Jaka jest odpowiedzialność agencji celnej?

Polscy przedsiębiorcy, którzy dokonują obrotu towarowego z zagranicą są obowiązani zgłosić towar do procedury celnej. Najczęściej są do tego przygotowani – mają wybranego pośrednika (agencję celną), który dokona za nich formalności przed organami celno-skarbowymi. Pytanie tylko, czy zawsze wiedzą jaki rodzaj współpracy podjąć i czy… nie jest im on narzucany?

Każda osoba ma prawo ustanowić osobę do reprezentowania jej interesów przed organami celnymi. Prawo celne pozwala wybrać rodzaj reprezentacji. Mamy tu dwie możliwości: reprezentację pośrednią (w swoim imieniu na cudzą rzecz) oraz bezpośrednią (w cudzym imieniu na cudzą rzecz).

To Ty przedsiębiorco decydujesz o sposobie reprezentowania Ciebie i Twoich interesów przed organami celnymi. Niestety, bardzo często zdarza się,  iż podmioty które mają reprezentować przedsiębiorców przed organami celnymi narzucają im  sposób reprezentacji. Wynika to z błędnie przyjętej interpretacji, iż w przedstawicielstwie bezpośrednim agencja celna (agent celny) nie ponosi odpowiedzialności. Każdy  przedstawiciel ustanowiony jako reprezentant osoby, która podejmuje się wykonania zlecenia za wynagrodzeniem, podlega  odpowiedzialności  z kodeksu cywilnego. Po pierwsze każdy podmiot gospodarczy wykonujący czynności w zakresie swojej merytorycznej wiedzy ponosi odpowiedzialność odszkodowawczą przed zleceniodawcą. Po drugie należy pamiętać o regulacjach przepisów celnych, gdzie każdą osobę, która wiedziała lub powinna była wiedzieć, można pociągnąć do odpowiedzialności dłużnika (cła). Oznacza to, że nie do końca prawidłowo interpretowane są przepisy ustanawiające reprezentację bezpośrednią.

W zakresie reprezentacji agent celny (pracujący w agencji celnej) podejmuje się wszystkich czynności, które prowadzą do dokonania prawidłowego zgłoszenia celnego. Słowo „wszystkich” jest słowem ogólnym, więc należy się przyjrzeć czynnościom jakie wchodzą w ten zakres. Zacznijmy od podstawowej informacji, że do procedury celnej należy zgłosić towar, który fizycznie znalazł się na terenie UE, więc rewizja wstępna czy pobranie próbek i zbadanie prawidłowości towaru do deklarowanej informacji na dokumentach towarzyszących przesyłce, to podstawowe elementy które eliminują błędy w zgłoszeniach celnych. Kolejne niemniej istotne są elementy, które służą ustaleniu wysokości danin publiczno-prawnych. Zaliczamy do nich pochodzenie towaru, wartość celną oraz taryfikację. Agent celny ma narzędzia do prawidłowego ustalenia tych tak ważnych  elementów. Powinien mieć także wiedze, bowiem otrzymując licencję agenta celnego należy znać, np. kiedy i jak stosuje się: pochodzenie towaru i ewentualnie preferencje, ogólne reguły interpretacji nomenklatury scalonej, czy którą z metod ustalania wartości celnej należy zastosować. W końcu właśnie za  tę wiedzę przedsiębiorcy  płacą agencji wynagrodzenie.

Przedsiębiorco, pamiętaj: przed budżetem państwa to Ty zawsze odpowiadasz. Pamiętaj jednak także, że agencja celna wraz z Tobą będzie ponosiła tą odpowiedzialność, jak również że zawsze przed Tobą agencja celna odpowiada z przepisów kodeksu cywilnego.

Autor: dr Izabella Tymińska, ekspert celny. Zajmuje się doradztwem z zakresu przepisów prawa celnego, importem i eksportem towarów i usług, analizą finansowo-ekonomiczną kontraktów międzynarodowych. Specjalizuje się w sprawach z tzw. „górnej półki trudności”, zawiłych i nietypowych. Wieloletni pracownik Urzędu Celnego. Przez wiele lat pracowała dla firm logistycznych i spedycyjnych, gdzie piastowała m.in. funkcję członka zarządu. Jest wykładowcą na Akademii Sztuki Wojennej na Wydziale Zarządzania i Dowodzenia w Instytucie Logistyki w Warszawie. Wykładała w  Szkole Wyższej w Warszawie ALMAMER, Wyższej Szkole Cła i Logistyki czy Uczelni Techniczno – Handlowej. Absolwentka Ekonomii, Logistyki, Stosunków Międzynarodowych, Zarządzania oraz Ekonomiki Obronności.

Jacek Michalak nowym prezesem Grupy Selena

Rada Nadzorcza Selena FM S.A. powołała na stanowisko prezesa Grupy Selena Jacka Michalaka. Dotychczasowy członek zarządu ds. finansowych (CFO) obejmie nową funkcję 1 marca 2021 r. Na stanowisku zastąpi Krzysztofa Domareckiego, założyciela oraz prezesa spółki w latach 1999-2011 oraz 2019-2021.

Jacek Michalak z Grupą Selena jest związany od lipca 2019 roku. Do tej pory pełnił funkcję członka zarządu ds. finansowych, na którą został powołany decyzją Rady Nadzorczej Selena FM S.A. w czerwcu 2019 roku. Był odpowiedzialny za kontynuowanie strategii finansowej grupy i poprawę efektywności.

Zamierzam kontynuować realizację strategii rozwoju Grupy Selena, która w ostatnich latach przynosi dobre rezultaty. Jesteśmy firmą o globalnej skali działania i umiejętnie łączymy eksport na ponad 100 rynków na całym świecie. Szukamy możliwości dalszej ekspansji. Planujemy strategicznie i nasze plany akwizycyjne obejmują kilka najbliższych lat. To długotrwały proces, jednak jeszcze w 2021 roku chcielibyśmy sfinalizować pierwsze transakcje – mówi Jacek Michalak, który obejmie stanowisko prezesa Selena FM S.A. 1 marca 2021 roku.

Na nowym stanowisku Michalak będzie odpowiedzialny za realizację strategii Grupy Selena w 35 spółkach w 18 krajach na świecie. Jako najważniejsze obszary wskazuje kontynuację systematycznej poprawy wyników rocznych oraz budowanie wartości Grupy w perspektywie długoterminowej.

– Nasza wiodąca marka – Tytan Professional – ma silną pozycję, a dzięki sprawdzonemu systemowi dystrybucji i współpracy z partnerami zyskuje coraz więcej odbiorców na nowych rynkach. Stawiamy na strategiczną budowę brandów. Cenimy sobie bliską pracę z naszymi klientami, profesjonalistami, którzy wykorzystują nasze rozwiązania na co dzień w swojej pracy. W Grupie Selena mamy szansę rozwijać produkty od insightu konsumenckiego, poprzez badania i rozwój w naszych centrach R&D, po ich wdrożenie i dystrybucję. Wprowadzanie nowych, innowacyjnych produktów na rynek to jeden z priorytetów naszej strategii biznesowej. Kreujemy ambitne i satysfakcjonujące środowisko pracy, stwarzając możliwości rozwoju. Za sukcesami Seleny stoi globalny, zaangażowany zespół  – dodaje Jacek Michalak.

Nowy prezes Selena FM S.A. jest absolwentem Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego Uniwersytetu Łódzkiego na kierunku Finanse i Bankowość. W czasie kariery zawodowej odbywał szkolenia i kursy w znanych europejskich uczelniach biznesowych m.in. INSEAD, IMD, ESADE. We wcześniejszych latach współpracował z Huhtamaki Lead Poland, PepsiCo, Wedel S.A., PepsiCo Frito Lay, Carlsberg Poland, Carlsberg UK, Petrolot i ZT „Kruszwica”, gdzie nadzorował procesy z obszaru zarządzania i finansów, pełniąc m.in. funkcję dyrektora finansowego oraz członka zarządu. Ma także doświadczenie na stanowisku Dyrektora Naczelnego (w Carlsberg SSC oraz Bunge Polska).

Jacek Michalak na stanowisku prezesa zastąpi Krzysztofa Domareckiego, założyciela i większościowego akcjonariusza Selena FM S.A., który będzie wspierał Grupę Selena w kierunkach strategicznych.

– Grupa Selena znajduje się w stabilnej sytuacji – firmie udało się osiągnąć dobre wyniki mimo trudnego roku 2020. To zasługa całego zarządu, któremu chcę serdecznie podziękować za efektywną współpracę w trakcie ostatnich dwóch lat. Wspólnie realizowaliśmy strategiczne cele, stawiając na innowacyjność, zrównoważony rozwój i współpracę z użytkownikiem. Zarząd pod przewodnictwem Jacka Michalaka będzie kontynuował założone plany – komentuje Krzysztof Domarecki, ustępujący prezes Grupy Selena.

Domarecki w 1992 roku założył Selenę, która jest obecnie globalnym producentem i dystrybutorem chemii budowlanej, z centralą we Wrocławiu. W latach 90. wprowadził na rynek markę Tytan. W tym samym czasie zbudował od podstaw dystrybucję i założył oddziały sprzedażowe w całej Polsce. Kolejno uruchomił 3 pierwsze zakłady produkcyjne: Carina, Orion i Libra – przekształcając firmę z dystrybutora w producenta. Selena stała się jednym z najważniejszych graczy na rynku chemii budowlanej w kraju.

W latach 1999-2008 rozpoczął ekspansję międzynarodową Seleny, rozszerzając sieci dystrybucji i promocję marek Tytan i Artelit poza granice kraju. W 2008 roku odbyło się pierwsze notowanie akcji spółki holdingowej Grupy – Selena FM S.A. – na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. W latach 2011-2019 był członkiem Rady Nadzorczej.

Od 2009 roku Krzysztof Domarecki aktywnie inwestuje również na rynku funduszy Venture Capital. Jego fundusz Fidiasz FIZ zapewnia młodym firmom finansowanie i wsparcie merytoryczne doświadczonego zespołu w zakresie rozwoju kompetencji, marketingu, wprowadzania na rynek innowacyjnych produktów czy usług, a następnie ekspansję międzynarodową.

Obecnie zarząd spółki, na czele którego stanie Jacek Michalak, liczy cztery osoby. Obok prezesa, w jego skład wchodzą: Sławomir Majchrowski, wiceprezes zarządu ds. handlowych, Christian Dölle, wiceprezes zarządu ds. marketingu oraz Marek Tomanek, członek zarządu ds. operacyjnych.

Koszty budowy parku handlowego w Polsce

Galerie, centra i parki handlowe – w Polsce to najpopularniejsze formaty handlowe. Ten ostatni rodzaj inwestycji, czyli parki handlowe, coraz częściej powstaje w mniejszych miastach. Jakie czynniki składają się na koszty budowy parku handlowego? Ile na ten cel musi wydać inwestor?

Popularność parków handlowych będzie rosnąć

Według firmy doradczej Cushman & Wakefield w 2019 r. na polskim rynku pojawiło się 406 000 mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej. Specjaliści nie mają wątpliwości, że w przyszłości deweloperzy będą koncentrować się na budowie parków handlowych w mniejszych miastach – a precyzując, w tych poniżej 100 000 mieszkańców. Powodem jest przede wszystkim nasycenie największych miast obiektami handlowymi. Z kolei w mniejszych miejscowościach ekonomicznie nieuzasadnione jest budowanie dużych galerii. Tu idealnie sprawdzają się mniejsze parki handlowe.

Dostrzeżenie przez deweloperów potencjału parków handlowych spowoduje, że to właśnie na realizację tego celu będą poszukiwać środków. Oddanie do użytku takiej inwestycji nadal wiąże się bowiem z dużymi kosztami – z reguły są one liczone w milionach złotych.

Od czego zależy koszt wybudowania parku handlowego?

Na koszt wybudowania parku handlowego składa się wiele czynników. Przede wszystkim inwestor musi zapłacić za projekt architektoniczny. Niezależnie od liczby sklepów, jakie docelowo będą działać w parku handlowym, konieczne jest zaprojektowanie m.in.: komunikacji ogólnej, pomieszczeń socjalnych, pomieszczeń porządkowych, miejsc dostawy czy kotłowni. Do tego dochodzi jeszcze:

  • Zakup działki – cena zależy głównie od jej lokalizacji. Z reguły inwestorzy wybierają działki położone na obrzeżach miast, do których jednak jest łatwy dojazd.
  • Budowa obiektu. W budżecie zaplanowanym na realizację inwestycji dużą część środków pochłaniają same prace budowlane.
  • Fit out, czyli realizacja powierzchni handlowych. Aranżacja przestrzeni handlowych bierze pod uwagę potrzeby najemców.

Często do powyższych kosztów realizacji inwestycji trzeba dodać kolejne. Mowa tu m.in. o układzie drogowym, który zależy głównie od warunków zawartych w pozwoleniu na budowę. W zależności od położenia parku handlowego inwestor może być też zmuszony do realizacji zjazdów.

Ile kosztuje budowa parku handlowego? Najczęściej od kilku do kilkunastu milionów złotych. Ostateczna cena zależy m.in. od wielkości parku i standardu jego wykończenia.

Inwestowanie w parki handlowe – to się opłaca

Aby sfinansować budowę parku handlowego, inwestorzy korzystają m.in. z pomocy banków, a coraz częściej z inwestowania społecznościowego. Z punktu widzenia dewelopera drugie rozwiązanie wiąże się z mniejszymi formalnościami. Co więcej, Inwestowanie w parki handlowe – Social.Estate jest coraz popularniejsze. Rosnące zainteresowanie pomnażaniem oszczędności poprzez inwestowanie w nieruchomości komercyjne wiąże się m.in. z poszukiwaniem przez inwestorów prywatnych atrakcyjnych metod inwestowania środków. Aktualnie oprocentowanie lokat bankowych nie pozwala uzyskać satysfakcjonującego zarobku.

Inwestowanie w parki handlowe jest też bezpieczne. W tym przypadku mowa wyłącznie o wyselekcjonowanych inwestycjach. Firma Social.Estate, która proponuje taką formę inwestowania oszczędności, udostępnia inwestorom tylko projekty wyróżniające się atrakcyjnymi lokalizacjami. Najemcami są znane i lubiane sieci handlowe, np. Biedronka, Rossmann czy Pepco – podmioty, które zawsze wynajmują lokale na okres co najmniej 5 lat. To właśnie pozwala na uzyskanie przez inwestora oczekiwanego zwrotu z inwestycji.

BGK: ponad miliard zł w 2021 r. na społeczne budownictwo czynszowe (SBC)

Przewidywane wsparcie finansowe dla programu społecznego budownictwa czynszowego (SBC) w Polsce to ponad miliard zł w 2021 roku. Ponadto nowa ustawa mieszkaniowa wprowadza korzystne zmiany dla inwestorów, samorządów i najemców.

Kluczowe zmiany dotyczące programu SBC w ustawie mieszkaniowej to: wyższe granty dla gmin z Funduszu Dopłat, czyli wzrost wsparcia finansowego z 20 do nawet 35 proc. kosztów inwestycji i możliwość pozyskiwania przez gminy współpracujące z inwestorami środków z Rządowego Funduszu Rozwoju Mieszkalnictwa. A w przypadku najemców – dojście do własności wynajmowanego lokalu.

„Z punktu widzenia inwestorów, najważniejsza zmiana to możliwość pozyskiwania dodatkowych środków na budowę mieszkań poprzez gminy” – podkreśla Dariusz Stachera, dyrektor Departamentu Kredytowych Programów Mieszkaniowych w Banku Gospodarstwa Krajowego. Możliwość ta dotyczy towarzystw budownictwa społecznego, spółdzielni mieszkaniowych i spółek gminnych współpracujących z samorządami.

Znowelizowana ustawa mieszkaniowa umożliwia również „po raz pierwszy w historii” dojście do własności wynajmowanego lokalu. Dotyczy to zarówno najemców mieszkań czynszowych, jak i osób posiadających spółdzielczo-lokatorskie prawo do lokalu oddanego w programie SBC.

„Z takiej możliwości mogą skorzystać najemcy będący przez co najmniej 5 lat stroną umowy w sprawie partycypacji w kosztach budowy mieszkania, które wynajmują. A jeżeli inwestycja powstała ze wsparciem z Funduszu Dopłat, okres ten wynosi 15 lat. Przeniesienie własności mieszkania wymaga w takim przypadku zgody inwestora (TBS-u, spółdzielni lub spółki gminnej)” – wyjaśnia Dariusz Stachera.

Ekspert dodaje, że uzyskanie prawa własności będzie możliwe również po całkowitej spłacie kredytu przez inwestora.

Nowe przepisy powołują również do życia Rządowy Fundusz Rozwoju Mieszkalnictwa, którego środkami zarządza Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii, a wypłaty realizuje BGK.

Z Rządowego Funduszu Rozwoju Mieszkalnictwa gminy mogą otrzymać wsparcie na utworzenie lub dofinansowanie społecznej inicjatywy mieszkaniowej oraz dofinansowanie istniejącego TBS-u. Dodatkowe granty to 10 proc. wartości przedsięwzięcia w przypadku istniejących TBS-ów i do 3 mln zł – w przypadku tworzenia nowych społecznych inicjatyw mieszkaniowych.

Zdaniem eksperta wprowadzone zmiany w ustawie mieszkaniowej dają samorządom lepsze możliwości finansowania inwestycji mieszkaniowych, w wyniku których powstanie więcej mieszkań na wynajem, natomiast najemcom przynoszą ułatwienia, które mogą poprawić ich sytuację finansową.

„Mamy nadzieję, że koszt wynajmu mieszkań w TBS-ach dzięki temu spadnie, ponieważ gmina będzie mogła pozyskać więcej środków bezzwrotnych. Mniejszy udział kredytu w finansowaniu inwestycji oznacza potencjalnie niższe stawki czynszowe, które i tak już teraz są bardzo atrakcyjne na tle rynku” – zaznacza Dariusz Stachera.

Kredytobiorcami w programie SBC mogą być towarzystwa budownictwa społecznego, zarówno publiczne, jak i prywatne. „Nie ma przeszkód, żeby np. grupa deweloperska założyła prywatne TBS czy prywatną SIM (społeczną inicjatywę mieszkaniową) i tworzyła mieszkania dla osób o umiarkowanych dochodach” – dodaje Dariusz Stachera.

Program SBC zakłada dwie edycje w ciągu roku. Na najbliższą przeznaczona jest pula przekraczająca 1 mld zł, przy czym środki niewykorzystane w danej edycji przechodzą na następne. Środki przeznaczone na kredyty SBC pochodzą częściowo z kredytów udzielonych przez Europejski Bank Inwestycyjny (EBI) oraz Bank Rozwoju Rady Europy (BRRE), natomiast preferencję w oprocentowaniu zapewnia wsparcie budżetu państwa.
„Kredyty SBC udzielane są przez BGK na okres do 30 lat i są korzystnie oprocentowane. Klient płaci tylko i wyłącznie równowartość 3-miesięcznej stawki WIBOR, czyli dzisiaj jest to około 0,2 proc.” – wyjaśnia ekspert BGK.
BGK, jako bank rozwoju, wspiera liczne programy społeczno-gospodarcze, w tym od 25 lat program rozwoju budownictwa czynszowego w Polsce, który do 2009 r. istniał jako Krajowy Fundusz Mieszkaniowy. W programie SBC sfinansował już budowę około 7 tysięcy mieszkań i sukcesywnie podpisuje kolejne umowy kredytu.

Nie tylko nieruchomości…w co opłaca się inwestować Polakom?

Polacy przetrzymują w bankach coraz więcej gotówki, ale lokaty już od dawna nie są najatrakcyjniejszą formą pomnażania kapitału. Jedną z najpopularniejszych form inwestycji są oczywiście nieruchomości, które nie tylko nie tracą na wartości, ale wręcz można na nich niemało zarobić, niezależnie czy zdecydujemy się na wynajem, czy odsprzedaż z zyskiem w przyszłości. W ostatnim czasie banki zaczęły luzować politykę przyznawania kredytów, co w perspektywie kilku miesięcy powinno pozytywnie wpłynąć na nastroje konsumentów. Jednak nie wszystkich stać na kredyty, nawet jeśli rata spłaty miałaby utrzymywać się na niższym poziomie. Jaką są więc warte rozważenia alternatywy dla osób, który kapitał wynosi kilkanaście, kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy złotych?

Rynek najmu w ostatnim czasie spowolnił, przez co ceny również znacząco spadły – szacuje się, że w Warszawie nawet o ok. 20%. Obecnie przestało się opłacać inwestowanie w rynek mieszkaniowy z ukierunkowaniem na studentów przyjeżdżających do dużych miast na uczelnię. Takie mieszkania obecnie stoją puste. Równocześnie do normy wraca sytuacja z kredytami hipotecznymi i obecnie możemy ją porównać do tej z 2019 roku. Banki wracają do wkładów własnych na poziomie 10%. Trudniej będzie jednak uzyskać taki kredyt osobom prowadzącym działalność gospodarczą w branżach takich jak gastronomia, hotelarstwo czy turystyka. Banki oceniają obecnie takich klientów jako najbardziej ryzykownych, którzy mogą mieć problemy z płynnością finansową. Jakiego rodzaju inwestycją mogą zainteresować się takie osoby?

Alternatywą dla osób, które szukają atrakcyjnej inwestycji, ale nie posiadają odłożonego bardzo dużego kapitału, pozwalającego chociażby na zainteresowanie się niezwykle intratnymi nieruchomościami luksusowymi, mogą okazać się alkohole, na przykład whisky inwestycyjne. W tym przypadku transakcja opiera się na zakupie beczek wypełnionych destylatem renomowanych destylarni, najczęściej z rejonów Szkocji oraz Irlandii. To inwestycja zyskowna, ale długoterminowa. Inwestorzy czekają, aż whisky nabierze wieku i stanie się np. Single Maltem.

Kolejną z możliwości są dzieła sztuki, które potrafią dać zadowalający wzrost inwestycji na przełomie zaledwie kilku lat. Dzieła szanowanych artystów są często poszukiwane latami, a kolekcjonerzy potrafią płacić kosmiczne sumy za dzieła Picassa, Van Gogha oraz innych wybitnych artystów, ale i rodzimi twórcy potrafią zaskoczyć wywindowaną wartością swoich dzieł. Dla przykładu, obraz zmarłego w 2015 roku Wojciecha Fangora „M22” został niedawno sprzedany za 7 316 000 zł, wliczając opłatę aukcyjną. Inwestycję w sztukę mają wyjątkowy i unikatowy charakter z prostej przyczyny – drugiego takiego samego dzieła nikt nie wykona. Na wzrost cen wpływa także niedostępność i konkurujący pomiędzy sobą inwestorzy.

Segment inwestycji premium w ostatnich latach zdecydowanie się rozwinął i stał się pożądany, a przykładem mogą być nie tylko nieruchomości, ale i zabytkowe auta, które, poddane odrestaurowaniu, także zyskują na wartości. Podobnie rzecz ma się w przypadku luksusowych jachtów – nasi klienci zarabiają na ich czarterowaniu, co jest bardzo prostą procedurą. Wystarczy nawiązać współpracę z firmą zarządzającą tego typu ruchomościami i obserwować, jak nasza inwestycja pracuje i zarabia przez większość roku.

Po pewnych perturbacjach związanych z sytuacją w USA, złoto obecnie znów zyskuje na wartości.

Jednak tego rodzaju inwestycja wymaga czujności i umiejętności trafnych analiz, ponieważ zbyt dużą ilość fizycznego złota może być w przyszłości trudno odsprzedać za oszacowaną wartość. Alternatywą są srebro czy platyna, a nawet… węgiel. Młodzi inwestorzy częściej niż na złoto stawiają na kryptowaluty, które są doskonałym przykładem szybkiego zarobku, który może być jednak niepewny. Nikt nie ma kontroli nad cyber-walutą, a rządy niektórych krajów próbują z nią walczyć. Co więcej, rynek ten dynamicznie się zmienia i bywa niestabilny, to znaczy potrafi zareagować na zmiany na rynku, które mogą okazać się nieprzewidywalne dla niedoświadczonego inwestora.

Najważniejsze, że rynek zapewnia inwestorom wybór. W zależności od wysokości kapitału, doświadczenia, rozeznania rynkowego czy osobistych preferencji a nawet pasji, osoby chcące  zainwestować swoje pieniądze mają wiele możliwości. A przecież poza wymienionymi przykładami są jeszcze akcje i obligacje, fundusze inwestycyjne czy chociażby… komiksy.

Autorem komentarza jest Tomasz Porowski, doradca inwestycyjny ds. nieruchomości z Pantera Invest

Paweł Ćwieka dołącza do zarządu Billennium

Z dniem 11 lutego 2021, do zarządu Billennium S.A., polskiej spółki dostarczającej rozwiązania i usługi IT dla biznesu, Rada Nadzorcza spółki powołała Pawła Ćwiekę. Objął on stanowisko Chief Delivery Officer.

Paweł Ćwieka jest związany z branżą IT od 2006 roku. Do Billennium dołączył w 2012 roku jako Team Leader zespołu wsparcia klienta.  W 2018 r. stanął na czele działu Delivery, gdzie był odpowiedzialny m.in. za stworzenie Centrów Kompetencyjnych i znacząco przyczynił się do globalnego rozwoju firmy, zatrudniającej obecnie ponad tysiąc wysokiej klasy specjalistów. Jako Chief Delivery Officer, w dalszym ciągu będzie realizował strategię rozwoju Centrów Kompetencyjnych, w tym m.in.  poszerzenie kompetencji w nowych obszarach technologicznych czy obecność Billennium na kolejnych rynkach zagranicznych.

Sukces Billennium to zasługa m.in. takich osób, jak Paweł Ćwieka – kompetentnych, odpowiedzialnych i zaangażowanych. Odkąd dołączył do firmy, dał się poznać jako wspaniały specjalista oraz skuteczny manager z szerokim spojrzeniem na nasz biznes i bardzo mocno przyczynił się do rozwoju firmy, m.in. poprzez stworzenie ponad dwudziestu Centrów Kompetencyjnych czy ekspansję Billennium na rynkach zagranicznych. Mamy bardzo ambitne cele na ten rok i jestem pewien, że z Pawłem w nowej roli osiągniemy kolejne sukcesy. – powiedział Bartosz Łopiński, CEO i jeden z założycieli Billennium.

Paweł Ćwieka jest absolwentem Technologii informatycznych na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie oraz studiów podyplomowych na kierunku Zintegrowanych systemów ERP w zarządzaniu nowoczesnym przedsiębiorstwem na Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Od 2016 roku posiada także certyfikat ITIL expert.

Ponad 1,4 mln PLN zysku netto Cloud Technologies w IV kwartale

Cloud Technologies, notowana na NewConnect spółka technologiczna monetyzująca dane z internetu, osiągnęła w IV kwartale 2020 r. 15,7 mln PLN przychodów, co oznacza 25 proc. wzrost r/r. Wynik EBITDA wyniósł 3,4 mln PLN i był 9-krotnie wyższy niż rok wcześniej, a zysk netto wyniósł 1,4 mln PLN, odnotowując 2,7 mln PLN wzrost r/r.

– W raportowanym okresie osiągnęliśmy rekordowe wyniki ze sprzedaży danych oraz kampanii reklamowych. Jest to efekt konsekwentnie realizowanej strategii, która wynika przede wszystkim z rozwoju sieci sprzedaży oraz rozbudowy bazy anonimowych profili internautów. Sprzyjało nam również otoczenie rynkowe, w tym sezonowo zwiększona aktywność firm w IV kwartale oraz wpływ  pandemii. Po pierwsze, nastąpiły trwałe zmiany zachowań konsumenckich, w efekcie zwiększyła się cyfrowa obecność zarówno firm jak i użytkowników, a po drugie w minionym kwartale zostały uwolnione budżety marketingowe, wcześniej wstrzymane ze względu na lockdown. Jednocześnie wciąż niektóre z historycznie ważnych dla nas branż, np. turystyka, są nadal dotknięte znacznymi ograniczeniami w funkcjonowaniu – komentuje Piotr Prajsnar, prezes Cloud Technologies.

Szczególnie dynamicznie wzrósł wynik segmentu Data Enrichment, w ramach którego Grupa sprzedaje anonimowe dane o zachowaniach użytkowników internetu oraz dostęp do technologii Cloud Technologies. Przychody w tym segmencie wzrosły o 93 proc. do 5,7 mln PLN, a wynik EBITDA był 3-krotnie wyższy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku i wyniósł 4,2 mln PLN.

– Nasza strategia, którą przyjęliśmy w 2018 roku w związku z transformacją biznesu jest skoncentrowana na segmencie Data enrichment. Z tego względu ten obszar jest dla nas szczególnie ważny, ponieważ dzięki konsekwentnym działaniom generuje wysoką dynamikę wzrostu oraz atrakcyjny poziom marż. Chcemy go nadal rozwijać w wymiarze globalnym poprzez selektywne akwizycje i rozwój organiczny. Nie zapominamy również o pozostałych segmentach i dalej pracujemy nad wzrostem ich wartości dla całej Grupy. – dodaje Piotr Prajsnar.

Segment Data Consulting (sprzedaż usług marketingowych opartych o dane, głównie w Polsce) wygenerował w IV kwartale 5,9 mln PLN przychodów i 0,5 mln PLN EBITDA. Natomiast segment Data Acquisition (kampanie marketingowe przy użyciu sieci afiliacyjnych – głównie dla klientów e-commerce oraz pośredniczenia w nabywaniu powierzchni reklamowych od brokerów) osiągnął 3,4 mln PLN przychodów i 50 tys. PLN zysku EBITDA. Segment ten generuje niską marżę, jednak jest jednym z ważniejszych źródeł pozyskiwania danych.

W IV kwartale Cloud Technologies wdrożyło program motywacyjny dla kluczowych menadżerów, którego celem jest jeszcze większe zaangażowania w rozwój Grupy i zapewnienie długoterminowej współpracy na rzecz rozwoju Grupy Kapitałowej. Spółka przeprowadziła emisję 400 tys. nowych akcji dostępnych na preferencyjnych warunkach (7 PLN za akcję). W związku z tym w IV kwartale rozpoznano 1,6 mln PLN jednorazowego, niepieniężnego kosztu operacyjnego. Beneficjenci programu zobowiązali się do ograniczenia dysponowania akcjami do 31 grudnia 2021 r.

W IV kwartale Grupa otrzymała płatność częściową dotacji od Banku Gospodarstwa Krajowego w wysokości 4,2 mln PLN z 5,1 mln PLN. Środki te zostały przeznaczone na spłatę kredytu, z którego finansowane były prace objęte dotacją. Wartość całego projektu to 9,1 mln PLN. Jeszcze w 2020 r. spółka złożyła wniosek o płatność końcową – obecnie czeka na decyzję BGK.

– Bardzo dobre wyniki osiągnięte w IV kwartale mają odzwierciedlenie w przepływach pieniężnych. W minionym kwartale wyniosły one prawie 3 mln PLN i na koniec 2020 r. mieliśmy na kontach prawie 18 mln pln. – tłumaczy Piotr Soleniec, dyrektor finansowy Cloud Technologies.

W ujęciu narastającym w okresie 12 miesięcy 2020 r. Grupa osiągnęła 50,1 mln PLN przychodów (+17 proc. r/r). Osiągając przy tym 5,7 mln PLN zysku EBITDA i 0,5 mln PLN zysku netto, w porównaniu do straty odpowiednio 1,1 mln PLN i 4,7 mln PLN rok wcześniej.

InteliWISE podsumowuje rekordowy rok

Twórca rozwiązań AI dla biznesu, InteliWISE odnotował 24% wzrost przychodów względem poprzedniego roku. Kolejne projekty oraz ważne umowy podpisane w ostatnich miesiącach sprawiają, że 2021 będzie kolejnym etapem dynamicznego rozwoju spółki.

Wyniki InteliWISE odnotowane w 2020 roku są pochodną stale rosnącego zapotrzebowania firm na usługi AI – dzięki temu osiągnęliśmy rekordowe przychody w historii firmy, generując ponad 4 697 tys. zł przychodu. W Q4 ubiegłego roku nieznacznie spadł nam przychód w ujęciu kwartał do kwartału. Jest to spowodowane efektem wysokiej bazy w Q4 2019, kiedy to fakturowaliśmy przychody z przesuniętych zleceń́. Co jednak najważniejsze, udział przychodów z odnawialnych abonamentów, generowanych ze strategicznych usług, w tym Ai Chatbot i Voicebot jest z roku na rok coraz wyższy, co potwierdza stabilność obecnej bazy i stanowi fundament długofalowego potencjału wzrostu spółki – komentuje wyniki Marcin Strzałkowski, prezes InteliWISE.

Dalszy rozwój spółki wspierany jest korzystną koniunkturą sektora oraz podpisanymi w 2020 roku umowami. Najważniejszą z nich, zarząd InteliWISE sygnował na początku grudnia, po wygranym przetargu na rozwój systemu, “Centrum Pomocy Przedsiębiorcy” dla Ministerstwa Rozwoju Pracy i Technologii. Umowa opiewa na blisko 3.5 miliona złotych brutto i obejmuje m.in. wykorzystanie Voicebotów II Generacji do wsparcia Infolinii. Dotychczas program obsłużył już ponad 2 000 000 spraw przedsiębiorców a za wdrożenie systemu również odpowiadało InteliWISE.

– W ostatnich kwartałach intensywnie inwestowaliśmy zarówno w rozwój Platformy dla klientów i partnerów, zasoby IT oraz marketing i sprzedaż. Zaowocowało to m.in. umową z Ministerstwem Rozwoju Pracy i Technologii. Rok 2020 pokazał jak duży jest potencjał rozwiązania InteliWISE Voicebot oraz pozostałych usług inteligentnej automatyzacji. Wydarzenia takie jak otwarcie Amazon.pl oraz wzrost znaczenia seniorów jako istotnej grupy klientów usług ecommerce, sprawiają, że dostawców rozwiązań AI dla biznesu czeka intensywny rozwój. Dzięki temu InteliWISE, po latach inwestycji, ma niepowtarzalną okazję do skalowalnego wzrostu – komentuje Marcin Strzałkowski, prezes spółki.

Już w poprzednich latach sektor AI dla biznesu, należał do najszybciej rozwijających się obszarów gospodarki. Wg danych Deloitte rynek ten ma osiągnąć do końca 2025 roku wartość ponad 32 miliardów dolarów, powiększając się trzykrotnie względem obecnych wyników. Ubiegłoroczne wydarzenia przyspieszyły proces rozwoju sektora, ukazując zapotrzebowanie na zautomatyzowaną obsługę zapytań potencjalnych klientów.

– W czasach stale rosnących kosztów pracownika oraz powtarzalnych zapytań użytkowników usługi oferowane przez InteliWISE zyskują na popularności. Rozwijamy się wraz z całym sektorem i cały czas szukamy okazji do innowacji, a co za tym idzie – już w najbliższych miesiącach ogłosimy kolejne pionierskie projekty. – kończy prezes InteliWISE.

Akcjonariusze Infoscanu zgodzili się na sprzedaż zorganizowanej części przedsiębiorstwa

Akcjonariusze Infoscan S.A., firmy telemedycznej z rynku NewConnect, zgodzili się na sprzedaż podmiotowi zewnętrznemu zorganizowanej części przedsiębiorstwa, a także udziałów w spółkach zależnych, czyli Scansoft S.A. oraz Scanlink Medical sp. z o.o. Zgoda uzyskana od Akcjonariuszy podczas Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia zrealizowała jeden z dwóch warunków umowy przedwstępnej sprzedaży ZCP zawartej w dniu 9 lutego br. oraz pozwoli Spółce zrealizować jeden z warunków połączenia ze spółką Movie Games Mobile zawartych w Term Sheet. Jednocześnie NWZ powołało nowych Członków Rady Nadzorczej Spółki, Patryka Jasińskiego oraz Karola Fornalczyka. Kompetencje nowych Członków RN w pełni pokrywają się z planowanym nowym profilem działalności, a więc produkcją gier mobilnych.

Uzyskanie zgody akcjonariuszy na sprzedaż ZCP oraz udziałów w spółkach zależnych to istotny postęp w realizacji procesu połączenia z Movie Games Mobile. Sprzedaż pozwoli nam pozyskać środki, które zostaną przeznaczone na spłatę części zobowiązań Spółki oraz w pełni zakończyć działalność na rynku telemedycznym, otwierając się tym samym na działalność w ramach bardzo perspektywicznego rynku gier mobilnych – informuje Piotr Sobiś, Prezes Zarządu Infoscan.

Zgodnie z Term Sheet Infoscan wraz z Movie Games Mobile będą mogli zrealizować sprzedaż ZCP oraz udziałów w spółkach Scansoft oraz Scanlink Medical. W dalszej kolejności obie spółki będą poddane badaniu stanu prawnego i finansowemu. Po braku jakichkolwiek zastrzeżeń Infoscan dokona spłaty wszystkich zobowiązań m.in ze środków pozyskanych ze sprzedaży ZCP oraz emisji akcji.

– Zgoda NWZ pozwala nam kontynuować proces połączenia z Movie Games Mobile. Ostatnie tygodnie spędziliśmy na przygotowaniach do zrealizowania transakcji sprzedaży ZCP. Rozpoczęte zostały prace biegłego mające potwierdzić tzw. “fair value” aktywów telemedycznych przeznaczonych do zbycia. Po ich zakończeniu będziemy gotowi do określenia ceny emisyjnej akcji serii N – komentuje Piotr Sobiś.

Biorąc pod uwagę zmianę profilu działalności Spółki w wyniku połączenia z Movie Games Mobile, Akcjonariusze powołali do Rady Nadzorczej Patryka Jasińskiego oraz Karola Fornalczyka, związanych z Grupą Movie Games Patryk Jasiński pełni funkcje Prezesa Zarządu w spółce True Games S.A., natomiast Karol Fornalczyk jest Project Managerem odpowiedzialnym za kluczowe produkcje w Movie Games Mobile.

Nowi Członkowie Rady Nadzorczej Infoscanu poprzez swoje zaangażowanie w działalność spółek z rodziny Movie Games  związani są z branżą gamingową. Będą oni z poziomu Rady Nadzorczej wspierać połączenie z Movie Games Mobile oraz zapewnią sprawne wejście na nowy rynek po realizacji procesu połączenia. – dodaje Piotr Sobiś.

Karol Fornalczyk to specjalista ds. marketingu z kilkuletnim doświadczeniem. W latach 2017-2020 sprawował funkcję Marketing Managera m.in. w Anielskim Atelier oraz w spółce Bored Games. Od listopada 2020 roku pracuje w Movie Games Mobile na stanowisku Project Managera. Specjalizuje się w marketingu i monetyzacji gier i z tej dziedziny pisał pracę magisterską. Patryk Jasiński jest natomiast managerem posiadającym 15-letnie doświadczenie jako dziennikarz, producent telewizyjny oraz przedsiębiorca z branży nieruchomości i edukacyjnej. Absolwent politologii na Uniwersytecie Warszawskim wraz z  ukończonymi studiami podyplomowymi z public relations i produkcji telewizyjnej. Posiada doświadczenie w obszarze budowania zespołów redakcyjnych, pracy z wymagającym klientem, tworzeniu strategii marketingowych oraz realizacji dużych produkcji telewizyjnych szczególnie w formacie „live”. Od zeszłego roku zasiada w Radzie Nadzorczej Spółki Bored Games Mobile oraz pełni funkcję Prezesa Zarządu w spółce True Games.

Bloober Team notuje najlepszy rok w historii

Mistrzowie horroru z Krakowa wypracowali najwyższe wyniki w historii, zarówno w ujęciu jednostkowym jak i skonsolidowanym, wynika z opublikowanego wczoraj sprawozdania finansowego za IV kwartał ubiegłego roku. To tym bardziej istotne, ponieważ wyniki Medium będą widoczne dopiero w raporcie za pierwszy kwartał 2021 r.

Przy przychodach na poziomie niespełna 40 mln zł (wzrost o 75% r/r), Bloober Team wypracował w 2020 r. 10,5 mln zł zysku (wzrost o 250%). W samym czwartym kwartale ubiegłego roku sprzedaż spółki osiągnęła poziom 13,7 mln zł, o 85% więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku, a zysk netto wyniósł 3,2 mln zł (wzrost o 240%).  – Oczywiście jesteśmy zadowoleni z rekordowych wyników, ale dopiero się rozpędzamy. Sprzedaż The Medium, naszego największego tytułu będzie rozliczana dopiero od stycznia bieżącego roku, więc wyniki tego tytułu będą widoczne dopiero w raporcie za pierwszy kwartał – podkreśla Piotr Babieno, prezes Bloober Team.  

Wyniki osiągnięte przez Bloober Team w IV kwartale 2020 roku są związane min. z debiutem nowej generacji konsol. Najważniejszym wydarzeniem dla spółki w minionym kwartale była premiera gry Observer: System Redux wydanej na urządzenia Xbox Series X, PlayStation 5 oraz PC – pierwszy polski tytuł na konsolach nowej generacji w zaledwie dwa tygodnie zwrócił koszty produkcji i marketingu. Gra na wszystkich platformach cieszyła się średnią zbliżoną do 8/10, jednak z najcieplejszym przyjęciem produkcja Bloober Team spotkała się na komputerach osobistych. Średnia ocen Observer: System Redux na PC wynosi aż 86/100, natomiast oceny pozytywne na platformie Steam wynoszą aż 89% całości. Ponadto, w okresie poprzedzającym Halloween zadebiutowała na urządzeniach VR gra Blair Witch. Gra w zaledwie 12 godzin przyniosła całkowity zwrot poniesionych nakładów produkcyjnych i marketingowych dla wersji VR.

Q4 2020 był wyjątkowy ze względu na premiery Xbox Series X|S oraz PlayStation 5, które zredefiniowały rynek gamingowy. Wszystkie premiery Bloober Team cieszyły się dużym zainteresowaniem ww. okresie – osiągnęliśmy wysokie przychody, pomimo przesunięcia premiery The Medium, a nasze produkcje spotkały się z uznaniem graczy i recenzentów. Jednak pora “żniw” zaczyna się dla nas od pierwszego kwartału bieżącego roku. Dopiero w wynikach tego kwartału będzie widoczna większość wpływów z Medium. Dodatkowo jak zawsze staramy się przecież mieć jeszcze niespodziankę, więc ten 13 rok funkcjonowania powinien być dla nas najszczęśliwszym. W końcu pozycja mistrza horror zobowiązuje – dodaje ze śmiechem Piotr Babieno, prezes Bloober Team.

Analiza: odsetek PKB na zdrowie w Polsce będzie spadać

Pomimo zapewnienia wzrostu wydatków publicznych na ochronę zdrowia z ustawy „6% PKB na zdrowie”, odsetek PKB przeznaczanego na ten cel w danym roku spadnie z poziomu 5,08% w 2021 r. do 4,71% dwa lata później. Według ekspertów Public Policy jedną z głównych przyczyn tego zjawiska jest system składkowy, zasilający budżet Narodowego Funduszu Zdrowia. Zdaniem analityków podwyższenie składki zdrowotnej tylko o 0,25% pozwoliłoby na zwiększenie przychodów NFZ o 2,66 mld zł rocznie.

Nadzwyczajne rozwiązania

Według analizy kryzys gospodarczy spowodowany epidemią COVID-19 znacząco odbił się na sytuacji finansowej Narodowego Funduszu Zdrowia oraz systemie finansowania świadczeń opieki zdrowotnej. Z danych publikowanych przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych wynika, że wartość składek przekazanych do NFZ była znacząco niższa niż w prognozie przychodów Funduszu, opublikowanej w czerwcu ubiegłego roku.

Zapewnienie ciągłości finansowania świadczeń opieki zdrowotnej oraz zadań związanych z przeciwdziałaniem epidemii COVID-19 wymagało wprowadzenia nadzwyczajnych rozwiązań. Objęły one między innymi: kompensację wartości umorzonych składek w ramach tarcz antykryzysowych, możliwość zmiany planu finansowego NFZ bez zasięgania opinii sejmowych Komisji Zdrowia oraz Finansów Publicznych, zapewnienie dodatkowego źródła finansowania ochrony zdrowia z Funduszu Przeciwdziałania COVID-19, pozyskującego środki z emisji obligacji Banku Gospodarstwa Krajowego czy możliwość finansowania niektórych zadań bezpośrednio z funduszu zapasowego płatnika publicznego. Rząd w ostatnich miesiącach dokonał bardzo istotnych zmian w systemie finansowania świadczeń opieki zdrowotnej – wskazuje Wojciech Wiśniewski, prezes Zarządu Public Policy Sp. z o.o.

Ustawowe gwarancje

Uchwalona ustawa budżetowa na 2021 rok oraz zatwierdzony plan finansowy Narodowego Funduszu Zdrowia gwarantują realizację założeń ustawy „6 proc. PKB na zdrowie” w bieżącym roku, a na ten cel zostanie przeznaczone przynajmniej 120,5 mld zł. Pomimo dynamicznego wzrostu nakładów na ochronę zdrowia, sięgającego nawet kilkanaście miliardów złotych rocznie, jedynie niewielka część z tej kwoty trafia do NFZ. Chociaż w prognozie przychodów płatnika zapowiedziano, że w tym roku z budżetu państwa do Funduszu trafi dotacja w wysokości 8,9 mld zł, ostatecznie na finansowanie świadczeń przeznaczono kwotę ponad trzykrotnie niższą.

Pomimo relatywnie dobrej sytuacji na rynku pracy spada liczba osób pracujących na podstawie umowy o pracę. Z powodu interwencji państwa oraz uzależnienia części pomocy od utrzymania miejsc pracy, wskaźnik bezrobocia w Polsce należy do najniższych wśród państw członkowskich Unii Europejskiej. Sytuacja może jednak ulec zmianie w kolejnych miesiącach. Obecnie funkcjonujący system składkowy zapewnia ograniczone wpływy do budżetu NFZ na poziomie 3,89%-3,99% PKB. Dodatkowy wzrost wydatków publicznych ponad ten cel musi zostać pokryty z innych źródeł, w tym z budżetu państwa, który może nie unieść tych obciążeń w kolejnych latach – wyjaśnia Wojciech Wiśniewski.

Niezbędne składki

Zdaniem ekspertów z powodu metodologii zawartej w ustawie „6 proc. PKB na zdrowie”, skutki recesji (-2,8% PKB) w 2020 roku dla finansowania ochrony zdrowia w największym stopniu ujawnią się w 2022 roku, zmuszając instytucje publiczne do wdrażania zasadniczych zmian w organizacji systemu.

W ostatnich latach doszło do zwiększenia wydatków budżetu państwa na ochronę zdrowia, które w związku z przepisami ustawy „6% PKB na zdrowie” de facto obniżają wartość dotacji do Narodowego Funduszu Zdrowia. To środki, które mogłyby zostać wykorzystane na zwiększenie dostępności świadczeń opieki zdrowotnej, podnoszenie płac, wprowadzanie nowych technologii oraz inne potrzeby. Pomimo dynamicznego wzrostu wydatków publicznych na ochronę zdrowia w 2021 roku (o 13,7 mld zł), jedynie 2,5 mld zł trafi do Narodowego Funduszu Zdrowia. To ponad 3,5 razy mniej niż zakładano w prognozie przychodów Funduszu. Każdy złoty wydany z budżetu na Fundusz Medyczny obniża obecnie wartość dotacji do NFZ – mówi Wojciech Wiśniewski.

Bez zmian w systemie składkowym w kolejnych latach ciężar finansowania systemu ochrony zdrowia w coraz większym stopniu będzie spoczywał na budżecie państwa. Z wyliczeń Public Policy wynika, że zwiększenie składki zdrowotnej o 0,25% w 2021 roku pozwoliłoby na zwiększenie przychodów NFZ o 2,66 mld zł rocznie. Wprowadzenie tej modyfikacji obniżyłoby wynagrodzenie miesięczne pracownika z płacą minimalną o 6 zł, a zarabiającego średnią krajową o 12 zł. Istnieje jednak możliwość podniesienia składki, które byłoby dla pracowników nieodczuwalne, poprzez zwiększenie odpisu składki zdrowotnej od podatku.

Creppy Jar bije kolejne rekordy. W 2020 r. GREEN HELL zarobił ponad 25.5 mln zł

Ponad 25,5 mln zł zysku ze sprzedaży wypracował Creepy Jar po czterech kwartałach minionego roku. Przekłada się to na 18,6 mln zł zysku netto. Warszawska spółka zanotowała również rekordowe przychody, które na koniec roku wyniosły 37,6 mln zł. W kasie Creepy Jar znajduje się już ponad 27 mln zł.

Przy przychodach ze sprzedaży na poziomie 7 mln zł, Creepy Jar wypracował w czwartym kwartale 2020 r. ponad 4,3 mln zł zysku ze sprzedaży. Zysk netto wyniósł 2,8 mln zł. – To był rekordowy rok dla spółki pod każdym względem. Mam nadzieję, że dzięki ciągłemu rozwojowi gry na PC i premierach na Xbox i Playstation, będziemy mogli powiedzieć to samo również po zakończeniu bieżącego roku- komentuje Krzysztof Kwiatek, prezes Creepy Jar.

W ostatnim kwartale ubiegłego roku GREEN HELL pobił kolejny rekord – ponad półtora miliona sprzedanych egzemplarzy. Na świetne wyniki finansowe Creepy Jar w czwartym kwartale miała m.in. wpływ związana z okresem świątecznym promocja cenowa gry na platformie Steam. Potencjał sprzedażowy GREEN HELL na komputerach osobistych- gdzie gra zadebiutowała w 2019 roku- jest wciąż ogromny. Według stanu na dzień 14 grudnia 2020 r. lista graczy oczekujących na zakup GREEN HELL w sklepie Steam wynosi ponad milion użytkowników.

Q4 2020 był świetnym zamknięciem rekordowego roku. Liczymy, że Green Hell utrzyma status longsellera, m.in. dzięki kolejnym częściom Spirits of Amazonia – komentuje Krzysztof Kwiatek

Pod koniec stycznia miała miejsce premiera pierwszej części darmowego dodatku – Spirits of Amazonia, który spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem graczy oraz recenzentów. Na 2021 rok planowany jest dalszy rozwój GREEN HELL poprzez wydanie kolejnych dwóch części Spirits of Amazonia oraz ekspansji na kolejne platformy – Xbox i PlayStation. Spółka pracuje również intensywnie nad kolejną produkcją o roboczej nazwie Chimera.

Krakowski deweloper Simteract zadebiutuje na rynku NewConnect już 18 lutego

Akcje Simteract, krakowskiego dewelopera gier na PC i konsole nowej generacji, zadebiutują na małym parkiecie już 18 lutego. Spółka pracuje obecnie nad dwoma projektami – produkcją pod roboczym tytułem “Projekt #1” oraz symulatorem kierowcy firmy transportowej “Carpool Simulator”. 

– Jesteśmy bardzo podekscytowani debiutem. Cały zespół czeka na pierwsze notowanie, które będzie zwieńczeniem ponad rocznej drogi na giełdowy parkiet. Wierzymy, że największe sukcesy dopiero przed nami – komentuje Marcin Jaśkiewicz, prezes Simteract.

Długo wyczekiwany giełdowy debiut poprzedziła październikowa emisja akcji, która była skierowana do nie więcej niż 149 osób (w ramach subskrypcji prywatnej). Spółka pozyskała wtedy ponad 4,3 mln zł, a redukcja w gronie inwestorów indywidualnych wyniosła 88,5 proc. Simteract pożytkuje pozyskane środki realizując jedną z dwóch nadchodzących produkcji – Carpool Simulator. W planach spółki są także kolejne projekty, które będą bazowały na autorskich technologiach (Traffic AI i City Generator) oraz doświadczeniu zebranym w trakcie tworzenia symulatorów treningowych dla klientów z całego świata.

– Aktualnie pracujemy nad dwoma tytułami. “Projekt #1” – powstaje we współpracy z francuskim wydawcą Nacon z grupy Bigben Interactive, dlatego z uwagi na wiążące nas umowy, szczegóły gry owiane są jeszcze tajemnicą. Liczymy jednak, że już w najbliższej przyszłości będziemy mogli zdradzić pierwsze konkrety dotyczące tytułu. W “Carpool Simulator” natomiast gracze wcielą się w pracownika firmy przewozowej (tzw. ride-hiling company), w której oprócz prowadzenia samochodu będą także kierować własną firmą, zarządzać zleceniami przez aplikację i zarządzać flotą kierowców AI – przybliża projekty Marcin Jaśkiewicz, prezes Simteract.

Prace nad oboma tytułami poprzedziły analizy rynku gier symulacyjnych. Carpool Simulator, który będzie wyznaczał nowe poziomy immersji, dzięki odwzorowaniu realnych europejskich miast (jak Londyn, Paryż czy Berlin), które będą dostępne w dzień premiery produkcji. Debiut gry na konsolach Xbox Series X|S i PlayStation 5 oraz PC planowany jest w 2022 r. – Widzimy, że inwestorzy cenią nasz know how. Doświadczenie w produkcji oprogramowania przekłada się na realizm w naszych grach, dlatego wierzymy że zdobędziemy uznanie nawet najbardziej wymagających graczy – dodaje Jaśkiewicz.

O pionierskości rozwiązań kreowanych przez Simteract świadczy również grant NCBR. Projekt „Technologia generowania realistycznych wizualizacji tras kolejowych na potrzeby profesjonalnych symulatorów szkoleniowych” został w 2020 wsparty dofinansowaniem w wysokości 3.2 mln zł.

23 lutego rusza oferta publiczna akcji Demolish Games S.A.

Demolish Games S.A., producent gier z gatunku symulatorów na PC, 23 lutego rozpocznie ofertę publiczną w związku z emisją nowych akcji. Studio chce pozyskać w dwóch transzach kwotę 1 mln zł. Pierwsza transza akcji w ofercie publicznej skierowana jest do indywidualnie oznaczonych, większych inwestorów. Od 2 marca Spółka będzie przyjmowała zapisy na akcje od wszystkich zainteresowanych. Warunki emisji akcji w ramach obu transz zostaną zaprezentowane w dniu 22 lutego na platformie Crowdconnect.pl i stronie internetowej Demolish Games. Pozyskane środki Studio przeznaczy na produkcję nowych tytułów. Firmą inwestycyjną świadczącą usługę oferowania akcji jest Dom Maklerski INC S.A. Do końca br. Demolish Games planuje wprowadzenie akcji do obrotu na rynku NewConnect.

– Aktualnie finalizujemy prace związane z realizacją oferty publicznej akcji. Pierwszą transzę rozpoczniemy już za kilka dni. Liczymy, że plany rozwoju Demolish Games będą interesujące dla potencjalnych akcjonariuszy naszej Spółki i oferta publiczna zakończy się sukcesem. Pierwsza transza oferty publicznej akcji, w której będą mogli zapisać się więksi inwestorzy, startuje 23 lutego. Naszym celem w tym etapie jest pozyskanie 0,5 mln zł – informuje Paweł Dywelski, prezes zarządu Demolish Games S.A. – Tydzień później – 2 marca – rozpoczniemy przyjmowanie zapisów w drugiej transzy, dedykowanej wszystkim zainteresowanym inwestorom. Łącznie, w ramach emisji akcji, chcemy pozyskać 1 mln złotych  – dodaje.

Warunki składania zapisów, wraz z dokumentem ofertowym, zostaną zaprezentowane na platformie CrowdConnect.pl oraz stronie emitenta w dniu 22 lutego 2021 r. Jednorazowy zapis na akcje spółki w ramach drugiej transzy może wynosić maksymalnie 15 tys. zł. Pozyskane środki spółka przeznaczy na produkcję nowych gier.

Demolish Games jest właścicielem tytułów z popularnej serii Demolish & Build, chodzi o Demolish & Build 2017, Demolish & Build 2018 oraz Car Demolition Clicker.  Kluczowym projektem firmy jest Demolish & Build 2022.

– W Demolish & Build 2022 dużą uwagę skupiamy na oprawie graficznej oraz dźwiękowej. Chcemy również udoskonalić rozgrywkę, poprzez dopracowanie elementów związanych ze sterowaniem pojazdami, czy zarządzaniem firmą. Liczymy, że podobnie, jak pozostałe propozycje z serii Demolish & Build ta również spodoba się graczom i zostanie przez nich wysoko oceniona. – mówi Paweł Dywelski. – Do tej pory gra Demolish & Build 2017 sprzedała się w nakładzie ok. 40 tys. egzemplarzy (Steam) i zgromadziła 73 proc. pozytywnych opinii. Drugi tytuł z tej serii –  Demolish & Build 2018 w wersji na PC nabyło ok. 115 tys. użytkowników, w tym ponad 7 tys. od przejęcia gry przez nas – dodaje Paweł Dywelski.

W serii gier Demolish & Build do głównych zadań gracza należą prowadzenie firmy budowlanej, przyjmowanie i wykonywanie zleceń na wyburzenia, zatrudnianie pracowników, obsługa maszyn budowlanych oraz kupowanie posiadłości.

Studio posiada również trzy tytuły w fazie preprodukcji: Explosive Demolition Simulator, w którym gracz będzie wyburzał budowle za pomocą materiałów wybuchowych, WW2 Underground – nawiązujący do czasów II Wojny Światowej, w którym gracz będzie szpiegował i przeprowadzał sabotaż działań okupanta oraz grę platformową – Malone In Nightmares.

Wszystkie tytuły Spółki będą dostosowane do wymagań konsol Nintendo Switch, Xbox Series X/S
i PlayStation 5. Wydawcą gier z portfolio Demolish Games na PC będzie sama spółka, wydaniem na konsole zajmie się Ultimate Games S.A., która jest głównym akcjonariuszem Demolish Games.

Strategia firmy zakłada dywersyfikację działalności polegającą na produkcji gier z różnego gatunku.

Spółka do końca br. chce dołączyć do grona spółek publicznych, których akcje są notowane na rynku NewConnect.

Inflacja kontratakuje i staje się inwestycyjną modą – analiza B. Sawickiego

Aby gospodarka przetrwała czas pandemicznych obostrzeń, rządy państw i banki centralne zdecydowały się na pomoc finansową w skali, która wcześniej wydawała się niewyobrażalna. W efekcie, na rynkach pojawiło się mnóstwo tzw. taniego pieniądza, co przy wychodzeniu z koronawirusowej zapaści przełoży się na wzrost inflacji. Okazuje się teraz, że jest to trend, w którym inwestorzy widzą źródło zysku.

Zapowiedzi wzrostu inflacji nie trzeba szukać daleko. W Polsce jej dynamika przez kilkanaście miesięcy z rzędu była powyżej celu Narodowego Banku Polskiego. W grudniu spadła minimalnie poniżej 2,5 proc. rok do roku, ale na początku 2021 r. wyraźnie przyspiesza. W poniedziałek, 15 lutego GUS poinformował, że w styczniu br. ceny koszyka dóbr konsumenckich były o 2,7 proc. wyższe niż przed rokiem. Choć podbicie wskaźników presji cenowej można częściowo przypisać „podatkowi cukrowemu” i wzrostowi stawek za energię elektryczną, to wpisują się one w tendencje globalne, widoczne gołym okiem także w Europie. Ceny w Niemczech, Norwegii i wielu innych państwach rosną szybciej, niż zakładano. Inflacja w Polsce nie będzie dawać za wygraną, przejściowo przekraczać może nawet 3,5 proc. rok do roku. Jest to jeden z kluczowych argumentów za utrzymaniem stóp procentowych przez RPP na niezmienionym poziomie.

Rynki finansowe także stawiają na inflację

Powrót inflacji, reflacja, trend reflacyjny – rynki finansowe od tygodni odmieniają te sformułowania przez wszystkie przypadki. Co stoi za tymi pojęciami?

Chodzi o ogólnoświatowy powrót inflacji. Ceny, zwłaszcza w gospodarkach rozwiniętych, mają rosnąć zdecydowanie szybciej, niż się do tego przyzwyczailiśmy w ostatniej dekadzie. Tendencja ta ma towarzyszyć wychodzeniu z covidowego dołka i być spotęgowana wysiłkami rządów i banków centralnych, które wszelkimi dostępnymi środkami walczą ze skutkami pandemii. Rządy były zmuszone głęboko sięgnąć do kieszeni, a banki centralne w wielu przypadkach przekroczyć granice, które wcześniej wydawały się nieprzekraczalne. Gdzie tylko było to możliwe, koszt pieniądza ścięto do zera. Zastosowano narzędzia, których rezultatem jest gwałtowne pęcznienie aktywów w rękach banków centralnych – tłumaczy Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

Od globalnego kryzysu finansowego (2007-2009) władze monetarne były w dużej mierze osamotnione na froncie walki o wspieranie koniunktury. Nie mogły liczyć na wsparcie zaciskających fiskalnego pasa rządów. W rezultacie, łagodzenie polityki sprowadzało się do zwiększania płynności w systemie finansowym. Tym razem rządy ruszyły z fiskalną odsieczą, a efektem połączenia wysiłków już jest i nadal będzie gwałtowny wzrost podaży pieniądza.

W obliczu pandemii rządy zmieniły stanowisko o 180 stopni i przestały bać się przyrostu długu. Przykładowo, Unia Europejska przeznaczy na walkę z gospodarczymi skutkami pandemii łącznie 1,8 biliona euro w ramach nowego budżetu i Funduszu Odbudowy. Co więcej, przełamany został wieloletni opór przed uwspólnotowieniem ryzyka kredytowego. Dobitnie obrazuje to, jak mocno zmieniło się nastawienie względem ekspansji fiskalnej.

W rezultacie, dominującym motywem inwestycyjnym na 2021 r. jest oczekiwanie, że odbicie gospodarek z pandemicznego dołka napędzane gigantycznym wsparciem bodźca fiskalnego oraz ekstremalnie łagodną polityką banków centralnych będzie skutkować właśnie nasileniem się presji inflacyjnej. Gra na wyższą inflację nie jest jedynie pieśnią przyszłości. Przyjmuje wręcz postać rozpędzonej kuli śnieżnej. Już teraz globalne ceny żywności mierzone indeksem Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa są nie tylko o niemal jedną czwartą wyższe niż w pandemicznym dołku, ale także najwyższe od 2014 r. Tylko w tym roku ropa na giełdzie w Londynie podrożała o ponad 20 proc., a baryłka kosztuje ponad 63 dolary, mimo że w mocy pozostają restrykcje i ograniczenia tłumiące popyt na paliwa – zauważa analityk Cinkciarz.pl.

W otoczeniu, którego podstawową cechą są jednoznacznie ujemne realne stopy procentowe (rosnąca inflacja przy zerowych stopach banków centralnych), uczestnicy rynku stawiają na wysokie stopy zwrotu na rynkach akcji, surowców oraz napływy kapitału na rynki wschodzące. Nieodzownym punktem jest też spadek cen obligacji skarbowych, zwłaszcza długoterminowych, np. o dziesięcioletniej zapadalności.

A co na to dolar?

Początkowo kluczowym elementem reflacyjnej układanki miał być słaby dolar. Jednak w styczniu popularność zaczęły zyskiwać tezy, że Rezerwa Federalna porzuci ratunkową politykę, której fundamentami są zerowe stopy procentowe oraz skup obligacji i instrumentów związanych z rynkiem nieruchomości w tempie minimum 120 mld dolarów na miesiąc. Doprowadzić miały do tego silny wzrost gospodarczy i rosnące zagrożenia wybuchem inflacji.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy szacuje dynamikę PKB w 2021 r. na ponad 5 proc. i to bez uwzględnienia wpływu szykowanego przez administrację Joe Bidena pakietu fiskalnego. Przypomnijmy, że w dużej mierze bazuje on na transferach socjalnych, a wartością odpowiadać może 8-9 proc. największej światowej gospodarki.

Rezerwa Federalna nie pozwoli jednak, by inwestorzy zaczęli obstawiać szybką zmianę kursu. Będzie robić wszystko, by zapobiec korzystnemu dla dolara gwałtownemu wzrostowi rentowności obligacji skarbowych. Zresztą ostatnie dane z rynku pracy w USA brutalnie przypomniały, że zatrudnienie jest wciąż niemal 10 mln etatów niższe niż przed wybuchem pandemii, a inflacja na starcie roku rozczarowuje, co ewidentnie odebrało dolarowi czar. Presja cenowa nie okazuje żadnych oznak wymykania się spod kontroli. Nie ma zatem podstaw, by inwestorzy rzucali swoimi działaniami rękawicę Rezerwie Federalnej, kontestując oficjalną komunikację – analizuje Bartosz Sawicki.

W szerszej perspektywie gospodarcza dominacja USA nad innymi państwami rozwiniętymi, a także strefą euro, nie pozwoli w takiej sytuacji na umocnienie dolara. Siła odbicia koniunktury w największej światowej gospodarce będzie raczej podsycać apetyt na szukanie wysokich stóp zwrotu na ryzykownych rynkach. Powinna zatem oznaczać odwrót od amerykańskiej waluty i kontynuację jej osłabienia, lecz pewnie w tempie wolniejszym niż w 2020 r.

Jeśli nie dolar, to…

Długo faworytem inwestorów była wspólna waluta. W 2020 r. jej wartość względem dolara podniosła się aż o 8 proc. Jeszcze na początku stycznia za euro płacono ponad 1,23 dolara – najwięcej od 2018 r. Jednak rynki finansowe straciły część wiary w fundamenty tej tendencji. Po pierwsze, jest ona nie w smak Europejskiemu Bankowi Centralnemu, który straszy rynki wizją obniżki stóp procentowych. Po drugie, mianem rozczarowania pierwszego kwartału można śmiało określić wolny przebieg europejskiego programu szczepień na Covid-19.

To, co jest ciężarem dla wspólnej waluty, czyli walka o szybkie i trwałe zniesienie restrykcji i perspektywy polityki pieniężnej, winduje funta. W Wielkiej Brytanii akcja szczepień przebiega sprawniej niż w UE. Niemal co czwarty Brytyjczyk został już zaszczepiony (dla porównania: niespełna co dwudziesty mieszkaniec UE jest już po szczepieniu), a Bank Anglii odżegnuje się od potrzeby sięgnięcia po ujemne stopy procentowe. Sprawia to, że waluta, z której zdjęto balast ryzyka bezumownego brexitu, wiedzie prym na rynkach finansowych. Kurs funta utrzymuje się w okolicy 5,15 zł i na razie nie widać przesłanek, żeby ten stan miał się odmienić. Wśród innych walut faworytem do skorzystania na tendencjach reflacyjnych jest np. korona norweska, a siłę zdobytą w 2020 r. powinny utrzymać korona szwedzka czy dolar australijski – komentuje analityk Cinkciarz.pl.

Złoty na uboczu globalnych tendencji

Opisywane środowisko sprzyja przepływowi kapitału w kierunku rynków wschodzących i było również korzystne dla złotego, ale do czasu. Polska waluta w IV kwartale ub.r. mocno zyskiwała względem euro i dolara, ale tendencje te przerwał bank centralny. Groźba interwencji walutowych ze strony Narodowego Banku Polskiego utrzymuje kurs euro blisko 4,50 zł.

Tolerancja władz monetarnych dla niższych poziomów kursu powinna rosnąć wraz z postępem programu szczepień i pojawianiem się ewidentnych oznak wychodzenia gospodarki z dołka. Złoty staje zatem przed szansą, by nadrabiać stracony w ostatnich tygodniach dystans, ale zapewne przyjdzie na to poczekać do wiosny – szacuje Bartosz Sawicki.

Wypadki drogowe: Wraca dyskusja nt. odbierania prawa jazdy. Blisko 40% Polaków jest na tak


Prawie 40% Polaków jest za obligatoryjnym odbieraniem prawa jazdy za spowodowanie wypadku. Ale tylko o 1,4% mniej rodaków ma przeciwne zdanie. Najwięcej zwolenników kary jest w grupie wiekowej 23-35 lat. Wśród orędowników tego rozwiązania najczęściej pojawiają się głosy o zatrzymywaniu dokumentów na okres do 2 lat. Ale są też ostrzejsze opinie, żeby dożywotnio pozbawiać uprawnień
.

Jak wynika z badania, zrealizowanego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla HELPER CPP, 39% ankietowanych uważa, że za spowodowanie wypadku drogowego powinno być obligatoryjnie zabierane prawo jazdy. Przeciwnego zdania jest tylko nieznacznie mniej rodaków – 37,6%. Natomiast 23,4% badanych nie ma opinii na ten temat.

– Podział społeczeństwa w tej kwestii może wynikać z braku wiedzy prawnej oraz przekazu medialnego. Bardzo często wypadek nie jest wynikiem działania jednostronnego, a błędów popełnionych przez kilka stron. Jeśli nasilenie winy nie jest duże, to sądy nie orzekają tego środka karnego. A typowy wyrok to rok w zawieszeniu na 3 lata. Mówimy o sytuacji, w której dochodzi do rozstroju zdrowia powyżej 7 dni, a sprawca nie był pod wpływem alkoholu i nie uciekł z miejsca zdarzenia – komentuje Janusz Popiel, prezes Alter Ego – Stowarzyszenia Pomocy Poszkodowanym w Wypadkach i Kolizjach Drogowych.

Jak stwierdza dr Wojciech Korchut, psycholog z Uniwersytetu SWPS, to jest bardzo optymistyczna statystyka. Byłoby gorzej, gdyby przewagę miały osoby broniące przywileju posiadania prawa jazdy nawet w sytuacji, gdy jest się sprawcą groźnego w skutkach wypadku, czy też jazdy pod wpływem alkoholu lub środków psychoaktywnych. Zdaniem eksperta, oczywiście należałoby opracować procedury prawne, które pozwalałyby przywracać uprawnienia do prowadzenia pojazdów. Do takich zdarzeń dochodzi przecież z różnych przyczyn. Czasami jest to przypadek, a niekiedy agresja wynikająca z dysfunkcji osobowościowych.

– Z jednej strony mamy pirata drogowego, którego bezmyślna jazda, np. na terenie zabudowanym doprowadziła do potrącenia na pasach pieszego. Z drugiej strony jest ktoś, kto spowodował wypadek, bo zwyczajnie się zagapił. Takie osoby należy inaczej traktować. W pierwszym przypadku uprawnienia powinny być od ręki zabierane i wydawane dopiero po dłuższym czasie, koniecznie po zdanym egzaminie. Natomiast w drugim przypadku prawo jazdy mogłoby być odbierane prewencyjnie, jednak na krótszy okres – zaznacza Maciej Kamiński, ekspert rynku motorycznego, prezes zarządu HELPER CPP.

Natomiast Janusz Popiel zwraca uwagę na Polaków, którzy utracili prawo jazdy, a mimo to dalej prowadzą. To problem, bo środek karny jednak nie działa. Zdaniem prezesa Alter Ego, warto więc zastanowić się nad innymi rozwiązaniami, np. dozorem. W niektórych krajach zakłada się opaskę na nogę, więc zachowanie sprawcy jest monitorowane. Jeśli szybko się przemieszcza, to oznacza, że może siedzieć za kierownicą.

– Gdy lekarz popełnia błąd podczas zabiegu operacyjnego czy też operuje po alkoholu, to większość z nas domaga się za taki czyn kary. Podobnie jest z innymi zawodami, jednak kierowców traktuje się z większym pobłażaniem. Prawo jazdy jest praktycznie dostępne dla każdego, kto uzyska odpowiedni wiek i lepiej lub gorzej zda egzamin. Rzadko jednak zdajemy sobie sprawę z faktu, że debiutant na drodze – często bardzo młody – dostaje do ręki broń, przy pomocy której może zakończyć czyjeś życie np. jako zabójca pieszego na pasach. Jest to problem, który się rozmywa, bo posiadanie samochodu nie jest postrzegane przez społeczeństwo w kategoriach odpowiedzialności – podkreśla dr Korchut.

Z badania również wynika, że kobiety częściej niż mężczyźni opowiadają się za obligatoryjnym zabieraniem prawa jazdy sprawcy wypadku. Do tego widać, że głównymi orędownikami takich kar są osoby z miast od 20 tys. do 49 tys. mieszkańców, a także ze wsi i miejscowości do 5 tys. mieszkańców. Z kolei patrząc na wiek badanych, widać, że najwięcej zwolenników tego rozwiązania jest w grupie osób mających 23-35 lat, a najmniej – 18-22 lata.

– Ludzie mający 23-35 lat z pewnością są na etapie zakładania rodzin. Myślą o konsekwencjach nieodpowiedzialnych czynów i chcą surowego karania za wykroczenia czy przestępstwa drogowe. Natomiast grupa 18-22 lata to osoby, które dopiero wchodzą w dorosłe życie. Często nie zdają sobie sprawy z tego, jaką krzywdę może wyrządzić brawura na drodze i szpan przed znajomymi – dodaje ekspert z HELPER CPP.

Do tego zwolennicy obligatoryjnego odbierania prawa jazdy wskazują, na jaki okres powinna następować utrata uprawnień. Najczęściej pojawiają się odpowiedzi od roku do 2 lat – 21,8%, od 6 do 12 miesięcy – 19,3%, a także do pół roku – 14%. Dalej występują takie opinie, jak od roku do 4 lat – 9,4%, a także dożywotnio – 8,4%, Na dłuższy okres niż 6 lat wskazuje 6,6% ankietowanych, a na 4-6 lat – 6,1%. Z  kolei 14,5% badanych nie ma wyrobionego zdania w tej kwestii.

– Nie powinno być administracyjnych przedziałów, że np. jednemu zabierzemy uprawnienia na 6 miesięcy, a drugiemu – na rok, bo temu poszkodowanemu urwało nogę, a ktoś inny stracił oko. W tych kategoriach nie należy stopniować czy też eskalować kary. Poza tym jeszcze jest recydywa, przez co rozumiem pewną uporczywą skłonność do takich samych zachowań – stwierdza ekspert z SWPS.

Jak zaznacza Janusz Popiel, w Polsce okres zatrzymania prawa jazdy liczy się w latach. Zdaniem eksperta, rodzi się więc pytanie, dlaczego nie w tygodniach czy miesiącach. Tak jest w innych krajach. Kara np. na 14 czy 30 dni nie dezorganizowałaby całkowicie życia ludziom. Bardzo często takie uprawnienia są warunkiem wykonywania pracy. A penalizacja jest ostatnim elementem, jeżeli chodzi o poprawę bezpieczeństwa. Według prezesa Kamińskiego, brak krótszych kar niż rok to duży problem. Ustawodawca mógłby uzupełnić istniejącą w przepisach lukę i wówczas można byłoby je stosować wobec lżejszych przewinień. Byłyby one wymierzane od razu i miałyby też wymiar edukacyjny.

– Kary liczone w dniach, czy nawet miesiącach, raczej nie mają sensu. One trochę przypominają małżeńskie restrykcje, np. przyszedłeś po alkoholu, to przez tydzień będę unikać rozmowy z tobą albo śpimy oddzielnie. To są takie przepychanki. To nie ma nic wspólnego z profilaktyką ani z dojrzałym podejściem do sytuacji. Lepiej od razu skierować sprawcę wypadku na terapię, jaką się stosuje np. u osób, które chcą pozbyć się uzależnień – podsumowuje dr Wojciech Korchut z Uniwersytetu SWPS.

Badanie zostało zrealizowane metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla HELPER CPP pod koniec stycznia 2021 roku. W ankiecie wzięła udział reprezentatywna grupa 1009 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat. Badani na wstępie otrzymali czytelną informację, czym dokładnie jest wypadek, a czym – kolizja drogowa. Dopiero na tej podstawie wyrażali swoje opinie.

NWZA Farm Fotowoltaiki SA – z Berg Holding SA – wyraziło zgodę na wprowadzenie akcji na NewConnect

W dniu 15 lutego NWZA Farm Fotowoltaiki – z Berg Holding SA – podjęło uchwałę, w której wyraziło zgodę na wprowadzenie akcji spółki na rynek NewConnect. Debiut planowany jest do 12 miesięcy, czyli najpóźniej na początku 2022 roku. Farmy Fotowoltaiki na przełomie lutego i marca zwrócą się do inwestorów indywidualnych – w ramach kampanii crowdfundingu udziałowego promowanego przez Crowdway – po 4,05 mln na budowę nowej farmy o mocy 1 MW zlokalizowanej na Podkarpaciu. Stworzą ją wraz z Columbus Energy.

Jesteśmy w fazie dynamicznego wzrostu i rozwoju kolejnych projektów fotowoltaicznych. Spółka w najbliższym czasie skieruje propozycję nabycia akcji do inwestorów społecznościowych na kwotę 4,05 mln zł. Środki posłużą na realizację farmy w Nagoszynie na Podkarpaciu. Do 12 miesięcy planujemy debiut akcji spółki na rynku NewConnect, to z pewnością dodatkowy atut subskrypcji otwartej – mówi Kamil Kita, prezes Farm Fotowoltaiki SA i jednocześnie członek zarządu Berg Holding SA.

Projekty fotowoltaiczne cieszą się rosnącą popularnością w zagranicznych kampaniach  crowdfundingu udziałowego. W najbliższych tygodniach w ramach Crowdway będziemy promować pierwszy projekt tego typu. OZE cieszą się coraz większym zainteresowaniem ze strony inwestorów i w związku z tym należy spodziewać się kolejnych emitentów z tej branży – mówi Marcel Rowiński, dyrektor operacyjny w Crowdway.

Odnawialne źródła energii stanowią najmłodszą, lecz niezwykle prężnie rozwijającą się gałąź działań Berg Holding SA. Spółka Farmy Fotowoltaiki została założona z myślą o budowie farm fotowoltaicznych na terenie całego kraju. W tym celu, we współpracy z Columbus Energy, realizuje poszczególne projekty farm w ramach spółek celowych. Aktualnie planowaną inwestycją na lata 2021/22 jest nowa farma o mocy 1 MW, położona w Nagoszynie na Podkarpaciu. Instalacja docelowo będzie produkowała energię elektryczną, która zaspokoi zapotrzebowanie 200 gospodarstw domowych. Spółka posiada obecnie zawartą umowę przedwstępną na nabycie projektu farmy, wraz z dzierżawą gruntu. Uruchomienie instalacji planowane jest na początek 2022 roku.

Spółka obecnie dewelopuje farmy o łącznej mocy 72 MW. Nabywane przez inwestora – w ramach crowdfundingu udziałowego – akcje Farm Fotowoltaiki nie będą ograniczały jego zysków jedynie do tych uzyskiwanych z tytułu aktualnie realizowanych inwestycji, lecz dadzą mu także udział we wszystkich, które w przyszłości będą generowane przez spółkę.

W dniu 10 lutego Farmy Fotowoltaiki poinformowały o podpisaniu umowy dzierżawy działki na okres 29 lat w celu budowy trzech farm fotowoltaicznych o łącznej mocy 3 MW. Umowa jest częścią strategii, która zakłada powstanie co najmniej 25 projektów farm fotowoltaicznych. Powstają one w ramach spółek celowych w konsorcjum zawiązanym przez Farmy Fotowoltaiki oraz Columbus Energy pod nazwą Columbus&Farmy Sp. z o.o.

Strategiczne partnerstwo z Columbus Energy

Farmy Fotowoltaiki w lipcu 2020 roku zawarły z Columbus Energy umowę o współpracy. W ramach partnerstwa podmioty zobowiązały się do wspólnej realizacji projektów, które będą polegały m.in. na znalezieniu lokalizacji, zaprojektowaniu, budowie i uruchomieniu farm fotowoltaicznych. Spółki zobowiązały się do 50-procentowego finansowania kosztów inwestycji oraz podzieliły się kompetencjami. Columbus Energy będzie odpowiedzialny za projekt techniczny, budowę i uruchomienie farm, natomiast Farmy Fotowoltaiki skupią się na wyszukiwaniu lokalizacji do projektów i pozyskiwaniu prawa do nieruchomości w celu ich realizacji.

Rynek fotowoltaiki

Polska w 2019 roku osiągnęła przyrost nowych mocy na poziomie około 0,9 GW, zajmując 5. miejsce wśród krajów Unii Europejskiej pod kątem przyrostu mocy fotowoltaicznej. Nowe moce w PV zainstalowane w Polsce stanowiły 5,5% nowych mocy w Unii Europejskiej[1]. Według Grzegorza Wiśniewskiego, prezesa Instytutu Energetyki Odnawialnej od 2019 roku polski sektor fotowoltaiki (PV) był w stanie zmobilizować więcej kapitału na realizację inwestycji niż cała energetyka konwencjonalna[2]. W roku 2022 wartość inwestycji PV przekroczy 5 mld zł[3], a większość ekspertów jest zgodna, że rynek dużych farm PV w Polsce dopiero się rozwija[4].Rynek fotowoltaiki

[1] Źródło: Instytut Energetyki Odnawialnej, Raport IEO Rynek fotowoltaiki w Polsce 2020, 07.2020

[2] https://alebank.pl/fotowoltaika-gospodarcza-szansa-w-kryzysie/

[3] https://alebank.pl/fotowoltaika-gospodarcza-szansa-w-kryzysie/

[4] https://biznesalert.pl/rapacka-blokada-bariery-farmy-fotowoltaika-oze-rynek-dekarbonizacja-instalacje-energetyka/

Przedsiębiorcy pominięci w tarczach upominają się o wsparcie. Pomaga im Rzecznik MŚP

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Adam Abramowicz wystąpił na konferencji prasowej wraz z przedstawicielami przedsiębiorców, którzy wystosowali petycję o uwzględnienie ich w tarczach pomocowych. Zwracali oni uwagę na istnienie licznej grupy firm, które mimo spadków obrotów rzędu 70-80% nie otrzymały od rządu wsparcia. Tuż przed konferencją przedsiębiorcy i Rzecznik MŚP spotkali się z wicepremierem Jarosławem Gowinem. Zapowiedział on podjęcie kroków, zmierzających do objęcia pomocą szerszej grupy firm, w tym rozpoczęcie prac nad objęciem rekompensatami przedsiębiorców, których przychody spadły o ponad 70%.

Wszyscy tu obecni przedsiębiorcy reprezentują sektor MŚP. Przed epidemią ich działalność doskonale się rozwijała i pozwalała utrzymać siebie oraz najbliższą rodzinę. Dopiero koronawirus i zamknięcie gospodarki sprawiły, że firmy te zaczęły borykać się z problemami. Od czterech miesięcy, nie mogąc normalnie pracować, znalazły się na krawędzi bankructwa. Dotychczas nie wypłacono im ani złotówki rekompensaty ponieważ nie mają właściwego numeru PKD – powiedział na wstępie konferencji Adam Abramowicz, rzecznik małych i średnich przedsiębiorców.

Jako następna głos zabrała Pani Magdalena Leszczak-Wardęga. Jej firma wynajmuje namioty wraz z wyposażeniem na targi i imprezy rozrywkowe. Od marca 2020 roku Pani Magdalena jest niemal pozbawiona przychodów, a mimo to nie została objęta rekompensatami, gdyż jej kod PKD – 77.39 Z (wynajem i dzierżawa pozostałych maszyn, urządzeń oraz dóbr materialnych) – nie został zakwalifikowany do tarczy. Stało się tak pomimo tego, że pod tym kodem działa wielu przedsiębiorców ściśle współpracujących z zamkniętymi branżami, a tym samym także pozbawionych przychodów.

Zamarcie ruchu turystycznego i trudności w przekraczaniu granicy były źródłem problemów firm Pani Barbary Bielinowicz i Pani Moniki Tęczy. Pani Barbara zajmuje się handlem przygranicznym na zachodzie Polski. Przez wprowadzone obostrzenia niemieccy kupujący nie mogą przekroczyć granicy i jej firma straciła swoje główne źródło dochodu. Natomiast Pani Monika prowadzi sklep z pamiątkami na krakowskim rynku. W 2020 roku liczba turystów odwiedzających Kraków zmniejszyła się o połowę, a pod koniec roku, z powodu zamknięcia hoteli i atrakcji turystycznych, spadła niemal do zera. Mimo braku przychodu spowodowanego decyzją o blokadzie części gospodarki, z powodu nieuwzględnienia posiadanych przez obie firmy kodów PKD, państwo odmówiło im jakiekolwiek pomocy.

Pan Paweł Churzępa jest jubilerem, lecz podczas konferencji prasowej reprezentował ogół przedsiębiorców prowadzących działalność w galeriach handlowych. Pan Paweł podkreślił, że w ciągu ostatnich miesięcy rząd dwukrotnie – w listopadzie i styczniu – radykalnie ograniczył działalność w centrach handlowych, pozwalając działać tylko wybranym sklepom. Nie wszystkie zamknięte firmy w galeriach mogą składać wnioski o pomoc. Pominięte zostały chociażby sklepy z zabawkami, sprzętem elektronicznym czy właśnie jubilerzy.

Sala zabaw dla dzieci, prowadzona przez Panią Ewelinę Szmit, rozpoczęła działalność dopiero w 2020 roku. Pierwszy lockdown zatrzymał rozwój firmy, jednak odmrożenie gospodarki pozwoliło biznesowi wyjść na prostą. Ostatni kwartał przepełniony był rezerwacjami na imprezy na dzieci, które niestety w wyniku drugiego zamknięcia trzeba było odwołać. Brak możliwości porównania spadku przychodów, z powodu braku prowadzenia działalności w 2019 roku, wyeliminował Panią Ewelinę z przeważającej większości programów pomocowych.

Pani Joanna Dłużniewska prowadzi firmę w branży sprzedaży odzieży. Ten konkretny rodzaj działalności znalazł się w Tarczach. Niestety, w wyniku niedopatrzenia, przedsiębiorstwu Pani Joanny wpisano inny dominujący kod PKD. Tylko z tego powodu, mimo ponad 70% spadku obrotów, Pani Joanna musi wciąż uiszczać składki na ubezpieczenia społeczne i jednocześnie nie otrzyma świadczenia postojowego ani dotacji na prowadzenie działalności.

To tylko kilka spośród wielu historii przedsiębiorców poszkodowanych przez lockdown i dziurawe tarcze antykryzysowe.

Przed konferencją prasową Rzecznik MŚP wraz z delegacją przedsiębiorców spotkał się z wicepremierem Jarosławem Gowinem. Przedsiębiorcy złożyli w ministerstwie petycję podpisaną przez ponad 2 000 firm w sprawie włączenia do obydwu tarcz przedsiębiorstw ze spadkiem obrotów powyżej 70 % – bez względu na kod PKD. Podczas spotkania wicepremier Jarosław Gowin zapowiedział podjęcie kroków, zmierzających do objęcia pomocą szerszej grupy firm, w tym rozpoczęcie prac nad objęciem rekompensatami przedsiębiorców, których przychody spadły o ponad 70%. Co istotne, uzyskanie wsparcia ma być niezależne od posiadanego kodu PKD i daty rozpoczęcia działalności. Adam Abramowicz i przedsiębiorcy liczą na to, że zapowiedziane działania w tej sprawie będą szybkie. Na pomoc czeka, tysiące firm pozbawionych przychodu przez lockdown i pozostających poza tarczami. Te przedsiębiorstwa są w tej chwili na krawędzi bankructwa i tylko niezwłoczne objęcie ich wsparciem może temu zapobiec.

Sztuczna inteligencja wykryje raka piersi

Według najnowszych danych WHO, rak piersi jest najczęściej występującym nowotworem złośliwym na świecie. W samym 2020 roku wykryto go u 2,3 mln kobiet. AILIS, startup medyczny z Krakowa, stworzył pionierską w skali świata technologię w celu wczesnego diagnozowania zmian nowotworowych oraz szacowania ryzyka zachorowania. Projekt otrzymał niemal 5 mln złotych dofinansowania z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju i budzi zainteresowanie kolejnych inwestorów.

Rak piersi coraz częściej dotyka kobiety w pełni aktywne zawodowo, rodzinnie i społecznie. Wykryty i leczony w początkowej fazie może być całkowicie wyleczalny, natomiast w przypadku rozwoju guza do IV stadium, wskaźnik przeżycia spada do zaledwie 22%. Wczesna diagnoza jest kluczowym elementem walki z rakiem piersi.

Technologia opracowana przez krakowski startup jest odpowiedzią na ten problem. AILIS wykorzystuje sieci neuronowe sztucznej inteligencji, rozwiązania telemedyczne oraz POD (Parametryczne Obrazowanie Dynamiczne). Innowacyjny projekt został doceniony przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, które przekazało jego twórcom grant w wysokości prawie 5 mln złotych. Obecnie trwają także rozmowy z kolejnymi potencjalnymi inwestorami. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na dalszy rozwój technologii, w tym zwiększenie zespołu badawczego do 60 osób oraz przeprowadzenie badań klinicznych.

Startup już wcześniej zdobył zaufanie inwestorów, otrzymując grant w wysokości 1,4 mln złotych od NCBR oraz wsparcie inwestora prywatnego, co umożliwiło stworzenie prototypu urządzenia oraz przeprowadzenie badań przedklinicznych.

Międzynarodowy zespół, światowe aspiracje

AILIS współtworzone jest m.in. przez specjalistów ze znanego z pracy nad Bozonem Higgsa ośrodka CERN pod Genewą, naukowców z Politechniki Gdańskiej, Instytutu Fizyki Jądrowej czy onkologów z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Jak zapowiadają twórcy, innowacyjna technologia to przełom w obszarze diagnostyki, zwłaszcza w przypadku tzw. gęstych piersi, czyli tych o gruczołowej budowie, charakterystycznych dla młodych kobiet oraz Azjatek.

Szacuje się, że na świecie 43% kobiet w wieku 40-74 lat ma gęste piersi, które ze względu na swoje zbite struktury stanowią największe wyzwanie diagnostyczne. Z wielu badań wynika, że u takich kobiet wykrywane nowotwory są większe i częściej stanowią przyczynę przerzutów. Ten problem jest szczególnie istotny w Azji, gdzie aż 70% kobiet posiada piersi o gęstej tkance. To tam technologia AILIS znajdzie największe zapotrzebowanie – tłumaczy dr n. med. Marcin Mika.

Rewolucja w diagnostyce

System monitoringu stanu zdrowia piersi AILIS porównuje standaryzowane wyniki badań każdej kobiety w czasie i wykrywa nawet najmniejsze anomalnie przy wykorzystaniu algorytmów AI. Dzięki temu możliwe jest uzyskanie precyzyjnego wyniku na bardzo wczesnym etapie rozwoju choroby, co jest niemożliwe w przypadku standardowych technik. Ponadto, na podstawie analizy struktury piersi oraz wywiadu rodzinnego, sieci neuronowe rozpoznają ryzyko wystąpienia choroby w przyszłości.

Badanie z wykorzystaniem urządzenia AILIS jest w pełni bezpieczne, bezdotykowe i bezbolesne. Trwa zaledwie 4 minuty, a wynik dostępny jest w dedykowanej aplikacji już po 10 minutach. Dla porównania czas trwania standardowego badania wynosi ok. pół godziny, a procedura diagnostyczna w niektórych krajach zajmuje nawet kilka miesięcy.

Brakuje specjalistów

Szacuje się, że do 2040 roku na świecie zanotuje się 27,5 mln nowych przypadków raka piersi, co stanowi wzrost o 61,7% w stosunku do roku 2018. Obecnie stosowane techniki diagnostyczne nie są w stanie sprostać tym wyzwaniom, zwłaszcza ze względu ogromne koszty, które generują oraz ograniczony dostęp do specjalistów na całym świecie. Przykładowo, w USA, uwzględniając jedynie czas pracy radiologa, koszt wykrycia raka piersi u jednej osoby z wykorzystaniem mammografii wynosi średnio 1 562 dolary. Dzięki AILIS ta kwota zostaje obniżona do ok. 6 dolarów. Automatyzacja nowoczesnej diagnostyki jest koniecznością.

Michał Matuszewski, pomysłodawca i CEO AILIS
Michał Matuszewski, pomysłodawca i CEO AILIS

W technologii AILIS badanie wykonywane jest za pomocą superprecyzyjnej sztucznej inteligencji bez udziału personelu medycznego. Jedynie pacjentki z pozytywnym wynikiem zostają automatycznie skierowane do lekarza specjalisty, który zaplanuje dalsze postępowanie. Jest to szczególnie ważne ze względu na utrudniony dostęp do badań. Na całym świecie odnotowywane są alarmujące niedobory radiologów, co przyczynia się do znaczących opóźnień w uzyskaniu diagnozy czy wręcz braku możliwości odbycia niezbędnej diagnostyki. W dodatku, niedoskonałość standardowych technik jest przyczyną wzrostu liczby fałszywie dodatnich wyników i biopsji, co dodatkowo podwyższa koszty opieki zdrowotnej – zauważa Michał Matuszewski, pomysłodawca i CEO AILIS.

AILIS planuje zmienić również podejście do diagnostyki raka piersi, skupiając się na doświadczeniach kobiet podczas badania, tym samym zachęcając je do stałego monitorowania stanu zdrowia swoich piersi dzięki tej nowoczesnej i komfortowej metodzie.

Niemcy: Rollercoaster wzrostu gospodarczego będzie trwać w 2021 r.

Niemiecka gospodarka skurczyła się o -5,0% w 2020 r., co mimo wszystko sugeruje, że pomimo drugiego lockdownu aktywność gospodarcza w ostatnim kwartale utrzymała się na stosunkowo dobrym poziomie. Niestety, jak przewidują eksperci Allianz Research i Euler Hermes na początku 2021 roku – z powodu nowych obostrzeń – niemiecką gospodarkę czeka ostre załamanie, a w przekroju całego roku prawdziwa jazda na rollercoasterze.

  • Niemiecka gospodarka, po słabym początku 2021 roku spowodowanym twardym lockdownem, po Wielkanocy zacznie nabierać rozpędu. Głównie dzięki postępującej liczbie szczepień i w konsekwencji poluźnianiu obostrzeń.
  • Prognoza wzrostu PKB Niemiec w 2021 r. oscyluje na poziomie +3,5%, a w 2022 r. +3,8%. W efekcie niemiecka gospodarka powinna osiągnąć poziom PKB sprzed kryzysu w I połowie 2022 r.
  • Główne czynniki ryzyka to trudny do całkowitego przewidzenia rozwój pandemii oraz wybory parlamentarne w 2021 roku i w konsekwencji odłożenie kluczowych decyzji na okres po uformowaniu nowego rządu.

W 2021 roku niemiecka gospodarka będzie w szybkim tempie przechodzić przez całą paletę cyklu koniunkturalnego, od krótkotrwałego zduszenia w I kwartale 2021 r. do napędzanego szczepionkami boomu konsumpcyjnego w drugiej połowie roku. Ekonomiści Allianz Research oraz Euler Hermes oczekują, że sekwencja będzie przebiegać następująco:

Ostre spowolnienie gospodarcze w Q1 2021 r.

Twardy lockdown obejmujący zamknięcie mniej kluczowych gałęzi handlu detalicznego będzie trwać sądząc po rozwoju sytuacji tj. utrzymującym się wysokim poziomie nowych przypadków Covid-19, znacznym obłożeniu oddziałów intensywnej terapii oraz rosnącymi obawami o rozprzestrzenianie się nowego, zakaźnego szczepu Covid-19. Stąd spodziewać się można, iż złagodzenie restrykcji przyniesie efekty najwcześniej w marcu. W sytuacji, gdy każdy tydzień blokady kosztuje niemiecką gospodarkę około 4 mld EUR, co oznacza utratę do -0,5% kwartalnego wzrostu, znaczący spadek PKB jest niemal pewny, nawet jeśli perspektywy sektora produkcyjnego powinny pozostać korzystne.

Techniczne odrodzenie gospodarcze w II kwartale 2021 r.

Gospodarka Niemiec wyjdzie z hibernacji dopiero przed lub po Wielkanocy, ponieważ bardziej sprzyjające efekty sezonowe (tj. cieplejsze temperatury) wraz z postępami w kampanii szczepień pozwolą na stopniowe rozluźnienie ograniczeń, a w konsekwencji uwolnienie popytu skumulowanego w miesiącach zimowych. Efekty bazowe powinny dodatkowo pomóc w osiągnięciu kwartalnego tempa wzrostu w kierunku +3% kw/kw – najsilniejszego kwartalnego wzrostu PKB w historii, z wyjątkiem tego, który obserwowano w III kw. 2020 r.

Wzrost wydatków socjalnych w III i IV kwartale 2021 r.

Złagodzenie restrykcji związanych z Covid-19 od II kwartału i zaszczepienie zagrożonej populacji do połowy roku, przygotuje grunt dla niemieckiej gospodarki, która zacznie się rozpędzać, a wzrost PKB prawdopodobnie wyniesie ponad +2% kw/kw zarówno w IV kwartale, jak i w III kwartale. Wraz ze zmniejszaniem się niepewności co do perspektyw gospodarczych i relatywnie dobrej sytuacji na rynku pracy – stopa bezrobocia powinna wynieść 5,8% w 2021 r., po 5% w 2019 r. i 6% w 2020 r., dobrze to wróży wykorzystaniu oszczędności zawiązanych z powodu pandemii, realizacji odłożonych wydatków. W rezultacie oczekiwać można, że do końca roku stopa oszczędności zbliży się do poziomu sprzed pandemii. W szczególności skorzystają na tym „wydatki socjalne”, które będą napędzać ponowną konwergencję między sektorami usług i produkcji. Gwałtowne przyspieszenie cen konsumpcyjnych do poziomu 2% r/r w II poł. 2021 r. w związku z wyraźnym przyspieszeniem tempa wzrostu, rosnącymi cenami energii i silnymi efektami bazowymi wynikającymi z obniżki VAT w II poł. 2020 r. powinno okazać się przejściowe, a wszelkie wezwania do zacieśnienia polityki pieniężnej na tym etapie byłyby zdecydowanie przedwczesne.

Allianz Research i Euler Hermes podtrzymują prognozę wzrostu PKB Niemiec na poziomie +3,5% w 2021 r. jednocześnie dostrzegając rosnące ryzyko pogorszenia sytuacji w pierwszej połowie roku, jeśli blokada zostanie zaostrzona i / lub przedłużona na drugą połowę roku, jeśli liczba szczepień nie osiągnie zakładanego poziomu. W 2022 r. spodziewany wzrost PKB utrzyma się znacznie powyżej potencjału (z „normalnych” czasów) na poziomie +3,8%, ponieważ osiągnięcie odporności stadnej pozwolił na powrót do normalności gospodarczej, a polityka monetarna i fiskalna wciąż będą wspierające. W efekcie niemiecka gospodarka powinna osiągnąć poziom PKB sprzed kryzysu w I połowie 2022 r.

Główne zagrożenia dla perspektyw gospodarczych Niemiec dotyczą z jednej strony rozwoju sytuacji sanitarnej, a z drugiej strony reakcji decydentów politycznych w całym spektrum (zdrowotnym, fiskalnym, monetarnym itd.). W tej ostatniej kwestii ekonomiści Allianz Research i Euler Hermes dostrzegają ryzyko zaniechania działań w kwestiach fiskalnych i europejskich w kluczowej fazie ożywienia gospodarczego w okresie Covid-19. Połączenie paraliżu politycznego i samozadowolenia może sprawić, że niemiecka mantra polityczna Covid-19 zmieni się z „wszystko, co trzeba” na „wszystko, co jest absolutnym minimum”. W końcu, gdy kadencja kanclerz Angeli Merkel dobiega końca po 16 latach rządów, Niemcy zwrócą się do wewnątrz i skupią na polityce krajowej. Do września wyścig o jej sukcesję będzie przyciągał całą uwagę, a po wyborach, prawdopodobnie nastąpią skomplikowane rozmowy koalicyjne między CDU a Zielonymi. W związku z tym wszystkie ważne długoterminowe decyzje polityczne zostaną odłożone do 2022 r.

Pełna wersja analizy sytuacji w Niemczech znajduje się w opracowaniu Działu Badań Ekonomicznych Grupy Euler Hermes dostępnym w języku angielskim na stronie www.eulerhermes.com

https://www.eulerhermes.com/en_global/news-insights/economic-insights/Germany-The-economic-growth-rollercoaster-continues-in-2021.html

I zdalnie, i w biurze. Idzie nowe

Praca zdalna stała się rzeczywistością wielu firm, niosąc za sobą jednocześnie szereg wyzwań, którym codziennie starają się sprostać m.in. liderzy zespołów. Mimo tej istotnej zmiany, która towarzyszy nam od początku pandemii, w długofalowych planach dotyczących organizacji zatrudnienia, pracodawcy nie planują całkowitego przejścia na model home office. Jak będzie więc wyglądała nasza służbowa rzeczywistość w przyszłości?

Ostatni rok przyniósł wiele nieoczekiwanych i w dużej mierze zaskakujących zmian. Dotknęły one praktycznie każdej dziedziny naszego życia, wpłynęły na światową gospodarkę, funkcjonowanie biznesu, a także rynek pracy. W 2020 roku pojawiło się wiele nowych trendów. Niektóre z nich funkcjonowały w określonym czasie i warunkach, inne zostały z nami na dłużej. Jednym z nich, wzbudzającym wiele emocji zarówno po stronie pracodawcy jak i pracowników, jest model pracy zdalnej wprowadzony w wielu organizacjach praktycznie z dnia na dzień. Mimo, iż wielomiesięczne funkcjonowanie na zasadach home office usprawniło wiele procesów i stało się codziennością dla całej rzeszy pracowników, firmy postrzegają ten model pracy jako „przejściowy”.

Hybrydowa przyszłość

Potwierdzają to wyniki badań przeprowadzonych przez EY Polska wśród firm, które przynajmniej częściowo korzystają z rozwiązania pracy zdalnej – żadna z organizacji nie planuje przejścia w przyszłości na ten system w pełnym wymiarze[1]. – Jeszcze przed rokiem home office był w wielu firmach traktowany jako benefit, z którego pracownicy mogli korzystać w określonym wymiarze. Dziś praca z domu to codzienność wielu firm. Zarządzanie rozproszonym zespołem i realizowanie projektów wyłącznie w modelu wirtualnym niesie za sobą wiele różnorodnych wyzwań, dlatego w perspektywie długofalowej najbardziej optymalnym wydaje się być model pracy hybrydowej, który odpowiada także na oczekiwania samych pracowników – komentuje Stephane Tikhomiroff, Dyrektor Generalny Perfetti Van Melle Polska.

Aż 64 proc. z nas opowiada się za pracą w systemie hybrydowym. Z najnowszych badań wynika, że prawie połowa respondentów (44 proc.) chciałaby 3 dni w tygodniu pracować z domu, a dwa pozostałe w biurze[2]. Co ciekawe, tylko 10 proc. respondentów wybiera wykonywanie obowiązków służbowych wyłącznie stacjonarnie w siedzibie firmy. Duże zainteresowanie modelem hybrydowym wynika m.in. z faktu, że całkowity home office wprowadzony w wielu firmach, niesie za sobą szereg wyzwań także dla zatrudnionych. Głównym z nich jest ograniczony kontakt z innymi pracownikami, na który wskazuje 4 na 10 badanych, ale także trudność w wyraźnym oddzieleniu życia zawodowego od prywatnego oraz zmniejszenie kontaktu z innymi osobami.

Zmiany w funkcjonowaniu szeroko pojętego biznesu, które rozpoczęły się na globalnym rynku wraz z wybuchem pandemii z pewnością będą jeszcze ewoluowały. Pracodawcy diagnozują i starają się reagować na potrzeby zarówno firmy, jak i pracowników. Jedną z odpowiedzi na bieżące wyzwania będzie postawienie na model pracy hybrydowej, jako docelowej w przyszłości.

[1] https://www.ey.com/pl_pl/news/2021/01/sposrod-firm-ktore-stosuja-rozwiazania-pracy-zdalnej

[2] https://biuroprasowe.cbre.pl/124088-praca-zdalna-zostanie-ale-tesknimy-za-biurem-64-pracownikow-chce-hybrydowego-modelu

Zestaw pandemicznego kibica. Jak wygląda życie miłośników rozgrywek w dobie zamkniętych stadionów?

Ostatnie miesiące nie rozpieszczały fanów sportu. Oprócz wciąż zamkniętych siłowni i klubów fitness również śledzenie zmagań sportowców stało się w dużym stopniu ograniczone. Zamrożona działalność stadionów i hal widowiskowych to niemały cios zarówno dla widzów, jak i gwiazd rozgrywek — drużyn i zawodników. O ile same zgrupowania i mecze są możliwe, to na trybunach nadal zadomawia się nienaturalna cisza. Jak w takiej scenerii odnajdują się sami kibice?

Już nie na trybunach

Adam (33) i Sebastian (31) poznali się w trakcie studiów na jednym z meczów organizowanych na warszawskiej Agrykoli. Dla wówczas dwudziestoparoletnich zawodników AZS Szkoły Głównej Handlowej rozgrywki z innymi uczelniami były wyłącznie jedną stroną medalu. Po sparingach zawodnicy mogli przejść do górującego nad boiskiem kompleksu stołecznej Legii, aby śledzić poczynania profesjonalnych drużyn. Dla Sebastiana i Adama studencki zwyczaj zmienił się w cotygodniową tradycję również po odebraniu dyplomów.

— Oprócz samego oglądania meczu, dużą frajdę sprawia nam typowanie wyników. Pamiętam, że przy bramie wejściowej od strony Łazienkowskiej zapisywaliśmy naszym zdaniem najbardziej prawdopodobną punktację i tuż przed zajęciem miejsc niemiłosiernie ugniataliśmy te kartki, aby ograniczyć pokusę dopisania innego scenariusza już podczas spotkania. Dawało nam to sporo funu, choć po 90 minutach z naszych zapisków nic nie mogliśmy wyczytać [śmiech] — wspomina 31-letni Sebastian.

Pandemia koronawirusa brutalnie zakończyła wypady Sebastiana i Adama. Wiosenny, a następnie jesienny lockdown obiektów widowiskowych odbił się na grafikach tysięcy kibiców. Początkowo fani pokładali swoje nadzieje w spotkaniach barowych, jednak po rozporządzeniu władz o zamrożeniu działalności gastronomii, miłośnikom rozgrywek pozostały spotkania we własnych czterech ścianach.

Przejście do sieci

Według obecnie obowiązujących przepisów na terenie obiektów sportowych mogą przebywać uczestnicy zawodów, osoby odpowiedzialne za organizację oraz ściśle ograniczona liczba dziennikarzy. Przed wejściem do obiektu każdy musi przejść pomiar temperatury oraz zdezynfekować ręce. Z wyjątkiem samych sportowców, management i przedstawiciele mediów są zobligowani do zakrywania ust i nosa. Kibice z kolei są zdani wyłącznie na relację telewizyjną lub stream w internecie.

— Jeszcze latem nasze wyjścia przypominały po prostu mniej intensywny scenariusz leniwego weekendu. Wieczorne śledzenie Ligi Mistrzów w barach nie było złe, choć brakowało atmosfery prawdziwych trybun. Nasz zwyczaj zapisywania wyników w notatnikach, albo serwetkach przeszedł do lamusa. Nieco “higienicznej” wypada opcja obstawiania w aplikacji. Nie chodzi jednak o dedykowane buchmarcherce platformy, ale apki, takie jak chociażby NOINN. Faktycznie, kibicowanie idzie z duchem czasu, a w momencie całkowitego zamknięcia gastronomii, nie musieliśmy wysyłać wyników SMS-ami — wyjaśnia 33-letni Adam.

Na pomysł stworzenia aplikacji umożliwiającej wspólne obstawianie rozgrywek sportowych wpadli trzej znajomi, którzy jeszcze podczas studiów próbowali swoich sił w tzw. typingu. Architekt Piotr Lewicki, scenarzysta Mateusz Zimnowodzki oraz prawnik Bartłomiej Szczepański doszli do wniosku, że nie trzeba iść do bukmachera, aby poczuć dreszczyk emocji, oglądając mecz, czy śledząc rozgrywki. Co więcej, panowie zaobserwowali brak narzędzi, które umożliwiałyby wspólne obstawianie wyników w większym gronie. Wspólna burza mózgów zaowocowała powstaniem aplikacji NOINN.

Z aplikacją również na stadionach

Początkowo NOINN był dostępny wyłącznie w języku polskim, ale twórcy postanowili rozszerzyć swoją ofertę o kolejne wersje. Nawet będąc tysiące kilometrów od znajomych użytkownicy, mają możliwość połączenia się z osobami anglo i hiszpańskojęzycznym współtworząc społeczność fanów nie tylko piłki nożnej, ale i siatkówki, koszykówki, skoków narciarskich, a nawet… MMA. Wkrótce zespół NOINN chce wprowadzić również opcję śledzenia rozgrywek, tenisowych, skoków narciarskich oraz żużla. Tylko w ciągu ostatniego półrocza propozycją zespołu zainteresowało się blisko 500 tys. odwiedzających.

— Szczególnie w dobie covidu kontakt z przyjaciółmi mamy znacznie utrudniony, ale dwa lata temu zakładając spółkę, nie myśleliśmy o scenariuszu powszechnej izolacji. Na szczęście zakończyliśmy prace długo przed pojawieniem się hasła “koronawirus”. Teraz wiemy, że NOINN jest potrzebny, jak nigdy dotąd. Nie chodzi nawet o obstawianie wyników, łączenie się w drużyny, czy zdobywanie bonusów. Przyczyniliśmy się do powstania darmowego narzędzia, które integruje i daje choć namiastkę realnego spotkania przy meczu — podkreśla Bartłomiej Szczepański, założyciel i Dyrektor Operacyjny NOINN.

Z poziomu aplikacji zrealizowano już 3,75 mln zakładów, a dostęp do wszystkich opcji NOINN jest całkowicie darmowy. Sami twórcy deklarują, że platforma jest bardziej nastawiona na współpracę z reklamodawcami oraz integrację środowiska kibiców, aniżeli rozwój hazardu online. Co więcej, wśród samych użytkowników pojawiają się głosy, że nawet po powrocie na stadiony, śledzenie rozgrywek będzie dopełniane nie tylko popcornem, ale i aplikacjami mobilnymi.

— Federacje zapowiadają powrót dużych rozgrywek, takich jak Copa America, Euro 2021, czy Igrzyska w Tokio. Środowisko kibiców znacząco odczuło skutki pandemii, ale covid nauczył nas kilku rzeczy. Przede wszystkim kontakt ze znajomymi z poziomu dedykowanych aplikacji sprawdza się lepiej, niż uniwersalne komunikatory, a jeśli na koncertach większość osób nagrywa solówki ulubionych zespołów smartfonem, to czy większym faux paux będzie wyciągnięcie telefonu podczas meczu? Oczywiście, że nie — puentuje Sebastian.

Dwa miliardy złotych na crowdfunding w 2021 r.

Polski rynek finansowania społecznościowego w tym roku praktycznie się podwoi, uzyskując wartość przekraczającą 2 miliardy złotych. Najdynamiczniej, bo aż o 100%, urośnie w  tym roku sub-rynek zrzutek charytatywnych i cyklicznych. Co kształtuje zmianę jakościową polskiego rynku crowdfundingu, która właśnie zachodzi, jakie trendy aktualnie na nim dominują i co nas jeszcze czeka w 2021 r.?Green and Blue Let’s Go Shopping Inforgraphics

Zbiórki w internecie osiągnęły już status polskiej zrzutko-manii. Rodacy masowo organizują i chętnie finansują zbiórki w sieci na każdy cel, od charytatywnych poprzez biznesowe, naukowe, społeczne, a skończywszy na indywidualnych, np. na realizację mniej lub bardziej wyszukanego hobby czy pasji. Rosnąca popularność zrzutek była obserwowana w Polsce przez ostatnie lata. Jednak to, co się działo w zeszłym roku oraz to, co z czym będziemy mieli do czynienia w bieżącym, spowoduje, że śmiało można uznać, iż ten rynek przechodzi poważną przemianę, którą śmiało można określić mianem zmiany jakościowej.

Kluczowe czynniki zmian

Tę znaczącą przemianę zawdzięczamy przede wszystkim Covid-19, który wraz z dwoma lockdown-ami spowodował, że Polacy zaczęli spędzać bardzo dużo czasu w domach przed komputerami, czyli się na masową skalę digitalizować. Dodatkowo, będąc z natury wrażliwymi na nieszczęścia innych, w jakiś sposób chcieli pomóc finansowo wielu potrzebującymi. Wraz z początkiem pandemii, w sieci pojawiło się wiele bardzo dobrze wypromowanych i nagłośnionych zrzutek, np. dla medyków, seniorów czy na przełomie 2020 i 21 roku przedsiębiorców, m.in. dla branży HORECA czy właścicieli stoków i wyciągów.

W efekcie, pandemia i zamknięcie gospodarki czy jej poszczególnych sektorów, w bardzo dużym stopniu przyczyniły się do popularyzacji finansowania społecznościowego w naszym kraju. Spowodowały także, rewolucyjną zmianę w świadomości Polaków na temat crowdfundingu i stopnia zaangażowania w jego rozwój. Tę przemianę jakościową będzie także dobrze widać w bieżącym roku.

– Wartość rynku crowdfundingu w 2021 roku zwiększy się do poziomu 2,033 miliarda z 1,089 miliarda w 2020 roku, przy dynamice na poziomie 86,6%. – mówi Tomasz Chołast, współzałożyciel zrzutka.pl. – Na tak duży wzrost w br. wpływa kilka czynników, w tym m.in. dynamiczny bo aż 100% r/r wzrost wartości największego sub-rynku, tj. zbiórek charytatywnych, który w tym roku urośnie do wartości 1,572 miliarda złotych. Także 100% dynamiką będzie mógł się pochwalić rynek cyklicznych zbiórek, choć jego wartość nie będzie jeszcze aż tak znacząca, gdyż w br. wyniesie 50 milionów złotych. Trzecią co do wielkości dynamiką wzrostu, na poziomie 50%, będzie mógł się poszczycić rynek finansowania społecznościowego udziałowego, który w 2021 roku zwiększy swoją wartość do poziomu blisko 138 milionów złotych. – dodaje Chołast ze zrzutka.pl.

Lider rośnie jeszcze szybciej

Zrzutka.pl miniony rok, pomimo pandemii, zalicza do bardzo udanych. Liczba wpłat na platformie wzrosła o 89% w porównaniu z rokiem 2019 i wyniosła 2 696 175, a wartość transakcji była na poziomie 192 milionów złotych, przy dynamice 102% w stosunku do 2019 r. Zgodnie z planami i zapowiedziami zostały uruchomione nowe narzędzia na platformie, w tym zbiórki cykliczne i patronatowe. W IV kwartale 2020 r. zostało przetestowane unikatowe rozwiązanie zrzutka.pl, tj. pierwsza na świecie karta wpłatnicza. Dodatkowo, pod koniec 2020 r. wystartowały internetowe skarbonki. Na masową skalę zostały wykorzystane, z resztą z dużym sukcesem, podczas organizacji #rozgrzewkaprzedfinałem, ponad miesięcznego okresu poprzedzającego finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, jak i w jego trakcie. Także najbliższy rok zapowiada się bardzo dobrze.

– Pomimo faktu, że jesteśmy platformą numer jeden w Polsce, dzięki której internauci finansują każdy rodzaj projektu, a także wiceliderem rynku crowdfundingu w bieżącym roku nie osiadamy na laurach. Wartość transakcji na zrzutka.pl w 2021 r. wzrośnie o 108% i przekroczy kwotę 400 mln zł, podczas gdy liczba transakcji wyniesie 5 milionów, przy dynamice na poziomie 85%. – zapowiada Tomasz Chołast z zrzutka.pl. – W 2021 r. uruchomimy wersję międzynarodową naszej platformy. Jej start został przesunięty na ten rok, gdyż sprawy prawno-licencyjne wydłużyły się i przekroczyły zakładane przez nas terminy. Także w ciągu najbliższych kilku miesięcy nastąpi komercyjny start globalnej innowacji, tj. pierwszej na świecie karty wpłatniczej. – dodaje Chołast ze zrzutki.

Stymulatory wzrostu

Duża dynamikę sub-rynku zbiórek cyklicznych, zawdzięczamy przede wszystkim liderowi tego rynku w Polsce, który urósł w 2020 roku ponad 3-krotnie. Wynika, to z dwóch faktów, tj. po pierwsze popularyzacji tego rodzaju finansowania społecznościowego wśród gwiazd i celebrytów, którzy z powodu lockdown-ów utracili swoje źródła zarobkowania. Druga z przyczyn związana jest z prowadzeniem dwóch, dużych i dobrze nagłośnionych zrzutek, a przeznaczonych na start konkurencyjnych stacji radiowych, m.in. stacji 357, organizowanych przez dziennikarzy, którzy wcześniej pracowali dla Trójki Polskiego Radia. Zgromadzone wokół nich całkiem pokaźnych rozmiarów społeczności, bardzo mocno zaangażowały się w wypromowanie, a także sfinansowanie tych zbiórek.

– Już nie tylko skala, tj. liczba organizowanych zrzutek czy też poziom ich finansowanie implikuje stan rozwoju rynku finansowania społecznościowego w Polsce. Także, a może przede wszystkim wysoki stopień świadomości na temat samego rynku, mechanizmów na nim działających oraz zaangażowania się bardzo dużej grupy internautów, nie tylko fanów poszczególnych projektów, w promocję w internecie, w tym w mediach społecznościowych, można uznać za nowy trend na rynku crowdfundingu w Polsce. – zauważa Tomasz Chołast ze zrzutka.pl. – Także w bieżącym roku ten czynnik będzie napędzał dynamiczny rozwój rynku finansowania społecznościowego – podsumowuje Chołast.

Dodatkowo, bardzo intensywnie w tym roku w Polsce będzie rósł rynek zbiórek reward crowdfunding, reprezentowany globalnie m.in. przez lidera tego rynku tj. Kickstartera. Firma ta oficjalnie w br. zadebiutuje nad Wisłą. Do wzrostów całego rynku przyczynia się także fakt, że już 75% transakcji na rynku finansowania społecznościowego będzie realizowanych mobilnie, tj. za pomocą inteligentnych telefonów i tabletów.

O dojrzałości rynku finansowania społecznościowego w Polsce świadczy także fakt, iż zaczynają powstawać i udanie debiutować serwisy dedykowane konkretnym sektorom tego rynku. Dla przykładu, w styczniu 2021 r., wystartowała wrocławska platforma finansowania społecznościowego, przeznaczona dla zbiórek na gry planszowe, która sama w modelu reward crowdfunding zebrała kwotę blisko 5 milionów dolarów.

Polskie PKB w IV kw. -2.8%

Za nami spokojny tydzień na rynkach kapitałowych. W piątek poznaliśmy odczyt PKB w Polsce za IV kw. Gospodarka w ostatnim kwartale 2020 roku skurczyła się o 2,8% i był to lepszy wynik od oczekiwań ekonomistów, którzy prognozowali spadek o 3%. Z kolei na rynkach globalnych w środę poznaliśmy odczyt inflacji w USA za styczeń. Odczyt na poziomie 1,4% był niższy od oczekiwań, analitycy spodziewali się wzrostu cen o 1,5%. Warto zwrócić uwagę, że mimo niższego tempa wzrostu cen narracja rynkowa się nie zmienia i inwestorzy spodziewają się przyśpieszenia inflacji w kolejnych miesiącach. W ślad za tymi oczekiwaniami spadają ceny obligacji skarbowych długoterminowych na rynkach bazowych (USA, Niemcy).

W tym tygodniu najciekawsze dane pojawią się w piątek, kiedy poznamy odczyty wskaźników PMI za luty dla Niemiec, Francji oraz Strefy Euro. Tego dnia również publikacja danych o sprzedaży detalicznej i produkcji montażowej w Polsce. Ponadto w czwartek poznamy poziom produkcji przemysłowej w Polsce za styczeń.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

BioMaxima podsumowuje rekordowe wyniki w 2020 r. i publikuje dane za IV. kwartał

Zgodnie z opublikowanym właśnie raportem finansowym BioMaxima SA, wiodącego polskiego producenta i eksportera diagnostyki laboratoryjnej, w ostatnim kwartale 2020 r. spółka wygenerowała 23 mln zł przychodu, uzyskując dynamikę 293 proc. w porównaniu z IV kwartałem 2019 roku. Zysk EBITDA BioMaxima SA (jednostki dominującej) wyniósł 4 635 tys. zł, a zysk netto 3 395 tys. zł, co oznacza, rok-do-roku odpowiednio, dynamikę EBITDA ponad 558 proc. oraz dynamikę zysku netto 1 672 proc. Łącznie przychód spółki za cały ubiegły rok wyniósł ponad 60,1 mln zł. Z kolei przychody ze sprzedaży eksportowej wyniosły 19.445 tys. zł, uzyskując dynamikę rok do roku na poziomie 246,20 proc., a także udział w sprzedaży ogółem na poziomie 32,35 proc.

Przy skonsolidowanych przychodach grupy kapitałowej za 2020 r. na poziomie 62 988 tys. zł, skonsolidowany zysk netto grupy kapitałowej wyniósł 7 787 tys. zł. Z kolei skonsolidowany zysk netto grupy kapitałowej za IV kw. wyniósł 3 427 tys. zł.

Więcej sprzedaży, należności pod kontrolą

Skokowy wzrost sprzedaży w minionym roku nie poskutkował równie dużym wzrostem należności – te wzrosły jedynie o 30 proc. i odpowiadają kwocie mniejszej niż miesięczna sprzedaż. Oznacza to, że zapotrzebowanie na kapitał obrotowy w spółce wzrosło w istotnie mniejszym stopniu, aniżeli wzrosła skala jej działalności. Spadły z kolei zobowiązania krótkoterminowe spółki – spółka wykorzystała ten okres na spłatę ponad 1,7 mln zł kredytu, a także zwiększyła swoją płynność w zakresie płatności dla dostawców w porównaniu z rokiem ubiegłym.

Znaczny wzrost sprzedaży istotnie poprawił sytuację finansową spółki. Na koniec 2020 mieliśmy ponad 4,3 miliony złotych dostępnej gotówki, co pozwala myśleć spokojnie o inwestycjach w 2021 roku. Wskaźniki płynności wskazują wręcz na nadpłynność, ale nie stanowi ona zagrożenia, natomiast pozwala finansować szybki wzrost. Chciałbym podkreślić, że inwestycja w rozbudowę zakładu w Lublinie będzie finansowana w 80 proc. długiem, dzięki czemu nie wpłynie negatywnie na dostępność kapitału obrotowego.– mówi Łukasz Urban, prezes zarządu w BioMaxima SA.

Nowy zakład, nowe możliwości

W grudniu 2020 r. BioMaxima podpisała przedwstępną umowę zakupu nabycia nieruchomości w Specjalnej Strefie Ekonomicznej w Lublinie, gdzie chce wybudować nowy zakład produkcyjny. Nabycie nieruchomości związane jest z realizacją planów dalszej rozbudowy potencjału produkcyjnego spółki. Zarząd obecnie podejmuje działania, które zapewnią spółce systematyczne zwiększanie skali działalności na najbliższe lata, również po opanowaniu pandemii COVID-19. BioMaxima SA cały czas pracuje m.in. nad opracowaniem nowych wyrobów w zakresie swojej specjalizacji, zwłaszcza testów do oznaczania lekowrażliwości. Potencjał rynku polskiego i światowego w zakresie badania lekowrażliwości oceniany jest przez niezależne instytucje badawcze jako bardzo duży i ciągle rosnący.

– Decyzja o zakupie nowej przestrzeni pod rozbudowę możliwości produkcyjnych zapadła w optymalnym czasie. W 2019 roku przychody ze sprzedaży własnych produktów stanowiły 55 proc. całości sprzedaży, a w 2020 roku spółka wyraźnie rozwinęła produkcję własną – na przestrzeni zeszłego roku nasze wyroby to już 67 proc. łącznych przychodów, a w samym IV kwartale – ponad 73 proc. Jeżeli przyjrzymy się asortymentowi sprzedaży, to widzimy, również że oprócz wzrostu covidowego, czyli sprzedaży szybkich testów i w zakesie diagnostyki molekularnej, spółka odnotowała nieznaczny wzrost w prawie każdej grupie produktów i towarów. W sytuacji gdy w wielu dziedzinach diagnostyki medycznej rynek w 2020 roku niemalże zatrzymał się, nawet najmniejsze wzrosty są dla nas powodem do zadowolenia i motywacji do dalszej wytężonej pracy. Cieszy także wdrożenie nowych produktów – testów antygenowych i testów COMBO w kontekście pandemii koronawirusa – komentuje Łukasz Urban, prezes zarządu w BioMaxima SA.

Dywersyfikacja produktowa, rekordowo duże zamówienie

Oceniając na bieżąco sytuację rynkową oraz rozwój technologii diagnostycznych, spółka w październiku wprowadziła nowy antygenowy test do wykrywania SARS-CoV-2. Testy BioMaxima spełniają rekomendacje WHO dotyczące wydajności klinicznej w zakresie czułości i swoistości.

Spółka podpisała w styczniu  2021  r. największy w swojej historii kontrakt na dostawę tych testów do jednostki finansów publicznych na kwotę 9,1 mln zł który zostanie zrealizowany do końca lutego 2021 r. Sukcesem zakończył się również udział emitenta w licznych postępowaniach o udzielenie zamówień publicznych do jednostek publicznej służby zdrowia, co zapewniło spółce już gruby portfel zamówień do realizacji w 2021 roku.

Kolejna edycja DIMAQ Voice Online już 23 lutego

Zapraszamy na bezpłatne, wirtualne spotkanie dla entuzjastów digital marketingu. Kolejna edycja DIMAQ Voice, który emitowany jest na platformie streamingowej, odbędzie się 23 lutego, w godzinach 15:00 – 16:35.

Podczas najbliższego spotkania DIMAQ VOICE wysłuchamy trzech prelekcji. Wystąpią: Damian Wiszowaty z Gonito, Piotr Stanoch z Carsmile oraz Monika Kołodziejczyk z ThinkDigital.

Link do bezpłatnej rejestracji znajdziesz TU.

Prelekcja I, godz. 15:05: „SZTUKA KUPOWANIA, czyli jak rozkochać klienta na AMAZON”

Obecnie zakupy w internecie są tak łatwe jak randkowanie. O generalnych, ale nie uniwersalnych regułach budowania relacji z klientem opowie Damian Wiszowaty, CEO Gonito.

Podczas prelekcji dowiesz się:

– jak sprawić, żeby produkt został zauważony, a nie pominięty,

– czym jest „one night stand”, a czym „for life” w kontekście zakupów,

– dlaczego pierwsze wrażenie w sprzedaży jest kluczowe,

– co zrobić, żeby utrzymać związek z klientem.

Na przykładzie rozwoju sprzedaży na Amazon prześledzimy w jaki sposób polski producent świec stworzył sobie niszę, którą w pełni zagospodarował:

– w jaki sposób przedefiniował spojrzenie na tak konwencjonalny produkt jak świeca?

– w jaki sposób potrafi utrzymywać klienta i sprzedaż przez cały rok na równym poziomie?

– jak udało mu się zdywersyfikować ryzyko sezonowości produktu?

– jak kreatywność popchnęła go do rozwoju kolejnych segmentów branży home&decor?

Prelekcja II, godz. 15:35: „Jak daleko jest 2021 od 2012 w kampaniach digital?”

O branży digital mówi się, że szybko się zmienia i ewoluuje. Czy jednak kampanie i media mix są obecnie drastycznie inne niż prawie dekadę wcześniej? Zaskakującą historię zmian z punktu widzenia klienta nastawionego na performance opowie Piotr Stanoch, CMO Carsmile.

Prelekcja III, godz. 16:05: „Jak raportować w Google Data Studio? Poznaj skuteczne metody pracy z danymi.”

Zastanawiasz się jak zautomatyzować raportowanie działań online? Szukasz efektywnych sposobów na przedstawienie danych z SEO, Facebooka czy ecommerce? Chcesz połączyć kilka źródeł w jednym raporcie? Przydatne metody pracy z danymi przedstawi Monika Kołodziejczyk, CEO ThinkDigital.

Podczas prelekcji dowiesz się między innymi:

– dlaczego warto korzystać z narzędzia Google Data Studio?

– jak szybko i efektywnie tworzyć raporty?

– jak łączyć kilka źródeł w jednym raporcie?

– jakie dane i informacje  warto raportować?

– jakie są przydatne szablony raportów z obszaru SEO/SEM/FB.

Zarejestruj się >

Posiadacze certyfikatów DIMAQ otrzymują punkty za udział w tym wydarzeniu. Szczegóły punktacji dla Uczestnika i Prelegenta znajdują się stronie: https://dimaq.pl/dimaq-voice-online/

Bądź na bieżąco z DIMAQ Voice! Dołącz do nowego wydarzenia na Facebooku.

Zostań prelegentem DV Online w 2021!

Nieustannie przyjmujemy zgłoszenia od osób, które chcą spróbować swoich sił jako prelegent/ka podczas DV Online. Jeśli masz ciekawy temat, którym chciałbyś/abyś podzielić się z naszą widownią nie zwlekaj, wyślij zgłoszenie wypełniając krótki formularz.

Co możesz zyskać będąc prelegentem DIMAQ Voice?

  • Jeśli jesteś posiadaczem certyfikatu DIMAQ, możesz zdobyć nawet 40 pkt recertyfikacyjnych (25 gwarantowane, dodatkowo do 15 pkt w zależności od ocen publiczności)
  • Wzmocnisz swój ekspercki wizerunek
  • Zaprezentujesz ciekawe rozwiązania/case’y swojej firmy

Aby zostać prelegentem DIMAQ Voice nie musisz posiadać certyfikatu DIMAQ. Jeśli Twoja prezentacja będzie oryginalna i spełni określone wymagania merytoryczne, na pewno odezwiemy się w celu omówienia szczegółów i zaplanowania dogodnego terminu wystąpienia.

O IAB Polska

Związek Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska jest organizacją zrzeszającą 230 najważniejszych firm polskiego rynku internetowego, w tym największe portale internetowe, sieci reklamowe, domy mediowe, agencje interaktywne, firmy technologiczne oraz reklamodawców. Jego głównym celem jest szeroko pojęta edukacja rynku w zakresie wykorzystania internetu jako skutecznego narzędzia prowadzenia biznesu i komunikacji marketingowej. Propaguje skuteczne rozwiązania e-marketingowe i reklamowe, oraz tworzy, prezentuje i wdraża branżowe standardy jakościowe. Przygotowuje raporty, badania rynku online i poradniki, m.in. Raport Strategiczny czy AdEx, którego wyniki są bazą analiz wydatków reklamowych. Jest organizatorem konferencji (Forum IAB, IAB HowTo), konkursów (IAB MIXX Awards), warsztatów i szkoleń (Akademia DIMAQ). Jednym z flagowych projektów IAB Polska jest DIMAQ – standard kompetencji oraz program certyfikujący wiedzę z dziedziny e-marketingu.  IAB Polska działa od 2000 roku, jest częścią światowych struktur IAB, członkiem IAB Europe oraz IAB Tech Lab, a także Związku Stowarzyszeń Rada Reklamy, Krajowej Izby Gospodarczej, Business Center Club i Rady Przedsiębiorców przy Rzeczniku Małych i Średnich Przedsiębiorców.
https://iab.org.pl/

O DIMAQ

DIMAQ to międzynarodowy program certyfikacji i weryfikacji kompetencji digital marketingowych. Dostępny Został opracowany przez ekspertów IAB Polska i wdrożony pod koniec 2015 roku. Program posiada rekomendację IAB Europe i jest dostępny w 9 europejskich krajach: Polsce, Bośni i Hercegowinie, Czarnogórze, Grecji, Rumunii, Serbii, Słowenii, Słowacji oraz na Cyprze). Egzamin weryfikuje wiedzę z zakresu marketingu cyfrowego na poziomie ogólnym i obejmuje zagadnienia z 12 obszarów, to m.in. strategia i planowanie, display advertising, social media i content marketing, mobile marketing, prawo w internecie, e-commerce, programmatic, analityka. Certyfikat – zgodny z założeniami Europejskiej Ramy Kwalifikacji jest ograniczony czasowo ze względuna dynamicznie rozwijającą się branżę marketingu cyfrowego. Po dwóch latach należy ponownie przystąpić do egzaminu bądź przedłużyć ważność certyfikatu poprzez uczestnictwo w programie recertyfikacji. https://dimaq.pl/

Agnieszka Durlik: system podatkowy powinien być prosty i przejrzysty

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) kontynuuje rekomendacje podatkowe, skierowane do Polskiego rządu. Ich głównym postulatem wciąż jest prostszy i bardziej przejrzysty system podatkowy, który mniej obciąża przedsiębiorców i upraszcza procedury. Eksperci z FPP wskazują, że im bardziej skomplikowany jest system, tym łatwiej jest obchodzić prawo i unikać płacenia podatków. Wyspecjalizowały się w tym wielkie firmy, a przepisy mające blokować ich poczynania rykoszetem trafiają w drobnych przedsiębiorców.

– Najłatwiej jest obejść rozwiązania, które są nadmiernie skomplikowane. W nich łatwo znaleźć jest luki. Tutaj prym wiodą duże podmioty, które stać na odpowiednich doradców podatkowych. Bardzo często legislacje mające ograniczyć ich działania uderzają w małych i średnich przedsiębiorców – powiedziała serwisowi eNewsroom Agnieszka Durlik, ekspertka prawno-gospodarcza i Dyrektor Generalna w Sądzie Arbitrażowym Krajowej Izby Gospodarczej. – Ważne jest to, aby promować płacenie podatków w Polsce przez wszystkie podmioty, które tutaj świadczą usługi i sprzedają swoje towary. System powinien być prosty, by nie obciążać małych i średnich przedsiębiorców oraz stymulować takie zachowania konsumenckie, które chcemy promować. Tak mogą działać podatki pośrednie, które są płacone przez konsumentów – czyli podatek akcyzowy i VAT. Przykładem może być wyższe opodatkowanie wyrobów z wysokim poziomem cukru, co ogranicza jego spożycie. Opodatkowanie nie powinno jednak za bardzo wzrastać, by nie powiększać szarej strefy – która ogranicza konkurencyjność i negatywnie wpływa na gospodarkę – zaznacza Durlik.

Walutowa apatia

Przy powracających z przedłużonego weekendu Amerykanach dziś możemy zobaczyć więcej akcji na rynku walutowym, ale tymczasem kolejna świąteczna sesja w Azji przynosi niewiele zmian. Strategia reflacyjna ciągnie w górę indeksy, rentowności obligacji, a na FX podtrzymuje presję na USD. Mocniejszy jest złoty, choć w granicach ostatnich fluktuacji.

Pozytywne nastroje budowane na postępach w procesie dystrybucji szczepionek i oczekiwaniach przyspieszenia ożywienia gospodarczego są motywem przewodnim dla ryzykownych aktywów, ale główna siła popytu idzie na rynek akcji i surowców. Wciąż są rynki, gdzie dochodzi do nadganiania optymizmu za Wall Street, ale dopiero gdy okazuje się, że dana gospodarka ma już za sobą najgorszy etap ostatniej fali zachorowań. W tym tygodniu rekordami pochwaliły się japoński indeks Nikkei225 (najwyżej do 1990 r.) oraz rynek miedzi (ośmioletni szczyt). Za to na FX zmiany są mniej imponujące. EUR/USD nie może odkleić się od 1,2130; NOK i CAD rosną tylko dzięki wyższym cenom ropy naftowej, a GBP/USD, po wczorajszym wyskoku, dziś nie jest w stanie ruszyć wyraźnie dalej ponad 1,39. Dla walut podstawowym katalizatorem wahań są oczekiwania gospodarcze i ich implikacje dla polityki pieniężnej. Tymczasem generalny przekaz brzmi: pozostawać w ultra-łagodnym nastawieniu na miesiące, jeśli nie lata. I nieważne, co zasygnalizują pojedyncze odczyty. Szczególnie kiedy świat znajduje się w przełomowym momencie. Po obu stronach Atlantyku odczyty pokazują negatywne skutki wzrostu liczby zachorowań na przełomie roku i konsekwencje wprowadzanych restrykcji. Jednocześnie jednak wskaźniki sentymentu będą odzwierciedlać nadzieje, że wraz z procesem zaszczepień przyszłość będzie lepsza. Ten pozytywno-negatywny mix pokażą dziś niemiecki indeks ZEW i NY Empire State z USA. Ewentualne odchylenia od prognoz nie doprowadzą do nagłego zwrotu w myśleniu EBC i Fed. A zatem i nie powinny elektryzować uczestników handlu EUR/USD. To oznacza utrzymanie marazmu jeszcze przez jakiś czas. Jeśli rynek chce rosnąć dalej, musi liczyć na pozytywną impuls ze strefy euro, a taki najprędzej wypłynie z indeksów PMI, które jednak poznamy dopiero w piątek.

Dane też nie mają większego wpływu na złotego. Wczoraj GUS podał styczniowe dane o inflacji CPI – 2,7 proc. r/r vs 2,4 proc. – ale wątpię, aby siłę złotego można było przypisywać wzrostowi oczekiwań na podwyżkę stóp procentowych. Skok inflacji ma swoje podwaliny w podwyżkach cen administrowanych oraz wyższe ceny paliw. Są to czynniki poza kontrola banku centralnego i Rada Polityki Pieniężnej powinna oceniać trendy inflacyjne już po oczyszczeniu z tych efektów. W rezultacie pozostajemy z dotychczasowym przekazem zdominowanej przez gołębi RPP i nie należy spodziewać się zmian poziomu stóp procentowych co najmniej do końca kadencji obecnej Rady, tj. do połowy 2022 r. Lokalnie istotne jest tylko czy NBP zdecyduje się na kolejne interwencje walutowe i jaka będzie jego rola w procesie konwersji kredytów frankowych. Jak na razie nie widać, aby NBP chciał walczyć z rynkiem, a w kwestii konwersji bank centralny jest otwarty do współpracy z bankami komercyjnymi, by zmniejszyć negatywny wpływ procesu na rynek walutowy. Jakkolwiek obie kwestie stanowią negatywne ryzyko dla kursu, tak na ten moment nie ma powodu do generowania dodatkowej premii w wycenie złotego. Złoty będzie podążał za wahaniami nastrojów globalnych i utrzymanie trybu risk-on przemawia za retestem 4,47 i ruchem w kierunku 4,45.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Służby bez problemu łamią zabezpieczenia Signala i iPhone’a

Prestiżowy amerykański tygodnik – Forbes Magazine ujawnił, że FBI może przejąć wiadomości komunikatora Signal z zablokowanego iPhone’a. Dokumenty sądowe pozyskane przez magazyn potwierdziły, że nie ma mowy o pełnym bezpieczeństwie zarówno komunikatora Signal, jak i telefonów iPhone….

To rzuca nowe światło na produkt i zapewnienia wybitnych ekspertów cyberbezpieczeństwa portalu Nibezpiecznik.pl, którzy od 2 lat informowali i chwalili Signal jako ‘’najbezpieczniejszy komunikator’’ dla polskich polityków. Teraz zapewnienia te stały się iluzją. Signal stał się w obiegowej opinii komunikatorem „nie do złamania”. Po głośnym skandalu z nową polityką prywatności WhatsAppa zyskał setki tysięcy nowych użytkowników i stał się kolejnym pretendentem do miana najpopularniejszego komunikatora, choć wciąż niezmiernie ciężko będzie podważyć pozycję należącego do Facebooka WhatsAppa. Nagły wzrost popularności zachęcił jednak dziennikarzy do sprawdzenia tezy o wyjątkowym bezpieczeństwie aplikacji.

Zebrane przez amerykańskiego Forbesa dokumenty sądowe dotyczące operacji handlu bronią w Nowym Jorku pokazują, że Federalne Biuro Śledcze (FBI) już w zeszłym roku było w stanie złamać zabezpieczenia zarówno Signala, jak i iPhone’a. Tym samym amerykańska agencja rządowa była w stanie odczytać wiadomości najprawdopodobniej potwierdzające winę podejrzanych.

forbes

Sukces służb częściowo potwierdził rzecznik Signala, który w rozmowie z Forbesem wskazał, że jeśli ktoś jest w fizycznym posiadaniu urządzenia i ma możliwość wykorzystania niezałatanej luki w systemie operacyjnym Apple lub Google (…) to może wtedy wejść w interakcję z urządzeniem tak, jakby był jego właścicielem.

Jak udało się służbom złamać zabezpieczenia iPhone’a? Najprawdopodobniej Biuro Śledcze wykorzystało w tym celu jedno z dwóch narzędzi programistycznych: GrayKey lub Cellebrite UFED. Głosy ekspertów wskazują raczej na pierwsze rozwiązanie, które wg twórców jest w stanie pobrać z iPhone’a praktycznie każdą informację. Cena GrayKey zaczyna się od 10 tys. dolarów, więc niewykluczone, że polskie służby również będą chciały wykorzystać możliwości nowych technologii wykorzystujących najmniejsze podatności urządzeń i aplikacji.

Polacy rzadziej przeprowadzają się w epidemii. Raport Clicktrans

Epidemia odmieniła rok 2020 w wielu aspektach. Jednym z nich były przeprowadzki Polaków. Polacy przeprowadzali się rzadziej niż w roku 2019. Płacili także mniej za przeprowadzkę krajową oraz powrót do kraju. Szczegółowe informacje o przeprowadzkach Polaków znajdują się w raporcie Clicktrans.pl – polskiego serwisu aukcji transportowych.

Raport Przeprowadzki 2020 to 5. edycja raportu pokazującego trendy Polaków związane z przeprowadzkami krajowymi i zagranicznymi.

Spadek przeprowadzek w czasie COVID-19

W branży przeprowadzkowej skutki epidemii były najbardziej widoczne w kwietniu 2020. W tym miesiącu użytkownicy Clicktrans zlecili najmniej przeprowadzek w skali roku. Liczba krajowych przeprowadzek spadła o 40%, a międzynarodowych o 30% w porównaniu do kwietnia 2019.

Ostatecznie od maja sytuacja zaczęła stopniowo wracać do normy. Jednak w porównaniu do 2019 roku na trasach krajowych nastąpił spadek zleceń przeprowadzkowych o 13%. Za to na trasach z/do Polski nastąpił spadek o 5%.

Tańsze przeprowadzki dzięki epidemii

Pierwszy raz od 2018 roku nastąpił spadek średniej ceny przeprowadzki na terenie Polski. Krajowa przeprowadzka kosztowała średnio 578 zł, czyli 7% mniej niż w 2019 (619 zł). O 3% wzrosła średnia cena wyprowadzki z Polski za granicę (2 260 zł). Za to powrót do kraju z zagranicy okazał się tańszy o 5% i wyniósł średnio 2 120 zł.Polacy rzadziej przeprowadzają się w czasach COVID-19

 

– Obniżka cen krajowych przeprowadzek w 2020 mogła mieć związek z obostrzeniami na granicach związanymi z pandemią. Choć transport międzynarodowy towarów dalej funkcjonował, polskie firmy transportowe zaczęły mocniej skupiać się na pozyskiwaniu zleceń krajowych. Większa rywalizacja skutkowała obniżką cen – tłumaczy Michał Brzeziński, CEO Clicktrans.

Przeprowadzki zagraniczne Polaków

Niemal 24% zleceń przeprowadzkowych z Polski za granicę dotyczyło wyprowadzki do Wielkiej Brytanii. Pomimo Brexitu jest to wciąż najpopularniejszy kierunek wyprowadzki z Polski. Drugie miejsce zajęły Niemcy (21,4%), a trzecie Hiszpania (7,8%). Hiszpania przeskoczyła Holandię, która przez ostatnie 2 lata zajmowała 3. miejsce.

W kierunku powrotnym (z zagranicy do Polski) Polacy tradycyjnie powracali przede wszystkim z Wielkiej Brytanii (47,9%). Choć po raz pierwszy od 2017 jej udział w przeprowadzkach do Polski nie przekroczył 50%. Drugie miejsce zajęły Niemcy (18,1%) oraz Holandia (9,6%).

Raport Przeprowadzki 2020 został opracowany na podstawie 33 808 zleceń użytkowników serwisu Clicktrans.pl dotyczących przeprowadzek w latach 2011-2020. Szczegółowe informacje, wnioski oraz wykresy zawarte zostały w raporcie.

Prawie 14,5 mln liczników energii do wymiany w ciągu najbliższych ośmiu lat. Inteligentne pomiary pomogą konsumentom oszczędzać prąd

Przed końcem 2028 roku u co najmniej 80 proc. końcowych odbiorców energii w Polsce mają zostać zainstalowane inteligentne liczniki pomiarowe. Takie jest założenie procedowanej właśnie w Sejmie nowelizacji ustawy Prawo energetyczne. Dziś takie liczniki ma niecałe 2 mln spośród 16,3 mln odbiorców. Dzięki tej wymianie pojawią się nowe możliwości zarządzania zużyciem energii i jej oszczędzania. Masowa instalacja inteligentnych liczników pociągnie za sobą także rozwój nowych usług dla odbiorców oraz operatorów systemów dystrybucyjnych.

 Harmonogram wymiany liczników na inteligentne jest dość ambitny, ale wynika z regulacji unijnych. Jest to nasze zobowiązanie zarówno wobec UE, jak i wobec odbiorców. W mojej ocenie ten harmonogram jest jak najbardziej realny i pozwoli dokonać tej zmiany w sposób akceptowalny społecznie. A trzeba pamiętać, że ona jest bardzo ważna, ponieważ warunkuje proces transformacji energetycznej – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Gawin, prezes Urzędu Regulacji Energetyki.

Wymiana liczników to jedno z głównych założeń procedowanej właśnie przez Sejm nowelizacji ustawy Prawo energetyczne. Przewiduje ona, że do końca 2028 roku inteligentne liczniki ze zdalnym odczytem zużycia energii zostaną zainstalowane u co najmniej 80 proc. końcowych odbiorców energii, w tym w przynajmniej 80 proc. gospodarstw domowych. Według zawartego w projekcie harmonogramu do końca 2023 roku operatorzy systemów dystrybucyjnych (OSD) będą zobowiązani wyposażyć w nie co najmniej 15 proc. swoich odbiorców. Do 2025 roku inteligentne liczniki powinno mieć już 25 proc., a do 2027 roku – 65 proc. odbiorców. Zgodnie z projektem OSD pokryją też koszty ich instalacji u odbiorców podłączonych do sieci o napięciu do 1 kV (w tym w gospodarstwach domowych).

– Wymiana liczników na inteligentne powinna zapewnić rozwój konkurencji i dostępność nowych produktów dla odbiorców energii elektrycznej, takich jak np. taryfy dynamiczne. Przyczyni się też do poprawy funkcjonowania energetyki w obszarze efektywności, ponieważ wymiana liczników zwiększy świadomość odbiorców na temat tego, jak jest zużywana energia, w jakich godzinach i jak można ją oszczędzać – mówi Rafał Gawin.

Jak wynika z szacunkowych danych operatorów sieci dystrybucyjnych, w tej chwili takie inteligentne liczniki są zainstalowane u ok. 1,9 mln odbiorców końcowych. Ich docelowa liczba to około 16,3 mln. To oznacza, że w Polsce do wymiany pozostało więc ok. 14,4 mln takich urządzeń. Ministerstwo Klimatu wskazuje, że będzie to skomplikowane przedsięwzięcie organizacyjne i kosztowe w ograniczonym czasowo harmonogramie, który musi uwzględnić m.in. przetargi na zakup liczników, ich instalację czy koszty legalizacji. Eksperci wskazują jednak na pozytywny wpływ tej regulacji na producentów liczników.

– Wymiana liczników na inteligentne to także krok w kierunku digitalizacji elektroenergetyki, szczególnie w obszarze sieciowym. Powinna zapewnić dostęp do wielu systemowych usług świadczonych na rzecz operatorów systemów dystrybucyjnych. Tym samym jest to też szansa na rozwój przedsiębiorstw w tym zakresie – mówi prezes Urzędu Regulacji Energetyki.

Inteligentne liczniki umożliwią np. monitorowanie jakości energii elektrycznej w sieci elektroenergetycznej oraz wprowadzanie nowych rozwiązań regulacyjnych, jak np. taryfy dynamiczne. Nowelizacja Prawa energetycznego zakłada też wiele innych korzyści dla odbiorców końcowych, które pojawią się wraz z zainstalowaniem inteligentnych liczników. Najważniejsze z nich to m.in. uzyskanie przez odbiorców dostępu do swoich danych pomiarowych, możliwość odczytu zużycia energii bez fizycznej obecności inkasenta, co zmniejszy koszty odczytu, czy rozliczanie za energię elektryczną według rzeczywistego zużycia, a nie według prognoz. Ustawodawca zapewnia, że łatwiej będzie dokonać zmiany sprzedawcy dzięki zestandaryzowaniu całego procesu.

Odbiorca końcowy będzie mógł również wystąpić z wnioskiem o połączenie licznika z urządzeniami sieci domowej, co ułatwi zarządzanie pracą tych urządzeń.

Z kolei korzyścią dla całego systemu elektroenergetycznego ma być możliwość zarządzania popytem na rynku energii i obniżenie szczytowego zapotrzebowania, co powinno się przyczynić do lepszego wykorzystania potencjału odnawialnych źródeł energii. Ponadto, zgodnie z założeniami, w wyniku wdrożenia inteligentnego opomiarowania o 60 proc. zostaną ograniczone straty handlowe wynikające z nielegalnego poboru energii.

– Nowelizacja ustawy Prawo energetyczne to milowy krok w kierunku poprawy transparentności rynku i rozwoju konkurencji. Będzie to duża zmiana zarówno dla odbiorców energii elektrycznej, jak i przedsiębiorstw – podkreśla Rafał Gawin. – Ta nowelizacja to też duża zmiana w zakresie digitalizacji energetyki sieciowej, która powinna umożliwić rozwój przedsiębiorstw energetycznych świadczących usługi na rzecz odbiorców i na rzecz OSD. Mam tu na myśli rozwój prosumeryzmu, fleksumentów i podmiotów, które świadczą usługi na rzecz operatorów systemów elektroenergetycznych. Wszystko to zmierza w kierunku rozwoju rynków rozproszonych i zapewnienia bezpieczeństwa dostaw energii do odbiorców końcowych.

Dane z inteligentnych liczników będą przekazywane do Centralnego Systemu Informacji Rynku Energii – CSIRE. Będą one podstawą do rozliczeń między uczestnikami rynku detalicznego, w tym do zawierania umów na dostawy energii. Systemy poszczególnych OSD, które często działają w różnych standardach, zostaną zastąpione przez jeden system CSIRE. Nadzór i zarządzanie tym systemem (w tym przetwarzanie danych ze wszystkich liczników) będzie zadaniem Operatora Informacji Rynku Energii – OIRE. Ta funkcja została powierzona Polskim Sieciom Elektroenergetycznym.

Zgodnie z uzasadnieniem projektu ustawy wymiana liczników w okresie 15-letnim przyniesie korzyści dla wszystkich uczestników rynku na kwotę prawie 13 mld zł (z tego 11,3 mld to korzyści dla odbiorców końcowych), podczas gdy koszty wyliczono na 7,9 mld zł (7,2 mld przeniesione na odbiorców końcowych).

Mimo kryzysu wciąż 80 proc. firm oferuje benefity pracownicze. Na znaczeniu zyskały praca zdalna i grupowe ubezpieczenie na życie

Ośmiu na dziesięciu pracodawców oferuje pozapłacowe benefity swoim pracownikom, a ponad połowa deklaruje, że byłaby zainteresowana rozszerzeniem pakietu korzyści pozapłacowych. Pandemia nie wpłynęła więc na dostępność tych świadczeń, ale zmieniła priorytety zarówno pracodawców, jak i pracowników. Rosnące obawy o zdrowie i bezpieczeństwo spowodowały, że na znaczeniu zyskały benefity dotyczące opieki medycznej, wsparcia finansowego na wypadek zachorowania oraz grupowe polisy na życie – wynika z raportu Nationale-Nederlanden „Benefity pracownicze w dobie pandemii”. Znacznie mniej popularne stały się karty sportowe i podarunkowe oraz szkolenia.

Co drugi polski przedsiębiorca przyznaje, że pandemia miała negatywny wpływ na kondycję finansową jego firmy. Mimo to niewielu z nich zdecydowało się zrezygnować ze świadczeń pozapłacowych dla pracowników. Blisko 80 proc. firm wciąż ma je w swojej ofercie.

– Benefity pracownicze zmieniły się pod wpływem pandemii. Pracownicy i pracodawcy oczekują korzyści, które zapewnią im bezpieczeństwo w dobie COVID-19, dlatego na znaczeniu bardzo mocno zyskała praca zdalna. Potwierdziło to ponad 38 proc. respondentów badania – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ewa Dąbrowska, dyrektor pionu klienta korporacyjnego w Nationale-Nederlanden.

Pod wpływem pandemii możliwość świadczenia pracy w formie zdalnej przestała być w zasadzie postrzegana jako benefit, tylko staje się zwyczajną formą wykonywania obowiązków zawodowych. Część pracowników chciałaby już na stałe korzystać z takiego modelu pracy.

Raport Nationale-Nederlanden pokazuje również, że w ciągu ostatniego roku, ze względu na pandemię i wprowadzone obostrzenia, na znaczeniu straciły przede wszystkim takie benefity jak karta umożliwiająca korzystanie z obiektów sportowych (45 proc. wskazań), a także szkolenia zawodowe i rozwojowe (30 proc.).

– Pracownicy zaczęli zwracać uwagę na to, co mają w pakiecie benefitowym. Koncentrują się na korzyściach, które zwiększają ich dobrostan, poprawiają zdrowie psychiczne, work–life balance, jak również ochronę zdrowia, np. pomoc w przypadku chorób onkologicznych i innych trudnych sytuacjach zdrowotnych – wyjaśnia Ewa Dąbrowska.

Co druga firma biorąca udział w badaniu Nationale-Nederlanden deklaruje, że byłaby zainteresowana dodatkowymi benefitami dla swoich pracowników. Ponad jedna czwarta z nich rozważa rozszerzenie pakietu korzyści pozapłacowych o takie, które dbałyby o dobrostan pracownika, m.in. mental wellness i work–life balance. Z kolei blisko jedna piąta pracodawców deklaruje zainteresowanie benefitami dotyczącymi profilaktyki onkologicznej.

 Wciąż dużą popularnością cieszą się grupowe ubezpieczenia na życie. Aż 60 proc. pracodawców oferuje je pracownikom. W czasie pandemii właśnie polisy grupowe – jako ochrona zdrowia i życia pracownika – bardzo zyskały na znaczeniu. Co trzecia badana firma powiedziała, że to jest to bardzo ważny element programów benefitowych – zaznacza dyrektor pionu klienta korporacyjnego w Nationale-Nederlanden.

Zdecydowana większość respondentów, bo aż 94 proc., oferuje pracownikom ubezpieczenia na życie od kilku lat. Jedynie nieliczne przedsiębiorstwa wprowadziły ten benefit dopiero w ubiegłym roku wraz z pojawieniem się koronawirusa.

Połowa firm, które oferują pracownikom grupowe polisy na życie, deklaruje, że finansuje im składki. 27 proc. wskazuje, że pokrywa je w całości, natomiast 28 proc. – częściowo. Zazwyczaj wysokość składki jest kwotą stałą i według co drugiego przedsiębiorcy wynosi około 50 zł na osobę.

 Te deklaracje wydają się zbyt optymistyczne. Zgodnie z danymi rynkowymi na udział w finansowaniu ubezpieczenia decyduje się dziś około 15 proc. firm. Widzimy tu jednak potencjał do zmiany. Z myślą o zdrowiu i bezpieczeństwie osób zatrudnionych wiele firm zaczyna się interesować tym rozwiązaniem i coraz chętniej zgłasza też gotowość do włączania się w składkę – uważa Ewa Dąbrowska.

Firmy deklarujące finansowanie pracownikom grupowej polisy na życie jako główne powody wymieniają chęć budowania lojalności pracowników (55 proc. wskazań) oraz politykę wizerunkową firmy (41 proc. wskazań).

– Widzimy, że w czasie pandemii również ubezpieczenia grupowe się zmieniają. Zostały poszerzone o pakiety prozdrowotne, np. ochronę na wypadek koronawirusa, można by to nazwać pandemicznym assistance, oraz programy wellbeingowe, które wpływają pozytywnie na dobrostan psychiczny pracowników – wymienia ekspertka Nationale-Nederlanden.

Również raport Komisji Nadzoru Finansowego po trzech kwartałach 2020 roku wskazuje na duże zainteresowanie firm grupowymi ubezpieczeniami na życie. Na koniec września ub.r. zakłady ubezpieczeń zebrały z tytułu polis grupowych składkę brutto w wysokości 6,42 mld zł. To wzrost o 0,1 mld zł w stosunku do analogicznego okresu 2019 roku.

Centra handlowe odbudowują frekwencję po kolejnym otwarciu. W sklepach jest 70–80 proc. klientów w porównaniu do czasów sprzed pandemii

W ostatnim tygodniu stycznia, kiedy większość sklepów w centrach handlowych była zamknięta, liczba klientów w porównaniu do roku ubiegłego spadła o połowę. Ponowne otwarcie sklepów w galeriach poprawiło frekwencję do 70–80 proc., ale na powrót do wyników sprzed pandemii trzeba jeszcze poczekać. Jak ocenia Krzysztof Sajnóg z warszawskiego Centrum Handlowego Blue City, będzie to możliwe dopiero po uruchomieniu gastronomii i rozrywki, które są magnesem przyciągającym klientów. Tymczasem branża liczy straty – tylko w wyniku ostatniego lockdownu wyniosą one 6 mld zł. Łączne straty szacowane są na 32 mld zł.

Pierwszego dnia po otwarciu było widać, że ludzie mają dużo spraw do załatwienia, bo odnotowaliśmy prawie 100-proc. frekwencję w porównaniu do lutego 2020 roku. Obecnie liczba odwiedzających stabilizuje się na poziomie 70–80 proc. w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku, czyli jeszcze przed pandemią – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Sajnóg, dyrektor marketingu w CH Blue City.

Jak informuje, w warszawskim Blue City od 1 lutego otworzyły się wszystkie sklepy, zamknięte pozostają nadal: sala zabaw, kino, klub fitness i inne miejsca rozrywki. Lokale gastronomiczne oferują posiłki tylko na wynos i w dostawie do domu.

– Do tej pory żaden z naszych najemców nie zbankrutował. W 2020 roku z różnych przyczyn działalność zakończyło sześć sklepów na 200 umów najmu, zatem sytuacja nie jest jeszcze dramatyczna – mówi ekspert.

Jak podaje Polska Rada Centrów Handlowych, średnia odwiedzalność galerii w ostatnim tygodniu zamknięcia, czyli w ostatnim tygodniu stycznia, była o połowę niższa niż przed rokiem. Znacznie gorsze rezultaty zanotowano w bardzo dużych centrach, o powierzchni powyżej 60 tys. mkw. Tam odwiedzalność wahała się, w zależności od dnia, od 29 do 39 proc. wyników analogicznego tygodnia ubiegłego roku. Najwyższą odwiedzalność, 53–62 proc., zaobserwowano w średniej wielkości galeriach. Z kryzysem wywołanym przez pandemię najlepiej radziły sobie galerie w centralnej i południowej Polsce, a najsłabsze rezultaty były notowane w regionie wschodnim.

Po zniesieniu lockdownu dla galerii handlowych frekwencja odbiła. Największą popularnością cieszyła się sobota, 6 lutego, gdy odwiedzalność wyniosła 82 proc. wartości ubiegłorocznych. Większe zainteresowanie klientów zakupami w pierwszym tygodniu handlu po pięciu tygodniach zamknięcia to efekt odrabiania zaległości zakupowych.

Dzisiaj nikt nie jest w stanie przewidzieć, co będzie się działo w ciągu najbliższych tygodni. Liczymy, że wraz z postępem szczepień przeciwko COVID-19 i spadkiem liczby zachorowań ruch do galerii będzie wracał. Natomiast bez otwarcia gastronomii i części rozrywkowej frekwencja klientów będzie raczej stabilna, przez długie miesiące będzie to raczej poziom 70–80 proc. Ważny jest także efekt psychologiczny – klienci muszą przestać się bać przychodzić do centrów handlowych – zauważa Krzysztof Sajnóg.

Obecnie największym wyzwaniem dla galerii jest utrzymanie reżimu sanitarnego. Sprzedawcy i właściciele muszą kontrolować liczbę odwiedzających, zapewnić środki ochrony i dezynfekcji. Zwracać uwagę klientom, jeżeli wchodzą do sklepu bez maseczek albo z maseczkami założonymi niewłaściwie.

– Prognozy, które mówią, że nadchodzi zmierzch centrów handlowych, są przedwczesne. Galerie odzyskują swoją rolę na mapie handlowej Europy i Polski – przewiduje dyrektor marketingu w CH Blue City. – Polacy lubią robić zakupy pod jednym dachem, a centra handlowe skupiają sklepy, rozrywkę, gastronomię, usługi, więc w czasie jednej wizyty można sporo załatwić. W dobie koronawirusa zauważyliśmy interesującą zmianę w zachowaniu klientów – ludzie przychodzą rzadziej i spędzają w galeriach mniej czasu, ale częściej i więcej kupują. Centra handlowe znowu stały się miejscem zakupów, a nie spacerów i na razie tak pozostanie.

Dla centrów handlowych każdy kolejny lockdown to straty liczone w miliardach złotych. Z szacunków PRCH wynika, że tylko zamknięcie od 28 grudnia do końca stycznia br. przyniosło 6 mld zł strat. Wszystkie lockdowny skutkowały ubytkiem w kasach właścicieli w wysokości 32 mld zł. Eksperci podkreślają, że problemy finansowe branży handlowej, zarówno najemców, jak i wynajmujących, mogą silnie wpłynąć na całą gospodarkę, w tym na miejsca pracy. Obecnie w centrach handlowych w Polsce pracuje ponad 400 tys. osób.

W tym roku można się spodziewać kolejnych bankructw linii lotniczych. Podróżowanie stanie się droższe

Rok 2020 okazał się najgorszym w dotychczasowej historii rynku lotniczego. Ten rok – z powodu wykrycia nowych mutacji koronawirusa i kolejnych restrykcji – dla przewoźników też nie zaczął się zbyt dobrze. Specjalizująca się w analizach rynku lotniczego CAPA podaje, że w ubiegłym roku bankructwo ogłosiło jedynie, patrząc na trudną sytuację rynkową, ok. 30 linii lotniczych, ale w tym roku trzeba się spodziewać kolejnych upadłości. To niekorzystnie wpłynie na konkurencję na rynku i może skutkować wzrostem cen biletów. Po ustaniu pandemii przewoźnicy będą musieli stawić czoła innemu wyzwaniu, o którym chwilowo się nie mówi, czyli wysokiej emisji CO2, problematycznej w obliczu dążenia UE do ograniczania emisji i neutralności klimatycznej.

Każdy z przewoźników według swojego uznania podejmuje działania przygotowawcze. One mogą się różnić, bo różni są przewoźnicy i w różny sposób oczekują, że będzie się rozwijała sytuacja rynkowa. Przykładowo przewoźnicy niskokosztowi, Ryanair czy Wizz Air, zamawiają dziesiątki nowych samolotów, czyli nastawiają się prawdopodobnie na ekspansję rynkową i na to, że nowe samoloty będą tańsze w użytkowaniu. Co innego robią niektórzy przewoźnicy tradycyjni, którzy odsyłają bardzo dużą część swojej floty na parkingi na pustyniach, odwołują zamówienia, które były składane wcześniej u producentów. Jest całe spektrum drobniejszych działań, które podejmują przewoźnicy, żeby przygotować się do tego, co przyniesie rok 2021 i kolejne – mówi agencji Newseria Biznes Sebastian Gościniarek, partner w BBSG.

COVID-19 i zastój w ruchu międzynarodowym sprawiły, że rynek lotniczy przeżywa aktualnie największy kryzys w swojej historii. Według Eurocontrol podczas pierwszej fali pandemii ruch lotniczy w wielu krajach Europy spadł nawet o ponad 90 proc., ale obecna sytuacja wciąż jest trudna. Pokazuje to m.in. liczba pasażerów odprawionych w styczniu przez jedne z największych na świecie londyńskie lotnisko Heathrow, która rok do roku zmniejszyła się o 89 proc.

Ograniczenia w transporcie międzynarodowym i regionalnym ograniczyły liczbę operacji pasażerskich, więc i przychody linii lotniczych gwałtownie spadły. Jak podaje specjalizująca się w analizach rynku lotniczego CAPA – Centre for Aviation, w ubiegłym roku bankructwo ogłosiło 30 linii lotniczych i jest to zdecydowanie mniej, niż zakładały prognozy. Większości przewoźników udało się przetrwać, jednak w dużej mierze jest to zasługa wyłącznie bezpośrednich i pośrednich dotacji rządowych – wskazuje CAPA. Taką pomoc dostał też polski przewoźnik, czyli Polskie Linie Lotnicze LOT. W końcówce ubiegłego roku Rada i Komisja Europejska ostatecznie zaakceptowały pakiet pomocowy w wysokości 2,9 mld zł, na który złożyło się podwyższenia kapitału zakładowego przewoźnika o 1,1 mld zł oraz pożyczka w kwocie 1,8 mld zł.

– Pomoc finansowa, którą LOT otrzymał z budżetu państwa, jest absolutnie niewystarczająca – mówi Sebastian Gościniarek. – Prawdopodobnie są więc dwa kierunki, które teraz obierze LOT. Pierwszy to obniżanie kosztów, m.in. zatrudnienia. Drugi to możliwość pozyskania środków na rynku finansowym, tak jak robią to inni przewoźnicy, np. Lufthansa, która zwiększa swoje zasoby gotówki poprzez różnego rodzaju operacje na rynku finansowym, np. sales and leaseback swoich samolotów. Tutaj LOT ma jednak ograniczone możliwości, bo większość floty nie należy do niego i jest leasingowana. Ale być może są jakieś inne aktywa, które pozwoliłyby temu przewoźnikowi zdobyć dodatkowe środki na rynku finansowym.

LOT już wiosną zeszłego roku, podczas pierwszej fali pandemii, zaczął od cięcia kosztów stałych i obniżenia wynagrodzeń personelu. Spółka poinformowała niedawno, że zwolnienia obejmą 270 osób. Jak wyjaśnia, dostosowanie zatrudnienia do realiów postcovidowych wymusiły zasady przyznania pomocy publicznej – spółka musi bowiem osiągnąć efektywność ekonomiczną. Innych oszczędności LOT szuka m.in. w kosztach leasingu samolotów.

Sytuacja narodowego przewoźnika jest jednak ciągle uzależniona od sytuacji rynkowej i epidemiologicznej, a wciąż nie wiadomo, jak długo potrwa obecny kryzys i kiedy linie lotnicze zaczną wreszcie zarabiać.

– Cały czas tli się nadzieja, że jednak może warunki rynkowe nie będą aż tak złe i być może już od przyszłego roku przewoźnikom uda się zacząć zarabiać. Ale LOT nie ma tego komfortu, jaki mają niektóre inne linie lotnicze, i musi generować pozytywny wynik finansowy, żeby nie załamać się pod własnym ciężarem. To na pewno nie będzie łatwe, ale nie jest niemożliwe – ocenia ekspert BBSG.

W lutowym komunikacie Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA) podaje, że w 2020 roku globalny ruch lotniczy spadł o prawie 66 proc. w porównaniu z poprzednim. Bazowy scenariusz na ten rok zakłada, że popyt odbije o 50 proc. względem 2020 roku, jednak pojawienie się nowych mutacji i zaostrzanie restrykcji w poszczególnych państwach niosą za sobą ryzyko, że odbicie to będzie znacznie niższe (ok. 13 proc.).

CAPA wskazuje, że w obecnej sytuacji większość podróżnych nie chce się zobowiązywać i płacić za wakacje z góry, bo wciąż istnieje ryzyko kwarantanny albo kolejnego zamknięcia granic. Okresy rezerwacji ulegają znacznemu skróceniu, a linie lotnicze tracą z nich środki. Co więcej, według CAPA istnieje duża szansa, że po I kwartale br. wiele rządów przestanie dotować przewoźników pomocą publiczną, co odetnie kluczowe źródło finansowania i przetrwania dla wielu z nich. Dlatego w tym roku można się spodziewać kolejnych upadłości na rynku lotniczym.

 Rynek europejski zmierza w niezbyt korzystnym kierunku dla pasażera, czyli ograniczenia konkurencji. Część linii lotniczych niestety upadła, część tych słabszych jeszcze z pewnością upadnie. Wzmocnią się za to duże linie lotnicze i będziemy mieli do czynienia może jeszcze nie z oligopolem, ale na pewno ze znacznie mniej konkurencyjnym rynkiem. To bez wątpienia odbije się na koszcie biletów dla pasażerów – mówi Sebastian Gościniarek.

Ekspert BBSG wskazuje też na inne wyzwanie, z którym rynek mierzył się jeszcze przed pandemią, czyli wysoką emisyjność sektora lotniczego, która stanowi problem w obliczu dążenia UE do neutralności klimatycznej, ograniczania emisji CO2 i rozwijania ekologicznego transportu. Na początku grudnia ub.r. Komisja Europejska przedstawiła zresztą nową strategię na rzecz zrównoważonej mobilności (zakłada m.in. tworzenie zeroemisyjnych lotnisk i portów), zgodnie z którą emisje z całego sektora transportu mają spaść o 90 proc. w ciągu nadchodzących trzech dekad.

 Te wyzwania, takie jak wstyd przed lataniem, nie przestały istnieć, zostały tylko przykryte przez te dramatyczne wydarzenia rynkowe, z którymi mamy dzisiaj do czynienia. To wszystko prowadzi do wniosku, że niestety latanie stanie się droższe i z tym wszyscy musimy się liczyć – mówi partner w BBSG.

Branża HR przechodzi technologiczną rewolucję. Personalizacja ofert i sztuczna inteligencja pozwolą szybciej i skuteczniej szukać pracownika i znaleźć pracę

HR tech to obszar działania w firmach, który wkrótce będzie się niezwykle ekspansywnie rozwijał, a nowe technologie wykorzystujące sztuczną inteligencję będą jego częścią. Już teraz dostępne są np. programy do testów pracowników pozwalające sprawdzić umiejętności kandydata bez fizycznej obecności rekrutera. Mierzone są nie tylko odpowiedzi kandydata, lecz również różnego rodzaju czynniki psychometryczne i behawioralne.

– HR tech to technologia związana z obszarami rekrutacyjnymi. Ostatni rok i zmieniające się warunki rynkowe znacznie przyspieszyły wiele procesów dotyczących digitalizacji procesu rekrutacji. Badania LinkedIna pokazują, że w zeszłym roku ponad 86 proc. rekruterów zadeklarowało, że wszystkie procesy, które przeprowadzają, będą w dalszych latach się odbywać w sposób zdalny. Digitalizacja procesów to jest zdecydowanie kierunek, w którym ta technologia podąża – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Filip Sobel, założyciel firmy Staffly, zajmującej się innowacyjnymi rozwiązaniami dla branży HR.

Pandemia koronawirusa postawiła zarówno przed firmami, jak i pracownikami całkiem nowe wyzwania. W zasadzie od marca 2020 roku dla wielu branż styl pracy zmienił się nieodwracalnie. Także działy rekrutacyjne musiały szukać nowych sposobów nie tylko pozyskania kandydatów, lecz również możliwości ich sprawdzenia pod kątem przydatności do pracy czy posiadanych umiejętności.

– Pandemia wywróciła do góry nogami wszystko, także procesy rekrutacyjne. Na pewno przyspieszyła rozwój platform do wideokonferencji online. Przez ostatnie miesiące spotkania z klientami, ze współpracownikami odbywają się wyłącznie zdalnie przez platformy, np. Google’a albo Zooma. Różnego rodzaju testy, które pracownicy mają okazję wypełniać przy rekrutacji do trochę bardziej wykwalifikowanych zawodów, również będą odbywały się w sposób zdalny – wskazuje Filip Sobel.

Niezwykle popularne w czasie pandemii zdalne platformy do wideokonferencji czy proste chatboty regułowe to jednak nie wszystko. Działy HR mogły podczas pandemii uzbroić się w całkiem spory zasób rozwiązań technologicznych. Na rynku są już testowane rozwiązania, które pozwalają z takich danych tworzyć profil kandydata do pracy. Innym obszarem, w którym pojawiła się technologia, był też wielowymiarowy proces oceny kompetencji kandydatów.

– Programy do różnego rodzaju testów pracowników, czyli tzw. assessment center, mają przede wszystkim za zadanie sprawdzić umiejętności kandydata bez fizycznej obecności rekrutera i opiera się to na umiejętnościach analitycznych, lecz także behawioralnych. Mamy testy, w których mierzone są nie tylko odpowiedzi kandydata, ale również różnego rodzaju czynniki psychometryczne i behawioralne, czyli np. jego dokładność przy wypełnianiu pytań, to, jak często wracał do poprzednich i następnych odpowiedzi, o jakiej porze wypełniał ten test, czy popełniał błędy, jeżeli chodzi o wpisywanie jakichś odpowiedzi słowno-muzycznych. To proces, który z pewnością na przestrzeni ostatniego roku przyspieszył i będzie przyspieszał, ponieważ firmy już teraz mocniej stawiają na zdigitalizowane procesy rekrutacyjne – przekonuje ekspert.

Z raportu „Efektywność rekrutacji” stworzonego przez firmę eRecruiter wynika, że ponad połowa pracowników działów HR uważa proces rekrutacyjny za zbyt długi. Jeszcze do niedawna powodem takiego stanu rzeczy była np. mniejsza liczba zgłoszeń kandydatów, co utrudniało cały proces i wymuszało większe zaangażowanie działów HR. Rok 2020 i 2021 zwiększyły jednak liczbę aplikacji, szczególnie tych przesyłanych online. Tym samym pracownicy HR musieli znaleźć narzędzia, które pozwolą im skuteczniej działać. Były to m.in. rozwiązania typu ATS (applicant tracking systems). Coraz częściej wykorzystywana jest także sztuczna inteligencja.

Już dziś programy wykorzystujące SI pozwalają znaleźć idealnego pracownika i przyspieszają proces rekrutacji z kilku tygodni do 24 godzin. Program, nad którym pracuje start-up Staffly, dzięki zastosowaniu sztucznej inteligencji i algorytmu opartego na uczeniu maszynowym dopasuje pracowników do zleceń zarówno na podstawie kompetencji i doświadczenia, jak również zmiennych psychometrycznych. Pozwoli to na bardziej spersonalizowaną ofertę dla kandydata, a tym samym skuteczniejszą rekrutację dla przyszłego pracodawcy.

– W przyszłości, jeżeli chodzi o innowacje na rynku rekrutacyjnym, to czeka nas przede wszystkim zdecydowany rozwój algorytmów, które dopasowują oferty pracy do pracownika na bazie jego deklarowanych czy to umiejętności, czy też czynników psychometrycznych, czy to czynników behawioralnych. Już teraz np. na niektórych portalach społecznościowych widzimy wzrost ofert pracy, które po prostu wyskakują nam przed oczami w każdym możliwym momencie, krzycząc, że są do nas dopasowane w mniej lub bardziej dokładny sposób. Ludzie na pewno lubią personalizację ofert i to też bardziej ich motywuje do składania ich w takie miejsca, które przynajmniej system uznaje, że są dla nich idealnie dopasowane – twierdzi Filip Skobel.

Aplikacje mobilne przyszłością medycyny. Wspierane przez sztuczną inteligencję pomogą usprawnić opiekę nad pacjentami przewlekle chorymi

Opieka nad pacjentami przewlekle chorymi może być z powodzeniem sprawowana poprzez platformy medyczne i aplikacje mobilne – wynika z badań opublikowanych w australijskim czasopiśmie „Journal of Gastroenterology and Hepatology”. Zwłaszcza w dobie pandemii doskonale się sprawdziła w prowadzeniu chorych cierpiących na zaburzenia pracy tarczycy czy nieswoiste zapalenia jelit. Aplikacje mobilne mogą pomagać również w interpretacji badań diagnostycznych, a także rehabilitacji, zwłaszcza w zakresie psychologii.

– Aplikacje zdecydowanie są przyszłością medycyny. Pandemia pokazała, jak bardzo mogą ułatwić życie pacjentom, lekarzom i rozpowszechnić dostęp do służby zdrowia. Dlatego że dzisiaj już nie jest istotne, gdzie my jesteśmy, wciąż możemy się kontaktować z najlepszymi w naszym mniemaniu lekarzami z całego świata czy z innych regionów, z innego województwa, z innego miasta – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Ewa Galant, założycielka wirtualnej kliniki choroby Hashimoto, Hashiona.

W Hashionie pacjent kontaktuje się z kliniką właśnie za pośrednictwem aplikacji mobilnej. Dzięki niej może samodzielnie śledzić objawy choroby i określić czynniki powodujące m.in. alergie pokarmowe. Klinika pracuje obecnie nad 24-tygodniowym programem wchodzenia w remisję poprzez zmianę nawyków żywieniowych i stylu życia. To właśnie w leczeniu chorób przewlekłych aplikacje mobilne będą pomagać najczęściej.

– Najszybsze zastosowanie aplikacji i nowych technologii będzie skierowane do osób chorujących na choroby chroniczne i przewlekłe, dlatego że ci pacjenci najczęściej potrzebują wsparcia na co dzień i to oni najczęściej pukają do drzwi gabinetów lekarskich. W Stanach Zjednoczonych opracowano raporty, które mówią wprost, że taki pacjent jest trzy razy droższy dla służby zdrowia w porównaniu do zdrowej osoby. Choroby przewlekłe, chroniczne to jest ten obszar, który można w miarę swobodnie kontrolować z poziomu telemedycyny czy aplikacji – uważa Ewa Galant.

Z badań opublikowanych przez „Journal of Gastroenterology and Hepatology” wynika, że zwłaszcza w dobie pandemii rozwiązania telemedyczne są dobrym rozwiązaniem dla pacjentów cierpiących na nieswoiste choroby zapalne jelit. Od maja do lipca ubiegłego roku takim modelem przeprowadzania wizyt kontrolnych objętych było 50 pacjentów. Osoby chore wypełniały na specjalnej platformie kwestionariusz dotyczący nasilenia objawów chorobowych, a następnie odbywała się wideorozmowa z lekarzem. 96 proc. pacjentów było bardzo zadowolonych lub zadowolonych z takiej wizyty. Co istotne, gdyby pacjenci ci mieli się zgłosić do lekarza osobiście, to mediana odległości, którą musieliby w tym celu pokonać, wyniosłaby ponad 174 kilometry.

– Inny trend, który jest mocny w tym momencie w branży, to są wszystkie rozwiązania skierowane wokół chorób rakowych. Dają one dostęp do pacjentów, w przypadku których czasami wymagamy opinii kilku lekarzy, żeby zrozumieć tę chorobę czy żeby zrozumieć cały przebieg leczenia. Mamy również zastosowanie sztucznej inteligencji w pomocy i odczytywaniu wyników badań z rezonansów magnetycznych i tomografii komputerowej. Również cała psychologia wydaje się też przechodzić na nowe technologie. Powstaje więcej produktów, które pomagają nam skontaktować się z lekarzem psychologiem poprzez aplikacje czy poprzez portal internetowy – wymienia założycielka kliniki Hashiona.

Przykładem takiej aplikacji może być Koa Foundations. Służy ona poprawie zdrowa psychicznego. Jest przeznaczona do użytku w firmach – po to, by wspierać pracowników w radzeniu sobie ze stresem, poprawie jakości snu, przeprowadzaniu ćwiczeń relaksacyjnych oraz budowaniu zwiększonej pewności siebie.

– Są również produkty skierowane do rehabilitacji. Już nawet mamy pewne sensory, które mogą zostać wykorzystane i wspomagać w ten sposób pacjentów poprzez ekran, sprawdzać, czy wykonują pewne ćwiczenia w odpowiedni sposób – dodaje Ewa Galant.

Ciekawym rozwiązaniem z zakresu medtech może się okazać aplikacja wirtualnej rzeczywistości DREAMS, stworzona przez naukowców z Uniwersytetu Florydy w USA. Rozwiązanie, początkowo projektowane w celu usprawnienia rehabilitacji pacjentów szpitalnych, docelowo ma znaleźć swoje zastosowanie przy odstresowywaniu lekarzy pracujących m.in. na oddziałach ratunkowych. Urządzenie łączy wizualizację w VR z muzykoterapią i relaksacją poprzez kontrolowanie oddechu. Do sterowania nie są wykorzystywane gamepady, lecz fale mózgowe.

Z raportu Emergen Research wynika, że rynek aplikacji medycznych osiągnie do 2027 roku wartość niemal 18 mld dol., a średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie niemal 23 proc.

Ceny gruntów rosną i nadal będą rosły. Jakie działki są najbardziej poszukiwane?

Popyt na grunty inwestycyjne wciąż jest bardzo duży. Działki poszukiwane są głównie pod inwestycje magazynowe, mieszkaniowe oraz nieduże projekty handlowe typu retail park. Atrakcyjnymi parcelami na terenie największych miast nadal zainteresowani są deweloperzy mieszkaniowi, w tym również firmy z rozbudowanymi bankami ziemi. Pojawiają się też zapytania od funduszy inwestycyjnych, głównie z Dalekiego Wschodu i Południowej Afryki.

Firmy budujące mieszkania poszukują przede wszystkim działek w dobrze skomunikowanych z centrum rejonach dużych miast, o uregulowanej sytuacji prawnej i objętych planami zagospodarowania, które umożliwiają wybudowanie dużego osiedla. Z braku takich gruntów interesują się także trudniejszymi parcelami, które wymagają dłuższego przygotowania do budowy, czy realizacji dodatkowej infrastruktury. Biorą też pod uwagę tereny poprzemysłowe, gdzie stoją budynki do wyburzenia, pod warunkiem że są atrakcyjnie zlokalizowane.

Z kolei pod magazyny najbardziej poszukiwane są grunty na obrzeżach miast, gdzie rozwija się tzw. logistyka ostatniej mili. Inwestorzy zainteresowani są ziemią w sąsiedztwie największych aglomeracji miejskich głównie Warszawy, Wrocławia, Krakowa, Poznania i Trójmiasta z dobrym dostępem do autostrad i dróg ekspresowych. Interesują się także lokalizacjami, w których rozwija się nowa infrastruktura drogowa i węzły komunikacyjne.

Jakie są ceny gruntów inwestycyjnych?

Deweloperzy, którzy potrzebują dobrze zlokalizowanych działek w największych miastach płacą nawet kilkanaście tysięcy złotych za metr kwadratowy. Jeśli oferowany jest grunt, na którym od razu można budować, ceny są tak wysokie, że często jego zakup jest nieopłacalny, bo stawka ofertowa za metr mieszkania przy dobrej marży przekraczałaby średnie rynkowe ceny dla danej lokalizacji.

Niemniej firmy deweloperskie nadal nabywają centralnie usytuowane grunty po wyśrubowanych cenach. Najwięcej tego typu transakcji zawieranych jest w Warszawie. Działki na warszawskim Mokotowie sprzedawane są na przykład po 14 -16 tys. zł za mkw.

Takie ceny to nie tylko domena Warszawy. W jednym z najatrakcyjniejszych punktów Gdańska, na Wyspie Spichrzów również finalizowane są transakcje dotyczące zakupu działek w cenach powyżej 14 tys. zł za metr. Mimo pandemii ceny gruntów inwestycyjnych rosną nadal w głównych aglomeracjach w Polsce. W ciągu ostatniego roku podrożały wyraźnie w atrakcyjnych dzielnicach przede wszystkim Warszawy i Krakowa.

W zewnętrznych obszarach miast stawki nie są takie wysokie, jak bliżej centrum. W odleglejszych dzielnicach duże parcele można znaleźć w cenie 2-3 tys. zł za metr. Inwestorzy decydują się je kupować, bo dziś mieszkania blisko natury w największych aglomeracjach są dużo szerzej poszukiwane. Kluczową kwestią jest tu tylko, wielkość dodatkowego nakładu, jakiego wymaga zabezpieczenie niezbędnej infrastruktury na takim gruncie. I to, jaki poziom osiągnie całkowity koszt budowy, a tym samym jaką marżę można założyć dla planowanej inwestycji.

Ceny gruntów pod magazyny najbardziej wywindowane są również w aglomeracji warszawskiej, która jest największym centrum logistycznym w Polsce. W granicach miasta za metr trzeba zapłacić średnio 450-650 zł/mkw. Parcele położone przy głównych drogach, oddalone od Warszawy o kilkanaście do około 30 kilometrów są już o połowę tańsze, a im dalej, tym stawki są coraz niższe.

W grupie najdroższych lokalizacji pod magazyny w kraju znajduje się też Kraków, gdzie ceny gruntów zaczynają się od 400 zł za mkw. Tanio nie jest też w aglomeracji wrocławskiej, gdzie ziemia kosztuje od 200 zł/mkw., ale za najlepiej usytuowane tereny pod logistykę ostatniej mili za metr trzeba liczyć 300 zł. I właśnie we Wrocławiu obserwujemy teraz największy wzrost zainteresowania inwestycjami w segmencie logistycznym. W pobliżu Poznania grunt kosztuje już dwukrotnie mniej niż we Wrocławiu.

Rozbudowa dróg w Polsce przynosi nowe możliwości. Obiecującą perspektywą jest ściana wschodnia, czy zachodniopomorskie. Te rejony oferują znacznie większy wybór gruntów przy niższych cenach.

W jaką stronę idą inwestycje deweloperów?

W obecnej sytuacji firmy wycofują się głównie z projektów biurowych na rzecz mieszkaniowych. Także inwestycje wielofunkcyjne przeprojektowywane są tak, by nabrały więcej charakteru mieszkaniowego. Również niewielkie, starszej generacji biurowce są w Trójmieście wyburzane, by zrobić miejsce pod osiedla.

Na odnotowanie zasługuje fakt, że niektórzy deweloperzy zaczęli pozbywać się gruntów, bo nie chcą budować spekulacyjnie. W centrum Gdańska na sprzedaż wystawione zostały ostatnio interesujące parcele pod projekty biurowe. Jedną ze słynniejszych transakcji zawartych niedawno w mieście był zakup w cenie przeszło 50 mln zł hektarowej działki w gdańskiej Oliwie, która jest największym trójmiejskim zagłębiem biurowym. Ciekawe grunty pod biurowce można teraz kupić też w centrum Wrocławia.

Poza tym, dłużej trwa obecnie proces decyzyjny. Inwestorzy są bardziej ostrożni, ale popyt na grunty inwestycyjne nie maleje. Niestety atrakcyjnych działek jest mało. Stąd ich ceny będą utrzymywały się na obecnym, wysokim poziomie, a w niektórych lokalizacjach nadal będą rosły. Tempo wzrostu zależało będzie między innymi od tego, jak duży czeka nas napływ nowych inwestorów, który jest prognozowany.

Autor: Agata Karolina Lasota, dyrektor zarządzająca LBC Invest

NCBR przeznaczy 300 mln zł na prace badawczo-rozwojowe w konkursie Szybka Ścieżka

Kolejny raz nasi przedsiębiorcy mogą zgłaszać przełomowe projekty w konkursie Szybka Ścieżka, realizowanym przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, ze środków Funduszy Europejskich. Jest się o co starać – łączny budżet podzielonego na dwie rundy konkursu to 300 milionów złotych. Nabór wniosków o dofinansowanie ruszy 22 marca 2021 r.

Szybka Ścieżka jest największym programem wsparcia innowacyjności polskich przedsiębiorstw. W jego ramach powstają takie projekty, jak: mobilna linia przetwarzania odpadów komunalnych, bioniczna proteza ręki, hybrydowe poduszki ratunkowe, system monitoringu jakości powietrza, gra rekrutacyjna i setki innych innowacji. Tylko w minionym roku, oferta wsparcia sięgnęła w sumie blisko 3 miliardów złotych.

Z przyjemnością obserwuję postępy w realizacji projektów naszych beneficjentów. To innowacyjne firmy, które postawiły na swoją przyszłość, poprzez tworzenie produktów czy technologii niedostępnych na rynku – powiedział Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. – Dzięki powstałym oszczędnościom, udało nam się ogłosić kolejny konkurs. Jestem pewien, że mimo pandemii, tak jak w ubiegłym roku, wpłynie do nas wiele wartościowych projektów.

Jeden konkurs, dwie rundy

Nabór wniosków o dofinansowanie został podzielony na dwie rundy – pierwsza skierowana jest do dużych przedsiębiorstw i ich konsorcjów (również z udziałem MŚP i jednostek naukowych), jej budżet to 100 milionów złotych. Nabór rozpocznie się 22 marca 2021 roku i potrwa maksymalnie do 12 kwietnia 2021 roku. Dlaczego maksymalnie? Ponieważ nabór może skończyć się wcześniej – gdy suma wartości wnioskowanego dofinansowania przekroczy pięciokrotność budżetu rundy, nabór w tej rundzie zostanie zamknięty. Nabór, co wynika z przepisów ustawy wdrożeniowej Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój, nie będzie jednak krótszy niż 7 dni. Taki warunek wynika z faktu kończącej się perspektywy budżetowej 2014-2021 i dostępnej puli środków w poddziałaniu 1.1.1. POIR, chcemy też sprawnie dokonać oceny, by projekty mogły być rozpoczęte jak najszybciej i miały szansę na realizację do końca trwania finansowania z POIR tj. do 31 grudnia 2023 r.

Z kolei w drugiej rundzie konkursu aplikować mogą MŚP i ich konsorcja (również z jednostkami naukowymi). Jej budżet to 200 milionów złotych. Nabór wniosków rozpocznie się 13 kwietnia i potrwa maksymalnie do 4 maja 2021 roku. Analogicznie, jak w przypadku rundy dla dużych przedsiębiorstw, gdy suma wartości wnioskowanego dofinansowania przekroczy pięciokrotność budżetu rundy, nabór zostanie zamknięty, przy czym nie będzie krótszy niż 7 dni.

Prace B+R, zgłoszone we wnioskach o dofinansowanie, muszą być realizowane na terenie Polski, w tzw. regionach słabiej rozwiniętych, czyli poza województwem mazowieckim. O przyznaniu dofinansowania NCBR poinformuje nie później niż 120 dni po zakończeniu każdej z rund.

Udogodnienia dla wnioskujących

Wszyscy przedsiębiorcy, zainteresowani pozyskaniem dofinansowania z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, mogą skorzystać z bezpłatnych, udostępnionych na stronie instytucji aplikacji „Asystent Innowacji”, który pozwala na wstępną weryfikację pomysłu z wymaganiami NCBR oraz „Asystent Budżetowy”, wspierający w zaplanowaniu i rozliczaniu kosztów w projekcie.

Dodatkowo, NCBR zapowiedziało „Dzień Otwarty NCBR”, który odbędzie się online 2 marca 2021 r. Eksperci Centrum przedstawią zasady konkursu, wytłumaczą zarówno zasady aplikowania, jak i oceny wniosków oraz odpowiedzą na zadane przez uczestników pytania. Na spotkanie informacyjne obowiązują zapisy. Niezmiennie swoje pytania można kierować również do Punktu Informacyjnego NCBR – telefonicznie, poprzez wiadomości e-mail lub umówić się na spotkanie online.

Konkurs „Szybka Ścieżka” finansowany jest z Funduszy Europejskich w ramach Działania 1.1 Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój „Projekty B+R przedsiębiorstw”, Poddziałania 1.1.1 „Badania przemysłowe i prace rozwojowe realizowane przez przedsiębiorstwa”.

Dolar traci, inwestorów nadal kuszą bardziej ryzykowne aktywa

Dotychczasowe trendy na rynku finansowym utrzymywały się również w zeszłym tygodniu. Akcje i instrumenty dłużne zyskiwały, ceny surowców szły w górę, a dolar był słaby, chociaż jego ruchy były nieznaczne. Prezes Jerome Powell jasno wskazał, że Fed w przewidywalnej przyszłości będzie stawiał na stymulowanie gospodarki, a administracja Bidena zdaje się czynić kroki w tym samym kierunku, wywierając presję na EBC i europejskie rządy, by postąpiły podobnie.

W tym tygodniu zdecydowanie najważniejsze będą odczyty PMI. Pierwsze lutowe dane o aktywności w USA, w Wielkiej Brytanii i w strefie euro zostaną opublikowane w piątek. Spodziewamy się, że wskaźniki dla Wielkiej Brytanii i strefy euro pozytywnie zaskoczą, zaś te dla USA pozostaną na dobrym poziomie. Jeśli mamy rację, to powinien czekać nas kolejny dobry tydzień dla aktywów ryzykownych, w szczególności dla walut rynków wschodzących.

PLN

Ubiegły tydzień przyniósł osłabienie polskiego złotego, który w parze z euro powrócił do okolic 4,50. Zmiany były jednak nieznaczne i w żaden sposób nie wpływają na nasze optymistyczne spojrzenie na perspektywy polskiej waluty.

Dla kształtowania kursu nie miało to istotnego znaczenia, niemniej wstępny odczyt PKB dla Polski w IV kwartale okazał się miłym zaskoczeniem pod koniec tygodnia. W ostatnich trzech miesiącach ub.r. gospodarka doświadczyła spadku o 0,7% w ujęciu kwartalnym, co było wynikiem lepszym od oczekiwanego. O tym, co konkretnie złożyło się na taki wynik, dowiemy się pod koniec miesiąca. W najbliższych dniach skupimy się szczególnie na informacjach z zewnątrz, choć poznamy też sporo danych z Polski opisujących sytuację w styczniu. Szczególnie warte uwagi będą te o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej, które poznamy w drugiej części tygodnia.

EUR

Zeszły tydzień nie obfitował w dane, więc rynek skupił się wieściach z Włoch, gdzie były prezes EBC, Mario Draghi, został premierem i utworzył nowy rząd. To rozbudziło apetyt inwestorów na włoskie obligacje. Euro, podobnie jak większość walut G10, nieznacznie umocniło się względem dolara. Niemniej ogólnie nadal radzi sobie relatywnie słabo, w związku z wciąż bardzo powolnym tempem szczepień na kontynencie.

Najważniejsze w tym tygodniu niezmiennie będą postępy w szczepieniach w całej strefie euro, a także dane PMI, które jak wspomnieliśmy, mogą pozytywnie zaskoczyć, ponieważ firmy dostosowują się do restrykcji, a odłożony popyt konsumencki kumuluje się.

USD

W czasie zeszłotygodniowego przemówienia w Nowym Jorku prezes Jerome Powell wyartykułował ekstremalnie gołębie stanowisko Fedu. Zasugerował, że bank centralny nie reagowałby nawet wówczas, gdyby inflacja w tym roku znalazła się powyżej celu. Od strony fiskalnej administracja Joe Bidena mocno naciska na duży pakiet stymulacyjny. Imponujące jest, że w tych okolicznościach Departament Skarbu Stanów Zjednoczonych zdołał ulokować na rynku znaczną ilość obligacji skarbowych, nie powodując tym natychmiastowej zmiany cen na rynku. Pod koniec piątkowej sesji amerykańskie obligacje doświadczyły jednak wyprzedaży.

Poza zwracaniem uwagi na wskaźniki PMI, które dla Stanów Zjednoczonych są mniej istotne niż dla innych krajów, naszym zdaniem nadeszła pora, by przyjrzeć się amerykańskiemu rynkowi obligacji. Uważamy, że posiadanie amerykańskich instrumentów dłużnych, których rentowność jest wyraźnie niższa niż inflacja, w obecnej rzeczywistości politycznej będzie coraz częściej kwestionowane.

GBP

Kurs szterlinga jest wciąż dość wysoki, do czego przyczynia się postęp w zakresie szczepień w Wielkiej Brytanii. Zeszłotygodniowa informacja, że jej gospodarka w ostatnim kwartale 2020 roku poradziła sobie lepiej niż oczekiwano notując dostrzegalną kwartalną ekspansję, również pomogła funtowi, sugerując, że ostatnie lockdowny nie były tak szkodliwe, jak się obawiano. Funt radził sobie lepiej niż pozostałe podobne waluty G10 z wyjątkiem dolara australijskiego.

Poza wspomnianymi wcześniej wskaźnikami PMI w tym tygodniu poznamy również dane o styczniowej inflacji. Spodziewamy się, że dane inflacyjne ogólnie będą zaskakiwać na plus, co może pomóc brytyjskiej walucie osiągnąć dobry wynik w tym tygodniu. Inwestorzy będą też oczekiwać konferencji prasowej premiera Borisa Johnsona zaplanowanej na następny poniedziałek. Ma on zaprezentować plan wychodzenia Wielkiej Brytanii z lockdownu.

CHF

Ostatni tydzień był dobry dla franka szwajcarskiego, który radził sobie lepiej niż większość walut G10, w tym euro. Nie obserwowaliśmy dużych ruchów głównych walut, zachowanie franka było jednak mimo to interesujące, ponieważ inne waluty safe haven doświadczyły wyprzedaży w obliczu utrzymującego się pozytywnego sentymentu do ryzyka.

Sytuacja pandemiczna w kraju poprawia się, co widać po spadających liczbach nowych przypadków zachorowań i zgonów. Postępy w szczepieniach również są dość duże – w Szwajcarii podano więcej dawek szczepionki niż w UE (zgodnie z danymi z piątku 5,6 na 100 osób). Niemniej ze względu na wciąż istniejące ryzyko w Szwajcarii rozważane jest przedłużenie restrykcji na marzec.

Nadal będziemy koncentrować się na walce z COVID-19 zarówno w Szwajcarii, jak i poza nią. Osiągnięcia na tym froncie są kluczowe dla naszej prognozy zakładającej stopniową deprecjację franka jako waluty safe haven.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Mieszkania od komornika będzie można licytować przez Internet

Mieszkania od komornika mają stać się kuszące dzięki zmianom, które zapowiada rząd. Niestety inne pomysły rządu zmniejszyły atrakcyjność takich „M”.

Krajowe media niedawno poinformowały, że mieszkania od komornika będzie można wylicytować przez Internet. Takie rozwiązanie z całą pewnością może przyczynić się do wzrostu zainteresowania mieszkaniami z licytacji komorniczej. Internetowa licytacja lokali i domów oferowanych przez komornika sprawi, że zniknie problem związany z mało dogodnym czasem lub miejscem składania ofert. Skorzystają na tym również dłużnicy, którzy dzięki wyższym cenom sprzedaży nieruchomości spłacą większą część swoich zobowiązań lub otrzymają od komornika większą nadwyżkę (różnicę ceny sprzedaży „M” oraz łącznej wartości długów). Trzeba jednak pamiętać, że mieszkania od komornika stały się mniej atrakcyjne w kwietniu 2019 roku, kiedy rząd zmienił jeden z ważnych przepisów kodeksu postępowania cywilnego.

Nasz artykuł w dużym skrócie:

  • Prawdopodobnie już niebawem mieszkania od komornika będzie można licytować przez Internet.
  • Wspomniane rozwiązanie będzie dobrowolne, ale można przypuszczać, że wykorzysta je spora część wierzycieli.
  • Atrakcyjność zakupu mieszkań od komornika nadal będą jednak obniżać przepisy eksmisyjne.

Poniżej wyjaśniamy ciekawe kwestie związane z planowaną licytacją nieruchomości online i tłumaczymy, dlaczego osoby obecnie kupujące mieszkania od komornika skarżą się na przepisy eksmisyjne.

Licytacja nieruchomości online będzie dużą zmianą …

Mieszkania od komornika mają stać się bardziej atrakcyjne dzięki przepisom, które 8 grudnia 2020 r. przyjął rząd. Mowa o projekcie nowelizacji ustawy kodeks postępowania cywilnego. Wspomniany projekt zakłada, że dzięki wprowadzeniu możliwości licytowania nieruchomości online zniknie problem związany ze zmowami cenowymi kilku licytantów. Dodatkowo nowe rozwiązania dobrze wpisują się w trend cyfryzacji przyspieszony przez pandemię koronawirusa. „Umożliwienie licytacji nieruchomości przez Internet obniży również koszty ich sprzedaży, co ma być korzystne dla dłużnika” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Rząd zakłada, że mieszkania od komornika będzie można licytować przy wykorzystaniu systemu, który aktualnie już funkcjonuje w przypadku licytacji rzeczy ruchomych. Warto podkreślić, że licytacja domów, gruntów i mieszkań w trybie online nie będzie obowiązkowa. Wniosek w tej sprawie dotyczący odpowiednio pierwszego lub drugiego terminu licytacji ma składać wierzyciel. Można jednak przypuszczać, że większość wierzycieli będzie zainteresowana opcją przeprowadzenia licytacji w trybie online, bo taki wariant daje większą szansę na szybkie zakończenie sprzedaży oraz odpowiednio wysoką cenę końcową. „Rząd poinformował również, że licytacje nieruchomości online będą trwały przez tydzień. Nie zabraknie więc czasu na podjęcie przemyślanej decyzji” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Nabywcy „M” narzekają na zmiany dotyczące eksmisji

Większość osób, które interesują mieszkania od komornika, zapewne ucieszy się z rządowych zapowiedzi. Tacy potencjalni nabywcy domów i lokali z komorniczej licytacji wskazują jednak na pewien problem. Mowa o zmianie przepisów eksmisyjnych z kwietnia 2019 roku, która utrudniła szybkie przejęcie nieruchomości oraz jej odsprzedaż lub remont. W tym kontekście warto przypomnieć, że były właściciel mieszkania nie podlega przepisom ustawy o ochronie praw lokatorów (zobacz na przykład orzeczenia Sądu Najwyższego z sygnaturami III CZP 66/01, V CA 1/04 oraz III CKS 330/10). „Taka kontrowersyjna sytuacja nie zmienia się już od lat mimo interwencji, które podejmował np. Rzecznik Praw Obywatelskich” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Między innymi ze względu na nieobjęcie byłych właścicieli lokali i domów ochroną przewidzianą dla lokatorów, rząd zdecydował się na zmianę art. 1046 kodeksu postępowania cywilnego. „W swoim poprzednim brzmieniu, artykuł 1046 paragraf 4 kodeksu postępowania cywilnego pozwalał na eksmisję dłużnika bez prawa do mieszkania socjalnego lub innego lokum (np. byłego właściciela lokalu) do noclegowni lub schroniska dla bezdomnych po półrocznym i bezskutecznym oczekiwaniu na pomieszczenie tymczasowe od gminy” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Począwszy od kwietnia 2019 roku, komornik musi czekać z eksmisją aż do momentu wyznaczenia przez gminę pomieszczenia tymczasowego. Stanowi to problem szczególnie w przypadku gmin nieposiadających odpowiedniej liczby pomieszczeń tymczasowych. Osoby, które od dawna interesują mieszkania od komornika już uwzględniły ryzyko długotrwałej eksmisji w ramach składanych ofert. Istnieje jednak obawa, że o ewentualnych utrudnieniach eksmisyjnych nie będą wiedzieli internauci wcześniej niebiorący udziału w licytacjach komorniczych. „Wraz z wprowadzeniem opcji licytowania mieszkania od komornika przez Internet, może pojawić się całkiem spora grupa takich osób” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl