Omikron Capital, podmiot działający na rynku private equity, inwestuje w spółkę Dagat ECO – poznańskie przedsiębiorstwo z branży precyzyjnej obróbki metali. Jest to już trzecia firma, która trafiła do portfela Omikron Capital.
Dagat ECO to rodzinna firma zajmująca się obróbką metali od ponad 20 lat. Specjalizuje się w zakresie obróbki rur i profili metalowych. Przedsiębiorstwo posiada uniwersalny park maszynowy i wysoko wykwalifikowaną kadrę, a szerokie zastosowanie oferowanych usług pozwala zdobywać partnerów biznesowych z wielu branż, między innymi samochodowej, medycznej, HVAC, kolejowej czy petrochemicznej.
–Dagat ECO to stabilna firma z dużym potencjałem wzrostu i unikatowym know-how. Dzięki swoim zasobom może z powodzeniem rywalizować i zdobywać nowe rynki zbytu i dalej się rozwijać. Ostatni rok spółka zakończyła z dobrym wynikiem, a w latach 2016-2019 zwiększyła sprzedaż o ponad 60 proc. – mówi Tomasz Firczyk, Partner Zarządzający i założyciel Omikron Capital. – Liczymy na dalsze wzrosty i większą ekspansję na rynki zagraniczne, między innymi w Niemczech, Francji i krajach Beneluksu. Wierzymy, że nam się to uda, ponieważ już teraz produkty firmy trafiają m.in. do USA, Brazylii czy Turcji – dodaje.
– Cieszę się, że pomimo trudności wywołanych pandemią Covid-19 udało się sprawnie przeprowadzić całą transakcję. Bardzo optymistycznie patrzę na przyszłość firmy, która przy wsparciu i doświadczeniu zespołu Omikron Capital może dalej rozwijać skrzydła – mówi Piotr Gulczewski, dotychczasowy właściciel i prezes zarządu Dagat ECO.
Firma zatrudnia ponad 230 osób. W 2019 roku osiągnęła sprzedaż na poziomie blisko 44 mln zł i zakończyła go z wynikiem 4,4 mln zł EBITDA. Spółka jest największym dostawcą systemów poręczowych do pojazdów komunikacji miejskiej w Europie Środkowo-Wschodniej. Cieszy się uznaniem na rynku o wysokiej barierze wejścia, między innymi dzięki swojej elastyczności i najwyższej jakości. Nowi właściciele planują dalszą ekspansję dzięki odpowiedniemu wsparciu.
–Na początku wzmocnimy firmę w obszarze zarządczym oraz dziale sprzedaży. Chcemy w sposób ciągły profesjonalizować organizację, aby budować jej potencjał. Planujemy również inwestycje w większą automatyzację i robotyzację zakładu produkcyjnego, które pomogą spółce zwiększyć skalę działania. Zależy nam na dalszej ekspansji na rynki zagraniczne oraz w branżach o wysokiej perspektywie wzrostu, między innymi kolejowej, medycznej i chemicznej – mówi Jakub Mazurek, Dyrektor Inwestycyjny Omikron Capital. – Firma obecnie posiada już długotrwałe relacje z klientami typu blue chip, a jakość jej usług potwierdzają liczne międzynarodowe certyfikaty – dodaje.
Omikron Capital nabył 100 proc. udziałów spółki. Inwestorzy liczą na dwu, a nawet trzykrotny wzrost wartości firmy w ciągu najbliższych 5-7 lat. Poza wsparciem i inwestycjami, pomóc ma także duży i ciągle rozwijający się rynek obróbki metali na świecie.
Kolejna inwestycja Omikron Capital
W połowie zeszłego roku Omikron Capital przejął 100 proc. udziałów spółki ZAP-Mechanika z Ostrowa Wielkopolskiego, która również specjalizuje się w precyzyjnej obróbce metali. Podobnie jak Dagat ECO, spółka była firmą rodzinną nabytą bezpośrednio od właścicieli.
Omikron Capital, jako podmiot działający na rynku private equity, skupia się na inwestycjach między innymi w firmy rodzinne, w których założyciele chcą wycofać się z prowadzenia biznesu lub szukają wspólnika, który pomoże im dynamicznie rozwinąć przedsiębiorstwo.
Inwestorzy koncentrują się przede wszystkim na dobrze prosperujących firmach przemysłowych i usługowych, z odpowiednim potencjałem wzrostu. Omikron Capital wyróżnia się kompleksowym podejściem do przejmowanych spółek, które po zakupie są aktywnie wspierane wiedzą ekspercką i doświadczeniem, zdobytym przez inwestorów przy prawie 30 transakcjach.
– Niedzielny, 29. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, zakończył się rekordowym wynikiem ponad 17 mln zł dorzuconych do eSkarbonki przez darczyńców oraz kwotą 358 365 zł zebraną w trakcie akcji #MastercardGrazWOSP na Twitterze, którą firma przekaże na konto Fundacji. W tym roku cyfrowe narzędzia dostarczone przez Mastercard, umożliwiające prowadzenie zbiórki na odległość, cieszyły się niezwykłą popularnością, z sukcesem łącząc darczyńców z kwestującymi.
W tym roku po raz czwarty Mastercard umożliwił wpłaty na rzecz Fundacji za pośrednictwem eSkarbonek, czyli „wirtualnych puszek”. Wolontariusze WOŚP, przedstawiciele przedsiębiorstw z segmentu MŚP oraz osoby indywidualne mogli wygenerować i udostępniać znajomym unikalny link do własnej eSkarbonki, za pomocą którego darczyńcy wpłacali darowizny z wykorzystaniem bezgotówkowych płatności online. Podczas tegorocznego Finału WOŚP ta metoda wsparcia okazała się bardziej potrzebna niż kiedykolwiek, umożliwiając darczyńcom przyłączenie się do zbiórki szybko i bez wychodzenia z domu. O potrzebie i popularności tego narzędzia najlepiej świadczy zebrana do eSkarbonki kwota – 17 840 237 zł. To ponad 29 razy więcej niż w roku ubiegłym. W kulminacyjnym momencie w niedzielę do eSkarbonki trafiało sześć wpłat na sekundę, zasilając ją kwotą 6 907 zł w ciągu każdej minuty. Średnia wpłata była 5% wyższa niż w czasie 28. Finału i wynosiła 55,85 zł. eSkarbonki, napędzane przez Mastercard, uruchomione zostały na początku grudnia i działały do poniedziałkowego wieczoru, 1 lutego. W tym czasie swoje wirtualne puszki założyło 21 922 osób i firm, które chciały wesprzeć inicjatywę WOŚP. Wśród nich znalazło się wiele osobistości ze świata polityki, publicystyki i kultury. Rekordowa eSkarbonka, należąca do 17-letniego wolontariusza Łukasza Berezaka ze Szczecina zamknęła się z kwotą 225 225 zł – to więcej niż wyniosła suma wszystkich wpłat do eSkarbonki podczas 26. Finału WOŚP w 2018 roku. Imponująca jest również najwyższa jednorazowa wpłata, wynosząca 27 000 zł. Łącznie stronę eSkarbonki odwiedziło 740 000 osób.
Już po raz ósmy na Twitterze w dniu Finału WOŚP najpopularniejszym hashtagiem w Polsce był #MastercardGrazWOSP. Za pierwszy tweet lub retweet jednego użytkownika opublikowany w dniu Finału z tym hashtagiem, Mastercard zadeklarował przekazanie 5 złotych na konto Orkiestry. Użytkownicy Twittera napisali 71 673 unikalnych tweetów, zbierając tym samym 358 365 zł dla Orkiestry w zaledwie 24 godziny. Mastercard zasilił więc tegoroczną zbiórkę kwotą ponad 165 000 zł większą niż w roku ubiegłym. Łącznie, od początku inicjatywy w2014 r., dzięki zaangażowaniu użytkowników Twittera w akcję „Mastercard gra z WOŚP” Mastercard przekazał Orkiestrze ponad 1 600 000 zł.
Swoje zaangażowanie w działania Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Mastercard potwierdził nie tylko dostarczając cyfrowe narzędzia do zbiórki. 60 pracowników z warszawskiego oddziału firmy założyło własne eSkarbonki, a w czasie niedzielnego Finału wielu z nich wyruszyło również kwestować na ulicach miasta. Łącznie, konto zbiórki zasilili kwotą ponad 106 000 zł.
„Na etapie przygotowań nikt nie potrafił przewidzieć, czy w warunkach pandemicznych Finał WOŚP powtórzy sukces poprzednich edycji. Okazuje się jednak, że Orkiestra potrafi zagrać nawet w trudnym i nieprzewidywalnym otoczeniu. Cieszymy się, że Mastercard dołożył do tej edycji swoją cegiełkę: wiedzę i doświadczenie w obszarze płatności. eSkarbonka napędzana przez Mastercard zapełniła się imponującą kwotą. „Pomagamy pomagać” i obiecujemy, że dalej będziemy to robić. Do końca świata i o jeden dzień dłużej” – powiedział Jerzy Hołub, dyrektor marketingu w polskim oddziale Mastercard Europe.
Wszystkie środki zebrane przy wsparciu Mastercard trafią na konto Orkiestry i przeznaczone zostaną na zakup sprzętu na dziecięce oddziały laryngologii, otolaryngologii oraz diagnostyki głowy.
61 proc. firm na świecie planuje w kolejnych dwóch latach zainwestować w rozwiązania chmurowe – wynika z badania EY Digital Investment Index 2020. To jedna z trzech najpopularniejszych technologii wdrażanych w przedsiębiorstwach, a czas pandemii jeszcze przyspieszył jej implementację. IDC ocenia, że globalny rynek chmury będzie w 2024 roku wart 1 bln dol. Chmura umożliwia firmom optymalizację kosztów, zapewnia bezpieczeństwo i pozwala skalować biznes, dostosowując go do otoczenia rynkowego. – Dzięki niej serwery nigdy nie spowodują w firmie przestoju, który może kosztować nawet 60 tys. zł za godzinę – mówi ekspert Orange Polska Konrad Gawda. Coraz popularniejsze stają się także rozwiązania chmurowe oferowane jako usługi, postępować będzie też automatyzacja.
– W rozwiązaniach chmurowych w kolejnych latach spodziewam się postępującej automatyzacji, czyli dostarczania często powtarzających się elementów aplikacji jako gotowych do wykorzystania usług. Innym trendem jest szersza dystrybucja geograficzna, czyli sprawianie, że fizyczne lokalizacje serwerów, centrów danych będą coraz bliżej użytkowników, chociażby po to, żeby ograniczyć opóźnienia. Do tego bardzo przydatne będą 5G i współpraca technologii chmurowych z telekomunikacyjnymi – mówi agencji Newseria Biznes Konrad Gawda, ekspert ds. usług chmurowych w Orange Polska.
Pandemia w znaczący sposób zwiększyła zainteresowanie rozwiązaniami chmurowymi, które nie będzie słabnąć nawet po jej ustaniu. Według październikowego raportu IDC globalne wydatki na ten cel za cztery lata osiągną poziom 1 bln dol. Średnioroczny wzrost eksperci szacują na blisko 16 proc. Najsilniejszy wzrost prognozowany jest w obszarze usług chmurowych, m.in. w kategorii infrastructure as a service (IaaS)
– Chmura typu IaaS to miejsce, gdzie firmy mogą uruchamiać swoje aplikacje zarówno na potrzeby własne, jak np. CRM czy zarządzanie zasobami, jak i na potrzeby zewnętrzne, udostępniane klientowi, takie jak sklep internetowy czy system rezerwacji – mówi ekspert Orange Polska. – Podstawową cegiełką, z której budujemy rozwiązania w chmurach typu IaaS, są maszyny wirtualne. Jest to po prostu część zasobów dużych, fizycznych serwerów wydzielona i działająca jako osobny, wirtualny komputer. Na takim komputerze można zainstalować aplikacje bez większych modyfikacji – tak samo jak na PC czy serwerze stojącym na zapleczu firmy.
W ostatnich dwóch latach na wdrożenie rozwiązań chmurowych zdecydowała się ponad połowa globalnych firm badanych w ramach EY Digital Investment Index 2020. Taki plan na kolejne dwa lata deklaruje 61 proc. przedsiębiorstw. Chmura – obok internetu rzeczy i sztucznej inteligencji – jest przez biznes najchętniej wdrażaną technologią. Wydatki na ten cel będą rosły ze względu na szereg korzyści, takich jak optymalizacja kosztowa i elastyczność, wspierające sprawność biznesową i operacyjną.
– W chmurze jest miejsce, żeby aplikacje rosły. Większość współczesnych serwerowni jest albo niedoszacowana, albo przeszacowana, bo rozwój biznesu trzeba przewidzieć już w momencie zakupu sprzętu. W chmurze nie ma tego problemu. Można wykorzystać skalowanie, czyli dodawanie i odejmowanie zasobów w zależności od tego, jak aktualnie kształtuje się ruch na naszej stronie. Zawsze możemy dołożyć zasoby w sposób ręczny albo automatyczny – wyjaśnia Konrad Gawda.
Ekspert Orange wskazuje, że dzięki chmurze firmy mogą łatwo i tanio tworzyć np. środowiska testowe – chociażby po to, żeby przetestować nową wersję swojego sklepu internetowego, co pozwala na częste wprowadzanie zmian i szybkie dopasowywanie się do rynku. Chmura pozwala też przedsiębiorstwom uruchamiać na krótki czas ogromne zasoby, żeby szybko wykonywać złożone obliczenia (np. obliczanie tras dostaw, generowanie tysięcy faktur albo symulacje procesów fizycznych w biurach projektowych). Chmura chroni też firmy przed skutkami cyberataków typu ransomware czy przestojami, które mogą słono kosztować.
– Dzięki chmurze serwery nigdy nie spowodują przestoju w firmie, a wiem, że to potrafi słono kosztować. Według szacunków dla przykładowych polskich firm to są koszty rzędu 60 tys. zł za godzinę przestoju – wskazuje Konrad Gawda. – Mało kto myśli też o tym, jak ważna jest kopia zapasowa, dopóki nie uświadomi sobie, że średnia wartość okupu ransomware płaconego przez firmy w zamian za odzyskanie danych wyniosła w zeszłym roku około 100 tys. dol., a liczba takich skutecznych wymuszeń wzrosła o 1/3 w stosunku do poprzedniego roku. W przypadku Integrated Computing Standard automatyczne kopie zapasowe można uruchomić dosłownie dwoma kliknięciami.
Integrated Computing to usługa dostarczana przez Integrated Solutions należący do Grupy Orange Polska. Składa się ona z dwóch rozwiązań – chmury w wersji Managed, czyli zarządzanej, nastawionej na elastyczność i dopasowanie do potrzeb klienta np. z dedykowanymi lub współdzielonymi serwerami, a także usługi Standard. To rozwiązanie gotowe do użycia, którym zarządza się poprzez panel www. W wygodny sposób pozwala tworzyć środowiska z maszyn wirtualnych, dysków czy połączeń sieciowych. Dostępne API pozwala też automatyzować te czynności. Część elementów usługi – jak np. tworzenie kopii zapasowych – też jest w pełni zautomatyzowana.
– Właśnie uruchomiliśmy nowy element tej usługi, czyli serwer bazy danych Oracle. To firma znana jako czołowy dostawca baz danych typu Enterprise. Jest też znana z dość rygorystycznych warunków licencyjnych, które sprawiają, że użycie jej baz danych na chmurach typu IaaS może być po prostu nieopłacalnie drogie. Dlatego w Integrated Computing Standard stworzyliśmy osobne środowisko techniczne dopasowane do tych warunków licencyjnych. Dzięki temu możemy teraz zaoferować klientom użytkującym bazę danych Oracle dedykowaną dla niej platformę jako usługę. Klient – obok innych zasobów chmurowych – dostaje maszynę wirtualną z zainstalowaną bazą danych, którą sam może skonfigurować i zarządzać. A przede wszystkim – połączyć ze swoimi pozostałymi aplikacjami w chmurze – wyjaśnia ekspert ds. usług chmurowych w Orange Polska.
Usługę Integrated Computing Standard firma może rozliczać w dwóch modelach: abonamentowym, w którym firma z góry deklaruje, ile zasobów będzie wykorzystywać, a także w modelu pay-as-you-go. Tu firma płaci od godziny uruchomionych zasobów. Nie trzeba więc z góry niczego przewidywać, za to można dopasowywać liczbę wirtualnych procesorów i gigabajtów pamięci do aktualnych potrzeb.
– Nasi specjaliści z Integrated Solutions mają duże doświadczenie w prowadzeniu migracji do chmury i oferują przy tym pomoc. Takie wsparcie obejmuje m.in. preaudyt, czyli wstępne sprawdzenie możliwości, optymalizację, przygotowanie planu, testową migrację z weryfikacją oraz wsparcie w pierwszych dniach. Bardziej doświadczeni użytkownicy mogą przeprowadzić taką migrację samodzielnie, korzystając z mechanizmu Disaster Recovery, czyli z zapasowego wirtualnego centrum danych – mówi Konrad Gawda.
Rada Ministrów przyjęła wczoraj uchwałę w sprawie „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku”, która zakłada, że źródła węglowe będą stopniowo wycofywane i zastępowane przez OZE i energetykę jądrową, a paliwem przejściowym w procesie transformacji będzie gaz ziemny. Wiceminister aktywów państwowych Janusz Kowalski ocenia jednak, że uruchomienie pierwszego bloku jądrowego w 2033 roku to termin nierealny, a bez tej podstawy rezygnacja z węgla zwiększy ryzyko, że Polska uzależni się od dostaw gazu ziemnego, głównie z Rosji.
2 lutego Rada Ministrów przyjęła uchwałę w sprawie „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku”. Dokument, którego autorem jest resort klimatu i środowiska, ma być kompasem dla firm, samorządów i obywateli w zakresie transformacji polskiej gospodarki w kierunku niskoemisyjnym. Wyznaczy też ramy wszelkich działań – m.in. legislacyjnych i inwestycyjnych – w sektorze energetycznym w perspektywie nadchodzących dwóch dekad.
– Polska polityka energetyczna w istocie powinna być racjonalną i sprawiedliwą mapą drogową przeprowadzenia w Polsce transformacji energetycznej rozumianej jako proces, który spowoduje, że ceny energii elektrycznej i ciepła będą w Polsce akceptowane i że będziemy mogli zapewnić bezpieczeństwo energetyczne Polski. Niestety w tej sprawie mamy odmienne zdanie od naszych przyjaciół z Prawa i Sprawiedliwości i Porozumienia Jarosława Gowina, bo Solidarna Polska dostrzega ogromne niebezpieczeństwa przyjętej na szczeblu całej Unii Europejskiej, a więc również zaakceptowanej przez Polskę, tzw. unijnej polityki Zielonego Ładu – mówi agencji Newseria Biznes Janusz Kowalski, wiceminister aktywów państwowych.
Nowa polityka energetyczna została przyjęta po 12 latach od uchwalenia poprzedniej. Zakłada ona m.in. optymalne, możliwie długie wykorzystanie własnych, krajowych surowców energetycznych oraz dywersyfikację dostaw i rozbudowę infrastruktury sieciowej gazu ziemnego, ropy naftowej i paliw ciekłych. Udział węgla w miksie energetycznym ma jednak sukcesywnie spadać, osiągając nie więcej niż 56 proc. w 2030 roku, a przy podwyższonych cenach uprawnień do emisji CO2 może spaść nawet do poziomu 37,5 proc. Z kolei w 2040 roku ten udział ma już wynosić 28 proc. (albo 11 proc. w scenariuszu wysokich cen uprawnień do emisji CO2).
Rząd zakłada, że stopniowe odchodzenie od węgla będzie równoważone m.in. istotnym wzrostem mocy zainstalowanych w OZE oraz energią płynącą z farm wiatrowych na Bałtyku. Moc zainstalowana w offshore ma osiągnąć ok. 5,9 GW w 2030 roku i do ok. 11 GW 10 lat później. Rządowe plany potwierdzają też, że w 2033 roku ma zostać uruchomiony pierwszy blok elektrowni jądrowej o mocy ok. 1–1,6 GW. Zdaniem wiceministra aktywów państwowych taki scenariusz jest jednak mało realny.
– Przez 10 lat budowaliśmy gazoport. Nawet przy pełnej determinacji państwa będzie to najwcześniej w latach 2038–2040 – podkreśla Janusz Kowalski. – Przez te 20 lat unijne regulacje systemu handlu emisjami ETS spowodują, że uzależnimy się od gazu, którego w Polsce nie mamy.
Jak podkreśla, polskie wydobycie gazu ziemnego to ok. 4 mld m3, tymczasem już dzisiaj krajowe zapotrzebowanie jest pięciokrotnie większe. Dlatego przestawienie gospodarki na gaz – w oczekiwaniu na uruchomienie innych stałych źródeł – spowoduje, że Polska będzie musiała importować coraz więcej tego surowca, a to z kolei zagrozi krajowemu bezpieczeństwu energetycznemu.
– Nie mamy żadnej wątpliwości, że jedyną odpowiedzią na zwiększenie zapotrzebowania Polski na błękitny surowiec, jakim jest gaz ziemny, będzie konieczność kupienia go z Nord Stream 1 i Nord Stream 2, czemu się absolutnie sprzeciwiamy. Nie po to dzisiaj prowadzimy dywersyfikację dostaw gazu ziemnego, żebyśmy za dwa–trzy lata musieli go kupować z kierunku zachodniego czy południowego, przez Czechy czy Słowację. To jest realne niebezpieczeństwo, które jest konsekwencją wyboru zamiany węgla na gaz ziemny, którego w Polsce po prostu nie ma – mówi wiceminister aktywów państwowych.
Podkreśla, że odnawialne źródła energii mogą być jedynie uzupełnieniem miksu energetycznego opartego na stałych źródłach.
– Tymi źródłami są źródła węglowe, gazowe albo atomowe. Skoro atom może być wprowadzony najwcześniej za kilkanaście lat, to nagła, bardzo szokowa transformacja energetyczna i wyłączanie polskiego górnictwa, polskiej elektroenergetyki węglowej pewnikiem spowoduje skokowe uzależnienie się od rosyjskiego gazu. To jest sprzeczne z zasadami prowadzenia polityki dobrej dla bezpieczeństwa energetycznego Polski – ocenia przedstawiciel Solidarnej Polski.
Wybór krzesła biurowego to wybór mebla, na którym będziemy spędzać prawdopodobnie przynajmniej 8 godzin dziennie. Dlatego tak ważne jest, by wybrać mądrze. Szczególnie obecnie, gdy domy wielu z nas zmieniły się w biura. Jakie krzesło biurowe wybrać? Oto 7 rzeczy, które musisz wiedzieć przed zakupem.
Jakie krzesło biurowe wybrać? Top 5 rzeczy, na które powinieneś zwrócić uwagę przed zakupem
To należy zrobić, gdy kupisz krzesło biurowe
Siedzący tryb życia to zmora naszych czasów. Niewiele możemy zmienić w tym zakresie, ale możemy zadbać o nasze zdrowie i komfort na tyle, na ile to możliwe. Jednym z bardzo istotnych czynników jest właściwy dobór krzesła biurowego. Często dokonujemy go, kierując się wyłącznie aspektami wizualnymi czy też ceną. To błąd, za który możemy słono zapłacić.
1. Jakie krzesło biurowe wybrać? Top 7 rzeczy, na które powinieneś zwrócić uwagę przed zakupem
Siedzenie w tej samej pozycji, patrzenie w monitor, ręce ułożone w nienaturalnej pozycji nad klawiaturą: brzmi znajomo? Niewłaściwie dobrane krzesło biurowe to nie tylko brak komfortu podczas wielogodzinnej pracy, ale i poważne problemy z kręgosłupem. Jak temu zapobiec? Kieruj się kilkoma prostymi radami.
wybierając rodzaj krzesła biurowego, pamiętaj, że musi ono być przede wszystkim ergonomiczne, czyli takie, które zapewni maksymalne wsparcie niezależnie od pozycji. Ergonomiczne krzesło może skutecznie pomóc w zapobieganiu urazów związanych z pracą siedzącą. Jest zaprojektowane w taki sposób, by poprawić postawę oraz krążenie krwi.
odpowiedz sobie na pytanie: ile godzin dziennie spędzasz przed komputerem? Krzesło biurowe stanie się twoim najwierniejszym współpracownikiem. A zatem zadbaj o to, by było jak najlepszej jakości. Z pewnością nie pożałujesz.
pamiętaj o obowiązkowych elementach. A są to przede wszystkim: wysokie (czyli sięgające ponad łopatki) oparcie, podłokietniki oraz uwypuklenie na wysokości części lędźwiowej kręgosłupa.
zwróć uwagę na jakość materiału, z którego wykonano krzesło i dobierz model, który będzie ci odpowiadał pod względem wizualnym i gabarytowym
porównaj ceny w poszczególnych sklepach, np. tutaj: AJ Produkty. Na krześle biurowym nie warto oszczędzać
2. To należy zrobić, gdy kupisz krzesło biurowe
Kupiłeś już krzesło biurowe? A zatem dostosuj jego ustawienia do masy ciała. Zwróć uwagę na to, czy oparcie skutecznie podpiera część lędźwiową, plecy sięgają do oparcia, zaś przednia krawędź nie uciska kolan.
Przesuwaj stopy w trakcie pracy i w miarę możliwości zmieniaj pozycję. Twoje ciało zostało stworzone do ruchu!
Na całym świecie poławianych jest ponad 90 mln ryb i owoców morza rocznie. Ich konsumpcja w ciągu ostatnich 30 lat wzrosła o ponad 120 proc., a 3,3 mld ludzi na świecie zapewniają przynajmniej 20 proc. dziennego spożycia białka zwierzęcego. To dlatego zjawisko złego zarządzania zasobami mórz i oceanów jest tak groźne. Organizacja MSC wyliczyła, że z powodu przeławiania stad co roku tracimy pożywienie dla 72 mln ludzi. Mimo że coraz ważniejszą rolę odgrywają zrównoważone połowy, to wiele gatunków ryb wciąż jest zagrożonych, m.in. tuńczyk błękitnopłetwy, dorsz bałtycki i łosoś bałtycki.
– Są to gatunki, które czasem trafiają do sprzedaży, ale jeśli pochodzą z wyjątkowych stad i regionów, gdzie udało się poprawić ich status i otrzymać certyfikat zrównoważonych połowów – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Dębicka, dyrektor programu MSC w Polsce i Europie Centralnej. – My nie namawiamy do mniejszego spożycia ryb, ponieważ jeśli poławiamy je w sposób zrównoważony i tylko takie kupujemy, to przyczyniamy się do tego, że tych ryb jest więcej i bogacą się dane kraje, lokalne społeczności i grupy rybackie. Tylko bardzo ważne jest, żebyśmy nie kupowali ryb zagrożonych, bo rzeczywiście będzie ich mniej.
Ryby są podstawowym źródłem białka dla wielu ludzi na świecie. Dane FAO wskazują, że w diecie połowy populacji zapewniają one co najmniej 20 proc. dziennego spożycia białka zwierzęcego. W ciągu ostatnich trzech dekad konsumpcja ryb i owoców morza wzrosła o 122 proc. Znacząco pogorszyła się za to kondycja stad. FAO szacuje, że ponad jedna trzecia światowych zasobów ryb i owoców morza jest poławiana w sposób niezrównoważony.
– Jeśli tak będzie dalej, to za kilka–kilkanaście lat nie będziemy mieli konkretnych gatunków, a wręcz może się załamać całe rybołówstwo, które jest jedną z największych gospodarek na świecie – przestrzega Anna Dębicka. – Mimo wieloletnich apeli organizacji pozarządowych, naukowców i ekologów wiele krajów wciąż nie przestrzega zasad zrównoważonego rybołówstwa.
Jak podkreśla, zarządzanie połowami jest bardzo dużym wyzwaniem. Tym bardziej że często wymaga międzynarodowego porozumienia między kilkoma krajami lub organizacjami.
– Ryby nie mają narodowości. Pływają w morzach i oceanach, przekraczając wiele wód terytorialnych, więc tutaj jest bardzo istotny konsensus pomiędzy wieloma krajami i branie pod uwagę potrzeb lokalnych społeczności – mówi dyrektorka programu MSC w Polsce. – Przykładem są połowy śledzia atlantyckiego – politycy z krajów poławiających z UE, Rosji i Grenlandii nie umieją się dogadać co do kwot połowowych. W takich sytuacjach wchodzi program MSC, działający obok polityki i bazujący na danych naukowych, z wiedzą o tym, jak należy poławiać.
Analiza MSC pokazuje, że globalne wdrożenie zrównoważonych połowów, które pozwalają odbudować stada ryb oraz ekosystemy, pozwoliłoby rocznie zaspokoić potrzeby na białko 72 mln osób. Dodatkowo znaczenie ryb i owoców morza będzie rosło, szczególnie w kontekście prognoz dotyczących wzrostu światowej populacji – do 2050 roku ma być już 10 mld ludzi na świecie.
– Na całym świecie poławianych jest ponad 90 mln ryb i owoców morza rocznie. Udział certyfikowanych połowów rośnie. Ostatnio wynosił ponad 17 proc. i mamy nadzieję, że będzie dalej rósł. Podobnie jak rośnie liczba produktów i firm certyfikowanych w ramach zrównoważonego łańcucha dostaw. W Polsce już mamy ponad 120 firm, które posiadają certyfikat MSC – są wśród nich wszystkie główne, najbardziej znane firmy oraz kilkaset produktów dostępnych na półkach w różnych sklepach i sieciach handlowych – mówi Anna Dębicka.
Aby otrzymać certyfikat MSC, firma musi wykazać, że poławiane stado znajduje się w dobrej kondycji, a dzięki skutecznemu zarządzaniu połowy mają minimalny wpływ na środowisko. Ponad 15 proc. łowisk na świecie ma już taki certyfikat, a kolejne 10 proc. dąży do jego pozyskania. Na produkty ze znakiem MSC konsumenci wydają rocznie 10 mld dol.
Platforma telemedyczna, wspierana przez sztuczną inteligencję aplikacja mobilna i czatbot usprawnią diagnostykę i leczenie w obrębie psychiatrii. Dzięki rozwiązaniu tworzonemu przez polski start-up natychmiastowy dostęp do leczenia uzyskają m.in. pacjenci wykluczeni komunikacyjnie. Podobna aplikacja, stworzona na rynek niemiecki, uzyskała pozytywną ocenę dotyczącą szans na poprawę diagnozowania i modelowania terapii. Rozwiązanie proponowane przez Polaków początkowo będzie przeznaczone na rodzimy rynek, ale docelowo ma być stosowane na całym świecie.
– Klienci mogą korzystać ze specjalnej aplikacji, która w synchronizacji z ich telefonami, smartwatchami czy innymi urządzeniami pomaga im śledzić swój styl życia i w pewien sposób zidentyfikować te czynniki, które mogą wpływać na ich samopoczucie, na ich zdrowie psychiczne, zarówno negatywnie, jak i pozytywnie. Jest również bardzo duża wartość dodana dla lekarzy, którzy są w kontakcie z pacjentami, ponieważ gdy lekarz szczegółowo pozna styl życia pacjenta, dużo łatwiej mu spersonalizować terapię – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Waryszak, dyrektor operacyjny w Calmsie.
Aplikacja mobilna jest uzupełnieniem platformy telemedycznej, dzięki której pacjenci mogą w szybki sposób uzyskać u swojego psychiatry teleporadę, niezależnie od tego, gdzie znajdują się w danej chwili. Rozwiązanie proponowane przez Calmsie opiera się na pracy algorytmów sztucznej inteligencji.
– Jest ona wykorzystywana na dwóch polach. Po pierwsze, jest to system rekomendacyjny, który z pomocą lekarzy identyfikuje te elementy, które wpływają na stan zdrowia psychicznego pacjentów, a z drugiej strony następnie może wygenerować rekomendacje, które pomogą naszym pacjentom poprawić swój stan zdrowia psychicznego poprzez zmianę drobnej rutyny życiowej. Może to być poprawienie jakości snu czy zwiększenie aktywności fizycznej. Z drugiej strony czatbot terapeutyczny poprzez wykorzystanie głębokich sieci neuronowych i generowanie języka naturalnego w sposób płynny utrzymuje rozmowę z pacjentem i może wspierać w ten sposób terapię – tłumaczy Marcin Waryszak.
Aplikację przeznaczoną do monitorowania zdrowia psychicznego oferuje już m.in. niemiecka firma MindDoc. Spełnia ona funkcję osobistego asystenta, który trzy razy dziennie zbiera wywiad od pacjenta. Na podstawie danych opracowywany jest profil użytkownika, a następnie powstają raporty dotyczące jego stanu zdrowia psychicznego. W połowie stycznia w czasopiśmie „PLOS ONE” opublikowane zostały wyniki badań tej aplikacji, które dowodzą, że połączenie wielu pomiarów dzięki technologii mobilnej może poprawić dokładność diagnostyczną i przewidywanie trajektorii leczenia w dziedzinie zdrowia psychicznego. Tego typu rozwiązania mogą jednak nie tylko wpłynąć na poprawę diagnostyki, lecz także zwiększenie dostępności do leczenia.
– Każdy może skorzystać z aplikacji w dowolnym momencie. Gdy mamy dostęp do lekarza stacjonarnie, to zwykle musimy długo czekać na wizytę, a często mamy problem z umówieniem się. W przypadku formy telemedycznej pomoc jest właściwie natychmiastowa. Jest dużo większa dostępność, niezależnie od naszej lokalizacji, i to też bardzo pozytywnie wpływa na zmniejszenie wykluczenia społecznego – zaznacza dyrektor operacyjny Calmsie.
Położenie akcentu na poprawę leczenia w dziedzinie psychiatrii jest szczególnie istotne zwłaszcza w dobie pandemii koronawirusa. Według raportu Organizacji Narodów Zjednoczonych jeszcze przed wybuchem pandemii COVID-19 sytuacja związana ze zdrowiem psychicznym była dramatyczna. Z raportu dowiadujemy się, że pandemia doprowadziła do sytuacji, w wyniku której wiele osób doświadcza uczucia niepokoju spowodowanego izolacją społeczną i obawą przed zakażeniem oraz troską o życie bliskich. Wiele osób straciło pracę lub obawia się jej utraty. Jednocześnie na depresję cierpi około 264 mln ludzi na świecie, a w wyniku tej choroby światowa gospodarka traci bilion dolarów.
– W tej chwili jako społeczeństwo skupiamy się na problemach zbiorowych, a problemy indywidualne mogą dopiero przynieść efekty za rok, dwa czy trzy, gdy się okaże, że po końcu pandemii ludzie wciąż nie potrafią sobie poradzić z problemami. Gdy spojrzymy na statystyki samobójstw, to się okaże, że ich liczba utrzymuje się na poziomie około 4 tys. rocznie – wskazuje Marcin Waryszak.
Wdrożenie platformy, aplikacji i czatbota Calmsie odbywa się we współpracy z Uniwersytetem Medycznym w Łodzi. Na razie rozwiązanie jest projektowane do wykorzystania w Polsce, ale docelowo będzie wypuszczane również na rynki zagraniczne – w pierwszej kolejności duński i brytyjski.
Najskuteczniejsze rozwiązania z zakresu cyberbezpieczeństwa są wspierane przez sztuczną inteligencję. Dzięki algorytmom są w stanie wykryć zagrożenia w zaledwie kilka sekund – kilkadziesiąt razy szybciej, niż zrobiłby to człowiek. Czynnik ludzki jest też uznawany za największą lukę wykorzystywaną przez hakerów. Problem uwydatnił się w wyniku przemodelowania dużej części gospodarki na pracę zdalną. W jej wyniku aż 70 proc. firm poniosło straty związane z naruszeniami ochrony danych. Jak przewidują eksperci, sytuacja pandemiczna wpłynie na wdrożenie w prywatnych komputerach zabezpieczeń dotychczas instalowanych w sprzęcie firmowym.
– Moduły sztucznej inteligencji polegają na analizie danych, na oddzieleniu zachowań bezpiecznych od zachowań niebezpiecznych i niestandardowych. Innymi słowy, każde zachowanie, które może być uznane za niebezpieczne i może być wykryte przez człowieka, może być również wykryte przez algorytm sztucznej inteligencji na podstawie tych samych danych. Algorytm jednak zrobi to znacznie szybciej – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Sebastian Stefanowski, dyrektor Działu Practice w Inetum Polska.
Sztuczna inteligencja jest zdolna do przetwarzania miliardów rekordów danych, pochodzących zarówno z baz, jak i źródeł nieustrukturyzowanych, jak np. blogi. SI uczy się rozpoznawania zagrożeń poprzez uczenie maszynowe. Gromadzi informacje, a potem określa profil zagrożeń, występujących na przykład w szkodliwych plikach czy podejrzanych adresach IP. W efekcie wykrywa zagrożenia nawet 60-krotnie szybciej niż człowiek – analiza trwa zaledwie kilka sekund.
– Podstawą dobrego algorytmu sztucznej inteligencji są dane. Zbieranie danych bardzo często kojarzy się z utratą prywatności i postrzegane jest jako pewne niebezpieczeństwo. Dane można jednak zbierać w sposób anonimowy. Trzeba mieć również świadomość tego, że zyski z zabezpieczeń opartych na sztucznej inteligencji mogą znacznie przewyższać koszty związane z ryzykiem utraty danych. Każdy zgodziłby się udzielić danych na temat swoich zachowań na przykład bankowi – po to, żeby zabezpieczyć w ten sposób swoje konto – wskazuje Sebastian Stefanowski.
Algorytmy SI stanowią podstawę działania platformy SafeGuard Cyber, która zapewnia ochronę przed atakami m.in. w social media oraz w cyfrowych kanałach B2B. Platforma samodzielnie wykrywa przychodzące szkodliwe pliki i zabezpiecza wrażliwe dane przed nieautoryzowanym udostępnieniem. Z rozwiązania korzysta m. in. koncern kosmetyczny Johnson & Johnson, farmaceutyczni giganci, tacy jak Novartis i Abbott, a także amerykański Bank of Tampa.
– Większość przedsiębiorstw korzysta już z modułów sztucznej inteligencji. Tak naprawdę zależy to od poziomu dojrzałości firmy. Poziom podstawowy to są po prostu filtry, np. antyspamowe czy wykrywające podejrzane załączniki w poczcie informatycznej. Następnym poziomem są różnego rodzaju moduły analizy ruchu sieciowego. Prym w takich technikach wiodą dostawcy chmur. Prawie każdy z nich ma już gotowe rozwiązania, które mogą wykrywać i alarmować o niestandardowych i niebezpiecznych zachowaniach, i może je udostępniać swoim klientom, Najwyższym poziomem jest analiza zachowań użytkowników w aplikacjach – wymienia dyrektor Działu Practice w Inetum Polska.
Sztuczna inteligencja wykorzystywana jest jednak nie tylko do projektowania zabezpieczeń, lecz także przy przygotowywaniu ataków cybernetycznych. Może być używana na przykład do ciągłego monitorowania sieci w celu wykrywania nowych luk, które mogą potem wykorzystać hakerzy. SI używana jest także do manipulowania danymi, a także do przeprowadzania ataków socjotechnicznych.
– To nieustanny wyścig zbrojeń. Obie strony – i strona zabezpieczająca, i strona, która atakuje – korzystają z algorytmów sztucznej inteligencji. Fakt, że w pandemii nasiliła się liczba cyberataków, zmusi przedsiębiorstwa do inwestycji większych pieniędzy w systemy zabezpieczeń, co na pewno pociągnie za sobą rozwój tej branży, czyli rozwój systemów cyberbezpieczeństwa opartych na sztucznej inteligencji – przewiduje Sebastian Stefanowski.
Z „Raportu z badania kosztów naruszeń ochrony danych” wynika, że średni koszt łączny wynikający z tych naruszeń wynosi 3,86 mln dol. Branżą najbardziej dotkniętą atakami była ochrona zdrowia. Co ciekawe, w raporcie z poprzedniego roku koszt był nieco wyższy i wyniósł 3,92 mln dol. Jak jednak zaznaczają autorzy raportu, spadek ten jest tylko teoretyczny. Raport uwydatnia problem pogłębiających się różnic między kosztami naruszeń ponoszonymi przez organizacje inwestujące w bardziej zaawansowane procesy zabezpieczające, takie jak automatyzacja, a kosztami ponoszonymi przez firmy inwestujące w tańsze zabezpieczenia.
Nie bez wpływu na sytuację pozostała pandemia koronawirusa. Z raportu IBM wynika, że w wyniku wdrożenia pracy zdalnej koszt naruszeń ochrony danych zwiększył się o 137 tys. dol. Zjawisko to zaobserwowało 70 proc. ankietowanych. 76 proc. zgłaszało, że w wyniku pracy zdalnej wydłużył się czas potrzebny na wykrycie i powstrzymanie potencjalnego zagrożenia.
– Konsekwencją tego, co zadziało się w roku 2020, będzie to, że środek ciężkości myślenia o zabezpieczeniach przesunie się z zabezpieczeń systemów komputerowych w sieciach firmowych na zabezpieczenia systemów komputerowych w sieciach prywatnych. Innymi słowy, te algorytmy sztucznej inteligencji, które są teraz dostępne jedynie dla dużych firm, staną się popularne i trafią jako zabezpieczenia dla normalnych komputerów prywatnych w domach prywatnych. Będzie to prosta konsekwencja tego, że większość z pracowników w niektórych branżach przestawiła się na pracę zdalną – wskazuje dyrektor Działu Practice w Inetum Polska.
Pozyskiwanie energii elektrycznej z wodoru nie jest nowym tematem. Pierwsze artykuły naukowe o gospodarce wodorowej zaczęły pojawiać się w Polsce w latach ‘90, a na świecie parę lat wcześniej. Jednak ponieważ rozwój gospodarki wodorowej jest ściśle powiązany z rozwojem odnawialnych źródeł energii, stał się on topowym tematem w ostatnich latach – gdy walka o dekarbonizację światowych gospodarek przyspieszyła. Dzieje się tak dlatego, że przy oparciu gospodarki energetycznej o odnawialne źródła energii potrzebny jest sposób na magazynowanie i ustabilizowanie dostawy prądu. I właśnie tutaj z pomocą przychodzi wodór. Obecnie czekamy na rozwój techniki w zakresie ogniw paliwowych, które pozwolą na wytwarzanie energii elektrycznej ze zmagazynowanego wodoru. W Polsce znajdują się ośrodki, które są zaangażowane w produkcję takich ogniw. Jest więc szansa na to, że Polska znajdzie się w grupie światowych producentów i dostarczycieli nowych technologii wodorowych.
– Gospodarka wodorowa rozwija się w kontekście dekarbonizacji i osiągania neutralności klimatycznej. Potrzebujemy nośnika molekularnego, który zastąpi źródła kopalne w charakterze stałego źródła prądu. Teraz taką rolę zaczyna odgrywać gaz – jako mniej emisyjne paliwo od węgla, ale jest to sytuacja przejściowa. Wodór już od teraz powinien być stosowany równolegle do gazu, a po 2040 roku ten gaz zastąpić – powiedziała serwisowi eNewsroom Magdalena Maj,starsza analityczka zespołu energii i klimatu w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – Inwestycje związane z rozwijaniem gazowych sieci nie są więc nieuzasadnione. Po odpowiednim dostosowaniu będą mogły służyć także do przesyłania wodoru. Coraz więcej państw planuje oprzeć swoją gospodarkę energetyczną na wodorze. Japonia opracowała swoją strategię wodorową z końcem 2017 roku. Chociaż pierwotnie zakładała korzystanie z wysokoemisyjnego wodoru, teraz skręca w stronę zielonych rozwiązań. Strategię wodorową opublikowało także wiele innych krajów – zarówno z UE, jak i spoza Europy. Gospodarka wodorowa może się więc stać przyszłością światowej energetyki – przewiduje Maj.
Wynajem długoterminowy aut zdołał utrzymać wzrost w 2020 roku. Branża relatywnie łagodniej od reszty rynku odczuła pandemię i urosła o 2% r/r.
Rok 2020, zdominowany przez globalne spowolnienie gospodarcze spowodowane pandemią koronawirusa, dobiegł końca i pozostawił po sobie w niemalże każdej branży wspomnienia, o których większość wolałaby szybko zapomnieć. Koronawirus, COVID, pandemia to słowa, które nie schodziły z ust na całym świecie, niezależnie od kontekstu, w którym się pojawiały. Środowisko motoryzacyjne jest bez wątpienia jednym z tych, które życzyłoby sobie, żeby rok 2020 nigdy się nie wydarzył. Pandemia odcisnęła swoje negatywne piętno także na rynku wynajmu długoterminowego samochodów w Polsce, a w jeszcze większym stopniu na wypożyczalniach aut. Dwucyfrowe wzrosty branży na razie odeszły w zapomnienie. Zgodnie z danymi opublikowanymi przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP), wynajem długoterminowy samochodów w Polsce zakończył rok 2020 ze wzrostem łącznej floty na poziomie 2% r/r. Biorąc pod uwagę sytuację gospodarczą i wszechobecne, duże spadki, wzrost ten, choć niewielki, zasługuje na uwagę i mimo wszystko jest pozytywną informacją. Dodatkowo, branża wynajmu długoterminowego zanotowała relatywnie dużo niższy spadek liczby zakupionych nowych aut osobowych w minionym roku, niż konkurencyjne formy finansowania samochodów. W efekcie, w 2020 roku znacząco zwiększył się udział wynajmu długoterminowego w sprzedaży nowych aut do firm. W wynajmie długoterminowym znajdował się już co czwarty samochód osobowy nabywany przez przedsiębiorców w naszym kraju. Spośród wszystkich form wynajmu pojazdów pandemia okazała się najbardziej dotkliwa dla branży Rent a Car, czyli wypożyczalni samochodów, która rok 2020 zakończyła ze spadkiem wynoszącym -17,3% r/r.
Branża motoryzacyjna wyjątkowo mocno ucierpiała z powodu spowolnienia gospodarczego wywołanego pandemią COVID-19. Na rynku europejskim w 2020 roku odnotowano największe w historii analiz statystycznych spadki sprzedaży nowych samochodów. Według informacji przedstawionych przez ACEA (Europejskie Stowarzyszenie Producentów Samochodów) w całej Unii Europejskiej sprzedano w minionym roku o 3 mln nowych aut osobowych mniej niż rok wcześniej, co oznacza spadek o 23,7% r/r. Jeśli chodzi o główne rynki UE, największe spadki sprzedaży wystąpiły w Hiszpanii (-32,3% r/r), Włoszech (-27,9% r/r), czy Francji (-25,5% r/r).
Nasz kraj uplasował się pod tym względem blisko średniej unijnej, notując w 2020 r. spadek sprzedaży nowych samochodów osobowych na poziomie -22,9% w stosunku do roku 2019. Z polskich salonów wyjechało o ponad 127 tys. osobówek mniej niż rok wcześniej, łącznie 428,5 tys. aut.
Tradycyjnie, podobnie jak w wielu ostatnich latach, fundamentem sprzedaży samochodów osobowych w salonach w Polsce były firmy, odpowiadające za blisko ¾ nowych aut osobowych (ponad 311 tys.), które w 2020 r. wyjechały z salonów na polskie drogi. Jednakże, firmy zakupiły o 20,8% (prawie 82 tys.) osobówek mniej niż rok wcześniej. W przypadku osób prywatnych spadek ten był jeszcze większy i wyniósł niemalże 28% r/r. Udział klientów instytucjonalnych (firm) w całkowitej sprzedaży zwiększył się w poprzednim roku o 1,9% r/r.
Spadek liczby importowanych aut używanych mniejszy niż spadek sprzedaży w salonach
Za import używanych aut zza granicy od lat odpowiadają w Polsce przede wszystkim klienci indywidualni. Pomimo, że w 2020 roku zza granicy sprowadzono o 17% aut używanych mniej niż rok wcześniej, to spadek ten był mniejszy niż w przypadku sprzedaży samochodów nowych, w szczególności w segmencie klientów indywidualnych. Do Polski sprowadzono łącznie 771 tys. aut używanych. Według informacji IBRM Samar, w listopadzie 2020 roku w Polsce padł niechlubny rekord pod względem średniego wieku sprowadzanego do naszego kraju samochodu i wyniósł on niemalże 12 lat. Do tej pory najwyższy średni wiek importowanych aut zanotowany został w lipcu 2004 r.
Zdecydowanie większy spadek sprzedaży nowych aut wśród klientów indywidualnych
w porównaniu ze spadkiem importu samochodów używanych zza granicy, który jest generowany przede wszystkim przez osoby prywatne, to w naszej ocenie niepokojąca tendencja – mówi Rafał Merk, Członek Zarządu PZWLP, Dyrektor Zarządzający Athlon Polska. – W 2019 roku mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem odwrotnym. Obecny trend oznacza, że klienci indywidualni chętniej sięgali po sprowadzane auta używane, aniżeli nowe. Co gorsza, z danych wynika, że importowane w zeszłym roku do Polski pojazdy były coraz starsze. To niedobre zjawisko, które w 2020 roku może zostać częściowo wytłumaczone ogólną sytuacją ekonomiczno – gospodarczą. Jeżeli trend ten jednak się utrzyma, to będzie bardzo niekorzystnie wpływał na poziom bezpieczeństwa i ekologii aut poruszających się po polskich drogach. Używane auta zza granicy bardzo często bowiem znajdują się w złym stanie technicznym, są mocno wyeksploatowane i nieprzyjazne dla środowiska naturalnego. Nasza branża i organizacja wielokrotnie już apelowała o uregulowanie w Polsce, podobnie jak ma to miejsce w wielu krajach europejskich, importu używanych samochodów, ograniczając sprowadzanie pojazdów starych, wyeksploatowanych, niebezpiecznych i nieekologicznych. Liczymy, że na popularności wśród Polaków będzie zyskiwała rosnąca na naszym rynku wtórnym samochodów oferta aut używanych po wynajmie długoterminowym, których wiek nie przekracza z reguły 5 lat, pochodzą wyłącznie z polskich salonów, są w bardzo dobrym stanie technicznym i są znacznie bardziej ekologiczne, a także bezpieczne, od aut importowanych.
Już co czwarty nowy samochód osobowy nabywany przez przedsiębiorców znajduje się w wynajmie długoterminowym
Pomimo, że rok 2020 był ogólnie jednym z najgorszych w historii dla rynku motoryzacyjnego w Polsce, to poziom sprzedaży aut do firm w salonach nie był przez cały ten czas jednakowo niski. Zdecydowanie najgorszy pod tym względem był drugi kwartał, natomiast w drugiej połowie roku następowało już pewne odbicie rynku. W szczególności było to widoczne w ostatnim kwartale roku, kiedy wolumen sprzedaży nowych samochodów osobowych do firm był już zbliżony do poziomu z analogicznego czasu w roku 2019, a więc sprzed pandemii (ok. 101 tys. nowych aut osobowych sprzedanych do firm w czwartym kwartale 2020 r. wobec ok. 105 tys. w porównywalnym okresie 2019 r.).
Podobnie, niejednorodny był w roku 2020 spadek sprzedaży nowych samochodów do firm w poszczególnych formach finansowania. Na tym tle wyróżniał się wynajem długoterminowy, który zanotował najmniejszą stratę w porównaniu do roku 2019, na poziomie -13,9% r/r. Dla porównania, w przypadku konkurencyjnych rodzajów finansowania aut dla firm, czyli kredytu, zakupu i klasycznego leasingu finansowego razem, spadek sprzedaży wyniósł w minionym roku -22,7% r/r.
Relatywnie lepsze pod tym względem wyniki wynajmu długoterminowego zaowocowały znacznym zwiększeniem udziału tej formy finansowania w całkowitej sprzedaży nowych samochodów do firm – o 1,9% w porównaniu z rokiem 2019. W minionym roku w wynajmie długoterminowym znajdowało się już co czwarte (24%) nowe auto nabywane przez przedsiębiorców w Polsce. Branża zakupiła w 2020 r. łącznie 74,7 tys. nowych samochodów osobowych.
Wzrost, choć niewielki, wyróżnia wynajem długoterminowy na tle rynku w 2020 r.
Obserwowana przez kilka ostatnich lat dwucyfrowa dynamika wzrostu branży wynajmu długoterminowego samochodów w Polsce, w 2020 roku odeszła do historii. W każdym kolejnym kwartale roku tempo rozwoju było coraz mniejsze – branża cały czas hamowała. Jednakże, hamowanie to było już wyraźnie łagodniejsze w drugiej połowie roku, czyli w trzecim i czwartym kwartale. Rok 2019 wynajem długoterminowy zakończył ze wzrostem łącznej floty na poziomie 10,6% r/r, a na koniec roku 2020 r. wzrost ten wynosił już jedynie 2% r/r.
Spowolnienie wywołane pandemią odcisnęło swoje piętno na całej gospodarce, w tym na rynku motoryzacyjnym i na branży wynajmu długoterminowego samochodów – mówi Robert Antczak, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Generalny Arval Polska. – Na podkreślenie zasługuje fakt, że biorąc pod uwagę trudną ogólną sytuację gospodarczą oraz kłopoty na samym rynku motoryzacyjnym, branża wynajmu długoterminowego mimo wszystko zdołała utrzymać wzrost w 2020 roku. Choć wzrost ten jest oczywiście niewielki i daleki od poziomów do których przyzwyczailiśmy się w poprzednich latach, to wyróżnia pozytywnie wynajem długoterminowy na tle całego rynku. W drugiej połowie roku, w trzecim i czwartym kwartale, dało się zaobserwować już pewną stabilizację tempa wzrostu branży w okolicach 2 – 3% i jest to pozytywny sygnał, który może, ale nie musi oznaczać wyhamowanie dynamiki rozwoju na tym poziomie. Z umiarkowanym na razie optymizmem należy również patrzeć na relatywnie dobre dane rynkowe dotyczące sprzedaży aut do firm w ostatnim kwartale roku, kiedy to wolumen sprzedaży zbliżył się już do poziomu z 2019 roku. Nie jest wykluczone, że będziemy mieli wkrótce do czynienia z tzw. odbiciem zarówno na rynku motoryzacyjnym, jak i w branży wynajmu długoterminowego. Wiele zależało będzie jednak od rozwoju sytuacji związanej z pandemią i od ograniczeń w działalności gospodarczej w pierwszej części bieżącego roku.
W liczącej na koniec roku 2020 nieco ponad 181 tys. aut* flocie aut w wynajmie długoterminowym firm należących do PZWLP, zdecydowana większość, bo aż 89,8% pojazdów było obsługiwane w ramach usługi Full Serwis Leasing. Do najpopularniejszych samochodów należały Skoda Octavia, Opel Astra, Skoda Fabia i Volkswagen Passat.
Diesli wciąż ubywa, coraz więcej aut z napędami ekologicznymi
Na koniec 2020 roku nadal wyraźnie zaznaczał się obserwowany już od kilku lat trend spadku udziału samochodów z silnikami Diesla w wynajmie długoterminowym w Polsce. Diesle na koniec grudnia stanowiły już tylko 53,1% ogółu aut, o 5,3% mniej niż w analogicznym czasie rok wcześniej. Już 4 na 10 samochodów było natomiast napędzanych silnikami benzynowymi (41%), co oznacza wzrost ich udziału o 3% r/r. Do niedawna marginalna grupa aut ekologicznych tj. wyposażonych we wszelkiego typu silniki hybrydowe oraz napędy w pełni elektryczne, na koniec roku 2020 była już bardzo dobrze widoczna na tle ogółu i stanowiła 5,9% pojazdów w wynajmie długoterminowym. Udział aut ekologicznych (hybryd i elektrycznych łącznie) zwiększył się w ciągu roku o 2,3%. Samochody w pełni elektryczne to nadal jedynie tylko 0,4% ogółu aut w wynajmie długoterminowym.
Średnia emisja dwutlenku węgla nowych samochodów osobowych zakupionych przez branżę wynajmu długoterminowego w czwartym kwartale 2020 roku była o 2,8% i 3,6 g/km wyższa niż rok wcześniej i wyniosła 131,5 g/km. Jeśli zaś chodzi o auta dostawcze, to średnia emisja w ich przypadku wyniosła 154,6 g/km i była wyższa o 3,8% i 5,7 g/km w stosunku do stanu w porównywalnym czasie roku 2019.
Skutki pandemii najbardziej dotkliwe dla wypożyczalni samochodów
Pandemia koronawirusa i związane z nią ograniczenia w działalności gospodarczej, a także w mobilności i przemieszczaniu się osób, najsilniej spośród wszystkich form wynajmu są odczuwane przez branżę Rent a Car (wypożyczalnie samochodów). W jej przypadku auta są wynajmowane na okresy krótkie (1-30 dni) oraz średnie (1 miesiąc – 2 lata), a głównymi motorami napędowymi są ruch turystyczny i biznesowy. Zgodnie z danymi PZWLP na koniec 2020 r., branża Rent a Car w Polsce odnotowała spadek łącznej floty aut na poziomie -17,3% r/r.
Wypożyczalnie samochodów w Polsce przez cały 2020 rok wyjątkowo dotkliwie odczuwały wpływ pandemii. Największy spadek, podobnie jak w przypadku całego rynku motoryzacyjnego, wystąpił w drugim kwartale roku (-25,5% r/r), najmniejszy natomiast w kwartale trzecim (-13,4% r/r). Na minimalnie lepsze wyniki osiągnięte w trzecim kwartale wpłynęło częściowe odmrożenie gospodarki, a przede wszystkim przywrócenie w pewnym stopniu ruchu lotniczego i działalności turystycznej.
Spadki notowane przez branżę Rent a Car w Polsce są naturalną reakcją na ograniczenia w transporcie, a przede wszystkim w ruchu lotniczym i turystycznym – mówi Paweł Piórkowski, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Hertz (Motorent Sp. z o.o.). – Dopóki ograniczenia te nie znikną i gospodarka nie zostanie odmrożona przynajmniej w sektorach turystycznym i lotniczym, wypożyczalnie aut, których głównych przedmiotem działalności jest zapewnianie doraźnej mobilności, będą znajdowały się w ciężkiej sytuacji. Niestety, problemy naszej branży spowodowane pandemią trwają już blisko od roku i nie jest wykluczone, że część firm Rent a Car może mieć trudności z zachowaniem wcześniejszej skali działalności. Za pozytywne można obecnie uznać odmrożenie rynku wtórnego pojazdów, co pozwala wypożyczalniom elastycznie dostosowywać swoją flotę samochodów do aktualnej sytuacji, zbywając niewynajmowane pojazdy i wpływając w ten sposób na choć część niezbędnych do poniesienia kosztów stałych.
Branża Rent a Car jest obecnie reprezentowana w PZWLP przez 6 dużych, sieciowych, polskich i międzynarodowych wypożyczalni samochodów, których łączna flota** w usługach wynajmu krótkoterminowego (1-30 dni) oraz średnioterminowego (1 miesiąc – 2 lata) wynosiła na koniec grudnia 2020 roku ponad 13,5 tys. aut***.
Analitycy REDD, niezależnej platformy dostarczającej dane o rynku biurowym w Polsce, podsumowali 2020 rok na rynku biurowym. Na koniec czwartego kwartału łączne zasoby powierzchni biurowej w Polsce wyniosły 12,88 mln m kw. Najwięcej powierzchni zlokalizowane jest w Warszawie (6,87 mln m kw.), Krakowie (1,41 mln mkw.), Wrocławiu (1,25 mln m kw.) – wynika z raportu REDD. Analitycy platformy jako jedyni w Polsce biorą pod uwagę powierzchnię we wszystkich budynkach klasy A, B i C.
Całkowite zasoby powierzchni biurowej w Polsce wynoszą już ponad 12,88 mln m kw., a w budowie znajduje się 1,32 mln m kw. Według danych REDD, w samej Warszawie powstaje obecnie ok. 660 tys. m kw., w Katowicach ponad 150 tys. m kw., a w Krakowie ponad 147 tys. m kw.
Rośnie również wskaźnik pustostanów. Tylko w Warszawie w budynkach klasy A (nowoczesna powierzchnia) prawie 650 tys. m kw. jest do wynajęcia od ręki, a kolejne 280 tys. mkw. w budynkach już komercjalizowanych, ale będących jeszcze w trakcie budowy.
Z kolei w całej Polsce we wszystkich biurowcach z bazy REDD było do wynajęcia ponad 2,5 mln m kw., z czego prawie 700 tys. m kw. w budynkach już komercjalizowanych, ale w trakcie budowy.
Rok zmian na rynku biur
– Za nami rok, który przejdzie do historii, a jego skutki obserwować będziemy przez kolejne lata – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD. Jak dodaje, pandemia zmieniła nie tylko model pracy, ale i rynek pracy, co nie pozostało bez wpływu na rynek biur.
– Praca hybrydowa jest już stałym elementem na rynku pracy, firmy nauczyły się jak pracować zdalnie. Najczęściej wybieranym modelem jest praca w biurze w wymiarze 3-4 dni. Takie podejście może w perspektywie długookresowej mieć znaczący wpływ na zapotrzebowanie na powierzchnię biurową – prognozuje Piotr Smagała z REDD.
W ocenie eksperta, biura jednak nadal odgrywać będą znaczącą rolę w firmach. Dla biznesu są one niezbędne i pokazały to ostatnie miesiące. Home office odkrył, jak ważny dla zespołu jest kontakt osobisty, jak bardzo potrzebne są spotkania osobiste i „burza mózgów”.
– Negatywne skutki pandemii COVID-19 rynek biurowy zaczął odczuwać niemal od razu po wprowadzeniu twardego lockdownu w marcu 2020 roku. Negocjacje dotyczące wynajmu nowych powierzchni w wielu przypadkach zostały zawieszone, a firmy czekały na ustabilizowanie się sytuacji – mówi Piotr Smagała.
Podaż. Ponad 646 tys. nowych mkw. w całej Polsce
W 2020 roku na rynek dostarczono w całej Polsce ponad 646 tys. mkw. biur. W samej stolicy pojawiła się powierzchnia w ramach np. The Warsaw Hub, zrealizowanego przez Ghelamco Poland o powierzchni 89 tys. mkw. czy Mennica Legacy Tower od Golub GetHouse, który dostarczył ponad 47 tys. mkw.
– Nowe inwestycje będą kontynuowane, ale podjęcie decyzji o ich rozpoczęciu będzie szerzej analizowane niż do tej pory. Deweloperzy dużo ostrożniej podchodzą do nowych projektów, a data ich rozpoczęcia może wydłużyć się do momentu ustabilizowania sytuacji związanej z pandemią COVID-19 – mówi Piotr Smagała, REDD.
Właściciele zmieniają podejście
– Sytuacja ostatnich miesięcy zmieniła także podejście właścicieli budynków. Już teraz są oni bardziej skłonni do większego pola negocjacji czynszu i długości trwania umowy – zaznacza Piotr Smagała.
Jak dodaje, jednym z ważniejszych trendów w 2020 roku była również wzrastająca liczba powierzchni oferowanej na podnajem. Obecnie w Warszawie na firmy zainteresowane takim rozwiązaniem czeka ok. 110 tys. mkw.
Dodatkowo właściciele dostosowują się do wymagań najemców. Co za tym idzie, oferować będą elastyczną powierzchnię w budynkach. Ważne będą przestrzenie wspólne w budynkach, salki konferencyjne „na godziny” dostępne dla wszystkich najemców obiektu. Idziemy w kierunku takiej „coworkizacji biur”.
Czynsze coraz niższe
W ostatnich miesiącach obserwujemy redukcję stawek czynszów za wynajem powierzchni biurowych, zarówno po stronie czynszów bazowych, jak i efektywnych. Średnia stawka w Warszawie wynosi nieco pod 14 euro/mkw./m-c. Spadek średnich stawek dotyczy każdej klasy obiektów biurowych.
Platforma REDD Real Estate Digital Data opublikowała dane dotyczące całego rynku powierzchni biurowych w Polsce za rok 2020. Źródłem informacji jest największa baza danych o rynku analizująca 26 rynków biurowych w kraju. Dane zawarte w raporcie „Office Market Snapshot 2020” dotyczą powierzchni biurowej oddanej do użytku w budynkach klas A, B i C, budynków w budowie, liczby i wielkości transakcji wynajmu, liczby powierzchni niewynajętej oraz liczby powierzchni będącej w IV kw. oferowanej do podnajmu.
Amazon, który należy do grona pięciu największych spółek technologicznych, przygotowuje się do ekspansji w warunkach, gdy zakończy się pandemia. W listopadzie 2020 r. uruchomił aptekę internetową. Inwestorzy w napięciu czekają na wyniki finansowe giganta.
– Amazon w Polsce kojarzony jest przede wszystkim z e-commerce, jednak jego działalność jest o wiele szersza i szyta na miarę pandemii, gdy konsumenci mają ograniczony dostęp do tradycyjnych zakupów – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets. – Spółka prężnie działa także w obszarze streamingu wideo na żądanie, a więc tam, gdzie Netflix, Apple czy Disney.
Kurs akcji Amazon w 2020 r. wzrósł o ponad 100 proc. Jeżeli skala pandemii będzie szybko maleć, czy musi to negatywnie wpłynąć na wyniki finansowe Amazon? Niekoniecznie, bo spółka bardzo szybko rozwija się w obszarze usług w chmurze. I jest już liderem, prześcigając Microsoft.
– Internetowa apteka Amazon Pharmacy może w przyszłości przynosić gigantyczne przychody, bo rynek opieki zdrowotnej wart jest w USA 4 bln dolarów – wyjaśnia ekspert CMC Markets.
Ta ekspansja zmieni także rynek usług e-commerce w Polsce, pozostają tylko wątpliwości, jak bardzo. Wejście Allegro na GPW było debiutem 2020 roku na warszawskiej giełdzie, a inwestorów nie wystraszyła informacja w prospekcie emisyjnym, że bardzo istotnym czynnikiem ryzyka może okazać się właśnie wejście Amazon na polski rynek.
– 27 stycznia Amazon oficjalnie ogłosił, że rozpoczyna działalność swojego serwisu amazon.pl i przedsiębiorcy mogą już rejestrować się na tym portalu, a więc ten czynnik ryzyka właśnie się materializuje, a po tej informacji kurs akcji Allegro mocno spadł – dodaje Maciej Leściorz. – Jak dotąd wysokie wzrosty kursu akcji Amazon sprzyjały Allegro, bo akcje obu spółek często znajdowały się w portfelach tych samych inwestorów, teraz może się to zmienić.
Wojna o polski rynek pomiędzy Amazon i Allegro jest nieunikniona, ale jej kulminacja może mieć miejsce dopiero za kilka lat. Nie bez powodu jednak Amazon ma już w Polsce swoje centra logistyczne.
46 proc. Polaków, a więc aż o 5 p.p. więcej niż miesiąc temu, kupuje więcej niż jest w stanie zużyć na bieżąco. To najwyższy wynik w historii ankiety Global State of the Consumer Tracker, przeprowadzanej cyklicznie przez firmę doradczą Deloitte. Najnowsze wyniki badania reakcji i obaw konsumentów związanych z pandemią pokazują także spore zmiany w koszykach zakupowych Polaków. O 10 p.p. spadła liczba konsumentów, którzy spodziewają się więcej wydać na żywność. Mniej z nas przewiduje również większe wydatki na odzież i rzeczy do domu. Od listopada spada także, opracowany przed Deloitte, indeks niepokoju. Obecnie wynosi on dla Polski 2 proc.
Styczniowa edycja badania Deloitte jest drugą z kolei, która pokazuje spadek poziomu obaw polskich konsumentów. Od listopada, czyli miesiąca kiedy opracowany przez firmę doradczą indeks niepokoju wyniósł nad Wisłą rekordowe 34 proc., dziś jest on o 32 p.p. niższy. W najnowszej edycji badania różnica netto między osobami, które zgodziły się ze zdaniem „Jestem bardziej zaniepokojony niż tydzień temu” oraz tymi, które temu zaprzeczyły, wyniosła zaledwie 2 proc., a Polska z kraju o najwyższym indeksie niepokoju na świecie spadła w ciągu dwóch miesięcy na szóste miejsce i tylko w Europie wyprzedzają nas Irlandia, Wielka Brytania i Włochy.
Topnieje liczba polskich konsumentów, którzy wskazują pandemię COVID-19 jako główną przyczynę wzrostu poziomu niepokoju. W ciągu miesiąca to spadek o kolejne 2 p.p. O 3 p.p. mniej jest także osób, które martwią inne problemy zdrowotne, czy kwestia wysłania dzieci do szkoły. Zauważalnie natomiast zyskują na znaczeniu kwestie związane z sytuacją zawodową czy zatrudnieniem. Liczba osób, które wskazały ten powód jako przyczynę wzrostu niepokoju zwiększyła się z 28 proc. do 35 proc. – mówi Michał Tokarski, Partner, lider sektora dóbr konsumenckich w Polsce, Deloitte.
Więcej wydamy na podróże
Mimo obostrzeń w różnych krajach związanych z pandemią oraz zamkniętych hoteli w Polsce, konsumenci nad Wisłą deklarują znacznie większe niż miesiąc temu planowane wydatki na podróże. Liczba osób, które w ciągu najbliższych czterech tygodni chcą wydać na ten cel więcej, wzrosła z 9 do 13 proc. Z drugiej strony, wyniki najnowszej edycji badania poniekąd pokazują skutki kwarantanny i częstszego niż zwykle przebywania w domu. O 6 p.p. przybyło ankietowanych, którzy przewidują, że zwiększą wydatki na elektryczność czy ogrzewanie, a o 4 p.p. tych, którzy spodziewają się większych rachunków za telewizję kablową. To może też tłumaczyć dalszy nieznaczny wzrost (+1 p.p.) planowanych wydatków na elektronikę (17 proc.). Z 16 do 24 proc. wzrosła natomiast liczba zapytanych, którzy deklarują, że w ciągu najbliższego miesiąca więcej wydadzą na utrzymanie mieszkania lub domu (jak na przykład czynsz lub koszty związane z wynajmem), a także meble (15 proc.).
Spore zmiany widać też w spożywczym koszyku polskiego konsumenta. Po zwiększonych przed świętami Bożego Narodzenia i Sylwestrem wydatkach na żywność i alkohol, obecnie Polacy planują zdecydowanie mniej wydawać na te kategorie zakupowe. Tylko nieco ponad jedna czwarta z nas w nadchodzących tygodniach więcej wyda na artykuły spożywcze, podczas gdy miesiąc temu odpowiedziało tak aż 38 proc. ankietowanych. Z 18 do 13 proc. spadła również liczba konsumentów, którzy deklarują, że w najbliższym czasie zwiększą wydatki na alkohol, mówi Kamil Kucharczyk, Wicedyrektor w dziale Doradztwa Finansowego, Deloitte.
Ekspert dodaje, że na podobnym poziomie (+1 p.p.) utrzymuje się natomiast liczba Polaków, którzy chcą więcej wydawać na jedzenie na wynos.
W ciągu miesiąca nad Wisłą spadła liczba konsumentów, którzy planują w ciągu najbliższych tygodni więcej wydać na odzież (17 proc.) i na rzeczy codziennego użytku do domu (25 proc.).
Zyskują duże marki
Zaraz po Niemcach, Polacy najchętniej na świecie kupują produkty spożywcze w sklepach stacjonarnych. Odpowiedziało tak aż 90 proc. z nas, a więc jedynie 1 p.p. mniej niż Niemców. Za Polakami są Włosi (89 proc.), Irlandczycy, Kanadyjczycy i Japończycy (po 88 proc.). Wciąż nie możemy się przekonać do kupowania żywności online. Decyduje się na to jedynie 7 proc. z nas, tyle samo co Francuzów i Włochów. Z większą rezerwą do kupowania żywności w Internecie podchodzą Kanadyjczycy (6 proc.). Najchętniej na świecie robią to mieszkańcy Korei Południowej (27 proc.), a w Europie – Brytyjczycy (20 proc.).
Zdecydowanie większym zaufaniem Polaków cieszą się produkty znanych marek. Najczęściej decydujemy się na ich zakup, wybierając rzeczy do domu (75 proc.) oraz napoje (59 proc.). Co ciekawe od ostatniego badania o 4 p.p. przybyło konsumentów, którzy wybierają znane marki podczas zakupu napojów.
Private labels, czyli marki własne sieci handlowych zdecydowanie wygrywają podczas zakupów żywności. W tym przypadku ufa im niespełna jedna trzecia rodzimych konsumentów. Nieco ponad jedna czwarta z nas wybiera marki własne sklepów, kupując środki higieny osobistej, a 24 proc. – napoje. Co ciekawe, w przypadku wszystkich kategorii zakupowych odnotowaliśmy w ciągu miesiąca spadek zainteresowania tzw. store brands na korzyść znanych i dużych marek, mówi Natalia Załęcka, CMO Advisory Leader, Deloitte.
Zauważalnie, o 6 p.p., spadła liczba konsumentów, którzy wybierają produkty dużych marek, bo uważają, że są lepszej jakości ( 32 proc.), choć nadal ufa im 36 proc. ankietowanych. O 2 p.p. przybyło Polaków, którzy z kolei wybierają produkty private labels, bo uważają, że są lepszej lub takiej samej jakości jak name brands.
Po elektronikę do sieci
Elektronika pozostaje kategorią zakupową, którą Polacy najchętniej kupują online (40 proc.). Często także przez Internet zamawiamy jedzenie (39 proc.). Nadal chętnie kupujemy online ubrania (35 proc.), choć od ostatniej fali badania liczba osób, które tak odpowiedziały – podobnie jak w przypadku elektroniki – spadła o 2 p.p.
Można przyjąć, że te trzy kategorie zakupowe także globalnie najchętniej kupowane są w sieci. Elektronikę kupuje w Internecie ponad połowa Brytyjczyków i aż 47 proc. Niemców. Do sklepów stacjonarnych z kolei konsumenci na świecie najczęściej wybierają się po jedzenie – jak na przykład wspomniani już Niemcy czy Polacy – i po leki. W tradycyjnych sklepach kupuje je aż 90 proc. Hiszpanów, mówi Wiesław Kotecki, Partner, lider zespołu Customer Strategy & Applied Design.
Po jedzeniu (90 proc.) i lekach (81 proc.) polscy konsumenci stacjonarnie najczęściej kupują rzeczy do domu (81 proc.) i meble (63 proc.).
To kolejna edycja badania Deloitte, w której uwagę przyciąga tzw. trend BOPIS, czyli buy online, pick up in store. Wolno, ale systematycznie przybywa w kraju konsumentów, którzy wybierają tę formę zakupów. Podobnie jak Francuzi, najchętniej zamawiamy w Internecie i odbieramy osobiście w sklepie elektronikę (14 proc.), a także ubrania i jedzenie w restauracjach (12 proc.). Najrzadziej decydujemy się na kupowanie w ten sposób żywności (4 proc.). Na świecie trend BOPIS największą popularnością cieszy się w Irlandii, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Po 19 proc. uczestników badania z tych krajów najczęściej zamawia w ten sposób jedzenie w restauracjach.
Zyskują odpowiedzialni społecznie
O 2 p.p. ubyło od ostatniej fali badania polskich konsumentów gotowych więcej zapłacić za wygodę, czyli na przykład dostarczenie zakupów do domu. Tzw. trendowi convenience poddaje się obecnie 31 proc. Polaków. 55 proc. z nich jako powód wskazuję ochronę zdrowia. To wciąż najważniejsza przyczyna, ale liczba osób, które ją wskazały spadła w ciągu miesiąca aż o 9 p.p. Nadal dokładnie połowa zapytanych decyduje się na to, kierując się oszczędnością czasu.
– Polacy nie tylko zdają się wracać do starych nawyków, związanych z robieniem zapasów, ale też liczba osób, które się na to decydują w ciągu miesiąca wzrosła aż o 5 p.p. i jest najwyższa w historii naszego badania. 46 proc. ankietowanych kupuje więcej niż jest w stanie zużyć na bieżąco. To też – co nie zaskakuje już od wielu miesięcy – najwyższy wynik w Europie. Globalnie wyprzedzają nas Chińczycy. Zapasy robi aż 61 proc. z nich – mówi Michał Tokarski.
O 2 p.p. spadła od początku grudnia liczba osób, które polują na okazje (46 proc.). W Europie najczęściej przyznają się do tego Niemcy i Brytyjczycy (48 proc.), na świecie – Chińczycy (64 proc.). Na stałym poziomie utrzymuje się liczba polskich konsumentów, którzy chętniej kupują od lokalnych sprzedawców i producentów, nawet jeśli muszą zapłacić za ich produkty więcej (48 proc.). W Europie przodują pod tym względem Irlandczycy, a lokalne produkty wybiera ponad połowa z nich. Nad Wisłą widać także lekki wzrost zainteresowania markami odpowiedzialnymi społecznie. 39 proc. z nas przyznaje, że kupuje więcej od producentów, którzy odpowiedzialnie zareagowali na kryzys wywołany pandemią.
O badaniu
Omawiana edycja badania „Global State of the Consumer Tracker” jest czternastą ankietą na świecie i jedenastą, w której udział bierze Polska. Badanie reakcji i obaw konsumentów związanych z pandemią koronawirusa, zostało przeprowadzone przez Deloitte na przełomie grudnia i stycznia wśród konsumentów z 18 krajów. Oprócz Polski byli to mieszkańcy: Australii, Kanady, Chin, Francji, Niemiec, Indii, Irlandii, Włoch, Japonii, Meksyku, Holandii, Korei Południowej, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Chile oraz RPA. W każdym kraju zostało wypełnionych po tysiąc ankiet.
W 2020 r. w Polsce zarejestrowano 428,3 tys. nowych samochodów osobowych – o 23% mniej w porównaniu do 2019 roku. Spadki rejestracji, z wyjątkiem motocykli, dotyczą również aut dostawczych, ciężarowych, przyczep i naczep, autobusów oraz motorowerów. Tempo wzrostu utrzymuje segment samochodów osobowych z napędami alternatywnymi. W 2020 roku w Polsce liczba rejestracji samochodów tego typu wyniosła 79,2 tys. i była wyższa o 50,2% niż w 2019 roku. Przez pandemię COVID-19 spadła produkcja pojazdów. W całym 2020 roku w Polsce wyprodukowano ogółem 451,4 tys. pojazdów – o 30,5% mniej niż w poprzednim roku. Najgłębszy spadek wynoszący 35,8% odnotowano w produkcji samochodów osobowych.
W ostatnim kwartale 2020 roku zarejestrowano w Polsce 133,2 tys. nowych samochodów osobowych tj. o 11,5 tys. mniej niż w tym samym kwartale poprzedniego roku. Ogółem w całym 2020 roku liczba rejestracji nowych samochodów osobowych spadła aż o 22,9% i wyniosła 428,3 tys. Spadki odnotowano w rejestracjach dokonywanych przez klientów instytucjonalnych, których w tym okresie było 311,1 tys. (-20,8%). Z kolei klienci indywidualni w omawianym czasie zarejestrowali 117,3 tys. szt. samochodów osobowych, co oznacza, że spadek był jeszcze głębszy i wyniósł -28%.
Rok 2020 był rokiem bezprecedensowych spadków zarówno w rejestracjach pojazdów, jak i produkcji motoryzacyjnej. Tak drastycznego obniżenia popytu na wszystkie kategorie pojazdów – z wyjątkiem motocykli – nie notowano w powojennej historii Europy. Co oczywiste – brak popytu przełożył się na wyhamowanie produkcji w całym sektorze motoryzacyjnym. Niestety, obserwując wstępne wyniki stycznia br. można przyjąć, że powrót do sytuacji sprzed roku 2020 potrwa wiele lat. Kryzys wywołany pandemią zbiegł się ponadto z trwającymi rewolucyjnymi zmianami w motoryzacji, mającymi na celu radykalne obniżenie emisji szkodliwych substancji. Cała branża stoi obecnie przed koniecznością przechodzenia na niskoemisyjne napędy, co pociąga za sobą i ogromne koszty i konieczność przewartościowania dotychczasowego podejścia do tradycyjnej motoryzacji – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Rynek samochodów premium+ okazał się bardziej odporny na skutki pandemii niż sektor marek popularnych. W całym 2020 roku liczba rejestracji nowych samochodów osobowych marek premium+ wyniosła 76,6 tys. i była niższa o 4,8% w porównaniu do 2019 roku. Na rynku dominuje segment klientów instytucjonalnych, który skurczył się o 6,7%, natomiast liczba rejestracji w segmencie klientów indywidualnych wzrosła o 13,2% względem 2019 roku.
O ponad 50% więcej rejestracji pojazdów z napędami alternatywnymi niż w 2019 roku
W 2020 roku liczba rejestracji pojazdów z napędami alternatywnymi wyniosła 79,2 tys. i była wyższa o 50,2% niż w 2019 roku. Wzrost liczby rejestracji odnotowały wszystkie napędy alternatywne, największy dotyczy hybryd typu Plug-in – o 260,1% r/r, oraz samochodów elektrycznych – o 147,1% r/r. Ponad 60,2 tys. pojazdów z napędami alternatywnymi kupili klienci instytucjonalni, co przełożyło się na 46,7% wzrost r/r. Natomiast klienci indywidualni w całym 2020 roku kupili 18,9 tys. tego typu aut, co oznacza wzrost 62,4% w porównaniu do 2019 roku.
Pomimo kryzysu spowodowanego pandemią, w 2020 roku Polacy zarejestrowali 3,7 tys. pojazdów z napędem elektrycznym. Jest to wzrost aż o 147,1% w stosunku do 2019 roku. Można zatem stwierdzić, że trend rozwoju elektromobilności wciąż rośnie. Niezmiennie znacznie więcej aut z napędem alternatywnym nabyli klienci instytucjonalni w stosunku do klientów prywatnych. Warto jednak zwrócić uwagę na zdecydowanie wyższe tempo wzrostu, czyli ponad 62% wobec 46,7% wśród klientów indywidualnych – mówi Mirosław Michna, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, Lider zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.
Niższa sprzedaż w segmencie autobusów oraz samochodów ciężarowych
W 2020 roku liczba rejestracji w segmencie autobusów i autokarów wyniosła 1 486 sztuk i była o 39,9% niższa niż w poprzednim roku. W grupie samochodów ciężarowych w omawianym okresie zarejestrowano 20,6 tys. samochodów ciężarowych, co oznacza spadek o 27% w porównaniu z 2019 rokiem. Podobnej wielkości spadki odnotowano w segmencie przyczep i naczep – w całym 2020 roku zarejestrowano ich 16,4 tys., tj. o 28,4% mniej niż w 2019 roku. Na całym rynku przyczep i naczep, liczba rejestracji dominujących konstrukcji skrzyniowych zmniejszyła się o 36%. W grupie naczep najbardziej łagodny spadek odnotowano wśród furgonów (-6%).
Wzrost sprzedaży motocykli
Sytuacja spowodowana pandemią COVID-19 nie zmieniła kierunku dynamicznego rozwoju, jaki polski rynek motocykli obrał w 2019 roku. W całym 2020 roku zarejestrowano 21,8 tys. nowych motocykli, czyli o 14,2% więcej niż przed rokiem. Pozytywną dynamikę odnotowały wszystkie typy tego rodzaju pojazdów – największą jednoślady typu sport (+49%) oraz off road (+33%).
Natomiast inaczej niż w przypadku motocykli, spadek liczby rejestracji odnotował segment motorowerów. W 2020 roku zarejestrowano 18,3 tys. nowych motorowerów, czyli o 4,3% mniej w porównaniu z 2019 rokiem.
Spadła liczba pojazdów wyprodukowanych w Polsce w 2020 roku
W 2020 roku w Polsce wyprodukowano 451,4 tys. pojazdów samochodowych. Oznacza to spadek o 30,5% w porównaniu z poprzednim rokiem. Spadła liczba wszystkich produkowanych rodzajów pojazdów. Najbardziej zmniejszył się wolumen produkcji samochodów osobowych, który wyniósł 278,9 tys. szt., czyli o 35,8% mniej niż w 2019 roku.
Zamkniecie gospodarki, rekordowo wysokie ceny i ogólna niepewność polityczno-ekonomiczna nie zachęcały klientów do kupowania złotej biżuterii w 2020 roku. W przeciwną stronę skierował się popyt inwestycyjny. W 2020 roku na całym świecie sprzedano rekordowe 1 773,2 ton złota bulionowego. To aż o 40% więcej niż przed rokiem. Natomiast cena złota w 2020 roku wzrosła o 25% kończąc rok na poziomie 1 887,6 USD – wynika z raportu Światowej Rady Złota. Jak to wyglądało w Polsce? Według badania firmy Tavex w kruszec zainwestowało prawie 15% respondentów. Co ciekawe, aż 35% osób uważa, że warto postawić na ten rodzaj aktywa przy inwestowaniu oszczędności.
Spadek popytu na złoto
Popyt na złoto podzielił się pomiędzy złoto fizyczne i fundusze ETF, które stanowią substytut złota fizycznego. W 2020 roku Światowa Rada Złota odnotowała spadek całkowitego popytu na królewski kruszec o 14%, z 4 386,4 do 3 759,6 ton. Był to pierwszy rok, zakończony wynikiem poniżej 4 000 ton, od 2009 roku.
Popyt jubilerski ma znaczący udział w całkowitym popycie na złoto. Wyjątkowo trudna sytuacja pandemiczna pozostawiła wyraźne piętno na sektorze królewskiego kruszcu – popyt na złotą biżuterię spadł aż o 34%. Pandemia zmusiła gospodarstwa domowe na całym świecie do przewartościowania priorytetów – produkty pierwszej potrzeby ugruntowały swoją pozycję względem dóbr stricte konsumpcyjnych. Dodatkowym obciążeniem dla rynku złotej biżuterii okazały się rekordowo wysokie ceny złota– wskazuje Aleksandra Olbryś, Młodszy Analityk ds. Rynku Złota, Tavex.
Banki centralne również w pandemicznym roku ograniczyły swoje wydatki w tym zakresie. W 2020 r. kupiły one o prawie 60% złota mniej niż w roku poprzednim (poniżej 273t). Natomiast w czwartym kwartale ub.r. światowe rezerwy oficjalne wzrosły o 44,8 tony w ciągu analizowanego okresu.
Złote ETF-y z rekordowym wynikiem
O ile zapotrzebowanie na fizyczny metal w postaci sztabek i monet wzrosło tylko o 3% rdr (z 870,9 do 896,1 ton), o tyle pasywnie zarządzane fundusze inwestycyjne (ETF) nabyły rekordowe 877,1 ton kruszcu – jest to wzrost o 120 proc. (z 398,3 ton). Nie przeszkodził w tym nawet odpływ w wysokości 130 ton, który miał miejsce w czwartym kwartale 2020 roku.
Wato wiedzieć, że to właśnie trwający w 2020 roku napływ gotówki do „złotych” ETF-ów napędził hossę na rynku złota, wynosząc wysoko ceny królewskiego kruszcu, które finalnie pobiły historyczne rekordy. Latem ub.r. kurs kontraktów terminowych na złoto po raz pierwszy w historii przekroczył poziom 2000 USD za uncję trojańską – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. W najbliższym czasie możemy się spodziewać dalszych wzrostów zainteresowania funduszami EFT. Powodem tego będą nadal postępujące skutki pandemii, zarówno ekonomiczne, jak i społeczne – dodaje.
Inwestycje w Polsce
Według danych firmy Tavex rok 2020 nie był zły dla królewskiego kruszcu na naszym rodzimym rynku. W 2020 roku firma odnotowała ponad trzykrotny wzrost przychodów w porównaniu do tych z 2019 roku. Pokazuje to, jak bardzo rośnie popularność inwestowania w złote sztabki i monety.
Według naszego badania – w rankingu atrakcyjności inwestowania – na pierwszym miejscu znajdują się nieruchomości, ponad połowa (54%) respondentów uznaje je za najbardziej opłacalną opcję. Drugie miejsce zajmuje złoto – ponad jedna trzecia wskazań. Coraz więcej osób zaczyna interesować się lokowaniem majątku w tym kruszcu, ponieważ zachowuje swoją wartość nawet w czasach kryzysów gospodarczych – podkreśla Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.
Najczęściej w złoto inwestowały osoby z dochodem netto powyżej 5000 zł (30,8%), kolejno respondenci z przedziału 2001-3000 zł (15,6%) oraz 3001-5000 zł (9%).
Firma doradcza MGW Corporate Consulting Group opublikowała swój kolejny, kwartalny raport dotyczący postępowań restrukturyzacyjnych w Polsce. Tym razem dane dotyczą zarówno IV kwartału jak i całego roku 2020. Raport powstał na podstawie analizy ogłoszeń ukazujących się w Monitorze Sądowym i Gospodarczym jak również praktycznej wiedzy podmiotu prowadzącego szereg postepowań restrukturyzacyjnych.
Jak mówi Mariusz Grajda – Partner Zarządzający w MGW CCG, ilość i rodzaj otwieranych przez przedsiębiorstwa postępowań restrukturyzacyjnych może być istotnym wskaźnikiem koniunktury gospodarczej a także obrazować ryzyko związane z prowadzeniem działalności w poszczególnych lokalizacjach lub w ramach poszczególnych gałęzi gospodarki. Dlatego, w odpowiedzi na prośby czytelników raport uwzględnia szczegółowe dane dotyczące postępowań w podziale na województwa i branże.
Z kolei według Tomasza Ryżyńskiego – Prezesa Zarządu firmy MGW Doradca Restrukturyzacyjny, w aktualnej sytuacji gospodarczej, przewidziane przepisami postępowania restrukturyzacyjne są bardzo efektywnym i niedocenianym narzędziem służącym poprawie sytuacji podmiotów, które utraciły płynność finansową. Skuteczne przeprowadzenie procesu wymaga jednak przede wszystkim właściwego wyboru doradcy restrukturyzacyjnego. Pozostałe elementy niezbędne dla sukcesu postępowania to właściwy wybór czasu jego otwarcia, dobór odpowiedniej procedury i odpowiednie sformułowanie propozycji układowych.
Czwarty kwartał 2020 roku był okresem bardzo dynamicznego wzrostu ilości otwieranych postępowań restrukturyzacyjnych. W porównaniu z trzecim kwartałem było ich więcej o 41,9%. Jeszcze bardziej imponujący wzrost zanotowano wobec analogicznego okresu roku 2019 – wyniósł on aż 175%.
Kondycja przedsiębiorstw wyraźnie się pogarsza mimo niezłych danych makroekonomiczych
Jak mówi Mariusz Grajda – opublikowane przez GUS nienajgorsze dane ekonomiczne dotyczące trzech kwartałów 2020 roku wyraźnie nie przekładają się na sytuację finansową przedsiębiorców. Tak znaczący wzrost ilości postępowań restrukturyzacyjnych jest spowodowany trzema grupami czynników. Po pierwsze przedłużającymi się ograniczeniami związanymi z pandemią, po drugie wprowadzeniem nowej, bardzo wygodnej dla przedsiębiorców procedury uproszczonego postępowania o zatwierdzenie układu, po trzecie, wzrastającym poziomem wiedzy przedsiębiorców na temat przysługujących im środków prawnych.
W 2020 roku najwięcej postępowań otwarto w województwach: mazowieckim (166), śląskim (85), wielkopolskim (84) i dolnośląskim (66). Oznacza to, że największa ilość postępowań jest otwierana w największych aglomeracjach, gdzie również zarejestrowana jest największa ilość podmiotów gospodarczych. Analiza ryzyka prowadzenia działalności gospodarczej w zależności od lokalizacji wymaga jednak odniesienia tych danych do liczby przedsiębiorstw zarejestrowanych na terenie danego województwa. Według danych MGW CCG, najwięcej postępowań restrukturyzacyjnych w przeliczeniu na 10 000 przedsiębiorstw otwieranych jest w województwie podlaskim (3,9/10 000), na drugim miejscu jest województwo warmińsko – mazurskie (3,25/10 000) a na trzecim kujawsko – pomorskie (2,75/10 000). Dopiero czwarte miejsce zajmuje województwo mazowieckie ze wskaźnikiem 2,25 postępowań restrukturyzacyjnych na 10 000 zarejestrowanych przedsiębiorstw. Z kolei najmniej postępowań jest w województwach małopolskim, pomorskim i podkarpackim – odpowiednio 1, 1,1 i 1,3 postępowań na 10 000 przedsiębiorstw.
Jeśli chodzi o rodzaj otwieranych postępowań, zdecydowanie dominują uproszczone postępowania o zatwierdzenie układu (52% wszystkich postępowań), na drugim miejscu są przyspieszone postępowania układowe (28%) a na trzecim postępowania sanacyjne (16%). Dominacja UPOZU – nowego typu postępowania, wprowadzonego w ramach jednej z ustaw tarczy antykryzysowej, jest konsekwencją przewidzianych przez prawo uproszczonych procedur, a także tego, że otwarcie postępowania może się odbyć bez udziału sądu.
Jakie branże najczęściej sięgają po narzędzia restrukturyzacyjne?
W latach 2018 – 2020 największy wzrost ilości otwieranych postępowań zanotowano w branży klasyfikowanej jako pozostałe usługi. Od 2008 roku ilość postępowań wzrosła tam z 97 do 205. W grupie tej mieszczą się przedsiębiorstwa klasyfikowane pod numerami PKD od 64 do 96. Największy udział wśród tych przedsiębiorstw maja firmy prowadzące działalność określaną jako „działalność profesjonalna, naukowa i techniczna” (ponad 20%). Są to firmy działające w branży marketingowej jak również usług specjalistycznych (np. usługi prawne lub usługi księgowe). Może to być niepokojący wskaźnik obrazujący pogarszającą się kondycje pozostałych podmiotów, które w dobie narastającej niewypłacalności rezygnują z usług prawnych i marketingowych. Niewątpliwym zaskoczeniem jest jednak wzrost niewypłacalności w branży księgowej co może oznaczać iż cześć przedsiębiorców nie reguluje swoich zobowiązań wobec biur rachunkowych w terminie, przymuszając je tym samym do otwierania postepowań restrukturyzacyjnych.
Branża która posiada jednak największy jednostkowy udział w grupie tych przedsiębiorstw to branża gastronomiczna. Stanowi ona bowiem ponad 11% przedsiębiorstw charakteryzowanych jako „pozostałe usługi”. Ważną wskazówką jest fakt ze aż 30% przedsiębiorców z tej branży otworzyło postepowania restrukturyzacyjne w grudniu 2020 roku. To istotny dowód na szybko pogarszającą się kondycje branży gastronomicznej. Istotne pogorszenie kondycji finansowej odnotowała prywatna służba zdrowia. W roku 2020 otwartych zostało bowiem ponad 29 postepowań restrukturyzacyjnych wobec przedstawicieli tej branży. Widocznym jest wzrost ilości otwieranych postepowań przez prywatne gabinety dentystyczne bądź gabinety specjalistyczne. Od pewnego czasu wielu komentatorów wskazywało ze w dobie pandemii duża cześć pacjentów obawia się korzystania z badań specjalistycznych. Jest to kolejny dowód na poparcie tej tezy. Pozostałymi branżami, na które należy zwrócić uwagę są handel (141 postępowań), rolnictwo i górnictwo (126 postępowań), oraz przemysł (115 postępowań).
Po wzięciu pod uwagę ilości firm zarejestrowanych w poszczególnych branżach należy stwierdzić, że w 2020 r. największe ryzyko działalności gospodarczej ponosiły firmy z branży rolniczej, transportowej oraz przetwórstwa przemysłowego. Nie bez znaczenia jednak są nadal nie najlepsze wyniki wskazujące na ilość pootwieranych postepowań w branży budowlanej. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na sektor firm zajmujących się obrotami budowlanymi związanymi ze wznoszeniem budynków mieszkalnych i niemieszkalnych. W roku 2020 ponad 20 przedsiębiorców prowadzących tego typu działalność zdecydowała się na otwarcie postepowania. Istotnym czynnikiem jest fakt iż ponad 51% tej grupy otworzyło postepowania w IV kwartale 2020 roku, co mając na uwadze zauważalny już w III kwartale 2020 wzrost ilości niewypłacalności w tej branży, może wskazywać na dalsze pogarszanie się kondycji tych firm.
Najbardziej narażone są osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą
Dane zawarte w raporcie wyraźnie wskazują na to, że podmiotami najbardziej narażonymi na ryzyko niewypłacalności są osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą. Zdecydowanie dominują one w statystykach dotyczących aż trzech spośród czterech rodzajów postępowań restrukturyzacyjnych. Stanowią one aż 53% wszystkich podmiotów otwierających uproszczone postępowania o zatwierdzenie układu, prawie 55% wśród przedsiębiorstw otwierających przyspieszone postępowania układowe oraz 38% wśród otwierających postępowania sanacyjne. Drugą najbardziej narażoną grupą są spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.
Cały czas większość postępowań zostaje umorzonych
W 2020 roku w 126 przypadkach doszło do zatwierdzenia przez sąd postępowań układowych, z kolei w 147 przypadkach zostały one umorzone. Z kolei w przypadku zatwierdzonych postępowań dobrą wiadomością dla przedsiębiorców może być to, że podczas gdy w postępowaniach układowych umorzenie odsetek karnych jest praktycznie standardem, to w 2020 roku aż 70% postępowań kończyło się również umorzeniem części wierzytelności głównej. Okres spłaty zobowiązań najczęściej jest rozkładany na 3 do 5 lat (24,58% przypadków) i 5 – 8 lat (28,81%), z kolei w 17,80% przypadków spłaty zostały rozłożone na okres od 1 do 3 lat.
Raport „Restrukturyzacja przedsiębiorstw w 2020 roku – Analiza postępowań restrukturyzacyjnych” jest bezpłatnie dostępny pod poniższym adresem https://mgwccg.pl/pl/restrukturyzacja-przedsiebiorstw-w-oparciu-o-prawo-restrukturyzacyjne/
Aktywność najemców na największych rynkach regionalnych w Polsce pozwoliła zakończyć rok 2020 podpisaniem umów na poziomie 580.000 m2., co było wynikiem gorszym o ponad 100.000 m2. w porównaniu do 2019 roku. Warto tutaj zaznaczyć, że poprzednie 3 lata charakteryzowały się rekordową aktywnością najemców, a tegoroczny wynik zbliżony jest do popytu z 2016 roku.
W 2020 roku zostały oddane do użytku 4 nowe projekty (Face2Face I – ul. Żelazna 4, Face2Face II ul. Żelazna 4, DL Piano ul. Wrocławska 54 oraz Global Office Park C ul. Zabrska 20), powiększając ofertę katowickiego rynku biurowego o ponad 60.000 m2 i zwiększając całkowite zasoby powierzchni w tym mieście do 590.000 m2. Oznacza to znaczne przyspieszenie aktywności deweloperskiej po relatywnie spokojnym pod względem nowej podaży 2019 roku, kiedy do użytku oddano zaledwie 10.000 m2 (najniższy wolumen od 2012 roku). Warto zaznaczyć, że kolejne lata zapowiadają się bardzo dobrze, co może pozwolić na pobicie kolejnych rekordów. Historyczna podaż zasili katowicki portfel nieruchomości klasy A o 200.000 m2 powierzchni biurowej, co znacznie rozszerzy ofertę skierowaną do nowych inwestorów chcących przenieść swoje biura do Katowic.
Tak dużego wolumenu podaży w budowie w Katowicach nie zarejestrowano jeszcze nigdy, jednak po stronie popytu skutki pandemii zdecydowanie są widoczne. W 2020 roku podpisane zostały umowy najmu na ponad 60.000 m2, co stanowi spadek o ponad 30% względem 2019 roku. Istotny jest również charakter podpisanych umów, z których aż 60% stanowiły umowy typu pre-let, a pozostałe 40% obejmowały ekspansje, renegocjacje oraz nowe umowy w istniejących budynkach.
Zwiększona podaż oraz zmniejszona aktywność najemców przyczyniła się również do wzrostu wskaźnika pustostanów, który pod koniec grudnia 2020 roku wynosił 9,2% i był wyższy o 2,2 pp. względem ubiegłego kwartału oraz 2,5 pp. porównując z analogicznym okresem 2019 roku. Jednocześnie Katowice mają trzeci najniższy wskaźnik pustostanów spośród największych miast regionalnych w Polsce, zaraz po Lublinie i Szczecinie.. W Polsce średni wskaźnik pustostanów wyniósł natomiast 12,7% i był o ponad 3 pp. wyższy niż przed rokiem.
Tzw. estoński CIT daje szanse nie tylko na odroczenie zapłaty podatku, ale również na obniżenie efektywnej stawki podatkowej dla wspólników takiej spółki. W oparciu o obliczenia sprawdzamy, czy tak faktycznie jest.
Przyjmijmy, że spółka kapitałowa płaci na bieżąco podatek dochodowy od wypracowanego dochodu według stawki wynoszącej 19% lub 9% w przypadku spółki, której przychody ze sprzedaży brutto, czyli z uwzględnieniem kwoty należnego podatku od towarów i usług, za rok 2020 nie przekroczyły kwoty 9 031 000 zł (tj. 2 000 000 EUR w przeliczeniu wg kursu z dnia 1 października 2020 r. czyli 4,5153 zł/euro) oraz w roku 2021 kwota przychodów nie przekroczy kwoty 9 097 000 PLN (tj. 2 000 000 EUR w przeliczeniu wg kursu na pierwszy dzień roboczy roku podatkowego 4,5485 zł/euro).
Wypłacając dywidendę na rzecz udziałowca będącego osobą fizyczną spółka pobiera podatek w wysokości 19%. Oznacza to, że dochód takiej spółki trafia do jej wspólnika zmniejszony efektywnie o 34,39% lub o 26,29%. Tymczasem spółka, która zdecyduje się na skorzystanie z opodatkowania ryczałtem od dochodów spółek kapitałowych co do zasady w ogóle nie płaci podatku dochodowego na bieżąco. W takim przypadku spółka dysponując większymi środkami może sobie pozwolić np. na rozwój własnego biznesu, czy większe inwestycje. Dopiero wypłata zysków tej spółki na rzecz wspólników jest opodatkowana. Wypłata dywidendy przez taką spółkę powoduje, że do jej wspólników mogą trafić zyski pomniejszone efektywnie o 25% lub, w przypadku spółki będącej małym podatnikiem, o 20%. Warunkiem takiego obniżenia stawek jest jednak poniesienie przez spółkę wydatków inwestycyjnych o wartości co najmniej 50% wydatków inwestycyjnych poniesionych w poprzednim roku podatkowym w każdym dwuletnim okresie − w przypadku rozliczania nakładów inwestycyjnych w okresach dwuletnich lub 110% takich wydatków w każdym czteroletnim okresie − w przypadku rozliczania nakładów inwestycyjnych w okresie czteroletnim.
Nie dość więc, że podatek dochodowy można zapłacić później, to jego efektywna wysokość może być niższa niż w przypadku spółki kapitałowej, która nie skorzystała z ryczałtu.
Stawka nie zawsze będzie niższa…
Tak niskie stawki efektywne nie zawsze jednak znajdą zastosowanie. Jeśli spółka nie poniesie nakładów inwestycyjnych o odpowiedniej wartości, stawka podatku ryczałtowego będzie wyższa o 5%, co w przypadku małego podatnika oznacza efektywne opodatkowanie na poziomie 25%, a przypadku pozostałych podatników 30%. To wciąż mniej, niż w przypadku spółki i jej wspólników, którzy nie skorzystają z ryczałtu.
Taka sytuacja będzie jednak w praktyce raczej wyjątkowa. Efektywną stawkę podatkową będą bowiem podnosić różne działania spółki uznane przez ustawodawcę za opodatkowane jak wypłaty zysku, choć nimi nie będące. Przykładowo, wydatki niezwiązane z działalnością gospodarczą, czy wszelkie wypłaty na rzecz wspólników i podmiotów z nimi powiązanych, takie jak odsetki od pożyczki, wynagrodzenie z tytułu umorzenia udziału, darowizny, prezenty i ofiary wszelkiego rodzaju wydatki oraz wydatki na reprezentację, są bowiem traktowane jak wypłata zysku i opodatkowane stawką ryczałtową. Co więcej, w przypadku tych wypłat zastosowanie znajdzie podstawowa stawka ryczałtu, a nie obniżona.
Co w przypadku innych wypłat i tzw. dochodów z ukrytych zysków?
W przypadku innego niż mały podatnika, którego 10% kosztów będzie uznana za tego rodzaju wydatki efektywna stawka podatkowa uwzględniająca opodatkowanie całości dochodu, zakładając, że ma on prawo do obniżonej stawki ryczałtu, wyniesie 26,9%, a jeśli nie będzie miał prawa do obniżonej stawki ryczałtu, taka efektywna stawka wyniesie 31,4%.
W przypadku małego podatnika mającego prawo do obniżonej stawki ryczałtu, w analogicznej sytuacji efektywna stawka wyniesie 21,4%, a jeśli nie będzie miał prawa do obniżonej stawki, efektywna stopa opodatkowania wyniesie 25,9%. Warto przy tym podkreślić, że efektywna stopa będzie się podnosić wraz ze wzrostem udziału kosztów uznanych za „fikcyjną” wypłatę zysku. W przypadku małego podatnika, którego 50% kosztów zostanie uznanych za wydatki tego rodzaju (np. częściowo stanowiąc wynagrodzenie dla współpracującego ze spółką jako niezależny przedsiębiorca członka rodziny wspólnika, częściowo wydatki na reprezentację, a częściowo niemające związku z prowadzoną działalnością gospodarczą) efektywna stawka podatkowa bez obniżenia wyniesie już 29,5%, a więc więcej niż w przypadku wspólnika spółki kapitałowej, która będzie opodatkowana na zasadach ogólnych.
Trzeba pamiętać o dostosowaniu wyniku podatkowego do wyniku bilansowego spółki
A to nie wszystkie elementy wypływające na efektywną stawkę podatkową. Nie można bowiem zapominać o obowiązku dostosowania wyniku podatkowego do wyniku bilansowego spółki jakie podatnik chcący skorzystać z ryczałtu powinien przeprowadzić przed rozpoczęciem korzystania z ryczałtu. Takie dostosowanie będzie związane z opodatkowaniem wszystkich różnic przejściowych – np. naliczonych, a nie otrzymanych odsetek czy różnic kursowych, a także różnicy pomiędzy amortyzacją podatkową, a bilansową jeśli podatnik amortyzuje środki trwałe czy wartości niematerialne dla potrzeb bilansowych niższą stawką niż dla celów podatkowych. Tutaj nie sposób wskazać żadnych konkretnych wartości, ponieważ wysokość podatku należnego z tego tytułu będzie zależała od rodzaju biznesu prowadzonego przez podatnika oraz przyjętej polityki rachunkowości, a w konsekwencji wielkości różnic przejściowych pomiędzy wynikiem bilansowym, a podatkowym.
„Estoński” CIT po polsku, czyli nie będzie łatwo
Podsumowując system tzw. estońskiego CIT jest w polskim wydaniu tak skomplikowany, że precyzyjne przewidzenie skutków podatkowych wejścia w ten system, a w szczególności wysokości efektywnej stawki podatku jaki będą musieli uiścić właściciele spółki, która z niego skorzysta, może się okazać bardzo trudne do przewidzenia. Trudność ta może wystąpić już w momencie podejmowania decyzji o skorzystaniu z nowego systemu opodatkowania, a co gorsze może również stanowić dla udziałowców bardzo niemiłą niespodziankę na sam koniec przygody z tzw. estońskim CIT-em.
Hubert Cichoń, radca prawny, partner w ENODO Advisors
Zamiast konta obsługiwanego przez stronę internetową pełna dostępność i nowe funkcje w aplikacji na telefon. Wrocławski fintech, który pierwszy na świecie wprowadził płatność za pomocą tęczówki oka, zapowiada mocne wejście do e-commerce. I w tym przypadku jedną z przewag będzie krótsza ścieżka zakupowa i biometria, rozwijana na szeroką skalę przez wrocławian i właśnie dlatego do obecnych i przyszłych użytkowników płatności okiem od PayEye trafiają informacje o wygaszeniu obsługi konta przez stronę www.
– 6 kwietnia 2021 r., w celu optymalizacji procesów, wyłączamy korzystanie z serwisu my.payeye.com, uruchamiając 7 kwietnia obsługę konta payeye za pośrednictwem aplikacji, z poziomu której dostępne będą nowe funkcjonalności – komunikaty tej treści od środy, 3 lutego rozsyłane są do klientów wrocławskiego fintechu PayEye, który pierwszy na świecie opracował pełny ekosystem płatniczy, oparty o biometrię tęczówki oka. W kwietniu do rodziny PayEye dołącza aplikacja dostępna na telefonach komórkowych.
– Niemal wszyscy stajemy się pokoleniem „always on”, które praktycznie cały czas korzysta ze smartfonów i aplikacji. To nie tylko wygoda, ale też szybkość i dużo większe bezpieczeństwo dla naszych finansów, dlatego zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę do aplikacji. Dla naszych klientów to jeszcze lepsze rozwiązanie, które pozwoli na śledzenie płatności cały czas, proste zasilenie konta payeye, a także dodatkowe funkcjonalności, których próżno szukać w serwisach www. Więcej szczegółów zdradzimy bliżej premiery naszej aplikacji – mówi Krystian Kulczycki, prezes PayEye.
Oprócz startu aplikacji 7 kwietnia 2021 r. PayEye zapowiada mocne wejście do e-commerce poprzez płatność jednym kliknięciem. Obecnie trwają przygotowania i testy nowych rozwiązań, które zostaną udostępnione m. in. właścicielom sklepów internetowych. Premiera rozwiązania opartego o biometrię planowana jest na II kwartał 2021 r.
– To rozwiązanie, które nie tylko pozwoli bezpiecznie płacić, ale przede wszystkim dużo szybciej niż dzieje się to obecnie. Dyrektywa PSD2 od tego roku wprowadziła wymogi silnego uwierzytelniania klienta w sieci. Zafundowała nie tylko dodatkową ochronę, ale też sporo utrudnień w życiu ze względu na dodatkowe czynności związane z uwierzytelnianiem. Już dziś docierają do nas sygnały z rynku e-commerce, że klienci zniechęcają się zakupami i opuszczają stronę niemal w ostatniej chwili, bo doszły im kolejne wymagania do zrealizowania przed zakupem. Dłuży im się, męczą ich dodatkowe zadania, a za zakupy chcemy przecież płacić sprawnie, bezpiecznie, a przede wszystkim przyjemnie. Znaleźliśmy na to sposób i mamy pomysł na skrócenie ścieżki zakupowej. Intensywnie pracujemy, by rozwiązanie, które jest już w fazie testowej mogło zostać wdrożone jak najszybciej do szerokiego użycia – dodaje prezes Kulczycki.
Jak wynika z badania przeprowadzonego wśród dealerów samochodowych przez EY Polska i DCG Dealer Consulting, 50% firm dealerskich spodziewa się pogorszenia sytuacji finansowej swoich firm. 35% uważa, że nie ulegnie ona większym zmianom, a jej poprawy w tym roku oczekuje jedynie 15% badanych. Ankieta dotycząca działalności biznesowej dealerów samochodowych została przeprowadzona w ramach XIII edycji Badania Satysfakcji Dealerów Samochodowych. W minionym roku, w porównaniu do 2019 r. wzrost przychodów ze sprzedaży nowych samochodów zanotowało jedynie 14% dealerów samochodowych badanych przez EY Polska i DCG Dealer Consulting. 43% zanotowało z kolei spadki przychodów o więcej niż 30% w ujęciu rocznym. Sytuacja wygląda nieco bardziej optymistycznie w segmencie samochodów używanych. Tu wzrost przychodów ze sprzedaży zanotowało w minionym roku 40% ankietowanych, a ponad 30-procentowe spadki przychodów ze sprzedaży dotknęły 17% dealerów samochodów używanych. Biorąc pod uwagę usługi serwisowe, ponad 20-procentowe spadki przychodów serwisu mechanicznego zanotowało 31% badanych, a serwisu blacharsko-lakierniczego – 33%.
– Miniony rok był dla branży motoryzacyjnej bardzo trudny z wielu względów. Niepewność związana z sytuacją finansową odciągnęła wiele firm i osób fizycznych od zakupów aut. Co więcej ich producenci – wraz z wybuchem pierwszej fali pandemii, wczesną wiosną ubiegłego roku – musieli zmierzyć się z zachwianymi łańcuchami dostaw, a co za tym idzie, auta nie zjeżdżały z linii produkcyjnych tak szybko, jak dotychczas. Trudny dla branży 2020 rok przełożył się na niższą zyskowność działalności, a co za tym idzie – na niższe zadowolenie dealerów samochodowych z finansowych perspektyw swoich firm. Importerzy wspierali wprawdzie swoje sieci m.in. odraczając płatności za zobowiązania finansowe, obniżając plany sprzedażowe czy zmieniając zasady wypłacania bonusów, a zmiany strategii rynkowej importerów czy aktualizacja ich polityki marketingowej spowodowały naturalne zwiększenie ruchu w salonach dealerskich i usprawniły model obsługi zdalnej, ale wciąż działalność branży samochodowej jest dotknięta skutkami pandemii – mówi Michał Lesiuk, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego EY Polska, Lider Sektora Produkcja Przemysłowa i Mobilność.
Satysfakcja dealerów samochodów osobowych pod znakiem Covid-19
Tegoroczna średnia ocena satysfakcji dealerskiej była najniższa w historii badania (z pominięciem roku 2009, kiedy raport powstał w oparciu o ograniczoną liczbę marek) wyniosła 3,27 pkt. Wśród 26 ocenianych importerów, 16 marek zostało ocenionych gorzej niż w ubiegłym roku, zaś lepiej – tylko 9.
Również po raz pierwszy w historii Badania Satysfakcji Dealerów Samochodowych przygotowanego przez EY oraz DCG Dealer Consulting, na najwyższym stopniu podium znalazła się marka Lexus, należąca do Grupy Toyoty. Sama Toyota znalazła się na 3. miejscu XIII edycji zestawienia, a brandy Toyoty rozdzielił Mercedes-Benz, który otrzymał dokładnie taką samą ocenę jak w 2019 r. i zajął drugie miejsce na podium.
Zaraz za podium uplasowały się odpowiednio: KIA (lider z roku 2018), Volvo (czterokrotny zwycięzca badania) i Subaru, tradycyjnie znajdujący się wśród najwyżej ocenianych. Dopiero 7. miejsce przypadło Mazdzie, która 5 razy znajdowała się na pierwszym miejscu zestawienia. Najwyższy wzrost zarówno pod kątem zajmowanego miejsca, jak i samej oceny uzyskała marka Audi, notując awans o 10 pozycji (z 18. na 8.).
– Tak niska średnia ogólnej satysfakcji ze współpracy dealerów samochodowych i importerów wynika w głównej mierze z niższych ocen związanych z prowadzeniem samego biznesu, zaś w mniejszym stopniu dotyczy bardziej krytycznego spojrzenia na ogólną współpracę z importerami. Efektem kwietniowego lockdownu było załamanie zamówień na nowe samochody i znaczący spadek zleceń serwisowych. W tej sytuacji najlepiej radziły sobie firmy dealerskie najsprawniejsze biznesowo i wchodzące w pandemię w najlepszej kondycji finansowej. Istotne było wsparcie kluczowego partnera biznesowego, jakim niezmiennie pozostaje importer. W tegorocznym zestawieniu widać, że marki z segmentu premium poradziły sobie z tymi wyzwaniami lepiej niż inne – mówi Krzysztof Romański, Partner DCG Dealer Consulting.
Segment aut dostawczych
Badanie Satysfakcji Dealerów Samochodowych już po raz czwarty zostało rozszerzone również o część dotyczącą współpracy z importerami samochodów dostawczych do 3,5 tony.
Tegoroczne wyniki potwierdziły pozycję marki Mercedes-Benz jako lidera wśród importerów samochodów dostawczych. Na drugim miejscu po raz pierwszy znalazła się marka Renault, uzyskując minimalnie lepszą ocenę w segmencie samochodów dostawczych niż w osobowych.
O badaniu
„Badanie satysfakcji dealerów samochodowych” prowadzone jest przez DCG Dealer Consulting oraz firmę doradczą EY od 2007 r. Tegoroczna, 13. edycja została przeprowadzona od połowy października do końca listopada 2020 r. W badaniu wzięli udział właściciele, a także osoby zarządzające stacjami dealerskimi. Badaniem objęci zostali dealerzy samochodów osobowych, a także samochodów dostawczych do 3,5 t. Poszczególne aspekty dealerskiej satysfakcji zostały oceniane w pięciostopniowej skali szkolnej, gdzie „1” oznaczało ocenę najniższą a „5” najwyższą. Każda ankieta poświęcona jednej marce samochodu składała się z 82 pytań, a 26 ocen cząstkowych decydowało o nocie końcowej. Łącznie w badaniu uzyskano 327 ankiet 26 marek, co stanowi próbę 37% badanej grupy. Ocena satysfakcji dealerskiej obejmowała 3 obszary oceny współpracy z importerem. Pierwszy wiązał się z produktami oferowanymi przez importera, a co za tym idzie ich jakością, niezawodnością, dostępnością, a także satysfakcją klienta. Drugi obszar dotyczył polityki importera jako przedstawiciela międzynarodowego koncernu działającego w ramach międzynarodowych struktur – obejmował m.in. konkurencyjność strategii rynkowej czy podejście do prowadzenia biznesu. Ostatnia ocena skupiła się na centrali jako firmie, która funkcjonuje w polskich realiach, zatrudnia konkretnych ludzi na konkretnych stanowiskach i posiada własną kulturę organizacyjną.
Aż 642 mln euro pomocy sektorowej (tzw. „parasolowej”) popłynie do niemieckich firm działających w sektorze targowym i kongresowym. Chodzi zarówno o organizatorów targów, jak i np. podmioty projektujące i budujące stoiska, świadczące spedycje targową czy dostarczające wyposażenie na branżowe targi. Zgodę na udzielenie takiej pomocy wydała Komisja Europejska. Oprócz tego wszystkie zarejestrowane w Niemczech firmy mogą liczyć na państwowe wsparcie w wysokości 80 procent wartości przychodów sprzed pandemii. W Polsce wiele współpracujących z targami przedsiębiorstw wciąż pozostaje bez pomocy. O tym, kto u nas znajdzie się wśród beneficjentów wciąż decydują np. określone kategorie PKD. W rządowych tarczach firmy zajmujące się budową stoisk były dotąd pomijane. Ostatnio na listę pomocową wciągnął je jedynie Polski Fundusz Rozwoju.
Komisja potwierdziła, że wsparcie należy się wszystkim podmiotom zajmującym się usługami związanymi z obsługą infrastruktury targowej i konferencyjnej. Według wstępnych na razie szacunków, z tej sektorowej pomocy będzie mogło skorzystać co najmniej 36 operatorów infrastruktury targowej lub kongresowej różnej wielkości (zarówno małe jak i duże przedsiębiorstwa), jak również tysiące firm działających dla tych operatorów. Chodzi zatem o wszystkie, które z uwagi na działalność w tych branżach obciążone są dziś szczególnie wysokimi kosztami, gdyż to one poniosły szkodę przez spowodowany pandemią zakaz prowadzenia działalności targowej czy kongresowej.
– Z zadowoleniem przyjmujemy decyzję Komisji Europejskiej UE o wytyczeniu ścieżki dla programów wsparcia publicznego w Niemczech dla branży wystawienniczej (czyli targowej) i konferencyjnej. Nie możemy się już doczekać, aby dowiedzieć się, jakie inicjatywy podejmą odpowiednio niemieckie landy, aby wesprzeć nasz sektor. Jako jeden z trzech wiodących światowych rynków wystawienniczych, Niemcy wiedzą chyba najlepiej, jak ważny jest ten sektor w budowaniu i obsłudze rynków i miejsc spotkań dla wszystkich zainteresowanych – mówi Kai Hattendorf, dyrektor zarządzający i dyrektor generalny UFI.
Komisja Europejska precyzuje kwotę pomocy sektorowej dla tych branż: „Władze niemieckie szacują z grubsza ten budżet na około 642 mln EUR i podkreślają, że kwota ta jest jedynie tymczasowa i podlega jeszcze ostatecznym decyzjom w tym zakresie. Zostanie on poniesiony przez kraje związkowe lub gminy, a także rząd federalny ”.
Komisja stwierdza, że celem nowego, zatwierdzonego już narzędzia wsparcia jest zrekompensowanie przedsiębiorstwom z branż targowej i kongresowej utraty zysków w wyniku wprowadzenia przez kraje związkowe obostrzeń w celu złagodzenia skutków szalejącej epidemii. – Straty tymczasowo pozbawiły przedsiębiorstwa płynności, co spowodowało trudności w pokryciu kosztów stałych – zauważa Komisja Europejska.
– To przełomowy moment dla europejskiego rynku spotkań, a przede wszystkim dowód zrozumienia znaczenia branży targowej dla gospodarek krajowych oraz międzynarodowych relacji biznesowych – uważa Tomasz Kobierski, prezes Rady Polskiej Izby Przemysłu Targowego, a jednocześnie zarządu Grupy MTP. Jego zdaniem, targi, kongresy i konferencje będą kluczowym narzędziem do odbudowania kondycji wielu branż po okresie lockdownu. – Tak znacząca rządowa pomoc z jednej strony cieszy, jako przykład dobrej praktyki, z drugiej jednak strony stanowi wyzwanie dla krajów sąsiednich, w tym Polski. Nasz rodzimy rynek, w obliczu tak nieproporcjonalnych kwot wsparcia, pozostanie w tyle. Jeśli nie zostaną podjęte kroki mające na celu przywrócenie równowagi w regionie, Polska może utracić silną, budowaną przez lata pozycję na rynku Europy środkowo-wschodniej – ostrzega Tomasz Kobierski.
– Podczas gdy niektóre niemieckie landy (stany) zniosły częściowo na pewien okres przed drugą falą wybuchu Covid-19 restrykcje dotyczące targów i kongresów, to musiały one je ponownie zaostrzyć od listopada 2020 r. Niemieckie stowarzyszenie branżowe AUMA, które mocno zabiegało o rządowe wsparcie dla sektora, szacuje, że aż 80% międzynarodowych i krajowych targów zaplanowanych na 2020 r. trzeba było odwołać lub przełożyć, zaś te, które zaplanowano na pierwszą połowę 2021 r. też najprawdopodobniej nie dojdzie do skutku – poinformowały w swoim zgłoszeniu do Komisji Europejskiej Niemcy. Pomoc, na którą Komisja daje właśnie zielone światło, może być udzielana podmiotom gospodarczym działającym w obu branżach na całym terytorium Niemiec w formie bezpośrednich dotacji.
– Napływające z od naszego zachodniego sąsiada informacje napawają nas optymizmem, bo jak na razie znaczna cześć naszej branży jest u nas wciąż pomijana w rządowym wsparciu. Tak było niestety np. w przypadku 2 tarcz w ubiegłym roku – przypomina Paweł Montewka z Komitetu Obrony Branży Targowej i dodaje, że dopiero dzięki determinacji targowych przedsiębiorców w Polsce, całą branżę, „szerszym okiem” czyli z wieloma firmami pracującymi na potrzeby targów dostrzegł Polski Fundusz Rozwoju. – Choć to tzw. kropla w morzu wszystkich naszych potrzeb związanych z wolą przetrwania, to może wpłynie ona na poszerzenie percepcji rządzących w Polsce, którzy przed pandemią tak lubili grzać się w blasku polskiego przemysłu targowego – zastanawia się Paweł Montewka. Jego nadzieję budzi jednak dziś przede wszystkim to, co otrzymają niemieccy przedsiębiorcy targowi, choć – jak uważa – w porównaniu z polskimi – mogą być oni spokojni o swoją przyszłość, bo bez względu na PKD, zapewnioną mają już od dawna pomoc państwową w wysokości 80 procent przychodów sprzed pandemii. – W Niemczech krążą też pogłoski o jakiejś formie odblokowania poszczególnych sektorów gospodarki. Może to nawet już teraz dawać sporo do myślenia także naszym władzom – twierdzi Paweł Montewka.
Za realizację programu wsparcia, w tym wypłatę pomocy i jej kontrolę, będą odpowiedzialne poszczególne landy.
Program pomocy sektorowej przestaje obowiązywać według Komisji 30 czerwca 2021 r., A przedsiębiorstwa mają czas do 31 maja 2021 r. „Mogą ubiegać się o rekompensatę utraconych zysków, jeżeli straty te wystąpiły w okresie od 1 marca 2020 r. Do 31 grudnia 2020 r.” – zaznacza Komisja Europejska w komunikacie. Niemcy to pierwszy co do wielkości rynek targowy na Europie. Najważniejsze ośrodki tej branży mieszczą się tam w Duseldorffie, Franfurcie, Kolonii, Hanowerze czy Monachium. Do wybuchu pandemii wiele polskich przedsiębiorstw współpracowało jako podwykonawcy z organizatorami targów w Niemczech, jednak – z uwagi na miejsce zarejestrowania – mogą one liczyć wyłącznie na pomoc w Polsce.
Badanie Cisco wykazuje znaczące obawy społeczne dotyczące prywatności wynikające z pandemii, które są napędzane szybkim przejściem w tryb pracy zdalnej i potrzebą wykorzystania informacji dotyczących stanu zdrowia poszczególnych osób.
Międzynarodowe przepisy i regulacje dotyczące ochrony prywatności na całym świecie zostały dobrze przyjęte. Prawie 80% specjalistów ds. bezpieczeństwa i ochrony prywatności dostrzega ich pozytywny wpływ na swoje organizacje.
Silna infrastruktura ochrony prywatności i solidne praktyki bezpieczeństwa są niezbędne dla ożywienia społecznego i gospodarczego po pandemii.
Cisco zaprezentowało raport Data Privacy Benchmark Study 2021, czwarte coroczne badanie praktyk firm w zakresie ochrony prywatności na całym świecie. Analiza wykazała zwiększone znaczenie ochrony prywatności w czasie pandemii oraz rosnące korzyści dla firm, które stosują silne środki ochrony w tym obszarze. W niezależnym, anonimowym badaniu przeanalizowano odpowiedzi 4 400 specjalistów ds. bezpieczeństwa i prywatności z 25 krajów. Raport obejmuje m.in. takie zagadnienia, jak stosunek do przepisów dotyczących prywatności czy kwestię raportowania kierownictwu statystyk z nią związanych.
W okresie zakłóceń i niepewności spowodowanych pandemią, pojawiły się oczekiwania, a czasami także wymagania związane z bezpieczeństwem sanitarnym i potrzebą dzielenia się swoimi danymi osobowymi w celu ograniczenia rozprzestrzeniania się wirusa COVID-19. Jednocześnie sporo osób przeniosło znaczną część swojego życia do Internetu, przyspieszając trend, który w normalnych warunkach trwałby latami. Masowe zmiany w interakcjach międzyludzkich i zaangażowaniu cyfrowym przyczyniły się do powstania wielu trudnych problemów związanych z prywatnością danych, którym organizacje muszą stawić czoła, chcąc przestrzegać prawa i powstrzymać rozprzestrzenianie się pandemii, przy jednoczesnym poszanowaniu praw jednostki. Z kolei konsumenci i opinia publiczna są coraz bardziej zaniepokojeni sposobem, w jaki wykorzystywane są ich dane osobowe.
Kluczowe wnioski z raportu Cisco Data Privacy Benchmark Study 2021:
Prywatność jest czymś więcej niż tylko kwestią zgodności z przepisami, ponieważ firmy postrzegają ją obecnie jako podstawowe prawo człowieka i kluczowy priorytet dla kadry zarządzającej.
60% organizacji przyznaje, że nie były przygotowane na wymagania dotyczące prywatności i bezpieczeństwa związane z przejściem na pracę zdalną.
93% organizacji zwróciło się do swoich zespołów ds. ochrony prywatności o pomoc w rozwiązaniu tych problemów.
87% konsumentów wyraziło obawy dotyczące ochrony prywatności przez narzędzia, których muszą używać, aby pracować, współdziałać i łączyć się na odległość.
W 90% organizacji raporty dotyczące ochrony prywatności są prezentowane zarządom i radom nadzorczym.
Na rynku następuje wyraźna zmiana w kierunku standaryzacji prywatności jako krytycznego wymogu podczas cyfryzacji i realizacji celów biznesowych.
Już w ponad 130 krajach istnieją obecnie przepisy dotyczące ochrony prywatności, a prawie 80% respondentów uznało, że przepisy te mają pozytywny wpływ na ich funkcjonowanie.
Większość ludzi nie ma nic przeciwko dzieleniu się informacjami dotyczącymi zdrowia w celu zapewnienia bezpieczeństwa w miejscu pracy, ale nie czuje się komfortowo w przypadku innych zastosowań, takich jak np. badania naukowe.
57% ankietowanych popiera wykorzystanie danych przez pracodawców w celu zapewnienia bezpieczeństwa w miejscu pracy, natomiast mniej niż połowa popiera śledzenie lokalizacji i kontaktów, czy ujawnianie informacji o osobach zakażonych oraz wykorzystywanie danych osobowych do badań naukowych.
Prywatność i szerszy ekosystem cyberbezpieczeństwa odegrają kluczową rolę na drodze do wzrostu gospodarczego i odbudowy po pandemii COVID-19.
W miarę odradzania się gospodarek i społeczności pojawi się wiele ważnych wyzwań, które zweryfikują, w jaki sposób rządy, firmy i osoby prywatne gromadzą dane osobowe, zarządzają nimi i chronią je, próbując znaleźć równowagę między prawami jednostki a interesem publicznym.
Popularność inwestycji w ochronę prywatności nadal rośnie – 75% organizacji dostrzega wynikającą z nich znaczącą wartość biznesową w postaci ograniczenia strat związanych z bezpieczeństwem, zwiększenia elastyczności i innowacyjności, poprawy efektywności operacyjnej oraz zwiększenia lojalności i zaufania klientów.
Ponad 1/3 organizacji uzyskuje korzyści co najmniej dwukrotnie przewyższające poniesione nakłady.
„Prywatność osiągnęła należyty status – została uznana za podstawowe prawo człowieka i urosła do rangi priorytetu o znaczeniu krytycznym dla kadry kierowniczej” – mówi Harvey Jang, wiceprezes i dyrektor ds. prywatności w Cisco. „Wraz z przyspieszonym przejściem do pracy z dowolnego miejsca, prywatność nabrała większego znaczenia w napędzaniu cyfryzacji, odporności korporacyjnej, sprawności i innowacyjności”.
Czy ktoś z nas wyobraża sobie dzisiaj życie bez telefonu komórkowego? Niepostrzeżenie stał się on dla nas narzędziem wielofunkcyjnym: aparatem fotograficznym, dostępem do internetu, skrzynki pocztowej, kalendarza. Jest dla nas kartą płatniczą i budzikiem. Na telefonie słuchamy muzyki, oglądamy filmy, czytamy książki, z telefonem uprawiamy sport i wykonujemy wiele innych aktywności.
Ale co telefon ma wspólnego z biurem? W wyniku pandemii nasza biurowa rzeczywistość przeszła rewolucję – przeniosła się do nowej ery hybrydowego modelu pracy. Niestety wylądowała w tym świecie bez przysłowiowego telefonu komórkowego – czyli platformy „all in one”, która pomogłaby zarówno pracownikom, jak i pracodawcom zarządzać nową rzeczywistością.
Hybrydowy model pracy wymaga nowych narzędzi
Połączenie pracy z biura z pracą z domu lub innej lokalizacji, które w wyniku pandemii stało się codziennością wielu firm, zmieni oblicze naszego stylu pracy w najbliższych latach. Jak wynika z globalnego badania Colliers „Exploring the post COVID-19 Workplace”, większość z nas będzie chciała w różnych proporcjach łączyć pracę z biura z pracą z domu, aby korzystać z efektu synergii w łączeniu życia zawodowego z prywatnym.
Źródło: “Exploring the post COVID-19 Workplace”, Colliers
Nowy model zmieni sposób korzystania z biura, które od teraz będzie miejscem odwiedzanym przez nas w celu interakcji, spotkań i wymiany informacji z innymi. Nawiązując do powyższych statystyk, liczba osób odwiedzających biuro w danym czasie może zmniejszyć się nawet o połowę. W efekcie, firmy będą starały się dostosować powierzchnię biur do nowej rzeczywistości. Ten trend spowoduje, że pracę w biurze trzeba będzie dokładnie planować, rezerwując niezbędne aktywa (biurko, salka do spotkań, miejsce parkingowe). Niezbędna stanie się więc prosta aplikacja, która pozwoli pracownikom w łatwy sposób zaplanować wizytę w biurze, a pracodawcom – dostosować zasoby do nowych potrzeb.
Rosnące zapotrzebowanie na rozwiązania „all in one”
Podobnie jak wspomniane smartphony, aplikacja do planowania pracy w biurze powinna dawać pracownikowi możliwość zaplanowania wszystkich aktywności z nią związanych, w jednym miejscu. Przykładem takiego rozwiązania jest wdrożona w Colliers International aplikacja Office App, dzięki której można np. zarezerwować biurko, salkę konferencyjną, miejsce parkingowe oraz zarejestrować gościa. Dodatkowo aplikacja umożliwia również rozwiązania takie, jak: zgłoszenie usterki w biurze do systemu helpdesk, opcję Event, dzięki której pracownicy są informowani o bieżących szkoleniach i innych wydarzeniach firmowych, a także kategorię „lunch with me”, dzięki której mogą w szybki sposób umówić się na obiad ze swoimi znajomymi z pracy. Aplikacja może być zintegrowana z innymi systemami, np. systemem kontroli dostępu lub systemem parkingowym budynku, co daje nowe możliwości w kompleksowej obsłudze pracownika.
Budowanie społeczności na wagę złota
Aplikacje dla biur będą tworzone, aby ułatwić pracownikom i pracodawcom sprawne funkcjonowanie w biurze i łatwe zarządzanie nim, ale tym, co powoduje, że aplikacja zaczyna żyć, są ludzie – komunikacja, interakcja między nimi. Aplikacja powinna więc być nie tylko systemem do rezerwacji, ale przede wszystkim do komunikowania się z pracownikami i informowania ich w ciekawy sposób o tym, co dzieje się w biurze np. przy pomocy zdjęć, atrakcyjnych postów. Pracownicy powinni mieć możliwość uczestniczenia w tej komunikacji poprzez komentowanie, „lajkowanie” postów bądź umieszczanie swoich własnych wpisów. Dzięki temu, nawet poza biurem, pracownicy czują się włączeni w życie firmy, wiedzą co dzieje się w biurze i mogą aktywnie w tym biurowym życiu uczestniczyć. Sekcja „community” to namiastka social mediów, która powoduje, że pracownicy z ciekawością będą zaglądać i sprawdzać na bieżąco, co ciekawego dzieje się w firmie. Możliwość tworzenia społeczności to aspekt szczególnie ważny w modelu hybrydowym, w którym ze względu na rozproszenie pracowników budowanie wzajemnych relacji, jak i więzi z organizacją jest utrudnione.
Pokolenie ”on demand”
Dla niektórych z nas planowanie pracy w biurze przy pomocy aplikacji będzie nowym nawykiem. Pamiętajmy jednak, że nasze organizacje co roku powiększają się o kolejne szeregi młodych pracowników, którzy wychowali się już w świecie internetu i aplikacji. Dla tych osób korzystanie z narzędzia typu Office App będzie naturalne, ponieważ już teraz przy pomocy aplikacji zamawiają oni jedzenie, taksówki, loty, hotele, bilety na koncerty i do kina, wizyty lekarskie i usługi kosmetyczne. Dlaczego więc w podobny sposób nie mieliby planować swojej pracy?
Źródło cennych danych
Aplikacja do zarządzania biurem ma tę zaletę, że zbiera dane o wszystkich rezerwacjach. Dzięki temu pracodawca otrzymuje dodatkową korzyść – system generuje na bieżąco precyzyjne statystyki, w jaki sposób dana firma korzysta z biura, jaki jest wskaźnik zajętości w danym czasie i z jakich funkcjonalności pracownicy korzystają najczęściej. Jest to niezwykle cenna informacja zwrotna, która pokazuje, w jakim kierunku biuro powinno się zmieniać, jak dostosować jego wielkość i funkcje do potrzeb użytkowników. Zatem dane z aplikacji będą kreowały kształt biura przyszłości danej organizacji.
Aplikacja na dobre i złe czasy
Aplikacja Office App powstała, aby zarządzać biurem w hybrydowym modelu pracy, ale my nazywamy ją aplikacją na dobre i złe czasy, ponieważ okazała się także doskonałym narzędziem do zarządzania biurem i bezpieczeństwem pracowników w czasie pandemii. W aplikacji zaszyliśmy zasady funkcjonowania biura w czasie pandemii i oddaliśmy system w ręce użytkowników. Zaznaczyliśmy na planie biura, które stanowiska pracy są dostępne, a które nie, ile osób może korzystać z poszczególnych salek konferencyjnych. Dzięki temu, w prosty sposób zarządzamy liczbą osób w biurze, dystansem między stanowiskami pracy, a w razie przypadku zakażonego wirusem pracownika, jesteśmy w stanie szybko sprawdzić, które osoby były w danym czasie w biurze i są potencjalnie narażone na zakażenie. Aplikacje są łatwym w implementacji narzędziem, które wspiera zarówno pracowników, jak i organizacje w dostosowaniu się do nowej sytuacji. Są intuicyjne, przyjemne w użytkowaniu i oferują nowe możliwości. Możemy się więc spodziewać, że niebawem aplikacje staną się standardem naszej biurowej rzeczywistości.
Komentarz Małgorzaty Michalczyk, dyrektor ds. administracji w Colliers International
W 2030 roku większość zadań pracowników umysłowych będzie wspomagana
lub zautomatyzowana. W pracy z domu pomoże użycie sztucznej inteligencji
i analiza danych w chmurze. Szereg przedsiębiorstw osiągnie znaczną redukcję emisji CO2 dzięki lepszemu wykorzystaniu energii odnawialnej, ograniczeniu dojazdów i podróży. Tak według raportu firmy Ericsson „Dematerializacja drogą do rentowności i zrównoważonego rozwoju” może wyglądać firma w najbliższej przyszłości.Kluczowym czynnikiem umożliwiającym drogę ku „dematerializacji” jest rozwój łączności komórkowej piątej generacji, a sieć 5G będzie pełnić rolę platformy innowacji.
Według najnowszego raportu firmy Ericsson, prawie 7 na 10 badanych przedsiębiorstw uważa, że osiągnęło lub przekroczyło półmetek drogi ku biznesowej dematerializacji. Z kolei blisko połowa pracowników umysłowych wskazuje produktywność i rentowność jako główne korzyści z dematerializacji, a blisko 40% twierdzi to samo w odniesieniu do zrównoważonego rozwoju. Potwierdzają to również badania firmy Forrester, według których firmy wykorzystujące wiedzę cyfrową do optymalizacji produktów, usług i operacji, będą rosły co najmniej osiem razy szybciej niż światowy produkt krajowy brutto[1]. Dlatego w przyszłości będziemy świadkami większej liczby zdematerializowanych przedsiębiorstw wykorzystujących chmurę, sztuczną inteligencję i technologię mobilną, aby stać się bardziej elastycznymi.
„Przedsiębiorstwa przodujące w dematerializacji zdefiniowaliśmy w raporcie jako jedną trzecią wszystkich badanych firm, które odnotowały największy postęp w swoich działaniach w tym kierunku. Nie powinno dziwić, że są one bardziej zrównoważone środowiskowo, ale wykazują również wyższą rentowność, lepiej korzystają z innowacji i elastyczniej reagują na zmiany. Ankietowani menedżerowie z branży ICT są zgodni, że przedsiębiorstwa zdematerializowane, zdolne do szybkiej adaptacji do nowych potrzeb klientów, staną się normą do 2030 roku” – tłumaczy Marcin Sugak, ekspert firmy Ericsson.
Transformacja w cyfrowej rzeczywistości
68 proc. menedżerów ankietowanych w badaniu firmy Ericsson zgadza się,
że gotowość do transformacji odegra bardzo duże znaczenie dla sukcesu firm do 2030 roku. Tyle samo respondentów uważa, że dostęp do potężnych możliwości w zakresie analizy i eksploracji danych będzie również bardzo ważny do 2030 roku.
Łączność komórkowa jest kluczowym warunkiem dematerializacji, a sieć 5G
ma być ważną platformą dla innowacji. Około 6 na 10 menedżerów zgadza się, że wykorzystanie chmury, sprzedaż oprogramowania i usług zamiast fizycznych produktów oraz korzystanie ze szkoleń i dokumentów online to kluczowe czynniki przyczyniające się do dematerializacji w ich przedsiębiorstwach.
Powierzchnie biurowe zredukowane o połowę?
Poglądy zarówno menedżerów z branży ICT, jak i pracowników umysłowych zmieniły się pod wpływem ich doświadczeń związanych z pracą zdalną. Ponad 6 na 10 pracowników przyznaje, że ich przedsiębiorstwa stały się bardziej pozytywnie nastawione do pracy zdalnej w czasie pandemii i wierzą, że te zwyczaje pozostaną w przyszłości. W rzeczywistości oczekują, że do 2030 roku prawie 60 procent pracy będzie odbywać się poza siedzibą firmy. Zmianę tę napędzają nie tylko zmieniające się oczekiwania pracowników, ale również możliwości zaoszczędzenia na powierzchni biurowej.
60 procent managerów chwali możliwości redukcji kosztów dzięki pracy zdalnej. Jednak wśród pracowników można zaobserwować lekką niepewność. Tylko 34 proc. z nich jest bardzo zadowolonych z mniejszej liczby stanowisk pracy w biurze, podczas gdy 62 proc. jest niezdecydowanych i widzi ryzyko w braku własnego i stałego miejsca w biurze. Co ciekawe, aż 43 procent managerów jest głęboko przekonanych, że do roku 2030 nie będzie w ogóle biur, ponieważ pracownicy będą pracować tylko zdalnie.
„Po długim okresie pracy zdalnej wymuszonej pandemią, pracownicy umysłowi czują, że należy dodać coś do doświadczenia pracy zdalnej, aby uczynić ją bardziej wciągającą, umożliwiając korzystanie z niektórych zalet tradycyjnego sposobu pracy. Zarówno osoby podejmujące decyzje w zakresie ICT, jak i pracownicy umysłowi widzą potrzebę wprowadzenia w przyszłości innowacyjnych narzędzi do współpracy i spotkań online” – mówi Marcin Sugak.
Według raportu firmy Ericsson, ponad 6 na 10 przedsiębiorstw przewiduje,
że do 2030 roku będzie korzystać z urządzeń 5G i prawie tyle samo z urządzeń AR i VR – co stanowi wzrost o ponad 50 procent w porównaniu ze stanem obecnym. Co więcej, prawie połowa wszystkich badanych pracowników umysłowych, a wśród liderów dematerializacji prawie 8 na 10, jest zainteresowana wirtualnym pulpitem, który można wyświetlić na dowolnej powierzchni, dzięki czemu każde miejsce można zamienić w stanowisko pracy. Niemal tyle samo osób interesuje się asystentem AI, który mógłby pomóc np. w wykonywaniu powtarzalnych zadań.
Polska u progu 5G
Już obecnie widzimy jak wiele startupów oraz wielkich korporacji tworzy pierwsze rozwiązania, które są zalążkiem tych futurystycznych oczekiwań. Krokiem milowym na tej drodze będzie upowszechnienie komunikacji w sieciach 5G, które dzięki dużej przepustowości łącza i praktycznie zerowym opóźnieniom otwierają przed światem nowe możliwości. Sprzęt firmy Ericsson jest gotowy do pracy w sieci 5G już od 2015 roku. Jest to możliwe dzięki aktualizacji do 5G za pomocą zdalnej instalacji oprogramowania. Do tej pory do operatorów na całym świecie wysłanych zostało ponad 5 milionów anten 5G. Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G.
Wczoraj przez moment oglądaliśmy euro za cztery i pół złotego. To ważna psychologiczna bariera, zarówno dla kupujących, jak i sprzedających. Następne dni pokażą, czy po raz kolejny kurs odbije się w tych okolicach, czy je przekroczy.
Funt znów pokazuje siłę
Wczorajsze dane z indeksów PMI pokazały, że pomimo wyjścia z Unii Europejskiej optymizm menedżerów odpowiedzialnych za zamówienia nie gaśnie. W styczniu, co prawda, zgodnie z oczekiwaniami widzieliśmy spadek, ale nie do poziomu 52,9 pkt, jak oczekiwali analitycy, a do 54,1 pkt. To nie tylko lepszy poziom od oczekiwań, ale również wyraźnie przekraczający barierę 50 pkt, symbolicznie rozdzielającą rozwój od recesji. Nie może zatem dziwić, że wczoraj funt był najsilniejszy względem euro od wyjścia ze struktur unijnych. Względem złotego tak wysokich poziomów nie osiągnął, głównie przez bardzo dobrą dyspozycję rodzimej waluty w ostatnich dniach.
Lepsze dane zza oceanu
Wczorajszy odczyt z Europy, który okazał się równy oczekiwaniom, już dał spory impuls umacniający dolara. Potwierdzenie nadeszło po południu, kiedy w USA indeks PMI dla przemysłu osiągnął 59,2 pkt. To bardzo wysoki rezultat, wyraźnie wskazujący na wysoki poziom optymizmu. Jeżeli menedżerowie odpowiedzialni za zakupy patrzą w przyszłość przez różowe okulary, to jest to sygnał, że najprawdopodobniej sami trochę ten pozytywny scenariusz zrealizują. W rezultacie dolar był wczoraj na jednym z najwyższych poziomów względem euro od początku grudnia.
Rynki się uspokajają
Zawirowania na rynkach związane z niespodziewanymi ruchami na giełdach (łączonymi z nagłą aktywnością inwestorów indywidualnych) powoli zaczynają się uspokajać. Zmienność na kilku specyficznych walorach jest bardzo duża, ale cała sytuacja nie rozlewa się na inne rynki w tym rynek walut. Inwestorzy indywidualni znacznie chętniej skręcili na kryptowaluty, co biorąc pod uwagę płynność na tych walorach ma znacznie większy sens, jeżeli mają na celu windowanie cen w górę. Efektem tego uspokojenia jest napływ kapitałów do walut państw rozwijających się, w tym Polski. Jest to jeden z powodów ostatniego umocnienia się złotego.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
Polska waluta już czwarty dzień z rzędu zyskuje na wartości. W relacji ze złotym zauważalnie tanieją m.in. frank szwajcarski i euro, a taki trend nie jest po myśli NBP. Czy zatem znów dojdzie do tzw. interwencji walutowej, aby osłabić siłę złotego? Jutro posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej.
Kurs euro pierwszy raz od czterech tygodni osuwa się do bariery 4,50 zł. Kurs franka z kolei oddalił się o blisko 2 proc. od wierzchołka z ubiegłego tygodnia, zbliżając się w stronę 4,15 zł.
Na początku lutego dochodzi tym samym do pierwszego poważnego testu tolerancji Rady Polityki Pieniężnej. Dlaczego? Przypomnijmy, że w grudniu NBP zdecydował się na poważną interwencję walutową. Na wielką skalę skupował waluty obce, przez co złoty sporo stracił na wartości.
Adam Glapiński, prezes RPP, wyjaśniał później, że skala grudniowej interwencja była tak znacząca, że nie dało się jej porównać z żadną z podejmowanych wcześniej przez Narodowy Bank Polski. Zapowiadał przy tym, że NBP jest przygotowany na kolejne, jeszcze większe zakupy walut obcych, gdy będzie to „korzystne dla złotego i polskich przedsiębiorców”. Czy właśnie nastał moment, by zrealizować zapowiedź?
– Najprawdopodobniej jeszcze nie, ale należy pamiętać, że podstawowym ograniczeniem NBP w tym zakresie jest wyłącznie kwestia woli. Na dodatek jutro odbędzie się posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej, więc jest to idealna okazja, by przypomnieć preferencję, żeby złoty był słabszy, oraz gotowość do dokonania obniżki stóp procentowych. Zakładamy jednak, że do niej nie dojdzie – przekonuje Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.
W uzasadnieniu wymienia mocne dane o PKB Polski w 2020 r. – spadek o 2,8 proc., co było wynikiem lepszym od prognoz NBP, oraz najnowszy odczyt wskaźnika PMI, który potwierdził dość dobry stan polskiego przemysłu. W 2021 r. PKB Polski ma wzrosnąć nawet o ponad 4 proc. Kolejnym argumentem przeciwko obniżce stóp procentowych – według analityka Cinkciarz.pl – może być fakt stopniowego znoszenia obostrzeń w polskiej gospodarce.
– Do cięcia stóp procentowych nie powinno zatem dojść, ale ewentualność wprowadzenia takiego scenariusza może w pierwszym kwartale 2020 r. pełnić rolę „straszaka” hamującego spadki EUR/PLN. Czego można się spodziewać po jutrzejszym posiedzeniu RPP? Pierwszym wyborem najprawdopodobniej będzie próba werbalnego zatrzymania umocnienia złotego poprzez treść komunikatu. Możemy to także usłyszeć w piątkowym nagraniu zawierającym odpowiedzi prezesa NBP na niektóre pytania dziennikarzy. Dopiero, gdy takie zabiegi okazałyby się nieskuteczne, a równocześnie kurs EUR/PLN nadal by spadał, już w kierunku 4,45, to dopiero wtedy bank centralny może przejść do czynów – podsumowuje Bartosz Sawicki.
Spółka Centralny Port Komunikacyjny podpisała umowę z Konsultantem ds. badań terenu na obszarze przyszłego portu lotniczego. To kolejne działania w terenie podejmowane przez spółkę.
Budowa nowego lotniska to wieloetapowy i wieloletni proces, którego początek wyznaczają analizy środowiskowe i terenowe. Przed wbiciem „pierwszej łopaty” trzeba dokładnie zbadać charakterystykę obszaru przyszłej inwestycji pod kątem środowiska naturalnego, ukształtowania terenu czy warunków hydrologicznych. W większości przypadków ten proces trwa latami.
– Robimy wszystko, żeby niezbędne działania zrealizować w jak najkrótszym czasie. Tam, gdzie można, różne realizacje prowadzimy równolegle. Umowa z konsultantem ds. badań terenu z jednej strony te czynności przyspiesza, ale także sprawia, że inwestycja będzie przygotowana na najwyższym poziomie – mówi Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. CPK.
W ubiegłym roku rozpoczęła się pierwsza część działań terenowo-środowiskowych. Pracę rozpoczął Konsultant ds. środowiska, którego rolą jest przeprowadzenie analiz środowiskowych dotyczących węzła CPK. Do końca 2021 r. realizująca te prace firma Arup Polska zobowiązała się do wykonania tzw. inwentaryzacji stanu zerowego środowiska wraz z przedłożeniem i zatwierdzeniem raportów z badań stanu środowiska.
Podpisana z Multiconsult Polska umowa dotyczy wsparcia technicznego przez Konsultanta ds. badań terenu. To kolejny etap działań w tzw. regionie lotniskowym. W zakres działań wchodzą analizy przestrzenne terenu oraz podłoża gruntowego i posłużą one do stworzenia Master Planu oraz dokumentacji przedprojektowej dla CPK. Powierzchnia obszaru wskazanego do analiz wstępnych wynosi około 75 km2, zaś dla badań przygotowawczych – około 35 km2. Badania hydrogeologiczne i pomiary fotogrametryczne będą realizowane na obszarze około 157 km2.
Ważną częścią umowy jest analiza możliwości zastosowania rozwiązań geotermalnych (geotermii nisko- i średniotemperaturowej). Zgodnie z założeniami budowa Portu Solidarność ma być realizowana w oparciu o zasady zrównoważonego rozwoju, z wykorzystaniem odnawialnych źródeł energii (OZE).
– Liczymy na efektywną współpracę. Wykonawca zna skalę wyzwań, które przed nim stoją. Zna nasze wymagania i standardy pracy. Współpracujemy już z firmą Multiconsult przy inwentaryzacjach środowiskowych dla inwestycji kolejowych. Obecna umowa będzie jednak wymagać znacznie większego zaangażowania oraz stałej koordynacji działań z pracami CPK w ramach tzw. zespołów zintegrowanych. Ten sposób prowadzenia inwestycji nie był dotąd praktykowany przez inwestorów publicznych w Polsce. Stanowi więc wyzwanie nawet dla tak doświadczonych firm jak Multiconsult – mówi Mikołaj Wild, prezes spółki CPK.
Analizy zostaną przeprowadzone w dwóch etapach, które trwać będą – odpowiednio – 6 i 12 miesięcy. Pierwszy etap obejmie m.in. badania wstępne, w tym analizę materiałów archiwalnych, ocenę istniejącego stanu obiektów budowlanych, projekt robót geologicznych dla dokumentacji hydrogeologicznej czy geodezyjne pomiary fotogrametryczne. W drugim etapie specjaliści wykonają na potrzeby CPK m.in.: badania geotechniczne i geofizyczne czy prace archeologiczne powierzchniowe, sondażowe i wykopaliskowe.
– Od precyzji wykonania prac terenowych zależy jakość realizacji całej inwestycji. Dlatego przykładamy bardzo dużą wagę do tego etapu – mówi Paweł Zysk, Menadżer ds. Badań Przestrzennych Terenu w spółce CPK. – Konsultant będzie zajmować się bardzo newralgicznymi sprawami, takimi jak rozpoznanie saperskie i usuwanie niewybuchów czy inwentaryzacja obiektów niebezpiecznych. Dlatego nasza współpraca obejmuje okres 1,5 roku.
Umowa podpisana przez CPK ze spółką Multiconsult Polska przewiduje współpracę Konsultanta ds. badań terenu z innymi Konsultantami w ramach Zintegrowanego Zespołu Projektowego. Wyniki prac na poszczególnych etapach przygotowania realizacji inwestycji będą bardzo istotne dla przebiegu całości prac związanych z planowaniem i projektowaniem CPK.
Wartość kontraktu wynikającego z umowy podpisanej 21 stycznia 2021 r. między spółką CPK a spółką Multiconsult Polska to 29,9 mln zł netto. Umowa została zawarta na 18 miesięcy.
Podejmowane wobec przedsiębiorców działania administracji skarbowej powinny być zgodne z prawem, a nawet, wedle deklaracji fiskusa, przyjazne dla tych przedsiębiorców. Tak wynika chociażby ze stworzonego specjalnie dla firm „Prawa przedsiębiorców” czy ustaw podatkowych, w oparciu o regulacje których organy funkcjonują. Niestety to wciąż wizja utopijna.
Przedsiębiorca wystąpił o wydanie interpretacji przepisów w zakresie opodatkowania CIT swojej działalności. Fiskus uznał jego stanowisko za nieprawidłowe. Interpretację organu uchylił sąd, bo wydając niekorzystne dla przedsiębiorcy rozstrzygnięcie, Dyrektor KIS pomijał istotne, wykazane przez tego przedsiębiorcę elementy stanu faktycznego, czynił własne ustalenia i wysnuwał w sposób nieuprawniony domniemania, naruszając tym samym zasady praworządności i prowadzenia postępowania w sposób budzący zaufanie do organów podatkowych.
Usługi o charakterze długoterminowym i cykliczne fakturowanie ich częściowego wykonania
Będący podmiotem leczniczym szpital kliniczny jest podatnikiem podatku dochodowego od osób prawnych i zarejestrowanym czynnym podatnikiem VAT, w przeważającej, 98% swojej działalności, wykonującym kontrakty na świadczenia medyczne w ramach NFZ. Ponadto realizuje też usługi badań klinicznych, a stronami umów o realizację tych badań są: a) szpital, b) sponsor – firma odpowiedzialna za podjęcie, prowadzenie i finansowanie badania lub podmiot działający na zlecenie tej firmy oraz c) główny badacz – lekarz posiadający właściwe kwalifikacje, doświadczenie i wiedzę, niezbędne do przeprowadzenia badania klinicznego.
Jedno badanie nie ma stricte określonych górnych ram czasowych. Może trwać od roku nawet do kilkunastu lat. Dlatego też do momentu jego zakończenia sponsor przyjmuje częściowo spełnioną usługę. Strony uzgodniły, że zasadniczo co trzy miesiące (lub w innych okresach np. co sześć miesięcy) strony przystąpią do procedury odbioru części usługi i kalkulacji wynagrodzenia dla szpitala i głównego badacza. Wynagrodzenie szpitala kalkulowane jest proporcjonalnie do liczby wizyt odbytych przez pacjentów w ustalonym okresie (3- lub 6-miesięcznym lub innym). Za dzień finalnego zatwierdzenia przedstawionego przez siebie do rozliczenia zestawienia wykonanych w danej części usług szpital przyjmuje dzień przyjęcia, odbioru przez sponsora częściowego wykonania usługi, nawet jeżeli dzień ten jest dniem późniejszym, niż wynika to z umowy. Szpital wystawia wówczas fakturę z tytułu częściowego wykonania usług. W momencie zakończenia badania klinicznego szpital fakturuje ostatnią część wykonanej usługi.
Szpital wystąpił do Dyrektora KIS z wnioskiem o wydanie interpretacji, czy prawidłowo rozpoznaje moment osiągnięcia przychodów z działalności gospodarczej z tytułu częściowego wykonania usługi badań klinicznych w dniu odbioru częściowego wykonania usługi przez sponsora, a także w dniu zakończenia badań, zgodnie z opisanym wyżej stanem faktycznym.
Zdaniem organu nie ustalenia stron, a wykonanie czynności decyduje o powstaniu obowiązku podatkowego
W wydanej 16 czerwca 2020 r. interpretacji Dyrektor KIS uznał stanowisko szpitala za nieprawidłowe. W jego opinii akceptowanie przez odbiorcę części wykonanych na jego zlecenie usług, jak i ustalenie przez strony częściowej wypłaty wynagrodzenia z tego tytułu nie można uznać za usługę zrealizowaną. Są to bowiem jedynie czynności podejmowane przez strony w ramach wzajemnych rozliczeń w wykonaniu kontraktu, nie wpływające na jego kształt ani fakt jego rzeczywistego wykonania. Zdaniem organu podatkowego o realizacji usługi decyduje dokonanie przez usługodawcę określonych w umowie czynności, a nie okoliczność jej rozliczenia z usługobiorcą. Zatem momentem powstania po stronie szpitala przychodu będzie dzień, w którym dana część usługi, dla której określono zapłatę, zostanie wykonana, a nie dzień jej akceptacji i odbioru przez zleceniodawcę. Szpital powinien więc rozpoznawać przychód każdego dnia, gdy zrealizuje wizyty pacjentów.
Szpital zaskarżył tę interpretację. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku wskazał, że składając wniosek o wydanie interpretacji, wnioskodawca zobowiązany jest przedstawić wyczerpująco stan faktyczny, a organ opisem tego stanu jest związany. Analizując wniesioną skargę, przychylił się do zarzutu szpitala, że organ podatkowy, choć zacytował w swojej interpretacji opis stanu faktycznego przedstawiony przez szpital, jednak w praktyce nie uwzględnił w procesie jej wydania istotnych jego okoliczności. Tą istotną okolicznością było powiązanie wynagrodzenia dla wnioskodawcy oraz głównego badacza z liczbą badań klinicznych, których procedura została zweryfikowana i zatwierdzona. Stanowisko organu, że odbiór usługi przez zleceniodawcę nie wpływa na kształt usługi i moment jej rzeczywistego zrealizowania, nie uwzględnia opisu stanu faktycznego zaprezentowanego przez szpital we wniosku o wydanie interpretacji. WSA uchylił zaskarżoną przez szpital interpretację indywidualną Dyrektora KIS, bo jak orzekł:
„W przedmiotowej sprawie zaskarżona do Sądu interpretacja narusza zasady praworządności i prowadzenia postępowania w sposób budzący zaufanie do organu. Świadczą o tym wskazane wyżej nieprawidłowości tj. poczynienie własnych ustaleń co do niektórych elementów stanu faktycznego, poczynione domniemania, pominięcie istotnych elementów stanu faktycznego” (wyrok z 17 listopada 2020 r., sygn. akt I SA/Gd 772/20).
Podsumowanie
Dla skarbówki nie ma znaczenia, czy przedsiębiorcą jest importer paliwa, handlarz stalą, sprzedawca z kiosku czy szpital. Każdy, kto osiąga w kraju przychody z działalności gospodarczej, musi płacić daninę na rzecz fiskusa, i to na jego warunkach. Teorie o przyjaznej dla podatnika administracji skarbowej czy rozstrzyganiu przez nią wątpliwości interpretacyjnych prawa podatkowego na korzyść przedsiębiorców w obliczu ochrony słusznych interesów Skarbu Państwa wydają się więc nadal utopijną mrzonką.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Miliony Polaków oszczędzających na książeczkach mieszkaniowych zostało nabitych w butelkę. Szacuje się, że mogli stracić nawet kilkadziesiąt miliardów dzisiejszych złotych! Jaką obecnie mają wartość książeczki mieszkaniowe i do czego można je wykorzystać?
63 lata temu rząd wydał słynną uchwałę nr 65 „w sprawie zapewnienia realnej wartości wkładów na mieszkaniowych książeczkach oszczędnościowych Powszechnej Kasy Oszczędności”. Od 1958 r. oszczędzającym zaczęto wypłacać premię gwarancyjną, dzięki której mieli mieć pewność, że realną wartość zachowa wkład do wysokości 50% kosztów budowy lub uzyskania mieszkania o powierzchni 85 m kw. Sposób waloryzacji był prosty: na ile metrów mieszkania lub domu zaoszczędziłeś w danym roku, na tyle mogłeś liczyć w momencie likwidacji książeczki mieszkaniowej w ramach premii gwarancyjnej.
W dużych miastach Polacy musieli oszczędzać w ten sposób na spółdzielcze mieszkanie lokatorskie lub własnościowe, bo na zakup mieszkania na zasadach komercyjnych mało kogo było stać. Niestety, z czasem system oszczędzania zamienił się w piramidę finansową, która w 1989 r. ostatecznie runęła wraz ze zmianą ustroju. Na lodzie pozostało kilka milionów posiadaczy książeczek mieszkaniowych, często z zawinkulowanym wkładem, co oznaczało, że zgromadzili 10-20% wymaganych przez spółdzielnie kosztów budowy mieszkania. Wskutek hiperinflacji, która w latach 1989–1990 osiągnęła poziom 1 395%, a potem denominacji, oszczędności gromadzone w latach 70. czy 80. były niewiele warte.
W obronie posiadaczy książeczek stanął rzecznik praw obywatelskich. Na jego wniosek w 1993 r. Sąd Najwyższy wydał uchwałę (III CZP 58/93), w której stwierdził, że wkład na książeczce mieszkaniowej i premia gwarancyjna nie podlegają waloryzacji na podstawie art. 3581 § 3 k.c. Innymi słowy, pokrzywdzeni mają zamkniętą drogę sądową. O waloryzacji premii gwarancyjnej ma zaś decydować państwo.
Sędziowie wzięli też pod uwagę stan jego finansów. W tym czasie w rękach Polaków było ok. 5 mln książeczek mieszkaniowych. Pełna waloryzacja premii gwarancyjnej, choć rozłożona w czasie, miałaby kosztować budżet 50-80 bln zł, a po denominacji – ok. 5-8 mld zł (po obecnych cenach – kilka razy więcej). W końcówce 1993 r. GUS-owski wskaźnik ceny 1 m kw., który jest stosowany do obliczania premii gwarancyjnej, wynosił 7,5 mln zł (750 zł), zaś obecnie ok. 5 tys. zł.
Jak rządy w III RP próbowały rozwiązać ten problem? Np. w latach 1990-1995. posiadacze książeczek, którzy brali sprawy mieszkaniowe we własne ręce, mogli uzyskać rekompensatę o równowartości ceny 5 m kw. mieszkania.
Od 1996 r. kwestię waloryzacji i wypłaty premii gwarancyjnej reguluje ustawa „o pomocy państwa w spłacie niektórych kredytów mieszkaniowych, udzielaniu premii gwarancyjnych oraz refundacji bankom wypłaconych premii gwarancyjnych oraz niektórych innych ustaw” (aktualny tekst tej ustawy).
Obecnie ta kwestia nie budzi już takich emocji jak 30 lat temu, choć w posiadaniu Polaków może być jeszcze milion książeczek założonych przed 24 października 1990 r. Rząd podaje, że wartość zgromadzonych na nich wkładów wraz z premią gwarancyjną sięga pół miliarda złotych.
Posiadacze książeczek już nie liczą na obiecaną im w PRL waloryzację. Chcą jedynie odzyskać swoje pieniądze wraz z premią gwarancyjną, której wysokość wynosi obecnie ok. 10,2 tys. zł. Jednak, żeby ją uzyskać, muszą najpierw zrealizować jeden z celów mieszkaniowych, które określa ustawa. Dobra wiadomość jest taka, że jej najnowsza nowelizacja, która weszła w życie 19 stycznia 2021 r., znacznie rozszerzyła katalog tych celów.
Właściciele książeczek mieszkaniowych dostaną premię gwarancyjną w przypadku m.in.:
zakupu mieszkania lub budowy domu (także w trakcie realizacji inwestycji);
uzyskaniu odrębnej własności lokalu mieszkalnego powstałego w drodze przebudowy, nadbudowy lub rozbudowy budynku mieszkalnego bądź pomieszczeń niemieszkalnych;
wpłaceniu za okres 12 miesięcy składek na fundusz remontowy wspólnoty lub spółdzielni mieszkaniowej;
zaciągnięcia kredytu na dom lub mieszkanie (pieniądze są doliczane do wkładu własnego);
wpłaceniu kaucji za mieszkanie najęte od towarzystwa budownictwa społecznego w wysokości przekraczającej 3 proc. wartości odtworzeniowej lokalu;
zakupu ułamkowej części (minimum ¼ udziału) mieszkania spółdzielczego o statusie własnościowym lub domu w spółdzielni;
zakupu ułamkowej części (minimum ¼ udziału) mieszkania stanowiącego odrębną własność lub domu;
zawarciu umowy najmu instytucjonalnego z dojściem do własności – premia byłaby wypłacana po 12 miesiącach od zawarcia takiej umowy, a wpłata na poczet wykupu mieszkania musiałby przekroczyć 3% wartości odtworzeniowej lokalu (tego typu umowy oferuje najemcom Fundusz Mieszkań dla Rozwoju w ramach programu Mieszkanie Plus);
ponoszeniu przez co najmniej 5 lat opłat z tytułu przekształcenia prawa użytkowania wieczystego gruntu w prawo własności;
wymianie okien (co najmniej dwóch, jeśli w mieszkaniu jest więcej niż jedno) oraz montażu, wymiany lub modernizacji instalacji gazowej, elektrycznej lub wodno-kanalizacyjnej;
realizacji przedsięwzięcia termomodernizacyjnego (np. ocieplenie domu czy wymiany urządzenia grzewczego), przy czym wydatki na materiały budowlane, urządzenia lub usługi muszą wynieść co najmniej 6 tys. zł.
Ponadto rząd postanowił zbadać, ile faktycznie jest książeczek mieszkaniowych. Dlatego ustawa zobowiązała ich posiadaczy do zarejestrowania się w PKO BP. Warto to zrobić w tym lub przyszłym roku. Osoby rejestrujące książeczki po 1 stycznia 2023 r. będą bowiem mogły ubiegać się o premię gwarancyjną dopiero „w roku następującym po rejestracji książeczki”, czyli najwcześniej w 2024.
Pitch decki są niezmiennie kluczowym narzędziem do komunikacji pomiędzy start-upami a inwestorami. Wciąż jednak pojawiają się w nich jednak fundamentalne błędy, które utrudniają zdobycie finansowania. Fundusz Czysta3.VC postanowił zbadać oczekiwania obu stron, tworząc jeden z największych polskich raportów w tym zakresie.
Zespół przeprowadził badanie ankietowe, na które odpowiedzi udzieliło 90 respondentów: 61 przedstawicieli startupów z różnych branż i 29 przedstawicieli funduszy venture capital o zdywersyfikowanej wielkości kapitału.
– Głównym celem badania była próba zidentyfikowania różnic pomiędzy tym, co sądzą start-upowcy i przedstawiciele branży VC. Z jednej strony wiele danych się pokrywa, co cieszy, bo oznacza, że ekosystem się systematycznie rozwija i profesjonalizuje, z drugiej natomiast wciąż pojawiają się pewne rozbieżności, które mogą zaważyć na zaproszeniu do pierwszych rozmów, więc warto nad tym pracować – tłumaczy Szymon Janiak, co-founder i managing director Czysta3.VC. Za największy błąd w deckach wciąż uchodzi brak odniesienia pomysłu do kontekstu biznesowego oraz sposobu na pozyskanie klientów – wątpliwość w odniesieniu do komercjalizacji często przekreśla projekt w oczach funduszu – dodaje.
Jak wynika z raportu – aspirujący do pozyskania finansowania przedsiębiorcy powinni poświęcić więcej uwagi konkretnemu opisowi problemu, który chcą rozwiązać. Zdaniem respondentów, warto uzupełnić go o dostępne dane rynkowe i analizy. Inwestorzy poszukują w pitch deckach nie tylko innowacyjnego pomysłu, ale przede wszystkim pewności, że proponowane rozwiązanie biznesowe odpowiada na realną potrzebę rynkową i przyniesie zamierzone zyski w przyszłości.
– Deck pełni dwie role. Jest wizytówką zespołu, przesłanką dla odbiorców wskazującą, że zespół „ogarnia” podstawowe kwestie. Główną jego rolą jest ułatwienie inwestorom zrozumienie wartości i nabrania przekonania, że autorzy mają dużą szansę zbudować skalę i trwale rentowny biznes za dostępne startupom środki. Pominięcie mocnego projektu ze słabym deckiem jest porażką – nie tylko founderów, ale i funduszu – wskazuje Michał Olszewski, partner w Movens Capital.
Oczywistym jest, że merytoryczna, przemyślana i spójna treść pitch decka ma największe znaczenie, jednak – zdaniem respondentów obu grup – jego forma graficzna także wpływa na ocenę i odbiór pomysłu (to opinia 97% badanych z grupy startupy i 93% badanych z grupy venture capital). Projekt pitch decka powinien przede wszystkim pomagać w zrozumieniu konceptu biznesowego.
Z odpowiedzi badanych z obu grup wynika także, że informacje dotyczące pomysłu na biznes lub jego kolejny etap rozwoju, powinny zostać zawarte na 11 do 20 slajdów. Co ciekawe, większość respondentów w obu grupach uznała, że powinny być one być przygotowane w języku angielskim.
– Dla funduszy bardzo istotne jest, aby prezentacja zawierała informacje na temat zrealizowanych dotychczas celów oraz obecnego etapu rozwoju przedsiębiorstwa. Właściciele firm uznali natomiast, iż jest to średnio ważny element pitch decka. Dla instytucji finansującej przedsięwzięcie, jest to rzeczywiście istotny sygnał zwrotny mówiący zarówno o determinacji i potencjale founderów, efektywności ich dotychczasowych działań, jak i o pierwszych informacjach płynących z rynku na temat proof of concept biznesu – stwierdza Mateusz Oleksiuk, CEO LESS_.
Ciekawym wątkiem poruszonym w badaniu jest kwestia wysyłki pitch decka do potencjalnych inwestorów. Większość badanych w obu grupach wskazuje na brak efektywności tzw. cold mailingu, czyli wysyłki wiadomość do wielu funduszy z zaproszeniem do zapoznania się z załączonym pitch deckiem. Respondenci reprezentujący grupę startupów zapytani o najbardziej skuteczny sposób dotarcia do danego inwestora, wskazują na siłę rekomendacji i tzw. warm intro. Zdaniem badanych, przy bezpośrednim kontakcie z funduszami, dużą wartość stanowi wskazanie, dlaczego przedsiębiorca ubiega o tę współpracę (innymi słowy, dlaczego wybrał właśnie ten fundusz). Przedstawiciele venture capital cenią także, gdy już w samej wiadomości zawarte zostaną najistotniejsze informacje o pomyśle, w sposób zachęcający do jego głębszego poznania.
– Eksplozja przedsiębiorczości technologicznej w ciągu ostatniej dekady, spowodowała że wielu founderów i inwestorów zaczęło skrupulatnie dokumentować tajniki branży. Fraza “How to design a pitch deck” posiada ~ 28 milionów wyników wyszukiwania. W sieci, każdy founder znajdzie przykłady pitch decków znanych firm, z każdego etapu, na którym zbierały finansowanie. Spore grono inwestorów dzieli się wskazówkami, na co zwrócić uwagę w rozmowie z inwestorem. Analizując wyniki ankiety widać, że ta wiedza została już przyswojona. Founderzy i inwestorzy rozmawiają tym samym językiem – modeli biznesowych, sprzedaży, segmentów i zespołów – podsumowuje Marcin Szeląg, partner w Innovation Nest.
Rok 2020 był trudnym i pełnym wyzwań rokiem dla sektora biurowego w Polsce. Spodziewane od początku pandemii COVID-19 spowolnienie na rynku biurowym jest widoczne, przy czym wydaje się, że nie będzie ono miało charakteru długotrwałego. W miastach regionalnych nie tylko deweloperzy, ale również najemcy ostrożniej podejmowali decyzje, co znalazło swoje odzwierciedlenie w wolumenie podpisanych umów najmu. Zakontraktowane 580 000 m kw. było wynikiem gorszym o ponad 100 000 m kw. w porównaniu do 2019 r.
Na koniec grudnia 2020 r. całkowite zasoby biurowe na ośmiu największych rynkach regionalnych (Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Łódź, Poznań, Szczecin, Lublin) osiągnęły niemal 5,8 mln m kw. Kraków z 1,55 mln m kw. powierzchni biurowej (27% całkowitego wolumenu biur istniejących w regionach) niezmiennie pozostaje liderem pod tym względem. Wrocław, który kolejny raz znalazł się na drugim miejscu, może pochwalić się stokiem biurowym o powierzchni ponad 1,2 mln m kw. Natomiast wielkość zasobów istniejącej powierzchni biurowej w pozostałych sześciu miastach regionalnych waha się od ponad 183 tys. m kw. w Szczecinie i Lublinie do prawie 900 tys. m kw. w Trójmieście.
W 2020 r. oddano do użytkowania 37 nowych projektów biurowych o łącznej powierzchni 393 300 m kw., co stanowi tylko około 70% w porównaniu do ilości powierzchni dostarczonej na rynki regionalne w 2019 r. Najwięcej nowej podaży w 2020 r. – 140 700 m kw. (36% wolumenu nowej podaży) przypadło na rynek krakowski, gdzie największym projektem dostarczonym na rynek był biurowiec High 5ive 4, o powierzchni 23 500 m kw., oddany do użytkowania w I kwartale 2020 r. Drugim rynkiem pod względem nowej podaży w 2020 r. są Katowice, z ponad 61 300 m kw. nowej powierzchni. Sektor biurowy w tym mieście powiększył się o cztery obiekty, z których największe to budynki A i B kompleksu Face2Face, o powierzchni odpowiednio: 26 200 m kw. i 19 600 m kw. Rynek w Trójmieście z nowo dostarczonymi 60 300 m kw. uplasował się na trzeciej pozycji, gdzie w ręce najemców zostało oddanych sześć nowych projektów. Do największych zaliczamy m.in. Olivia Prime B, z 25 000 m kw. powierzchni i biurowiec Wave A, którego powierzchnia najmu wynosi 23 600 m kw. Rynek wrocławski uplasował się zaraz za podium, z powierzchnią nieznacznie tylko mniejszą, niż ta dostarczona w Trójmieście. Cztery nowe projekty we Wrocławiu dały w sumie ponad 58 000 m kw. nowej powierzchni, z czego największym projektem było Centrum Południe (23 700 m kw.). Z pozostałych rynków regionalnych na uwagę zasługuje rynek łódzki, który w 2020 r. powiększył się o prawie 51 000 m kw. nowej powierzchni. Widoczne spowolnienie pod względem nowej podaży w 2020 r. odnotowały najmniejsze rynki biurowe w Polsce: w Lublinie nie oddano do użytku ani jednego projektu, a w Szczecinie zaledwie jeden o powierzchni 3 400 m kw.
Niepewna sytuacja rynkowa nie wpłynęła negatywnie na rozpoczęte już inwestycje, które są realizowane zgodnie z harmonogramem. Deweloperzy kontynuują trwające prace budowlane, ale decyzje o rozpoczęciu nowych inwestycji są często przesuwane w czasie. Ponadto, kilka inwestycji zostało tymczasowo wstrzymanych, a ich wznowienie planowane na kolejne miesiące, jest uzależnione od rozwoju sytuacji pandemicznej w kraju. W perspektywie 12 miesięcy najdynamiczniej będą rosły rynki: katowicki, krakowski oraz trójmiejski. Ten ostatni rynek małymi krokami zbliża się do przekroczenia pułapu 1 mln m kw. istniejących zasobów biurowych. Do największych realizowanych inwestycji poza Warszawą należą: kompleks Global Office Park firmy Cavatina (55 100 m kw.) i .KTW II firmy TDJ Estate (42 000 m kw.) realizowane w Katowicach, Ten Office Buma A1 (12 700 m kw.) i Teritium Business Park III (12 500 m kw.), obie inwestycje w Krakowie i obie realizowane przez Buma oraz wrocławski biurowiec MidPoint 71 (36 900 m kw.) firmy Echo Investment.
Rosnąca liczba ofert podnajmów jest obecnie jedną z najbardziej widocznych konsekwencji pandemii na rynku biurowym w Polsce. Na koniec roku na rynkach regionalnych wolumen powierzchni oferowanej na podnajem osiągnął około 150 000 m kw. Wśród rynków regionalnych największy wybór przestrzeni na podnajem oferują firmy we Wrocławiu, Krakowie i Trójmieście. Dzięki temu rozwiązaniu, najemcy różnych branż mają możliwość wynajęcia biura na krótszy okres i w atrakcyjniejszej cenie, niż w przypadku tradycyjnej umowy najmu. Umowy podnajmu wiążą się jednak z ograniczonymi możliwościami zmiany aranżacji lub nietypowymi okresami najmu, co z drugiej strony może powstrzymywać firmy przed wyborem takiej opcji.
Wraz z rozpowszechnieniem się elastycznego modelu pracy zyskaliśmy pewność, że biura pozostaną niezbędnym elementem dla funkcjonowania firm. Po wielu miesiącach pracy zdalnej, utrzymanie maksymalnej wydajności jest wyzwaniem. Potrzebujemy ciągłej wymiany informacji z innymi ludźmi, codziennej ludzkiej interakcji oraz miejsca profesjonalnie przystosowanego do pracy. Dlatego biuro zawsze będzie punktem centralnym każdej firmy. Jednak można oczekiwać, że najemcy będą wymagać większej elastyczności, co do okresu najmu oraz zajmowanej powierzchni jak i opcji podnajęcia zajmowanej powierzchni biurowej – Mikołaj Laskowski, Head of Office Agency w BNP Paribas Real Estate Poland
Wskutek pandemii całkowity wolumen popytu w 2020 r. na rynkach regionalnych był niższy tylko o ok. 16% r-d-r. Zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe w okresie od stycznia do grudnia 2020 r. sięgnęło 582 200 m kw., co biorąc pod uwagę sytuację pandemiczną jest dobrym wynikiem. W 2020 r. trzy rynki regionalne (poznański, łódzki i wrocławski) odnotowały wzrost popytu brutto, z czego rynek poznański zanotował wzrost popytu brutto aż o 55% w stosunku do 2019 r. Pozostałe rynki zanotowały spadki, a największy dotyczył rynku krakowskiego (o około 40% w stosunku do rezultatu uzyskanego w 2019 r.).
W 2020 roku najwyższy udział w strukturze popytu przypadł nowym umowom: 47% (włączając umowy przednajmu). Renegocjacje i przedłużenia obowiązujących kontraktów odpowiadały za 38% zarejestrowanego popytu, ekspansje za 13%, a 2% stanowiły umowy na potrzeby własne właścicieli nieruchomości. Rekordową w 2020 r. była umowa przednajmu Allegro, który wynajął 26 000 m kw. powierzchni w biurowcu Nowy Rynek D1 w Poznaniu. Największą umową odnowienia była z kolei umowa firmy ABB, opiewająca na 20 000 m kw. w biurowcu Axis. Najwyższą aktywność najemców zarejestrował sektor IT, który w całym 2020 r. odpowiadał za ponad 41% zrealizowanego popytu brutto. Firmy z tego sektora podpisały również znaczące umowy najmu. Do największych z nich (oprócz wspomnianej wcześniej umowy Allegro) zalicza się: umowę przednajmu Fujitsu na 16 300 m kw. w Technology Solutions w Fuzji w Łodzi oraz nową umowę poufnego najemcy na 14 500 m kw. w Tertium Business Park C w Krakowie.
Na koniec czwartego kwartału 2020 r na ośmiu głównych rynkach regionalnych do wynajęcia od zaraz pozostawało prawie 736 600 m kw. powierzchni biurowej, czego wynikiem jest stopa pustostanu na poziomie 12,7% (wzrost o 0,8 p.p. kw./kw. oraz wzrost o 3.1 p.p. w porównaniu do końca 2019 roku). Najwyższy współczynnik pustostanów odnotowano w Łodzi – 16,4 %, najniższy w Szczecinie – 6,9%.
Ostatnie 3 lata na regionalnych rynkach biurowych odznaczały się rekordową aktywnością najemców i przyzwyczaiły nas do dobrych wyników. Ostatni rok przyniósł spowolnienie, jednak wydaje się, że jego skutki nie muszą mieć charakteru długotrwałego. W zależności od dalszej sytuacji zdrowotnej, tempa szczepień, działań i restrykcji rządowych oraz zmieniających się preferencji najemców sytuacja na rynku może się zmienić. Kolejne miesiące przyniosą odpowiedź na najbardziej nurtujące wszystkich pytanie: jak zachowa się rynek w 2021 r. – Klaudia Okoń, Consultant, Research and Consultancy Department, BNP Paribas Real Estate Poland
Inprogress to jeden z liderów branży szkoleniowej w Polsce. Oferuje akredytowane szkolenia z zarządzania projektami takie jak PRINCE2®, AgilePM®, Change Management czy autorskie szkolenie z Podstaw Zarządzania Projektami. W poniższym artykule przedstawiamy pokrótce metodyki oraz zakres wymienionych szkoleń.
PRINCE2®
Najpopularniejsza metodyka zarządzania projektami czyli PRINCE2 jest stosowana od 1989 roku. Na jej powstanie złożyło się tysiące zrealizowanych dobrze projektów i doświadczenie specjalistów z Wielkiej Brytanii (trenerów specjalizujących się w zarządzaniu, kierowników projektów, konsultantów, studentów i zespołów projektowych). Celem powstania PRINCE2 była maksymalizacja szans na realizację projektu który ma jakiś element niepewności. Metodyka ta pokazuje, że można podzielić projekt na mniejsze procesy oraz podać definicję działań zarządczych i administracyjnych które wykonywane są w ramach danego przedsięwzięcia. PRINCE2 charakteryzuje porządek i formalność przy jednoczesnym zachowaniu elastyczności. Odpowiada na pytania jakie korzyści ma nam dać projekt, a także dlaczego, kiedy, gdzie i jak.
AgilePM®
AgilePM to skrót od Agile Project Management. Jest to metodyka zwinnego zarządzania projektami która została doceniona na całym świecie. AgilePM koncentruje się na dostarczeniu tego czego oczekuje Klient. Podejście to umożliwia dogłębne zrozumienie potrzeb Klienta i razem z nim opracować satysfakcjonujący rezultat. Wersja metodyki v2 opiera się na podejściu The DSDM AgileProject Framework (ang. Dynamic Systems Development Method) co pozwala na realizację projektów w sposób sprawny, szybki i bezpieczny tam gdzie dokładność i przejrzystość ma znaczenie przez cały okres życia projektu. Ta metodyka znajdzie swoje zastosowanie w przedsięwzięciach których zakres może ulegać zmianom.
Change Management
Słowa które najtrafniej określają to czym jest Change Management to zarządzanie zmianą w organizacji. Tego typu zmiana może być spowodowana zarówno czynnikami zewnętrznymi (np. wydarzenia na rynku) jak i wewnętrznymi (np. rozwój firmy). Change Management prezentuje szereg koncepcji i narzędzi które pomogą kontrolować zmiany, kierować nimi a także wprowadzać je i organizować w przedsiębiorstwie. Metoda ta pozwala usprawnić przeprowadzenie zmiany biznesowej w przedsiębiorstwach. Przyczyni się do poprawy procedur które pomogą w przyszłości przygotować się do wprowadzenia zmian jak np. powołanie zespołu który zarządzi zmianą czy przygotowanie sieci agentów zmiany.
Powyższe szkolenia akredytowane odbywają się na poziomach: Foundation (podstawowym) i Practitioner (zaawansowanym) i kończą się certyfikującymi egzaminami.
Podstawy Zarządzania Projektami.
Podczas autorskiego szkolenia z Podstaw Zarządzania Projektami omawiane są najlepsze i sprawdzone metody prowadzenia projektów. Podczas szkolenia uczestnicy dowiedzą się jak zarządzać projektem w sposób kontrolowany i co zrobić aby podnieść szansę na osiągnięcie sukcesu oraz realizację założonego celu. Kurs jest dedykowany nie tylko kierownikom projektów i menadżerom prowadzącym nadzór, ale także uczestnikom zespołów projektowych. To także doskonałe wsparcie dla osób rozpoczynających swą przygodę z zarządzaniem projektami i wstęp do szkoleń z tego zakresu. Szkolenie pozwala nabyć praktyczne umiejętności, które będą przydatne podczas realizacji czy też uczestnictwa w projekcie.
PRINCE2® to zarejestrowany znak handlowy należący do AXELOS Limited i używanymi za zgodą AXELOS. Wszelkie prawa zastrzeżone.
APMG-International Agile Project Management, Change Management są znakami handlowymi należącymi do APM Group Ltd. AgilePM i DSDM są zarejestrowanymi znakami handlowymi Agile Business Consortium Limited w Wielkiej Brytanii.
Na rynku jeszcze trwa sprzątanie po bałaganie wywołanym wokół niszowych spółek z Wall Street, a wczorajsze przerzucenie uwagi na srebro już odchodzi w zapomnienie. Na pierwszy plan powracają za to oczekiwania ożywienia w długim okresie przy pozytywnie odbieranych doniesieniach z USA o planie fiskalnym i postępach w szczepieniach. Możemy być blisko powrotu ryzykownych aktywów do wzrostów.
Jakkolwiek nie da się jeszcze ogłosić, że okres huśtawki w trendzie bocznym minął, nowa fala apetytu na ryzyko może czekać tuż za rogiem. Wczorajsze odbicie rynku akcji wygląda obiecująco, choć brakowało mu poparcia w rynku walutowym, gdzie zaskakującą siłą wyróżniał się dolar. Ale przy stopniowym spadku zainteresowania fenomenem wpływu zrzeszonych na forach inwestorów detalicznych na niszowe spółki i bezowocnym wciągnięciu w szał zakupów rynku srebra wprowadzający nerwowość szum powinien cichnąć, a rynki wrócić do śledzenia długoterminowych trendów.
A w tle mamy więcej pozytywnych informacji wzmacniających nadzieje na poprawę perspektyw ożywienia. W USA wciąż trwają prace nad potężnym fiskalnym planem pomocowym. Inwestorów ucieszyła informacja, że Republikanie przedstawili prezydentowi Bidenowi swoją propozycję pakietu. Choć plan w wysokości 618 mld USD to zaledwie jedna trzecia tego, co chciałby Biden, to ważniejsza od pieniędzy jest wola obu partii do prowadzenia negocjacji. Na koniec jest oczywistym, że czego Demokraci nie osiągną w porozumieniu z Republikanami, przeforsują mechanizmami legislacyjnymi dla których nie potrzebują poparcia opozycji. Republikanie nie mają zbyt wiele pola manewru, by blokować pieniądze, których Amerykanie potrzebują. I rynek zdaje sobie z tego sprawę.
Jednak ważniejszy jest postęp w walce z wirusem, a tutaj perspektywy wyglądają bardziej obiecująco niż jeszcze tydzień temu. W USA liczba Amerykanów, którzy otrzymali przynajmniej jedną dawkę szczepionki, przekroczyła łączną liczbę przypadków z pozytywnym wynikiem testu na COVID-19. Maleją też obawy o dostawy szczepionek do Europy. BioNTech i Pfizer planują zwiększyć możliwości produkcyjne, AstraZeneca deklaruje zwiększenie dostaw jeszcze w tym kwartale, a na zatwierdzenie czeka jeszcze szczepionka do Johnson&Johnson. Wprawdzie tempo szczepień na Starym Kontynencie nie jest tak szybkie jak w USA czy Wielkiej Brytanii i ryzyko przedłużanych restrykcji wisi nad gospodarką, ale pesymizm związany z pandemią jest teraz większy niż powinien. Rewaluacja oczekiwań w górę powinna wkrótce stać się siłą napędową dla odbicia ryzykownych aktywów.
Lepsze nastroje we wtorek rano przynoszą kontynuację zielonej fali na giełdach, a na FX wraca słabość dolara na rzecz walut G10 i rynków wschodzących. W tym otoczeniu dobrze wygląda złoty z EUR/PLN testującym 4,50, który jest kluczowy dla dalszego kierunku. Na początku stycznia ruch aprecjacyjny złotego został zatrzymany na tym poziomie w związku z obawami, że zejście EUR/PLN poniżej 4,50 wzbudzi niezadowolenie NBP i zagrozi interwencyjną sprzedażą złotego. Testowanie determinacji banku centralnego w tygodniu z posiedzeniem RPP wydaje się odważną decyzją. Z drugiej jednak strony, jeśli tłumaczenie interwencji dbaniem o dobro eksporterów było tylko zasłoną dymną, by oddalić oskarżenia o podbijanie fixingu na koniec roku, to teraz w lutym opór ze strony NBP może być mniejszy, albo nie wystąpić wcale. Osobiście sądzę, że bank centralny nie będzie (nie powinien) angażować się w walkę z rynkiem, kiedy koszty mogą być wysokie, a korzyści minimalne. W rezultacie siła złotego nie powinna się wyczerpywać na 4,50, ale przynajmniej jakieś 2 proc. niżej.
PSE opublikowały wyniki aukcji głównej na rok 2025. Enel X utrzymał pozycję wiodącego agregatora usług Demand Side Response (DSR) w Polsce, uzyskawszy kontrakty na 595 MW redukcji mocy w 2025 roku.
Dzięki temu przedsiębiorstwa, które dotychczas brały udział w programach DSR za pośrednictwem Enel X będą nadal miały możliwość otrzymywania atrakcyjnego wynagrodzenia w długoterminowej perspektywie współpracy, równocześnie wspierając bezpieczeństwo krajowej sieci elektroenergetycznej.
Enel X Polska wygrał aukcje o łącznej wartości 595 MW redukcji mocy w ramach programów Demand Side Response na 2025 rok. Wynik ten – już po raz kolejny – zapewnia firmie Enel X pozycję wiodącego agregatora usług DSR w Polsce. To też kolejny rok, kiedy firmy współpracujące z Enel X w Polsce mają zapewniony długoterminowy dostęp do atrakcyjnego wynagrodzenia za gotowość do redukcji poboru mocy.
„Cieszymy się, że dzięki ostatniej aukcji możemy utrzymać naszą wiodącą pozycję na rynku i zwiększyć możliwości generowania przychodów dla naszych obecnych i nowych klientów. Już ponad 140 firm z wielu sektorów gospodarki podjęło współpracę z nami w Polsce. Enel X pomaga przedsiębiorstwom uzyskać dostęp do programów Demand Side Response i maksymalizować korzyści, jakie daje udział w nich. Bardzo cieszy nas również fakt, że dzięki temu wspieramy bezpieczne działanie polskiego systemu sieci przesyłowych” – mówi Francesco Venturini, dyrektor generalny Enel X.
Enel X świadczy usługi DSR na polskim rynku od 2017 roku. Od tego czasu udział DSR w polskim systemie energetycznym wzrósł do prawie 4 proc. zainstalowanej mocy. Enel X niedawno potwierdził, że programy DSR stanowią obecnie ważny element w polskim systemie sieciowym, przechodząc test redukcji mocy z portfelem ponad 140 klientów w ramach programu DSR na 2021 rok.
DSR to jedno z ważniejszych narzędzi służących do zaspokojenia rosnącego zapotrzebowania na energię elektryczną poprzez bardziej efektywne wykorzystanie istniejącej infrastruktury energetycznej. Programy DSR wykorzystują elastyczność w zakresie poboru mocy w przedsiębiorstwach z różnych gałęzi gospodarki, przez co wspierają bezpieczeństwo krajowego zasilania i minimalizują ryzyko wystąpienia braków w podaży energii. Przedsiębiorstwa biorące udział w programach otrzymują atrakcyjne wynagrodzenie za gotowość do reagowania na rzadkie sytuacje możliwego deficytu w zakresie podaży energii z sieci. DSR zwiększają również stabiliność systemu elektroenergetycznego w sytuacji zwiększającego się udziału energii odnawialnej w miksie energetycznym.
Enel X zajmuje wiodącą pozycję w programach DSR na całym świecie, zarządzając około 6 GW redukcji mocy w obydwu Amerykach, Europie, Azji i Oceanii.
Piotr Listwoń, Wiceprezes Zarządu Towarowej Giełdy Energii S.A., spółki z Grupy Kapitałowej GPW, został w styczniu br. wybrany na członka Zarządu APEx
APEx (Association of Power Exchanges) jest międzynarodowym stowarzyszeniem zrzeszającym giełdy energii. Obecnie w jej strukturze jest 46 organizacji z całego świata
– Idea łączenia rynków energii, wspierana przez Komisję Europejską, wdrażana jest już w różnych obszarach na całym świecie. Przed nami stoi wiele wyzwań w kontekście globalnym. Cieszę się, że skład Zarządu APEx zasili przedstawiciel tak dynamicznie rozwijającej się giełdy z Europy Środkowo-Wschodniej. Jestem przekonany, że Pan Piotr Listwoń wniesie do naszej organizacji duże doświadczenie oraz europejskie spojrzenie na rynek energii tego regionu – powiedział Stu Bresler, Przewodniczący Association of Power Exchanges.
Towarowa Giełda Energii (TGE), spółka z Grupy Kapitałowej GPW, jest członkiem APEx od 2000 roku. W przeciągu 2 dekad przedstawiciel TGE już po raz drugi zasiada w Zarządzie stowarzyszenia, co potwierdza nie tylko silną pozycję Giełdy, ale także fakt, że wdrażane pionierskie rozwiązania giełdowe są doceniane zarówno w Europie jak i na świecie.
– TGE działa w APEx praktycznie od początku swojego istnienia. Uruchamiając ponad 20 lat temu Giełdę, patrzyliśmy dalekosiężnie, wiedzieliśmy, że kiedyś nadejdzie moment, w którym udostępnimy nasze usługi i towary innym krajom. I tak się stało w 2010 roku, kiedy zaoferowaliśmy polską energię na połączeniu ze Szwecją, a 5 lat później z Litwą. Obecnie umożliwiamy handel transgraniczny w ramach zintegrowanych rynków SIDC oraz SDAC. Istotne, dla mnie jako menedżera, jest zdobywanie nie tylko nowych kompetencji, ale także ich wymiana. Tylko przy takim układzie możemy stworzyć sieć współpracy, która przyczyni się do rozwoju naszych biznesów. Odpowiednim miejscem do tego jest właśnie APEx. Zaufanie jakim zostałem obdarzony zobowiązuje mnie do reprezentowania nie tylko TGE, ale także naszej części Europy – mówi Piotr Listwoń, Wiceprezes Zarządu Towarowej Giełdy Energii.
APEx to międzynarodowa organizacja zrzeszająca towarowe i finansowe giełdy energii z całego świata. Obecnie w jej skład wchodzi 46 organizacji. Stowarzyszenie powstało w celu wspierania rozwoju konkurencyjnych rynków energii elektrycznej, a główną misją APEx jest tworzenie platformy wymiany informacji, doświadczeń oraz dobrych praktyk pomiędzy członkami.
***
Piotr Listwoń posiada wieloletnie doświadczenie w zakresie obrotu i rozliczeń rynków terminowych towarowych, rynku instrumentów finansowych oraz transakcji międzynarodowych realizowanych w ramach mechanizmu łączenia europejskich rynków energii elektrycznej. Z Grupą Kapitałową TGE związany jest od 2008 r., gdzie początkowo zaangażowany był w prace nad uruchomieniem działalności operacyjnej Izby Rozliczeniowej Giełd Towarowych S.A. oraz kierował m.in. projektem wdrożenia zaawansowanego systemu płatności w IRGiT. W latach 2013-2018 pełnił funkcję Dyrektora Działu Rozliczeń i Rozrachunku oraz Dyrektora Rozwoju Współpracy Międzynarodowej w IRGiT. W kwietniu 2018 r. objął stanowisko Wiceprezesa Zarządu Towarowej Giełdy Energii, gdzie odpowiada za działalność operacyjną Giełdy oraz rozwój produktów giełdowych. W kwietniu 2018r. został członkiem Rady Nadzorczej Fundacji Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie S.A., a od grudnia 2020 r. pełni funkcję Przewodniczącego Rady Nadzorczej InfoEngine, spółki wchodzącej w skład GK TGE. W styczniu 2021r. dołączył do Zarządu międzynarodowego stowarzyszenia giełd energii Association of Power Exchanges (APEx).
Funduszu Kompensacyjnego Szczepień Ochronnych nie powinny finansować firmy farmaceutyczne.
W czasie pandemii przedsiębiorstwa oczekują od państwa wsparcia, a nie nakładania kolejnych danin publicznych, w których mają obowiązek partycypować – uważa Konfederacja Lewiatan.
Rząd zapowiedział powstanie Funduszu Kompensacyjnego, z którego byłyby wypłacane odszkodowania w przypadku pojawienia się niepożądanych odczynów u osób zaszczepionych przeciw koronawirusowi. Wśród źródeł finansowania Funduszu wymieniono firmy farmaceutyczne, które zawarły ze Skarbem Państwa umowę na dostawę szczepionek do przeprowadzania obowiązkowych szczepień ochronnych.
.
– Popieramy utworzenie takiego Funduszu, ale nie widzimy podstaw, aby finansowały go firmy farmaceutyczne. Skoro państwo chce przejąć odpowiedzialność za działania niepożądane, to powinno wziąć pełną odpowiedzialność, w tym finansową za takie rozwiązanie, a nie obciążać nią producentów szczepionek (którzy nie ponoszą odpowiedzialności w tym zakresie) – przekonuje Kacper Olejniczak, ekspert Konfederacji Lewiatan.
W świetle obecnie obowiązujących przepisów producent leku ponosi odpowiedzialność wobec pacjenta, jeśli wystąpią u niego działania niepożądane, o których ryzyku nie został poinformowany w ulotce. Jeżeli u pacjenta wystąpi działanie niepożądane, o którym ostrzeżono w ulotce, odszkodowanie nie przysługuje, gdyż pacjent korzystając z produktu leczniczego zaakceptował określony poziom ryzyka.
Państwo powinno sięgnąć do istniejących już źródeł przychodów. Fundusz Kompensacyjny mógłby być zasilany dochodami generowanymi przez Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych.
Zaniepokojenie przedsiębiorców budzi uzasadnienie decyzji Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów zakazującej przejęcia kontroli nad Eurozetem, nadawcą Radia ZET, przez Agorę. Dotychczas decyzje odmowne były wydawane przez Prezesa UOKiK sporadycznie (ostatnia niemal dekadę temu).
Wątpliwości budzą zarówno podstawy merytoryczne oceny koncentracji na rynku mediów, jak i sposób prowadzenia postępowania – uważa Konfederacja Lewiatan.
Koncentracje są przejawem legalnej i istotnej z perspektywy przedsiębiorców działalności gospodarczej, będąc również cechą rynków konkurencyjnych. Zdaniem Konfederacji Lewiatan w przyjętej przez UOKiK w uzasadnieniu decyzji tzw. teorii szkody antymonopolowej (quasi-duopolu) nie ma odpowiedzi na kluczowe pytanie, jakie dane ekonomiczne posłużyły do wyciągnięcia wniosku, że wskutek koncentracji miałoby dojść do zaprzestania konkurowania między graczami rynkowymi i podwyższania cen na rynku, czy też ograniczenia jakości ofert.
Szczególnie niepokojące jest w tym kontekście przywoływanie przez Prezesa UOKiK okoliczności udziału w rynku dwóch największych graczy po koncentracji, podczas gdy w wyniku transakcji doszłoby do połączenia wicelidera rynkowego z podmiotem zajmującym 5 miejsce, których łączny udział rynkowy wynosiłby ok. 25%.
– Przyjęcie nowego standardu jako podstawy do zakazu koncentracji, stanowi dla biznesu ryzyko arbitralności decyzji Prezesa UOKIK, a tym samym niepewności prawnej. Takie podejście może być zastosowane w odniesieniu do wielu koncentracji pomiędzy podmiotami w różnych branżach – mówi Maciej Witucki, prezydent Konfederacji Lewiatan.
– Niepewność w zakresie stosowania określonych ram prawnych wprowadza istotne i nieprzewidywalne ryzyka w działalności biznesowej, co może zniechęcić do podejmowania inwestycji w Polsce – dodaje Krzysztof Kajda, radca prawny, zastępca dyrektora generalnego (szef pionu ekspertyzy) Konfederacji Lewiatan.
Niepokój przedsiębiorców wynika także z doniesień dotyczących samego przebiegu postępowania. W dotychczasowej praktyce zarówno UOKiK, jak i przedsiębiorcy prowadzili w dobrej wierze otwarty dialog, mając na uwadze zasadniczy cel, czyli zbadanie, czy możliwe byłoby dopuszczenie do transakcji po jej modyfikacji. Zakaz, co do zasady legalnych transakcji, był traktowany jako ostateczne rozwiązanie, które UOKiK stosował dopiero w sytuacji gdy wyczerpane zostały możliwości ustalenia warunków.
W ostatnich dniach uwaga rynku skupia się na zachowaniu detalicznych spekulantów skupionych wokół grupy wallstreetbets na Reddicie. Niemniej ich działania nie powinny mieć wpływu na rynek walutowy. W tym tygodniu rynek skupi się za to na licznych danych makroekonomicznych, m.in. ze strefy euro, Wielkiej Brytanii i USA.
Wywołane przez wallstreetbets short squeezy na akcjach niektórych firm, takich jak GameStop, zapewniły mnóstwo rozrywki i ciekawych wiadomości. Oczekujemy jednak, że wpływ zachowania detalicznych spekulantów na rynki walutowe będzie znikomy, biorąc pod uwagę znacznie wyższe wolumeny na tych rynkach i ograniczony dostęp inwestorów detalicznych do nich.
Spodziewamy się, że w tym tygodniu uwaga rynku skupi się na danych makroekonomicznych. Kalendarz dla strefy euro jest wyjątkowo obfity w wydarzenia. We wtorek poznamy dane o PKB w czwartym kwartale, z kolei w środę styczniowy odczyt inflacji. Pierwsza publikacja ma pokazać ujemną dynamikę, z kolei inflacja ma odbić w związku ze zmianami zachodzącymi w Niemczech, a mianowicie: cofnięciem tymczasowej obniżki podatku VAT i podwyższeniem podatków od energii. W czwartek poznamy z kolei wynik posiedzenia Banku Anglii. W piątek uwaga skupi się na styczniowym raporcie z amerykańskiego rynku pracy.
PLN
Złoty umocnił się w parze z euro w minionym tygodniu, dość istotnie zyskując w trakcie jego drugiej części.
Wieści napływające z Polski można uznać za pozytywne. Co prawda obostrzenia (z niewielkimi wyjątkami) zgodnie z nowymi wytycznymi pozostają w mocy, niemniej kraj notuje poprawę sytuacji na froncie walki z COVID-19. Co ciekawe, Polska w zeszłym tygodniu zaczęła radzić sobie wyraźnie lepiej niż UE, jeśli chodzi o tempo szczepień. Ograniczenia dotyczące dostępności szczepionek powinny jednak sprawić, że różnica ta nie będzie się istotnie zwiększać.
Oprócz tego docierają do nas też w znacznej mierze pozytywne wieści z gospodarki. Rok 2020 zakończył się spadkiem PKB Polski, co wystąpiło po raz pierwszy od lat 90-tych. Skala spadku jest jednak niewielka, zwłaszcza w porównaniu z niektórymi innymi krajami UE (szczególnie na południu). Co więcej, bardziej aktualne dane (odnoszące się tylko do grudnia), budzą optymizm: przemysł odnotował dwucyfrową dynamikę wzrostu, jedną z najwyższych w ostatnich latach, z kolei stopa bezrobocia wzrosła zaledwie o 0,1 p.p., co jest typowe dla tego okresu w roku.
W tym tygodniu, w środę, czeka nas kolejne posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Podobnie jak inni nie oczekujemy zmian stóp procentowych. Nie sądzimy też, żeby retoryka RPP miała być wyjątkowo istotna dla złotego, który w ostatnich dniach znów zaczyna zachowywać się podobnie do kluczowych walut regionu, zdając się reagować na zmiany ogólnego sentymentu względem ryzyka.
EUR
Reprezentanci dwóch banków centralnych strefy euro, Holandii i Finlandii, w zeszłym tygodniu wyrazili dyskomfort z powodu siły i skali ostatniej aprecjacji waluty. Należy oczekiwać więcej tego typu wypowiedzi w kolejnych tygodniach, co może stanowić ryzyko dla euro w krótkim terminie. Słabe dane z gospodarki również mogą mieć wpływ na walutę, podobnie jak nadal słabe wyniki na froncie szczepień.
W tym tygodniu spodziewamy się zobaczyć silny wzrost inflacji w strefie euro w styczniu, w znacznej mierze ze względu na zmiany zachodzące w Niemczech. Rynki powinny zwracać większą uwagę na wstępne dane o PKB strefy euro w pierwszym kwartale. Naszym zdaniem istnieje możliwość, że dane okażą się gorsze od oczekiwań, co w konsekwencji mogłoby osłabić euro w relacji do głównych walut.
USD
Obserwowana ostatnio odwrotna korelacja między dolarem amerykańskim i aktywami ryzykownymi w zeszłym tygodniu osłabła. Ceny globalnych akcji skierowały się w dół, jednak dolar amerykański nie doświadczył umocnienia o dużej skali w relacji do większości walut.
W piątek poznamy kluczowy raport z amerykańskiego rynku pracy. Rynki spodziewają się względnej stabilizacji, zarówno jeśli chodzi o stopę bezrobocia, jak i zmianę liczby miejsc pracy w styczniu. Brak historycznego precedensu sprawia, że prognozowanie jest trudniejsze niż kiedykolwiek, jednak liczymy na dodatnią zmianę zatrudnienia, biorąc pod uwagę brak powszechnego lockdownu w USA w styczniu. Przedtem, w środę, uwagę traderów przyciągnąć mogą natomiast usługowe dane PMI od ISM w styczniu.
Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury
Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 74,5% rdr do 31,6 mld zł
Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect o 209,7% do 1,1 mld zł
Wzrost łącznego wolumenu obrotu instrumentami pochodnymi o 37,0% rdr do poziomu 803,7 tys. szt.
Wzrost łącznego obrotu obligacjami na TBSP o 28,2% rdr do 32,0 mld zł
Wzrost łącznego obrotu produktami strukturyzowanymi o 66,3% rdr do 309,5 mln zł
Wzrost łącznego obrotu ETF-ami o 126,6% rdr do 57,1 mln zł
Spadek łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 11,1% do poziomu 12,5 TWh
Wzrost łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym o 33,1% rdr do 14,8 TWh
W styczniu 2021 r. łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 32,3 mld zł, czyli o 73,2% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wzrosła o 74,5% rdr do poziomu 31,6 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła 1,66 mld zł, o 92,9% więcej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec stycznia wyniosła 56 978,68 pkt i była o 0,5% wyższa niż przed rokiem.
Na rynku NewConnect w styczniu odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 196,8% rdr do poziomu 1,1 mld zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect wzrosła o 209,7% rdr i wyniosła 1,1 mld zł.
Łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi w styczniu wyniósł 803,7 tys. szt., czyli o 37,0% więcej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami na indeksy wzrósł o 47,3% rdr do poziomu 444,9 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na akcje wzrósł o 52,5% rdr do 232,6 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na waluty spadł o 10,0% rdr do 100,0 tys. szt., a wolumen obrotu opcjami wzrósł o 26,8% rdr do 26,2 tys. szt.
W styczniu zanotowano wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 66,3% rdr do poziomu 309,5 mln zł oraz wzrost obrotów ETF-ami o 126,6% rdr do 57,1 mln zł.
Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła na koniec stycznia 100,6 mld zł wobec 91,3 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń wzrosła o 34,4% rdr do poziomu 285,3 mln zł.
Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP wyniosła 32,0 mld zł wobec 25,0 mld zł rok wcześniej, co oznacza wzrost o 28,2% rdr.
Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym wyniósł 12,5 TWh, co oznacza spadek o 11,1% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku spot wzrósł o 15,6% rdr do poziomu 3,2 TWh. Na rynku forward wolumen spadł o 17,6% rdr do poziomu 9,3 TWh.
Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wzrósł o 33,3% rdr do 14,8 TWh. Na rynku spot wolumen obrotu wzrósł o 69,5% do poziomu 3,4 TWh. Na rynku terminowym odnotowano wzrost o 25,5% rdr do poziomu 11,5 TWh.
Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2], na rynku spot wyniósł 1,4 TWh, co oznacza spadek o 28,1% rdr.
Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) spadł o 92,1% rdr do poziomu 3,9 ktoe[3].
Obrót Gwarancjami Pochodzenia dla energii elektrycznej wytworzonej w OZE wzrósł o 72,6% rdr, do wolumenu 2,3 TWh.
Kapitalizacja 384 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku w styczniu wyniosła 544,7 mld zł (120,0 mld EUR).
Łączna kapitalizacja 434 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła 1 057,8 mld zł (233,1 mld EUR).
Na Głównym Rynku GPW w styczniu zadebiutowały akcje spółek: Answear.com (wartość oferty: 80,5 mln zł) oraz Photon Energy N.V. (przejście z NewConnect).
Na rynku NewConnect w styczniu br. zadebiutowały akcje spółek: United Label S.A. (wartość oferty: 4,4 mln zł) i Incuvo S.A. (2,8 mln zł).
Na rynku Catalyst w styczniu 2021 r. zadebiutowały obligacje spółek: Cavatina Holding S.A. oraz White Stone Development sp. z o.o. o wartościach emisji odpowiednio: 20 mln zł i 25 mln zł.
W styczniu 2021 r. na GPW odbyło się 19 sesji giełdowych, w porównaniu do 21 sesji rok wcześniej.
[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych
[2] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)
Poprzedni rok na całym świecie upłynął pod znakiem pandemii koronawirusa. Już wtedy, wśród miłośników podróżowania, zaczęły wyłaniać się nowe trendy. W związku z tym,
że COVID-19 towarzyszy nam także od początku stycznia 2021, wciąż otwartym pozostaje pytanie: które z tych tendencji pozostaną z nami na dłużej?
Zainteresowanie wyjazdami wciąż rośnie
Brak możliwości wyjazdu podczas ferii zimowych, a także późniejsze utrzymanie obowiązujących obostrzeń sprawiły, że Polacy z coraz większym utęsknieniem wyczekują końca lockdownu. W krótkim czasie od opublikowania pierwszej, rządowej decyzji
o przedłużeniu restrykcji, większość z nas pożegnała się z wizją zimowego urlopu. Jednocześnie nastąpiło jednak ogromne ożywienie tematyką wyjazdów wakacyjnych – aż 45% osób decyduje się na zabukowanie wyjazdu w trybie first minute. Zainteresowanie rezerwacjami – w porównaniu do stycznia ubiegłego roku – zwiększyło się o 28%.
Gdzie pojadą Polacy po zniesieniu obostrzeń?
Już w 2020 roku nie było żadnych wątpliwości, że koronawirus spowoduje znaczne ograniczenie wyjazdów za granicę. To z kolei stworzyło – i wciąż stwarza – nowe perspektywy dla turystyki krajowej. Na znaczeniu zyskują mniejsze, polskie kurorty. Od początku miesiąca duże miasta – takie jak Kraków czy Warszawa – odnotowują nawet 90% spadek zainteresowania noclegami. Trend ogromnego wzrostu popularności obiektów, znajdujących się poza dużymi metropoliami, z pewnością nie zniknie wraz z epidemią. W styczniu, aż 69% rezerwacji dotyczyło niewielkich miasteczek i wsi, takich jak Borne Sulinowo, Górowychy, Szalejów Dolny. Faworytem został Karpacz, z 75% wzrostem zainteresowania w porównaniu do poprzedniego sezonu. Polacy wybierają także mniej uczęszczane regiony Polski, między innymi okolice Jeziora Rożnowskiego i Solińskiego, czy Góry Sowie.
Moda na odludzie
Polacy z entuzjazmem podchodzą do odpoczynku z dala od czterech ścian, nie tracąc przy tym jednak dozy zdrowego rozsądku. Trend na bezpieczne wyjazdy to także jedno z następstw trwającej epidemii. Już w ubiegłym roku, po zniesieniu lockdownu, mogliśmy zaobserwować ogromny wzrost zainteresowania noclegami w domkach letniskowych na uboczu. W styczniu 2021 utrzymuje się ono niemal na 6-krotnie wyższym poziomie, niż odnotowano w takim samym czasie, w roku 2020. Lawinowo rośnie też popularność wynajmu domów na wyłączność. Często rezerwowane są te z nich, które w cenie gwarantują dostęp do jeziora lub basenu, bez konieczności opuszczania miejsca zakwaterowania. Nad morzem, powodzeniem mogą cieszyć się też kwatery usytuowane w niewielkiej odległości od plaży. Chętnie wybierane obiekty najczęściej łączy także deklaracja o regularnej dezynfekcji pomieszczeń oraz dostępie do środków sanitarnych. Noclegi w domach na wyłączność, domkach i apartamentach postrzegane są jako te najbardziej bezpieczne. To właśnie one cieszą się zaufaniem turystów, mimo że ich wynajęcie oznacza z reguły wyższe opłaty.
Wakacje pod znakiem bonu turystycznego
Jak podaje Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii, do 17 grudnia 2020 r. bon turystyczny 500+ aktywowała dopiero ¼ uprawnionych, a zaledwie 8% beneficjentów wykorzystało już świadczenie. Zważając na ostateczny termin realizacji Polskiego Bonu Turystycznego, przypadający na koniec marca 2022 roku, można przypuszczać, że tegoroczne długie weekendy i wakacje będą idealnymi momentami na jego wykorzystanie. Potwierdzają to także dane portalu Noclegowo.pl. Zainteresowanie noclegami z bonem turystycznym nad morzem – w stosunku do sierpnia 2020, kiedy był on wprowadzany – wzrosło aż o 46%. Do 17 stycznia, obiektów realizujących świadczenie szukano głównie w Zakopanem, Karpaczu, Łebie, Międzyzdrojach i Kołobrzegu. Od pierwszego przedłużenia obostrzeń po feriach 2021, tendencja ulega jednak zmianie. Do puli popularnych destynacji dołącza coraz większa liczba małych, nadmorskich miejscowości. Największym wzrostem popularności w stosunku do zeszłorocznych wakacji mogą się poszczycić rodzinne kurorty, takie jak Dziwnów, Dąbki czy Dźwirzyno.
Jakie jest więc idealne miejsce na wyjazd po zniesieniu obostrzeń? To domek w niewielkiej miejscowości, z dala od tłumów, w którym czeka spokojny odpoczynek na łonie natury.
W roku 2021 ważna dla Polaków będzie także możliwość realizacji bonu turystycznego oraz polityka anulacji rezerwacji, w razie nagłej konieczności jej odwołania.