Banki, BLIK i firmy pożyczkowe na celowniku hakerów

Polskie instytucje finansowe znalazły się w epicentrum globalnej fali cyberataków. W ostatnich tygodniach celem hakerów stały się firmy pożyczkowe, systemy płatności BLIK oraz największe banki. W Polsce tygodniowo mamy do czynienie z 1850 atakami na instytucje finansowe – potwierdza firma Check Point Software Technologies.

Nasze poufne dane mogą stać się cenną zdobyczą dla cyberprzestępców, ostrzega Minister Cyfryzacji. Alarm podnoszą również eksperci z firmy Check Point Software Technologies, według których polski system finansowy jest obecnie jednym z najbardziej zagrożonych w Europie.

30% wzrost liczby ataków. Polska powyżej światowej średniej

Jak wynika z analizy Check Point Security Report 2025, w 2024 roku liczba cyberataków na sektor finansowy wzrosła globalnie o 30%, osiągając średnio 1 510 ataków tygodniowo. Polska znacząco przekracza ten poziom – 1 850 ataków tygodniowo kierowanych jest wyłącznie w instytucje finansowe.

„Sektor finansowy stanowi kręgosłup światowej gospodarki, co czyni go jednym z najbardziej narażonych na ataki cybernetyczne. W miarę jak bankowość internetowa, transakcje mobilne i innowacje fintechowe się rozwijają, zagrożenia również ewoluują. Cyberprzestępcy nieustannie wykorzystują luki w aplikacjach finansowych, dlatego silne środki bezpieczeństwa są niezbędne do ochrony danych klientów” – podkreśla Wojciech Głażewski, dyrektor zarządzający Check Point Software Technologies w Polsce.

Z raportu ENISA Threat Landscape in Finance Sector wynika, że sektor finansowy w Europie odnotował 488 publicznie zgłoszonych incydentów cybernetycznych. Najczęściej atakowane są banki (46% wszystkich przypadków), ale na celowniku znajdują się również publiczne instytucje finansowe i indywidualni klienci.

Najpoważniejsze zagrożenia to m.in. ataki DDoS, wycieki danych, ransomware, inżynieria społeczna, oszustwa internetowe oraz ataki na łańcuch dostaw. Wiele z nich ma swoje źródła w konfliktach geopolitycznych, które napędzają aktywność grup hakerskich w Europie Środkowo-Wschodniej.

Sektor finansowy stoi dziś na granicy dwóch światów – innowacji i bezpieczeństwa. W 2024 roku wydatki związane z sztuczną inteligencją (AI) w finansach wzrosły o 30,7% rok do roku, osiągając wartość ponad 1,4 miliarda USD. Automatyzacja, analiza danych w czasie rzeczywistym czy generatywne modele AI stają się nowym standardem, ale również nowym wektorem zagrożeń.

Zrozumienie, jak instytucje finansowe mogą balansować między potrzebą innowacji a ochroną swoich operacji poprzez solidne środki bezpieczeństwa i strategie zarządzania ryzykiem AI, będzie jednym z najważniejszych wyzwań najbliższych lat” – podkreślają analitycy Check Point.

1/5 wszystkich cyberataków na świecie dotyczy finansów

Według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w ciągu ostatnich dwóch dekad organizacje finansowe padły ofiarą ponad 20 000 cyberataków, które przyniosły straty przekraczające 12 miliardów USD. Sektor finansowy odpowiada dziś za około 20% wszystkich cyberataków na świecie.

Straty mają jednak nie tylko wymiar finansowy – obejmują również utratę reputacji, zaufania klientów oraz koszty wzmocnienia zabezpieczeń. W Polsce, według Ministerstwa Cyfryzacji, liczba incydentów cybernetycznych w 2024 roku przekroczyła 1 000 ataków tygodniowo w skali kraju, a w sektorach strategicznych – ponad 2 000.

Eksperci wskazują, że cyberatak nie zawsze musi oznaczać spektakularne przejęcie systemu. Coraz częściej mamy do czynienia z cichymi kampaniami phishingu, smishingu czy vishingu, które wykorzystują zaufanie użytkowników. Równocześnie nasilają się działania związane z ransomware, blokującym dostęp do danych w zamian za okup.

Rosnąca liczba incydentów pokazuje, że polskie instytucje finansowe muszą nie tylko inwestować w technologie, ale też w edukację pracowników i świadomość klientów. Hakerzy działają coraz szybciej, a cyberbezpieczeństwo staje się kluczowym filarem stabilności gospodarki. „Sektor finansowy stoi dziś przed wyzwaniem utrzymania równowagi między innowacją a bezpieczeństwem. To nie jest już kwestia czy dojdzie do ataku, ale kiedy” – podsumowuje Wojciech Głażewski z Check Point.

Dyrektywa NIS2 wchodzi w życie, ale świadomość firm wciąż zaskakująco niska

20 października Minister Cyfryzacji Krzysztof Gawkowski ogłosił, że projekt ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa został przekazany pod obrady rządu[1], a 21 października rząd przyjął projekt nowelizacji[2]. Jak pokazują dane z najnowszego raportu „Cyberportret polskiego biznesu 2025” dyskusja wokół systemowego zapobiegania cyberzagrożeniom, na które narażone są polskie firmy nie może już dłużej czekać. Świadomość regulacji związanych z tym obszarem jest zdecydowanie zbyt niska. Aż 36% ekspertów do spraw cyberbezpieczeństwa nie wie, czy firma, w której pracują jest objęta unijną dyrektywą NIS2. Ustawa o KSC ma być jej implementacją.

Najważniejsze dane:

  • 36% specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa nie wie, czy ich firma jest objęta unijną dyrektywą NIS2
  • 53% firm, w związku z NIS2, zaktualizowało polityki cyberbezpieczeństwa
  • 35% organizacji do tej pory zatrudniło dodatkowych ekspertów ds. cyberbezpieczeństwa

O co chodzi z NIS2 i KSC?

NIS2 stanowi jeden z kluczowych elementów unijnej strategii wzmacniania odporności cyfrowej. Jej celem jest podniesienie minimalnych standardów bezpieczeństwa wśród firm zajmujących się kluczowymi usługami oraz dostawców usług cyfrowych w całej Unii Europejskiej. Firmy, które zgodnie z nowymi przepisami zostały uznane za „kluczowe” i „ważne” muszą wdrożyć odpowiednie polityki i procedury, w tym obowiązkowe raportowanie poważnych incydentów cyberbezpieczeństwa w ściśle określonych terminach. Dyrektywa nakłada większą odpowiedzialność na kadrę zarządzającą, wymagając od niej zatwierdzania polityk bezpieczeństwa i nadzoru nad ich wdrażaniem, a także wprowadza obowiązkowe szkolenia z cyberbezpieczeństwa dla zarządów.

Dyrektywa NIS2 zobowiązała wszystkie państwa członkowskie UE do uchwalenia krajowych przepisów wykonawczych do 17 października 2024 roku. W Polsce projekt ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa, odpowiadający na to zobowiązanie, zgodnie ze słowami min. Gawkowskiego, został przedstawiony rządowi 20 października 2025 roku. Przepisy są konieczne, czego dowodem są cyberataki wymierzone w Polskę.

Z danych ESET wynika, że Polska była w pierwszej połowie 2025 roku najczęściej atakowanym przez ransomware państwem na świecie, odpowiadając za 6% wszystkich globalnych incydentów i wyprzedzając nawet Stany Zjednoczone.

Czy firmy wiedzą o NIS2?

Najistotniejszym wyzwaniem zawiązanym z cyberbezpieczeństwem, które stanie niebawem przed polskimi firmami będzie określenie czy mieszczą się w katalogu organizacji „kluczowych” lub „ważnych”. Jak pokazują dane z najnowszego raportu ESET i DAGMA Bezpieczeństwo IT nie jest to proste zadanie nawet dla osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo IT.. Aż 36% ekspertów ds. cyberbezpieczęństwa nie ma pewności, czy ich firma podlega nowym regulacjom, co może przynieść szereg problemów. Dodatkową trudnością jest tu również kwestia łańcucha dostaw. Wiele organizacji, które nie będą spełniały określonych standardów cyberbezpieczeńtwa może zostać „wykluczonych” z rynku.

– Firmy współpracujące z podmiotami objętymi NIS2 również będą musiały zadbać o bezpieczeństwo, jeśli chcą zachować kontrakty. Innymi słowy: nawet jeśli regulacja nas nie obejmie wprost, rynek i tak może wymagać od nas spełnienia jej zapisów – mówi Piotr Piasecki, Cybersecurity services consultant, DAGMA Bezpieczeństwo IT.

Wysoki poziom niepewności może świadczyć o trudnościach firm w ocenie ryzyk regulacyjnych oraz o niewystarczającej współpracy między działami prawnymi, compliance i IT. Sytuację dodatkowo komplikuje skomplikowane prawo, brak jednoznacznych interpretacji branżowych oraz niski poziom dojrzałości regulacyjnej – zwłaszcza w sektorze MŚP. Taka luka informacyjna może prowadzić do opóźnień we wdrażaniu wymaganych działań i zwiększa ryzyko nałożenia sankcji.

Firmy wahają się i działają

Pomimo znaczącej niepewności wśród osób odpowiedzialnych za cyberbezpieczeństwo , wiele firm wdraża już zmiany, które wynikają bezpośrednio z dyrektywy NIS2. Najczęściej podejmowanym działaniem w organizacjach, które mają świadomość podlegania dyrektywie, jest aktualizacja polityki cyberbezpieczeństwa, którą przeprowadziło  53% organizacji, a kolejne 34% planuje to zrobić. Równolegle 51% firm zorganizowało dodatkowe szkolenia dla pracowników, a 38% ma je w planach. Polityki i edukacja to dwa kluczowe obszary dostosowania się do nowych przepisów i właśnie w tych działaniach widać największe tempo zmian.

Wśród działań wymagających większych nakładów finansowych lub zaawansowanych procesów, takich jak wdrażanie nowych narzędzi ochrony czy zwiększanie budżetu na bezpieczeństwo IT, również widać wyraźny postęp. 43% firm zrealizowało te inicjatywy, a kolejne 40–46% jest w trakcie przygotowań. Podobnie wygląda sytuacja z audytami i testami penetracyjnymi. Przeprowadziło je 42% organizacji, a tyle samo planuje je wdrożyć w najbliższym czasie. Na tle ogółu badanych firm to zdecydowanie lepszy wynik, ponieważ po testowanie odporności na cyberzagrożenia sięga tylko 25% przedsiębiorstw w Polsce.

Największe wyzwanie – nowe kadry

Największym wyzwaniem dla wielu organizacji okazują się kwestie kadrowe, a konkretnie pozyskanie odpowiednich specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa. Jak wynika z danych, jedynie 35% firm do tej pory zatrudniło dodatkowych ekspertów w tym obszarze, a 43% deklaruje, że planuje taki krok w najbliższym czasie. To oznacza, że dla dużej części rynku budowa odpowiednich kompetencji w zespole nadal pozostaje w fazie planowania. Co istotne, aż 19% firm nie przewiduje żadnych działań związanych z zatrudnieniem nowych specjalistów. Może to świadczyć o poważnych barierach, zarówno związanych z ograniczoną dostępnością wykwalifikowanych kandydatów, jak i z trudnościami budżetowymi, które uniemożliwiają rozszerzenie zespołów IT.

Problem z zatrudnieniem specjalistów to tylko jeden z elementów większego wyzwania, jakim jest realne przygotowanie organizacji na nowe zagrożenia i wymagania. Samo spełnienie wymogów regulacyjnych to za mało, potrzebne jest strategiczne podejście do bezpieczeństwa.

– Warto spojrzeć na NIS2 szerzej niż tylko przez pryzmat regulacyjnego „muszę”. Nawet jeśli dana firma nie znajdzie się wprost na liście podmiotów objętych dyrektywą, to wymagania te świetnie nadają się jako fundament Systemu Zarządzania Bezpieczeństwem. To nie „zło konieczne”, ale zestaw dobrych praktyk, które realnie podnoszą poziom ochrony biznesu. Ostatecznie warto zadać sobie pytanie: czy bardziej opłaca się zastanawiać, czy „załapiemy się” pod NIS2, czy raczej skupić się na tym, by po prostu być bezpiecznym? Bo w świecie cyberataków konsekwencje braku przygotowania mogą być dużo dotkliwsze niż sama regulacja – dodaje Piotr Piasecki.

O raporcie

„Cyberportret polskiego biznesu 2025”, przygotowany przez ESET i DAGMA Bezpieczeństwo IT, przedstawia aktualny obraz cyberbezpieczeństwa w polskich firmach. To kontynuacja badania zapoczątkowanego w 2024 roku, które ma na celu uchwycenie zmian w podejściu polskich przedsiębiorstw do zagrożeń cyfrowych, a także oceny ich gotowości na coraz bardziej złożone wyzwania technologiczne i geopolityczne. Raport zestawia ze sobą perspektywy pracowników i osób odpowiedzialnych za cyberbezpieczeństwo firm.

Z danych wynika, że przedsiębiorstwa mierzą się z coraz bardziej złożonymi zagrożeniami, a luka między deklarowaną wiedzą a realnymi działaniami wciąż jest niepokojąco szeroka. Autorzy raportu analizują nie tylko skalę ataków i poziom zabezpieczeń, ale także świadomość pracowników, skuteczność szkoleń i gotowość organizacji do wdrażania nowych standardów w dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości.

[1] https://cyberdefence24.pl/cyberbezpieczenstwo/ustawa-o-ksc-w-pracach-rzadu-bede-namawial-prezydenta

[2] https://cyberdefence24.pl/polityka-i-prawo/rzad-przyjal-projekt-nowelizacji-ustawy-o-krajowym-systemie-cyberbezpieczenstwa

Optymizm na giełdach, USD wciąż na fali. Rynek czeka na RPP

Całkiem niezłe dane ze strefy euro podbiły dziś i tak dobre nastroje na europejskich giełdach, ale nie wspomogły euro. Kurs EUR/USD pozostaje pod wpływem dolara i zerka coraz niżej. W tym niezbyt korzystnym układzie dla PLN, który dodatkowo czeka na środową decyzję RPP, zachowuje się on całkiem przyzwoicie na otwarciu miesiąca.

PMI w dobrym kierunku

Biznesy w UE zdają się być odporniejsze na nowy układ światowego handlu (czyli głównie amerykańskie cła) niż mogło się wydawać w początkach globalnych napięć na tym polu. Koszyk europejskich spółek (stworzony przez Goldman Sachs), w teorii najbardziej narażonych na efekt nowych ceł, zalicza szybszy wzrost niż szeroki indeks Stoxx Europe 600. Za kolejne potwierdzenie tezy o niezłej kondycji unijnych przedsiębiorstw można uznać dzisiejsze finalne przemysłowe PMI ze Starego Kontynentu. Co prawda pułap 50 pkt, powyżej którego można mówić o rozwoju branży, został przekroczony tylko w Hiszpanii (52,1 pkt), ale prawie wszędzie zobaczyliśmy przynajmniej utrzymanie wyników, o ile nie poprawę w porównaniu do poprzednich publikacji. Dodatkowo większość rezultatów pobiła rynkowe oczekiwania. Najgorzej wśród największych gospodarek unijnych wypadła Francja, która pokazała 48,8 pkt. Niemcy potwierdzili wstępny wynik na poziomie 49,6 pkt. Włosi byli blisko przejścia na dobrą stronę mocy z rezultatem 49,9 pkt. Ostatecznie przełożyło się to na równe 50 pkt dla całej strefy euro. Na tym tle średnio wypada Polska ze swoim 48,8 pkt, ale warto podkreślić, że był to już czwarty miesiąc wzrostowy z rzędu dla tego wskaźnika. Przy licznych problemach, z którymi musi się zmagać europejski przemysł, jego sytuacja wcale nie wygląda źle, a perspektywy ulegają poprawie. Można taki układ przyjąć za dobrą monetę dla europejskich aktywów. Już dziś o godz. 16 poznamy odczyty amerykańskiego odpowiednika PMI w postaci ISM dla przemysłu. Przy braku oficjalnych federalnych danych (z powodu zamknięcia rządu) znaczenie tej publikacji rośnie.

Byki i USD w natarciu

Za dobrą monetę dane z UE przyjęły europejskie indeksy giełdowe, chociaż pozytywny sentyment przywędrował już z Azji. Co prawda bez świętujących dziś Japończyków, ale już Hongkong (+1%) czy Szanghaj (+0,5%) pokazały, że to może być dobre wejście w nowy miesiąc. Na Starym Kontynencie wczesnym popołudniem świetnie radzi sobie Frankfurt (+1.2%), ale nawet najsłabsze parkiety w postaci Amsterdamu i Paryża notują przyzwoite zwyżki po 0,3%. Za rynkami bazowymi podąża Warszawa, gdzie WIG20 zyskuje 0,6%.

Europejski optymizm nie przelewa się jednak na wspólną walutę, a z pewnością nie zauważymy tego na eurodolarze. Kurs EUR/USD po wybiciu w piątek istotnego wsparcia przy 1,155 $, które było dolnym ograniczeniem kilkumiesięcznej konsolidacji, w poniedziałek kontynuuje ruch spadkowy. Główna para globu coraz śmielej zerka w kierunku okrągłego 1,15 $. Jeżeli umocnienie USD nie zostanie w miarę szybko zanegowane, to można spodziewać się dalszego zejścia w kierunku 1,14 $. Aprecjacja dolara jest w głównej mierze związana z przekazem szefa Fed, który postawił pod sporym znakiem zapytania zdyskontowaną już przez rynek grudniową obniżkę stóp procentowych. Inwestorzy starają się dopasować do nowego etapu rozgrywki, co kieruje kapitał w stronę „zielonego”. Taki układ szerokiego rynku to zazwyczaj negatywna informacja dla złotego, którego dodatkowo w tym tygodniu może obciążać możliwe cięcie kosztu pieniądza przez RPP (decyzja w środę). Mimo wszystko w takim otoczeniu polski złoty nie wygląda źle na otwarciu tygodnia. Kurs euro utrzymuje się stabilnie lekko powyżej 4,25 zł. Kurs dolara lekko zwyżkuje, ale jeszcze nieszczególnie stara się testować 3,70 zł. CHF oddaje dziś pola w związku z niskim odczytem inflacyjnym w Szwajcarii i tym sposobem kurs franka wrócił poniżej 4,58 zł. Po kilku mocniejszych dniach dla GBP widać uspokojenie i kurs funta oscyluje wokół 4,85 zł.

Projekt RAVEN: Polska rozpoczyna szczegółowy projekt statku kosmicznego do misji serwisowych i inspekcyjnych

Konsorcjum polskiego statku kosmicznego (ang. In-Space Transportation Vehicle, ISTV) RAVEN poinformowało o rozpoczęciu fazy B1, czyli szczegółowej definicji pierwszej misji demonstracyjnej i tworzenia wstępnego projektu statku. RAVEN docelowo umożliwi wykonywanie manewrów zbliżeniowych i przechwytujących oraz transportu i operacji serwisowych satelitów.

Pierwsza misja demonstracyjna skupi się na walidacji technologii koniecznych do zrealizowania kolejnych faz operacji zbliżeniowych takich jak zmiany orbity, manewry fazujące, operacje w bliskiej odległości i kontrolowana deorbitacja. RAVEN DEMO I, planowana na rok 2029, będzie również kompleksową demonstracją możliwości RAVEN sluzacych przyszlym zastosowaniom takim jak inspekcja satelity-klienta i rozpoznanie satelity-celu w celach bezpieczenstwa. Będzie to istotne wydarzenie zmierzające do umocnienia pozycji Polski w sektorze europejskich technologii wielozadaniowych statków kosmicznych oraz zwiększenia bezpieczeństwa i niezależności krajowych i europejskich zasobów kosmicznych.

Z perspektywy polskiego sektora kosmicznego, RAVEN będzie wyjątkową okazją do uzyskania pozycji lidera w dziedzinie technologii RPO (ang. Rendezvous and Proximity Operations), transportu w kosmosie, inspekcji i rozpoznania orbitalnego w Europie i wzmocnienia suwerenności technologicznej i ochrony własnych aktywów kosmicznych.

„To ogromne osiągnięcie dla PIAP Space i jednocześnie jasny kierunek rozwoju firmy. Skoro ESA doceniła nas w tym obszarze, liczę, że w kolejnych krokach będziemy mogli skutecznie konkurować z największymi europejskimi graczami – dostarczając technologie, które realnie wzmacniają bezpieczeństwo i suwerenność europejskiej infrastruktury na orbicie.”- podkreśla Anna Nikodym-Bilska, Dyrektor Rozwoju Biznesu w PIAP Space.W skład konsorcjum tworzącego program RAVEN wchodzą czołowe polskie podmioty sektora kosmicznego i instytuty badawcze oraz regionalni partnerzy:

Warszawska Spółka PIAP Space jest liderem konsorcjum; Creotech Instruments S.A. stworzy platformę statku, Łukasiewicz – Instytut Lotnictwa – odpowiedzialny będzie za napęd statku; Wojskowa Akademia Techniczna (WAT) – zadba o segment naziemny, czyli łączność i zarządzanie misją, AROBS Polska skonstruuje komputer pokładowy; GMV Polska – przygotuje system nawigacji i kontroli statku (GNC); Space Avengers zapewni komunikację między-satelitarną; a Zaitra monitorować będzie holistycznie kondycję statku.

„RAVEN to przełomowy projekt dla polskiego sektora kosmicznego – pierwszy zintegrowany krok w kierunku autonomicznych operacji logistycznych i transportowych, a także ochrony satelitów na orbicie. To także modelowy przykład szerokiej współpracy między instytucjami i firmami, pokazujący, że polskie podmioty potrafią samodzielnie i wspólnie tworzyć zaawansowane, niezależne technologie kosmiczne” – mówi Mateusz Krawczak, Kierownik Projektu w PIAP Space.

Projekt RAVEN realizowany jest przy współpracy z szerokim gronem instytucji i firm wspierających, w tym: Europejska Agencja Kosmiczna, Polska Agencja Kosmiczna POLSA Ministerstwo Rozwoju i Technologii oraz Ministerstwo Obrony Narodowej

Zespół PIAP Space kierujący misją tworzą: Paweł Paśko – Kierownik programu RAVEN i Lider Techniczny, Mateusz Krawczak – Kierownik Projektu, Katarzyna Okulska-Gawlik – Ekspert ds. Zarządzania Projektami, Rafał Baczewski – Inżynier Systemowy oraz Przemysław Brzęczkowski – Ekspert ds. Inżynierii Systemów

Warzywa z miejskich ogródków mogą szkodzić zdrowiu – badania wykazują metale ciężkie i pestycydy

Marchew z działki, sałata z miejskiego ogródka czy truskawki z własnej uprawy – to symbole zdrowej, lokalnej żywności. Jednak najnowsze badania wskazują, że nawet warzywa i owoce pochodzące z upraw prowadzonych w warunkach amatorskich w miejskich ogrodach działkowych mogą kumulować metale ciężkie, pestycydy, a także pozostałości antybiotyków. Eksperci ostrzegają, że w środowisku miejskim produkcja żywności może być obarczona ryzykiem chemicznego zanieczyszczenia, niewidocznym gołym okiem.

Badania przeprowadzone w latach 2022–2023 w 16 warszawskich ogrodach działkowych wykazały obecność metali ciężkich w glebie oraz w uprawianych roślinach. W glebie stwierdzono średnie stężenia kadmu (Cd) na poziomie 0,8 mg/kg oraz ołowiu (Pb) na poziomie 12,0 mg/kg. W warzywach korzeniowych takich jak marchew, pietruszka i burak, stężenia kadmu wynosiły średnio 0,9 mg/kg, a ołowiu 14,5 mg/kg. Warzywa liściaste, takie jak sałata i szpinak, zawierały średnio 1,4 mg/kg kadmu i 11,0 mg/kg ołowiu. Owoce miękkie, takie jak truskawki i pomidory, wykazywały niższe stężenia – 0,2 mg/kg dla kadmu i 0,3 mg/kg dla ołowiu. Jednak metale ciężkie to nie jedyne zagrożenie – w badanych roślinach wykryto również śladowe ilości pestycydów, które mogą kumulować się w organizmie konsumentów.

Pozostałości pestycydów w roślinach

Analiza pozostałości pestycydów w warzywach takich jak marchew, ogórek i pomidor wykazała obecność substancji aktywnych takich jak chloropiryfos, malation i diazinon w stężeniach od 0,02 do 0,05 mg/kg. Choć wartości te mieszczą się w dopuszczalnych normach, ich obecność w roślinach może stanowić zagrożenie dla zdrowia, szczególnie w przypadku długotrwałego spożywania tych produktów.

– Regularne spożywanie warzyw i owoców zawierających pozostałości metali ciężkich i pestycydów może prowadzić do ich kumulacji w organizmie, co zwiększa ryzyko wystąpienia różnych choróbw tym problemów neurologicznych, uszkodzeń nerek, zaburzeń hormonalnych, osłabienia układu odpornościowego, a w długim okresie nawet nowotworów – ostrzega prof. dr hab. inż. Barbara Gworek, Kierownik Zakładu Chemii Środowiska i Oceny Ryzyka w IOŚ-PIB, inicjatorka i współautorka badań.

Jakie pestycydy wykrywano w polskich warzywach?

Na podstawie dostępnych raportów i badań wskazanie konkretnej, aktualnej listy najczęściej występujących substancji czynnych pestycydów oddzielnie dla marchwi, ogórków i pomidorów w Polsce jest trudne. Oficjalne raporty (np. Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH – PIB) często agregują dane dla wszystkich warzyw lub koncentrują się na przypadkach przekroczeń norm (NDP – Najwyższy Dopuszczalny Poziom Pozostałości).

Można jednak wskazać substancje, które były wykrywane w badaniach dotyczących polskich warzyw:

Substancje wykrywane w badaniach:

  • Marchew (i inne warzywa korzeniowe):
    • Linuron – wykrywany w krajowych warzywach korzeniowych, w tym w marchwi, w raportach NIZP PZH.
    • W starszych badaniach (2008–2011) w marchwi wykrywano również diazinon oraz trifluralinę.
  • Ogórki i pomidory:
    • Starsze badania (2008–2011) wskazywały na obecność dimetoatu w ogórkach oraz procymidonu w pomidorach.

Substancje często wykrywane ogólnie w warzywach w Polsce:

Wiele z poniższych substancji jest już wycofanych z użycia w Unii Europejskiej, jak np. chlorpiryfos, dimetoat czy tiofanat metylowy. Mogły one jednak pojawiać się w próbkach w poprzednich latach – jako pozostałości, efekt nielegalnego stosowania lub w produktach importowanych.

  • Chlorpiryfos – przez lata jedna z substancji, których pozostałości najczęściej prowadziły do przekroczeń norm NDP w owocach i warzywach na polskim rynku.
  • Fungicydy (środki grzybobójcze):
    • Ditiokarbaminiany (np. wycofany mankozeb) – często wykrywane w przeszłości.
    • Kaptan (Captan) – również wskazywany w starszych badaniach jako często obecny.
  • Tiofanat metylowy (i jego metabolit karbendazym) – substancje te były wykrywane w badaniach w Polsce.

Według raportów NIZP PZH (np. za 2021 r.), ponad 90% próbek żywności dostępnej w Polsce nie zawierało pozostałości pestycydów lub zawierało je na poziomie nieprzekraczającym obowiązujących norm.

Antybiotyki w nawozach naturalnych

Badania nad obecnością antybiotyków w nawozach naturalnych, takich jak gnojowica bydlęca stosowana w rolnictwie ekologicznym, wykazały obecność substancji takich jak tetracyklina, oksytetracyklina i chlorotetracyklina w stężeniach od 0,005 do 0,02 mg/kg. Choć wartości te nie stwarzają obecnie istotnego zagrożenia dla gleby ani wód gruntowych, ich długotrwała obecność może prowadzić do kumulacji w ekosystemie i wpływać na zdrowie ludzi poprzez łańcuch pokarmowy. Antybiotyki w środowisku mogą również przyczyniać się do rozwoju oporności bakterii na te substancje, co stanowi poważne zagrożenie dla zdrowia publicznego.

Wnioski i rekomendacje

Wyniki badań wskazują, że warzywa i owoce uprawiane w miejskich ogródkach działkowych w Warszawie mogą być źródłem metali ciężkich, pozostałości pestycydów oraz antybiotyków, które w długim okresie mogą wpływać na zdrowie konsumentów. Choć badania były prowadzone w stolicy, problem ten ma charakter ogólnopolski – podobne zagrożenia mogą występować w innych miastach, gdzie miejskie ogródki działkowe znajdują się w pobliżu ruchliwych ulic, terenów przemysłowych czy intensywnie użytkowanych obszarów zielonych.

Aby zminimalizować ryzyko związane z konsumpcją tych produktów, zaleca się dokładne mycie i obieranie warzyw i owoców przed spożyciem, stosowanie nawozów organicznych z kontrolowanych źródeł, unikanie stosowania pestycydów w uprawach domowych, regularne monitorowanie jakości gleby i roślin w miejskich ogródkach działkowych oraz edukację mieszkańców na temat bezpiecznych praktyk uprawowych i konsumpcyjnych.

– Rolnicy i ogrodnicy powinni znać zasady bezpiecznego stosowania środków ochrony roślin i ich przestrzegać, aby minimalizować ryzyko akumulacji metali ciężkich i pestycydów w uprawach. Konsumenci z kolei powinni stosować praktyki ograniczające ekspozycję na te substancje, takie jak dokładne mycie i obieranie warzyw, gotowanie lub blanszowanie, które według literatury może zmniejszyć zawartość pestycydów nawet o 30–50%. Tylko w ten sposób możemy zapewnić, że warzywa i owoce z miejskich ogródków będą zdrowym i bezpiecznym źródłem żywności – podkreśla prof. dr hab. inż. Barbara Gworek z IOŚ-PIB.

Tylko poprzez świadome i odpowiedzialne podejście do miejskich upraw roślin jadalnych oraz racjonalne korzystanie z ich plonów można zapewnić, by żywność pochodząca z ogrodów działkowych i przydomowych rzeczywiście wspierała zdrowie mieszkańców, nie niosąc ryzyka środowiskowego ani zdrowotnego.

KSeF: 4 podręczniki MF, nowe pojęcia i brak jasności. Firmy i księgowi alarmują o chaosie

Im bliżej wejścia w życie Krajowego Systemu e-Faktur, tym więcej niejasności pojawia się wśród przedsiębiorców i księgowych. Jak wskazuje raport SaldeoSmart, 30% badanych firm w Polsce nie jest jeszcze gotowych na ten obowiązek. Ministerstwo Finansów opublikowało cztery podręczniki, które miały pomóc w dostosowaniu się do nowych przepisów. Jednak materiały resortu zamiast rozwiać wszelkie wątpliwości, mnożą kolejne.

Już od kilku tygodni można korzystać z podręczników Ministerstwa Finansów, które stanowią kompendium wiedzy o Krajowym Systemie e-Fak0tur. Jak wskazuje Agnieszka Ligocka, ekspertka SaldeoSMART, to pierwszy tak klarowny, napisany przystępnym językiem materiał, wzbogacony o przykłady obrazujące zasady nadawania uprawnień, wystawiania i odbierania faktur w systemie. Jednocześnie wraz z publikacją tych materiałów w obiegu pojawiły się pojęcia i rozwiązania, które nie zostały wprost zdefiniowane w ustawie o VAT ani w rozporządzeniach wykonawczych dotyczących KSeF, co w praktyce rodzi dodatkowe pytania interpretacyjne.

Dowód handlowy bez skutków prawnych

Jednym z nowych pojęć, które pojawiło się w materiałach Ministerstwa Finansów, jest tzw. „potwierdzenie transakcji”. Zgodnie z wyjaśnieniami resortu, jest to dokument, który sprzedawca może przekazać nabywcy w sytuacji, gdy faktura nie została jeszcze przesłana do KSeF, a tym samym nie uzyskała numeru identyfikującego w systemie. W praktyce pełni on funkcję tymczasowego dowodu handlowego, potwierdzającego, że sprzedaż została dokonana i faktura zostanie wystawiona w systemie.

Dokument może zawierać dane stron transakcji, numer faktury nadany przez wystawcę, datę wystawienia, kwotę należności ogółem oraz – zgodnie z rekomendacjami MF – kody QR umożliwiające późniejsze powiązanie go z fakturą w KSeF.

– Potwierdzenie transakcji będzie wizualnie przypominać fakturę – zawiera zbliżony układ danych i będzie mieć kody QR – ale nie wywołuje skutków podatkowych. Nie stanowi podstawy do ujęcia w ewidencji VAT, nie daje prawa do odliczenia podatku i nie wymaga archiwizowania. To jedynie dowód handlowy o charakterze informacyjnym, który ma potwierdzać, że transakcja została zrealizowana i faktura zostanie przesłana do systemu. Wystawienie go przez wystawcę jest dobrowolne – wyjaśnia Agnieszka Ligocka, ekspertka SaldeoSMART i FRAM Finanse.

Kiedy może być przydatne?

Potwierdzenie transakcji może okazać się pomocne w wielu codziennych sytuacjach. W praktyce mogą wystąpić sytuacje, że sprzedawca będzie chciał przekazać nabywcy informację o sprzedaży jeszcze przed przesłaniem faktury do KSeF – zwłaszcza gdy proces fakturowania jest opóźniony z przyczyn technicznych lub organizacyjnych. Takie rozwiązanie może być użyteczne m.in. w sprzedaży terenowej, przy transakcjach z konsumentami, w dostawach międzynarodowych czy w sytuacjach, gdy przedsiębiorca musi potwierdzić zawarcie umowy handlowej przed wystawieniem faktury w systemie.

Jak wskazuje ekspertka SaldeoSMART, dokument ten może również mieć znaczenie w razie problemów technicznych – na przykład braku uwierzytelnienia, aktywnego certyfikatu lub tokenu, który umożliwia dostęp do KSeF, przerw w dostępie do Internetu lub chwilowej niedostępności systemu. W takich sytuacjach potwierdzenie transakcji umożliwia utrzymanie ciągłości obiegu dokumentów handlowych do czasu przesłania właściwej faktury do KSeF.

Obowiązek wystawiania faktur w KSeF zacznie obowiązywać 1 lutego 2026 r. dla dużych przedsiębiorstw i 1 kwietnia 2026 r. dla pozostałych podatników. W pierwszych miesiącach wdrażania część firm może dopiero przechodzić proces uwierzytelniania i nadawania uprawnień w systemie. Dla takich podmiotów potwierdzenie transakcji może stanowić praktyczne, tymczasowe rozwiązanie, zanim wszystkie procedury techniczne zaczną działać w pełni sprawnie – podkreśla Agnieszka Ligocka.

W gotowości technologicznej

Pojawienie się nowych pojęć, takich jak potwierdzenie transakcji, pokazuje, że wdrożenie KSeF wymaga od firm nie tylko zrozumienia przepisów, ale też gotowości procesowej i technologicznej. Dla księgowych oznacza to konieczność dostosowania obiegu dokumentów, a dla przedsiębiorców upewnienia się, że ich oprogramowanie obsłuży wszystkie wymagania nowego systemu. Przygotowań jest dużo, a firmy chętnie sięgają po szkolenia z zakresu KSeF. Jak podaje raport SaldeoSMART, skorzystało z nich już 43% przedsiębiorstw.

Część przedsiębiorców – zwłaszcza mniejszych – może zakładać, że do działania w zgodności z KSeF wystarczą im darmowe narzędzia udostępniane przez Ministerstwo Finansów, takie jak Aplikacja Podatnika, aplikacja mobilna czy e-Mikrofirma. Z podręczników resortu wynika jednak, że potwierdzenie transakcji to dokument wydawany nabywcy poza KSeF. Może się więc okazać, że to funkcja, która nie będzie mogła być realizowana za pośrednictwem rządowych narzędzi.

Krajowy System e-Faktur zmieni sposób, w jaki firmy myślą o fakturach i rozliczeniach. Dlatego dziś warto inwestować nie tylko w wiedzę, ale też w technologię, która pozwoli działać bez zakłóceń od pierwszego dnia. Ekspertka SaldeoSMART podkreśla, że im wcześniej firmy przetestują integrację swoich systemów z KSeF, tym łatwiej poradzą sobie z nowymi obowiązkami.

„Uchodźca uchodźcy nierówny”: skąd pochodzą różnice w akceptacji społecznej w Polsce?

0

Polacy częściej popierają przyjmowanie uchodźców z Ukrainy niż tych pochodzących z Bliskiego Wschodu i Afryki – wynika z najnowszego raportu „Co wpływa na postrzeganie uchodźców w Polsce”, opracowanego przez Centrum Badań nad Relacjami Społecznymi Uniwersytetu SWPS. Jak wskazują autorzy badania, różnice te są widoczne wśród sympatyków wszystkich ugrupowań politycznych.

Temat migracji i uchodźców w Polsce od lat jest obecny w debacie politycznej. Twórcy raportu „Co wpływa na postrzeganie uchodźców w Polsce” zauważają, że w Polsce pierwsze wykorzystanie tego tematu w narracji polityków związane było z kryzysem migracyjnym w Unii Europejskiej w 2015 roku1. Od tego czasu temat uchodźców regularnie powraca w wypowiedziach i dyskursie publicznym. W połowie 2021 roku Polacy obserwowali kryzys na granicy z Białorusią, a kilka miesięcy później, gdy Rosja zaatakowała Ukrainę, do Polski zaczęli przybywać uchodźcy z Ukrainy.

Z badania przeprowadzonego przez Centrum Badań nad Relacjami Społecznymi Uniwersytetu SWPS w 2024 roku na reprezentatywnej próbie Polek i Polaków (N=1001) wynika, że wyborcy wszystkich partii w Polsce chętniej akceptują przyjmowanie uchodźców z Ukrainy niż z Bliskiego Wschodu i Afryki. Najniższe poparcie dla przyjmowania uchodźców z Ukrainy prezentowali wyborcy Konfederacji, a najwyższe – wyborcy KO oraz Lewicy, nie różniąc się wynikami między sobą2. Twórcy raportu zwracają uwagę, że niższe wyniki poparcia dla przyjmowania uchodźców odnotowano, gdy pytanie odnosiło się do osób pochodzących z Bliskiego Wschodu i Afryki. Wyborcy Prawa i Sprawiedliwości (tj. partii rządzącej w okresie, gdy do Polski zaczęli przybywać uchodźcy z obu obszarów) oraz Konfederacji, podobnie jak wyborcy pozostałych partii, najmniej chętnie przyjmowaliby uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki. Największą otwartość w tym obszarze wykazywali wyborcy Koalicji Obywatelskiej oraz Lewicy3.

Autorzy raportu wskazują, że poglądy polityczne są jednym z kluczowych czynników różnicujących postawy wobec uchodźców. Osoby o prawicowych przekonaniach częściej wykazują dystans wobec obu grup, natomiast wyborcy partii centrowych i lewicowych deklarują większą otwartość i gotowość do pomocy.

Wynik ten jest spójny z wynikami innych badań i raportów, wskazujących, że poglądy polityczne mają znaczenie dla postaw wobec różnych grup społecznych, w tym mniejszości etnicznych, seksualnych oraz migrantów i uchodźców. Zjawisko to nie jest specyficzne dla Polski, lecz odzwierciedla globalne wzorce. – Patryk Kukla z Centrum Badań nad Relacjami Społecznymi Uniwersytetu SWPS, współautor raportu

Dodatkowo, osoby charakteryzujące się wyższym poziomem orientacji na dominację społeczną (SDO, ang. social dominance orientation), czyli silniej ceniące hierarchię społeczną i postrzegające świat jako „dżunglę, w której rywalizuje się o zasoby”, deklarują mniejsze poparcie dla przyjmowania uchodźców z Ukrainy niż osoby o niższym natężeniu tej cechy – zwracają uwagę twórcy raportu. W przypadku uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki niższy poziom akceptacji dla ich przyjmowania w Polsce deklarują zarówno osoby o wyższym poziomie SDO, jak i te cechujące się wyższym poziomem prawicowego autorytaryzmu (RWA, ang. right-wing authoritarianism), który wiąże się z większym przywiązaniem do zasad i autorytetów.

Twórcy raportu zauważają, że w Polsce nastawienie polityków wobec uchodźców było zróżnicowane, zmieniało się w czasie, różniło się między partiami i zależało od pochodzenia samych uchodźców. Inne stanowisko prezentowano wobec uchodźców z Ukrainy, a inne wobec osób przybywających przez granicę polsko-białoruską – głównie z Bliskiego Wschodu i Afryki.

Kultura, bliskość i zaufanie społeczne mają znaczenie

Z raportu wynika, że na różnice w postrzeganiu uchodźców wpływają nie tylko poglądy polityczne, lecz także poczucie kulturowej bliskości. Osoby z Ukrainy są często postrzegane jako kulturowo bliższe Polakom4, pod względem zachowań, języka (języki słowiańskie) i stylu życia. Uchodźcy z Ukrainy przybywający do Polski charakteryzują się również wyższym statusem społecznym niż osoby z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki. Autorzy badania zauważają, że znaczącą różnicą w przypadku nastawienia wobec obu grup uchodźców mogła być również wiedza o przyczynach uchodźstwa. Wojna w Ukrainie jest tematem dobrze znanym i szeroko relacjonowanym w polskich mediach, co sprzyja empatii i zrozumieniu. Konflikty w krajach takich jak Syria, Irak czy Afganistan są natomiast mniej znane Polakom. Dodatkowo, Ukraina jest bezpośrednim sąsiadem Polski, a badania pokazują, że wydarzenia rozgrywające się w bliskiej odległości są postrzegane przez ludzi jako bardziej znaczące5.

– Wyniki raportu sugerują, że kluczowy w postrzeganiu uchodźców jest nie tylko fakt, że mamy do czynienia z uchodźcą, ale także informacja o jego pochodzeniu. Wyższa akceptacja wobec uchodźców z Ukrainy wynika z synergii kilku czynników: bliskości kulturowej, wyższego statusu społecznego, medialnej obecności konfliktu oraz geograficznej bliskości. W przypadku uchodźców z Bliskiego Wschodu te czynniki działają słabiej lub wcale, co skutkuje niższym poziomem akceptacji – zauważa współtwórca raportu.

Badanie pokazuje również, że im bardziej osoba czuła się doceniona, akceptowana, silna i dostrzeżona w społeczeństwie, tym wyższy miała poziom akceptacji uchodźców, przy czym wyniki były dwukrotnie wyższe dla uchodźców z Ukrainy. Twórcy badania pozytywną korelację zaobserwowali także w przypadku poziomu wykształcenia. Natomiast wraz ze wzrostem religijności spadło poparcie dla przyjmowania uchodźców z obu grup. Twórcy raportu wskazują, że zmienne takie jak status społeczny, zadowolenie z życia oraz poczucie kontroli miały pozytywny związek wyłącznie z poparciem dla przyjmowania uchodźców z Ukrainy.

– Fakt, że w ocenie uchodźców z Ukrainy bierze udział więcej zmiennych, jest interesujący, ponieważ może sugerować bardziej złożony obraz tej grupy w polskim społeczeństwie. Większa liczba ukraińskich uchodźców w Polsce oraz ich kulturowa bliskość wobec Polaków pozwala dostrzegać różnorodność tej grupy i uwzględniać więcej czynników przy jej ocenie niż w przypadku uchodźców z Bliskiego Wschodu – podsumowuje Patryk Kukla.

Polityka i emocje w tle społecznych postaw

Z raportu wynika, że postawy wobec uchodźców są złożone i zależą od wielu czynników – ideologicznych, psychologicznych i kulturowych. Choć Polacy generalnie deklarują solidarność z osobami uciekającymi przed wojną, ich gotowość do pomocy różni się w zależności od tego, skąd uchodźcy pochodzą.

Politycy różnych ugrupowań odwołują się do emocji wyborców – od solidarności po lęk – co kształtuje społeczne postawy. Twórcy raportu zauważają, że narracje polityczne, w których jednych uchodźców przedstawia się jako ofiary wojny, a innych jako zagrożenie, utrwalają podziały i różnice w percepcji poszczególnych grup. Autorzy badania podkreślają, że zrozumienie psychologicznych mechanizmów stojących za tymi postawami może pomóc w prowadzeniu bardziej odpowiedzialnej debaty publicznej i projektowaniu skuteczniejszych działań integracyjnych.

1Olender, K. (2017). Obraz uchodźców w dyskursie wybranych polskich partii politycznych. W: Grech, M., Siemes, A. i Wszołek, M. (red.), Badanie i projektowanie komunikacji 6 (s. 265–277). Wydawnictwo Libron.

2Analiza postaw wyborców partii politycznych została przeprowadzona na podpróbie 697 osób, które uczestniczyły w obu falach sondażu – w 2023 i 2024 roku. Porównano poparcie dla przyjmowania uchodźców u wyborców KO i Lewicy za pomocą testu t Studenta dla grup zależnych: t(691) = 0,41; p = 0,999.

3Porównano poparcie dla przyjmowania uchodźców u wyborców KO i Lewicy za pomocą testu t Studenta dla grup zależnych: t(691) = -0,428; p = 0,998.

4Albada, K., Hansen, N. i Otten, S. (2021). When cultures clash: Links between perceived cultural distance in values and attitudes towards migrants. „British Journal of Social Psychology”, 60(4), s. 1350–1378.

5Burris, C.T. i Branscombe, N.R. (2005). Distorted distance estimation induced by a self-relevant national boundary. „Journal of Experimental Social Psychology”, 41(3), s. 305–312.

Digitree Group z rekordowym zyskiem w III kwartale 2025 r. – EBITDA +112% r/r

  • Digitree Group zakończyła trzeci kwartał 2025 r. z EBITDA na poziomie 1,93 mln zł (+112% r/r) i zyskiem netto 1,28 mln zł – to najlepszy wynik kwartalny od początku transformacji Grupy.
  • Łącznie, w trzech kwartałach Grupa wypracowała 48,1 mln zł przychodów oraz 2,82 mln zł EBITDA, poprawiając ten ostatni wynik o 13,6% r/r.
  • Zysk netto po trzech kwartałach sięgnął 0,4 mln zł wobec -0,8 mln zł straty rok wcześniej.
  • Poprawa rentowności to m.in. efekt skutecznego wdrażania nowej strategii rozwoju, integracji w ramach Grupy.

Digitree Group, polska grupa technologiczno-marketingowa notowana na GPW, opublikowała szacunkowe wyniki za trzy kwartały 2025 r. Przychody Grupy – wskutek zaplanowanej restrukturyzacji – wyniosły 48,1 mln zł wobec 58,7 mln zł rok wcześniej. Grupa znacząco poprawiła rentowność operacyjną. EBITDA wzrosła o 13,6% r/r do 2,82 mln zł, a zysk netto osiągnął dodatni poziom 0,4 mln zł. Trzeci kwartał był szczególnie udany dla Grupy – jej EBITDA wyniosła 1,93 mln zł, a zysk netto 1,28 mln zł.

– Dane za trzeci kwartał potwierdzają, że zmiany wprowadzone w Grupie przynoszą dobre efekty. Po trudnym początku roku widzimy wyraźne, pozytywne skutki integracji i uporządkowania wewnętrznych procesów. Zwiększyliśmy rentowność i odzyskaliśmy dynamikę i chcemy ten trend utrzymać w kolejnych okresach. Wchodzimy w końcówkę roku z mocnym balansem i realną perspektywą dalszego wzrostu – komentuje Przemysław Marcol, członek zarządu Digitree Group S.A.

Na wynikach Grupy w pierwszym półroczu ciążyły koszty optymalizacji zasobów i przygotowań do wdrożenia nowej strategii, obejmujące m.in. rebranding i dostosowanie struktur organizacyjnych, a także m.in. brak kontynuacji projektów, które zwiększały przychody Grupy w poprzednim roku, ale jednocześnie miały niewielki wpływ na poziom marży bezpośredniej i EBITDA. Efekty tych działań stały się widoczne w trzecim kwartale, w którym Grupa wypracowała najwyższy od roku poziom EBITDA i dodatni zysk netto.

Po etapie porządkowania przechodzimy – zgodnie ze strategią Grupy – do fazy generowania zysków. Digitree konsekwentnie rozwija działalność, wykorzystując synergię między segmentami i budując skalę. Jesteśmy na ścieżce wzrostu i planujemy dalsze umacnianie pozycji poprzez akwizycje i przejęcia. Wyniki trzeciego kwartału potwierdzają, że nowa strategia przynosi wymierne efekty i otwiera przed nami przestrzeń do dalszego rozwoju – podkreśla Tobiasz Wybraniec, prezes zarządu Digitree Group S.A.

Pełny raport za trzy kwartały 2025 roku, zawierający ostateczne dane finansowe, zostanie opublikowany 25 listopada 2025 r.

Kurs dolara atakuje 3,70 zł

Dolar ma za sobą kilka dobrych dni, zarówno względem euro, jak i złotego. Inflacja w Europie nie zaskoczyła – brak perspektyw na zmiany stóp procentowych. Na rynkach coraz wyraźniej widać nerwowe oczekiwanie na ważne zmiany.

Dolar znów mocny

Wygląda na to, że rynek naprawdę uwierzył w ostatnią konferencję prasową prezesa FED. Coś, co wydawało się jeszcze tydzień temu pewne – czyli obniżka na grudniowym posiedzeniu – dzisiaj już nie jest. Co prawda niemal 70% szans na ten scenariusz to nadal dużo. Zostawia to jednak pole do manewru, tym bardziej że pozostało ponad 5 tygodni do posiedzenia. Do pełnego obrazu trzeba dodać jeszcze lepsze dane makroekonomiczne z USA. Nie może też zabraknąć faktu, że w trudnych czasach kapitał lubi dolara. To, że to prezydent USA w wielu częściach świata animuje trudne czasy, nie ma tutaj znaczenia. Rezultatem tych procesów jest umacniający się dolar. Dzisiaj mamy pierwszy od końca lipca atak na poziom 1,15 na głównej parze walutowej świata. Zbliżamy się również do poziomu 3,70 zł.

Inflacja w Europie

Strefa euro pokazała w piątek dane na temat inflacji. Zgodnie z oczekiwaniami wynosi ona 2,1%. Pokazuje to, że cel EBC, jakim jest utrzymywanie tego parametru wokół poziomu 2%, jest skuteczny. Istotnie powyżej tego poziomu z dużych gospodarek strefy euro są Holandia i Hiszpania, z wynikiem 3,1% obie. Powyżej są też Niemcy, ale 2,3% to niewielka różnica. W dół wskaźnik najsilniej ciągną Francuzi i Włosi, którzy pokazują ostatnio odpowiednio 1,0% i 1,2%. Co to znaczy dla rynków? Jeżeli nie będzie silnego sygnału z zewnątrz, nie należy spodziewać się dalszych zmian stóp procentowych i związanych z tym ruchów. Nie można jednak wykluczyć, że nawrót wojny handlowej mógłby spowodować powrót do obniżek i związane z tym osłabienie euro. Z drugiej strony koniec lub deeskalacja wojny na Ukrainie mogłyby czasowo podnieść inflację, a być może tym samym stopy procentowe.

Cisza przed burzą?

Na rynkach od kilku dni trwa podejrzanie zgodna konsolidacja. Nie na wszystkich oczywiście. O ile przykładowo główne parkiety amerykańskie są dość stabilne, to o DAX tego powiedzieć nie można. Cena złota oscyluje wokół poziomu 4000 dolarów z coraz mniejszymi wahaniami. Również ropa naftowa w ostatnim tygodniu pokazała łącznie niższą zmienność niż czasem ma w ciągu dnia. Widać dużą niepewność. Miało być eldorado inwestycyjne wywołane napływem kapitału z rynku obligacji i lokat, a tutaj mamy problem. Widać, że inwestorzy nie są pewni co dalej i wolą czekać. Na rynku czuć niepewność, z drugiej strony po takich stabilizacjach często zdarzają się silniejsze wybicia.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na publikację indeksów PMI. Należy też zwrócić uwagę na zmianę czasu w USA, w rezultacie wracamy do standardowych godzin publikacji danych zza oceanu.

Braki kadrowe i kompetencyjne napędzają wzrost płac w przemyśle

W 2025 roku polski przemysł pozostaje niejednorodny – ograniczenie popytu, spadek zamówień i rosnące koszty działalności dotykają poszczególnych gałęzi sektora w różnym stopniu. Najmniej odczuwają je centra dystrybucyjne oraz firmy z branż farmaceutycznej, chemicznej i FMCG. Tam też pensje rosną najszybciej, a presję płacową napędza niedobór zarówno pracowników, jak i kwalifikacji, wynika z „Raportu wynagrodzeń w sektorze przemysłowym” Grafton Recruitment. Duże znaczenie mają umiejętności techniczne, analizy parametrów procesowych, znajomość procedur jakościowych i doświadczenie w pracy z systemami automatyki oraz utrzymania ruchu.

Regionalne i branżowe zróżnicowanie płac

Rosnące tempo inwestycji w infrastrukturę logistyczną, rozwój e-commerce oraz presja na skrócenie czasu realizacji dostaw, sprawiają, że to centra dystrybucyjne wyróżniają się na tle pozostałych gałęzi krajowego przemysłu. Jak pokazuje raport Grafton Recruitment, to także w tej branży odnotowano najwyższy średni wzrost wynagrodzeń – o 10% r./r. Nieco niższy, na poziomie 9% – w branżach farmaceutycznej, chemicznej oraz FMCG.

Pracodawcy z tych sektorów aktywnie konkurują o inżynierów produkcji, technologów, specjalistów ds. jakości czy kierowników zakupów, dlatego coraz częściej oferują nie tylko atrakcyjne stawki bazowe, ale też pakiety rozwojowe, dodatki językowe czy premie roczne. To rynek wymagający zarówno po stronie kandydatów, jak i firm, które muszą reagować na zmieniające się uwarunkowania, oczekiwania i coraz bardziej złożone potrzeby kadrowe – podkreśla Katarzyna Kloc-Pawlik, ekspert ds. rekrutacji w Grafton Recruitment.

Wzrost wynagrodzeń w poszczególnych gałęziach przemysłu jest ściśle związany z kondycją poszczególnych branż, siatką płac w danej firmie, zapotrzebowaniem na pracowników, ich dostępnością i specjalizacją. Duże znaczenie mają także kolejne podwyżki płacy minimalnej, które przekładają się na poziom wynagrodzeń najmniej zarabiających, ale także na konieczność podniesienia stawek specjalistów, co pozwala utrzymać odpowiednie zróżnicowanie płacowe. Widoczne są także rozbieżności regionalne – analiza płac pokazuje, że najwyższe stawki oferowane są najczęściej w ośrodkach o dużej koncentracji nowoczesnych zakładów przemysłowych na Mazowszu, Dolnym czy Górnym Śląsku. W związku z ograniczoną dostępnością kandydatów o wymaganym profilu firmy oferują wynagrodzenia wykraczające poza średnie widełki krajowe, zarówno na stanowiskach niższego szczebla, jak i specjalistycznych.

Regionalne rynki pracy często nie są w stanie w pełni odpowiedzieć na rosnące zapotrzebowanie kadrowe centrów logistycznych, zwłaszcza w najbardziej rozwiniętych strefach gospodarczych kraju. Firmy nie tylko zwiększają budżety rekrutacyjne, ale też intensyfikują działania wizerunkowe, inwestując w employer branding i nowoczesne formy promocji ofert pracy. Wzrasta liczba firm, które decydują się także na relokację pracowników lub zapewnienie im transportu, by minimalizować luki kadrowe – wyjaśnia Katarzyna Kołuda, Manager w Grafton Recruitment.

I tak np. w branży dystrybucyjnej, w której podwyżki były najwyższe w sektorze przemysłowym i wyniosły średnio 10%, różnice wahają się od kilku do kilkudziesięciu procent. Przykłady:

  • Pensja kierownika łańcucha dostaw w woj. mazowieckim wzrosła średnio o 13% (wynosi obecnie 18 000-25 000 zł brutto), przy czym te same widełki płac widoczne są w śląskim, gdzie pensje zwiększyły się o 5%. W wielkopolskim natomiast było to 8% (wynagrodzenia mieszczą się w granicach 17 000 – 24 000 zł), w małopolskim 7% (16 000 – 22 000 zł), a w dolnośląskim i pomorskim 6% (w obydwu województwach to obecnie 15 500 – 22 000 zł). Pensje nie zmieniły się np. w woj. łódzkim i wahają się w granicach 14 000 – 20 000 zł.
  • Z analizy wynika także, że np. pensja kierownika zmiany w woj. łódzkim wzrosła o 20% i wynosi obecnie od 7 500 do 9 500 zł brutto, natomiast w dolnośląskim zwiększyła się o 13% i kształtuje się od 8 000 do 10 000 zł., przy czym takie same widełki płac widoczne są w wielkopolskim, choć pensje na tym stanowisku wzrosły średnio o 16%.
  • Jednocześnie wynagrodzenie pracownika magazynu – wzrosło średnio o 18% w woj. dolnośląskim i wynosi 5 000 – 6 000 zł, w mazowieckim zwiększyło się o 20% do 4300 – 5000 zł, a w wielkopolskim o 32% i waha się w granicach 5 500 – 6500 zł.

Rozbudowana struktura wynagrodzeń, różnice stawek między regionami oraz rosnące oczekiwania wobec kompetencji kandydatów sprawiają, że sektor przemysłowy jest szczególnie wrażliwy na zmiany podaży pracy. Utrzymanie ciągłości operacyjnej i standardów jakości staje się możliwe tylko przy odpowiednio elastycznej i konkurencyjnej polityce zatrudnienia. Jak wynika z „Raportu wynagrodzeń w sektorze przemysłowym” Grafton Recruitment, najwyższą średnią podwyżkę wynagrodzeń r./r. spośród wszystkich badanych gałęzi przemysłu odnotowali pracownicy fizyczni – ich pensje wzrosły w skali kraju o 14%. O 7% zwiększyły się wynagrodzenia specjalistów, natomiast managerów o 5%.

Najbardziej poszukiwani teraz i później

Warto zwrócić uwagę na fakt, że polskie firmy logistyczne, które odgrywają coraz ważniejszą rolę w międzynarodowych łańcuchach dostaw, muszą dziś mierzyć się z rosnącą presją ze strony globalnych operatorów m.in. z Chin, którzy narzucają tempo automatyzacji i cyfryzacji. Rosnąca konkurencja oznacza konieczność dostosowania się do międzynarodowych oczekiwań technologicznych i organizacyjnych, przy jednoczesnym niedoborze specjalistów i rosnącej presji płacowej wyjaśnia Agnieszka Mazurek-Szulim, Manufacturing & Supply Chain Manager w Wyser.

Najbardziej poszukiwani – oprócz pracowników fizycznych –  są kandydaci mający doświadczenie w obsłudze zautomatyzowanych linii produkcyjnych, posiadający umiejętność analizy parametrów technicznych oraz znajomość procedur jakościowych. Dotkliwe braki dotyczą inżynierów produkcji, technologów oraz operatorów maszyn w zakładach o wysokim stopniu automatyzacji.

– Wraz z postępującą automatyzacją i wdrażaniem rozwiązań Przemysłu 4.0 zmieniają się realne potrzeby kompetencyjne firm. W miarę upływu czasu jeszcze większe znaczenie zyskają stanowiska wymagające zdolności analitycznych i praktycznego doświadczenia w środowisku produkcyjnym. To powoduje, że firmy konkurują o wąską grupę kandydatów, często podnosząc stawki i skracając procesy decyzyjne, aby nie stracić wartościowych specjalistów – komentuje Magdalena Niedziałek, Project Manager w Grafton Recruitment.

Widoczny jest wysoki popyt m.in. na takie role jak: operatorzy systemów zautomatyzowanych nadzorujący pracę robotów, programiści i serwisanci robotyki, analitycy danych generowanych przez automatykę, a także specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa oraz technicy odpowiedzialni za utrzymanie i naprawę maszyn. Firmy stają przed wyzwaniem przekwalifikowania i doszkolenia pracowników, aby mogli sprostać wymaganiom automatyzacji. Sytuację komplikuje niedobór wykwalifikowanych specjalistów, zwłaszcza w obszarze utrzymania ruchu oraz IT ze znajomością systemów WMS, WCS i MES. Nowe stanowiska pojawiają się także w obszarze ESG (Environmental, Social, Governance).

W związku ze zwiększonym zapotrzebowaniem na zieloną logistykę i rozwiązania proekologiczne, firmy z branży coraz częściej poszukują specjalistów, którzy potrafią wdrożyć rozwiązania zmniejszające ślad węglowy, optymalizować trasy transportowe czy zarządzać recyklingiem opakowań. Aspekt ESG staje się coraz ważniejszym czynnikiem wpływającym na strategię HR i wizerunek pracodawcy – tłumaczy Katarzyna Kloc-Pawlik, ekspert ds. rekrutacji w Grafton Recruitment.

Perspektywy: koncentracja na specjalizacji i dopasowaniu kompetencji

Dane z raportu Grafton Recruitment jasno wskazują, że presja wynagrodzeniowa utrzyma się w zawodach wymagających wysokiej specjalizacji. To szczególnie widoczne w sektorach o dużym stopniu automatyzacji i zaawansowania technologicznego, gdzie rośnie znaczenie znajomości systemów cyfrowych czy doświadczenia projektowego. Pracodawcy nie tylko podnoszą stawki, ale też coraz częściej oczekują od kandydatów szybkiej adaptacji do zmieniającego się środowiska przemysłowego.

W logistyce, podobnie jak w wielu innych gałęziach przemysłu, w których postępująca automatyzacja i cyfryzacja podnoszą próg kompetencyjny, największym wyzwaniem staje się dziś nie tylko pozyskanie, ale i utrzymanie pracowników zdolnych do szybkiej adaptacji. Dla zarządzających oznacza to konieczność nowoczesnego podejścia: inwestowania w rozwój kompetencji, większej elastyczności w zarządzaniu ludźmi i dostosowywania struktur do szybko zmieniających się warunków rynkowych – komentuje Agnieszka Mazurek-Szulim, Manufacturing & Supply Chain Manager w Wyser.

W nadchodzących kwartałach kluczowe okaże się nie tylko poziom wynagrodzeń, ale również umiejętność precyzyjnego dopasowania profilu kandydata do potrzeb firmy. To właśnie elastyczność kompetencyjna i rozwój specjalizacji będą decydować o przewadze konkurencyjnej firm.

– Widzimy wyraźną tendencję: firmy inwestujące w technologie i jakość, równolegle rozwijają strategie zarządzania kompetencjami. Nie chodzi już tylko o wzrost płac, ale o precyzyjne dopasowanie zespołów do wyzwań operacyjnych. W tym kontekście wartość kandydatów z unikalnym doświadczeniem będzie nadal rosła – dodaje Danuta Protasewicz, Regional Manager w Grafton Recruitment.do komunikatów prasowych wykresy – kopia - 117 do komunikatów prasowych wykresy – kopia - 118 do komunikatów prasowych wykresy – kopia - 119

Informacje o raporcie: „Raport wynagrodzeń w sektorze przemysłowym 2025” to ósma edycja cyklicznego opracowania przygotowanego przez ekspertów Grafton Recruitment we współpracy z Gi Group. Badanie zostało przeprowadzone w II kwartale 2025 roku i objęło analizę 8228 rekordów z bazy kandydatów oraz dane dotyczące budżetów wynagrodzeń 154 firm z sektora przemysłowego. Raport zawiera zestawienia wynagrodzeń dla ponad 200 stanowisk – od pracowników fizycznych, przez specjalistów, aż po kadrę menedżerską – w różnych obszarach przemysłu, takich jak farmacja i chemia, motoryzacja i produkcja urządzeń, FMCG, badania i rozwój, centra inżynieryjne i dystrybucyjne oraz budownictwo. Uwzględnia także nowe role, związane m.in. z automatyką, robotyzacją i ESG. Publikacja została wzbogacona komentarzami ekspertów oraz wynikami ankiet przeprowadzonych wśród pracowników i pracodawców, które pokazują aktualne wyzwania i perspektywy rozwoju sektora.

Nowi giganci w polskiej bankowości: UniCredit i Erste rozbijają dotychczasowy układ sił

Powrót włoskiej grupy UniCredit do Polski, który sfinalizował przejęcie Aion Bank i jego spółki partnerskiej Vodeno za 376 mln euro oraz wejście na polski rynek bankowy austriackiego Erste Banku, który inwestuje ponad 7 mld euro w udziały w Santander Bank Polska i Santander TFI będzie oznaczało daleko idące zmiany. – „Można się spodziewać, że wejście na polski rynek dwóch dużych grup finansowych, dysponujących technologią, kapitałem i międzynarodowym doświadczeniem, może wywrzeć silną presję na obecnych liderów sektora. Zmiana obecnego status quo będzie miała duży wpływ zarówno na sytuację klientów indywidualnych, korporacyjnych, jak i w segmencie dużych finansowań” – mówi dr Jan Gąsiorowski, członek zespołu ds. bankowości i finansów w kancelarii Wolf Theiss, który specjalizuje się w finansowaniu nieruchomości oraz transakcjach fuzji i przejęć. 

Powrót UniCredit: nowa era, stare ambicje

UniCredit, który przez ponad dekadę był właścicielem Banku Pekao, teraz wraca do Polski w nowej, cyfrowej odsłonie. 6 października 2025 roku rebranding Aion Banku na UniCredit stał się faktem, a jego klienci zostali przeniesieni pod nową markę. Erste Bank z kolei, choć obecny na polskim rynku od lat, rozpoczyna swoją działalność w sektorze detalicznym od zera – z ambicją zbudowania silnej pozycji.

Co to oznacza dla konsumenta?

Dla klientów indywidualnych wejście dwóch silnych grup finansowych może oznaczać realne, pozytywne zmiany. Przede wszystkim należy spodziewać się spadku kosztów usług bankowych – zarówno UniCredit, jak i Erste mogą konkurować cenowo z obecnymi już w Polsce bankami, oferując atrakcyjniejsze warunki prowadzenia kont, kart czy przelewów. Ta presja może zmusić również inne banki do rewizji swoich cenników.

Konsumenci zyskają też dostęp do nowoczesnych, zintegrowanych rozwiązań. Coraz popularniejsze staną się produkty „all-in-one”, czyli konta bankowe, które oprócz podstawowych funkcji oferują również wbudowane narzędzia inwestycyjne, analizę wydatków, dostęp do kredytu czy nawet porady finansowe w czasie rzeczywistym. Poziom automatyzacji i AI również powinien się zwiększyć – jak pokazuje przykład Niemiec, gdzie N26 i ING oferują automatyczne budżetowanie, systemy analizy wydatków i sugestie oszczędności.

Co to oznacza dla dużych graczy?

Dla firm – zwłaszcza dużych podmiotów działających w skali krajowej i międzynarodowej – zmiany w sektorze bankowym na polskim rynku to możliwość skorzystania z okazji. Przede wszystkim pojawi się więcej źródeł kapitału i nowych ofert finansowania, w tym finansowania długoterminowego i inwestycyjnego, coraz częściej powiązanego z celami zrównoważonego rozwoju, ekologią i standardami ESG.

Jednocześnie można oczekiwać szerszego dostępu do międzynarodowych rynków kapitałowych, co dla spółek planujących ekspansję za granicę może oznaczać niższy koszt pieniądza, bardziej elastyczne warunki kredytowania oraz łatwiejszy dostęp do strukturyzowanych produktów finansowych. Taka konkurencja powinna również przełożyć się na stopniowy spadek marż kredytowych, zwłaszcza w segmencie korporacyjnym – podobnie jak miało to miejsce w Czechach, na Węgrzech czy w Rumunii po wejściu dużych europejskich banków.

Zarówno Erste Bank, który od lat skutecznie działa na polskim rynku, jak i UniCredit, który wraca do Polski po kilkuletniej przerwie, doskonale rozumieją specyfikę lokalnego rynku. Erste, z doświadczeniem zdobytym w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, zna potrzeby polskich konsumentów i firm, a UniCredit, z bogatą historią na polskim rynku, ma głęboką wiedzę o lokalnych wyzwaniach. Te grupy finansowe, dysponujące nowoczesnymi technologiami, ogromnym kapitałem i międzynarodowym doświadczeniem, w doskonały sposób mogą wykorzystać zmieniający się rynek bankowy w Polsce.

Dzięki doświadczeniu UniCredit i Erste w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, polskie spółki mogą także zyskać korzystniejsze warunki przy finansowaniu eksportu i inwestycji zagranicznych, w tym dostęp do lokalnych oddziałów tych banków, lepszą ocenę ryzyka oraz możliwość uczestnictwa w międzynarodowych konsorcjach finansujących duże projekty infrastrukturalne, energetyczne czy logistyczne.

Konkurencja nie musi oznaczać strat

Część analityków i ekspertów wskazuje, że wejście do Polski Erste Banku oraz grupy UniCredit nie wpłyną na poziom konkurencji oraz zyski obecnych już na rynku banków. Jak twierdzi Anna Lozmann, director & lead analyst w Financial Services S&P Global Ratings, bezpośrednia działalność Erste Banku w Polsce nie grozi znaczącym pogorszeniem rentowności z powodu wzrostu konkurencji w sektorze, a nowi gracze na polskim rynku bankowym mają duże możliwości osiągania zysków, m.in dzięki rosnącej gospodarce i wzrostowi zamożności społeczeństwa.

Historia nie kłamie: gdy wielcy wchodzą na rynek, marże spadają – a kapitał się rusza

Jeśli spojrzymy na doświadczenia innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, schemat wydaje się jasny: wejście dużej instytucji finansowej to nie rewolucja z dnia na dzień, ale systematyczna zmiana, która w ciągu 2–3 lat potrafi przestawić cały rynek. Dane historyczne pokazują, że niemal każde takie wejście kończyło się spadkiem marż kredytowych w sektorze korporacyjnym o ponad 30%. Przykład? Czechy, gdzie Erste Group ma ponad 24% udziału w rynku. Po akwizycji Česká spořitelna przez Erste Group w Czechach, marże znacząco spadły. Podobne efekty zaobserwowano po wejściu Intesa Sanpaolo na Słowację (2007) oraz UniCredit na Węgry (2002), gdzie dodatkowo rynek kredytów dla firm urósł o ponad 50% w zaledwie kilka lat.

„W Polsce, gdzie marże kredytowe dla firm w 2024 roku wynosiły około 1,7 punktów procentowych, można spodziewać się analogicznego efektu, ale to nie tylko kwestia cen” – komentuje adw. Maria Markowska-Zalewska z Wolf Theiss. – „Podobnie jak w Czechach czy na Węgrzech, oczekiwałabym nie tylko spadku marż kredytowych, ale także zwiększenia konkurencji, co mogłoby przełożyć się na lepszą dostępność finansowania dla polskich firm. W rezultacie mogłoby to otworzyć nowe perspektywy rozwoju, zwłaszcza w kontekście projektów o międzynarodowym zasięgu” – dodaje ekspertka.

Jej zdaniem obecność banków z silnym zapleczem w strefie euro może oznaczać większą zdolność syndykacyjną dla dużych projektów infrastrukturalnych – zarówno drogowych, jak i energetycznych.

To już się dzieje – w 2025 r. Erste Bank brał udział w jednej z dwóch największych transakcji refinansowania na Polskim rynku: HB Reavis ogłosił niedawno podwyższenie finansowania dla projektu Varso Place w Warszawie – z 475 mln euro do aż 510 mln euro. Do konsorcjum finansującego (w którym od początku uczestniczył Santander Bank Polska) dołączyły m.in. PKO BP i właśnie Erste Group Bank AG, który już dziś uchodzi za jednego z najaktywniejszych graczy w finansowaniu dużych projektów w Europie Środkowej. Drugim takim projektem było podpisanie refinansowania przez Cavatina Holding S.A., wiodącej grupy deweloperskiej, na kwotę 270 mln euro, w której to transakcji Erste Bank działał jako agent dla konsorcjum trzech banków. Dla rynku to jasny sygnał: apetyt na ekspansję jest realny, a Polska znajduje się wysoko na radarze europejskich gigantów.

„Oprócz spadku marż i kosztów kredytu zarówno dla klientów indywidualnych, jak i korporacyjnych oczekiwałbym także większej dostępności kapitału i międzynarodowego finansowania. Obecność na polskim rynku dwóch silnych europejskich grup finansowych związanych ze strefą euro powinna zaowocować także większymi możliwościami finansowania międzynarodowego i większą zdolnością syndykacyjną dla dużych projektów, zwłaszcza w energetyce, czy jeśli chodzi o infrastrukturę drogową i kolejową” zauważa dr Jan Gąsiorowski z Wolf Theiss.

Historia pokazuje: zmiany są głębokie, ale rozciągnięte w czasie

Oczywiście, polski rynek bankowy w 2025 roku to zupełnie inna rzeczywistość niż ta sprzed 25 lat. Na przełomie lat 90. i 2000., wejście globalnych graczy takich jak Citibank, ING, Santander (ówczesny Bank Zachodni WBK) czy GE Money Bank miało wręcz systemowy charakter i kształtowało fundamenty nowoczesnej bankowości detalicznej w Polsce.

Wejście Citibanku (poprzez przejęcie Banku Handlowego) przyniosło m.in. wprowadzenie pierwszych międzynarodowych kart kredytowych, które wcześniej były w Polsce rzadkością. ING, który przejął Bank Śląski, odegrał kluczową rolę w rozwoju bankowości internetowej i telefonicznej, stając się jednym z pionierów cyfrowej obsługi klientów. Z kolei GE Money Bank (później przejęty przez BPH) wprowadził bardziej agresywny model sprzedaży kredytów gotówkowych i ratalnych, co wymusiło na konkurencji dostosowanie oferty i podejścia do klienta masowego.

Efekty tamtej transformacji nie były widoczne z dnia na dzień, ale już po kilku latach rynek przeszedł ogromne przeobrażenie. Konsolidacja, automatyzacja, rozwój systemów scoringowych, upowszechnienie kredytów hipotecznych i detalicznych, wszystko to miało swój początek właśnie w czasie tej pierwszej fali „wielkich wejść” zagranicznych grup bankowych.

Warto jednak pamiętać, że w tamtym czasie Polska była rynkiem wschodzącym, z bardzo ograniczonym dostępem do kredytu, brakiem zaawansowanych produktów bankowych, a nawet z niedoborami infrastruktury IT. Dziś natomiast mamy do czynienia z rynkiem o wysokim stopniu cyfryzacji, nowoczesnym systemie płatniczym (np. BLIK, który jest technologicznie bardziej zaawansowany niż wiele rozwiązań w Europie Zachodniej) i społeczeństwem finansowo świadomym.

„Krótkoterminowo możemy się spodziewać wzrostu konkurencji i większej liczby promocji, które będą skierowane do klientów indywidualnych. Długoterminowo zaś, czyli w przeciągu 2-3 lat, zmiany mogą sięgnąć głębiej, powodując zmniejszenie się marż, lepsze produkty oraz większą dostępność kapitału i większy dostęp do międzynarodowych struktur finansowania. Pokazują to przykłady innych dużych transakcji tego typu w naszym regionie, takich jak wejście Intesa Sanpaolo na Słowację, czy wcześniej pojawienie się Raiffeisen Bank International w Rumunii” – podkreśla dr Jan Gąsiorowski z Wolf Theiss.

„Polski rynek bankowy, jeśli chodzi o rozwiązania, produkty i poziom nasycenia rozwiązaniami IT, jest dziś na pewno w zupełnie innym miejscu niż 20 lat temu. Co więcej, niektóre produkty, jak choćby nasz rodzimy BLIK jest w czołówce światowej, jeśli chodzi o bezpieczeństwo i nowoczesność zastosowanych rozwiązań. Jednocześnie jednak marże bankowe w Polsce są wyższe niż średnia w krajach Europy Środkowo-Wschodniej (CEE) i UE, co widać zwłaszcza w kredytach hipotecznych. Polskie banki tłumaczą to m.in. ryzykiem prawnym i inwestycyjnym oraz kosztami dodatkowymi, takimi jak podatek bankowy. W rezultacie polskie kredyty są droższe niż np. w Czechach, mimo zbliżonego poziomu rozwoju gospodarczego” – zauważa adw. Maria Markowska-Zalewska.

Podsumowując, przyspieszony rozwój działalności nowych graczy takich jak Erste i UniCredit nie zmieni reguł gry z dnia na dzień, ale może doprowadzić do drugiej fali ewolucji, tym razem skupionej na innowacyjności, spadku kosztów finansowania, lepszym customer experience i integracji z usługami cyfrowymi państwa.

Lęk wśród właścicieli ziemi. Gminy nie nadążają z wydawaniem warunków zabudowy

Wielki strach padł na właścicieli gruntów. Czy będzie można zbudować na nich dom? „Na warunki zabudowy czeka się nawet rok”.

Zatory w urzędach, problemy z podejmowaniem decyzji, więcej gruntów na sprzedaż i duży chaos – tak w skrócie można opisać sytuacje związaną z wejściem w życie ustawy o planach zagospodarowania przestrzennego. Ustawa wchodząca w życie w czerwcu 2026 roku nazywana jest „prawdziwą rewolucją” i może sprawić, że wiele gruntów przestanie być kwalifikowanych jako te, na których można zbudować dom. Właściciele działek w pośpiechu starają się więc o warunki zabudowy albo… próbują sprzedać ziemię, której nie są pewni czy w przyszłości będzie kwalifikować się pod budownictwo. – Zauważamy dużą niepewność. Rośnie ilość sprzedających grunty, nawet po atrakcyjnych cenach. Tutaj jednak trzeba być ostrożnym, bo może okazać się, że zostaniemy z kupioną tanio ziemią i nic na niej nie zbudujemy – mówi ekspert rynku nieruchomości Mirosław Król.

„Prawdziwa rewolucja”, która budzi strach u właścicieli działek i osób planujących budowę domu

Nowa ustawa wprowadzi prawdziwą rewolucję w budownictwie, nic zatem dziwnego, że wiele osób stara się „dopiąć” formalności związane z planowanymi przez nich inwestycjami przed wejściem w życie nowych przepisów. Zmiany wchodzą w życie w czerwcu. Niektóre gminy mają objęte planami zagospodarowania przestrzennego zaledwie ułamki swoich terenów. Nic więc dziwnego, że właściciele ziemi starają się o możliwie szybkie warunki zabudowy.

– Opisując owe, nadchodzące wielkimi krokami, zmiany, trzeba w pierwszej kolejności zwrócić uwagę na wprowadzenie nowego aktu prawa miejscowego w postaci tzw. planów ogólnych, które będą punktami odniesienia dla wszystkich decyzji o warunkach zabudowy. Oznacza to, że już niebawem każda taka decyzja będzie musiała wykazywać zgodność z planem ogólnym, w tym: będzie mogła być wydana dla działek, które zostaną objęte tzw. obszarem uzupełnienia zabudowy. Co więcej, jeśli przed wejściem w życie nowych przepisów, dana gmina nie zdąży uchwalić na swym terenie planu ogólnego, wydanie decyzji WZ w ogóle nie będzie możliwe aż do czasu, gdy takowy plan powstanie. Z perspektywy właścicieli inną istotną zmianą będzie terminowy charakter decyzji o warunkach zabudowy – mają one zachowywać moc obowiązującą jedynie przez 5 lat – komentuje mecenas Marek Jarosiewicz, partner w kancelarii Wódkiewicz Sosnowski Jarosiewicz.

Nie ma cienia wątpliwości, że nowe przepisy w istotny sposób wpłyną na możliwości korzystania z prawa własności przez właścicieli działek – część ich uprawnień zostanie poświęcona na rzecz zapewnienia większej spójności architektoniczno-urbanistycznej i ładu przestrzennego.

– Jeśli ktoś dopiero myśli o zakupie działki, sugerowałbym podejmowanie decyzji w tym zakresie w oparciu o informacje co do tego, czy działka objęta jest miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, a jeśli nie jest – wstrzymanie się z zakupem do czasu uchwalenia planu ogólnego, ewentualnie wprowadzenie do umowy sprzedaży postanowień, które zabezpieczą interesy kupującego na wypadek gdyby okazało się, że status prawny działki będzie inny niż według obecnie obowiązujących przepisów – komentuje mecenas Marek Jarosiewcz.

Uwaga na promocyjne ceny działek. Wiele gruntów straci na wartości

Bardzo praktyczną konsekwencją zmian będą też zmiany wartości poszczególnych działek – z jednej strony wartość wielu spośród nich z pewnością spadnie, ponieważ wyłączona zostanie możliwość inwestowania na nich, z drugiej: te, na których taka możliwość pozostanie staną się podwójnie cenne.

– Sytuacja jest trudna. Zauważamy, że klienci nie byli świadomi tego, że takie zmiany wchodzą w życie i gdy ich uświadamiamy, gdy kupują teren to są bardzo zaskoczeni tym, z jakim ryzykiem to się teraz może wiązać. Na rynku pojawia się wiele okazji i gruntów po niższych cenach, bo ich właściciele mają wątpliwości i obawy czy ich teren będzie nadawać się pod budowę – mówi Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości.

– Wiele obaw nie jest zasadnych, bo gminom zależy na tym, by osiedlać się na ich terenie. Panika więc nie jest wskazana. Legislacyjny chaos może jednak generować niepewność, bo w urzędach czeka się obecnie miesiącami na warunki zabudowy – mówi Mirosław Król.

Od kilku miesięcy odnotowuje się ponadprzeciętny przyrost wniosków o wydanie decyzji o warunkach zabudowy, a czas prowadzenia postępowań w tym przedmiocie już znacząco się wydłużył. Należy spodziewać się, że im bliżej będziemy dnia wejścia ustawy w życie, tym trudniejsze będzie uzyskanie WZ.

Przemysław Kania awansuje w strukturach Cisco

0

Cisco ogłosiło mianowanie Przemysława Kani – dotychczasowego dyrektora generalnego Cisco w Polsce – na stanowisko wiceprezesa (Vice President) odpowiedzialnego za rynek Service Provider w regionie Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (EMEA). Przemysław Kania dołącza do zespołu kierowniczego Cisco EMEA i będzie podlegał bezpośrednio prezesowi Cisco EMEA, Gordonowi Thomsonowi. W nowej roli pokieruje regionalną strategią rynkową Cisco w segmencie Service Provider, koncentrując się na wzroście, ekspansji rynkowej oraz modelach współpracy z klientami opartymi na rozwiązaniach i usługach, które generują długofalową wartość i cykliczne przychody.

To dla mnie ogromny zaszczyt objąć funkcję wiceprezesa Service Provider EMEA i dołączyć do tak wyjątkowego zespołu w niezwykle ekscytującym momencie dla Cisco i całego rynku dostawców usług internetowych i operatorów telekomunikacyjnych. Postępująca cyfryzacja i rozwój sztucznej inteligencji wprowadzają fundamentalne zmiany w naszej branży, otwierając niespotykane dotąd możliwości kształtowania przyszłości infrastruktury. Jestem przekonany, że wspólnie osiągniemy wiele i dostarczymy naszym klientom realną wartość – powiedział Przemysław Kania.

Przemysław Kania jest związany z Cisco od 1998 roku. W tym czasie pełnił szereg funkcji kierowniczych w obszarach inżynierii, sprzedaży i usług, m.in. nadzorując powstanie i dynamiczny rozwój Globalnych Centrów Doświadczeń Klientów (Global Customer Experience Centers) w Krakowie i w Meksyku.

W ostatnich ośmiu latach pełnił funkcję dyrektora generalnego Cisco w Polsce, kierując zespołami sprzedażowymi i technicznymi oraz rozwijając współpracę z ponad 600 lokalnymi partnerami Cisco.

Przemysław łączy w sobie wyjątkowe umiejętności biznesowe i doświadczenie, które doskonale predestynują go do objęcia przywództwa w segmencie Service Provider w regionie EMEA. Cieszę się, że dołącza do naszego zespołu kierowniczego – to lider, który potrafi inspirować i motywować do osiągania ponadprzeciętnych wyników. Liczę na jego kolejne sukcesy w nowej roli – powiedział Gordon Thomson, prezes Cisco EMEA.

W związku z awansem Przemysława Kani i do czasu powołania jego następcy na stanowisko dyrektora generalnego, pełniącą obowiązki liderki Cisco w Polsce została Łucja Barbaszewska.

UOKiK stawia zarzuty Polkomtelowi: opłaty za „utrzymanie numeru” mogą naruszać prawa konsumentów

0

Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) zarzucił spółce Polkomtel – operatorowi sieci Plus – stosowanie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów oraz używanie niedozwolonych postanowień umownych. Przedmiotem zastrzeżeń są m.in. pobierane opłaty za „utrzymanie numeru” w ofertach przedpłaconych (pre-paid), jednostronne podwyżki cen usług oraz brak przejrzystych informacji dla klientów na opakowaniach starterów.

Jeśli zarzuty UOKiK się potwierdzą, Polkomtelowi grozi kara w wysokości nawet do 10% rocznego obrotu.

System przedpłacony a opłaty za utrzymanie numeru

Oferty na kartę mają zapewniać użytkownikom pełną swobodę dysponowania środkami – klient doładowuje konto określoną kwotą i korzysta z usług w zależności od potrzeb, bez zobowiązania abonamentowego. Tymczasem – jak twierdzi UOKiK – Polkomtel obciąża klientów dodatkowymi opłatami w wysokości 5 zł miesięcznie, jeśli nie dokonają określonej aktywności (np. wykonania połączeń lub wysłania SMS w kwocie min. 5 zł).

Oznacza to, że nawet gdy użytkownik posiada na koncie środki lub wykupiony wcześniej pakiet usług, po 30 dniach może stracić 5 zł tylko dlatego, że nie korzystał aktywnie z usług. W skali roku taka opłata może wynieść nawet 55 zł.

„Częstotliwość korzystania z telefonii w ofertach na kartę nie może wynikać z nacisku ze strony przedsiębiorcy. Konsumenci muszą mieć elastyczność w dysponowaniu środkami, co jest sednem oferty pre-paid” – podkreśla Prezes UOKiK, Tomasz Chróstny.

UOKiK zaznacza, że opłata za utrzymanie numeru nie ma uzasadnienia – zgodnie z prawem to przedsiębiorca, a nie klient, jest zobowiązany do utrzymania aktywności numeru na podstawie zawartej umowy. Jednostronne wprowadzenie opłaty lub zmiana jej wysokości może zatem naruszać przepisy.

Jednostronne zmiany cen i niewystarczająca informacja dla klienta

Oprócz opłaty za utrzymanie numeru, Polkomtel miał również jednostronnie podwyższyć ceny usług – m.in. minut połączeń oraz SMS/MMS – w ramach już trwających umów. Zmiany miały dotyczyć nie tylko przyszłych, ale i wcześniej zgromadzonych środków na koncie klientów.

UOKiK zakwestionował także sposób informowania o opłacie za utrzymanie numeru na opakowaniach starterów. Informacja ta znajduje się dopiero na wewnętrznej stronie opakowania – co oznacza, że konsument może się o niej dowiedzieć dopiero po zakupie.

„Taka informacja jest kluczowa dla podjęcia decyzji o zawarciu umowy. Jej brak uniemożliwia konsumentowi realną ocenę opłacalności oferty i porównanie jej z konkurencyjnymi usługami” – podkreśla UOKiK.

Możliwe konsekwencje dla Polkomtel

Urząd wskazuje, że spółka mogła naruszyć zbiorowe interesy konsumentów w kilku obszarach:

  • pobierania opłaty za utrzymanie numeru,
  • jednostronnego podwyższania cen usług,
  • niepełnego informowania o warunkach umowy na etapie zakupu startera.

Jeśli zarzuty zostaną potwierdzone, Polkomtel może zostać ukarany karą finansową do 10% rocznego obrotu za każdą z praktyk.

System kaucyjny wolno się rozkręca. Do tego widać, że konsumenci mają z tym spory kłopot

Z niedawno opublikowanego raportu branżowego wynika, że 12,1% konsumentów twierdzi, że skorzystało już z systemu kaucyjnego. Wydaje się to mało prawdopodobne, bo w sprzedaży jest jeszcze niewiele opakowań zwrotnych. Niewiedza może wynikać z niedostatecznej akcji informacyjnej dotyczącej zasad samego zwrotu ww. opakowań. Zdaniem autorów raportu, wiele osób nie wie, że zwrot kaucji dotyczy tylko oznaczonych opakowań i w niektórych sklepach nie jest jeszcze możliwy. Według ekspertów, edukacja konsumentów w tym zakresie będzie kluczowa dla skutecznego funkcjonowania systemu oraz osiągnięcia założonych przez ustawodawcę celów.

Jak wynika z raportu (autorstwa UCE Research i Shopfully), 12,1% dorosłych konsumentów informuje, że już skorzystało z niedawno wprowadzonego systemu kaucyjnego. Jednak, zdaniem ekspertów, te deklaracje wydają się zawyżone, bo na rynku aktualnie nie ma jeszcze zbyt wielu opakowań kaucyjnych. Problem może tkwić w niedostatecznej wiedzy Polaków. Potwierdzać to może fakt, że w badaniu, zrealizowanym w lipcu br. dla branżowego portalu o handlu, ponad 13% konsumentów twierdziło, że system kaucyjny już działa, a blisko 52% nic kompletnie na ten temat nie wiedziało, choć w tamtym czasie w mediach już sporo o tym się mówiło. Część sieci handlowych organizowała akcje promocyjne, w ramach których zachęcano klientów do przynoszenia butelek. Miało ich to oswoić z nowymi zasadami. Jednak Polacy mogli potraktować wzięcie udziału w takiej akcji jako skorzystanie z systemu.

– Do końca 2025 roku trwa okres przejściowy i na półkach jest jeszcze niewiele opakowań objętych systemem kaucyjnym. Dla sklepów to czas na wyprzedanie starych butelek. Niewiedza Polaków w zakresie tego, co można zwrócić, wynika ze słabej komunikacji dotyczącej systemu kaucyjnego. Kampania informacyjna zaczęła się późno, bo dopiero w połowie września. Ma mały zasięg. Prowadzona jest tradycyjnymi kanałami – poprzez stronę internetową Ministerstwa Klimatu i Środowiska, radio i telewizję. Nie zostały szeroko wykorzystane social media – Instagram, FB i TikTok, które mają zdecydowanie większy potencjał dotarcia do społeczeństwa. Ponadto kampania nie odpowiada na wszystkie pytania i w związku z tym ludzie czują się zdezorientowani i zagubieni – komentuje Sławomir Pacek, prezes Stowarzyszenia „Polski Recykling”.

Autorzy raportu mają jednak nadzieję, że w niedalekiej przyszłości odpowiednia liczba opakowań z oznaczeniami zmotywuje Polaków do regularnego udziału w tym systemie. Jednak to z pewnością nie nastąpi szybciej niż w 2026 roku, gdy upłynie karencja dla producentów i sieci handlowych. – Wtedy będzie można sprawdzić, jak faktycznie konsumenci korzystają z ww. systemu. W tym czasie oczywiście należałoby postawić na solidną kampanię edukacyjną, w której nie tylko pokaże się, o co w tym chodzi, ale przede wszystkim będą prezentowane realne zachęty, które potem faktycznie wpłyną na postawę konsumentów – przekonuje Robert Biegaj, ekspert rynku retailowego z Shopfully.

Zdaniem ekspertów z UCE Research, jeżeli ustawodawca o to lepiej nie zadba, to system kaucyjny będzie kulał. Na rynku np. mówi się, że cała akcja informacyjna była spóźniona i nie pokazała różnego rodzaju zachęt i bonusów dla konsumentów. Jeśli nic się w tej kwestii nie zmieni, to nawet sieci handlowe w tym zakresie niczego więcej nie wskórają, bo trafią na opór ze strony konsumentów. Wówczas system zostanie niszowym rozwiązaniem na rynku, a przecież nie o to chodzi.

– Ważną kwestią jest także to, że system kaucyjny to nie tylko butelkomaty, ale również ręczna zbiórka opakowań w sklepach i poza nimi, która jest bardzo istotna. Natomiast sprzedawcy informują, że część opakowań po prostu jest podrzucana do miejsca odbioru. Może to wynikać z tego, że konsumenci nie bardzo rozumieją, jak działa system. Można podejrzewać, że osoby, które zostawiły puste butelki pod sklepem lub urządzeniem do ich odbioru, bo np. automat ich nie przyjął, założyły błędnie, że w ten sposób skorzystały już z systemu kaucyjnego – dodają autorzy raportu.

W najnowszym badaniu 85,2% konsumentów podało, że do tej pory nie skorzystało z systemu kaucyjnego. Dotyczyło to głównie osób z dużych i ze średnich miast. Częściej o oddaniu opakowań mówili mieszkańcy małych miejscowości i wsi. Jak wyjaśnia prezes Pacek, w większych miastach jest więcej dużych sklepów, które mają szerszą powierzchnię magazynową. Zanim wyprzedadzą swoje zapasy produktów nieobjętych kaucją, musi minąć sporo czasu. Natomiast w małych miejscowościach sklepy są mniejsze, mają ograniczone możliwości magazynowania i rotacja produktów jest większa. Dlatego tam najprawdopodobniej wcześniej trafią produkty w opakowaniach objętych systemem kaucyjnym.

– Mieszkańcy mniejszych miejscowości, w większym stopniu zareagowali na nowe stanowisko. Dla nich kilka złotych czyni zauważalną różnicę. Z kolei niechęć do korzystania z systemu kaucyjnego to przejaw swoistej polskiej przekory. Najdłużej będą opierać się osoby, dla których dodatkowa opłata w wysokości kilku złotych do butelek pozostaje niezauważalna – uważa dr Maria Andrzej Faliński, ekspert rynku detalicznego, były dyrektor generalny POHiD-u.

Polacy, którzy nie skorzystali z systemu, tłumaczyli to głównie brakiem okazji – 23,7%, obserwacją tematu – 18,6%, a także chęcią zebrania większej liczby butelek – 12,4%. – Mówienie o braku okazji do oddania butelek oraz chęci uzbierania większej liczby, by odnieść je hurtem, to powody wynikające z poszukiwania taktyki pogodzenia się z nową rzeczywistością sklepową. Początkowa niechęć nie przesądza oczywiście o losach systemu kaucyjnego. Będzie on obowiązywał, choć można zakładać, że z czasem ujawni się konieczność wprowadzenia zmian dotyczących sposobów płatności czy oddawania butelek – przewiduje dr Faliński.

Natomiast 17,4% badanych konsumentów zapowiedziało, że w ogóle nie zamierza korzystać z systemu kaucyjnego. 9,4% stwierdziło, że nie widzi w tym sensu, ale jeszcze zobaczy. 8,7% poinformowało, że nie chce im się nosić butelek. 4,8% zapewniło, że nie ma jak tego robić. 3,9% badanych twierdziło, że próbowało skorzystać z systemu, ale bez skutku. Natomiast najmniej osób zadeklarowało, że nie potrafi wskazać powodu – 1,1%. Do tego należy dodać, że 2,7% konsumentów w ogóle nie pamięta, czy skorzystało już z systemu. Zdaniem Roberta Biegaja, osoby, które zadeklarowały, że nie planują oddawać butelek, są sceptyczne lub zniechęcone, ale niekoniecznie trwale przeciwne nowym zasadom. Ekspert z Shopfully uważa, że dzięki odpowiedniej komunikacji, skupiającej się np. na tym, ile ton plastiku odzyskano, można tych konsumentów przekonać do oddawania butelek.

– Kluczowy jest komfort użytkowania. System nie może być uciążliwy. Dostępność punktów odbioru i ich czytelne oznakowanie ma ogromne znaczenie. Osoby, które próbowały bez skutku, pokazują, że brak spójności w funkcjonowaniu systemu może szybko zniechęcać, bo np. jeden sklep przyjmuje butelki, a inny nie. W perspektywie 6-12 miesięcy można spodziewać się stopniowego wzrostu udziału osób, które z tego skorzystają. Wyrównają się granice między regionami. Duże miasta dołączą do trendu, gdy system stanie się wygodny i powszechny. Z czasem konsumenci przekonają się, że kaucja to nie dodatkowy obowiązek, ale prosty sposób na zwrot pieniędzy i ekologiczne działanie – podsumowuje Robert Biegaj.

KUPS: Podatek cukrowy uderza w zdrowe napoje z sokiem – rząd łata budżet kosztem konsumentów

Stowarzyszenie Krajowa Unia Producentów Soków (KUPS) reprezentujące producentów napojów na bazie naturalnego soku oraz przemysł owocowo-warzywny, wyraża swój zdecydowany sprzeciw wobec planowanego podniesienia stawek tzw. opłaty cukrowej na napoje z wysokim udziałem soku z owoców i warzyw. Proponowane zmiany fiskalne – zamiast promować wybory prozdrowotne – zagrożą całej branży, konsumentom i gospodarce rolnej. W praktyce przyczynią się do wzrostu cen napojów, ograniczenia konkurencyjności polskich firm i spadku dochodów sadowników oraz przetwórstwa owocowo-warzywnego.

Zamiast promocji produktów prozdrowotnych, fiskalne łatanie dziury budżetowej

Planowane stawki opłaty cukrowej znowu uderzają w napoje – a ich intencją nie jest poprawa zdrowia, a generowanie dodatkowych wpływów budżetowych. Opłata zmienna za cukier – ma wzrosnąć o 100 proc., maksymalna stawka – o 50 proc., opłata stała – o 40 proc., a podatek za kofeinę i taurynę aż o 1000 proc.  W porównaniu z innymi państwami Unii Europejskiej są to jedne z najwyższych planowanych obciążeń fiskalnych w Europie. W Polsce, z siłą nabywczą obywateli ponad 30 proc. niższą od średniej unijnej, skutki tych zmian będą szczególnie dotkliwe dla konsumentów.

Tego rodzaju obciążenia nie prowadzą do zmiany nawyków żywieniowych, lecz do wzrostu kosztów życia. Napoje niegazowane zdrożeją średnio o 11,4 proc., gazowane – o 19,8 proc., napoje energetyczne – o 13,9 proc., a wody smakowe – o 9 proc. Tak duże podwyżki mogą sprawić, że wiele osób zwyczajnie nie będzie stać na produkty, które dziś są stałym elementem codziennego koszyka zakupowego. Wysokie ceny ograniczą dostępność  także napojów owocowych na bazie polskich soków.

Z danych Najwyższej Izby Kontroli wynika, że 4,5 mld zł uzyskane z opłaty cukrowej w latach 2021–2023, nie zostały przeznaczone na profilaktykę otyłości, ale trafiły do ogólnego budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia. To dowodzi, że opłata cukrowa nie spełnia swojej deklarowanej funkcji, a staje się jedynie dodatkowym narzędziem fiskalnym.

Uderzenie w rolnictwo i polskie firmy

Na skutki planowanych zmian szczególnie narażeni są rolnicy i przetwórstwo owocowo-warzywne. Najbardziej ucierpią producenci jabłek, marchwi czy wiśni – kluczowych składników napojów owocowych i nektarów. W 2024 r. do produkcji tych kategorii napojowych zagospodarowano około 220 tys. ton surowca, z czego ponad 200 tys. ton stanowiły jabłka.

Straty dla budżetu i gospodarki

Sektor napojowy to nie tylko producenci, lecz cały łańcuch gospodarczy – od plantatorów, przez przetwórnie, po logistykę i handel. Wzrost kosztów produkcji i spadek popytu mogą doprowadzić do obniżenia obrotów firm o kilkanaście procent, a w konsekwencji do redukcji zatrudnienia, zwłaszcza w sezonach intensywnego skupu surowców. Dodatkowym obciążeniem dla branży jest równoległe wdrażanie systemu kaucyjnego oraz planowanego systemu Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta (ROP), które wymagają ogromnych inwestycji.

Niższe obroty firm oznaczają też mniejsze wpływy z VAT, podatku dochodowego oraz akcyzy od napojów. Już dziś także wpływy z opłaty cukrowej wykazują tendencję spadkową: z 1,63 mld zł w 2021 r. do 1,49 mld zł w 2024 r. W projekcie nowelizacji rząd prognozuje dalszy spadek do kwoty 1,3 mld zł.

W sytuacji, gdy konsumenci mogą zastąpić drogie napoje tańszymi zamiennikami, ryzyko odpływu obrotów i podatków z rynku krajowego staje się jeszcze bardziej realne. Wzrost cen może też przyczynić się do wzmożonego handlu transgranicznego – konsumenci coraz częściej kupują tańsze produkty w krajach o niższych podatkach, takich jak Czechy, Niemcy czy Litwa. Istnieje również ryzyko rozwoju tzw. „szarej strefy” – handlu nielegalnymi towarami, które nie są opatrzone wymaganymi etykietami i nie podlegają kontroli jakości.

Podatek cukrowy dyskryminuje jedną branżę

Obecna konstrukcja podatku cukrowego obciąża wyłącznie producentów napojów, pomijając inne kategorie produktów spożywczych, które zawierają duże ilości cukru – jak słodycze, wyroby ciastkarskie, lody itd. Tymczasem to właśnie one są głównym źródłem cukru w diecie Polaków. Szacuje się, że tylko sektor słodkich przekąsek zużywa aż o 256 tys. ton cukru rocznie więcej, niż cała branża napojów bezalkoholowych.

Podatek cukrowy karze wyłącznie producentów napojów, którzy od lat inwestują w reformulację receptur, redukcję cukru i rozwój alternatywnych, niskokalorycznych produktów. Zamiast inwestować w innowacje, tworzenie lepszych receptur, firmy będą zmuszone do poszukiwania oszczędności, w tym m.in. ograniczania rozwoju nowych kategorii produktowych o większym udziale soku. Warto podkreślić, że napoje owocowe na bazie soku jabłkowego dominują obecnie w ofercie rynkowej. Nawet wielosmakowe warianty (typu jabłko-mięta, jabłko-wiśnia) zawierają głównie sok z polskich jabłek. To segment, dla którego podatek cukrowy stanowi największe zagrożenie.

Warto zwrócić jeszcze uwagę na jeden, zasadniczy aspekt. Eksperci zgodnie wskazują, że otyłość i nadwaga to problem złożony – wynika z nieprawidłowej diety, braku ruchu i nadmiaru kalorii, a nie tylko z samego spożycia cukru. Dlatego potrzebne są działania edukacyjne i programy profilaktyczne, a nie pomysły na kolejne podatki. Zmiana nawyków żywieniowych wymaga kompleksowej i skoordynowanej polityki edukacyjnej, wspartej instrumentami gospodarczego wsparcia producentów w tworzeniu zdrowszych receptur.

Apel do rządu i parlamentarzystów

Stowarzyszenie Krajowa Unia Producentów Soków apeluje o ponowne przeanalizowanie skutków planowanych zmian. Podwyższenie opłaty cukrowej w obecnym kształcie nie tyle nie poprawi kondycji zdrowotnej społeczeństwa, co przede wszystkim zaszkodzi tysiącom miejsc pracy, polskim sadownikom i konsumentom. Ustawa, która miała promować prozdrowotne wybory, staje się dziś narzędziem fiskalnym o poważnych skutkach gospodarczych i społecznych. Dlatego oczekujemy dialogu i wypracowania rozwiązań, które będą wspierać zdrowie publiczne, a jednocześnie nie osłabią krajowej gospodarki.

Stowarzyszenie KUPS stanowczo występuje o wycofanie zapisów podwyższających stawki opłaty cukrowej dla napojów z wysoką zawartością soku, ≥ 20 proc. Podatki nie są skutecznym narzędziem zmiany postaw konsumenckich. Zamiast tego stają się łatwym sposobem na doraźne zwiększenie wpływów do budżetu, kosztem polskich producentów, miejsc pracy i dostępności naturalnych napojów dla konsumentów.

Nowelizacja ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną wdroży DSA w Polsce – co się zmieni?

Wprowadzenie unijnego Aktu o usługach cyfrowych (DSA) do polskiego prawa oznacza najgłębszą od lat zmianę zasad funkcjonowania internetu. Nowe przepisy mają zwiększyć bezpieczeństwo użytkowników, ucywilizować odpowiedzialność platform za treści oraz zapewnić przejrzyste mechanizmy blokowania i przywracania materiałów – z poszanowaniem wolności słowa. Dzięki temu polska sieć stanie się bardziej bezpieczna, przejrzysta i przyjazna zarówno dla obywateli, jak i biznesu.

Czym jest DSA i dlaczego Polska musi go wdrożyć?

Digital Services Act to unijne rozporządzenie, które zaczęło obowiązywać 17 lutego 2024 r. i nakłada nowe obowiązki na platformy cyfrowe – w tym media społecznościowe, wyszukiwarki czy marketplace’y. Unia Europejska przyjęła je w odpowiedzi na wyzwania związane z dynamicznym rozwojem internetu: dezinformacją, handlem nielegalnymi towarami czy zagrożeniami dla dzieci w sieci.

Nowelizacja polskiej ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną dostosuje krajowe prawo do wymagań DSA, wprowadzając:

  • jasne zasady blokowania treści nielegalnych, bez naruszania wolności słowa,
  • wzmocnione prawa użytkowników (w tym możliwość odwołania się od decyzji platform),
  • skuteczny nadzór państwa nad dużymi platformami cyfrowymi.

Czy DSA oznacza cenzurę w internecie?

Nie. Cenzura to ingerencja w legalne treści, a DSA dotyczy wyłącznie treści nielegalnych – takich jak pornografia dziecięca, nawoływanie do samobójstwa, handel ludźmi czy kradzież tożsamości.

✅ DSA gwarantuje użytkownikom prawo do:

  • informacji o powodach usunięcia treści,
  • odwołania się od decyzji platformy,
  • udziału w postępowaniu administracyjnym, jeśli to państwo zablokuje ich treści.

Jak będzie wyglądała procedura blokowania nielegalnych treści?

Blokowanie treści nie odbędzie się z dnia na dzień. Ustawa przewiduje przejrzysty model reagowania:

  1. Zgłoszenie treści przez użytkownika na platformie (np. przez formularz zgłoszeniowy).
  2. Brak reakcji platformy → możliwość złożenia wniosku o blokadę do UKE lub KRRiT.
  3. Urząd prowadzi jawne postępowanie administracyjne – autor treści ma możliwość obrony.
  4. Decyzja urzędu może nakazać:
    • usunięcie treści (jeśli są nielegalne),
    • przywrócenie treści (jeśli zostały usunięte niesłusznie).
  5. Decyzję można zaskarżyć do sądu.

Kto będzie mógł złożyć wniosek o blokadę?

Uprawnione będą:

  • organy państwa (np. prokuratura, Policja, KAS),
  • zaufane podmioty sygnalizujące (certyfikowane organizacje pozarządowe),
  • zwykli użytkownicy, jeśli platforma nie zareaguje na zgłoszenie.

Jakie treści będą blokowane? (katalog zamknięty)

  • Pornografia dziecięca
  • Handel ludźmi
  • Namawianie do samobójstwa
  • Zlecanie zabójstwa
  • Kradzież tożsamości
  • Inne poważne przestępstwa związane z rozpowszechnianiem treści

Ochrona wolności słowa: co jeśli moje treści zostaną usunięte niesłusznie?

Jeśli platforma zablokuje Twoje treści wbrew prawu, możesz:

  • skorzystać z prawa do odwołania się bezpośrednio na platformie,
  • złożyć wniosek do urzędu, który może nakazać przywrócenie treści.

W takich sprawach spór rozstrzyga Prezes UKE lub Przewodniczący KRRiT.

Kiedy nowe przepisy wejdą w życie?

23 września 2025 r. Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy. Teraz czeka on na prace w Sejmie. Jeśli proces legislacyjny zakończy się zgodnie z planem, nowe przepisy mogą wejść w życie w 2026 roku.

Rynek pierwotny w październiku: ceny mieszkań bez wyraźnego trendu w największych miastach

Październik nie był jednoznaczny w cennikach firm deweloperskich. Ruchy średnich cen zależały od wprowadzanych na rynek nowych projektów.

We wrześniu emocjonowaliśmy się odsłonięciem cen wszystkich mieszkań w ofercie firm deweloperskich. Na światło dzienne wyszły m.in. ceny mieszkań luksusowych. W październiku ruchy w średnich cenach metra kwadratowego znów wynikały głównie ze zmian w strukturze oferty cenowej deweloperów. A te były różne dla różnych miast – mówi Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

I dodaje, że – jak wynika ze wstępnych danych BIG DATA RynekPierwotny.pl – Kraków i Poznań były jedynymi metropoliami, w których wzrosła o 1% średnia cena metra kwadratowego mieszkań oferowanych przez deweloperów. W obu przypadkach było to efektem wprowadzenia do sprzedaży drogich mieszkań. Np. w Krakowie ich średnia cena w przeliczeniu na metr kwadratowy sięgała 18,5 tys. zł, a w Poznaniu – 16 tys. zł. W efekcie średnia dla wszystkich lokali w ofercie wynosiła pod koniec października odpowiednio 16,7 tys. zł oraz 13,6 tys. zł za metr kwadratowy.

Natomiast w pozostałych metropoliach deweloperzy wprowadzali na rynek głównie stosunkowo tanie mieszkania. W efekcie o 1% spadła średnia cena metra kwadratowego dostępnych lokali w Trójmieście (do niespełna 17 tys. zł/m kw.) i Wrocławiu (do ok. 15,2 tys. zł/kw.). Przypomnijmy, że w stolicy Dolnego Śląska na skutek ujawnienia cen luksusowych apartamentów średnia wystrzeliła we wrześniu w górę aż o 4%.

O ile w Trójmieście średnia spadła w październiku poniżej 17 tys. zł, to raczej nie zanosi się na to, że w Warszawie zejdzie ona do poziomu z sierpnia, czyli poniżej 18 tys. zł za metr kwadratowy. Pozostaje się cieszyć, że ceny mieszkań w stolicy utrzymały poziom z września (ok. 18,4 tys. zł/m kw.). Wstępne dane BIG DATA RynekPierwotny.pl wskazują, że październik był miesiącem stabilnych cen mieszkań nie tylko w Warszawie, ale również w Łodzi (ok. 11,3 tys. zł/m kw.) i w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii (do ok. 11,2 tys. zł/m kw.).Ceny mieszkań-październik 2025-wstępne dane-R

Porównując średnie ceny metra kwadratowego nowych mieszkań z października tego roku i analogicznego okresu roku ubiegłego, warto odnotować, że nie ma już metropolii, w której podwyżka byłaby dwucyfrowa. Łódź jest zaś pierwszą metropolią, w której od dwóch miesięcy średnia jest niższa niż przed rokiem (w październiku – 2%).Ceny mieszkań-październik 2025-wstępne dane-R

Po 10 miesiącach w rywalizacji o tytuł najbardziej stabilnej cenowo metropolii w 2025 r. nie zaszły istotne zmiany. Na drugiej pozycji wciąż jest Kraków (+2%), a na trzeciej ex aequo – Warszawa, Poznań i Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia (+3%). We Wrocławiu zmiana średniej ceny metra kwadratowego nowych mieszkań w okresie 12 miesięcy wynosiła w październiku 4%, a w Trójmieście – 9% (we wrześniu było to aż o 11%). O tej metropolii od dawna piszemy, że jest specyficzna ze względu na bliskość morza. Powstaje tam dużo bardzo drogich mieszkań przy Zatoce Gdańskiej i w Śródmieściu, co spowodowało, że wieloletni wicelider w rankingu najdroższych metropolii w Polsce – Kraków został zepchnięty przez Trójmiasto na trzecie miejsce.

Producenci urządzeń grzewczych mają coraz mniej czasu na aktualizację danych EPREL

0

Producenci urządzeń grzewczych z Listy Zielonych Urządzeń i Materiałów (Lista ZUM) mają coraz mniej czasu na aktualizację danych dotyczących bazy EPREL – europejskiego rejestru produktów z etykietami energetycznymi.

Wynika to z nowego regulaminu Listy ZUM, obowiązującego od 29 kwietnia 2025 roku. Zgodnie z jego zapisami producenci muszą zaktualizować informacje o swoich urządzeniach o dane dotyczące bazy EPREL (ang. European Product Registry for Energy Labelling). EPREL to ogólnoeuropejska baza, w której gromadzone są dane o produktach objętych obowiązkiem etykietowania energetycznego. Każde urządzenie przed wprowadzeniem na rynek musi zostać tam zarejestrowane. Producent ma obowiązek podać m.in. klasę efektywności energetycznej, zużycie energii i parametry techniczne urządzenia.

Aktualizacja danych z bazy EPREL jest konieczna dla zachowania ciągłości widoczności urządzeń na Liście ZUM. Obecnie znajdują się na niej 8782 urządzenia grzewcze, z czego tylko 3010 ma już zaktualizowane dane. Oznacza to, że 66 proc. wniosków nadal wymaga uzupełnienia. Wśród nich: 802 wnioski dla pomp ciepła, 2366 wniosków dla kotłów na biomasę.

Aby urządzenie pozostało widoczne na Liście ZUM, producenci powinni uzupełnić dane do 10 listopada. Aktualizacja wniosku po tym terminie wiąże się z ryzykiem czasowego zawieszenia urządzeń na liście od 15 grudnia 2025 r. do momentu pozytywnej weryfikacji wniosku.

– Do wszystkich producentów, którzy zarejestrowali przynajmniej jedno urządzenie na Liście ZUM, zostały wysłane wiadomość e-mail z przypomnieniem o konieczności aktualizacji – informuje Patrycja Walędzik-Wawrzyńczak z Zakładu Technologii Ochrony Powietrza i Klimatu Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego.

Lista ZUM stanowi ważne narzędzie programu „Czyste Powietrze”, którego celem jest poprawa jakości powietrza oraz wsparcie rodzin w termomodernizacji budynków mieszkalnych i w efekcie obniżaniu zużycia energii. Program pomaga też w walce z ubóstwem energetycznym – osoby o najniższych dochodach mogą otrzymać nawet 100 proc. dofinansowania na wymianę źródła ciepła i poprawę efektywności energetycznej domu.

Zasiłek pogrzebowy wzrośnie do 7000 zł od 2026 r.

Od 1 stycznia 2026 roku świadczenie z tytułu zasiłku pogrzebowego wzrośnie z obecnych 4000 zł do 7000 zł – informuje Zakład Ubezpieczeń Społecznych. To pierwsza taka podwyżka od 2011 r., gdy świadczenie zostało obniżone z 6395 zł do stałej kwoty 4000 zł, niezależnie od poniesionych kosztów. Celem obecnej zmiany jest lepsze dostosowanie wysokości zasiłku do realnych kosztów pogrzebu.

Co więcej, od 1 marca 2026 r. wprowadzony zostanie mechanizm waloryzacji zasiłku – świadczenie będzie automatycznie podnoszone, jeśli inflacja w poprzednim roku przekroczy 5 proc. To ważna zmiana, zwłaszcza w kontekście rosnących cen usług pogrzebowych i kosztów życia.

Ponad 350 tys. zasiłków rocznie – gdzie najwięcej?

W 2024 roku ZUS wypłacił blisko 360 tys. zasiłków pogrzebowych, przeznaczając na ten cel 1,44 mld zł. Najwięcej świadczeń trafiło do mieszkańców województw:

  • śląskiego – 50,5 tys. zasiłków,
  • mazowieckiego – 48,7 tys.,
  • najmniej natomiast wypłacono w województwie podlaskim – 8,5 tys.

Kto ma prawo do zasiłku pogrzebowego?

Zasiłek przysługuje osobie lub instytucji, która pokryła koszty pogrzebu ubezpieczonego w ZUS, emeryta, rencisty lub członka ich rodziny. Jeśli o świadczenie występuje członek rodziny – cała należna kwota zasiłku (do końca 2025 r. 4000 zł, od 2026 r. 7000 zł) wypłacana jest niezależnie od faktycznych wydatków. W przypadku osób spoza rodziny (np. przyjaciół, parafii, domów pomocy społecznej) świadczenie wynosi tyle, ile rzeczywiście wydano na pogrzeb – ale nie więcej niż maksymalny limit.

Jeśli koszty pogrzebu zostały podzielone między kilka osób lub podmiotów, świadczenie również jest dzielone proporcjonalnie do udziału w wydatkach.

Jak ubiegać się o zasiłek pogrzebowy?

Aby otrzymać zasiłek, trzeba wypełnić formularz ZUS Z-12 i złożyć go w oddziale ZUS, drogą pocztową, elektronicznie przez PUE ZUS/eZUS lub za pośrednictwem zakładu pogrzebowego. Konieczne jest także dostarczenie:

  • oryginałów rachunków dokumentujących koszty pogrzebu,
  • skróconego odpisu aktu zgonu (ZUS może sam uzyskać ten dokument),
  • dokumentów potwierdzających pokrewieństwo lub powinowactwo,
  • w razie potrzeby – zaświadczenia płatnika składek, jeśli zmarły był osobą ubezpieczoną.

Termin na złożenie wniosku wynosi 12 miesięcy od dnia śmierci lub pogrzebu (w szczególnych przypadkach).

Ważne: co wchodzi w koszt pogrzebu?

Za koszt pogrzebu uznaje się wydatki bezpośrednio związane z pochówkiem – od chwili śmierci do zakończenia ceremonii. Świadczenie nie obejmuje m.in. kosztów nagrobka, stypy czy wynagrodzenia za złożenie wniosku w ZUS przez zakład pogrzebowy.

JRH przejmuje kontrolę nad Farada Group

Notowana na GPW spółka, JRH ASI S.A. (JRH) poinformowała o finalizacji transakcji nabycia pakietu kontrolnego w Farada Group – jednej z najdynamiczniej rozwijających się polskich firm z sektora bezzałogowych statków powietrznych (UAV). Po dokonaniu pełnej płatności i przeniesieniu udziałów, JRH stała się wiodącym akcjonariuszem spółki. Jest to zamknięcie pierwszego, najważniejszego, etapu transakcji, w kolejnych planowane jest podwyższenie kapitału Farada Group, w wyniku którego JRH obejmie pakiet kontrolny sięgający łącznie 58% udziałów.

Z ogromną satysfakcją przyjmujemy informację o finalizacji transakcji i dołączeniu JRH jako wiodącego inwestora Farada Group. Dziękuję zespołom po obu stronach, za zaangażowanie i profesjonalizm, dzięki któremu udało się przeprowadzić złożony proces inwestycyjny w tak krótkim czasie i zakończyć transakcję. Wierzę, że nasza dalsza współpraca będzie równie efektywna i pozwoli Farada Group jeszcze szybciej skalować działalność, rozwijać nowe technologie oraz zwiększyć naszą obecność na rynkach międzynarodowych – powiedział Adam M. Cudny, Współtwórca i Przewodniczący Rady Nadzorczej Farada Group.

Farada Group to w pełni polska spółka technologiczna specjalizująca się w projektowaniu, produkcji i integracji zaawansowanych systemów bezzałogowych (UAS) do zastosowań cywilnych i wojskowych. Firma rozwija kompletne rozwiązania obejmujące konstrukcję platform, oprogramowanie sterujące, szkolenia oraz świadczy usługi z wykorzystaniem dronów , dzięki czemu oferuje pełne spektrum kompetencji w obszarze bezzałogowców. Spółka współpracuje z partnerami przemysłowymi i ośrodkami badawczymi, a jej technologie znajdują zastosowanie m.in. w misjach rozpoznawczych, logistycznych i inspekcyjnych oraz zostały zweryfikowane z powodzeniem w trwających konfliktach.

Cieszę się, że możemy ogłosić finalizację przejęcia udziałów w Farada Group – to kolejny przełomowy moment dla JRH i najważniejsza w tym roku inwestycja w naszym portfelu. Farada doskonale wpisuje się w naszą strategię rozwoju oraz w holding ORBITEO, który zintegruje polskie spółki technologiczne o największym potencjale w obszarach obronności, AI i przemysłu kosmicznego. To przykład spółki, która łączy praktyczne doświadczenie z innowacyjnym podejściem i potwierdzoną „w boju” skutecznością swoich technologii. Jestem przekonany, że wspólnie z zespołem Farady przyspieszymy rozwój unikalnych rozwiązań w segmencie UAV i wzmocnimy polski suwerenny potencjał technologiczny w tej kluczowej branży – powiedział January Ciszewski, główny akcjonariusz i Prezes JRH.

W ramach podpisanego wcześniej listu intencyjnego Farada Group zdecydowała o przystąpieniu do projektu ORBITEO – tworzonego przez JRH holdingu high-tech, który integruje polskie spółki z branż obronnych, kosmicznych, AI i deeptech w jednym skoordynowanym ekosystemie. Celem współpracy jest skalowanie produkcji, rozwój technologii o podwójnym zastosowaniu (dual-use) oraz zacieśnienie współpracy przemysłowo-badawczej w obszarze systemów bezzałogowych i automatyzacji procesów.

Gigabit Infrastructure Act to szansa na obniżenie kosztów dla małych firm

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców przedstawił Wiceprezesowi Rady Ministrów i Ministrowi Cyfryzacji, Krzysztofowi Gawkowskiemu, szereg uwag dotyczących implementacji Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2024/1309 z dnia 29 kwietnia 2024 r., znanego jako Akt w sprawie infrastruktury gigabitowej (Gigabit Infrastructure Act). Zgłoszone przez Minister Agnieszkę Majewską postulaty mają na celu ułatwienie funkcjonowania mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw na rynku telekomunikacyjnym – zgodnie z duchem nowego unijnego prawa, które dąży do obniżenia kosztów wdrażania szybkich sieci cyfrowych.

Ochrona praw MŚP a rozwój infrastruktury cyfrowej

Jak podkreśla Minister Majewska, postulowane rozwiązania nie naruszają praw większych podmiotów, lecz dążą do wyrównania szans mniejszych przedsiębiorstw – szczególnie tych, które pełnią rolę operatorów sieci lub korzystających z infrastruktury technicznej. W opinii Rzecznika, konieczne jest systemowe wsparcie MŚP, aby mogły aktywnie uczestniczyć w rozwoju krajowej infrastruktury telekomunikacyjnej, co przełoży się na szerszą konkurencję i innowacyjność w sektorze cyfrowym.

Kluczowe postulaty Rzecznika MŚP

Realizacja zgłoszonych uwag umożliwi MŚP nie tylko udział w procesie inwestycyjnym, ale także wpłynie na obniżenie kosztów i skrócenie czasu procedur. Najważniejsze postulaty obejmują:

  • Obniżenie kosztów dostępu do infrastruktury technicznej, co pozwoli mniejszym podmiotom lepiej konkurować na rynku.
  • Uproszczenie procedur administracyjnych, w tym dotyczących pozwoleń, zezwoleń i zgłoszeń.
  • Zapewnienie wsparcia technicznego przy przekazywaniu danych lub realizacji obowiązków sprawozdawczych.
  • Wzmocnienie prawne MŚP w relacjach z Prezesem Urzędu Komunikacji Elektronicznej, w tym wsparcie w postępowaniach administracyjnych.
  • Wprowadzenie wzorców organizacji ruchu drogowego dla prac związanych z inwestycjami telekomunikacyjnymi, co znacznie uprościłoby procesy związane z robotami budowlanymi w pasie drogowym.

Postulaty Rzecznika MŚP są zgodne nie tylko z założeniami unijnym, ale również z zasadami ochrony wolności gospodarczej i proporcjonalności, zagwarantowanymi konstytucyjnie. Minister Majewska podkreśla, że proponowane zmiany wpłyną na poprawę konkurencyjności polskich przedsiębiorstw i umożliwią im realne uczestnictwo w cyfrowej transformacji kraju.

Rząd zapowiada wsparcie dla przemysłu obronnego

Minister finansów i gospodarki Andrzej Domański spotkał się z przedstawicielami przedsiębiorstw z sektora obronnego, by omówić kierunki rozwoju i możliwe formy wsparcia dla polskiego przemysłowego potencjału obronnego. Rozmowy dotyczyły zarówno wzmocnienia współpracy publiczno-prywatnej, jak i zwiększenia inwestycji w badania, rozwój i eksport nowoczesnych technologii obronnych.

Zintegrowane podejście do rozwoju sektora obronnego

Minister Domański podkreślił, że przemysł obronny jest jednym z filarów polskiej gospodarki i wymaga zintegrowanego podejścia łączącego administrację publiczną, biznes i środowisko naukowe. – „Przemysł obronny nie jest już tylko domeną Sił Zbrojnych – to serce narodowej innowacyjności i odporności gospodarczej. To sektor, który wpływa na rozwój technologii, generuje miejsca pracy i przyczynia się do wzrostu gospodarczego” – powiedział.

Szef resortu zwrócił uwagę, że silny sektor obronny to podstawa samowystarczalności technologicznej i bezpieczeństwa państwa, a jego rozwój powinien być równoważony między spółkami Skarbu Państwa i prywatnymi firmami. Jak zaznaczył, państwa chcące rozwijać się w sposób zrównoważony muszą traktować ten sektor jako inwestycję w kompetencje, technologię i niezależność gospodarczą.

Badania i rozwój – klucz do przewagi technologicznej

Znaczną część spotkania poświęcono analizie sytuacji w obszarze badań i rozwoju (B+R) w przemyśle obronnym. Przedstawiciele branży zwracali uwagę na konieczność lepszej koordynacji działań instytucji publicznych, zwiększenia dialogu z sektorem prywatnym oraz skuteczniejszego monitorowania globalnych trendów technologicznych.

Omówiono również propozycję opracowania mapy technologii obronnych, która miałaby wskazać strategiczne obszary inwestycji oraz potencjalne nisze dla polskich przedsiębiorstw. Dyskutowano o mechanizmach finansowania innowacji, w tym możliwościach wykorzystania środków unijnych i funduszy krajowych, oraz o potrzebie uproszczenia procedur administracyjnych dla projektów badawczych o znaczeniu obronnym.

Zdaniem uczestników spotkania, priorytetem powinno być wzmocnienie współpracy między przemysłem a uczelniami technicznymi i instytutami badawczymi, co pozwoliłoby na szybsze wdrażanie wyników badań do praktyki gospodarczej i zwiększenie konkurencyjności polskich firm na rynkach międzynarodowych.

Modernizacja i wsparcie eksportu – kierunki dalszego rozwoju

Rozmowy dotyczyły również modernizacji krajowego potencjału przemysłowego oraz rozwoju eksportu produktów obronnych. Przedstawiciele Ministerstwa Rozwoju i Technologii (MRiT) zaprezentowali planowane rozwiązania ułatwiające przedsiębiorcom dostęp do zamówień obronnych i wspierające ekspansję zagraniczną.

Wśród propozycji znalazło się opracowanie „karty wsparcia eksportera”, która ma ułatwiać firmom udział w międzynarodowych przetargach i misjach gospodarczych. Ministerstwo zapowiedziało także usprawnienie koordynacji międzyresortowej w zakresie promocji polskich technologii obronnych za granicą.

Dyskutowano ponadto o wykorzystaniu instrumentów finansowych w ramach Europejskiego Funduszu Obronnego (EDF) i Europejskiego Programu Inwestycji Obronnych (EDIP), które wspierają wspólne projekty rozwojowe państw UE. Uczestnicy wskazali, że aktywniejsze uczestnictwo Polski w tych programach może zwiększyć konkurencyjność krajowych firm i przyspieszyć transfer nowoczesnych technologii.

Przemysł obronny jako motor innowacji

Minister Domański zwrócił uwagę, że przemysł obronny to nie tylko sektor strategiczny dla bezpieczeństwa, ale również ważny motor rozwoju nowych technologii, które często znajdują zastosowanie w cywilnych gałęziach gospodarki – od automatyki po materiały kompozytowe.

„Każde państwo, które chce rozwijać się w sposób zrównoważony i bezpieczny, musi postrzegać sektor obronny jako inwestycję w przyszłość – w kompetencje, technologię i niezależność” – podkreślił minister.

Zaznaczył również, że współpraca między administracją, nauką i biznesem jest warunkiem skutecznego wykorzystania potencjału, jaki drzemie w polskich przedsiębiorstwach i ośrodkach badawczych. Dobrze zorganizowany ekosystem innowacji w sektorze obronnym może stać się impulsem rozwojowym dla całej gospodarki.

Nowy etap współpracy państwa z przemysłem obronnym

Spotkanie zakończyło się deklaracją kontynuacji dialogu między rządem a przedsiębiorstwami z branży zbrojeniowej. Ministerstwo zapowiedziało kolejne konsultacje poświęcone instrumentom finansowym, które mogłyby wspierać inwestycje w modernizację zakładów produkcyjnych, rozwój technologii podwójnego zastosowania oraz wzmacnianie zdolności eksportowych polskiego przemysłu obronnego.

Zarówno strona rządowa, jak i przedstawiciele biznesu zgodzili się, że najbliższe lata będą kluczowe dla umocnienia pozycji Polski jako regionalnego centrum technologii obronnych. Warunkiem sukcesu ma być nie tylko stabilne finansowanie, ale też konsekwentne budowanie zaufania i współpracy między sektorem publicznym, prywatnym i naukowym.

Wynagrodzenia w Polsce nadal rosną – realne tempo wzrostu spowalnia, ale rekordy wciąż padają

Średnie miesięczne wynagrodzenie brutto w gospodarce narodowej w Polsce w II kwartale 2025 r. wyniosło 8856,67 zł, co oznacza wzrost o 10,5 proc. rok do roku i o 2,1 proc. wobec I kwartału 2025 r.. Dane Głównego Urzędu Statystycznego potwierdzają, że mimo spowolnienia gospodarczego i umiarkowanej inflacji, dynamika płac utrzymuje się na wysokim poziomie.

Rekordowe zarobki, stabilne zatrudnienie

W ciągu ostatnich pięciu lat przeciętne wynagrodzenie w Polsce wzrosło o ponad 50 proc. – z 5520 zł w 2019 r. do prawie 8900 zł w połowie 2025 r.. Jeszcze w 2010 r. przeciętna płaca brutto wynosiła zaledwie ok. 3200 zł, co oznacza niemal trzykrotny wzrost w ciągu 15 lat.

W tym samym czasie zatrudnienie w gospodarce narodowej wzrosło z około 8,0 mln osób w 2010 r. do 9,4 mln w 2025 r., utrzymując się na względnie stabilnym poziomie w ostatnich dwóch latach. Wysoki poziom zatrudnienia przy rosnących płacach wskazuje na utrzymującą się presję płacową i deficyt pracowników w niektórych branżach – szczególnie w usługach, IT, budownictwie i logistyce.

Wzrost płac a inflacja

Chociaż nominalny wzrost wynagrodzeń wciąż pozostaje dwucyfrowy, realna siła nabywcza Polaków rośnie wolniej. Przy inflacji oscylującej wokół 5–6 proc. w 2024 r. i spadku do ok. 4 proc. w 2025 r., realny wzrost płac szacuje się na poziomie 4–5 proc., co oznacza poprawę w stosunku do lat 2022–2023, kiedy inflacja praktycznie neutralizowała nominalne wzrosty płac.

Trendy sektorowe i regionalne

Najwyższe wynagrodzenia utrzymują się w sektorach: informacja i komunikacja, finanse oraz górnictwo – gdzie średnia płaca przekracza 13–14 tys. zł brutto. Najniższe wynagrodzenia, mimo wzrostów, nadal notowane są w branżach hotelarskiej, gastronomicznej i rolniczej (4,5–5,5 tys. zł).

Regionalnie dominują: Warszawa (ponad 10,5 tys. zł), województwo dolnośląskie (ok. 9,3 tys. zł) i małopolskie (ok. 8,9 tys. zł). Najniższe średnie płace wciąż występują w województwach: podkarpackim, lubelskim i świętokrzyskim (ok. 7,2–7,5 tys. zł).

Co dalej z wynagrodzeniami?

Eksperci prognozują, że w drugiej połowie 2025 r. tempo wzrostu płac może lekko wyhamować – głównie z powodu spadku inflacji, umiarkowanego wzrostu PKB i stabilizacji rynku pracy. Mimo to przeciętne wynagrodzenie może przekroczyć 9000 zł brutto już w IV kwartale 2025 r., co będzie kolejnym psychologicznym progiem w historii polskiego rynku pracy.

*Opracowanie własne na podstawie danych GUS

Polska wprowadza przepisy o dostawcach wysokiego ryzyka

Nowelizacja ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa wprowadza możliwość formalnego wskazywania tzw. dostawców wysokiego ryzyka, czyli producentów sprzętu lub oprogramowania, których produkty mogą stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Nowe przepisy mają na celu ochronę kluczowych systemów i usług, takich jak dostawy energii, wody, ochrona zdrowia czy bankowość, przed cyberatakami i ingerencją z zewnątrz. Minister cyfryzacji będzie mógł wydać decyzję, w której wskaże konkretnego dostawcę wysokiego ryzyka, aby wyeliminować niebezpieczny sprzęt lub oprogramowanie z systemów istotnych dla funkcjonowania państwa.

Zgodnie z projektem ustawy, podmioty uznane za kluczowe i ważne będą miały obowiązek wycofania z użycia produktów pochodzących od dostawcy wysokiego ryzyka. Na realizację tego obowiązku przewidziano 7 lat, a w przypadku sprzętu wykorzystywanego w krytycznych funkcjach sieci telekomunikacyjnych – 4 lata. Czas ten odpowiada cyklowi życia urządzeń i oprogramowania, co pozwoli na stopniową wymianę bez zakłócenia ciągłości świadczenia usług.

Celem nowych przepisów jest zwiększenie poziomu cyberbezpieczeństwa infrastruktury krytycznej i zapewnienie zgodności polskich regulacji z europejskimi standardami. Obecnie w Polsce brakowało mechanizmów, które pozwalałyby na wycofanie z obiegu produktów ICT stwarzających ryzyko dla bezpieczeństwa narodowego. Zmiana przepisów umożliwi więc reagowanie prewencyjne – zanim dojdzie do incydentu – oraz zwiększy odporność państwa na cyberzagrożenia.

Wprowadzenie nowych regulacji ma charakter prewencyjny i nie oznacza, że decyzje o uznaniu dostawców wysokiego ryzyka zostaną wydane natychmiast. W praktyce chodzi o stworzenie narzędzi prawnych, które pozwolą działać w sytuacjach potencjalnego zagrożenia. Minister cyfryzacji będzie mógł wszcząć postępowanie z własnej inicjatywy lub na wniosek przewodniczącego Kolegium do spraw Cyberbezpieczeństwa, które opracuje opinię na temat danego dostawcy.

Decyzja o uznaniu danego przedsiębiorcy za dostawcę wysokiego ryzyka będzie wynikiem wieloetapowego i transparentnego postępowania. Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa oceni m.in. potencjalne zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego, zobowiązań Polski wobec NATO i Unii Europejskiej, a także strukturę właścicielską i powiązania danej firmy. Analizie zostaną poddane również kwestie techniczne – liczba i rodzaj wykrytych podatności, wcześniejsze incydenty cyberbezpieczeństwa, certyfikaty produktów oraz nadzór nad procesem produkcji i dystrybucji.

W skład zespołu przygotowującego opinię w sprawie dostawcy wysokiego ryzyka wejdzie przedstawiciel Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, co ma zagwarantować uwzględnienie zasad uczciwej konkurencji i równego traktowania firm. W postępowaniu będą mogły również uczestniczyć organizacje społeczne, przedstawiając swoje stanowiska i opinie. Sam dostawca otrzyma prawo do przedstawienia własnych dowodów i wyjaśnień, a w przypadku niekorzystnej decyzji – możliwość odwołania się do sądu administracyjnego.

Warto zaznaczyć, że decyzja ministra cyfryzacji będzie dotyczyć konkretnych typów produktów lub usług ICT, a nie całego asortymentu danej firmy. Oznacza to, że przedsiębiorca uznany za dostawcę wysokiego ryzyka nie zostanie całkowicie wyeliminowany z rynku, jeśli jego inne produkty nie stwarzają zagrożenia. Takie rozwiązanie ma na celu zachowanie równowagi między ochroną bezpieczeństwa państwa a zasadami wolnego rynku i konkurencyjności.

Podmioty kluczowe i ważne, które korzystają z produktów uznanego dostawcy, będą mogły nadal z nich korzystać do momentu ich wymiany. Przez ten czas dopuszczalne będzie ich modernizowanie, aktualizowanie oraz naprawa, o ile działania te nie zwiększają ryzyka dla bezpieczeństwa sieci lub usług. W praktyce oznacza to, że proces wycofywania sprzętu i oprogramowania będzie rozłożony w czasie i dostosowany do cyklu inwestycyjnego danej organizacji.

Nowe przepisy przewidują również kary finansowe dla podmiotów, które nie zastosują się do obowiązku wycofania sprzętu lub oprogramowania dostawcy wysokiego ryzyka. Dla podmiotów kluczowych przewidziano minimalną karę w wysokości 20 tys. zł, a dla podmiotów ważnych – 15 tys. zł. W sytuacjach, gdy naruszenie przepisów spowoduje bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa lub życia ludzi, wysokość kary może wynieść nawet 100 milionów złotych.

Podobne przepisy funkcjonują już w większości krajów Unii Europejskiej, a polska ustawa ma dostosować krajowe rozwiązania do standardów europejskich. W wielu państwach UE istnieją mechanizmy pozwalające identyfikować i eliminować dostawców sprzętu i oprogramowania, którzy mogą zagrażać bezpieczeństwu publicznemu. Polskie regulacje czerpią z tych doświadczeń, jednocześnie uwzględniając krajowe realia i strukturę sektora teleinformatycznego.

Projekt ustawy o zmianie ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa oraz niektórych innych ustaw został przyjęty przez Radę Ministrów 21 października 2025 r. i wkrótce trafi do parlamentu. Przepisy wejdą w życie miesiąc po ogłoszeniu w Dzienniku Ustaw, a ich wdrożenie ma wzmocnić ochronę polskiej infrastruktury krytycznej i zapewnić większe bezpieczeństwo cyfrowe wszystkim obywatelom. Dzięki nowym rozwiązaniom Polska dołącza do krajów, które kompleksowo chronią swoje systemy przed cyberzagrożeniami i wykorzystaniem technologii w celach wrogich wobec państwa.

Maciej Berek: Deregulacja to nie akcja, lecz filozofia państwa

Deregulacja to nie tylko etap w procesie stanowienia prawa – to także filozofia myślenia o państwie. Oznacza podejście zakładające, że przy kształtowaniu porządku prawnego należy stale brać pod uwagę potrzebę ograniczania nadmiernych regulacji. Państwo naturalnie będzie ustanawiać normy, nakazy i zakazy. Jako członek Unii Europejskiej implementujemy dyrektywy i rozporządzenia, które trafiają do krajowego porządku prawnego. Istotne jest jednak, by implementować je z umiarem – tak, by nie prowadzić do przeregulowania.

– Dobrze skalowana regulacja zmniejsza potrzebę późniejszych działań deregulacyjnych. Aby taka „mądra regulacja” mogła powstać, potrzebujemy kompetentnych urzędników, jasnego rozumienia celów publicznych i partnerstwa ze stroną społeczną oraz dobrze ukształtowanego procesu legislacyjnego – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Maciej Berek, członek Rady Ministrów, Minister Nadzoru nad Wdrażaniem Polityki Rządu, Przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów. – Praca ostatnich miesięcy nad deregulacją przy Inicjatywie SprawdzaMY pokazała, że możliwa jest synergia między administracją a społeczeństwem. Jeśli cel jest dobrze zdefiniowany, a struktura i procedury przemyślane. Obecnie powinniśmy dokończyć etap korygowania przestarzałych i nadmiarowych przepisów – ale jednocześnie przekształcić deregulację z doraźnej akcji w stały element tworzenia prawa. To oznacza, że już na etapie projektowania nowych regulacji należy pytać: czy ten przepis jest konieczny, jaki jest jego koszt administracyjny i gospodarczy, czy można osiągnąć cel prostszymi środkami? W praktyce wymaga to instytucjonalizacji mechanizmów oceny skutków regulacji, konsultacji z praktykami oraz kultury decyzji ukierunkowanej na minimalizację zbędnych obciążeń – wyjaśnił Minister Maciej Berek.

Polaka nie stać na pogrzeb. Zasiłek pogrzebowy pokrywa mniej niż jedną trzecią kosztów

Śmierć w Polsce kosztuje coraz więcej – nie tylko w wymiarze emocjonalnym, lecz także finansowym. Z najnowszego raportu Warsaw Enterprise Institute (WEI) pt. „Co się dzieje z nami po śmierci. Branża pogrzebowa oraz koszty pochówku w Polsce” wynika, że przy obecnych zarobkach przeciętny Polak może pokryć zaledwie połowę kosztów pogrzebu. Dla porównania – w Niemczech lokalna mediana zarobków pozwala na sfinansowanie aż 89% kosztów, w Wielkiej Brytanii 75%, a w Stanach Zjednoczonych 53%.

Pogrzeb – luksus na polskie warunki

Według raportu WEI, koszt podstawowego pochówku w Polsce zaczyna się od kilkunastu tysięcy złotych, co w zestawieniu z mediannym wynagrodzeniem (ok. 7 tys. zł brutto) oznacza ogromne obciążenie dla rodzin. Choć osobom organizującym pogrzeb przysługuje zasiłek pogrzebowy w wysokości 4000 zł, jego wysokość od lat nie uległa zmianie i nie pokrywa nawet jednej trzeciej realnych kosztów. Co więcej, jego uzyskanie bywa utrudnione – zależy od relacji z osobą zmarłą, statusu ubezpieczeniowego i formalności urzędowych.

Jak zauważa WEI, system wsparcia finansowego w tym zakresie jest nie tylko nieskuteczny, ale także nieefektywny fiskalnie. W 2022 roku ZUS wypłacił blisko 1,8 mld zł w ramach zasiłków pogrzebowych, podczas gdy wpływy z podatku spadkowego wyniosły jedynie 540 mln zł. Bilans dla budżetu to strata około 360 mln zł rocznie, przy czym wsparcie to trafia do wszystkich, niezależnie od dochodów. Zdaniem autorów raportu, pomoc powinna być bardziej selektywna i skoncentrowana na osobach faktycznie potrzebujących.

Cmentarze stają się dobrem luksusowym

Z raportu WEI wynika, że 66% polskich cmentarzy pozostaje własnością parafii katolickich, a 23% – gmin. Prywatne nekropolie to wciąż rzadkość, bo ich zakładanie wymaga pokonania licznych barier administracyjnych, a same inwestycje są trudne do utrzymania. Brak konkurencji oraz ograniczona podaż miejsc grzebalnych sprawiają, że koszty pochówku systematycznie rosną.

Problem pogłębia się w obliczu starzejącego się społeczeństwa – liczba zgonów rośnie, a infrastruktura cmentarna nie nadąża za zmianami demograficznymi. Jak ostrzegają eksperci, w perspektywie kilku lat miejsca na cmentarzach mogą stać się „dobrem deficytowym”, co dodatkowo podbije ceny usług pogrzebowych.

Polska w ogonie Europy pod względem swobody pochówku

Raport WEI zwraca uwagę na konserwatywne i restrykcyjne przepisy regulujące sposób pochówku. W Polsce obowiązuje m.in.:

  • zakaz rozsypywania prochów,
  • zakaz przechowywania urny w domu,
  • brak elastycznych form pochówku, takich jak tzw. groby leśne czy miejsca pamięci o charakterze symbolicznym,
  • oraz brak mechanizmu powiązania wysokości zasiłku z realnymi zarobkami.

Dla porównania – w wielu krajach Europy Zachodniej istnieje możliwość wyboru ekologicznego lub alternatywnego pochówku, a przepisy pozwalają rodzinom decydować o formie upamiętnienia bliskich w sposób zgodny z ich przekonaniami. Polska pozostaje więc jednym z krajów o najbardziej ograniczonej swobodzie pochówku w Europie.

System, który nie nadąża za rzeczywistością

Według ekspertów WEI, obecny system pogrzebowy w Polsce jest nieprzystosowany do wyzwań demograficznych i ekonomicznych. Starzejące się społeczeństwo i brak infrastruktury cmentarnej tworzą warunki do dalszego wzrostu cen usług, a biurokratyczne przepisy utrudniają zarówno rodzinom organizację pogrzebu, jak i firmom działanie w branży.

Raport wskazuje, że rynek usług pogrzebowych w Polsce jest regulowany w sposób przestarzały i nieefektywny, a brak reform może w perspektywie dekady doprowadzić do kryzysu dostępności miejsc grzebalnych.

Propozycje reform WEI

Warsaw Enterprise Institute przedstawia szereg rekomendacji, które miałyby odciążyć rodziny i zracjonalizować system:

  1. Powołanie instytucji koronera – odciążenie lekarzy rodzinnych z obowiązku wystawiania kart zgonu, przyspieszenie procedur administracyjnych i lepsza współpraca z policją.
  2. Liberalizacja przepisów pogrzebowych – dopuszczenie rozsypywania prochów w wyznaczonych miejscach, przechowywania urny w domu w godnych warunkach oraz rozwój ekologicznych form pochówku.
  3. Reforma zasiłku pogrzebowego – ograniczenie jego dostępności do osób o niskich dochodach i wprowadzenie kompleksowego wsparcia zamiast powszechnego świadczenia.
  4. Likwidacja podatku od spadków i darowizn – w zamian za likwidację zasiłku pogrzebowego, co miałoby uprościć system i ograniczyć biurokrację.

Potrzeba racjonalnej debaty o śmierci i finansach

Raport WEI dotyka tematu, który w polskiej debacie publicznej rzadko bywa poruszany. Śmierć – choć nieunikniona – staje się rosnącym obciążeniem finansowym dla rodzin, a państwo nie nadąża z tworzeniem ram prawnych odpowiadających współczesnym potrzebom.

Eksperci podkreślają, że konieczna jest kompleksowa reforma systemu pogrzebowego – obejmująca zarówno finansowanie, jak i liberalizację prawa. Tylko w ten sposób można będzie zrównoważyć interesy obywateli, przedsiębiorców z branży funeralnej i administracji publicznej.

„Obecny model świadczeń i regulacji w Polsce to anachronizm. Zasiłek pogrzebowy nie chroni rodzin, a ograniczenia prawne nie pozwalają na wybór formy pochówku zgodnej z indywidualnymi wartościami. Potrzebujemy nowego podejścia – opartego na wolności, racjonalności i poszanowaniu godności człowieka” – podsumowują autorzy raportu WEI.


📊 Kluczowe dane z raportu WEI:

  • Polska – mediana zarobków pokrywa 50% kosztu pogrzebu
  • Niemcy – 89%
  • Wielka Brytania – 75%
  • Stany Zjednoczone – 53%
  • Zasiłek pogrzebowy w Polsce: 4000 zł, bez waloryzacji od lat
  • Strata dla budżetu: ok. 360 mln zł rocznie

📄 Źródło:
Warsaw Enterprise Institute, „Co się dzieje z nami po śmierci. Branża pogrzebowa oraz koszty pochówku w Polsce”, 2025.

EBC utrzymuje stopy, kurs euro zyskuje. Kurs złotego reaguje spadkiem na spadek inflacji

Na wczorajszym posiedzeniu Europejskiego Banku Centralnego obyło się bez niespodzianek. Stopy się nie zmieniły, a konferencja prasowa zawierała stały zestaw banałów. Spadek inflacji w Polsce przywraca dyskusję o obniżkach stóp i osłabia złotego.

Strefa euro nie zmienia stóp

W przeciwieństwie do państw Ameryki Północnej, EBC nie dokonał wczoraj obniżek stóp procentowych. Warto zwrócić uwagę na sytuację w której jest strefa euro. Główna stopa procentowa wynosi tam zaledwie 2,15%. Wiadomo, w trakcie pandemii była dużo niższa, ale w USA mają 1,6% więcej. Do tego inflacja niby jest pod kontrolą, ale są ku temu lekkie wątpliwości. Wstępne dane opublikowane wczoraj przez Niemcy, czyli główną gospodarkę tego regionu, pokazały, że inflacja wcale nie zwalnia tak szybko, jak sądzono. Ceny rosną wg wstępnych danych o 2,3%, czyli powyżej poziomu stóp procentowych. Wiadomo, Niemcy to nie cała strefa euro. Problem w tym, że średnia ważona inflacji dla całego tego organizmu wynosi 2,2%. Nie jest to zatem duża różnica.

Co „powiedział” EBC?

Na konferencji prasowej Europejskiego Banku Centralnego nie doszło do dużych niespodzianek. Pojawiła się informacja, że inflacja w dalszym ciągu znajduje się w pobliżu celu średnioterminowego 2%. Nie zabrakło jednak pewnych sygnałów ostrzegawczych, np. dotyczących niepewnych perspektyw gospodarczych. Jest to subtelny eufemizm na decyzje Donalda Trumpa – wiele banków centralnych boi się kolejnych wojen celnych. Nie zabrakło oczywiście pewniaka wszystkich ostatnich konferencji prasowych, czyli komunikatu pt. „decyzje będą podejmowane na podstawie danych ze spotkania na spotkanie, a nie w ramach cyklów”. Biorąc pod uwagę obecny poziom stóp, potrzeba dużej odwagi, by oczekiwać obecnie jakiegokolwiek cyklu, za wyjątkiem cyklu utrzymywania stóp na niezmienionym poziomie. Co ciekawe rynek uznał tę konferencję za niekorzystną dla euro i mieliśmy kolejny dzień sprzyjający dolarowi. Kurs zatrzymał się w okolicach 1,1550 dolara za euro, czyli blisko najniższych poziomów z października.

Złoty w odwrocie

Dzisiaj od rana poznaliśmy dane na temat inflacji. Rynek oczekiwał wzrostu w skali roku o 2,9%, a otrzymaliśmy 2,8%. Niby niewielka różnica, ale – patrząc na reakcje rynków walutowych – znacząca. Euro podrożało w wyniku decyzji o około 1 grosz powyżej 4,25 zł. Oznacza to, że inwestorzy grają pod przyspieszenie obniżek stóp procentowych w Polsce. Warto przypomnieć, że prognoza NBP z trzeciego na czwarty kwartał w tym roku oczekuje wzrostu inflacji z 2,9% na 3,6%. Nie znamy danych za kolejne miesiące, ale na razie inflacja spada zamiast rosnąć. W listopadzie zresztą powinniśmy poznać nowe projekcje, więc szybko zapomnimy o tych prognozach.

„Jedziemy na rezerwie”. Świat traci tempo w walce z nieuniknionym kryzysem klimatycznym

Świat próbuje się przystosować do zmiany klimatu – ale robi to „jadąc na rezerwie paliwa”. Tak brzmi metaforyczny wniosek z najnowszego raportu Programu Narodów Zjednoczonych ds. Środowiska (UNEP), Adaptation Gap Report 2025: Running on Empty. Publikacja, zaprezentowana 29 października 2025 r. – tuż przed startem konferencji COP30 – przedstawia niepokojący obraz: globalna adaptacja do zmiany klimatu rozwija się zbyt wolno, a środki na ten cel dramatycznie maleją. W efekcie, świat zmierza w kierunku coraz bardziej kosztownych i nierównych skutków kryzysu klimatycznego – zwłaszcza w krajach, które najmniej przyczyniły się do emisji gazów cieplarnianych, a dziś ponoszą najdotkliwsze konsekwencje.

Tarcza przeciw nieuniknionemu

Adaptacja do zmiany klimatu to zbiór działań mających na celu ograniczenie szkód i wykorzystanie potencjalnych szans wynikających z nowych warunków klimatycznych. Może to być zarówno budowa wałów przeciwpowodziowych, jak i sadzenie odpornych gatunków roślin, modernizacja systemów wodnych czy edukacja o skutkach upałów.

UNEP przypomina, że nie wszystkim skutkom można zapobiec. Topnienie lodowców, utrata gatunków czy zanik wiecznej zmarzliny to procesy praktycznie nieodwracalne. Dlatego adaptacja oznacza dziś dostosowanie się do tego, co nieuniknione, przy jednoczesnym ograniczaniu strat, zanim koszty dostosowania przekroczą możliwości ludzi i gospodarek. Nie powinno się też zapominać, że każdy ułamek stopnia ograniczenia globalnego ocieplenia, jaki osiągniemy dzięki łagodzeniu zmiany klimatu, ograniczy potrzebę adaptacji.

Luka adaptacyjna rośnie

Kluczowym pojęciem raportu jest luka adaptacyjna – różnica między tym, co świat robi, a tym, co musiałby zrobić, by rzeczywiście przystosować ludzi i przyrodę do zachodzących i prognozowanych zmian. Według raportu UNEP, do 2035 roku kraje rozwijające się będą potrzebować 310–365 miliardów dolarów rocznie na działania adaptacyjne. Tymczasem rzeczywisty przepływ środków z krajów rozwiniętych wyniósł w 2023 roku zaledwie 26 miliardów dolarów – nawet mniej niż rok wcześniej (28 miliardów). Oznacza to lukę w wysokości ponad 300 miliardów dolarów rocznie.

UNEP ostrzega, że jeśli ten trend się utrzyma, cel Paktu Klimatycznego z Glasgow – podwojenie finansowania adaptacji do 2025 roku – nie zostanie osiągnięty. Co więcej, nowy globalny cel finansowy (NCQG) – 300 miliardów dolarów rocznie do 2035 roku – również nie pokryje realnych potrzeb.

Nierówność klimatyczna

Kto może się dostosować, a kto nie? Raport UNEP podkreśla wyraźnie, że adaptacja ma swój wymiar sprawiedliwościowy. Największe potrzeby występują tam, gdzie zdolność adaptacyjna jest najmniejsza: w krajach tropikalnych, gdzie fale upału, susze i powodzie stają się coraz bardziej ekstremalne; w małych państwach wyspiarskich (SIDS), które tracą ląd i źródła wody pitnej; w gęsto zaludnionych deltach rzek, gdzie żyją miliony ludzi narażonych na podnoszenie się poziomu morza. To właśnie te regiony najmniej skorzystały z rozwoju, który napędzał emisje w krajach bogatych. Dziś stają wobec paradoksu: muszą inwestować w przystosowanie się do kryzysu, którego nie spowodowały, i często zadłużają się, by chronić swoje społeczeństwa.

Ponad połowa finansowania adaptacyjnego ma formę pożyczek, z czego coraz więcej to kredyty komercyjne, a nie preferencyjne. UNEP ostrzega przed powstaniem „pułapki adaptacyjnej” – sytuacji, w której nasilające się katastrofalne skutki zmian klimatycznych zwiększają zadłużenie krajów rozwijających się, uniemożliwiając im dalsze inwestycje w ochronę.

Europa też płaci cenę

Choć raport koncentruje się głównie na krajach rozwijających się, Europa również nie jest odporna na rosnące koszty braku adaptacji. Według analiz przywołanych w raporcie (m.in. z projektu ACCREU), w Europie wzrasta częstotliwość i intensywność ekstremów pogodowych – fal upału, pożarów, powodzi i susz. Szacuje się, że globalne straty gospodarcze związane z ekstremami klimatycznymi wzrosną z obecnych 140 miliardów dolarów rocznie (średnia światowa dla lat 2000–2019) do nawet 3 bilionów dolarów w 2050 roku. W samej Europie straty również rosną – z szacowanych 12–15 miliardów euro rocznie w ostatniej dekadzie do prognozowanych 170–200 miliardów euro w połowie wieku (wg. danych z projektu ACCREU i Europejskiej Agencji Środowiska, EEA).

W Europie szczególnie wrażliwe są regiony południowe (Hiszpania, Włochy, Grecja), ale też środkowa część kontynentu, w tym Polska, gdzie wzrasta ryzyko powodzi błyskawicznych i susz rolniczych. Unia Europejska finansuje wiele programów – od modernizacji infrastruktury po zazielenianie miast – ale UNEP ostrzega, że tempo adaptacji wciąż nie nadąża za skalą zmian.

Rola sektora prywatnego

Finansowanie adaptacji to dziś jedna z najbardziej złożonych i kluczowych kwestii w polityce klimatycznej. UNEP wprowadza tu ważne rozróżnienie między finansowaniem adaptacji – czyli tym, skąd pochodzą środki i kto udziela inwestycji – a zasilaniem finansowym adaptacji, czyli sposobem, w jaki te koszty są ostatecznie spłacane i ponoszone przez różne podmioty, a więc także, kto ostatecznie ponosi koszty tych działań w dłuższej perspektywie. To subtelna, ale fundamentalna różnica, ponieważ nawet jeśli sektor prywatny zwiększa udział w finansowaniu, w praktyce koszty mogą wracać do krajów, które już dziś dźwigają ciężar nieproporcjonalny do swojego udziału w emisjach. UNEP ostrzega, że taka sytuacja może pogłębić globalne nierówności – wbrew zasadzie wspólnej, lecz zróżnicowanej odpowiedzialności (CBDR-CR).

W tym zróżnicowanym krajobrazie sektor prywatny pełni trzy zasadnicze role. Po pierwsze, finansuje działania adaptacyjne – poprzez zielone obligacje, ubezpieczenia klimatyczne, kredyty inwestycyjne czy mechanizmy blended finance łączące środki publiczne i prywatne. Po drugie, dostarcza dobra i usługi adaptacyjne, takie jak infrastruktura odporna na upały, technologie retencji wody czy systemy chłodzenia i izolacji. Powstaje w ten sposób nowy rynek adaptacyjny, obejmujący zarówno globalne korporacje, jak i lokalne przedsiębiorstwa. Po trzecie, sektor prywatny chroni własne zasoby, inwestując w odporność swoich aktywów i łańcuchów dostaw, co jednocześnie wzmacnia stabilność narodowych gospodarek.

UNEP szacuje, że sektor prywatny mógłby dostarczyć 15–20% środków na adaptację (ok. 50 miliardów USD rocznie), jednak jego udział wciąż jest ograniczony. Wymaga to nie tylko nowych instrumentów finansowych, ale też stabilnych ram prawnych, przejrzystości i raportowania ryzyk klimatycznych.

Czas na globalny zbiorowy wysiłek

Przyjmuje się, że każdy 1 dolar zainwestowany w adaptację może przynieść ponad 10 dolarów oszczędności w przyszłych stratach i kosztach odbudowy. Dlatego adaptacja nie jest kosztem, lecz strategiczną inwestycją w przyszłość. Warto pamiętać, że adaptacja przynosi współkorzyści. Ocieplanie budynków w celu ochrony przed falami upału obniża rachunki za energię, a rozwój transportu elektrycznego zmniejszając emisje poprawia jakość powietrza.

Jak podkreśla dyrektor wykonawcza UNEP, Inger Andersen, „budżety mogą być napięte, ale mądrym wyborem jest inwestować w adaptację teraz – by chronić życie, gospodarki i przyszłość”. W raporcie znalazło się nawiązanie do hasła COP30, jaki odbędzie sie w tym roku w Brazyliii, wzywającego do “Global mutirão” – sąsiedzkiej współpracy w duchu solidarności wszystkich państw, instytucji finansowych i podmiotów prywatnych. Bo jeśli świat będzie dalej „pędzić na oparach”, znajdziemy się w epoce skutków klimatycznych, których nie będziemy w stanie przetrwać.

Polacy coraz ostrożniej zarządzają oszczędnościami – poduszka finansowa staje się funduszem przetrwania

Polacy w coraz większym stopniu postrzegają swoje oszczędności nie jako środek do realizacji marzeń, lecz jako niezbędną ochronę przed trudnościami finansowymi. Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie BIG InfoMonitor, aż 75 proc. środków odkładanych przez Polaków ma charakter zabezpieczenia na wypadek niespodziewanych wydatków lub utraty dochodu. Jednocześnie 32 proc. dorosłych musiało w ciągu ostatniego półrocza sięgnąć po swoje oszczędności, by pokryć podstawowe koszty życia.


Oszczędności jako tarcza ochronna przed niepewnością

Wyniki badania „Skala i cele gromadzenia oszczędności przez Polaków” jasno pokazują, że kluczowym motywem odkładania pieniędzy jest potrzeba stabilności finansowej.

  • 44 proc. badanych wskazuje, że oszczędza na wypadek niespodziewanych wydatków,
  • 31 proc. gromadzi środki w obawie przed utratą źródeł utrzymania,
  • 15 proc. odkłada na cele zdrowotne,
  • 18 proc. zabezpiecza się na emeryturę,
  • a 17 proc. odkłada na wypoczynek i podróże.

Jak podkreśla Paweł Szarkowski, prezes BIG InfoMonitor, dominacja motywów bezpieczeństwa nad konsumpcyjnymi utrzymuje się od kilku lat:

– „W obliczu niepewności gospodarczej, niestabilnych cen i wysokich kosztów życia, Polacy coraz częściej postrzegają oszczędności jako niezbędny bufor bezpieczeństwa, a nie sposób na realizację planów czy inwestycji. Od 2022 roku ten trend pozostaje niezmienny.”


Zmienna rola wypoczynku – luksus czy potrzeba?

Choć podróże i wypoczynek wciąż pozostają istotnym celem oszczędzania, ich znaczenie silnie reaguje na koniunkturę gospodarczą. W 2025 roku 17 proc. Polaków deklarowało odkładanie na wakacje, jednak wskaźnik ten w ostatnich latach zmieniał się nawet o 6–9 punktów procentowych rok do roku.

Średni budżet na urlop w 2025 roku wyniósł ok. 4400 zł na gospodarstwo domowe – to wyraźnie mniej niż przed pandemią i okresem inflacyjnym. Badania firm turystycznych pokazują, że wielu Polaków oszczędza na wyjazd przez cały rok, lecz na samym urlopie nie rezygnuje z przyjemności. To zjawisko – określane przez ekonomistów jako „efekt kompensacji” – odzwierciedla potrzebę równowagi między oszczędnością a zachowaniem jakości życia.

W praktyce oznacza to, że oszczędzanie na wypoczynek jest pierwszym celem, z którego Polacy rezygnują w trudnych czasach, ale też jednym z pierwszych, do których wracają, gdy tylko poprawia się sytuacja ekonomiczna.

Oszczędności pod presją codziennych wydatków

Najbardziej niepokojący wniosek z raportu BIG InfoMonitor dotyczy rosnącej liczby osób, które zmuszone są wykorzystywać zgromadzone środki na bieżące potrzeby.
W ciągu ostatnich sześciu miesięcy 32 proc. Polaków musiało sięgnąć po oszczędności, aby:

  • dopłacić do zakupu żywności (12 proc.),
  • uregulować opłaty za prąd, czynsz lub gaz (11 proc.),
  • sfinansować leczenie lub prywatne usługi medyczne (11 proc.).

To zjawisko, jak podkreśla dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk BIG InfoMonitor, stanowi poważny sygnał ostrzegawczy:

– „Jeśli jedna trzecia społeczeństwa musi konsumować własne oszczędności, by kupić jedzenie czy opłacić rachunki, to nie jest to już strategia finansowego bezpieczeństwa, ale walka o płynność. Zjawisko to pokazuje erozję realnej siły nabywczej i spadek zdolności do długoterminowego oszczędzania.”

Rosnące ceny usług, żywności i energii sprawiają, że nawet przy nominalnym wzroście wynagrodzeń, realny dochód rozporządzalny wielu gospodarstw domowych maleje. Dla części rodzin „czarna godzina” już nadeszła – oszczędności przestały pełnić funkcję bufora, a zaczęły być narzędziem przetrwania.

Zmiana mentalności finansowej

Pomimo trudnej sytuacji, badanie pokazuje również, że Polacy coraz dojrzalej podchodzą do zarządzania pieniędzmi. Wzrosła świadomość konieczności tworzenia rezerw i dbałości o płynność finansową. To z kolei może w dłuższej perspektywie prowadzić do większej odporności gospodarstw domowych na kryzysy.

Z drugiej strony, eksperci ostrzegają, że zbyt długie utrzymywanie się sytuacji, w której oszczędności są konsumowane, grozi trwałym spadkiem poziomu zabezpieczenia finansowego społeczeństwa. W praktyce może to oznaczać mniejszą zdolność do inwestowania, odkładania na emeryturę czy rozwijania przedsiębiorczości.

Potrzeba nowego podejścia do edukacji finansowej

Wnioski z raportu BIG InfoMonitor pokazują, że budowanie świadomości ekonomicznej Polaków powinno stać się jednym z priorytetów polityki publicznej. Eksperci zwracają uwagę, że w okresach niepewności gospodarczej – takich jak obecny – edukacja finansowa i narzędzia wspierające zarządzanie budżetem domowym mogą odegrać kluczową rolę w odbudowie oszczędności.

W dłuższej perspektywie to właśnie zaufanie do systemu finansowego, dostępność stabilnych instrumentów oszczędnościowych i przewidywalność gospodarcza będą decydować o tym, czy Polacy będą mogli wrócić do budowania realnych rezerw, a nie tylko łatania bieżących deficytów.

Wnioski

Polacy nadal wykazują dużą odpowiedzialność finansową, ale jednocześnie rosnące koszty życia ograniczają zdolność do oszczędzania. Poduszka bezpieczeństwa, która miała chronić przed kryzysami, coraz częściej jest wykorzystywana do codziennych wydatków.

W obliczu inflacji, stagnacji płac realnych i utrzymujących się wysokich kosztów kredytu, priorytetem staje się odbudowa zaufania do długoterminowego oszczędzania. Jak wskazują autorzy raportu, tylko wówczas oszczędności przestaną pełnić funkcję awaryjnego funduszu, a znów staną się narzędziem budowania stabilności i rozwoju finansowego Polaków.


Źródło: badanie „Skala i cele gromadzenia oszczędności przez Polaków” zrealizowane dla BIG InfoMonitor przez Quality Watch metodą CAWI, na próbie 1098 dorosłych Polaków, 27–29 czerwca 2025 r.

Papier, chaos i brak strategii. Polskie MŚP mają problem z cyfryzacją

Polskie małe i średnie firmy cyfryzują się… topornie. Dominują w nich papier, strach przed sprzedażą online i dziurawe zabezpieczenia przed cyberatakami. Raport „Efektywność cyfryzacji w sektorze MŚP” Comarch i PMR diagnozuje największe bolączki przedsiębiorstw. Wnioski? Krajowe podmioty ignorują AI, nie wykorzystują szans związanych z e-commerce, wdrażają technologie bez planu. Co więcej, duża część z nich nadal jest nieprzygotowana na integrację z Krajowym Systemem e-Faktur. Z drugiej strony, dobrym prognostykiem są plany firm – wiele z nich planuje zwiększyć nakłady na cyfryzację.

Przedsiębiorstwa z sektora MŚP wciąż mają problem z cyfryzacją – to główny wniosek płynący z badania przygotowanego przez Comarch i firmę badawczą PMR. To niepokojąca obserwacja, zwłaszcza że firmy z tego segmentu tworzą fundament polskiej gospodarki, stanowiąc ponad 97 proc. wszystkich podmiotów i generując 45 proc. PKB (dane Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości).

Braki widać zwłaszcza w podstawowych obszarach działania organizacji, np. zarządzaniu dokumentacją czy bezpieczeństwie danych. Jak czytamy w raporcie, jedynie 31 proc. firm ma w pełni zdigitalizowany obieg dokumentów, a tylko 24 proc. trzyma kopie zapasowe danych w chmurze. Liczby te nie napawają optymizmem. A jak wynika z raportu KPMG „Barometr cyberbezpieczeństwa”, w 2024 roku aż 83 proc. badanych firm w kraju stało się ofiarami ataku cybernetycznego.

Co jednak bardziej niepokojące, właściciele małych i średnich podmiotów dokonują zakupu oprogramowania IT… bez strategii. Przyznaje tak aż 44 proc. ankietowanych firm.

W dobie cyfrowej gospodarki, powszechnej smartfonizacji i przenoszenia systemów do chmury, firmy MŚP nie digitalizują podstawowych procesów, takich jak obieg dokumentów czy bezpieczeństwo danych. W efekcie zamiast budować przewagę technologiczną, narażają się na ryzyka, od cyberataków po utratę konkurencyjności. Oczywiście zaraz pojawia się odpowiedź, że zakup technologii kosztuje. W porządku, ale zadajmy sobie pytanie, czy inwestycja w poprawę efektywności i odporności nie zwraca się z nawiązką – ocenia Paweł Olszynka, dyrektor działu badań w PMR, współautor raportu.

Rewolucja AI? Polskie firmy są sceptyczne

Firmy z sektora MŚP mają również problem z wykorzystywaniem szans, wynikających z nowych trendów rynkowych. Przykładowo, zaledwie 11 proc. z nich uważa, że sztuczna inteligencja jest istotną technologią o strategicznym znaczeniu. Przedsiębiorstwa nie inwestują też w sprzedaż internetową (co piąte nie prowadzi jej wcale), choć, jak pokazuje przykład firmy HYDRO ZNPHS Sp. z o.o. z Bielska-Białej, e-commerce może stanowić znaczną część biznesu (w jej przypadku aż 35 proc. zamówień składanych jest bezpośrednio przez internet).

Mam wrażenie, że jesteśmy właśnie świadkami czwartej wielkiej rewolucji w historii ludzkości. Po wyjściu z jaskiń pojawiła się rewolucja rolnicza, potem przemysłowa, później informatyczna – a teraz mamy rewolucję sztucznej inteligencji – mówi Zbigniew Rymarczyk, wiceprezes Comarch i dyrektor sektora ERP. – I to dopiero początek; nawet gdyby dziś rozwój AI się zatrzymał, jego wpływ gospodarczy już jest ogromny – dodaje.

Jak twierdzi autor raportu Paweł Olszynka, dane te niekoniecznie muszą niepokoić: – Warto zwrócić uwagę na to, że 28 proc. firm deklaruje, że sztuczna inteligencja nie ma wpływu na ich działalność. To ciekawa liczba, bo z drugiej strony oznacza, że trzy czwarte firm uważa jednak, że AI już wpływa lub wkrótce wpłynie na ich biznes. Czyli, jak to się mówi, szklanka jest w trzech czwartych pełna.

Oczywiście, chcielibyśmy, żeby polskie przedsiębiorstwa, zarówno małe, średnie, jak i duże, były bardziej innowacyjne i aktywnie uczestniczyły w tej zmianie. Ale fakty są takie, że, przykładowo, w Polsce tylko około 12 proc. dużych firm naprawdę intensywnie eksperymentuje z AI w praktyce. I mimo wszystko nie uważam tego za niepokojące – to naturalny etap dojrzewania rynku – dodaje ekspert.

Mimo braków firmy chcą cyfryzacji

Równie alarmująco wygląda sytuacja z integracją z Krajowym Systemem e-Faktur. Przypomnijmy: nowy system e-fakturowania stanie się obowiązkowy dla większości firm już na początku przyszłego roku. Tymczasem 37 proc. badanych organizacji nie rozpoczęło jeszcze przygotowań do wdrożenia KSeF-u.

Nie obawiamy się, że firmy nie zdążą z przygotowaniami do nowych obowiązków, ale raczej tego, czy zrobią to właściwie i na czas – komentuje Paweł Dobrzyniecki, dyrektor sprzedaży rozwiązań ERP dla rynku MŚP. – Największe przedsiębiorstwa mają rozpocząć proces już od 1 lutego, mniejsze nieco później. Jednak wiadomo, że duże firmy będą wymagały od swoich dostawców i kontrahentów wcześniejszego podłączenia do systemu KSeF. Dlatego pytanie nie brzmi „czy zdążą”, tylko „czy zrobią to poprawnie” — i czy będzie to decyzja przemyślana, a nie tylko reakcja na wymogi ustawodawcy – mówi.

Zmiany procesów naprawdę przyniosą korzyść: w końcu będzie dostęp do faktur zakupowych i ich cyfrowych odpowiedników. Faktury wystawiane są codziennie, a nawet w każdej sekundzie. Jeśli ktoś wystawia fakturę zakupową i ona gdzieś „znika”, rodzi to problemy: opóźnienia płatności, tłumaczenia, że dokumenty nie dotarły. KSeF to zmieni, uporządkuje – mówi Zbigniew Rymarczyk.

Co ważne, przedsiębiorcy mimo luk traktują transformację jako jeden z potencjalnych kierunków rozwoju. Firmy planują zwiększyć nakłady na cyfryzację – w ciągu najbliższego roku taki ruch deklaruje niemal 60 proc. badanych przedsiębiorstw. Co trzeci podmiot chciałby zainwestować w systemy ERP/CRM.

Egzamin dojrzałości dla MŚP

Przedstawiciele segmentu MŚP mogą również sami określić swój przybliżony poziom dojrzałości technologicznej. Przy okazji premiery raportu Comarch uruchomił Indeks Cyfryzacji – specjalny test składający się z 13 pytań dotyczących poszczególnych obszarów działania firm. Po wypełnieniu testu uczestnik otrzymuje wynik wraz z diagnozą stanu swojej organizacji oraz rekomendacjami.

Czytałem niedawno poważną pracę opisującą, jak Ukraińcy powstrzymali rosyjską kolumnę zmierzającą na Kijów. Ta kolumna konwencjonalnych sił miała ponoć znaczące rozmiary — czołgi, zaopatrzenie, piechotę — i została zatrzymana między innymi dzięki użyciu dronów, które uszkodziły ciężki sprzęt i wywołały odwrót. To pokazuje, jak bardzo zmieniło się pole walki — digitalizacja i technologie odgrywają dziś ogromną rolę – podkreśla Zbigniew Rymarczyk.

Badanie rynku zrealizowali doświadczeni ankieterzy i moderatorzy Hume’s Institute (część PMR odpowiedzialna za badania), zbierając prawie 360 ankiet i przeprowadzając 15 pogłębionych wywiadów wśród przedstawicieli małych i średnich polskich firm. Badane branże: produkcyjna (przemysłowa), handel/e-commerce, usługowa, logistyczno-magazynowa.

W stolicy sprzedano więcej mieszkań, niż wprowadzono na rynek

Klienci mają coraz mniej powodów, by odkładać na później zakup mieszkania. W efekcie w III kwartale br. w Warszawie deweloperzy sprzedali więcej lokali, niż wprowadzili na rynek. W porównaniu do poprzedniego kwartału, sprzedaż była o 43,3 proc. wyższa – wynika z najnowszych danych CBRE i Tabelaofert.pl. Dostępność mieszkań lekko spada, ale ceny pozostają stabilne. Dla sytuacji na rynku w najbliższych miesiącach istotne będą przede wszystkim decyzje Rady Polityki Pieniężnej, ale pośredni wpływ może mieć również ustawa o jawności cen mieszkań.  

Na wzrost sprzedaży mieszkań w Warszawie miała wpływ kumulacja kilku czynników wspierających popyt. Jednym z nich był spadek oprocentowania kredytów – od maja 2025 roku Rada Polityki Pieniężnej systematycznie obniżała stopy procentowe. Z kolei w czerwcu tego roku dowiedzieliśmy się o wyłączeniu dopłat do kredytów hipotecznych oraz innych form wspierania nabywców mieszkań z zapowiadanego przez rząd programu wsparcia mieszkalnictwa. Ci, którzy mogą pozwolić sobie na zakup bez wsparcia, ale odkładali go w czasie, licząc na pozyskanie dopłat, wrócili na rynek. Następnie w życie weszła ustawa o jawności cen mieszkań, na którą też czekała część nabywców mówi Agnieszka Mikulska, ekspertka rynku mieszkaniowego w CBRE.   

Sytuacja w sektorze mieszkaniowym coraz bardziej sprzyja klientom. W Warszawie w III kwartale br. sprzedanych zostało 4150 nowych mieszkań, czyli o 43,3 proc. więcej niż w poprzednim. Z kolei liczba lokali, które zostały wprowadzone na rynek zmalała o 3 proc. i sięgnęła 3738. Choć wybór jest nieco mniejszy, to wciąż nietrudno jest znaleźć odpowiednią inwestycję. Dostępnych jest 16 442 nowych mieszkań, a więc o 3,3 proc. mniej niż w czerwcu tego roku.

Ceny rosną wolniej niż inflacja

Mimo rosnącego popytu, ceny ulegają niedużym wahaniom. Przeciętny koszt nowego mieszkania na koniec III kwartału wyniósł w Warszawie 18 290 PLN za mkw. To wzrost o 0,8 proc. w ujęciu kwartalnym oraz o 1,9 proc. w skali roku (przy inflacji rocznej równej 2,9 proc. we wrześniu 2025 r.).

Kolejne decyzje Rady Polityki Pieniężnej o obniżkach stóp procentowych będą miały największy wpływ na rynek w najbliższych miesiącach. Są one możliwe jeszcze w 2025 roku lub na początku 2026 roku. Dalsza poprawa warunków finansowania wpłynęłaby na zwiększenie popytu, zwłaszcza że dostępność mieszkań wciąż jest znaczna. Choć ustawa o jawności cen mieszkań deweloperskich nie ma bezpośredniego przełożenia na kwoty czy wielkość oferty, to konieczność publikacji cen może spowodować pewne zmiany w strategiach deweloperów mówi Agnieszka Mikulska, CBRE.   

Ministerstwo Rozwoju i Technologii uwzględniło postulaty Rzecznika MŚP w projekcie ustawy o działalności kosmicznej

Ministerstwo Rozwoju i Technologii (MRiT) poinformowało o przyjęciu szeregu uwag zgłoszonych przez Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców do projektu ustawy o działalności kosmicznej (UD20). To ważny krok w kierunku wypracowania regulacji, które mają zapewnić równowagę między bezpieczeństwem działalności w przestrzeni kosmicznej a rozwojem polskiego sektora kosmicznego – branży uznawanej za jedną z najbardziej perspektywicznych w obszarze nowych technologii.

Dynamiczny rozwój sektora kosmicznego w Polsce

Polski sektor kosmiczny od kilku lat odnotowuje stabilny i dynamiczny wzrost. Według danych MRiT, obecnie obejmuje on około 450 podmiotów, z czego 80% stanowią firmy komercyjne, a 20% – jednostki naukowe i badawcze. Łączne zatrudnienie w sektorze szacowane jest na około 12 tysięcy osób. Co istotne, aż 60% przemysłowej części branży kosmicznej tworzą małe i średnie przedsiębiorstwa, co pokazuje, że polska aktywność kosmiczna jest silnie oparta na innowacyjnych MŚP, często współpracujących w ramach międzynarodowych projektów badawczo-rozwojowych.

Usunięcie zbędnych barier dla przedsiębiorców

Wśród przyjętych uwag Rzecznika MŚP znalazła się m.in. propozycja usunięcia przepisu zobowiązującego przedsiębiorców do składania wniosku o zezwolenie na działalność kosmiczną nie później niż 6 miesięcy przed jej rozpoczęciem. Zgodnie z nowym brzmieniem projektu, obowiązek ten uznano za nadmierny i nieuzasadniony, co ułatwi start działalności w branży.

Minister Agnieszka Majewska podkreślała, że celem jest stworzenie otoczenia prawnego, które nie zniechęci przedsiębiorców do inwestowania w nowoczesne technologie i projekty kosmiczne.

– „Firmom z sektora kosmicznego należy zapewnić dogodne warunki do rozpoczynania działalności i jej dalszego rozwoju. Wymogi administracyjne powinny być proporcjonalne i nie ograniczać innowacyjności” – zaznaczyła minister Majewska w piśmie skierowanym do MRiT.

Równocześnie pozostawiono 6-miesięczny termin rozpatrywania wniosku o zezwolenie przez Prezesa Polskiej Agencji Kosmicznej (POLSA), choć Rzecznik MŚP postulował jego skrócenie. Uznano, że w obecnych realiach administracyjnych jest to minimalny czas zapewniający rzetelne przeanalizowanie dokumentacji, w tym kwestii bezpieczeństwa i zgodności technologicznej.

Większa przejrzystość przepisów

Jednym z postulatów, który został w pełni uwzględniony, było doprecyzowanie różnic między pojęciami „eksploatowania” i „kontrolowania” obiektu kosmicznego. W praktyce ma to kluczowe znaczenie dla firm zajmujących się obsługą satelitów, świadczeniem usług komunikacyjnych czy analizą danych satelitarnych. Jasne rozgraniczenie terminów pozwoli uniknąć sporów interpretacyjnych i ułatwi stosowanie prawa w praktyce.

Ochrona przedsiębiorców przed nadmierną kontrolą

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców przypomniał, że jego misją jest ochrona praw przedsiębiorców zagwarantowanych w Konstytucji Biznesu i ustawie – Prawo przedsiębiorców. W tym kontekście szczególną uwagę zwrócono na konieczność ograniczenia potencjalnych nadużyć ze strony organów kontrolnych.

W projekcie ustawy wprowadzono więc zapisy odwołujące się do zasad ogólnych dotyczących kontroli przedsiębiorców, m.in.:

  • obowiązek zawiadomienia o zamiarze wszczęcia kontroli,
  • doprecyzowanie treści upoważnienia do kontroli,
  • określenie maksymalnego czasu trwania kontroli zgodnie z przepisami Prawa przedsiębiorców.

Dzięki temu firmy z sektora kosmicznego będą mogły funkcjonować w bardziej przewidywalnym i bezpiecznym otoczeniu prawnym, bez ryzyka nieuzasadnionej ingerencji administracji publicznej w bieżącą działalność.

Zdaniem ekspertów, przyjęcie części postulatów Rzecznika może mieć długofalowe pozytywne skutki dla polskiej gospodarki. Ułatwienia dla MŚP działających w branży kosmicznej mogą wzmocnić ich konkurencyjność na rynkach międzynarodowych oraz zwiększyć udział Polski w programach Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) i projektach Unii Europejskiej.

EBC w trybie wyczekiwania – grudniowe prognozy zdecydują o kierunku polityki pieniężnej

Europejski Bank Centralny pozostawił wczoraj stopy procentowe bez zmian, utrzymując stopę depozytową na poziomie 2% już po raz trzeci z rzędu. Decyzja była zgodna z oczekiwaniami rynkowymi, jednak EBC nie przedstawił żadnych nowych wytycznych co do przyszłych działań, podkreślając, że kolejne decyzje będą podejmowane na podstawie bieżących danych napływających przed każdym posiedzeniem.

Prezes EBC Christine Lagarde zaznaczyła, że polityka pieniężna znajduje się obecnie „w dobrym miejscu”, choć nie jest to sytuacja trwała. Jej zdaniem priorytetem EBC pozostaje utrzymanie stabilności inflacyjnej. Dodała, że ryzyka dla wzrostu gospodarczego uległy zmniejszeniu m.in. dzięki podpisaniu umowy handlowej między UE a USA, zawieszeniu broni na Bliskim Wschodzie oraz postępom w negocjacjach handlowych pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami.

Decyzję o utrzymaniu stóp uzasadniono m.in. stabilizującą się inflacją, która w październiku ma spaść nieznacznie do poziomu około 2,1%, bliskiego celowi EBC. Gospodarka strefy euro wykazuje oznaki odporności – PKB w trzecim kwartale przekroczył oczekiwania, w czym szczególnie wyróżniła się Francja. Równocześnie rynek pracy pozostaje silny, a bilanse sektora prywatnego są w dobrej kondycji.

Mimo pozytywnych sygnałów, EBC przyznaje, że poziom niepewności pozostaje wysoki. Do głównych źródeł ryzyka zaliczono m.in. możliwe konflikty handlowe (w tym potencjalne taryfy ze strony USA), napięcia geopolityczne oraz przyszłe regulacje klimatyczne – w tym system ETS2, którego wejście w życie planowane jest na 2027 rok.

Decyzja EBC kontrastuje z polityką Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych, która w ostatnim czasie dwukrotnie obniżyła stopy procentowe, reagując na oznaki osłabienia rynku pracy. EBC przyjmuje bardziej ostrożne stanowisko, kładąc nacisk na stabilizację i przewidywalność działań.

Grudniowe prognozy EBC, które po raz pierwszy będą obejmować rok 2028, mogą odegrać kluczową rolę w określeniu dalszego kursu polityki pieniężnej. Wśród członków Rady Prezesów oraz analityków pojawiają się jednak rozbieżności w ocenie ryzyk. Część instytucji, jak bank centralny Irlandii, ostrzega przed możliwością ponownego wzrostu inflacji, np. w wyniku wzrostu cen żywności. Inni z kolei wskazują na potencjalne ryzyka dezinflacyjne, wynikające z umacniającego się euro czy napiętej sytuacji fiskalnej we Francji.

W obecnym otoczeniu EBC pozostaje wierny strategii cierpliwości i elastyczności, unikając pochopnych decyzji. Kluczowe dla dalszego kierunku polityki będą zaktualizowane prognozy makroekonomiczne zaplanowane na grudzień, które mogą zaważyć na tym, czy obecny poziom stóp procentowych zostanie utrzymany na dłużej, czy też nastąpi zmiana kursu.

Inflacja w Polsce spada mimo droższej energii i paliw. Ekonomiści zaskoczeni wynikiem

Inflacja w Polsce ponownie spadła. Według szybkiego szacunku GUS w październiku wyniosła 2,8 proc. rok do roku wobec 2,9 proc. w sierpniu i wrześniu. Oznacza to, że pozostaje w górnym zakresie celu inflacyjnego NBP, ale wbrew wcześniejszym prognozom banku centralnego nie rośnie, przeciwnie, delikatnie maleje. To efekt ustawy zamrażającej ceny energii, a także czynników zewnętrznych, takich jak stabilne notowania ropy naftowej i gazu ziemnego. W tej sytuacji coraz bardziej prawdopodobne staje się, że Rada Polityki Pieniężnej w listopadzie ponownie obniży stopy procentowe, a stopa referencyjna może spaść do 4,25 proc.

Październikowy wynik inflacji CPI jest niższy od oczekiwań ekonomistów, którzy prognozowali, że inflacja pozostanie bez zmian. W ujęciu miesięcznym ceny wzrosły zaledwie o 0,1 proc., co wyraźnie pokazuje, że presja cenowa w krótkim terminie osłabła. Jeszcze kilka miesięcy temu NBP zakładał, że w drugiej połowie roku inflacja może ponownie przekroczyć 3 proc., głównie z powodu wyższych kosztów energii, usług i ewentualnego odbicia cen żywności. Na razie ten scenariusz się nie realizuje, dlatego przestrzeń do dalszych obniżek stóp pozostaje otwarta.

W październiku ceny żywności nie zmieniły się w stosunku do września. W ujęciu rocznym żywność i napoje bezalkoholowe są droższe o 3,4 proc., czyli więcej niż wynosi ogólny wskaźnik inflacji, ale mniej niż miesiąc wcześniej, gdy wzrost wynosił 4,2 proc. Ceny nośników energii wzrosły o 2,6 proc. rok do roku wobec 2,4 proc. miesiąc wcześniej. W październiku o 1 proc. wzrosły ceny paliw i benzyny, co pokazuje, że mimo pewnego wzrostu surowców energetycznych ich wpływ na inflację jest ograniczony i inflacja zamiast rosnąć, nadal spada.

Dane za wrzesień pokazują, że w ujęciu rocznym najmocniej potaniał cukier, aż o 23 proc. To efekt gwałtownego spadku cen tego surowca na światowych rynkach, gdzie w ciągu roku potaniał on o 34 proc., osiągając najniższy poziom od czterech lat. Kluczowym czynnikiem jest rekordowa produkcja w Brazylii, która odpowiada już za jedną czwartą światowej podaży. Tamtejsze cukrownie coraz częściej kierują trzcinę cukrową do produkcji cukru, ponieważ biopaliwo z kukurydzy stało się tańsze od etanolu z trzciny. W efekcie globalny rynek przeszedł z deficytu w nadpodaż i w sezonie 2025–2026 produkcja ma przewyższyć konsumpcję o blisko 2,8 mln ton. W Polsce kilogram cukru kosztuje dziś mniej niż 3 zł, wobec około 4,5 zł rok temu.

Z kolei najbardziej drożeje żywność pochodzenia zwierzęcego oraz używki. Ceny wołowiny i jaj wzrosły o 18 proc. rok do roku, głównie z powodu wyższych kosztów pasz i mniejszej podaży mięsa w Europie. Wyroby tytoniowe podrożały o 17,7 proc. w wyniku podwyżek akcyzy, a kawa i kakao o ponad 15 proc., co wiąże się z rekordowymi cenami surowców rolnych na świecie. Widać więc, że na polską inflację wpływają zarówno czynniki krajowe, takie jak popyt i koszty produkcji, jak i globalne zmiany cen surowców.

W obecnej sytuacji dane GUS wyraźnie wspierają scenariusz łagodzenia polityki pieniężnej. Obniżka stóp o 0,25 pkt proc. na listopadowym posiedzeniu RPP jest bardzo prawdopodobna. Rada w ostatnich miesiącach zdaje się działać w zgodzie z nastrojami inwestorów, którzy oceniają, że ryzyko inflacyjne wyraźnie maleje. Z najnowszego badania eToro Puls Inwestora Indywidualnego wynika, że inflacja, po wielu miesiącach dominacji, w trzecim kwartale spadła na drugie miejsce wśród największych obaw inwestorów. Na pierwszym miejscu znalazło się ryzyko konfliktu międzynarodowego, które wskazało 25 proc. ankietowanych. Inflacji obawia się 22 proc. respondentów, a recesji w Polsce i na świecie po 12 proc.

Inflacja w Polsce zaskoczyła i otworzyła drzwi do listopadowej obniżki

0

Inflacja w październiku wyniosła 2,80 proc. wobec oczekiwań rynku na poziomie 3,00 proc. To mocne zaskoczenie i tym samym najniższy odczyt tego wskaźnika od lipca 2024 roku. Taniała żywność, drożały paliwa.

Wydaje się, że szanse na listopadową obniżkę stóp procentowych istotnie wzrosły. A drzwi do niej nie tyle zostały uchylone, co… otwarte na oścież.

Tablica 1. Szybki szacunek wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych w październiku 2025 r.

WYSZCZEGÓLNIENIE 10 2025
10 2024=100 09 2025=100
OGÓŁEM 102,8 100,1
Żywność i napoje bezalkoholowe 103,4 100,0
Nośniki energii 102,6 100,6
Paliwa do prywatnych środków transportu 98,2 101,0

Źródło danych GUS

Wykres 1. Zmiany cen towarów i usług konsumpcyjnycha w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego (w %)

Zmiany cen towarów i usług konsumpcyjnycha
Źródło danych GUS

a Dane ostateczne z wyjątkiem informacji opracowanej według szybkiego szacunku w październiku 2025 r.

Przeglądarka nowej generacji: jak Atlas od OpenAI wpłynie na SEO, marketing i sprzedaż online

OpenAI uruchomiło nową przeglądarkę internetową AI ChatGPT Atlas, rzucając nowe wyzwanie Google Chrome – najpopularniejszej przeglądarce na świecie. Premiera ChatGPT Atlas to temat, który już wkrótce może zredefiniować przyszłość wyszukiwania, sprzedaży i marketingu w erze AI. O tym, jak Atlas wpłynie na rynek, e-commerce i pozycjonowanie firm – komentują eksperci Digitree Group, Insightland oraz Ambiscale.

Jacek Treder, Head of AI w Digitree Group

Rewolucyjność przeglądarki Atlas polega na tym, że nie traktuje już asystenta AI jako dodatku – cała jej architektura jest zbudowana wokół niego. Każda karta pozwala na indywidualne interakcje z modelem, ale jednocześnie gromadzi pamięć holistyczną, opartą na historii wszystkich zapytań. Proces ten można porównać do zdobywania wiedzy razem z siedzącym obok pomocnikiem. Twórcy narzędzia dali nam szerokie możliwości ustawień prywatności i decydowania o tym, które treści mają być przez model zapamiętane.

Ten produkt wydaje się naturalnym krokiem w ewolucji przeglądarek, które od trzech dekad działały w oparciu o te same fundamenty. Asystenci AI zaczynają nam towarzyszyć w coraz szerszym spektrum działań internetowych. Niedawno Google zaprezentował protokoły płatności, które pozwolą autoryzować naszego bota do finalizacji transakcji. Patrząc na trendy rozwoju tej technologii można założyć, że coraz częściej będziemy polegać na rekomendacjach modeli AI. W praktyce oznacza to stopniowe odchodzenie od wpisywania fraz i klikania linków na rzecz “rozmowy z Internetem”. W dalszej perspektywie można założyć połączenie naszych rozmów z technologiami typu AR (Augmented Reality), gdzie decyzje zakupowe podejmować będziemy w czasie rzeczywistym – w trakcie spaceru, za pomocą wirtualnych ekranów, wkomponowanych w szkła naszych okularów.

Natalia Ząber, SEO Content Manager w Insightland

Po premierze Perplexity Comet widać, że branża zmierza w tym samym kierunku – przeglądarki oparte na AI to kolejny etap rozwoju internetu. Wciąż jednak uczymy się, jak realnie wykorzystać ich potencjał w codziennej pracy.

Użytkownicy Comet zwracali uwagę, że to ciekawe narzędzie do testów, ale jeszcze nie zastępuje Chrome czy Safari. Dlatego wiele osób podchodzi do Atlasa z większym realizmem – traktując go bardziej jako wyznacznik kierunku niż gotową zmianę. Na rynku Atlas wpisuje się w trend tzw. agentowych przeglądarek. To dopiero początek nowego etapu, ale jego rozwój wydaje się nieunikniony.

Tadeusz Rolski, Account Executive w Ambiscale

OpenAI wchodzi w obszar od lat zdominowany przez Google, proponując zupełnie nowy model korzystania z Internetu. To istotny krok w kierunku odejścia od tradycyjnych „niebieskich linków”, które przez ponad dwie dekady definiowały sposób wyszukiwania informacji w sieci. Atlas może zaskoczyć użytkowników przyzwyczajonych do klasycznych przeglądarek – nie posiada bowiem paska adresu, a cała interakcja opiera się na rozmowie z asystentem AI. Jedną z kluczowych funkcji zachwalanych przez firmę jest pamięć, co oznacza, że w trybie agenta przeglądarka może zobaczyć i zapamiętać to, co przeglądasz, aby wyszukiwanie w sieci było bardziej spersonalizowane, a następnie zareagować na kontekst bieżących działań użytkownika (zrobić za nas zakupy w pobliskim sklepie lub zarezerwować hotel na wyjazd). To jednak rodzi poważne pytania o granice cyfrowej prywatności – by działać w pełni, Atlas wymaga niemal nieograniczonego dostępu do danych internautów.

Debiut Atlasa wpisuje OpenAI w bezpośrednią rywalizację z Google i innymi twórcami przeglądarek. To strategiczny krok mający na celu osłabienie hegemonii Chrome i przechwycenia codziennych nawyków wyszukiwania w kierunku interakcji konwersacyjnych. W praktyce, jeśli Atlas zyska na popularności, zmieni się zarówno model wyszukiwania, jak również reklamy internetowej i pozycjonowania stron. Walka o widoczność w sieci nie będzie już toczyć się o pierwsze miejsce w wynikach wyszukiwania, ale o bycie rekomendowanym przez AI.

Nowe przepisy o recyklingu opon coraz bliżej. PSRO popiera kierunek zmian

Ministerstwo Klimatu i Środowiska rozpoczęło prekonsultacje dotyczące zmian w ustawie o obowiązkach przedsiębiorców w zakresie gospodarowania odpadami, które mają dostosować polskie przepisy do unijnych standardów gospodarki o obiegu zamkniętym. Polskie Stowarzyszenie Recyklerów Opon (PSRO) poparło kierunek proponowanych zmian, postulując jednocześnie wzmocnienie systemu rozszerzonej odpowiedzialności producenta, priorytet dla recyklingu nad spalaniem oraz pełną ewidencję opon wprowadzanych na rynek. Organizacja zapowiada publikację nowego raportu o stanie recyklingu opon w Polsce, który ukaże się w listopadzie i wskaże najważniejsze wyzwania oraz rekomendacje dla branży i administracji.

W związku z trwającymi pracami nad nowelizacją ustawy o obowiązkach przedsiębiorców w zakresie gospodarowania niektórymi odpadami oraz o opłacie produktowej, Ministerstwo Klimatu i Środowiska prowadzi prekonsultacje dotyczące zmian w systemie rozszerzonej odpowiedzialności producenta. Dla opon pneumatycznych proponowane jest podniesienie poziomów odzysku do 95%, w tym conajmniej 50% recyklingu. Takie rozwiązanie  ma dostosować przepisy do współczesnych możliwości technologicznych i celów gospodarki o obiegu zamkniętym. Planowane jest także rozszerzenie zakresu ustawy o opony pełne, dla których rozważane jest wprowadzenie minimalnych poziomów odzysku i recyklingu na poziomie odpowiednio 80% i 40%. Zmiany mają również objąć aktualizację stawek opłaty produktowej, zgodnie z decyzjami wykonawczymi Komisji Europejskiej a dotychczasowa klasyfikacja PKWiU zostałaby zastąpiona unijną nomenklaturą CN.

Aktualna sytuacja na rynku recyklingu opon

Wartość rynku opon w Unii Europejskiej wynosi obecnie około 45 miliardów euro, a Polska zajmuje w nim istotne miejsce jako jeden z największych rynków zbytu w regionie. W 2023 roku do obrotu wprowadzono w Polsce około 360 tys. ton opon, z czego krajowa produkcja pokryła jedynie część zapotrzebowania.

Opony pozostają niezastąpionym elementem transportu drogowego, stanowiącym o jego bezpieczeństwie, poprzez stałe monitorowanie ich parametrów technicznych oraz wymianę w przypadku zużycia lub uszkodzenia. Przede wszystkim chodzi o głębokość bieżnika oraz okres czasu od momentu jej wyprodukowania (zazwyczaj jest to 10 lat).

Konieczność regularnej wymiany opon, oznacza rosnącą liczbę zużytych, których właściwe zagospodarowanie jest kluczowe dla środowiska naturalnego. Mimo rozwoju technologii recyklingu, zamknięty obieg surowców pozyskiwanych ze zużytych opon nie zawsze jest możliwy ze względu na brak świadomości prośrodowiskowej i ustawowych regulacji dotyczących wykorzystania recyklatów. W Polsce zostały opracowane technologie zastosowania granulatu gumowego między innymi w budownictwie drogowym, jednak skala jego wykorzystania wciąż jest znikoma. Ponadto granulat gumowy może i powinien być niezbędnym elementem bieżnikowania opon zamiast kauczuku pierwotnego, co przyniosłoby realne korzyści środowiskowe i gospodarcze.

W Polsce obowiązuje system rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP) od 2002 roku, jednak, jak podkreśla PSRO, jego skuteczność pozostaje nadal mocno ograniczona. System boryka się z brakiem rzeczywistych danych, niskimi obowiązkowymi poziomami odzysku, w tym recyklingu i to tylko dla opon pneumatycznych (adekwatnie 75% i 15%). Wyłączone z tego obowiązku  są opony pełne oraz sprowadzane z pojazdami używanymi. Nie dotyczy ich również opłata produktowa. Duża część zużytych opon trafia do pieców cementowych zamiast do recyklingu, a luka w przepisach sprzyja szarej strefie i zjawisku dzikich wysypisk. Szacunki wskazują, że nawet 2 miliony sztuk opon pozostają poza ewidencją, co oznacza, że tysiące ton rocznie wymykają się systemowi.

Stowarzyszenie wielokrotnie apelowało o aktualizację obowiązujących przepisów, dzięki którym zostanie wyegzekwowana pełna ewidencja wszystkich opon wprowadzanych na rynek oraz o podniesienie obowiązkowego poziomu ich recyklingu do 50%. Pozwoliłoby to nie tylko wykorzystać istniejące zdolności produkcyjne krajowych recyklerów, ale znacząco ograniczyć emisję gazów cieplarnianych. Zastępując spalanie zużytych opon recyklingiem ograniczamy emisję CO2 aż o 700 kg dla jednej tony.

Rekomendacje zmian w branży

PSRO pozytywnie ocenia propozycje resortu, takie jak podniesienie poziomów odzysku i recyklingu adekwatnie do 95% i 50% dla opon pneumatycznych oraz objęcie tymi obowiązkami również opon pełnych. Organizacja popiera także waloryzację opłaty produktowej i apeluje o wprowadzenie do ustawy hierarchii postępowania z odpadami zgodnej z unijnymi standardami tak, aby odzysk energetyczny dotyczył wyłącznie tych opon lub ich części, które z powodów jakościowych nie mogą być poddane recyklingowi. PSRO oczywiście pozytywnie opiniuje wprowadzenie klasyfikacji CN zamiast PKWiU,

Ponadto Polskie Stowarzyszenie Recyklerów Opon postuluje, by planowana nowelizacja ustawy objęła również rozwiązania wykraczające poza propozycje MKiŚ, w zgodzie jednak z głównym kierunkiem zmian przepisów unijnych. Kluczowe znaczenie ma wprowadzenie zasady pierwszeństwa recyklingu przed odzyskiem energetycznym, zgodnie z art. 4 dyrektywy 2008/98/WE. Propozycja PSRO zakłada doprecyzowanie w ustawie, że spalanie opon lub ich części powinno być dopuszczalne wyłącznie w przypadku, w którym recykling materiałowy nie jest możliwy ze względów jakościowych (np. opon mocno zanieczyszonych, koloryzowanych). Stowarzyszenie rekomenduje również uszczelnienie krajowego systemu ewidencji opon sprowadzanych wraz z używanymi pojazdami, poprzez obowiązek deklarowania liczby opon przy rejestracji pojazdu lub w ramach procedur akcyzowych. Zdaniem PSRO zmiany te pozwoliłyby skutecznie ograniczyć szarą strefę i zapewnić pełną kontrolę nad strumieniem opon trafiających na rynek, wzmacniając jednocześnie transparentność i skuteczność całego systemu ROP.

Rynek opon w Polsce stoi dziś na rozdrożu – z jednej strony mamy ogromny potencjał technologiczny i przedsiębiorców gotowych do pełnego zagospodarowania zużytych opon, z drugiej wciąż funkcjonujemy w ramach przepisów, które zatrzymały się kilkanaście lat temu. Dlatego z zadowoleniem przyjmujemy kierunek proponowanych zmian w ustawie i apelujemy, by nowelizacja przyniosła realne wzmocnienie systemu rozszerzonej odpowiedzialności producenta. Potrzebujemy jasnych zasad, pełnej ewidencji i priorytetu dla recyklingu nad spalaniem – tylko wtedy Polska może stać się przykładem nowoczesnej, odpowiedzialnej gospodarki o obiegu zamkniętym. – komentuje Andrzej Kubik, Wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Recyklerów Opon.

Polskie Stowarzyszenie Recyklerów Opon zapowiada także publikację zaktualizowanego raportu dotyczącego dysfunkcji systemu recyklingu zużytych opon w Polsce, który ukaże się w listopadzie 2025 roku. Raport przedstawi najnowsze dane o rynku opon oraz propozycje aktualizacji przepisów, które pozwolą uszczelnić system, zwiększyć poziom recyklingu i wdrożą zasady gospodarki obiegu zamkniętego.

 

Jak agencja eventowa staje się partnerem w rozwoju marki?

Firmy coraz częściej rozumieją, że siła marki nie wynika już wyłącznie z jakości produktu. Klienci i pracownicy potrzebują emocji, kontaktu i doświadczenia. W świecie przesyconym komunikatami to właśnie dobrze zaprojektowane wydarzenia potrafią realnie wzmocnić wizerunek i zbudować zaufanie do marki.

Wydarzenie jako narzędzie komunikacji marki

Event to dziś forma komunikacji, która łączy emocje z przekazem strategicznym. Uczestnik nie tylko słucha, on współtworzy doświadczenie marki. Konferencje, gale, pikniki firmowe czy spotkania online pozwalają firmom pokazać swoje wartości w działaniu.

Dobrze zaplanowane wydarzenie integruje pracowników, wspiera employer branding i pozwala organizacjom budować społeczność wokół idei. Dzięki temu event staje się nie tylko jednorazowym przedsięwzięciem, lecz narzędziem długofalowej komunikacji.

Rola agencji eventowej w tworzeniu wartości dla biznesu

Za sukcesem każdego wydarzenia stoi zespół specjalistów, którzy potrafią łączyć kreatywność z precyzją organizacyjną. To właśnie tu swoją rolę odgrywa profesjonalna agencja eventowa, czyli partner rozumiejący zarówno strategię marki, jak i potrzeby uczestników.

Doświadczeni organizatorzy odpowiadają nie tylko za logistykę, lecz także za koncept, scenariusz i emocjonalny efekt wydarzenia. Ich wiedza pozwala ograniczyć ryzyko, usprawnić proces produkcji i nadać każdemu projektowi spójność wizerunkową. Efektem współpracy jest wydarzenie, które mówi głosem marki, to jest naturalnie i bez marketingowego nadmiaru.

Partnerstwo zamiast podwykonawstwa

W relacji z agencją liczy się nie tylko pomysł, lecz także sposób współpracy. Partnerstwo oznacza zaufanie, wspólne cele i wzajemne zrozumienie. Tylko wtedy agencja może realnie wzmocnić przekaz marki i stać się jej przedłużeniem, a nie jednorazowym wykonawcą zlecenia.

Długofalowa współpraca umożliwia tworzenie spójnej narracji wizualnej i emocjonalnej. Każdy kolejny event staje się rozdziałem większej historii marki, który zapamiętują zarówno klienci, jak i pracownicy.

Doświadczenie, które buduje markę klienta

Wśród liderów branży działa Fox Events, ogólnopolska agencja z siedzibami w Warszawie i Wrocławiu. Firma od lat tworzy wydarzenia dla biznesu od konferencji i gal po pikniki rodzinne, wyjazdy integracyjne i wydarzenia hybrydowe. Zespół zapewnia pełną obsługę techniczną: nagłośnienie, oświetlenie sceniczne, multimedia, a także streaming online! To przykład partnera, który nie tylko organizuje eventy, lecz także współtworzy strategie komunikacyjne swoich klientów, dbając o każdy detal od koncepcji po efekt emocjonalny.

Dlaczego warto traktować event jako inwestycję w markę?

Dobrze zaplanowane wydarzenie zostaje w pamięci uczestników na długo. To emocje, które przekładają się na wizerunek marki, motywację zespołu i zaufanie klientów. Wydarzenie staje się formą komunikacji o wysokiej wartości, inwestycją w relacje i reputację.

Z perspektywy biznesu to również narzędzie, które pozwala odróżnić markę od konkurencji. W świecie, gdzie uwaga odbiorców jest towarem deficytowym, autentyczne spotkanie z ludźmi staje się najskuteczniejszą formą promocji.

Jak wybrać agencję, która będzie najlepszym partnerem w rozwoju marki?

Dobra agencja to nie ta, która robi „wszystko”, lecz ta, która potrafi zrozumieć cel klienta. Liczy się transparentność, elastyczność i otwarta komunikacja. Współpraca powinna opierać się na wspólnym myśleniu o efekcie, a nie na odhaczaniu kolejnych zadań.

Najlepsze projekty powstają wtedy, gdy agencja staje się częścią zespołu marketingowego, wtedy doradza, inspiruje i współtworzy narrację marki. Wówczas event nie jest wydarzeniem, a jest doświadczeniem, które zostaje z ludźmi.

Profesjonalnie zorganizowany event to dziś jedno z najskuteczniejszych narzędzi wizerunkowych i sprzedażowych. To moment, w którym marka może naprawdę przemówić głosem emocji. Dowiedz się więcej o ofercie Fox Events i przekonaj się, jak wydarzenie może stać się Twoim najskuteczniejszym narzędziem komunikacji biznesowej.

KAS ujawnia nieprawidłowości na kwotę ponad 117 mld zł. Audyty objęły 160 podmiotów publicznych i fundacji

Krajowa Administracja Skarbowa (KAS) zakończyła serię audytów dotyczących gospodarowania środkami publicznymi w 160 instytucjach i organizacjach. Łączna kwota stwierdzonych nieprawidłowości przekracza 117 miliardów złotych – wynika z zestawienia przekazanego przez Ministerstwo Finansów. Skala naruszeń obejmuje zarówno resorty rządowe, jak i instytucje kultury, fundacje, spółki Skarbu Państwa oraz organizacje pozarządowe.

Zakres audytów i najczęstsze nieprawidłowości

Według danych KAS, działania kontrolne objęły m.in. 17 ministerstw, w tym Ministerstwo Rolnictwa, Zdrowia, Sprawiedliwości, Obrony Narodowej, Aktywów Państwowych, Edukacji, Kultury i Funduszy Regionalnych. Wśród audytowanych znalazły się również 59 fundacji i 21 stowarzyszeń, a także państwowe agencje i spółki celowe, takie jak Centralny Port Komunikacyjny, Lasy Państwowe, Agencja Badań Medycznych czy Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

KAS wskazała szereg nieprawidłowości, w tym:

  • naruszenie zasad przyznawania i rozliczania dotacji,
  • wydatkowanie środków publicznych sprzecznie z planem finansowym,
  • nieuzasadnione tworzenie nowych instytucji publicznych,
  • finansowanie działań niemających podstawy prawnej,
  • niegospodarność i brak poszanowania zasady celowości wydatków,
  • wykorzystywanie rezerw budżetowych niezgodnie z ich przeznaczeniem,
  • działanie na szkodę Skarbu Państwa poprzez brak nadzoru lub nadużycia przy udzielaniu dotacji.

Skala zawiadomień do prokuratury

Dyrektorzy Izb Administracji Skarbowej złożyli do Prokuratury 178 zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa na łączną kwotę ponad 101 mld zł oraz 97 zawiadomień do Rzecznika Dyscypliny Finansów Publicznych o naruszenie dyscypliny finansów publicznych. W związku z trwającymi analizami przewidywane są kolejne zgłoszenia.

Największe kwoty nieprawidłowości dotyczyły:

  • Ministerstwa Zdrowia – ponad 8,1 mld zł strat wynikających z niegospodarności przy zakupach szczepionek COVID-19, kampaniach medialnych i realizacji programów pilotażowych w onkologii;
  • Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa (KOWR) – ponad 1,25 mld zł szkód wynikających z braku nadzoru nad spółkami zależnymi i nieefektywnych inwestycji;
  • Lasów Państwowych i ich jednostek organizacyjnych – ponad 40 mln zł strat w związku z finansowaniem wydarzeń o charakterze promocyjno-politycznym, niezgodnych z ustawą o finansach publicznych;
  • Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW) – 250 mln zł niegospodarności przy projekcie monitoringu jakości wód;
  • Agencji Badań Medycznych – ponad 222 mln zł strat w wyniku błędnych decyzji o finansowaniu i braku nadzoru;
  • Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi – wydatki o łącznej wartości ponad 1 mln zł na refundacje studiów MBA dla urzędników i kampanie medialne niemające związku z zadaniami resortu.

Fundacje i stowarzyszenia na celowniku KAS

Znaczna część zawiadomień dotyczy fundacji, które w ostatnich latach otrzymywały znaczne środki z budżetu państwa lub funduszy celowych. W wielu przypadkach audytorzy stwierdzili, że środki publiczne były wydatkowane na cele niezwiązane z działalnością statutową, a sprawozdania składane przez beneficjentów zawierały nierzetelne lub nieprawdziwe dane.

Dominujące mechanizmy nadużyć

Analiza materiałów KAS wskazuje na powtarzające się wzorce nieprawidłowości:

  1. Przekroczenie uprawnień przy udzielaniu dotacji – środki przekazywane fundacjom i stowarzyszeniom bez weryfikacji merytorycznej i finansowej.
  2. Udzielanie zamówień z pominięciem procedur PZP – szczególnie w sektorze zdrowia i leśnictwa.
  3. Finansowanie wydarzeń o charakterze politycznym – w tym kampanii wyborczych pod pozorem działań promocyjnych Lasów Państwowych.
  4. Zawieranie niekorzystnych umów najmu, usług i produkcji medialnych – często z podmiotami o niskiej wiarygodności lub braku kompetencji.
  5. Refundacja studiów i szkoleń dla urzędników odchodzących z resortów, bez podstaw prawnych i uzasadnienia ekonomicznego.

Reakcje i dalsze kroki

Ministerstwo Finansów zapowiedziało dalsze działania kontrolne w obszarach, w których stwierdzono brak nadzoru systemowego i rażące naruszenia zasad gospodarowania środkami publicznymi. Planowane jest także rozszerzenie audytów na kolejne jednostki finansowane z budżetu państwa i funduszy celowych.

W związku z dokonywanymi ustaleniami, KAS przewiduje złożenie kolejnych zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, w tym w sprawach, w których łączna wartość szkód przekracza 10 mld zł.

Minister finansów podkreślił, że raport audytowy będzie stanowił podstawę do „przywrócenia przejrzystości finansów publicznych i pociągnięcia do odpowiedzialności osób, które nadużyły zaufania publicznego”.

Opracowanie własne na podstawie dokumentów KAS