Sprzedaż opon w 2020 roku. Pierwsza połowa roku bardzo zła, kolejne kwartały coraz lepsze

Według danych Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego (PZPO) w czwartym kwartale 2020 roku widać częściowe odbicie sprzedaży opon na rynek – wzrosty zanotowano w segmencie opon motocyklowych (+45,6%), rolniczych (+21,2%), ciężarowych (+19,8%), przemysłowych (+10,4%) i do SUV (+1,8). To trendy rozpoczęte w trzecim kwartale i kontynuowane do końca roku – podobnie jak w Europie – co potwierdzają dane Europejskiego Związku Producentów Opon i Gumy (ETRMA).

W całym 2020 roku producenci i importerzy opon w Polsce odnotowali spadki sprzedaży na rynek sięgające średnio -13% niemal we wszystkich segmentach opon. Jedynie sprzedaż opon całorocznych wzrosła aż o +48,4%, motocyklowych o +11%, zaś ciężarowych o +1,9%. Najmniejszy spadek notowano w segmencie przemysłowym (-2,2%) i premium (-4,9%), a największy w segmencie opon do samochodów lekkich dostawczych (-17,3%). Sprzedaż opon do aut osobowych spadła o -14,9%, a do SUV o -13,7%.2021-02-17 Sprzedaż opon w Polsce 2020 udział w rynku1 2021-02-17 Sprzedaż opon w Polsce 2020 udział w rynku2 2021-02-17 Sprzedaż opon w Polsce 2020 2021-02-17 Sprzedaż opon w Europie2020

– Branża motoryzacyjna jest wielkim poszkodowanym pandemii COVID-19. Ogromne spadki produkcji i sprzedaży, zerwane łańcuchy dostaw i okresowe przestoje w produkcji oznaczają straty, których nie da się szybko odbudować. To przekłada się także na producentów opon. Mamy nadzieję, że delikatne odbicie w czwartym kwartale będzie zwiastunem poprawy w 2021 roku. Priorytetem w branży oponiarskiej było utrzymanie miejsc pracy i mamy nadzieję, że w tym roku sytuacja pandemiczna oraz gospodarcza umożliwią kontynuowanie tego założenia oraz stopniowy powrót na ścieżkę wzrostu – mówi Maciej Winiarz, prezes zarządu Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego (PZPO).

– Czwarty kwartał 2020 rzeczywiście przynosi nadzieję na powrót optymizmu – zahamował częściowo spadki sprzedaży opon i potwierdził już wcześniej obserwowane trendy rosnącej popularności opon całorocznych, premium i do SUV. Udział opon całorocznych w ogólnej sprzedaży wzrósł już do 16%. Bardzo cieszy duży udział opon premium w ogólnej sprzedaży – który sięgnął aż 30%. To pokazuje, że kierowcy zaczynają mocniej doceniać jakość i bezpieczeństwo na drodze, które w tak dużym stopniu zależy właśnie od opon – dodaje Piotr Sarnecki, dyrektor generalny PZPO.

Mniej podatne na kryzys były także opony motocyklowe, ciężarowe, rolnicze i przemysłowe. Można uznać, że te segmenty funkcjonowały w miarę normalnie – nie poddając się wpływowi pandemii. Natomiast bardzo duży spadek sprzedaży opon zimowych to nie tylko efekt zmiany tendencji w kierunku opon całorocznych. Wygląda na to, że rynek nie spodziewał się ostrej zimy i wielu dystrybutorów musiało potem domawiać towar i odprawiać klientów z kwitkiem.

Europejski rynek opon

Także w całej Europie rok 2020 był dla branży oponiarskiej bardzo trudny. Opony na montaż fabryczny (OE) zostały najbardziej dotknięte skutkami pandemii – odnotowując spadek o -23% dla opon do samochodów osobowych i -18% dla ciężarówek. Również na rynku wtórnym sprzedaż opon do osobówek odnotowała dwucyfrowe obniżki na poziomie -12%, w tym -20% w przypadku opon zimowych i -13% letnich. Jedynie sprzedaż opon wielosezonowych zachowała pozytywny trend. W segmencie opon ciężarowych odnotowano spadek o -4%, a opon motocyklowych o -9%, podczas gdy sprzedaż opon rolniczych utrzymywała się na poziomie podobnym jak w roku ubiegłym.

– Pandemia Covid-19, powtarzające się lockdowny i konsekwentnie nakładane ograniczenia mobilności, a także kryzys gospodarczy – który nastąpił po zamknięciu niektórych fabryk – wywarły silny wpływ na sektor oponiarski, nie tylko pod względem sprzedaży, ale także pod względem utraconych miejsc pracy. Niestety, ogromny spadek cen opon do nowo produkowanych samochodów osobowych nie jest zaskoczeniem i jest bezpośrednią konsekwencją spadku produkcji o -23,7%[1], ogłoszonego na 2020 r. przez przemysł samochodów osobowych w UE w związku z pandemią Covid-19. Dla naszego sektora kluczowe będzie kontynuowanie współpracy z instytucjami Unii Europejskiej i rządami krajowymi w celu opracowania programów ułatwiających ożywienie, aby wesprzeć gospodarkę i społeczeństwo w wyjściu z tego bezprecedensowego kryzysu” – powiedziała Fazilet Cinaralp, sekretarz generalna Europejskiego Związku Producentów Opon i Gumy (ETRMA).

[1] ACEA PR 2021119

Odmrożenie albo fala bankructw nie do zatrzymania. Północna Izba Gospodarcza apeluje: gastronomia powinna być czynna

Północna Izba Gospodarcza zabiera głos w sprawie gastronomii i apeluje: czas na odmrożenie, ale w reżimie sanitarnym.

Hotele działają w reżimie sanitarnym, instytucje kultury wracają do pracy, można iść na basen czy do kasyna. Nie można jednak iść do restauracji. Niebawem miną cztery miesiące odkąd restauracje w Polsce mogą serwować jedzenie tylko na wynos lub z dowodem. – Nie rozumiemy dlaczego podczas ostatniego luzowania obostrzeń Rząd nie pozwolił restauracjom na otwarcie się w reżimie sanitarnym. Uważamy, że ta branża zasługuje na zaufanie i szansę, by wracać do funkcjonowania. Z relacji jakie otrzymujemy wynika, że sytuacja gastronomii jest dramatyczna. Przedsiębiorcy powoli tracą nadzieję, że uda im się wrócić do pracy – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Konsultujemy się obecnie z przedsiębiorcami ze Szczecina. Nie wykluczamy apelu do Rządu RP w sprawie odmrożenia gastronomii. Uważamy, że ten sektor gospodarki powinien funkcjonować w takim samym trybie jak hotele. 50% zajętych miejsc i skrupulatne kontrole czy zasady są przestrzegane – dodaje Prezes Hanna Mojsiuk.   Wicepremier i minister rozwoju Jarosław Gowin obiecał rozpocząć prace nad włączeniem do rządowej pomocy przedsiębiorców, którzy zanotowali spadek obrotów o co najmniej 70 procent bez względu na kody Polskiej Klasyfikacji Działalności – pomocą mają zostać objęte także nowe firmy, które założono w grudniu 2019 i w całym 2020 roku.

„To jest walka o przetrwanie. Tutaj nie ma miejsca na kalkulowanie”

Przedsiębiorcy działający w branży gastronomicznej w Szczecinie przyznają, że sytuacja jest bardzo trudna, a odliczanie kolejnych dni zamknięcia powoduje, że oddala się wizja spokojnego powrotu do funkcjonowania. Odchodzą pracownicy, znikają oszczędności, a pozyskiwanie środków płynnościowych na prowadzenie działalności w branży objętej ścisłym lockdownem jest bardzo trudne:  – Przed pierwszym lockdownem byliśmy siecią restauracji nie do złamania. Wielkie plany, duża rentowność. Wiosną poradziliśmy sobie dobrze, ale obecny lockdown jest dramatem, to jest już ponad 110 dni zamknięcia. Nasze PKD jest zablokowane w bankach, naprawdę to wygląda jak zamach na naszą gałąź gospodarki. Wyczerpaliśmy wszelkie możliwe środki, by móc przetrwać, ale jak będą rzucane nam kolejne kłody to będziemy musieli dalej walczyć, to jest walka o przetrwanie, czyli jak sama nazwa wskazuje tutaj już nie ma miejsca na kalkulowanie. Walczymy o każdy dzień. Kropką nad i była wiadomość Premiera Morawieckiego, który napisał: wytrzymajmy jeszcze kilka tygodni lub miesięcy. Wtedy podjęliśmy decyzję o tym, że musimy ratować nasze przedsiębiorstwo – mówi Sebastian Kosiacki, współwłaściciel sieci lokali Ziemniak i Spółka.

Nie brakuje żalu oraz rozczarowania lockdownem i oferowanym wsparciem: – Państwo zamknęło restauracje, nie dając nic w zamian. Mam trzy miesiące zamkniętą restaurację i nie dostałem ani złotówki wsparcia – mówi Maciej Szabałkin, właściciel restauracji Piastów 30.    – Gdyby Pan Premier powiedział swoim urzędnikom: „pracujecie pół roku za darmo”, jestem przekonany, że oburzyliby się jeszcze bardziej niż przedsiębiorcy pozostawieni bez grosza – dodaje Maciej Szabałkin.

115 dni zamknięcia i brak perspektywy na poprawę sytuacji. „Gastronomia jedną z najbardziej zadłużonych branż”

Przedsiębiorcy zgłaszający się do Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie zwracają uwagę, że zagrożenie płynności finansowej to jeden problem. Poważne dylematy budzi również zapewnienie utrzymania pracownikom. Gastronomicy często kompletowali swoje zespoły przez wiele lat. Dzisiaj muszą zwalniać swoich pracowników lub proponować im umowy na znacznie gorszych warunkach. To powoduje frustracje zarówno u pracowników jak i pracodawców.

– Gastronomia jest nieczynna od prawie 115 dni. Proszę sobie wyobrazić kogo jest stać na to, żeby  cztery miesiące dokładać do interesu. Jesteśmy świadkami prawdziwej pacyfikacji branży, za chwilę nie będzie już czego otwierać. Z mojego doświadczenia jako windykatora wynika, że gastronomia jest jedną z najbardziej zadłużonych branż. To odbija się na sytuacji pracowników, dostawców, kucharzy, ogólnie całego gospodarczego ekosystemu, który dotychczas w tej branży dobrze funkcjonował – mówi Prezes  Grupy AVERTO Małgorzata Marczulewska.

– Restauratorzy zmieniają umowę o pracę na umowy cywilnoprawne. Luźniejszy stosunek pracy pozwala im elastyczniej reagować na zwiększony lub zmniejszony ruch na wynos w ich lokalach. Pracownicy, często nie z winy pracodawców, zostają bez środków do życia – mówi Małgorzata Marczulewska.

Parlament Europejski wezwał Ukrainę do dostosowania standardów pracy do warunków europejskich

Parlament Europejski apeluje do władz Ukrainy, aby bezwzględnie zreformowała rynek pracy i dostosowała go do realiów europejskich.

Posłowie do Parlamentu Europejskiego po przeprowadzonych konsultacjach ze związkami zawodowymi i społeczeństwem obywatelskim apelują do rządu Ukrainy o pilne zreformowanie prawa pracy w celu zwalczenia powstających nieformalnych miejsc zatrudnienia. Nie powstrzyma to jednak ukraińskiej migracji zarobkowej.

Parlament Europejski podaje, że ​​liczba Ukraińców pracujących w UE wzrosła z 2,2 mln do 2,7 mln, czyli z 13% do 16% ogółu zatrudnionych w ich kraju. Z jednej strony przyczynia się to do zwiększenia ofert pracy na Ukrainie z powodu niedoboru siły roboczej w niektórych sektorach, z drugiej zarobki emigrantów stanowi równowartość ponad 8% PKB  państwa i jest dodatkowym źródłem dochodu Ukrainy.

Ponadto Parlament Europejski wzywa Komisję Europejską do udzielenia pomocy regionalnym ośrodkom zatrudnienia w celu wspierania i inwestowania w programy aktywizujące młodzież w szczególności z obszarów wiejskich, zrównoważonej gospodarki, wzmocnienia edukacji i zapewnienia jej społeczno-ekonomicznej możliwości.

Nowy program rządowy Ukrainy, który zachęca do inwestowania i wspiera wzrost gospodarczy, nie powinien być wprowadzany kosztem praw pracowników i warunków ich codziennej pracy.

Jak zauważa dyrektor generalny Gremi Personal, Tomas Bogdevic: „Problemy z nielegalnym zatrudnieniem na Ukrainie są znacznie większe niż w Polsce. W 2020 r. tylko 60% obywateli zostało legalnie zatrudnionych na Ukrainie pozostałe 40%  pracuje nielegalnie lub zostaje zatrudniona za minimalną płacę, a reszta wypłaty jest wręczana w kopercie. Jednak nieformalne zatrudnienie nie jest główą przyczyną emigracji. Z badań Centrum analitycznego Gremi Personal wynika, iż ​​głównym czynnikiem migracyjnym Ukraińców są wyższe pensje w krajach Unii Europejskiej i stabilna sytuacja gospodarcza.  Reforma prawa pracy na Ukrainie nie zatrzyma migracji zarobkowej, zadzieję się tak jedynie poprzez kompleksowe reformy gospodarcze i poprawę klimatu inwestycyjnego – biznesowego na Ukrainie.”

Parlament Europejski zwraca również uwagę na to, że prawa związków zawodowych na Ukrainie są ograniczone z powodu niedoskonałego i niejasnego ustawodawstwa.

Youtuberzy i inni twórcy internetowi pod lupą fiskusa

Prowadzenie vlogów, blogów, kont w mediach społecznościowych, serwisach internetowych bądź innej działalności internetowej coraz częściej staje się źródłem dużych zarobków, głównie wśród młodych ludzi. Muszą oni jednak pamiętać, że w większości przypadków zyskiem należy podzielić się z fiskusem. Eksperci KPMG w Polsce komentują w jaki sposób powinny być opodatkowane tego rodzaju dochody oraz z jakimi problemami w zakresie opodatkowania spotykają się twórcy internetowi.

Kwalifikacja przychodów

Przepisy ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych przewidują kilka źródeł przychodów. Kwalifikacja do prawidłowego źródła przychodu będzie zależała od rodzaju oraz charakteru działalności twórcy internetowego.

Możliwości zarobku dla takich osób są naprawdę szerokie. Mogą oni przykładowo otrzymywać wynagrodzenie za wyświetlanie reklam przy filmach, szeroko rozumianą współpracę z danymi markami albo mogą nieodpłatnie otrzymywać produkty do recenzowania. To oczywiście tylko wycinek z całego katalogu możliwości zarobkowych twórców internetowych. Z tego powodu, właściwe określenie tzw. źródła przychodów w wielu sytuacjach jest nie lada wyzwaniem.

Co do zasady, zgodnie z przepisami ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, pozarolniczą działalnością gospodarczą jest działalność zarobkowa m.in. usługowa prowadzona we własnym imieniu, bez względu na jej rezultat, w sposób zorganizowany i ciągły. Jeżeli spełnione są te warunki, przychód twórcy internetowego może zostać uznany za przychód z pozarolniczej działalności gospodarczej. Jeżeli działalność twórcy internetowego nie spełnia wyżej wymienionych przesłanek, a sam twórca internetowy nie prowadzi działalności gospodarczej, to kwalifikacja do prawidłowego źródła przychodów uzależniona jest od umów zawieranych przez twórcę internetowego oraz obszaru działalności twórcy.

Najczęściej w przypadku twórców internetowych nieprowadzących działalności gospodarczej uzyskiwane przez nich przychody kwalifikowane są jako przychody z działalności wykonywanej osobiście (np. w przypadku umów zlecenia, umów o dzieło), przychody z najmu (np. w przypadku najmu części swojej strony internetowej reklamodawcom) albo przychody z tzw. innych źródeł, jeżeli nie można jednoznacznie zakwalifikować przychodów do żadnego źródła – mówi Sebastian Kałuża, doradca podatkowy w Zespole ds. PIT w KPMG w Polsce.

Kłopotliwe rozliczanie przychodów zagranicznych

Często twórcy internetowi uzyskują przychody nie tylko ze źródeł w Polsce, ale np. otrzymują wypłaty zza granicy wskutek udziału w zagranicznych projektach. W takiej sytuacji, najczęściej konieczne staje się odniesienie do lokalnych uregulowań prawa podatkowego oraz do zawartych między danymi krajami umów o unikaniu podwójnego opodatkowania.

Częstym problemem, związanym z uzyskiwaniem przychodów zagranicznych, z jakim borykają się twórcy internetowi jest kwalifikacja przychodu do różnych źródeł przychodów w dwóch krajach na podstawie lokalnych przepisów obowiązujących w tych krajach. Ponadto, może się okazać, że w kraju, w którym dochód został wypłacony, został pobrany podatek w momencie wypłaty wynagrodzenia. Często konieczne może być również uzyskanie i przedstawienie certyfikatu rezydencji podatkowej przez twórcę internetowego.

Załóżmy, że twórca internetowy otrzymuje dochód z innego kraju, gdzie dochód ten uznawany jest np. jako należności licencyjne i opłaty za usługi techniczne. Natomiast w Polsce twórca internetowy może prowadzić działalność gospodarczą i dochód ten uznany może zostać jako dochód uzyskany w ramach tej działalności. Tego rodzaju przypadki muszą zostać dokładnie przeanalizowane celem zminimalizowania ryzyka podwójnego opodatkowania – mówi Grzegorz Grochowina, Deputy Director, Szef Zespołu ds. Zarządzania Wiedzą w Dziale Doradztwa Podatkowego w KPMG w Polsce.

Różne metody rozliczania przychodów

Jak już zostało wspomniane powyżej, istnieje kilka tzw. źródeł przychodów. Sposób rozliczenia danego przychodu uzależniony jest od tego, do jakiego źródła powinien on zostać przyporządkowany.

Przychody z działalności wykonywanej osobiście (np. umowa zlecenie) i przychody z tzw. innych źródeł, dla polskich rezydentów podatkowych opodatkowane są na tzw. zasadach ogólnych, czyli według skali podatkowej od 17% do 32%. Rozliczanie przychodów z najmu możliwe jest według skali podatkowej, ale także według ryczałtowej stawki 8,5% oraz 12,5% od nadwyżki ponad 100 tys. zł. Należy jednak pamiętać, że w przypadku rozliczenia ryczałtem nie ma możliwości odliczenia kosztów uzyskania przychodów.

Jeżeli chodzi o przychody z pozarolniczej działalności gospodarczej, to możliwe jest ich rozliczanie według skali podatkowej od 17% do 32% albo objęcie podatkiem liniowym w wysokości 19%. W obu przypadkach, dopuszczalne jest uwzględnienie poniesionych przez twórcy internetowych tzw. kosztów uzyskania przychodów.

Zgodnie z przepisami ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, kosztami uzyskania przychodów są koszty poniesione w celu osiągnięcia przychodów lub zachowania albo zabezpieczenia źródła przychodów.

Dla twórców internetowych jedną z największych wątpliwości stanowi bowiem właściwe rozliczanie ponoszonych przez nich kosztów. Organy podatkowe często odmawiają twórcom internetowym zaliczenia do kosztów uzyskania przychodów niektórych wydatków. Za twórcami internetowymi częściej opowiadają się z kolei sądy administracyjne.

Przykładowo fiskus odmówił uznania za koszty uzyskania przychodów wydatków na podróże, w tym wydatków na bilety lotnicze, noclegi, wyżywienie i bilety wstępu do parków rozrywki dla twórcy internetowego tworzącego filmy z parków rozrywki, które następnie zamieszcza na portalu internetowym (interpretacja indywidualna Dyrektora KIS z dnia 26 października 2020 r., sygn. 0112-KDIL2-2.4011.607.2020.1.MM).

Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z dnia 6 listopada 2019 r., sygn. II FSK 3802/17, pozwolił na odliczenie blogerce modowej wydatków na zakup ubrań, biżuterii, kosmetyków, perfum oraz wykonywanie fotografii, filmów i innych treści multimedialnych. Wcześniej fiskus odmówił prawa blogerce do odliczenia tego rodzaju wydatków. W najnowszych interpretacjach (np. interpretacja indywidualna Dyrektora KIS z 8 stycznia 2021 r., sygn. 0115-KDIT3.4011.624.2020.1.PS) fiskus zezwolił już na odliczenie wydatków na zakupione na potrzeby bloga odzież i obuwie.

Uwzględnienie konkretnych wydatków jako kosztów uzyskania przychodów jest kością niezgody między twórcami internetowymi a urzędami skarbowymi. W ostatnim czasie widać liberalizację stanowiska fiskusa, który np. wskazał, że wydatki na zakup odzieży i obuwia na potrzeby prowadzonego bloga mogą stanowić koszty uzyskania przychodów. Jeżeli jednak twórca internetowy chce mieć pewność co do możliwości odliczenia danych wydatków od przychodu, powinien wystąpić z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej przepisów prawa podatkowego – mówi Grzegorz Grochowina, Deputy Director, Szef Zespołu ds. Zarządzania Wiedzą w Dziale Doradztwa Podatkowego w KPMG w Polsce.

Rozliczanie nieodpłatnie przekazywanych produktów

Zdarza się, że twórcy internetowi otrzymują nieodpłatnie produkty np. do testowania i recenzowania na swoich kanałach. Często nie zdają sobie sprawy, że otrzymanie takiego produktu może wiązać się z dodatkowymi obowiązkami m.in. w zakresie podatku dochodowego od osób fizycznych.

Zwolnieniu z PIT podlega wartość nieodpłatnych świadczeń w związku z jego promocją lub reklamą jeżeli nie przekracza kwoty 200 zł. Należy zwrócić uwagę na fakt, że mowa o nieodpłatnym świadczeniu, tj. świadczeniobiorca nie powinien być zobowiązany do wykonania jakiegokolwiek świadczenia wzajemnego. Zwolnienie nie ma też zastosowania, jeżeli świadczenie jest dokonywane na rzecz pracownika świadczeniodawcy lub osoby pozostającej ze świadczeniodawcą w stosunku cywilnoprawnym.

W przypadku, gdy nie są spełnione warunki do zastosowania zwolnienia i twórca internetowy nie prowadzi działalności gospodarczej, na świadczeniodawcy ciąży obowiązek złożenia informacji PIT-8C. W sytuacji, gdy twórca internetowy prowadzi działalność gospodarczą, wartość nieodpłatnie przekazanego produktu powinna co do zasady zostać opodatkowana tak, jak przychody z działalności gospodarczej – mówi Sebastian Kałuża, doradca podatkowy w Zespole ds. PIT w KPMG w Polsce.

Na rynku wciąż brakuje operatorów wózków widłowych

Od początku pandemii rynek e-commerce w Polsce rośnie w siłę, a wraz z nim branża logistyczna. Rozwój e-handlu wpłynął na wzrost zapotrzebowania na specjalistów w obszarze magazynowania i transportu wewnętrznego. Najbardziej poszukiwanymi pracownikami są w tej chwili operatorzy wózków widłowych z uprawnieniami UDT oraz magazynierzy.

Od roku obserwujemy dynamiczny rozwój rynku e-commerce. Powstają kolejne wielkopowierzchniowe hale magazynowe, a firmy kurierskie przeżywają rozkwit. Wraz z rozwojem branży widać rosnące zapotrzebowanie na handlowców, spedytorów i magazynierów. Obecnie najbardziej poszukiwanymi pracownikami w branży logistycznej są operatorzy wózków widłowych z uprawnieniami UDT. W ostatnich latach pracownicy ci byli w grupie najbardziej porządanych, a szybki rozwój e-handlu sprawił, że niedobory kadrowe jeszcze bardziej się pogłębiły. Do prac związanych z wykorzystaniem wózka widłowego potrzebne są odpowiednie uprawnienia potwierdzone egzaminem, co również ma wpływ na aktualny deficyt kadrowy.

Tomasz Dudek
Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe

“W ostatnich miesiącach wśród naszych klientów pojawia się coraz więcej zapytań o operatorów wózków widłowych z uprawnieniami UDT. Firmy mają największy problem z pozyskaniem pracowników w strefach ekonomicznych i regionach, gdzie działają duże parki logistyczne. Niestety pracownicy z Polski nie są w stanie uzupełnić tych niedoborów kadrowych. Odpowiedzią na rosnące potrzeby rynku są operatorzy wózków widłowych ze wschodu. Jako agencja pracy dla wielu naszych klientów rekrutujemy pracowników ze wschodu z doświadczeniem w krajach ojczystych, a następnie przeprowadzamy ich przez proces szkolenia i uzyskania uprawnień w Polsce” – mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający agencji pracy OTTO Work Force Central Europe.

Pracownicy z Ukrainy znajdą pracę w logistyce

W najbliższych miesiącach niedobory kadrowe w branży logistycznej będą uzupełnianie przez pracowników ze Wschodu, którzy mimo pandemii znowu chętnie przyjeżdżają do Polski. Na koniec 2020 roku w ZUS zarejestrowanych było 725 tys. cudzoziemców, a to około 55 tys. więcej niż w lutym zeszłego roku, czyli przed pandemią. Trzech na czterech cudzoziemców pochodzi z Ukrainy. Trudna sytuacja gospodarcza na Ukrainie i rosnące tam bezrobocie motywuje ich do wyjazdu i podjęcia pracy w Polsce. Według badania agencji pracy OTTO Work Force Central Europe, przeprowadzonego pod koniec 2020 roku, aż 78% pracowników tymczasowych z Ukrainy deklaruje zadowolenie z pracy w Polsce. Dla 71% badanych główną motywacją do podjęcia pracy w Polsce są wyższe zarobki. Na kolejnej pozycji znajdują się lepsza sytuacja gospodarcza w Polsce (32%) oraz brak pracy na Ukrainie (31%).

26 proc. kluczowych stanowisk w polskich firmach zajmują kobiety

Polska zajmuje jedno z najwyższych miejsc w Unii Europejskiej pod względem przedsiębiorczości kobiet, dotyczy to głównie małych przedsiębiorstw. We wszystkich firmach objętych badaniem tylko 30 proc. członków zarządów to kobiety, a jedynie w 23 proc. pełnią one funkcję prezesa. Dlatego wciąż potrzebujemy inicjatyw wspierających Polki w realizacji marzeń o prowadzeniu własnego biznesu.

Kobiety w Polsce stanowią 52 proc. ludności, a ich potencjał przedsiębiorczości jest duży, potrzebne są tylko szanse i możliwości jego realizacji. W ciągu jedenastu lat działania konkursu Bizneswoman Roku organizowanego przez Fundację Sukcesu Pisanego Szminką nagrodzono już ponad setkę przedsiębiorczyń, założycielek firm nie tylko ogólnopolskich, ale i międzynarodowych.

W zarządach dużych firm wciąż jest za mało kobiet

O ile w budowaniu mniejszych biznesów przez kobiety Polska na tle innych krajów Europejskich wypada dobrze, to we władzach dużych firm, prowadzonych przez kilkuosobowe zarządy, kobiety są już w mniejszości.

Z danych zebranych przez agencję badawczą Bisnode a Dun & Bradstreet Company po przebadaniu 550 tys. firm wpisanych do rejestru KRS w Polsce, które mają wpisany skład zarządu pośród małych, średnich, dużych czy akcyjnych spółek wynika, że 30 proc. członków zarządów to kobiety. Z kolei tam gdzie pośród powyższych firm została wpisana w rejestr funkcja prezesa to w 23 proc. stanowią kobiety.

Oznacza to, że zaledwie 26 proc. kluczowych stanowisk w firmach zajmują kobiety. W porównaniu do roku 2018 to 2-procentowy wzrost. Jeszcze mniejszy jest udział kobiet w radach nadzorczych spółek obecnych na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych – wynosi 12,7 proc. To wzrost o 1,6 proc. w ciągu ostatnich 10 lat.

Przedsiębiorcze Polki na tle Unii Europejskiej

W Unii Europejskiej pod względem przedsiębiorczości kobiet zajmujemy jedno z najwyższych miejsc – co trzecia firma w Polsce jest założona i prowadzona przez kobietę. Zazwyczaj są to jednak niewielkie przedsiębiorstwa, zatrudniające do 9 osób, najczęściej z branży usługowej, w której aż 75 proc. firm należy do kobiet. Są to przede wszystkim salony fryzjerskie, salony urody, ale też kancelarie prawne, zakłady opieki zdrowotnej lub niewielkie przedsiębiorstwa produkcji i naprawy odzieży.

Komisja Europejska, w odpowiedzi na wezwanie Parlamentu Europejskiego, już w 2012 r. proponowała wprowadzenie parytetów ze względu na płeć, obierając za cel osiągnięcie 40-procentowego udziału kobiet w radach nadzorczych spółek giełdowych do końca 2020 r. Najbliżej tego są obecnie kraje skandynawskie, najdalej kraje bałkańskie oraz południowej i środkowej Europy – w tym Polska.

Przed realizowaniem się w biznesie kobiety często powstrzymuje brak wiary we własne możliwości. Jak wynika z badania Fundacji Sukcesu Pisanego Szminką, zaledwie 9 proc. kobiet deklaruje, że nie brak im pewności siebie, by podejmować ambitne zadania, a prawie 60 proc., wprowadzając zmiany w swoim życiu zawodowym, kieruje się oceną innych. Fundacja Sukcesu Pisanego Szminką od 12 lat stara się zwalczać te obawy, nagradzając kobiety, które dzięki determinacji i zaangażowaniu odniosły sukces w biznesie. Potrzeby takich inicjatyw dowodzi ogromne zainteresowanie, jakim się cieszą – w XI edycji r. w kategoriach otwartych konkursu Bizneswoman Roku wpłynęło ponad 700 nominacji. Mimo trudnych warunków, w jakich obecnie wszyscy działamy, trwa zbieranie nominacji do kolejnej edycji konkursu.

O konkursie
Kandydatki mogą zgłaszać się do konkursu samodzielnie lub zostać nominowane przez osoby trzecie, które już zauważyły ich sukcesy i chciałyby, żeby docenili je też inni. Zgłoszeń oraz nominacji można dokonać poprzez formularz on-line na stronie www.bizneswomanroku.pl

Badanie EY i Billennium: cyfrowe metody komunikacji w ocenie Polaków

Badanie EY i Billennium: Jeden na pięciu Polaków jest niezadowolony z cyfrowych metod kontaktu, po pandemii rzadziej ze zdalnych kanałów chce korzystać 41% ankietowanych.

Jak wynika z przeprowadzonego przez EY Polska i Billennium badania „Jak w warunkach nowej rzeczywistości Polacy korzystają z kanałów cyfrowych”, cyfrowe metody komunikacji pozytywnie ocenia 80% Polaków, choć 75% uważa jednocześnie, że możliwość bezpośredniego kontaktu z przedstawicielem firmy, sklepu czy instytucji jest ważna.
Najmniejszą otwartość deklarujemy wobec zdalnego zakupu samochodu. Tylko 15% Polaków byłoby gotowych zastąpić bezpośredni kontakt – komunikacją cyfrową. Co ciekawe, taka zamiana byłaby łatwiejsza, jeśli dotyczyłaby konsultacji lekarskich (tu gotowość deklaruje 23% badanych), edukacji (25% badanych). Bezpośredniego kontaktu najmniej potrzebujemy przy wykonywaniu operacji bankowych – 63% badanych jest gotowych zastąpić bezpośredni kontakt na rzecz zdalnych interakcji, 51% w ten sposób mogłoby załatwiać sprawy urzędowe.

Rys. 1. W których spośród wymienionych niżej dziedzin wyobrażasz sobie zastąpienie bezpośredniego kontaktu (twarzą w twarz) kontaktem zdalnym (np. video rozmowa, rozmowy telefoniczne, chat, portale obsługi klienta, aplikacje mobilne firm usługowych, sklep internetowy etc.)?
cyfrowe metody kontaktu w ocenie Polaków

– 2020 rok nie rozpoczął ery online. Jak wynika z naszego badania, tylko połowa Polaków w 2020 korzystała częściej z kanałów cyfrowych. Druga połowa nie zwiększyła tego wykorzystania. Miniony rok zapoczątkował natomiast czasy omnichannel w pełnym rozumieniu tego słowa, czyli usługi obejmującej przecinające się ze sobą kanały – w tym punkty stacjonarne oraz e-commerce. Czy Polacy mogą się wkrótce odwrócić od kanałów offline? Nie do końca. Jak widać, nie wszyscy użytkownicy przeniosą się do kanałów cyfrowych i nadal preferowanym przez wielu użytkowników sposobem obsługi będą kanały fizyczne, zwłaszcza w kwestiach wymagających konsultacji. Natomiast z całą pewnością zwiększy się, wymuszona bieżącymi okolicznościami związanymi z pandemią, cyrkulacja pomiędzy kanałami, stąd dla naszych klientów kluczowe jest teraz omnikanałowe doświadczenie klienta – mówi Wojciech Soleniec, Partner z EY Technology Consulting.

Biorąc pod uwagę rodzaje kanałów zdalnej komunikacji, w ostatnim roku Polacy najczęściej korzystali z portali obsługi klienta, np. bankowości elektronicznej, ubezpieczyciela czy operatora sieci komórkowej (59%). Niemal równie często, by załatwić niezbędne sprawy łączyliśmy się z infolinią (54%). Zdecydowanie najmniej popularną formą kontaktu były w ostatnich 12 miesiącach video rozmowy, z których skorzystało jedynie 13% ankietowanych.

Rys. 2. Z których z wymienionych kanałów zdalnych korzystałeś/aś w ciągu ostatnich 12 miesięcy?

Z których z wymienionych kanałów zdalnych korzystałeś

– Pojawienie się koronawirusa przyspieszyło adaptację kanału video w obsłudze klienta. Znaczenie tak zwanego mirror world, będącego cyfrowym odzwierciedleniem świata realnego, jest obecnie coraz bardziej doceniane w sektorze usług oraz retail, choć jeszcze nie doceniają go w pełni klienci nieprzyzwyczajeni do tej formy kontaktu. Jak wynika z naszego badania, dla ponad połowy użytkowników pierwsze doświadczenie z kanałem video jako narzędziem komunikacji nastąpiło wraz z pandemią. Największą popularnością cieszył się on przy internetowych zakupach, edukacji, kontaktach z bankiem. Znacznie mniejszą grupę stanowili ci, którzy za pośrednictwem video rozmawiali z firmami telekomunikacyjnymi, dostawcami gazu lub prądu oraz innymi usługodawcami – mówi Michał Halagiera, Chief Solution Officer z Inperly w Billennium.

O badaniu „Jak w warunkach nowej rzeczywistości Polacy korzystają z kanałów cyfrowych?”
Badanie zostało zrealizowane na przełomie września i października 2020 roku na reprezentatywnej grupie 530 respondentów (z zachowaniem referencyjnych rozkładów w kategoriach płeć, wiek, wykształcenie i miejsce zamieszkania). Dodatkowo zrealizowano badanie specjalne na podgrupie 283 osób korzystających z kanału video do kontaktów z firmami oraz instytucjami. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wywiadów CAWI – ankieta online, wspartych wywiadami CATI – ankieta telefoniczna.

Więcej informacji: https://www.ey.com/pl_pl/raporty-analizy/jak-w-warunkach-nowej-rzeczywistoci-polacy-korzystaj-z-kanalow-cyfrowych

Prezes Movie Games Mobile obejmie do 300 tys. akcji Infoscanu z nowej emisji

Firma telemedyczna Infoscan S.A. oraz Kamil Gaworecki, Prezes Zarządu Movie Games Mobile, podpisali porozumienie. Na jego podstawie Kamil Gaworecki zobowiązał się do objęcia oraz opłacenia do 300 tys. akcji Infoscanu, które będą pochodziły z nowej emisji akcji serii N. Środki z emisji zostaną przeznaczone na spłatę części zobowiązań Spółki. Jest to jeden z warunków połączenia Infoscanu z Movie Games Mobile zawartych w Term Sheet.

Warunkiem objęcia i opłacenia do 300.000 akcji serii N przez Akcjonariusza jest zaoferowanie akcji w terminie do 31 marca br. Drugim warunkiem jest przedstawienie do tego dnia planu połączenia z Movie Games Mobile. Spółka zaoferuje Akcjonariuszowi akcje do objęcia niezwłocznie po podjęciu przez Zarząd uchwały o ustaleniu ceny emisyjnej akcji serii N. Cena emisyjna zostanie określona przez Zarząd po zakończeniu trwających obecnie prac nad wyceną zorganizowanej części przedsiębiorstwa, która zgodnie z decyzją NWZ Spółki zostanie sprzedana podmiotowi zewnętrznemu.

Jako współzałożycielowi oraz Prezesowi Zarządu Movie Games Mobile bardzo zależy mi na szybkim spełnieniu przez Infoscan warunków połączenia oraz na sprawnym przeprowadzeniu całego procesu. Dlatego zdecydowałem się zawiązać porozumienie ze Spółką oraz zadeklarować chęć objęcia części z oferowanych akcji serii N. Pozwoli to na szybsze pozyskanie kapitału na spłatę zobowiązań. Oprócz tego, jako przedstawiciel Movie Games Mobile będę mógł umocnić swój udział w akcjonariacie Spółki.  – informuje Kamil Gaworecki, Prezes Zarządu Movie Games Mobile oraz akcjonariusz Infoscanu.

Zgodnie z Term Sheet Infoscan zobowiązał się do spłaty wszystkich zobowiązań. Środki na realizację tego celu zostaną pozyskane m.in. w ramach sprzedaży ZCP Infoscanu i udziałów w spółkach zależnych oraz z emisji akcji serii N. Proces ten będzie poprzedzało badanie stanu prawnego i finansowego Infoscanu i Movie Games Mobile.

Pierwsza w Polsce instalacja do przetwarzania tonerów

W ciągu jednej godziny jest w stanie przetworzyć aż 800 kilogramów tonerów. Pierwsza w Polsce i jedna z niewielu w Europie instalacja do przetwarzania tonerów została uruchomiona przez MB Recycling, lidera w branży zbierania i przetwarzania zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego. W ten sposób  polska marka staje się prekursorem w dziedzinie nowoczesnego recyklingu.

Rozwojowy sektor

Drukujemy dużo, a będziemy jeszcze więcej. Wartość światowego rynku tonerów szacuje się dziś na 19,13 mld dolarów, a wedle amerykańskich szacunków Reports and Data liczba to wzrośnie do ponad 28 mld dolarów w 2027. Wzrost ten podyktowany jest rosnącym popytem na atramenty zwłaszcza w kontekście opakowań i druku komercyjnego, które odpowiadają za ponad 40% dochodów tego segmentu. „Zgodnie z obowiązującymi od 5 lat unijnymi przepisami tonery stanowią zużyty sprzęt elektryczny i elektroniczny, który wymaga właściwego przetworzenia. Dlatego tak istotne są innowacyjne rozwiązania w kontekście recyklingu tonerów” – mówi Paweł Kozieł, dyrektor ds. technicznych i wdrożeń MB Recycling.

Proces od środkainstalacja tonerowa zdjęcie 1

Pierwsza w kraju instalacja do przetwarzania tonerów pozwala na ich szybki i całkowicie bezpieczny recykling, a sam proces jest w pełni zautomatyzowany.Operator podaje kasetę tonerową  do podajnika, skąd trafia do rozdrabniacza, tam następuje rozdrobnienie kasety, po czym kolejnym etapem jest separacja  proszku tonerowego od  metali żelaznych, nieżelaznych oraz tworzyw sztucznych, które ponownie wracają na rynek. Hermetyzacja całego procesu czyni go całkowicie bezpiecznym” – tłumaczy Paweł Kozieł. Z tonerów można odzyskać m.in. stal, miedź, aluminium i tworzywa sztuczne, które mogą być ponownie wykorzystane w przemyśle samochodowym, drogowym czy budowlanym.instalacja tonerowa zdjęcie 2

Potencjał do wykorzystania

Instalacja może przetwarzać zarówno tonery atramentowe, jak i proszkowe, „Instalacja niesie ze sobą olbrzymi potencjał i wychodzi naprzeciw potrzebom rynku. Przedsiębiorstwa, instytucje publiczne, szkoły, firmy reklamowe, drukarnie, producenci opakowań – zaryzykowałbym twierdzenie, że nie ma dziś firmy, która nie korzystałaby z drukarki czy innych urządzeń do kopiowania. Jednocześnie zużyte tonery stanowią trudny odpad, z którym wiele osób nie wie jak właściwie postąpić. Dlatego z jednej strony warto mówić o tym, że tonery to elektryczne śmieci, a także ułatwiać ich szybkie i bezpieczne oddanie” – mówi Bartłomiej Hajduk, prezes MB Recycling. Odbiór tonerów następuje z zachowaniem wszystkich procedur prawnych. „Działamy w oparciu o najwyższe standardy bezpieczeństwa” – zaznacza ekspert MB Recycling  Tomasz Wirecki. „Dokładamy starań, aby odbiór tonerów z firm i instytucji przebiegał w ciągu kilku dni od zgłoszenia na infolinii 572-102-102. Wszystko w trosce o środowisko i wygodę klienta” – dodaje.

Nowy Jedwabny Szlak – nowy kierunek dla polskiego transportu?

Transport na Wschód, poza granicę Unii Europejskiej, wiąże się z sporą liczbą przeszkód do pokonania. Formalnych, politycznych, infrastrukturalnych, na przejściach granicznych czy problemów dotyczących bezpieczeństwa. W Polsce nie brakuje jednak przewoźników, którzy podejmują się transportu towarów w tym kierunku. Liczba wydawanych zezwoleń na 2021 rok do Białorusi i Rosji wzrosła – odpowiednio do 205 i 220 tysięcy, a na Ukrainę została na takim samym poziomie – 160 tysięcy. Poprawa warunków do wykonywania transportu w tym regionie powinna mieć wpływ na popularyzację wśród polskich firm Nowego Jedwabnego Szlaku z Chin do Europy. Marta Staniszewska, ekspert GBox, Grupa INELO oraz Kamil Wolański, kierownik działu ekspertów OCRK, przedstawiają analizę szans i wyzwań stojących przed polskimi przewoźnikami, którzy mogą postawić na specjalizację w transporcie na Wschód.

Dotychczas najczęściej wybieranym rozwiązaniem logistycznym w przewozie towarów na linii Azja – Europa był transport morski. To się jednak może szybko zmienić. – Rozwój wschodniej technologii i infrastruktury drogowej stwarza możliwość wymiany handlowej na skalę dotąd niespotykaną, przy jednocześnie atrakcyjnych kosztach i przede wszystkim, błyskawicznym tempie przewozu towarów. To nowy, atrakcyjny rynek dla firm transportowych z Polski, który nie jest tak konkurencyjny i „oblegany”, jak najbardziej popularne kierunki tranzytowe – podkreśla Marta Staniszewska, ekspert GBox, Grupa INELO.

Na Wschód bez Pakietu Mobilności

Transport za wschodnią granicę Polski przebiega inaczej niż na terenie Unii Europejskiej. Z jednej strony jest bardziej ekonomiczny dla właścicieli firmy, bo nie obowiązuje tam przyjęty w ubiegłym roku unijny Pakiet Mobilności czy też inne przepisy wprowadzane przez państwa np. dotyczące płacy minimalnej.

Z drugiej strony przewoźnicy muszą się liczyć z różnego rodzaju przeszkodami. Jedną z barier w rozwoju transportu na Ukrainę, Białoruś i do Rosji są formalności. Jeśli chodzi o Ukrainę, to konieczne jest uzyskanie faktury dla odbiorcy towaru, świadectwa przewozowego i specyfikacji. Transport odbywa się na podstawie uzyskania zezwolenia ogólnego lub zezwolenia EMKT (od tego roku wydawane tylko dla pojazdów o klasie ekologii minimum EURO 4).

Telematyka otworzy Wschód dla polskiego transportu?

Kolejnym problemem jest niestabilność polityczna kraju. Część terenów zwłaszcza na wschodzie jest zagrożona konfliktem wojennym. Dlatego eksperci zalecają przewoźnikom rozszerzenie odpowiedzialności cywilnej na kraje spoza Unii Europejskiej i dodatkowe ubezpieczenie uwzględniające niebezpieczeństwo uszkodzenia lub kradzieży ładunku. Szczególną uwagę należy więc zwrócić na kontakt z kierowcą oraz monitoring transportu, co zapewniają nowoczesne rozwiązania telematyczne.

Tu w szczególności mogą pomóc rozwiązania telematyczne, które w czasie rzeczywistym pozwalają na monitoring towaru oraz ciężarówki, zwiększając bezpieczeństwo kierowcy oraz przewoźnika. Rozwój nowych technologii w transporcie przyspiesza „otwieranie” się wschodnich państw na zachodnie firmy transportowe ze względu na wspomniane wcześniej zwiększenie bezpieczeństwa oraz zdecydowanie ułatwienie komunikacji na linii przewoźnik – kierowca. Dodatkowo, cyfrowy obieg dokumentów, coraz bardziej popularne rozwiązanie wśród wielu przewoźników, przyspiesza procedury graniczne, co jest szczególnie ważne poza terytorium UE – dodaje Marta Staniszewska.

Rosja i Białoruś – służby interpretują po swojemu

W przypadku transportu do Rosji warto zwrócić uwagę, że niezbędna dokumentacja różni się w zależności od tego czy ładujemy towar w Polsce, czy w innym kraju członkowskim. Niezależnie od tego funkcjonują dwa typy pozwoleń – tzw. zezwolenie ogólne na wykonywanie przewozu między tymi dwoma krajami i w tranzycie oraz tzw. zezwolenia kr-3, czyli dotyczące transportu do i z krajów trzecich. Jeśli towar pochodzi z Polski, wystarczy dokument potwierdzający np. certyfikat pochodzenia towaru czy faktura VAT. W przypadku towaru spoza Polski, Rosjanie zażądają dokumentu przewozowego CMR, świadectwa pochodzenia towaru, faktury, zlecenia przewozu, a także niezbędnych świadectw np. weterynaryjnych.

Polscy przewoźnicy narzekają na działania strony rosyjskiej. Eksperci zwracają uwagę, że umowa między naszymi krajami jest zwykle interpretowana jednostronnie. Do tego rosyjskie przepisy wewnętrzne są z nimi sprzeczne i bardzo utrudniają polskim przewoźnikom wykonywanie przewozów do Rosji. Kierowcy muszą liczyć się z częstszymi kontrolami, a służby przyglądają się zezwoleniom na transport i je kwestionują. Podważają, że choć towar zapakowano w Polsce, to był wyprodukowany w innym kraju, a to wymaga kolejnych dokumentów. Najlepiej mieć więc obydwa zezwolenia – ogólne dotyczące przewozów na podstawie umowy polsko–rosyjskiej i tzw. kr-3 dotyczące przewozów do i z krajów trzecich – radzi Marta Staniszewska, ekspert GBox.

Na Białorusi obowiązują trzy rodzaje zezwoleń na międzynarodowy transport: ogólne, czyli dające prawo do wykonania przewozu dwustronnego albo tranzytowe, zezwolenie specjalne i zezwolenie EKMT. I w tym przypadku polscy przewoźnicy narzekają na działania białoruskich służb na granicy. Celnicy dokonują rozładunku przewożonego towaru, a następnie, nawet gdy wszystko się zgadza z dokumentami, wystawiają przewoźnikom fakturę za wykonane czynności rozładunku i załadunku.

Pakiet Mobilności spędza sen z powiek?

Polska jest granicą Unii Europejskiej i poza nią nie obowiązuje niedawno wprowadzony Pakiet Mobilności. A według szacunków Związku Pracodawców Transport i Logistyka Polska nowe przepisy mogą spowodować spadek przewozów o 20 proc., zmniejszenie przychodów nawet o 2 mld euro rocznie i likwidacja 40-60 tys. miejsc pracy. Jeśli dodać, że kilka lat temu m. in. Niemcy, Belgia, Holandia, Francja czy Austria wprowadziły przepisy zobowiązujące także polskich przewoźników do płacenia swoim pracownikom nie mniejszej stawki niż wynosi płaca minimalna w tych krajach, to transport na Wschód jest bardziej ekonomiczny. – Stawki kierowców w tej części Europy są też dużo niższe. Na Białorusi zarobki kierowców w transporcie międzynarodowym to około 500–700 euro. Podobnie jest na Ukrainie – 600 euro, a to i tak kilka razy więcej niż płaca minimalna w tym kraju (około 150 euro). W Rosji stawki w dużych miastach jak Moskwa i Sankt Petersburg wynoszą około tysiąca euro, w mniejszych 600 – 700 euro – dodaje Marta Staniszewska.

Nowy Jedwabny Szlak – handlowa tętnica świata dla polskich przewoźników

Wymienione aspekty dają podstawy dla polskich przewoźników, by mocniej zainteresowali się transportem na Wschód, a w perspektywie Nowym Jedwabnym Szlakiem. W 2013 roku Chiny w celu organizacji szybszego transportu towarów zaproponowały właśnie stworzenie tzw. Nowego Szlaku Jedwabnego. Celem tej inicjatywy jest skrócenie czasu przewozu ładunków, poprawa ich bezpieczeństwa i ograniczenie kosztów.

– W ostatnich miesiącach zauważamy zwiększone zainteresowanie na polskim rynku transportowym przewozami drogowymi z Chin do Europy, czyli po tzw. nowej „handlowej tętnicy świata”. Rozwój Nowego Jedwabnego Szlaku stwarza możliwość wymiany handlowej na skalę dotąd niespotykaną, przy jednocześnie atrakcyjnych kosztach i przede wszystkim, błyskawicznym tempie przewozu towarów. W wielu przypadkach oscylują one w granicach 7-14 dni, podczas gdy czas dostarczenia towarów drogą morską to około 40 dni – podkreśla. Kamil Wolański – To nowy, atrakcyjny rynek dla firm transportowych z Polski i pozostałych krajów Europy, który w obecnej chwili nie jest tak konkurencyjny i „oblegany”, jak najbardziej popularne kierunki tranzytowe. Warto zauważyć, że Chiny produkują towary, w tym m.in. produkty farmaceutyczne, których zapotrzebowanie w Europie stale rośnie, szczególnie widoczne jest to w okresie pandemii – dodaje.

Najważniejszymi zadaniami, od których zależy powodzenie Nowego Jedwabnego Szlaku, to efektywna organizacja transportu z uwzględnieniem przepisów celnych w różnych krajach i różnorodnej infrastruktury. Rosnące znaczenie transportu na Daleki Wschód powinno zainteresować polskich przewoźników.

Formalności, infrastruktura, rozliczenia

– W związku z tym pojawiają się pytania o organizację oraz rozliczanie tego typu transportów wśród naszych stałych i nowych klientów, którzy podjęli już pierwsze próby lub dopiero przygotowują się do ekspansji na nowy rynek. Kraje, przez które przechodzi Nowy Jedwabny Szlak szykują się pod kątem umożliwienia wykonywania przewozów drogowych na ich terenie. Dostosowują wewnętrze przepisy do umowy AETR, jak w przypadku Rosji, która pracuje nad ujednoliceniem tych regulacji. Jednocześnie jako Grupa Inelo prowadzimy rozmowy ze służbami kontrolnymi w krajach wschodnich, przez które przechodzi Nowy Jedwabny Szlak, ponieważ instytucje te pracują nad uregulowaniem przepisów dotyczących przewozów drogowych na swoim terytorium – zaznacza Kamil Wolański, ekspert OCRK.

Przepisy to jedno, ale niemniej ważne jest praktyczne przygotowanie szlaku transportowego do korzystania przez kierowców. Trzeba wybudować lub zmodernizować kilka tysięcy kilometrów dróg, postawić stacje paliw, miejsca odpoczynku czy noclegowe, a także zapewnić należyte bezpieczeństwo.

– Chińska inicjatywa Nowego Jedwabnego Szlaku przewiduje spore inwestycje w projekty infrastrukturalne. Ma skupić się w centralnej, zachodniej i południowej Azji, a także Afryce i Europie. Oprócz kwestii związanych z infrastrukturą znaczącym problemem, na który wskazują nasi klienci, jest liczba granic, które trzeba przekroczyć i związanych z tym wymaganych dokumentów w odpowiednich językach, a także wiz w przypadku wjazdu na teren kraju spoza UE – komentuje Kamil Wolański. – Warto zauważyć również, że do pokonywania tak długich tras firma transportowa musi zainwestować w nowe pojazdy. Przewoźnik powinien pamiętać, że w przypadku pojazdów z 2019 roku wyposażonych w smart tachografy wjazd takim pojazdem do niektórych krajów może wiązać się nałożeniem kary finansowej, ponieważ tego typu cyfrowy tachograf nie został jeszcze formalnie dopuszczony w ramach konwencji AETR.

Transport na Wschód, ale nie tylko do Rosji, Ukrainy, Białorusi, ale jeszcze dalej aż do Chin to atrakcyjny kierunek dla polskich przewoźników. Nowy Jedwabny Szlak to otwarcie nowych możliwości dla tego biznesu, zwłaszcza jeśli uda się przezwyciężyć kwestie formalne, poprawić infrastrukturę i bezpieczeństwo. Należy się jednak do niego dobrze przygotować, bo mogą tam czekać niespodzianki, które raczej nie zdarzają się na terenie Unii Europejskiej.

MedApp wdroży w swojej aplikacji rozwiązanie StethoMe

MedApp podpisał umowę ze start-upem StethoMe, twórcą rozwiązania do zdalnego wykrywania nieprawidłowości w układzie oddechowym. W ramach współpracy MedApp wdroży w swojej aplikacji medycyny cyfrowej bezprzewodowy stetoskop, który pozwoli na poszerzenie zakresu badań oferowanych przez placówki medyczne korzystające z rozwiązań CarnaLife System oraz Cyfrowa Przychodnia.

StethoMe to pierwszy system do zdalnego wykrywania nieprawidłowości w układzie oddechowym. Opiera się na algorytmach sztucznej inteligencji posiadających status wyrobu medycznego, współpracujących z bezprzewodowym stetoskopem oraz dedykowaną aplikacją. Dzięki wykorzystaniu unikalnych technologii zapewniających kontrolę jakości badania, może ono być używane przez pacjentów w warunkach zdalnych. Rozwiązanie jest szczególnie przydatne dla osób cierpiących na takie choroby jak astma, przewlekła obturacyjna choroba płuc, cukrzyca, zapalenie płuc, zapalenie oskrzeli i inne schorzenia związane z układem oddechowym.

– StethoMe to jedno z najbardziej innowacyjnych rozwiązań dostępnych obecnie na rynku medycznym. Cieszymy się, że wspólnie zespołem StethoMe będziemy mogli wdrożyć je w naszych placówkach partnerskich oraz wzbogacić o nie aplikację i usługi MedAppu. Już teraz CarnaLife System oraz Cyfrowa Przychodnia oferują szerokie spektrum pomiarów i ich analizy z zakresu chorób wewnętrznych, kardiologii, czy diabetologii. Dzięki wdrożeniu bezprzewodowego stetoskopu lekarze z placówek korzystających z naszych rozwiązań otrzymają możliwość kontroli stanu układu oddechowego pacjentów bez konieczności umawiania się na wizyty. Wszystko w warunkach zdalnych – podsumowuje Krzysztof Mędrala, Prezes Zarządu MedApp.

CarnaLife System to zaawansowana platforma medycyny cyfrowej, która umożliwia lekarzowi ocenę i monitorowanie stanu zdrowia pacjentów z różnymi schorzeniami oraz zdalne przeprowadzanie konsultacji o dowolnej porze dnia i w dowolnym miejscu. W zależności od wskazań medycznych pacjenci będący pod opieką personelu wykorzystującego platformę CarnaLife System, mierzą poziom glikemii, ciśnienie tętnicze krwi, wykonują badanie EKG, pomiar temperatury, pulsoksymetrię, itp. Platforma umożliwia także zbieranie danych dotyczących samopoczucia oraz innych parametrów związanych z monitoringiem objawów neuropsychiatrycznych. CarnaLife System jest modułem analitycznego systemu CarnaLife, który jest certyfikowany jako wyrób medyczny klasy IIb.  MedApp wprowadził w październiku 2020 roku kolejne rozszerzenia aplikacji w postaci usługi Cyfrowej Przychodni. Ma ono na celu usprawnić funkcjonowanie zarówno małych placówek medycznych, szpitali, jak i rozwiniętych sieci medycznych oraz będzie dla nich realnym wsparciem w zakresie pełnej obsługi pacjentów.

Zapowiada się dobre pierwsze półrocze dla budownictwa. Co druga firma liczy na poprawę kondycji

Tylko 20 proc. firm budowlanych uważa, że epidemia koronawirusa ma niekorzystny wpływ na ich branżę. To najmniej ze wszystkich sześciu badanych sektorów – wynika z Barometru COVID-19 na I kwartał br. zrealizowanego przez EFL. Dla 67 proc. koronawirus jest neutralny. Przedsiębiorstwa budowlane z umiarkowanym optymizmem spoglądają także na kolejne miesiące tego roku. Co druga uważa, że w I półroczu br. ich kondycja poprawi się. Jest to nie tylko najwyższy wynik od początku realizacji badania dla budowlanki, ale także wśród wszystkich badanych sektorów.

Barometr EFL dla branży budowlanej na I kwartał 2021:

  • Subindeks: 48,8 pkt. (+0,4 pkt. kw./kw.)
  • Inwestycje: 6 proc. przedsiębiorców prognozuje zwiększenie inwestycji; 16,5 proc. prognozuje spadek inwestycji
  • Sprzedaż: 22,5 proc. przedsiębiorców prognozuje zwiększenie sprzedaży; 20 proc. prognozuje spadek sprzedaży
  • Płynność finansowa: 16 proc. przedsiębiorców prognozuje poprawę płynności finansowej; 10 proc. prognozuje pogorszenie płynności finansowej
  • Finansowanie zewnętrzne: 7,5 proc. przedsiębiorców prognozuje większe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne; 12,5 proc. prognozuje mniejsze zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne
  • Barometr COVID-19: 50 proc. przedsiębiorców spodziewa się poprawy kondycji w branży w I półroczu 2021 roku

– Budownictwo należy do tych części gospodarki, które z powodu koronawirusa nie zostały ani razu zamknięte. To jednak nie oznacza, że nie dotknęły jej skutki pandemii. Wręcz przeciwnie – w kwietniu ubiegłego roku, czyli niedługo po rozpoczęciu narodowego lockdownu, wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury opublikowany przez GUS poszybował do poziomu -47,1 dla budownictwa i nie odbiegał od pozostałych branż. Dla porównania, w marcu wyniósł -1,9. Przełom 2020 i 2021 roku przyniósł lekki powiew optymizmu. Podczas gdy w listopadzie ub.r. wskaźnik koniunktury w budownictwie wyniósł minus 26,2, a w grudniu minus 22,6, w styczniu tego roku ukształtował się na poziomie -18,6. Widzimy więc poprawę nastrojów. Barometr EFL, który wybiega w przyszłość, jeszcze jednoznacznie nie wskazuje na powrót koniunktury, jednak w kontekście pandemii widać, że firmy budowlane liczą na ożywienie w pierwszym półroczu – powiedział Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.

Stabilne fundamenty …

Subindeks Barometru EFL na I kwartał br. dla branży budowlanej wyniósł 48,8 pkt., o 0,4 pkt. więcej niż w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Wartość wskaźnika utrzymuje się na podobnym poziomie od połowy 2020 roku. W pomiarze na III kwartał (realizowany na przełomie czerwca i lipca 2020 roku) wyniósł 49 pkt., a na IV kwartał (realizowany pod koniec września ub. r.) 48,4 pkt.

W każdym z badanych obszarów (inwestycje, sprzedaż, płynność finansowa, finansowanie zewnętrzne) największą grupę stanowią przedstawiciele firm nie przewidujący żadnych zmian. Niewiele podmiotów myśli o inwestycjach – tylko 6 proc., a na wyższą sprzedaż liczy co piąty zapytany (22,5 proc.).

… pod wzrost w 2021 roku

Wpływ pandemii koronawirusa na MŚP jest oceniany przez większość przedstawicieli budowlanki jako neutralny biznesowo. Taką opinię wyraziło 2 na 3 przedsiębiorców (67,5 proc.). Co piąty wskazuje na negatywny charakter pandemii – to najmniej ze wszystkich sektorów.

EFL w badaniu Barometr COVID-19 po raz szósty zapytał przedsiębiorców z branży budowlanej, czy w kontekście kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa, sytuacja w ich branży w ciągu najbliższych 6 miesięcy poprawi się, pogorszy czy pozostanie bez zmian. W porównaniu z pomiarem na ostatni kwartał ubiegłego roku (realizowanym pod koniec września 2020 roku) widoczny jest większy optymizm. 50 proc. przedsiębiorców ocenia, że sytuacja się poprawi. To najlepszy wynik wśród sześciu badanych sektorów. 37,5 proc., że pozostanie bez zmian. Tylko 5 proc. zapytanych jest zdania, że się pogorszy.

Co ciekawe, budownictwo, obok transportu, jest branżą, w której upadki firm są najrzadziej wskazywane jako efekt pandemii. Tylko co dziesiąty przedsiębiorca uważa, że w wyniku pandemii koronawirusa zamknie się wiele firm budowlanych. Dla porównania, w HoReCa tego zdania jest aż 99 proc. zapytanych, a w handlu 56 proc.

W leasingu odbija się sytuacja branży

Z najnowszych danych Związku Polskiego Leasingu wynika, że z każdym miesiącem ubiegłego roku sytuacja w budownictwie poprawiała się. W ciągu dwunastu miesięcy 2020 roku firmy leasingowe sfinansowały sprzęt budowlany o wartości 3,3 mld zł, co oznacza 9 proc. spadek rok do roku. Druga część roku była już znacznie lepsza niż pierwsza, gdyż od stycznia do czerwca 2020 roku wartość sfinansowanych maszyn budowalnych była o 21,5 proc. niższa niż w analogicznym okresie 2019 roku. Eksperci EFL, leasingodawcy który wciąż pozostaje numerem jeden w finansowaniu maszyn i urządzeń budowlanych z ponad 20 proc. udziałem w rynku, spodziewają się, że ten rok dla polskiego budownictwa będzie już zdecydowanie lepszy.

Kto zarobił, a kto stracił na akcjach GameStop?

Amerykańska giełda od kilku tygodni żyje bezprecedensową sytuacją, dotyczącą nagłego wzrostu wartości akcji spółki Gamestop. To teksański producent i dystrybutor gier video, którego akcje wyskoczyły do góry dzięki zorganizowanej akcji indywidualnych inwestorów. Prasa lubi opisywać to wydarzenie w czarno-białej kolorystyce – pojedynczy inwestorzy występujący przeciwko wielkim hedgefundom, które chciały zarobić na bankructwie Gamestopa. Jednak wyniki tej gry nie rozkładają się według tego podziału. Wielu wielkich graczy rzeczywiście straciło miliony w wyniku akcji forumowiczów Reddita – ale są też instytucje, które na całym zamieszaniu sporo zarobiły.

– Mieliśmy do czynienia z gigantycznym odbiciem wśród giełdowych pariasów, nie tylko w przypadku Gamestopa. Widzieliśmy to w Niemczech – gdzie zyskiwała Varta czy Evotec, w Polsce – gdzie rósł CD Projekt. To nie była więc tylko zagrywka inwestorów indywidualnych – ale instytucji, które mają dużo szerszy zasięg i wiedzą, gdzie takie pozycje są wrażliwe – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Miliński, zarządzający funduszami Quercus TFI. – Wśród instytucji są więc zarówno wygrani, jak i przegrani. Niektóre hedgefundy straciły w miesiąc około 50% swoich funduszy i na trwale utraciły zaufanie klientów. Ale są też wygrani. Jeden duży gracz instytucjonalny zyskał kilkaset milionów dolarów tylko dzięki zagraniu na akcjach Gamestopu. Mamy wielu inwestorów indywidualnych, którzy się bardzo wzbogacili – ale też takich, którzy po tym całym zamieszaniu będą musieli sobie poradzić z akcjami, co do których nie mają żadnego planu. W takich sytuacjach często pada pytanie o przewidywalność rynku. Co do zasady charakteryzuje się on niepewnością. Możemy używać jakichś modeli, żeby próbować ten rynek prognozować: analizy fundamentalnej, ilościowej, analizy sentymentu. Każda z tych metod może dać zarobić pieniądze, ale nie możemy jedną metodą wytłumaczyć wszystkich zjawisk na rynku. Dlatego jeżeli nie mamy pewności, że nasz model jest w danej  sytuacji stuprocentowo skuteczny, warto czasem postać z boku i poczekać na rozwój wydarzeń – zaleca Miliński.

2020 w Poznaniu ze wzrostem popytu na rynku biurowym. Trendy na 2021 r.

W 2020 roku popyt na powierzchnię biurową w Poznaniu był o 55% wyższy niż w ubiegłym roku – wynika z danych Colliers. W strukturze najmu dominowały nowe umowy.

W 2020 r. na poznańskim rynku biurowym podpisano umowy najmu na 63 200 mkw. Duży wpływ na tak wysoki wynik miała umowa najmu na 26 000 mkw. podpisana przez Allegro w biurowcu Nowy Rynek. W 2019 roku popyt wyniósł ponad 40 700 mkw.

— Cieszy nas, że pomimo trudnego roku naznaczonego przez pandemię, aktywność najemców była tak duża. W 2020 r. wspieraliśmy klientów, głównie z sektorów shared-service, IT i medycznego łącznie w kilkunastu procesach wyboru nieruchomości. Spodziewamy się, że w 2021 liczba nowych umów utrzyma się na stabilnym poziomie. Można także spodziewać się wzrostu udziału renegocjacji. Powoli zaczynamy zauważać także wzrost podnajmów. Reprezentujemy obecnie dwóch klientów, którzy deklarują chęć podnajmu kolejno 11 000 i 2 300 mkw. — mówi Sebastian Bedekier, dyrektor regionalny Colliers w Poznaniu.

Jak zauważa Sebastian Bedekier, wiele firm wciąż czeka na rozwój sytuacji związanej z Covid-19 i pracuje nad nowym modelem pracy, w głównej mierze hybrydowym.

— Decyzje związane z wynajmem powierzchni przekładane są na bardziej stabilny moment. Od naszych klientów otrzymujemy jednak sygnały o chęci ekspansji po odwrocie pandemii. Z dokładnymi prognozami musimy jednak poczekać na informacje, ile nowych projektów inwestycyjnych pojawi się w nieodległej przyszłości. Wierzymy, że Polska, w tym Poznań, nadal będzie popularnym miejscem pod względem lokowania inwestycji usługowych oraz okołobiznesowych — podsumowuje Sebastian Bedekier.

Stabilna sytuacja

Poznań jest doceniany przez inwestorów za dobrze rozwiniętą infrastrukturę, wygodne połączenia komunikacyjne, również te międzynarodowe i bliskość rynku niemieckiego. Największy ośrodek miejski Wielkopolski znajduje się w czołówce polskich miast pod względem wartości zasobów ludzkich. Wiele firm, w szczególności zaawansowanych technologicznie, zwraca uwagę na Poznań, szukając dobrze wykwalifikowanych pracowników, co przekłada się na jeden z najniższych w Polsce wskaźników bezrobocia.

— Poznań uchodzi za bardzo stabilny region pod względem gospodarczym, niepodatny ani na silne wzrosty, ani spadki podaży nowej powierzchni. Wiele miejsc pracy jest generowanych przez lokalny biznes, co czyni miasto odpornym na kryzysy i zawirowania takie, jak w przypadku pandemii Covid-19. Odzwierciedleniem tej stabilności są np. utrzymujące się na tym samym poziomie stawki czynszowe za najem powierzchni biurowej. W najbliższej przyszłości wpływ na kształtowanie cen może mieć jednak przybierający na sile trend podnajmów — zaznacza Hubert Filipczak, senior associate w Dziale Powierzchni Biurowych Colliers w Poznaniu.

Trend na inwestycje typu mixed-use

Do najważniejszych wydarzeń ubiegłego roku i największych transakcji w historii miasta zaliczyć można sprzedaż działki przez Międzynarodowe Targi Poznańskie. Grunt o powierzchni prawie 5,5 ha powierzchni zakupiła spółka BPI Real Estate Poland. Wartość transakcji to 114,5 mln zł.

— Teren położony w centrum miasta u zbiegu ulic Grunwaldzkiej, Matejki i Ułańskiej ma być przeznaczony pod projekt mixed-use o funkcji mieszkaniowej, biurowej i być może hotelowej. Zauważamy wzrost zainteresowania tworzeniem tego typu kompleksów. Dostępność działek w atrakcyjnych lokalizacjach jest coraz bardziej ograniczona, możemy, więc spodziewać się wzrostu udziału rewitalizacji. W ten sposób nieruchomości, które dotychczas wydawały się nieatrakcyjne, zyskają nowe życie i nowe funkcje — mówi Hubert Filipczak.

Banderole do liftingu od 1 lipca br.

Jest finał długich dyskusji branży winiarskiej na temat banderol. Będzie nie tylko łatwiej, ale i estetyczniej. Papierowe znaki akcyzy naklejane na opakowania już niebawem przejdą poważny lifting. Tak zdecydowało Ministerstwo Finansów. Jak mówią członkowie Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa, w tej sprawie, wszyscy są wygranymi.

Dwugłos w sprawie banderol

Obowiązek banderolowania wina w Polsce to temat dyskusji prowadzonych przez branżę winiarską od kilku lat. Część podmiotów, głównie małych przedsiębiorstw, wnioskowało o całkowite zniesienie obowiązku aplikacji znaków akcyzy. Zwracano uwagę na problemy generowane przez proces naklejania. Ministerstwo Finansów stoi jednak na stanowisku, że są one w Polsce potrzebne – ich likwidacja byłaby niezwykle ryzykowna zarówno dla Skarbu Państwa, jak i dla legalnie działających przedsiębiorstw. Członkowie Związku Pracodawców  Polska Rada Winiarstwa, czyli przedsiębiorstwa, które bardzo dobrze znają rynek, analizują go i funkcjonują na nim od lat, podzielają stanowisko resortu finansów.

Całkowita likwidacja banderol uruchamia szarą strefę, z którą tak skutecznie nasza branża walczyła od ponad 20 lat – uważa Jakub Nowak, Prezes firmy JNT Group. – Warto zwrócić uwagę na fakt, że dzisiaj jedna osoba może przewieźć przez granicę 90 litrów wina. Oznacza to, że jeden samochód z pięcioma osobami może zgodnie z prawem przetransportować do Polski 450 litrów wina. Wino w Niemczech czy w wielu innych krajach UE jest dużo tańsze, ponieważ nie płaci się tam podatku akcyzowego na ten alkohol. To rodzi pokusę nielegalnego wprowadzania go do obrotu, z ominięciem podatku akcyzowego czy VAT. Obecnie, dzięki znaczącemu ułatwieniu nakładania banderol, bardzo ograniczyliśmy koszty tego procesu, a to chroni rynek przed szarą strefą. Jestem przekonany, że to obecnie optymalne rozwiązanie – konkluduje Prezes Nowak.

Z kolei Grzegorz Bartol, Wiceprezes firmy Bartex dodaje:  – Znaki skarbowe akcyzy dają  nam poczucie legalności dostępnego na półkach sklepowych produktu. Jest to bardzo istotna przesłanka zapewniająca bezpieczeństwo fiskalne i zdrowe zasady obrotu produktami winiarskimi w Polsce. Należy też pamiętać, że na terenie RP stawka podatku akcyzowego na wyroby winiarskie wynosi 1,74 zł /litr. Przeciwnicy utrzymania banderol – dając jako przykład inne kraje w UE, które nie posiadają znaków skarbowych akcyzy – zapominają, że w większości z tych państw, stawka jest zawieszona i wynosi zero. W takich warunkach banderole zwyczajnie nie są potrzebne – zwraca uwagę Grzegorz Bartol.

Nowe vs stare

Związek Pracodawców Polska Rada Winiarstwa, aby ułatwić funkcjonowanie przedsiębiorstwom – tym bardzo małym, które naklejały banderole ręcznie, jak i większym, borykającym się z innymi generowanymi przez nie problemami, wystąpił do Ministra Finansów z wnioskiem o zmianę wzoru znaku i zgodę na inne miejsca aplikacji. Problem był szczegółowo analizowany.

W efekcie, w ostatnich dniach, w życie weszło rozporządzenie wprowadzające wiele  pożądanych przez branżę zmian, ograniczających do minimum dotychczasowe problemy generowane przez banderole.

Nowe banderole, które pojawią się od 1 lipca br., będą znacznie mniejsze – ich wymiary to jedynie 50 mm ×16 mm, a producenci i importerzy wybiorą jedno z kilku przedstawionych w rozporządzeniu miejsc  aplikacji. Będą mogły być naklejone na szyjcie w kształt  litery „I” lub odwróconej litery „L”, bądź na korpusie butelki w pobliżu kontretykiety (tylnej etykiety).  Producenci sami zdecydują, który ze sposobów jest dla nich najbardziej odpowiedni – ze względu na kwestie techniczne związane z samym naklejaniem, bądź wizualne,  takie jak kształt butelki czy jej design.

Banderole aktualnie umieszczane na winach, to bardzo duże paski papieru (wymiary 160 mm x 16 mm dla butelek powyżej 0,5l i wymiary 110mm x 14 mm dla butelek małych tj. do 0,5l włącznie), naklejane na szyjce butelki z obu stron i od góry (w kształt odwróconej litery U).

Reakcje branży

– Zmiany są wyjściem naprzeciw producentom, a  w szczególności importerom wyrobów winiarskich – mówi Anna Kalinowska, Członek Zarządu i Dyrektor ds. Produkcji i Inwestycji w Firmie Henkell Freixenet Polska. – Nowe banderole są zdecydowanie bardziej estetyczne, mniejsze i można je aplikować w kilku różnych (niekoniecznie na główce butelki), jakkolwiek zdefiniowanych, miejscach opakowania. A jak wiemy – butelka dobrego wina pełni często rolę prezentu i w tym przypadku estetyka jest niezmiernie ważna. Jest więc to też duży ukłon w stronę konsumenta – mówi Anna Kalinowska

Niezwykle istotne – a dla najmniejszych podmiotów wręcz kluczowe-  jest to, że banderole będą dostępne również w wersji samoprzylepnej, zatem ich aplikacja ręczna będzie nieporównywalnie prostsza.

Do tej pory ci, którzy nakładali je ręcznie, trudzili  się przy tym bardzo. Sporo na ten temat wie firma Mazurskie Miody, w której często pracuje się nad małymi, krótkimi seriami produkcyjnymi alkoholi kraftowych.

– Jest to wielka  komplikacja z racji ręcznej pracy, wręcz manufakturowej – tłumaczy Bartosz Piasecki z Mazurskich Miodów. Z uwagi na charakter jest ona żmuda i czasochłonna. Niestety nie każda para rąk jest na tyle wprawiona i finalny efekt często odbiega od ideału. Zdarzają się butelki, na których banderola nie do końca się trzyma z powodu za małej ilości kleju. Znaki akcyzy na podłożu samoprzylepnym nie dość, że przyspieszą proces klejenia, to również pozwolą zapewnić zadowalający efekt końcowy. Mam nadzieję, że to pozwoli wyeliminować  butelki zabrudzone klejem lub takie z krzywo naklejonymi znakami akcyzy, co  często niszczy efekt misternie zaprojektowanych opakowań – przyznaje Bartosz Piasecki.

Dlatego też firma Mazurskie Miody z radością przyjęła informację o wprowadzeniu samoprzylepnych znaków. Dla takich przedsiębiorstw  będzie to ogromne ułatwienie.

Naklejanie maszynowe też zostanie ułatwione nowe banderole będą zdecydowanie łatwiejsze i tańsze w aplikacji.

Stary system aplikacji banderol wymagał specjalistycznego sprzętu, którego zakup kosztował ok. 200 000 euro – mówi Jakub Nowak, Prezes firmy JNT Group. –  Ponadto sposób nakładania banderol wymagał osprzętu dla każdego typu butelki, a to generowało dodatkowo duże koszty.

Grzegorz Bartol, Wiceprezes firmy Bartex, dodaje natomiast: – Urządzenia etykietujące muszą wykorzystywać dodatkowe stacje gorącego kleju. Otwieranie butelki korkociągiem wymaga usunięcia banderoli oraz warstwy kleju – nie jest to operacja ułatwiającą życie chociażby restauratorom.

Wprowadzane zmiany oznaczają koniec tych problemów – znak będzie można nakleić z dala od szyjki – na korpusie butelki –  albo zrezygnować z użycia kleju stosując banderole samoprzylepne.

Nowe znaki akcyzy od lipca

Zmiany dotyczą wszystkich wyrobów winiarskich – win, cydrów czy miodów pitnych.

Wyroby opatrzone nowymi znakami akcyzy pojawią się na sklepowych półkach w drugiej połowie roku i przez dłuższy czas będą na nich widoczne napoje winiarskie oznaczone starymi i nowymi banderolami. – Zgodnie z przepisami, stare banderole zachowają swoją ważność do końca czerwca 2022 r. Minister Finansów ma jednak możliwość przedłużenia tego okresu. ZP PRW przewidując sytuację na rynku, już zwrócił się do Ministerstwa z informacją o takiej konieczności i odpowiednim wnioskiem – tłumaczy Magdalena Zielińska, Prezes ZP PRW.

Co ciekawe i ważne również  dla konsumentów, nowe banderole będą zaopatrzone w kod 2D, będący linkiem do strony www.banderolaakcyzowa.pl, umożliwiającej łatwe sprawdzenie autentyczności banderoli, a zatem legalności produktu.

Inwestorzy wciąż celują w rynki nieruchomości w CEE

W regionie Europy Środkowo-Wschodniej sfinalizowano w ubiegłym roku transakcje o łącznej wartości ponad 9,7 mld euro, a Polska może mówić o trzecim najlepszym rezultacie w historii rynku.

Jak wynika z danych JLL, w 2020 roku na rynku nieruchomości w Europie Środkowo-Wschodniej (CEE) sfinalizowano transakcje inwestycyjne o łącznej wartości ponad 9,7 mld euro. Polska z wynikiem 5,6 mld euro, utrzymała pozycję lidera. Za nią uplasowały się Czechy z rezultatem 1,5 mld euro (po wyłączeniu transakcji Residomo o wartości 1,3 mld EUR) oraz Węgry (1,25 mld euro). W Rumunii zamknięto transakcje o wartości 900 mln euro, a na Słowacji – 525 mln euro.

Mimo globalnej niepewności wywołanej przez pandemię, kraje Europy Środkowo-Wschodniej nadal cieszą się dużym zainteresowaniem funduszy aktywnych w sektorze nieruchomości. Kurcząca się podaż dostępnych od ręki produktów i wpływ COVID-19 doprowadziły natomiast do obniżenia całkowitej rocznej wartości transakcji o 32%. Największy spadek, bo o 52% rok do roku, zanotowały Czechy (wyłączając transakcję Residomo o wartości 1,3 mld euro). Prognozy na 2021 rok, zwłaszcza dla segmentu nieruchomości magazynowych, napawają ostrożnym optymizmem. Oczywiście, wiele będzie zależało od powodzenia globalnego programu szczepień, komentuje Mike Atwell, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych w Czechach i Europie Środkowo-Wschodniej, JLL.

Polska notuje trzeci najlepszy wynik w historii

Wartość transakcji na rynku nieruchomości w Polsce osiągnęła w ubiegłym roku 5,6 mld euro, co oznacza 30-procentowy spadek w porównaniu do rekordowego wyniku z 2019 r., ale jednocześnie stanowi trzeci najlepszy wynik w historii inwestycyjnego rynku nieruchomości. Pandemia zmieniła priorytety kupujących, kierując ich uwagę przede wszystkim na sektor nieruchomości magazynowych, gdzie sfinalizowano umowy kupna/sprzedaży o rekordowej wartości blisko 2,7 mld euro, tłumaczy Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych, JLL.

W sektorze biurowym wartość transakcji wyniosła blisko 2 mld euro, w przypadku obiektów handlowych – ok. 640 mln euro, a w sektorze mieszkaniowym – 260 mln euro.

Pomimo masowego wdrażania zdalnego modelu pracy i odkładania finalizacji części transakcji, nieruchomości biurowe nadal budziły zainteresowanie inwestorów. Spodziewamy się też, że 2021 rok przyniesie aktywność funduszy w tym segmencie rynku. Jeśli chodzi natomiast o obiekty handlowe – tu widzimy przesunięcie uwagi w stronę aktywów alternatywnych, takich jak parki handlowe i centra codziennych zakupów,, które są odpowiedzią na zmieniające się potrzeby zakupowe konsumentów. Rynek nieruchomości handlowych nadal się dywersyfikuje, oferując coraz szerszy wachlarz produktów, a to będzie przekładać się na kolejne transakcje inwestycyjne, dodaje Tomasz Puch.

Największe zrealizowane w ubiegłym roku transakcje w Polsce obejmowały: portfel magazynowy Goodmana o łącznej wartości sięgającej miliarda euro (obiekty położone w Polsce stanowiły ponad połowę tej wartości) – przejęty przez GLP; 61,49% udziałów w GTC, które Optima kupiła od funduszu Lone Star; portfolio Hillwooda, zakupione przez Rosewood za 253 mln euro; centra Amazon we Wrocławiu i Poznaniu sprzedane przez GLL do Hines i Blackbrook Capital łącznie za 190 mln euro czy sprzedaż portfela pięciu obiektów Panattoni do Savills Investment Management (188 mln euro).

Stopy kapitalizacji za najlepsze biura w Warszawie szacowane są na poziomie 4,50%, podczas gdy w głównych miastach regionalnych (Kraków i Wrocław) oscylują wokół 5,75%. W przypadku obiektów magazynowych typu „prime” stopy kapitalizacji kształtują się na poziomie 5,75%, a dla nieruchomości z długim okresem najmu sięgają nawet poniżej 4,50%. Najlepsze projekty w obrębie Warszawy wyceniane są na ok. 5,50%.
Pomimo braku tego typu transakcji w 2020 r., stopy kapitalizacji dla najlepszych centrów handlowych szacowane są na poziomie 5,25%. W najlepszych parkach handlowych wynoszą one natomiast ok. 6,80%, jednak na skutek zwiększonego zainteresowania tą klasą aktywów spodziewana jest ich dalsza kompresja.

Kool2Play zadebiutuje na rynku NewConnect 22.02

Akcje Kool2Play – twórcy i wydawcy gier, zadebiutują na małym parkiecie już 22 lutego. Jednocześnie spółka kontynuuje prace nad swoim pierwszym tytułem Uragun, którego premiera w Early Access zaplanowana jest na Q2 2021.

– Cieszymy się, że udało nam się dopełnić formalności i już 22 lutego odbędzie się pierwsze notowanie. Wierzymy, że Kool2Play jest jednym z najciekawszych tegorocznych debiutów na NewConnect.  To, co wyróżnia nas na rodzimym rynku, to połączenie ogromnego doświadczenia z zakresu tworzenia i promocji gier. Zespół świetnych profesjonalistów, ciekawe pomysły na gry, zabezpieczenie finansów na rozwój oraz dywersyfikacja źródeł przychodów, to nasza recepta na sukces, którego udziałem będą nasi inwestorzy  – komentuje Marcin Marzęcki, prezes Kool2Play.

Kool2Play to studio tworzące gry na komputery osobiste oraz konsole Xbox Series X, PlayStation 5 oraz Nintendo Switch. Spółkę, na tle innych, wyróżnia bardzo doświadczony zespół producentów mających na swym koncie komercyjne sukcesy gier. Wisienką na torcie jest agencja Kool Things, która jest spółką zależną od Kool2Play i świadczy usługi z zakresu promocji gier na terenie Europy i Ameryki Północnej. Jest to jedna z najbardziej cenionych na świecie agencji specjalizujących się w promocji gier. Kilkunastoletnie doświadczenie tego zespołu wykorzystywane jest również przy promocji nadchodzącej produkcji studia – Uragun. Premiera gry w Steam Early Access nastąpi w Q2 2021 i będzie pierwszym dużym tytułem Kool2Play wydanym na te platformy.

Uragun, to futurystyczny roguelite shooter skierowany m.in. do fanów gier Hades czy Enter the Gungeon. Stawiamy na unikalny gameplay, fabułę, a przede wszystkim nieskrępowaną niczym rozgrywkę z dynamiką rodem z serii DOOM. – mówi Marcin Marzęcki, prezes Kool2Play – Naszym celem jest tworzenie produkcji, które przede wszystkim dostarczają frajdę z grania, ale równocześnie mają przesłanie i pokazują co może nas czekać w przyszłości. Taki jest właśnie Uragun, który z jednej strony stawia na akcję i pokazuje jak wyglądałby świat opanowany przez Sztuczną Inteligencję, ale też robi to w odpowiednio lekki sposób.

W 2020 roku zarząd Kool2Play zabezpieczył środki na długofalowe rozwijanie projektów obu odnóg działalności – na tworzenie gier pozyskał ponad 2,5 miliona zł z prywatnej emisji akcji serii D oraz grantu GameInn w wysokości 1,6 mln zł. Natomiast rozwój agencji Kool Things współfinansowany jest z grantu NCBiR o wysokości 1,9 mln złotych.

– Uragun nie jest jedynym projektem, nad którym pracuje grupa Kool2Play – poza nim trwa preprodukcja zaplanowanych gier o kodowych nazwach City of Minds oraz Restoration. Ponadto, zespół Kool Things pracuje nad systemem marketingu jakościowego, dzięki któremu w ciągu 5 najbliższych lat planuje zmienić się w globalną agencję digital marketingu z segmentu gier. Myślę że te dwa zdania najlepiej opisują biznes model Kool2Play: to połączenie produkcji i promocji jakościowych marek z dywersyfikacją źródeł przychodów  – kończy prezes Kool2Play.

SUNEX planuje wejście na rynek zamówień publicznych

SUNEX S.A., czołowy producent i dystrybutor innowacyjnych rozwiązań opartych o odnawialne źródła energii, zamierza przejąć od Spółki Polska Ekologia obsługę zamówień publicznych. Zdaniem Zarządu SUNEX wpłynie to na znaczący wzrost przychodów. Przyczyni się również do rozwoju własnej produkcji i poprawy konkurencyjności. Finalizacja transakcji planowana jest wstępnie na drugi kwartał br.

SUNEX S.A. rozpoczął prace koncepcyjno-analityczne zmierzające do przejęcia od jednostki dominującej Polska Ekologia części działalności związanej z realizacją zamówień publicznych, realizowanych przez jednostki samorządowe w obszarze odnawialnych źródeł energii (fotowoltaika, pompy ciepła). Obecnie Spółka jest poddostawcą części urządzeń i wyposażenia dla Polskiej Ekologii, która realizuje dostawy w ramach zamówień publicznych jako wykonawca.

Przychody osiągane przez Polską Ekologię w ramach obsługi zamówień publicznych nie są obecnie wykazywane przez SUNEX S.A., ze względu na brak konsolidacji danych finansowych obu podmiotów. Przejęcie tej działalności zwiększy zatem potencjał przychodowy Spółki. Stanowić będzie jednocześnie dodatkowy impuls do rozwoju produkcji własnej oraz w znacznym stopniu przyczyni się do poprawy konkurencyjności oferty. Na polskim rynku zamówienia publiczne odpowiadają obecnie za znaczną część sprzedaży urządzeń w zakresie odnawialnych źródeł energii.

„Dostrzegamy duży potencjał w rozwoju działalności przetargowej. Wpływają na to obecne trendy w polityce prowadzonej na poziomie krajowym i europejskim oraz znaczne środki publiczne i prywatne kierowane na transformację energetyczną. Istotnym atutem przejęcia tej części działalności będzie pozyskanie w ramach transakcji znacznego doświadczenia i wiedzy w realizacji tego typu zadań od podmiotu dominującego” – powiedział Romuald Kalyciok, Prezes SUNEX S.A.

Jednym z podstawowych założeń przejęcia działalności dotyczących zamówień publicznych jest brak angażowania dodatkowych środków finansowych na realizację transakcji. Planem jest natomiast wykorzystanie w tym celu kompensaty wzajemnych wierzytelności.

KHNP chce uczestniczyć w polskim programie jądrowym

KHNP, światowy lider w energetyce jądrowej, z zadowoleniem odnosi się do przyjęcia Programu Polskiej Energetyki Jądrowej (PPEJ), którego celem jest budowa elektrowni jądrowych o mocy zainstalowanej 6 – 9 GW w oparciu o duże sprawdzone reaktory wodno-ciśnieniowe (PWR). Spółka jest gotowa podzielić się ze stroną polską swoim blisko 50-letnim doświadczeniem w budowie i eksploatacji najnowszej generacji elektrowni jądrowych.

KHNP ma świadomość, że osiągnięcie sukcesu przy budowie własnych elektrowni jądrowych wymaga wysokiego poziomu doświadczenia i nakładów. Spółka posiada sprawdzoną zaawansowaną technologię, dzięki bogatemu doświadczeniu zdobytemu podczas realizacji udanych projektów w Korei i zagranicą. Ponadto KHNP dokłada starań w poszukiwaniu zadowalających rozwiązań finansowych poprzez współpracę z rządem Korei, agencjami kredytów eksportowych oraz globalnymi instytucjami finansowymi. Oferta strony koreańskiej dla realizacji PPEJ mogłaby obejmować rozsądny i kompleksowy pakiet finansowy, w tym inwestycje kapitałowe KHNP, finansowanie dłużne od koreańskich agencji kredytowych oraz podobnych instytucji z krajów dostarczających sprzęt do projektu, jak również atrakcyjne finansowanie pozyskane od międzynarodowych banków komercyjnych oraz innych podmiotów. KHNP jest gotowe do podjęcia rozmów z polskimi władzami, aby lepiej zrozumieć potrzeby polskiego projektu i ostateczny kształt modelu finansowania energetyki jądrowej.

Doświadczenie w zarządzaniu projektami i dostęp do stabilnego finansowania to niezbędne elementy do udanej realizacji tak kompleksowego projektu jakim jest budowa elektrowni jądrowej. Jesteśmy gotowi, aby podjąć współpracę z Polską i zbudować polską elektrownię jądrową, posiadamy bowiem dostęp do sprawdzonej koreańskiej technologii jądrowej oraz możemy zabiegać o odpowiednie rozwiązania finansowe. Z uwagą obserwujemy polskie działania służące wprowadzeniu energii jądrowej, które pozwoliłby Polsce osiągnąć dwa cele: zredukować emisję dwutlenku węgla i stworzyć stabilną bazę dostaw dla krajowej sieci energii elektrycznej, umożliwiając jej rozwój. Jesteśmy najlepszym partnerem, aby zrealizować te zamiary – powiedział Sang Don Kim, Wiceprezes w Dziale Rozwoju Biznesu w KHNP.

Republika Korei jest ważnym partnerem ekonomicznym dla Polski, stąd współpraca w obszarze energetyki jądrowej byłaby naturalnym krokiem do dalszego wzmocnienia relacji biznesowych. KHNP angażuje się w rozwijanie relacji z polskimi firmami. Dotychczas koreańska spółka zidentyfikowała ponad 70 polskich podmiotów z branży inżynieryjnej, produkcji maszyn, budowlanej oraz energetycznej jako potencjalnych partnerów do uruchomienia budowy elektrowni jądrowej.

Korea szczyci się wieloma dekadami doświadczenia w udanej eksploatacji elektrowni jądrowych do produkcji energii elektrycznej, a KHNP jest jej głównym graczem w tym sektorze. Kraj jest eksporterem cywilnej technologii jądrowej od 2009 r., odkąd Korea zdobyła kontrakt na dostarczenie elektrowni jądrowej składającej się z czterech jednostek o mocy 5,6 GW do Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA). Po osiągnięciu 100% operacyjności, ta elektrownia ma realizować 25% krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną. W grudniu 2020 r. blok nr. 1 elektrowni Barakah  w ZEA osiągnął 100% mocy i obecnie generuje 1400 MW energii elektrycznej. Stanowi też największy generator mocy w ZEA mający rozpocząć działalność komercyjną jeszcze na początku tego roku. Dzięki płynnej współpracy strony koreańskiej z lokalnymi partnerami, bogatemu doświadczeniu oraz wiedzy z zakresu budowy elektrowni jądrowych i zarządzania projektowego, projekt Barakah został zakończony w terminie pomimo trudnych warunków środowiskowych i w ramach budżetu. Tak skuteczna realizacja wyróżnia KHNP na tle pozostałych firm w obszarze energetyki jądrowej, gdzie projekty często mają opóźnienia i przekraczają koszty.

Na potrzeby polskiego programu jądrowego KHNP zaproponowało własne, spełniające wszystkie wymogi bezpieczeństwa zaawansowane reaktory APR 1400. Są one jednymi z najbardziej innowacyjnych rozwiązań na świecie i jednocześnie stanowią jedno z największych osiągnięć, jakim może pochwalić się KHNP. W 2017 r. techniczna grupa doradcza w zakresie europejskich elektrowni jądrowych (EUR) zatwierdziła APR 1400. Dwa lata później APR 1400 jako pierwszy typ reaktora spoza Stanów Zjednoczonych, uzyskał certyfikację Komisji Nadzoru Jądrowego (NRC) w tym kraju. Dzięki tym certyfikatom, firma może dostarczać reaktory jądrowe zgodne z wiodącymi wymaganiami międzynarodowymi.

Rozwój energetyki jądrowej wymaga również zaangażowania kadry wysoko wykwalifikowanych specjalistów o unikalnych kompetencjach. Aby wesprzeć Polskę w zwiększeniu dostępu do puli talentów w obszarze cywilnej energii jądrowej, KHNP stawia na dalszy rozwój współpracy z polskimi uczelniami, pozostając w gotowości do zwiększenia jej skali w przyszłości. Szereg memorandów o współpracy zostało już podpisanych pomiędzy koreańską podyplomową uczelnią KINGS a Uniwersytetem Warszawskim, Politechniką Warszawską oraz Akademią Górniczo-Hutniczą.

Japoński koncern chemiczny inwestuje w Polsce

Sumika Polymer Compounds Europe (SPC EU) rozszerza działalność w Polsce, gdzie dotychczas dostarczała swoje wyroby wytwarzane w innych fabrykach grupy. Do końca 2021 roku w podpoznańskich Plewiskach postanie czwarty europejski zakład koncernu chemicznego, wytwarzający mieszanki na bazie polipropylenu wykorzystywane m.in. przez sektor motoryzacyjny. W zakładzie, który zgodnie z założeniami rozpocznie produkcję w pierwszym kwartale 2022 roku, w pierwszym etapie pracę znajdzie 30 osób. Inwestycja zapewni japońskiej firmie dodatkowych 30 tys. ton zdolności produkcyjnych dla grupy, zwiększając moce wytwórcze europejskich zakładów do poziomu 170 tys. ton rocznie.

Inwestycja wynika ze strategii SPC EU, zakładającej lokowanie zakładów produkcyjnych
o odpowiednich zdolnościach wytwórczych jak najbliżej partnerów biznesowych grupy.
O wyborze miejsca inwestycji w Wielkopolsce zdecydowały bliskość klientów nie tylko
w Polsce, ale także w Niemczech i Czechach, a także wysoki stopień uprzemysłowienia regionu, w którym działalność prowadzą m.in. producenci samochodów i sprzętu AGD. Atutem lokalizacji jest także dostęp do sieci autostrad.

Spółka oczekuje stabilnego wzrostu popytu na mieszanki na bazie polipropylenu w naszym regionie Europy. To materiał, którego zastosowanie w sektorze Automotive pozwala zmniejszyć wagę produkowanych z jego wykorzystaniem części samochodowych. Co więcej podczas procesu produkcyjnego polipropylen wytwarza mniej CO2 niż konkurencyjne żywice, takie jak poliamid.

Wpływ na zwiększające się zainteresowanie mieszankami na bazie polipropylenu będzie miała coraz większa popularność samochodów elektrycznych oraz regulacje prawne w postaci zaostrzania przepisów środowiskowych.

Sumika Polymer Compounds przywiązuje dużą wagę do kwestii środowiskowych, między innymi poprzez wdrażanie innowacji, w tym produktów z recyklingu i stosowania włókien naturalnych oraz infrastrukturę w zakresie oszczędności zasobów.

Zapewnienie szybszych lokalnych dostaw wpływa m.in. na ograniczenie emisji CO2 związanej z transportem produktów. Dzięki istniejącym już fabrykom we Francji i Wielkiej Brytanii, a także niedawnym akwizycjom spółek w Turcji oraz utworzeniu zakładu w Polsce, SPC może zapewniać lokalne dostawy w całej Europie.

Pierwszy etap inwestycji „Sumika Polymer Compounds Poland sp. z o.o.” (SPCP) obejmuje budowę zakładu o powierzchni około 5500 m. kw. Utworzone zostaną dwie linie produkcyjne. Realizacja obejmuje również budowę silosów do magazynowania materiału. Zatrudnienie znajdzie około 30 nowych pracowników. Rozpoczęcie produkcji planowane jest na pierwszy kwartał 2022 roku.

XTB wsród pięciu największych brokerów na świecie

XTB jest piątym brokerem na świecie pod względem liczby aktywnych rachunków według raportu Finance Magnates za czwarty kwartał 2020 roku.

XTB w globalnym TOP5 brokerów

Na początku lutego br., Grupa XTB opublikowała wstępne wyniki finansowe za 2020 rok. Wśród rekordowych wartości przychodów i zysków, Grupa zaraportowała także najwyższe wartości w obszarze klienckim. Na koniec czwartego kwartału 2020 roku, średnia liczba aktywnych klientów (średnia liczba klientów, którzy przeprowadzili co najmniej jedną transakcję w okresie trzech miesięcy) sięgnęła 72 346. Wynik ten pozwolił Grupie XTB na zajęcie piątego miejsca w rankingu największych globalnych brokerów w kategorii liczby aktywnych klientów w kwartalnym raporcie analitycznym (Quarterly Intelligence Report) opublikowanym przez Finance Magnates.

– Jednym z priorytetów XTB jest maksymalne skupienie na kliencie poprzez dostarczeniu mu najlepszej oferty inwestycyjnej – zarówno pod kątem instrumentów, jak i narzędzi, oraz obsługi. Jesienią ubiegłego roku wprowadziliśmy ofertę obejmującą bezprowizyjne inwestowanie w akcje do miesięcznego wolumenu 100.000 Euro, a także stale doskonalimy nasze platformy xStation oraz xStation Mobile. Te działania przynoszą skutek – w 2020 roku pozyskaliśmy ponad 112 tysięcy nowych klientów, czyli tyle, ile w latach 2014-2019 razem. Nie zwalniamy tempa – w 2021 roku chcemy pozyskać kolejne 120 tysięcy nowych klientów. – powiedział Omar Arnaout, prezes zarządu XTB. Szczególnie jednak jesteśmy dumni z liczby aktywnych klientów, która pozwoliła nam po raz pierwszy znaleźć się w globalnym TOP5 brokerów – to pokazuje, że klienci doceniają naszą ofertę i to właśnie z XTB chcą inwestować. – dodał Omar Arnaout.

Skupienie na pozyskiwaniu nowych klientów znajduje potwierdzenie w danych publikowanych przez Grupę oraz raporcie Finance Magnates. Grupa XTB najdynamiczniej wśród pięciu największych brokerów zwiększała liczbę aktywnych klientów. Porównując czwarty kwartał 2020 roku z analogicznym okresem 2019 roku, XTB zanotowało przyrost o około 41 500 aktywnych klientów, czyli o 135% (w czwartym kwartale 2019 roku, XTB miało około 30 800 aktywnych klientów).

W całościowym zestawieniu brokerów pod kątem największej liczby aktywnych rachunków opisanych w raporcie Finance Magnates, XTB awansowało z 20. (w czwartym kwartale 2019) na 5. (w czwartym kwartale 2020) miejsce, notując także najwyższy przyrost aktywnych rachunków wśród pięciu największych brokerów.

Listę pięciu największych brokerów pod kątem liczby aktywnych rachunków zawartych w raporcie Finance Magnates prezentuje poniższa tabela:

XTB w globalnym TOP5 brokerów
Źródło: Finance Magnates Quarterly Intelligence Report Q4 2020 oraz Q4 2019

Jeden z najdynamiczniejszych brokerów na świecie

Finance Magnates to jeden z największych globalnych serwisów online zajmujący się tematyką inwestowaniem. Zespół analityków Finance Magnates Intelligence publikuje kwartalne raporty podsumowujące branżę inwestycyjną – opisuje zarówno działające na niej firmy, ale także trendy, nowości, oraz zmiany regulacyjne. Grupa XTB jest jednym z brokerów pojawiających się w raportach od lat, lecz po raz pierwszy trafiła do TOP5 w zestawieniu największych firm pod kątem liczby aktywnych klientów.

– W naszych kwartalnych raportach QIR publikujemy rankingi największych brokerów w branży FX/CFD. W ostatnim kwartale 2020 szczególną uwagę przykuły wyniki XTB – ten broker osiągnął największy kwartalny wzrost liczby aktywnych rachunków, co pozwoliło mu wskoczyć do pierwszej piątki globalnych brokerów. Dane pokazują, że firma potrafiła przekuć zwiększone zainteresowanie inwestycjami wywołane znaczą zmiennością rynków i przyciągnąć do siebie sporą grupę inwestorów więcej niż podwajając bazę aktywnych rachunków w ciągu zaledwie roku. – powiedział Sylwester Majewski, Intelligence Team Lead w Finance Magnates.

Dostęp do raportów kwartalnych Finance Magnates Quaterly Intelligence Report jest możliwy po rejestracji na stronie https://www.financemagnates.com/intelligence/

„Kontrakty CFD są złożonymi instrumentami i wiążą się z dużym ryzykiem szybkiej utraty środków pieniężnych z powodu dźwigni finansowej.

77% rachunków inwestorów detalicznych odnotowuje straty pieniężne w wyniku handlu kontraktami CFD u niniejszego dostawcy CFD. 

Zastanów się, czy rozumiesz, jak działają kontrakty CFD, i czy możesz pozwolić sobie na wysokie ryzyko utraty pieniędzy.”

Komentarz ZPP ws. propozycji uzależnienia pomocy dla firm dotkniętych pandemią od spadku obrotów

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców popiera propozycję uzależnienia pomocy dla firm dotkniętych pandemią od co najmniej 70% spadku obrotów, zamiast przyjmowania kryterium kodu PKD. Uważamy, że taka formuła przydzielania pomocy umożliwi wsparcie faktycznie potrzebujących podmiotów, bez konieczności każdorazowego ustalania szczegółowej listy branż i sektorów objętych projektowanymi instrumentami.

Analizując skuteczność prowadzonych w czasie drugiej fali epidemii programów pomocowych można dostrzec, że kody PKD nie pozwalają zidentyfikować wszystkich firm dotkniętych gospodarczymi skutkami pandemii koronawirusa. Lista kodów PKD nie obejmuje szerokiego gremium przedsiębiorstw, które, choć nie zostały objęte bezpośrednim zakazem prowadzenia działalności, to dotkliwie odczuwają skutki obostrzeń, ponieważ ich działalność znajduje się w przestrzeniach objętych restrykcjami lub jest ściśle powiązana z przedsiębiorstwami zamkniętymi. Jako jeden z wielu przykładów można przywołać tutaj działalność przedsiębiorstw wynajmujących wyposażenie na targi, konferencje oraz imprezy masowe. W związku z zamknięciem branży eventowej wynajmujący sprzęt odnotowują blisko 100-procentowe spadki obrotów. Mimo to, kod PKD 77.39 obejmujący wynajem dóbr materialnych nie został przewidziany w rządowych programach pomocowych.

Wykorzystywanie kodów PKD jako kryterium decydującego o przyznawaniu pomocy finansowej pociąga za sobą również inne komplikacje. Lista kodów PKD objętych pomocą jest w sposób oczywisty przedmiotem każdorazowych konsultacji i negocjacji. Dopisywanie kodów PKD wydłuża i utrudnia proces przyznawania pomocy, co pociąga za sobą negatywne skutki dla przedsiębiorców oczekujących na szybką pomoc. Co więcej, niezależnie od wyników powyższych rozmów, nie sposób jest wyeliminować ryzyka pominięcia jakiejś grupy firm odnotowującej wysokie spadki przychodów w związku z epidemią. Przedmiot prowadzonej działalności wyrażony kodem PKD okazuje się niejednokrotnie kryterium niewystarczającym by skutecznie identyfikować firmy faktycznie dotknięte negatywnymi skutkami pandemii.

Mając powyższe na uwadze, popieramy sformułowany przez Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców apel o zrezygnowanie z korzystania z listy kodów PKD jako kryterium decydującego o przyznawaniu pomocy dla przedsiębiorców na rzecz wprowadzenia kryterium spadku obrotów np. o 70 proc. Podtrzymujemy również nasze stanowisko, zgodnie z którym należy natychmiast otworzyć pozostałe sektory gospodarki z zastosowaniem odpowiednich środków sanitarnych oraz odstąpić od nakładania nowych danin na przedsiębiorców borykających się ze skutkami kryzysu.

Gdy nie ma innego wytłumaczenia

Nadeszło ostudzenie entuzjazmu na rynkach akcji, spadek cen złota i odbicie dolara kosztem walut G10 i rynków wschodzących, a winnego upatruje się w skoku rentowności obligacji skarbowych USA. Jakkolwiek wyprzedaż długu nie kłóci się z realizacji strategii reflacyjnej i trendu deprecjacyjnego USD, czasami stare nawyki są trudne do przezwyciężenia.

Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one. Tak się czuję po wczorajszych wydarzeniach na rynkach finansowych. Zmiany wartości głównych aktorów wtorkowego przedstawienia – obligacji skarbowych USA oraz dolara – przez większość dnia nie były zsynchronizowane, co jednak nie przeszkadza w nakreśleniu ciągu przyczynowo-skutkowego. Oprocentowanie 10-latek USA skoczyło o ponad 10 pb i na 1,30 proc. jest najwyżej od roku. Najwidoczniej postępy w dystrybucji szczepionki przeciw COVID-19 i pozytywne dane wzmacniają oczekiwania na przyspieszenie inflacji. Łączeniu faktów i oczekiwań nie można odmówić logiki. Wprawdzie wraz z uruchomieniem ogromnego pakietu fiskalnego prezydenta Bidena wzrost wydatków powinien wywierać presję na ceny dóbr i usług, których w osłabionej po pandemii gospodarce może zacząć brakować. W teorii na wzrost inflacji powinna zareagować Rezerwa Federalna poprzez zacieśnianie polityki monetarnej. Jednak inwestorzy co rusz słyszą z Fed zapewnienia, że bank centralny jest gotowy tolerować wyższą inflację i minie jeszcze sporo czasu, zanim nastawienie ulegnie zmianie. Publikowane dziś wieczorem minutki ze styczniowego posiedzenia FOMC najprawdopodobniej wzmocnią ten przekaz. A jednak mimo że inwestorzy są świadomi sygnałów z Fed, przejawiają tendencję do kwestionowania zapewnień decydentów. Można to rozumieć, gdyż szczerze powiedziawszy ani prezes Fed, ani jego doradcy, ani uczestnicy rynku nie wiedzą, jaka będzie sytuacja w gospodarce za pół roku czy później? Każdy może mieć rację. W strategii reflacyjnej gra toczy się o wysoką stawkę z indeksami giełdowymi na szczytach i równie silnie ustanowionymi trendami wzrostowymi cen surowców przemysłowych czy walut ryzykownych. Zatem gdy dotychczasową równowagę zakłóca nagły skok rentowności (który wcale nie musi oznaczać podwyżki stopy procentowej Fed, a np. tylko usuwanie premii za ryzyko dalszego pogorszenia sytuacji gospodarczej), bez większego namysłu przyjmuje się to jako sygnał do sprzedaży akcji i kupowania dolara. Wygrywa moc wstępnego impulsu, szczególnie kiedy nie ma nic innego, by lepiej uzasadnić ruch na rynku długu. Czy inflacja w USA powyżej 2 proc. uniemożliwia dalszą przecenę USD? Nie. Czy wzrost rentowności z niemal zerowego pułapu od razu implikuje zmiany w polityce Fed? Nie. Te konkluzje mogą z czasem przebić się do głównego nurtu. Może jednak minąć kilka dni, zanim rynek znajdzie nowy punkt równowagi. To oferuje przestrzeń do oczyszczenia rynku akcji z nasycenia długimi pozycjami oraz daje pretekst do taktycznej korekty USD.

Umocnienie dolara uderzyło w waluty rynków wschodzących i w tym klimacie osłabił się złoty, aczkolwiek zmiany na głównej parze z euro były skromne. EUR/PLN pozostaje w granicach ostatniej konsolidacji, ale do czasu, aż na rynkach zewnętrznych nie opadnie kurz po wczorajszym zamieszaniu i nie wróci tryb risk-on, może przedłużyć się okres dryfu w pobliżu 4,50.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

18 lutego to Międzynarodowy Dzień Baterii

18 lutego obchodzony jest Dzień Baterii. To urządzenia, które towarzyszą nam w wielu sferach życia. Bez ich istnienia trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie i rozwój chociażby przemysłu motoryzacyjnego. Warto jednak pamiętać, że nawet najnowocześniejsze ogniwa oprócz przynoszenia niewątpliwych korzyści, mogą stanowić niebezpieczeństwo dla środowiska. Dlatego tak ważne jest ich racjonalne wykorzystywanie.   

Historia popularnych dziś akumulatorów sięga przełomu XVIII i XIX w., kiedy Alessandro Volta stworzył pierwszą baterię elektromechaniczną. Dzień Baterii zresztą nieprzypadkowo obchodzony jest 18 lutego – to dzień, w którym urodził się ten włoski fizyk i wynalazca. Przez stulecia odkryta przez niego technologia stała się znacznie wydajniejsza i obecnie możliwe jest zasilanie za pomocą różnego rodzaju ogniw zarówno niewielkich żarówek, zegarków czy telefonów komórkowych, jak i samochodów. Należy z nich jednak korzystać rozsądnie.

Dziś baterie wykorzystywane są w wielu obszarach przemysłu i niemal każdej dziedzinie życia codziennego. Nie może się bez nich obyć m.in. motoryzacja. Akumulatory zasilają pojazdy elektryczne i spalinowe. Ale trzeba pamiętać, że składają się one z niebezpiecznych związków chemicznych. Najpopularniejsze baterie rozruchowe zbudowane są m.in. z ołowiu, który niekorzystnie wpływa na zdrowie ludzi, zwierząt i roślin, a co więcej, może również doprowadzić do skażenia środowiska. Przykładem jest mała bateria guzikowa, która jest zdolna do zanieczyszczenia 1 m3 gleby czy zatrucia około 400 litrów wody – mówi Kazimierz Pietras, dyrektor składowiska Amest Otwock Sp. z o.o.

Oprócz tego, akumulatory zawierają również kwas siarkowy, który z kolei charakteryzuje się działaniem żrącym. Z tego powodu baterie uznawane są za odpady niebezpieczne. Nie można zatem ich wyrzucać do śmietnika. Powinno zanosić się je do punktów zbiórki baterii i akumulatorów przenośnych.

Coraz więcej baterii

Według przygotowanego przez Główny Inspektorat Ochrony Środowiska „Raportu o funkcjonowaniu gospodarki bateriami i akumulatorami oraz zużytymi bateriami i zużytymi akumulatorami za rok 2018”, tylko w 2017 r. wprowadzono do obiegu tego rodzaju urządzenia o łącznej masie 130 841 853 kg. Największą część stanowiły akumulatory i baterie samochodowe – 85 554 931 kg. Należy spodziewać się, że masa ogniw wykorzystywanych w motoryzacji będzie z roku na rok coraz większa. Nie tylko w Polsce, ale także na całym świecie. Rosnąca popularność samochodów elektrycznych wiąże się ze wzrostem produkcji tego rodzaju baterii.

W przeciwieństwie do pojazdów zasilanych w sposób tradycyjny, te wykorzystujące napęd elektryczny nie emitują do atmosfery szkodliwych substancji. Jest jednak jedno zastrzeżenie. W wielu miejscach świata prąd, który służy do ładowania akumulatorów, nadal wytwarzany jest w „brudny” sposób. Chociażby w Polsce sektor energetyczny nadal w znacznym stopniu zależy od węgla. Dlatego konieczne jest szukanie alternatyw, takich jak energia jądrowa czy słoneczna, dzięki którym najnowsze technologie, m.in. motoryzacyjne, będą mogły w pełni wykorzystywać swój „zielony” potencjał – podkreśla Andrzej Gąsiorowski z Fundacji FOTA4Climate.

Zgodnie z danymi Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego i Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych, na koniec 2020 r. w Polsce zarejestrowanych było 18 875 samochodów elektrycznych. Oznacza to, że w porównaniu do 2019 r. ich liczba nad Wisłą wzrosła ponad dwukrotnie.

Sprzedaż kredytów w styczniu 2021 r.

W styczniu 2021 r., w porównaniu do stycznia 2020 r., banki i SKOK-i udzieliły mniej wszystkich rodzajów produktów kredytowych w ujęciu liczbowym. Banki przyznały o 35,0% mniej limitów na kartach kredytowych, udzieliły o 33,6% mniej kredytów gotówkowych, o 11,0% mniej kredytów mieszkaniowych oraz o 1,8% ratalnych.

W ujęciu wartościowym banki i SKOK-i przyznały o 39,4% niższą wartość limitów kartowych, wartość kredytów gotówkowych spadła o 26,7%, a mieszkaniowych o 4,7%. Wzrost udzielonej wartości odnotowały w styczniu br. jedynie kredyty ratalne (+ 1,0%).
W pierwszym miesiącu 2021 r. banki i SKOK-i udzieliły łącznie 187,6 tys. kredytów gotówkowych na kwotę 3,96 mld zł oraz 262,1 tys. kredytów ratalnych na kwotę 1,13 mld zł, a kredytów mieszkaniowych 16,8 tys. na kwotę 5,13 mld zł.

Analizując dane zawarte w Newsletterze kredytowym i wyciągając na ich podstawie wnioski, BIK bierze pod uwagę dwa aspekty.

Po pierwsze, uwzględnia specyfikę produktów kredytowych: kredyty konsumpcyjne (ratalne i gotówkowe) oraz karty kredytowe są procesowane bardzo szybko od złożenia wniosku przez klienta lub oferty przez bank. Zazwyczaj złożenie wniosku i udzielenie kredytu czy przyznanie limitu zamykają się w jednym miesiącu. Zatem w przypadku tych produktów, styczniowa sprzedaż jest związana z wnioskami składanymi w większości przypadków w styczniu 2021 r. Natomiast kredyty mieszkaniowe są procesowane dłużej, nawet do dwóch miesięcy od złożenia wniosku, w związku z tym sprzedaż kredytów mieszkaniowych w styczniu 2021 r. jest efektem wniosków składanych w listopadzie i grudniu 2020 r.

Po drugie, problemy ze spłacaniem kredytów mogą w pełni zmaterializować się w odczytach Indeksów Jakości dopiero po trzech miesiącach od zaprzestania spłaty, ponieważ Indeksy obejmują opóźnienia powyżej 90 dni.

Kredyty gotówkowe i ratalne

– W styczniu 2021 r. ujemne dynamiki zarówno liczby, jak i wartości udzielonych kredytów gotówkowych, dotyczyły wszystkich przedziałów wartości udzielanych kredytów. Widzimy już to zjawisko od początku pandemii. Jednak w styczniu br. najwyższy spadek w ujęciu liczbowym oraz wartościowym dotyczył kredytów niskokwotowych tj. do 1 tys. zł odpowiednio (-57,0%) oraz (-56,8%). Tym razem niższa ujemna dynamika dotyczyła kredytów gotówkowych z przedziałów wysokokwotowych 30-50 tys. zł oraz powyżej 50 tys. zł.

W porównaniu do kredytów gotówkowych lepiej wygląda sytuacja dla kredytów ratalnych. W ich przypadku w styczniu 2021 r. w ujęciu wartościowym odnotowaliśmy dodatnią dynamikę sprzedaży: (+1,0%) oraz niewielką ujemną w ujęciu liczbowym (-1,8%). I jest to jedyna grupa produktowa, w przypadku której wystąpiła dodatnia dynamika w styczniu 2021 r. Mamy więc sytuację zbliżoną do sytuacji w całym 2020 r. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest przede wszystkim to, że ten rodzaj kredytów dla udzielającego banku jest dużo bezpieczniejszy od kredytów gotówkowych, co ma swoje odzwierciedlenie w poziomie szkodowości – druga po kredytach mieszkaniowych najniższa szkodowość, która w okresie pandemii jeszcze istotnie się obniżyła. Trzeba również pamiętać, że inne jest ekonomiczne przeznaczenie tych kredytów – kredyty ratalne w przeciwieństwie do gotówkowych nie służą uzupełnianiu bieżącego budżetu domowego, wiążą się zaś z nabywaniem na raty dóbr konsumpcyjnych trwałego użytku, m.in. sprzętu RTV/AGD, elektroniki, do których pomimo pandemii był stosunkowo prosty dostęp, np. poprzez e-commerce – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Dla kredytów gotówkowych średnia wartość udzielonego kredytu to 21 117 zł – wzrost o 10,5% w stosunku do stycznia 2020 r. Średnia wartość kredytu ratalnego to 4 325 zł i jest ona wyższa niż w styczniu rok temu o 2,9%.

Obserwowany przez BIK co miesiąc poziom ryzyka kredytowego portfela kredytów konsumpcyjnych (gotówkowych i ratalnych) w oparciu o odpowiednie Indeksy Jakości pełni funkcję systemu wczesnego ostrzegania. Jakość portfela kredytów ratalnych już od kilku lat utrzymuje się na niskim, bezpiecznym poziomie szkodowości, co każdorazowo potwierdzają właśnie miesięczne odczyty Indeksu. Bieżący – styczniowy odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów ratalnych wynosi 1,28%. Kilkukrotnie wyższą szkodowością (najwyższą wśród wszystkich grup produktowych) charakteryzują się kredyty gotówkowe. Styczniowy odczyt Indeksu Jakości dla kredytów gotówkowych wynosi 4,24%.

Pomimo wcześniejszych obaw dotyczących wzrostu szkodowości kredytów gotówkowych i ratalnych z uwagi na pandemię, styczniowy odczyt potwierdza pozytywne zjawisko związane z poprawą jakości wyrażoną spadkami odczytów Indeksu Jakości w okresie 12 miesięcy. Tak wyraźna poprawa Indeksu Jakości jest najprawdopodobniej efektem odroczeń spłat rat kredytowych w ramach moratoriów kredytowych udzielanych klientom przez banki.

– W porównaniu do stycznia 2020 r. wartość Indeksu Jakości kredytów gotówkowych polepszyła się (spadła) o 1,74 pkt proc., – najwięcej ze wszystkich produktów kredytowych. Wiąże się to bezpośrednio z faktem, że z wakacji kredytowych w największym stopniu skorzystali właśnie posiadacze kredytu gotówkowego (zawieszenie spłat zastosowano dla ponad 8% wszystkich kredytów gotówkowych). Niestety w porównaniu do odczytu z grudnia 2020 r. mamy już pogorszenie odczytu, o 0,33 p.p. Niewątpliwie główny wpływ na to miało zakończenie przez większą część kredytobiorców wakacji kredytowych, które w dużej części amortyzowały w pierwszym okresie pandemii ewentualny brak możliwości spłaty kredytu. Trzeba więc ze szczególną uwagą śledzić terminowość spłat w kolejnych miesiącach 2021 r. Natomiast w styczniu 2021 r. poprawiła się w porównaniu do grudnia 2020 jakość kredytów ratalnych. W ich przypadku wartość Indeksu polepszyła się (spadła) o 0,02, i był to jedyny produkt kredytowy dla którego był kontynuowany pozytywny trend z poprzednich miesięcy – wyjaśnia główny analityk BIK.

Kredyty mieszkaniowe

W styczniu br. na rynku kredytów mieszkaniowych odnotowaliśmy ujemne dynamiki wartości (-4,7%) udzielonych kredytów oraz ujemną dynamikę liczby udzielonych kredytów (-11,0%) w porównaniu ze styczniem 2020. W styczniu 2021 r., już ponad połowa (51,8%) wartości udzielonych kredytów dotyczyła przedziału kwotowego powyżej 350 tys. zł. Analizując sytuację w poszczególnych przedziałach kwotowych, określających wartość udzielanego kredytu mieszkaniowego, w styczniu 2021 r. nadal tak, jak i w poprzednich okresach, obserwujemy odmienne tendencje. Dodatnie dynamiki sprzedaży kredytów mieszkaniowych zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym dotyczą tylko kredytów powyżej 350 tys. zł, których w styczniu 2021 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2020 r. w ujęciu liczbowym udzielono więcej o 4,7%, a w wartościowym o 7,4%.

– Wyniki styczniowej akcji kredytowej w zakresie kredytów mieszkaniowych są odzwierciedleniem popytu z okresu listopada i grudnia 2020 r. Odbudowę popytu na kredyt mieszkaniowy sygnalizował już grudniowy odczyt Indeksu Popytu na kredyty mieszkaniowe (+5,4%). Jednak na styczniową sprzedaż wpływ ma również obniżony popyt w listopadzie 2020 r. (-4,4%). Trzeba pamiętać, że sytuacja na rynku kredytów mieszkaniowych jest determinowana nie tylko zachowaniem potencjalnych kredytobiorców (popytem), chcących nabyć nieruchomość za kredyt, lecz i banków udzielających kredyt (podaż). Banki po wakacjach poluzowały wymagania m.in. w zakresie wkładu własnego. Dla akcji kredytowej ważna będzie więc postawa banków w kolejnych miesiącach, które w warunkach rosnącej niepewności wywołanej potencjalną trzecią falą pandemii, mogą ponownie zdecydować się na zaostrzenie polityki kredytowej, co będzie skutkować kolejną ograniczoną dostępnością kredytu – prognozuje prof. Rogowski.

Miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych w styczniu 2021 r. wyniósł 0,54%.

W ostatnich 12 miesiącach (od stycznia 2020 r. do stycznia 2021 r.) jakość portfela polepszyła się, o czym świadczy spadek Indeksu o (-0,21). W dużej mierze jest to efekt wakacji kredytowych.

– Pomimo dużych wcześniejszych obaw – szczególnie w początkach pandemii, obecnie nadal nie odnotowujemy dużego spadku jakości portfela kredytów mieszkaniowych. Co prawda jakość w styczniu 2021 pogorszyła się w porównaniu do grudnia 2020 r., była ona jednak niewielka: wzrost Indeksu o 0,05 p.p. Przy czym należy pamiętać, że mówimy o opóźnieniach 90-dniowych, czyli możliwych do wystąpienia dopiero po 3-miesięcznym opóźnieniu w spłacie raty kredytu. Podobnie jak w przypadku pozostałych rodzajów kredytów, należy szczególnie obserwować „powakacyjne” zachowania kredytobiorców mieszkaniowych. Ważne będą więc odczyty z kolejnych miesięcy 2021 roku, kiedy będzie lepszy obraz sytuacji po powrocie kredytobiorców do regularnych spłat i trend ten wpłynie na sytuację w zakresie szkodowości kredytów mieszkaniowych w 2021 r. – zaznacza główny analityk BIK.

Karty kredytowe

W styczniu 2021 r. banki wydały 50,3 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 309 mln zł.

– W styczniu 2021 r. widać kontynuację negatywnego trendu dynamiki rocznej obserwowanego w całym ubiegłym roku, w ujęciu liczbowym wynosi ona (-35,0%), a w wartościowym (-39,4%). Negatywne zjawisko dotyczy ponownie wszystkich przedziałów kwotowych. Należy pamiętać, że limity kartowe są jednym z najbardziej ryzykownych produktów kredytowych (wartość Indeksu Jakości w styczniu wyniosła 3,13%), stąd naturalna ostrożność do ich przyznawania przez banki w okresie niepewności. Ostrożność banków wpływa bezpośrednio na dostępność tego produktu kredytowego. Ponadto coraz popularniejsze stają się mobilne formy płatności – mówi prof. Rogowski z BIK.

Małe i średnie firmy najbardziej zyskują dzięki patentom. W Polsce 10 proc. z nich chroni swoją własność intelektualną

Dzięki skutecznej ochronie prawnej własności intelektualnej innowacyjne firmy mogą zapewnić sobie finansowanie, rozwijać się i przyciągać najlepsze talenty. To wniosek z raportu Urzędu Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej i Europejskiego Urzędu Patentowego. Z analizy wynika, że prawa własności intelektualnej, czyli m.in. patenty, zarejestrowane wzory czy znaki towarowe, posiada ok. 60 proc. dużych firm i tylko 9 proc. małych i średnich przedsiębiorstw w UE. Osiągają one średnio o 20 proc. wyższe przychody na pracownika i wypłacają o 19 proc. wyższe wynagrodzenia niż firmy niebędące właścicielami takich praw. W Polsce sektor MŚP wypada lepiej niż średnia unijna.

Głównym wnioskiem z naszego studium jest zależność, która pokazuje, że firmy posiadające prawa własności intelektualnej mają obroty na pracownika o 20 proc. wyższe niż przedsiębiorstwa, które takich praw nie posiadają. Jeżeli przeanalizujemy indywidualne prawa własności intelektualnej, to okazuje się, że firmy, które posiadają patenty, osiągają jeszcze lepsze wyniki – mają o 36 proc. wyższe obroty na pracownika niż firmy, które nie posiadają praw własności intelektualnej – mówi agencji Newseria Biznes Nathan Wajsman, główny ekonomista Urzędu UE ds. Własności Intelektualnej (EUIPO).

W przypadku własności zarejestrowanych wzorów średnie przychody firm są o 32 proc. wyższe, a w przypadku znaków towarowych – o 21 proc. wyższe niż w innych firmach. Podobna zależność występuje w wynagrodzeniach oferowanych pracownikom. Firmy posiadające jakiekolwiek prawa własności intelektualnej płacą o 19 proc. wyższe pensje niż przedsiębiorstwa, które ich nie posiadają. W przypadku podmiotów z patentami różnica jest jeszcze wyższa i wynosi 53 proc. W firmach posiadających zarejestrowane wzory i znaki towarowe wynosi ona odpowiednio 30 proc. i 17 proc.

– W Unii Europejskiej w sumie ok. 60 proc. dużych firm posiada prawa własności intelektualnej, natomiast wśród małych i średnich przedsiębiorstw ten odsetek wynosi tylko 9 proc. – zauważa główny ekonomista EUIPO. – Analizy pokazały również, że to właśnie małe i średnie firmy wykazują najsilniejszy związek między posiadaniem praw własności intelektualnej i obrotami w przeliczeniu na pracownika. Firmy z sektora MŚP, które posiadają te prawa, mają obroty na pracownika o 68 proc. wyższe niż firmy, które nie posiadają tych praw.

W przypadku dużych podmiotów premia ta wynosi 18 proc.

Jak na tle Europy wypadają polskie firmy? Wśród dużych podmiotów odsetek posiadających prawa własności intelektualnej wynosi 54 proc., plasują się więc poniżej średniej unijnej. Z kolei polski sektor MŚP jest powyżej tej średniej (10,1 proc.).

– To jest dobry znak, bo pokazuje, że małe polskie firmy są jednak innowacyjne – mówi Nathan Wajsman.

Eksperci EUIPO i EPO podkreślają, że wyniki badania wskazują na niewykorzystany potencjał sektora MŚP w Europie. Wynika on głównie z braku wiedzy na temat rejestracji praw własności intelektualnej, wykorzystania innowacyjności i ochrony własności intelektualnej. Dlatego tak istotne jest ułatwienie mniejszym firmom ochrony ich innowacji za pomocą praw własności intelektualnej, co jest jednym ze strategicznych celów tych instytucji do 2025 roku. Tym bardziej że innowacje – zgodnie z oczekiwaniami UE – mają się przyczynić do szybszego wyjścia europejskiej gospodarki z kryzysu postcovidowego.

Sektor, który najwięcej korzysta z praw własności intelektualnej, to telekomunikacja i informacja – posiada je 18 proc. firm w tym sektorze. Podobnie jest w przypadku firm z sektorów usług profesjonalnych oraz w przemyśle – po 14 proc. – wymienia główny ekonomista EUIPO.

Raport roczny Urzędu Patentowego RP za 2019 rok również pokazuje pozytywne tendencje. W analizowanym okresie wpłynęło łącznie 37 166 zgłoszeń, czyli o 4,7 proc. więcej niż w roku poprzednim. Zanotowano 4910 zgłoszeń wynalazków i wzorów użytkowych, w tym 4849 zgłoszeń w trybie krajowym oraz 61 zgłoszeń w ramach procedury międzynarodowej. Najwięcej zgłoszeń dotyczących wynalazków i wzorów użytkowych przypada na małe i średnie przedsiębiorstwa zatrudniające mniej niż 250 osób (54,24 proc. poniżej dziewięciu pracowników). Niespełna 12 proc. zgłoszeń tzw. sektora gospodarki pochodziło od największych firm.

Fitch: Polskie miasta dobrze sobie radzą w sytuacji pandemii. Ich dochody zaczną rosnąć nie wcześniej niż w przyszłym roku

Agencja Fitch Ratings potwierdziła ratingi, czyli ocenę zdolności do obsługi długu, 18 polskich miast. Udało się je utrzymać mimo niemal roku funkcjonowania w warunkach pandemii. Choć analitycy dostrzegają też słabe strony gminnych budżetów, podkreślają elastyczność zarządzania finansami przez samorządowców, która pomaga im radzić sobie z kryzysem. Rok 2021 może jeszcze być dla nich czasem zaciskania pasa, ale od przyszłego roku kondycja miejskich budżetów powinna się poprawiać.

Fitch Ratings ocenia rating Polski na „A-”. To najniższa ocena ratingowa w grupie „wyższej średniej” i siódma w kolejności spośród 10 ratingów inwestycyjnych. Ma to znaczenie o tyle, że samorząd nie może otrzymać wyższego ratingu niż rating Polski. Fitch ocenia 18 miast w Polsce – do grupy tej należą Katowice, Płock, Rybnik, Warszawa, Częstochowa, Gdańsk, Poznań, Białystok, Zabrze, Toruń, Bydgoszcz, Olsztyn, Rzeszów, Chorzów, Szczecin, Opole, Gliwice i Ostrów Wielkopolski. Siedem gmin ma rating na poziomie ratingu Polski „A-”: są to Warszawa, Poznań, Gdańsk, Bydgoszcz, Gliwice i Katowice, pięć gmin ma nieco niższe ratingi „BBB+” (Płock, Częstochowa, Rybnik, Ostrów Wielkopolski i Rzeszów), a trzy gminy mają rating „BBB”: są to Białystok, Olsztyn, Toruń. Ratingi Chorzowa i Opola to „BBB-”, natomiast Zabrza „BB+”. Wszystkie ratingi miast mają perspektywę stabilną, poza Płockiem, którego rating ma perspektywę pozytywną.

Naszym zdaniem miasta posiadają jeszcze margines bezpieczeństwa, który pozwolił na utrzymanie stabilnej oceny ratingowej pomimo zakłóceń w gospodarce spowodowanych pandemią – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maurycy Michalski, analityk w Zespole Finansów Publicznych, Fitch Ratings.

Płynność w sektorze gmin nie pogorszyła się znacząco w zeszłym roku, przynajmniej tych gmin ocenianych przez Fitch Ratings. Sytuacja płynnościowa jest stabilna i dobra. Wszystkie miasta oceniane przez Fitch charakteryzują się bardzo ostrożnościowym podejściem do zarządzania płynnością i priorytetyzowaniem wydatków takich jak wydatki na obsługę zobowiązań podatkowych, na wynagrodzenia, ale też jest duży nacisk na to, żeby obsługiwać zobowiązania kredytowe – mówi Dorota Dziedzic, dyrektor Zespołu Finansów Publicznych w Polsce, Fitch Ratings. – Miasta zarządzają w ten sposób swoją gotówką, że mają odpowiednie stany, które zabezpieczają ich płynność na jakiś czas czy jakiś cykl związany z płatnościami zobowiązań. Co do zasady przeważająca liczba miast, które oceniamy, nie posiłkuje się zewnętrznymi płynnościowymi liniami kredytowymi.

Miasta ponoszą wyższe koszty na walkę z koronawirusem, co ogranicza środki, które mogą być przeznaczone na inwestycje. Dodatkowo muszą się zmagać ze skutkami decyzji rządu podjętych jeszcze przed wybuchem pandemii.

Przede wszystkim chodzi tu o pełnoroczny efekt zwolnienia osób do 26. roku życia z podatku dochodowego, a także obniżenie pierwszego progu tego podatku z 18 proc. na 17 proc. Pewne decyzje zostały podjęte również po stronie wydatkowej, w tym należy wymienić podwyżki wynagrodzeń nauczycieli oraz wzrost płacy minimalnej – mówi Maurycy Michalski.

To oznacza znaczący spadek dochodów. Wpływy z PIT odpowiadają bowiem za prawie 29 proc. dochodów ogółem gmin ocenianych przez Fitch. W ocenie agencji w 2021 roku zarówno podatkowe, jak i niepodatkowe dochody będą niższe niż w 2019 roku, podobnie jak było to w 2020 roku, a odbicie może nastąpić najwcześniej w 2022 roku.

Jeżeli wpływ działań zmierzających do ograniczenia pandemii na gospodarkę utrzyma się jeszcze przez większość 2021 roku i nie nastąpi szybka poprawa, nadwyżki operacyjne miast będą dalej się kurczyć w wyniku dalszego spadku dochodów, który nie będzie równoważony wystarczającym ograniczeniem wydatków operacyjnych, to wtedy może się pojawić negatywna presja na ratingi – ocenia analityk z Fitch Ratings.

Większość gmin w Polsce nie jest w stanie zrekompensować ubytków we wpływach z podatków innymi źródłami, np. subwencjami. Z drugiej strony samorządy też nie mogą w nieograniczony sposób podnosić opłat takich jak czynsze czy ceny biletów w transporcie publicznym ze względu na odpowiedzialność społeczną. Zdaniem Fitch Polska jest to największa słabość gmin, wynikająca ze struktury ich dochodów.

Widzimy pewien limit w zdolności zwiększania dochodów w momencie, kiedy są gorsze uwarunkowania makroekonomiczne. Pozytywne w tym wszystkim jest to, że ponad 40 proc. dochodów gmin to są transfery z budżetu państwa, prawie 25 proc. to dochody dystrybuowane z budżetu państwa, a to są głównie podatek PIT i CIT, a PIT jest dosyć stabilny, gdyż nie jest podatny na zmiany koniunktury gospodarczej – wyjaśnia Dorota Dziedzic. – Niemniej jednak, patrząc całościowo na strukturę dochodów, to w gestii ocenianych przez nas gmin jest może 20 proc. dochodów bieżących, na które gmina może mieć wpływ. Stanowią je w 15 proc. podatki lokalne i w około 4 proc. opłaty pobierane przez gminy.

Według Fitch inną nie najmocniejszą stroną polskich samorządów jest zarządzanie długiem. Jak tłumaczy Dorota Dziedzic, około 60 proc. zadłużenia opiera się na zmiennych stawkach procentowych, co oznacza ryzyko wzrostu kosztów obsługi takiego długu, kiedy stopy procentowe zaczną rosnąć. Tym bardziej że nie ma prawnie dopuszczonych instrumentów ograniczania ryzyka zmienności stopy procentowej. Inna sprawa, że na razie na taką podwyżkę się nie zanosi. Ostatnia miała miejsce w maju 2012 roku, a obecnie – po obniżkach w 2020 roku – stopy procentowe są na historycznie najniższym poziomie.

Brakuje nam również regulacji dotyczących uwzględniania zadłużenia spółek miejskich w zadłużeniu gmin ogółem i uwzględnienia ich w limitach ostrożnościowych, jeżeli chodzi o indywidualny wskaźnik zadłużania. Tutaj też widzimy pewną słabość dla finansów gmin – podkreśla ekspertka Fitch Ratings.

Gminy w Polsce nie mogą ogłosić bankructwa. W przypadku bardzo trudnej sytuacji finansowej mogą wystąpić o pożyczkę z budżetu państwa, ale wiąże się to z wprowadzeniem programów ostrożnościowych lub naprawczych, a to trwa i nie zabezpiecza natychmiast płynności gminy.

Mocną stroną badanych gmin jest zarządzanie wydatkami. Większość z nich korzysta z posiadanej elastyczności po stronie wydatków zarówno operacyjnych, jak i majątkowych. Jest to widoczne m.in. w możliwości przesuwania niektórych inwestycji w czasie, gdy sytuacja finansowa będzie lepsza. Dotyczy to również projektów współfinansowanych ze środków unijnych, które stanowią priorytet w ocenianych przez Fitch gminach.

Szacujemy, że w razie potrzeby gminy mogą zredukować maksymalnie 15 proc. wydatków bieżących – mówi Dorota Dziedzic.

– Oceniane przez nas miasta na przestrzeni minionego roku bardziej wnikliwie przyglądały się każdej złotówce, którą wydawały na cele nieobligatoryjne. Nie zawsze mogą w pełni skorzystać z tej elastyczności, gdyż przyzwyczajenie mieszkańców do wyższego poziomu świadczonych usług powoduje, że wszelkie ograniczenia w tym zakresie mogą spotkać się z niezadowoleniem – dodaje Maurycy Michalski.

Analitycy spodziewają się, że w kolejnych latach, do 2024 roku, dochody operacyjne gmin będą rosły, choć nie w tak szybkim tempie jak w latach 2015–2019. Podobnie sprawa ma się z wydatkami operacyjnymi. Fitch spodziewa się poprawy kluczowych wskaźników finansowych miast – wpływy podatkowe ponownie zaczną rosnąć, podczas gdy większość poniesionych wydatków w związku z trwającą pandemią ma charakter jednorazowy.

Program Czyste Powietrze wymaga przyspieszenia. Do wymiany zostało jeszcze ok. 2,9 mln kopciuchów

Niewystarczająca kampania informacyjna na temat możliwości dofinansowania i brak wsparcia dla najuboższych gospodarstw domowych – to niektóre z mankamentów programu Czyste Powietrze, które według Polskiego Alarmu Smogowego wymagają zmian. W programie, który zakłada wymianę 3 mln kopciuchów w ciągu 10 lat, do tej pory złożono ok. 200 tys. wniosków i zrealizowano ok. 70 tys. inwestycji. Proces włączania do niego banków, który rozpoczął się kilka dni temu, powinien znacznie przyspieszyć realizację inwestycji.

Według rankingu Air Quality Index największe polskie miasta znajdują się w niechlubnej czołówce najbardziej zanieczyszczonych miast na świecie. W styczniu, po fali dużych mrozów, Wrocław znalazł się nawet na pozycji wicelidera – tylko stolica Bangladeszu, Dhaka, miała gorsze wskaźniki powietrza. Jedną z przyczyn tak wysokiego poziomu smogu są tzw. kopciuchy. Program Czyste Powietrze miał to zmienić, jednak jak pokazują liczby, do tej pory efekty nie są spektakularne.

– Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział, że w ciągu 10 lat zostanie ocieplonych 3 mln domów i wymienione 3 mln źródeł ciepła za kwotę 100 mld zł. Czyli średnio licząc, to 300 tys. domów i wydanych 10 mld zł rocznie. Po 1/4 działania programu złożono zaledwie 200 tys. wniosków i wykonano 70 tys. inwestycji. W tym momencie programu, gdybyśmy szli zgodnie z planem, powinniśmy być blisko liczby 700 tys. inwestycji. Te liczby pokazują, w jakim stopniu ten program tak naprawdę działa – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Siergiej, rzecznik Polskiego Alarmu Smogowego.

W maju 2020 roku rząd ogłosił restart programu. Uproszczono m.in. składanie wniosków i skrócono czas oczekiwania na decyzję. Zmiany okazały się jednak niewystarczające. Dlatego Polski Alarm Smogowy apeluje o dalsze reformy programu.

– Zależy nam na tym, żeby aplikowanie do programu Czyste Powietrze było jeszcze prostsze, bo wciąż są z tym problemy. Chcemy, by pieniądze były rozprowadzane przez sektor bankowy. W każdej gminie jest bank, który mógłby się zajmować dystrybucją pieniędzy – wyjaśnia Piotr Siergiej.

Ten postulat został już spełniony. Do programu zostały włączone banki, które mają się zająć procesem przyznawania dotacji. Nabór instytucji rozpoczął się na początku miesiąca i potrwa do 23 lutego. Zgłaszać się mogą zarówno banki komercyjne, jak i członkowie zrzeszenia banków spółdzielczych. Od połowy roku mają być w nich dostępne pierwsze kredyty na sfinansowanie energooszczędnych inwestycji. Dzięki temu w jednym, bankowym „okienku” chętne osoby będą mogły złożyć dokumenty o dotację oraz uzyskać kredyt na realizację projektu (przyznana dotacja pozwoli spłacić część zaciągniętego kredytu).

–  Mamy program na 100 mld zł, czyli gigantyczną kwotę pieniędzy do wydania, tymczasem nie jest prowadzona stała kampania informacyjna. Czyli jak obywatel ma się zgłosić po dofinansowanie, skoro on nawet nie ma pojęcia, że to istnieje? Więc to jest kolejny nasz postulat: kampania informacyjna – wskazuje rzecznik PAS.

Świadomość jest niewystarczająca nie tylko wśród mieszkańców, lecz także samorządów. Jak wynika z grudniowej ankiety PAS, tylko połowa miast wojewódzkich posiada informacje o liczbie kotłów przeznaczonych do wymiany. Spośród znajdujących się na liście WHO najbardziej zanieczyszczonych miast tylko 20 policzyło kopciuchy. W gminach, w których trwa proces ich wymiany, mieszkańcy często korzystają z samorządowych programów dotacyjnych, a nie rządowego Czystego Powietrza.

Kolejne gminy podpisują porozumienie z wojewódzkimi funduszami ochrony środowiska i gospodarki wodnej w ramach programu. W sumie już tysiąc gmin zadeklarowało w ten sposób wprowadzanie ułatwień dla mieszkańców w dostępie do finansowania.

– Samorządy, wójtowie, sołtysi są bardzo blisko obywatela, oni znają ich problemy, są w stanie pomóc. Gdyby rząd zdecydował się na to, że dofinansuje samorządy, bo to by było nowe zadanie dla samorządów, mogłyby one utworzyć stanowisko ekodoradcy, który będzie obywatelowi pomagać w wypełnianiu wniosków. To jest jeden etat, ale dla biednej gminy to są duże pieniądze, więc rząd powinien wspierać takie gminy finansowo – mówi rzecznik PAS.

Jak zapowiada minister klimatu i środowiska Michał Kurtyka, rząd przygotował pakiet zachęt dla gmin do zaangażowania się w program. Wśród nich są środki na tworzenie punktów konsultacyjnych. Zapowiada również uruchomienie ogólnopolskiej kampanii informacyjno-promocyjnej programu.

Kolejnym postulatem Polskiego Alarmu Smogowego jest większe wsparcie dla najuboższych.

– Z jednej strony są dosyć duże kwoty dofinansowania, sięgające ponad 60 proc. całości inwestycji, tylko że pamiętajmy o tym, że jeżeli ocieplamy dom, wymieniamy okna, drzwi, ocieplamy ściany, wymieniamy kocioł, to są kwoty rzędu co najmniej 40–50 tys. zł. Żeby to dofinansowanie uzyskać, najpierw musimy przeprowadzić inwestycję, czyli wyłożyć tę kwotę, a potem uzyskać zwrot finansów. Niewielu ubogich ludzi ma takie kwoty – przekonuje Piotr Siergiej. – Ci ludzie mogą nawet nie mieć zdolności kredytowej, żeby uzyskać finansowanie. To jest potężna bariera dla ,najuboższej części naszego społeczeństwa.

Obecnie dotacje wypłacane są do 60 proc. poniesionych kosztów (maksymalnie 37 tys. zł) przy miesięcznych dochodach do 1,4 tys. zł na osobę w gospodarstwach wieloosobowych lub do 1960 zł w przypadku gospodarstwa jednoosobowego. Osoby o niskich dochodach mogą ubiegać się o wyższe wsparcie.

Jak podkreśla ekspert, bez przyspieszenia programu Czyste Powietrze wymiana starych kotłów i pieców zajmie kilkadziesiąt lat. W Polsce wciąż działa blisko 3 mln kopciuchów. Aby odczuć poprawę jakości powietrza, co roku powinno znikać ok. 10 proc.

– Znaczącą poprawę już odczuwa Kraków, gdzie w ciągu ostatnich siedmiu lat zlikwidowano łącznie około 40 tys. kopciuchów. W tym czasie średnia jakość powietrza poprawiła się o 40 proc. To już mieszkańcy Krakowa mogą wyraźnie odczuć. Ta pozytywna zmiana to właśnie efekt przepisów antysmogowych – mówi rzecznik Polskiego Alarmu Smogowego.

Program Czyste Powietrze będzie realizowany do 2029 roku. Jego łączny budżet to 103 mld zł. W pierwszym naborze 2021–2022 łączny limit, w ramach którego banki będą przekazywać do wojewódzkich funduszy ochrony środowiska i gospodarki wodnej wnioski o dotacje, wyniesie ok. 1,5 mld zł.

Wojciech M. Amaro: Zamknięcie gastronomii zostawi za sobą wiele trupów. Otwieranie lokali mimo obostrzeń to krzyk rozpaczy, dlatego trudno to oceniać

Gastronomia jest jedną z branż, w którą koronawirus uderzył najmocniej. Co najmniej co trzeci lokal może nie przetrwać kryzysu i na stałe zniknie z kulinarnej mapy Polski – wynika z analizy specjalistów firmy Dotykačka. W trudnej sytuacji są zwłaszcza małe, rodzinne przedsiębiorstwa, które zostały pozbawione środków do życia. – Sytuacja wielu jest naprawdę dramatyczna – mówi restaurator Wojciech Modest Amaro. – Tu nie ma winnych czy niewinnych. Dlatego nie potrafię jednoznacznie ocenić tych, którzy zdecydowali się, mimo obostrzeń, otworzyć lokale.

Pandemia zostawi za sobą bardzo wiele trupów. Tak jest nie tylko u nas. Wiem od przyjaciół z Berlina, że tam osiem na dziesięć restauracji prawdopodobnie będzie miało problemy z przetrwaniem, więc skala problemów jest gigantyczna, to samo jest we Francji i w Stanach Zjednoczonych, gdzie szefowie kuchni starali się o 120 mld dol. dotacji. To pokazuje skalę problemu – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Modest Amaro.

Z analizy firmy Dotykačka, dostawcy systemu kasowego online, wynika, że w związku z lockdownem obroty w części lokali gastronomicznych spadły nawet o 90 proc. W efekcie co najmniej co trzecia firma może już się nie otworzyć. Podczas wiosennej, pierwszej fali pandemii największe spadki obrotów zanotowały puby (-44 proc. w marcu i -87 proc. w kwietniu) i bary (odpowiednio -44 i -79 proc.), kawiarnie i cukiernie (spadek o 22 i 59 proc.) oraz restauracje (-23 i -56 proc.). W przypadku klubów i dyskotek obroty spadły do zera. O ile letnie uwolnienie gospodarki przyniosło odbicie i nadzieje na powrót do normalności, o tyle ponowne zamknięcie w październiku i kolejne przedłużanie restrykcji dla części lokali oznacza wyrok śmierci, zwłaszcza dla mniejszych, rodzinnych przedsiębiorstw.

– Będąc świadkami pandemii, musimy zrozumieć konieczność wprowadzenia pewnych restrykcji i ograniczeń, ale z drugiej strony jak to zderzyć z rodzinną małą firmą, która nie ma środków do życia? Nie ma tu wygranych i przegranych, winnych i niewinnych. To na pewno tragedia dla gastronomii i właściwe rozwiązanie tego będzie leżało tylko w naszych rękach – ocenia restaurator.

Gastronomia przynajmniej do końca lutego będzie działać tylko w opcji na wynos. Z danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej wynika, że na koniec 2020 roku zadłużenie hoteli, restauracji i firm cateringowych wynosiło 280,8 mln zł. W czasie pandemii o 33 proc. Pogorszyła się przede wszystkim sytuacja jednoosobowych działalności gospodarczych i przedsiębiorstw z sektora HoReCa, które często już przed wybuchem pandemii miały problemy finansowe.

– Gastronomia musiała znaleźć dla siebie jakieś rozwiązanie i to też jest na wielu płaszczyznach zrozumiałe. Na początku było to karmienie personelu medycznego. Tak też reagowano w Rzymie czy Nowym Jorku. Potem trzeba było wymyślić coś, żeby się utrzymać – wskazuje Wojciech Modest Amaro. – Znam szefów kuchni, którzy zajęli się pudełkowymi dietami, i to nie tylko w Polsce. Założyli tymczasowo tego typu biznesy, szukają po prostu różnych możliwości zarobkowych. Ci, którzy przetrwają, będą potem oblegani, bo społeczeństwo wróci do dawnych nawyków jedzenia na mieście, byle tylko samemu nie gotować. Ale daleka droga do tego i na pewno zostawimy za sobą całą masę upadłych biznesów.

W związku z trudną sytuacją i utrzymującymi się obostrzeniami dla branży część lokali gastronomicznych postanowiła wznowić działalność w trybie stacjonarnym. W ramach akcji HASHotwieraMY otworzyły się setki lokali. Izba Gospodarcza Gastronomii Polskiej szacowała, że na taki krok po 18 stycznia zdecydowało się ponad 20 tys. placówek.

– Rozumiem apetyt na powrót do pracy, ale z drugiej strony mamy ryzyko, że kogoś zarazimy. To żonglowanie odpowiedzialnością zostaje we własnym sumieniu każdego z nas. Kto chciał dołączyć, kto czuł absolutny nóż na gardle i nie widział żadnych perspektyw dla siebie, to dołączył. Miałbym go teraz ganić i pytać: jak śmiałeś to zrobić? Albo twierdzić, że restrykcje, które są po to, by jakoś zapanować nad tą siłą wyższą, nigdy nie powinny być wprowadzone i wolna amerykanka na rynku? To jest sytuacja, w której nie ma zwycięzców i ja nie zamierzam nikogo osądzać – podkreśla restaurator.

Zgodnie z zapowiedziami przedstawicieli rządu przedsiębiorcy łamiący obostrzenia nie będą mogli liczyć na wsparcie w ramach kolejnych tarcz, będą też musieli zwrócić wcześniej otrzymaną pomoc.

– Ten zryw był krzykiem rozpaczy wielu osób. Tak to odbieram. Nie dopisuję tu żadnych innych ideologii i nie będę tego zero-jedynkowo oceniać – mówi Wojciech Modest Amaro.

Łazik Perseverance poszuka śladów życia pod powierzchnią Marsa. Miejsce jego lądowania mogło być niegdyś deltą rzeki

Łazik marsjański NASA ma wylądować na Czerwonej Planecie już 18 lutego 2021 roku. Perseverance ma za zadanie szukać śladów dawnego życia, skamieniałości drobnoustrojów w skałach, które powstały w ciepłej, mokrej przeszłości Marsa. Na miejsce lądowania wybrano krater Jezero. Zdaniem naukowców obszar ten był kiedyś zalany wodą i był domem dla starożytnej delty rzeki. Już wcześniejsze sondy ujawniły, że krater zawiera gliny, które powstają tylko w obecności wody. Perseverance może potwierdzić, że na Marsie mogło istnieć życie.

Program eksploracji Marsa NASA od lat systematycznie próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, czy na Czerwonej Planecie mogło istnieć życie. Łaziki Spirit i Opportunity pokazały, że kiedyś na powierzchni istniała woda w stanie ciekłym. Opierając się na tym odkryciu, łazik Curiosity należący do NASA potwierdził teorię, że warunki na Marsie około 4 mld lat temu mogły sprzyjać rozwojowi życia. Teraz łazik Perseverance będzie szukać bezpośrednich oznak życia. Na miejsce lądowania NASA wybrała krater Jezero.

– Krater Jezero jest bardzo ciekawy, bo bogaty w różne zasoby. Znajduje się na pograniczu wielu geologicznych epok i stref, gdzie można znaleźć różne ciekawe formacje bardzo blisko siebie. Znajduje się tam coś, co naukowcy nazywają starożytną deltą rzeki, a po której Perseverance będzie się powoli wspinał na wyżyny tego krateru, gdzie są najbardziej prawdopodobne do znalezienia strategiczne zasoby, które byłyby np. dobre dla kolonizacji – różne metale, pierwiastki  czy lód wodny – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Leszek Orzechowski, architekt Space is More.

W procesie wyboru miejsca lądowania wzięli udział członkowie zespołu misyjnego i naukowcy z całego świata, którzy dokładnie zbadali ponad 60 potencjalnych lokalizacji na Czerwonej Planecie. Po pięcioletnich badaniach potencjalnych miejsc, z których każde ma swoje unikalne cechy, wybór padł na krater Jezero.

Naukowcy uważają, że obszar ten był kiedyś zalany wodą i był domem dla starożytnej delty rzeki. Znajduje się w regionie Isidis Planitia na Marsie, gdzie starożytne uderzenie meteorytu pozostawiło po sobie duży krater o średnicy ok. 1,2 tys. kilometrów. Późniejsze, mniejsze uderzenie meteorytu stworzyło krater Jezero w basenie uderzeniowym Isidis. Naukowcy uważają, że dzięki tym wydarzeniom prawdopodobnie powstały środowiska przyjazne dla życia. Istnieją dowody na to, że starożytna rzeka wpływała do Jezero, tworząc deltę, która dawno już wyschła.

Instrument CRISM Mars Reconnaissance Orbiter ujawnił, że krater zawiera gliny, które powstają tylko w obecności wody. Na Ziemi naukowcy odkryli takie gliny w delcie rzeki Missisipi, gdzie w samej skale znaleziono życie drobnoustrojów.

– Perseverance będzie szukał życia, zwłaszcza że mówimy tutaj o bardzo starej, już wyschniętej delcie rzeki – podkreśla architekt Space is More.

W kraterze Jezero łazik będzie mieć dostęp do skał, które mają nawet 3,6 mld lat. Istnieje wiele pomysłów na temat tego, jak wyglądał wczesny Mars. Dostęp do starożytnych skał w kraterze powinien pomóc odpowiedzieć na niektóre z tych pytań i dostarczyć wiedzy o powstawaniu planet skalistych. Jest to również doskonałe miejsce dla łazika do zbierania różnych próbek marsjańskich skał i gleby.

Narzędziami Perseverance do skanowania życia są spektrometry Ramana, które oświetlają światłem ultrafioletowym fragment skały lub gleby i odczytują odbitą sygnaturę świetlną, aby określić, jakie związki chemiczne są w niej obecne. Łazik będzie szukać śladów mikroskopijnego życia za pomocą PIXL, kamery zamontowanej na ramieniu robota, która widzi rzeczy tak małe jak ziarnko soli. Na Ziemi udało się w ten sposób znaleźć mikroskopijne skamieniałości bakterii w skałach mających ponad 3,5 mld lat.

W dolnej części łazika znajduje się RIMFAX. To radar, który może wykryć kieszenie wodne do 10 metrów pod powierzchnią. Naukowcy podejrzewają, że część starożytnej wody Marsa przedostała się pod ziemię, gdzie nadal może być domem dla żywych organizmów. Na pokładzie Perseverance znajduje się również stacja meteorologiczna MEDA.

– Perseverance będzie też testerem sprzętu. Ma na sobie aparat MOXIE, którego celem jest w bardzo efektywny sposób wytwarzanie tlenu z atmosfery marsjańskiej. I to będzie test sprzętu, który na pewno będzie częścią przyszłych baz marsjańskich. To jest już kroczek pod infrastrukturę do utrzymania zdrowia i życia, także ludzkiego – przekonuje Leszek Orzechowski.

MOXIE to urządzenie wielkości akumulatora samochodowego, które będzie wydobywać dwutlenek węgla z atmosfery Marsa i wytwarzać tlen. Jeśli testy się powiodą, może to być przełom w wytwarzaniu tlenu na obcych planetach.

Opracowane przez naukowców urządzenie ubieralne skutecznie zmierzy poziom hormonu stresu. W przyszłości może pomóc m.in. osobom z depresją

Naukowcy opracowali nadający się do noszenia czujnik, który może mierzyć stężenie kortyzolu w pocie. Kortyzol jest hormonem organizmu uwalnianym w odpowiedzi na stres, dzięki czujnikowi mogą więc powstać urządzenia wearables, które będą monitorować poziom stresu użytkownika przez cały dzień. – Posiadanie niezawodnego czujnika do noszenia na ciele może pomóc lekarzom w obiektywnej ocenie, czy pacjent cierpi na depresję lub wypalenie i czy jego leczenie jest skuteczne – podkreśla Adrian Ionescu z Politechniki Federalnej w Lozannie.

Urządzenia do noszenia na ciele, tzw. wearables, mierzą coraz więcej parametrów. Monitorują stan zdrowia, potrafią też same wysyłać sygnały alarmowe przy zagrożeniu życia. Sprawdzają rytm serca czy wysokość ciśnienia.

Naukowcy Politechniki Federalnej w Lozannie (EPFL) we współpracy ze startupem Xsensio jako pierwsi stworzyli czujnik do noszenia, który monitoruje poziom kortyzolu.

– Nasze urządzenie zostało zaprojektowane do kontrolowania poziomu kortyzolu podczas noszenia na ciele, dzięki czemu naukowcy mogą gromadzić obiektywne dane ilościowe na temat niektórych chorób związanych ze stresem. To główna zaleta i innowacja naszego urządzenia. Naukowcy mogą czerpać dane w sposób nieinwazyjny, ale precyzyjnie i szybko badać stężenie kortyzolu zawarte w pocie człowieka – tłumaczy Adrian Ionescu, szef Laboratorium Urządzeń Nanoelektronicznych (Nanolab) na Politechnice Federalnej w Lozannie.

Do wykonywania szybkich pomiarów poziomu kortyzolu mogą służyć badania krwi. Jednak jego wykrywalne ilości można również znaleźć w ślinie, moczu i pocie. Zespół naukowców z Nanolab postanowił skupić się na pocie jako płynie do wykrywania i opracował inteligentny czip do noszenia ze zminiaturyzowanym czujnikiem opartym na grafenie.

Grafen jest funkcjonalizowany przez aptamery, które są krótkimi fragmentami jednoniciowego DNA lub RNA mogącymi się wiązać z określonymi związkami. Aptamer ma ładunek ujemny, a gdy wchodzi w kontakt z kortyzolem, natychmiast wychwytuje hormon, powodując zwijanie się pasm i przybliżenie ładunku do powierzchni elektrody. Następnie urządzenie wykrywa ładunek i w ten sposób mierzy stężenie kortyzolu w pocie użytkownika.

– Zespół badawczo-rozwojowy EPFL i Xsensio osiągnął ważny kamień milowy w dziedzinie badań i rozwoju w wykrywaniu hormonu kortyzolu. Z niecierpliwością czekamy na przetestowanie tego nowego czujnika w warunkach szpitalnych i zdobycie nowego wglądu w działanie naszego organizmu – wskazuje Esmeralda Megally, dyrektor generalna Xsensio.

Istnieją mocne dowody na to, że przewlekły stres ma negatywny wpływ na zdrowie ludzi. Otyłość, cukrzyca typu 2, choroby serca, lęk, depresja, syndrom zmęczenia i wypalenie są często związane z dysfunkcjami osi stresu. Pod jego wpływem kora nadnerczy nerki uwalnia kortyzol, zwany hormonem stresu, do krwiobiegu. Uważa się, że zaburzenia wydzielania kortyzolu są głównym czynnikiem w związkach między stresem a zdrowiem. Hormon ten odgrywa ważną rolę w regulacji metabolizmu węglowodanów, dzięki czemu organizm jest odporny na ból i bodźce zewnętrzne, takie jak infekcja czy napięcie psychiczne.

– Kortyzol może być wydzielany pod wpływem impulsu – czujesz się dobrze i nagle dzieje się coś, co powoduje stres, a organizm zaczyna wytwarzać więcej hormonu – tłumaczy Adrian Ionescu. – U ludzi, którzy cierpią na choroby związane ze stresem, rytm okołodobowy jest całkowicie zaburzony. Jeśli organizm wytwarza za dużo lub za mało kortyzolu, może to poważnie zaszkodzić zdrowiu, potencjalnie prowadząc do otyłości, chorób układu krążenia, depresji lub wypalenia.

Poziom kortyzolu w surowicy zachowuje rytm dobowy przez cały dzień, przy czym najwyższy poziom występuje rano, ok. 30 min po przebudzeniu, a najniższy w nocy. Długotrwały stres może zaburzyć ten rytm i skutkować nieprawidłowym wzrostem poziomu hormonu. Chociaż krótkotrwała aktywacja osi podwzgórze – przysadka – nadnercza jest niezbędna w życiu codziennym, to stale wysoki czy niski poziom kortyzolu, jak również zaburzony rytm dobowy, mają wpływ na problemy fizyczne i psychiczne.

– Posiadanie niezawodnego czujnika do noszenia na ciele może pomóc lekarzom w obiektywnej ocenie ilościowej, na przykład, czy pacjent cierpi na depresję lub wypalenie i czy jego leczenie jest skuteczne. Co więcej, lekarze mieliby te informacje w czasie rzeczywistym. Oznaczałoby to duży krok naprzód w zrozumieniu tych chorób – przekonuje Adrian Ionescu, szef Nanolabu.

Inżynierowie przetestowali już swoje urządzenie w laboratorium, a następnym krokiem jest przetestowanie go w warunkach szpitalnych.

– Zespół badawczo-rozwojowy EPFL i Xsensio osiągnął ważny kamień milowy w dziedzinie badań i rozwoju w wykrywaniu hormonu kortyzolu. Z niecierpliwością czekamy na przetestowanie tego nowego czujnika w warunkach szpitalnych i zdobycie nowego wglądu w działanie naszego organizmu – wskazuje Esmeralda Megally.

Chip zostanie przetestowany na osobach z zespołem Cushinga (ich organizm wytwarza zbyt dużo kortyzolu), chorobą Addisona (w której organizm nie wytwarza wystarczającej ilości) i związaną ze stresem otyłością. Badania te nie obejmują pacjentów z chorobami psychicznymi, ale zespół uważa, że ​​czujnik może pomóc lekarzom lepiej je zrozumieć.

– Kolejna faza skupi się na rozwoju produktu, aby przekształcić ten ekscytujący wynalazek w kluczową część naszej platformy wykrywania Lab-on-Skin i zapewnić monitorowanie stresu w urządzeniach do noszenia nowej generacji – zapowiada dyrektor generalna Xsensio.

Ile jeszcze rekordów Bitcoina?

Tesla wydała 1,5 mld USD na bitcoiny, a burmistrz Miami chce, aby jego urzędnicy byli wynagradzani kryptowalutami. Na bazie wzrostów Bitcona powstaje bardzo specyficzna grupa miliarderów.

Bitcoina zdecydowanie można nazwać „królem spekulantów”. Przez ostatni rok kurs tej najsławniejszej kryptowaluty wzrósł z poziomu niecałych 10 tys. USD do niemal 50 tys. USD. Zwyżki rzędu 500% rocznie sprawiają, że to niezwykle „łakomy kąsek” dla giełdowych spekulantów, który zaczyna przyciągać też innego rodzaju graczy, takich jak poważne biznesy.

Tesla to nie jest pierwsza duża spółka, która zdecydowała się na zakup bitcoinów., już w grudniu były takie sygnały ze spółek o dużej kapitalizacji. Jest to jednak ruch bardzo spekulacyjny, a Elon Musk już wcześniej był zaangażowany w promowanie kryptowalut.

Tesla w swym raporcie finansowym przyznała, że jest to decyzja bardzo ryzykowna, ale celem miała być dywersyfikacja ryzyka.

– Ten ruch w wykonaniu Elona Muska rynkowi giełdowemu się nie podoba, ponieważ akcjonariusze chcą widzieć w Tesli producenta samochodów, a nie jakiś wehikuł inwestycyjny. W przypadku Tesli istotny jest też aspekt księgowy, ponieważ w USA spółki nie mogą przeksięgowywać bieżącej wartości kryptowalut w momencie, gdy ich wartości rosną – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią. – W momencie zakupu jest to koszt, natomiast tak długo, jak ta pozycja w kryptowalutach jest otwarta nie można przeszacowywać ich wartości. I jest to paradoks księgowy, który być może zostanie wyprostowany.

Bitcoinami interesują się nie tylko spółki giełdowe. Rada Miejska amerykańskiego Miami analizuje możliwość zezwolenia mieszkańcom na płacenie podatków i otrzymywanie urzędniczych pensji w bitcoinach. W sprawę mocno zaangażował się burmistrz Francis Suarez, który obecnie walczy o reelekcję. Wśród zwolenników kryptowalut są tacy, których to zaniepokoiło.

– Nie traktuję bitcoinów jako waluty przyszłości, dla mnie jest to aktywo czysto spekulacyjne, do osiągania zysków zarówno na wzrostach i na spadkach wartości, w krótkim bądź średnim terminie. – przyznaje Łukasz Wardyn. – Bitcoin jest niewątpliwie królem spekulantów, ale nie może stać się światową walutą, ponieważ nie jest w stanie udźwignąć operacji finansowych przy ich obecnej skali detalicznej.

Nawet bańki spekulacyjne na bitcoinie są inne, o czym inwestorzy przekonali się w 2017 r. – Dlatego kryptowaluty są dla inwestorów bardzo doświadczonych, a profil inwestycyjny takiego gracza jest bardzo specyficzny. Trzeba liczyć się z bardzo wysokim poziomem ryzyka, tym bardziej, że bitcoiny nie mają żadnej wartości fundamentalnej. Dziś widać, że pod „rajd” bitcoina chcą podłączyć się kolejne grupy inwestorów, ale ewentualne spadki cen mogą być tak samo gwałtowne, jak ich ostatnie wzrosty – podsumowuje ekspert CMC Markets.

P.Kwiecień: w 2021 r. nie będzie wzrostu PKB o 4 proc.

Europa jest w dużych tarapatach gospodarczych. Wyniki polskiej gospodarki nie są na tyle lepsze, aby tegoroczny wzrost gospodarczy okazał się taki, jak chce rząd.

Sytuacja europejskiej gospodarki nie jest dobra w porównaniu z amerykańską. W USA w IV kw. odnotowano 1 proc. wzrost w porównaniu z okresem poprzednich trzech miesięcy. Dobre dane napłynęły z Azji, szczególnie z Chin.

– To skutek tego, że w największych gospodarkach Europy poziom restrykcji antycovidowych jest wysoki – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Z tego samego powodu początek 2020 r. nie będzie dobry dla Europy.

Wśród krajów UE polska gospodarka ucierpiała względnie mało, jesteśmy wśród trzech państw, gdzie spadek PKB był najmniejszy. Zależnie od porównywanych okresów byliśmy nawet liderem. W 2020 r. polska gospodarka skurczyła się o 2,8 proc. Podobny był wynik za ostatni kwartał. Według szybkiego szacunku GUS produkt krajowy brutto niewyrównany sezonowo w IV kw. zmniejszył się realnie o 2,8% rok do roku, wobec wzrostu o 3,6% w analogicznym okresie 2019 r.

– Dla takich porównań istotne jest z jakiego poziomu w przeliczeniu na mieszkańca spada PKB, a akurat pod tym względem Polska należy do najbiedniejszych krajów UE – komentuje ekspert XTB. – Dlatego nie powinniśmy patrzeć na Włochy czy Hiszpanię, gdzie lockdowny były ostrzejsze i większe spadki PKB, dla nas powinno być istotniejsze przyglądanie się gospodarkom krajów azjatyckich, abyśmy wiedzieli dlaczego pomimo pandemii w niektórych krajach jest już wzrost gospodarczy.

Nie powinniśmy też wpadać w przesadny optymizm z powodu danych o grudniowej produkcji sprzedanej przedsiębiorstw, która była wyższa o ponad 11 proc. r/r. Takie wzrosty odbywają się kosztem usług, które ucierpiały z powodu lockdownów.

– Cały rok 2021 zakończy się prawdopodobnie mniejszym wzrostem niż widział rząd w projekcie budżetu państwa, nie będzie wzrostu PKB o 4 proc. – dodaje P.Kwiecień.

60% Polaków popiera protest mediów. Blisko 70% nie chce wprowadzenia dla nich nowego podatku

Niemal siedmiu na dziesięciu Polaków nie popiera nałożenia na media dodatkowego podatku. Patrząc na wiek respondentów, widać, że najwięcej oponentów jest w grupie mającej od 18 do 22 lat. Przedstawiona koncepcja nie podoba się głównie osobom, które żyją w miastach liczących 100-199 tys. i ponad 500 tys. mieszkańców. Zdaniem prawie 65% badanych, koncerny medialne dobrze zrobiły, że w proteście wyłączyły swoje programy i strony internetowe.

Badanie opinii Blisko 70% Polaków nie chce nałożenia nowego podatku na mediaJak wynika z ogólnopolskiego badania opinii społecznej UCE RESEARCH i SYNO Poland, 69,6% Polaków nie popiera inicjatywy nałożenia dodatkowego podatku na media. 20% ankietowanych jest przeciwnego zdania, a 10,4% nie ma opinii w tej kwestii.

– Moim zdaniem, kluczowy dla wyników był fakt, że protest dotarł właściwie do całego społeczeństwa. Ludzie zdali sobie sprawę z tego, że media mówią jednym głosem, choć na co dzień się różnią. I w pewnym stopniu zrozumieli, że sytuacja jest niezwykła. Gdyby była neutralna lub o małym znaczeniu, to prawdopodobnie nie doszłoby do takiego porozumienia – komentuje Tadeusz Kowalski, prof. UW z Wydziału Dziennikarstwa Informacji i Bibliologii.

Społeczeństwu nie podoba się nakładanie dodatkowych podatków na media, co podkreśla Krzysztof Zych, główny analityk UCE RESEARCH. Według eksperta, Polacy co do zasady nie są zbyt dobrze nastawieni do płacenia jakichkolwiek danin. Ponadto jakaś część z nich może się obawiać tego, że jeśli zostanie wdrożona taka inicjatywa, wówczas reklamodawcy zaczną płacić więcej za promocję swoich towarów i usług. A to już najprostsza droga do podwyżek.

– Zapewne duża część społeczeństwa nie analizuje tego, że to jest podatek, który kiedyś przełoży się na ceny towarów i usług. Ktoś mógłby powiedzieć, że to go nie obchodzi i niech bogate media płacą. Raczej ludzie uświadomili sobie, że pewne codzienne zwyczaje mogą ulec zakłóceniu na skutek proponowanego rozwiązania, zwłaszcza że współczesny człowiek jest dość aktywny medialnie – dodaje prof. Kowalski.

Badanie pokazuje, że najwięcej przeciwników jest w grupie 18-22 lata – 81,6%. Tu zwolennicy stanowią zaledwie 5,2%, a niezdecydowani – 13,2%. Uwzględniając miejsce zamieszkania, widać, że najwięcej oponentów tej inicjatywy jest w miastach liczących od 100 tys. do 199 tys. mieszkańców – 73,9%, a także w aglomeracjach mających powyżej 500 tys. ludności – 72,8%. Z kolei najliczniejsze grupy zwolenników nowej daniny mieszkają w miejscowościach, w których żyje od 50 tys. do 99 tys. i od 5 tys. do 19 tys. mieszkańców – odpowiednio 24,6% i 23%.

– Ludzie w większych miejscowościach szerzej patrzą na wszelkiego rodzaju zagrożenia i częściej je dostrzegają, a także mocniej obawiają się ich. Są też bardziej przyzwyczajeni do śledzenia bieżących wydarzeń politycznych niż osoby z mniejszych ośrodków. Dlatego też prezentują dużo bardziej stanowczą postawę w tego typu kwestiach, jak wolność słowa czy podatki – analizuje Krzysztof Zych.

Według 63,3% Polaków, media dobrze zrobiły, że w proteście wyłączyły swoje programy i strony internetowe. Z kolei 25,4% jest przeciwnego zdania, a 11,3% nie zajmuje stanowiska w tej sprawie. Jak podkreśla prof. Kowalski, osób, które nie poparły akcji, było mniej niż Polaków opowiadających się za obecnie rządzącą ekipą. W ostatnich sondażach, nie najlepszych dla niej, uzyskała wynik ok. 30%. Można więc przypuszczać, że część zwolenników obozu władzy opowiedziała się za akcją mediów.

– Wyniki badania także pokazują, że media dobrze wyczuły nastroje społeczne. Stanęły w obronie swoich interesów w sposób szybki oraz zdecydowany. Wyłączonych serwisów, braku programów telewizyjnych czy też audycji radiowych zwyczajnie nie dało się nie zauważyć. Polacy uznali to za zasadne działanie i adekwatne do zaistniałej sytuacji – podkreśla ekspert z UCE RESEARCH.

Podsumowując, prof. Kowalski zwraca uwagę na element zaskoczenia. Gdyby media zapowiedziały protest, to mógłby on się nie udać. Zdaniem eksperta, zorganizowanie akcji w krótkim czasie, z hasłem i ostrym listem protestacyjnym, nie było łatwe. Ale ludzie zostali postawieni wobec nowej sytuacji w sposób nieprzewidywalny. I to wpłynęło na sukces, w sensie odbioru społecznego. Jednak tego, jaki będzie skutek działania, jeszcze nie wiemy.

Badanie zostało zrealizowane w dniach 12-14 lutego br. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Gazety Wyborczej. Wzięło w nim udział 1026 dorosłych Polaków. Próba była reprezentatywna pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości, wykształcenia oraz regionu.

Kiedy bitcoin za 50 000 dolarów? Dobre dane z regionu

Dzisiejszy poranek przyniósł kolejne informacje, że kraje naszego regionu mniej tracą na pandemii, niż wcześniej sądzono. Jest to dobry sygnał, biorąc pod uwagę dotychczasowe pesymistyczne prognozy.

Europa Środkowo-Wschodnia powyżej oczekiwań

Dzisiaj od rana poznaliśmy dane na temat zmian PKB w Rumunii i na Słowacji. W obydwu przypadkach były to dane wyraźnie lepsze od oczekiwań. Słowacka gospodarka kurczy się o 2,7%, podczas gdy analitycy zakładali 1,6% spadku więcej. Rumunia z kolei ma spadek o 1,5%, ale też oczekiwania wynosiły aż -5,9%. Ze względu jednak na powiązanie kursu rumuńskiego rona z euro ciężko wskazać realny wpływ tych danych na tamtejszą walutę.

Dane z Europy

Produkcja przemysłowa w strefie euro w ciągu roku spadła o 0,8%. Jest to wynik słabszy od oczekiwań, mówiących o symbolicznym 0,1% wzroście. Rynki przyjęły to w miarę ostrożnie, gdyż większość danych cząstkowych była już znana wcześniej, odczyt dla całej strefy euro nie jest zatem szczególnym zaskoczeniem. Nie przeszkodziło to jednak zamknąć wyniku zmiany PKB po 4 kwartale odczytem -5%. Analitycy spodziewali się, że redukcja będzie nawet większa, stąd dzisiaj kolejne umocnienie euro względem dolara na rynku.

Kiedy bitcoin za 50 000 dolarów?

Dzisiaj nad ranem najpopularniejsza kryptowaluta odbiła się od poziomu 50 000 dolarów za sztukę. Ciężko wskazać na powód obecnego wzrostu oprócz poprawy klimatu wokół inwestowania w kryptowaluty. Coraz więcej pierwszoplanowych instytucji finansowych umożliwia inwestowanie w kryptowalutę. Głównym powodem inwestycji jest potencjalny bardzo wysoki zysk. Bitcoin w przeciwieństwie do akcji nie ma ryzyka, że przy pewnych poziomach zacznie uchodzić za przewartościowany, gdyż nie ma żadnej wartości, do której można by go odnieść. Brak tego zdroworozsądkowego hamulca może jednak powodować, że jak zabraknie nowych inwestorów cena gwałtownie spadnie.

Dzisiaj Nowy Rok Księżycowy w Chinach, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

FPP: Ratujmy wspólnie polską gastronomię. Bon 500+na posiłki dla pracowników

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) apeluje o szybkie udzielenie dodatkowego wsparcia dla zamkniętych firm gastronomicznych. Pomoc z poprzednich odsłon tarczy antykryzysowej była opóźniona, co pogłębiło problemy zamkniętych branż. Z tej sytuacji należy wyciągnąć odpowiednie wnioski. Konieczne jest bezzwłoczne uruchomienie instrumentów w postaci dofinansowania do wynagrodzeń pracowników, dofinansowania na pokrycie kosztów stałych, zwolnienia ze składek na ubezpieczenie społeczne na kolejne okresy oraz przyznania kolejnych świadczeń postojowych. Ponadto wprowadzenie zwolnionych z PIT i ZUS bonów o wartości 560 zł miesięcznie na posiłki dla pracowników – finansowanych dobrowolnie przez pracodawcę – uratowałoby polską gastronomię i rolnictwo w trudnym okresie pandemii koronawirusa.

Upłynęły już 3 miesiące od momentu zamknięcia działalności gastronomicznej w zakresie podawania klientom posiłków i napojów w lokalu. Sytuacja przedsiębiorców w tej branży staje się dramatycznie trudna. Firmy pozbawione są możliwości generowania przychodów, podczas gdy w dalszym ciągu zmuszone są pokrywać koszty stałe, związane m.in. z utrzymaniem lokali, zapewnieniem wynagrodzenia pracownikom oraz spłaty odsetek od kredytów inwestycyjnych

Dzięki wprowadzeniu bonów na posiłki dla pracowników zwolnionych z ZUS i PIT rnicy mogliby liczyć na 560 mln zł przychodów rocznie i 7 tys. nowych miejsc pracy, a obroty gastronomii mogłyby wzrosnąć o 4,1 mld zł ratując zatrudnienie nawet 100 tys. osób.

„Federacja Przedsiębiorców Polskich zachęca wszystkich przedsiębiorców do wspierania branży gastronomicznej przez kupowanie posiłków na wynos i w dostawie. W związku z tym, że rząd zdecydował się po raz kolejny przedłużyć okres daleko idącego zamrożenia ich działalności, tylko w ten sposób możemy pomóc firmom prowadzącym działalność w tej branży w niezwykle trudnym dla nich czasie. Ponawiamy nasz apel o sformułowanie i wdrożenie strategii odmrażania gospodarki w miarę poprawy sytuacji epidemiologicznej, która byłaby oceniana w oparciu o obiektywne kryteria. Poprzednie zobowiązania nie zostały wypełnione – mimo spadku liczby zachorowań nie poluzowano jakichkolwiek obostrzeń. W konsekwencji, zostało podważone społeczne zaufanie do realizowanych działań, bez którego nie będzie możliwa skuteczna walka z epidemią. Zwracamy się również do przedsiębiorców z apelem o solidarność z tymi, których działalność pozostaje zamrożona z powodu utrzymanych obostrzeń. Dalszy lockdown sprawia, że kolejne firmy stają przed widmem upadłości oraz utraty miejsc pracy zabezpieczających byt pracowników i ich rodzin. Zachęcamy zatem do kupowania posiłków w punktach gastronomicznych na wynos lub w dostawie. W obecnej sytuacji znaczenie ma każdy gest wsparcia dla przedsiębiorców działających w zamrożonych branżach” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Wprowadzenie zwolnionych z PIT i ZUS bonów o wartości 560 zł miesięcznie na posiłki dla pracowników – dobrowolnie finansowanych przez pracodawcę – to 7,6 mld zł dodatkowego PKB. Ponadto pozwoliłoby to na utworzenie ponad 100 tys. nowych miejsc pracy. Przyznanie pracownikom benefitu żywieniowego przełożyłoby się na wzrost ich siły nabywczej o ok. 9,6%, przy jednoczesnym spadku udziałów kosztów pozapłacowych w całkowitych kosztach pracy o 2,2 pkt proc.

Obecnie pracodawca może zapewnić dobrowolnie pracownikowi benefit w postaci posiłków i artykułów spożywczych, wykorzystując do tego karty lub bony żywieniowe (z pominięciem przypadków, w których jest to jego obowiązek wynikający z przepisów) – jednak zwolnienie tych świadczeń ze składek może być jedynie do kwoty 190 zł miesięcznie.. Limit ten nie był zmieniany od 2004 r. – w przeliczeniu na dzień roboczy zwolnienie wynosi zaledwie ok. 9 zł.

Z kart i bonów żywieniowych w Polsce korzysta 3% uprawnionych ze względu na nieprecyzyjność przepisów prawnych i niską wartość kwoty zwolnionej z ZUS. W krajach Unii Europejskiej, gdzie benefity te korzystają z szerszego zakresu zwolnienia ze składek oraz PIT – np. Belgii, Słowacji, Rumunii – udział pracowników korzystających z kart lub bonów żywieniowych przekracza średnio 30%.

Rekordowy początek roku. Dobre wyniki w biurach

Warszawa, 16 lutego 2021Analitycy REDD, niezależnej platformy dostarczającej dane o rynku biurowym w Polsce, podsumowali pierwsze sześć tygodni 2021 roku.  Nowy rok zaczyna się dobrymi danymi na rynku biurowym. Do 15 lutego 2021 roku w bazie zanotowaliśmy już 817 nowych umów najmu w całym kraju. W sumie to ponad 317 tys. m kw.

Za nami pierwsze sześć tygodni 2021 roku. Na podstawie napływających danych od właścicieli obiektów biurowych możemy jednak już stwierdzić, że nowy rok zaczyna się dobrymi danymi. Do poniedziałku 15 lutego 2021 zanotowaliśmy w Polsce już 817 nowych umów najmu – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

Do czasu zamknięcia zbierania danych liderem rankingu jest styczeń, w którym w bazie REDD zarejestrowano 466 transakcji biurowych — jest to wynik wyższy niż w grudniu oraz wyższy niż w kilku miesiącach 2020 roku.REDD1

Pierwsze tygodnie 2021 roku są również rekordowe pod względem wolumenu wynajętej powierzchni. Do 15.02.2021 zarejestrowaliśmy transakcje dotyczące ponad 317 tys. m kw. W styczniu wynajęto ponad 230 tys. m kw., co jest wynikiem rekordowym na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy.REDD2

Wolne biura: Powierzchnia oddana vs w budowie. Luty 2021

W drugim miesiącu 2021 roku obserwowaliśmy kontynuację wzrostu wolnej powierzchni dostępnej do wynajęcia. Od początku stycznia do poniedziałku 15 lutego 2021 roku w oddanych obiektach biurowych przybyło 106 tys. m kw. powierzchni.

Spada z kolei wolna powierzchnia w obiektach w budowie. Od Nowego Roku wynajęło się 82 tys. m kw.

Wyniki te mogą sugerować, że najemcy jeśli decydują się na powierzchnię biurową, to wybierają nowoczesne budynki. To w nich najbardziej zmienia się podejście właścicieli budynkówów. Już teraz są oni bardziej skłonni do większego pola negocjacji czynszu i długości trwania umowy – zaznacza Piotr Smagała.

Dodatkowo w ocenie eksperta właściciele dostosowują się do wymagań najemców. Co za tym idzie, już na etapie przystosowania powierzchni dbają o przestrzenie wspólne, salki konferencyjne „na godziny” dostępne dla wszystkich najemców obiektu.  – To przykład trendu, o którym mówimy od kilku miesięcy, czyli  „coworkizacji biur” – podsumowuje Piotr Smagała z REDD.

W sumie w całej Polsce, w budynkach oddanych i w budowie (komercjalizowanych), dostępnych jest ponad 2,5 mln m kw. wolnej powierzchni.REDD3

Victoria Dom pozyskała finansowanie na 7 mln euro na rozwój w Niemczech

Victoria Dom Holding podpisała umowę, dzięki której pozyska kapitał dłużny w wysokości 7 mln euro od Funduszu Ekspansji Zagranicznej. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na wzmocnienie ekspansji deweloperskiej na rynku niemieckim. Obecnie w tym kraju Victoria Dom realizuje dziewięć projektów na terenie Berlina oraz Lipska. W przygotowywaniu jest uruchomienie kolejnych inwestycji. W planie jest również wejście z ofertą do nowych aglomeracji.

Victoria Dom Holding, będąca jedną z największych grup deweloperskich w Polsce pozyskała finansowanie na rozwój działalności prowadzonej na rynku niemieckim od Funduszu Ekspansji Zagranicznej FIZ AN, zarządzanego przez PFR TFI S.A.  Fundusz, który współinwestuje z polskimi firmami kapitałowo lub udzielając finasowania dłużnego w ich zagraniczne projekty inwestycyjne, przeznaczy na ten cel 7 mln euro. Victoria Dom Holding wykorzysta środki m.in. na zakup gruntów oraz finansowanie nowych projektów deweloperskich.

„Jesteśmy dumni, że docenione zostały nasze kompetencje, możliwości oraz skala dotychczasowych osiągnięć deweloperskich. Uzyskane długoterminowe finansowanie od Funduszu Ekspansji Zagranicznej umożliwia nam dalszy dynamiczny wzrost działalności na rynku niemieckim. Jest to dla nas bardzo ważny kierunek rozwoju stanowiący doskonałe uzupełnienie naszej działalności na rynku polskim. Aktywność w Niemczech oceniamy jako bardzo perspektywiczną. Ze względu na preferencje klientów najchętniej kupowane są tam większe mieszkania zrealizowane w systemie pod klucz. Na prowadzonych tam inwestycjach możliwe jest jednocześnie osiąganie wyższych marż niż w naszym kraju” – podkreślił Waldemar Wasiluk, Wiceprezes Zarządu Victoria Dom.

„Cieszymy się, że Fundusz Ekspansji Zagranicznej FIZ AN może wspierać kapitałowo rozwój Victoria Dom na rynku niemieckim. To kolejne przedsięwzięcie FEZ, które pozwala nam wspierać polskie bezpośrednie inwestycje zagraniczne. Realizacja projektu z doświadczonym partnerem, daje nam możliwość partycypacji w perspektywicznym rynku budownictwa wielorodzinnego w Niemczech.” – powiedział Maciej Bałabanow, dyrektor Departamentu Zarządzania Funduszem Ekspansji Zagranicznej w PFR TFI S.A. 

Victoria Dom na rynku niemieckim zarządza obecnie dziewięcioma projektami, z tego siedem powstaje w Berlinie oraz dwa w Lipsku. „W najbliższej przyszłości będziemy się koncentrowali na rozwoju na tych dwóch rynkach. W przygotowaniu mamy tam kolejne projekty, które wkrótce wprowadzimy do oferty. W przyszłości planujemy również poszerzenie naszej ekspansji także o inne duże aglomeracje” – stwierdził Waldemar Wasiluk.  Dodał, że projekty niemieckie są nieco mniejsze pod względem liczby oferowanych mieszkań niż inwestycje realizowane w Polsce, ale zbliżone pod względem wartościowym.

W ramach całej grupy kapitałowej w ofercie i przygotowaniu inwestycji Victoria Dom Holding posiada bank ziemi umożliwiający wybudowanie około 10.000 mieszkań w Polsce i Niemczech.

Gdy bitcoin przekroczy wartość 50 000 dolarów, cena 70 000 dolarów może „wkrótce stać się nową normą”

Niesamowity wzrost wartości bitcoina, jaki możemy zaobserwować w tym roku, nie wykazuje żadnych oznak osłabienia. Najnowszy przełom pokazuje, że bitcoina należy już uznać za główny składnik aktywów inwestycyjnych.

Fakt, że największe międzynarodowe korporacje, od BNY Mellon po Mastercard, ustawiają się w kolejce, aby udzielić wsparcia bitcoinowi, pokazuje, jaką on ma teraz siłę. Jego siła nabywcza tylko wzrośnie, gdy więcej wielkich firm zdecyduje się w niego zainwestować.

Ostatecznie bitcoin burzy status quo i wykorzystuje słabnącą siłę dolara. Dzieje się tak, ponieważ inwestorzy detaliczni starają zabezpieczyć się przed inflacją, a instytucje szukają sposobów napędzania wzrostu, nie ma więc powodu, dla którego wartość 70 000 dolarów nie może wkrótce stać się nową normą. Chociaż wydaje się, że realistycznie kryptowaluta może mierzyć nawet w wyższą cenę, jeśli weźmiemy pod uwagę jej dotychczasową imponującą wydajność, jaką prezentuje w 2021 roku.

Simon Peters z eToro

Bolesne home office

W ciągu roku home office stał się normą dla milionów Polaków. Pracownicy przenieśli się z biur do domów, ale tylko nieliczni mogą pochwalić się dogodnym, w pełni ergonomicznym miejscem pracy w swoich czterech ścianach. Biorąc pod uwagę, że aż 82% polskich pracowników zdalnych wyraża chęć utrzymania zdalnego trybu pracy także po zakończeniu pandemii, należy zadbać o to, aby home office nie wpływało negatywnie na ich zdrowie.

Jak wynika z międzynarodowego badania „Nowy system pracy”, przeprowadzonego na zlecenie Fellowes – firmy, zajmującej się dostarczaniem rozwiązań ergonomicznych – ponad połowa pracujących zdalnie Polaków (53%) twierdzi, że ich domowe stanowisko pracy powoduje więcej bólu, dolegliwości i napięcia niż przestrzenie do pracy w biurze. Jednocześnie aż 79% respondentów uważa, że lepsze środowisko pracy w domu zwiększyłoby ich motywację i wydajność.

Badanie Fellowes pokazuje, że czterem na dziesięciu pracownikom zdalnym w Polsce pracodawca w ogóle nie zapewnił żadnego dodatkowego sprzętu poprawiającego komfort pracy w domu, a wielu kolejnym nie zapewnił takiego wyposażenia w stopniu wystarczającym. W efekcie aż 76% zapytanych pracowników musiało ponieść koszty na własną rękę. Wydatki na sprzęt biurowy podnoszący komfort pracy wyniosły średnio 2,5 tys. zł, a w przypadku 35% badanych – nawet ponad 3 tys. zł.

„Rozważając wady i zalety pracy zdalnej, można by śmiało stwierdzić, że dla pracodawcy jest to zysk w postaci zniwelowania kosztów utrzymania biura (mniejsze zużycie energii elektrycznej, wykonywanie pracy przez pracownika w czasie nieograniczonym), czego niestety nie można powiedzieć o kosztach, które ponosi pracownik podczas wykonywania pracy zdalnej w domu” – zaznacza Elżbieta Bożejewicz, prezes Zarządu Głównego Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Służby Bezpieczeństwa i Higieny Pracy.

Czy pracodawca ma wpływ na warunki pracy zdalnej?

Możliwość oddelegowania pracownika do pracy zdalnej w czasie stanu zagrożenia epidemicznego albo stanu epidemii, a także w okresie 3 miesięcy po ich odwołaniu, jest uregulowana prawnie. Mówi o tym ustawa o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych. Jeżeli na jej podstawie pracodawca wyda polecenie pracy zdalnej, pracownik nie może się sprzeciwić. Przepisy nie regulują jednak formy, w jakiej polecenie to ma zostać wydane, nie mówią też dokładnie, jaki sprzęt do pracy powinien zostać przekazany pracownikowi.

„W interesie obu stron leży sporządzenie dokumentu, z którego będą wynikały prawa i obowiązki stron w czasie pracy zdalnej – podkreśla Aleksandra Kolbus-Kucharska, aplikant adwokacki w kancelarii Świostek Kupski Adwokaci sp. p. – Często ze strony pracowników pojawia się potrzeba zakupu dodatkowego wyposażenia, aby praca z domu była wygodniejsza i bardziej efektywna. Zgodnie z art. 3 ust. 4 wyżej wymienionej ustawy, to na pracodawcy ciąży obowiązek zapewnienia narzędzi i materiałów potrzebnych do wykonywania pracy zdalnej, jednak w praktyce najczęściej ogranicza się to do zapewnienia sprzętu komputerowego, telefonu służbowego i ewentualnie wsparcia technicznego. Jeżeli jednak pracodawca chciałby wyposażyć pracownika w fotel, biurko albo inny sprzęt biurowy, powinno się to odbyć na zasadach analogicznych, jak w przypadku powierzenia mienia typu służbowy samochód czy komputer. Wtedy odpowiedzialność za te elementy będzie ponoszona na zasadach określonych w art. 124-127 Kodeksu pracy, a pracodawca rozlicza koszty tak, jak zakup sprzętu biurowego” – dodaje Aleksandra Kolbus-Kucharska.

Warto podkreślić, że praca zdalna nie jest obecnie opisana w Kodeksie pracy, choć zgodnie z zapowiedziami decydentów politycznych, ma to nastąpić jeszcze w tym roku. W przepisach wprowadzonych w związku z pandemią nie ma natomiast enumeratywnie wymienionych rodzajów sprzętów, w które pracodawca musi wyposażyć pracownika zdalnego. W efekcie zakup odpowiedniego krzesła czy oświetlenia zależy obecnie wyłącznie od dobrej woli szefów. Ci powinni jednak pamiętać, że inwestycja w sprzęt ergonomiczny podwładnych przyniesie benefity całemu przedsiębiorstwu. Pracownik działający w odpowiednich warunkach jest bowiem mniej narażony na różnego rodzaju dolegliwości bólowe, a tym samym pracuje efektywniej i rzadziej korzysta ze zwolnień lekarskich.

O badaniu
Badanie ilościowe online zostało zlecone przez Fellowes Brands i przeprowadzone w dniach 10-14 listopada 2020 przez Atomik Research na próbie 7000 pracowników z 7 europejskich krajów, w tym 1000 pracowników z Polski, którzy z powodu pandemii pracowali z domu przez co najmniej 4 miesiące. Atomik Research jest niezależną, kreatywną agencją badawczą, która zatrudnia badaczy z certyfikatem MRS i stosuje się do kodu MRS.