Radosław Kaskiewicz nowym dyrektorem zarządzającym 3M w regionie Europy Wschodniej

Radosław (Radek) Kaskiewicz został powołany na dyrektora zarządzającego 3M w regionie Europy Wschodniej (Polska, Czechy, Słowacja, Węgry, Ukraina, Gruzja), z dniem 1 lutego br. Przez ostatnie 4 lata funkcję tę pełnił Alain Simonnet, który zostanie dyrektorem zarządzającym 3M w regionie Europy zachodniośródziemnomorskiej (Francja, Hiszpania, Portugalia i Maroko).

Radek Kaskiewicz wcześniej był dyrektorem ds. transportu i elektroniki jednego z czterech sektorów 3M na region Europy Południowo-Wschodniej (Włochy, Grecja, Izrael, Turcja, Rumunia, kraje bałkańskie).

Kaskiewicz dołączył do 3M w 1995 roku. Od tego momentu sprawował różnorodne funkcje w ramach lokalnych, europejskich i globalnych struktur firmy. W latach 2004-2007 był liderem ds. rozwoju globalnego rynku w dziale taśm i klejów przemysłowych 3M, w St. Paul w USA. Po powrocie do Europy był szefem sektora przemysłowego i energetycznego w Polsce, a następnie dyrektorem zarządzającym 3M w regionie tworzonym przez Czechy, Słowację i Węgry.

Radek jest absolwentem Wydziału Elektroniki Politechniki Warszawskiej oraz Carlson School of Management Uniwersytetu w Minnesocie w zakresie marketingu strategicznego. Biegle włada językiem polskim, angielskim oraz rosyjskim.

Do głównych zadań Radka Kaskiewicza w jego nowej roli będzie należało budowanie reputacji marki 3M w regionie Europy Wschodniej oraz kształtowanie międzynarodowej kultury organizacyjnej w oparciu o etykę biznesową i zrównoważony rozwój.

Biuro dyrektora zarządzającego 3M na Europę Wschodnią jest zlokalizowane w Polsce, gdzie znajduje się też centrala regionu i Superhub – największe centrum produkcyjne firmy w Europie oraz centrum badawczo-rozwojowe. Radek Kaskiewicz będzie współpracował bezpośrednio z wiceprezesem ds. korporacyjnych 3M EMEA, Larsem Hanseidem.

Mniejsza konsumpcja i regulacje unijne – co spędza sen z powiek polskim rolnikom?

Rolnicy i sadownicy obawiają się tego, co spotka ich w 2021 roku. Obawy są przede wszystkim pokłosiem pandemii i kryzysu ekonomicznego, który dotknął wszystkich Polaków i zmienił ich zachowania konsumenckie. Już teraz aktywność klientów w sklepach jest zauważalnie mniejsza, a z półek wolniej znikają warzywa i owoce. Do tego dokłada się mniejszy zbiór jabłek – które teraz przy obniżonej aktywności konsumenckiej nie są w stanie uzyskać cen, jakie przyniosłyby sadownikom godny utarg. Jednak obok konsekwencji pandemicznych pojawia się drugi problem, który spędza polskim rolnikom i sadownikom sen z powiek. Unia próbuje sformułować wizję rolnictwa, która stawia na gospodarstwa wielokierunkowe i wielogatunkowe – czyli posiadające różne rodzaje produkcji. Jeżeli wyznaczymy taki kierunek rozwoju w Unii – to rolnicy i hodowcy, którzy zainwestowali w ostatnich latach w rozwój nowych technologii, zakupili sprzęt i postawili na nowoczesność w swoich wyspecjalizowanych gospodarstwach, mogą mieć problem z utrzymaniem się na rynku.

– Jesteśmy w trakcie precyzowania warunków nowej polityki rolnej na kolejną perspektywę Unii Europejskiej. Duże dyskusje wśród rolników budzą takie plany, jak Zielony Ład. Związana jest z nim wielka obawa: czy polscy rolnicy będą mogli na tym skorzystać, czy tylko stracą? – powiedział serwisowi eNewsroom Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP. – Idą trudne czasy dla rolnictwa towarowego, które utrzymuje się głównie ze sprzedaży produktów – zarówno na rynek wewnętrzny, jak i na rynki eksportowe. Kierunek rozwoju w Unii może być zagrożeniem nie tylko dla polskich gospodarstw. Rolnictwo Unii Europejskiej może nie poradzić sobie z rolnictwem światowym – na przykład wielkoobszarową produkcją mięsa w Ameryce Południowej, czy gospodarstwami farmerskimi w USA i Kanadzie. Zagrożeniem będą też produkty ze wschodu. Na Ukrainie i w Rosji mocno inwestuje się w rozwój nowych technologii i stawia się na wielkoprzemysłowe gospodarstwa farmowe. Ich wyroby będą zabierały miejsce na rynku wspólnotowym nie tylko polskim produktom, ale także tym wytworzonym w innych krajach Unii Europejskiej – ostrzega Maliszewski.

Specjaliści od e-commerce przebierają w ofertach z każdej branży

Wybuch pandemii koronawirusa spowodował, że firmy straciły możliwość sprzedaży tradycyjnymi kanałami. W efekcie dziś pracodawcy masowo poszukują specjalistów od e-commerce. Kandydaci znajdą zatrudnienie niemal w każdej branży i mogą liczyć na zarobki od 5 tys. zł do nawet 30 tys. złotych brutto miesięcznie.

Rok 2020 był w wielu aspektach bezprecedensowy. Zamknięte sklepy i galerie handlowe wymusiły rozwiązania, na które większość firm nie była przygotowana. Z raportu „E-commerce w Polsce. Gemius dla e-Commerce Polska” dowiadujemy się, że już 20 mln Polaków robi zakupy on-line.

Choć COVID-19 rzucił rynkowi e–commerce szereg wyzwań związanych m.in. z logistyką, dostawami i dostępnością produktów, to zaufanie do e-zakupów w Polsce rośnie. Pomimo zniesienia obostrzeń, spora część klientów ograniczyła wizyty w sklepach stacjonarnych, a preferencje zakupowe zmieniły się bezpowrotnie. Coraz częściej dotyczy to nie tylko ubrań czy elektroniki, ale też żywności oraz leków.

W ostatnich latach rola e-commerce systematycznie rosła, a wybuch pandemii sprawił, że trend ten jeszcze bardziej się rozwinął. W efekcie osoby posiadające doświadczenie w sprzedaży internetowej są dziś na wagę złota i mogą przebierać w ofertach pracy. W tej chwili na portalach rekrutacyjnych i ogłoszeniami można znaleźć ponad 1400 rekrutacji na stanowiska e-commerce[i]komentuje Elżbieta Sobiech, ekspert ds. rekrutacji digital i e-commerce w firmie rekrutacyjnej i outsourcingowej Devire.

Jakie branże poszukują specjalistów od e-commerce?

Jeszcze 5 lat temu wartość polskiego rynku e-commerce wynosiła 27 mld zł[ii]. Przed pandemią szacowano go na 70 mld zł, dziś na 100 mld zł. W efekcie pozycja specjalistów od digital i e-commerce jeszcze bardziej się umocniła. Organizacje poszukujące tego typu talentów coraz częściej sięgają po kandydatów z agencji i domów mediowych. Trend ten napędza rosnące zapotrzebowanie firm na specjalistyczny know-how ekspertów z różnych obszarów digitalu i e-commerce.

Największy rozkwit internetowego kanału sprzedaży obserwujemy w obszarach:

  • Retail – szczególnie w kategorii spożywczej i produktów świeżych, elektroniki użytkowej, a także remontowo-budowlanej i meblarskiej.
  • FMCG – środki czystości i produkty kosmetyczne.
  • Apteki – leki, suplementy diety.
  • Bankowość i ubezpieczenia – dalszy rozwój bankowości elektronicznej i usług on-line.
  • Home delivery – nieograniczone dostawy do domu, nie tylko z restauracji, ale również m.in.: sklepy convinience, apteki, kawa ze stacji, fachowa pomoc.

Wśród kategorii dóbr konsumenckich stabilną sytuację lub wzrosty obserwujemy wśród producentów i dystrybutorów materiałów higienicznych, kosmetyków i chemii gospodarczej, a także w kategoriach spożywczych: produkty świeże i suche np. konserwy i przetwory. Niezmiennie od kilku lat utrzymuje się też wzrostowy popyt na artykuły ekologiczne i z kategorii „bio”, w tym na portfolio produktów wegetariańskich i wegańskich.

Przed najtrudniejszym zadaniem stoją sieci oferujące produkty, które bazują na osobistym doświadczeniu klienta, takie jak kosmetyki kolorowe, perfumy. To sprawia, że od pracowników działu marketingu w tej kategorii oczekuje się nieszablonowych rozwiązań i pomysłów z pogranicza e-commerce oraz sprzedaży stacjonarnej.

Zarobki – czy opłaca się pracować w e-commerce?

Rosnące zapotrzebowanie profesjonalistów z obszaru e-commerce i digital marketingu utrzyma się w najbliższych latach i mogą oni liczyć na dalszy wzrost zarobków.

Firmy stawiają przede wszystkim na personalizację i zaawansowaną pracę z danymi, pozwalającą na precyzyjne dotarcie do użytkownika. Rosną inwestycje w technologie marketingowe i automatyzację, z naciskiem na jak najlepszy customer experience (doświadczenie klienta).

Dlatego też rok 2020 przyniósł dynamiczny wzrost ofert zatrudnienia dla kandydatów z obszarów CRM, marketing automation, programmaticu czy analityki danych digitalowych i CRM-owych – aż 90% kandydatów z branży zostało zaproszonych do udziału w rekrutacji – wynika z najnowszego badania Devire „Rynek Zmiany Pracy”. Firmy szukają również programistów, wytwarzających platformy i narzędzia e-commerce.

W przypadku tych obszarów w zależności od rodzaju stanowiska możemy mówić o wzrostach wynagrodzeń o 10-15% rok do roku. Poza tym widoczne są wzrosty w obszarach digital activationsocial mediów i komunikację on-line – mówi Elżbieta Sobiech z Devire.wynagrodzenia ecommerce

Strategiczna rola digitalu

Wyraźnie zarysowuje się trend strategicznego pozycjonowania zespołów digitalowych w organizacjach. Zauważamy zwiększony popyt na najbardziej doświadczonych kandydatów, którzy obejmują stanowiska kierownicze. W wielu firmach liderzy obszaru digital dołączają też do zarządów, co tylko potwierdza kluczową i strategiczną rolę tego obszaru w strukturach firm.

Branża potrzebuje menedżerów z doświadczeniem w zarządzaniu zmianą i wdrażaniu dużych projektów strategicznych. W związku z tym na ciekawe oferty mogą liczyć również kandydaci z doświadczeniem z firm consultingowych – podsumowuje Elżbieta Sobiech.

[i] LinkedIn Talent Insights, grudzień 2020

[ii] https://www.gemius.pl/files/reports/E-commerce-w-Polsce-2015.pdf

Pralnie straciły przez problemy hoteli – zadłużona 1/3 branży

Już prawie 250 polskich pralni chemicznych ma problem ze spłatą swoich zobowiązań. Zadłużone firmy to prawie 1/3 tej branży. Choć formalnie nie mają zakazu działalności spowodowanego pandemią, to w praktyce uzależnione są od działania hoteli, które przez długi czas pozostawały nieczynne. To mocno odbiło się na finansach pralni, które obecnie mają do oddania swoim wierzycielom prawie 6 mln zł. Jak pokazują dane Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA średnie zadłużenie jednej pralni sięga prawie 24 tys. zł. To blisko 7 tys. więcej niż w styczniu 2020 roku.

Do Krajowego Rejestru Długów za niespłacone zobowiązania wpisanych jest już 246 pralni chemicznych. Łącznie mają do oddania ponad 5,8 mln zł. Jeszcze w styczniu 2020 roku ich zadłużenie było o 1,4 mln zł niższe niż obecnie. Od marca, czyli od wybuchu pandemii i pierwszego zamknięcia hoteli w Polsce, stale rosło, sięgając prawie 6,1 mln zł w październiku. Od listopada zaczęło powoli spadać.

Pralnie chemiczne w Polsce to bardzo mały sektor gospodarki. Według oficjalnych danych, pod tym PKD funkcjonuje około pięciu tysięcy firm. Fizycznie jednak takich firm jest około siedmiuset. Podczas pierwszego zamrożenia gospodarki i ograniczeń związanych z pandemią, większość pralni stanęła, przestała działać. Wiele z tych firm uzależnionych jest od hoteli, które zostały zamknięte. Niestety rządzący, wyznaczając branże objęte tarczami, nie brali pralni pod uwagę. Nikt nie przypuszczał, że jest to sektor tak mocno uzależniony od branż dotkniętych lockdownem. Zmieniło się to dopiero w listopadzie, od kiedy dano pralniom możliwość skorzystania z Tarczy 6.0 – przyznaje Karol Tomczak, reprezentant branży w Polsce.

Biorąc pod uwagę fakt, ile realnie pralni działa na rynku, można wysnuć wniosek, że aż 1/3 z nich, mimo że nie ma zakazu działalności, notuje problemy finansowe. Warto zwrócić uwagę, że 88% z nich to jednoosobowe działalności gospodarcze, do których należy prawie 5,2 mln zł z łącznego zadłużenia.

Jedna branża, cztery sektory, dwie strony medalu

Najbardziej zadłużone są firmy pralnicze działające w Małopolsce. Ich łączne zadłużenie stanowi 1/5 zadłużenia wszystkich pralni w Polsce i sięga ponad 1,2 mln zł. Zaraz za nimi są firmy z województwa mazowieckiego, które muszą oddać wierzycielom prawie 931 tys. zł. Niechlubne podium zamykają firmy ze Śląska, mające do spłacenia kwotę bliską 703 tys. zł.

Tę branżę dzieli się na kilka sektorów. Pierwszy to pralnie chemiczne w galeriach, których obroty spadły, ponieważ przez brak oficjalnych spotkań, wieczorowych uroczystości czy przyjęć, Polacy przestali chodzić w wizytowych ubraniach, więc nie muszą ich czyścić. Przez to obroty tych firm spadły według szacunków branży nawet o 80 proc. Drugi sektor to właśnie pralnie współpracujące z hotelami, które teraz nie mają potrzeby prania pościeli czy obrusów. Pralnie są gotowe do świadczenia usług, jednak z powodu zamknięcia ich strategicznych klientów nie mogą pracować. Pozostają im jedynie hostele, które wynajmują pokoje dla cudzoziemców. Są one w stanie zapewnić niecałe 40 proc. obrotów pralni i to nie wszystkich, ponieważ nie każda ma takich klientów – mówi Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

Kolejną grupą są pralnie, którym lepiej się powodzi. Część z nich to podmioty, które piorą odzież roboczą, a inne współpracują ze szpitalami. Z reguły jednak są to większe firmy i spółki prawa handlowego. W KRD jest ich zaledwie 28.

Jeśli chodzi o pralnie odzieży roboczej, to mówimy tu o kilku liderach na runku, którzy sobie świetnie radzą. Natomiast firmy piorące pościele w szpitalach, cały czas pracują normalnie, a momentami nawet więcej niż przed pandemią. To jednak również wąska grupa przedsiębiorców. Zdecydowana większość pralni współpracuje bowiem z hotelami – dodaje Andrzej Kulik.

W podziale na województwa najlepiej radzą sobie firmy z Opolszczyzny. Tam tylko jeden przedsiębiorca ma zadłużenie sięgające zaledwie 8,5 tys. zł. Trochę gorzej wypadło województwo lubuskie, gdzie dwie firmy mają do oddania ponad 11 tys. zł. Na trzecim miejscu jest Podlasie. Tam do KRD BIG SA na kwotę 46 tys. zł wpisane są trzy przedsiębiorstwa.

Mała branża duże koszty

Kolejnym problemem małej branży są duże koszty prowadzenia działalności. Zadłużenie, jakie mają firmy wobec dostawców mediów, sięga ponad 800 tys. zł. Ten dług jeszcze może wzrosnąć.

Każda pralnia na początku roku określa, ile w najbliższych 12 miesiącach zużyje prądu czy gazu. W 2020 roku te warunki nie zostały spełnione. Dlatego też zgodnie z umową dostawcy mediów nakładają na działalności pralnicze kary. Za niedopełnienie warunków odbioru gazu czy prądu, można zapłacić nawet 70 tys. zł kary umownej – dodaje Karol Tomczak, reprezentant branży.

Jednak największe problemy w spłacaniu zobowiązań pralnicy mają wobec firm finansowych i ubezpieczeniowych. Zadłużenie za niespłacone raty pożyczek, kredytów, leasingów ale również wynikające z umów faktoringowych, sięga w tym sektorze ponad 2,5 mln zł, więc stanowi prawie połowę łącznego zadłużenia.

Hotele i DPS-y zalegają z płatnościami

Pralnie mają swoje zobowiązania i to spore jak na tak małą branżę. Z drugiej strony są również wierzycielami. Dłużnicy pralni muszą spłacić niecałe 435 tys. zł. Najwięcej z tego, bo prawie połowę mają do oddania firmom pralniczym właśnie hotele (246 tys. zł). Za nimi są szpitale i domy pomocy społecznej tzw. DPS-y, które muszą rozliczyć się za pranie w kwocie bliskiej 70 tys. zł.

Ale to nie jedyny i nie największy problem tego sektora. Zdaniem przedstawicieli branży, nawet jeśli rząd da zielone światło do działania hotelom, to nie jest powiedziane, że te ruszą z kopyta. Zwłaszcza dotyczy to hoteli w miastach przygranicznych, które zatrudniają obcokrajowców ze Wschodu, a ci na czas pandemii i lockdownu wrócili do domów.

Wartość transakcji M&A w Polsce wyniosła 11 mld euro – prawie 40% rynku CEE

Na obecnym etapie względnego opanowywania pandemii COVID-19, inwestorzy są raczej pozytywnie nastawieni co do perspektyw fuzji i przejęć w Europie Środkowo-Wschodniej i Południowo-Wschodniej (CEE/SEE), wynika z najnowszego badania przeprowadzonego przez Wolf Theiss i Mergermarket. Nieco ponad połowa (52%) respondentów stwierdziła, że wywołany pandemią kryzys zwiększy ich apetyt na transakcje w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

Prognozy te następują po roku, w którym wartość fuzji i przejęć w regionie CEE/SEE wzrosła o 29% w porównaniu z 2019 r., osiągając 28,5 mld euro, co stanowi wyraźny kontrast w stosunku do 7% spadku globalnej wartości transakcji w tym samym okresie. Jednak spadek wolumenu transakcji o 22% rok do roku, do 406 transakcji, oznacza, że rynek CEE/SEE nie wyszedł z ubiegłego roku całkowicie bez szwanku.

Na potrzeby badania przeprowadzonego przez Wolf Theiss we współpracy z Mergermarket M&A Spotlight: CEE, zapytano 150 menedżerów wyższego szczebla, zarówno z firm korporacyjnych, jak i funduszy private equity (PE), o ich doświadczenia w obszarze transakcji M&A w regionie CEE/SEE oraz o ich oczekiwania na przyszłość.

Ponad dwie trzecie (69%) respondentów stwierdziło, że opierając się na wcześniejszych doświadczeniach prawdopodobnie zainwestuje w regionie CEE/SEE, a 65% stwierdziło, że jest skłonnych zainwestować ponownie ze względu na zadowolenie z ostatniej transakcji.

Co ciekawe, jeśli chodzi o spojrzenie na rynek M&A w odniesieniu do aktualnej sytuacji związanej z COVID-19, respondenci z funduszy private equity byli bardziej optymistyczni co do przyszłych transakcji niż respondenci z sektora korporacyjnego. Podczas gdy 43% nabywców z tego sektora stwierdziło, że ma mniejszy apetyt na transakcje, tylko 16% przedstawicieli funduszy private equity zgodziło się z tym stwierdzeniem. Jednocześnie tylko 10% respondentów z sektora korporacyjnego stwierdziło, że jest chętnych do przeprowadzania znacznie większej liczby transakcji, w porównaniu do 26% respondentów z PE, którzy odpowiedzieli tak samo.

„Silna pozycja funduszy PE wynika częściowo z ich nastawienia do podejmowania ryzyka w kontekście udziału w cyklu wzrostowym gospodarki,” powiedział Horst Ebhardt, partner w wiedeńskim biurze Wolf Theiss. „Jako kategoria aktywów, fundusze PE zgromadziły również znaczną gotówkę, którą muszą rozdysponować, a obecnie dostępnych jest ku temu wiele różnych strategii. Fundusze PE oferują szeroką gamę instrumentów finansowych, w zależności od sektora lub poziomu przewidywanej kontroli korporacyjnej. Dla przykładu, coraz częściej obserwujemy, że znaczące fundusze PE zajmują mniejszościowe pozycje w szybko rozwijających się firmach.”

Polska utrzymała swoją pozycję jako transakcyjny rynek numer jeden w regionie, a szczególnym zainteresowaniem cieszyły się branże technologii, mediów i telekomunikacji (TMT) oraz nieruchomości i budownictwa. Wartość transakcji wyniosła 11 mld euro, co stanowi prawie 40% rynku CEE. Liczby te uwzględniają drugą co do wielkości transakcję roku w regionie – przejęcie Play Communications, największej polskiej sieci komórkowej, z 15 mln abonentów, przez francuską grupę telekomunikacyjną Iliad. Wartość tej transakcji wyniosła 3,7 mld euro.

W całym regionie CEE w sektorze TMT zawarto transakcje o wartości 8,3 mld euro, co stanowi 29% udziału w rynku M&A. Podczas gdy w 2020 r. główną rolę w globalnych fuzjach i przejęciach odgrywała technologia, w regionie CEE prym wiodła telekomunikacja.

„W Polsce trwa konsolidacja większych grup telekomunikacyjnych,” powiedział Jacek Michalski, partner w warszawskim biurze Wolf Theiss. „Obecnie wyraźnie zaznacza się też trend podobny do tego, który można zaobserwować na wielu innych rynkach w Europie, gdzie operatorzy telekomunikacyjni sprzedają swoją infrastrukturę jako oddzielne aktywa – maszty telekomunikacyjne (towerco units), wspierane przez inwestorów infrastrukturalnych.”

W odniesieniu do całego rynku M&A w regionie CEE, kwestie środowiskowe, społeczne i zarządzania (environmental, social and governance – ESG) zostały podkreślone jako coraz bardziej istotny element. Prawie dwie trzecie (63%) respondentów stwierdziło, że kontrola transakcji pod kątem ESG wzrośnie w ciągu najbliższych trzech lat, a 37% uważa, że wzrost ten będzie znaczący.

„Zgodność przejmowanego biznesu ze standardami ESG stała się istotnym obszarem zainteresowania – zarówno dla nabywców strategicznych, jak i funduszy PE w całej Europie,” podsumował Florian Kusznier, partner w wiedeńskim biurze Wolf Theiss.

Deloitte: 62 proc. dyrektorów działów prawnych spodziewa się inwestycji w narzędzia cyfrowe

Niestabilna sytuacja gospodarcza wpłynęła na funkcjonowanie wszystkich obszarów w organizacjach. W ostatnich miesiącach działy prawne w firmach musiały poradzić sobie ze zwiększoną liczbą obowiązków. Jednocześnie zmalały budżety przeznaczone na te departamenty, a także zredukowano liczbę zatrudnionych tam osób. Jak wynika z raportu „Resilient leadership: Chief legal officers and COVID-19” firmy doradczej Deloitte ponad połowa dyrektorów działów prawnych uważa jednak, że COVID-19 pozytywnie wpłynął na pracę ich zespołów. Jako największą korzyść aż 72 proc. z nich wskazało organizację spotkań online.

Raport przedstawia wyniki badania przeprowadzonego latem 2020 roku, w którym wzięło udział ponad 130 dyrektorów prawnych (CLO – Chief Legal Officer) i pracowników wyższego szczebla ds. prawnych i compliance. Eksperci Deloitte przyjrzeli się, jak pandemia COVID-19 zmieniła ich codzienną pracę, a także wdrażane strategie.

Intensywny czas

Jak wynika z raportu Deloitte, organizacje odpowiadają na kryzys w ramach trzyetapowego procesu, do którego zalicza się: reakcję, powrót do normalnego funkcjonowania oraz rozwój.

W każdej z tych faz głównym wyzwaniem jest szybkie dostosowanie się do zmian. Dotyczy to również dyrektorów działów prawnych. Do ich zadań należy obecnie łagodzenie ryzyka wywołanego zakłóceniami w działalności, takiego jak spory dotyczące wykonywania umów. Dyrektorzy muszą również reagować na zapytania prawne, jakie przychodzą zarówno z wewnątrz, jak i spoza organizacji. 78 proc. badanych deklaruje, że w czasie pandemii są bardziej obciążeni pracą – mówi Zbigniew Korba, Radca prawny, Partner w Kancelarii Deloitte Legal.

Zadania działów prawnych skupiają się głównie na zagadnieniach związanych z COVID-19. Dwie trzecie CLO wskazuje, że to bezpieczeństwo pracowników jest kluczowe w ich obecnej pracy i jednocześnie wpłynie na funkcjonowanie organizacji w najbliższym czasie. Zapytani o wyzwania, badani wskazali również na: kwestie regulacyjne (47 proc.), benefity pracownicze (44 proc.), wpływ na łańcuch dostaw i kontraktów (43 proc.), a także zagadnienia cyberbezpieczeństwa (42 proc.).

Pomimo rosnącej liczby obowiązków, aż 66 proc. dyrektorów prawnych wskazuje, że musiało ograniczyć koszty, a w przypadku 54 proc. organizacji konieczna była redukcja etatów.

Technologie dla prawa

Zwiększający się zakres obowiązków wymaga podjęcia przez organizacje konkretnych kroków. 62 proc. respondentów spodziewa się inwestycji w narzędzia cyfrowe wspierające procesy prawne. Firmy najczęściej decydują się na sztuczną inteligencję, przetwarzanie języka naturalnego i automatyzację procesów. Zmienia się również podejście do zarządzania cyklem życia kontraktu (z ang. CLM – contract lifecycle management). 63 proc. CLO wskazało, że ich organizacja stosuje takie rozwiązania do analizy umów, na które miała wpływ pandemia COVID-19, a 89 proc. tych firm planuje zoptymalizować i ulepszyć CLM.

74 proc. badanych zamierza z kolei zwiększyć wykorzystanie alternatywnych dostawców usług prawnych (ALSP), podczas gdy jeszcze w lutym 2020 r. 80 proc. CLO chciało to użycie zredukować lub pozostawić na takim samym poziomie.

Dzięki outsourcingowi wybranych procesów operacyjnych, działy prawne mogą skupić się na sprawach priorytetowych, a nie zajmować się tymi, które nie przynoszą wartości dodanej. Jednocześnie dostawcy usług prawnych inwestują w ludzi, procesy i technologie. Specjalizują się przy tym w zapewnianiu kosztowo efektywnej i wysokojakościowej realizacji procesów. Dyrektorzy prawni powinni nawiązywać współpracę właśnie z podmiotami, które wdrożyły już takie innowacje i mają strategię, jak to robić w przyszłości – mówi Mateusz Ordyk, Radca prawny, Partner w Kancelarii Deloitte Legal.

 

Odporność na kryzys

Jak wynika z raportu, 51 proc. badanych ma nadzieję, że ich organizacja wróci do normalności w pierwszych dwóch kwartałach 2021 roku. Co ciekawe, ponad połowa dyrektorów prawnych zadeklarowała, że COVID-19 miał pozytywny wpływ na pracę ich działów. 72 proc. CLO doceniło spotkania online, 61 proc. pracę zdalną, a 54 proc. zmniejszoną liczbę podróży służbowych.

Z powodu pandemii dyrektorzy prawni zmienili swoje strategie i wyznaczyli nowe priorytety. Dla 66 proc. z nich najważniejsze jest teraz ustalenie zasad dotyczących powrotu do biur, 52 proc. wskazuje na zgodności z przepisami. Ponad jedna trzecia CLO za priorytet uznaje kwestie związane z cyberbezpieczeństwem.

Eksperci Deloitte wskazują, że dyrektorzy prawni muszą przygotować podległe im działy na kolejne niespodziewane sytuacje. Może to być znana już społeczeństwu pandemia, ale również inne trudne sytuacje niemające dotychczas precedensu. – Zastosowanie nowych technologii, outsourcing usług czy troska o bezpieczeństwo pracowników sprawią, że działy prawne, a dzięki nim również całe organizacje, będą bardziej odporne na kryzysy – dodaje Zbigniew Korba.

Prace nad Krajowym Planem Odbudowy na finiszu. Unijne miliardy mogą popłynąć do Polski w połowie roku

Projekt Krajowego Planu Odbudowy powinien trafić do publicznych konsultacji w pierwszej połowie lutego – zapowiedziała w ubiegłym tygodniu minister Małgorzata Jarosińska-Jedynak. Na jego realizację Polska dostanie z UE ponad 57 mld euro. Unijne środki będą wypłacane w transzach, mniej więcej od połowy tego roku. Popłyną m.in. do samorządów i prywatnych oraz państwowych przedsiębiorstw. KPO ma przede wszystkim odbudować polską gospodarkę po COVID-owym kryzysie i zapewnić jej odporność na przyszłe turbulencje.

W ramach instrumentu Next Generation UE państwa członkowskie UE dostaną w sumie 750 mld euro pomocy na walkę z gospodarczymi i społecznymi skutkami kryzysu po-COVID-owego. Jego największym elementem, z budżetem 672,5 mld euro w formie bezzwrotnych dotacji i pożyczek, jest Europejski Instrument na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności. Aby uruchomić te środki, członkowie UE muszą jednak opracować Krajowe Plany Odbudowy, czyli plan inwestycji i reform w poszczególnych krajach. Jak informował w połowie stycznia wiceprzewodniczący KE Valdis Dombrovskis, 11 z nich przedłożyło już komisji gotowe KPO.

– Pieniądze przeznaczone na Krajowe Plany Odbudowy i realizację projektów w nich zawartych powinny spływać mniej więcej od połowy roku. Potrzebne są ramy prawne, szczegółowe dokumenty przygotowane przez wszystkie kraje. Chodzi przede wszystkim o tzw. środki własne, czyli nowe źródła finansowania, które są rewolucją w najbliższej perspektywie finansowej. One wymagają ratyfikacji przez poszczególne kraje członkowskie i Bruksela liczy, że te procesy będą sprawnie przebiegać w najbliższym półroczu. KE liczy też, że dwóch pozostałych aktorów – czyli Rada i Parlament Europejski – będzie bardzo aktywnych i możliwie szybko zrealizuje swoje procedury – mówi agencji Newseria Biznes dr Marek Prawda, dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

Polska będzie czwartym co do wielkości beneficjentem środków z Funduszu Odbudowy. Otrzyma 23,1 mld euro w postaci bezzwrotnych grantów i 34,2 mld euro w pożyczkach. Swój Krajowy Plan Odbudowy wraz z umową partnerstwa (dokument określający, na co zostaną przeznaczone fundusze z budżetu UE na lata 2021–2027) Polska powinna przedłożyć Komisji Europejskiej do końca kwietnia, ale wedle zapowiedzi ma to nastąpić wcześniej, żeby środki z Funduszu Odbudowy zaczęły spływać jak najszybciej. Prace nad dokumentem koordynuje Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej. Wstępny projekt został już pokazany KE.

– Krajowy Plan Odbudowy jest częścią tego budżetu, który ma być inwestycją w zmiany. Na najbliższą siedmiolatkę mamy dwa budżety, które z jednej strony mają odbudować gospodarki po pandemii, a z drugiej – zmieniać świat, w którym żyjemy. KPO to są nowe pieniądze, ale nie na stare plany i projekty – podkreśla dr Marek Prawda.

Reformy i inwestycje uwzględnione w KPO mają przede wszystkim wspierać cyfrową i zieloną transformację. Chodzi o to, by europejskie gospodarki i społeczeństwa dzięki reformom stały się bardziej zrównoważone, odporne i lepiej przygotowane na nowe wyzwania. KE zastrzegła, że co najmniej 37 proc. wydatków z Funduszu Odbudowy ma być przeznaczone na projekty wspierające cele klimatyczne.

– Dla UE bardzo ważne będzie to, żeby projekty zaproponowane przez poszczególne państwa odnosiły się do priorytetów unijnych – mówi dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. – Powinny dotyczyć głównie modernizacji technologicznej, reform, które pomogą Europie stać się bardziej konkurencyjną. Liczyć się będzie też to, jak dalece poszczególne kraje realizują zalecenia UE wskazujące, w jakich dziedzinach należy coś istotnego zrobić. Jesteśmy w takiej fazie, że te zalecenia będą brane dużo poważniej.

W ubiegłym tygodniu szefowa MFiPR Małgorzata Jarosińska-Jedynak poinformowała, że szczegóły Krajowego Planu Odbudowy są już dopinane i w ciągu najbliższych dwóch tygodni powinien on trafić do konsultacji publicznych. Następnie musi go przyjąć rząd, a później zostanie przedłożony Komisji Europejskiej. Kolejnym krokiem będzie zatwierdzenie KPO przez wszystkie kraje UE.

– Nowością jest to, że te krajowe plany będzie zatwierdzać nie tylko Komisja Europejska, ale również gremium złożone z przedstawicieli państw członkowskich. Chodzi o to, żeby ci, którzy wyłożyli na ten cel szczególnie duże pieniądze, mogli mieć dużo do powiedzenia na temat tego, jak one będą wydawane. Spodziewamy się, że do kwietnia bieżącego roku wszystkie krajowe plany będą już przyjęte – zapewnia dr Marek Prawda.

Pieniądze przeznaczone na realizacje Krajowych Planów Odbudowy popłyną do państw członkowskich UE w okolicy połowy tego roku, ale w ramach KPO będzie można rozliczyć też koszty poniesione od lutego 2020 roku, o ile te projekty znajdą się w zaakceptowanym już planie.

Wypłaty funduszy będą się odbywać w transzach w zależności od postępów w realizowaniu założonych celów (tzw. kamienie milowe). Polska w pierwszych latach (do końca 2022 roku) ma dostać 70 proc. z zaplanowanych 57 mld euro – 18,9 mld euro dotacji oraz dodatkowe 4,1 mld euro w kolejnym roku. O tym, czy dostanie kolejną transzę w 2023 roku, będzie decydował przegląd wskaźników gospodarczych, w szczególności spadek realnego PKB w 2020 i 2021 roku.

– Polska ma do wykonania ogromną pracę, ale dzięki tym inwestycjom z KPO można wykonać bardzo istotny skok rozwojowy, chociażby poprzez dokończenie reformy cyfryzacji administracji publicznej, upowszechnienie podpisów elektronicznych i e-dokumentów, co odbiurokratyzowałoby gospodarkę, przyspieszyło działania i zwiększyło pewność obrotu – wymienia Grzegorz Baczewski, dyrektor generalny Konfederacji Lewiatan. – Jeżeli zaś chodzi o zieloną transformację, tutaj mamy dużo do wykonania – zarówno w zakresie efektywności energetycznej produkcji, budynków etc., jak i w zakresie zmiany struktury energetycznej kraju na bardziej skoncentrowaną na OZE. W to powinniśmy inwestować przede wszystkim. Przy zachowaniu tzw. local content, czyli zaopatrzenia tych inwestycji opartego na rodzimych producentach, będziemy w stanie jednocześnie zwiększyć impuls rozwojowy dla całej gospodarki.

KPO ma przede wszystkim odbudować polską gospodarkę po COVID-owym kryzysie i zapewnić jej odporność na przyszłe turbulencje. Pieniądze otrzymane w ramach programu mają podnieść jej konkurencyjność, trafić do rodzimych firm i poprawić jakość życia Polaków. W ramach prac nad KPO swoje propozycje projektów do MFiPR zgłaszały samorządy i przedsiębiorcy (na dedykowaną skrzynkę spłynęło ponad 1,6 tys. zgłoszeń). Inwestycje były zgłaszane także przez marszałków województw, inne resorty i instytucje centralne, partnerów społecznych i gospodarczych. Z regionów i ministerstw zebrano w sumie 1,2 tys. projektów dotyczących m.in. energetyki, ochrony środowiska, transportu, innowacji i przedsiębiorczości, zdrowia, cyfryzacji i spójności terytorialnej. Znajdują się wśród nich zarówno plany budowy czy przebudowy infrastruktury drogowej i kolejowej, jak i projekty lokalne, jak np. budowa kanalizacji.

Resort dokonał selekcji zgłoszonych projektów na podstawie specjalnie opracowanej w tym celu tzw. matrycy KPO (narzędzie do porządkowania i oceniania zgłoszonych inwestycji pod kątem celów społeczno-gospodarczych). Wskazał również te, które – choć nie zmieściły się w KPO ze względu na ograniczony budżet – mogłyby zostać wsparte z innych źródeł, np. ze środków polityki spójności w nowej perspektywie finansowej na lata 2021–2027.

Ruszył pierwszy etap e-Urzędu Skarbowego. Podatnik złoży tam deklarację, wyśle wniosek do urzędu i zapłaci zaległy mandat

Zaczęło się 1 lutego, potrwa do września 2022 roku. Stopniowe wprowadzanie e-Urzędu Skarbowego na razie pozwala na złożenie e-PIT-u, załatwienie spraw poprzez aplikację e-mikrofirma oraz wgląd w nieopłacone mandaty. Za pomocą kilku kliknięć będzie można także złożyć wniosek lub pismo do urzędu oraz zapłacić online podatki, opłaty skarbowe czy zaległe mandaty. Wiele z tych rzeczy do tej pory trzeba było załatwić przy okienku.

Uruchomiony 1 lutego przez Ministerstwo Finansów i Krajową Administrację Skarbową e-Urząd Skarbowy (e-US) jest dostępny na stronie podatki.gov.pl.

Mamy tutaj dostęp do naszej sztandarowej usługi Twój e-PIT, która jest już zintegrowana z e-Urzędem Skarbowym. Za pomocą dwóch kliknięć można złożyć PIT i wywiązać się w ten sposób z obowiązku złożenia rocznej deklaracji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Koch, pełnomocnik ministra finansów ds. informatyzacji. – Mamy także dostęp do e-mikrofirmy, aplikacji służącej do przygotowania plików JPK i wysłania ich do fiskusa. Korzystają z niej głównie przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą. W aplikacji jest dostęp do wszystkich wprowadzonych przez przedsiębiorcę faktur, a także historycznych plików JPK, które zostały już przekazane do fiskusa.

Ponadto w pierwszym etapie e-US będzie oferował użytkownikom dostęp do informacji o otrzymanych mandatach, np. z Policji, sanepidu, Straży Granicznej czy nadzoru budowlanego, możliwość płatności online (na początku przez osoby fizyczne w zakresie PIT, CIT, VAT, PCC, podatku od spadków i darowizn, karty podatkowej, opłaty skarbowej, pozostałych podatków i należności niepodatkowych i mandatów). W serwisie będzie też dostępna historia płatności online, możliwość złożenia w formie elektronicznej niektórych pism (np. wniosku o zaliczenie nadpłaty/zwrotu podatku na poczet innych zobowiązań) oraz dostępna będzie historia wysłanych dokumentów.

– Przygotowaliśmy kilka pism, które za pomocą kilku kliknięć mogą być przygotowane i przekazane do właściwego urzędu skarbowego – wylicza Przemysław Koch. – To m.in. wniosek o zaliczenie nadpłaty lub zwrotu podatku na poczet innych zobowiązań, pismo w sprawie zobowiązań i wyjaśnienia przeznaczenia wpłaty, zawiadomienie o popełnieniu czynu zabronionego, czyli tzw. czynny żal, pismo ogólne do urzędu skarbowego, czy zawiadomienie ZAW-NR, zawiadomienie o wykonaniu płatności na rachunek, którego nie znajdujemy na białej liście podatników VAT.

W kolejnym etapie e-Urząd Skarbowy udostępni szersze spektrum zaświadczeń, które będzie można przekazać do urzędu, także takich, które będą pozwalać na otrzymanie odpowiedzi online, w szczególności zaświadczenia o niezaleganiu z realizacją zobowiązań podatkowych. Zostanie też zintegrowany z systemem poboru opłat drogowych e-TOLL. Pełna wersja e-US ma być dostępna pod koniec 2022 roku.

W e-US w momencie zakończenia projektu znajdą się usługi dla podatnika – osoby fizycznej, płatnika, czyli przedsiębiorstwa, które przekazuje składki za swoich pracowników, dla przedsiębiorcy, który rozlicza się z podatków z urzędem skarbowym, ale także dla urzędników, którzy wykonują czynności na styku z fiskusem – wyjaśnia pełnomocnik ministra finansów ds. informatyzacji. – To, po pierwsze, komornicy, którzy będą tą drogą przekazywać do urzędów skarbowych wszystkie informacje niezbędne do wykonywania swoich czynności. Po drugie, stworzymy także przestrzeń dla notariuszy, żeby mogli wykonywać wszystkie swoje czynności na styku fiskus – notariusz.

Uruchomienie od 1 lutego e-US nie zmienia faktu, że standardowy kanał obsługi będzie cały czas dostępny, jednak podatnikom i płatnikom ma dać możliwość szybszego i sprawnego załatwienia urzędowych spraw.

– e-Urząd Skarbowy jest dostępny przez każde urządzenie podłączone do internetu, jest zbudowany w technologii RWD, czyli responsive web design. Dodatkowo jest zbudowany w technologii WCAG 2.0, czyli jest dostępny dla osób z niepełnosprawnościami, w szczególności osób niedowidzących – wyjaśnia Przemysław Koch. – Do uruchomienia e-Urzędu Skarbowego wystarczy aktualna wersja przeglądarki internetowej. Dostępne są takie metody uwierzytelnienia jak Profil Zaufany, e-Dowód czy uwierzytelnienie za pomocą bankowości elektronicznej.

Ministerstwo Finansów nie ma wątpliwości, że nowy projekt spotka się z zainteresowaniem podatników. Świadczyć o tym mogą wyniki usługi Twój e-PIT. W ubiegłym roku przez internet wpłynęło 18,3 mln deklaracji za 2019 rok (na blisko 21 mln).

Projekt e-Urzędu Skarbowego jest współfinansowany z funduszy europejskich (program operacyjny Polska Cyfrowa). Całkowita wartość przedsięwzięcia to niemal 102 mln zł, w tym dofinansowanie z UE to ok. 86 mln zł, a z budżetu państwa – ok. 15,6 mln zł.

KIGEiT: Poprzez nową ustawę o krajowym cyberbezpieczeństwie rząd chce zwiększyć swoją władzę. Powinien skupić się na wyzwaniach takich jak sztuczna inteligencja

W całej Unii Europejskiej trwają prace skupione wokół aspektu cyberbezpieczeństwa. Procedowana jest dyrektywa NIS 2, która zastąpi dotychczasowe regulacje, na podstawie których w Polsce wdrażany jest krajowy system cyberbezpieczeństwa. – To doskonały moment, aby rozważyć rewizję dyrektywy, a zatem również polskiej ustawy o KSC – uważa Jarosław Tworóg, wiceprezes Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji. Jak podkreśla, dyrektywa skupia się przede wszystkim na takich aspektach jak zapewnienie kontroli nad danymi osobowymi czy sztuczną inteligencją. Tymczasem w najnowszej nowelizacji polski rząd nie odnosi się do tych wyzwań, skupiając się m.in. na możliwości wykluczenia z rynku niektórych producentów.

16 grudnia 2020 roku Komisja Europejska zaprezentowała nowy pakiet cyberbezpieczeństwa, który zawiera m.in. zrewidowaną wersję dyrektywy NIS, mającą na celu wypracowanie wysokiego, wspólnego poziomu cyberbezpieczeństwa w całej Unii Europejskiej.

 To doskonały moment, aby rozważyć rewizję dyrektywy, a zatem również polskiej ustawy o KSC, w kontekście gorącej debaty na temat strategicznej autonomii i suwerenności cyfrowej w UE. To mogłaby być okazja do popularyzacji tego pojęcia jako zdolności do zapewnienia obywatelom kontroli nad ich życiem cyfrowym, w szczególności poprzez kontrolę ich danych osobowych. Dyrektywa odnosi się również do gotowości do wzmacniania cyfrowych zdolności podmiotu w zakresie jego sieci, bezpieczeństwa cybernetycznego i kontroli zaawansowanego oprogramowania takiego jak sztuczna inteligencja – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr inż. Jarosław Tworóg, wiceprezes Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji.

Jak wskazuje wiceprezes KIGEiT, projekt nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa w żaden sposób nie odnosi się do najważniejszych wyzwań związanych m.in. z toczącą się obecnie w UE dyskusją nad dyrektywą NIS 2, która nakłada większe niż dotychczas wymagania w zakresie ujawniania luk w zabezpieczeniach, testowania poziomu cyberbezpieczeństwa czy efektywnego wykorzystywania szyfrowania.

NIS 2 rozszerza także wymagania określające zakres krajowych strategii cyberbezpieczeństwa m.in. o identyfikację odpowiednich aktywów i zagrożeń dla cyberbezpieczeństwa w państwie członkowskim, określenie środków zapewniających gotowość, reakcję i usuwanie skutków incydentów, w tym współpracę między sektorem publicznym i prywatnym czy wykaz różnych organów i podmiotów zaangażowanych we wdrażanie krajowej strategii. Kwestie te w Polsce regulują dwie ustawy: o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa i o zarządzaniu kryzysowym. Ta pierwsza jest właśnie nowelizowana w sposób, który budzi rynkowe zastrzeżenia.

– Projekt nowelizacji ustawy o KSC ilustruje poziom niezrozumienia problemu w środowisku polityków. Cyberbezpieczeństwo ma charakter sieciowy, a nie sektorowy czy geograficzny. Zatem dekompozycja problemu na elementy sektorowe i skupienie na aspekcie krajowym, wyróżnianie mniej lub bardziej zaufanych dostawców, nie odzwierciedla istoty problemu – twierdzi dr inż. Jarosław Tworóg.

Nowelizacja zmian w ustawie o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa wynika z konieczności wdrożenia do polskich przepisów tzw. 5G Toolbox, które mają wzmocnić poziom cyberbezpieczeństwa w Europie w kontekście budowy sieci 5G. Pierwszy projekt nowelizacji, przygotowany we wrześniu 2020 roku, wzbudził wiele kontrowersji, nie tylko ze względu na wyjątkowo krótki czas procedowania, lecz także część zapisów. Nowelizacja umożliwiała m.in. wykluczenie części dostawców usług ze względu na kraj pochodzenia. Zgłoszono wówczas ok. 750 uwag, stąd przygotowany nowy projekt nowelizacji ustawy.

Jak jednak zauważa wiceprezes KIGEiT, choć zawiera on sporo zmian w porównaniu do wrześniowej wersji, w większości są to zmiany kosmetyczne.

– Choć ostateczny kształt projektu jest nie do przewidzenia, to można być pewnym, że rząd chce zwiększyć zakres swojej władzy m.in. poprzez uznaniowe, oparte na przesłankach politycznych, wykluczanie dostawców sprzętu i oprogramowania. W ocenie skutków regulacji zauważa się, że wykonanie obecnie obowiązującej ustawy pozostawia wiele do życzenia, a operatorzy usług kluczowych już dzisiaj mają trudności ze spełnieniem wyśrubowanych wymogów technicznych dla wewnętrznych struktur cyberbezpieczeństwa – wskazuje.

W nowelizacji wciąż znajdują się zapisy, które pozwalają wykluczyć z wdrażania 5G część dostawców na podstawie niemerytorycznych kryteriów, czyli np. kraju pochodzenia. Zgodnie z proponowanymi przepisami dostawców będzie oceniać Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa. Ci, którzy zostaną uznani za zagrożenie dla krajowego cyberbezpieczeństwa, zostaną wykluczeni z przetargów. Przedstawiciele branży telekomunikacyjnej wielokrotnie apelowali o wprowadzenie bardziej merytorycznych kryteriów oceny, jednak nieskutecznie.

 Musi to budzić niepokój, biorąc pod uwagę, że po ostatnich konsultacjach publicznych projektodawca zapowiedział, że wprowadzi zmianę i skupi się właśnie na aspektach technicznych. Mimo kontrowersji wynikłych w trakcie poprzednich konsultacji publicznych KPRM nie przewiduje drugiej rundy konsultacji, co dowodzi prymatu intencji politycznych o nieznanych celach nad dobrze zdefiniowanym interesem gospodarczym – podkreśla dr inż. Jarosław Tworóg.

Pacjenci z dolegliwościami sercowymi często zwlekają z wezwaniem pomocy. Przez pandemię leczenie zawałów serca cofnęło się o 15 lat

Kardiolodzy alarmują, że w 2020 roku zgłaszało się do nich znacznie mniej pacjentów z dolegliwościami sercowymi. Chorzy często bagatelizują objawy z obawy przed koronawirusem oraz niewydolnością służby zdrowia. – Przez pandemię cofnęliśmy się w leczeniu zawałów serca o 15 lat, coraz częściej trafiają do nas pacjenci z groźnymi konsekwencjami tzw. przechodzonych zawałów – mówi kardiochirurg Grzegorz Suwalski. Jednocześnie podkreśla, że walka z COVID-19 pokazała nowe zastosowanie dla sztucznego płuca, urządzenia wykorzystywanego od lat w kardiochirurgii, co może w przyszłości skutkować wdrożeniem innowacji w tym zakresie.

– Choroby, z którymi borykaliśmy się przed pandemią, istnieją cały czas i mają własną dynamikę. Faktycznie jako społeczeństwo przestaliśmy się nimi tak bardzo interesować, ale to jest właśnie efekt pandemii. Zawały serca, ostre zespoły wieńcowe czy inne schorzenia sercowe nie mogą zejść na drugi plan, bo zdrowie Polaków znacznie się pogorszy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr n. med. Grzegorz Suwalski, kardiochirurg, prezes zarządu Quantum Innovations.

Już wiosną, na początku pandemii, kardiolodzy alarmowali, że zgłasza się do nich 25–30 proc. mniej pacjentów z dolegliwościami sercowymi. Spadła również liczba interwencji kardiologicznych.

Jak wskazuje Polskie Towarzystwo Kardiologiczne, rocznie stwierdza się w Polsce ok. 40 tys. zawałów mięśnia sercowego i 30 tys. tzw. niestabilnej choroby wieńcowej leczonej zabiegowo w trybie pilnym. W przypadku nieleczonego ostrego zawału (z uniesieniem odcinka ST – STEMI) śmiertelność wynosi ok. 40 proc., a w przypadku zawału leczonego za pomocą pierwotnej angioplastyki wieńcowej jest ona ośmiokrotnie niższa (3,5–5 proc.).

– Najlepsze w ostrym zawale serca jest leczenie inwazyjne. Często bywa niestety odraczane, chociażby z powodu tego, że pacjenci boją się zgłosić do szpitala czy wezwać pogotowie. W związku z tym nie widzimy istotnego wzrostu zawałów, ale widzimy, że ich leczenie przez pandemię nie jest optymalne. Jest takie, jak było 15 lat temu, czyli nie jest oparte na szybkich inwazyjnych technikach – podkreśla kardiochirurg.

Lekarze apelują, żeby mimo pandemii nie lekceważyć objawów innych chorób, bo ich konsekwencje mogą być groźne dla zdrowia i życia. Nieleczony zawał serca zwykle doprowadza do poważnego uszkodzenia mięśnia sercowego, a to może prowadzić do rozwinięcia niewydolności serca, która znacząco pogarsza jakość życia.

– Konsekwencją tzw. przechodzonych zawałów jest jednostka chorobowa, której nie widzieliśmy kilkanaście lat – pacjent trafia do leczenia dopiero w momencie, kiedy jest już ciężka niewydolność serca, kiedy często dochodzi do pęknięcia serca w wyniku trwania zawału. Mamy więc nieoptymalne leczenie zawału serca przez opóźnienie wdrożenia optymalnych technik – wyjaśnia dr n. med. Grzegorz Suwalski.

Kardiochirurdzy są zaangażowani w leczenie chorych na COVID-19 od początku pandemii. U dużej części pacjentów z ciężkim przebiegiem choroby zniszczenie płuc jest tak duże, że konieczne jest wykorzystanie respiratorów.

– Wówczas z pomocą przychodzi kardiochirurgia i zewnątrzustrojowa technika natleniania krwi. Jest to tzw. procedura ECMO, czyli zewnętrzne sztuczne płuco. Krew jest pobierana od pacjenta przez kaniulę, wprowadzana do urządzenia i oddawana z powrotem już natlenowana. W kardiochirurgii to urządzenie jest wykorzystywane od lat w leczeniu innych ciężkich chorób układu krążenia, a w czasie pandemii ujawniło się nowe zastosowanie – tłumaczy prezes zarządu Quantum Innovations.

Jego zdaniem pandemia może znacząco przyczynić się do rozwoju tej metody leczenia. Doświadczenie zdobyte w tym czasie umożliwi bowiem lekarzom zebrać informacje dotyczące leczenia nowej jednostki chorobowej, jaką jest COVID-19, za pomocą ECMO.

– Ta wiedza, która teraz jest zbierana, w ciągu roku–półtora zaowocuje nowymi pomysłami urządzeń. Pokaże, gdzie są problemy, następnie zrodzą się koncepcje i ruszą projekty, które będą te koncepcje weryfikować pod kątem ich skuteczności i bezpieczeństwa. Kiedy to się dokona, to ruszą innowacje sprzętowe, być może pojawią się nowe urządzenia do oksygenacji, być może inne urządzenia, które będą wspomagały procesy decyzyjne – prognozuje dr n. med. Grzegorz Suwalski.

Nawet 50 tys. zł miesięcznie mogą zarobić inżynierzy o wąskich specjalizacjach. Pracodawcy poszukują specjalistów od projektowania i wdrożeń sztucznej inteligencji

Pandemia zmniejszyła liczbę rekrutacji, spowodowała też redukcję etatów. Jednocześnie wzrosło zapotrzebowanie na nowe kompetencje. Obecnie wśród najbardziej pożądanych specjalizacji znajdują się programista PLC, elektryk, inżynier sprzedaży, inżynier testów czy inżynier produkcji. Na rynku pracy królować będzie także sztuczna inteligencja. – Ludzie, którzy potrafią wdrożyć SI czy projektować systemy np. obsługi klienta poprzez sztuczną inteligencję, są bardzo cenieni. To ludzie, którzy zarabiają często na rynku około 4050 tys. zł – podkreśla Tomasz Szpikowski, prezes Bergman Engineering.

– Przewidujemy, że wzrośnie zapotrzebowanie na osoby, które pracują na stanowiskach inżynieryjnych i są kreatywne, potrafią budować modele, w których klienci płacą pieniądze miesięcznie w abonamencie. Takie, które potrafią bardzo szybko pisać kody i potrafią to robić w sposób efektywny i tani. Będą poszukiwani ludzie, którzy mają pomysły na to, jak można pewne procesy przyspieszyć, którzy są w stanie wymyślić nowy software usprawniający pracę dotychczasowych systemów, czy ci, którzy potrafią sterować procesami z poziomu np. jednego pulpitu  czy jednego telefonu – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Szpikowski, prezes Bergman Engineering.

Choć pandemia znacznie zmniejszyła liczbę prowadzonych rekrutacji i znacząco wpłynęła na redukcję etatów, pokazała też, że rośnie zapotrzebowanie na nowe kompetencje i specjalizacje. Poszukiwani są m.in. inżynierowie, którzy łączą kwalifikacje techniczne z kompetencjami miękkimi. Prężnie działają też firmy specjalizujące się w nowoczesnych technologiach i cyberbezpieczeństwie. Dane Bergman Engineering wskazują, że wśród najbardziej pożądanych specjalizacji znajdują się obecnie programiści PLC, elektrycy, inżynierzy sprzedaży, inżynierzy testów i inżynierzy produkcji.

– W tej chwili widzimy też bardzo duże zapotrzebowanie i na rynku mamy bardzo niewiele kompetencji przy okazji projektów związanych ze sztuczną inteligencją. Ludzie, którzy potrafią wdrożyć SI czy projektować systemy np. obsługi klienta poprzez SI, a także umiejący działać na Big Data, zagregować dane i sprzedawać te informacje na zewnątrz, są bardzo cenieni. To ludzie, którzy często zarabiają na rynku około 4050 tys. zł – podkreśla prezes Bergman Engineering.

Coraz więcej firm poszukuje też specjalistów z zakresu elektromobilności. W ciągu dwóch lat zapotrzebowanie na takich pracowników wzrosło o ponad 200 proc. Taki trend będzie się utrzymywać. Poszukiwani są także eksperci związani z transportem autonomicznym. Na brak propozycji pracy nie mogą narzekać także osoby związane z internetem rzeczy. Według szacunków IDC w 2025 roku do IoT będzie podłączonych już 55,9 mld urządzeń.

– Cały świat robi się w tej chwili jedną wielką siecią i ci inżynierowie, którzy potrafią pisać software i wyciągać dane, to będzie skarb na dłuższą metę – przekonuje prezes Bergman Engineering.

Jak podkreśla, rynek inżynieryjny stał się rynkiem bardzo niszowym, nie ma inżyniera od wszystkiego, jest natomiast inżynier o bardzo wąskiej specjalizacji. Pracodawcy szukają jednak nie tylko kompetencji technicznych, lecz także tych miękkich. Blisko 90 proc. pracodawców poszukuje specjalistów umiejących krytycznie myśleć, a dla ponad 70 proc. z nich ważna jest umiejętność łączenia świata tradycyjnego z cyfrowym i łatwa adaptacja do zmieniających się warunków pracy.

– Wyzwania stojące przed inżynierami, a zarazem ich szansa na rynku pracy, to specjalizacja, otwarcie się na nowości, języki obce, jak również śledzenie nowych technologii, które mogą pozwolić na szybkie dostosowanie się i pójście za tym, co akurat jest w tej chwili na rynku potrzebne. To także zdolność przystosowania się do tego, w jaki sposób zmienia się rynek – mówi  Tomasz Szpikowski.

Mimo pandemii i kryzysu gospodarczego specjaliści mogą liczyć na wzrost zarobków o 5–10 proc., a ci najlepsi, z większymi kompetencjami cyfrowymi, na znacznie więcej.

– Cały czas będzie trwała walka o talenty, które będą wyżej opłacane. Aby złowić najlepszych ludzi, firmy muszą zapłacić więcej. Per saldo najlepsi mogą zarabiać 20–30 proc. więcej niż do tej pory, dlatego że weszli w nowe technologie. Ci, którzy nie mają tych kwalifikacji, nie dostaną podwyżki, bo będą zweryfikowani przez rynek. Mimo że tempo pracy i inteligencja tych kodów nie jest taka wysoka, to średnio biorąc wszystkich inżynierów, informatyków na rynku, te podwyżki powinny być większe o około 5 do 10 proc. – wylicza prezes Bergman Engineering.

Czeka nas wysyp nowych technologii fotowoltaicznych. Innowacyjne rozwiązania pozwalają pozyskiwać energię za pomocą szyb czy farb

Energia słoneczna jest potężną alternatywą dla paliw kopalnych. Światło słoneczne padające na Ziemię dostarcza około 15 tys. razy więcej energii niż jej całkowite zużycie na świecie. Technologie pozyskiwania jak największej ilości energii słonecznej szybko się rozwijają. Dzięki panelom fotowoltaicznym można już nie tylko wytwarzać energię elektryczną, lecz także ogrzać dom czy wodę. Pojawiają się kolejne innowacyjne rozwiązania, jak szkło fotowoltaiczne, prototypy termoradiacyjnych urządzeń fotowoltaicznych czy odwróconych paneli słonecznych, które mogą wytwarzać energię elektryczną w nocy.

– Panele fotowoltaiczne możemy wykorzystać nie tylko do generacji energii elektrycznej, lecz także do generowania ciepła czy ocieplenia domu poprzez transmisję energii do folii grzewczych, zainstalowanych w murach czy podłogach, które się nagrzewają poprzez energię elektryczną  i ogrzewają dzięki temu dom – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Emmanuel Lickel-Skiba, współzałożyciel portalu dobryprad.pl. – Mamy już przykłady takiej technologii wdrożonej w Polsce. Mamy też instalację fotowoltaiczną, która generuje energię elektryczną wykorzystaną do zasilania pompy ciepła.

Jak podaje Instytut Energetyki Odnawialnej, na koniec 2020 roku łączna moc zainstalowanych w Polsce elektrowni fotowoltaicznych przekroczyła 3,5 GW. Coraz więcej osób decyduje się na panele słoneczne, które pozwalają nie tylko wyprodukować prąd, ale też ogrzać dom czy podgrzać wodę. Folia grzewcza na podczerwień to rewolucja w ogrzewaniu domów. Zasilana prądem emituje bezpieczne dla zdrowia promieniowanie podczerwone. Istnieją też systemy, które łączą panele fotowoltaiczne z pompami ciepła i rozwiązaniem inteligentnego domu. Technologia pomp ciepła stanowi efektywną ekonomicznie alternatywę dla kotłów na paliwa kopalne.

– Inwestycja w samą fotowoltaikę bez rozwiązań grzewczych opłaca się w ciągu od czterech do siedmiu–ośmiu lat, czasami nawet dłużej. Jeżeli sięgamy dodatkowo po inwestycje w rozwiązania grzewcze, to wtedy ten koszt może się pomnożyć razy dwa, czyli musielibyśmy liczyć na okres zwrotu inwestycji co najmniej osiem lat – wylicza Emmanuel Lickel-Skiba.

Rozwiązań jest jednak wiele. Zamiast tradycyjnych paneli można zamontować fotowoltaiczne dachówki. Na rynku dostępne są też farby, które pochłaniają światło słoneczne i parę wodną z otoczenia. Zgromadzona w ten sposób woda może zostać podzielona na wodór i tlen, a odnawialnym źródłem energii jest wodór, traktowany jako paliwo. Istnieją też farby słoneczne na bazie perowskitu.

Oprócz innowacyjnych materiałów pojawiają się również kreatywne metody pozyskiwania maksymalnej energii słonecznej. Na przykład szwajcarski start-up Insolight używa zintegrowanych soczewek jako wzmacniaczy optycznych w szkle ochronnym paneli, aby skoncentrować wiązki światła. Pojawiają się też prototypy termoradiacyjnych urządzeń fotowoltaicznych lub odwróconych paneli słonecznych, które mogą wytwarzać energię elektryczną w nocy. Innym innowacyjnym rozwiązaniem są przezroczyste okna słoneczne. Naukowcy w „Nature Energy” dowodzą, że przezroczyste materiały słoneczne mogą zbierać tyle energii, co większe jednostki słoneczne na dachach. Cienki, podobny do plastiku materiał może być stosowany na budynkach, szybach samochodowych czy telefonach komórkowych.

– Mamy już różne rozwiązania, które są wdrożone przez różne firmy za granicą, w Stanach Zjednoczonych, w Unii Europejskiej, też m.in. w Polsce. To np. szkło fotowoltaiczne, które pozwala generować energię elektryczną na podstawie instalacji okiennej. To produkty, które są obecnie testowane, myślę, że w ciągu następnych pięciu lat już zaczniemy je stosować na rynku – wskazuje współzałożyciel portalu dobryprad.pl.

Menedżerowie optymistycznie oceniają przyszłość gospodarki

Luty rozpoczynamy dobrymi danymi z przemysłu. PMI polskiego sektora przetwórstwa w styczniu wyniósł 51,9 pkt (51,7 pkt w grudniu 2020 r.). Oznacza to siódmy z rzędu miesiąc, kiedy wśród menedżerów logistyki optymiści przeważają nad pesymistami – co więcej przyrasta tych pierwszych.

Można odnieść wrażenie, że w dzisiejszych danych znalazły ujście: odporność polskiego eksportu i duże zapotrzebowanie krajowe na niektóre dobra (np. AGD) oraz nadzieje wzbudzone przez program szczepień.

Wskaźniki składowe PMI dostarczają jednak bardziej złożonego obrazu sytuacji w przetwórstwie. Wprawdzie notuje ono rosnącą liczbę nowych zamówień (w tempie znanym z długookresowych trendów), jednak systematycznie większy wkład mają zamówienia zza granicy (w styczniu najwyższe od 3 lat). Nie podąża za nimi produkcja (trzeci miesiąc spadków). IHS Markit zwraca uwagę na rolę kwarantann w ograniczaniu mocy produkcyjnych. Nie widzimy tego jednak w danych dla całej gospodarki. Niezależnie, deficyty kadr dają się we znaki – wzrost popytu uzasadniałby tzw. chomikowanie pracy (niezwalnianie, aby uniknąć kosztów rekrutacji przy szybkim odbiciu popytu) oraz rosnące zatrudnienie. Konsekwencją braków pracowników jest wzrost zaległości (błędnie postrzegany w PMI jako korzystny). Czas dostaw rośnie do poziomów znanych z marca i kwietnia.

Obserwujemy kumulujące się zapasy materiałów. Ich przyczyny są wielorakie: fizyczny brak dóbr a także ryzyko niedostępności oraz produkcja poniżej planowanej (za brakiem pracowników idą niewykorzystane surowce). Niedostępność materiałów to bardzo problematyczne zjawisko nie tylko z powodów technologicznych. Rzadkie dobra są cenione wyżej, stąd inflacja kosztów, która w styczniu osiągnęła poziomy nienotowane od niemal dekady.Zmniejszanie marż producentów nie jest dłużej możliwe, co doprowadza do przenoszenia części kosztów na klientów.

Optymizm na najbliższe 12 miesięcy wciąż wysoki (minimalny spadek w stosunku do grudnia). Nic dziwnego, polska gospodarka – nawet funkcjonująca w trybie pandemicznym – notuje popyt po stronie firm i producentów, a skuteczność szczepionek może tylko poprawić nastroje. Można jednak sobie wyobrazić również bardziej pesymistyczny scenariusz, w którym kolejne mutacje wirusa ponownie blokują światową gospodarkę.

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Partycypacja społeczna w planowaniu przestrzennym, a reforma planistyczna

O potrzebie reformy planowania przestrzennego słyszymy od lat, nic więc dziwnego, że kolejna próba zmiany przestarzałego prawa także jest szeroko komentowana. Obowiązująca dziś ustawa z dnia 27 marca 2003 roku zmieniana była 60 razy, a w większości były to nowelizacje ustaw. Do konsultacji społecznych trafił właśnie dokument: „Reforma systemu planowania i zagospodarowania przestrzennego”,  zawierający wstępne założenia nowej ustawy planistycznej, które zapowiadają, że  mają zniknąć studia i pojawić się dwa rodzaje nowych planów. Na znaczeniu mają stracić obecne WZ, czyli warunki zabudowy. Natomiast tzw. “plan ogólny” ma być uchwalany obowiązkowo dla obszaru w granicach gminy. Podczas opracowywania dokumentów planistycznych, bardzo ważne jest zaangażowanie społeczne mieszkańców. Wynika to z podstawowych zasad przyjętych w planowaniu ładu przestrzennego i zrównoważonego rozwoju. Eliminacja konfliktów na tym polu może znacząco skrócić długość cyklu operacyjnego inwestorów oraz wpłynąć na lepszą dostępność gruntów, a co za tym idzie – zyskać mogłyby wszystkie strony. Obecny brak miejscowych planów jest czynnikiem blokującym rozwój inwestycji, a potęgowanym skomplikowanymi i niejasnymi procedurami. 

W przestrzeni dyskusji, jak dotąd brakuje również szerszego poruszenia aspektu zmian zasad partycypacji społecznej, które w istocie są niezwykle ważnym elementem. Jak potwierdzają badania, Polacy w zdecydowanej większości chcą uczestniczyć w tych procesach, ale do tej pory tego nie robią.

Nie przedstawiono jeszcze szczegółów proponowanych rozwiązań i przepisów przejściowych, a w kontekście zapowiadanych od dłuższego czasu zmian w systemie planowania przestrzennego władze wielu gmin stoją przed dużym dylematem, czy przystępować do opracowywania nowego studium, co jest czasochłonnym i kosztownym zadaniem, czy poczekać na zakończenie reformy.

Czy reforma planistyczna będzie korzystna dla mieszkańców?

Planowanie i gospodarka przestrzenna w obecnym kształcie są przedmiotem powszechnej krytyki. Uchwalona prawie dwie dekady temu ustawa nie spełnia swoich funkcji i nie przystaje do globalnych trendów, jak np. wzrost znaczenia eko budownictwa i zrównoważonego rozwoju, popularyzacja CSR-ów, wzrost świadomości, współdzielenie i zaangażowanie decyzyjne lokalnych społeczności. Aktualnie idea zrównoważonego rozwoju staje się podstawą planowania przestrzennego, a konsultacje społeczne są niezbędne do podejmowania trafnych decyzji oraz mogą zapobiegać lokalnym konfliktom.

Chociaż obecna ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym gwarantowała obywatelom udział w procesie planowania, większość osób nie korzystała z tego przywileju, a tym samym nie mogła wpływać na zagospodarowanie swojego otoczenia. W rezultacie, wyzwaniem dla procedur planistycznych opisanych w nowym projekcie ustawy o planowaniu przestrzennym staje się zagwarantowanie realnych możliwości partycypacji społecznej.

Jak potwierdziły badania, obywatele chcą aktywnie uczestniczyć w tych procesach. Prawie 90% badanych interesuje się planowanymi inwestycjami i przekształceniem gruntów w miejscowości lub gminie, gdzie zamieszkuje, zaś ponad 80% deklaruje potrzebę udziału przy podejmowaniu decyzji dotyczących zagospodarowania terenu swojego miasta czy gminy.

Nic powinno to zaskakiwać, bowiem plan zagospodarowania przestrzennego to dokument, który decyduje o wyglądzie naszego otoczenia. Na jego podstawie urzędnicy wydają pozwolenia na budowę. Na przykład plan zagospodarowania reguluje, że na danym terenie wybudować możemy tylko domy jednorodzinne, natomiast jeśli w planie widnieją tereny rekreacyjne, to w tym miejscu nie zostaną zbudowane zakłady produkcyjne, itd.

W przypadku planowania przestrzennego obowiązujące przepisy prawa umożliwiają udział społeczeństwa w procesie sporządzania poszczególnych dokumentów planistycznych, między innymi poprzez nałożenie na organy sporządzające te dokumenty obowiązku poddania ich konsultacjom społecznym. Natomiast, jak okazuje się w praktyce, mieszkańcy nie uczestniczą w tych ważnych procesach i to w zdecydowanej większości – aż 95% obywateli nie składała uwag czy wniosków do dokumentów planistycznych. Jednocześnie wskazuje się na niedostateczne informowanie społeczeństwa o planowanych zmianach dotyczących zagospodarowania terenu. Jaki będzie zatem  nowy sposób, przedmiot i zakres  udziału społeczeństwa w kształtowaniu otaczającej go przestrzeni? Tego na razie nie wiemy.

“Wuzetki”, czyli system planowania przestrzennego do góry nogami

Aktualnie “wuzetki”, które miały być wydawane tylko w wyjątkowych przypadkach, stały się normą, a plany miejscowe, które miały stanowić normę, należą do wyjątków. Według danych PZFD, najwyższy stopień pokrycia planami zagospodarowania ma  obecnie Kraków  i wynosi  65,4% , a najgorzej kształtuje się on w Rzeszowie, bo na poziomie 16,9%. Warszawa to  39,4%, a Łódź tylko 24,5%. Partycypacja społeczna w planowaniu przestrzennym oznacza proces, w którym zarówno władze, jak i mieszkańcy współdziałają w przygotowaniu planów, realizowaniu określonej polityki, a także podejmowaniu decyzji gwarantujących zachowanie zasady zrównoważonego rozwoju i ładu przestrzennego. Budowa domów i mieszkań powinna odbywać się przede wszystkim w oparciu o miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego. Niestety, zamiast tego masowo wydawane są „wuzetki”, czyli decyzje o warunkach zabudowy – na ich podstawie buduje się dziś ok. 50 proc. całości inwestycji mieszkaniowych w Polsce. W ubiegłym roku – jak podaje GUS – liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym wzrosła o 2,8% r/r i wyniosła aż 275 938. „Wuzetka” powoduje liczne problemy, np. obowiązuje bezterminowo i bez uwzględnienia przyszłych możliwych zmian w otoczeniu. Co więcej, WZ nie muszą być zgodnie ze studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego, co powoduje gigantyczny bałagan urbanistyczny. Często są też postrzegane jako korupcjogenne, co rzutuje na negatywną percepcję społeczną dla całego procesu – wielokrotnie mówiono o wydawaniu korzystnych dla inwestorów „wuzetek” czy blokowaniu przez nich uchwalenia planu miejscowego niezgodnego z ich strategiami.

Planowanie przestrzenne to coś, dzięki czemu kreowane jest nasze otoczenie. Właśnie w oparciu o ustawę o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym powinny powstawać miejskie plany zagospodarowania przestrzennego. Po reformie, na terenach, dla których nie uchwalono planu zabudowy, mają obowiązywać określone w nowej ustawie standardy urbanistyczne.

Ministerialny dokument jak dotąd nic nie mówi o tym, jak długo po wejściu w życie nowej ustawy planistycznej będą obowiązywały wydane wcześniej warunki zabudowy. Projekt, który trafił dwa lata temu do konsultacji mówił, że gminy miałyby 3 lata na sporządzenie planów ogólnych, a istniejące miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego zachowałyby swoją ważność. W nowym projekcie nie ma o tym ani słowa. Dla decyzji o warunkach zabudowy (WZ) planowane było wprowadzenie terminu ważności. Trudno więc odnieść się do projektu bez poznania się z kluczowymi założeniami, które mogą być przyczyną gigantycznego bałaganu, czy wręcz chaosu.

Reforma, a rosnąca rola udziału społecznego

Coraz częściej mieszkańcy doceniają korzyści płynące z CSR-ów i wspierają projekty spełniające kryteria zrównoważonego rozwoju. Niezwykle istotne jest poszukiwanie modelu działania opartego na faktycznym dialogu i realnej partycypacji społecznej. Udział obywateli w procesie planowania przestrzennego jest bardzo ważny, ponieważ już na etapie tworzenia projektów planów zagospodarowania umożliwia rozwiązywanie problemów i spraw spornych, z korzyścią dla wszystkich stron.

Prawidłowa społeczna odpowiedzialność biznesu (CSR) to swoisty, społeczno-biznesowy ekosystem, korzystny dla mieszkańców, zawierający zrównoważony rozwój urbanistyczny, łączący wszystkie płaszczyzny: społeczną, środowiskową i ekonomiczną, szczególnie na etapach ich implementacji, kiedy wiele decyzji i rozwiązań jest uznaniowych lub intuicyjnych.

Odpowiedzialny społecznie rozwój sektora nieruchomości można zdefiniować jako działania podejmowane w celu zmniejszenia negatywnego wpływu budynków i konstrukcji na zdrowie ludzi i środowisko naturalne, przy jednoczesnym dążeniu do efektywnego wykorzystania energii, wody i innych zasobów. To również ochrona zdrowia mieszkańców i poprawa produktywności pracowników, a także zmniejszenie ilości odpadów, zanieczyszczeń i degradacji środowiska. Trzeba kłaść nacisk na ogólny wpływ inwestycji na otoczenie, a nie tylko na sam proces budowy. Istotne są też zmiany klimatyczne, które tworzą nowe wyzwania. Przestrzeń miejska musi być wentylowana, mieć możliwości wchłaniania wody opadowej, korzystać z zielonej energii, komunikacji elektrycznej czy budować ogrody na dachach i elewacjach. Natomiast pod pojęciem zrównoważonego rozwoju należy także rozumieć rozwój społeczno-gospodarczy, w którym następuje proces integrowania działań politycznych, gospodarczych i społecznych z zachowaniem równowagi przyrodniczej w celu gwarancji możliwości zaspokajania podstawowych potrzeb poszczególnych społeczności lub obywateli. Dlatego też włączenie lokalnych społeczności w proces miejscowego planowania przestrzennego jest tak bardzo istotne i kluczowe dla przyszłości.

Reforma planowania przestrzennego ma już kilkunastoletnią historię. Wszystkie rządy rozpoczynały pracę nad projektem ustawy w tej sprawie, ale żadnemu jak dotąd nie udało się ich zakończyć. Czy tym razem będzie inaczej? Prace nad nowymi przepisami trwają i trudno przewidzieć datę ich wejścia w życie.

Autor/fot.: Adam Białas, ekspert rynku, dziennikarz biznesowy, współzałożyciel  stowarzyszenia wspierającego zrównoważony rozwój przestrzeni miejskiej i korzyści płynących z CSR-ów – „Nowoczesna Warszawa 2030”, menedżer agencji komunikacji i marketingu.

Zmiany w zarządach spółek Toyota Financial Services w Polsce

Spółki należące do Toyota Financial Services wprowadziły zmiany w swoich strukturach kierowniczych. Do zarządu Toyota Bank Polska dołączył Krzysztof Krakowiak, któremu została powierzona rola Dyrektora Pionu Sprzedaży, Rozwoju Biznesu i Skarbu. Nowym Członkiem Zarządu spółki Toyota Leasing Polska została natomiast Dominika Cepek, która będzie jednocześnie pełnić funkcję Dyrektora Departamentu Sprzedaży, Marketingu i Kontaktu z Klientem w Toyota Bank Polska S.A.

Od dnia 1 lutego 2021 roku, Krzysztof Krakowiak został powołany do Zarządu Toyota Bank Polska S.A. w roli Dyrektora Pionu Sprzedaży, Rozwoju Biznesu i Skarbu. Do jego obowiązków należeć będzie nadzór nad Departamentem Sprzedaży, Marketingu i Kontaktu z Klientem, Departamentem Rozwoju Biznesu i Innowacji, a także Departamentem Skarbu.

Krzysztof Krakowiak ma za sobą 19-letnie doświadczenie w sprzedaży i rozwoju usług finansowych (m.in. w Fiat Bank Polska S.A.). Pracę w Toyota Bank Polska S.A. rozpoczynał w 2006 roku w Departamencie Sprzedaży i Kontaktu z Klientem jako Kierownik Sprzedaży. W 2016 roku dołączył do Zarządu Toyota Leasing Polska Sp. z o.o. W kolejnym roku objął stanowisko Dyrektora Departamentu Sprzedaży i Kontaktu z Klientem w Toyota Bank dzieląc swoje zaangażowanie pomiędzy reprezentację spółki leasingowej oraz rozwój sprzedaży w ramach grupy Toyota Financial Services oraz rozwój oferty produktowej w Toyota Leasing. Odpowiedzialny był m.in. za kompleksowy rozwój oferty FSL (Full Service Leasing).

Krzysztof Krakowiak jest absolwentem Technologii w procesach nauczania w Szkole Wyższej im. Pawła Włodkowica w Płocku.

Dominika Cepek wraz z początkiem lutego, objęła natomiast funkcję Członka Zarządu Toyota Leasing Polska Sp. z o.o. oraz stanowisko Dyrektora Departamentu Sprzedaży, Marketingu i Kontaktu z Klientem w Toyota Bank Polska S.A. Odpowiadać będzie za realizację celów strategicznych i planów budżetowych obydwu spółek oraz dalszy rozwój współpracy z Importerem oraz Dilerami Toyota i Lexus.

Dominika Cepek posiada ponad 20-letnie doświadczenie w dziedzinie marketingu zdobyte w pracy dla międzynarodowych korporacji branży finansowej (Toyota Bank, AXA Direct, PZU), FMCG (Coca-Cola Beverages, Pudliszki), kosmetycznej (AVON), rządowej organizacji marketingowej (Norwegian Seafood Export Council) i agencjach reklamowych (D’Arcy Masius Benton & Bowles, G7).

W 2014 roku rozpoczęła pracę w Toyota Bank Polska S.A. obejmując kierowanie Działem Marketingu i Analiz. Od stycznia 2020 r. pełniła rolę Dyrektora Departamentu Rozwoju Biznesu i Innowacji, kierując m.in. projektem automatyzacji obsługi klienta (AI – wdrożenie chatbotów i livechatów dla klientów, pracowników i dealerów) oraz koordynując inne projekty z obszaru optymalizacji, automatyzacji i digitalizacji.

Nowa Członek Zarządu jest absolwentką Zarządzania i Marketingu Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Dominika Cepek zastąpi na stanowisku Członka Zarządu Toyota Leasing Polska Sp. z o.o. dotychczas piastującego tę funkcję Krzysztofa Krakowiaka.

Toyota Bank Polska oraz Toyota Leasing Polska działające w strukturze Toyota Financial Services (TFS), na przestrzeni lat 2017-2019, podwoiły swój biznes. W 2020 roku pomimo zawirowań rynkowych wywołanych pandemią koronawirusa, spółki Toyota Bank i Toyota Leasing (TFS) nie tylko utrzymały wolumeny sprzedaży, ale odnotowały również lepsze wyniki finansowe względem roku 2019. Toyota Leasing Polska w 2020 roku odnotowała wzrost na poziomie 6,25% w finansowaniu sprzedaży samochodów osobowych względem spadku w sektorze leasingowym na poziomie 18,62% (źródło: SAMAR). Również mimo spadku stóp procentowych i znacznego pogorszenia atrakcyjności oferty depozytowej na całym rynku, Toyota Bank utrzymuje w swojej ofercie konkurencyjne oprocentowanie wybranych lokat i kont oszczędnościowych. Ponadto nadal prowadzony jest program cashback – Tankuj Korzyści, nagradzający klientów realizujących płatności za paliwo kartą płatniczą Toyota Bank.

Spółki Toyota Financial Services w dalszym ciągu będą rozwijać ofertę e-banking‘ową oraz nowoczesne produkty finansowe pozwalające na zakup czy też najem samochodów. Głównym celem na najbliższe lata jest jednak wsparcie globalnego projektu Toyoty, czyli tzw. „mobility”. Dlatego też oprócz leasingu, kredytów, czy wynajmu aut, firmy skupią się na wdrażaniu innowacyjnych narzędzi pomagających w przemieszczaniu się klientów. Wdrażanie kolejnych inicjatyw, w tym projektów z obszaru automatyzacji i digitalizacji wspierających obsługę klienta, pozwoli zaoferować spółkom pionierskie i wygodne dla klientów rozwiązania, z których pomocy będą mogli korzystać na co dzień.

Dlaczego antywirus na Maca jest niezbędny?

Przez długi czas panowało przeświadczenie, że wirusy nie zagrażają komputerom spod znaku Apple. Fakty są takie, że z pewnością były one mniej podatne na ataki, niż powszechniejsze pecety. Wiele prywatnych opinii mówiło też o tym, że użytkownicy Maca radzili sobie dobrze nie posiadając zainstalowanego antywirusa. Czasy się jednak zmieniły i choć wciąż Pecety padają częstszą ofiarą złośliwego oprogramowania i ataków, komputery Mac również są na nie bardziej narażone. Trzeba przyjąć do wiadomości i odpowiednio zabezpieczyć się przed hakerami, by chronić swój sprzęt i dane.

Program antywirusowy Mac to dodatkowe bezpieczeństwo

Głównym zagrożeniem dla każdego komputera jest zazwyczaj jego użytkownik. Niestety, ale beztroskie ściąganie plików ze stron o niepewnym źródle lub otwieranie dziwnych załączników w wiadomościach mailowych, to częsty powód problemów. Zdarza się to nawet tym najbardziej ostrożnym. Zwłaszcza, że coraz bardziej w codziennej pracy i rozrywce, polega się na komputerach. W natłoku linków i e-maili, łatwo jest coś przeoczyć. By ograniczyć związane z tym szkody, konieczne jest zainstalowanie na Macu odpowiedniego programu antywirusowego. Dzięki temu, nawet jeżeli klikniesz zawirusowany link, próba ataku natychmiast zostanie zidentyfikowana i automatycznie powstrzymana. Antywirus wykrywa zagrożenia w czasie rzeczywistym, działając w tle. Nie musisz robić nic samemu by zabezpieczyć się przed atakiem, a wszystkie podejrzane pliki trafią na kwarantannę, gdzie nie będą mogły wyrządzić żadnej szkody.

Przed czym jeszcze chroni antywirus Mac?

Popularne i sprawdzone programy antywirusowe na Maca, posiadają szereg innych przydatnych funkcji. Możesz skanować nimi konkretne pliki, sprawdzając czy są pozbawione zagrożeń. Chronią również przed phishingiem, czyli wirusami, które mają za zadanie wykraść wrażliwe dane osobowe. Z odpowiednim antywirusem na Maca, Twoje dane logowania i bankowe będą dużo bezpieczniejsze.

Wirusy przeznaczone na komputery z system Windows nie zagrażają Twojemu Macowi, ale nie oznacza to, że są zupełnie nieszkodliwe. Możesz przekazywać je dalej, na przykład za pośrednictwem dysków wymiennych, albo wiadomości mailowych. Dobry antywirus powinien posiadać też funkcje, które pozwalają wykryć i zneutralizować zagrożenia dla pecetów, które mógłbyś przekazać.

Jaki antywirus na Maca?

Posiadanie antywirusa na Maca jest konieczne dla bezpiecznego korzystania z sieci. Pytanie, tylko jaki program wybrać? Stawiaj na uznane marki z bieżącym wsparciem i aktualizacjami. Jedną z nich jest G Data. Odwiedź ich stronę i poznaj ich szczegółową ofertę!

Tylko 37% firm dysponuje technologiami i wykwalifikowanymi pracownikami potrzebnymi do realizacji projektów cyfrowych

Salesforce MuleSoft, dostawca najlepszej na świecie platformy integracji i interfejsów API, przedstawił wnioski z raportu The State of Business and IT Innovation („Stan innowacji biznesowych i informatycznych”). Jak wykazały badania1, które zostały przeprowadzone wśród 1739 kierowników działów przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 250 pracowników, tylko 37% organizacji dysponuje technologiami i wykwalifikowanymi pracownikami niezbędnymi do szybkiej realizacji projektów cyfrowych. Ma to spore znaczenie podczas pandemii COVID-19.

Zdecydowana większość (82%) respondentów potrzebuje szybkiego i łatwego dostępu do danych, systemów informatycznych i aplikacji, aby utrzymać swoją produktywność i wydajnie pracować. Dostęp do danych ma znaczenie newralgiczne. Ponad połowa (59%) kierowników działów jest zaangażowana w szukanie, proponowanie lub tworzenie nowych sposobów świadczenia zewnętrznych usług cyfrowych, takich jak budowanie samoobsługowych portali internetowych lub aplikacji mobilnych umożliwiających kontakty z klientami. Jednak tylko 29%, czyli niespełna jedna trzecia uważa, że ich przedsiębiorstwa efektywnie łączą i wykorzystują dane z różnych źródeł w celu generowania dodatkowych korzyści biznesowych.

„W świecie opartym na technologiach cyfrowych każda branża powinna się przygotować na szybkie zmiany, a każde przedsiębiorstwo musi reagować na nowe potrzeby swoich klientów szybciej niż kiedykolwiek” ― powiedział Brent Hayward, dyrektor generalny firmy MuleSoft. „Badania te wykazały, że dane są jednym z najważniejszych zasobów, których przedsiębiorstwa potrzebują do sprawnego działania i osiągania coraz lepszych wyników. Firma musi wyposażyć każdego pracownika w narzędzia i uprawnienia potrzebne do integrowania danych i wykorzystania ich potencjału niezależnie od tego, gdzie się znajdują. Umożliwi to szybką realizację kluczowych projektów, wdrażanie innowacji na dużą skalę oraz jeszcze lepsze połączenie produktów i usług”.

W raporcie State of Business and IT Innovation zwrócono szczególną uwagę na następujące wyzwania i możliwości związane z transformacją cyfrową w przedsiębiorstwach:

Silosy danych coraz częściej spowalniają realizację inicjatyw cyfrowych

Jak wynika z raportu firmy McKinsey, przedsiębiorstwa, które kiedyś tworzyły strategie cyfrowe na okres od roku do trzech lat, muszą teraz skalować swoje inicjatywy tak, aby mogły zostać zrealizowane w ciągu kilku dni lub tygodni. W raporcie tym zwrócono uwagę na fakt, że pandemia COVID-19 spowodowała wzrost liczby inicjatyw cyfrowych średnio o 11-23%2. Wyszczególniono również czynniki, które utrudniają firmom działalność, rozwój i spełnianie oczekiwań klientów:

  • Silosy danych. Jedna trzecia (33%) ankietowanych kierowników działów twierdzi, że pandemia COVID-19 zwróciła uwagę na brak połączeń między istniejącymi systemami informatycznymi, aplikacjami i danymi, który nie pozwala na efektywną realizację projektów cyfrowych.
  • Brak pracowników z kwalifikacjami w dziedzinie technologii cyfrowych. Zdaniem 29% respondentów kolejnym czynnikiem utrudniającym realizację takich projektów jest brak pracowników wykwalifikowanych w zakresie technologii cyfrowych.
  • Przeciążone zespoły informatyczne, które nie są w stanie wystarczająco szybko realizować projekty. Ponad połowa (51%) kierowników działów przedsiębiorstw jest niezadowolona z szybkości realizowania projektów cyfrowych przez działy informatyczne.

Problemy z integracją mają niekorzystny wpływ na przychody firmy i doświadczenia klientów

Ponad połowa (54%) respondentów twierdzi, że ma problemy z łączeniem różnych systemów informatycznych, aplikacji i danych. Wskaźnik ten nie dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę coraz większe problemy z wydajnością operacyjną przedsiębiorstw. Wielu kierowników działów postrzega te problemy jako zagrożenie dla swoich przedsiębiorstw oraz ich zdolności do zapewnienia klientom ujednoliconej obsługi.

  • Odseparowane systemy i silosy danych hamujące rozwój firmy. Kierownicy działów wiedzą, jakie następstwa może mieć brak połączeń między systemami, aplikacjami i danymi. Ponad połowa (59%) uważa, że wpływa on niekorzystnie na rozwój firmy i wzrost przychodów.
  • Niespójność obsługi klienta będąca następstwem odseparowanych systemów i aplikacji oraz silosów danych. Większość (59%) kierowników działów przedsiębiorstw zgodnie stwierdza, że brak połączeń między systemami, aplikacjami i danymi ma niekorzystny wpływ na doświadczenia klientów, od których zależy dziś w dużej mierze sukces przedsiębiorstwa.
  • Integracja warunkiem automatyzacji. Trzy piąte (60%) respondentów przyznaje, że brak połączeń między systemami, aplikacjami i danymi hamuje również inicjatywy w dziedzinie automatyzacji. Równocześnie coraz więcej firm dąży do automatyzacji procedur biznesowych za pomocą takich funkcji, jak robotyzacja procesów.

Przedsiębiorstwa muszą odblokować potencjał danych, aby przyspieszyć procesy dzięki technologiom cyfrowym

Gdy rośnie zapotrzebowanie na inicjatywy cyfrowe, przedsiębiorstwa z różnych branż muszą działać szybciej. Przeszkadzają im więc silosy danych, które spowalniają procesy, a tym samym utrudniają szybkie spełnianie oczekiwań klientów oraz wprowadzanie innowacji niezbędnych we współczesnym cyfrowym świecie, w którym standardem jest zdalna praca. W raporcie podkreślono potrzebę szerszego udostępnienia nowych możliwości i wyposażenia użytkowników biznesowych w narzędzia niezbędne do tego, aby szybko i łatwo odblokować potencjał danych, łączyć aplikacje i automatyzować procesy.

  • Konieczność rozszerzenia zakresu innowacji poza obszar IT. Większość (58%) respondentów uważa, że szefowie działów informatycznych przeznaczają więcej czasu na bieżącą obsługę systemów niż na wdrażanie innowacji. 44% stwierdza nawet, iż działy informatyczne w ich firmach blokują innowacje. W rozwiązaniu tego problemu pomaga model samoobsługowy, który umożliwia każdemu wykorzystanie potencjału danych. Za pomocą tego modelu dział informatyczny może wprowadzać innowacje w całym przedsiębiorstwie tak, aby nimi zarządzać, ale ich nie blokować. Gdy dział informatyczny zostanie uwolniony od zadań związanych z taktyczną integracją i serwisowaniem, będzie mógł lepiej skupić się na innowacjach i realizowaniu kluczowych projektów.
  • Współpraca z działem informatycznym kluczem do zwiększenia innowacyjności. Ponad dwie trzecie (68%) respondentów uważa, że pracownicy działu informatycznego i innych działów powinni połączyć siły, aby wspólnie wdrażać innowacje w całym przedsiębiorstwie.
  • Łatwy dostęp do danych warunkiem przyspieszenia pracy kierowników działów przedsiębiorstw. Zdecydowana większość (80%) respondentów uważa, że ich przedsiębiorstwa skorzystałyby, gdyby dane i funkcje informatyczne były dostępne w formie gotowych modułów. Wówczas kierownicy działów mogliby samodzielnie tworzyć rozwiązania cyfrowe i realizować projekty.
Metodyka

MuleSoft we współpracy z firmą Censuswide przeprowadził badania, w których wzięło udział 1739 kierowników działów przedsiębiorstw szczebla co najmniej średniego. Odpowiedzieli oni na pytania dotyczące innowacji i inicjatyw cyfrowych realizowanych w ich przedsiębiorstwach oraz swojego udziału w tych inicjatywach. Ankieta została przeprowadzona przez Internet we wrześniu 2020 roku w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, Holandii, Australii, Singapurze, Hongkongu i Japonii. W badaniach uczestniczyli tylko wybrani kandydaci, którzy zostali zweryfikowani w ramach rygorystycznego, wielopoziomowego procesu selekcji. Wszyscy respondenci byli kierownikami działów przedsiębiorstw reprezentującymi co najmniej szczebel średni, zdefiniowanymi jako „osoby sprawujące funkcje kierownicze lub wyższe”.

Nie było wśród nich kierowników średniego szczebla wyspecjalizowanych w informatyce lub administracji. Wszyscy uczestnicy pracują w organizacjach zatrudniających co najmniej 250 pracowników. Censuswide zatrudnia członków organizacji Market Research Society i przestrzega jej reguł. Market Research Society działa w oparciu o zasady organizacji ESOMAR. Odniesienia do uzgodnień, zaangażowania, niezadowolenia lub korzyści dotyczą odczuć respondentów, które zostały przez nich ocenione jako umiarkowane lub silne.

2Pandemia COVID-19 doprowadziła do wzrostu liczby projektów cyfrowych w poszczególnych krajach o następujące średnie wielkości procentowe: Stany Zjednoczone 22%, Wielka Brytania 21%, Francja 15%, Niemcy 18%, Holandia 15%, Australia 17%, Singapur 23%, Hongkong 21%, Japonia 11%.

Konsumenci chcą bardziej przejrzystych opisów transakcji kartą płatniczą

Mastercard wprowadza nowe rozwiązanie dla bankowości cyfrowej, dzięki któremu użytkownicy kart płatniczych będą mogli łatwiej rozpoznawać transakcje zakupowe w historii swojego rachunku. Usługa ta, udostępniana bankom przez należącą do Mastercard spółkę Ethoca, zapewni ich klientom większą przejrzystość transakcji kartą dzięki dodatkowym informacjom, takim jak nazwa i logo sprzedawcy czy miejsce dokonania zakupu, widocznym w serwisie transakcyjnym online lub aplikacji mobilnej banku. Detaliści mogą już przesyłać swoje logotypy do systemu Ethoca, dzięki czemu zwiększą widoczność swojej marki w kanałach cyfrowej bankowości. Jednocześnie Mastercard współpracuje z wydawcami kart nad wprowadzeniem nowego standardu branżowego, tak aby do 2022 r. dostarczanie bardziej szczegółowych informacji o transakcjach w kanałach bankowości cyfrowej stało się powszechne.

Każdy z nas doświadczył, że przy przeglądaniu transakcji na koncie niektórych płatności nie sposób łatwo zidentyfikować. Przykładowo, nazwa sprzedawcy może być niezrozumiała lub zamiast niej wyświetla się nazwa pośrednika przetwarzającego płatność. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Kantar TNS na zlecenie Mastercard[1], dla wielu polskich konsumentów korzystających z bankowości cyfrowej jest to częsty problem, wywołujący negatywne emocje. Aż 84% respondentów czasami nie jest w stanie zidentyfikować niektórych zakupów w historii transakcji, natomiast prawie jednej piątej (17%) zdarza się to często lub bardzo często. W takich sytuacjach klienci czują się zaniepokojeni (43%), zirytowani (32%), zagubieni (17%) i bezradni (10%).

Reklamacje, których można uniknąć

Konsument, który nie może sobie przypomnieć danego zakupu, najczęściej próbuje wyjaśnić sytuację kontaktując się telefonicznie z bankiem (21%) lub, znacznie rzadziej, ze sprzedawcą (6%). Kontakt z bankiem zazwyczaj prowadzi do tego, że klient banku składa oficjalną reklamację (72%), np. w formie wniosku o chargeback. Po jej złożeniu często okazuje się ona jednak nieuzasadniona. Do takiego doświadczenia przyznaje się aż 35% respondentów – 26% z nich dopiero po czasie przypomina sobie o dokonanym zakupie, a 9% odkrywa, że transakcji dokonał inny członek rodziny. Kiedy jednak wniosek o chargeback zostanie już złożony, musi być rozpatrzony lub zamknięty przez wydawcę karty, co generuje po jego stronie koszty operacyjne związane z czasem przeznaczonym na kontakt z klientem, weryfikację transakcji oraz kwestie administracyjne. Procedura ta zajmuje przeciętnie do 2 tygodni.

Respondenci w badaniu Mastercard potwierdzają, że chcieliby widzieć dodatkowe informacje o płatnościach w zestawieniu swoich transakcji kartowych w bankowości internetowej i mobilnej, aby móc szybciej i łatwiej identyfikować swoje zakupy. Ich zdaniem najbardziej przydatnymi informacjami byłyby komercyjna nazwa sprzedawcy (67%), miejsce dokonania zakupu (51%) oraz jego logo (35%). Takie rozszerzone informacje na temat transakcji pomogłyby klientom szybko zidentyfikować zakup (61%) i sprzedawcę (58%), ale także zwiększyłoby ich poczucie bezpieczeństwa i kontroli nad swoimi płatnościami (47%).

Detaliści mogą już udostępniać swoje logotypy

Nowe rozwiązanie od Mastercard i Ethoca pomoże zwiększyć satysfakcję klientów i znacznie poprawi doświadczenie użytkownika, zmniejszając jednocześnie liczbę wniosków o reklamacje typu chargeback, obciążających finansowo zarówno banki, jak i detalistów. Wszyscy sprzedawcy mogą już bez żadnych dodatkowych opłat, po wypełnieniu odpowiedniego formularza przesyłać swoje logotypy na platformę Ethoca za pośrednictwem strony logo.ethoca.com. Dodatkowe informacje na ich temat zostaną powiązane z odpowiadającymi im płatnościami widocznymi w bankowości cyfrowej, co pozwoli sprzedawcom nie tylko zmniejszyć liczbę kosztownych i czasochłonnych reklamacji, lecz także zwiększyć rozpoznawalność swojej marki.

„Współpracujemy z wydawcami kart i detalistami, aby do 2022 r. funkcja ta stała się standardem dostępnym dla wszystkich użytkowników bankowości cyfrowej. Uważamy, że zwiększona w ten sposób przejrzystość transakcji zapewni klientom spokój ducha i poczucie kontroli nad ich wydatkami, znacznie poprawiając ich komfort podczas korzystania z usług bankowości elektronicznej. Z perspektywy wydawców kart, rozwiązanie to zwiększy liczbę interakcji użytkowników kart z kanałami cyfrowymi banku, natomiast detaliści zapewnią sobie większą widoczność swojej marki. Ponadto zarówno banki, jak i sprzedawcy, mogą spodziewać się mniejszej liczby reklamacji składanych przez ich klientów” — mówi Bartosz Ciołkowski, dyrektor generalny na Polskę, Czechy i Słowację w Mastercard Europe.

Rozwiązanie Mastercard i Ethoca ma szczególne znaczenie w czasach, gdy popularność bankowości internetowej i mobilnej rośnie w bezprecedensowym tempie. Obecnie kanały te stały się już głównymi, za pośrednictwem których klienci kontaktują się z bankami. Według badania Mastercard już 42% konsumentów z Polski korzysta z usług bankowości cyfrowej więcej niż raz w tygodniu, a co trzecia osoba (33%) robi to przynajmniej raz dziennie. Respondenci cenią sobie bankowość elektroniczną ze względu na jej dostępność w dowolnym miejscu i czasie (75%), oszczędność czasu (73%), lepszą kontrolę nad wydatkami (58%) oraz wygodne i łatwe w użyciu narzędzia do zarządzania finansami (53%). Poziom zaawansowania cyfrowego (65%) jest również jednym z trzech najważniejszych kryteriów podczas wyboru banku, obok jego wiarygodności (69%) i korzyści finansowych związanych z jego ofertą (66%).

[1] Badanie przeprowadzone w listopadzie 2020 r. przez Kantar TNS na zlecenie Mastercard, metodą wywiadów internetowych (CAWI) na próbie 3300 klientów banków w wieku 18-60 lat w następujących krajach regionu Europy Środkowo-Wschodniej: Polska, Ukraina, Czechy, Węgry, Rumunia, Grecja, Słowacja, Austria, Bułgaria, Serbia.

Złoty znów silny. Czy euro stanieje do 4,50 zł?

Jeszcze niedawno wydawało się, że poziom 4,50 zł nie będzie uchodził za atrakcyjny do zakupu euro. Szybko jednak okazało się, że działania NBP powodują, że ocena tego poziomu jest zupełnie inna. Dobre dane z gospodarki pozwalają jednak wierzyć w dalsze umacnianie się złotego.

Złoty znów silny

Inwestorzy szybko zapominają o negatywnych doświadczeniach. Ostatnie interwencje walutowe miały miejsce niecałe 2 miesiące temu, aczkolwiek strach przed kolejnymi szybko zniknął. Pod koniec ostatniego tygodnia rozpoczął się ruch umacniający złotego. Gdyby doszło do kolejnej interwencji Narodowego Banku Polskiego te pozycje inwestycyjne mogłyby mieć dużą stratę. Z drugiej strony dane makroekonomiczne dla Polski wypadają bardzo korzystnie, stąd im dalej jesteśmy od potencjalnej interwencji lub zapowiedzi o obniżce stóp procentowych, tym korzystniej inwestorzy patrzą na złotego. Dzisiaj nad ranem euro kosztowało już 4,51 zł.

Dane z zachodu

W piątek poznaliśmy dużo lepszy od oczekiwań odczyt PKB z Niemiec. Był to oczywiście spadek jak niemal we wszystkich gospodarkach w trakcie pandemii, ale jednak aż o 0,5% mniejszy niż oczekiwali analitycy. Dane te spowodowały kolejną przecenę dolara względem euro. Korektę tego ruchu mieliśmy już dzisiaj rano, kiedy to po znacznie słabszych danych na temat sprzedaży detalicznej dolar wracał na poprzednie pozycje.

Indeksy PMI

Dzisiejsze przedpołudnie upływa pod dyktando indeksów PMI. Są to badania pokazujące poziom optymizmu wśród menedżerów odpowiedzialnych za zamówienia. W przypadku Polski wynik był nieznacznie lepszy od oczekiwań i wyniósł 51,9 pkt, czyli powyżej 50 pkt oznaczających różnicę pomiędzy wzrostem a recesją. Dla całej strefy euro dane były niemal dokładnie równe oczekiwaniom, które mówiły o lekkim spadku optymizmu w ciągu ostatniego miesiąca.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

16:00 – USA – indeks ISM dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Fundusz Gatesa wesprze ekologiczne start-upy

Inwestowanie w zrównoważony rozwój to trend, który już na stałe zadomawia się nad Wisłą, jednak czy w całym procesie dostrzegamy potencjał krajowych start-upów? W polskich realiach nie ma jednoznacznej odpowiedzi (a szkoda), kiedy to za Atlantykiem tworzone są odpowiednie fundusze dla debiutantów chcących przyczynić się do walki o bardziej ekologiczne jutro. Czołowi reprezentanci ruchu? Przede wszystkim Bill Gates z Breakthrough Energy Ventures (BEV).

Lekcja I: Prostota i znane twarze. Jak twórca Microsoftu wspiera ekologiczne start-upy?

Historia funduszu Breakthrough Energy Ventures z pewnością nie nada się na scenariusz hollywoodzkiego blockbustera i to pierwsza lekcja, którą powinniśmy przyjąć do serca, obserwując poczynania Billa Gatesa na scenie startupowej — prostota. BEV powstał na przełomie 2015 i 2016 roku w celu wsparcia idei zrównoważonego rozwoju oraz technologii ograniczających emisję gazów cieplarnianych. Sam twórca ogłosił powstanie funduszu na listopadowej edycji United Nations Climate Change Conference w 2015. Pierwotnie w skład grupy wchodziło 28 inwestorów, którzy rok później zgromadzili kapitał rzędu 170 mld dolarów.

Gates, będąc marką samą w sobie, firmował ideę wsparcia proekologicznych start-upów ramię w ramię z innymi, równie rozpoznawalnymi nazwiskami światowego biznesu. Wśród najbardziej znanych wspólników wymienia się nazwiska m.in. Jeffa Bezosa (Amazon), Richarda Bransona (Virgin Group), Jacka Ma (Alibaba Group), czy Marka Zuckerberga (Facebook). Czy czołowi gracze wystarczą w promowaniu debiutantów? Najczęściej — tak. To także lekcja dla polskiego rynku start-upowego. Pomimo kilku naprawdę wyróżniających się nazwisk, cierpimy na deficyt prawdziwie przygotowanych specjalistów, zapewniających młodym spółkom self-PR.

Lekcja II: Nie porównuj i ucz się na błędach. Czy BEV wypłynął na kryzysie?

Breakthrough Energy Ventures powstał niejako na fali powrotu funduszy na rzecz rozwoju ekologicznych start-upów. Pierwszy okres intensywnego wsparcia m.in. OZE był dla wielu inwestorów szansą na odbicie. Czy skuteczną? Nie. W latach 2006-2011 przedsiębiorcy stracili 50 proc. z szacowanego na 25 mld dolarów rynku. Główny winowajca? Kryzys z roku 2008. Co więcej, spore oczekiwania inwestorów napędzane były bańką internetową — oczekiwano podobnych zwrotów, jak w przypadku start-upów działających w sieci. W tamtym okresie (dzisiaj z resztą też) projekty związane ze zrównoważonym rozwojem były przedsięwzięciem długoterminowym. Dekadę temu uważano, że start-up to start-up — niezależnie od branży przyniesie duży procent.

Polscy inwestorzy powinni przyjąć strategię Gatesa właśnie z okresu przejściowego, czyli obicia w roku 2016. Wcześniej Amerykanie skupiali się na start-upach, które zajmowały się wyłącznie źródłami odnawialnymi, biopaliwem i elektromobilnością. O ile teraz wszystkie trzy obszary są w czołówce maratonu o status unicorna, wtedy odczuwalną pieczę nad tymi przedsięwzięciami trzymało państwo. BEV starannie wyciągnął wnioski z wpadek pionierów. Fundusz nie wymaga zwrotu w ciągu 5 lat od momentu zainwestowania, a start-upy mają 20 lat na realizację działań strategicznych.

Lekcja III: Daj szansę zmianom i współpracuj z ekspertami. Jak Gates łączy elastyczność z wymogami?

Gates wydaje się stawiać na dużą elastyczność start-upów, które, chociażby w przypadku niepowodzeń podczas realizacji programu pilotażowego, mogą bez większego problemu zmodyfikować, a nawet całkowicie zmienić bazową technologię. Ponadto, BEV daje pole do popisu specjalistom nie tylko z branży OZE. W programie odnajdą się również młode spółki specjalizujące się w zagadnieniach rolniczych, budownictwie, zrównoważonej produkcji oraz transporcie. Szeroka interdyscyplinarność, a także elastyczność ze strony inwestorów powinna zawitać również nad Wisłą. Co warto zapamiętać, pomimo dużej samodzielności start-upów, w przypadku BEV nie ma jednak miejsca na bujanie w obłokach.

 

Jednym z czołowych warunków Gatesa jest wymierne działanie start-upów na rzecz planety. Spółki mają obowiązek raportowania, w jakim stopniu przyczyniają się do ograniczenia emisji dwutlenku węgla. Minimum? Co najmniej 500 mld ton metrycznych CO₂, co odpowiada 1 proc. emitowanych zanieczyszczeń w skali globalnej. Ponadto, Gates postawił pewien bardzo wymowny warunek również w kontekście struktur samego funduszu. W zespole Breakthrough Energy Ventures oprócz inwestorów z pokaźnym portfelem muszą zasiadać również naukowcy, inżynierowie, przedsiębiorcy, urzędnicy oraz bankierzy.

Zarówno krajowe start-upy, jak i inwestorzy powinni wziąć przykład ze strategii BEV, ponieważ skala działań funduszu Billa Gatesa wydaje się nie zwalniać pomimo globalnej pandemii. Druga runda wsparcia młodych spółek przewiduje niebagatelną kwotę rzędu 1 mld dolarów. Wśród grona szczęściarzy jest miejsce na dokładnie 45 spółek. Również nad Wisłą jest miejsce na skuteczne wsparcie proekologicznych start-upów.

Autor: Łukasz Blichewicz — współzałożyciel i prezes zarządu Grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.

Platige Image zaprezentowało efekty prac nad Virtual Set

Branża filmowa i reklamowa od zawsze poszukują coraz nowszych, kreatywnych sposobów na tworzenie spektakularnych wizualnie treści. Wirtualna scenografia, której zastosowania były prezentowane na zakończonych warsztatach organizowanych przez Platige Image, jest kolejnym krokiem w technologicznym i artystycznym rozwoju sektora rozrywkowego.

Virtual Set to nic innego jak połączenie narzędzi od lat z powodzeniem wykorzystywanych w produkcji telewizyjnej i game’ingu i przeniesienie ich na plan zdjęciowy. Zestawienie ekranu LED, kamery z systemem oczujnikowania i engine’ów (komputerów) graficznych pozwala na płynne odtwarzanie grafik i animacji, z zachowaniem zgodności perspektyw i wrażenia głębi. Efektem jest uzyskanie fotorealistycznych teł i przestrzeni, w których możemy osadzić akcję danej sceny.

– Rozwój i wdrożenie Virtual Set w Platige jest naturalną konsekwencją działań R&D, wynikających z naszego wieloletniego doświadczenia związanego z grafiką komputerową i efektami specjalnymi z jednej strony a produkcją telewizyjną z drugiej. Prace nad technologią rozpoczęliśmy rok temu i w tym momencie jesteśmy gotowi żeby oddać nasz rozwiązanie w ręce twórców – wyjaśnia Marek Jankowski, Co-Head of Platige Broadcast w Platige Image.

Wirtualna produkcja już od kilku lat jest rozwijana w studiach na całym świecie, jej zalety są więc powszechnie znane. Jest doskonałą alternatywą dla dalekich i kosztownych wyjazdów, czy budowy skomplikowanych scenografii. Pozwala na uniezależnienie się od warunków pogodowych, długości dnia czy pory roku. Świetnie sprawdza się też w przypadku osadzania akcji w przestrzeniach abstrakcyjnych lub trudno dostępnych w przypadku tradycyjnych zdjęć, dając twórcom dodatkową swobodę artystyczną.

– Zdjęcia na szczycie ośnieżonej góry, dachu wysokiego wieżowca, czy pośród chmur? Żaden problem! – mówi Agnieszka Stachowicz, Co-Head of Platige Broadcast w Platige Image – Co więcej, wszystkie te plany możemy zrealizować tą samą ekipą, tego samego dnia. Przeniesienie się z jednej lokacji w drugą to kwestia przełączenia sceny i wymiany fizycznej scenografii – dodaje.

Unikalną zaletą rozwiązania wypracowanego przez zespół z Platige jest elastyczność. System nie jest rozstawiony na stałe, dzięki czemu wszystkie parametry, takie jak wielkość, kształt i gęstość ekranu, ilość engine’ów, rodzaj kamery i obiektyw, są do indywidualnego ustalenia.
– W przypadku tej technologii nie ma jednej, właściwej specyfikacji technicznej. Wszystko zależy od potrzeb danego projektu. Najlepszym rozwiązaniem jest ścisła współpraca reżysera, pionu scenograficznego oraz Platige od strony technologicznej i graficznej. W przypadku rzeczywistych miejsc, do których chcemy się wirtualnie przenieść, istotna jest jak najlepsza dokumentacja zdjęciowa lub skan 3D przestrzeni, którą chcemy odtworzyć – komentuje Piotr Kierzkowski, Lead Designer. Jednak technologia to jedno, to co nas wyróżnia to wiedza, którą zdobyliśmy przez setki godzin spędzonych na rozwijaniu i dopracowywaniu naszego rozwiązania, a także ponad 20 lat doświadczenia w produkcji i postprodukcji filmowej.

Technologia, którą wypracował Platige równie dobrze współpracuje z greenscrenem i ekranem LED, choć użycie tego drugiego ma unikalne korzyści – wszyscy uczestnicy zdjęć, zarówno ci pracujący za i przed kamerą widzą i czują, w jakiej przestrzeni pracują. To duża wartość dodana pod względem komfortu procesu twórczego. Ponadto kamera rejestruje prawdziwe odbicia treści wyświetlanych na ekranie LED na obiektach zdjęciowych, nie ma więc potrzeby dodawania tego efektu w postprodukcji.

– Niezależnie od tego, czy wykorzystujemy greenscreen, czy ekran LED, tło jest cyfrowe, przy czym w realizacji greenscreenowej zostaje włożone w materiał zdjęciowy i wymaga to trackingu kamery, który polega na odtworzeniu jej ruchu dzięki zamontowanym na planie trackerom. W przypadku scenografii wirtualnej tracking odbywa się w czasie rzeczywistym, na planie i informacja o nim jest zapisywana w sposób zautomatyzowany. Na pewno są projekty, w których greenscreen będzie równie dobrym rozwiązaniem, naszym celem nie jest jego wyeliminowanie – wyjaśnia Michał Lewicki, Senior Technical Designer.

Platige oferuje również możliwość pracy z dodatkową warstwą graficzną dodawaną „on top” na sygnał z kamery, czyli tzw. Augumented Reality. Grafika AR, podobnie jak ta, wyświetlana na ekranie, jest w pełni zsynchronizowana z kamerą. Z powodzeniem może więc funkcjonować jako set extension, czyli wirtualne uzupełnienie fizycznej scenografii.

Wszystkie możliwości systemu zaprezentowali w trakcie zakończonych niedawno warsztatów specjaliści z Platige Broadcast. Wydarzenie powstało we współpracy z Ludwig Kameraverleih, Non Stop Film Service, PRO4MEDIA, Vizrt oraz STUDIOTECH Poland.

Sławomir Majchrowski dołączył do zarządu Grupy Selena

Decyzją Rady Nadzorczej do zarządu Selena FM S.A. został powołany Sławomir Majchrowski, który objął stanowisko Wiceprezesa ds. Handlowych (CCO).

Sławomir Majchrowski z Grupą Selena jest związany od początku 2020 roku. Do tej pory pełnił funkcję Dyrektora Dywizji Interior & Decoration. Był odpowiedzialny za kształtowanie strategii i realizację celów biznesowych dywizji w Polsce i na wszystkich rynkach zagranicznych, na których ze swoimi produktami obecna jest Selena.

– Kierowanie Dywizją Interior & Decoration pozwoliło mi poznać rynki, na których operuje Selena. Po roku pracy mogę bez cienia przesady powiedzieć, że Selena jest świetnie rozwijającą się spółką o globalnej skali działania z silną marką własną Tytan Professional, która niezmiennie wdraża nowe technologie w świecie nieustannych zmian. To wymaga również ciągłej pracy nad doskonaleniem procesów sprzedaży – powiedział Sławomir Majchrowski, Wiceprezes Zarządu ds. Handlowych Selena FM S.A.

Na nowym stanowisku Sławomir Majchrowski będzie odpowiedzialny za kształtowanie strategii sprzedaży na ponad 100 rynkach, na których obecna jest Grupa Selena. Jednym z priorytetów będzie rozbudowa sieci dystrybucji oraz pozyskanie nowych klientów.
– Selena bardzo dobrze odrobiła lekcję z pracy w nowych, pandemicznych warunkach, to procentuje. Mamy pakiet narzędzi, które wykorzystujemy, żeby pomóc naszym klientom i dystrybutorom na całym świecie. Zarządzanie firmą w czasach tak dużej zmienności otoczenia to wyzwanie i odpowiedzialność. Współpraca całego międzynarodowego zespołu Grupy Selena oparta na dzieleniu się wiedzą o oczekiwaniach naszych użytkowników, wyzwaniach rynku, trendach to moim zdaniem najlepszy sposób na wspólne kreowanie przyszłości. Coraz większego znaczenia nabiera w naszej branży szybkość wykonywania prac budowlanych, bezpieczeństwo i zdrowie, zmiany klimatyczne, w tym energooszczędność. Nasze rozwiązania produktowe np. w ramach oferty Fast & Pro, standard Tytan WINS świetnie odpowiadają na te wyzwania. W tej chwili priorytetowe są dla nas Europa Wschodnia, Polska i Hiszpania, gdzie mamy rozbudowane siatki partnerów, ale coraz intensywniej pracujemy nad ekspansją w Europie Zachodniej oraz obu Amerykach– dodał Majchrowski.

Nowy Wiceprezes Selena FM S.A. jest absolwentem Wydziału Chemicznego Politechniki Wrocławskiej oraz Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu Ukończył także programy menedżerskie w INSEAD oraz ICAN Institute. W przeszłości był związany z firmą PPG Deco Polska – globalnym producentem farb i powłok, gdzie pełnił do 2019 roku funkcję Prezesa Zarządu oraz Regionalnego Dyrektora Marketingu na Europę Centralną.
– W wolnym czasie poświęcam się swoim pasjom, czyli motoryzacji i muzyce. Co prawda pandemia pozbawiła nas koncertów, jednak rekompensują to nagrania koncertów. Polecam fenomenalne wydanie ostatniej trasy koncertowej Rogera Watersa z Pink Floyd, niezapomniane przeżycie, zwłaszcza że w jednym z koncertów tej trasy uczestniczyłem na żywo w Krakowie – dodał Sławomir Majchrowski.

We wcześniejszych latach dla firm SigmaKalon oraz Polifarb Cieszyn Wrocław S.A. gdzie piastował stanowiska Regionalnego Kierownika Sprzedaży, Kierownika Marketingu, Dyrektora Marketingu i Członka Zarządu. Był jedną z kluczowych osób pracujących przy powstaniu marki Dekoral.

Obecnie zarząd spółki na czele, którego stoi Prezes Krzysztof Domarecki liczy pięć osób. Oprócz powołanego na stanowisko wiceprezesa zarządu ds. handlowych Sławomira Majchrowskiego w jego skład wchodzą Christian Dölle, wiceprezes zarządu ds. marketingu, Jacek Michalak, członek zarządu ds. finansowych oraz Marek Tomanek, członek zarządu ds. operacyjnych.

Rzecznik MŚP upomina się o firmy powstałe w 2020 roku

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Adam Abramowicz w stanowisku skierowanym do Wiceprezesa Rady Ministrów i Ministra Rozwoju, Pracy i Technologii Jarosława Gowina wnioskuje o umożliwienie nowo powstałym firmom porównania spadku przychodów w stosunku do średniomiesięcznego przychodu uzyskanego w 2020 roku. Zdaniem Rzecznika MŚP, pozwoli to włączyć do okresu porównawczego także okres ponownego otwarcia, który trwał od późnej wiosny do wczesnej jesieni oraz pierwszych miesięcy 2020 r. W opinii Adama Abramowicza taka zmiana umożliwi realne włączenie firm z określonych przez rząd PKD, a działających mniej niż rok do rekompensat z Tarczy 6.0.

Jednym z mankamentów Tarczy Branżowej był brak wsparcia dla firm powstałych pod koniec 2019 roku oraz w roku 2020. Przedsiębiorca musiał bowiem wykazać spadek przychodów w porównaniu do poprzedniego roku kiedy jeszcze go na rynku nie było. Rozporządzenie do ustawy, która przedłuża mechanizmy ujęte w tarczy na kolejne miesiące, wprowadza dodatkowo alternatywy sposób wykazywania spadku ale nie załatwia to w pełni tego problemu. Przepisy rozporządzenia są bowiem tak skonstruowane, że przedsiębiorcy poszkodowanych branż mają porównywać ze sobą miesiące w których obowiązywał lockdown.

– Wykazanie spadku przychodów między miesiącami, w których obowiązywały ograniczenia działalności gospodarczej nie jest uzasadnione, bo jak ma porównać przychód stycznia do grudnia zamknięta firma która ma zero przychodu w obu miesiącach – ocenia Adam Abramowicz, Rzecznik MŚP.

Rzecznik MŚP w piśmie do wicepremiera Jarosława Gowina zwraca się o nowelizację rozporządzenia, wskazując rekomendowane rozwiązanie problemu. Zdaniem Adama Abramowicza należałoby umożliwić porównania spadku przychodów w stosunku do średniomiesięcznego przychodu uzyskanego w roku 2020. Taka zmiana pozwoli na realne włączenie firm z określonych przez rząd PKD a działających mniej niż rok do rekompensat z Tarczy 6.0.

Prawo do odliczenia VAT od wydatków inwestycyjnych w przypadku zaniechania inwestycji

Co ma począć firma, która poniosła wydatki na zakup towarów i usług celem realizacji inwestycji, jeśli okaże się, że inwestycja zostanie wstrzymana lub – co gorsza – całkowicie zaniechana? Czy może wówczas odliczyć chociaż VAT, jaki uiściła na fakturach zakupowych? Fiskus mówi nie, bo wydatki nie zostały zrealizowane do celów opodatkowanych w prowadzonej działalności. Ale 12 listopada 2020 r. Trybunał Sprawiedliwości UE wydał wyrok, który może okazać się przełomowy dla przedsiębiorców, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji.

Przepis art. 86 ust. 1 polskiej ustawy o VAT stanowi, że prawo do obniżenia kwoty podatku od towarów i usług należnego o kwotę podatku naliczonego przysługuje podatnikom prowadzącym działalność gospodarczą w zakresie, w jakim towary i usługi są wykorzystywane do wykonywania czynności opodatkowanych VAT.

Rozpoczęcie inwestycji, a następnie jej likwidacja wskutek kryzysu

Jedna z firm, rumuńska spółka ITH Comercial Timişoara SRL, podjęła przed laty (w 2006 r.) w Rumunii dużą inwestycję w celu realizacji projektu budowlanego obejmującego budowę biurowca i centrum handlowego, które miała następnie oddać w najem. Nabyła grunty i rozpoczęła starania o pozwolenia na rozbiórkę istniejących budynków, a także pozwolenia na budowę nowych, docelowych. W celu pozyskania tych pozwoleń zawarła m.in. umowy o doradztwo. W 2008 r. przyszedł jednak kryzys gospodarczy i inwestycje zostały najpierw zawieszone, a potem poddane likwidacji i ujęte jako wydatki za rok podatkowy 2015.

Trzy kontrole podatkowe, dwa całkowicie odmienne ustalenia

W ramach dwóch kontroli podatkowych przeprowadzonych w latach 2009 i 2013, obejmujących okres od marca 2006 r. do czerwca 2012 r., rumuńskie organy podatkowe stwierdziły, że VAT został należycie odliczony i pobrany za ten okres, oraz że sytuacja gospodarcza i finansowa nie pozwoliła na kontynuację planowanego przez firmę projektu inwestycyjnego.

Ale już w ramach kontroli podatkowej, która miała miejsce w 2016 r. i obejmowała okres od lipca 2012 r. do czerwca 2016 r., organy uznały, że firma nie dokonała prawidłowego odliczenia i pobrania VAT związanego z dwoma projektami, i zobowiązała spółkę do zapłaty dodatkowej kwoty z tytułu rozliczeń w podatku VAT.

Przedsiębiorca był sam sobie winien

Organy podatkowe stwierdziły w szczególności, że prawo do odliczenia VAT nie powinno przedsiębiorcy przysługiwać, bo wiedział on od chwili rozpoczęcia pierwszego projektu o występowaniu okoliczności mogących przeszkodzić w jego realizacji i wpłynąć na nieukończenie projektów, a mimo to podjął związane z tym ryzyko.

Wątpliwości rumuńskiego sądu i pytanie prejudycjalne

Spółka wystąpiła przeciwko organom obu instancji do rumuńskiego sądu, który wniósł do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej pytanie prejudycjalne, czy przepisy unijnej dyrektywy VAT, w szczególności art. 167 i 168, a także zasady: pewności prawa i ochrony uzasadnionych oczekiwań, niedyskryminacji i neutralności podatkowej dopuszczają możliwość odmówienia podatnikowi prawa do odliczenia VAT związanego z niektórymi kosztami inwestycji, poniesionymi z zamiarem ich przeznaczenia na dokonanie transakcji podlegającej opodatkowaniu, w przypadku, gdy planowana inwestycja zostanie następnie zaniechana?

Nie można odebrać przedsiębiorcy statusu podatnika VAT z mocą wsteczną

TSUE, przytaczając regulację art. 167 wspólnotowej dyrektywy VAT, przypomniał, że prawo do odliczenia podatku od towarów i usług powstaje w momencie, gdy podlegający odliczeniu podatek staje się wymagalny. Zatem o istnieniu prawa do odliczenia decyduje jedynie to, czy w danym dniu dana osoba posiada przymiot podatnika tego podatku oraz czy działa w takim charakterze. Zatem od chwili, gdy organ skarbowy zaakceptował, że przedsiębiorcy zostanie przyznany status podatnika VAT, zasadą jest, że status ten nie może mu zostać później odebrany z mocą wsteczną wskutek wystąpienia lub niewystąpienia jakichś zdarzeń. Wyjątkiem od tej reguły jest tylko okoliczność nadużycia lub oszustwa.

Wystarczający jest rzeczywisty zamiar wykorzystania nabytych towarów lub usług na potrzeby firmy

Nabycie towaru lub usługi przez podatnika VAT uruchamia stosowanie systemu VAT, a w konsekwencji również stosowanie mechanizmu odliczenia tego podatku. Faktyczne lub zamierzone wykorzystanie towarów i usług wyznacza jedynie zakres wstępnego odliczenia VAT, do którego podatnik jest uprawniony na mocy art. 168 dyrektywy VAT, oraz zakres ewentualnych korekt w późniejszych okresach. Zatem w celu zachowania prawa do odliczenia wystarczające jest, by przedsiębiorca miał rzeczywisty zamiar wykorzystania nabytych towarów lub usług na potrzeby swojej działalności. Organ podatkowy może pozbawić przedsiębiorcę tego prawa jedynie wówczas, gdy wykaże, że w ramach oszustwa lub nadużycia złożone przez niego oświadczenie o tym zamiarze jest fałszywe.

TSUE, konkludując, że z pytania prejudycjalnego przesłanego przez rumuński sąd nie wynika, aby spółka dopuściła się oszustwa lub nadużyć, orzekł na korzyść przedsiębiorcy, stwierdzając, iż:

„…prawo do odliczenia podatku od wartości dodanej (VAT) naliczonego od towarów, w tym przypadku od nieruchomości, i usług nabytych w celu dokonania transakcji podlegających opodatkowaniu zostaje zachowane w sytuacji, gdy początkowo przewidziane projekty inwestycyjne zostały zaniechane z uwagi na okoliczności niezależne od woli podatnika, i nie należy dokonywać korekty tego VAT, jeżeli podatnik nadal ma zamiar wykorzystywać rzeczone towary do celów podlegającej opodatkowaniu działalności” (wyrok TSUE (ósma izba) z dnia 12 listopada 2020 r. w sprawie C‑734/19 ITH Comercial Timişoara SRL przeciwko Agenţia Naţională de Administrare Fiscală – Direcţia Generală Regională a Finanţelor Publice Bucureşti, i Agenţia Naţională de Administrare Fiscală – Direcţia Generală Regională a Finanţelor Publice Bucureşti – Administraţia Sector 1 a Finanţelor Publice).

Podsumowanie

To bardzo ważny, korzystny dla przedsiębiorców wyrok, stanowiący silny oręż w walce z organami podatkowymi, które negują możliwość odliczenia VAT w i tak już trudnej dla firmy sytuacji upadku planowanej inwestycji, na rzecz której przedsiębiorcy ci zdążyli już ponieść wydatki, niejednokrotnie znaczne, jak w opisanej powyżej sprawie na zakup nieruchomości.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Pół miliona samochodów elektrycznych za pięć lat

W 2025 r. po polskich drogach może jeździć ponad 500 tys. osobowych i dostawczych samochodów z napędem elektrycznym (BEV i PHEV). PSPA zaprezentowało najnowsze wydanie raportu „Polish EV Outlook” – najważniejszej publikacji poświęconej elektromobilności w Polsce. Opracowanie na ponad 200 stronach przedstawia aktualny stan oraz prognozy rozwoju polskiego rynku zero- i niskoemisyjnego transportu.

„Polish EV Outlook 2020” zawiera niedostępny w żadnym innym źródle zbiór wiedzy na temat polskiej elektromobilności w wymiarze zarówno ogólnokrajowym jak i lokalnym, w miastach i powiatach. Według danych IBRM Samar, będącego partnerem merytorycznym raportu, pod koniec 2020 r. park samochodów z napędem elektrycznym w Polsce liczył 20 181 szt. osobowych i dostawczych BEV oraz PHEV. Liczba pojazdów całkowicie elektrycznych (BEV) wynosiła 9 751 szt. (48,3 proc. parku), zaś hybryd typu plug-in – 10 430 szt. (51,7 proc. parku). Od stycznia do grudnia 2020 w Polsce zarejestrowano 8 323 używane i 1 673 nowe EV.

Z „Polish EV Outlook 2020” wynika, że najwięcej samochodów z napędem elektrycznym – ponad 25 proc. całego parku – zarejestrowano w Warszawie. Stolica odpowiada za około 20 proc. sprzedaży BEV i PHEV w Polsce. 28 proc. polskiego parku EV zarejestrowano w miastach liczących od 300 tys. do 1 mln mieszkańców – Krakowie, Łodzi, Wrocławiu, Poznaniu, Gdańsku, Szczecinie, Bydgoszczy i Lublinie.

W mniejszych ośrodkach miejskich, o liczbie mieszkańców od 150 tys. do 300 tys., zarejestrowano 11,3 proc. łącznej liczby samochodów z napędem elektrycznym w Polsce. Z kolei w miastach, których liczba mieszkańców wynosi od 50 do 150 tys. osób, jeździ 10,7 proc. wszystkich EV. Elektromobilność koncentruje się więc jak na razie przede wszystkim w największych metropoliach, jednak w ostatnich miesiącach udział stolicy wyraźnie się obniżył (z 31,7% na koniec 2019 r.). Najwięcej samochodów z napędem elektrycznym na 1 tys. mieszkańców jest w dalszym ciągu zarejestrowana właśnie w Warszawie. Kolejne miejsca zajmują Poznań, Kraków, Wrocław oraz Katowice – mówi Jan Wiśniewski z Centrum Badań i Analiz PSPA. Podział parku EV w Polsce jest jeszcze stosunkowo nierówny – w 10 polskich powiatach nie zarejestrowano jeszcze ani jednego samochodu z napędem elektrycznym.

„Polish EV Outlook 2020” zawiera również zbiór szczegółowych danych na temat oferty BEV i PHEV dostępnych na polskim rynku. Na podstawie raportu, polscy klienci mogą wybierać spośród 53 modeli samochodów całkowicie elektrycznych oraz 67 hybryd typu plug-in (www.elektromobilni.pl/baza-pojazdow). Podane liczby stają się jeszcze wyższe przy uwzględnieniu wszystkich wariantów akumulatorowych oraz napędowych. Pojazdy z napędem elektrycznym są już dostępne w praktycznie każdym segmencie rynku: od pojazdów miejskich i kompaktowych po samochody sportowe i dostawcze. Z raportu PSPA wynika, że najpopularniejszymi markami BEV pod względem liczby rejestracji są Nissan, BMW oraz Tesla. Z kolei w segmencie PHEV na podium uplasowały się BMW, Volvo, a także Mitsubishi.

Wśród najchętniej kupowanych przez Polaków modeli BEV w 2020 r. znalazły się Škoda CITIGOe IV, Nissan LEAF oraz Renault ZOE. To stosunkowo przystępne cenowo pojazdy, które – co ważne – kwalifikowały się do dotacji w ramach uruchomionego przez NFOŚiGW programu „Zielony Samochód”. Jednak z uwagi na niedostateczne przystosowanie do realiów rynkowych pilotażowy system dofinansowania wywarł stosunkowo nieznaczny wpływ na rozwój rynku. Jako branża liczymy, że w roku bieżącym warunki wsparcia ulegną zmianie. Spodziewamy się podwyższenia poziomu dotacji i maksymalnego limitu kosztów kwalifikowanych, uproszczenia procedur oraz – przede wszystkim – wdrożenia programu dofinansowania nabycia EV dedykowanego przedsiębiorcom” – mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

Na podstawie „Polish EV Outlook 2020”, w ciągu ostatniej dekady roczna sprzedaż dostawczych oraz osobowych samochodów z napędem elektrycznym w Polsce wzrosła niemal pięćset razy. PSPA prognozuje kolejne rekordy rejestracji BEV i PEHV w najbliższych latach. Na potrzeby „Polish EV Outlook 2020” opracowano różne scenariusze rozwoju sektora e-mobility, w wariantach zakładających wdrożenie zachęt finansowych lub podatkowych, jak również brak wsparcia ze strony państwa. Prognozy uwzględniają ponadto dziesiątki różnych czynników, takich jak wiodące trendy w sektorze motoryzacji, unijne, krajowe i lokalne regulacje prawne, rozwój technologii i postępujące zmiany w nawykach konsumentów, specyfikę rynku polskiego, analizę rynków wysokorozwiniętych, jak również skutki pandemii COVID-19. Z raportu PSPA wynika, że, niezależnie od danego scenariusza, sprzedaż samochodów elektrycznych w ciągu obecnej dekady z roku na rok będzie wzrastać, co gwarantuje polityka Unii Europejskiej jak i stymulowane przez nią inwestycje koncernów motoryzacyjnych. Jednak tempo tego wzrostu zależy w znacznej mierze od czynników krajowych: stworzenia przyjaznego otoczenia legislacyjnego jak i wdrożenia efektywnego systemu wsparcia finansowego.

– W scenariuszu realistycznym, zakładającym wprowadzenie subsydiów w postaci dotacji z NFOŚiGW w podwyższonej wysokości względem uruchomionych w 2020 r. programów pilotażowych, polski park samochodów całkowicie elektrycznych (BEV) w roku 2025 może liczyć ok. 317 tys. szt. Bez takiego wsparcia będzie niemal dwukrotnie mniejszy. Dzięki zoptymalizowaniu zachęt natury finansowej, w 2030 r. skumulowana liczba rejestracji BEV może przekroczyć 955 tys. szt. – mówi Maciej Mazur. – Łącznie z hybrydami typu plug-in (PHEV), których park w Polsce prognozujemy w 2025 r. na ponad 204 tys. szt., a w 2030 r. na 653 tys., za 10 lat po polskich drogach może jeździć nawet 1,6 mln samochodów z napędem elektrycznym – podsumowuje Maciej Mazur.

Co najmniej milion starszych osób mieszka samotnie w budynkach wymagających termomodernizacji

Europa starzeje się w bardzo szybkim tempie. Mediana wieku w Unii Europejskiej wzrosła z 41 w 2009 roku do 43,7 w 2019 roku. To wzrost o 2,7 roku w ciągu zaledwie 10 lat.[1] Proces ten spowodowany jest przede wszystkim wzrostem średniej długości życia oraz niższym niż w przeszłości wskaźnikiem urodzeń. Problem starzenia się społeczeństwa zaczyna także dotyczyć naszego kraju. Już teraz w Polsce aż dwa miliony starszych osób żyją samotnie. Jednocześnie budownictwo senioralne jest na bardzo wczesnym etapie rozwoju, a znaczna część mieszkań oraz domów wybudowana została w połowie dwudziestego wieku i nie jest dostosowana do potrzeb osób starszych. Do poprawienia takiego stanu rzeczy potrzebujemy technologii taniego i szybkiego budownictwa na masową skalę. Impuls do zmian nadaje Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego, obecnie w wieku poprodukcyjnym w Polsce jest prawie 7,5 mln obywateli, 2 miliony osób w wieku 60+ żyje samotnie, a co najmniej 1 milion z tych osób mieszka w budynkach wymagających termomodernizacji. Są one za duże w stosunku do ich potrzeb i nieprzystosowane do dysfunkcji wieku senioralnego, co generuje wysokie koszty opieki. Przewiduje się, że do 2050 roku, w naszym kraju aż 1/3 społeczeństwa będą stanowiły osoby w wieku 65 lat i więcej, a średnia długość życia nadal będzie się wydłużać. Według prognoz GUS z 2014 roku, średnia długość życia kobiet w 2025 roku wyniesie prawie 84 lata, zaś mężczyzn prawie 77 lat. Do 2050 roku średni wiek kobiet ma sięgnąć prawie 88 lat, a mężczyzn 82 lat.

Budownictwo senioralne w Polsce

Nasze społeczeństwo się starzeje, a budownictwo senioralne w naszym kraju dopiero raczkuje. Znaczna część mieszkań w Polsce powstała przed 1970 rokiem, a ich funkcjonalność pozostawia wiele do życzenia. Z drugiej strony w 2020 roku w kraju funkcjonowało kilkaset placówek opieki nad seniorami: domy pomocy społecznej, zakłady opiekuńczo-lecznicze, hospicja i placówki paliatywne. Z analiz przeprowadzonych przez firmy konsultingowe wynika, iż tylko 5% osób starszych mieszka w stosunkowo nowych budynkach stawianych po 1989 roku[2]. Badania te pokazują również, że prawie pół miliona osób w wieku 65+ jest gotowych na zamianę miejsca zamieszkania. Co w takim razie ze słynnym przysłowiem, iż „Starych drzew się nie przesadza”? Zdaniem ekspertów, czynnikami wywołującymi depresję i zły stan zdrowia osób starszych są izolacja i samotność. W ich ocenie, najlepsze wsparcie dla seniorów to takie, które sprawi, że mimo zaawansowanego wieku i gorszego stanu zdrowia, będą oni żyli jak dawniej. Dlatego budowanie nowych obiektów wielorodzinnych, przedłużających dzięki swojej infrastrukturze samodzielne życie seniorów, jest racjonalne ekonomicznie i konieczne społecznie.

Jak świat radzi sobie ze starzeniem się społeczeństwa?

Starzenie się społeczeństwa nie jest jedynie naszym problemem, boryka się z nim wiele państw Unii Europejskiej, w tym m.in. Dania. Duńczycy od 1987 roku stawiają na tworzenie wspólnot mieszkaniowych dla osób starszych – przez ostatnie 34 lata powstało ich aż 250. Tak zwany „cohousing”, czyli „współmieszkanie”, jest popularny nie tylko w Danii, ale również w Szwecji, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Holandii oraz Stanach Zjednoczonych. W USA już w 2014 roku takich osiedli dla seniorów działało 120, a w planach było kolejnych 100. Miejsca tego typu oferują starszym osobom tworzenie wspólnoty oraz pozwalają na angażowanie się w kreowanie nowego miejsca do życia.

Nie tylko seniorzy

Duży deficyt mieszkań występuje również wśród młodych rodzin, stąd potrzeba rozwinięcia budownictwa społecznego o odpowiednio wysokim standardzie, zgodnie m.in. z założeniami rządowych programów Mieszkanie Plus oraz Mieszkanie dla Młodych. Na podstawie wyliczeń m.in. BGK Nieruchomości, w Polsce w ciągu najbliższych lat należy zwiększyć podaż mieszkań o około 60–70 tys. rocznie ponad to, co oferuje dziś rynek. Ze względów demograficznych znaczna część tych mieszkań mogłaby być przeznaczona dla młodych rodzin, np. w modelu 2+2 lub 2+3.

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju wychodzi naprzeciw oczekiwaniom

Problemom mieszkaniowym seniorów oraz młodych rodzin chce zaradzić Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, które rozpoczęło przedsięwzięcie pn. „Budownictwo efektywne energetycznie i procesowo”. Dzięki niemu w ciągu najbliższych 3 lat mają zostać opracowane innowacyjne technologie projektowania oraz budowania tanich w utrzymaniu, modułowych lub prefabrykowanych budynków jedno- i wielorodzinnych. Planuje się, że domy te będą generować optymalnie zerowy lub pozytywny roczny bilans zużycia energii. Sama budowa obiektu będzie nieco droższa ze względu na koszty systemów dostarczających wodę i energię, które zostaną jednak w znacznym stopniu zredukowane. Będzie to możliwe dzięki technologiom prefabrykowanym i modułowym i  które umożliwiają szybsze budowanie oraz dokładniejsze wykończenie elementów budynku, a także łatwą replikację podobnych budynków w innych miejscach. Użytkowanie budynku będzie natomiast niemal bezkosztowe, ze względu na jego samowystarczalność energetyczną i minimalizację poboru wody z sieci (m.in. dzięki wykorzystaniu wody szarej i deszczowej). Stanowi to klucz do rozwoju w kierunku neutralności klimatycznej i ograniczenia wykorzystywania zasobów, w tym coraz bardziej deficytowej wody. W efekcie – licząc koszt budowy i utrzymania budynku – w perspektywie wieloletniej nowe technologie będą znacznie tańsze od obecnie stosowanych.

W ramach przedsięwzięcia „Budownictwo efektywne energetycznie i procesowo” zostaną dostarczone i przetestowane z udziałem użytkowników 4 budynki demonstracyjne, ukazujące uniwersalność opracowanych technologii. Będą to: wielorodzinny budynek senioralny (z częściami wspólnymi, takimi jak  pralnia i pokój lekarski oraz innymi udogodnieniami dla seniorów, w tym osób niepełnosprawnych); wielorodzinny budynek społeczny (zgodny z założeniami programu Mieszkanie Plus) oraz dwa różne budynki jednorodzinne. Dzięki zastosowaniu materiałów budowlanych o niskim śladzie węglowym (częściowo pochodzących z recyklingu) budynki te będą przyczyniać się do osiągnięcia celów neutralności klimatycznej i gospodarki cyrkularnej, a dzięki wytwarzaniu energii z OZE – nie będą lokalnie generować szkodliwego smogu ani dwutlenku węgla.

Spoglądając w przyszłość

Opracowywana technologia ma przyczynić się do transformacji systemu energetycznego naszego kraju, która wymagana jest przez Unię Europejską w założeniach strategii „Europejskiego Zielonego Ładu”. Jest to plan mający na celu przekształcenie Unii w nowoczesną i konkurencyjną gospodarkę, która w 2050 r. osiągnąć ma zerowy poziom emisji gazów cieplarnianych. Przedsięwzięcie „Budownictwo efektywne energetycznie i procesowo” jest jednym z kilku projektów prowadzonych przez NCBR, które mają na celu zmianę reguł gry polskiej gospodarki. W ramach tej transformacji, opracowane mają być również m.in.: nowoczesne oczyszczalnie ścieków, innowacyjne biogazownie, przydomowa elektrownia wiatrowa, technologia magazynowania energii elektrycznej, magazynowanie energii ciepła i chłodu, technologie wentylacji dla szkół i domów, technologia domowej retencji oraz elektrociepłownia przyszłości, czyli system ciepłowniczy z OZE. Projekty, nad którymi pracuje już NCBR, to szansa na czystsze środowisko, zdrowsze społeczeństwo i nowoczesną, konkurencyjną gospodarkę.

Projekt „Budownictwo efektywne energetycznie i procesowo” realizowany jest w ramach projektu pozakonkursowego pn. Podniesienie poziomu innowacyjności gospodarki poprzez realizację przedsięwzięć badawczych w trybie innowacyjnych zamówień publicznych w celu wsparcia realizacji strategii Europejskiego Zielonego Ładu (w ramach poddziałania 4.1.3 Innowacyjne metody zarządzania badaniami Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój).

Projekt realizowany jest ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego.

[1] Eurostat Statistics Explained, Struktura ludności i starzenie się społeczeństwa, Sierpień 2020 r.

[2] Dr Władysław Brzeski, Kazimierz Kirejczyk, Dr Edward Kozłowski, Perspektywy rozwoju budownictwa senioralnego w Polsce, Reas, Październik 2014 r.

Stopa bezrobocia nie pokazuje prawdziwej aktywności zawodowej

Podawane przez Eurostat dane na temat bezrobocia stawiają nas w bardzo dobrym świetle. Tylko w Czechach stopa bezrobocia jest niższa od naszej – co plasuje nas w ścisłej czołówce państw europejskich. Eksperci przestrzegają jednak przed zbytnim optymizmem, który mogą w nas wzbudzić europejskie statystyki. Eurostat stosuje bowiem inną metodologię obliczania bezrobocia, niż nasz państwowy GUS. Główną różnicą jest wskaźnik aktywności zawodowej, który umyka obliczeniom Eurostatu – a w Polsce od lat jest on dużo poniżej średniej unijnej. W roku pandemicznym aktywność zawodowa spadła zaś jeszcze bardziej. Widać to bardzo wyraźnie w gospodarkach Włoch i Francji, gdzie większość niepracujących osób nie chce się już nawet zgłaszać do urzędów pracy. W ankietach nie deklarują, że chcieliby znaleźć zatrudnienie. To jest dużo bardziej niebezpieczne zjawisko niż rosnące bezrobocie. Dezaktywizacja zawodowa bywa znaczniej trwalsza i destrukcyjna dla całych grup społecznych.

– Jesteśmy na etapie, gdzie większość rynków pracy jest zamrożona, a miejsca pracy są sztucznie podtrzymywane. To generuje paradoksy – bo są gospodarki, które w wyniku pandemii prawie nie zanotowały zmiany bezrobocia. Dlatego kluczowym wskaźnikiem ostatnich kwartałów jest nie tylko stopa bezrobocia – ale też to, na ile obserwujemy proces dezaktywizacji i wpadania w bierność zawodową przez poszczególnych pracowników – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, ekspert Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Poziom dezaktywizacji zawodowej w Polsce w drugim kwartale 2020 roku miał znamiona przekraczające 1% wielkości polskiego rynku pracy. To dosyć duży wzrost. W trzecim kwartale udało się to odbudować – poza jedną grupą wiekową osób młodych. To młodzi najbardziej cierpią na tym kryzysie – zarówno po stronie wzrostu rejestrowanego bezrobocia, jak i po stronie dezaktywizacji. Nawet po wyjściu z pandemii i kryzysu pokolenie młodych osób będzie doświadczało konsekwencji tego, co dzisiaj dzieje się na europejskich rynkach pracy – przewiduje Kubisiak.

Mniejsze obiekty handlowe bardziej odporne na skutki pandemii

Małe i średnie obiekty handlowe mają wyższą odporność na skutki pandemii w porównaniu do obiektów o dużej i bardzo dużej skali. Spadki odwiedzalności i obrotów były tu zdecydowanie mniejsze, a możliwość odrabiania strat następowała szybciej niż w przypadku większych obiektów.

W miesiącach maj-październik 2020 r., czyli w okresie, kiedy nie było ograniczeń w funkcjonowaniu centrów handlowych, obroty wśród wszystkich kategorii najemców były średnio o prawie 5% wyższe w centrach małych i średnich (poniżej 40 000 mkw.), niż w centrach dużych i bardzo dużych (powyżej 40 000 mkw.).

Co prawda nie jest to ogólny trend, jednak są marki, które odnotowują wzrosty obrotów lub jedynie niewielkie spadki. Z pewnością tę nierówną walkę wygrywają sieci fast foodowe oraz ogólnie ujęty „sektor prezentowy”. Pod znakiem zapytania stoi los najemców z sektora gastronomicznego, którzy nie mają możliwości realizowania zamówień na wynos bądź ich realizacja jest biznesowo nieuzasadniona – mówi Paulina Bauer, Associate w dziale Asset Services Cushman & Wakefield.

Biorąc pod uwagę format obiektów handlowych, najemcy wykazują obecnie większe zainteresowanie ekspansją w parkach handlowych, co może przełożyć się na niższy poziom pustostanów w tego typu obiektach.

Parki handlowe umożliwiając szybkie i wygodne zakupy doskonale wpisują się w aktualne potrzeby klientów. Format ten już od kilku lat dynamicznie się w Polsce rozwija, a obecnie, w okresie pandemii dodatkowo szczególnie zyskał na atrakcyjności. Ograniczona do minimum powierzchnia wspólna, wygodny parking i oddzielne wejścia do każdego lokalu są nie tylko bardzo atrakcyjne dla klientów, ale również znacząco zwiększają poziom bezpieczeństwa epidemicznego – mówi Małgorzata Dziubińska, Associate Director w dziale Consulting & Research Cushman & Wakefield.

Ponad 30% budowanej obecnie powierzchni handlowej to parki handlowe o powierzchni od 5 000 mkw. do 10 000 mkw.

Około 380 000 m kw. powierzchni handlowej jest obecnie w trakcie budowy z terminem otwarcia zaplanowanym na 2021 r. Znaczną część, ponad 30%, stanowią niewielkie parki handlowe o powierzchni nieprzekraczającej 10 000 mkw.

Parki handlowe to format, który w ostatnich latach zyskał na popularności. W dobie pandemii są one częściej wybierane ze względu na ograniczone powierzchnie wspólne oraz niezależny dostęp do poszczególnych sklepów, co sprawia, że zakupy są postrzegane, jako wygodne, szybkie i bezpieczne. Zarządzając na przestrzeni ostatnich lat obiektami komercyjnym, w tym pięcioma parkami handlowymi, wnikliwie analizowałam wpływ pandemii na ich wyniki i śmiało mogę stwierdzić, że to parki wychodzą z pandemii obronną ręką – podsumowuje Paulina Bauer, Associate w dziale Asset Services Cushman & Wakefield.

Srebro na celowniku forumowiczów z grupy r/WallStreetBets

Nowy miesiąc, nowe otwarcie. Rynki po weekendzie odreagowują krwawy finisz piątkowego handlu. Powody zdają się być doszywane do reakcji niż znajdowane jest proste wytłumaczenie odbicia. Uwaga dziś skupia się na cenie srebra.

Dziś rano srebro rośnie o ponad 10 proc., gdyż metal znalazł się na celowniku forumowiczów z grupy r/WallStreetBets – tej samej, która w ostatnich dniach wywołała rajd cen akcji GameStop i kilku innych spóle z Wall Street. W ubiegłym tygodniu pisałem, jak pierwotnym katalizatorem był post, w którym argumentowano godziwą cenę srebra na 1000 USD za uncję wobec niecałych 30 USD obecnie. Reszta tezy jest podobna, jak w przypadku GameStop – na rynku znajdują się fundusze posiadające krótkie pozycje, więc poprzez podbicie ceny można zmusić te fundusze do zamknięcia (short squeeze), co zapewni dodatkowe paliwo do wzrostów. Ponieważ na lewarowany rynek surowcowy trudniej jest wpłynąć niż na cenę akcji spółki, bycze nastroje dodatkowo zostały spotęgowane przez doniesienia od detalicznych sprzedawców srebrnych sztabek i monet, że w weekend zostali oni zalani ofertami kupna. Jednocześnie pojawiają się hipotezy, że za rajdem cen srebra nie stoją inwestorzy detaliczni, a inny fundusz hedgingowy chcący skorzystać na chaosie wywołanym przez r/WallStreetBets i wywindować cenę metalu, na którym zajął duże pozycje kupna. Czy licencjonowana instytucja może dopuszczać się manipulacji rynkowej, zasłaniając się tłumem anonimowych inwestorów? W tym momencie niczego nie można wykluczyć.

Jak zamieszanie na rynku srebra może mieć konsekwencje dla innych klas aktywów? W pierwszej kolejności złoto zachowuje spokój i rośnie niecały 1 proc. Rynek złota jest za duży, żeby nim zachwiać z użyciem kapitału inwestorów detalicznych, więc jeśli jeszcze ktoś miał wątpliwości, czy we wzrostach srebra kryje się poważny powód fundamentalny, to teraz już powinien się ich pozbyć. A co na rynku akcji? Inwestorzy zaczynają się już przyzwyczajać do fenomenu r/WallStreetBets i nie ma panicznej ucieczki z rynku w związku z nierozumieniem zachodzących zmian. Znika też strach, że naciskane fundusze hadgingowe będą wyprzedawać aktywa, by pokryć straty z krótkich pozycji w akcjach GameStop i innych. Pozostaje powrót do długoterminowych strategii, czyli oczekiwanie wzrostu wartości firm wraz z ożywieniem gospodarczym przy nadziejach, że szczepionki będą efektywne i szybko rozdystrybuowane. Ta strategia nie jest prosta i łatwa do egzekucji, biorąc pod uwagę przedłużane restrykcje i problemy z wszczepieniem społeczeństwa, ale wciąż jest źródłem optymizmu, do którego inwestorzy chcą się doczepić. Pod tym kątem po zeszłotygodniowym bałaganie pojawia się pokusa polowania na okazje w przecenionych aktywach. Start nowego miesiąca także oferuje zachętę do powrotu na rynek.

Rynek walutowy trochę trzyma się na uboczu i utrzymuje relatywnie niską zmienność. Oczywiście widoczna jest huśtawka risk-on/risk-off ze sprzedawaniem/kupowaniem USD w zależności, czy na rynku akcji są wzrosty czy spadki. Ale silnej kapitulacji z pozycji nie widać. EUR/USD zakotwiczył przy 1,21 bez oznak chęci mocniejszego ruchu w którymkolwiek kierunku. GBP/USD jest dziś wyżej przy pozytywnej reakcji funta na rekordowe tempo wzrostu zaszczepionych w Wielkiej Brytanii (w sobotę prawie 600 tys.). Ale reszta par G10 wydaje się uśpiona. Podobnie też sytuacja wygląda na rynku złotego. EUR/PLN zaczyna tydzień bez zmian przy 4,52 po silnych spadkach z piątku. Fakt, że pomimo piątkowej przeceny na rynku akcji złoty nie odczuł powiewu awersji do ryzyka, sugeruje, że nie mamy do czynienia z powszechnym odwróceniem pozytywnych trendów rynkowych, a bardziej z objawem ich wyhamowania. Nerwowo może być jeszcze przez kilka dni, zanim czynnika ryzyka wytracą moc, a do głównej narracji przebiją się dowody skuteczności szczepionek na nowe szczepy wirusa, szacunki zwiększenia produkcji oraz dystrybucji i statystyki przyspieszonego tempa wyszczepienia.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

GPW: rok 2020 pod znakiem inwestorów indywidualnych

  • W 2020 roku na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) znacząco wzrosły zarówno wartość obrotów, jak i udział inwestorów indywidualnych w obrotach
  • Liczba rachunków maklerskich zwiększyła się w ciągu roku o ponad 84 tysiące
  • Nowych inwestorów przyciągnęły przede wszystkich: wysoka zmienność i nowe debiuty

– Rok 2020 przyniósł na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie diametralną zmianę. Udział inwestorów indywidualnych w obrotach się podwoił, a do tego obroty wzrosły o ponad 50 procent – powiedział mówi Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW w pierwszym „Wideokomentarzu GPW” zamieszczonym na oficjalnym kanale GPW w mediach społecznościowych.

Prezes Zarządu GPW dodał, że większe zainteresowanie inwestorów detalicznych handlem akcjami przełożyło się również na zwiększoną obrotowość portfela. – Jesteśmy niezwykle zadowoleni z powrotu inwestorów na nasz rynek i mamy nadzieję, że pozostaną z nami na dłużej – dodał Marek Dietl.

Prezes warszawskiej giełdy zwrócił uwagę, że GPW zbudowali przed blisko trzydziestu laty inwestorzy indywidualni. – Właśnie oni stanowili awangardę tych, którzy zaufali giełdzie i spółkom tam notowanym – powiedział szef GPW. Dodał, że przez lata, wraz z rozwojem GPW, ich udział malał a sytuacja zmieniła się w 2020 roku.

Doradca Zarządu GPW Przemysław Gerschmann zauważył, że warszawska giełda wpisuje się w trend światowy. – Zarówno w Polsce, jak i na giełdach zagranicznych, a przede wszystkim na największej giełdzie na świecie, na Wall Street widzimy bardzo duży wzrost liczby inwestorów indywidualnych – powiedział Gerschmann. Wśród przyczyn takiego stanu rzeczy doradca Zarządu GPW wymienił bardzo wysoką zmienność na rynkach, jaka pojawiła się w związku z pandemią koronawirusa oraz dużą liczbę debiutów.

Według danych KDPW na koniec 2020 roku zarejestrowanych było 1 329 509 rachunków maklerskich, o 84 234 więcej w porównaniu w końcem 2019.

NEUCA inwestuje w TU Zdrowie

Grupa NEUCA robi kolejny ważny krok w realizacji strategii w obszarze pacjenckim, wzmacniając swoją obecność na rynku zdrowia w Polsce. Inwestując w firmę TU Zdrowie, NEUCA istotnie poszerzy ofertę usług medycznych dla pacjentów.

Towarzystwo Ubezpieczeń ZDROWIE S.A. jest polskim towarzystwem ubezpieczeniowym, jedynym na rynku specjalizującym się wyłącznie w zdrowiu. Działające od ponad 10 lat towarzystwo oferuje ubezpieczenia zdrowotne, programy zdrowotne i organizację usług medycyny pracy dla ponad 700 firm na terenie całej Polski, ich pracowników oraz członków rodzin. TU Zdrowie obsługuje ponad 150 tysięcy ubezpieczonych współpracując z ponad 3,5 tysiącem placówek medycznych w całej Polsce co daje firmie co daje firmie wiodącą pozycję na rynku ubezpieczeń zdrowotnych. Misją firmy jest dbanie o zdrowie i czas swoich Klientów, a mottem przewodnim szeroko rozumiana swoboda leczenia.

Rynek usług medycznych w Polsce dynamicznie się rozwija. Rosną potrzeby pacjentów indywidualnych, pracowników firm, ale również firm ubezpieczeniowych. Połączenie sił i zasobów obu firm pozwoli NEUCA oferować usługi szerszej grupie pacjentów i dodatkowo wzmocnić ofertę dla B2B i partnerów ubezpieczeniowych. „Będziemy mogli zaoferować ubezpieczeniową gwarancję dostępności usług medycznych, a TU Zdrowie rozwinąć model współpracy z siecią dostawców usług medycznych. Strategia NEUCA w obszarze pacjenta polega na zapewnianiu poczucia bezpieczeństwa zdrowotnego i podniesieniu jakości życia. Ubezpieczeniowa gwarancja dostępności usługi medycznej doskonale się w nią wpisuje”mówi Paweł Kuśmierowski, Wiceprezes NEUCA.

Z dużym przekonaniem wybraliśmy właśnie NEUCA na inwestora strategicznego, wierzymy, że połączone siły dadzą nam możliwość dostarczania kompleksowych usług medycznych najwyższej jakości na bardzo szeroką skalę” mówi Aleksander Roda, Prezes TU Zdrowie.

Transakcja zakłada objęcie przez NEUCA pakietu kontrolnego (50,2%) i jest warunkowa – to znaczy, że może zostać zrealizowana po uzyskaniu zgody Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz decyzji Komisji Nadzoru Finansowego. Zgodnie z zawartymi umowami, strony zobowiązały się do zawarcia umów przyrzeczonych do dnia 30 września 2021 r.

TU Zdrowie pozostaje specjalistycznym ubezpieczycielem zdrowotnym działającym niezależnie na rynku. Towarzystwo nadal będzie intensywnie rozwijało współpracę

z brokerami i agentami w obszarze sprzedaży ubezpieczeń, jak i z placówkami medycznymi w obszarze realizacji usług medycznych, korzystając przy tym z zasobów i wieloletniego doświadczenia NEUCA w segmencie pacjenckim. Obecny Zarząd będzie kontynuował prace nad dalszym, dynamicznym rozwojem firmy.

mPay przejmuje DM Banku BPS

Zgodnie z umową, podpisaną 29 stycznia br. z Bankiem Polskiej Spółdzielczości S.A., Dom Maklerski Banku BPS S.A. zostanie przejęty przez mPay S.A. Nowy i bardzo perspektywiczny projekt wpisuje się w długofalową strategię rozwoju jednego z czołowych dostawców technologii dla płatności mobilnych. Transakcja zakupu jest warunkowa i podlega procedurze zatwierdzenia przez Komisję Nadzoru Finansowego.

Realizacja strategii w toku

Komunikowane od kilku miesięcy plany dynamicznego rozwoju mPay w obszarze usług finansowych materializują się w postaci kolejnych i konkretnych projektów. Umowa w sprawie przejęcia Domu Maklerskiego BPS od Banku BPS to jasny sygnał, że zarząd mPay konsekwentnie realizuje dobrze przemyślaną strategię. Budowanie przewagi rynkowej spółka opiera przede wszystkim na unikalnej ofercie dostępnej za pośrednictwem wielofunkcyjnego narzędzia, jakim jest dziś aplikacja mobilna mPay oraz na systematycznym zwiększaniu liczby jej użytkowników. Na koniec grudnia ub.r.
w aplikacji zarejestrowanych było blisko 457 tys. kont, co oznacza wzrost r/r o blisko 84 proc.

Aby transakcja została biznesowo skonsumowana, mPay jako nowy właściciel DM Banku BPS musi uzyskać zgodę Komisji Nadzoru Finansowego na przejęcie. Równolegle do tego procesu będziemy przygotowywali rozwiązania techniczne umożliwiające dostęp do wybranych opcji inwestycyjnych w aplikacji mPay. Ponadto udostępnienie przez mPay oferty domu maklerskiego wymaga rejestracji mPay jako tzw. Agenta Firmy Inwestycyjnej. Liczymy na to, że użytkownicy aplikacji będą mogli skorzystać z innowacyjnych rozwiązań w drugiej połowie bieżącego roku – wyjaśnia Daniel Ścigała, Wiceprezes Zarządu i CFO w mPay S.A.

Dom Maklerski Banku BPS S.A. od 2008 roku świadczy usługi w zakresie wykonywania zleceń na głównym parkiecie oraz rynku inwestycji alternatywnych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Firma wielokrotnie była doceniana za swoją działalność, m.in. zdobywając wyróżnienia: dla najlepszego domu maklerskiego, za największą liczbę obsłużonych emitentów, za najwyższą skalę emisji, jak również czołowe miejsce w rankingach domów maklerskich z najniższą prowizją. DM Banku BPS był również pierwszym domem maklerskim w Polsce, który od chwili rozpoczęcia działalności stosował Kanon Dobrych Praktyk Rynku Finansowego. Ponadto DM Banku BPS jest jednym liderów rynku w przygotowaniu emisji i oferowaniu obligacji komunalnych.

Projekt z perspektywami

Ubiegły rok był dla branży maklerskiej niezwykle udany. Niskie stopy procentowe i brak atrakcyjnej oferty depozytowej na rynku, zachęciły inwestorów do poszukiwania nowych możliwości zaangażowania zgromadzonego kapitału, m.in. za pośrednictwem biur maklerskich.

–   Po okresie wielu zawirowań emitenci na nowo otworzyli się na możliwości, jakie oferuje giełda
w kwestii pozyskania kapitału. Upatrujemy w tym, w powiązaniu ze wzrostem aktywności inwestorów, wielu atrakcyjnych szans na to, by wykorzystać nasze doświadczenie, know-how oraz zaawansowanie technologiczne do stworzenia unikalnej oferty na rynku.
– podsumowuje Andrzej Basiak, Prezes Zarządu w mPay S.A.

Jak wynika z danych KDPW, według stanu na koniec listopada ub.r., w 2020 roku liczba rachunków maklerskich wzrosła o 66 tys. Jednocześnie w pierwszym półroczu minionego roku inwestorzy indywidualni byli odpowiedzialni za 22 proc. obrotu akcjami na GPW – to poziom, z jakim od dawna nie mieliśmy do czynienia.

Innowacyjne projekty napędzają mPay

mPay wykorzystuje swoje doświadczenie i kompetencje do realizacji wielu pionierskich projektów. W grudniu ub.r. spółka uruchomiła pierwszą na rynku platformę pożyczkową w aplikacji mobilnej. Wcześniej, jako pierwsza niebankowa aplikacja, zapewniła użytkownikom możliwość potwierdzania tożsamości przez selfie. We wrześniu ub.r. wprowadziła dodatkowe udogodnienie dla zmotoryzowanych w postaci specjalnej mapy, która podpowiada, na podstawie lokalizacji telefonu, w jakiej części strefy płatnego parkowania znajduje się kierowca i jaki cennik go obowiązuje. Wcześniej, mPay wdrożył multiwyszukiwarkę połączeń kolejowo-autobusowych w swojej aplikacji – było to pierwsze i jak dotychczas jedyne takie rozwiązanie na rynku. Dzięki niemu klienci mPay otrzymują precyzyjną informację o najdogodniejszym czasowo i kosztowo połączeniu, również łączonym, wraz z możliwością opłacenia biletów w ramach jednej transakcji z poziomu swojego telefonu.

Aplikacja mPay już od dawna nie jest miejscem, gdzie wyłącznie zakupimy bilety komunikacyjne lub opłacimy parking. Rozbudowany katalog produktów i usług, został kilka miesięcy temu rozdzielony na dwie osobne zakładki (Moje finanse, Produkty i usługi), by użytkownicy w sposób jeszcze bardziej intuicyjny mogli korzystać z oferowanych przez spółkę udogodnień.

PIE: Indeks PMI stabilny na początku roku

Indeks PMI wzrósł lekko w styczniu. Polscy przedsiębiorcy są wciąż bardziej pesymistyczni względem państw Europy zachodniej. Spodziewamy się jednak, że słabsze nastroje będą miały małe przełożenie na aktywność – polski przemysł pozostanie jednym z najszybciej rosnących w Europie.

Indeks PMI dla wzrósł w grudniu z 51,7 do 51,9pkt. Dobre wyniki odnotowały zwłaszcza oceny zamówień eksportowych – popyt zagraniczny dalej jest głównym motorem wzrostu. Dane z zachodniej Europy sugerują utrzymanie trendu wzrostowego eksportu w Polsce.

Indeksy PMI dla sektora przemysłowego w wybranych gospodarkach

Indeksy PMI dla sektora przemysłowego w wybranych gospodarkach

Bieżące wartości indeksów PMI dalej pozostają na wyraźnie niższych poziomach niż w strefie euro. Warto zwrócić uwagę, że faktyczne wyniki przemysłu są całkiem odmienne. Polskie przetwórstwo w ostatnich miesiącach regularnie osiągało jedne z najwyższych wzrostów w Europie.

Średni wzrost w przetwórstwie w IV kw 2020 (%r/r, SA)

Średni wzrost w przetwórstwie w IV kw 2020
Źródło: Eurostat.

Indeks PMI dla sektora przemysłowego wzrósł w grudniu z 51,7 do 51,9pkt, powyżej mediany rynkowych prognoz (51,3pkt). Komentarz Markit wskazuje, że pozytywny wpływ na PMI miały cztery składniki: nowe zamówienia, zatrudnienie, czas dostaw i aktywność zakupowa. Szczególny wyniki odnotowały zwłaszcza oceny zamówień eksportowych – co sugeruje, że popyt zagraniczny dalej będzie głównym motorem wzrostu sektora. Menedżerowie słabiej oceniali jedynie bieżącą produkcję – komentarz wskazuje, że to efekt częstszego poddawania pracowników kwarantannie.

Bieżące wartości indeksów PMI dalej pozostają na wyraźnie niższych poziomach niż w strefie euro. Warto zwrócić uwagę, że dane odbiegają od fizycznie osiąganych wyników. Polski przemysł w ostatnich miesiącach regularnie osiągał jedne z najwyższych wyników w Europie.

Nadchodzące miesiące najprawdopodobniej nie zmienią tej tendencji. Globalne wyniki badań PMI wskazują, że nadchodzi okres, kiedy wzrost zamówień eksportowych będzie przekraczał standardowe trendy. Taki obraz widać także w wartościach portfela zamówień eksportowych raportowanych dla GUS – w 4 kwartale średni wzrost przekraczał 11%. Tym samym eksport będzie wciąż napędzać wzrost przemysłu.

Robota nie zając, jak pies z kotem. Polacy o zawodowych przysłowiach

Co przysłowia mówią o Polakach? 7 na 10 z nas uważa, że żadna praca nie hańbi, a 2 na 3 żyje ze współpracownikami lepiej niż pies z kotem. Jednak tylko 4 na 10 twierdzi, że w karierze warto być upartym jak osioł i harować jak wół – tak wynika z badań Pracuj.pl „Polacy w środowisku pracy”. Z okazji nowej kampanii portalu sprawdzamy, co Polacy sądzą o popularnych przysłowiach związanych z pracą.

Wyniki w skrócie:

  • 7 na 10 badanych Polaków uważa, że żadna praca nie hańbi.
  • 1/2 badanych szukając pracy miewa wrażenie, że kupuje kota w worku.
  • Według 4 na 10 staranie o podwyżki i awanse to zabawa w kotka i myszkę.
  • 2 na 3 badanych żyje ze współpracownikami lepiej, niż pies z kotem.

Dobra praca zamiast kota w worku

Znane powiedzenia od lat służą nam do przekazywania opinii czy przekonań na różne tematy. Trudno się dziwić – w końcu przysłowia są mądrością narodów. Wiele z nich odnosi się do pracy czy kariery. Postanowiliśmy sprawdzić, jak najbardziej znane przysłowia pasują do dzisiejszej zawodowej rzeczywistości. O opinię zapytaliśmy ponad tysiąc osób – uczestników badania „Polacy w środowisku pracy”. Szczególną uwagę poświęciliśmy powiedzeniom o… zwierzętach, które są bohaterami najnowszej kampanii „W środowisku Pracuj.pl”. Czas wywołać (zawodowego) wilka z lasu.

Relacje w zespole: nie jak pies z kotem

Na początku przyjrzyjmy się, co powiedzenia mówią o relacjach Polaków w miejscu pracy. Pierwszy wniosek jest pozytywny – aż ponad 2/3 badanych żyje ze współpracownikami dobrze, a nie jak pies z kotem (64%).relacje w zespole

Dobre relacje nie mogą jednak oznaczać rezygnacji z posiadania własnego zdania, nawet za cenę konfliktu. W końcu z powiedzeniem „pokorne cielę dwie matki ssie” w kontekście pracy zgadza się tylko co trzeci badany. Podobnie jest w przypadku gotowości do poświęceń dla przełożonych. Tylko nieco ponad co czwarty Polak (27%) zgadza się, że w karierze zawodowej warto być wiernym jak pies wobec szefów. Jak zauważają badani (blisko 4 na 10) częściej zdarza się, że w ich firmach gdy kota nie ma myszy harcują – przełożeni nie wiedzą o niektórych działaniach zespołu w pracy.

Warunki zatrudnienia: zabawa w kota i myszkę

Przysłowia i powiedzenia jak ulał tłumaczą także niektóre trudności, z jakimi mierzyć się muszą kandydaci i pracownicy. Połowa Polaków (51%) przeglądając oferty pracy ma czasem wrażenie, że kupuje kota w worku. W niektórych opisach przygotowanych przez pracodawców brakuje im informacji np. o zarobkach, warunkach umowy, kulturze firmy. To nie pierwsze badanie Pracuj.pl, które wskazuje na tę sytuację.warunki zatrudnienia

Choć przeprowadzone przez nas badanie dotyczące przysłów ma humorystyczne zabarwienie, mówi też sporo o życiu zawodowym. Wciąż ponad połowa Polaków ma wrażenie, że niektóre oferty pracy przypominają im kota w worku. To potwierdza obserwacje z innych badań, w których kandydaci zwracali uwagę na brak informacji np. o wynagrodzeniu, obowiązkach na stanowisku, profilu firmy. Oferty pracy są dziś znacznie lepiej formułowane niż kilka lat temu, ale wciąż zdarzają się źle opisane ogłoszenia. Pracujemy z pracodawcami obecnym na Pracuj.pl, np. dostarczając im przejrzyste szablony, doradzając jak konstruować ogłoszenia. Warto pamiętać jak ważna jest transparentność rekrutacji. Mówiąc językiem powiedzeń, niespełnione obietnice i niedopowiedzenia mają w rekrutacji krótkie nogi – zauważa Konstancja Zyzik, Talent Acquisition & Capabilities Development Manager w Grupie Pracuj.

Podobnie jest też w wypadku innego tematu uważanego za „trudny” – czyli podwyżek i awansów. 8 na 10 Polaków (82%) nie przeczy stwierdzeniu, że staranie się o nie przypomina zabawę w kotka i myszkę – a 4 na 10 się z nim w pełni zgadza. Blisko połowa kandydatów i pracowników ma też poczucie, że ich szef ma węża w kieszeni (46%).

Czy dobra praca przekłada się bezpośrednio na odpowiednie zarobki? Opinie o przysłowiach pokazują, że wielu z nas ma co do tego wątpliwości. Tylko co trzeci badany (34%) sądzi, że jaka praca – taka płaca. W efekcie wielu z nas weryfikuje swoje najbardziej ambitne cele zawodowe – według połowy (51%) w karierze lepszy jest wróbel w garści niż gołąb na dachu.
zwierzęce powiedzenia o pracy

Zaangażowanie: bez pracy nie ma kołaczy

Może nie każde dobrze wykonane zadanie przynosi zyski, ale zaangażowanie jest godne szacunku – taki wniosek nasuwa się z opinii o kolejnych przysłowiach. Żadna praca nie hańbi – takie zdanie wyraża 7 na 10 z Polaków. 2/3 dodaje, że bez sumiennych działań ciężko o sukces – czyli bez pracy nie ma kołaczy. Na osoby kierujące się tymi zasadami patrzymy przychylniej – w końcu według 6 na 10 z badanych Polaków po pracy znać człowieka. Tyle samo wierzy, że efekty własnej pracy dają większą satysfakcję, niż uzyskane bez wysiłku – bo grosz własną pracą zarobiony więcej wart niż darowane miliony.
zaangażowanieWiększość respondentów dodaje, że zaangażowanie w obowiązki świadczy dobrze o osobie, będąc dla niej także źródłem satysfakcji. Według nich po pracy znać człowieka, a grosz własną pracą zarobiony więcej wart niż darowane miliony (po 59% zgadzających się). Jednocześnie jednak co trzeci badany Polak stara się pracować bez pośpiechu, na spokojnie – kierując się zasadą, że robota nie zając, nie ucieknie.

Czy oznacza to jednak, że praca musi być ciężka i trudna? Nie dla wszystkich. Co trzeci badany Polak stara się pracować bez pośpiechu, na spokojnie – kierując się zasadą, że robota nie zając, nie ucieknie. Tylko 4 na 10 twierdzi, że w pracy warto być upartym jako osioł i harować jak wół w dążeniu do swoich celów. Jeszcze mniej, bo niecała 1/3 zgadza się z powiedzeniem „im więcej pracujesz, tym dłużej żyjesz”. Mówiąc językiem innych przysłów: z niewolnika nie ma pracownika, choć jednocześnie praca z ochotą przerabia słomę w złoto.
kariera a przysłowia

Nowe i stare sposoby mówienia o pracy

Wiele z powiedzeń znanych od lat, które poddaliśmy ocenie Polaków, wciąż dobrze oddaje ich codzienne doświadczenia. Praca marzeń wyłaniająca się z przysłów pokazuje, że chcemy by i wilk był syty, i owca cała – cenimy sumiennych pracowników i widzimy sens ciężkiej pracy, ale jednocześnie oczekujemy od pracodawców otwartości i sprawiedliwego wynagrodzenia.

Podobnie, jak w kampanii „W środowisku Pracuj.pl”, w naszej pracy spotkać można bardzo różne osoby o różnych podejściach do kariery. Raz jesteśmy na wozie, raz pod wozem – ale wszyscy szukamy miejsc, w których będziemy mogli się rozwijać i czuć docenieni.
przysłowia o pracy

Badanie: Polacy nie lubią długów, ale ich zaległości rosną

Blisko co 4. Polak miał w swoim życiu problem ze spłatą długu. Co 20. osoba przyznaje, że taka sytuacja zdarzyła się jej wiele razy – pokazuje badanie „Zadłużenie Polaków” przeprowadzone na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. W obliczu kłopotów finansowych najczęściej prosimy o wsparcie rodzinę lub bliskich (44 proc.), ale też zaciskamy pasa (42 proc.). Jako pierwsze tniemy wydatki na odzież, rozrywkę i wyjazdy.

Na koniec 2020 r. łączne zaległości Polaków, widniejące w bazie danych KRD, wyniosły 48 mld zł. To o prawie 2,4 mld zł więcej niż w 2019 r., kiedy było to 45,7 mld zł.

W ogólnopolskim badaniu przygotowanym przez IMAS International na zlecenie KRD wśród osób nieposiadających obecnie długów 59 proc. zadeklarowało, że nie miało nigdy problemów ze spłatą swoich zobowiązań, takich jak np. raty kredytu czy nieuregulowane rachunki za telefon. Do sporadycznych „wpadek” z zapłatą przyznał się więcej niż co 4. badany. 5 proc. osób zdarzało się to wiele razy, a 7 proc. nie potrafiło przypomnieć sobie, czy miało taką sytuację.Polacy nie lubią długów, ale ich zaległości rosną

Długi z punktu widzenia Polaka

Zdecydowana większość, bo aż 9 na 10 dorosłych Polaków uważa, że długi zawsze należy spłacać. 87 proc. unika ich zaciągania, a w razie takiej konieczności jak najszybciej spłaca zobowiązanie. Podobny odsetek (86 proc.) uważa, że pożyczać powinniśmy tylko wtedy, gdy wiemy, że jesteśmy w stanie zwrócić należności.

Do przemyślanego pożyczania najbardziej rygorystycznie podchodzą osoby, które nigdy nie były zadłużone lub regularnie spłacały zobowiązania. Ci, którzy obecnie mają zaległości, wykazują się większą tolerancją. 22 proc. z nich twierdzi, że dług niekoniecznie trzeba spłacać. Rzadziej unikają też pożyczania pieniędzy, spłatę traktują mniej priorytetowo. Widać zatem, że osoby, które nie regulują własnych zobowiązań, mają też luźniejsze podejście do zadłużania się, co zresztą może być powodem ich finansowych kłopotów – komentuje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Lepiej oszczędzać niż pożyczać

Badanie przeprowadzone przez IMAS International na zlecenie KRD pokazało, że blisko 3/4 Polaków woli oszczędzać i kupować za własne środki, niż posiłkować się kredytem bądź pożyczką. Nieco ponad połowa wskazuje, że korzystanie z takiego wsparcia przy wydatkach jest naturalne, bo nie wszystkie zakupy da się sfinansować samodzielnie.

Oszczędzanie to także jedna z najpopularniejszych strategii w przypadku bycia już zadłużonym. Aby móc spłacić zaległości, osoby posiadające zobowiązania najczęściej ograniczają dotychczasowe wydatki. W pierwszej kolejności wybierają tańszą odzież (44%) oraz rezygnują z rozrywki, np. wyjścia do kina czy na imprezę (42%). Blisko co piąty (18%) nie pojechał z tego powodu na wakacje czy urlop, a 14% tnie wydatki na jedzenie. Niewiele (8%) szuka oszczędności na spłatę długów poprzez rezygnację z używek jak alkohol, papierosy czy słodycze.

Postawy Polaków wobec kredytów, długów i oszczędzania Zdecydowanie się zgadzam Raczej się zgadzam Raczej się nie zgadzam Zdecydowanie się nie zgadzam Nie wiem/ trudno powiedzieć
Unikam długów – kiedy je mam, staram się je jak najszybciej spłacić 59% 29% 6% 2% 4%
Pożyczanie jest dobre, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy w stanie oddać pieniądze 54% 33% 5% 3% 5%
Długi zawsze trzeba spłacać 73% 18% 3% 1% 5%
Wolę oszczędzać i kupić coś za własne środki niż pożyczać 37% 34% 16% 3% 10%
Korzystanie z kredytów czy pożyczek jest naturalne, inaczej nic by nie można było kupić 17% 40% 19% 11% 12%
Wolę wziąć coś na kredyt i od razu korzystać, niż oszczędzać i móc korzystać dopiero za długi czas 12% 25% 25% 23% 15%
                                                                      Źródło: KRD

Jest też grupa osób, która kredyt czy pożyczkę uważa za lepsze wyjście niż oszczędzanie. 36% badanych wskazało, że woli korzystać z tego rozwiązania, aby kupić wybraną rzecz i cieszyć się nią od razu, niż czekać, aż uzbiera potrzebne pieniądze.

Korzystanie z oferty kredytów i pożyczek nie jest niczym złym. Ważne jednak, aby przy zaciąganiu zobowiązań mieć świadomość tego, jak wpłyną one na nasze finanse, nie tylko w krótkim, ale i długim terminie. Warto mieć plan awaryjny, gdy zmieni się nasza sytuacja, co może przytrafić się każdemu. Testem odporności dla Polaków jest obecnie pandemia koronawirusa, która przewróciła do góry nogami gospodarkę, a wraz z nią domowe budżety – zaznacza prezes KRD.

 Finansowa lekcja

Doświadczenie bycia dłużnikiem wpływa na podejście Polaków do finansów. Niemal 3/4 obecnych i byłych dłużników (73 proc.) podejmuje działania zapobiegawcze, by nie ponawiać lub nie pogłębiać swojego zadłużenia. Przy czym osoby, które wyszły z zadłużenia podchodzą do tego w sposób bardziej przemyślany i systematyczny. 43% z nich odkłada na „czarną godzinę”. Wśród osób obecnie zadłużonych odsetek ten wynosi 25%. Mając na koncie doświadczenie z długami, Polacy częściej starają się w pełni regulować swoje należności na czas, nawet gdy chodzi o niewielkie kwoty. Deklarują tak zarówno zadłużeni w przeszłości (17%), jak i obecnie (14%). Dług skłania też do większej kontroli nad swoimi wydatkami (odpowiednio 16 i 11% wskazań w tych grupach). Dodatkowo, co 10. osoba, która wyszła z długów, postępuje zgodnie z zasadą: najpierw rachunki i stałe opłaty, a później reszta. Finansowa lekcja

Dłużnik w oczach rodaka

Dla ponad połowy Polaków (52%) posiadanie zaległości nie ma wpływu na postrzeganie dłużnika jako człowieka i członka społeczności. Jednak pozostałe 48% nie darzy szacunkiem osób niewywiązujących się ze zobowiązań finansowych.

W rozmowach z dłużnikami nasi negocjatorzy wyróżniają grupę „niefrasobliwych”, od których słyszą, że nie zapłacili oni tylko jednej raty za telewizor czy smartfon, a przecież „to nie grzech”. Jest też grono dłużników, którzy podejmują pochopne decyzje zakupowe i w efekcie nie są w stanie wywiązać się ze zobowiązań. Kiedy później starają się o kredyt w banku lub firmie pożyczkowej, są zdziwieni, że go nie dostają, bo zostali wpisani do biura informacji gospodarczej. Rolą negocjatorów jest więc nie tylko doprowadzenie do spłaty zaległości, ale także takie zorganizowanie całego procesu, aby dłużnik ponownie stał się aktywnym klientem sklepu czy banku, terminowo regulującym swoje należnościpodsumowuje Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Badanie „Zadłużenie Polaków” zostało przeprowadzone w listopadzie 2020 r. przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej metodą CAWI na reprezentatywnej grupie 1000 Polaków.

Startuje e-Urząd Skarbowy

  • Ministerstwo Finansów (MF) i Krajowa Administracja Skarbowa (KAS) uruchomiają internetowy e-Urząd Skarbowy (e-US) na podatki.gov.pl.
  • W jednym miejscu będzie można szybko i wygodnie załatwić sprawy podatkowe, bez konieczności wizyty w urzędzie skarbowym, na poczcie czy w banku.
  • Serwis budowany jest etapami do września 2022 r.
  • Pierwszy pakiet e-usług będzie dostępny od 1 lutego 2021 r.

– e-Urząd Skarbowy to duży krok w cyfryzacji usług KAS i obsługi obywateli. To nowoczesny, ogólnodostępny kanał komunikacji na linii urząd skarbowy – klient. Usługi udostępniane w serwisie będą dostosowane do potrzeb różnych grup użytkowników tak, aby maksymalnie ułatwić im rozliczenia podatkowe i załatwianie spraw w KAS. Korzystanie z e-Urzędu Skarbowego to oszczędność czasu, bezpieczeństwo, wygodne płatności i łatwy dostęp do informacji – mówi minister finansów, funduszy i polityki regionalnej Tadeusz Kościński.

Serwis jest dedykowany podatnikom, płatnikom, pełnomocnikom, komornikom sądowym i notariuszom. Wraz z dodawaniem funkcjonalności, grupa użytkowników będzie obejmować kolejne wyżej wspomniane grupy.

Projekt jest współfinansowany z Funduszy Europejskich (Program Polska Cyfrowa). Wartość całkowita przedsięwzięcia to niemal 102 mln zł, w tym dofinansowanie UE ok. 86 mln zł, a budżet państwa ok. 15,6 mln zł.

Klient na pierwszym miejscu

W MF i KAS podejmowanych jest wiele działań mających uprościć kontakt z administracją skarbową i załatwianie spraw podatkowych. Jednym z nich jest e-Urząd Skarbowy – cyfrowa platforma na stronie podatki.gov.pl.

– Stajemy się coraz bardziej nowocześni. Oferujemy kolejne wygodne i przyjazne rozwiązania. W obecnych czasach fiskus musi dotrzymywać kroku rozwojowi technologicznemu i oczekiwaniom klientów. Zdajemy sobie z tego sprawę. Dlatego dialog, cyfryzacja i przyjazność to słowa kluczowe dla kierowanego przeze mnie resortu – dodaje szef MF.

Korzyści dla obu stron

– Projekt e-Urząd Skarbowy jest elementem programu Klient w centrum uwagi KAS, który ma wzmocnić bezpośredni kontakt z podatnikami i uprościć załatwianie spraw urzędowych. Naszym celem jest zapewnienie wyższej jakość obsługi naszych klientów i dostosowanie do ich potrzeb. Digitalizacja i automatyzacja procesów to również oszczędność czasu i większy komfort pracy w KAS. E-Urząd Skarbowy wykorzystuje nowoczesne rozwiązania informatyczne i scala dane z różnych systemów KAS. Takie projekty są przyszłością administracji, nie tylko skarbowej – podkreśla szefowa KAS Magdalena Rzeczkowska.

e-US dla obywateli to:

· Wygoda i oszczędność czasu.
· W jednym miejscu szybko, wygodnie i kompleksowo będzie można załatwić swoje sprawy podatkowe.
· Do załatwienia spraw online nie będzie potrzebny podpis elektroniczny.
· Dostęp do e-usług KAS w jednym miejscu, kiedy chcemy i z dowolnego urządzenia.
· Szybki dostęp do danych i bieżących informacji o stanie rozliczeń, statusie spraw, złożonych dokumentach.
· Łatwa aktualizacja informacji dotyczących podatnika.
· Pełna transakcyjność m.in. poprzez elektroniczne płatności online dla wszystkich udostępnianych e-usług, funkcjonalności, deklaracji i tytułów. Będzie można zapłacić podatek bezpośrednio w systemie.

Usługi i funkcjonalności e-US

Na początku (od 1.02.2021) e-Urząd Skarbowy będzie oferował:

· Dostęp do swoich danych podatkowych (dane o podatniku, działalności gospodarczej, mikrorachunku podatkowym i historii logowania)
· Integrację z usługą Twój e-PIT
· Informację o nałożonych mandatach
· Dostęp do aplikacji e-mikrofirma

· Możliwość płatności online (na początku przez osoby fizyczne w zakresie PIT, CIT, VAT, PCC, podatku od spadków i darowizn, karty podatkowej, opłaty skarbowej, pozostałych podatków i należności niepodatkowych i mandatów). W serwisie będzie dostępna historia płatności online

· Możliwość złożenia w formie elektronicznej niektórych pism (np. wniosku o zaliczenie nadpłaty/zwrotu podatku na poczet innych zobowiązań). Dostępna będzie historia wysłanych dokumentów.

Usługi i funkcjonalności planowane w kolejnych etapach to m.in.:

  • e-zaświadczenia

    integracja z serwisem e-TOLL

  • usługi dla notariuszy i komorników sądowych
  • usługi dotyczące m.in. składania wniosków i udostępniania informacji o stanie spraw

Zawsze otwarty, w zasięgu ręki – Twój e-US

Dostęp do serwisu e-Urząd Skarbowy będzie możliwy tylko ze strony podatki.gov.pl po zalogowaniu się Profilem Zaufanym, e-Dowodem lub poprzez bankowość elektroniczną. Do usługi Twój e-PIT będzie można zalogować się także danymi podatkowymi.

Serwis działa przez całą dobę i można z niego korzystać z dowolnego urządzenia podłączonego do internetu.

Użytkownik będzie miał dostęp do informacji i usług dotyczących go bezpośrednio, a w kolejnych etapach również do spraw innych podatników, do których uzyskał pełnomocnictwo lub dostęp do konta.

BADANIE: Tylko niecałe 17% Polaków w najbliższym czasie chce założyć własną firmę

Polacy zauważają skutki gospodarcze pandemii. Zamiast zakładać własne firmy wolą stały etat. Blisko 70% nie chce założyć własnej działalności gospodarczej.

Pandemia wyraźnie zniechęca do prowadzenia działalności gospodarczej. Niemal siedmiu na dziesięciu Polaków nie planuje w najbliższym czasie założenia własnej firmy. Wolą oni bezpiecznie pracować na etacie. Z kolei osoby, które zamierzają otworzyć biznes, wskazują głównie na niezależność i perspektywę wyższych dochodów. Takie wnioski płyną z badania UCE RESEARCH i SYNO Poland, wykonanego dla IndustryLab.
Z badania wynika, że 66,2% Polaków w najbliższym czasie nie zamierza zakładać własnej działalności gospodarczej. 16,9% jest odmiennego zdania, a 17% jeszcze tego nie wie. Jak stwierdza Andrzej Głowacki, prezes zarządu Grupy Kapitałowej DGA, wyniki badania wyraźnie obrazują aktualne nastroje społeczne. Jak wiadomo, dla każdej rodziny stabilność przychodów ma kluczowe znaczenie. I z tego wynikają preferencje pracy na etacie, pomimo zależności służbowej i ewentualnie niższych dochodów.

– Widać też świadomość ryzyka związanego z prowadzeniem tego typu działalności. Praca na etacie jest bezpieczna, choć nisko płatna. Jednak otwarcie firmy wiąże się z wyjściem ze strefy komfortu i praktycznie ciągłą walką o utrzymanie się na rynku. A to wymaga obecnie sporej odwagi. Niechęć do zakładania biznesów stanowi również duży problem w kontekście zmniejszenia w krótkiej perspektywie wpływów podatkowych do budżetu. Przecież rozwój gospodarczy głównie opiera się na małych podmiotach, bo tych na rynku jest większość – komentuje Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny.

Podobnego zdania są inni eksperci. Prowadzenie działalności to w dzisiejszych czasach wzięcie na siebie zdecydowanie wyższego ryzyka, niż to było wcześniej. Tego boją się Polacy, co podkreśla ekonomista Marek Zuber. I dodaje, że problem stanowi biurokracja i brak stabilności otoczenia gospodarczego. Do tego dochodzi obawa przed upadłością. Ekspert zwraca też uwagę na brak wiedzy Polaków z zakresu przedsiębiorczości.

– Dynamika rozpoczynania nowych działalności gospodarczych nie zmieniała się w 2020 roku w stosunku do lat poprzednich. Każdego dnia w Polsce powstaje ok. 1000 firm i ta średnia utrzymuje się już od kilku lat. Polacy są bardzo przedsiębiorczym narodem i obecna sytuacja nie zachwieje tej tendencji w najbliższej przyszłości. Niemniej widać, że na rynku panuje chwilowa konsternacja – mówi Łukasz Klimek, ekspert zajmujący się współpracą ze startupami w ramach Akceleratora Innowacji Przemysłowych IndustryLab.

W ocenie Adriana Parola, konieczna jest wyraźna pomoc państwa, aby Polacy zmienili zdanie. Każdy początkujący przedsiębiorca powinien korzystać z ulg podatkowych i mieć zapewnione przez jakiś okres wsparcie prawne, księgowe i finansowane. Dodatkowo, przynajmniej na początku, warto dać mu daleko idącą ochronę, której teraz nie ma. To nie tylko uświadomiłoby właścicielom nowych firm, jakie mogą występować problemy, ale też wzmocniłoby te przedsiębiorstwa. Na tym skorzystałoby również państwo, chociażby w zakresie ściągalności danin lub ilości miejsc pracy.
– Jestem zdania, że zadaniem rządu jest obecnie ratowanie firm już funkcjonujących, a także pomoc osobom, które chcą przejmować przedsiębiorstwa. W sytuacji kryzysu wiele podmiotów traci płynność finansową, choć dysponuje potencjałem, dobrą usługą lub znakomitym towarem i ugruntowaną pozycją na rynku – zaznacza prezes Głowacki.

Ponadto z badania wynika, że wśród osób, które nie zamierzają zakładać własnej firmy, 27,3% woli bezpiecznie pracować na etacie, a 16,9% obawia się ryzyka finansowego (zadłużenia). Dalej są przedstawiane takie argumenty, jak spowolnienie gospodarcze – 8,4%, brak zamówień – 7,5%, obawa przed urzędami, w tym m.in. skarbówką i ZUS-em – 4,4%, a także sama biurokracja – 4,2%.

– Polacy chcą mieć ewidentnie spokój, a takie poczucie daje etat. Jednak to często złudna ocena, choć w przypadku któregoś z poszukiwanych zawodów, jak choćby informatyk czy inżynier procesu produkcji, taki komfort w dzisiejszych czasach rzeczywiście jest bardzo prawdopodobny – dodaje Marek Zuber.

Z kolei najmniejsze obawy wzbudza prowadzenie księgowości – 0,6%, a także nierzetelny kontrahent – 1,7%. Według Łukasza Klimka, to wcale nie oznacza, że Polacy przestali bać się tych problemów. Jednak dopóki się z nimi realnie nie zetkną, to trudno im sobie uzmysłowić te kwestie.
– W moim przekonaniu, te odpowiedzi wyraźnie wynikają z nieznajomości realiów prowadzenia działalności gospodarczej. Obecnie największym problemem są kontrahenci, którzy nie wywiązują się z umów i nie płacą na czas. Zła polityka udzielania kredytu kupieckiego doprowadziła niejedną firmę do stanu niewypłacalności. Niestety młody przedsiębiorca jeszcze tego nie wie – podkreśla Adrian Parol.
Osoby, które chcą założyć działalność gospodarczą, również wskazują powody swojej decyzji. Tu prym wiedzie chęć zdobycia większej niezależności – 52,9%. Następna jest perspektywa wyższych zarobków – 30%. Jak zauważa Andrzej Głowacki, generalnie to są powody decydujące o prowadzeniu własnego biznesu. Jednak nie zawsze udaje się osiągnąć taką swobodę i więcej zarabiać.

– Brak szefa, bycie sterem, żeglarzem i okrętem jest pociągające, nawet jeśli pozostaje ryzykowne. Zresztą są osoby, dla których to ryzyko stanowi sens działalności, bo coś musi się dziać. Własna firm to także szansa na wyższe apanaże. W przypadku etatu zawsze jest jakiś sufit, a na swoim – potencjalnie go nie widać – wyjaśnia Marek Zuber.

Natomiast na samym dole zestawienia argumentów przyszłych przedsiębiorców widzimy, że założenia działalności gospodarczej wymaga pracodawca – 3,5%. Wyżej jest niechęć do pracy na etacie – 4,7%, a także możliwość otrzymania dotacji lub grantu – 5,9%. Zdaniem prezesa Głowackiego, działalność gospodarczą zakładają dzisiaj osoby, które muszą to uczynić. To dla nich nowa lub dodatkowa forma zarobkowania. Tego może wymagać np. podmiot, z którym dana osoba współpracuje.

– Dotacja czy grant to jednorazowy zastrzyk finansowy, który niestety szybko się kończy. Dobrze zainwestowane środki tego rodzaju mogą wpłynąć na rozwój firmy. Jednak co do zasady, wymaga to przemyślanej strategii działania. Tego typu finansowanie nie może być samo w sobie celem prowadzenia firmy, co słusznie zauważyli ankietowani – stwierdza Anna Szymańska, wiceprezes zarządu Grupy Kapitałowej DGA.
Według mec. Adriana Parola, odpowiedzi w kwestii otrzymania dotacji lub grantu dodatkowo świadczą o tym, że mało kto liczy na pomoc państwa. Inną przyczyną jest niska świadomość w tej kwestii. Nie bez znaczenia jest również konieczność poddania się żmudnym i skomplikowanym procedurom, co w pewien sposób zniechęca do tego typu aktywności. I jak dodaje ekspert, większość oczekiwań raczej sprowadza się do tego, aby państwo nie utrudniało działalności.

– Sądzę, że pandemia raczej nie ma wielkiego wpływu na odczucia w kwestii podjęcia działalności gospodarczej. Oczywiście może w jakimś stopniu do tego zniechęcać, zwłaszcza w branżach dotkniętych problemami. Chociaż ostatnie miesiące dobitnie pokazują, że wszystkich czynników ryzyka nie da się przewidzieć. I stąd może wynikać strach i obawa przed własną aktywnością gospodarczą – podsumowuje ekonomista Marek Zuber.

Badanie zostało wykonane metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Akceleratora Innowacji Przemysłowych IndustryLab w I połowie stycznia br. na próbie 1008 dorosłych Polaków.

Koronawirus na polskiej fermie norek

W związku z ogłoszeniem Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi z dn. 31 stycznia br. o wykryciu pierwszego przypadku koronawirusa SARS-CoV-2 na fermie norek w Polsce, Stowarzyszenie Otwarte Klatki wystosowało komentarz do sytuacji – zakaz hodowli zwierząt na futro w Polsce popiera 70% społeczeństwa, większość polityków, jednak zakazu wciąż nie ma. W międzyczasie futrzarze, ze Szczepanem Wójcikiem na czele, planują budowę domu aukcyjnego w Radomiu, co byłoby jednoznaczne ze wzrostem produkcji futer w Polsce. Wprowadzenie zakazu hodowli zwierząt na futro w Polsce jest już nie tylko kwestią troski o dobrostan zwierząt, ale również odpowiedzialnością za zdrowie publiczne.

Poniżej zamieszczamy komentarz Stowarzyszenia Otwarte Klatki:

W Polsce każdego roku na futro hoduje się ponad 5 milionów norek. W innych krajach europejskich, a także w USA i Kanadzie, gdzie hodowla jest znacznie mniejsza, przypadki SARS-CoV-2 u norek zostały wykryte już kilka miesięcy temu. Część z tych krajów podjęła stanowcze kroki, mające na celu minimalizację ryzyka rozprzestrzeniania się koronawirusa – Dania postanowiła zlikwidować wszystkie norki żyjące na fermach, Holandia przyspieszyła zakaz hodowli zwierząt na futro o trzy lata, Szwecja zawiesiła hodowlę norek na cały rok 2021, kolejne kraje zabijają całe stada, wśród których wykryto SARS-CoV-2.

Organizacje prozwierzęce z całego świata alarmują, że hodowla przemysłowa norek stanowi ogromne zagrożenie dla zdrowia publicznego. Przypadek choroby aleuckiej, powszechnej u norek hodowanych na futro i objawiającej się osłabieniem, atakami padaczki oraz niższą reprodukcją, dobitnie pokazuje, że hodowcy nie są w stanie zapanować nad rozprzestrzeniającą się wśród zwierząt zarazą. Zakaz hodowli zwierząt na futro nie jest już tylko kwestią troski o dobrostan zwierząt, ale też odpowiedzialności za zdrowie publiczne.

We wrześniu 2020 roku poparcie dla zakazu hodowli zwierząt na futro było widoczne bardziej niż kiedykolwiek. W badaniu przeprowadzonym przez IBRiS aż 70% Polek i Polaków opowiedziało się za zakazem, a nowelizację ustawy o ochronie zwierząt poparło 356 posłów i posłanek. Mimo to zakaz hodowli zwierząt na futro nie został wprowadzony, tymczasem hodowcy, ze Szczepanem Wójcikiem na czele, planują budowę domu aukcyjnego futer w Radomiu. Powstanie takiej inwestycji będzie się wiązało ze wzrostem ferm i zwierząt hodowanych na futro w Polsce, co oznacza, że kolejne miliony norek, lisów i jenotów będą cierpiały przez długie miesiące w ciasnych drucianych klatkach, a mieszkańcy wsi, którzy z nadzieją patrzyli na nadchodzący koniec branży futrzarskiej w Polsce, będą zmuszeni zmagać się z odorami, zanieczyszczeniami i hałasem pochodzącym z ferm przez kolejne lata.

Nie tylko organizacje z Polski widzą zagrożenie w planowanej inwestycji – chińska organizacja Capital Animal Welfare Association (CAWA) wystosowała list do premiera Mateusza Morawieckiego z prośbą o reakcję. Sekretarz Generalny CAWA w liście pisze:

W imieniu CAWA wzywam Pana do interwencji i powstrzymania planowanej budowy domu aukcyjnego dla produktów futrzarskich, a zamiast dalszego inwestowania w ten nieetyczny i niebezpieczny, podupadający przemysł – do przyłączenia się do innych krajów europejskich poprzez całkowite zakończenie branży futerkowej w Polsce. CAWA rozpoczyna kampanię również w Chinach, aby nakłonić chińskie władze do wyrażenia sprzeciwu wobec proponowanego projektu. W interesie stosunków chińsko-polskich, reputacji naszych krajów oraz globalnego zdrowia publicznego prosimy o podjęcie działań mających na celu powstrzymanie proponowanego projektu.

Jako Stowarzyszenie Otwarte Klatki apelujemy do polityków o jak najszybsze wprowadzenie zakazu hodowli zwierząt na futro w naszym kraju. Nie pozwólmy, aby Polska stała się zagłębiem cierpienia, odorów i zanieczyszczeń środowiska tylko po to, żeby wąskie grono hodowców mogło pomnożyć swój majątek.

Komu pandemia ogranicza możliwość otrzymania kredytu?

Zapytany przez dziennikarkę Gazety Wyborczej o powody, dla których banki ograniczają skłonność do udzielania kredytów w czasie pandemii, analityk Santandera, powiedział:

„Banki boją się, że jak bezrobocie skoczy do 8% i w Polsce pojawi się pół miliona nowych bezrobotnych, to udzielą kredytów ludziom, którzy zaraz stracą pracę. Bank musi aktywnie zarządzać swoim ryzykiem, nierozsądne byłoby udzielać kredytów, które mogą nie zostać spłacone, co byłoby zresztą ze stratą i dla potencjalny kredytobiorca banków i dla klientów”. Ta wypowiedź wyjaśnia, dlaczego każdy musi liczyć się z poważnymi trudnościami w znalezieniu banku, który będzie skłonny udzielić mu kredytu. Szczególnie zaś – jak o tym informują obserwatorzy – trudne jest obecnie uzyskanie kredytów gotówkowych bez określenia celu, zwłaszcza, kiedy poszukujący kredytu oczekuje, ze bank zastosuje wobec niego uproszczoną procedurę i nie będzie zbyt skrupulatnie badał jego zdolności kredytowej oraz historii kredytowej.

Z wielu wypowiedzi przedstawicieli banków wynika, że zostały zaostrzone kryteria oceniania zdolności kredytowej, szczególnie, gdy z wnioskiem kredytowym występuje klient dotychczas bankowi nieznany. Najprzychylniej zaś są traktowani stali klienci, mogący się wykazać dobrą historią kredytową i wysokim scoringiem, czyli punktową oceną klienta, na podstawie której bank decyduje się na pozytywne na pozytywne rozpatrzenie jego wniosku kredytowego.

Krótko mówiąc, największe szanse na otrzymanie kredytu mają potencjalni kredytobiorcy, którzy:

  1. mają stałe zatrudnienie na podstawie nieograniczonej terminowo umowie o pracę i zdolnością kredytową zapewniającą terminowe spłacanie kredytu;
  2. są stałymi, najlepiej długoletnimi klientami banku, do którego zwracają się o kredyt ze sprawdzalną dobrą historią kredytową;
  3. są zatrudnieni w sektorze gospodarki najmniej dotkniętym skutkami pandemii, a w związku z tym posiadającymi stabilną perspektywę zatrudnienia;
  4. posiadający własne środki zabezpieczające regularne spłacanie kredytów, co ma znaczenie w przypadku kredytu hipotecznego na zakup mieszkania, domu lub innej nieruchomości, którego przyznanie jest uzależnione od posiadania przez potencjalnego kredytobiorcę minimum 20% wkładu własnego, liczonego od wartości nabywanej nieruchomości.

Obserwatorzy wskazują, że w obecnej rzeczywistości, kiedy trudniej jest ubezpieczyć kredyt od różnego rodzaju ryzyk, banki najchętniej rozmawiają z klientami, którzy mogą wykazać się 30, a nawet 40 procentowym wkładem własnym, nie jest to jednak normą dlatego warto się skonsultować a pomocnym w tym może być doradca kredytów hipotecznych.

Poza wszystkim skutki pandemii doprowadziły do paradoksalnej sytuacji, kiedy to, z jednej strony uprzywilejowują klientów, którzy już zdążyli osiągnąć dobrą pozycję zawodową, zapewniającą im odpowiednią zdolność kredytową i dobrą historię kredytową, lecz z drugiej obniżają możliwości uzyskania kredytów przez ludzi młodych, którzy dopiero weszli na rynek pracy i zaczęli urządzać sobie życie. Bardziej wnikliwi analitycy dostrzegają w tym paradoksie kolejny, gdy próba ograniczenia ryzyka kredytowego przez odmowę udzielania ich młodym, wywołuje następne ryzyko, które może dać o sobie znać w przyszłości, gdy obecnie najatrakcyjniejsi z punktu widzenia banków kredytobiorcy, z przyczyn naturalnych zaczną osłabiać swoją zdolność kredytową nie mając następców, co może zakłócić regularne  wpływy środków z tytułu spłat kredytów.

Kolejnym związanych z pandemią zjawiskiem niepokojącym specjalistów finansowych są masowo udzielane obecnie wakacje kredytowe, po zakończeniu, których wielu kredytobiorców może nie odzyskać jeszcze dawnej zdolności kredytowej, więc tym trudniej będzie im spłacać regularnie miesięczne raty,

Najwyższa recesja od 30 lat. Północna Izba Gospodarcza – szybkie zniesienie lockdownu albo gospodarcza katastrofa

Największa recesja od 1991 roku. Przedsiębiorcy: „Jeżeli te dane zostaną zignorowane, to w 2021 roku czeka nas gospodarcza katastrofa”.

Informacje opublikowane dzisiaj przez Główny Urząd Statystyczny pokazują jasno i wyraźnie, że sytuacja w gospodarce wymaga szybkiego działania i głos przedsiębiorców mówiący: „dajcie nam pracować” powinien zostać pilnie wysłuchany. – Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie nie ma wątpliwości, że sytuacja pandemii koronawirusa wymaga specjalnego działania i dużej ostrożności w podejmowaniu decyzji o odmrożeniu gospodarki czy luzowaniu restrykcji. Dane Głównego Urzędu Statystycznego powinny być alarmem dla Rządu RP. Rok 2020 to był czas, kiedy rozpoczęliśmy walkę z koronawirusem. Ona trwa i przedsiębiorcy borykają się teraz z poważnymi problemami, które recesje mogą tylko pogłębić – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Z informacji opublikowanych przez Główny Urząd Statystyczny wynika, że produkt krajowy brutto Polski w 2020 r. spadł o 2,8 proc., po wzroście o 4,5 proc. w 2019 roku. Popyt krajowy spadł o 3,7 proc., inwestycje spadły o 8,4 proc., a konsumpcja prywatna o 3,0 proc. Ostatnie tak czarne wyniki polska gospodarka wydziała w… 1991 roku, czyli w momencie, kiedy prywatny biznes stawiał dopiero pierwsze kroki. To znamienne i powinno być jasnym sygnałem: odmrażamy gospodarkę.

– Rząd RP nie ufa przedsiębiorcom, kiedy Ci mówią: dajcie nam pracować, będziemy działać w reżimie sanitarnym i dbać o to, by prowadzić biznes tak bezpieczne, by nie pogłębiać sytuacji pandemicznej. Słyszymy o konieczności przedłużania obostrzeń i dalszym reżimie. Ile firm będzie w stanie czekać do wiosny, by otwierać hotele i restauracje? Co druga? Co trzecia? Ogromna apatia wśród przedsiębiorców zamienia się w bunt i coraz częstsze podejmowanie desperackich decyzji o otwieraniu działalności. To poważna sprawa, poważny kryzys, nie można ignorować danych o spadku inwestycji, spadku konsumpcji i popycie krajowym. Jeżeli te dane zostaną zignorowane to w 2021 roku przyjdzie gospodarcza katastrofa – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Należy natychmiast rozpocząć proces odmrażania gospodarki. Oczywiście w reżimie sanitarnym, z odpowiednimi ograniczeniami i możliwością dynamicznego reagowania jeżeli sytuacja epidemiczna się pogorszy. Apelujemy: dajcie przedsiębiorcom pracować, dajcie przedsiębiorcom budować silną gospodarkę. Jesteśmy do wszelkiej dyspozycji Rządu, podejmiemy dialog zawsze i wszędzie, ale musimy mieć perspektywę powracania do normalnego działania – apeluje Hanna Mojsiuk.

Północna Izba Gospodarcza w czasie pandemii koronawirusa aktywnie lobbuje na rzecz przedsiębiorców – działamy w radzie gospodarczej przy Rzeczniku Małych i Średnich Przedsiębiorstw, którego działania chwalimy i popieramy.