Fed pod ostrzałem, Iran w ogniu protestów. Rynki uciekają do złota

Kolejna odsłona ataku na niezależność amerykańskiego banku centralnego. Trump informuje, że „poważnie rozważa atak na Iran”. Po noworocznej przerwie do pracy wraca RPP – czy cięcie stóp możliwe jest już teraz?

Idąc dalej

W niedzielę w mediach pojawiła się informacja – co ciekawe nie ze strony administracji rządowej USA, a szefa Fed – o tym, że otrzymał on wezwanie do zeznania w śledztwie karnym prokuratury federalnej. Śledztwo ma dotyczyć wypowiedzi szefa banku centralnego przed Senatem w czerwcu ubiegłego roku, w sprawie remontu budynków Fed. Jest to więc kolejna odsłona konfliktu na linii Powell-Trump. Kością niezgody pozostaje aktualna wysokość stóp procentowych. Prezydent USA wielokrotnie słownie chciał wpłynąć na decyzję Fed, a wiele razy bezpośrednio pod adresem prezesa tej instytucji kierował dużo obelg. Kolejny etap w tej „wojnie” to znów eskalacja zjawiska erozji autonomii Fed, a co za tym idzie ryzyko dla inwestorów. Nie może więc dziwić kolejny ruch w górę na notowaniach złota, czyli bezpiecznej przystani kapitału.

Gotowi do rozmów… i do ataku

Dzisiaj o poranku cena uncji złota wyrażona w USD osiągnęła poziom 4600, co jest nowym rekordem notowań. Groźba zarzutów dla Fed ze strony prokuratury to jeden z argumentów za takim zachowaniem kursu. Inny znajdziemy po stronie wypowiedzi Trumpa o gotowości ataku na Iran, co podgrzewa i tak już gorącą atmosferę w geopolityce. Powodem interwencji USA, miałoby być tłumienie antyreżimowych protestów. Od kilku dni w niemal całym Iranie ludzie wyszli na ulicę, a powodem jest pogarszająca się sytuacja gospodarcza w kraju i inflacja sięgająca poziomu 40%. Chociaż eksperci twierdzą, że i tak jest ona dużo większa, a wartość celowo zaniżają władze. Poziom dynamiki cen sprawia, że mocno traci na wartości lokalna waluta. Na początku tego roku dolar amerykański kosztował blisko 1 mln riali irańskich. W piątek tamtejszy reżim dokonał medialnego blackoutu, co tylko eskalowało bunt społeczeństwa. Czy więc pomoc przyjdzie ze strony amerykańskiej? Wszystkie opcje są na stole, ale trzeba pamiętać, że ostatnie dni to zamieszanie USA w wiele „spraw” na różnych zakątkach świata – czy to interwencja w Wenezueli, wypowiedzi o Kubie, Kolumbii czy Grenlandii.

Reagować na dane czy czekać?

Z rodzimego rynku, kluczowa będzie środa i posiedzenie RPP, a dzień później konferencja prasowa prezesa. Po grudniowej decyzji i 6 obniżce stóp, komentarz ze strony Rady sugerował raczej wstrzymanie się z dalszymi ruchami, przynajmniej do marca. Kolejne jednak zaskoczenie ze strony inflacji i odczyt za ostatni miesiąc roku na poziomie 2,4%, znów otworzył furtkę do cięcia kosztu pieniądza. Sytuacja jest więc znów niepewna, a same wypowiedzi ze strony członków RPP – I. Dąbrowski sugeruje 50% szans na cięcie w styczniu – tworzą jeszcze większą aurę niepewności. W wypowiedziach analityków też nie ma jednomyślności, a znajdziemy i opcję obniżek stóp, ale i pauzy na tym posiedzeniu. Dla PLN ruch na stopach już teraz może spowodować delikatne osłabienie, ale nie będzie to duża presja sprzedażowa, gdyż w „cenach” na pierwsze półrocze dwa cięcie stóp już były.

Złoto na historycznym szczycie. Napięcia USA–Iran i spór o niezależność Fed podbijają popyt

Rok dopiero się rozpoczął, a złoto już zdążyło zapisać się w historii. Cena kruszcu przebiła pierwsze w tym roku ATH, przekraczając poziom 4600 dolarów za uncję. Eskalacja napięć na linii USA-Iran, podważanie niezależności Rezerwy Federalnej, słabe dane z amerykańskiego rynku pracy i narastające bariery handlowe wobec krajów BRICS sprawiają, że inwestorzy ponownie uciekają w aktywa uznawane za bezpieczne. Jak podkreśla Michał Tekliński, ekspert Goldsaver i Goldenmark, to nie chwilowy impuls, ale efekt kumulacji ryzyk, które coraz mocniej definiują globalny krajobraz finansowy.

W poniedziałek 12 stycznia 2026 r. złoto ustanowiło nowy rekord wszech czasów, przekraczając 4600 dolarów za uncję w notowaniach spot i sięgając poziomów, jakich nie widzieliśmy wcześniej. To kolejny sygnał, że rynek metali szlachetnych wciąż reaguje na poważne czynniki makro i geopolityczne.

Pierwszym czynnikiem są niejasności wokół niezależności Rezerwy Federalnej w USA. Informacje o groźbach zarzutów karnych wobec prezesa Fed Jerome’a Powella – uznane przez rynek za ingerencję polityczną – przyczyniły się do spadku wartości dolara i zwiększonego popytu na złoto jako zabezpieczenie przed ryzykiem politycznym i monetarnym.

Jerome Powell stwierdził, że potencjalne oskarżenie należy rozpatrywać w szerszym kontekście gróźb administracji i ciągłej presji na wywieranie wpływu na decyzje banku w sprawie stóp procentowych. Warto też przypomnieć, że powtarzające się ataki administracji Donalda Trumpa na Fed w ubiegłym roku były głównym czynnikiem osłabiającym dolara i wspierającym złoto.

Drugim kluczowym z nich jest eskalacja napięć między USA a Iranem. Rosnąca niepewność geopolityczna osłabia apetyt na ryzyko i zwiększa popyt na aktywa postrzegane za „bezpieczną przystań” jak złoto, które historycznie służy jako ochrona kapitału w czasach globalnych napięć.

Dodatkowo dane makroekonomiczne z USA wskazujące na słabszy rynek pracy jeszcze bardziej wzmocniły oczekiwania inwestorów co do przyszłych obniżek stóp procentowych, co sprzyja nieoprocentowanym aktywom inwestycyjnym takim jak złoto. Oczekiwania dotyczące luzowania polityki pieniężnej zwiększają atrakcyjność złota w kontekście kosztu alternatywnego.

Trzecim, choć często niedocenianym czynnikiem są taryfy i bariery handlowe nałożone na kraje BRICS, które dodają globalnej niepewności i mogą spowalniać wzrosty gospodarcze, jednocześnie zwiększając popyt na aktywa stabilne. W takim środowisku złoto często działa jak bezpieczna przystań, łącząc ochronę kapitału z potencjałem wzrostowym.

Podsumowując, dzisiejsze ATH nie jest jedynie technicznym ruchem na wykresie – to odzwierciedlenie kumulacji czynników ryzyka geopolitycznego, politycznego i makroekonomicznego, które obecnie dominują na rynkach światowych.

Konflikt Trump–Powell eskaluje. Dolar słabnie, złoto bije rekordy

Informacja o wezwaniu przewodniczącego Rezerwy Federalnej Jerome’a Powella przed ławę przysięgłych przez Departament Sprawiedliwości wywołała silne poruszenie na rynkach finansowych. Śledztwo dotyczy jego czerwcowych zeznań w Kongresie na temat znacznego wzrostu kosztów renowacji siedziby Fed. Choć Powell kategorycznie zaprzecza doniesieniom o luksusowym charakterze projektu i wskazuje na wzrost kosztów materiałów, pracy oraz nieprzewidziane problemy, jak skażenie budynku, sprawa nabiera wymiaru politycznego. Sam przewodniczący interpretuje działania władz jako próbę wywarcia presji na niezależność banku centralnego, szczególnie w kontekście prowadzonej polityki stóp procentowych.

Powell wyraźnie podkreślił, że stawką w tej sytuacji jest niezależność decyzyjna Fed – chodzi o to, czy stopy procentowe będą nadal ustalane wyłącznie na podstawie danych gospodarczych, takich jak inflacja i rynek pracy, czy też polityka pieniężna zostanie podporządkowana bieżącej agendzie administracji. Sprawa ta zaostrza trwający od lat konflikt między Powellem a prezydentem Donaldem Trumpem, który wielokrotnie wzywał do agresywnych obniżek stóp procentowych, argumentując to kosztami obsługi długu publicznego i wpływem stóp na sytuację gospodarczą. Trump zaprzeczył, jakoby miał wiedzę o toczącym się postępowaniu.

Rynki zareagowały nerwowo na informację o wezwaniu Powella. Kontrakty terminowe na amerykańskie akcje osłabiły się, notując chwilowy spadek S&P 500 o około 0.6%, dolar stracił na wartości, natomiast cena złota – tradycyjnie postrzeganego jako bezpieczna przystań w okresach niepewności – wzrosła do rekordowych poziomów. Inwestorzy zaczęli dostrzegać zwiększone ryzyko polityczne oraz możliwość zakłóceń w przewidywalności polityki pieniężnej USA.

W ostatnich miesiącach Fed trzykrotnie obniżył stopy procentowe o 0.25 punktu procentowego, sprowadzając je do przedziału 3.5–3.75%, jednak sygnalizował brak pośpiechu w podejmowaniu kolejnych decyzji. Obecnie rynek nie oczekuje zmian na najbliższym posiedzeniu Komitetu Otwartego Rynku (27–28 stycznia), jednak rosnąca presja polityczna i potencjalne konsekwencje instytucjonalne – jak zapowiedź senatora Thoma Tillisa o blokowaniu nominacji do zarządu Fed – mogą wpływać na przyszłe decyzje banku centralnego oraz jego zdolność do działania.

Eskalacja konfliktu nie tylko podważa zaufanie do instytucjonalnej niezależności Rezerwy Federalnej, ale także zwiększa ogólną niepewność polityczną i finansową. Może to przełożyć się na zmienność rynków oraz rewizję oczekiwań dotyczących przyszłej ścieżki stóp procentowych. W dłuższej perspektywie utrzymanie niezależności Fed będzie kluczowe dla stabilności amerykańskiej gospodarki i wiarygodności prowadzonej polityki monetarnej.

Agent AI w logistyce może być multiplikatorem zdolności, ale także problemów

Lekceważenie narzędzi AI może mieć katastrofalne skutki dla sprawności i konkurencyjności firm, równie poważane jak pośpieszne i wymuszone wdrożenia. Sztuczna inteligencja jest już na szczycie priorytetów inwestycyjnych, ale ogromna część projektów i tak kończy się niepowodzeniem, ponieważ firmy nie mają strategii i jasnych celów, nie są technicznie gotowe, kupują fałszywki lub ulegają psychologicznej presji rynku. Niewiele mówi się także o tym, że sama technologia nie jest doskonała, za to bardzo droga, implementacja jest skomplikowana, a na dodatek agent AI halucynuje i wymyśla rzeczywistość, która nie istnieje.

Robotyzacja procesów biznesowych (RPA), czyli algorytmy wykonujące powtarzalne czynności oparte na regułach, ale pozbawione zdolności uczenia się. Następnie zaawansowana analityka predykcyjna oraz uczenie maszynowe (ML), a w końcu generatywna sztuczna inteligencja (GenAI) wykazująca pewien zakres kreatywności i potrafiąca tworzyć nowe treści na podstawie prostych poleceń językowych. Tak w dużym uproszeniu można opisać przyrost autonomii i kolejne warstwy inteligencji dodawane do różnego typu oprogramowania. Ostatnia z wymienionych innowacji okazała się nie lada przełomem, a według wyliczeń IMF charakteryzuje się historycznie bezprecedensową szybkością adopcji, która osiągnęła 100 milionów użytkowników w zaledwie kilka miesięcy. To tempo znacznie szybsze niż w przypadku innych technologii ogólnego przeznaczenia, jak internet, telewizja kablowa czy telefonia komórkowa.

Dziś na ustach wszystkich są agenci AI, czyli nowe podejście do architektury systemów sztucznej inteligencji, które łączy poszczególne warstwy i zakresy autonomii. Z informacji publikowanych przez twórców takich rozwiązań można wręcz odnieść wrażenie, że agent AI to narzędzie niemal doskonałe, wszechstronne i niezastąpione, że w zasadzie trudniej wskazać rzeczy, których agent nie potrafi zrobić, niż te, które wykonuje z łatwością. Prawda okazuje się jednak nieco bardziej surowa niż marketingowe deklaracje producentów.

Agent AI, czyli co lub kto?

Agent AI to w dużym skrócie autonomiczny system algorytmów wykorzystujący zaawansowane techniki uczenia maszynowego i przetwarzania języka naturalnego, które pozwalają mu zrozumieć kontekst otoczenia, uczyć się na podstawie wcześniejszych interakcji, dobierać narzędzia i samodzielnie podejmować decyzje prowadzące do osiągnięcia wyznaczonego celu. Wszystko to może się odbywać przy ograniczonej do minimum ingerencji człowieka. W odróżnieniu od powszechnie stosowanej automatyzacji procesów, która działa w oparciu o precyzyjnie ustalone reguły, agent AI, analizując wzorce pochodzące z realnego świata, wielu systemów i źródeł jednocześnie, może dostosowywać się do nich i podejmować dynamiczne działania lub wydawać odpowiednie rekomendacje. To, czy agent będzie miał zdolność do uczenia się i modyfikowania własnego zachowania na podstawie wcześniejszych doświadczeń, zależy od jego rodzaju, ale są już rozwiązania, które to umożliwiają.

Agenci AI mogą zatem uczyć się polityki własnego funkcjonowania np. na podstawie systemu nagród lub kar otrzymywanych ze środowiska. Ogólna zasada jest jednak taka, że agent otrzymuje jasno zdefiniowany cel, którego realizację opiera na danych z otoczenia. Samodzielnie planuje i ten plan realizuje, a jeśli musi, to wykonuje operacje w innych systemach i korzysta z narzędzi zewnętrznych, cały czas dążąc do maksymalizacji efektywności. Dla pełniejszego zrozumienia tego zjawiska warto również dodać, że agent AI to nie humanoidalny robot a oprogramowanie, które nie ma zastąpić człowieka, ale ma wzmacniać jego działania w czasie rzeczywistym. Poszczególni agenci mogą działać wspólnie, a nadzorujący pracę ludzie zawsze mogą dodać kontekst do wniosków wygenerowanych przez takie systemy sztucznej inteligencji.

Potencjał wykorzystania sztucznej inteligencji od razu dostrzeżono w operacjach łańcucha dostaw

Według danych opublikowanych przez Gartnera, aż 27% liderów łańcucha dostaw postrzega inwestowanie w rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji jako jeden z trzech głównych czynników zapewniających uzyskanie przewagi konkurencyjnej lub umożliwiających wyeliminowanie niekorzystnej sytuacji konkurencyjnej. Dla 9% badanych jest to cel znajdujący się na szczycie listy. Podobne wnioski zawiera także raport IDC, według którego już w 2024 r. zaawansowana analityka oraz AI w łańcuchu dostaw były głównymi priorytetami inwestycyjnymi na najbliższe trzy lata.

Jakie realne i użyteczne role w procesach logistycznych oferują dziś agenci AI?

Kluczem do zrozumienia, czym jest agent AI i jakie zadania może wykonywać jest wyraźne odróżnienie jego funkcji od chatbota czy asystenta biernie reagującego na polecenia. Agent działa niezależnie, musi jak najszybciej zrealizować cel wytyczony przez człowieka, który go nadzoruje. Dopiero w tym kontekście widać, że realny potencjał inteligentnego algorytmu, np. w logistyce kontraktowej, leży przede wszystkim w obszarach wymagających dynamicznego podejmowania decyzji. Dobrym przykładem roli dla agenta jest planowanie pracy ludzi i sprzętu oraz ciągłe analizowanie mikrodecyzji operacyjnych, jak przydział slotów na rampach, bilansowanie obciążenia przychodzącego i wychodzącego czy reagowanie na nieplanowane wysyłki. System wielu agentów, reprezentujących różne interesy operacyjne (np. Outbound, Inbound, Rampa, Strażnik, SLA), może sprawnie wypracować optymalną decyzję, wykorzystując dane przetwarzane przez YMS, WMS i TMS. To pozwala skrócić lead time, uniknąć kar i poprawić wskaźniki bez angażowania dodatkowych zasobów kadrowych czy sprzętowych. Należy przy tym podkreślić, że choć technologia ta wymaga dopracowania, to nie jest to kolejny modny trend, lecz przeniesienie realnych mechanizmów rynkowych i predykcji na poziom, którego człowiek nie jest w stanie wykonać manualnie przy takim wolumenie – wyjaśnia Sławomir Rodak, dyrektor R&D oraz dyrektor komercyjny w spółce ID Logistics Polska, świadczącej kompleksowe rozwiązania logistyczne i transportowe, obsługę e-commerce oraz zarządzanie łańcuchem dostaw w 19 krajach.

Trzeba również zwrócić uwagę, że do wdrożeń tego typu należy podchodzić z odpowiednim przygotowaniem. Agent nie będzie działał skutecznie bez dojrzałego zaplecza technologicznego w obszarach takich jak machine learning czy computer vision. Rozwiązania tego typu będą miały sens dopiero wtedy, gdy będą działać na rzetelnych danych i w otoczeniu, które umożliwi im podejmowanie trafnych i szybkich decyzji. Bez odpowiedniego zaplecza sam agent niewiele zmieni w organizacji, może wręcz generować więcej problemów niż korzyści. Multiplikacja działa w tym przypadku w obie strony. Potwierdzają to liczne analizy, w których brak jasnej strategii, celów biznesowych czy właściwych informacji wejściowych jest przyczyną przerwania kosztownych wdrożeń. W ID Logistics myślimy dziś o agentach jako o kolejnej fazie rozwoju naszych kompetencji, skupiamy się na budowaniu niezbędnych fundamentów technologicznych i rozwoju projektów, które przynoszą realną wartość biznesową. Rozwijamy m.in. automatyczne wymiarowanie odzieży, predykcję zapotrzebowania na pracowników i systemy bezpieczeństwa oparte na wizji komputerowej. Przygotowujemy naszą organizację i technologie na etap, w którym agenci zaczną realnie zwiększać efektywność operacyjną, nie tylko jako pojedyncze rozwiązania, ale również jako sieć współpracujących systemów – dodaje Sławomir Rodak z ID Logistics.

Agent jest zdolny, ale potrzebuje dobrego zaplecza i równie zdolnych ludzi

Proaktywna zdolność agentów, dająca możliwość podejmowania szybszych i trafniejszych decyzji ma swoje ograniczenia, a wśród nich znajdują się te leżące po stronie samych organizacji. Z danych PwC opublikowanych w 2025 r. wynika na przykład, że dla 37% zarządzających operacjami i łańcuchem dostaw jednym z trzech największych wyzwań przy skutecznym skalowaniu rozwiązań sztucznej inteligencji jest dostępność i jakość wprowadzanych danych. Dla 42% jest to trudność integracji rozwiązań AI z istniejącymi systemami. Nie jest to rzecz nowa, ponieważ podobne problemy można było obserwować także przy wdrażaniu innych technologii w łańcuchu dostaw, jak rozwiązania chmurowe, których wykorzystywanie deklaruje 56% firm, czy cyfrowe bliźniaki, których używa 21% przedsiębiorstw. Wśród tych, którzy podjęli próby wdrożeń cyfrowych rozwiązań, ale ostatecznie deklarowali przynajmniej częściowe niezadowolenie z podjętych inwestycji, głównym powodem była skomplikowana integracja (47%), a zaraz za nią problemy z danymi (44%). Wysoko uplasowały się także ograniczone zdolności dostawców rozwiązań (35%) oraz kompetencje kadrowe wewnątrz firm (32%).

Marzenie o agentach bez własnych danych oznacza twarde lądowanie ambitnych założeń

Wyjątkowo realistyczne podejście przy wdrażaniu agentów prezentuje już szereg podmiotów, także tych działających w środowisku łańcucha dostaw. Dla przykładu FourKites argumentuje, że agent AI bez odpowiednich danych nie będzie w stanie przygotować czystych i sensownych odpowiedzi na powierzone mu zadania. Różnica pomiędzy udanymi wdrożeniami a kosztownymi porażkami sprowadza się w gruncie rzeczy właśnie do architektury danych i pracy agentów w roli kompleksowych wież kontrolnych z podglądem w czasie rzeczywistym na procesy zachodzące w obiektach, u dostawców, odbiorców, przewoźników i klientów. Bez takiego podejścia technologia ta staje się tylko kolejnym systemem ostrzegawczym generującym szum zamiast wartości.

Takiej logice wtóruje m.in. Światowe Forum Ekonomiczne (WEF), wskazując, że niespójne, nieaktualne lub niewiarygodne dane poważnie ograniczają skuteczność sztucznej inteligencji, a starsze systemy stwarzają dodatkowe przeszkody integracyjne. Sprawy nie ułatwiają również wymogi regulacyjne, dlatego organizacje muszą nadać priorytetowe znaczenie przygotowaniu swoich danych do wykorzystania w AI. Kluczowe znaczenie ma w związku z tym posiadanie jasnej strategii gromadzenia informacji zewnętrznych, które łączą tradycyjne źródła danych operacyjnych (poziomy zapasów, informacje dotyczące śledzenia i lokalizacji), sygnały ryzyka i dane dostawców (ich kondycja, wydarzenia geopolityczne, ryzyko finansowe) oraz dane nieustrukturyzowane (e-maile, notatki ze spotkań, wiadomości rynkowe).

Zintegrowany zbiór powinien tworzyć kompleksowy obraz łańcucha dostaw w czasie rzeczywistym. Według WEF tak opisane wzorcowe platformy są nadal w powijakach, choć to obraz trochę jaskrawszy niż wizja prezentowana jeszcze w 2024 r., kiedy organizacja sugerowała, że jest bardzo mało prawdopodobne, aby system łańcucha dostaw został w pełni zautomatyzowany w najbliższym czasie. Główną przeszkodą jest fakt, że składa się on z dziesiątek branż oraz tysięcy firm i nie jest w stanie, a być może nie chce, zintegrować swoich pojedynczych systemów z najnowszymi technologiami. Pełna automatyzacja byłaby również powolna i niezwykle kapitałochłonna, wymagałaby współpracy, która jest trudna do osiągnięcia, zwłaszcza w wysoce konkurencyjnych obszarach, takich jak transport morski.

W tym kontekście nieco bardziej optymistycznie widzi to Gartner, który prognozuje, że do 2030 r. połowa przekrojowych rozwiązań do zarządzania łańcuchem dostaw, tj. spinających wiele działów i funkcji, może wykorzystywać inteligentnych agentów podejmujących samodzielne decyzje w ramach całego ekosystemu.

Optymizm już teraz udziela się kierownictwu wysokiego szczebla

Z badania IBM Institute for Business Value (IBV) i Oxford Economics przeprowadzonego wśród ponad 300 dyrektorów ds. łańcucha dostaw (CSCO) i dyrektorów operacyjnych (COO) pracujących w organizacjach wdrażających automatyzację opartą na sztucznej inteligencji wynika, że postrzegają oni agentów AI jako akcelerator biznesu. Aż 62% z nich zdaje sobie sprawę, że agenci wbudowani w operacyjne przepływy pracy przyspieszają podejmowanie działań, decyzji, tworzenie rekomendacji i komunikację. Jak wskazuje analiza, nawet 53% kadry kierowniczej w jakiejś formie wdraża automatyzację pracy za pomocą agentów AI, 22% rozwija wersje koncepcyjne, a 31% już je skaluje. Dodatkowo 70% dyrektorów uważa, że już w 2026 r. dzięki agentom AI ich pracownicy będą mogli dokładniej analizować dane i wspierać optymalizację w czasie rzeczywistym. Więcej, bo 76% twierdzi, że poprawi się ogólna wydajność procesów, a 57% oczekuje, że agenci AI będą tworzyć proaktywnie rekomendacje w oparciu o swoją wiedzę.

Gartner studzi nieco te nastroje, argumentując, że co prawda jest możliwe, aby w tak krótkim czasie nawet 95% decyzji opartych na danych było przynajmniej częściowo zautomatyzowanych, ale wciąż nie zmienia to faktu, że zaledwie 10% dyrektorów twierdzi, że ich firmy wykorzystują sztuczną inteligencję w sposób strategiczny. Jeszcze mniej liderów (9%) deklaruje, że organizacje mają jasno zdefiniowaną wizję sztucznej inteligencji, co ma kluczowe znaczenie dla płynnego wdrażania, funkcjonowania oraz finansowania rozwiązań. Opracowanie kompleksowej strategii wykorzystania AI w łańcuchu dostaw w przełomowy sposób, czyli taki, który umożliwia uzyskanie przewagi konkurencyjnej uwzględnia cztery kluczowe filary: wizję, wartość, ryzyko i wdrożenie. Dopiero ocena i możliwości implementacji tych czynników odsłania prawdziwy potencjał wykorzystania nowej technologii, nie tylko w operacjach łańcucha dostaw, ale także w innych obszarach.

A jeśli agenci AI nie są tak wszechstronni i inteligentni, jak deklarują ich twórcy?

Dane pokazują, że na młodej technologii, jaką są agenci AI, w pierwszej kolejności zyskują sektory, w których złożoność elementów i ich współzależność jest relatywnie niska. Według 3 412 przedstawicieli kadr zarządzających z różnych branż, których w zeszłym roku przebadał Gartner, największe pole do zastosowania agentów AI mają dziś przede wszystkim działy obsługi klienta (22%), daleko za nimi znajdują się działy marketingu (12%). Na kolejnych miejscach jest sprzedaż oraz aplikacje biznesowe (po 11%), a także operacje IT (10%). Dopiero na 9. pozycji znajdują są funkcje związane łańcuchami dostaw (5%), a jeszcze mniejsze prawdopodobieństwo oddania kompetencji inteligentnym agentom widzi się obecnie w dziale zakupów (3%) i prawnym (2%).

Panuje raczej konserwatywne podejście

Dalsze analizy wskazują również, że nie wszyscy managerowie zgodnie i szeroko otworzyli firmy i portfele, aby wdrażać rozwiązania agentów AI. Znaczące inwestycje w ten obszar deklaruje obecnie 19% badanych, a podejście konserwatywne 42% kadr kierowniczych. Aż 31% postawiło na strategię wstrzymania się i obserwacji, a 8% w ogóle nie podjęło inwestycji.

Przez rynek przelewa się już fala nieudanych wdrożeń, a Gartner ocenia, że ponad 40% projektów związanych z agentami AI zostanie odwołana do 2027 r., czego powodem będą galopujące koszty, niejasna wartość biznesowa oraz nieadekwatna kontrola ryzyka. Dodatkowo na rynku widać rosnącą dysproporcję podaży nad popytem AI, czyli tzw. lukę adaptacyjną AI. Rozwiązania i innowacje proponowane przez twórców rosną wyraźnie szybciej niż możliwości ich zastosowania po stronie klientów.

Zdaniem analityków, to tylko jeden z wielu czynników, który w krótkim terminie doprowadzi do upadłości wielu dostawców inteligentnych algorytmów, po czym nastąpi konsolidacja i korekta rynku. Stanie się to po tym, jak opadnie silnie eksploatowany szum medialny, a wśród potencjalnych odbiorców minie psychologiczny strach przed pominięciem nowej technologii (ang. FOMO – Fear Of Missing Out) i górę wezmą fundamentalne prawidła ekonomii.

W dłuższej perspektywie wykształcą się wyspecjalizowane produkty dotyczące agentów AI, które będą spełniały realne oczekiwania klientów i jest to normalny cykl życia każdego produktu i technologii. Nie jest jednak wykluczone, że zanim to nastąpi, agenci AI staną się kolejną bańką spekulacyjną, jeśli inwestycje oderwą się od potencjału technologii do generowania realnej i proporcjonalnej wartości ekonomicznej przekładającej się na konkretne rezultaty biznesowe.

Oszustwo metodą na agentyczne FOMO

Strach przed pominięciem i pośpiech wdrożeniowy doprowadził już do poważnych patologii, co w przyszłości może zniechęcać firmy do podejmowania prób implementacji. Na rynku widać zjawisko FOMO, ale również tzw. agentic washing, czyli mechanizm fałszowania, w którym dostawcy oprogramowania przedstawiają istniejące produkty jako agentów AI. Są to na przykład zamaskowani wirtualni asystenci, rozwinięte systemy RPA i chatboty. Gartner ocenia, że globalnie zaledwie 130 twórców z dosłownie tysięcy dostawców oprogramowania reklamowanego jako agenci AI jest prawdziwych. Większości aplikacji udających agentów brakuje wartości biznesowej albo ROI, ponieważ modele nie weszły jeszcze w fazę dojrzałości i etap prawdziwie autonomicznego realizowania złożonych celów biznesowych. Jednym słowem rynek został zalany przez podróbki.

Agentycza bańka ma swoje problemy, ale jeśli nie pęknie, to się nie zatrzyma

Zdaniem Gartnera w 2028 r., już po konsolidacji i osiągnięciu większej dojrzałości, co najmniej 15% codziennych decyzji biznesowych będzie podejmowanych przez autonomicznych agentów, co będzie znaczącym wzrostem względem 2024 r., kiedy udział ten wynosił 0%. Dodatkowo 33% aplikacji oprogramowania biznesowego będzie zawierało algorytmy agentów AI, co będzie skokiem z poniżej 1% w 2024 r. Póki co analitycy sektora technologicznego zalecają jednak, aby na tym etapie rozwoju wdrażanie sztucznej inteligencji opartej na agentach rozpoczynać tylko wtedy, gdy przynosi ona wyraźną wartość i zwrot z inwestycji. Należy także pamiętać, że sama integracja z istniejącymi systemami jest technicznie skomplikowana, kosztowna i często zakłóca pracę przedsiębiorstwa.

Okres dojrzewania agentów będzie bardzo dynamiczny, ale jednocześnie bardzo opłacalny. W najlepszym scenariuszu przewiduje się, że do 2035 r. oparta na nich sztuczna inteligencja będzie generowała około 30%, czyli ponad 450 mld dol., przychodów przedsiębiorstw produkujących aplikacje biznesowe. To znacznie więcej niż w 2025 r., kiedy udział ten wynosił 2%. Z każdym rokiem upowszechniać mają się również nowe funkcjonalności. W 2027 r. pojedynczy wyspecjalizowani agenci będą współpracować ze sobą, aby rozwiązywać skomplikowane zadania i będzie to jedna trzecia wdrożeń.  Rok później będą tworzyć sieci ekosystemów i reagować dynamicznie w zmieniającym się środowisku. W 2029 r. wkroczymy w nowy wymiar współpracy pomiędzy agentami a ludźmi, a co najmniej 50% pracowników intelektualnych wykształci nowe umiejętności potrzebne do pracy, zarządzania, a nawet tworzenia agentów do rozwiązywania złożonych zadań.

Zanim ten futurystyczny scenariusz się zrealizuje, agent AI musi przestać zmyślać

Tak, agent AI zmyśla, a w zasadzie halucynuje, bo tak fachowo określa się wygenerowane rezultaty, które mają mało wspólnego z rzeczywistością. Halucynacje są jednym z poważniejszych czynników hamujących rozwój AI, mają charakter powszechny i póki co trudny do wyeliminowania. Google zwraca uwagę na przykład, że błędne wyniki może powodować niewystarczająca ilość danych szkoleniowych, ich tendencyjność, stronniczość lub nieprawidłowe założenia modelu AI. Może on po prostu nie rozumieć informacji o prawdziwym świecie, właściwości fizycznych czy pewnych faktów, a jeśli podczas szkolenia nauczy się nieprawidłowych wzorców, to doprowadzi to do halucynacji w postaci wyników, które są pozornie wiarygodne, ale w rzeczywistości nieprawdziwe lub pozbawione sensu. Open AI tłumaczy, że modele halucynują, gdyż standardowe procedury treningu i oceny premiują zgadywanie, zamiast przyznania się do niewiedzy. Z kolei IBM wyjaśnia, że halucynacje modeli są podobne do tego, w jaki sposób ludzie rozpoznają sylwetki lub kształty w chmurach, w pewien sposób dopowiadając sobie kontekst do tego co widzą.

Do tej pory nie udało się wyeliminować problemu halucynowania modeli AI, ale jego skala jest naprawdę poważna. Prowadzi to nie tylko do generowania fałszywych wyników, ale także podważa zaufanie do dostawców rozwiązań. Według szefów działów IT firm zatrudniających co najmniej 250 pracowników przebadanych w połowie 2025 r. przez Gartner, jest to jedna z głównych barier powstrzymujących przed wdrażaniem w pełni autonomicznych agentów. Zaledwie 19% respondentów wykazało wysokie lub całkowite zaufanie co do zdolności swojego dostawcy w zakresie zapewnienia ochrony przed halucynacjami. Znacznie więcej, bo 26% uznało jednak, że mimo wszystko agenci będą mieli transformacyjny wpływ na produktywność, a 53% uważała, że ​​ich wpływ będzie co najmniej znaczący.

WSA w Warszawie podtrzymał karę Prezesa UODO za naruszenie ochrony danych osobowych przez przedsiębiorstwo pogrzebowe

0

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie podtrzymał decyzję Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych, wydaną przez Mirosław Wróblewski, w sprawie naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych przez przedsiębiorstwo pogrzebowe. Sprawa dotyczyła zgubienia dokumentów zawierających dane klientów w trakcie ich transportu.

Kara za brak zabezpieczeń i brak zgłoszenia incydentu

Prezes UODO nałożył na administratora danych łączną karę w wysokości 33 tys. zł. Sankcja obejmowała dwa naruszenia: brak odpowiednich zabezpieczeń technicznych i organizacyjnych dla dokumentacji zawierającej dane osobowe oraz niedopełnienie obowiązku zgłoszenia organowi nadzorczemu incydentu naruszenia ochrony danych. W ocenie organu do zdarzenia doszło wskutek nieprzewidzenia ryzyka oraz niewdrożenia adekwatnych środków bezpieczeństwa.

Okoliczności zdarzenia

Dokumenty należące do przedsiębiorstwa pogrzebowego, zawierające dane osobowe klientów, zostały znalezione przez policję na poboczu drogi. Postępowanie prokuratorskie wykazało, że pracownik przewoził pudła z dokumentami na odkrytej pace samochodu. W trakcie transportu część pudeł spadła, czego pracownik nie zauważył, ponieważ przed wyjazdem nie dokonał ich przeliczenia.

Dodatkowo ustalono, że przed transportem dokumentacja była przechowywana niezgodnie z wewnętrznymi procedurami — w niezamykanym pomieszczeniu pod schodami lokalu przedsiębiorstwa. Przedłożona Prezesowi UODO analiza ryzyka nie uwzględniała zagrożeń związanych z transportem dokumentów ani oceny prawdopodobieństwa ich wystąpienia i potencjalnych skutków dla osób, których dane dotyczą.

Znaczenie analizy ryzyka

Organ nadzorczy wskazał, że prawidłowo przeprowadzona analiza ryzyka — obejmująca także etap transportu dokumentacji — mogła zapobiec incydentowi. Brak identyfikacji zagrożeń i adekwatnych zabezpieczeń został uznany za istotne uchybienie po stronie administratora danych.

Stanowisko sądu

Powyższe ustalenia potwierdził Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. Sąd uznał, że Prezes UODO trafnie ocenił, iż administrator nie przewidział ryzyka i nie wdrożył środków bezpieczeństwa wymaganych przy przewożeniu papierowej dokumentacji zawierającej dane osobowe. Podkreślono również, że deklarowane przez przedsiębiorcę zabezpieczenia — przechowywanie dokumentów w zamkniętej szafie w zamykanym pomieszczeniu — w praktyce nie były stosowane.

WSA zwrócił uwagę, że jedyną osobą upoważnioną do dostępu do danych był pracownik biurowy, podczas gdy transport dokumentów zlecono innemu pracownikowi, zatrudnionemu jako żałobnik, bez odpowiednich upoważnień. Sąd ocenił, że Prezes UODO w sposób wyczerpujący zbadał okoliczności sprawy, zastosował prawidłową metodologię przy ustalaniu wysokości kary oraz rzetelnie uzasadnił swoje rozstrzygnięcie.

Sygnatura i podstawa

Wyrok zapadł w sprawie o sygn. II SA/Wa 1026/2. Sprawa administracyjna prowadzona była pod numerem DKN.5131.10.2023 i została opisana w komunikacie Prezesa UODO z dnia 15 kwietnia 2025 r.

Raport Gi Group: premie częściej dzielą niż łączą – stabilność wynagrodzeń wraca na pierwszy plan

Choć większość pracowników w produkcji i logistyce deklaruje, że model wynagrodzenia oparty na podstawie i premii zapewnia im względne poczucie bezpieczeństwa, to niemal co piąty uznaje go za nieprzewidywalny i niewystarczający. Zaledwie 7,8% respondentów wskazuje ten system jako zdecydowanie stabilny, wynika z raportu „Wynagrodzenia pracowników fizycznych w produkcji i logistyce” opracowanego przez Gi Group. Dane te pokazują rosnące znaczenie przejrzystości zasad wynagradzania i przewidywalności dochodów – także w przypadku ich zmiennych składników.

Premia motywuje, ale nie wszystkich i nie w tym samym stopniu

Z danych zawartych w raporcie Gi Group wynika, że skuteczność premii jako narzędzia motywacyjnego jest silnie zróżnicowana i wyraźnie zależna od cech demograficznych oraz poziomu wynagrodzenia. Wbrew założeniom wielu pracodawców, systemy premiowe nie są postrzegane jako jednoznacznie silny impuls do zwiększania zaangażowania.

Największą skuteczność dodatków pozapłacowych deklarują osoby w wieku 31–40 lat. Aż 14,9% z nich oceniło, że motywują je „bardzo mocno”, a 41,8% „dosyć mocno”. Dla porównania, wśród pracowników w wieku 18–30 lat dominowała odpowiedź „w średnim stopniu” (38,8%), a jedynie 10,2% zadeklarowała najwyższy poziom motywacji. W grupie powyżej 50. roku życia dodatki pozapłacowe nie pełnią istotnej funkcji – 6,3% wybrało opcję „bardzo mocno”, a aż 21,9% wskazało dwa najniższe poziomy na skali.

Różnice w ocenie systemu premiowego są widoczne również w zależności od zarobków. Najbardziej zmotywowani dodatkami są pracownicy otrzymujący 5001–6000 zł netto – 43,1% oceniło je jako „dosyć mocno” motywujące, a 11,8% – „bardzo mocno”. Z kolei w grupie z wynagrodzeniem poniżej 4000 zł netto odsetek wskazań na dwa najwyższe poziomy wyniósł 36,9%, co świadczy o niskiej skuteczności tego mechanizmu wśród niżej opłacanych pracowników.

Widoczne są również różnice ze względu na płeć. Mężczyźni częściej niż kobiety wybrali opcję „dosyć mocno” – odpowiednio 38,4% wobec 34,6%. Z kolei kobiety częściej wskazują najwyższy poziom motywacji – 18,5% wobec 9,6% wśród mężczyzn. Jednocześnie mężczyźni częściej niż kobiety deklarują brak motywacji – 6,4% wobec 4,9%.

Sama obecność premii w systemie wynagrodzeń nie wystarcza, by skutecznie motywować pracowników. Kluczowe znaczenie ma to, jak ten system jest skonstruowany – czy opiera się na jasnych, zrozumiałych zasadach i czy pracownik ma wpływ na efekt. Jeśli kryteria przyznawania dodatków są transparentne i powiązane z realnymi wynikami pracy, premia spełnia swoją funkcję. W przeciwnym razie rodzi poczucie uznaniowości i niesprawiedliwości, co może demotywować – podkreśla Anna Wesołowska, Dyrektor Zarządzająca Gi Group.Na ile system dodatków i premii motywuje Cię do lepszej pracy_Gi Group

Premia nie zawsze oznacza bezpieczeństwo

Model wynagrodzenia składający się z podstawy i premii wzbudza mieszane reakcje wśród pracowników produkcji i logistyki. Tylko 7,8% badanych wskazuje go jako zdecydowanie gwarantujący bezpieczeństwo finansowe, a 49% ocenia go raczej pozytywnie. Jednocześnie 20,8% respondentów postrzega go jako niewystarczający, a 22,3% nie potrafi jednoznacznie wyrazić swojej opinii. Odpowiedzi różnicują się w zależności od płci. Pozytywną ocenę wyraża 60,8% mężczyzn i 50,6% kobiet. Wśród pracownic wyraźnie częściej pojawiają się głosy niepewności – co czwarta unika jednoznacznej deklaracji, a 23,4% uznaje ten sposób wynagradzania za niestabilny.

Znaczenie ma także wiek. Największe poczucie finansowego bezpieczeństwa w takim modelu wynagrodzenia deklarują osoby powyżej 50. roku życia – 68,8% z nich uważa, że spełnia swoją funkcję. W grupie 41–50 lat ten odsetek wynosi 58,6%, a wśród najmłodszych pracowników (do 30. roku życia) – 59,2%. Najbardziej krytyczne podejście do niego występuje u osób w przedziale wiekowym 31–40 lat – jedynie 47,8% respondentów z tej grupy ocenia ten model pozytywnie, a aż 28,4% nie widzi w nim źródła stabilizacji.

Zróżnicowanie widoczne jest również przy podziale według poziomu dochodów. Największe zaufanie do formuły „podstawa + premia” deklarują osoby zarabiające 6001–8000 zł netto – 70,5% z nich ocenia ją korzystnie. Wśród pracowników o wynagrodzeniu poniżej 4000 zł ten odsetek wynosi 57,9%, a niemal co trzeci sygnalizuje brak pewności lub wręcz negatywne nastawienie do takiego rozwiązania.

Stabilność finansowa w oczach pracowników to nie tylko wysokość wynagrodzenia, ale przewidywalność wpływów. Premia, która jest niepewna i trudna do oszacowania, nie daje tego samego poczucia bezpieczeństwa co stała pensja. Widać to szczególnie w odpowiedziach osób o niższych dochodach i młodszych grupach wiekowych – komentuje Weronika Ziętara, Branch Manager, Gi Group.Czy system ,,wynagrodzenie podstawowe + premia'' daje Ci poczucie stabilności finansowej_Gi Group

Co zniechęca do premii?

Systemy premiowe mogą działać demotywująco, jeśli są niejasne, niesprawiedliwe lub zależne od zewnętrznych, niekontrolowanych czynników. Aż 47,6% badanych wskazuje, że głównym źródłem frustracji jest zależność premii od czynników, na które pracownik nie ma wpływu. Drugim najczęściej wskazywanym problemem jest jej zbyt niska wysokość (38,3%). Kolejne powody to nierówne traktowanie pracowników (29,6%) i brak przejrzystych zasad (23,8%). Co piąty badany przyznaje, że premia przestaje być nagrodą, a staje się oczekiwaną częścią pensji (22,8%), co znacząco obniża jej wartość motywacyjną.Co najbardziej demotywuje Cię w systemie premiowym_Gi Group

To nie tylko wysokość premii decyduje o jej motywacyjnym potencjale, lecz także poczucie sprawczości i zaufanie do zasad jej przyznawania. Pracownicy chcą wiedzieć, za co konkretnie mogą otrzymać premię, i mieć pewność, że obowiązujące kryteria są jasne, przejrzyste oraz adekwatne do specyfiki ich stanowiska. Jeśli te warunki nie są spełnione, premia przestaje być zachętą, a staje się źródłem frustracji – wyjaśnia Agnieszka Żak, Dyrektor Regionalna, Gi Group.

Pracownicy wolą wyższą podstawę niż obietnicę premii

Z badania Gi Group jasno wynika, że pracownicy produkcji i logistyki zdecydowanie preferują przewidywalność i stabilność wynagrodzenia. Aż 79% respondentów wskazuje, że wolałoby otrzymywać wyższą pensję podstawową kosztem potencjalnie wyższych premii. Tylko 13% deklaruje chęć wyboru niższej podstawy przy jednoczesnym potencjale wyższych dodatków. Preferencje dotyczące struktury wynagrodzenia mają wyraźne uwarunkowania demograficzne. Mężczyźni są bardziej skłonni zaakceptować niższą stałą pensję, jeśli wiąże się to z możliwością uzyskania wyższych dodatków finansowych. Kobiety z kolei częściej niż mężczyźni preferują wyższą podstawę wynagrodzenia, lecz z niższymi premiami. Podobne podejście obserwujemy wśród osób młodszych, które cenią finansową przewidywalność na wczesnym etapie kariery zawodowej.

Co ciekawe, największą skłonność do modelu opartego na premiach wykazują osoby w wieku 41–50 lat (17,2%) oraz respondenci otrzymujący miesięczne wynagrodzenie netto w przedziale 6001–8000 zł – blisko co piąty badany z tej grupy akceptuje większe uzależnienie dochodu od wyników. Może to sugerować większą pewność zawodową lub lepsze doświadczenia z funkcjonującymi systemami premiowymi wśród bardziej doświadczonych lub lepiej wynagradzanych pracowników.

Wysokość premii to nie wszystko – liczy się przejrzystość

Wnioski płynące z raportu Gi Group wskazują jednoznacznie: sama obecność składnika zmiennego w wynagrodzeniu nie wystarczy, by budować zaangażowanie i poczucie bezpieczeństwa. Coraz istotniejszym elementem systemów płacowych staje się ich przejrzystość – pracownicy oczekują jasnych reguł, zrozumiałych kryteriów i stabilności finansowej. Premia przestaje być atrakcyjna, jeśli jest trudna do przewidzenia i nieczytelna – nawet jeśli jest wypłacana regularnie. W tym kontekście dla firm kluczowe będzie nie tylko to, czy oferują premie, ale przede wszystkim – jak są one projektowane, komunikowane i wdrażane.

Raport „Wynagrodzenia pracowników fizycznych w produkcji i logistyce” jest dostępny do pobrania na stronie: https://pl.gigroup.com/dla-pracodawcow/raporty-rynkowe/wynagrodzenia_pracownikow_fizycznych_produkcja_logistyka_2025/?utm_source=press&utm_medium=komunikat&utm_campaign=gi_placowy_2025

O raporcie

Raport „Wynagrodzenia pracowników fizycznych w produkcji i logistyce” Gi Group został opracowany na podstawie danych GUS, informacji z ponad 60 firm o zróżnicowanym profilu działalności oraz danych z portali rekrutacyjnych i deklaracji kandydatów. W analizie wykorzystano aktualne dane dotyczące ofert pracy zebrane w październiku 2025 roku, odzwierciedlające bieżącą sytuację na rynku i oczekiwania pracodawców. Raport prezentuje miesięczne wynagrodzenia zasadnicze w kwotach brutto, z podziałem na wartości minimalne i maksymalne oraz zakresy premii charakterystycznych dla poszczególnych stanowisk. Dodatkowo uwzględniono wyniki badania SW Research, przeprowadzonego metodą CAWI w dniach 9–14 października 2025 roku wśród 206 pracowników sektora produkcji i logistyki wynagradzanych w systemie „podstawa + premia”.

NVIDIA i ABB pracują nad centrami AI nowej generacji. Kierunek transformacji pokazują… statki

ABB, globalna firma technologiczna, rozwija wraz z NVIDIA nową generację systemów zasilania dla centrów danych obsługujących sztuczną inteligencję. Współpraca koncentruje się na wykorzystaniu architektury opartej na prądzie stałym (DC), która pozwala znacząco ograniczyć straty energii i przygotować centra danych na gwałtowny wzrost potrzeb energetycznych związanych z rozwojem AI.

AI zużywa wielokrotnie więcej energii niż tradycyjne usługi IT i wymaga zupełnie innego podejścia do projektowania centrów danych. W praktyce oznacza to nie tylko większe zapotrzebowanie na moc, ale także rosnące koszty energii i coraz mniejszą przewidywalność wydatków operacyjnych. Współpraca ABB i NVIDIA ma ułatwić tworzenie centrów danych pod zastosowania AI, które będą w stanie obsługiwać bardzo duże obciążenia obliczeniowe przy niższych stratach energii i lepszej kontroli kosztów eksploatacji.

ABB wykorzysta przy realizacji projektu swoje wieloletnie doświadczenie w budowie wydajnych i energooszczędnych systemów zasilania wykorzystywanych m.in. w przemyśle morskim. Według obliczeń ABB, jednostki morskie wykorzystujące systemy o napięciu 1000 V DC i mocy do 20 MW, odnotowują spadek zużycia energii o 20-40 proc., a koszt ich utrzymania zredukowano prawie o jedną trzecią. Doświadczenia te pokazują, że architektura oparta na prądzie stałym może mieć zastosowanie także w centrach danych, które mierzą się dziś z podobnymi wyzwaniami w zakresie efektywności energetycznej i skalowalności.

Zapotrzebowanie na energię nawet 10-krotnie wyższe

Do trenowania sztucznej inteligencji i przetwarzania ogromnych zbiorów danych potrzeba nie tylko bardzo wydajnych procesorów, ale także infrastruktury zaprojektowanej pod kątem specyficznych obliczeń i ogromnej ilości energii. To ona w coraz większym stopniu determinuje koszty dostępu do AI.

Zdecydowana większość centrów danych była budowana przed erą sztucznej inteligencji i jest oparta na technologii prądu przemiennego (AC) i niższym napięciu. Projektowano je pod znacznie mniejszą gęstość mocy, a potrzeby technologii AI zmieniają te liczby drastycznie. Szacuje się zapotrzebowanie na moc może być nawet 10-krotnie wyższe niż w klasycznych systemach AC. Gdyby pozostać przy starej technologii, to straty energii byłyby gigantyczne i wymagałyby stosowania bardzo grubych kabli miedzianych. System zasilania prądem stałym 800 V od wielu lat wykorzystywany m.in. w przemyśle morskim, jest wydajniejszy, tańszy, a dzięki modułowej budowie, bardziej skalowalny. Ma on więc szereg zalet, nie tylko z punktu widzenia operatorów centrów danych, ale także ich klientów, którym zależy na jak najniższych kosztach dostępu do technologii tłumaczy Marcin Walewski z biznesu Elektryfikacji ABB w Polsce.

Około 40 proc. projektów badawczo-rozwojowych (R&D) realizowanych przez ABB w obszarze elektryfikacji koncentruje się dziś na technologiach kluczowych dla centrów nowej generacji. Obejmują one m.in. architekturę elektryczną, urządzenia zabezpieczające, dystrybucję prądu stałego oraz rozwiązania chłodzenia, które pozwalają przygotować infrastrukturę na znacznie wyższe obciążenia energetyczne generowane przez AI.

Wymagania wynikające ze znacznego wzrostu mocy w skali lokalnej pociągnęły za sobą potrzebę zwiększenia przepustowości systemów zasilania. Przejście na napięcie 800 V DC dla szaf serwerowych jest nieuniknione. Posiadamy technologie, które ułatwią taką transformację dodaje Marcin Walewski.

Nowa architektura zasilania dla fabryk AI

W ramach projektów R&D ABB wspiera prace nad wdrożeniem architektury opartej na prądzie stałym (DC) dla szaf serwerowych o mocy rzędu 1 MW oraz dla obiektów planowanych w skali gigawatowej, określanych przez NVIDIA jako „AI factories”, z perspektywą wdrożeń od 2027 roku.

Same fabryki AI nie są już dziś koncepcją teoretyczną – np. w Polsce działa już pierwszy ośrodek tego typu oparty na superkomputerze GPU (Graphics Processing Unit), a w planach jest budowa kolejnego. Rozwiązania tworzone wspólnie przez ABB i NVIDIA dotyczą kolejnego etapu rozwoju tego typu obiektów, związanego z dalszym wzrostem skali oraz nowymi wymaganiami energetycznymi.

– Wraz z rozwojem sztucznej inteligencji rośnie zapotrzebowanie na moce obliczeniowe, a to wymaga nowego podejścia do dystrybucji energii, które poprawi efektywność i uprości projektowanieuważa Dion Harris, dyrektor ds. infrastruktury HPC, chmury i AI w firmie NVIDIA. Razem z ABB będziemy wspierać branżę w przejściu na architekturę 800 V DC. Umożliwi to stworzenie infrastruktury wysokiej gęstości, niezbędnej do rozwoju kolejnej generacji sztucznej inteligencjidodaje.

Zgodnie z prognozami Polskiego Stowarzyszenia Centrów Danych, opartymi na analizach rynku PMR, łączna moc polskich centrów danych ma osiągnąć co najmniej 500 MW do końca dekady, przy bardzo wysokim, około 25-procentowym średniorocznym tempie wzrostu. Coraz bardziej istotne staje się jednak nie tylko to, ile mocy przybywa, lecz czy nowe centra danych są projektowane od początku z myślą również o przyszłych obciążeniach generowanych przez sztuczną inteligencję.

Równolegle analizy oparte na danych Polskich Sieci Elektroenergetycznych wskazują, że roczne zużycie energii przez centra danych w Polsce może w kolejnych latach zbliżyć się do 9 TWh. W ujęciu globalnym Międzynarodowa Agencja Energetyczna zalicza centra danych i obciążenia AI do najszybciej rosnących źródeł popytu na energię elektryczną.

W efekcie rozwój AI coraz silniej wiąże się z infrastrukturą energetyczną, a o tempie i opłacalności wdrożeń decyduje nie tylko dostęp do mocy obliczeniowej, lecz także efektywne i skalowalne systemy zasilania. Właśnie na tym obszarze koncentruje się współpraca ABB i NVIDIA, tworząc nowe fundementy dla rozwoju infrastruktury dla sztucznej inteligencji.

DeepSeek V4 już w lutym. AI ma usprawnić programowanie

Chiński rywal OpenAI nie zwalnia tempa. Jak donosi serwis The Information, startup DeepSeek planuje premierę nowej generacji swojego modelu sztucznej inteligencji – DeepSeek V4 – już w połowie lutego 2026 roku.

Zgodnie z doniesieniami pracowników spółki, nadchodząca wersja ma przynieść wyraźną poprawę w zakresie programowania oraz obsługi złożonych projektów informatycznych. Model V4 został zaprojektowany tak, aby efektywnie przetwarzać bardzo długie zapytania, co pozwala na głęboką analizę rozbudowanych kontekstów i baz kodu. Dzięki tym usprawnieniom chińskie narzędzie ma realnie konkurować z czołowymi rozwiązaniami z USA, w tym z flagowymi produktami OpenAI i Anthropic.

Strategia DeepSeek, oparta na udostępnianiu darmowych modeli open-source, skutecznie buduje globalną pozycję firmy, szczególnie w regionach wrażliwych na koszty. Raport AI for Good Lab firmy Microsoft wskazuje, że generatywna sztuczna inteligencja dociera już do ponad 16 proc. światowej populacji, a chiński startup jest jednym z głównych motorów tego wzrostu. Niska bariera wejścia sprawia, że narzędzia te zyskują ogromną popularność tam, gdzie zachodnie technologie są zbyt drogie lub trudniej dostępne.

Statystyki potwierdzają wyraźny podział geopolityczny w użytkowaniu AI. DeepSeek zdominował rynek chiński z udziałem na poziomie 89 proc., stając się jednocześnie kluczowym graczem w krajach objętych sankcjami, m.in. w Rosji, na Białorusi, w Iranie i na Kubie. Z raportu Microsoftu wynika również, że chiński startup buduje silną pozycję w Afryce. Autorzy opracowania sugerują, że o sukcesie platformy w tych regionach decyduje przede wszystkim niski próg wejścia i dostępność narzędzia.

Ekspansja DeepSeek spotyka się jednak z rosnącą nieufnością ze strony rządów państw zachodnich. Włochy, Australia, Tajwan i Korea Południowa zdecydowały się już na ograniczenia lub całkowite wykluczenie narzędzi firmy z użytku w administracji publicznej. Władze tych krajów podnoszą argumenty dotyczące ochrony danych, wskazując na ryzyko przechowywania wrażliwych informacji na chińskich serwerach oraz obawy przed możliwym wpływem państwowych struktur na działanie systemów AI.

Eksperci wskazują również na problem cenzury, zauważając, że modele DeepSeek w kwestiach politycznych funkcjonują w ścisłej zgodzie z chińskimi regulacjami informacyjnymi. Przedstawiciel Microsoftu podkreślił, że choć systemy te osiągają imponujące wyniki w dziedzinach ścisłych, takich jak matematyka, to w tematach wrażliwych dla Pekinu powielają narrację narzucaną przez państwowy aparat kontroli. Sama spółka odmówiła agencji Reuters komentarza w sprawie daty premiery modelu V4.

Gates apeluje o regulacje i inwestycje publiczne w bezpieczeństwo AI

W opublikowanym w piątek corocznym liście Bill Gates ostrzega, że szybki rozwój sztucznej inteligencji i postępujące zmiany klimatu tworzą ryzyka, z którymi same mechanizmy rynkowe mogą sobie nie poradzić. W tekście zatytułowanym „The Year Ahead: Optimism with Footnotes” („Optymizm z przypisami”) miliarder apeluje do rządów o przejęcie inicjatywy. Jego zdaniem państwa powinny aktywniej ograniczać zagrożenia i wspierać kluczowe technologie.

Według Gatesa szczególny niepokój budzą scenariusze, w których powszechnie dostępne narzędzia AI mogłyby zostać wykorzystane przez terrorystów do zaprojektowania broni biologicznej. Zdaniem współzałożyciela Microsoftu taka „inżynieryjna” katastrofa może w przyszłości okazać się groźniejsza niż naturalne pandemie, przed którymi ostrzegał publicznie już dekadę temu. Równie ważnym wyzwaniem mają być nadchodzące wstrząsy na rynku pracy, które w ciągu kilku lat wymuszą szybkie dostosowanie systemów edukacji oraz polityki społecznej.

Gates podkreśla, że bez globalnych mechanizmów wymuszających redukcję emisji sektor prywatny nie ma wystarczających bodźców, by szybko skalować zielone technologie. Jego zdaniem ciężar wspierania innowacji spada więc na rządy najbogatszych państw, które dzięki finansowaniu oraz zamówieniom publicznym mogą obniżać koszty wdrażania czystej energii.

Gates zwraca też uwagę na pilną potrzebę skutecznego nadzoru nad generatywną sztuczną inteligencją, podkreślając, że luki w zabezpieczeniach mogą niemal natychmiast odbijać się na życiu społecznym. Jako przykład przywołuje niedawne kontrowersje wokół chatbota Grok firmy xAI, któremu zarzucono generowanie nielegalnych treści, co wymusiło reakcję regulatorów oraz samej spółki. Jego zdaniem ta sytuacja dobrze pokazuje główną tezę listu: błędy w systemach bezpieczeństwa AI szybko przekładają się na realne problemy, które wymagają jasnych zasad i egzekwowania.

Mimo tych ostrzeżeń Gates podkreśla, że sztuczna inteligencja nadal może przynieść przełom m.in. w medycynie oraz w działaniach wspierających adaptację do zmian klimatu. Zastrzega jednak, że warunkiem jest równoległe wprowadzenie skutecznych reguł bezpieczeństwa, które ograniczą ryzyko nadużyć. W jego ujęciu „optymizm” ma sens tylko wtedy, gdy zarządzanie ryzykiem technologicznym stanie się równie ważne jak czerpanie z niego korzyści.

800 mld dolarów na odbudowę Ukrainy. Kluczowe spotkanie Zełenski–Trump w Davos

Światowe Forum Ekonomiczne w Davos, zaplanowane na 19–23 stycznia, może okazać się kluczowym momentem dla powojennej przyszłości Ukrainy. W kuluarach szczytu ma dojść do spotkania prezydentów Wołodymyra Zełenskiego i Donalda Trumpa, którego celem jest finalizacja tzw. planu „dobrobytu”. Ta rozpisana na 10 lat strategia zakłada napływ inwestycji do ukraińskiej gospodarki o wartości sięgającej nawet 800 mld dolarów.

Premier Ukrainy Julija Swyrydenko przedstawiła na początku stycznia szacunkowe koszty odbudowy kraju, zaznaczając wyraźnie, że kalkulacja ta nie uwzględnia wydatków na cele wojskowe. W planie ujęto między innymi środki niezbędne do utrzymania stabilizacji makrofinansowej, wypłaty rekompensat za straty wojenne oraz fundusze na odbudowę zniszczonej infrastruktury. Aby zapewnić spójność międzynarodowych działań, szczegółowe założenia projektu zostały już przekazane doradcom do spraw bezpieczeństwa z piętnastu państw partnerskich.

Model finansowania planu opiera się na dywersyfikacji źródeł, łącząc pożyczki i granty z bezpośrednimi inwestycjami prywatnych przedsiębiorstw z USA. Kluczowym elementem tej strategii jest zawarta w kwietniu 2025 roku umowa surowcowa, która gwarantuje amerykańskim inwestorom uprzywilejowany dostęp do ukraińskich projektów wydobywczych. W ocenie Kijowa to właśnie ten mechanizm ma stać się impulsem przyciągającym prywatny kapitał i napędzającym szerszą skalę inwestycji w powojenną odbudowę.

Minister gospodarki Ołeksij Sobolew zapowiedział wdrożenie instrumentów ograniczających ryzyko inwestycyjne, w tym gwarancji państwowych oraz mechanizmów finansowania publiczno-prywatnego. Za kluczowe obszary uznano energetykę, infrastrukturę, przemysł oraz rozwój kapitału ludzkiego, co ma stanowić fundament powrotu na ścieżkę wzrostu gospodarczego. Realizacja tych założeń już się rozpoczęła – 7 stycznia fundusz utworzony w ramach umowy surowcowej uruchomił platformę internetową służącą do przyjmowania propozycji projektów.

Równocześnie z rozmowami o odbudowie gospodarczej prowadzone są negocjacje dotyczące powojennych gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. W grę wchodziła wizyta Wołodymyra Zełenskiego w Białym Domu, jednak europejscy partnerzy z Koalicji Woli rekomendowali, by do kluczowych rozmów doszło w Davos, w otoczeniu szerszego grona liderów i w mniej formalnej formule. Ważnym sygnałem był też niedawny szczyt w Paryżu, gdzie strona amerykańska po raz pierwszy oficjalnie poparła kompleksowe ramy gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy.

Wołodymyr Zełenski przekazał, że dwustronny dokument dotyczący gwarancji ze strony USA jest w zasadzie gotowy i czeka na ostateczną decyzję amerykańskiego przywódcy. Kijów zakłada, że włączenie Stanów Zjednoczonych w odbudowę – także poprzez projekty atrakcyjne dla amerykańskiego biznesu – zwiększy szanse na bardziej trwałe i konkretne zobowiązania polityczne. W tej logice bezpieczeństwo Ukrainy ma być powiązane z ochroną amerykańskich inwestycji, co miałoby wzmocnić determinację Waszyngtonu do długofalowego zaangażowania.

Nocne ograniczenia sprzedaży alkoholu przetasują handel. Kto skorzysta najbardziej?

Wprowadzane w kolejnych polskich miastach nocne zakazy sprzedaży alkoholu oraz zapowiadany zakaz sprzedaży alkoholu na stacjach paliw oficjalnie mają poprawić bezpieczeństwo i ograniczyć negatywne skutki nadmiernego spożycia alkoholu. Zdaniem ekspertów za tymi regulacjami kryje się jednak proces, który z punktu widzenia rynku może mieć daleko idące konsekwencje. Chodzi o redystrybucję deficytowych gminnych zezwoleń na sprzedaż alkoholu, prowadzącą do dalszej konsolidacji rynku w rękach największych sieci handlowych.

Najbardziej dotknięte skutkami nocnej prohibicji są małe sklepy osiedlowe. Dla wielu z nich późne godziny otwarcia lub handel całodobowy stanowią kluczową przewagę konkurencyjną wobec dużych sieci. Ograniczenie nocnej sprzedaży alkoholu oznacza gwałtowny spadek obrotów, który w części przypadków może prowadzić do zamknięcia działalności.

– „Dla wielu małych sklepów sprzedaż nocna nie jest dodatkiem, lecz fundamentem rentowności. Jej ograniczenie oznacza często utratę sensu ekonomicznego prowadzenia biznesu” – wskazuje Piotr Palutkiewicz, wiceprezes Warsaw Enterprise Institute.

Upadek małych sklepów ma jednak konsekwencje wykraczające poza samą likwidację punktów handlowych. Każde zamknięcie oznacza zwolnienie koncesji na sprzedaż alkoholu, a te – w warunkach administracyjnych limitów – stają się zasobem o realnej wartości rynkowej. W największych miastach, gdzie limity zezwoleń są niemal wyczerpane, każda wolna koncesja jest natychmiast przejmowana przez większe podmioty.

Dane z końca 2025 roku pokazują, że w takich miastach jak Gdańsk, Wrocław czy Warszawa rynek zezwoleń znajduje się blisko administracyjnego „sufitu”. Oznacza to, że rozwój nowych punktów sprzedaży alkoholu jest możliwy niemal wyłącznie poprzez przejmowanie koncesji po zamykanych sklepach.

– „W sytuacji, gdy limity w dużych miastach są na wyczerpaniu, jedyną drogą rozwoju dużych sieci staje się przejmowanie zasobów po słabszych graczach. Nocna prohibicja, obniżając rentowność sklepów osiedlowych, w praktyce przyspiesza ten proces” – podkreśla Palutkiewicz.

Podobny mechanizm dotyczy stacji paliw. One również funkcjonują w ramach tych samych gminnych limitów koncesyjnych. Gdy sprzedaż alkoholu na stacjach zostaje zakazana lub staje się nieopłacalna, zezwolenia formalnie wracają do puli. W praktyce nie znikają jednak z rynku, lecz są szybko przejmowane przez sieci handlowe, dla których alkohol pozostaje ważnym elementem oferty.

Eksperci zwracają uwagę, że zakaz sprzedaży alkoholu na stacjach paliw może w jednym ruchu legislacyjnym uwolnić tysiące koncesji w skali kraju, przesuwając całą sprzedaż do handlu dziennego. Jednocześnie brak jest dowodów na to, że zmiana kanału sprzedaży realnie ogranicza poziom konsumpcji alkoholu.

– „Doświadczenia innych państw pokazują, że nie ma bezpośredniego związku między miejscem sprzedaży a całkowitym spożyciem alkoholu. Konsumpcja nie znika, zmienia się tylko miejsce zakupu” – zauważa Andrzej Strojny, analityk Warsaw Enterprise Institute.

Dodatkowo, jak podkreślają analitycy, spożycie alkoholu w Polsce od kilku lat systematycznie spada i osiągnęło najniższy poziom od kilkunastu lat. W tym kontekście wprowadzanie kolejnych, coraz bardziej restrykcyjnych rozwiązań prawnych budzi pytania o ich rzeczywiste cele.

– „Jeżeli konsumpcja maleje, a mimo to sięga się po tak drastyczne narzędzia regulacyjne, trudno nie odnieść wrażenia, że cele zdrowotne nie są jedynymi motywami tych zmian” – ocenia Strojny.

Opisany mechanizm idealnie wpisuje się w strategie największych sieci handlowych, które otwarcie deklarują dalsze zagęszczanie placówek w dużych miastach. Przy niemal całkowicie wyczerpanych limitach koncesji jedyną drogą ekspansji pozostaje przejmowanie zezwoleń po upadających mniejszych podmiotach. Nocna prohibicja i zakaz sprzedaży alkoholu na stacjach paliw sprzyjają temu procesowi, uwalniając setki dotąd „zablokowanych” koncesji.

– „Pod fasadą poprawy bezpieczeństwa i porządku publicznego dokonuje się cicha konsolidacja rynku. Koncesje tracone przez lokalnych przedsiębiorców i stacje paliw nie znikają, tylko zmieniają właścicieli, trafiając do dużych grup kapitałowych” – podsumowuje Andrzej Strojny.

Zdaniem ekspertów Warsaw Enterprise Institute nocna prohibicja oraz zakaz sprzedaży alkoholu na stacjach paliw opierają się na błędnym przekonaniu o skuteczności zakazów. Popyt na alkohol nie zanika, a poza dużymi sieciami na ograniczeniach może zyskać również szara strefa. W efekcie interwencjonizm państwa prowadzi do trwałej zmiany struktury rynku, przyspieszając jego konsolidację wokół największych graczy, którzy stają się głównymi beneficjentami regulacji wprowadzanych pod hasłem troski o zdrowie publiczne.

Szara strefa na rynku pożyczek rośnie. 15 proc. sektora i 5,1 mld zł obrotu rocznie

Szara strefa na rynku pożyczek pozabankowych w Polsce odpowiada już za ok. 15 proc. całego sektora i generuje ok. 5,1 mld zł obrotu rocznie – wynika z nowego raportu Warsaw Enterprise Institute (WEI) „Szara strefa w Polsce. Rynek pożyczek pozabankowych”. Autorzy szacują, że oznacza to ponad 1,25 mln transakcji rocznie zawieranych poza ramami prawa. Według WEI co szósta transakcja pożyczkowa odbywa się dziś bez nadzoru państwa i bez realnych gwarancji dla konsumenta.

W raporcie zwrócono uwagę na gwałtowny wzrost odsetka odrzuceń w legalnym segmencie. W I połowie 2025 r. aż 77 proc. wniosków składanych do instytucji pożyczkowych miało zakończyć się odmową. Jednocześnie 59 proc. wnioskodawców nie uzyskało finansowania w żadnej legalnie działającej firmie pożyczkowej. WEI wylicza, że w 2024 r. niemal 2,8 mln potrzeb pożyczkowych pozostało bez legalnego finansowania, mimo utrzymującego się popytu na pożyczki konsumenckie.

– To pierwsza próba zmierzenia czegoś, co z definicji jest niewidoczne. Szara strefa nie znika tylko dlatego, że państwo jej nie widzi – ona rośnie tam, gdzie regulacje uniemożliwiają legalnym podmiotom odpowiedź na realne potrzeby konsumentów – ocenia Wojciech Wyszomierski, analityk WEI. Według autorów raportu niemal połowa osób, którym odmówiono pożyczki, aktywnie szuka alternatywnego finansowania, a część z nich trafia do podmiotów działających poza prawem.

WEI wskazuje, że główną przyczyną wypychania klientów poza legalny rynek są regulacje ograniczające możliwość różnicowania oferty pod kątem ryzyka. Chodzi m.in. o sztywne limity kosztów pozaodsetkowych, obowiązek jednolitej oceny zdolności kredytowej i brak narzędzi do realnego „cenienia ryzyka” w produktach dla trudniejszych klientów. W efekcie legalne instytucje pożyczkowe mają prowadzić coraz bardziej zachowawczą politykę kredytową, a udział nowych klientów spadł – według danych z raportu – do 8,5 proc., mimo że liczba i wartość udzielanych pożyczek rosła (w ostatnich dwóch latach o 34 proc.).

Autorzy raportu podkreślają też społeczny wymiar problemu, wskazując na motywacje osób szukających pieniędzy „na już”. Z badań przywołanych przez WEI wynika, że w przypadku odmowy przez legalną instytucję aż 72,7 proc. osób poszukujących finansowania na potrzeby zdrowotne deklaruje gotowość skorzystania z szarej strefy. Wysokie wskaźniki dotyczą też bieżących zobowiązań (64 proc.) oraz potrzeb bliskich (59,8 proc.). Zdaniem WEI to sygnał, że dla części gospodarstw domowych pożyczka jest mechanizmem radzenia sobie z nagłymi wydatkami, a nie „konsumpcyjną fanaberią”.

– Państwo, zamiast realnie chronić konsumentów, wypycha ich poza legalny rynek. Tam nie obowiązują ani limity kosztów, ani standardy windykacyjne, ani jakiekolwiek gwarancje prawne – mówi Piotr Palutkiewicz, wiceprezes WEI. Według niego szara strefa oznacza nie tylko ryzyko dla klientów, ale też straty dla budżetu: brak podatków, brak kontroli i większe pole dla nadużyć, w tym agresywnej windykacji czy wpadania w spiralę zadłużenia.

WEI zwraca uwagę na to, że problem nie wynika z „nadmiernego zadłużenia Polaków” w skali makro. W raporcie przywołano, że zadłużenie gospodarstw domowych w relacji do PKB w Polsce wynosiło w I kwartale 2025 r. 22,5 proc., podczas gdy średnia unijna to 51,1 proc. Jednocześnie gospodarstwa domowe mają oszczędzać średnio ok. 10 proc. dochodu rozporządzalnego, przy ok. 15 proc. w UE.

W rekomendacjach WEI postuluje przegląd przepisów i rozważenie zmian, które zwiększą elastyczność legalnych firm w ocenie ryzyka i kształtowaniu produktów. Celem ma być ograniczenie odpływu klientów do szarej strefy, większa konkurencja na rynku oraz skuteczniejsze ściganie nielegalnych pożyczkodawców. Autorzy raportu prognozują, że bez „urealnienia” wybranych regulacji – w tym limitu kosztów pozaodsetkowych – odsetek odrzucanych wniosków może dalej rosnąć, a wraz z nim skala pożyczek udzielanych poza prawem.

Sejm przyjął ustawę o zawodzie psychologa. Powstanie samorząd, rejestr i nowe zasady odpowiedzialności

9 stycznia 2026 r. Sejm przyjął ustawę o zawodzie psychologa oraz samorządzie zawodowym psychologów. Teraz projektem zajmie się Senat. Nowe przepisy mają uporządkować rynek świadczeń psychologicznych, podnieść jakość usług i wzmocnić ochronę osób korzystających ze wsparcia.

– Zasługujemy na pewność, że pomoc psychologiczna jest udzielana przez wykwalifikowanego specjalistę – mówiła ministra pracy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk podczas pierwszego czytania.

Co zmieni ustawa

Ustawa wprowadza zamknięty katalog świadczeń psychologicznych, określa zasady uzyskania prawa do wykonywania zawodu oraz tworzy samorząd zawodowy psychologów. Kluczową nowością ma być Rejestr Psychologów, który pozwoli sprawdzić, czy dana osoba ma uprawnienia.

Wprowadzone zostaną też przepisy karne. Karalne będzie podszywanie się pod psychologa bez prawa wykonywania zawodu, a także udzielanie świadczeń psychologicznych bez wymaganych uprawnień.

Jakie świadczenia będą „świadczeniami psychologicznymi”

Ustawa ustanawia zamknięty katalog, do którego zalicza:

  • diagnozę psychologiczną,
  • opiniowanie psychologiczne,
  • orzekanie psychologiczne,
  • udzielanie pomocy psychologicznej.

Ma to uporządkować rynek, bo w dotychczasowych regulacjach katalog był otwarty i brakowało definicji usług, co utrudniało egzekwowanie odpowiedzialności.

Kto będzie mógł wykonywać zawód psychologa

Prawo wykonywania zawodu będzie przysługiwać osobie, która spełni łącznie warunki ustawowe, w tym ukończy:

  • studia I stopnia na kierunku psychologia oraz studia II stopnia na kierunku psychologia i uzyska tytuł magistra, albo
  • jednolite studia magisterskie na kierunku psychologia i uzyska tytuł magistra,
    albo posiada kwalifikacje uznane w Polsce (z UE) lub dyplom spoza UE uznany za równoważny.

Dodatkowo wymagana będzie m.in. pełnia praw publicznych i zdolność do czynności prawnych, brak prawomocnego skazania za przestępstwo umyślne ścigane z oskarżenia publicznego oraz znajomość języka polskiego w stopniu niezbędnym do pracy.

Samo wykształcenie nie wystarczy – konieczny będzie też wpis do Rejestru Psychologów.

„Prawa nabyte” dla osób z magistrem psychologii

Nowa ustawa co do zasady wymaga ukończenia zarówno licencjatu, jak i magisterki na kierunku psychologia. Jednocześnie przewiduje ochronę praw nabytych. Osoby, które najpóźniej w dniu wejścia w życie ustawy ukończą w Polsce studia II stopnia na psychologii i uzyskają tytuł magistra (nawet jeśli licencjat był na innym kierunku), będą mogły wpisać się do rejestru i wykonywać zawód.

Do rejestru mają też mieć dostęp absolwenci jednolitych studiów magisterskich na kierunku „psychologia zdrowia” (oferowanych przez uczelnie medyczne), ze względu na pokrewieństwo programów kształcenia.

Samorząd psychologów i skargi pacjentów

Samorząd ma pełnić podwójną rolę: reprezentować środowisko oraz sprawować pieczę nad należytym wykonywaniem zawodu, który ma charakter zaufania publicznego. To samorząd będzie decydował o dopuszczeniu do zawodu (wpis do rejestru) i o sankcjach dyscyplinarnych, w tym zawieszeniu lub pozbawieniu prawa wykonywania zawodu.

Osoba pokrzywdzona będzie mogła złożyć do rzecznika dyscyplinarnego wniosek o wszczęcie postępowania wyjaśniającego. Jeśli materiał dowodowy potwierdzi naruszenia, sprawa trafi do sądu dyscyplinarnego.

Opiekun dla nowych psychologów

Ustawa przewiduje obowiązkową współpracę z opiekunem dla osób rozpoczynających wykonywanie zawodu. Psycholog uzyska prawo do wykonywania zawodu z dniem wpisu do rejestru i będzie pracował samodzielnie, ale opiekun ma wspierać go w praktycznych aspektach pracy i standardach etycznych.

Współpraca ma trwać 150 godzin, z czego co najmniej 75 godzin w trybie stacjonarnym, w okresie od 9 do 24 miesięcy. Negatywna opinia końcowa opiekuna może skutkować skreśleniem z rejestru, przy czym przewidziano ścieżkę odwoławczą.

Psychoterapia nie tylko dla psychologów

Ustawa nie zastrzega prowadzenia psychoterapii wyłącznie dla psychologów. Wciąż funkcjonują różne ścieżki uzyskiwania uprawnień psychoterapeuty, a odrębne przepisy regulują zasady w systemie publicznym. Równolegle prowadzone są prace nad uregulowaniem zawodu psychoterapeuty.

Jeśli jednak psychoterapię prowadzi psycholog wpisany do rejestru, będzie go obowiązywać m.in. tajemnica zawodowa, zasady dokumentacji i odpowiedzialność dyscyplinarna wynikające z nowej ustawy.

Jawność rejestru i informacje o karach

Rejestr ma być jawny w ograniczonym zakresie: imię i nazwisko, numer i data wpisu oraz status „wykonujący” albo „niewykonujący zawodu”. Informacje o ukaraniu dyscyplinarnym nie będą jawne, natomiast pozbawienie prawa wykonywania zawodu będzie skutkować skreśleniem z rejestru. W przypadku zawieszenia psycholog pozostanie w rejestrze jako „niewykonujący zawodu”.

Kary za podszywanie się pod psychologa i pracę bez uprawnień

Nieuprawnione posługiwanie się tytułem „psycholog” ma być zagrożone grzywną, a jeśli celem było uzyskanie korzyści majątkowej – także karą ograniczenia wolności. Udzielanie świadczeń psychologicznych bez prawa wykonywania zawodu ma podlegać grzywnie albo ograniczeniu wolności, a w przypadku działania dla zysku lub wprowadzenia w błąd – również karze pozbawienia wolności do roku.

Co dalej

Po głosowaniu w Sejmie ustawą zajmie się Senat. Jeśli przepisy wejdą w życie bez istotnych zmian, rynek usług psychologicznych ma zostać ujednolicony: z jasnymi wymogami dostępu do zawodu, rejestrem uprawnień, obowiązkami etycznymi i realną odpowiedzialnością dyscyplinarną.

Plany finansowe Polaków na 2026 rok

Spośród 70 proc. Polaków, którzy na 2025 rok mieli jakiekolwiek plany finansowe, co czwarty zrealizował je w całości – wynika z badania przygotowanego dla BIG InfoMonitor. Wchodząc w 2026 rok, konsumenci częściej nastawiają się na stabilizację niż duże zmiany. W planach dominują ostrożność, kontrola wydatków i budowanie poduszki finansowej, a nie skokowy wzrost dochodów czy rewolucje zawodowe.

Jak Polacy podsumowują 2025: plany były, wykonanie częściowe

Badanie pokazuje, że ok. 30 proc. dorosłych Polaków nie planowało na 2025 rok żadnych działań finansowych. Wśród tych, którzy postanowienia mieli, 10 proc. nie zrealizowało ich w ogóle, 37 proc. zrealizowało je częściowo, a 23 proc. – w pełni. To oznacza, że większość kończy rok z poczuciem „zrobione, ale nie do końca”, co wprost przekłada się na bardziej zachowawcze podejście do kolejnych 12 miesięcy.

2026: mniej „dodawania gazu”, więcej kontrolowania kosztów

Na pytanie o wydatki inne niż podstawowe potrzeby, najczęściej wskazywanym kierunkiem na 2026 rok są remonty i wymiana sprzętów domowych (35 proc.). Niewiele mniej osób mówi o budowaniu poduszki finansowej na gorsze czasy (33 proc.), a 30 proc. planuje przeznaczyć środki na wakacje. Jednocześnie aż 26 proc. nie ma konkretnych planów wydatkowych na nowy rok.

Co ważne, w tegorocznych deklaracjach częściej pojawia się chęć ograniczania wydatków niż ich zwiększania. Wyjątek jest jeden – zdrowie i kondycja fizyczna. Tu więcej osób zapowiada wzrost nakładów (15 proc.) niż ich spadek (9 proc.). To sygnał, że część gospodarstw domowych traktuje wydatki zdrowotne jako „nie do ruszenia”, nawet gdy resztę budżetu chce zaciskać.

Oszczędzanie: jedna piąta chce odkładać więcej, ale dominuje ostrożność

W 2026 roku 21 proc. Polaków deklaruje, że chce odłożyć większą sumę niż w 2025 roku na cele takie jak zakup nieruchomości, podróże czy inwestycje. Z kolei 23 proc. planuje zwiększać oszczędności przez ograniczenie bieżących wydatków. Jednocześnie 6–7 proc. mówi wprost, że będzie oszczędzać mniej niż w mijającym roku. Po odfiltrowaniu odpowiedzi „trudno powiedzieć”, odsetek planujących zwiększenie oszczędności wynosi 27–29 proc.

W praktyce oznacza to, że skłonność do budowania rezerw jest zauważalna, ale odbywa się przede wszystkim metodą „porządkowania budżetu”, a nie poprzez duże skoki dochodów.

Najczęstszy scenariusz: „będzie podobnie jak było”

Najbardziej uderzający wniosek dotyczy oczekiwań: aż 42 proc. respondentów uważa, że ich sytuacja finansowa nie zmieni się w 2026 roku. Poprawy spodziewa się 17 proc., a pogorszenia 25 proc. Co istotne, przekonanie o braku zmian jest dziś wyraźnie częstsze niż przed rokiem (wzrost z 35 do 42 proc.). Równocześnie spadł zarówno udział „optymistów”, jak i „pesymistów”, co sugeruje chłodniejsze, bardziej wyczekujące nastroje.

Różnice widać też w grupach wiekowych: poprawy sytuacji częściej spodziewają się młodsi – od 10 proc. wśród osób 55+ do 29 proc. w grupie 25–34 lata.

Działania naprawcze: mniej „zmienię pracę”, więcej „przestanę przepalać”

W 2026 roku co czwarty Polak nie planuje żadnych działań, które miałyby poprawić jego sytuację finansową (24 proc.). Wśród pozostałych dominują proste mechanizmy kontroli budżetu: ograniczanie impulsywnych zakupów (44 proc.) oraz optymalizacja wydatków, np. szukanie tańszych ofert (39 proc.).

Charakterystyczne jest również to, że 53 proc. Polaków nie planuje zwiększania dochodów w 2026 roku – to o 4 pkt proc. więcej niż w analogicznym pytaniu rok wcześniej. Jeśli ktoś chce poprawić stronę przychodową, najczęściej myśli o dodatkowym źródle dochodu (26 proc.) albo sprzedaży zbędnych rzeczy (18 proc.). Zmianę pracy na lepszą deklaruje dopiero co dziesiąta osoba.

Jak wskazuje dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk BIG InfoMonitor, to potwierdza niską gotowość do „dużych ruchów” i przerzucenie ciężaru działań na stronę wydatkową, a nie dochodową.

Zadłużenie: deklaracje spłaty często przegrywają z rzeczywistością

Niemal trzy czwarte dorosłych Polaków deklaruje brak zaległych zobowiązań. Wśród 28 proc. mających zaległości, 10 proc. chce je spłacić w 2026 roku w całości, a 15 proc. – częściowo. BIG InfoMonitor przypomina jednak, że same deklaracje nie muszą oznaczać wykonania: w ubiegłym roku 11 proc. osób zapowiadało spłatę zaległości w całości, a faktycznie udało się to 5 proc. badanych.

Jednocześnie – mimo poprawy części wskaźników – średnia kwota przeterminowanego długu na osobę rośnie: w listopadzie 2025 wynosiła 34 288 zł wobec 33 309 zł rok wcześniej i 31 449 zł dwa lata wcześniej. Na koniec listopada 2025 roku ponad 2,4 mln Polaków miało łącznie przeszło 82,7 mld zł zaległych długów widocznych w bazach BIG InfoMonitor i BIK.

Zewnętrzne ryzyka wciąż na pierwszym miejscu

Aż 75 proc. badanych obawia się wpływu czynników zewnętrznych na własne finanse – takich jak inflacja, stopy procentowe, rynek pracy czy sytuacja geopolityczna. Duże obawy deklaruje 31 proc. respondentów (częściej kobiety niż mężczyźni).

W komentarzu do wyników dr hab. Waldemar Rogowski podkreśla, że 2026 rok może przynieść wysoką dynamikę PKB (nawet powyżej 4 proc.), przy nadal niskim bezrobociu i wolniejszym niż dawniej wzroście wynagrodzeń, ale jednocześnie z ograniczoną przestrzenią do dalszych dużych obniżek stóp procentowych. Jako główne zagrożenie dla gospodarstw domowych wskazuje rosnące ryzyko geopolityczne.

Ostrożny 2026: stabilizacja, kontrola wydatków i zdrowie jako priorytet

Z badania wyłania się obraz konsumenta, który nie zakłada ani gwałtownej poprawy, ani załamania – raczej chce „utrzymać kurs”. Plany finansowe na 2026 rok opierają się na codziennej dyscyplinie: pilnowaniu wydatków, szukaniu lepszych cen, budowaniu rezerw oraz selektywnym zwiększaniu nakładów na zdrowie. Przy niskiej gotowości do zmiany pracy i braku planów wzrostu dochodów u ponad połowy respondentów, to właśnie zachowania zakupowe i oszczędnościowe będą kluczowym testem realnej kondycji portfeli Polaków.

Badanie „Plany finansowe Polaków na 2026 rok” wykonane dla BIG InfoMonitor przez Keralla Research: omnibusowe badanie ilościowe CATI na próbie 1040 osób, grudzień 2025.

Cyberprzestępcy nie atakują wprost – wybierają zaplecze: dostawców, helpdesk, firmy outsourcingowe

Łańcuch dostaw to dziś najłatwiejszy i najmniej zauważalny punkt wejścia dla cyberprzestępców. Jak wynika z ostatnich analiz zespołu badawczego Palo Alto Networks, 28% incydentów bezpieczeństwa w Europie dotyczyło zewnętrznych partnerów firm. To oznacza, że prawdopodobieństwo takiego ataku jest dziś porównywalne z innymi metodami, które dotąd dominowały w raportach.

Jednocześnie eksperci podkreślają, że większość takich incydentów pozostaje niezauważona – albo zostaje błędnie przypisana bezpośredniemu celowi ataku. W rzeczywistości więc skala zagrożenia jest jeszcze większa, niż pokazują statystyki.

Cyberprzestępcy coraz częściej celują nie w główną organizację, ale w jej cyfrowe zaplecze – zewnętrznych dostawców, usługodawców technologicznych czy partnerów operacyjnych. Tam znajdują słabe ogniwa, mniej chronione, ale z pełnym dostępem. I właśnie dlatego firmy muszą przestać patrzeć na bezpieczeństwo wyłącznie przez pryzmat własnej infrastruktury. Realne zagrożenie często znajduje się poza ich bezpośrednim nadzorem, ale nadal w ramach ich cyfrowych powiązań – mówi Wojciech Gołębiowski, wiceprezes i dyrektor zarządzający Palo Alto Networks w Europie Środkowo-Wschodniej.

Na świecie liczba ataków na łańcuch dostaw wzrosła o 100%

Zespół badawczy Palo Alto Networks, Unit 42, podaje, że w 2024 roku 28% incydentów w Europie dotyczyło naruszeń związanych ze stronami trzecimi – partnerami, dostawcami, podwykonawcami[1]. Raport Verizon „2025 Data Breach Investigation” wskazuje na podobny odsetek w ujęciu globalnym – 30%. W porównaniu rok do roku oznacza to dwukrotny wzrost incydentów z udziałem łańcucha dostaw[2].

Z analiz zespołu Unit 42 wynika, że najbardziej narażone na takie ataki są firmy technologiczne i finansowe.

W przypadku tego rodzaju incydentów cyberprzestępcy koncentrują się na dostawcach o bogatych zasobach danych i rozbudowanej sieci połączeń. Dane Palo Alto Networks wskazują, że głównym celem są firmy fintechowe, kancelarie prawne czy marki luksusowe. To właśnie przez takie organizacje można uzyskać dostęp do szerokiej grupy użytkowników i klientów, w tym takich o wysokiej wartości netto – wyjaśnia Wojciech Gołębiowski.

W Polsce z roku na rok gwałtownie rośnie skala cyberataków. Z danych CERT Polska wynika, że we wrześniu 2025 roku odnotowano aż 278% więcej zgłoszeń niż rok wcześniej[3]. Nie wszystkie są związane z łańcuchem dostaw, ale eksperci zaznaczają, że to właśnie w obszarze zależności zewnętrznych coraz trudniej kontrolować ryzyko.

W Polsce firmy często budują swoje strategie bezpieczeństwa w izolacji, nie biorąc pod uwagę, jak wiele zależy od ich partnerów. Tymczasem nawet niewielka firma outsourcingowa, która zyskała dostęp administracyjny do systemu klienta, może stać się idealnym celem ataku. Zdarza się, że podwykonawcy mają więcej uprawnień niż pracownicy firmy, a przy tym znacznie mniejsze możliwości obrony – komentuje Grzegorz Latosiński, dyrektor sprzedaży Palo Alto Networks w Europie Środkowo-Wschodniej.

Nie trzeba włamywać się przez drzwi, skoro okno jest otwarte

Z punktu widzenia cyberprzestępcy atak przez łańcuch dostaw jest idealny – tańszy i szybszy do zrealizowania oraz trudniejszy do wykrycia. Wystarczy znaleźć jednego partnera, który nie spełnia podstawowych norm cyberbezpieczeństwa, a ma połączenie z siecią głównej firmy.

Jak może wyglądać taki atak w praktyce? W ostatnich miesiącach zespół Unit 42 opublikował analizę działalności grupy Muddled Libra, która zaatakowała m.in. firmę outsourcingową, świadczącą usługi dla sektora finansowego i farmaceutycznego[4]. Cyberprzestępcy podszyli się pod pracowników helpdesku, przejęli dane logowania, a następnie zdobyli dostęp do kont z uprawnieniami administratora – a całość zajęła im mniej niż 40 minut. W ciągu 2 dni wyprowadzili ponad 100 GB danych, nie wzbudzając żadnych alarmów.

Ten przykład pokazuje, jak szybkie i skuteczne mogą być ataki prowadzone przez łańcuch dostaw, dzięki wykorzystaniu zaufania systemów do znanych podmiotów. Partnerzy mają dostęp przez API czy VPN, a niekiedy nawet klucze dostępu – i nikt tego nie kwestionuje. Gdy jedno z tych kont zostanie przejęte, atakujący działa jak osoba z wewnątrz. A przecież wielu firmom nadal brakuje świadomości skali zależności cyfrowych. Organizacje powinny zadać sobie pytanie – ilu partnerów ma dostęp do moich systemów? Ilu z nich korzysta z tych samych poświadczeń od lat? Ilu posiada prawa administratora? – podkreśla Tomasz Pietrzyk, starszy manager ds. rozwiązań technologicznych Palo Alto Networks w Europie Środkowo-Wschodniej.

Realna odporność wymaga dziś zmiany myślenia. Firmy nie powinny zastanawiać się, czy atak się wydarzy, ale gdzie się zacznie i kto zostanie przez niego dotknięty. Najbardziej narażeni są ci, których nikt nie pyta o procedury bezpieczeństwa, czyli mniejsi partnerzy, techniczni dostawcy i firmy usługowe.

Postawa cyberaltruizmu nie jest kwestią dobrej woli, a strategią biznesową. Jeśli dostawca padnie ofiarą ataku, jego problemy błyskawicznie staną się twoimi. Pomagając mu się zabezpieczyć, firmy inwestują we własną stabilność cyfrową. Mniejsze przedsiębiorstwa nie zawsze mają środki czy wiedzę, ale mogą skorzystać z narzędzi, szkoleń i praktyk oferowanych przez większych partnerów – dodaje Grzegorz Latosiński.

[1] https://www.paloaltonetworks.com/resources/research/unit-42-incident-response-report

[2] https://www.verizon.com/business/resources/Tea/reports/2025-dbir-data-breach-investigations-report.pdf

[3] https://next.gazeta.pl/next/7,151243,32375608,szokujace-dane-o-278-proc-wzrosla-liczba-atakow-hakerskich.html

[4] https://unit42.paloaltonetworks.com/muddled-libra/

Victoria Dom: 1365 mieszkań sprzedanych w 2025 (+35%)

Victoria Dom – jeden z największych deweloperów mieszkaniowych w Polsce, ogłosił wyniki sprzedaży za IV kwartał 2025 r.  W tym czasie spółka sprzedała 444 mieszkania vs 152 w IV kw. 2024 r. tj. ponad 192% więcej. Całoroczna sprzedaż wyniosła 1365 vs 1014 mieszkań w 2024 tj. o blisko 35% więcej. W 2026 r. Victoria Dom planuje sprzedaż na poziomie 1600-1700 mieszkań.

 – Po serii obniżek stóp procentowych Narodowego Banku Centralnego w 2025 r., rynek mieszkaniowy budzi się z letargu. Od II kwartału sprzedaż sukcesywnie się odbudowuje, wraz z szeroka ofertą na rynku pierwotnym oraz bogatym wyborze gotowych mieszkań na rynku pierwotnym i wtórnym – ocenia Waldemar Wasiluk, Wiceprezes Zarządu Victorii Dom S.A. – Koszty kredytu hipotecznego poniżej 6% są poziomem coraz bardziej akceptowalnym dla kupujących, którzy coraz częściej korzystają z ofert banków przy zakupie mieszkań na własne potrzeby. Widzimy ten trend coraz wyraźniej w naszych biurach sprzedaży – dodaje.

Zdaniem Wiceprezesa Wasiluka w 2026 r. sprzedaż będzie rosła w popularnym segmencie oferowanym przez Victorię Dom zarówno w Warszawie jak i Krakowie oraz Gdyni, gdzie deweloper będzie wprowadzać nowe projekty do oferty sprzedaży. Victoria Dom planuje w 2026 r. sprzedaż na poziomie 1600-1700 mieszkań.

W 2025 r. Victoria Dom przekazała klientom 1275 mieszkań vs 1648 w roku 2024 tj. 23% mniej. Część przekazań sprzedanych mieszkań przesunęła się z grudnia 2025 r. na I kwartał 2026 r. i będzie ujęta w wyniku 2026 r.

Alkoholowi giganci tracą, rosną energetyki i napoje bezalkoholowe

  • Marki napojów bezalkoholowych notują 69 proc. zwrotu w pięć lat, podczas gdy alkoholowi giganci tracą grunt pod nogami – ich wyceny spadły w tym czasie o 26 proc.
  • Wyniki te odzwierciedlają rosnący popyt na alternatywy bezalkoholowe i niskoalkoholowe, który jest napędzany zmianą stylu życia i wyborów konsumenckich
  • Na czele wzrostów znajduje się firma z segmentu fitness i napojów energetycznych Celsius, która zapewniła inwestorom aż 211 proc. zwrotu. Z kolei grupy spirytusowe ciągną „koszyk alkoholowy” w dół, obciążając jego wyniki.

Wraz z rosnącą na całym świecie popularnością inicjatywy Dry January — zapoczątkowanej w Wielkiej Brytanii w 2013 roku przez organizację Alcohol Change UK i zachęcającej do miesięcznej abstynencji na początku roku — także w Polsce coraz więcej konsumentów sięga po alternatywy bez alkoholu. Nowa analiza platformy handlowo-inwestycyjnej eToro pokazuje, że zmiana ta coraz wyraźniej odbija się również na rynkach finansowych, przynosząc trzeźwe wnioski dla giełdowych producentów alkoholu.

eToro porównało dwa koszyki znanych marek napojów o równych wagach. Pierwszy obejmował producentów alkoholu: Diageo, Heineken, Pernod Ricard, Carlsberg oraz Anheuser-Busch InBev. Drugi tworzyły spółki bezalkoholowe: Coca-Cola, PepsiCo, Monster Beverage, Celsius Holdings oraz A.G. Barr.

W perspektywie ostatnich pięciu lat koszyk spółek bezalkoholowych wzrósł o 69 proc., podczas gdy koszyk producentów alkoholu zanotował spadek na poziomie 26 proc. Różnica widoczna jest nie tylko w długim terminie. W ciągu ostatnich 12 miesięcy marki bezalkoholowe zyskały 24 proc., podczas gdy producenci alkoholu stracili 6 proc. Jeszcze wyraźniej trend ten widać w horyzoncie trzyletnim: spółki bezalkoholowe odnotowały wzrost o 18 proc., a alkoholowe — spadek aż o 29 proc.

Paweł Majtkowski, analityk rynku eToro w Polsce, komentuje: „Dry January” to trend, który dynamicznie zyskuje na znaczeniu — szczególnie w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, ale stopniowo także w Polsce. To już coś więcej niż sezonowy zwyczaj; to wyraźny sygnał szerszej zmiany stylu życia, zwłaszcza wśród młodszych konsumentów. Zmiana ta znajduje odzwierciedlenie również na rynkach finansowych. Tradycyjni producenci alkoholu coraz częściej mają trudności z utrzymaniem wzrostu, podczas gdy kapitał inwestorów płynie w stronę napojów bezalkoholowych i funkcjonalnych. Są one postrzegane jako zdrowsze, lepiej dopasowane do preferencji pokolenia Z, a jednocześnie oferujące wyższy potencjał wzrostu i większą siłę cenową. To jeszcze nie rewolucja, lecz ewolucja, która wyraźnie nabiera tempa.”

W obrębie koszyka alkoholowego wyniki w długim terminie pozostają słabe. Diageo i Pernod Ricard – właściciel polskich marek Wyborowa i Luksusowa – straciły w ciągu pięciu lat ponad 40 proc. wartości, a żadna ze spółek alkoholowych w grupie nie wygenerowała pozytywnego zwrotu w ciągu trzech lat. Producenci piwa wykazali pewną odporność w ostatnich 12 miesiącach: Carlsberg zyskał 21 proc., a Anheuser-Busch InBev 14 proc., jednak nie wystarczyło to, by zrekompensować szersze spadki.

Dla porównania, marki bezalkoholowe odnotowały szersze i bardziej stabilne wzrosty. Napędzały je przede wszystkim firmy z segmentu napojów energetycznych i funkcjonalnych. Celsius Holdings, właściciel marek CELSIUS i Rockstar Energy, zyskał w ciągu pięciu lat aż 211 proc., a Monster Beverage, właściciel marki Monster Energy, 71 proc. Również bardziej ugruntowane firmy z sektora napojów bezalkoholowych przyczyniły się do pozytywnych wyników: Coca-Cola wzrosła o 33 proc., a A.G. Barr o 28 proc. w tym samym okresie.

Paweł Majtkowski dodaje: „Inwestorzy coraz uważniej przyglądają się producentom napojów, a selektywność rośnie – tak samo jak wśród samych konsumentów. Dla firm jest to jasny sygnał, że sukces dzisiaj zależy nie tylko od siły marki, lecz także od innowacyjności, dopasowanej oferty produktowej oraz zdolności do szybkiego reagowania na zmieniające się nawyki konsumpcyjne. W takich warunkach zbyt szerokie portfolio może stać się przeszkodą, zamiast pomagać w rozwoju.”

Marka Zwrot po 1 roku Zwrot po 3 latach Zwrot po 5 latach
Producenci napojów alkoholowych
Diageo -33% -54% -43%
Heineken 0.5% -21% -21%
Pernod Ricard -30% -58% -51%
Carlsberg 21% -8% -12%
Anheuser-Busch InBev 14% -1% -2%
Avg basket -6% -29% -26%
Producenci napojów bezalkoholowych
Coca-Cola company 12% 11% 33%
PepsiCo -2% -18% 2%
Monster Beverage 50% 52% 71%
Celsius Holdings 53% 21% 211%
A.G. Barr 7% 25% 28%
Avg basket 24% 18% 69%

 Tabela przedstawia porównanie wyników: producenci alkoholu kontra producenci napojów bezalkoholowych. Wyniki historyczne nie stanowią gwarancji przyszłych rezultatów.

„Truman Show Scam”: elitarna grupa inwestorów, codzienne komentarze rynkowe, wykresy i eksperci… którzy nie istnieją

Elitarna grupa inwestorów, „analitycy”, codzienne komentarze rynkowe, regulaminy, umowy, a nawet aplikacja dostępna w oficjalnym sklepie – tak wygląda najnowsze oszustwo stworzone dzięki sztucznej inteligencji. Opisany przez Check Point Research OPCOPRO „Truman Show Scam” to nie pojedynczy phishing, a syntetyczny świat, w którym każdy element ma wzmacniać jedno kłamstwo.

„Oszustwo Truman Show” różni się od tego, do czego przywykliśmy. Zamiast malware’u czy prymitywnych stron podszywających się pod bank, przestępcy budują spójną narrację: społeczność, ekspertów, dokumenty, wyniki, „partnerstwa”, a nawet obecność medialną. Wszystko generowane lub kontrolowane przez atakujących. Ofiara nie dostaje jednej podejrzanej wiadomości, a zostaje wciągnięta w serial, w którym każdy odcinek ma prowadzić do wpłaty. Truman Show

Jak działa „Truman Show Scam” krok po kroku

Kontakt startuje od SMS-ów, komunikatorów lub reklam. Przekaz jest prosty: „wyjątkowy program”, „ponadprzeciętne zwroty”, „limitowane miejsca”. Celem nie jest od razu przelew, tylko przeniesienie rozmowy do prywatnej grupy na WhatsApp/Telegram, gdzie łatwiej kontrolować emocje i sceptycyzm.

W grupie czeka teatr: „eksperci” i „uczestnicy” rozmawiają płynnie w lokalnym języku, wrzucają profesjonalnie brzmiące komentarze rynkowe, pokazują codzienne „zyski”, podbijają entuzjazm i presję społeczną. Nie ma krytyki, nie ma wątpliwości — jest stałe pozytywne wzmocnienie i poczucie, że „wszyscy zarabiają”. To klasyczna socjotechnika ubrana w nowoczesne narzędzia.

Według analityków bezpieczeństwa z Check Point, nagle pojawia się kluczowy twist: ofiara dostaje instrukcję instalacji „oficjalnej” aplikacji OPCOPRO z legalnych sklepów. Aplikacja nie musi zawierać złośliwego kodu. Jest „malicious by design” – często to tylko WebView, czyli powłoka, która wyświetla treści z serwera. Choć nie ma realnego tradingu, są serwerowo generowane wykresy, transakcje i salda. To sprawia, że na telefonie wszystko wygląda jak prawdziwa platforma inwestycyjna.

Po ściągnięciu aplikacji pojawia się „weryfikacja tożsamości” (KYC): dowód/paszport i selfie/biometria. Potem depozyt — przelew lub krypto. W efekcie użytkownik traci pieniądze oraz dane, które mogą posłużyć do kolejnych przestępstw.app store

Sztuczna inteligencja nie jest „gadżetem”, a mnożnikiem siły. Pozwala skalować rozmowy wielojęzyczne, utrzymywać spójne persony bez dużego zespołu ludzi, automatyzować manipulację emocjami i szybko przenosić schemat między krajami oraz markami. To przesuwa oszustwa z poziomu „okazjonalnego polowania” do powtarzalnych systemów, które industrializują budowanie zaufania.

Choć wydaje się, że to wyłącznie „scam konsumencki”, to w praktyce skutki mogą wchodzić w obszar bezpieczeństwa organizacji:

  • Kradzież tożsamości ułatwia przejęcia kont: dokument + selfie to mocny zestaw do prób obejścia zabezpieczeń (np. ataki na procesy odzyskiwania dostępu, podszywanie się w kontaktach z help deskiem).
  • Presja finansowa tworzy ryzyko insiderskie: osoba, która straciła pieniądze i jest zastraszana lub „dociągana” do kolejnych wpłat, staje się podatniejsza na szantaż i manipulację.
  • Telefon jako najsłabsze ogniwo: aplikacja wyglądająca „normalnie” i dostępna w oficjalnym sklepie może ominąć czujność użytkownika i część firmowych kontroli, a mimo to prowadzić do działań wysokiego ryzyka.
  • Socjotechnika wobec wsparcia IT staje się łatwiejsza: gdy atakujący ma „dowody” (dane, dokumenty, wiarygodną legendę), rośnie skuteczność prób wyłudzenia.

Jak się bronić przed całym ekosystemem oszustw?

Jak zaznaczają badacze z Check Point Research, samo hasło „sprawdź, czy link nie jest podejrzany” to zdecydowanie za mało. Oszustwo działa jako lejek (komunikator → grupa → aplikacja → KYC → depozyt), dlatego należy spojrzeć na całość wzorców i infrastruktury, nie tylko na pojedynczy artefakt.     

Rady dla osób prywatnych:

  • Traktuj niezamówione „okazje inwestycyjne” jako ryzykowne z definicji.
  • Weryfikuj firmy przez oficjalne rejestry/regulatorów, a nie przez linki z czatu.
  • Nie wysyłaj dokumentów i selfie do nieznanych platform „KYC”.
  • Pamiętaj: depozyty krypto są w praktyce nieodwracalne.

Rady dla firm:

  • Zwiększ czujność wobec finansowych aplikacji WebView i całych „ekosystemów” wokół nich.
  • Szukaj klastrów domen/infrastruktury powiązanych z aplikacjami i kampaniami.
  • Wykrywaj lejki zachowań: czat → aplikacja → KYC → wpłata (to często bardziej diagnostyczne niż sam kod).
  • Zapewnij pracownikom łatwą ścieżkę zgłoszenia, jeśli padli ofiarą — bo „wstyd” i cisza zwiększają ryzyko wtórnych nadużyć.

W „Truman Show Scam” ofiara nie jest oszukiwana jednym kłamstwem. Ona jest otoczona kłamstwami tak szczelną warstwą, że świat wygląda na spójny: aplikacja, społeczność, eksperci, wyniki, dokumenty — wszystko wspiera jedną narrację. A skoro zaufanie da się dziś produkować masowo, to bezpieczeństwo musi działać systemowo – analizować zachowania i ekosystemy, nie tylko „podejrzane pliki”.

Creotech weźmie udział w opracowaniu pierwszego uniwersalnego odbiornika kwantowej dystrybucji klucza

Creotech Instruments S.A., notowany na GPW polski integrator misji kosmicznych, dołączył do międzynarodowego projektu budowy prototypu wielofunkcyjnego odbiornika kwantowej dystrybucji klucza (QKD) dla stacji naziemnych odbierających klucz kryptograficzny z satelity. Docelowo Spółka planuje stworzenie całej linii produktów z zakresu komunikacji kwantowej przy wsparciu wiodących programów UE. Wartość zamówienia Europejskiej Agencji Kosmicznej wynosi ok. 950 tys. euro.

Realizacja kwantowej dystrybucji klucza z satelity wymaga zbudowania kosztownej i zaawansowanej infrastruktury w segmencie naziemnym, opartej na optycznych stacjach naziemnych (Optical Ground Stations, OGS) wraz z dedykowanymi odbiornikami. Dotychczas odbiorniki QKD projektowano na potrzeby jednej konkretnej misji i realizacji protokołu bezpieczeństwa, np. w projekcie Eagle-1 (pierwszy europejski satelita QKD).

Tymczasem planowane są liczne misje satelitarne QKD, z których każda może obsługiwać protokół QKD i jego kodowanie w inny sposób. Uzasadnione ekonomicznie jest więc opracowanie kluczowych komponentów segmentu naziemnego tak, aby możliwe stało się ustanowienie połączenia z wieloma różnymi satelitami QKD, co dodatkowo ułatwi rozwój całej sieci. Projekt Multi-purpose Quantum Key Distribution receiver for optical ground stations (w skrócie: MPQR) stanowi odpowiedź na to wyzwanie.

Kwantowa dystrybucja klucza to dla nas strategiczny obszar rozwoju, w którym dostrzegamy wysoki potencjał biznesowy i jesteśmy gotowi na komercyjne wdrożenia już w bieżącym roku. Udział w projekcie budowy prototypu wielofunkcyjnego odbiornika QKD dla stacji naziemnych obsługujących transmisję kluczy z satelitów poszerza zakres zastosowań naszych technologii oraz wzmacnia naszą pozycję kluczowego europejskiego dostawcy” – mówi dr Anna Kamińska, Dyrektor Pionu Quantum Systems w Creotech Instruments S.A. oraz Prezes Zarządu Creotech Quantum S.A.

Creotech Instruments prowadzi obecnie kilka projektów dla ESA i Komisji Europejskiej w obszarze QKD. W ramach tych działań Spółka opracowuje ultra-czułe detektory pojedynczych fotonów oparte na technologii nadprzewodnikowej. Aby móc zinterpretować sygnał z satelity QKD, oprócz detektora niezbędny jest dedykowany odbiornik – to właśnie on zostanie opracowany przez konsorcjum pod przewodnictwem OHB System AG.

Creotech Instruments będzie odpowiedzialny za projekt i wykonanie elektroniki kontrolnej odbiornika oraz integrację z detektorem pojedynczych fotonów. Detektory te zostaną wykorzystane do demonstracji i testów nowego odbiornika. Dodatkowo doświadczenie zdobyte przy projekcie MPQR pozwoli na skuteczniejsze komercyjne wdrożenie pozostałych technologii rozwijanych w Creotech oraz rozszerzenie portfolio produktów w obszarze QKD o coraz bardziej zaawansowane komponenty i podsystemy stacji naziemnych.

Niedawno Spółka podpisała umowę na stworzenie mobilnej stacji naziemnej QKD w ramach projektu PIONIER-Q-SAT pod przewodnictwem NASK. Dzięki synergiom pomiędzy wymienionymi projektami, Spółka jeszcze mocniej rozszerzy kompetencje technologiczne i produktowe dla QKD z satelity w zakresie od kluczowych komponentów aż po zaawansowane podsystemy, jakim jest w szczególności odbiornik QKD.

Docelowo kwantowa dystrybucja klucza ma zostać wdrożona w infrastrukturach krytycznych w całej Europie w ciągu najbliższych kilku lat i obejmować sieci zarówno naziemne, jak i połączenia satelitarne. Realizacja projektu umożliwi Creotech wejście na ten dynamicznie rozwijający się rynek.

Liderem konsorcjum jest OHB System AG, a w jego skład, poza Creotech Instruments S.A., wchodzą OHB Digital Connect GmbH oraz Austrian Institute of Technology.

Wartość zamówienia ESA wynosi ok. 950 000 euro, z czego na Creotech przypada ok. 300 000 euro.

Rynek wtórny hamuje, aktywność kupujących w dół. Grudzień z rekordem sprzedaży nowych mieszkań

Grudzień przyniósł wyraźne wyhamowanie na rynku wtórnym: oferta mieszkań skurczyła się miesiąc do miesiąca we wszystkich siedmiu największych miastach, a aktywność kupujących spadła – w Warszawie liczba odpowiedzi na ogłoszenia zmalała aż o 24,6% względem listopada. Czy deweloperskie promocje i rabaty przesunęły popyt w stronę nowych mieszkań? Wstępne dane wskazują, że rynek deweloperski zamknął grudzień rekordem: w analizowanych miastach nabywców znalazło 5,2 tys. lokali.

Według danych Otodom spadek podaży na rynku wtórnym widać zarówno w ujęciu miesięcznym, jak i rocznym. Najsilniejszą zmianę m/m odnotowano w Krakowie (-8,9%), natomiast r/r – we Wrocławiu (-29%). Wyjątkiem pozostają Katowice, gdzie w porównaniu do grudnia 2024 roku liczba ofert wzrosła o 3%.

W grudniu w siedmiu największych miastach w Polsce (Warszawa, Wrocław, Katowice, Kraków Trójmiasto, Łódź i Poznań) w serwisie Otodom dostępnych było 40,5 tys. ogłoszeń mieszkań “z drugiej ręki”, czyli o 15% mniej w ujęciu rocznym oraz prawie 7% mniej niż w listopadzie 2025 roku. Jednocześnie w minionym miesiącu deweloperzy wprowadzili do sprzedaży ponad 5,3 tys. lokali, dzięki czemu pula nowych mieszkań w analizowanych miastach ponownie przekroczyła 62 tys. Według danych Otodom, oznacza to, że grudniu kupujący mogli mieć nawet o połowę większy wybór na rynku deweloperskim niż na wtórnym.

 – Szersza pula ogłoszeń u deweloperów mogła zachęcić część klientów do rozważenia zakupu nowego lokalu, zwłaszcza pod koniec roku, gdy promocje i rabaty spłaszczają różnice cenowe, a wybór między mieszkaniem nowym a używanym przestaje być jednoznaczny. Dodatkowo rynek deweloperski zyskał istotny impuls wizerunkowy za sprawą wejścia w życie przepisów dotyczących jawności cen, w tym obowiązku ujawniania historii ich zmian. To zwiększyło przejrzystość ofert i ograniczyło niepewność po stronie klientów. W efekcie łatwiej porównać ceny – wyjaśnia Agata Stachowiak, ekspertka rynku mieszkaniowego Otodom.

Nowe mieszkania studzą ceny na wtórnym

Według „Monitora nastrojów klientów nieruchomości” jeszcze w III kwartale 2025 roku 50% osób będących w procesie zakupu mieszkania lub domu preferowało rynek wtórny, a 23% wskazywało lokal od dewelopera. To, czy w IV kwartale doszło do zmiany tej proporcji, pokaże kolejna edycja raportu. Już teraz widać jednak, że silna podaż po stronie deweloperów zwiększyła konkurencję z rynkiem wtórnym i sprzyjała stabilizacji cen ofertowych mieszkań używanych. W tle tych zmian rośnie też zdolność kredytowa mieszkańców Polski i zainteresowanie kredytami hipotecznymi. Według danych BIK w grudniu 2025 r. liczba osób składających wnioski o kredyt mieszkaniowy wzrosła r/r o niemal 29%.

Jak wskazują dane Otodom w grudniu rozpiętość średnich stawek ofertowych między największymi rynkami nadal była znacząca. W Warszawie metr kwadratowy kosztował przeciętnie 18,5 tys. zł. Zaraz za stolicą plasują się Kraków i Trójmiasto, gdzie, podobnie jak miesiąc wcześniej, stawki oscylowały wokół 16 tys. zł/mkw. W przypadku Trójmiasta oznacza to wzrost o ponad 4,9% r/r. Najniższe ceny mieszkań używanych odnotowano w Łodzi (8,7 tys. zł/mkw.) i Katowicach (9,5 tys. zł/mkw.). Na tle pozostałych rynków wyróżnia się Wrocław, w którym zauważalny jest jedyny spadek rok do roku (-1,7%), a średnia cena ofertowa wyniosła w grudniu 13,3 tys. zł/mkw.

Aktywność kupujących w dół

Jak na tę sytuację reagują klienci? W grudniu liczba odpowiedzi na ogłoszenia w serwisie Otodom wyniosła 69 tys. W ujęciu miesięcznym aktywność kupujących wyraźnie zmalała – największy spadek odnotowano w Warszawie (-24,6% względem listopada 2025 r.), choć w perspektywie roku stolica rejestruje już wzrost o 11%. Kolejne największe spadki miesiąc do miesiąca widoczne były w Łodzi (-23,9%) i Krakowie (-22,3%). Najmniejszą zmianę względem listopada zanotowało Trójmiasto (-14,5%). Jednocześnie w ujęciu rocznym aktywność kupujących rośnie niemal we wszystkich analizowanych miastach – wyjątkiem pozostaje Łódź, gdzie liczba odpowiedzi na ogłoszenia spadła o 3% w porównaniu z grudniem 2024 roku.

– Spadek aktywności kupujących na rynku wtórnym w grudniu nie jest zaskoczeniem: to typowy efekt końcówki roku, kiedy część klientów wstrzymuje decyzje zakupowe i odkłada je na kolejne miesiące. Jednocześnie to rynek deweloperski zaskoczył skalą sprzedaży. Wielu kupujących, zachęconych tradycyjnie pojawiającymi się pod koniec roku promocjami i rabatami w przypadku nowych mieszkań, finalizowało transakcje, korzystając z atrakcyjnych okazji – podsumowuje Agata Stachowiak.

TD SYNNEX: 17,4 mld USD przychodów w Q4, EPS 3,04 USD. Wyniki powyżej prognoz

  • Przychody w wysokości 17,4 mld USD, co stanowi wzrost o 9,7% w ujęciu rok do roku i przekracza górną granicę naszych prognoz. Przy stałym kursie walutowym(1) przychody wzrosły o 7,5% w ujęciu rok do roku.
  • Przychody brutto nieobjęte standardami GAAP(1) w wysokości 24,3 mld USD, co stanowi wzrost o 14,7% w ujęciu rok do roku i przekracza górną granicę naszych prognoz. Przy stałym kursie walutowym(1) przychody brutto nieobjęte standardami GAAP(1) wzrosły o 12,6% w porównaniu z rokiem poprzednim.
  • Rozwodniony zysk na akcję („EPS”) w wysokości 3,04 USD oraz rozwodniony zysk na akcję nieobjęty standardami GAAP(1) w wysokości 3,83 USD, co stanowi wzrost o 24,0% w porównaniu z rokiem poprzednim.
  • Środki pieniężne z działalności operacyjnej wyniosły 1,5 mld USD, a wolne przepływy pieniężne(1) wyniosły 1,4 mld USD.
  • Zwrócono akcjonariuszom 209 mln USD w postaci 173 mln USD z tytułu wykupu akcji i 36 mln USD z tytułu dywidend.
  • Ogłoszono kwartalną dywidendę pieniężną w wysokości 0,48 USD na akcję zwykłą, co stanowi wzrost o 9% w ujęciu rok do roku.

„W czwartym kwartale nasze przychody brutto nieobjęte standardami GAAP wzrosły o 15% w ujęciu rok do roku, a rozwodniony zysk na akcję nieobjęty standardami GAAP wzrósł o 24% w ujęciu rok do roku, co stanowi nowy rekord dla naszej firmy i potwierdza wartość naszego zróżnicowanego modelu biznesowego oraz skuteczność realizacji naszej długoterminowej strategii”, powiedział Patrick Zammit, CEO of TD SYNNEX. „Wyniki te wieńczą znakomity rok dla naszej organizacji, w którym znacznie przekroczyliśmy nasze początkowe średnioterminowe cele przedstawione podczas Investor Day. Jesteśmy dobrze przygotowani na nadchodzący rok, dzięki naszemu wyspecjalizowanemu modelowi biznesowemu, niezrównanemu portfolio ukierunkowanemu na technologie o wyższym wzroście oraz ciągłemu skupieniu się na zapewnianiu najlepszych w swojej klasie doświadczeń dla klientów. Te atuty dają nam pewność, że jesteśmy w stanie osiągnąć trwały wzrost w dłuższej perspektywie czasowej”.

TD SYNNEX (NYSE: SNX) ogłosił dzisiaj wyniki finansowe za czwarty kwartał roku fiskalnego zakończonego 30 listopada 2025 r.

Skonsolidowane dane finansowe za czwarty kwartał roku fiskalnego 2025

GAAP
($ in millions, except earnings per share)            
    Q4 FY25   Q4 FY24   Net Change from Q4 FY24
Revenue   $             17,379   $             15,845   9.7 %
Gross profit   $              1,195   $              1,041   14.8 %
Gross margin   6.87 %   6.57 %   30 bps
Operating income   $                 399   $                 325   22.7 %
Operating margin   2.29 %   2.05 %   24 bps
Net income   $                 248   $                 195   27.5 %
Diluted EPS   $                3.04   $                2.29   32.8 %

 

Non-GAAP
($ in millions, except earnings per share)            
    Q4 FY25   Q4 FY24   Net Change from Q4 FY24
Gross billings(1)   $             24,327   $             21,211   14.7 %
Gross to net %(1)   (28.6) %   (25.3) %   (330) bps
Revenue   $             17,379   $             15,845   9.7 %
Gross profit   $              1,195   $              1,041   14.8 %
Gross margin   6.87 %   6.57 %   30 bps
Operating income(1)   $                 497   $                 422   17.9 %
Operating margin(1)   2.86 %   2.66 %   20 bps
Net income(1)   $                 313   $                 263   18.8 %
Diluted EPS(1)   $                3.83   $                3.09   24.0 %

Skonsolidowane wyniki finansowe za czwarty kwartał roku fiskalnego 2025 w porównaniu z czwartym kwartałem roku fiskalnego 2024 – najważniejsze informacje

  • Przychody wyniosły 17,4 mld USD w porównaniu z 15,8 mld USD, co oznacza wzrost o 9,7% i przekracza górną granicę naszych prognoz. Przy stałym kursie walutowym(1) przychody wzrosły o 7,5% dzięki wzrostowi zarówno w portfolio rozwiązań zaawansowanych, jak i rozwiązań końcowych. Większy odsetek naszej sprzedaży został przedstawiony w ujęciu netto ze względu na strukturę sprzedanych produktów, co miało negatywny wpływ na nasze przychody w porównaniu z poprzednim czwartym kwartałem roku obrotowego o około 5%.
  • Przychody brutto nieobjęte standardami GAAP(1) wyniosły 24,3 mld USD w porównaniu z 21,2 mld USD, co oznacza wzrost o 14,7% i przekracza górną granicę naszych prognoz. Przy stałym kursie walutowym(1) przychody brutto nieobjęte standardami GAAP(1) wzrosły o 12,6%.
  • Zysk brutto wyniósł 1,2 mld USD w porównaniu z 1,0 mld USD.
  • Marża brutto wyniosła 6,9% w porównaniu z 6,6%. Prezentacja dodatkowych przychodów w ujęciu netto ze względu na strukturę sprzedanych produktów miała pozytywny wpływ na naszą marżę brutto o około 30 punktów bazowych.
  • Zysk operacyjny wyniósł 399 mln USD w porównaniu z 325 mln USD. Zysk operacyjny nieobjęty standardami GAAP(1) wyniósł 497 mln USD w porównaniu z 422 mln USD.
  • Marża operacyjna wyniosła 2,3% w porównaniu z 2,1%. Marża operacyjna nieobjęta standardami GAAP(1) wyniosła 2,9% w porównaniu z 2,7%.
  • Rozwodniony zysk na akcję wyniósł 3,04 USD w porównaniu z 2,29 USD. Rozwodniony zysk na akcję nieobjęty standardami GAAP(1) wyniósł 3,83 USD w porównaniu z 3,09 USD.
  • Środki pieniężne z działalności operacyjnej wyniosły 1,5 mld USD w porównaniu z 562 mln USD, a wolne przepływy pieniężne(1) wyniosły 1,4 mld USD w porównaniu z 513 mln USD.
  • Zwróciliśmy akcjonariuszom 209 mln USD w formie wykupu akcji i dywidend w porównaniu z 136 mln USD.

Najważniejsze dane finansowe regionów za czwarty kwartał roku fiskalnego 2025 w porównaniu z czwartym kwartałem roku fiskalnego 2024

Ameryka

  • Przychody wyniosły 9,5 mld USD w porównaniu z 9,2 mld USD, co oznacza wzrost o 2,9%. Przy stałym kursie walutowym(1) przychody wzrosły o 3,0%. Większy odsetek naszej sprzedaży został przedstawiony w ujęciu netto ze względu na strukturę sprzedanych produktów, co miało negatywny wpływ na nasze przychody w porównaniu z poprzednim czwartym kwartałem roku obrotowego o około 6%.
  • Wartość brutto rozliczeń nieobjętych standardami GAAP(1) wyniosła 14,1 mld USD w porównaniu z 12,9 mld USD, co oznacza wzrost o 9,3%. Przy stałym kursie walutowym(1) wartość brutto rozliczeń nieobjętych standardami GAAP(1) wzrosła o 9,4%.
  • Zysk operacyjny wyniósł 275 mln USD w porównaniu z 228 mln USD. Zysk operacyjny nieobjęty standardami GAAP(1) wyniósł 332 mln USD w porównaniu z 284 mln USD.
  • Marża operacyjna wyniosła 2,9% w porównaniu z 2,5%. Marża operacyjna nieobjęta standardami GAAP(1) wyniosła 3,5% w porównaniu z 3,1%.

Europa:

  • Przychody wyniosły 6,5 mld USD w porównaniu z 5,5 mld USD, co oznacza wzrost o 18,1%. Przy stałym kursie walutowym(1) przychody wzrosły o 11,2%. Większy odsetek naszej sprzedaży został przedstawiony w ujęciu netto ze względu na strukturę sprzedanych produktów, co miało negatywny wpływ na nasze przychody w porównaniu z poprzednim czwartym kwartałem roku obrotowego o około 3%.
  • Wartość brutto rozliczeń nieobjętych standardami GAAP(1) wyniosła 8,4 mld USD w porównaniu z 7,0 mld USD, co oznacza wzrost o 20,8%. Przy stałym kursie walutowym(1) wartość brutto rozliczeń nieobjętych standardami GAAP(1) wzrosła o 14,0%.
  • Zysk operacyjny wyniósł 93 mln USD w porównaniu z 64 mln USD. Zysk operacyjny nieobjęty standardami GAAP(1) wyniósł 133 mln USD w porównaniu z 102 mln USD.
  • Marża operacyjna wyniosła 1,4% w porównaniu z 1,2%. Marża operacyjna nieobjęta standardami GAAP(1) wyniosła 2,1% w porównaniu z 1,9%.

Azja-Pacyfik i Japonia (“APJ”):

  • Przychody wyniosły 1,4 mld USD w porównaniu z 1,1 mld USD, co oznacza wzrost o 24,7%. Przy stałym kursie walutowym(1) przychody wzrosły o 26,1%. Większy odsetek naszej sprzedaży został przedstawiony w ujęciu netto ze względu na strukturę sprzedanych produktów, co miało negatywny wpływ na nasze przychody w porównaniu z poprzednim czwartym kwartałem roku obrotowego o około 10%.
  • Przychody brutto nieobjęte standardami GAAP(1) wyniosły 1,8 mld USD w porównaniu z 1,4 mld USD, co oznacza wzrost o 34,2%. Przy stałym kursie walutowym(1) przychody brutto nieobjęte standardami GAAP(1) wzrosły o 35,8%.
  • Zysk operacyjny wyniósł 30 mln USD w porównaniu z 33 mln USD. Zysk operacyjny nieobjęty standardami GAAP(1) wyniósł 32 mln USD w porównaniu z 36 mln USD.
  • Marża operacyjna wyniosła 2,2% w porównaniu z 3,0%. Marża operacyjna nieobjęta standardami GAAP(1) wyniosła 2,3% w porównaniu z 3,2%.

Prognoza na pierwszy kwartał roku fiskalnego 2026

Poniższe stwierdzenia opierają się na aktualnych oczekiwaniach TD SYNNEX dotyczących pierwszego kwartału roku fiskalnego 2026. Są to stwierdzenia dotyczące przyszłości, a rzeczywiste wyniki mogą się znacznie różnić. Wartość brutto rozliczeń nieobjętych standardami GAAP(1) uwzględnia wpływ poniesionych kosztów i skompensowanych przychodów związanych ze sprzedażą umów serwisowych dostawców zewnętrznych, umów dotyczących oprogramowania jako usługi oraz niektórych umów realizacji zamówień, a pozostałe miary finansowe nieobjęte standardami GAAP nie uwzględniają wpływu kosztów przejęcia, integracji i restrukturyzacji, amortyzacji wartości niematerialnych, wynagrodzeń w formie akcji oraz związanych z tym skutków podatkowych.

    Q1 2026 Outlook
Revenue   $15.1 – $15.9 billion
Non-GAAP gross billings(1)   $22.7 – $23.7 billion
Net income   $166 – $206 million
Non-GAAP net income(1)   $243 – $283 million
Diluted earnings per share   $2.05 – $2.55
Non-GAAP diluted earnings per share(1)   $3.00 – $3.50
Estimated outstanding diluted weighted average shares   80.1 million

Dywidenda

TD SYNNEX ogłosiło dzisiaj, że zarząd spółki zadeklarował kwartalną dywidendę pieniężną w wysokości 0,48 USD na akcję zwykłą. Dywidenda zostanie wypłacona 30 stycznia 2026 r. akcjonariuszom zarejestrowanym na koniec dnia roboczego 16 stycznia 2026 r.

Prezydent podpisał ustawę o L4. Ekspert: bez wyciągnięcia realnych konsekwencji nic się nie zmieni

Podpisana przez prezydenta Karola Nawrockiego ustawa reformująca orzecznictwo lekarskie w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych ma usprawnić kontrole zwolnień chorobowych i skrócić czas oczekiwania na decyzje. Jednym z kluczowych elementów zmian jest możliwość dostępu do dokumentacji medycznej w toku kontroli L4 oraz poszerzenie katalogu osób uprawnionych do orzekania. Czy to realnie poprawi system? Sprawę komentuje Mikołaj Zając, ekspert rynku pracy, prezes Conperio, polskiej firmy doradczej specjalizującej się w problematyce absencji chorobowych.

Dostęp do dokumentacji medycznej? Tak — ale tylko z realnymi konsekwencjami

Zdaniem Mikołaja Zająca, umożliwienie orzecznikom wglądu w dokumentację medyczną to krok w dobrym kierunku, na który rynek pracy czekał od lat.

Ten zapis mógłby, a wręcz powinien, mieć charakter obligatoryjny — ocenia prezes Conperio. — Problem polega na tym, że sam dostęp do dokumentów niczego jeszcze nie zmieni, jeśli za stwierdzonymi nadużyciami nie pójdą realne konsekwencje.

Jak podkreśla ekspert, bez egzekwowania odpowiedzialności nowy przepis może pozostać „martwy”.

Z naszych szacunków wynika, że dziś nawet 90–95 proc. spornych przypadków kończy się uznaniem przez orzeczników, że zwolnienie było zasadne —nawet wtedy, gdy przykłady nadużyć są jednoznaczne. Jeśli ten schemat się nie zmieni, reforma będzie tylko kosmetyczna — zaznacza Zając.

Szybsze orzeczenia kosztem jakości? To ryzykowny kierunek

Ustawa zakłada również skrócenie czasu oczekiwania na orzeczenia i poprawę warunków pracy w ZUS poprzez uzupełnienie braków kadrowych. W określonych sprawach orzecznikami mają zostać m.in. fizjoterapeuci oraz pielęgniarki i pielęgniarze. Ten element reformy budzi jednak poważne wątpliwości.

Pomijając fakt, że praca orzecznika nie jest dziś atrakcyjna nawet dla lekarzy, pozostaje pytanie o wystarczający poziom kompetencji innych zawodów medycznych do oceny decyzji lekarskich — mówi prezes Conperio. — To trochę tak, jakby prosić murarza, aby na podstawie projektu architektonicznego oceniał wytrzymałość mostu.

Zdaniem eksperta rynku pracy, przyspieszenie postępowań nie powinno odbywać się kosztem jakości i bezpieczeństwa systemu.

Jeżeli celem jest realne ograniczenie nadużyć L4 i odbudowa zaufania pracodawców do systemu, to kluczowe są kompetencje, odpowiedzialność i konsekwencja w działaniu — nie tylko statystyczne skracanie terminów — podsumowuje Mikołaj Zając.

Dziś decyzja Sądu Najwyższego USA ws. ceł. Dolar może dostać nowy impuls

Jeszcze nie tak dawno Amerykanie zamknęli rząd (kolejny shutdown już na horyzoncie z końcem stycznia) i trzymali nas w odczytowej mgle. Na początku nowego roku same dane z rynku pracy w USA nie wystarczą, aby dostarczyć nam odpowiednich emocji. Już dziś poznamy decyzję amerykańskiego Sądu Najwyższego ws. większej części ceł wprowadzonych przez Biały Dom. Czy w takim razie USD dostanie nowego paliwa do umocnienia, czy może rynek otrzyma pretekst do kontry i osłabienia dolara?

Moment zwrotny dla USD?

W piątek dolar znajdzie się pod wpływem dwóch kluczowych impulsów. O godz. 14:30 poznamy grudniowe dane amerykańskiego Departamentu Pracy. Jeżeli NFP znacząco rozminie się z oczekiwaniami, to inwestorzy mogą zacząć kwestionować bazowy scenariusz monetarny w USA (2 obniżki do końca roku). Jednak jeszcze bardziej cenotwórczym dla USD wydarzeniem ma szansę stać się dzisiejsza decyzja Sądu Najwyższego. O godz. 16 mamy poznać orzeczenie SN w sprawie legalności formalnej podstawy dla większości nałożonych w zeszłym roku ceł. W mojej ocenie aktualnie niezwykle trudno założyć, jak Biały Dom odpowie na niekorzystne orzeczenie. Ta niepewność może przyjąć dla dolara dwa oblicza. Dzień Wyzwolenia, kiedy prezydent Donald Trump ogłosił początek nowej ery w kontaktach handlowych USA, był początkiem trwałych kłopotów „zielonego”. W ten sposób kurs EUR/USD dotarł do 4-letnich maksimów (latem 2025). Czy wyrzucenie większej części polityki celnej do kosza również zostanie punktem zwrotnym na forex, a dolar rozpocznie swój pochód? W takim wypadku możemy spodziewać się zejścia eurodolara w kierunku 1,15 USD, czyli listopadowych dołków. Jednak na ten moment pozostaję sceptyczny co do trwałości lokalnej fali umocnienia amerykańskiej waluty. Zamieszanie w USA ma szansę stać się pretekstem do zmniejszenia ekspozycji na dolara. Dodatkowo do nowego układu będzie musiał dostosować się Fed, który już niedługo powinien poznać swojego szefa (a ten będzie za szybszym luzowaniem). Dlatego za scenariusz bazowy przyjmuję odbicie kursu EUR/USD na północ. Pomóc może w tym wypadku również technika, ponieważ aktualne notowania głównej pary są w rejonie 1,165 USD. Ten poziom już kilkukrotnie w ostatnich miesiącach odgrywał ważną rolę, a teraz ma szansę zadziałać jako wsparcie. Dodatkowe wsparcie mogą stanowić sesyjne średnie, a trwająca lokalna fala umocnienia zielonego (1,5 centa od świąt) to doskonały moment do kontry. Taki układ umacniałby trwającą od dwóch kwartałów konsolidację na EUR/USD,

PLN spokojny jak zwykle

Scenariusz słabszego USD powinien stanowić pozytywny sygnał dla PLN. Krótkoterminowo nie powinniśmy spodziewać się przełamania kluczowych poziomów na parach z głównymi walutami. Warto jednak zaznaczyć, że kurs EUR/PLN wciąż jest blisko istotnego technicznie wsparcia powyżej 4,20 PLN, gdzie wypadały zwyżkowe szczyty wiosną ubiegłego roku. Aktualny pozostaje trend zniżkowy na kursie euro i dopiero przekroczenie 4,23 PLN będzie ostrzeżeniem przed wyjściem górą z korytarza spadkowego. Pozytywnie zaskoczyła listopadowa sprzedaż detaliczna w strefie euro (+2,3% rdr, najlepszy rezultat od czerwca). Bez poważnych zmian na EUR/PLN nie ma szans na dużą zmienność także na USD/PLN. Dlatego w krótkim terminie trudno oczekiwać trwałego przełamania 3,60 zł na kursie dolara. W średnim terminie w dalszym ciągu widzę przestrzeń do osłabienia USD w kierunku przynajmniej 3,55 PLN. Frank szwajcarski podlega dziś niewielkim zmianom na rynku, a kurs CHF/PLN jest blisko 4,52 zł.

Sfinks z 216,1 mln zł sprzedaży gastronomicznej w 2025 r.

Sfinks Polska zanotował w IV kw. 2025 r. wzrost przychodów gastronomicznych do 57,03 mln zł, czyli o ponad 8,6% r/r. Narastająco od początku roku sprzedaż restauracji zarządzanych przez gastronomiczną grupę, z wyłączeniem sieci Piwiarnia nieobjętej raportowaniem, wyniosła 216,1 mln zł, czyli o  4,5% więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.

Podobny wzrostowy trend uwidoczniła porównywalna sieć lokali działających na koniec każdego z okresów (L4L), w ramach której odnotowano sprzedaż gastronomiczną w wysokości 54,66 mln zł w IV kw. 2025 r. (8% wzrostu r/r) oraz 203,58 mln zł w całym 2025 r. (wzrost o 3,7%)

– Dane sprzedażowe IV kwartału potwierdzają odbudowywanie się naszych wyników po wielu miesiącach perturbacji w sieci związanych z licznymi przekształceniem restauracji własnych na franczyzę, które w ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy dotknęły co czwarty lokal. Zmiana jest tak duża, że przychody gastronomiczne w IV kwartale przekroczyły 57 mln zł i w efekcie przebiły nawet wyniki III kwartału, który w rocznym cyklu sezonowym jest zazwyczaj u nas najlepszym okresem sprzedażowym. Co istotne, na wypracowane wzrosty przełożyła się m. in. wyższa wartość średniego rachunku w restauracjach. To również potwierdza, że sieć jest skutecznie przekształcana i odbudowywana. Spodziewamy się dalszego umocnienia tego pozytywnego trendu w kolejnych kwartałach – komentuje Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska.

Raportowana sprzedaż gastronomiczna obejmuje przychody ze sprzedaży netto osiągane przez lokale franczyzowe i własne w sieci Sfinks Polska. Sprzedaż gastronomiczna nie obejmuje przychodów sieci Piwiarnia. Jednocześnie spółka zwraca uwagę, że sprzedaż gastronomiczna nie jest tożsama z przychodami ze sprzedaży osiąganymi przez Sfinks Polska. Na te składają się przychody ze sprzedaży gastronomicznej wypracowywanej przez restauracje własne oraz przychody z opłat franczyzowych naliczane od sprzedaży gastronomicznej realizowanej przez restauracje franczyzowe. W tym drugim przypadku przychody ze sprzedaży gastronomicznej stanowią przychód franczyzobiorców.

***

Przychody gastronomiczne to przychody wszystkich lokali działających pod markami należącymi do Grupy Sfinks Polska, z wyłączeniem sieci Piwiarnia.

Protest rolników w Warszawie. Ekspert: umowa z Mercosur jest dla Polaków korzystna

Protesty przeciwko umowie z krajami Mercosur są przedstawiane jako obrona polskiego rolnictwa i bezpieczeństwa żywnościowego. W rzeczywistości jednak mamy do czynienia z klasycznym protekcjonizmem, który długodystansowo zaszkodzi zarówno rolnikom, jak i całej gospodarce.

– Protekcjonizm opiera się na prostym, ale złudnym założeniu, że po zamknięciu rynku problemy same znikną. Tymczasem problemy wcale nie znikają, lecz staną się jeszcze bardziej intensywne – mówił Łukasz Wojdyga, dyrektor Centrum Studiów Strategicznych WEI. – W przypadku Mercosur nie mamy do czynienia z „otwarciem granic bez kontroli”, lecz z umową, która w kluczowych sektorach rolnych wprowadza ścisłe kontyngenty ilościowe, długie okresy przejściowe i zachowanie ceł po przekroczeniu limitów.

Import wołowiny i drobiu z krajów Mercosur jest limitowany, kosztowny logistycznie i w dużej mierze kierowany do wąskich segmentów rynku. Polska, szczególnie w produkcji drobiu nie jest bezbronną ofiarą globalizacji, lecz jednym z największych producentów w całej Europie. Zamknięcie rynku w imię ochrony przed konkurencją oznacza w praktyce utrwalenie słabszych modeli produkcji, zamiast ich modernizacji.

Ograniczanie handlu w tym przypadku oznaczają:

  • wyższe ceny dla konsumentów,
  • mniejszą presję na innowacje,
  • osłabienie pozycji eksportowej polskiego przemysłu.

Co więcej, żywność importowana do Polski i krajów UE musi spełniać unijne normy sanitarne i bezpieczeństwa produkcji. Jeśli europejskie rolnictwo traci konkurencyjność, to nie dlatego, że zawieramy umowę z Mercosur, ale dlatego, że UE nakłada na własnych producentów coraz więcej kosztów regulacyjnych, klimatycznych i administracyjnych, nie kompensując ich realnym wsparciem konkurencyjności.

– Handel międzynarodowy nie jest zagrożeniem samym w sobie. Zagrożeniem jest udawanie, że da się utrzymać bezpieczeństwo i dobrobyt poprzez izolację rynku. Polska gospodarka, także rolnictwo, rozwija się dzięki otwartym rynkom. Odrzucenie umowy z Mercosur nie rozwiąże zatem problemów rolników, za to osłabi pozycję Polski w UE i na świecie. Jeśli naprawdę chcemy wspierać nasze rolnictwo, powinniśmy walczyć nie z handlem światowym, lecz z nadregulacją, brakiem skali i chaosem politycznym w samej UE. Protekcjonizm daje iluzję bezpieczeństwa, konkurencyjność zaś realne bezpieczeństwo, także żywnościowe – podsumowuje Łukasz Wojdyga.

Powrót Rosji do globalnej gospodarki? Co to oznacza dla Europy

Rośnie presja ze strony USA na osiągnięcie porozumienia między Rosją i Ukrainą, a negocjacje między nimi, w których w ograniczonym stopniu uczestniczy też Unia Europejska, wciąż trwają. Chociaż różnice między stronami pozostają fundamentalne, szanse na zawieszenie broni do końca 2026 rosną. Czy ten rok będzie pierwszym od 2022 roku, w którym możliwe będzie zakończenie wojny? Co taki scenariusz oznacza dla europejskiej gospodarki?

Wstępny plan pokojowy zakłada, że ewentualne porozumienie będzie obejmować ponowną integrację Rosji z globalną gospodarką. Otwarcie Zachodu na handel międzynarodowy z Rosją oraz możliwe włączenie jej do organizacji ponadnarodowych, takich jak G8, miałoby obustronne korzyści. O jakich konsekwencjach dla Europy mowa?

Luzowanie sankcji a obniżenie cen energii w Europie

Największym kosztem, jaki Europa poniosła w wyniku rosyjskiej agresji na Ukrainę, było zrezygnowanie z importu surowców energetycznych z Rosji. Pytanie brzmi więc: jak mogłyby wyglądać powojenne relacje energetyczne?

Import gazu i ropy z Rosji nie wróci do poziomów sprzed 2022 roku. UE uznała uniezależnienie się od rosyjskich surowców za strategiczny imperatyw. Eliminuje to możliwość szantażu energetycznego oraz ogranicza dostęp Rosji do walut obcych potrzebnych do importu technologii, w tym tych wojskowych – odpowiada dr Mateusz Dadej, Główny Ekonomista Coface w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. – Lukę po rosyjskim gazie w dużej mierze wypełnił już gaz skroplony (LNG) z USA. Jednak, ze względu na koszty upłynniania, transportu morskiego i regazyfikacji, pozostaje on droższy niż ten transportowany rurociągami z Rosji. Zniesienie sankcji w ramach porozumienia pokojowego miałoby zatem jedynie ograniczony wpływ na obniżenie cen energii w Europie – wyjaśnia ekspert.

Europejskie łańcuchy dostaw i handlu po ponownym otwarciu Zachodu na współpracę gospodarczą z Rosją

Dane handlowe pokazują, że import towarów objętych sankcjami przez Unię Europejską do Rosji nie zmniejszył się znacząco[i]. Został on w dużej mierze zastąpiony dostawami z krajów neutralnych, głównie z Chin, Indii i Turcji. Jak wskazują eksperci Coface, europejskie koncerny mogą mieć poważne trudności z odzyskaniem utraconych pozycji rynkowych. Z drugiej strony Rosja nie była w stanie w pełni zastąpić importu wysokich technologii, których produkcja koncentruje się w krajach nakładających sankcje. Dlatego najszybciej swoje udziały rynkowe mogą odzyskać producenci zaawansowanych komponentów, np. układów scalonych, oraz dóbr kapitałowych trudnych do szybkiego wytworzenia lokalnie lub w wystarczającej skali. Dotyczy to również produktów pozornie prostszych w produkcji, ale wymagających precyzji i większej skali.

Wznowienie dostępu do rosyjskich surowców krytycznych, takich jak metale i ziemie rzadkie, wolfram, lit itp., mogłoby znacząco pomóc europejskim producentom. Są one istotne np. w takich sektorach jak produkcja baterii litowo-jonowych, budowanie zaawansowanych systemów obronnych czy w inne branże, gdzie wykorzystuje się je w wysokoprzetworzonej formie – mówi dr Mateusz Dadej. –Potencjalne otwarcie na współpracę gospodarczą z Rosją przyniosłoby zatem asymetryczne korzyści: Europa mogłaby łatwiej uzyskać dostęp do kluczowych surowców i sprzedawać zaawansowane technologie. Natomiast powrót do masowego eksportu towarów konsumenckich i pośrednich na rynek rosyjski byłby znacznie trudniejszy ze względu na utrwalone już alternatywne łańcuchy dostaw. Ewentualne zawieszenie broni nie oznaczałoby więc automatycznego powrotu do relacji sprzed 2022 roku. Natomiast stopniowe otwieranie się na współpracę gospodarczą z Rosją mogłoby potencjalnie przynieść wymierne korzyści. Dla Europy kluczowe będzie jednak to, jak szybko i w jakim zakresie mogłoby dojść do przywrócenia wymiany handlowej – podsumowuje ekspert.

[i] Źródło: To Comply or Not To Comply: Understanding Neutral Country Supply Chain Responses To Russian Sanctions:

https://www.ifo.de/en/cesifo/publications/2024/working-paper/comply-or-not-comply-understanding-neutral-country-supply-chain

Zarządzanie zagraniczną spółką w Polsce: kilka rzeczy, które zaskakują centralę (i odwrotnie)

Polska od lat jest jednym z filarów europejskiej produkcji. Dla wielu międzynarodowych grup – tych które mają już swoje operacje w Polsce – jest to rynek dobrze poznany, z solidną bazą przemysłową, kompetentną kadrą, rozsądnymi kosztami i strategicznym położeniem.

A jednak, gdy rozmawia się z prezesami i dyrektorami central na zachodzie Europy, regularnie wraca (choć w różnych wariacjach) to samo zdanie: „nie spodziewaliśmy się”, „nie zakładaliśmy, że w Polsce będzie aż tak…” – i tu pada słowo: dynamicznie, skomplikowanie, intensywnie, inaczej. Bo „u nas” jest inaczej.

Z perspektywy osoby, która od lat pracuje ze spółkami zależnymi w Polsce, będącymi w strukturach międzynarodowych, poniżej kilka obserwacji które centralę potrafią zaskoczyć.

Polska to nie „tańszy Zachód”

Jednym z najczęstszych błędów jest traktowanie Polski jako prostego przedłużenia Europy Zachodniej – tylko z niższym poziomem kosztów. O ile jeszcze kilka lat temu takie uproszczenie bywało częściowo uzasadnione, dziś jest już po prostu niebezpieczne. Koszty pracy rosną szybko, w przypadku spółek produkcyjnych rynek pracownika jest faktem, a presja płacowa zwykle wciąż jest istotnie większa niż we Francji czy w Wielkiej Brytanii – a dodatkowo ujawnia się w krótszych cyklach i z mniejszą przewidywalnością. Dla zagranicznych central, przyzwyczajonych do wieloletnich porozumień zbiorowych, bywa to kulturowym szokiem.

Tempo decyzyjne, które potrafi zaskoczyć… w obie strony

W Polsce decyzje operacyjne zapadają szybko. Czasem bardzo szybko. Zespoły lokalne są przyzwyczajone do reagowania „tu i teraz” – bo regulacje się zmieniają, bo rynek pracy reaguje natychmiast, bo energia lub inny element kosztu wytworzenia drożeje z miesiąca na miesiąc lub jego dostępność zmienia się o 180 stopni. Gdy lokalny zarząd czeka tygodniami na akceptację centrali dla relatywnie niewielkiego CAPEX-u, pojawia się naturalne napięcie. Z drugiej strony, centrala bywa zaskoczona, jak szybko polski zespół oczekuje decyzji – i jak bardzo brak decyzji sam w sobie jest postrzegany jako decyzja.

CFO, COO i CCO/CSO w Polsce to rzadko „tylko” techniczne role

W wielu zachodnich strukturach są oni często strażnikami swoich obszarów. W polskich spółkach zależnych role te często są szersze. Dla zachodnich central bywa to zaskakujące, ale w praktyce jest odpowiedzią na lokalną złożoność i tempo zmian. Polscy CxO to częściej partnerzy biznesowi, niż „funkcja”.

Energia i środowisko – temat zarządu, a nie działów operacyjnych

W rozmowach z centralami wciąż zdarza się słyszeć, że energia to „koszt operacyjny” – choć rzadziej, niż kiedyś, wszak w krajach Europy zachodniej koszty energii zwykle też wzrosły w ostatnich latach, choć często w mniejszym stopniu (np. w stosunku do udziału w koszcie wytworzenia, w cenie sprzedaży), niż ma to obecnie miejsce w wielu branżach w Polsce. W polskiej produkcji – szczególnie w branżach energochłonnych – jest to temat strategiczny. Decyzje dotyczące kontraktów energetycznych, inwestycji w efektywność czy projektów środowiskowych mają realny wpływ na konkurencyjność zakładu, a nie tylko na compliance czy na bezwładność P&L. Dla central przyzwyczajonych do stabilnych rynków energii jest to często bolesne przebudzenie.

Regulacje: formalnie europejskie, ale praktycznie bardzo lokalne

Z perspektywy zachodniej centrali, Polska jest częścią jednolitego rynku. Z perspektywy operacyjnej – wiele obszarów funkcjonuje bardzo lokalnie. Pozwolenia środowiskowe, zgody na wytwarzanie odpadów, interpretacje podatkowe, praktyka urzędów – wszystko to wymaga lokalnej wiedzy i doświadczenia, których nie da się „zcentralizować”. Centrala bywa zdziwiona jak często odpowiedź na pytanie „czy możemy to zrobić?” brzmi „to zależy – musimy sprawdzić lokalnie”.

Ironia na koniec: Polska jest bardziej „zachodnia”, niż się wydaje

Paradoksalnie wiele polskich zespołów menedżerskich myśli dziś bardziej „biznesowo” i pragmatycznie, niż ich zachodni odpowiednicy. Mniej ideologii, więcej liczb. Mniej procesów dla samych procesów, więcej efektu. To często największe zaskoczenie dla central – i jednocześnie największa szansa.

Zarządzanie zagraniczną spółką w Polsce wymaga nie tylko wdrażania globalnych standardów, ale i realnego zrozumienia lokalnej dynamiki. Grupy, które potrafią zaufać lokalnym zespołom i dać im odpowiedni mandat decyzyjny, zwykle szybko widzą efekty.

Polska nie jest już „peryferyjną fabryką Europy”. Jest dojrzałym i wymagającym rynkiem, który potrafi nagrodzić tych, którzy traktują go serio. Często mającego „choroby” rynków dojrzałych, też tych zachodnich, np. w porównaniu z tańszymi rynkami wschodnimi.

Archicom kończy 2025 rekordem sprzedaży i przekazań. Cel: 4000 mieszkań rocznie

Archicom zamknął 2025 rok rekordową sprzedażą i liczbą przekazanych mieszkań, potwierdzając skuteczność strategii zwiększania udziału w polskim rynku mieszkaniowym. W ciągu roku firma sprzedała 2847 mieszkań, co stanowi wzrost o 30 % w porównaniu z rokiem 2024. Tylko w czwartym kwartale podpisano 1066 umów sprzedaży, a przekazano 1020 mieszkań.

Stały wzrost wynika z dywersyfikacji we wszystkich segmentach rynku

Osiągnięte wyniki były efektem przede wszystkim stopniowego ożywienia popytu, napędzanego poprawą dostępności finansowania hipotecznego oraz konsekwentnego rozwoju oferty, głównie w segmencie popularnym. Archicom skutecznie odpowiadał na potrzeby klientów kupujących mieszkania na własne potrzeby, oferując szerokie portfolio projektów o funkcjonalnych układach i racjonalnych metrażach, przy jednoczesnym zachowaniu wysokiej jakości realizacji. Rekordowa sprzedaż w 2025 roku buduje solidną bazę wynikową na kolejne lata i potwierdza dojrzałość organizacji w zakresie skali działania, dywersyfikacji portfolio i efektywności operacyjnej.

– Cały 2025 rok potwierdził, że posiadamy właściwy produkt, sprawne procesy i kompetencje sprzedażowe pozwalające skutecznie działać nawet w zmieniających się warunkach rynkowych. Rekordowy poziom sprzedaży – blisko 2850 mieszkań w skali roku i bardzo mocny IV kwartał z wynikiem ponad 1060 zawartych umów – to efekt konsekwentnej realizacji strategii oraz odpowiedniego dopasowania oferty do realnych potrzeb klientów. W ostatnim kwartale Archicom sfinalizował wiele transakcji nabycia gruntów, aby zapewnić przyszły rozwój działalności i osiągnąć cel sprzedaży na poziomie 4000 mieszkań rocznie – komentuje Waldemar Olbryk, prezes zarządu Archicom.

Największa liczba przekazań w historii Grupy

W 2025 roku Archicom przekazał klientom łącznie 2138 mieszkań, co stanowi wzrost o 99% w porównaniu z rokiem ubiegłym. Przekazania 200 mieszkań z jednego projektu zostało przeniesione z grudnia na styczeń. Przychody z tego tytułu zostaną rozliczone w kolejnym okresie, wzmacniając wyniki na początku roku.

W czwartym kwartale przekazaliśmy naszym klientom ponad tysiąc mieszkań, a w całym roku łącznie 2138. To rekordowy wynik w dotychczasowej historii Grupy i przewyższa niemal dwukrotnie poziom przekazań z 2024 roku. Dzięki skutecznym procesom i synergii działań zespołowych uzyskaliśmy w tym okresie pozwolenia na użytkowanie sześciu projektów i rozpoczęliśmy procedury przekazań, co przełoży się pozytywnie na wyniki finansowe za 2025 rok. W 2026 roku kontynuujemy strategię wzrostu i jesteśmy w pełni przygotowani na osiągnięcia kolejnych kamieni milowych – dodaje Justyna Kawa, CFO i członkini zarządu Archicom.

W 2026 roku Archicom planuje uruchomienie dużej liczby nowych projektów oraz dalszy rozwój działalności zarówno w obszarze sprzedaży, jak i przekazań mieszkań, przygotowując się do kolejnego rekordowego roku. Jednocześnie spółka będzie obchodzić 40-lecie obecności na rynku. Jubileuszowi towarzyszyć będą wydarzenia podkreślające wieloletnie doświadczenie Archicom, które stanowi fundament realizacji przyszłych projektów z myślą o klientach i inwestorach.

Powrót carry trade, rekordy na złocie i słabość dolara, czyli jak odmienne strategie banków centralnych ukształtują portfele w 2026 roku

Nie wszystkie ważne banki centralne są nastawione na obniżki stóp procentowych. Tam gdzie dojdzie do podwyżek wzmocnią się lokalne waluty, co wykorzystane zostanie przez inwestorów w transakcjach carry trade.

W 2026 r. prawdopodobnie dojdzie do podwyżek stóp procentowych przez bank centralny Australii, który po trzynastu podwyżkach ograniczył się do tylko trzech obniżek w 2025 r. Związane jest to z tym, że inflacja pozostaje tam powyżej celu (przy tym wzrosła w listopadzie).

– Warto pamiętać o tym, że w Australii i także w Nowej Zelandii pozostaną powyżej stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, co będzie miało wpływ na carry trade, bo w transakcjach carry chodzi o wykorzystanie różnicy oprocentowania dwóch walut lub instrumentów finansowych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, wicedyrektor Działu Analiz w XTB (rozmowa została przeprowadzona z końcem 2025 r.). – Bardzo często pieniądze były pożyczane w Japonii lub Europie, gdyż stopy procentowe były bardzo niskie albo nawet ujemne, i były inwestowane właśnie w Australii lub Nowej Zelandii, gdzie stopy były najwyższe wśród krajów rozwiniętych, a to działa na korzyść walut tych dwóch państw i mamy perspektywy, że dolar australijski i dolar nowozelandzki będzie nadal zyskiwać.

Strategia carry trade to popularna technika inwestycyjna: inwestorzy pożyczają środki w walucie o niskiej stopie procentowej – popularny był japoński jen – i inwestują je w aktywa denominowane w walucie o wyższej stopie procentowej, przykładem amerykański dolar. Zyski pochodzą z różnicy pomiędzy stopami procentowymi obu walut, z pozytywnej zmiany kursu walutowego i aktywów kupionych za wyżej oprocentowaną walutę.

Na rynku monetarnym większy jest wpływ Japonii, gdzie sytuacja tamtejszego banku centralnego jest szczególnie skomplikowana. Tan bank powolnie wychodzi ze skrajnie luźnej polityki monetarnej. To w Japonii inflacja wymknęła się spod kontroli, choć wcześniej przez wiele lat pozostawała na bardzo niskim poziomie.

– Zmienność na japońskim jenie wobec dolara amerykańskiego w 2025 r. była bardzo wysoka i rząd tego kraju, chce uspokoić sytuację – wyjaśnia ekspert XTB. – Słaby jen powoduje wysoką inflację, która budzi niezadowolenie społeczne.

Uwaga inwestorów skoncentrowana jest teraz przede wszystkim na decyzjach Rezerwy Federalnej. Grudniowe badanie oczekiwań konsumentów nowojorskiego Fed (New York Fed Survey of Consumer Expectations) pokazuje, że krótkoterminowe oczekiwania inflacyjne wzrosły, podczas gdy perspektywy średnio- i długoterminowe pozostały zakotwiczone.

Oczekiwania inflacji na rok wzrosły do 3,4% (z 3,2%), natomiast trzy- i pięcioletnie utrzymały się na poziomie 3,0%. Wzrosła niepewność co do inflacji, jednak oczekiwania dotyczące wzrostu cen nieruchomości pozostały bez zmian na 3%, a oczekiwania dla większości cen surowców obniżyły się. W obszarze finansów gospodarstw domowych pogorszyła się ocena dostępności kredytu. Ryzyko zaległości w spłatach wzrosło do najwyższego poziomu od początku 2020 r., mimo że oczekiwania dotyczące wzrostu dochodów i wydatków pozostały zasadniczo stabilne. Nastroje wobec rynku akcji poprawiły się nieznacznie, a prawdopodobieństwo, że ceny akcji w USA będą wyższe za rok, wzrosło do 38%.

Wyraźnemu pogorszeniu uległy natomiast perspektywy rynku pracy, co stanowi najbardziej niepokojący sygnał badania. Oczekiwania znalezienia pracy spadły do rekordowo niskiego poziomu, postrzegane prawdopodobieństwo utraty pracy wzrosło do 15,2%. Wskazuje to na spadek pewności pracowników i ich siły negocjacyjnej. Choć oczekiwania dotyczące bezrobocia nieznacznie się obniżyły, pozostają one podwyższone, a oczekiwany wzrost wynagrodzeń spadł do 2,5%, poniżej średniej z ostatnich 12 miesięcy.

Łącznie rosnące poczucie niepewności zatrudnienia i słabsze oczekiwania płacowe sugerują ochłodzenie popytu na pracę, co może ograniczać presję płacową i wzmacniać argumenty za głębszymi obniżkami stóp procentowych przez Fed.

– Pojawiły się prognozy, że w 2026 r. Fed dwukrotnie obniży stopy procentowe, a Bloomberg w swych analizach wspomina nawet o czterech obniżkach, a presja polityczna wywierana na Fed przez D.Trumpa będzie bardzo duża – podsumowuje M.Stajniak z XTB. – Tym bardziej będzie to sprzyjać sytuacji, że banki centralne będą trzymać swoje rezerwy w innych aktywach niż dolar, nastawiając się jeszcze bardziej na złoto, którego cena powinna rosnąć przy takim scenariuszu. Może to też sprzyjać takim walutom jak euro.

Natomiast sytuację RPP możemy uznać za bardziej komfortową niż w wielu innych bankach centralnych. Inflacja znalazła się dokładnie w celu inflacyjnym.

Masz „złą” umowę? Sąd musi cię obronić. Przełomowe orzeczenie dla dłużników

Konsument przez 19 lat spłacał pożyczkę z oprocentowaniem przekraczającym 3000% rocznie, ponieważ sąd rejonowy nie zbadał treści umowy przed wydaniem nakazu zapłaty. Wyrok Sądu Najwyższego z 4 grudnia 2025 r. przypomina fundamentalną zasadę – wiedza o tym, jak się chronić przed nieuczciwą umową, nie może być wyłącznym ciężarem konsumenta – sądy mają konstytucyjny obowiązek kontrolować abuzywność klauzul z urzędu, nawet gdy strona o to nie poprosi.

Przez niemal dziewiętnaście lat konsument pozostawał zobowiązany z tytułu pożyczki w wysokości pięciuset złotych, od której naliczano odsetki wynoszące dziewięć procent dziennie — co w skali roku dawało astronomiczną stopę 3285%. Sąd rejonowy, który we wrześniu 2006 roku wydał nakaz zapłaty sankcjonujący to roszczenie, nie zadał sobie trudu, by przeanalizować treść umowy stanowiącej podstawę powództwa. Teraz, po interwencji Prokuratora Generalnego w drodze skargi nadzwyczajnej, Sąd Najwyższy uchylił tamto orzeczenie i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania.

Wyrok opublikowany 16 grudnia 2025 r. (sygn. II NSNc 192/24) stanowi ważne przypomnienie fundamentalnej zasady europejskiego prawa konsumenckiego: sąd krajowy nie tylko może, ale wręcz musi z własnej inicjatywy badać, czy postanowienia umowy przedłożonej jako podstawa roszczenia nie mają charakteru niedozwolonego. Zaniechanie tej kontroli oznacza, że organ państwowy staje się narzędziem w rękach nieuczciwego przedsiębiorcy — co stanowi zaprzeczenie konstytucyjnej gwarancji ochrony konsumenta wyrażonej w art. 76 Konstytucji RP.

Anatomia sprawy: pięćset złotych i dwie dekady odsetek

Stan faktyczny, jaki legł u podstaw skargi nadzwyczajnej, należy do kategorii przypadków, które z pozoru wydają się niemożliwe w państwie prawa. Konsument zaciągnął pożyczkę opiewającą na stosunkowo niewielką kwotę. Umowa przewidywała jednak odsetki umowne w wysokości dziewięciu procent dziennie — stawkę, która w ujęciu rocznym przekracza trzy tysiące procent, i która w sposób oczywisty wykracza poza jakiekolwiek standardy uczciwości kontraktowej.

Gdy pożyczkobiorca nie uregulował należności w terminie, przedsiębiorca wystąpił do sądu rejonowego o wydanie nakazu zapłaty. Sąd, rozpoznając sprawę w trybie upominawczym, uwzględnił powództwo bez merytorycznej analizy postanowień umownych. Nakaz uprawomocnił się.

Dopiero interwencja Prokuratora Generalnego przerwała ten mechanizm. W skardze nadzwyczajnej zarzucono wyrokowi rażące naruszenie prawa — zarówno krajowego, jak i unijnego — polegające na zaniechaniu kontroli abuzywności klauzul umownych.

Obowiązek kontroli z urzędu: od Océano do Pannon i dalej

Rozstrzygnięcie Sądu Najwyższego wpisuje się w ugruntowaną linię orzeczniczą Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, której początki sięgają przełomowego wyroku w połączonych sprawach Océano Grupo Editorial i Salvat Editores (C-240/98 do C-244/98) z 27 czerwca 2000 r.

Tamta sprawa, rozpoznawana przez sąd w Barcelonie, dotyczyła pozornie banalnego problemu: czy sąd może z własnej inicjatywy zakwestionować klauzulę prorogacyjną, która pozbawiała konsumentów możliwości skutecznej obrony przed roszczeniami sprzedawcy encyklopedii? Trybunał odpowiedział twierdząco, formułując przy tym tezę o fundamentalnym znaczeniu dla całego systemu ochrony konsumenckiej w Unii Europejskiej.

Argumentacja TSUE opierała się na prostej obserwacji: konsument znajduje się w strukturalnie słabszej pozycji niż przedsiębiorca, zarówno pod względem siły negocjacyjnej, jak i poziomu poinformowania. Nie mając narzędzi ani wiedzy o tym jak sporządzać i negocjować umowę w praktyce często akceptuje warunki umowne zredagowane jednostronnie przez kontrahenta. Gdyby skuteczność ochrony przewidzianej w dyrektywie 93/13/EWG zależała od aktywności samego konsumenta — od tego, czy podniesie on zarzut nieuczciwości danej klauzuli — cel dyrektywy pozostałby w znacznej mierze niezrealizowany.

Stąd wniosek, że sąd krajowy musi dysponować kompetencją do badania postanowień umownych z urzędu. W przeciwnym razie, jak zauważył Trybunał w paragrafie 26 wyroku Océano, „skuteczna ochrona konsumenta może zostać osiągnięta jedynie wtedy, gdy sąd krajowy będzie miał kompetencję do ocenienia tego rodzaju warunków z urzędu”.

Od kompetencji do obowiązku: ewolucja standardu ochrony

Późniejsze orzecznictwo TSUE poszło jeszcze dalej. W wyroku Pannon GSM Zrt. v Erzsébet Sustikné Győrfi (C-243/08) z 4 czerwca 2009 r. Trybunał doprecyzował, że rola sądu krajowego nie ogranicza się do samej możliwości badania klauzul — stanowi ona prawdziwy obowiązek procesowy. Jak stwierdzono w paragrafie 32 tego orzeczenia, „rola przyznana w tej dziedzinie przez prawo wspólnotowe sądowi krajowemu nie ogranicza się do zwykłej możliwości orzeczenia w przedmiocie ewentualnie nieuczciwego charakteru warunku umownego, ale obejmuje ona także obowiązek zbadania tej kwestii z urzędu, od chwili gdy sąd krajowy dysponuje w tym celu niezbędnymi informacjami na temat okoliczności prawnych i faktycznych”.

Istotne jest przy tym zastrzeżenie dotyczące woli konsumenta. Trybunał wyjaśnił, że sąd, który stwierdzi nieuczciwy charakter klauzuli, nie stosuje jej — chyba że sam konsument wyraźnie się temu sprzeciwi. Innymi słowy, ochrona działa automatycznie na korzyść słabszej strony, ale nie może być jej narzucona wbrew świadomej decyzji.

Jeszcze wcześniej, w wyroku Elisa María Mostaza Claro v. Centro Móvil Milenium SL (C-168/05) z 26 października 2006 r., TSUE rozciągnął ten standard na postępowania ze skargi o uchylenie wyroku sądu polubownego. Nawet jeśli konsument nie podniósł zarzutu nieuczciwości klauzuli arbitrażowej w toku postępowania przed arbitrem, sąd powszechny rozpoznający skargę ma obowiązek zbadać tę kwestię z urzędu. Uzasadnieniem jest „rodzaj i waga interesu publicznego stanowiącego podstawę ochrony udzielonej konsumentom w przepisach dyrektywy” — ochrony, która wykracza poza indywidualny interes strony i służy realizacji celów traktatowych Unii.

Warto odnotować, że Sąd Najwyższy w sprawie II NSNc 192/24 przywołał wprost wyrok Pannon GSM z 2009 roku, nie zaś wcześniejsze orzeczenie Océano. Nie zmienia to faktu, że to właśnie barceloński spór o encyklopedie zapoczątkował linię orzeczniczą, którą późniejsze wyroki Trybunału — Mostaza Claro, Pannon GSM i szereg innych — jedynie potwierdziły i rozwinęły.

Polska perspektywa: między konstytucją a dyrektywą

Wyrok Sądu Najwyższego z 4 grudnia 2025 r. stanowi aplikację powyższych standardów w kontekście polskiego porządku prawnego. Kluczowe znaczenie ma tu art. 76 Konstytucji RP, zgodnie z którym „władze publiczne chronią konsumentów, użytkowników i najemców przed działaniami zagrażającymi ich zdrowiu, prywatności i bezpieczeństwu oraz przed nieuczciwymi praktykami rynkowymi”.

Sąd Najwyższy słusznie zauważył, że sąd powszechny — jako organ władzy publicznej — jest bezpośrednio adresatem tego nakazu konstytucyjnego. Gdy sąd rejonowy wydaje nakaz zapłaty na podstawie umowy zawierającej klauzule o charakterze ewidentnie lichwiarskim, nie przeprowadzając jakiejkolwiek kontroli ich zgodności z prawem, działa w sprzeczności z konstytucyjnym obowiązkiem ochrony konsumenta.

Naruszenie to zyskuje dodatkowy wymiar w świetle prawa unijnego. Dyrektywa 93/13/EWG, interpretowana zgodnie z orzecznictwem TSUE, nakłada na sądy krajowe konkretny obowiązek proceduralny. Jego niedopełnienie oznacza nie tylko błąd w stosowaniu prawa krajowego, ale również naruszenie zasady skuteczności (effet utile) prawa Unii — zasady, zgodnie z którą przepisy unijne muszą być stosowane w sposób zapewniający osiągnięcie zamierzonych przez prawodawcę celów.

Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych – co dalej?

Należy odnotować, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych — jednostka organizacyjna Sądu Najwyższego właściwa do rozpoznawania skarg nadzwyczajnych — sama stała się przedmiotem odrębnego sporu ustrojowego dotyczącego procedury powoływania jej sędziów. Spór ten, obejmujący konkurujące ze sobą uchwały wewnątrz Sądu Najwyższego i dotykający fundamentalnych kwestii legitymacji sędziowskiej zarówno na gruncie polskiego prawa konstytucyjnego, jak i prawa Unii Europejskiej, jest w toku. Niniejsza analiza koncentruje się jednak wyłącznie na merytorycznym rozstrzygnięciu dotyczącym ochrony konsumentów, które zachowuje swoje znaczenie doktrynalne niezależnie od tego, jak ostatecznie zostanie przesądzona kwestia instytucjonalna.

Niezależnie od trwającego dyskursu konstytucyjnego, warto przywołać w tym miejscu perspektywę decyzjonizmu Carla Schmitta, która rzuca inne światło na kwestię ważności orzeczeń w dobie kryzysu instytucjonalnego. W optyce schmittowskiej legitymacja sędziego nie wypływa wyłącznie z abstrakcyjnej poprawności procedury powołania (legalności normatywnej), lecz z faktu działania w imieniu i z mocy autorytetu politycznego suwerena, który gwarantuje skuteczność tych decyzji. Schmitt, w swojej krytyce liberalnego normatywizmu, wskazywał, że porządek (Ordnung) musi poprzedzać porządek prawny (Rechtsordnung).

Sędzią w sensie ustrojowym jest zatem ten, kogo decyzje aparat państwowy faktycznie wykonuje. Przyjęcie odmiennej optyki – zakładającej nieistnienie (non est) sędziego i jego wyroków ze względu na wady procedury nominacyjnej – prowadziłoby wprost do anarchii i rozpadu bezpieczeństwa obrotu prawnego. W sytuacji „stanu wyjątkowego” w sądownictwie, to faktyczna zdolność rozstrzygania sporów (decyzja), a nie jej proceduralna geneza, chroni państwo przed osunięciem się w chaos. Tym samym, dopóki wyroki Izby są egzekwowane przez organy państwa, zachowują one swoją doniosłość, co czyni ich analizę merytoryczną nie tylko zasadną, ale i konieczną.

Jeżeli jednak dochodzi do sytuacji, w której organy państwa ulegają frakcyjnemu podziałowi — gdzie jedna część aparatu przymusu respektuje orzeczenia, a druga odmawia im waloru prawnego — wkraczamy w fazę, którą Schmitt diagnozował jako stasis lub latenter Bürgerkrieg (utajona wojna domowa). W takim układzie, gdzie skuteczność wyroku zależy nie od jego treści, lecz od politycznej afiliacji organu wykonawczego, następuje dekompozycja suwerenności. Prawo przestaje pełnić funkcję neutralizującą konflikty społeczne, a staje się jedynie orężem w walce o dominację. Wówczas nie mamy już do czynienia z «anarchią» rozumianą jako brak władzy, lecz z poliarchią rywalizujących ośrodków decyzyjnych, co dla pewności obrotu i bezpieczeństwa jednostki (w tym konsumenta) stanowi zagrożenie egzystencjalne, wykraczające poza ramy klasycznego dyskursu o praworządności.

Praktyczne implikacje rozstrzygnięcia

Wyrok Sądu Najwyższego ma znaczenie wykraczające daleko poza jednostkową sprawę. Stanowi on wyraźny sygnał dla sądów powszechnych rozpoznających sprawy z udziałem konsumentów — w szczególności w postępowaniach upominawczych i nakazowych, gdzie pokusa mechanicznego uwzględniania roszczeń na podstawie formalnie poprawnych dokumentów bywa szczególnie silna.

W sprawach frankowych, które od lat dominują w polskim orzecznictwie cywilnym, zasada kontroli abuzywności z urzędu została już szeroko zaakceptowana. Niemniej komentowany wyrok przypomina, że ta sama zasada obowiązuje w każdym sporze konsumenckim — niezależnie od tego, czy chodzi o kredyt hipoteczny na setki tysięcy złotych, czy o pożyczkę gotówkową na pięćset.

Szczególnie istotna jest konstatacja, że obowiązek kontroli aktualizuje się, gdy sąd „dysponuje niezbędnymi informacjami co do okoliczności prawnych i faktycznych”. W praktyce oznacza to, że jeśli powód załącza do pozwu umowę stanowiącą podstawę roszczenia — a tak jest niemal zawsze — sąd ma obowiązek przeanalizować jej treść pod kątem ewentualnej abuzywności. Nie może poprzestać na formalnej weryfikacji, czy dokumenty są kompletne i czy żądanie jest rachunkowo poprawne.

Refleksja końcowa: sąd jako gwarant równowagi

Europejski model ochrony konsumenckiej opiera się na przekonaniu, że formalna równość stron umowy — każdy może swobodnie negocjować warunki kontraktu — nie przekłada się na równość rzeczywistą. Konsument, konfrontowany ze standardowymi wzorcami umownymi wielkich korporacji, nie ma realnej możliwości kształtowania treści stosunku prawnego. Może jedynie zaakceptować proponowane warunki albo zrezygnować z zawarcia umowy.

W tym układzie sił sąd pełni funkcję korygującą. Nie jest neutralnym arbitrem sporu między równymi sobie podmiotami, lecz aktywnym gwarantem tego, by przewaga informacyjna i ekonomiczna przedsiębiorcy nie przekładała się na sankcjonowanie warunków umownych, które rażąco naruszają interesy słabszej strony.

Wyrok Sądu Najwyższego z 4 grudnia 2025 r. jest przypomnieniem tej fundamentalnej prawdy. Przez niemal dwadzieścia lat konsument ponosił konsekwencje tego, że sąd rejonowy nie wypełnił swojego podstawowego obowiązku. Skarga nadzwyczajna naprawiła ten błąd — ale pozostaje pytanie, ile podobnych przypadków wciąż czeka na odkrycie w archiwach polskich sądów.

Sprawa II NSNc 192/24 stanowiła przedmiot skargi nadzwyczajnej wniesionej przez Prokuratora Generalnego. Wyrok Sądu Najwyższego z 4 grudnia 2025 r. został opublikowany 16 grudnia 2025 r.

Zarząd WITTCHEN proponuje, by nie wypłacać dywidendy przez trzy najbliższe lata. Priorytetem inwestycje i refinansowanie zadłużenia

W związku z ogłoszonym niedawno zamiarem skupu akcji własnych oraz planowanym pozyskaniem nowego finansowania, Zarząd WITTCHEN SA podjął decyzję o aktualizacji polityki dywidendowej Spółki. Priorytetem Zarządu jest restrukturyzacja zadłużenia oraz poprawa rentowności. Wypracowywane zyski Spółka planuje przeznaczyć między innymi na program rozwoju obejmujący rozbudowę centrum logistycznego.

– Wymagające otoczenie rynkowe w sektorze handlowym sprawia, że dla dalszego rozwoju Grupy WITTCHEN kluczowe są inwestycje zwiększające efektywność operacyjną oraz pozwalające na ograniczenie kosztów w przyszłości. W tym roku rozpocznie się rozbudowa centrum logistycznego Grupy w Palmirach, gdzie mieści się także siedziba naszej firmy. Równolegle koncentrujemy się na poprawie efektywności sprzedaży zarówno w kanale online jak i offline. Dostrzegamy także potrzebę restrukturyzacji zadłużenia. Prowadzimy obecnie zaawansowane rozmowy z jednym z banków dotyczące nowego finansowania, które pozwoli nam zrefinansować istniejące zadłużenie, zrealizować zaplanowane inwestycje oraz przeprowadzić skup akcji własnych. Warunki tego finansowania wiążą się z określonymi ograniczeniami w zakresie wypłaty dywidendy – informuje Jędrzej Wittchen, prezes Zarządu Grupy WITTCHEN.

Decyzja Zarządu WITTCHEN oznacza zmianę polityki dywidendowej Spółki w odniesieniu do lat 2025-2027. Zarząd nie będzie rekomendował Walnemu Zgromadzeniu przeznaczenia zysku wypracowanego w tych latach na wypłaty dywidendy. Po tym okresie Zarząd dokona ponownej weryfikacji polityki dywidendowej i oceni możliwość powrotu do wypłaty akcjonariuszom całości lub części zysku w formie dywidendy.

Ostateczną decyzję w sprawie przeznaczenia wypracowanego zysku podejmuje Walne Zgromadzenie przy okazji zatwierdzania sprawozdania finansowego za dany rok obrotowy.

Rynek magazynowy w Polsce na koniec 2025 r.: stabilizacja podaży, wysoki popyt i zmiana struktury transakcji

Jak wynika z prognoz największej polskiej firmy doradczej na rynku nieruchomości komercyjnych AXI IMMO, sektor magazynowy na koniec 2025 roku pozostanie jednym z najbardziej stabilnych segmentów rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce. Pomimo wyraźnego wyhamowania nowej podaży, aktywność najemców powinna utrzymać się na wysokim poziomie, a kluczowe wskaźniki rynkowe – takie jak pustostany czy czynsze – pozostaną względnie stabilne. Z danych analityków AXI IMMO wynika, że rynek wszedł w fazę dojrzałej równowagi, w której decyzje podejmowane są ostrożniej, ale w oparciu o realne potrzeby operacyjne firm.

Całkowity popyt brutto na nowoczesne powierzchnie magazynowe w Polsce w 2025 roku może przekroczyć 6 mln mkw., co oznacza trzeci najwyższy wynik w historii rynku, ustępujący jedynie rekordowej aktywności z lat 2021–2022, kiedy roczny wolumen sięgał nawet 7 mln mkw. Coraz większą część popytu stanowią przedłużenia obowiązujących umów, które odpowiadają już za około połowę wszystkich transakcji najmu.

Anna Głowacz, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, AXI IMMO, komentuje: „Najemcy, posiadając dziś w dużej mierze zoptymalizowane sieci logistyczne, częściej decydują się na pozostanie w sprawdzonych lokalizacjach, koncentrując się na stabilności kosztowej i efektywności operacyjnej. Popyt netto, obejmujący nowe umowy i ekspansje, zgodnie z naszymi przewidywaniami może wynieść w całym 2025 roku nawet ok. 3 mln mkw.”.

Po stronie podaży widoczna jest większa ostrożność deweloperów. Wolumen nowej powierzchni oddanej do użytkowania w całym 2025 roku szacowany jest na ok. 1,8 mln mkw. Prognoza analityków AXI IMMO oznacza znaczący spadek względem lat poprzednich i najniższy wynik od 2016 r. Nowe projekty realizowane są głównie po zawarciu umów typu pre-let oraz w formule BTS, natomiast liczba inwestycji spekulacyjnych pozostaje ograniczona. Deweloperzy skupiają się przede wszystkim na rynkach o ugruntowanym popycie oraz na projektach dostosowanych do konkretnych potrzeb najemców.

Ograniczona nowa podaż przy stabilnym popycie powinna przełożyć się na utrzymanie wskaźnika pustostanów na poziomie około 8% w skali kraju.

Monika Rykowska, Dyrektor Działu Badań i Analiz Rynkowych, AXI IMMO, wyjaśnia: „Na  rynkach o ugruntowanej pozycji  dostępność nowoczesnej powierzchni magazynowej stopniowo się zmniejsza, podczas gdy wyższe poziomy pustostanów dotyczą głównie regionów z większą liczbą projektów spekulacyjnych oddanych w poprzednich latach”.

Na koniec 2025 r. czynsze bazowe za powierzchnie magazynowe w magazynach typu big-box pozostaną stabilne i będą mieścić się w przedziale od ok. 3,6 do 6,0 EUR/mkw. miesięcznie, w zależności od lokalizacji i standardu obiektu. Po okresie dynamicznych wzrostów z lat 2021–2023 rynek wszedł w fazę równowagi czynszowej. Zachęty finansowe są dziś bardziej selektywne i w większym stopniu uzależnione od długości umowy oraz skali najmu.

Rok 2025 potwierdził także długofalowe trendy kształtujące sektor magazynowy w Polsce. Wśród nich kluczowe znaczenie mają rosnący udział renegocjacji, dalszy rozwój e-commerce, coraz większy nacisk na rozwiązania ESG i efektywność energetyczną budynków. Najemcy coraz częściej oczekują nieruchomości z odpowiednią infrastrukturą techniczną oraz rozwiązaniami ograniczającymi koszty operacyjne i ślad węglowy.

Zdaniem ekspertów AXI IMMO w 2026 roku oczekuje się kontynuacji stabilnego, lecz wciąż dynamicznego rozwoju sektora logistyczno-przemysłowego w Polsce, opartego na solidnym wzroście gospodarczym, dalszej ekspansji e-commerce i inwestycjach w infrastrukturę transportową.

Ceny mieszkań: różnica między ofertą a transakcją sięga 10%. Sprzedający coraz bardziej elastyczni

Kolejne obniżki stóp procentowych spowodowały nieznaczny wzrost zainteresowania rynkiem mieszkaniowym. Popyt na mieszkania nie uległ jednak skokowemu zwiększeniu. Na rynku wtórnym można wynegocjować więcej niż zwykle i choć ceny ofertowe spadają, to w transakcjach nie widać wyraźnej korekty, która mogłaby zachęcić do wzmożonych zakupów.

Pierwsze analizy raportu Barometr Metrohouse i Credipass za IV kw. 2025 r. wskazują na dość wyraźne rozbieżności pomiędzy sytuacją na lokalnych rynkach mieszkaniowych. Wśród analizowanych pięciu miast wyłaniają się trzy grupy.

Do pierwszej z nich należy Gdańsk, gdzie odnotowywane średnie ceny w transakcjach są wyższe o ponad 5 proc. od cen raportowanych 12 miesięcy temu. Trójmiejska specyfika sprawia, że mamy tu do czynienia z rozległym rynkiem mieszkań nabywanych w celach inwestycyjnych, położonych w atrakcyjnych rejonach miasta, co ma przełożenie na końcową średnią cenę lokalu. W drugiej grupie znajdują się miasta takie jak Warszawa i Wrocław, gdzie różnica w cenach w ciągu roku nie zmieniła się znacząco. W trzeciej grupie znajdziemy Kraków, gdzie średnia cena w transakcjach spadła o prawie 4 proc. oraz Łódź z cenami niższymi średnio o prawie 8 proc. W tym ostatnim z miast w sprzedaży na rynku deweloperskim jest wystawionych 7 tys. mieszkań, co powoduje dużą konkurencyjność także w segmencie mieszkań z rynku wtórnego, ponieważ deweloperzy kuszą licznymi promocjami.

W większości lokalizacji obserwowana jest zwiększona skłonność sprzedających do negocjacji. Jest to wynikiem rosnących oczekiwań nabywców mieszkań względem możliwej do osiągniecia ceny, ale też braku presji czasu z uwagi na utrzymującą się w dalszym ciągu wysoką podaż mieszkań. Wobec powyższych różnica pomiędzy pierwszą wystawioną ceną ofertową a ostateczną ceną, po jakiej dokonywana jest transakcja może wynieść nawet 10 proc., mówi Marcin Jańczuk, ekspert sieciowej agencji nieruchomości Metrohouse.

Miasto Średnia cena transakcyjna w IV kw. 2025 Różnica kw./kw. Różnica r/r Średnia cena nabywanego mieszkania
Wrocław 11 962 zł 3,5% 1,4% 549 000 zł
Kraków 13 930 zł 4,4% -3,7% 589 000 zł
Warszawa 16 127 zł 2,9% 0,6% 894 000 zł
Gdańsk 12 769 zł 4,5% 5,7% 630 000 zł
Łódź 7 498 zł -3,3% -7,7% 311 000 zł
Wstępne dane do raportu Barometr Metrohouse i Credipass 4 kw. 2025 r.

 Rekordy na rynku kredytów hipotecznych

IV kwartał 2025 r. przyniósł rekordowe wyniki sprzedaży kredytów mieszkaniowych, czemu sprzyjały kolejne obniżki stóp procentowych – w każdym miesiącu kwartału Rada Polityki Pieniężnej zdecydowała się na cięcie kosztu pieniądza. Efektem jest wyraźna poprawa zdolności kredytowej gospodarstw domowych oraz spadek kosztu obsługi nowego zadłużenia. Jak wynika z danych BIK, sprzedaż kredytów hipotecznych utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie, a średnia kwota udzielonego kredytu zbliżyła się do 456 tys. zł.

Stabilizacja cen transakcyjnych mieszkań przy jednoczesnej poprawie warunków finansowania tworzy środowisko sprzyjające racjonalnym decyzjom zakupowym. Brak gwałtownych zmian po stronie cen i stóp procentowych pozwala dziś lepiej planować zakup nieruchomości, czy przeanalizować możliwości poprawy warunków już posiadanego kredytu, reasumuje Andrzej Łukaszewski, ekspert finansowy Credipass.

Duże zmiany w Enter Air – współzałożyciel rezygnuje z zarządu

0

Na rynku lotniczym szykują się istotne zmiany w jednej z największych polskich linii czarterowych. Grzegorz Polaniecki, współzałożyciel Enter Air i długoletni członek zarządu, po 14 latach pracy złożył rezygnację ze stanowiska. Decyzja ta kończy wieloletnią współpracę z firmą i ma znaczenie zarówno dla branży turystycznej, jak i pasażerów korzystających z lotów czarterowych przewoźnika.

Rezygnacja współzałożyciela

Jak podała spółka, Grzegorz Polaniecki – współzałożyciel i długoletni członek zarządu Enter Air – złożył rezygnację ze wszystkich pełnionych funkcji w grupie kapitałowej, obejmującej m.in. Enter Air Sp. z o.o., Enter Air Services i Enter Air Training Center. Decyzja ta wejdzie w życie 28 lutego 2026 roku.

Proces rezygnacji odbywa się w ramach uzgodnionego procesu sukcesji, a Polaniecki pozostanie w spółce jako doradca zarządu od 1 marca do 31 maja 2026 roku, co ma zapewnić płynne przekazanie obowiązków innym członkom kierownictwa. Dodatkowo zadeklarował, że do końca sierpnia 2026 roku nie będzie prowadzić działalności konkurencyjnej wobec Enter Air.

Enter Air – lider polskiego rynku czarterowego

Enter Air to linia lotnicza dobrze znana osobom planującym wakacje z biurami podróży. Specjalizuje się w lotach czarterowych, które zabierają turystów z Polski do popularnych kurortów w Europie, Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie.

Każdego sezonu wakacyjnego spółka obsługuje miliony pasażerów, współpracując z największymi touroperatorami w kraju. Dzięki rozbudowanej flocie i doświadczeniu operacyjnemu Enter Air jest największym prywatnym przewoźnikiem czarterowym w Polsce.

Co dalej z Enter Air

Na razie Enter Air nie podał, kto przejmie obowiązki po odchodzącym członku zarządu. Firma zapowiada jednak kontynuację dotychczasowej strategii oraz stabilne funkcjonowanie w nadchodzących sezonach wakacyjnych, które pozostają kluczowe dla rynku czarterowego w Polsce.

Zmiany w zarządzie Enter Air zostały podane w oficjalnym komunikacie spółki oraz potwierdzone przez branżowe serwisy lotnicze i finansowe.

Retail Media Networks: Dlaczego to nie hype, ale fundamentalna zmiana w reklamie

Retail Media Networks (RMN) to dziś najszybciej rosnący kanał reklamowy na świecie – wydatki rosną o 26% rok do roku, a eksperci przewidują, że w 2026 roku RMN wyprzedzi telewizję pod względem wydawanych budżetów. W Polsce sieci takie jak Żabka Ads, Carrefour Links czy Auchan intensywnie budują własne ekosystemy reklamowe, obsługując miliony klientów dziennie. Ale czy to kolejny marketingowy hype, czy może fundamentalna zmiana w sposobie myślenia o reklamie? Na ten moment, większość marek i retailerów wciąż nie rozumie, co czyni ten kanał wyjątkowym – i jak uniknąć pułapek, które mogą zamienić go w kolejny „przepalony” budżet marketingowy.

Gdy w 2023 roku Mood Media przejęło Vibenomics – lidera w zakresie reklamy audio w sklepach (C-Store Dive, 2023) – wielu analityków nazwało to transakcją „wyprzedzającą rynek”. Dziś, trzy lata później, staje się jasne: Retail Media Networks (RMN) to nie trend, ale nowa rzeczywistość reklamy. Globalne wydatki już stanowią jedną piątą wszystkich wydatków na reklamę cyfrową (Vibenomics, 2024), a prognozy wskazują na dalszy dynamiczny wzrost.

Retail Media Networks to nie ewolucja banerów displayowych na ekranach w sklepach czy reklam w mediach społecznościowych – to całkowicie nowa kategoria, która łączy w sobie moc danych transakcyjnych, bliskość punktu zakupu i zamkniętą pętlę pomiarową. To jedyny kanał, w którym widzisz w czasie rzeczywistym, ile osób zobaczyło Twoją reklamę na ekranie przy półce z chipsami, ile z nich wzięło produkt do ręki 30 sekund później, a ile kupiło go przy kasie 5 minut później.

To właśnie te trzy elementy – dane transakcyjne zebrane bezpośrednio od klientów, bliskość zakupu i zamknięta pętla pomiarowa – czynią sieci reklamowe retailerów fundamentalną zmianą w reklamie.

Filar pierwszy: Dane transakcyjne zamiast behawioralnych

Retail Media Networks oferują markom coś, czego nie dają ani Google Ads, ani Meta – bezpośredni dostęp do danych transakcyjnych. To nie informacja „klient kliknął w reklamę kawy”, ale „klient kupuje kawę marki X co tydzień, wydaje średnio 25 zł, preferuje opakowania 500 g i reaguje na promocje w piątki”.

Według badań Nielsen z 2025 roku, 89% marketerów uważa dane zbierane bezpośrednio od klientów za  priorytet, a RMN oferują najbardziej wartościowe dane w całym ekosystemie marketingowym. Te dane są zbierane legalnie poprzez programy lojalnościowe, za pełną zgodą klienta i zgodnością z RODO – bez pośredników i bez ryzyka regulacyjnego.

Co więcej, dane płyną bezpośrednio od sieci handlowej do marki, bez Google czy Meta jako pośrednika, co oznacza większą kontrolę, przejrzystość i – co kluczowe – niższe koszty.

Filar drugi: Moment zakupu – ostatni krok ścieżki klienta

Badania pokazują, że 80% decyzji zakupowych podejmowanych jest w sklepie, często pod wpływem impulsu (PosterBooking, 2025). RMN pozwalają dotrzeć do klienta dokładnie w momencie maksymalnej chęci zakupu – nie 3 dni wcześniej w mediach społecznościowych, nie tydzień temu w Google Ads, ale tu i teraz, przed półką.

To zmienia fundamentalnie sposób myślenia o kampaniach: z modelu „świadomość → rozważanie → zakup” do modelu „aktywacja w sklepie = natychmiastowa konwersja”. Klient stoi przed półką z kawą, nie może się zdecydować między trzema markami – i właśnie wtedy na ekranie obok pojawia się komunikat z Twojej kampanii, oferujący 20% rabatu. Konwersja następuje w ciągu 60 sekund, a nie po kilku dniach „ścieżki klienta”.

To fundamentalna różnica: w tradycyjnej reklamie internetowej mierzysz „ilu kliknęło”, w RMN mierzysz „ilu kupiło” – i to jest gra o zupełnie inne stawki.

Filar trzeci: Zamknięta pętla pomiarowa – koniec zgadywania

Największa frustracja marketerów w erze reklamy internetowej? Niemożność jednoznacznego połączenia wydatków na reklamę z realną sprzedażą. „Połowa pieniędzy, które wydaję na reklamę, jest zmarnowana; problem w tym, że nie wiem, która połowa” – to powiedzenie z 1900 roku wciąż jest aktualne w większości kanałów internetowych.

RMN rozwiązują ten problem poprzez zamkniętą pętlę pomiarową – bezpośredni pomiar wpływu kampanii na sprzedaż w czasie rzeczywistym. Według ekspertów branżowych, zamknięta pętla pomiarowa to nie opcja, ale niezbędny standard dla RMN, który pozwala sprawdzać skuteczność targetowania, optymalizować kampanie na podstawie realnych danych sprzedażowych i dostarczać transparentne, porównywalne wskaźniki zwrotu z inwestycji.

W praktyce wygląda to tak: marka uruchamia kampanię audio w 1000 sklepów sieci w południe. System w czasie rzeczywistym śledzi wzrost sprzedaży reklamowanego produktu w tych sklepach w porównaniu do 1000 sklepów kontrolnych (bez reklamy). Po 2 godzinach marka wie dokładnie, jaki był wzrost sprzedaży, ile dodatkowych jednostek sprzedano i jaki jest zwrot z inwestycji kampanii. To poziom mierzalności, którego nie oferuje żaden inny kanał in-store.

In-Store Marketplace – platforma nowej generacji

W 2023 roku Mood Media połączyło siły z Vibenomics, tworząc In-Store Marketplace (ISM) – pierwszą na świecie w pełni zintegrowaną platformę zarządzania reklamą w sklepach stacjonarnych.

Większość sieci handlowych podchodzi do reklamy w sklepach fragmentarycznie – tu ekrany, tam audio, gdzieś osobno dane i analityka. Efekt? Chaos operacyjny, niemożność skalowania i utracone przychody. In-Store Marketplace zmienia tę dynamikę, dając sieciom handlowym jedną platformę do zarabiania na wszystkich formatach – audio-wideo – z pełną automatyzacją, obsługą programatyczną i mierzalnością na poziomie wyświetleń.

Platforma oferuje sieciom handlowym możliwość sprzedaży setek miejsc reklamowych na godzinę w tysiącach lokalizacji, z pełną automatyzacją i integracją z systemami programatycznymi. To skalowalne, wysokomarżowe źródła przychodów (marże 70-90%) bez konieczności zwiększania personelu operacyjnego – system działa w pełni automatycznie.

Dla marek oznacza to dostęp do przestrzeni reklamowej w setkach tysięcy lokalizacji (Mood Media obsługuje ponad 500 000 lokalizacji w 150 krajach), precyzyjne targetowanie oparte na danych sieci handlowej (demografia sklepu, historia zakupów, pora dnia, pogoda) oraz pełną przejrzystość i mierzalność na poziomie indywidualnej ścieżki kupującego.

ISM standaryzuje również pomiar wyświetleń zgodnie z wytycznymi IAB i MRC, co oznacza, że kampanie w sklepach są wyceniane i rozliczane na tych samych zasadach co kampanie displayowe w internecie – koniec z „szacunkami” i „przypuszczeniami”.

Polski rynek – między standaryzacją a przyspieszeniem

Polski rynek RMN znajduje się w kluczowym momencie. Żabka Ads rośnie najszybciej w regionie, obsługując 3 miliony klientów dziennie w sieci ponad 10 000 sklepów, z ekranami przy kasach, półkach, wejściach i poza sklepem (Żabka Ads, 2025). Carrefour Links i Auchan Retail Media intensywnie rozwijają własne platformy, oferując markom zarówno formaty w e-commerce, jak i w sklepach stacjonarnych (ekrany cyfrowe, audio).

Prognozy wskazują, że 2026 rok to faza ujednolicania procesów, wzorców i standardów pomiaru, a od 2027 roku spodziewane jest przyspieszenie przenoszenia budżetów do kanału reklamy w sklepach stacjonarnych, napędzane udowodnionym przyrostem sprzedaży i zwrotem z inwestycji (Żabka Ads, 2025).

Ale polski rynek stoi przed trzema kluczowymi wyzwaniami, które mogą zdecydować o sukcesie lub porażce całej kategorii.

Wyzwanie pierwsze: Rozdrobnienie i brak standardów

Według badań Skai, 85% marek z branży produktów szybko zbywalnych korzysta obecnie z czterech lub więcej różnych sieci reklamowych retailerów, każda z własnymi formatami, systemami raportowania i modelem rozliczeń. Brak branżowych standardów utrudnia porównanie skuteczności między sieciami i skalowanie kampanii.

Marka chcąca prowadzić kampanię w 5 różnych sieciach musi: przygotować 5 różnych kreacji (różne formaty ekranów), zalogować się do 5 różnych platform, odebrać 5 różnych raportów (każdy z innymi wskaźnikami) i próbować je jakoś porównać. To nieefektywne i drogie.

Rozwiązaniem są standardy IAB i MRC dla wyświetleń w sklepach, ujednolicone interfejsy programowania dla systemów programatycznych oraz łączenie platform. To właśnie dlatego ISM od początku została zaprojektowana z myślą o pełnej zgodności z tymi standardami – marki mogą zarządzać kampaniami w tysiącach lokalizacji z jednego pulpitu, z jednolitymi wskaźnikami i rozliczeniami.

Wyzwanie drugie: Rosnące ceny i presja na zwrot z inwestycji

W miarę dojrzewania rynku, ceny za tysiąc wyświetleń rosną, szczególnie w gorących kategoriach takich jak produkty szybko zbywalne, kosmetyki czy elektronika (Skai, 2025). To naturalna konsekwencja rosnącego popytu i ograniczonej podaży przestrzeni reklamowej (liczba ekranów w sklepach jest ograniczona).

Marki, które podchodzą do RMN jak do kolejnego kanału banerów displayowych – te same kreacje co w mediach społecznościowych, brak wykorzystania danych sieci handlowej, brak testów w sklepach – przepalają budżety i tracą zaufanie do kanału. Widzę to regularnie: marka wydaje 100 000 zł na kampanię, używa ogólnej kreacji „kup naszą kawę”, nie wykorzystuje danych o tym, że w tym sklepie 70% klientów to kobiety 25-35 lat kupujące kawę premium – i dziwi się, że zwrot z inwestycji jest słaby.

Kluczem jest przejście z modelu „więcej wydaję = więcej wyników” do modelu „lepiej targetuję i optymalizuję = lepszy zwrot z inwestycji”. Wykorzystanie danych sieci handlowej do precyzyjnego segmentowania (np. różne kreacje w sklepach miejskich vs. osiedlowych, różne komunikaty rano vs. wieczorem) i dynamiczna optymalizacja to podstawa sukcesu.

Wyzwanie trzecie: Mierzalność w sklepach stacjonarnych

Podczas gdy kampanie w e-commerce są w pełni mierzalne cyfrowo, kampanie w sklepach stacjonarnych (ekrany cyfrowe, audio) wymagają zaawansowanych narzędzi łączących dane z różnych źródeł: kamer (wizja komputerowa – ilu ludzi przeszło obok ekranu, ilu spojrzało), czujników ruchu (analiza ruchu pieszego), sygnałów Bluetooth (śledzenie ścieżek klientów) i transakcji kasowych (co kupili).

Platformy takie jak ISM standaryzują pomiar wyświetleń w sklepach na poziomie porównywalnym z banerami displayowymi w internecie. Wykorzystują wizję komputerową do liczenia „spojrzeń” (ile osób rzeczywiście spojrzało na ekran), analizę ruchu pieszego do mierzenia przepływu i dopasowywanie danych transakcyjnych do mierzenia konwersji. To pozwala na przejrzystą, porównywalną wycenę i rozliczanie kampanii – koszt tysiąca wyświetleń w sklepie może być porównany z kosztem tysiąca wyświetleń w internecie.

Cztery scenariusze: kto wygra, kto przegra

Obserwując rozwój RMN w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, widzę wyraźnie rysujące się cztery scenariusze.

  • Scenariusz 1: Zwycięzcy – sieci handlowe ze zintegrowaną platformą

Sieci, które zainwestowały w zintegrowane platformy typu ISM, mogą sprzedawać setki miejsc reklamowych na godzinę w tysiącach lokalizacji, z pełną automatyzacją i obsługą programatyczną. To skalowalne, wysokomarżowe źródła przychodów (marże 70-90%) bez konieczności zwiększania personelu – system działa w pełni automatycznie.

Przykład: sieć 5000 sklepów, każdy ze średnio 3 ekranami, każdy ekran sprzedaje 10 miejsc reklamowych na godzinę po średnim koszcie tysiąca wyświetleń 50 zł = potencjalnie 7,5 mln zł dodatkowych przychodów miesięcznie. To zmienia ekonomię handlu detalicznego.

  • Scenariusz 2: Przegrani – sieci handlowe z rozdrobnionym podejściem

Sieci próbujące budować reklamę w sklepach „po kawałku” – osobny dostawca do audio, inny do ekranów, trzeci do analityki – utknęły w chaosie operacyjnym i nie mogą skalować. Koszty integracji są gigantyczne, raportowanie jest niezgodne między systemami, marki muszą negocjować osobne umowy z 3-4 dostawcami. Efekt? Marki wybierają konkurencję z prostszym, zintegrowanym rozwiązaniem.

  • Scenariusz 3: Zwycięzcy – marki z podejściem koordynacyjnym

Marki, które przestały myśleć „ile sieci reklamowych obsługujemy” (ilość) i zaczęły myśleć „jak koordynujemy kampanie między 3-4 kluczowymi partnerami + e-commerce + kanały zewnętrzne” (jakość), osiągają 30-50% wyższy zwrot z wydatków reklamowych dzięki spójności komunikacji i optymalizacji między kanałami.

Przykład: marka uruchamia kampanię nowego produktu jednocześnie w e-commerce (reklama na stronie sklepu internetowego), w sklepach stacjonarnych (ekrany i audio w sklepach) i poza siecią (remarketing w mediach społecznościowych dla klientów, którzy byli w sklepie, ale nie kupili). Spójny komunikat, synchronizacja czasowa, wykorzystanie danych z wszystkich punktów kontaktu. To daje efekt synergii.

  • Scenariusz 4: Przegrani – marki traktujące sieci reklamowe jak „kolejne banery”

Marki, które podchodzą do RMN mechanicznie – kopiują kreacje z Facebooka, kupują media hurtowo (bez targetowania), nie testują, nie optymalizują – przepalają budżety i nie wykorzystują potencjału zamkniętej pętli pomiarowej i danych transakcyjnych. Po 6 miesiącach mówią „reklama w sklepach nie działa” – ale problem nie leży w kanale, tylko w podejściu.

Przyszłość: Sieci reklamowe jako „system operacyjny” handlu

RMN ewoluują z kanału reklamowego w „system operacyjny” nowoczesnego handlu (Vibenomics, 2024). Trzy kierunki rozwoju będą kluczowe w najbliższych latach.

Po pierwsze – aktywacja na całej ścieżce: Sieci handlowe zaczną oferować nie tylko kampanie sprzedażowe (dolna część lejka), ale także formaty budujące świadomość (górna część lejka) – wideo, telewizja połączona z internetem, programatyczne billboardy cyfrowe – zsynchronizowane z kampaniami w sklepach. Sieci reklamowe staną się pełnofunkcyjnym kanałem od świadomości do konwersji.

Po drugie – obsługa programatyczna i optymalizacja w czasie rzeczywistym: Sieci reklamowe przejmą mechanizmy znane z programatycznych banerów displayowych – platformy po stronie kupujących i sprzedających, licytacje w czasie rzeczywistym, dynamiczna optymalizacja kreacji. ISM by Vibenomics jest jedną z pierwszych platform oferujących pełną integrację programatyczną dla sklepów stacjonarnych, co otwiera drogę do skalowania i automatyzacji na niespotykaną dotąd skalę. Marki będą mogły kupować wyświetlenia w sklepach tak samo łatwo, jak dziś kupują wyświetlenia w sieci reklamowej Google.

Po trzecie – sztuczna inteligencja i przewidywalna personalizacja: Algorytmy sztucznej inteligencji będą przewidywać, jakie produkty klient kupi w następnej wizycie – na podstawie historii zakupów, pory dnia, pogody, lokalizacji, wydarzeń lokalnych – i automatycznie dostosowywać komunikaty reklamowe na ekranach i w audio. To przejście z personalizacji reaktywnej do przewidywalnej. Nie „ten klient kupił kawę”, ale „ten klient prawdopodobnie kupi kawę w ciągu 10 minut z 85% prawdopodobieństwem”.

Czas na strategię, nie eksperymenty

Retail Media Networks w Polsce przestają być „miłym dodatkiem” i stają się „koniecznością” dla każdej marki działającej w handlu detalicznym. Ale sukces wymaga strategii, nie tylko budżetu.

Polski handel ma szansę stać się liderem tej rewolucji w regionie Europy Środkowo-Wschodniej – pod warunkiem, że sieci handlowe zainwestują w zintegrowane platformy oferujące pełną automatyzację, przejrzystość i zgodność ze standardami branżowymi, a marki nauczą się koordynować kampanie między kanałami, wykorzystując pełnię danych zebranych bezpośrednio od klientów i zamkniętą pętlę pomiarową.

Pytanie nie brzmi już „czy inwestować w sieci reklamowe retailerów”, ale „jak inwestować mądrze, aby wykorzystać ten kanał jako strategiczną przewagę konkurencyjną, a nie kolejny przepalony budżet marketingowy”. Odpowiedź na to pytanie zadecyduje o sukcesie lub porażce w nadchodzącej dekadzie handlu detalicznego.

Reforma PIP nie rozwiąże problemów rynku pracy – FPP przedstawi własne, systemowe rozwiązania

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) poinformowała, że w ciągu najbliższego tygodnia złoży na ręce Donalda Tuska, Prezesa Rady Ministrów oraz Macieja Berka, Ministra ds. Nadzoru nad Wdrażaniem Polityki Rządu autorski projekt ustawy, który w sposób kompleksowy odnosi się do problemu  segmentacji  rynku  pracy.  Problem  ten  został  wskazany w kamieniu milowym KPO A71G i dotyczy nierównego oskładkowania różnych form zatrudnienia, w szczególności umów zlecenia.

Projekt FPP będzie zawierał rozwiązania, które zapewnią realną ochronę pracownikom oraz wyrównają warunki konkurencji między przedsiębiorcami. Jednocześnie FPP negatywnie ocenia projekt nowelizacji ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy.

Zdaniem FPP proponowane przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej zmiany nie doprowadzą do realnej poprawy sytuacji pracowników, nie zlikwidują problemu segmentacji rynku pracy, a jednocześnie mogą generować negatywne skutki finansowe dla budżetu państwa. Według szacunków MRPiPS w perspektywie 10 lat dochody wzrosną o 949,63 mln zł, podczas gdy wydatki sięgną 990,17 mln zł, co oznacza stratę 40,54 mln zł. Co więcej, reforma doprowadzi rocznie do przekształcenia jedynie ok. 2 900 umów cywilnoprawnych w umowy o pracę, czyli zaledwie 0,04% wszystkich tego typu kontraktów.

„Federacja Przedsiębiorców Polskich aktywnie odpowiada na realne potrzeby rynku pracy, przedstawiając własny projekt oparty na dialogu z przedsiębiorcami i analizie systemowych wyzwań. Tylko takie podejście może przynieść trwałą poprawę sytuacji pracowników i uporządkowanie rynku pracy” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich.

FPP zwraca również uwagę, że projekt reformy PIP już na etapie założeń wyłącza spod realnych kontroli całe grupy zawodowe. Działania PIP mają koncentrować się na branżach usługowych o niższym poziomie przeciętnego wynagrodzenia, takich jak utrzymanie czystości, ochrona czy budownictwo, przy jednoczesnym ograniczeniu kontroli w branżach o wysokim udziale kontraktów B2B, np. w publicznym systemie ochrony zdrowia. Tymczasem, jak pokazują dane Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, aż 74% lekarzy specjalistów w publicznych podmiotach leczniczych pracuje na umowach innych niż umowa o pracę.

Zdaniem FPP takie podejście narusza zasadę powszechności i równego stosowania prawa, a obszary, w których instytucje publiczne pełnią rolę pracodawcy, z góry traktowane są jako wyłączone z faktycznego stosowania nowych przepisów.

FPP podkreśla, że projektowane przepisy budzą poważne wątpliwości konstytucyjne, w szczególności w zakresie swobody działalności gospodarczej, proporcjonalności ingerencji państwa oraz wolności wyboru formy pracy. Reforma może negatywnie wpłynąć na osoby pracujące w formule B2B, m.in. poprzez konieczność korekt rozliczeń podatkowych i składkowych, utratę preferencyjnych form opodatkowania czy problemy z realizacją zawartych umów leasingowych.

Zdaniem FPP obecny rządowy projekt ustawy nadal narusza m.in. art. 2 (zasadę demokratycznego państwa prawnego), art. 22 (swobodę działalności gospodarczej), art. 24 (zasadę ochrony pracy), art. 31 (zasadę proporcjonalności) oraz art. 65 ust. 1 (zasadę wolności wyboru wykonywanego zawodu oraz miejsca pracy lub zatrudnienia) Konstytucji RP.

Z perspektywy przedsiębiorców projekt nie uwzględnia istniejących patologii w systemie zamówień publicznych, które w praktyce sprzyjają stosowaniu tańszych, niepracowniczych form zatrudnienia. Choć specyfikacje przetargowe formalnie wymagają stosowania umów o pracę zgodnie z art. 22 Kodeksu pracy, brak skutecznej weryfikacji na etapie realizacji zamówień prowadzi do wypychania z rynku firm stosujących prawidłowe formy zatrudnienia. W tym zakresie FPP stoi na stanowisku, że odpowiedzialność za egzekwowanie prawidłowych form zatrudnienia, obejmujących odprowadzanie składek na ubezpieczenia społeczne oraz zaliczek na PIT, powinna spoczywać nie tylko na wykonawcach, lecz także na instytucjach publicznych pełniących rolę zamawiających.

Proponowane zmiany niosą również ryzyko negatywnych skutków związanych z reklasyfikacją dotychczasowych umów cywilnoprawnych. W przypadku kontraktów B2B może to wymagać korekty wystawionych faktur oraz deklaracji VAT, a także ograniczyć możliwość korzystania z preferencyjnych zasad opłacania składek i form opodatkowania, np. liniowego PIT 19% lub ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych. Dodatkowo, nabycie przez przedsiębiorcę środka trwałego (np. pojazdu) w ramach leasingu może napotkać trudności w realizacji wcześniejszych umów, wynikające z ograniczenia możliwości rozliczania VAT i kosztów uzyskania przychodów, co w skrajnych przypadkach może prowadzić do wypowiedzenia umowy leasingu.

Wobec opóźnień w realizacji kamienia milowego KPO A71G dotyczącego reformy PIP oraz konieczności kolejnej rewizji Krajowego Planu Odbudowy, FPP apeluje o zmianę kierunku działań legislacyjnych.

– Rewizja KPO to szansa na realną zmianę na rynku pracy. Nasz projekt przewiduje oskładkowanie umów zlecenia, dając pracownikom realne bezpieczeństwo społeczne,

a przedsiębiorcom uczciwe i równe warunki konkurencji” – dodaje Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Polskich Przedsiębiorców.

Jednocześnie Federacja Przedsiębiorców Polskich deklaruje wsparcie dla działań zmierzających do wzmocnienia kadrowego, organizacyjnego i finansowego Państwowej Inspekcji Pracy oraz opowiada się za przywróceniem kadencyjności Głównego Inspektora Pracy i podporządkowaniem PIP Prezesowi Rady Ministrów.

AI przejmie operacje, człowiek zostanie od strategii. Jak firmy poukładają współpracę w 2026 roku

W rozpoczynającym się roku rozwój współpracy człowieka z mechanizmami sztucznej inteligencji będzie coraz bardziej wpływać na sposób funkcjonowania przedsiębiorstw. AI przejmie znaczącą część zadań operacyjnych, wspierając analizę danych i automatyzację procesów, natomiast człowiek pozostanie kluczowy w obszarach związanych ze strategią, oceną ryzyka i nadzorem nad działaniem rozwiązań technicznych. Ten podział ról stanie się fundamentem dla skutecznego wykorzystania nowych narzędzi w codzienności biznesowej.

Firmy będą potrzebowały nie tylko systemów technicznych, ale przede wszystkim umiejętnego łączenia ich możliwości z ludzką wiedzą i doświadczeniem. To od tego zależeć będzie ich zdolność do bezpiecznego i świadomego wykorzystywania AI, a także do budowania przewagi w warunkach rosnącej złożoności środowisk cyfrowych.

– Widzimy wyraźne przesunięcie akcentów: sztuczna inteligencja coraz skuteczniej wykonuje zadania operacyjne, ale równolegle rośnie znaczenie człowieka jako tego, który nadaje kierunek, dba o kontekst i kontroluje sposób jej wykorzystania. To nie jest relacja konkurencyjna – to uzupełnianie kompetencji. W 2026 roku firmy będą budować przewagę przede wszystkim dzięki połączeniu ludzkiego nadzoru oraz zdolności AI do szybkiej analizy i automatyzacji powtarzalnych działań – mówi Jakub Andrzejewski, Business Development Manager for Poland & CIS w firmie Progress Software.

Kontrola i nadzór nad agentami drogą do współpracy

Istotnym elementem tej transformacji będzie wykorzystanie języka naturalnego w zarządzaniu infrastrukturą techniczną. Zespoły będą mogły wydawać skomplikowane polecenia za pomocą prostych komunikatów tekstowych, co przyspieszy procesy i poszerzy grono osób zdolnych do obsługi zaawansowanych systemów. Równocześnie narzędzia AI będą samodzielnie generować automatyzacje – od skryptów, po konfiguracje i logikę procesów operacyjnych.

Uzupełnieniem tych zmian będzie coraz powszechniejsze wykorzystanie narzędzi AI pełniących funkcję pierwszej linii reagowania. Systemy AI First Responder będą agregować alerty z różnych elementów środowiska technicznego – od sieci i danych po aplikacje – wskazując potencjalne źródła problemów oraz proponując dalsze kroki diagnostyczne. Ma to odciążyć zespoły IT i skrócić czas reagowania na typowe incydenty.

W miarę jak firmy będą wdrażać coraz więcej rozwiązań AI, pojawi się potrzeba nadzorowania infrastruktury, która obsługuje modele i systemy uczenia maszynowego. Rozwiązania określane jako metainteligencja będą monitorować wydajność modeli, reagować na degradację ich działania, weryfikować jakość danych oraz nadzorować procesy serwowania modeli w środowiskach produkcyjnych. To kolejna warstwa współpracy człowiek-AI, w której człowiek pozostaje odpowiedzialny za interpretację wyników, definiowanie zasad i podejmowanie decyzji.

Równolegle rosnąć będzie znaczenie wyspecjalizowanych mikroagentów AI, które wykonują ściśle określone zadania, takie jak rotacja certyfikatów, analiza logów czy nadawanie tagów zasobom. Ich przewagą jest przewidywalność, łatwość kontrolowania i możliwość stopniowego rozszerzania automatyzacji bez ryzyka naruszenia większych systemów.

Odpowiedzialnie i z rozwagą

Wszystkie te zjawiska będą wymagały od firm bardziej rozbudowanych procesów zarządzania oraz dokumentowania sposobu działania modeli i przez nich decyzji. Wpływają na to zarówno kwestie regulacyjne, jak i potrzeba budowania zaufania wobec narzędzi AI wykorzystywanych w środowiskach biznesowych. Firmy będą musiały określić zasady odpowiedzialności, nadzoru oraz metod oceny ryzyka związanego z automatyzacją.

– W 2026 roku kluczowe będzie wdrażanie AI w sposób odpowiedzialny i zgodny z przyjętymi zasadami nadzoru. Zagadnienie governance przestaje być dodatkiem, a staje się integralną częścią systemów technicznych. Firmy będą musiały jasno określać, w jakich obszarach AI może działać samodzielnie, kiedy wymagana jest akceptacja człowieka i jakie dane mogą być wykorzystywane w procesach decyzyjnych. To naturalny etap dojrzewania rozwiązań, który pozwoli łączyć innowacyjność z przewidywalnością i bezpieczeństwem – podkreśla ekspert Progress Software.

Zmiany techniczne będą miały wpływ także na pracowników. Adaptacja do nowych narzędzi i sposobów pracy może rodzić zmęczenie poznawcze, co będzie wymagało od przedsiębiorstw świadomego projektowania procesów wdrożeniowych. Jednocześnie zmniejszy się zapotrzebowanie na niektóre role techniczne, podczas gdy wzrośnie znaczenie kompetencji umożliwiających współpracę z agentami AI i interpretowanie wyników generowanych przez modele.

W 2026 roku sztuczna inteligencja nie zastąpi człowieka w przedsiębiorstwach, ale stanie się kluczowym elementem wspierającym jego pracę. AI odciąży zespoły w obszarach powtarzalnych i operacyjnych, natomiast pracownicy pozostaną odpowiedzialni za strategiczne decyzje, nadzór i zrozumienie kontekstu działania rozwiązań technicznych. Firmy, które potrafią zrównoważyć te dwa elementy, zyskają bardziej elastyczne, efektywne i odporne środowiska pracy.

Kobiety w biznesie: poprawa sytuacji finansowej częstsza niż pogorszenie

Jedna trzecia polskich przedsiębiorczyń spodziewa się rozwoju działalności i wzrostu zysków w najbliższym roku, mimo utrzymującej się presji kosztowej i wpływu inflacji na codzienne funkcjonowanie firm. Jednocześnie 42 proc. kobiet prowadzących własny biznes deklaruje poprawę sytuacji finansowej w ciągu ostatnich 12 miesięcy, a blisko połowa ocenia kondycję swojej firmy jako dobrą lub bardzo dobrą, co pokazuje odporność i ostrożny optymizm wśród przedsiębiorczyń. Dane pochodzą z raportu „Polki i przedsiębiorczość 2025”, towarzyszącego XVII edycji konkursu Sukces Pisany Szminką.

Aż 42 proc. polskich przedsiębiorczyń deklaruje, że w ostatnim roku sytuacja finansowa ich firmy uległa poprawie, jak wynika z raportu „Polki i przedsiębiorczość 2025: Finanse i rentowność firm. Podsumowanie roku i prognozy”. Blisko co piąty (24 proc.) biznes prowadzony przez kobietę nie odnotował zmian w tym zakresie, ale 28 proc. respondentek przyznaje, że w ciągu minionych 12 miesięcy sytuacja finansowa prowadzonego przez nie przedsiębiorstwa uległa pogorszeniu. Badanie towarzyszące XVII edycji konkursu Sukces Pisany Szminką przeprowadziła Grupa 4P.

Blisko połowa ankietowanych przedsiębiorczyń ocenia sytuację finansową swojej firmy jako dobrą lub bardzo dobrą, ponad ⅓ jako przeciętną, a 10 proc. – złą. Co trzecia z respondentek prowadzących własną firmę deklaruje, że spodziewa się w tym roku wzrostu działalności i zysków.

Kobiece biznesy w Polsce charakteryzują się dziś dużą odpornością i dojrzałością w podejściu do zarządzania finansami. Przedsiębiorczynie potrafią realnie oceniać swoją sytuację i elastycznie reagować na zmieniające się warunki rynkowe. Jednocześnie nie rezygnują z planów rozwojowych, nawet w wymagającym otoczeniu gospodarczym. To połączenie rozwagi i ambicji coraz wyraźniej definiuje współczesną przedsiębiorczość Polek – komentuje Olga Kozierowska, pomysłodawczyni konkursu Sukces Pisany Szminką, prezeska Fundacji WłączeniPlus.

Co 6. polska przedsiębiorczyni ma marżę ponad 40 proc. na swoje usługi

Blisko co dziesiąta (9 proc.) polska przedsiębiorczyni przyznaje, że średnia marża netto na oferowanych przez nią produktach lub usługach wynosi poniżej 10 proc. Jednak 17 proc. ankietowanych deklaruje, że ich marża netto to ponad 40 proc. Blisko ⅓ (32 proc.) respondentek prowadzących własną firmę nie potrafi wskazać ile wynosi ich zysk, po odliczeniu ponoszonych kosztów.

Prowadzenie biznesu w obecnych warunkach wymaga dużej uważności i elastyczności w zarządzaniu firmą. Przedsiębiorczynie funkcjonują dziś w środowisku rosnących kosztów i zmiennych warunków rynkowych, dlatego coraz większego znaczenia nabiera dobre planowanie oraz dostęp do rozwiązań wspierających codzienne prowadzenie działalności, także tych cyfrowych. Upraszczanie procesów i porządkowanie obszarów operacyjnych pozwalają skupić się na rozwoju i długofalowych celach, co bezpośrednio wpływa na odporność firm – komentuje Magdalena Chudzikiewicz, General Manager home.pl, partnera kategorii Startup Roku.

Przedsiębiorczynie zapytane o wpływ inflacji na ich działalność najczęściej wskazują kwestie finansowe – wzrost kosztów prowadzenia działalności (53 proc.) oraz konieczność podnoszenia cen usług lub produktów (39 proc.). W dalszej kolejności mówią o spadku popytu i liczby klientów (22 proc.) oraz trudnościach w planowaniu i prognozowaniu (21 proc.). Co siódma przedsiębiorczyni doświadczyła z kolei presji płacowej ze strony pracowników (14 proc.), a jedynie 8 proc. ankietowanych wskazuje na nowe możliwości rynkowe.

Raport „Polki i przedsiębiorczość 2025” powstał w ramach XVII edycji konkursu Sukces Pisany Szminką, najstarszej i największej inicjatywy wspierającej przedsiębiorczość kobiet, a także liderki i liderów działających na rzecz równości, różnorodności oraz włączania w Polsce. Termin przyjmowania zgłoszeń konkursowych zostaje wydłużony do 18 stycznia 2026 r. 

*Badanie na zlecenie Fundacji WłączeniPlus przeprowadzone zostało w listopadzie 2025 r. przez Grupę 4P z użyciem metodologii CAWI z wykorzystaniem licencjonowanego panelu zapewniającego reprezentatywność próby pod kątem płci, wieku, wielkości miejscowości zamieszkania oraz regionu na próbie Polek prowadzących własną firmę w wieku 18-70 lat.

Jawność płac w praktyce. Rzecznik MŚP krytykuje projekt i wskazuje problematyczne przepisy

Jedna z najważniejszych w tym roku zmian w prawie pracy wiąże się z wdrożeniem dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) dotyczącej równości wynagrodzeń dla mężczyzn i kobiet. Projekt odpowiedniej ustawy, przygotowany przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej został zaopiniowany przez Rzecznika MŚP. W swoim wystąpieniu Minister Agnieszka Majewska pozytywnie odnosi się do idei walki z dyskryminacją płacową ze względu na płeć (tzw. luką płacową). Z drugiej jednak strony zwraca uwagę, że projektowane przepisy wprowadzają skomplikowane obowiązki dla pracodawców oraz skutkują licznymi nadregulacjami. Będzie to szczególnie dotkliwe dla mniejszych przedsiębiorców, którzy nie dysponują odpowiednimi strukturami i narzędziami pozwalającymi na sprawną realizację wprowadzanych wymogów. Jak zauważa Agnieszka Majewska, na konieczność odpowiedniego podejścia do podmiotów z sektora MŚP zwraca uwagę sama dyrektywa. Tymczasem analiza treści projektu ustawy prowadzi do wniosku, że niektóre z proponowanych rozwiązań mogą budzić wątpliwości co do ich adekwatności i proporcjonalności.

Przykładem może być brzmienie art. 6, który przewiduje, że minister właściwy do spraw pracy udostępnia na swojej stronie internetowej narzędzie internetowe lub metodę umożliwiającą pracodawcom dokonanie oceny wartości stanowisk lub rodzaju pracy. W uzasadnieniu projektu mowa jest o poradniku oraz pliku w formacie Excel pozwalającym na dokonanie takiej oceny. Zdaniem Minister Majewskiej te potencjalnie przydatne rozwiązania nie są jednak wystarczające. Dlatego Rzecznik MŚP postuluje, by uzupełnić je o zobowiązanie wskazanego ministra do udzielenia wyjaśnień dotyczących przestrzegania przepisów projektowanej ustawy w celu zapewnienia jej jednolitego i przewidywalnego stosowania. Wzorem dla takiego postępowania mogłaby być instytucja objaśnień prawnych, o których mowa w ustawie Prawo przedsiębiorców.

Szereg wątpliwości wzbudza art. 7, który dotyczy obowiązków pracodawcy związanych z zasadami określania kryteriów ustalania wynagrodzeń pracowników, poziomów wynagrodzeń i ich wzrostu. Literalna lektura treści artykułu prowadzi do wniosku, że omawiana regulacja nakłada więcej obowiązków dla pracodawców zatrudniających mniej niż 50 pracowników. Niezależnie od koniecznych w tym względzie korekt Minister Majewska zauważa, że Dyrektywa uprawnia państwa członkowskie do pełnego zwolnienia pracodawców zatrudniających mniej niż 50 pracowników z obowiązku informowania ich o szczegółowych kryteriach progresji wynagrodzeń w firmie, a takiego zwolnienia nie przewiduje omawiany projekt ustawy. W opinii Rzecznika MŚP byłoby to optymalne rozwiązanie.

Bardziej restrykcyjne niż przewiduje to Dyrektywa są też przepisy art. 8 i art. 9, dotyczących udzielania przez pracodawcę informacji co do polityki wynagrodzeń.

Projektowana ustawa zobowiązuje ponadto pracodawców zatrudniających co najmniej 100 pracowników do przekazywania cyklicznych sprawozdań z luki płacowej w danej firmie. Przepis art. 17, w którym mowa o przekazywaniu przez pracodawców w postaci elektronicznej „dodatkowych informacji wskazanych przez organ monitorujący”, nakłada natomiast na przedsiębiorców obowiązki, których treść i zakres nie zostały precyzyjnie określone, co rodzi ryzyko pojawienia się sporów interpretacyjnych.

Minister Majewska dostrzega przykłady nadmiernie rygorystycznych w porównaniu z brzmieniem Dyrektywy rozwiązań również w artykułach 22 i 24, określających krótkie terminy na udzielanie przez pracodawców żądanych informacji i wyjaśnień, które – jak wskazuje projektowana ustawa – mogą niekiedy być „szczegółowe” i „dodatkowe” w porównaniu do przekazanych wcześniej danych.

Rzecznik MŚP dodatkowo kwestionuje wysokość kar grzywny za naruszenie przepisów ustawy. Przekraczają one bowiem wysokość kar za wykroczenia przeciw prawom pracownika przewidzianą przez Kodeks pracy. Budzi to tym większe wątpliwości, że luka płacowa ze względu na płeć jest w Polsce istotnie mniejsza niż średnia unijna (odpowiednio 7,8% i 12% w roku 2023).

Kurs dolara próbuje przełamać kolejne poziomy. USD/PLN testuje 3,61

Na rynku forex eurodolar zszedł do 1,167 USD, co oznacza, że kursem głównej pary walutowej świata wciąż kręci dolar. W kalendarzu makroekonomicznym pojawiło się kilka ciekawych figur. Mimo pozytywnego zaskoczenia w niemieckim przemyśle, euro nie znajduje drogi do wyjścia powyżej tytułowego poziomu. W tle niskie poziomy inflacyjne w Szwecji i Szwajcarii. 

Ryzyko wspiera dolara

Wczorajsze dane ze Stanów Zjednoczonych były mieszane. Raport ADP, mówiący o zmianie zatrudnienia w USA w sektorze prywatnym (poza rolnictwem), wskazał zwyżkę o 41 tys. Rezultat dobry, jednak wzrost okazał się płytszy od oczekiwanych 48 tys. Pozytywnie zaskoczył raport ISM, który pozostał w strefie rozwoju (powyżej 50 pkt.). Wczorajsza publikacja to skok z 52,6 pkt. do 54,4 pkt., mimo prognozowanej zniżki do 52,3 pkt. Ostatnią i zarazem najbardziej rozczarowującą publikacją środy okazały się tzw. JOLTS-y, czyli liczba wakatów za listopad. Wskaźnik, wbrew wzrostowym oczekiwaniom (7,6 mln), spadł z 7,449 mln do 7,146 mln. Dziś natomiast spadła liczba planowanych zwolnień z 71,32 tys. do 35,55 tys. Mimo mieszanych danych ze Stanów i znacznego wzrostu zamówień w niemieckim przemyśle (10,5% r/r i 5,6% m/m), w czwartek dolar wciąż dominuje na forex. Kurs EUR/USD po godzinie 14:00 to 1,167 USD, a notowania USD/PLN o poranku próbowały przełamać 3,61 PLN. Siła „zielonego” związana jest więc z rosnącym ryzykiem geopolitycznym. Pogarszająca się sytuacja i rosnąca niepewność skłania inwestorów do ucieczki w kierunku bezpiecznej przystani, jaką jest USD.

Inflacja niestraszna Szwedom

Wczoraj pisałem o spadku inflacji w Czechach i Australii. Dziś poznaliśmy ciekawe dane ze Szwecji. Okazuje się, że tempo wzrostu cen konsumenckich w ujęciu rocznym pozostało przy 0,3%, mimo że rynek spodziewał się wzrostu do 0,5% r/r. Zaskoczyła także inflacja bazowa (liczona bez cen żywności i energii). Wskaźnik miał podskoczyć z 2,4% r/r do 2,6% r/r, a spadł do 2,3% r/r. Dane niższe od prognozowanych ciążą dziś koronie szwedzkiej, która traci. Kurs SEK/PLN o godzinie 14:00 znajduje się przy poziomie 0,391 PLN. Oznacza to osłabienie względem złotego o 0,3% podczas czwartkowej sesji. Podobną skalę strat SEK odnotowuje względem euro czy silnego dziś dolara.

Helweci również nie boją się dynamiki cen

Tempo wzrostu cen w Szwajcarii jest praktycznie znikome. Dzisiejszy odczyt w ujęciu rocznym wskazał prognozowane 0,1% za grudzień. Dodajmy, że w 2025 roku najwyższym odczytem było 0,4% r/r (za styczeń), a poza „zerowym” kwietniem i listopadem, przydarzył się nawet jeden spadek. Deflację na poziomie -0,1% odnotowano za maj 2025. W ujęciu miesięcznym, po czterech ujemnych publikacjach, wróciliśmy na okrągłe 0%. Jest to o 0,1 punktu procentowego wyżej niż konsensus zakładający delikatny spadek. O tak niskich wynikach, przy zerowych stopach procentowych utrzymywanych przez całą drugą połowę ubiegłego roku, może pomarzyć niejedna gospodarka zmagająca się z uporczywym wzrostem cen. Dzisiejsze publikacje bliskie prognozom nie wpłynęły znacząco na franka. Kurs CHF/PLN od wczoraj oscyluje wokół 4,52 PLN.