Rząd chce zmienić przepisy o L4 – eksperci ostrzegają przed ryzykiem nadużyć

Jednym z kluczowych elementów rządowego projektu nowelizacji ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych jest propozycja zmiany zasad dotyczących zwolnień lekarskich. Nowe przepisy mają umożliwić świadczeniobiorcom podejmowanie pracy zawodowej u jednego pracodawcy w czasie, gdy pozostają na zwolnieniu lekarskim u innego. Choć rozwiązanie to ma w założeniu zwiększyć elastyczność rynku pracy i ograniczyć niepotrzebne obciążenia administracyjne, budzi ono poważne wątpliwości zarówno w środowisku przedsiębiorców, jak i ekspertów.

Jak zauważa Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców, zmiana może prowadzić do trudnych do przewidzenia skutków. Zdaniem minister Agnieszki Majewskiej, która odniosła się do projektu, konieczne jest wszechstronne rozważenie skutków proponowanych regulacji, zwłaszcza w kontekście obecnych realiów rynku pracy.

Potencjał elastyczności kontra ryzyko nadużyć

Nie negując pozytywnych intencji ustawodawcy, minister Majewska wskazuje na realne zagrożenia wynikające z nowego rozwiązania. Dane Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (ZUS) potwierdzają, że nadużycia w zakresie zwolnień lekarskich już dziś stanowią poważny problem. Coraz częściej zwolnienia są wykorzystywane nie w celu rekonwalescencji, lecz jako sposób na podejmowanie pracy u innego pracodawcy lub prowadzenie własnej działalności gospodarczej.

Zdaniem Majewskiej, proponowane zmiany mogą te zjawiska pogłębić. Pracownik, który otrzyma zwolnienie od jednego pracodawcy, mógłby jednocześnie legalnie pracować dla innego – co w praktyce może prowadzić do rozmycia pojęcia niezdolności do pracy oraz utrudnić kontrolę nad zasadnością świadczeń chorobowych.

Lekarz bez narzędzi do oceny

Jednym z kluczowych problemów jest kwestia kompetencji lekarza wystawiającego zwolnienie. Jak podkreśla minister Majewska, lekarz podstawowej opieki zdrowotnej czy specjalista, który wystawia zwolnienie, nie ma obiektywnej możliwości oceny, czy pacjent jest zdolny do wykonywania określonej pracy u innego pracodawcy. Wiedzę tę posiadają wyłącznie lekarze medycyny pracy, którzy mają dostęp do dokumentacji opisującej konkretne stanowisko i warunki pracy.

Brak takiej weryfikacji może skutkować sytuacjami, w których pracownik – choć formalnie chory – podejmuje aktywność zawodową w sposób niezgodny z przeznaczeniem świadczenia. W konsekwencji ZUS może mieć trudności z egzekwowaniem przepisów i oceną zasadności wypłaty zasiłku chorobowego.

Postulat wstrzymania wejścia w życie zmian

W obliczu opisanych ryzyk, minister Agnieszka Majewska zaproponowała, by wstrzymać wejście w życie nowelizacji do czasu, aż ZUS znacząco zwiększy częstotliwość i skuteczność działań kontrolnych. Jej zdaniem, dopiero wzmocnienie systemu nadzoru pozwoli ograniczyć ryzyko nadużyć i zapewnić, że nowe przepisy nie będą prowadzić do utraty zaufania do instytucji zwolnień lekarskich.

Zgodnie z rekomendacjami resortu, kontrola powinna objąć nie tylko samych świadczeniobiorców, ale również proces wystawiania zwolnień przez lekarzy – w tym analizę częstotliwości i zasadności wystawianych e-ZLA.

Potrzeba szerokiej debaty

Dyskusja wokół projektu nowelizacji pokazuje, jak delikatną materią są regulacje dotyczące zwolnień lekarskich. Z jednej strony państwo dąży do większej elastyczności rynku pracy i ochrony osób zatrudnionych w różnych formach, z drugiej – musi chronić system ubezpieczeń społecznych przed nadużyciami.

Eksperci podkreślają, że rozwiązania prawne muszą godzić interesy obu stron – pracowników i przedsiębiorców – oraz być oparte na rzetelnej analizie ekonomicznej i zdrowotnej. W przeciwnym razie reforma, która miała uprościć system, może doprowadzić do wzrostu nieuczciwych praktyk i dalszego obciążenia ZUS kontrolami.

Rejestracje i upadłości przedsiębiorstw w III kwartale 2025 r. – usługi rosną, handel się kurczy

W trzecim kwartale 2025 roku w Polsce zarejestrowano 85 368 nowych przedsiębiorstw, o 27 więcej niż rok wcześniej, a liczba upadłości wyniosła 101, czyli o 3 mniej niż w III kwartale 2024 r. – wynika z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego. Dane te wskazują na stabilizację liczby aktywnych firm, ale – jak podkreślają ekonomiści – maskują głębsze procesy strukturalne w polskiej gospodarce.

Widzimy wyraźnie, że polska gospodarka znajduje się w fazie stabilizacji. Jednak za tą pozorną równowagą kryją się zmiany strukturalne: sektor usług rośnie w dwucyfrowym tempie, a tradycyjny handel się kurczy. To sygnał transformacji w kierunku gospodarki opartej na wiedzy – komentuje Mariusz Zielonka, główny ekonomista Konfederacji Lewiatan.


Rejestracje przedsiębiorstw: stagnacja w liczbie, zmiana w strukturze

Liczba nowych rejestracji firm w III kwartale 2025 r. była praktycznie taka sama jak rok wcześniej, ale widać rosnącą rozbieżność między sektorami. Ponad ¾ wszystkich nowych podmiotów działało w czterech obszarach:

  • usługi – 25,2%,
  • budownictwo – 19,1%,
  • pozostałe sekcje (m.in. edukacja, zdrowie, kultura) – 18,9%,
  • handel i naprawa pojazdów – 12,1%.

Największy wzrost liczby rejestracji odnotowano w usługach (+13,4% r/r) oraz w tzw. pozostałych sekcjach (+8,2% r/r).

Z kolei handel i naprawa pojazdów zanotowały spadek aż o 22,5% r/r – największy od kilku lat.

Te wyniki potwierdzają, że Polacy coraz częściej zakładają firmy o niskiej barierze wejścia, działające w usługach profesjonalnych, technologicznych i kreatywnych, unikając branż o wysokich kosztach stałych i dużym ryzyku koniunkturalnym.

Dynamika nowych rejestracji pokazuje rosnące znaczenie elastycznych form działalności, zwłaszcza w usługach eksperckich i sektorach cyfrowych. W handlu i transporcie widać z kolei odpływ firm, które nie wytrzymują presji kosztów i konkurencji – dodaje Zielonka.


Formy prawne: dominacja jednoosobowych działalności, wzrost spółdzielni

Najwięcej, bo 82,8% wszystkich nowych firm, stanowiły osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą – ich liczba wzrosła minimalnie, o 0,1% r/r. To pierwszy niewielki wzrost po dwóch latach spadków.

Spółki z ograniczoną odpowiedzialnością odpowiadały za 15,1% rejestracji, jednak ich liczba spadła o 0,6% r/r, co stanowi odwrócenie wcześniejszego trendu wzrostowego.

Ciekawym zjawiskiem jest ponad trzykrotny wzrost liczby nowo rejestrowanych spółdzielni – z 38 w II kwartale do 123 w III kwartale 2025 r.. Eksperci wskazują, że może to być efekt rosnącej popularności lokalnych inicjatyw społecznych i spółdzielni energetycznych.


Upadłości: stabilizacja z przesunięciem ciężaru na najmniejszych

W III kwartale 2025 r. odnotowano 101 upadłości przedsiębiorstw, o 3 mniej niż rok wcześniej, ale o 14 więcej niż w 2023 r.
Największy spadek liczby bankructw dotyczył:

  • budownictwa (–7 jednostek r/r),
  • usług (–6),
  • informacji i komunikacji (–3).

Z kolei wzrost liczby upadłości zaobserwowano w branżach:

  • handel i naprawa pojazdów (+10),
  • przemysł (+2).

Strukturalnie widać przesunięcie problemów w stronę najmniejszych firm – wzrost liczby upadłości jednoosobowych działalności gospodarczych o 5 przypadków, podczas gdy liczba upadłości spółek z o.o. spadła o 5 jednostek.

To najmniejsi przedsiębiorcy ponoszą dziś główny ciężar dostosowania do trudnych warunków – rosnących kosztów pracy, energii i składek. Większe podmioty potrafią się lepiej zabezpieczyć kapitałowo lub przenieść koszty na klientów – komentuje Zielonka.


Kontekst makroekonomiczny: poprawa otoczenia, lecz bez euforii

Stabilizacja liczby rejestracji i upadłości następuje w warunkach łagodnego ożywienia gospodarczego.

Cykl obniżek stóp procentowych NBP doprowadził w listopadzie 2025 r. stopę referencyjną do poziomu 4,25%, co obniżyło koszty finansowania, ale nie przełożyło się jeszcze na wyraźny wzrost inwestycji w sektorze MŚP.

Przedsiębiorcy wciąż wskazują na:

  • presję kosztową (energii, płac, składek ZUS),
  • niedobór pracowników,
  • oraz niepewność regulacyjną jako główne bariery rozwoju.

W efekcie, mimo stabilnego otoczenia makro, dynamika zakładania nowych firm pozostaje ograniczona, a przedsiębiorcy koncentrują się raczej na przetrwaniu i optymalizacji kosztów niż na ekspansji.


Transformacja strukturalna: od handlu do usług i wiedzy

Porównanie danych GUS z wcześniejszymi latami wskazuje na trwały trend przesuwania się polskiej przedsiębiorczości z sektorów tradycyjnych do usług opartych na wiedzy. W latach 2023–2025 liczba nowych firm w handlu spadła o ponad 20%, natomiast w usługach profesjonalnych wzrosła o niemal 15%.

To zjawisko odzwierciedla proces dojrzewania polskiej gospodarki – od modelu opartego na handlu i prostych usługach ku strukturze, w której rośnie udział specjalistycznych zawodów, doradztwa, IT i branż kreatywnych.

To nie stagnacja, lecz transformacja. Gospodarka ewoluuje w kierunku większej specjalizacji, a mikroprzedsiębiorcy coraz częściej szukają przewag w elastyczności i kompetencjach, a nie w skali – podsumowuje Zielonka.


Podsumowanie: stabilność z widoczną zmianą paradygmatu

Wskaźnik (III kwartał 2025) Wartość Zmiana r/r
Rejestracje przedsiębiorstw 85 368 +27
Upadłości przedsiębiorstw 101 –3
Rejestracje w usługach +13,4% wzrost
Rejestracje w handlu –22,5% spadek
Osoby fizyczne wśród rejestracji 82,8% +0,1%
Upadłości JDG +5 przypadków wzrost
Upadłości spółek z o.o. 78 –5 przypadków

Trzeci kwartał 2025 roku przynosi stabilizację polskiej przedsiębiorczości – bez wyraźnego wzrostu, ale z istotną zmianą strukturalną.

Nowe firmy coraz częściej powstają w sektorach usługowych i profesjonalnych, podczas gdy tradycyjny handel oraz mikroprzedsiębiorstwa oparte na fizycznej działalności odczuwają presję kosztową i konkurencyjną.

MAZOP Group poprawia wyniki finansowe i rentowność

MAZOP Group S.A., polski producent opakowań dla e-commerce, przemysłu i branży motoryzacyjnej, narastająco po trzech kwartałach zwiększył skonsolidowane przychody ze sprzedaży o 20% r/r do 33,5 mln zł. Od stycznia do września EBITDA wzrosła o ponad 110% do 2,9 mln zł, natomiast zysk netto wyniósł 0,45 mln zł w porównaniu z 0,9 mln zł straty rok wcześniej. Mimo sezonowości w samym trzecim kwartale MAZOP Group również poprawił wyniki finansowe, zwiększając przychody i EBITDA o blisko 18%. Spółka prowadzi obecnie intensywne działania produkcyjne i sprzedażowe w IV kwartale, który historycznie stanowi najmocniejszy okres w branży opakowań.

– Okres trzeciego kwartału tradycyjnie wiąże się dla branży opakowań z wysokimi nakładami produkcyjnymi i przygotowaniami do sezonu okołoświątecznego. Zrealizowaliśmy założone cele, poprawiając wyniki i ograniczając stratę kwartalną. Od początku roku sukcesywnie zwiększamy sprzedaż i wynik EBITDA, co jest efektem podjętych strategicznych działań. Odnotowaliśmy znaczący wzrost zamówień na kluczowych rynkach, m.in. w Niemczech i krajach skandynawskich oraz rosnące zainteresowanie ofertą przemysłową, szczególnie w segmencie opakowań ochronnych  – mówi Krzysztof Rusin, prezes zarządu MAZOP Group S.A.

MAZOP Group od początku roku konsekwentnie poprawia wyniki finansowe, co jest bezpośrednim efektem przyjętej strategii rozwoju i zmian w modelu sprzedaży. Spółka w ubiegłym roku zrezygnowała ze współpracy z pośrednikami handlowymi na rynku niemieckim na rzecz budowy własnych struktur sprzedażowych. W efekcie powołano spółkę MAZOP GmbH z siedzibą w Monachium, której celem było przejęcie pełnej kontroli nad procesem sprzedaży, lepsze zrozumienie potrzeb lokalnych klientów oraz zwiększenie marżowości poprzez eliminację kosztów pośrednictwa. Decyzja ta początkowo wiązała się z dodatkowymi nakładami inwestycyjnymi, jednak już dziś przynosi widoczne efekty w postaci wzrostu zamówień, poprawy rentowności oraz silniejszej pozycji na rynkach.

Zwiększenie przychodów w trzecim kwartale było przede wszystkim efektem wzrostu sprzedaży na rynkach zagranicznych. Wartość zamówień z Niemiec była wyższa o 1,35 mln zł niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, co potwierdza skuteczność strategii ekspansji zagranicznej. Znaczący wzrost sprzedaży odnotowano także w Danii, Szwecji i na Węgrzech, gdzie wartość sprzedaży podwoiła się r/r. Utrzymująca się wysoka dynamika eksportu oraz rosnący udział segmentu opakowań ochronnych i przemysłowych w strukturze przychodów pozytywnie wpływają na marżowość spółki.

Jednocześnie MAZOP skutecznie poprawia płynność finansową dzięki lepszej rotacji zapasów i spadkowi należności krótkoterminowych o 9% r/r. Poprawa relacji kosztów do przychodów, zwłaszcza w obszarze usług obcych, materiałów i surowców, potwierdza skuteczność działań optymalizacyjnych.

– Jesteśmy spółką produkcyjną z dużą bazą maszyn i w ostatnich latach zainwestowaliśmy znaczące środki w park technologiczny, co dziś oznacza wyższą amortyzację i koszty finansowe wynikające z kosztów kredytowych. Jednak nie planujemy w najbliższym okresie znaczących inwestycji w środki trwałe, a naszym celem jest dalsza redukcja zadłużenia. Obniżki stóp procentowych korzystnie wpływają na koszt kapitału, a nasze maszyny mają wieloletni potencjał produkcyjny, co w dłuższym terminie powinno mieć wymierny wpływ na zysk netto – podkreśla Krzysztof Rusin.

We wrześniu MAZOP Group uczestniczył w targach Fachpack w Norymberdze – jednym z najważniejszych wydarzeń branży opakowań w Europie. Obecność na targach wiązała się z poniesieniem istotnych kosztów, jednak spółka już teraz obserwuje efekty tej inwestycji w postaci nowych zapytań ofertowych i rosnącego zainteresowania ze strony kontrahentów.

„Mógłbym być Twoim tatą”, czyli pokolenie Z w roli liderów

„Mógłbym być Twoim tatą”, „Mogłabym być Twoją mamą” – to słowa, które często słyszą Zetki pełniące role liderów w firmach. A przecież jeszcze kilka lat temu szefowie z pokoleń X i Y zastanawiali się, jak angażować tych młodych ludzi, jak się z nimi skutecznie komunikować i nimi zarządzać. Dziś role się odwróciły – na scenę przywództwa weszły Zetki – często dwudziestoparoletni ludzie, którzy stają na czele zespołów złożonych z osób starszych od siebie. Wielu młodych liderów zastanawia się, jak zdobyć zaufanie i szacunek starszych kolegów, a także jak zbudować autorytet, kiedy kierują ludźmi bardziej doświadczonymi niż oni sami.

Są pewni siebie, chcą wnosić realną wartość do firmy, mają konkretne oczekiwania, a jednocześnie stawiają wyraźne granice między życiem zawodowym i prywatnym. Takie właśnie są Zetki – także jako liderzy. Ale wraz z tą pewnością i świeżym spojrzeniem pojawiają się też nowe wyzwania, zwłaszcza w obliczu zarządzania starszymi pracownikami.

Nowe pokolenie na czele

Zetki nie są już przyszłością rynku pracy. One są jego teraźniejszością. To pokolenie, które dorastało w świecie natychmiastowego dostępu do informacji, technologii i ciągłej zmiany. W pracy cenią autentyczność, elastyczność i sens – przede wszystkim chcą wiedzieć, po co coś robią, a nie tylko co mają zrobić. Nie uznają hierarchii za wartość samą w sobie, budują autorytet w oparciu o kompetencje, zaufanie i partnerskie relacje, a nie o stanowiska czy staż pracy.

– Do tej pory uczyliśmy się, jak doświadczony, z odpowiednim stażem lider powinien prowadzić młodych pracowników. Tych niecierpliwych, z innym podejściem do pracy i życia. A dziś coraz częściej to ci młodzi prowadzą starszych. I to wcale nie jest proste – mówi Aga Olszewska, liderka i mentorka liderów, właścicielka LeadAsU. – Autorytet zbudowany na wieku i stażu nie działa już tak, jak kiedyś. W dobie ciągłych zmian, potrzeby elastyczności i nowo kształtujących się kompetencji wiek przestaje być wyznacznikiem gotowości do objęcia funkcji liderskiej. A doświadczenie – choć nadal niezwykle cenne – nie jest już jedyną walutą w przywództwie – dodaje ekspertka.

Nie wszyscy jednak potrafią odnaleźć się w tej nowej rzeczywiści. Wielu osobom wciąż trudno zaakceptować, że młody wiekiem lider może z powodzeniem prowadzić zespół – stąd komentarze, które choć brzmią żartobliwie, to potrafią zaboleć.

Dylematy lidera pokolenia Z

Liderzy z pokolenia Z poszukują zdrowej równowagi między pewnością siebie a pokorą. Z jednej strony chcą, by zespół widział w nich partnera, a nie dziecko, które dopiero się uczy. Z drugiej – czują presję, by nieustannie udowadniać swoją wartość, nawet jeśli dobre wyniki mówią same za siebie. Czasem pojawia się bezsilność, bo młodzi liderzy mają świadomość, że wieku nie da się „nadrobić”.

Łatwo wówczas wpaść w jedną z dwóch skrajnych pułapek. Pierwszą z nich jest dążenie do bycia lubianym za wszelką cenę, co niestety często nie idzie w parze z byciem szanowanym. Drugą – przybieranie maski chłodnego, niedostępnego szefa, żeby nikt nie podważył wątłego już autorytetu. A przecież ani jedno, ani drugie podejście na dłuższą metę nie działa.

Autorytet bez metryki

Rola lidera pokolenia Z, choć bywa frustrująca, jest też niezwykle ważna. To właśnie ci młodzi ludzie przecierają szlak dla nowego modelu przywództwa, którego siła nie płynie z lat doświadczenia, lecz z postawy.

– Autorytet nie ma nic wspólnego z datą urodzenia i doświadczeniem opisanym w CV. On rodzi się z tego, jak lider traktuje ludzi, jak reaguje w trudnych sytuacjach. Czy potrafi słuchać, a nie tylko mówić. Czy podejmuje decyzje i bierze za nie odpowiedzialność. Czy postępuje w zgodzie ze sobą i swoimi wartościami. Czy dba o zdrowy balans między skutecznością a człowieczeństwem – nie po to, by pracować mniej, ale by pracować mądrzej – wskazuje Aga Olszewska.

Starsze pokolenia bezdyskusyjnie posiadają więcej doświadczenia, zarówno życiowego i zawodowego, takiego, którego nie można zdobyć, czytając książki czy słuchając podcastów. Ale to młodzi liderzy często wnoszą świeże spojrzenie, naturalną wrażliwość na autentyczność i odwagę do kwestionowania przestarzałych schematów.

Lider jako uczeń i nauczyciel

Największy przełom w przywództwie następuje wtedy, gdy przestajemy rywalizować o rację, a zaczynamy z ciekawością i otwartością wymieniać się doświadczeniami. Warto jednocześnie wejść w rolę nauczyciela i ucznia – niezależnie od wieku czy zajmowanego stanowiska. Starsze pokolenia mogą czerpać z energii i otwartości młodych na nowe technologie. Z kolei Zetki – z życiowej mądrości, spokoju i doświadczenia, którego nie da się nabyć w mediach społecznościowych. Gdy koncentrujemy się na tym, czego możemy się od siebie nauczyć, zamiast na tym, co nas różni – wszyscy wygrywamy.

Być może zdanie „Mógłbym być Twoim tatą” warto potraktować nie jako wyzwanie, lecz jako zaproszenie – do rozmowy, do współpracy, do wzajemnego uczenia się i budowania mostów między pokoleniami.

– W świecie, w którym wszystko pędzi naprzód, jedno pozostaje niezmienne: każde pokolenie w pewnym momencie ustępuje miejsca kolejnemu. Ci, którzy dziś się uczą, jutro będą uczyć innych. I właśnie z tej niekończącej się wymiany doświadczeń rodzi się prawdziwe przywództwo – podsumowuje Aga Olszewska.

Entuzjazm Polaków wobec 4-dniowego tygodnia pracy słabnie, rosną obawy finansowe

Mniej Polaków niż przed rokiem popiera 4 dniowy tydzień pracy. Obecnie to dwóch na trzech (61%), przeciwnych jest jeden na pięciu (21%). Jednocześnie aż 65% obawia się obniżenia wynagrodzenia przy takim modelu. Największy entuzjazm deklarują młodzi pracownicy w wieku 18–29 lat (71%), podczas gdy sceptycyzm utrzymuje się wśród osób po 60. roku życia oraz kadry zarządzającej i wyższej menedżerskiej. Kobiety częściej niż mężczyźni popierają skrócony tydzień pracy. Takie dane płyną z raportu Manpower Nastroje polskiego rynku pracy. Perspektywa kandydatów 2025.

W badaniu Manpower respondenci ocenili koncepcję skróconego, 4-dniowegotygodnia pracy. Poparcie dla 4-dniowego tygodnia pracy spada. Obecnie pozytywnie ocenia go 61% badanych, czyli o 4 punkty procentowe mniej niż rok temu. Rośnie natomiast odsetek sceptyków – 21% ankietowanych nie popiera tego rozwiązania, co oznacza wzrost o 5 punktów procentowych w porównaniu z poprzednim rokiem. Jednocześnie 67% respondentów uważa, że skrócenie czasu pracy poprawia jakość życia i równowagę między pracą a życiem prywatnym – o 5 punktów procentowych więcej niż w 2024 roku. Wyższy odsetek poparcia dla skróconego tygodnia pracy odnotowano wśród kobiet (63%) niż mężczyzn (59%). Najbardziej optymistycznie nastawione do tego rozwiązania są osoby w wieku 18-29 lat (71%), a najmniej respondenci powyżej 60. roku życia (44%). Pod względem dochodów netto największe poparcie wyrażają osoby zarabiające od 3 001 do 5 000 zł netto (65%), a najmniejsze osoby z dochodem poniżej 3 000 zł netto (50%).

– Wyniki pokazują, że choć poparcie dla tego rozwiązania wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie, to w porównaniu z ubiegłym rokiem nieco osłabło. Może to świadczyć o pewnym zmęczeniu tematem od dłuższego czasu obecnym w debacie publicznej, ale bez realnych wdrożeń czy testów w większości organizacji. Z badania wynika, że kobiety są nieco bardziej optymistyczne niż mężczyźni wobec skróconego tygodnia pracy. Być może wiąże się to z faktem, że to one częściej łączą obowiązki zawodowe z prowadzeniem domu i wieloma aktywnościami pozazawodowymi. Dodatkowy dzień wolny mógłby więc służyć zarówno odpoczynkowi, jak i załatwieniu spraw codziennych – mówi Katarzyna Gołek, liderka specjalizacji w Manpower.

Krótszy tydzień pracy bardziej atrakcyjny dla lepiej zarabiających

Otwartość na wprowadzenie 4-dniowego tygodnia pracy rośnie wraz z poziomem wynagrodzenia. Największe poparcie deklarują osoby zarabiające od 3001 do 5000 zł netto – 65% z nich pozytywnie ocenia ten pomysł. Wśród najlepiej zarabiających (powyżej 7000 zł netto) poparcie również jest wysokie i wynosi 60%. Najmniej entuzjastycznie do krótszego tygodnia pracy podchodzą osoby o najniższych dochodach – w grupie zarabiających do 3000 zł netto poparcie wyraża co drugi badany (50%). Z kolei w podziale na stanowiska najwyższy poziom poparcia deklarują asystenci (71%), podczas gdy najsłabszy entuzjazm odnotowano wśród kadry zarządzającej (53%) oraz wyższej menadżerskiej (55%). Poparcie dla 4-dniowego tygodnia pracy różni się również w zależności od wielkości miejsca zamieszkania. W miastach średniej wielkości (100–199 tys. ludności) sięga 68%, natomiast w najmniejszych, do 20 tys., spada do 49%.

– Ciekawą zależność widać również przy analizie kryterium dochodowego. Najwyższy poziom poparcia dla czterodniowego tygodnia pracy deklarują osoby zarabiające powyżej 7 000 zł. Rosnąca otwartość na 4-dniowy tydzień pracy wśród osób lepiej zarabiających może wynikać z mniejszej obawy o to, że łączne wynagrodzenie zostanie w jakikolwiek sposób zmniejszone. Nawet jeśli podstawowa pensja pozostałaby na tym samym poziomie, to w poszukiwaniu oszczędności, firmy mogłyby zmniejszyć świadczenia dodatkowe, takie jak premie, bonusy czy gratyfikacje okolicznościowe. W przypadku pracowników zarabiających mniej, brak lub ograniczenie dodatków może wpłynąć na znaczące pogorszenie poziomu życia. Mogłoby oznaczać między innymi konieczność samodzielnego ubezpieczenia się, opłacenia prywatnej opieki medycznej czy pokrywania kosztów dojazdów do pracy – stwierdza Katarzyna Gołek.

Zdaniem ekspertki dla kadry wyższej i menedżerskiej sama liczba godzin pracy jest mniej istotna, gdyż rozliczana jest przede wszystkim z efektów i realizacji celów. – Skrócony tydzień pracy nie przyniósłby więc realnej korzyści, ponieważ oczekiwania względem ich zadań pozostałyby niezmienne. Ogólnie rzecz biorąc, ponad połowa pracowników uważa, że czterodniowy tydzień pracy mógłby pozytywnie wpłynąć na komfort życia i równowagę pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym. Jednocześnie wielu badanych dostrzega trudności w praktycznym wdrożeniu tego rozwiązania w swoim miejscu pracy – podkreśla przedstawicielka Manpower.

Poparciu dla skróconego czasu pracy towarzyszy lęk o finanse

Aż 67% respondentów zgadza się, że 4-dniowy tydzień pracy poprawia jakość życia i wspiera równowagę między pracą a życiem prywatnym – wskaźnik ten wzrósł w porównaniu z 2024 rokiem, kiedy to wynosił 62%. Tylko 14% badanych nie zgadza się z tym stwierdzeniem, co jest wartością identyczną jak w roku poprzednim. Z drugiej strony, 65% respondentów obawia się obniżenia wynagrodzenia przy wprowadzeniu krótszego tygodnia pracy – w 2024 roku odsetek ten wynosił 50%. Takich obaw nie odczuwa obecnie 20% badanych, w porównaniu z 26% w ubiegłym roku.

– Idea 4-dniowego tygodnia pracy brzmi atrakcyjnie, ponieważ daje większą nadzieję na poszukiwany przez wielu work-life balance, przy jednoczesnym braku spadku dochodów. W praktyce jednak powraca główna obawa dotycząca braku zachowania ciągłości biznesu, zwłaszcza w branżach, w których skrócenie dnia pracy mogłoby oznaczać konieczność zatrudnienia dodatkowych osób na czas nieobecności pracowników – między innymi w sektorze medycznym, sprzedaży, szeroko rozumianym assistance czy obsłudze klienta. A to generuje wzrost kosztów i może być bardzo dużym organizacyjnym wyzwaniem. Komunikowanie pracownikom zmian powinno być zatem dostosowane do sytuacji, w jakiej znajduje się firma. Najważniejsze z punktu widzenia pracowników jest powiedzenie wprost czy skrócenie czasu pracy wpłynie na wynagrodzenia zarówno podstawowe jak i dodatkowe składniki, benefity, stabilność zatrudnienia, możliwość brania urlopów w dotychczasowym wymiarze czy liczbę i zakres wykonywanych obowiązków – komentuje liderka specjalizacji w Manpower.

Pokolenie Z chce 4-dniowego tygodnia pracy

Stosunek do skróconego, 4-dniowego tygodnia pracy wyraźnie różni się między pokoleniami. Największe poparcie dla tego rozwiązania deklarują osoby młode w wieku 18–29 lat – aż 71% z nich ocenia je pozytywnie. Wraz z wiekiem entuzjazm wobec tej idei stopniowo maleje, w grupie 30–39 lat poparcie wynosi 58%. Warto jednak zauważyć, że także wśród czterdziestolatków akceptacja dla tego pomysłu utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie, sięgając 70%. W grupie 50–59 lat odsetek zwolenników spada do 55%, natomiast najmniej przekonane do czterodniowego tygodnia pracy są osoby po 60. roku życia – tylko 44% z nich go popiera, a aż 33% deklaruje brak akceptacji dla tego modelu.

– Najmłodsze pokolenie rozpoczyna karierę w świecie dynamicznych zmian i nieograniczonego dostępu do informacji. Dla wielu z nich stabilizacja zawodowa nie jest priorytetem – liczy się elastyczność, różnorodność doświadczeń i możliwość zmiany kierunku kariery. Coraz częściej młodzi pracownicy wybierają pracę w niepełnym wymiarze, łączą kilka projektów i z otwartością podchodzą do idei krótszego tygodnia pracy, który lepiej odpowiada ich stylowi życia. Starsze pokolenia z kolei częściej cenią stabilność, lojalność i przewidywalność, czyli wartości, które przez lata stanowiły fundament kariery. Naturalnie więc podchodzą z większą rezerwą do eksperymentów organizacyjnych, widząc w nich ryzyko utraty bezpieczeństwa zawodowego. Natomiast dla pracodawców 4-dniowy tydzień pracy może stać się atrakcyjnym benefitem, szczególnie w kontekście powrotów do biur i ograniczania pracy zdalnej. To rozwiązanie, które może przywrócić równowagę między życiem zawodowym a prywatnym – podsumowuje Katarzyna Gołek.

Polska wyrasta na europejskie centrum inwestycji strategicznych

Jak wynika z raportu międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield „Strategic Sector Signals”, Polska znalazła się w gronie zaledwie siedmiu europejskich krajów uznanych za lokalizacje o silnym potencjale wzrostu dla inwestycji w strategiczne branże, czyli sektora obronności, technologii czystej energii, surowców krytycznych i life sciences. Ponadto rosnące inwestycje państw Starego Kontynentu w te cztery obszary stają się silnym motorem popytu na nieruchomości przemysłowo-magazynowe.

Raport kategoryzuje państwa europejskie, dzieląc je według potencjału wzrostu generowanego przez sektory strategiczne. Do grupy krajów o silnym potencjale wzrostu (Strong Growth Potential) zaliczają się, poza Polską: Niemcy, Francja, Hiszpania, Wielka Brytania, Włochy i Szwecja. Pozostałe państwa zostały sklasyfikowane jako te o umiarkowanym lub pewnym potencjale wzrostu. Ostatnia grupa, to spowolniony potencjał wzrostu (wysoka ekspozycja na sektor farmaceutyczny) – należy do niej Szwajcaria.

Wysoki potencjał wzrostu polskiego rynku wynika z konsekwentnie budowanej pozycji kraju jako stabilnej i atrakcyjnej lokalizacji dla działalności operacyjnej w sektorach o kluczowym znaczeniu dla gospodarki i bezpieczeństwa regionu. Obserwujemy systematycznie rosnące zainteresowanie – zarówno ze strony inwestorów, jak i najemców – szczególnie w obszarach obronności, zaawansowanej produkcji, elektroniki, logistyki farmaceutycznej oraz biotechnologi. Nie chodzi tylko o skalę naszego rynku czy strategiczne położenie geograficzne, ale również szeroko zakrojone inwestycje infrastrukturalne, które dodatkowo wzmacniają konkurencyjność kraju. Przykładem jest rozwój Centralnego Portu Komunikacyjnego, który ma szansę stać się nowym węzłem multimodalnym o globalnym znaczeniu, integrującym transport lotniczy, kolejowy i drogowy. Siłą rzeczy stanie się też ważnym hubem logistycznym – tym bardziej cieszę się, że będziemy mieli przyjemność doradzać w kwestiach jego dalszego rozwoju, tłumaczy Krzysztof Misiak, dyrektor zarządzający Cushman & Wakefield w Polsce.

Regiony takie jak Warszawa, Wrocław, Górny Śląsk czy Polska Centralna (w tym Łódź) są obecnie w centrum uwagi globalnych firm planujących relokację lub konsolidację operacji w ramach strategii nearshoringu. Wraz z tym trendem rośnie także udział inwestycji wysokospecjalistycznych – obejmujących m.in. magazyny temperatury kontrolowanej oraz obiekty wspierające działalność badawczo-rozwojową.

Istotnym czynnikiem wzrostu, jest rozwój korytarzy logistycznych wzdłuż wschodniej granicy kraju, czego przykładem są transeuropejskie trasy takie jak Via Carpatia (budżet na polski odcinek to ok. 27-30 mld PLN), czy modernizowana w ramach projektu Rail Baltica, linia kolejowa. To potwierdza, że geopolityczne znaczenie Polski ma dziś bezpośrednie przełożenie na decyzje rządzących jak i inwestorów, w tym także funduszy działających w sektorze nieruchomości komercyjnych. Z punktu widzenia inwestorów instytucjonalnych rynek ten wyróżnia się dużą głębokością i długoterminowym potencjałem, pomimo trwającej niepewności makroekonomicznej w skali globalnej, dodaje Krzysztof Misiak.

Sektor obronny

Raport „Strategic Sector Signals” wskazuje, że główną siłą napędową wzrostu jest sektor obronny, co wynika z radykalnego zwiększenia wydatków publicznych w tym obszarze oraz wprowadzenia wiążących docelowych wskaźników dotyczących zakupu produktów wytwarzanych w Europie. Te zmiany w polityce publicznej kształtują silny popyt na powierzchnie przemysłowo-magazynowe ze strony firm zbrojeniowych. Podaż jest realizowana na różne sposoby. Aż 54% nowych zakładów produkcyjnych, zapowiedzianych lub uruchomionych od początku 2024 roku, powstało w wyniku rozbudowy istniejących obiektów, co wskazuje na presję czasu i skalę inwestycji w tym obszarze. Kolejne 16% mieści się w zaadaptowanych lub zmodernizowanych budynkach, natomiast 26% w zupełnie nowych.

Skala i tempo inwestycji w przemysł obronny przekładają się na pilne i rosnące zapotrzebowanie na nieruchomości przemysłowo-magazynowe i logistyczne. Strategie nieruchomościowe muszą uwzględniać takie aspekty jak zwiększone bezpieczeństwo, nadzór regulacyjny i długofalowa kontrola nad aktywami. Rozbudowy okazują się najszybszym sposobem na zwiększenie skali działalności, ale nowe projekty i adaptacja już istniejących do nowych funkcji to rozwiązania, które również są w stanie umożliwić firmom rozwój produkcji, komentuje Sally Bruer, dyrektorka działu badań w sektorze nieruchomości logistycznych, przemysłowo-magazynowych i handlowych w regionie EMEA w Cushman & Wakefield.

Wiele inwestycji obronnych zrealizowanych zostało w ostatnim czasie w ugruntowanych lokalizacjach produkcyjnych, takich jak: klastry we Francji, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Włoszech, Hiszpanii i Szwecji. Jednocześnie wzrasta zainteresowanie Europą Środkowo-Wschodnią, gdzie od czasu inwazji Rosji na Ukrainę kraje takie jak Polska i Rumunia wyrastają na kluczowe ośrodki przemysłu zbrojeniowego. Oprócz nowych zakładów produkcyjnych widoczne jest zapotrzebowanie także na powierzchnie logistyczne niezbędne do transportu towarów do Europy oraz na jej terenie, jak i do innych regionów- zwłaszcza wzdłuż głównych korytarzy transportowych i w największych portach.

Czysta energia

W sektorze technologii czystej energii również obserwuje się znaczący wzrost popytu na powierzchnie przemysłowo-magazynowe, który napędzają: unijny akt o przemyśle neutralnym emisyjnie (Net-Zero Industry Act) oraz brytyjski plan dla sektora czystej energii (Clean Energy Sector Plan). Analiza kluczowych podsektorów – takich jak fotowoltaika, energetyka wiatrowa i małe modułowe reaktory jądrowe – pokazuje, że poszczególne segmenty rynku produkcji urządzeń dla branży czystej energii znacząco się różnią pod względem warunków biznesowych

Firmy potrzebują budynków różnego rodzaju – od specjalnie zaprojektowanych obiektów zajmowanych przez właścicieli na potrzeby własne i wykorzystywanych do specjalistycznej produkcji, po standardowe hale wynajmowane pod działalność montażową i logistyczną. Decyzje lokalizacyjne w dużej mierze zależą od bliskości połączeń transportowych, dostępności wykwalifikowanej kadry oraz korzyści płynących z utworzenia klastra w obrębie istniejących ośrodków produkcyjnych. W sektorze tym dominują Niemcy, które odpowiadają za ok. połowę zdolności produkcyjnych UE w zakresie produkcji urządzeń wykorzystywanych w energetyce wiatrowej i słonecznej. Dużymi mocami mogą pochwalić się także Wielka Brytania, Włochy, Francja, Hiszpania oraz niektóre kraje nordyckie i Europy Środkowo-Wschodniej – w tym Polska. Polski rynek staje się konkurencyjnym kosztowo hubem dla produkcji łopat i wież (wiatraków), a także punktem przeładunkowym dla morskich dostaw offshore na Bałtyku – szczególnie w rejonie Gdańska, Gdyni i Szczecina. Skalę tych inwestycji obrazuje chociażby budżet programu rozwoju morskiej energetyki wiatrowej, który może sięgnąć nawet 360 mld PLN.

Surowce krytyczne

Sektor surowców krytycznych odpowiada na rosnący popyt na zasoby o strategicznym znaczeniu, takie jak: nikiel, lit czy pierwiastki ziem rzadkich, które są niezbędne w produkcji kluczowych technologii. Unijny akt w sprawie surowców krytycznych (Critical Raw Materials Act), który wszedł w życie w maju 2024 roku, wyznacza ambitne cele dla państw członkowskich. Do 2030 roku UE zamierza pozyskiwać ze złóż krajowych co najmniej 10% rocznego zużycia surowców, przetwarzać 40% i odzyskiwać 25% w ramach recyklingu. W tym kontekście Polska już teraz odgrywa kluczową rolę – szczególnie w ekosystemie baterii do pojazdów elektrycznych (EV). Nasz kraj jest jednym z wiodących w Europie hubów dla gigafabryk baterii, co naturalnie stymuluje rozwój zakładów recyklingu. Obiekty te, często lokalizowane w pobliżu głównych ośrodków produkcyjnych, mogą funkcjonować w standardowych obiektach przemysłowo-magazynowych, co otwiera nowe możliwości dla rynku nieruchomości.

Life sciences

Sektor life sciences jest jednym z priorytetów dla Unii Europejskiej, której strategie koncentrują się na wspieraniu badań, rozwoju produkcji i zwiększaniu odporności łańcuchów dostaw (Life Science Strategy whitepaper, lipiec 2025). W Polsce głównym ośrodkiem tych zmian jest klaster Warszawa-Łódź, rozwijający się jako centrum badawczo-rozwojowe z rosnącym potencjałem produkcyjnym.

Dla rynku nieruchomości oznacza to rosnący popyt na dwa kluczowe typy obiektów: wyspecjalizowane zakłady produkcyjne (GMP) oraz nowoczesne centra logistyczne (GDP). Wraz z rozwojem zaawansowanych leków i terapii coraz większe znaczenie zyskują zwłaszcza powierzchnie obsługujące łańcuch chłodniczy.

Ożywienie w handlu. Po raz pierwszy od lat więcej optymistów niż pesymistów

Sektor handlowy kończy 2025 rok z wyraźnym ożywieniem nastrojów. Subindeks Barometru EFL dla branży na IV kwartał wyniósł 54,9 pkt, co oznacza wzrost o 6,6 pkt w porównaniu z poprzednim kwartałem. To nie tylko najlepszy wynik od ponad siedmiu lat, ale także pierwszy od czterech lat odczyt powyżej progu ograniczonego rozwoju (50 pkt), wskazujący na sprzyjające warunki dla rozwoju firm z sektora MŚP. Po raz pierwszy od dawna w handlu jest więcej optymistów niż pesymistów – 21 proc. przedsiębiorców prognozuje wzrost sprzedaży, a jedynie 1 proc. spodziewa się jej spadku.


Najlepszy wynik wśród wszystkich sektorów

Jak wynika z najnowszego raportu Europejskiego Funduszu Leasingowego (EFL), handel stał się liderem wśród sześciu analizowanych sektorów gospodarki – wyprzedzając m.in. budownictwo, produkcję, TSL, HoReCa i usługi. Subindeks 54,9 pkt to najwyższa wartość od II kwartału 2018 roku, kiedy osiągnął 61,1 pkt.

To znaczący zwrot – jeszcze w poprzednich kwartałach to właśnie handel notował najniższe wyniki w Barometrze. Dziś sytuacja się odwraca. W opinii ekspertów, pozytywne nastroje wynikają z kilku czynników: odbudowy popytu konsumenckiego, poprawy nastrojów gospodarczych oraz zbliżającego się okresu świątecznych zakupów, tradycyjnie najbardziej dochodowego w roku.

Po kilku trudnych latach wreszcie widać pierwsze oznaki ożywienia w handlu. W opinii przedsiębiorców końcówka roku zapowiada się wyjątkowo dobrze – zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i online. Widzimy, że firmy przygotowują się na zwiększony popyt i z większym optymizmem patrzą na przyszłość – mówi Robert Dudziński, dyrektor sprzedaży w Carefleet, spółce z Grupy EFL.


E-commerce podbija wyniki handlu

Wzrost wskaźnika to nie tylko efekt lepszej koniunktury, ale także rosnącego udziału handlu internetowego. Z danych GUS wynika, że sprzedaż detaliczna we wrześniu 2025 roku była o ponad 6% wyższa niż rok wcześniej, a zakupy online stanowiły 9% całej sprzedaży detalicznej.

W niektórych segmentach e-commerce osiąga jednak znacznie wyższe udziały – odzież (24%) i książki (21%) to wciąż jedne z najpopularniejszych kategorii zakupów internetowych.

We wrześniu internetowa sprzedaż detaliczna wzrosła o prawie 9% r/r. Liczba zapytań i projektów logistycznych, które trafiają do nas, jest wyraźnie większa niż rok temu. Mimo to nie mówimy o boomie, ale o stabilnym, dojrzałym wzroście. To sezon raczej spokojny niż spektakularny – podkreśla Arkadiusz Filipowski, prezes Fulfilio.

Eksperci prognozują, że końcówka roku, tradycyjnie napędzana Black Friday, Mikołajkami i okresem świątecznym, może jeszcze poprawić wyniki sprzedaży w całym sektorze.


Płynność finansowa i inwestycje również w górę

Optymizm sprzedażowy przekłada się na poprawę ocen sytuacji finansowej przedsiębiorstw. 23 proc. firm handlowych prognozuje poprawę płynności finansowej (wzrost z 6 proc. kw./kw.), a tylko 2,5 proc. obawia się pogorszenia kondycji finansowej.

Ożywienie widać także w planach inwestycyjnych – 9 proc. przedsiębiorców deklaruje większe inwestycje, wobec zaledwie 1 proc. w poprzednim kwartale. Choć nadal dominują firmy, które nie planują zwiększania nakładów, widać wyraźną zmianę trendu.

Co ciekawe, spada zapotrzebowanie na zewnętrzne źródła finansowania. Tylko 10 proc. handlowców planuje wzrost finansowania zewnętrznego, wobec 24 proc. w III kwartale. Oznacza to, że przedsiębiorcy czują się bardziej stabilnie finansowo i coraz częściej pokrywają bieżące potrzeby z własnych środków.


Główny indeks Barometru EFL również rośnie

Wartość głównego indeksu Barometru EFL dla całego sektora MŚP w IV kwartale 2025 roku wyniosła 53,4 pkt, co oznacza wzrost o 1,9 pkt w stosunku do poprzedniego kwartału. Choć wynik ten nadal nie jest spektakularny, potwierdza tendencję wzrostową i poprawę nastrojów wśród przedsiębiorców.

Barometr EFL to syntetyczny wskaźnik informujący o skłonności firm z sektora mikro, małych i średnich przedsiębiorstw do rozwoju. Analizuje cztery kluczowe obszary: poziom sprzedaży, inwestycje w środki trwałe, płynność finansową oraz zapotrzebowanie na zewnętrzne finansowanie. Wartość powyżej 50 pkt oznacza, że warunki sprzyjają wzrostowi firm, natomiast odczyt poniżej tego progu sygnalizuje hamowanie aktywności gospodarczej.


Po latach stagnacji – czas na stabilny wzrost

Eksperci wskazują, że wyniki IV kwartału są szczególnie ważne, ponieważ mogą wyznaczać początek bardziej trwałej poprawy sytuacji w handlu. Pandemia, inflacja, zawirowania w łańcuchach dostaw i niepewność geopolityczna przez ostatnie lata ograniczały skłonność przedsiębiorców do inwestycji i ekspansji.

Teraz jednak, dzięki stabilizacji cen i odbudowie popytu konsumenckiego, handel zaczyna zyskiwać nową dynamikę. Wzrost wskaźników Barometru EFL jest więc nie tylko odzwierciedleniem chwilowego odbicia, ale też sygnałem możliwego trwałego trendu.

Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale chciałbym traktować ten wynik jako dobry prognostyk. Branża handlowa odzyskuje równowagę i przygotowuje się na dynamiczne rozpoczęcie nowego roku – podsumowuje Robert Dudziński z Carefleet.


O badaniu

Barometr EFL jest opracowywany przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego S.A.. Badanie realizowane jest kwartalnie na reprezentatywnej próbie 600 mikro, małych i średnich przedsiębiorstw z całej Polski. Aktualna edycja została przeprowadzona w dniach 1–24 września 2025 roku.


Podsumowanie najważniejszych danych Barometru EFL dla sektora handlowego – IV kwartał 2025:

Wskaźnik IV kw. 2025 III kw. 2025 Zmiana (pkt proc.)
Subindeks ogólny 54,9 48,3 +6,6
Prognozy sprzedaży (wzrost) 21% 6% +15 pp
Prognozy sprzedaży (spadek) 1% 24% –23 pp
Poprawa płynności finansowej 23% 6% +17 pp
Plany inwestycyjne (więcej) 9% 1% +8 pp
Zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne (wzrost) 10% 24% –14 pp

📊 Wnioski:
Handel wchodzi w końcówkę 2025 roku z wyraźnym optymizmem, napędzanym rosnącą sprzedażą, poprawą płynności i umiarkowanym wzrostem inwestycji. Odczyt powyżej 50 pkt po raz pierwszy od 2021 roku może być sygnałem przełomu – początkiem nowego cyklu wzrostowego w sektorze handlowym, zarówno w kanale tradycyjnym, jak i online.

Sok pomarańczowy najtańszy od 2022 roku – ale nie w polskim sklepie

Ceny kontraktów terminowych na sok pomarańczowy spadły w ostatnich tygodniach do najniższego poziomu od września 2022 roku. 7 listopada za funt koncentratu płacono 1,70 dolara – dziś cena wynosi około 1,75 dolara. To oznacza spadek o 14 proc. w ciągu miesiąca i aż 63 proc. w skali roku. Jednak w polskich sklepach konsumenci wciąż nie mogą liczyć na obniżki, a w wielu miejscach za litr soku trzeba zapłacić ponad 10 zł.

Jeszcze w grudniu 2024 roku ceny soku osiągnęły rekordowy poziom, wynoszący 5,30 dolara za funt (0,45 kg). Wzrost o ponad 300 proc. w latach 2022–2024 był bezpośrednim skutkiem niekorzystnych warunków pogodowych, chorób upraw i załamania zbiorów w Brazylii i USA. Jednak, gdy prognozy zbiorów zaczęły się poprawiać, rynek gwałtownie odreagował. Zdecydowana poprawa prognoz dla Brazylii, największego producenta soku na świecie, odegrała kluczową rolę. Szacuje się, że zbiory mogą w tym roku być wyższe o około 20 proc. wobec poprzedniego. Większe opady, koniec zjawiska El Niño i oznaki stabilizacji podaży sprawiły, że inwestorzy zaczęli wycofywać się z rynku, pogłębiając korektę cenową.

Wysokie ceny i pogarszająca się jakość sprawiły, że wielu konsumentów po prostu zrezygnowało z picia soku z pomarańczy. W USA sprzedaż spadła aż o 16 proc. Wynikało to z faktu, że nie dość, że konsumenci płacili więcej za sok, to otrzymywali produkt o gorszym i bardziej gorzkim smaku. Winę za ten stan rzeczy ponoszą słabe zbiory i choroby drzew, które zmusiły producentów do sięgania po każdą dostępną partię owoców, bez możliwości odpowiedniego doboru surowca. W Brazylii spadł poziom cukru w owocach, a zwiększona zawartość limoniny, naturalnego związku chemicznego występującego w cytrusach, który odpowiada za gorzki smak, sprawiła, że sok stawał się bardziej gorzki. Aby złagodzić skutki tych problemów, producenci zaczęli mieszać sok pomarańczowy z innymi owocami, takimi jak mango, mandarynka czy gruszka, które są tańsze i słodsze. To pozwoliło utrzymać akceptowalny smak, ale nie zdołało zniwelować spadków sprzedaży.

Od szczytu konsumpcji sprzed dwóch dekad globalne spożycie soku pomarańczowego spadło o 30 proc. Na rynkach zachodnich głównym powodem są obawy o wysoką zawartość cukru i rosnąca popularność mniej kalorycznych alternatyw śniadaniowych. Jednocześnie konsumenci zaczęli odchodzić od przyzwyczajeń i – nawet jeśli ceny spadną – mogą nie wrócić do dawnego rytuału porannego soku. Producenci już dziś szukają alternatyw, wprowadzając produkty z dodatkiem białka lub obniżoną zawartością cukru, próbując tym samym zatrzymać odpływ klientów.

Choć ceny na rynku futures spadły, w sklepach nic się nie zmieniło. Wynika to z faktu, że detaliści związani są długoterminowymi kontraktami, podpisanymi w czasie cenowego szczytu. W Polsce litr soku kosztuje obecnie średnio 9,50 zł, a w wielu mniejszych sklepach przekracza 10 zł. To ponad dwukrotnie więcej niż trzy lata temu, gdy sok można było kupić za około 4,50 zł.

Rynek soku pomarańczowego wciąż zmaga się z wieloma problemami: niestabilną pogodą, niskimi zapasami, niepewnością dotyczącą zbiorów i chorobami cytrusów (jak citrus greening disease). Choć pojawiły się pierwsze środki chemiczne pomagające walczyć z chorobą, dojrzewanie nowych drzew może potrwać nawet kilkanaście lat. A zatem ten czynnik będzie nadal negatywnie oddziaływał na rynek.

Dla inwestorów obecna sytuacja to przykład rynku o wyjątkowo wysokiej zmienności. Wzrosty cen w latach 2022–2024 przyciągnęły spekulantów, co tylko podbiło skalę zwyżki. Teraz, w miarę jak prognozy zbiorów się poprawiają, kapitał spekulacyjny odpływa z rynku, co z kolei pogłębia spadki. Mimo ostatnich korekt nie można jednak mówić o ustabilizowaniu sytuacji. Rynek pozostaje w dużym stopniu zależny od pogody oraz czynników biologicznych, a to oznacza, że ryzyko inwestycyjne nadal utrzymuje się na wysokim poziomie i może utrzymywać się przez dłuższy czas.

Ceny ropy stabilizują się po trzech dniach wzrostów. Inwestorzy czekają na prognozy IEA i OPEC

Ceny ropy ustabilizowały się po trzech dniach wzrostów, gdy inwestorzy oczekują na publikację prognoz dotyczących równowagi między podażą a popytem aż do 2026 roku. We wtorek notowania ropy Brent utrzymywały się w okolicach 65.50 USD za baryłkę, co oznaczało wzrost o 1.7%. Obecnie cena ropy spadła poniżej poziomu 64.90 USD. Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) ocenia, że rynek ropy w krótkim okresie pozostaje dobrze zaopatrzony. Jednocześnie agencja złagodziła swoje stanowisko dotyczące terminu osiągnięcia szczytu globalnego popytu na ropę, sugerując, że może on nastąpić później, niż wcześniej zakładano.

Pomimo tego wciąż utrzymują się obawy o nadpodaż w perspektywie średnioterminowej. Źródłem presji jest zarówno przywracanie produkcji przez państwa OPEC+, jak i rosnące wydobycie w krajach spoza kartelu. Wcześniejsze prognozy IEA wskazywały, że w 2026 roku może dojść do rekordowej nadwyżki podaży na światowym rynku. Własne prognozy dotyczące sytuacji na rynku ropy ma również opublikować OPEC – raport ma zostać przedstawiony jeszcze dziś.

Na rynku pojawiły się również istotne sygnały dotyczące krótkoterminowej równowagi. Spread terminowy dla ropy WTI – czyli różnica między ceną najbliższego kontraktu a kolejnym – spadł do zaledwie 5 centów, co wskazuje na rozluźnienie warunków podaży. Taka struktura rynku sugeruje, że dostępność surowca jest wystarczająca, a presja popytowa ograniczona. Banki inwestycyjne, w tym Goldman Sachs, ostrzegają jednak przed rosnącymi globalnymi zapasami ropy, które mogą wywierać dalszą presję na ceny, jeśli nie zostaną zrównoważone przez wzrost konsumpcji lub ograniczenia produkcji.

Na sytuację cenową wpływają również czynniki geopolityczne. Stany Zjednoczone niedawno ogłosiły nowe sankcje wobec rosyjskich firm energetycznych – Lukoilu i Rosnieftu – w ramach presji na zakończenie wojny w Ukrainie. Decyzja ta doprowadziła do wzrostu cen diesla i skłoniła m.in. rządy na Bliskim Wschodzie do działań mających na celu zapewnienie ciągłości operacyjnej Lukoilu w regionach kluczowych dla lokalnych rynków paliw. Mimo że strukturalna nadwyżka ropy naftowej stopniowo się buduje, w krótkim okresie możliwe są lokalne zwyżki cen paliw, wywołane napięciami geopolitycznymi oraz zakłóceniami w globalnych łańcuchach dostaw.

Brakuje biur w Warszawie. Popyt najemców przewyższa ofertę, pustostany maleją

Po trzech kwartałach 2025 roku stołeczny rynek biurowy pozostaje w fazie ograniczonej podaży, przy utrzymującym się wysokim popycie ze strony najemców. Jak wskazują dane BNP Paribas Real Estate Poland zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe znacząco przewyższa dostępność inwestycji. Przekłada się to na wskaźnik pustostanów, który spada zarówno w centrum, jak i w innych lokalizacjach Warszawy.

Mało nowych biur

Jak wskazują dane z raportu BNP Paribas Real Estate Poland „Review – rynek biurowy w Warszawie III kw. 2025 roku” w stolicy w ostatnich kwartałach spadły zasoby rynku nowoczesnej powierzchni biurowej. Od stycznia do września 2025 roku z rynku zniknęło z oferty łącznie 150 tys. m kw., głównie w wyniku planowanych modernizacji lub przekształcania starszych budynków w obiekty o innej funkcji. Tym samym to drugi w historii przypadek, gdy Warszawa odnotowuje spadek całkowitej podaży.

W III kwartale przybyło jedynie 3,5 tys. m kw. nowej powierzchni biurowej w ramach jednej inwestycji – Stoen Operator przeniósł siedzibę do nowej lokalizacji w Warszawie przy ulicy Pory 80 na Mokotowie, co stanowi spadek o 69% w porównaniu z analogicznym okresem w ubiegłym roku. Łączna podaż z ostatnich czterech kwartałów to 118 tys. m kw., co stanowi wzrost o ponad 2% rok do roku.

Perspektywa powiększenia ilości zasobów nowoczesnej powierzchni biurowej rysuje się dopiero w kolejnych kwartałach. Obecnie w budowie pozostaje około 152 tys. m kw., z czego 63% powstającej powierzchni znajduje się w centrum stolicy, a 23% przypada na Centralny Obszar Biznesu. To właśnie tutaj powstają największe projekty: Upper One (35,5 tys. m kw.) realizowany przez Strabag oraz V-Tower (30,8 tys. m kw.) modernizowany przez Cornerstone, którego zakończenie planowane jest na IV kwartał 2025 roku.

Aktywność najemców wciąż wysoka – sektor publiczny liderem

W trzecim kwartale 2025 roku wolumen transakcji najmu brutto na powierzchnie biurowe w Warszawie wyniósł 185 tys. m kw., co jest najwyższym wynikiem od początku roku i stanowi wzrost o ponad 19% w porównaniu do ubiegłego kwartału. Warto zauważyć, że ponad połowa umów najmu dotyczyła lokalizacji centralnych (52%), a pozostała część – obszarów poza centrum (48%). Jak wskazują analitycy BNP Paribas Real Estate Poland liderem aktywności najemców został sektor publiczny, który w III kwartale odpowiadał za ponad 17% całkowitego popytu. Coraz wyraźniej widać trend relokacji instytucji publicznych do nowoczesnych biurowców.

W okresie od lipca do września największą umową najmu na warszawskim rynku była transakcja poufnego najemcy w budynku West Station II w strefie Korytarz Jerozolimskie, obejmująca 12,8 tys. m kw. powierzchni w ramach przedłużenia i ekspansji. Kolejną znaczącą umowę podpisał Luxmed, który wynajął 5,6 tys. m kw. w kompleksie West Warsaw Office w strefie zachodniej – to nowa umowa najmu.

Alternatywa: poza centrum lub renegocjacje

Z uwagi na fakt, że dostępność wysokiej jakości powierzchni w centrum szybko się kurczy, a nowych projektów jest niewiele, firmy szukające większych powierzchni do najmu decydują się na przedłużenia umów lub szukają biur w innych lokalizacjach. W efekcie coraz więcej firm zaczyna rozważać alternatywy zwłaszcza w rejonie Mokotowa i Alei Jerozolimskich, które ponownie przyciągają uwagę najemców.

Firmy poszukujące dużych biur już powyżej 1,5 – 2 tys. m kw. mają bardzo ograniczone możliwości. Stąd też rosnący udział renegocjacji w strukturze popytu, które stają się popularnym rozwiązaniem, szczególnie wśród większych najemców – komentuje Małgorzata Fibakiewicz, Starsza Dyrektorka Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych, BNP Paribas Real Estate Poland.

W trzecim kwartale 2025 roku rynek nieruchomości komercyjnych był zdominowany przez nowe umowy, które stanowiły 53,3% całkowitego wolumenu transakcji, czyli bez zmian w odniesieniu do danych za analogiczny okres 2024 roku. Przedłużenia umów odpowiadały za 39,8% transakcji, notując niewielki wzrost o 0,2 p.p. r/r. Analiza ostatnich czterech kwartałów pokazuje duży udział zarówno przedłużeń (45,6%), jak i nowych umów (43,8%).

Nieco spadł udział przednajmu, który na koniec września wynosił 11,3%, czyli o 0,3 p.p. mniej niż w ubiegłym roku.

Spada wskaźnik pustostanów

Mniejsza dostępność nowych powierzchni przekłada się na spadek wskaźnika pustostanów. Na koniec września 2025 roku średni poziom niewynajętej przestrzeni wyniósł 9,7%, co oznacza spadek o 1,1 punktu procentowego w porównaniu z poprzednim kwartałem. Najbardziej widoczny był on na Służewcu, gdzie wskaźnik spadł z 21,1% do 18,8%. W centrum Warszawy poziom pustostanów zmniejszył się względem poprzedniego kwartału o 0,9 p.p., co oznacza spadek do poziomu 6,9%.

Zainteresowanie biurami rośnie również poza ścisłym centrum, gdzie wskaźnik wolnej powierzchni spadł do 12,1%, czyli o 1,2 p.p. kwartał do kwartału. Trend spadkowy obejmuje także starsze, ponad dziesięcioletnie biurowce, gdzie obecnie wolne jest 12,4% powierzchni, czyli o 1,3 p.p. mniej niż rok temu.

Będzie presja czynszowa?

Pomimo spadku pustostanów, czynsze wywoławcze pozostają stabilne. Stawki „prime” w najlepszych biurowcach w centrum utrzymują się na poziomie około 30 EUR/m kw./miesiąc. Eksperci przewidują jednak, że utrzymująca się niska podaż może w kolejnych kwartałach wywierać presję wzrostową.

Stawki ofertowe za najwyższej jakości powierzchnie biurowe pozostają stabilne i w lokalizacjach centralnych wynoszą od 22,5 do 26 EUR/m kw. miesięcznie. W przypadku nowych projektów położonych w COB, widzimy rosnącą presję czynszową. Za metr kwadratowy w inwestycji deweloperskiej należy zapłacić między 28 a 30 EUR miesięcznie, co przestało już zaskakiwać najemców – podkreśla Wiktoria Weilandt, Associate, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych BNP Paribas Real Estate Poland.

W lokalizacjach poza centrum miasta stawki kształtują się w przedziale od 14-18 EUR/m kw. miesięcznie. Jak wskazują analitycy BNP Paribas Real Estate Poland, opłaty eksploatacyjne sięgają 40 PLN/m kw. miesięcznie i mają tym samym coraz większe znaczenie przy planowaniu budżetu.

Boom na prywatne akademiki trwa. Polska wśród kluczowych rynków PBSA w Europie

0

Liczba prywatnych akademików w Polsce rośnie od 15 lat. W minionych dwóch latach dynamika realizacji tych projektów zwiększyła się znacznie, a w 2025 r. do użytku oddano 12 takich obiektów, oferujących łącznie 3,8 tys. miejsc noclegowych – wynika z raportu CBRE „Prywatne akademiki w Polsce – czas nowych obiektów”. W budowie znajduje się ich 8, a 30 jest w planach. Eksperci CBRE wskazują, że lokowanie kapitału w rynek prywatnych domów studenckich (PBSA) pozostaje atrakcyjne dla inwestorów aktywnych w Europie.

Wolumen inwestycji w sektorze akademików w Europie zwiększył się o 9 proc. w 2024 r. w porównaniu z 2023 r., a w pierwszej połowie 2025 r. wartość transakcji w sektorze PBSA sięgnęła już połowy kwoty ulokowanej w tej części rynku w całym poprzednim roku. Raport CBRE „2025 European Investor Intentions Survey” potwierdza długofalowe zainteresowanie branżą. Pośród ankietowanych inwestorów 62 proc. zadeklarowało, że będzie szukać możliwości zakupu aktywów z sektorów alternatywnych, przede wszystkim PBSA. Połowa wszystkich inwestorów, zainteresowanych sektorami alternatywnymi, rozważa inwestycję w akademiki prywatne.

Polska jest atrakcyjna dla inwestorów ze względu na mocne fundamenty rozwoju sektora akademików prywatnych, niewystarczającą podaż nowoczesnych obiektów, ale też z powodu wolnorynkowego kształtowania opłat. Jednym z czynników ryzyka dla inwestorów prowadzących działalność opartą na innej walucie niż polski złoty, najczęściej euro, jest natomiast tradycyjne rozliczanie czynszów w złotówkach mówi Przemysław Łachmaniuk, Co-Head of Living, Senior Director, Capital Markets, CBRE.

Akademiki rosną szybciej

W ciągu ostatnich 15 lat w Polsce corocznie oddawano do użytku co najmniej jeden nowy prywatny akademik. Dynamika realizacji tych projektów znacząco wzrosła w latach 2023 i 2024. W tym okresie
w ośmiu największych ośrodkach akademickich uruchomiono 12 prywatnych akademików, oferujących łącznie ponad 4 tys. miejsc noclegowych. Nawet na tym tle wyniki 2025 r. są wyjątkowe. W bieżącym roku oddano do użytku 12 obiektów, dysponujących łącznie ponad 3,8 tys. miejscami noclegowymi. Dodatkowo, w budowie znajduje się 8 kolejnych akademików, a blisko 30 projektów jest na różnych etapach planowania.

Domów studenckich wciąż brakuje

Pomimo budowy znacznej liczby prywatnych domów studenckich w ostatnich latach, na polskim rynku istnieje znaczący potencjał dla dalszego rozwoju sektora. Nie ma takiego centrum akademickiego, w którym podaż zakwaterowania dla studentów w pełni zaspokajałaby zapotrzebowanie. Największy deficyt miejsc noclegowych w relacji do liczby studentów obserwuje się w Warszawie, Wrocławiu oraz Poznaniu. Szczególnie brakuje ich w stolicy, pomimo że w 2025 roku do eksploatacji przekazano tam rekordową liczbę ponad 1,7 tys. miejsc w 6 obiektach.

Popytowi na prywatne akademiki sprzyja rosnąca liczba studentów. Pod tym względem Polska jest jednym z największych rynków akademickich w Europie. Systematycznie zwiększa się też liczba cudzoziemców podejmujących studia w Polsce, stanowiących znaczący segment efektywnego popytu na lokale w prywatnych domach studenckich.

Rynek tradycyjnego najmu, zdominowany przez indywidualnych właścicieli dysponujących pojedynczymi mieszkaniami, często okazuje się mniej transparentny dla obcokrajowców, mimo postępującej profesjonalizacji w tym sektorze. Prywatne akademiki oferują natomiast możliwość integracji w zróżnicowanym, międzynarodowym środowisku. Ponadto, zarządcy tych obiektów często koncentrują się nie tylko na zapewnieniu komfortowych warunków mieszkaniowych, ale również na organizacji atrakcyjnych wydarzeń na terenie obiektu – dodaje Przemysław Łachmaniuk, CBRE.

Wonderful pozyskuje 100 mln dolarów na ekspansję agentów AI – Polska jednym z kluczowych rynków

Wonderful, firma tworząca platformę agentów AI dla przedsiębiorstw, ogłosiła wczoraj rundę finansowania serii A o wartości 100 mln dolarów, prowadzoną przez Index Ventures, z udziałem Insight Partners i IVP, a także dotychczasowych inwestorów Bessemer i Vine Ventures. Firma łączy potężną platformę AI z najlepszym w tej klasie wdrożeniem, aby dostarczać agentów dla korporacji, obsługujących klientów za pośrednictwem głosu, czatu i poczty elektronicznej, na każdym rynku i w każdym języku. Zaledwie cztery miesiące po ogłoszeniu rundy seed (zalążkowej) o wartości 34 milionów dolarów, obecny etap finansowania jest świadectwem efektywnego podejścia Wonderful do promowania wdrożeń agentów AI na dużą skalę w przedsiębiorstwach, dla których istotna jest obsługa klientów.

– Potencjał agentów AI jest bezdyskusyjny, ale wdrożenie go w praktyce, a co najważniejsze, w produkcji, stanowi ogromne wyzwaniemówi Bar Winkler, CEO i współzałożyciel Wonderful. – Wymaga to połączenia najlepszej w swojej klasie technologii z bezbłędną realizacją u klientów. Takie podejście stosujemy w Wonderful w Polsce oraz w Środkowej i Południowej Europie i to właśnie ono przyczyniło się do przyspieszenia wdrażania naszych rozwiązań na różnych rynkach w ciągu ostatnich kilku miesięcy.

Założone na początku 2025 roku Wonderful rozwija się w szybkim tempie. Firma notuje silną dynamikę wzrostu: popytu ze strony klientów, ekspansji na nowe rynki oraz rozszerzenia działalności o nowe zastosowania. Od ostatniej rundy finansowania Wonderful poszerzyła dostępność swojej platformy o nowe kraje, w tym Polskę. Jej agenci AI są zaadoptowani do zapewnienia biegłości na poziomie ludzkim w języku polskim, a także przystosowani do konkretnej dziedziny i zastosowań u docelowego klienta. Wiele polskich przedsiębiorstw rozwija się w zakresie transformacji cyfrowej, jednak skalowanie operacji związanych z obsługą klientów pozostaje nadal wyzwaniem.

– Na naszych oczach dokonuje się kolejna rewolucja technologiczna, wkraczamy w erę autonomicznych agentów AI zaprojektowanych tak, aby wzmocnić pozycję ludzi w biznesie. W świecie, w którym potencjał sztucznej inteligencji jest ogromny, ale wyzwania związane z jej wdrożeniem są równie znaczące, firma Wonderful wchodzi na rynek polski z jasnym przesłaniem: inwestujcie w lokalne wdrożenie i wiedzę specjalistyczną oraz praktyczną współpracę z każdym klientem, umożliwiając mu wykorzystanie potencjału sztucznej inteligencji, która mówi po polsku. Z całym bogactwem języka i dziedzictwem kulturowym. Nasza platforma dla przedsiębiorstw pozwoli zrealizować tę wizję polskim firmom mówi Marcin Motel, General Manager Poland, Wonderful.

W pełni zintegrowani z systemami wewnętrznymi agenci AI, obsługiwani przez platformę Wonderful, zarządzają już codziennie dziesiątkami tysięcy złożonych interakcji – od rozwiązywania sporów dotyczących rozliczeń, przez aktualizację danych konta, po diagnozowanie problemów i umawianie spotkań. Dzięki wskaźnikowi rozwiązywalności przekraczającemu 80 proc. większość problemów jest rozwiązywana bez udziału człowieka.

– Wonderful przeszło od koncepcji do skali globalnej w mniej niż rok, co jest niezwykłym osiągnięciem pod każdym względem. Firma udowadnia, że przedsiębiorstwa nie chcą tylko generycznych agentów AI, ale takich, którzy działają na każdym rynku i w każdym języku. Tak jasno postawiony cel w połączeniu z efektywnością zespołu sprawia, że Wonderful tak szybko osiąga sukces – przyznaje Hannah Seal, partnerka Index Ventures, która wraz Juriaanem Duizendstraalem kierowała rundą finansowania.

– Wonderful już teraz pokazuje, co oznacza budowanie trwałego globalnego biznesudodaje Jeff Horing, współzałożyciel i dyrektor zarządzający Insight Partners.  – Wdrożenie tej technologii w różnych branżach przekonuje, jak cenni mogą być agenci biegli w kwestiach kulturowych. Jest to firma, która ma potencjał, aby zmienić sposób, w jaki przedsiębiorstwa komunikują się z klientami na całym świecie.

Chociaż pierwsze wdrożenia Wonderful koncentrowały się na obsłudze klienta, rozwiązanie to szybko rozprzestrzenia się na nowe obszary. Przedsiębiorstwa eksperymentują z nowymi funkcjami, takimi jak szkolenia pracowników, wsparcie sprzedaży, weryfikacja zgodności z przepisami, wewnętrzne wsparcie IT i wdrażanie nowych pracowników. Elastyczne podejście firmy do głębokiej integracji z systemami przedsiębiorstw i dostosowywania do potrzeb poszczególnych krajów – przy wsparciu dedykowanych zespołów wdrożeniowych w terenie – pozwala klientom rozszerzyć zakres funkcji agentów na dodatkowe obszary działalności, bez konieczności wykonywania dodatkowej pracy.

ASF kosztował Polskę już ponad 20 miliardów złotych

Do 2024 r. afrykański pomór świń kosztował rolników co najmniej 8,5-9,8 mld zł, eksporterów – 4,5 mld dol. utraconych przychodów, a państwo polskie – przynajmniej 9,4 mld zł wydane do bieżącego roku na walkę z ASF.

Wirus ASF obecny jest w Polsce od lutego 2014 r. i rozprzestrzenia się od północnego wschodu w kierunku południowym oraz zachodnim. Dwukrotnie nastąpił „skok” wirusa o ponad 100 km na zachód, co znacząco przyspieszyło rozwój choroby w środowisku leśnym. Obecność wirusa ASF, który cechuje się długą żywotnością w środowisku i skutkuje dużą śmiertelnością dzików i świń, sprawia, że pomimo zachowania dużej staranności w bioasekuracji liczba ognisk choroby wśród stad świń jest wysoka.

W ciągu 11 lat ASF stwierdzono w 576 gospodarstwach, w których wybito blisko 210 tys. świń o wartości 106 mln zł. Ponadto w tzw. stadach kontaktowych zlikwidowano 300-400 tys. świń o wartości 160-213 mln zł. Niestety, wartość wypłaconych odszkodowań była niższa od szacowanej wartości świń o około 75 mln zł.

Niepokojąca jest nadreprezentacja ognisk ASF w największych stadach. Likwidacja stada oznacza przecież co najmniej dwumiesięczny zakaz produkcji, przez co rolnicy nie mogą zarabiać, co oznacza utratę potencjalnie 37-44 mln zł. Oznacza to, że bezpośredni koszt jednego ogniska ASF w gospodarstwie wynosi 0,53-0,63 mln zł.

Znacznie większe są jednak koszty pośrednie, które ponoszą wszyscy rolnicy, także ci, którzy nie mieli w swoim gospodarstwie wirusa ASF. Największe straty ponoszą rolnicy ze stref czerwonych wyznaczanych na co najmniej rok wokół ognisk ASF. Wynikają one z niższych cen skupu. Średnia cena zbytu tuczników w strefie czerwonej była niższa o 0,714 zł/kg niż w pozostałych strefach, ale w zależności od regionu, sytuacji rynkowej i wielkości stada najczęściej mieściła się w przedziale od 0,2 do 1,5 zł/kg.

Obiektywizm naukowy skłonił nas do przyjęcia dwóch wariantów strat, tj. 50 proc. i 75 proc. średniej z mediów, tj. 0,357 zł/kg i 0,535 zł/kg. Przyjmując średni czas obowiązywania czerwonej strefy 14 miesięcy i pogłowie świń w gminach wg stanu z powszechnego spisu rolnego w 2020 r., można wyliczyć, że straty rolników z tytułu niższych cen skupu wyniosły co najmniej 2,20-3,29 mld zł. Wprowadzenie czerwonej strefy oznacza także 3-4-tygodniowy brak sprzedaży z gospodarstw, co rodzi problem braku miejsc w chlewniach i konieczność sprzedaży przerośniętych tuczników, których cena jest niższa średnio o 1,5 zł/kg. Oznacza to kolejne 73 mln zł strat.

Gospodarka i rolnictwo również ponoszą straty z powodu zaniechania produkcji trzody chlewnej. Raport PKO BP na temat ASF wskazuje, że tempo redukcji pogłowia na obszarach występowania ASF i ognisk choroby jest znacznie wyższe niż na innych obszarach. Np. w latach 2014-2020 średni ubytek gospodarstw wynosił odpowiednio 12,8 proc. wobec 7,6 proc. a zmiany w pogłowiu trzody chlewnej wyniosły odpowiednio -1,2 proc. i +0,1 proc.. Oznacza to utratę na terenach objętych ASF dodatkowego 1,3 proc. pogłowia rocznie.

Ponieważ obszary objęte ASF stopniowo się rozszerzały, można założyć umiarkowaną stratę dla całego okresu w wysokości 7,15 proc. Na początku 2025 r. w strefach różowej i czerwonej znajdowało się około 4,3 mln świń. Przy 25-proc. poziomie dochodu rolniczego, szacunkowa wartość nieuzyskanego dochodu rolniczego w ciągu 11 lat wyniosła 540 mln zł.

Dużym kosztem dla producentów trzody chlewnej było wdrożenie zasad bezpieczeństwa biologicznego. Do 2022 r. dofinansowanie przez ARiMR środków ochrony biologicznej dla rolników utrzymujących co najmniej 50 świń wskazywało na średni poziom poniesionych kosztów w wysokości 82 tys. zł, ale w 2024 r. było to już prawie 95 tys. zł, ale wiele z nich wydało znacznie więcej. Średnie realne wydatki na bioasekurację dla 30 tys. gospodarstw utrzymujących powyżej 50 świń wyniosły prawdopodobnie co najmniej 100 tys. zł na gospodarstwo, co oznacza dodatkowe wydatki na poziomie co najmniej 3,0 mld zł.

Z kolei 36 tys. gospodarstw przydomowych utrzymujących 10-50 świń, wydających średnio 5-10 tys. zł na bioasekurację, wydało kolejne 180-360 mln zł. Do powyższych kwot należy doliczyć bieżące wydatki na sprzęt ochronny i dezynfekcyjny o wartości 860 mln zł (2 tys. zł rocznie w większych fermach i 500 zł w mniejszych). Szacowane łączne wydatki na bioasekurację wyniosły więc 4,04-4,22 mld zł, z czego mniej niż jedna piąta została zrefinansowana w formie dotacji.

Wraz z kolejnymi programami zwalczania ASF rozrosła się biurokracja, obciążając zarówno rolników, jak i urzędy państwowe. Wywiady z rolnikami pokazują, że wypełnienie i dostarczenie obszernej dokumentacji zajmuje im około 60 godzin rocznie. Dodatkowo poświęcają oni co najmniej 20 godzin na przygotowanie się do co najmniej dwóch inspekcji weterynaryjnych rocznie. Przy wycenie pracy rolników według płacy parytetowej 40 zł/h, dla 66 tys. gospodarstw jest to koszt co najmniej 200 mln zł rocznie i 2,2 mld zł w ciągu 11 lat.

Ponadto wzrosły koszty świadectw zdrowia świń, które ważne jest przez 10 dni (dwa dni w strefie czerwonej) i od 2022 r. kosztuje co najmniej 112,8 zł. W ciągu 11 lat ten dodatkowy dokument kosztował rolników około 430 mln zł.

Podsumowując do 2024 roku ASF kosztował już rolników co najmniej 8,5-9,8 mld zł.

Pojawienie się ASF w Polsce oznaczało utratę wielu rynków eksportowych, w tym japońskiego, południowo-koreańskiego i chińskiego, do których w 2013 r. wyeksportowano wieprzowinę o wartości 0,22 mld dol. (w 2010 r. zaledwie 0,04 mld dol.) oraz kazachskiego i białoruskiego (0,14 mld dol. w 2013 r. i 0,11 mld dol. w 2010 r.). Uwzględniając możliwy dalszy wzrost eksportu mogliśmy stracić około 4,5 mld dol.

Zwalczanie ASF generuje również koszty i straty dla budżetu państwa. Analiza wydatków na zwalczanie ASF i odszkodowania dla rolników zapisanych w budżecie państwa jako rezerwa celowa poz. 12 w części 83 oraz w części 85 – „budżety wojewodów”, dział 010 – „rolnictwo i łowiectwo”, rozdział 01022, wskazuje, że w latach 2011-2023 z budżetu państwa wydatkowano na te cele 6,35 mld zł, a na lata 2024 i 2025 zarezerwowano w budżecie odpowiednio 0,93 mld zł i 0,92 mld zł (wykres 5). Daje to łączną kwotę 8,2 mld zł. Ponieważ w polskim budżecie występuje permanentny deficyt budżetowy, wydatki ponoszone przez państwo oznaczają jego wzrost. Przy założeniu zaledwie 4 proc. oprocentowania obligacji w ciągu 11 lat, na obsługę odsetek trzeba by już wydać około 1,2 mld zł. Razem to 9,4 mld zł.

Dopóki wirus ASF będzie obecny wśród dzików rolnicy i państwo polskie będzie płacić coraz wyższe koszty. W samym tylko 2025 roku mogą one wynieść 2,5-3,0 mld zł.

Szczegółowe wyniki badań można przeczytać w opublikowanym na portalu Medycyna Weterynaryjna artykule Benedykta Peplińskiego, Janusza Wojtczaka, Zygmunta Pejsaka i Grzegorza Woźniakowskiego „Economic costs of 11 years of ASF in Poland”. http://dx.doi.org/10.21521/mw.7042

Autor: Benedykt Pepliński 
————————-
Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu, członek TEP

Pozytywny poniedziałek: rynki rosną, a w Polsce długi weekend

Senat przełamuje impas, rosną szanse na zakończenie shutdown w USA. Odbicie GBP/USD od granicy 1,30 – co dalej z polityką monetarną na Wyspach? Pusty kalendarz makro na początku tygodnia, długi weekend w Polsce. 

To już 40 dni

W końcu przełom w politycznej grze w USA, w związku z trwającym shutdownem. Stosunkiem głosów 60-40 udało się zatwierdzić procedurę umożliwiającą dalsze prace legislacyjne nad ustawą budżetową. Otwiera to drogę do zakończenia paraliżu administracji rządowej w USA, który trwa już rekordowe 40 dni. Taki wynik głosowania to efekt wsparcia ze strony Demokratów, którzy złamali tym samym partyjną dyscyplinę. Inna sprawa, że bez tego impas trwałby dalej. W ramach projektu większość agencji ma otrzymać finansowanie do 30 stycznia, jak również będzie obowiązywał zakaz zwolnień w sektorze publicznym. Teraz ustawa ma trafić do Izby Reprezentantów, a następnie do podpisu przez prezydenta. Cała operacja może potrwać kilka dni i zakończyć ten najdłuższy w historii shutdown. Pozytywnie na te niedzielne głosowanie zareagowały rynki finansowe, giełdy amerykańskie na ten moment otworzą się wartościami ponad 1%.

BoE nie będzie miał łatwych decyzji

Na rynku FX zwraca uwagę odbicie od poziomu 1,30 na popularnym „kablu”. Ostatnia decyzja Banku Anglii, utrzymująca stopy bez zmian, dodała tlenu brytyjskiej walucie, ale na dłuższą metę nadal uwypuklają się czynniki deprecjacyjne. Z pewnością duży problem może też mieć BoE – gospodarka ma kiepskie parametry, ale decydenci mają związane ręce w związku z wysoką inflacją. Dynamika cen CPI utrzymuje się na poziomie 3,8% już kolejny miesiąc, w dużej mierze za sprawą czynników krajowych, które tworzą presję wzrostową. Zwyczajowo zwraca się też uwagę na inną parę, czyli EUR/GBP, która jest traktowana jak barometr wyspiarskiej gospodarki. Ostatnie poziomy w okolicach 0,88 widzieliśmy wcześniej 3 lata temu.

Efekty rozmów Trump-Xi

Na rynku FX dzisiaj bardzo spokojny początek tygodnia. Główna para oscyluje poniżej 1,16, a również na parach powiązanych z PLN nie widać wielkich zmian. Nieco inaczej wygląda sytuacja na rynku surowcowym, gdzie obserwujemy solidne wzrosty notowań złota, srebra, czy miedzi. Jest to z pewnością pokłosie doniesień z Białego Domu o tym, że Chiny zniosły kontrolę pierwiastków ziem rzadkich. Łagodzi to napięte stosunki między mocarstwami i ma niebagatelne znaczenie dla światowego wzrostu gospodarczego. To też krok w stronę stabilizacji relacji handlowych, które w ostatnich miesiącach spędzały sen z powiek nie tylko inwestorom. Zawieszenie ma trwać do 27 listopada 2026 roku. Dzisiaj w kalendarzu makro brak ważnych danych, dominuje pozytywny klimat inwestycyjny.

Kurs euro poniżej 4,24 zł. Polska waluta odzyskuje siłę po wystąpieniu prezesa NBP

Zmienność ceny euro jest ostatnio niewielka, ale – jeśli ktoś czekał na odrobinę tańsze euro – to chyba właśnie się doczekał. Nowe dane z rynku pracy w Kanadzie wydają się dużo lepsze, ale tylko do momentu, gdy zagłębimy się w detale. Poznaliśmy też decyzję jednej z trzech największych agencji ratingowych na temat oceny kredytowej Polski.

Złoty znów nabiera mocy

Polska waluta ma zo sobą kilka bardzo solidnych dni. Jeszcze na początku poprzedniego tygodnia zastanawialiśmy się, jak mocno euro przekroczy poziom 4,26 zł. Jednym z powodów była obniżka stóp procentowych. To zwyczajowo powinno osłabiać walutę. Jednak potem był jeszcze „stand up” prof. Adama Glapińskiego. Padło tam kilka wskazówek, które  uzasadniają dlaczego rynek może spodziewać się wstrzymania tempa obniżek stóp. Z drugiej strony co miesiąc słyszymy, że cyklu obniżek nie ma, ale ostatnim miesiącem bez obniżki był czerwiec (nie liczę sierpnia, kiedy nie było posiedzenia), a w maju obniżka była podwójna. Wygląda jednak na to, że rynek teraz już naprawdę wierzy prezesowi NBP i zakłada koniec cyklu. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że roczny WIBOR jest niższy od stawki 3-miesięcznej o zaledwie 0,12%. Pokazuje to, że na przestrzeni tych 9 miesięcy spodziewane jest raptem pół obniżki. Tak silne wyhamowanie obniżek to dla wielu inwestorów powód, by kupować walutę. To prawdopodobnie dlatego za jedno euro płacimy dzisiaj poniżej 4,24 zł. Z drugiej strony, obserwując nową listopadową projekcję inflacji, widać tam znacznie więcej przestrzeni na dalsze obniżki niż w lipcowej prognozie. Kolejne miesiące pokażą nam kto miał rację. Gdyby doszło do obniżek, powinniśmy obserwować wyraźną przecenę złotego.

Pozornie świetne dane z Kanady

Piątek to dzień danych z kanadyjskiego rynku pracy. Na pierwszy rzut oka odczyt wygląda naprawdę bardzo dobrze. Bezrobocie nieoczekiwanie spadło z 7,1% na 6,9%. Powodem jest fakt, że zamiast spodziewanego spadku o 3,5 tysiąca miejsc pracy mamy 66,6 tysiąca wzrostu. W czym zatem problem? Kanadyjczycy podają jedną ważną daną, której większość urzędów statystycznych tak chętnie nie ujawnia. Mowa o podziale zatrudnienia na pełno i niepełnoetatowe. W tym wypadku ubyło 18,5 tysiąca miejsc pracy na pełen etat. Przybyło jednak 85,1 tysiąca miejsc pracy na część etatu, wiele z nich to posady mało stabilne – fragmenty etatów w handlu czy transporcie. Mogą to być zatem sezonowe zmiany. Warto też odnotować duże zwolnienia w budownictwie. Nie zmienia to faktu, że rynki nie martwią się na zapas i wraz z lepszymi danymi postanowiły kupować dolara kanadyjskiego, który zyskiwał na wartości.

Rating Polski

W piątek poznaliśmy decyzję agencji ratingowej S&P. Podobnie jak w przypadku dwóch pozostałych agencji z tzw. wielkiej trójki, nie doszło do zmiany oceny kredytowej. Jednak, w przeciwieństwie do Moody’s i Fitch, S&P nie zmieniło perspektywy dla Polski na negatywną. Agencje mają taki zwyczaj, że – jeżeli widzą tendencje do zmiany – najpierw zmieniają perspektywę i jeżeli sytuacja się utrzyma, dopiero wtedy zmieniają rating. Mamy zatem jeszcze trochę czasu zanim, o ile w ogóle do tego dojdzie, ta agencja obniży nam rating. Co działa na korzyść Polski? Przede wszystkim dobre fundamenty i napływ funduszy z UE, z którymi w przeszłości różnie bywało. Co działa na niekorzyść? Agencje zwracając uwagę na rosnące zadłużenie i brak zdecydowanych działań mogących poprawić sytuację w przyszłości. Gdyby miało dojść do obniżenia ratingu, do czego mamy nadzieję nie dojdzie, powinno to powodować osłabianie się złotego.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Duży wzrost składki zdrowotnej od 2026 roku. Dla małych przedsiębiorców to potężny cios

– Oczekujemy od rządzących stwarzania warunków do tego, by jednoosobowe działalności gospodarcze i małe firmy miały przestrzeń do rozwoju i funkcjonowania. Zgodnie z sugestiami przedsiębiorców udało zatrzymać się galopujący wzrost płacy minimalnej, ale problemem wciąż pozostaje składka zdrowotna. Wzrost zaplanowany na rok 2026 jest przerażający i dla wielu małych firm będzie ostatecznym przypieczętowaniem decyzji o zawieszeniu lub zamknięciu działalności – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Wyliczenia ekspertów Izby: poważne obciążenia dla sektora MŚP

Najnowsze wyliczenia ekspertów gospodarczych nie pozostawiają złudzeń – rok 2026 zacznie się dla przedsiębiorców trudną podwyżką składki zdrowotnej, a to prawdopodobnie nie koniec trudnych zmian.

– Wracają zasady dotyczące ustalania składki zdrowotnej sprzed 2025 roku – w konsekwencji od lutego 2026 podstawa wymiaru składki zdrowotnej przedsiębiorców opodatkowanych według skali podatkowej lub podatkiem liniowym, nie może być niższa niż 100% minimalnego wynagrodzenia które wyniesie 4.806 zł. Dotychczasowe 75% podstawy wynagrodzenia minimalnego z roku 2025 – 4666 zł spowoduje realne podwyższenie składki o 37% – z 314,96 do 432,54 zł. Dodatkowo wzrosną składki ZUS – wylicza Agnieszka Zamaro-Wiśniewska z firmy Zamaro Tax & Accounting.

– Obserwujemy stagnację i obniżenie nastrojów przedsiębiorców. Więcej działalności się zamyka lub zawiesza niż powstaje nowych. Koszty prowadzenia działalności są wysokie a przychody coraz częściej nie rekompensują ryzyka związanego z odpowiedzialnością małego biznesu. Wiele osób rozważy zmianę formy zarobkowania na pracę etatową, ograniczając działalność bądź ją zawieszając. Podwyższanie kwoty wolnej od składek ZUS w przypadku działalności nierejestrowanej również zmieni formę zarobkowania drobnego przedsiębiorcy i pozwali na ograniczenie obciążeń – mówi Agnieszka Zamaro-Wiśniewska.

„Nie uważamy, by temat składki zdrowotnej był zamknięty”

Jak dodaje Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie, wiele firm usługowych, handlowych oraz małych działalności gospodarczych zwraca uwagę na coraz trudniejsze funkcjonowanie na rynku, zmniejszającą się konkurencyjność oraz trudność ze złapaniem biznesowej równowagi między ponoszonymi kosztami, a cenami proponowanymi klientom.

–  Branż, które mają obecnie problemy wymieniłabym bez problemu kilkanaście. W skali horyzontalnej gospodarka jest w dobrej kondycji. Nieco poprawiła się sytuacja w transporcie, budownictwie, gospodarce morskiej, przemyśle. Gorzej jednak wygląda sytuacja w motoryzacji, nieruchomościach, handlu, usługach, bankowości i księgowości czy w branżach kreatywnych – mówi Hanna Mojsiuk.

– Czynników powodujących, że małym firmom trudno utrzymać się na rynku jest wiele. Ze sztuczną inteligencją nie da się walczyć, ale z niesprawiedliwymi i często nieproporcjonalnymi daninami już powinniśmy. Jako Północna Izba Gospodarcza ponawiamy apel, by w 2026 roku jeszcze raz rządzący pochylili się nad tematem składki zdrowotnej. 37% wzrost tej składki w roku 2026 jest dla wielu firm nie do udźwignięcia – dodaje Hanna Mojsiuk.

„Wiele osób pracuje ponad siły prowadząc własną firmę. Etat jest łatwiejszy”

Eksperci dodają, że stałe wzrosty obciążeń podatkowych generują większą ilość pracowników etatowych, a mniej osób pracujących na etatach.

– Polacy niezmiennie są jednym z najbardziej przedsiębiorczych narodów. Przed laty widzieliśmy pewną stałą tendencję: gdy ambitny człowiek czuł gotowość, by rozwijać się samodzielnie zakładał firmę i poszerzał gospodarcze horyzonty na własną rękę. Teraz sytuacja się odwraca i widzimy, że coraz więcej osób prowadzących jednoosobowe działalności gospodarcze lub małe firmy zawiesza działalność i szuka pracy etatowej. Czynników powodujących taki stan rzeczy jest kilka: rynek w wielu sektorach staje się coraz trudniejszy np. rynek nieruchomości, marketing, handel i usługi. Druga sprawa to trudne do udźwignięcia koszty prowadzenia działalności. Przedsiębiorcy często pracują ponad siły po to, by wygenerować przychód pozwalający im na godne życie. Polski system podatkowy zdecydowanie nie sprzyja małym firmom. ZUS, składka zdrowotna, obciążenia podatkowe, to wszystko składa się w bardzo drapieżną całość, która „wydziera” znaczną część przychodów firm MŚP – komentuje Paweł Skotnicki, ekspert gospodarczy i ubezpieczeniowy.

– Ostatnio miałem okazję rozmawiać z klientką, która po ponad dekadzie prowadzenia własnej firmy zatrudniła się w dużym, międzynarodowym przedsiębiorstwie. Gdy zapytałem: skąd ten ruch? Odpowiedziała: bo już nie mam siły, by bez przerwy walczyć i się martwić. Etat pod tym względem jest więc zupełnie innym standardem funkcjonowania – dodaje Skotnicki.

Szara strefa kosztuje miliardy, ale jej zwalczanie również

Szara strefa jest powszechna w gospodarkach na całym świecie i stanowi istotny element funkcjonowania rynku. Aby oszacować, jaki odsetek PKB ta strefa zajmuje, konieczne jest precyzyjne określenie, co wchodzi w jej zakres. Przy szerokim rozumieniu – obejmującym wszystkie unikania i omijania podatków, składek społecznych czy innych obowiązków finansowych idących „pod stołem” – szacunki międzynarodowe wskazują, że w najbardziej rozwiniętych gospodarkach może ona stanowić nawet do 19% PKB. W Polsce sytuacja wygląda nieco inaczej – badania i szacunki opublikowane przez Główny Urząd Statystyczny wskazują, że w kontekście rynku pracy około 6-7% pracowników jest aktywnych w szarej strefie. To oznacza, że choć skala jest mniejsza niż w najbardziej rozwiniętych krajach – problem nadal istnieje i wpływa na stabilność finansów publicznych. Paradoksalnie, walka z tym zjawiskiem jest trudna – ponieważ skuteczne ograniczenie szarej strefy wymagałoby wzmożonych kontroli i nadzoru nad działalnością przedsiębiorstw oraz obywateli. Taki kierunek działań nie spotkałby się jednak z entuzjazmem społecznym z powodu dodatkowej biurokracji i nacisku na obywateli.

– Z drugiej strony, pojawia się argument, że szara strefa pełni pewną funkcję w gospodarce. Niektóre regulacje, mimo że formalnie negatywnie wpływają na budżet, mogą być postrzegane jako konieczne w kontekście funkcjonowania rynku – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Mariusz Zielonka, główny ekonomista Konfederacji Lewiatan. – Doregulowanie sytuacji, czyli uregulowanie szarej strefy, nie tylko przynosiłoby zyski z większych wpływów podatkowych – ale także miałoby wpływ społeczny i gospodarczy. Obecnie, choć Minister Finansów intensywnie dąży do uszczelniania systemu, zwłaszcza w zakresie VAT – którego wpływy stanowią ponad połowę dochodów budżetowych – cały czas istnieje pytanie, czy inwestycje i środki konieczne do pełnego zwalczania szarej strefy przyniosłyby oczekiwany efekt finansowy. W praktyce szara strefa na poziomie budżetowym jest tematem kontrowersyjnym. Z jednej strony można argumentować, że intensywne działania wymagałyby znacznych nakładów finansowych na kontrole, administrację i działania prewencyjne, które – mimo wszystko – nie gwarantowałyby pełnego jej wyeliminowania. Z drugiej strony, równoważenie wpływów z VAT i innych źródeł wymaga długofalowych strategii oraz zrozumienia, że pełne wyeliminowanie szarej strefy jest bardzo trudne i prawdopodobnie kosztowne – a osiągnięcie równowagi oznaczałoby konieczność skoordynowanych działań na wielu poziomach. Podsumowując, obecność szarej strefy jest nieunikniona i stanowi zarówno wyzwanie, jak i element konieczny w funkcjonowaniu gospodarki. Podejmowane działania mają na celu nie tylko poprawę wpływów do budżetu, ale także lepsze dostosowanie regulacji do realiów rynkowych. Jednak z ekonomicznego punktu widzenia warto rozważyć, czy nakłady na intensyfikację kontroli i uszczelniania systemu rzeczywiście przyniosłyby proporcjonalne korzyści finansowe w porównaniu z kosztami ich realizacji – zaznacza Mariusz Zielonka.

Kredyty w euro wyprzedziły „frankowe” – zmiana lidera wśród walutowych hipotek

Pozwy i ugody doprowadziły do ciekawej sytuacji. Mianowicie, kredyty mieszkaniowe rozliczane w euro są więcej warte niż te frankowe”.

Dane BFG, KNF oraz NBP mówią nam wiele o sytuacji w portfelu kredytów mieszkaniowych. Jest ona dynamiczna ze względu na zmiany dotyczące umów „frankowych”. Portfel kredytów rozliczanych we franku kurczy się bardzo szybko, co doprowadziło do ciekawej sytuacji. Otóż, to nie frank, lecz euro jest obecnie główną obcą walutą kredytową Polaków, jeśli chodzi o kredyty mieszkaniowe. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl zwracają uwagę na skalę oraz tempo zmian.

Poniższa tabela bazująca na danych KNF informuje o tym, jak od lipca 2018 r. do lipca 2025 r. zmieniała się wartość bilansowa brutto kredytów mieszkaniowych rozliczanych w różnych walutach. Należy zwrócić uwagę, że już w połowie 2024 r. doszło do zrównania wartości bilansowej brutto kredytów mieszkaniowych w EUR i CHF (na poziomie około 14 – 15 mld zł).

Natomiast jak podkreślają eksperci portalu RynekPierwotny.pl dane z lipca 2025 r. mówią o tym, że „frankowy” portfel kredytowy był warty „zaledwie” 8 mld zł. To duża zmiana nie tylko względem sytuacji sprzed roku. Warto zwrócić uwagę, że jeszcze w lipcu 2019 r. można było mówić o stumiliardowej wartości „frankowych” kredytów mieszkaniowych. Portfel „hipotek” rozliczanych w europejskiej walucie też się kurczył, lecz znacznie wolniej, ponieważ nie dotyczyły go masowe ugody z bankami i pozwy.Wartość bilansowa brutto kredytów mieszkaniowych w EUR i CHF

Transformacja sektora BPO/SSC wpływa na rynek biurowy

Transformacja sektora BPO/SSC w Polsce w zaawansowane huby kompetencyjne ma wpływ, nie tylko na zmianę struktury zatrudnienia w branży, ale także na jej zapotrzebowanie na biura.

Sektor BPO/SSC w Polsce nie zwalnia, ale wchodzi w nowy etap rozwoju. Branża mierzy się obecnie z wyzwaniami, wynikającymi z relokacji usług biznesowych do innych części świata. Polska przestaje być rynkiem opartym na przewadze kosztowej. Wzrost poziomu wynagrodzeń i innych kosztów operacyjnych sprawia, że klasyczny model outsourcingu procesowego traci rację bytu. Zapotrzebowanie na tradycyjne role operacyjne dodatkowo ogranicza także postępująca automatyzacja i rozwój rozwiązań AI.

Siłą Polski nie jest dziś liczba etatów, ale dojrzałość sektora, jego specjalizacja, kompetencje oraz zdolność do świadczenia usług o wysokiej wartości. Branża rozwija swój potencjał w obszarach technologii, R&D, cyberbezpieczeństwa i zaawansowanej analityki, dzięki czemu pozostaje jednym z kluczowych graczy w regionie. Polska jest częścią globalnej transformacji sektora, ale już nie jej zapleczem kosztowym.

Nie obserwujemy zatem redukcji działalności BPO/SSC w Polsce, ale przekształcanie jej w kierunku usług zaawansowanych, wymagających wysokich kwalifikacji. Konkurencyjności sektora mierzona jest obecnie, nie liczbą stanowisk operacyjnych, a poziomem świadczonych usług.

Wpływ transformacji branży na rynek biurowy

Zmiany te wywierają istotny wpływ na rynek biurowy, przede wszystkim w miastach regionalnych, które przez wiele lat były naturalną lokalizacją dla centrów usług, dzięki niższym kosztom operacyjnym i dostępowi do talentów. Dziś jednak rynki biurowe w regionach notują rosnące poziomy pustostanów. Brakuje natomiast inwestorów, którzy mogliby wypełnić duże powierzchnie.

Branża usług dla biznesu nadal pozostaje jednym z najważniejszych segmentów polskiej gospodarki oraz kluczową grupą najemców biur. Sektor BPO/SSC generuje około 16 proc. całkowitego popytu na powierzchnie biurowe w kraju. Liderami aktywności na rynkach regionalnych pozostaje Kraków i Wrocław, co potwierdzają m.in. niedawne renegocjacje umów najmu realizowane m.in. przez takie firmy. jak Motorola Solutions (Green Office) i Shell (DOT Office).

Mniej powierzchni, więcej jakości

Najnowsze dane pokazują, że w centrach usług dla biznesu pracuje w Polsce niemal 489 tys. osób, a zatrudnienie w pierwszym kwartale 2025 roku było o ponad 6 proc. wyższe niż rok wcześniej. Sektor nie doświadcza zatem regresu, lecz przechodzi intensywną transformację, która zmienia również strategię i modele wynajmu powierzchni biurowych. Firmy nie rezygnują z biur, ale redefiniują ich funkcję i optymalizują przestrzeń.

Priorytety najemców zmieniają się, metraż przestaje być kluczowy, na znaczeniu zyskuje jakość. Firmy z sektora BPO/SSC stawiają dziś głównie na certyfikowane budynki klasy A, położone w najlepiej skomunikowanych lokalizacjach, oferujące szeroki wachlarz udogodnień, jak kawiarnie, tarasy, strefy relaksu, czy infrastruktura dla rowerzystów. Przesunięcie popytu w stronę topowych lokalizacji szczególnie widoczne jest w Warszawie, gdzie poziom pustostanów w centrum spadł do 6,9 proc. Przy niskiej dostępności nowych projektów oznacza to rosnącą konkurencję o biura odpowiadające wymaganiom zaawansowanych procesów biznesowych.

Core & Flex zamiast klasycznej ekspansji

W nowych realiach firmy coraz częściej decydują się na model Core & Flex. Tradycyjne biura (core) pełnią funkcję centrów zarządzania, integracji oraz umacniania kultury organizacyjnej, natomiast biura elastyczne (flex) wykorzystywane są do obsługi projektów tymczasowych, nowych zespołów czy działań rekrutacyjnych. Nie obserwujemy więc rezygnacji ze standardowych biur, lecz ich funkcjonalną reorganizację, celem dostosowania przestrzeni do nowego systemu pracy i zmiennych potrzeb projektowych. Rośnie również popularność podnajmu, który umożliwia efektywne zagospodarowanie nadwyżkowych powierzchni.

Rosnące koszty pracy oraz rozwój technologii AI powodują spadek zapotrzebowania na pracowników realizujących zadania powtarzalne. Polska nie jest już rynkiem taniej siły roboczej dla globalnych korporacji, ale zapleczem oferującym specjalistyczne usługi o wysokiej wartości. To z kolei wymusza zmianę standardów powierzchni biurowych w kierunku przestrzeni wspierających zaawansowane procesy, współpracę, kreatywność, bezpieczeństwo oraz zgodność z ESG.

Reorganizacja portfeli biurowych

Strategiczne posunięcia w zakresie najmu umożliwiają optymalizację kosztów i pozwalają firmom elastycznie dopasować przestrzeni do bieżącej skali działalności. To także sygnał, że sektor wchodzi w etap porządkowania portfeli biurowych. Część firm rozważa konsolidację biur regionalnych lub relokację do mniejszych, lecz lepszych jakościowo przestrzeni. Relokacja wiąże się zwykle z redukcją metrażu średnio o 20–30 proc. Z drugiej strony natomiast presja na powrót pracowników do biur ogranicza zakres cięć powierzchni. Trend jest jednak wyraźny – mniej metrów, więcej jakości.

Inwestycje w sektorze BPO/SSC realizowane są obecnie w Polsce, nie poprzez ekspansję powierzchniową, ale poprzez konsolidację zasobów, poprawę jakości środowiska pracy, wdrażanie nowych technologii oraz wybór przestrzeni bardziej dostosowanych do hybrydowego modelu pracy i wspierających funkcjonowanie specjalistycznych centrów kompetencyjnych.

Rynki z optymizmem: budżetowy kompromis w USA coraz bliżej

Senat Stanów Zjednoczonych zatwierdził, stosunkiem głosów 60 do 40, procedurę umożliwiającą dalsze prace legislacyjne nad ustawą budżetową, która ma zakończyć trwający od 40 dni paraliż administracji federalnej. Kluczowe okazało się wsparcie ze strony grupy umiarkowanych Demokratów, którzy łamiąc partyjną dyscyplinę, przełamali impas legislacyjny.

Projekt ustawy zakłada pełne finansowanie dla Departamentów Rolnictwa, Spraw Weteranów oraz samego Kongresu. Pozostałe agencje rządowe mają otrzymać tymczasowe finansowanie do 30 stycznia. Ustawa przewiduje również wypłatę zaległych wynagrodzeń dla pracowników federalnych, przywrócenie finansowania dla samorządów oraz powrót części pracowników do pracy. Do końca stycznia obowiązywać ma zakaz nowych zwolnień w sektorze publicznym.

Projekt ustawy napotyka jednak istotny opór w Izbie Reprezentantów. Głównym punktem spornym jest brak zapisów dotyczących przedłużenia ulg w ramach Affordable Care Act (tzw. Obamacare), co spotkało się ze sprzeciwem Demokratów. Choć Republikanie zapowiedzieli oddzielne głosowanie nad tymi ulgami do połowy grudnia, część Demokratów uznała te gwarancje za niewystarczające. Lider Partii Demokratycznej w Izbie zadeklarował zdecydowany sprzeciw wobec ustawy w jej obecnym kształcie.

Sytuacja ta wpisuje się w szerszy kontekst polityczny. Republikanie, stosując taktykę opóźniania, utrzymywali Izbę poza sesją od 19 września, a presja społeczna narastała wraz z kolejnymi konsekwencjami shutdownu. Administracja Białego Domu zmagała się z masowymi zwolnieniami, wstrzymaniem wypłat oraz koniecznością reagowania na próby obchodzenia nakazów sądowych w sprawie zasiłków żywnościowych. Tuż przed Świętem Dziękczynienia, działania sekretarza transportu doprowadziły do odwołania wielu lotów, co dodatkowo spotęgowało naciski społeczne.

Koszty gospodarcze paraliżu administracyjnego są znaczące. Według szacunków, shutdown generuje straty rzędu 15 mld USD tygodniowo. Biuro Budżetowe Kongresu (CBO) prognozuje, że w IV kwartale PKB może obniżyć się o 1.5 punktu procentowego. Nastroje konsumenckie osiągnęły najniższy poziom od trzech lat, rośnie niepewność co do dalszego kształtowania się cen i sytuacji na rynku pracy. Wstrzymanie publikacji danych makroekonomicznych dodatkowo utrudnia działania Rezerwy Federalnej, która musi podejmować decyzje niemal „w ciemno”.

Ustawa zawiera również szereg dodatkowych zapisów, które zostały uznane za sukces Partii Demokratycznej. Udało się zablokować proponowane wcześniej cięcia międzynarodowej pomocy żywnościowej oraz zabezpieczyć większe środki na ochronę Kapitolu. Kontrowersje budzi jednak punkt dotyczący ograniczenia sprzedaży produktów zawierających psychoaktywne związki z konopi, co – według szacunków branżowych – może zagrozić nawet 325 tys. miejsc pracy w tym sektorze.

Na wieści o postępach legislacyjnych pozytywnie zareagowały rynki finansowe. Kontrakty terminowe na indeks S&P 500 wzrosły o 0.76%, a Nasdaq 100 o 1.29%, co odzwierciedla rosnące nadzieje na zakończenie impasu. Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych USA wzrosła do poziomu 4.14%, a indeks dolara (DXY) osłabił się do poziomu 99.49 pkt.

Pokolenie X – za starzy do pracy za młodzi na emeryturę

Od 30. października 2025 do lutego 2026 Enpulse wraz ze Szkołą Główną Handlową w Warszawie przeprowadzą badanie postaw i potrzeb pokolenia X (1965-1980) – grupy stanowiącej ponad 40% aktywnie pracujących. Będzie to pierwsze w Polsce badanie na taką skalę, porównywalne z projektem Work War Z, w którym udział wzięło ponad 12 tys. osób. Wyniki zostaną zaprezentowane wiosną 2026.

Czy Oni są ważni?

Przez trzy dekady pokolenie X w ciszy budowało firmy po transformacji, unowocześniało administrację i prowadziło młodsze roczniki na rynku pracy. Dziś, gdy Polska mierzy się z szybkim starzeniem się społeczeństwa, niedoborem talentów i zbliżającą się falą odejść doświadczonych specjalistów, najważniejsze pytanie brzmi: jak wykorzystać potencjał pracowników z pokolenia X i jakie warunki zapewnić, by chcieli „grać dalej”?

GeeX oddaje głos osobom 45+. Chcemy zrozumieć, co je motywuje, jakie mają ambicje rozwojowe i z jakimi barierami mierzą się dziś na rynku pracy. To pokolenie rzadko prosi o uwagę – po prostu dostarcza wyniki. Teraz my dostarczymy rzetelną wiedzę o nim mówi Magda Pietkiewicz, współtwórczyni Enpulse.

Z + X = ?

Badanie GeeX zostało zaprojektowane w oparciu o metodologię spójną z Work War Z, największym w Europie projektem poświęconym pokoleniu Z na rynku pracy. Dzięki temu po raz pierwszy powstanie porównawcza analiza postaw i oczekiwań pokoleń X i Z dwóch sił, które współtworzą dzisiejsze zespoły. Rezultatem będą wnioski i praktyczne wskazówki dla biznesu, działów HR oraz dla instytucji publicznych działających w obszarze rynku pracy i edukacji dorosłych. Celem jest także ograniczanie ageizmu i budowa inkluzyjnych środowisk pracy, w których dojrzałość jest przewagą, a nie deficytem.

Pokolenie X to kręgosłup wielu organizacji i jeden z kluczowych czynników odporności gospodarki. Jeśli chcemy rozwiązywać realne problemy — od luki kompetencyjnej po rosnące potrzeby opiekuńcze wobec bliskich – musimy precyzyjnie wsłuchać się w ich głos i przełożyć go na działanie – podkreśla Tomasz Szklarski, pomysłodawca badania GeeX.

Biznes ramię w ramię z nauką

Partnerem strategicznym projektu jest Szkoła Główna Handlowa w Warszawie. GeeX wpisuje się w misję uczelni tworzyć wiedzę, która wspiera decyzje biznesu i administracji publicznej. Finałem projektu będzie konferencja naukowa podsumowująca wyniki. Odbędzie się ona wiosną 2026 roku.

W ramach projektu GeeX działa Rada Naukowa, która łączy perspektywy nauki, administracji i biznesu. W jej skład wchodzą: dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak (SGH), Anita Noskowska-Piątkowska (Szefowa Służby Cywilnej), Paweł Jaroszek (Zarząd ZUS), Antonio Carvelli (Wiceprezes GI Group) oraz Paweł Dziekoński (Wiceprezes Fakro).

Czy zagadnienie jest istotne?

Według danych PSMM badanie Work War Z zebrało blisko 12 tys. odpowiedzi i zostało opisane w 3360 publikacjach o łącznym zasięgu ponad 240 mln odbiorców. Pokazuje to, jak duże jest zapotrzebowanie na rzetelne, porównywalne dane o pokoleniach i ich roli na rynku pracy. Dzięki spójnej metodologii oba badania pozwolą porównać postawy i potrzeby dwóch generacji. GeeX rozszerzy perspektywę, co pozwoli wyciągnąć nowe wnioski.

Weto prezydenta mocno dotknie przewoźników drogowych. Ograniczamy sobie możliwość kursów międzynarodowych

W piątek prezydent Karol Nawrocki zawetował wiele ustaw. Jedna z nich była bardzo istotna dla środowiska TSL i przewoźników drogowych.

– Ta ustawa miała wdrożyć do polskiego systemu prawnego obowiązujące od stycznia 2026 przepisy dotyczące elektronicznych zezwoleń EKMT. Od lat przewoźnicy drogowi zabiegali o to, by w tym zakresie doszło do cyfryzacji, to oznacza większe bezpieczeństwo przewoźników i mniejszą szansę np. na fałszowanie takich pozwoleń. Veto oznacza tylko jedno – eliminację polskich przewoźników drogowych na wielu międzynarodowych trasach. Oddajemy walkowerem rynki transportowe, które zapewniają nam płynność finansową i rozwój. Sytuacja sektora TSL jest trudna, potrzebujemy wsparcia, a nie ograniczania nam możliwości działania – mówi Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych.

Zezwolenia EKMT to dokumenty umożliwiające wykonywanie międzynarodowego transportu towarów pomiędzy krajami członkowskimi tej organizacji. Zezwolenie to jest wydawane na okres jednego roku i pozwala na nieograniczoną liczbę kursów, jednakże musi być zgodne z wymogami ekologicznymi pojazdu i terytorialnymi. Od 2026 roku zezwolenia będą miały formę wyłącznie elektroniczną.

Prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę o zmianie ustawy Prawo i ruchu drogowym. W efekcie zezwolenia EKMT nie będą wydawane polskim przewoźnikom w formie cyfrowym. Weto odnoszące się do całej ustawy blokuje ważne dla przewoźników drogowych zmiany wpisane do tej ustawy.

– Ta ustawa miała wiele zapisów, ale dla nas jednym z najważniejszych było umożliwienie ubiegania się o zezwolenia EKMT w formie cyfrowej dla polskich przewoźników. Obecna sytuacja powoduje, że tak naprawdę dla wielu przewoźników utrudnione albo nawet niemożliwe będzie wykonywanie poza unijnych kursów transportowych. Polscy przewoźnicy zostają w tyle za przewoźnikami z innych krajów. Znajdując się w bardzo trudnej sytuacji musimy mierzyć się z dodatkowymi problemami – mówi Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych.

– Problemem polskiego ustawodawstwa jest wkładanie do jednej ustawy dobrych i prostych rozwiązań potrzebnych przedsiębiorcom oraz rozwiązań, które z różnych powodów mogą budzić wątpliwości. Zapisy o EKMT są „ofiarą” tego, że znalazły się w opasłej zmianie ustawy Prawo o ruchu drogowym. Rykoszetem obrywają przewoźnicy drogowi – mówi  Matulewicz.

Nie wdrożenie elektronicznych zezwoleń EKMT to także brak możliwości  kontroli przez polskie służby nieunijnych przewoźników okazujących na urządzaniach cyfrowych obrazy zezwoleń EKMT.

– Tracimy rynek, tracimy konkurencyjność. To dla przewoźników drogowych bolesne weto – mówi Dariusz Matulewicz.

Konieczna będzie kolejna inicjatywa ustawodawcza. Nie ma co jednak liczyć, że zostanie ona przeprowadzona w roku 2025. Przed polskim transportem znów kryzysowy czas. Tym razem w dużej mierze z powodu ustawowej nieodpowiedzialności polityków wszystkich stron politycznej sceny.

Dolar traci impet, ale niepewność rośnie – EUR/USD wraca powyżej 1,15 $, a giełdy schodzą w dół

Kurs EUR/USD po wybiciu 1,15 $ nie zatrzymuje się i próbuje wrócić w zasięg wcześniejszej konsolidacji. Słabszy dolar powinien być dobrą wiadomością dla walut EM, ale złoty jeszcze umiarkowanie korzysta z tego przepływu kapitału. Mimo wszystko forex pozostaje raczej odporny na pogorszenie sentymentu, które coraz lepiej poczyna sobie na rynkach kapitałowych.

Dolarowa mgła?

Jak szybko potrafi zmieniać się perspektywa rynkowa, doskonale widzimy w ostatnich dniach na przykładzie eurodolara. Dopiero co tydzień temu „zielony” zintensyfikował atak i tym samym wyłamał dolne ograniczenie kilkumiesięcznej konsolidacji. Kurs EUR/USD znalazł się w ten sposób najniżej od początku sierpnia, kiedy to główna para globu zareagowała alergicznie na drastyczne rewizje danych z amerykańskiego rynku pracy. Teraz (jak wszyscy już lepiej niż dobrze wiemy) nie otrzymujemy oficjalnych rządowych danych z USA (właśnie dziś powinny się pojawić payrollsy Departamentu Pracy). W ten sposób uwaga obserwatorów skupia się na odczytach stanowych i tych od prywatnych instytucji. A przekaz płynący z większości tych publikacji wskazuje na rosnące problemy z zatrudnieniem. Oliwy do ognia dolewają też kolejne ogłoszenia dużych przedsiębiorstw, które zapowiadają masowe zwolnienia (związane m.in. z automatyzacją, ale też z poszukiwaniem ograniczeń bieżących kosztów). Mimo takich sygnałów, nie widać zwiększenia szans na grudniowe cięcie stóp w Stanach – kontrakty na taki ruch wciąż nie przekraczają 70%. A jednak dolar znalazł się ponownie pod presją. W ten sposób kurs EUR/USD wczesnym piątkowym popołudniem wraca powyżej 1,155 $, czyli w zasięg wspomnianej wcześniej konsolidacji. Czy w takim razie próba umocnienia dolara była tylko fałszywym sygnałem? Tego nie należy przesądzać, ale w dłuższym terminie to „zielony” powinien tracić fundamenty w postaci wysokich stóp procentowych. Kto wie, czy Fed zdąży przed recesją, na której pierwsze sygnały zwraca już uwagę część ekonomistów? Spółki na Wall Street biją kolejne rekordy, a w tym samym momencie już za połowę wydatków konsumpcyjnych odpowiada górne 10% najzamożniejszych Amerykanów.

Forex pozytywnie, giełdy negatywnie

Coraz słabszy dolar w trakcie trwania piątkowej sesji przekłada się na umocnienie sporej części walut rynków wschodzących. Już od rana było to widać całkiem wyraźnie np. na parach USD z MXN, BRL czy też ZAR. Wczesnym popołudniem kapitał płynie też coraz szerszym strumieniem do naszego regionu, ale zyski złotego pozostają jeszcze umiarkowane. Taki układ może wskazywać, że szeroki rynek walutowy wciąż tylko lekko wciska pedał risk on. Mimo wszystko straty tzw. bezpiecznych przystani w postaci CHF i JPY ostatecznie wskazują kierunek. Przekłada się to na kurs euro, który pozostaje poniżej 4,25 zł, na kurs dolara utrzymujący się poniżej 3,68 zł czy na kurs franka blisko 4,56 zł. W zupełnie innym kierunku podążają rynki kapitałowe, na których coraz lepiej rozgaszcza się negatywny sentyment. Wczoraj korektę spadkową pogłębiło Wall Street i właśnie materializuje się jedno z największych ryzyk w Nowym Jorku. Za nawet połowę wzrostów w ostatnich tygodniach odpowiadało kilka największych spółek technologicznych. Kiedy teraz w ich przypadku następuje przynajmniej realizacja zysków, to ciągną indeksy w dół. Przy coraz gorszych perspektywach rynku pracy w USA, a co za tym idzie słabnącej konsumpcji, obciążeniem stały się także tzw. firmy detaliczne. Negatywne podejście zostało potwierdzone w trakcie azjatyckiej sesji, ale pewne nadzieje dał początek handlu w Europie. Niestety im dalej w sesję, tym gorzej i po południu DAX we Frankfurcie spada o 1%. Dziś za rynkami bazowymi podąża też (wczoraj odporna na te sygnały) Warszawa, gdzie o podobną figurę zniżkuje WIG20.

Creotech Instruments z nowym kontraktem ESA – polski prototyp stacji do śledzenia asteroid wart 1,6 mln euro

Creotech Instruments, notowany na GPW producent satelitów, systemów i podzespołów satelitarnych, podpisał z Europejską Agencją Kosmiczną (ESA) umowę na realizację projektu Telescope Array Functional Prototype, którego celem jest opracowanie i dostarczenie prototypu autonomicznej, modularnej stacji obserwacyjnej do wykrywania i śledzenia obiektów bliskich Ziemi (Near Earth Object – NEO). Wartość kontraktu wynosi 1,6 mln EUR, a jego realizacja potrwa 13 miesięcy.

– Projekt ten stanowi kolejny krok w rozwoju naszej oferty produktowej w obszarze obserwacji przestrzeni kosmicznej. Dzięki współpracy z ESA tworzymy rozwiązania, które nie tylko zwiększą bezpieczeństwo naszej planety, ale również otwierają nowe możliwości biznesowe – od sprzedaży stacji obserwacyjnych po komercjalizację danych obserwacyjnych. Telescope Array Functional Prototype to także ważny etap w budowie kompetencji Creotech Instruments w obszarze systemów wczesnego ostrzegania i monitoringu obiektów bliskich Ziemi. Projekt pozwoli nam rozwijać technologie, które znajdą zastosowanie zarówno w misjach naukowych, jak i w projektach komercyjnych związanych z bezpieczeństwem kosmicznym. To również kolejny dowód, że technologie opracowywane w Polsce znajdują zastosowanie w międzynarodowych projektach kosmicznych najwyższej klasy – komentuje dr hab. Grzegorz Brona, Prezes Zarządu Creotech Instruments S.A. 

Całe przedsięwzięcie zakłada opracowanie funkcjonalnego prototypu stacji, która będzie integrować teleskopy, kamery sCMOS, system pozycyjny z filtrami, a także moduły sterowania, komunikacji i zasilania. Powstanie w ten sposób kompletny, autonomiczny moduł gotowy do pracy w sieci obserwatoriów. Efektem projektu będzie demonstrator technologii o poziomie gotowości TRL 6, umożliwiający dalsze skalowanie i komercjalizację rozwiązania.

System Telescope Array będzie mógł być wykorzystywany zarówno do monitorowania potencjalnych zagrożeń kolizyjnych z Ziemią, jak i do komercyjnych obserwacji w modelu B2G i B2B.

Projekt pozwoli również rozszerzyć linię produktową Creotech o nowy typ kamer astronomicznych opartych na nowoczesnym sensorze dedykowanym do obserwacji obiektów bliskich Ziemi. Będzie to kolejne, po kamerze CreoSky 6000, rozwiązanie odpowiadające rosnącym potrzebom w zakresie budowy systemów wczesnego ostrzegania przed zagrożeniami płynącymi z przestrzeni kosmicznej.

Realizacja projektu wspiera cele Polskiej Strategii Kosmicznej 2030, wzmacniając krajowe kompetencje w zakresie bezpieczeństwa i obronności w przestrzeni kosmicznej.

Wartość całego projektu wynosi 1 600 000 EUR, z czego na Creotech Instruments przypada ok. 503 tys euro. W ramach podziału budżetu Spółka otrzyma dofinansowanie w wys. ok. 370 tys euro na rozwój kamery, która będzie stanowiła kluczowy element obserwatorium.

Creotech Instruments będzie realizował projekt wraz z austriacką firmą ASA Astrosysteme GmbH, 6Roads Sp. z o.o. oraz Uniwersytetem Adama Mickiewicza Poznaniu.

Po zakończeniu obecnie trwającego procesu podziału Creotech Instruments S.A., projekt będzie realizowany przez spółkę Creotech Quantum S.A.

Autonomiczne pojazdy czekają na podpis Prezydenta

Sytuacja wokół nowelizacji ustawy Prawo o ruchu drogowym wzbudza w ostatnich dniach wiele emocji. Po latach prac konsultacji i analiz, po przejściu procesu legislacyjnego na ostatniej prostej ustawa może zostać zawetowana. Powodem są wątpliwości jednej posłanki dotyczące transportu publicznego. Niestety jej apel o weto Prezydenta Nawrockiego może trafić na podatny grunt. Chodzi przecież o transport zbiorowy, który rzekomo ucierpi na podpisie. Na wecie z pewnością ucierpi jednak motoryzacja, branża TSL i inne – łącznie kilkanaście procent polskiego PKB.

Świat pędzi a Polska buksuje

W Stanach Zjednoczonych po ulicach na przykład San Francisco od miesięcy jeżdżą taksówki bez kierowców. W Chinach autonomiczne busy kursują regularnie, a pasażerowie nawet nie zwracają na to większej uwagi. A w Polsce? W Polsce długo trwała poważna, pełna emocji dyskusja… czy w ogóle pojazdy z zaawansowanymi systemami wspomagania kierowców  można testować. I to nie samodzielnie, a z kierowcą siedzącym za kierownicą, gotowym w każdej chwili przejąć kontrolę nad pojazdem.

Wspomniana na początku ustawa nie dotyczy więc błahych spraw. To dokument, który wreszcie umożliwia testowanie w Polsce pojazdów zautomatyzowanych – technologii, nad którymi pracują tysiące inżynierów i wiele ośrodków badawczych. Z pozoru to detal – kilka artykułów dopisanych do kodeksu. W praktyce – to przepustka do przyszłości polskiej motoryzacji, transportu i nauki.

Bez jasnych przepisów testowanie takich pojazdów w ruchu drogowym jest niemożliwe. Brakuje definicji, procedur, odpowiedzialności prawnej. A to oznacza, że firmy zlokalizowane w Polsce nie mogą sprawdzać swoich rozwiązań w realnych warunkach. Ci, którzy chcą się rozwijać, muszą przenosić testy za granicę – do Niemiec, Hiszpanii Wielkiej Brytanii, Węgier czy Czech, gdzie odpowiednie regulacje już działają. Każdy miesiąc opóźnienia to kolejne projekty uciekające z kraju, kolejne stracone inwestycje i utracone miejsca pracy dla inżynierów.

Branża od dawna ostrzegała, że bez tej ustawy Polska stanie się technologicznym skansenem. Stowarzyszenie Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych (SDCM), Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego (PZPM), Polskie Stowarzyszenie Nowej Mobilności (PSNM) i Polska Grupa Motoryzacyjna (PGM) przypominają, że w kraju działają już firmy i ośrodki badawcze gotowe do testowania zautomatyzowanych, a w przyszłości autonomicznych, pojazdów osobowych, ciężarówek czy autobusów. Ale potrzebne są do tego konkretne zasady. Nowelizacja właśnie je wprowadza – określa warunki bezpieczeństwa, wymagane pozwolenia, zasady odpowiedzialności oraz procedury zgłaszania prób.

To ważne nie tylko dla innowatorów, ale także dla bezpieczeństwa na drogach. Testowanie w kontrolowanych, jasno uregulowanych warunkach pozwala sprawdzać systemy automatycznego hamowania, rozpoznawania pieszych, utrzymywania pasa ruchu czy komunikacji między pojazdami. To technologie, które już dziś ratują życie. Brak możliwości ich praktycznej weryfikacji oznacza, że do ruchu dopuszczane będą rozwiązania niesprawdzone w polskich realiach.

W tym kontekście potencjalne weto prezydenckie brzmi jak działanie w dobrej wierze, ale o dramatycznych skutkach dla branży motoryzacyjnej i gospodarki. I to nie tylko dla motoryzacji. Kolejną dotkniętą grupą jest branża TSL. Od stycznia wchodzą w życie nowe przepisy międzynarodowe, dotyczące m.in. zezwoleń EKMT na przewozy do krajów spoza Unii Europejskiej. Bez nowelizacji nie będzie podstaw prawnych do ich wydawania. To może oznaczać przymusowe postoje ciężarówek, zawieszone kontrakty i pracowników wysyłanych na urlopy. Podobne ryzyko dotyczy przewozów pasażerskich – z końcem roku wygasają obecne zezwolenia na linie regularne, a nowa ustawa przewiduje dodatkowy czas na ich odnowienie. Weto oznaczałoby chaos organizacyjny, którego skutki odczują zwykli pasażerowie.

Pojazdy zautomatyzowane i autonomiczne to nie przyszłość, lecz teraźniejszość światowej motoryzacji. Do 2035 roku technologie automatyzujące transport mogą przynieść globalnej gospodarce setki miliardów dolarów rocznie. Dla Polski to szansa na wzmocnienie przemysłu motoryzacyjnego, rozwój innowacji i zwiększenie bezpieczeństwa na drogach. Automatyzacja to także odpowiedź na wyzwania społeczne – może zapewnić mobilność osobom starszym i z niepełnosprawnościami oraz ograniczyć wykluczenie komunikacyjne w regionach o słabej infrastrukturze transportowej. Dlatego branża motoryzacyjna i transportowa nie ma wątpliwości: ustawa umożliwiająca testy pojazdów zautomatyzowanych jest potrzebna natychmiast. Każdy miesiąc opóźnienia to ryzyko utraty inwestycji i kompetencji. W świecie, który przyspiesza technologicznie z dnia na dzień, powrót do długich prac nad regulacją tego zagadnienia będzie oznaczał rezygnację z udziału w wyścigu o przyszłość. – mówi Tomasz Bęben, prezes Stowarzyszenia Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych (SDCM).

– Europejski przemysł motoryzacyjny przeżywa dziś głęboki kryzys – strukturalny, technologiczny i kosztowy. Jednym z kluczowych sposobów wyjścia z tej sytuacji jest zwiększenie europejskiej innowacyjności, a więc zintensyfikowanie prac badawczo-rozwojowych w obszarze zaawansowanych technologii. Polska ma w tym procesie realną szansę uczestniczyć, ale tylko wtedy, gdy nie będziemy sami sobie podcinać skrzydeł – podkreśla Bartosz Mielecki, Dyrektor Zarządzający Polskiej Grupy Motoryzacyjnej (PGM).

– Weto wobec nowelizacji ustawy Prawo o ruchu drogowym skutecznie wstrzyma prowadzenie w naszym kraju badań i rozwoju w obszarze autonomiczności transportu – technologii, o której już dziś wiadomo, że stanowi oczywistą przyszłość mobilności. Zatrzymanie tych prac oznaczałoby, że Polska, mimo potencjału i zaplecza inżynierskiego, na własne życzenie pozostanie w ogonie technologicznym Europy i świata. – dodaje Bartosz Mielecki

– Wiele krajów europejskich – w tym Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Holandia czy nawet Czechy – wprowadziło już regulacje umożliwiające testy pojazdów autonomicznych, zachowując odpowiednie standardy bezpieczeństwa. Jeśli Polska nie wprowadzi przyjaznych ram prawnych dla testów tej technologii, będziemy jedynie konsumentami rozwiązań opracowanych gdzie indziej. Rozwój autonomicznych pojazdów to nie tylko kwestia technologiczna – to szansa na stworzenie nowych miejsc pracy, rozwój kompetencji inżynierskich i przyciągnięcie inwestycji zagranicznych. To także kwestia bezpieczeństwa – według ekspertów autonomiczne pojazdy mogą zredukować liczbę wypadków drogowych nawet o 90%, ratując tysiące ludzkich istnień rocznie – komentuje Aleksander Rajch, Członek Zarządu PSNM.

Historia zna wiele przykładów, kiedy dobre intencje prowadziły na manowce. Wystarczy jeden nieprzemyślany gest, by zatrzymać coś, nad czym inni pracowali latami. I dlatego – niezależnie od politycznych emocji – decyzja o podpisaniu tej ustawy powinna być decyzją opartej na rozsądku, nie na lęku. Bo w tej historii naprawdę chodzi o to, czy Polska będzie częścią przyszłości, czy stanie się tylko jej obserwatorem zza szyb pociągu, który właśnie odjeżdża.

Polska gospodarka przyspiesza: przemysł, konsumpcja i inwestycje ciągną wzrost – inflacja pod kontrolą

Wrześniowe dane ze sfery realnej polskiej gospodarki przyniosły pozytywne zaskoczenie – przede wszystkim w przemyśle. Po letnim spowolnieniu, kiedy w sierpniu produkcja sprzedana wzrosła o 0,7 proc. r/r, we wrześniu tempo przyspieszyło aż do 7,4 proc. r/r, wyraźnie powyżej oczekiwań rynkowych (4,6 proc. r/r). Co więcej, po wyeliminowaniu wpływu czynników o charakterze sezonowym, produkcja przemysłowa wzrosła między sierpniem a wrześniem aż o 4,1 proc., zaś wyrównany sezonowo indeks jednopodstawowy produkcji osiągnął najwyższą w historii wartość 115,4. W strukturze wzrostu przemysłu wyróżnia się przetwórstwo przemysłowe (8,2 proc. r/r wobec 1,1 proc. r/r w sierpniu) oraz dość szeroki zakres poprawy, która objęła zarówno branże eksportowe, jak i te ukierunkowane na rynek krajowy. Cieszy także istotny wzrost liczby nowych zamówień przemysłowych złożonych we wrześniu, szczególnie eksportowych (9,8 proc. r/r i 12,1 proc. r/r odpowiednio). Wzrostom towarzyszy systematyczna poprawa nastrojów w przemyśle, mierzona wskaźnikiem PMI, co może zwiastować wychodzenie z wieloletniego marazmu.

Pozytywne sygnały płyną także z produkcji budowlano-montażowej, która odreagowała po niespodziewanym tąpnięciu w sierpniu. Przy medianie prognoz wynoszącej -2,3 proc. r/r, we wrześniu wzrosła ona o 0,2 proc. r/r, a po wyeliminowaniu wpływu czynników sezonowych – o 2,6 proc. m/m.

Konsumpcja nie zwalnia

W tendencji wzrostowej utrzymuje się także sprzedaż detaliczna. We wrześniu roczne tempo wzrostu wolumenu sprzedaży przyspieszyło do 6,4 proc. r/r, po 3,1 proc. r/r w sierpniu, co potwierdza prognozowane ożywienie w konsumpcji (konsensus na poziomie +6,8 proc. r/r). Po wyeliminowaniu wpływu czynników o charakterze sezonowym, sprzedaż detaliczna spadła o 0,6 proc. względem sierpnia br., jednak wciąż pozostała wyższa o 4,9 proc. w porównaniu do tego samego miesiąca 2024 roku. Co istotne, wzrosty sprzedaży w ujęciu rocznym odnotowano we wszystkich kategoriach – na czele z sprzedażą odzieży i obuwia (20,5 proc. r/r), mebli, sprzętu RTV i AGD (16,1 proc. r/r) oraz samochodów (15,0 proc. r/r). Dynamicznie rosła też sprzedaż paliw (7,1 proc. r/r). Utrzymujący się ożywiony popyt na dobra trwałego użytku świadczy o dobrej kondycji polskich konsumentów, co potwierdzają też wyniki badań nastrojów gospodarstw domowych.

Złota jesień także w gospodarceInflacja pod kontrolą

Inflacja w Polsce nadal hamuje. Według szybkiego szacunku GUS, w październiku ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły o 2,8 proc. r/r – to mniej niż we wrześniu (2,9 proc. r/r), a także poniżej mediany prognoz (3,0 proc. r/r). Głównym źródłem zaskoczenia były ceny żywności, których tempo wzrostu zwolniło do 3,4 proc. r/r w październiku – z 4,2 proc. r/r we wrześniu. Szacujemy, że do spadku inflacji mocno przyczyniła się też inflacja bazowa, która prawdopodobnie zwolniła do ok. 2,9-3,0 proc. r/r, tj. poziomu najniższego od końca 2019 r. Zgodnie z naszymi przewidywaniami proces dezinflacji przebiega bez większych zakłóceń. Wspiera go mocny złoty, korzystne tendencje po stronie cen surowców i inflacji PPI, a także słabnąca presja płacowa. W najbliższym czasie spodziewamy się utrzymania inflacji CPI w dopuszczalnym przedziale wahań celu inflacyjnego NBP, co – po listopadowej obniżce stóp procentowych przez NBP – może otworzyć drogę do dalszego luzowania polityki pieniężnej. Według prognoz analityków NBP, w 2026 roku inflacja z 50-procentowym prawdopodobieństwem znajdzie się w przedziale 1,9-4,0 proc., zaś w 2027 roku spodziewany przedział to 1,1-4,1 proc.

Przyspieszenie w inwestycjach

Dane za trzeci kwartał sugerują, że polska gospodarka przyśpieszyła. Szacujemy, że realne tempo wzrostu PKB wzrosło w tym okresie do 3,7 proc. r/r – z 3,3 proc. r/r w drugim kwartale br. Naszym zdaniem, główną siłą napędową wzrostu pozostanie konsumpcja prywatna, czemu sprzyja m.in. wzrost dochodów w ujęciu realnym, przy obniżającej się inflacji, a także niższe stopy procentowe i poprawiające się nastroje konsumentów. Spodziewamy się też lepszego niż w drugim kwartale wyniku inwestycji, co widać w wyraźnym przyspieszeniu produkcji przemysłowej. Szczegółowe dane pokazują, że jest to w dużej mierze zasługa produkcji dóbr inwestycyjnych. W całym 2025 roku widzimy szansę na wzrost PKB na poziomie 3,6 proc., a podobne tempo może utrzymać się też w przyszłym roku. Zbliżone prognozy wzrostu gospodarczego prezentuje NBP. W listopadowej projekcji bank centralny szacuje, że z 50 proc. prawdopodobieństwem realne tempo wzrostu PKB znajdzie się w przedziale 3,1-3,8 proc. w 2025 r. i 2,7-4,6 proc. w 2026 r. Środki przedziałów to odpowiednio 3,45 proc. i 3,65 proc.

ORLEN dostarczy Naftogazowi 300 mln m³ amerykańskiego LNG

ORLEN i Naftogaz podpisali porozumienie, określające warunki przyszłego kontraktu na dostawy gazu. Polska spółka dostarczy ukraińskiemu partnerowi ponad 300 mln metrów sześciennych gazu. Surowiec będzie pochodził z dostaw amerykańskiego LNG odbieranych przez ORLEN. Porozumienie podpisano podczas organizowanej przez Atlantic Council konferencji poświęconej transatlantyckiej współpracy energetycznej, w której udział wzięli również Minister Energii Miłosz Motyka oraz Sekretarz Stanu w Ministerstwie Energii – Wojciech Wrochna.

– Polska pełni niezwykle ważną rolę we wspieraniu Ukrainy i innych państw naszego regionu, które bezpośrednio lub pośrednio odczuwają skutki rosyjskiej agresji. Dziś udowadniamy skuteczność naszych działań. Porozumienie pozwoli na import istotnego wolumenu gazu ze Stanów Zjednoczonych do Ukrainy oraz otwiera pole do kolejnych tego typu inicjatyw, których celem może być wsparcie innych krajów z Europy Środkowo-Wschodniej. Dziękuję wszystkim osobom zaangażowanym w ten proces -– mówi Miłosz Motyka, Minister Energii.

– Porozumienie ORLEN-Naftogaz, określające warunki przyszłego kontraktu gazowego, to ważny krok w kierunku wzmocnienia bezpieczeństwa energetycznego regionu i kolejny dowód na rosnące znaczenie ORLEN na międzynarodowym rynku gazu. Jego podpisanie jest efektem dotychczasowej dobrej współpracy między spółkami, dzięki której do Ukrainy trafi w tym roku ponad 600 mln m sześc. surowca. Doskonale rozumiemy, że w przypadku surowców energetycznych, wybór rzetelnego i wiarygodnego partnera jest rzeczą absolutnie podstawową. Dlatego cieszę się, że w pierwszym kwartale przyszłego roku do naszych sąsiadów popłynie ponad 300 mln m sześc. amerykańskiego LNG, a perspektywa nadchodzącego roku to możliwość dostarczenia rekordowego wolumenu, sięgającego łącznie ponad miliard m sześc. gazu z USA – mówi Robert Soszyński, Wiceprezes Zarządu ORLEN ds. Operacyjnych.

– Dziękuję za wsparcie polskiemu rządowi, dobrą współpracę z naszymi amerykańskimi partnerami, jak również za zaufanie Nafogazu, które tworzy solidne fundamenty dla kolejnych kontraktów – dodał Wiceprezes Soszyński.

Zgodnie z podpisanym listem intencyjnym, kontrakt będzie obejmował dostawę trzech ładunków amerykańskiego LNG w I kwartale 2026 roku. Ładunki zostaną sprowadzone przez ORLEN do jednego z dwóch terminali, w których koncern ma zarezerwowaną przepustowość, a następnie poddane regazyfikacji i przesłane gazociągami na Ukrainę. Strony zadeklarowały szybkie uzgodnienie finalnych warunków handlowych i podpisanie właściwego kontraktu. Dzięki porozumieniu, wolumen gazu w ramach wszystkich umów z Naftogazem wyniesie łącznie prawie miliard m sześc.

– To kolejny krok w kierunku wzmocnienia naszej strategicznej współpracy z ORLENEM w zakresie dostaw amerykańskiego LNG na rynek ukraiński, który pozwoli nam na zapewnienie stabilnego sezonu grzewczego. Dzisiaj, przy okazji konferencji P-TEC, potwierdziliśmy kluczowe warunki i rozpoczęliśmy już planowanie dostaw. Umowa, która obejmuje linię kredytową i instrumenty ubezpieczeniowe, zostanie podpisana wkrótce. Chciałbym podziękować rządowi Ukrainy za wsparcie oraz naszym partnerom za zaufanie – skomentował Sergii Koretskyi, Prezes Zarządu Naftogaz.

– Naszym celem jest realny wzrost bezpieczeństwa energetycznego naszego regionu. Dzięki osiągniętemu porozumieniu do Ukrainy może trafić kolejnych 300 milionów metrów sześciennych gazu ze Stanów Zjednoczonych. Skuteczna współpraca z naszymi partnerami pozwala nam na podjęcie następnych kroków na rzecz rozbudowy Korytarza Północnego. W jego ramach planujemy przeprowadzić procedurę Open Season dla FSRU2, co pozwoli jeszcze efektywniej wspierać naszych sąsiadów – podkreśla Wojciech Wrochna, Sekretarz Stanu w Ministerstwie Energii i Pełnomocnik Rządu ds. Strategicznej Infrastruktury Energetycznej.

Porozumienie pomiędzy ORLEN i Naftogaz zostało podpisane przy okazji Szczytu Partnerstwa na rzecz Transatlantyckiej Współpracy Energetyczno-Klimatycznej, odbywającego się w Atenach, w którym oprócz ministrów energii Polski, USA, Ukrainy i innych państw, wzięli udział przedstawiciele biznesu, w tym ORLEN i Naftogaz. Szczyt jest platformą współpracy i koordynacji działań dotyczących bezpieczeństwa i współpracy w dziedzinie energii.

Balnord inwestuje w reindustrializację – już 300 mln PLN zebrane, celuje w 430 mln

  • Balnord Fund I osiągnął kapitalizację 300 mln PLN i zmierza do zamknięcia na poziomie 430 mln PLN. Jako fundusz venture capital inwestuje na wczesnym etapie i koncentruje się na budowaniu firm technologicznych wspierających reindustrializację Europy.
  • Zespół wywodzi się z funduszu Black Pearls VC, jest zarządzany przez doświadczonych przedsiębiorców i pomaga najbardziej ambitnym założycielom w regionie Morza Bałtyckiego.
  • Fundusz inwestuje przede wszystkim w spółki z Polski, krajów skandynawskich, państw bałtyckich i Niemiec.

Balnord, fundusz venture capital dedykowany dla firm z regionu basenu Morza Bałtyckiego, osiągnął kapitalizację 300 mln PLN i planuje zwiększyć ją do poziomu 430 mln PLN do połowy 2026 r. Fundusz wspiera spółki na wczesnym etapie rozwoju, które tworzą rozwiązania napędzające europejską reindustrializację technologiczną. Balnord inwestuje w technologie przełomowe (frontier tech) i podwójnego zastosowania (dual-use), ze szczególnym naciskiem na sektor kosmiczny, technologie medyczne i odporność przemysłową.

Europa przechodzi obecnie największą od dziesięcioleci falę industrializacji a europejskie spółki z obszaru technologii przełomowych i podwójnego zastosowania mają szansę stać się kolejnymi liderami rynku. Szacuje się, że co roku 1 bilion euro może zostać zainwestowany w firmy rozwiązujące najbardziej złożone problemy technologiczne i wspierające reindustrializację Europy. Balnord wierzy, że następna fala jednorożców wyłoni się właśnie w tym obszarze.

“Inwestujemy w fundamenty polskiej i europejskiej industrializacji. Zainwestowaliśmy już 55 mln PLN w 10 spółek. Pierwsze 4 z nich zebrały 170 mln PLN w kolejnych rundach inwestycyjnych, generując w obecnym roku przychody na poziomie 150 mln PLN.” – skomentował Marcin P. Kowalik, Partner Zarządzający w Balnord.

„To najlepszy moment dla Europy, aby budować odporne i strategicznie niezależne firmy technologiczne. Stoimy przed bezprecedensową możliwością do tworzenia technologii, które będą kształtować świat w nadchodzącej dekadzie”.

Balnord chce wspierać Europę w odbudowie jej autonomii technologicznej, tworząc bazę europejskiej reindustrializacji w obszarach takich jak sektor kosmiczny, technologie medyczne, odporność przemysłowa. Dzięki swojemu biznesowemu doświadczeniu zespół Balnord pomaga nowym firmom skalować działalność od pierwszej rundy finansowania aż do wyjścia z inwestycji.

Fundusz zainwestuje co najmniej w 22 spółki i przewiduje znaczną rezerwę kapitałową pozwalającą doinwestować wcześniej wsparte projekty na kolejnych etapach rozwoju (follow-on). Inicjalne inwestycje będą wynosić od 2 do 12 mln PLN, a wraz z rozwojem Balnord może zaalokować nawet do 50 mln PLN w pojedynczą firmę.

„Jako zespół współpracujemy ze sobą już od dziewięciu lat i łączy nas wspólny cel: pomagać founderom w ich najtrudniejszych wyzwaniach. Wspieramy przedsiębiorców, którzy stawiają sobie wysoko poprzeczkę, chcąc zbudować firmy warte miliardy euro w regionie Morza Bałtyckiego – tam, gdzie możemy wywrzeć bezpośredni wpływ na wzrost PKB. Nie tylko inwestujemy w spółki – wspieramy ich założycieli i pomagamy im tworzyć przełomowe technologie.” – dodaje Aleksander Dobrzyniecki, Partner Zarządzający w Balnord.

Partnerzy Balnord z sukcesem stworzyli wcześniej wyspecjalizowane fundusze kapitałowe, które w ciągu ostatnich 10 lat przyniosły wysokie zwroty z inwestycji. Zespół Balnord tworzą Partnerzy Zarządzający: Marcin P. Kowalik i Aleksander Dobrzyniecki, a także Partnerzy Operacyjni: Jarosław Pilarczyk, Wojciech Drewczyński, Hubert Szczołek oraz Gabrielė Poteliūnaitė. Zespół Balnord działa z Gdańska, Luksemburga i Berlina.

Funduszowi pomaga aktywna sieć doradców – Balnord powołał radę założycieli (Founders Board) wspierającą spółki portfelowe. W jej skład wchodzą m.in. Peter Biało, założyciel DocPlanner, pierwszej polskiej prywatnej spółki wycenianej na ponad 1 mld dolarów, oraz Davis Siksnans, były założyciel Printful, pierwszego łotewskiego jednorożca, obecnie prezes Mapon, wiodącej spółki telematycznej B2B.

Balnord Fund I zainwestował już w 10 spółek, w tym niemiecką ATMOS Space Cargo, która umożliwia logistykę pomiędzy kosmosem a Ziemią; polską Vitvio, wykorzystującą zaawansowane technologie computer vision i czujniki otoczenia do cyfryzacji sal operacyjnych, śledząc i analizując zabiegi chirurgiczne; oraz litewską Astrolight, która stworzyła niewykrywalne i niezakłócalne łącze laserowe między okrętami NATO, utrzymujące łączność w sytuacji zakłóceń lub braku sygnału radiowego. Pozostałe inwestycje w obszarze technologii przełomowych i podwójnego zastosowania obejmują spółki działające w sektorze kosmicznym, odporności przemysłowej i technologiach medycznych.

“Balnord aktywnie wspiera przedsiębiorców pozyskanym już kapitałem. Wśród nich są polscy założyciele Microamp, projektu deep tech skupionego na łączności 5G, spółki, która wcześniej brała udział w akceleratorze NATO DIANA oraz SATIM, który niedawno nawiązał współpracę z ICEYE i firmami z sektora obronnego. Widzimy także mocne zaangażowanie funduszu w rozwój regionalnego ekosystemu deep tech, wykraczające daleko poza działalność inwestycyjną. Uważam, że założyciele naprawdę skorzystają na takim podejściu i jest to jeden z powodów, dla których z przekonaniem zainwestowaliśmy nasz kapitał w Balnord Fund I” – mówi Rozalia Urbanek, Członkini Zarządu PFR Ventures.

Sebastian Klaus, CEO ATMOS Space Cargo, mówi: “Współpraca z Balnord to prawdziwe partnerstwo. Dzięki biznesowemu doświadczeniu fundusz rozumie, że w trakcie rozwoju biznesu zdarzają się wzloty i upadki. Nie są tylko inwestorami. To ludzie, którzy budują firmy i wspierają ich rozwój.”

Do tej pory Balnord inwestował wspólnie z wiodącymi funduszami deep tech, w tym Expansion, Matterwave, APEX Ventures, Seraphim, OTB, Inventure, Voima Ventures i Bek Ventures (wcześniej Earlybird Digital East).

Wśród inwestorów (LP) wspierających fundusz znajdują się Europejski Fundusz Inwestycyjny (EIF), Polski Fundusz Rozwoju (PFR Ventures) oraz europejskie family offices, założyciele firm technologicznych i prywatni inwestorzy z całego świata. Balnord zdobył zaufanie LPs z trzech kontynentów i 12 krajów. Większość inwestorów zaangażowanych kapitałowo w poprzednich funduszach zespołu ponownie zainwestowała w Balnord Fund I. Wśród nowych LP wielu to founderzy spółek z portfela, z których zrealizowano wyjścia z inwestycji.

„Fundusz ten przyczyni się do rozwoju innowacji w kluczowych sektorach, takich jak obronność i przestrzeń kosmiczna, które są ważne dla Unii Europejskiej. Inwestycja w Balnord pozwala nam realizować strategiczne cele UE, zapewniając Europie pozycję lidera w obszarze innowacji technologicznych i dając możliwości sprostania przyszłym wyzwaniom” – powiedziała Marjut Falkstedt, dyrektor generalna EIF.

“Naszym celem jest, aby kapitał publiczny działał jako katalizator rozwoju funduszy przyciągających inwestorów prywatnych i instytucjonalnych. Balnord to partner, który doskonale rozumie specyfikę inwestycji w zaawansowane technologie i potrafi przekładać wizję w praktykę, inwestując w rozwiązania wzmacniające bezpieczeństwo i konkurencyjność polskiej oraz europejskiej gospodarki” ­– mówi Mikołaj Raczyński, Wiceprezes i Chief Investment Officer Polskiego Funduszu Rozwoju.

ECE Work & Live i GH Development tworzą joint venture na polskim rynku mieszkaniowym

ECE Work & Live, europejski inwestor i deweloper, zawarł długoterminowe strategiczne partnerstwo z GH Development, belgijską firmą z ponad stuletnim doświadczeniem w branży nieruchomości, obecną w Polsce od 2018 roku. Nowo utworzone joint venture skoncentruje się na realizacji projektów mieszkaniowych typu build-to-sell w całym kraju.

Zgodnie z podpisaną umową, ECE obejmie większościowy udział w nowym podmiocie, natomiast GH Development będzie odpowiedzialne za cały cykl inwestycyjny, od zarządzania projektem i budowę, aż po sprzedaż. Partnerstwo rozpocznie działalność od trzech inwestycji w Warszawie, pochodzących z dotychczasowego portfela GH Development. W dalszej perspektywie partnerzy planują rozszerzyć współpracę na inne duże miasta w Polsce.

Pierwszym przedsięwzięciem w ramach joint venture jest projekt mieszkaniowy Orzechowa 2, zlokalizowany przy ul. Orzechowej w warszawskiej dzielnicy Włochy. Inwestycja powstanie w bezpośrednim sąsiedztwie wcześniejszego, udanego projektu GH Development w tym rejonie i zaoferuje ponad 100 mieszkań. Sprzedaż ma rozpocząć się jeszcze w tym roku. Kolejne inwestycje są już w przygotowaniu. Podczas transakcji GH Development korzystało ze wsparcia prawnego kancelarii GGL Legal, natomiast firmie ECE doradzał zespół Colliers Corporate Finance & Living Services.

– Jesteśmy dumni, że możemy zrobić kolejny krok w rozwoju naszej spółki deweloperskiej wspólnie z ECE. Po udanej realizacji wcześniejszych projektów, to partnerstwo stanowi zasłużone uznanie dla wysiłków lokalnego zespołu. Wspólne wartości rodzinne, wiara w potencjał polskiego rynku nieruchomości oraz długoterminowa strategia obu firm są solidnym fundamentem dla przyszłej współpracy – mówi Thomas Van Poucke, CEO GH Development.

ECE Work & Live jest częścią Grupy ECE, jednej z największych organizacji nieruchomościowych w Europie. Firma konsekwentnie rozwija swój portfel mieszkaniowy na kontynencie, realizując nowoczesne inwestycje w kluczowych metropoliach. Model joint venture pozwala jej łączyć potencjał finansowy i know-how z lokalnym doświadczeniem partnerów.

GH Development, z siedzibą w Belgii, może pochwalić się ponad 100-letnim doświadczeniem w branży nieruchomości i obecnością na polskim rynku od 2018 roku. Spółka koncentruje się na wysokiej jakości inwestycjach mieszkaniowych i stale rozwija swój portfel, który obecnie obejmuje ok. 3 000 planowanych mieszkań w Warszawie, w tym projekt ale!KEN na Ursynowie.

Jet Investment stawia na przemysł i OZE – rusza fundusz Jet 4 o wartości 350 mln euro

Jet Investment, jedna z największych czeskich firm zarządzających funduszami private equity, venture capital i real estate, uruchamia czwarty fundusz private equity dla inwestorów kwalifikowanych. Docelowo fundusz Jet 4 planuje pozyskać do 350 mln euro na inwestycje w spółki przemysłowe z Europy Środkowej.

Fundusz Jet 4 będzie kontynuował sprawdzoną, długofalową strategię inwestycyjną polegającą na przejmowaniu średniej wielkości przedsiębiorstw przemysłowych o dużym potencjale wzrostu w regionie Europy Środkowej – ze szczególnym uwzględnieniem Czech, Polski, Niemiec, Austrii oraz Słowacji. Nowy fundusz będzie koncentrować się na branżach, w których Jet Investment ma wieloletnie oświadczenie i bardzo dobre wyniki, jednocześnie poszukując możliwości inwestycyjnych w pokrewnych, obiecujących sektorach.

Obszary zainteresowania Jet 4 obejmują: nowoczesne materiały i tekstylia techniczne, alternatywne źródła energii, technologię wychwytywania dwutlenku węgla i odzysku odpadów, przemysł kolejowy i motoryzacyjny – w tym nowoczesną mobilność, budownictwo, inżynierię przemysłową, technologie medyczne, sektor spożywczy oraz branżę mieszkaniową i wyposażenia wnętrz. Fundusz pozostaje otwarty na inwestycje w inne branże, zgodnie z pojawiającymi się możliwościami rynkowymi. W ramach Jet 4 planowane jest od 8 do 12 przejęć spółek, przy wartości transakcji między 10 a 60 mln euro.

Uruchomienie czwartego funduszu private equity to symbol zaufania, jakim darzą nas nasi inwestorzy. Traktujemy je z najwyższym szacunkiem i jesteśmy za nie wdzięczni. Od 2010 roku wypracowaliśmy dla inwestorów ponad 450 mln euro zysku i wierzymy, że Jet 4 pozwoli nam jeszcze zwiększyć tę wartość – mówi Marek Malík, Partner Zarządzający Jet Investment. Jednocześnie sami inwestujemy własne środki w nowy fundusz. Partnerzy i członkowie zespołu Jet Investment zapewnią 10 do 15 procent wkładu funduszu. Private equity pozostaje filarem naszej działalności, a fundusz Jet 4 jest naszym narzędziem do aktywnego poszukiwania kolejnych atrakcyjnych możliwości inwestycyjnych w Europie Środkowej.

W portfelach inwestycyjnych funduszy private equity w grupie Jet Investment znajdują się również spółki z Polski. Reprezentują one między innymi branżę produkcyjną, inżynieryjną i poligraficzną: Plastiwell International, Rockfin i Eurodruk-Poznań. W zeszłym roku firma wyszła z inwestycji w firmę inżynieryjną TEDOM, osiągając niemal siedmiokrotny wzrost wartości tej inwestycji, co stanowi najlepszy wynik w historii funduszu. Polska jest także mocno reprezentowana w portfelu funduszu real estate – Jet Industrial Lease zainwestował w 11 projektów zlokalizowanych w różnych częściach kraju.

– Dobra znajomość specyfiki regionu i długa historia inwestowania w branżę przemysłową stanowią klucz do sukcesu Jet Investment – również na rynku polskim – mówi Marek Chłopek, Dyrektor Zarządzający Jet Investment w Polsce.Ta branża pozostaje kluczowa dla przyszłości polskiej i europejskiej gospodarki, a my jesteśmy otwarci na wsparcie i współpracę z innowacyjnymi przedsiębiorstwami,, które z odwagą i wizją budują swoją przyszłość.

Fundusz Jet 4 będzie kontynuował misję poprzedniego funduszu – Jet 3, który został uruchomiony w 2022 roku, zamknął subskrypcje w 2024 i obecnie jest w fazie inwestycyjnej. Portfolio Jet 3 obejmuje między innymi firmy Fiberpreg, Likov, Plastiwell International oraz grupę Náš Chléb.

Łącznie Jet Investment będzie zarządzał pięcioma funduszami dla inwestorów kwalifikowanych. Poza nowo uruchomionym Jet 4 i Jet 3 firma prowadzi również inwestycje w ramach funduszu Jet 2, funduszu Jet Venture 1 (venture capital) oraz Jet Industrial Lease (nieruchomości). Łącznie poprzez wszystkie fundusze Jet Investment zarządza aktywami o wartości niemal 700 mln euro.

ORLEN Neptun zakończył wstępne badania dna morskiego dla farmy wiatrowej Baltic East

0

Prawie cztery miesiące na obszarze projektu morskiej famy wiatrowej Baltic East trwały  wstępne badania sejsmiczne i geotechniczne dna morskiego, które prowadziły trzy specjalistyczne jednostki z konsorcjum polskich firm: ORLEN Petrobaltic, Geofizyka Toruń i MEWO. W ramach realizowanych prac wykwalifikowany zespół badaczy, techników i operatorów wykonał ponad tysiąc kilometrów pomiarów sejsmicznych oraz liczne sondowania i wiercenia. Pozyskane informacje pozwolą ORLEN Neptun opracować kolejne kluczowe etapy inwestycji.

– Badania dna morskiego to jeden z kluczowych etapów w realizacji naszego projektu morskiej farmy wiatrowej. Prace na Bałtyku zostały wykonane przez konsorcjum trzech polskich firm, co pokazuje rosnącą gotowość polskiego łańcucha dostaw do świadczenia wysokiej jakości usług dla sektora morskiej energetyki wiatrowej. To ważne, by zaangażowanie polskich przedsiębiorstw w nasze projekty było jak największe. Badania na morzu przeprowadzono z zachowaniem najwyższych standardów i najlepszych praktyk, dzięki czemu ich wpływ na środowisko został ograniczony do minimum. Wyniki pozwolą nam sprawnie przejść do kolejnych etapów realizacji inwestycji  – mówi Janusz Bil, Prezes Zarządu ORLEN Neptun.

Wstępne badania dna morskiego dla projektu Baltic East rozpoczęły się pod koniec czerwca i trwały ponad 15 tygodni. W tym czasie w morze wypłynęły trzy specjalistyczne jednostki, które operowały na całym obszarze planowanej farmy. Wykonywane przez nie badania i ich późniejsza analiza umożliwią właściwą interpretację budowy geologicznej dna morskiego w lokalizacji inwestycji, opracowanie dokumentacji wynikowej, niezbędnej do prowadzenia prac projektowych oraz planu działania przy kolejnych kampaniach geologicznych.

Badania sejsmiki wielokanałowej 2D przeprowadziła spółka Geofizyka Toruń. W dalszych etapach analiza zebranych danych będzie koncentrować się na wstępnej identyfikacji położenia warstw gruntowych oraz interpretacji potencjalnych zagrożeń geologicznych, takich jak głazowiska, czy płytko zalegający gaz.

Badania UXO, czyli poszukiwania potencjalnych niewybuchów, zrealizowała firma MEWO. Umożliwiły one ocenę czystości dna morskiego pod kątem występowania niebezpiecznych obiektów w lokalizacji badań geotechnicznych.  Zidentyfikowano kilkadziesiąt anomalii magnetycznych. Badania UXO wykonane przed morską kampanią geotechniczną to kluczowy i obowiązkowy etap, który zapewnia bezpieczeństwa pracowników, sprzętu oraz infrastruktury.

Ostatni etap badań terenowych był realizowany przez ORLEN Petrobaltic przy wykorzystaniu jednostki Sylur. Wykonano łącznie ponad 1200 metrów odwiertów sondowań do głębokości sięgającej nawet 80 metrów poniżej poziomu dna morskiego. Aktualnie trwają prace laboratoryjne na pobranych próbkach gruntów oraz interpretacja wyników badań sejsmicznych.

Projekt Baltic East ma już wydane wstępne warunki przyłączenia do sieci przesyłowej, pozwolenie na wznoszenie lub wykorzystywanie sztucznych wysp, konstrukcji i urządzeń, a także pozwolenie na układanie i utrzymywanie kabli na obszarach morskich wód wewnętrznych i morza terytorialnego.

Grupa ORLEN w 2026 roku jako pierwsza uruchomi farmę Baltic Power – najbardziej zaawansowany projekt wiatrowy na polskiej części Morza Bałtyckiego. Dzięki niej do polskiego systemu energetycznego zostanie włączone niemal 1,2 GW mocy, które odpowiada około 3 proc. całego krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną. Baltic East to sąsiedni projekt, o potencjale  blisko 1 GW mocy zainstalowanej, umożliwiający produkcję energii dla około 1,25 mln gospodarstw domowych.

Koncern posiada także kolejne cztery koncesje na budowę farm wiatrowych na Bałtyku. Dzięki wszystkim pozyskanym koncesjom jego potencjał wytwórczy może osiągnąć łącznie ok. 6,4 GW mocy zainstalowanych w morskich farmach wiatrowych. Projekty te wpisują się w strategię Grupy ORLEN, która zakłada, że do 2035 roku moc zainstalowana w odnawialnych źródłach energii wyniesie 12,8 GW

Mastercard uruchamia centra usług w Warszawie i Gdańsku

Mastercard ogłasza dalszy rozwój swojej działalności w Polsce. Firma uruchamia centra usług profesjonalnych w Warszawie i Gdańsku. Nowozatrudnieni wysoko wyspecjalizowani pracownicy będą wspierać rozwój nowoczesnych rozwiązań technologicznych i doradczych dla klientów Mastercard w całej Europie i na świecie. Ośrodki te wzmocnią rolę Polski jako jednego z kluczowych punktów na mapie innowacji i cyfrowej transformacji regionu.

Rozwój centrów usług profesjonalnych Mastercard

Rozszerzenie działalności Mastercard w Warszawie i Gdańsku to element globalnej strategii firmy, której celem jest tworzenie centrów kompetencji wspierających cyfrową transformację sektora finansowego. Polska została wybrana przez Mastercard ze względu na obecność wysoko wykwalifikowanych ekspertów, centralne położenie w Europie oraz stabilne otoczenie regulacyjne.

Warszawskie centrum usług profesjonalnych zatrudni wysoko wykwalifikowaną kadrę, specjalizującą się w strategicznym doradztwie i consultingu. Te doświadczone zespoły będą wspierać klientów z całej Europy w takich obszarach jak analiza danych, rozwój produktów cyfrowych, cyberbezpieczeństwo, sztuczna inteligencja i budowa strategii biznesowych. Do 2028 roku liczba wykwalifikowanych pracowników ma wzrosnąć dwukrotnie, do ponad 300 osób.

Gdańskie centrum technologiczne Mastercard koncentruje się na otwartej bankowości i innowacjach opartych na danych, świadcząc usługi dla klientów na całym świecie. Do 2028 roku firma planuje zatrudnić tu około 100 wysoko wykwalifikowanych ekspertów. Wykorzystując doświadczenie z przejęcia duńskiej spółki Aiia w 2021 roku, zespół w Gdańsku rozwija rozwiązania z obszaru open finance. Eksperci w dziedzinie danych i zarządzania produktami będą wspólnie wspierać cyfrową transformację sektora finansowego.

„Polska od dawna jest jednym z kluczowych rynków Mastercard w Europie. Jestem dumna, że to właśnie tu powstają centra usług profesjonalnych Mastercard zatrudniające wysoko wyspecjalizowanych ekspertów. Potrzebujemy w Polsce miejsc, które odgrywają kluczową rolę w bezpośrednim kontakcie z klientami i wspierają rozwój nowoczesnych rozwiązań w ekosystemie finansowym. To właśnie one wzmacniają naszą pozycję, jako znaczącego centrum finansowego na mapie świata. Decyzja o rozbudowie w Warszawie i Gdańsku potwierdza zaufanie Mastercard do potencjału polskiej kadry, stabilności kraju i jego strategicznej roli w Europie” – mówi Marta Życińska, dyrektorka generalna polskiego oddziału Mastercard Europe.

Centra Mastercard w Warszawie i Gdańsku stanowią wspólnie siłę napędową innowacji, integrują doradztwo, analizę danych i zaawansowane technologie, wspierając rozwój płatności cyfrowych. Wraz z rozszerzaniem działalności poza tradycyjne płatności, obszary takie jak analiza danych, cyberbezpieczeństwo i doradztwo stają się coraz ważniejszym źródłem wartości i innowacji dla firmy.

USA: Rekordowe zwolnienia w październiku – ponad 153 tysiące etatów zlikwidowanych. Brakuje danych NFP przez shutdown

Tradycyjnie w pierwszy piątek miesiąca inwestorzy i analitycy czekają na publikację raportu NFP, przedstawiającego dane z rynku pracy w Stanach Zjednoczonych za poprzedni miesiąc. Tym razem jednak, z powodu rekordowo długiego zamknięcia rządu federalnego (shutdown), zapewne publikacja zostanie ponownie wstrzymana. To już kolejny miesiąc, w którym rynek musi obyć się bez kluczowego źródła informacji, cierpliwie wyczekując zakończenia tego impasu.

Pomimo braku oficjalnych danych rządowych, inne źródła dostarczają niepokojących sygnałów. Opublikowany wczoraj raport Challengera wskazuje, że amerykański rynek pracy w październiku 2025 roku znalazł się pod silną presją. Liczba ogłoszonych zwolnień sięgnęła aż 153 074 – to najwyższy wynik dla października od ponad 20 lat. Skala redukcji jest niemal trzykrotnie większa niż w analogicznym okresie 2024 roku. Tak wysoki poziom cięć etatów ostatni raz notowano w październiku 2003 roku, co podkreśla głębię obecnego pogorszenia warunków na rynku pracy.

Najsilniej zwolnienia dotknęły sektory technologiczny oraz logistyczno-magazynowy, gdzie firmy kontynuują dostosowywanie się do realiów “post-pandemicznych” oraz gwałtownej transformacji technologicznej. Głównymi przyczynami redukcji etatów są szybka adopcja sztucznej inteligencji i automatyzacja procesów – zjawiska porównywane przez analityków do rewolucji mobilnej z początku lat 2000. Dodatkowo przedsiębiorstwa zmagają się z rosnącymi kosztami działalności oraz słabnącym popytem ze strony konsumentów i firm, co wymusza szukanie oszczędności. Wiele organizacji likwiduje stanowiska kierownicze i redukuje nadmiar zatrudnienia z lat pandemii.

Wśród największych ogłoszonych redukcji znalazły się: Amazon (14 000 etatów, głównie w biurach), Target (1 800 stanowisk – 8% kadry korporacyjnej), Paramount Skydance (1 000 pracowników), a także zwolnienia w firmach takich jak Starbucks, Delta Air Lines, CarMax, Rivian, Molson Coors czy UPS, który ogłosił likwidację 34 000 etatów operacyjnych – o ponad 70% więcej niż wcześniej zakładano.

W całym 2025 roku liczba ogłoszonych zwolnień przekroczyła już milion, co czyni ten rok najtrudniejszym pod względem redukcji zatrudnienia od czasów pandemii. Jednocześnie plany rekrutacyjne firm są na najniższym poziomie od 2011 roku, a sezonowe zatrudnienie – tradycyjnie zwiększające się w końcówce roku – jest najsłabsze od co najmniej 2012 roku. Coraz więcej osób ma trudności ze znalezieniem nowych miejsc pracy, co dodatkowo pogłębia niepokój na rynku.

Mimo niepokojących danych, raporty z rynku pracy nie są całkowicie jednorodne. Według danych ADP, w październiku zatrudnienie w sektorze prywatnym wzrosło o 42 000, co sugeruje pewną stabilizację po dwóch miesiącach spadków. Z kolei Revelio Labs wskazuje na ogólny spadek zatrudnienia o 9 000 etatów, przy czym największe cięcia miały miejsce w sektorze publicznym.

Na tle tych wydarzeń pojawia się wyraźny kontrast między rzeczywistymi trendami a ocenami decydentów. Przewodniczący Rezerwy Federalnej Jerome Powell nadal opisuje sytuację jako „bardzo stopniowe schładzanie” rynku pracy. Z kolei Jamie Dimon, prezes JPMorgan, komentując wpływ AI, zauważył, że technologia ta może zmniejszyć obciążenie pracą, ale jednocześnie stworzyć nowe role – dlatego planuje przesuwanie pracowników w ramach organizacji, zamiast przeprowadzać masowe zwolnienia.

Mimo pojedynczych pozytywnych sygnałów, dane z października potwierdzają, że amerykański rynek pracy wchodzi w fazę wyraźnego spowolnienia, którego głównymi determinantami są automatyzacja, presja kosztowa oraz korekta po okresie dynamicznego wzrostu zatrudnienia w latach pandemicznych.

AWS buduje Fastnet: nowy transatlantycki kabel światłowodowy o przepustowości 320 Tbps

Amazon Web Services (AWS) ogłosił dziś budowę Fastnet – strategicznego transatlantyckiego kabla światłowodowego, który połączy stan Maryland w USA z hrabstwem Cork w Irlandii, zapewniając szybki i niezawodny przesył usług chmurowych oraz AI przez Atlantyk.

Najważniejsze informacje:

  • Fastnet wzbogaca globalną sieć światłowodową AWS, która mogłaby opasać trasę z Ziemi na Księżyc i z powrotem ponad 11 razy.
  • Nowy kabel będzie miał przepustowość ponad 320 terabitów na sekundę – wystarczająco, by przesyłać jednocześnie 12,5 miliona filmów w jakości HD.
  • Ta nowa trasa wzmacnia odporność sieci, zmniejszając ryzyko zakłóceń w usługach dla klientów AWS.
  • Planowane uruchomienie: 2028 rok

Fastnet to odpowiedź na rosnące zapotrzebowanie na szybką i niezawodną transmisję danych między kontynentami. System został zaprojektowany z myślą o obsłudze zwiększającego się ruchu związanego z rozwojem sztucznej inteligencji i usług chmurowych.

Innowacyjne rozwiązania techniczne

System wykorzystuje zaawansowaną technologię optycznych jednostek rozgałęźnych, umożliwiającą elastyczne przekierowywanie ruchu i dalszą rozbudowę w przyszłości. Kabel został specjalnie wzmocniony w strefach przybrzeżnych, co ma zapewnić dodatkową ochronę przed uszkodzeniami. Ta skalowalna architektura jest specjalnie zaprojektowana do obsługi rosnącego ruchu AI, pozwalając klientom na szybkie zwiększanie swoich potrzeb w zakresie transmisji danych, podczas gdy system dostosowuje się do przyszłego wzrostu.

Z projektowaną przepustowością przekraczającą 320 terabitów na sekundę (Tbps), Fastnet zostanie bezpośrednio zintegrowany z kompleksową globalną siecią AWS. Aby zobrazować tę przepustowość: system mógłby przesłać Kongresu trzy razy w ciągu sekundy całą zdigitalizowaną Bibliotekę lub strumieniować jednocześnie 12,5 miliona filmów w wysokiej rozdzielczości (HD). Ta integracja umożliwia szybkie przekierowywanie danych i wielowarstwową redundancję, pomagając zapewnić nieprzerwane działanie dla klientów.

W przeciwieństwie do standardowych połączeń internetowych, Fastnet będzie zarządzany przez scentralizowany system AWS, optymalizujący przepływ danych w czasie rzeczywistym. To rozwiązanie ma zapewnić maksymalną wydajność i niezawodność transmisji.

Znaczenie dla regionu

Fastnet będzie częścią rozległej infrastruktury AWS, która obecnie obejmuje 38 Regionów Geograficznych i 120 Stref Dostępności, połączonych siecią ponad 9 milionów kilometrów naziemnych i podmorskich kabli światłowodowych, wystarczających by sięgnąć z Ziemi na Księżyc i z powrotem ponad 11 razy, z wbudowaną redundancją na każdej warstwie. Firma planuje dalszą rozbudowę, zapowiadając utworzenie kolejnych 10 Stref Dostępności i 3 nowych Regionów AWS.

Uruchomienie systemu Fastnet, planowane na 2028 rok, ma znacząco zwiększyć przepustowość połączeń transatlantyckich i zapewnić dodatkowe zabezpieczenie dla krytycznej infrastruktury cyfrowej w regionie.

W miarę jak usługi cyfrowe stają się coraz bardziej integralną częścią globalnej gospodarki, organizacje polegają na spójnym, nieprzerwanym dostępie do usług chmurowych dla swoich najbardziej krytycznych operacji. Możliwość utrzymania bezproblemowej łączności między różnymi regionami geograficznymi to nie tylko kwestia prędkości – chodzi o posiadanie bezpiecznych i niezawodnych ścieżek przepływu danych między kontynentami.

Grupa Mosty przeprowadziła emisję obligacji o wartości 100 mln zł na rozwój infrastruktury magazynowania energii

Grupa Mosty, prywatna, polska grupa energetyczna, przeprowadzała emisję zielonych obligacji o wartości 100 mln zł. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na rozwój projektów magazynów energii oraz budowę węzła Load Frequency Control, służącego do automatycznej regulacji częstotliwości i mocy w systemie energetycznym.

„Grupa Mosty dynamicznie rozwija się w Polsce i za granicą, rozbudowując portfel aktywów wytwórczych. Chcemy utrzymać to wysokie tempo rozwoju oraz stale podnosić efektywności prowadzonej działalności. Mając na uwadze realizację jednego z naszych celów strategicznych, jakim jest dywersyfikacja źródeł finansowania, uznaliśmy, że dobrym kierunkiem będzie wyjście na rynek kapitałowy z ofertą zielonych obligacji. Środki z emisji przeznaczymy na rozbudowę istniejących instalacji OZE o magazyny energii oraz budowę węzła Load Frequency Control. To projekty, które pozwolą nam wejść w nowy segment usług systemowych – zwiększając elastyczność wytwarzania i możliwości bilansowania sieci. Finansowanie obligacyjne daje nam stabilne źródło kapitału dla dalszego rozwoju” –
mówi Andrzej Michał Kowalik, prezes Grupy Mosty.

Emisja została przeprowadzona w formule oferty publicznej skierowanej wyłącznie do inwestorów instytucjonalnych. Popyt znacząco przekroczył wartość oferty, co potwierdza rosnące zainteresowanie finansowaniem infrastruktury energetycznej o wysokim znaczeniu technicznym. Rolę wyłącznego koordynatora i prowadzącego księgę popytu pełniła IPOPEMA Securities.

„To przykład dobrze przygotowanej i przeprowadzonej transakcji, w której inwestorzy instytucjonalni finansują projekty realnie wspierające transformację i stabilność krajowego systemu energetycznego. Segment magazynowania energii wchodzi w fazę dynamicznego rozwoju, a rynek obligacji staje się dla niego naturalnym źródłem finansowania” –
mówi Marcin Bańkowski, dyrektor w IPOPEMA Securities.

Wyemitowane obligacje mają trzyletni termin zapadalności, oprocentowanie oparte o stawkę WIBOR 3M powiększoną o marżę, a odsetki będą wypłacane kwartalnie. Grupa Mosty pracuje już nad wprowadzeniem papierów do obrotu w Alternatywnym Systemie Obrotu na rynku Catalyst.

„Rynek kapitałowy zadziałał w naszym przypadku bardzo efektywnie. Instytucje finansowe pozytywnie podeszły do naszych planów inwestycyjnych i uznały je za wiarygodne, co pozwoliło nam pozyskać finansowanie w zakładanej skali i na atrakcyjnych warunkach. Nasze obligacje powinny zadebiutować na ASO Catalyst w I kwartale 2026 r.” –
komentuje Jacek Skrabacz, wiceprezes Grupy Mosty. 

Planowane inwestycje obejmują zakup i włączenie do sieci elektroenergetycznej magazynów energii o łącznej mocy 68 MW oraz pojemności 225 MWh, a także budowę węzła LFC (Load Frequency Control), który umożliwi Grupie świadczenie usług bilansowania mocy i regulacji częstotliwości w systemie elektroenergetycznym.

62% długów do windykacji pochodzi z czterech branż – przemysł z największym wzrostem

Przemysł, budownictwo, handel i transport skupiają dziś blisko 60 proc. wszystkich wierzycieli korzystających z usług windykacyjnych oraz ponad 62 proc. wartości długów przekazanych do odzyskania – wynika z danych Kaczmarski Inkasso. W tych samych sektorach koncentruje się też największa część dłużników, co pokazuje, że problemy z terminowymi płatnościami krążą w obrębie tych samych branż.

Zależność jest wyraźna: tam, gdzie przedsiębiorcy najczęściej powierzają firmom windykacyjnym odzyskiwanie należności, równie często sami mają zobowiązania wobec kontrahentów. W branżach odpowiedzialnych za największe przepływy finansowe – od inwestycji budowlanych przez produkcję i handel hurtowy po transport – kumuluje się największe ryzyko zatorów płatniczych.

Przemysł na czele – największy przyrost wartości długów

Najwięcej wierzycieli korzystających z usług windykacyjnych działa w budownictwie (16,5 proc.), ale udział tego sektora lekko spadł wobec 2024 r. (z 17 proc.). Na drugie miejsce wysunął się transport towarowy (15,6 proc.), który zanotował wzrost – rok wcześniej było to 14,7 proc. Bardzo aktywny jest także handel hurtowy z udziałem 14,2 proc. i tendencją wzrostową w stosunku do minionego roku – wówczas wierzyciele z tej branży stanowili 12,9 proc.

Na czoło branż pod względem wartości zleconych do odzyskania długów wysunął się przemysł, który w 2024 r. zajmował dopiero czwarte miejsce. Wartość należności przekazanych przez ten sektor stanowi już 18,6 proc. wszystkich, podczas gdy rok wcześniej było to 11,8 proc. Drugie miejsce zajmuje budownictwo – 17,8 proc., w którym odnotowano spadek w stosunku do ub.r., kiedy wartość długów przekazanych do windykacji stanowiła 18,7 proc. całości. Długi zmniejszyły się też w handlu hurtowym do 16,6 proc. obecnie z 17,6 proc. poprzednio.

– Analiza danych pokazuje, że w największych sektorach gospodarki – przemyśle, budownictwie, handlu i transporcie – zjawisko zadłużenia jest obustronne. Firmy z tych branż zlecają najwięcej spraw do odzyskania, ale też same najczęściej mają zobowiązania wobec kontrahentów. To dowód, jak silne są powiązania między uczestnikami rynku i jak łatwo opóźnienia w płatnościach przenoszą się na całe łańcuchy dostaw. Obserwujemy, że coraz więcej przedsiębiorstw stara się reagować szybciej, zanim zaległości zdążą urosnąć do dużych kwot – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Dwa w jednym, czyli wierzyciel dłużnikiem

Analiza Kaczmarski Inkasso pokazuje, że w największych sektorach inny jest nie tylko odsetek wierzycieli i dłużników, ale także udział tych branż w łącznej wartości należności przekazanych do windykacji oraz długów. W transporcie pod względem wartości długów przeważają niesolidni klienci, a biorąc pod uwagę liczbę firm – wierzyciele. W handlu hurtowym również dominują wierzyciele, z kolei w detalu częściej pojawiają się dłużnicy. W budownictwie i produkcji proporcje liczby podmiotów po obu stronach są zbliżone, lecz wartość należności przekazanych przez wierzycieli do windykacji, jak i dochodzonych długów jest już inna.Cztery branże kumulują 60 procent długów

To, jak te dwie perspektywy potrafią się różnić, pokazuje sytuacja w transporcie. Branża jest mocno rozdrobniona, złożona z wielu mikrofirm, które dysponują jedną lub dwoma ciężarówkami. Zlecenia przewozu opiewają na niewielkie sumy. Jednak kiedy przedsiębiorcy transportowi przestają płacić kontrahentom, mają duże długi u nielicznej grupy wierzycieli, np. firm leasingowych i banków czy dostawców paliwa.

Hurt windykuje, detal ma długi

Jeszcze wyraźniej różnicę widać w handlu. Hurt działa głównie w B2B. Sprzedaje towar sklepom, barom i restauracjom oraz mikro i małym firmom z wielu branż, szeroko udzielając kredytu kupieckiego. Dlatego jest znacznie liczniej reprezentowany wśród wierzycieli, więcej ma też do odzyskania niż sam jest winien. Detal jest zdecydowanie inny. Liczne małe sklepy częściej widnieją w biurach informacji gospodarczej jako dłużnicy, jednak kwoty pojedynczych długów są mniejsze. Udział sektora w statystykach wartości jest więc niższy.

W budownictwie proporcje liczby wierzycieli i dłużników są podobne, natomiast wartościowo widoczny jest większy udział zadłużenia wśród nierzetelnych kontrahentów. Rozdrobnienie sektora, etapowe rozliczenia między inwestorem, głównym wykonawcą oraz mniejszymi podwykonawcami i wynikający z tego kaskadowy sposób płatności za zrealizowane prace sprawiają, że jedno opóźnienie szybko przenosi się na pozostałe firmy w obiegu.

Bardziej zrównoważony pod tym względem jest przemysł. Producenci sprzedają towar klientom z odroczonym terminem płatności i z wyprzedzeniem planują własne zakupy. Dzięki temu liczba zleceń windykacyjnych pozostaje raczej stała, za to rośnie udział wartości wśród wierzycieli, zwłaszcza wobec mniejszych odbiorców.

– Wnioski dla firm są jednoznaczne. Sama liczba postępowań windykacyjnych nie wystarczy do oceny ryzyka, czy i na jakich powinny zasadach zawierać kontrakty i przyjmować zlecenia z poszczególnych sektorów. Ta sama branża może mieć wiele drobnych wierzytelności i jednocześnie kilka dużych zobowiązań. Aby prowadzić racjonalną politykę kredytowania klientów, trzeba spojrzeć jednocześnie na liczbę wierzycieli i wartość zleceń windykacyjnych. W transporcie i budownictwie należy rozważyć krótsze terminy płatności, monitoring i ściśle określone limity kredytowe. W handlu dobrze jest rozdzielić podejście do klientów B2B i B2C. Hurt powinien wprowadzić twardą weryfikację wiarygodności płatniczej kontrahentów i szybko reagować na przeterminowane faktury, kierując je do windykacji. Natomiast sklepy detaliczne warto, aby kontrolowały swoją płynność finansową i uważały na sezonowość, która potrafi windować przychody, ale tylko okresowo – podsumowuje Jakub Kostecki.

Dr Adrian Bot dołącza do Immuthera i PolTREG – wzmocni rozwój terapii komórkowych i genowych

Dr Adrian Bot, znany, amerykański założyciel firmy Capstan Therapeutics i naukowiec, dołączył do Rady Dyrektorów Immuthera, aby wzmocnić prace nad komercjalizacją nowych terapii komórkowych i genowych PolTREG.

Immuthera, to założona w USA spółka zależna PolTREG S.A., lidera w dziedzinie innowacyjnych terapiach immunologicznych, koncentrującego się na technologiach komórek T regulatorowych (TREGS). Jednocześnie dr Bot będzie pełnił funkcję doradcy naukowego w firmie PolTREG S.A., wykorzystując swoje doświadczenie w rozwoju i komercjalizacji nowych terapii komórkowych i genowych.

  • Dr Bot posiada 27-letnie doświadczenie w amerykańskim przemyśle biofarmaceutycznym, obejmujące odkrywanie leków, badania przedkliniczne i kliniczne, medycynę translacyjną oraz zarządzanie cyklem życia produktu w kontekście komercyjnym. Ponad połowę swojej kariery zawodowej poświęcił na opracowywanie produktów terapii komórkowej CAR-T.
  • Dr Bot był założycielem i dyrektorem ds. naukowych (CSO) oraz wiceprezesem ds. badań i rozwoju w Capstan Therapeutics, która opracowywała terapie CAR-T oparte na mRNA do stosowania in vivo. Pomógł pozyskać 165 milionów dolarów finansowania dla Capstan, a następnie uczestniczył w sprzedaży firmy firmie AbbVie za 2,1 miliarda dolarów w 2025 roku.
  • Dr Bot zajmował stanowiska kierownicze w Kite Pharma, gdzie przyczynił się do sukcesu onkologicznych terapii komórkowych CAR-T Yescarta i Tecartus. Firma została przejęta przez Gilead Sciences za 11,9 miliarda dolarów w 2017 roku.

Dr Adrian Bot, M.D., Ph.D., był założycielem i dyrektorem naukowym oraz wiceprezesem ds. badań i rozwoju w Capstan Therapeutics, firmie specjalizującej się w opracowywaniu terapii CAR-T in vivo. Wcześniej zajmował stanowiska kierownicze w Kite Pharma (przed i po przejęciu przez Gilead Sciences), gdzie przyczynił się do opracowania i zatwierdzenia leków Yescarta® i Tecartus®, pierwszych autologicznych terapii komórkowych CAR-T w leczeniu chłoniaka nieziarniczego i innych wskazań. Ukończył studia medyczne na Uniwersytecie Medycyny i Farmacji w Timișoarze w Rumunii w 1993 roku, a doktorat z nauk biomedycznych uzyskał w Mount Sinai School of Medicine w Nowym Jorku w 1998 roku. Był również naukowcem w Scripps Research Institute w La Jolla w Kalifornii i jest autorem lub współautorem ponad 100 publikacji naukowych.

Oprócz swojej wiedzy specjalistycznej i sieci współpracowników naukowych w obszarach istotnych dla PolTREG i Immuthera, dr Bot posiada unikalne doświadczenie w rozwoju i komercjalizacji przełomowych terapii integrujących leki genowe i technologie komórkowe. Brał udział w licznych rundach finansowania oraz dwóch dużych przejęciach firm, w których pełnił funkcję dyrektora naukowego. Pod jego kierownictwem firma Capstan pozyskała 165 milionów dolarów finansowania, a następnie została przejęta przez AbbVie za 2,1 miliarda dolarów w 2025 roku. Główne aktywa Capstan obejmowały kandydata na terapię CAR-T in vivo, CPTX2309, oraz opatentowaną technologię platformy nanocząstek lipidowych, wykorzystywaną do dostarczania mRNA i inżynierii komórkowej. W firmie Kite Pharma odegrał kluczową rolę w naukowym kierownictwie i rozwoju translacyjnym Yescarta® i Tecartus®, przełomowych terapii genowych komórkowych, które celują w komórki nowotworowe i niszczą je za pomocą zmodyfikowanych komórek immunologicznych CAR-T samego pacjenta. Yescarta® była drugą terapią CAR-T zatwierdzoną przez FDA i pierwszą w leczeniu chłoniaka nieziarniczego. Krótko przed zatwierdzeniem do obrotu, firma Kite została przejęta przez Gilead Sciences za 11,9 miliarda dolarów w 2017 roku.

PolTREG jest światowym liderem w rozwoju produktów opartych na limfocytach T regulatorowych, posiadającym ponad 12-letnie doświadczenie kliniczne w leczeniu ponad 100 pacjentów. Ten zbiór danych dotyczących pacjentów z chorobami autoimmunologicznymi stanowi unikalną przewagę w naszej szybko rozwijającej się dziedzinie terapii komórkowych. To doświadczenie posłużyło jako podstawa do projektowania i rozwijania szeregu produktów i technologii, takich jak limfocyty Treg zmodyfikowane za pomocą technologii CAR oraz wielokrotnie modyfikowane, allogeniczne limfocyty CAR-Treg. Innowacyjne terapie oparte na indukcji i wzmacnianiu mechanizmów regulacji immunologicznej są niezbędne do skuteczniejszego leczenia chorób autoimmunologicznych o złożonej etiopatogenezie. Bardzo się cieszę z możliwości wspierania firm Immuthera i PolTREG w rozwoju i komercjalizacji przełomowych terapii opartych na zmodyfikowanych limfocytach T regulatorowych dla potrzebujących pacjentów. Znajdujemy się w punkcie zwrotnym dla tej dziedziny i mam ogromne zaufanie do zespołu PolTREG, zarządzanego przez prof. Piotra Trzonkowskiego, który jest doskonale przygotowany do ekspansji na rynek amerykański.” – komentuje dr Adrian Bot.

Dr Bot jest doświadczonym i uznanym liderem w dynamicznie rozwijającej się dziedzinie terapii komórkowych i genowych. Bardzo się cieszę że nasz zespół będzie wzbogacony o tak renomowane nazwisko. Dwukrotnie współodpowiadał za opracowanie przełomowych innowacji w terapiach komórkowych, w zakresie inżynierii komórek CAR-T i technologii in-vivo. Znaczenie tych technologii zostało rynkowo potwierdzone poprzez transakcje przejęcia firm Kite Pharma i Capstan przez globalnych liderów na farmaceutycznych. Obydwie transakcje są do tej pory jednymi z największych na rynku.  Podzielamy wizję, że komórki regulatorowe T, których odkrycie zostało niedawno uhonorowane Nagrodą Nobla, stanowią kolejny przełom w terapiach komórkowych dla pacjentów z chorobami autoimmunologicznymi i innymi schorzeniami. Doświadczenie doktora Bota oraz jego innowacyjne podejście naukowe i biznesowe będą nieocenione w naszej drodze do komercjalizacji terapii opartych na komórkach regulatorowych T. Liczymy na istotne wsparcie, zarówno w zakresie dalszego rozwoju naszych technologii, jak i w ich komercjalizacji. Z niecierpliwością czekamy na wkład i wskazówki doktora Bota w procesie wprowadzania naszych terapii na rynek amerykański oraz dalszego rozwoju terapii Treg i terapii opartych na komórkach Treg nowej generacji– mówi prof. Piotr Trzonkowski, założyciel i CEO PolTREG S.A.

PolTREG intensyfikuje swoją obecność na rynku amerykańskim. W ostatnich miesiącach zbudował Radę naukową Immuthera w oparciu o uznanych na świecie amerykańskich profesorów. Do grona partnerów PolTREG dołączyli też: amerykański bank inwestycyjny Noble Capital Markets, Inc. oraz firma Kinexum Services LLC, która wspiera PolTREG w procesie rejestracji terapii TREG w Stanach Zjednoczonych. W początku roku PolTREG rozpoczął również współpracę ze szwajcarską firmą Antion Biosciences, z którą rozwija nową generacją allogenicznych terapii Treg.

Świat nie zatrzyma ocieplenia bez radykalnych działań

Czy możemy jeszcze powstrzymać wzrost globalnej temperatury poniżej 1,5°C? To pytanie, które powraca co roku, gdy UNEP publikuje Emissions Gap Report – flagowy raport analizujący różnicę między tym, jak bardzo powinniśmy ograniczyć emisje gazów cieplarnianych, a tym, co realnie robimy jako społeczność międzynarodowa. EGR ukazuje się zawsze tuż przed kolejną Konferencją Stron (COP), stanowiąc nie tylko podsumowanie dotychczasowego wysiłku, ale także punkt odniesienia i – a może przede wszystkim – lustro, w którym odbija się stan globalnej woli politycznej. EGR nie mówi nam niczego abstrakcyjnego ani odległego. Mówi o nas. O tym, co robimy i czego wciąż nie robimy.

Raport „Emissions Gap Report 2025: Off Target” przynosi dwie wiadomości. Jedna z nich może wydawać się pozornie uspokajająca: przewidywane ocieplenie na koniec stulecia jest dziś szacowane niżej niż w raporcie z 2024 roku. Raport EGR2025 mówi, że jeśli krajowe zobowiązania klimatyczne (NDCs) złożone przez państwa w ramach Porozumienia Paryskiego zostaną w pełni wdrożone, globalne ocieplenie wyniosie około 2,3–2,5°C, zamiast 2,5–2,8°C prognozowanego rok wcześniej. EGR2025 mówi też, że w scenariuszu opartym jedynie na obecnych politykach, bez dodatkowych starań, temperatura wzrośnie o około 2,8°C, zamiast prognozowanego rok wcześniej 3,1°C. Zmiana więc jest – ale jest niewielka, a część tej poprawy wynika z aktualizacji przyjętej metodologii. Co więcej, wycofanie się Stanów Zjednoczonych z Porozumienia Paryskiego w 2026 roku, podniesie prawdopodobnie te wartości ponownie (przewiduje się, że o 0,1°C). Innymi słowy: postęp jest, ale jest niezauważalny.

Druga wiadomość jest znacznie trudniejsza do przyjęcia. Utrzymanie wzrostu temperatury do 1,5°C – celu, który stał się symbolicznym minimum bezpieczeństwa dla ludzi i ekosystemów – jest nadal możliwe, ale wiąże się z koniecznością redukcji emisji o 55% do 2035 roku względem poziomów z 2019. To wymagałoby natychmiastowych i bezprecedensowych działań, szczególnie ze strony państw G20, które odpowiadają dziś za 77% globalnych emisji. Tymczasem, większość gospodarek nie jest nawet na ścieżce realizacji wcześniejszych celów na rok 2030, nie mówiąc już o ambitniejszych zobowiązaniach na lata kolejne.

Raport podkreśla, że „świat niemal na pewno przekroczy próg 1,5°C” w najbliższej dekadzie. To przekroczenie (overshoot) może być krótkotrwałe, jeśli natychmiast zintensyfikujemy wysiłki, ale powrót do poziomu poniżej 1,5°C będzie wymagał masowego wdrożenia usuwania CO₂ z atmosfery – zarówno naturalnego (np. odtwarzanie ekosystemów), jak i technologicznego, które jest wciąż niedojrzałe, kosztowne i obarczone niepewnością.

Jednocześnie raport pokazuje coś ważnego: mamy narzędzia. Dekada od przyjęcia Porozumienia Paryskiego przyniosła gwałtowny rozwój energetyki wiatrowej i słonecznej, spadek kosztów technologii niskoemisyjnych oraz rozwój ram prawnych i instytucjonalnych. Paradoks dzisiejszego momentu polega więc na tym, że wiemy, co i jak robić, ale brakuje nam politycznej woli.

Jak czytamy raporty i co się dzieje w naszej głowie?

Sposób, w jaki odbieramy komunikaty o stanie klimatu, jest równie ważny jak treść tych komunikatów. W doniesieniach prasowych po publikacji EGR2025 często pojawiała się fraza: „świat prawdopodobnie nie zatrzyma ocieplenia na poziomie 1,5°C”. Choć jest ona literalnie poprawna, niesie ze sobą psychologiczny ciężar dystansu. Teoria dystansu psychologicznego wyjaśnia, że im bardziej problem wydaje nam się odległy – czy to w czasie, w przestrzeni, w odpowiedzialności, czy w sposobie przedstawienia – tym mniej jesteśmy z nim związani emocjonalnie i tym mniejsza jest nasza gotowość do działania. Kryzys klimatyczny często przedstawiany jest właśnie w taki sposób: „do końca stulecia”, „o dwa stopnie”, „świat nie zdoła…”. To język, który oddala, zamiast przybliżać. Zamiast pobudzać zaangażowanie, działa jak mgła – rozmywa relację między tym, kto jest zagrożony, i tym, kto ma działać.

W konsekwencji, raporty które mają nas mobilizować, stają się serialem katastroficznym oglądanym z fotela. Powstaje bezradność, która jest zakaźna w taki sposób, że rodzi bierność, a bierność staje się społecznie zarażalną normą. Tymczasem sens raportów UNEP polega na czymś przeciwnym – na przywracaniu sprawczości. Gdy raport mówi, że „świat nie zdąży”, należy czytać to jako: MY nie zdążymy, jeśli teraz MY nie zmienimy sposobu działania. Częścią tego równania jest również każde „ja” – ja jako obywatelka czy obywatel, wyborczyni czy wyborca, pracownica czy pracownik instytucji, konsumentka czy konsument, członkini i członek wspólnoty.

Dodatkowo, działają nasze zniekształcenia poznawcze, które z jednej strony chronią nas przed przytłaczającym lękiem, ale z drugiej strony utrwalają bierność. Jednym z nich jest iluzja skali – przekonanie, że Ziemia jako system jest tak ogromna, że ludzkie działania nie mogą jej realnie zagrozić. To efekt naszej trudności w wyobrażeniu sobie skutków skumulowanych, powtarzanych miliardy razy drobnych decyzji. Kolejnym mechanizmem jest dyskontowanie czasu przyszłego – skłonność, by nadawać mniejszą wagę zarówno zagrożeniom, jak i konsekwencjom dzisiejszych wyborów, które wydają się odległe w przyszłości. Nawet jeśli wiemy, że skutki zmiany klimatu już są tu i teraz, sposób ich przedstawiania w komunikacji często przenosi nas myślowo w odległe dekady. W efekcie problem nie wydaje się pilny.

Istotną rolę odgrywa także rozproszenie odpowiedzialności. Kiedy używamy słowa „świat”, sugerujemy, że za sytuację odpowiada jakaś abstrakcyjna, zbiorowa jednostka – nie konkretni ludzie, społeczności, rządy, firmy czy my sami. To pozwala odsunąć od siebie niewygodne poczucie winy, ale jednocześnie odbiera poczucie sprawczości – jeśli „świat” ma działać, to ja mogę pozostać widzem. Mogę usiąść w fotelu, patrzeć na katastrofę i mieć poczucie, że to nie ode mnie zależy bieg wydarzeń.

Właśnie w tym miejscu powstaje pułapka bezradności. Nasze umysły bronią się przed emocjonalnym ciężarem kryzysu – i ta obrona przynosi chwilową ulgę, ale kosztuje nas utratę zdolności do mobilizacji. Raport UNEP, zamiast impuls do działania, zostaje przyswojony jak kolejny odcinek serialu: „coś się dzieje gdzieś, w wielkiej skali, poza mną”. A im bardziej czujemy, że nie mamy wpływu, tym mniej działamy – a im mniej działamy, tym większy staje się masz dystans. To błędne koło, które można przerwać tylko wtedy, gdy język komentowania wniosków z raportu zmieni się z języka obserwatorów na język współuczestników.

Raport jako wezwanie

Emissions Gap Report nie powstał po to, by opisać koniec świata. Powstał po to, by zakwestionować samozadowolenie. Ma niepokoić, ale nie paraliżować. Ma wymagać wysiłku, ale nie odbierać nadziei. Mamy już dowody, że zmiana jest możliwa: technologicznie, ekonomicznie, kulturowo. Potrzebne jest tylko jedno – podtrzymanie wiary, że działanie ma sens, nawet gdy skala wyzwania jest ogromna.

Jeśli więc pytamy: czy możemy jeszcze powstrzymać ocieplenie? – pytamy tak naprawdę: czy potrafimy działać razem? Wbrew zmęczeniu. Wbrew polaryzacji. Wbrew cynizmowi. Nie ma dziś większej próby dla globalnej solidarności.

Polskie wynalazki? Większość z nas je zna – ale nie wie, że są… nasze

Ponad połowa Polaków czuje dumę z rodzimych innowacji, ale co dziesiąty nie odczuwa jej w kontekście polskich odkryć i technologii – wynika z badania przeprowadzonego przez Grupę 4P na zlecenie Fundacji WłączeniPlus. Aż 45 proc. badanych przyznaje, że po raz pierwszy zetknęło się z przykładami polskich wynalazków dopiero podczas ankiety, a 27 proc. znało je, lecz nie wiedziało, że pochodzą z Polski. Zbliżające się Święto Niepodległości skłania do refleksji nad tym, czym dziś jest patriotyzm. Wyniki badania pokazują, że o polskich sukcesach nadal mówi się zbyt rzadko, a wiedza o nich nie jest powszechna. 

Narodowe Święto Niepodległości jest okazją do rozmów o tym, czym dziś jest duma z bycia Polką i Polakiem – także w wymiarze naukowym i technologicznym. W ramach kampanii We Did It In Poland, promującej polskie innowacje oraz dumę narodową, Fundacja WłączeniPlus sprawdziła, jak Polacy postrzegają osiągnięcia naszego kraju w dziedzinie innowacji. Wyniki badania przeprowadzonego przez Grupę 4P pokazują, że choć ponad połowa respondentów czuje dumę z polskich innowacji, wciąż duża część społeczeństwa nie ma o nich wystarczającej wiedzy. 

Co dziesiąty Polak nie czuje dumy z polskich odkryć i technologii

Najnowsze badanie przeprowadzone przez Grupę 4P na zlecenie Fundacji WłączeniPlus wskazuje, że 52 proc. uczestników badania czuje dumę myśląc o współczesnych polskich innowacjach (16 proc. – zdecydowanie tak, 36 proc. – raczej tak). W pokoleniu baby boomer (61-70 lat) jest to aż 60 proc. Jednocześnie wśród wszystkich badanych co dziesiąta osoba deklaruje, że nie czuje dumy z polskich innowacji, a 38 proc. nie jest w stanie określić swoich odczuć w tym kontekście.

Niemal co drugi badany styka się z informacjami o polskich rozwiązaniach tylko czasami

Blisko co ósmy badany (12 proc.) deklaruje, że bardzo często spotyka się z informacjami o polskich innowacjach, nowoczesnych technologiach, rozwiązaniach biznesowych tworzonych przez Polaków. Wskazuje to większy odsetek mężczyzn – 16 proc., a mniejszy kobiet – 9 proc. Blisko połowa (48 proc.) respondentów przyznaje, że ma z nimi do czynienia tylko czasem. Ponownie częściej deklarują to mężczyźni (55 proc.), rzadziej kobiety (42 proc.). 

Co piątego Polaka nie interesuje temat polskich osiągnięć

Z kolei 17 proc. uczestników badania wskazuje, że praktycznie nie spotyka się z informacjami o polskich innowacjach oraz osiągnięciach współczesnych polskich przedsiębiorców i naukowców. Ponad ⅕ ankietowanych (22 proc.) wskazuje natomiast, że trudno im odpowiedzieć, ponieważ nie interesuje ich ten temat – deklaruje to 30 proc. kobiet i 14 proc. mężczyzn. 

Wyniki badania pokazują, że wciąż zbyt rzadko dostrzegamy własne sukcesy i nie zawsze wierzymy w to, że to, co tworzymy w Polsce, może być powodem do dumy. Przez lata nauczyliśmy się podziwiać świat, ale za mało mówimy o tym, że sami jesteśmy jego ważną częścią. Warto pamiętać, że siła kraju to nie tylko jego historia, lecz także codzienna praca ludzi, którzy rozwijają technologie, naukę i kulturę. A przecież dziś, bardziej niż kiedykolwiek, potrzebujemy wiary w nasz wspólny potencjał i sprawczość – komentuje Olga Kozierowska, pomysłodawczyni kampanii We Did It In Poland, prezeska Fundacji WłączeniPlus. Jeszcze w tym miesiącu startujemy z kampanią edukacyjną skierowaną do dzieci i młodzieży, bo to właśnie od najmłodszych lat warto budować dumę z polskich osiągnięć i przekonanie, że możemy zmieniać świat.

Z wcześniejszego badania Fundacji WłączeniPlus wynika, że 78 proc. respondentów pod wpływem kampanii We Did It In Poland dostrzega większy potencjał Polski i Polaków. Z kolei wśród 69 proc. ankietowanych kampania wpłynęła na sposób myślenia o naszym kraju i rodakach.

Mężczyźni częściej deklarują znajomość polskich wynalazków i innowacji niż kobiety

W badaniu pokazano ankietowanym wybrane wynalazki i zapytano, czy je znają oraz czy wiedzą, że pochodzą z Polski. Wyniki wskazują, że 27 proc. respondentów znało niektóre z prezentowanych innowacji, jednak nie miało świadomości, że są polskie. Co piąty badany znał niektóre z nich i miał świadomość, że są to polskie wynalazki. Częściej wskazują to mężczyźni (25 proc.), rzadziej kobiety (15 proc.). Aż 45 proc. uczestników badania przyznało, że spotyka się z przykładowymi polskimi innowacjami po raz pierwszy, częściej deklarują to kobiety (50 proc.) niż mężczyźni (39 proc.). 

NBP wysyła jastrzębi sygnał – rynek reaguje spokojnie, mimo rosnących napięć globalnych

Wczorajsza konferencja szefa NBP przybliżyła nas do końca cyklu… dostosowania stóp procentowych. Negatywny sygnał handlowy nadszedł z Chin, a lekko pozytywny z Niemiec. Piątkowa sesja zaczyna się w otoczeniu coraz większej niepewności.

Jastrzębie cięcie wspomaga PLN

Wczorajsza konferencja prezesa NBP nie przyniosła natychmiastowych mocnych impulsów. Prof. Adam Glapiński raz jeszcze podkreślał, że w Polsce nie mamy do czynienia z cyklem obniżek stóp procentowych (mimo że w tym roku w pięciu ruchach stopa referencyjna spadła o 150 pb do 4,25%). Przewodniczący RPP zachował daleko idącą ostrożność w określaniu dalszej ścieżki postępowania decydentów. Używał ulubionego zwrotu bankierów centralnych „o podejmowaniu decyzji z posiedzenia na posiedzenie, zgodnie z napływającymi danymi”. Jednak z przekazu szefa NBP można było wnioskować, że „niecykl” dostosowania kosztu pieniądza jest już bliski końca. Prof. Glapiński podziękował Radzie i departamentom banku za ciężką pracę i wspólny sukces, którym jest sprowadzenie dynamiki cen w pobliże celu inflacyjnego. Można to było odebrać jako ogłoszenie końca walki ze zbyt wysoką inflacją, co należy interpretować jako zbliżające się osiągnięcie tzw. stopy neutralnej. Za potwierdzenie tego podejścia można uznać opublikowane dziś przez Bloomberga wypowiedzi innego członka RPP. Ludwik Kotecki stwierdził, że inflacja prawdopodobnie będzie nas dalej pozytywnie zaskakiwać, ale obniżki kosztu pieniądza powinny zakończyć się na początku przyszłego roku, na docelowym według niego poziomie 3,75%-4,00%. Wszystko powyższe składa się na tzw. jastrzębie cięcie w listopadzie. Czyli stopy zostały jeszcze obniżone, ale koniec ruchów jest już bliski, co ostatecznie w średnim terminie może wspierać złotego.

Dwa różne handlowe sygnały

Czyżby Chiny zaczęły odczuwać skutki wojny handlowej z USA? Zwolennicy takiej tezy znajdą dziś potwierdzenie w danych dotyczących październikowego bilansu handlowego z Państwa Środka. Import nie tylko był zdecydowanie niższy od poprzedniej publikacji, ale też od prognoz i wzrósł o skromne 1% w ujęciu rocznym. Było to najsłabsze wskazanie od maja. Jeszcze gorzej wygląda kwestia eksportu, który rok do roku… spadł o 1,1%. Jest to pierwszy spadek od maja, ale 2024 roku. Tutaj równie źle wygląda dynamika, ponieważ poprzednio zobaczyliśmy wzrost o 8,3%, a oczekiwania wskazywały na +3%. Czy to tylko wypadek przy pracy, czy może sygnał głębszych problemów chińskiej gospodarki? Zdecydowanie za wcześnie, aby o tym przesądzać, ale z pewnością otrzymaliśmy kolejny puzzel do układanki niepewności, która zaczyna dominować na rynkach. Główny indeks giełdy w Szanghaju spadł o jeszcze skromne 0,25%, ale już mocniej eksponowany na kapitał zagraniczny Hongkong zsunął się o 1%. Na rynku walutowym efektem publikacji było zakończenie dwudniowego umocnienia juana, ale odbicie pozostaje umiarkowane, USD/CNY jest wciąż poniżej 7,13 ¥.

Zupełnie inny sygnał handlowy napłynął zza naszej zachodniej granicy (dane dotyczą września). Tam wskaźniki nie tylko były lepsze od poprzednich, ale też wyraźnie przebiły prognozy. Eksport w ujęciu miesięcznym wzrósł o 1,4%, a import aż o 3,1%. Niestety za Odrą nie powinni jeszcze otwierać szampana, bo po spojrzeniu na ostatnie kwartały zobaczymy, że lepsze miesiące cały czas przeplatają się ze słabszymi. Trudno w takim wypadku mówić o stabilizacji i wyłącznie pozytywnych perspektywach.

Rosnąca niepewność bez wpływu na PLN

Nastroje inwestorów pozostają napięte. Wall Street nie potrafi się podnieść z korekty, za którą odpowiada realizacja zysków, bądź też schłodzenie sentymentu wokół spółek technologicznych (a ich waga w indeksach cały czas rośnie). Teraz dodatkowym obciążeniem stają się spółki detaliczne, ponieważ dane publikowane przez prywatne instytucje pokazują na słabnący rynek pracy, a co za tym idzie na słabszego amerykańskiego konsumenta. Na azjatyckich giełdach dominowały spadki, otwarcie w Europie było jeszcze niezłe, ale im dalej w sesję, tym odbicia stają się coraz płytsze, o ile nie przeradzają się już w zniżki. W Warszawie WIG20 oscyluje wokół wczorajszego poziomu zamknięcia, ale akurat tutaj czwartkowa sesja była mocna (głównie dzięki bankom). Na rynku walutowym piątek zaczyna się spokojnie. Kurs EUR/USD utrzymuje się powyżej 1,15 $, kurs EUR/PLN znajduje się poniżej 4,25 zł, a kurs USD/PLN jest blisko 3,68 zł.