Ponad połowa umów najmu w 2020 we Wrocławiu to renegocjacje

W IV kw. 2020 roku we Wrocławiu podpisano umowy najmu na ponad 21.000 m2 z czego ponad 75% tego wolumenu stanowiły renegocjacje. Biorąc natomiast pod uwagę roczny wolumen transakcji, najemcy podpisali umowy najmu łącznie na 128.000 m2 powierzchni, a odnowienia umów stanowiły ponad połowę wolumenu. Wrocław na tle innych miast regionalnych może się pochwalić pozytywnymi wskaźnikami.

Zasoby biurowe Wrocławia na koniec grudnia 2020 roku przekroczyły 1,22 mln m2, co pozycjonuje miasto na drugim miejscu pod względem wielkości wśród rynków regionalnych, po Krakowie. Zanotowaliśmy  jednak mniejszą aktywność deweloperów na tym rynku – do użytku oddano niespełna 60.000 m2 nowej powierzchni, co stanowi spadek względem ubiegłego roku o 60%. Niezmiennie nowe projekty realizowane są w czterech głównych obszarach koncentracji powierzchni biurowej Trzeba mieć jednak na względzie, że nowa podaż w 2019 roku osiągnęła rekordowy wynik. Ostrożność firm deweloperskich można dostrzec również w podejściu do nowych inwestycji. W ostatnim kwartale zeszłego roku w stolicy Dolnego Śląska nie rozpoczęto żadnego nowego projektu, a w budowie pozostaje 136.000 m2 powierzchni biurowej. Przy założeniu dotrzymania harmonogramów budowlanych, ponad połowa tej powierzchni trafi na wrocławski rynek jeszcze w 2021 roku, zwiększając obecnie dostępną ofertę dla najemców. Możemy się również spodziewać, że w I kw, 2021 rozpocznie się realizacja kilku projektów, które uzyskały prawomocne pozwolenia na budowę i stosowne finansowanie. Warto zauważyć, że poziom aktywności wśród najemców w porównaniu z Poznaniem, Katowicami, Łodzią, Trójmiastem, Szczecinem i Lublinem był wyższy i ostatecznie podpisane zostały umowy najmu na 128.000 m2 nowoczesnej powierzchni biurowej, co również oznacza wzrost o 4% w stosunku do 2019 roku kiedy podpisano umowy najmu na łącznie 123.000 m2. Biorąc pod uwagę wzywania z jakimi musiały się mierzyć przedsiębiorstwa i przez co wiele decyzji o relokacji i ekspansji było wstrzymywanych jest to bardzo dobra wiadomość dla Wrocławia i pozytywny sygnał dla rynku biurowego i inwestycyjnego.

W całej Polsce odnotowaliśmy wzrost pustostanów o ponad 3 pp w stosunku do 2019 roku, który na koniec grudnia 2020 roku wyniósł 12,7%. Pomimo, że Wrocław również zanotował wzrost współczynnika pustostanów o 2,4 pp w porównaniu do 2019 roku, to był on niższy od średniej krajowej o 0,6 pp i wyniósł 15%.

Maciej Moralewicz, Dyrektor Regionalny – Wrocław, Knight Frank

Bloober Team: The Medium zwróciło koszty produkcji w 24 godziny

The Medium przejdzie do historii polskiego gamedevu jako jedna z najbardziej udanych premier. Najważniejsza i największa gra Bloober Team w niecałą dobę przyniosła zwrot kosztów poniesionych na produkcję i marketing, które wyniosły blisko 12 milionów USD. Jednocześnie spółka przedłużyła przegląd opcji strategicznych do końca marca.

Nakłady na produkcję i promocję The Medium wyniosły blisko 12 milionów USD, a wśród nich spółka uwzględnia koszty wytworzonej technologii, która objęta jest ochroną patentową w USA. Bloober Team nie zdradza podziału przychodów, ale nawet pobieżna analiza dostępnych systemów sprzedażowych pokazuje, że The Medium to gra przygotowana z myślą o konsoli nowej generacji i właśnie to było głównym elementem sukcesu premiery.

Granty otrzymane od instytucji unijnych oczywiście pomogły w pokryciu części kosztów badawczo-rozwojowych, ale zdecydowanie największy udział w ich pokryciu mają przychody związane ze sprzedażą gry. Liczne i bardzo spolaryzowane oceny recenzentów cieszą nas, ponieważ podkreślają, że udało nam się poruszyć emocje użytkowników. Mimo iż nie jest to gra dla wszystkich, to z pewnością jest jednym z najbardziej emocjonalnych produktów elektronicznej rozrywki. Patrząc na aktualny odbiór przez graczy i specjalistów mamy podstawy sądzić, że The Medium stanie się tytułem kultowym dla wielu graczy – tłumaczy Piotr Babieno, prezes Bloober Team

Wyniki sprzedaży, pokazują również, że inwestorzy i analitycy powinni oderwać się od tradycyjnych sposobów kalkulacji przychodów większości gamingowych spółek giełdowych. Założenie, że najpopularniejszy nawet cyfrowy sklep z grami to jedyna wykładnia może być błędne. Szczególnie, że konsole nowej generacji mimo pandemii i ograniczeń ilości sztuk biją rekordy sprzedaży (porównując do poprzednich generacji). Ten wynik pokazuje również jasno, że nowe systemy dystrybucji gier mogą być istotną alternatywą na przyszłość. Jest to już druga premiera Bloober Team, która oparta była o obecność w abonamencie Xbox Game Pass.

Osiągnięty wynik sprzedażowy stawia Bloober Team wśród wąskiej grupy polskich podmiotów z branży gier, które osiągnęły realny sukces. Przy pomocy The Medium pokazaliśmy jeszcze jedno – jesteśmy jednym z najciekawszych podmiotów w branży gier wideo w Polsce. Dzięki filozofii budowania solidnych fundamentów, przede wszystkim w postaci ponad 100 osobowego studia zmotywowanych i niezwykle doświadczonych pracowników oraz jasnej strategii biznesowej, Bloober Team jest obiektem zainteresowania wielu partnerów branżowych z całego świata – kontynuuje prezes.

Bloober Team przedłużył jednocześnie do końca marca przegląd opcji strategicznych. Spółka chce dobrać najlepszą formułę transakcyjną, która zapewni jej zachowanie swego DNA na przyszłość przy jednoczesnym istotnym zwiększeniu możliwości spółki.

Nie możemy się doczekać zapowiedzi kolejnych informacji z naszej spółki. Zachęcamy do śledzenia nadchodzących wiadomości – kończy Piotr Babieno.

Ustawa offshore’owa ponownie szansą do gry o OZE

Podpisana przez prezydenta 21 stycznia br. ustawa offshore’owa jest szansą zarówno na transformację naszej energetyki w stronę OZE, jak i na wsparcie dla wielu projektów wiatrowych na Bałtyku, co za kilka lat pozwoli nam uzyskiwać nawet 11 GW mocy z tego źródła. „Ustawa o promowaniu wytwarzania energii elektrycznej w morskich farmach wiatrowych była bardzo wyczekiwana przez inwestorów, bo liderzy tego rynku jak Niemcy czy Dania już mogą się pochwalić energią wiatrową wytwarzaną na morzu. Ustawa, która wchodzi w życie 1 lutego br., ułatwi planowanie i pozyskanie wsparcia dla wielu projektów znajdujących się w fazie planowania” – podkreśla Małgorzata Dobrzyńska-Dąbska z kancelarii DABSKA.LEGAL.

W połowie grudnia 2020 r. zarówno premier Mateusz Morawiecki, jak i minister klimatu, Michał Kurtyka, informowali, że Polska w najbliższych latach otrzyma nawet 250 miliardów złotych z unijnych funduszy na działania służące transformacji energetycznej i klimatycznej. Z kolei zgodnie z rządowymi planami do 2040 roku Polska ma mieć na Bałtyku już 8-11 GW mocy, a program budowy morskich farm wiatrowych ma mieć wartość ok. 130 mld zł.

„Zaproponowany w ustawie offshore’owej mechanizm wsparcia, a także usprawnienia procedur administracyjnych i regulacje wspierające wymianę informacji pomiędzy inwestorami a firmami wykonawczymi i usługowymi, to zapisy idące w dobrym kierunku. Pozwolą przyspieszyć prace nad wieloma projektami, bo usuwają wiele ryzyk, które dotychczas były ujmowane w takich projektach. Jednocześnie branża czeka na stosowne rozporządzenia, ale jak słyszymy prace nad tymi aktami już trwają i można się ich spodziewać już wkrótce” – komentuje  Małgorzata Dobrzyńska-Dąbska.

Ustawa wprowadza dwufazowy system wsparcia, czyli model tzw. dwustronnego kontraktu różnicowego, która jest z powodzeniem stosowany w przypadku obecnie funkcjonującego systemu wparcia dla OZE. Wytwórcy energii elektrycznej w morskich farmach wiatrowych, którzy zostaną dopuszczeni do systemu wsparcia, uzyskają prawo do pokrycia tzw. ujemnego salda. W praktyce oznacza to pokrycie różnicy pomiędzy rynkową ceną energii, a ceną umożliwiającą wytwórcom pokrycie kosztów wytwarzania energii elektrycznej na morzu.

„Rządowy plany dotyczące farm wiatrowych na Bałtyku zakłada, że do 2030 roku Polska ma mieć z tego źródła wytwarzać 3,8 GW mocy, by dojść do ok. 10 GW w 2040 roku. Oznacza to, że za dwadzieścia lat, na Bałtyku będzie wytwarzane znacznie więcej mocy niż obecnie dostarcza Elektrownia Ostrołęka. Tak duże inwestycje mają szansę powstać zarówno siłami spółek Skarbu Państwa, jak i inwestorów prywatnych, którzy intensywnie pracują już nad poszczególnymi projektami” – dodaje ekspert.

Według rządowych planów morskie farmy wiatrowe mają być oddawane do użytku od 2024 do 2033 roku. Każdy z wiatraków ma służyć około 25 lat. Część podmiotów już podjęła działania zmierzające do rozpoczęcia realizacji projektu i niewykluczone, że część inicjatyw zostanie oddana do użytku nawet wcześniej niż wyznaczona przez ekspertów rządowych data.

Koniec godzin dla seniora. Ekspedientom spadł kamień z serca. Były groźby, wyzwiska, a nawet rękoczyny

Godziny dla seniorów były koszmarem pracowników handlu. Dziesiątki skarg na agresywne zachowania wobec ekspedientów.

Do Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom na przestrzeni ostatnich miesięcy dotarło kilkanaście skarg dotyczących zachowania klientów wobec ekspedientów przez konieczność wprowadzenia w sklepach tzw. „godzin dla seniorów”. Dochodziło do awantur, wyzwisk czy nawet rękoczynów. – Godziny dla seniorów powodowały, że między godziną 10 a 12 w sklepach spożywczych i aptekach obsługiwani mogli być tylko klienci powyżej 65 roku życia. Zdajemy sobie sprawę,  że to był irytujący przepis, ale obowiązywał on pod rygorem kar, stąd też ekspedienci zobowiązani byli do jego przestrzegania. Klienci zachowywali się wobec pracowników sklepów bardzo niekulturalnie, zdarzały się groźby, wyzwiska, a nawet ataki fizyczne. Wszystko to, gdy ekspedient odmawiał np. obsłużenia klienta – mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

„Kamień z serca” – ulga pracowników po tym, jak zniesiono godziny dla seniorów

– Wysłaliśmy od października 2020 kilkanaście pism i wykonaliśmy wiele telefonów do pracodawców, którzy zatrudniali skarżących się pracowników, by zapewnić im lepszą ochronę przed atakami ze strony klientów ignorujących przepisy związane z godzinami dla seniorów. Ten przepis trudno uznać za udany, bo seniorzy  chodzili do sklepów całe dnie, a klienci młodsi zainteresowani odchodzili ze sklepów z kwitkiem i byli tym poirytowani – mówi Małgorzata Marczulewska, Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom. – Odejście od tego przepisu to ulga dla wszystkich ekspedientów. Kamień z serca – przyznaje Prezes Małgorzata Marczulewska.

Do Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom dotarło blisko 30 skarg pisemnych i telefonicznych na zachowanie klientów i pracodawców w temacie godzin dla seniora. Pojawiały się także pytania czy pracodawcy mają prawo wymagać od pracownika, by „po cichu” obsługiwał osoby, które obsłużone zostać nie powinny. Pracownicy byli narażeni na poważny stres, sytuacje konfliktowe, a nawet na akty agresji ze strony klientów, którzy chcieli kupić coś w sklepie, a na mocy rozporządzenia ekspedient nie mógł tego zrobić. – Klienci często prosili i błagali, by móc np. kupić pieczywo w piekarni, a gdy ekspedient odmawiał zdarzało się, że pojawiały się wyzwiska, groźby, a nawet rzucanie przedmiotami. Jedna z pracownic napisała nam, że klient cisnął w nią kartonikiem z batonikami, który był ustawiony na ladzie – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

„Ty kur*** i całą paleta bluzgów”

Jak wyjaśnia Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska sytuacja z godzinami dla seniorów przypomina problem dotyczący noszenia maseczek w sklepach. To generator konfliktów i agresji, gdyż nie wszyscy czuli się w obowiązku do przestrzegania przepisów. Ekspedient był do tego zobowiązany i gdy próbował wywiązywać się ze zobowiązań wynikających z rozporządzenia to narażał się na nieprzyjemności.

– Ekspedientki pisały do nas, że były wyzwane od jakich tylko za to, że nie chcą sprzedawać towarów w czasie godzin dla seniorów. Ty kur*** i cała paleta bluzgów.  Bywali klienci, którzy wchodzili do dyskontów i na siłę chcieli być obsłużeni, nawet gdy z oczywistych powodów nie kwalifikowali się do obsłużenia. Sytuacja może być irytująca, co jest oczywiste, ale pracodawcy pod żadnym pozorem nie powinni dopuścić, by frustracja czy niezadowolenie klientów było kumulowane w stronę sprzedawców – mówi Prezes stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

Pisma, które do nas trafiały zwykle miały charakter informacyjny, choć zdarzały się interwencje, gdy np. właściciel jednego ze sklepów nałożył karę na pracownicę, która nie obsłużyła klienta o godzinie 11:50. Według szefa pracownica powinna to zrobić. Nasze stowarzyszenie upomniało przedsiębiorcę, że jakiekolwiek pretensje do ekspedientki są nie tylko nieuzasadnione, ale i nie na miejscu i grożą konsekwencjami porządkowymi wobec właściciela sklepu.

Komu może zostać udzielona pożyczka na dowód przez internet?

Pożyczki na dowód mają w naszym społeczeństwie coraz lepszą sławę. Profesjonalne firmy pożyczkowe oferują nam szerokie pakiety i wiele możliwości. Pieniądze mogą trafić na konto nawet w kwadrans bez konieczności opuszczania domu. Podpowiadamy, kto może skorzystać z tego typu oferty.

Pożyczka na dowód przez internet

Pożyczki chwilówki na dowód online są obecnie dostępne w bardzo wielu firmach pozabankowych. Tego typu usługa jest niezwykle prosa w wykorzystaniu. Najważniejszym krokiem jest założenie konta na stronie internetowej firmy i wypełnienie właściwego wniosku. Wpisanie własnych danych trwa zaledwie kilka minut. Cały proces udzielania pożyczki jest w ogromnej większości przypadków całkowicie zautomatyzowany, dlatego nie tylko trwa krótko, ale także nie wymaga żadnego kontaktu z osobami trzecimi. 

Kto może skorzystać z pożyczki na dowód online?

Pożyczki na dowód online dostępne są dla osób, które dysponują polskim obywatelstwem oraz pełnią praw obywatelskich. Zazwyczaj wystarczy ukończyć osiemnasty rok życia, jednak niektóre firmy wymagają ukończenia dwudziestu jeden lat. Niezbędne jest także posiadanie adresu e–mail oraz własnego konta bankowego. 

Bardzo ważnym krokiem jest weryfikacja zdolności kredytowej. Pożyczki na dowód, chociaż łatwe w uzyskaniu, nie są dostępne zawsze i dla każdego. We wniosku zazwyczaj należy umieścić dane swojego pracodawcy (razem z numerem NIP) oraz wysokość zarobków. Warto także zaznaczyć, że obecnie firmy pożyczkowe sprawdzają dane na temat swoich klientów w bazach Biur Informacji Gospodarczej – w tym BIK i BIG. 

Pożyczka na dowód online jest dostępna dla osób, które potrzebują gotówki szybko i nie chcą załatwiać formalności w placówce banku. To doskonałe rozwiązanie w podbramkowych sytuacjach oraz w każdym momencie, kiedy potrzebujemy dodatkowej gotówki. W przypadku chwilówek warto zaznaczyć, że trzeba mieć pewność, że pożyczka w odpowiednim czasie będzie mogła zostać zwrócona. 

Czy pożyczka na dowód online jest bezpieczna? 

Korzystanie ze sprawdzonych firm pożyczkowych w żadnym momencie nie jest niebezpieczne. Firma weryfikuje nasze dane. Zazwyczaj odbywa się to poprzez przelanie symbolicznej kwoty z konta, na które ma trafić pożyczka. Jeżeli korzystamy z aplikacji firmy pożyczkowej, weryfikacja dokonuje się właśnie poprzez tę aplikację. Dodatkowo wszystkie połączenia są szyfrowane, o czym świadczy znaczek kłódki na pasku przy adresie URL. 

Czy warto korzystać z pożyczek online? 

Korzystanie z pożyczek online jest coraz powszechniejszą praktyką. Wynika to przede wszystkim z faktu, że firmy pozabankowe wychodzą z inicjatywą i oferują klientom coraz ciekawszą ofertę. Pieniądze można pożyczać na różny okres czasu. Dodatkowo bardzo często pierwsza pożyczka jest darmowa – oznacza to, że oddajemy dokładnie tyle, ile pożyczyliśmy. 

Wiele osób bardzo ceni sobie także całkowity zdalny proces wnioskowania o pożyczkę. Nie trzeba fatygować sie do żadnej placówki bankowej. Nie ma konieczności kontaktu z osobą trzecią, która wypytuje i weryfikuje nasze dane. Wszystko odbywa się automatycznie a pieniądze niezwykle szybko pojawiają się na koncie. 

Pożyczki na dowód online sa niezwykle proste i wygodne. Jeżeli tylko posiada się zdolność kredytową i aktualny dowód osobisty nie ma żadnego problemu w skorzystaniu z nich. Możliwość zainstalowania aplikacji, wygodny interfejs i świetny kontakt z firmą sprawiają, że coraz więcej osób korzysta z tego typu usług. Jeżeli czujesz, że potrzebujesz pieniędzy szybko jest to niewątpliwie dobre rozwiązanie. 

Więcej informacji na temat pożyczek online znajdziesz na stronie: https://www.saverium.pl/

Narciarze i snowboarderzy w galeriach handlowych: konieczna pomoc i otwarcie stoków!

IDZIEMY NA NARTY I DESKĘ DO CENTRÓW HANDLOWYCH – pod takim hasłem przedstawiciele branży zajmującej się produkcją nart i snowboardów, a także ich sprzedażą oraz wypożyczaniem, inicjują happening w wybranych centrach handlowych w całej Polsce. Komitet Narty Snowboard Outdoor, który w imieniu tej branży walczy dla niej o rządową i PFR pomoc, a także – o otwarcie stoków narciarskich, co umożliwiłoby tej branży ponowne funkcjonowanie. Happening rozpocznie się 1 lutego o godzinie 18:00.

Zamknięcie stoków dla amatorów narciarstwa i snowboardingu zostało przedłużone, co oburzyło fanów sportów zimowych na świeżym powietrzu oraz przedsiębiorców zajmujących się produkcją, sprzedażą i wypożyczaniem sprzętu, kolejny miesiąc z rzędu pozbawionych możliwości utrzymania.

– Nasze straty idą już w miliony, tym bardziej, że w pomocach sektorowych, tarczach rządowych i PFR, jesteśmy cały czas pomijani. Wielu z nas staje się bankrutami. Chcemy zwrócić na naszą sytuację uwagę rządzących, którzy utrzymali lockdown stoków narciarskich, pomimo otwarcia dużych obiektów handlowych. Wykorzystamy to, aby o sobie przypomnieć – zapowiada Arkadiusz Walus z Komitetu Narty Snowboard Outdoor, wybierając się na happening „IDZIEMY NA NARTY I DESKĘ DO CENTRÓW HANDLOWYCH”.

Narciarze, snowboarderzy i przedsiębiorcy branżowi przejadą się schodami ruchomymi w górę i w dół w wybranych, dopiero co ponownie uruchomionych, galeriach handlowych, w strojach narciarskich, goglach, kaskach, rękawiczkach i w maseczkach, a niektórzy nawet z nartami i deskami w rękach. Będą więc w reżimach sanitarnych obowiązujących jeszcze w grudniu 2020 roku, kiedy stoki i wyciągi narciarskie mogły działać. Będą robić zakupy w sklepach sportowych i brać jedzenie na wynos ze znajdujących się tam punktów gastronomicznych, aby wspomóc tamtejszych najemców, dotąd także pozbawionych możliwości pracy. Jak zapowiadają, w ten sposób chcą zrozumieć istniejący paradoks i nawołują: „Narciarze i snowboarderzy łączcie się!”.

– Skoro sytuacja epidemiczna pozwala otwierać zamknięte przestrzenie na zakupy, to chcemy otwarcia wolnej przestrzeni na uprawianie sportu i nabywanie odporności. Zdajemy sobie sprawę z panującej epidemii i respektujemy zasady sanitarne. Pokazujemy, że na stoku jesteśmy zabezpieczeni strojem, maską, goglami, rękawiczkami i kaskiem – tłumaczy Arkadiusz Walus i zaznacza: – Tym bardziej, że na całym praktycznie południu Polski mamy obecnie tzw. Strefę Zieloną!

Przypomina także zasady organizacyjne happeningu: – Nie grupujemy się! Zachowujemy dystans i daleką ostrożność. Schodami ruchomymi jedziemy pojedynczo, nie wypowiadamy się politycznie, koniecznie odwiedzamy sklep sportowy i robimy choć drobne zakupy solidarnościowe. Zdjęcia wrzucamy w komentarzach fejsbukowego Wydarzenia i na swoje profile w social mediach.

A gdyby ktokolwiek zabronił nam wejść do centrum handlowego ze sprzętem, poinformujemy go grzecznie, że mamy takie prawo, chociażby idąc do serwisu lub sklepu sportowego, aby dopasować np. buty do nart.

Happening rozpocznie się 1 lutego (poniedziałek) o 18:00. Jego uczestnicy umawiają się w social mediach w lokalnych centrach handlowych, które planują odwiedzić podczas Wydarzenia „IDZIEMY NA NARTY I DESKĘ DO CENTRÓW HANDLOWYCH”, Jak dotąd, w sieci można zauważyć, że wybierają się do następujących miejsc:

  • Bielsko-Biała, CH Sfera
  • Gdynia, Centrum Riviera
  • Gliwice, Forum
  • Kraków, Galeria Bronowice
  • Katowice, Galeria Katowicka
  • Łódź, Manufaktura
  • Poznań, Posnania
  • Ruda Śląska, Plaza
  • Rybnik, Focus
  • Warszawa, Sadyba Best Mall

Z akcją solidaryzują się m.in. Polskie Stacje Narciarskie i Turystyczne oraz dziesiątki portali branżowych.

Powody największych frustracji Polaków w 2020 r.

Konieczność płacenia więcej za te same towary i usługi okazała się bardziej denerwująca niż pandemia, wynika z badania dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Na pytanie co było najbardziej frustrujące w minionym roku, Polacy odpowiedzieli kolejny już raz, że najbardziej irytujące były podwyżki. Nie powinno to zaskakiwać, biorąc pod uwagę, że średnioroczna inflacja w całym 2020 r. wyniosła 3,4 proc. i była najwyższa od 8 lat.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego grudniowy wzrost cen w porównaniu z analogicznym miesiącem 2019 r. wyniósł 2,4 proc., a więc mieścił się poniżej celu inflacyjnego i po raz trzeci spadł poniżej 3 procent. W całym 2020 roku nie było już jednak tak optymistycznie – 3,4 proc. to najwyższe wskazanie średniorocznej inflacji od 2012 roku. W niektórych miesiącach podwyżki były jeszcze wyraźniejsze – najwyższą miesięczną inflację w minionym roku zanotowano w lutym – 4,7 proc.

W 2020 r. w porównaniu z 2019 r. zdecydowanie bardziej zdrożały usługi niż towary – o 6,9 proc. vs 2,1 proc. Dla przykładu opłaty za usługi finansowe poszły w górę o 28,2 proc., a za wywóz śmieci nawet o 51,9 proc. Regulując rachunki za prąd płaciliśmy o 11,7 proc. więcej, korzystając ze stomatologa czy fryzjera musieliśmy liczyć się z podwyżkami przekraczającymi 11 proc. Z pewnością takich wzrostów trudno było nie zauważyć i nie odczuć w domowych budżetach. W przypadku towarów najwyraźniej podniosły się ceny gazet (6 proc.), a najistotniejsza z punktu widzenia wielu gospodarstw żywność zanotowała 5-proc. wzrost cen, przy czym najbardziej zdrożały owoce (17,6 proc.), wędliny o 9,5 proc. i pieczywo o 8,1 proc.

W badaniu na temat największych frustracji Polaków, podwyżki cen towarów i usług wygrały już drugi raz. W podsumowaniu 2019 r. zyskały 51 proc. wskazań, a wtedy średnioroczna inflacja wynosiła 2,3 proc. W największym stopniu podrożały wówczas opłaty za wywóz śmieci (21,4 proc.), ceny warzyw (19,8 proc.) i cukru (16,9 proc.).

Dwa lata wcześniej najbardziej frustrowały Polaków niskie zarobki – wynika z badań realizowanych dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. W sytuacji gdy w sektorze przedsiębiorstw płaca wnosiła 4852 zł brutto, a płaca minimalna 2100 zł, mówiło o tym 40 proc. badanych. Od tamtej pory przeciętne zarobki w przedsiębiorstwach wzrosły do 5411 zł (12 proc.), a płaca minimalna do 2600 zł (24 proc.). Na poprawę ocen w tej kategorii mogło też mieć wpływ np. poszerzenie programów socjalnych – od 1 lipca 2019 r. program 500+ obejmuje również pierwsze dziecko, regularnie wypłacana jest tzw. trzynastka dla emerytów.

powody frustracji polaków 2020
Źródło: Badanie Maison&Partners dla BIG InfoMonitor

Po wzroście cen towarów i usług, najczęściej (36 proc.) wymienianej przyczynie frustracji Polaków, na kolejnych miejscach znalazły się problemy powiązane z koronawirusem: negatywne informacje przekazywane w mediach na temat pandemii (27 proc.) oraz obawy zdrowotne z nią związane (25 proc.). Dokuczał nam również brak kontaktu z ludźmi (25 proc.) oraz ograniczenia w dostępie do różnych usług i rozrywek (24 proc.). W takim kontekście finanse osobiste zeszły na dalszy plan. Obawy finansowe i zbyt małe zarobki zyskały odpowiednio 18 proc. i 15 proc. wskazań. O finansach respondenci w minionym roku nie myśleli tak źle, bo w przeciwieństwie do poprzednich lat w okresie pandemii nie tyle martwili się niesatysfakcjonującą wysokością zarobków, ile możliwością utraty pracy w ogóle. Wielu pracowników, aby zminimalizować prawdopodobieństwo potencjalnie grożącego im bezrobocia, z własnej woli zgodziło się na obniżenie pensji. Zwolnienia boi się, aż co ósmy badany, a w grupie 45-54 lata jest to lęk 18 proc. pytanych.

Ale nie wszyscy widzieli powody do frustracji. W ciągu minionego roku uniknęło tego typu odczuć 8 proc. badanych, najwięcej (12 proc.) w grupie seniorów.

Starsi martwią się o zdrowie, młodzi o brak towarzystwa

Odpowiedzi w badaniu podsumowującym 2020 r. mocno różnią się w zależności od wieku respondentów. Wraz z upływem lat rośnie niepokój dotyczący stanu zdrowia i konieczności zapewnienia sobie środków na wydatki związane z leczeniem i lekami. I tak wśród osób 65+ najczęściej wymienianymi problemami roku 2020 była inflacja (45 proc.) oraz obawy zdrowotne dotyczące koronawirusa (42 proc.), a na trzecim miejscu ex aequo natłok negatywnych informacji medialnych na temat pandemii i brak możliwości kontaktu z innymi ludźmi (po 32 proc.).

powody frustracji polaków 2020 wiek
Źródło: Badanie Maison&Partners dla BIG InfoMonitor

Tymczasem dla osób w wieku 18-24 lat największą frustracją zeszłego roku okazały się ograniczenia spotkań, o których mówiło 33 proc. badanych. Drugie były negatywne informacje medialne, a zły stan psychiczny (22 proc. wskazań) prawie dorównał w tym przypadku skargom na inflację, o której wspomniało 24 proc. najmłodszych pytanych. Na kolejnej pozycji znalazły się zbyt małe zarobki (18 proc.) i konieczność nauczania domowego (16 proc.). Każda grupa wiekowa bardzo wyraźnie w inny sposób została doświadczona w minionym roku, choć akurat niezadowoleniu seniorów ze wzrostu cen wtórowali wszyscy inni respondenci, wyjątkiem byli jedynie właśnie najmłodsi.

Według prognoz NBP, po wzroście o 3,4 proc. w 2020 r., w tym roku inflacja konsumencka ma wynieść 2,6 proc.

Badanie zostało zrealizowane przez Maison&Partners, metodą CAWI na panelu badawczym Ariadna w dniach 11-15 grudnia 2020 r., na ogólnopolskiej, reprezentatywnej pod względem płci, wieku oraz wielkości miejsca zamieszkania próbie Polaków 18+. W badaniu wzięło udział N=1106 osób.

Indeks GIP60: Polscy producenci lekiem na całe zło

Aż trzy spółki z Giełdowego Indeksu Produkcji w pierwszej 10-tce rankingu GPW za 2020r. Nic dziwnego, bo ubiegły rok dla polskich spółek produkcyjnych okazał się bardzo udany. W konsekwencji GIP60 mimo zauważalnych problemów zdołał wypracować 11,37% wzrost wartości i zamknął 2020 rok na poziomie 882,34 punktów.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za rok 2020. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP, z DSR S.A. pisze:

Co druga spółka Giełdowego Indeksu Produkcji (GIP60) zanotowała w ubiegłym roku dwucyfrową dodatnią stopę zwrotu, a jedynie co piąta straciła więcej niż 10% wartości rynkowej. Żeby dostać się na podium rocznej klasyfikacji GIP60 należało osiągnąć wzrost ceny akcji na poziomie 359%, a zwycięstwo wymagało wzrostu o co najmniej 4141%. Warto przypomnieć, że w ubiegłym roku spółce ZPUE wystarczyło do zwycięstwa 151,28%, a podium zapewniał roczny zwrot na poziomie 65%.

Mediana rocznych stóp zwrotów na poziomie 52% pozwoliła polskim producentom tworzyw sztucznych osiągnąć najlepszy wynik w ujęciu branżowym. Na uwagę zasługują szczególnie Radpol i Lentex, które w ubiegłym roku wzrosły odpowiednio o 58,36% i 51,50%. Dwucyfrowe mediany rocznych stóp zwrotu zaobserwowano w tym czasie również wśród polskich producentów mebli (34%), przemysłu lekkiego (22%), materiałów budowlanych (15%) i farmacji (12%). Gorzej poradzili sobie producenci odzieży, dla których mediana rocznych stóp zwrotu wyniosła -20%. Niewielkie spadki zaobserwowano wśród producentów z branży metalurgicznej (-3%) i spożywczej (-1%).

Mercator najlepszą spółką GPW

Podium 2020 roku, ze względu na roczny wzrost wartości rynkowej przedstawia się następująco (w nawiasie miejsce w ogólnym rankingu GPW):

  1. Mercator Medical 4141,21% (1)
  2. Biomed-Lublin 753,33% (4)
  3. Libet 358,96% (9)

Niekwestionowanym zwycięzcą rocznego rankingu Giełdowego Indeksu Produkcji została spółka Mercator, która okazała się również najlepszą spółką GPW w 2020 roku. Co istotne, całe podium GIP60 znalazło się w 2020 roku w gronie najlepszych dziesięciu spółek z GPW, które notabene zostało w zeszłym roku zdominowane przez spółki z przewagą polskiego kapitału.

Już w zeszłym roku producent rękawiczek medycznych był najlepszy pod względem liczby zdobytych podiów miesięcznych klasyfikacji GIP60 (2 razy pierwsze miejsce i 2 razy trzecie miejsce), ale ostatecznie jej wartość rynkowa spadła w 2019 roku o 7,87%. Mimo tego w ubiegłorocznym podsumowaniu wskazywaliśmy na „duży potencjał do wzrostów, który na początku 2020 roku jest podsycany ogromnym popytem na produkty spółki wywołanym epidemią koronawirusa, dzięki czemu spółka jest jedną z najszybciej rosnących na całej GPW”.

Bez wątpienia producent rękawic, materiałów opatrunkowych i odzieży jednorazowej stał się jednym z największych beneficjentów sytuacji wywołanej pandemią koronawirusa. Cena akcji spółki wzrosła w trakcie 2020 roku z początkowej 9,95 zł do 422 zł , co oznacza, że spółka wyceniana na początku roku na ok. 105 mln zł, zamknęła go wyceną rynkową sięgającą prawie 4,5 mld zł. Jednocześnie, aż sześciokrotnie Mercator znalazł się na najwyższym stopniu podium: w styczniu, lutym, kwietniu, czerwcu, lipcu i wrześniu. Takiej dominacji nie zanotowano w pięcioletniej historii badań Giełdowego Indeksu Produkcji.

Drugie miejsce przypadło spółce Biomed-Lublin Wytwórnia Surowic i Szczepionek z Lublina, której wycena rynkowa wzrosła w ubiegłym roku z 65 mln zł do niemalże pół miliarda złotych, a w trakcie roku sięgała ona nawet 1,5 mdl zł. Rajd na akcjach spółki napędzany był przez liczne informacje o badaniach nad osoczem ozdrowieńców, które miały się przełożyć na stworzenie leku przeciwko koronawirusowi.

Miejsce trzecie dla spółki Libet za wzrost wyceny rynkowej o 358,96%. Wrocławski producent kostki brukowej i płyt tarasowych to kolejna spółka, dla której 2020 rok przyniósł wiele dobrego. Po długiej restrukturyzacji, której początki sięgają nawet paru lat wstecz, wyniki spółki ustabilizowały się, co przełożyło się na uznanie w oczach inwestorów i możliwość wykorzystania szans, które pojawiły się przed producentami materiałów budowlanych.

Najłatwiej odbić się z uklepanego dna

Pierwsza połowa 2020 roku upłynęła pod znakiem problemów wynikających z postępującej pandemii COVID-19, które piętrzyły się w kolejnych obszarach naszego życia. Izolacja kolejnych obszarów geograficznych i gospodarczych doprowadziła do zapaści w sektorze usług, ale też poważnych problemów w przemyśle. Jedną z konsekwencji początkowego chaosu i niepewności było zerwanie wielu łańcuchów dostaw, co wywołało spore zamieszanie w globalnej gospodarce, ale też zainicjowało proces redefinicji powiązań na gospodarczej mapie świata. Wzrosło znaczenie gwarancji dostaw i lokalizacji fabryk, a spadło znaczenie kryterium kosztowego, które napędzało wcześniej konkurencyjne cenowo przemysły dalekowschodnich gospodarek rozwijających się.

Skutki pozytywnej ekspozycji polskich producentów na tle tracących zaufanie dostawców z Dalekiego Wschodu dało się odczuć już w drugiej połowie 2020 roku. Ostatnie miesiące ubiegłego roku to wręcz okres boomu dla polskiego przetwórstwa przemysłowego. Jak podaje GUS, w samym tylko w grudniu produkcja sprzedana przetwórstwa przemysłowego wzrosła w Polsce o 12,8% w stosunku do grudnia 2019 r. Mocna końcówka roku pozwoliła niemalże wyrównać wynik i w okresie styczeń-grudzień 2020 r. produkcja sprzedana przemysłu była tylko o 1% niższa niż w 2019 r.

Również nastroje pracowników firm produkcyjnych, monitorowane w regularnych badaniach ankietowych,  uległy znacznej poprawie w drugiej połowie roku. Wskaźniki takie jak PMI® i ISM notują z każdym kolejnym miesiącem coraz wyższe wyniki. W Polsce, w drugiej połowie ub.r. wskaźnik PMI® powrócił po 20 miesiącach nad neutralny poziom 50 pkt, tak więc długa seria negatywnych odczytów została przerwana właśnie w połowie 2020 r.

2021 rokiem wielkich wyzwań, ale i wielkich szans

W Nowy Rok weszliśmy ze starymi problemami, restrykcje  w dalszym ciągu ograniczają lub nawet uniemożliwiają funkcjonowanie licznych firm z wielu sektorów. W tym roku jednak problemy są już dobrze poznane i pojawiła się nadzieja w postaci szczepionek, które powinny pomóc przywrócić nam swobodę funkcjonowania. Dlatego tyle uwagi poświęca się obecnie procesowi szczepień, który w różnych krajach przyjmuje różne formy i tempo. Z pewnością dla inwestorów będzie to jedno z kryteriów oceny potencjału gospodarki i rynków akcji, co widać m.in. na wykresie Izraelskich indeksów giełdowych.

Dla rynków akcji równie istotne będą kolejne pakiety stymulujące i niskie stopy procentowe, które zwykle przekładają się na zwiększony popyt na akcje. Na podstawie wypowiedzi prezesa NBP należy oczekiwać, że niskie stopy utrzymają się w najbliższym roku również w Polsce. Co powinno jeszcze bardziej zmniejszyć atrakcyjność bezpiecznych form lokowania oszczędności takich jak lokaty i obligacji, oraz zwiększyć tolerancję inwestorów na ryzyko zwiększając atrakcyjność rynków kapitałowych.

Oczywiście wyniki finansowe producentów też będą bardzo ważne dla ich wartości rynkowej, dlatego dodatkowym czynnikiem sprzyjającym wyceną polskich producentów będzie słaba złotówka, ponieważ znaczna część przychodów rodzimych wytwórców pochodzi z eksportu. W tym kontekście ważny jest również wspomniany proces reorganizacji łańcuchów dostaw.

Postępującą poprawę nastrojów pracowników firm produkcyjnych obserwujemy w kolejnych badaniach ankietowych zarówno na Zachodzie jak i na Wschodzie. Również nasi rodzimi producenci nie zdradzają oznak pesymizmu, co jedynie potwierdza dobrą sytuację w branży.

Dodając do poniższych informacji ogromne pakiety stymulujące gospodarki po obu stronach Atlantyku, należy oczekiwać dalszych wzrostów na rynkach akcji i wygląda na to, że tym razem nasza rodzima GPW stanie się jednym z jej beneficjentów, a polscy producenci powinni odegrać w tym procesie znaczącą rolę. Zatem kupujmy polskie spółki produkcyjne i pracujmy nad wzrostem znaczenia polskiego przemysłu.

Dla części firm pandemia to impuls do zmian. Cyfrowa rewolucja w tym roku przyspieszy

Rozwój usług chmurowych, narzędzi do pracy zdalnej i sprzedaży internetowej oraz działanie na rzecz większego cyberbezpieczeństwa – to zdaniem Tomasza Dreslerskiego, dyrektora sprzedaży ds. klientów kluczowych i korporacyjnych w Orange Polska, główne trendy na rynku telekomunikacyjnym i teleinformatycznym, które rozwiną się w tym roku w następstwie pandemii COVID-19. Większość firm będzie kontynuować zapoczątkowaną w zeszłym roku cyfrową transformację, a w niektórych przypadkach ona zdecydowanie przyspieszy. To sprawia, że segment B2B jest dziś dla operatorów komórkowych bardzo atrakcyjnym, choć niełatwym, obszarem rozwoju.

– Rok 2020 dla nas wszystkich – dla konsumentów i dla biznesu – był pełen wyzwań. Wyszliśmy z niego wzmocnieni o nowe doświadczenia. COVID przez wiele lat będzie przez nas zapamiętany jako zjawisko destrukcyjne, ale z drugiej strony – jako impuls do zmian. Wielu przedsiębiorców zobaczyło nowe szanse, nowe możliwości, których wcześniej nie dostrzegali albo które ignorowali – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Dreslerski.

COVID-19 mocno przyspieszył cyfryzację firm. W okresie lockdownu i powolnego odmrażania gospodarki polskie przedsiębiorstwa ekspresowo digitalizowały swoje działania. Jak wskazuje badanie Intel i Polycom, co trzecia mała i średnia firma w ubiegłym roku deklarowała wysoki poziom zaawansowania w procesach cyfryzacji biznesu, a kolejne 24 proc. było w fazie wdrażania założeń nowej strategii. Pandemia przyspieszyła np. wdrażanie chmury. 36 proc. MŚP miało już taką inwestycję za sobą, 21 proc. było w jej trakcie, a kolejne 17 proc. miało ją w planach. Zdaniem Orange Polska obszar chmury będzie jednym z najważniejszych dla klientów biznesowych również w tym roku.

– Szybka migracja do chmury jest dla wielu klientów krytyczna. Dla tych, którzy nie chcą lokować swoich zasobów za granicą, mamy coraz bardziej cenioną na rynku chmurę – Integrated Computing. Z drugiej strony jako operator mamy dostęp do wielu technologii. Dlatego oferujemy też rozwiązania chmurowe tj. Google’a, Amazona czy Microsoftu – wymienia nasz rozmówca.

Jak podkreśla, w postcovidowych realiach przedsiębiorcy jak nigdy wcześniej będą dbali o to, żeby upraszczać i optymalizować swoje procesy biznesowe, bo to pozwoli im elastycznie i szybko reagować na zmieniające się otoczenie, bez przerywania ciągłości biznesowej.

– To, że otoczenie zewnętrzne będzie się w czasach ciągle trwającego kryzysu zmieniać, jest sprawą pewną. Co najmniej trzy obszary  będą w 2021 roku zdecydowanie rozwojowe. Pierwszy jest związany z szeroko rozumianą wirtualizacją. Myślę tutaj zarówno o całkowitym, jak i o częściowym przenoszeniu procesów biznesowych i zasobów informatycznych do data centers. Te zasoby będą utrzymywane z dala od siedzib przedsiębiorstw, dostępne z każdego miejsca i skalowalne – mówi Tomasz Dreslerski.

Drugim obszarem, który w tym roku zdecydowanie przyspieszy w następstwie pandemii COVID-19, będą rozwiązania i infrastruktura umożliwiające firmom pracę zdalną z dowolnego miejsca. Z badania CBRE i Grafton Recruitment wynika, że sześciu na dziesięciu pracowników wykonuje dziś swoje obowiązki całkowicie zdalnie. Zgodnie z oczekiwaniami zatrudnionych, ale też ze względu na oszczędności, ten model pracy, również w wersji mieszanej, pozostanie obecny w wielu firmach także po ustaniu pandemii.

– Po roku 2020 duża część dużych firm potrafi już organizować pracę zdalną. Natomiast ciągle jest w Polsce wielu przedsiębiorców nieco mniejszych, którzy mogą pracować zdalnie, ale nie w takiej skali, w której chcieliby to robić. Dlatego starają się cały czas wdrażać rozwiązanie, które im na to pozwolą – wyjaśnia Tomasz Dreslerski.

Trzeci rozwojowy obszar jest związany z cyberbezpieczeństwem firm i przeciwdziałaniem zagrożeniom w internecie. Jak bardzo jest on istotny, pokazują dane centrum cyberbezpieczeństwa CERT Orange Polska i CyberTarczy, która w 2020 roku odnotowała aż dwa razy więcej incydentów phishingu niż rok wcześniej. W ciągu minionego roku podwoiła się też (do ponad 1 tys.) liczba przedsiębiorstw korzystających z całodobowego Centrum Zarządzania Operacjami Bezpieczeństwa SOC Orange. To pokazuje, że firmy nie czują się jeszcze odpowiednio zabezpieczone przez cyberzagrożeniami i szukają sprawdzonych i skutecznych rozwiązań.

Kolejnym punktem w strategii Orange jest obszar e-commerce.

– Mówimy o rozwiązaniach dla klientów, którzy posiadają już nawet swoje platformy e-commerce’owe, ale chcą zwiększać liczbę zamówień, wartość koszyka, czy poprawić wskaźniki efektywności swojego sklepu internetowego. Popyt na tego typu rozwiązania jest coraz większy – precyzuje Tomasz Dreslerski. – Nie sposób tu też nie wspomnieć o rozwiązaniach IoT i internecie rzeczy, który w 2021 również będzie dla nas bardzo istotny.

Jak podkreśla, ubiegły rok pokazał, że budowanie na rynku pozycji Orange Polska jako długoterminowego i strategicznego partnera dla firm przynosi oczekiwane rezultaty. W procesie transformacji cyfrowej przedsiębiorcy potrzebują bowiem wsparcia nie tylko technologicznego, lecz również kompetencyjnego.

– W 2021 rok wchodzimy w Orange z dość dużą pewnością. Mamy za sobą doświadczenia we wdrażaniu rozwiązań cyfrowych i wiemy, że one działają. Wiemy też, jak wspierać naszych klientów w bezpiecznym przejściu cyfrowej transformacji od początku do końca, jak łączyć kompetencje IT z kompetencjami telekomunikacyjnymi. Z drugiej strony, cały czas dbamy o rozwój naszych kompetencji cyfrowych. Mamy już dziś wiele produktów, które zdecydowanie pomagają klientom w tych specyficznych i trudnych czasach – mówi Tomasz Dreslerski.

Aby sprostać rynkowym wyzwaniom, operator postawił mocny akcent na doskonalenie swoich cyfrowych kompetencji – zarówno w oparciu o własne zasoby, jak i akwizycje. Stąd dołączenie w grudniu do Grupy Orange spółki Craftware, która zajmuje się wdrażaniem nowoczesnych rozwiązań CRM. Dzięki temu firma zyskała dostęp do szybko rozwijającego się segmentu rynkowego.

– W tym roku konsekwentnie skupimy się na wzmacnianiu pozycji Orange Polska jako długoterminowego, strategicznego partnera w cyfrowej transformacji firm. Postawimy na rozwój sieci 5G, dalszy rozwój ICT i oprogramowania dla klientów, a także na kolejne inicjatywy w zakresie internetu rzeczy. Wszystkie te rozwiązania są naturalnym uzupełnieniem naszej głównej oferty telekomunikacyjnej, stacjonarnej i mobilnej – podsumowuje ekspert Orange Polska.

Ministerstwo Infrastruktury będzie edukować Polaków o nowych przepisach ruchu drogowego. Zmiany wchodzące w życie od czerwca mają m.in. zwiększyć bezpieczeństwo pieszych

Co roku kilkaset osób ginie na przejściach dla pieszych, a kolejnych kilka tysięcy zostaje rannych. Przyczyną wielu wypadków jest nieustąpienie pierwszeństwa pieszemu, dlatego Ministerstwo Infrastruktury wprowadziło do przepisów pierwszeństwo osób wkraczających na pasy. Prawo wchodzące w życie od czerwca 2021 roku wprowadzi także kary dla pieszych za używanie na przejściach telefonów komórkowych, a dla kierowców – za jazdę „na zderzaku”. Ujednolicona zostanie też dopuszczalna prędkość w obszarze zabudowanym, niezależnie od pory dnia. Rząd zapowiada kampanię edukacyjną na temat nowych przepisów.

Tylko w 2019 roku, jak wynika ze statystyk Komendy Głównej Policji, doszło do ponad 3,7 tys. wypadków na przejściach dla pieszych (z udziałem pieszych i rowerzystów). Nieustąpienie pierwszeństwa pieszemu było przyczyną 2,8 tys. z nich. Zginęło w nich 250 osób, a ponad 3,6 tys. zostało rannych. Pasy są drugim – po jezdni – najczęstszym miejscem występowania wypadków.

– Wprowadzamy cztery zmiany, bardzo istotne z punktu widzenia zwiększania bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Pierwsza z nich dotyczy nadania pierwszeństwa pieszemu na przejściu. Kierowca zbliżający się do pasów, widząc pieszego wchodzącego na przejście, będzie musiał zwolnić i ustąpić pierwszeństwa tak, aby mógł on swobodnie, niezagrożenie przejść na drugą stronę jezdni – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Weber, wiceminister infrastruktury.

Rozszerzenie udzielenia pierwszeństwa pieszemu wchodzącemu na przejście nie dotyczy tramwajów.

– Tylko pieszy znajdujący się na torowisku będzie miał pierwszeństwo, natomiast pieszy wchodzący na nie już nie. To ze względu na to, że droga hamowania tramwaju jest dłuższa niż pojazdu samochodowego w sytuacji, kiedy oba jadą z jednakową prędkością – tłumaczy Rafał Weber.

W 2016 roku Polska należała do najmniej bezpiecznych krajów dla pieszych. Dane z Europejskiego Obserwatorium Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego wskazują, że w przeliczeniu na milion mieszkańców śmierć w wypadkach poniosło wówczas 22 pieszych, przy średniej europejskiej na poziomie 10 osób.  Jeszcze w 2007 roku było to ponaddwukrotnie więcej.

Druga istotna zmiana to zakaz korzystania przez pieszych ze smartfonów i innych urządzeń mobilnych podczas przechodzenia przez pasy. Jak wynika z analizy Instytutu Transportu Samochodowego  „Badania zachowania pieszych i relacji pieszy–kierowca”, przyznaje się do tego kilka procent pieszych. Eksperci podkreślają, że jest to jeden z najbardziej niebezpiecznych nawyków, bo skupienie uwagi na rozmowie czy przeglądanych treściach usypia czujność użytkownika drogi.

– Kary są już opisane w taryfikatorze mandatów, a wykroczenia – w kodeksie wykroczeń. Nie kierujemy się jednak w tych zmianach bardzo represyjną taktyką. Koncentrujemy się raczej na edukacji, zwiększaniu świadomości wszystkich użytkowników ruchu drogowego, więc nie przewidujemy większych kar dla pieszych, którzy w sposób niewłaściwy wchodzą na jezdnię – zaznacza wiceminister infrastruktury.

Nowe przepisy ujednolicają też dozwoloną prędkość w terenie zabudowanym do 50 km/h. Obecnie w nocy jest ona większa – między godz. 23 a 5 wynosi  60 km/h. Nowelizacja ustawy wprowadza też zakaz jazdy „na zderzaku”, czyli niezachowywania odpowiedniej odległości od innego pojazdu.

– Główną przyczyną wypadków w Polsce jest nadmierna prędkość. Chcemy walczyć z piratami drogowymi i ten przepis ma na celu uspokojenie jazdy na drogach szybkiego ruchu. Ma spowodować, by kierowcy zachowywali bezpieczną odległość między pojazdami, bo to w naszej ocenie właśnie zagwarantuje bezpieczeństwo w ruchu drogowym – przekonuje Rafał Weber.

Zgodnie z nowymi przepisami na drogach szybkiego ruchu bezpieczna odległość między pojazdami ma wynosić połowę wartości aktualnej prędkości. Zatem kierowca jadący 120 km/h musi jechać 60 m za poprzedzającym samochodem.

Rząd przygotował kampanię edukacyjną, która wyjaśni i przybliży kierowcom i pieszym nowe przepisy. Ma ruszyć w maju.

– Chcemy trafić do wszystkich uczestników ruchu drogowego – także do młodzieży i osób starszych – w każdy możliwy sposób. Na pewno będą to spoty emitowane w telewizjach i na portalach społecznościowych, audycje radiowe oraz materiały w prasie – mówi wiceminister infrastruktury. – Niezależnie od tego, czy jesteśmy rowerzystami, czy pieszymi, czy kierujemy pojazdem lekkim, czy ciężarowym – od każdego z nas zależy bezpieczeństwo w ruchu drogowym i do każdego z nas ta kampania będzie kierowana.

Szereg luk w ustawie o krajowym cyberbezpieczeństwie. Eksperci ostrzegają, że zaszkodzi relacjom z Chinami, odstraszy inwestorów i pozwoli cenzurować internet

Wprowadzenie w życie nowelizacji ustawy, która reguluje obszar polskiego cyberbezpieczeństwa, może mocno zaszkodzić relacjom gospodarczym z Chinami. W projekcie zachowano bowiem mechanizm, która pozwala wykluczyć chińskie firmy technologiczne z polskiego rynku – wskazuje redaktor naczelny portalu Chiny24.com Leszek Ślazyk. Jak podkreśla, odstraszy to też przyszłych inwestorów, którzy nie będą mieć pewności, czy nie zostaną nagle wykluczeni z polskiego rynku ze względu na kraj pochodzenia. Eksperci wskazują również na cały szereg innych mankamentów noweli ustawy o KSC, jak np. możliwość blokowania konkretnych adresów IP i stron internetowych na podstawie decyzji ministra.

– Pierwotny kształt tej ustawy miał być ukłonem w stronę administracji Donalda Trumpa, skierowanym przeciwko chińskim producentom sprzętu telekomunikacyjnego. Ten ukłon wydaje się jednak nie przynosić żadnych korzyści stronie polskiej. Świadczy też o nikłej orientacji w powiązaniach między globalnymi liderami infrastruktury telekomunikacyjnej, zwłaszcza 5G. Dla przykładu szwedzka firma Ericsson, która jest postrzegana jako alternatywa dla Huaweia, produkuje gros swoich rozwiązań w Chinach, w ramach swojej spółki joint venture Panda Electronics. Trudno będzie więc obronić przed dowolnym trybunałem decyzję o wykluczeniu chińskiego dostawcy na korzyść europejskiego, który i tak produkuje w Chinach i na bazie chińskich komponentów – mówi agencji Newseria Biznes Leszek Ślazyk, politolog i redaktor naczelny portalu Chiny24.com.

W połowie stycznia pojawiła się nowa propozycja zmian w ustawie o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Do pierwszej ponad setka różnych podmiotów – ekspertów, firm i instytucji branżowych – zgłosiła w sumie 750 różnych uwag. Kontrowersje wzbudziły m.in. zapisy, które pozwalają wykluczyć z polskiego rynku niektórych dostawców infrastruktury i oprogramowania na podstawie otwartych, nietechnicznych kryteriów (np. czy dana firma pochodzi z kraju, w którym są przestrzegane prawa człowieka). Zapis był wymierzony przede wszystkim w chińskich dostawców technologii, w tym m.in. koncern technologiczny Huawei, oskarżany przez administrację Donalda Trumpa o udostępnianie informacji i współpracę z chińskim rządem.

W tle jest jednak wątek polityczny, czyli napięte relacje i wojna handlowa pomiędzy Chinami a USA, które już w połowie roku zaczęły realizować program Clean Network, mający wyeliminować chińskich producentów z rynku teleinformatycznego i budowy 5G. Z kolei we wrześniu ub.r. Polska podpisała ze Stanami deklarację o współpracy w zakresie bezpieczeństwa przy wdrażaniu tej technologii. Eksperci podnoszą jednak, że wpisanie się w amerykańską kampanię wymierzoną w firmy technologiczne z Chin może mocno zaszkodzić relacjom gospodarczym i wartej około 136 mld zł rocznie wymianie handlowej z Państwem Środka.

– Gdyby zapisy tej ustawy dotknęły dostawców z Chin, mamy też kolejne pole sporu z Unią Europejską, która w ostatnich dniach minionego roku doprowadziła do podpisania umowy inwestycyjnej z Chinami – zauważa Leszek Ślazyk.

Jak podkreśla, projektowane przez rząd zmiany w ustawie o KSC, wymierzone przede wszystkim w chińskich dostawców sprzętu i oprogramowania, stoją też w sprzeczności z międzynarodowym i unijnym prawem dotyczącym m.in. wolnego handlu czy swobody prowadzenia działalności gospodarczej dla wszystkich przedsiębiorstw, niezależnie od ich kraju pochodzenia.

– Zapisy w tej ustawie mogą sprawić, że Polska będzie stawać przed różnego rodzaju instytucjami międzynarodowymi, oskarżona o naruszenie wielu norm prawa międzynarodowego. Sprawna kancelaria będzie mogła zająć się wyłącznie kierowaniem do trybunałów czy sądów spraw przeciwko Polsce – mówi redaktor naczelny portalu Chiny24.

Politolog zwraca uwagę, że wdrożenie noweli ustawy o KSC w obecnym kształcie – z mechanizmem zaprojektowanym w celu wykluczenia konkretnych dostawców – może nie tylko zaszkodzić relacjom gospodarczym między Polską i Chinami. Odstraszy też potencjalnych inwestorów, którzy nie będą mieć pewności, czy nie zostaną nagle wykluczeni z polskiego rynku ze względu np. na kraj pochodzenia.

– Na dodatek w nowym projekcie ustawodawca usunął możliwość wnoszenia protestów, co jest kuriozalne. Dostawcy eliminowani za pomocą takich przepisów będą mogli dochodzić swoich praw w instytucjach europejskich, co może implikować znacznie więcej problemów, niż zakładają autorzy projektu tej ustawy – mówi Leszek Ślazyk.

Firmy, które na podstawie kryteriów zawartych w ustawie o KSC zostaną uznane za tzw. dostawców wysokiego ryzyka, zostaną odcięte od kontraktów i de facto wykluczone z polskiego rynku. Nowy projekt nie przewiduje właściwych narzędzi prawnych, które dawałyby im realną możliwość odwołania od tej decyzji czy nawet uzyskania jej uzasadnienia.

 Mechanizmy certyfikowania dostawców, brak konieczności uzasadnienia decyzji, niemożność wglądu ocenianego do dokumentów – to oczywiste ścieżki do nadużyć. Takie praktyki psują nasz wizerunek, nie tylko w oczach strony chińskiej – podkreśla ekspert. – Przy takim poziomie prowadzenia polityki nie możemy liczyć na poważne traktowanie w przestrzeni międzynarodowej.

Jak wskazuje, nowe przepisy uderzą też w komercyjnych operatorów telekomunikacyjnych, którzy działają na polskim rynku. Ci będą bowiem zmuszeni w ciągu pięciu–siedmiu lat wycofać ze swojej infrastruktury cały sprzęt i oprogramowanie pochodzące od tzw. dostawców wysokiego ryzyka. Kosztów tej wymiany nie poniesie państwo, ale sami operatorzy, co będzie się wiązać z wielomiliardowymi nakładami i możliwym wzrostem cen usług dla klientów. Spółka Play Communications (właściciel sieci Play) oszacowała, że przymusowa rezygnacja ze sprzętu Huaweia będzie dla niej oznaczać koszt ok. 900 mln zł w ciągu siedmiu lat.

– Czy w takiej sytuacji operatorzy będą jeszcze skłonni inwestować w nowe rozwiązania, czy skoncentrują się na przebudowie zasadniczej części infrastruktury? A może w ogóle wycofają się z polskiego rynku? Kto miałby bowiem sfinansować te zmiany? Klienci mają raczej ograniczoną skłonność do akceptowania znacznego wzrostu cen usług – mówi Leszek Ślazyk.

Konieczność wycofania i rezygnacja ze sprzętu Huaweia, który jest w tej chwili jednym z głównych dostawców infrastruktury dla sieci 5G, będzie też oznaczać możliwe opóźnienia we wdrażaniu tej technologii w Polsce. W połowie ubiegłego roku brytyjska firma analityczna Assembly Research oszacowała, że może to opóźnić budowę 5G w naszym kraju nawet o trzy lata, pociągając za sobą straty dla gospodarki w wysokości 4,8 mld euro.

 W najbliższych kilku latach będziemy coraz częściej słyszeć o w pełni zrobotyzowanych i zautomatyzowanych fabrykach, pojazdach autonomicznych, o rozwiązaniach łączących sztuczną inteligencję, internet rzeczy, technologie Big Data, blockchain czy cloud computing. Państwa, które nie będą posiadać sprawnej, powszechnej sieci 5G, zwyczajnie znikną z map inwestorów. Tutaj znajduje się źródło potencjalnych turbulencji i strat – podkreśla politolog.

W projekcie nowelizacji ustawy o KSC znalazły się też zapisy dające możliwość odłączenia konkretnych serwisów online na podstawie decyzji ministra ds. informatyzacji (w tej chwili te kompetencje należą do premiera). Będzie on mógł wydać operatorom telekomunikacyjnym nakaz blokowania konkretnych adresów IP i stron internetowych, co otwiera furtkę do cenzurowania internetu. Mimo tak daleko idących zmian rząd nie poddał ich publicznym konsultacjom i nie planuje takiego kroku.

W czasie pandemii tracą apteki. Spada szczególnie sprzedaż leków na receptę

Izolacja spowodowała spadek infekcji i ograniczenie wizyt lekarskich, a to przełożyło się na zahamowanie sprzedaży leków na receptę. Wprawdzie wzrosty odnotowała kategoria produktów do dezynfekcji oraz wzmacniających odporność, ale mimo to ilościowo sprzedaż na całym rynku spadła o ponad 3 proc. – wynika z danych PEX PharmaSequence. Wprawdzie obrót statystycznej apteki wzrósł, ale przyczynił się do tego spadek liczby aptek na rynku, co jest spowodowane zmienionymi kilka lat temu regulacjami. Wraz z falą szczepień i ustępowaniem pandemii aptekarze liczą na powrót pacjentów, zwłaszcza tych kupujących leki refundowane.

Rynek apteczny w zeszłym roku prawie nie urósł. Według naszych danych wzrost wartościowy to jest 1,4 proc., ale ilościowo sprzedaż spadła o ponad 3 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Frąckowiak, prezes PEX PharmaSequence. – Ten spadek nie jest niczym dziwnym, ale jego wysokość już zaczyna niepokoić, szczególnie jeżeli popatrzymy, co się przestało sprzedawać. To przede wszystkim leki na receptę, szczególnie refundowane i niepełnopłatne. Wynika to z utrudnionego dostępu do służby zdrowia, z obostrzeń, jakie zostały wprowadzone, bo paradoksalnie przestaliśmy chorować na infekcje, nie było alergii.

Według danych PEX PharmaSequence wartość całego rynku aptecznego w 2020 roku wyniosła 37,7 mld zł. Najwięcej pieniędzy konsumenci przeznaczyli na leki bez recepty czy suplementy diety – 16,6 mld zł. Było to o 4,0 proc. więcej niż w 2019 roku. Sprzedaż ta była jednak nierówna – eksplodowała w marcu, potem jednak wyhamowała na skutek izolacji, ograniczenia wizyt lekarskich, a także mniejszej niż zwykle liczby infekcji. Nieznacznie wzrosła wartość realizowanych recept pełnopłatnych – o 1,7 proc., do 8,45 mld zł, natomiast spadły obroty lekami refundowanymi. Ich wartość wyniosła niespełna 12,4 mld zł i była niższa od zrealizowanej w 2019 roku o 2,1 proc.

Kategorią topową w początkowym okresie pandemii były środki ochrony osobistej oraz do dezynfekcji, ale ta sprzedaż natychmiast została przechwycona przez rynek masowy. Trudno powiedzieć, że na tym ktoś zarobił, rzeczywiście ceny tych produktów na początku były wysokie, ale bardzo szybko zaczęły spadać, jak tylko się zwiększyła podaż – mówi Jarosław Frąckowiak.

Wysokie było również zapotrzebowanie na leki i suplementy wspierające odporność, szczególnie podczas drugiej fali pandemii.

– Z kolei produkty przeciwbólowe, przeciwprzeziębieniowe, ponieważ nie mieliśmy jesienią epidemii grypy, nie sprzedawały się tak dobrze jak w zeszłych latach – mówi prezes PEX PharmaSequence.

Statystyczna apteka miała w 2020 roku obroty wyższe o 5,8 proc. niż w 2019 roku i aż o 19,4 proc. niż w 2018 roku. Średnio wyniosły one niemal 2,8 mln zł. Liczba pacjentów spadła jednak o 5,6 proc., do 44,1 tys.

– Obrót średniej statystycznej apteki rośnie, czyli wydawać by się mogło, że jest dobrze. Było to jednak spowodowane głównie spadkiem liczby aptek. Prawie 460 aptek i punktów aptecznych netto z rynku ubyło, mamy ich teraz około 13 tys., a był taki okres, że działało ich ok. 15 tys. Wydaje się, że ten trend spadkowy nie zostanie zahamowany – ocenia Jarosław Frąckowiak.

Spadek ten nie jest jednak efektem pandemii. Wprawdzie w ostatnich miesiącach koszty związane z utrzymaniem apteki wzrosły, ale mimo to marże także udało się podnieść.

Spadająca liczba aptek to jest wieloletni, długotrwały efekt pogarszania się ich kondycji ekonomicznej, efekt regulacji „apteka dla aptekarza”. Uniemożliwia ona zakładanie aptek przez osoby, które nie są farmaceutami, i ogranicza do czterech liczbę posiadanych aptek. Pandemia mogła tylko przyspieszyć upadek niektórych aptek ze względu na to, że nie poradziły sobie z rosnącymi kosztami prowadzenia lub nie były w stanie podołać szybszym spłatom np. kredytów kupieckich czy terminom płatności oferowanym przez hurtownie, które same też musiały zmagać się ze skutkami pandemii ­– wyjaśnia ekspert.

Farmaceuci liczą jednak na powrót pacjentów po tym, jak świat upora się z koronawirusem, m.in. za pomocą szczepień. Otwarcie gospodarek i zniesienie obostrzeń może zwiększyć dostęp do wizyt, badań i usług medycznych, a więc przyczyni się do większej liczby diagnoz. Konkretne prognozy na 2021 rok uzależnione są od tego, ile czasu zabierze farmakologiczne opanowanie pandemii i przełamanie psychicznych barier konsumentów.

Odroczony dług zdrowotny trzeba będzie spłacić. Będziemy musieli zacząć leczyć tych pacjentów, którzy nie zostali zdiagnozowani, przerwali terapię, nie podążali za nią tak, jak powinni. Zatem popyt, który będzie stymulował podaż, powinien być bardzo duży – przewiduje prezes PEX PharmaSequence. – Przypuszczamy, że rynek może urosnąć znacznie więcej niż w ubiegłym roku, nawet o około 7 proc. wartościowo, i odbić się mocno od tych ujemnych wyników dotyczących liczby sprzedanych produktów.

Nowe technologie pozwolą utrzymać reżim sanitarny w galeriach handlowych. Modułowa stacja do mierzenia temperatury po pandemii sprawdzi się np. jako terminal płatniczy

1 lutego galerie handlowe mogą ponownie być otwarte, co oznacza możliwość otwarcia wszystkich sklepów, ale też konieczność utrzymania handlu w reżimie sanitarnym. Pomagają w tym najnowsze technologie. Polski start-up opracował urządzenie, które może łączyć w sobie niezbędne funkcje w realiach pandemii, takie jak badanie temperatury czy dezynfekcja rąk. Można je też rozbudować o inne moduły, jak np. bezdotykowa płatność, dzięki czemu sprzęt będzie można wykorzystać także po ustaniu pandemii. Tymczasem opracowanie szczepionek przeciwko koronawirusowi zahamowało nieco rozwój innowacji wymierzonych w pandemię.

– Szczepionka ograniczyła trochę entuzjazm do tworzenia kolejnych rozwiązań antycovidowych. Wszyscy liczymy na to, że niebawem wrócimy do normalnego życia. Dlatego staraliśmy się nasze produkty tak projektować, aby po jednym czy półtora roku wykorzystywania ich jako produkt antycovidowy mogły zastąpić pewne procesy, które tak czy inaczej są potrzebne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Badowski, CEO w Nanovo.

Start-up Nanovo opracował stację Nanovo Care Station, która pomaga firmom stosować się do obowiązujących w danym momencie obostrzeń sanitarnych. Urządzenie może mierzyć temperaturę ciała odwiedzających galerie handlowe czy konkretne sklepy, a także bezdotykowo dezynfekować ręce. Może też być wykorzystywane do kontrolowania liczby klientów przebywających w placówce, a także, dzięki integracji modułów IoT oraz geolokalizacji, do sprawdzania przepływu osób w obiekcie.

– Nanovo Care Station to urządzenie, które wymyśliliśmy już w drugim tygodniu pierwszego etapu pandemii, podczas pierwszego lockdownu. Urządzenie składa się z ekranu, który ma funkcje dotykowe, edukacyjne i informacyjne, a do tego z modułu dezynfekcji rąk oraz modułu pomiaru temperatury ciała – wymienia Piotr Badowski. – W momencie, kiedy się okazuje, że klient ma rzeczywiście podwyższoną temperaturę, informacja nie jest pokazywana na ekranie, tylko zapalają się światełka. Urządzenie można tak skonfigurować, by po zapaleniu się czerwonej lampki, sygnalizującej gorączkę, przekazywało informację natychmiast do recepcji.

Jak dodaje, po pojawieniu się informacji o opracowaniu szczepionki przeciw wirusowi SARS-CoV-2 zainteresowanie innowacjami spadło. Dlatego urządzenie zostało tak opracowane, by po ustaniu pandemii sprzęt można było w dalszym ciągu eksploatować, tylko w inny sposób.

– Zainteresowanie ze strony naszych potencjalnych klientów było bardzo duże. Dzisiaj ciągle toczą się rozmowy na temat wprowadzenia ich do dużych sieci. Naturalnie wraz z pojawieniem się informacji o szczepionce zainteresowanie jest trochę mniejsze, natomiast sama modułowość naszego urządzenia pomaga nam w tym, żeby rozmawiać w dalszym ciągu o takiej inwestycji – przekonuje CEO w Nanovo.

Z raportu Technavio wynika, że w wyniku pandemii koronawirusa rozwój rynku terminali samoobsługowych w handlu przyspieszy do średniorocznego tempa wzrostu na poziomie 17 proc. (z wcześniejszych 14 proc.). Już dziś z tego typu rozwiązań korzysta coraz więcej sieci handlowych, takich jak Lidl, Biedronka, Auchan oraz Rossmann, a także restauracje typu fast-food – m.in. McDonald’s. Bez udziału obsługi można również dokonać płatności za paliwo. Jako pierwszy w Polsce taką możliwość dla klientów posiadających aplikację mobilną wprowadził Orlen. Niedawno płatności samoobsługowe wprowadziły również stacje Circle K.

Dzięki modułowej budowie Nanovo Care Station urządzenie może być wielofunkcyjne i sprawdzi się w różnego rodzaju zadaniach.

– Po ustaniu pandemii można będzie zamienić je na urządzenie funkcjonalne typu self-checkout, dzięki któremu możemy zapłacić za produkt w sposób zautomatyzowany, bez udziału pracownika. Te moduły są bardzo łatwo wymienne. Zamiast modułu do dezynfekcji rąk można wstawić terminal płatniczy. Niektórzy z naszych klientów myślą o tym, aby używać tych urządzeń jako tzw. kolejkomaty, dzięki którym można przyjść na umówione spotkanie do punktu usługowego, zamówić sobie godzinę wizyty i załatwić w międzyczasie coś innego w danej galerii – wskazuje Piotr Badowski.

Z raportu Global Market Insights wynika, że rynek systemów typu self-checkout do 2026 roku przekroczy wartość 6 mld dol. Z badań zleconych przez Mastercard wynika, że z płatności samoobsługowych chętnie korzysta 51 proc. respondentów.

W czasie pandemii zaledwie 40 proc. miejsc parkingowych w biurowcach jest zajętych. Platforma polskiej firmy pozwala lepiej nimi zarządzać i sporo zaoszczędzić

Jeszcze przed pandemią w budynkach biurowych wykorzystywanych było tylko ok. 60 proc. miejsc parkingowych. W czasie lockdownu i częstszej pracy zdalnej ten odsetek spadł do ok. 40 proc. Polska firma opracowała platformę, która zmniejsza skalę marnotrawstwa tych miejsc. Przy zarządzaniu np. 60 miejscami w ramach platformy miesięczne oszczędności mogą sięgnąć 3,6 tys. euro. Pracownicy zyskują zaś dodatkowy benefit w postaci miejsca parkingowego.

– Parkey to platforma dla firm wynajmujących przestrzeń parkingową w budynkach biurowych. Ideą platformy jest umożliwienie pracownikom współdzielenia miejsc parkingowych pomiędzy sobą w celu jak najlepszego wykorzystania przestrzeni parkingowej, którą posiadają – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Postupalski, współzałożyciel Parkey.

The International Parking & Mobility Institute (IPMI) podaje, że dla 44 proc. kierowców poszukiwanie miejsca parkingowego jest jednym z bardziej stresujących doświadczeń. Innowacyjne rozwiązania próbują rozwiązać ten problem. Przykładowo zautomatyzowany system parkingowy wykorzystuje roboty do podnoszenia samochodów i efektywniejszego parkowania ich na tradycyjnym parkingu. System został zainstalowany na lotnisku Lyon-Saint Exupéry i pozwala wydajniej zarządzać miejscami parkingowymi i wykorzystywać każdą przestrzeń. Podobnie działa system wind parkingowych, który umożliwia parkowanie samochodów jeden na drugim.

Takich rozwiązań nie da się jednak stosować na parkingach w biurowcach. Jednocześnie szacuje się, że na 100 pracowników biurowych średnio przypada zaledwie 10–15 miejsc parkingowych. W efektywnym ich zarządzaniu pomaga polska platforma Parkey.

– Pierwszym krokiem jest zdefiniowanie mapy parkingu i to wykonuje office manager w ramach firmy i on też konfiguruje, czy miejsca są współdzielone, czy są zajęte przez menadżerów albo osoby z samochodami służbowymi. Wszyscy pracownicy dostają aplikację mobilną, gdzie mapa parkingu też jest zdefiniowana, i za każdym razem, kiedy istnieje potrzeba zaparkowania, sprawdzają, czy jest wolne miejsce i czy można je zarezerwować na dany dzień. Dodatkowo pracownicy, którzy mają na stałe miejsce parkingowe, mogą je zwolnić – tłumaczy Paweł Postupalski.

Potrzebę wprowadzenia podobnego rozwiązania pokazała pandemia, kiedy w czasie lockdownu praca przeniosła się do domów. Miejsca parkingowe stały puste, tymczasem firmy nimi zarządzające wciąż ponosiły duże koszty.

– Nawet przed COVID-em, czyli w 2019 roku, tylko 60 proc. miejsc było wykorzystywanych. W chwili obecnej, kiedy dużo osób pracuje z domu albo w trybie hybrydowym, obłożenie parkingu jest jeszcze niższe, nawet do 40 proc. To oznacza, że ponad połowa miejsc zwykle jest wolna. Kluczową korzyścią dla firmy jest redukcja marnotrawstwa tych miejsc, za które i tak musi płacić, a w zamian pracownicy dostają bardzo fajny benefit w postaci miejsca parkingowego – przekonuje ekspert.

Z analizy Parkey wynika, że zarządzanie miejscami parkingowymi za pomocą platformy może przynieść spore oszczędności. W przypadku 20 miejsc ok. 1,2 tys. euro, przy 150 – nawet 9 tys. euro.

–  Teraz w czasie pandemii firmy zaczęły wprowadzać hybrydowy model pracy, gdzie każdy z pracowników spędza dwa–trzy dni w biurze i dwa do trzech dni pracuje z domu, więc liczba osób dojeżdżających do pracy się zmniejszyła, czego efektem jest jeszcze większa liczba niewykorzystanych miejsc parkingowych każdego dnia. Tym dojeżdżającym do pracy umożliwiamy bezpieczniejszy i szybki dojazd autem i gwarantujemy, że będą mogli w wygodny sposób zaparkować w biurze – podkreśla Paweł Postupalski.

Gospodarka USA odnotowała największe spowolnienie od 1946 r.

W tym tygodniu w USA opublikowano wstępne szacunki PKB za 2020 r., zgodnie z którymi PKB spadł o 3,5%. Jest to największy spadek od 1946 roku, ale biorąc pod uwagę pandemiczne okoliczności, jest to nadal zadowalający wynik. Co więcej, spadek ten nie jest tak głęboki, jak w innych krajach Unii Europejskiej.

Należy też pamiętać, że w 2020 r. Stany Zjednoczone włożyły znacznie więcej pieniędzy w gospodarkę, niż kraje unijne za pośrednictwem programów fiskalnych. Odzwierciedla się to wysokim oprocentowaniem długu USA. Kraje UE są mniej zadłużone, lecz spadek PKB jest wyższy z powodu ostrzejszych środków przeciwko koronawirusowi. Jak podaje Bloomberg, Europejski Bank Centralny widzi, że inwestorzy zakładają brak możliwości dalszych obniżek stóp procentowych, ale chce aby rynek wiedział, że nie jest to wykluczone i że może podjąć działania w obliczu spadku PKB.

Kurs złotego wobec euro nie zmienił się znacząco w tym tygodniu. Po początkowym osłabieniu, złoty umocnił się w drugiej połowie tygodnia, notując w piątek rano poziom 4,54 PLN/EUR. Wśród walut regionalnych warto również wspomnieć o koronie czeskiej, która od początku listopada umacnia się w stosunku do euro, pomimo że Republika Czeska jest jednym z krajów najbardziej dotkniętych przez Covid-19 w ostatnich miesiącach. Oprócz korony, euro osłabiło się również względem dolara, uzyskując poziom 1,210 USD/EUR na końcu tygodnia.

Marta Pavlik, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA

Czterodniowy tydzień pracy już niebawem zdominuje rynek

Czy praca przez 8 godzin dziennie przez 5 dni w tygodniu może odejść do lamusa? Wiele na to wskazuje! Firmy przekonują się, że jeśli chodzi o pracę, dłużej wcale nie znaczy lepiej. Coraz więcej przedsiębiorstw wdraża w życie idee czterodniowego tygodnia pracy. Co ciekawe, rozwiązanie to podoba się także Polakom. Według badań firmy ADP, chęć modyfikacji czasu pracy wyraża aż sześciu na dziesięciu ankietowanych. Czy taki model może już wkrótce zrewolucjonizować rynek pracy?

Pandemia koronawirusa odcisnęła swoje piętno na wielu sektorach gospodarki. Jej skutki bardzo widoczne są m.in. na rynku pracy, który jak się okazuje, nie tylko musi poradzić sobie z wyzwaniami pracy zdalnej, ale także z samym modelem pracy. Pokazuje to przykład firmy Unilever, jednego z globalnych liderów sektora FMCG, który zdecydował się na przetestowanie czterodniowego tygodnia pracy w swoim oddziale w Nowej Zelandii. Okres próby ma potrwać rok i rozpoczął się w grudniu. Pracownicy mają możliwość skrócenia swojego czasu pracy o 20 proc. zachowując przy tym takie samo wynagrodzenie.

Jednakże Unilever to nie jedyna firma, która w obecnym czasie zmotywowała się do wprowadzania innowacji w tym zakresie. Japoński oddział Microsoft również rozpoczął eksperyment i o jeden dzień skrócił tydzień pracy. Przez cały sierpień 2019 r. 2300 pracowników firmy pracowało od poniedziałku do czwartku, otrzymując tym samym trzydniowy weekend. Efekty okazały się zaskakujące. W tym czasie produktywność, oparta na konkretnych wyliczeniach sprzedaży na pracownika, wzrosła o prawie 40 proc. (vs sierpień 2018 r.). Jak podaje Microsoft, ma to związek również z tym, że ograniczono czas tradycyjnych spotkań na rzecz wideokonferencji i telekonferencji. Rozwiązanie zostało pozytywnie ocenione przez ponad 92 proc. pracowników. To dopiero początek przygody z czterodniowymi tygodniami pracy, ponieważ Microsoft od razu zapowiedział kolejne etapy testowania i wdrażania tego systemu.

Co ciekawe, model czterodniowego tygodnia pracy dobrze postrzegany jest także w Polsce. Według badania „Worforce View 2020” przeprowadzonego przez firmę ADP, zdecydowana część polskich pracowników zgłasza potrzeby zmian właśnie w zakresie czasu pracy, a także w systemie wynagrodzeń. Dotychczasowo dominujące rozwiązanie – praca przez 8 godzin przez 5 dni w tygodniu odpowiada tylko 38 proc. grupy badawczej.

– Pojawia się coraz więcej badań świadczących o tym, że pracownicy, nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie, chcą zmian w systemie pracy. Od pewnego czasu mówi się o czterodniowym tygodniu pracy, a testy, takie jak na przykład eksperyment japońskiego Microsoftu, pokazują, że taka zmiana może być korzystna nie tylko dla pracownika, ale i dla pracodawcy. Widoczny jest wzrost efektywności i większe zadowolenie z pracy. Choć Polacy nie są jeszcze wielkimi entuzjastami tego pomysłu, to rośnie świadomość dotycząca korzyści takiego trybu pracy i stale przybywa osób przekonujących się do tego rozwiązania – komentuje Anna Barbachowska, HR Business Partner z firmy ADP Polska.

Polacy nie tylko są pozytywnie nastawieni do zmiany modelu pracy, ale także do systemu wynagrodzeń. Jedynie 52 proc. respondentów, którzy otrzymują wynagrodzenie w cyklach miesięcznych, wskazało, że  to rozwiązanie im odpowiada. 15 proc. natomiast wolałoby otrzymywać tygodniówki (głównie są to osoby w wieku 45-50 lat – 19 proc.), a co dwa tygodnie wynagrodzenie chciałoby dostawać 21 proc. badanych. Sporo zwolenników takiego rozwiązania jest nie tylko wśród najmłodszej grupy w wieku 18 – 24 lata (21 proc.) i 25 – 34 lata (23 proc.), ale również w wieku 55+ (aż 24 proc.)

PKB Polski w 2020 roku spadł o 2,8%

Według pierwszego szacunku PKB w 2020 roku spadł o 2,8%, po wzroście o 4,5% w 2019 roku – podał dzisiaj GUS.

Dzisiaj GUS opublikował kluczowe dane dla polskiej gospodarki: pierwszy szacunek PKB za ubiegły rok. Mówi on o tym, jak firmy przeszły przez ograniczenia podażowe i lockdowny oraz jak konsumenci przyjęli zwiększone ryzyka bezrobocia i utraty dochodów. Okazuje się, że – jak na obecne warunki – dobrze.

PKB w 2020 spadł realnie o 2,8%. Jeśli te statystyki zostaną potwierdzone, to znacznie mniejsze tąpniecie niż prognozowały organizacje międzynarodowe i dość konserwatywne ośrodki Ministerstwa Finansów i NBP. Spełniły się optymistyczne szacunki sektora prywatnego, który mówił o ok. 3% na minusie.

Jak na istniejące ograniczenia, relatywnie niewielki jest spadek spożycia w sektorze prywatnym (-3,0% r/r) – konsumenci wprawdzie nie wydawali na to, co zwykle, ale pojawiły się nowe kategorie kosztów, m.in. związane z usługami publicznymi czy koniecznością dokonania zmian w swoim otoczeniu. Tu jednak rozluźnianie obostrzeń powinno zastąpić jednorazowe efekty 2020 r. Kiepsko plasują się inwestycje (-8,4% r/r), ale efekt pandemii tylko wzmacniają nasze problemy systemowe.

Niezwykle korzystnym zbiegiem okoliczności jest ciągnący w górę eksport, który zawdzięczamy wysokiemu popytowi na dobra takie jak samochody, meble czy sprzęt AGD, które dobrze realizują pandemiczne potrzeby, oraz uplasowaniu w relatywnie odpornych łańcuchach dostaw.

Dzisiejsze dane pokazują, że przetwórstwo przemysłowe jest właściwie kryzysoodporne. Ale nie wszystkie branże mają tyle szczęścia. Z pewnością wsparcie publiczne ma pozytywny wkład do dzisiejszych wyników, ale z tego nie wynika, że COVID-owe trzęsienie ziemi przetrwają wszystkie firmy.

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Szarpany handel na giełdach wpływa na nerwowość

Rynki nadal w nerwowej atmosferze. Uwaga skupiona nie na dystrybucji szczepionek, czy lepszych odczytach, tylko na rozgrywkach inwestorów detalicznych z funduszami na amerykańskich giełdach. Wyjątkowa stabilność polskiej waluty. Kilka ciekawych danych w dzisiejszym kalendarzu makro.

Znów spadki

Koniec tygodnia ponownie przynosi pesymizm, widoczny szczególnie na rynkach giełdowych. Wydawało się, że końcówka wczorajszej sesji w USA znów wpłynie pozytywnie na handel i zobaczymy dzisiaj kontynuację wzrostów. Tak się jednak nie dzieje, oczywiście na ten moment pod nieobecność Amerykanów, więc za kilka godzin sytuacja może ulec zmianie. Tak naprawdę próżno szukać powodów takiej nerwowości, a zamiast rozmawiać o tempie szczepienia mieszkańców naszego globu, uwaga całego świata finansów skupia się na jednej spółce z Wall Street.

Mali gracze

Tak, to nie błąd, w ostatnich dniach nastroje na rynkach uwarunkowały notowania spółki, która prowadzi sklepy z grami i elektroniką. Od początku trwania tej hossy zauważalny był ogromny udział inwestorów indywidualnych. Można powiedzieć, że właśnie ta grupa napędzała wzrosty na giełdach i niektórych surowcach. Oczywiście powodów takiego scenariusza jest kilka, zaczynając na pomyśle handlu akcjami bez prowizji, przez jednorazowe bony dla Amerykanów, kończąc na chęci zarobienia łatwej kasy w krótkim czasie.

Fundusze już nie są “pępkiem świata”

Paradoks tej całej sytuacji jest taki, że właśnie Ci “mali gracze” doprowadzili w ostatnich dniach do niemal bankructwa wielu funduszy inwestycyjnych. Słynna stała się już dyskusja na forach internetowych inwestorów detalicznych, by zmusić fundusze (szczególnie hedgingowe) do zamknięcia pozycji krótkich, czyli grania na spadki. Dzięki temu wzrosty na danej spółce przybierają jeszcze na sile. Oczywiście można powiedzieć, że takie rozwiązania na rynkach to nic innego jak tworzenie się bańki spekulacyjnej. Nie da się jednak ukryć, że świat finansów w ostatnich miesiącach się zmienia i do niedawna mocarne fundusze nie mogą już sobie pozwolić na lekceważenie tłumów. Bo jak widać, mogą zrobić wiele, a internet w tym pomaga. Inna sprawa powiedzieć, co będzie, jeśli ci “mali gracze” nauczą się krótkiej sprzedaży, wtedy możemy być świadkami niemałego krachu na giełdach.

NBP wpłynął na niższą zmienność złotego

W tym całym zamieszaniu na giełdach zmiennością nie grzeszy nasz polski złoty. Wczoraj widzieliśmy lekki skok notowań EUR/PLN gdzieś do poziomu 4,56 zł, po czym dzisiaj kurs spada w okolice 4,53 zł. Oczywiście brak zmienności, mimo że powody do takowej są, zawdzięczamy NBP. “Dzięki” interwencjom z końca roku 2020, inwestorzy nieco omijają nasze aktywa. Może się więc okazać, że w przypadku znacznego pogorszenia nastrojów na rynkach nie zobaczymy dużego osłabienia naszej waluty. Z prostej przyczyny, a mianowicie omijania złotego przez zagranicznych inwestorów.

PKB z Niemiec i PCE z USA

Dzisiaj o 10.00 poznaliśmy PKB naszego zachodniego sąsiada za IV kwartał. I trzeba przyznać, był to zaskakująco dobry odczyt, pokazujący wynik -2,9% przy oczekiwaniach na poziomie -3,4%. Oczywiście można szukać też minusów, a takim jest informacja, że cały ostatni rok gospodarka niemiecka kończy na minusie. Dobrze wypadły również dane o bezrobociu i zasiłkach dla bezrobotnych, odpowiednio 6% i -41 tys. W godzinach popołudniowych poznamy jeszcze odczyt indeksu inflacji PCE wykorzystywanej przez Fed. Jest on o tyle ważny, że w ostatnich tygodniach widzimy mocne argumenty za tym, by napędzać wzrost cen. Póki co amerykański dolar zachowuje się spokojnie, nie da się jednak ukryć, że od początku roku jest silniejszy, szczególnie w relacji do euro.

Krzysztof Pawlak, analityk walutowy w InternetowyKantor.pl

Marynarki męskie w casualowych stylizacjach

Od lat marynarki męskie nie są noszone jedynie do stylizacji bardzo oficjalnych z garniturem. Obecnie jest mnóstwo modeli mniej formalnych, które rewelacyjnie komponują się z zestawieniami półformalnymi i casualowymi.

Marynarka męska casualowa jest w wielu kolorach, jednak w dalszym ciągu mężczyźni najczęściej sięgają raczej po klasyczne kolory jak granat, beż, czy szary. Już na pierwszy rzut oka marynarka casualowa różni się od tej do garnituru. Nie ma charakterystycznej podszewki, za to posiada nakładane kieszenie, często są też ozdobne łaty na łokciach. Ciekawie prezentują się modele ze wstawkami i guzikami w kontrastujących kolorach. Ponieważ marynarki tego typu sprawdzą się na wiele okazji, każdy mężczyzna powinien mieć w szafie przynajmniej jeden model.

Styl smart casual – kiedy warto się tak ubrać?

Casualowe marynarki sprawdzą się podczas większości wyjść, gdzie nie wymaga się formalnego stroju. Mogą dodać szyku i elegancji w codziennych stylizacjach, a równie dobrze współgrają ze strojem półformalnym. Marynarka casualowa będzie idealną propozycją na randkę, w trakcie wyjścia na miasto i na imprezę. Sprawdzi się podczas rodzinnych przyjęć i uroczystości jak urodziny, świąteczny obiad, albo komunia. Można po nią sięgnąć także wtedy, kiedy komponujemy strój do pracy, pod warunkiem, że w firmie nie obowiązuje sztywny dress code. Smart casual jest stylem, w którym funkcjonalność łączy się z elegancją. Jest swego rodzaju pomostem między strojem formalnym a sportowym lub casualowym, a marynarka świetnie to podkreśli.

Jakie spodnie do casualowych stylizacji?

Klasycznym przykładem są jeasny. Gdybyśmy zamiast marynarki sięgnęli po bluzę lub sweter, mielibyśmy typową stylizacją casualową. Natomiast, jeśli włożymy marynarkę, to stylizacja od razu zyskuje szczyptę szyku i elegancji.

Innym typem spodni, który z marynarką współgra rewelacyjnie, są spodnie chinosy. To spodnie materiałowe, które nosimy zarówno do stylizacji typowo casualowych, jak i elegantszych. Dostępne są modele w stonowanych i neutralnych kolorach, ale bez problemu znajdziemy też spodnie w żywszych barwach lub w gustowną kratę. Pamiętajmy przy tym, że tylko jeden element stylizacji może być we wzory – albo marynarka, albo spodnie.

Co pod marynarkę?

W zależności od pory roku i okazji pod marynarkę założymy coś innego. Może to być zwykły T-shirt, ale chcąc uzyskać nieco grubszą casualową stylizację, postawmy na golf męski. Ze stylizacją z marynarką dobrze współgrają również inne typy swetrów jak kardigany bądź dopasowane swetry z dekoltem okrągłym lub w serek.

Szykując się na wyjście lub przyjęcie, pod marynarką sprawdzą się koszule męskie od Lancerto. W przeciwieństwie do koszul do garnituru, przy marynarce casualowej koszula może być w innym kolorze niż biel. Jeżeli jest chłodno lub chcemy urozmaić zestawienie, możemy ubrać także kamizelkę. Tworząc stylizację, nie możemy zapominać o dodatkach, jak mucha, zegarek, pasek do spodni, czy skórzana torba. Wszystko to razem sprawi, że będziemy wyglądać rewelacyjnie.

Zyski z gier hazardowych. Państwo nie może czerpać przychodów fiskalnych z przestępczej działalności podatników

Przedsiębiorca prowadził działalność gospodarczą w Polsce, z której w zeznaniu rocznym wykazał 13 tys. zł straty. Jednak wg ustaleń organu podatkowego był on również uczestnikiem internetowych konkursów, gier i zakładów wzajemnych organizowanych za granicą, dzięki którym w 2009 r. uzyskał wygrane w wysokości ponad 7,5 mln zł. Z tytułu tych wygranych nie wykazał w zeznaniu rocznym PIT-36 zryczałtowanego podatku dochodowego od osób fizycznych w kwocie 754 684 zł. Po pięciu latach fiskus postanowił upomnieć się o te pieniądze. Podatnik bronił się, że uzyskał wygrane zwolnione z opodatkowania dzięki grze w kasynach zlokalizowanych na terenie UE, jak i wygrane, od których organizatorzy internetowych zakładów pobrali już należny podatek.

Wygrana w zakładach i grach internetowych

Dyrektor urzędu kontroli skarbowej w sierpniu 2014 r. określił podatnikowi zobowiązanie w zryczałtowanym podatku dochodowym od osób fizycznych za 2009 r. w kwocie ponad 750 tys. zł. Ustalił, że podatnik prowadził w 2009 r. działalność gospodarczą, z której wykazał w zeznaniu rocznym stratę w wysokości 13 508 zł. Podatnik nie wykazał jednak w tym zeznaniu kwoty 7 546 841,67 zł, jaką miał uzyskać dzięki wygranym w internetowych grach organizowanych za granicą. Właśnie z tytułu tych wygranych nie odprowadził do fiskusa podatku dochodowego w ustalonej przez dyrektora wysokości.

Podatek od gier

Po bezskutecznym odwołaniu do organu podatkowego II instancji podatnik wniósł skargę do sądu. WSA w Warszawie w lutym 2016 r. uchylił decyzję dyrektora izby skarbowej, stwierdzając niedostateczne udowodnienie przez organy, że skarżący uzyskał przychody z tytułu gier online, podlegające opodatkowaniu podatkiem dochodowym na podstawie art. 30 ust. 1 pkt 2 ustawy o PIT. A przepis ten stanowi, że zryczałtowany podatek dochodowy pobiera się od dochodów z tytułu wygranych w konkursach, grach i zakładach wzajemnych lub nagród związanych ze sprzedażą premiową, uzyskanych w państwie członkowskim Unii Europejskiej lub innym państwie należącym do Europejskiego Obszaru Gospodarczego – w wysokości 10% wygranej lub nagrody.

Od jakich firm i w jakiej wysokości podatnik uzyskał przychód?

Ponownie rozpoznając sprawę, organ I instancji został zobligowany do przeprowadzenia bardziej wnikliwego postępowania dowodowego. To dotychczasowe – oparte o informacje uzyskane od maltańskiej i brytyjskiej administracji skarbowej, a więc państw, w których siedziby mieli przedsiębiorcy organizujący gry hazardowe – nie wskazywało bowiem, aby polski podatnik w ogóle uzyskał jakiekolwiek wygrane od tych firm. Do tego dyrektor urzędu kontroli skarbowej nie zwrócił się o udzielenie takich informacji do administracji skarbowej Gibraltaru. Dyrektor stwierdził, iż niezbędne jest ustalenie przez organ I instancji, od jakich firm podatnik uzyskał wygrane i w jakich kwotach.

Organ ponownie domagał się ponad 750 tys. podatku

W lutym 2019 r. organ I instancji ponownie określił podatnikowi zobowiązanie w podatku dochodowym za 2009 r. w kwocie 754 684 zł. Występujący w tej roli naczelnik urzędu celno-skarbowego stwierdził, że uzyskane ponownie od administracji podatkowej Malty i Wielkiej Brytanii informacje nie potwierdziły, jakoby dokonane na rachunki podatnika wpłaty od dwóch firm z tych krajów dotyczyły wygranych w hazardowych grach internetowych. Niemniej, oceniając cały zgromadzony materiał dowodowy, w tym złożone wyjaśnienia podatnika, który przyznał się, że osiągnął przychody z wygranych w grach hazardowych, można stwierdzić, że sporne 7 546 841,67 zł, od których podatku domaga się organ, nie pochodzą z prowadzonej przez tego podatnika w 2009 r. działalności gospodarczej, a nie ustalono też, by pochodziły z innego niż wygrane źródeł.

Istotny rodzaj gry

Podatnik odwołał się i od tej decyzji, wnioskując o przeprowadzenie dowodu z informacji od organizatorów gier na okoliczność przypisania konkretnych wygranych do konkretnie ustalonego rodzaju gry. Zarzucił organowi, że mimo przeprowadzenia postępowania kontrolnego, a później podatkowego, w żaden sposób nie ustalił, z jakiego rodzaju gry podatnik uzyskał przychód będący podstawą obciążenia podatkiem. Zamiast tego organ skupił się na naliczeniu podatku dochodowego od kwot, które wpłynęły na rachunek podatnika. A podatnik wskazał, że część tych kwot pochodziła z wygranych hazardowych, ale w kasynach gry organizowanych na terenie Unii Europejskiej. Zaś zgodnie z art. 21 ust. 1 pkt 6 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, w brzmieniu obowiązującym w 2009 r., wolne od podatku były wygrane w kasynach gry, wideoloteriach, grach na automatach, grach na automatach o niskich wygranych oraz grach w bingo pieniężne i fantowe, urządzanych i prowadzonych przez uprawniony podmiot na podstawie przepisów o grach i zakładach wzajemnych obowiązujących w państwie członkowskim Unii Europejskiej lub w innym państwie należącym do Europejskiego Obszaru Gospodarczego.

Podatnik podniósł również, że zagraniczne organy podatkowe nie potwierdziły jednoznacznie istnienia lub nie obowiązku poboru zaliczek na podatek od przychodu z tytułu tych wygranych. Mając zatem na względzie regułę rozstrzygania wątpliwości na korzyść podatników, w sprawie tej należy uznać, że należne od wygranych daniny publicznoprawne zostały odprowadzone.

Gracze zwolnieni z podatku, a jego ciężarem obarczeni organizatorzy gier

Jednak mimo to dyrektor izby administracji skarbowej, jako organ odwoławczy, potwierdził wcześniejsze ustalenia organu I instancji, że podatnik uzyskał w 2009 r. wygrane w wysokości ponad 7,5 mln zł, a od wygranych tych ich organizatorzy na Malcie, wyspie Alderney, w Gibraltarze czy Wielkiej Brytanii nie pobrali podatku. Co prawda, zgodził się, że na mocy obowiązujących w tych jurysdykcjach przepisów gracze nie płacą podatku od uzyskanych wygranych, a ciężar ten spoczywa wyłącznie na organizatorach gier, jednak tylko w przedmiocie własnego obrotu. A w opinii organu podatnik w żaden sposób nie uprawdopodobnił, że organizatorzy w zakresie osiągniętych przez niego wygranych należny podatek potrącili, stąd uiścić musi go sam podatnik.

Umowy ws. unikania podwójnego opodatkowania w 2009 r. lub ich brak

W oparciu o umowy ws. unikania podwójnego opodatkowania zawarte między Polską a Wielką Brytanią, a także Polską a Maltą, organ podatkowy stwierdził, że uzyskane od firm zlokalizowanych w tych państwach wygrane podlegają opodatkowaniu w miejscu zamieszkania podatnika. Natomiast w braku takiej umowy z Gibraltarem prawo podatkowe tego kraju oraz Polski wskazuje, że wygrana uzyskana od zlokalizowanej w Gibraltarze firmy podlega opodatkowaniu tylko w Polsce, podobnie jak w przypadku braku międzynarodowej umowy podatkowej z wyspą Alderney.

Kwestia uzyskania przychodu z gier internetowych nie powinna budzić wątpliwości

Rozpoznający skargę podatnika Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie przywołał rozstrzygnięcie wydane w tej sprawie przez sąd w innym orzeczeniu z 2016 r. WSA zauważył, że wówczas sąd, uchylając decyzje organów, jako podstawę wskazał uchybienia procesowe i brak dostatecznego udowodnienia, że podatnik uzyskał jakikolwiek przychód z gier online. Pominął jednak fakt, że sam podatnik kilkukrotnie pisemnie deklarował, że kwestionowany przychód uzyskał dzięki uczestnictwu w takich grach. WSA w obecnym składzie wyraził opinię, że nie ulega wątpliwości, iż skarżący przedmiotowy przychód w kwocie ponad 7,5 mln zł uzyskał w 2009 r. z gier internetowych. Potwierdziły to administracje: brytyjska i maltańska.

Jedne gry mogły być legalne, a inne nie

WSA przypomniał więc, że w brzmieniu art. 107 § 1 i 2 Kodeksu karnego skarbowego z 2009 r., które i obecnie jest podobne, karze grzywny do 720 stawek dziennych lub karze pozbawienia wolności do lat trzech albo im obu łącznie podlega ten, kto na terytorium Polski uczestniczy w zagranicznej grze losowej lub zagranicznym zakładzie wzajemnym. Zatem uczestnictwo w takich grach było w 2009 r. przestępstwem, podobnie zresztą jak obecnie. W sprawie tej poza sporem między skarżącym a organami było to, że skarżący uczestniczył w grach internetowych, logując się do nich za pośrednictwem komputera z terytorium RP. Nie wyjeżdżał z kraju w celu uczestnictwa w nich do: Wielkiej Brytanii, Gibraltaru, na Maltę ani na wyspę Alderney. Natomiast z art. 2 pkt 4 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych wyraźnie wynika, że przepisów tej ustawy nie stosuje się do przychodów wynikających z czynności, które nie mogą być przedmiotem prawnie skutecznej umowy. Z drugiej jednak strony gry wymienione w art. 21 ust. 1 pkt 6 i 6a ustawy o PIT, a niepodlegające kwalifikacji jako gry losowe lub zakłady wzajemne, do których zaliczyć można np. gry na automatach, były legalne.

Dlatego też – jak orzekł sąd – nie sposób w tej chwili ustalić, czy dochód podatnika może być w ogóle opodatkowany, a także w jakiej części, bo skarżący mógł uzyskać ten dochód lub jego część z legalnych lub nielegalnych gier hazardowych. WSA dodał, że: „Postępowanie podatkowe będzie więc wymagało umorzenia w tym zakresie, w jakim potwierdzone zostanie, że przychody Skarżącego pochodzą z nielegalnych w Polsce w roku 2009 internetowych gier hazardowych. Należy tu przypomnieć generalną zasadę aksjologiczną naszego systemu prawa podatkowego, że Państwo nie może czerpać przychodów fiskalnych z przestępczej działalności podatników” (wyrok z 19 sierpnia 2020 r., sygn. akt III SA/Wa 1982/19).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

2020 na rynku pracy w ujęciu GUS: dwukrotnie więcej zwolnień grupowych, ale wyższe wynagrodzenie

Miniony rok na rynku pracy był trudny do jednoznacznej oceny. Z jednej strony dość znacząco spadły niektóre wskaźniki, takie jak przeciętne zatrudnienie. Z drugiej strony, stopa bezrobocia rejestrowanego była względnie stabilna, a przeciętne wynagrodzenie Polaków zwiększyło się. Wnioskom płynącym z badania Głównego Urzędu Statystycznego „Sytuacja społeczno-gospodarcza kraju w 2020 r.” przyjrzeli się eksperci Personnel Service.

Przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw spadło o 1,1% i wyniosło 6 mln 326 tys. osób (rok wcześniej było to 6 mln 395 tys. osób). Warto przypomnieć, że w ciągu ostatnich 5 lat ten wskaźnik notował w każdym kwartale wyłącznie tendencję wzrostową w porównaniach rok do roku. Najgłębszy spadek zatrudnienia zanotowano przede wszystkim w takich branżach, jak administracja i działalność wspierająca (o 5,4%), górnictwo i wydobywanie (o 3,6%), przetwórstwo przemysłowe (o 2,1%) czy zakwaterowanie i gastronomia (o 1,9%). Są jednak branże, gdzie zatrudnienie się zwiększyło – to m.in. działalność profesjonalna, naukowa i techniczna (o 3,5%) czy informacja i komunikacja (o 3,1%). Są to jednak mniejsze wzrosty niż notowane rok wcześniej.

Choć jesteśmy świadomi, jak mocno rok 2020 dotknął przedsiębiorców, dopiero dane pokazują skalę kryzysu wywołanego przez COVID-19. Mimo, że wiele firm przewiduje sytuacje kryzysowe, na światową pandemię koronawirusa nikt nie mógł być przygotowany. Zatrudnienia nie musiały redukować te branże, których działalność była dobrze dopasowana do nowych potrzeb rynku, np. e-commerce. Ograniczenia związane z pandemią najbardziej odbiły się na branżach takich jak hotelarstwo czy gastronomia. Lockdowny sprawiły, że wiele firm zmniejszyło kadry, a początek 2021 r. wcale nie zwiastuje poprawy. Części firm – restauracji, hoteli – balansujących na skraju bankructwa, udaje się jeszcze utrzymać dzięki wykorzystaniu oszczędności właścicieli i wsparciu z rządowych tarcz. Jeśli jednak zamknięcie rynku potrwa, dla wielu firm nie będzie ratunku – mówi Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service i ekspert ds. rynku pracy.

Pandemia zmniejszyła dysproporcje społeczne?

Pod koniec 2020 roku liczba bezrobotnych wynosiła 1 mln 46 tys. osób. To o 180 tysięcy (o 20,8%) więcej niż rok wcześniej, gdyż na koniec grudnia 2019 roku w urzędach było zarejestrowanych 866 tys. bezrobotnych. Wówczas kobiety stanowiły 55,3% tej grupy i oznaczało to zmniejszenie ich udziału w ogólnej grupie bezrobotnych o 0,7 pp. w porównaniu rok do roku. Jak się okazało, minione 12 miesięcy jeszcze bardziej zmniejszyło dysproporcje między płciami. Tym razem bezrobotnych kobiet było 53,7%, tj. o kolejne 1,6 pp. mniej niż rok wcześniej.

Warto zwrócić uwagę na liczbę nowo zarejestrowanych bezrobotnych. W 2019 roku było 1 496 500 takich osób. Z kolei w roku 2020 ich liczba wyniosła 1 340 700, co oznacza spadek o 10,4%. Stopa bezrobocia rejestrowanego w ciągu roku wzrosła o 1 pp. do poziomu 6,2%. Po dość znaczącym skoku na początku pandemii, od czerwca ten wskaźnik był stosunkowo stabilny – kontynuuje analizę Krzysztof Inglot.

Mniej ofert pracy, ale większe wynagrodzenia

Do urzędów pracy w 2020 roku zgłoszono 1 mln 115 tys. ofert zatrudnienia, co także oznacza spadek – o 17,2%. Dwukrotnie wzrosła z kolei liczba zwolnień grupowych. 957 zakładów zadeklarowało zwolnienie 73,1 tys. pracowników (w 2019 roku było to 458 zakładów i 32 tysiące osób zwolnionych). Warto jednak zauważyć, że nie wszystkie wskaźniki rynku pracy spadły. Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło. W 2019 roku wynosiło 5169,06 zł brutto, natomiast w 2020 roku – 5411,45 zł brutto. Podniesienie płac nastąpiło we wszystkich sekcjach o znaczącym udziale w zatrudnieniu, a najbardziej w administrowaniu i działalności wspierającej (o 8,3%), obsłudze rynku nieruchomości (6,1%), sektorze gospodarowania ściekami i odpadami (5,3%) czy informacji i komunikacji (5,2%). Najmniejszy wzrost wynagrodzeń dotyczył z kolei gastronomii i zakwaterowania (o 0,5%), podczas gdy w 2019 roku wzrost płac w tych sekcjach wyniósł ok. 6%.

– Co ważne, w skali roku wzrosła także siła nabywcza przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto w sektorze przedsiębiorstw. W 2020 roku realna płaca brutto okazała się o 1,5% wyższa niż przed rokiem. Podsumowując minione 12 miesięcy warto mieć zatem na uwadze, że pandemia nie zahamowała całkowicie rozwoju naszego rynku pracy, a polscy przedsiębiorcy stanęli na wysokości zadania. To oznacza, że choć obecnie notujemy negatywne tendencje na rynku pracy, jest on gotowy do „szybkiego odbicia”. Wszystko zależy jednak od tego, jak w kolejnych miesiącach będzie rozwijać się sytuacja epidemiczna w Polsce i związane z nią obostrzenia – mówi Krzysztof Inglot.

Busometr ZPP: Ponad 60% firm z sektora MŚP odczuwa negatywne skutki obostrzeń

63% badanych firm twierdzi, że wprowadzone obostrzenia negatywnie wpłynęły na ich sytuację, skłonność do inwestycji jest jeszcze niższa, niż w poprzednim – rekordowo niskim – odczycie, a rynek pracy trzyma się stosunkowo nieźle: to podstawowe wnioski z najnowszego badania Busometr, przeprowadzanego cyklicznie przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.

Busometr jest Indeksem Nastrojów Gospodarczych MSP, który pokazuje stopień optymizmu małych i średnich przedsiębiorców w ramach trzech komponentów: koniunktury gospodarczej, rynku pracy i inwestycji. Badania przeprowadza firma Maison&Partners na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, a obecnie prezentowana edycja jest już dwudziestą z rzędu.

Badając nastroje firm w trakcie epidemii spodziewaliśmy się obniżonych wskaźników w zakresie prognozowanej koniunktury gospodarczej – twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP – W tej chwili nie widzimy radykalnego wstrząsu, jednak niepokoić musi rekordowo niski odczyt komponentu Inwestycje. Komponent Rynek Pracy wciąż daje stosunkowo optymistyczny obraz, jednak odczyt jest najniższy od I półrocza 2017 roku, nie możemy więc ze spokojem patrzeć w przyszłość.

Z badania Busometr – tradycyjnie już – wyłania się obraz niedostatecznej skłonności do inwestycji jako strukturalnego problemu polskiej gospodarki. W „normalnych” warunkach jest to rezultat szybko zmieniającego się prawa i braku bezpieczeństwa regulacyjnego. W czasie epidemii zaś sytuację pogarszają wprowadzane w nieprzewidywalny i chaotyczny sposób ograniczenia oraz brak klarownej koncepcji walki z koronawirusem.

Przedsiębiorcy generalnie negatywnie oceniają działania rządu podejmowane w ramach walki z pandemią, pozytywnie aktywność rządzących w tym zakresie ocenia jedynie 29% ankietowanych.

Przedsiębiorcy nie rozumieją, dlaczego nie mogą działać, nawet w podwyższonym rygorze sanitarnym – mówi Cezary Kaźmierczak Z naszych badań wynika, że 84% firm z sektora MŚP wprowadziło dodatkowe rozwiązania, takie jak płyny do dezynfekcji, maseczki wśród personelu itd. Są w stanie działać bezpiecznie, ale rząd im tego zabrania. Frustracja narasta, bo już ponad 60% ankietowanych twierdzi, że ograniczenia negatywnie odbiły się na ich działalności.

***
Busometr ZPP – Indeks Nastrojów Gospodarczych MSP, jest wskaźnikiem pokazującym stopień optymizmu małych i średnich przedsiębiorców i ich planowane działania w perspektywie najbliższego półrocza.

Na wartość Indeksu Busometr wpływ mają trzy komponenty: (1) koniunktury gospodarczej, (2) rynku pracy (płace i zatrudnianie) oraz (3) inwestycji.

Wartość każdego z komponentów mieści się w przedziale od 0 do 100.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców oraz firma Maison&Partners prowadzą badania wśród przedsiębiorców w oparciu o próbę zróżnicowaną ze względu na liczbę zatrudnianych pracowników, próby małych i średnich firm w Polsce (do 250 zatrudnionych).

Busometr ZPP jest publikowany co pół roku. Badanie jest realizowane od 2011 roku.

Nielegalne treści w Internecie – nowe regulacje UE

Akt prawny o usługach cyfrowych (Digital Services Act, DSA), przygotowany przez Komisję Europejską, ma zapewnić spójne przepisy dotyczące zarządzania treściami nielegalnymi przez firmy działające na rynku cyfrowym. Zdaniem Konfederacji Lewiatan dobrze, że projekt obejmie także przedsiębiorstwa spoza Unii Europejskiej, które świadczą usługi w państwach członkowskich. Niepokój budzi jednak wysoki poziom obciążeń przewidzianych dla „bardzo dużych platform internetowych”.

Opowiadamy się za precyzyjnym określeniem obowiązków firm objętych DSA. Ważne, aby brał pod uwagę model biznesowy, charakter i profil ryzyka z jakim mierzą się usługodawcy i użytkownicy oraz konsekwentnie uwzględniał proporcjonalne zobowiązania. Rozumiemy potrzebę ich zróżnicowania. Ale istotne jest też wskazanie, że odpowiedzialność pośrednika i dodatkowe obowiązki powinny koncentrować się na ogólnodostępnych platformach cyfrowych, które mają możliwość redagowania/moderowania/modelowania treści zamieszczanych przez użytkowników. Doceniamy też troskę unijnego projektodawcy o poszanowanie zasady ochrony wolności obywatelskich, w tym swobodę wypowiedzi, jak też ochronę użytkowników usług pośredników internetowych – mówi dr Aleksandra Musielak, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Pakiet DSA ma służyć unowocześnieniu i doprecyzowaniu przepisów dyrektywy e-commerce. Wiele firm na rynku cyfrowym UE posiada już liczne rozwiązania wykraczające poza obowiązujące przepisy, w szczególności czerpiące z najlepszych tradycji dobrowolnych porozumień, takich jak Memorandum of Understanding on Counterfeit Goods, czy też Product Safety Pledge.

Konfederacja Lewiatan popiera zróżnicowanie przepisów odnoszących się do treści nielegalnych i szkodliwych, jak również pozostawienie pola do samoregulacji. Jednocześnie dostrzega, że w ramach przyjętego przez KE zróżnicowania na „bardzo duże platformy” oraz pozostałe firmy objęte regulacją, kryterium kluczowym stał się nie profil ryzyka, a wielkość firmy (mierzona liczbą aktywnych odbiorców usług). Nadzór nad dużymi platformami został przeniesiony na poziom KE, a obowiązki w zakresie należytej staranności, transparentności działania i raportowania zostały wzmocnione. Przyjęty model może potencjalnie ułatwić działalność mniejszych europejskich firm.

– Nasz niepokój budzi jednak wysoki poziom obciążeń przewidzianych dla „bardzo dużych platform”. Zwracamy uwagę na zbyt szczegółowy systemem zasad należytej staranności, związany z zobowiązaniami ukierunkowanymi na „bardzo duże platformy internetowe” i nie uwzględniający ryzyka – dodaje Aleksandra Musielak.

Dlaczego warto zdecydować się na dom parterowy?

Domy parterowe zazwyczaj są spotykane za granicą. Jednak i w Polsce coraz częściej możemy natknąć się na ten rodzaj domu. Nic dziwnego, taki dom, który jest rozplanowany tylko na jednym poziomie, może mieć wiele zalet.

  1. Jak wyglądaja domy parterowe?
  2. Jakie są zalety domu parterowego?
  3. Jakie są ograniczenia w budowie domu parterowego?

Zobaczmy, czym dokładnie wyróżnia i cechuje się ten rodzaj budynku oraz dlaczego warto zdecydować się na takie rozwiązanie.

Jak wyglądają domy parterowe?

Być może przeglądając Internet lub czasopisma o tematyce budowlanej natknęliśmy się na projekty małych domów parterowych. Dom parterowy- czyli jaki? Jak się okazuje, jest to dom jednopiętrowy. Ten rodzaj budynków, zwanych również bungalowami, cechuje się tym, że jest niski. Jest to zatem doskonałe rozwiązanie dla każdego – świetnie będą w nim czuli się młodzi rodzice i ich dzieci, a także osoby starsze. To, co wyróżnia ten rodzaj budownictwa, to fakt, że dom znajduje się blisko ogrodu.

Domy parterowe możemy spotkać czasami w wersji modułowej. Domy modułowe składają się z gotowych elementów, które są ze sobą łączone na placu budowy, jak możemy wyczytać z artykułu: https://www.extradom.pl/porady/artykul-domy-modulowe-domy-prefabrykowane-co-warto-o-nich-wiedziec.

Jakie są zalety domu parterowego?

Według powszechnej opinii jednopoziomowy budynek jest zdecydowanie lepszym rozwiązaniem niż dom piętrowy, który ma taki sam metraż. Wpływa na to wygoda związana z poruszaniem się, a także fakt, iż przestrzeń domu jednopoziomowego wydaje się większa.

Jak już pisaliśmy, dom parterowy jest świetnym rozwiązaniem zarówno dla młodszych, jak i starszych osób. Zapewnia większe bezpieczeństwo małym dzieciom, gdyż zmniejsza ryzyko wypadków, takich jak upadek ze schodów czy z okna. Dzięki temu najmłodsi mogą swobodnie poruszać się po całej jego przestrzeni. Dodatkowym atutem jest bliskość ogrodu, na który można wyjść z różnych części domu. Nawet i w tym miejscu dzieci pozostają w niewielkiej odległości od rodziców oraz pod ich czujnym okiem.

W takim miejscu doskonale odnajdą się również osoby starsze i niepełnosprawne. Poruszanie się po nim jest łatwe, gdyż nie ma trudnych do pokonania schodów. Cała rodzina zgromadzona jest na jednym poziomie, co również wpływa na komunikację między domownikami.

Kolejną zaletą domów parterowych jest to, że ich budowa zazwyczaj przebiega w sposób sprawny i szybki. Jest on również tańszy od domu dwupoziomowego, gdyż nie są potrzebne schody, stropy ani dodatkowe podłogi. To, na czym jeszcze można oszczędzić, to koszty aranżacji wnętrz. Zazwyczaj pomieszczenia w domach parterowych są o typowych, szablonowych wymiarach, dlatego też możemy skorzystać z mebli dostępnych w ofertach sklepów z meblami. Nie musimy wydawać fortuny na meble na zamówienie, co jest czasem jedynym rozwiązaniem w nietypowych pomieszczeniach. Tutaj sytuacja jest prosta i niewymagająca zbyt wielkich nakładów pieniężnych. Kolejnym atutem jest fakt, ze z każdego pomieszczenia możemy mieć wyjście do ogrodu. Jest to cenione zwłaszcza przez te osoby, które lubią być blisko natury.

Jakie są ograniczenia w budowie domu parterowego?

Co prawda nie ma określonej minimalnej wielkości działki, na której może stać dom parterowy, jednak musimy mieć na uwadze, że musi być ona większa niż w przypadku domu piętrowego. W przypadku, gdy dysponujemy niewielką działką, budowa takiego rodzaju domu może nie być możliwa.

Przed przygotowywaniem projektu domu należy zapoznać się z Miejscowym Planem Zagospodarowania Przestrzennego. Innym rozwiązaniem jest uzyskanie decyzji o Warunkach Zabudowy. Z danych tych może wynikać, jaki dom może stać na określonym terenie. Może być tam poruszona kwestia maksymalnej wysokości budynku czy też kąta nachylenia dachu. Czasami znaleźć tam można informacje dotyczące konkretnej kolorystyki elewacji oraz innych elementów domu.

Systemy „first-to-file” i „first-to-invent”

Pierwszy do złożenia (FTF) i pierwszy do wynalezienia (FTI) to dwie odrębne koncepcje uregulowania prawa patentowego, określające komu ma zostać udzielony patent na wynalazek.

Choć możliwe jest przyjęcie ogólnego założenia, że obecnie systemem obowiązującym jest system „first-to-file” a więc ten, który gwarantuje udzielenie patentu osobie, która jako pierwsza dokonała zgłoszenia wynalazku, to analizując przepisy amerykańskiego prawa patentowego można łatwo dojść do wniosku, że przepisy te zasadniczo różnią się od przepisów europejskich. Główną sprzecznością jest funkcjonowanie w amerykańskim prawie patentowym instytucji „grace period”, okresu karencji, który w treści Konwencji o udzieleniu patentów europejskich wprost nie występuje.

Patenty są udzielane, bez względu na dziedzinę techniki, na wynalazki, które są nowe, posiadają poziom wynalazczy, a także nadają się do przemysłowego stosowania. Skupiając się na prawie europejskim, patent europejski udzielany jest przez Europejski Urząd Patentowy na mocy Konwencji o udzielaniu patentów europejskich podpisanej w Monachium w 1973r. Reguluje ona ścieżkę zgłaszania i udzielania patentów europejskich w każdym z państw będących członkami Europejskiej Organizacji Patentowej, wskazanych przez wnioskodawcę we wniosku o udzielenie patentu europejskiego. Podkreślenia wymaga fakt, że w przypadku systemu „first-to-file” patentu udziela się twórcy wynalazku, który jako pierwszy dokona jego zgłoszenia, bez względu na rzeczywistą datę dokonania wynalazku. Ponadto, należy wskazać, że patenty mogą być udzielane tylko na wynalazki, które są nowe. Co za tym idzie, każde ujawnienie wynalazku osobom trzecim przed objęciem go ochroną patentową będzie równoznaczne z utratą nowości wynalazku. Tym samym, wynalazek nie może być publicznie ujawniony przed dokonaniem zgłoszenia.

System amerykański, który na skutek podpisania w 2011r. America Invents Act, od 2013r. jest systemem zbliżonym do systemu europejskiego, choć przyjmuje się, że nie jest to „czysty” system „first-to-file” a system „first-inventor-to-file”. Zastąpił on funkcjonujący poprzednio system „first-to-invent”, który oparty został na przepisach konstytucji Stanów Zjednoczonych. Zakładał on, że patent jest udzielany tej osobie, która udowodni, że jako pierwsza dokonała wynalazku. Założenia obecnego systemu są podobne do systemu europejskiego, jednakże instytucja okresu karencji powoduje, że mimo próby harmonizacji amerykańskiego prawa patentowego i jego zbliżenia do innych, funkcjonujących systemów patentowych, co też było wskazane jako główna przyczyna przyjęcia nowego aktu w zakresie prawa patentowego, systemy te nie mogą być obecnie wskazane jako jednolite bądź też tożsame. Okres karencji, a więc publiczne ujawnienie wynalazku przed złożeniem zgłoszenia patentowego, wynosi 12 miesięcy. W rezultacie, takie ujawnienie nie stanowi części wcześniejszego stanu techniki i nie stanowi przesłanki uniemożliwiającej udzielenie patentu. Choć wydawać by się mogło, że system ten ma wiele zalet, to za główną wadę uznać należy fakt, że, ze względu na obecność okresu karencji, nie likwiduje on tak naprawdę systemu „first-to-invent” a przeciwnie, otwiera drogę do funkcjonowania zawiłego systemu „first-to-dislose” a więc systemu umożliwiającemu przyznanie ochrony patentowej temu, kto jako pierwszy ujawni swój wynalazek. Bezsprzecznie potęguje to złożoność założeń prawa patentowego oraz niepewność zgłaszającego wynalazek.

Porównując oba systemy, ich założenia oraz wpływ na przedsiębiorców ubiegających się o udzielenie patentu, za niezrozumiałe uznać należy obecne, coraz głośniejsze głosy opowiadające się za dalszą harmonizacją prawa patentowego, gdzie kluczowym elementem miałby się stać powszechnie obowiązujący okres karencji.

Elżbieta Dziuba, ekspertka Konfederacji Lewiatan

Do 2031 roku rynek hipoteki odwróconej urośnie trzykrotnie

Ernst & Young (EY) oraz European Pensions and Property Asset Release Group (EPPARG) opublikowały właśnie raport dotyczący hipoteki odwróconej na świecie.  Znalazły się w nim dane z 13 krajów, w których hipoteka odwrócona ma ugruntowaną pozycję lub dopiero się rozwija. Eksperci prognozują, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat globalny rynek urośnie trzykrotnie. Już dziś wartość środków uwalnianych, dzięki tej usłudze, przekracza rocznie 15 mld dolarów w skali świata. Do 2031 roku liczba ta zwiększy się do 50 mld dolarów rocznie.[1]

W raporcie pt. „Global Equity Release Roundtable 2020” przygotowanym przez EY i EPPARG zebrano dane z Australii, Kanady, Niemiec, Włoch, Irlandii, Holandii, Nowej Zelandii, Norwegii, Polski, Hiszpanii, Szwecji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.

W każdym z tych krajów etap rozwoju usługi i liczba oferowanych rozwiązań są nieco inne. Generalizując – podmiotami zawierającymi umowy hipoteki odwróconej są zazwyczaj banki, firmy ubezpieczeniowe i sekurytyzacyjne. Najczęściej spotykanym rozwiązaniem jest odwrócony kredyt hipoteczny. W niektórych krajach (jak np. w Polska, Włochy i Niemcy) oferowana jest też renta dożywotnia, czyli hipoteka odwrócona w modelu sprzedażowym. Najniższy wiek, w którym senior może skorzystać z hipoteki odwróconej to 55 lat i jest on notowany w Kanadzie, Holandii i Wielkiej Brytanii. W większości krajów granicą wiekową jest 60 lat, choć w Hiszpanii i Niemczech 65 lat.

Najbardziej rozwinięte rynki

Dziś do najbardziej rozwiniętych rynków na świecie należą przede wszystkim Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Australia. W każdym z tych krajów, dzięki usłudze hipoteki odwróconej, seniorzy corocznie uwalniają ponad 2 miliardy dolarów kapitału, a liczba firm oferujących takie produkty waha się, w poszczególnych krajach, pomiędzy kilkoma a nawet kilkuset podmiotami, jak ma to miejsce w Wielkiej Brytanii. Do rynków wysoce rozwiniętych należy zaliczyć też m.in. Kanadę, Norwegię, Szwecję i Holandię.

– Warto podkreślić, że w najbardziej rozwiniętych krajach hipoteka odwrócona funkcjonuje od ponad trzydziestu lat, ale dynamiczny rozwój rozpoczął się w ostatniej dekadzie. Bardzo ważną rolę w tym procesie odegrał dostęp do odpowiedniego, długoterminowego finansowania, wzrost standardów oferowania usługi i reputacji usługodawców. Polski rynek, gdyby spojrzeć na niego przez pryzmat globalny, wciąż jest rynkiem młodym, raczkującym, czekającym, a wręcz domagającym się stosownych regulacji ale przede wszystkim dopasowanego finansowania – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM, który jednocześnie pełni funkcję Członka Zarządu EPPARG. – Według raportu EY wartość rodzimego rynku to obecnie mniej niż 0,5 mld dolarów, a liczba profesjonalnych podmiotów oferujących tę usługę w Polsce jest mniejsza niż 5 – dodaje.

Dynamiczne wzrosty

Przewiduje się, że za 10 lat roczny wolumen przekroczy w Stanach Zjednoczonych 25 mld dolarów, co oznacza, że Amerykanie będą sprzedawać – tylko w ciągu jednego roku – odwrócone kredyty hipoteczne o takiej wartości. Kolejnym rynkiem, który będzie – według prognoz – notował najwyższe wzrosty stanie się Wielka Brytania (z wolumenem rocznym na poziomie 13 mld dolarów). Wysoko plasują się również Włochy (wolumen roczny szacowany na 6-10 mld), które od momentu wejścia nowych, dedykowanych regulacji prawnych są jednym z najszybciej rozwijających się rynków. Duże wzrosty przewiduje się też w Kanadzie (3-4 mld). – Szacuje się, że w Polsce do 2031 roku roczny wolumen może osiągnąć ok. 0,6 mld dolarów – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Największa bariera? Brak świadomości

Brak świadomości dotyczącej usługi, ale też możliwości poprawienia swojej sytuacji na emeryturze – to bariera, która może mieć wpływ na rozwój rynku hipoteki odwróconej na świecie. Dokładnie na tę barierę wskazała większość przedstawicieli z 13 krajów biorących udział w badaniu. – W Polsce na szczęście świadomość jest coraz wyższa. Z badania opinii, które przeprowadziliśmy ostatnio wśród kilkuset seniorów wynika, że blisko 90 proc. z nich słyszała o rencie dożywotniej. Nasz kraj musi jednak pamiętać o innych barierach takich jak pozyskiwanie funduszy na rozwój czy czekanie na odpowiednie regulacje – mówi Robert Majkowski.

– Raport potwierdza, że ​​podmioty oferujące hipotekę odwróconą na całym świecie stoją przed podobnymi wyzwaniami i możliwościami. Jako branża na całym świecie musimy zwiększać świadomość korzyści społecznych i ekonomicznych, jakie może dać uwolnienie kapitału zamrożonego w nieruchomościach. To ważne szczególnie w świetle globalnego spowolnienia gospodarczego wywołanego przez pandemię – mówi Steve Kyle, Sekretarz Generalny EPPARG.  – Jesteśmy również za wyznaczaniem najwyższych standardów i norm obowiązujących uczestników rynku. Wprowadziliśmy w Europie 10 Standardów EPPARG, których celem jest budowanie zaufania do tego innowacyjnego produktu zarówno wśród inwestorów, jak i konsumentów. Niezbędne będzie bezpieczne rozwijanie rynku globalnego, ścisła współpraca z organami regulacyjnymi i rządami, by wykazać, że uwolnienie kapitału jest bezpieczną opcją finansową dla starszych właścicieli domów, którzy chcą uzupełnić swoje dochody – dodaje.

– Hipoteka odwrócona zarówno w modelu sprzedażowym jak i kredytowym, jest ważnym elementem finansów emeryta, a rozwój rynku przyniesie pozytywny wzrost konkurencji i innowacje. Wśród różnych przeszkód istnieje efekt kury i jajka, ale inwestorzy instytucjonalni i rynek finansowy coraz lepiej dostrzegają potencjał tego rynku. Już pojawił się jego wzrost, a wiele obecnych barier ustąpi. Oprócz transformacji rynku i wzrostu wywołanego podażą kapitału, kluczowe będzie, aby usługodawcy nadążali za zmianami i zapewnili indywidualne, dopasowane do potrzeb konsumentów rozwiązania – podsumowuje Ben Greinger z EY, który odpowiadał za powstanie raportu.

[1] Raport „Global Equity Release Roundtable 2020”, przygotowany przez EY i EPPARG, opublikowany 28.01.2021.
Link: http://epparg.org/news/global-equity-release-market-forecast-to-more-than-treble-by-2031/

Podsumowanie 2020 r. na rynku biurowym w Katowicach i prognoza na rok 2021

Po oddaniu 61,3 tys. mkw. w 2020 roku, całkowita podaż nowoczesnej powierzchni biurowej w Katowicach zbliżyła się do poziomu 600 tys. mkw. – wynika z najnowszych danych firmy Colliers International.

Metropolia Górnośląsko-Zagłębiowska wraz z Katowicami stanowi jeden z najszybciej rozwijających się obszarów miejskich w Polsce. Atrakcyjne położenie geograficzne, zapewniające inwestorom bliskość głównych ciągów komunikacyjnych, dobra infrastruktura oraz dostęp do wykwalifikowanych pracowników sprawiają, że rynek katowicki charakteryzuje wysoka atrakcyjność zarówno dla deweloperów, jak i najemców.

— W 2020 r. popyt na powierzchnię biurową w Katowicach wyniósł prawie 65 tys. mkw. Tak wysoki wynik to efekt stabilnego zainteresowania projektami biurowymi w budowie, co przekłada się na liczbę umów przednajmu w budynkach, które zostały oddane do użytkowania dopiero pod koniec 2020 roku. W minionym roku do użytku oddano 61,3 tys. mkw. biur, co było wynikiem kilkukrotnie wyższym niż w 2019 roku, gdy otwarto tylko 9,8 tys. mkw. powierzchni. Wśród największych oddanych w 2020 roku projektów znalazły się park biurowy Face2Face Business Campus (46 tys. mkw.) składający się z dwóch budynków, DL Piano (11,5 tys. mkw.) i Global Office Park C (4 tys. mkw.) — zaznacza Barbara Pryszcz, dyrektor regionalny Colliers International w Katowicach.

Najważniejsze wydarzenia 2020 na rynku biurowym

  1. Rosną katowickie huby biznesu

Katowice to jeden z najdynamiczniej rozwijających się biurowych rynków regionalnych w Polsce. Szacujemy, że do końca 2023 roku na rynek może trafić ok. 190 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni, która aktualnie jest już na etapie budowy. Obecna sytuacja spowodowała przesunięcie dat oddania do użytku wielu projektów. Natomiast znaczna część tych projektów czeka z dalszymi pracami na podpisanie umów przednajmu z zainteresowanymi najemcami.

W ciągu najbliższych 3 lat biznesowe centrum miasta zostanie poszerzone o takie projekty jak np: .KTW II będące projektem TDJ Estate, kolejne fazy Global Office Park budowane przez Cavatina, czy Craft – projekt biurowy Ghelamco..

— Rozwój podaży ma własną dynamikę – zazwyczaj po roku obfitującym w nowe otwarcia budynków następuje obniżenie aktywności deweloperów pozwalające na absorpcję istniejącej powierzchni biurowej. Obecnie w Katowicach w budowie jest rekordowa ilość powierzchni biurowej. Apetyty deweloperów nie maleją. Kolejni lokalni i międzynarodowi gracze, jak Cavatina, DL Invest, Ghelamco, GTC, Opal Maksimum, TriGranit czy Vastint, rozpoczęli lub deklarują rozpoczęcie swoich inwestycji w najbliższym czasie — mówi Barbara Pryszcz, dyrektor regionalny Colliers International w Katowicach.

Inwestycje powstają głównie wzdłuż ulicy Chorzowskiej, jednej z kluczowych arterii Śląska ze względu na atrakcyjną lokalizację oraz dogodną komunikację.

— Kolejne projekty w tej okolicy są tylko kwestią czasu — zaznacza Barbara Pryszcz.

Powodzeniem cieszą się także kolejne przyczółki biurowe w centralnej i północnej części miasta wzdłuż Al. Korfantego, ul. Dworcowej i Al. Roździeńskiego. To zasługa rewitalizacji obszaru zarówno jeśli chodzi o budownictwo mieszkaniowe, jak i biurowe.

  1. Pustostanów będzie więcej

Pod koniec 2020 roku współczynnik pustostanów na katowickim rynku wynosił 9,2% ze względu na dostarczenie do użytku stosunkowo dużej ilości powierzchni biurowej w ostatnim kwartale roku – 30,2 tys. mkw. Na nadchodzący rok eksperci Colliers prognozują powolną absorpcję niezagospodarowanej przestrzeni biurowej i wzrost współczynnika pustostanów.

Natomiast biorąc pod uwagę wysokość czynszów, Katowice stanowią konkurencyjny rynek najmu z dużym potencjałem. Stawki w najlepszych nowo powstających budynkach w mieście wahają się od 13,5 do 15,5 euro za mkw. miesięcznie, zaś w projektach klasy B czynsze kształtują się na poziomie 9-12 euro za mkw. miesięcznie. Prognoza dotycząca stawek czynszu pozostaje stabilna.

  1. Rośnie znaczenie powierzchni FLEX

Katowice to miasto sprzyjające rozwojowi nie tylko dużych korporacji, ale też mniejszych organizacji. Widoczny jest między innymi rozwój firm R&D, które stopniowo zaczynają wychodzić z inkubatorów, parków technologicznych i kamienic, przenosząc się do korzystnych dla siebie lokalizacji takich, jak powierzchnie coworkingowe lub biura serwisowane.

— Stale odnotowujemy w Katowicach wzrost zainteresowania powierzchniami w biurach serwisowanych i coworkingach. Największą popularnością cieszą się centra, które oprócz dostarczenia funkcjonalnych przestrzeni, skupiają się również na tworzeniu społeczności. Kluczowymi atutami tych powierzchni bez wątpienia są elastyczna długość najmu i możliwość swobodnego zwiększania lub redukcji wynajmowanej przestrzeni. Jest to doskonała alternatywa dla najemców czekających na swoje docelowe biuro oraz dla firm, którym na początkowym etapie rozwoju trudno jest oszacować, jak szybko ich biznes będzie się rozwijał — mówi Barbara Pryszcz.

W ciągu następnych miesięcy do otwarcia swoich biur serwisowanych będą przygotowywać się Spaces przy ul. Matejki 3 (3 tys. mkw.) czy CitySpace w kompleksie Face2Face Business Park (2,3 tys. kmw). Także kolejni operatorzy poważnie rozważają wejście na rynek katowicki. Rozwijają się również marki własne w ramach poszczególnych projektów biurowych.

  1. Struktura umów najmu i podnajmy

Niepewność, którą przyniosła pandemia Covid-19, spowodowała, że wiele firm odkładało decyzję o relokacjach i  renegocjowało umowy najmu w obecnych lokalizacjach na korzystnych warunkach. Zaznaczyć jednak trzeba, że umowy przedłużane były na okres krótszy niż standardowo – zwykle na rok lub 2 lata. W strukturach najmu duży udział stanowiły też umowy przednajmu.

—  Ze względu na uruchomienie budowy wielu nowych projektów biurowych w minionym roku duże korporacje zdecydowały się zabezpieczyć potrzebne powierzchnie umowami przednajmu. Wolumen umów pre-let w Katowicach wyniósł 38,7 tys. mkw. i jest to najwyższa wartość w historii rynku — mówi Barbara Pryszcz.

Widocznym trendem na rynku biurowym stają się podnajmy. Wiele firm, szukając oszczędności, podejmuje decyzję o podnajęciu części swojej powierzchni biurowej Na koniec IV kwartału w Katowicach w ramach ofert podnajmu dostępnych było ok. 17 tys. mkw., co stanowiło prawie 3% istniejącej podaży.

 

  1. Giganci w nowych lokalizacjach

Utrzymuje się zainteresowanie Katowicami, nowi inwestorzy analizują możliwości rynku i przyglądają się sposobom pozyskania pracowników. Mimo zmniejszonego popytu w 2020 r. na rynku biurowym miały miejsce rekordowe transakcje.

Największą transakcją na rynku katowickim w 2020 r. była nowa umowa na zasadach pre-let podpisana w grudniu przez ING Tech Poland na najem 16,6 tys. mkw. w budowanym kompleksie mixed-use Global Office Park.

Wśród pozostałych umów wymienić należy nową umowę Capgemini oraz ekspansję Honeywell w Face2Face Business Campus B (odpowiednio 11 tys. mkw. i 3,7 tys. mkw., obie umowy na zasadach pre-let), renegocjację Hireright Poland w Silesia Star I (3,2 tys. mkw.) oraz nową umowę Sii Polska w biurowcu .KTW I (3,1 tys. mkw.)

Prognozy 2021 dla Katowic

  1. Czas się wyróżnić  

Deweloperzy będą starali się wyróżnić na rynku, oferując wyższe parametry techniczne obiektów w standardzie wykończenia powierzchni oraz elastyczniejsze do aranżacji powierzchnie wraz z atrakcyjnymi przestrzeniami wspólnymi, gdzie pracownicy biur będą mogli kreatywnie spędzać czas wolny. Tego typu elementy dają najemcom większą swobodę w zakresie projektowania i dostosowania powierzchni i modelu pracy w biurze pod swoje potrzeby.

  1. Hybrydowy model pracy a podnajmy

Ze względu na trwające zagrożenie epidemiologiczne większość pracowników biurowych wciąż pracuje z domu. W związku z tym pojawiły się podnajmy nowych, dopiero co wykończonych powierzchni w biurach, które są gotowe do użytkowania (często wyposażone w meble i potrzebny do pracy sprzęt).

  1. Dostosowanie przestrzeni biurowych do nowych warunków

Bezpieczeństwo i dobre samopoczucie pracowników będą odgrywały kluczową role w kształtowaniu środowiska pracy m.in. wzrost powierzchni przewidzianej na jedno stanowisko pracy w celu umożliwienia zachowania odpowiednich odstępów pomiędzy pracownikami, szereg zmian sanitarnych zmniejszających ryzyko zakażeń, tj. częsta wymiana powietrza, dezynfekcja, bezdotykowe systemy otwierania drzwi itp.

  1. Wzrost współczynnika pustostanów

Nieuniknionym efektem wzrostu podaży oraz niższego popytu jest wzrost wskaźnika powierzchni niewynajętej. Niepewność związana ze stanem gospodarki oraz rozwojem pandemii powoduje, że część korporacji przyjęło zachowawcze podejście do planów rozwojowych i w efekcie wstrzymało procesy najmów. Trend ten może utrzymać się do końca roku.

  1. Korekta stawek czynszowych

Spadek popytu i wzrost ilości powierzchni niewynajętej będzie skutkować korektą w stawkach czynszowych, a konkretnie spadkiem czynszów bazowych i efektywnych. Właściciele budynków z dużym udziałem pustostanów będą zabiegać o najemców, oferując im bardzo konkurencyjne i elastyczne warunki najmu oraz rozbudowane pakiety zachęt.

Umiarkowana skala spowolnienia w IV kwartale 2020

Spadek PKB w 2020 roku był niższy od prognoz formułowanych jeszcze miesiąc temu. Dane sugerują, że Polska gospodarka adaptuje się do działania w warunkach restrykcji.

Według wstępnego szacunku GUS polska gospodarka w 2020 roku skurczyła się o 2,8%. W nieco większej skali obniżyły się wydatki konsumpcyjne gospodarstw domowych tj. o 3%. Pandemia Covid-19 najmocniej uderzyła w inwestycje, które spadły o 8,4%. Wynik ratowała pozytywna kontrybucja eksportu netto.

Roczny wynik implikuje spadek aktywności o 2,9%r/r w IV kwartale. Szacujemy, że wydatki konsumpcyjne gospodarstw domowych były niższe o 3,0% z uwagi na brak możliwości korzystania z usług. Najsłabszymi sektorami dalej pozostaje turystyka i gastronomia oraz usługi rekreacyjne. Łączny udział tych branż w PKB stanowi niecałe 2%. Należy spodziewać się jednak, że obroty w poszczególnych działach będą nawet o 60-90% niższe niż rok temu. Koniec roku najprawdopodobniej dalej przyniesie dwucyfrowe osłabienie inwestycji – prognozujemy spadek o 10,8%. Wzrost produkcji budowlano-montażowej sugeruje wyższe nakłady publiczne niż w poprzednich kwartałach. Wydatki przedsiębiorstw dalej jednak pozostaną niskie.

Spodziewamy się niewielkich zmian w I kwartale. Prognozujemy, że PKB dalej będzie niższe o 2%r/r, a dynamika wydatków konsumpcyjnych będzie zbliżona do poprzedniego kwartału. Szacujemy, że styczeń przyniesie 8% spadek sprzedaży detalicznej, ujemne wyniki dalej będą widoczne także w lutym pomimo ponownego otwarcia galerii handlowych. Najprawdopodobniej nieco mniejsze będzie natomiast osłabienie inwestycji – prognozujemy spadek 6%r/r. Poprawa dalej widoczna będzie głównie w przypadku projektów infrastrukturalnych. Polską gospodarkę wspierać będzie eksport netto – przemysł powinien dalej osiągać wysokie stopy wzrostu, nawet pomimo niesprzyjających efektów kalendarzowych.

Kolejne kwartały przyniosą powrót do tendencji wzrostowej – prognozujemy, że Polska gospodarka zakończy rok 2021 wzrostem o 4,2%.

Jakub Rybacki, analityk zespołu makroekonomii PIE

Gra na GameStopie. Złoty poza głównym kręgiem zainteresowań inwestorów zagranicznych

Wracają spadki na rynkach akcji po mocnym finiszu czwartkowej sesji na Wall Street. Nerwowość nie opuszcza handlu, choć bez jednego, konkretnego powodu. Koniec miesiąca może dodać dodatkowych pretekstów do zmienności, zarówno na rynku akcji, jak i walutowym. Dziś rano USD odrabia straty do głównych walut. Za to złoty jest stabilny.

Wczoraj pisałem, że od informacji dnia będzie zależeć, czy rynki pójdą w górę czy w dół. Czwartek przyniósł po trochę z obu, problem z tym, że w zasadzie nic nie chwyciło jako cenotwórczy temat. Mimo to krwawy przebieg sesji europejskiej został przyćmiony klimatem do odbicia wraz z wejściem do gry inwestorów z USA. Zamiast rozmawiać o danych makro, progresie w produkcji i dystrybucji szczepionek, dyskusja skupiała się na zorganizowanej na forach internetowych akcji inwestorów detalicznych starających się zmusić fundusze hedgingowe to zamknięcia krótkich pozycji na niektórych spółkach. W ostatnich dniach wszyscy chociaż trochę zainteresowani wydarzeniami na rynkach finansowych uczą się, czym jest krótka sprzedaż i „short squeeze”. Interesującym jest, że silne wzrosty cen akcji spółki GameStop – właściciela sklepów z grami i elektroniką – mają przełożenie na nastroje na całych rynkach finansowych. Zmowa forumowiczów prowadzi do miliardowych strat i bankructwa funduszu wprowadza nerwowość, nawet jeśli przełożenie skutków na inne obszary rynku jest dyskusyjna. Pewne jest za to, że niewiadoma, co i kiedy zrobi horda zdeterminowych inwestorów detalicznych, wprowadza strach o pozycje wśród pozostałych uczestników rynku, często podsycając obawy wokół innych czynników ryzyka (np. związanych z dystrybucją szczepionki i perspektywami ożywienia). W ten sposób z mikro-tematu robi się duży problem, z który rynki nie bardzo wiedzą jak sobie poradzić.

Szczególnie, że gra nie stopuje się na GameStopie. Wczoraj nagłych wzrostów doświadczyły ceny srebra, za czym stał wątek na forum Reddita WallStreetBets, że skorygowana o inflację cena metalu powinna wynosić 1000 USD zamiast obecnych 26 USD. Według zamieszczanej opinii, ponieważ rynek srebra jest silnie manipulowany przez fundusze, także i tutaj forumowicze powinni wymusić short squeeze. Pozwolę sobie nie wdawać w analizę sugerowanej wyceny srebra, jednak przykład pokazuje, że w teorii żaden segment rynku nie może czuć się bezpieczny. No może poza rynkiem walutowym, gdzie dzienny obrót sięga 6,6 bln USD (ostatnie dostępne dane Banku Rozliczeń Międzynarodowych z kwietnia 2019 r.) i inwestorom detalicznym trudno byłoby walczyć z taka siłą. Ale napięcia i strach generują wahania nastrojów i ucieczkę od ryzyka, na co rynek FX nie pozostaje obojętny.

W całym tym zamieszaniu wyjątkowo stabilnie wygląda polski złoty. Wczoraj EUR/PLN tylko na chwilę podskoczył do 4,56, a przez resztę dnia stabilizował się przy 4,55. Za spokój na lokalnym rynku walutowym wypada podziękować Narodowemu Bankowi Polskiemu. Ten jednak wczoraj nie interweniował, ale swoimi poprzednimi działaniami z grudnia i werbalnymi ostrzeżeniami ze styczniowego komunikatu RPP zapewnił, że w ostatnich tygodniach na rynek złotego nie trafiał kapitał portfelowy w takiej sile, aby teraz jego ucieczka pod wpływem wzrostu awersji do ryzyka miała osłabiać walutę. Takie to są korzyści bycia zepchniętym poza główny krąg zainteresowania inwestorów zagranicznych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Stress test zaliczony. Współdzielone rowery, elektryczne hulajnogi i skutery przetrwały w Polsce pandemię

  • Pandemia stworzyła w 2020 r. szczególnie trudne środowisko dla współdzielonych środków transportu. W niektórych okresach spadek mobilności mieszkańców Polski sięgał 55 proc.
  • Na tym tle podaż rowerów i skuterów zmalała w znacznie mniejszym stopniu – odpowiednio o 33% i 19%. Podaż e-hulajnóg natomiast aż dwukrotnie wzrosła – wynika z opublikowanego dziś raportu stowarzyszenia Mobilne Miasto
  • Mimo presji skrajnie trudnych warunków, branża sharingu mikromobilności zdołała obronić swą ofertę i płynność działania, zachowując dobre pozycje do ekspansji po ustąpieniu obostrzeń

Rok 2020 był bezprecedensowy. Pandemia COVID-19, obawy zdrowotne, lockdown połączony z zamknięciem wielu rodzajów usług, ograniczenia w wychodzeniu z domu, powszechność pracy zdalnej – wszystko to spowodowało, że mobilność Polaków (rozumiana jako przemieszczanie się jednostek) drastycznie spadła. Dane dla Polski publikowane przez Institute for Health Metrics and Evaluation z University of Washington wskazują, że w połowie kwietnia 2020 r. była ona o 55 proc. mniejsza niż typowa mobilność dla tego okresu. Kolejny dołek (-34 proc.) zanotowano w listopadzie ub. roku.

Taka sytuacja musiała się odbić na branży współdzielonej mikromobilności, do której zaliczamy wynajem rowerów publicznych, skuterów i elektrycznych hulajnóg. Dziś stowarzyszenie Mobilne Miasto opublikowało raport, w którym analizuje reakcję operatorów tych środków transportu na pandemicznie realia 2020 r.

– Są powody do optymizmu. W bankowości znane jest pojęcie tzw. stress testu, czyli testu warunków skrajnych, który sprawdza odporność banku na kryzys, wstrząsy, zawirowania ekonomiczne. Dla sharingowej mikromobilności zeszły rok był takim właśnie stress testem. Okazuje się, że operatorzy z powodzeniem go zaliczyli – mówi Adam Jędrzejewski, założyciel i CEO Mobilnego Miasta.

Jednoślady jadą dalej

Na tle ogromnych spadków mobilności społeczeństwa branża współdzielonych jednośladów zdołała zachować względną stabilność swojej oferty i płynność działania, udowadniając, że nawet w tak trudnym środowisku jest opcją transportową, na której można polegać.

Bike sharing

Zdecydowanie najmocniej ucierpiał rynek bike sharingu, w który bezpośrednio zaingerował rząd, zakazując wiosną na sześć tygodni korzystania z rowerów publicznych. W kolejnych miesiącach usługa ta zdołała jednak odbudować dwie trzecie swojego potencjału. Tuż przed końcem sezonu 2020 polski rynek bike sharingu tworzyło siedmiu operatorów, którzy oferowali 19,8 tys. rowerów w 69 systemach. Oznacza to, że podaż rowerów miejskich zmniejszyła się w minionym roku o 33 proc.

Skutery na minuty

W mniejszym stopniu skurczył się skromniejszy co do wielkości rynek skuterów wynajmowanych na minuty. W 2020 r. na koniec sezonu usługę tę dostarczało w Polsce trzech operatorów, udostępniając 1,7 tys. pojazdów w 23 miastach. W porównaniu z 2019 r. liczba dostępnych skuterów spadła o 19 proc.

Elektryczne hulajnogi

Pomimo ograniczeń związanych z pandemią branża współdzielonych hulajnóg elektrycznych rozwijała się w błyskawicznym tempie, przekraczającym wcześniejsze prognozy. Nowym zjawiskiem w 2020 r. była ekspansja sharingu e-hulajnóg na liczne mniejsze miejscowości w Polsce. Rynek ten przed zakończeniem sezonu składał się z 12 operatorów, którzy oferowali 18,7 tys. e-hulajnóg w prawie 40 miastach – co oznacza wzrost oferty tych jednośladów aż o 100 proc. rok do roku. Warto tu zauważyć, że liczba dostępnych e-hulajnóg, w ciągu zaledwie dwóch lat działania tej usługi w Polsce, niemal zrównała się w ub. roku z liczbą rowerów publicznych, obecnych nad Wisłą od lat 12.

– Branża współdzielonych jednośladów wchodzi w nowy rok w przyzwoitej formie, a nawet wzmocniona o nowe doświadczenia. Covidowe perturbacje za jakiś czas staną się tylko wspomnieniem, a ewolucja miast i miejskiej komunikacji nie pozostawia wątpliwości – swoje najlepsze czasy ten model transportu ma dopiero przed sobą. Sharingowa mikromobilność w coraz większym stopniu będzie dyktować warunki, zamiast się do nich dostosowywać – ocenia Adam Jędrzejewski.

Przed wejściem nowych przepisów

Czytelnicy raportu Mobilnego Miasta znajdą w nim także dane na temat podziału rynku między poszczególnych operatorów rowerów, skuterów i e-hulajnóg. Materiał diagnozuje najważniejsze trendy w tej branży, zarówno w biznesie, jak i w relacjach firm sharingowych z samorządami. Zawiera też prognozy co do kierunków rozwoju i przewidywanych kluczowych zjawisk w roku bieżącym.

– Jednym z najważniejszych wydarzeń będą zapewne zmiany w prawie o ruchu drogowym, w tym zwłaszcza przyjęcie ustawy z regulacjami dla elektrycznych hulajnóg. Jej najnowszy projekt poznaliśmy w styczniu. Uregulowanie tej dziedziny otworzy kolejny rozdział w rozwoju elektrycznej mikromobilności w Polsce – przewiduje szef Mobilnego Miasta.

Opublikowany dziś raport stanowi roczne zwieńczenie monitoringu rynku mikromobilności w Polsce, prowadzonego przez Mobilne Miasto. Wyniki analiz co kwartał publikowane są wraz z komentarzami na portalu SmartRide.pl w ramach wspólnego projektu Strefa Danych. Specjalizujący się w tematyce mikromobilności portal SmartRide.pl jest patronem medialnym raportu.

Raport „Stress test zaliczony. Jak współdzielone rowery, elektryczne hulajnogi i skutery przetrwały w Polsce pandemię?” można pobrać bezpłatnie ze strony http://mobilne-miasto.org/.

Boom na farmy słoneczne i wiatrowe wciąż przed nami

W 2020 r. w Europie po raz drugi w historii wiatr i słońce przyczyniły się do wytworzenia większej ilości energii elektrycznej niż węgiel (20% w porównaniu z 13%). Tymczasem w tym kontekście Polska nadal ma sporo do nadrobienia na tle innych krajów: OZE stanowią jedynie 17% rynku energetycznego, zaś paliwa kopalne – aż 83%. Jednak ilość wytwarzanej w naszym kraju zielonej energii będzie stale rosnąć. Szacuje się, że do 2030 r. farmy wiatrowe mogą dokładać do polskiego PKB prawie 9 mld złotych rocznie.

Duże farmy konieczne dla stabilnego systemu

Polska jest na piątym miejscu w Unii Europejskiej pod względem tempa wzrostu mocy instalacji słonecznych. Fotowoltaika wciąż ma tu jednak charakter głównie prosumencki. Atrakcyjne programy dopłat, przyjazne regulacje prawne oraz rosnące ceny energii napędzały zainteresowanie instalacjami wśród właścicieli domów jednorodzinnych.

Aby równoważyć polski system energetyczny niezbędne jest zwiększenie mocy pozyskiwanej z dużych inwestycji w farmy fotowoltaiczne i farmy wiatrowe. W ostatnich miesiącach powszechnej pracy i nauki zdalnej wzrosło zapotrzebowanie na energię elektryczną. Jeszcze bardziej potrzebne stały się więc nowo przyłączane do systemów energetycznych duże obiekty OZE – wskazuje Mariusz Łoboda, Product Manager w firmie Eaton.

Boom za dwa lata

Rynek farm fotowoltaicznych i wiatrowych dynamicznie się rozwija, wspierany m.in. przez przedłużony system aukcji OZE i podpisaną przez prezydenta w styczniu ustawę o promowaniu wytwarzania energii w morskich farmach wiatrowych. Ilość mocy sprzedanej na aukcjach OZE w 2020 roku wzrosła o ok. 150% w porównaniu z latami 2018-2019. Liczba wydawanych warunków przyłączeniowych dla nowych obiektów wzrosła nawet dziesięciokrotnie. Jeśli tempo rozwoju utrzyma się, nawet o pięć lat wcześniej osiągnięty zostanie poziom mocy OZE zakładany w Krajowym Planie Energii i Klimatu pierwotnie na 2030 rok.

– Boom inwestycji w farmy fotowoltaiczne nastąpi w 2021 i 2022 roku, kiedy oddawane do użytku będą projekty z trzech poprzednich aukcji OZE. Rynek będzie się zmieniał z prosumenckiego na bardziej zrównoważony. Zostanie „rozłożony” między elektrownie wiatrowe i słoneczne oraz użytkowników indywidualnych. Według prognoz w ciągu następnych dwóch lat udział mocy zainstalowanych farm fotowoltaicznych zrówna się z udziałem mikroinstalacji. Polska, obok Francji i Danii, będzie też głównym motorem napędowym wzrostu zainstalowanej mocy wiatrowej w UE – wyjaśnia Mariusz Łoboda.

Procedury i sieć barierą, aukcje i offshore szansą

W rozwoju sektora OZE barierę wciąż stanowią przede wszystkim procedury. Konieczne jest umożliwianie szybszego uzyskiwania pozwoleń i warunków przyłączeniowych dla projektów farm. Ważna jest też modernizacja polskich sieci energetycznych, Dzięki temu możliwe będzie przyłączanie do nich większej liczby dużych obiektów wiatrowych i fotowoltaicznych. Transformację Polski w kierunku zielonej energii coraz szerzej wspierają ułatwienia prawne i proceduralne, takie jak system aukcji OZE gwarantujących stałą cenę energii oraz uchwalona niedawno tzw. ustawa offshore. Określa ona m.in. system wsparcia i ułatwień administracyjnych dla projektów farm wiatrowych na Bałtyku oraz ujednolica zasady przyłączania wytwórców takiej energii do sieci elektroenergetycznej.

Źródła:

  1. https://ember-climate.org/wp-content/uploads/2021/01/Report-European-Power-Sector-in-2020.pdf
  2. Dane Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej

W 2020 roku prawie 70 proc. firm miało problemy z utrzymaniem płynności finansowej

Według GUS szacunkowy spadek PKB Polski w 2020 roku wyniósł 2,8 proc. Jest to najgorszy wynik od początku lat 90. Potwierdzają to złe nastroje przedsiębiorców, jedna trzecia z nich ocenia miniony rok negatywnie pod względem finansów i rozwoju firmy, to dwa razy więcej niż 2019. Szczególnie trudnymi dla przedstawicieli MŚP momentami 2020 był marzec oraz kwiecień, czyli początek pandemii. Z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że zaległości przedsiębiorstw w 2020 roku wyniosły ponad 33,5 mld zł, o 4 proc. więcej niż rok wcześniej.

Do 33,5 mld zł wzrosły na koniec 2020 r. zaległości firm wobec partnerów biznesowych i banków – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz bazy Biura Informacji Kredytowej. Przez rok firmom przybyło ponad 1,23 mld zł (4 proc.) płatności przeterminowanych powyżej 30 dni, na minimum 500 zł u jednego wierzyciela.

W badaniu przeprowadzonym na zlecenie BIG InfoMonitor, aż 69 proc. przedsiębiorców przyznaje, że w minionym roku miało kłopoty z utrzymaniem płynności finansowej. To wynik ponad dwukrotnie wyższy niż rok temu. Niemal połowa tych firm deklaruje, że problemy te stanowiły zagrożenia dla utrzymania działalności firmy. Źródła tej sytuacji także łączone są z pandemią koronawirusa. Różnego rodzaju ograniczenia oraz restrykcje utrudniały bowiem biznesowi normalne funkcjonowanie.

Dobrze rok 2020 będzie wspominać jedynie 30 proc. firm, przede wszystkim produkcyjne. To spadek o 19 p.p. w porównaniu do 2019 roku. Neutralnie pod kątem finansów i rozwoju firmy minione 12 miesięcy ocenia 36 proc. Dla jednej trzeciej przedsiębiorców był to jednak zły rok, szczególnie dla mikrofirm (40 proc.) oraz reprezentantów branży usługowej (39 proc.) i handlowej (36 proc.).

To, co przede wszystkim wpłynęło na negatywny odbiór 2020 przez przedsiębiorców, to obostrzenia związane z pandemią COVID 19 (46 proc.), a także problemy związane ze stabilnością (26 proc.) oraz płynnością finansową (24 proc.) swoich biznesów.

W 2020 roku najcięższy dla przedsiębiorców był kwiecień (21 proc.) oraz marzec (11 proc.). – Wydaje się, że pandemia COVID 19 nie tylko spowodowała faktycznie spowolnienie lub wręcz zatrzymanie działalności niektórych firm, ale także przyczyniła się do wzrostu poczucia niepewności wśród przedsiębiorców i te obawy o przyszłość towarzyszą im cały czas – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.  

Badanie zrealizowane metodą CAWI  przez agencję Maison&Partners na panelu badawczym Ariadna. Próba badawcza N=627 przedstawicieli sektora MŚP. Termin realizacji grudzień 2020.

Santander Bank Polska i Tauron Polska Energia przeprowadziły pierwszą w Polsce zieloną transakcję IRS

IRS (Interest Rate Swap) to transakcja zabezpieczająca ryzyko zmienności stóp procentowych. Instrument przygotowany dla Taurona jako pierwszy w Polsce jest oparty o zasady zrównoważonego rozwoju. Oznacza to, że jeśli Tauron osiągnie lepsze wskaźniki środowiskowe to koszty odsetkowe od zaciągniętych zobowiązań będą niższe.

Firma, która korzysta z „zielonego IRS” jest motywowana do uwzględniania celów środowiskowych w swoim modelu biznesowym. Dla producenta energii będą to: obniżenie emisji CO2 oraz zwiększenie produkcji energii pochodzącej z OZE. Za spełnienie tych warunków przedsiębiorstwo uzyskuje wymierne korzyści finansowe, w przypadku Taurona będzie to obniżenie płaconej stałej stopy procentowej.

Aspekty środowiskowe i klimatyczne są coraz częściej brane pod uwagę przy finansowaniu oraz szacowaniu ryzyka danej inwestycji. Specjalną rolę odgrywają też cele SDG (Sustainable Development Goals) i wskaźniki ESG (Environmental Social, Governance), które uwzględniane są przy tworzeniu nowych produktów czy oferty finansowania mającej zachęcać i wspierać przedsiębiorców do podejmowania wysiłku transformacyjnego. Naszym celem jest wsparcie rodzimego sektora energetycznego w transformacji na zeroemisyjny system. Dlatego dostarczamy naszym klientom rozwiązania, które im w tym pomogą, uwzględniając przy tym specyfikę naszego rynku. Cieszymy się, że Santander Bank Polska jako pierwsza instytucja finansowa w Polsce przeprowadził transakcję zabezpieczającą ryzyko zmienności stóp procentowych opartą o zasady zrównoważonego rozwoju – komentuje Paweł Szczepaniak, z Departamentu Usług Skarbowych Santander Bank Polska.

To kolejny etap współpracy Santander Bank Polska z firmą Tauron. W październiku br. bank został koordynatorem, organizatorem oraz dealerem emisji pierwszych obligacji Zrównoważonego Rozwoju (Sustainability–linked) dla spółki, o wartości 1 mld zł. Obie transakcje, które były pierwszymi takimi na polskim rynku, pomogą spółce w transformacji na energię bezemisyjną. Santander Bank Polska bardzo poważnie podchodzi do wyzwań przed jakimi bez wątpienia stanie sektor energetyczny w najbliższych dekadach. Dlatego aktywnie uczestniczy w finansowaniu „zielonych” projektów w tym sektorze, a także tworzy rozwiązania umożliwiające firmom energetycznym realizowanie ambitnych celów.

Zielony Zwrot Taurona to strategia prowadzona od półtora roku. Jej głównym celem jest radykalna zmiana struktury wytwórczej Grupy przy jednoczesnym skokowym obniżeniu emisyjności CO2. W 2030 roku chcemy 2/3 energii wytwarzać ze źródeł odnawialnych i ograniczyć emisyjność o połowę. To ambitne zadanie, którem wymaga skonstruowania elastycznego i zdywersyfikowanego finansowania. Widzimy, że sektor finansowy dostarcza nowych rozwiązań, z których korzystamy – wyjaśnia Marek Wadowski, wiceprezes zarządu TAURON Polska Energia.

Czym jest „zielony IRS”?

IRS to transakcja zabezpieczająca ryzyko zmienności stóp procentowych, w której klient zamienia płatności oparte o zmienny indeks (np. WIBOR) na stopę stałą o określonej wysokości. Transakcji takich dokonuje się w celu zabezpieczenia ryzyka wynikającego z finansowania opartego o zmienną stopę, np. kredytów czy emisji  obligacji. Przed zawarciem transakcji klient ponosi koszty odsetkowe oparte o WIBOR i marżę kredytową. WIBOR może zmieniać się w czasie i wzrosnąć, powodując wzrost kosztów odsetkowych. Dzięki zawartej transakcji IRS firma przez cały okres zabezpieczenia zna wysokość ponoszonych kosztów.

Modyfikacja transakcji wykonana przez Santander Bank Polska to oparcie IRS o zasady zrównoważonego rozwoju. Wprowadzona została dodatkowa zachęta finansowa w postaci obniżenia stałej stopy procentowej. Jednak żeby taka obniżka się zrealizowała, Tauron będzie musiał spełnić odpowiednie warunki, które zostały ustalone przed zawarciem transakcji, a następnie będą co rok monitorowane. Jeśli warunki w danym roku zostaną spełnione, stopa procentowa zostanie obniżona o ustaloną wartość, na następny rok.

Polska gospodarka, tak jak i wiele gospodarek europejskich, stoi przed wyzwaniem zielonej transformacji. Kontrahenci, klienci indywidualni, inwestorzy coraz uważniej przyglądają się temu, jakie skutki dla środowiska, klimatu i społeczeństwa powoduje dana działalność. Przedstawiciele biznesu monitorują swój  ślad środowiskowy i tworzą ambitne strategie, których celem jest jego zmniejszanie. Należy więc oczekiwać, że tego typu transakcji jak „zielony IRS” czy instrumentów jak obligacje Zrównoważonego Rozwoju będzie na naszym rynku coraz więcej.

Porozumienie NCBR z Narodowym Funduszem Badań Ukrainy

Organizacja wspólnych konkursów bilateralnych, wymiana wiedzy i najlepszych praktyk oraz promocja udziału polskich i ukraińskich ekspertów w procesie oceny wniosków w konkursach obu instytucji – to główne założenia podpisanego właśnie porozumienia o współpracy pomiędzy Narodowym Centrum Badań i Rozwoju a Narodowym Funduszem Badań Ukrainy.

Dla NCBR podjęta współpraca jest ważnym elementem nowej strategii zakładającej m.in. wzmocnienie pozycji międzynarodowej Centrum i stałe poszerzanie oferty w tym zakresie.

Polskie innowacje już od lat wychodzą za granicę dzięki wsparciu NCBR. W naszym portfolio mamy obecnie ponad 100 inicjatyw międzynarodowych. Cieszę się, że od dziś w gronie naszych najważniejszych zagranicznych partnerów jest także Narodowy Fundusz Badań Ukrainy. To szansa dla polskich jednostek na nawiązanie nowych badawczych kontaktów. Dla obu instytucji to także możliwość wspólnego udziału chociażby w takich projektach jak Twinning i TAIEX czyli programach pomocowych adresowanych do państw sąsiadujących z UE – mówi dr inż. Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Narodowy Fundusz Badań Ukrainy (NRFU) to państwowa agencja rządowa, której głównym celem jest wsparcie realizacji badań podstawowych i prac rozwojowych w priorytetowych obszarach nauki i technologii. NRFU została powołana przez Radę Ministrów Ukrainy na początku 2018 roku i jest odpowiednikiem NCBR na Ukrainie.

Jesteśmy przekonani, że partnerstwo w ramach podpisanego Porozumienia pomiędzy NRFU i NCBR będzie realizowane na wysokim poziomie. Nie mamy wątpliwości, że nasza współpraca będzie sprzyjać owocnej wymianie wiedzy i dobrych praktyk między czołowymi organizacjami i instytucjami naukowymi Ukrainy i Polski, zacieśnianiu relacji między naszymi krajami, a także wzajemnej integracji krajowych przestrzeni badawczych. – mówi prof. Leonid Jatsenko, dyrektor Narodowego Funduszu Badań Ukrainy.

Porozumienie NCBR – NRFU będzie obowiązywać przez 5 lat. Współpraca może być podjęta m.in. w zakresie badań jądrowych, nowych materiałów, technologii IT, fizyki i astronomii, inżynierii, biotechnologii czy badań środowiskowych.

Międzynarodowy „know-how” NCBR

Rok 2021 to nowe wyzwania dla NCBR w zakresie współpracy międzynarodowej. Aby jeszcze skuteczniej wspierać naukowców i innowatorów na arenie międzynarodowej, a zwłaszcza realizować projekty w ramach programu Horyzont Europa, Centrum podjęło już szereg istotnych działań m.in. powołało Biuro Współpracy Międzynarodowej, połączyło siły z Krajowym Punktem Kontaktowym oraz uruchomiło Biuro w Brukseli.

Współpraca międzynarodowa w NCBR ma wieloraki charakter. Ze względu na typ wdrażanych inicjatyw można podzielić ją na: ERA-NET-y, czyli partnerstwa w ramach Programów Ramowych UE; inne inicjatywy wielostronne; współpracę dwustronną; a także programy finansowane z funduszy norweskich i funduszy Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Łącznie NCBR zaangażowało się w 102 inicjatywy, czego wynikiem jest prawie 1000 projektów o łącznej wartości dofinansowania przekraczającej 1,1 mld zł. NCBR ogłasza średnio 30 konkursów rocznie, z łącznym budżetem około 100 mln zł.

ID Logistics podsumowuje 2020 rok – wzrost sprzedaży o 7,1 proc. do 1,64 mld euro

Grupa ID Logistics podsumowała działalność w IV kwartale i przychody za 2020 rok.

Eric Hémar, prezes i dyrektor generalny Grupy ID Logistics, komentuje: „Mocna pozycja ID Logistics w szybko rozwijających się branżach (e-commerce, żywność), zrównoważony zasięg geograficzny oraz umiejętność adaptacji po raz kolejny okazały się mieć decydujące znaczenie dla osiągnięcia wzrostu sprzedaży, mimo bezprecedensowych okoliczności. Chciałbym podziękować naszym zespołom za niezawodne zaangażowanie, a klientom za zaufanie i lojalność”.

DYNAMICZNY WZROST W IV KWARTALE

W IV kwartale, podobnie jak w III, Grupa ID Logistics odnotowała dobre wyniki. W porównaniu do analogicznego okresu ub.r. sprzedaż wzrosła o 12 proc. (9,1 proc. w ujęciu like-for-like) do poziomu 454,1 mln euro.

We Francji, rynku macierzystym, firma odnotowała wzrost sprzedaży o 4 proc. do 193,1 mln euro i był to wynik lepszy od osiągniętego w I kwartale, przed kryzysem wywołanym pandemią Covid-19. W IV kw. zwiększyła się też sprzedaż na rynkach międzynarodowych – o 18,7 proc. do 261 mln euro. Wynik ten uwzględnia niekorzystny wpływ kursów wymiany walut, szczególnie odczuwany w Ameryce Łacińskiej, zmiany związane z zakończeniem działalności w Chinach w czerwcu ub.r. oraz konsolidację amerykańskiej firmy Jagged Peak, przejętej w grudniu 2019. Po wyłączeniu tych pozycji sprzedaż netto wzrosła o 13,7 proc.

2020 ROK – WZROST PRZYCHODÓW O 7,1 PROC.

Dzięki zdywersyfikowanemu portfelowi klientów (40 proc. produkcja i dystrybucja żywności, 25 proc. e-commerce) oraz zrównoważonemu zasięgowi geograficznemu, Grupa ID Logistics osiągała wzrosty przychodów przez prawie cały rok, z wyjątkiem II kwartału, kiedy odnotowano spadek aktywności do -0,6 proc. Ożywienie w III kw. i przyspieszenie w IV pozwoliło firmie osiągnąć przychody na poziomie ponad 1,64 mld euro, o 7,1 proc. (4,9 proc. like-for-like) więcej niż w ubiegłym roku. W tym czasie Grupa uruchomiła 18 nowych centrów dystrybucji (6 we Francji i 12 na rynkach międzynarodowych), więcej niż planowano. Tylko w IV kw. obsługa e-commerce wzrosła o ponad 30 proc. i stanowi obecnie blisko 25 proc. przychodów ID Logistics.

NOWE KONTRAKTY I CENTRA DYSTRYBUCYJNE

Mimo kryzysu pandemicznego, firma otrzymywała bardzo dużo zaproszeń do udziału w przetargach, blisko połowa z nich dotyczyła obsługi e-commerce. W IV kw. Grupa ID Logistics rozwijała swoją działalność i podpisała kolejne kontrakty. Wśród tych najważniejszych można wymienić:

  • We Francji operator, wzmacniając współpracę z Leroy Merlin, uruchomił trzeci już magazyn tej sieci handlowej, o powierzchni 41 tys. mkw., który odpowiada za dostawy do 17 sklepów.
  • W Niemczech ID Logistics umocniło pozycję na rynku dedykowanym obsłudze łańcuchów dostaw dla e-commerce. Firma oferuje nie tylko usługi typu pick & pack, ale też sortowania i dystrybucji. ID Logistics uruchomił swoje pierwsze centrum sortowania i dystrybucji o powierzchni 16 tys. mkw. w Ginsheim-Gustavsburg k/Frankfurtu, które w okresach największej aktywności zatrudnia ok. 300 pracowników.
  • W Hiszpanii ID Logistics kontynuuje współpracę z grupą Auchan i należącą do niej siecią supermarketów Simply. ID Logistics będzie zarządzać obsługą magazynową ponad 350 sklepów Simply z 3 platform zlokalizowanych w środkowo-wschodniej części Hiszpanii w Saragossie.

ID LOGISTICS W POLSCE

W 2020 roku bardzo dobre wyniki odnotował także polski oddział ID Logistics. Dzięki uruchomieniu 6 nowych centrów dystrybucyjnych o łącznej powierzchni ponad 190 tys. mkw. operator wzmocnił pozycję na rynku dedykowanej logistyki kontraktowej w obsłudze branż retail, spożywczej i e-commerce. Firma zatrudniła 1500 nowych pracowników. ID Logistics rozszerzył też zakres współpracy z klientami, elastycznie odpowiadając na ich potrzeby, związane m.in. z obecną sytuacją rynkową. W zarządzanych magazynach operator wdrożył kolejne innowacyjne rozwiązania, pozwalające na dalszą optymalizację procesów operacyjnych. Obecnie ID Logistics przygotowuje się do uruchomienia kolejnych centrów dystrybucyjnych, co wiąże się też z realizacją nowych kontraktów.

„Pierwszy oraz drugi kwartał 2021 to czas finalizacji planowania kolejnych naszych projektów, tak abyśmy mogli już w drugiej połowie tego roku przystąpić do ich wdrażania, także w nowych lokalizacjach na terenie Polski. To będzie kolejny rok, w którym nowe przedsięwzięcia logistyczne pozwolą nam umocnić naszą pozycję na polskim rynku dedykowanej logistyki kontraktowej jako specjalisty w obszarze obsługi projektów e-commerce” mówi Sylwia Dunn, business development director, ID Logistics Polska.

PERSPEKTYWY ROZWOJU BIZNESU

W 2021 roku Grupa Logistics zamierza rozwijać swoją działalność, przy jednoczesnym zachowaniu ostrożności w związku z kryzysem pandemicznym wywołanym Covid-19. W tym kontekście priorytetem Grupy będzie: wspieranie potrzeb klientów, ochrona pracowników i zarządzanie przepływami pieniężnymi. Operator będzie też zwracać uwagę na nowe możliwości rozwoju zewnętrznego, zwłaszcza w Europie Północnej i Stanach Zjednoczonych.

Wrocławski rynek biurowy w 2021 roku

Na rynku wrocławskim wśród najemców obserwujemy już symptomy zmieniającego się podejścia do wyboru lokalizacji, a z drugiej strony – deweloperzy i właściciele obiektów starają się adaptować do nowych warunków. Eksperci międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield z Wrocławia prognozują, że w 2021 roku najemcy będą szukać przede wszystkim elastyczności, a wrocławski rynek czeka stabilizacja relacji pomiędzy popytem i podażą.

Rok 2020 pod znakiem podnajmów, renegocjacji i odnowień umów

Pomimo wyzwań związanych z pandemią, w minionym roku wrocławski rynek biurowy zachował relatywnie wysoką aktywność po stronie popytu. W 2020 r. zamknięto transakcje obejmujące 128 400 mkw. powierzchni biurowej, jednak struktura aktywności najemców w podziale na typy zawieranych umów odzwierciedla niepokój spowodowany ograniczaniem funkcjonowania niektórych gałęzi gospodarki. Ponad połowę popytu brutto stanowiły odnowienia umów i renegocjacje wcześniejszych najmów, często zawierane na relatywnie krótki okres. Wolumen nowych umów stanowił około 29%, a jedynie 16% dotyczyło ekspansji, czyli zwiększenia zajmowanej już powierzchni.

Pandemia COVID-19 zmieniła sposób, w jaki pracujemy, a część firm, szukając oszczędności, decyduje się na redukcję aktualnie zajmowanej powierzchni i podnajęcie części swojego biura. Na koniec minionego roku na wrocławskim rynku oferowane było w ten sposób 16 300 mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Spadek aktywności najemców w 2020 roku przełożył się również na wzrost współczynnika pustostanów, który na koniec grudnia wynosił 15,0 proc i wzrósł o 2,3 pp. w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 roku.

Wywoławcze stawki czynszów kształtują się na stosunkowo stabilnym poziomie, jednak można zauważyć presję ze strony najemców na ich obniżki. Na koniec 2020 roku we wrocławskich budynkach klasy A za najem trzeba było zapłacić 13 – 15 euro za mkw., natomiast w starszych biurowcach 10 – 13 euro za mkw. Odnotowano również spadek wartości efektywnych stawek czynszów, co spowodowane jest między innymi większą elastycznością wynajmujących w odniesieniu do oferowania dodatkowych zachęt, takich jak wakacje czynszowe czy budżety na aranżację powierzchni.

Czas adaptacji – w cenie elastyczność, komfort i bezpieczeństwo

W najbliższym czasie proces adaptacji biurowców do nowych oczekiwań najemców i zmieniających się wymagań wynikających z pandemii COVID-19 będzie musiał przyśpieszyć. Nowa sytuacja rynkowa stawia przed deweloperami i właścicielami budynków wyzwanie związane z weryfikacją strategii wynajmu.  Zmiany te będą prawdopodobnie zachodziły w wielu obszarach jednocześnie.

Zmieniają się między innymi oczekiwania związane z dbałością o zdrowie i komfort pracowników. Zdecydowanie wyżej będą oceniane biurowce oferujące udogodnienia i usługi promujące zdrowie oraz poprawę samopoczucia. Wiele firm będzie również rozważało wprowadzenie modelu hybrydowego biura i łączenie długoterminowej umowy najmu z krótkoterminowym wynajmem przestrzeni coworkingowej oraz możliwością pracy zdalnej. Pożądane staną się, zatem biura gwarantujące elastyczność, zarówno w zakresie aranżacji przestrzeni, jak i możliwości optymalizacji zajmowanej powierzchni w trakcie okresu najmu. Zyskają również obiekty oferujące możliwość korzystania z biura coworkingowego, którego operatorem jest właściciel budynku – mówi Marcin Siewierski, Dyrektor Regionalny w polskim oddziale Cushman & Wakefield.

Chcemy równowagi pomiędzy pracą zdalną a pracą z biura

Pandemia COVID-19 stawia przed sektorem biurowym szereg nowych wyzwań. Czy oznacza to jednak drastyczny spadek zajmowanych przez firmy powierzchni biurowych w 2021 roku?

Niekoniecznie. Z badań i analiz prowadzonych przez Cushman & Wakefield wśród pracowników biurowych na całym świecie wynika, że model pracy zdalnej w pełnym wymiarze nie jest marzeniem większości z nas, a organizacje będą musiały znaleźć właściwą równowagę pomiędzy pracą zdalną i pracą z biura. Według raportu „Generacja Z – miejsce pracy liderów jutra” przeprowadzonego w Polsce, 61% ankietowanych stawia na połączenie modelu pracy stacjonarnej i zdalnej. Z kolei model pracy zdalnej w pełnym wymiarze chciałoby wykorzystywać jedynie 13% respondentów. Zgodnie z wynikami globalnego badania „The future of workplace” dla 70% badanych pracowników młodego pokolenia praca z domu stanowi wyzwanie – podkreśla Marcin Siewierski.

Podobne wnioski na temat rozwoju rynku biurowego po zakończeniu pandemii zdają się towarzyszyć inwestorom. We wrocławskim sektorze biurowym nadal utrzymuje się stosunkowo wysoka aktywność deweloperów i inwestorów.

Stabilizacja na wrocławskim rynku biurowym w 2021 roku

W roku 2020 na wrocławski rynek trafiło zaledwie 57 tys. mkw. nowej powierzchni biurowej, co jest wynikiem blisko trzykrotnie niższym niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. W 2021 roku spodziewamy się podobnych wskaźników. Z drugiej jednak strony, taka sytuacja wpłynie na stabilizację relacji pomiędzy popytem i podażą oraz konsekwentną absorpcję pustostanów. Świadczy to o dojrzałości wrocławskiego rynku biurowego. Miasto nie jest już postrzegane jako „rynek wschodzący”, ale ugruntowane i dojrzałe centrum biznesowe o zróżnicowanej ofercie, które potrafi elastycznie i sprawnie reagować na sytuację rynkową – komentuje Marcin Siewierski.

Jaki będzie menedżer ery post-COVIDowej?

Wraz z nastaniem epidemii wiele firm przeniosło swoje działania do przestrzeni online, wysyłając pracowników do domów. Jest jednak stanowisko, którego kompetencje niełatwo przenieść do pracy zdalnej – menedżerskie. Menedżerowie w erze COVIDowej musieli odnaleźć się w rzeczywistości, w której nie mają bezpośredniego kontaktu ze swoimi pracownikami i zespołami, nie mogą fizycznie nadzorować ich pracy i osobiście ich motywować. To oznacza, że menedżerowie przyszłości będą musieli posiadać nowe kompetencje. 

– W online bardzo trudno robić wiele rzeczy, które dotychczas robił menedżer. Trudno jest motywować, trudno nadawać sens pracy i trudno jest kontrolować. W związku z tym podstawową cechą dobrego menedżera przyszłości będzie spokój. Umiejętność akceptacji tego, że nad pewnymi rzeczami nie ma kontroli – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Obłój profesor Akademii im. Leona Koźmińskiego oraz Uniwersytetu Warszawskiego. – Po drugie: menedżerowie będą musieli opanować nowe formy motywowania pracowników, przede wszystkim przez komunikację. Bo to jest to, co nam pozostało. Trzecie na tej liście są nowe formy kontroli. Dotychczas kontrola zawsze była fizyczna. Ktoś mógł stanąć nade mną i zobaczyć, co ja robię. Ktoś mógł sprawdzić produkty mojej pracy i bezpośrednio dać mi feedback. W przestrzeni online jest to niemożliwe. Ogromną pomocą dla przyszłych menedżerów będą doświadczenia tych niewielu firm, które zawsze żyły online. One starają się rekrutować ludzi, którzy mają wewnętrzną, własną motywację. W niewielkim stopniu ich kontrolują i pozwalają im odejść, kiedy kończą swoją pracę. Taka właśnie będzie postcovidowa, onlinowa, menedżerska praca, która najpewniej okaże się niezwykle trudna. Dlatego organizacje będą dążyć do tego, żeby miksować online z offline – zanim nauczą się tego, co dzisiaj mi się wydaje prawie niewiarygodne: jak motywować kogoś, kogo nigdy nie widziałeś na oczy – przewiduje Obłój.

Pandemia i mrozy zaszkodziły akumulatorom, nawet w nowych autach. Wiele serwisów pozwala za darmo sprawdzić ich stan

Ekstremalne temperatury i zaawansowany wiek samochodu to główne przyczyny złego stanu akumulatora. W Polsce wiek przeciętnego auta poruszającego się po ulicach wynosi 13 lat. Do niedawnych mroźnych dni dochodzi jeszcze pandemia, w wyniku której samochody są znacznie rzadziej użytkowane. W dodatku wiele osób korzysta z nich na krótkich dystansach, przez co akumulator nie jest w stanie w pełni się doładować i mogą pojawić się problemy z uruchomieniem silnika. Dlatego eksperci podkreślają, że aby uniknąć awarii, trzeba regularnie kontrolować stan akumulatora w specjalistycznym warsztacie. Wiele z nich udostępnia taką usługę bezpłatnie.

– W ostatnim czasie pojawiła się cała masa czynników, które przyspieszyły zużywanie się akumulatorów. Warto cofnąć się choćby do lata i gorącego sierpnia, kiedy upały znacznie obciążyły akumulatory, powodując ich samorozładowanie. Natomiast teraz, w okresie zimowym, przy niskich temperaturach pojawiają się problemy z uruchomieniem silnika i awarie akumulatorów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Potępa, menedżer ds. kluczowych klientów w Clarios Poland.

Podczas tegorocznego lata temperatury zdecydowanie przekraczały optymalny dla akumulatorów poziom 20°C. Kiedy zimą aura się ochładza, pojawiają się problemy z ich uruchomieniem, ponieważ wymaga to poboru większej ilości energii. Czasem problem występuje już po pierwszej nocy przymrozków. W efekcie zima to czas, kiedy liczba awarii akumulatorów i związanych z tym interwencji pomocy drogowej zdecydowanie rosną.

Można więc powiedzieć, że akumulatory zużywają się latem i umierają zimą – podkreśla Adam Potępa.

Obciążający dla akumulatorów był też lockdown spowodowany pandemią COVID-19. Mimo że wiosną obowiązywał zakaz przemieszczania się i pojazdy nie były używane, to odbiorniki elektryczne (np. autoalarm czy bezkluczykowe otwieranie pojazdu) w autach przez cały ten czas rozładowywały akumulator. VARTA szacuje, że w nowszych samochodach zasilania wymaga nawet około 150 odbiorników elektrycznych, a poboru dużej mocy z akumulatora wymagają również technologie oszczędzania paliwa, takie jak system stop-start.

 Wiele osób z obawy o własne bezpieczeństwo zrezygnowało z transportu publicznego i korzysta z własnych pojazdów na krótkich trasach i bardzo sporadycznie. Po uruchomieniu pojazdu i przejechaniu paru kilometrów akumulator nie jest w stanie poprawnie się doładować – mówi ekspert Clarios Poland.

Według przytaczanych przez firmę VARTA danych niemieckiego stowarzyszenia ADAC zły stan akumulatorów jest przyczyną około 40 proc. wszystkich awarii samochodów. Zwykle ma to związek z zaawansowanym wiekiem pojazdów. Według Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów ACEA średni wiek samochodu w Polsce to 13 lat, a Polska zajmuje pod tym względem 17. miejsce w UE.

Co więcej, wiele osób z uwagi na niepewną sytuację finansową odłożyło zakup nowego akumulatora na później. To oznacza, że w wielu pojazdach akumulator był wymieniany bardzo dawno temu lub wcale. Dlatego nie ma się co dziwić, że większość awarii na drodze wynika właśnie z niewłaściwego stanu akumulatora – ocenia Adam Potępa. – Jeżeli akumulator jest w dobrym stanie technicznym, to zimą nie ma powodów do obaw. Jeszcze jednak przed pandemią na podstawie przeprowadzonych badań stwierdziliśmy, że aż 34 proc. akumulatorów w Europie jest w kiepskim stanie.

Ekspert podkreśla, że aby uniknąć awarii na drodze, należy regularnie kontrolować stan akumulatora. Ze względu na zaawansowaną elektronikę w nowszych autach warto to jednak zrobić w specjalistycznym serwisie, ponieważ przerwanie zasilania może skutkować np. utratą danych i niesprawnością szyb elektrycznych czy koniecznością ponownej instalacji oprogramowania.

– W ramach programu testowania akumulatorów VARTA, który kontynuujemy od lat, zrzeszamy serwisy wykonujące bezpłatny test w ramach rutynowych czynności serwisowych lub na życzenie klienta. Podczas takiego testu mechanik weryfikuje stan akumulatora, napięcie ładowania, stan rozrusznika i instalacji elektrycznej. Otrzymany wynik pozwala na diagnozę i ocenę stanu akumulatora i ewentualnie podjęcie decyzji o jego wymianie lub możliwości dalszego korzystania – mówi ekspert.

Bezpłatną kontrolę można przeprowadzić w około 2 tys. punktów w całej Polsce. W razie konieczności wymiany akumulatora stary, zużyty można bez opłat zostawić w warsztacie.

W 2020 roku Polacy zaciągnęli o prawie 1/5 mniej kredytów. Mieszkaniowe i ratalne okazały się odporne na kryzys związany z pandemią

Ubiegły rok zakończył się zapaścią na rynku pożyczek pozabankowych i kredytów gotówkowych. Obroniły się natomiast kredyty ratalne i mieszkaniowe, które w drugiej połowie roku odbiły po gwałtownym wiosennym spadku. W efekcie wartość udzielonych przez banki hipotek zmniejszyła się tylko o 2,9 proc. rok do roku, a ratalnych wzrosła o 0,8 proc. Mimo pandemii i związanego z nią kryzysu stabilna pozostaje szkodowość, czyli liczba kredytów opóźnionych w spłacie. Analitycy BIK prognozują, że rozpoczęty właśnie rok na rynku kredytowo-pożyczkowym będzie zdecydowanie lepszy od poprzedniego, choć z pewnością nie wróci do poziomów z 2019 roku.

– Rok 2020 był trudny dla biznesu kredytowego i pożyczkowego. Polacy zaciągnęli w ubiegłym roku prawie 141 mld zł kredytów. To jest o 18 proc. mniej niż rok wcześniej. Wpłynęły na to głównie największe spadki w segmencie kredytów gotówkowych i pożyczek pozabankowych, których sprzedaż była mniejsza odpowiednio o 30 i 33 proc. – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Mariusz Cholewa, prezes Biura Informacji Kredytowej.

Według danych BIK na koniec grudnia wartość portfela kredytów i pożyczek wyniosła 700 mld zł i była o 30,4 mld zł (czyli o 4,5 proc.) wyższa w porównaniu z końcem 2019 roku. Akcja kredytowa w tym czasie spadła natomiast o 29 mld zł, czyli o blisko 1/5. Spadek został jednak zrekompensowany przez zamrożenie części spłat kredytów, wzrost kursu walutowego oraz fakt, że duży udział w wartości nowych umów mają kredyty mieszkaniowe, spłacane w długich okresach.

Koronawirus wpłynął na wszystkie segmenty rynku kredytowo-pożyczkowego, jednak najmocniej odbił się na kredytach gotówkowych. Popyt na nie zaczął spadać jeszcze przed pandemią, która tylko pogłębiła ten trend – zwłaszcza w okresie wiosennym (w kwietniu spadek w tym segmencie wyniósł aż 44,4 proc.). W efekcie w całym 2020 roku popyt na kredyty gotówkowe spadł o 14 proc., a banki udzieliły ich na kwotę niższą o 30 proc. niż w roku poprzednim.

2020 rok zakończył się też zapaścią na rynku pożyczek pozabankowych. Popyt na nie spadł o rekordowe 39 proc. w porównaniu z poprzednim (w kwietniu aż o 63,8 proc.). Z kolei wartość finansowania udzielonego przez firmy pożyczkowe (w sumie 4,8 mld zł) spadła rok do roku o 1/3. Według prezesa BIK wpłynęła na to nie tylko pandemia i spadek popytu na finansowanie potrzeb konsumenckich, lecz również niekorzystne dla branży pożyczkowej zmiany legislacyjne.

– Gwiazdą ubiegłego roku były natomiast kredyty ratalne, których Polacy zaciągnęli o 1 proc. więcej niż w 2019 roku – wskazuje dr Mariusz Cholewa.

To jedyny segment rynku, który obronił się w ubiegłym roku i zanotował wzrost dynamiki sprzedaży – zarówno pod względem liczby, jak i wartości udzielonego finansowania. Analitycy zwrócili uwagę, że w czasie pandemii kredyty ratalne idealnie wpisały się w potrzeby konsumentów, którzy – ze względu na niepewną sytuację – nie chcieli pozbywać się wolnych środków nawet w obliczu niezbędnych poważniejszych wydatków.

Dobrą odpornością na koronawirusa wykazał się też segment kredytów mieszkaniowych. Ten początkowo, w okresie wiosennym, zanotował gwałtowny spadek (w maju aż o 27,7 proc. r/r), ale potem popyt zaczął się stopniowo odbudowywać, a od sierpnia jest już dodatni. Przyczyniły się do tego również same banki, które – po zaostrzeniu warunków kredytowych w pierwszych miesiącach pandemii – zaczęły stopniowo łagodzić swoją politykę od II półrocza.

W efekcie w całym 2020 roku liczba złożonych wniosków o kredyt mieszkaniowy zmniejszyła się tylko o 0,6 proc. Wartość udzielanych hipotek spadła natomiast jedynie o 2,9 proc. rok do roku. Wpłynął na to głównie duży spadek liczby udzielanych kredytów na niższe kwoty. Blisko połowę kredytów mieszkaniowych udzielonych w 2020 roku stanowiły te z przedziałów kwotowych 350–500 tys. zł oraz powyżej 500 tys. Ich liczba z kolei wzrosła odpowiednio o 8,1 proc. i 11,5 proc.

– Można by się spodziewać, że jakość kredytów w czasie kryzysu się pogorszy. Natomiast była ona stabilna przez cały ubiegły rok, a patrząc na nasze indeksy wczesnego ostrzegania, można nawet powiedzieć, że generalnie się poprawia – zapewnia prezes BIK. – Wyjątkiem są pożyczki pozabankowe. Tutaj wartość przeterminowanych kredytów powyżej 90 dni przekroczyła 43 proc. i był to wzrost aż o 9 pkt proc., czyli bardzo wysoki.

Najlepszy wskaźnik szkodowości, mierzony Indeksem Jakości BIK, mają kredyty ratalne (1,3 proc.). Dla porównania dla kredytów gotówkowych wartość tego indeksu wynosi 3,9 proc. i jest najwyższa ze wszystkich produktów kredytowych (nie uwzględniając pożyczek pozabankowych). Jednak co istotne, na koniec 2020 roku wszystkie indeksy nadal pokazywały bezpieczny poziom ryzyka portfela kredytów udzielanych gospodarstwom domowym.

– Na stabilną jakość kredytów wpływ miały dwa główne czynniki. Z jednej strony była to pomoc publiczna, która zahibernowała rynek pracy i dzięki której Polacy nie stracili pracy. Druga to tzw. wakacje kredytowe, których banki udzielały na trzy bądź sześć miesięcy. Wartość kredytów objętych wakacjami wyniosła 82 mld zł, to był prawie milion rachunków. Widzimy też, że te rachunki w 95 proc. wracają do regularnej spłaty – podkreśla Mariusz Cholewa.

Analitycy BIK prognozują, że ten rok na rynku kredytowo-pożyczkowym będzie umiarkowanie dobry. Rynek nie wróci co prawda do poziomów sprzedaży z 2019 roku, ale powinien być znacząco lepszy od roku 2020. BIK szacuje wzrost o 14 proc. w segmencie kredytów mieszkaniowych (do poziomu 72 mld zł), o 16 proc. w kredytach gotówkowych (do 60 mld zł) oraz o 5 proc. w segmencie produktów ratalnych (do 15,3 mld zł).

– Widzimy, że wniosków kredytowych jest całkiem sporo. Banki też łagodzą kryteria przyznawania kredytów, zwłaszcza mieszkaniowych. W ostatnich dniach pojawiały się nawet komunikaty o zmniejszeniu wymogu dotyczącego wkładu własnego. Wszystkie te elementy mogą spowodować, że ten rok nie będzie zły. Dużym znakiem zapytania jest jednak jakość kredytów, bo wakacje kredytowe się skończyły, a jeśli lockdown będzie się utrzymywał zbyt długo, to może spowodować, że w 2021 roku będzie więcej przeterminowanych kredytów – prognozuje prezes BIK.

Jeśli sytuacja epidemiologiczna w kraju będzie się poprawiać, banki powinny łagodzić warunki udzielania kredytów, a odroczone decyzje zakupowe konsumentów, a tym samym odroczony popyt na kredyty, powinny wywołać dynamiczny impuls wzrostowy. Analitycy zwracają jednak uwagę, że pod znakiem zapytania stoi przyszła sytuacja na rynku pracy i możliwy wzrost bezrobocia w wyniku wygaśnięcia ograniczeń w redukcji zatrudnienia, zapisanych w tarczach pomocowych.

Rząd chce powołać państwowego operatora telekomunikacyjnego. Ma obsługiwać w zakresie sieci 5G administrację, Wojsko Polskie i Policję

W rządowej propozycji nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa znalazły się zupełnie nowe, nieprzedstawiane wcześniej zapisy. Jednym z nich jest powołanie w ramach ustawy nowego, państwowego operatora telekomunikacyjnego, który miałby obsługiwać w zakresie sieci 5G m.in. Kancelarie Premiera, Sejmu i Prezydenta, Wojsko Polskie czy Policję. W dodatku z 750 uwag zgłoszonych do poprzedniej wersji ustawy tylko nieliczne zostały uwzględnione. – Mimo nieuwzględnienia większości z tak ogromnej liczby zastrzeżeń rząd nie przewidział tym razem drugiej rundy konsultacji – mówi Rafał Jaczyński z Huawei Polska.

– Biorąc pod uwagę nowe zapisy, wprowadzone w tej wersji nowelizacji, mamy do czynienia z zupełnie nową ustawą, niepoddawaną wcześniej publicznym konsultacjom. Wszyscy uczestnicy rynku z osłupieniem po raz pierwszy czytali o nowym, państwowym operatorze telekomunikacyjnym, który nie będzie musiał kłopotać się aukcją, żeby otrzymać częstotliwości. Ważne są też zapisy dotyczące certyfikacji, które również pojawiły się po raz pierwszy. Nie ma uzasadnienia dla procedowania tak istotnych regulacji bez dialogu z przedsiębiorcami i organizacjami społecznymi – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Jaczyński, dyrektor regionalny ds. cyberbezpieczeństwa w Huaweiu.

W ubiegłym tygodniu pojawiła się nowa propozycja zmian w ustawie o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Projekt noweli trafił już na Komitet Rady Ministrów ds. Cyfryzacji. Zakłada on m.in. powołanie operatora sieci komunikacji strategicznej, czyli państwowego operatora telekomunikacyjnego, który będzie działać jako spółka Skarbu Państwa i dostarczać instytucjom publicznym (takim jak m.in. KPRM, Kancelaria Sejmu czy Prezydenta RP, wojsko czy Policja) usługi telekomunikacyjne na potrzeby realizacji celów związanych z obronnością, bezpieczeństwem i porządkiem publicznym.

Państwowy operator będzie działać w ramach częstotliwości zapewnionych mu przez prezesa UKE i korzystać z infrastruktury operatorów komercyjnych. Ci będą zobowiązani odpłatnie udostępnić mu swoje zasoby, a w razie braku porozumienia decyzję w tej sprawie podejmie UKE. Nowy, państwowy podmiot ma jednak nie stanowić konkurencji dla komercyjnych operatorów działających na rynku.

Datowany na 20 stycznia projekt nowelizacji ustawy o KSC jest już drugim. Do pierwszego, który został opublikowany we wrześniu ub.r., w toku konsultacji publicznych zgłoszono ok. 750 uwag.

– Tylko nieliczne głosy i opinie przedstawione w pierwszym terminie zostały wzięte pod uwagę – mówi dyrektor regionalny ds. cyberbezpieczeństwa w Huaweiu. – Wprowadzone poprawki nie są tym, czego oczekiwał rynek ani co podnosili eksperci przez ostatnie pół roku. Wiele zmian ma charakter pozorny, a nowy projekt nie uwzględnił najważniejszych uwag zgłoszonych w toku konsultacji. Mimo to tym razem rząd nie przewidział drugiej rundy konsultacji ani publicznie obiecywanej konferencji uzgodnieniowej.

Prace nad zmianami w tym akcie prawnym śledzą zarówno eksperci, jak również cały rynek telekomunikacyjny, ponieważ będą one mieć duży wpływ m.in. na wdrażanie w Polsce technologii 5G oraz wybór dostawców infrastruktury i oprogramowania dla nowego standardu telekomunikacyjnego. Zgodnie z projektem zajmie się tym rządowe Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa, które będzie oceniać ryzyko danych dostawców.

– Procedura uznawania danej firmy za dostawcę wysokiego ryzyka nadal budzi wątpliwości – mówi dyrektor ds. cyberbezpieczeństwa w Huwaeiu. – Zrezygnowano wprawdzie z oceny prawodawstwa kraju pochodzenia dostawcy pod kątem ochrony praw człowieka, ale pozostały inne niewymierne i niemerytoryczne kryteria: m.in. prawdopodobieństwo tego, czy dostawca sprzętu lub oprogramowania znajduje się pod wpływem państwa spoza UE lub NATO, zdolność ingerencji tego państwa w swobodę działalności gospodarczej dostawcy czy struktura własnościowa dostawcy. To oznacza, że ten projekt jest wciąż obarczony fundamentalną wadą – nie rozwiązuje żadnego problemu z cyberbezpieczeństwem, za to wprowadza dla przedsiębiorców zwiększone ryzyko inwestowania w Polsce.

Firmy, które na podstawie oceny Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa i przyjętych w ustawie kryteriów zostaną uznane za zagrożenie dla krajowego cyberbezpieczeństwa, będą zakwalifikowane jako tzw. dostawcy wysokiego ryzyka. To de facto oznacza dla nich odcięcie od kontraktów i wykluczenie z polskiego rynku. Co istotne, bez realnej możliwości odwołania.

– Sam proces przeprowadzania oceny przez Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa brzmi jak instrukcja polowania na czarownice. Otóż taka analiza będzie mogła zostać sporządzona nawet bez informacji i współpracy ze strony dostawców czy użytkowników ich produktów. Innymi słowy: na bazie informacji niepełnych, nieprawdziwych i niezweryfikowanych. Decyzja podjęta na bazie tych utajnionych danych, do których dostępu nie będzie mieć nawet podmiot oceniany, zawsze podlega rygorowi natychmiastowej wykonalności. Natomiast możliwość odwołania istnieje tylko w teorii, bo dostawca sprzętu nie może się odwołać, nie znając przyczyn swojego wykluczenia – tłumaczy Rafał Jaczyński.

Eksperci i rynek telekomunikacyjny wielokrotnie, już w trakcie prac nad pierwszą wersją noweli ustawy o KSC, apelowali o wprowadzenie bardziej merytorycznych, mierzalnych kryteriów oceny dostawców, które byłyby oparte np. na technicznych parametrach.

– Stosowanie kryteriów nietechnicznych – takich jak np. kraj pochodzenia dostawcy – zamiast rzetelnej weryfikacji urządzeń z wykorzystaniem uznanych, międzynarodowych systemów certyfikacji budzi rynkowy sprzeciw. Tym bardziej że po ostatnich konsultacjach projektodawca zapowiadał, że wprowadzi zmiany, które skupią się właśnie na aspektach technicznych – mówi ekspert Huwaeia. – Brnięcie w kryteria, które grożą uznaniowością oceny, nie przełoży się na zwiększenie poziomu cyberbezpieczeństwa w Polsce. Do sieci telekomunikacyjnej nie podłączamy dostawcy, tylko konkretne urządzenie, które musi spełniać określone wymogi bezpieczeństwa. Tymczasem zgodnie z obecnym projektem możliwa jest sytuacja, że krytyczna infrastruktura państwa będzie obsługiwana przez urządzenia, które nie mają żadnego certyfikatu bezpieczeństwa.

Projekt nowelizacji ustawy o KSC wprowadzi sankcje nie tylko dla firm uznanych za tzw. dostawców wysokiego ryzyka. Operatorzy telekomunikacyjni, którzy korzystają z ich usług bądź sprzętu, będą bowiem zmuszeni pozbyć się ich w ciągu kilku lat. W nowym projekcie ten termin został wydłużony z pięciu do siedmiu lat. Ustawodawca zastrzegł jednak, że w sytuacji szczególnego zagrożenia na podstawie decyzji ministra właściwego ds. informatyzacji operatorom i tak będzie przysługiwać ten krótszy termin.

Dyrektor ds. cyberbezpieczeństwa w Huaweiu podkreśla, że zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa jest zagrożeniem krytycznym i dlatego proces analizy dostawców powinien obejmować wyłącznie produkty i usługi pełniące krytyczną rolę w systemach i sieciach telekomunikacyjnych. Tymczasem proponowane zmiany w ustawie pozostawiają w tym względzie zbyt dużo swobody, pozwalając na wykluczanie z rynku dowolnych produktów i usług.

– Ustawodawca nie przewiduje na ten moment kolejnych konsultacji tego projektu. To o tyle rozczarowujące, że liczba uwag przesłanych do pierwszej wersji jasno pokazuje, że rynek jest żywo zainteresowany kształtem ustawy o KSC i chce o nim rozmawiać. Mam nadzieję, że ta chęć do rozmowy nie jest jednostronna – mówi Rafał Jaczyński.