Z zaawansowanym rakiem piersi można żyć jak z chorobą przewlekłą. Pacjentkom w Polsce brakuje jednak nowych terapii

Z zaawansowanym rakiem piersi można żyć jak z chorobą przewlekłą. Pacjentkom w Polsce brakuje jednak nowych terapii 1

Każdego roku rak piersi jest diagnozowany u ok. 18 tys. Polek. U co trzeciej pacjentki następuje progresja do stadium zaawansowanego, u ok. 5–10 proc. z nich rak piersi jest rozpoznawany dopiero wtedy, gdy daje przerzuty do innych organów. Dzięki nowym metodom leczenia coraz częściej można z zaawansowanym rakiem piersi żyć jak z chorobą przewlekłą, jednak w Polsce dostępność do nowoczesnych terapii dla pacjentek z chorobą rozsianą wciąż jest ograniczona. Dlatego kobiety te wymagają szczególnego wsparcia. Fundacja OnkoCafe prowadzi kampanię „BreastFit. Kobiecy biust. Męska sprawa”, w której zwraca uwagę na potrzebę wsparcia pacjentek przez system ochrony zdrowia, społeczeństwo, a w sposób szczególny – także przez mężczyzn. 

Na przestrzeni ostatnich 10–15 lat dostrzegalny jest postęp w leczeniu zaawansowanego raka piersi, ale z pewnością jest on nadal niewystarczający, zarówno jeśli chodzi o oczekiwania lekarzy, jak i pacjentek, które chorują na rozsianego raka piersi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr n. med. Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld z Kliniki Nowotworów Piersi i Chirurgii Rekonstrukcyjnej w Centrum Onkologii w Warszawie.

Każdego roku rak piersi jest diagnozowany u ok. 18 tys. Polek. Prawie połowa z nich (ok. 5 tys.) umiera, ponieważ choroba jest wykrywana zbyt późno. U ok. 5–10 proc. pacjentek nowotwór rozpoznawany jest dopiero wówczas, gdy choroba daje przerzuty do innych organów. Rozpoznanie zaawansowanego raka piersi jest równoznaczne ze stwierdzeniem choroby nieuleczalnej.

Mimo postępu medycyny pogłębia się dysproporcja w dostępie do skutecznych i nowych metod leczenia. W przypadku chorych na uogólnionego HER2-ujemnego hormonozależnego raka piersi najbardziej znaną i stosowaną od ponad kilkunastu lat metodą leczenia jest hormonoterapia. Chemioterapia, która bardzo obciąża organizm, jest konieczna tylko w wąskich, uzasadnionych przypadkach.

Polskie pacjentki mają w tej chwili dostęp do wielu metod skutecznego leczenia, kiedy chorują na rozsianego raka piersi. Natomiast istnieją takie terapie, które w Polsce nie są jeszcze refundowane. Ostatnio wiele wydarzyło się w zakresie leczenia hormonozależnego, HER2-negatywnego raka piersi. Pojawiły się nowe leki wydłużające okres, przez który pacjentka może być leczona hormonoterapią, czyli stosunkowo mało toksyczną metodą. Natomiast w Polsce te leki wciąż są nierefundowane. Niestety, ceny są na tyle wysokie, że pacjent sam nie jest w stanie ich sobie kupić, chociaż są dostępne w aptece – podkreśla dr n. med. Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld.

Obecnie w Polsce nie jest refundowana żadna z terapii z wykorzystaniem leków z grupy inhibitorów CDK4/6, które poprawiają skuteczność hormonoterapii. Z drugiej strony dostęp do refundacji tej grupy leków, mają mieszkanki m.in. Austrii, Niemiec, Danii, Holandii, Norwegii, Szwecji, Słowenii, Szwajcarii czy Islandii. Eksperci podkreślają, że brak refundacji nowych terapii jest jednym z kluczowych problemów Polek chorych na uogólnionego raka piersi.

– Dostępność do technologii i nowych leków w Polsce następuje z ogromnym opóźnieniem w porównaniu do innych krajów europejskich – w tym również tych, które przebyły podobną drogę co Polska i są na podobnym poziomie. Jeżeli jakiś lek nie jest refundowany w Polsce, ale jest dostępny w Niemczech czy we Francji, to można jeszcze zrozumieć. Natomiast jeżeli jest on refundowany w Bułgarii, Rumunii, na Węgrzech i w Czechach, to trudno pojąć, dlaczego tak się dzieje – dodaje prof. Tadeusz Pieńkowski, prezes Polskiego Towarzystwa do Badań nad Rakiem Piersi.

40 proc. pacjentek zgłasza występowanie codziennego bólu i dyskomfortu związanego z zaawansowanym rakiem piersi. Dlatego terapia w stadium zaawansowanym koncentruje się na poprawie jakości życia kobiet zmagających się z chorobą.

Prof. Tadeusz Pieńkowski podkreśla, że w polskim systemie leczenia chorych na raka piersi potrzeba lepszej organizacji, wiedzy i edukacji oraz dodatkowych pieniędzy. Wielkim problemem pozostaje też poczucie wykluczenia i stygmatyzacji, z którym borykają się pacjentki.

– Pacjentki z zaawansowanym rakiem piersi potrzebują poczucia bycia zaopiekowaną przez system i państwo, któremu wiele lat służyły, pracowały, płaciły podatki i ZUS. Teraz czują się osamotnione – mówi Anna Kupiecka, prezes Fundacji OnkoCafe. – Potrzebują też dużo wsparcia emocjonalnego, od bliskich. Rodzina, przyjaciele, współpracownicy nie wiedzą, jak się zachować, dlatego trochę odczarowujemy ten temat tabu. Od kilku lat mówimy głośno o tym, że taki problem istnieje i trzeba przestać się go bać, ponieważ pomocy potrzebują zarówno kobiety chore, jak i ich bliscy.

Fundacja OnkoCafe wystartowała z trzecią już edycją kampanii „BreastFit. Kobiecy biust. Męska sprawa”. Akcja skupia się szczególnie na wsparciu kobiet zmagających się z zaawansowanym rakiem piersi, które żyjąc w cieniu choroby, są niewidzialne dla społeczeństwa i systemu. Projekt skierowany jest zarówno do kobiet, jak i do mężczyzn, których kampania ma zachęcić do włączenia się m.in. w profilaktykę raka piersi, ale również zwiększyć świadomość wagi wsparcia, którego potrzebują kobiety chore na zaawansowanego raka piersi. W ubiegłym tygodniu miała miejsce premiera kalendarza „Power of community 2019”, w którym wystąpiło 12 mężczyzn. Całkowity dochód z tegorocznego kalendarza przeznaczony jest na wsparcie kobiet z zaawansowanym rakiem piersi i ich bliskich.

Kalendarz ma zwrócić uwagę na problem, jakim jest zbyt późne zgłaszanie się kobiet na badania. Codzienna praca fundacji pokazuje, że wciąż niewielu mężczyzn ma wiedzę na temat nowotworów piersi, a my chcemy to zmienić. Nasz kalendarz z jednej strony pokazuje kobietom, że mężczyźni są silni i odważni, że można na nich liczyć. Z drugiej strony, dajemy mężczyznom instrukcję, jak rozmawiać z kobietą na trudne tematy oraz przede wszystkim jak badać piersi. Myślę, że pierwszą rzeczą, jaką my mężczyźni możemy zrobić, jest stworzenie kobietom poczucia bezpieczeństwa. Pokazujemy że jesteśmy przy nich, bez względu na to, co się stanie i że mogą na nas liczyć – mówi Jakub Popławski, twórca kalendarza „Power of Community 2019”.

– Zdecydowałam się zostać ambasadorką tej kampanii, dlatego że wierzę w profilaktykę. Kobiety chorują coraz częściej, a ten projekt może sprawić, że będą się też częściej badały. Kalendarz jest piękny, bardzo kobiecy, mimo że są w nim sami mężczyźni. Myślę, że pokazuje piękno nie tylko ludzkiego ciała, lecz także ludzkiej duszy – dodaje Daria Ładocha, ambasadorka kampanii „BreastFit. Kobiecy biust. Męska sprawa”.

Kalendarz można kupić na stronie www.breastfit.onkocafe.pl.

Żywność roślinna coraz częściej króluje w restauracjach. To zmienia nawyki żywieniowe Polaków

Żywność roślinna coraz częściej króluje w restauracjach. To zmienia nawyki żywieniowe Polaków 2

Na polskim rynku przybywa wegetariańskich i wegańskich restauracji. Specjalne menu dla osób, które wykluczyły z diety mięso i inne produkty pochodzenia zwierzęcego, wprowadzają też tradycyjne restauracje serwujące mięso. Wpływa na to większa świadomość żywieniowa Polaków oraz duża dostępność produktów roślinnych. Coraz większa oferta w tym zakresie powoduje, że więcej konsumentów jest gotowych ograniczyć spożycie mięsa. Ponad połowa Polaków deklaruje, że częściej zastępują produkty pochodzenia zwierzęcego produktami roślinnymi ​– wynika z danych RoślinnieJemy.

Potencjał żywności roślinnej jest ogromny. Jest ona wymieniana jako jeden z największych obecnie trendów w branży HoReCa. Widać to chociażby na podstawie danych plasujących Warszawę jako trzecie miejsce na świecie pod względem liczby wegańskich restauracji. Wyprzedzają nas pod tym względem tylko Los Angeles i Berlin. To pokazuje niesamowity ruch społeczny w samej Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Tarkowski, dyrektor F&B w restauracji Concordia Taste.

Jak podkreśla, dynamiczny wzrost liczby restauracji dla osób, które wykluczyły mięso ze swojej diety, widać również w Poznaniu.

Jest tu bardzo dużo odradzających się dzielnic, w których powstaje wiele nowych konceptów stricte wegańskich lub wegetariańskich – mówi Tomasz Tarkowski. – Żywność roślinna to produkt bardzo dostępny, nieobarczony wysokimi marżami, tworzony przez młodych ludzi, którzy utożsamiają się z tą marką.

Dostęp do produktów roślinnych będzie jeszcze łatwiejszy dzięki zmianom w prawie, które umożliwią rolnikom bezpośrednią sprzedaż do restauracji.

Umożliwia to zrezygnowanie z pośredników i uczynienie tych dóbr bardziej dostępnymi dla restauracji, dla odbiorców detalicznych – mówi Tarkowski.

Pojawiające się jak grzyby po deszcze nowe restauracje wegańskie czy wegetariańskie oraz coraz większa oferta sklepów w tym zakresie to odpowiedź na zmieniające się nawyki żywieniowe Polaków. Jak wynika z badań Mintel, co trzeci polski konsument eliminuje z codziennych posiłków mięso czerwone, a 19 proc. – nabiał. Eksperci spodziewają się, że odsetek ten będzie rósł.

– W perspektywie 10 lat 3/4 klientów restauracji i sklepów będą to milenialsi i generacja Z, czyli osoby, które obecnie mają dużą świadomość co do sposobu i jakości żywienia, która przekłada się na ich styl życia – mówi Tomasz Tarkowski.

Produkty wegetariańskie rewolucjonizują dietę ludzi na całym świecie. Jak podaje Instytut im. Heinricha Bölla, na przestrzeni minionych 50 lat zarówno produkcja, jak i konsumpcja mięsa zmieniła się diametralnie. Przykładowo, w 1950 roku statystyczny Brytyjczyk zjadał 20 g drobiu i 250 g wołowiny na tydzień. Obecnie je 250 g drobiu i zaledwie 120 g wołowiny tygodniowo. Równolegle obserwuje się, że coraz większy odsetek ludzi na świecie świadomie ogranicza spożycie mięsa oraz wędlin.

 W samej restauracji jako standardowe nasze rozwiązania propagujemy już alternatywy wegetariańskie, na życzenie także wegańskie. Wychodzimy więc naprzeciw potrzebom rynku, który determinuje nasze działania, z takimi inicjatywami jak roślinne poniedziałki czy stałe opcje wegetariańskie w menu regularnym – mówi Tomasz Tarkowski.

Istotny wkład w popularyzację produktów wegetariańskich w ostatnim czasie ma nowa piramida żywienia i Światowa Organizacja Zdrowia WHO. Jak opisuje serwis dietetyczny cookandlife.pl, spośród produktów spożywczych najważniejsze są warzywa i owoce, które wskoczyły na pierwsze miejsce wśród grup produktów zalecanych do spożycia. Zdeklasowały tym samym zboża, które w poprzedniej piramidzie zajmowały pierwsze miejsce. Dziennie powinno się spożywać co najmniej 400 gramów warzyw i owoców. Mięso jest dopiero na piątym miejscu i ma to być co najwyżej dodatek do warzyw.

Za podążającymi trenami idą także rolnicy i naukowcy.

– Studenci UW pracują nad wegańskim jogurtem. To świetna alternatywa dla jogurtu pochodzenia zwierzęcego, która będzie bazować na zbożach. Proso będzie generatorem tego jogurtu. Innym przykładem jest szukanie rozwiązań w zakresie roślinnego białka, które jest obecnie szeroko wykorzystywane w tofu, czyli białka sojowego. Już jest opatentowany i wdrażany sposób wykorzystania białka z rzepaku, czyli produktu ogólnie dostępnego, lokalnego, który niezmiernie wpłynie na odbiór, dostępność i spopularyzowanie diet wegańskich, diet roślinnych­ – podkreśla ekspert.

Polacy opracowali technologię tagowania w materiałach filmowych. To rewolucja w reklamie, pozwalająca na zakupy bezpośrednio w wideo

Polacy opracowali technologię tagowania w materiałach filmowych. To rewolucja w reklamie, pozwalająca na zakupy bezpośrednio w wideo 3

Interaktywność może być głównym kierunkiem rozwoju wideo w najbliższych latach. Już teraz Instagram testuje możliwość oznaczania osób i produktów w materiałach filmowych. Zaawansowaną technologią tagowania wideo dysponuje także polska firma, która właśnie uruchamia pierwszy duży projekt. Dzięki tagom wideo, marki mogą notować zwiększoną sprzedaż. Interaktywne wideo może być jednak przydatne również w akcjach charytatywnych. Niemal 90 proc. marketerów planuje w najbliższym czasie wykorzystać elementy interaktywne w kampaniach reklamowych.

– Technologia Tagmax pozwala internaucie na oglądanie materiału wideo, który zawiera różne elementy interaktywne, taki jak możliwość dokonania zakupu, dowiedzenia się więcej o wyświetlanym aktualnie przedmiocie – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Radosław Sosnowski, członek zarządu FreeTiVi.

Platforma Tagmax umożliwia dodawanie do filmów tagów pozwalających np. dokonać zakupu wyświetlanego na filmie produktu, pobrać pliki z dodatkowymi informacjami uzupełniającymi treść materiału czy wyświetlić dodatkowe komentarze w formie wyskakującego okienka. Jak przekonują twórcy platformy, 67 proc. odbiorców wypróbowuje interaktywne narzędzia, a dodatkowe treści zamieszczone w filmie generują współczynnik klikalności na poziomie 16 proc.

– Każdy może wziąć dowolne wideo i wymyślić sobie do tego taką interaktywność jakiej oczekuje, wejść w reakcję z widzem. Można np. oglądając Jamesa Bonda, bezpośrednio w filmie kupić Astona Martina, którym on jeździ. Oczywiście trzeba mieć tego Astona Martina na sprzedaż bądź mieć landing page do informacji. Robi się z tego pop-up store, czyli coś, co może wyskoczyć na stronie internetowej np. portalu zasięgowego i w tym może się pojawić informacja, którą chcemy pokazać, czy towary, które chcemy sprzedać – tłumaczy ekspert.

Technologia dostarczana przez polski start-up została wykorzystana już przez Program 3 Polskiego Radia do przeprowadzania głosowania w talent show „StartNaGranie”. To pierwszy w historii konkurs, w którym na uczestników głosuje się kupując ich muzykę bezpośrednio z poziomu nagrania. Oddanie głosów na wybranych artystów polega na zakupie ich piosenki za określoną kwotę. Aby kupić piosenkę trzeba użyć przycisku „GŁOSUJ” widocznego na interaktywnym wideo z występu. Wybór kwoty ma wpływ na jego pozycję w konkursie.

Interaktywne wideo sprawdza się również w przypadku charytatywnych zbiórek pieniędzy. Mended Little Hearts to film, którego bohaterem jest Max, dziecko z wadą serca. Dzięki interakcji polegającej na wpłacie zadeklarowanej kwoty odbiorca ma możliwość kształtowania świata, w jakim żyje animowany bohater. Zerowa wpłata to sterylne, białe otoczenie, w którym Max nie czuje się dobrze. W zależności od sumy przekazywanych pieniędzy, w świecie bohatera mogą pojawić się przyjaciele, zwierzęta czy kolorowe otoczenie. Ostatni kadr filmu to zdjęcie rodziny prawdziwego Maxa, który żyje dzięki pomocy ofiarodawców.

– Tagi wideo to jest coś, czego brakowało do tej pory filmom. Teraz już każdy ma telefon z płaskim ekranem dotykowym. Proszę mi powiedzieć, że komukolwiek oglądając YouTube nie brakuje możliwości kliknięcia, żeby dowiedzieć się więcej o wykonawcy piosenki, albo zobaczyć jaką bluzkę ma właśnie ta pani. To absolutnie naturalny kierunek rozwoju – przekonuje Radosław Sosnowski.

Interaktywne wideo testują już największe platformy społecznościowe. Serwis Instagram rozpoczął testy funkcji oznaczania osób i produktów na filmikach. Niedawno Facebook uruchomił platformę Watch, agregującą wszystkie filmowe materiały z serwisu. Kwestią czasu jest dodawanie innowacyjnych funkcji, takich jak tagowanie w materiałach wideo.

– Przyszłość technologii wideo idzie w kierunku interaktywności. To jest absolutnie normalne i zrozumiałe patrząc na wszystko, co się dzieje ze stronami internetowymi i ze wszystkim, co mamy dookoła. Kierunek dla mnie jest pewien. To klikalne wideo – przewiduje Radosław Sosnowski.

Z danych zebranych przez Adobe wynika, że do końca 2018 roku 88 proc. marketerów planuje wdrożyć kampanie zawierające interaktywne elementy, takie jak linki, przyciski czy quizy. W ocenie analityków dodanie warstwy interaktywnej może poskutkować pięciokrotnym zwiększeniem współczynnika konwersji. Z raportu DemandGen wynika, że 91 proc. kupujących w modelu B2B preferuje treści interaktywne i wizualne.

Bezprzewodowy stetoskop pozwoli zbadać dziecko bez wychodzenia z domu. Wykrywa zapalenie płuc skuteczniej od lekarzy pierwszego kontaktu

Bezprzewodowy stetoskop pozwoli zbadać dziecko bez wychodzenia z domu. Wykrywa zapalenie płuc skuteczniej od lekarzy pierwszego kontaktu 4

Inteligentny stetoskop wykrywa zapalenie płuc trzy razy bardziej skutecznie niż lekarze interniści – twierdzą twórcy urządzenia StethoMe. Wystarczy przyłożyć urządzenie do klatki piersiowej dziecka, by otrzymać odczyt obecnych w niej dźwięków. Za pomocą mobilnego sprzętu można także bezinwazyjnie zmierzyć np. temperaturę. Opracowywane dzięki sztucznej inteligencji wyniki pozwolą błyskawicznie reagować na każdy problem ze zdrowiem dziecka, lecz będą także wiarygodną dokumentacją dla lekarza. Bezprzewodowy stetoskop ma być dostępny na polskim rynku w 2020 roku.

– StethoMe to elektroniczny, inteligentny domowy stetoskop, czyli malutkie urządzenie, które chcemy aby docelowo znalazło się w każdym domu. Chcemy aby w przypadku jakichkolwiek problemów zdrowotnych z dzieckiem, rodzic miał możliwość przyłożenia stetoskopu do klatki piersiowej dziecka, urządzenie nagra dźwięki, nasz moduł sztucznej inteligencji je przeanalizuje i poinformuje rodzica czy z dzieckiem dzieje się coś złego – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Wojciech Radomski, prezes zarządu StethoMe.

Stetoskop to urządzenie znane medycynie od ponad dwustu lat i wykorzystywane w diagnostyce schorzeń z obszaru klatki piersiowej, serca i jamy brzusznej. Do tej pory używali go jedynie lekarze, gdyż osoby bez wykształcenia medycznego nie są w stanie prawidłowo interpretować przekazywanych przez stetoskop dźwięków.

Dzięki poznańskim naukowcom, stetoskop może znaleźć się w wyposażeniu apteczki każdego domu. Nowoczesne urządzenie składa się wyłącznie z głowicy wyposażonej w monitor wyświetlający komunikaty dla pacjenta. Urządzenie wykorzystuje zaawansowane rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji w całości zaprojektowane przez polskich naukowców.

– Urządzenie składa się z ponad 170 małych komponentów elektronicznych, które współpracuje ze smartfonem, ze smartfona dane są wysyłane na nasz serwer, gdzie są analizowane przez ten moduł sztucznej inteligencji – mówi Wojciech Radomski.

Nowoczesny stetoskop ma niewielkie rozmiary i jest łatwy w użyciu. Dzięki niemu rodzice, zaniepokojeni stanem zdrowia dziecka, mogą szybko sprawdzić, czy ich obawy są słuszne. Wystarczy przyłożyć stetoskop do klatki piersiowej malucha – urządzenie zarejestruje dźwięki, przeanalizuje je za pomocą sztucznej inteligencji, a następnie poinformuje rodzica, czy z dzieckiem dzieje się coś niedobrego. Inteligentny stetoskop umożliwia też przesłanie tych danych lekarzowi, który decyduje o dalszym postępowaniu.

– Nie jest to tylko rozwiązanie dla rodzica. Jest to również źródło bardzo cennych informacji dla lekarza. Dzięki ciągłemu monitoringowi i dodatkowym informacjom, które zbieramy, lekarz będzie miał możliwość postawienia lepszej, dokładniejszej diagnozy – przekonuje prezes zarządu StethoMe.

Twórcy inteligentnego stetoskopu przekonują, że jest on znacznie bardziej skuteczny niż przeciętny lekarz pierwszego kontaktu. Powołują się przy tym na badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych, które pokazały relatywnie niską efektywność wykrywania zapalenia płuc przez internistów. Średnia skuteczność lekarzy pierwszego kontaktu w interpretacji dźwięków charakterystycznych dla tej choroby wyniosła zaledwie 25 proc.

– Nasze rozwiązanie już na dzień dzisiejszy, mimo, że nie jest jeszcze wprowadzone na rynek, ma skuteczność rzędu 80 proc. Nadal pozostaje 20 proc. możliwości pomyłki, ale wykrywa zapalenie płuc o wiele bardziej skutecznie niż statystyczny lekarz – twierdzi ekspert.

Poznańscy naukowcy planują wprowadzenie bezprzewodowego stetoskopu na rynek na początku 2020 roku. Urządzenie ma znaleźć się w każdym domu, podobnie jak termometr.

– Chcielibyśmy, aby to rozwiązanie było dostępne dla przysłowiowego Kowalskiego. Nie mówimy tu o sprzedaży bezpośrednio urządzenia do rodzica, a raczej osadzenie tego w różnego rodzaju programach medycznych. Jeżeli ktoś ma np. wykupioną prywatną opiekę medyczną, to w ramach abonamentu otrzyma nasze urządzenie – mówi Wojciech Radomski.

Według prognoz SNS Research, światowy rynek mHealth w najbliższych latach ma się rozwijać w tempie 35 proc. średniorocznie.

Nowe zarządzenie NFZ skróci kolejki tylko dla niektórych pacjentów

Dnia 17 września br. Narodowy Fundusz Zdrowia opublikował nowe zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej z zakresu ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. Z założenia zarządzenie to miało rozwiązać problem wydłużającego się czasu oczekiwania pacjentów do specjalisty. Jednak wprowadzone regulacje będą mogły mieć zastosować jedynie do pacjentów pierwszorazowych.

Głównym celem wprowadzenia nowych przepisów jest skrócenie kolejek do wybranych specjalistów, a co za tym idzie uzyskanie redukcji czasu oczekiwania na świadczenia. Zgodnie z nowym zarządzeniem Narodowy Fundusz Zdrowia deklaruje, że jeśli placówki skrócą kolejki w wybrankach specjalnościach o więcej niż 20%, wówczas NFZ zapłaci więcej tym placówkom, stosując współczynnik rozliczeniowy 1,2.

Z interpretacji nowego zarządzenia wynika jednak, że najbardziej realne jest skrócenie czasu oczekiwania dla pacjentów „pierwszorazowych”. Natomiast osiągnięcie skrócenia czasu oczekiwania o więcej niż 20% w „przypadkach stabilnych” będzie trudne do uzyskania. Przede wszystkim ze względu na to, że duża liczba skierowań w „trybie pilnym” znacznie wydłuża czas oczekiwania pacjentów tzw. „stabilnych”. Co więcej, skróceniu czasu oczekiwania pacjentów „stabilnych” nie sprzyja także wprowadzone ostatnio rozszerzenie zakresu uprawnień do korzystania ze świadczeń opieki zdrowotnej poza kolejnością.

Należy jednak pamiętać, że pacjent pierwszorazowy objęty opieką medyczną wymaga często kontynuacji leczenia. W związku z tym zwiększenie przyjęć pociągnie za sobą potrzebę zwiększenia funduszy na leczenie tych dodatkowych pacjentów. Nie ma jednak pewności, że zastosowanie do rozliczenia świadczeń zdrowotnych współczynnika 1,2 pokryje zwiększone koszty leczenia poszczególnych świadczeniodawców. To może doprowadzić do powstania tzw. „nadwykonań”. Pozostaje więc pytanie do Narodowego Funduszu Zdrowia: Kto za to zapłaci?

Pragniemy podkreślić, że każda możliwość otrzymania dodatkowych środków finansowych dla AOS, by zapewnić pacjentom dostęp do świadczeń jest przez nas popierana – jednak wprowadzenie premiowania podmiotu w tym kształcie uważamy za bezcelowe. Droga do skrócenia kolejek, a tym samym zapewnienia szybszego dostępu pacjenta do świadczeń, jest priorytetem nas wszystkich. Plan ten nie może być jednak realizowany bez szerszego spojrzenia na skutki wprowadzanych regulacji!

Andrzej Mądrala, Wiceprezydent Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej

Jak prowadzić księgę przychodów i rozchodów z Taxomatic?

Program Taxomatic to rewolucyjny program do prowadzenia księgowości samodzielnie online. Stworzony został głównie dla małych oraz średnich przedsiębiorców oraz dla biur rachunkowych. W dzisiejszym artykule zastanowimy się, co takiego w sobie posiada to narzędzie, że warto za jego pomocą prowadzić KPiR.

Nie da się ukryć, że wielu przedsiębiorców rozlicza się ze swojej działalności za pomocą księgi przychodów i rozchodów. Ta forma rozliczania dotyczyć może wyłącznie firm, które nie generują przychodów netto większych niż 1,2 mln euro. W księdze tej zawiera się zarówno przychody firmy, jak i koszty ich uzyskania (a więc na przykład kupienie produktów czy materiałów, paliwa, samochodu, czy też koszty związane z badaniami, jeśli mówimy np. o firmie produkującej kosmetyki).

Jak wiadomo – w dzisiejszych czasach już nie prowadzi się tradycyjnych ksiąg papierowych. Nie dość, że trwałoby to o wiele dłużej, to jeszcze wymagałoby posiadania magazynu lub archiwum, w którym byśmy je trzymali. Teraz swój renesans przeżywają księgi elektroniczne, prowadzone w Internecie za pomocą chmury.

Takie rozwiązanie oferuje między innymi program do księgowania online Taxomatic. Dlaczego warto skorzystać z oferty tego narzędzia? Czym zdobył zaufanie wielu użytkowników?

taxomatic_wnetrzeprogramu

1. Zgodność z prawem i aktualność

Nie trzeba chyba wyjaśniać nikomu, dlaczego zgodność programu z prawem oraz jego aktualność są tak istotne. Dzięki Taxomatic możemy nie martwić się o te dwie kwestie, a co za tym idzie – o legalność naszych działań i poprawność prowadzonej księgi przychodów i rozchodów.

2. Bezpieczeństwo naszych danych

Co więcej – dane zawarte w księdze przychodów i rozchodów to informacje, które powinny być znane tylko nam oraz urzędowi skarbowemu. Dlatego właśnie należy wybierać wyłącznie programy korzystające z bezpiecznych chmur z certyfikatami. Narzędzie Taxomatic korzysta z technologii bezpieczeństwa takich jak Microsoft Azure oraz SSL Secure.

3. Łatwość korzystania

Komfort oraz wygoda użytkowania danego programu to również istotne kryteria. Księga przychodów i rozchodów nierzadko zawiera wiele pozycji, które należy aktualizować i wciąż powiększać ich liczbę. Dlatego właśnie warto wybierać narzędzia gwarantujące intuicyjność korzystania oraz łatwość w poznawaniu poszczególnych funkcji. Taxomatic jest programem przejrzystym, dzięki czemu prowadzenie w nim księgi przychodów i rozchodów będzie łatwe, szybkie i przyjemne.

Fizjoterapeuci a obowiązek ubezpieczeniowy – projekty nowelizacji ustawy o działalności leczniczej i ustawy o zawodzie fizjoterapeuty

W ostatnim czasie środowisko fizjoterapeutów podnosiło niezwykle ważny temat dotyczący kwestii konieczności rejestracji jednoosobowych działalności gospodarczych jako podmiotów leczniczych. Wskazywano, że aktualnie obowiązujące przepisy nie uwzględniają specyfiki działania fizjoterapeutów oraz zawierają rozwiązania, które nie są tak korzystne jak w przypadku innych samodzielnych zawodów medycznych. Obecne procesowane projekty ustaw mają to zmienić. Nowe przepisy regulują też na nowo kwestie związane z obowiązkowym ubezpieczeniem dla fizjoterapeutów.

Andrzej Twardowski, Dyrektor Biura Ubezpieczeń Medycznych i OC w INTERCzy fizjoterapeuta prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą musi się rejestrować jako podmiot leczniczy?

To pytanie zadawało sobie wielu przedstawicieli tego zawodu. W myśl obecnie obowiązujących przepisów fizjoterapeuci mieli czas tylko do końca listopada tego roku, aby dokonać takiej rejestracji, inaczej mogli stracić prawo do wykonywania zawodu. To ma się jednak właśnie zmienić. Projektowane zmiany zakładają okres przejściowy umożliwiający prowadzenie działalności gospodarczej bez wpisu do rejestru podmiotów leczniczych do dnia 31 października 2019 r. Po tym terminie będzie można wybrać formę prawną prowadzonej działalności.

Podmiot leczniczy czy praktyka zawodowa?

Problem, na który zwracało uwagę środowisko fizjoterapeutów, polegał na tym, że ustawa o działalności leczniczej nie zawierała szczegółowych przepisów dotyczących prowadzenia podmiotów leczniczych przez fizjoterapeutów, dlatego podlegaliby oni zasadom ogólnym, które dotyczą głównie szpitali, dużych przychodni i ambulatoriów. Wymogi , które nakłada ustawa w tym przypadku były dalekie od tych, które posiadają inne samodzielne zawody medyczne. Dlatego Krajowa Izba Fizjoterapeutów starała się o wprowadzenie przepisów analogicznych jak obowiązują w takich przypadkach lekarzy, lekarzy dentystów, pielęgniarki i położne. Te grupy zawodowe są objęte odrębnymi przepisami i mogą wykonywać swój zawód w ramach działalności gospodarczej w specjalnej formie prawnej jaką są praktyki zawodowe. Nowe projekty ustawy o z dnia 15 kwietnia 2011 o działalności leczniczej (Dz. U. z 2018 r. poz. 160, z późn. zm.) i ustawy z dnia 25 września 2015 r. o zawodzie fizjoterapeuty wprowadzają teraz tożsame uprawnienia także dla fizjoterapeutów. Będą oni mogli rejestrować swoje jednoosobowo prowadzone firmy jako indywidualne lub grupowe praktyki fizjoterapeutyczne. Podobnie więc jak lekarze i pielęgniarki nie będą musieli zakładać podmiotów leczniczych. To bardzo oczekiwana zmiana w środowisku fizjoterapeutów.

Jakie ubezpieczenie dla fizjoterapeuty?

Ubezpieczenie, podobnie jak w przypadku lekarzy i pielęgniarek, to ważna część zawodu fizjoterapeuty. Odpowiedzialność cywilna za błędy w procesie fizjoterapeutycznym to przede wszystkim odpowiedzialność finansowa. Odpowiednia polisa chroni fizjoterapeutę przed płaceniem odszkodowań, zadośćuczynień i rent z własnej kieszeni. Prawo nakłada na fizjoterapeutów posiadanie odpowiedniej polisy odpowiedzialności cywilnej (OC). Jakie ubezpieczenie powinien posiadać fizjoterapeuta w myśl aktualnie obowiązujących przepisów oraz jakie będzie musiał mieć po wejściu w życie planowanych nowelizacji ustaw? Obowiązek ubezpieczeniowy i zakres polisy zależy od formy prawnej jaką posiada prowadzona przez fizjoterapeutę firma.

Podmiot leczniczy:

Zgodnie z obecnym stanem prawnym każdy fizjoterapeuta prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą w formie podmiotu leczniczego ma obowiązek wykupienia ubezpieczenia obowiązkowego OC z sumami gwarancyjnymi 75 tys. euro na jedno zdarzenie i 350 tys. euro na wszystkie zdarzenia.

Projekt zmian prawnych zakłada zniesienie obowiązku rejestracji jednoosobowych firm jako podmiotów leczniczych. Obowiązek ten ma zostać zniesiony w listopadzie 2018 roku. Od tego momentu osoby prowadzące działalność gospodarczą nie w formie podmiotów leczniczych będą podlegały dobrowolnemu ubezpieczeniu odpowiedzialności cywilnej.

Zniesienie obowiązku nie oznacza, że fizjoterapeuta prowadzący działalność gospodarczą nie będzie mógł zarejestrować podmiotu leczniczego. Po wejściu w życie nowych przepisów będzie można zarejestrować się zarówno jako podmiot leczniczy jak i praktyka zawodowa, a dokładniej jako indywidualna lub grupowa praktyka fizjoterapeutyczna. Projektowana ustawa zakłada okres przejściowy do końca października 2019 r., po którym fizjoterapeuta prowadzący działalność gospodarczą będzie musiał wybrać formę prawną prowadzonej dzielności.

Praktyka zawodowa:

W myśl planowanych nowelizacji możliwość uzyskania wpisu jako praktyka zawodowa przez fizjoterapeutów prowadzących działalność gospodarczą będzie możliwe od 1 kwietnia 2019 roku. Ubezpieczenie obowiązkowe podmiotu wykonującego działalność leczniczą w formie praktyki zawodowej to polisa OC z sumami gwarancyjnymi: 30 tys. euro na jedno zdarzenie i 150 tys. euro na wszystkie zdarzenia. Osoby prowadzące działalność gospodarczą, które nie określiły się jako podmiot leczniczy lub praktyka zawodowa nadal będą podlegały dobrowolnemu ubezpieczeniu odpowiedzialności cywilnej, do końca okresu przejściowego.

Koniec okresu przejściowego:

Projektowane zmiany przepisów zakładają okres przejściowy, na określenie formy prawnej prowadzonej działalności, do 31 października 2019 roku. Po tym czasie wybór formy prawnej prowadzanej przez siebie działalności gospodarczej będzie obowiązkowy. Fizjoterapeuta będzie musiał wybrać czy chce uzyskać wpis jako praktyka zawodowa czy jako podmiot leczniczy. Od tego momentu planowany obowiązek ubezpieczeniowy to:

  1. Podmiot leczniczy: ubezpieczenie obowiązkowe OC podmiotu wykonującego działalność leczniczą z sumami gwarancyjnymi: 75 tys. euro na jedno zdarzenie i 350 tys. euro na wszystkie zdarzenia
  2. Praktyka zawodowa: ubezpieczenie obowiązkowe OC podmiotu wykonującego działalność leczniczą z sumami gwarancyjnymi 30 tys. euro na jedno zdarzenie i 150 tys. euro na wszystkie zdarzenia.

W odpowiedzi na nowe regulacje prawne INTER przygotowało, we współpracy ze środowiskiem fizjoterapeutów, dedykowany pakiet ubezpieczeń „INTER Fizjoterapeuta”. Występuje on w dwóch wariantach do wyboru. Pierwszy – Standardowy – to ubezpieczenie OC obowiązkowe na sumy gwarancyjne wymagane ustawą dla podmiotów leczniczych oraz dodatkowo ubezpieczenie od naruszenia praw pacjenta i ochrona prawna w życiu zawodowym. W wariancie drugim –  Premium – dodatkowo zyskujemy ochronę prawną w życiu prywatnym, ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków, ubezpieczenie na wypadek ekspozycji na materiał zakaźny HIV/WZW oraz świadczenia pieniężne w przypadku agresji pacjenta. Cały czas rozmawiamy z fizjoterapeutami i wspólnie dostosowujemy naszą ofertę do ich potrzeb i zmieniających się przepisów. Nasza oferta dla tej grupy zawodowej to nie tylko polisy wymagane ustawą, ale też możliwość rozszerzenia ochrony o dodatkowe pakiety jak np. INTER Świadczenie Dzienne, które zapewnia ochronę na wypadek czasowej niezdolności do pracy na skutek nieszczęśliwego wypadku. Wypłacamy wtedy świadczenia za każdy dzień w którym fizjoterapeuta nie może wykonywać pracy i uzyskiwać przychodów.

Komentarz Andrzeja Twardowskiego, Dyrektora Biura Ubezpieczeń Medycznych i OC w INTER.

Walka z cyberprzestępczością ­– wywiad z Nickiem Lantuhem, CEO spółki Fidelis Cybersecurity

Nick Lantuh, , CEO firmy Fidelis Cybersecurity.
Nick Lantuh, , CEO firmy Fidelis Cybersecurity.

W obliczu rosnącej cyberprzestępczości i szpiegostwa prowadzonego przez różne kraje coraz bardziej odczuwalne są braki umiejętności ochrony cyberbezpieczeństwa. Mimo wdrożenia najnowocześniejszych technologii ochrony zespoły ds. bezpieczeństwa często nie mają wystarczająco dużo personelu lub umiejętności, aby skutecznie monitorować zagrożenia i reagować, a tym bardziej by tropić zagrożenia w celu głębszego poznania ich mechanizmów i wzmocnienia ochrony przed kolejnymi atakami. Braki te są szczególnie dotkliwe w mniejszych firmach, w których brakuje specjalnych zespołów ds. bezpieczeństwa. O problemie cyberprzestępczości opowiada Nick Lantuh, CEO firmy Fidelis Cybersecurity.

Wywiad z Nickiem Lantuhem, CEO spółki Fidelis Cybersecurity

Kilka miesięcy temu firma Fidelis zleciła badanie stanu zespołów ds. bezpieczeństwa, które potwierdziło podejrzenia, jak bardzo te zespoły są obecnie przeciążone. Ponad 60% respondentów przyznaje, że nie są w stanie sklasyfikować nawet jednej czwartej otrzymywanych na co dzień alertów. Jakie to są alerty i dlaczego jest to takie trudne do klasyfikacji?

Nick Lantuh: Alerty są trudne z powodu wdrożonych systemów. Obecny sposób zapewnienia bezpieczeństwa opiera się na narzędziach Security Information and Event Management (do zarządzania informacją dotyczącą bezpieczeństwa i zdarzeniami). To co my robimy inaczej, to korzystanie z nieprzetworzonych danych sieciowych. Czyli umiejętność jasnego, pewnego, dokładnego i szybkiego patrzenia ‒ możemy spojrzeć na całość zawartości sieci, całość danych z sesji związanych z atakami, metadane. Mając to wszystko możemy zareagować na wszystkie przychodzące ataki z perspektywy detection and response (wykrywania i reagowania) i zareagować na dane opuszczające sieć z perspektywy detection and response.

Czy i jak można ustalić, czy dany dokument lub plik wykonywalny był już wcześniej w danym środowisku, jakiego typu jest to plik, kto jest jego twórcą, kto otrzymał jego kopię i kto był zalogowany na komputerze, z którego wysłano ten plik?

NL: Tak, nasza technologia umożliwia wgląd w zawartość, dokumenty i stwierdzenie czy wiąże się  z nimi ryzyko. Możemy bez problemu odpowiedzieć na pytania: kto, co, gdzie, kiedy, jakie rzeczy się działy. Jeżeli ma Pani informacje, które nie powinny trafić poza organizację, my mamy możliwość ich zastrzeżenia/klasyfikacji i wykrycia. Możemy podjąć działania, aby zapobiec wyjściu tego typu informacji poza organizację.

Dla każdego pliku?

NL: Dla każdego rodzaju pliku, dla wszystkich rodzajów danych.

Kto jest twórcą tego oprogramowania?

NL: Twórcą jest spółka Fidelis Network Security. Istniejemy od 16 lat i zabezpieczamy część najwrażliwszych danych na świecie dla największych organizacji, zarówno rządowych, jak i wielkich globalnych koncernów. Robimy to dla sieci, punktów końcowych, środowisk w chmurze, środowisk hybrydowych. Zajmujemy się tym już od dawna.

W jaki sposób firmy czy spółki mogą zapewnić sobie wsparcie w zakresie bezpieczeństwa teleinformatycznego?

NL: Najlepszym sposobem na wsparcie jest posiadanie rozwiązań, które dają prędkość i dokładność w przypadku rzeczywiście występujących zagrożeń. W dzisiejszym świecie klienci są zalewani alertami i nie wiedzą, które są dobre, a które złe. W niektórych przypadkach organizacje dostają miliony alertów dziennie i naprawdę nie mogą ocenić, co jest dobre, a co złe. Docierają jedynie do bardzo, bardzo małego odsetka. Dzięki technologiom jakie dostarcza spółka Fidelis możemy dotrzeć do informacji, które stanowią podstawę działania, we wszystkich rodzajach środowisk, wszystkim klientom.

Przejdźmy do klientów. Kto korzysta z Państwa oprogramowania?

NL: Do naszych obecnych klientów należy wiele globalnych marek z pierwszego tysiąca, a także wiele bardzo wrażliwych środowisk rządowych, zarówno cywilnych jak i związanych z resortami bezpieczeństwa. Zabezpieczamy przed zagrożeniami i utratą danych niektóre z największych i najbardziej skomplikowanych środowisk świata.

Czym jest technologia dezinformacji?

NL: Technologia dezinformacji została stworzona, żeby spowolnić atakującego. Wytwarzamy środowisko interesujące dla atakującego, ale tak, żeby następnie nie mógł uzyskać żadnych informacji od organizacji. Polega to na zbudowaniu i uruchomieniu emulowanego środowiska sieciowego, które odzwierciedla obecne i działa identycznie z nim. Kiedy to robimy, odkrywamy i klasyfikujemy całość zasobów sieciowych spółki, potrafimy zidentyfikować Shadow IT, rzeczy spółki, które są podłączone i uruchomione: drukarki, aparaty, skanery, rutery, inne urządzenia związane z Internetem rzeczy. Następnie budujemy emulację, która wygląda tak samo, jak sieć. Zostawiamy ślad z okruszków w sieci istniejącej, który zachęci atakujących do wejścia do środowisk emulowanych i podglądania ich. Są one przynętą: kiedy atakujący w nie wejdzie, będzie można zaobserwować ruchy poziome wewnątrz organizacji, śledzić atakującego i zapobiegać eksfiltracji danych.

Co zapewnia Fiedelisowi szczególne miejsce na rynku?

NL: Jesteśmy bardzo innowacyjni, korzystamy zarówno z własnej innowacji, jak i przejęć. Ekosystem, który stworzyliśmy działa jako środowisko dostarczające organizacjom pełnego wglądu. Chodzi tu nie o perspektywę bazującą na logach czy na protokole NetFlow, ale o perspektywę bazującą na zawartości, metadanych i analizie sesji. Zbieramy wszystkie nieprzetworzone dane z punktu końcowego, nieprzetworzone dane z sieci, mamy wgląd dla całego przedsiębiorstwa: lokalnie, ale też w centrach danych i chmurze. Taki wgląd we wszystkie porty i protokoły w całym środowisku hybrydowym jest naprawdę wyjątkowy i bardzo się cieszymy, że możemy to wprowadzić na rynek. Mamy usługę typu Managed Detection and Response (usługę zarządzania wykrywaniem i reagowaniem), która polega na monitorowaniu naszych infrastruktur dla klientów 7 dni w tygodniu, 24 godziny na dobę, 365 dni w roku.

Otrzymali Państwo wsparcie finansowe. Jak duże i na jakie cele?

NL: Tak, otrzymaliśmy niedawno finansowanie w postaci 25 milionów USD i to finansowanie zostanie przeznaczone na przyrostowe, dodatkowe innowacje w naszym pakiecie produktów oraz na udoskonalenie naszej strategii wejścia na rynek, a także na ciągły rozwój naszej oferty usług typu detection and response.

Limit odnawialny, czyli jak zabezpieczyć się finansowo przed niespodziewanymi wydatkami?

Dla osób, które nie mają odłożonych oszczędności pokrycie nawet niewielkiego, niespodziewanego wydatku może okazać się niemałym wyzwaniem. W uniknięciu niepotrzebnego stresu i problemów z płynnością może im pomóc między innymi limit odnawialny. Stanowi on swego rodzaju zabezpieczenie finansowe i pozwala czuć się zawsze dobrze przygotowanym na nadejście nieoczekiwanych wydatków.

Limit odnawialny, zwany również limitem kredytowym oraz linią kredytową, podobnie jak klasyczne kredyty i pożyczki umożliwia pozyskanie środków, które można przeznaczyć na całkowicie dowolne cele. Dzięki niemu, w zależności od szczegółów oferty i posiadanej zdolności kredytowej, można mieć do dyspozycji od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Już w tym miejscu pojawia się istotna różnica między nim a tradycyjnymi metodami pożyczania pieniędzy; otóż w przypadku limitu na rachunek klienta nie wpływa od razu z góry określona ilość środków. Poniżej przedstawiamy, co jeszcze wyróżnia limit kredytowy oraz wyjaśniamy, w jaki właściwie sposób może zapewnić zabezpieczenie finansowe.

Limit odnawialny a tradycyjne produkty kredytowe i pożyczkowe

Kredyty i pożyczki działają tak, że już na etapie składania wniosku klient dokładnie określa jaką sumę i na jak długo chciałby pożyczyć. Następnie analitycy danej instytucji badają jego sytuację finansową oraz historię kredytową i udzielają decyzji w sprawie finansowania. W przypadku pozytywnego rozpatrzenia wniosku, bank lub firma pożyczkowa udostępnia mu umowę pożyczki bądź kredytu.

Jeśli klient zaakceptuje wszystkie warunki umowy i złoży pod nią podpis, na jego rachunek bankowy przelewana jest ustalona ilość środków. Późniejszej spłaty zobowiązania dokonuje w ramach comiesięcznych rat lub ewentualnie jednorazowym przelewem – tak jest w przypadku pożyczek chwilówek. Tymczasem konstrukcja limitu odnawialnego wygląda inaczej zarówno w zakresie sposobu udostępniania środków, jak i późniejszej spłaty zadłużenia.

Limit kredytowy jako stałe zabezpieczenie finansowe

Limit odnawialny sprawdza się w roli swego rodzaju zabezpieczenia finansowego z tego względu, że zapewnia stały dostęp do ustalonej puli pieniędzy, z której można swobodnie i wielokrotnie korzystać. W praktyce wygląda to tak, że dzięki umowie zawartej z instytucją finansową można w każdej chwili pożyczyć dowolną kwotę, mieszczącą się w przyznanym limicie. Co ważne, pożyczając w ten sposób środki nie trzeba ani kontaktować się z  kredytodawcą, ani przechodzić przez jakiekolwiek dodatkowe procedury czy formalności.

Limit odnawialny – w ofercie zarówno banków, jak i firm pożyczkowych

Podkreślenia wymaga fakt, że limit odnawialny oferują obecnie już nie tylko banki, ale również firmy pożyczkowe (np. instytucja Euroloan – www.euroloan.pl). Pod względem konstrukcyjnym oferty te różnią się przede wszystkim tym, że limit bankowy jest ściśle powiązany z rachunkiem osobistym klienta, natomiast produkt instytucji pożyczkowej jest obsługiwany z poziomu osobnego konta pożyczkobiorcy. W przypadku bankowego limitu kredytowego środki są już podpięte do rachunku osobistego i klient zaczyna z nich korzystać automatycznie, gdy tylko jego saldo spadnie poniżej zera. Jeśli chodzi o propozycję sektora pozabankowego, to w tym wypadku najpierw składa się dyspozycję wypłaty za pomocą osobnego konta, a dopiero później pożyczkodawca realizuje przelew pieniędzy.

Elastyczna spłata na uczciwych zasadach

Limit kredytowy odznacza się atrakcyjnym sposobem spłaty, jak również korzystnymi zasadami naliczania opłat za użytkowanie produktu. Klient spłaca zadłużenie nie według ściśle określonego harmonogramu, lecz w dogodnych dla siebie terminach i kwotach – instytucja finansowa oczekuje jedynie, że każdego miesiąca będzie regulował ustaloną kwotę minimalną. Należy przy tym podkreślić, że każda wpłata na poczet spłaty długu przyczynia się jednocześnie do odbudowania dostępnego dla niego limitu.

Banki i instytucje pożyczkowe poza odsetkami pobierają zwykle jeszcze opłatę w momencie zawarcia bądź odnowienia umowy, przy czym nie jest to regułą i nie zawsze ona występuje. Same odsetki naliczane są tylko od wykorzystanej wielkości limitu, a w okresie niekorzystania z produktu nie trzeba ponosić żadnych innych, dodatkowych kosztów. Oznacza to, że dzięki limitowi odnawialnemu można zapewnić sobie zabezpieczenie finansowe za niewielką cenę lub nawet całkowicie bezpłatnie.

O czym jeszcze warto pamiętać?

Pilny remont samochodu, awaria pralki bądź lodówki, nieplanowana wizyta u stomatologa, czy po prostu brak gotówki tuż przed wypłatą – to tylko przykładowe sytuacje, w których przydaje się szybki i łatwy dostęp do dodatkowych środków. Dzięki limitowi odnawialnemu nie trzeba wówczas zajmować się gorączkowymi poszukiwaniami korzystnej oferty kredytu lub pożyczki. W takim wypadku niezbędna gotówka jest już pod ręką i można od razu uporać się z niespodziewanym wydatkiem.

Larry Ellison nakreśla kierunki dalszego rozwoju technologii chmurowych

W swoim wystąpieniu inaugurującym konferencję Oracle OpenWorld Larry Ellison, prezes i dyrektor Oracle ds. technicznych, przedstawił wizję dotyczącą chmury drugiej generacji, zaprojektowanej specjalnie dla przedsiębiorstw, bezpieczniejszej i bardziej zaawansowanej technologicznie niż jakakolwiek inna chmura dostępna na rynku.

Podczas gdy chmury pierwszej generacji są oparte na technologiach sprzed dekady, chmura Oracle Gen 2 Cloud została utworzona, aby pomóc przedsiębiorstwom w bezpiecznym uruchamianiu najbardziej wymagających obciążeń. Dzięki swojej unikatowej architekturze i funkcjom platforma Oracle Cloud jest wyjątkowo bezpieczna, wydajna i ekonomiczna. Ponadto Oracle Gen 2 Cloud to jedyna infrastruktura utworzona pod kątem uruchamiania Oracle Autonomous Database ― pierwszej i jedynej na rynku autonomicznej bazy danych.

Podstawą platformy Oracle Gen 2 Cloud jest infrastruktura Oracle Cloud Infrastructure, która została zaprojektowana z myślą o bezpiecznym uruchamianiu każdego obciążenia w środowisku przedsiębiorstwa. Nowoczesne rozwiązania IaaS firmy Oracle obsługują bazę danych Oracle Autonomous Database i zapewniają wyższy poziom bezpieczeństwa w całej sieci, co oznacza lepszą ochronę danych o znaczeniu newralgicznym.

Ellison omówił bieżący stan ochrony przed zagrożeniami cybernetycznymi, określając go jako „niewystarczający”. W związku z tym ważnym problemem przedstawił nowe, wysoce zautomatyzowane usługi zabezpieczające dostępne na platformie Oracle Cloud Infrastructure, które szybko wykrywają zagrożenia oraz pomagają w zapobieganiu im i usuwaniu ich skutków. Opisał również Oracle Autonomous Database ― najpopularniejszą i najbardziej zaawansowaną technologicznie na świecie bazę danych, która dodatkowo wzmacnia zabezpieczenia Oracle, pomagając w zapobieganiu cyberatakom i kradzieży danych. Baza ta w unikatowy sposób skanuje system pod kątem zagrożeń oraz aktualizuje zabezpieczenia bez przerywania pracy. Oracle Autonomous Database rewolucjonizuje zarządzanie danymi. Dzięki funkcjom automatycznego zarządzania, dostrajania oraz wdrażania aktualizacji i poprawek umożliwia użytkownikom szybsze wprowadzanie innowacji na bezpiecznej platformie z opłatą za faktyczne wykorzystanie.

Ellison zaprezentował również rozszerzone funkcje autonomicznej bazy danych i nowe opcje jej wdrażania, takie jak Dedicated Exadata Cloud Infrastructure i Cloud at Customer. Klienci mogą wdrożyć rozwiązanie Autonomous Database na platformie Dedicated Exadata Cloud Infrastructure, która umożliwia izolowanie obciążeń, co zapewnia jeszcze większe bezpieczeństwo i niezawodność obciążeń o znaczeniu newralgicznym. Z kolei rozwiązanie Oracle Autonomous Database Cloud at Customer nadaje się idealnie dla klientów, którzy z powodu obowiązujących regulacji postanowili nie przenosić się do chmury publicznej, ale chcą korzystać z bazy Oracle Autonomous Database we własnym centrum obliczeniowym.

Ponadto Ellison przedstawił wyniki testów porównawczych w formie krótkich prezentacji. Okazało się, że istnieją duże różnice między wydajnością rozwiązań Oracle i Amazon. Baza danych Oracle Autonomous Database została porównana z kluczowymi rozwiązaniami firmy Amazon ― Oracle Database na platformie Amazon Relational Database Service (RDS), Amazon Aurora i Amazon Redshift. Bezpośrednie porównania wykazały również, że Oracle Autonomous Database może działać bez przerw i zakłóceń w trakcie aktualizacji. Umowy SLA dla produktów firmy Amazon przewidują niezawodność i dostępność na poziomie 99,95% (z wyłączeniem większości przyczyn planowanych i nieplanowanych przestojów), podczas gdy Oracle oferuje umowy SLA gwarantujące poziom 99,995%.

Cytaty z wystąpienia Ellisona:

  • „Celem projektantów rozwiązania Oracle Gen 2 Cloud było stworzenie bezpiecznej platformy, na której można uruchamiać wszystkie obciążenia. Łatwo powiedzieć, ale zbudowanie bezpiecznej chmury okazało się bardzo trudne i wymagało wprowadzenia zasadniczych zmian w architekturze naszej chmury”.
  • „W celu skutecznego wykrywania zagrożeń wykorzystaliśmy wiele najnowszych rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji i automatycznym uczeniu. Nasi klienci nie muszą już walczyć z cyberprzestępcami, mając związane ręce”.
  • „Wprowadzamy kolejne generacje technologii obliczeniowych, ale naszym celem zawsze była ochrona Waszych inwestycji w aplikacje i dane oraz ułatwienie ich przenoszenia do środowisk nowej generacji. Dotyczy to również platformy Oracle Gen 2 Cloud”.
  • „Baza danych Oracle Autonomous Database jest bardzo łatwa w obsłudze. Nie wymaga zdobywania nowych umiejętności ani wykonywania jakichkolwiek działań. Dzięki temu programiści pracują produktywniej, szybciej tworzą nowe aplikacje i lepiej analizują dane. System staje się naprawdę niezawodny i nigdy nie ulega awarii”.

PKN ORLEN – Zmiana umowy programu emisji obligacji korporacyjnych

Zgoda Rady Nadzorczej PKN ORLEN z dnia 24 października 2018 r. dotyczy zmiany umowy programu emisji obligacji korporacyjnych zawartej pomiędzy PKN ORLEN a konsorcjum banków w 2006 r. Zgodnie z postanowieniami tej umowy, w lutym 2012 r. PKN ORLEN wyemitował 7-letnie obligacje o łącznej wartości nominalnej 1 mld zł. Termin zapadalności obligacji przypada w lutym 2019 r.

Potrzeba aktualizacji umowy programu emisji obligacji wynika m.in. ze zmiany przepisów prawa oraz dostosowania jej postanowień do aktualnych warunków rynkowych.

Zgoda na zmianę umowy programu emisji obligacji, w tym na podwyższenie kwoty programu do 4 mld zł, a także plany PKN ORLEN dotyczące rozpoczęcia prac nad emisją nowej serii obligacji nie są równoznaczne z decyzją o emisji obligacji. Ostateczne decyzje będą podejmowane na bieżąco w wyniku analizy i obserwacji sytuacji rynkowej. Zakładamy, że emisja mogłaby być emisją prywatną skierowaną do oznaczonego grona inwestorów, a jeżeli doszłaby do skutku, pozyskane środki mogłyby być przeznaczone przez PKN ORLEN na finansowanie bieżącej działalności.

Kongsberg Automotive otwiera nową fabrykę w Polsce

Firma Kongsberg Automotive (KA) oficjalnie otworzyła trzecią fabrykę w Polsce. Nowy zakład o powierzchni 17 600 mkw. zlokalizowany jest w Brzeskiej Strefie Gospodarczej w województwie kujawsko-pomorskim. Po uruchomieniu wszystkich linii produkcyjnych nowy zakład będzie zatrudniał blisko 1000 osób.

Zdj.1_Kongsberg AutomotiveKongsberg Automotive jest wiodącym producentem komponentów dla przemysłu motoryzacyjnego, podnoszących jakość jazdy, dzięki czemu staje się ona bezpieczniejsza, bardziej komfortowa i przyjazna dla środowiska. Kongsberg Automotive jest globalnym dostawcą i osiąga przychody w wysokości ok. 1,1 mld EUR, zatrudniając blisko 10.500 pracowników w 19 krajach. Firma posiada ponad 25 zakładów produkcyjnych na całym świecie, a siedziba główna zlokalizowana jest w Zurychu w Szwajcarii. Portfolio produktów obejmuje systemy komfortu siedzenia, kontroli jazdy i ruchu, przewody powietrzne oraz paliwowe zaprojektowane dla globalnych producentów pojazdów.

Zdj.2_Kongsberg AutomotiveFirma na rynku polskim funkcjonuje od 18 lat. Pierwszy zakład otwarto w 2000 roku w Pruszkowie pod Warszawą. W 2016 roku uruchomiono drugą fabrykę w Koluszkach koło Łodzi. Kongsberg Automotive w Polsce zatrudnia blisko 2000 osób. W nowym zakładzie KA produkowane są maty grzewcze do siedzeń samochodowych oraz przewody paliwowe i powietrzne. W oficjalnym otwarciu uczestniczyli lokalni i międzynarodowi oficjele oraz przedstawiciele Kongsberg Automotive.

„Otwarcie kolejnego zakładu w Polsce jest zgodne z długofalową strategią Spółki. Cały czas zawieramy nowe kontrakty z wiodącymi markami z branży motoryzacyjnej. Ciągły rozwój i innowacja są dla nas kluczowe, dlatego w zakładzie w Brześciu Kujawskim wykorzystujemy najnowocześniejsze technologie” – mówi Frederic Kot, General Operations Manager Interior, Polska.

„Bardzo ważnym elementem naszego sukcesu są pracownicy, którzy każdego dnia dbają o najwyższą jakość produkcji nowoczesnych systemów samochodowych. W nowej fabryce mamy atrakcyjną ofertę stanowisk pracy. W ciągu ostatniego roku zatrudniliśmy już blisko 800 pracowników, a w najbliższym czasie planujemy zrekrutować jeszcze blisko 200 osób” – dodaje Frederic Kot.

Firma poszukuje pracowników o zróżnicowanych kwalifikacjach zawodowych. Obecnie możliwości zatrudnienia dotyczą zarówno stanowisk produkcyjnych, jak i kadry inżynierskiej oraz kierowniczej.

Nasila się zjawisko nadużyć na rynku finansowym

Każdy z respondentów tegorocznego badania „Nadużycia w sektorze finansowym”, przeprowadzonego przez EY i Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych (KPF), został w minionych 12 miesiącach dotknięty większą liczbą nadużyć, w wyniku których poniósł większe straty finansowe. O eskalacji problemu świadczy fakt, że odsetek podmiotów, które straciły z powodu nadużyć więcej niż 10 mln zł wzrósł prawie dwukrotnie (z 5 do 10 proc.) w porównaniu z rokiem 2017. Odnotowano także wzrost udziału spółek, które osiągnęły straty na poziomie między 1 a 10 mln zł – w tym przedziale mieściła się już co trzecia ankietowana instytucja finansowa.

Mimo że każda badana instytucja jest inna oraz boryka z nieco innymi problemami w obszarze przeciwdziałania nadużyciom, wyniki badania potwierdzają, że główne wyzwania i trendy są takie same oraz nie ulegają istotnym zmianom na przestrzeni czasu. Nadużycia, zidentyfikowane w ostatnim roku w instytucjach finansowych, najczęściej dotyczyły ich podstawowej działalności. Wszystkie banki spotkały się z wyłudzeniami z wykorzystaniem kart płatniczych, wszystkie firmy leasingowe z przywłaszczeniem przedmiotu leasingu, a firmy pożyczkowe – z wyłudzeniami pożyczek.

Banki

Zjawisko nadużyć w bankach było większe niż przed rokiem. Każde z wskazywanych przez banki rodzajów wyłudzeń występowało częściej niż w 2017 roku. W poprzednim badaniu najczęściej wskazywanym przez respondentów nadużyciem były wyłudzenia kredytów, natomiast w tym roku są to właśnie wyłudzenia z użyciem kart płatniczych. Z tym rodzajem nadużycia miało do czynienia 100 proc. ankietowanych banków. Niewiele mniej, bo 86% banków uczestniczących w badaniu spotkało się wyłudzeniami kredytów i nieautoryzowanymi transakcjami. Podobnie jak przed rokiem najrzadziej spotykanymi w bankach były nadużycia wewnętrzne, ale i tak zaobserwowano ich wzrost o 11 punktów procentowych.Skala nadużyć dotykających instytucje finansowe

Firmy leasingowe

Odpowiedzi firm leasingowych wskazują, że kradzież przedmiotu leasingu nie tylko dotknęła wszystkich respondentów z tej grupy, ale również, że zdarzało się to częściej niż przed rokiem. Przywłaszczenie przedmiotu leasingu to przeciętnie 3 na 4 nadużycia zidentyfikowane przez firmy leasingowe. Pozostałe typy nadużyć zdarzały się w tych instytucjach zdecydowanie rzadziej. Na uwagę zwraca jednak fakt, że ponad dwukrotnie więcej ankietowanych firm było także dotkniętych przynajmniej raz nadużyciem wewnętrznym.Skala nadużyć dotykających instytucje finansowe 2

Firmy pożyczkowe

Instytucje pożyczkowe charakteryzują się specyficznym profilem działalności. Dlatego w głównej mierze są narażone na jeden typ nadużyć, tj. związanych z wyłudzeniami pożyczek. W ciągu ostatnich 12 miesięcy każda z badanych instytucji była ofiarą takiego wyłudzenia przeciętnie 289 razy. Dodatkowo co trzeci ankietowany zmagał się z problemem współudziału pracowników w nadużyciach – brali oni udział w 85 proc. wszystkich zidentyfikowanych nadużyć.

Wspólny problem – cyberprzestępczość

Problem cyberprzestępczości, mocno podkreślany w poprzednim badaniu, nie stracił na znaczeniu. Niemal co drugi respondent był przynajmniej raz narażony na straty wynikające z cyberprzestępczości. I chociaż odsetek ankietowanych, którzy spotkali się w ostatnim roku z cyberprzestępczością spadł (do 44 proc. w 2018 roku vs. 50 proc. w 2017 roku), nadal jest to bardzo poważne zagrożenie w sektorze finansowym. Spośród badanych organizacji największy problem mają banki. Natomiast w branży leasingowej cyberprzestępczość praktycznie nie występuje.

Zjawisko cyberprzestępczości, choć już lepiej rozpoznane, nadal wzbudza obawy. W tym roku kolejny raz obserwujemy wzrost liczby respondentów wskazujących, że ryzyko związane z cyberprzestępczością będzie rosnąć – w 2016 roku takich odpowiedzi udzieliło 31% ankietowych, w tym roku jest to już 42%.Skala nadużyć dotykających instytucje finansowe 3

– Cyberbezpieczeństwo i socjotechnika wyłudzeń pozostają w centrum uwagi instytucji finansowych. Zdaniem szefa Bank of England, Marka Carneya, możliwą przyczyną przyszłego kryzysu finansowego będzie cyberatak, którego cel i skalę do tej pory wykluczano z rozważań. I trudno się z nim nie zgodzić – wystarczy wyobrazić sobie sytuację, gdy nie mamy dostępu do swoich pieniędzy nie w skali kraju, ale systemu. A przecież, w naszej opinii, mamy bezpieczne metody które dają natychmiastowy dostęp do naszych pieniędzy na rachunkach bankowych. Chwalimy system bankowy za strategie cyberliderów i cyfrowych buntowników, ale jednocześnie zapominamy, że stwarzamy szanse dla cyberprzestępców na niespotykaną do tej pory skalę – podkreśla dr Mirosław A. Bieszki, Doradca ds. Ekonomicznych KPF.

Spadek nastrojów i wydatków

Wspólnym dla całej branży zjawiskiem jest problem ograniczania wydatków i efektywności podejmowanych działań. Z tegorocznego badania wynika, że rynek finansowy wydaje na przeciwdziałanie nadużyciom przeciętnie mniej niż przed rokiem. Już co czwarty ankietowany (niemal dwukrotnie więcej niż przed rokiem) uważa, że jego instytucja nie ponosi żadnych dodatkowych kosztów związanych z zapobieganiem nadużyciom, przy czym dla 30 proc. nie stanowi to żadnego problemu. Spośród respondentów, którzy twierdzą, że ich instytucja potrzebuje nakładów na zwalczanie nadużyć, tylko nieco ponad połowa widzi szansę, że to się wydarzy. Po drugiej stronie znajdują się instytucje, które wydają na przeciwdziałania nadużyciom ponad 500 tys. PLN rocznie, a ¾ z nich planuje dalej zwiększać te wydatki.

Podczas badania zapytano respondentów czy czują, że ich organizacja jest dobrze przygotowana do walki z nadużyciami. Paradoksalnie, mimo rosnących strat, ponad połowa ankietowanych potwierdziła, że ich firma jest przygotowana. Odwrotne zdanie wyraziło jedynie 15 proc. podmiotów. Blisko co trzecia spółka nie była pewna czy jest przygotowana na odpowiednim poziomie.

Instytucje stosują różne metody ograniczenia ryzyka nadużyć, wykorzystując (w różnych proporcjach) potencjał ludzki oraz technologię.

– Analizując metody przeciwdziałania nadużyciom widać, że instytucje finansowe w równym stopniu stawiają na ludzi i technologię i wykorzystują ich synergię. Im instytucje gromadzą więcej doświadczeń, tym bardziej efektywnie wykorzystują dostępne środki i częściej budują mechanizmy, które łączą wiele metod jednocześnie – podsumowuje Mariusz Witalis, Partner EY.

Czy e-commerce „zabije” handel tradycyjny w regionie Europy Środkowo-Wschodniej?

Według opublikowanego przez Colliers International raportu dotyczącego sektora logistycznego i handlowego pt. „Survival of the fittest” („Przetrwają najsilniejsi”) odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi „nie”. W krótkiej i średniej perspektywie sprzedaż internetowa i kanał tradycyjny mogą nadal koegzystować w regionie CEE-6[1].

Dalszy solidny wzrost sprzedaży tradycyjnej – według szacunków rzędu 71,5 mld euro do końca 2022 roku, czyli 4,9% rocznie – zapewnia wystarczającą przestrzeń, by różne koncepty mogły się nadal z powodzeniem rozwijać. Scenariusz konserwatywny przewiduje wzrost handlu internetowego w państwach CEE-6 o 8,8% rocznie, z bazowego poziomu 13,1 mld euro do 20 mld euro.

Według optymistycznych szacunków wielkość rynku internetowego może zbliżać się do tego poziomu już dziś. Jeśli jednak nawet w tym optymistycznym scenariuszu handel elektroniczny obejmie 10% całej sprzedaży do końca 2022 roku, czyli 34 mld euro, to naszym zdaniem większość transakcji sprzedażowych będzie mieć miejsce w ramach tradycyjnych, funkcjonujących od dawna kanałów — wyjaśnia Mark Robinson, specjalista ds. badań rynku w regionie CEE.

Czy jest miejsce na dalszy rozwój?

Zgodnie z naszymi obliczeniami wzrost popytu za pośrednictwem kanału internetowego oraz większa liczba dostarczanych produktów przełoży się w latach 2018-2022 na konieczność zapewnienia w Europie Środkowo-Wschodniej 198 tys. mkw. powierzchni logistycznej/magazynowej rocznie (przy założeniu, że w pełni wykorzystane zostaną aktualne zasoby). Dla porównania, aby obsłużyć rosnący w tym samym okresie popyt, łańcuch dostaw na potrzeby sklepów tradycyjnych wymagać będzie rocznie dodatkowych 865 tys. mkw. takiej powierzchni.

Na jakim etapie ewolucji jest handel elektroniczny?

Handel elektroniczny odgrywa bardzo istotną rolę w szybkim rozwoju sektora usługowego w regionie CEE-6, jednak nieregularny charakter gwałtownego wzrostu sprzedaży internetowej sprawia, że szacowanie precyzyjnych wartości nie jest łatwe.

W celu zapewnienia spójności eksperci Colliers International przyjęli szacunki dotyczące wielkości rynku w 2017 roku i prognozy obejmujące okres do 2022 roku, opublikowane w badaniu za rok 2018 na portalu Statista. Badanie oparte było na modelu obejmującym kompleksową analizę 13 europejskich krajów – w tym Polski – oraz innych państw na całym świecie (dane w dolarach amerykańskich). Według założeń przyjętych przez portal Statista wielkość rynku CEE-6 w 2017 roku wynosiła 13,1 mld euro.

Inne źródła podają, że wielkość rynku w tym regionie jest znacznie większa, ale suma najwyższych szacunkowych wartości dla rynku każdego z państw CEE-6 w 2017 roku dawałaby kwotę 20,1 mld euro.

Colliers porównał dane z portalu Statista z danymi na temat tradycyjnej sprzedaży  z regionu CEE-6 oraz całej Europy i podjął próbę oceny możliwości dalszego wzrostu. Wielkości rynku w Rumunii, Czechach, a szczególnie w Polsce, określone przez portal Statista w 2017 roku, znajdują się poniżej linii reprezentującej rynki najlepiej przystosowane.

Wielkość rynku e-commerce w krajach CEE-6 w2017 r. wg różnych źródeł (w mld euro):

 Demand for logistics distribution space for online and omnichannel

 

Jak szybko będzie rósł handel elektroniczny?

Na podstawie prognoz z portalu Statista przewidujemy, że w scenariuszu zachowawczym łączne przychody handlu elektronicznego w CEE-6 będą rosły o 9% rocznie do 2022 roku. Oczekujemy, że określony przez portal Statista przedział wartości dla regionu, tj. 3,1%-5,6% w 2017 roku w stosunku do całkowitej sprzedaży detalicznej, powinien wzrosnąć przynajmniej do poziomu 3,7%-6,9% w 2022 roku, dając łącznie minimum 20 mld euro przychodów i rosnąc o ponad 6,9 mld euro.

Wzrost sektora nieruchomości logistycznych w Europie Środkowo-Wschodniej

Łączna powierzchnia 1,063 mln mkw. wymagana w naszym konserwatywnym scenariuszu bazowym, przewidującym wzrost handlu elektronicznego o 9% w ramach całkowitego wzrostu sprzedaży detalicznej o 4,9%, równa się 3,3% aktualnie prognozowanej powierzchni logistycznej/dystrybucyjnej w regionie CEE-6. Jednak co ciekawsze, odpowiada ona 62% powierzchni będącej w budowie w II kwartale 2018 roku i 87% wykorzystania powierzchni w ostatnich czterech kwartałach.

Maciej Chmielewski, senior partner i dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International
Maciej Chmielewski, senior partner i dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International

— Najemcy z sektora e-commerce wciąż pozostają jedną z najaktywniejszych grup na rynku magazynowym w Polsce. Umowy zawarte przez firmy zajmujące się handlem internetowym stanowiły ponad 15% popytu w pierwszej połowie 2018 roku. Najchętniej lokują one swoje magazyny wzdłuż zachodniej granicy Polski, skąd mogą sprawnie obsługiwać rynki Europy Zachodniej oraz w Polsce Centralnej — mówi Maciej Chmielewski, senior partner i dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International.

Dodatkowa powierzchnia logistyczna/dystrybucyjna będzie wymagana właśnie w scenariuszach przewidujących proporcjonalnie większą sprzedaż detaliczną w Internecie. Jeżeli chodzi o handel elektroniczny, eksperci Colliers przewidują, że wskaźnik sprzedaż/mkw. wynosić będzie około połowy wartości szacowanej dla sprzedawców tradycyjnych/wielokanałowych. Różnica ta przekłada się w wartościach bezwzględnych na wymóg zapewnienia średnio 107 tys. mkw. dodatkowej przestrzeni rocznie w naszym optymistycznym scenariuszu na koniec 2022 roku, w którym udział handlu elektronicznego nieznacznie przekracza 10%. W naszym ambitnym, optymistycznym scenariuszu, w którym handel ten stanowić będzie średnio 13,2% sprzedaży detalicznej w CEE-6, niezbędna dodatkowa przestrzeń wynosiłaby 263 tys. mkw.

Zapotrzebowanie na powierzchnię logistyczną/dystrybucyjną dla sprzedawców internetowych oraz wielokanałowych/ogólnych w latach 2017-2022 w poszczególnych krajach regionu CEE-6 (m2):

Zapotrzebowanie na powierzchnię logistyczną/dystrybucyjną dla sprzedawców internetowych oraz wielokanałowychWpływ na popyt w sektorze tradycyjnego handlu w Europie Środkowo-Wschodniej

Przewidywany w naszym konserwatywnym scenariuszu wzrost sprzedaży w Internecie do 6,9 mld euro stanowi 10% całkowitego prognozowanego wzrostu sprzedaży detalicznej na poziomie 71,5 mld euro w latach 2018-2022. Scenariusz ekstremalny, zakładający, że za całą sprzedaż detaliczną od dziś do końca 2022 roku odpowiadać będzie handel elektroniczny, wydaje się nierealny. Oznaczałoby to, że sprzedaż w Internecie wzrosłaby do 19-29% sprzedaży detalicznej we wszystkich krajach CEE-6. W Wielkiej Brytanii jest ona obecnie na poziomie 15,2%. Nasz optymistyczny scenariusz zakłada sprzedaż przez Internet o wartości 34 mld euro, co stanowiłoby 20% całej sprzedaży detalicznej w tym okresie. Co ważne, za 80% przyrostu sprzedaży mają odpowiadać podmioty prowadzące działalność wielokanałową/tradycyjną. Zatem popyt generowany jest w tych kanałach nawet po uwzględnieniu inflacji.

Czy w takim razie zajdzie konieczność zamykania tradycyjnych sklepów? Prawdopodobnie nie. Dotychczas nie odnotowaliśmy takich przypadków. Porównanie ilości powierzchni handlowej per capita w stolicach krajów CEE-6 za II kwartał 2018 roku z ich PKB per capita w roku 2015 wskazuje, na możliwość absorbcji większego wolumenu sprzedaży.

Jak będą zmieniać się czynsze w handlu tradycyjnym?

Nie obserwujemy stabilizacji czynszów w handlu tradycyjnym w kontekście prognozowanego przez nas wzrostu sektora handlu elektronicznego. Niezbędne będą negocjacje i umowy dotyczące czynszu płatnego w oparciu o obroty oraz uwzględnienie sprzedaży internetowej. Nie dostrzegamy też dużych obniżek czynszów, gdyż w naszym scenariuszu optymistycznym sektor wielokanałowy/tradycyjny wart jest nadal minimum 27 mld euro w latach 2018-2022.

Zjawisko „showroomingu”, które może pomóc sektorowi w przetrwaniu, rozpowszechnia się w regionie CEE-6 (z wyjątkiem Bułgarii), towarzysząc rozwojowi handlu elektronicznego. Niektórzy najwięksi gracze internetowi z branży elektronicznej, mody i kosmetyków już stworzyli punkty odbioru swoich produktów w dobrych lokalizacjach i przy węzłach transportowych w większych miastach (szczegóły poniżej).

Przykłady marek ze stolic krajów regionu CEE-6, które stosują „showrooming”showrooming

[1] CEE-6 – Polska, Czechy, Węgry, Słowacja, Rumunia, Bułgaria

Outplacement coraz popularniejszy wśród pracodawców

Wywiad z Małgorzatą Pukropek, psycholog i ekspertką HR Consulting w Antal

Decyzja o zwolnieniu pracownika, nie należy do łatwych i na pewno wiąże się z dużym stresem dla każdej ze stron. Kiedy zapada i dlaczego?

Małgorzata Pukropek
Małgorzata Pukropek

MP: Pracodawcy bardzo świadomie i ostrożnie podchodzą do zwolnień pracowników. Takie decyzje analizowane są głównie pod względem biznesowym i trwają przez wiele tygodni. Najczęściej przyczyną jest fuzja dwóch firm, przeniesienie procesów do zewnętrznego operatora lub brak odpowiednich kompetencji. W pierwszym przypadku pracodawca musi dokonać wyboru między dwoma pracownikami na równorzędnych stanowiskach i podjąć niełatwą decyzję, która z osób posiada kompetencje bardziej odpowiadające wyzwaniom rynkowym czy celom biznesowym firmy. Druga sytuacja dotyczy w głównej mierze obszarów księgowości, administracji, kadr oraz IT.

Co jest największym wyzwaniem?

Oczywiście kluczową rolę odgrywa komunikacja – zarówno do pracownika, którego zmiana dotyczy, jak i do całej firmy. Ważne jest, by komunikat był konkretny, przejrzysty oraz poparty właściwą argumentacją. Na pewno nie unikniemy emocji, które są nieodłącznym elementem procesu zwolnienia. Pracownicy reagują na taką sytuację w bardzo różny sposób. Jako koordynator oraz psycholog spotkałam całe spektrum emocji, które może odczuwać pracownik – od satysfakcji z decyzji pracodawcy, po silny stres i emocje związane ze zmianą, która zaraz nastąpi. Jeśli pracodawca przypuszcza, że negatywne emocje mogą zdominować całą sytuację, to właśnie w tym momencie jest w stanie udzielić wsparcia i zapewnić większy komfort i bezpieczeństwo. Dlatego coraz więcej firm decyduje się na tzw. outplacement.

Dla wielu osób outplacement to obcy termin. Na czym polega?

MP: Outplacement to nic innego jak zwolnienie monitorowane, czyli pomoc dla pracownika, z którym żegna się firma, w znalezieniu nowego zatrudnienia. Najczęściej  pracodawcy zwracają się po pomoc do firm doradztwa personalnego. Dzięki temu każdy pracownik objęty programem outplacementu, ma dostęp do wiedzy o aktualnych ofert na rynku, w szczególnie interesującej go branży. Cały proces poszukiwania nowej pracy, koordynowany jest przez rekrutera. Wartością, którą podkreślają sami zainteresowani jest reprezentowanie kandydata i negocjowanie warunków nowego zatrudnienia w jego imieniu, ale także nauka konstruktywnego  myślenia i komunikowana faktu utraty i zmiany pracy.

Zwolnienie to sytuacja trudna przede wszystkim dla pracownika. Na jakie wsparcie może liczyć?

Najpierw badamy oczekiwania pracownika, jego emocje i to jak patrzy na zaistniałą sytuację. Jest to kluczowy element całego procesu. Zdarza się, że programem objęte są osoby, które przepracowały w firmie większość swojego życia i wyjście na rynek pracy jest dla nich niemałym wyzwaniem. W takim przypadku nacisk należy położyć na przygotowanie profesjonalnego CV oraz przeprowadzenie próbnej rozmowy rekrutacyjnej. Największa trudność polega na tym, by nauczyć pracownika mówić o tych doświadczeniach w sposób ciekawy oraz pomóc mu uwierzyć, że jest to wartość, którą może zaproponować nowemu pracodawcy. Nie jest to tak problematyczne w przypadku młodszych stażem osób, ale bywa zdecydowaną przeszkodą w efektywnym przeprowadzeniu procesu przy długoletnich stażach zawodowych.

Jakie bariery psychologiczne musi pokonać pracownik w procesie outplacementu?

MP: Zarówno teoria, jak i praktyka pokazują, że w momencie zwolnienia dochodzi do spadku poczucia kompetencji. Duże znaczenie ma również zabezpieczenie finansowe, jakie pracodawca zapewnia takiej osobie. Często jego poziom wpływa na komfort pracy pomiędzy stronami – im jest mniejsze, tym większe emocje ze strony pracownika, które znacznie mogą utrudnić cały proces. Drugą osobą pomagającą w odbudowaniu swojej wartości zawodowej jest rekruter. Jego zadaniem jest zbadać najlepsze cechy i umiejętności pracownika oraz nauczyć, jak przekazać je przyszłemu pracodawcy.

Jak wygląda proces rekomendacji takiego pracownika?

MP: W pierwszy etapie pracownik musi przejść proces przygotowania. Musimy być pewni, że czuje się komfortowo z nowo napisanym CV i potrafi odnaleźć się na rozmowie rekrutacyjnej. Dlatego zawsze prowadzimy działania outplacementowe w jednym z biur Antal, a nie w siedzibie byłego pracodawcy. To pomaga szybciej odnaleźć się pracownikowi w nowych realiach, bo nawet bywanie w innych firmach czy spotykanie nowych ludzi może być dla niego czynnikami stresogennymi. Dzięki temu, podczas właściwej rozmowy będzie mógł skupić się na odpowiednim przedstawieniu swojej osoby.

Zdarzają się przypadki, że pracownik pozostaje bez pracy. Co w takiej sytuacji?

MP: Nie zawsze jest tak, że po rekomendacji kandydata otrzymujemy dla niego propozycje spotkań u potencjalnych pracodawców i musimy razem zastanowić się nad zmianą podejścia czy obszaru poszukiwań. Zdarza się tak najczęściej wtedy, gdy pracownik posiada niszowe doświadczenie, nie jest skłonny do relokacji lub brakuje mu wiary we własne kompetencje. Musimy wtedy przekonać kandydata do tego, aby uzupełnił swoje doświadczenie zawodowe o niezbędne certyfikaty, uprawnienia potwierdzające umiejętności lub poprawę swoich zdolności językowych. Pamiętam przypadek kandydatki sprzed kilku lat, która oprócz niszowego doświadczenia nie była skora do relokacji ze względu na dwóch nastoletnich synów. Pracowaliśmy z tą Panią osiem miesięcy, aż znaleźliśmy idealne dopasowanie i firmę, która doceniła unikalne doświadczenie kandydatki.

Dlaczego warto zdecydować się na outplacement?

Outplacement jest procesem skierowanym nie tylko do pracownika, ale również do pracodawcy. Warto pamiętać, że pracownik opuszczający organizację nadal jest jej wizytówką, a sposób w jaki się pożegnają, może na długi czas położyć cień na wizerunek każdej ze stron.

3,3 mld rekordów danych skradzionych w H1 2018

Zgodnie z najnowszą aktualizacją indeksu cyberzagrożeń firmy Gemalto – Breach Level Index – tylko w pierwszej połowie 2018 roku doszło do 944 incydentów przeciwko bezpieczeństwu cyfrowych informacji, w wyniku których w ręce cyberprzestępców dostało się ponad 3,3 miliarda danych, z których zdecydowana większość to personalia.

W analizowanym przez Gemalto okresie pierwszego półrocza bieżącego roku, firmy i organizacje z całego świata traciły 18,5 miliona cyfrowych rekordów dziennie, 12,8 tysiąca co każdą minutę i 214 co sekundę.

Bez porównania?

Warto przypomnieć wyniki analizy dokonanej przez Google przed niespełna rokiem. Firma informowała, iż w badanym przez nią okresie Marzec 2016 – Marzec 2017, liczba wszystkich skradzionych przez cyberprzestępców rekordów danych, w skali światowej, wyniosła nieco ponad 3 miliardy. – Gemalto w najnowszej publikacji swojego indeksu podaje zbliżoną liczbę – sęk w tym, że dotyczy ona jedynie półrocza. To doskonałe obrazuje skalę przyspieszenia aktywności cyberprzestępców. Oczywiście, nie wszystkie poufne dane przedostają się poza chronioną strefę infrastruktury w danej firmie za sprawą ich udziału. Często są to także nieszczęśliwe wypadki spowodowane roztargnieniem pracowników różnych szczebli organizacji. Trudno jednak bagatelizować zagrożenie powodowane przez cyberprzestępczość, wiedząc, że liczba danych, które „wypłynęły” z przedsiębiorstw za ich udziałem wzrosła r/r o 800% – tłumaczy Artur Malinowski z Arrow ECS.

ID na czele

Najwięcej, niemal 65%, skradzionych cyfrowych rekordów zawierało dane personalne, a więc imię, nazwisko, adres czy numery telefonów. 17,5% to dane logowania do m.in. mediów społecznościowych czy kont poczty e-mail, nieco ponad 13% to informacje umożliwiające dostęp do elektronicznej bankowości. Firma IntSights informowała z kolei, że tych ostatnich trafiło w I połowie 2018 roku na internetowy czarny rynek ponad dwukrotnie więcej – dokładnie, o 135%.

Najczęstszą przyczyną wycieków danych była działalność cyberprzestępców – poprzez ich aktywność w niepowołane ręce przedostało się 56% rekordów. W wyniku nieszczęśliwych wypadków przy administracji danymi wyciekło ich 33,7% – to spadek o 47% w porównaniu do sytuacji sprzed roku, i kolejny dowód na rosnącą skuteczność crackerów. Za pośrednictwem świadomego działania przeciwko bezpieczeństwu informacji wewnętrznego personelu przedsiębiorstw z firmowych baz danych wydostało się niespełna 7% cyfrowych rekordów.

Handel i IT straciły najwięcej

Choć największa liczba danych została wykradziona z mediów społecznościowych – w tym Facebooka i Twittera, które utraciły aż 2,5 miliarda rekordów w pierwszym półroczu, dość znacznie ucierpiały także poszczególne gałęzie gospodarek. W największym stopniu – branże retail oraz technologiczna. Odpowiadały one odpowiednio za 5,5% oraz 5,1% ogółu rekordów, które uległy wyciekom, co w przypadku liczby przekraczającej 3,3 miliarda pozwala zwizualizować skalę straconych danych. W przypadku pozostałych uwzględnionych przez Gemalto branż, a więc przemyśle, administracji publicznej, edukacji oraz ochronie zdrowia, odsetek ten nie przekroczył jednego procenta.

Deweloperzy budują coraz więcej mieszkań, a ich sprzedaż już w tym roku spadła o 20%

W ostatnich kwartałach nastąpił spadek sprzedaży nowych mieszkań, co prawdopodobnie jest reakcją na dynamiczny wzrost cen. Dane zebrane przez serwis RynekPierwotny.pl od deweloperów notowanych na giełdzie wskazują, że w III kw. 2018 r. sprzedali oni o ponad 20 proc. mniej mieszkań niż w analogicznym okresie rok wcześniej, a warto przypomnieć, że drugi kwartał tego roku także był spadkowy.

Echo Investment, i2 Development, J.W. Construction, Polnord, Robyg, Soho Development, Vantage Development i Wikana zanotowały spadek sprzedaży o jedną trzecią i więcej, a w niektórych spółkach przekroczył on 50 proc.

Jeśli liczba chętnych na nowe mieszkania nadal będzie spadać, może wkrótce okazać się, że część deweloperów zastanie nową sytuację ze sporą liczbą wybudowanych i nie sprzedanych mieszkań. Albo jeszcze gorzej: rozpoczętych i niedokończonych budów.

Znaczny spadek sprzedaży na rynku pierwotnym, który na dodatek zwiększył się w kolejnym kwartale, jest sygnałem, że na rynku zbliża się przesilenie, coraz więcej kupujących nie akceptuje podwyżek cen. Przez ostatni rok średnio w kraju mieszkania zdrożały o 9,5 proc., a w takich miastach jak Białystok, Gdańsk, Lublin, Łódź, Poznań czy Warszawa wzrost był dwucyfrowy.

– Spadek popytu prawdopodobnie doprowadzi w pewnym momencie do zatrzymania wzrostów cen, a potem rozpocznie się okres obniżek, co może się stać w ciągu kilku najbliższych miesięcy – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marcin Krasoń, analityk Home Broker.

Warto jednak zwrócić uwagę, że aktualna sytuacja jest odmienna od tej sprzed kilkunastu lat, gdy rynek był napędzany przez osoby kupujące mieszkania na kredyt (często w obcej walucie i bez wkładu własnego), stąd oczekujemy, że spadki cen nie będą miały bardzo dynamicznego charakteru.

12 listopada wolny od pracy? Tomasz Rostkowski: To błąd

Ludzie mają gdzie mieszkać, w co się ubrać i co jeść nie dlatego, że świętują, ale dlatego że pracują i wytwarzają potrzebne produkty i usługi. To praca jest źródłem rozwoju gospodarczego i zwiększa zamożność obywateli.

Tomasz Rostkowski
dr hab. Tomasz Rostkowski, prof. SGH, Główny ekonomista Pracodawców RP

Tymczasem pojawia się kolejny pomysł skrócenia czasu pracy. Pretekstem jest 100-rocznica odzyskania niepodległości. To niezwykle ważne wydarzenie, ale wystarczy je świętować dokładnie 11 listopada, który szczęśliwie przypada w niedzielę.

Co przyniesie wolny poniedziałek? Po pierwsze, straci gospodarka. Konkretne produkty nie zostaną wytworzone, nie zostaną sprzedane. Będzie zatem mniej pieniędzy na wynagrodzenia pracowników. Po drugie firmy, szpitale, oraz wszelkie poważne organizacje planują działania ze znacznym wyprzedzeniem. Po to, by nagłe zmiany nie burzyły rytmu pracy i wcześniej ustalonych zadań. Ogłosić zaledwie z trzytygodniowym wyprzedzeniem, że 12 listopada ma być wolny od pracy, to – oby niezamierzone – okazanie lekceważenia wszystkim tym, którzy wkładają wiele wysiłku, aby rezultaty ich pracy były przewidywalne, symbolizowały wysoką jakość i nie były zaskoczeniem dla odbiorców. Tak działają przedsiębiorcy. Jestem pewien, że chętnie podzielą się oni swoimi doświadczeniami z instytucjami, które mają mniejsze doświadczenie w tych obszarach.

Warto też przypomnieć, że Europa przoduje w świecie pod względem dni wolnych od pracy. W Europie Polska znajduje się w ścisłej czołówce państw oferujących pracownikom najwięcej dni urlopu i świąt.

dr hab. Tomasz Rostkowski, prof. SGH, Główny ekonomista Pracodawców RP

Zakwaterowanie pracowników z Ukrainy bez podatku, ale ze składką ZUS

Zakwaterowanie pracowników z Ukrainy na koszt pracodawcy jest w interesie przedsiębiorcy i nie wymaga odprowadzenia podatku – orzekły sądy WSA w Łodzi i w Opolu[1]. To decyzja, która podważa interpretację Urzędu Skarbowego[2], jakoby opłata za nocleg stanowiła dla Ukraińców opodatkowany przychód. W moim odczuciu taka decyzja sądów jest słuszna – w interesie pracodawcy i pracownika.

Krzysztof Inglot - Work Service
Krzysztof Inglot

Przedsiębiorcy zatrudniający cudzoziemców decydują się na to ze względu na brak rąk do pracy na polskim rynku, a opłacanie noclegów kadrze, która przyjechała do nas zza granicy, coraz częściej jest niezbędne do prowadzenia przez nich działalności gospodarczej. Z badań Personnel Service wynika, że już 49% pracodawców zapewnia pracownikom z Ukrainy zakwaterowanie.

Taki benefit nie wymaga pobrania i odprowadzenia zaliczki PIT, ale włącza się do podstawy składek emerytalnych i rentowych[3]. Ukraińców ubezpieczonych w ZUS jest coraz więcej – z najnowszych danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych za III Q br. wynika, że już ponad 425 tys. Ukraińców płaci składki w Polsce na ubezpieczenia społeczne[4]. To wzrost o niemal 118 tys. w porównaniu do analogicznego okresu 2017 r. Wszystkich cudzoziemców ubezpieczonych w ZUS jest obecnie 569 tys. – Ukraińcy stanowią już 75% z nich.

Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service

[1] http://www.orzeczenia-nsa.pl/wyrok/i-sa-op-142-18/podatek_dochodowy_od_osob_fizycznych_w_tym_zryczaltowane_formy_opodatkowania/1f83643.html

[2] http://sip.mf.gov.pl/faces/views/szczegoly/szczegoly-interpretacji-indywidualnej.xhtml?dokumentId=541602&poziomDostepu=PUB&indexAccordionPanel=-1#tresc

[3] http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU19981611106/O/D19981106.pdf

[4] http://psz.zus.pl/kategorie/ubezpieczeni/ubezpieczenia-emerytalne-i-rentowe

Blisko połowa Polaków jest przekonana, że ma większy wpływ na społeczeństwo jako konsumenci niż jako wyborcy

W badaniu „The Meaningful Shift” zrealizowanym przez Havas, przebadano wewnętrzny konflikt współczesnych kupujących – jednoczesne zamiłowanie do zakupów i posiadania, z chęcią działania na rzecz środowiska i przyszłości ludzi. Raport Havas pokazuje, że konsumenci starają się znaleźć równowagę między poczuciem winy a przyjemnością oraz chcą kupować w sposób bardziej odpowiedzialny. Co więcej, w Polsce 45 proc. populacji i 60 proc. prosumentów, czyli konsumentów, którzy wpływają na trendy i kształtują rynki na całym świecie, jest przekonana, że ludzie mogą wywrzeć większy wpływ na społeczeństwo jako konsumenci niż jako wyborcy. Badanie przeprowadzono na grupie 12 000 osób z 32 państw, w tym z Polski.

Przemyślane zakupy

Z badania „The Meaningful Shift” wynika, że zakupy wpływają pozytywnie na nastrój większości ankietowanych na całym świecie, ale jednocześnie blisko dwie trzecie światowej próby stara się konsumować tylko to, czego naprawdę potrzebuje. – W tym zakresie Polacy odstają od obywateli innych krajów, bowiem zaledwie 44 proc. polskiej populacji stara się kupować mniej. Świadoma konsumpcja zyskuje jednak na popularności – 78 proc. Polaków i 91 proc. polskich prosumentów twierdzi, że kupuje dziś znacznie uważniej niż kiedyś komentuje Alicja Górka-Pruszczak, Executive Director w Havas PR Warsaw i dodaje Udowadnia to skuteczność globalnych kampanii edukacyjnych niosących na sztandarach idee dbałości o świat dla naszych dzieci i wnuków oraz to, że  hasła te docierają także do naszego kraju i zmieniają nie tylko świadomość lecz co istotniejsze, dotychczasowe przyzwyczajenia Polaków.

Wybory konsumenckie mają większy wpływ na losy świata niż wybory

W Polsce 45 proc. populacji i 60 proc. prosumentów jest przekonana, że ludzie mogą wywrzeć większy wpływ na społeczeństwo jako konsumenci niż jako wyborcy. Ich decyzje konsumenckie wpływają bowiem zarówno na życie jednostek, jak i na politykę dużych korporacji, której nie byliby w stanie zmienić uczestnicząc w wyborach. Mimo to, tylko 28 proc. populacji i 47 proc. polskich prosumentów kupuje lub odmawia zakupu produktu w oparciu o deklarowane wartości firmy lub jej działania społeczno-polityczne.

Konsumpcja „do upadłego” nadal istnieje

Choć w 30 na 32 badane państwa nastąpiła zdecydowana zmiana istniejącej od dziesięcioleci nadmiernej i obsesyjnej konsumpcji, analiza Havas pokazuje, że większość Polaków nadal nie identyfikuje się z globalnym trendem. Polscy respondenci starają się natomiast kupować produkty o lepszej jakości i wytrzymałości (58 proc.), poddawać je recyklingowi (55 proc.), a także naprawiać zepsute przedmioty zamiast kupowania nowych (63 proc.).

Kupuję lokalnie

Z badania wynika również, że prawie 77 proc. respondentów na świecie i 73 proc. Polaków twierdzi, że czuje się dobrze wspierając lokalnych producentów i rzemieślników. Nieco ponad połowa Polaków jest także skłonna zapłacić za produkt trochę więcej, jeśli część wpływów przeznaczana jest na wsparcie słusznych celów. Równocześnie Polacy analizują dokładnie każdy swój zakup – aż 64 proc. z nich częściej pyta czy jest on konieczny i czy sam produkt wart jest swojej ceny.

Konsumpcja ma znaczenie

Obecnie ludzie coraz częściej dostrzegają negatywne konsekwencje swoich wyborów konsumenckich, co jest pierwszym krokiem do zmiany ich przyzwyczajeń na lepszeZ raportu „The Meaningful Shift” wynika, że konsumenci starają się kupować bardziej odpowiedzialnie, m.in. poprzez świadome wybieranie produktów czy marek sprzyjających środowisku, ale jednocześnie chcą, by zakupy były łatwe i szybkie. Aż 62 proc. Polaków chciałoby, aby podejmowanie decyzji o tym który produkt kupić było ułatwione, a ponad połowa przyznaje, że często czuje się przytłoczona zbyt dużym wyborem produktów w supermarkecie.

Widzimy, że wkroczyliśmy w nową erę współczesnych sprzeczności, która jest trudna dla marek. Wyzwanie polega na wyeliminowaniu poczucia winy z równania, i podaniu ludziom autentycznych powodów do dobrego samopoczucia w związku z zakupami – nie tylko z powodu pozyskanej wartości, ale także z powodu korzyści w ich własnym życiukomentuje Alicja Cybulska, Intelligence Director w Havas Media Group i dodaje – Z naszych badań „Meaningful Brands” wiemy, że ludzie nie przejmowaliby się, gdyby 74 proc. marek zniknęło z rynku z dnia na dzień. Po części wynika to z faktu, że większość z marek nie spełnia naszych podwyższonych oczekiwań. Polacy szukają dziś sensu nawet w codziennej konsumpcji.

Jak firmy z sektora MŚP finansują samochody służbowe – raport z badania 3Q2018

W 53,1 proc. przedsiębiorstw z sektora MŚP leasing jest jednym z najczęściej wybieranych modeli finansowania samochodów służbowych – jak wynika z badania zrealizowanego przez Instytut Keralla w 3. kwartale 2018 roku na zlecenie Carefleet S.A. Mikro, małe i średnie firmy chętnie kupują także samochody ze środków własnych. Niemal ¼ ich przedstawicieli deklaruje ponadto, że korzysta z przynajmniej dwóch źródeł finansowania służbowych pojazdów.

Leasing oraz zakup ze środków własnych na topie

Jak wynika z danych zebranych na zlecenie Carefleet S.A., z leasingu korzysta obecnie 50 proc. mikro, ponad 57 proc. małych oraz 47 proc. średnich firm w Polsce. W przeciwieństwie np. do zakupu aut za gotówkę, rozwiązanie to nie skutkuje zamrożeniem kapitału, który może zostać wykorzystany do realizacji strategicznych celów firmy, a minimum formalności i relatywnie niskie wymogi odnośnie zabezpieczenia transakcji w porównaniu z kredytem bankowym są dla przedsiębiorców dodatkową zachętą.

Bartosz Olejnik – Carefleet SA Dyrektor Sprzedaży i Marketingu
Bartosz Olejnik, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu w Carefleet S.A.

Decydując się na finansowanie floty w formie leasingu, firmy mogą wybierać spośród dwóch jego rodzajów – operacyjnego i finansowego. Jak pokazują statystyki, przedsiębiorcy w naszym kraju o wiele chętniej korzystają z pierwszej opcji, choć są również takie sytuacje, w których leasing finansowy może być korzystniejszy – mówi Bartosz Olejnik, dyrektor sprzedaży i marketingu w Carefleet S.A. – Generalnie wybór pomiędzy dostępnymi na rynku usługami powinien zostać poprzedzony analizą potrzeb przedsiębiorstwa i bilansem korzyści, jakie mogą przynieść dostępne rozwiązania. Pod uwagę należy wziąć przede wszystkim kwestie związane z wykupem auta, wysokością miesięcznego czynszu oraz odpisami amortyzacyjnymi – dodaje.

Według danych zebranych na zlecenie Carefleet, z leasingu najchętniej korzystają firmy z branży handlowej (56,7 proc. wskazań) , transportowej (48 proc. wskazań) oraz  produkcyjnej (54,8 proc. wskazań). Wiele firm z sektora MŚP nadal chętnie finansuje flotę ze środków własnych. Ta forma zakupu pojazdów służbowych jest obecnie jedną z dominujących w 47,6 proc. badanych przedsiębiorstw.

Wynajem samochodów rywalizuje z kredytami

Z kredytów, które jeszcze kilkanaście lat temu były bardzo popularną formą finansowania aut służbowych, korzysta obecnie 11,6 proc. badanych mikro, małych i średnich firm. Sukcesywnie rośnie natomiast zainteresowanie wynajmem długoterminowym samochodów – jako jedną z dominujących form finansowania wskazało go 10 proc. ankietowanych. O ile popularność leasingu i finansowania samochodów ze środków własnych utrzymuje się na podobnym poziomie w mikro, małych i średnich firmach, o tyle zainteresowanie wynajmem długoterminowym rośnie wraz z wielkością przedsiębiorstwa. Odwrotnie natomiast sytuacja przedstawia się w przypadku kredytów. Jako jedną z najczęstszych form finansowania pojazdów służbowych wskazuje je 24 proc. mikroprzedsiębiorstw. W firmach średniej wielkości odsetek ten wynosi zaledwie 4 proc.

Wciąż na rynku funkcjonuje duża grupa firm, które korzystają z tradycyjnych modeli finansowania samochodów służbowych, takich jak kredyt czy zakup ze środków własnych. Ci przedsiębiorcy powoli otwierają się jednak na korzyści wynikające z rozwiązań outsourcingowych. Z drugiej strony mamy niemal ¼ firm, które korzystają jednocześnie z kilku modeli finansowania floty, a także bardzo liczne grono korzystających z leasingu i coraz mocniej zarysowującą się grupę zwolenników wynajmu długoterminowego – twierdzi Bartosz Olejnik – Warto zauważyć, że wynajem pojazdów to na polskim rynku rozwiązanie stosunkowo nowe, a jednak bardzo chętnie wykorzystywane przez korporacje i duże przedsiębiorstwa. Prognozy wskazują, że zainteresowanie tą usługą w sektorze MŚP będzie sukcesywnie rosło. Wymaga to jednak czasu, zmian w mentalności przedsiębiorców oraz dużego zaangażowania ze strony firm oferujących usługi  CFM – zaznacza.

18,3 proc. Firm z sektora MŚP korzysta obecnie z wynajmu

Jak wynika z badania, 18,3 proc. firm z sektora MŚP korzysta w ogóle z wynajmu długoterminowego samochodów. Rozwiązanie to cieszy się największą popularnością w średnich firmach, zatrudniających od 50 do 249 pracowników (29 proc. wskazań). Wynajem długoterminowy jako forma finansowania floty najrzadziej wykorzystywany jest w mikro-przedsiębiorstwach (11 proc. wskazań). Jednocześnie niemal 40 proc. przedstawicieli tych podmiotów rozważa skorzystanie z usługi.

Usługa wynajmu długoterminowego coraz bardziej zyskuje na znaczeniu w sektorze MŚP. Według naszych badań w 2009 roku tylko niecałe 5 proc. mikro, małych i średnich przedsiębiorstw korzystało z tego rozwiązania. Dziś jest to niemal 20 proc. Polska branża Car Fleet Management konsekwentnie podąża tą samą drogą, którą przeszły kraje Europy Zachodniej, gdzie obecnie większość aut służbowych finansowana jest w formie wynajmu długoterminowego. Tam również z usługi początkowo korzystały korporacje i duże przedsiębiorstwa, a dopiero później, mniejsze podmioty – podkreśla Bartosz Olejnik.

Według danych z  badania nieco ponad 47 proc. ankietowanych zna, ale w chwili obecnej nie rozważa korzystania z wynajmu długoterminowego jako modelu finansowania samochodów służbowych, a ponad 11 proc. badanych przedsiębiorców w ogóle nie zna tego rozwiązania.

CBRE: firmy logistyczne z jeszcze wyższym optymizmem niż rok temu. Produkcja i handel są ostrożniejsze

Najnowszy raport CBRE i Panattoni Europe „Confidence Index 2018/2019” potwierdza utrzymujące się pozytywne perspektywy dla rynku logistycznego w Polsce. Wskaźnik Poziomu Optymizmu w zakresie Logistyki i Łańcucha Dostaw w Polsce wynosi 57,4 pkt. (o 3,3 pkt. mniej niż w ubiegłym roku). Wyższy optymizm wykazują firmy logistyczne (64,1 pkt.) niż przedsiębiorstwa produkcyjne i handlowe, korzystające z usług logistycznych (50,4 pkt.). Co więcej, aż 8 na 10 respondentów przewiduje wzrost wysokości obrotów swoich firm w ciągu 12 miesięcy, a 6 na 10 planuje wzrost zatrudnienia.

Beata Hryniewska
Beata Hryniewska

W naszej branży widać wyraźnie, że rynek nieruchomości przemysłowych i logistycznych już od kilku lat odnotowuje wysokie wzrosty. Na przestrzeni ostatnich pięciu lat podaż nowoczesnej powierzchni przemysłowej i logistycznej niemalże się podwoiła, a od początku 2017 roku do końca pierwszej połowy 2018 roku, czyli w ciągu zaledwie półtora roku, na rynku pojawiło się aż 3,3 mln mkw. nowej powierzchni. W naszej opinii w najbliższym czasie ten trend nie będzie zwalniał. Na koniec pierwszej połowy 2018 roku w budowie znajdowało się ponad 2,26 mln mkw. nowoczesnej powierzchni logistycznej. To wzrost o 45% w porównaniu do analogicznego okresu w zeszłym roku i historyczny rekord, jeśli chodzi o ilość powierzchni w budowie – mówi Beata Hryniewska, Szefowa Działu Powierzchni Magazynowych i Logistyki CBRE.

Firmy logistyczne optymistyczne jak nigdy

Wskaźnik Poziomu Optymizmu w zakresie Logistyki i Łańcucha Dostaw w Polsce 2018/2019 został określony na poziomie 57,4 pkt., o 3,3 pkt. mniej niż w 2017 r. – wynika z raportu CBRE i Panattoni Europe „Confidence Index 2018/2019”. Mimo niewielkiego spadku rok do roku, taki wynik oznacza optymistyczne spojrzenie w przyszłość – Wskaźnik Poziomu Optymizmu wyższy niż 50 pkt. to oczekiwanie zmian na lepsze, poniżej 50 pkt. – zmian na gorsze. Im bardziej oddalony od 50 pkt. tym silniejsza prognozowana zmiana na przestrzeni czasu. Wskaźnik uwzględnia opinie respondentów dotyczące obecnej sytuacji rynkowej w Polsce oraz ich przewidywania na przyszłość w kontekście zmian wysokości obrotów, rentowności, nakładów inwestycyjnych związanych z logistyką i łańcuchem dostaw, a także prognozowanego zatrudnienia.

Ciekawą zmianą w porównaniu do ubiegłorocznego badania nastrojów w sektorze logistycznym jest wzrost poziomu optymizmu w samych firmach logistycznych (z 62,1 pkt. do 64,1 pkt.), a spadek w przedsiębiorstwach produkcyjnych i handlowych (z 59,1 pkt. do 50,4 pkt.). Oznacza to pogłębienie się różnic w postrzeganiu rynku przez dwie strony. Zdaniem Marka Dobrzyckiego, Dyrektora Zarządzającego Panattoni Europe, różnica ta może wynikać ze zmian modelów współpracy pomiędzy obydwoma sektorami. – Obserwujemy trend outsoursowania przez przedsiębiorstwa produkcyjne i handlowe firmom logistycznym wszystkiego tego, co jest związane z procesem planowania, realizowania i kontrolowania przepływu surowców czy gotowych wyrobów. Jest to bezspornie efekt niedoborów wykwalifikowanej kadry zawodowej. Dodatkowo, rozwój handlu elektronicznego na rynkach europejskich sprawia, że sektor logistyczny optymistyczniej spogląda na rynek i możliwość wzrostu własnej działalności. Ponadto, przedsiębiorstwa produkcyjne i handlowe skupiają się na ekspansji – zdobywaniu nowych rynków, zwłaszcza eksportowych oraz wprowadzaniu nowych produktów do portfeli i tym samym otwarciu się na nowe segmenty rynku – mówi przedstawiciel Panattoni Europe.

Sytuacja rynkowa nie rozpieszcza

CBRE i Panattoni Europe sprawdzili także, jak respondenci (firmy logistyczne oraz firmy z branż handlowej i produkcyjnej) oceniają obecną sytuację na rynku w porównaniu do minionych 12 miesięcy. Tylko 15% ze wszystkich respondentów określiło ją jako bardziej sprzyjającą niż rok temu. Natomiast 7 na 10 zapytanych uznało, że obecnie jest trudniej. Narzekają przede wszystkim przedstawiciele przedsiębiorstw produkcyjnych i handlowych, wśród których aż 81% zapytanych określa sytuację na rynku jako mniej korzystną.

Również na pytanie o kolejne 12 miesięcy, większość, bo 62% zapytanych, odpowiedziało, że spodziewa się trudniejszej sytuacji niż obecnie, co piąty respondent nie przewiduje żadnych zmian, a tylko 17% uważa, że będzie lepiej. Tu także wśród pesymistów prym wiodą przedstawiciele przedsiębiorstw produkcyjnych i handlowych – 69% z nich nie widzi najbliższego roku w kolorowych barwach.

Na najwyższych obrotach i z inwestycjami

Zdecydowana większość respondentów badania „Confidence Index 2018/2019” przewiduje wzrost wysokości obrotów swoich firm w ciągu najbliższego roku (79% wskazań). Jedna trzecia liczy na silny wzrost obrotów o ponad 8% r/r, kolejne 26% uczestników badania przewiduje umiarkowane roczne tempo wzrostu na poziomie 2-5%. Co ciekawe, grupa respondentów z firm logistycznych wyróżnia się tu naprawdę dużym optymizmem – aż 93% oczekuje wyższych obrotów w najbliższym roku.

Optymizm dotyczący wzrostu wysokości obrotów jest związany także z pozytywnymi prognozami dotyczącymi rentowności. Niemal 2 na 3 przedstawicieli firm oczekuje wzrostu rentowności w kolejnych 12 miesiącach, co czwarty nie prognozuje zmian, a 13% uznało, że zyski mogą spaść.

Jeśli chodzi o nakłady inwestycyjne, to aż 87% respondentów chce w ciągu najbliższego roku dokonać inwestycji związanych z logistyką i łańcuchem dostaw. Obie grupy respondentów, firmy logistyczne oraz handlowe i produkcyjne, są skłonne ponieść wydatki w tym obszarze.

Pracownicy logistycznym hamulcem?

Popyt na pracowników jest obecnie na jednym z najwyższych poziomów w wielu sektorach polskiej gospodarki. Nie inaczej jest w logistyce. Ponad połowa respondentów (59%) zadeklarowała, że w kolejnych 12 miesiącach oczekuje wzrostu zatrudnienia w swojej firmie. Tylko 7% przewiduje spadek liczby pracowników w ciągu roku. Wyniki badania w tym zakresie różnią się dla branży logistycznej i przedsiębiorstw produkcyjnych i handlowych. Firmy logistyczne wyrażają większe zapotrzebowanie na pracowników niż branża wytwórcza i handlowa – odpowiednio 78% i 38% firm logistycznych i przedsiębiorców produkcyjnych i handlowych zamierza zatrudniać.

Biorąc pod uwagę rekordowo niskie bezrobocie odnotowane w całym kraju w niemalże wszystkich sektorach – według najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego we wrześniu 2018 roku wyniosło 5,7% – potrzeba zwiększenia liczby zatrudnionych osób będzie prawdopodobnie stanowić duże wyzwanie. Organizacjom brakuje wykwalifikowanych zasobów ludzkich i konkurują one o nowych pracowników. Rynek pracy zmaga się obecnie z problemem nieustannie rosnących wymagań w zakresie zarobków i warunków pracy, a pracodawcy nie mogą pozostawać na to obojętni – dodaje Beata Hryniewska z CBRE.

Raport „Confidence Index 2018/2019” do pobrania na stronie https://confidenceindex.industrialgo.pl/.

Metodologia „Confidence Index 2018/2019”

Druga edycja raportu „Confidence Index 2018/2019. Wskaźnik Poziomu Optymizmu w zakresie Logistyki i Łańcucha Dostaw w Polsce” została opracowana przez CBRE i Panattoni Europe przy wsparciu agencji badawczej Analytiqa. Badanie zostało zrealizowane na grupie 53 respondentów, w tym 27 firm logistycznych oraz 26 firm z branży produkcyjnej i handlowej (firmy korzystające z usług logistyków). Wszyscy respondenci reprezentowali stanowiska dyrektorskie lub kierownicze. Badanie zostało przeprowadzone metodą ankietową w 2018 r.

KUKE: Budowlanka stabilnie, transport notuje wzrost upadłości

Po bardzo dynamicznym wzroście liczby podmiotów mających problemy z płynnością finansową w pierwszej połowie roku, obecnie obserwujemy stabilizację sytuacji. We wrześniu br. upadłość ogłosiły 33 przedsiębiorstwa, czyli o 34% mniej niż w sierpniu oraz o 42,7% mniej niż we wrześniu 2017 roku. Rok 2018 pod względem upadłości i rozpoczętych postępowań sanacyjnych zakończy na poziomie ok. 1100 podmiotów.

„Warto zauważyć dwa wyraźne trendy związane z upadłościami i restrukturyzacjami we wrześniu. Mimo wciąż trudnej sytuacji w branży budowlanej, głównie związanej z rosnącymi cenami materiałów budowlanych i brakiem rąk do pracy, natężenie upadłości i rozpoczętych restrukturyzacji utrzymuje się na stabilnym poziomie: 2,43% wobec 2,39% rok temu. W tym samym czasie obserwujemy zwiększenie liczby upadłości i restrukturyzacji w branży transportowej z poziomu 0,39% we wrześniu 2017 roku do 0,79% w analogicznym okresie tego roku. Jest to pokłosie rosnących cen paliw, rozdrobnienia branży i braku dostępności kierowców. Cieniem kładzie się również perspektywa wejścia w życie unijnej dyrektywy o pracownikach delegowanych, zaskarżonej aktualnie przez Polskę i Węgry do Trybunału Sprawiedliwości UE. Z danych narastających w 2018 roku wynika jednak, że ogólna liczba podmiotów podlegających upadłości i restrukturyzacji – po wzroście w pierwszym półroczu – obecnie uległa stabilizacji. Utrzymanie tego trendu może doprowadzić do sytuacji, w której finalna liczba upadłości i restrukturyzacji w 2018 roku zamknie się w przedziale 1050-1100 podmiotów”  mówi Tomasz Ślagórski, wiceprezes zarządu KUKE S.A.

W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy (październik 2017 r. – wrzesień 2018 r.) na skutek niewypłacalności, działalność gospodarczą zakończyło 605 przedsiębiorstw, co oznacza wzrost o 5,4% w porównaniu do analogicznego okresu sprzed roku. Wzrost jest jeszcze większy, jeżeli oprócz upadłości uwzględnić również rozpoczęte restrukturyzacje – na 30 września 2018 roku łączna roczna liczba takich podmiotów wzrosła do 1043, czyli o 18,4% r/r.

We wrześniu 2018 roku najwyższe natężenie upadłości i rozpoczętych restrukturyzacji wystąpiło w województwie mazowieckim (1,76%), natomiast najniższe w województwie łódzkim (0,91%). Największy wzrost natężenia upadłości i rozpoczętych restrukturyzacji zanotowano w województwie świętokrzyskim (z 0,59% do 1,60%). Średnie natężenie upadłości spółek prawa handlowego w Polsce po wrześniu uległo obniżeniu do poziomu 0,85% z 0,89% notowanego w sierpniuJednocześnie we wrześniu ogłoszono upadłość 24 spółek prawa handlowego – o 40% mniej niż w sierpniu i o 41,5% mniej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Ta sama tendencja była zauważalna w przypadku jednoosobowych działalności gospodarczych – we wrześniu 9 osób zakończyło działalność ze względu na niewypłacalność – było to o 10% mniej niż w sierpniu i 43,8% mniej niż we wrześniu 2017 roku.

Sprzedaż opon w trzecim kwartale 2018 roku

Według danych Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego (PZPO) i Europejskiego Stowarzyszenia Producetów Opon i Gumy (ETRMA) w trzecim kwartale 2018 roku producenci i importerzy opon w Polsce odnotowali znaczące wzrosty sprzedaży we wszystkich głównych segmentach rynku. Najwięcej w segmencie samochodów ciężarowych (+29%) i maszyn rolniczych (+15%). Zwiększył się również wolumen sprzedaży opon przemysłowych (+5%) oraz do motocykli (+13%).

Trzeci kwartał przyniósł ożywienie w niemal wszystkich segmentach, co może zwiastować dobrą koniunkturę w branży automotive i transportowej. Kolejny kwartał bardzo wysokiego wolumenu sprzedaży w kategorii SUV (+25%) jest wynikiem wciąż rosnącej liczby zwolenników tego typu pojazdów – zarówno na rynku wtórnym, jak i pierwotnym. Wszystkie one potrzebują dedykowanego ogumienia ze względu na większą masę i wyżej położony środek ciężkości. W zakończonym kwartale sprzedaż opon w tym segmencie była równa 2/3 poziomu sprzedaży w segmencie lekkich samochodów dostawczych – rok temu była to raptem połowa. To także kolejny kwartał wskazujący na rynkową tendencję do wzrostu sprzedaży opon klasy premium (+16%) oraz klasy średniej (+13%).

– Na pewno wzrost sprzedaży opon klasy premium jest pochodną rosnącej wśród kierowców świadomości odnośnie ich wielu zalet i wpływu ogumienia dobrej jakości na bezpieczeństwo. Opony tej klasy oznaczają lepszą przyczepność na drodze, krótszą drogę hamowania, większą żywotność, mniejszy hałas i mniejsze zużycie paliwa. Takie dane wskazują więc na pozytywny trend – pamiętajmy jednak, że nawet nowe opony klasy budżetowej będą dużo lepszym wyborem niż te używane. Tylko kupując nieużywane ogumienie mamy gwarancję, że jest wolne od jakichkolwiek uszkodzeń i posiada deklarowane przez producenta właściwości – wskazuje Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego (PZPO).

Duży wzrost sprzedaży renomowanych producentów w segmencie opon do samochodów ciężarowych częściowo spowodowany jest opłatami celnymi i dopłatami do opon importowanych z Chin, które wprowadziła Komisja Europejska po przeprowadzeniu śledztwa. Teraz cena opon z Chin po uwzględnieniu dopłat dochodzi do poziomu marek budżetowych renomowanych producentów europejskich, amerykańskich, japońskich czy koreańskich – takie opony tracą więc swój główny atut, jakim była zaniżona cena.

– Jakość opon i ich stan techniczny ma wpływ na efektywność prowadzonej działalności gospodarczej oraz na bezpieczeństwo ruchu drogowego. Ma to szczególne znaczenie w firmach transportowych – ilość taboru samochodowego szacowana jest na ponad 600 tys. pojazdów w skali całego kraju. Dla każdego z pojazdów jedynym punktem styku z drogą są opony, które odpowiadają za przenoszenie napędu oraz trakcję. Na pokonanie ich oporu toczenia w transporcie drogowym przypada prawie 30 proc. paliwa. Zastosowanie opon markowych o obniżonych oporach toczenia pozwala na oszczędność ponad 2 litrów paliwa na 100 km, czyli średnio niemal 5000 litrów paliwa rocznie[1]. Opony to 3-5 proc. kosztów, ale mają wpływ na aż 40 proc. wszystkich kosztów operacyjnych firmy transportowej. Te zalety na pewno przekonują najlepsze firmy transportowe do inwestycji w dobre ogumienie, co znalazło odzwierciedlenie w wynikach III kwartału – dodaje Sarnecki.

Rusza II edycja studiów flotowych PZWLP i SKFS na Wydziale Transportu PW

Wystartowała druga edycja studiów podyplomowych „Zarządzanie flotą samochodową i mobilnością” na Wydziale Transportu Politechniki Warszawskiej, współtworzonych przez dwie najważniejsze na polskim rynku flotowym organizacje branżowe – Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP) oraz Stowarzyszenie Kierowników Flot Samochodowych (SKFS). Zajęcia na drugiej edycji rozpoczęły się 20 października od uroczystej inauguracji, w trakcie której pierwszym absolwentom tego unikalnego w Polsce kierunku wręczone zostały świadectwa oraz certyfikaty ukończenia studiów. Uruchomione w zeszłym roku studia były pierwszym tego typu kierunkiem w kraju i zostały utworzone w odpowiedzi na brak oferty edukacyjnej dla osób chcących się kształcić w obszarze tematyki flot samochodowych.

Studia podyplomowe „Zarządzanie flotą samochodową i mobilnością” zostały uruchomione na Wydziale Transportu Politechniki Warszawskiej w październiku ubiegłego roku z inicjatywy i we współpracy z Polskim Związkiem Wynajmu i Leasingu Pojazdów, czyli organizacją skupiającą firmy wynajmu długoterminowego (CFM) i Rent a Car w Polsce oraz Stowarzyszeniem Kierowników Flot Samochodowych, a więc organizacją zrzeszającą menadżerów flot w Polsce. W momencie premiery, były to pierwsze tego typu, rozbudowane programowo studia, w całości poświęcone zagadnieniom związanym z zarządzaniem oraz finansowaniem flot samochodów, a także szeroko pojętą mobilnością w biznesie.

Program studiów został stworzony od podstaw przez doświadczonych praktyków i ekspertów branży flotowej w Polsce, pochodzących z PZWLP i SKFS, we współpracy z kadrą naukową Wydziału Transportu Politechniki Warszawskiej. Na program składa się łącznie 188 godzin zajęć – został on skonstruowany przede wszystkim z myślą o uzyskaniu przez słuchaczy studiów unikalnej na rynku, specjalistycznej i faktycznie użytecznej w pracy zawodowej, praktycznej wiedzy. Z tego względu, zajęcia z ponad połowy przedmiotów są prowadzone przez czynnych zawodowo w branży flotowej ekspertów PZWLP, SKFS, a także firm dostarczających usługi informatyczne oraz telematyczne dla flot. Pozostałą część wykładowców studiów stanowi kadra naukowa Wydziału Transportu Politechniki Warszawskiej oraz innych uczelni. Studia są kierowane zarówno do osób młodych, kontynuujących swoją naukę po ukończeniu studiów I lub II stopnia, jak i funkcjonujących już w branży motoryzacyjnej, czy flotowej specjalistów, chcących podnieść swoje zawodowe kwalifikacje. Warto podkreślić, że zgodnie z prestiżowym w środowisku akademickim rankingiem Perspektywy 2018, opublikowanym w maju tego roku, Wydział Transportu Politechniki Warszawskiej prowadzi najlepsze studia inżynierskie w kraju na kierunku „Transport”. Co więcej, Wydział zajął pierwsze miejsce w tym rankingu już drugi rok z rzędu.

20 października, podczas uroczystej inauguracji drugiej edycji studiów na Wydziale Transportu Politechniki Warszawskiej, świadectwa oraz certyfikaty ukończenia studiów odebrali pierwsi absolwenci kierunku.

Prof. dr hab. inz. Marianna Jacyna – Dziekan Wydzialu Transportu PW
Prof. dr hab. inż. Marianna Jacyna, Dziekan Wydziału Transportu Politechniki Warszawskiej

Utworzone w zeszłym roku i kontynuowane obecnie studia podyplomowe „Zarządzanie flotą samochodową i mobilnością” były nie tylko pierwszym tego typu kierunkiem w Polsce, ale stanowią również do tej pory ewenement w skali kraju, jeśli chodzi o ich zakres programowy oraz bardzo praktyczną formułę – mówi Prof. dr hab. inż. Marianna Jacyna, Dziekan Wydziału Transportu Politechniki Warszawskiej.

Głównym założeniem przy tworzeniu tych studiów było rzadko spotykane zaangażowanie w proces budowania programu, a następnie już w samo prowadzenie zajęć, ekspertów i praktyków, którzy na co dzień funkcjonują na rynku flotowym w Polsce. W efekcie powstała oferta edukacyjna, która pozwala na zdobycie wiedzy faktycznie użytecznej w przyszłej pracy zawodowej, bardzo praktycznej i poszukiwanej na flotowym rynku pracy. Pierwsza edycja studiów została wysoko oceniona przez biorących w niej udział słuchaczy. Zainteresowanie podjęciem nauki na tym kierunku jest bardzo duże. Studia te, to także doskonały przykład dobrej i efektywnej współpracy uczelni państwowej z przedstawicielami biznesu, która pozwala na osiągnięcie priorytetowych dla obydwu stron celów, tj. stworzenia oferty edukacyjnej dopasowanej zarówno do potrzeb studentów, jak i aktualnego zapotrzebowania na rynku pracy.

Na łącznie 188 godzin zajęć w ramach studiów, aż 62 stanowią praktyczne ćwiczenia, zajęcia projektowe oraz laboratoria, podczas których słuchacze mają m.in. okazję pracować na używanych w działach flotowych w przedsiębiorstwach, czy firmach CFM i Rent a Car, narzędziach informatycznych i telematycznych do zarządzania flotami. Na dwusemestralny program studiów składa się 18 przedmiotów m.in. z zakresu podstaw zarządzania flotą, zarządzania w biznesie, podstaw konstrukcji i eksploatacji pojazdów, polityki flotowej, elementów HR, pozyskania, finansowania i budżetowania floty, podstaw prawnych w eksploatacji pojazdów, negocjacji i zarządzania relacjami, systemów IT i telematyki w zarządzaniu flotą, analizy TCO i cyklu życia pojazdów, a także ubezpieczeń.

W drugiej edycji studiów program został zaktualizowany i dostosowany do zmian oraz trendów na rynku flotowym. Uwzględniono również opinie i oceny dotychczasowych słuchaczy. W konsekwencji, w programie nauczania pojawiły się m.in. nieuwzględnione wcześniej zajęcia poświęcone car sharingowi. Będą one prowadzone przez ekspertów z firm należących do PZWLP, będących największymi dostawcami usług car sharingowych na polskim rynku.  

Natasza Jaronska – Ignatiuk – Prezes SKFS
Natasza Jarońska – Ignatiuk, Prezes Zarządu SKFS, Kierownik ds. Floty i Administracji w firmie Dr Irena Eris SA

Współtworzone przez Stowarzyszenie Kierowników Flot Samochodowych studia „Zarządzanie flotą samochodową i mobilnością” wpisują się w jeden z priorytetów naszej organizacji, czyli upowszechnianie wiedzy i edukacja na temat zarządzania flotami samochodowymi – mówi Natasza Jarońska – Ignatiuk, Prezes Zarządu SKFS, Kierownik ds. Floty i Administracji w firmie Dr Irena Eris SA. – Sukces pierwszej edycji studiów i niesłabnące, bardzo duże zainteresowanie tym kierunkiem, potwierdza nie tylko wypełnienie luki w ofercie edukacyjnej na polskim rynku, ale również bardzo trafnie skonstruowany program oraz formułę naszych studiów. Jeszcze do niedawna menadżerowie flot w Polsce stawali przed koniecznością kształcenia się we własnym zakresie, bądź uczęszczania na wiele specjalistycznych kursów, gdzie przekazywane informacje były cząstkowe, poświęcone tylko wybranemu aspektowi. Brakowało edukacji w wymiarze kompleksowym, na dodatek przygotowanej i prowadzonej w znacznej mierze przez doświadczonych praktyków i ekspertów w dziedzinie zarządzania flotami.

Warunkiem koniecznym do rozpoczęcia nauki na studiach „Zarządzanie flotą samochodową
i mobilnością” jest posiadanie przez kandydata wykształcenia min. na poziomie studiów pierwszego stopnia (licencjackich lub inżynierskich). Ukończenie tych studiów wiążę się z koniecznością nie tylko uzyskania pozytywnych wyników zaliczeń lub egzaminów z każdego z wykładanych przedmiotów, ale i przygotowaniem pracy końcowej. Absolwenci studiów zdobywają unikalną na polskim rynku pracy, specjalistyczną wiedzę na poziomie podstawowym, z zakresu zarządzania flotami pojazdów w branży wynajmu długoterminowego aut (Car Fleet Management), Rent a Car (wypożyczalnie samochodów), a także w wewnętrznych strukturach firm. Osoby kończące studia podyplomowe „Zarządzanie flotą samochodową i mobilnością” otrzymują świadectwo ukończenia studiów podyplomowych wydane przez Wydział Transportu Politechniki Warszawskiej, najlepszej i największej wyższej uczelni technicznej w kraju, a także dodatkowo certyfikat sygnowany przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów oraz Stowarzyszenie Kierowników Flot Samochodowych.

Grzegorz Szymanski – Prezes Zarzadu PZWLP
Grzegorz Szymański, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Generalny Arval Polska

Uruchamiając w zeszłym roku ten pierwszy w kraju kierunek studiów flotowych, zarówno my, jak i Stowarzyszenie Kierowników Flot Samochodowych oraz władze Wydziału Transportu Politechniki Warszawskiej, mieliśmy wspólne przeświadczenie, że bierzemy udział w czymś wyjątkowym na rynku flotowym w Polsce i otwieramy nowy rozdział w historii tej branży w naszym kraju – mówi Grzegorz Szymański, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Generalny Arval Polska. – Studia w całości poświęcone edukacji w obszarze związanym z finansowaniem i zarządzaniem flotami samochodów oraz mobilnością były wówczas odpowiedzią na bardzo szybko rozwijający się rynek flotowy w Polsce, przy jednoczesnym braku jakiegokolwiek kształcenia, nie tylko na poziomie uczelni wyższej, wykwalifikowanych specjalistów. Bardzo duże zainteresowanie zarówno pierwszą, jak i właśnie rozpoczynającą się drugą edycją studiów, potwierdzają że tego typu kierunek studiów był w kraju faktycznie potrzebny. Firmy są w Polsce już od kilku lat nabywcami ponad 2/3 wszystkich sprzedawanych w salonach nowych aut, co oznacza, że branża flotowa w naszym kraju staje się coraz większa i co więcej, odgrywa coraz ważniejszą rolę dla kondycji całego rynku motoryzacyjnego. W efekcie, rosnąć będzie także zapotrzebowanie na rynku pracy na specjalistów z tzw. kierunkowym wykształceniem w dziedzinie zarządzania flotami samochodów.

W drugiej edycji studiów podyplomowych „Zarządzanie flotą samochodową i mobilnością” naukę podjęły łącznie 33 osoby, wśród których znajdują się zarówno osoby młode, kontynuujące edukację po ukończonych studiach I lub II stopnia, jak i już aktywne zawodowo w branży flotowej, tj. pracownicy, podnoszący bądź uzupełniający swoje kwalifikacje. Podobnie jak w poprzedniej edycji, dla słuchaczy uruchomiony zostanie program kilkumiesięcznych, płatnych praktyk zawodowych w firmach wynajmu długoterminowego (CFM) i Rent a Car, należących do PZWLP. Program praktyk pozwoli na ugruntowanie i poszerzenie zdobytej podczas zajęć na uczelni wiedzy w realnych warunkach zarządzania flotami. Praktyki zostaną skierowane do osób młodych, a więc słuchaczy, którzy nie wykonują pracy zawodowej w branży flotowej i dopiero planują rozpocząć swoją karierę na tym rynku. Ponadto, wzorem pierwszej edycji studiów, dwóch słuchaczy studiów, spełniających kryteria określone przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów oraz Wydział Transportu Politechniki Warszawskiej, otrzyma 50% dofinansowanie czesnego studiów, ufundowane przez PZWLP.  

Ceny transferowe – zmiany na horyzoncie

1 października 2018 r. upłynął ostateczny termin złożenia do Urzędu Skarbowego sprawozdań CIT-TP i PIT-TP oraz oświadczenia o sporządzeniu dokumentacji podatkowej za 2017 r. według znowelizowanych przepisów. Mimo że rok podatkowy kończący się 31 grudnia 2017 r. był pierwszym, w którym podmioty powiązane wypełniały obowiązki dokumentacyjne na nowych zasadach, to na horyzoncie pojawił się kolejny obszerny pakiet zmian w obszarze cen transferowych. W założeniu fiskusa projekt ma na celu uproszczenie przepisów podatkowych, a także zmniejszenie obciążeń o charakterze biurokratycznym i administracyjnym. Jednak zasadniczym celem regulacji nadal pozostaje uszczelnienie systemu podatkowego.

Z jednej strony uproszczenia dla podatników…

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

W połowie lipca 2018 r. został opublikowany projekt ustawy zmieniającej przepisy ustawy CIT i PIT w obszarze cen transferowych. Niewątpliwie za trafne rozwiązanie dla wszystkich adresatów regulacji należy uznać ujednolicenie pojęć i definicji poprzez wyodrębnienie i umieszczenie przepisów CT w jednym nowym rozdziale (Rozdział 1a w ustawie CIT oraz Rozdział 4b w ustawie PIT). Z całą pewnością ujęcie nowych regulacji w odrębnych rozdziałach znacząco zwiększy przejrzystość wprowadzanych zmian, gdyż dotychczas obowiązujące przepisy art. 9a i 11 ustawy CIT oraz art. 25 i 25a ustawy PIT były wielokrotnie nowelizowane i nazbyt rozbudowane, a przez to mało czytelne.

Za sensowny należy także uznać postulat wydłużenia terminów na złożenie oświadczenia o sporządzeniu lokalnej dokumentacji cen transferowych oraz złożenie informacji o cenach transferowych z 3 do 9 miesięcy po zakończeniu roku podatkowego poprzez uregulowanie tej kwestii bezpośrednio w tekście ustawy. Należy zdać sobie sprawę, że wydłużenie w marcu 2018 r. terminu na sporządzenie dokumentacji cen transferowych do 9 miesięcy dla terminów upływających w 2018 r. lub 2019 r. wynikało z rozporządzenia MF i miało charakter czasowy, zatem nie rozwiązywało problemu w sposób systemowy. Jednocześnie termin na sporządzenie grupowej dokumentacji cen transferowych będzie – w myśl proponowanych rozwiązań – jeszcze dłuższy i wyniesie 12 miesięcy po zakończeniu roku podatkowego.

Przejawem liberalizacji przepisów jest także wyraźne podniesienie progów, po których przekroczeniu powstaje obowiązek sporządzenia cen transferowych. Projekt zmian zakłada odstąpienie od dotychczasowego określania progu istotności transakcji na podstawie wartości przychodów lub kosztów przedsiębiorstwa i określenie obowiązku dokumentacyjnego wyłącznie na podstawie wartości danej transakcji kontrolowanej. Z propozycji Ministerstwa Finansów wynika, że nowe progi transakcyjne zostały określone na poziomie 10 mln zł m.in. dla aktywów rzeczowych oraz 2 mln zł m.in. dla WNiP, usług, najmu lub czynności o podobnym charakterze (dotychczasowe progi dokumentacyjne wynoszą od 50 tys. do 500 tys. EUR). Efektywne podniesienie progów transakcyjnych może – w założeniu projektodawcy – oznaczać redukcję liczby transakcji objętych obowiązkiem dokumentacyjnym.

… z drugiej strony poszerzenie zakresu powiązań i uprawnień fiskusa

Na drugim biegunie projektowanych zmian pojawiają się jednak także przepisy, które rozszerzają zakres podmiotów powiązanych m.in. poprzez wprowadzenie legalnej definicji „znaczącego wpływu” jako kluczowego elementu determinującego powstanie obowiązku dokumentacyjnego w obszarze CT. W tym zakresie szczegółowo wyodrębniono trzy obszary kreujące powstanie powiązań podmiotowych:

  • znaczący wpływ wynikający z relacji właścicielskich, zarządczych lub kontrolnych – poprzez rozszerzenie spektrum instrumentów mogących tworzyć powiązania;
  • znaczący wpływ wywierany przez osobę fizyczną – np. przez osobę mogącą w istotny sposób wpływać na kluczowe decyzje gospodarcze pomimo braku umocowania w organach stanowiących lub kontrolnych;
  • znaczący wpływy poprzez powiązania o charakterze rodzinnym – tj. pozostawanie w związku małżeńskim albo występowanie pokrewieństwa lub powinowactwa do drugiego stopnia.

Jednocześnie za zbyt daleko idące należy uznać zwiększenie uprawnień organów podatkowych w zakresie tzw. recharakteryzacji transakcji kontrolowanej poprzez uznanie, że transakcja w danych warunkach nie zostałaby zrealizowana przez podmioty niepowiązane lub zostałaby przez nie zrealizowana inna transakcja. Za szczególnie niebezpieczną konstrukcję należy uznać fakt, iż ustawa nie określa wprost przesłanek skutkujących zastosowaniem tzw. recharakteryzacji, co może powodować liczne wątpliwości interpretacyjne, a w konsekwencji uznaniowość stosowania tych przepisów przez organy podatkowe.

Co na to biznes?

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że pod względem PR-owym zaproponowany przez fiskusa projekt zmian zakładający m.in. redukcję obciążeń administracyjnych może spotkać się z przychylnością ze strony przedsiębiorców. Niemniej pogłębiona analiza skutków podatkowych omawianego projektu budzi liczne zastrzeżenia. Z całą pewnością zwiększeniu bezpieczeństwa prawnego firm nie służy rozbudowana kazuistyka regulacji oraz wprowadzanie licznych kaskadowych odesłań w treści przepisów. Być może w wyniku konsultacji społecznych Ministerstwo Finansów zrezygnuje z wprowadzenia nieostrych definicji mogących skutkować powstaniem niepożądanych dla firm wątpliwości interpretacyjnych. Tym bardziej zaleca się bieżące monitorowanie zmian legislacyjnych w obszarze CT.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Widmo głębszego spowolnienia krąży nad Europą

Dzisiejsze dane PMI dla strefy euro wyraźnie rozczarowały. Same spadki głównych indeksów dla sektorów przemysłowego i usługowego nie są jednak tak niepokojące, jak dodatkowe informacje do danych i szerszy kontekst.

Zacznijmy od głównych indeksów: wskaźnik aktywności biznesowej w przemyśle strefy euro pokazał spadek z poziomu 53,2 we wrześniu do 52,1 w październiku, wobec oczekiwanego poziomu 53,0, tym samym znalazł się na najniższym poziomie od sierpnia 2016 r. Indeks aktywności w sektorze usługowym spadł z poziomu 54,7 we wrześniu do 53,3 w październiku, wobec oczekiwań na poziomie 54,5, spadając do najniższego poziomu od grudnia 2016 r. Wyraźnie rozczarowały również indeksy dla największej gospodarki strefy euro, czyli Niemiec. Negatywny rozrzut między oczekiwaniami, a faktyczną wartością wskaźnika aktywności w sektorze usług u naszych zachodnich sąsiadów, wyniósł ponad 2 pkt.

Patrząc na inne wskaźniki (chociażby ostatnie odczyty indeksów ZEW), można spodziewać się, że globalne ryzyka, w szczególności obawy o wojnę handlową, cały czas negatywnie wpływają na sentyment w strefie euro. Jednak ostre spadki indeksów opisujących aktywność w sektorze usług zdają się być zbyt silne, żeby można je było wyjaśnić jedynie przez wspomniane obawy. Obecne odczyty są zbieżne z kwartalnym wzrostem PKB strefy euro na poziomie 0,3% w czwartym kwartale br. Oznaczałoby to, że tempo ekspansji w końcówce roku może spaść do najniższego poziomu od ponad dwóch lat.

Czy to najgorszy moment, a sytuacja docelowo będzie ulegać poprawie? Niestety, patrząc na oczekiwania względem przyszłej sytuacji, które spadły do najniższego poziomu od 4 lat i zaczynają negatywnie przekładać się na dynamikę zatrudnienia, nie można być tego pewnym. Nowe odczyty sugerują, że należy być ostrożnym.

W kontekście prawdopodobnego, głębszego spowolnienia w strefie euro niewykluczone, że Europejski Bank Centralny znajdzie się w trudnej sytuacji decydując się na podwyżki stóp procentowych. Wzrost kosztów kredytu może bowiem negatywnie oddziaływać na gospodarki, które – patrząc na ostatnie dane – zaczynają łapać coraz większą zadyszkę.

Dzisiejsze odczyty przekładają się na gwałtowną wyprzedaż euro. Jednocześnie wzmacniają dolara amerykańskiego, w efekcie czego kurs EUR/USD spadł dziś do najniższego poziomu od połowy sierpnia. Z powodu zmiany układu na głównych parach traci również złoty.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Wczorajszy dzień przyniósł lekkie umocnienie euro w relacji do dolara amerykańskiego i stabilizację w parze z funtem brytyjskim.

Kluczową informacją z wtorku było odrzucenie przez Komisję Europejską planu budżetu Włoch. Niewykluczone, że z uwagi na ogromną relację długu w relacji do PKB i brak działań mających prowadzić do jego redukcji, docelowo KE zdecyduje się nałożyć na kraj procedurę nadmiernego deficytu. Reakcja włoskich obligacji na informacje płynące z KE była umiarkowana, inwestorzy nie byli bowiem zaskoczeni bezprecedensową decyzją europejskich oficjeli.

Obecnie rynki czekają przede wszystkim na czwartkowe spotkanie Europejskiego Banku Centralnego. Niewykluczone, iż – patrząc na ostatnie informacje ze strefy euro, czy to gospodarcze, czy polityczne – inwestorzy będą oczekiwać bardziej gołębiego tonu wypowiedzi prezesa EBC, Mario Draghiego i będą kontynuować dzisiejszą wyprzedaż wspólnej waluty przed spotkaniem banku centralnego.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,85-4,88. Brytyjska waluta w parze z głównymi walutami zakończyła wczorajszy dzień na poziomach zbliżonych do tych na których go rozpoczęła. W trakcie dnia funt w pewnym momencie zyskiwał w związku z informacjami o tym, że Unia Europejska mogłaby zgodzić się na unię celną obejmującą całą Wielką Brytanię, co mogłoby rozwiązać kluczowe problemy związane z kwestią granicy z Irlandią Północną.

Powróciły jednak spekulacje dotyczące możliwego odsunięcia od władzy premier May. Nowe informacje sugerują, że może dojść do złożenia wniosku o wotum nieufności przeciwko premier przez zwolenników wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Jeśli faktycznie dojdzie do otwartej próby podważenia pozycji premier, lub jeśli May przestanie piastować obecną funkcję, niemal na pewno odbije się to negatywnie na perspektywach osiągnięcia porozumienia z UE i przełoży na osłabienie brytyjskiej waluty.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 3,74-3,76. Ważony handlem indeks USD zakończył wczorajszy dzień łagodnym spadkiem w relacji do ważonego koszyka walut.

Wczorajszy dzień nie przyniósł wielu istotnych informacji ze Stanów Zjednoczonych. Warto wspomnieć, że ostatnia wyprzedaż akcji azjatyckich i europejskich była kontynuowana również w trakcie pierwszej części sesji amerykańskiej, jednak pod jej koniec główne indeksy odrobiły większość strat i zakończyły dzień jedynie na lekkim minusie, nieco łagodząc napiętą sytuację na rynkach finansowych.

Dziś opublikowane zostaną wstępne dane PMI dla przemysłu i usług Stanów Zjednoczonych w październiku, nieco później poznamy dane z amerykańskiego rynku nieruchomości we wrześniu, na koniec dnia opublikowana zostanie z kolei “Beżowa Księga” FED. Oprócz tego w drugiej części dnia przemawiać będą członkowie FOMC: James Bullard, Raphael Bostic i Loretta Mester.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 15:45 – wstępne odczyty PMI dla przemysłu i usług Stanów Zjednoczonych w październiku
  • 16:00 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości we wrześniu
  • 17:30 – przemawia James Bullard z FOMC
  • 19:00 – przemawia Raphael Bostic z FOMC
  • 19:10 – przemawia Loretta Mester z FOMC
  • 20:00 – publikacja “Beżowej Księgi” FED

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Ropa w dół, kurs euro w dół

Ostatnie dni to wyraźna przecena ropy. Od szczytu dzieli nas już 10 dolarów za baryłkę. Indeksy koniunktury słabsze od oczekiwań w strefie euro. Szwecja nie podniesie stóp procentowych.

Rynek ropy znów w dół

Huśtawka cen ropy jest ostatnio coraz silniejsza. Na początku października trwał ruch w górę, który przekroczył przez moment 86 dolarów za baryłkę. Obecnie jest już poniżej 76 dolarów. Co spowodowało tak dużą przecenę? Inwestorzy wskazują, że wbrew pozorom zabójstwo dziennikarza w Arabii Saudyjskiej jest tutaj momentem przełomowym. To prawdopodobnie z tego powodu władze w Rijadzie nie będą mogły przeciwstawić się Amerykanom. Jeżeli Arabia Saudyjska ulegnie i zwiększy produkcję czarnego złota spodziewany wpływ zniknięcia z rynku przez sankcje Iranu nie będzie taki znaczny. W połączeniu z wojną handlową z Chinami i wolniej rosnącym popytem może się okazać, że ropy wcale nie jest za dużo. Co ciekawe pomimo spadków cen ropy na wartości zyskuje rosyjski rubel. Analitycy tłumaczą to tym, że Rosji pomaga nie tyle drożejąca co droga ropa, a ta pomimo spadków o 10 dolarów od szczytu wciąż jest droga.

Indeksy koniunktury w dół

Dzisiaj od rana poznajemy wyniki badań ankietowych na temat zamówień w przemyśle. Ankiety PMI dla Unii Europejskiej wciąż znajdują się powyżej 50 punktów, które to symbolicznie rozdziela wzrost od recesji. Analitycy spodziewali się 53 punktów, a wynik wyniósł 52,1 punktu. Powodem spadków są słabsze od oczekiwań wyniki dwóch głównych gospodarek strefy euro Niemiec i Francji. W obydwóch przypadkach wynik był gorszy o ponad 1 punkt od oczekiwań. Reakcja rynków na słabsze dane ze strefy euro była łatwa do przewidzenia. Inwestorzy przenosili swoje zainteresowanie za ocean. Umacniało to dodatkowo dolara względem euro po raz kolejny schodząc poniżej poziomu 1,15.

Szwedzkie stopy procentowe bez zmian

Bank Centralny Szwecji utrzymał stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Szwedzi utrzymują podobnie jak swój główny partner handlowy, strefa euro, stawkę -0,5%. Pomimo tego udaje im się utrzymywać inflację w ryzach. Dopiero w ostatnich miesiącach nieznacznie przekroczyła ona 2%. Wzrost gospodarczy z kolei po bardzo dobrym 2016 kiedy zbliżył się do 5% nie przekracza już 3%. Inwestorzy nie byli zgodni co do decyzji. Po jej ogłoszeniu korona zaczęła wyraźnie tracić by po chwili zawrócić i finalnie się umocnić względem euro. W umocnieniu pomógł z kolei dobry odczyt przemysłowego PMI, co nałożyło się już na wspomniane słabsze dane z Europy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 15:45 – USA – wstępne dane na temat indeksu PMI dla przemysłu,
  • 16:00 – USA – sprzedaż nowych domów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Obawy o dalsze spowolnienie gospodarcze Chin osłabiają złotego

Spadek rentowności obligacji w USA wspiera również polskie papiery. Obawy o dalsze spowolnienie gospodarcze Chin osłabiają złotego.

Rynek walutowy i stopy procentowej

23 października na rynku walutowym przyniósł stabilizację notowań kursu euro do dolara amerykańskiego (EUR/USD oscylował ok. 1,1470) oraz niewielkie osłabienie złotego wobec euro (kurs EUR/PLN wzrósł z ok. 4,29 do ok. 4,2950).

Głównym wydarzeniem dnia na rynku lokalnym była publikacja stopy bezrobocia za wrzesień (5,7% vs. oczekiwane 5,8% oraz 5,8% poprzednio). Nie wpłynęła ona jednak na notowania złotego, gdyż te dane w przeciwieństwie do analogicznych z USA nie mają tak silnego przełożenia na politykę monetarną NBP jak ma to miejsce w przypadku Fedu. Rynek globalny z braku ważniejszych danych makroekonomicznych pozostawał pod wpływem obaw o spowolnienie gospodarcze w Azji w rezultacie amerykańsko-chińskich wojen handlowych. Narosły one po zeszłotygodniowej publikacji danych o chińskim wzroście PKB za III kwartał, który okazał się aż 0,2 pp. niższy niż w poprzednim kwartale. Co prawda chińskie władze na początku tygodnia zapowiedziały selektywne obniżenie podatków dla pobudzenia rynku wewnętrznego ale poza euforycznym poniedziałkiem na chińskich giełdach, które po tych zapowiedziach rosły o ok. 4%, wtorek przyniósł powrót do spadków oraz pogorszenie sentymentu inwestycyjnego wobec walut rynków wschodzących, w tym i częściowo wobec złotego.

Na rynku stopy procentowej mocniejszy ruch w dół zanotowany został na amerykańskiej krzywej dochodowości, gdzie dłuższy koniec spadł o blisko 5pb. Podobny ruch notowany był na głównych rynkach europejskich. We wtorek obniżyły się również rentowności polskich obligacji skarbowych, które w sektorze 10-letnim notowane są już tylko nieznacznie powyżej 3,20%, a w najbliższych tygodniach możliwy jest nawet ruch poniżej tej granicy. W środę Ministerstwo Finansów poda szczegóły na temat piątkowej aukcji obligacji, na której wstępnie planowano sprzedać papiery za 5-10 mld PLN. Zwiększona podaż obligacji w październiku w porównaniu do miesięcy letnich nie powinna jednak negatywnie wpłynąć na wyceny polskich papierów w związku z napływem środków z tytułu zapadających papierów pod koniec tego miesiąca.

Najbardziej zmienna sytuacją wciąż panuje na włoskich papierach rządowych, które we wtorek zanegowały poniedziałkowy spadek rentowności. Włoska krzywa dochodowości utrzymuje się na podwyższonych poziomach po tym jak Komisja Europejska poinformowała o odrzuceniu projektu włoskiego budżetu na przyszły rok. Przedstawiciele KE dali Włochom trzy tygodnie na przygotowanie nowej propozycji. Wcześniej włoskie papiery częściowo odrabiały straty w związku z doniesieniami o możliwości naniesienia oczekiwanych przez rynki finansowe zmian, które zmniejszyłyby relację deficytu fiskalnego do PKB.

Wahania kursu EUR/PLN są silnie powiązane ze zmianą koniunktury w Chinach. Dalsze spowalnianie Państwa Środka w rezultacie wojen handlowych z USA może negatywnie oddziaływać na wartość złotego w kolejnych miesiącach.

Dalsze spowalnianie Państwa Środka w rezultacie wojen handlowych z USA może negatywnie oddziaływać na wartość złotego w kolejnych miesiącach
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy: Jarosław Kosaty, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Słynne „co łaska” już nie obowiązuje? Cennik usług kościelnych 2018

Z ogólnopolskiego badania cenników usług kościelnych wynika, że za udzielenie chrztu księża oczekują średnio 130 zł. Minimalna kwota wynosi 50 zł, m.in. w diecezji gnieźnieńskiej, a maksymalna – 300 zł – w poznańskiej. W przypadku ślubu uśredniona stawka to 515 zł. Przy tym najniższa podana opłata ma wartość 100 zł. Została wskazana w biskupstwie zamojsko-lubaczowskim. Z kolei najwyższa cena – równa 1000 zł – padła np. w jednej z wrocławskich parafii. Pogrzeb statystycznie kosztuje 598 zł. I tak w diecezji szczecińsko-kamieńskiej można zapłacić 100 zł, a w łódzkiej – 1200 zł.

Analizę cenników usług kościelnych przeprowadził Instytut Badawczy ABR SESTA na zlecenie Wirtualnej Polski i portalu Money.pl. Zebrane dane pokazują, że stwierdzenie „co łaska” w praktyce czasem oznacza nie miej niż kilkaset czy tysiąc złotych. Tak wynika z rozmów, jakie ankieterzy odbyli zarówno z księżmi, siostrami zakonnymi, jak i z osobami świeckimi pracującymi w kancelariach parafialnych.

– Na 100 parafii w 79 udało się porozmawiać bezpośrednio, telefonicznie z księżmi na temat chrztu. Tylko w 12 przypadkach od razu była podana opłata. Została wskazana przez 9 duszpasterzy, zakonnicę i 2 osoby świeckie. Najczęściej wynosiła 100 zł. 2/3 badanych mówiło o dobrowolnej ofierze, ale po dopytaniu ich o minimum 17 wskazało konkretną kwotę. Równie często wynosiła ona 50 jak i 100 zł. Informowano też, że zwykle rodzice dają 200, 250 czy 300 zł – podaje Sebastian Starzyński, Prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Podczas pozostałych 22 rozmów nie została podana jakakolwiek należność za chrzest. Niektórzy badani zapraszali rodziców do kancelarii. Inni podkreślali, że nie ma stałej opłaty. Tak było np. w diecezji kieleckiej. Z kolei w biskupstwie koszalińsko-kołobrzeskim ksiądz powiedział, że nowa dusza to największa ofiara, ale rodzice zostawiają 250 zł za mszę.

– Jest to bardzo niezręczna sytuacja, gdy wierny słyszy o konkretnej sumie od księdza. Polscy katolicy jeszcze zwykle godzą się na to, ale ich wątpliwości będą narastały. Stajemy się bowiem coraz mniej tradycyjnym społeczeństwem. Kościół powinien więc zastanowić się nad wynikami przeprowadzonego badania – przekonuje prof. Krzysztof Kiciński, specjalizujący się w socjologii moralności.

O ślubie udało się porozmawiać z księżmi w 82 parafiach na 100 badanych. W nieco ponad co trzecim przypadku od razu była podana kwota – najczęściej 500-600 zł. Została wskazana przez 29 kapłanów, 6 sióstr zakonnych i osobę świecką. W czterech na pięć kancelarii padło stwierdzenie „co łaska”, ale po dopytaniu o minimum w ponad połowie z nich przedstawiono konkretną sumę. Cenniki okazały się mocno rozbieżne. Podczas pozostałych 23 rozmów nie wymieniono jakiejkolwiek opłaty.

– Dla przykładu, w diecezji bydgoskiej wskazano konkretnie 550 zł bez kosztów dodatkowych plus 100 zł kaucji za rezerwację terminu. W biskupstwie ełckim ksiądz powiedział, że opłata jest dobrowolna. Dodał też, że w ofierze pary na ogół dają około 1000 zł. A w jednej z wrocławskich parafii poinformowano ankietera, że 1000 zł obejmuje zapłatę dla florysty i organisty, a także zapowiedzi. Zatem w cenach uwzględniane są różne elementy i informacje są przekazywane w odmienny sposób – zaznacza Sebastian Starzyński.

Z kolei w diecezji częstochowskiej ksiądz nie podał wprawdzie konkretnej ceny za udzielenie ślubu. Powiedział tylko, że przedział jest od 0 zł dla osób, którym nie wiedzie się w życiu, do np. 700 zł dla lepiej sytuowanych. Dlatego to się nazywa „ofiarą”. A jeśli ktoś położy 50 zł, jeżdżąc np. nowym Mercedesem, to już robi to według własnego sumienia. Jak komentuje prof. Kiciński, powoływanie się na ten ostatni argument i odwołanie się do „sumienia” brzmi jak manipulacja.

– Osoba będąca we wspólnocie religijnej z góry zgadza się na nią łożyć. Poczucie chęci utrzymywania kościoła to pożądana postawa, którą należy wspierać. Ale jednocześnie w państwie świeckim, jakim jest Polska, żadna instytucja kościelna nie powinna być finansowana z budżetu państwa, lecz tylko i wyłącznie z datków wiernych – wskazuje Prezes Starzyński.

Na temat pogrzebu przeprowadzono rozmowy z księżmi w 85 parafiach na 100 objętych analizą. W 50 od razu podano konkretną kwotę. 43 kapłanów, 2 siostry i 5 osób świeckich w ten sposób uczyniło. W niemalże co czwartej wspólnocie zapewniano, że ofiara jest dobrowolna, ale po dopytaniu o minimalną sumę tylko 7 badanych ją wskazało. Pozostałych 27 nie wymieniło jakakolwiek opłaty.

– Chrzciny, śluby czy też pogrzeby nie są codziennymi zdarzeniami w ludzkim życiu. Wierni nie mają rozeznania w cenach obowiązujących za tego typu usługi kościelne tak, jak klienci kupujący konkretne produkty, np. co tydzień. Zatem oczekują podpowiedzi. Czasem są one podawane bardzo precyzyjnie, a innym razem w formie widełek cenowych lub wskazówki odnoszącej się do sytuacji majątkowej człowieka. Zdarza się też, że rzeczywiście oczekiwane jest co łaska i wtedy taka osoba musi zapytać innych parafian, ile oni zaofiarowali – dodaje ekspert z Instytutu Badawczego ABR SESTA

Ankieterzy zwracali uwagę na to, że badani byli dość empatyczni w trakcie rozmów na temat pogrzebów. Najczęściej zapraszali do kancelarii, bo o pochówku nie mówi się przez telefon tylko osobiście. Co ciekawe, w diecezji katowickiej siostra zakonna powiedziała, że kwota 2500 tys. zł zawiera wypominki, msze, użytkowanie wieczyste na 20 lat, wodę i odprowadzanie śmieci. A jeśli wierny chce demontować pomnik, to powinien dopłacić 400 zł.

– W każdej parafii sytuacja może wyglądać inaczej w zależności od tego, czy np. cmentarz jest przy kościele. Niemniej zawsze należy pamiętać o etyce zawodu. Podobnie jak lekarz jest zobowiązany do ratowania ludzkiego życia, np. w czasie wypadku drogowego, tak ksiądz powinien poczuwać się do przeprowadzenia pogrzebu każdego zmarłego – podsumowuje prof. Kiciński.

Wolna amerykanka panująca na rynku hipoteki odwróconej stwarza realne zagrożenie dla seniorów

Rynek hipoteki odwróconej, zarówno w modelu kredytowym, jak i sprzedażowym powinien być uregulowany, przynajmniej w minimalnym zakresie, który gwarantowałby seniorom bezpieczeństwo i zapobiegał oszustwom, a w rezultacie utracie mieszkania – to jeden z wniosków z przedwczorajszego posiedzenia Sejmowej Komisji Polityki Senioralnej. W debacie na temat przyszłych i obecnych regulacji rynku wzięli udział: Dorota Karczewska (Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów), Piotr Nowak (Ministerstwo Finansów) oraz Mariusz Haładyj (Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii). Głos w dyskusji zabrali m.in. Norbert Jeziolowicz (Związek Banków Polskich), Andrzej Roter (Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych), Robert Majkowski (Fundusz Hipoteczny DOM), Katarzyna Brzeska-Miksa (Fundusz Hipoteczny Familia), Elżbieta Ostrowska (Polski Związek Emerytów, Rencistów i Inwalidów). W dokumencie opisującym założenia polityki społecznej wobec osób starszych do 2030 roku uwzględniono punkt dotyczący opracowania projektu ustawy o rencie dożywotniej, a propozycja została uwzględniona, na etapie procedowania, przez Stały Komitet Rady Ministrów.

– Uregulowanie działalności prowadzonej przez fundusze hipoteczne jest niezbędne – powiedział podczas posiedzenia Norbert Jeziolowicz ze Związku Banków Polskich. W jego opinii obecne przepisy kodeksu cywilnego, na których opierają się umowy renty dożywotniej zawierane m.in. przez fundusze hipoteczne nie zawsze są adekwatne do dzisiejszej sytuacji społecznej oraz profesjonalizacji działalności, która nastąpiła. – Już od 2013 roku UOKiK i kolejni Rzecznicy Praw Obywatelskich wskazują na konieczność uregulowania rynku rent dożywotnich czy też dożywotnich świadczeń pieniężnych nazywany również rynkiem hipoteki odwróconej. Ustawa o dożywotnim świadczeniu pieniężnym jest bardzo potrzebna, przede wszystkim ze względu na bezpieczeństwo seniorów – wtórował mu Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. – Pierwszy profesjonalny usługodawca na tym rynku pojawił się 10 lat temu. Od tego czasu profesjonalni usługodawcy zrzeszeni w Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych wypłacili ponad 16 mln złotych świadczeń dla seniorów – dodał podczas swojego wystąpienia.

Proces będzie skomplikowany, ale pierwsze kroki za nami

Jak zaważył Mariusz Haładyj, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii, prace nad ustawą o dożywotnim świadczeniu pieniężnym dotykają wielu wątków i zagadnień. W tym przypadku mamy do czynienia zarówno ze sferą prawa cywilnego, administracyjnego, finansowego, czy karnego, zatem kwestia pozostaje w okręgu zainteresowania co najmniej kilku Ministerstw m.in. Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej, Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, Ministerstwa Finansów, Ministerstwa Sprawiedliwości a także Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz Komisji Nadzoru Finansowego. W opinii Ministra Przedsiębiorczości i Technologii zajęcie się zagadnieniem rynku rent dożywotnich wpisuje się w szeroko rozumianą politykę wobec osób starszych. Z tego też powodu Minister Przedsiębiorczości i Technologii zgłosił uwagi do dokumentu pt. „Polityka społeczna wobec osób starszych do roku 2030. Bezpieczeństwo. Uczestnictwo. Solidarność”, które mają na celu uzupełnienie projektowanej polityki o działanie polegające na opracowaniu projektu ustawy o rencie dożywotniej. Propozycja Ministra została uwzględniona na etapie procedowania ww. dokumentu przez Stały Komitet Rady Ministrów (SKRM). Podczas posiedzenia pomysł zaaprobowało również Ministerstwo Finansów.

– Ministerstwo Finansów z aprobatą odnosi się do zgłaszanej przez Resort Przedsiębiorczości potrzeby wprowadzenia regulacji w odniesieniu do przedsiębiorców zawierających umowy renty dożywotniej w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. Stworzenie odpowiednich ram prawnych w tym zakresie, mogłoby przyczynić się do zwiększenia transparentności modelu sprzedażowego, a tym samym zapewnienia należytej ochrony świadczeniobiorców – powiedział podczas posiedzenia Piotr Nowak, Podsekretarz Stanu w Ministerswie Finansów. – Banki dotychczas nie poszerzyły swoich ofert o ten szczególny rodzaj produktu kredytowego. Wśród przyczyn takiego stanu rzeczy, wskazywanych przez Związek Banków Polskich, są przede wszystkim kwestie ekonomiczne, związane z warunkami oferowania odwróconego kredytu hipotecznego, różnego rodzaju ryzyka, konkurencja ze strony podmiotów spoza sektora bankowego oferujących co prawda odmienną usługę, aczkolwiek adresującą zbliżone potrzeby finansowe osób starszych – dodał.  Eksperci rynkowi oraz Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych wskazują, że Ustawa o odwróconym kredycie hipotecznym, który mogłyby oferować banki jest martwym prawem, zatem prace nad Ustawa o dożywotnim świadczeniu pieniężnym powinny być wznowione. To ta część rynku, która wciąż działa.

Elżbieta Ostrowska, Prezes Polskiego Związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów podkreśliła, że temat renty dożywotniej powraca w dyskusji po raz kolejny, ale wciąż nie doczekał się happy endu.

– Trudno za szczęśliwe zamknięcie sprawy uznać, mówiąc w skrócie, ustawę bankową, która wciąż pozostaje ustawą martwą. – Wydaje się, że ta wolna amerykanka, która w tej chwili panuje na rynku, oczywiście nie mówię tu o profesjonalnych podmiotach oferujących rentę dożywotnią, stwarza dla osób starszych poważne zagrożenie – powiedziała. – Mówiliśmy przed chwilą o konsekwencjach „wciśnięcia” osobie starszej jakiegoś produktu, ale tu mówimy o konsekwencjach pozbawienia takiej osoby mieszkania, które zazwyczaj jest jedynym dorobkiem takiego starszego człowieka – podsumowała.

Wszyscy uczestnicy posiedzenia Komisji Polityki Senioralnej byli zgodni, że seniorom należy zagwarantować bezpieczeństwo. Czy to oznacza wznowienie prac nad Ustawą o dożywotnim świadczeniu pieniężnym? To się niebawem okaże.

Wszystkie wypowiedzi zawarte w tekście zostały zacytowane na podstawie transmisji online z Posiedzenia Komisji Polityki Senioralnej, które odbyło się 22.10.2018 r. Przebieg całego posiedzenia można obejrzeć pod linkiem:

http://www.sejm.gov.pl/sejm8.nsf/transmisje_arch.xsp#466F2C72B0CF5C94C12583280033D32A

Młodszy brat czeka na swoją kolej

Na rynkach akcji (S&P500 skutecznie broniący 2700 pkt, sezon wyników), surowców (kolejna odsłona spadków cen ropy) i obligacji (kontynuacja turbulencji powodowanych przez awanturę wokół włoskiego budżetu) dzieje się naprawdę dużo. Rynek walutowy jest natomiast cechowany przez względny spokój i niską zmienność. Wygląda trochę jak najmłodszy z rodzeństwa, który może tylko patrzeć jak starsi bracia grają na konsoli i godzinami czekać na swoją kolej. Takie zatracenie tradycyjnych korelacji, także zmienności, nie może trwać jednak w nieskończoność.

EUR/USD pozostaje nisko, tj. pod 1,15, ale wydaje się być uodporniony na informacje dotyczące Włoch. Rynek czeka na jutrzejsze posiedzenie ECB i będzie poszukiwał odpowiedzi na pytanie czy ostatnie turbulencje wystarczą by wpłynąć na perspektywy polityki monetarnej. Zamieszanie wokół planów zwiększenia deficytu budżetowego w przyszłym roku przekłada się na wzrost ryzyka kredytowego i wyprzedaż włoskich obligacji, stawiając pod znakiem zapytania przyszłą stabilność systemu. Różnica w rentownościach włoskich i niemieckich 10-latek przekroczyła 3 pkt. proc. i jest najwyższa od pięciu lat. Jest mało prawdopodobne, aby EBC zamierzał podjąć działania na rzecz stabilizacji rynku długu i wielokrotnie w komentarzach członkowie Rady Prezesów zwracali uwagę, że problem Włoch jest odosobniony i nie widać tzw. efektu zarażenia innych rynków. Ale jednocześnie rozsądnym będzie wstrzymać wszelkie decyzje o strategii na przyszłość, które mogłyby zasugerować odchodzenie od akomodacyjnej polityki pieniężnej. Oznacza to odłożenie formalnej decyzji o zakończeniu programu QE na ostatnią chwilę, czyli na grudniowe posiedzenie. W szerszym horyzoncie pozostajemy pozytywnie nastawieni do perspektyw euro. Kwestia finansów) publicznych Włoch to rodzaj balastu, który może spowalniać, opóźniać aprecjację wspólnej waluty, ale nie wystarczy by jej zapobiec.

Przy całym wybuchu zmienności na rynku akcji USD/JPY pokazał siłę . Kontrakt na S&P 500 w pierwszej godzinie po starcie sesji na Wall Street spadał ponad 2 proc. i runął pod 2700 pkt. W kolejnych godzinach trwało jednak odrabianie strat i futures powrócił do 2750 pkt. USD/JPY powraca w kierunku górnego ograniczenia przedziału wahań 111,95 – 112,90, ale co ważniejsze: utrzymał się ponad linią tendencji wzrostowej. Sytuacja na rynku obligacji skarbowych USA pozostawać będzie głównym motorem napędowym notowań tej pary walutowej. Wzrost dochodowości jest napędzany przez szereg czynników fiskalnych, monetarnych i makroekonomicznych i nie ma podstaw by ta dominująca od początku roku tendencja mogła ulec załamaniu, nawet przy korekcie na rynku akcji. Z tego powodu oczekujemy utrzymania słabości jena.

Oderwanie się rynku walutowego od innych klas aktywów świetnie widać po notowaniach złotego. Gdybym właśnie został wybudzony z hibernacji i ktoś pokazałby mi wykres obrazujący przebieg notowań kursu EUR/PLN w ostatnim miesiącu, to naprawdę trudno byłoby mi uwierzyć w skalę zmienności na globalnych rynkach finansowych. Notowania krążą przecież w kilkugroszowym przedziale wahań wokół 4,30. To nie tylko średnia wartość kursu w tym okresie, ale także poziom zgodny z naszymi szacunkami średnioterminowej wartości godziwej. Zmienność zarówno historyczna, jak również implikowana, jest na historycznie niskich poziomach. Taki obraz rynku złotego zupełnie nie koresponduje ani z silnym załamaniem na rynkach akcji, ani powrotem ryzyka politycznego w Europie za sprawą awantury o kształt włoskiego budżetu, ani osiągnięciem przez dochodowość dziesięcioletnich amerykańskich obligacji skarbowych pułapu 3,25 proc. Kluczem do względnej nudy w notowaniach EUR/PLN było wymazanie przewartościowania, do którego doszło w drugim kwartale i brak interesujących z perspektywy inwestorów zagranicznych uwarunkowań lokalnych. Stabilna sytuacja finansów publicznych, brak nierównowag w bilansie płatniczym, solidny wzrost i jasne perspektywy polityki monetarnej – wszystko to sprawiło, że złoty przez zawieruchę na rynkach wschodzących przeszedł względnie stabilny. Z drugiej strony, trudne otoczenie zewnętrzne nie pozwala jednak na umocnienie. Z tego względu spodziewam się stabilizacji kursu na obecnych pułapach i stopniowego osuwania się w kierunku 4,25 wraz z wygasaniem awersji do ryzyka.
Wydarzeniem dnia obok serii odczytów indeksów PMI dla europejskich gospodarek będzie decyzja Banku Kanady – oczekujemy podwyżki stopy overnight do 1,75 proc. Dane z Kanady już od dawna układały się w kierunku kontynuacji zacieśniania monetarnego, ale niepewna przyszłość relacji handlowych z USA hamowała BoC. Porozumienie USMCA zostało osiągnięte, a przy dobrych nastrojach w kanadyjskim biznesie bank powinien podtrzymać jastrzębie nastawienie. BoC będzie kontynuować cykl podwyżek stóp procentowych, choć raczej podkreśli uzależnienie przyszłych decyzji od napływających danych. Rynek stopy procentowej wycenia prawdopodobieństwo podwyżki na ponad 90 proc., jednak od strony rynku FX po piątkowej korekcie nie widać nagromadzenia w pozycjach długich w CAD. To sugeruje, że inwestorzy mogą być bardziej skłonni wrócić na rynek i kupować CAD w przypadku jastrzębiego wydźwięku BoC. Sprzyjać temu powinno również odbicie na rynku ropy naftowej – skala ostatnich spadków staje się powoli oderwana od sytuacji fundamentalnej.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Ślad cyfrowy – profil konsumenta na podstawie płatności elektronicznych

Dopasowanie odpowiedniej oferty ze strony sklepu czy instytucji finansowej wymaga znajomości potrzeb użytkownika lub klienta. Jedynym sposobem, który na to pozwoli jest tzw. ślad cyfrowy, czyli co robimy, dokąd chodzimy i z kim przebywamy. Płatność elektroniczna odbywa się za naszą zgodą i różne instytucje mają dostęp do danych, jakie za pomocą tego śladu zostawiamy. Na tym opiera się przyszłość biznesu, chociaż może jeszcze tego nie doceniamy.

– Cały świat się zmienia, także pod kątem tzw. customer experience. Globalne marki, takie jak Apple, Audi czy Amazon, nie sprzedają najbardziej zaawansowanych technologicznie produktów, ale zarządzają emocjami konsumentów – powiedział serwisowi eNewsroom Tadeusz Kościński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii – To właśnie jest customer experience – a żeby to dostarczać, potrzebne są informacje na temat użytkowników. Można je pozyskać tylko na podstawie cyfrowych danych. Społeczeństwo odchodzi od analogowej metody płatności na rzecz nowych technologiiDzielenie się tymi danymi to samodzielna decyzja, która pozwala określić czy i na ile chcemy je udostępniać. Proces ten zaczyna się w momencie odebrania karty płatniczej z banku, której rodzaj jest już pewną informacją – np. o naszych zarobkach. Kolejną stanowią miejsca, w których płacimy nią za zakupy. To, co nabywamy nie jest jawne – ale w przyszłości będziemy musieli podjąć decyzję, czy chcemy, aby bank miał taką wiedzę. Takie dane pozwolą na stworzenie naszego profilu jako konsumenta i określenie naszego stylu życia przez instytucje. Te z kolei będą wtedy w stanie dopasować do nas odpowiednie oferty. Decyzja, czy tego właśnie chcemy, należy do nas – dodał Kościński.

Jakie mieszkania najszybciej wyprzedają się z oferty deweloperów

Jakie mieszkania wyprzedają się zaraz po rozpoczęciu sprzedaży w nowych inwestycjach? Sondę wśród firm deweloperskich przeprowadził serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

We wprowadzanych na rynek projektach klienci zdecydowanie najchętniej decydują się na zakup mniejszych mieszkań o atrakcyjnym układzie funkcjonalno-przestrzennym, których cena jest odpowiednio niska i dzięki temu atrakcyjna. Dynamika sprzedaży zależy jednak od lokalizacji. W projektach położonych w centrach miast jest większa, bo napędzana przez klientów inwestycyjnych, a mniejsza w inwestycjach oddalonych od centrum, gdzie dominującymi są zakupy dla zaspokojenia własnych potrzeb mieszkaniowych.

Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.

W nowych inwestycjach najszybciej wyprzedają się mieszkania dwu i trzypokojowe o kompaktowym i średnim metrażu. Klienci poszukują ofert w preferowanej lokalizacji z dużymi ogródkami lub tarasami. Właścicieli szybko znajdują również mieszkania oferujące doskonały widok za oknem, jak mieszkania nad rzeką w inwestycji Słoneczne Stabłowice, czy tereny zielone w Róży Wiatrów. Równie ważna jak samo mieszkanie jest oferta danej inwestycji i jej bezpośredniej okolicy. Klienci zwracają uwagę na tereny spacerowe, rekreację, sklepy w okolicy, dostęp do przedszkoli, czy ośrodków zdrowia. A w przypadku osiedli społecznych, jak Olimpia Port czy Księżno, na boiska sportowe i lokale usługowe w obrębie osiedli.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Najszybciej sprzedają się mieszkania o powierzchni do 45 mkw. Klienci najczęściej poszukują kompaktowych mieszkań, w których mają do dyspozycji kilka pokoi na niewielkiej powierzchni. Nabywają je zarówno na własne potrzeby mieszkaniowe, jak i w celach inwestycyjnych, by czerpać zyski z wynajmu.

Rafał Zdebski, dyrektor handlowy Inpro S.A.

Największym zainteresowaniem cieszą się od zawsze lokale o mniejszych metrażach, kawalerki i mieszkania dwupokojowe. Ten segment cieszy się niegasnącą popularnością ze względu na niskie ceny brutto nieruchomości. Obserwujemy też rosnące zainteresowanie większymi lokalami, trzy i czteropokojowymi.

Monika Golec, dyrektor ds. Marketingu i Sprzedaży w firmie Budnex

W tym przypadku od lat trendy są niezmienne. W nowych inwestycjach najszybciej sprzedają się mieszkania najmniejsze i te które przez klientów z różnych względów uważane są za najbardziej atrakcyjne. Mowa tu chociażby o najładniejszym widoku, układzie względem stron świata, czy układzie pomieszczeń. W pierwszej kolejności wyprzedają się mieszkania najbardziej atrakcyjne cenowo, czyli te o metrażu w przedziale od 30 do 40 mkw., którymi interesują się zarówno klienci inwestujący w mieszkania na wynajem, jak i osoby kupujące swoje pierwsze mieszkanie. Z oferty znikają obecnie również szybko duże mieszkania, nawet jeśli terminy ich przekazania koniec 2019 roku.

Andrzej Swoboda, wiceprezes zarządu Grupy CTE

W pierwszej kolejności sprzedawane są mieszkania najatrakcyjniej położone, nierzadko należące do najdroższych spośród oferowanych w danej inwestycji. Decydujące są tu unikatowe komponenty, takie jak: duży taras, wyjątkowa ekspozycja, przynależny ogródek, etc. Klienci nierzadko decydują się na wstępną rezerwację określonego domu lub mieszkania na długo przed oficjalnym rozpoczęciem sprzedaży pod warunkiem, że wybrana nieruchomość oferuje ponadstandardowe parametry.

Marta Kasprzak, menadżer ds. sprzedaży i marketingu w Duda Development

Największym powodzeniem cieszą się mieszkania o małych metrażach, przeważnie są to kawalerki. To mieszkania, które najczęściej kupowane są przez inwestorów zainteresowanych późniejszym wynajmowaniem lokalu, liczących na uzyskanie możliwie najwyższej stopy zwrotu i dążących w związku z tym do zminimalizowania wydatków.

Agata Nowaczyk z poznańskiego biura sprzedaży EBF Development

W przypadku uruchomienia sprzedaży nowych projektów w Zielnej Górze, jako pierwsze wyprzedają się mniejsze lokale. Ten trend jest zauważalny od dłuższego czasu. Zakup tego typu mieszkań to dobre rozwiązanie dla singla, czy pary lub małżeństwa planujących dopiero powiększenie rodziny.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Największe zainteresowanie budzą małe, dwupokojowe lokale o powierzchni maksymalnie do 40 mkw. Taki rodzaj mieszkań sprzedaje się w pierwszej kolejności. Obserwujemy jednak od dłuższego czasu wzrost zainteresowania większymi lokalami trzy i dwupokojowymi o metrażu 45-50 mkw.

Marek Szmolke, prezes Grupy Deweloperskiej Start

Najszybciej sprzedają się mieszkania o niewielkim metrażu, kupowane często inwestycyjnie, kawalerki i mieszkania dwupokojowe o powierzchni do 35 mkw. oraz mieszkania trzypokojowe o powierzchni do 55 mkw.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Z reguły w pierwszej kolejności w naszych, nowych projektach wyprzedają się nieduże mieszkania dwupokojowe wielkości od 35 mkw. do 42 mkw.

Lucyna Jarczyńska, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Agrobex

Po rozpoczęciu sprzedaży w nowych projektach najszybciej wyprzedajemy kawalerki i małe mieszkania dwupokojowe.

Maciej Bartczak, współwłaściciel w KM Building

W inwestycjach, w których oferujemy mieszkania nabywcy najchętniej wybierają lokale dwupokojowe o powierzchni 45-55 mkw.

Eryk Nalberczyński, dyrektor ds. Sprzedaży Lokum Deweloper S.A.

Nasze nowe projekty zawsze cieszą się dużym zainteresowaniem rynku. Różnorodna i szeroka oferta nowych inwestycji pozwala na wybór lokum jak najlepiej dostosowanego do oczekiwań kupujących. Tymi najbardziej rozchwytywanymi są kawalerki oraz mieszkania dwupokojowe o metrażach do 50 mkw. Takie lokale to świetny wybór na start, dla singli i par, a także dla inwestorów pod wynajem. Na ten typ mieszkań zawsze będzie zapotrzebowanie na rynku, dlatego to bezpieczna i pewna lokata kapitału. W ofercie posiadamy również mieszkania 3-4 pokojowe, które niezmiennie cieszą się bardzo dużym zainteresowanie klientów kupujących zarówno dla siebie, jak i w celach inwestycyjnych.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

Najszybciej wyprzedają się małe lokale o dużej atrakcyjności dla inwestorów lub też największe mieszkania, których w projektach jest relatywnie niewiele. Takie lokale są często poszukiwane przez wymagających klientów, chcących zamieszkać w danej lokalizacji, zainteresowanych komfortowymi nieruchomościami, odpowiadającymi ich potrzebom.

Agnieszka Jaworska-Goździewska, specjalista ds. komunikacji wewnętrznej i PR w Nickel Development

W przeważającej części realizowanych przez nas projektów największym zainteresowaniem w pierwszej fazie sprzedaży cieszyły się kawalarki i niewielkie mieszkania dwupokojowe. Inaczej sytuacja wyglądała w przypadku inwestycji klasy premium, gdzie uwaga kupujących koncentrowała się na apartamentach największych, najlepiej położonych względem stron świata, z najpiękniejszym widokiem i co za tym idzie najdroższych.

Marcin Komuda, kierownik Biura Sprzedaży w firmie Profbud

W naszych inwestycjach zdecydowanie największą popularnością cieszą się lokale z przynależnym ogródkiem, usytuowane na parterze, ale także te na najwyższych kondygnacjach. Takie lokale zazwyczaj mają największy metraż i co ważne – niesamowity widok, rozpościerający się na okolicę. Zachętą do zakupu takich mieszkań są również atrakcyjne rozwiązania designerskie, stanowiące wartość dodaną lokalu, jak ogrody dachowe, czy tarasy widokowe. Z tych ostatnich udogodnień mogą korzystać szczególnie mieszkańcy osiedla Stella na warszawskim Bemowie. To idealne miejsce dla wszystkich, którzy chcą nasycić wzrok niezwykłą panoramą Warszawy. Mieszkania na najwyższych piętrach nabywane są w pierwszej kolejności. Świadczy o tym wskaźnik sprzedanych lokali w naszych, nowych, warszawskich nieruchomościach Haven House i Ligia oraz łódzkim Primo, który wynosi łącznie 90 proc.

Agnieszka Jałoszyńska, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w firmie Sky Investments

Po uruchomiania sprzedaży mieszkań w pierwszym i trzecim etapie osiedla Rodzinne Komorniki, spora część klientów pytała o domy położone w skrajnych segmentach, ponieważ oferują one największe działki. Ich metraż waha się od 220 do 370 mkw. Dodatkowo, dużym zainteresowaniem klientów cieszą się lokale objęte specjalną promocją.

Piotr Zagórski, Marketing Manager w Nexity Polska

W pierwszych dniach sprzedaży często kupowane są lokale na cele inwestycyjne, tendencja skierowana jest ku mniejszym metrażom.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

W zdecydowanie największej liczbie inwestycji jako pierwsze wyprzedają się przede wszystkim kawalerki. Cieszą one się popularnością wśród klientów, którzy poszukują mieszkania na własny użytek, ale także i tych którzy inwestują w nieruchomości na wynajem.

Co ciekawe, na równie wysokim poziomie plasuje się sprzedaż apartamentów w dobrych lokalizacjach. Takimi mieszkaniami interesują się klienci, którzy poszukują dużo większej przestrzeni, a jednocześnie nie chcą przenosić się poza miasto, skąd trudnie dojechać do centrum.

Autor: Dompress.pl

LOT nadal strajkuje – widać to w statystykach odwołanych i opóźnionych lotów

Od 18 pażdziernika trwa strajk personelu PLL LOT. W pierwszych dniach akcji protestacyjnej przewoźnik włożył wiele wysiłu, aby loty odbywały się bez zakłóceń – od 18 do 20 października z różnych przyczyn odwołanych zostało 12 lotów i ponad 160 było opóźnionych[1]. W niedzielę i poniedziałek odwołanych zostało już 27 kursów, a prawie 130 nie odbyło się o czasie. Dane z wtorku[2] mówią o 17 odwołanych oraz 72 opóźnionych lotach. Jeżeli okaże się, że za wszystkie odwołane loty przysługuje pasażerom odszkodowanie, LOT może wypłacić conajmniej 924 tysiące euro (niemal 4 miliony złotych) ponad 3,6 tysiąca pasażerów[3], których loty nie odbyły się w ciągu pierwszych sześciu dni strajku.

Polacy popierają walkę załóg

Według badania na zlecenie firmy Skycop[4], pomimo niedogodności dla pasażerów, ponad 40% Polaków popiera walkę pracowników linii lotniczych o lepsze warunki pracy. 81% ankietowanych wyraziło jednak przekonanie, że za loty opóźnione lub odwołane z powodu strajków powinny być przyznawane odszkodowania. Badanie pokazało jednocześnie, że Polakom brakuje wiedzy na temat tego czy za odwołane lub opóźnione loty przysługuje odszkodowanie. Odpowiedzi rozkładają się niemal równomiernie między tych, którzy uważają, że tak (35%), tych, którzy uważają, że nie (34%) i osoby, które przyznają się do braku wiedzy w tym obszarze (32%).

Przewoźnik musi zadbać o podróżnych

Jeśli czas oczekiwania na lot trwa dłużej niż 2 godziny, pasażerom przysługują bezpłatne posiłki oraz napoje. Linie lotnicze mają obowiązek zaopiekowania się pasażerami. Jeśli nie wykazują żadnej inicjatywy, należy zachować wszystkie rachunki za posiłki, aby potem móc załączyć je do reklamacji. Będą one podstawą do ubiegania się o zwrot kosztów. W przypadku opóźnienia lotu większego niż 24 godziny, obowiązkiem linii lotniczych jest zagwarantowanie noclegu w hotelu. Niestety często trzeba zapłacić za niego samemu, a później domagać się zwrotu kosztów. Linia powinna zagwarantować także transport z lotniska do hotelu. Linie lotnicze muszą zwrócić pełen koszt biletu na lot, który się nie odbył lub był znacznie opóźniony. Może być to także inny plan podróży, czyli lot w to samo miejsce, jak najszybciej będzie to możliwe.

Strajk a walka o odszkodowanie

Unijne rozporządzenie 261/2004, którego celem jest ochrona pasażerów, przewiduje odszkodowania w wysokości od 250 do 600 euro za opóźnione i odwołane loty. Przepisy nie dotyczą wprost strajków personelu linii lotniczych. W kwietniu Europejski Trybunał Sprawiedliwości uznał jednak odpowiedzialność linii lotniczych za zakłócenia lotów wynikające z nieplanowanych strajków pracowników. Od tej pory każdy strajk może być rozpatrywany jako podstawa do wypłaty odszkodowania.

– Niestety, pomimo stanowiska Trybunału, a także opinii Urzędu Lotnictwa Cywilnego, część przewoźników wciąż informuje pasażerów, że strajk nie uprawnia do uzyskania odszkodowań. Zachęcamy jednak, aby podróżni konsekwentnie walczyli o swoje prawa. Widmo strajku nad PLL LOT wisiało od wielu miesięcy, dlatego naszym zdaniem zarząd miał możliwość, aby odpowiednio przygotować się do tej sytuacji w trosce o dobro pasażerów, więc trudno tu mówić o nadzwyczajnych okolicznościach – mówi Marius Stonkus, prezes firmy Skycop, pomagającej odzyskiwać odszkodowania za opóźnione i odwołane loty.

[1] Dane odnośnie opóźnionych i odwołanych lotów z portalu Flightstats.com

[2] https://flightaware.com/live/cancelled/today

[3] Szacunek oparty na danych z 2017 r. – podawaną przez PLL LOT liczbę przewiezionych osób (7 milionów) i liczbę wykonanych operacji lotniczych (ponad 106 tysięcy), co daje średnio 66 pasażerów na lot.

[4] Badanie zostało zrealizowane we wrześniu 2018 r. przez agencję SW RESEARCH na zlecenie firmy Skycop metodą wywiadów CAWI na grupie 1 011 osób.

Najnowocześniejszy tomograf komputerowy w szpitalu w Opolu. Umożliwi badania bez znieczulenia i spowolni rytm serca pacjenta

Najnowocześniejszy tomograf komputerowy w szpitalu w Opolu. Umożliwi badania bez znieczulenia i spowolni rytm serca pacjenta 5

Badania na swobodnym oddechu, bez konieczności podawania znieczulenia czy spowolnienia rytmu serca pacjenta umożliwi ultranowoczesny tomograf komputerowy, który trafił właśnie do Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Opolu. Technologia dwuźródłowej tomografii komputerowej pozwala precyzyjnie dawkować promieniowanie i zbadać wszystkie narządy: od naczyń tętniczych i rutynowych badań płuc, po zaawansowaną ocenę zmian onkologicznych. Aparat pozwala zbadać ok. 50 cm ciała w ciągu 1 sekundy i zapewnia maksymalną jakość obrazu, co ułatwia lekarzom postawienie prawidłowej diagnozy. Dla opolskiego szpitala to kolejna tak znacząca inwestycja, po uruchomionej w lipcu hybrydowej sali operacyjnej. 

To urządzenie wprowadza nasz szpital na wyżyny radiologii. Aparat ma dwa zestawy detektorów, co w sumie umożliwia zbieranie 256 warstw za każdym obrotem lampy dookoła pacjenta. Umożliwia to bardzo dokładne badania naszym specjalistom z kardiologii, chirurgii naczyniowej, ale też z innych dziedzin, w których bardzo istotne jest szybkie i dokładne badanie pacjentów, zwłaszcza tych, którzy trafiają do nas w stanach nagłych. Co istotne, teraz będziemy mogli także przyjmować więcej pacjentów kierowanych na tomografię w ramach NFZ, co przełoży się na krótsze kolejki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Madera, dyrektor generalny Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Opolu.

Nowoczesny tomograf umożliwia wykonanie badań wszystkich narządów: od rutynowych badań płuc, po zaawansowaną ocenę węzłów chłonnych, aorty, naczyń obwodowych czy zmian onkologicznych. Technologia dwuźródłowej tomografii komputerowej pozwala precyzyjnie dawkować promieniowanie i umożliwia skanowanie dopasowane do każdego pacjenta niezależnie od jego wieku czy wagi.

Dwulampowy tomograf marki Siemens, który znalazł się właśnie na wyposażeniu opolskiego szpitala, to najnowocześniejsze takie urządzenie na rynku. Badanie może zostać przeprowadzone np. bez podawania beta-blokerów w celu spowolnienia rytmu serca, ponieważ aparat może „zamrozić” je dzięki ultraszybkiemu obrotowi obu lamp dookoła pacjenta, dzięki czemu szpital ma najszybszy tomograf w województwie.

Jest to szczególnie istotne przy pacjentach urazowych bądź przy badaniach pediatrycznych – mówi Andrzej Kucera, dyrektor regionalny ds. sprzedaży na Polskę Południowo-Zachodnią w Siemens. – Dzięki konstrukcji aparatu możemy wykonywać bardzo szybkie badania kardiologiczne. Badania te mogą być wykonywane bez potrzeby spowalniania rytmu serca. Cechy techniczne aparatu pozwalają również na wykonywanie badań bez znieczulania. Tym aparatem można wykonywać praktycznie wszystkie badania tomograficzne, bardzo szybko i we wszystkich grupach wiekowych pacjentów.

Urządzenie, które trafiło do opolskiego szpitala, umożliwia zbadanie około 50 cm ciała w ciągu 1 sekundy. Jego elementem są również tzw. konsole postprocessingowe przeznaczone do obróbki uzyskanego obrazu, który następnie ogląda lekarz. Specjalne oprogramowanie ułatwia mu postawienie właściwej diagnozy i przyspiesza cały proces diagnostyki.

– Tomograf komputerowy wykorzystujemy przede wszystkim do obrazowania naczyń tętniczych. Jeśli trafia do nas pacjent z tętniakiem aorty, widzimy, jaka jest morfologia tego tętniaka i jaki sposób leczenia będzie optymalny dla tego chorego. Jeśli tętniak jest pęknięty, jesteśmy w stanie precyzyjnie stwierdzić, gdzie jest wynaczyniona krew, co ma kolosalne znaczenie dla zaplanowania skutecznego leczenia. Przy planowaniu leczenia chorób obwodowych umiemy precyzyjnie stwierdzić, w którym miejscu naczynie tętnicze jest niedrożne – mówi dr n. med. Jacek Hobot, kierownik Oddziału Chirurgii Ogólnej i Naczyniowej Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Opolu.

Jak podkreśla, chory przed operacją naczyniową – niezależnie od tego, czy jest operacja planowa, czy pilna – musi zostać poddany bardzo dokładnej diagnostyce, a nowoczesny tomograf umożliwi lekarzom uzyskanie dokładnych danych dotyczących jego stanu zdrowia i precyzyjne zaplanowanie przyszłych zabiegów operacyjnych.

To urządzenie będzie służyć także studentom, którzy na II–III roku rozpoczynają swój drugi moduł kształcenia bezpośrednio na szpitalu, a nie tylko w salach akademickich. To jest istotne z punktu widzenia produktu, który musimy za cztery lata wypuścić na rynek, czyli dobrze wykształconego, przygotowanego do wykonywania zawodu lekarza – podkreśla prof. dr hab. Marek Masnyk, rektor Uniwersytetu Opolskiego.

Dyrektor generalny Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Opolu podkreśla, że zakup urządzenia był możliwy dzięki 27 mln zł pozyskanym z programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko. Jak informuje, jest to część większego programu inwestycyjnego, w ramach którego zaplanowane są niezbędne remonty i zakup nowoczesnego sprzętu. W lipcu w opolskiej placówce została już otwarta hybrydowa sala operacyjna, która umożliwia równoczesne wykonywanie mało inwazyjnych zabiegów i operacji na otwartym sercu z wykorzystaniem pełnej diagnostyki. Takie sale znajdują się na razie zaledwie w kilku największych, najbardziej wyspecjalizowanych szpitalach w Polsce.

Postęp w medycynie i sprzęcie medycznym jest niesamowity. Jednak muszą za nim nadążać kwalifikacje personelu medycznego i dlatego każda inwestycja poprzedzona jest odpowiednimi szkoleniami, aby ten sprzęt był w pełni wykorzystany. Nie ma takich sytuacji, aby zakupiony sprzęt leżał sobie w magazynie. On musi działać od samego początku na rzecz mieszkańców, pacjentów, bo to jest dla nas priorytetowa sprawa. Nie marnujemy w ten sposób żadnej złotówki – mówi Roman Kolek, wicemarszałek województwa opolskiego.

Polska kluczowym rynkiem dla Atrium. Grupa zainwestuje ponad 300 mln euro w warszawskie centra handlowe

Polska kluczowym rynkiem dla Atrium. Grupa zainwestuje ponad 300 mln euro w warszawskie centra handlowe 6

Polska jest dla nas kluczowym krajem, w którym planujemy skupić większość naszych inwestycji. To dynamicznie rozwijający się rynek, na którym obserwujemy tak ważny w naszej branży wzrost siły nabywczej pieniądza – podkreśla Liad Barzilai, prezes zarządu Grupy Atrium. Grupa realizuje wart blisko 300 mln euro projekt zmian w trzech warszawskich centrach handlowych Atrium Targówek, Atrium Reduta i Atrium Promenada. Kolejny etap modernizacji centrum handlowego Atrium Promenada zakończył się w tym miesiącu. 

– Atrium Promenada to bardzo ważny dla nas projekt, nad którego przebudową pracowaliśmy przez ostatnie lata. Odwiedzający znajdą tu wiele nowości, wśród nich przepiękną Aleję Fontann z 44 nowymi salonami modowymi w najnowszych konceptach sprzedażowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Liad Barzilai, Prezes Zarządu Grupy Atrium.

Atrium Promenada to jedno z flagowych centrów handlowych Grupy Atrium. W połowie października zakończył się trwający ponad dwa lata kolejny etap rozbudowy i modernizacji galerii. Po transformacji obiekt powiększył się o 13,2 tys. mkw. (łącznie wynosi teraz 51,2 tys. mkw.) oraz nowe salony.

W Alei Fontann mają premierę flagowe salony marek Massimo Dutti, Guess, CK Jeans oraz pierwszy w Warszawie i drugi w Polsce salon E-obuwie. Sąsiadują z nimi flagowe koncepty marek, które są już znane klientom centrum: ZARA, Ochnik, ECCO, Timberland oraz 4F, Sizeer, Sinsai i Mohito. Na parterze Alei Fontann oraz jej bezpośrednim sąsiedztwie po raz pierwszy dostępna jest najnowsza oferta marek Deni Cler, Elisabetta Franchi, Pierre Cardin, Premium Home, Imperial, New Balance. Po przerwie wróciły w odświeżonych konceptach sprzedażowych salony Tommy Hilfiger, Weekend by Max Mara, Marella, Pinko, Liu Jo, Vistula, Lanoro, Calzedonia, W. Kruk, Molton. Nowy koncept wprowadza również perfumeria Sephora. Lokalną ofertę multibrandową zaprezentują Concept Store1 i Slow Concept Store.

Do dyspozycji klientów została oddana także nowa strefa food court – Republika Smaku, w której znajduje się dziesięć popularnych konceptów gastronomicznych. Wśród najemców są popularne marki gastronomiczne i koncepty sieciowe: McDonald’s, Burger King, Pizza Hut, Thai Wok, Berlin Döner Kebap, Salad Story, Bon Apetito, Klooski Bistro Bar oraz North Fish, a także kawiarnia Starbucks.

Najbardziej reprezentacyjną częścią galerii jest Aleja Fontann, która powstała w wyniku modernizacji pasażu głównego. Znajdują się przy niej 6-metrowe, przeszklone witryny salonów najpopularniejszych marek modowych, a centralnym punktem jest 5-metrowa fontanna, która tworzy nastrój dzięki grze wody, światła i muzyki. Odnowiona Promenada sprawia wrażenie ekskluzywności i została zaprojektowana tak, żeby przywodzić na myśl prestiżowe galerie światowych stolic mody jak Paryż czy Mediolan.

– W sumie w Atrium Promenada znajduje się około 150 sklepów, a po renowacji mamy dużo większą przestrzeń, która obecnie wynosi łącznie 51 200 mkw.. Zaczynaliśmy od 25 tys. mkw., a docelowo ma to być powyżej 90 tys. mkw. W nowych wnętrzach pojawią się nowe marki, a każdy z odwiedzających znajdzie tutaj interesujące go sklepy – deklaruje Liad Barzilai.

Prezes zarządu Grupy Atrium podkreśla, że grupa realizuje obecnie wart ok. 300 mln euro plan inwestycji w trzy warszawskie centra handlowe: Atrium Promenada, Atrium Targówek i Atrium Reduta. Do końca tego roku ma w nich powstać łącznie ponad 26 tys. mkw. dodatkowej powierzchni najmu brutto (a docelowo ponad 60 tys. mkw.).

W sierpniu Atrium ogłosiło, że chce nabyć Wars Sawa Junior (dawne Domy Towarowe Centrum), obiekt zlokalizowany przy ul. Marszałkowskiej, w najbardziej atrakcyjnym obszarze handlowym za kwotę 301,5 mln euro. Transakcja zostanie zawarta z funduszem PFCEE, zarządzanym przez CBRE Global Investor.

Jesteśmy bardzo podekscytowani tym, że będziemy właścicielem tego obiektu i z czasem będziemy ujawniać więcej informacji na temat naszych planów z nim związanych. W przyszłości chcemy skupić się na tym rynku, ponieważ wierzymy w potencjał polskiego konsumenta, gospodarki i rynku – mówi Liad Barzilai.

Atrium – jeden z wiodących właścicieli, zarządców oraz deweloperów centrów handlowych w regionie CEE – ma w Polsce 21 obiektów o łącznej powierzchni najmu brutto (GLA) przekraczającej 535,3 tys. mkw. W I półroczu br. grupa uzyskała przychody z najmu w wysokości 49,6 mln euro brutto. W całej Europie Środkowo-Wschodniej Atrium ma 34 centra handlowe o wartości ponad 2,5 mld euro i powierzchni GLA przekraczającej 900 tys. mkw. zlokalizowane w czterech krajach.

 Wychodzimy z innych krajów tego regionu, ale w Polsce zamierzamy jednak kontynuować nasze inwestycje, skupiając się głównie na lokalizacjach w prężnych ośrodkach miejskich. Stawiamy także na wysokiej jakości obiekty – mówi Liad Barzilai.

Jak podkreśla, globalny rynek detaliczny stoi w tej chwili przed wieloma wyzwaniami. Trzy główne to rozwój e-handlu, wkraczanie na rynek młodszych pokoleń konsumentów oraz urbanizacja, która także mocno wpływa na zmieniającą się strukturę demograficzną.

 Milenialsi i pokolenie Z to generacje, które konsumują inaczej, inaczej też spędzają czas wolny, bardzo mocno zmienił się także wizerunek współczesnego handlu detalicznego. Jeżeli firma ma właściwe aktywa, odpowiedni miks najemców i ma świadomość, że centra handlowe to nie tylko sklepy, lecz także miejsce, w którym ludzie szukają nowych doświadczeń i chcą tam spędzać czas wolny, to jest właściwy kierunek – mówi Liad Barzilai.

Rośnie liczba kontroli legalności zatrudnienia cudzoziemców w Polsce. W ubiegłym roku nieprawidłowości stwierdzono w 16 proc. sprawdzanych firm

Rośnie liczba kontroli legalności zatrudnienia cudzoziemców w Polsce. W ubiegłym roku nieprawidłowości stwierdzono w 16 proc. sprawdzanych firm 7

W Polsce pracuje półtora miliona cudzoziemców. Co trzeci odprowadza składki na ubezpieczenia społeczne, czyli są zatrudnieni na podstawie umowy o pracę lub zlecenie. Problemem są jednak osoby zatrudnione nielegalnie. W wyniku ubiegłorocznych kontroli Państwowa Inspekcja Pracy wykryła nieprawidłowości w 16 proc. prowadzonych czynności kontrolnych, u około 1 tys. pracodawców. Firma, w której pracują nielegalnie zatrudnieni cudzoziemcy, musi liczyć się z grzywną do 30 tys. zł. Mandatem można ukarać także nielegalnie zatrudnionego pracownika.

 W ubiegłym roku przeprowadziliśmy ponad 7 tys. kontroli. Kontrolami objęliśmy blisko 50 tys. cudzoziemców. Nieprawidłowości stwierdziliśmy w 16 proc. prowadzonych czynności kontrolnych, u prawie 1 tys. pracodawców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Leśniewski, dyrektor Departamentu Legalności Zatrudnienia w Głównym Inspektoracie Pracy. – W ciągu ostatnich 2–3 lat rekordziści zatrudniali nielegalnie blisko 700 cudzoziemców, w tym roku takich dużych skupisk nielegalnego zatrudnienia już nie stwierdziliśmy.

PIP przeprowadziła w 2017 roku łącznie 81 tys. kontroli u 64 tys. pracodawców. Kontrolę legalności zatrudnienia przeprowadzono w sumie w 24 tys. firm, przy czym 7,2 tys. kontroli dotyczyło legalności zatrudnienia i wykonywania pracy przez cudzoziemców. Liczba kontroli obcokrajowców dynamicznie rośnie. Jeszcze w 2016 roku było ich ok. 4,2 tys. W 2017 roku już o 69 proc. więcej. Wśród najczęściej wykrywanych nieprawidłowości jest np. praca na innych warunkach niż zadeklarowana w oświadczeniu.

 Ze względu na rozbieżności między stanem faktycznym a zezwoleniem, wykazaliśmy pracodawcy powierzanie nielegalnego wykonywania pracy cudzoziemcom. Inny przykład dotyczy dużych firm, pseudoagencji zatrudnienia – są to firmy, które same występują o oświadczenia i zatrudniają tych cudzoziemców, natomiast oni nie świadczą pracy na ich rzecz, tylko są rozprowadzeni po terytorium naszego kraju do innych pracodawców – wskazuje Jarosław Leśniewski.

Liczba kontroli rośnie, bo coraz większy jest też poziom imigracji zarobkowej. W ciągu roku liczba wydanych przez wojewodów zezwoleń na pracę dla cudzoziemców spoza Unii Europejskiej wzrosła niemal o 100 proc. Resort rodziny, pracy i polityki społecznej szacuje, że łącznie w Polsce pracuje 1,5 mln cudzoziemców, w tym około miliona pracowników ze Wschodu. Pod koniec 2017 roku ważnych było ponad 325 tysięcy dokumentów potwierdzających legalny pobyt cudzoziemców w Polsce. W ubiegłym roku wydano łącznie 235 tys. zezwoleń na pracę dla cudzoziemców i zarejestrowano 1,8 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi. Dane ZUS-u wskazują zaś, że blisko 560 tys. cudzoziemców opłaca składki na ubezpieczenia społeczne, czyli pracuje na podstawie umowy o pracę lub zlecenie.

– Rozpoczynamy kontrolę od stwierdzenia, kto przebywa na terytorium tego zakładu. Jeżeli są to cudzoziemcy, rozpoczynamy kontrolę w zakresie legalności ich zatrudnienia, czyli prosimy o dokumenty, paszporty, wizy, prosimy później pracodawcę o wszystkie inne dokumenty, które związane są z zatrudnieniem cudzoziemca – wskazuje Leśniewski.

Stopniowo rośnie jednak świadomość obcokrajowców odnośnie do ich praw w zakresie zatrudnienia. Od tego roku działa infolinia PIP, przez którą udzielane są porady prawne w języku rosyjskim i ukraińskim. Jeśli pracownik ma świadomość, że pracuje nielegalnie, grozi mu mandat w wysokości 1–5 tys. zł.

 Bardzo często w wyniku naszych informacji, które kierujemy do Straży Granicznej, cudzoziemiec jest zobowiązany do opuszczenia naszego kraju. Ma też problemy z wjechaniem do Polski i strefy Schengen do nawet trzech lat – wskazuje Jarosław Leśniewski.

Za nielegalne zatrudnienie odpowiada przede wszystkim pracodawca, a grzywna może sięgać 30 tys. zł.

 Może się tak zdarzyć, że pracodawca zostanie również obciążony kosztami wydalenia tego cudzoziemca z naszego kraju. Mieliśmy takie przypadku, gdzie jeden pracodawca ukarany przez nas niewielkim mandatem 1 tys. zł, później został obarczony kosztami wysłania do Wietnamu dwóch obywateli tego kraju, co kosztowało go 35 tys. zł – mówi ekspert PIP.

Sztuczna inteligencja pomaga firmom transportowym optymalizować koszty. Potrafi m.in. obliczyć opłacalność zlecenia

Sztuczna inteligencja pomaga firmom transportowym optymalizować koszty. Potrafi m.in. obliczyć opłacalność zlecenia 8

Polskie firmy są potęgą na europejskim rynku transportowym, w którym maja ok. 25-procentowy udział. Krajowe i unijne regulacje prawne oraz konieczność optymalizacji i utrzymania konkurencyjności wymuszają na nich jednak technologiczną transformację. Coraz więcej przewoźników inwestuje w telematykę, która przekłada się na oszczędność kosztów i czasu. Kolejną nowością w branży są systemy zarządzania transportem, które wykorzystują algorytmy sztucznej inteligencji.

– Dzięki sztucznej inteligencji pomagamy dyspozytorom wykonywać ich codzienną pracę, czyli pomagamy im planować zlecenie od samego początku, od momentu wpłynięcia od klienta, poprzez przypisanie go do konkretnego kierowcy i pojazdu, komunikację z tym kierowcą w trakcie jego realizacji, aż do finalnego zakończenia i zafakturowania zlecenia od klienta – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Grzegorz Janaś z Framelogic.

Optymalizacja kosztów utrzymania floty pomaga przewoźnikom utrzymać konkurencyjność na rynku. Po kontroli wydatków, zarządzający pojazdami zwracają uwagę na czas wykonania zleceń i ich efektywność oraz utrzymanie dostępności samochodów. Wykorzystanie sztucznej inteligencji pomaga firmom transportowym w optymalizacji całego łańcucha dostaw i usprawniania procesów logistycznych. Oparty na SI algorytm jest w stanie wesprzeć pracę dyspozytora i podpowiedzieć, które zlecenia należy przyjąć, a nawet na ile będzie ono opłacalne dla firmy.

– To znaczne usprawnienie, dlatego że algorytmy liczą czy dane zlecenie jesteśmy w stanie zrealizować przy pomocy danego kierowcy i pojazdu, czy spełnia ono odpowiednie wymogi pod kątem naczepy, czasu pracy kierowcy albo przepisów delegacyjnych. Stworzone przez nas algorytmy oszczędzają klientom bardzo dużo czasu i pomagają w optymalizacji pracy dyspozytorów. Na rynku jest niedobór dyspozytorów, a wspierając ich takim narzędziem pomagamy wprowadzić nowo zatrudnioną osobę do organizacji i umożliwiamy jej efektywną pracę – przekonuje Grzegorz Janaś.

Jak podkreśla ekspert, w przyszłości maszyny nie będą w stanie całkowicie zastąpić dyspozytorów w wykonywaniu ich obowiązków. Wykorzystanie SI umożliwia jednak poprawę ich wyników i zatrudnienie mniej doświadczonych osób bez dużego ryzyka dla firmy.

– Ten czynnik ludzki z całą pewnością będzie konieczny, dlatego że nie jesteśmy w stanie zasymulować interakcji z kierowcą. Chociaż algorytmy są coraz inteligentniejsze, coraz sprytniejsze – to na ten moment nie są jeszcze w stanie rozszyfrować sytuacji awaryjnych, które zdarzają się na drodze – mówi Grzegorz Janaś.

Framelogic dostarcza rozwiązania IT dla branży transportowej i systemy zarządzania transportem (Transport Management System) oparte na sztucznej inteligencji. To jedna z firm biorących udział w Startberry – programie akceleracyjnym Microsoftu przeznaczonym dla dojrzałych przedsięwzięć biznesowych.

Z danych Eurostatu wynika, że obecnie tylko 4 proc. polskich firm korzysta z wydajnych mechanizmów sztucznej inteligencji opartych na chmurze obliczeniowej. Jednak SI ma w biznesie coraz szersze zastosowanie, a jej skumulowany wpływ na światową gospodarkę może wynieść od 1,5 do 3 bln dol. w ciągu najbliższej dekady.

Detektory podczerwieni odgrywają coraz większą rolę na rynku technologicznym. Pomogą wykrywać raka, a także w badaniach kosmosu

Detektory podczerwieni odgrywają coraz większą rolę na rynku technologicznym. Pomogą wykrywać raka, a także w badaniach kosmosu 9

Detektory podczerwieni usprawnią funkcjonowanie fabryk, poprawią nasze bezpieczeństwo i pomogą w badaniach kosmosu. Pozwalają wykrywać promieniowanie elektromagnetyczne niewidoczne nieuzbrojonym okiem oraz monitorować temperatury, odległości czy skład chemiczny obiektów. Sprawdzą się np. w bezinwazyjnym wykrywaniu markerów raka w układzie oddechowym, posłużą także w badaniach kosmosu.

– Najwięcej detektorów sprzedajemy do branży bezpieczeństwa, kolejnictwa – gdzie wykrywają, czy hamulce nie są zablokowane, czy pociąg nie zmierza ku awarii. W tej chwili największy rozwój jest w kierunku analizy gazów, w szczególności ochrona środowiska, czyli badanie jakości powietrza, emisji z fabryk, kominów. Ta sama analiza gazów idzie do badań medycznych, czyli badanie oddechu, bezinwazyjna metoda wykrywania markerów, np. raka w układzie oddechowym, zmian w układzie krwionośnym, hormonalnym – mówi agencji Newseria Innowacje Adam Piotrowski, prezes Vigo System.

Potencjał detektorów podczerwieni docenili producenci wykrywaczy metanu stosowanych w górnictwie. Ta metoda analizy składu chemicznego powietrza okazała się znacznie precyzyjniejsza niż metody oparte na czujnikach katalitycznych czy elektrochemicznych. W przeciwieństwie do konkurencyjnych rozwiązań nie wchodzą w reakcję z metanem, dzięki czemu są jednocześnie mniej zawodne i bardziej dokładne.

W równie ekstremalnych warunkach sprawdzą się detektory opracowywane przez inżynierów z Wojskowej Akademii Technicznej, które zaprojektowano z myślą o wykrywaniu pożarów. Te wysokotemperaturowe czujniki są w stanie wykryć ogień we wczesnym stadium, a co za tym idzie – zapobiec wybuchowi pożaru. Zastosowań detektorów podczerwieni jest znacznie więcej.

– Bardzo często detektory są montowane na różnego rodzaju liniach technologicznych do badania nieszczelności instalacji. Kiedyś dezodoranty były produkowane w ten sposób, że zanurzało się je w basenie i przez 24 godziny patrzyło, czy nie ma bąbelków. Z naszymi detektorami można wykryć jakąkolwiek nieszczelność natychmiast na linii. Za pomocą detektorów podczerwieni można też mierzyć temperaturę, szukać gorących obiektów czy badać farmaceutyki – wymienia Adam Piotrowski.

Detektory podczerwieni coraz częściej spotyka się także na rynku konsumenckim m.in. do monitorowania stanu zdrowia. Ciekawym przykładem jest tu opaska sportowa Band 3 Pro od firmy Huawei, w której miejsce czujnika optycznego zajął ten działający w podczerwieni. Moduł wyspecjalizowano w nieprzerwanym śledzeniu pracy serca, co pozwoli na bieżąco monitorować naszą kondycję.

Naukowcy NASA z kolei przygotowują się do zastąpienia Kosmicznego Teleskopu Hubble’a, który wkrótce przestanie działać, Kosmicznym Teleskopem Jamesa Webba. Nowy teleskop ma prowadzić badania właśnie w podczerwieni, a nie w świetle widzialnym, jak jego poprzednik. Naukowcy liczą na to, że dzięki niemu uda się zbadać gwiazdy i galaktyki uformowane tuż po Wielkim Wybuchu.

Na polskim rynku detektory podczerwieni Vigo System można znaleźć przede wszystkim w czołgach producentów Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Czujniki ostrzegają załogę czołgu przed zagrożeniami, jakie mogą czyhać na nią na polu walki. Firma planuje także podjąć współpracę z warsztatami samochodowymi, aby umożliwić prowadzenie odczytu emisji spalin w czasie rzeczywistym.

– Mamy cały program zwiększenia funkcjonalności, dodawania dodatkowej wartości, czyli układów optycznych, układów cyfrowych, tak, żeby te detektory były łatwiejsze i szybsze do zainstalowania. W związku z tym inwestujemy w nową fabrykę. Planujemy dwudziestokrotnie zwiększyć skalę produkcji – zapowiada ekspert.

Analitycy z firmy Zion Market Research szacują, że globalny rynek detektorów podczerwieni przez najbliższe sześć lat będzie rósł w tempie 12,5 proc. średniorocznie, by w 2024 roku osiągnąć wartość 700 mln dol.