PGNiG planuje przejęcia sieci ciepłowniczych oraz firm w sektorze wydobycia

CEO Magazyn Polska

Liberalizacja rynku gazu wymusza zmiany w Polskim Górnictwie Naftowym i Gazownictwie. Programy poprawy efektywności i rabaty oferowane klientom mają pomóc spółce wzmacniać pozycję na krajowym rynku. PGNiG chce także rozwijać sektor wytwarzania ciepła i rozważa przejęcia sieci ciepłowniczych. Motorem wzrostu ma być także segment wydobycia – także tu spółka nie wyklucza akwizycji. 

PGNiG uważa, że polski rynek jest gotowy na rezygnację z taryf gazowych. Pełna liberalizacja rynku wymusza jednak zmiany w spółce.

To oznacza bardzo radykalny i intensywny Program Poprawy Efektywności – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Mariusz Zawisza, prezes zarządu Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa. – Chcemy poprawiać efektywność, stawać się dużo bardziej sprawni operacyjnie. Będzie to możliwe dzięki niższym kosztom. A efektami chcemy się podzielić również z klientami, dając im upusty i rabaty tak, by nadal byli z nami.

Zużycie gazu w Polsce systematycznie rośnie. Resort gospodarki szacuje, że w tym roku zwiększy się ono z 15 do 15,4 mld m3, a za kilka lat zużycie wzrośnie do 20 mld m3 gazu. W kraju przybywa przemysłowych klientów, rośnie też liczba Polaków korzystających z tego surowca. GUS podaje, że przekracza ona 20 mln i w ciągu 10 lat zwiększyła się o blisko 400 tys. Na tym rynku największym graczem pozostaje PGNiG. Spółka będzie dążyć do pozostania liderem sprzedaży na rynku gazu oraz preferowanym dostawcą dla wszystkich segmentów klientów.

Jasno określiliśmy to w przyjętej w grudniu strategii – zaznacza Mariusz Zawisza. – Chcemy utrzymywać wartość w biznesie obrotu detalicznego i hurtowego, czyli dalej być graczem, który z sukcesem handluje gazem. Mówimy jasno o tym, że będziemy maksymalizować wartość w naszych aktywach infrastrukturalnych – mam tu na myśli Polską Spółkę Gazownictwa, czyli dystrybutora gazu, oraz PGNiG Termikę, czyli biznes, który wytwarza ciepło i prąd.

Zgodnie z przyjętą przez PGS strategią wolumen dystrybuowanego do odbiorców gazu ma wzrosnąć z 10 mld m3 do 12,4 mld m3 w 2022 roku. Co roku spółka chce przeznaczać ponad 1 mld zł na inwestycje w budowę i modernizację gazociągów.

Mamy apetyt na akwizycję sieci ciepłowniczych – zapowiada Zawisza. – Mówimy również o tym, że siłą napędową naszego wzrostu będzie upstream [wydobycie], szczególnie upstream międzynarodowy.

Spółka chce zwiększać wolumen produkcji ropy i gazu za granicą poprzez zakup aktywów poszukiwawczo-wydobywczych.

Zgodnie ze strategią w latach 2014-2022 nakłady inwestycyjne PGNiG sięgną 40-50 mld zł, a zysk EBITDA wzrośnie do ok. 7 mld zł.

Eksport polskiej wódki spada, a mógłby dorównać eksportowi whisky

CEO Magazyn Polska

Po whisky i koniaku to wódka jest trzecim produktem eksportowym europejskiego przemysłu spirytusowego. Jej sprzedaż na rynki pozaeuropejskie przekracza 1,1 mld euro. Niestety, to wciąż dużo mniej niż whisky (4,3 mld). Przedsiębiorcy mówią, że eksport wzrośnie, gdy podatki w kraju będą niższe i firmy zainwestują w promocję na zagranicznych rynkach. Na razie jednak spada. W 2014 roku, po podwyżce akcyzy, w świat wysłaliśmy 3 proc. mniej wódki. Przewagą polskiej wódki jest wysoka jakość i tradycja wytwarzania.

Jeśli spojrzymy na dane dotyczące eksportu, to zobaczymy, że są cztery grupy produktów, których sprzedaż przekracza miliard euro rocznie. Szkocka i irlandzka whisky to pierwsza i największa grupa. Koniak jest drugi, a wódka trzecia. To nieco ponad miliard euro z eksportu poza Europę rocznie – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paul Skehan, dyrektor generalny spiritsEUROPE, organizacji zrzeszającej europejskich producentów z branży spirytusowej.

Łączna wartość unijnego eksportu produktów spirytusowych poza granice Unii Europejskiej w 2013 roku przekroczyła 10 mld euro. To największa kategoria eksportowa spośród produktów spożywczych (32 proc.).

Największym odbiorcą są Stany Zjednoczone (ponad 33 proc. ogólnej sprzedaży). W ramach tej kategorii głównym produktem eksportowym jest whisky (44 proc. eksportu, 4,3 mld euro w 2013 roku). Na drugim miejscu jest koniak i brandy – ta podkategoria stanowi 25 proc. eksportu. Łączna jej sprzedaż wynosi 2,5 mld euro.

–  Pod względem wolumenów i wartości sprzedaży nie da się jeszcze porównać eksportu polskiej wódki i whisky, ale wiele się mówi o tym, jak to nadrobić. W porównaniu do wszystkich alkoholi w Europie, a nawet na świecie, szkocka whisky jest potęgą – wyjaśnia dyrektor spiritsEUROPE.

Udział wódki w eksporcie wynosi 11 proc. W ciągu ostatnich dziesięciu lat wartość jej eksportu wzrosła niemal dwukrotnie, przekraczając w 2013 roku 1 mld euro. Duża w tym zasługa Polski, która jest największym unijnym producentem.

Nasze produkty są cenione na całym świecie. Tendencja jest taka, żeby eksportować produkty wysokiej jakości. Myślę, że wśród polskich wódek są produkty wysokiej jakości, które powinny być wiodące na rynkach zagranicznych – ocenia ekspert.

Większy popyt na dobre jakościowo alkohole widać w statystykach. W latach 2003-2013 średnia wartość eksportowanej butelki wzrosła o 37 proc.

Dziś za granicę trafia ok. 20 proc. polskiej produkcji. To mniej niż w latach 80. Dla przykładu prawie cała produkcja francuskiego koniaku trafia na rynki zagraniczne. Polscy producenci chcą systematycznie zwiększać eksport. Skehan przyznaje, że do dalszego umacniania polskich marek na świecie potrzebne jest wsparcie ze strony administracji i dyplomacji.

To oni muszą ustanowić ramy, które pozwolą producentom polskiej wódki wyjść ze swoimi produktami na zewnątrz. Kiedy ten krok będzie za nami, reszta pozostaje w rękach producentów, zarówno tych dużych, jak i tych mniejszych, lokalnych – zaznacza Paul Skehan. – Moim zdaniem ten produkt jest idealny na eksport, szczególnie jeśli spojrzymy na rynek amerykański, gdzie mamy obecnie boom na wódkę i to w dodatku na wódkę najlepszej jakości.

W 2014 r. wolumen eksportu z Polski wyrobów spirytusowych ukształtował się na poziomie 50 mln litrów. Jego wartość wzrosła do 163 mln euro. Najważniejszymi kierunkami eksportu wyrobów spirytusowych są Francja i Stany Zjednoczone.

Polski rynek ubezpieczeń turystycznych szybko rośnie. Większość Polaków kupuje polisę na wakacje samodzielnie

CEO Magazyn Polska

Polacy mają coraz większą świadomość na temat ubezpieczeń turystycznych i coraz częściej kupują je na wyjazdy organizowane samodzielnie. Rynek jest dziś wart ok. 300 mln zł i rośnie co roku w tempie dwucyfrowym. Ubezpieczyciele zauważyli też, że przed wyjazdem na wakacje kupowane są coraz droższe polisy. Klienci szukają też różnych możliwości rozszerzenia ubezpieczeń.

Rynek ubezpieczeń turystycznych wycenia się na ok. 300 mln zł. Ta liczba rośnie co roku o kilkanaście procent – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Oszczak, ekspertka towarzystwa ubezpieczeniowego AXA. – My również obserwujemy znaczny wzrost sprzedaży polis turystycznych. Najwięcej ubezpieczeń sprzedawaliśmy w okresie czerwiec-sierpień i styczeń-luty. Ale w tym roku mamy połowę września, a my już zaczynamy sprzedawać polisy zimowe.

To oznacza, że świadomość na temat ubezpieczeń turystycznych rośnie. Z badań Mondial Assistance wynika, że 67 proc. osób z 15 mln planujących tegoroczne wakacje deklarowało chęć zakupu polisy turystycznej. Co roku decyduje się na to coraz więcej podróżujących. Wpływ na to może mieć rosnąca popularność wyjazdów na własną rękę.

Obserwujemy zmianę na rynku ubezpieczeń turystycznych związaną z przekierowaniem ruchu z biur podróży na wyjazdy indywidualne – mówi ekspertka  AXA. – Coraz więcej Polaków wyjeżdża samodzielnie, przez różnego rodzaju portale rezerwuje sobie hotel, transfer, samolot i tak samo kupuje ubezpieczenie. Obserwujemy bardzo duży wzrost sprzedaży polis indywidualnych przez internet, nie za pośrednictwem biur podróży.

Jak podkreśla Oszczak, Polacy ubezpieczają się na coraz wyższe kwoty. Jeszcze kilka lat temu dominowała sprzedaż polis na 10-20 tys. euro.

Ponad 67 proc. polis w naszym portfelu to polisy na wyższe sumy ubezpieczenia, powyżej 30 tys. euro na koszty leczenia. 30 tys. zł to w tej chwili minimum, a są nawet na 100 czy 150 tys. euro. Wynika to głównie z tego, że jest coraz większa świadomość wysokich kosztów leczenia, jakie są w krajach pozaeuropejskich i w samej Europie – mówi Magdalena Oszczak.

Nawet niegroźne zdarzenie na stoku zakończone złamaniem ręki czy nogi oznacza wydatek na leczenie rzędu 3-4 tys. euro. Dobrze działające polisy muszą opiewać na przynajmniej 20-30 tys. euro, żeby objęły transport czy koszt poważniejszych zabiegów. Osoby, które podczas wyjazdów chcą uprawiać sporty ekstremalne, potrzebują jednak dodatkowego ubezpieczenia.

Ogólnie na polskim rynku jest jeden rodzaj ubezpieczenia, który zawiera pakiet ubezpieczeń, tj. koszty leczenia, następstwa nieszczęśliwych wypadków, bagaż podróżny i OC. Jest też wiele możliwości jego rozszerzenia, np. o aktywności sportowe, sporty wysokiego ryzyka, amatorskie uprawianie sportu, aktywności teambuildingowe czy survivalowe – mówi Oszczak.

Dla klientów możliwość wyboru i rozszerzania polisy jest jednak coraz istotniejsza, podobnie jak pakiet usług assistance, dlatego ubezpieczyciele rozbudowują swoje oferty.

Proponujemy nowy pakiet ubezpieczeń Multitravel z pełną ochroną, bardzo szerokim zakresem assistance, wysokimi sumami ubezpieczeń, nawet do 250 tys. euro na koszty leczenia, z włączeniem amatorskiego uprawiania sportu i – co najważniejsze – z włączeniem następstw chorób przewlekłych – mówi Oszczak.

Dodaje, że indywidualni klienci poszukują nowych rozwiązań, ochrony obejmującej nie tylko koszty leczenia czy ubezpieczenie bagażu, lecz także uwzględniającej bezpieczeństwo finansowe. To przyszłość tego rynku – przekonuje przedstawicielka AXA. Stąd popularność polis kupowanych na wypadek rezygnacji z wyjazdu.

Segmentem stale rosnącym są ubezpieczenia od kosztów rezygnacji, czy z biletu, czy z imprezy turystycznej czy z noclegu. To również wynika z tego, że częściej sami organizujemy sobie wakacje. Jeżeli kupujemy bilet na pół roku wcześniej, to chcielibyśmy go ubezpieczyć w przypadku, kiedy zachorujemy, zachoruje nam dziecko czy zdarzy się coś innego, coś nieprzewidzianego – mówi ekspertka AXA.

We Wrocławiu powstało laboratorium chemiczne dla dzieci. Skorzysta z niego 10 tysięcy uczniów rocznie

CEO Magazyn Polska

We Wrocławskim Centrum Badań EIT+ ruszyło nowe laboratorium chemiczne dla dzieci, którego wyłącznym partnerem jest firma BASF Polska. Po zakładzie produkcji katalizatorów w Środzie Śląskiej koło Wrocławia to kolejny przejaw zaangażowania koncernu chemicznego w regionie. BASF chce poprzez warsztaty i eksperymenty zachęcać młodych ludzi do nauk ścisłych, co w przyszłości może skutkować lepszym dostępem do wykwalifikowanej kadry. Na przyszły rok planowane jest otwarcie kolejnego laboratorium na Dolnym Śląsku.

W zeszłym roku otworzyliśmy fabrykę katalizatorów w Środzie Śląskiej i jesteśmy bardzo dużym pracodawcą na Dolnym Śląsku. W dalszym ciągu inwestujemy na tym terenie – mówi agencji Newseria Biznes Cezary Urban, dyrektor działu środków ochrony roślin w BASF Polska. – Stawiamy drugi krok na Dolnym Śląsku poprzez otwarcie naszej współpracy z EIT+ i Humanitarium.

BASF został wyłącznym partnerem laboratorium chemicznego dla dzieci w Humanitarium Wrocławskiego Centrum Badań EIT+. W tej placówce na terenie Kampusu Pracze uczniowie będą mogli pod okiem naukowców samodzielnie przeprowadzać eksperymenty. Koncern wyposażył laboratorium w najnowocześniejszy sprzęt, m.in. dygestorium chemiczne czy magnetyczne mieszadło.

Współpraca z Humanitarium jest dla nas o tyle istotna, że mówimy o kształceniu naprawdę młodych ludzi. Zależy nam na tym, żeby zaszczepić w nich chęć do nauki chemii i żeby przekonać ich, że jest to ciekawy przedmiot – mówi Marek Jagieła, dyrektor działu chemii przemysłowej i tworzyw sztucznych w BASF Polska.

Warsztaty skierowane są do dzieci i młodzieży w różnych grupach wiekowych – od 4 do 16 lat. Program zakłada dużą samodzielność i zaangażowanie uczniów. Jak podkreślają przedstawiciele BASF, nauka chemii ma dzięki zajęciom stać się fascynującą zabawą.

Dzieci lubią poznawać, jak coś działa w praktyce, dotknąć i zobaczyć, jak coś zmienia kolory i się  pieni. To jest najlepsza metoda nauki – mówi Marek Jagieła.

BASF liczy na to, że rocznie laboratorium będzie odwiedzać ok. 10 tys. uczniów. Przykład Centrum Nauki Kopernik, gdzie BASF współtworzył podobne miejsce, pokazuje, że zainteresowanie najmłodszych tą formą nauki jest ogromne.

Jako koncern chemiczny jesteśmy żywo zainteresowani tym, żeby właśnie tego typu miejsce wykorzystać do celów popularnonaukowych – przekonuje Urban.

Jak podkreśla, popularyzacja chemii wśród najmłodszych to jeden z najważniejszych obszarów zaangażowania społecznego BASF. Od 2010 roku koncern jest partnerem laboratorium chemicznego warszawskiego Centrum Nauki Kopernik. Firma współpracuje także z uznanymi uczelniami w Polsce i prowadzi na Facebooku profil edukacyjny Chemiatomy. Dzięki takim działaniom kształci swoją przyszłą kadrę pracowniczą. Dziś koncern zatrudnia w Polsce ok. 600 pracowników.

Założenie jest proste. Chcemy mieć za 10-15 czy 20 lat zdolnych pracowników, czyli w jakiś sposób trzeba dzisiejsze dzieciaki namówić do tego, żeby  zainteresowały się chemią, fizyką i matematyką, tj. naukami ścisłymi – wyjaśnia Krzysztof Sachs, wiceprezes zarządu Wrocławskiego Centrum Badań EIT+.

Laboratorium chemiczne w Humanitarium to początek szerszej współpracy między koncernem a Wrocławskim Centrum Badań EIT+, jednym z największych w Polsce centrów badawczo-rozwojowych w dziedzinie nanotechnologii i biotechnologii. W przyszłym roku BASF Polska zamierza bowiem otworzyć drugie laboratorium dla dzieci i młodzieży w regionie.

Dzisiaj ta współpraca dotyczy bardzo szczególnego obszaru naszej działalności, jakim jest Humanitarium. Mamy jednak nadzieję, że za kilka miesięcy zaczniemy z BASF-em współpracę w zakresie wspólnych projektów badawczych. Mogą to być na przykład poszukiwania nowoczesnych rozwiązań technologicznych dla fabryki, która powstała w Środzie Śląskiej – podkreśla Sachs.

Humanitarium koncentruje się nie tylko na edukacji dzieci. W ostatnim czasie naukowcy z EIT+, którzy współpracują razem z animatorami nad kształtem warsztatów dla dzieci oraz młodzieży szkolnej, realizowali także duży program dla nauczycieli.

Wielu nauczycieli nie może być na bieżąco z aktualnym stanem badań naukowych, ponieważ cały swój czas poświęcają pracy dydaktycznej. Współpracując z nami, mogą zobaczyć, nad czym pracują naukowcy, oraz poznać, jak w ciekawy sposób przekazać wiedzę uczniom – mówi dr inż. Magdalena Ćwikowska, zastępca dyrektora departamentu biotechnologii Wrocławskiego Centrum Badań EIT+. – Prawdziwa nauka wiąże się z pasją. Jeżeli pokażemy dzieciom, że nauki ścisłe są interesujące, to może w przyszłości będziemy mieli w naszych laboratoriach świetną kadrę. Jeżeli jedna z tych osób powie nam, że zaraziła się tą pasją w Humanitarium, to będzie to nasz największy sukces.

Nowotwory krwi można leczyć skuteczniej. Przełomowe terapie niedostępne dla polskich pacjentów

CEO Magazyn Polska

Polacy chorzy na nowotwory krwi czekają na refundację przełomowych terapii, które są dla nich szansą na poprawę stanu zdrowia. Minister Zdrowia i eksperci są zgodni – najbardziej potrzebne, efektywne i bezpieczne terapie powinni zostać udostępnione polskim pacjentom.

Pojęcie terapii przełomowych w hematoonkologii zostało wprowadzone w Stanach Zjednoczonych w 2012 roku. Terapie te znacznie wydłużają życie chorych oraz zmieniają biologiczny przebieg choroby. Jako pierwszy status leku przełomowego uzyskał w 2013 roku obinutuzumab – przeciwciało stosowane w przewlekłej białaczce limfocytowej. Lek ten o ponad rok przedłużył przeżycie wolne od progresji u pacjentów chorych na przewlekłą białaczkę limfocytową z chorobami współistniejącymi bądź uszkodzonymi nerkami. Jednocześnie przy zastosowaniu tego leku trzykrotnie więcej pacjentów niż w przypadku standardowych terapii uzyskuje całkowitą remisję. Znacząco zmniejsza się także tzw. głębokość remisji.

– Chorym, którzy byli leczeni obinutuzumabem, „zostaje” bardzo mało choroby w tzw. badaniu minimalnej choroby resztkowej. To prawdopodobnie sprawia, że choroba bardzo późno u nich wraca – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. n.med. Piotr Rzepecki, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych i Hematologii z Wojskowego Instytutu Medycznego. – Uważam, że terapie przełomowe są na tyle dobrze opracowane przez FDA [Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków – red.], a grupy pacjentów są tak dobrze dobrane, że można pokusić się o to, żeby na rynku polskim były również dostępne dla pacjentów, którymi się opiekujemy. 

Lekami przełomowymi, stosowanymi w leczeniu przewlekłej białaczki limfocytowej i szpikowej oraz niektórych chłoniaków, są także ibrutinib, idelalisib, blinatumomab oraz ofatumumab. W Stanach Zjednoczonych nadanie statusu leku przełomowego powoduje szybszą rejestrację leku, a tym samym krótszy czas oczekiwania pacjenta na terapię. W Polsce terapie te mimo pozytywnych ocen i danych klinicznych nie zawsze są finansowane, nawet jeśli leki zostały dopuszczone do obrotu.

Można założyć, że jest możliwość poluzowania tego bardzo ścisłego gorsetu pilnowania finansów właśnie o takie terapie – bardzo przełomowe, które dają dużą dodatkową wartość dla chorego i są dużo lepszym narzędziem dla lekarza do leczenia konkretnych stanów klinicznych – mówi Leszek Stabrawa, ekspert firmy HTA Audit.

Postęp medycyny i rozwój nowych terapii w hematoonkologii sprawiają, że na rynku dostępnych jest coraz więcej terapii dla pacjentów cierpiących na nowotwory krwi. Ministerstwo Zdrowia podkreśla, że spośród dużej liczby leków sfinansowane mogą zostać jedynie te, które są najbardziej efektywne i bezpieczne.

Z tym wiąże się bardzo trudne zadanie instytucji państwowych, takich jak Agencja Technologii Medycznych i Taryfikacji czy Ministra Zdrowia, by przejrzeć ofertę, która jest na rynku, i wybrać dla polskich pacjentów leki, które są dla nich najbardziej potrzebne, najbardziej efektywne i najbardziej bezpieczne – mówi wiceminister zdrowia Igor Radziewicz-Winnicki.

Zdaniem ekspertów w systemie nie brakuje pieniędzy na finansowanie nowoczesnych terapii lekowych. W pierwszej kolejności nakłady finansowe powinny być przeznaczane na te leki, które dają największe korzyści pacjentom. O przełomach w medycynie i kierunkach rozwoju nowoczesnych terapii dyskutowano podczas XXV Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju.

Przedszkolaki będą się uczyć programowania. Rusza pilotaż innowacyjnego programu edukacyjnego

CEO Magazyn Polska

18 przedszkoli i tysiąc dzieci w całym kraju weźmie udział w pilotażu innowacyjnego programu „Mistrzowie Kodowania Junior”. To pierwszy tego typu projekt edukacyjny. Jego celem jest upowszechnianie wśród przedszkolaków nawyków cyfrowych i wiedzy na temat korzystania z nowoczesnych technologii. Inicjatorzy programu podkreślają, że ma on uczyć tych umiejętności poprzez zabawę.

Zapoczątkowany w warszawskim przedszkolu nr 180 pilotaż projektu „Mistrzowie Kodowania Junior” w sumie obejmie 1 tys. dzieci i 50 nauczycieli.

W „Mistrzach Kodowania Junior” ćwiczymy z dziećmi miękkie kompetencje, wprowadzamy myślenie analityczne, myślenie logiczne i pracę zespołową do pracy, zabawy i nauki – mówi Blanka Fijołek, CSR & Sponsorship Senior Manager w Samsung Electronics Polska, „Mistrzowie Kodowania Junior”. – Dzieci przedszkolne poznają podstawy programowania nie po to, żeby kształcić profesjonalne programistyczne kompetencje, lecz po to, by nabrać dobrych nawyków, m.in. by nauczyć się pracy w grupie, myślenia logicznego i zdobyć podstawy matematyki.

Program ma też kształtować u dzieci dobre nawyki cyfrowe i uczyć ich bezpiecznego korzystania z technologii. Raport „Mistrzowie Kodowania Junior. Przegląd literatury przedmiotu” wskazuje, że kontakt dzieci w wieku przedszkolnym z nowoczesnymi technologiami może pozytywnie wpływać na rozwój emocjonalny, społeczny, poznawczy i motoryczny małych dzieci.

Mamy taki cel i misję, żeby przedszkola wyprowadzać z zaklętego kręgu placówki skupionej bardziej na opiece i wprowadzać więcej treści merytorycznych, związanych z podstawą programową. Musimy myśleć bardziej realnie, przede wszystkim w kontekście zderzenia, kiedy to mały przedszkolak wędruje do szkoły podstawowej. To zderzenie dwóch różnych klimatów, zarówno emocjonalnych, jak i praktycznych – mówi Blanka Fijołek.

Inicjatorzy programu chcą uczyć przedszkolaków przez zabawę, a zajęcia w ramach projektu mają stać się naturalną częścią zajęć nauczycieli z dziećmi – obok rysowania, czytania, śpiewania czy tańczenia. Dlatego w tworzenie zawartości merytorycznej programu zaangażowani byli eksperci na co dzień pracujący z dziećmi.

Optymistycznie nastrajają wyniki programu „Mistrzowie Kodowania” prowadzonego w ostatnich dwóch latach w szkołach podstawowych i gimnazjach. Jak podkreśla Fijołek, w ciągu dwóch lat jego trwania widać, jak duże postępy zrobili uczniów, którzy poznawali kolejne języki programowania i poszerzali swoją wiedzę na ten temat.

We wrześniu rozpoczęła się trzecia edycja programu, która obejmie 100 tys. dzieci z 1,2 tys. szkół w Polsce. W dotychczasowych edycjach wzięło udział blisko 800 szkół i ponad 56 tys. uczniów.

Zauważyliśmy też oddolną tendencję do wprowadzania zajęć z programowania również w oddziałach dzieci młodszych, 6- i 7-letnich. Głęboko wierzymy w to, że można pracować już z młodszymi dziećmi, stąd pomysł na to, żeby właśnie przygotować ofertę edukacyjną również dla dzieci przedszkolnych – mówi Fijołek.

Jak podkreśla, oba programy są zupełnie inne, bo muszą uwzględniać możliwości poznawcze młodszych dzieci. Praca z nimi odbywa się raczej w kilku- lub kilkunastominutowych seriach, a nie podczas 45-minutowych zajęć, jak w przypadku dziesięciolatków i starszych dzieci.

To są raczej małe gry, zabawy logiczne, począwszy od sudoku, poprzez grę w statki i szereg różnych obudowanych dobrą narracją gier matematycznych, a po  programowanie, a programujemy w Scratchu Juniorze, czyli bardzo obrazkowym języku-skrypcie – wyjaśnia Fijołek.

Od efektów pilotażu będzie zależała kontynuacja programu. Samsung Electronics Polska nie wyklucza zwiększania liczby placówek, ale w dużej mierze zależy to od infrastruktury, jaką dysponuje dane przedszkole.

Bardzo liczymy na mocną informację zwrotną od ekspertów zajmujących się na co dzień edukacją i szerszą dyskusję na temat pożytecznych kompetencji i sposobu ich wprowadzania do nauki przedszkolnej – podkreśla Blanka Fijołek.

I dodaje, że inicjatorzy liczą także na wsparcie rodziców i ich zaangażowanie w naukę.

Uber świętuje rok w Polsce. Aplikacja zyskała wielu zwolenników, ale i wrogów

CEO Magazyn Polska

Uber, czyli aplikacja łącząca kierowców i klientów, oferująca tańsze przejazdy niż taksówki, obchodzi pierwszą rocznicę działalności w Polsce. Przez ten czas firma zdobyła grono zwolenników, którzy cenią zwłaszcza dostępność usług i ich atrakcyjną cenę, ale i wrogów, bo Uber jest poważną konkurencją dla korporacji taksówkarskich. Również internauci są podzieleni w opiniach.

Uber to kolejna inicjatywa z dziedziny sharing economy, czyli ekonomii współdzielenia, zgodnie z którą konsumenci wymieniają się dobrami i usługami, bez nastawienia na zysk. Wartość amerykańskiej aplikacji, która zdobywa dużą popularność na świecie, dynamicznie rośnie (w ciągu ostatnich siedmiu miesięcy o 10 mld dolarów).

Zgodnie z danymi IMM z automatycznego monitoringu internetu AMI na temat Ubera od 1 lipca do połowy września ukazało się ponad 2,5 tys. informacji, z czego najwięcej na portalu Facebook – tam ukazało się prawie tysiąc wzmianek. Dotyczyły one głównie wzrastającej popularności aplikacji Uber, która staje się coraz bardziej atrakcyjna dla klientów i wg m.in. Business Insider została najbardziej dochodowym start-upem na świecie o wartości ponad 50 mld dol. – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Masalska, młodszy specjalista ds. PR w Instytucie Monitorowania Mediów.

Polscy internauci i chwalą, i krytykują. 59 proc. wzmianek zabarwionych emocjonalnie miało wydźwięk pozytywny, 41 proc. – negatywny. Klienci najczęściej chwalą niższe ceny, ale to też jest głównym powodem krytyki.

Przejazdy Uberem są nawet o 20 proc. tańsze niż standardowymi taksówkami, więc wzbudza to wiele kontrowersji wśród konkurencji, czyli wśród standardowych firm taksówkarskich oraz urzędników. Firma nie płaci za swoich kierowców, ponieważ nie odprowadza od nich podatków – mówi Karolina Masalska.

Liczne kontrowersje sprawiły, że Uber został zakazany m.in. we Francji, w Hiszpanii i w Niemczech. Za to w Londynie została zalegalizowana, ponieważ kierowcy współpracujący z Uberem muszą przejść takie same testy jak taksówkarze, m.in. zdać testy topograficzne. Ten punkt stanowi problem dla polskich internautów – kilku z nich w swoich wypowiedziach podkreślało, że z kierowcą Ubera zdarzało im się błądzić po mieście.

Klienci przede wszystkim chwalą sobie cenę, która – co warto podkreślić – jest jednak zmieniana w zależności od tego, czy jest jakieś wydarzenie kulturalne czy impreza masowa. Ale przede wszystkim też bardzo chwalą samych kierowców, ponieważ uważają, że właśnie rozmowy z nimi są bardzo inspirujące – mówi ekspertka IMM.

Zdaniem Masalskiej firma pozytywnie zaskakuje prowadzonymi kampaniami promocyjnymi. Przykładem był darmowy dojazd z kierowcą Ubera na wybory prezydenckie czy pod Muzeum Powstania Warszawskiego w rocznicę jego wybuchu.

Głównym strategiem do spraw kampanii światowej Ubera został  David Plouffe, były doradca kampanii prezydenckiej Baracka Obamy z 2008 roku – wyjaśnia Karolina Masalska. – Uber przede wszystkim skupia się na podejmowaniu współpracy z różnymi firmami, np. restauracjami czy firmami odzieżowymi. Współpracują też w ramach różnych wydarzeń, np. Warsaw Fashion Weekend. Uber umożliwia klientom darmowe przejazdy, więc jest to akcja, którą trudno będzie przebić konkurencji – dodaje.

Z okazji rocznicy istnienia Uber zaplanował specjalną akcję promocyjną. Media informują, że 18 września użytkownicy aplikacji będą mogli skorzystać z krótkiej przejażdżki superautem. Do ich dyspozycji będą m.in. Audi RS6 Sportmile, Ferrari 458 Italia, Bentley Continental GT, Ford Mustang GT 5 czy Porsche Cayenne GTS LIFT.

Popołudniowy komentarz walutowy z 17.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 17.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Elektrobudowa bada szanse wejścia w alternatywne źródła energii. W nadchodzących kwartałach oczekuje istotnego wzrostu w segmencie dystrybucji

CEO Magazyn Polska

Nadzieje na dobre wyniki w najbliższej przyszłości Elektrobudowa wiąże z tradycyjnymi inwestycjami energetycznymi i pieniędzmi z nowej unijnej perspektywy. W przyszłości jednak dochody spółki w coraz większym stopniu mają pochodzić z technologii innowacyjnych. Ich udział uzależniony jest od wyników badań trwających w firmie.

– Wiele zależy od szybkości czy tempa, w jakim będą wdrażane kolejne programy i będą spływały do Polski pieniądze unijne. To może w istotny sposób poprawić sytuację na tym rynku – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jacek Faltynowicz, prezes Elektrobudowy.

Prognoza Grupy Kapitałowej Elektrobudowa na 2015 rok zakłada uzyskanie niemal 1,2 mld zł przychodów ze sprzedaży i 45 mln zł zysku netto. Spółka nie wyklucza przy tym, że ostateczny wynik może być jeszcze lepszy.

– Na pewno w istotny sposób swój wynik poprawi segment dystrybucji. Tam nie widać istotnych zagrożeń, oczywiście poza zagrożeniami wewnętrznymi. Na pewno utrzyma swoją pozycję segment wytwarzania, łącznie z przejętą częścią segmentu przemysłowego. Z części rynków i zamówień świadomie zrezygnowaliśmy – zaznacza Jacek Faltynowicz, pytany o perspektywę wzrostu w kolejnych kilku kwartałach.

Segment wytwarzania i segment przemysłowy powinny natomiast – zdaniem prezesa – utrzymać swoją pozycję.

– Będziemy startowali w przetargach ogłaszanych przez PSE, czyli przez Polskie Sieci Elektroenergetyczne, mamy również zamiar skutecznie wystąpić w przetargu o prace elektryczne w Elektrowni Opole.

Zgodnie z unijną dyrektywą z 2009 roku już za cztery lata w państwach członkowskich wspólnoty średnio 20 proc. zużywanej energii ma pochodzić ze źródeł odnawialnych. Polska, w której przebudowa energetyki przebiega wolniej niż bogatych krajach, musi w tym czasie zwiększyć udział energii z OZE do poziomu 15 proc. ogólnego zużycia. To i tak oznacza gigantyczne inwestycje. W programie operacyjnym związanym z poprawą efektywności energetycznej z budżetu na lata 2014-2020 Bruksela przyznała Polsce 24 mld euro.

– Powoli zaczynamy się zastanawiać nad alternatywnymi źródłami energii mówi Jacek Faltynowicz. – Na razie jest to raczej badanie i przygotowanie się d tego teoretycznie, jeszcze przed etapem przygotowania biznesplanu. Myślmy o tym, co to w ogóle jest, gdzie możemy znaleźć wartość dodaną, jakie są perspektywy rozwoju tego segmentu i czy nastąpi jakiś boom w postaci nagłego rozwiązania technicznego po stronie np. magazynów energii elektrycznej, po stronie fotowoltaiki.

Inwestycje w OZE to jednak nie wszystko. Świat dziś bardzo intensywnie poszukuje nowych technologii wytwarzania, przesyłu i magazynowania energii, a innowacyjne patenty potrafią przynosić krociowe zyski.

– Podchodzimy do tego systemowo podkreśla Faltynowicz. – Najpierw zobaczymy, co to jest, bo jeżeli np. z analiz będzie wynikało, że w perspektywie roku, dwóch czy trzech lat nastąpi istotna rewolucja techniczna, tak jak w komputerach czy smartfonach, to wchodzenie w tej chwili w ten biznes jest bez sensu. Dlatego takie decyzje podejmiemy, ale dopiero po szczegółowej analizie. Nie najpierw ludzie i struktura, organizacja, a potem zobaczymy, czy gdzieś się to sprzeda, ale odwrotnie, najpierw będziemy wiedzieli, co i gdzie sprzedawać, potem zbudujemy do tego strukturę, a o wynikach będziemy mówili na samym końcu.

Przychody Elektrobudowy ze sprzedaży sięgnęły w I półroczu 593 mln zł i były o  34 proc. wyższe niż rok wcześniej. Skonsolidowany zysk netto spółki, przypadający na jej akcjonariuszy był o ponad 25 mln wyższy niż w 2014 roku.

– Wyniki wyglądały bardzo przyzwoicie. To było chyba w ogóle najlepsze półrocze w historii spółki. Wyniku jednostkowego mamy 29 mln zł, to powinno również usatysfakcjonować akcjonariuszy – ocenia, dodając, że sądząc po wynikach I półrocza i prognozie II, perspektywy spółki wyglądają dobrze.

Katarski gaz przypłynie do gazoportu jeszcze w tym roku

CEO Magazyn Polska

Spółka Polskie LNG, która odpowiada za budowę i rozruch gazoportu w Świnoujściu, zakontraktowała pierwsze zamówienie na dostawę gazu. Kontrakt dotyczy 200 tys. metrów sześciennych surowca, a dostawa będzie miała miejsce w IV kwartale 2015 roku. Skroplony gaz ziemny dostarczy firma Qatargas, największy producent na świecie. Pośrednikiem w transakcji będzie Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo.

Zamówienie pierwszej dostawy LNG do celów technologicznych było możliwe po zakończonych z sukcesem negocjacjach z wykonawcą terminalu LNG w Świnoujściu.

Nie znamy warunków handlowych tej umowy, natomiast sam fakt wybrania Qatargasu, czyli dużej spółki, z którą mamy już relacje umowne, jest jak najbardziej dobrym rozwiązaniem, dlatego że pozwala na przetestowanie całego procesu zakupu gazu. Skoro mamy długofalowy kontrakt PGNiG z Qatargasem, to właściwe jest to, że testujemy na pewnych parametrach technicznych gazu LNG, który przede wszystkim będzie dostarczany do tego terminalu – komentuje w rozmowie z Newserią Biznes Robert Zajdler, ekspert rynku energetycznego z Instytutu Sobieskiego.

Qatargas to lider w produkcji LNG na świecie. Jego zdolności eksportowe wynoszą obecnie ok. 57 mld metrów sześciennych gazu rocznie, co zapewnia dużą wiarygodność. Zaopatruje największych odbiorców LNG w Europie, w tym Wielką Brytanię, Włochy, Hiszpanię, Belgię i Francję.

Podpisanie umowy na dostawę gazu do terminalu w Świnoujściu to kolejny etap na drodze do rynkowego uruchomienia tej infrastruktury. Umożliwi to techniczne przetestowanie tego, jak terminal będzie funkcjonował i jakie są jeszcze ewentualne kwestie, które będą wymagać poprawy ze strony wykonawcy – dodaje ekspert.

Dostawa gazu ziemnego odbędzie się za pośrednictwem spółki PGNiG, która zakontraktowała dostawę od firmy Qatargas, lidera w produkcji LNG i dysponenta największej na świecie floty metanowców, czyli statków służących do transportu skroplonego gazu. Zajdler podkreśla, że podpisanie kontraktu w praktyce oznacza rozpoczęcie współpracy między trzema podmiotami, czyli właścicielem terminalu, dostawcą i spółką pośredniczącą.

Jest to element szerszej współpracy z PGNiG jako podmiotem, który ma największy kontrakt na dostawy gazu LNG za pośrednictwem terminalu w Świnoujściu – wyjaśnia ekspert.

Dzięki zamówieniu możliwe będzie sprawdzenie tego, jak funkcjonuje cały łańcuch logistyczny, począwszy od transportu, poprzez testy instalacji samego terminala LNG, aż po odbiór gazu przez spółkę PGNiG. Jak podkreśla Zajdler, będzie to także test dla PGNiG, bo pierwsza dostawa skroplonego gazu pozwoli przetestować model współpracy z dostawcą.

Z kolei Polskie LNG sprawdzi w ten sposób, czy terminal działa prawidłowo. Zgodnie z podpisanym w ubiegłym tygodniu porozumieniem między spółką Polskie LNG a konsorcjum Saipem odpowiedzialność za nieodebranie dostawy oraz jakiekolwiek ewentualne wady terminalu weźmie na siebie wykonawca.

Testujemy terminal na małych ilościach, na jednorazowych dostawach. Później, w zależności od tego, gdzie gaz będzie najtańszy i jakie będą warunki zakupu, będzie można wybrać dostawcę, który jest najefektywniejszy i oferuje najlepszą cenę – mówi Robert Zajdler. – Wybór Qatargasu to jest rodzaj zacieśnienia współpracy i dobry prognostyk na przyszłość.

Drugi metanowiec przypłynie do terminalu prawdopodobnie w I kwartale przyszłego roku. Jeśli rozruch techniczny przebiegnie prawidłowo, to gazoport rozpocznie działalność komercyjną w II kwartale 2016 roku.

Terminal LNG w Świnoujściu będzie jedną z największych tego typu instalacji w całej Europie i jedyną w naszym regionie.

Z. Berdychowski: wybór J. Kaczyńskiego na Człowieka Roku to docenienie jego wpływu na zmiany w polskiej polityce

CEO Magazyn Polska

– Jesteśmy świadkami zasadniczej zmiany na polskiej scenie politycznej i w związku z tą zmianą Jarosław Kaczyński został wybrany na Człowieka Roku 2014 – tak decyzję Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Krynicy komentuje jej przewodniczący Zygmunt Berdychowski. Jarosław Kaczyński zwyciężył, otrzymując dziewięć głosów i wyprzedzając m.in. premiera Ukrainy Arsenija Jaceniuka oraz reprezentację Polski w siatkówce.

Kiedy spojrzymy na to, co wydarzyło się w Polsce, to nikt chyba nie ma wątpliwości, że jesteśmy świadkami zasadniczej zmiany – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zygmunt Berdychowski, przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Krynicy.

Według Zygmunta Berdychowskiego wybór nie był trudny. Głównie z powodu takich czynników, jak wpływ Kaczyńskiego na przebieg kampanii prezydenckiej czy znaczący wzrost popularności Prawa i Sprawiedliwości w sondażach przed nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi.

Jeszcze kilka miesięcy temu trudno było o inną perspektywę związaną z wyborami prezydenckimi niż reelekcja prezydenta Bronisława Komorowskiego – twierdzi Berdychowski. – Z drugiej strony ostatnie miesiące przyniosły zasadnicze przewartościowanie w sondażach wyborczych. To też jest jeden z elementów świadczący o zmianie, która była powodem przyznania tej nagrody.

Jak dodaje, tradycyjnie laureatami tej nagrody od lat są osoby, które swoją postawą i zaangażowaniem wywarły największy wpływ na sytuację nie tylko w Polsce, lecz także w całym regionie.

Jarosław Kaczyński został wybrany dziewięcioma z 29 oddanych głosów członków Rady Programowej Forum. W jej skład wchodzą głównie politycy, publicyści oraz przedsiębiorcy. Na drugim miejscu znalazł się premier Ukrainy Arsenij Jaceniuk, na którego zagłosowało siedem osób, zaś na trzecim miejscu z sześcioma głosami ex aequo reprezentacja Polski w siatkówce oraz Herbert Wirth, prezes KGHM.

W poprzednich latach wśród laureatów nagrody Człowiek Roku na krynickim Forum Ekonomicznym znaleźli się m.in.: Lech Wałęsa, Bronisław Komorowski, Donald Tusk, premier Słowacji Robert Fico, przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso, były prezydent Republiki Czeskiej Vaclav Havel czy prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili.

Produkcja prądu z kogeneracji ma wzrosnąć dwukrotnie. Polska ma największy potencjał w UE

CEO Magazyn Polska

Obecny system wsparcia kogeneracji, czyli produkcji prądu i energii cieplnej w jednym procesie technologicznym, obowiązywać będzie jedynie do 2018 roku. Prace nad przygotowaniem następnego dopiero startują, co oznacza, że nowe inwestycje rozpoczną się dopiero około 2020 roku. To hamuje rozwój sektora ze stratą dla polskiej energetyki – przekonuje prezes PGNiG Termika. Polska ma bowiem największy potencjał w zakresie kogeneracji w UE, ale go nie wykorzystuje.

Potrzebujemy długoterminowego systemu wsparcia kogeneracji – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Dec, prezes zarządu w spółce PGNiG Termika. – Nie chodzi już o wysokość takiej pomocy, ale o to, by każdy, kto zdecyduje się na inwestowanie w nią, wiedział, że system będzie obowiązywał przez przynajmniej dziesięć lat, tak żeby można było sobie ten biznes skalkulować.

W listopadzie 2009 roku Rada Ministrów przyjęła dokument „Polityka energetyczna Polski do 2030 roku”. Określono w nim, że jednym z istotnych działań na rzecz poprawy efektywności energetycznej w krajowym systemie będzie stymulowanie rozwoju kogeneracji.

Minęło pięć lat, więc możemy już podsumować ten okres. Moim zdaniem zrobiliśmy niewiele, nic nowego z dużych rzeczy nie powstało – zauważa Marek Dec.

Od kwietnia 2014 roku podmioty wytwarzające energię i ciepło w skojarzeniu w zależności od tego, czy spalają gaz, czy spalają węgiel mogą się starać o tzw. żółte lub czerwone certyfikaty, aby zakwalifikować się do systemu wsparcia. Od początku 2013 roku taka możliwość była wstrzymana, co nie tylko hamowało rozwój nowych instalacji, lecz także spowodowało zatrzymanie produkcji w wielu istniejących elektrociepłowniach gazowych. Niestety, obecny system będzie obowiązywał tylko do 2018 roku, dlatego pojawia się pytanie: „Co dalej?”.

Pracujemy nad nową polityką energetyczną, bo po pięciu latach okazało się, że dotychczasowa już się wyczerpała – informuje Marek Dec. – Jeżeli ktoś ma do zainwestowania setki milionów, jak nie miliardy złotych, z dwuletnią perspektywą wsparcia, to nie podejmie takiej decyzji, bo byłby szaleńcem.

Według prezesa zarządu PGNiG Termika czekanie z tworzeniem nowej legislacji do 2018 roku, aż obecny system zostanie zakończony, nie jest dobrym rozwiązaniem. Może sprawić, że nowe projekty będą mogły ruszyć dopiero po 2020 roku i potencjał wytwarzania energii elektrycznej w połączeniu z ciepłem, który uważany jest za skarb narodowy Polski, wciąż nie będzie wykorzystywany.

Nasz potencjał kogeneracyjny należy do największych w Unii Europejskiej, a obecnie nie jest w ogóle wykorzystywany – wskazuje Marek Dec. – W nowej polityce energetycznej zakłada się, że produkcja ma być podwojona. Jednym z głównych czynników, które mają to spowodować, będzie system wsparcia po 2018 roku. Ale na temat tego, jak on ma wyglądać i na jak długo jest przewidywany, strategia milczy.

Zdaniem Marka Deca bez zdecydowanej determinacji we wprowadzaniu i przygotowywaniu już dzisiaj systemów stymulowania rozwoju tej gałęzi energetyki, po 2018 roku instalacje wytwarzające energię i ciepło w skojarzeniu nadal będą powstawały bardzo powoli, jeśli w ogóle będą powstawały.

Będziemy mieć piękne projekty na papierze, a potencjał, który ma bezpośrednie przełożenie zarówno na nasze cele w zakresie emisji dwutlenku węgla, jak i na zdrowie obywateli, wciąż nie będzie wykorzystywany. To wszystko jest do zrobienia, trzeba tylko chcieć wprowadzić mechanizmy pobudzające rozwój sektora i zacząć je realizować – twierdzi Marek Dec.

Eksperci przekonują, że nowoczesne elektrociepłownie bardziej efektywnie wykorzystują węgiel. Poziom efektywności sięga tu 90 proc., podczas gdy w tradycyjnych elektrowniach jest on dwukrotnie niższy.

Fabryki Marsa zasilane energią odnawialną. Koncern uruchamia pod Sochaczewem nową oczyszczalnię

0

CEO Magazyn Polska

Mars Polska uruchomił przy zakładzie produkcyjnym w Janaszówku oczyszczalnię ścieków wartą 33 mln zł. Dzięki niej koncern chce ograniczyć o 10 proc. emisję dwutlenku węgla i zużycie wody. Dodatkowo z przetwarzanych odpadów będzie pozyskiwana energia odnawialna, dzięki której można wyprodukować 800 tys. snickersów na dobę.

Zainwestowaliśmy 33 mln zł w najnowocześniejszą technologię, która pozwala nam z ładunku odpadów prawie w 100 procentach odzyskać energię i wykorzystać ją ponownie w produkcji – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Krzysztof Dyner, dyrektor fabryki czekolady Mars Polska w Janaszówku, pod Sochaczewem. – Mamy możliwość wygenerowania 1 MW energii odnawialnej. Dzięki niej możemy wyprodukować około 800 tys. snickersów na dobę albo prawie 100 tys. półkilogramowych opakowań karmy marki Pedigree.

Nowa instalacja ma sprawić, że produkcja słodyczy i karmy będzie bardziej neutralna dla środowiska. Koncern chce w ten sposób o jedną dziesiątą zredukować emisję dwutlenku węgla oraz zużycie wody. Dyrektor fabryki wyjaśnia, że dziennie nowa oczyszczalnia mogłaby dostarczyć energię do około 15 tys. osób oraz wodę do około 1 tys.

Kontynuujemy naszą strategię środowiskową od 2007 roku. Od tego czasu nie wysyłamy żadnych odpadów na wysypiska w Polsce. Wszystkie odpady poddajemy recyklingowi albo przerabiamy je w naszej oczyszczalni. Generując energię, możemy obniżyć koszty – wyjaśnia Dyner.

Dzięki temu nakłady na oczyszczalnię mają się zwrócić w ciągu kilku najbliższych lat.

Jak podkreśla, działania środowiskowe polskiego oddziału Marsa wynikają z globalnie przyjętej strategii Zrównoważonego Rozwoju w Jednym Pokoleniu. Zgodnie z nią do 2040 roku koncern chce zupełnie wyeliminować emisję dwutlenku węgla z paliw kopalnych.

Dlatego w ostatnim czasie w Teksasie zainwestowaliśmy w farmę wiatrową, która w najbliższym czasie będzie zaopatrywała w energię odnawialną ponad 70 oddziałów Marsa, w tym 37 fabryk zlokalizowanych w Stanach Zjednoczonych. My w Polsce robimy mały krok w tym kierunku, instalując naszą nową oczyszczalnię – wyjaśnia Krzysztof Dyner.

Kompleks fabryczny Mars Polska pod Sochaczewem jest jedną z największych inwestycji kapitałowych firmy na świecie. W jego skład – oprócz nowej oczyszczalni – wchodzą również fabryka czekolady, dwa zakłady produkcji jedzenia dla zwierząt i fabryka mleka o statusie mleczarni.

Od 23 lat jesteśmy świadkami ciągłego rozwoju firmy Mars, budowy nowych zakładów, instalowania nowych technologii. Dla mieszkańców i gminy jest to wyjątkowo dobry okres rozwoju, bo firma daje pracę, płaci podatki, rozwija nowe technologie i przestrzeń gospodarczą – mówi Mirosław Orliński, wójt gminy Sochaczew.

Rozwijanie nowoczesnych instalacji to jeden z priorytetów władz województwa, tym bardziej że na ten cel w nowej perspektywie Unii Europejskiej przeznaczono znaczące środki.

Z rozwojem strefy badawczej wiążemy ogromne nadzieje, liczymy na to, że przedsiębiorcy będą się zwracać do naszych instytucji podległych po te środki, a my wspólnie z nimi będziemy tworzyć nowe miejsca pracy oraz centrum badań i rozwoju, jakie tworzymy także w wielkich strategicznych przedsiębiorstwach – mówi Mirosław Adam Orliński, radny sejmiku województwa mazowieckiego. – Oprócz tego dla firm istotna jest także cała infrastruktura, którą tworzymy wokół, czyli środki na inwestycje proekologiczne, prospołeczne i na infrastrukturę.

Mars Polska ma także oddziały w Małopolsce i Wielkopolsce. W sumie w kraju działa sześć fabryk.

9 mln dorosłych po pięćdziesiątce nie korzysta z internetu. Na ich edukację cyfrową w latach 2015-2020 potrzeba 40 mln zł

CEO Magazyn Polska

Ponad jedna czwarta społeczeństwa to osoby niekorzystające z internetu. Eksperci podkreślają, że to nie tylko problem tych ludzi, lecz także całej gospodarki. Dlatego inwestycje w tym obszarze są równie ważne, co inwestycje w poprawę dostępu do internetu. Zmniejszaniu skali problemu służy program Polska Cyfrowa Równych Szans, w ramach którego wolontariusze, czyli Latarnicy Polski Cyfrowej, wprowadzają osoby po 50 roku życia w świat cyfrowy. Na kontynuację projektu w kolejnych latach potrzeba ponad 40 mln zł. 

Dzięki wsparciu Unii Europejskiej w Polsce jest coraz mniej miejsc, w których nie można połączyć się z siecią. Jak podawał latem Urząd Komunikacji Elektronicznej, nawet w Polsce Wschodniej powstało już 95 proc. sieci szerokopasmowej.

Województwo lubelskie od lat jako jeden z liderów w kraju poważnie inwestuje w rozwiązywanie problemu wykluczenia cyfrowego – podkreślał w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Przemysław Litwiniuk, przewodniczący sejmiku województwa lubelskiego. – Inwestujemy w sieci światłowodowe, w szczególności docierające do miejsc, w których dostęp do internetu tradycyjnego jest ograniczony, odległe od dużych aglomeracji. Kupujemy także komputery dla rodzin, których nie stać na zakupienie tego rodzaju infrastruktury technicznej, niezbędnej do obsługi internetu. Kolejnym elementem walki z wykluczeniem są szkolenia dla osób 50+, które z racji wieku niekoniecznie miały okazję nauczyć się tego, w jaki sposób obsługiwać internet.

Integracja cyfrowa jest obok rozbudowy infrastruktury i tworzenia nowych e-usług jednym z priorytetów programu operacyjnego Polska Cyfrowa. Badania wskazują, że ok. 9 mln spośród 13 mln dorosłych Polaków nie korzysta z sieci. Problem jest szczególnie istotny w grupie 50+.

Po inwestycjach infrastrukturalnych, jakie przeprowadziliśmy w ostatnich latach, to dziś największy problem cywilizacyjny Polski, który musimy rozwiązać – zwraca uwagę Krzysztof Głomb, prezes Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”. – Marzyłoby się nam, aby politycy niezależnie od opcji politycznej zrozumieli, że pozostawanie poza światem internetu, komunikacji elektronicznej, zdolności do wykonywania prostych czynności, jak bankowość elektroniczna, zakupy w internecie, edukacja czy korzystanie z informacji o zdrowiu ludzi w tak wielkiej liczbie, bo to jest przecież ponad 1/4 społeczeństwa, to nasza katastrofa cywilizacyjna.

To również straty ekonomiczne, bo wykluczenie cyfrowe oznacza 24 mld zł strat dla budżetu państwa i gospodarstw domowych.

Przez ostatnie cztery lata w ramach programu Polska Cyfrowa Równych Szans 3 tys. wolontariuszy, zwanych Latarnikami Polski Cyfrowej, wyedukowało blisko 270 tys. osób powyżej 50 roku życia. Był to jest największy tego typu program w Europie. Inicjatorzy programu myślą o jego kontynuacji.

– Potrzebny jest dzisiaj duży systemowy projekt edukacji cyfrowej pokolenia 50+, a nie duża liczba rozproszonych projektów realizowanych z wykorzystaniem niesprawdzonych metodyk szkoleniowych, potrzebna jest kontynuacja Polski Cyfrowej Równych Szans – mówi Krzysztof Głomb. – Jej podstawy zostały już sfinansowane, inicjatywa dobrze działa, jest sprawdzona, jest widoczna w środowiskach lokalnych i doceniana przez środowiska samorządowe. Potrzeba kilkudziesięciu milionów złotych na kolejne 6-7 lat, żeby następne pół miliona do miliona osób mogły wejść w cyfrowy świat w tym czasie.

W ramach inicjatywy Polska Cyfrowa Równych Szans stworzono solidne podstawy merytoryczne do działań edukacyjnych: bazę wiedzy, zasoby nowoczesnych, multimedialnych materiałów edukacyjnych i liczne materiały szkoleniowe. Jak podkreśla Głomb, szkoda byłoby zmarnować potencjał programu i działających przy nim wolontariuszy.

Latarnicy apelują, by nie ograniczać się do cyklu drobnych działań edukacyjnych, a skoncentrować się na kolejnym dużym programie, który pozwoli całościowo rozwiązać problem wykluczenia cyfrowego w Polsce.

Podczas IV Zjazdu Latarników Polski Cyfrowej zebrani zaapelowali do rządu o pilne podjęcie decyzji o stworzeniu warunków do kontynuacji PCRS w ramach projektu rządowego realizowanego od początku 2016 roku. Szczególne nadzieje pokładają w decyzjach ministra pracy i polityki społecznej oraz ministra administracji i cyfryzacji.

Zanieczyszczone powietrze drugą po papierosach najczęstszą przyczyną chorób układu oddechowego

CEO Magazyn Polska

Z powodu zanieczyszczeń powietrza w Polsce umiera blisko 45 tys. osób rocznie. Pyły obecne w powietrzu są drugim po paleniu tytoniu czynnikiem, który powoduje występowanie chorób układu oddechowego. W Polsce na obturacyjne choroby płuc cierpi 6 mln osób. W części winę za to ponosi właśnie powietrze, którym oddychamy, bo aż sześć polskich miast znajduje się w czołówce najbardziej zanieczyszczonych w Europie. Chorzy powinni jak najrzadziej przebywać w centrach miast i rzucić palenie.

Skala zanieczyszczeń w polskich miastach jest potężna. Z pierwszej dziesiątki najbardziej zanieczyszczonych miast europejskich sześć to miasta w Polsce. Na trzecim miejscu znalazł się Kraków z wysokimi stężeniami cząstek stałych, benzoalfapirenu i tego, co pojawi się wraz z sezonem grzewczym. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Tak naprawdę większość powierzchni Polski to miejsca, gdzie stężenie benzoalfapirenu przekracza dopuszczalne normy – mówi agencji Newseria Biznes dr n. med. Piotr Dąbrowiecki, przewodniczący Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i POChP, ekspert Wojskowego Instytutu Medycznego.

Polska, obok Bułgarii, ma najbardziej zanieczyszczone powietrze w Unii Europejskiej. W dużej mierze to efekt palenia w piecach węglem, drewnem i odpadami. Poziom benzoalfapirenu jest zbyt wysoki w 90 proc. miast. Na południu Polski problemem jest wysokie stężenie pyłów zawieszonych. W 30 polskich miastach dopuszczalne średnie stężenie PM2,5 w powietrzu jest przekroczone. Nie pozostaje to bez wpływu na stan zdrowia. Szacunki Światowej Organizacji Zdrowia wskazują, że rocznie ok. 45 tys. osób w Polsce umiera przedwcześnie właśnie z powodu zanieczyszczonego powietrza, a na świecie nawet 7 mln.

Nie tylko zaostrzenia astmy, przewlekła obturacyjna choroba płuc czy rozwój częstych infekcji układu oddechowego mają związek z zanieczyszczonym powietrzem, lecz także np. udary i zawały. Istotne zaburzenia rytmu serca, które powodują, że pacjent trafia do szpitala, mają ewidentny związek z poziomem zanieczyszczenia powietrza w miejscowości, w której dana osoba żyje – tłumaczy ekspert WIM.

W Polsce już ok. 6,5 mln osób choruje na obturacyjne choroby płuc, z czego na astmę cierpi 4 mln, pozostali – na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc. Rocznie na POChP umiera w Polsce 17 tys. osób, na świecie zaś 2,7 mln. To sprawia, że POChP jest piątą najczęstszą przyczyną zgonów, a do 2020 roku może znaleźć się na trzecim miejscu. Zanieczyszczenie powietrza jest drugim po paleniu czynnikiem, który wywołuje choroby układu oddechowego, raka płuc czy POChP.

Lawinowo narasta poziom alergii w społeczeństwie. Jednym z tropów diagnostycznych jest zanieczyszczona atmosfera. Pyłki, które docierają do układu oddechowego, wzbogacone o cząstki stałe to bomba immunologiczna, która wywołuje zdecydowanie bardziej intensywną reakcję w układzie oddechowym, oku czy na skórze pacjentów. Widzimy korelację między zanieczyszczonym powietrzem a rosnącą liczbą osób z alergią, a jeżeli z alergią, to i z astmą – wyjaśnia Dąbrowiecki.

Ekspert podkreśla, że chore osoby powinny unikać zanieczyszczonego powietrza i jak najrzadziej przebywać w centrach miast. Dlatego też trwające w tym tygodniu III Polskie Dni Spirometrii odbywają się pod hasłem „Oddychaj czystym powietrzem”. Do akcji dołączyło ok. 230 placówek w całej Polsce, gdzie można bezpłatnie wykonać badanie spirometrem i ocenić wydolność układu oddechowego. Najwięcej ośrodków zgłosiło się na Śląsku, w Małopolsce i na Podkarpaciu, czyli w regionach, które mają największy problem z pyłami zawieszonymi.

To bardzo ważne, by oddychać czystym powietrzem. Jest wówczas szansa, że nie zachorujemy na przewlekłe choroby układu oddechowego, a jeżeli zachorujemy, to będzie mniej zaostrzeń – przekonuje Dąbrowiecki. – Zanieczyszczenia powietrza indukują rozwój przewlekłego stanu zapalnego w układzie oddechowym. U osób, które mają astmę i są eksponowane na zanieczyszczenia powietrza, częściej dochodzi do zaostrzeń. Częściej się też przeziębiają, a może być to przyczynek do tego, żeby choroba przewlekła rozwijała się bardziej dynamicznie – wskazuje.

Podczas Dni Spirometrii popularyzowana jest wiedza o chorobach płuc, których świadomość w Polsce jest wciąż znikoma. Eksperci będą też zachęcać do zdrowego trybu życia, rzucenia palenia i unikania miejsc z największym stężeniem szkodliwych dla zdrowia pyłów.

Każda osoba zagrożona rozwojem astmy czy POChP powinna zaplanować swoje życie tak, żeby czynników drażniących układ oddechowy było jak najmniej, czyli rzucić palenie, nie przebywać w dymie tytoniowym i uciekać z zanieczyszczonych ośrodków na obrzeża miast. To nie musi oznaczać wyjazdu na drugi koniec Polski, wystarczy 10-15 km, żeby oddychać zupełnie innym powietrzem – podkreśla Piotr Dąbrowiecki.

Krakowskie Akademickie Inkubatory Przedsiebiorczości przyciagają coraz więcej młodych przedsiebiorców

Masz pomysł na biznes, ale boisz się go zrealizować? Chciałbyś prowadzić własną firmę praktycznie bez konsekwencji? Pod skrzydłami Akademickiego Inkubatora Przedsiębiorczości przekształcisz swoje marzenia w realny biznes.

Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości w Krakowie wspierają młodego przedsiębiorcę w trzech obszarach: firma, wiedza i społeczność. Przede wszystkim upraszczają wszystkie procedury formalne, administracyjne, dają osobowość prawną, księgowość, prawników, profesjonalną przestrzeń biurową, możliwość wystawiania faktur.

W tej chwili w AIP Kraków działa ponad 300 firm, a najbardziej przedsiębiorczy okres przed nami, w końcu przyjeżdżają studenci, którzy rozpoczynają studia z głową pełną pomysłów.

– W minionym roku akademickim na uczelniach wyższych w Krakowie uczyło się około 180 tysięcy studentów. Jest to ogromny potencjał młodych przedsiębiorczych ludzi, którzy tak naprawdę w przyszłości będą tworzyć PKB naszego kraju. Czas studiów jest idealną okazją aby spróbować swoich sił w biznesie. Nie na darmo mówi się, „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”. Dlatego jesteśmy przekonani, iż nasze działania związane z inicjowaniem rozpoczęcia działalności na początku studiów przyniosą realne efekty – mówi Sebastian Kolisz, Partner Zarządzający AIP.

Wiedza teoretyczna to jedno

Wacław Mostowski prowadzący w AIP Kraków firmę „Czysty Stolik”
Wacław Mostowski prowadzący w AIP Kraków firmę „Czysty Stolik”

Z drugiej strony oprócz suchej wiedzy zdobytej podczas studiów, niezwykle istotna jest także praktyka – dodaje Wacław Mostowski prowadzący w AIP Kraków firmę „Czysty Stolik” (www.czystystolik.pl). W ramach programu wsparcia w AIP Kraków, możemy korzystać z wiedzy mentorów i ekspertów, którzy udzielają cennych porad oraz dzielą się własnym doświadczeniem – zwraca uwagę Wacław Mostowski, który jest studentem Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Wprowadził on na rynek niezwykle prosty, lecz intrygujący produkt, a mianowicie spersonalizowany pojemniczek na odpadki. Służy on do zachowywania porządku na stołach w kawiarniach i domach. Dzięki możliwości graweru na pokrywce, „Czysty stolik” może stać się również świetnym gadżetem reklamowym. Są również zwycięzcami I edycji konkursu Kraków Business Starter przygotowanej przez Urząd Miasta Krakowa i UBS we współpracy z AIP Kraków.

Jednak kluczem do sukcesu jest społeczność. Młodzi przedsiębiorcy działający w inkubatorze, mogą poznawać inne osoby, wymieniać się doświadczeniami, przedstawiać swój pomysł na biznes również ekspertom, inwestorom. Często w ten sposób podrzucają sobie zlecenia – mówi Sebastian Kolisz.

Jak to działa?

AIP to idealne miejsce dla rozpoczynających działalność gospodarczą. Inkubator użycza im osobowości prawnej do prowadzenia działalności biznesowej, dzięki czemu nie trzeba od razu rejestrować własnej działalności lub spółki. Nie trzeba też od początku płacić składek na ZUS ani podatku dochodowego, a do umów i faktur wykorzystuje się dane rejestrowe AIP (NIP, REGON, KRS).

Pierwsze akademickie inkubatory powstały w 2004 roku. Obecnie jest to sieć, licząca 50 placówek w całej Polsce. Od 2004 roku dzięki AIP powstało ponad 7000 firm, m.in. PhotoBlog.pl, MISBHV, Key2Print. AIP to dziś wiodąca w Polsce organizacja startupowa licząca ponad 2000 start-upów. Więcej informacji możemy dowiedzieć się, że strony www.aipkrakow.pl lub ogólnopolskiej strony projektu www.inkubatory.pl.

Już za miesiąc trzecia edycja Targów Outsourcingu – Innowacje dla Twojego Biznesu

Business speed dating, śniadanie networkingowe, bezpłatna strefa doradztwa biznesowego i unikalna konferencja poświęcona korzyściom, jakie daje zlecanie części zadań na zewnątrz firmy – to tylko niektóre z propozycji czekających na gości III edycji Targów Outsourcingu – Innowacje dla Twojego Biznesu. Targi i towarzysząca im Konferencja „Zostań Superprzedsiębiorcą” odbędą się w dniach 14-15 października w najsłynniejszym Ośrodku Targowym w Warszawie – Centrum EXPO XXI. Polska jest liderem w zakresie rozwoju outsourcingu w Europie, stąd też ogromne zainteresowanie wydarzeniem nie tylko w kraju, ale również za granicą.

Outsourcing się opłaca

Podczas imprezy potencjał rynku usług zewnętrznych zaprezentują firmy z branży oustourcingowej z 12 sektorów i 150 podsektorów. Będą wśród nich firmy z obszarów: HR, wsparcie sprzedaży, IT, marketingu, TSL/usługi kurierskie, CFM, BPO, księgowość/rachunkowość, doradztwo/konsulting, call center, zarządzanie nieruchomościami, biuro. Wśród zwiedzających nie może zabraknąć przedstawicieli biznesu, w szczególności małych i średnich firm, dla których tak ważna jest optymalizacja kosztów.

Chcemy pokazać polskim przedsiębiorcom korzyści płynące z modelu outsourcingowego. Z własnego doświadczenia wiemy, jak niewielu z nich uświadamia sobie, że niektóre obszary tj. sprawy kadrowe, prawne, IT czy księgowe można zlecić firmom zewnętrznym i dzięki temu znacznie zredukować koszty – mówi Edyta Kołodziej, manager Targów Outsourcingu. Organizatorzy zapraszają także przedstawicieli placówek edukacyjnych, sportowych, medycznych, straży miejskiej, policji, wojska, ministerstw czy jednostek samorządu terytorialnego.

Formuła? Biznesowe spotkanie polskich przedsiębiorców. Zarówno wystawcy, jak
i odwiedzający z pewnością docenią fakt, iż tegoroczne Targi odbędą się w nowoczesnej
i dającej wiele biznesowych możliwości formule
 speed datingu tj. szybkich, kilkuminutowych spotkań jeden do jednego, podczas których obie strony – zwiedzający
i wystawca – w zwięzły sposób wymieniają się kontaktami, przedstawiają swoją działalność
i ustalają, w jaki sposób mogą współpracować biznesowo.
Warto w tym miejscu wspomnieć
o pierwszej w historii polskich targów innowacyjnej formie wystawienniczej. Wystawcy swoją ofertę prezentować będą na nowocześnie zaaranżowanych stoiskach klasy Premium, co znacznie ułatwi ich komunikację z odwiedzającymi. Z kolei dedykowana platforma do umawiania spotkań pomoże gościom w dotarciu do odpowiednich kontrahentów w sposób szybki i uporządkowany.

Jednak wydarzenie będzie mieć nie tylko charakter wystawienniczy, ale przede wszystkim networkingowy i edukacyjny. – Głównym celem Targów Outsourcingu, oprócz prezentacji innowacyjnej oferty usług outsourcingowych, jest pomoc polskim przedsiębiorcom
w efektywniejszym prowadzeniu biznesu poprzez dostarczanie im cennych kontaktów biznesowych oraz unikalnej wiedzy o korzyściach płynących z outsourcingu –
podkreśla Kołodziej.

Wydarzenia towarzyszące

Podczas, gdy nawiązywanie relacji biznesowych będzie się odbywać w specjalnie przeznaczonej do Business Speed Datingu strefie networkingowej,  unikalną wiedzę przedsiębiorcy zdobywać będą m. in. w trakcie dwudniowej Konferencji „Zostań Superprzedsiębiorcą!”. Uczestnictwo w konferencji zapowiedzieli czołowi przedstawiciele dynamicznie rozwijającej się branży outsourcingowej oraz uznani eksperci ze świata biznesu i gospodarki.

Nowym punktem w programie będzie również Bezpłatna Strefa Doradztwa Biznesowego, w której przedstawiciele firm outsourcingowych z różnych sektorów usług udzielać będą bezpłatnych porad w ramach swoich specjalizacji. Co równie ważne, indywidualny kontakt z potencjalnym zleceniobiorcą sprzyja nawiązaniu wartościowych relacji biznesowych. Przedsiębiorcy odwiedzający tegoroczną edycję biznesowych mogą zatem liczyć na nieodpłatną poradę, min. w dziedzinie prawa, rachunkowości, HR. Porad pro bono udzielać będą m.in. Joanna Jabłczyńska z Kancelarii Prawnej Clever One, Piotr Podgórski z Ogólnopolskiej Federacji Przedsiębiorców i Pracodawców Przesiebiorcy.pl, przedstawiciele międzynarodowej firma doradczej Grant Thornton oraz firm oferujących outsourcing usług HR – WeridaHR, Rekruter i HRO Personnel. Obecna tu będzie również firma Vabank specjalizująca się w outsourcingu księgowości, zaś porad z zakresu funduszy unijnych udzielać będzie Based.

W tegorocznej edycji targów odbędzie się również pierwsza w historii Gala Złotych Puzzli Outsourcingu. Mogą wziąć w niej udział wszystkie znaczące na rynku firmy z branży usług outsourcingowych, wyróżniające się w kategoriach: Innowacja Roku oraz Produkt/Usługa Roku.

Szczegółowe informacje o wydarzeniu są dostępne w stronie:  www.targioutsourcingu.pl

Grupa Wyszehradzka tworzy wspólny Instytut Patentowy

Już niedługo uzyskanie międzynarodowego patentu będzie łatwiejsze i tańsze. 8 września 2015 r. została opublikowana ustawa[1] zezwalającą na ratyfikację Umowy o Wyszehradzkim Instytucie Patentowym[2] (WIP). Umowa ta została podpisana przez przedstawicieli Polski, Słowacji, Węgier i Czech w celu wsparcia innowacyjności i wzrostu gospodarczego w regionie. WIP wzorowany jest na istniejącym już od 2008 r. Nordyckim Instytucie Patentowym wspomagającym innowacyjne interesy Danii, Islandii i Norwegii. Instytut ma rozpocząć działalność w 2016 r.

Dzięki Umowie osoby prywatne, firmy (zwłaszcza małe i średnie przedsiębiorstwa), a także uczelnie i organizacje non-profit z Grupy Wyszehradzkiej będą mogły już niedługo znacznie prościej i taniej uzyskiwać międzynarodową ochronę swoich wynalazków na terenie 148 państw[3] należących do Układu o współpracy patentowej. Wyszehradzki Instytut Patentowy ma zapewnić bardziej przyjazny niż dotychczas dostęp do systemu współpracy patentowej (PCT[4]). Będzie to organizacja międzyrządowa, posiadająca osobowość prawną, autonomię administracyjną i finansową. Siedziba WIP będzie znajdować się w Budapeszcie, natomiast oddziały Instytutu będą ulokowane we wszystkich państwach, które podpisały Umowę. WIP będzie otwarty także dla innych zainteresowanych państw europejskich, które zechcą przystąpić do inicjatywy.

„Dzisiejsze czasy wymagają globalnego spojrzenia na swój biznes. Innowacyjny przedsiębiorca musi budować perspektywę rozwoju w wymiarze szerszym niż tylko lokalny. Powinien on skupiać swoją aktywność nie tylko na polu zwiększania bilansu międzynarodowej sprzedaży, ale także ochronie innowacyjności, efektywnym wykorzystaniu światowych procedur patentowych. Najbardziej globalny wymiar ma procedura zgłoszeń PCT, jednak dostęp do niej jest stosunkowo kosztowny, a z perspektywy lokalnego przedsiębiorcy odległy. Wyszehradzki Instytut Patentowy to niewątpliwa szansa na przybliżenie tej międzynarodowej perspektywy polskiemu wynalazcy i przedsiębiorcy. To szansa na obniżenie kosztów uzyskania ochrony patentowej, a przez to również promocja takiej ochrony swojej innowacyjności i czerpania z niej wymiernych zysków”, mówi Bartłomiej Urbanek, adwokat w TGC Corporate Lawyers, ekspert w dziedzinie ochrony praw własności intelektualnej.

Utworzenie WIP będzie miało bardzo korzystne skutki dla polskich zgłaszających, gdyż opłata za przeprowadzenie międzynarodowego poszukiwania (wynosząca obecnie 1875 euro, ustalona przez Biuro Międzynarodowe Światowej Organizacji Własności Intelektualnej – WIPO), będzie zredukowana o 40%, w przypadku gdy zgłaszający posiada sprawozdanie z poszukiwania sporządzone przez Urząd Patentowy RP. Koszty związane z opłatami zgłoszeniowymi mają dzięki WIP zostać obniżone o 25%, w stosunku do takich samych usług oferowanych przez Europejski Urząd Patentowy (EPO), w przypadku przedsiębiorstw oraz o 37% w przypadku osób fizycznych. Ponadto wnioskodawca, chcący uzyskać patent w ramach Instytutu, będzie mógł w trakcie całej procedury porozumiewać się w języku ojczystym.

„Wyszehradzki Instytut Patentowy jest bardzo dobrym krokiem w kierunku zacieśniania współpracy między bliskimi nam krajami, mam nadzieję, że w efekcie wykraczającym poza państwa Grupy Wyszehradzkiej. Instytut najbardziej pomoże małym podmiotom, które będą chciały chronić swoje pomysły na międzynarodowym rynku. A, jak wskazuje najnowszy. raport PARP[5], w Polsce w zakresie innowacyjności dominują właśnie mikroprzedsiębiorstwa. Zapewnienie ochrony ich know-how, przy jednoczesnym ograniczaniu kosztów i procedur, zwiększa szanse na rozwój i ekspansję”, mówi Michał Rybicki, organizator Forum dla Wolności i Rozwoju Law4Growth. „Intensyfikacja współpracy regionalnej napawa optymizmem, zwłaszcza nas – organizatorów Forum, które ma za zadanie m.in. właśnie stworzenie mocnych podstaw prawnych do wspólnych działań na rzecz rozwoju gospodarczego”, dodaje Michał Rybicki.

Powołanie WIP może stać się podstawą do szerszej współpracy w zakresie innowacyjności i ochrony praw patentowych w tej części Europy. Zgodnie z przewidywaniami, WIP rozpocznie działalność już w 2016 r. po zatwierdzeniu przez Zgromadzenie Międzynarodowego Związku Współpracy Patentowej.

[1] http://dziennikustaw.gov.pl/du/2015/1325/1

[2] http://www.mg.gov.pl/node/23091

[3] Układ o współpracy patentowej (PCT) odgrywa kluczową rolę w ochronie patentowej poza granicami kraju, szczególnie gdy zgłaszający pragnie uzyskać taką ochronę jednocześnie w kilku państwach. W celu uzyskania prawa pierwszeństwa i możliwości ubiegania się o ochronę we wszystkich 148 państwach należących do Układu o współpracy patentowej wystarczy dokonać jednego zgłoszenia międzynarodowego zamiast wielu odrębnych zgłoszeń krajowych lub regionalnych.

[4] PCT – Patent Cooperation Treaty, The International Patent System

[5] PARP 2015, Innowacyjna przedsiębiorczość w Polsce Odkryty i ukryty potencjał polskiej innowacyjności

Rewolucja cyfrowa (nie)zakończona? Wnioski ze spotkania klubowego Executive Club o nowych technologiach w siedzibie Google Polska

15 września w warszawskiej siedzibie Google Polska w Warsaw Financial Center odbyło się Spotkanie Klubowe Executive Club pod hasłem ,,Innowacyjne zarządzanie. Nowe technologie siłą biznesu”, które poprowadził prof. dr hab. Piotr Płoszajski –  Kierownik Katedry Teorii Zarządzania w Szkole Głównej Handlowej. W debacie wzięli udział przedstawiciele firm o najwyższym poziomie utechnologicznienia w Polsce: Grupa Azoty ZAK S.A., Google Polska, PayU, Cisco Systems Poland, Xerox Polska.

Spotkanie otworzyła prezentacja „Cyfrowa Rewolucja –  czyli co dalej z moją firmą?” przedstawiona przez Magdalenę Dziewguć – Head of Google for Work CEE, w której naświetlone zostały aspekty związane z cyfryzacją oraz z rewolucją komunikacyjną zarówno w sferze zawodowej, jak i prywatnej. Magdalena Dziewguć próbowała znaleźć odpowiedź na pytanie, czy nadążamy za błyskawicznym postępem technicznym i czy faktycznie potrafimy korzystać z modelu home-business-society.

W przemówieniu otwierającym panel dyskusyjny z udziałem Sylwii Bilskiej – Członka Zarządu, Dyrektora Handlowego na Polskę i Europę Centralną, PayU; Łukasza Bromirskiego – Dyrektora Handlowego Cisco Systems Poland, Agnieszki Hryniewicz-Bieniek – Country Director Google Polska, Adama Leszkiewicza –  Prezesa Zarządu Grupy Azoty ZAK S.A., Macieja Nuckowskiego – Dyrektora Działu Usług Global Document Outsourcing w Xerox Polska, profesor Piotr Płoszajski postawił kontrowersyjną tezę o tym, że epoka cyfrowej rewolucji się skończyła. W swoich wystąpieniach prelegenci starali się udowodnić, że rewolucja trwa w najlepsze i dopiero za kilka lat będziemy mogli w pełni ocenić jej wpływ na rozwój firm na świecie. Przekonywali też, że w dalszym ciągu istotą rozwoju firmy jest otwartość na nowe technologie, a przede wszystkim umiejętność dostosowania się do zmieniających się potrzeb klienta. Odnosząc się do kolejnego pytania profesora Płoszajskiego – ,,co mogłoby zahamować i zniszczyć tak innowacyjne firmy?” – pokazywali, że tok rozwoju technologicznego obrany przez ich firmy jest jak najbardziej przemyślany i ,,przygotowany” na meandry gospodarcze.

Sylwia Bliska z PayU przekonywała, że istnieje wiele czynników które mogą „zdemolować” nawet najbardziej nowoczesną firmę. Według Bilskiej zapobiec takiej katastrofie można wprowadzając innowacje, także w modelu biznesowym realizowanym przez firmę. Łukasz Bromirski zaznaczył, że w Cisco Systems już na początku rewolucji technologicznej postawiono na oprogramowanie i rozwój komunikacji, co pozwoliło uniknąć zniszczenia firmy przez konkurencję. Natomiast Maciej Nuckowski z Xerox Polska stwierdził, że najlepszą obroną jest atak. Adam Leszkiewicz zaznaczył, że Grupa Azoty rozwija się na dwóch płaszczyznach. Pierwszym wymiarem innowacyjności jest dopasowywanie się do zmieniającego się świata, bo sukces osiągają te firmy, które rozwijają się wraz z klientem, a drugim – długofalowy plan rozwoju cyfryzacji w obszarze komunikacji z klientem. Według Agnieszki Hryniewicz – Bieniek z Google Polska świetną drogą do sukcesu na rynku przepełnionym przez innowacje jest postawienie na długofalowe trendy technologiczne.

Popołudniowy komentarz walutowy z 16.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 16.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Analiza ofert pracy w administracji biurowej

Jak wynika z danych Pracuj.pl, w II kwartale 2015 r. pracodawcy opublikowali 5 431 ofert pracy dedykowanych pracownikom administracji biurowej, co oznacza 9% wzrost w stosunku do analogicznego okresu 2014 r. Pracę w administracji biurowej znajdą zarówno osoby rozpoczynające pracę, jak i specjaliści z wysokimi kwalifikacjami i doświadczeniem.

Sekretariat/recepcja – wysokie wymagania, szeroki zakres kompetencji

Na rynku administracji biurowej poszukiwane są głównie osoby na stanowiska recepcyjne. Związane jest to z naturalnym zjawiskiem rotacji kadr w tym obszarze. Kariera młodych osób rozpoczyna się często od prac w recepcji czy sekretariacie. Prace administracyjne są bardzo popularne wśród młodych absolwentów. Do niedawna tego typu stanowiska były zdominowane przez kobiety. Coraz częściej zauważa się jednak, że panowie równie chętnie starają się o tego typu pracę – wyjaśnia Magdalena Żmijewska-Rydelek, Dyrektor Działu Zatrudnienia Zewnętrznego w firmie doradztwa personalnego PEOPLE.

W II kwartale 2015 r. ofert pracy na portalu Pracuj.pl dla osób odpowiedzialnych za sekretariat/recepcję było o 25% więcej niż w II kwartale 2014 roku. Jak wynika z analizy ogłoszeń opublikowanych na portalu, praca w sekretariacie wiąże się z bardzo szerokim zakresem obowiązków, a co za tym idzie, z wysokimi wymaganiami pracodawców. Od tych specjalistów oczekuje się nie tylko organizacji pracy biura, lecz także koordynacji obiegu dokumentów – w tym faktur, a także ich archiwizacji, przygotowywania dokumentacji, zestawień, raportów czy prezentacji. Osoby obsługujące sekretariat często odpowiedzialne są także za organizację i obsługę spotkań wewnętrznych, a także komunikację z klientami i partnerami biznesowymi. Pracodawcy wymagają od takich osób znajomości pakietu MS Office, obsługi urządzeń biurowych, języka angielskiego, przynajmniej podstawowej wiedzy rachunkowej czy księgowej oraz znajomości branży, w której działa firma. Dodatkowo pracownik sekretariatu musi posiadać wysoko rozwinięte umiejętności interpersonalne oraz charakteryzować się wysoką kulturą osobistą, a także umieć pracować pod presją czasu.

Asystent/ka do zadań specjalnych

Jedna trzecia ogłoszeń zamieszczonych obecnie na portalu Pracuj.pl, z tych adresowanych do specjalistów administracji biurowej, skierowana jest do asystentów, z czego dużą część stanowią ogłoszenia dedykowane osobom na stanowiska asystentów prezesa czy zarządu. Do obowiązków takich specjalistów należy przede wszystkim ścisła współpraca z zarządem, przekładająca się na szybki i sprawny przepływ informacji między zarządem a pracownikami firmy. Asystentka odpowiedzialna jest także za prowadzenie kalendarza spotkań, koordynowanie podróży służbowych (także zagranicznych), rozliczenia kosztów delegacji, komunikację z oddziałami, w tym zagranicznymi oraz z klientami i partnerami biznesowymi. W zakres obowiązków może wchodzić również, organizacja i nadzór konferencji czy spotkań biznesowych oraz prowadzenie dokumentacji wewnętrznej: protokołowanie, przygotowanie materiałów informacyjnych, prezentacji i podsumowań spotkań.

Od kandydatów na to stanowisko pracodawcy oczekują wykształcenia wyższego i doświadczenia, znajomość języka angielskiego jest często warunkiem koniecznym. Obsługa komputera, biegłość w poruszaniu się w środowisku Windows oraz obsługa urządzeń biurowych to na tym stanowisku podstawa. W przypadku kandydatów do tej pracy, ważne są też kompetencje miękkie, dlatego pracodawcy, charakteryzując idealnego kandydata, piszą o etyce i dojrzałości biznesowej czy umiejętności zachowania zimnej krwi w trudnych sytuacjach.

Specjaliści ds. wprowadzania danych

W II kwartale 2015 r. ofert pracy na Pracuj.pl dla osób odpowiedzialnych za wprowadzanie/przetwarzanie danych, było o 8% więcej niż w II kwartale 2014 roku. Jak wynika z analizy ogłoszeń opublikowanych na portalu, praca dla tych specjalistów polega na wprowadzaniu i przetwarzaniu danych w systemie komputerowym, ich analizie oraz weryfikacji. Osoby te odpowiedzialne są również za przygotowywanie raportów, baz danych, a także opracowywanie i przedstawianie rekomendacji i wniosków z przeprowadzonych analiz. Jednym z kluczowych oczekiwań pracodawców wobec tych specjalistów jest biegła znajomość MS Office, szczególnie programu Excel. Od osób odpowiedzialnych za wprowadzania/przetwarzania danych wymaga się również bardzo dobrej znajomości języka angielskiego, umiejętności analitycznych oraz dokładności i zorientowania na szczegóły.

Specjalista ds. administracyjnych – wszechstronność mile widziana

O 29%, w porównaniu z II kwartałem 2014 r., wzrosło zapotrzebowanie na pracowników odpowiedzialnych za zarządzania biurem i administracją. Do zadań specjalistów ds. administracji należy sprawne administrowanie biurem, w tym prowadzenie kalendarza spotkań oraz ich organizacja, zarządzanie zaopatrzeniem i wyposażeniem biura, a także dbanie o dobry wizerunek firmy. Osoby specjalizujące się w administracji są również odpowiedzialne za pracę przy dokumentach firmowych czyli archiwizację i koordynowanie ich obiegu po firmie, przygotowywanie raportów i analiz, a także wsparcie w przygotowywaniu oficjalnych pism i prezentacji. Od kandydatów na stanowisko specjalisty ds. administracji oczekuje się wyższego wykształcenia, bardzo dobrej znajomości języka angielskiego a także biegłej znajomości MS Office. Nie bez znaczenia jest także znajomość branży, w której działa potencjalny pracodawca.

Jak wynika z powyższej analizy, praca w administracji biurowej oferuje szereg możliwości i stanowisk zarówno dla początkujących pracowników, jak i dla osób z wieloletnim doświadczeniem i szerokimi kompetencjami.

Rynek nie spodziewa się podwyżki stóp procentowych w USA. Najważniejszy jednak będzie komunikat Fedu

Ignacy Morawski

Prawdopodobieństwo, że Fed podniesie stopy procentowe już na obecnym posiedzeniu, szacowane jest na około 25 proc. Główny ekonomista BIZ Banku Ignacy Morawski uważa jednak, że jest ono wyższe. Argumentem za podwyżkami stóp jest ryzyko pojawienia się w najbliższych kwartałach presji inflacyjnej.

– Wycena kontraktów terminowych i ogólnie instrumentów finansowych sugeruje, że ryzyko podwyżki stóp procentowych wynosi około 25 proc., czyli nie jest wysokie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Banku.

W ocenie eksperta prawdopodobieństwo podniesienia stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych już podczas obecnego posiedzenia Federalnego Komitetu Otwartego Rynku jest jednak wyższe, niż oczekuje rynek. Niezależnie od tego, co zrobi Fed, dla inwestorów kluczowy będzie komunikat towarzyszący podjętej decyzji.

– Nie jest istotne, kiedy będzie pierwsza podwyżka, czy to będzie we wrześniu, czy w październiku, czy w grudniu. Dla rynku finansowego najważniejsza jest ścieżka stóp procentowych, tego, jak one będą wyglądały w przeciągu kilku lat – wyjaśnia Morawski.

W obecnej chwili rynek finansowy prognozuje, że stopa referencyjna Fedu do końca 2017 roku osiągnie poziom 1,5 proc. Oznacza to, że inwestorzy spodziewają się raczej dość powolnego tempa podwyżek. Kluczową zmienną dla rynków jest właśnie projekcja stóp procentowych na najbliższe dwa lata.

– Za rozpoczęciem podwyżek stóp procentowych przemawia przede wszystkim fakt, że bezrobocie w USA zbliża się do 5 proc., niedługo spadnie poniżej 5 proc. i jeżeli zostanie utrzymane takie tempo spadku jak do tej pory, to w końcu płace muszą zacząć rosnąć, a to się przełoży na wyższą inflację – tłumaczy główny ekonomista BIZ Banku.

Oczekiwane pojawienie się presji inflacyjnej w Stanach Zjednoczonych stanowi argument dla możliwie szybkiego rozpoczęcia serii podwyżek stóp procentowych. Lepszym rozwiązaniem są bowiem stopniowe podwyżki niż szybkie wzrost w momencie materializacji ryzyka związanego z inflacją.

Argument przeciw jest taki, że mimo spadającego bezrobocia w tym momencie wzrost płac w USA jest umiarkowany. Inflacja jest bardzo stabilna, a jednocześnie na świecie mamy do czynienia ze spadkiem cen surowców, co jeszcze obniża presję inflacyjną – komentuje Morawski.

Mieszane dane napływające z rynku pracy stanowią argument, który nakazuje przełożyć podwyżki stóp procentowych na przyszły rok. Wówczas Fed zyska pewność, co do skali ożywienia w amerykańskiej gospodarce.

– Wynika z tego, że jak zwykle przy każdej decyzji w sprawie stóp procentowych kluczowa jest ocena tego, na ile istnieje zagrożenie, że przyspieszające w przyszłości płace zaczną prowadzić do coraz wyższej inflacji – wyjaśnia.

Ekspert jest zdania, że ryzyko wystąpienia dużej inflacji w Stanach Zjednoczonych jest raczej niewielkie. Amerykański Bank Centralny prawdopodobnie zdecyduje się na wcześniejsze podwyżki stóp procentowych w celu przygotowania gospodarki na ewentualną presję cenową w przyszłości.

Polskie firmy w tyle za czeskimi i słowackimi pod względem korzystania z narzędzi big data. Pozwoliłyby one im udoskonalić starategię i zwiększyć sprzedaż

Łukasz Kapuśniak

Big data, czyli duże zbiory informacji cyfrowych, których przetwarzanie i analiza prowadzi do zdobycia nowej wiedzy, to dla polskich przedsiębiorstw wciąż obce zagadnienie. Tymczasem zbiory te pozwalają na optymalizację strategii nawet niewielkiej firmy. Dzięki nim walka konkurencyjna może być przeniesiona z poziomu ceny czy dostępności na obszar związany z wiedzą na temat rynku. Najbardziej skorzystać mogą firmy sprzedające produkty i usługi klientowi końcowemu.

Powodów korzystania z big data w nikłym stopniu przez krajowe firmy jest wiele – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Łukasz Kapuśniak, odpowiedzialny za rozwój tej technologii w oferującej rozwiązania oparte na chmurze obliczeniowej spółce Cloud Technologies. – W przypadku internetu Polacy są już bardzo zaawansowanymi, świadomymi użytkownikami. Natomiast biznes jest zawsze kilka kroków za zachodnią konkurencją.

Z badań firmy Intel wynika, że jedynie 18 proc. firm w Polsce korzysta z analiz wykonanych na big data. Tymczasem w Czechach jest to już ponad 33 proc. firm, na Słowacji – 30,7 proc., a na Węgrzech – 19,3 proc. Jeśli nowi przedsiębiorcy zdecydują się na zastosowanie tych rozwiązań zgodnie z deklaracjami, na koniec roku Polska powinna wyprzedzić Węgry. Do wprowadzenia tych narzędzi w naszym kraju przymierza się kolejne 6,7 proc. firm, a na Węgrzech połowa tego odsetka. Zdaniem Łukasza Kapuśniaka właściciele przedsiębiorstw i osoby zarządzające wolą korzystać z rozwiązań starszych, ale już sprawdzony.

Nie chcemy modyfikować tego, co już raz robiliśmy, jak nam się wydaje, dobrze – uważa Łukasz Kapuśniak. – Jako polski biznes nie chcemy angażować się w technologie czy rozwiązania, które są bądź to ryzykowne, bądź nie do końca zrozumiałe. Niezbyt lubimy zmieniać przyjętą filozofię pracy.

Jak w niedawnej rozmowie z Newserią przekonywał Piotr Prajsnar, prezes zarządu Cloud Technologies, wielu krajowych przedsiębiorców deklaruje, że chce rozwijać swoje firmy w kierunku big data, ale obecnie tylko niewielka ich część jest w stanie korzystać z tego narzędzia efektywnie. Jak oceniają eksperci analityczno-doradczej firmy Gartner do 2020 roku big data doprowadzi do przekształcenia i dalszego zdigitalizowania lub eliminacji 80 proc. procesów biznesowych oraz produktów. Biorąc pod uwagę efekt działania względem ponoszonych z tego tytułu kosztów, tego rodzaju narzędzia – zdaniem Łukasza Kapuśniaka – nie są zbyt drogie. To rozwiązania w pełni skalowalne, które sprawiają, że w każdym poszczególnym przypadku efekt można dostosować do zakładanych kosztów.

Wdrożenia big data zwykle wiążą się z zaangażowaniem zarówno czasu, jak i poważnych zmian w strukturze organizacji firmy bądź sposobie podejmowania decyzji, sprzedawania danych produktów czy usług – zauważa Łukasz Kapuśniak. – Bardziej jest to zatem kwestia problematyki zarządzania czasem i zmianami w strukturze organizacji, które muszą być przedsięwzięte, zanim będziemy mogli wdrożyć jakiekolwiek z metod big data.

Skutek jednak – zdaniem eksperta – znacznie przewyższa nakłady. Big Data pozwala bowiem na optymalizację strategii, rozpatrywanie działania biznesu na nowych poziomach abstrakcji. Dzięki temu walka konkurencyjna może być przeniesiona na obszar związany bardziej z wiedzą niż z ceną, dostępnością usługi czy produktu.

Firmy mogą wykorzystywać dane do zmian w systemie wprowadzania produktów na rynek, ich promowania, dostarczania produktów lub usług klientom po optymalnej cenie. Najlepsze rezultaty daje jednak wdrożenie tego rodzaju technologii w sektorze business-to-consumer, czyli wszędzie tam, gdzie prowadzi się dużo sprzedaży wysokowolumenowej, czyli w takich sektorach jak e-commerce, usługi bankowe czy usługi telekomunikacyjne.

Czwarta rewolucja przemysłowa dociera do Polski. Zaowocuje produkcją dostosowaną do potrzeb klientów

Paweł Stefański

W ciągu kolejnych dwóch dekad światową produkcję czekają zmiany, często określane mianem kolejnej rewolucji przemysłowej. W związku z przenoszeniem fabryk do krajów, gdzie są niższe koszty, państwa Europy Zachodniej planują zreorganizować przemysł tak, by w jak najlepszy sposób wykorzystać najnowsze technologie informatyczne oraz by dostosować się do potrzeb rynku. Polscy przedsiębiorcy również wychodzą naprzeciw tym zmianom, promując idee inteligentnych fabryk.

Przede wszystkim chcemy informować o potrzebie rozmowy, potrzebie myślenia na temat przemysłu 4.0. Żebyśmy pobudzali siebie nawzajem do tworzenia czegoś nowego – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Stefański, prezes zarządu Balluff. – Chcemy też pokazać przykłady tego, jak polskie firmy realizują założenia czwartej rewolucji przemysłowej – dodaje.

Inicjatywa Przemysłu 4.0, zwana także czwartą rewolucją przemysłową, pochodzi z Niemiec. Tamtejszy rząd federalny od kilku lat promuje intensywniejsze wykorzystanie technologii informacyjnych i internetu w klasycznych gałęziach przemysłu. Polega to na tworzeniu szybszych, bardziej elastycznych i bardziej wydajnych procesów produkcji oraz szybkim dostosowaniu ich do indywidualnych potrzeb klientów.

Wszystko ma służyć zwiększeniu konkurencyjności w obliczu ciągłego przenoszenia produkcji z Europy Zachodniej do krajów o niższych kosztach. Przede wszystkim na Daleki Wschód, a także do Europy Wschodniej.

W Polsce dopiero kilka firm zachęca do wdrażania innowacyjnych systemów produkcji. W stolicy Dolnego Śląska powstała grupa wspierająca idee Przemysłu 4.0.

Chcemy dzielić się naszą wiedzą, doświadczeniami i spostrzeżeniami – przekonuje Paweł Stefański. – Cieszyć nas będzie, jeżeli choćby jednej osobie bądź dwóm osobom damy impuls do działania i kontynuowania właśnie takiej drogi rozwoju – dodaje.

Rodzimi przedstawiciele firm technologicznych twierdzą, że w Polsce połączenie niskich kosztów z ideami czwartej rewolucji przemysłowej może być dla naszej produkcji niezwykle lukratywne. Według nich konieczne jest stworzenie inteligentnych fabryk, które charakteryzować się będą wysokim poziomem elastyczności produkcji i wydajnością zasobów.

Funkcjonowanie takich fabryk ma być możliwe dzięki powszechnej integracji sensorów, wykorzystaniu dużych zbiorów danych do modelowania i adaptacji procesów czy połączeniu maszyn z internetem w celu zwiększenia wydajności komunikacji i interakcji.

Firmy Balluff, Fanuc, Lapp Group i Wago, specjalizujące się w dziedzinach nowych technologii produkcji, postawiły sobie za cel promocję nowych rozwiązań produkcyjnych, dlatego organizują w październiku we Wrocławiu konferencję Fabryka Przyszłości.

Podczas konferencji chcemy pokazać przykłady tego, jak polskie firmy realizują założenia czwartej rewolucji przemysłowej rodem z fabryki przyszłości. Chcemy również pokazać to, co się dzieje na polskich uczelniach, jak podchodzą one do tego tematu i jak realizują swoje programy badawcze zmierzające w kierunku rozwoju nowych technologii, które można wykorzystać w przemyśle – tłumaczy Paweł Stefański. – I wreszcie chcemy również dać garść informacji na temat pozyskiwania środków, które są przeznaczone właśnie na inwestycje, na nowe technologie – dodaje.

PGNiG: W Polsce można już znieść taryfy gazowe, szczególnie dla dużych odbiorców. Rynek poradzi sobie z regulacją cen

Mariusz Zawisza

Polski rynek gazu dojrzał już do zniesienia taryf gazowych – ocenia Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Szczególnie dotyczy to dużych odbiorców. Spółka w tym roku kilkakrotnie obniżała ceny surowca dla odbiorców detalicznych i hurtowych. Rosnąca konkurencja powoduje, że rynek poradzi sobie z regulacją cen – podkreśla prezes spółki.

Uważamy, że rynek jest już tak dojrzały, a dostawców, którzy skutecznie potrafią na tym rynku działać, jest na tyle dużo, że sposób taryfikacji jest pewnym anachronizmem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Mariusz Zawisza, prezes Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa. – Rynek sam sobie poradzi z cenami. To jest zderzenie popytu i podaży. A zdrowa walka o klienta powinna się odbywać bez udziału cen regulowanych.

Jak podkreśla, dotyczy to w szczególności dużych odbiorców surowca. I taka sytuacja de facto już ma miejsce. Mimo obowiązywania taryfy od września należąca do gazowego potentata spółka PGNiG Obrót Detaliczny po raz drugi w tym roku obniżyła ceny gazu ziemnego wysokometanowego dla odbiorców detalicznych oraz małych i średnich firm. Dla klientów hurtowych cenę w 2015 roku obniżano trzykrotnie. W rezultacie skumulowana obniżka wyniosła ponad 8 proc. dla klientów detalicznych oraz 15,2 proc. dla klientów hurtowych.

Dla rozwoju rynku kluczowe znaczenie ma także zmiana w zakresie obciążeń związanych z utrzymywaniem zapasów gazu ziemnego w magazynach.

Stoimy na stanowisku, że w równym zakresie także inne podmioty powinny być obciążone tym obowiązkiem. Miałoby to wpływ na poprawę bezpieczeństwa. Obowiązek ten nie powinien spoczywać na jednym podmiocie, czyli na Polskim Górnictwie Naftowym i Gazownictwie, ale również na innych graczach – przekonywał prezes PGNiG podczas XXV Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdrój.

Ustawa o zapasach nakazuje ich utrzymywanie wszystkim firmom, które importują powyżej 100 mln m3 paliwa rocznie. Przedsiębiorcy starają się więc nie przekraczać tego limitu, co oznacza, że zapasy utrzymuje dziś przede wszystkim PGNiG. To zaś wpływa na rozwój rynku i konkurencyjność podmiotów.

Kolejny element kluczowy dla rynku to odejście od obowiązku dywersyfikacji źródeł dostaw. Rynek jest już na tyle dojrzały dzięki rozbudowaniu interkonektorów czy dzięki uruchomieniu niebawem terminala LNG, że w zasadzie moglibyśmy zupełnie od tego wymogu odejść – mówi Zawisza.

Z gazoportem w Świnoujściu, którego komercyjna eksploatacja rozpocznie się w II kwartale przyszłego roku, wiąże się jeszcze jeden postulat PGNiG – socjalizacja, czyli podział kosztów utrzymania terminala między jego użytkowników.

Cel jest taki, aby terminal ze swoimi stawkami stał się realnym źródłem dywersyfikacji i podaży gazu w kraju, żeby nie odstraszał wysokimi stawkami regazyfikacji. Z kolei stawki wejścia na granicy z terminala do systemu gazowego również powinny być zmniejszone w taki sposób, aby była to zachęta dla innych podmiotów do wchodzenia w relację biznesową z terminalem – mówi Zawisza.

ZUS sprawdza pracodawców. W ubiegłym roku 43 tys. z ponad 80 tys. kontroli wykazało nieprawidłowości

0

Elżbieta Żurek

Tylko w ubiegłym roku ZUS przeprowadził ponad 80 tys. kontroli płatników składek, które pozwalają m.in. sprawdzić, czy pracodawcy wywiązują się ze swoich obowiązków względem pracowników. Z tego w blisko 43 tys. przypadków ujawniono nieprawidłowości. Kontrole z zasady mają stać na straży praw ubezpieczonych, ale pomagają też płatnikom w realizacji ich obowiązków.

Kontrole są ustawowym zadaniem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Mają one za zadanie sprawdzić, jak płatnicy składek wywiązują się z obowiązków. Stoją także na straży praw ubezpieczonych, tak aby wszyscy ubezpieczeni wykonujący pracę w równych warunkach byli objęci ubezpieczeniami społecznymi – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Elżbieta Żurek z Departamentu Kontroli Płatników Składek ZUS.

Podczas wizyty Zakład może sprawdzić, czy płatnik dobrze wywiązuje się ze swoich zadań w zakresie ubezpieczeń społecznych. To przede wszystkim zgłoszenie pracowników do ubezpieczeń oraz weryfikacja obliczania i opłacania składek, do których pobierania zobowiązany jest ZUS. Sprawdzane są również opracowywane wnioski o świadczenia emerytalno-rentowe i zaświadczenia dla celów ubezpieczeń społecznych.

Kontroli nie należy się bać. Oprócz tego, że pozwalają one ocenić prawidłowość wykonywania zadań, to również pomagają płatnikom składek w realizacji obowiązków nałożonych ustawą – podkreśla Żurek.

Kontrola nie może zostać przeprowadzona bez wcześniejszego zawiadomienia. Musi być ono przesłane na piśmie. Kontrola nie powinna się rozpocząć wcześniej niż 7 dni po dostarczeniu zawiadomienia do płatnika i nie później niż 30 dni od doręczenia. Jeśli upłynie więcej czasu, ZUS będzie musiał wysłać ponownie zawiadomienie. Musi się w nim znaleźć informacja o kontrolerze, a poprzez kontakt z nim można ustalić termin kontroli, jej zakres i okres, za który należy przygotować dokumenty.

Każdy płatnik składek powinien przygotowywać się do tej potencjalnej kontroli ZUS przez cały okres prowadzenia swojej działalności. Powinien przez cały okres prowadzenia działalności skrupulatnie przechowywać dokumentację i prawidłowo ją sporządzać. Najlepiej na bieżąco wyjaśniać z ZUS-em wszelkie wątpliwości, tak żeby uniknąć konieczności prowadzenia tej kontroli w ogóle – przekonuje Małgorzata Czerwińska z Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

W ubiegłym roku ZUS przeprowadził 81 tys. kontroli, w 43 tys. przypadków ujawniono różnorodne nieprawidłowości. W 2013 roku na 78 tys. kontroli nieprawidłowości ujawniono w ponad 50 tys. przypadków.

Czas trwania kontroli zależy przede wszystkim od wielkości przedsiębiorstwa. W mikroprzedsiębiorstwach może być to maksymalnie 12 dni roboczych, w małych – 18 dni, średnich – 24, a w pozostałych – 48 dni. Kontrola płatnika, który nie jest przedsiębiorcą, nie powinna natomiast trwać dłużej niż miesiąc, tylko w uzasadnionych przypadkach może zostać wydłużona do dwóch miesięcy.

Płatnik w terminie trzech dni roboczych od momentu rozpoczęcia czynności kontrolnych może złożyć pisemny sprzeciw wobec rozpoczęcia takiej kontroli. Sprzeciw ten jest rozpoznawany w terminie kolejnych trzech dni roboczych przez ZUS i w efekcie wydawane jest postanowienie o zaprzestaniu kontroli albo jej kontynuowaniu – zaznacza Czerwińska.

Postanowienie ZUS-u płatnik może zaskarżyć w terminie do trzech dni, a Zakład powinien rozpatrzeć zażalenie w ciągu siedmiu dni. Jeśli się spóźni, to uznaje się, że sprzeciw był słuszny.

Efektem przeprowadzonej kontroli jest raport, do którego w ciągu 14 dni płatnik może zgłosić zastrzeżenia. Kontroler je rozpatruje i może wówczas podjąć decyzję o przeprowadzeniu dodatkowych czynności. Taki poprawiony raport również musi zostać przekazany płatnikowi.

Wtedy płatnik dobrowolnie wykonuje zalecenia pokontrolne – powinien to zrobić w terminie 30 dni od doręczenia finalnego protokołu. Jeśli nie, Zakład ma możliwość nałożenia kar. Ustawa o systemie ubezpieczeń społecznych określa katalog wykroczeń przeciwko przepisom ustawy, za popełnienie których płatnik może zostać obciążony karą grzywny do 5 tys. zł – wyjaśnia Małgorzata Czerwińska.

Polska stopniowo uniezależnia się od rosyjskiego gazu. Kolejne interkonektory oraz terminal LNG poprawią bezpieczeństwo energetyczne

Zdzisław Gawlik

Bezpieczeństwo dostaw błękitnego paliwa do Polski z roku na rok rośnie. Możliwości odbioru gazu ziemnego z kierunków zachodniego i południowego od 2009 roku wzrosły ponaddziesięciokrotnie. Interkonektory łączące krajowy system przesyłowy ze słowackim, czeskim i litewskim oraz gazoport w Świnoujściu poprawią jeszcze bezpieczeństwo energetyczne kraju. Dzięki temu wzmocni się pozycja Polski w negocjacjach z dostawcą ze Wschodu.

– Systematycznie z każdym dniem, miesiącem i rokiem bezpieczeństwo energetyczne Polski się poprawia, i to w kwestii zarówno dostępu do energii elektrycznej, jak i wszelkiego typu węglowodorów, czyli paliw płynnych i gazu – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zdzisław Gawlik, sekretarz stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa.

Przyczynia się do tego przede wszystkim rozbudowa infrastruktury, zarówno wewnątrz kraju, jak i połączenia transgraniczne.

Gaz-System, krajowy operator systemu rozprowadzania błękitnego paliwa, planuje wybudowanie do roku 2023 około 2 tys. nowych gazociągów w zachodniej, południowej i wschodniej Polsce. Tego rodzaju inwestycje łączyły krajową sieć dotychczas głównie z Niemcami (między innymi rewers fizyczny w miejscowości Mallnow).

Interkonektory sprawiły, że możliwość uzyskiwania dostaw gazu z różnych części Europy jest coraz większa – zauważa Zdzisław Gawlik. – Dotąd mieliśmy w zasadzie tylko jednego dostawcę. W stosunku do 2009 roku możliwość dostępu do gazu dostarczanego zza południowej czy zachodniej granicy Polski zwiększyła się ponaddziesięciokrotnie.

Dla bezpieczeństwa energetycznego kraju i regionu Europy Środkowo-Wschodniej kluczowe będzie dokończenie wspieranej przez UE budowy korytarza gazowego Północ-Południe, który ma pozwolić na pełną integrację infrastruktury przesyłowej w tej części Europy. W lipcu br. państwa członkowskie UE zatwierdziły pomoc finansową dla kolejnych dwóch polskich projektów w ramach funduszu Connecting Europe Facility (CEF). Pierwszy z nich to połączenie gazowe Polska-Czechy, które otrzymało wsparcie w wysokości wyniesie 62,6 mln euro na prace budowlane. Drugi dotyczy połączenia Polska-Dania (Baltic Pipe) – tu zostanie przekazane 400 tys. euro  na prace przygotowawcze. Ich realizacją zajmie się Gaz-System wraz z partnerami z Czech i Danii.

W konkursach w ramach CEF organizowanych w 2014 roku dofinansowanie otrzymały połączenie gazowe z Litwą (w wysokości przeszło 300 mln euro), Czechami (w wysokości 1,5 mln euro) oraz Słowacją (pomoc na sfinansowanie prac przygotowawczych o wartości 4,6 mln euro).

Budżet funduszu na energetykę w obecnej perspektywie finansowej wynosi ponad 5 mld euro.

Z punktu widzenia oceny uruchomienia tych urządzeń jest jeszcze jedna bardzo ważna sprawa: mamy większe możliwości negocjacyjne przy dostawach gazu z każdej części świata, zwłaszcza paliwa, które dotąd było dostarczane ze strony wschodniej – podkreśla Zdzisław Gawlik.

Wzmacnianiu bezpieczeństwa energetycznego kraju, a także pozycji Polski w negocjacji z Gazpromem służyć ma także uruchomienie terminalu LNG w Świnoujściu. Zgodnie z porozumieniem zawartym w ubiegłym tygodniu między spółką Polskie LNG a wykonawcą, czyli konsorcjum Saipem, rozruch techniczny inwestycji ma się rozpocząć w grudniu. W II kwartale 2016 roku terminal rozpocznie działalność komercyjną.

Skoro mamy już możliwość wyboru, a nie jak dotąd konieczność brania tylko z jednego punktu, to w konsekwencji nasze zdolności negocjacyjne są większe i każdy końcowy odbiorca gazu to odczuwa – tłumaczy Zdzisław Gawlik. – Dowodzi tego ostatnia decyzja PGNiG i Urzędu Regulacji Energetyki dotycząca redukcji stawek za błękitne paliwo.

Skumulowana obniżka cen gazu wysokometanowego w 2015 r. wyniosła ponad 8 proc. dla klientów indywidualnych (detalicznych) oraz 15,2 proc. dla odbiorców hurtowych (bez uwzględnienia programów rabatowych).

Spowolnienie w Chinach zmusza polskich eksporterów do szukania nowych rynków zbytu. Wspiera ich resort gospodarki

Janusz Piechociński

Chińska gospodarka wyhamowuje. Nawet według oficjalnych – uważanych za przesadnie optymistyczne – danych ma w tym roku wzrosnąć tylko o 7 proc. Spada również zapotrzebowanie Chin na importowane produkty – w ciągu roku o blisko 14 proc. Słabsza koniunktura może przełożyć się na niepewność inwestycyjną i zmniejszyć tempo wzrostu światowej gospodarki. Dlatego polskie firmy powinny szukać nowych rynków zbytu. Pomóc w tym mają takie programy resortu gospodarki, jak Go Africa, Go India, a także nowy Go Iran.

Zawirowania w chińskiej gospodarce przynoszą przede wszystkim niepewność, załamania na giełdach i wiele poważnych pytań o kondycję światowej gospodarki. Czy rzeczywiście jesteśmy w fazie wychodzenia ze światowego przesilenia, czy po okresie wpompowania pustych pieniędzy budżetowych wyczerpały się możliwości rozwojowe, o czym świadczy spadek cen właściwie wszystkich surowców oraz spadek zamówień na przewozy w handlu morskim, szczególnie między Azją i Chinami a resztą świata – mówi agencji Newseria Janusz Piechociński, wicepremier i minister gospodarki.

Z danych chińskiego Głównego Urzędu Celnego wynika, że liczony w dolarach eksport spadł w sierpniu o 5,5 proc. w skali roku, zaś import – o 13,8 proc. To m.in. efekt taniejących surowców, których odbiorcą są Chiny. Gospodarka Państwa Środka hamuje – w drugim kwartale tempo wzrostu gospodarczego wyniosło 7 proc., podobnie jak w pierwszym, a odczyt za ubiegły rok skorygowano w dół do 7,3 proc. Według szacunków analityków w sierpniu tempo to spadło do 6,6 proc. Zawirowania w chińskiej gospodarce mogą się odbić na światowych rynkach. Jak jednak podkreśla Piechociński, Polska nie powinna tego mocno odczuć.

Mamy co prawda z Chinami wielki deficyt handlowy, ale pamiętajmy, że największa po chińskiej gospodarka i światowy eksporter, czyli Niemcy, to miejsce odbioru ponad 28 proc. polskich produktów, akcesoriów i podzespołów – podkreśla wicepremier w rozmowie podczas XXV Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju.

Resort gospodarki, opierając się na danych GUS-u, podaje, że w 2014 roku polski eksport do Chin wzrósł o 5,6 proc. i wyniósł 1,7 mld euro. Jeszcze więcej, bo o 19 proc., wzrósł import, aż do 17,4 mld euro. Tym samym niekorzystne saldo obrotów zwiększyło się o 2,7 mld euro, do 15,7 mld euro.

Znacznie bardziej spowolnienie chińskiej gospodarki mogą odczuć inne kraje.

To dramat Afryki, bo będzie mniejsze zapotrzebowanie na surowce. To także wzrost nacjonalizmów w handlu międzynarodowym, a to przekłada się na dodatkową niepewność inwestycyjną – ocenia Piechociński. – To oznacza, że możliwa jest stagnacji w światowej gospodarce, zwiększenie ceny pieniądza i przesunięcie inwestycji. W związku z tym polska gospodarka potrzebuje więcej aktywności i stabilności.

Polskie firmy coraz chętniej włączają się w wymianę handlową z zagranicą. Rośnie wartość eksportu i udział w światowym wywozie towarów. Z danych resortu wynika, że od 1991 roku wzrósł on blisko 15-krotnie, do ponad 222 mld dol. w 2014 roku. Resort gospodarki chce zachęcić polskie przedsiębiorstwa do większej aktywności na zagranicznych rynkach, nie tylko europejskich. Dlatego ministerstwo od kilku lat realizuje programy, które mają promować polską gospodarkę na obcych rynkach. Przyniosły one wymierne skutki.

W ubiegłym roku wymiana handlowa między Polską a Indiami wyniosła już 2,3 mld euro, przy 1,7 mld w 2013 roku. Projekt Go Africa pozwolił zwiększyć aktywność polskich firm z sektorów budowlanego, wydobywczego, energetycznego, elektromaszynowego czy technologii informacyjnej. Przed rozpoczęciem projektu eksport z Polski do Afryki prowadziło 2,68 tys. firm, rok później było ich już o blisko 280 więcej. Polski eksport do Afryki wzrósł w latach 2012-2014 o 37 proc.

Trzeba pilnować konkurencyjności naszej gospodarki, nie lekceważyć żadnego rynku i pamiętać, że nie tylko w imporcie energii warto dywersyfikować nasz koszyk eksportowy. Stąd programy Go China, Go India, Go Africa, Go Arabia i Go Arctic, a za chwilę duża polska misja gospodarcza do Iranu [25-27 września – red.]. Coraz aktywniej chcemy wchodzić na północno-zachodnią półkulę, a także na trudny, ale ciekawy rynek brazylijski – podkreśla Janusz Piechociński.

Polski eksport do Iranu wyniósł w 2014 roku blisko 35 mln euro, a import 22,4 mln euro. Potencjał nie jest jednak wykorzystywany. Iran jest dużym importerem żywności. Aż 85 proc. produktów rolno-spożywczych jest sprowadzanych z zagranicy.

Nowe pokolenie klientów wpływa na zmiany w centrach handlowych. Rośnie rola nowych technologii

Anna Bartoszewicz-Wnuk

Do 2017 roku na polskim rynku przybędzie 2 mln mkw. powierzchni handlowej. Wraz ze wzrostem liczby centrów handlowych widać wyraźną zmianę zachowań klientów. Większość z nich to bywalcy, którzy centra traktują jako miejsca do spędzenia wolnego czasu i chętnie korzystają z ich oferty usług i rozrywki. Z kolei 30 proc. klientów to entuzjaści zakupów. Duże różnice widać także w nawykach zakupowych przedstawicieli pokolenia X i Y. Do wszystkich tych grup centra muszą dostosować swoje oferty.

– Obecnie rynek powierzchni handlowych w Polsce to 9 mln mkw. Prognozujemy, że do 2017 roku w Polsce będziemy mieć 11 mln mkw. Wraz z przyrostem powierzchni centrów handlowych zmieniają się również zachowania konsumentów – mówi agencji Newseria Biznes Anna Bartoszewicz-Wnuk, dyrektor działu badań rynku i doradztwa w JLL, firmie doradzającej w dziedzinie nieruchomości i zarządzania inwestycjami.

Jak podkreśla, klient jest coraz bardziej świadomy, lepiej poinformowany i bardziej wymagający. Oczekuje większej wygody kupowania. Chce, by zakupy były tak proste i szybkie jak w internecie. Ma też większe oczekiwania wobec oferty pozazakupowej obiektów.

– Liczba klientów w centrach handlowych systematycznie rośnie, zwłaszcza w centrach wielofunkcyjnych, które mają miejsca rozrywki, jak kina czy kluby fitness – mówi Jolanta Wawrzyszuk, dyrektor ds. operacyjnych w Atrium Poland.

Badania przeprowadzone wśród klientów centrów handlowych wskazują jednak, że pod względem preferencji i nawyków zakupowych mogą oni znacząco się różnić.

Wspólnie z firmą Atrium przedstawiliśmy podejście behawioralne, które angażuje również pewne cechy psychograficzne klientów. Wyodrębniliśmy wśród nich entuzjastów i bywalców galerii handlowych, a w ramach tych grup dokonaliśmy dalszej segmentacji. Podzieliliśmy odwiedzających galerie handlowe na pięć sylwetek, mówić dokładniej: stylów zakupowych. Każdy obiekt handlowy w Polsce powinien poznać swojego klienta właśnie behawioralnie, a nie demograficznie – mówi Bartoszewicz-Wnuk

Entuzjaści to osoby, które bardzo lubią spędzać czas i robić zakupy w galeriach handlowych. Stanowią oni 30 proc. klientów. Wśród nich są zakupoholicy oraz multiuserzy, czyli osoby, które są na bieżąco z promocjami i korzystają z całego spektrum oferty centrum. Pozostałe 70 proc. to bywalcy, czyli mniej zaangażowani odwiedzający. Wśród tej grupy eksperci wyróżnili trzy typy: towarzyski okazjonalny (traktujący wyjście do centrum jako rozrywkę), niezaangażowany shopper (racjonalny zakupowicz, głównie mody) oraz zadaniowy supermarketowicz (odwiedzający centra relatywnie najrzadziej, ze sprecyzowaną listą zakupów).

Ciekawe różnice występują również w podejściu między pokoleniem X a Y oraz między dużymi miastami, największymi aglomeracjami a ośrodkami miejskimi poniżej 100 tys. mieszkańców – mówi Bartoszewicz-Wnuk.

Pokolenie Y, czyli urodzeni między 1984 a 1995 rokiem, to zupełnie inni klienci niż przedstawiciele pokolenia X (1961-1983). Iksy raczej przychodzą do centrum handlowego z określonym i sprecyzowanym planem. Igreki z kolei częściej szukają inspiracji, bez określonego planu i częściej kupują rzeczy impulsywnie. Pokolenie X częściej wybiera się na zakupy z partnerem lub partnerką, pokolenie Y – sami lub ze znajomymi.

Ludzie z pokolenie X często kupują produkty spożywcze i przemysłowe, rzadziej odzież. Pokolenie Y bardzo chętnie inspiruje się i robi zakupy modowe. Igreki częściej korzystają z oferty food courtów i dużo intensywniej „konsumują” centra handlowe, korzystając z ich bardzo szerokiej oferty: restauracji, kawiarni i kina. Traktują je jako miejsce spotkań, również biznesowych, a także nauki – mówi Małgorzata Komarczuk, dyrektor ds. marketingu w Atrium Poland.

Jak wyjaśnia Anna Bartoszewicz-Wnuk, centra handlowe muszą dostosować ofertę do różnych stylów zakupowych. Chociaż działania marketingowe i komunikacyjne nakierowane są na przedstawicieli dominującego stylu zakupowego, to jednak pozostałe grupy również powinny znaleźć coś dla siebie.

Wśród elementów, które są oczekiwane przez klientów, można wymienić m.in. punkt odbioru towarów zamówionych w internecie z możliwością przymierzenia i ewentualnego zwrotu, punkt informacyjny, szatnię, a nawet opiekę ze strony concierge, czyli osoby, która pomoże nam nieść zakupy, zaniesie je do samochodu, być może nawet zaopiekuje się naszymi dziećmi w trakcie dokonywania zakupów – wyjaśnia ekspertka JLL.

Dla obu grup coraz ważniejsze stają się nowe technologie. 71 proc. iksów i 86 proc. igreków ma smartfon. Młodsi konsumenci w przedziale wiekowym 20-34 lata stale są online, często czytają fora internetowe przed zakupem oraz recenzują produkty. Obie grupy są też aktywne w mediach społecznościowych.

Centra handlowe stawiają głównie na technologie i aplikacje, które są najbardziej dostępne i najbardziej powszechne. Obecnie stosujemy głównie strony internetowe, ale dostępne przez telefon. Komunikujemy się z naszymi klientami także przez najbardziej popularne aplikacje jak Facebook, a w mniejszych miastach np. przez Naszą Klasę – wyjaśnia Jolanta Wawrzyszuk.

Mimo bardzo dużej aktywności w internecie blisko dwie trzecie ankietowanych sporadycznie odwiedza strony internetowe centrów handlowych, a ponad połowa nie śledzi profili tych obiektów.

IMM: O skuteczności monitorowania internetu i portali społecznościowych decyduje odpowiedni dobór aplikacji

Łukasz Jadaś

Monitoring mediów jest dla firm ważnym narzędziem, które nie tylko służy mierzeniu skuteczności działań marketingowych, budowania brandu, promocji produktów i usług, lecz także pozwala zapobiec ewentualnemu kryzysowi w mediach. Eksperci podkreślają, że ważny jest wybór odpowiedniej aplikacji, która pozwoli dokonać pełnej i przejrzystej analizy. Źle dobrana może wręcz zaszkodzić wizerunkowi firmy.

Kluczowy w uniknięciu wszelkich niedogodności związanych ze złym monitoringiem internetu jest wybór dobrej aplikacji takiej, która po pierwsze pozwoli na bieżąco monitorować nieograniczoną liczbę słów kluczowych, i która nie będzie limitowała liczby wzmianek, jakie uzyskujemy w monitoringu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Jadaś, starszy specjalista ds. badań i produktów z Instytutu Monitorowania Mediów.

Po pierwsze, według niego, ważne jest, by monitoring mediów był wolny od spamu.

Tylko wtedy będziemy mogli pracować na czystych wynikach, nie tracąc czasu na odsiewanie i filtrowanie ich własnoręcznie – wyjaśnia Łukasz Jadaś.

Dobry monitoring mediów powinien przedstawiać pełny obraz firmy, jaki wyłania się z internetu, i wymiany zdań w mediach społecznościowych. Ograniczanie go do kilku słów kluczowych odmienianych przez przypadki często nie wystarcza. Łukasz Jadaś przypomina, że język, którym posługują się internauci, zmienia się niezwykle szybko. Dotyczy to również nazw własnych, marek, a nawet nazwisk konkretnych osób.

Warto zwrócić uwagę na liczbę słów kluczowych, które można monitorować. W IMM zmieniliśmy limity tak, że w ramach jednego pakietu można było sprawdzać wszystkie wersje danego słowa, a także różne określenia, na przykład slangowe – wymienia Łukasz Jadaś. – W internecie często nie kupujemy w Biedronce, tylko w Biedrze. Nie mówimy, że poszliśmy na koncert Iron Maiden, tylko na Ironów – wyjaśnia.

Kolejną istotną kwestią jest cel monitorowania mediów. Z jednej strony może ono służyć długofalowej analizie pokazującej wydźwięk, częstotliwość i kontekst komentarzy lub publikacji, a z drugiej może być narzędzie szybkiego reagowania w social mediach.

Jeżeli chcemy wykorzystywać monitoring do bieżącej proaktywnej obsługi klienta, wtedy na pewno najbardziej będzie dla nas ważny fakt szybkości, czyli jak szybko wzmianka na temat naszej marki, firmy czy produktu pojawi się u nas na platformie w wynikach – twierdzi Jadaś.

Szybkie informowanie o dyskusji na temat firmy w sieci dotyczy nie tylko kontaktu z potencjalnymi klientami, lecz także reakcji na krytykę. Ekspert z IMM przypomina, że najnowsze aplikacje są w stanie wysłać SMS do klienta, gdy tylko w sieci pojawiają się na jego temat negatywne komentarze i publikacje. Daje to szansę na szybką reakcję i pokazanie internautom, że ich opinia jest dla danej firmy ważna.

Aplikacja do wyszukiwania wzmianek na temat firmy powinna być według Łukasza Jadasia wykorzystywana stale, choć w przypadku różnych branż częstotliwość występowania szukanych sformułowań będzie różna w zależności od np. pory roku.

– Intensywność wzmianek w wielu branżach jest bardzo uzależniona od okresu w roku. Przykładowo sprawdziliśmy, że wzmianki na temat chorób, przeziębień i grypy mamy przed sobą – twierdzi Jadaś. – Zaczyna się okres przeziębień, więc to jest np. dla firm farmaceutycznych dobra okazja do tego, żeby sprawdzić, kto na Twitterze narzeka na to, że ma kaszel, kto narzeka na to, że ma katar, i zaproponować swoją ofertę – dodaje.

Popołudniowy komentarz walutowy z 15.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 15.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Kapitan Cichocki podjął 3 próbę opłynięcia świata bez zawijania do portu

Kapitan Tomasz Cichocki znów wypłynął w rejs dookoła świata. Jego celem jest opłynięcie globu jachtem żaglowym, w trybie non stop, czyli bez zawijania do portów i pomocy z innych jednostek.

Tomasz Cichocki jest żeglarzem z przeszło 40-letnim doświadczeniem. W realizowaniu marzeń to  postać z pewnością godna naśladowania. Próbę opłynięcia globu bez zawijania do portów podejmuje po raz trzeci. Pierwsza miała miejsce w 2011 roku – wówczas w ciągu 312 dni udało się opłynąć kulę ziemską, jednak na skutek awarii płetwy sterowej oraz kontuzji Kapitana konieczny był postój w Port Elizabeth w RPA. Podczas drugiej próby jacht musiał zawinąć do portu z powodu złamanego w czasie potężnego sztormu masztu. Tym razem Kapitan nie mógł kontynuować rejsu, ale  jak najszybciej rozpoczął przygotowania do kolejnej wyprawy. Mimo dwóch nieudanych prób Kapitanowi nawet przez myśl nie przeszło, by się poddać. Poprzednich rejsów nie rozpatruje w kategorii porażki, lecz raczej cennego doświadczenia na drodze do realizacji celu.

W swój trzeci samotny rejs Tomasz Cichocki wypłynął jachtem „Glaspo” w sobotę, 12.09.2015 o 10 rano, z portu Atlantico w Leixões nieopodal Porto w północnej Portugalii.  Przy wyjściu z portu z honorami towarzyszyła tomkowi załoga Pogorii, wszyscy uczestnicy „Szkoły pod Żaglami” Kapitana Krzysztofa Baranowskiego.

Szacuje się, że dystans 30000 mil morskich pokona w ok 250 dni. Dokładnej daty powrotu nie da się jednak przewidzieć, gdyż w rzeczywistości trasę wyznacza prognoza pogody. Jacht popłynie pomiędzy Maderą a Wyspami Kanaryjskimi w kierunku brazylijskiego Recife. Następnie, korzystając z prądu brazylijskiego, przepłynie wzdłuż Ameryki Południowej aż do 36 równoleżnika południowego. Na tej szerokości zmieni kurs na wschód i schodząc coraz niżej minie Przylądek Dobrej Nadziei w odległości około 200 mil od lądu. Płynąc pomiędzy 40 a 50 równoleżnikiem południowym, przepłynie Ocean Indyjski i skieruje się w stronę Pacyfiku, mijając od południa Australię i Nową Zelandię. Na Oceanie Spokojnym jacht będzie schodził aż do 58 równoleżnika południowego, aby przejść Cieśninę Drake’a i Przylądek Horn. Ostatni etap to rejs na północ przez Atlantyk i powrót w okolicach kwietnia do mariny Atlantico w Leixões.

Przez ponad 8 miesięcy na wodach całego świata Kapitan będzie musiał liczyć tylko na siebie. Zabiera ze sobą 1200 litrów wody oraz blisko 1 tonę żywności. Na oceanie będzie funkcjonował w wyznaczonym rytmie – po 40 minutach aktywności następuje 20 minut snu. Oczywiście poza sztormami, które w brutalny sposób narzucają swój własny rytm, często przez kilka dni nie pozwalając na zmrużenia oka. Najcięższe warunki i najtrudniejsze wyzwania czekają Kapitana na Oceanie Indyjskim oraz w okolicy  Przylądka Horn, który łączy Pacyfik z Atlantykiem.

Jacht „Glaspo” to  ta sama jednostka, którą Kapitan drugi raz próbował opłynąć świat. Uszkodzony wówczas maszt został wymieniony na grubszy i szerszy. Jacht  posiada też dwa stery – to z kolei wniosek z doświadczenia po pierwszym rejsie, gdzie uszkodzeniu uległa płetwa sterowa.

Kapitan, bogatszy o doświadczenia z poprzednich rejsów, świadomość tego co go czeka, a także pełen jeszcze większej pokory dla oceanu, płynie walczyć o zrealizowanie podjętego wyzwania.

Niech tym razem wiatr będzie pomyślny!

Bezpieczeństwo Informacji w Polsce 2015 – przedsiębiorcy i urzędnicy nie stosują się do zaleceń ekspertów

Blisko 45 proc. polskich przedsiębiorców i pracowników administracji publicznej deklaruje, że dokumentacja zawierająca poufne dane jest niszczona poza organizacją, w której się znajduje[1]. Według ekspertów kilkukrotnie zwiększa to ryzyko wycieku poufnych danych z przedsiębiorstwa czy urzędu. Najbezpieczniejszym rozwiązaniem w tym zakresie jest utylizacja wszelkich nośników wrażliwych danych w miejscu ich przechowywania. Nawet najmniejszy wyciek poufnych danych naraża firmy i instytucje państwowe na ogromne straty wizerunkowe, jak i finansowe. Marcin Sobaniec z HSM Polska w 4 krokach radzi jak uniknąć wycieku poufnych danych z firmy.

„Wyciek danych z przedsiębiorstwa to zmora większości biznesmenów, urzędników i administratorów bezpieczeństwa. Widmo utraty poufnych danych petentów, klientów, kontrahentów czy partnerów biznesowych spędza sen z powiek i jest realnym zagrożeniem dla firm i instytucji publicznych. Skutki utraty firmowych bądź urzędniczych dokumentów mogą być bardzo dotkliwe, jeżeli nie zadbamy o odpowiednią infrastrukturę biurową i szkolenia dla pracowników. Nie ważne czy mówimy o firmie czy urzędzie – liczy się to, aby o bezpieczeństwo dokumentacji dbali pracownicy wszystkich szczebli, nie tylko kadra zarządzająca czy administratorzy bezpieczeństwa oraz IT. Jak się okazuje, newralgiczne dane można utracić na każdym etapie przeprowadzania utylizacji. Porównując skalę możliwych strat i nakłady środków na właściwe zabezpieczenie nośników danych – koszty związane z bezpieczeństwem nie są wysokie, ani też sam proces – skomplikowany. Wystarczy, że zastosujemy się do kilku kluczowych zasad zgodnych z normami bezpieczeństwa i zainwestujemy w nowoczesny sprzęt biurowy. Pamiętajmy, że ponad 90 proc. wycieków zawiera dane osobowe!” – komentuje Marcin Sobaniec, ekspert HSM Polska.

Jak poprawisz bezpieczeństwo informacji w swojej firmie? Oto cztery kroki do osiągnięcia sukcesu:

  1. Zorganizuj copyroom – to specjalistyczne pomieszczenie służbowe dedykowane m.in. prawidłowej utylizacji dokumentów. Dzięki temu, że jest ono zabezpieczone przed osobami niepowołanymi oraz monitorowane można sprawować stałą kontrolę nad przeprowadzanymi procesami.
  2. Niszcz dokumenty w firmie – najlepiej ograniczyć ingerencję osób trzecich w proces utylizacji i archiwizacji dokumentów. Outsourcing usług związanych z niszczeniem dokumentów nie jest dobrą praktyką. Im mniej osób ma dostęp do twoich dokumentów tym większe prawdopodobieństwo, że nie wpadną one w niepowołane ręce. Zlecając niszczenie firmom zewnętrznym zwiększasz możliwość wycieku danych.
  3. Edukuj pracowników – przeprowadź szkolenia dla wszystkich pracowników organizacji w celu zaznajomienia ich z zasadami bezpieczeństwa informacji w pracy. Postaraj się, aby gruntowną wiedzę otrzymał każdy, nawet szeregowy pracownik, bo wbrew pozorom to właśnie oni mają często istotny wpływ na losy przedsiębiorstwa.
  4. Stosuj normę DIN 66399 –  musisz informować swoich podwładnych o konieczności stosowania w codziennym życiu jednej z podstawowych norm bezpieczeństwa informacji jaką jest DIN 66399, która pozwala usystematyzować procesy biurowe i ochronić organizację przed czyhającymi zagrożeniami.

Raport „Bezpieczeństwo Informacji w Polsce 2015” przeprowadzony przez HSM Polska kompleksowo przedstawia proces utylizacji papierowych i cyfrowych nośników poufnych danych oraz poziom zastosowania norm bezpieczeństwa informacji przez polskich przedsiębiorców i urzędników. Wyniki badania pozwalają przedstawić nie tylko aktualną sytuację w tym temacie, ale także wysnuć prognozy na przyszłość. Niniejszy raport to przede wszystkim wielowymiarowe przedstawienie zgromadzonych liczb, danych i staty­styk, obrazujących budowanie świadomości o tym jakie ryzyko niesie za sobą nieprzestrzeganie podstawowych założeń polityki bezpieczeństwa informacji. Jednym z głównym obiektów naszych badań stał się proces utylizacji nośników zawierających poufne dane.

[1] HSM Polska – „Bezpieczeństwo Informacji w Polsce 2015”

Rosną obawy o kondycję Państwa Środka

Chińska giełda drugi dzień z rzędu wyraźnie spada. Przy takiej skali przeceny rosną obawy czy rządowe działania, aby powstrzymać odpływ kapitału, nie spalą przypadkiem na panewce.

Druga największa gospodarka świata opublikowała w niedzielę gorsze od oczekiwań dane odnośnie produkcji przemysłowej. Wyniosła ona 6,1% wobec prognoz 6,4%. Słabsze były także inwestycje w środki trwałe. W efekcie w poniedziałek chiński parkiet spadł 2,7 %, a dzisiejsze spadki sięgnęły 3%. Niewykluczone, że Ludowy Bank Chin wprowadzi po raz kolejny sztuczne pobudzanie gospodarki poprzez zmiany w ustalaniu kursu juana do dolara. Celem takiego ruchu jest osłabienie swojej własnej waluty, aby zwiększyć konkurencyjność cenową dla eksportu oraz powiększyć marże producentom.

Na eurodolarze obserwujemy od wczoraj wyhamowanie blisko 2-tygodniowych wzrostów. Skala ruchu podobnie jak na amerykańskich indeksach jest niewielka i bardzo możliwe, że do czwartku, czyli do decyzji Fed o stopach procentowych, będziemy się poruszać właśnie w takim obszarze niskiej zmienności.

Kalendarz makro jest dziś dość bogaty w ważne dane. O godz. 10:30 z Wielkiej Brytanii poznamy inflację producencką oraz konsumencką. O godz. 11:00 Niemcy opublikują indeks nastrojów konsumenckich ZEW. O 14:00 dowiemy się jaka była inflacja w Polsce za miesiąc sierpień. O 14:30 mamy informacje odnośnie sprzedaży detalicznej z USA. Kolejne dane ze Stanów ukażą się o 15:15 – produkcja przemysłowa, a o 16:00 – zapasy niesprzedanych towarów.

EUR/PLN

Komentarz walutowy 15.09.2015
Komentarz walutowy 15.09.2015

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 15.06.2015 do 15.09.2015

Kurs EUR/PLN od połowy lipca znajduje się w trendzie wzrostowym. Po osiągnięciu maksimum na poziomie 4,2610, przeszedł w fazę korekty. Uformowała się formacja trójkąta z górnym ograniczeniem na poziomie 4,2430. Obecnie kurs dotarł do linii wsparcia na poziomie 4,2040. W przypadku dalszych spadków kolejne wsparcie stanowi 50% zniesienie Fibonacciego, czyli poziom 4,1800.

CHF/PLN

Komentarz walutowy 15.09.2015
Komentarz walutowy 15.09.2015

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 15.06.2015 do 15.09.2015

Kurs CHF/PLN od początku lipca znajduje się w trendzie spadkowym. Kurs zbliża się obecnie do linii wsparcia na poziomie 3,8050. Aktualnie górne ograniczenie wyrysowanego kanału spadkowego znajduje się na poziomie 3,8920. W przypadku ruchu na północ, istotnym poziomem bedzie 3,8670, czyli 23,6% zniesienia Fibonacciego.

USD/PLN

Komentarz walutowy 15.09.2015
Komentarz walutowy 15.09.2015

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 15.06.2015 do 15.09.2015

Kurs USD/PLN od początku sierpnia znajduje się w trendzie spadkowym. Górne ograniczenie w średnim terminie stanowi poziom 3,7850. W ostatnich dniach kurs poszybował gwałtownie w dół, dzięki czemu udało się wyrysować kanał spadkowy o dość dużym nachyleniu. Górne ograniczenie tego kanału znajduje się na poziomie 3,7250, natomiast wsparcie na poziomie 3,6900.

GBP/PLN

Komentarz walutowy 15.09.2015
Komentarz walutowy 15.09.2015

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 15.06.2015 do 15.09.2015

Kurs GBP/PLN od kilkudziesięciu dni znajduje się w trendzie spadkowym, w ostatnich dniach siła dynamika spadków zyskała na sile. Wyrysowaną formację trójkąta stanowi linia oporu na poziomie 5,8000 oraz linia wsparcia na poziomie 5,7170. W przypadku korekty ważnym poziomem jest 5,7850, czyli 23,6% wsparcie Fibonacciego.

Krzysztof Furmańczak – analityk walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Uszkodzona przesyłka – jak wyegzekwować zwrot pieniędzy za niepełnowartościowy towar?

Problem: Klient zostało oszukany przez firmę kurierską i/lub nadawcę przesyłki. Po rozpakowaniu paczki towar okazał się zupełnie zniszczony i niezdatny do użytkowania. Kurier sporządził protokół szkody, ale wcześniej pobrał należność, co było warunkiem odebrania i otwarcia paczki. Przesyłka leży w niezmienionym stanie od stycznia br., a klient pojedynkuje się z nadawcą, firmą kurierską, ubezpieczalnią oraz serwisem aukcyjnym. Czy istnieją możliwości/działania, które można jeszcze podjąć, by wyegzekwować zwrot pieniędzy? Gdzie należy się zgłosić?

Odpowiedzi udziela Adam Puchacz, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu.

Uszkodzenia przesyłek nadanych, a następnie dostarczanych przez firmy kurierskie nie zdarzają się często. Jednak w przypadku, kiedy taka sytuacja ma już miejsce, pojawiają się liczne trudności w uzyskaniu odszkodowania za jej uszkodzenie. Powstaje pytanie: kto ponosi odpowiedzialność za jej uszkodzenie i zobowiązany jest do pokrycia wynikłej szkody: nadawca, firma kurierska czy może ubezpieczyciel?

Jak zaplanować działanie?

Jak opisano w przykładzie, pierwszym (słusznym) działaniem było sporządzenie protokołu w obecności kuriera, w którym zostały zawarte wszelkie okoliczności doręczenia przesyłki, jak również dostrzeżone nieprawidłowości, w tym przypadku znaczne uszkodzenie reflektora w postaci stłuczonego szkła.

Kolejnym krokiem jest zgłoszenie powstania szkody do przewoźnika. Z opisu nie wynika, o jaki podmiot chodzi, należy więc odnaleźć na jego stronie internetowej lub w dostarczonej dokumentacji, jak przebiega postępowanie reklamacyjne. Firmy kurierskie odrębnie bowiem regulują powyższe kwestie. Bardzo istotne jest, aby dopełnić wszelkich wskazanych tam wymogów, np. obowiązku dostarczenia danych dokumentów, takich jak: list przewozowy jako potwierdzenie nadania przesyłki, potwierdzenie wartości uszkodzonego przedmiotu czy sporządzony protokół szkody.

Odpowiedź powinna zostać udzielona niezwłocznie, czyli nie później niż w terminie 30 dni od dnia przyjęcia reklamacji przez przewoźnika. Co ważne, w sytuacji nieudzielenia odpowiedzi należy przyjąć, iż reklamacja została uwzględniona.

W przypadku nieuwzględnienia reklamacji (tj. decyzji odmownej) należy skontaktować się z przewoźnikiem, żądając ponownego rozpatrzenia sprawy, argumentując, iż przesyłka została dostarczona jako uszkodzona, a także zostało to starannie udokumentowane, jak również spełnione zostały pozostałe wymogi – także te, na które powołuje się przewoźnik w decyzji odmownej. W przypadku dalszego negowania odpowiedzialności pozostaje możliwość sądowego dochodzenia roszczeń.

Co w ostateczności?

Z podanego stanu faktycznego wynika, iż przedmiotowe postępowanie likwidacyjne trwa bardzo długo. Wydaje się, iż jest to sytuacja niedopuszczalna. Należy podjąć kroki mające na celu usprawnienie realizacji obowiązku odszkodowawczego firmy kurierskiej, gdyż co do zasady to na niej spoczywa odpowiedzialność za dostarczenie przesyłki w należytym stanie.

Z opisu nie wynika, czy firma kurierska poniosła odpowiedzialność za uszkodzenie przesyłki czy może powstała ona np. na skutek wadliwego zapakowania reflektora przez sprzedającego. W takiej sytuacji odpowiedzialność poniesie ten drugi i to do niego należy kierować wszelkie roszczenia.

Wspomniano, iż zakup został dokonany przy pomocy znanego serwisu aukcyjnego. Warto skorzystać więc z instrumentów ochrony proponowanych przez dany portal. Program Ochrony Kupujących umożliwia uzyskanie rekompensaty do 10.000 zł za nieudane transakcje przeprowadzone w serwisie. Należy jednak spełnić szereg przesłanek, wymienionych na stronie internetowej, takich jak: zgłoszenie sprawy na Policję i dostarczenie postanowienia o wszczęciu dochodzenia/śledztwa. Należy również zachować określone przez zespół portalu terminy. W przedmiotowej sprawie nie jest możliwe skorzystanie z danego Programu, albowiem od dnia zakupu minęło więcej niż 120 dni.

Jeżeli od daty wpływu reklamacji do przewoźnika minęło ponad 30 dni, należy powołać się na konieczność uwzględnienia reklamacji z uwagi tylko na upływ tego terminu. Ponadto można rozważyć możliwość zgłoszenia sprawy do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów z wnioskiem o wszczęcie postępowania w sprawie stosowania przez przewoźnika praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów. Ewentualne kary wymierzane w razie stwierdzenia takich działań potrafią skutecznie zmobilizować przedsiębiorców do naprawienia szkody. W sytuacji, gdy przedsięwzięte działania nie dadzą rezultatu, należy oczywiście skierować sprawę na drogę postępowania sądowego.

Urlop macierzyński i co dalej?

Urlop macierzyński to niezbywalne prawo każdej świeżo upieczonej mamy, zatrudnionej na podstawie umowy o pracę. Po jego zakończeniu może ona jeszcze wydłużyć go o dodatkowy urlop macierzyński, a później  o urlop rodzicielski. Suma tych wszystkich dni wolnych daje rok, który matka może spędzić z dzieckiem. Urlop jednak się kończy, a kobieta staje przed dylematem – co dalej? Zostać w domu z dzieckiem, a może wrócić do pracy? A może połączyć te dwa elementy i pracować w domu? Tę decyzję należy dokładnie przemyśleć i podjąć ją samodzielnie, nie zwracając uwagi na naciski lub sugestie otoczenia.  

Dla niektórych kobiet pozostanie w domu z dzieckiem jest koniecznością – nie mogą liczyć na pomoc rodziny w opiece nad dzieckiem, brakuje im funduszy na zatrudnienie opiekunki lub dla ich dzieci zabrakło miejsca w żłobku. To sytuacje skrajne, choć nie tak rzadkie w dzisiejszych czasach. Niekiedy jednak to nie sytuacja materialna lub rodzinna wymusza odłożenie podjęcia pracy zawodowej na później – dla niektórych mam najważniejszą rolą jest właśnie rola matki i ona daje im najwięcej satysfakcji i spełnienia.

Mama i urlop wychowawczy

Właśnie dla takich kobiet najlepszym rozwiązaniem będzie urlop wychowawczy, zwłaszcza jeżeli sytuacja finansowa rodziny na to pozwala. Musi jednak zostać spełnionych kilka warunków – między innymi mama, która chce zostać jeszcze przez jakiś czas z dzieckiem, musi być zatrudniona na podstawie umowy o pracę co  najmniej 6 miesięcy. Mamy pracujące na podstawie umów cywilnoprawnych nie mają niestety możliwości opiekowania się potomkiem w domu przez kolejne 36 miesięcy.

Mama i powrót do pracy

Dla niektórych kobiet równie ważne,  co macierzyństwo jest osiągnięcie odpowiedniej pozycji zawodowej.  Posiadanie dzieci nie ogranicza ich możliwości ani ambicji i w żaden sposób nie umniejsza to ich talentów macierzyńskich. Szczęśliwa mama to szczęśliwe dzieci – jeżeli więc czujemy, że kolejne miesiące w domu nie będą nam służyły, zdecydujmy się na powrót na rynek pracy.

Jeżeli mama uzna, że warto zacząć z powrotem pracować, czeka ją kolejny dylemat – wrócić do poprzedniego miejsca pracy czy poszukać zatrudnienia gdzie indziej. Każde z tych rozwiązań ma swoje zalety.

Powrót do poprzedniego miejsca pracy daje pewien komfort – kobieta zna swoje obowiązki, innych pracowników, atmosferę firmy i kierunek, w którym ona zmierza, łatwiej jest się więc dopasować i łagodniej z powrotem wchodzi w tryb  pracy. Inną korzyścią z takiego rozwiązania jest swego rodzaju pewność zatrudnienia – pracodawca jest zobowiązany zapewnić wracającej z urlopu macierzyńskiego pracownicy warunki zatrudnienia sprzed urlopu. Nie może także bez jej zgody zmieniać warunków umowy o pracę. Może zaproponować jej inne stanowisko pracy, jednak musi być ono zgodne z jej kwalifikacjami i wykształceniem, zaś wynagrodzenie nie może być niższe niż to, które otrzymywała wcześniej. Choć brzmi to dobrze i zachęca kobiety do powiększania rodziny, założenia kodeksu pracy nie zawsze zgadzają się z rzeczywistością.

Mama i praca zdalna

Dla wielu mam dobrym rozwiązaniem okazuje się praca zdalna – pozwala zostać w domu           i osobiście doglądać dziecka, a jednocześnie rozwijać się zawodowo. Coraz więcej firm umożliwia swoim pracownicom pracę z domu. Dla nich samych również oznacza to spore korzyści – nie tylko zmniejsza liczbę wykorzystywanych urlopów wychowawczych i  ogranicza koszty funkcjonowania firmy, ale także pozwala zachować dla firmy doświadczonego                  i wartościowego pracownika. Zazwyczaj dla obu stron to korzystny układ, jednak od pracownicy wymaga zdolności organizacyjnych, samozaparcia i konsekwencji. Nie do przecenienia jest jednak sukces, jakim jest połączenie przebywania z dzieckiem                         i obserwowanie jego rozwoju z pracą zawodową.

Mama i działalność gospodarcza

Kobietom, które zdecydowały się na dziecko, nic nie jest straszne, często więc zakładają własną działalność gospodarczą.  Kusząca w takiej sytuacji jest zwłaszcza możliwość samodzielnego ustalania zakresu obowiązków i organizacji pracy.

Samo założenie działalności gospodarczej nie jest trudne – wystarczy wypełnić formularz CEDIG -1  i zgłosić ją do rejestru przedsiębiorców – CEIDG,  właściwego urzędu skarbowego, Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, także Głównego Urzędu Statystycznego (ważną kwestią jest również wybór formy opodatkowania). Zgłoszenie do rejestru przedsiębiorców nie jest absorbujące – można dokonać go przez Internet i w ciągu 7 dni wystarczy złożyć w ZUS zgłoszenie do ubezpieczeń. Później wystarczy już tylko wyrobić pieczątkę i założyć osobne konto bankowe (choć nie przy wszystkich rodzajach działalności gospodarczej jest to wymagane, łatwiej dzięki temu kontrolować finanse firmy).

Decyzje każdego członka rodziny wpływają na jej funkcjonowanie, jednak te podejmowane przez matkę mają szczególne znaczenie. To ona zazwyczaj w większym stopniu zajmuje się niemowlęciem, dlatego jej decyzja o powrocie do pracy, założeniu działalności gospodarczej lub pozostaniu w domu oddziałuje najbardziej na dziecko. Przy całej trosce o potomka nie powinny zapominać o swoich ambicjach i marzeniach. Jeżeli przemawia za tym sytuacja rodzinna i finansowa, nie powinny się wahać, ale tak pokierować swoim życiem, by czerpać z niego satysfakcję.

Anna Hugiel – Lazarowicz, wfirma.pl

Ważna będzie każda minuta

Robert Ślepaczuk, Szef Inwestycji Ilościowych w Union Investment TFI
Robert Ślepaczuk, Szef Inwestycji Ilościowych w Union Investment TFI

Już w czwartek Fed zadecyduje o kształcie polityki monetarnej w USA. W rezultacie na rynkach akcji panuje bardzo duża zmienność. W przypadku amerykańskiego indeksu giełdowego S&P 500 wahania dziennie oscylują wokół 2–3%, a przypomnę, że przez bardzo długi czas amplituda dziennych odchyleń nie przekraczała 1% i już ta wartość była uznawana za wysoką. Oczywiście zmienność dotyczy giełd na całym świecie i obejmuje również takie indeksy, jak Euro Stoxx 50, Nikkei, aż po australijski ASX 200. Moim zdaniem nerwowość utrzyma się aż do czwartku, a o tym, czy w przypadku podwyżki stóp procentowych w USA rynek nawiedzi gwałtowniejsza korekta, czy nie, zadecyduje punkt, w którym znajdzie się rynek na chwilę przed ogłoszeniem decyzji. Jeśli wcześniej notowania istotnie spadną, reakcja może się okazać łagodniejsza. Jeśli urosną, po decyzji może przyjść dotkliwe rozczarowanie.

Decyzji Fedu nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Warto więc przeanalizować, co w kontekście przyszłej koniunktury na rynkach podpowiadają dane makro.

Jeszcze do lipca odczyty z gospodarki oraz wskaźniki wyprzedzające PMI i OECD dla wielu światowych gospodarek utrzymywały się na wysokich poziomach, wskazując na trend wzrostowy. Sierpniowe odczyty wskaźników wyprzedzających dla gospodarek okazały się w dużej mierze gorsze od oczekiwań. Oczywiście nie należy mylić tej obniżki z diametralnym odwróceniem tendencji, jednak nakazuje ona pewną ostrożność i pilniejszą obserwację przy okazji kolejnych, wrześniowych odczytów.

W tym pogarszającym się obrazie można oczywiście znaleźć kraje wyróżniające się na plus. W Europie niewątpliwie Szwajcaria i Włochy. W Azji na pewno Japonia, a ponadto Indie, które jako jedyny rynek wschodzący mogą się pochwalić pozytywnymi prognozami. Warto jednak pamiętać, że do momentu decyzji Fedu dane makro nie będą miały żadnego znaczenia dla inwestorów.

Robert Ślepaczuk, Szef Inwestycji Ilościowych w Union Investment TFI