Wynalazek polskich naukowców może zrewolucjonizować sterowanie orbitami okołoziemskimi. Możliwe będzie wykonywanie precyzyjnych zdjęć satelitarnych

Wynalazek polskich naukowców może zrewolucjonizować sterowanie orbitami okołoziemskimi. Możliwe będzie wykonywanie precyzyjnych zdjęć satelitarnych 1

Ferrofluidowe koło zamachowe pomoże sterować satelitami. Dzięki wynalazkowi polskich naukowców łatwiej będzie dokonywać pomiarów badawczych na orbicie okołoziemskiej. Naukowcy z AGH projektują układ sterowania orientacją satelity, który pozwoli np. na precyzyjniejsze wykonywanie zdjęć satelitarnych. Nowy system zostanie przetestowany na satelicie KRAKsat, który zostanie wyniresiony na orbitę okołoziemską w listopadzie 2018 roku. Przemysł kosmiczny jest uznawany za jeden z najbardziej perspektywicznych na świecie. Jego prywatna gałąź w ciągu 30 lat osiągnie wartość niemal 3 bln dolarów.

Satelita KRAKsat to satelita typu cubesat, czyli sześcian o boku 10 cm x 10 cm x 10 cm. Jego głównym zadaniem będzie przetestowanie autorskiego pomysłu naukowców AGH – ferrofluidowego koła zamachowego.

– Satelity na orbicie okołoziemskiej często potrzebują mieć możliwość sterowania swoją orientacją. Jest to powodowane tym, że przy wyrzuceniu satelity z rakiety, satelita taki posiada bardzo duże prędkości obrotowe i trzeba go wyhamować. Chcemy mieć możliwość sterowania instrumentami badawczymi, takimi jak np. kamera czy antena – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jan Życzkowski z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, koordynator projektu KRAKsat.

Opracowane na AGH rozwiązanie zakłada zbudowanie koła zamachowego z ferrofluidu, będącego cieczą magnetyczną. Oznacza to, że po zbliżeniu magnesu, ciecz będzie przez niego przyciągana. Ta właściwość ma być wykorzystana w urządzeniu wyposażonym w elektromagnesy i działającym na zasadzie zbliżonej do silnika krokowego.

– Satelity przebywające przez dłuższy czas na orbicie okołoziemskiej potrzebują kół zamachowych, żeby zmieniać i stabilizować swoją pozycję. Wszystkie koła zamachowe w tej chwili są mechaniczne, co oznacza, że posiadają części ruchome, co może wpływać na awaryjność tych urządzeń. W przypadku KRAKsat nie mamy części ruchomych, mamy pojemnik z ferrofluidem w środku, który zostaje rozpędzony, a wszystko inne jest nieruchome. Ferrofluid to ciecz, w której są malutkie drobinki żelaza, oddziałujące z polem magnetycznym. W ten sposób jest ona poruszana – mówi Rafał Janiczak, członek projektu KRAKsat.

Satelita zostanie wyniesiony na orbitę okołoziemską z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej w USA najprawdopodobniej w listopadzie 2018 roku.. Zdaniem koordynatora projektu, doświadczenia krakowskich naukowców powinny zainspirować inne uczelnie do pracy nad rozwiązaniami dla przemysłu kosmicznego, ponieważ jest on bardzo perspektywiczny w kontekście komercjalizacji.

– Przemysł kosmiczny jest bardzo przyszłościowy i bardzo ważne jest to, żeby w Polsce też bardzo prężnie się rozwijał. Polskie uczelnie i polskie firmy na pewno mają czym się pochwalić, mają wiele instrumentów w całym układzie słonecznym. Branża kosmiczna tak się rozwija, że robi się outsourcing pewnych części. Wiele firm składa całego satelitę, ale możliwość wysłania własnego satelity jest czymś, co my Polacy powinniśmy być w stanie zrobić – twierdzi Jan Życzkowski.

Według analityków z Bank of America Merrill Lynch  prywatny przemysł kosmiczny, który obecnie wycenia się na około 350 mld dolarów, w ciągu najbliższych 30 lat wzrośnie do kwoty niemal 3 bln dolarów.

Inteligentne okna to przyszłość budownictwa. Osłonią przed słońcem, a promieniowanie przekształcą w energię elektryczną.

Inteligentne okna to przyszłość budownictwa. Osłonią przed słońcem, a promieniowanie przekształcą w energię elektryczną. 2

Na rynku pojawia się coraz więcej materiałów, które zmieniają kolor na podstawie temperatury i wychwytują energię podobnie do ogniw słonecznych. Nowe technologie wykorzystywane w budynkach ograniczają nakłady na energię, na ogrzanie czy schłodzenie, ale same mogą służyć jako energetyczne bojlery. Inteligentne okna sprawdzą się zarówno w domach jednorodzinnych, jak i biurowcach. Eksperci przekonują, że inteligentne okna to przyszłość. Generują nawet kilkadziesiąt razy więcej energii, niż panele dachowe i pozwalają oszczędzić nawet 40 proc. energii.

Nowe technologie, które pozwalają oszczędzić energię, są coraz częściej stosowane w nowym budownictwie. To efekt coraz większej świadomości ekologicznej konsumentów. Z raportu „Budownictwo energooszczędne oczami Polaków” wynika, że blisko 90 proc. osób chciałoby mieszkać w domu energooszczędnym. Na rynku pojawia się też coraz więcej rozwiązań, które umożliwiają stworzenie energooszczędnego domu. Zdaniem ekspertów, przyszłością są inteligentne okna.

 – Okna iSun Cool to innowacyjne okna słoneczne, dzięki którym zaoszczędzimy energię. Okna nie tylko ograniczają nakłady energetyczne na chłodzenie czy ogrzewanie budynku, ale również generują energię elektryczną i podgrzewają wodę, ponieważ mogą służyć jako energetyczne bojlery – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Hesham Abdelaal, prezes iSunCool.

Takie technologie pojawiają się już na rynku. Solar Window Technology opracowała specjalną powłokę, która zamienia się w panele słoneczne, a widoczność okna się nie zmienia. Dzięki temu możliwy jest montaż paneli bez konieczności wymiany okien. Niewidoczny system przewodów pomaga w transporcie energii elektrycznej do przewodów budynku lub bezpośrednio do urządzeń. Dzięki persowskitom, materiałom wykonanym z mieszaniny pierwiastków o krystalicznej strukturze, można zaś osłonić mieszkanie czy biuro przed słońcem, a promieniowanie przekształcić  w energię elektryczną.

– W przypadku iSun Cool to w zasadzie przezroczysty panel, przez który wpada światło słoneczne. Fotony są następnie przekształcane w prąd elektryczny, który może być przechowywany w baterii, albo przesyłany bezpośrednio do sieci – tłumaczy Hesham Abdelaal.

W Katowicach powstaje budynek, gdzie całkowite roczne zużycie energii pierwotnej nie przekroczy 57 kWh na mkw. rocznie. Oprócz paneli fotowoltaicznych zaprojektowano również gazowe pompy ciepła oraz silniki do trigeneracji, które umożliwiają jednoczesną produkcję energii elektrycznej, cieplnej oraz chłodu. Możliwe ma być również odzyskiwanie energii z powietrza usuwanego z obiektu.

Zgodnie z przepisami unijnymi od roku 2021 wszystkie budynki będą musiały być efektywnie energetyczne. Wskaźnik rocznego zapotrzebowania na nieodnawialną energię pierwotną (EP) nie może przekroczyć w tym roku  95, a od stycznia 2021 roku wyniesie 75 kWh/mkw. rocznie. Energooszczędne rozwiązania stosuje się zarówno w domach jednorodzinnych (zwłaszcza panele fotowoltaiczne), jak i w biurowcach.

– Technologia może być wykorzystana zarówno w dużych biurowcach, jak i domach jednorodzinnych.  Dla nas korzystniejsze byłoby ich wykorzystywanie w większych budynkach, które posiadają całą niezbędną infrastrukturę. Ale można ją stosować także w normalnych domach, a nawet mieszkaniach – mówi prezes iSunCool.

Budowa energooszczędnego budynku niesie ze sobą na początkowym etapie wyższe koszty. Te jednak szybko się zwracają.

– Jeżeli mamy 120-metrowe mieszkanie z pięcioma oknami, to koszt montażu okien wyniesie nieco ponad 3 tys. euro. Koszt zwróci się po trzech latach, bo nasz produkt przynosi około 17 proc. oszczędność jeżeli chodzi o łączne koszty energetyczne – przekonuje ekspert.

Research and Markets ocenia, że rynek inteligentnych okien do 2023 roku będzie wart 5,6 mld dolarów.

Stare giełdowe sztuczki na młodym rynku kryptowalut

Cena bitcoina zbliża się do granicy 7 tys. dolarów, a spadając do najniższego poziomu od półtora miesiąca, ciągnie za sobą w dół praktycznie cały rynek kryptowalut. Do spadku mogło się przyczynić postępowanie wszczęte przez amerykański Departament Sprawiedliwości ws. manipulowania cenami kryptowalut – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Brak nadzoru i ścisłych regulacji rynku kryptowalut sprawia, że istnieje dużo większe prawdopodobieństwo (niż w przypadku regulowanych aktywów jak akcje itp.) manipulacji. Szczególnie w przypadku rynku, który regularnie poddaje się tak dużym wahaniom cenowym. Temu procederowi teraz zamierzają się przyjrzeć amerykańscy śledczy.

Na czym polegają podejrzane praktyki spoofingu i wash tradingu

Agencja informacyjna Bloomberg podała w środę, powołując się na nieoficjalne źródła, że Departament Sprawiedliwości w USA otworzył postępowanie karne w sprawie osób handlujących kryptowalutami. Uściślając, chodzi o to, czy te osoby dokonują nielegalnych praktyk, które służą manipulacji cenami, m.in. w przypadku bitcoina i ethereum. Amerykański organ będzie przyglądał się, czy używano praktyk m.in. spoofingu i wash tradingu.

Ten pierwszy polega na wysyłaniu zleceń i anulowaniu ich, jak tylko cena zacznie zmierzać w pożądanym kierunku. W wash tradingu osoba próbująca wpłynąć na ceny wytwarza fałszywy obraz popytu i podaży na rynku. Obie praktyki regulatorzy próbowali wyplenić latami na normalnych giełdach. Nadal można spotkać się z ich przypadkami, ale jest to już bardzo mały odsetek i raczej na aktywach cieszących się relatywnie mniejszą popularnością.

Można się liczyć z sankcjami i spadkami cen

Co warto zauważyć, wiele platform umożliwiających obrót kryptowalutami nie podlega regulacji ani nadzorowi władz w USA (CFTC czy SEC), które z kolei regulują obrót kontraktami terminowymi (futures) na bitcoina. Jeżeli natomiast amerykański organ federalny doszuka się oszustw na tzw. rynkach spot, gdzie kupuje się i sprzedaje kryptowaluty, może nałożyć na nie sankcje.

Fakt wszczęcia postępowania przez Departament Sprawiedliwości przeciw nielegalnym praktykom handlowym będzie najprawdopodobniej negatywnie oddziaływał na rynek kryptowalut i tłumił potencjalne wzrosty wartości. Biorąc pod uwagę duże wahania wartości kryptowalut i brak nadzoru nad obrotem, istnieje spora szansa, że wspomniany departament wykryje nieprawidłowości w obrocie i zostaną nałożone sankcje na niektóre giełdy.

Jeśli tak się stanie, może ograniczać to popyt i odstraszać potencjalnych inwestorów, co w krótkim okresie prawdopodobnie przyczyni się do spadku cen. Doniesienia z tego postępowania zarówno oficjalne, jak i nieoficjalne mogą również przyczyniać do zwiększenia poziomu wahań cen kryptowalut. Na to, jak sprawa z postępowaniem Departamentu Sprawiedliwości ostatecznie wpłynie na rynek kryptowalut w dłuższej perspektywie, najprawdopodobniej trzeba jednak będzie poczekać.

Nawet co trzecia praca dyplomowa nosi znamiona plagiatu. Jednolity System Antyplagiatowy pomoże walczyć z problemem, ale go nie wyeliminuje

Nawet co trzecia praca dyplomowa nosi znamiona plagiatu. Jednolity System Antyplagiatowy pomoże walczyć z problemem, ale go nie wyeliminuje 3

Plagiaty stają się coraz częstszym problemem na uczelniach. Już teraz szacuje się, że nawet co trzecia praca dyplomowa nosi znamiona plagiatu. Uczelnie są w stanie znaleźć tylko część skopiowanych fragmentów. Wprowadzenie Jednolitego Systemu Antyplagiatowego ma to zmienić, jednak zdaniem ekspertów przepisy są niejasne. Do wyeliminowania zjawiska konieczna jest odpowiednia edukacja studentów i wykładowców. Potrzeba także ścisłej współpracy między uczelniami a twórcami systemów antyplagiatowych – przekonują eksperci.

Kontrola antyplagiatowa powinna być częścią procedury dyplomowania studentów, powinna być skuteczna w ten sposób, że każdy powinien wiedzieć, co, w którym momencie i kiedy robi, jeżeli zostanie wykryte w pracy coś, co nie powinno w tej pracy być. My uważamy, że każda praca dyplomowa powinna być sprawdzana i zawsze do tego namawialiśmy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Gutowski, ekspert prawa autorskiego z Plagiat.pl.

Zapożyczanie całych prac to jedna z większych plag polskich uczelni. Plagiatowane są prace licencjackie, magisterskie, niekiedy także doktorskie. Studenci korzystają z pomocy stron internetowych, które specjalizują się w pisaniu prac, zagranicznych portali, wykorzystują prace obronione wcześniej na innych uczelniach.

– Z jednej strony plagiatuje się prace naukowe, ale plagiatem nazywamy także powielanie treści, które już gdzieś zostały opublikowane, niekoniecznie przez naukowców – wskazuje dr hab. Aneta Pieniądz, inicjatorka ruchu Obywatele Nauki z Uniwersytetu Warszawskiego.

Eksperci oceniają, że nawet 20–30 proc. wszystkich prac dyplomowych nosi znamiona plagiatu, jednak może ich być znacznie więcej. Zwłaszcza że pracownicy naukowi są często przepracowani i nie mogą kontrolować procesu powstawania pracy. Na niektórych wydziałach na jednego naukowca przypada nawet ponad sto prac dyplomowych. Z plagiatem należy walczyć, ale zdaniem ekspertów równie istotna jest kwestia odpowiedniej edukacji.

– Najskuteczniejszą procedurą antyplagiatową jest nauczenie studentów i pracowników nauki doceniać oryginalność swojej pracy, znaczenie i wartość własności intelektualnej, tego, że stworzą coś nowego – ocenia Krzysztof Gutowski.

Wszystkie uczelnie w Polsce mają obowiązek stosowania systemów antyplagiatowych (to efekt nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym z 2014 roku). Jednolity System Antyplagiatowy, który prawdopodobnie wejdzie w życie od roku akademickiego 2018/2019, ma uszczelnić ten system. Pozwoli porównywać prace z tymi zgromadzonymi w Ogólnopolskim Repozytorium Pisemnych Prac Dyplomowych, ale jest to tylko jedna z wielu baz, z których korzystają studenci. Zdaniem ekspertów na razie jednak jest zbyt dużo niejasności, by móc jednoznacznie ocenić propozycję zmian. Nie wiadomo na przykład, co znajdzie się w bazie, która będzie podstawą do sprawdzania prac.

Nikt nie wie, jaka będzie skala i zakres, po drugie, wielką niewiadomą jest to, w jaki sposób to będzie utrzymywane i rozwijane. Studenci to przeważnie osoby bardzo inteligentne i kreatywne. Z naszego doświadczenia wynika, że wszystkie narzędzia służące do automatycznej kontroli trzeba dostosowywać do zmieniających się warunków i pomysłów studentów. Wielu z nich będzie próbowało obchodzić takie systemy, będą znali system lepiej niż jego twórcy. Jeżeli nie będzie stałej współpracy między twórcami systemu a uczelniami, to on w którymś momencie, raczej szybciej niż wolniej, przestanie być skuteczny – przekonuje Krzysztof Gutowski.

Zdaniem ekspertów Jednolity System Antyplagiatowy to krok w dobrym kierunku. Zwłaszcza że dotychczas istniejące systemy sprawdzania prac były niedokładne i to, co w jednej uczelni było uznane za plagiat, w innej mogło zostać zaakceptowane jako oryginalna praca – na co wskazywała Najwyższa Izba Kontroli.

– To, że pojawia się jednolity system, na pewno jest sygnałem dla środowiska i w ogóle otoczenia społecznego uczelni i nauki, że to jest ważny problem, z którym trzeba walczyć. Nie będzie można już powiedzieć, że jakaś uczelnia dla siebie wprowadza system antyplagiatowy, a inna może się od tego uchylić – ocenia dr hab. Aneta Pieniądz.

Choć nowy system będzie dużym ułatwieniem i zdejmie część ciężaru z naukowców, uczelnie muszą się do niego przygotować, m.in. poprzez edukację pracowników i administracji.

– To kwestia przygotowania kadry administracyjnej, personelu, żeby również traktował obowiązek wprowadzania prac do systemu antyplagiatowego nie jako dodatkowe obciążenie, chociaż jest to konieczność wykonania kilku operacji, lecz jako standardowy element procedury służącej całej wspólnocie akademickiej – mówi dr hab. Aneta Pieniądz.

Eksperci podkreślają, że Jednolity System Antyplagiatowy nie zlikwiduje całkowicie problemu plagiatu. Nie wiadomo bowiem, na ile będzie on odporny na zabiegi edytorskie stosowane przez studentów, takie jak np. zmiana szyku zdania czy kilka słów w tekście. Nowe przepisy ułatwią życie promotorom, ale nie zastąpią ludzkiego oka.

 Plagiaty to pewna trudność interpretacyjna. Czasem mamy podobieństwo tekstu, ale tylko podobieństwo, dopiero analiza pokazuje, że ktoś próbował dokonać niewielkich zmian, żeby to ukryć i tego też maszyna nie wykaże. Zawsze jest grupa tekstów, które będą z punktu widzenia prawa plagiatami, ale maszyna ich nie wychwyci. Czasem pomysłowość tych, którzy chcą plagiatować, wyprzedza umiejętności maszyn – przekonuje dr hab. Aneta Pieniądz.

Od dziś firmy i instytucje będą funkcjonować w nowej rzeczywistości. W życie wchodzi RODO

Od dziś firmy i instytucje będą funkcjonować w nowej rzeczywistości. W życie wchodzi RODO 4

RODO, czyli unijne rozporządzenie dotyczące ochrony danych osobowych, zaczyna od dziś obowiązywać. Dla firm i wszystkich instytucji nowe prawo oznacza prawdziwą rewolucję i duże zmiany w dotychczasowym modelu funkcjonowania. Najbliższe miesiące pokażą, jak w praktyce będą działać nowe przepisy. Podmioty, które jeszcze się do nich nie przygotowały, powinny to zrobić jak najszybciej, zwłaszcza że RODO może spowodować zwiększoną aktywność cyberprzestępców, którzy będą testować stopień gotowości firm i instytucji na nowe przepisy.

 Najbliższe miesiące będą okresem karencji, podczas której instytucje rządowe i organizacje będą się oswajały z nowymi przepisami. Rozporządzenie RODO wymusi poważne zmiany w kontekście zarządzania relacjami z partnerami zewnętrznymi. Co istotne, podmioty przetwarzające dane, jak na przykład dostawcy usług w chmurze, będą odpowiedzialni za wycieki danych w takim samym stopniu jak ich administratorzy – mówi agencji Newseria Biznes Michał Przygoda, inżynier wsparcia sprzedaży w Trend Micro.

25 maja wchodzi w życie ustawa, która implementuje do polskiego prawodawstwa unijne RODO. Zastąpi ona dotychczasowy, wielokrotnie nowelizowany akt prawny, który obowiązywał w Polsce od przeszło 20 lat.

Nowe przepisy nakładają restrykcyjne wymogi na wszystkie podmioty – publiczne i prywatne, duże i małe – które gromadzą i przetwarzają dane osobowe. To oznacza, że do RODO musi się dostosować praktycznie każda firma, organizacja i instytucja. Od dziś muszą one m.in. każdorazowo uzyskiwać zgodę swoich klientów na przetwarzanie ich danych osobowych (w kontekście konkretnego procesu biznesowego, tzw. legitim interest), przeszkolić pracowników w zakresie nowych przepisów, powołać wewnętrznych inspektorów ochrony danych osobowych oraz wdrożyć cały szereg rozwiązań organizacyjnych i infrastrukturę IT, które zagwarantują maksymalny poziom bezpieczeństwa takich informacji.

Podmiotom, które nie dostosują się do nowych przepisów, grożą wysokie kary finansowe, sięgające 20 mln euro albo 4 proc. rocznych globalnych obrotów przedsiębiorstwa. O ich wysokości będzie decydował organ nadzorujący – nowo utworzony Urząd Ochrony Danych Osobowych. Ekspert Trend Micro podkreśla, że firmy i organizacje, które nie wdrożyły jeszcze odpowiednich rozwiązań w celu zapewnienia zgodności z RODO, powinny zabrać się za to jak najszybciej.

RODO znacznie również rozszerza obowiązki informacyjne firm wobec klientów. Oznacza to konieczność wymiany wszystkich klauzul, zgód i papierowych formularzy dotyczących zgód na ich gromadzenie i przetwarzanie – ich treść znacznie się rozszerzy. Dużą zmianą ma być sposób przedstawiania takich informacji: prosty, rzetelny i bardziej zrozumiały niż dotychczas.

 RODO to nie tylko konieczność pozyskania zgody od klientów, lecz przede wszystkim ochrona danych. Oznacza to przechowywanie i przetwarzanie danych w sposób bezpieczny, zgodny z prawem, a także umożliwienie wglądu w dane osobowe i umożliwienie trwałego usunięcia danych osobowych. Co więcej, oprócz przestrzegania przepisów RODO w obrębie własnej działalności, organizacje będą musiały oczekiwać od swoich partnerów, wykonawców, dostawców, przetwarzających dane osobowe, stosowania tych samych procedur i mechanizmów kontroli. Zabezpieczenie danych i zapewnienie zgodności będą największym wyzwaniem – mówi Michał Przygoda.

RODO to rewolucja nie tylko z perspektywy firm i instytucji, które przetwarzają dane osobowe, lecz także z perspektywy samych konsumentów. Nowa regulacja zwiększa kontrolę osób fizycznych nad swoimi danymi osobowymi i przyznaje im szereg praw, z których najważniejszym jest tzw. prawo do bycia zapomnianym. Oznacza ono, że dane osób, które sobie tego zażyczą, muszą zostać niezwłocznie i w całości usunięte z systemów administratora. Dotyczy to także kopii, linków, odniesień i dokumentacji papierowej, na przykład wydruków czy skanów dokumentów. Jeżeli wcześniej te dane zostały udostępnione albo trafiły do internetu, to administrator musi się upewnić, że wszystkie ich kopie i linki zostały skasowane i usunięte na dobre, nawet jeżeli są już w posiadaniu innych podmiotów.

Zgodnie z nowymi przepisami firmy muszą też w ciągu 72 godzin raportować każdy wyciek, zniszczenie bądź nieautoryzowane naruszenie danych osobowych do organu nadzorującego i powiadamiać o tym swoich klientów.

 Istotą rozporządzenia RODO jest wymuszenie na organizacjach i instytucjach większej przejrzystości, otwartości i odpowiedzialności za podejmowane działania. RODO definiuje sztywne ramy czasowe na zgłoszenie incydentu – 72 godziny. W przypadku niedostępności danych, np. poprzez atak ransomware, również takie zdarzenie może podlegać sankcjom RODO, jeżeli dostępu do danych nie da się odzyskać w określonym czasie. Dlatego tak ważne jest wykonywanie kopii zapasowej danych zgodnie z najlepszymi praktykami – mówi Michał Przygoda.

RODO wymusi na firmach większą dbałość o cyberbezpieczeństwo. Jak wynika z tegorocznej edycji raportu „Global Risks Report 2018”, przygotowanego przez Marsh we współpracy ze Światowym Forum Ekonomicznym, liczba cyberataków na przedsiębiorstwa podwoiła się w ostatnich pięciu latach. Eksperci prognozują, że ich skala będzie coraz większa, podobnie jak ich koszty. Ekspert Trend Micro ocenia też, że paradoksalnie nowe przepisy mogą się stać powodem zwiększonej aktywności cyberprzestępców, którzy będą testować, jak firmy są do nich przygotowane.

 Bazując na analizach Trend Micro, stwierdzamy, że coraz więcej cyberprzestępców odchodzi od ataków na oślep i wykonuje bardziej wyrafinowane ataki ukierunkowane, które gwarantują większy zwrot z inwestycji. Można podejrzewać, że część cyberprzestępców będzie chciała wyłudzić pieniądze od przedsiębiorców, starając się określić, jak dużą karę będą oni musieli zapłacić za naruszenie przepisów, a następnie zażądać okup w wysokości nieco niższej niż ta kara – mówi Michał Przygoda.

Prawie połowa Polaków jest aktywna fizycznie raz w tygodniu, a 30 proc. trzy razy w tygodniu. Do uprawiania sportu motywuje ich głównie zdrowie

Prawie połowa Polaków jest aktywna fizycznie raz w tygodniu, a 30 proc. trzy razy w tygodniu. Do uprawiania sportu motywuje ich głównie zdrowie 5

Polacy coraz bardziej przekonują się do aktywności fizycznej. Blisko połowa uprawia sport raz w tygodniu, a 30 proc. – nawet trzy razy w tygodniu – wynika z raportu MultiSport Index. Grupa osób aktywnych fizycznie różni się ze względu na podejście i motywację do uprawiania sportu. Blisko 7,5 mln Polaków traktuje ruch jako sposób na zachowanie zdrowia oraz formę relaksu. Dla prawie 6 mln osób aktywność to sposób na utrzymanie lub poprawę sylwetki. Ponad 3 mln preferuje sporty zespołowe. 

– Jak wynika z badania MultiSport Index 2018, 62 proc. Polaków deklaruje, że jest aktywnych fizycznie przynajmniej raz w miesiącu. To dużo, jednak musimy pamiętać o tym, że ponad 30 proc. społeczeństwa nie jest w ogóle aktywna, a to bardzo niepokojący wynik. Jeśli weźmiemy pod uwagę zalecenia WHO dotyczące codziennej aktywności fizycznej, nawet wspomniane wcześniej 62 proc. Polaków nie ćwiczy wystarczająco często. To ważne abyśmy nie tylko rozmawiali o aktywności, lecz także podejmowali konkretne działa mobilizujące do ruchu nasze społeczeństwo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Radzki, członek zarządu Benefit Systems.

Trend bycia fit, slim oraz healthy zyskuje na popularności. Z raportu Indeks MultiSport 2018, który powstał przy współpracy Benefit Systems i Kantar TNS, wynika, że większość Polaków uważa się za aktywnych fizycznie i przynajmniej raz w miesiącu spacerują, jeżdżą na rowerze, biegają, ćwiczą na siłowni czy w klubie fitness. Rośnie też odsetek Polaków, którzy spędzają aktywnie czas raz w tygodniu.

– Aktywność fizyczna Polaków w tej chwili stoi na niezłym poziomie, jednak w porównaniu do krajów skandynawskich dopiero raczkujemy, więc mamy bardzo dużo do zrobienia. Na szczęście rośnie grupa ludzi aktywnych, co wiąże się z poprawą świadomości Polaków – ocenia Julita Kotecka-Nerek, aktywna biegaczka, trenerka personalna oraz fizjoterapeutka.

Zdaniem ekspertów, choć sytuacja jest coraz lepsza, to wciąż jednak daleka od ideału. Światowa Organizacja Zdrowia zaleca przy aktywności fizycznej stosowanie zasady 3 x 30 x 130, czyli aktywność minimum trzy razy w tygodniu po 30 minut z tętnem na poziomie 130 uderzeń na minutę.

– Taki poziom aktywności fizycznej obserwujemy u około 30 proc. ludzi w Polsce, czyli mamy aż 70 proc. osób, które nie potrafią podejmować aktywności fizycznej w takim wymiarze, który gwarantowałby im odpowiedni poziom zdrowia – tłumaczy dr Janusz Dobosz z Narodowego Centrum Badania Kondycji Fizycznej.

Do aktywności fizycznej każdego motywuje coś innego. Według Indeksu MultiSport grupę osób aktywnych można podzielić na cztery grupy.

– Najliczniejsza grupa, ponad 7 mln ćwiczących Polaków, to grupa rekreacyjna, w której dominują osoby po 40 roku życia dbające o zdrowie. Wybierają najczęściej bieganie, jazdę na rowerze czy pływanie, które nie wymagają dużego nakładu finansowego – wskazuje Michał Będźmirowski, doktor nauk społecznych i twórca bloga Modny Tata.

Blisko 6 mln osób, czyli 28,6 proc. aktywnych Polaków, to grupa „Być fit!”. To osoby, które aktywność traktują jako sposób na utrzymanie lub poprawę sylwetki. Są skłonne na realizację swojego celu wydać pieniądze. To potencjalni użytkownicy obiektów sportowych, a ich liczba dynamicznie rośnie.

– Trzecia grupa to „Kumple z boiska”. To osoby, dla których zdrowie w hierarchii wartości nie zajmuje pierwszej pozycji. Przede wszystkim chodzi im o rywalizację sportową i zabawę. Nakłady finansowe nie są znaczące, wystarczy piłka i paru kolegów. To bardzo fajne, szczególnie jeśli chodzi o młodzież, bo w dzisiejszych czasach mamy problem, żeby aktywizować młodych Polaków – mówi Michał Będźmirowski.

Najmniej liczny segment – „Pro-amator” (ok. 3 mln) – stanowią najbardziej zaawansowane osoby, które w imię aktywności są skłonne do poświęceń. Nie odstraszają ich wczesne pobudki czy zła pogoda. To grupa, która rośnie w siłę, o czym świadczy m.in. popularność imprez biegowych i maratonów.

Najbardziej aktywni fizycznie są przeważnie ludzie młodzi, wykształceni, z dużych miast oraz osoby uczące się – to właśnie uczniowie i studenci stanowią ok. 20 proc. osób aktywnych fizycznie czy sportowo. O regularny wysiłek dba też zdecydowana większość osób z wyższym wykształceniem (76 proc.).

– Tam, gdzie mamy lepiej wykształcone osoby, lepiej sytuowane, mieszkające w bardziej zurbanizowanych miejscowościach, tam aktywność fizyczna jest wyższa. Głównie wykształcenie i dostęp do infrastruktury grają rolę – ludzie potrafią przekładać wiedzę, jaką dysponują na temat zdrowia, na swoje codzienne zachowania – przekonuje dr Janusz Dobosz.

Jak pokazuje MultiSport Index, na aktywność fizyczną wpływa także stopień zamożności. Wśród mało aktywnych osób dużo jest tych z najniższymi dochodami, którzy tłumaczą się brakiem środków na sport.

– Wiąże się to z dostępnością różnych zajęć sportowych, ale nie powinna być to wymówka, dlatego że równie dobrze możemy po prostu założyć buty na nogi i ruszyć w trasę. Bieganie i jogging to sporty dostępne dla wszystkich. Poza tym jest bardzo dużo otwartych treningów, ludzie mają w tej chwili ogromne możliwości, żeby wziąć udział w zajęciach z trenerem – przekonuje Julita Kotecka-Nerek.

Dwie trzecie osób korzystających z obiektów sportowych za nie płaci, z czego ponad połowa decyduje się na abonamenty lub karnety. Niemal co piąta osoba korzysta z kart typu MultiSport.

– Misją Benefit Systems jest wspieranie aktywności sportowej Polaków, dlatego prowadzimy działania dla trzech grup – dla dzieci, aby od najmłodszych lat kształtować dobre postawy związane z aktywnością, dla osób pracujących, to największa grupa, bo już prawie milion Polaków ma kartę MultiSport i dzięki niej mogą być aktywni sportowo, oraz dla seniorów, dla których przygotowaliśmy – na razie pilotażowy – program w Warszawie i Krakowie – podkreśla Adam Radzki.

Studenci coraz chętniej podejmują staże. O ile są płatne i związane z ich wykształceniem

Studenci coraz chętniej podejmują staże. O ile są płatne i związane z ich wykształceniem 6

Ponad 60 proc. studentów chce zdobyć doświadczenie jeszcze podczas studiów. Jednak tylko nieco ponad połowa pracujących studentów miała styczność z branżą zgodną z ich wykształceniem – wynika z raportu „Student w pracy 2018”. Zdobywanie doświadczeń zawodowych w czasie studiów może się okazać w przyszłości kartą przetargową podczas rozmowy o pracę. Studenci coraz chętniej podejmują staże, ale ważne dla nich jest to, żeby były płatne. Bezpłatne, niskiej jakości staże stanowią barierę w zrobieniu pierwszego kroku do kariery zawodowej – ocenia Marian Owerko, wiceprezes Polskiej Rady Biznesu.

Studenci chcą pracować w czasie wakacji, chcą odbywać staże. Po drugie, chcą pracować w swoim zawodzie, czyli zgodnie ze swoim kierunkiem studiów. Nie chcą już pracować za darmo, ale dostawać za to wynagrodzenie, aby utrzymać się w czasie wakacji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marian Owerko, wiceprezes Polskiej Rady Biznesu.

Jak wynika z badania „Student w pracy 2018”, przeprowadzonego przez agencję SW Research na zlecenie programu Kariera Polskiej Rady Biznesu, 64 proc. studentów zależy na zdobyciu doświadczenia w branży jeszcze podczas studiów. Polscy studenci są też aktywni zawodowo – 68 proc. spośród pracujących studentów ma na swoim koncie więcej niż jedną pracę. Problemem jest jednak oferta zgodna z ich wykształceniem. Zdecydowana większość (86 proc.) pracuje albo pracowało chociaż raz w zawodzie niezwiązanym z ich branżą, a tylko 56 proc. miało styczność z pracą w swoim zawodzie. 65 proc. deklaruje, że zależy im na stażu zgodnym z zainteresowaniami i wykształceniem.

Studenci chcą, by program był dobrze przygotowany. Oczekują, że stażysta będzie miał opiekuna, który będzie go prowadził przez okres praktyk. Oczekują, że dostaną za staż wynagrodzenie. Nie jest to tylko wynikiem ich fanaberii ekonomicznych, ale po prostu pozwala im to utrzymać się w mieście podczas odbywania stażu – wymienia Marian Owerko.

Doświadczenie zawodowe zdobyte w czasie studiów może być kartą przetargową podczas rozmowy o pracę. Pracodawcy chętnie zatrudniają osoby aktywne, które mają już pierwsze doświadczenia zawodowe, nawet jeśli nie są związane z branżą. Jednak problemem są wciąż bezpłatne staże. Z badania „Student w pracy 2018” wynika, że tylko co czwarty młody człowiek otrzymywał pieniądze w czasie praktyk.

Większość studentów nie podejmuje jednak stażu, jeżeli nie otrzymuje wynagrodzenia. Około 30 proc. studentów zadowala się wynagrodzeniem między 2–3 tys. zł, podobna grupa wynagrodzeniem między 3–4 tys. zł, a pozostali oczekują wynagrodzenia za staż powyżej 5 tys. zł – mówi wiceprezes Polskiej Rady Biznesu.

Najwięcej, bo ponad połowa studentów, zarabia 2–3 tys. zł miesięcznie, ale co piąty może liczyć na tysiąc złotych lub mniej. 14 proc. studentów zarabia powyżej 5 tys. zł.

Szansą dla młodych ludzi jest program Kariera Polskiej Rady Biznesu, gdzie studenci mają gwarancję, że otrzymają wynagrodzenie w takiej kwocie, która pozwoli im na samodzielne utrzymanie się w mieście podczas odbywania stażu (przynajmniej 2,5 tys. zł). Co czwarta osoba po zakończeniu stażu otrzymuje propozycję zatrudnienia.

W ramach 15. edycji programu Kariera prowadzimy rekrutację na sto miejsc stażowych w trzydziestu jeden spółkach członkowskich PRB – wskazuje Marian Owerko. – Każda z naszych firm jest dobrze przygotowana do prowadzenia stażu, ma swojego opiekuna. Staramy się też, żeby zarządzający organizacją, czyli prezes, był przynajmniej jeden dzień do dyspozycji studenta.

Do programu można się zgłaszać do końca maja, a rekrutacje potrwają do 30 czerwca. Zgłaszać mogą się osoby na III roku studiów licencjackich i studenci III–V roku studiów magisterskich. Staż mogą też odbyć absolwenci oraz studenci studiów uzupełniających.

Rynek biurowy wciąż rośnie. Napędza go rozwój centrów usług wspólnych

Rynek biurowy wciąż rośnie. Napędza go rozwój centrów usług wspólnych 7

Polska jest jedną z najbardziej atrakcyjnych lokalizacji dla centrów usług wspólnych, a rozwój tego sektora napędza rynek nieruchomości biurowych. W ubiegłym roku zarówno podaż, jak i popyt na nowe biura były rekordowe. Ze względu na wysoką konkurencję deweloperzy sięgają po coraz to nowe sposoby na przyciąganie najemców.

– Polska jest najchętniej wybieraną lokalizacją dla firm z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Jesteśmy już nie tylko solidni i niedrodzy, lecz także staliśmy się dostawcą wyspecjalizowanych usług dla tak wymagającego sektora jak sektor finansowy czy sektor IT. Mamy świetnie wyszkolonych i zmotywowanych do pracy ludzi oraz duże zasoby powierzchni biurowej. Za sukcesem Polski jako lidera w sektorze BSS stoi również kulturowa bliskość do rynków macierzystych, łatwa dostępność oraz satysfakcjonujący poziom życia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sylwia Piechnik, head of office leasing w spółce EPP inwestującej w sektorze nieruchomości komercyjnych na terenie całej Polski.

Polska jest jednym z najbardziej dynamicznie rosnących rynków dla BPO/SSC – nie tylko w regionie, lecz także na całym świecie. Jak wynika z ostatniego raportu ABSL za 2017 rok, na polskim rynku jest już 1 078 takich inwestycji, z których 748 to centra zagraniczne. W sumie zatrudniają one 244 tys. pracowników, a z szacunków wynika, że do 2030 roku ich liczba wzrośnie do 300 tys.

Sektor usług wspólnych to kluczowy czynnik, który napędza polski rynek biurowy. Jak wynika z danych firmy doradczej JLL, w ubiegłym roku urósł on o 736 tys. mkw. nowej powierzchni.

– Warszawa jest największym rynkiem biurowym nie tylko w Polsce, lecz także w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Oferując ponad 5 mln mkw. powierzchni biurowej, jest w stanie zaspokoić potrzeby nawet najbardziej wymagających najemców. Ponad 20 lat historii rynku biurowego w Warszawie zaowocowało dosyć zdefiniowaną koncentracją powierzchni biurowych w określonych dzielnicach. Obecnie dosyć mała podaż nowych terenów inwestycyjnych w centrum miasta skutkuje coraz większą liczbą projektów wysokościowych. Warszawa już niedługo będzie mogła się poszczycić najwyższym biurowcem w Europie – mówi Sylwia Piechnik.

Nowym trendem na rynku są analizy i badania preferencji pracowników, które pomagają zaaranżować przestrzeń tak, aby była przyjemnym miejscem pracy, gdzie w przerwach można się również zrelaksować. Zwłaszcza że – jak wynika z raportu Leesman Index – prawie 90 proc. pracowników biurowych deklaruje, że wygląd i funkcjonalność miejsca pracy mają dla nich duże znaczenie.

– Sektor nowoczesnych usług dla biznesu rozwija się w Polsce bardzo dynamicznie właśnie w miastach regionalnych, co ma bezpośredni wpływ na wzrost rynków biurowych w tych regionach. Obecnie mamy około 4 mln mkw. powierzchni biurowej w takich miastach jak Kraków, Wrocław, Poznań, Katowice czy Łódź. Ostatnio obserwujemy duże zainteresowanie inwestorów rynkami rozwijającymi się, głównie jest to podyktowane chęcią poszukiwania nowego pracownika. Przed takimi miastami jak Szczecin, Kielce, Rzeszów, Radom czy Bydgoszcz stoją nowe wyzwania i popyt na nowe powierzchnie biurowe jest tam kreowany – mówi Sylwia Piechnik.

Jak wynika z analiz JLL, na koniec 2017 roku zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Polsce wyniosły 9,7 mln mkw., z czego blisko 4,4 mln mkw. przypadło na główne rynki poza Warszawą. W realizacji jest blisko 2 mln mkw. powierzchni, z czego 1,1 mln mkw. powstaje na rynkach regionalnych. W ubiegłym roku zarówno podaż, jak i popyt na powierzchnie biurowe był rekordowy, w tym roku ten trend powinien się utrzymać.

– Z badań wynika, że ponad 80 proc. firm z sektora BSS zadeklarowało rozwój w najbliższych latach, co może oznaczać niesłabnący popyt na powierzchnie biurowe w Warszawie i miastach regionalnych. Jesteśmy nadal bardzo chętnie i często wybieraną lokalizacją dla tego typu usług. W rezultacie polski rynek biurowy staje się coraz bardziej wyspecjalizowany, a dostępne na nim projekty biurowe są coraz lepsze – mówi Sylwia Piechnik.

Droga firm do gospodarki obiegu zamkniętego

Gospodarka o Obiegu Zamkniętym (GOZ), czy też gospodarka cyrkularna to temat, o którym coraz więcej się mówi. Brakuje jednak konkretnych wskazówek, co należy zmienić, aby biznes włączył się w realizacje założeń tej idei. Instytut Innowacyjna Gospodarka przygotował raport „W kierunku gospodarki cyrkularnej – rekomendacje rozwoju i implementacji praktycznych rozwiązań dla biznesu”, który pokazuje konkretne rozwiązania przybliżające osiągnięcie tego celu. Podczas debaty towarzyszącej publikacji raportu, Paweł Herman ze Stena Recycling zaprezentował, w jaki sposób optymalizacja obiegu odpadów może przekonać biznes do Gospodarki Obiegu Zamkniętego.

Raport został przygotowany i przedstawiony po półrocznym cyklu spotkań przedstawicieli organizacji pozarządowych i branżowych, izb gospodarczych, przedsiębiorstw, uczelni i władz publicznych. Jego prezentacji towarzyszył panel dyskusyjny z reprezentantami biznesu.

Firmy dzieliły się swoimi doświadczeniami z zakresu przeciwdziałania marnotrawieniu żywności, zwiększania poziomu recyklingu i odzysku opakowań oraz elektroodpadów. Poruszono też kwestię budowania modeli finansowania inwestycji infrastrukturalnych, wspierających GOZ przy pomocy partnerstwa publiczno-prywatnego. Podkreślono także, że gospodarka odpadami jest najprostszą drogą do wdrażania przez firmy cyrkularnego modelu prowadzenia działalności.

– W niektórych firmach gospodarowanie odpadami jest dużym obciążeniem. Optymalizacja procesów związanych z tym obszarem, w duchu zrównoważonego rozwoju, może przekonać firmę do wdrożenia modelu cyrkularnego w całym przedsiębiorstwie. Aby było to możliwe trzeba spojrzeć na proces obiegu odpadów całościowo, od momentu zaprojektowania produktu aż po jego recykling – mówił Paweł Herman, ekspert Stena Recycling.

– W dzisiejszych czasach nie jest sztuką stworzyć nowy produkt. Wyzwaniem są rodzaje i ilość odpadów wytwarzanych w procesie produkcji oraz możliwość poddania produktu powtórnemu przetworzeniu w jak najwyższym stopniu. Do tego dochodzą: sortowanie u źródła, efektywna logistyka wewnętrzna i transport odpadów. Jednak, aby zmiana modelu biznesowego na cyrkularny była opłacalna dla firm, musi być większa świadomość społeczna, a nie tylko zmiany w środowisku przedsiębiorców – przekonywał Paweł Herman.

Dlatego pierwszym krokiem w optymalizacji procesu gospodarowania odpadami powinno być projektowanie dla recyklingu. Uwzględnienie już na etapie powstawania produktu tego jak połączone będą jego poszczególne elementy i czy łatwo będzie można je rozdzielić oraz przetworzyć. To może zredukować późniejsze koszty, zmniejszyć ilość odpadów i ułatwić odzysk.

Ten proces już się rozpoczął – konsumenci doceniają zrównoważone działania biznesu. Jak wskazują badania Stena Recycling (2017) aż 69% mieszkańców Polski chciałoby aby ich ulubione produkty były zaprojektowane i wytworzone według idei GOZ. Podobnie jest z gotowością do zmiany ulubionego produktu na taki, który wyprodukowano zgodnie ze zrównoważonymi zasadami – deklaruje ją 65% respondentów. Jednak, aby deklaracje mogły przełożyć się na konkretne wybory, konieczna jest edukacja społeczeństwa i pokazywanie gospodarki cyrkularnej w szerszej perspektywie.

Zdaniem Pawła Hermana zmianie powinno ulec również prawo. Właściwa legislacja, która uporządkowałaby dotychczasowe przepisy i przestawiła całą gospodarkę na nowe tory. W dzisiejszych czasach prawo nie zawsze nadąża za tym, co proponuje gospodarka cyrkularna, a przez to opóźnia jej wdrażanie. To kolejny ważny czynnik. Bez tych dwóch elementów, świadomego społeczeństwa i sprzyjającemu GOZ prawa, wysiłki biznesu mogą okazać się nietrwałe.

Podejrzenie unikania opodatkowania nie stoi na przeszkodzie w uzyskaniu interpretacji podatkowej

Od ponad 1,5 roku obowiązują art. 119a–119f Ordynacji podatkowej pozwalające organom podatkowym na zakwestionowanie czynności dokonywanych przez podatników, jeśli uznają, że czynności te mają charakter sztuczny i zmierzają jedynie do osiągnięcia korzyści podatkowej. Organy, powołując się na te regulacje i odmawiając podatnikom wydania interpretacji podatkowych, nie biorą jednak pod uwagę przesłanek wyłączających stosowanie klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania. Niedawno sąd administracyjny opowiedział się po stronie podatników.

Kiedy organ może odmówić wydania interpretacji?

Zgodnie z obowiązującym od 1 stycznia 2017 r. art. 119a Ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. Ordynacja podatkowa, „czynność dokonana przede wszystkim w celu osiągnięcia korzyści podatkowej, sprzecznej w danych okolicznościach z przedmiotem i celem przepisu ustawy podatkowej, nie skutkuje osiągnięciem korzyści podatkowej, jeżeli sposób działania był sztuczny i zmierza do unikania opodatkowania. W takiej sytuacji skutki podatkowe czynności określa się na podstawie takiego stanu rzeczy, jaki mógłby zaistnieć, gdyby dokonano czynności odpowiedniej. W świetle ustawy za odpowiednią uznaje się czynność, której podmiot mógłby w danych okolicznościach dokonać, jeśli działałby rozsądnie i kierował się zgodnymi z prawem celami innymi niż osiągnięcie korzyści podatkowej sprzecznej z przedmiotem i celem przepisu ustawy podatkowej”. To klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania, którą posługują się m.in. organy wydające interpretacje podatkowe, odmawiając podatnikom ich wydania, jeśli wystąpi podejrzenie, że planowana czynność spełnia wyżej wymienione kryteria.

Z przytoczonego fragmentu art. 119a Ordynacji podatkowej wyraźnie wynika, że kryteria klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania są w znaczącym stopniu oceniane i pozostawiają organom dużo swobody interpretacyjnej, co naturalnie skutkuje sporami podatników z fiskusem. Przepisy określają szereg przesłanek wyłączających stosowanie klauzuli. Jedna z nich dotyczy sytuacji, w której korzyść podatkowa z tytułu czynności nie przekracza 100 tys. zł. Jednak, Organy dokonując oceny, czy w danej sprawie zachodzi ryzyko unikania opodatkowania, w wielu przypadkach poprzestawały na zasięgnięciu opinii ministra finansów (obecnie Szefa Krajowej Administracji Skarbowej). Jeśli minister finansów uznał, iż w danej sprawie istnieje uzasadnione przypuszczenie, że stan faktyczny lub przyszłe zdarzenie objęte wnioskiem o interpretację może zostać objęte klauzulą przeciwko unikaniu opodatkowania, to organy odmawiały podatnikom wydania interpretacji, nie analizując samodzielnie tego, czy wystąpiły przesłanki wyłączenia klauzuli w konkretnej sprawie.

Do niedawna fiskus i sądy administracyjne były jednomyślne

Rozstrzygnięcia fiskusa były oczywiście przedmiotem skarg do wojewódzkich sądów administracyjnych. Do niedawna w sprawach dotyczących stosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania sądy administracyjne konsekwentnie rozstrzygały w sposób niekorzystny dla podatników, uznając, że organy podatkowe mają prawo odmówić wydania interpretacji prawa podatkowego, jeśli zachodzi ryzyko, że planowana czynność zmierza do unikania opodatkowania i ma charakter sztuczny. Na przykład w wyroku z dnia 30 maja 2017 r. (sygn. I SA/Po 493/17) Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu przyznał rację fiskusowi, stwierdzając, że „Podatnik zamierzający podjąć działania, co do których istnieje podejrzenie, że są podejmowane przede wszystkim w celu osiągnięcia korzyści podatkowej, sprzecznej z przedmiotem i celem przepisu ustawy podatkowej, nie może (…) żądać wydania interpretacji indywidualnej zabezpieczającej te działania przed skutkami ewentualnej weryfikacji przez organy podatkowe”. W rozpoznawanej sprawie organ poprzestał na zasięgnięciu opinii ministra finansów, który uznał, że planowane przez podatnika czynności zmierzające do opodatkowania świadczeń dla pracowników niższą stawką podatku dochodowego od osób fizycznych mają charakter sztuczny i mogą zmierzać do unikania opodatkowania. W oparciu o otrzymane stanowisko organ odmówił wydania interpretacji prawa podatkowego, a słuszność takiego postępowania potwierdził sąd administracyjny. Tym samym sąd uznał, że nie jest konieczne badanie przesłanek zastosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, gdyż samo uzasadnione przypuszczenie organu jest wystarczającym argumentem, by odmówić wydania interpretacji.

Przełom w orzecznictwie sądów administracyjnych

Istotną zmianę w podejściu sądów administracyjnych do omawianego zagadnienia przyniósł wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach z dnia 28 września 2017 r. (sygn. I SA/Gl 497/17). Skład orzekający w sprawie po raz pierwszy nie zaaprobował postępowania organu podatkowego. Sąd podkreślił, że organy, jeżeli odmawiają wydania interpretacji prawa podatkowego z uwagi na uzasadnione przypuszczenie zastosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, muszą opierać się na informacjach wynikających ze stanu faktycznego (zdarzenia przyszłego) przedstawionego we wniosku o wydanie interpretacji, a nie jedynie na domysłach i wyczuciu, że taka klauzula będzie miała zastosowanie. Jeśli zatem ze złożonego przez podatnika wniosku o wydanie interpretacji nie wynika jednoznacznie, czy w danej sprawie zachodzi uzasadnione podejrzenie zastosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, to – zdaniem sądu – organ ma obowiązek wezwać podatnika do uzupełnienia takiego wniosku i zbadać ewentualne ryzyko wystąpienia takich przesłanek na etapie postępowania interpretacyjnego.

W omawianej sprawie działanie organu było tym bardziej błędne, że na etapie postępowania sądowego podatnik podał, że korzyść podatkowa z zaplanowanej przez niego czynności nie przekroczy 100 tys. zł, a tym samym klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania nie znajdzie zastosowania. Sąd nie podzielił argumentacji organu, iż określenie korzyści podatkowej wynikającej z czynności, wobec której zastosowano klauzulę przeciwko unikaniu opodatkowania, możliwe będzie dopiero w postępowaniu podatkowym. Skład orzekający krytycznie ocenił lakoniczne uzasadnienie odmowy wydania interpretacji, w którym organ ograniczył się jedynie do przytoczenia treści przepisów dotyczących klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowaniu i poprzestał na uzyskaniu równie ogólnej odpowiedzi ministra finansów, nie dokonawszy wnikliwej analizy rozpoznawanej sprawy. Konsekwencją wymienionych uchybień było uchylenie postanowień organów interpretacyjnych obu instancji.

Podatnik ma prawo polemizować z organem podatkowym

Omawiany wyrok pokazuje, że każdorazowe stosowanie klauzuli o przeciwdziałaniu unikaniu opodatkowania musi być poprzedzone wnikliwą analizą przesłanek przemawiających zarówno za jej zastosowaniem, jak i za wyłączeniem jej stosowania. Organy muszą wykazać się wnikliwością, jeśli chodzi o analizę zasadności tych przesłanek. Wszelkie ich uchybienia mogą być zaskarżone do sądu administracyjnego.

Trzeba pamiętać, że odmowa wydania interpretacji prawa podatkowego, a zatem odmowa rozstrzygnięcia przyszłej sytuacji prawnej podatnika przez organy, nie oznacza, że jest on definitywnie pozbawiony swojego prawa. Zmiana podejścia sądów administracyjnych, widoczna m.in. w cytowanym wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach, pokazuje, że nie należy rezygnować z obrony swojego stanowiska i zawsze warto polemizować z organami podatkowymi, które się z nim nie zgadzają.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Lira osłabia się mimo wysiłków CBRT

Polski złoty ostatnimi czasy wykazuje się słabością w relacji do głównych walut. Wyprzedaż polskiej waluty to jednak nic w porównaniu z wyprzedażą innych walut rynków wschodzących.

Wczorajszy dzień dla liry tureckiej można określić mianem rollercoastera. Wyprzedaż liry w relacji do dolara w pierwszej części dnia dochodziła do 5,5%. Spadki na lirze były konsekwencją pogorszenia nastrojów na rynku, do których doszło m.in. w następstwie wtorkowej publikacji komentarza agencji Fitch, która wyraziła zaniepokojenie w kwestii niezależności Centralnego Banku Turcji (CBRT) i zasugerowała, że profil wiarygodności kredytowej kraju może ulec pogorszeniu (parafrazując: docelowo może dojść do obniżki ratingu).

Centralny Bank Turcji przez dłuższą chwilę milczał, po czym, podczas zwołanego nadzwyczajnego posiedzenia zdecydował się podnieść najważniejszą obecnie stopę LLW (późnego okna płynnościowego) o 300 punktów bazowych, z poziomu 13,5 do 16,5%. Tym samym realnie wyraźnie wzrosły koszty kredytu w Turcji (bo Bank dokonuje pożyczek, opierając się praktycznie wyłącznie na stopie LLW). W konsekwencji decyzji kurs USD/TRY natychmiast osłabił się o 6,5%, a lira odrobiła wszystkie straty z pierwszej części dnia.

Nie wiadomo na jak długo wysiłki CBRT okażą się skuteczne. Przyszłość tureckiej waluty nadal rysuje się w czarnych barwach. Dziś inwestorzy również wyprzedają lirę, od początku dnia w relacji do dolara amerykańskiego straciła niemal 3%, a to nawet pomimo porannej słabości dolara względem innych walut.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,28-4,32. Wspólna waluta nieco zyskiwała w parze ze złotym, dość wyraźnie traciła jednak w relacji do głównych walut, w tym w szczególności w parze z dolarem amerykańskim. Oprócz siły USD wspólnej walucie nie sprzyjały również dane gospodarcze oraz utrzymujące się obawy względem sytuacji na południu Europy.

Wczorajsze, wstępne odczyty PMI za maj rozczarowały. Praktycznie wszystkie najważniejsze indeksy wypadły gorzej od oczekiwań. Co istotne, najbardziej wyraźny jest spadek aktywności gospodarczej w wiodących europejskich gospodarkach (Niemczech, Francji). Poziomy indeksów PMI nadal są stosunkowo wysokie i sugerują ekspansję sektorów, jednak ich spadki następują bardzo szybko i są kontynuowane. Szczególnie rozczarowuje aktywność w sektorze usług, we wspomnianej Francji indeks ją mierzący spadł z poziomu 57,4 do 54,3.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę wzrósł o 0,5%, wahając się w widełkach 4,88-4,92. Funt umacniał się w parze ze złotym, jednak indeks GBP wczorajszy dzień zakończył na minusie.

Oprócz czynników z zewnątrz (przede wszystkim: siły USD), funta nie wspierały również informacje z kraju. Wczorajszy dzień przyniósł mieszane dane inflacyjne: mocniej od oczekiwań spadła inflacja bazowa, sam indeks CPI natomiast pozostał na tym samym poziomie, co miesiąc wcześniej.

Dzisiejszy dzień przynosi więcej optymizmu: na plus zaskoczyły dane o brytyjskiej sprzedaży detalicznej w kwietniu. Sprzedaż rosła o 1,6% w porównaniu z poprzednim miesiącem (dynamika w kwietniu miała być o połowę mniejsza) , wyraźnie rósł również indeks bazowy. W górę poszły też szacunki z poprzedniego miesiąca.

Wyższy wzrost sprzedaży jest pokłosiem m.in. lepszej pogody, która w kwietniu sprzyjała stacjonarnym zakupom. Do zwiększenia konsumpcji Brytyjczyków zachęca również wzrost płac, który – w związku z przyspieszeniem tempa dynamiki zarobków, jak i spadkiem inflacji – jest obecnie dodatni. Brytyjczycy mają w portfelach więcej pieniędzy, które mogą przeznaczyć właśnie. na konsumpcję.

USD

Kurs USD/PLN w środę wzrósł aż o 1,1%, wahając się w widełkach 3,63-3,69. Amerykańska waluta wczoraj kontynuowała wzrost w relacji tak do złotego, jak i w relacji do głównych walut.

Amerykańskiego dolara wspierała poprawa sentymentu, sprzyjało jej również osłabienie euro. Dane gospodarcze ze Stanów Zjednoczonych również nie zaszkodziły – w przeciwieństwie do europejskich, amerykańskie indeksy aktywności biznesu nie zawiodły, a były lepsze od oczekiwań.

Co tyczy się najbardziej wyczekiwanej publikacji wczorajszego dnia, czyli “minutek” z ostatniego spotkania FOMC, one również nie zawiodły, nie przyniosły jednak też wiele nowego. Z zapisu ostatniego posiedzenia wynika, że większość członków banku centralnego nie obawia się wyraźnie wyższej inflacji, niemniej FOMC nadal wspiera kolejne podwyżki stóp procentowych. Zgodnie z szacunkami inwestorów na rynku futures, do następnego wzrostu kosztów pieniądza powinno dojść już w czerwcu.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:30 – publikacja protokołu z posiedzenia EBC
  • 14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA
  • 16:00 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w kwietniu
  • 16:35 – przemawia Raphael Bostic z FOMC
  • 19:00 – przemawia prezes BoE, Mark Carney
  • 20:00 – przemawia Patrick Harker z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Lawinowo rośnie liczba postępowań karnych skarbowych

W 2018 r. liczba wszczętych wobec menedżerów firm postępowań karnych skarbowych z głównych artykułów Kodeksu karnego skarbowego może wynieść nawet 100 tys. W porównaniu z 2017 r. będzie stanowiło to wzrost o ponad 50% – szacują eksperci firmy doradczej PwC.

Z analizy PwC wynika, że w ostatnich latach liczba postępowań z Kodeksu karnego skarbowego (KKS) dynamicznie rośnie. Organy administracji skarbowej coraz częściej wszczynają tego typu postępowania wobec menedżerów firm ich właścicieli. W 2017 r. liczba takich spraw wyniosła ok. 65 tys., a zgodnie z szacunkami ekspertów PwC w tym roku może wzrosnąć nawet do 100 tys.

Jednym z przejawów zwiększonej aktywności zreformowanego w formie KAS aparatu skarbowego jest zwiększona liczba wszczynanych i prowadzonych karnych skarbowych postępowań przygotowawczych. Ryzyko sankcji osobistej, dawniej rzadko stosowane w praktyce, w dzisiejszej rzeczywistości staje się jednym ze skutecznie wykorzystywanych instrumentów prawnych w walce o uszczelnienie systemu podatkowego. Stanowi przy tym wyzwanie w wewnętrznym zarządzeniu bezpieczeństwem podmiotów wszystkich podatników funkcjonujących w Polsce i podlegających aktywności kontrolnej fiskusa. – Jan Tokarski, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC

Eksperci PwC zwracają uwagę, że postępowania z KKS coraz częściej są wszczynane równolegle do postępowań podatkowych. Co to oznacza dla menedżerów i przedsiębiorców? Przede wszystkim zwiększone ryzyko sankcji finansowych, które mogą zostać na nich nałożone. Mowa tu karach w wysokości nawet do kilkudziesięciu milionów złotych.

Dodatkowo, organy ścigania znacznie częściej stosują zabezpieczenia na majątku osobistym właścicieli i członków zarządów, takie jak przymusowe hipoteki na nieruchomości lub blokada rachunków bankowych.

Organy celno-skarbowe wykorzystują od dawna istniejące narzędzia do uszczelniania systemu podatkowego. W toku prowadzonych postępowań podatkowych fiskus nie tylko gromadzi dowody służące uzasadnieniu błędów w rozliczeniach podatkowych, ale dużą energię wkłada w identyfikację osób odpowiedzialnych za powstałe nieprawidłowości. W konsekwencji oprócz nakładania określonych sankcji, stawia także zarzuty karne członkom zarządów, odpowiedzialnym za rozliczenia podatkowe. Należy przy tym pamiętać, że te ryzyka są dla przedsiębiorców dużo bardziej istotne, bowiem konsekwencje z tego wynikające materializują się w wyroku skazującym sądu karnego, nie tylko w postaci dodatkowej kary finansowej nakładanej na osobę fizyczną – sprawcę, ale również w formie kary ograniczenia lub pozbawienia wolności oraz np. zakazu pełnienia funkcji w organach spółek prawa handlowego. Z tej perspektywy niezwykle istotnym stało się konsekwentne przedstawianie pozytywnych okoliczności związanych z kwestionowanym zagadnieniem gospodarczym, przede wszystkim w kontekście osobistej odpowiedzialności karnej lub karnej skarbowej. – Marcin Ginel, wicedyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC
Kolejne zmiany na horyzoncie

Do tej pory postępowania karne skarbowe były wszczynane głównie w sprawach związanych z podatkiem VAT. Zdaniem ekspertów PwC w najbliższym czasie będziemy obserwować zmianę w tym zakresie i większe zainteresowanie organów ścigania również podatkiem CIT.

Istotne są również przygotowywane zmiany w dotychczasowych przepisach. Obecnie trwają prace nad nowelizacją Kodeksu karnego skarbowego, przewidujące m.in. ograniczenie możliwości odstąpienia od wymierzenia kary. Na nowelizację czeka także ustawa o odpowiedzialności karnej podmiotów zbiorowych – w myśl nowych przepisów kary mają zostać zwiększone do 30 mln zł.

Przychody klubów Ekstraklasy w 2017 r.

Przychody klubów grających w rozgrywkach LOTTO Ekstraklasa wyniosły w 2017 roku 550,4 mln zł. Gdyby jednak doliczyć do tej sumy wpływy z transferów zagranicznych, kwota ta wzrosłaby do 695,6 mln zł. Z raportu firmy doradczej Deloitte „Piłkarska liga finansowa” wynika, że w 2017 roku przychody klubów z działalności transferowej wyniosły 152,6 mln zł, z czego transfery zagraniczne wygenerowały 145,2 mln zł. Liderem rankingu pod względem przychodów pozostaje niezmiennie Legia Warszawa.

– Kolejny rok z rzędu roczne przychody klubów Ekstraklasy przekraczają poziom 0,5 mld zł. Ubiegłoroczny wynik był co prawda nieco gorszy niż w 2016 roku, ale trzeba uwzględnić fakt, że ze względu na śladowy udział polskich drużyn w rozgrywkach europejskich znacznie zmniejszyły się wpływy z tytułu praw telewizyjnych wypłacane przez UEFA – mówi Marcin Diakonowicz, Partner, Lider Sports Business Group Deloitte. To spowodowało, że łączne przychody klubów Ekstraklasy zmniejszyły się o 5 proc. rok do roku. Wyłączając jednak ze statystyk wpływy z Ligi Mistrzów, które w 2016 roku wyniosły 93,2 mln zł, a w 2017 r. 25 mln zł, przychody klubów Ekstraklasy wzrosły o 39,6 mln zł i wyniosły w ub. roku 525,4 mln zł.

Odnotowany wzrost wyników na rynku krajowym w 2017 r. był efektem rekordowych przychodów komercyjnych w wysokości 269,7 mln zł i z kategorii „dzień meczu”, które wyniosły 95,7 mln zł. – Przychody z dnia meczu wzrosły dzięki awansowi do rozgrywek Ekstraklasy Górnika Zabrze oraz wzrostowi przychodów w tej kategorii w Lechu Poznań. Wzrost przychodów komercyjnych wynikał głównie z dobrej współpracy Śląska Wrocław z władzami tego miasta oraz zwiększenia przychodów komercyjnych Jagiellonii Białystok – mówi Przemysław Zawadzki, Dyrektor w Dziale audytu, ekspert Sports Business Group Deloitte.

Po raz pierwszy w historii raport Deloitte zawiera również informacje na temat przychodów z tytułu transferów. W ubiegłym roku wyniosły one 152,6 mln zł, z czego 145,2 mln zł był to efekt transferów zawodników do klubów zagranicznych. W roku 2017 najwyższe przychody z tytułu transferów krajowych i zagranicznych zanotował Lech Poznań. W przypadku Kolejorza było to 56 mln zł. Na drugim miejscu znalazła się Legia Warszawa z wpływami na poziomie 34 mln zł. Trzecia w kolejności Lechia Gdańsk może się pochwalić 22,7 mln zł.

Na pozycji lidera bez zmian

Legia Warszawa pod względem finansowym dominuje w Ekstraklasie od 2011 roku. Tym razem tegoroczny Mistrz Polski osiągnął w 2017 roku łączne przychody na poziomie 138,3 mln złotych. W 2016 roku było to 207,4 mln zł. Spadek wynika przede wszystkim z braku awansu do fazy grupowej UEFA Champions League.

Drugie miejsce pod względem przychodów zajął ponownie Lech Poznań. Klub ten odnotował w 2017 r. wzrost wpływów do 65,8 mln zł, czyli o 19 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Różnica ta wynika przede wszystkim z gry w rundach kwalifikacyjnych Ligi Europy i walki o mistrzostwo Polski, co znacząco zmieniło strukturę przychodów Lecha na korzyść przychodów z tytułu transmisji oraz dnia meczowego. Trzecie miejsce w rankingu przychodów Deloitte należy do Lechii Gdańsk. Łączne analizowane przychody w 2017 roku wyniosły w przypadku drużyny z Gdańska 39,9 mln złotych. Kluczową kategorię przychodów klubu z Trójmiasta stanowią przychody komercyjne.

Coraz silniejsza Ekstraklasa

W ubiegłym roku dziewięć klubów poprawiło swoje wyniki finansowe. Największe wzrosty zanotowały Jagiellonia Białystok (15 mln zł), Śląsk Wrocław (12 mln zł) oraz Lech Poznań (11 mln zł). W ciągu jedenastu ostatnich lat łączne przychody klubów Ekstraklasy wyniosły ponad 4 mld zł. Jak długą drogę w tym czasie przebyła najlepsza polska liga piłki nożnej pokazuje fakt, że w 2007 roku jej przychody wyniosły zaledwie 202,5 mln zł, czyli prawie dwa i pół razy mniej niż obecnie. – Przychody wypracowywane przez kluby Ekstraklasy charakteryzuje trend wzrostowy. Systematycznie rosną wpływy uzyskiwane na rynku krajowym i już pracujemy nad rozwiązaniami, które pozwolą lidze zwiększać przychody w kolejnych latach. Najważniejszym projektem będzie proces sprzedaży praw mediowych, który rusza w tym roku. Dodatkowe wpływy ma nam przynieść także nasza autorska aplikacja wpisująca się w nowy trend second screen experience oraz rozgrywki e-sportowe Ekstraklasy, do uruchomienia których intensywnie się przygotowujemy – mówi Marcin Animucki, Prezes Zarządu, Ekstraklasa S.A.

Rezerwy w przychodach komercyjnych

W porównaniu do lig zagranicznych pod względem finansowym polska Ekstraklasa z przychodami na poziomie 129 mln euro w roku 2017 prezentuje się na poziomie porównywalnym np. do ligi szkockiej ze 149 mln euro przychodów oraz austriackiej – 161 mln euro przychodów w sezonie 2015/2016. Wpływy z dnia meczowego w LOTTO Ekstraklasa są wyższe niż w lidze duńskiej, a z transmisji są wyższe niż w lidze szkockiej, austriackiej i szwedzkiej. Różnicę widać w kategorii przychodów komercyjnych. Przed Ekstraklasą stoją możliwości pozyskania dodatkowych środków dzięki większemu zaangażowaniu firm w promowanie swoich marek poprzez sponsoring klubów piłkarskich. Otwarta jest też droga do osiągania większych przychodów z wykorzystania stadionów poza dniem meczu.

Pod względem frekwencji rok 2017 był porównywalny do poprzedniego. Średnio wynosiła ona 9,4 tys. kibiców na mecz ligowy, podczas gdy rok wcześniej było to 9,6 tys. osób. Sześć z szesnastu klubów zanotowało wzrost w tej kategorii. Liderem poprzedniego roku został Lech Poznań, który mógł się pochwalić obecnością średnio ponad 20 tysięcy kibiców na mecz. Na drugim i trzecim miejscu uplasowały się Górnik Zabrze i Legia Warszawa.

Frekwencja na meczach Ekstraklasy jest porównywalna do frekwencji w lidze belgijskiej czy rosyjskiej, a znacznie wyższa niż w wysoko notowanej w rankingu UEFA lidze ukraińskiej czy lidze czeskiej.

Optymalny poziom wynagrodzeń

Zarządzanie poziomem wynagrodzeń nie jest w Europie jednorodne. Przyjmuje się, że optymalny poziom wynagrodzeń w stosunku do przychodów powinien wynosić 60 proc. W przypadku klubów Ekstraklasy w 2017 roku średnia wyniosła 64 proc. (rok wcześniej 59 proc.). Kluby o zbliżonym do optymalnego poziomie wskaźnika wynagrodzeń to: Legia Warszawa, Śląsk Wrocław, KGHM Zagłębie Lubin, Jagiellonia Białystok, Pogoń Szczecin. Z kolei kluby notujące niski poziom tego wskaźnika to: Lech Poznań, Cracovia, Arka Gdynia.

Kluby przekraczające optymalny poziom wskaźnika wynagrodzeń to: Wisła Płock, Lechia Gdańsk, Górnik Zabrze, Korona Kielce, Wisła Kraków, Piast Gliwice i Sandecja Nowy Sącz. Należy jednak zaznaczyć, że Górnik Zabrze i Sandecja Nowy Sącz to kluby, które pół roku w omawianym okresie spędziły w I lidze, co powoduje, że wskaźnik może być nieco zaburzony.

O raporcie:

Raport Deloitte został sporządzony w oparciu o przychody klubów Ekstraklasy, pochodzących z trzech źródeł: z dnia meczu (wpływy ze sprzedaży biletów, karnetów i cateringu), praw do transmisji (uwzględniające również premie za udział w europejskich pucharach) oraz komercyjnych (wpływy reklamowe, sponsoring, sprzedaż gadżetów). Ranking analizuje przychody klubów, które w roku 2017 grały w rozgrywkach Ekstraklasy. Dane pochodzą ze sprawozdań finansowych za rok kalendarzowy 2017. Zostały one dostarczone przez kluby i nie były weryfikowane przez Deloitte. Do porównań z klubami oraz ligami zagranicznymi wykorzystano dane z brytyjskiego raportu Deloitte „Annual Review of Football Finance”.

Indeks Zaległych Płatności Polaków – maj 2018

Spadło tempo przyrostu zaległości konsumentów, wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz bazy BIK.

Suma przeterminowanych zobowiązań zwiększyła się o niecałe 1,24 mld zł, podczas gdy w minionym roku rosła w ciągu kwartału o ponad 2 mld zł. Łączna wartość zaległości Polaków przekroczyła na koniec I kwartału 65,7 mld zł (wzrost 1,9 proc.). O ile suma zaległości powiększyła się wolniej, to jednak liczba niesolidnych dłużników wzrosła znacząco, bo o ponad 176 tys. do 2 691 458 osób (wzrost o 7 proc.). W rezultacie już 85 na 1000 dorosłych mieszkańców Polski nie radzi sobie z obsługą rat kredytów i bieżących rachunków. Tym samym obrazujący to Indeks Zaległych Płatności Polaków wzrósł od końca 2017 r. o 5,6 pkt. – z 79,7 do 85,3 pkt. Już w siedmiu województwach kraju co najmniej co dziesiąta osoba dorosła ma problemy finansowe, a na Ziemi Lubuskiej, Pomorzu Zachodnim i Dolnym Śląsku nawet co dziewiąta. Wskaźnik uwzględnia opóźnienia w spłacie m.in. rat kredytów, pożyczek, rachunków za telefon, internet, telewizję kablową, kar za jazdę na gapę, kosztów sądowych czy też alimentów. Opóźnienia dotyczą min. 200 zł wobec jednego wierzyciela i są przeterminowane o co najmniej 30 dni. Właśnie legislacyjne skrócenie z 60 do 30 dni terminu opóźnienia w spłacie zobowiązania, pozwalającego na wpis do rejestru dłużników Biura Informacji Gospodarczej osoby czy firmy, w dużej mierze przełożyło się na zwiększenie liczby dłużników prezentowanych w tej edycji Raportu InfoDług. Statystyki pokazują jednocześnie, że w przypadku rat kredytowych im krótsze opóźnienie, tym częściej dotyczy niższych kwot, co z kolei wpłynęło na znaczący spadek średniej kwoty zaległości Polaków o 1220 zł do 24 423 zł.

Zadłużona Polska Zachodnia

Indeks Zaległych Płatności Polaków

Ważne liczby

Łączna kwota zaległych zobowiązań kredytowych i pozakredytowych na koniec I kwartału 2018 r., wyniosła 65,7 mld zł. W stosunku do danych z końca grudnia 2017, nieterminowe płatności Polaków odnotowane w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w bazie Biura Informacji Kredytowej powiększyły się o 1,24 mld zł. W ciągu kwartału o 0,97 mld wzrosły zobowiązania pozakredytowe do 36,35 mld zł i o 0,27 mld zł zaległości kredytowe – do 29,38 mld zł.Indeks Zaległych Płatności Polaków 2

Choć wartościowo widoczny jest większy przyrost długów pozakredytowych, to patrząc na udział liczby dłużników, zdecydowanie więcej przybyło ich w bazie BIK. Liczba niesolidnych dłużników pozakredytowych w rejestrze BIG InfoMonitor w I kwartale tego roku wzrosła o 15 743 do 2 051 300 osób, natomiast dłużników niespłacających na czas rat kredytów widocznych w BIK przybyło o 242 417 do 1 193 757 osób. W sumie Polaków posiadających zaległe zobowiązania było na koniec marca 2018 r., w obu bazach 2 691 458. Liczba ta jest mniejsza niż łączna suma dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK, ponieważ 553 599 osób (20,6 proc.) ma jednocześnie źle obsługiwane długi kredytowe i pozakredytowe.

Ujęcie geograficzne średniego zadłużeniaIndeks Zaległych Płatności Polaków 3

Średnia wartość zadłużenia przypadająca na jednego niesolidnego dłużnika w kraju wynosi 24 423 zł. Jeszcze kwartał temu, tj. na koniec grudnia było to 25 643 zł, czyli zmniejszyła się o 1 220 zł. Średnie zaległości różnią się w zależności od regionu. W trzech województwach przekraczają średnią dla kraju: w mazowieckim, gdzie jest to już 31,5 tys. zł na dłużnika, w małopolskim – po 26,8 tys. zł oraz w pomorskim – 25,5 tys. zł. Najmniejsze zaległości mają mieszkańcy woj. warmińskomazurskiego, świętokrzyskiego oraz lubuskiego. Z kolei patrząc już na liczbę osób z zaległymi zobowiązaniami na 1000 dorosłych mieszkańców, w czołówce znajdują się woj. lubuskie i zachodniopomorskie – gdzie jest już po 112 niesolidnych dłużników. Najlepiej prezentują się natomiast woj. podkarpackie, małopolskie i podlaskie.

Przeciętna zaległość w różnych grupach wiekowych

Przeciętna zaległość zmniejszyła się prawie we wszystkich grupach wiekowych z wyjątkiem osób w wieku 18-24 lat, tu bowiem wzrosła o 54 zł w porównaniu z danymi na koniec IV kwartału 2017 r. Największy spadek średniej zaległości odnotowano wśród osób między 35 a 44 rokiem życia – o 1 545 zł oraz w wieku 45–54 lata – o 1 304 zł. Największa średnia zaległość przypada na osoby w wieku 45-54 lata i wynosi 33 494 zł.

Do najwyższej średniej zaległości Polaków, z oczywistych względów, przyczyniają się kredyty mieszkaniowe, przeciętnie jedna osoba, która opóźnia spłatę kredytu na zakup nieruchomości, ma do spłaty 140 115 zł. Wraz z ujęciem w statystykach osób, które opóźniają spłatę zobowiązań o 30 dni, a nie 60 jak wcześniej, znacząco spadła kwota zaległości niesolidnych kredytobiorców i to bez względu na rodzaj kredytu. W największym stopniu obniżyła się przeciętna zaległość spłacających kredyty mieszkaniowe z 241,56 tys. zł do 140 tys. zł. Spadki widoczne są również w przypadku pozostałych zobowiązań kredytowych: kredytów konsumpcyjnych – z 23 517 zł do 19 459 zł oraz w karcie kredytowej – z 5 603 zł do 5 093 zł. – 30-dniowe opóźniania spłaty rat kredytów są bardzo niestabilne, w różnych okresach potrafią dotyczyć mniejszej lub większej liczby zobowiązań, nie ma tu też reguły co do ich wysokości. Tego typu opóźnienia często wynikają z zapomnienia lub jednorazowego zdarzenia losowego i zazwyczaj co drugi kredytobiorca po chwili znów terminowo obsługuje kredyt – zwraca uwagę prof. Waldemar Rogowski, główny analityk BIK.

Z kolei w odniesieniu do zaległości pozakredytowych, we wszystkich tytułach odnotowano wzrosty. Wciąż najwyższą wartość średniego zadłużenia mają zobowiązania alimentacyjne – 36 964 zł na osobę. Na drugiej pozycji znajduje się średnia zaległość wierzytelności windykowanych, która wynosi obecnie 11 438 zł.

Zaległe płatności kredytowe zazwyczaj są o wiele wyższe od zaległości pozakredytowych. Wyjątek od tej reguły widać jedynie wśród osób po 65 roku życia, gdzie wartości te są porównywalne i wynoszą w obu przypadkach po ponad 16 tys. zł.

Najbardziej zauważalne różnice występują w przedziale wiekowym 45-54 lat. Osoby w tym wieku mają średnie zaległości pozakredytowe warte 24 394 zł, a kredytowe 36 506 zł.Indeks Zaległych Płatności Polaków 6

Rekordziści Polski

Długi 10 najbardziej zadłużonych osób w kraju stanowią 5,4 proc. łącznej kwoty zaległości wszystkich Polaków. To już w sumie ponad 355 mln zł, z których ponad 66,9 mln zł należy do 61-letniego mieszkańca województwa lubelskiego, otwiera on niechlubną listę dłużników – rekordzistów. Średnia wieku najbardziej zadłużonych osób w Polsce wynosi niemal 60 lat. Są to głównie mężczyźni. Wśród 10 rekordzistów znalazły się tylko dwie kobiety, na 6. i 8. pozycji, z długami na 25,7 oraz 24,7 mln zł. Najwięcej rekordzistów zamieszkuje Mazowsze. Z kolei już wśród 16 wojewódzkich rekordzistów nie ma żadnej kobiety.Indeks Zaległych Płatności Polaków 7

Rekordziści w województwach

Z kolei już wśród 16 wojewódzkich rekordzistów nie ma żadnej kobiety. Najstarszy dłużnik-rekordzista pochodzi z Małopolski i ma 69 lat, a do oddania ponad 21,3 mln zł. Listę otwierają dłużnicy z województw: lubelskiego (66,9 mln zł), podkarpackiego (46,3 mln zł) i mazowieckiego (45,7 mln zł).Indeks Zaległych Płatności Polaków 8

Kwota zadłużenia i liczba dłużników w województwachIndeks Zaległych Płatności Polaków 9

W porównaniu z poprzednim kwartałem, zaobserwowano wzrost liczby dłużników we wszystkich województwach, najbardziej na Mazowszu (o 8,9 proc.), Małopolsce (8,4 proc.) i Podlasiu (8,2 proc). Natomiast kwoty zaległości najbardziej zwiększyły się na Dolnym i Górnym Śląsku oraz na Podkarpaciu – po ok. 5 proc. Sytuacja jest jednak zróżnicowana, na Pomorzu Zachodnim suma przeterminowanych zobowiązań spadła aż o 6,9 proc., czyli o ok. 280 mln zł, na Mazowszu – o 2,3 proc. (250 mln zł). Mimo to Mazowsze nadal dominuje pod względem kwoty zaległości niesolidnych konsumentów. Najmniej długów i dłużników mają woj.: podlaskie, opolskie i świętokrzyskie.

*Kredyt Trendy, Raport półroczny 2017 r. str.21, https://media.bik.pl/publikacje/read/388320/kredyt-trendy-raport-2017 r.

Informacje przedstawione w publikacji pochodzą z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej. Dotyczą wyłącznie zaległości osób fizycznych na minimum 200 zł, przeterminowanych o co najmniej 30 dni, wcześniejsze publikacje dotyczyły opóźnień 60 dniowych. Zmiana metodologii jest wynikiem nowych regulacji prawnych pozwalających wpisać dłużnika do BIG po 30 dniach opóźnienia od wyznaczonego terminu płatności. W aktualnym Newsletterze InfoDług materiał i wyliczenia oparte są o dane z końca marca 2018 r.

Włochy tematem nr 1. Korekta w Turcji

Tworzenie rządu we Włoszech to temat, który dostarcza rynkom nadspodziewanie wiele emocji. W Turcji podwyżka stopy procentowej hamuje gwałtowne spadki waluty.

Problem południa Europy

Gdyby Włosi nie mieli już za mało problemów z samym utworzeniem rządu to swoje rady dorzuca Komisja Europejska. O ile pogląd, że wysoki poziom zadłużenia włoskiej gospodarki może zagrać stabilności euro jest jak najbardziej słuszny to sytuacja ta nie jest przecież wcale nowa. Głównym powodem niepokoju jest niepewny kierunek jak obierze nowy rząd. Z jednej strony wypowiedzi potencjalnego kandydata na premiera sygnalizowały, że zdaje on sobie sprawę z wagi problemów. Z drugiej podczas kampanii pojawiło się wiele haseł zarówno ze strony Ruchu Pięciu Gwiazd, jak i Ligi Północnej, które mogą sugerować, że dyscyplina budżetowa zostanie jeszcze poluzowana. Pewną kotwicą dla ekspansywnej polityki powinno być to co dzieje się na rynku obligacji. W ciągu zaledwie 10 dni rentowność obligacji wzrosła o pół punktu procentowego. Oznacza to, że o tyle więcej musi otrzymać zysku ktoś kto jest skłonny inwestować we włoskie papiery dłużne. Aż strach pomyśleć ile będzie wynosić ten parametr jeżeli EBC przestanie sam skupować obligacje.

Lira na pozornie lepszej ścieżce

Jest taki moment w trakcie kryzysów gospodarczych, że trzeba jednak czasem ugryźć się w język i podjąć kilka racjonalnych decyzji. Wczoraj Bank Centralny Turcji podniósł jedną ze stóp procentowych z 13,5% do 16,5% co ciekawe nie ruszył pozostałych. Po ostatnich komentarzach samego Erdogana na temat tego jak należy prowadzić politykę monetarną wielu inwestorów skreśliło już Turcję. Powrót do racjonalności wyraźnie ucieszył inwestorów. Wielu analityków wskazuje jednak na fakt, że ruch ten może się samemu prezydentowi nie spodobać. Prawdopodobnie właśnie dlatego podniesiono tylko stopę po której banki pożyczają pieniądze nie ruszając tej po której lokują. Ta dziwna konstrukcja może być właśnie próbą pogodzenia poglądu prezydenta na wpływ stóp na inflację z tym co należało zrobić. Wątpliwe jest by bankierzy centralni szli na konflikt wiedząc, że z dużym prawdopodobieństwem Erdogan za miesiąc zdobywa władzę niemal absolutną w kraju. W najgorszym momencie za jednego dolara trzeba było płacić wczoraj ponad 4,9 liry. Po ogłoszeniu decyzji cena spadła poniżej 4,55 liry za dolara. To prawie 10% różnicy. Jest to bardzo duży skok biorąc pod uwagę, że problemy kraju nie zniknęły przecież jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
  • 16:00 – USA – sprzedaż domów na rynku wtórnym.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Czasem słońce czasem deszcz

Jak to często w tym roku bywa optymizm z początku tygodnia dotyczący relacji handlowych i sytuacji geopolitycznej, w jego połowie zamienia się w nerwową atmosferę, w której dominować zaczyna awersja do ryzyka. Wiele wskazuje jednak na to, że powinna zostać ona szybko opanowana a ryzykowne aktywa i waluty będą w najbliższych kilkudziesięciu godzinach ponownie przyciągać inwestorów.

Jednocześnie treść protokołu z posiedzenia FOMC nie zawiera zbyt wielu tez mogących wyraźnie wesprzeć dolara i przełożyć się na kontynuację trwającego już miesiąc umocnienia. Oczywiście czerwcowa podwyżka jest już przesądzona, ale rynek nie otrzymał żadnych wskazówek odnośnie do liczby podwyżek w drugiej połowie roku. Warto zauważyć, że z dokumentu nie uderza przekonanie decydentów o nieodzowności wybuchu presji inflacyjnej: tylko nieliczni z nich obawiają się przekroczenia celu inflacyjnego. Aprecjacyjny trend dolara wygląda na “zmęczony”, więc będzie sprzyjać to korekcie.

Jeśli zgodnie ze swoim zwyczajem Trump zacznie łagodzić stanowisko w sprawie importu aut i porozumienia NAFTA, to jej głównymi benefity beneficjentami powinny być dolar australijski, nowozelandzki a zwłaszcza kanadyjski. Euro również stoi przed szansą na korektę, wspólnej walucie sprzyja fakt, że eurosceptyk Savona prawdopodobnie nie obejmie żadnego z gospodarczych i finansowych resortów w rządzie Giuseppe Conte. Czynnik włoskiej polityki można zatem uznać za “zgrany”, ale do mocniejszego odbicia niż w kierunku 1,18-1,1850 euro potrzebuje też lepszych danych makroekonomicznych. A na nie trzeba będzie poczekać… Nadal negatywnie podchodzimy do funta szterlinga. Uważamy, że każde mocniejsze odbicie będzie wykorzystywane przez inwestorów do sprzedaży tej waluty ze względu na malejące szanse na wakacyjną podwyżkę stóp oraz niepewną sytuację polityczną. Powrót rentowności amerykańskich 10 latek ponad 3,0 proc. i wygasanie awersji do ryzyka powinny pozwolić USD/JPY na odrobienie części silnych spadków z dwóch ostatnich dni. Choć były one dotkliwe, to struktura tendencji wzrostowej nie została wyraźnie zachwiana i oczekujemy szybkiego powrotu ponad 110,00.

W pozytywniejszym środowisku, które ma szansę wykrystalizować się w drugiej części tygodnia, złoty będzie stać przed szansą odrobienia części strat. EUR/PLN niemal osiągnął zakładany przez nas cel 4,33 i powinien krążyć wokół 4,30. Otwiera to drogę do nieco głębszego odreagowania USD/PLN.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers

Najnowsze dane o sprzedaży kredytów w Polsce – kwiecień 2018 r.

W kwietniu 2018 r., w porównaniu do analogicznego okresu 2017 r. zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym, instytucje finansowe udzieliły więcej kredytów mieszkaniowych, konsumpcyjnych, oraz przyznały limitów kredytowych. Najwyższy wzrost wartościowy odnotowano w przypadku kredytów mieszkaniowych (+19,3%) oraz kredytów konsumpcyjnych (+12,2%). W ujęciu liczbowym, najwyższy wzrost w stosunku do kwietnia 2017 r. dotyczył limitów kredytowych (+20,5%) oraz kredytów mieszkaniowych (+9,1%). Styczniowe zwiększenie sprzedaży kart kredytowych niestety miało charakter incydentalny.

W kwietniu podobnie jak w lutym – marcu 2018 r. sprzedaż kart kredytowych – w stosunku do kwietnia 2017 r. ponownie ma tendencję negatywną. Spadła zarówno liczba wydawanych kart kredytowych (-2,7%), jak i wartość przyznawanych limitów (-2,9%). Po jednej trzeciej roku 2018 r., o ile nie wystąpią nieprzewidziane zdarzenia, to na rynku kredytów mieszkaniowych można oczekiwać bardzo dobrej sprzedaży w ujęciu wartościowym w całym 2018 r., tym bardziej, że oddaliło się widmo podwyżek stóp procentowych, a kredyty zaciągane są na coraz wyższe kwoty (efekt rosnących cen mieszkań).

Kredyty konsumpcyjne (kredyty gotówkowe i ratalne)

W kwietniu 2018 r. banki SKOK-i udzieliły łącznie 614,1 tys. kredytów konsumpcyjnych na kwotę 7,18 mld zł. Stanowi to wzrost o 4,6% w ujęciu liczbowym i o 12,2% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2017 r.

– W czterech pierwszych miesiącach 2018 r. dodatnie dynamiki liczby udzielonych kredytów konsumpcyjnych dotyczyły kredytów we wszystkich przedziałach kwotowych. 7,1% dynamikę odnotowały kredyty niskokwotowe (w przedziale do 1 tys. zł.), a najwyższe dodatnie dynamiki wzrostu dotyczyły kredytów wysokokwotowych powyżej 20 tys. zł (12,2%).

W ujęciu wartościowym banki i SKOK-i udzieliły w okresie styczeń – kwiecień 2018 r. kredytów konsumpcyjnych na kwotę o 8,7% wyższą niż w tym samym okresie 2017 r. Wzrost odnotowano w każdym z sześciu przedziałów kwotowych – najwyższy wśród kredytów > 20 tys. zł (+11,5%) oraz na kwoty z przedziału 3,5 – 7 tys. zł – (+7,6%). Co ciekawe o 7,2% wzrosła również wartość kredytów do 1 tys. zł, który to segment był od kilku lat silnie eksplorowany przez firmy pożyczkowe. Podobną sytuację mieliśmy w poprzednim miesiącu. Można więc już powiedzieć, że banki być może ponownie zainteresowały się tym segmentem rynku kredytów konsumpcyjnych. Kolejne miesiące pokażą, czy jest to trwały trend. Po dobrej 1/3 roku 2018 r. wydaje się, że można z większym optymizmem patrzeć na cały rok w aspekcie wartości udzielanych kredytów konsumpcyjnych (wartość może przekroczyć 80 mld zł), pod warunkiem jednak, że nie wystąpią negatywne zdarzenia zarówno o charakterze globalnym, jak i lokalnym, które zmniejszyłyby apetyt banków na ryzyko, a gospodarstwa domowe zniechęciły do zaciągania kredytów konsumpcyjnych, należy więc uważnie analizować otoczenie globalne i makroekonomiczne, a także zjawiska konsolidacyjne w sektorze bankowym – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Co ważne, sprzedaży kredytów konsumpcyjnych nie towarzyszy praktycznie wzrost ryzyka kredytowego, pomimo zaciągania kredytów na coraz wyższe kwoty. Jakość portfela kredytowego utrzymuje się na bezpiecznym stosunkowo niskim poziomie, co potwierdza miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów konsumpcyjnych. Jego bieżący odczyt to 5,48% – dodaje mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

Kredyty mieszkaniowe

W kwietniu 2018 r. banki udzieliły łącznie 19,3 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną wartość 4,74 mld zł. Stanowi to wzrost o 9,1% w ujęciu liczbowym i wzrost o 19,3% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2017 r.

– Kwiecień 2018 r. jest już kolejnym dobrym miesiącem dla kredytów mieszkaniowych zarówno pod względem liczby, jak i wartości udzielanych kredytów. Na rynku kredytów mieszkaniowych nadal panuje więc duży optymizm. Dwucyfrowa dynamika w ujęciu wartościowym, po części wynika ze struktury udzielanych kredytów mieszkaniowych. 57 % wartości udzielonych w 2018 r. kredytów mieszkaniowych przypada na kredyty powyżej 250 tys. zł (25,9% z przedziału 250 – 350 tys. zł i 31,1% powyżej 350 tys. zł). Ponadto dynamika udzielanych kredytów mieszkaniowych w poszczególnych przedziałach kwotowych jest zróżnicowana, w przedziale 100 – 150 tys. ujemna (-3,4%) zaś > 350 tys. bardzo wysoka aż 30,6% w porównaniu do czterech pierwszych miesięcy 2017r. Po wynikach pierwszych czterech miesięcy br. można z większym optymizmem patrzeć na cały 2018 r. na rynku kredytów mieszkaniowych tym bardziej, że deweloperzy prognozują rekordy sprzedaży, a widmo podwyżek stóp procentowych istotnie się oddaliło, co zachęca do zaciągania kredytów mieszkaniowych zarówno na własne potrzeby, pod wynajem czy w celach inwestycyjnych. Na rynku pierwotnym rośnie liczba transakcji bez wsparcia kredytem bankowym, ich udział jest już wyższy niż transakcji finansowanych kredytem. W optymizmie jest jednak pewna rysa: w kwietniu 2018 r. w porównaniu do marca 2018 r. banki udzieliły o 8,8% mniej kredytów mieszkaniowych i na kwotę o 6% niższą. Takie samo zjawisko odnotowaliśmy w poprzednim roku – wyjaśnia prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Karty kredytowe

W kwietniu 2018 r. banki wydały 82,6 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 449 mln zł. Stanowi to spadek o 2,7% w ujęciu liczbowym i spadek o 2,9% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2017 r.

– Podobnie jak w lutym oraz marcu, tak i w kwietniu br. odnotowaliśmy powrót negatywnej tendencji, z którą mieliśmy do czynienia już od dłuższego czasu, a pozytywne efekty sprzedażowe odnotowane w styczniu 2018 r. były tylko jednorazowymi zdarzeniami, a nie trwałym odwróceniem, obserwowanego od wielu miesięcy negatywnego trendu w kartach kredytowych, związanego z wydawaniem coraz mniejszej liczby kart. Liczba wydanych kart kredytowych w czterech pierwszych miesiącach 2018 r. jest o 8,7% niższa niż w analogicznym okresie zeszłego roku. Najwyższy spadek dynamiki przyznawanych limitów kart kredytowych r/r aż o 40,4% odnotowaliśmy w przypadku kart o limicie od 2 do 3,5 tys. zł. Dodatnia dynamika wydawanych kart dotyczyła kart z limitami w przedziale 1 – 2 tys. zł (5,9%) i 4,5 do 10 tys. zł (+12,7%) – mówi prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Limity kredytowe w kontach osobistych

W kwietniu 2018 r. przyznano łącznie 54,2 tys. limitów kredytowych w kontach osobistych na łączną kwotę obejmującą przyznane limity 251 mln zł. Stanowi to wzrost aż o 20,5% w ujęciu liczbowym i wzrost o 8,3% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2017 r.

– W kwietniu 2018 r. nadal obserwujemy widzianą już od kilku kwartałów dodatnią dynamikę liczby przyznanych limitów kredytowych w kontach osobistych (+20,5%) w porównaniu z kwietniem ubiegłego roku. Już od początku 2017 r. obserwujemy wzrost zainteresowania limitami kredytowymi w kontach osobistych. Zjawisko to jeszcze wyraźniej widać w czterech pierwszych miesiącach 2018 r. – 9,2% wzrost w porównaniu do analogicznego okresu 2017 r. Analizując przyznawane limity w określonych przedziałach kwotowych widzimy, że w okresie styczeń – kwiecień 2018 r. 64% wartości przyznanych limitów w kontach osobistych koncentruje się w przedziale > 7 tys. zł. Limity te mają 19% udział w ogólnej liczbie przyznanych limitów kredytowych. Wydaje się, że za nadal utrzymującą się popularność limitów kredytowych stoi fakt, że stanowią one tańszą alternatywę dla kredytów gotówkowych w zakresie finansowania bieżących potrzeb konsumpcyjnych gospodarstw domowych – dodaje prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Polska firma opracowała technologię wytwarzania paliwa z plastiku. Pomoże rozwiązać problem zalegających odpadów

Polska firma opracowała technologię wytwarzania paliwa z plastiku. Pomoże rozwiązać problem zalegających odpadów 8

Na świecie zalega niemal 5 mld ton plastiku. Częściowym rozwiązaniem tego problemu może być wytwarzanie paliw z plastiku. Z plastikowych odpadków mogą powstać paliwa odpowiadające właściwościami benzynie i olejowi napędowemu. Unikatową technologię ich produkcji opracowała polska firma. Zgodnie z projektem dyrektywy unijnej wielcy odbiorcy będą musieli częściowo korzystać z biopaliw, do których należą także paliwa z plastiku.

– Paliwo, które produkujemy, w zasadzie nie różni się od benzyny czy ropy. Jest ono jednak korzystniejsze dla środowiska. Po pierwsze, pozbywamy się plastiku, który osiada w naszym środowisku, w naszych oceanach. Jeżeli czegoś z tym nie zrobimy, to w 2050 roku w oceanach będzie więcej plastiku niż ryb. Po drugie, wyprodukowanie jednego litra paliwa z plastiku powoduje o 12,5 proc. mniej emisji dwutlenku węgla niż wyprodukowanie litra paliwa z ropy. Także wydobywanie ropy z ziemi powoduje większą emisję dwutlenku węgla, bo ten plastik już mamy. I po trzecie, nie musimy transportować ropy z Bliskiego Wschodu czy Rosji, ponieważ plastikowe odpadki są produkowane lokalnie, co także redukuje emisję dwutlenku węgla – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Susan Kim-Chomicka, prezes Handerek Technologies.

Opracowana przez polską firmę technologia pozwala przerabiać plastikowe odpady na paliwa ciekłe o jakości nieróżniącej się od zwykłej benzyny czy ropy naftowej, mogące służyć do napędu pojazdów i maszyn. W niskociśnieniowym procesie przekształca odpady plastikowe, których nie da się poddać dalszemu recyklingowi, w całkowicie rafinowane frakcje oleju napędowego i benzyny.

Technologia jest opłacalna ekonomicznie i nie wymaga żadnych dotacji, a dodatkowo jest samowystarczalna energetycznie i nie generuje nieużytecznych odpadów jako produktów ubocznych. Z kilograma odpadów można wydobyć litr paliwa płynnego, takiego jak olej napędowy EN590, benzyna EN228 czy paliwo lotnicze. Paliwo z recyklingu nie trafi jednak bezpośrednio na stacje benzynowe.

– Nawet jeżeli przerobimy cały plastik, to powstałe z niego paliwo będzie stanowić jedynie trzy procent globalnej produkcji ropy. To za mało, by móc oferować je na stacjach benzynowych. W roboczej wersji europejskiej dyrektywy o biopaliwach znajduje się jednak zapis, że do biopaliw zalicza się również paliwa produkowane z odpadków, w tym z plastiku. W tej sytuacji wielcy odbiorcy będą zmuszeni brać część paliwa od nas, dzięki czemu spełnią przyszłe unijne wymogi  – zauważa Susan Kim-Chomicka.

Przy takich regulacjach prawnych biznes polegający na wytwarzaniu paliwa z odpadków ma szansę nie tylko na sukces biznesowy, lecz także na wymierne korzyści dla środowiska naturalnego. Polska produkuje rocznie około 180 mln ton śmieci – wynika z danych Eurostatu. W całej Unii Europejskiej jest to ponad 2,5 mld ton. W 2014 roku w krajach Wspólnoty przetworzono łącznie 2,3 mld ton śmieci (wliczając również te pochodzące z importu). Około 47 proc. z nich poddano procesom unieszkodliwiania odpadów innym niż spalanie, kolejne 36 proc. przeznaczono do odzysku innego, niż odzysk energii i wypełnianie wykopów. Wiele odpadów wciąż jednak bezużytecznie zalega.

– Na lądzie zalega prawie pięć miliardów ton plastiku. Co roku w oceanach ląduje prawie osiem milionów ton plastiku. Jeżeli czegoś z tym nie zrobimy, nasze środowisko ulegnie zagładzie. A ponieważ i tak używamy ropy, dzięki paliwom z przetworzonego plastiku możemy zdywersyfikować źródła jej pochodzenia, a jednocześnie pomóc środowisku – twierdzi ekspertka.

Z analiz Zion Market Research wynika, że światowy rynek biopaliw osiągnie w 2022 roku wartość niemal 219 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 4,5 proc.

Chiny planują zniesienie polityki kontroli urodzeń

Chiny planują zniesienie (poluzowanej pod koniec 2015) polityki kontroli urodzeń, co może mieć miejsce już w 4q18. Działania takie nie zapobiegną jednak starzeniu się społeczeństwa – liczba ludności w wieku produkcyjnym maleje kontrybuując do problemów związanych z brakiem pracowników.

Podaż na rynku pracy stała się barierą dla wzrostu gospodarczego. Skutki zmian pojawią się po latach.

– Do tej pory wzrost chińskiej gospodarki był oparty na państwowych inwestycjach, ale te coraz bardziej okazują się nieefektywne – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Lekooporne bakterie zabijają setki tysięcy ludzi rocznie. Polska firma pracuje nad zahamowaniem rozwoju superbakterii

Lekooporne bakterie zabijają setki tysięcy ludzi rocznie. Polska firma pracuje nad zahamowaniem rozwoju superbakterii 9

Rozwój medycyny nie nadąża za ewolucją superbakterii odpornych na wiele rodzajów leków. Według WHO każdego roku z ich powodu umiera 700 tys. pacjentów, a do 2050 roku liczba ta może wzrosnąć do 10 mln. Polscy naukowcy chcą temu zapobiec poprzez wprowadzenie precyzyjnego systemu diagnostycznego, który umożliwi określenie pełnego profilu lekooporności bakterii.

– Jedną rzeczą jest wykryć zakażenie, drugą rzeczą jest wyleczyć pacjenta, który jest zakażony lekooporną bakterią. Na całym świecie jest to w tej chwili tak duży problem, że zainteresowały się nim media, a wielu ludzi słyszało czy doświadczyło tego problemu wśród bliskich czy znajomych. Infekcje są coraz trudniejsze do wyleczenia i czasami zwykłe zakażenie górnych dróg oddechowych może się kończyć kilkoma tygodniami w szpitalu, a może nawet gorzej – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Garstecki, prezes firmy Scope Fluidics.

Polscy lekarze coraz częściej diagnozują zarażenie lekoopornymi bakteriami. W zeszłym roku aż 1,7 tys. pacjentów zaraziło się superbakterią New Delhi, a w styczniu na Pomorzu u ośmiu pacjentów zdiagnozowano zakażenie bakterią Klebsiella pneumoniae typu OXA-48 odporną na najsilniejsze antybiotyki. Z kolei za naszą wschodnią granicą, na Ukrainie, szaleje epidemia gruźlicy. Każdego dnia bakteria przyczynia się do śmierci dwudziestu pacjentów i zarażenia stu dwudziestu osób. Antybiotyki przegrywają walkę z bakteriami.

Jak twierdzi ekspert, za taki stan rzeczy w dużej mierze odpowiada branża medyczna, która nie miała bodźca biznesowego, aby prowadzić badania nad antybiotykami nowej generacji. Panowało mylne przekonanie, że wysoka skuteczność terapii antybiotykowych zwalnia ośrodki naukowe z konieczności opracowywania nowych medykamentów. Przez ostatnie 20–30 lat przemysł farmaceutyczny nie reagował na bieżąco na nabywanie przez bakterie lekooporności.

– Podobnie jest z systemami diagnostycznymi, nie było bodźca ekonomicznego do tego, żeby budować systemy, które udzielałyby pełnej informacji o lekowrażliwości bakterii. Te systemy, które są dostępne, dostarczają informacji o ograniczonej liczbie antybiotyków i często to nie są tzw. rzeczywiste poziomy MIC, czyli precyzyjnie podane stężenia antybiotyku, który nie pozwala na wzrost bakterii, tylko uproszczona klasyfikacja pomiędzy podatne a oporne – zauważa Piotr Garstecki.

W konfrontacji z lekoopornymi bakteriami takie informacje okazują się niewystarczające. Aby zastosować skuteczną, celowaną terapię i świadomie dobrać antybiotyk, lekarz musi mieć pełną wiedzę na temat lekowrażliwości bakterii, a co za tym idzie – skuteczności konkretnych medykamentów. Nad systemem, który ma to zapewnić, pracuje polska firma.

– W projekcie BacterOMIC wykorzystujemy mikroprzepływy po to, żeby na jednorazowym kartridżu zmieścić dziesięciokrotnie więcej komór inkubacyjnych w porównaniu do obecnego lidera rynku. To jest ilość, która umożliwi nam dostarczenie pełnej potrzebnej dla lekarza informacji. Korzyść dla pacjenta przede wszystkim jest taka, że szybciej uzyska skuteczne leczenie, tzn. nie będzie empirycznie, doświadczalnie leczony antybiotykiem, tylko antybiotyk zostanie wybrany precyzyjnie, tak żeby zabić bakterię, która jest powodem zakażenia. Jest to element odpowiedzi na nadużywanie antybiotyków – twierdzi ekspert.

Systemy szybkiej i precyzyjnej diagnostyki mogą się okazać jednym z najważniejszych sposobów na walkę z lekoopornością bakterii. BacterOMIC nie będzie przeznaczony dla placówek pierwszego kontaktu, opracowano go z myślą o szpitalach i dużych laboratoriach klinicznych, w których pomoże leczyć pacjentów z ciężkimi zakażeniami.

– Z końcem marca zakończyliśmy budowę prototypu systemu BacterOMIC. Mamy system, analizator, który w sposób automatyczny prowadzi oznaczenia, i kartridż, który w tej chwili wytwarzamy w setkach sztuk. Przed nami jeszcze kilka lat pracy. Premierę tego systemu planujemy na 2022 rok – zapowiada Piotr Garstecki.

Według prognoz firmy Evaluate wartość globalnego rynku technologii medycznych przekroczy w 2022 roku 520 mld dol.

Nadchodzą nowe regulacje w zakresie technologii blockchain i kryptowalut

Obecnie jedną z najważniejszych regulacji wymaganych w zakresie technologii blockchain i kryptowalut są przepisy dotyczące przeciwdziałania w zakresie prania pieniędzy i finansowania terroryzmu. 

W wielu krajach powoli wchodzą one w życie. Widać więc odpowiedni kierunek zmian – mają one doprowadzić do tego, aby wymagania wobec takiej działalności nie odbiegały od obowiązujących na tradycyjnym rynku finansowym. Może to doprowadzić do otwarcia rynku. Wszystkie podmioty istniejące w branży będą musiały działać zgodnie z przepisami, które dotychczas nie istniały. Wymagają one m.in. identyfikacji klienta, analizy i historii transakcji, tego skąd pochodzą środki.

Są to regulacje, które z jednej strony zabezpieczają transakcje, aby nie były one wykorzystywane do prania brudnych pieniędzy i finansowania terroryzmu. Pozwalają jednak też na to, aby rynek zaczął działać w pełni transparentnie i zgodnie z prawem.

Dotychczas było to niemożliwe, ponieważ nie istniały odpowiednie przepisy.

– W Polsce w ciągu trzech najbliższych miesięcy wejdzie w życie nowa ustawa o przeciwdziałaniu w zakresie prania  brudnych pieniędzy, która wprowadza m.in. czwartą i piątą dyrektywę unijną w tym zakresie –  powiedział serwisowi eNewsroom Paweł Kuskowski, prezes firmy Coinfirm

 Reguluje ona podmioty takie, jak giełdy wymiany walut i portfele obsługujące wymianę walut, czyli tzw. wallety.

Są to jedne z najbardziej progresywnych zmian w Europie, a być może nawet na świecie. Regulacje te zrównują działalność biur i firm płatniczych, a nawet banków z działalnością podmiotów obsługujących płatności kryptowalutoweJeżeli ustawa wejdzie w życie, tradycyjne instytucje finansowe będą miały problem z wypowiadaniem umów oraz odmową otwarcia kont dla giełd i portfeli kryptowalutowych. Głośnym w ostatnim czasie przypadkiem jest sprawa giełdy Bitfinex, która miała konto obsługujące transakcję w jednym z banków spółdzielczych. 

Bardzo duże środki, które przez nie przeszły, zostały zatrzymane jako pochodzące – rzekomo – z działalności przestępczej. Nie ma jednak pewności, czy tak rzeczywiście było. Dzięki rozwiązaniom regulacyjnym będzie możliwość rzetelnego sprawdzenia działalności danego podmiotu i tego, w jakim zakresie nie był on zgodny z istniejącymi przepisami. Obecnie środki mogą zostać zajęte i uznane za pochodzące z nielegalnych działań bez pewności, czy tak naprawdę było. Jeżeli nowe przepisy wejdą w życie, będzie można analizować przypadki pod kątem zgodności z konkretnymi regulacjami – wskazał Kuskowski.

Duże zmiany w przepisach o ochronie danych. Firmy nie są gotowe na kompleksowe zarządzanie nimi

Duże zmiany w przepisach o ochronie danych. Firmy nie są gotowe na kompleksowe zarządzanie nimi 10

RODO wejdzie w życie już w piątek. Dostosowanie się do nowych przepisów całkowicie zmieni rolę branży IT w kontekście ochrony prywatności i będzie wymagać ścisłej współpracy wszystkich struktur organizacyjnych w firmie. Część z nich wciąż nie jest na to gotowa. Przedsiębiorstwa muszą się nauczyć właściwie zarządzać cennym zasobem, jakim są dane.  Nie tylko po to, żeby dostosować się nowego prawa, lecz także po to, by odpowiadać na wyzwania rynku związane z cyfryzacją. 

Jesteśmy w epoce, w której dane – ich posiadanie, zdolność ich gromadzenia i budowania różnego rodzaju analiz opartych na danych – stają się paliwem XXI wieku. Patrząc z perspektywy inwestycji, największe zyski i największe pieniądze są dzisiaj właśnie w tym środowisku, które obraca danymi. Połączenie wielu źródeł danych, zdolność do ich zanalizowania i wyciągania konstruktywnych wniosków służących podejmowaniu decyzji biznesowych czy osobistych – to jest dzisiaj jest absolutnie krytyczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Artur Borowski, country manager NetApp w Polsce

Według szacunków IBM codziennie powstaje 2,5 miliarda gigabajtów nowych danych. Z kolei IDC podaje, że w 2025 roku ich liczba wzrośnie już dziesięciokrotnie. Do tego czasu cyfrowy wszechświat (dane tworzone i kopiowane co roku) osiągnie 180 zetabajtów. Znaczenie danych jako głównego surowca przyszłości podkreślają Komisja Europejska, ONZ czy OECD, natomiast brytyjski dziennik „The Economist” w ubiegłym roku uznał dane za najważniejszy surowiec XXI wieku, który generuje już więcej pieniędzy niż ropa.

Według raportu „Data Utilization Intensity 2017”, opracowanego na zlecenie resortu cyfryzacji, dostęp, analiza i wykorzystanie danych już w tej chwili wpływają w 48 proc. na produktywność polskiej gospodarki i w 46 proc. na PKB całej Unii Europejskiej.

 Wchodzimy w świat samochodów, które jeżdżą same, i maszyn, które podejmują za nas inteligentne decyzje – od prozaicznego zaopatrzenia lodówki w mleko czy masło po poważne obszary, jak diagnostyka medyczna, w której komputery wspierają pracę lekarza. Wszystkie te narzędzia pomagają nam w istotny sposób zmienić jakość tego, co robimy i unikać fundamentalnych błędów. To jest wyścig, który się już zaczął. Chodzi o to, żeby wykorzystać cały ten potencjał danych do znalezienia swojej niszy rynkowej i wyższości technologicznej, a przez to w lepszy sposób dotrzeć do klienta i odpowiedzieć na jego aktualne potrzeby – podkreśla Artur Borowski.

Rosnąca liczba danych, ich przetwarzanie oraz zarządzanie nimi stają się istotne dla firm nie tylko ze względu na rozwój biznesu, lecz także na zmieniające się przepisy prawne.

 RODO to w tej chwili bardzo ważna kwestia dla branży IT, ponieważ jesteśmy w głównym nurcie ochrony danych. Rozporządzenie nie dotyczy tylko firm działających w UE, lecz także wszystkich, którzy robią interesy z unijnymi przedsiębiorstwami – mówi Thomas Kaiser, dyrektor NetApp na region Europy Wschodniej i Turcji.

RODO, czyli ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych, zacznie obowiązywać 25 maja br. Regulacja ujednolici przepisy w tym zakresie na terenie wszystkich dwudziestu ośmiu państw członkowskich UE, ale jej skutki odczują przedsiębiorstwa i organizacje na całym świecie. RODO ma charakter eksterytorialny – obejmie każdą firmę, która ma dostęp do danych osobowych rezydentów UE, niezależnie od tego, gdzie się znajduje ani w jaki sposób gromadzone są dane. Mówiąc prościej – oznacza to, że wszystkie firmy, które mają do czynienia z danymi obywateli krajów UE, będą musiały przestrzegać nowych przepisów.

Głównym celem RODO jest zwiększenie kontroli konsumentów i osób fizycznych nad tym, w jaki sposób wykorzystywane są ich dane osobowe. Nowa regulacja zastąpi też dotychczasowe, wielokrotnie nowelizowane przepisy, dostosowując je do współczesnych wyzwań związanych z cyfryzacją i nowymi technologiami.

To najwyższy czas na nowe przepisy, bo poprzednie rozwiązania pochodziły z 1995 roku, więc są całkowicie przestarzałe. 20 lat temu nie było przecież smartfonów, Google’a ani Ubera, tymczasem dziś każdy nasz krok jest śledzony przez coś lub przez kogoś. Dlatego ochrona danych jest tak ważna – podkreśla Thomas Kaiser.

Nowe unijne przepisy zrewolucjonizują biznes i całkiem zmienią sposób myślenia o ochronie danych osobowych. Nałożą restrykcyjne wymogi na wszystkie podmioty, publiczne i prywatne, duże i małe, które gromadzą i przetwarzają takie informacje. To oznacza, że do RODO musi się dostosować praktycznie każda firma i organizacja.

Dyrektor NetApp na Europę Wschodnią i Turcję zauważa, że rozporządzenie RODO całkiem zmieni rolę branży IT w kontekście ochrony prywatności. Ocenia również, że część firm wciąż nie jest gotowa na wejście w życie nowych przepisów.

– Podstawową rolą branży IT w ochronie prywatności jest zarządzanie danymi, podczas gdy w przeszłości było to raczej zarządzanie ich przechowywaniem. Najważniejsze dla IT jest znalezienie porozumienia z departamentami biznesowymi, tak byśmy byli przygotowani na nowe prawo. RODO wejdzie w życie w maju i jeszcze nie wszyscy są na to przygotowani – mówi Thomas Kaiser.

Przed 25 maja przedsiębiorstwa muszą wdrożyć odpowiednie rozwiązania, zarówno informatyczne, jak i organizacyjne, które zagwarantują maksymalny poziom bezpieczeństwa danych osobowych, przeszkolić pod tym kątem pracowników, powołać wewnętrznych inspektorów danych osobowych i znacznie szerzej informować klientów o tym, jak są wykorzystywane informacje na ich temat. Dlatego dostosowanie się do RODO wymaga ścisłej współpracy wszystkich struktur organizacyjnych w firmie.

Ważne, aby wszystkie departamenty wspólnie stworzyły coś w rodzaju zespołu zadaniowego, który wdrażałby nowe prawo. Druga kwestia to budowa infrastruktury IT. Kilka lat temu była ona bardziej zdecentralizowana, każda firma miała własne centrum przetwarzania danych. Dziś mamy chmurę i nikt tak naprawdę nie wie, gdzie znajdują się jego dane. Musimy mieć pewność, że wszyscy działają zgodnie z prawem. Na to składają się ludzie, technologie, aplikacje – wszystko jest ważne. Dlatego firmy potrzebują zespołu zadaniowego o szerokich kompetencjach – mówi Thomas Kaiser.

Jak podkreśla, same rozwiązania informatyczne i odpowiednia infrastruktura IT – choć muszą gwarantować maksymalny poziom bezpieczeństwa – nie są w stanie odpowiedzieć na wszystkie wyzwania związane z RODO. Do unijnego rozporządzenia firmy muszą się dostosować też od strony prawno-administracyjnej.

– Nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na wszystkie wyzwania, które niesie za sobą RODO, ale możemy zagwarantować, że infrastruktura jest bezpieczna i sprawdzona. Możemy także dostarczyć wiele usług, które przydadzą się przy dostosowywaniu firmy do nowych przepisów. Nasi klienci korzystają przy tym z naszego doświadczenia, ponieważ my sami także musieliśmy dostosować się do RODO – mówi Thomas Kaiser.

Facebook inwestuje w Polsce. Otwiera centrum dialogu i szkoleń z kompetencji cyfrowych

Facebook inwestuje w Polsce. Otwiera centrum dialogu i szkoleń z kompetencji cyfrowych 11

Przestrzeń to nowo otwarte warszawskie centrum Facebooka nastawione na wspieranie społeczności. Ma być miejscem publicznej debaty i budowania więzi. Będą w nim także organizowane szkolenia i warsztaty, między innymi dotyczące cyfrowych kompetencji oraz świadomego odbioru mediów i treści w internecie. Przestrzeń będzie też otwarta dla przedsiębiorców, małych i średnich firm. To pierwszy taki ośrodek Facebooka w Europie, który ma dowodzić kluczowego znaczenia Polski dla społecznościowego giganta.

– Przestrzeń Facebooka jest nowym miejscem na mapie Warszawy. Geneza całego pomysłu wzięła się z tego, że słuchamy naszych użytkowników, naszych społeczności. Rozmawiając z przedstawicielami zarówno polskich małych i średnich firm, jak i organizacji charytatywnych czy z administratorami grup, które są bardzo aktywne na Facebooku, często słyszymy, że brakuje im miejsca do dialogu, spotykania się ze sobą, ale też do prowadzenia różnego rodzaju szkoleń. Taki jest właśnie cel Przestrzeni. Ten projekt świadczy też o tym, jak ważna jest Polska na mapie Facebooka, jak bardzo chcemy się angażować w naszym kraju – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Turowski, szef polityki publicznej Facebooka w Polsce.

Przestrzeń to nowe centrum Facebooka, otwarte w tym tygodniu w Warszawie przy ul. Koszykowej 61. Ma być miejscem spotkań społeczności, organizacji debat, szkoleń i warsztatów. To pierwszy taki ośrodek Facebooka w Europie, podobne zostaną wkrótce otwarte również w Hiszpanii i Włoszech. Przestrzeń jest miejscem działającym zarówno online, jak i offline, gdzie grupy funkcjonujące wirtualnie zyskają możliwość zaistnienia w rzeczywistości. Jest nastawiona na wspieranie społeczności, ale otwarta również dla biznesu.

– Takie miejsca jak Przestrzeń Facebooka są bardzo istotne dla kształtowania świadomości młodych przedsiębiorców. Przestrzeń ma być skierowana do fundacji, małych i średnich przedsiębiorstw, które tutaj będą się edukowały, rozmawiały, szukały rozwiązań swoich problemów. Wiadomo, że jedno takie miejsce nie zmieni polskiej rzeczywistości, ale samo w sobie jest bardzo ważne – mówi Paweł Pudłowski, przewodniczący sejmowej Komisji Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii.

– Zależy nam na tym, żeby Przestrzeń była taka jak sam Facebook – bezpieczną przestrzenią dialogu dla lokalnej społeczności. Panele tematyczne będą bardzo zróżnicowane. Na pewno będziemy działać na rzecz programów, które mają uczyć ludzi, jak w świadomy sposób czytać media w XXI wieku, oraz programów dotyczących bezpieczeństwa w internecie. Będą one ogłaszane w następnych tygodniach i miesiącach – dodaje Jakub Turowski.

Równolegle z otwarciem warszawskiej Przestrzeni społecznościowy gigant ogłosił zakrojony na szeroką skalę program szkoleniowy, który będzie realizować w Polsce. Szkolenia podnoszące kompetencje cyfrowe będą skierowane do młodzieży, nowych uczestników rynku pracy, a także małych i średnich przedsiębiorstw. Co istotne, będą się odbywać nie tylko w Warszawie.

– To pierwszy duży program szkoleniowy, który będziemy wdrażać w kolejnych miesiącach w całej Polsce. W ciągu roku chcemy przeszkolić 50 tys. młodych Polaków w temacie włączenia cyfrowego i umiejętności cyfrowych. Cel jest taki, żeby dać im lepsze umiejętności i lepszy start na rynku pracy, żeby mogli łatwiej, prościej i skuteczniej rozpocząć swój własny biznes – mówi Jakub Turowski.

Szef polityki publicznej Facebooka w Polsce podkreśla, że otwarcie warszawskiej Przestrzeni potwierdza, jak duże znaczenie ma polski rynek dla społecznościowego serwisu. Facebook jest obecny w Polsce dokładnie od dziesięciu lat, a warszawskie biuro odpowiada za koordynację działalności serwisu w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Otwarcie centrum ma być również cegiełką Facebooka na rzecz budowania cyfrowego społeczeństwa i gospodarki.

– Ostatnia publikacja raportu DESI, który pokazuje, jak ucyfrowione jest społeczeństwo, niestety plasuje nas na 24. miejscu w Europie. Jesteśmy czwarci od końca, więc inicjatywy, które pomagają się nam poruszać w przestrzeni cyfrowej, a firmom lepiej wykorzystywać przestrzeń cyfrową do prezentacji swojej oferty, zdobywania klientów i zawierania transakcji, to jest to, czego poszukujemy – podkreśla Paweł Pudłowski.

Miliardy na internet w szkołach i naukę programowania dla uczniów. Za kilka lat kompetencje cyfrowe będą potrzebne w większości zawodów

Miliardy na internet w szkołach i naukę programowania dla uczniów. Za kilka lat kompetencje cyfrowe będą potrzebne w większości zawodów 12

Za 5–10 lat w większości zawodów będą wykorzystywane kompetencje cyfrowe, dlatego musimy inwestować w ich rozwój – podkreśla Jerzy Kwieciński, minister inwestycji i rozwoju. Temu służyć ma część środków z 10 mld zł, które trafi na cyfryzację w ramach programu operacyjnego Polska Cyfrowa. Ważnym elementem jest także projekt Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, która za dwa lata połączy wszystkie 30,5 tys. polskich szkół i zapewni uczniom dostęp do szybkiego internetu, zaplecza technologicznego i programów edukacyjnych. To największy taki projekt w Europie.

Cyfryzacja to nie tylko wyzwanie cywilizacyjne, lecz także to w tej chwili przyszłość funkcjonowania społeczeństwa i gospodarki. Już w tej chwili wiemy, że za kilka lat większość zawodów, mówi się o 90 proc., będzie bezpośrednio albo pośrednio wykorzystywało kompetencje cyfrowe. Aby na to przygotować nasze społeczeństwo, naszą gospodarkę, musimy stworzyć system edukacji na możliwie najwyższym poziomie, żeby kształcił młodych obywateli do tej nowej roli – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jerzy Kwieciński, minister inwestycji i rozwoju.

Z ubiegłorocznego raportu UKCCIS (UK Council for Child Internet Safety) wynika, że już ponad połowa polskich dzieci ma własnego laptopa – to najwyższy wynik wśród wszystkich przebadanych krajów (dalej plasują się Szwecja, Wielka Brytania, Niemcy i Hiszpania). Polskie dzieci mają też najwięcej telefonów w porównaniu do swoich rówieśników z Niemiec, Włoch i Holandii, które zajęły kolejne miejsca.

Gorzej wypada za to dostęp do technologii i internetu w polskich szkołach. Według danych Ministerstwa Edukacji Narodowej tylko 10 proc. (niewiele ponad 3 tys.) szkół i placówek oświatowych ma obecnie dostęp do sieci o takich parametrach, które umożliwiają wykorzystywanie jej do nauki i prowadzenia lekcji. 40 proc. korzysta z dostępu do internetu o przepustowościach nieprzekraczających 10 Mbps, a jedna czwarta polskich uczniów nie ma możliwości korzystania z sieci nawet na lekcjach informatyki.

Dzieci już w tej chwili żyją w cyfrowym świecie, są otoczone nowoczesnymi technologiami. Szkoła musi być dla nich środowiskiem, w którym zdobywają wiedzę. Internet jest bazą, która otwiera możliwości, ale potrzebni są również kompetentni nauczyciele, urządzenia końcowe, infrastruktura wewnętrzna. Wreszcie potrzebne są również e-zasoby, które będą dobrze przefiltrowane i sprawdzone, żeby internet w szkole i treści dostarczane uczniom były w pełni bezpieczne – mówi Marek Zagórski, minister cyfryzacji.

Te zaległości ma nadrobić Ogólnopolska Sieć Edukacyjna, która do 2020 roku ma połączyć wszystkie 30,5 tys. szkół w Polsce i zapewnić im dostęp do szybkiej sieci o przepustowości minimum 100 Mbps. Dzięki temu lekcje we wszystkich polskich szkołach będą prowadzone przy wykorzystaniu nowych technologii i internetu, a uczniowie i nauczyciele będą rozwijać cyfrowe kompetencje. Projekt ma też wyrównać różnice pomiędzy szkołami z obszarów wiejskich a tymi w dużych miastach.

We wcześniejszych latach były realizowane całkiem ciekawe inicjatywy, na przykład e-podręczniki. Ale wyglądało to mniej więcej tak, jakbyśmy chcieli dać samochód komuś, kto nie ma prawa jazdy i nie umie jeździć. Po prostu nie było możliwości fizycznego korzystania z tej oferty. OSE pozwoli nam te wszystkie projekty realizować równolegle w całej Polsce – mówi Marek Zagórski.

Za wdrożenie, uruchomienie i utrzymanie OSE odpowiada Państwowy Instytut Badawczy NASK. Zapewni on również system bezpieczeństwa oraz treści edukacyjne dla szkół, które będą przydatne w kształceniu umiejętności cyfrowych.

Ten proces już się rozpoczął, pierwsze 1,5 tys. lokalizacji, czyli ponad 2 tys. szkół, zostanie przyłączonych do OSE do końca tego roku, w kolejnym – 12 tys., a w 2020 roku sieć obejmie już mniej więcej 90 proc. placówek. W ten sposób zrealizujemy największy tego typu projekt w Europie – podkreśla Marek Zagórski. – W Niemczech podobny program jest dopiero w realizacji, na świecie takie kompleksowe rozwiązanie działa tylko w dwóch państwach. OSE będzie bardzo ważnym narzędziem dla uczniów, nauczycieli, a także dla ministra odpowiedzialnego za edukację.

Ogólnopolska Sieć Edukacyjna ma podnieść cyfrowe kompetencje wśród dzieci i młodzieży. To istotne o tyle, że, jak pokazuje ubiegłoroczny aportu Edu-Tech, opracowany na bazie danych Eurostatu, Polska plasuje się w ogonie państw OECD pod względem kompetencji cyfrowych uczniów, a nauka programowania jest jedną z najsłabiej rozwiniętych umiejętności. Odsetek młodzieży, która korzystając ze specjalistycznego języka kodowania, napisała przynajmniej jeden program, wynosi w Polsce 14 proc., podczas gdy w Finlandii jest kilkukrotnie wyższy i sięga prawie 40 proc.

Do tematu kompetencji cyfrowych podchodzimy kompleksowo. Zdecydowaliśmy się finansować zarówno edukację podstawowych kompetencji cyfrowych, jak i tych bardziej zaawansowanych, czyli nauki programowania. W samej Wielkopolsce zostanie przeszkolonych prawie szesnaście tysięcy uczniów, a wraz z nimi ponad tysiąc nauczycieli, których chcemy nauczyć programowania i tego, jak rozwijać kompetencje cyfrowe u dzieci – mówi Wanda Buk, dyrektor Centrum Projektów Polska Cyfrowa.

Jak podkreśla, mimo niekorzystnych statystyk Polacy całkiem dobrze radzą sobie z wyzwaniami związanymi z nowymi technologiami.

– Dobrym przykładem na to są wyniki Polski w klasyfikacji medalowej międzynarodowej olimpiady informatycznej. Przez kilkanaście ostatnich lat na przemian konkurujemy z Rosją i Chinami, nie ustępując im miejsca. To jest szalenie budujące i potwierdzające drzemiący w nas talent – zapewnia Wanda Buk.

Środki na rozwój cyfrowych kompetencji pochodzą za programu operacyjnego Polska Cyfrowa, w ramach którego łącznie 10 mld zł trafi na cyfryzację kraju i społeczeństwa.

Ważne jest, żeby mieć dobrą infrastrukturę. Jako państwo chcemy to zapewnić, budując infrastrukturę internetu szerokopasmowego w całym kraju, starając się zapewnić dostęp dla wszystkich gospodarstw domowych, również w ramach białych plam, gdzie budownictwo jest rozproszone, gdzie najtrudniej dotrzeć z szybkim internetem i gdzie często jest to nieopłacalne dla inwestorów prywatnych – dodaje Jerzy Kwieciński.

Rekordowe zainteresowanie sportowym programem Drużyna Energii. Uczniowie polskich szkół nadesłali ponad 20 tys. filmów z treningami

Rekordowe zainteresowanie sportowym programem Drużyna Energii. Uczniowie polskich szkół nadesłali ponad 20 tys. filmów z treningami 13

Polskie dzieci są zainteresowane aktywnością sportową. W programie Drużyna Energii wzięło udział sto szkół, których uczniowie w ciągu niespełna pół roku nadesłali ponad 20 tys. filmów z własnymi treningami sportowymi. Organizatorzy odczuwają satysfakcję, udało im się bowiem za pomocą internetu oderwać dzieci od komputerów. Jeszcze przed finałem zapowiadają kontynuację projektu w kolejnych latach.

Internet to dla dzisiejszych polskich dzieci naturalne środowisko. Według danych Fundacji Orange dostęp do sieci ma ponad 90 proc. dzieci w wieku szkolnym. Co czwarty przebadany przez fundację rodzic deklaruje, że jego pociechy mogą stale korzystać z internetu, gdyż ich telefon jest wyposażony w pełen pakiet danych. Internet jest potrzebny dzieciom i nastolatkom przede wszystkim do sprawdzania bieżących wiadomości, korzystania z poczty elektronicznej oraz mediów społecznościowych. Dla wielu rodziców internet to przede wszystkim zagrożenie, organizatorzy programu Drużyna Energii postanowili jednak pokazać, że sieć można wykorzystywać w pozytywnych celach.

– Łączymy tutaj kontakt z dziećmi poprzez social media, gdzie dzisiejsza młodzież jest non-stop obecna. Tam nasi ambasadorzy, którzy mają wyniki sportowe, równocześnie zasięgi i dosyć duże kanały na YouTube, z łatwością radzą sobie z tym, aby być obecnym w świecie dzieci i zachęcać je do tego, by wykonywać ćwiczenia, które im przedstawiają – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Leszczyński, dyrektor ds. marketingu, New Balance.

Drużyna Energii to ogólnopolski program zainicjowany jesienią 2017 roku przez Grupę Energa i skierowany do uczniów klas VI i VII szkół podstawowych. Placówki zgłaszali nauczyciele, do uczniów należało natomiast nagranie dwuminutowego filmiku prezentującego sportowy charakter szkoły. Do kolejnego etapu zakwalifikowało się sto szkół z całej Polski. Dla tych uczestników raz w tygodniu ambasadorzy akcji, czyli siatkarz Krzysztof Ignaczak, były piłkarz Marek Citko, dziennikarz sportowy Bartosz Ignacik oraz youtuber sportowy Krzysztof Golonka, publikowali w internecie filmy ze specjalnie przygotowanymi ćwiczeniami.

– Bardzo się cieszymy, że możemy pomagać nauczycielom szerzyć i propagować kulturę fizyczną, bo mamy nadzieję również na to, że z tych dzieciaków, które tutaj biegają, wyrosną przyszłe gwiazdy sportu, a jeżeli nie, to przynajmniej damy im to zdrowie – mówi Krzysztof Ignaczak.

Na podstawie filmów publikowanych przez ambasadorów Drużyny Energii uczniowie nagrywali własne filmy, na których odtwarzali dany trening. Za każde nadesłane wideo szkoła otrzymywała punkty, a najbardziej aktywne placówki zostawały finalistami programu. Do tych szkół raz w miesiącu przyjeżdżali ambasadorzy Drużyny Energii, aby poprowadzić z dziećmi trening na żywo. Organizatorzy programu już dziś twierdzą, że zainteresowanie ze strony szkół i uczniów przeszło ich oczekiwania.

– Zaangażowanie uczniów miło nas zaskoczyło, mieliśmy oczywiście nadzieję, że wykażą się hartem ducha, ale to, jaki zapał wykazały dzieci z każdej ze stu szkół biorących udział w projekcie, naprawdę daje nam nadzieję na to, że młode pokolenia Polaków cały czas będą zainteresowane sportem – mówi Andrzej Lis-Radomski, Grupa Energa.

Do tej pory uczestnicy programu nadesłali ponad 20 tys. filmików. Projekt został także zauważony przez media, organizatorzy nie kryją zaskoczenia liczbą publikacji na ten temat oraz nominacją do nagrody projektu roku w konkursie „Przeglądu Sportowego”. Za swój największy sukces uważają jednak zachęcenie polskich dzieci do większej aktywności fizycznej i przynajmniej chwilowe porzucenie laptopów i smartfonów na rzecz sportu.

– Ważne jest to, że nie musieliśmy do tego używać siły, wystarczyło stworzyć pewne zachęty, które zmotywują ich samych do tego, żeby wstały od urządzeń, żeby poszły na podwórko, poszły na boisko i zaczęły trenować – mówi Andrzej Lis-Radomski.

– Jeżeli będziemy wysyłać takie impulsy, przypominać dzieciom o tym, co jest ważne, że sport daje i sławę, i pieniądze, i popularność, a przede wszystkim daje olbrzymią satysfakcję, medale, puchary, mistrzostwa – to te impulsy w pewnym momencie spowodują, że oni może też w siebie uwierzą i spróbują uprawiać to systematycznie – mówi Marek Citko, były piłkarz, ambasador Drużyny Energii.

Finał Drużyny Energii odbywa się dziś (24 maja) w Gdańsku. Zwycięzcy otrzymają 10 tys. zł, zdobywcy 2. miejsca – 7 tys. zł, a drużyna, która uplasuje się na 3. miejscu, zostanie nagrodzona kwotą 4 tys. zł. Pieniądze te mają zostać przeznaczone na wyposażenie sal gimnastycznych w tych szkołach. Organizatorzy już dziś planują kolejne edycje programu, od początku myśleli bowiem o długofalowym projekcie.

– Będziemy stopniować nasze ćwiczenia, one będą coraz trudniejsze. W kolejnych etapach będziemy dołączali ćwiczenia, które będą wymagały większego zaangażowania, dłuższego spędzenia czasu z piłką na sali, więc będziemy również rozwijać dzieciaki w ten sposób – mówi Krzysztof Ignaczak.

Morfologia krwi może uratować życie. Blisko połowa Polaków wykonuje ją rzadziej, niż zalecają lekarze

Morfologia krwi może uratować życie. Blisko połowa Polaków wykonuje ją rzadziej, niż zalecają lekarze 14

Im wcześniejsza diagnoza, tym większe szanse na wygraną walkę z nowotworem krwi. Większość tego rodzaju chorób wykrywana jest jednak na późnym etapie rozwoju, głównie ze względu na nieswoiste i bagatelizowane objawy. Tymczasem nowotwór można zdiagnozować na podstawie prostego badania, jakim jest morfologia krwi obwodowej. 43 proc. Polaków wykonuje je jednak znacznie rzadziej, niż zalecają lekarze. Mało który Polak łączy również morfologię z możliwością wykrycia chorób krwi.

Zachorowalność na nowotwory układu krwiotwórczego i chłonnego rośnie. Według danych Krajowego Rejestru Nowotworów liczba nowych zachorowań w Polsce podwoiła się na przestrzeni ostatnich trzech dekad. Nowotwory układu krwiotwórczego i chłonnego coraz częściej dotykają także ludzi młodych oraz dzieci – co roku choroby te diagnozuje się u ponad 1 tys. osób poniżej 17 roku życia. Rokowania w przypadku chorób hematoonkologicznych mogą być dobre, o ile nowotwór zostanie rozpoznany na wczesnym etapie rozwoju. Diagnostyka nastręcza jednak trudności ze względu na nieswoiste objawy, jakie daje ta grupa schorzeń.

– Najpowszechniejsze są objawy wynikające z triady objawów laboratoryjnych, czyli objawy niedokrwistości, małopłytkowości i związane ze zmniejszoną liczbą neutrofili [białych krwinek układu odpornościowego – red.] – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Ewa Lech-Marańda, dyrektor Instytutu Hematologii i Transfuzjologii. – Objawy, których nie możemy ignorować, to objawy niedokrwistości, osłabienie, szybkie męczenie się, zmniejszona tolerancja wysiłku, nawracające zakażenia, trudno leczące się objawy takie jak krwawienie z nosa, z dziąseł przy myciu zębów, powiększające się węzły chłonne, które nie są związane z zakażeniem – dodaje.

Niespecyficzne objawy chorób hematoonkologicznych często bywają traktowane jako efekt szybkiego tempa życia lub starzenia się organizmu, a przez to bagatelizowane. Osoby skarżące się na przewlekłe zmęczenie, utratę masy ciała czy nawracające infekcje długo nie zgłaszają się do lekarza. Tymczasem nowotwór może zostać szybciej wykryty dzięki prostemu badaniu, jakim jest morfologia krwi obwodowej, które warto uzupełnić o badanie OB i badanie ogólne moczu.

– Z morfologii można się dowiedzieć, czy nie mamy jakiejś istotnej choroby krwi lub poważnych zaburzeń innych narządów, takich jak przewód pokarmowy czy płuca, bo one również manifestują się we krwi – mówi prof. dr hab. n. med. Wiesław Jędrzejczak, krajowy konsultant w dziedzinie hematologii.

Badanie sondażowe zrealizowane przez Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia na zlecenie firmy Novartis w ramach kampanii „Odpowiedź masz we krwi” pokazuje jednak, że świadomość Polaków w tym zakresie nie jest dostatecznie wysoka. 83 proc. respondentów uważa, że morfologię należy wykonywać raz na dwanaście miesięcy, co jest zgodne z rekomendacjami ekspertów, ale aż 43 proc. wykonuje ją zdecydowanie rzadziej. Zdecydowana większość ankietowanych nie wie, że to podstawowe badanie laboratoryjne może pomóc w wykryciu groźnych chorób, a tylko co piąty uczestnik badania zdawał sobie sprawę, że morfologia pomaga zdiagnozować białaczkę. Ponad połowa Polaków jest również błędnie przekonana, że morfologia jest obowiązkowym badaniem w ramach medycyny pracy.

– Medycyna pracy zajmuje się głównie ochroną zdrowia związaną z warunkami pracy, natomiast w przypadku pewnych niepokojących objawów lekarz medycyny pracy może rozszerzyć zakres badań, możemy mieć wpływ na wczesne wykrywanie tych chorób, skierować do lekarza rodzinnego, a ten z kolei do hematologa – mówi lek. Paweł Wdówik, krajowy konsultant w dziedzinie medycyny pracy.

Zdaniem eksperta coraz większa liczba pracodawców rozszerza zakres podstawowych badań dla pracowników, finansując je z własnych środków.

Regularne badania krwi obwodowej powinny wykonywać także dzieci, choroby hematologiczne mają bowiem ogromny wpływ na ich rozwój psychofizyczny. Najczęstszą chorobą przewlekłą u dzieci jest niedokrwistość z niedoboru żelaza, skutkująca między innymi spadkiem możliwości intelektualnych. Dzieci coraz częściej zapadają również na nowotwory hematologiczne, zwłaszcza białaczki stanowiące 26 proc. wszystkich nowotworów dziecięcych. Wcześnie wykryte dają dobre rokowania, sięgające 90 proc. wyleczalności. Lekarze radzą, by nie czekać na ewentualne objawy choroby, lecz regularnie poddawać dziecko badaniom profilaktycznym w postaci morfologii krwi obwodowej.

 Diagnostyka chorób krwi u dzieci i dorosłych jest prawie taka sama. Musimy wykonać morfologię krwi i z niej odczytać, czy kolejne badania są potrzebne, czy nie. W niektórych rozpoznaniach musimy wykonać punkcję szpiku kostnego, żeby powiedzieć, jak ten szpik działa, bo morfologia krwi mówi o tym, co mamy we krwi, a za wszystko jest odpowiedzialny szpik kostny – mówi prof. dr hab. n. med. Wojciech Młynarski, członek zarządu Polskiego Towarzystwa Onkologii i Hematologii Dziecięcej.

Zwiększenie świadomości Polaków w zakresie istoty wczesnej diagnostyki nowotworów hematologicznych dla powodzenia terapii jest celem kampanii „Odpowiedź masz we krwi”, której partnerami są Polskie Towarzystwo Hematologów i Transfuzjologów, Polskie Towarzystwo Onkologii i Hematologii Dziecięcej oraz Instytut Hematologii i Transfuzjologii. Patronat honorowy nad kampanią objęli konsultant krajowy w dziedzinie hematologii prof. dr hab. n. med. Wiesław W. Jędrzejczak oraz konsultant krajowy w dziedzinie medycyny pracy lek. Paweł Wdówik. Organizatorzy kampanii chcą za jej pośrednictwem upowszechnić wiedzę na temat chorób krwi i szpiku kostnego, zwłaszcza ich niespecyficznych objawów, oraz poprawić wykrywalność chorób hematologicznych.

Zmiana w zarządzie Work Service S.A.

W dniu 23 maja br. Rada Nadzorcza powołała Piotra Ambrozowicza w skład Zarządu Work Service S.A. Obejmie on funkcję Wiceprezesa odpowiedzialnego za nadzór nad polityką finansową i rachunkową Grupy oraz nadzór finansowy nad Spółkami zależnymi Grupy Kapitałowej Work Service. Zastąpi na tym stanowisku Krzysztofa Rewersa, który złożył rezygnację z pełnionej dotychczas funkcji.

Chciałem bardzo podziękować Krzysztofowi za ogromny wkład i pracę jaką w ostatnich miesiącach i latach wykonał dla naszej spółki. Życzę mu powodzenia w dalszych planach zawodowych – mówi Maciej Witucki, Prezes Work Service S.A. – Tymczasem mogę powitać w naszym gronie Piotra Ambrozowicza, który po 4 latach przerwy wraca do Grupy Work Service, aby przejąć odpowiedzialność za prowadzenie polityki finansowej. Jestem przekonany, że jego znajomość zarówno branży jak i naszej firmy, a także zdobyte w ostatnich latach doświadczenie, będzie bardzo cenne dla naszego dalszego rozwoju – dodaje Maciej Witucki.

Z dniem 23 maja br. Piotr Ambrozowicz przejmie obowiązki Krzysztofa Rewersa i będzie odpowiedzialny za finanse oraz budowanie efektywności inwestycyjnej i kosztowej Grupy Work Service. Piotr Ambrozowicz jest absolwentem Wydziału Informatyki i Zarządzania na Politechnice Wrocławskiej oraz Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, gdzie obronił doktorat w zakresie nauk ekonomicznych. W latach 2006 – 2010 swoją karierę zawodową związał z firmą FagorMastercook SA, w której rozpoczynał swoją działalność od stanowiska dyrektora finansowego, następnie Wiceprezesa i Członka Zarządu do Członka Komitetu Finansowego międzynarodowej grupy Fagor. W latach 2010-2014 był związany z Work Service S.A., gdzie pełnił funkcję Wiceprezesa Zarządu odpowiedzialnego za politykę finansową. Następnie w latach 2014-2015 objął stanowisko CEO CEE OTTO Polska, agencji zatrudnienia wchodzącej w skład OTTO Work Force. W ostatnim czasie Piotr Ambrozowicz pełnił funkcję Wiceprezesa Zarządu OT Logistics S.A., gdzie odpowiadał  m.in. za rozwój grupy kapitałowej, a także nadzorował procesy akwizycji i ich finansowania.

Niedziele bez handlu odbiły się na zakupach

Sprzedaż detaliczna wzrosła w kwietniu br., w ujęciu rocznym, w cenach stałych, o 4 proc. (wobec 8,8 proc. w marcu) – podał GUS.

Sprzedaż detaliczna w ubiegłym miesiącu była najniższa od ponad dwóch lat. W porównaniu z marcem spadła o 5,9 proc. W marcu, z powodu Świąt Wielkanocnych, nie było jeszcze widać negatywnego wpływy zakazu handlu w niedziele na sprzedaż w wielkich sieciach handlowych. W kwietniu, kiedy mieliśmy aż cztery niedziele niepracujące, sprzedaż w niewyspecjalizowanych sklepach, czyli hiper- supermarketach, czy dyskontach spadła o 1,9 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. W stosunku do marca spadek wyniósł 13,9 proc. Warto jednak pamiętać, że przed rokiem Święta Wielkanocne obchodziliśmy w połowie kwietnia i zakupy przedświąteczne skumulowały się w tym miesiącu. W tym roku szczyt zakupów wypadł w marcu.

Sprzedaż w sieciach handlowych mogła być jeszcze niższa, gdyby nie zmasowane akcje promocyjne sklepów zachęcające klientów do robienia zakupów w piątek i sobotę, wydłużenie godzin pracy, szczególnie w dni poprzedzające wolne niedziele. Co ciekawe, na kiepski kwiecień narzekają także właściciele małych sklepów, (sprzedaż spadła o kilka procent), które miały być beneficjentami niedzielnego ograniczenia handlu.

Po wprowadzeniu zakazu handlu w niedziele na tłumy klientów liczyły również sklepy internetowe. Wyniki marca wydawały się potwierdzać te nadzieje, gdyż znacząco wzrosła sprzedaż. Ale już kwiecień rozczarował. Co prawda obroty dalej rosły, ale udział niedziel w sprzedaży spadł. W dłuższej perspektywie, zamkniecie sklepów stacjonarnych w niedziele, powinno jednak sprzyjać e-sklepom.

Na razie, na zakazie handlu w niedziele tracą wszyscy. Duże sieci handlowe, mali przedsiębiorcy i sklepy internetowe. Za wcześnie jednak wyciągać daleko idące wnioski, tylko na podstawie dwóch nietypowych miesięcy. Coś więcej o skutkach dla gospodarki zakazu handlu w niedziele będziemy mogli powiedzieć dopiero za kilka miesięcy.

Wydaje się, że kwiecień nie będzie zapowiedzią ochłodzenia koniunktury w handlu, a tylko „wypadkiem przy pracy”. I to mimo tego, że GUS podał też dzisiaj, że w maju obniżyły się bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej i wyprzedzający wskaźnik ufności. Nastąpiło pogorszenie zarówno obecnych, jak i przyszłych nastrojów konsumenckich w stosunku do poprzedniego miesiąca.

Bardziej prawdopodobne jest utrzymanie wysokiej skłonności do konsumpcji. Prawie dwie trzecie Polaków zapowiada, że w tym roku wyda więcej pieniędzy na zakupy niż w 2017 r. – wynika z europejskiego badania L Observatoire Banku BGŻ BNP Paribas. Optymizm wzmaga bardzo dobra sytuacja na rynku pracy – niskie bezrobocie, łatwość w znalezieniu nowego miejsca pracy. Zajmuje to obecnie średnio 2,5 miesiąca, czyli znacznie mniej czasu niż kilka lat wcześniej. Szybko rosną też wynagrodzenia. Według różnych prognoz mają być wyższe w tym roku realnie o 3,8 proc., co sytuuje nas w czołówce państw UE.

Autor: Zbigniew Maciąg, Konfederacja Lewiatan

Dobry początek roku dla regionalnych rynków biurowych

  • Deweloperzy wykazują się wysoką aktywnością na głównych rynkach biurowych. W pierwszym kwartale 2018 roku nowa podaż w regionach wyniosła 129 050 m kw., co oznacza wzrost 92% r/r.
  • W 2018 roku w Krakowie i we Wrocławiu zostanie oddane do użytku tylko o 20% i 30% nowej powierzchni biurowej mniej niż w Warszawie.
  • Na większości regionalnych rynków biurowych widoczny jest trend konsolidacji najemców z sektora BPO/SSC pod jednym adresem, czego przykładem jest transakcja Clariant w Łodzi.
  • Wskaźnik powierzchni niewynajętej w Trójmieście jest na najniższym poziomie od 2012 roku pomimo relatywnie dużej aktywności deweloperów.

Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield opublikowała raport MarketBeat podsumowujący pierwszy kwartał 2018 roku na regionalnych rynkach powierzchni biurowej. Po rekordowym 2017 roku następuje stabilizacja – całkowity zasób powierzchni biurowej w tym segmencie na koniec Q1 2018 wyniósł 4,5 mln mkw., co oznacza wzrost o 3% q/q. Jednocześnie zmniejszył się wskaźnik pustostanów o 0,6 pp. do 9,3%. Największą aktywność deweloperów obserwuje się na rynkach wrocławskim i krakowskim.

Łącznie w pierwszym kwartale 2018 roku na regionalnych rynkach biurowych w Polsce do użytku zostało oddane siedem nowych inwestycji, co przełożyło się na wzrost dostępnej powierzchni o prawie 130 tys. m kw. Oznacza to, że wolumen powierzchni biurowej oferowanej w największych miastach regionalnych przekroczył już 4,5 mln mkw., a do końca roku ma zostać przekroczona granica 5 mln. Największym z nowych budynków jest gdańska Olivia Star wybudowana przez Olivia Business Center. Wieżowiec oferuje łącznie 45,6 tys. mkw. Na drugim i trzecim miejscu znalazły się odpowiednio krakowski O3 Business Campus III (19 200 mkw.) oraz .KTW I w Katowicach (18 250 mkw.).

Obserwując poszczególne rynki widać, że najaktywniejsze są Kraków i Wrocław. To właśnie w tych dwóch miastach do końca roku na rynek ma być dostarczone najwięcej nowej powierzchni (ponad 180 tys. mkw. w Krakowie i blisko 166 tys. mkw. we Wrocławiu). Co więcej, we Wrocławiu i w Krakowie doszło do zawarcia dwóch największych transakcji w tym kwartale. Santander Consumer Bank wynajął 10 000 mkw. we wrocławskim Business Garden Wrocław I, natomiast w Krakowie umowę przednajmu na 8 960 m mkw. w budynku .BIG podpisała firma State Street.). Na trzecim miejscu znalazło się Trójmiasto, które ma w tym samym czasie wzbogacić się o blisko 105 tys. m kw. nowej powierzchni biurowej. W pozostałych badanych miastach wolumen będzie zdecydowanie niższy: 53 tys. w przypadku Łodzi, 40 tys. w Lublinie i Katowicach.

Początek 2018 roku, po bardzo intensywnym zakończeniu 2017 r., przyniósł ostudzenie i charakteryzuje się dążeniem do stabilizacji. Łącznie sfinalizowano transakcje o sumarycznej powierzchni 127 100 mkw., czyli o prawie 30% mniej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Temu zjawisku z kolei towarzyszy systematyczne zapełnianie się pustostanów – spadek o 0,6 pp. do 9,3%, z czego najkorzystniej pod tym względem wygląda rynek trójmiejski (7,7%), a najmniej korzystnie lubelski (17,1%). – Spadek wskaźnika pustostanów był spowodowany stosunkowo wysoką absorpcją, która w pierwszym kwartale 2018 roku wyniosła 101 200 mkw., dzięki oddaniu na rynek projektów, które w większości były już zabezpieczone umowami przednajmu – tłumaczy Jan Szulborski, konsultant w dziale Doradztwa i Badań Rynkowych, Cushman & Wakefield, autor raportu.

Ponadto zauważalna jest stabilizacja cen najmu (od 12 do 14,5 euro/mkw. miesięcznie), a nawet lekkie wzrosty w Poznaniu oraz Wrocławiu (wzrost o 0,5 euro), co jest spowodowane ograniczeniem dostępności najbardziej atrakcyjnych powierzchni w tych dwóch miastach.

Wyłudzenia VAT. Fiskus będzie musiał się bardziej postarać, by ukarać przedsiębiorcę

Naczelny Sąd Administracyjny stoi na stanowisku, że w sprawach dotyczących wyłudzeń w VAT organ podatkowy ma obowiązek dokładnego ustalenia stanu faktycznego oraz udowodnienia podatnikowi wzięcia udziału w oszustwie podatkowym. Brak obiektywnych przesłanek skutkuje niemożliwością ukarania przedsiębiorcy.

Ostatnie orzecznictwo korzystne dla przedsiębiorców

Tylko w grudniu ubiegłego roku Naczelny Sąd Administracyjny wydał dwa wyroki, z których można wywieść obowiązek każdorazowego udowodnienia podatnikowi działania zmierzającego do wyłudzenia VAT. W jednym z nich, wydanym 20 grudnia 2017 r. w sprawie o sygn. I FSK 388/16, NSA stwierdził:

„Krajowe organy administracyjne i sądowe powinny odmówić prawa do odliczenia, jeżeli zostanie udowodnione na podstawie obiektywnych przesłanek, że skorzystanie z tego prawa wiązałoby się z przestępstwem lub nadużyciem. Niezgodne z zasadami funkcjonowania prawa do odliczenia jest sankcjonowanie odmową możliwości skorzystania z prawa do odliczenia podatku naliczonego podatnikowi, który nie wiedział i nie mógł wiedzieć, że w ramach danej transakcji dostawca dopuścił się przestępstwa lub że inna transakcja w łańcuchu dostaw, dokonana przed transakcją przeprowadzoną przez owego podatnika lub po niej miała miejsce z naruszeniem VAT.”

Dwa dni wcześniej ten sam sąd uznał, że „prawidłowe ustalenie stanu faktycznego w zakresie rzeczywistego wykonania transakcji jest podstawowym i kluczowym elementem dla ustalenia powstania oraz możliwości skorzystania przez podatnika z prawa do odliczenia podatku naliczonego” (wyrok NSA z 18 grudnia 2017 r., sygn. I FSK 352/16). Podobnie zostało wskazane w wyroku NSA z 25 stycznia 2018 r., sygn. I FSK 664/16).

Oznacza to jedynie, że NSA zaczął zauważać i wytykać błędy fiskusa, które niejednokrotnie są powielane przez sądy administracyjne. Co istotne, sprawy, których przytoczone wyroki dotyczą, nie są „świeże” – decyzje w I instancji zostały wydane dużo wcześniej, bo w 2014 r., a odnoszą się do zdarzeń z lat 2008 i 2012. W tamtym okresie fiskus jeszcze nie był tak aktywny w kwestii wyłudzenia VAT. Od momentu, w którym nasiliły się kontrole i postępowania, zwiększyła się również liczba popełnianych błędów proceduralnych, dotyczących głównie gromadzenia dowodów i ich oceny. Można mieć nadzieję, że NSA również te „nowe” błędy zauważy i wytknie, a to przełoży się bezpośrednio na lawinowe uchylanie decyzji podatkowych.

Obowiązek udowodnienia podatnikowi, że naruszył prawo

Kontrole i postępowania podatkowe ujawniają szereg błędów popełnianych przez organy.
W praktyce jednak utrudniona jest polemika co do ustaleń faktycznych i oceny materiału dowodowego, zwłaszcza na etapie administracyjnym. Nie może ona bowiem opierać się wyłącznie na przedstawieniu własnych ustaleń – trzeba też wykazać, w którym momencie organ nieprawidłowo ocenił materiał dowodowy. Właśnie dlatego niejednokrotnie dopiero etap sądowy – przede wszystkim postępowanie przed Naczelnym Sądem Administracyjnym – umożliwia podatnikowi podważenie ustaleń organów. A jak wynika z przytoczonych wyroków, to na tych właśnie organach ciąży obowiązek udowodnienia (a nie uprawdopodobnienia!) albo tego, że dane transakcje w ogóle nie miały miejsca, albo tego, że podatnik nie działał w dobrej wierze. Organy jednak zapominają o tym i desperacko poszukują najmniejszych nawet dowodów przemawiających na niekorzyść przedsiębiorcy, pomijając dowody korzystne, a nawet odmawiając stronie przeprowadzenia jakiegoś dowodu. Takie postępowanie przeczy podstawowym zasadom wyrażonym w Ordynacji podatkowej (oraz przepisom szczególnym).

Ustalenia faktyczne organu a rzeczywistość – czy warto polemizować?

Jak wskazał NSA, to ustalenia faktyczne zgodne z rzeczywistością stanowią fundament, na którym powinna się opierać decyzja podatkowa. Jeśli zatem występują nieprawidłowości
w tym zakresie, należy je wykazać, a przez to również podważyć zasadność wydanej decyzji. Tylko w ten sposób można obronić się przed arbitralnością i abstrakcyjnym karaniem w sytuacji, gdy organ jedynie podejrzewa nielegalność działań podatnika. Dla organów to zdecydowanie zła wiadomość – będą musiały się bardziej przyłożyć, jeśli będą chciały ukarać podatnika. Stawka jest wysoka: organ może nie tylko odmówić prawa do odliczenia VAT z faktur zakupowych, ale również skorzystać z dobrodziejstwa art. 108 ustawy o VAT, tj. de facto nałożyć na podatnika karę w postaci obowiązku zapłaty podatku wykazanego następnie w (nierzetelnych) fakturach sprzedażowych.

Na etapie sądowym trzeba umiejętnie wykazać, że organ określony błąd popełnił, a także – że mógł on mieć istotny wpływ na wynik sprawy. W praktyce obowiązek podatnika sprowadza się do przekonania WSA (a następnie NSA, jeśli nie uda się w I instancji), iż organy podatkowe m.in. prowadziły postępowanie w sposób tendencyjny, zakładając nieuczciwość strony
i pomijając konkretne dowody. Samo stwierdzenie, że sytuacja taka miała miejsce, nie odniesie sukcesu. Choć więc to na organie ciąży obowiązek udowodnienia pewnych okoliczności implikujących pozbawienie prawa do odliczenia VAT, to na skarżącym ciąży obowiązek udowodnienia, iż organ swojego obowiązku nie dopełnił. Dlatego tak ważna jest znajomość oraz interpretacja przepisów proceduralnych, orzecznictwa sądów administracyjnych oraz poglądów doktryny.

Wyroki NSA dają podatnikom nadzieję, że sądy rzetelnie i wnikliwie rozpoznają sprawę, mając na uwadze zarówno interes publiczny, jak i słuszny interes podatnika – o co ostatnimi czasy trudno na etapie administracyjnym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

RODO a ochrona dzieci w internecie. Co się zmieni?

Co dziesiąty  polski internauta to małoletni w wieku od 7 do 14 lat – wynika z informacji podanej przez firmę Polskie Badanie Internetu. Aby zapewnić dzieciom bezpieczeństwo w wirtualnym świecie, opiekunowie muszą się mierzyć z wieloma wyzwaniami, RODO wychodzi im naprzeciw regulując kwestie ochrony danych osobowych w Internecie osób poniżej 16 roku życia. Obostrzenia dotyczą przede wszystkim reklamodawców i pozyskiwania przez nich zgód na wykorzystanie informacji o nieletnich i ich preferencjach.

Dzieci w sieci

Internet stał się naturalnym środowiskiem dla niemal wszystkich, nawet dla najmłodszych. Odchodzą one od tradycyjnych form rozrywek na rzecz tego, co oferują im rożne portale. Nie powinno dziwić to, że osoby niepełnoletnie posiadają własne skrzynki e-mail czy konta społecznościowe. Do tej pory większość podmiotów oferujących takie rozwiązania nie weryfikowała wieku użytkowników.

Maciej Kaczmarski ODO 24
Maciej Kaczmarski, Prezes zarządu, ODO 24.

Warto pamiętać, że dzieci korzystające z usług internetowych są bardziej niż osoby dorosłe narażone na wykorzystanie ich danych – bez świadomej zgody – np. w celach marketingowych. Na szczęście RODO dostrzega ten problem i normuje m.in. ich przetwarzanie w ramach społeczeństwa informacyjnego, czyli każdą usługę świadczoną elektronicznie na odległość, za wynagrodzeniem, która została indywidualnie zamówiona przez odbiorcę, taką jak. oglądanie filmów na żądanie czy słuchanie muzyki za pomocą aplikacji – mówi Maciej Kaczmarski, przewodniczący Rady, Fundacja Wiedza To Bezpieczeństwo.

W myśl art. 8 ust. 1 RODO, zgodne z prawem jest wykorzystywanie danych osobowych dziecka, które ukończyło 16 rok życia i wyraziło na to zgodę. Każde państwo członkowskie mogło obniżyć tę granicę, jednak nie dalej niż 13 lat. Przetwarzanie informacji poniżej ustanowionego wieku jest dozwolone wyłącznie po uzyskaniu przyzwolenia rodzica lub opiekuna prawnego lub po otrzymaniu od niego potwierdzenia zgody wyrażonej przez osobę nieletnią.

Jak będzie w Polsce?

W pierwszej wersji projektu nowej polskiej ustawy o ochronie danych osobowych ustawodawca wyraził chęć skorzystania z przysługującego mu prawa do obniżenia granicy wieku do 13 lat. Miało to zapewnić spójność nowego prawa z innymi przepisami  krajowymi, m.in. kodeksem cywilnym. Wbrew opiniom IAB oraz Konfederacji Lewiatan – pod koniec marca br. – zapis ten został usunięty. Co oznacza, że próg wieku w Polsce wynosi 16 lat.

Nasuwa się pytanie czy nowy przepis naraża administratorów informacji na dokładniejsze weryfikowanie wyrażonych zgód. Dostawca danej usługi w sieci z pewnością będzie zobowiązany podjąć techniczne realne działania w celu ich potwierdzenia oraz upewnienia się czy użytkownik spełnia wymóg dotyczący wieku, a jeżeli nie, to czy osoba sprawująca władzę rodzicielską lub opiekę nad dzieckiem wyraziła zgodę lub ją zaaprobowała – wskazuje Maciej Kaczmarski, przewodniczący  Rady, Fundacja Wiedza To Bezpieczeństwo. Unijny ustawodawca nie precyzuje konkretnych wytycznych odnośnie tej czynności – dodaje.

Hakerzy odpuszczają Polsce. Mniej ataków na nasze komputery…

mapApril

Dopiero 23 pozycję w europejskim rankingu najbardziej zagrożonych państwa w Europie pod względem bezpieczeństwa sieciowego zajęła Polska (dane za kwiecień). To wynik zmniejszonego zainteresowania naszym krajem lub mniejszej aktywności hakerów – wynika z najnowszego raportu firmy Check Point. Niepokojącym jest fakt, iż cyberprzestępcy zaczynają wprowadzać innowacje w swoich technikach w celu wykorzystania jeszcze większej liczby ofiar dla osiągnięcia większych zysków.

Analizy firmy Check Point Software Technologies wskazują, że w kwietniu najbezpieczniejszymi państwami w Europie pod względem bezpieczeństwa cybernetycznego były Irlandia (indeks zagrożeń – 28,4), Islandia (29,1) i Słowacja (29,3). Choć Polska znalazła się w ogonie Europy, zajmując dopiero 23 pozycję, jej indeks zagrożeń wynosił zaledwie 39,2 punktu (im mniej tym bezpieczniej), co wskazuje na zmniejszenie intensywności działań hakerskich na kontynencie europejskim.

Indeks zagrożeń (Europa)

Źródło: Check Point Software Technologies

1 Irlandia 28,4
2 Islandia 29,1
3 Słowacja 29,3
4 Malta 30,8
5 Norwegia 30,9
22 Włochy 38,9
23 Polska 39,2
24 Luksemburg 40,6

 

Kwiecień 2018 r. był czwartym miesiącem z rzędu, w którym tzw. cryptomining malware zdominował indeks najpopularniejszych programów typu malware. Coinhive wciąż jest najpowszechniejszym typem złośliwego oprogramowania na świecie, z udziałem na poziomie 16%. W Polsce udział ten jest jeszcze wyższy i sięga blisko 22%! Drugim najpopularniejszym cryptominerem jest Cryptoloot, osiągający globalny zasięg na poziomie 14% (blisko 16% w Polsce).

Top 3 najpopularniejszych typów malware

Kwiecień 2018

Nazwa rodziny malware Opis Udział światowy Udział

krajowy

Coinhive cryptominer przeznaczony do internetowego wykopywania kryptowaluty Monero podczas odwiedzin użytkownika na stronie internetowej bez jego wiedzy lub zgody.

Zaimplantowany JavaScript wykorzystuje zasoby obliczeniowe maszyn użytkowników końcowych do kopiowania „coinów”, wpływając w ten sposób na wydajność systemu.

15.81% 21.60%
Roughted kampania malvertisingowa na olbrzymią skalę, dostarczająca różnego rodzaju scam, adware, exploit kity oraz ransomware. Może być przeprowadzona w atakach na każdy typ platform i systemów operacyjnych. 10.59% 17.07%
Cryptoloot – Cryptominer wykorzystujący moc procesora lub procesora graficznego ofiary oraz istniejące zasoby do wytworzenia nowej waluty.

Dodaje transakcje do tzw. blockchainu, wprowadzając nową walutę.

14.42% 15.68%

Choć intensywność działań częściowo spadła, hakerzy rozwinęli nowe sposoby ataków i generowania zysków. Badacze Check Pointa zidentyfikowali nowy trend, w którym cyberprzestępcy atakują niezałatane luki w serwerach Microsoft Windows Server 2003 (CVE-2017-7269) i Oracle Web Logic (CVE-2017-10271) w celu nielegalnego generowania kryptowalut. Zdumiewający jest fakt, że aż 46% światowych organizacji zostało namierzonych przez hakerów dzięki podatności Microsoft Windows Server 2003, podczas gdy podatność serwera Oracle Web Logic narażała 40% organizacji na całym świecie.

Co ciekawe, łatki bezpieczeństwa dla obu serwerów są publicznie dostępne od co najmniej sześciu miesięcy, więc szczególnie niepokojącym jest fakt, że tak wiele organizacji zostało dotkniętych tymi zagrożeniami. Przypomina to wyraźnie organizacjom, że podstawy bezpieczeństwa, takie jak łatanie poprawek, mają kluczowe znaczenie dla zapewnienia bezpieczeństwa sieci. Aby naprawdę pozostać bezpiecznym, przedsiębiorstwa muszą stosować wielowarstwową strategię bezpieczeństwa cybernetycznego, która chroni zarówno przed istniejącymi rodzinami złośliwego oprogramowania, jak i przed zupełnie nowymi zagrożeniami.

Analiza firmy Check Point Software Technologies przedstawia ranking bezpieczeństwa, oparty o dane, zdobyte dzięki technologii ThreatCloud, badającej ponad 250 milionów adresów pod kątem wykrywania botów, ponad 11 milionów podpisów złośliwego oprogramowania oraz ponad 5,5 miliona zainfekowanych stron internetowych.

Fraud płatniczy – zjawiska oszustw płatniczych w polskim e-commerce

Fraud płatniczy jest często określany mianem jednego z najpoważniejszych zagrożeń, z jakim muszą się  dziś mierzyć firmy przyjmujące płatności online na całym świecie. Z najnowszego raportu firm EY i Nethone pt. „Bezpieczny handel w internecie” wynika, że większość przedsiębiorstw na polskim rynku e-commerce ma znikomą świadomość problemu wyłudzeń płatniczych. Aż 71% zbadanych firm nie wykorzystuje żadnego rozwiązania technologicznego służącego do zapobiegania fraudowi. Niemal wszystkie (95%) uczestniczące w badaniu sklepy internetowe akceptują karty płatnicze, jednak zaledwie 35% posiada jakiekolwiek procedury służące zapobieganiu chargebackom. Do branż wyjątkowo zagrożonych fraudem zaliczyć można m.in. dobra i usługi cyfrowe, gry komputerowe, usługi turystyczne oraz dobra luksusowe.

Specyfika polskiego e-commerce wpływa na niską świadomość problemu wyłudzeń płatniczych

Pomimo dużej skali występowania fraudu płatniczego na świecie, polski e-commerce jest głęboko podzielony, zarówno jeśli chodzi o świadomość problemu, jak i umiejętności radzenia sobie z nim. Wynika to przede wszystkim ze specyficznej struktury rynku e-handlu w Polsce, która charakteryzuje się dużym rozdrobnieniem przy jednoczesnym występowaniu nielicznej grupy dużych podmiotów. Znikoma obecność największych światowych graczy jest jednocześnie przyczyną i skutkiem bardzo silnej pozycji wąskiego grona lokalnych potentatów, którzy swoją ofertę kierują głównie na rynek krajowy. Jednocześnie, struktura preferowanych przez konsumentów metod płatności znacząco różni się od tej dominującej na większości rozwiniętych rynków. Podczas gdy niemal na całym świecie konsumenci dokonują płatności w internecie głównie za pomocą kart, polscy kupujący najchętniej wybierają szybkie przelewy oraz płatność za pobraniem. W konsekwencji, lokalni e-sprzedawcy postrzegają karty płatnicze jako poboczną metodę płatności, co przekłada się na niski stopień świadomości zagrożeń, jakie wiążą się z ich akceptowaniem, niezależnie od udziału w wolumenie transakcyjnym. Rynek się jednak zmienia. Coraz więcej polskich firm decyduje się na ekspansję zagraniczną, a nawyki płatnicze Polaków ewoluują za sprawą zyskujących na popularności globalnych serwisów nieoferujących innych niż karta metod płatności.  Brak wiedzy może się wkrótce okazać dla wielu polskich firm źródłem poważnego zagrożenia.

 Polski e-commerce cały czas się rozwija. Coraz więcej firm decyduje się wychodzić z ofertą poza granice kraju – na rynki, gdzie karty płatnicze górują nad wszystkimi innymi metodami płatności. Należy też zauważyć wpływ rosnącej na polskim rynku popularności globalnych serwisów oferujących, np. VoD czy usługi transportowe. Niejednokrotnie umożliwiają one wyłącznie płatność za pomocą karty. W efekcie, Polacy stopniowo oswajają się z płaceniem kartą online – mówi Hubert Rachwalski, CEO, Nethone. Potwierdzają to dane NBP – w ostatnim kwartale ubiegłego roku Polacy wykonali aż o 4,6 mln więcej transakcji kartowych online niż w analogicznym okresie 2016 r. Udział kart rośnie, a wraz z nim zwiększać się będzie zapewne skala problemu fraudu płatniczego – dodaje Rachwalski.

Z raportu EY i Nethone wynika, że 95% firm biorących udział w badaniu umożliwia swoim klientom dokonywanie płatności za pomocą karty kredytowej lub debetowej. U 65% badanych transakcje dokonywane kartą stanowią od 10 do 30% przyjmowanych płatności, a u 30% mają udział na poziomie poniżej 10%. 

Świadomość problemu fraudu płatniczego zależna od doświadczeń przedsiębiorców

Skala problemu fraudu płatniczego wśród polskich sprzedawców online jest niewielka, co wynika w znacznej mierze z niewielkiego udziału kart płatniczych w ich wolumenach transakcyjnych. Tylko 18% firm zadeklarowało, że miało w ciągu ostatnich 12 miesięcy do czynienia z fraudem, zaś 82% twierdzi, że nie odnotowało w tym okresie ani jednego przypadku wyłudzenia. Wraz ze wzrostem udziału kart w wolumenie transakcyjnym, gwałtownie rośnie częstotliwość występowania fraudu. Spośród firm z udziałem kart jako metody płatności na poziomie powyżej 20%, aż 64% deklaruje, że w ciągu minionych 12 miesięcy odnotowało przypadki fraudu.

– 81% badanych firm zadeklarowało, że nie postrzega fraudu płatniczego jako poważnego zagrożenia dla swojego biznesu. W tej populacji tylko 32% firm sprzedaje poza Polską, podczas gdy wśród firm postrzegających fraud jako problem, aż 85% działa oprócz Polski również na rynkach zagranicznych. Widać również, że w tej grupie karty są relatywnie częściej wykorzystywaną metodą płatności: aż 93% takich respondentów (vs 65% dla całej populacji) ma udział kart płatniczych na poziomie 10-30%
– 
wyjaśnia Marcin Bizoń, Associate Partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Nadużyć, EY Polska.

Z raportu EY i Nathone wynika również, że świadomość występowania i powagi problemu fraudu płatniczego, jest w znacznej mierze zależna od indywidualnych doświadczeń firm w tym zakresie. Dopiero odnotowanie fraudu zwraca uwagę przedsiębiorstw na istnienie problemu. Postrzeganie fraudu płatniczego jako poważnego zagrożenia wskazało 63% firm, u których takie zdarzenie odnotowano na przestrzeni minionych 12 miesięcy, podczas gdy wśród pozostałych respondentów tylko 9% udzieliło takiej odpowiedzi.

– O podwyższonej świadomości występowania problemu fraudowego oraz jego percepcji jako poważnego zagrożenia można dziś mówić niemal wyłącznie w przypadku firm, które handlują dobrami cyfrowymi, a także sprzedawców kierujących ofertę do klientów zagranicznych i posiadających wyższy od średniego poziom udziału transakcji kartowych w wolumenie transakcyjnym, jak np. biura podróży czy sklepy z dobrami luksusowymi  – tłumaczy Hubert Rachwalski.

Polscy przedsiębiorcy nie bronią się przed fraudami płatniczymi

Wyniki raportu wskazują, że 71% respondentów nie wykorzystuje żadnego rozwiązania technologicznego służącego do ograniczania fraudów płatniczych. Można również zaobserwować dużą zależność pomiędzy doświadczeniem własnym firmy z przypadkami fraudu a stosowaniem odpowiednich systemów zabezpieczających. 67% respondentów, którzy zetknęli się z fraudem płatniczym wykorzystuje rozwiązania ograniczające ryzyko wystąpienia wyłudzeń, podczas gdy wśród firm, które nie spotkały się z takim nadużyciem takie rozwiązania stosuje tylko 21% podmiotów.

– Firmy, które do tej pory nie korzystały z rozwiązań zabezpieczających przed wyłudzeniami, nie mają w planach takich inwestycji. Może to wynikać ze stosunkowo niewielkiej w tej populacji świadomości problemu i jego wagi. Aż 91% takich firm nie planuje wdrażania technicznych rozwiązań antyfraudowych, a 78% nie planuje jakichkolwiek zmian w obszarze przeciwdziałania fraudom płatniczym – zwraca uwagę Marcin Bizoń.

Świadomość korzyści ze stosowania rozwiązań zabezpieczających jest największa wśród biznesów korzystających z rozwiązań antyfraudowych (92%) oraz mających wysoki – co najmniej 15-procentowy – udział kart w wolumenie transakcyjnym (91%).

***

O badaniu

Raport pt. „Bezpieczny handel w internecie” powstał na podstawie pierwszego badania zjawiska oszustw płatniczych w polskim e-commerce, przeprowadzonego przez firmy EY i Nethone. Celem badania było sprawdzenie skali i percepcji problemu wśród polskich sklepów internetowych. Badanie przeprowadzono metodami CATI i CAWI na grupie 150 przedsiębiorstw. Każde ze zbadanych przedsiębiorstw charakteryzowało się rocznymi obrotami w kanałach online na poziomie co najmniej 100 mln zł. Osobami udzielającymi odpowiedzi na pytania byli członkowie zarządów, dyrektorzy finansowi oraz wskazani przez przedsiębiorstwa decydenci w zakresie zakupów rozwiązań z obszaru bezpieczeństwa IT i zarządzania ryzykiem. Spośród firm-respondentów, 99% prowadzi sprzedaż online na rynku krajowym, 42% sprzedaje swoje produkty/usługi klientom z Unii Europejskiej, 8% klientom z USA, a 7% klientom z Rosji, Ukrainy i innych państw.

Katarzyna Kacperska Dyrektor Generalną Novo Nordisk Pharma Sp. z o.o. w Polsce

Katarzyna Kacperska - Dyrektor Generalna Novo Nordisk Pharma Sp. z o.o.  w Polsce
Katarzyna Kacperska – Dyrektor Generalna Novo Nordisk Pharma Sp. z o.o. w Polsce

Z dniem 17 maja 2018 roku Dyrektorem Generalnym Novo Nordisk Pharma Sp. z o.o. w Polsce została Katarzyna Kacperska, która z firmą związana jest od 21 lat i zajmowała w tym czasie wiele istotnych dla firmy stanowisk w Polsce, Stanach Zjednoczonych Ameryki i Danii.

Kluczowym celem działań Dyrektor Generalnej polskiego oddziału Novo Nordisk będzie wzmocnienie rozwoju nowoczesnych metod leczenia cukrzycy, otyłości i hemofilii w Polsce oraz realizacja misji firmy, którą jest szeroko pojęta poprawa efektów leczenia oraz jakości życia pacjentów.

Szczególne wyzwanie stawiają przed firmą niezaspokojone potrzeby 3 milionów pacjentów diabetologicznych oraz wciąż wysoka śmiertelność z powodu powikłań cukrzycy.

Katarzyna Kacperska będzie również zaangażowana w akcentowanie udziału Novo Nordisk w rozwoju polskiej gospodarki, która jako lider innowacji w światowej diabetologii, nieustannie rozwija obszar R&D (Research & Development), by otwierać nowe rozdziały w terapii cukrzycy.

Katarzyna Kacperska rozpoczęła karierę w organizacji polskiej jako Analityk Sprzedaży,
a w kolejnych latach zajmowała stanowiska menedżerskie w strukturach Działu Marketingu będąc odpowiedzialną m.in. za opracowanie strategii rozwoju dla obszaru diabetologii Polski i krajów Europy Wschodniej.

W 2008 roku przeniosła się do Stanów Zjednoczonych Ameryki, gdzie jako Vice President, Commercial Effectiveness prowadziła zespół komercyjny będąc jednocześnie członkiem zarządu filii amerykańskiej, przyczyniając się do wzmocnienia pozycji firmy na rynku amerykańskim.

W 2014 roku Katarzyna Kacperska objęła stanowisko w centrali Novo Nordisk
w Kopenhadze jako Corporate Vice President, Diabetes Portfolio w dziale Commercial Strategy & Corporate Affairs. W tej roli była m.in. odpowiedzialna za rozwój portfolio insulin najnowszej generacji i wprowadzanie ich na rynki na całym świecie.

Katarzyna Kacperska jest absolwentką Wydziału Ekonomii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Ukończyła wiele międzynarodowych szkoleń organizowanych m.in. przez Harvard Business School i Wharton School of the University of Pennsylvania.

E-sport wpłynie na rozwój chmury

Marcin Zmaczyński – dyrektor regionalny Aruba Cloud w Europie Środkowo-Wschodniej
Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud

Czy branża gamingowa może znacząco przyspieszyć rozwój chmury? Trudno nie zauważyć jak dużym zainteresowaniem cieszą się obecnie rozgrywki profesjonalnych graczy e-sportu. W Polsce  obserwujemy bardzo szybki rozwój rynku gier i powiązanego z nim e-sportu. Pozwala to założyć, że pokolenie młodych użytkowników, dla których korzystanie z ogromnego potencjału chmury jest czymś naturalnym, za kilka lat również będzie korzystać z podobnych rozwiązań zawodowo. Już w tej chwili sektor IT dostrzega potencjał drzemiący w usługach cloudowych, przenosząc swoją infrastrukturę właśnie do chmury. Jak wynika z badania Aruba Cloud 27 proc. badanych małych i średnich przedsiębiorstw działających w Polsce deklaruje korzystanie z usług chmurowych, 33 proc. z serwerów dedykowanych, a 31 proc. – z hostingu współdzielonego. Można założyć, że ten procent w najbliższych latach będzie jeszcze wyższy.

Warto przy tym odpowiedzieć sobie na pytanie w jakim tempie rozwija się branża gamingowa. E-sport staje się coraz popularniejszy w Polsce i z roku jest coraz bardziej dochodowym przedsięwzięciem. Ostatnią imprezę e-sportową w katowickim Spodku odwiedziło prawie 170 tysięcy osób. Jak wynika z badania Deloitte z kwietnia 2018 roku, w 2015 roku przychody w skali globalnej wynosiły 325 mln dolarów, a w tym roku ma to być miliard dolarów. Tylko w Niemczech szacuje się, że przychody z e-sportu w 2018 wynoszą 90 mln euro, w 2019 będzie to 110 mln, a w kolejnym 130 mln euro[1]. W Europie zyski czerpane z e-sportu mają szansę dojść do poziomu 345 mln USD – tak wynika z prognoz PayPal i SuperData[2]. Te statystyki sprawiają, że branża gamingowa jest nie tylko perspektywiczna w wymiarze rozrywkowym, ale również posiada ogromny potencjał od strony biznesowej.

Jakie jest zainteresowanie e-sportem?

Dysponując szeregiem badań jesteśmy w stanie oszacować stopień zainteresowania tematyką e-sportu i to, co wpływa na tak dynamiczny rozwój tego sektora. Według najnowszego badania ,,Kondycja polskiej branży gier’17” rozwój platform dla transmitowania rozgrywki jest jednym z powodów rosnącej popularności e-sportu, obok modelu free2play oraz mikrotransakcji w grach przyczynił się do dynamicznego rozwoju tej gałęzi rynku[3]. Wagę różnych form transmisji potwierdza wspomniany wcześniej raport SuperData, prognozujący, że w 2019 roku ilość osób zainteresowanych oglądaniem zmagań graczy w Internecie sięgnie 330 milionów. W Polsce trend ten dopiero się rozwija, 14 proc. respondentów badania Polish Gamers Research deklaruje zainteresowanie oglądaniem sportów elektronicznych podczas transmisji wideo, z czego 50 proc. z nich robi to na żywo w trakcie trwania turniejów. Warto jednak pamiętać, że grupa ta jest dość hermetyczna i realnie procent może być większy[4].

Chmura będzie sprzyjać rozwojowi gamingu

Jakie są zalety rozwiązań chmurowych w kontekście wpływu na rozwój branży gamingowej? Przede wszystkim zaletą infrastruktury chmurowej jest bardzo wysoka elastyczność i skalowalność, czyli zdolność do automatycznego zwiększenia zasobów IT wraz z rosnącymi potrzebami firmy czy instytucji. Solidny dostawca chmury gwarantuje też pełną redundancję, czyli zdublowanie wszystkich krytycznych elementów systemu IT, co minimalizuje ryzyko wystąpienia przestoju w przypadku jakiegokolwiek incydentu. Już w tej chwili najwięksi gracze stawiają na rozwiązania tworzone z przeznaczeniem dla graczy i deweloperów. W ten sposób starają się przygotować na rosnące zapotrzebowanie związane z gamingiem i być gotowym na rozwój tego sektora.

Jednym z potencjalnych ścieżek rozwoju branży gamingowej jest streaming oraz granie w chmurze, które nie wymaga drogiego sprzętu. Takie rozwiązanie już teraz sprawdza się w przypadku gier jednoosobowych. Jednak będzie się to stopniowo zmieniać, a użytkownicy będą zyskiwać coraz więcej możliwości grania nawet w najbardziej wymagające tytuły na swoich tabletach lub telewizorach, ponieważ całość skomplikowanych obliczeń graficznych będzie leżeć po stronie serwerów. Dlatego już teraz warto by pomyśleli o zapewnieniu swojemu biznesowi optymalnego zaplecza IT, bazującego na środowisku chmurowym. Utrzymywanie własnej infrastruktury niejednokrotnie stanowi duże wyzwanie finansowe i kadrowe dla małych i średnich firm. W przypadku chmury nie ma tego problemu– podsumowuje Marcin Zmaczyński,  Head of Marketing CEE w Aruba Cloud.

[1] Źródło: badanie ,,Global Predictions 2018”, Deloitte, 2017.

[2] Żródło: badanie ,,Rynek e-sportu w Polsce, PayPal i Superdata, 2017.

[3] Źródło: badanie ,,Kondycja polskiej branży gier’17”, Narodowe Centrum Kultury, 2017.

[4] Źródło: Badanie ,,Kondycja polskiej branży gier’17”, Narodowe Centrum Kultury, 2017.

Małgorzata Szwarc-Sroka podsumowuje wyniki J.W. Construction za I kwartał 2018 roku

Czy zakaz handlu w niedzielę zmieni uliczny krajobraz Krakowa?

Główne ulice handlowe w Krakowie przyciągają przede wszystkim najemców z sektora gastronomicznego – 42% to restauracje i kawiarnie. Odzież i akcesoria klienci znajdą w co czwartym lokalu, a 15% najemców oferuje usługi – wynika z raportu CBRE „Krakowskie Ulice Handlowe”. Eksperci CBRE wskazują, że w Polsce brakuje strategii zagospodarowania ulic handlowych. Sytuację może zmienić wprowadzony zakaz handlu w niedziele, gdyż samorządy skupią się na lepszym wykorzystaniu potencjału ulic.

Krakowskie ulice handlowe są zlokalizowane wokół Rynku Głównego. Najważniejsze z nich to: Floriańska, Grodzka i Szewska, a ich turystyczny charakter przyciąga przede wszystkim najemców z sektora gastronomicznego. Stolicę Małopolski w 2017 roku odwiedziło prawie 13 mln turystów, z czego co czwarty przyjechał z zagranicy (Małopolska Organizacja Turystyczna).

Magdalena Frątczak, Szef Działu Powierzchni Handlowych w CBRE
Magdalena Frątczak, Szef Działu Powierzchni Handlowych w CBRE

Mimo popularności i atrakcyjności Krakowa, wciąż jest relatywnie niewiele międzynarodowych marek z modą i akcesoriami przy głównych ulicach handlowych. To rezultat braku odpowiednich  lokali, zarówno pod względem wielkości jak i oferowanego standardu wykończenia i kontrybucji dla najemców. Wprawdzie sytuacja ulega stopniowej poprawie, co jest widoczne we wzrastającej liczbie rewitalizacji, jakie mają miejsce wzdłuż ulic handlowych. Jednocześnie widzimy wyraźną tendencję umacniania się gastronomii kosztem pozostałych branż – mówi Magdalena Frątczak, Szef Działu Powierzchni Handlowych w CBRE.

Ewolucja krakowskich ulic handlowych w stronę gastronomii

Ulica Floriańska jeszcze trzy lata temu charakteryzowała się dominującym odsetkiem najemców z sektora modowego. Jednak obecnie obserwuje się spadek ich udziału w ogólnej liczbie wynajmowanych lokali – z 36% w 2014 do 27% w 2018 roku. Jednocześnie wzrosła liczba najemców z sektora gastronomicznego z 27% w 2014 do 33% w 2018 roku. Współczynnik lokali niewynajętych pozostaje na stałym poziomie 3%.

Podobnie jak na Floriańskiej, sytuacja przedstawia się na ulicy Grodzkiej. Udział w składzie najemców sklepów z modą i akcesoriami spadł z 33% w 2014 do 29% w 2018 roku. Najliczniejszą grupę najemców stanowią podmioty gastronomiczne, których udział wzrósł od 2014 roku o 5 pp. do 34%. Na niekorzyść działa fakt, że udział niewynajętych lokali wzrósł do 4%.

Na ulicy Szewskiej również rośnie odsetek lokali gastronomicznych – włącznie ze sklepami spożywczymi jest ich aż 57%. Moda powoli wypierana jest z ulicy i stanowi jedynie 9% składu najemców. Niekorzystnym zjawiskiem jest wzrastająca liczba niewynajętych lokali, których udział w składzie najemców ulicy wyniósł 9%.

Na Krakowskim Rynku ponad połowę najemców stanowią restauracje, kawiarnie i puby (53%), a następnie lokale usługowe (16%), co mając na uwadze charakter miejsca, jest uzasadnione. Pozytywnym zjawiskiem jest spadająca liczba niewynajętych lokali (1%).

Niższe czynsze i zakaz handlu w niedzielę zmienią ulice handlowe?

Lokal przy ulicy handlowej musi spełniać kilka warunków: posiadać lokalizację w mieście o dużym natężeniu ruchu pieszych, dysponować witryną, która będzie mogła sprzedać markę przechodniom, oraz spełniać wymogi techniczne niezbędne z punktu widzenia prowadzenia działalności handlowej danej marki. Krakowskie ulice handlowe spełniają te warunki, ale blokadą są wysokie ceny wynajmu lokali oraz brak strategii zagospodarowania przestrzeni. Eksperci CBRE liczą, że zakaz handlu w niedzielę może to nieco zmienić. Klienci w niedzielę zamiast do galerii handlowej, być może wybiorą spacer ulicami miasta. To może skłonić samorządy lokalne do większej dbałości o urozmaicenie oferty i strategiczne zaplanowanie wynajmu lokali. Na korzyść atrakcyjniejszej oferty ulic handlowych wpłynęłoby także obniżenie czynszów.

– Na razie problemem ulic handlowych, nie tylko w Krakowie, ale też innych miastach, jest mała dostępność powierzchni handlowych, która mogłaby zachęcić marki, zwłaszcza luksusowe, do otwierania tam sklepów. Gdyby takich powierzchni było więcej, najemcy chętniej by się pojawiali. Na razie mamy do czynienia z sytuacją, w której właściciele sklepów z odzieżą obawiają się czy na ulicy, gdzie dominuje gastronomia, ich sprzedaż będzie satysfakcjonująca. W takiej sytuacji zachętą mogłoby być obniżenie czynszów. To z jednej strony przeszkoda dla niektórych wynajmujących, ale z drugiej strony, zawsze można uzgodnić warunki, które będą korzystne dla obu stron – podsumowuje Magdalena Frątczak, Szef Działu Powierzchni Handlowych w CBRE.

Lira turecka to kandydat do miana najgorzej waluty w 2018 r.

W bieżącym roku lira turecka (TRY) doświadczyła gwałtownej wyprzedaży, w maju kurs USD/TRY spadł do rekordowo niskiego poziomu. Według ekspertów Ebury dalsze osłabienie tureckiej waluty w stosunku do dolara pozostaje realnym scenariuszem.

Minęły czasy, gdy polskie instytucje finansowe, tj. TFI, chętnie inwestowały w Turcji. Dziś ten rynek nie należy do faworytów. Przykładowo, turecka waluta należy do grona najgorzej radzących sobie walut na świecie. Za słabość liry odpowiedzialne są przede wszystkim:
1) Narastające napięcia geopolityczne, jak i obawy związane z amerykańskim protekcjonizmem;
2) Presja na obniżenie stóp procentowych, której poddawany jest bank centralny;
3) Narastająca presja inflacyjna;
4) Potrzeba finansowania zewnętrznego ze względu na liczne zobowiązania dolarowe banków i korporacji.

Wykres 1. Kurs USD/TRY (maj ’17-maj ‘18)

Wykres 1 Kurs USD TRYŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 20/05/2018

Lirze szkodzą pogarszające się stosunki między Turcją a Stanami Zjednoczonymi, czyli najważniejszym partnerem handlowym kraju. Relacje między rządami pogorszyły się od czasu nieudanego puczu w lipcu 2016 r. –  o udział, w którym Turcja oskarża właśnie USA. Do wzrostu napięcia przyczynił się prezydent Recep Erdogan, który wyraził swoje niezadowolenie z amerykańskich działań względem Kurdów w północnej Syrii. W samej Turcji dodatkowo aresztowano kilku obywateli kraju pracujących w konsulatach Stanów Zjednoczonych. Kraje nałożyły na siebie nawzajem ograniczenia przepływu osób, a amerykański Kongres powtórzył groźbę sankcji wobec Turcji za zakup broni od Federacji Rosyjskiej.

Kondycja makroekonomiczna Turcji

Inwestorzy nie wydają się szczególnie zadowoleni z prób banku centralnego, który stara się powstrzymać wzrost cen w Turcji. Inflacja utrzymywała się na dwucyfrowym poziomie w niemal każdym miesiącu od początku 2017 r., co jest w dużej mierze spowodowane gwałtownym osłabieniem liry tureckiej. Dynamika cen mierzona indeksem CPI podskoczyła w kwietniu do niebotycznego poziomu 10,9% w ujęciu rocznym. Mimo, że dynamika cen spowalnia od listopada ubiegłego roku (kiedy to inflacja była najwyższa od czternastu lat), zdecydowanie jest ona wyższa o celu inflacyjnego Banku zawartego w widełkach 3-7%. Inflacja bazowa w kwietniu przekraczała 12% i była niewiele niższa od poziomu, który osiągnęła w 2004 r.

W kwietniu turecki bank centralny zdecydował się na podwyżkę jednej z kluczowych stóp procentowych, w nadziei na wyhamowanie inflacji, jak i ochronę kursu liry. Stopa LLW (późnego okna płynnościowego) została podniesiona w większym stopniu niż zakładał konsensus – o 75 punktów bazowych, do poziomu 13,5%. Stopa procentowa na jednotygodniowe transakcje repo pozostaje na stałym poziomie 8% od końcówki 2016 r.

Bank centralny i prezydent Erdogan znajdują się na kursie kolizyjnym. Prezydent Turcji określa sam siebie „wrogiem stóp procentowych” i wielokrotnie nawoływał on do obniżania poziomu stóp w Turcji. Inwestorzy mieli nadzieję, że w wyniku nadzwyczajnego spotkania na początku maja zapadnie decyzja o zacieśnianiu polityki monetarnej – niestety Erdogan nie wydaje się chętny do zmiany nastawienia. Bank centralny został w związku z tym zmuszony do zastosowania kilku mniej konwencjonalnych narzędzi, celem wzmocnienia waluty. Dotychczas jednak nie udało się osiągnąć tego celu. Do zastosowanych narzędzi należą: aukcje NDF (kontraktów forward bez dostawy), odcinanie pożyczkobiorców od możliwości korzystania z oprocentowania overnight na poziomie 9,25% oraz międzybankowego oprocentowania na overnight’y oraz zmniejszenie ilości walut zagranicznych, które pożyczkodawcy muszą utrzymywać jako rezerwy.

Wzrost wykorzystania późnego okna płynnościowego, który nastąpił na początku ubiegłego roku (od listopada 2017 r. Bank pożycza wyłącznie korzystając z tej stopy procentowej) pozwala wywnioskować, że realne stopy procentowe w Turcji są nieujemne. Wynoszą one obecnie ok. 2%, co daje pewne podstawy do optymizmu względem perspektyw dla liry. Walutę wsparłby scenariusz, w którym inflacja pod koniec roku zbliżyła by się do prognozowanego przez bank centralny poziomu 8,4%.

Turecka gospodarka na przestrzeni ostatnich kwartałów przyspieszała – aczkolwiek obecnie zdaje się przegrzewać. W ostatnim kwartale 2017 r. wzrost gospodarczy w Turcji wyniósł 7,3% rocznie (Wykres 2), dynamika wzrostu była największa wśród wszystkich gospodarek G20. Wzrost okazał się również dwukrotnie większy od tego z poprzedniego roku. Wydatki rządowe, jak i krajowa konsumpcja, były głównymi motorami wzrostu PKB – sektory usług, przemysłu i budownictwa rosły w tempie przekraczającym 10% rocznie. Ze względu na ożywienie gospodarcze w strefie euro, słabość waluty oraz poprawę w sektorze turystyki, zwiększył się również eksport. Odświeżone prognozy gospodarcze sugerują, że w bieżącym roku gospodarka Turcji może urosnąć nawet o 4,4%, o 0,9 p.p. więcej niż sugerowano wcześniej.

Wykres 2. Roczny wzrost PKB w Turcji (2007-2017)

Roczny wzrost PKB w Turcji
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 20/05/2018

Imponujący wzrost gospodarczy pozwolił prezydentowi Erdoganowi na ogłoszenie przyspieszonych wyborów, które odbędą się półtora roku przed zakładanym wcześniej terminem. Ordynacja wyborcza ustanawiająca zakaz udziału w wyborach nowych ugrupowań jest z pewnością na rękę Erdoganowi, ponieważ wyklucza to udział w wyborach największego zagrożenia dla jego władzy, tj. „Dobrej Partii” (iYi Parti). Zwycięzca wyborów przejmie pełnię praw, które zapewnia uchwalone w ubiegłym roku, niewielką przewagą głosów referendum konstytucyjne. Obecnie w sondażach zdecydowanie dominuje Erdogan, na obecną chwilę wygląda na to, że jego reelekcja jest praktycznie pewna.

Kiepskie prognozy

Pomimo dobrych danych dotyczących wzrostu gospodarczego w Turcji, perspektywy dla liry tureckiej w naszej opinii są słabe – a niedawna wyprzedaż waluty tylko utrzymuje nas w przekonaniu, że lira będzie należała do grona walut najbardziej wrażliwych na wyższe stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych. Wyraźny opór prezydenta Erdogana względem wyższych stóp procentowych pozostaje jednym z głównych kwestii generujących ryzyko, a rosnące napięcie ze Stanami Zjednoczonymi również nie wspiera perspektyw dla liry.

Rezerwy walutowe banku centralnego są niskie, stanowią ekwiwalent zaledwie czterech miesięcy tureckiego importu. Mocno problematyczną kwestią jest również deficyt na rachunku obrotów bieżących, który wzrósł do równowartości 5,5% PKB. Kończąc, potrzeba zewnętrznego finansowania tureckich banków i firm wyeksponowała je na zagrożenie nagłego przerwania przepływów pieniężnych – co stanowi poważne ryzyko dla bilansu płatniczego Turcji.

Zważając na powyższe, sądzimy, że dalsze osłabienie tureckiej waluty w stosunku do dolara pozostaje realnym scenariuszem. Lira jest tym samym poważnym pretendentem do miana najgorzej radzącej sobie waluty w bieżącym roku.

Autorzy: Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Nie takie RODO straszne – czyli bądźmy ostrożni, ale nie panikujmy

Znaczna część komentatorów roztacza niemal apokaliptyczne wizje związane z wchodzącym w życie 25 maja br. RODO, czyli ogólnym rozporządzeniem o ochronie danych osobowych. Kary przewidziane przez RODO robią duże wrażenie, ale pamiętajmy, że dla przedsiębiorcy mogą zaistnieć okoliczności łagodzące, które wpływają na ich zmniejszenie lub nawet zniesienie.

Ostrożność – tak, panika – nie

Jak powszechnie wiadomo, RODO wprowadza możliwość nakładania znacznych kar na organizacje, które nie będą w dostateczny sposób chronić dane osobowe. Wysokość kwot, o których mowa w RODO (4% globalnych przychodów firmy lub 20 mln euro) pobudza wyobraźnię i jest często przywoływana w dyskusjach na temat rozporządzenia. Czy jednak trzeba się nastawiać, że takie kary rzeczywiście będą wymierzane?

Naszym zdaniem nie ma powodów do paniki. Trzeba racjonalnie podejść do przechowywania danych osobowych, dbając o ich bezpieczeństwo i nie lekceważyć wymagań wynikających z RODO. W wielu organizacjach jest to dobry moment na weryfikację, czy posiadane dane osobowe są niezbędne do prowadzenia działalności. W przypadku naruszeń bezpieczeństwa przedsiębiorstwo będzie musiało wykazać, że podejmowało dobre decyzje dotyczące przetwarzania danych osobowych – komentuje Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce.

Włamania są nieuniknione

Według badania przeprowadzonego przez Fortinet aż 95% przedsiębiorstw w Polsce padło ofiarami naruszenia bezpieczeństwa w latach 2015–2017. – W miarę jak firmy udoskonalają swoje rozwiązania ochronne, przestępcy próbują być o krok przed nimi – mówi dyrektor Jolanta Malak. – Współczesne ataki są na tyle zaawansowane, że można zmniejszyć ryzyko ich wystąpienia, ale trudno je całkowicie wyeliminować. Przepisy zawarte w RODO pozwalają przypuszczać, że sankcje dotyczące naruszenia danych osobowych będą inaczej nakładane w zależności od tego, czy zagrożenie będzie wynikiem ataku cybernetycznego, czy też nieodpowiedniego przechowywania danych przez przedsiębiorstwa. W związku z tym, warto przygotować odpowiednie mechanizmy zabezpieczania danych, które dobrze wdrożone, pozwolą na świadome korzystanie z baz danych o klientach i pracownikach oraz ograniczą ryzyko utraty kontroli nad nimi.

Warto w tym miejscu przywołać dane z raportu Trustwave z 2017 roku o bezpieczeństwie globalnym. Cyberprzestępca ma przeciętnie 65 dni zanim jego atak zostanie wykryty. Im dłużej takie „okno” pozostaje otwarte, tym więcej czasu przestępca może poświęcić na wyszukanie, znalezienie i kradzież danych.

Jeśli przedsiębiorstwo wykryje naruszenie ochrony danych osobowych objęte przepisami RODO, ma 72 godziny na zgłoszenie tego faktu właściwemu organowi nadzorczemu, chyba że, o czym mówi art. 33 RODO, „jest mało prawdopodobne, by naruszenie to skutkowało ryzykiem naruszenia praw lub wolności osób fizycznych”. Oznacza to, że w ciągu trzech dni przedsiębiorstwo powinno określić, czyich danych osobowych dotyczyło naruszenie, jakie dane osobowe zostały narażone na zagrożenie oraz jaki jest stopień potencjalnego wpływu tego naruszenia na określone osoby fizyczne.

Aby spełnić te wymogi, przedsiębiorstwo, które wykryło naruszenie ochrony danych, musi bardzo szybko zidentyfikować systemy, do których dostał się przestępca. Zazwyczaj konieczne jest wówczas zbadanie ruchu sieciowego oraz sprawdzenie poszczególnych urządzeń i aplikacji – tłumaczy Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet.

Jeśli natomiast przedsiębiorstwo nie zgłasza przypadku naruszenia ochrony danych podmiotom zewnętrznym, musi uzyskać całkowitą pewność, że przepisy RODO na to zezwalają.

Nowoczesne zabezpieczenia to podstawa

Przepisy RODO zachęcają przedsiębiorstwa także do wdrażania nowoczesnych technologii zabezpieczających. Mówi o tym art. 25 rozporządzenia: „uwzględniając stan wiedzy technicznej, […] administrator – zarówno przy określaniu sposobów przetwarzania, jak i w czasie samego przetwarzania – wdraża odpowiednie środki techniczne i organizacyjne, takie jak pseudonimizacja, zaprojektowane w celu skutecznej realizacji zasad ochrony danych […]”.

Chociaż RODO nie definiuje w żadnym miejscu pojęcia „uwzględniające stan wiedzy technicznej”, to jednak wyraźnie wskazuje, że jest nim objęta pseudonimizacja. Polega ona na zastępowaniu identyfikatorów osobowych, takich jak imiona i nazwiska, ciągami odwracalnych, spójnych znaków służących za pseudonim. Kluczem jest oddzielny plik, który zestawia poszczególne identyfikatory osobowe z przypisanymi im pseudonimami.

Natomiast określenie, które technologie można uznać za nowoczesne, po prostu ewoluuje w miarę jak zmienia się rynek rozwiązań IT. – Uzasadnione wydaje się zatem założenie, że w celu zapewnienia odpowiedniej ochrony przesyłanych i przechowywanych danych przedsiębiorstwo musi korzystać z nowoczesnych technologii – wyjaśnia Jolanta Malak.

Nie czas na panikę

Do momentu wejścia w życie przepisów RODO nikt tak właściwie nie wie, jak poszczególne kraje będą te przepisy egzekwować. Ciekawa w tym kontekście jest wypowiedź Elizabeth Denham, brytyjskiej komisarz ds. informacji, która na swoim blogu napisała: Sianiem paniki jest sugerowanie, że od początku będziemy przykładnie karać przedsiębiorstwa za drobne naruszenia albo że kary maksymalne staną się normą.

Niemniej trzeba być gotowym na to, że RODO skieruje uwagę na wszystkie aspekty dotyczące podejścia przedsiębiorstwa do kwestii bezpieczeństwa. Każda organizacja na świecie, która przetwarza dane osobowe rezydentów UE, musi teraz rzetelnie ocenić swoją infrastrukturę zabezpieczeń informatycznych i wyciągnąć z tej oceny odpowiednie wnioski. Należy to oczywiście zrobić skrupulatnie i ostrożnie, z pewnością jednak nie ma potrzeby popadać w panikę.

Gorące lato dla frankowiczów, kurs franka nawet 3,8-3,85 zł

Za szwajcarską walutę trzeba płacić już ok. 3,70 zł, to ponad 20 gr więcej niż jeszcze miesiąc temu. Czemu frank tak wyraźnie zyskuje na wartości w relacji do złotego i dlaczego będzie trudno przerwać ten negatywny trend – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Nie ma dobrych informacji dla spłacających kredyty denominowane we franku. Szwajcarska waluta jest najdroższa od 7 miesięcy. Jeszcze w drugiej połowie kwietnia kurs CHF/PLN spadał poniżej poziomu 3,50. Co wydarzyło się przez ostatnie kilka tygodni, że rata dla frankowiczów poszybowała w górę o prawie 6 proc.?

Słaby złoty przez czynniki globalne

Przynajmniej od miesiąca inwestorzy obawiają się o kondycję rynków wschodzących. Wynika to przynajmniej z dwóch kwestii. Po pierwsze dolar wyraźnie zyskuje na wartości. Jest to skutek rosnących oczekiwań dotyczących przyszłych stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych oraz relatywnie lepszej kondycja gospodarczej USA. W innych państwach natomiast raczej mamy do czynienia z pogorszeniem koniunktury i względnie niskimi stopami procentowymi. To powoduje przypływ kapitału do dolara.

Drugim elementem zagrażający gospodarkom w Azji, Ameryce Łacińskiej czy w naszej części Europy jest drożejąca ropa naftowa. Dotyczy to oczywiście tych krajów, które muszą ją importować. Polska latem może tracić miesięcznie ok 1,5-1,8 mld zł tylko ze względu na wzrost ceny ropy naftowej w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego.

Poza wyższymi kosztami dla przedsiębiorstw oraz gospodarstw domowych kreuje to konieczność zakupu większej ilości walut zagranicznych, czyli pogłębia ogólny trend na rynku walutowym odpływu kapitału z rynków wschodzących, a więc i ze złotego.

Strach o strefę euro

Droga ropa oraz wysokie notowania dolara to negatywne informacje dla złotego. Jednak dla wyceny szwajcarskiej waluty do jej polskiego odpowiednika w dłuższym terminie jest ważniejsza inna, bardziej fundamentalna kwestia – ogólna sytuacja w strefie euro.

Tę relację określa zależność euro i franka. Do końca pierwszej połowy maja para EUR/CHF była wysoko, w okolicach poziomu 1,20. To oznaczało dość słabego franka i względnie silne euro. Niestety, od ponad tygodnia frank bardzo wyraźnie zyskuje na wartości do euro. Z czym to jest związane?

Przede wszystkim jest to rezultat formowania się populistycznego rządu we Włoszech. Wprowadzenie dochodu gwarantowanego dla obywateli na poziomie 780 euro miesięcznie, drastyczne obniżenie podatków oraz cofnięcie reform emerytalnych ma kosztować ok. 100 mld euro rocznie włoską gospodarkę. Jeżeli te zmiany zostaną wprowadzone, dług Italii wystrzeli górę, a rating kraju może zostać obniżony do poziomu śmieciowego.

Nowa koalicja co jakiś czas wraca także do kwestii opuszczenia strefy euro. Można oczekiwać, że jeżeli Bruksela nie pozwoli Rzymowi na realizację niekonwencjonalnej polityki gospodarczej, temat wyjścia z obszaru wspólnej waluty powróci. To właśnie ten element zaczyna obecnie wyceniać rynek poprzez wzmocnienie się franka w relacji do euro na poziomie ok. 3 proc. w drugiej połowie maja.

Latem kurs franka nawet 3,8-3,85 zł

Niepokoje o kondycję strefy euro połączone z niska wyceną  walut rynków wschodzących oraz wysokimi cenami surowców energetycznych to niebezpieczna mieszanka dla spłacających kredyty denominowane we franku. Na tę chwilę jest niewielka szansa, by sytuacja uległa poprawie. Raczej należy się liczyć z kolejnymi negatywnymi informacjami płynącymi z Włoch, a więc dalszym wzmocnieniem się franka do euro. To może oznaczać, że w wakacje za franka trzeba będzie płacić nawet 3,80-3,85 zł, jeżeli Rzym zdecyduje się na otwartą wojnę z fiskalnymi zasadami Unii Europejskiej.