Sytuacja polityczna we Włoszech sprzyja zwiększonemu popytowi na aktywa „bezpiecznej przystani”. Złoty stabilny. Podczas poniedziałkowego handlu EURPLN notowany był w okolicach 4,30-4,31 przy pustym kalendarzu makro i spadającym euro w kierunku 1,16 USD.
Rynek walutowy i stopy procentowej
Podczas poniedziałkowego handlu złoty notowany był w okolicach 4,30-4,31 przy spadającym euro do dolara. W trakcie sesji europejskiej kurs EURUSD zmierzał w kierunku 1,16. Poprawa nastrojów na EM to zapewne zasługa umacniającej się liry tureckiej (po tym jak bank centralny Turcji zapowiedział reformę stóp procentowych, dostosowując się do standardów światowych – oprocentowanie tygodniowych operacji repo będzie równe obecnej stopie LLW i wyniesie 16,50%) oraz ponownego wyrażenia chęci spotkania się prezydenta D. Trumpa z północnokoreańskim przywódcą.
Najprawdopodobniej, dodatkowo przed silniejszą przeceną chroni naszą walutę technika (m.in. wysokie poziomy EURPLN) oraz oczekiwanie na wyższą majową inflację (publikacja w środę, 30 maja). Możliwy wzrost CPI do 2,0% r/r z 1,6% choć zapewne nie będzie wystarczający, aby RPP zaostrzyła nastawienie w polityce monetarnej, to jednak stanowić może wymówkę dla realizacji zysków na krótkich pozycjach w PLN. W najbliższych dniach EURPLN może spaść poniżej 4,29.
Nie zmieni to faktu, że w tym tygodniu złoty nadal utrzymywać będzie niskie poziomy. Biorąc pod uwagę otoczenie zewnętrze (Turcja, Włoch, Hiszpania i oczekiwane podwyżki stóp w USA przy wciąż łagodnym EBC) perspektywy dla złotego nie są korzystne. Oczekiwany wzrost awersji do ryzyka i spadająca globalna płynność walutowa poza wyraźnym osłabieniem koszyka walut EM (widocznym w ostatnim czasie szczególnie w krajach najbardziej zadłużonych w dolarze), powinny stopniowo osłabiać PLN.
Na rynku dłużnym w ostatnich dniach obok problemów dotykających rynki wschodzące uwagę pochłaniała sytuacja polityczna we Włoszech. Brak porozumienia między koalicją Ligi oraz Ruchu Pięciu Gwiazd w rozmowach z prezydentem Matarellą dot. składu rządu zwiększa zmienność na włoskich instrumentach finansowych. Po rezygnacji G. Conte z kierowania rządem, prezydent powierzył rolę stworzenia rządu technicznego C. Cottarelli. Ryzyko przeprowadzenia przyspieszonych wyborów przełożyło się na wzrost rentowności włoskich 10-letnich obligacji o blisko 100pb w ciągu ostatnich dwóch tygodni.
W takim otoczeniu obserwowany jest wzmożony popyt na aktywa bezpiecznej przystani, przez co mocno spadły rentowności w Niemczech, które dla 10-letniego Bunda wynoszą około 0,35%. Spadek rentowności w krajach bazowych strefy euro powinien wytyczać również kierunek dla polskich instrumentów dłużnych. Dodatkowo potencjał do spadku rentowności wynika z dobrej sytuacji budżetowej, gdzie według ostatniego komunikatu Ministerstwa Finansów nadwyżka po kwietniu wyniosła 9,3 mld PLN. Co prawda MF zapowiada, że jest to sytuacja przejściowa i na koniec roku zostanie zanotowany deficyt, to lepsza realizacja budżetu może skutkować niższymi podażami obligacji, a czerwcowa podaż papierów nie powinna przekraczać tej z maja.
Wykres dnia: Stopniowe zacieśnianie polityki monetarnej w USA (redukcja bilansu + podwyżki stóp procentowych) będą zmniejszać globalną płynność i zwiększać presję na deprecjację złotego, mimo dobrych danych lokalnych.
Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski
Dolar pozostaje mocny w końcówce miesiąca. Choć amerykańska waluta ma za sobą kilka tygodni aprecjacji a ostatnie sygnały z Fed, czyli m.in. gotowość do zaakceptowania przejściowego nasilenia się inflacji mogłyby sugerować, że nieodzowna jest korekta. Głównym motorem siły dolara były ostro rosnące rentowności długu. Ostatnie nasilenie awersji do ryzyka i cofnięcie na rynku ropy sprawiły, że rentowność benchmarkowej dziesięciolatki spadła pod 2,90 proc., czyli w kilkanaście dni obniżyła się aż o ponad 20 pb. W przypadku USD/JPY obserwujemy powrót do kluczowej strefy 108,50 -70. Jej przebicie będzie otwierać drogę do pogłębienia zniżek w kierunku 106,00 i zaburzy wzrostowy układ w notowaniach.
Tradycyjnie najczulszą na ten czynnik walutą jest jen, który od połowy maja umocnił się do dolara o ponad 1,5 proc. Nieźle radzi sobie też defensywny frank – zyskał 0,5 proc. do USD, co sprawia, że EUR/CHF w tym czasie spadł do 1,15. Słaby jest natomiast funt, fatalnie radzi sobie też euro. Słabość ta jest uzasadniona i kontynuacją passy gorszych danych, i czynnikami politycznymi. Włoskie problemy z utworzeniem rządu ewoluują w kryzys konstytucyjny a dynamika wydarzeń w przypadku przedterminowych wyborów (wrzesień) faworyzuje skrajną prawicę i frakcje antyestablishmentowe. Wywiera to silny wpływ na sytuację na rynku obligacji i jednocześnie skutkować może odsunięciem terminu normalizacji polityki. Draghi przystępując do walki z kryzysem zadłużeniowym zapowiedział kilka lat temu, że ECB zrobi wszystko co potrzeba by zdławić spiralę wyprzedaży obligacji skarbowych. Bank osiągnął sukces wielkim kosztem, ale teraz błędem byłoby zbyt szybkie normalizowanie polityki, tym bardziej, że inflacja bazowa nie wykazuje ewidentnych oznak przyśpieszania. Nawet bez politycznego chaosu, gospodarka Eurolandu zaskakująco wyhamowała. Warto przy tym zwrócić uwagę, że inwestorzy w tym środowisku chłodzą swój entuzjazm względem perspektyw europejskich banków – pankontyntentalny, branżowy subindeks Stoxx 600 spada od 10 maja o ponad 5 proc. i stoi na krawędzi otwarcia sobie drogi do jeszcze głębszej przeceny. Jest to o tyle ciekawa kwestia, że w czasach kryzysu zadłużeniowego relatywna siła bankowych indeksów giełdowych była istotnie skorelowana z kursem EUR/USD.
EUR/USD trzeci raz z rzędu nie był w stanie sforsować 1,1750 i spada na nowe minima w okolicy 1,16. Naszym średnioterminowym celem dla kursu są okolice 1,1550 – praktycznie został on zrealizowany. Rynek jest już bardzo mocno wyprzedany, ale po stronie wspólnej waluty nie ma żadnych argumentów. Niewiele do zaoferowania inwestorom ma też funt: coraz mocniej podważana jest realność wakacyjnej podwyżki a niestabilność polityczna stała się drażliwym tematem. Spodziewamy się kontynuacji zniżek w ramach realizacji formacji podwójnego szczytu i do 1,31. Drogę do dalszej słabości względem USD ma otwartą również dolar kanadyjski.
Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers
Wprowadzenie ustawy o pracowniczych planach kapitałowych (PPK) będzie wyzwaniem zarówno dla osób o niższych zarobkach, jak i dla osób liczących swoje wynagrodzenie wyłącznie netto. Wprowadzenie PPK oznacza zmniejszenie dochodu netto do dyspozycji pracownika kosztem dzisiejszej konsumpcji i zrezygnowanie np. z biletów do kina w celu budowania swojej emerytury. Ktoś musi ponieść ten koszt. Pracodawca ponosi koszt dokładając 1,5% z własnej kieszeni, a pracownik – kosztem dzisiejszej konsumpcji – będzie odkładał na emeryturę.
– Dla wielu osób – w szczególności dla osób o niższych wynagrodzeniach – zrezygnowanie ze swoich 2% będzie miało znaczenie, dlatego bardzo możliwe jest przyjście tych osób do swoich pracodawców po podwyżkę – powiedział agencji eNewsroom.pl Marcin Wojewódka, radca prawny, członek zarządu Instytutu Emerytalnego – Po wprowadzeniu reformy możemy spodziewać się presji płacowej lub występowania takich osób z PPK, ponieważ pracodawcy odmawiając podniesienia wynagrodzenia nie będą w stanie przenosić całego kosztu zmian na siebie. Wyzwaniem dla PPK będzie pogodzenie rzeczywistego spadku dochodów do dyspozycji netto z potrzebą oszczędzania na emeryturę. Musimy patrzeć długoterminowo – brak oszczędności przy ciągłej konsumpcji oznacza minimalną i głodową emeryturę za kilkadziesiąt lat. Przyszli emeryci znowu zwrócą się do Państwa o pomoc, a ono zwróci się do przedsiębiorców i nałoży wyższe podatki. Koło się zamyka, a przyjdzie moment, kiedy trzeba będzie wyjść z tego kręgu – podsumował Wojewódka.
Z powodu pośpiechu przy wprowadzaniu podatku bankowego dochody z podatku na 2016 r. zostały zawyżone, ale już w następnym roku, po stosownych analizach, oszacowano je dość trafnie. Urzędy skarbowe i Minister Finansów skutecznie wykonywali zadania związane z poborem podatku bankowego. Zabrakło jednak wprowadzenia elementów nadzoru, które zapewniłyby jednolity sposób zarządzania podatkiem w urzędach skarbowych. NIK nie stwierdziła, by banki krajowe wykorzystywały krótkoterminowy zakup skarbowych papierów wartościowych do optymalizacji podatkowej. Wbrew obawom instytucji finansowych, wprowadzenie nowego podatku nie wpłynęło negatywnie na ich stabilność finansową.
Podatek bankowy obowiązuje w większości europejskich państw – wprowadziło go 21 z 28 państw UE. Konstrukcja podatku od sektora finansowego w poszczególnych państwach UE jest dostosowana do specyfiki lokalnego rynku finansowego. Opodatkowanie aktywów, analogicznie jak w Polsce, wprowadzono w 5 innych państwach: Finlandii, Francji, Grecji, Słowenii i na Węgrzech, jednakże w tych państwach przyjęto odmienną stawkę podatku oraz inny sposób ustalania podstawy opodatkowania. W 12 państwach podstawą opodatkowania są pasywa, w 3 państwach opodatkowanie odbywa się w inny sposób.
1 lutego 2016 r. Ustawa o podatku była procedowana bardzo szybko i została uchwalona (15 stycznia 2016 r.) po 43 dniach od daty wpływu projektu poselskiego do Sejmu, zanim Rząd formalnie przyjął w jej sprawie stanowisko. Tak szybkie tempo prac legislacyjnych spowodowane było koniecznością pozyskania dodatkowego źródła finansowania wydatków budżetowych, w szczególności wydatków społecznych, o których mowa w programie Rządu.
Zmiany wprowadzone w toku prac legislacyjnych polegały m.in. na tym, że zwiększono katalog obniżek podstawy opodatkowania o wartość aktywów w postaci skarbowych papierów wartościowych oraz rozszerzono zakres zwolnień podatkowych o podmioty objęte wdrożonym planem naprawczym. Pozostałe zmiany (rozszerzenie zakresu podmiotowego o instytucje pożyczkowe, zwiększenie miesięcznej stawki podatku z 0,0325 proc. do 0,0366 proc.) wpływały na zwiększenie dochodów z podatku.
Podatkiem objęto instytucje finansowe: banki krajowe (banki mające siedzibę na terytorium RP), odziały banków zagranicznych, oddziały instytucji kredytowych, SKOK, krajowe zakłady reasekuracji, oddziały i główne oddziały zagranicznych ubezpieczeń i reasekuracji, a także instytucje pożyczkowe.
Podstawą opodatkowania dla banków jest nadwyżka sumy wartości aktywów ponad kwotę 4 mld złotych, dla ubezpieczycieli jest to 2 mld zł, a dla firm pożyczkowych kwotą wolną od tego podatku będą aktywa o wartości ponad 200 mln zł. Podstawę pomniejsza się o fundusze własne banków, obligacje skarbowe znajdujące się w portfelu banków, aktywa nabyte od NBP stanowiące zabezpieczenie kredytu refinansowego udzielonego przez NBP oraz środki banków spółdzielczych utrzymywane na rachunkach w bankach zrzeszających. Średniomiesięczna wartość aktywów w analizowanym przez NIK okresie wzrosła z 1426,4 mld zł w 2016 r. do 1455,7 mld zł w 2017 r. (tj. o 2,1 proc.). Średniomiesięczna wartość podstawy opodatkowania wzrosła z 971,1 mld zł za 11 miesięcy 2016 r. do 979,5 mld zł za osiem miesięcy 2017 r. (tj. o 0,9 proc.).
Zwolnione z podatku zostały banki państwowe, w tym Bank Gospodarstwa Krajowego. Podatku nie uiszczały też spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe (tzw. SKOK) i banki spółdzielcze, ze względu na nieosiągnięcie poziomu aktywów w wysokości 4 mld zł.
Najważniejsze ustalenia kontroli
Z powodu pośpiechu przy wprowadzaniu ustawy o podatku od niektórych instytucji finansowych,przeszacowano dochody z podatku bankowego na 2016 r. W trakcie prac nad budżetem na 2016 r. nie była znana ostateczna wersja projektu ustawy o podatku. Dochody planowano na podstawie projektu poselskiego ustawy, w stosunku do którego w uchwalonej ustawie o podatku nastąpiły zmiany. Według poselskiego projektu ustawy o podatku kwota wpływów została oszacowana na 6,5-7 mld zł. W projekcie Stanowiska Rządu założono, że dochody mogą wynieść ok. 4,8 mld zł, w ustawie budżetowej przyjęto kwotę 5,5 mld zł. Decyzję o przyjęciu tej kwoty podjął Minister Finansów.
Dochody uzyskane w 2016 r. (od marca do grudnia) wyniosły nieco ponad 3,5 mld zł tj. blisko 64 proc. prognozy przyjętej w ustawie budżetowej na rok 2016
(tj. 1,1 proc. dochodów budżetu państwa). Według Ministerstwa Finansów, zjawisko różnicy między planowanymi, a rzeczywistymi wpływami z podatku towarzyszy wprowadzaniu podatków sektorowych i występowało również w innych państwach, które wprowadziły podatek bankowy.
Skuteczność poboru podatku w 2017 r. poprawiła się – dochody z podatku wyniosły ponad 4,34 mld zł, tj. 110 proc. planu (tj. 1,3 proc. dochodów budżetu państwa). W ustawie budżetowej na 2017 rok prognozę dochodów z tytułu podatku bankowego przyjęto w kwocie prawie 3,94 mld zł. Ściągalność podatku w kontrolowanym okresie wyniosła 100 proc. Zaległości były krótkoterminowe, nie prowadzono egzekucji administracyjnej.
Z ustaleń kontroli wynika, że każdego miesiąca z podatku bankowego wpływała podobna kwota.
Dominujący udział w zrealizowanych dochodach z podatku miały banki krajowe (83,5 proc.) oraz krajowe zakłady ubezpieczeń (15,8 proc.). Pozostałe podmioty zrealizowały łącznie 0,7 proc. wpływów (w tym instytucje pożyczkowe 0,6 proc.). W okresie od marca 2016 r. do września 2017 r. co najmniej raz deklaracje FIN-1 złożyło 90 instytucji finansowych (miesięcznie od 75 do 82 w kontrolowanym okresie).
W okresie objętym kontrolą nastąpił zwiększony popyt ze strony sektora bankowego na polskie skarbowe papiery wartościowe (SPW). Od końca stycznia 2016 r. do końca czerwca 2017 r. wartość portfela krajowych SPW w sektorze bankowym zwiększyła się o 72 mld zł, tj. o 40,1 proc. (ze 179,5 mld zł do 251,5 mld zł). Ponad połowa wzrostu zaangażowania banków w skarbowe papiery wartościowe miała miejsce w pierwszych dwóch miesiącach obowiązywania podatku, chociaż wzrost zakupów można było zaobserwować już pod koniec 2015 r.
NIK nie stwierdziła wykorzystywania zakupów skarbowych papierów wartościowych do optymalizacji podatkowej przez banki krajowe. W większym stopniu mechanizm zwiększania zakupów SPW w ostatnich dniach miesiąca i sprzedaży w pierwszych dniach następnego miesiąca wykorzystywały do optymalizacji podatkowej oddziały instytucji kredytowych. Dokonywane transakcje nie miały jednak znaczącego wpływu na podatek (banki posiadały ok. 98 proc. skarbowych papierów wartościowych, a oddziały instytucji kredytowych ok. 2 proc.).
Wprowadzenie podatku nie wpłynęło negatywnie na stabilność instytucji finansowych. Wprowadzenie podatku nie oddziaływało także negatywnie na stabilność sektora ubezpieczeniowego. Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego zwrócił jednak uwagę na problem zmniejszania środków własnych zakładów ubezpieczeń, co ma negatywny wpływ na utrzymanie odpowiedniego zabezpieczenia kapitałowego tych zakładów.
W Ministerstwie Finansów monitorowano realizację planu dochodów z tytułu podatku od niektórych instytucji finansowych, stan zaległości i dane deklarowane przez podatników.
Ministerstwo Finansów monitorowało dane w zakresie zakupu skarbowych papierów wartościowych, a także obniżenia podstawy opodatkowania z tego tytułu. Ministerstwo Finansów nie udokumentowało natomiast, że analizowało i jest w posiadaniu danych o aktywach poszczególnych podmiotów, a także na temat wyłączeń poszczególnych podmiotów z opodatkowania oraz podstawy zwolnienia z opodatkowania. W ocenie NIK pobranie takich danych na początku funkcjonowania nowego podatku mogło mieć istotne znaczenie dla analizy zagrożeń związanych z poborem podatku. Ponadto posiadane dane z deklaracji FIN-1 dotyczą tylko podmiotów płacących podatek, a nie zawierają informacji dotyczących podmiotów mogących potencjalnie podlegać opodatkowaniu.
Ministerstwo Finansów współpracowało z Urzędem Komisji Nadzoru Finansowego (UKNF) w celu uzyskania informacji i wyjaśnień w zakresie funkcjonowania podatku od niektórych instytucji finansowych oraz danych o aktywach instytucji finansowych. Pozyskiwało także informacje i analizyz Narodowego Banku Polskiego (NBP) dotyczące wpływu podatku na marże i prowizje oraz koszty działalności sektora bankowego, analizy UKNF w zakresie wpływu podatku na sytuację banków komercyjnych oraz dane z Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych o transakcjach w zakresie skarbowych papierów wartościowych.
Postępowanie naczelników dwóch kontrolowanych przez NIK urzędów skarbowych rozliczających łącznie prawie 80 proc. dochodów z tytułu podatku bankowego było odmienne. W Drugim Mazowieckim Urzędzie Skarbowym w Warszawie (rozliczającym 51 proc. podatku), identyfikowano ryzyko i weryfikowano podmioty potencjalnie objęte opodatkowaniem, a także prowadzono czynności sprawdzające i jedną kontrolę podatkową. Z kolei w Pierwszym Mazowieckim Urzędzie Skarbowym w Warszawie kontrolerzy NIK stwierdzili brak czynności zmierzających do wczesnego wykrywania podmiotów potencjalnie unikających opodatkowania, a działania ograniczono do sprawdzenia poprawności złożonych korekt deklaracji. W ocenie NIK, zabrakło wdrożenia mechanizmu zarządzania podatkiem, który zapewniłby jednolity sposób zarządzania podatkiem w urzędach skarbowych. Z ustaleń kontroli wynika, że nie wystąpiły negatywne skutki braku wdrożenia takiego mechanizmu.
Wnioski
Minister Finansów wprowadzając nowy podatek, przy relatywnie niewielkiej grupie podmiotów objętych podatkiem i urzędów pobierających podatek (głównie wyspecjalizowane urzędy skarbowe), powinien wprowadzić mechanizm zarządzania podatkiem.
Małgorzata Jackiewicz, Dyrektor Sprzedaży Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia
Według opublikowanych przez PIU danych liczba osób objętych ochroną oferowaną przez dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne wzrosła o 22% rok do roku i osiągnęła poziom 2,27 mln osób. Wartą uwagi jest również wysokość składki, jaką Polacy wydają na dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne. W 2017 r. składka przypisana brutto wzrosła o 18% rok do roku i osiągnęła wartość 684,5 mln zł.
Zaprezentowane przez Polską Izbę Ubezpieczeń dane jednoznacznie pokazują, że Polacy z roku na rok coraz liczniej korzystają ze świadczeń medycznych za pośrednictwem dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych. Wynika to m.in. z faktu, że coraz szersze grono firm niż dotychczas, szczególnie z sektora małych i średnich przedsiębiorstw, decyduje się na zakup polisy grupowej dla swoich pracowników. Ponadto, Polacy doceniają komfort, jaki oferują dodatkowe ubezpieczenia, zwłaszcza wobec niemalejących kolejek w publicznych przychodniach, szczególnie do badań diagnostycznych, gdzie czas oczekiwania może wynieść nawet kilka miesięcy. Mimo to Polacy jednak cały czas traktują dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne jako pomoc doraźną, a nie zabezpieczenie na przyszłość. Zmiana tego nastawienia pozwoli rynkowi na jeszcze bardziej dynamiczny rozwój niż dotychczas.
Wpływ na kształt rynku i popularność polis medycznych ma również mylne przeświadczenie konsumentów, że jedynie najwyższe warianty ubezpieczenia z nielimitowanym dostępem do świadczeń zapewniają realną ochronę. To nieprawda. Biorąc pod uwagę częstotliwość, z jaką Polacy, którzy nie mają przewlekłych problemów ze zdrowiem, korzystają ze świadczeń medycznych w ciągu roku widać, że w większości przypadków już limitowany dostęp do konsultacji lekarskich i badań może zapewnić skuteczną pomoc w utrzymaniu dobrego stanu zdrowia. Ponadto, głównym problemem, z jakim borykają się pacjenci korzystający z publicznej służby zdrowia, jest długi czas oczekiwania na badania specjalistyczne. Warto pamiętać, że można znaleźć na rynku ubezpieczenie, które obejmuje swoim zakresem wyłącznie tego typu świadczenia. W związku z tym nawet taka polisa może okazać się znaczącą pomocą w razie wystąpienia problemów ze zdrowiem. Co więcej, regularne wykonywanie badań może mieć również bezpośrednie przełożenie na ewentualne wydatki potrzebne na ratowanie zdrowia. W momencie wczesnego zdiagnozowania problemu, jego wyleczenie może nie wymagać dodatkowych wizyt i działań nieobjętych posiadanym wariantem polisy. W przypadku, gdy okaże się, że zdiagnozowana choroba jest w zaawansowanym stadium rzeczywiście jedyną realną pomocą, będzie skorzystanie z najdroższego pakietu ubezpieczenia.
Małgorzata Jackiewicz, Dyrektor Sprzedaży Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia
W ostatnim czasie po raz kolejny wzrasta niepewność na rynkach finansowych. Przyczyną jest sytuacja polityczna we Włoszech, w Hiszpanii, czy Turcji. Dodatkowo, okazało się, że Donald Trump zrezygnował ze spotkania z Kim Dzong Unem, przywódcą Korei Północnej. Co więcej, negocjacje pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami nadal trwają i póki co nie ogłoszono żadnych konkretnych decyzji. Wszystko to wpływa na sentyment na rynkach, a szczególnie w krajach rozwijających się. Mimo to, w Stanach Zjednoczonych głównym indeksom udało się wypracować pozytywną stopę zwrotu. W skali całego tygodnia S&P 500 zyskał 0,31%, DJIA 0,15%, a indeks giełdy Nasdaq wzrósł o 1,08%. W Europie natomiast dominował kolor czerwony. Niemiecki DAX stracił -1,07%, francuski CAC40 -1,28%, a brytyjski FTSE100 spadł o -0,62%.
W Polsce, podobnie jak w wyżej wymienionych krajach europejskich, dominowały spadki. Indeks szerokiego rynku WIG zakończył tydzień z wynikiem -0,86%, największe spółki (WIG20) straciły -0,77%, a indeksy mniejszych i średnich spółek sWIG80 i mWIG40 spadły o, odpowiednio -1,43% i -1,32%. W minionym tygodniu wyraźnie rozczarował odczyt sprzedaży detalicznej, który wyniósł 4,6% wobec oczekiwanych 8,1% rdr.
W tym tygodniu kalendarz makroekonomiczny zapowiada się nader interesująco. W Polsce w środę opublikowane zostaną wstępne dane CPI za maj oraz finalny PKB za pierwszy kwartał, a w piątek czekamy na PMI w przemyśle oraz protokół z ostatniego posiedzenie RPP. W Europie najistotniejsze mogą okazać się dane o inflacji CPI za maj (środa Niemcy, strefa euro w czwartek) oraz finalny odczyt PMI w przemyśle dla całej strefy euro. W Stanach Zjednoczonych również czeka nas sporo istotnych odczytów. W środę poznamy dane o zatrudnieniu według ADP oraz drugi odczyt PKB za pierwszy kwartał, w czwartek zostaną opublikowane dane o dochodach i wydatkach gospodarstw domowych, a także inflacji PCE, a w piątek, tak jak w każdy pierwszy piątek miesiąca, poznamy dane z amerykańskiego rynku pracy. W piątek warto również zwrócić uwagę na odczyt ISM dla przemysłu w USA.
Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych SA
Trans Polonia S.A., wiodący operator oferujący przewozy cysternowe paliw, płynnych surowców chemicznych i spożywczych oraz mas bitumicznych, w I kw. 2018 r. zanotował wzrost przychodów do blisko 50 mln zł oraz sukcesywnie obniżał dług i generował środki pieniężne z działalności operacyjnej, co sprzyja realizacji inwestycji, umożliwia wypłatę potencjalnej dywidendy oraz pozwala na poszukiwanie celów akwizycyjnych.
Przychody ze sprzedaży w okresie styczeń-marzec 2018 r. były wyższe o 2,5 proc. wobec okresu sprzed roku i ustabilizowały się na poziomie blisko 50 mln zł. Wzrosty osiągnięto w segmencie przewozów paliw (skorelowane z ogólnym wzrostem konsumpcji paliw w Polsce) i płynnej chemii, niższą sprzedaż odnotowano głównie w usługach przewozów asfaltów (z uwagi na trudniejsze warunki pogodowe) oraz przewozach ładunków spożywczych.
– I kwartał 2018 r. był dla działalności operacyjnej TPG okresem dobrym, ze stabilizacją pozycji rynkowej i tym samym osiągniętej sprzedaży, ale też szeregiem zdarzeń w większości o charakterze jednorazowym, które wpłynęły na nasze wyniki. Głównie mamy na myśli koszty związane z prowadzonym procesem przejęcia operatora intermodalnego z regionu Beneluksu. Z przyczyn niezależnych od nas, nie zostaliśmy wybrani jako ostateczny nabywca podmiotu, ale zdobyliśmy ogromne doświadczenie w prowadzeniu tak wieloaspektowego procesu, które z pewnością zaowocuje w przyszłości – powiedział Dariusz Cegielski, Prezes Zarządu Trans Polonia S.A.
Zysk brutto na sprzedaży w I kw. 2018 r. wyniósł 4,8 mln zł (-11,5 proc., co wynika głównie z wyższej amortyzacji nowych jednostek cysternowych oraz dodatkowych kosztów przygotowania do pracy ww. sprzętu), zysk EBITDA ukształtował się na poziomie 3,2 mln zł (-30,9 proc., co zostało silnie obciążone kosztem prowadzonego procesu akwizycyjnego rzędu 1,4 mln zł), z kolei na stratę netto w wysokości blisko 1 mln zł dodatkowo wpłynęła mniej korzystna relacja różnic kursowych (przychody finansowe wyniosły 0,1 mln zł wobec 1,4 mln zł rok temu). Spółka w relacji do okresu sprzed roku osiągnęła korzystny cash-flow operacyjny w wysokości prawie 2 mln zł (wobec -4,5 mln zł).
– W minionym roku przeznaczyliśmy 17 mln zł na zakup nowych jednostek transportowych.
W pierwszych miesiącach br. ponieśliśmy dodatkowe koszty w postaci przygotowania nowych jednostek do pracy. Efekty takich wydatków będą widoczne w tegorocznych rezultatach w postaci zwiększonej skali przychodów i zysków – dodał Dariusz Cegielski.
Zarząd Trans Polonii 21 maja br. podjął uchwałę w sprawie przedłożenia WZA rekomendacji wypłaty 4,8 mln zł (0,21 zł na akcję) dywidendy za 2017 r., co stanowi ponad 45 proc. skonsolidowanego zysku netto (10,5 mln zł). Rekomendacja uzyskała akceptację Rady Nadzorczej Spółki. Warunkiem wypłaty dywidendy ww. wysokości jest uzyskanie wymaganych zgód od instytucji finansujących Spółkę lub odpowiedniej modyfikacji umów kredytowych, zezwalających na taki krok. Zarząd podejmuje działania w tym kierunku i pozytywnie ocenia szanse na powodzenie wypłaty zysku.
– Stabilna sytuacja finansowa Trans Polonii pozwala nam na znaczące podzielenie się zyskiem z naszymi Akcjonariuszami. Wysoki bufor gotówkowy zapewnia nie tylko swobodę w realizacji inwestycji, poszukiwaniu celów akwizycyjnych, ale także umożliwia wypłatę wysokiej dywidendy. W ten sposób chcemy docenić naszych Akcjonariuszy za wsparcie i pokładane zaufanie – uzupełnił Dariusz Cegielski, Prezes Zarządu Trans Polonii.
Obligacje są największym rynkiem na świecie, wpływają na rynek akcji, walut oraz surowców. Rentowność obligacji może także doprowadzić do bankructwa kraju czy też bessy na świecie. Ze względu na swoją wielkość oraz dużą gamę różnych obligacji jest najtrudniejszy na świecie. Bowiem każde państwo, miasto, przedsiębiorstwo może wyemitować obligację o różnym terminie zapadalności oraz innym rodzaju zabezpieczenia.
W bieżącym artykule skupimy się tylko na powiązaniach rynku obligacji z rynkiem akcji. W ostatnim czasie dużo osób zaczęło mówić o możliwej wyprzedaży na rynku akcji, która ma być spowodowana wzrostem rentowności. Czy jest to możliwe?
Tak, ponieważ rentowność obligacji (na przykładzie Stanów Zjednoczonych) uważa się za stopę wolną od ryzyka. Jeżeli rośnie stopa wolna od ryzyka, to inwestorzy oczekują coraz większej stopy zwrotu z bardziej ryzykownego rynku jakim są akcje. Jest to tzw. premia za ryzyko. Jeżeli wymagana stopa zwrotu jest mniejsza niż oczekiwana stopa zwrotu, to profesjonalni inwestorzy zaczynają wyprzedawać akcje.
Poniżej przedstawiono model premii za ryzyko firmy SH Cross Asset Research.
Jak widać premia za ryzyko inwestowania w akcje jest najniższa od 2001 roku, wynosi 3 procent. Rekordowa niska wartość była w 2000 roku, gdzie premia za ryzyko inwestowania w akcje spadła poniżej 2 procent.
Premia za ryzyko systematycznie maleje od 2012 roku, dlaczego? Po pierwsze nawet przy niezmienionej rentowności obligacji rosnące ceny akcji przekładają się na coraz gorsze wskaźniki wyceny. Natomiast gorsze wskaźniki wyceny na niższą spodziewaną stopę zwrotu. Z tego względu premia za ryzyko zaczyna maleć. Poniżej przedstawiono model oczekiwanej stopy zwrotu przygotowany przez Real Investment Advice na podstawie wskaźnika P/E.
Oś pionowa przedstawia spodziewaną stopę zwrotu z rynku akcji przez następne 20 lat. Z kolei na poziomej wskaźnik P/E. Na wykresie przedstawiono badania regresji liniowej pomiędzy wskaźnikiem P/E oraz roczną stopą zwrotu. Jak widać czym droższe akcje ty mniejsza spodziewana stopa zwrotu.
W związku z tym na rynku możemy wyróżnić dwa scenariusze.
Scenariusz 1: Rentowność obligacji spadnie, wzrośnie premia za ryzyko i akcje będą mogły kontynuować swoje wzrosty.
Scenariusz 2: Spadnie wycena akcji, co spowoduje obniżenie wskaźników analizy fundamentalnej i wzrost spodziewanej stopy zwrotu. W tym scenariuszu najpierw przyszłaby bessa, dopiero potem wzrost cen akcji.
Podsumowanie – S&P500
Notowania akcji znalazły się zbyt wysoko, dalsze wzrosty są coraz trudniejsze. Jeżeli rentowność obligacji po raz kolejny wzrośnie na nowe maksima, to dalszy wzrost cen akcji stanie się coraz mniej prawdopodobny. Oprócz tego długoterminowe inwestycje stoją pod dużym znakiem zapytania. Model przygotowany przez Real Investment Advice sugeruje, iż przy zakupie indeksu S&P 500 przez następne 20 lat możemy oczekiwać rocznej stopy zwrotu na poziomie 2 procent.
Kradzież auta z systemem bezkluczykowego otwierania drzwi nie stanowi obecnie dla złodziei większego problemu. Zabezpieczenia są na tyle słabe, że nowe auto można otworzyć i uruchomić w mniej niż dwie minuty. Zdaniem specjalistów potrzebne są udoskonalenia w zakresie bezpieczeństwa dostępu. W niektórych przypadkach dla poprawy sytuacji wystarczyłaby niewielka zmiana. Tymczasem statystyki pokazują, że liczba kradzieży nowych aut rośnie lawinowo.
– Ekstremalnie niebezpieczny jest przykład bezkluczykowego otwierania samochodu, tzw. keyless. Nie gwarantuje to bezpieczeństwa, złamanie tego systemu jest dziecinnie proste. Ostatnio jest dużo przykładów tego, jak kradną drogie samochody w ciągu 2–3 minut – alarmuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Smołko z STMicroelectronics, producenta systemów zabezpieczających.
Systemy keyless umożliwiają otwarcie i odpalenie samochodu bez używania kluczyka. Wystarczy kluczyk mieć np. w kieszeni (w bezpośredniej odległości od odbiornika, znajdującego się w aucie), aby otworzyć auto za pomocą przycisku na klamce i uruchomić silnik za pomocą specjalnego przycisku. System opiera się na radiowej transmisji danych i wymianie kodów między nadajnikiem i odbiornikiem, w zależności od modelu i marki zasięg komunikacji wynosi ok. kilkadziesiąt centymetrów. Złodzieje mogą jednak sygnał wysyłany z kluczyka przechwycić i dzięki temu otworzyć i uruchomić pojazd znajdujący się nawet kilkaset metrów od kluczyka.
– Przy samochodzie stoi jeden włamywacz z radiem, drugi z takim samym radiem idzie pod drzwi ofiary. Kluczyk często wisi w zamku w drzwiach (lub w kurtce w przedpokoju – przyp. red.). Gdy jeden dotyka klamki, odbiera sygnał w jedną walizkę, ta transmituje sygnał do drugiej walizki, a ta retransmituje do kluczyka i vice versa. Wystarczy minuta i jest po zabawie – tłumaczy Krzysztof Smołko.
Urządzenie pozwalające uzyskać dostęp do samochodu w taki sposób można kupić w internecie od chińskiego dostawcy za równowartość 84 zł. Pracę złodziejom dodatkowo ułatwiają uwarunkowania prawne, dzięki którym nie jest możliwe unieruchomienie samochodu w momencie, gdy znajdzie się on poza zasięgiem sygnału kluczyka. W rezultacie samochód jedynie komunikuje brak połączenia, a złodziej może bez problemu dotrzeć do miejsca, w którym zabezpieczenia zostaną ostatecznie rozkodowane. Tymczasem dla poprawy sytuacji wystarczyłaby niewielka modyfikacja.
– Europejskie prawo nie pozwala ze względów bezpieczeństwa na wyłączenie silnika w sytuacji, gdy kluczyk znika z samochodu, to zabezpieczenie na wypadek uszkodzenia lub rozładowania baterii. W związku z tym, jeżeli włamywacz tą metodą uruchomi samochód, to może go używać dopóki go nie wyłączy. Gdyby w tym urządzeniu zastosować mechanizmy bezpieczeństwa, choćby najbardziej banalne, np. skrócić czas, jaki mija między wysłaniem zapytania a odpowiedzią, to dramatycznie zmniejszyłoby prawdopodobieństwo włamania w ten sposób – przekonuje ekspert.
Kradzież nowych i kilkuletnich aut drastycznie wzrasta. Według danych brytyjskiego Urzędu Statystycznego (ONS) kradzież pojazdów w Wielkiej Brytanii wzrosła w 2017 r. o prawie 56 proc. w ujęciu rok do roku. W 2017 r. skradziono przeszło 89 tys. pojazdów. Z danych FBI wynika natomiast, że ogólna liczba skradzionych w Stanach Zjednoczonych aut wzrosła między rokiem 2015 a 2016 o 7,4 proc. W 2015 r. liczba aut skradzionych z użyciem kluczyka lub poprzez obejście systemu bezkluczykowego wzrosła w USA zaś o 22 proc.]
Jednocześnie stowarzyszenie Society of Motor Manufacturers and Traders podaje, że w porównaniu z połową lat 90. ubiegłego wieku mamy do czynienia z poważnym spadkiem kradzieży – wówczas rocznie kradziono nawet pół miliona aut. Tendencje spadkowe widać wyraźnie w Polsce, gdzie statystyki są odwrotne niż na Zachodzie. Według KGP w zeszłym roku łupem przestępców padło nieco ponad 10 tys. samochodów, czyli o 1,4 tys. mniej niż w 2016 r. Częściej mamy też do czynienia z kradzieżami aut luksusowych niż tych ze średniej półki.
Właściciele aut z systemami keyless mogą we własnym zakresie zabezpieczyć się przed kradzieżą. W sprzedaży są dostępne etui na kluczyk, które mają za zadanie utrudniać przechwycenie sygnału. Takie rozwiązanie kosztuje od kilkudziesięciu do około 250 zł. Za niespełna 600 zł można się natomiast uzbroić w zabezpieczenie w postaci montowanego do kluczyka klipsa, który też ma uniemożliwić przejęcie sygnału przez niepożądane osoby.
– Najbardziej banalnie można wziąć metalową skrzynkę, jak kiedyś na pieniądze i w tym trzymać kluczyk, ale na pewno można go zeskanować też stojąc np. w kolejce. Niestety, nie ma na to metody innej niż to, żeby producenci podjęli kroki prewencyjne – twierdzi Krzysztof Smołko.
Producenci samochodów wprawdzie zapowiadają opracowanie skutecznych zabezpieczeń przed kradzieżami na walizkę. Odporny na działania włamywaczy system zaproponował już Land Rover w najnowszym modelu Discovery. Zastosowany specjalny chip w module keyless dokładnie wylicza czas odpowiedzi między nadajnikiem a odbiornikiem i nie reaguje na działanie wzmacniaczy sygnału, używanych przez złodziei.
Analizy dokonane przez niemiecki Allgemeiner Deutscher Automobil-Club (ADAC) pozwoliły wyłonić sto najbardziej zagrożonych kradzieżą aut z systemem keyless. Aż trzynaście modeli na tej liście to auta marki BMW. Drugie miejsce na niechlubnej liście zajmuje Audi z dziesięcioma modelami, a czołówkę zamyka Renault z ośmioma niebezpiecznymi modelami.
Polska stawia na kosmos. Krajowy sektor kosmiczny rośnie w siłę – do 2030 r. obroty na tym rynku mają wzrosnąć do 3 proc. łącznych obrotów tego rynku na świecie. Rozwój zapewnia przyjęta w zeszłym roku Polska Strategia Kosmiczna. Priorytetem dla Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii i Polskiej Agencji Kosmicznej jest opracowanie Polskiego Programu Kosmicznego. Działania nakierowane są także na stymulowanie konkurencyjności, która jest motorem napędowym do tworzenia innowacji na rynku kosmicznym. W ciągu ostatnich 5 lat liczba podmiotów działających w sektorze kosmicznym wzrosła w Polsce dziesięciokrotnie.
– Priorytetem dla ministerstwa oraz Polskiej Agencji Kosmicznej jest stworzenie aktu wykonawczego w postaci Krajowego Programu Kosmicznego, nad którym intensywnie pracujemy. Dostarczy on instrumenty i konkretne działania. My, jako państwo, mamy obowiązek wspierać sektor kosmiczny poprzez działania o charakterze legislacyjnym, jak i finansowym – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Robert Nowicki, zastępca dyrektora Departamentu Innowacji w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii.
Przyjęta Polska Strategia Kosmiczna zakłada, że do 2030 r. obroty polskiego sektora kosmicznego wyniosą co najmniej 3 proc. łącznych obrotów tego rynku, a Polska będzie posiadała dostęp do infrastruktury satelitarnej na potrzeby przede wszystkim bezpieczeństwa i obronności. Administracja publiczna ma zaś wykorzystywać dane satelitarne do codziennej pracy, a polskie przedsiębiorstwa mają rozpocząć eksport swoich usług i rozwiązań.
– Polska Strategia Kosmiczna to efekt pracy rządu oraz współpracy z przedsiębiorcami. Aktualny stan prac i zaawansowanie przedsiębiorstw pozwala na stwierdzenie, że jest to strategia słuszna, a określone w niej cele realizowane są według przyjętego harmonogramu – przekonuje Robert Nowicki.
Coraz więcej przedsiębiorców w Polsce dostrzega ogromny potencjał rozwojowy oraz finansowy branży. Tylko w ubiegłym roku Polacy złożyli ponad 170 aplikacji do Europejskiej Agencji Kosmicznej, a polskie wynalazki coraz częściej sprawdzają się podczas najważniejszych misji kosmicznych, np. firma Astronika opracowała jeden z kluczowych instrumentów misji NASA InSight, Kreta HP3 stworzonego do zbadania ciepła wydobywającego się spod powierzchni Marsa.
– Jednym z elementów, który powinniśmy jako państwo sobie postawić za cel wspólnie z przedsiębiorcami, jest opracowywanie konkretnych projektów związanych z polskim podbojem kosmosu. Polska Strategia Kosmiczna zakłada także wzrost konkurencyjności. Ta konkurencyjność oparta na innowacji, na planach, które się wpisują w działania ministerstwa powoduje, że my jesteśmy jako sektor prężni i jeszcze lepsi – przekonuje Robert Nowicki.
W ramach wzmacniania sektora kosmicznego rozwijane są także programy partnerstwa publiczno-prywatnego. 25 maja Śląskie Centrum Naukowo Technologiczne Przemysłu Lotniczego podpisało kontrakt z wieloletnim partnerem technologicznym, francusko-włoskim konsorcjum Thales Alenia Space. Umowa zakłada stworzenie paneli słonecznymi do pojazdów kosmicznych oraz opracowywanie nowych konstrukcji satelitarnych, które byłyby konkurencyjne dla obecnie stosowanych rozwiązań. Według wstępnych założeń pierwszy satelita z podzespołami zaprojektowanymi przez śląskich naukowców ma rozpocząć swoją misję już w przyszłym roku.
Program Start in Poland jest największym programem dla start-upów w Europie Środkowo‑Wschodniej. Jego budżet to niemal 3 mld zł. Mogą z niego skorzystać podmioty krajowe i zagraniczne. Fundusze pochodzą z Programu Inteligentny Rozwój i środków prywatnych.
– Jednym z elementów, który pozwala na realizację Polskiej Strategii Kosmicznej, jest wsparcie w programach opcjonalnych ESA, wsparcie w postaci instrumentów kapitałowych poprzez program Start in Poland. To kwestia akceleracji, gdzie my, jako ministerstwo, mamy możliwość i oferujemy akceleratory branżowe w krótkim okresie czasu – tłumaczy z-ca Dyrektora Departamentu Innowacji w MPiT.
Według raportu opracowanego przez analityków Bank of America Merrill Lynch w ciągu najbliższych 30 lat wartość światowej branży kosmicznej może wzrosnąć do 2,7 bln dol. Dynamiczny wzrost zainteresowania tym sektorem gospodarki widać również w Polsce – według Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii obecnie przeszło trzysta krajowych przedsiębiorstw zajmuje się rozwijaniem technologii z branży kosmicznej, a pięć lat temu było ich niespełna 30.
Pracownicze programy emerytalne organizowane przez – zwłaszcza dużych – pracodawców do niedawna nie cieszyły się specjalnym zainteresowaniem wśród pracowników jako pozapłacowy benefit. Jednak dyskusja wokół wieku emerytalnego, likwidacji otwartych funduszy emerytalnych i planowanych przez premiera Morawieckiego pracowniczych planów kapitałowych wzmocniła zainteresowanie tym tematem.
– Programy emerytalne jeszcze nie przebiły się do pierwszej trójki najpopularniejszych benefitów. Na razie bardziej popularne wydają się takie, z których można skorzystać od razu, czyli prywatna opieka medyczna, karnety na fitness czy siłownię. Paradoksalnie okazuje się, że z benefitów, na które często pracodawca wydaje określone pieniądze, wcale nie wszyscy pracownicy korzystają – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Łukawska, dyrektor ds. programów emerytalnych Skarbiec TFI. – Część pracodawców wprowadza systemy kafeteryjne, w których pracownik może sobie w ramach puli środków na niego przeznaczonych wybrać benefit najbardziej potrzebny. Spotkałam się jednak z badaniami, które pokazały, że wśród menadżerów około 70 proc. uważało plany emerytalne za pożądany benefit.
Z bieżących danych publikowanych przez Komisję Nadzoru Finansowego wynika, że na dzień 9 maja 2017 roku działało w Polsce 1 110 takich programów. Komisja nie opublikowała jeszcze raportów rocznych za 2017 rok, ale na koniec 2016 roku na 1 106 PPE najwięcej ich było w województwie mazowieckim (206), śląskim (164), wielkopolskim (123) i pomorskim (105). W pozostałych regionach ich liczba nie przekraczała setki.
Zdaniem Agnieszki Łukawskiej taka korzyść ma szanse przebić się wkrótce do pierwszej piątki, zwłaszcza że w obliczu coraz głośniejszych opinii o emeryturze minimalnej pracownicy w coraz większym stopniu rozumieją, że emerytura z ZUS-u i II filaru będzie niewielka. A do tego dodatkowego programu dokłada się przecież pracodawca.
– Doświadczenie pokazuje, że dobrze, jeśli plan emerytalny w firmie jest współfinansowany przez pracodawcę i pracownika. Jeżeli chciałoby się zrzucić finansowanie planu tylko i wyłącznie na pracownika, to nie będzie to dla niego atrakcyjne – mówi Agnieszka Łukawska. – Jednym z dwóch rodzajów polskich programów emerytalnych są te, które działają na podstawie ustawy o PPE i one są rzeczywiście bardzo atrakcyjne dla pracownika, dlatego że tam składkę finansuje pracodawca. Pracownik może płacić, ale na zasadzie dobrowolności.
Jak wyjaśnia, składki finansowane przez pracodawcę są zwolnione z obowiązkowych wpłat na ubezpieczenia społeczne, a dodatkowo zgromadzone zyski są zwolnione z podatku od dochodów kapitałowych. Drugi rodzaj programu to plany pozaustawowe, w których pracodawca tworzy program według swoich standardów. Dzieje się tak zwłaszcza w dużych międzynarodowych koncernach. W takim przypadku nie przysługuje już ulga w podatku ani w składkach na ZUS, ale pracodawca może ten program stworzyć w taki sposób, w jaki działa on na całym świecie, a zatem może on być lepiej dostosowany do kultury korporacyjnej danego przedsiębiorstwa.
– Pracodawcy mają z planu emerytalnego takie korzyści, jak z każdego dobrze dobranego benefitu. Przede wszystkim jest to coś, co związuje pracownika z firmą. Jeżeli mamy do czynienia z rynkiem pracownika, przynajmniej w niektórych branżach, na pewno warto zaoferować pracownikowi coś więcej niż samo wynagrodzenie – przekonuje dyrektor w Skarbiec TFI. – Badania pokazują, że ludzie są zainteresowani benefitami. Oczywiście dyskusyjna jest kwestia, czy chcą na nie przeznaczyć bliżej 5 proc. czy 15 proc. swojego wynagrodzenia, ale chyba czasy, kiedy były tylko pensje bez żadnych benefitów, już dawno minęły.
Wskazuje też, że PPE kosztują firmę mniej niż podwyżka, nie tylko dlatego, że składki wpłacone do PPE nie podlegają obowiązkowym składkom na ubezpieczenia społeczne, ale też z przyczyn psychologicznych. Pracownik co miesiąc na pasku wypłaty widzi, ile pieniędzy zostało przesłanych do programu emerytalnego, może obserwować wartość zgromadzonych środków. Zdaniem ekspertów w przypadku podwyżki po pierwszej euforii pracownik się do tego bardzo szybko przyzwyczaja, za kilka miesięcy nie bardzo pamięta, ile wcześniej zarabiał i za jakiś czas będzie chciał znowu poprosić o podwyżkę.
W Polsce w 2017 roku 44 proc. firm poniosło straty finansowe na skutek cyberataków. Skala tego typu zagrożeń jest coraz większa. Wyzwaniem jest zapewnienie bezpieczeństwa urządzeniom podłączonym do sieci w ramach internetu rzeczy. Już teraz 70 proc. z nich ma luki, które umożliwiają hakerom przejęcie nad nimi kontroli. Podejmowane są jednak działania, które mają temu zapobiegać. W Unii Europejskiej trwają prace nad regulacjami, które wprowadzą obowiązek certyfikowania urządzeń pod kątem podatności na cyberzagrożenia.
– Skala i zasięg cyberzagrożeń na świecie są związane z transformacją cyfrową, z powszechnym użyciem różnego typu urządzeń cyfrowych i z podłączeniem ich do internetu. Skala jest ogromna i dotyczy zarówno korporacji, jak i małych przedsiębiorstw oraz osób prywatnych. Więcej do stracenia mają korporacje niż osoby prywatne, ale docelowo to tożsamość elektroniczna osób prywatnych będzie niezwykle cenna i powinna być bardzo mocno chroniona – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sławomir Panasiuk, wiceprezes zarządu Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych.
Cyberprzestępcy atakują coraz częściej. Z raportu Cisco Visual Networking Index wynika, że liczba ataków DDoS do 2021 roku wzrośnie 2,5-krotnie – do 3,1 mln rocznie. Ponieważ stają się one coraz silniejsze, mogą całkowicie sparaliżować sieć danej firmy i tym samym odciąć ją od internetu.
Raport PwC „Cyberruletka po polsku. Dlaczego firmy w walce z cyberprzestępcami liczą na szczęście” wskazuje zaś, że w 2017 roku 44 proc. polskich firm w wyniku cyberataków poniosło straty finansowe. Globalnie straty poniesione na skutek różnego rodzaju nielegalnych działań w cyberprzestrzeni firma McAffy szacuje na 440–600 mln dol.
– Przez to że świat uległ jeszcze większej transformacji w kierunku gospodarki cyfrowej, bardzo istotną rzeczą jest zwiększenie świadomości i przeciwdziałanie potencjalnym zagrożeniom. Nie da się w tej chwili uchronić przed cyberzagrożeniami, natomiast trzeba wiedzieć, że one są i trzeba umieć postępować w przypadku, kiedy takie cyberzagrożenie nastąpi – przekonuje Sławomir Panasiuk.
Z danych PwC wynika, że w Polsce jedynie 8 proc. firm jest dojrzałych pod względem bezpieczeństwa cybernetycznego – ma odpowiednie narzędzia i systemy zabezpieczeń, zespół ds. cyberbezpieczeństwa, a budżet na zabezpieczenia stanowi przynajmniej 10 proc. wartości całego budżetu IT. Średnio firmy przeznaczają na ten cel jedynie 3 proc. Co więcej, co piąta duża firma w Polsce nie ma żadnego specjalisty od cyberbezpieczeństwa, a 46 proc. nie stworzyło procedur reakcji na ewentualne incydenty.
– Podstawową kwestią jest posiadanie polityki bezpieczeństwa i wykonywanie audytów, poprawianie rozwiązań i edukacja pracowników. To najskuteczniejsze metody. Jeżeli nie będziemy prowadzili stałych audytów, poprawiali rozwiązań, nie przeniesiemy odpowiedzialności za cyberbezpieczeństwo na poziom zarządu, to bardzo trudno będzie efektywnie wydawać środki na ten obszar. Jedynym skutecznym rozwiązaniem jest planowanie działań w tym obszarze, planowanie budżetów, wyciągnięcie odpowiedzialności wysoko na poziom zarządu i traktowanie tego jako części codziennego biznesu – wskazuje wiceprezes KDPW.
Wyzwaniem jest też zapewnienie bezpieczeństwa urządzeniom IoT. Jak prognozuje Cisco, liczba urządzeń podłączonych do sieci w 2021 roku wyniesie 27 mld, przy 17 mld w 2016 roku. Jednocześnie według firmy EY 70 proc. urządzeń IoT ma braki, które umożliwiają łatwe przejęcie kontroli. Dlatego, według raportu Cyber Security Market by Solutions pt. „Global Forecast to 2021” opublikowanego przez firmę doradczą Markets and Markets, wydatki związane z bezpieczeństwem segmentu IoT wzrosną do blisko 29 mld dol. w 2020 roku (z 6,9 mld dol. w 2015 roku).
– Internet rzeczy to nie tylko codziennie używane urządzenia, które nas otaczają, czyli kamery internetowe, lodówki, pralki, kuchenki mikrofalowe czy żarówki, lecz także drukarki i urządzenia przemysłowe, które są dużo większym zagrożeniem. Producenci tych urządzeń będą zmuszeni regulacjami do ich certyfikowania i sprawdzania ich podatności na zagrożenia, bo w tej chwili w większości nie są zabezpieczone. Szczególnie wydawałoby się drobne urządzenia elektroniczne nie są badana pod kątem podatności na zagrożenia cybernetyczne – mówi Panasiuk.
To może się jednak zmienić. W UE pojawił się jednak pomysł, by uregulować kwestię certyfikowania urządzeń i systemów pod kątem ich podatności na cyberzagrożenia.
– Mam nadzieję, że to rozporządzenie przerzuci przynajmniej część odpowiedzialności za ochronę przed cyberzagrożeniami na producentów i dostawców rozwiązań, po drugie zwiększy bezpieczeństwo, ponieważ obecnie bardzo dużo ataków wynika z prostych luk w zabezpieczeniach. Jeżeli producenci już na etapie projektowania urządzeń i rozwiązań wprowadzą zabezpieczenia, będzie trudniej inicjować ataki – ocenia Sławomir Panasiuk.
Niedawno polski rząd przyjął ustawę o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa, która ma zapewnić niezakłócone świadczenie usług kluczowych z punktu widzenia państwa i gospodarki oraz usług cyfrowych. Celem ustawy jest implementacja w Polsce dyrektywy NIS (Dyrektywa Parlamentu i Rady UE w sprawie środków na rzecz wysokiego wspólnego poziomu bezpieczeństwa sieci i systemów informatycznych na terytorium Unii).
Dla inwestorów Izrael jest dziś równie ważny, co Dolina Krzemowa. Niewielkie państwo może się pochwalić największymi wydatkami na innowacje, liczbą patentów i start-upów, które odniosły sukces na globalnym rynku. To efekt systemu rozwijanego przez izraelski rząd od lat 90. Jego integralną częścią jest cyberbezpieczeństwo – Izrael odpowiada za ok. 15 proc. globalnych wydatków na cyberochronę, a na tamtejszym rynku działa kilkaset firm z tego sektora. Najnowocześniejsze rozwiązania zostaną pokazane w tym tygodniu w Warszawie podczas konferencji Israel HLS & Cyber Technology Day. Jak podkreśla ambasador Anna Azari, izraelski biznes w coraz większym stopniu interesuje się polskim rynkiem.
– Jesteśmy małym krajem, ale sektor technologii i innowacji jest dla nas bardzo ważny, odpowiada za ponad 40 proc. naszego eksportu. Myślę, że mamy z Polską dużo wspólnego i duży potencjał współpracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Azari, ambasador Izraela w Polsce.
Izrael – na arenie międzynarodowej określany jako „startup nation” – jest uważany za kolebkę innowacyjności i nowych technologii. To zasługa rządowego programu wsparcia dla start-upów Yozma, który jest rozwijany od lat 90. Dzięki niemu w latach 1990–2000 liczba izraelskich start-upów wzrosła dziesięciokrotnie, liczba inwestorów venture capital przekroczyła setkę, natomiast zainwestowane przez nie fundusze wzrosły trzydziestokrotnie, sięgając 1,3 bln dol.
– Mamy w Izraelu specjalny ekosystem dla innowacji i technologii, on się cały czas zmienia. Na początku istniał fundusz dla start-upów, z którego były finansowane te najbardziej perspektywiczne. Ci, którzy zakładali firmę i odnosili sukces, zwracali do funduszu zainwestowane pieniądze. Teraz system się zmienił, ponieważ izraelskie start-upy są już znane na całym świecie i często finansują je fundusze prywatne. Natomiast rząd wspiera raczej pozarządowe inicjatywy, inicjuje spotkania, daje infrastrukturę, miejsce i zapewnia możliwość współpracy – mówi ambasador Anna Azari.
Izraelski ekosystem wsparcia dla start-upów jest jednym z najlepszych na świecie. Na tamtejszym rynku działa kilkadziesiąt inkubatorów i akceleratorów finansowanych przez rząd, a sektor technologiczny zapewnia jedną piątą rocznego dochodu narodowego. Niewielkie, ośmiomilionowe państwo może się też pochwalić największą liczbą inżynierów, patentów i naukowców w przeliczeniu na setkę mieszkańców.
W Izraelu działa dziś ponad 5 tys. start-upów, podczas gdy w Polsce – czterokrotnie większej pod względem liczby ludności – jest ich ok. 2,5 tys. Żaden inny kraj na świecie nie przeznacza również tak dużej części swojego budżetu na badania i rozwój (ok. 4,3 proc. PKB, dla porównania w Polsce to ok. 1 proc. PKB). Ambasador Anna Azari ocenia jednak, że izraelscy biznesmeni w coraz większym stopniu interesują się polskim rynkiem, dostrzegając możliwości współpracy.
– Widzę w tym po części zasługę naszej ambasady. Jeszcze cztery lata temu było dość trudno zainteresować Izraelczyków tym rynkiem. Teraz Polska jest znana w Izraelu i mamy przykłady inwestycji naszych firm – działalność w Polsce otworzył między innymi jeden z największych izraelskich funduszy VC Pitango – mówi Anna Azari.
Założony w połowie ubiegłego roku fundusz TDJ Pitango Ventures to wspólne dziecko polskiej firmy inwestycyjnej TDJ i izraelskiego funduszu z dwudziestopięcioletnim doświadczeniem. Nowy podmiot zamierza zainwestować w perspektywiczne spółki nawet 210 mln zł. Potencjał polskiego rynku docenił też Yigal Erlich, legenda izraelskiej innowacyjności, założyciel jednego z największych funduszy venture capital, nazywany ojcem izraelskiego „startup nation”, który nad Wisłą inwestuje m.in. w spółki biotechnologiczne.
– Rynek jest dziś globalny. Myślimy o współpracy między start-upowcami a innowatorami, żeby zrobić coś wspólnie. Myślę, że to nasza przyszłość – mówi Anna Azari.
Ambasador podkreśla, że integralną częścią izraelskiego systemu innowacji jest cyberbezpieczeństwo, a Izrael odpowiada za około 15 proc. globalnych inwestycji w tego typu technologie. Cyberbezpieczeństwo jest istotne zwłaszcza w kontekście szacunków Marsh i Światowego Forum Ekonomicznego („Global Risks Report 2018”) które pokazują, że liczba cyberataków na przedsiębiorstwa podwoiła się w ostatnich pięciu latach. Eksperci szacują, że ich skala będzie coraz większa, podobnie jak ich koszty dla firm i instytucji publicznych.
– Inne kraje bardzo często postrzegają cyberbezpieczeństwo jako coś, co jest potrzebne dla tajnych służb etc. To nieprawda. Firmy, banki, infrastruktura – one muszą mieć zapewniony system cyberbezpieczeństwa. Izrael jest bardzo mocny w tej dziedzinie. Nie jesteśmy dużym państwem, ale mamy prawie 15 proc. inwestycji w technologie cyberbezpieczeństwa na całym świecie, w Izraelu to część naszego systemu innowacji – podkreśla Anna Azari.
Izrael to jedno z państw najczęściej atakowanych przez hakerów dlatego rząd, armia i biznes inwestują w cyberbezpieczeństwo znaczne środki. Najnowsze dane izraelskiego IVC Reaserch Center wskazują na szybki i znaczący wzrost firm z tej branży w IV kwartale ubiegłego roku.
30 maja odbędzie się w Warszawie konferencja „Israel HLS & Cyber Technology Day”. Z tej okazji do Polski przyjedzie siedemnaście izraelskich firm, które pokażą najnowocześniejsze technologie z obszaru homeland security i cybersecurity. W programie jest również panel merytoryczny z udziałem izraelskich i polskich ekspertów oraz spotkania B2B. Wydarzenie poświęcone w szczególności bezpieczeństwu infrastruktury krytycznej jest skierowane między innymi do przedstawicieli służb wymiaru sprawiedliwości i osób związanych z cyberbezpieczeństwem.
Jak podkreśla izraelska ambasador Anna Azari, w ostatnich latach Polskę i Izrael łączy nie tylko współpraca na polu innowacji, lecz także kwitnąca turystyka. Z drugiej strony cieniem na wzajemnych stosunkach wciąż kładzie się nowelizacja ustawy o IPN, która w lutym została podpisana przez Prezydenta Andrzeja Dudę i od razu skierowana przez niego do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli następczej (ustawa formalnie weszła w życie z początkiem marca br.).
– Rosnąca turystyka bardzo dobrze łączy obydwa kraje, ostatnie dane mówią o 300 tys. Izraelczyków, którzy odwiedzili Polskę. W większości nie są to już wycieczki historyczne, ale zwyczajna turystyka, shopping etc. W drugą stronę jest też dużo lotów do Izraela i nie są to tylko pielgrzymki. To łączy społeczeństwa, ale również biznesy. Na ten moment Polska i Izrael są przyjaciółmi, ta baza nie zniknie. Jednak przez historię z nowelizacją ustawy o IPN jesteśmy w stanie oczekiwania na decyzję Trybunału, to trochę zwalnia nasze projekty – mówi ambasador Anna Azari.
Ustawa o szkolnictwie wyższym i nauce, która znajduje się na etapie prac parlamentarnych, nałoży na wszystkie uczelnie w Polsce obowiązek weryfikowania prac dyplomowych za pomocą publicznego Jednolitego Systemu Antyplagiatowego. Nowe narzędzie, mimo że zacznie obowiązywać z początkiem nowego roku akademickiego, nie było jeszcze testowane przez uczelnie. Ich obawy budzą koszty wdrożenia i sama metodologia sprawdzania prac. Przedstawiciele uczelni podkreślają, że do skutecznej analizy antyplagiatowej potrzebne jest im stale aktualizowane narzędzie, z obszerną i rzetelną bazą porównawczą.
– System kontroli antyplagiatowej w Polsce jest obecnie na etapie permanentnych zmian. Kluczem do sukcesu jest doświadczenie i umiejętne wprowadzenie go w procedury uczelniane. Co z tego, że znajdą się dwie w 100 proc. identyczne prace, jeżeli nikt nie zareaguje? W naszej historii mieliśmy takie przypadki, gdzie znajdowaliśmy trzy takie same prace obronione na tej samej uczelni i nic z tym nie zrobiono – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Gutowski, ekspert prawa autorskiego w Plagiat.pl.
Poziom prac dyplomowych jest jednym z głównych wskaźników jakości nauczania. Dlatego plagiaty, parafrazowanie czy wręcz przepisywanie całych rozdziałów to dla uczelni duży problem. Szacuje się, że w Polsce około 20–30 proc. prac dyplomowych nosi znamiona plagiatu. W toku są prace nad ustawą o szkolnictwie wyższym i nauce (tzw. Ustawa 2.0), która wprowadza konieczność sprawdzania prac dyplomowych na uczelniach z użyciem publicznego Jednolitego Systemu Antyplagiatowego. Nowe narzędzie ma uszczelnić system i ukrócić niedozwolone praktyki.
– Formalnie obowiązek sprawdzania prac obowiązuje już w tej chwili. Jedne uczelnie korzystają z Plagiatu, inne z OSA, jeszcze inne mają własne produkty. Jednolity system jest dobrym rozwiązaniem, natomiast ważne jest to, na ile będzie on przyjazny. Te, które funkcjonują w tej chwili, czasami sprawiają problemy, generują mnóstwo danych, natomiast ocena, czy był plagiat, wymaga sporo trudu i doświadczenia ze strony nauczyciela akademickiego. Dlatego przyjazny interfejs czy forma prezentowania danych ma kluczowe znaczenie dla sprawnego funkcjonowania systemu. Należy pokładać nadzieje, że w jego budowaniu wezmą udział wszystkie zainteresowane strony, a zwłaszcza przedstawiciele użytkowników – mówi prof. Andrzej Kraśniewski, sekretarz generalny Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich z Politechniki Warszawskiej.
Jednolity System Antyplagiatowy (nad jego stworzeniem pracuje Ośrodek Przetwarzania Informacji – Państwowy Instytut Badawczy) ma być gotowy na nowy rok akademicki 2018/2019, jednak wciąż nie wiadomo, jak będzie wyglądać ani kiedy uczelnie będą mogły go chociażby przetestować.
– Jednolity System Antyplagiatowy jest tworem, który de facto nie istnieje. Wizja dopiero się tworzy, zastanawiamy się, jakie powinien mieć funkcje, jak powinien działać. Pojawiają się obawy, związane m.in. z repozytorium, które ma z nim współpracować. Uczelnie podnoszą kwestię kosztów, bo sam system ma być darmowy, natomiast pojawia się koszt wprowadzania archiwalnych prac dyplomowych do takiego repozytorium. To nie jest trywialne zadanie, łączą się z tym także problemy prawne, które nie do końca są rozstrzygnięte – mówi prof. Andrzej Kraśniewski.
Oprócz potencjalnych kosztów, obawy uczelni dotyczą również metodologii sprawdzania prac dyplomowych. Bazę porównawczą w nowym systemie ma stanowić Ogólnopolskie Repozytorium Pisemnych Prac Dyplomowych, o którym wciąż niewiele wiadomo, oraz archiwalne polskie strony internetowe. Uczelnie wskazują, że to rozwiązanie absurdalne, ponieważ studenci i doktoranci tworzą prace nie tylko w oparciu o polskojęzyczne źródła.
– System nie eliminuje drugiego zjawiska, które np. w Wielkiej Brytanii już uważane jest za bardziej szkodliwe niż plagiat, czyli kupowania prac dyplomowych, ale także przejściowych, np. esejów. Na rynku funkcjonuje mnóstwo firm, które piszą na zamówienie dowolny twór, który student później przedstawia jako własny. Tego system antyplagiatowy nie wykryje, a problem wydaje się narastać, i nie wiem, czy nie jest większym zagrożeniem dla procesów rzetelności studiowania niż to, że ktoś skopiował dziesięć linijek ze źródła internetowego – mówi prof. Andrzej Kraśniewski.
Przedstawiciele uczelni podkreślają, że do skutecznej analizy antyplagiatowej potrzebne jest stale aktualizowane narzędzie, z obszerną i rzetelną bazą porównawczą, oraz zaplecze techniczne, wsparcie w przypadku błędów systemu czy problemów technicznych. Prezes Fundacji Rektorów Polskich prof. Jerzy Woźnicki wskazuje też, że, obok właściwych narzędzi niezbędne jest kształtowanie świadomości studentów i doktorantów.
– Polskie prawo od 2005 roku przewiduje, że wykroczenie, jakim jest naruszenie zasady poszanowania autorstwa, nie przedawnia się. Organ, który wydał dyplom, nadał magisterium czy doktorat, może go w dowolnym momencie odebrać, jeżeli dojdzie do wtórnego zidentyfikowania plagiatu. Nie warto tego robić, bo można całe życie chodzić pod pręgierzem ryzyka ujawnienia. To wszystko trzeba mówić młodzieży, która pisze prace dyplomowe. Trzeba też kształtować pozytywną motywację do tego, aby student rozumiał, że on przyszedł się nauczyć, a nie się certyfikować, że to, co wynosi z uczelni, jest w głowie, a nie na papierze – podkreśla prof. Jerzy Woźnicki.
Już 27 września 2018 Targi Outsourcing Expo – II Ogólnopolskie Spotkanie Przedsiębiorstw. Dzień rozwoju dla Twojej firmy!
Podczas wydarzenia, przedstawiciele polskiego biznesu dowiedzą się jak wprowadzić innowacje do swojej firmy i zoptymalizować koszty. A osoby zastanawiające nad swoją pierwszą działalnością pozyskają przydatną wiedzę, która będzie dla nich cenną wskazówką przy zakładaniu biznesu.
I Targi Outsorcigu Expo w liczbach:
Na zeszłorocznej edycji pojawili się przedstawiciele firm oferujących outsourcing usług dla przedsiębiorstw. Wśród wystawców znaleźli się liderzy 12 branż outsourcingu. Łącznie swoje oferty zaprezentowało ponad 100 firm do grupy 1134 Odwiedzających.
Ponad 100 stoisk wystawienniczych, panele dyskusyjne, Business Speed Dating, strefa networkingu i startupu, konferencje poświęcone korzyściom, jakie daje zlecanie części zadań na zewnątrz firmy – to tylko niektóre z propozycji czekających na gości targów Outsourcing Expo.
Wydarzenie odbędzie się 27 września na PGE Narodowym – najbardziej pożądanym i luksusowym obiekcie biznesowym w Polsce.
Polska jest liderem w zakresie rozwoju outsourcingu w Europie, stąd ogromne zainteresowanie wydarzeniem i potrzeba jego tworzenia.
Targi Outsourcing Expo – druga, wzbogacona edycja
Podczas imprezy potencjał rynku usług zewnętrznych zaprezentują firmy z branży oustourcingowej z 12 sektorów i 150 podsektorów. Będą wśród nich firmy z obszarów: HR, wsparcie sprzedaży, IT, marketingu, TSL/usługi kurierskie, BPO, księgowość/rachunkowość, doradztwo/konsulting, call center, zarządzanie nieruchomościami, faktoring. Wśród zwiedzających nie może zabraknąć przedstawicieli biznesu, w szczególności małych i średnich firm, dla których tak ważna jest optymalizacja kosztów.
Model wydarzenia
Biznesowe spotkanie polskich przedsiębiorców i osób zarządzających. Zarówno wystawcy, jak i odwiedzający z pewnością docenią fakt, iż Targi gromadzą ponad 100 firm prezentujących swoją ofertę w wielu obszarach wsparcia przedsiębiorstw. To jedyne w Polsce wydarzenie biznesowe na tak dużą skalę.
Jednak Targi Outsourcing Expo będą mieć charakter nie tylko wystawienniczy, ale również networkingowy i edukacyjny.
Wydarzenia towarzyszące
Podczas Targów odbędą się prelekcje na dwóch scenach konferencyjnych – podzielone na bloki: hr, motywacja, innowacja, optymalizacja z wystąpieniem czołowych Prelegentów.
Wystąpienie każdego z Wykładowców, zakończy się panelem dyskusyjnym, który umożliwi zgłębienie tematu lub zadanie dodatkowych pytań.
Kolejnym wydarzeniem towarzyszącym będzie Business Speed Dating, czyli szybkie, kilkuminutowe spotkania jeden do jednego, podczas których obie strony w zwięzły sposób wymieniają się kontaktami, przedstawiają swoją działalność i ustalają, w jaki sposób mogą współpracować biznesowo.
Następny punkt Targów Outsourcing Expo, to strefa networkingu w której Odwiedzający będą nawiązywać kolejne relacje. O ile taka strefa nie jest nowością, to warto zaznaczyć, że o jej poprawny przebieg zadbają prawdziwi Specjaliści oraz prawdziwy Ekspert w tej dziedzinie – Grzegorz Turniak. Wszystko po to, aby każdy Odwiedzający czuł sie komfortowo bez względu na jego własne cechy osobowe, które ułatwiają lub utrudniają mu nawiązywanie kontaktów.
Nowością na tegorocznej edycji będzie strefa startupu, wydarzenie dedykowane osobom, które zakładają swój pierwszy biznes. Szukają inspiracji i motywacji do urzeczywistnienia swojego marzenia o posiadaniu własnej działalności. Nasi prelegenci pokażą, jak skutecznie przejść drogę od pomysłu aż do jego realizacji z sukcesem.
Sprzedaż biletów na Targi Outsourcing Expo – Ogólnopolskie Spotkanie Małych i Średnich Przedsiębiorstw już trwa. Warto rezerwować swoje miejsce wcześniej i kontaktować się z Organizatorami w celu określenia swoich preferencji podczas odbywających się tam spotkań biznesowych.
Szczegółowe informacje o Targach dostępne są w stronie: www.outsourcingexpo.pl i na profilu wydarzenia na Facebooku: Outsourcing EXPO.
Biznes i sport to dziedziny, które przenikają się w życiu codziennym. Odpowiednia technika, nastawienie, determinacja wpływają na efekt końcowy.
Chęć zwycięstwa, dyscyplina, wytrwałość, umiejętność podnoszenia się po porażkach i wyciąganie z nich nauki, odpowiednie nastawienie mentalne – to wszystko ma swoje odzwierciedlenie zarówno w sporcie jak i w biznesie. Podczas Kongresu dowiesz się, jak zostać mistrzem sprzedaży, jak rozmawiać, negocjować z potencjalnym klientem.
Już 13 września 2018 roku na PGE Narodowym odbędzie się Kongres NSC – National Sales Congress. Wydarzenie, na którym udowodnimy, że “nothing is impossible”.
Kongres skierowany jest do osób pracujących w sprzedaży, a także dla managerów i kadry zarządzającej.
Potężna dawka motywacji!
Jeden dzień, 700 uczestników, ponad 8h inspirujących wykładów, pigułka wiedzy z zakresu skutecznej sprzedaży. Prelegenci to doświadczeni i uznani mówcy motywacyjni oraz praktycy w dziedzinie sprzedaży. Jedyna okazja w roku do spotkania ich wszystkich na jednej scenie!
Wśród prelegentów obecni będą m.in. Jacek Walkiewicz, Mateusz Grzesiak, Wojciech Herra, Jakub Cyran, Martin Lewandowski i inni. Organizatorom zależy, aby wykłady poświęcone były tematyce sprzedażowej oraz aby uczestnicy mogli dzięki nim odpowiednio ukierunkować się na sukces i zmotywować do działania, aby zrozumieli, że osiąganie sukcesu jest procesem.
Od strony sprzedażowej zaś, aby kongres był dla nich możliwością poszerzenia wiedzy z zakresu technik sprzedaży, omówienia poszczególnych etapów, jak reagować kiedy klient stanowczo odmawia, jak rozpoznawać potrzeby Klienta oraz jak optymalizować proces pozyskiwania leadów i zachęcić klientów do otwierania ofert.
Wydarzenia towarzyszące
Podczas Kongresu odbędą sie także wydarzenia towarzyszące. Wydarzenie będzie podzielone na bloki tematyczne. Każda strefa jest odpowiednio dostosowana do uczestników, jednocześnie sprzyjając nawiązywaniu relacji biznesowych – zatem każdy poza wiedzą, będzie bogatszy także o możliwości inrtatnej współpracy w przyszłości.
Kongres sprzedażowy
Jak to się dzieje, że niektórzy ludzie wygrywają częściej pomimo dysponowania tymi samymi zasobami co pozostali?
Umiejętności i zaangażowanie handlowców nie są wystarczającymi elementami efektywnej sprzedaży. Podczas Kongresu zostaną Państwo zainspirowani i wyposażeni w nową wiedzę, która przełoży się na sukces zawodowy i na stałe podniesie wyniki sprzedaży. Prezentacja skutecznych dróg dążenia do mistrzostwa w swojej dziedzinie ma na celu optymalizację Państwa codziennych działań, lepsze pozyskiwanie kontaktów, podniesienie skuteczności wykonywanych rozmów I szybszą finalizację sprzedaży.
Kongres managerów
Kongres Managerów to profesjonalne wykłady, pełne porad dobrego zarządzania prowadzone przez doświadczonych biznesmenów, których skuteczność potwierdza osiągnięty sukces w swojej branży oraz warsztaty organizowane we współpracy z Partnerem Merytorycznym Kongresu Managerów MBA – Koźmiński Executive Business School. Wśród prelegentów będą obecni m.in. Nikolay Kirov – specjalista w zakresie: negocjacji, budowania relacji i kreowania wartości dodanej w biznesie; Michał Leszek – twórca najbardziej wyrazistej marki na rynku elektroniki Kruger&Matz oraz Martin Lewandowski – właściciel federacji KSW i współtwórca polskiego MMA.
Strefa networkingu
Sprzedaż w ciągu ostatnich paru lat zmieniła się – z szybkiego, bezosobowego procesu przekształciła się w proces powolny i wymagający osobowego zaangażowania. Sercem sprzedaży obecnie jest jakość relacji, które tworzą Państwo z potencjalnymi i istniejącymi klientami.
Nad płynnym przebiegiem poznawania i pogłębiania relacji biznesowych będzie czuwał Grzegorz Turniak – znany ekspert networkingu w Polsce, autor książek, artykułów i filmów edukacyjnych.
Partnerem Strefy Networkingu jest Akademia Rekomendacji, wiodąca w Polscew firma szkoleniowo-konsultingowa działająca w obszarze networkingu i rekomendacji.
Strefa partnerów
Strefa wystawiennicza, miejsce które umożliwia porównanie ofert z przekroju różnych branż dla wszystkich uczestników. To doskonała okazja do podpisania kontraktów biznesowych, zapoznania się z ofertą konkurencji i ofertą firm świadczących usługi dla biznesu.
ABS Investment S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od lutego 2011 r., zajmująca się działalnością inwestycyjną, zanotowała 3,97 mln zł zysku netto w 2017 r. i utrzymała w ten sposób bardzo dobre wyniki finansowe w trzyletnim cyklu. Emitent pracuje nad aktualizacją strategii rozwoju na lata 2018-2020 oraz rozważa połączenie ze spółką Beskidzkie Biuro Consultingowe S.A.
Spółka dzięki efektywnej działalności i skutecznym zarządzaniu portfelem inwestycyjnym zakończyła 2017 r. najwyższym zyskiem netto w całej swojej historii wynoszącym ponad 3,97 mln zł. W latach 2015-2017 łączny zysk netto osiągnięty przez ABS Investment S.A. wyniósł blisko 10,3 mln zł, co istotnie zwiększyło poziom aktywów oraz kapitałów własnych. Osiągnięcie tak dobrych wyników finansowych przez Emitenta było rezultatem budowy portfela inwestycyjnego w oparciu bardzo restrykcyjne kryteria wraz z uwzględnieniem możliwości budowania synergii pomiędzy spółkami portfelowymi. Przyjęta przez ABS Investment S.A. strategia rozwoju okazała się trafna, a jej realizacja przebiegła zgodnie z planem, czego potwierdzeniem są wypracowywane bardzo wysokie zyski i stały wzrost wartości Spółki. Emitent przekroczył również opublikowane prognozy finansowe na 2017 r.
„Jestem bardzo zadowolony z wyników, jakie udało się wypracować zarówno w 2017 roku, jak i w ostatnich 3 latach. Są one szczególnie dobre w kontekście sytuacji rynkowej, jak i wyników firm konkurencyjnych. W 2015 roku wypracowany wynik był dwukrotnie lepszy od pierwotnie planowanego i tym samym poprzeczka została zawieszona wysoko. Ostatnie 3 lata to okres bardzo dynamicznych zmian w portfelu inwestycyjnym i to właśnie te zmiany oraz pojawienie się wielu nowych spółek odpowiadają za nasze dobre wyniki. We wszystkich ostatnich trzech latach wypłacaliśmy Akcjonariuszom dywidendę i realizowaliśmy skup akcji własnych.” – podkreśla Sławomir Jarosz, Prezes Zarządu Spółki ABS Investment S.A.
W 2017 r. Spółka złożyła wniosek o wpis na listę ASI i wycofała się z działalności doradczej oraz handlowej, co wynikało z regulacji prawnych i wpłynęło na zmniejszenie osiąganych przychodów. Strumień dywidend wypłacanych przez spółki portfelowe ABS Investment S.A. wyniósł w minionym roku ok. 140 tys. zł. Emitent również podzielił się wypracowanym w 2016 r. zyskiem ze swoimi Akcjonariuszami, a wartość dywidendy na 1 akcję sięgnęła 0,04 zł. Spółka dokonała także w lipcu 2017 r. terminowego wykupu obligacji serii o łącznej wartości nominalnej w kwocie 1 mln zł. W tymże miesiącu na rynku Catalyst zadebiutowały z kolei obligacje serii B. ABS Investment S.A. realizuje również skupy akcji własnych, będące uzupełnieniem polityki dywidendowej, zakładającej aktywny udział Akcjonariuszy w podziale osiąganych zysków.
„Rozpoczęcie procedury wpisu na listę ASI spowodowało z jednej strony konieczność reorganizacji firmy, co skutkuje mocnym ograniczeniem strumieni przychodowych, a z drugiej strony działalność ABS będzie bardziej przejrzysta, klarowna i transparentna. Aktualnie trwa również reorganizacja spółki BBC – wydzielenie części doradczej, z którą ABS planuje dokonać fuzji. Te wydarzenia oraz zdecydowane pogorszenie koniunktury na rynku kapitałowym spowodowały konieczność zmiany strategii działania, nad którą obecnie pracuje Zarząd ABS. Niestety w mojej ocenie warunki do funkcjonowania w branży inwestycyjnej się pogorszają i jest to raczej już stały trend.” – dodaje Prezes Jarosz.
Wyniki finansowe ABS Investment S.A. w minionym roku należy uznać za duży sukces, szczególnie biorąc pod uwagę nienajlepszą koniunkturę na rynku kapitałowym oraz słabsze wyniki finansowe innych podmiotów również działających w branży inwestycyjnej. Siła ABS Investment S.A. wynika w dużej mierze z konsekwencji w budowaniu stabilnego i perspektywicznego portfela inwestycyjnego, jego stałej optymalizacji oraz negocjowaniu atrakcyjnych cen zakupu pakietów akcji i dążeniu do wprowadzania do obrotu nienotowanych serii akcji. Ważnym aspektem w umacnianiu pozycji rynkowej ABS Investment S.A. jest także zwiększanie zaangażowania w spółkach portfelowych, co pozwala na uczestniczenie w wytyczaniu kierunków ich dalszego rozwoju.
„Od początku istnienia ABS szczególny nacisk kładliśmy na taki dobór spółek portfelowych, by w jak największym stopniu była możliwa współpraca między nimi. I to zawsze był, jest i mam nadzieję będzie nasz atut. Zawsze można jeszcze tą współpracę poprawić, ale z efektów jestem zadowolony. W zdecydowanej większości spółek z portfela TOP15 notowanych i TOP5 nienotowanych posiadamy ilość głosów, która umożliwia nam realny wpływ na wydarzenia w spółkach. Uczestniczymy też aktywnie w nadzorowaniu spółek portfelowych poprzez obecność w ich Radach Nadzorczych.” – zakończył Prezes Jarosz.
W styczniu 2018 r. Zarząd ABS Investment S.A. poinformował, że po przeprowadzonych rozmowach z Zarządem notowanej na rynku NewConnect spółki Beskidzkie Biuro Consultingowe S.A. (BBC) podjął decyzję o przeanalizowaniu opcji strategii rozwoju Spółki polegającej na możliwości stworzenia Grupy Kapitałowej z BBC jako podmiotem zależnym lub połączenia się z BBC w drodze przejęcia tej spółki, przy uprzednim wydzieleniu działalności doradczej do podmiotu zależnego. Spółka pracuje też nad zaktualizowaniem strategii rozwoju na kolejny 3-letni cykl, a więc na lata 2018-2020.
Dogodna lokalizacja to najważniejszy czynnik decydujący o wyborze centrum handlowego wskazywany przez 71% Polaków. Dla 67% liczy się urozmaicona oferta, a dla 56% obecność interesujących ich sklepów – wynika z raportu CBRE „Shopping Centre 4.0”. Eksperci CBRE podkreślają, że w związku z zakazem handlu w niedzielę, w najbliższych miesiącach i latach centra handlowe będą łączyły funkcję zakupowo-rozrywkową z biurową i mieszkaniową. Najwięcej nowej powierzchni handlowej powstanie w Warszawie.
– Polski rynek powierzchni handlowych starzeje się. Prawie połowa obecnie istniejących obiektów ma ponad 10 lat. To oznacza konieczność modernizacji i remontów, choć nie tylko wiek centrów handlowych wpływa na decyzję o zmianach. Ich wprowadzeniu sprzyjają też m.in. ewoluujące oczekiwania konsumentów, z którymi mamy teraz do czynienia, m.in. ze względu na wprowadzony zakaz handlu w niedzielę. Już teraz wiele centrów handlowych pracuje nad nowymi pomysłami, które urozmaicą i uatrakcyjnią ofertę, przede wszystkim w częściach gastronomicznej i rozrywkowej – mówi Magdalena Frątczak, Szefowa sektora handlowego w CBRE.
Sklepy na wyciągnięcie ręki
Decyzje sieci handlowych i właścicieli nieruchomości handlowych, dotyczące zmian czy remontów, są zazwyczaj podejmowane przez pryzmat potrzeb konsumentów. A te są bardzo konkretne. Dla 71% odwiedzających centra handlowe największe znaczenie ma dogodna lokalizacja, 2 na 3 zwraca uwagę na urozmaiconą ofertę, a 56% poszukuje konkretnych sklepów i marek. Tuż za podium znalazło się ogólne wrażenie z wizyty, które jest ważne dla 44% osób. Ofertę gastronomiczną jako istotną uznaje co czwarty odwiedzający centrum handlowe.
Centra handlowe naszpikowane technologią
Potrzeby klientów to jedno, ale na wygląd i funkcjonalność centrum handlowego coraz bardziej wpływają nowinki technologiczne. Z raportu CBRE „Shopping Centre 4.0” wynika, że w niemal 8 na 10 sklepów już funkcjonuje lub zostanie niedługo wprowadzona integracja mediów społecznościowych i sklepów stacjonarnych. Połowa najemców centrum handlowego udostępnia klientom darmowe WiFi na terenie obiektu, a co trzeci wprowadza interaktywne wystawy i przymierzalnie. Mniej popularna, bo na razie rozważana przez 9% właścicieli sklepów, jest technologia beacon.
– Sklep Jaguar Land Rover zlokalizowany w Wielkiej Brytanii to przykład tego, jak innowacyjne formaty sklepów i rozwiązania już są oferowane klientom. Dzięki nowoczesnemu podejściu do sprzedaży, klient ma możliwość skonfigurowania samochodu dokładnie tak, jak tego chce, ponieważ każdy aspekt kupowanego pojazdu można indywidualizować – mówi Magdalena Frątczak, Szefowa sektora handlowego w CBRE.
Stolica centrów handlowych
Wysoka siła nabywcza na jednego mieszkańca w połączeniu z relatywnie niską gęstością detaliczną przyciągają deweloperów do Warszawy. Stolica jako najbogatsze miasto w Polsce zachęca inwestorów do odkrywania lokalnego potencjału i inicjowania nowych projektów. Z raportu CBRE „Warszawski rynek handlowy w I kwartale 2018” wynika, że obecnie w Warszawie znajduje się 150 tys. mkw. powierzchni handlowej w budowie.
– W Warszawie widoczny jest jeszcze jeden istotny trend. Deweloperzy koncentrują się na integracji kilku funkcji – detalicznej, biurowej lub mieszkaniowej – w jeden system. Przykładem takiego projektu jest m.in. Art. Norblin, Koneser czy CEDET – mówi Magdalena Frątczak.
Stając przed wyborem formy prowadzenia działalności gospodarczej, przyszły przedsiębiorca powinien wziąć pod uwagę kilka czynników. Po pierwsze, powinien zastanowić się nad efektywnością podatkową danej formy prowadzenia działalności. Po drugie – nad optymalizacją wyeksponowania jego majątku osobistego na ryzyko gospodarcze. Po trzecie – nad stopniem skomplikowania procedur i nad kosztami, z jakimi będzie musiał się liczyć, jeśli zdecyduje się na konkretną formę prawną. Dopiero po przemyśleniu wskazanych zagadnień i ustaleniu swoich priorytetów przedsiębiorca może dokonać świadomego wyboru, którego potem nie będzie żałował.
Jakie są możliwości?
Gdy w głowie przedsiębiorcy narodził się już plan, jak zamierza zarobić miliony, powinien zastanowić się, w jakiej formie będzie prowadził działalność. Polskie prawo przewiduje możliwość prowadzenia jednoosobowej działalności gospodarczej na podstawie ustawy o swobodzie działalności gospodarczej, zawiązania spółki cywilnej przez dwóch lub więcej przedsiębiorców na podstawie Kodeksu cywilnego i założenia na podstawie Kodeksu spółek handlowych różnych spółek prawa handlowego, a więc spółek osobowych (jawna, partnerska, komandytowa i komandytowo-akcyjna) i kapitałowych (spółka z ograniczoną odpowiedzialnością i spółka akcyjna). Każda z tych form prawnych ma swoje wady i zalety.
Aby świadomie podjąć decyzję, którą z tych form wybrać, należy najpierw zastanowić się, na czym nam najbardziej zależy – na płaceniu najniższych możliwych podatków, na oddaleniu od siebie ryzyka gospodarczego czy na minimalizacji kosztów stałych, które na początku działalności mogą okazać się zabójcze.
Osoba dopiero chcąca założyć swój pierwszy biznes powinna już na początku odrzucić spółkę akcyjną i komandytowo-akcyjną jako podmioty o zbyt wysokim stopniu skomplikowania, a przez to bardzo kosztowne w obsłudze, i objęte podatkiem CIT. Takiej osobie odradzić można również spółkę cywilną, która z uwagi na nieliczne regulacje oraz niemożność wydzielenia majątku spółki jest formą nadmiernie narażającą majątek prywatny wspólnika na ryzyko gospodarcze. Spółka partnerska to z kolei podmiot zarezerwowany dla stosunkowo wąskiej grupy przedsiębiorców wykonujących wolne zawody wymienione w ustawie. O tych formach prawnych w dalszej części artykułu nie będzie mowy.
Efektywność podatkowa
Na niwie podatkowej należy wyróżnić dwie grupy podmiotów będących podatnikami. Będą to albo wspólnicy spółki (zobowiązani do zapłaty podatku dochodowego od osób fizycznych), albo sama spółka (objęta podatkiem dochodowym od osób prawnych). Do pierwszej grupy należą przedsiębiorca indywidualny oraz trzy spółki osobowe (jawna, partnerska i komandytowa), do drugiej zaś – spółki komandytowo-akcyjna, z ograniczoną odpowiedzialnością i akcyjna. Przepisy dotyczące pierwszej grupy czynią podatnikiem przedsiębiorcę, a nie spółkę. Tym samym przedsiębiorca prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą oraz wspólnik spółki jawnej i komandytowej będą traktowani podatkowo dokładnie tak samo – jako osoby prowadzące pozarolniczą działalność gospodarczą i opodatkowane na zasadach ogólnych. Na drugim biegunie będą spółki kapitałowe i spółka komandytowo-akcyjna. Interesująca nas spółka z ograniczoną odpowiedzialnością będzie zatem podmiotem opodatkowania CIT-em, a następnie, gdy wypłaci zysk swoim wspólnikom, będą oni zobowiązani do odprowadzenia podatku od zysków kapitałowych – za podstawę opodatkowania posłuży wysokość dywidendy. Jeśli więc przedsiębiorca nie jest w stanie pogodzić się z podwójnym opodatkowaniem swoich dochodów, to powinien raczej odrzucić sp. z o.o.
Optymalizacja ryzyka gospodarczego
Każda forma prawna naraża przedsiębiorcę na inne ryzyko gospodarcze. I tak: przedsiębiorca prowadzący jednoosobową działalność odpowiada za zobowiązania związane z prowadzeniem przez siebie działalności gospodarczej całym swoim majątkiem – nie tylko tym, który do prowadzenia działalności gospodarczej był wykorzystywany. Nie da się wydzielić z majątku przedsiębiorcy np. salonu fryzjerskiego z wyposażeniem, który będzie wystawiony na ryzyko gospodarcze. Za długi zaciągnięte w związku z prowadzeniem salonu przedsiębiorca będzie mógł stracić również mieszkanie czy samochód.
Na drugim biegunie jest spółka z ograniczoną odpowiedzialnością – jej wspólnicy nie są odpowiedzialni za zobowiązania spółki. Nie ma jednak formy prawnej, w której można zupełnie bezkarnie odciąć się od zobowiązań zaciągniętych przez przedsiębiorcę. W przypadku spółki z o.o. osobą lub osobami wyeksponowanymi na ryzyko gospodarcze są członkowie organu uprawnionego do reprezentacji spółki. Można nawet sformułować ogólną zasadę, że kto jest uprawniony do reprezentacji spółki, ten może za jej zobowiązania być pociągnięty do odpowiedzialności. Zagadnienie odpowiedzialności członków zarządu jest dużo bardziej złożone, ale na potrzeby tego tekstu wystarczy ogólna zasada, że członek zarządu za zobowiązania spółki może odpowiadać subsydiarnie wobec spółki, czyli wtedy, gdy egzekucja wobec niej okaże się bezskuteczna.
Pomiędzy tymi skrajnościami są spółki osobowe. Ten artykuł traktuje o dwóch ich typach: spółce jawnej i komandytowej. Jeśli chodzi o te podmioty, można z czystym sumieniem uogólnić, że wspólnicy reprezentujący spółkę są subsydiarnie odpowiedzialni za jej zobowiązania (podobnie jak członkowie zarządu spółki z o.o.). W przypadku spółki jawnej są to, co do zasady, wszyscy wspólnicy, a w przypadku spółki komandytowej – w której występują dwa rodzaje wspólników: komandytariusz i komplementariusz – wszyscy komplementariusze.
Stopień skomplikowania i koszty
Pod względem stopnia skomplikowania i kosztów prowadzenia działalności najbardziej godna polecenia jest jednoosobowa działalność gospodarcza. Mamy w niej do czynienia z uproszczonymi zasadami prowadzenia księgowości oraz minimum formalności związanych z rejestracją w odpowiedniej ewidencji, a także bardzo szczątkową sprawozdawczością finansową. Rejestracja i wszelkie zmiany w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej są bezpłatne.
Nieco bardziej skomplikowane i kosztowne jest prowadzenie spółki jawnej. Nadal cieszy się ona przywilejem uproszczonej księgowości, a umowa między wspólnikami może być zawarta na piśmie (nie ma konieczności wizyty u notariusza), jednak spółka jawna musi zostać zarejestrowana w Krajowym Rejestrze Sądowym i składać co roku sprawozdania finansowe. Rejestracja w KRS jest płatna, tak jak każdy wniosek o dokonanie najmniejszej nawet zmiany, o ujawnienie wzmianki o złożeniu sprawozdania finansowego czy przyjęcie do akt dokumentów.
Jeszcze droższa i trudniejsza w obsłudze jest spółka komandytowa. Umowa tej spółki i wszelkie jej zmiany muszą być sporządzone w formie aktu notarialnego. Ponadto spółka komandytowa jest obowiązana do prowadzenia pełnych ksiąg handlowych w rozumieniu ustawy o rachunkowości.
Najbardziej skomplikowaną z analizowanych form jest spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Umowa sp. z o.o. zawierana jest w formie aktu notarialnego, a wszelkie jej zmiany zapadają na zgromadzeniach wspólników protokołowanych przez notariusza. Prowadzi ona tzw. pełną księgowość, a Kodeks spółek handlowych obwarowuje działania jej organów szeregiem wymogów korporacyjnych, które muszą być spełnione pod rygorem nieważności czynności prawnej lub odpowiedzialności odszkodowawczej wobec spółki.
Jednoosobowy przedsiębiorca, a także wspólnicy spółek osobowych oraz jednoosobowi wspólnicy spółek z o.o. traktowani są również jak przedsiębiorcy w świetle prawa ubezpieczeń społecznych.
Co w takim razie wybrać?
Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. Wybierając formę prawną działalności gospodarczej, należy zawsze zastanowić się, na czym najbardziej nam zależy: na jak najmniejszych ciężarach publicznoprawnych, na odsunięciu od siebie ryzyka gospodarczego czy na tym, żeby nie utonąć w gąszczu przepisów i procedur. Odpowiedź, która sama się nasuwa, brzmi oczywiście: na wszystkim tak samo! Niestety nie da się mieć wszystkiego.
Oczywiście każdy pomysł na biznes wymaga indywidualnego podejścia, a najlepiej również przeanalizowania go przez osobę dobrze znającą się na rzeczy i orientującą się w zasadach odpowiedzialności za zobowiązania podmiotów oraz formalizmach związanych z ich funkcjonowaniem.
Pamiętajmy, że zaoszczędzenie pieniędzy poprzez rezygnację z pomocy doświadczonego prawnika, który doradzi, co będzie dla nas najlepsze przy danej skali działalności, może zemścić się na nas w dwójnasób. Najważniejsze jest, aby do sprawy podejść możliwie pragmatycznie i nie podejmować decyzji jedynie na podstawie ogólników i półprawd, które znajdziemy w Internecie.
Autor: radca prawny Robert Nogacki
Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Ubiegły tydzień inwestorzy zaczynali we wręcz szampańskich nastrojach, ale kończyli go w minorowych. Dziś jest podobnie, tzn. awersja do ryzyka nagle wyparowała. Przede wszystkim to zasługa kolejnej zmiany zdania przez Prezydenta Trumpa, który jednak wyraził wolę spotkania z liderem północnokoreańskiego reżimu. Dodatkowo, pozytywne wieści płyną z Półwyspu Apenińskiego.
Pozytywna reakcja euro i włoskich aktywów na fiasko utworzenia rządu Ligi Północnej i Ruchu Pięciu Gwiazd pokazuje jakie mniemanie o pomysłach potencjalnego gabinetu, w którym tekę ministra finansów miał objąć eurosceptyk P. Savona (to jego kandydatura była kością niezgody). Najlepszym wyjściem z punktu widzenia euro byłby w tej chwili gabinet technokratów pod przewodnictwem Cottarelliego. Jeśli nie uzyskałby on poparcia w parlamencie, to pełniłby funkcję rządu technicznego, do wyborów, które (zgodnie ze spekulacjami włoskiej prasy) mogłyby odbyć się 9 września. Po włoskiej scenie politycznej nigdy nie wiadomo czego się spodziewać, ale naiwnością byłoby spodziewać się realizacji najbardziej optymistycznego scenariusza. To nie koniec chaosu, w końcu Ruch Pięciu Gwiazd straszy impeachmentem prezydenta Mattarelli… Euro jest dziś co prawda najmocniejszą z głównych walut (EUR/USD nad 1,17), ale dopóki nie została sforsowana bariera 1,1760 nie można mówić o głębszym odreagowaniu trwających już przeszło miesiąc spadków.
Poniedziałkowa sesja, ze względu na brak publikacji makro oraz święto w USA powinna upłynąć bez większych emocji. Potem wydarzenia zaczną jednak stopniowo nabierać tempa. W strefie euro wtorek to publikacje agregatów pieniężnych – danych ciekawych i ważnych z punktu widzenia polityki ECB, ale nie mających potencjału by wstrząsnąć rynkiem. Inaczej będzie w środę i w czwartek, kiedy napłyną informacje o wstępnej dynamice cen w maju (z Niemiec i całego Eurolandu). Można zakładać, że dynamika cen konsumenta zbliży się do celu polityki monetarnej. Jeśli stanie się tak, nie tylko za sprawą wyższych cen paliw, ale także odbicia inflacji bazowej, to może być to ważny przyczynek do tego by inwestorzy znów cieplej myśleli o przecenionym euro. Do trwałego odbicia euro potrzebna jest jednak głębsza poprawa w danych. Piątkowy odczyt indeksu PMI będzie przy tym mniej interesujący niż pierwsze wartości wskaźników dla gospodarek peryferyjnych, czyli Hiszpanii Włoch.
Druga część tygodnia to też wysyp danych z USA. W środę poznamy drugi szacunek PKB za pierwszy kwartał i część rynku spodziewa się rewizji w dół. Poza tym opublikowane zostaną nastroje konsumenckie oraz zmiana zatrudnienia w sektorze prywatnym według ADP. Poza tym światło ujrzy beżowa Księga Fed, czyli opisowa diagnoza stanu gospodarki, z uwzględnieniem koniunktury w poszczególnych regionach. W dokumencie należy oczywiście przede wszystkim szukać oznak nasilenia się presji cenowej i płacowej. W czwartek, poza tradycyjną publikacją liczby wniosków o zasiłek, poznamy między innymi kolejne informacje z hamującego rynku nieruchomości, wydatki i przychody Amerykanów oraz bazowy deflator PCE. Najważniejszy może jednak okazać się indeks Chicago PMI, który podobnie jak regionalny barometry koniunktury powinien wzrastać. Nastroje amerykańskiego przemysłu znów wyraźnie odbiegają in plus od sentymentu branży po drugiej stronie Atlantyku. Pierwszy piątek miesiąca to publikacje dotyczące kondycji rynku pracy w maju. Silne przyrosty zatrudnienia i rekordowo niskie bezrobocie nikogo już nie dziwią – USD potrzebuje przyspieszenia presji płacowej. Dodatkowo poznamy indeks ISM, który powinien w ślad za innymi barometrami koniunktury potwierdzić dobrą kondycję sektora przemysłowego.
Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers
Polacy lubią Ukraińców. Aż 85% ma do nich pozytywny lub neutralny stosunek, co wiąże się z przekonaniem, że Ukraińcy nie odbierają Polakom pracy. Takie obawy ma tylko co dziewiąta osoba – wynika z „Barometru Imigracji Zarobkowej – I półrocze 2018”. Jednak już co trzeci Polak twierdzi, że obecność Ukraińców w Polsce wpływa na obniżenie wynagrodzeń. Eksperci Personnel Service zwracają jednak uwagę, że już teraz pracownicy z Ukrainy zarabiają tyle samo co Polacy. A w obliczu deficytu kadrowego, co czwarty pracodawca byłby skłonny zapłacić Ukraińcowi więcej niż Polakowi.
– Już od jakiegoś czasu wynagrodzenia Polaków i Ukraińców są zbliżone. Moment, w którym Ukraińcom płaciło się mniej, szybko przeszedł do historii, co wynika z prostego faktu. Zapotrzebowanie na kadrę ze Wschodu szybko rośnie, więc pracodawcy muszą oferować im atrakcyjne warunki, zbliżone do tych oferowanych rodakom. Coraz częściej też, oprócz wynagrodzenia, pracodawcy oferują Ukraińcom różne benefity, takie jak zakwaterowanie, Internet czy dowóz do miejsca pracy, co dodatkowo wpływa na podniesienie ich realnego zarobku – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.
Lubimy Ukraińców, ale obawiamy się o wysokość pensji
Aż 42% polskich pracowników ma pozytywny stosunek do Ukraińców pracujących w Polsce. Neutralne nastawienie zgłasza 44% osób. W porównaniu do II kwartału 2017 roku, wzrósł nieznacznie odsetek negatywnie postrzegających pracowników z Ukrainy – prawie 11% w tej edycji vs. 7% pół roku temu. Najwięcej osób o negatywnym nastawieniu znajdziemy wśród osób z wykształceniem podstawowym – 27% w porównaniu do zaledwie 5% wśród osób z wykształceniem wyższym oraz wśród najmłodszych respondentów – 16% w porównaniu do 6% wśród 45-54-latków.
Pozytywny stosunek do Ukraińców to pochodna spokoju o własne miejsce pracy. Aż 89% polskich pracowników jest zdania, że obywatele Ukrainy nie odbierają pracy Polakom. Przeciwną opinię wyraża co dziesiąta osoba (11%), w tym głównie osoby z wykształceniem podstawowym (29%). Inaczej kwestia wygląda w przypadku wynagrodzeń. 38% polskich pracowników uważa, że napływ obywateli Ukrainy na polski rynek pracy hamuje wzrost wynagrodzeń. Warto odnotować, że to o 4 p.p. mniej niż w poprzedniej edycji badania. Natomiast 58% respondentów jest zdania, że Ukraińcy nie wpływają na wzrost wynagrodzeń w polskich firmach.
Ukrainiec z wyższą pensją niż Polak?
Bezrobocie w Polsce spada. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w kwietniu wyniosło zaledwie 6,3%, to najniższy poziom od 1990 roku. Pogłębiające się w związku z tym trudności rekrutacyjne powodują, ze rośnie odsetek pracodawców skłonnych płacić obywatelowi Ukrainy więcej „na rękę” niż Polakowi. Taką deklarację złożyło aż 24% pracodawców, w porównaniu do zaledwie 16% w II półroczu 2017 roku.
– Badanie na panelu badawczym Ariadna pokazało, że aż 24% Polaków uważa, że obcokrajowy powinni zarabiać zdecydowanie mniej lub trochę mniej niż oni. To zaskakujące wyniki, zwłaszcza jeżeli pomyślimy o 2,5 mln naszych rodaków, którzy przebywają na emigracji. Wydawałoby się, że powinniśmy być wyczuleni na kwestię nierówności płac, bo sami chcielibyśmy zarabiać tyle, ile nasi zachodni sąsiedzi. Na szczęście tę kwestię reguluje rynek. Już teraz Ukraińcy zarabiają tyle samo co Polacy i ze względu na duże na nich zapotrzebowanie, ta sytuacja nie ulegnie zmianie – podsumowuje Krzysztof Inglot.
Nowoczesne technologie zajmują wysokie miejsce na liście priorytetów dyrektorów działów zakupów (CPO). Ponad jedna trzecia menedżerów uważa, że dzięki digitalizacji będą w stanie zrealizować cele zakupowe i dostarczyć wartość biznesową. W Polsce takiej odpowiedzi udzieliło aż 46 proc. ankietowanych. Jak wynika z globalnego badania firmy doradczej Deloitte „Leadership: Driving innovation and delivering impact. The Deloitte Global Chief Procurement Officer Survey 2018” nadal największym zainteresowaniem w działach zakupów cieszy się analityka danych, ale jednocześnie głównymi barierami w digitalizacji jest brak integracji i jakość danych.
Największy odsetek CPO wskazujących na wagę cyfryzacji zanotowano w Ameryce Południowej (47 proc.), a najniższy w regionie Azji i Pacyfiku (19 proc.). W regionie EMEA (Europa, Afryka i Bliski Wschód) było to 31 proc. – Szybkość wdrażania i poziom cyfryzacji w działach zakupów wciąż są dalekie od oczekiwań i przede wszystkim rosnących potrzeb. Jeżeli się to nie zmieni, to zamiast spodziewanego przez CPO wzrostu roli kierowanych przez nich działów, efekt może być zupełnie odwrotny – mówi Jakub Rosiecki, Starszy Menedżer w dziale konsultingu Deloitte.
Co ciekawe wśród poszczególnych branż największy odsetek menedżerów, którzy wierzą we wpływ digitalizacji na ich biznes odnotowano w sektorze publicznym (39 proc.). Na przeciwległym biegunie znajduje się branża energetyczna i produktów konsumenckich (po 18 proc.).
Mimo, że cyfryzacja zakupów jest wymieniana jako kluczowy czynnik w ich strategii, to aż 17 proc. ankietowanych firm w skali globalnej nie ma strategii cyfryzacji zakupów. W tym niechlubnym wyścigu przoduje region Azji i Pacyfiku (32 proc.). Zdecydowanie lepiej wygląda sytuacja w obu Amerykach. Cyfrowej strategii zakupów nie ma wypracowanych jedynie 14 proc. firm północnoamerykańskich i 11 proc. w Ameryce Południowej.
Analityka wciąż na czele
W których obszarach dyrektorzy zakupów widzą zastosowanie dla technologii cyfrowych? Przede wszystkim w obsłudze płatności (57 proc.). W Polsce takiej odpowiedzi udzieliło 46 proc. badanych. Zdaniem 56 proc. mogą być one użyteczne również w zarządzaniu zapotrzebowaniem, a w opinii 43 proc. badanych w zakupach operacyjnych. W Polsce ten ostatni obszar wskazało aż 62 proc. menedżerów.
Technologie, które najbardziej wpłyną na biznes w kolejnych dwóch latach to zdaniem ankietowanych liderów zakupów przede wszystkim zaawansowana analityka (54 proc. wskazań). Rok wcześniej było to 10 pp. więcej. Połowa ankietowanych jako główne korzyści wykorzystania analizy danych wskazała na optymalizację kosztów, a 48 proc. na poprawę efektywności procesów zakupowych.
Polscy CPO zamierzają inwestować przede wszystkim w aktualizację i unowocześnienie systemów ERP (92 proc., podczas gdy na świecie wskazało tę odpowiedź jedynie 33 proc. badanych), a na aktualizację i unowocześnienie narzędzi zakupów operacyjnych 77 proc. Pokazuje to, że polskie firmy zdają sobie sprawę z konieczności usprawnień w obszarze ewidencji wydatków zakupowych i poprawy wsparcia zakupów przez systemy ERP. – mówi Jakub Rosiecki. Na szczęście managerowie zakupów w Polsce zdają sobie sprawę z istotności rozwoju nowych obszarów wsparcia systemowego – na analitykę stawia 85 proc. menedżerów w Polsce.
Robotyka w Polsce dopiero znajdzie się w obszarze zainteresowania
Eksperci Deloitte wskazują też na rosnącą rolę automatyzacji procesów z wykorzystaniem robotów. Jej popularność w ciągu roku wzrosła prawie dwukrotnie, z 13 do 24 proc., co związane jest z korzystnym poziomem zwrotu z inwestycji oraz dużą skalowalnością tej technologii. – Polscy dyrektorzy nie wskazywali na robotyzację jako technologię mogącą mieć zastosowanie w zakupach, co jest istotnym sygnałem wskazującym na duży potencjał optymalizacji rodzimych przedsiębiorstw. Tymczasem robotyka umożliwia automatyzację powtarzalnych czynności, pozwalając jednocześnie skrócić czas realizacji procesów, ograniczyć liczbę błędów i obniżyć koszty w stopniu wyższym niż dotychczas wykorzystywanymi metodami – mówi Paweł Zarudzki, Lider robotyki procesowej w Dziale Konsultingu Deloitte. – Robotyzacja pozwala na automatyzację żmudnych procesów np. wymagających logowania się do różnych rozproszonych systemów informatycznych, uspójniania danych, przetwarzania zapotrzebowań, zamówień czy obróbki faktur. Zakupy operacyjne są obszarem, który bardzo dobrze poddaje się robotyzacji – dodaje.
Problematyczne dane
Głównymi barierami digitalizacji, których pokonanie mogłoby usprawnić proces zakupów są brak integracji danych w łańcuchu dostaw (46 proc.), a także niska jakość samych danych (45 proc.). W Polsce
na brak integracji danych wskazało jedynie 15 proc. CPO. Z kolei dla polskich działów zakupów znacznie większym problemem w porównaniu do reszty świata jest zaangażowanie i wsparcie od zarządzających. Na ten problem wskazało 62 proc. badanych, podczas gdy na świecie było to jedynie 30 proc. – Polacy nie widzą problemu w braku kompetencji analitycznych, za to badanie pokazało brak dostępności zasobów w tym obszarze. W Polsce taka odpowiedź uzyskała 38 proc., podczas gdy na świecie było to 24 proc. W praktyce oznacza to, że mamy duży problem z dostępnością analityków – mówi Jakub Rosiecki.
W USA i Wielkiej Brytanii dzień wolny od pracy. We Włoszech kolejna próba utworzenia rządu technicznego, a od wyborów mija już trzeci miesiąc. Ropa naftowa spadła już ponad 5 dolarów od szczytów.
Najprawdopodobniej spokojniejszy dzień
Często jest tak, że jeżeli w kilku głównych gospodarkach mamy dzień wolny to na rynkach dzieje się mniej. Dzisiaj wypadają dwa ważne święta. W USA mamy Dzień Pamięci, z kolei w Wielkiej Brytanii mamy dość dziwne święto zwane Wiosennym Świętem Bankowym. Dni te wynikają z wyraźnie mniejszej liczby świąt państwowych niż w innych krajach i są wyrównaniem dla pracowników. Można się zatem spodziewać, że dzisiaj rynki będą się zachowywać bardziej asekuracyjnie, czekając na reakcje Anglosasów.
Zamieszania we Włoszech ciąg dalszy
Giuseppe Conte zrezygnował z misji tworzenia rządu. Obecnie głównym kandydatem na stanowisko premiera jest ekonomista z przeszłością w Międzynarodowym Funduszu walutowym Carlo Cottarelli. Jest to dziwny wybór ze strony prezydenta. W niedawnej przeszłości Conte współpracował z lewicowym rządem Enrico Letty. W rezultacie może być poważny problem z zebraniem wymaganego poparcia do votum zaufania. Z drugiej strony nie wszyscy będą zainteresowani kolejnymi wyborami w związku z czym wbrew pierwszym zapowiedzią może się udać zebrać poparcie. Jeżeli rząd nie uzyska poparcia czekają nas przyspieszone wybory. Gdyby do nich doszło można spodziewać się dalszego wzrostu ryzyk na rynkach. Biorąc jednak pod uwagę jak sytuacja wygląda obecnie spora część z tego jest już w cenach.
Ropa w dół
Rosja i Arabia Saudyjska rozmawiają na temat zwiększenia wysokości dostaw ropy naftowej. Oficjalnym powodem jest ograniczenie niepokoju odbiorców surowca, aczkolwiek ciężko uwierzyć, że producentom zależy na zbiciu ceny. Zwiększenie produkcji prawdopodobnie ma na celu utrzymanie cen wysoko, ale na tyle by nie czynić alternatywnych źródeł wydobycia opłacalnymi. Rynki czekają na wynik rozmów. Jeżeli dojdzie do zwiększenia wydobycia, powinno to w dalszym ciągu wpływać negatywnie na cenę, a co za tym idzie również powinno pozwolić odetchnąć kierowcom na stacjach paliw.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Na koniec 2017 r. o 22 proc. zwiększyła się liczba Polaków z dodatkowym ubezpieczeniem zdrowotnym. Z prywatnych polis korzysta już 2,27 mln osób – wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń. Eksperci prognozują, że liczba ta będzie rosła, zwłaszcza w kontekście zmniejszających się wydatków na świadczenia specjalistyczne zapewniane w ramach publicznej opieki zdrowotnej oraz coraz niższą ocenę jej jakości.
W 2017 r. składka przypisana brutto na rynku dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych wzrosła o 18 proc. i osiągnęła wartość 684,5 mln zł.
– Trend rosnący w kontekście prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych postępuje od lat. Pomimo ciągłych zmian w publicznej służbie zdrowia, Polacy ciągle wydają się zauważać jego niedociągnięcia, a wymagania społeczeństwa co do jakości i dostępności rosną. Tym samym alternatywa w postaci prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego staje się atrakcyjna dla coraz większej liczby Polaków – mówi Dorota M. Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.
Rośnie liczba zarówno ubezpieczonych grupowo, jak i indywidualnie. Zgodnie z raportem PIU „Jak ubezpieczenia zmieniają Polskę i Polaków” opublikowanego w listopadzie ubiegłego roku, dostęp do opieki medycznej może nawet o 70 proc. ograniczać nieobecność w pracy z powodu choroby. Wyniki raportu potwierdzają, że przedsiębiorcy dostrzegają wartość prywatnej opieki zdrowotnej i zdają sobie sprawę z kosztów związanych z nieobecnością pracowników, określanych nawet na 30 tys. zł na osobę rocznie. W sytuacji niskiego bezrobocia niemal wszyscy pracodawcy cierpią na brak rąk do pracy i rywalizują o pracowników. Tym samym rośnie wartość ubezpieczeń zdrowotnych, zarówno jako najbardziej pożądanego przez pracownika benefitu pozapłacowego, jak i narzędzia pozwalającego utrzymywać kadrę w dobrym zdrowiu. Dobre zdrowie pracowników przekłada się na efektywność – najnowsze badania pokazują, że koszty tzw. prezenteizmu, czyli zmniejszonej wydajności pracowników, którzy mimo choroby przychodzą do pracy, mogą wielokrotnie przekraczać koszty zwykłej absencji.
Oprócz polis grupowych, rośnie też zainteresowanie dodatkowymi ubezpieczeniami zdrowotnymi wśród osób, które chcą zapłacić za odpowiednie pakiety dla siebie i swojej rodziny z własnej kieszeni.
– Oczywiście podstawowym powodem zakupu pakietów jest szybki i bezpośredni dostęp do specjalistów. Dodatkowo sprzyja temu rozwój rynku i usług oferowanych przez prywatne podmioty. Warto pamiętać, że oprócz dostępności wolnych terminów, Polacy coraz częściej zwracają uwagę i oceniają oferty pod kątem zakresu usług i jakości świadczonej opieki. Tym samym, warto oceniać rynek nie tylko pod kątem coraz większej popularności ubezpieczeń, ale i rozszerzania wachlarza usług dostępnych w prywatnych placówkach czy sieciach – dodała Dorota M. Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.
Laikowi ciężko zrozumieć różnice między poszczególnymi typami sprzętu komputerowego. Laptopy, ultrabooki, komputery stacjonarne, do tego te wszystkie akcesoria. Co nadaje się do pracy z multimediami (np. obróbki wideo), co do pracy biurowej, a co do gier komputerowych? Z tego artykułu dowiesz się, czym różni się sprzęt gamingowy od typowego sprzętu biurowego. Dzięki temu wyposażając stanowisko pracy unikniesz niepotrzebnych nieporozumień.
Sprzęt gamingowy nie bez powodu uchodzi na najwygodniejszy i dostosowany do wielogodzinnej pracy przy komputerze. Z jakością i materiałami w parze idzie również wysoka cena takich produktów – tworząc tym samym aurę prestiżu wśród firm i modeli dedykowanych dla profesjonalnych oraz zawodowych graczy komputerowych.
Czy do zadań biurowych potrzebne są drogie akcesoria, które wykorzystywane są w trudnych warunkach przez graczy? Warto się nad tym zastanowić, szukając odpowiedniej propozycji wyposażenia swojego miejsca pracy.
Wygodny fotel
Jeśli chodzi o freelancerów, to w ich przypadku fotele gamingowe doskonale sprawdzą się w warunkach domowego wykonywania zleceń. Są niezwykle wygodne i nawet wielogodzinne podejmowanie pracy, nie obciąży boleśnie stawów, mięśni i kręgosłupa.
Nie nadają się jednak jako wyposażenie biurowe, ponieważ daleko im do biznesowego designu, który powinien tworzyć wrażenie elegancji, profesjonalizmu, a nawet luksusu i wyjątkowego podejścia do detali.
Praca biurowa i gaming mają jednak jedną wspólną cechę – w obydwu przypadkach mamy do czynienia z wielogodzinną pracą przy biurku, siedząc na fotelu, który jest podporą dla naszych mięśni, stawów i kręgosłupa, więc nie należy go lekceważyć. Powinien być on w obydwu przypadkach stabilny i dostosowany do preferencji użytkownika.
Podsumowując, nieraz jedyną różnicą w przypadku foteli gamingowych i biurowych jest ich wygląd, wykorzystane materiały, kształt, wielkość i cena. W każdym przypadku należy kierować się ergonomią i zdrowiem kręgosłupa.
Klawiatura, mysz i słuchawki z mikrofonem
Tutaj zaczyna się podział na zadania biurowe. Graficy nie będą potrzebować drogiej klawiatury gamingowej, która wytrzyma walkę z wielogodzinnym stukaniem w klawisze Pisarze, copywriterzy i programiści, nie potrzebują zaawansowanych myszek z wieloma funkcjonalnościami, ponieważ ich zadaniem jest układanie słów i znaków.
Graficy większość czasu w swojej pracy korzystają z myszki, więc dodatkowe przyciski są dla nich doskonałym narzędziem. Pozwalają one m.in. przypisać konkretne, najczęściej wykorzystywane wtyczki do poszczególnych elementów, przyspieszając tym samym pracę. Gamerzy wykorzystują tę funkcjonalność w grach, do takich czynności jak szybka zmiana broni, użycie dodatkowych mocy i wykorzystanie ekwipunku – w zależności od preferowanych tytułów i trybów rozgrywki.
Czy copywriterzy, pisarze i programiści, wyobrażają sobie pracę bez klawiatury wysokiej jakości? Z pewnością nie! Gamingowe modele mechaniczne lub membranowe wysokiej jakości, gwarantują komfort i 10 razy wyższą wytrzymałość, niż ma to miejsce w przypadku klasyczny modeli. Chcąc wyposażyć swoje biuro, warto jednak zrezygnować z animowanego podświetlenia, które będzie mienić się pełną paletą kolorów – warto postawić na coś eleganckiego, jednobarwnego lub nieposiadającego podświetlenia.
Zatrudnienie w Call/Contant Center, również można uznać za pracę biurową, która powinna być wyposażona w akcesoria najlepszej jakości. Pracownicy biurowi wykonują swoje zadanie z pomocą słuchawek i mikrofonu, jednak nie muszą być one tak dobrej jakości jak modele gamingowe. Gry oferują dźwięk przestrzenny, by gracze z dobrymi słuchawkami, mogli usłyszeć skąd słychać wroga i strzały – w przypadku pracowników infolinii, muszą oni jedynie słyszeć i rozumieć swojego rozmówcę.
Receptą na walkę ze smogiem może się okazać powszechna ulga na termomodernizację domów do wysokości 25 proc. inwestycji. Ulga odliczana od podatku PIT mogłaby uzupełnić system dotacyjny skierowany do rodzin objętych ubóstwem energetycznym. Działania rządu powinny być też nakierowane na wprowadzenie restrykcyjnych norm na paliwa stałe, preferencyjnych kredytów budowlanych oraz edukację społeczeństwa – wynika z opublikowanego raportu WEI i Instytutu Jagiellońskiego. Autorzy podkreślają, że w walkę ze smogiem trzeba angażować również biznes i przedsiębiorców.
– Pracujemy na dwóch płaszczyznach. Pierwsza to wprowadzenie niezbędnych norm jakościowych i standardów emisyjnych. Chcemy, żeby wszystkie paliwa stałe stosowane w polskich paleniskach domowych trzymały określone standardy jakościowe, a po drugie, żeby kotły miały określoną jakość. Proces określania tych norm już kończymy, bo rozporządzenie dotyczące norm emisyjnych dla kotłów zostało wydane. Ostatnio w Sejmie przeprowadzono też pierwsze czytanie ustawy dotyczącej norm jakości paliw stałych. Ten proces się domyka. To z pewnością przyniesie dużą poprawę, bo na rynku nie będzie już pozaklasowych urządzeń i paliw – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Woźny, pełnomocnik premiera ds. programu „Czyste powietrze”.
Standardy emisyjne dla kotłów na paliwa stałe, normy jakościowe dla paliw oraz kwestie ubóstwa energetycznego to filary przyjętego w ubiegłym roku programu „Czyste powietrze”, który ma zaowocować redukcją emisji szkodliwych substancji do otoczenia i ograniczyć problem smogu. Walka ze smogiem to jeden z rządowych priorytetów, ponieważ polskie miasta mają z nim duży problem – na opublikowanej przez WHO liście pięćdziesięciu europejskich aglomeracji z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem aż trzydzieści trzy znajdują się właśnie w Polsce.
– Mnóstwo polskich domów jest fatalnie termomodernizowanych, wyposażonych w kotły na paliwa stałe, tzw. kopciuchy. Nie damy rady wspomagać poszczególnych miejscowości z poziomu Warszawy, dlatego musimy współpracować z samorządami w województwach i miastach. Pierwszą linią pomocy są objęte trzydzieści trzy miasta z listy WHO. Chcemy współpracować z marszałkami i prezydentami tych miast, żeby przeprowadzać termomodernizację i wspierać w tym najmniej zamożne osoby. Ta operacja została uruchomiona rok temu. Musimy zinwentaryzować wszystkie środki publiczne, które mamy na ten cel, bo Polska nie może sobie pozwolić, żeby bez koordynacji wydawać pieniądze publiczne – czy to rządu, czy samorządów, czy NFOSIGW. Musi być wspólny mianownik, jakim jest poprawa powietrza w Polsce – podkreśla Piotr Woźny.
W lutym br. Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu orzekł, że Polska złamała unijne prawo, dopuszczając do wielokrotnych, nadmiernych stężeń pyłu zawieszonego PM10 w powietrzu. Na tej podstawie Komisja Europejska może nałożyć na Polskę kary finansowe sięgające nawet 4 mld zł. Zanieczyszczenie pyłem PM10, który zawiera substancje toksyczne oraz przenika do płuc i górnych dróg oddechowych, jest spowodowane głównie niską emisją z ogrzewania gospodarstw domowych.
– Głównymi przyczynami smogu w Polsce są nietermomodernizowane domy rodzinne, wybudowane przed 1979 rokiem. Budownictwo w tym okresie charakteryzowało się dużo niższymi normami, co powoduje większą emisję smogu. Kolejne przyczyny to transport samochodowy, osobowy. Transport publiczny też generuje smog, ale przez to, że przewozi dużą liczbę osób, jest zdecydowanie mniej istotny w tym procesie – mówi Krzysztof Prudel, analityk Warsaw Enterprise Institute.
Z opublikowanego właśnie raportu WEI i Instytutu Jagiellońskiego wynika, że receptą na walkę ze smogiem może się okazać powszechna ulga na termomodernizację domów do wysokości 25 proc. inwestycji, pod warunkiem że nie przekroczy ona kwoty 53 tys. zł. Ulga, odliczana w podatku PIT, miałaby uzupełnić system dotacyjny, skierowany wyłącznie dla rodzin objętych ubóstwem energetycznym. Autorzy raportu postulują również wprowadzenie restrykcyjnych norm na paliwa stałe, preferencyjne kredyty budowlane oraz szeroką kampanię informacyjno-edukacyjną.
– To może ograniczyć smog w Polsce poprzez ułatwienie przeprowadzenia termomodernizacji i zmniejszenie jej kosztów. Dodatkowym wsparciem dla termomodernizacji mógłby być system kredytów o obniżonych kosztach przez gwarancje państwowe, które pozwoliłyby na wstępnym etapie na sfinansowanie tych termomodernizacji – mówi Krzysztof Prudel.
Walka ze smogiem jest w interesie całego społeczeństwa – zarówno ze względu na potrzebę oddychania czystym powietrzem, jak i z powodów finansowych, takich jak wzrost wydatków na opiekę zdrowotną czy spadek atrakcyjności turystycznej polskich miast. Dlatego jak podkreślają autorzy raportu, działania wszystkich podmiotów w tym zakresie powinny być skoordynowane, a w walkę ze smogiem powinien się angażować również biznes i przedsiębiorcy.
Jak zauważa Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska – firmy, która uczestniczyła w pracach nad raportem – redukcja zanieczyszczeń powietrza to nie jest jedyna korzyść z realizacji programu powszechnej termomodernizacji budynków. Dzięki kompleksowym remontom poprawie uległyby również warunki panujące w budynkach, które mają przełożenie na zdrowie ich mieszkańców. Ze zleconego przez VELUX ubiegłorocznego badania „Barometr Zdrowych Domów” wynika, że 22 proc. domów jednorodzinnych w Polsce jest zawilgoconych, 23 proc. ma niewystarczający dostęp do światła dziennego, a 26 proc. jest niedogrzanych.
– Robimy dużo w kwestii podnoszenia świadomości, edukowania na temat tego, jak walka ze smogiem i poprawa standardów budynków są ważne dla zdrowia ludzi i dla gospodarki. Jesteśmy jednym z partnerów okrągłego stołu, który został zorganizowany przez WEI, jesteśmy też inicjatorem raportu „Barometr zdrowych domów”, na podstawie którego pokazujemy wyraźnie, jak niedoskonały jest stan budynków w Polsce. Duży ich odsetek jest nie tylko nieenergooszczędny, lecz także zagrzybiony i nie zapewnia mieszkańcom zdrowych warunków do życia. Poprzez zaangażowanie ekspertów docieramy z tego typu informacjami do rządzących. Staramy się wpływać na to, by zaproponowano bardziej ambitne, kompleksowe i wszechstronne działania, by rozwiązać problem niezdrowych domów w Polsce – podkreśla Jacek Siwiński.
Dbałość o psychiczne i fizyczne zdrowie pracowników to inwestycja, która szybko się zwraca. Przemęczony i zestresowany podwładny pracuje z mniejszym zaangażowaniem i wydajnością, a poprzez liczne absencje chorobowe naraża firmę na straty finansowe. Coraz więcej pracodawców inwestuje więc w rozwiązania z obszaru corporate wellness, oferując swoim pracownikom m.in. dopasowaną do ich aktywności i trybu życia opiekę medyczną oraz zajęcia sportowe. Wysiłek fizyczny bowiem redukuje stres, wzmacnia motywację i zwiększa poczucie własnej wartości.
Polacy należą do najbardziej usatysfakcjonowanych pracowników w Europie – z badania ADP Polska wynika, że pod tym względem wyprzedzają nawet Szwajcarów i Niemców. Jednocześnie Polacy znajdują się w czołówce pracowników odczuwających największy stres w związku z pracą zawodową. 22 proc. ankietowanych twierdzi, że stresogennych sytuacji doświadcza codziennie, a 24 proc. – raz w tygodniu. Według badania przeprowadzonego na zlecenie MonsterPolska.pl 34 proc. Polaków denerwuje się głównie nadmiarem obowiązków. Przedsiębiorcy w coraz większym stopniu rozumieją jednak, że zestresowany pracownik wykonuje swoje zadania mniej efektywnie i z mniejszym zaangażowaniem.
– Firmy, które chcą być liderami rynku, starają się dziś zapewnić pracownikom warunki pracy, które pozwolą im zadbać o swoje zdrowie i które sprzyjać będą zachowaniu równowagi pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym. Powinniśmy więc podać w wątpliwość taki model pracy, w którym tylko dociążamy pracownika dodatkowymi godzinami pracy i stale stawiamy mu kolejne, trudne do spełnienia cele – mówi agencji informacyjnej Newseria Robert Korzeniowski, czterokrotny mistrz olimpijski, menedżer programu Medycyna dla Sportu i Aktywnych Grupy LUX MED.
Wśród tej grupy pracodawców coraz większą popularność zyskują programy corporate wellness. Ich podstawowym założeniem jest holistyczne podejście do życia i funkcjonowania pracowników, wsparcie ich zdrowia psychicznego i fizycznego oraz dbałość o zachowanie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. Jednym z najistotniejszych komponentów budujących tę równowagę jest aktywność sportowa.
– Dziś firmy inwestują nie tylko w nowe technologie i dobre rozwiązania w zarządzaniu, lecz także w aktywność sportową oraz wszystko, co jest związane z budowaniem dobrostanu pracownika – mówi Robert Korzeniowski.
Regularne uprawianie sportu zapewnia poprawę ogólnego stanu zdrowia, przypływ energii i siły, polepszenie nastroju, a także redukcję napięcia psychicznego i stresu. Sport pozytywnie wpływa również na zwiększenie motywacji do wysiłku oraz poczucie własnej wartości, co przekłada się na konkretne wyniki w pracy zawodowej.
– Jeżeli nie umiemy jeździć na rowerze za własnym dzieckiem, jeżeli nie potrafimy pływać albo nie znajdziemy czasu na to, żeby na wakacjach pójść na spacer czy wycieczkę górską, prawdopodobnie nie będziemy mieć też wysokiego poczucia własnej wartości – mówi Robert Korzeniowski.
Aby osiągnąć pozytywne efekty zdrowotne, nie trzeba uprawiać aktywności fizycznej codziennie – wystarczy dwa lub trzy razy w tygodniu, ale regularnie. Rodzaj sportu należy ponadto dopasować do wieku, stanu zdrowia i temperamentu pracownika. Warto się skonsultować w tym przypadku ze specjalistą od medycyny sportowej, by mieć pewność, że wybrana aktywność jest optymalna dla zdrowia i bezpieczna dla pracownika.
– Potencjał benefitów jest bardzo duży, ale powiedzmy sobie szczerze, człowiek zawsze znajduje sobie ileś powodów, dla których właśnie dzisiaj nie pójdzie na basen czy siłownię. Nic bardziej nas nie zmotywuje jak grupa czy pewne programy, które się wdraża w sposób proaktywny – mówi Robert Korzeniowski.
Zdaniem eksperta biznes i sport mają ze sobą wiele wspólnego. Strategia rozwoju przedsiębiorstwa obejmuje bowiem te same elementy, które obecne są w zawodowym życiu sportowców, takie jak systematyczność, właściwe określanie celów, budowanie wizji na miarę aktywów jakimi się dysponuje, a także nieszablonowy sposób działania polegający m.in. na umiejętności podejmowania ryzyka.
– Dzisiaj niebywale ważne jest to, aby budować pewną kulturę korporacyjną w firmach, które chcą być liderami na rynku, w oparciu o filozofię związaną ze sportem, również postawę codziennego funkcjonowania, które sportową aktywność uwzględniają – mówi Robert Korzeniowski.
Zjawisko oszustw płatniczych w handlu internetowym nie jest w Polsce tak powszechne, jak na świecie – wynika z badania EY i Nethone. W ostatnim roku zetknęła się z nim mniej niż jedna piąta firm, ale straty spowodowane takim zdarzeniem mogą być olbrzymie. Ryzykiem fraudu płatniczego najbardziej obciążone są płatności kartą, a te stanowią dziś ok. 10 proc. ogółu. Wraz z rosnącą popularnością tego środka płatniczego w sieci, jak pokazują przykłady innych krajów, problem oszustw płatniczych będzie coraz poważniejszy.
– Z przeprowadzonego wspólnie z firmą Nethone pierwszego w Polsce badania oszustw płatniczych w polskim e-commerce wynika, że to zjawisko nie jest jeszcze mocno rozpowszechnione w naszym kraju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Bizoń, associate partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Nadużyć w EY Polska. – 18 procent respondentów naszego badania w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zetknęło się z problemem fraudu płatniczego. Nie jest to dużo w porównaniu do świata, ale sądzimy, że tendencja będzie wzrostowa. Będzie to problem, z którym firmy będą musiały się mierzyć coraz częściej.
Raport „Bezpieczny handel w Internecie” miał sprawdzić, jakie doświadczenia mają polskie e-sklepów z oszustwami internetowymi oraz w jaki sposób próbują się one przed nimi bronić.
– Ryzykiem fraudu płatniczego najbardziej obciążone są płatności kartą, dlatego w naszym badaniu skupiliśmy się na tym, jak firmy sobie radzą z problemem fraudu płatniczego w odniesieniu do kart płatniczych – informuje Marcin Bizoń. – Udział kart płatniczych nie jest największy wśród naszych respondentów, znacznie popularniejsze w Polsce są szybkie przelewy i płatność za pobraniem, niemniej udział kart rośnie, w związku z tym sądzimy, że zagrożenie będzie coraz większe.
Zdaniem autorów raportu problem będzie jednak narastał wraz ze wzrostem popularności usługi subskrypcyjnej, ekspansji polskich firm za granicę, gdzie płatność kartami jest znacznie bardziej powszechna, oraz korzystania przez polskich internautów z serwisów zagranicznych.
Z najnowszych dostępnych danych Narodowego Banku Polskiego za IV kw. 2017 roku wynika, że w tym okresie odnotowano znaczące wzrosty w liczbie i wartości transakcji dokonanych w internecie. Klienci przeprowadzili 16,4 mln transakcji kartowych w sieci, czyli o 3,2 mln więcej niż w poprzednim kwartale, a to wyraźny wzrost – o 24 proc. Łączna wartość transakcji opiewała na kwotę 2,5 mld zł (wzrost o 15,2 proc.), a średnia wartość transakcji przeprowadzonej w internecie lekko spadła i wyniosła 150 zł (w poprzednim kwartale 162 zł).
– Szczególnie zagrożone fraudem płatniczym są sektory, które częściej przyjmują karty płatnicze. Mam na myśli serwisy subskrypcyjne, w których zazwyczaj płacimy kartą, ale też sektory dóbr luksusowych, gdzie jest jednostkowo duża wartość transakcji. Tam właśnie wysoka wartość transakcji przyciąga przestępców, więc są to sektory szczególnie narażone – komentuje przedstawiciel EY.
Z badania przeprowadzonego wśród stu pięćdziesięciu polskich firm działających w e-handlu i mających ponad 100 mln zł rocznego obrotu z tego tytułu wynika, że zaledwie 10 proc. wartości transakcji opłacanych jest kartami. Dominują szybkie przelewy (43 proc.) oraz płatności za pobraniem (34 proc.), co jest specyfiką polskiego rynku i pewnym paradoksem, bo pierwsze łączą się z koniecznością zapłaty z góry bez żadnej gwarancji, drugie podyktowane są natomiast nieufnością. Natomiast płatność kartą oferuje możliwość skorzystania ze zwrotu środków za transakcję dokonaną kartą (chargeback), co np. bardzo opłacało się konsumentom w przypadku bankructw biur podróży, które miały miejsce kilka lat temu. Ta właśnie ewentualność mnoży jednak ryzyko oszustw.
– Oszustwa płatnicze wpływają na biznes e-commerce w znaczącym stopniu w dwóch elementach. Po pierwsze, mamy do czynienia ze stratami finansowymi w związku z procederem fraudu płatniczego, po drugie – z utraconymi korzyściami, które nie są realizowane przez właścicieli platform e-commerce poprzez wykorzystanie systemów regułowych, odrzucających próby zdrowych użytkowników chcących dokonać zakupu – wyjaśnia Hubert Rachwalski, prezes firmy Nethone. – Biznes e-commerce, korzystając z systemów regułowych, nie jest w stanie w pełni wykorzystać potencjału, który przed nim stoi.
Zdecydowanie większą świadomość na temat fraudów w internecie i konieczności zabezpieczania się przeciwko nim mają te firmy, które z oszustwami już się zetknęły. Jest to jednak mniejszość. 71 proc. przedsiębiorców działających w sieci nie stosuje żadnego zabezpieczenia. Pozostałe w większości zatrudniają menadżerów ds. ryzyka (16 proc.), wdrażają systemy oparte na zestawie reguł, określających, jakie transakcje mogą być zagrożeniem i próbą oszusta (6 proc.), a zaledwie 3 proc. stosuje nowoczesne inteligentne systemy oparte na sztucznej inteligencji. Te ostatnie są oczywiście droższe, ale zdaniem szefa Nethone w dłuższym okresie bardziej się opłacają.
– Trudno mówić o wdrożeniach systemów informatycznych w perspektywie kilku miesięcy i możliwości zwrotu, ale obserwujemy coraz częściej, nawet w perspektywie pierwszego roku, korzyści wynikające z możliwości procesowania większej liczby transakcji. Te analizy dotyczące użytkowników na danej platformie czy kwestia trzymania pod kontrolą oszustw to są wszystko korzyści, które bardzo szybko zwracają się podmiotom działającym w sieci – ocenia Hubert Rachwalski.
Odnawialne źródła energii wciąż stanowią w Polsce szczątkowy odsetek w produkcji energii elektrycznej. Sytuacja może się zmienić dzięki opracowaniu nowej metody wytwarzania tańszych, lżejszych i bardziej wytrzymałych łopatek do turbin. Obniżenie w ten sposób kosztów obsługi turbin ma zapewnić farmom wiatrowym rentowność. To zaś pozwoli stawiać tego typu urządzenia nawet w miastach. Technologia trafi na rynek w ciągu dwóch lat. W dalszej perspektywie Polska może się stać liderem w zakresie morskich farm wiatrowych. Pierwsze takie farmy mają powstać na Bałtyku na początku przyszłej dekady.
– W Rotoby chodzi o całkowicie nową technologię produkcji łopatek do turbin wiatrowych, z zupełnie nowych materiałów. Największym problemem w branży turbin wiatrowych jest ociągnięcie rentowności. Jest to trudne zwłaszcza przy małej skali. Dziś ta branża nie przynosi zysków, między innymi z powodu wysokich cen materiałów, z których produkowane są turbiny, oraz kosztów konserwacji. My to upraszczamy i powodujemy, że staje się to tańsze dla ludzi, więc zaczyna się opłacać stawianie turbin również w miastach, wszędzie tam, gdzie wieje wiatr – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Roberto Ventura, prezes Rotoby.
Energia pochodząca z wiatru jest, obok słonecznej i wodnej, najpopularniejszym z odnawialnych źródeł energii. Choć w Polsce panują dość dobre warunki dla wytwarzania energii z siły wiatru, zwłaszcza w pasie nadmorskim, to elektrownie w większości nie są rentowne.
Rotoby opracowało innowacyjne turbiny wiatrowe wyposażone w łopatki z materiałów termoplastycznych. Charakteryzują się one mniejszą o 20 proc. wagą i większą wytrzymałością niż powszechnie stosowane łopatki z włókna szklanego. Dodatkowym atutem jest możliwość ich pełnego recyklingu oraz niskie koszty utrzymania, gdyż takie turbiny są praktycznie bezobsługowe.
Start-up konstruuje także nieduże turbiny wiatrowe, możliwe do zastosowania w mniejszych systemach o wielkości do sześciu metrów. To pozwoli na ich umiejscowienie np. w miastach.
– Turbina Rotoby może maksymalnie wytworzyć 1,4 kilowata energii. Można je jednak również łączyć w grupy i dzięki temu wytwarzać więcej energii. Mówimy tu o szczytowym momencie, w którym prędkość wiatru osiąga sześć metrów na sekundę – przekonuje Roberto Ventura.
Według Europejskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej w 2015 roku pod względem łącznej mocy nowych zainstalowanych turbin Polska znalazła się na drugim miejscu w Europie, tuż za Niemcami. Pierwszą przemysłową farmę wiatrową w Polsce oddano do użytku w 2001 r. Farma Barzowice powstała w gminie Darłowo w województwie zachodniopomorskim. Polska ma zarazem jeden z największych potencjałów do rozwoju morskich farm wiatrowych. Pierwsze farmy wiatrowe na Bałtyku mają powstać na początku przyszłej dekady. Wcześniej na rynek mają trafić turbiny Rotoby.
– W ciągu roku, najdalej dwóch, będziemy mieli produkt gotowy do wprowadzenia na polski rynek, gdzie warunki wietrzne są korzystne. Mamy też zainteresowanie z Holandii czy z Austrii, ale polski rynek z pewnością już jest gotowy na takie rozwiązania – ocenia prezes Rotoby.
Z danych opublikowanych przez Agencję Rynku Energii wynika, że elektrownie wiatrowe wytworzyły w Polsce w 2017 roku 3485 GWh energii elektrycznej. Dla porównania w poprzednim roku było to 2981 GWh. W ogólnej produkcji energii elektrycznej stanowi to udział sięgający zaledwie 2 proc.
W 2016 roku aż 70 proc. farm wiatrowych w Polsce nie tylko nie wypracowało zysku operacyjnego, lecz także przyniosło straty sięgające nawet kilkunastu milionów złotych. Ogółem strata na działalności farm wiatrowych została wyceniona na 3 mld zł.
Zgodnie z przewidywaniami Global Market Insights światowy rynek energetyki wiatrowej do 2024 roku przekroczy wartość 170 mld dol.
Rekordowo niskie bezrobocie wpływa na systematyczny wzrost zapotrzebowania na kadrę zza wschodniej granicy. Ułatwieniem dla pracodawców miały być nowe przepisy, obowiązujące od stycznia tego roku oraz nowa kategoria uproszczonego zezwolenia na pracę sezonową. W praktyce okazało się, że urzędy pracy nie są przygotowane do zmian. Każdego dnia rejestrowanych jest nawet dziesięciokrotnie mniej oświadczeń niż wcześniej. Problemem jest również to, jak zatrzymać ukraińskich pracowników, z których tylko co dziesiąty bierze pod uwagę osiedlenie się w Polsce na stałe.
– Polska gospodarka zdecydowanie potrzebuje pracowników z zagranicy. Cenne jest to, że rząd widzi te wyzwania i że trwają prace nad nowymi propozycjami w tym zakresie. Niezbędne jest usprawnienie całego procesu rejestracji zezwoleń na pracę, o które występują pracodawcy i agencje zatrudnienia, oraz wzmocnienie administracji, która się tym zajmuje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Piechota, prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej.
Jak wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w 2017 roku zostało wydanych ponad 1,8 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi (wzrost o 39 proc. rok do roku). Zdecydowana większość, bo 94 proc. wszystkich oświadczeń dotyczyło obywateli Ukrainy, na których zapotrzebowanie wzrosło rok do roku o 36 proc.
Zapotrzebowanie na kadrę zza wschodniej granicy rośnie ze względu na sytuację na polskim rynku pracy – utrzymujące się od miesięcy historycznie niskie bezrobocie hamuje rozwój firm. Jak wynika z tegorocznego „Barometru Imigracji Zarobkowej” przygotowanego przez Kantar Millward Brown na zlecenie Personnel Service, już niemal co piąta firma w Polsce (19 proc.) zamierza w najbliższym czasie rekrutować pracowników z Ukrainy. Wśród dużych przedsiębiorstw ten odsetek jest znacznie wyższy i sięga 42 proc.
Pewnym ułatwieniem dla pracodawców miały być nowe przepisy, obowiązujące od stycznia 2018 roku. Wprowadzona została nowa kategoria uproszczonego zezwolenia na pracę sezonową (umożliwia legalny pobyt i pracę w Polsce nie przez sześć, ale przez dziewięć miesięcy w ciągu roku) oraz opłata za rejestrację oświadczenia o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi. Kolejna zmiana to spoczywający na pracodawcy obowiązek informowania, czy obcokrajowiec, dla którego zostało wydane nowe, uproszczone zezwolenie na pracę sezonową, rzeczywiście podjął zatrudnienie.
– Wprowadziliśmy pewne regulacje, które eliminują czarny rynek oświadczeń pracodawców, ale w ślad za tym nie wzmocniliśmy służb zatrudnienia, które obsługują cały ten proces. Niestety, wąskim gardłem jest również działalność urzędów wojewódzkich. Urzędnicy, którzy weryfikują dokumenty i przygotowują decyzje o pozwoleniu na pobyt czasowy i na zatrudnienie w Polsce, po prostu nie wyrabiają przy tym ciśnieniu i aktualnych potrzebach. Dlatego potrzebne jest wzmocnienie administracji w tym zakresie – podkreśla Jacek Piechota.
Z danych agencji Personnel Service, specjalizującej się w rekrutacji pracowników zza granicy, wynika, że od momentu wprowadzenia nowych przepisów każdego dnia rejestrowanych jest nawet dziesięciokrotnie mniej oświadczeń niż wcześniej. Trudności wynikają m.in. z wydłużenia procedury weryfikacji oświadczeń i zwiększonej liczby załączników do wniosku.
W poprzednim systemie liczba dokumentów była ograniczona do jednej strony oświadczenia dla urzędu pracy i jednej, którą musiał wypełnić pracodawca. Aktualnie pracodawca musi dostarczyć do urzędu osiem różnych dokumentów, w tym m.in. wypełnione oświadczenie o zamiarze powierzenia pracy, potwierdzenie zapłaty 30 zł za jego rejestrację oraz kserokopię paszportu cudzoziemca z wszystkimi ostemplowanymi stronami. W razie błędu w dokumentacji termin rejestracji oświadczenia wydłuża się do 30 dni.
Co więcej, poprzednio to pracodawca odpowiadał za prawidłowość danych wpisywanych w oświadczeniu, a urzędnik jedynie przyjmował wniosek i sprawdzał, czy okres zatrudnienia pracownika z zagranicy nie będzie przekraczał 6 miesięcy. W tej chwili odpowiedzialność za prawidłowość tych danych spoczywa na urzędniku, przez co proces weryfikacji dokumentów znacznie się wydłużył. Dane Personnel Service pokazują, że 37 proc. polskich przedsiębiorców właśnie formalności administracyjne uznaje za największą trudność i barierę w rekrutowaniu pracowników ze Wschodu.
– Problemem jest również to, jak zatrzymać ukraińskich pracowników. Mamy dzisiaj nową rzeczywistość, w której Ukraińcy na paszportach biometrycznych poruszają się po całej Europie i widzą, że na rynkach zachodnich wynagrodzenia są lepsze. Dlatego ważne jest, aby stworzyć im dobrą atmosferę, zapewniać warunki socjalne i dotrzymywać określonych zobowiązań. W dobrym kierunku działa PIP, która utworzyła specjalne call center dla Ukraińców, ale rzecz w tym, żeby szeroko upowszechnić tę wiedzę – także po ukraińskiej stronie, wśród osób, które dopiero wybierają się do pracy w Polsce – podkreśla Jacek Piechota.
Prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej zauważa, że niezbędne jest, aby w debacie publicznej rozróżnić kwestię emigracji politycznej, która często wzbudza głosy sprzeciwu, od migracji ekonomicznej.
– Nie można utożsamiać tych dwóch pojęć. Dzięki Ukraińcom polska gospodarka dzisiaj w ogóle może się rozwijać, to trzeba szczególnie podkreślać. W tym systemie przedsiębiorca najpierw oczekuje wskazania przez urząd pracy polskiego pracownika. Tak jest stworzony system, więc nie można mówić, że Ukraińcy zabierają pracę Polakom. Jeżeli urząd w ciągu dwóch tygodni nie wskaże polskiego pracownika, dopiero wtedy wydawane jest zezwolenie na zatrudnienie cudzoziemca – podkreśla Jacek Piechota.
Ze statystyk wynika, że w Polsce pracownicy z Ukrainy są zatrudniani najczęściej w rolnictwie, przetwórstwie przemysłowym i budownictwie. Z raportu Personnel Service „Barometr Imigracji Zarobkowej” wynika, że dwie trzecie ukraińskich pracowników (62 proc.) planuje ponownie przyjechać tutaj w celach zarobkowych. Przyciągają ich przede wszystkim bliskość geograficzna, atrakcyjne wynagrodzenia i relatywnie łatwa do pokonania bariera językowa. Z drugiej strony, tylko 11 proc. Ukraińców chce się osiedlić w Polsce na stałe. Dla większości emigracja ma charakter okresowy, przejściowy.
– Ukraińcy dobrze się tutaj czują, mają rozbudowaną bazę własnych kontaktów. Polska jest postrzegana bardzo pozytywnie w sondażach opinii społecznej na Ukrainie, polskie społeczeństwo jest najbardziej lubianym i cenionym. Mamy wszystkie atuty ku temu, by ich tutaj ściągać. Inna rzecz, że po ukraińskiej stronie też zaczyna brakować rąk do pracy, a przedsiębiorcy zaczęli już podnosić wynagrodzenia i namawiać do pozostania na Ukrainie – zauważa Jacek Piechota.
Brak wiedzy o konstrukcji budynku kosztuje firmy ubezpieczeniowe nawet 4,5 mld dol. – szacują eksperci TensorFlight. Do oceny stanu nieruchomości przydatna jest analiza zdjęć satelitarnych, lotniczych i ulicznych. Dzięki niej można automatycznie poddać analizie budynki i ocenić ich konstrukcję, co dla ubezpieczycieli ma największe znaczenie. Obecnie przeprowadzenie takiej analizy jest procesem nie tylko wolnym, lecz także kosztownym. Dzięki programowi polskiego start-upu analiza będzie automatyczna i gotowa znacznie szybciej. Sprawdzi się też w ocenie ryzyka hipotecznego czy monitoringu budynku objętego hipoteką.
– Informacja o budynkach, jak np. typ konstrukcji, jest ekstremalnie wartościowa dla firm reubezpieczeniowych i ubezpieczeniowych. Firmy reubezpieczeniowe tracą 4,5 mld dol., bo nie znają poprawnego typu konstrukcji danego budynku. Oprócz typu konstrukcji dochodzi też wysokość budynku, jego przeznaczenie, liczba pięter, geometria budynku, wysokość i nachylenie dachu. Wszystkie te cechy korelują bardzo mocno z ryzykiem związanym z ubezpieczeniem tego budynku – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Zbigniew Wojna ze start-upu TensorFlight.
Obecnie ocena stanu nieruchomości jest zazwyczaj czasochłonna, wiąże się z dużymi kosztami, nie zawsze jest też bardzo dokładna. To istotne, zwłaszcza w miejscach, gdzie stosunkowo często mają miejsce katastrofy naturalne, np. drewniany budynek może wytrzymać trzęsienie ziemi, ale jest narażony na wichurę, odwrotnie jest przy ceglanym budynku. Brak dokładnej wiedzy o konstrukcji budynku może się okazać bardzo kosztowny, o czym nie raz przekonały się firmy ubezpieczeniowe. Dlatego program polskiego start-upu TensorFlight może się okazać prawdziwą rewolucją w analizie stanu budynku.
– Budujemy globalną bazę danych i informacji o budynkach komercyjnych, ale również w przyszłości rezydencyjnych. Ta baza jest budowana na podstawie wszelkich informacji, które możemy znaleźć w internecie, ale przede wszystkim na podstawie zdjęć wizualnych, pochodzących ze zdjęć satelitarnych, ze zdjęć lotniczych, pionowych i pod kątem, również ze zdjęć z widoku ulicy, pochodzących z samochodów typu Google Streetview – tłumaczy Zbigniew Wojna.
Program wykorzystuje rozwiązania machine learning, czyli podstawę sztucznej inteligencji, która wykorzystuje automatykę do rozpoznawania i uczenia się. Dzięki temu możliwa jest automatyczna i precyzyjna analiza, ta zaś jest konieczna przy wycenie polisy przez towarzystwa ubezpieczeniowe.
– Największym potencjalnym klientem i zainteresowanym są firmy reubezpieczeniowe, które muszą wyceniać bardzo duże portfolia na poziomie 100 tys. budynków naraz, analizują kilka milionów budynków rocznie. Oczywiście firmy ubezpieczeniowe również interesują się takimi danymi, ponieważ mogą automatycznie wyceniać zapytanie o polisę dla danego adresu bez potrzeby wprowadzania wielu pól, co znacznie zwiększa konwersję zainteresowanych do zakupionych polis. To także urzędy miast, gminy, które chciałyby znać inwentaryzację tego, co znajduje się w danym mieście – wymienia przedstawiciel TensorFlight.
Dokładna analiza nieruchomości z każdego poziomu stanowi wielką bazę informacji. Dostarcza danych o zmianach, jakie zaszły w konstrukcji budynku, informuje o nielegalnych nad- i przybudówkach. Może się okazać pomocna także przy wycenie nieruchomości, co istotne zwłaszcza przy kredycie hipotecznym. Jak przekonuje ekspert, na nowym programie mogą skorzystać wszyscy – nie tylko firmy re- i ubezpieczeniowe, ale zwykli mieszkańcy. Łatwiej będzie też karać tych nieuczciwych.
– Przez to, że te budynki są lepiej zanalizowane, ubezpieczyciele i reubezpieczyciele będą walczyli cenowo o klienta, natomiast Kowalskiemu, który buduje nielegalnie bądź niszczy budynek, trudniej będzie się ukryć. W tym momencie uśrednia się ryzyko na podstawie całego miasta czy dzielnicy, ale w momencie gdy będziemy mieli dokładniejszą informację, to osoby, które faktycznie dbają o budynek i mają go w dobrym stanie, będą miały polisy zdecydowanie tańsze, a osoby, które nie dbają, droższe – przekonuje Zbigniew Wojna.
Start-up negocjuje z firmą PZU, aby wdrożyć rozwiązanie TensorFlight w Polsce. Obecnie twórcy skupiają się jednak bardziej na rejonach, w których ryzyko związane z nieruchomościami są znacznie większe.
– Profil ryzyka w Polsce jest inny, nie mamy tylu katastrof, co np. w stanach południowych w USA. W Polsce jest zainteresowanie dachami, łatwopalnością dachu, materiałem dachu, to jest cecha, która jest wartościowa. Kiedy będziemy w stanie dokładniej zanalizować np. dach, to w przyszłości będzie miało potencjał do współpracy z polskimi firmami ubezpieczeniowymi – twierdzi Zbigniew Wojna.
W Polsce – według danych Polskiej Izby Ubezpieczeniowej – ubezpieczonych jest około 60 proc. mieszkań i domów. Dużą część skutków żywiołów można więc naprawić dzięki ochronie ubezpieczeniowej.
Inwestycje w sztukę, wino, zabytkowe auta czy numizmaty – tego typu alternatywne inwestycje zyskują coraz większą popularność. To nie tylko większa frajda dla inwestora-kolekcjonera, lecz także możliwość osiągnięcia większych zysków. Zaletą tych inwestycji jest ich oderwanie od koniunktury na giełdach. Ze względu na wysokie ryzyko strat lepiej się jednak zająć dziedziną dobrze sobie znaną.
– Rynek inwestycji alternatywnych jest bardzo ciekawy i oferuje inwestorom teoretycznie bardzo wysokie stopy zwrotu, a częściowo nie jest skorelowany z trendami na rynkach instrumentów podstawowych, dlatego jest ciekawym urozmaiceniem w niebezpiecznych czasach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Majewski z Instytutu Finansów i Rachunkowości w Wyższej Szkole Bankowej w Toruniu. – W zasadzie nie ma górnej granicy możliwości osiągnięcia zysku. Niektóre aktywa na rynku inwestycji alternatywnych mogą przynieść inwestorowi nawet kilkaset procent w skali roku, ale tutaj wiele zależy od różnych czynników, w tym od szczęścia.
Przykładem może być rynek klasycznych samochodów.
– W ostatnich kilkunastu latach odnotowaliśmy na nim bardzo duże wzrosty marek luksusowych, historycznych, klasycznych – informuje Piotr Majewski. – Niektórzy inwestorzy uzyskali kilkusetprocentowe stopy zwrotu w tym okresie. Wciąż na rynku samochodów można znaleźć pozycje, które rokują wysokie zyski. Zależy, co wybierzemy, jak jesteśmy cierpliwi, jakim kapitałem dysponujemy. Pewne modele są jeszcze niedowartościowane i można liczyć nawet na 30–40 proc. rocznie.
Inwestycje alternatywne to m.in. dzieła sztuki, rzeźby, obrazy, wina, whisky, kolekcje numizmatów, znaczków, starych samochodów. Każdy z tych rynków rządzi się odmiennymi prawami, a o ich popularności decyduje wiele czynników, w tym m.in. moda czy koniunktura na rynkach podstawowych – akcji, obligacji, funduszy.
– Podobnie jak przy innych rodzajach inwestycji ryzyko jest duże, możemy stracić naprawdę wiele, ale również możemy wiele zyskać. Przede wszystkim wskazany jest rozsądek oraz wiedza. Inwestując w dany rodzaj aktywów, powinniśmy przede wszystkim dosyć dużo o nich wiedzieć, a nie kierować się wyłącznie modą czy rekomendacją znajomych, którzy będą nas namawiali, przekonani, że akurat coś w tym momencie się opłaca – zastrzega Piotr Majewski.
Inwestycje alternatywne niosą ze sobą obok szansy na krociowe zyski ryzyko strat. Pierwszym przykładem bańki inwestycyjnej w historii była tulipanomania w Holandii w XVII wieku. W 1623 roku pojedyncza cebulka najbardziej poszukiwanych odmian tulipanów osiągała cenę nawet tys. guldenów, co było sumą ponad trzy razy wyższą niż średni roczny dochód obywatela Niderlandów. Tulipany i ich cebulki potrafiono wymieniać za nieruchomości, ziemię i bydło. W 1635 roku odnotowano sprzedaż czterdziestu cebulek za 100 tys. guldenów. Najwyższą cenę osiągnęła cebulka kupiona za 6 tys. guldenów. Popularność tych roślin spowodowała nawał spekulacji. W 1637 roku rynek się załamał z powodu zbyt wysokich cen oraz niewywiązywania się kontrahentów ze zobowiązań wynikających z kontraktów gwarantujących zakup cebulek po określonych cenach w przyszłości. Dlatego tak istotna jest znajomość dziedziny, w którą się inwestuje.
– Trzeba wybrać sobie klasę aktywów, która nas interesuje, a następnie poświęcić trochę czasu na pozyskanie fachowej, eksperckiej wiedzy na ten temat, ponieważ często są to klasy aktywów bardzo unikatowe, o których dość trudno w popularnych źródłach informacji uzyskać szczegółowe dane na temat tego, co będzie działo się w przyszłości – radzi ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu. – Chyba że mamy zaufanego doradcę, który jest w stanie dzięki swojej wiedzy i umiejętności skierować nas w odpowiedni obszar i jednocześnie mamy do niego tyle zaufania, że przy braku własnej wiedzy możemy powierzyć swoje środki. Jednak zalecam interesować się tym, w co inwestujemy.
Wartości dopuszczalnych stężeń dla substancji chemicznych i warunki bezpiecznej pracy w Polsce są normowane od 1983 roku. Wejście Polski do Unii Europejskiej wymagało spełnienia szeregu dyrektyw w tej dziedzinie. Polscy przedsiębiorcy są reprezentowani w między resortowej komisji, która na bieżąco pracuje nad sugestiami pracowników i przedsiębiorców. Ma to kluczowe znaczenie dla ochrony zdrowia – zwłaszcza przy coraz szerszej gamie chemikaliów, na które zatrudnieni są narażeni każdego dnia.
– Staramy się współpracować z UE i na bieżąco ustalać wartości proponowane przez Unię – powiedziała agencji eNewsroom.plJolanta Skowroń, sekretarz międzyresortowej komisji ds. najwyższych dopuszczalnych stężeń i natężeń czynników szkodliwych dla zdrowia w środowisku pracy w Centralnym Instytucie Ochrony Pracy – Dostajemy projekty dyrektyw przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej oraz przedstawiciela rządowego w Unii Europejskiej. Do wartości zgłaszamy uwagi, które dostarczają nam zarówno przedsiębiorcy, jak i związki zawodowe. Jeżeli pracownik dowie się – a powinien zostać powiadomiony – o narażeniu ze strony substancji rakotwórczej, to zawsze będzie współpracował z pracodawcą i będą starali się obniżyć te stężenia. Staramy się na bieżąco to monitorować i zgłosiliśmy listę substancji, dla których powinny byćustalone wartości unijne – dodała Skowroń.
Zakwaterowanie własnej firmy to jeden z podstawowych problemów, z jakim borykać się musi początkujący przedsiębiorca. W przypadku mikrofirm dobrą decyzją jest zdecydowanie się na najem lokalu. Podpowiadamy, na co zwrócić uwagę podczas rozglądania się za odpowiednią siedzibą dla twojej firmy!
Dlaczego wynajem?
Kupno własnego biura nadal pozostaje wydatkiem, który przekracza możliwości finansowe niejednej firmy. Tyczy się to zwłaszcza niewielkich przedsiębiorstw, dysponujących ograniczonym budżetem – zwłaszcza w początkowym okresie swojej działalności. Odpowiednim rozstrzygnięciem tej kwestii będzie podjęcie decyzji o wynajmie lokalu. Idealne biuro nie musi być bowiem twoją własnością, by móc dobrze spełniać swoje zadanie. Na rynku nieruchomości usługowych istnieje bowiem wiele firm oferujących profesjonalną obsługę zakwaterowania przedsiębiorstw.
Oszczędność czasu i kosztów
Problem dotyczący zakwaterowania przedsiębiorstwa obecny jest zwłaszcza w dużych, dynamicznie rozwijających się miastach. Najlepszym przykładem może być w tym momencie Wrocław. Biura do wynajęcia w centrum Wrocławia stają się bowiem usługą coraz bardziej popularną zarówno ze względu na wysokie ceny nieruchomości, jakie prezentuje tamtejszy rynek, jak również coraz mniejszą dostępność przestrzeni biurowych w atrakcyjnych lokalizacjach. Lokale przeznaczone do wynajęcia w celu prowadzenia działalności gospodarczej są przy tym najczęściej wykończone w pełnym standardzie, oferując satysfakcjonujące możliwości użytkowania dla przyszłych pracowników.
Biuro umeblowane czy nie?
W tym momencie nietrudno domyślić się, na co zwrócić uwagę decydując się na wynajem biura. Umeblowane przestrzenie zapewniają bowiem o wiele większe oszczędności dla przedsiębiorstw zwłaszcza w początkowym okresie ich działalności. Chociaż teoretycznie zakup mebli może być zostać wliczony w koszty prowadzenia działalności, to w przypadku ewentualnej przeprowadzki związanej zarówno z rozwojem firmy, jak również nagłym wypadkiem dostępności bardziej atrakcyjnego lokalu często zdarza się, że umeblowanie stanowić będzie niepotrzebny balast. Warto zatem rozwiązać ten problem już w zarodku.
Dogodna lokalizacja biura: istotny czynnik w budowaniu relacji
Podczas rozglądania się za odpowiednim miejscem dla prowadzenia twojej działalności istotnym czynnikiem jest również lokalizacja przyszłej siedziby firmy. Największą wartość przedstawiają miejsca zlokalizowane nieopodal centrum. Takie położenie zapewnia z jednej strony dobre skomunikowanie z pozostałą częścią miasta, z drugiej zaś stanowi ułatwienie dla kontrahentów, którzy już niebawem zaczną gościć w twoich progach. Dzięki dogodnej lokalizacji łatwo znajdą oni firmę, co może mieć pozytywny wpływ na opinię o przedsiębiorstwie. Dodatkowo korzystne umiejscowienie biura zapewnia łatwy dostęp do punktów usługowo-handlowych. Przyszli pracownicy na pewno docenią ten aspekt.
Wynajem biura – na co zwrócić uwagę?
Gdy już znajdziemy odpowiednie dla prowadzenia naszej działalności, w pełni umeblowane i położone w dogodnej lokalizacji, należy dokładnie zapoznać się z warunkami najmu. Dobrze jest w tym przypadku poprosić o wzór umowy najmu, który powinien być uważnie przeanalizowany zwłaszcza pod kątem tak zwanych kosztów ukrytych. Oprócz samego czynszu, wynajmujący może od nas również wymagać uiszczenia należności z tytułu między innymi:
opłat licznikowych (woda, elektryczność itd.);
opłat komunalnych (wywóz śmieci, sprzątanie);
opłat za media (przede wszystkim internet);
innych opłat, które nie wchodzą w skład czynszu.
Warto przy tym zwrócić się z zapytaniem o dostępność rachunków z poprzednich miesięcy. Pozwoli to oszacować przynajmniej część miesięcznych wydatków, które mogą jednak się zmienić. Bardzo ważne jest również ustalenie wysokości kaucji (jeśli jest wymagana) oraz dokładnych warunków jej zwrotu – nieuczciwi wynajmujący często starają się uzyskać dodatkowy zarobek żerując właśnie na tej należności.
Bezrobocie rejestrowane w Polsce wynosi zaledwie 6,3%. Liczone metodą BAEL zaledwie 4,5%. Dobre dane na temat sprzedaży z Wielkiej Brytanii. Deutsche Bank znów ma problemy.
Bezrobocie w Polsce
Zgodnie z oczekiwaniami stopa bezrobocia w kwietniu spadła w Polsce do 6,3%. Powodem jest początek prac sezonowych oraz oczywiście dalsza poprawa koniunktury. Jest to spadek aż o 1,3% względem zeszłego roku. Najwyższe bezrobocie jest w Warmińsko-mazurskim 11,1%, najniższe w Wielkopolsce – zaledwie 3,6%. Mierzony jest również wskaźnik wg. metodologii BAEL (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności). Ta druga metoda jest ankietowa, ale za bezrobotnych nie uznaje osoby, które pobierają zasiłek a nie szukają pracy. Szacunki z tej metodologii mówią, że bezrobocie wyniosło w Polsce zaledwie 4,5%.
Lepsze dane z Wielkiej Brytanii
Wczoraj poznaliśmy wyniki sprzedaży detalicznej w Wielkiej Brytanii. W ciągu roku sprzedaż rosła o 1,4%. Analitycy spodziewali się symbolicznego wzrostu o 0,1%. Wynik ten nie jest bardzo dobry, ale wyraźnie lepszy od oczekiwań co pozwoliło odrobinę umocnić się brytyjskiej walucie. Funt jest obecnie najtańszy od grudnia względem dolara, ale jest to raczej wynik bardzo dobrej passy amerykańskiej waluty niż słabości brytyjskiej.
Kolejny czynnik ryzyk
Ostatnie tygodnie ryzyka w Europie to głównie szukanie koalicjanta we Włoszech. To właśnie to spowodowało, że inwestorzy wycofywali się z Europy istotnie obniżając wartość złotego. Teraz pojawił się kolejny “stary” problem. Jest to kondycja Deutsche Banku. Wczoraj potwierdziły się plotki o zwolnieniach sięgających ponad 7000 osób a kurs akcji ponownie zanurkował. Nie jest co prawda jeszcze tak nisko jak w 2016 roku, ale wyraźnie widać, że inwestorzy boją się inwestycji w DB. Gdyby problem się pogłębiał można spodziewać się kolejnych osłabień złotego szczególnie względem franka szwajcarskiego.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych, za to w godzinach wieczornych odbędzie się wiele wystąpień przedstawicieli FED.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Prawo do odliczenia podatku naliczonego jest jednym z najistotniejszych uprawnień podatnika VAT, stanowiących wyraz fundamentalnej zasady neutralności podatku od towarów i usług. Należy pamiętać, że przysługuje ono tylko w przypadku, gdy nabywane towary i usługi mają związek z czynnościami opodatkowanymi. Kwestia ta często jest przedmiotem sporów między podatnikami a organami podatkowymi.
Kiedy można odliczyć VAT?
Podatnik VAT ma prawo do odliczenia podatku naliczonego wynikającego z faktur dokumentujących nabycie przez niego towarów i usług, pod warunkiem że mają one związek z wykonywanymi przez podatnika czynnościami opodatkowanymi. Uprawnienie takie nie przysługuje w związku z zakupem towarów i usług związanych z czynnościami, które są ustawowo zwolnione z VAT. Może mieć również miejsce sytuacja, w której działalność gospodarcza podatnika ma charakter mieszany, czyli obejmuje zarówno czynności podlegające opodatkowaniu, jak i z niego zwolnione. Wówczas podatek naliczony odlicza się proporcjonalnie. Zgodnie z ustawą o podatku od towarów i usług proporcję dla potrzeb odliczenia ustala się jako udział obrotu rocznego uzyskanego „z tytułu czynności, w związku z którymi przysługuje prawo do obniżenia kwoty należnego VAT, w proporcji do całkowitego obrotu, tj. czynności, w związku z którymi podatnikowi przysługuje prawo do obniżenia kwoty podatku należnego, oraz czynności, w związku z którymi podatnikowi takie prawo nie przysługuje”.
Podatnik może odliczyć VAT na podstawie faktury, która musi spełniać ustawowe wymogi i nie może się mieścić w katalogu wyłączeń z art. 88 ust. 3 ustawy o VAT (m.in. faktura musi dokumentować rzeczywiste transakcje i być wystawiona przez podmiot istniejący). Ustawa przewiduje również ograniczenia, jeśli chodzi o prawo do odliczenia – np. w odniesieniu do wszystkich wydatków związanych z samochodami osobowymi podatnikowi przysługuje prawo do odliczenia 50% podatku naliczonego.
Prawo do odliczenia przysługuje oczywiście tylko zarejestrowanym podatnikom VAT i co do zasady w rozliczeniu za okres, w którym w związku z nabytymi lub importowanymi przez podatnika towarami lub usługami powstał obowiązek podatkowy. Jeśli podatnik nie skorzysta z tego prawa w tym okresie, może jeszcze dokonać odliczenia w deklaracji za jeden z dwóch kolejnych okresów rozliczeniowych. Nawet gdyby tego nie uczynił, to nie traci prawa do odliczenia, gdyż może je wykonać poprzez złożenie korekty deklaracji za okres, w którym powstało prawo do obniżenia należnego podatku, jednak nie później niż w ciągu 5 lat, licząc od początku roku, w którym takie prawo powstało.
Podatnicy szeroko interpretują prawo do odliczenia
Organy podatkowe, a w ślad za nimi podatnicy, ujmują prawo do odliczenia podatku naliczonego szeroko, dopuszczając nawet pośredni związek z czynnościami opodatkowanymi, który wprawdzie bezpośrednio nie przyczynia się do uzyskania obrotu, lecz przyczynia się do jego wzrostu poprzez ogólne oddziaływanie na działalność podatnika. Na przykład w interpretacji indywidualnej z dnia 7 listopada 2011 r. Dyrektor Izby Skarbowej w Warszawie potwierdził stanowisko podatnika, że prawo do odliczenia obejmuje również wydatki, które poniósł on, aby zapewnić zakwaterowanie pracownikom wykonującym pracę na jego rzecz poza miejscowością, w której zlokalizowany jest główny zakład podatnika. W ocenie organu nie budzi wątpliwości, że zakup takich usług w związku ze świadczeniem pracy poza miejscowością, w której znajduje się jej główny zakład, wykazuje pośredni związek z czynnościami opodatkowanymi wykonywanymi przez podatnika, a zatem przysługuje mu prawo do odliczenia VAT w związku z nabyciem tych usług.
W innym rozpoznawanym przypadku podatnik będący rolnikiem, prowadzący działalność w zakresie działów specjalnych produkcji rolnej, podążając najprawdopodobniej za przytoczonym wyżej tokiem rozumowania, uznał, iż w związku z tym, że udostępniał on zatrudnionym przez siebie pracownikom miejsca w zbudowanym przez niego hotelu pracowniczym, przysługuje mu prawo do odliczenia podatku. Zdaniem podatnika wydatki związane z budową, podstawowym wyposażeniem oraz bieżącym utrzymaniem hotelu, jako podyktowane koniecznością zapewnienia zatrudnienia, wykazują pośredni związek z prowadzoną przez niego działalnością gospodarczą. Organ podatkowy nie podzielił jego poglądu i uznał, że nieodpłatne udostępnianie pracownikom pokoi w hotelu pracowniczym stanowi nieodpłatne świadczenie usług związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej, które jako niepodlegające opodatkowaniu podatkiem od towarów i usług nie daje podatnikowi prawa do obniżenia podatku należnego o podatek naliczony.
Sądy podkreślają wymóg bezpośredniego związku z czynnościami opodatkowanymi
Argumentację organu podatkowego co do braku prawa do odliczenia podatku naliczonego podzielił Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu w wyroku z dnia 30 maja 2017 r. (sygn. akt I SA/Po 1604/16), który stwierdził:
„Uprawnienie to powstaje (…) w przypadku, gdy podlegająca podatkowi VAT transakcja powodująca naliczenie podatku pozostaje w bezpośrednim i ścisłym związku z transakcją lub większą liczbą transakcji objętych podatkiem należnym. Odnosząc się do realiów sprawy będącej przedmiotem skargi rolnika-przedsiębiorcy WSA stwierdził, że wydatki poniesione przez skarżącego na budowę, wyposażenie i bieżące utrzymanie hotelu pracowniczego związane będą w sposób bezpośredni z czynnościami niepodlegającymi opodatkowaniu VAT oraz zwolnionymi od podatku. W takiej sytuacji (…) dochodzi do przerwania bezpośredniego i ścisłego związku pomiędzy poniesionymi przez podatnika wydatkami powodującymi naliczenie podatku a działalnością gospodarczą skutkującą powstaniem podatku należnego.”
Zarówno powyższe orzeczenie, jak i interpretacje indywidualne organów podatkowych pokazują, że pośredni związek musi dotyczyć czynności opodatkowanych. Przerwanie takiego związku – np. poprzez odniesienie poniesionych wydatków do czynności, które nie podlegają opodatkowaniu VAT – skutkuje brakiem prawa do obniżenia podatku należnego.
Z uwagi na obszerność i zawiłość obowiązujących przepisów ustawy o podatku od towarów i usług w wielu przypadkach definitywne stwierdzenie, czy określone wydatki wykazują związek z czynnościami opodatkowanymi, może być problematyczne. W takim przypadku warto powierzyć rozliczenie podatku od towarów i usług kompetentnemu doradcy. Znakomitym zabezpieczeniem przed sporem z organem podatkowym może być również wystąpienie z wnioskiem o indywidualną interpretację prawa podatkowego, chroniącą podatnika, który się do niej zastosował.
Trzeba pamiętać, że każda sprawa powinna być rozpatrywana indywidualnie i często nawet najdrobniejsze szczegóły mogą zdecydować o tym, że pozornie oczywista podatkowo sytuacja bardzo się skomplikuje i wyniknie z niej niespodziewany spór z fiskusem.
Autor: radca prawny Robert Nogacki – Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
GfK prognozuje, iż w 2018 r. w 28 krajach członkowskich Unii Europejskiej nominalny wzrost obrotów w stacjonarnym handlu detalicznym wyniesie 2,1 proc. Jednakże trendy w poszczególnych analizowanych krajach znacząco się różnią. Faktyczny wzrost przewidywany jest dla krajów takich jak Francja, Hiszpania i Węgry. W kilku krajach, niski wzrost niwelowany będzie nieznacznym wzrostem inflacji. Takie są wnioski płynące z nowo opublikowanego badania GfK dotyczącego handlu detalicznego w Europie w 2018 roku.
Oprócz różnych wyzwań gospodarczo-politycznych, europejska gospodarka zmaga się obecnie także ze znaczącymi zmianami spowodowanymi przez Brexit. Brak pewności co do przyszłych warunków handlu z USA rodzi obawy o potencjalny negatywny wpływ na eksport z krajów Europy. Wzorem lat ubiegłych dział GfK Geomarketing zbadał obecną i przyszłą sytuację w sektorze europejskiego handlu detalicznego, opierając się na kompleksowej analizie głównych wskaźników handlowych. Dzięki analizom trendów panujących w 32 krajach Europy oraz prognozie obrotów na rok 2018 badanie “European Retail in 2018” dostarcza cenne informacje dla sprzedawców detalicznych, inwestorów i deweloperów.
– Wszystkie kraje Europy skorzystały na wzroście gospodarczym w 2017 r. – wyjaśnia Przemysław Dwojak, ekspert ds. handlu detalicznego w GfK. – Ogólnie rzecz biorąc, przewidujemy, że w 2018 r. w sektorze stacjonarnego handlu detalicznego nastąpi dalszy wzrost, chociaż w niektórych krajach efekt wzrostu obrotów i podwyżek cen wzajemnie się zniosą.
Najważniejsze wnioski
Siła nabywcza
W 2017 r. średnia siła nabywcza każdego obywatela 28 państw członkowskich UE wynosiła 16.436 euro, co oznacza nominalny wzrost o 1,9 proc. w porównaniu do roku poprzedniego. Wśród krajów Unii Europejskiej jedynie Wielka Brytania (-1,5 proc.) zanotowała spadek siły nabywczej, co było częściowo spowodowane dewaluacją funta brytyjskiego. Jeżeli nie uwzględniać Wielkiej Brytanii, to dynamika z poprzednich lat utrzymała się. Stopy wzrostu w krajach Europy Środkowo-Wschodniej utrzymały się powyżej średniej. Miejsce Polski na mapie siły nabywczej doskonale ilustruje mapa, która wyraźnie dzieli Europę na część wschodnią i zachodnią. Polska dominuje nad kilkoma krajami w swojej części Europy, jednocześnie znacząco odbiegając zamożnością swoich mieszańców od części zachodniej.
Prognozy obrotów na rok 2018. Zeszłoroczny wzrost popytu zrekompensował spadek udziału rynkowego stacjonarnego handlu detalicznego na rzecz sprzedaży internetowej. Na rok 2018 GfK przewiduje nominalny wzrost obrotów o 2,1 proc. w 28 krajach Unii Europejskiej. Jednak wartość ta znajduje się tylko nieco poniżej prognozowanej stopy inflacji, co oznacza, że w obrotach handlu detalicznego w Europie przewidywany jest jedynie skromny rzeczywisty wzrost. Kraje Europy Wschodniej, które w poprzednich latach zajmowały najwyższe pozycje w rankingu, dzięki dalszym wzrostom przychodów ponownie znajdują się w czołówce w 2018 roku. GfK prognozuje znaczące stopy wzrostu w Bułgarii (+5,3 proc.), w Polsce (+5,6 proc) na Węgrzech (+6,0 proc.), w Czechach (+6,5 proc.) i w Rumunii (+7,5 proc.).
Inflacja
Przy stopie inflacji wynoszącej 1,7 proc. w 2017 r. kraje Unii Europejskiej zbliżyły się do zadeklarowanego przez Europejski Bank Centralny (EBC) wzrostu cen towarów konsumenckich o 2,0 proc. Konsumenci byli zmuszeni zapłacić więcej za te same towary w wielu krajach Europy Wschodniej, które w latach poprzednich zmagały się z deflacją. W Polsce wzrost cen wyniósł 1,6% i w dużej mierze podyktowany był rosnącymi wynagrodzeniami. Ponieważ EBC ogłosił, że nie dotknie bazowych stóp procentowych do 2019 r., GfK przewiduje, że trendy panujące w handlu detalicznym w 2018 r. będą przypominać te z roku poprzedniego. Spodziewany jest wzrost cen o 1,9 proc. na terenie całej Unii Europejskiej. Należy podkreślić, że prognoza ta zakłada, iż nie dojdzie do dalszego zaostrzenia sporów handlowych między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi.
Dostępność powierzchni handlowej
W 2017 r. w analizowanych krajach Europy odnotowano wzrost absolutnej ilości powierzchni handlowej. Jedynym wyjątkiem była Holandia, gdzie zarejestrowano spadek o 0,4 proc. Jednak w ujęciu per capita rysuje się odmienny obraz – w połowie badanych krajów powierzchnia sprzedaży per capita pozostawała na niezmiennym poziomie lub spadała. Wartości per capita dla tego wskaźnika znacząco różniły się w zależności od kraju. Przykładowo na mieszkańców krajów Beneluksu przypada ponad dwa razy więcej powierzchni sprzedaży (1,48 -1,64 m²) niż na mieszkańców Rumunii (0,72 m²) czy Polski (0,98 m²).
Produktywność powierzchni handlowej
Podobnie jak ma to miejsce w przypadku dostępności powierzchni handlowej per capita, produktywność powierzchni handlowej w Europie również się waha. Przykładowo w Szwecji wskaźnik ten spadł o -1,5 proc. do 6.000 EUR/m², co jednak nadal pozostaje wysokim wynikiem. Belgia również doświadczyła spadku w wydajności powierzchni handlowej w 2017 r., chociaż spadek ten był względnie niski i wyniósł jedynie 1,1 proc. Na Węgrzech restrykcyjna polityka planowania oraz protekcjonistyczne tendencje spowolniły ekspansję międzynarodowych sprzedawców detalicznych. W efekcie rozwój nowych dużych powierzchni handlowych był ograniczony. Znaczący wzrost obrotów w handlu detalicznym zwiększył wydajność powierzchni handlowej, która przez ostatni rok wzrosła o 6,9 proc. do 2.997 EUR/m². Dynamiczny wzrost produktywności powierzchni handlowej do pewnego stopnia zrównoważył rosnące koszty najmu na rynkach nieruchomości handlowych również w innych krajach Europy Wschodniej.
O badaniu
GfK dokonało analizy następujących wskaźników rynkowych w 32 krajach Europy: siła nabywcza, obroty w handlu detalicznym, udział handlu detalicznego w łącznych wydatkach populacji, prognoza obrotów w handlu detalicznym w 2018 r., ocena segmentu odzieżowego (zmagającego się m.in. z presją wywieraną przez handel internetowy), trendy w cenach towarów konsumenckich, dostępność i produktywność powierzchni handlowej, analiza wpływu zmiany godzin otwarcia sklepów w niedziele na Węgrzech. Obliczenia dotyczące obrotów i siły nabywczej dokonywane są w euro w oparciu o prognozę stawki wymiany walut opublikowaną przez Komisję Europejską 9 listopada 2017 roku. Terminem przygotowania badania był kwiecień 2018 roku.
Dzięki inwestorom strategicznym oraz funduszom Private Equity w 2017 r. nastąpił rekordowy wzrost liczby zawieranych ubezpieczeń ryzyk transakcyjnych. Kluczowym powodem korzystania z tego typu rozwiązań jest zmniejszenie ryzyka związanego z transakcjami w charakteryzującym się dużą konkurencyjnością środowisku fuzji i przejęć (M&A).
Raport Marsh: „Transactional Risk 2017: Year in Review”, potwierdza, że w ubiegłym roku nasi eksperci zawarli o 28% więcej polis ubezpieczeniowych od ryzyka transakcyjnego, w porównaniu do roku 2016, w skali globalnej. Średnie limity sumy ubezpieczenia także wzrosły – o 38%, na co wpływały rozmiar i liczba transakcji, w których skorzystano z ubezpieczenia.
Kluczowe wnioski i obserwacje z tegorocznego raportu:
Klienci korporacyjni stanowią coraz większy portfel klientów korzystających z ubezpieczeń transakcyjnych i dziś stanowią 50% nabywców tego rodzaju polis.
Wzrasta popyt na tradycyjne, jak i innowacyjne produkty ubezpieczeniowe, szczególnie w zakresie ubezpieczeń ryzyk podatkowych.
Globalny rynek ubezpieczeń ryzyk transakcyjnych staje się coraz bardziej konkurencyjny pod względem składek, udziałów własnych i warunków ubezpieczenia.
Ubezpieczenia transakcyjne są istotną częścią procesu zawierania transakcji fuzji czy przejęcia. Prognozy wskazują, że zwiększony popyt na tego rodzaju rozwiązania będzie kontynuowany, przy jednoczesnym wzroście oczekiwań klientów w zakresie poziomu innowacyjności.
Małgorzata Splett – Dyrektor Działu FINPRO (Ubezpieczenia finansowe i profesjonalne) & PEMA (Fuzje i Przejęcia), Marsh Polska dodaje: „Wszystkie tendencje wskazane w raporcie mają również zastosowanie do ubezpieczanych za pośrednictwem Marsh Polska polskich transakcji fuzji i przejęć. Wśród kluczowych, typowo lokalnych tendencji należy wskazać:
5 lat temu Marsh w Polsce rozpoczynał współpracę w zakresie fuzji i przejęć przede wszystkim z klientami korporacyjnymi, aktywnymi na arenie M&A. Dlatego też 50% udział tych projektów w całym portfelu nie jest lokalnie nowością. Z drugiej strony, w roku 2017 częściej współpracowaliśmy z funduszami Private Equity, co związane było z wieloma wyjściami z inwestycji lokalnych funduszy Private Equity.
Zainteresowanie ubezpieczeniem znanych ryzyk podatkowych jest w Polsce niesłabnące – lokalnie plasujemy coraz więcej tego rodzaju polis, jednak biorąc pod uwagę często wysokie ryzyko związane z nieprzewidywalnością decyzji polskich organów skarbowych, niektóre ryzyka są nieubezpieczalne. W poprzednim roku pracowaliśmy przy projektach, gdzie klienci decydowali się nie tyle na polisy ryzyk podatkowych, ale na polisy ubezpieczenia tytułu prawnego – obok polis W&I. Jest to szczególnie ważne w przypadku, gdy ryzyko związane z tytułem jest istotne w danej transakcji, a wartość portfolio nieruchomości/spółki wysokie. Dzięki odrębnemu ubezpieczeniu tytułu prawnego kupujący może osiągnąć znacznie bardziej konkurencyjny koszt, nielimitowaną czasowo ochronę i pokrycie szersze niż w polisie W&I.
Tendencja cen ubezpieczeń transakcyjnych i poziomu udziałów własnych była podobna. Koszt polisy W&I oscylował w granicach 0,8-1,4% na polskich transakcjach, a udział własny zwykle na poziomie 0,5%wartości przedsiębiorstwa (enterprise value).”
Link do raportu: https://www.marsh.com/content/dam/marsh/Documents/PDF/US-en/transactional-risk-report-2017.pdf
Po trzech pierwszych miesiącach 2018 roku Grupa Kapitałowa RAFAKO odnotowała blisko 300 mln złotych przychodów ze sprzedaży wypracowując przy tym 17,2 mln złotych zysku operacyjnego oraz 8,2 mln złotych zysku netto. Na osiągnięte wyniki Grupy największy wpływ miały wyniki wypracowane przez spółkę RAFAKO. W porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego, RAFAKO odnotowało wzrost przychodów ze sprzedaży oraz wyniku na wszystkich poziomach rachunku zysku i strat.
W pierwszym kwartale 2018 roku przychód ze sprzedaży Grupy Kapitałowej RAFAKO wyniósł 297,9 mln złotych, podczas gdy w analogicznym okresie 2017 roku wartość ta wyniosła 439,7 mln złotych. Obniżenie przychodów rok do roku wynika z niższych przychodów z kontraktu dotyczącego budowy nowego bloku energetycznego o mocy 910 MW w Elektrowni Jaworzno, co jest związane stopniem zaawansowania projektu i planowym niższym fakturowaniem. Mimo niższych przychodów, Grupie udało się wypracować solidny zysk netto na poziomie 8,2 mln złotych. W analogicznym okresie poprzedniego roku wartość ta wyniosła 10,65 mln złotych.
Największy udział w przychodach całej Grupy miała spółka RAFAKO, której przychód r/r w pierwszym kwartale wzrósł o prawie 13 proc. z 134,2 mln złotych w 2017 do 151,5 mln złotych w tym roku. Spółka osiągnęła w tym okresie zysk operacyjny i zysk netto na poziomie odpowiednio 9,2 mln złotych i 2,4 mln złotych, podczas gdy analogiczny okres ubiegłego roku zakończyła zyskiem operacyjnym wynoszącym 2,4 mln złotych i stratą netto na poziomie 8,77 mln.
Portfel zamówień
Wartość portfela zamówień Grupy na dzień 31 marca 2018 r. wynosiła ponad 3,0 miliardy złotych, z czego do realizacji w bieżącym roku przypada ponad 1 mld złotych i blisko 2,0 miliardy złotych na lata kolejne. Największą część portfela stanowi Projekt Jaworzno 910MW – 1,4 miliarda złotych, z czego 0,1 miliarda złotych pozostaje do realizacji przez RAFAKO i 1,3 miliarda złotych przez spółkę celową SPV Jaworzno. Znaczącą większość zleceń w strukturze portfela zamówień stanowią kontrakty z segmentu budownictwa energetycznego.
Nowe kontrakty i rynki
W 2018 roku, zgodnie z kierunkami wyznaczonymi w nowej strategii rozwoju, Spółka w efekcie działań zmierzających do pozyskania nowych kontraktów i rynków, zanotowała następujące zdarzenia:
20 marca – oferta Spółki została wybrana przez Elering AS do realizacji „Budowy pod klucz tłoczni gazu Paldiski i Puiatu w Estonii” – wartość oferty Spółki wynosi 50 mln euro,
29 marca – podpisanie umowy na zaprojektowanie, dostawę i montaż zbiornika LNG w Finlandii. Wartość umowy wynosi 13,4 mln euro.
– Od stycznia do chwili obecnej podpisaliśmy kontrakty o wartości blisko 150 mln złotych. Wśród nich są już projekty związane z dostosowaniem do regulacji BAT. Aktualne oferty RAFAKO z pierwszą ceną wynoszą blisko 1,2 miliarda złotych. Do końca maja planujemy podpisanie kontraktów na łączną kwotę powyżej 160 mln złotych. Nasze cele związane z pozyskaniem do portfela zamówień zleceń o wartości między 900 a 1,2 miliarda złotych w 2018 roku są jak najbardziej aktualne i realne. – mówi Agnieszka Wasilewska -Semail, prezes Zarządu RAFAKO S.A..
Obecnie widać już pierwsze przejawy Rewolucji 5G. Z perspektywy zasięgu, przepustowości i ilości przetwarzanych danych komunikacja staje się coraz bardziej rozproszona i globalna. Ze względu na cyberbezpieczeństwo wszelkiego rodzaju zagadnienia związane z tak bardzo rozproszonym systemem muszą być wyposażone w rozwiązania, które za pomocą architektur i mechanizmów automatycznych zapewnią bezpieczeństwo użytkownikom. Ludzie od dawna nie są w stanie obsługiwać tak dużej ilości informacji.
– Potwierdzają to trendy takie, jak machine learning czy AI (ang. artificial intelligence). To rozwiązania, które są coraz częściej stosowane. Widać wyraźnie, że dostrzeżenie anomalii – a tym bardziej praca w czasie rzeczywistym – jest niewykonalne dla człowieka – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Bromirski, CTO w Cisco Systems Poland – Sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe wprost wpływają na analizę ruchu życiowego, zachowań użytkowników, ich cech – jak obecność i przemieszczanie się. Dzięki takim informacjom zbieranym z sieci, z różnego rodzaju rozproszonych sensorów, można w czasie rzeczywistym podejmować decyzje. Jeśli kogoś nie ma w domu, niemożliwe jest korzystanie przez niego z Internetu za pomocą domowego łącza. Dzięki takiej wiedzy można powiadomić odpowiednie służby. Jeżeli ktoś korzysta z dostępu do uprawnionych informacji w firmie, nie może być jednocześnie po drugiej stronie globu i korzystać tam ze swojego terminala mobilnego czy telefonu. To pokazuje, że ktoś mógł np. sklonować czyjąś kartę SIM. Takie przypadki zaczynają być problemem dla ludzkich operatorów, głównie ze względu na ilość informacji w sieci rozproszonej. Dla maszyn i algorytmów uczenia maszynowego nie stanowi to wyzwania. Są w stanie reagować na takie anomalie w czasie rzeczywistym i w odpowiedni sposób je blokować. Maszyny nie wyeliminują jednak ludzi. To oni będą nadal podejmować najważniejsze decyzje. Urządzenie będą pozwalały im robić to szybciej i w bardziej efektywny sposób – dodał Bromirski.