelowo ma być poniżej 6 proc.

Dopóki Amerykanom nie uda się obniżyć bezrobocia do poziomu 6 proc., bank centralny będzie aktywnie prowadził swoją politykę pompowania dolarów w rynek. Prognozy wskazują, że nadal oscyluje ono w okolicach 7 proc. Dziś zostaną opublikowane miesięczne dane z amerykańskiego rynku pracy.

 – Amerykanie nie spoczną, dopóki stopa bezrobocia nie spadnie do 6 proc., bo to jest właściwy poziom dla tamtejszej gospodarki. W tej chwili mamy 7 proc., więc ciągle jest jeszcze 1 proc. do zbicia. Wydaje się, że dopóki bezrobocie będzie powyżej tego przyjętego poziomu, dopóty Fed będzie aktywny, aczkolwiek coraz mniej – mówi Roman Rewald, członek zarządu Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce i partner kancelarii Weil, Gotshal & Manges.

Dotychczas Fed, amerykańska Rezerwa Federalna, prowadził działania mające poluzować politykę monetarną i zwiększyć podaż pieniądza w obiegu. Dzisiejsze dane z ryku pracy będą miały znacznie przy podejmowaniu decyzji o zmianach w tej polityce, czyli stopniowym ograniczaniu programu skupu obligacji (QE3), które miałoby wynieść po 10 mld dolarów miesięcznie.

 – Spodziewam się, że wraz z obniżeniem wielkości stopy bezrobocia będzie spadała aktywność Fedu i gospodarka będzie musiała liczyć na swoje własne siły finansowe. Być może w końcu zaczną się inwestycje i to spowoduje zwiększenie rynku pracy – uważa Roman Rewald.

Ostatnie, grudniowe dane z amerykańskiego rynku pracy były nieco bardziej optymistyczne niż się spodziewano, ale nadal niezadowalające. W listopadzie minionego roku stopa bezrobocia wyniosła 7,0 proc. wobec 7,3 proc. w październiku.

Zdaniem eksperta, rząd USA nie ma możliwości, by poprawić sytuację na rynku pracy w skali całego kraju. To zależy tylko od dobrej kondycji gospodarki. Może jednak wspierać poszczególne grupy bezrobotnych.

 – Można stymulować zmniejszenie bezrobocia, na przykład wśród młodych ludzi. Tutaj rząd ma możliwość działania, ponieważ jego rolą jest wyrównywanie szans i dbanie o równą konkurencję w społeczeństwie. W związku z czym tam, gdzie ludzie są bardziej narażeni na niekorzystną konkurencję ze strony innych, trzeba im pomagać. Dlatego młodzi ludzie bez doświadczenia powinni otrzymywać pomoc rządową – podkreśla Roman Rewald.

Dodaje, że Polska mogłaby wzorować się na amerykańskiej polityce przy np. ustalaniu wysokości zasiłku dla bezrobotnych.

 – W stanie Michigan zasiłek bezrobotny jest wypłacany przez 26 tygodni w wysokości 360 dolarów tygodniowo. Ten zasiłek jest zależny od tego, ile dana osoba zarabiała, jaki miała staż pracy, i jak działa na rynku. Tego typu podejście byłoby zdrowe również w Polsce – uważa przedstawiciel Izby.

Rynek hurtowy wciąż będzie rósł. Pomimo rozwoju e-handlu

Hurtowy rynek dystrybucji będzie rósł powoli, ale stabilnie – przewiduje prezes Makro Cash and Carry w Polsce. Dostawy dla przedsiębiorców będą rosły o 2-3 proc. rocznie. Pomimo rozwoju e-handlu tradycyjne sklepy nadal pozostają dominującym kanałem sprzedaży. Wzrost konkurencji i zmiana nawyków wymusza jednak zmiany w strategii Makro.

 Rynek HoReCa (hotele, restauracje i catering) będzie rósł bardzo mocno w naszym modelu dystrybucji. Koncentrujemy się na małych firmach i biznesach. Nadal widzę bardzo solidną podstawę do rozwoju kanału business-to-business. A rynek czeka dalsza znacząca konsolidacja – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria David Boner, prezes Makro Cash and Carry Polska.

Boner ocenia, że konsolidacja nie doprowadzi jednak do zmniejszenia konkurencji na rynku dostawców hurtowych z segmentu business-to-business. Podaje przykład Wielkiej Brytanii, gdzie ten rynek jest znacznie bardziej rozwinięty. Nadal funkcjonuje tam siedmiu-ośmiu dużych dostawców. W Polsce jest zatem również miejsce na więcej niż dwóch, co przewidują niektóre prognozy.

Prezes polskiego Makro jest przekonany, że ten obszar będzie rósł, choć nie oczekuje gwałtownych wzrostów.

Przez najbliższe 2-3 lata wzrost będzie niewielki – średnio 2-2,5 proc., maksimum 3 proc. wzrostu przez te lata. Ale mimo to jest potencjał – prognozuje Boner. – Mówimy o trzech kluczowych filarach. Jednym z nich jest niezależny sektor handlu, drugi to sieci, takie jak Odido (sieć franczyzowa sklepów osiedlowych należąca do Makro). Kolejnym kluczowym jest wspomniany sektor HoReCa.

Zapowiada także dalsze innowacje w obszarze dystrybucji. Mają one dotyczyć m.in. zwiększenia zasięgu, tworzenia nowych modeli dostaw oraz zmian w asortymencie i usługach.

– Obserwując obecną konsolidację na polskim rynku od hiper- do supermarketów oraz liderów w swoich branżach, jak Decathlon czy Castorama, musimy zwracać uwagę na rozmaite elementy innowacji – przyznaje Boner. – Kluczowy jest bezpośredni kontakt z klientem.

Dodaje, że wśród klientów Makro jest duża grupa osób, które cenią swój czas i decydują się na zakupy przez internet. Jednak także wielu klientów sieci wciąż preferuje tradycyjne zakupy, podczas których można zobaczyć i samodzielnie wybrać towary. Dlatego w ocenie Bonera handel elektroniczny będzie zdobywał rynek powoli.

Jeśli cofniemy się 5 czy 10 lat do okresu bańki e-commerce, wtedy spodziewano się, że sprzedaż internetowa bardzo szybko zmieni nawyki zakupowe. Przewidywania nie do końca się spełniły. Bez wątpienia e-handel będzie coraz bardziej wpływał na rozwój w dziedzinie nawyków konsumenckich, ale ten proces jest znacznie bardziej rozległy czasowo – przewiduje Boner. 

Makro Cash and Carry, które zostało założone pod koniec lat 60. w Holandii jako samoobsługowa hurtownia dla przedsiębiorców, rozszerzyło działalność, dostosowując się do zmian na rynku. W Polsce spółka jest obecna od 1994 r., a od 1998 r. należy do niemieckiej Grupy Metro. Boner podkreśla, że w tej chwili nie można już mówić o Makro jako o sieci oferującej jedynie sklepy typu „cash and carry”, ale o multikanałowym modelu sprzedaży. 

Prof. K. Rybiński: LPP musiała skorzystać z raju podatkowego, by sprostać konkurencji

Aby sprostać globalnej konkurencji, polska firma odzieżowa LPP musi działać jak inne korporacje, czyli korzystać z rajów podatkowych – prof. Krzysztof Rybiński broni bojkotowanej przez klientów firmy. Prawo powinno zostać zmienione na poziomie całej Unii Europejskiej.

 – Jeżeli chcemy protestować przeciwko temu, że korporacje płacą za małe podatki, to idźmy z awanturą pod Sejm. I miejmy pretensję do polityków polskich i zagranicznych, że stworzyli regulacje, które umożliwiają zagranicznym korporacjom, by nie płaciły podatków w Polsce, a przez to polskie firmy również muszą takie praktyki stosować. Gdyby to było niemożliwe, wtedy warunki konkurencji byłyby równe. A tak, skoro raje podatkowe funkcjonują i zagraniczne firmy z nich korzystają, polskie również muszą, żeby dać radę w globalnej i brutalnej konkurencji o rynki zbytu i o pieniądze – mówi prof. Krzysztof Rybiński, ekonomista, rektor Akademii Finansów i Biznesu Vistula.

Podobną strategię wybrała polska giełdowa spółka odzieżowa LPP, czym wywołała bojkot ze strony części klientów. LPP od 22 lipca 2011 r. rozpoczęła proces pozwalający na skorzystanie z optymalizacji podatkowej. Dotyczyło to marek Reserved, Cropp, a 23 grudnia 2013 r. dołączyły do nich House, Mohito i Sinsay.

Zdaniem ekonomisty, aby polska firma mogła sprostać konkurencji takich gigantów jak H&M czy właściciel marki ZARA, musi stosować te same reguły, wedle których działają tamte firmy.

 – One na pewno optymalizują swoje podatki, bo żeby wygrać z globalnymi graczami, trzeba szybciej otwierać sklepy, trzeba inwestować więcej niż tamte firmy, a to niestety wymaga mądrego płacenia podatków – uważa prof. Rybiński.

Podobne praktyki stosują wielkie korporacje, jak na przykład firma Google.

 – Od wszystkich swoich zysków poza USA zapłaciła tylko 2 proc. podatku, dlatego że płaci je na Bermudach. Nikt nie nawołuje w Polsce do tego, żeby nie korzystać z Google, czy żeby nie chodzić do Biedronki na zakupy, ponieważ ta przekształciła się ze spółki portugalskiej na holenderską, żeby nie płacić podatków. A klienci przyczepili się do polskiego kapitału, do polskiej firmy, która stosuje te same metody, co międzynarodowe korporacje – zwraca uwagę prof. Krzysztof Rybiński.

Dlatego, jak podkreśla ekonomista, regulacje dotyczące wykorzystywania rajów podatkowych muszą być globalne.

 – Polski rząd polski powinien aktywnie lobbować w strukturach Unii Europejskiej, żeby takie praktyki w całej Unii były niedozwolone. Wówczas byłyby równe warunki konkurencji firm niemieckich, holenderskich, francuskich i polskich. Ten proces się dzieje, ale idzie zbyt wolno – dodaje prof. Krzysztof Rybiński.

LPP wydała komunikat w odpowiedzi na wezwanie do bojkotu jej marek, tłumacząc, że „działając w warunkach globalnej konkurencji spółka podąża za trendami, jakie wyznaczane są przez światowych konkurentów. Realia ekonomiczne wymagają zaś, aby jej działalność była jak najbardziej efektywna i dawała możliwość maksymalnego rozwoju, w tym również wkraczania na nowe rynki zbytu”. Poinformowała też, że w 2012 roku przekazała do budżetu państwa w podatkach 465 mln zł. Według prognoz za 2013 rok będzie to 540 mln zł, zaś za 2014 rok – 648 mln zł.

Zimą opłaca się kupowanie wycieczek na lato

Pierwsze zimowe miesiące są najlepszym okresem na kupowanie letnich wycieczek. Zwłaszcza rodziny z dziećmi powinny teraz przeglądać oferty biur podróży – ceny są niższe, a co najważniejsze, jest jeszcze duży wybór ofert, w tym specjalnych pokoi dla większej liczby osób. Bliżej sezonu letniego oferta jest już mocno ograniczona.

 – Ferie zostały sprzedane. Pierwszy kwartał to głównie sprzedaż ofert na lato i first minute. To czas, kiedy jest duży wybór pokoi, hoteli i miejsc, które lubią klienci. Oferta jest już zdecydowanie węższa w maju – ostrzega Marzenna Myrcha z biura podróży TUI.

W tegorocznej ofercie first minute, podobnie jak w poprzednich latach, dominującymi kierunkami są basen Morza Śródziemnego, wyspy greckie, wybrzeże tureckie, a także Hiszpania – Majorka czy Ibiza.

 – Lubiącym sporty wodne proponujemy Wyspy Kanaryjskie, Fuerteventurę i Gran Canarię. Egipt, który chwilowo nie był sprzedawany u nas, wróci do oferty. Nie musimy go szczególnie reklamować. Jeżeli ktoś raz był w Egipcie i posmakował Morza Czerwonego i jego pięknej rafy, na pewno tam wróci. Egipt na pewno będzie popularnym kierunkiem wakacyjnym – uważa Marzenna Myrcha.

Statystyczna czteroosobowa polska rodzina na dwutygodniowe wakacje all inclusive, czyli wszystko w cenie, musi przeznaczyć co najmniej 8 tys. zł.

 – Rodziny powinny rezerwować wakacje w okresie first minute. I to z dwóch powodów: atrakcyjności cenowej i większego wyboru ofert, choćby specjalnych pokoi przeznaczonych dla całej rodziny – podkreśla Marzenna Myrcha.

Cyfrowe książki do 2016 roku zrewolucjonizują polski rynek wydawniczy

Jak wynika z prognoz branży wydawniczej, rynek książek w formacie cyfrowym w latach 2011–2016 urośnie nawet 10-krotnie, a zapowiadana od kilku lat rewolucja na rynku książki może stać się faktem. Jej siłą napędową jest zmiana technologiczna i pokoleniowa wśród czytelników. Dziś rynek e-booków w Polsce wart jest ponad 40 mln zł, a jeszcze dwa lata temu – 10 mln zł.

Na wzrost sprzedaży książek w wersji cyfrowej przekłada się przede wszystkim fakt, że użytkownicy coraz częściej korzystają z treści za pośrednictwem urządzeń mobilnych.

 – Szacunki są różne. Można przyjąć, że rynek  e-booków w Polsce warty jest 40-50 mln zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Gembicki, dyrektor zarządzający i członek zarządu platformy cyfrowej dystrybucji cdp.pl. – To jest ok. 1,5-2 proc. całego rynku książki tradycyjnej, który szacowany jest na 3 mld złotych.

Choć e-booki nadal stanowią niewielki segment rynku książki czytanej, jego wartość rośnie w zawrotnym tempie. Jeszcze w 2011 roku był wart 10 mln zł, czyli pięciokrotnie mniej niż dziś.

Jak wynika z raportu firmy doradczej PwC, do 2016 roku można spodziewać się w Polsce 11-krotnego wzrostu wydatków na książki elektroniczne – z 10 mln dolarów w 2011 roku do 106 mln dolarów w 2016 roku. Jednocześnie wydatki na książki tradycyjne mają w tym czasie spadać średnio o 1,4 proc. rocznie.

Zdaniem Gembickiego, siłą napędową cyfrowej rewolucji na rynku książki jest zarówno zmiana technologiczna, jak i pokoleniowa. Barierą dla rozwoju publikacji elektronicznych w Polsce są natomiast kwestie podatkowe. Tradycyjne książki obłożone są 5-proc. stawką VAT, te same, tylko w wersji elektronicznej – 23-proc.

 – Największym problemem jest stawka VAT, która jest wyższa na e-booki niż na książki tradycyjne, co nie pozwala obniżać ich cen – tłumaczy Gembicki. – Z kolei z punktu widzenia klienta e-book musi być tańszy, bo nie ma papieru, nie ma dystrybucji i innych elementów, które uzasadniały koszty książki papierowej.

Druga bariera to wciąż silne przywiązanie do tradycyjnej, papierowej formy, szczególnie wśród starszych czytelników.

 – Potrzeba dalszej popularyzacja czytników, czyli urządzeń do czytania e-booków. To ciągle jest jednak domeną młodych ludzi. A z kolei znaczna część rynku książkowego tradycyjnego to ludzie starsi – wyjaśnia.

Także część wydawców obawia się jeszcze wydawania e-booków, a część z nich dopiero się do tego przekonuje.

 – Ciągle jeszcze w wielu miejscach e-booki rodzą wątpliwości, kontrowersje. Jednym z często podnoszonych tematów jest piractwo, bo wielu wydawców obawia się, że udostępnienie swojej książki w postaci e-booka napędza piractwo – tłumaczy Michał Gembicki. – Często to właśnie brak wersji cyfrowej powoduje, że jednak piractwo jest, bo są osoby, które z dużą łatwością potrafią e-booka wytworzyć, mimo że wydawca nawet o nim nie pomyślał – dodaje Gembicki.

Jego zdaniem, na rynku e-booków ciekawym trendem będzie czytanie w chmurze, czyli płacenie w formie abonamentu za dostęp do określonej liczby książek w danym miesiącu.

Model abonamentowy jest znany od kilku lat, ale jeszcze nie był stosowany w segmencie książek. Jest tu nowością, więc trzeba zaczekać, czy się przyjmie. Mimo to jest jednym z ciekawszych technologicznie trendów na tym rynku – uważa dyrektor cdp.pl.

Polski rynek motoryzacyjny wciąż w dołku. Szansą rozmowy rządu z nowym inwestorem

Branża motoryzacyjna patrzy z nadzieją na 2014 rok, co widać m.in. po liczbie planowanych premier. Sprzedaż samochodów wciąż nie zwiększa się znacząco. Niewykluczone, że wkrótce Ministerstwo Gospodarki poinformuje o efektach rozmów z jednym z międzynarodowych koncernów motoryzacyjnych, który miałby rozpocząć produkcję samochodów na terenie Polski.

Grudzień był najlepszym miesiącem ubiegłego roku pod względem liczby zarejestrowanych samochodów osobowych – blisko 26,5 tysiąca aut, czyli o 25,5 proc. więcej niż przed rokiem i o blisko 10 proc. więcej niż w listopadzie. W całym 2013 roku zarejestrowano 289 913 osobówek. Zdaniem Jakuba Farysia, prezesa Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, to wciąż za mało, by rozwijać branżę.

 – Nie widzę przesłanek, żeby liczba rejestracji wzrosła znacznie. Nie widzę również powodu, żeby liczba produkowanych w Polsce samochodów mogła wzrosnąć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Faryś.

Wzmocnić polski sektor motoryzacyjny mogłaby decyzja jednego z dużych koncernów o ulokowaniu produkcji nad Wisłą. Z tego, co ujawnił wicepremier Janusz Piechociński, wynika, że nowa inwestycja dałaby 3 tys. nowych miejsc pracy, a zakład opuszczałoby rocznie około 100 tys. samochodów.

 – W tym jest wielka rola rządu, bo trzeba walczyć o każdego inwestora, a wiemy, że kilka projektów jest w tej chwili w Europie dyskutowanych. Jednym z krajów, do których może nowa produkcja trafić, jest właśnie Polska – wyjaśnia Faryś.

Nadzieją dla branży jest również rozwój zakładów produkujących podzespoły do samochodów. Dziś w tym sektorze pracuje około 150 tys. osób w całym kraju. Zagłębiem branży automotive jest Śląsk, gdzie działają dwie z trzech krajowych fabryk samochodów – Opel w Gliwicach i Fiat w Tychach – a wokół nich około 400 zakładów produkujących podzespoły.

Jak wynika z raportu KPMG, istniejąca na rynku sieć dealerska obejmuje ok. 1 tys. firm, które prowadzących 2 tys. punktów sprzedaży. Według prezesa PZPM, coraz częściej mamy do czynienia z konsolidacją dealerów.

 – Wydaje mi się, że firmy, które są dealerami wielomarkowymi, są w stanie lepiej kontrolować koszty, ale znów multibranding nie jest lekarstwem na kłopoty. Czyli jeżeli któryś z dealerów chciałby sprzedawać kolejną markę, by poprawić wyniki, to nie jest to dobry kierunek moim zdaniem – podkreśla Faryś.

Wpływ na sprzedaż nowych samochodów w I kwartale 2014 roku mogą mieć zmienione przepisy o podatku VAT. Dzięki nim możliwe jest pełne odliczenie VAT-u od samochodu do 3,5 tony, zakupionego do celów służbowych. Brak jednak dobrych informacji dla klientów indywidualnych, ponieważ – według eksperta – nie należy spodziewać się obniżek cen nowych aut. Producenci nie mają już pola manewru, na ewentualne wahania cen wpływ może mieć jedynie kursy euro i złotówki.

Inwestycje w wino pozwalają podwoić włożony kapitał

Dane z ostatnich 25 lat pokazują, że po pięciu latach zainwestowana suma powinna się podwoić. W tym roku warto postawić na roczniki 2009 i 2010 Bordeaux. Popularność zdobywają też trunki z Włoch. Na Zachodzie winne kolekcje są już znaczące, w Polsce ten rynek dopiero się rodzi.

Minimum pięć lat to okres rekomendowany dla inwestycji w wino. Kilkuletnia perspektywa inwestowania przynosi wyższe stopy zwrotu niż rynki akcji czy surowców.

 – Inwestując w wino, powinniśmy w perspektywie pięciu lat podwoić włożony kapitał. To jest średnia dla tego okresu wyciągnięta w ostatnim ćwierćwieczu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Morozowicz, zarządzający portfelami alkoholi Wealth Solutions.

15 tys. zł to minimalna kwota wejściowa dla inwestycji w wino. Średnia stopa zwrotu dla takiej inwestycji, zgodnie z indeksem Liv-ex Investables, to 114 proc.

W portfelach inwestycyjnych i kolekcjach win na całym świecie dominują wina typu Bordeaux, czyli pochodzące z obszaru, gdzie znajduje się ok. 8 tys. posiadłości winiarskich, zwanych château.

 – Bordeaux jest trzonem w segmencie win inwestycyjnych i tu ceny mocno się ustabilizowały. Zauważamy też coraz większe zainteresowanie supertoskanami oraz winami z Burgundii. Procentowo Bordeaux to 70 proc., a 30 proc. to pozostałe wina – informuje Paweł Morozowicz.

Według danych Wealth Solutions trunki pochodzące z Włoch i Burgundii zdominowały zestawienie najszybciej drożejących win na giełdzie Liv-ex (która świadczy usługi dla profesjonalnych traderów i kolekcjonerów wina) w lipcu minionego roku.

 – Aby rozpocząć inwestycje w wino, trzeba mieć 15-25 tysięcy złotych wolnej gotówki, którą możemy ulokować przynajmniej na kilka lat – doradza Paweł Morozowicz. – Należy inwestować przede wszystkim w te najbardziej prestiżowe, topowe wina, które mogą leżakować kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat, dojrzewać, nabierać odpowiednich właściwości smakowo-zapachowych. Z biegiem czasu stają się one coraz rzadsze i coraz bardziej poszukiwane, a tym samym więcej warte.

Prognozy Wealth Solutions mówią, że ubiegłoroczne zbiory w Bordeaux są najmniejsze od ok. 20 lat. To oznacza, że najprawdopodobniej będzie to trzeci rok z rzędu, gdy wyprodukowanych wówczas win nie można zaliczyć do wybitnych. To może z kolei przełożyć się na wzrost zainteresowania dwoma ostatnimi wielkim rocznikami z tego regionu, czyli 2009 i 2010, które już teraz są najczęściej kupowanymi w segmencie win Bordeaux.

Lubelski Węgiel „Bogdanka” SA 2,11 mln ton węgla w IV kwartale i 8,35 mln ton w 2013 r.

Spółka Lubelski Węgiel BOGDANKA S.A., najnowocześniejsza i najbardziej efektywna kopalnia węgla kamiennego w Polsce oraz krajowy lider rynku producentów węgla energetycznego, zanotowała w IV kwartale 2013 roku wydobycie w wysokości 2,11 mln ton, czyli o 23,4% wyższe niż w tym samym okresie rok wcześniej i na poziomie zbliżonym do osiągniętego w III kwartale 2013 roku (2,16 mln ton). Łączne wydobycie w 2013 roku wyniosło 8,35 mln ton, czyli było wyższe o ok. 7,3% od osiągniętego w 2012 roku.

Czy elastyczny czas pracy jest korzystny tylko dla pracodawców?

Od 23 sierpnia 2013 obowiązują nowe przepisy Kodeksu Pracy w zakresie uelastycznienia czasu pracy. Przedsiębiorcy czekali na nie z niecierpliwością. Jednak mimo tego, że minęło już kilka miesięcy, związki zawodowe oraz część pracowników nadal obawiają się, że zmiany oznaczają korzyści tylko dla jednej ze stron. Niepokoi ich, że nowe regulacje prowadzą do nadmiernego wyzysku pracowników poprzez pracę w nadgodzinach przez większą część roku, bez dodatkowego wynagrodzenia.

Czy to rzeczywiście możliwe, tłumaczy ekspert, Dorota Strzelec, psycholog pracy, dyrektor firmy doradczej StaffPoland Sp. z o.o. z Grupy TGC.

Absolutnie nie ma możliwości, by nowe przepisy pozwoliły pracodawcom na wykorzystywanie zatrudnionych. Przede wszystkim znowelizowany Kodeks Pracy jasno precyzuje procedurę wprowadzania zmian w zakresie tzw. uelastycznienia czasu pracy, czyli głównie wydłużania okresów rozliczeniowych do maksymalnie 12 miesięcy oraz stosowania ruchomego czasu pracy. Obawy związków zawodowych budzi właśnie możliwość bilansowania czasu pracy w skali roku poprzez rekompensowanie nadgodzin czasem wolnym. Pracodawca nie może jednak swobodnie ustalać harmonogramów pracy na okres zwiększonej ilości zamówień. Kodeks Pracy bowiem wyraźnie zastrzega zachowanie dotychczas obowiązujących norm średniotygodniowego czasu pracy oraz dobowego i tygodniowego wypoczynku.

Pierwszym krokiem do wprowadzenia zmian w systemie lub rozkładzie czasu pracy jest uzyskanie zgody reprezentacji pracowników, czyli zakładowej organizacji związkowej, rady pracowników lub przedstawicieli pracowników wybranych w inny sposób. Pracodawca nie może samodzielnie narzucić załodze zmian. Wymóg konsultacji z pracownikami jest w tym przypadku oczywisty i konieczny. To dobry krok na drodze do upowszechnienia partycypacyjnego stylu zarządzania. Aby wprowadzanie jakichkolwiek dużych zmian w przedsiębiorstwie było skuteczne, konieczne jest podejmowanie trudnych decyzji wraz z załogą. Jak pracownicy mają być zaangażowani i lojalni wobec pracodawcy, jeśli nie znają długookresowej strategii firmy i nie rozumieją sensu decyzji kierownictwa? Nie można wymagać jednak od zwykłego pracownika orientacji w globalnych trendach ekonomicznych czy konkurencji rynkowej – należy wyjaśnić mu cele działań i konieczność podejmowania trudnych decyzji, wskazać ryzyka zaniechania, a także słuchać jego opinii i odpowiadać na wątpliwości. Wtedy łatwiej będzie o akceptację decyzji zarządu i wyrzeczenia w trudnych dla firmy momentach. Pracodawcy często podnoszą, że opinie i żądania pracowników są czasami nierealne – jeśli tak, to warto wskazać im tego typu błędy i przestawić przykłady firm konkurencyjnych, które poprzez małą elastyczność były zmuszone dokonać zwolnień pracowników lub ogłosić upadłość.

Głównym celem nowych przepisów jest nie tylko zwiększenie konkurencyjności przedsiębiorstw ale także ochrona miejsc pracy, nawet za cenę pewnych okresowych niedogodności w życiu prywatnym pracowników.

Reasumując, pierwszy wymóg wprowadzenia zmian to dialog. Następnie uzgodnione zmiany powinny zostać zapisane – zależnie od sytuacji firmy – w układzie zbiorowym, regulaminie pracy lub odrębnym porozumieniu z przedstawicielami pracowników. Dalej informację o zmianach pracodawca przekazuje pilnie w ciągu 5 dni do Okręgowego Inspektoratu Pracy i w końcu sporządza harmonogramy pracy. Warto pamiętać, że wdrożenie elastycznego czasu pracy będzie z pewnością przedmiotem dokładnych kontroli inspekcji pracy.

Trudno więc zgodzić się z obawami części pracowników, że pracodawca będzie dowolnie dysponował ich czasem pracy oraz życiem prywatnym. Oczywiście okresowe wydłużenie czasu pracy czy zmiany godzin pracy mogą powodować dla części pracowników problem z pogodzeniem prywatnych obowiązków np. związanych z opieką nad dziećmi czy nauką. Dlatego też modyfikacje harmonogramów czasu pracy powinny być nie tylko konsultowane z reprezentacją pracowników, ale też wcześniej sygnalizowane ogółowi pracowników objętych zmianami (np. pion produkcji), aby ewentualne trudności mogły być wcześniej zgłaszane i wyjaśniane z bezpośrednimi przełożonymi.

Podsumowanie IPO w Europie i Polsce w IV kw 2013 r.

Silne ożywienie na rynku IPO w Europie. Wzrost aktywności odczuwalny również w Warszawie, jednak głównie za sprawą ofert prywatyzacyjnych PKP Cargo i Energi. Trudniejsza sytuacja emitentów na GPW ze względu na zmiany w OFE.

Jak wynika z najnowszego kwartalnego raportu IPO Watch Europe przygotowanego przez firmę doradczą PwC, w czwartym kwartale 2013 roku na rynkach europejskich odnotowano 105 IPO o łącznej wartości 14,7 mld euro, co stanowi poziom blisko dwukrotnie wyższy niż w analogicznym okresie 2012 roku. Były to jednocześnie najlepsze trzy miesiące na rynku pierwotnym w Europie od czwartego kwartału 2011 roku.

Dzięki tak dobrym wynikom odnotowanym w ostatnich miesiącach, w całym 2013 roku łączna wartość ofert w Europie była aż o 141% wyższa niż w roku 2012 (278 ofert o łącznej wartości 26,3 mld euro w 2013 r. wobec 288 ofert o łącznej wartości 10,9 mld euro w roku poprzednim).

W okresie od października do grudnia minionego roku po raz kolejny dominowała giełda londyńska – odnotowano tam 41 IPO o łącznej wartości 8,6 mld euro, co stanowiło ponad połowę łącznej wartości wszystkich ofert w Europie w tym okresie. Pozostałe giełdy charakteryzujące się dużą aktywnością to NYSE Euronext (11 ofert o łącznej wartości 2,0 mld euro), Warszawa (13 ofert o łącznej wartości 1,0 mld euro) oraz Borsa Italiana (9 IPO o łącznej wartości 0,9 mld euro).

Największymi IPO w czwartym kwartale 2013 roku były przeprowadzone na giełdzie w Londynie oferty spółek: Royal Mail (2 mld euro), Merlin Entertainments (1,1 mld euro) oraz Riverstone Energy (0,9 mld euro). Jednocześnie pięć z dziesięciu największych IPO w Europie dotyczyło ofert spółek portfelowych funduszy private equity.

Najaktywniejszymi sektorami pod względem łącznej wartości IPO okazały się produkty i usługi przemysłowe (20 ofert o łącznej wartości 4,0 mld euro), działalność inwestycyjna (11 IPO o łącznej wartości 2,4 mld euro) oraz sektor bankowy (3 IPO o łącznej wartości 1,7 mld euro).

W czwartym kwartale 2013 roku giełda w Warszawie z 13 IPO (7 na rynku głównym i 6 na NewConnect) była drugim rynkiem w Europie pod względem liczby debiutów. Łączna wartość IPO wyniosła 1,0 mld euro, co plasuje polską giełdę na trzecim miejscu wśród wszystkich rynków europejskich. Największym IPO w Warszawie i jednocześnie dziewiątym największym w całej Europie była oferta spółki Energa o wartości 0,5 mld euro. Na drugim i trzecim miejscu uplasowały się IPO spółek PKP Cargo (0,3 mld euro) i Newag (0,1 mld euro). Średnia wartość oferty na rynku polskim wyniosła 78 mln euro.

Na rynku alternatywnym NewConnect największymi ofertami okazały się IPO spółek Milestone Medical (2,2 mln euro), Certus Capital (0,3 mln euro) oraz Produkty Klasztorne (0,2 mln euro).

Filip Gorczyca, starszy menedżer w zespole ds. rynków kapitałowych PwC, w następujący sposób skomentował wyniki i perspektywy rynku pierwotnego w Warszawie:

„Obserwowane w ostatnich miesiącach ożywienie na rynku pierwotnym w Warszawie postępuje znacznie wolniej niż na wielu innych rynkach, m.in. w Londynie, gdzie liczba i wartość IPO osiągają najwyższe poziomy od 2007 roku, czyli od czasów sprzed początku kryzysu. Ponadto korzystną dynamikę na GPW zawdzięczamy głównie dwóm dużym ofertom prywatyzacyjnym – PKP Cargo oraz Energi. Słabsza pozycja warszawskiej giełdy wynika głównie z zawirowań związanych ze zmianami w systemie emerytalnym i towarzyszącymi temu obawami inwestorów o aktywa znajdujące się w OFE. Zmiany te są zdecydowanie najbardziej negatywnym wydarzeniem ostatniego roku i kładą się cieniem na perspektywach rynku pierwotnego również w nadchodzących miesiącach. OFE były wszak dotychczas jednym z filarów polskiego rynku kapitałowego i stanowiły najbardziej stabilną grupę inwestorów na rynku pierwotnym.

Ogółem jednak, mimo problemów związanych z OFE, perspektywy dla GPW w Warszawie na rok 2014 są obiecujące w związku z dalszym ożywieniem spodziewanym rynkach światowych. Dlatego też wiele spółek, które w ciągu ostatnich trzech lat odłożyły decyzję o debiucie giełdowym ze względu na sytuację rynkową, obecnie powraca do planów przeprowadzenia IPO. Miejmy nadzieję, że lepsza koniunktura przełoży się z czasem również na IPO spółek małych i średnich, którym od pewnego czasu jest znacznie trudniej pozyskać kapitał niż większym podmiotom. Dotyczy to zarówno mniejszych IPO na rynku głównym, jak i ofert na rynku NewConnect, na którym giełda ostatnio podniosła poprzeczkę jeśli chodzi o wymogi wobec spółek tam debiutujących i już notowanych. Miało to na celu poprawę jakości i w efekcie przywrócenie zaufania inwestorów do rynku alternatywnego. Jeśli to się uda, aktywność na NewConnect może z czasem ponownie zacząć rosnąć, choć nie ma co liczyć na powrót koniunktury obserwowanej na tym rynku w latach poprzednich, kiedy to w niektórych kwartałach miało miejsce 40 czy nawet 50 debiutów.”

Wartość środków pozyskanych w ramach pierwszych ofert publicznych w USA w czwartym kwartale 2013 roku wyniosła 17,6 mld euro, co zwiększyło ich łączną wartość w całym 2013 roku do 42,8 mld euro. Warto zaznaczyć, że w USA rok 2013 dla rynku IPO był najlepszym w ciągu ostatnich 10 lat. W ostatnim kwartale 2013 roku wyraźnie wzrosła również aktywność na rynku IPO w Hongkongu. Dzięki dobrym wynikom w ostatnich trzech miesiącach 2013 roku łączna wartość środków pozyskanych na tym rynku w minionym roku, w stosunku do wartości ofert z roku 2012, wzrosła o 88%.

Dodatkowe informacje

1. Bieżąca i poprzednie edycje IPO Watch Europe są dostępne pod adresem: www.pwc.pl/ipowatch. Dostępne są również podsumowania roczne za lata 2004, 2005, 2006, 2007, 2008, 2009, 2010, 2011 i 2012.

2. O IPO Watch Europe
Ankieta IPO Watch Europe obejmuje wszystkie debiuty na głównych giełdach w Europie w najważniejszych segmentach rynku akcji (włączając w to giełdy w Austrii, Belgii, Danii, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Irlandii, Luksemburgu, Niemczech, Norwegii, Polsce, Portugalii, Szwajcarii, Szwecji, Turcji, Wielkiej Brytanii i Włoszech) i jest przeprowadzana kwartalnie. Opcje nadsubskrypcji („greenshoe offerings”), debiuty podmiotów, które przeprowadzały wcześniej pierwotną ofertę publiczną oraz przeniesienie pomiędzy rynkami w zakresie jednej giełdy nie zostały uwzględnione w statystykach. Ankieta dotyczy okresu od 1 października do 31 grudnia 2013 roku i została sporządzona w oparciu o daty debiutów akcji lub praw do akcji. Dodatkowe informacje, w tym tabele danych, są dołączone do niniejszej informacji prasowej.

3. O współtworzących ankietę
Ankieta została opracowana przez zespół ds. rynków kapitałowych PwC. Specjaliści ds. rynków kapitałowych PwC świadczą pełen zakres usług w zakresie transakcji na rynkach kapitałowych. Usługi te obejmują przygotowanie do oferty publicznej oraz całościową obsługę doradczą transakcji, w tym doradztwo finansowe, doradztwo prawne i doradztwo podatkowe. Dom Maklerski PricewaterhouseCoopers Securities S.A., posiadający zezwolenie na prowadzenie działalności maklerskiej w zakresie oferowania instrumentów finansowych, zapewnia usługi podmiotu oferującego akcje.

4. O PwC
PwC to firma działająca w 158 krajach, zatrudniająca ponad 184 tysiące osób. Dzięki takiej różnorodności doświadczeń i szerokiej bazie wiedzy, jesteśmy w stanie pomóc naszym klientom sprostać wszelkim wyzwaniom biznesowym. Dostarczamy wysokiej jakości rozwiązania odpowiadające na problemy naszych klientów z zakresu prawno-podatkowego, biznesowego i audytorskiego. Zapraszamy do odwiedzenia naszej strony: www.pwc.pl. Nazwa „PwC” odnosi się do firm wchodzących w skład sieci PricewaterhouseCoopers International Limited, z których każda stanowi odrębny i niezależny podmiot prawny.

Stres w pracy może być Twoim przyjacielem

W obecnych czasach stres towarzyszy nam niemal na co dzień. Większość z nas zjawisko to kojarzy jednoznacznie negatywnie, utożsamiając je z dyskomfortem związanym z życiem zawodowym. Optymalna dawka stresu jednak może znacząco poprawić naszą wydajność. Kluczem do sukcesu w tym przypadku jest znalezienie złotego środka pomiędzy brakiem zaangażowania a zbyt dużym obciążeniem.

Analizując encyklopedyczną definicję stresu możemy dojść do wniosku, że nie jest on niczym złym. Ten naturalny, ludzki odruch pobudza nas przecież do działania, pozwala skupić się na konkretnym zadaniu i motywuje do podjęcia określonej decyzji.

Problemy zaczynają się dopiero wówczas, gdy ta (w teorii) chwilowa, odbiegająca od normy reakcja zaczyna się wydłużać, by z czasem stać się stanem permanentnym. Mobilizacja przekształca się wtedy w podenerwowanie, co z kolei prowadzi do znaczącego spadku efektywności.

– Odpowiednia ilość stresu jest nam zatem do życia niezbędna. Jego brak oznacza przecież najczęściej znużenie i brak chęci do działania. Należy tylko pamiętać, że we wszystkim niezbędny jest umiar – bez niego krótkotrwałe pobudzenie szybko może przerodzić się w cały dzień pracy w ekstremalnym napięciu – wyjaśnia Grzegorz Frątczak, specjalista zarządzania czasem.

Złoty, indywidualny środek

Ilość stresu gwarantująca największą efektywność jest niestety kwestią indywidualną i zależną od wielu czynników. Dawka mobilizującego pobudzenia będzie się przecież różnić w zależności od naszego wychowania, doświadczenia zawodowego, zajmowanego stanowiska czy relacji z pracownikami lub przełożonymi.

– Generalnie przyjmuje się jednak, że poziom ten dla zadań trudniejszych jest dużo niższy, niż w przypadku prostszych obowiązków – dodaje Frątczak.

Niezwykle ważne przy tym jest umiejętne rozłożenie owego obciążenia w czasie, bowiem to, co w ciągu godziny poprawi naszą wydajność, na dłuższą metę może okazać się dla nas zgubne.

Spadek efektywności to dopiero początek

Pierwszym czytelnym symptomem zbyt dużego obciążenia jest podenerwowanie czy niepokój i wynikające z nich spowolnienie wszystkich działań lub całkowite zablokowanie i niemożność podjęcia jakichkolwiek decyzji.
Później pojawić się mogą również dolegliwości fizyczne. Wśród nich najczęściej spotykane są bóle mięśni karku, barków i kręgosłupa, bolesne skurcze jelit, owrzodzenie układu pokarmowego czy, nierzadko ignorowane lub błędnie interpretowane obniżenie odporności i różnego rodzaju choroby infekcyjne.

Z kolei dalsze funkcjonowanie w takich warunkach może z czasem doprowadzić do występowania stresu chronicznego. Stale utrzymujący się wysoki poziom pobudzenia sprawia, że napięte mięśnie uniemożliwiają prawidłowe działanie organów wewnętrznych, podnosi się ciśnienie krwi i zmienia się jej skład oraz pojawiają się nieprawidłowości w układzie hormonalnym.

Skutki takiego stanu rzeczy są niestety łatwe do przewidzenia. depresja, zawał serca, choroba wieńcowa – to tylko kilka z przykładów zagrożeń czyhających na osoby wiecznie zestresowane.

Stresują się wszyscy

– Stres wbrew pozorom nie jest domeną wyłącznie pracowników wyższych szczebli. Ci oczywiście najczęściej cierpią np. z powodu zakresu swoich obowiązków i idącej za nimi odpowiedzialności czy rozbieżności pomiędzy wymaganiami, a realnymi możliwościami. Za tym wszystkim stoi jakość ich pracy – mówi trener managerów, uczący sposobów zarządzania czasem.

Dyskomfort psychiczny odczuwać mogą jednak wszyscy zatrudnieni. Osoby wykonujące mniej istotne zadania zmagać się muszą zwykle ze stresem ilościowym. Wśród jego przyczyn znajdują się znaczny wysiłek fizyczny, praca w pośpiechu i pod presją czasu lub nagłe „zrywy” i pojawianie się dodatkowych obowiązków.

W dobie kryzysu gospodarczego do tego wszystkiego dodatkowo dochodzi obawa o utratę pracy. Niepewność co do własnej przyszłości w firmie w wielu przypadkach zamiast działać mobilizująco obniża koncentrację i wydajność, co tylko jeszcze pogłębia poziom odczuwanego stresu.

Planuj życie zawodowe i prywatne, a stres zniknie

Co zatem należy zrobić, by stres w pracy stał się naszym sprzymierzeńcem i jak uniknąć związanych z nim zagrożeń?

W pierwszej kolejności powinniśmy znaleźć czynniki wpływające na nasze samopoczucie i efektywność. Chłodna ocena konkretnych sytuacji pozwoli nam wzmocnić ich pozytywne efekty lub zminimalizować straty.

Później warto krytycznie i rzetelnie przeanalizować swoją sytuację zawodową. Odpowiedzi na pytania: czym się obecnie zajmuję, jak mój rozwój wpływa na działanie całego przedsiębiorstwa oraz jakie mam cele na najbliższe miesiące czy lata, pozwolą w jakimś stopniu wyeliminować stresogenną niepewność swojego położenia.

– Projektowanie swojego czasu długofalowo to jedno. Równie ważna jest rozsądna organizacja dnia pracy, podczas którego znajdzie się czas zarówno na stałe zadania, pojawiające się nagle obowiązki, jak i niezbędne w każdej pracy przerwy – przypomina ekspert zajmujący się zarządzaniem czasu Grzegorz Frątczak.

O poprawę wydajności zadbać możemy także jeszcze zanim przekroczymy próg biura. Poziom odczuwanego w ciągu dnia stresu skutecznie obniża odpowiednia regeneracja obejmująca m. in. ustabilizowane godziny snu czy poranne ćwiczenia. Wystarczy nawet 10 minut dziennie!

Nie mniej ważne są czynności, które pozwalają nam oderwać się myślami od pracy. Jak bowiem pokazują liczne badania, najbardziej efektywnymi pracownikami są osoby posiadające różnorodne pasje, uprawiające sporty, medytujące czy zaangażowane w życie swoich społeczności.

Zarząd PKO Banku Polskiego powołany na nową kadencję

Rada Nadzorcza PKO Banku Polskiego powołała Zarząd PKO Banku Polskiego w niezmienionym składzie na trzyletnią kadencję. Zgodnie ze statutem Banku Rada Nadzorcza powołała Zbigniewa Jagiełło na stanowisko Prezesa Zarządu, a następnie na jego wniosek, sześciu wiceprezesów: Piotra Alickiego, Bartosza Drabikowskiego, Jacka Obłękowskiego, Piotra Mazura, Jarosława Myjaka oraz Jakuba Papierskiego.

– Rada zdecydowała o wyborze Zarządu, który potwierdził swoje wysokie kompetencje w tworzeniu i konsekwentnej realizacji strategii na lata 2010-2012 i 2013-2015. W ostatnich 4 latach bank pod kierownictwem Z. Jagiełło znacząco zwiększył skalę działalności, osiągnął ponadprzeciętną efektywność i dochodowość, umocnił pozycję lidera we wszystkich ważnych segmentach rynku. Dynamiczny rozwój, pomimo zmiennej sytuacji gospodarczej, był możliwy dzięki unowocześnieniu zarówno oferty produktowej, jak i modernizacji organizacji. Przed bankiem kolejne ambitne wyzwania, przede wszystkim związane z procesem integracji spółek Nordea, co wymagać będzie skutecznego współdziałania sprawdzonego zespołu. Stabilność Zarządu gwarantuje kontynuację wytyczonych kierunków, a w konsekwencji dalszy wzrost wartości dla akcjonariuszy – mówi Cezary Banasiński, Przewodniczący Rady Nadzorczej PKO Banku Polskiego.

Aktualna kadencja Zarządu Banku kończy się z dniem 30 czerwca 2014 roku.

Koniec z polityką drukowania pieniądza. O ile światowa gospodarka nie spowolni

CEO Magazyn Polska

Najbliższe miesiące na świecie wciąż będą czasem niskich stóp procentowych i stymulowania gospodarek przez banki centralne twierdzą eksperci z X-Trade Brokers. Nie zmieni tego również zatwierdzenie przez amerykański Senat Fed Janet Yellen na stanowisku szefa, które nastąpiło w nocy z poniedziałku na wtorek.  To będzie rok odejścia od polityki dodrukowania pieniądza  ocenia Przemysław Kwiecień.

Europa dostrzega już pierwsze oznaki poprawy gospodarczej. Pokazują to dane o PKB, bezrobociu i produkcji przemysłowej. Mimo to ani Europejski Bank Centralny, ani banki narodowe państw spoza strefy euro nie decydują się na podniesienie stóp procentowych, które dziś znajdują się na rekordowo niskich poziomach.

 – Nigdy nie byliśmy w takiej sytuacji, żeby wszystkie największe banki centralne wprowadziły politykę kupowania aktywów, bo ich tradycyjna polityka stóp procentowych już dawno przestała działać. Stopy procentowe zostały już dawno obniżone faktycznie do okolic zera – mówi Przemysław Kwiecień, główny ekonomista X-Trade Brokers.

Jego zdaniem, ta sytuacja tworzy nowe uwarunkowania zarówno dla inwestorów, jak i poszczególnych gospodarek. Wskazuje, że wiele zależy od kierunku wyznaczonego przez banki centralne.

 – Wzrost gospodarczy wiążemy właśnie z działaniami banków centralnych – wyjaśnia Kwiecień. – To sytuacja bez precedensu i konsekwencje tej polityki też takie będą. Ekonomia mówi: wzrostu gospodarczego nie da się wydrukować. Obecnie banki centralne właśnie próbują to zrobić, więc jesteśmy na pewno świadkami bardzo ciekawego eksperymentu.

6 stycznia amerykański senat zatwierdził kandydaturę Janet Yellen na szefa Amerykańskiej Rezerwy Federalnej (Fed). W listopadzie zastąpiła ona na tym stanowisku Bena Bernanke; wcześniej była jego zastępczynią. Kojarzona jest ona z agresywną polityką stymulowania amerykańskiej gospodarki – czyli programem QE, polegającym na skupie z rynku obligacji. Fed zapowiedział na ten rok stopniowe wygaszanie programu, zrobił też już pierwszy krok, ograniczając w ubiegłym miesiącu poziom skupu do 75 mld dolarów z 85 mld dolarów.

 – To cały czas jest dodruk pieniądza, aż do momentu, kiedy program nie zostanie całkowicie wygaszony – twierdzi główny ekonomista X-Trade Brokers. – Rok 2014 to będzie rok odejścia od tej polityki dodrukowania pieniądza. Być może zakończenia go całkowicie, o ile gospodarka nieprzewidzianie nie spowolni.

I mimo że stopy procentowe w USA jeszcze przez długi czas prawdopodobnie pozostaną na poziomie w okolicy zera, to wygaszanie QE3 powinno umacniać dolara wobec innych walut.

 – Szczególnie wobec euro, bo w eurolandzie Europejski Bank Centralny być może będzie jeszcze musiał politykę luzować, żeby pomóc gospodarce, żeby walczyć z tendencją zbyt niskiej inflacji – podsumowuje Przemysław Kwiecień.

Europejski Bank Centralny zaskoczył rynek przed dwoma miesiącami, tnąc stopy procentowe, w tym główną do 0,25 proc. z 0,5 proc. Kolejne posiedzenie – już dziś.

Od lipca potanieją płatności kartą. Resort finansów liczy, że dzięki temu więcej sklepów będzie je akceptować

CEO Magazyn Polska

Po półrocznym okresie przejściowym, czyli od 1 lipca tego roku opłaty za płatność kartą nie będą mogły być wyższe niż 0,5 proc. wartości transakcji. To ponad dwukrotnie mniej niż obecnie, a także nieco mniej niż unijna średnia. To efekt obowiązującej od początku roku ustawy regulującej poziom opłat interchange w Polsce.  

Dziś opłata interchange w Polsce wynosi średnio ok. 1,2 proc. i należy do najwyższych w Europie. Jest to opłata, którą agenci rozliczeniowi obsługujący transakcje kartami płacą bankom. W praktyce agenci przerzucają ten koszt na akceptantów płatności, czyli punkty handlowo-usługowe. Te z kolei podwyższają w odpowiedzi ceny towarów i usług, a w ostateczności opłatę płaci kupujący.

Dzięki zmianie prawa, która weszła w życie od 1 stycznia, opłata interchange w Polsce nie będzie mogła być wyższa niż 0,5 proc. To o 0,2 punktu procentowego mniej niż unijna średnia.

 – Obecnie średnia liczba terminali w UE na 1 mln mieszkańców wynosi 19 tys. W Polsce jest to 7,5 tys. terminali, co pokazuje, że istnieje olbrzymi potencjał rozwoju tego rynku, a wśród zidentyfikowanych barier, dlaczego ten rynek w Polsce się nie rozwijał, bariera kosztowa była zawsze pokazywana na pierwszym miejscu – podkreśla Paweł Bułgaryn z Ministerstwa Finansów.

Resort finansów liczy, że dzięki temu więcej sklepów zacznie przyjmować płatności kartami.

 – Mamy nadzieję, że znikną informacje, z którymi się często spotkamy, np. „płatność kartą od 20 złotych”. Dzięki informacji, którą przedsiębiorcy otrzymają o tym, że weszła taka ustawa, oraz dzięki temu, że podmioty zaopatrujące sklepy w terminale będą w najbliższym półroczu informowały o tym, że jest możliwość skorzystania z nowych stawek, przedsiębiorcy w Polsce będą chętniej akceptowali karty płatnicze – ocenia Bułgaryn.

Przyznaje, że koszty to niejedyna bariera rozwoju płatności kartami w Polsce. Konieczna jest też m.in. zmiana przyzwyczajeń konsumentów. Jednak dzięki temu, że płatność kartą będzie tańsza, więcej sklepów może udostępnić taką możliwość.

Choć prawo weszło już w życie, zmiany nie nastąpią od razu. Agenci rozliczeniowi i banki mają pół roku na dostosowanie opłat. 0,5-proc. limit będzie obowiązywał od 1 lipca tego roku.

O obniżenie opłat interchange od dawna apelowali przedsiębiorcy, a także m.in. Fundacja Rozwoju Obrotu Bezgotówkowego. Nad obniżeniem limitu wysokości opłat interchange myśli też Komisja Europejska. Propozycja Brukseli jest jeszcze bardziej restrykcyjna niż polskie prawo i zakłada obniżkę do poziomu zaledwie 0,2-0,3 proc. wartości transakcji.

Do jutra można przekazać pracodawcy obowiązek rozliczenia PIT

CEO Magazyn Polska

Tylko do 10 stycznia pracownik może zobowiązać swojego pracodawcę do rozliczenia za niego PIT-u za 2013 rok. Mogą to zrobić pracownicy, którzy przez cały ubiegły rok byli zatrudnieni u jednego pracodawcy. Osoby, które w tym czasie zmieniły pracę lub miały dochody z kilku źródeł, będą musiały rozliczyć się same. Podobnie jak podatnicy chcący skorzystać z ulg podatkowych czy ze wspólnego rozliczenia ze współmałżonkiem lub dzieckiem.

Jeśli pracownik chce, aby pracodawca rozliczył jego PIT za ubiegły rok, ma ostatnią szansę na to, by złożyć specjalne oświadczenie, czyli wypełniony PIT-12. Dokument można np. pobrać ze strony internetowej Ministerstwa Finansów bądź urzędów skarbowych.

 – Aby pracodawca mógł nas rozliczyć w urzędzie skarbowym, musimy cały poprzedni rok pracować u jednego pracodawcy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wiesława Drożdż, rzeczniczka Ministerstwa Finansów.

Oznacza to, że osoby, które w ciągu ubiegłego roku zmieniały pracę, nie będą mogły skorzystać z tego uprawnienia.

 – Jeżeli mieliśmy kilka źródeł dochodów, wtedy niestety też nie mamy takiej możliwości i musimy rozliczyć się sami – podkreśla rzeczniczka. – Również wówczas, kiedy chcemy skorzystać z ulg podatkowych czy preferencyjnego rozliczenia z małżonkiem czy z dzieckiem, musimy rozliczyć się sami.

Z obserwacji resortu finansów wynika, że z każdym rokiem przybywa osób korzystających z możliwości scedowania obowiązku rozliczenia podatkowego na swojego pracodawcę.

W oświadczeniu PIT-12 pracownik powinien zadeklarować, że przez cały rok uzyskiwał dochody u jednego pracodawcy, a także, że nie będzie korzystał z ulg podatkowych oraz z preferencyjnego rozliczenia swoich dochodów. Zobowiązanie pracodawcy do rozliczenia PIT-u nie wyklucza jednak skorzystania przez pracownika z ulgi do końca okresu rozliczeniowego, czyli do końca kwietnia.

 – Nawet jeżeli zobowiążemy swojego pracodawcę do rozliczenia nas z urzędem skarbowym, a przed końcem okresu rozliczeniowego znajdziemy jakieś rachunki, pozwalające na skorzystanie z ulgi, przypomnimy sobie albo dowiemy się, że jesteśmy uprawnieni do skorzystania z ulgi, to wtedy możemy złożyć korektę w urzędzie skarbowym – wyjaśnia Wiesława Dróżdż.

W tym celu podatnik będzie musiał złożyć kolejny druk PIT, z którego będzie wynikało, z jakiej ulgi chce skorzystać. Każdy pracodawca zobowiązany jest przekazać swoim pracownikom rozliczenie roczne na druku PIT-40, które finalnie (do końca lutego) ma trafić do urzędu skarbowego.