Potencjał gospodarczy miast średniej wielkości nie jest wykorzystywany. Słupsk walczy o reinwestycje i stawia na edukację

CEO Magazyn Polska

Słupsk, podobnie jak inne polskie miast średniej wielkości, ma ogromny potencjał gospodarczy, który nie jest wykorzystywany – podkreśla prezydent Robert Biedroń. Dlatego władze starają się nie tylko zatrzymać dotychczasowych inwestorów, lecz także przyciągnąć nowych. Służyć temu mają m.in. przygotowane specjalnie dla nich tereny inwestycyjne oraz zmiany w edukacji. W ostatnim czasie udało się stworzyć wiele profilowanych klas we współpracy z największymi firmami w regionie i nie tylko, m.in. z Samsungiem, Gino Rossi czy Apple.

Dzisiaj Słupsk jest miastem, którego potencjał gospodarczy nadal jest niewykorzystany – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Robert Biedroń, prezydent Słupska. – Mało kto wie, że w naszym mieście produkowane są jedne z najlepszych butów w Polsce pod marką Gino Rossi. W Słupsku powstają także autobusy Scania sprzedawane w całej Europie. Mamy wiele firm, które się rozwijają i dobrze prosperują. Chcemy je skłaniać do reinwestowania.

Inwestycjom w regionie sprzyja fakt, że jest to specjalna strefa ekonomiczna. W I półroczu cztery firmy otrzymały pozwolenie na działalność – zadeklarowały one zainwestowanie ok. 24 mln zł i 110 miejsc pracy. Do końca roku takie pozwolenie ma otrzymać kolejne dziesięć przedsiębiorstw. W strefie pod koniec ubiegłego roku działało w sumie 58 firm, które zatrudniały ponad 3,5 tys. osób.

Do końca tego roku M&S Pomorska Fabryka Okien planuje wybudowanie w strefie nowego zakładu wytwarzającego okna PVC. W podstrefie Koszalin natomiast zezwolenie na działalność otrzymała szwajcarska spółka Rotho (drobna galanteria kuchenna i łazienkowa), która zamierza na terenie SSSE utworzyć centrum produkcyjne oraz logistyczne.

Połowa inwestycji w Polsce to reinwestycje, więc trzeba dopieszczać tych, którzy chcieli się związać z naszym miastem, i budować przyjazny klimat, by pokazać, że jest to miasto z ogromnym potencjałem – tłumaczy Robert Biedroń.

Jak podkreśla, naturalną przewagą Słupska jest lokalizacja – blisko portów morskich i niedaleko granicy z Niemcami oraz państwami skandynawskimi. To są też kierunki, z których najczęściej przybywają inwestorzy. Miasto i gmina dbają również o nowe tereny pod inwestycje.

Pod koniec sierpnia zakończyło się przygotowanie nowych gruntów inwestycyjnych w rejonie Płaszewka. Samorząd chce zainteresować nimi przedsiębiorców z całego kraju. Tereny zajmują łącznie ponad 34 hektary i leżą blisko drogi wojewódzkiej numer 210, krajowej szóstki oraz obwodnicy Słupska. Działki przeznaczone są na inwestycje o charakterze usługowym, składy, magazyny oraz centra logistyczne. W ramach inwestycji powstała m.in. droga oraz sieć sanitarna i wodociągowa.

– Słupsk ma Akademię Pomorską, kilka innych wyższych uczelni, co znaczy, że ma ogromny potencjał do tego, by stać się także zapleczem intelektualnym dla kadry, która będzie pracować na przykład w branży nowoczesnych technologii – mówi Robert Biedroń. – W Słupsku produkuje się np. śmieciarki kosmiczne dla Europejskiej Agencji Kosmicznej.

Władze miasta stawiają także na edukację młodszych. We współpracy z biznesem przygotowano programy dla klas profilowanych, tak by lepiej odpowiadały one potrzebom rynku pracy. Są wśród nich klasy: obuwnicza (z Gino Rossi), nowoczesnych technologii (z Samsungiem), mistrzostwa kulinarnego (z Magdą Gessler). W przygotowaniu są klasy z udziałem Apple&HASH39;a oraz Microsoftu.

Chodzi o stworzenie sieci powiązań między biznesem a edukacją, tak żeby nie edukować przyszłych bezrobotnych – tłumaczy prezydent Robert Biedroń. – Dziś 50 proc. budżetu miasta to pieniądze na edukację, które do niczego się nie przydadzą, bo nie dajemy ludziom zawodu, który przyniesie im w przyszłości zatrudnienie. Chcemy to zmieniać właśnie poprzez takie działania.

Firmy przeznaczają coraz mniej czasu na rekrutacje pracowników

CEO Magazyn Polska

Czas na rekrutację pracowników w firmach jest coraz krótszy. W ponad połowie firm w Polsce wynosi od dwóch tygodni do miesiąca. Agencje pośredniczące w zatrudnieniu mają więc coraz mniej czasu na znalezienie odpowiednich kandydatów. Kosztem tradycyjnych ogłoszeń o naborze zyskują bezpośrednie formy dotarcia do kandydatów. Ważna rolę odgrywają tu serwisy społecznościowe oraz portale zawodowe.

Średni czas poszukiwania pracownika ulega skróceniu z tego względu, że zmieniły się trendy w rekrutacji – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marta Barszczewska, kierownik ds. rekrutacji w firmie doradztwa personalnego Cigno Consulting, ekspertka portalu happyhr.pl.

Rekruterzy coraz częściej stosują metody bezpośredniego dotarcia do odpowiednich kandydatów, tzw. direct search. Dzięki takim portalom jak GoldenLine czy LinkedIn zadanie jest dużo prostsze. Eksperci podkreślają, że większość procesów rekrutacyjnych odbywa się dziś w ramach działań ukrytych.

Nie jest to tradycyjna forma związana z publikowaniem ogłoszenia na portalach ogłoszeniowych, tylko dotarcie do odpowiednio już wyselekcjonowanych kandydatów. Nie do całej publiczności, tylko do wybranych wcześniej osób – potwierdza Marta Barszczewska.

Czas rekrutacji zależy przede wszystkim od charakteru danego stanowiska. Ogólna tendencja jest jednak taka, że ulega on skróceniu. Jak podkreśla ekspertka, to zarówno oczekiwanie działów HR, jak i kandydatów do pracy.

Dynamika procesów rekrutacyjnych właściwie z obu stron, zarówno rekruterów, jak i kandydatów, jest obecnie znacznie szybsza – zauważa Marta Barszczewska. – Żyjemy w szybkich czasach, więc konieczne jest, by procesy rekrutacyjne zajmowały coraz mniej czasu, a przy tym były tak samo skuteczne.

Z badania „Rekrutacja pod lupą” firmy eRecruiter wynika, że w 52 proc. firm proces ten trwa od dwóch tygodni do miesiąca. U 12 proc. pracodawców jest on krótszy niż dwa tygodnie, ale wciąż u 25 proc. trwa od miesiąca do nawet trzech miesięcy.

Skróceniu czasu rekrutacji sprzyjają nowe technologie. Z jednej strony rosnąca popularność narzędzi online skraca czas oczekiwania na reakcję kandydatów, dzięki czemu ich aplikacje spływają do firmy szybciej. Z drugiej strony takie narzędzia jak wideokonferencje czy platformy rekrutacyjne pozwalają sprawniej zweryfikować zgłoszenia.

Jak podkreśla Barszczewska, nie zmieniają się za to wysokie wymagania pracodawców wobec przyszłych pracowników.

Pracodawcy poza tym, że poszukują konkretnych umiejętności czy wiedzy, szukają także kompetencji miękkich – informuje Marta Barszczewska. – Jeszcze kilka lat temu wykształcenie i doświadczenie wystarczyły, dzisiaj to zdecydowanie za mało. Kandydaci muszą również mieć kompetencje miękkie.

Wśród najbardziej cenionych są umiejętność pracy w wielokulturowych zespołach, zorientowanie na realizację celu i wynik oraz kompetencje językowej.

Biegłe posługiwanie się językiem angielskim jest już uznawane za standard – tłumaczy Marta Barszczewska. – Raczej nieznajomość może prowadzić do stygmatyzacji kandydata, który w nim się nie komunikuje.

Miejsce zamieszkania ma wpływ na zdrowie. Mieszkańcy dzielnic o wysokim poziomie hałasu i przestępczości szybciej się starzeją

CEO Magazyn Polska

Przestrzeń życiowa może wpływać na komfort psychiczny człowieka. Miejsce zamieszkania powinno być dostosowane do wewnętrznego rytmu życiu właściciela, dzięki czemu będzie się on czuł bezpiecznie i swobodnie. Zbyt małe mieszkanie lub w złej lokalizacji może natomiast generować poczucie wyobcowania, niepewności i zmęczenia, a to z kolei może prowadzić do problemów ze zdrowiem.

Z badań amerykańskich naukowców wynika, że ludzie mieszkający w dzielnicach o wysokim poziomie hałasu i przestępczości szybciej się starzeją – biologicznie są o dziesięć lat starsi niż mieszkańcy spokojniejszych okolic. Kanadyjscy naukowcy dowiedli natomiast, że mieszkańcy miast częściej cierpią z powodu problemów psychicznych – o 21 proc. zwiększa się u nich ryzyko zaburzeń lękowych, a o 39 proc. zaburzeń nastrojów, w tym depresji. Zdaniem psychologów każdy człowiek potrzebuje przestrzeni, w której będzie się czuł bezpiecznie i swobodnie.

Strefa komfortu, która jest gwarancją poczucia bezpieczeństwa, wymaga przestrzeni. Pewne przestrzenie nam służą, a inne nie. To kwestia indywidualna.  Mieszkanie małe, ciasne czy niskie, nie działa dobrze na naszą neurologię. Dla pełnego funkcjonowania, szczególnie w dzisiejszych  czasach – natłoku informacji i zdarzeń, potrzebujemy więcej przestrzeni – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Marczewska, coach, założycielka i dyrektor generalna LABlife.

Człowiek jest istotą zakotwiczoną w otaczającej go przestrzeni. Wpływa ona na poczucie szczęścia i bezpieczeństwa, a także efektywność działania i kreatywność. Jeśli przestrzeń, w której się żyje, staje się problemem, może się pojawić uczucie wyobcowania, niepewności, zmęczenia i ograniczenia. Miejsce zamieszkania ma być naturalną przystanią, miejscem, gdzie można się ukryć po ciężkim dniu. Dlatego – zdaniem psychologów – kluczową kwestią dla komfortu psychicznego człowieka jest dostosowanie przestrzeni życiowej do jego wewnętrznego rytmu życia.

Różnorodność i wybór ułatwia regenerację sił, w miastach szukamy takich przestrzeni, które są i estetyczne, i blisko centrum. Zależy nam, aby były połączone z naturą i dawały możliwość ruchu czy uprawiania sportu, a jednocześnie możliwość izolacji i pracy w skupieniu. Komfort spotykania się z przyjaciółmi, ale i warunki do wyciszenia się – mówi Małgorzata Marczewska.

Najnowsze miejskie inwestycje są coraz lepiej dostosowane do tych właśnie potrzeb współczesnego człowieka. Są zlokalizowane w miarę blisko centrów dużych miast lub dobrze z nimi skomunikowane, co ułatwia mieszkańcom szybkie dotarcie do pracy i swobodne korzystanie z wielkomiejskich rozrywek. Jednocześnie zapewniają wyciszenie i odpoczynek na łonie natury dzięki bliskości parków, rzek lub stawów. Inwestycje te łączą tradycję z nowoczesnością – zapewniają bezpieczeństwo poprzez system kamer i obecność ochrony czy recepcję, a jednocześnie mają zalety mieszkania na peryferiach dzięki bliskości terenów zielonych.

Takim przykładem jest chociażby Park Avenue Apartments, inwestycja apartamentowa zlokalizowana na Starych Dębnikach w Krakowie, blisko Starego Miasta. Łączy ona tradycję, ukrytą m.in. w pobliskiej historycznej zabudowie, z nowoczesnością przejawiającą się chociażby w architekturze samej inwestycji. Z jednej strony mamy tu dostęp do przepięknych terenów zielonych, a zarazem możemy się cieszyć z wygody zapewnianej przez bliskość centrum miasta. Widać tu ogromną dbałość o komfort przyszłych mieszkańców – mówi Małgorzata Marczewska.

Liczne badania pokazują, że kontakt z naturą znacznie redukuje poziom stresu, a osoby mieszkające w sąsiedztwie terenów zielonych odczuwają większą satysfakcję z życia. Obecnie nie trzeba już wyprowadzać się za miasto, by móc cieszyć się kontaktem z naturą.

Asseco ogłasza wezwanie na akcje Infovide-Matrix

Asseco Poland podpisało z głównymi akcjonariuszami Infovide-Matrix, spółki notowanej na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, porozumienie dotyczące zbycia większościowego pakietu akcji oraz ogłosiło wezwanie na 100% akcji Spółki. To kolejny istotny krok, mający na celu budowę silnej polskiej firmy informatycznej, która dzięki tej transakcji, będzie mogła zwiększyć potencjał świadczonych usług.

Ponad 80% przychodów Grupy Asseco pochodzi ze sprzedaży oprogramowania własnego i usług z nim związanych. Spółka działa między innymi w sektorze bankowym, telekomunikacyjnym, energetycznym oraz administracji publicznej. Zakup Infovide-Matrix pozwoli Asseco rozszerzyć ofertę usług w zakresie światowych rozwiązań firm trzecich, oraz zróżnicować i wzmocnić pozycję Grupy Asseco na rynku usług IT. Infovide-Matrix, będąc partnerem wielu międzynarodowych dostawców IT, od lat specjalizuje się w tej działalności i wypracowało modele, z których Asseco będzie mogło korzystać w dalszym rozwoju swojej Grupy.

Wraz z rozwojem rynków oraz poszczególnych sektorów gospodarki, dynamicznie rośnie rola rozwiązań informatycznych, które przybliżają firmy do ich klientów. Do tego niezbędne stają się zaawansowane rozwiązania informatyczne oraz wyspecjalizowane usługi. Zespoły Asseco oraz Infovide-Matrix posiadają uzupełniające się kompetencje, dlatego obie strony dostrzegają duże korzyści płynące z perspektywy wspólnego działania. Przełoży się ono na bardziej kompleksową ofertę dla naszych klientów, która sprawi, że będziemy bardziej konkurencyjni na polskim rynku – powiedział Adam Góral, prezes zarządu Asseco Poland.

Do sfinalizowania transakcji Infovide-Matrix będzie funkcjonowało bez zmian, realizując umowy i projekty dla dotychczasowych klientów. Docelowo, zespoły obu firm będą ściśle współpracować, świadcząc usługi dla takich sektorów jak energetyka, bankowość, telekomunikacja oraz administracja publiczna.

Obie strony będą kontynuować realizację swoich dotychczasowych umów z klientami, którzy dzięki tej transakcji zyskają dostęp do pełnej oferty oraz know-how zarówno Infovide-Matrix, jak i całej Grupy Asseco. Ponadto, klienci Infovide-Matrix będą mieli po drugiej stronie dużego i stabilnego partnera, który będzie mógł kompleksowo realizować bardziej wymagające projekty.

Rozwój usług związanych z realizacją złożonych projektów w oparciu o technologię światowych dostawców jest częścią projektów realizowanych dla naszych klientów. Dołączenie zespołu Infovide-Matrix, jednego z czołowych polskich podmiotów w tym segmencie usług IT, do Grupy Asseco pozwoli nam istotnie przyspieszyć rozwój w tym obszarze rynku. Doceniając kompetencje i skuteczność zespołu Infovide-Matrix, wierzę że nasza Grupa stworzy dla niego szereg interesujących nowych możliwości rozwoju, wynikających z zaplecza kapitałowego, możliwości poszerzania kompetencji, relacji z klientami i obecności na wielu światowych rynkach – powiedział Adam Góral.

Finalizacja transakcji uwarunkowana jest zgodą Prezesa UOKiK oraz przekroczeniem w wezwaniu zapisów, dających Asseco minimum 70,01% udziału w kapitale zakładowym Spółki.

Popołudniowy komentarz walutowy z 22.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 22.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Jutro szefowie państw UE zajmą się kwestią uchodźców. Wiele kwestii wymaga doprecyzowania

Jacek Męcina

UE dąży do rozwiązania kwestii uchodźców. Dziś o propozycji KE ws. rozlokowania 120 tys. osób dyskutować będą ministrowie spraw wewnętrznych krajów unijnych, jutro – szefowie państw i rządów. Zgodnie z tą propozycją do Polski trafi ok. 12 tys. osób, głównie z Syrii. Wiele kwestii, zarówno na poziomie unijnym, jak i krajowym, wymaga jednak doprecyzowania.

Zjawisko związane z uchodźcami należy rozpatrywać w szerszym kontekście. Z jednej strony, solidarność i postawa etyczna wymagają, aby pomagać ludziom, którzy uciekają przed działaniami wojennymi. Z drugiej strony, musimy być do tego dobrze przygotowani – zaznacza w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Męcina, wiceminister pracy i polityki społecznej.

Komisja Europejska proponuje, by każdy kraj członkowski przyjął określoną z góry liczbę uchodźców. Zgodnie z propozycją KE do Polski miałoby trafić 12 tys. uchodźców. Kraje Grupy Wyszehradzkiej skłaniają się jednak ku zasadzie dobrowolności przy podziale uchodźców.

Taka liczba uchodźców oznacza, że Polska powinna się do tego dobrze przygotować. Działania te zależą głównie od tego, czy Polska ma być dla uchodźców jedynie krajem tranzytowym na Zachód, czy stać się nowym domem.

Potrzebna jest jasna deklaracja, czy przyjmowani uchodźcy chcą azylu w Polsce i organizacji życia w Polsce, osiedlenia się w Polsce, bo to oznacza ogromne wyzwania związane z działaniami integracyjnymi, nauką języka, a później ze znalezieniem miejsc pracy – mówi Jacek Męcina.

Jak podkreśla, potencjał na polskim rynku pracy jest, chociaż zależy to w dużej mierze od branży i konkretnych zawodów. Przykładem mogą być obywatele Ukrainy – co roku 200 tys. osób z tego kraju podejmuje prace sezonowe.

Z raportu Boston Consulting Group wynika, że w 2030 roku Polska będzie potrzebować 20 mln pracowników. Aktywnych zawodowo będzie zaś tylko ok. 16 mln osób. Imigranci będą mogli w części zapełnić tę lukę.

Trzeba jednak zaznaczyć, co bardzo ważne, że potrzebne są rozstrzygnięcia na poziomie europejskim, procedury alokacji tych uchodźców. Co zrobimy w sytuacji, kiedy przyjmiemy jakąś grupę uchodźców, a oni powiedzą, że oni nie chcą azylu i pracy w Polsce, tylko chcą tej pracy w Niemczech. Czy Niemcy przyjmą tych uchodźców, a właściwie wtedy już migrantów zarobkowych. To są te procedury, które wymagają na poziomie europejskim doprecyzowania – mówi wiceminister.

Jego zdaniem na poziomie krajowym procedury są precyzyjne.

Wiemy, że jeśli ktoś się stara o azyl i go otrzymuje, może także otrzymać pozwolenie na pracę. Jeśli ktoś stara się tylko o zatrudnienie, to podlega procedurze badania rynku pracy. Jeśli ktoś się ubiega o pracę sezonową, to stosujemy w stosunku do obywateli ze Wschodu uproszczone procedury, w stosunku do innych obywateli zwykłą procedurę badania rynku – wymienia Męcina.

Imigrantów w Polsce przybywa. Na koniec 2014 roku karty pobytu miało 175 tys. osób. Z danych resortu pracy wynika również, że wzrasta liczba oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy. Na podstawie takich oświadczeń mieszkańcy Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy mogą uzyskać wizę pobytową lub zezwolenie na pobyt czasowy. W I kw. tego roku liczba oświadczeń zwiększyła się o 150 proc.

Z danych Urzędu ds. Cudzoziemców wynika, że od początku 2014 roku do września 2015 roku wnioskami o udzielenie ochrony międzynarodowej objęto ponad 15,5 tys. osób. Najliczniejszą grupę stanowili obywatele Rosji i deklarujący narodowość czeczeńską, a następnie obywatele Ukrainy – 26 proc. Szef Urzędu ds. Cudzoziemców podkreślał niedawno podczas posiedzenia sejmowej komisji, że jedna czwarta osób starających się o ochronę w Polsce uzyskuje decyzję pozytywną. Od początku 2014 roku umorzono ponad 10 tys. postępowań. Najczęstszą przyczyną jest brak obligatoryjnego zgłoszenia się danej osoby w ośrodku, co może oznaczać, że nie kontynuuje ona procedury uchodźczej na terenie Polski.

Domy maklerskie pracują nad poprawą bezpieczeństwa IT. Mają na to czas do końca 2016 roku

CEO Magazyn Polska

Domy maklerskie mają niecałe półtora roku, by dostosować się do wytycznych Komisji Nadzoru Finansowego dotyczących bezpieczeństwa informatycznego. Największe firmy inwestycyjne mają w dużej części ten proces za sobą, mniejsze wciąż nad tym pracują. Wydatki na dodatkowe wymagane przez KNF zabezpieczenia nie muszą być duże.

Duża część biznesu finansowego wymaga infrastruktury teleinformatycznej. Jeśli ta infrastruktura jest bezpieczna, to wiemy, że cały biznes finansowy będzie działał dobrze – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Grzegorz Biernatek, kierownik projektów analitycznych z firmy Audytel. – W przypadku domów maklerskich mamy bardzo poufne informacje o klientach, o transakcjach przez nich zawieranych, więc ta instytucja, która może się pochwalić bezpieczną infrastrukturą, czyli brakiem wpadki z wyciekiem danych, na pewno będzie lepiej postrzegana przez swoich klientów i ma szansę, żeby się dalej rozwijać.

Domy maklerskie mają czas do końca 2016 roku, by dostosować się do wytycznych ustalonych kilka miesięcy temu przez Komisję Nadzoru Finansowego. Wytyczne dla domów maklerskich są niemal identyczne jak te, które stworzone zostały dla banków, mowa tu oczywiście o rekomendacji D.

Obserwujemy prace domów maklerskich nad tym, żeby wypełnić te wymagania i żeby w wyznaczonym okresie dostosować się do zaleceń, które zostały w tych rekomendacjach sformułowane – mówi Biernatek.

Wytyczne zostały podzielone na kilka obszarów: strategii i organizacji obszarów technologii informacyjnej i bezpieczeństwa środowiska teleinformacyjnego, rozwoju środowiska teleinformatycznego, utrzymania i eksploatacji środowiska teleinformatycznego oraz zarządzania bezpieczeństwem środowiska teleinformatycznego.

Według KNF konieczność wydania wytycznych związana jest z rozwojem technologicznym, ciągłym wzrostem znaczenia technologii informacyjnej dla działalności podmiotów nadzorowanych oraz z powodu pojawienia się nowych niebezpieczeństw w cyberprzestrzeni.

Duże domy maklerskie przeważnie mają tę drogę już za sobą. Natomiast mniejsze firmy, dysponujące zwykle mniejszymi środkami na działania związane z bezpieczeństwem teleinformatycznym, mocno nadganiają dokumentację i prace nad zabezpieczeniami, żeby w momencie gdy KNF powie: „sprawdzam”, mogli powiedzieć, że mają to wszystko zrealizowane – tłumaczy ekspert. – Natomiast nie wpływa to na bieżące funkcjonowanie domów maklerskich.

Jak podkreśla, zmiany te nie muszą także wiązać się z dużym obciążeniem finansowym, co nie przełoży się w rezultacie na wzrost kosztów dla klientów domów maklerskich.

Na bezpieczeństwo można wydać bardzo duże pieniądze, ale można też pewne rzeczy zrobić dobrze, wydając mniej – przekonuje ekspert Audytela. – Mniejsze domy maklerskie nie korzystają z największych firm doradczych, kupują rozwiązania teleinformatyczne z drugiej ligi, a nie od tych najdroższych producentów sprzętu sieciowego i zabezpieczeń technicznych. Więc one są w stanie, utrzymując dotychczasową marżę i koszty, dostosować się do zaleceń KNF-u. To będzie z korzyścią dla rynku, ich działań i bezpieczeństwa w przyszłości.

Polki chore na zaawansowanego raka piersi nadal czekają na lek. Mógłby wydłużyć ich życie o 1,5 roku

CEO Magazyn Polska

Co piąta polska pacjentka z rakiem piersi cierpi na jego agresywną odmianę. Możliwości leczenia zaawansowanego nowotworu są, ale tego leku nie refunduje NFZ. Od dwóch lat onkolodzy i pacjenci czekają na dostęp do innowacyjnego leku, który przedłuża życie kobiet średnio o 1,5 roku.

Rak piersi to najczęściej występujący nowotwór złośliwy u Polek – rocznie zapada na niego ok. 17 tys. kobiet, z czego 5 tys. umiera. Prawie 20 proc. chorych cierpi na bardziej agresywną i szybciej dającą przerzuty odmianę raka, której przyczyną jest tzw. nadmierna ekspresja receptora HER2. Jest to białko wpływające na wzrost i podział komórki, które w komórkach nowotworowych występuje w zwiększonej liczbie. W efekcie komórki dzielą się i mnożą znacznie szybciej, co przyspiesza wzrost nowotworu. Jeszcze do niedawna HER2-dodatni rak piersi oznaczał gorsze rokowania. Dziś nawet w zaawansowanym stadium choroby możliwe jest jego leczenie.

W tej chwili praktycznie każdy ma dostęp do internetu. Pacjenci wiedzą, jaki jest dostęp do terapii na świecie. Praktycznie nie ma takiej pacjentki, która wiedząc, że ma HER-pozytywnego raka piersi, nie zapytałaby, czy nie mogłaby być leczona pertuzumabem – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld, lekarz z Kliniki Nowotworów Piersi i Chirurgii Rekonstrukcyjnej w Centrum Onkologii w Warszawie.

Terapia pertuzumabem wydłuża życie chorych o blisko 16 miesięcy, nawet do prawie 5 lat, w porównaniu do standardowego leczenia. Takie wyniki badań i obserwacji 800 pacjentek z 25 krajów przedstawiono podczas ubiegłorocznego kongresu Europejskiego Stowarzyszenia Onkologii Klinicznej (ESMO 2014).

Przy leczeniu pertuzumabem w połączeniu z herceptyną [trastuzumabem – red.] i z cytostatykiem, którym jest w tym wypadku docetaksel, chore osiągnęły średnią przeżycia ponad 5 lat, jest to bardzo długi czas w rozsianych nowotworach w ogóle, a w tak agresywnym, jakim jest HER2-pozytywny rak piersi, jest to szczególnie istotne – mówi dr Gruszfeld.

Zdaniem lekarzy mało jest w onkologii terapii, które przynoszą równie spektakularne efekty. Pertuzumab jest obecnie refundowany w 20 krajach Unii Europejskiej, w tym w Czechach i na Słowacji, a więc krajach o podobnym statusie społeczno-ekonomicznym co Polska. W Polsce jednak lek ten nadal jest niedostępny dla pacjentek.

My w swoim czasie na pertuzumab wydaliśmy rekomendację, jest to rzeczywiście lek bardzo innowacyjny, który w nawrotowych rakach piersi jest bardzo skuteczny według najnowszego piśmiennictwa. Natomiast efektywność kosztowa jest kolosalna – mówi Wojciech Matusewicz, prezes Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. – Wydając rekomendację, wydaliśmy ją warunkowo, a tym warunkiem było obniżenie ceny leku przez producenta bądź zastosowania takiego podziału ryzyka, który by zbliżał się do efektywności kosztowej.

Decyzję o finansowaniu leku podejmuje minister zdrowia. Zdaniem wiceministra Igora Radziewicza-Winnickiego ustawa refundacyjna już przyspieszyła włączanie nowych leków do refundacji, natomiast każda taka decyzja wymaga analizy tego, czy dany lek jest rzeczywiście skuteczny.

Czas od pojawienia się nowych leków do włączenia ich do refundacji jest coraz krótszy, ale pamiętajmy, że nigdy nie będzie tak, że wszystko, co wyjdzie z fabryki leków, zostanie natychmiast zrefundowane, bo nie wiemy często, jaka jest rzeczywista rola tych leków w praktyce medycznej – mówi wiceminister zdrowia Igor Radziewicz-Winnicki.

Eksperci podkreślają jednak, że na innowacyjne leki wciąż przeznaczane jest za mało środków. Tym bardziej że dzięki ustawie refundacyjnej w latach 2012-2014 udało się zaoszczędzić blisko 4 mld zł.

Prosta matematyka wskazuje, że od roku 2012 do końca roku 2014 wydano mniej o ponad 4 mld na refundację leków – mówi Leszek Stabrawa, ekspert HTA Audit. – Widać, że ustawa refundacyjna zadziałała w kontekście dbania o finanse Narodowego Funduszu Zdrowia i te pieniądze winny zostać przekazane na refundację kolejnych terapii.

Onkolodzy podkreślają, że na trwających od dwóch lat dyskusjach tracą pacjentki.

Chore leczone pertuzumabem w porównaniu z leczeniem, którym teraz w Polsce dysponujemy, żyją praktycznie o półtora roku dłużej. W wypadku rozsianej choroby nowotworowej to jest bardzo długo. Poza tym trzeba tutaj podkreślić, że toksyczność tego leczenia jest stosunkowo niewielka. Większość tych chorych może normalnie pracować, żyć, spełniać swoje obowiązki. To jest niebagatelne – mówi dr Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld.

Pracownicy mają ostatnie dni na wykorzystanie zaległego urlopu za 2014 rok

CEO Magazyn Polska

Tylko do 30 września pracownik może wykorzystać zaległy urlop za 2014 rok. Zgodnie z opinią Sądu Najwyższego pracodawca może zobowiązać pracownika do wykorzystania zaległych dni wolnych. Taki urlop musi być wykorzystany, bo kodeks pracy nie przewiduje możliwości wypłacenia ekwiwalentu pieniężnego za niewykorzystane wolne w trakcie trwania umowy o pracę. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy pracownik odchodzi z danej firmy.

Co do zasady obowiązkiem pracodawcy jest udzielanie pracownikowi urlopu w tym roku, w którym pracownik nabył do niego prawo, czyli nie jest dopuszczalna sytuacja, w której część urlopu pracownik wykorzysta w danym roku, a część przeniesie sobie na rok kolejny – mówi agencji Newseria Biznes Michał Szuszczyński, wykładowca w Wyższej Szkole Bankowej w Poznaniu, radca prawny i założyciel SZUSZCZYŃSKI Kancelarii Prawa Pracy w Poznaniu.

W praktyce jednak często ma to miejsce. Przepisy przewidują, że tylko w sytuacji, kiedy urlop wypoczynkowy nie mógł być wykorzystany w danym roku kalendarzowym, może być wykorzystany najpóźniej do 30 września kolejnego roku.

Stanowiska Państwowej Inspekcji Pracy czy stanowiska, które wyraża w swoich wyrokach Sąd Najwyższy, określają, że przy urlopie bieżącym, czyli z danego roku, przyjmuje się, że pracodawca nie ma prawa zmusić pracownika do jego wykorzystania – mówi Michał Szuszczyński. – W przypadku urlopu zaległego Sąd Najwyższy stoi na stanowisku, że można pracownika zmusić do wykorzystania tego zaległego urlopu.

Pracodawca może też narzucić termin urlopu, nawet bieżącego, w przypadku, gdy pracownik znajduje się w okresie wypowiedzenia umowy o pracę. Ponadto, tylko w sytuacji zakończenia współpracy z dotychczasowym pracodawcą pracownikowi, który ma niewykorzystany urlop, przysługuje ekwiwalent pieniężny.  

Należy pamiętać o tym, że ten ekwiwalent obejmuje wówczas tylko te miesiące, które pracownik proporcjonalnie przepracował w zakładzie pracy. Jeżeli stosunek pracy ulega zakończeniu z końcem sierpnia, wówczas ekwiwalent wypłacamy za te dni urlopowe, które przysługiwały pracownikowi od stycznia do sierpnia, a nie w całym roku kalendarzowym – podkreśla Szuszczyński.

Kodeks pracy stanowi, że termin urlopu powinien być ustalony przy uwzględnieniu potrzeb pracownika. Nie powinien jednak zakłócać normalnego toku funkcjonowania zakładu pracy. W przypadku konfliktu dat ostateczna decyzja w sprawie urlopu należy do pracodawcy.

Jeżeli pracodawca uznaje, że preferowany przez pracownika termin wykorzystania urlopu zakłócałby normalne funkcjonowanie firmy, ma prawo odmówić udzielenia takiego urlopu. Oczywiście należy dążyć do tego, żeby w jak największym stopniu ten termin był dogodny dla obydwu stron – mówi ekspert.

Kodeks pracy nie wskazuje, w jaki sposób pracodawca powinien rozwiązywać problem kolizji terminów, czyli kiedy duża liczba wniosków urlopowych dotyczy tego samego terminu.

Warto pomyśleć, w jaki sposób takie kwestie uregulować w zakładzie pracy. Jednym ze sposobów może być np. zapisanie w regulaminie, że pracownicy składają wnioski urlopowe do określonego terminu, np. do końca stycznia danego roku kalendarzowego i pracodawca ma prawo kierować się kolejnością wpływu takich wniosków urlopowych – proponuje Michał Szuszczyński.

Z kolei w przypadku urlopu na żądanie pracodawca powinien udzielić go w terminie wskazanym przez pracownika.

Taka jest istota tego urlopu, takie też były intencje ustawodawcy, kiedy ten urlop był wprowadzany do kodeksu pracy – komentuje.

Orzecznictwo sądowe dopuszcza jednak możliwość odmowy udzielenia takiego dnia wolnego. Dotyczy to wyjątkowych sytuacji, w których nieobecność zatrudnionego skutkowałaby paraliżem przedsiębiorstwa.

To przykładowo sytuacja, kiedy jednego dnia wszyscy kierowcy karetek pogotowia złożyliby wnioski o udzielenie im urlopu na żądanie albo kierowcy pojazdów odśnieżających podczas bardzo srogiej zimy. W takiej właśnie sytuacji sądy pracy uznają, że pracodawca ma prawo odmówić udzielenia urlopu na żądanie w określonym terminie. Ale zasadą powinno być to, że ten urlop udzielany jest w terminie wskazanym przez pracownika – informuje mecenas.

W przypadku nieuzasadnionej odmowy przyjęcia wniosku o urlop pracodawca naraża się na finansowe konsekwencje. Kodek pracy traktuje tego typu decyzję jako wykroczenie przeciwko prawom pracownika, co grozi karą w wysokości od tysiąca do nawet 30 tys. zł.

Polski dłużnik coraz bardziej świadomy i szybciej spłaca zobowiązania

CEO Magazyn Polska

Polscy dłużnicy coraz lepiej znają swoje prawa i obowiązki. W spornych sytuacjach z windykatorem piszą zażalenia, ale wiedzą również, że zadłużenie należy spłacać i że przedawnienie sprawy nie oznacza końca długu. Średni czas spłaty zadłużenia wynosi 33 dni, to blisko o połowę krócej niż na południu Europy.

Obserwujemy dłużników od kilkunastu lat. Z roku na rok coraz lepiej znają swoje prawa, ale zmienia się też sam proces windykacji. To już nie jest taki proces jak kilkanaście lat temu. Należymy do Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, stosujemy zasady dobrych praktyk, z kolei dłużnik nie waha się, żeby pójść do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów lub zgłosić sprawę do Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jolanta Piasecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w Intrum Justitia, firmie, która świadczy usługi zarządzania należnościami finansowymi.

Z raportu InfoDług firmy BIG InfoMonitor wynika, że w pierwszej połowie tego roku udzielono 3,5 mln kredytów konsumpcyjnych, o rekordowej wartości 39,6 mld zł. To o 6,6 proc. w ujęciu wartościowym więcej niż w analogicznym okresie 2014 roku.

Łącznie Polacy zalegają już na blisko 41 mld zł. Liczba klientów podwyższonego ryzyka to ok. 2,4 mln osób. Zadłużenie rośnie, ale większa jest też wiedza konsumentów na ten temat.

Dłużnik wie, jak wygląda jego sytuacja. Wie, że przedawnienie sprawy nie zamyka możliwości dochodzenia należności. Również firmy pracują coraz bardziej profesjonalnie. Jesteśmy partnerami – podkreśla Piasecka.

Większość osób, które nie regulują swoich zobowiązań, jest zadłużonych na stosunkowo niewielkie kwoty. Przykładowo, w Rejestrze Dłużników ERIF przeważają osoby, które mają zadłużenie w wysokości od 1 do 3 tys. zł. Średnie zadłużenie konsumenta nie przekracza 5 tys. Spłacalność długu w dużej mierze zależy od przedawnienia i tytułu, z którego wynika. Trudno jest windykować szybkie pożyczki, które są udzielane np. przez telefon. Sytuacja na rynku wygląda jednak coraz lepiej.

Wyznaczany termin spłaty w Polsce wynosi około 21 dni, zarówno w sektorze biznesowym, jak i w sektorze konsumenckim. Termin spłaty to 33 dni, podobny w obu sektorach. To nie jest zła informacja dla przedsiębiorców, bo jeżeli porównamy się z krajami w trudnej sytuacji ekonomicznej, jak Grecja i całe południe Europy, to tam standardem jest 60 dni – zaznacza ekspertka Intrum Justitia.

Jeszcze kilka lat temu więcej było dłużników, którzy unikali spłaty zobowiązań. Teraz wiedzą, że nie jest to rozwiązanie i że z windykatorem można się porozumieć. To efekt także innego podejścia firm ściągających należności. Mają świadomość, że spłata zależy w dużej mierze nie tylko od sytuacji samego dłużnika, lecz także sytuacji makroekonomicznej.

Z punktu widzenia firmy windykacyjnej ważna jest konsekwencja. To nie jest tak, że próbujemy odzyskać dług jeden raz i się wycofujemy. Będziemy konsekwentnie przez kilka lat przypominać, że zadłużenie istnieje. Sytuacja dłużnika może się zmienić, a on musi mieć świadomość, że zadłużenie musi spłacić – mówi Piasecka.

Dłużnicy coraz częściej też spłacają długi. Wiedzą, że unikanie windykatorów może skończyć się spotkaniem w sądzie, a następnie windykacją komorniczą.

W Polsce często jest tak, że kiedy ktoś dostaje wezwanie do zapłaty, dzwoni, żeby się upewnić, czy to zadłużenie istnieje, czasami trochę się pokłóci, czy faktycznie musi zapłacić, natomiast nie wywołuje to jeszcze automatycznej kwestii spłaty – wskazuje Jolanta Piasecka i podkreśla, że znacznie w tym względzie różnimy się od przeciętnych dłużników z północy Europy. – Terminy płatności w Skandynawii są zawsze krótkie. Tam mentalność ludzi jest inna i jedno wezwanie do zapłaty powoduje natychmiastową spłatę – tłumaczy. 

Dobre perspektywy dla studentów rachunkowości zarządczej. Coraz więcej ofert pracy i wysokie zarobki

CEO Magazyn Polska

W ciągu ostatnich czterech lat podwoiła się liczba studentów rachunkowości zarządczej w Instytucie CIMA. Zainteresowanie tym kierunkiem rośnie, bo i perspektywy dla tej branży są coraz lepsze. Wzrasta także zapotrzebowanie na specjalistów, którzy dzięki analizie danych z firmy i jej otoczenia potrafią wspierać zarządy w podejmowaniu decyzji. Te zaś doceniają ich pracę, oferując wyższe zarobki.

Nigdy nie było lepszych czasów niż obecne, jeśli chodzi o pracę w rachunkowości zarządczej – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Andrew Miskin, Deputy President w Instytucie Rachunkowości Zarządczej CIMA. – Firmy na całym świecie zmagają się z niedoborem materiałów, kadry. Rachunkowość zarządcza właśnie z tym pomaga sobie radzić.

Specjaliści w dziedzinie rachunkowości zarządczej dzięki analizie wyników firmy i jej otoczenia pomagają zarządom podejmować lepsze decyzje oraz rozumieć ich konsekwencje. Wskazują również, jakie decyzje będą wspierać rozwój zarówno całych organizacji, jak i jej pracowników.

Rozumiemy, w jaki sposób tworzona jest wartość firmy, jakie są koszty i jesteśmy w stanie pogodzić to w taki sposób, by pomóc przedsiębiorstwom osiągnąć sukces – twierdzi Andrew Miskin.

Na skutek coraz większej popularności rachunkowości zarządczej w ciągu ostatnich kilku lat podwoiła się liczba studentów uczących się tego zagadnienia w Instytucie CIMA.

Mamy teraz ponad 227 tysięcy studentów i członków na całym świecie – twierdzi Andrew Miskin. – Rachunkowość zarządcza wymaga wiedzy w zakresie finansów. To podstawa. Potrzebne są również zdolności przywódcze, umiejętność pracy z ludźmi i komunikatywność. Dzięki takim kompetencjom rachunkowość zarządcza  może wywierać wpływ na organizacje i pomagać w podejmowaniu lepszych decyzji.

Specjaliści z dyplomem CIMA pracują w sektorze publicznym, prywatnym oraz non-profit. Instytut współpracuje z pracodawcami, tworząc raporty i badania, a także aktualizując program nauczania tak, aby CIMA była instytucją „pierwszego wyboru” podczas rekrutacji liderów biznesu w dziedzinie finansów. 

Bardzo trudno określić poziom wynagrodzenia takich specjalistów, bo to zależy od poszczególnych organizacji – mówi Andrew Miskin. – Na podstawie ankiet porównawczych wnioskujemy, że w Polsce miesięczna pensja takiego specjalisty to około 10 tys. zł. Badania pokazują również, że otrzymują oni średnio o około 80 proc. większe wynagrodzenie niż osoby bez dyplomu CIMA. Warto więc zdobywać kwalifikacje w tej dziedzinie.

Założony w 1919 roku Instytut Rachunkowości Zarządczej CIMA (The Chartered Institute of Management Accountants) jest największą organizacją zrzeszającą specjalistów w zakresie rachunkowości zarządczej, liczącą ponad 227 tys. członków i studentów w 179 krajach.

Popołudniowy komentarz walutowy z 21.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 21.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

BetaMed chce uruchomić kolejne kliniki, by leczyć i aktywizować seniorów. Śląska spółka planuje też ekspansję zagraniczną

CEO Magazyn Polska

Starzenie się społeczeństwa stawia nowe wyzwania przed służbą zdrowia. Osoby starsze trzeba nie tylko leczyć, lecz także aktywizować, by dzięki dobrej kondycji dłużej zachowali zdrowie, bo to obniży koszty ich leczenia i będzie przeciwdziałać wykluczeniu społecznemu. Spółka BetaMed specjalizująca się w opiece domowej nad pacjentami zamierza proponować seniorom, by w placówkach ich firmy łączyli rekreację z leczeniem. Klientów chce szukać także za granicą.

Zmiany demograficzne są nie tylko polskim problemem. Ludzie żyją coraz dłużej i coraz dłużej zachowują aktywność w całym zachodnim świecie. BetaMed rozważa więc ekspansję międzynarodową.

– Zapraszają nas, żebyśmy zrobili filie w Stanach – powiedziała w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Beata Drzazga, prezes zarządu BetaMedu. – Może na razie będą to tylko punkty informacyjne, gdzie będziemy informować Polonię o tym, że można pozostawić tutaj mamę, tatę i że są ośrodki godne polecenia. Może to będą ośrodki jeszcze w innych krajach.

BetaMed świadczy usługi pielęgniarskie w ponad 70 oddziałach w całej Polsce. Głównie realizuje kontrakty z Narodowym Funduszem Zdrowia na świadczenia pielęgnacyjne i opiekuńcze. Firma zatrudnia blisko 2 tys. pielęgniarek i pielęgniarzy. Ma też w Chorzowie klinikę Medical Active Care, w której oferuje zarówno całodobową opiekę, jak i pobyty dzienne. Chce tak organizować opiekę nad starszymi, by dzięki aktywności, uprawianiu sportu jak najdłużej nie wymagali poważnych interwencji lekarskich. Jak mówi Beata Drzazga, tak jak osoby młode chodzą i spędzają z pożytkiem czas, np. na siłowniach, tak samo osoby starsze, seniorzy mogą spędzać czas,  poprawiając swą sprawność.

– BetaMed prospołecznie spotyka się z osobami z zewnątrz, z seniorami, organizujemy tzw. centrum SPA, mody i urody dla seniorów, pobyty dzienne. Pobyty dzienne są płatne, ale te spotkania na razie robimy bezpłatnie – mówi Beata Drzazga. – Robimy w ten sposób, że osoby, które mieszkają na zewnątrz kliniki Medical Active Care łączą się z osobami, które mieszkają u nas, to aktywizuje osoby starsze, które są u nas w zakładzie pielęgnacyjno-opiekuńczym do tego, żeby się ładnie ubrać, nie leżeć w łóżku i razem z innymi brać udział w zajęciach.

Taka aktywizacja ludzi starszych to nie tylko sposobu na ciekawe spędzanie wolnego czasu, lecz także oszczędność, bo zamiast kosztownych procedurach medycznych organizujemy zajęcia, dzięki którym ludzie są dłużej zdrowi i sprawni.

– Warto w ramach rozrywki przemycić zajęcia, w trakcie których ludzie powinni się ruszać, wprowadzać różne ćwiczenia i chodzić na rehabilitację – podkreślała prezes zarządu podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju. – I ci ludzie chętnie w tym biorą udział, bo dzięki temu mają gdzie spędzić czas, nie siedzą w domu przed telewizorami i nie myślą o tym, co ich gnębi, jakie mają choroby, ile tabletek powinni zjeść. Po drugie społeczeństwo jest już coraz bardziej świadome i chętnie bierze udział w takich zajęciach.

Spółka ma nadzieję, że pozytywne aspekty aktywizacji ludzi starszych docenią również politycy. Liczy na to, że resorty zdrowia oraz resort pracy zaczną ze sobą współpracować nad odpowiednimi programami, bo oznaczałoby to w sumie mniejsze wydatki. Sami emeryci najczęściej nie są w stanie sfinansować podobnych zajęć, łączących rozrywkę, profilaktykę i opiekę medyczną.

Rozwijamy się również w kierunku rehabilitacji sportowej – informuje prezes Beata Drzazga z BetaMedu Przed nartami, po nartach czy tak po prostu można przyjść zrobić sobie przegląd. To powinien być standard, bo dzieci bada się bardzo często, robi się bilanse, a dorośli, zwłaszcza zapracowani, rzadko się badają. U nas jest możliwość wykonania wszystkich niezbędnych badań. Mamy wszystkich specjalistów, USG, rentgeny, możemy zrobić kolonoskopię czy gastroskopię.

Coraz mniej fuzji i przejęć. W I półroczu było ich tylko 33, czyli o 146 mniej niż rok wcześniej

CEO Magazyn Polska

Polscy właściciele przedsiębiorstw są coraz mniej skłonni do sprzedaży swoich firm. Między styczniem a czerwcem br. odnotowano jedynie 33 fuzje i przejęcia, aż o 146 mniej niż w pierwszym półroczu 2014 roku. W latach 2010-2012 odbywało się rocznie po 500-600 tego rodzaju transakcji. Najczęściej nadal sprzedawane są firmy handlowe, choć i liczba tych transakcji wyraźnie spada.

Nasze analizy pokazują, że w latach 2010-2014 spadła liczba fuzji i przejęć w obszarze handlu detalicznego, hurtowego oraz tych gałęzi przemysłu, gdzie były one najczęstsze, czyli w sektorze zarządzaniu nieruchomościami i szeroko pojętym budownictwie – mówi agencji Newseria Inwestor Robert Kremser, dyrektor ds. rozwoju w Bisnode Polska.

Jak wynika z ostatniego opracowania tej firmy w latach 2010-2012 liczba fuzji i przejęć oscylowała wokół poziomu 500-600 rocznie. W ubiegłym roku natomiast spadła do 263. W pierwszym półroczu br. na polskim rynku odnotowano zaledwie 33 przejęcia przedsiębiorstw. W porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku przeprowadzono o 146 fuzji mniej, a w stosunku do pierwszego półrocza 2011 roku – o 256.

Jest to spowodowane tym, że podczas kryzysu łatwiej było firmom przejmować spółki będące w gorszej sytuacji finansowej, więcej było okazji do tego, by zająć się konsolidacją rynku i tak wyjść na zakupy, aby przejąć większą część rynku, konkurentów, którzy znaleźli się w gorszej sytuacji finansowej i w ten sposób wykorzystać efekt synergii – tłumaczy Robert Kremser. – Więcej było okazji, żeby rosnąć nie tylko organicznie, lecz także poprzez fuzję i przejęcia.

Z danych Bisnode Polska wynika, że w ogólnej liczbie przejęć dominuje handel hurtowy i detaliczny. W pierwszym półroczu 2012, 2013, 2014 i 2015 roku przejęto w sumie 74 hurtownie, 69 firm z sektora handlu detalicznego oraz 47 przedsiębiorstw związanych z obsługą rynku nieruchomości. W tym roku były to zaledwie dwie hurtownie oraz trzy przedsiębiorstwa handlu detalicznego. Nie odnotowano ani jednej fuzji, której przedmiotem byłaby firma związana z rynkiem nieruchomości.

Najwięcej fuzji odbywało się w handlu hurtowym i detalicznym oraz budownictwie, gdzie w latach kryzysu bardzo dużo przedsiębiorstw miało kłopoty finansowe, chyliło się ku upadkowi i na skutek tego pojawiło się sporo okazji – mówi Robert Kremser. – Dużo też było planowanych fuzji, które z różnych powodów nie doszły do skutku. Właściciele rozmyślali się, zmieniali zdanie co do wyceny swoich przedsiębiorstw, więc przejęcia w pewnym momencie kończyły się niepowodzeniem. Rynek bardzo w tym okresie się rozwinął, przy czym w ostatnich latach procesy takie dotyczą raczej firm mających do 100 mln zł rocznych przychodów. Wcześniej były także większe przedsiębiorstwa.

Jak precyzuje Robert Kremser, wcześniej odbywały się fuzje związane nie tylko z połączeniem dwóch przedsiębiorstw oraz wykorzystaniem efektu synergii (przynoszącej oszczędności likwidacji dublujących się aktywności). Wiele przedsiębiorstw szukało też inwestora, który mógłby zrestrukturyzować firmę.

Mówimy o fuzjach ogólnie, ale były też takie poszukiwania, których celem było znalezienie inwestora, by utrzymać biznes i ratować firmę – uściśla Kremser.

Jego zdaniem w najbliższej przyszłości kolejnych fuzji nie będzie już dużo. Według Roberta Kremsera jest to wynik coraz mniejszych możliwości rynku oraz związanych z tym trudności przeprowadzenia takiego procesu. W ostatnich latach znacząco zmieniło się także myślenie właścicieli o swoich przedsiębiorstwach.

Zobaczyli, że przeszli przez trudne czasy kryzysu, firma nie tylko nie pogorszyła swojej sytuacji, lecz także np. urosła i chociaż dwa lata temu była możliwość i chęć, aby firmę sprzedać, to teraz już takiej potrzeby nie ma albo mówimy o kwotach, które nie są do uzyskania od potencjalnych inwestorów – wyjaśnia Robert Kremser.

Jak zauważa, wcześniej fuzje, szczególnie w handlu hurtowym i detalicznym, odbywały się na rynku, który był bardzo mocno rozdrobniony i miały typowy charakter konsolidacyjny. Sieci detaliczne i różnego rodzaju hurtownie dążyły do fuzji, żeby przejąć jak największe części rynku.

Teraz przejęcia na pewno będą się odbywać między większymi firmami niż miało to miejsce w latach 2010-2014 – mówi Robert Kremser z firmy Bisnode Polska. – Większe będą wolumeny transakcji, a fuzje będą dłuższe, wymagające bardziej drobiazgowego przygotowania. W rezultacie ich liczba raczej będzie spadać.

Polska ma siedem miesięcy na wdrożenie nowych unijnych dyrektyw o zamówieniach publicznych. Ma być szybciej, oszczędniej i bardziej przejrzyście

CEO Magazyn Polska

Reforma zamówień publicznych to – jak oceniają eksperci – szansa na dostosowanie prawa do praktyk panujących w biznesie. Polska ma czas do 18 kwietnia 2016 roku, by wdrożyć unijne dyrektywy do rodzimych zapisów. Te m.in. obejmują komunikację elektroniczną, skrócenie procedur czy dopuszczenie do zamówień publicznych zagranicznych firm.

Ambicją zarówno Komisji Europejskiej, jak i międzynarodowych organizacji, takich jak OECD i Bank Światowy, jest reforma zamówień publicznych w taki sposób, żeby były one jak najbliższe praktykom biznesowym obecnym na rynku – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Eliza Niewiadomska, specjalista ds. zamówień publicznych z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju w Londynie. – To, co widać na rynku europejskim i światowym, to zdecydowane dążenie do unowocześnienia i usprawnienia procedur zamówień publicznych.

Według ekspertki oznacza to przede wszystkim skrócenie procedur czy wprowadzenie zamówień elektronicznych, które w całej Unii mają być wdrożone w przyszłym roku.

– To także umożliwienie śledzenia przepływu pieniądza od planowania finansowego, przez planowanie inwestycji, po zawieranie umowy i wynagrodzenia wypłacane z umów – wymienia Eliza Niewiadomska. – Wreszcie finalny rezultat i oczywiście zamiar poprawy ekonomiczności wydatkowania środków poprzez tworzenie centrów zakupowych na różnych poziomach administracji – dodaje.

Wśród zapisów unijnych dyrektyw dotyczących zamówień publicznych są m.in.: wprowadzenie takiego samego dokumentu zamówienia w całej Unii, utworzenie elektronicznej bazy zamówień, czy zniesienie zasady automatycznego wykluczania oferentów.

Unia Europejska nakłada obowiązek wdrożenia nowych przepisów do kwietnia przyszłego roku. Mają one wprowadzić do systemu prawnego obowiązkowe zamówienia elektroniczne i usprawnienia dla zagranicznych wykonawców w ubieganiu się o zamówienia publiczne w krajach członkowskich – wymienia Niewiadomska.

Wartość przetargów publicznych w Polsce oscyluje wokół 140-160 mld złotych rocznie. Z danych Urzędu Zamówień Publicznych wynika, że w 2014 roku w około 40 proc. przetargów brał udział jedynie jeden oferent. To największy odsetek w Unii Europejskiej.

Według Elizy Niewiadomskiej, jeśli chodzi o organizację przetargów, Polska ma sporo do nadrobienia.

Polska wypada średnio. Największy postęp w zamówieniach publicznych przez ostatnie 5 lat zrobiły kraje, które wychodzą z kryzysu, ponieważ miały silną motywację, żeby zacząć oszczędzać – twierdzi Eliza Niewiadomska. I w takich krajach jak Portugalia, Cypr, Grecja, Hiszpania czy teraz Francja postawiono na zamówienia elektroniczne i reorganizację procesu zakupowego tak, żeby oszczędzać. Portugalczycy twierdzą, że dzięki tej reformie oszczędzają 3 proc. swojego budżetu krajowego, to są niesamowite pieniądze – tłumaczy.

Wobec nowego PROW rynek oczekuje większego wsparcia inwestycji w maszyny rolnicze

Tomasz Wieja

Dopłaty z budżetu unijnego zwiększają inwestycje w rolnictwie. Pokazały to doświadczenia poprzedniej perspektywy UE. Ten rok jest słabszy od poprzednich, choć pieniądze z PROW 2007-2013 wsparły sprzedaż jeszcze w czerwcu i pewnie zwiększą popyt we wrześniu, kiedy mija kolejny termin wypłaty zaległych środków. Producenci maszyn czekają na wysyp zamówień z kolejnej perspektywy, chociaż podkreślają, że nowe konkursy w zbyt małym stopniu wspierają inwestycje w maszyny.

Podczas ostatnich programów, które były wprowadzane na rynek w poprzednich latach, głównie promowane były zakupy nowych maszyn. To miało ogromny wpływ na rynek. Widać to szczególnie po 2012 roku, który był rekordowy pod względem liczby rejestracji nowych ciągników w Polsce – mówi Tomasz Wieja, ekspert New Holland, jednego z liderów wśród producentów ciągników.

Rolnicy zarejestrowali wówczas ponad 19 tys. nowych ciągników. W kolejnych latach już tak dobrze nie było. W tym roku środki z UE wspierają sprzedaż tylko w niektórych miesiącach. Z raportu firmy Martin & Jacob, monitorującej rynek rolniczy, wynika, że w czerwcu odnotowano rekordową liczbę rejestracji nowych ciągników – ponad 2 tys. Eksperci wiążą to z wypłatą zaległych środków z PROW 2007-2013. Lipcowe wyniki sprzedażowe są jednak zdecydowanie gorsze. Zarejestrowano tylko 781 ciągników – o 61 proc. mniej niż w czerwcu i 46 proc. mniej niż rok wcześniej. W ciągu siedmiu miesięcy roku zarejestrowano w Polsce ponad 8,2 tys. traktorów.

Ten rok jest kolejnym okresem lekkiego regresu. Szacujemy, że nowych ciągników zarejestrowanych w Polsce będzie około 13-14 tys. Nie jest to poziom, którego byśmy oczekiwali – mówi Tomasz Wieja.

Producenci liczą na to, że unijne środki z nowej perspektywy pozwolą choć trochę zbliżyć się do wyniku z 2012 roku. Branża czeka na uruchomienie naborów na premie dla młodych rolników. Zastrzykiem pieniędzy będzie też program Modernizacja Gospodarstw Rolnych, który odgrywa istotną rolę w napędzaniu nowych inwestycji. Zdaniem ekspertów nowe programy powinny jednak bardziej wspierać zakupy nowych maszyn.

Dzisiaj promowane są nieco inne formy zagospodarowania tego budżetu dla rolników. Dzisiaj mówimy bardziej o infrastrukturze, mniej o zakupach nowych maszyn – mówi Wieja. – Myślę, że powinniśmy jednak skupić się na tym, aby promować cały czas zakup nowych maszyn. Potrzebujemy czegoś, co będzie zachęcało rolników do inwestycji.

Podkreśla, że ogólnie stan maszyn w polskim rolnictwie jest coraz lepszy, ale wciąż wymaga sporych nakładów. Są one konieczne, by polscy rolnicy mogli wygrywać z rolnikami z państw Europy Zachodniej.

Wciąż duże potrzeby w zakresie modernizacji rolnictwa powodują, że na polskim rynku o klientów walczą w zasadzie już wszystkie światowe marki, konkurując również z producentami krajowymi.

Wieja podkreśla, że branża musi dostosowywać swoją ofertę do coraz wyższych wymagań klientów.

Oferta producentów pokrywa się z tym, czego oczekuje rolnik europejski. Czyli mamy pełną gamę maszyn, od 20 aż do 700 koni mechanicznych – podkreśla ekspert New Holland. – Mamy nowe rozwiązania dla precyzyjnego rolnictwa i tym rolnicy są bardzo zainteresowani. To są oszczędności nie tylko w zużyciu paliwa, lecz także w zużyciu wszystkich środków ochrony roślin, nawozów i innych elementów, które mają wpływ na koszty prowadzenia działalności rolniczej.

Jak podkreśla Wieja, producenci stawiają na normy ekologiczne i kładą nacisk na redukcję emisji szkodliwych spalin. Podobnie jak nowe samochody również ciągniki naszpikowane są nowymi technologiami. Nową ofertę producenci prezentowali na Międzynarodowej Wystawie Rolniczej AGRO SHOW 2015 w Bednarach koło Poznania.

Dla rolników w nowej perspektywie przeznaczono 13,5 mld euro. 8,6 mld mają stanowić fundusze unijne, a 4,9 mld – wkład krajowy. Wieja podkreśla, że pomaga także przewidywalność wsparcia. Polscy rolnicy mogą się przygotować do rozpoczęcia inwestycji i zaplanować swój rozwój pod kątem zbliżających się naborów.

Na unikaniu płatności VAT Polska traci 42 mld zł rocznie. Większe wpływy do budżetu byłyby możliwe dzięki obniżeniu i uproszczeniu podatków

Szara strefa związana z niepłaceniem podatku VAT w Polsce stanowi niemal 27 proc. zobowiązań z tego tytułu. Ekonomiści szacują, że do budżetu nie trafia co roku ponad 40 mld zł. Sytuację poprawiłoby obniżenie i ujednolicenie stawek podatków oraz uproszczenie przepisów.

Obniżone wpływy z VAT- u to zaledwie część tego, co budżet traci na nieoficjalnej aktywności swoich obywateli.

Na unikaniu płatności tylko z tytułu VAT tracimy 42 mld zł rocznie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Poniatowski, starszy ekonomista w Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. – Jeżeli przyjmiemy, że wielkość szarej strefy, którą bardzo trudno się liczy, jest taka sama w całej gospodarce, to możemy szacować, że ubytek z tytułu wszystkich podatków może wynosić nawet 100 mld zł rocznie.

Na tle innych państw Unii Europejskiej Polska wypada słabo. Tak duża szara strefa związana z podatkiem VAT stawia ją na siódmym od końca miejscu w rankingu. Znacznie lepiej wypadamy na tle państw Europy Środkowej. Tu Polska plasuje się w środku stawki. Mniejsza szara strefa jest na Węgrzech, w Estonii i Czechach, a wyższa na Słowacji, Litwie i Łotwie.

W krajach takich jak Holandia, Szwecja i Finlandia udało się zredukować nieściągalność podatku VAT do poziomu niewiele przekraczającego 4 proc. zobowiązań – mówi Grzegorz Poniatowski. – Ale warto wspomnieć, że są też kraje, w których nieściągalność wynosi powyżej 40 proc. Takim krajem jest np. Rumunia, która od lat plasuje się na najgorszym miejscu w zestawieniu.

W badaniach Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych uwzględniono nie tylko klasyczną szarą strefę, czyli ludzi działających poza systemem podatkowym, lecz także wzięto pod uwagę m.in. bankructwa firm, wybieranie niewłaściwych (niższych) stawek opodatkowania i unikanie płatności podatków przez firmy, także takie, które jest zgodne z obowiązującym prawem.

Z raportu wynika, że za szarą strefę odpowiadają nie tylko ci, którzy nie płacą podatków, lecz także ci, którzy je nakładają.

Wysokość podatków wpływa na wielkość szarej strefy – mówi Poniatowski. – Również poziom skomplikowania systemu podatkowego jest z nią skorelowany. Warto wspomnieć, że Ministerstwo Finansów, począwszy od 2013 roku, przeprowadza działania mające na celu redukcję skali przestępstw, mowa tu o karuzelach finansowych i działalności słupów. To są również działania, które mamy nadzieję, przyniosą zmniejszenie wielkości szarej strefy, ale to dopiero zobaczymy w kolejnym badaniu dla 2014.

To nie zwiększenie represyjności może jednak przynieść ograniczenie szarej strefy i wzrost wpływów podatkowych. Znacznie lepszym sposobem wydaje się uproszczenie prawa i obniżanie obciążeń.

Poziom skomplikowania wpływa na łatwość oszustw finansowych. Przykład to różne stawki podatkowe na kawę z mlekiem i mleko z kawą. Bardzo łatwo jest w takim przypadku oszukać fiskusa i zastosować inną stawkę podatkową. Gdyby jednak system był prosty, to na pewno byłoby trudniej o takie przestępstwo – tłumaczy ekspert Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych.

Dodaje, że najmniejsza ściągalność VAT-u jest we wszystkich tych branżach, które narażone są na wysoką stopę procentową, jak np. alkohole czy wyroby tytoniowe. Podobnie jest z innymi podatkami.

– W jednym z badań przeprowadzonych przez CASE dotyczącym podatku akcyzowego udowodniliśmy, że dalsze zwiększanie stawki podatkowej na tyle zwiększa wielkość szarej strefy, że przychody z tytułu podatków będą się zmniejszały. Szara strefa bardzo się rozwijała również w kilku innych branżach, nieobjętych akcyzą, jak chociażby w branży wyrobów hutniczych czy elektroniki użytkowej – mówi ekspert CASE.

Dostosowanie przepisów o rewizji finansowej do wymogów UE wstrząśnie branżą audytorską. Mniejsze firmy mogą zniknąć z rynku

Ustawa, która ma dostosować polskie przepisy dotyczące kontroli finansowej przedsiębiorstw do wymogów Unii Europejskiej, zmieni obraz branży audytorskiej – oceniają jej przedstawiciele. Celem reformy jest dekoncentracja rynku, ale konsekwencje mogą być dotkliwe dla małych firm, którym grozi wypadnięcie z rynku. W resorcie finansów trwają konsultacje w sprawie nowych przepisów.

Powodem zmian w polskich przepisach jest konieczność wdrożenia unijnych dyrektyw. Mają one doprowadzić do wzrostu jakości informacji finansowej oraz do dekoncentracji rynku audytorskiego. Szczególnie jednostki zainteresowania publicznego, czyli m.in. banki i ubezpieczyciele, zlecają audyty największym audytorom – co roku temu samemu, umacniając ich pozycję.

Jednym z celów zmian jest zwiększenie konkurencyjności rynku audytorskiego, w tym również usunięcie ryzyka systemowego związanego z dominacją wielkiej czwórki [Deloitte, KPMG, EY i PwC – red.]. Wydaje mi się, że istnieje niepewność co do tego, czy proponowane działania ujęte w założeniach do regulacji ustawowych będą zgodne z tym celem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Ewa Jakubczyk-Cały, prezes zarządu firmy audytorskiej PKF Consult.

W projekcie przygotowanym przez resort finansów przewidziano m.in. zwiększenie niezależności audytorów od badanego podmiotu. Przepisy zakładają np. rotację firm badających konkretne przedsiębiorstwo – po ośmiu latach konieczna będzie zmiana audytora. Zmiana kluczowego biegłego rewidenta będzie konieczna po czterech latach, a nie jak dotąd po pięciu, np. w branży ubezpieczeniowej.

Jak podkreśla prezes PKF Consult, nowe przepisy nakładają na audytorów szereg wymogów i obowiązków, które zwiększą koszty prowadzenia tej działalności.

Dziś na rynku istnieje około 1,7 tys. firm audytorskich, z czego zdecydowana większość prowadzona jest w formie jednoosobowych działalności gospodarczych. Myślę, że jednoosobowych działalności nie będzie stać na przystosowanie się do wymogów ustawowych – uważa Ewa Jakubczyk-Cały. – Bardzo niewiele firm będzie w stanie zrealizować te wymagania, aby móc dalej funkcjonować, oferując usługi rewizji dla jednostek zainteresowania publicznego, czyli dla rynku publicznego. Może to spowodować wycofanie się z rynku wielu podmiotów. Prawdopodobny jest też rosnący trend konsolidacji branży poprzez przejęcia i fuzje.

Istotne jest również to, że nowe przepisy wprowadzają zakaz zawierania umów podwykonawstwa. To też dotknie najmniejsze firmy działające na rynku, ponieważ często średni i duzi gracze przy realizacji badań wspierali się mniejszymi podmiotami.

Zakaz usług podwykonawstwa może spowodować dodatkowo, że małe podmioty, nie mogąc sprostać wszystkim regulacjom dotyczącym procesów oraz wykładania środków na promocję swojej działalności, będą musiały się wypisać z listy podmiotów uprawnionych do badania sprawozdań finansowych i skoncentrować się na alternatywnych usługach opartych o swoje kompetencje – wyjaśnia prezes PKF Consult.

Ocenia, że w ogólnym rozrachunku liczba firm audytorskich w Polsce spadnie, podobnie jak liczba audytorów badających jednostki zainteresowania publicznego.

Dzisiaj jest ich około 100, a myślę, że zostanie ich ok. 15-20 – prognozuje Jakubczyk-Cały.

Powodem są wyższe kary finansowe za wykryte nieprawidłowości.

Nadzór publiczny, oprócz biegłych rewidentów, będzie miał możliwość sankcjonowania członków organów rad nadzorczych i komitetów audytu – podkreśla Ewa Jakubczyk-Cały. – Kary w tym przypadku są podobne jak dla biegłych rewidentów, czyli maksymalna kara to jest 4 mln zł dla osoby fizycznej i 10 proc. przychodów dla osób prawnych.

Uspokaja jednak, że zgodnie z dyrektywą wysokość kar powinna być zależna nie tylko od istoty przewinienia, lecz także od możliwości finansowych, czyli dochodów osiągniętych przez osobę karaną.

Jestem przekonana, że ostateczny kształt ustawy będzie satysfakcjonujący dla wszystkich stron. Myślę, że ostateczny cel, czyli poprawa jakości finansowej i zwiększenie zaufania inwestorów, przy tych regulacjach i przy lekkiej ich korekcie zostanie dokonany – ocenia ekspertka.

Wart około 2,5 mld zł krajowy rynek zabawek w tym roku wzrośnie o 4-5 proc. Branżę czeka konsolidacja

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej kupują zabawki. W ubiegłym roku rynek wzrósł o ok. 8 proc. i była to najwyższa dynamika w Unii Europejskiej (dwa razy wyższa niż średnia). W br. wydatki na zabawki powinny wzrosnąć o około 4-5 proc. Na rynku jest bardzo wielu graczy, więc najprawdopodobniej czeka go konsolidacja.

Rynek zabawek charakteryzuje się dużym rozdrobnieniem, najwięksi gracze mają zaledwie kilka procent udziału, więc na pewno jest to rynek, który prędzej czy później czeka konsolidacja – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Ochędzan, członek zarządu i dyrektor finansowy w Grupie AB. – Chcielibyśmy na pewno tutaj odegrać aktywną rolę w najbliższym czasie, zarówno w procesie konsolidacji, jak i w procesie zwiększania udziału w tym rynku.

Grupa AB specjalizująca się w dystrybucji sprzętu IT od dwóch lat zwiększa swoje udziały w rynku zabawek poprzez firmę Rekman, dystrybutora zabawek w Polsce.

Dopiero kilka kwartałów znacząco rośniemy w tym segmencie, ale mamy nowe pomysły na rozwój, na pewno będziemy o nich mówić podczas podsumowania wyników. Nie poprzestaniemy na tym, co obecnie robimy – mówi Ochędzan.

Jak wynika z danych firmy Rekman, krajowy rynek zabawek w ubiegłym roku wart był około 2,5 mld zł po wzroście o około 8 proc. (prawie dwa razy szybszym niż w całej Unii Europejskiej). Prognozy producentów przedstawione podczas ostatnich targów tego rodzaju produktów w Norymberdze wykazują, że br. zakończy się w Polsce dynamiką rynku na poziomie 4-5 proc. W ubiegłym roku miesięczny wzrost tylko w grudniu, najważniejszym miesiącu dla branży, wyniósł aż 10 proc.

Ubiegłoroczne wzrosty europejskiego rynku zabawek nie dotyczą jednak wszystkich segmentów. Z dziewiętnastu kategorii jedenaście zaliczyło wzrost, zaś osiem – spadek. Największy progres odnotowano w zabawkach konstrukcyjnych oraz artystycznych i kreatywnych. Spadek dotknął natomiast przede wszystkim artykuły dla niemowląt oraz lalki.

Coraz większy kawałek tortu przypada sklepom internetowym. Ich ubiegłoroczne obroty stanowiły 25 proc. sprzedaży zabawek w UE (22 proc. w 2013 roku). Rosnąć będzie także rola dystrybutorów.

Wejście w dystrybucję zabawek to konsekwencja wykorzystania naszych kompetencji, które posiadamy zarówno po stronie obsługi logistycznej, jak i masy krytycznej, przede wszystkim zdolności finansowania biznesu – podkreśla Grzegorz Ochędzan. – Paradoksalnie dystrybucja zabawek od IT niewiele się różni. Ale kluczowe są także kompetencje, które Rekman zbudował przez ostatnie 20 lat funkcjonowania. Wykorzystując te doświadczenia, umiejętności i znajomość rynku, chcemy na nim wzrastać. Takie są nasze plany.

Także w związku z rozwojem tego segmentu w Grupie AB w ostatnim roku obrachunkowym zatrudnienie wzrosło o około 7 proc.

To też opisuje naszą skalę działania – mówi dyrektor finansowy w Grupie AB. – Mamy otwarte projekty biznesowe, o których na razie nie mówimy, bo są w fazie startowej, ale w dłuższym terminie powinny przynosić coraz większe wyniki na poziomie przychodów i marż. Wzrost zatrudnienia na pewno nadal będzie szedł w parze z nowymi projektami.

W czerwcu spółka AB zakończyła swój rok obrachunkowy. Na wszystkich poziomach zysku i przychodów zwiększyła wyniki dwucyfrowo, a jej przychody sięgają niemal 7 mld zł.

W I półroczu otwarto 18 nowych hoteli. Wciąż jest miejsce na kolejne inwestycje

CEO Magazyn Polska

Przez najbliższe 5-7 latach w Polsce powstawać będzie średnio 20-30 nowych obiektów hotelowych rocznie – ocenia Instytut Hotelarstwa. Najlepsze perspektywy dla inwestorów stwarzają miejscowości turystyczne. Rozwijać się będą także duże sieci hotelowe w największych miastach oraz hotele tranzytowe. W stosunku do Europy Zachodniej polskie hotele są dużo młodsze, a przez to nowocześniejsze. Pod względem nasycenia rynku wciąż jednak daleko nam do europejskich liderów.

Mamy 2,2 tys. obiektów hotelowych na terenie całego kraju. Dla porównania w Niemczech jest 13 tys., a w Wielkiej Brytanii prawie 7 tys. obiektów hotelowych – mówi agencji Newseria Jacek Piasta, ekspert z Instytut Hotelarstwa.

Zdaniem Piasty niski stopień nasycenia rynku powoduje, że nasz kraj ciągle jest atrakcyjnym miejscem do inwestowania.

W pierwszym półroczu mieliśmy informację o wejściu na rynek 18 nowych obiektów hotelowych: i czterogwiazdkowych, i ekonomicznych – mówi ekspert Instytutu Hotelarstwa. – Szacujemy, że rynek będzie powiększał się w tempie około 20-30 obiektów hotelowych rocznie przez najbliższe 5-7 lat.

Inwestycje na rynku hotelowym są dziś realizowane zarówno w miastach, jak np. Kraków czy Trójmiasto, jak i w mniejszych miejscowościach o typowo turystycznym charakterze. Od lokalizacji zależy jednak rodzaj budowanego obiektu.

W dużych miastach jest miejsce na hotele ekonomiczne i te rozwijają się najlepiej. Natomiast w destynacjach wypoczynkowych, rekreacyjnych, gdzie Polacy jeżdżą odpoczywać, dominują hotele czterogwiazdkowe – wyjaśnia Jacek Piasta.

W opinii eksperta trudno też mówić o jednym standardzie hoteli, na jaki będzie zapotrzebowanie. W miejscowościach wypoczynkowych powstawać będą zarówno obiekty mniejsze, rodzinne, jak i te luksusowe z ofertą SPA. W dużych miastach szybciej będą się rozwijać hotele sieciowe oraz obiekty tranzytowe, czyli zlokalizowane przy drogach dojazdowych, dworcach czy lotniskach.

Dominującą grupę wśród polskich hoteli niezmiennie stanowią obiekty o 3-gwiazdkowym standardzie. Według Centralnego Wykazu Obiektów Hotelarskich w sierpniu 2015 roku było ponad 1,3 tys. hoteli tego typu. Najmniej jest obiektów 5-gwiazdkowych – tylko 57.

Piasta zapewnia, że obiekty hotelowe w Polsce charakteryzują się zróżnicowaną ofertą, dostosowaną do rodzaju klienta, którego chcą przyciągnąć. W przypadku obiektów o profilu biznesowym atutami będą lokalizacja w centrum miasta, parking czy szybki internet.

Z kolei hotel, który jest położony w miejscowości atrakcyjnej wypoczynkowo, powinien mieć jak najlepszą lokalizację, interesującą ofertę usług dodatkowych. To może być zarówno SPA, jak i boiska. Wszystko zależy od tego, czego szuka klient – wyjaśnia Jacek Piasta.

W ocenie eksperta rynku hotelowego najbardziej perspektywiczne regiony dla inwestorów to obecnie przede wszystkim dwa regiony: Małopolska (pasmo krakowsko-zakopiańskie) oraz województwo zachodniopomorskie (obszar między Świnoujściem a Kołobrzegiem).

Polska w zakresie hoteli miała etap żabiego skoku. Do końca lat 80. czy 90. mieliśmy głównie hotele Orbisu, Gromadę, trochę hoteli miejskich. Nasza baza hotelowa jest więc stosunkowo młoda – podkreśla. – Jeśli porównamy ją z bazą w Londynie, gdzie większość hoteli ma 40, 50, 60 i więcej lat, to nietrudno sobie wyobrazić, że nasze są bardziej nowoczesne, lepiej wyposażone i lepiej dostosowane do oczekiwań klientów.

Na polskim rynku informatycznym brakuje pracowników. To hamuje rozwój firm z branży

CEO Magazyn Polska

W polskich firmach informatycznych brakuje dziś ok. 50 tys. wykwalifikowanych pracowników. Liczba absolwentów specjalistycznych kierunków spada, a firmy IT prężnie się rozwijają i wciąż na rynek wchodzą nowe. Braki kadrowe hamują rozwój przedsiębiorstw. Dodatkowym problemem jest rosnąca konkurencja ze strony firm zagranicznych.

Bezrobocie w Polsce systematycznie spada. Jak szacuje resort pracy, w sierpniu bezrobocie spadło do 10 proc. To najlepszy wynik od 2009 roku. W praktyce oznacza to, że firmy zaczynają mieć problemy ze znalezieniem pracowników. Ten problem w coraz większym stopniu dotyczy branży informatycznej.

Największym wyzwaniem dla branży jest niedobór pracowników o odpowiednich kwalifikacjach, którzy są dostępni na rynku pracy. To w wielu punktach ogranicza działalność biznesu i uruchamianie kolejnych projektów, kolejnych inicjatyw – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Jedynak prezes zarządu KBJ.

Specjalistyczne kierunki kończy coraz mniej absolwentów, a zapotrzebowanie na pracowników – wraz z dynamicznym rozwojem rynku IT – rośnie lawinowo. Eksperci szacują, że w 2013 roku sektor IT zatrudniał ponad 400 tys. osób. Braki kadrowe szacuje się na 50 tys. osób.

To wpływa nie tylko na marże, które uzyskujemy w biznesie, lecz także częstokroć na brak możliwości rozpoczęcia kolejnych prac rozwojowych. Blokuje to więc rozwój rynku. Jeżeli nie mamy wystarczającej liczby ludzi na pokładzie, wystarczającej liczby specjalistów do obsługi zamówień, to po prostu tych zamówień nie obsłużymy – mówi prezes KBJ.

Z niedoborem pracowników borykają się również firmy na innych rynkach. Komisja Europejska ocenia, że w UE brakuje ok. 275 tys. pracowników, a do 2020 roku wolnych miejsc pracy będzie około miliona.

W informatyce nie odnotowujemy znaczącego odpływu ludzi za granicę. Duże polskie miasta są jednak zagłębiem usług wspólnych i centrów sharingowych. Te firmy zasysają z rynku znaczącą liczbę specjalistów. Zwłaszcza Warszawa, Poznań, Kraków i Wrocław to miasta, które są bardzo mocno wydrenowane ze specjalistów – mówi Artur Jedynak.

Mimo że rynek pracy w branży IT jest rynkiem pracownika, to w ostatnim czasie nie widać presji na płace. Wynagrodzenia w sektorze są wysokie, ale stabilne.

Firmy dochodzą do pewnego poziomu i trudno jest konkurować coraz to wyższym wynagrodzeniem, ponieważ nie jest to opłacalne. Klienci komercyjni radzą sobie na wiele sposobów, czy outsourcingiem danych usług, czy relokacją zasobów wewnętrznych, czy szkoleniami – mówi Jedynak.

Innym wyzwaniem dla polskich firm jest rosnąca konkurencja na rynku. Dobre perspektywy sektora sprawiają, że wejściem do Polski zainteresowanych jest coraz więcej firm zagranicznych.

Poza tym ogólnym wyzwaniem jest tempo zmieniającej się technologii i wchodzenie coraz to nowych innowacji, które właściwie zmieniają cały krajobraz rynku – mówi Jedynak.

IX Targi eHandlu – zarejestruj się bezpłatnie na największe spotkanie branży e-commerce

14 października 2015 roku na Stadionie Narodowym w Warszawie odbędzie się IX edycja Targów eHandlu, podczas których będzie można zapoznać się z ofertą blisko 150 wystawców z Polski i zagranicy.

Organizowane od 2011 roku przez Fundację Polak 2.0 Targi eHandlu to największe spotkania branży e-commerce w Polsce, podczas których wiosną i jesienią średnio 3,5 tys. przedstawicieli e-sklepów ma okazję poznać najnowsze oferty ponad 150 dostawców różnorodnych produktów i usług dla sklepów internetowych. Zgodnie z ideą Targów eHandlu zwiedzający mogą nie tylko porozmawiać z wystawcami, ale również wysłuchać prezentacji typu case study, o których wartość merytoryczną organizator szczególnie dba.

Wstęp wolny!

14 października 2015 roku na Stadionie Narodowym w Warszawie swoją ofertę przedstawi około 150 wystawców z Polski i zagranicy, oferujących usługi w zakresie logistyki, płatności, IT, marketingu, prawa czy m-commerce. Targi eHandlu to miejsce zarówno dla osób dopiero zastanawiających się nad rozpoczęciem sprzedaży on-line, jak i dla tych, którzy prowadzą e-biznes od lat, ale wciąż poszukują nowych i lepszych rozwiązań, które pomogą zwiększyć zyski e-sklepów.

Udział w Targach eHandlu i prezentacjach jest bezpłatny – wystarczy wcześniej zarejestrować się na stronie targiehandlu.pl. Warto zrobić to jak najszybciej, ponieważ liczba miejsc podczas prezentacji jest ograniczona. Lista prelegentów wciąż trzymana jest w tajemnicy, ale wnioskując po latach ubiegłych na pewno wśród nich znajdą się tematy dotyczące m-commerce, platform sklepowych, SEO i SEM czy kruczków prawnych.

Prawo, płatności, narzędzia analityki i zwiększania konwersji

Podczas IX edycji Targów eHandlu zwiedzający będą mogli zapoznać się m.in. z nowinkami w rozwiązaniach płatniczych, nad którymi pracują PayPal, Przelewy24, Elavon, Sofort, PayU, Transferuj.pl czy DotPay. O prawnych aspektach e-commerce będzie można porozmawiać z przedstawicielami Trusted Shops, Lubasz i Wspólnicy oraz LegalnyBiznes.pl. Temat e-mail marketingu przybliżą wystawiający się na targach specjaliści z Optivo, FreshMail, SalesManago, Sare czy GetResponse. Na targach nie zabraknie także przedstawicieli największych marek logistycznych InPost, DHL Parcel, DPD, Raben oraz agencji zajmujących się promocją e-sklepów czy sieciami afiliacyjnymi.

Networking

IX Targi eHandlu to nie tylko okazja do poznania oferty specjalistów wspomagających branżę e-commerce, ale również miejsce spotkań praktyków. W strefie networkingu można bezpośrednio porozmawiać np. z CEO platformy sprzedażowej o planach jej rozwoju i posłuchać jak znane wszystkim sklepy wdrażały i testowały nowe rozwiązania. Z takiej okazji trzeba skorzystać!

Bezpłatne wejściówki dostępne są na stronie: http://targiehandlu.pl/

Uwieńczeniem IX edycji Targów eHandlu  będzie gala wręczenia nagród w konkursie Ekomersy 2015, podczas której poznamy najlepsze produkty i usługi wspierające handel w internecie. Statuetki zostaną przyznane już po raz czwarty.

Spotkajmy się 14.10 na IX edycji Targów eHandlu na Stadionie Narodowym w Warszawie.

Popołudniowy komentarz walutowy z 18.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 18.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Jubileusz 40 lat tyskiego zakładu produkcji samochodów

Dokładnie 18 września 1975 roku z nowo zainstalowanych linii produkcyjnych tyskiego zakładu FCA Poland /wówczas noszącego nazwę Zakładu nr 2 FSM/ zjechały pierwsze samochody, były to oczywiście Fiaty 126p, model który szybko uzyskały przydomek „Malucha”, a obecnie aspiruje już do miana samochodu kultowego.

Fabryka Samochodów Małolitrażowych - Tychy
Skan archiwalnego zdjęcia-FSM-TYCHY
Fiat Auto Poland – Zakład Tychy – 2006r.

W Tychach i w Bielsku-Białej przez 27 lat (1973-2000) wyprodukowano w sumie 3 318 674 szt. tego popularnego samochodu, który zmotoryzował polskie społeczeństwo, a uzyskane od Koncernu Fiat know-how na produkcję komponentów umożliwiło unowocześnienie ówczesnego polskiego przemysłu,m.in. metalurgicznego, chemicznego, elektrotechnicznego.

Produkcja nowego Fiata 500 FCA Poland - Tychy
Produkcja nowego Fiata 500 FCA Poland – Tychy

W 1991 roku uruchomiono w Tychach produkcję Fiata Cinquecento, a w roku 2000 – kolejny nowy model pojawił się na taśmie produkcyjnej – nowy Fiat Seicento.
W trakcie, od roku 1996 w Tychach rozpoczęto montaż w systemie SKD modeli: Punto, Bravo/Brava, Marea, Ducato a nawet Iveco. Montaż tych modeli w systemie SKD zakończono w 2000 r. Warto przypomnieć, że w latach 2000-2004 w Tychach produkowano również Fiaty Uno, Siena i Palio Weekend.

Najbardziej dynamiczny rozwój zakładu związany jest z produkcją Fiata Pandy w latach 2003-2012. Samochód przypadł do gustu Klientom i od razu zdobył prestiżowy tytuł „Car of The Year 2004″. Tego popularnego i przebojowego modelu pracownicy tyskiego zakładu wyprodukowali w liczbie 2 168 491 sztuk. To rekordowa liczba w dotychczasowej historii Fabryki.

Produkcja nowego Fiata 500 FCA Poland - Tychy
Produkcja nowego Fiata 500 FCA Poland – Tychy

Ale to nie koniec…. Widząc z jaką pasją pracownicy i kierownictwo zakładu realizuje zadania produkcyjne, władze Koncernu postanawiają ulokować w 2007 roku w Tychach produkcję kolejnego nowego modelu… nowego Fiata 500. Dokładnie 50 lat po premierze bardzo popularnej 500 we Włoszech, która zmotoryzowała Włochów, w Tychach ruszyła seryjna produkcja tego jedynego w swoim rodzaju samochodu, po którego Klienci na wszystkich rynkach ustawili się w kolejkach, a dziennikarze po raz kolejny najwyżej ocenili właśnie nowego Fiata, przyznając „Pięćsetce” tytuł „Car of The Year 2008″. To jedyny przypadek w historii tego konkursu, aby dwa samochody z tego samego zakładu zdobyły ten zaszczytny tytuł.

W połowie tego roku, w Tychach uruchomiono produkcję kolejnej, odnowionej odsłony Fiata 500. Model ten nadal cieszy się wielkim powodzeniem na rynakch zagranicznych i jest europejskim liderem w swoim segmencie.

LANCIA YPSILON produkcja Poland - Tychy
LANCIA YPSILON produkcja Poland – Tychy

Także Koncern Ford postanowił w 2008 roku ulokować tutaj produkcję swojego nowego modelu KA i w tym samym roku rozpoczęto także w Tychach produkcję modelu Abarth 500, a od wiosny 2011 pracownicy tyskiego zakładu rozpoczęli produkcję kolejnego nowego modelu samochodu – nowej Lancii Ypsilon

FCA Poland jest największym producentem samochodów w Polsce, który w 2014 r.  wyprodukował 313 933 samochody i jest największym eksporterem w branży motoryzacyjnej w Polsce.

W tym roku miało także inne ważne wydarzenie w historii Fabryki związane ze zmianą nazwy Spółki na FCA Poland S.A. Zmiana nazwy Spółki nastąpiła w wyniku powstania koncernu Fiat Chrysler Automobiles (FCA) – siódmego na świecie producenta w branży motoryzacyjnej, który w 2014 roku wyprodukował 4,6 miliona samochodów. To kolejny krok wykonany w stronę wzmocnienia tożsamości firmy Fiat Chrysler Automobiles (FCA), którego celem jest podkreślenie, że wszystkie rozsiane po świecie spółki Grupy FCA są częścią jednego globalnego Koncernu.

Dziś mija 40 lat …  na powierzchni 2,3 mln metrów kwadratowych – to jedyny parametr charakteryzujący tę fabrykę, który od początku się nie zmienił  – funkcjonuje obecnie 56 firm, w których pracuje ok. 6,1 tys. pracowników, z czego w tyskiej fabryce ok. 3,4  tys. osób. W sumie w ciągu dnia na tym obszarze pracuje ok. 12,1 tys. pracowników.

Sukcesy fabryki są możliwe dzięki zastosowaniu nowoczesnych metod zarządzania procesami produkcyjnymi i wielu latom systematycznej pracy w obszarze jakości. Rezultatem tych działań było wdrożenie w spółce Zintegrowanego Systemu Zarządzania Jakością, Środowiskiem, Bezpieczeństwem i Higieną Pracy oraz Energią. To  osiągnięcie zakładu w Tychach zostało potwierdzone przez Jednostki Certyfikacyjne TŰV NORD oraz Polskie Centrum Badań i Certyfikacji, jako spełnienie przez zakład wymagań standardów zarządzania: ISO 9001, ISO 14001, PN 18001 oraz ISO 50001.

W 2004 r. zakład otrzymał Polską Nagrodę Jakości, a w 2006 r. był finalistą Europejskiej Nagrody Jakości – EFQM, jako pierwsze polskie przedsiębiorstwo w historii tego konkursu.
W 2006 roku w zakładzie rozpoczęto wdrażanie modelu organizacyjnego zwanego Word Class Manufacturing /WCM/, który jest kontynuacją działań zakładu w zakresie optymalizacji organizacji produkcji i który pozwała na ciągle doskonalenie obszarów takich jak: jakość, produktywność, bezpieczeństwo, logistyka, gospodarność.

Z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że zakład w Tychach należy do najlepszych w światowym przemyśle samochodowym /m.in. w grudniu 2014 r. zakład ponownie otrzymał prawo do prestiżowego tytułu przedsiębiorstw „Word Class Manufacturing”, tj. stosujących najlepsze i najskuteczniejsze metody zarządzania systemem produkcyjnym w skali światowej/. Osiągnięty poziom Gold Level wg WCM jest naturalnym następstwem podejmowanych działań dążenia do poprawy.

Liczba wyprodukowanych i zmontowanych w tyskim zakładzie samochodów w okresie 18.09.1975 – 31.08.2015:

Model                 Sztuki
Panda

2 168 491

126p

2 166 349

500/Fiat i Abarth

1 464 535

Seicento

1 328 973

Cinquecento

1 164 525

Ford KA

488 981

Lancia Ypsilon

248 882

Punto

57 026

Uno

28 590

Brava

19 122

Innocenti

14 774

Palio Weekend

12 365

Bravo

3 842

Siena

3 514

Ducato

2 893

Marea

2 846

Iveco

2 732

Razem:

   9 178 440

W latach 1971 – 31.08.2015  wyprodukowano w d. FSM/FAP + FCA Poland łącznie  (w Bielsku-Białej i Tychach):10 888 480 samochodów.

 

Strategiczne spółki pod ochroną

1 października wejdzie w życie Ustawa z dnia 24 lipca 2015 r. o kontroli niektórych inwestycji, której celem jest ochrona strategicznych polskich spółek przed wrogimi przejęciami, a tym samym zapewnienie bezpieczeństwa i ochrony porządku publicznego.

Nowa ustawa przewiduje kontrolę tych inwestycji, które mogą skutkować osiągnięciem istotnego uczestnictwa albo uzyskaniem dominacji nad spółką podlegającą ochronie. Pod nadzorem znajdą się podmioty prowadzące działalność w kluczowych branżach gospodarki, posiadające istotny udział w rynku, których przejęcie będzie rodziło poważne zagrożenie dla fundamentalnych interesów państwa oraz wobec których nie będzie można zastosować innego, mniej restrykcyjnego środka ochrony. Wykaz podmiotów objętych ochroną określi Rada Ministrów, niewątpliwie jednak na liście znajdą się przedsiębiorstwa z sektorów energetycznego, chemicznego i zbrojeniowego.

Przewidziana nową ustawą procedura kontroli wymagać będzie od inwestora, aby zawiadomił ministra skarbu państwa o planowanym zakupie udziałów w jednej ze strategicznych spółek. Obowiązek ten będzie dotyczył zarówno podmiotów z kapitałem polskim, jak i zagranicznym. Minister będzie mógł sprzeciwić się dokonaniu transakcji, jeśli uzna, że stanowi ona poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku publicznego. W ocenie planowanych transakcji ministra będzie wspierał powoływany w tym celu Komitet Konsultacyjny. Decyzję ministra inwestor będzie mógł zaskarżyć do sądu.

Ustawa o kontroli niektórych inwestycji rodzi wiele obaw wśród przedsiębiorców, którzy w konieczności przejścia postępowania kontrolnego upatrują istotne ograniczenia i utrudnienia dla działalności spółek. Zwolennicy nowych przepisów przekonują jednak, że współczesny obrót gospodarczy wymaga dodatkowych zabezpieczeń, a podobne regulacje od lat sprawdzają się już w innych państwach Unii Europejskiej.

Leasing już nie wystarczy – firmy szukają nowych form finansowania

Polska gospodarka ma się całkiem nieźle. W I kwartale 2015 r. GUS odnotował wzrost gospodarczy na poziomie 3,6%, według szacunków w całym 2015 r. będzie to 3,8%. Efekty to wzrost konsumpcji, więcej miejsc pracy i większe wydatki na inwestycje. Przedsiębiorstwa będą się rozwijać, będą też poszukiwać finansowania dla swoich projektów. Silna konkurencja i różnorodność rozwiązań dostępnych dla firm w tym zakresie sprawia jednak, że stają się coraz bardziej wybredne. „Zwykła” oferta leasingu czy pożyczki przestaje im wystarczać.

Według wstępnego szacunku GUS, w pierwszym kwartale 2015 r. odnotowano wzrost PKB o 3,6 % (w zeszłym roku było to jedynie 2,5%). Oznacza to, że po zeszłorocznym spowolnieniu, rynek wraca do dobrej formy. Wartość wydatków prorozwojowych była w ubiegłym półroczu o ponad 10 proc. wyższa niż przed rokiem. W niektórych sektorach zwyżki sięgnęły aż kilkudziesięciu procent.

W odpowiedzi na większe zainteresowanie przedsiębiorców inwestycjami i wzrost zapotrzebowana na instrumenty finansowe umożliwiające rozwój, rynek oferuje szeroką paletę rozwiązań w tym zakresie. Firmy mają do dyspozycji kredyty bankowe, programy finansowania z Unii Europejskiej, różne formy leasingu i pożyczek. Żeby zainteresować przedsiębiorcę, zwykła oferta kredytu czy leasingu przestaje jednak wystarczać. Instytucje finansowe szukają więc nowych kompleksowych rozwiązań, które zainteresują polskie firmy.

Do polskich przedsiębiorców ustawia się coraz dłuższa kolejka instytucji oferujących różnorodne formy finansowania – zauważa Marcin Brześciański, manager ds. produktów Raiffeisen Leasing. – Przedsiębiorcy stają się coraz bardziej świadomi możliwości, a tym samym coraz bardziej wymagający, co z kolei wymusza na instytucjach finansujących nowe podejście. Od jakiegoś czasu wojna cenowa przeradza się w  konkurencję w obszarze kompleksowości oferty i jej wielowymiarowości. Widać to bardzo dobrze na przykładzie rynku leasingu, który swój podstawowy produkt wzbogaca o kolejne rozwiązania ułatwiające przedsiębiorcy prowadzenie bieżącej działalności  – ocenia Marcin Brześciański.

Kompleksowość oferty oznacza w tym wypadku rozbudowanie jej o szereg usług dodatkowych, które ułatwiają przedsiębiorcy zachowanie efektywności finansowej firmy. Są to usługi związane z całościowym zarządzaniem flotą lub firmową wartością rezydualną, różne formy najmu maszyn, udogodnienia związane w wykupem (np. wartość końcowa opłacana w ratach), szeroka paleta dodatkowych ubezpieczeń czy wsparcie w zakresie assistance. Niektóre firmy proponują nawet mniej doświadczonym przedsiębiorcom doradztwo w zakresie finansowym. Wszystko to ma na celu przerzucenie jak największej odpowiedzialności z przedsiębiorcy na partnera biznesowego, od finansowania po wymianę opon.

Szerokie możliwości dużych firm leasingowych wynikają z naszej wiedzy o sprzęcie, z długofalowych relacji z dostawcami i umiejętności budowania łańcucha usług dla firm korzystających z dóbr inwestycyjnych – podkreśla Marcin Brześciański. – Obecny kierunek rozwoju skupia się na stworzeniu możliwości konkurowania ofertą finansową z dodatkowymi usługami, które firma leasingowa będzie potrafiła dołączyć do sprzętu.

Firma finansująca inwestycje przestaje być więc postrzegana jako podmiot jedynie dostarczający gotówkę, lecz coraz częściej jako długoterminowy partner w biznesie dla przedsiębiorców inwestujących w swój rozwój. Biorąc pod uwagę obserwowane ostatnio przyspieszenie gospodarcze i optymistyczne prognozy dalszego wzrostu, możemy spodziewać się coraz bogatszej oferty w dziedzinie finansowego wsparcia inwestycji.

Ponad 25 proc. instytucji finansowych objętych nadzorem KNF nadal nie wdrożyło nowych wytycznych dotyczących ładu korporacyjnego

73 proc. spółek sektora finansowego podległych KNF przyjęło „Zasady ładu korporacyjnego dla instytucji nadzorowanych” – wynika z badania przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte. Najwyższym poziomem wdrożenia mogą pochwalić się towarzystwa funduszy inwestycyjnych, banki i domy maklerskie, a najniższym firmy ubezpieczeniowe. Zdaniem ekspertów Deloitte zasady te wpłyną pozytywnie na kulturę korporacyjną w Polsce, ale nadal sprawiają one firmom wiele trudności, a ich wdrożenie może się okazać wieloetapowym i długotrwałym procesem.

Badanie Deloitte objęło 106 polskich instytucji nadzorowanych przez Komisję Nadzoru Finansowego. Wśród nich znalazły się banki, towarzystwa funduszy inwestycyjnych, powszechne towarzystwa emerytalne, domy maklerskie oraz firmy ubezpieczeniowe. Dokument „Zasady ładu korporacyjnego dla instytucji nadzorowanych” ogłoszony został przez KNF 22 lipca 2014 roku. Instytucje nadzorowane miały czas na implementację zasad do 1 stycznia br. Pierwsza ocena stosowania ZŁK przez spółkę powinna zostać dokonana przez jej radę nadzorczą w 2016 roku. „W odróżnieniu od innych obowiązujących polskie spółki kodeksów dobrych praktyk Zasady KNF nie są oddolną inicjatywą rynku, lecz zostały przyjęte przez instytucję nadzoru w formie uchwały. Tym samym znacznie bardziej przypominają regulację prawną niż typowy kodeks dobrych praktyk” – wyjaśnia Dorota Snarska-Kuman, Partner w Sektorze Instytucji Finansowych i Lider Programu Rozwoju Rad Nadzorczych w Deloitte.

O fakcie przyjęcia Zasad ładu korporacyjnego instytucje nadzorowane powinny poinformować na swoich stronach internetowych. Część z nich nie wywiązała się z tego obowiązku, mimo zapowiedzi KNF, że stosowanie zasad będzie brane pod uwagę przy wystawianiu oceny BION. Jej obniżenie może skutkować ograniczeniem możliwości wypłaty dywidendy oraz nasileniem i rozszerzeniem zakresu czynności kontrolnych ze strony Komisji.

Zasady ładu korporacyjnego dla spółek nadzorowanych przyjęło niemal trzy czwarte podmiotów (73 proc.) badanych przez Deloitte – 55 proc. z nich wywiązało się w pełni z obowiązku informacyjnego, a 18 proc. częściowo, zamieszczając na swoich stronach internetowych jedynie zdawkową informację lub przyjmując uchwały w tej sprawie, ale bez opublikowania odpowiedniej informacji na swojej stronie internetowej w łatwo dostępnym miejscu. „Choć wysoki poziom wdrożenia zasad ładu korporacyjnego wśród przebadanych spółek świadczy o tym, że rynek poważnie podchodzi do wytycznych Komisji Nadzoru Finansowego, nadal aż 27 proc. firm objętych badaniem nie zamieściło na swoich stronach internetowych informacji o ich przyjęciu. Powody tego stanu rzeczy mogą być różne. Przykładowo w niektórych firmach nadal nie wystarczająco dobrze działa polityka compliance. W innych przyczyną może być niewystarczający przepływ informacji dotyczących regulacji KNF, a także błędne zrozumienie terminu obowiązku upublicznienia szczegółowej informacji o stosowaniu ZŁK” – wylicza Dorota Snarska-Kuman.

Nowe zasady spotkały się z największym odzewem ze strony towarzystw funduszy inwestycyjnych – wdrożyło je 86 proc. z nich (81 proc. w pełni i 5 proc. częściowo). Z obowiązków implementacji wywiązują się także niemal trzy na cztery badane banki (58 proc. w pełni i 17 proc. częściowo) oraz niemal trzy na cztery domy maklerskie (55 proc. w pełni, a 17 proc. częściowo). Zdecydowanie najgorzej sytuacja wygląda wśród ubezpieczycieli, bowiem zaledwie 29 proc. z nich informuje o realizacji zasad, czyniąc to w sposób zgodny z regułą „comply or explain” i drugie tyle w postaci ogólnikowej deklaracji stosowania. Niestety ponad 42 proc. ubezpieczycieli nadal w żaden sposób nie odniosło się do reguł ustanowionych przez KNF.

Najwyższy poziom implementacji ZŁK wśród TFI, banków oraz domów maklerskich nie zaskakuje. Instytucje te, ze względu na ich strategiczne znaczenie dla rynku, od dłuższego czasu były objęte baczniejszym nadzorem niż inne podmioty rynku finansowego. Zapowiedziane konsekwencje za niestosowanie zasad w postaci obniżonej oceny BION stanowią większą motywację do przyjęcia dobrych praktyk dla banków, domów maklerskich i TFI niż dla ubezpieczycieli lub powszechnych towarzystw emerytalnych. „Warto zwrócić uwagę na fakt, że banki od lat podlegają wyższym rygorom nadzorczym niż pozostałe gałęzie sektora finansowego. Sektor ubezpieczeń lub towarzystwa emerytalne nie były dotąd obiektem aż tak intensywnej kontroli. Brak nawyków w zakresie wdrażania coraz to nowych rekomendacji i wytycznych może być jedną z przyczyn różnic w poziomie implementacji zasad” – wyjaśnia Wiesław Thor, doradca zarządu Deloitte, ekspert w dziedzinie bankowości.

Badanie Deloitte wykazało wyraźne różnice w stopniu implementacji zasad KNF ze względu na formę własności badanej instytucji. Najczęściej nowe wytyczne przyjmowały spółki, których głównym udziałowcem jest Skarb Państwa (92 proc.). Stosowanie zasad deklaruje też 72 proc. spółek należących do międzynarodowych grup kapitałowych i niewiele mniej (68 proc.) spółek w innej formie własności. Należy zaznaczyć, że firmy należące do międzynarodowych grup kapitałowych są w praktyce najczęściej zobowiązane w pierwszej kolejności do przestrzegania zasad ładu korporacyjnego obowiązującego
w krajach spółek-matek. Stopień implementacji zasad jest też o wiele wyższy wśród instytucji, które wywodzą się z sektora finansowego niż wśród spółek należących do koncernów z innych sektorów, dla których aktywność na rynku finansowym jest dodatkową działalnością. Przykładem mogą być małe banki związane z koncernami samochodowymi, których głównym obszarem działalności jest oferowanie finansowania na zakup aut.

Instytucje nadzorowane przez KNF nie muszą przyjmować ZŁK w całości. Jeśli jednak chcą pominąć jakieś zapisy, muszą podać racjonalne wyjaśnienie w myśl charakterystycznej dla kodeksów dobrych praktyk reguły „zastosuj lub wyjaśnij, dlaczego nie stosujesz” (ang. comply or explain). Zdecydowanie najwięcej instytucji rezygnowało ze stosowania §8 pkt. 4, który nakłada na spółki obowiązek zapewnienia możliwości aktywnego udziału akcjonariuszy w walnych zgromadzeniach poprzez kanały elektroniczne (35 proc.). Drugim najczęściej niestosowanym przepisem jest zasada, która dotyczy zapewnienia udziału w radzie nadzorczej odpowiedniej liczby niezależnych członków (29 proc.). Dla badanych instytucji problematyczne okazały się także zapisy dotyczące polityki wynagradzania kadry zarządzającej, członków rady nadzorczej i osób pełniących kluczowe funkcje w spółce, a także przepisy regulujące kwestię wykonywania uprawnień z aktywów nabytych na ryzyko klienta. Z kolei 16 proc. spółek wyłączyło również ze stosowania paragraf nakładający obowiązek prowadzenia posiedzeń rady nadzorczej spółki w języku polskim. „Kiedy skład rady nadzorczej jest mieszany pod względem narodowościowym, powszechne jest stosowanie języka angielskiego podczas posiedzeń. Problem jednak w tym, że często angielski nie jest pierwszym językiem żadnego z uczestników. Dlatego podczas dyskusji na trudne techniczne tematy pomoc tłumacza bywa rozsądnym rozwiązaniem. Poza tym posiedzenia zazwyczaj dotyczą funkcjonowania spółki w polskim otoczeniu prawnym i biznesowym, stąd racjonalne wydaje się prowadzenie dyskusji rady nadzorczej w języku polskim” – uważa Wiesław Thor.

Zdaniem ekspertów Deloitte dziś jest jeszcze za wcześnie, aby jednoznacznie powiedzieć, jaka będzie skuteczność przepisów wprowadzonych przez KNF. Nadrzędnym celem tych zmian jest stworzenie ram, które nakłonią graczy rynku do usprawniania wewnętrznego nadzoru oraz wpłyną na profesjonalizację organów nadzorczych w spółkach i podniesienie stosowanych standardów ładu korporacyjnego „Biorąc pod uwagę mnogość wprowadzonych rozwiązań i tempo ich wdrażania, należy spodziewać się, że dostosowanie się do wszystkich nowych regulacji nie okaże się dla spółek wcale proste. Zwłaszcza, że wprowadzenie niektórych z nich wymaga konsensusu i wewnętrznego przeorganizowania. Zjawisko to należy postrzegać więc jako długotrwały proces, który na dobre zmieni kulturę korporacyjną w Polsce” – podsumowuje Dorota Snarska-Kuman.

Ile firmy produkcyjne wydają na badania?

Innowacyjność coraz bardziej wyznacza poziom konkurencyjności firmy, dlatego do 2016 roku połowa przedsiębiorstw produkcyjnych planuje zwiększyć o jedną czwartą wydatki na pracę nad nowymi technologiami i produktami. Żeby je wdrożyć i pomnożyć swoje przychody, ponad 80 proc. z nich skorzysta z usług zewnętrznych dostawców.

Jak pokazują wyniki najnowszego globalnego badania KPMG, dla 50 proc. firm produkcyjnych strategicznym celem jest innowacyjność. Natomiast blisko jedna trzecia (32 proc.) priorytetowo traktuje wprowadzenie nowych produktów w najbliższych latach, a dla 30 proc. największym wyzwaniem jest poprawienie efektywności działań badawczo-rozwojowych. Ma im to zapewnić silną pozycję na rynku i bycie o krok przed konkurencją. Również w Polsce połowa średnich i dużych przedsiębiorstw przemysłowych uznaje innowacyjność za swój cel strategiczny.

Rośnie wartość B+R

Prawie trzy czwarte przedstawicieli firm produkcyjnych zadeklarowało, że w ciągu najbliższych dwóch lat planuje przeznaczyć co najmniej 4 proc. rocznych przychodów firmy na badania i rozwój oraz pracę nad innowacjami. To wzrost aż o 15 p.p. w porównaniu z ostatnimi dwoma latami.

Wzrost ten widać również w wydatkach polskich firm. Jak podaje PWC w porównaniu z zeszłym rokiem, niemal dwa razy więcej polskich firm przeznaczyło ponad 3 proc. obrotów na badania i rozwój (wzrost z 26,3 proc. do 47 proc.). Duzi przedsiębiorcy wydali w 2014 r. na B+R średnio 6 mln PLN. Połowa firm oczekuje zwiększenia tych wydatków o 25 proc.  już w perspektywie roku lub dwóch lat.

Tendencję tą należy odczytywać jako wynik konsekwentnego wdrażania  przez firmy produkcyjne strategii konkurencyjności, której wyznacznikiem jest teraz innowacyjność przedsiębiorstwa, oraz większej dostępności grantów dofinansujących prace badawczo-rozwojowe. Przykładowo w ramach krajowego programu Inteligentny Rozwój, w których największe szanse mają projekty z obszary B+R, do 2020 roku przedsiębiorcy zostaną zasileni 8,61 mld euro – mówi Łukasz Polak, wiceprezes Beyond.pl, polskiego centrum danych i dostawcy rozwiązań IT dla biznesu.

Dotacje są dostępne zarówno dla małych i średnich firm, jak i dużych przedsiębiorstw. Jednak jak wynika z badania firmy najbardziej liczą na uchwalenie ulgi podatkowej na B + R, które pozwolą im finansować badania wewnętrzne. Polska jest jednym z dwóch krajów UE, które nie wspiera działalności innowacyjnej ulgami podatkowymi.

Liczy się open innovation

Za główny cel działalności B+R firmy produkcyjne stawiają wdrożenie nowych produktów i technologii, które przełożą się bezpośrednio na ich przychody. Żeby ten proces przyspieszyć, coraz więcej przedsiębiorstw nawiązuje współpracę z firmami zewnętrznymi. Jak podaje KMPG ponad 80 proc. przedsiębiorców, zgodnie z zasadą open innovation, czyli otwartego podejścia do zaangażowania innych podmiotów w innowacyjne przedsięwzięcie firmy,  planuje pogłębić współpracę z dostawcami i klientami w zakresie rozwoju innowacji.

Główną motywacją dla przedsiębiorstw wybierających współpracę z inną firmą jest szybkość wdrożenia nowych rozwiązań (25 proc. firm), redukcja kosztów (25 proc.)i dostęp do nowych technologii, jakie daje im firma specjalizująca się w danych usługach (21 proc.).

Firmy produkcyjne, żeby nadążyć za rynkiem, muszą przyspieszyć proces wdrażania nowych technologii. Mogą to osiągnąć, a przy tym uniknąć zbędnych inwestycji np. w infrastrukturę IT, korzystając z know how i rozwiązań zewnętrznych dostawców. Korzyści wynikające z tego modelu – w ramach którego jest m.in. dostępność mocy obliczeniowej dzięki usługom cloud computing czy optymalizacja kosztów jakie zapewnia współpraca z zewnętrznym centrum danych –  docenia coraz więcej przedsiębiorstw. 43 proc. projektów realizowanych w Polsce przez duże firmy w ciągu ostatnich trzech lat była realizowana na zasadzie partnerstwa i dzięki wsparciu takich firm jak nasza – mówi  Łukasz Polak z Beyond.pl

Wyniki badań pokazują wysoką świadomość wśród polskich przedsiębiorców, co do ważności działalności badawczo-rozwojowej i wprowadzania nowych produktów na rynek. Jednak równocześnie aż 65 proc. Prezesów firm wskazuje, że ich obszar B+R nie jest gotowy na odpowiedź na aktualne trendy rynkowe. Szansą na przekucie deklaracji dotyczących rozwoju innowacji w konkretne działania, może być zachęta ze strony państwa w postaci ulgi podatkowej. Czy przedsiębiorcy doczekają się jej w najbliższym czasie?

Piotr Janiuk dołączył do grona partnerów kancelarii Galt

Piotr Janiuk jest radcą prawnym. Posiada licencję pośrednika w obrocie nieruchomościami. Jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego. Był także słuchaczem studiów podyplomowych w zakresie fuzji i przejęć w Szkole Głównej Handlowej. Przed dołączeniem do zespołu Galt współpracował z kancelarią Siemiątkowski & Davies.
Piotr Janiuk jest radcą prawnym. Posiada licencję pośrednika w obrocie nieruchomościami. Jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego. Był także słuchaczem studiów podyplomowych w zakresie fuzji i przejęć w Szkole Głównej Handlowej. Przed dołączeniem do zespołu Galt współpracował z kancelarią Siemiątkowski & Davies.

Z początkiem września br. Piotr Janiuk dołączył do grona partnerów kancelarii Galt. W zespole prawnym kancelarii pracuje od 2011 roku.

Piotr Janiuk specjalizuje się w kompleksowej obsłudze prawnej rynku nieruchomości, z którym związany jest od ponad 10 lat. Posiada doświadczenie w pracy na rzecz międzynarodowych inwestorów oraz deweloperów realizujących centra handlowe, budynki biurowe i centra logistyczne w Polsce. Brał udział w procesach due dilligence, przygotowaniu i negocjowaniu umów nabycia, sprzedaży i finansowania nieruchomości oraz sporządzaniu i negocjowaniu umów najmu oraz innych związanych z zarządzaniem i wynajmem nieruchomości komercyjnych.

W ostatnich latach uczestniczył m.in. w obsłudze prawnej komercjalizacji i sprzedaży budynku biurowego Le Palais, komercjalizacji centrów handlowych Poznań City Center, DH Supersam i DH Renoma. Obecnie zaangażowany jest m.in. w obsługę prawną komercjalizacji Centrum Handlowo-Biurowego „Koszyki” oraz biurowca Spektrum Tower.

BVT S.A. nabywa kolejne pakiety wierzytelności

BVT S.A., Spółka zajmująca się windykacją pakietów wierzytelności masowych, dokona zakupu pakietów wierzytelności polskiego operatora telekomunikacyjnego o łącznej wartości nominalnej sięgającej blisko 3,22 mln zł. Emitent przygotowuje się również do debiutu na rynku NewConnect.

Spółka otrzymała informację o przyjęciu złożonych przez nią ofert na zakup pakietów wierzytelności polskiego operatora telekomunikacyjnego. W ich skład wchodzi portfel spraw sądowych (usługi mobilne) o łącznej wartości nominalnej na poziomie 2.509.553,13 zł oraz portfel klientów biznesowych (usługi stacjonarne) o łącznej wartości nominalnej wynoszącej 709.889,68 zł. Będzie to tym samym pierwszy zakup pakietów wierzytelności w branży telekomunikacyjnej dokonany przez BVT S.A., co jest zgodne z przyjętą Strategią Rozwoju Emitenta na najbliższe lata, która zakłada nabywanie pakietów wierzytelności w nowych branżach.

Zakup pakietu wierzytelności z rynku telekomunikacyjnego jest jednym z kroków, które Zarząd Spółki miał w planach od samego początku tworzenia wizji jej rozwoju. Po ugruntowaniu schematu działań windykacji pakietów pochodzących z sektora transportu kolejowego nadszedł czas na dywersyfikację portfela posiadanych wierzytelności pod względem branżowym. Mamy ma na celu poszerzenie wolumenu posiadanych wierzytelności o kolejne branże usług masowych, takie jak usługi związane z obsługą ludności oraz wierzytelności gospodarcze i wreszcie, co jest nadrzędnym celem Spółki, wejście na rynek wierzytelności bankowych. Swego rodzaju „wielozadaniowość” pozwoli nam na uzyskanie pozycji konkurencyjnej na rynku należności jako takim. Oczekujemy, że ugruntowanie naszej pozycji na kilku obszarach branżowych przełoży się na wzrost przychodów przy optymalizacji kosztów, która już obecnie jest stosowana.” – komentuje Katarzyna Szuba, Prezes Zarządu Spółki BVT S.A.

W lipcu Spółka dokonała także zakupu pakietu 4.834 sztuk wierzytelności o łącznej wartości nominalnej sięgającej ponad 486 tys. zł. BVT S.A. posiada obecnie 245 tys. szt. wierzytelności, których łączna wartość nominalna przekracza 86 mln zł. Prowadzenie efektywnej windykacji tych pakietów pozwoli Emitentowi wypracowywać stabilne wyniki finansowe w kolejnych kwartałach.

„Nabyty portfel wierzytelności jest kolejnym pochodzącym z obszaru transportu masowego ludności. Posiadamy sprawdzone struktury organizacyjne oraz schemat działania, który pozwala nam już na etapie składania oferty przetargowej w sposób realny ocenić jakość pakietu oraz koszty i obciążenia związane z jego nabyciem, a także ze ściągalnością. Takie podejście sprawia, że każdy następny pakiet z tej branży jest swego rodzaju „buforem” pozwalającym Spółce na wzrost przychodów przy optymalnym  zaangażowaniu kosztowym, co tym samym minimalizuje ryzyko związane z rentownością nabywanych wierzytelności.” – podsumowuje Szuba.

BVT S.A. złożyło w sierpniu br. ponownie wniosek do GPW w Warszawie o wprowadzenie jej akcji do obrotu na rynku NewConnect, przeprowadzając miesiąc wcześniej split akcji w stosunku 1:50. Z oferty prywatnej akcji serii C Spółka pozyskała 800 tys. zł, które przeznaczyła m.in. na nabywanie kolejnych pakietów wierzytelności oraz obsługę już wcześniej zakupionych, co przełożyło się na istotną poprawę wyników finansowych. W 2 kw. br. Emitent osiągnął 608 tys. zł zysku netto przy przychodach wynoszących 1.674 tys. zł. Całe pierwsze półrocze 2015 r. Spółka zakończyła zyskiem netto wynoszącym 1.177 tys. zł oraz sprzedażą na poziomie 3.335 tys. zł.

BVT S.A. specjalizuje się w nabywaniu i obsłudze pakietów wierzytelności masowych o dużej dywersyfikacji dłużników, a ich zlokalizowanie obejmuje swoim zasięgiem teren całego kraju. Nabyte przez Spółkę pakiety wierzytelności zlecane są do windykacji firmie prowadzącej działalność w tym zakresie. Emitent specjalizuje się obecnie w obsłudze wierzytelności związanych z przedsiębiorstwami z branży transportu kolejowego.

Głównym akcjonariuszem BVT S.A. jest notowana na rynku NewConnect Spółka Kupiec S.A., która posiada akcje stanowiące 45,12% udziału w kapitale zakładowym oraz 46,12% udziału w ogólnej liczbie głosów na WZA. Rolę Autoryzowanego Doradcy dla BVT S.A. pełni Beskidzkie Biuro Consultingowe S.A. Natomiast Doradcą Finansowym i jednym z akcjonariuszy Spółki jest ABS Investment S.A. BVT S.A. zakończyło 2014 r. zyskiem netto w wysokości 822 tys. zł oraz przychodami na poziomie 2.536 tys. zł. Akcjonariusze Spółki otrzymali również dywidendę z zysku wypracowanego w 2014 r. w łącznej kwocie 532 tys. zł, co stanowiło blisko 65% całego osiągniętego zysku.

Dlaczego Rezerwa Federalna w Stanach Zjednoczonych pozostawia stopy procentowe na niezmienionym poziomie?

Enrique Diaz - Dyrektor ds. Oceny Ryzyka Ebury
Enrique Diaz – Dyrektor ds. Oceny Ryzyka Ebury

Solidny wzrost gospodarczy, poprawiająca się sytuacja na amerykańskim rynku pracy oraz malejące bezrobocie sygnalizowały, że czas zakończyć łagodną, wprowadzoną w czasie kryzysu finansowego politykę pieniężną w Stanach. Fed jednak zadecydował inaczej.

Decyzja

Zdania analityków i ekonomistów były w większości podzielone co do prognozy decyzji Fed-u w kwestii pierwszej od dziewięciu lat podwyżki stóp procentowych. Ostatecznie, Rezerwa Federalna pozostawiła stopy na niezmienionym poziomie 0.25% i jedynie jeden członek Komisji ds. Otwartego Rynku zagłosował za podniesieniem głównej stopy w tym miesiącu.

Bez niespodzianek, dolar odnotował znaczny spadek tuż po ogłoszeniu decyzji przez Janet Yellen, tracąc 1% na wartości względem euro, oraz 0.7% względem brytyjskiego funta, powodując tym samym wzmocnienie walut gospodarek wschodzących w stosunku do amerykańskiego pieniądza.

Solidny wzrost gospodarczy to nie wszystko

Komentarz Janet Yellen uzasadniający decyzję Rezerwy Federalnej, był raczej ‘gołębi’. Yellen podkreśliła, iż amerykańska gospodarka odnotowuje spore ozdrowienie i osiąga zadowalające wyniki, jednak zagrożenia napływające z zagranicy wywołują obawy FED-u.
Uwaga Rezerwy jest teraz zwrócona ku kondycji giełd światowych (co historycznie nie miało większego wpływu na decyzję Komitetu) oraz kolejnych odczytów napływających z amerykańskiego rynku pracy, a także ku danym dotyczącym poziomu inflacji który nadal nie osiąga satysfakcjonującego wyniku.

Kiedy podwyżka?

Słynny wykres Rezerwy, pokazujący oczekiwania członków Komisji co do planowej podwyżki stóp, nadal wskazuje na to, iż większość amerykańskich decydentów przewiduje podwyżkę jeszcze w 2015 roku.

Biorąc pod uwagę powyższe dane, a także fakt iż Yellen dała do zrozumienia podczas wczorajszej konferencji że podwyżka jest nadal możliwa nawet w październiku, uważamy że istnieje 50% szans iż stopy procentowe zostaną podniesione w Stanach w najbliższym miesiącu lub w grudniu. Ta prognoza bazuje jednak na założeniach, iż w międzyczasie nie doświadczymy negatywnych niespodzianek na rynkach światowych.

Zarówno podwyżka w październiku lub grudniu umocni amerykańskiego pieniądza praktycznie do wszystkich pozostałych walut w 2016 roku.

Najpewniej nadal będziemy doświadczać rozbieżności pomiędzy polityką pieniężną w Stanach i strefie euro, co będzie powodować osłabienie euro w stosunku do dolara oraz umocnienie dolara względem brytyjskiego funta.

Globalne spowolnienie powoli staje się faktem

?ukasz Bugaj, analityk DM BO?
?ukasz Bugaj, analityk DM BO?

W ostatnim czasie inwestycyjne oczy świata zwrócone są na Chiny a słabnąca kondycja gospodarcza tego państwa obwiniana jest za potężne spadki oraz wzrost zmienność na rynkach finansowych. Wydaje się jednak, że to jedynie część prawdy, co dość dobrze zobrazował pierwszy dzień miesiąca, który tradycyjnie przyniósł serię publikacji przemysłowych wskaźników PMI dla głównych gospodarek świata. Owszem, najsłabiej wypadły Chiny, gdzie oficjalne wskazanie indeksu spadło do najniższego poziomu od trzech lat, a to podawane przez Caixin/Markit wypadło najniżej od pamiętnego marca 2009 roku. Nie było to jednak żadnym zaskoczeniem, gdyż już wcześniej dane wstępne pokazywały nawet gorszy obraz chińskiego przemysłu. Jedyne co mogło budzić większy niepokój, to zaskakująco słaba postawa usługowego indeksu, który w wersji podawanej przez Markit wyraźnie zniżkował z 53,8 pkt. do ledwo 51,5 pkt. To niekorzystana wiadomość, gdyż oczekiwana zmiana modelu chińskiego wzrostu z przemysłowego na usługowy może łapać zadyszkę, choć niektórzy próbują tłumaczyć słabszy odczyt czynnikami jednorazowymi, szczególnie że oficjalny indeks podobnego spowolnienia nie doświadczył. Odpowiedź na tę zagadkę poznamy dopiero po analizie kolejnych danych. Z cyklicznym spowolnieniem wzrostu w Chinach jednak nie można dyskutować i nie jest to twierdzenie szczególnie nowe, gdyż zadyszka Państwa Środka postępuje już mniej więcej od roku. Dotychczas jednak nie wywoływała ona większych perturbacji i najbardziej odczuwana była w azjatyckich krajach najsilniej powiązanych gospodarczo z Chinami. Teraz sytuacja nieco się zmieniła, gdyż spowolnienie zaczynamy obserwować również w dalszych geograficznie obszarach, takich jak Europa czy USA. Przeczy to nieco rynkowemu konsensusowi, który ten rok rozpoczynał z wizją przyspieszenia globalnego wzrostu w drugiej połowie roku. Teraz takie oczekiwania można uznać za nieaktualne i przyczynią się do tego nie tylko Chiny. Właśnie ta wizja „rozprzestrzeniającego się spowolnienia” najbardziej martwi inwestorów i dlatego rynki akcyjne pierwszego dnia września nie mogły zaliczyć do udanych.

Spójrzmy na konkretne dane zaczynając od Azji, która najbardziej dotknięta została chińskim spowolnieniem. Otóż w Indonezji indeks PMI jedenasty miesiąc z rzędu wypadł poniżej granicznego poziomu, a w Korei Południowej zrobił to po raz szósty. Zresztą bardzo słabe okazały się dane o koreańskim eksporcie, który w sierpniu zniżkował aż o 14,7% względem poprzedniego roku. W przypadku Tajwanu indeks PMI okazał się najsłabszy od prawie trzech lat, a w dotychczas odpornych Indiach też zanotowano spadek względem lipca. W Europie na poziomie przemysłowego indeksu PMI dla całej strefy euro na pierwszy rzut oka nic szczególnego się nie wydarzyło. Spadek z 52,4 pkt. do 52,3 pkt. był kosmetyką. Inaczej sytuacja wygląda po bliższym przyjrzeniu się tym danym. Otóż dobre zachowanie wspomnianego wskaźnika wynikało z zaskakująco silnego odczytu z Niemiec, co pozostaje jak na razie nierozwiązaną zagadką w kontekście znaczenia eksportu z tego kraju do Chin. Kondycja innych krajów już nie wypadła tak dobrze. Najsilniejszy dotychczas przemysł irlandzki osłabł ze spadkiem indeksu z 56,7 pkt. do półtorarocznego minimum na poziomie 53,6 pkt. Podobnie we Włoszech zaobserwowano spadek z 55,3 pkt. do 53,8 pkt. Trzeci miesiąc z rzędu zniżkował też indeks przemysłowy dla Hiszpanii (do prawie rocznego minimum na wysokości 53,2 pkt. z 53,6 pkt. poprzednio). Nieco słabiej od prognoz wypadła również publikacja z Wielkiej Brytanii, a amerykański indeks ISM zniżkował do ponad dwuletniego minimum. Zresztą dane z USA były jednym z większych negatywnych zaskoczeń, gdzie subkomponent nowych zamówień spadł aż o 4,8 pkt. do 51,7 pkt. Cały czas słabo prezentował się też eksport ze wskazaniem na poziomie 46,5 pkt.  

Z pewnością nie można mówić, że dane w większości były fatalne, ale ich wydźwięk dość dobrze wskazał, że globalny przemysł – mimo wciąż obserwowanego i dalej spodziewanego wzrostu – złapał pewną zadyszką. Z jednej strony sektor ten w rozwiniętym świecie stanowi niewielką część aktywności gospodarczej i niekoniecznie musi bezpośrednio przekładać się na dane o PKB. Z drugiej jednak strony, historycznie rzecz biorąc, przemysł reagował najszybciej na wszelkie oznaki spowolnienia, a sektor usług, mimo początkowej odporności, później w mniejszym lub większym stopniu szedł jego śladem. Sama odporność usług została na chwilę obecną potwierdzona publikacjami wskaźników PMI dla tego sektora, które generalnie pokazały się od dobrej strony, zarówno w Europie jak i USA. W przypadku całej strefy euro wskaźnik usługowy wypadł nawet nieco lepiej od odczytu wstępnego i z poziomem 54,4 pkt. wskazywał na przyspieszenie względem poprzedniego miesiąca i powrócił do czteroletniego maksimum z czerwca. Tego typu dane przeczą kasandrycznym wizjom, ale jednocześnie potwierdzają historyczną normę, że to nie w usługach widać pierwsze oznaki możliwych problemów.     

Co to wszystko oznacza? Po pierwsze, kwestia spowolnienia nie dotyczy już tylko Chin, ale poprzez powiązania handlowe rozlewa się na całym świat i właśnie dlatego rynki reagują w tak nerwowy sposób. Po prostu potwierdziły się obawy, że problem Państwa Środka nie pozostanie odizolowanym od reszty świata. Po drugie, o recesji ma miarę tej z 2008 roku jak na razie nie ma mowy. Świat musi się dostosować do cyklicznego spowolnienia w Chinach, które najprawdopodobniej trwać będzie nadal. Nie musi to jednak oznaczać strukturalnych problemów i definitywny koniec hossy rozpoczętej w 2009 roku. Chińczycy dalej będą chętnie kupowali europejskie samochody i towary z wyższej półki, tyle że w nieco mniejszych ilościach niż się tego spodziewano. W tym kontekście już rozpoczął się proces redukcji oczekiwań co do przyszłej dynamiki wzrostu. Przykładowo Morgan Stanley obniżył swoją prognozę przyszłorocznego wzrostu strefy euro z 2,2% do 1,9%. To samo uczynił Europejski Bank Centralny zarówno dla obecnego roku, jak i dwóch kolejnych. Wczoraj w odniesieniu do 2016 i 2017 roku podobnie zachowała się Rezerwa Federalna w przypadku do gospodarki USA. Nie pozostanie to bez wpływu na Polskę, gdzie wzrost PKB rzędu 4% wydaje się już poza zasięgiem krajowej gospodarki, szczególnie jeżeli spojrzymy na strukturę sierpniowych subindeksów krajowego wskaźnika PMI, który zaskoczył negatywnie zapewne nie tylko z powodu upałów i ograniczeń w dostawie prądu. O katastrofie nie ma jednak mowy, ale o powoli stającym się faktem globalnym spowolnieniu już tak. Wiele jednak wskazuje na to, że tym razem Europa lepiej sobie podczas niego poradzi niż w trakcie poprzedniej gospodarczej zawieruchy z 2012 roku, która nieszczęśliwie zbiegła się z europejskim kryzysem zadłużeniowym.  Teraz epicentrum problemów jest gdzie indziej i dotyczy głównie Azji z Chinami na czele. 

FED zgodnie z przewidywaniami podjął decyzję o utrzymaniu stóp procentowych

Krzysztof Pawlak - dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Krzysztof Pawlak – dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Rezerwa Federalna zgodnie z przewidywaniami utrzymała stopy procentowe na dotychczasowym poziomie w przedziale 0-0,25%. Inwestorzy oczekują podwyżki stóp w grudniu bądź dopiero w przyszłym roku. EUR/USD w okolicach 1,14. Polski złoty zyskał do dolara.

Ostatni raz Fed podniósł stopy w czerwcu 2006 roku, od tego czasu utrzymują się one na poziomach bliskich zeru. Przeciwko utrzymaniu na obecnym poziomie stóp procentowych głosował tylko jeden członek Fed, więc można powiedzieć, że decyzja została podjęta prawie jednomyślnie. Ekonomiści byli przed samą decyzją podzieleni, połowa oczekiwała zmiany polityki monetarnej USA. Jednak decyzja Rezerwy Federalnej była przesądzona, przy obecnych zawirowaniach na rynkach światowych szczególnie w Chinach, decyzja mogła być tylko jedna, czekać i zobaczyć co będzie dalej.

Oczywiście pojawiły się kluczowe zdania z lipcowego posiedzenia, między innymi to, że stopy procentowe ulegną zmianie, gdy poprawi się sytuacja na rynku pracy, a także inflacja wróci do 2% celu w średnim terminie. We wczorajszym komunikacie nie pojawiła się żadna przesłanka mówiąca o tym, że Fed ma zamiar wkrótce podnieść stopy procentowe. Amerykański bank centralny od lat prowadzi luźną politykę, a większość sądzi, że to główna, o ile nie jedyna droga tzw. pobudzania gospodarki, nie jest więc takie pewne czy Fed będzie chciał się tak szybko od tego oderwać.

A wręcz przeciwnie, Rezerwa Federalna obawia się ograniczenia aktywności ekonomicznej na świecie, a tym samym obawia się o kondycję światowej gospodarki, co z pewnością wywrze presję na spadek inflacji, w efekcie może oczekiwać zmiany polityki monetarnej dopiero w grudniu, a być może dopiero w przyszłym roku. Fed z pewnością nie musi się spieszyć z decyzją, a sam termin rozpoczęcia podwyżek nie jest tak ważny. Janet Yellen zwraca uwagę na ścieżkę wzrostu stóp procentowych.

Po samej decyzji, i późniejszym komunikacie, dolar tracił do głównych walut. Na głównej parze walutowej świata przekroczyliśmy poziom 1,14 i poziom ten utrzymuje się obecnie. W konsekwencji zyskał i polski złoty, który umocnił się do dolara o 4 grosze, kurs USD/PLN spadł poniżej 3,68. EUR/PLN pozostał stabilny i oscyluje w okolicach 4,20. Z jednej strony brak podwyżki stóp procentowych zachęca do inwestowania w złotówkę, czyli jedno z aktywów rynków wschodzących. Z drugiej strony jednak wzrost na parze EUR/USD oznacza wzrost wartości euro co hamuje umocnienie się polskiej waluty. Trudno więc spodziewać silnych ruchów w jedną bądź drugą stronę w najbliższych dniach.

Dzisiejszy kalendarz makroekonomiczny jest niemal pusty. W takiej sytuacji inwestorzy będą dyskontować jeszcze wczorajsze posiedzenie Fed. Gdyby ruch wzrostowy na parze EUR/USD był kontynuowany jest szansa na dalsze umocnienie polskiego złotego, szczególnie na USD/PLN i CHF/PLN.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Nowy Styl chce przejąć firmy z Europy Zachodniej. Ma to umożliwić spółce wejście na tamtejsze rynki

0

CEO Magazyn Polska

Na polskim rynku biurowym panuje spore ożywienie, które poprawia wyniki firm dostarczających towary i usługi dla tego segmentu. Grupa Nowy Styl oczekuje w tym roku dwucyfrowego wzrostu i zapowiada inwestycje. W planach ma m.in. kupno firm zagranicznych, które otworzą dla spółki nowe rynki europejskie.

Najważniejszym rynkiem dla polskiej spółki są dziś jednak rynki niemieckojęzyczne. Tam sprzedaż mebli biurowych jest największa, tam też Nowy Styl poczynił ostatnie inwestycje.

– Rynek niemiecki dla nas jest największym rynkiem, który reprezentuje trzydzieści parę procent naszej globalnej sprzedaży – podkreśla podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Krzanowski, prezes zarządu grupy Nowy Styl. – W tym roku myślę, że około 90 mln euro przyniesie nam rynek niemiecki i to jest dla nas bardzo ważny, duży rynek. Do tego dochodzi przejęcie, którego dokonaliśmy dosłownie miesiąc temu w Szwajcarii, rynek szwajcarski stanie się dla nas kolejnym znaczącym rynkiem, w który będziemy chcieli inwestować. Tamta firma to jest poziom 30 mln euro sprzedaży, planujemy zrealizować duże wzrosty. Bardzo ważnymi rynkami dla nas są tak samo rynek francuski, krajów Beneluksu i rynek angielski. Na nich się głównie koncentrujemy.

Obecnie rynek polski nie jest już najważniejszym rynkiem dla spółki, aczkolwiek jest jednym z najbardziej znaczących rynków, gdzie firma realizuje około 19 proc. swej sprzedaży globalnej. Dodatkowo, o ile na Zachodzie sytuacja na rynku jest stabilna, o tyle rozwój rynku w kraju Grupa Nowy Styl obserwuje z optymizmem.  

– Jako firma, która wyposaża biura w meble i organizuje powierzchnię biurową, mamy bardzo dużo projektów mówi Adam Krzanowski. Wydaje się, że dużo firm inwestuje w Polsce, otwiera nowe powierzchnie, na razie patrzymy optymistycznie na rynek polski. W perspektywie Europy konsumpcja w naszej branży jest dość stabilna. Po wielkim kryzysie w 2004 roku i w latach 2008-2009 nastąpił powolny wzrost rynku, choć nadal jest dużo mniejszy niż był przed 2008 rokiem. Natomiast my, dlatego że sobie bardzo dobrze radzimy, jesteśmy jedną chyba z najlepszych firm dzisiaj na tym rynku, rośniemy dwucyfrowo. Nasze wzrosty są rzędu 20 proc., czyli zdobywamy rynek europejski.

Przed rokiem spółka uruchomiła w Warzycach koło Jasła swą najnowszą fabrykę produkującą meble biurowe. Projekt rozpoczęty w 2009 roku realizowany był w ramach programu operacyjnego Innowacyjna Gospodarka. Wartość inwestycji przekroczyła 109 mln zł, z czego 40 mln pochodziło z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. Obecnie Grupa Nowy Styl nie ma dużych planów inwestowania w produkcję. Zupełnie inną sprawą są akwizycje.

– Prowadzimy przez cały czas dużo rozmów, czyli raczej staramy się znać ze wszystkimi konkurencyjnymi firmami. Sytuacja jest dla nas dość korzystna, z tego powodu, że większość naszych konkurentów w Europie Zachodniej są to firmy rodzinne, nie są to wielkie firmy. To są przeważnie firmy o przychodach od kilkudziesięciu może do 100 mln euro – informuje prezes zarządu Grupy Nowy Styl. – W tych firmach rodzinnych w Europie Zachodniej dzisiaj bardzo często pierwsze pokolenie, które tworzyło te firmy w latach 50. i 60., to dziś ludzie, którzy mają po 70 lat. W bardzo wielu przypadkach rodzina nie przejęła zarządzania, w związku z tym im się kończy koncepcja na to, jak działać, i szukają jakichś firm, które mogą ich przejąć. To oznacza, że jest dobry klimat dla nas.

W sierpniu Grupa Nowy Styl przejęła Sitag AG, szwajcarskiego producenta krzeseł i mebli biurowych – firmę z własną siecią sprzedaży i fabryką. Była to już trzecia akwizycja polskiej spółki w ciągu ostatnich czterech lat i zapewne nie ostatnia.

– Dla nas teraz już tak naprawdę najważniejszymi obszarami inwestycji są akwizycje, czyli przejęcia – deklaruje prezes Adam Krzanowski z Grupy Nowy Styl. – Głównie w Europie Zachodniej, dlatego że oprócz tego, że rośniemy normalnie sami poprzez organiczną działalność, to jednak na niektóre z tych rynków nie jest tak łatwo wejść i żeby zdobyć pozycję jednego z większych graczy, trzeba po prostu kogoś przejąć. To są nasze największe wydatki, które planujemy w następnych latach. 

MAVIT wstrzymuje się z inwestycjami z powodu niestabilnych przepisów

CEO Magazyn Polska

Medyczna spółka MAVIT mimo wysokich zysków boi się inwestować. Powodem są niestabilne przepisy. Spółka, choć ocenia, że rynek rozwija się bardzo dynamicznie, to ostrożnie podchodzi do propozycji przejęcia kolejnych szpitali lub klinik. Nie wyklucza ich całkowicie, ale warunkiem zakupu musiałyby być aktualne i wysokie kontrakty z Narodowym Funduszem Zdrowia.

MAVIT działa w Warszawie i Katowicach. Na rynku funkcjonuje od ponad 15 lat. Szpitale i lecznice spółki mają doświadczenie w zakresie okulistyki, laryngologii oraz chirurgii szczękowo-twarzowej.

– Mamy dwa szpitale i specjalistyczny ośrodek okulistyczny, który rozwijamy w Warszawie, ale nie myślimy o żadnej ekspansji – podkreślał podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Mądrala, prezes zarządu Centrum Medycznego MAVIT. – Przychodzą do mnie koledzy z różnymi propozycjami, najczęściej pytają o to, czy nie jestem zainteresowany jakąś nieruchomością w mieście X, Y? Moja odpowiedź jest jednoznaczna: tylko wtedy, jeżeli ta jednostka szpitalna, ten ośrodek ma kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia i to dość pokaźny kontrakt, który może pozwalać na normalną egzystencję. W innym przypadku nie jesteśmy zainteresowani.

W Polsce mimo teoretycznie bezpłatnej służby zdrowia zainteresowanie pacjentów płatnym leczeniem jest spore. Jak podaje GUS, 40 proc. Polaków korzysta z płatnych konsultacji lub leczenia. Z badań firmy PMR wynika, że w 2013 roku pacjenci wydali na ten cel ponad 35 mld zł, a w przyszłym roku kwota ta może wzrosnąć do 40 mld zł. Z kolei z raportu „Diagnoza społeczna 2013”, przygotowanego przez MPiPS wynika, że ponad połowa społeczeństwa korzysta z prywatnej opieki, najczęściej równolegle z opieką finansowaną z NFZ. Mimo to firmy takie jak MAVIT boja się inwestycji.

– W Katowicach jest duży szpital, właśnie mieliśmy audyt Centrum Monitorowania Jakości z Krakowa, otrzymaliśmy bardzo wysokie oceny i wkrótce, mam nadzieję, otrzymamy odpowiedni certyfikat ministra zdrowia opowiada Andrzej Mądrala. – Jest to bardzo dobry szpital, mamy tam trzy zakresy działalności: laryngologię dzieci i dorosłych, okulistykę dzieci, dorosłych i chirurgię szczękowo-twarzową. Niestety, ten szpital jest już na granicy przyjmowania pacjentów, mamy ogromne zainteresowanie, również pacjentów komercyjnych. Ale też nie jesteśmy gotowi na to, by go rozbudowywać, chociaż mamy plany, bowiem boimy się, co przyniesie kolejny dzień, kolejny miesiąc.

Jak tłumaczy prezes zarządu Centrum Medycznego MAVIT, przepisy dotyczące służby zdrowia są w Polsce zbyt niestabilne, zmieniają się za często, by podejmować ryzyko dużych inwestycji.

– Nasza sytuacja jest dobra, stabilna, cały czas mamy dobrą sytuację finansową, przychody znacznie przewyższające nasze wydatki, ale kolejne inwestycje, które chcieliśmy popełnić, zostały zatrzymane, bowiem trudno przewidzieć, co będzie za 2-3 miesiące czy za pół roku. Czekamy na stabilizację, wtedy będą podejmowane kolejne decyzje.

Unijna reforma systemu handlu emisjami wyzwaniem dla Polski. Wymusi inwestycje w OZE

CEO Magazyn Polska

Zmniejszenie emisji dwutlenku węgla i zwiększenie udziału energii ze źródeł odnawialnych do ponad jednej czwartej – takie sugestie znajdują się w propozycji Komisji Europejskiej dotyczącej reformy unijnego Systemu Handlu Emisjami (ETS). Mimo pozornie dobrych rozwiązań plan jest dużym wyzwaniem dla Polski, bo ceny emisji będą rosły, a inwestycje są kosztowne. Propozycje po zmianach Parlamentu Europejskiego czekają na decyzje Rady UE.

Reguły są jasne. Europa dalej idzie w ograniczenia emisji dwutlenku węgla i nawet ostrzej niż w obecnej dekadzie. Mówi się wyraźnie, że w stosunku do 2005 roku nasza emisja dwutlenku węgla w energetyce ma spaść o 43 proc. – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor prof. Konrad Świrski, ekspert ds. energetyki i IT, prezes zarządu Transition Technologies.

Zmiany mają doprowadzić w całej UE do redukcji emisji do 2030 r. o 40 proc. (nawet 43 proc.) i realnie odnoszą się do poziomów emisji z 2005 roku, a nie jak Protokół z Kioto do 1990 roku (Polska 1988). Jak podkreśla prof. Świrski, tych kilka liczb pokazuje, jak bizantyjskie i skomplikowane są obecne regulacje. Zwraca też uwagę na to, że zmiany będą wprowadzane bardzo szybko. Jeśli cała propozycja zostanie szybko przyjęta przez kraje członkowskie, to już w 2021 r. mogą zacząć obowiązywać nowe zasady. Dodatkowo należy zwrócić uwagę na tzw. MSR – Market Stabilization Reserve, czyli mechanizm zwiększania cen pozwoleń. W energetyce nowe zasady zaczną obowiązywać tam, gdzie inwestycje są kosztowne i długotrwałe, nieco ponad 5 lat to bardzo krótki czas.

Prof. Świrski przyznaje jednak, że Polska nie ma wyboru. Z uwagi na nasz model produkcji energii, oparty w przeważającej większości o technologie węglowe, każde unijne prawo wymagające redukcji dwutlenku węgla w energetyce jest dla nas obciążeniem.

Niestety, trzeba się zmierzyć z samym problemem. Trudno powiedzieć, że jest jakaś optymalna strategia i można łatwo wszystkie cele osiągnąć. Może to być albo złe wyjście, albo jeszcze gorsze wyjście. Próbując w jakikolwiek sposób dopasować przyszły miks energetyczny w Polsce, czyli zmniejszyć emisję dwutlenku węgla, musimy mówić o ograniczeniu elektrowni węglowych – podkreśla prof. Świrski.

Teoretycznie zachowane są mechanizmy pomocowe dla niektórych krajów z największymi problemami. Najbiedniejsze kraje UE, w tym Polska, dostaną jeszcze więcej darmowych uprawnień. Służ temu specjalny mechanizm 40 proc. puli przydzielanej bez opłat, ale w obecnej formie systemu ETS niekoniecznie bezwarunkowo i dla wszystkich. Proponowane jest, aby te teoretycznie w pełni darmowe uprawnienia przydzielać na aukcjach – wygrają np. elektrownie, które będą dywersyfikowały miks energetyczny i wykazywały inwestycje niskoemisyjne o wartości odpowiadającej cenie tych pozwoleń.

Mówi się, że ta nowa dekada nie będzie tak groźna dla Polski, bo dostaniemy 40 proc. darmowych uprawnień. Ale tylko pod warunkiem, że wykażemy ekwiwalentnie taką samą wartość inwestycji w energetyce. To nie jest tak, że wybudujemy kolejną elektrownię węglową, tylko inwestycje w energetyce znowu muszą być zgodne z polityką Unii. Dostaniemy darmowe pozwolenia, ale musimy inwestować w energetykę odnawialną albo niskoemisyjną – tłumaczy ekspert.

Prof. Świrski zwraca uwagę na to, że trudno przewidzieć, jak dużym obciążeniem będzie reforma handlu emisjami, ale cena uprawnień na pewno będzie rosła.

Dzisiaj ceny są niskie. Kosztowały 6 do 7 euro za podstawowy certyfikat, potem wzrosły nieznacznie do poziomu 8 euro. Najbardziej niepokojące dla polskiej gospodarki jest to, co się stanie po 2020 roku. Prognozowana cena to minimum 25 euro za tonę, a może nawet 30 czy 50 euro, a więc co najmniej cztery razy wzrosną opłaty emisyjne – prognozuje prof. Świrski.

Dodaje, że na wzrost cen może też wpływać UE. Choć formalnie koszt uprawnień wyznacza rynek, to poprzez mechanizm MSR UE może wycofać z rynku część uprawnień. Redukcja podaży na pewno wpłynie na zwiększenie ceny pozostałych, a w samych założeniach MSR wcale nie kryje się tego celu. Mechanizm miał działać od 2021, ale już został, pomimo sprzeciwów Polski, przegłosowany do uruchomienia wcześniej, bo już w 2019 roku. Zdaniem profesora oznacza to duże zagrożenie dla cen pozwoleń na emisję dwutlenku węgla, które mogą być windowane bardzo wysoko.

2 proc. wpływów ze sprzedaży uprawnień ma trafiać do specjalnego Funduszu Modernizacyjnego, z którego można finansować inwestycje energetyczne. Trudno przewidzieć jego budżet, ale przy prognozowanym wzroście cen uprawnień mowa o miliardach złotych. Ponad 43 proc. tych środków trafi do Polski na inwestycje. Prof. Świrski przestrzega jednak przed nadmiernym entuzjazmem.

Tym funduszem zgodnie z zapisami będzie zarządzać Europejski Bank Inwestycyjny i on to on będzie wybierać projekty. Oznacza to, że nie dostaniemy tych pieniędzy bezpośrednio do kraju, by zdecydować, co z nimi zrobić, tylko przedstawiamy listę projektów, a Europejski Bank Inwestycyjny będzie je certyfikować. EBI ma w swoich zapisach, że nie będzie w żaden sposób wspierać żadnych projektów węglowych. Dokładnie jest to realizowane przez regułę wspierania inwestycji tylko z emisją poniżej 550 g CO2/kWh, co jest dziś i w najbliższym czasie będzie nieosiągalne dla elektrowni węglowych. Ta polityka jest jasna – dekarbonizacja, czyli węgiel musi znikać z miksu energetycznego, a to przełoży się na sytuację kopalń – ostrzega prof. Świrski.