Operator logistyczny Dachser, wprowadza interesujące dla polskich eksporterów nowe rozwiązania premium dla segmentów business to consumer i business to business: targo on-site, targo on-site plus i targo on-site premium, różnicujące obsługę w ostatnim etapie łańcucha dostaw.
Usługi targo on-site są uzupełnieniem dotychczasowych usług Dachser entargo, świadczonych w ramach Dachser European Logistics. Są to usługi dodatkowe związane z dostawą w uzgodnione miejsce i o określonym czasie, łącznie z zarządzaniem zwrotami, utylizacją opakowań i ewentualnymi innymi usługami dodatkowymi, realizowanymi na indywidualne zapotrzebowanie klientów.
Poszerzenie naszego portfolio usług to odpowiedź na rosnące potrzeby naszych klientów, działających również w segmencie e-commerce – mówi Grzegorz Lichocik, prezes Dachser w Polsce. Dzięki targo on-site nasi klienci mogą zagwarantować odbiorcom swoich produktów dostawę w dokładnie w określonym miejscu i czasie, wraz z usługami dodatkowymi, świadczonymi przez kuriera lub dodatkowego pracownika, który może zająć się montażem czy zwrotem i utylizacją opakowania. To kolejny etap przekazywania czynności związanych z ostatnim etapem łańcucha dostaw operatorowi logistycznemu – wyjaśnia Grzegorz Lichocik.
Targo on-site
W przypadku usługi targo on-site, czas dostawy jest analogiczny jak w przypadku produktu targospeed. Po telefonicznym potwierdzeniu terminu dostawy, jest ona realizowana w godzinach porannych lub popołudniowych. Dotyczy segmentu B2C oraz krajów takich jak Niemcy, Austria, Belgia, Holandia, Luksemburg i Czechy.
Targo on-site plus
Rozwiązanie to od standardowego targo on-site różni się tym, że oprócz dostaw do południa i po południu, mogą być one realizowane dodatkowo w godzinach wieczornych (16 – 20) oraz w sobotę. Dotyczy segmentów B2C i B2B oraz krajów takich jak Niemcy, Austria, Belgia, Holandia, Luksemburg i Czechy.
Targo on-site premium
Rozwiązanie to realizowane jest we współpracy z siecią Kolb i zapewnia wyjątkowo szybką dostawę, w 3 – 5 dni roboczych w Niemczech i do 7 dni roboczych Austrii. Dotyczy segmentów B2C i B2B oraz tylko Niemiec i Austrii.
W ostatnich 12 miesiącach zarówno najbezpieczniejsze fundusze (gotówkowe i pieniężne), jak i te obarczone wysokim ryzykiem (akcji) przeciętnie zarobiły mniej niż lokaty bankowe. Z analizy Expandera wynika, że wśród najpopularniejszych grup jedynie fundusze absolutnej stopy zwrotu wyraźnie pokonały lokaty. Średnio przyniosły zyski na poziomie 5,41%.
Fundusze akcji polskich zarobiły średnio tylko 1,83%
Według IZFiA w tym roku najpopularniejszą grupą funduszy inwestycyjnych są fundusze akcji uniwersalnych. Niestety spadki cen akcji na warszawskiej giełdzie spowodowały, że ci, którzy je wybrali nie zarobili zbyt wiele. Wynik z ostatnich 12 miesięcy jest wręcz gorszy niż zysk z przeciętnej lokaty bankowej. Średnia stopa zwrotu dla funduszy uniwersalnych akcji polskich wynosi bowiem zaledwie 1,83%. Na standardowym depozycie można było w tym czasie zyskać 2,8%. Trzeba jednak dodać, że były wśród nich takie, które zyskały kilkukrotnie więcej niż nawet najlepsze lokaty bankowe. Osoby, które zainwestowały np. w fundusz Arka Prestiż Akcji Polskich, zyskały w tym czasie aż 13,32%. Były też takie, które przyniosły straty jak np. Caspar Akcji Polskich, którego wynik to -9,33%. Znacznie lepiej niż fundusze uniwersalne poradziły sobie te inwestujące w akcje małych i średnich spółek. Ich średni wynik wyniósł 4,29%.
Najbezpieczniejsze fundusze zarobiły więcej niż akcyjne
Drugą po funduszach akcji najbardziej popularną grupą funduszy w tym roku są te najbezpieczniejsze, czyli fundusze gotówkowe i pieniężne. Ich wyniki zwykle są zbliżone do tego, co można uzyskać na lokacie bankowej. Obecne ich osiągnięcia są jednak nieco słabsze, gdyż średnia stopa zwrotu to 2,24%, a jak już wspominaliśmy, lokaty przed rokiem miały średnie oprocentowanie 2,8%. Najlepszy depozyt w tym okresie dawał natomiast 3,65%. Oznacza to, że tylko trzy fundusze z tej grupy były lepsze niż lokata. Z drugiej jednak strony średnio zarobiły one więcej niż fundusze akcji uniwersalnych.
Kolejne miejsca pod względem popularności zajmują fundusze absolutnej stopy zwrotu oraz fundusze stabilnego wzrostu. Niestety tylko te pierwsze mogą pochwalić się dobrymi wynikami. Średnia z ostatnich 12 miesięcy to 5,41%. Najlepszy fundusz w grupie absolutnej stopy zwrotu – Skarbiec Market Neutral – przyniósł inwestorom aż 17,5% zysku. Fundusze stabilnego wzrostu średnio zyskały natomiast zaledwie 1,35%, notując najsłabszy wynik z tej najpopularniejszej czwórki.
Przy okazji warto dodać, że tradycyjne fundusze inwestycyjne nie są jedyną alternatywą dla deponowania pieniędzy na lokatach. Dwa przykłady innych możliwości inwestowania kapitału przy dość niskim ryzyku to produkty strukturyzowane oraz obligacje przedsiębiorstw. Zaletą tych pierwszych jest to, że dają szansę na uzyskanie atrakcyjnych zysków, ale jednocześnie mają mechanizm zabezpieczający przed stratami. Zwykle polega on na tym, że w najgorszym przypadku po zakończeniu produktu inwestor nie ponosi strat, lecz odzyskuje swoje pieniądze.
W przypadku obligacji przedsiębiorstw zaletą jest przede wszystkim oprocentowanie wyższe od tego na lokatach. Niestety najwyższe jest ono w przypadku tych firm, które nie należą do największych i najstabilniejszych. Warto więc ostrożnie podchodzić do tego typu inwestycji, gdyż w sytuacji, gdy dochodzi do upadłości emitenta, możemy nie odzyskać swoich pieniędzy. Inwestować w takie obligacje można nie tylko samodzielnie, ale również za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych. Ma ona taką zaletę, że w portfelu funduszu znajdują się obligacje wielu firm, a więc kłopoty jednej z nich nie powinny przełożyć się na słaby wynik całej inwestycji.
W dniach 7 i 8 października na EXPO XXI w Warszawie odbędzie się kolejna edycja Mobility Reseller Days. To już drugie tego rodzaju wydarzenie branżowe, które skupia firmy oraz przedsiębiorców branży nowych technologii z Europy Centralnej, Wschodniej oraz Azji. Ideą, która przyświeca Mobility Reseller Days, jest nawiązanie relacji partnerskich i handlowych polskich przedstawicieli z branży. Wydarzenie skupia w sobie również cele edukacyjne – zarówno dla uczestników, jak i gości wydarzenia – które dotyczą rozszerzenia wiedzy o rozwoju lokalnych kanałów sprzedaży, programach partnerskich.
25 czerwca Sejm zdecydował, że program Mieszkanie dla Młodych obejmie również rynek wtórny. Limity cenowe wyniosą 90 procent wskaźnika kosztu odtworzenia 1m2 powierzchni użytkowej budynku mieszkalnego w danej gminie. Zmiany mogą wejść w życie najwcześniej od sierpnia br. Czy oznacza to drastyczne zmiany na rynku?
Zmiany będą pozytywne
Generalnie rynek deweloperski pozytywnie zapatruje się na wprowadzone zmiany. Dzięki nowelizacji program Mieszkanie dla Młodych stanie się popularniejszy, a Klienci będą mogli uzyskać większe benefity. Szczególnie korzystne jest zwiększenie dopłaty przy dwójce dzieci. Dla rodzin wychowujących troje lub więcej pociech dodatkowo zniesiono granicę wieku i warunek posiadania pierwszego mieszkania. Dla rodzin wielodzietnych z 15 do 30 procent zwiększono mnożnik, na podstawie którego wylicza się dopłatę oraz podwyższono dofinansowanie na mieszkania o metrażu do 65 m2. W niektórych przypadkach zmiany te mogą doprowadzić do zwiększenia kwoty wsparcia nawet do ok. 100 tys. zł.
Negatywnie odbieramy natomiast brak zmian w metodologii ustalania limitów cen
w programie MdM, które są zależne od średniego wskaźnika przeliczeniowego kosztu odtworzenia 1m2 powierzchni użytkowej budynków mieszkalnych. Wskaźnik ten jest słabo skorelowany z realnymi cenami za m2 w poszczególnych regionach. To z kolei sprawia, że w niektórych miastach limit cenowy pozwala na zakup nieruchomości nawet blisko centrum, a w innych tylko peryferiach. Obecna metodologia sprawia, że dostępność programu MdM dla ogółu społeczeństwa jest bardzo zróżnicowana.
Skorzystają małe miejscowości
Włączenie do programu mieszkań z rynku wtórnego może być najbardziej odczuwalne w mniejszych miejscowościach, w których rynek deweloperski często jest słabo rozwinięty. Zmiany zwiększą konkurencyjność deweloperów, w związku z tym w mniejszych miastach możliwy jest odpływ klientów do indywidualnych sprzedawców.
W większych miastach bez zmian, ale z wyjątkami
W większych miastach będzie inaczej, ponieważ różnica pomiędzy limitami cenowymi dla rynku pierwotnego i wtórnego będzie na tyle duża, że realna dostępność oferty na tym drugim będzie niewielka. Zmiany mogą stanowić zagrożenie dla deweloperów z mniejszych miast, ale też z kilku większych, jak np. Łódź czy Katowice, w których relatywnie duża część ofert kwalifikuje się do programu MdM.
Liczba mieszkań i ceny po staremu
W związku ze zwiększeniem limitów nie powinna zwiększyć się dostępna w ramach MdM liczba mieszkań. Klienci skorzystają jednak z wyższych dopłat, a także będą mieli możliwość kupna większego lokalu przy zachowaniu analogicznej zdolności kredytowej.
Nie prognozujemy też wzrostu cen najtańszych mieszkań na rynku wtórnym, chociaż w niedużej skali takie ryzyko oczywiście istnieje. Przewidujemy natomiast wzrost popularności samego programu. Do tej pory MdM cieszył się umiarkowanym zainteresowaniem, co było spowodowane faktem, że program był niedostępny dla większego grona Klientów.
Sprzedaż mieszkań przez spółdzielnie mieszkaniowe nie powinna znacząco wpłynąć na rynek. Skala tych działań wciąż pozostanie niewielka.
Piotr Kijanka – Dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Grupie Deweloperskiej GEO
Wśród siedmiu największych miast Polski najmniej na zakup nowych czterech kątów trzeba wydać w Łodzi i Katowicach. Czy to oznacza, że mieszkańcy tych dwóch miast mogą sobie pozwolić na największe mieszkania?
Mieszkańcy Katowic mają najlepiej
Postawione na wstępie pytanie nie do końca oddaje stan faktyczny. W tym wypadku bowiem oprócz samej ceny nowego mieszkania istotna jest wysokość dochodów, która wpływa na poziom zdolności kredytowej. Przeciętne zarobki są jednak różne w różnych miastach. Zgodnie z ogólnie panującą opinią najwięcej zarabia się w Warszawie, dane Głównego Urzędu Statystycznego zdają się jednak zadawać kłam takiemu stanowisku. Analizując wysokość przedstawianego przez GUS przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw widać, że średnie zarobki najwyższy poziom osiągają w… Katowicach.
Stolica jest dopiero na drugim miejscu. Z kolei jeśli chodzi o same ceny mieszkań to Tabela 1 wskazuje, że Warszawa zdecydowanie przewodzi stawce. Taka sytuacja sprawia, że średnio sytuowanych warszawiaków stać na mniejsze mieszkania, niż Ślązaków. Co więcej, relacja maksymalnej zdolności kredytowej i cen mieszkań jest w rozpatrywanym gronie najwyższa właśnie w Katowicach. Niskie ceny lokali mieszkalnych na tle innych większych miast można tłumaczyć specyfiką tego rynku. Ze względu na zanieczyszczenie środowiska, jak i na duże natężenie terenów miejskich, Katowice nie cieszą się opinią wymarzonego miejsca do zamieszkania.
Stanowią one raczej propozycję dla ludzi młodych, którzy dopiero rozpoczynają karierę zawodową i nie posiadają jeszcze odłożonych oszczędności. Warto również porównać Wrocław i Gdańsk. Ceny nowych czterech kątów są zbliżone różniąc się o zaledwie kilkadziesiąt zł za mkw. powierzchni. Z drugiej strony średnia pensja, a co z tym idzie zdolność kredytowa jest w Gdańsku widocznie wyższa, niż w stolicy Dolnego Śląska.
Wysokość raty kredytu na zakup nowego mieszkania w średniej cenie oraz maksymalna zdolność kredytowa 4-osobowej rodziny w poszczególnych miastach*
Miasto
Warszawa
Kraków
Łódź
Wrocław
Poznań
Gdańsk
Katowice
Przeciętne wynagrodzenie x2 (zł)
10 699
8 733
7 378
8 513
9 194
10 454
11 021
Cena mieszkania (zł)
7 396
5 861
4 578
5 988
6 353
5 951
4 795
Cena całkowita za 55 mkw. (zł)
406 758
322 337
251 790
329 340
349 442
327 301
263 705
Okres kredytu (lata)
25
25
25
25
25
25
25
Wysokość raty (zł)
1 932
1 531
1 196
1 565
1 660
1 555
1 253
Maksymalna dolność kredytowa w złotówkach (zł)
516 449
313 628
173 790
290 957
361 240
491 251
549 775
Liczba mkw. dostępnych za maksymalną zdolność kredytową
48
36
24
34
39
47
50
*Dochód gospodarstwa domowego oszacowano jako dwukrotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto w sektorze przemysłu w poszczególnych miastach wg GUS narastająco za okres styczeń-marzec 2015 r. Średnie ceny mieszkań za I kw. 2015 r. wg NBP. Rata kredytu oraz maksymalna zdolność kredytowa dla zobowiązania w złotówkach wyznaczona na podstawie kalkulatora kredytowego (10% wkładu własnego, oprocentowanie 4%, raty równe, 4 osobowe gospodarstwo domowe, łączne limity na kartach kredytowych i ROR 5000 zł, miesięczne wydatki na utrzymanie mieszkania 500 zł, inne koszty 2500 zł, okres spłaty 25 lat).
W powyższym zestawieniu przedstawiono także wysokość rat, jakie co miesiąc trafiają z domowego portfela 4-osobowej rodziny do banku, na pokrycie zakupu nowego mieszkania o powierzchni 55 mkw. w średniej cenie. Stawki mieszkań przekładają się na wysokość comiesięcznych wydatków. Dlatego też najwyższe raty kredytowe za zakup nowego lokum znowu muszą zapłacić mieszkańcy stolicy. Na drugim miejscu znajduje się Poznań, gdzie ceny są wyraźnie wyższe, niż w zajmujących kolejne lokaty Wrocławiu, Gdańsku i Krakowie. Najmniejsze kwoty na spłatę zobowiązań w swoim budżecie muszą zarezerwować rodziny z Łodzi i Katowic.
Ile można zyskać na MdM-ie?
Warto sprawdzić, jak na wysokość rat wpływa rządowe wsparcie w ramach programu Mieszkanie dla Młodych. Poniżej zaprezentowano raty za zakup 55-metrowego lokalu mieszkalnego, którego cena równa się limitom programu Mieszkanie dla młodych w poszczególnych miastach. Największe dofinansowanie ma miejsce tam, gdzie cena jest najwyższa czyli w Warszawie i Poznaniu. W tych dwóch miastach pomoc publiczna co miesiąc przekracza 200 zł. Najmniej na każdej racie mogą zaoszczędzić mieszkańcy Łodzi i Katowic – odpowiednio 163 zł i 172 zł.
Porównanie wysokości raty kredytu wraz z dopłatą z MDM i bez dopłaty dla 4-osobowej rodziny w poszczególnych miastach*
Miasto
Warszawa
Kraków
Łódź
Wrocław
Poznań
Gdańsk
Katowice
Limity MDM II kw. 2015 (zł)
6 588
5 112
4 515
5 181
5 924
5 303
4 773
Wartość mieszkania 55 mkw. (zł)
362 340
281 160
248 325
284 955
325 820
291 665
262 515
Kwota kredytu (zł)
326 106
253 044
223 493
256 460
293 238
262 499
236 264
Rata bez dopłaty (zł)
1 721
1 336
1 180
1 354
1 548
1 386
1 247
Rata z dopłatą (zł)
1 484
1 152
1 017
1 167
1 335
1 195
1 075
Różnica (zł)
237
184
163
187
213
191
172
*Dochód gospodarstwa domowego oszacowano jako dwukrotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto w sektorze przemysłu w poszczególnych miastach wg GUS narastająco za okres styczeń-marzec 2015 r. Ceny mieszkań ustalono na poziomie limitów MdM na II kw. 2015 r. Raty wyznaczono na podstawie kalkulatora kredytowego (10% wkładu własnego, oprocentowanie 4%, raty równe, 4 osobowe gospodarstwo domowe, wiek kredytobiorcy 30 lat, okres spłaty 25 lat).
Warto jednak zaznaczyć, że to właśnie w tych dwóch ostatnich miastach relatywnie łatwiej może być skorzystać z dopłaty MDM na zakup nowego M. Wynika to z faktu, że średnie ceny nowych mieszkań są tam najbliższe limitom MDM, a co za tym idzie liczba lokali mieszczących się w tych limitach powinna więc być większa, niż w pozostałych miejscowościach. Podsumowując warto jeszcze zaznaczyć, że w powyższej analizie przyjęto minimalny ustanowiony przez KNF wkład własny w 2015 r., wynoszący 10%. W najbliższych dwóch latach wymóg ten wzrośnie do poziomu 15%w 2016 r. i 20% w 2017 r.
Tjeerd Bosklopper, prezes zarządów ING Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie S.A. i ING Usługi Finansowe S.A., rozpocznie 1 września 2015 roku piastowanie stanowiska szefa NN Individual Life w Holandii.
Tjeerd Bosklopper
Kandydatura nowej osoby, która będzie pełnić jego dotychczasowe funkcje w polskim oddziale towarzystwa, zostanie w najbliższym czasie przedstawiona Komisji Nadzoru Finansowego.
Tjeerd Bosklopper dołączył do grupy ING w 1999 roku. Jest związany z polskim oddziałem ING Życie od 2012 roku. Trzy lata temu objął funkcję prezesa ING Usługi Finansowe, a w następnym roku – także prezesa ING TUnŻ. Jego główną rolą było zapewnienie dalszego wzrostu firmy na polskim rynku oraz wdrażanie strategii wyróżniania się w obszarze doświadczenia klienta.
Wcześniej sprawował szereg funkcji w ramach grupy ING na wielu międzynarodowych rynkach, m.in. w Hong Kongu, Indonezji, Korei Południowej i Holandii.
Ukończył studia „Business Information Technology” ze specjalizacją w Zarządzaniu Informacją oraz Zarządzaniu Międzynarodowym na Uniwersytecie w Twente w Holandii.
W Polsce jest nawet 300 tys. bezdomnych psów. Wiele z nich zostało porzuconych przez swoich właścicieli. Aby do takich sytuacji nie dochodziło, planuje się wprowadzenie wymogu czipowania czworonogów i zapisywania danych zwierząt oraz ich właścicieli w centralnym rejestrze. Prace nad nowelą do Ustawy o ochronie zwierząt, mającą ten obowiązek nałożyć, trwają od kilku lat. Czy nowelizację uda się wreszcie przyjąć?
Dzięki obowiązkowemu znakowaniu czworonogów można by szybko identyfikować właścicieli zwierząt, które uciekły lub zostały porzucone. To z kolei ograniczyłoby wydatki na utrzymywanie schronisk, przepełnionych i często niespełniających standardów. Koszty czipowania pokrywaliby właściciele czworonogów.
Wśród proponowanych zmian w Ustawie znalazł się także zapis o zakazie stałego trzymania psów na uwięzi. „Pies może przebywać zamiast tego w kojcu, w którym będzie miał zapewniony dostęp do jedzenia i wody oraz budę” – mówi serwisowi infoWire.pl poseł Paweł Suski, przewodniczący Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt. Po wprowadzeniu nowelizacji zakazane będzie również wykorzystywanie dzikich zwierząt do pracy, np. w cyrku. Zmieni się poza tym system prowadzenia schronisk.
„Proponujemy też zwiększenie sankcji. Znęcanie się nad zwierzętami ze szczególnym okrucieństwem dotychczas było zagrożone karą do trzech lat pozbawienia wolności. Chcemy podwyższyć to do lat pięciu” – informuje rozmówca. Wprowadzona zostanie ponadto możliwość dożywotniego zakazania posiadania zwierząt.
Od czasu uwolnienia kursu franka szwajcarskiego przez Szwajcarski Bank Narodowy padło wiele propozycji rozwiązań, które miałyby pomóc „frankowiczom”. Niestety, do tej pory żadne z nich nie zostało wprowadzone. Niewykluczone, że już niedługo się to zmieni.
Poprawę sytuacji osób zadłużonych we frankach szwajcarskich może przynieść specjalny fundusz, jeden z dwóch, których stworzenie zaproponował Związek Banków Polskich (ZBP). „W dużym uproszczeniu polegałoby to na tym, że umawialibyśmy się z bankiem, po jakim maksymalnie kursie franka szwajcarskiego jesteśmy w stanie spłacać miesięczne raty. (Sugerowany kurs to ok. 5 zł). Jeśli ten poziom zostałby przekroczony, fundusz dopłacałby nam maksymalnie 50 gr do każdego franka” – tłumaczy w wywiadzie dla serwisu infoWire.pl Michał Krajkowski, główny analityk firmy Notus Doradcy Finansowi.
Drugi fundusz, którego powstania chce ZBP, byłby skierowany do wszystkich zadłużonych (nie tylko „frankowiczów”) mających z przyczyn losowych – np. z powodu choroby – problemy ze spłatą swoich zobowiązań. Mogliby oni liczyć na 1500 zł miesięcznie przez rok. Po odzyskaniu płynności finansowej pożyczone pieniądze trzeba by było jednak zwrócić.
Na razie nie określono jeszcze dokładnie źródeł finansowania obu funduszy. Pomocy udzieliłyby na pewno banki. Opowiadają się one jednak za tym, żeby fundusze te były współfinansowane z budżetu państwa, a to wymaga zmian ustawowych, a co za tym idzie – czasu.
Wszystko wskazuje więc na to, że w najbliższej przyszłości sytuacja osób zadłużonych we frankach szwajcarskich nie ulegnie diametralnej poprawie. Oczywiście, banki patrzą na „frankowiczów” z nieco większą wyrozumiałością: obniżyły spready walutowe (różnice między ceną kupna waluty a ceną jej sprzedaży), uwzględniają ujemny LIBOR (stanowiący podstawę oprocentowania kredytów), wydłużają okresy kredytowania, stosują karencję czy zawieszają na jakiś czas spłatę rat kredytowych. Są to jednak tylko rozwiązania doraźne, tymczasem potrzeba – długofalowych.
Referendum greckie uchodzi za ważne wydarzenie, jednakże jest ono absolutnie niewiążące dla kredytodawców Grecji. Co ciekawe rząd może nawet przegrać to głosowanie, a jak pokazują sondaże wyraźne zwycięstwo i miażdżąca przewaga są nieosiągalne. Czy oznacza to zgodę na ustępstwa? Patrząc na deklaracje głównych partnerów są oni cały czas gotowi do rozmów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
W Grecji wiara w pomyślne wyjście z patowej sytuacji jest wciąż żywa. A na pewno jest głośno deklarowana. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na słowa ministra finansów rządu w Atenach – Yanis Varoufakis oświadczył, że banki będą otwarte od wtorku, gdyż od wyniku referendum porozumienie zostanie zawarte w ciągu 48 godzin. Jest to zadziwiająca myśl. Po pierwsze dlatego, że od niedzielnego referendum do wtorku 48h minie dopiero wieczorem. Po drugie – wiara w uszanowanie demokratycznej woli narodu greckiego do niespłacania zaciągniętych zobowiązań jest co najmniej dziwna.
Dla przypomnienia: po fiasku negocjacji w sprawie programu pomocowego wprowadzono ograniczenia przepływu kapitału. Banki są prawie zamknięte. Prawie, gdyż wypłacają między innymi emerytury. Z bankomatów da się wypłacać 60 euro dziennie, a i tak media pokazują stojące do nich kolejki. Już teraz zapadł pierwszy korzystny werdykt KE w sprawie Grecji. Potwierdziła ona, że w takich szczególnych przypadkach można naruszyć swobodę przepływu kapitału.
MFW oszacował potrzeby finansowe Aten gdyby tamtejszy rząd dalej współpracował w taki sam sposób, a raczej nie współpracował. Oprócz koniecznej redukcji długów, gdyż obecny wg większości ekonomistów jest obecnie niespłacalny, znalazła się kwota 52 mld euro. Kwota ta budzi zdumienie, aczkolwiek redukcja długu musiała by wynosić jeszcze raz tyle. W rezultacie do ustabilizowania sytuacji potrzebne jest 100 mld euro. By oddać skalę problemu warto zwrócić uwagę, że polskie wpływy budżetowe wynoszą mniej niż 80 mld euro. Zatem przeszło 3-krotnie mniejszemu narodowi udało się naprawdę “zdrowo” zadłużyć. Jeszcze niedawno mówiło się o nadwyżce w greckim budżecie i powolnym spłacaniu zobowiązań, jednakże teraz po dojściu do władzy Syrizy ani nie widać reform, ani oszczędności, ani wzrostu gospodarczego, który miał być podstawą rozwiązania problemu.
Szykuje się bardzo ciekawy weekend, tym bardziej, że jak pokazały ostatnie sondaże wynik referendum wcale nie jest przesądzony, a w samej Grecji społeczeństwo jest zmęczone ciągłym przeciąganiem tego co wydaje się nieuniknione. Pojawiły się sondaże w których obie grupy mają po około 44% poparcia.
Dzisiaj warto zwrócić uwagę na publikacje wskaźników PMI dla usług. Nie są one tak istotne jak indeksy dla przemysłu jednakże w dalszym ciągu są to ważne barometry gospodarki pozwalające przewidywać przyszłe twarde dane.
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 03.04.2015 do 03.07.2015
Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,2000, a po jego przebiciu górne ograniczenie kanału na 4,2500. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,1700.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 03.04.2015 do 03.07.2015
Kurs CHF/PLN od początku marca utworzył trend wzrostowy. Dotychczas okolice 4 zł były skutecznym oporem dla dalszych wzrostów kursów, jednakże problemy Grecji spowodowały, że poziom ten został wyraźnie przekroczony. Oporem dla dalszych wzrostów jest górne ograniczenie kanału przebiegające w okolicach 4,1000. Poziom ten spędza sen z powiek kredytobiorcom frankowym. Wsparciem jest dolne ograniczenie formacji na poziomie 3,9850.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 03.04.2015 do 03.07.2015
Kurs USD/PLN podobnie jak inne waluty wystrzelił do góry. Opór stanowić będzie majowe maksimum na poziomie 3,8200. W przypadku ruchu w dół wsparciem będzie najpierw linia łącząca minima ostatnich tygodni w okolicach 3,7000 a następnie minima ostatnich tygodni na 3,6500.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 03.04.2015 do 03.07.2015
Kurs GBP/PLN znajduje się w szerokim kanale wzrostowym. Wewnątrz tej formacji utworzył się krótkoterminiowy bardziej stromy trend wzrostowy z którego doszło do wybicia górą. Paliwem dla tego ruchu były wydarzenia polityczne i można mieć nadzieję, że w razie uspokojenia nastrojów kurs powróci przynajmniej do wspomnianej formacji. W przypadku ruchu w dół wsparciem jest dolne ograniczenie formacji wzrostowej na 5,8850. Dla ruchu w górę oporem jest wczorajsze maksimum na 5,9400 a następnie psychologiczna bariera 6,0000.
Komentarze walutowe przygotowują dealerzy Currency One SA.
Maciej Przygórzewski – główny dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Niedzielne referendum będzie kluczowe dla sytuacji finansowej Grecji. Zdaniem Moniki Kurtek z Banku Pocztowego jeżeli obywatele zagłosują na „tak”, to rząd Aleksisa Ciprasa prawdopodobnie poda się do dymisji. Nowy, techniczny gabinet miałby mandat do podpisania porozumienia. Negatywna odpowiedź byłaby natomiast potwierdzeniem strategii obranej przez greckiego premiera, co zapewne doprowadziłoby do wyjścia kraju ze strefy euro.
– Sprawa referendum w Grecji i jego wyniku są tak naprawdę kluczowe dla wyjaśnienia tego, czy kraj ten pozostanie w strefie euro, czy będzie z niej wychodzić – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego.
Jeżeli okazałoby się, że obywatele Grecji opowiedzą się za nowym programem pomocowym dla Grecji, wyrażając zgodę na dalsze oszczędności, to rząd Ciprasa, prawdopodobnie będzie musiał podać się do dymisji. Powstałby wówczas, raczej krótkookresowy, gabinet technokratyczny i doszłoby do wcześniejszych wyborów.
– Myślę, że byłaby to sytuacja w miarę pozytywna dla Grecji i rynków finansowych – uważa Kurtek. – Druga opcja jest taka, że Grecy opowiedzą się przeciwko. W tej sytuacji obecny rząd dostanie potwierdzenie, że negocjacje i sposób, w jaki je prowadzono, były pozytywnie odbierane przez naród. W tej sytuacji, niestety, otwiera się droga do wyjścia tego kraju ze strefy euro, bo Grecja nie ma pieniędzy na to, żeby spłacać swoje zobowiązania.
Grecy nie spłacili wartej 1,6 mld euro raty pożyczki na rzecz MFW, którą mieli uregulować do końca czerwca. Kolejna transza pieniędzy, która przez ten kraj powinna być znaleziona, to spłata 3,5 mld euro zobowiązań wobec EBC, których termin upływa 20 lipca br. Na razie EBC utrzymuje płynność greckich banków. Po rozpoczęciu masowego wycofywania depozytów przez obywateli znalazły się bowiem one na granicy bankructwa.
– Gdyby nie została wykonana spłata wobec EBC, oznaczałoby to oficjalną niewypłacalność Grecji i bankructwo, a kroplówka przestałaby działać – zauważa Monika Kurtek. – W takiej sytuacji system bankowy Grecji uległby załamaniu. Bez wspomagania ze strony EBC kraj ten nie ma bowiem pieniędzy nawet na to, by wypłacać emerytury, renty czy pensje urzędnikom. Tak naprawdę nie pozostanie mu nic innego jak wprowadzenie waluty równoległej, w której można by regulować zobowiązania, albo powrót do drachmy.
Grecy mają już obecnie bardzo ograniczony dostęp do pieniędzy w bankach. W tym tygodniu rząd wprowadził kontrolę kapitału: obywatele mogą wypłacić z bankomatów nie więcej niż 60 euro dziennie na osobę. Nie dotyczy to jedynie turystów zagranicznych, którzy nadal mogą otrzymywać większe sumy.
– Jeżeli chodzi o ceny, nie sądzę, żeby miało to jakiś większy wpływ, bo ograniczenie podaży pieniądza powoduje, że spada także popyt na towary i usługi – twierdzi Monika Kurtek. – Natomiast, gdyby się okazało, że Grecja wychodzi ze strefy euro, nastąpiłaby duża dewaluacja. Wówczas ceny rzeczywiście mogłyby bardzo poszybować w górę.
Główna ekonomistka Banku Pocztowego ocenia, że grecka waluta byłaby warta co najwyżej połowę wartości euro.
Grupa Geberit po przejęciu Sanitec Corporation zamierza umocnić swoją pozycję lidera na europejskim rynku produktów sanitarnych i ceramiki łazienkowej. Teraz łączy struktury sprzedaży obu firm, których produkty są komplementarne. Efekt synergii będzie dotyczył przede wszystkim zwiększenia oferty pod jedną marką, logistyki, wsparcia technicznego oraz szkoleń.
– Prace na pierwszym etapie zostały zakończone, a transakcja kapitałowa została sfinalizowana – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Przemysław Powalacz, prezes zarządu Geberit Polska.
Na początku lutego br. Geberit Aktiengesellschaft ogłosiła rozpoczęcie procesu zakupu ponad 99 proc. akcji Sanitec Corporation, właściciela m.in. marek Koło, Keramag i Keramag Design. Warunkiem zakupu było nabycie co najmniej 90 proc. udziałów i praw głosu w Sanitec oraz uzyskanie niezbędnych akceptacji organów ochrony konkurencji. Gotowość do sprzedaży zgłosili akcjonariusze posiadający łącznie ponad 99 mln akcji, co odpowiadało 99,27 proc. wszystkich papierów Sanitec.
– Teraz trwa proces integracji firm – twierdzi Przemysław Powalacz. – Oczywiście w pierwszej kolejności łączymy struktury kontaktujące się ze światem zewnętrznym, czyli zespoły handlowe i obsługi klienta. Jesteśmy w tej chwili na etapie tworzenia organizacji sprzedaży we wszystkich krajach. Jednocześnie pracujemy nad ofertą handlową, z którą na początku 2016 roku wyjdziemy do klientóu;w. Będzie ona wynikiem integracji oferty firm Geberit i Sanitec. Ta druga w Polsce posiada między innymi markę Koło.
Efektem połączenia, jak precyzuje Przemysław Powalacz, będzie zwiększenie skali działalności, rozbudowa oferty produktów pod jedną marką, zintegrowana opieka serwisowa, gwarancyjna oraz wspólny serwis. Także partnerzy biznesowi spółki, jak komentuje prezes zarządu Geberit w Polsce, odczują korzyści z synergii. Dotyczyć one będą między innymi wspólnego składania zamówień, wsparcia technicznego oraz polityki szkoleniowej, która zostanie oparta o nową, szerszą gamę produktów.
– Owocem synergii na pewno będzie racjonalizacja wykorzystywanych zasobów – przekonuje Przemysław Powalacz. – Po stronie organizacyjnej i z punktu widzenia zasobów ludzkich tych synergii nie będzie jednak wiele. Była to transakcja o charakterze bardziej komplementarnym niż substytucyjnym. To były struktury, które zajmowały się w znacznej mierze różnymi produktami i docierały do innych segmentów rynku. Jest to więc raczej połączenie potencjałów.
Przed transakcją tylko w segmencie stelaży podtynkowych, jak zauważa prezes Powalacz, obie firmy konkurowały o tych samych odbiorców. Po przejęciu marki Koło przez Geberit przedsiębiorstwo będzie miało blisko połowę rynku w tej kategorii. W pozostałych segmentach, które ze sobą wcześniej nie kolidowały, Grupa już dzisiaj posiada znaczące udziały rynkowe. Jest między innymi liderem sprzedaży ceramiki sanitarnej z ponad 30-proc. udziałem w Polsce oraz wanien akrylowych (ponad 25 proc.). Ma także pozycję wiodącego gracza w systemach odwodnień dachowych (Pluvia) czy nowo tworzącym się segmencie toalet myjących (AquaClean).
– Koło będzie doskonale uzupełniało ofertę marki Geberit w segmencie na przykład ceramiki łazienkowej – uważa prezes Przemysław Powalacz. – Stelaże i spłuczki podtynkowe Geberit idealnie pasują do wyrobów Koła. Powiem więcej, trudno korzystać z jednego bez drugiego. Synergie są zatem wymuszone trochę przez naturalną funkcjonalność produktów.
Fuzja wzmocni również w sposób zdecydowany, jak wskazuje prezes Powalacz, pozycję przedsiębiorstwa za granicą. Z łącznymi orientacyjnymi obrotami ok. 3 mld franków szwajcarskich grupa stanie się liderem europejskiego rynku.
– Obecnie środek ciężkości jest głównie w Europie Centralnej, ale w innych krajach także pozostajemy bardzo mocnym graczem – mówi Przemysław Powalacz. – W Skandynawii, gdzie Geberit dotychczas nie miał wyjątkowo mocnej pozycji, Sanitec jest niekwestionowanym liderem. W wielu miejscach Europy słabsza pozycja będzie uzupełniona przez dominujące udziały marki przejętej w wyniku transakcji. Ale dzięki połączeniu nastąpi także wyjście na rynki dynamicznie rosnące w Azji Południowo-Wschodniej oraz niektórych krajach Afryki. Nowy potencjał spowoduje, że będziemy mieli dużo lepszą bazę do tego, żeby się tam znaleźć.
W ubiegłym roku Grupa największy wzrost przychodów odnotowała w regionie Bliskiego Wschodu i Afryki – o 21,2 proc. Ten region uważa za najbardziej perspektywiczny. Nieźle wypadła także Polska z dwucyfrową liczbą wzrostu sprzedaży. Notowana na szwajcarskiej giełdzie spółka prowadzi działalność w ponad 40 krajach, zatrudniając obecnie 12 tys. pracowników (dane po przejęciu Grupy Sanitec).
Nawet jeśli Grecy powiedzą w niedzielę „nie” reformom, giełdowe spadki nie powinny być już tak gwałtowne jak na początku tygodnia, a sytuacja w końcu się ustabilizuje, uważa Łukasz Bugaj z DM BOŚ. Grecja nie jest bowiem krajem znaczącym gospodarczo, a hałas wokół niej wiąże się z przynależnością do strefy euro. Jednak nawet, jeśli zdecyduje się pozostać na drodze oszczędności, inwestorzy mogą liczyć tylko na krótkoterminowe wzrosty, bo taka odpowiedź też skomplikuje sytuację w tym kraju.
– Nawet Irak, kraj targany w tym momencie wojną, ma większą gospodarkę niż Grecja – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ. – Jedyne znaczenie Grecji w tym momencie jest takie, że jest w strefie euro i nie wiadomo, jak zakończyć się może jej ewentualne opuszczenie.
Taki precedens zdaniem analityka byłby przykładem dla innych zadłużonych państw. Już teraz jako następną w kolejce do wyjścia wymienia się Portugalię. Stąd niepewność wobec przyszłości Eurolandu i strach inwestorów. Od piątkowego zamknięcia WIG20 stracił 1,75 proc., niemiecki DAX – 3,4 proc., brytyjski FTSE – 1,8 proc., a amerykański S&P 500 – 1,2 proc. Grecja nie jest jednak jedyną przyczyną giełdowych spadków.
– Całe zamieszanie w Grecji wpisuje się w obowiązujący trend spadkowy na giełdzie – mówi analityk. – Ten kraj jest jednym z czynników i niekoniecznie głównym. W tym tygodniu jednak rzeczywiście niepokój wokół Grecji był jedną z głównych przyczyn spadków – dodaje.
Według niego rozwiązanie problemu spłaty długu wobec europejskich wierzycieli pomogłoby ustabilizować sytuację na rynkach, jednak może nie wystarczyć do odwrócenia trendu spadkowego. Przypomina, że na przykład w Polsce sytuacja na giełdzie związana jest także z gorszymi wynikami bardzo ważnego dla warszawskich indeksów sektora bankowego i niepewnością w związku ze zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi.
– Jeśli mówimy o zachodzie Europy, to mamy nieco gorsze dane ze sfery gospodarczej. Także odbicie w Stanach Zjednoczonych jest obserwowane, ale nie w takiej skali, w jakiej oczekiwano – wylicza analityk.
Jak twierdzi Łukasz Bugaj, jeśli nawet dojdzie do wyjścia Grecji ze strefy euro, to sytuacja się w dłuższym terminie ustabilizuje, choć proces ten może potrwać dłużej niż w przypadku jej pozostania w Eurolandzie. Z drugiej strony, nawet jeśli społeczeństwo greckie zagłosuje za przyjęciem pomocy finansowej i zobowiązaniem się do bolesnych reform, także nie uniknie perturbacji politycznych.
– Napięcia na pewno będą miały miejsce, bo wydaje mi się, że trudno będzie nawiązać ponowną nić porozumienia między rządem Aleksisa Ciprasa a Brukselą. Rzeczywiście po minionym weekendzie atmosfera na tej linii wyraźnie się pogorszyła – wyjaśnia analityk. – Wydaje się, że sytuacja jest patowa. W krótkim terminie jednak w przypadku wyrażenia chęci przyjęcia pomocy w referendum możemy spodziewać się wzrostów na rynkach. Oczywiście, potem inwestorzy się zorientują, że sytuacja w Grecji nie jest klarowna. Niemniej, jeżeli będzie odpowiedź na „nie”, to będziemy mieli kontynuację spadków.
Ceny nowych samochodów w Polsce rosną średnio o 2 proc. rocznie – wynika z nowego wskaźnika SAMAR DNB indeks cen auto moto. Miesięczne wahania cenowe są znacznie wyraźniejsze. Zmiany cen są skorelowane z poziomem wynagrodzeń, czyli koncerny starają się dostosować ofertę do możliwości zakupowych konsumentów. Wyniki producentów pokazują, że klienci kupują coraz lepsze i lepiej wyposażone auta.
– W perspektywie roku wzrost cen kształtuje się na poziomie około 2 proc., ale już w skali miesięcznej, bo w takiej częstotliwości będziemy publikować nasz indeks, te zmiany są bardzo znaczące. Chociażby w ostatnim miesiącu średnie ceny aut spadły o 5 proc., a w kwietniu wzrosły o około 4 proc. Jak widać, ta zmienność jest duża, ale można wytyczyć pewien trend. W ostatnich 3-4 latach po kryzysie ceny rosły o około 2 proc. rocznie – mówi Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska.
W ciągu 10 lat ceny wzrosły średnio o 68,5 proc. Wahania cen u poszczególnych producentów są dużo większe. Wśród ośmiu badanych koncernów w maju najsilniej wzrosły ceny Volkswagena (o 10,9 proc. rok do roku) i Toyoty (9,1 proc.) Ceny samochodów koncernów PSA, Renault i Ford rosły w tempie umiarkowanym 1-2,5 proc., a w przypadku Opla, Hyundaia i Nissana odnotowano spadek cen (odpowiednio o 5,2, 6,9 oraz 9,8 proc.).
– Dysponujemy rzetelnymi danymi od 2004 roku i mierzymy skumulowany indeks za ostatnie 10 lat. Również w tym horyzoncie obserwujemy ciekawe tendencje. Średnie ceny dla marki Hyundai, to jest głównie Kia, wzrosły o 110 proc., Volkswagena – o 90 proc., z kolei marek francuskich raptem między 18 a 22 proc. – wymienia Tomaszewski.
Jak podkreśla, wzrosty te wynikają nie z podnoszenia nominalnych cen oferowanych modeli, lecz ze zmieniających się preferencji zakupowych konsumentów.
– Bogacimy się jako społeczeństwo i kupujemy coraz lepsze marki. Szybciej rośnie segment premium, coraz lepiej sprzedają się auta dobrze wyposażone, w przypadku Volkswagena to jest chociażby podsegment Audi – mówi prezes DNB Bank Polska. – Będziemy chcieli rozwinąć nasz indeks i pokazać go w dwóch obszarach: marki premium, gdzie dominują auta korporacyjne i marki popularne.
Dodaje, że informacje o wahaniach cen u producentów pozwalają ocenić ich strategie cenowe, a to cenna informacja dla dostawców części.
SAMAR DNB indeks cen auto moto to wspólne przedsięwzięcie DNB Bank Polska i Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR. Autorem metodologii i jego kalkulacji jest firma doradcza Deloitte. Jest to pierwszy sektorowy wskaźnik oparty na pełnych danych z polskiego rynku. Jego twórcy podkreślają, że precyzyjnie pokazuje on tempo zmian rynku motoryzacyjnego w kraju.
– Obserwujemy silny wzrost w sektorze motoryzacyjnym, zwłaszcza w obszarze producentów i dostawców części dla koncernów samochodowych, tymczasem nie ma jednego indeksu, który dobrze obrazowałby koniunkturę w branży. Doszliśmy do wniosku, że warto taki indeks zbudować – wyjaśnia Artur Tomaszewski.
Indeks wskazuje, że ceny nowych samochodów są ściśle skorelowane z wysokością wynagrodzeń. W maju 2015 r. skumulowany indeks dla cen aut wyniósł 168,5 (a więc ceny były o 68,5 proc. wyższe niż średnio w 2004 r.), zaś dla płac – 172,1 (o 72,1 proc. wyższe). To oznacza, że producenci starają się oferować produkty dopasowane do możliwości zakupowych Polaków. Widać również, że ceny aut nie są powiązane z inflacją CPI (indeks cen towarów i usług konsumpcyjnych), która w ciągu ostatniego roku przybierała wartości ujemne.
– W długim terminie to naturalny zabieg dostosowujący ceny do możliwości zakupowych konsumentów. Oczywiście, auto moto jest branżą globalną, w skali europejskiej mamy tak naprawdę jednolite ceny. Różnice wynikają z różnych poziomów akcyzy czy podatków w poszczególnych krajach, więc jest to element globalnego rynku. Naszym zdaniem ceny w długim terminie pozostaną jednak silnie skorelowane z możliwościami popytu, czyli wynagrodzeniami – ocenia Artur Tomaszewski.
Stabilne prawo, niskie koszty pracy i dostępność pracowników to czynniki, które wspierają rozwój polskiej branży logistycznej. Choć jeszcze 20 lat temu tego sektora prawie w Polsce nie było, teraz jest to już rynek dojrzały. W warunkach bardzo dużej konkurencji i presji na ceny firmy starają się wyróżniać jakością oferowanych usług.
– Rynek zmienił się znacząco w ciągu ostatnich 20 lat. Branża logistyczna w tamtym czasie nie była znana, była kojarzona wyłącznie z armią. Dzisiaj rynek polski jest rynkiem dojrzewającym, a nawet powiedziałbym, że dojrzałym, ponieważ są na nim obecni wszyscy główni gracze, którzy działają w innych krajach europejskich czy na świecie. Nasz rynek jest bardzo atrakcyjny dla każdego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Piotr Sukiennik, dyrektor generalny firmy FM Logistic w Polsce.
Rozwojowi branży logistycznej w kraju sprzyja to, że Polska jest jednym z największych rynków w Europie. Firmy działające na naszym rynku korzystają nie tylko z dużej liczby klientów w Polsce i krajach ościennych, lecz także z niskich kosztów pracy, które wciąż są jedną z naszych największych przewag.
Pracownicy są nie tylko tani, lecz także dostępni. Jak podkreśla Sukiennik, firmy logistyczne nie mają w Polsce problemów ze znalezieniem osób do pracy. Kolejną przewagą naszego kraju jest stabilność prawa regulującego tę branżę. Jak podkreśla dyrektor generalny, zmienia się ono rzadko, przez co firmy logistyczne mogą planować działania w długiej perspektywie.
– Stabilizacja pod względem regulacji zmierza w dobrym kierunku. Nie widzę zbyt wielu utrudnień, z którymi musielibyśmy się zmagać – mówi Sukiennik i dodaje, że rozwój branży ograniczają przede wszystkim czynniki zewnętrzne: – Takie jak trwający od ponad roku konflikt ukraiński. On wpływa bezpośrednio na naszych niektórych klientów i na poziom wolumenów transportu międzynarodowego. To są rzeczy niezależne od nas.
Sukiennik dodaje, że atrakcyjność polskiego rynku przekłada się na jego konkurencyjność. W Polsce obecni są wszyscy najważniejsi gracze międzynarodowi, silna jest też branża krajowa. To powoduje presję na ceny, które są bardzo niskie.
Dlatego firmy logistyczne coraz częściej starają się konkurować już nie tylko niskim kosztem, lecz także jakością usług. Sukiennik ocenia, że to dla wielu klientów podstawowe kryterium wyboru.
– Cena jest kluczowym kryterium, natomiast nie jest numerem jeden. Naszą strategią jest, aby być operatorem, który świadczy usługi na najwyższym poziomie w rozumieniu terminowości i dokładności. To jest kierunek, w którym zmierzamy. Cena jest numerem dwa, pierwszym głównym kryterium jest jakość – podkreśla Sukiennik.
Pierwsze pięć miesięcy roku było wyjątkowe dobre dla rynku farmaceutycznego. Sprzedaż w krajowych aptekach wyniosła prawie 12,5 mld zł i była wyższa o ok. 7 proc. w stosunku do tego samego okresu 2014 roku. Według PharmaExpert w całym roku sprzedaż zwiększy się o ponad 6 proc.
– To był wyjątkowy okres, dawno już takiego nie mieliśmy – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jarosław Frąckowiak, prezes badającej rynek farmaceutyczny i medyczny firmy analitycznej PharmaExpert. – Po wprowadzeniu ustawy refundacyjnej rynek uległ zapaści, potem wolno wracał do poprzednich poziomów, a teraz odbudowa nastąpiła tak nagle.
Według PharmaExpert całkowita wartość sprzedaży rynku aptecznego w maju wyniosła ponad 2,3 mld zł i była większa o 2,94 proc. od obrotów w analogicznym okresie rok wcześniej. W kwietniu była jednak wyższa o ponad 10 proc., w marcu o 5,77 proc., a w lutym aż o 12,49 proc. Styczniowy wzrost wyniósł 7,40 proc.
– Pierwsze pięć miesięcy roku było rekordowe – zauważa Jarosław Frąckowiak. – To jest prawie 12,5 mld zł wydane na produkty refundowane w aptekach, recepty pełnopłatne, a także w kanale sprzedaży odręcznej.
Zdaniem prezesa PharmaExpert są trzy powody tak dużych wzrostów. Po pierwsze, wzrosły ceny produktów farmaceutycznych. W 2014 roku rosły bardzo wolno, by pod koniec roku praktycznie się już nie zmieniać. Obecnie w segmencie leków refundowanych oraz sprzedaży odręcznej poszły mocno do góry, nadrabiając ubiegłoroczną stagnację. Po drugie był to sezon przeziębień.
– Wiele osób chorowało i w związku z tym kupowało produkty bez recepty bądź antybiotyki – tłumaczy Frąckowiak. – Było to prawdopodobnie około 30 proc. całości wzrostu rynku w pierwszych miesiącach w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego.
Istotną przyczyną było także wprowadzenie do sprzedaży dużej liczby nowych produktów.
– Być może gdyby ich nie było, rynek tak intensywnie by nie urósł – ocenia Frąckowiak. – Bardzo duże parcie, rynek zbytu, potrzeba klientów, szersza oferta, a być może wszystkie te czynniki razem powodują, że produkty po prostu dobrze się sprzedają. Oczywiście chodzi przede wszystkim o sprzedaż odręczną, czyli bez recepty, ale nie tylko.
Dotychczasowe wyniki pozwalają optymistycznie prognozować wzrost rynku w całym roku. Pokazują to również wstępne dane czerwcowe.
– Dynamika wzrostu nadal jest bardzo wysoka – przekonuje prezes Frąckowiak. – Wydaje się, że ten rok zakończy się wynikiem, którego nie pamiętam od lat 90. Według naszych przewidywań może to być nawet ponad 6-proc. wzrost. Ten sukces nie będzie podzielony równo między graczy na rynku farmaceutycznym, ale taki prawdopodobnie będzie wspólny rezultat.
W krakowskim szpitalu im. Ludwika Rydygiera otwarta została nowoczesna pracownia rezonansu magnetycznego i tomografii komputerowej. Ma zapewnić szybszą i bardziej precyzyjną diagnostykę onkologiczną. Zainstalowany tomograf komputerowy jest też bezpieczniejszy dla zdrowia pacjentów, wykorzystuje bowiem znacznie mniejszą dawkę promieniowania rentgenowskiego.
Szpital Specjalistyczny im. Ludwika Rydygiera w Krakowie to jedna z największych małopolskich placówek medycznych. Rocznie hospitalizowanych jest tu ponad 30 tys. chorych, z czego 35 proc. stanowią pacjenci onkologiczni. Nowa pracownia rezonansu magnetycznego i tomografii komputerowej ma zapewnić tym ostatnim kompleksowe, a zarazem precyzyjne badania diagnostyczne. Modernizacja placówki kosztowała ponad 7 mln zł, z czego 5 mln pochodziło z dotacji Ministerstwa Zdrowia. Znaczna część wydatków objęła zakup nowoczesnego sprzętu.
– Jest to sprzęt, który pozwala przeprowadzać diagnostykę bardziej precyzyjnie i szybciej niż do tej pory, co oszczędza czas, nie tylko pacjenta, lecz także pracowników szpitala, a także redukuje koszty. Miejmy nadzieję, że przełoży się to na lepszą dostępność do precyzyjnej diagnostyki obrazowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Agata Polińska z Fundacji Onkologicznej Osób Młodych Alivia.
Nowo powstała pracownia została wyposażona w innowacyjne systemy diagnostyczne firmy Philips. Jednym z nich jest jedyny na rynku w pełni cyfrowy rezonans magnetyczny, który zapewnia większą skuteczność badania oraz o 40 proc. skraca czas jego trwania. Dotychczas szpital musiał korzystać z usług firmy zewnętrznej, nie posiadał bowiem własnego sprzętu do badania rezonansem magnetycznym. Pracownię CT/MR wyposażono także w szybki i niskodawkowy tomograf komputerowy. Daje on możliwość zastosowania niższej dawki promieniowania rentgenowskiego przy zachowaniu wysokiej jakości obrazów.
– Dawka jest znacznie niższa niż u innych tego typu urządzeń. Wraz z rozwojem techniki następuje zmniejszenie ilości dawek, które pacjent otrzymuje, natomiast dokładność diagnozowania i precyzja jest większa, co daje większe możliwości lepszego zaplanowania procesu badania i leczenia pacjenta – mówi Wojciech Szafrański, prezes zarządu Szpitala im. Rydygiera w Krakowie.
Ma to ogromne znaczenie zwłaszcza w onkologii, gdzie opóźnienia diagnostyczne zmniejszają szanse na przeżycie. Obrazy uzyskane nowoczesnym sprzętem diagnostycznym służą też na późniejszym etapie lekarzom chirurgom wykonującym operację i radioterapeutom planującym radioterapię.
– Oczywiście urządzenie nie zastępuje lekarza, ale może oszczędzić mu wiele pracy. Mówimy o dwóch czynnikach, które są istotne dla szpitala. Z jednej strony, można zbadać więcej pacjentów w ciągu dnia, a z drugiej strony, lekarz radiolog, który pacjenta opisuje i sprawdza wynik badania, mniej czasu na to poświęca i może zrobić to dokładniej, szybciej i lepiej w przypadku konkretnego pacjenta – mówi Jarosław Lange, dyrektor generalny Philips Polska Healthcare.
Nowoczesna pracownia CT/MR w Krakowie wpisuje się w ogólnoświatową tendencję w diagnostyce medycznej. Zakłada ona z jednej strony jak najmniejszy stopień inwazyjności badań i zwiększenie komfortu pacjenta, z drugiej – jak największą dokładność. Sprzęt diagnostyczny nowej generacji jest w stanie pokazać lekarzowi ciało pacjenta, tak jak ono wygląda w rzeczywistości, np. dzięki wykorzystaniu rekonstrukcji trójwymiarowej.
– Mamy do czynienia z coraz dokładniejszymi badaniami coraz mniejszych struktur. Poniżej milimetra już dawno zeszliśmy. Z drugiej strony chcielibyśmy widzieć zmiany nieprawidłowe jeszcze wcześniej, np. na poziomie biochemicznym. Powoli zaczyna to działać – mówi prof. Andrzej Urbanik, konsultant wojewódzki ds. spraw radiologii i diagnostyki obrazowej.
Sprzęt w pracowni CT/MR krakowskiego szpitala im. Ludwika Rydygiera sprawdza się nie tylko w diagnostyce onkologicznej. Z powodzeniem może być także wykorzystywany w neurologii, kardiologii i ortopedii.
CI Games pokazało na targach E3 w Los Angeles po raz pierwszy grę „Sniper: Ghost Warrior 3”. Została ona bardzo dobrze przyjęta przez dziennikarzy i dystrybutorów. Gra do sprzedaży trafi w przyszłym roku, być może w II kwartale. Firma skupia się teraz na jej dopracowaniu i promocji, ale ma już w planach kolejną produkcję.
– Na targach E3 pokazywaliśmy po raz pierwszy grę „Sniper: Ghost Warrior 3”. Zebrała bardzo dużo pozytywnych ocen i opinii – relacjonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Tymiński, prezes CI Games. – To są najlepsze targi w historii CI Games. Żadna gra dotychczas nie zebrała tak pozytywnych opinii po pierwszych pokazach.
„Sniper: Ghost Warrior 3” to gra w stylu first person shooter, czyli taka, w której gracz wciela się w uzbrojonego bohatera i musi pokonać wirtualnych wrogów. Tymiński przekonuje jednak, że nie będzie to typowa strzelanka, bo będzie wymagała znacznie więcej planowania i będzie zawierała elementy strategiczne. Pojawią się też innowacyjne tryby gry, na przykład możliwość wykorzystania dronów do rozpoznania wirtualnego pola walki.
Samego strzelania i zabijania wrogów ma być w grze stosunkowo niewiele. Tymiński zwraca uwagę na to, że w około półgodzinnej rozgrywce pokazanej na E3 gracze tylko dwukrotnie musieli wyeliminować wrogów za pomocą strzałów snajperskich.
Właśnie ze względu na te cechy gra została przyjęta bardzo dobrze zarówno przez dziennikarzy branżowych, jak i przez dystrybutorów, co dobrze rokuje sprzedaży tytułu.
– Jest to gra dużo bardziej taktyczna, która wymaga myślenia, planowania, taktyki, a nie wyłącznie chodzenia i eliminacji kolejnych przeciwników. Jednocześnie nie jest grą trudną, np. pod względem sterowania. To jest to, co mocno odróżnia naszą grę od innych – przekonuje Tymiński.
Prezes CI Games nie chce jeszcze ujawniać, kiedy dokładnie nastąpi premiera gry dla szerokiej publiczności. Nastąpi to na pewno w przyszłym roku, najbardziej prawdopodobny jest II kwartał. Tymiński podkreśla jednak, że stanie się to dopiero wtedy, gdy gra będzie dopracowana pod każdym względem.
– Będzie to największa premiera w historii spółki. Wszystko na to wskazuje i tak się to zapowiada – przewiduje Tymiński. – Jesteśmy przekonani, oglądając to, co zrobiliśmy dotychczas, że jest to produkt z ogromnym potencjałem. Z jednej strony trafia do grających w gry first person shooter, a to jest chyba najbardziej popularny gatunek gier w tym momencie na świecie. Z drugiej strony oferuje unikalne podejście w tym gatunku.
Spółka na razie chce się skupić na wypromowaniu „Sniper: Ghost Warrior 3”, ale w dalszych planach ma już kolejny tytuł. Będzie to druga część gry RPG „Lords of the Fallen”. Przy pierwszej części CI Games współpracowało z niemieckim producentem Deck 13. Druga część będzie już jednak produkcją całkowicie polską. Ma ukazać się na rynku w 2017 r.
Tymiński zaznacza, że produkcja polskich gier znajdujących uznanie na światowym rynku jest dużym wyzwaniem, bo w Polsce ta branża dopiero się rozwija. Nie jest ona łatwym rynkiem, tym bardziej że musimy konkurować z wielkimi przedsiębiorstwami, głównie ze Stanów Zjednoczonych. Jednak raz zdobyte kompetencje pozwalają na utrzymanie pozycji na wiele lat.
– Jest to rynek bardzo specyficzny. Bardzo trudno, i to obserwuję po różnych stanowiskach, jest na nim znaleźć się osobom nie z branży. Doświadczenie to jednak duża przewaga – tłumaczy Tymiński. – Jak już ktoś trafi do tej branży, to pozostaje wiele lat.
Z raportu Polskiego Związku Organizatorów Turystyki wynika, że w ostatnim tygodniu roku szkolnego liczba klientów w biurach podróży wzrosła o 14 proc. Na podstawie doświadczeń z ubiegłego roku PZOT spodziewa się, że pierwsze tygodnie lipca będą pod tym względem jeszcze lepsze. W tym roku połowa tych, którzy zdecydowali się na wypoczynek zagraniczny latem, wybierze ofertę touroperatorów. Ta jest coraz bogatsza i uwzględnia potrzeby różnych grup klientów: singli, rodzin z dziećmi czy bardziej lub mniej zamożnych.
Na podstawie doświadczeń z ubiegłego roku PZOT spodziewa się, że pierwsze tygodnie lipca będą najbardziej intensywnym okresem w biurach podróży. Prognoza na cały rok mówi o 5-proc. wzroście liczby klientów.
– Przede wszystkim przy wyborze wakacji powinniśmy kierować się naszymi potrzebami. Oczywiście budżet odgrywa bardzo dużą rolę. Natomiast ofert na rynku jest w tej chwili tak dużo, tylko w Wakacje.pl są oferty ponad 100 organizatorów, dlatego im lepiej sprecyzujemy nasze potrzeby, czy ma to być hotel blisko plaży, czy bardziej butikowy, czy miejski, tym łatwiej będzie te wakacje znaleźć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Klaudyna Mortka z serwisu Wakacje.pl.
Jak wynika z badania firmy Mondial Assistance, w tym roku na letni wypoczynek uda się blisko 16 mln Polaków, z czego jedna trzecia wybierze kierunki zagraniczne. W tym roku najpopularniejsze destynacje to Grecja, Chorwacja, Włochy i Hiszpania. Większość decyduje się na lot samolotem (61 proc.), a autokary wybierane są zwykle w przypadku wycieczek objazdowych.
– Jeżeli nie planujemy konkretnego kierunku, ale chcemy polecieć gdzieś, gdzie jest słońce, ciepło i gdzie na pewno wypoczniemy, to możemy wybrać ofertę last minute – mówi Mortka.
Taka oferta wiąże się przede wszystkim z promocją cenową, a budżet jest jednym z podstawowych kryterium przy planowaniu wyjazdów. Brak pieniędzy jest główną przyczyną, dla której Polacy rezygnują z wakacji. Średnio na wyjazd wydamy 2,6 tys. zł (o 250 zł więcej niż przed rokiem).
Biura podróży różnicują ofertę w zależności od tego, czy planujemy wyjazd w pojedynkę, we dwoje czy rodzinny, z dziećmi.
– Jeżeli wyjeżdżamy z dzieckiem, należy bardzo dobrze sprawdzić ofertę, czy mamy bezpośredni lot i jak długo będzie trwał. Dlatego bardzo często rodziny wybierają Grecję czy Turcję, gdzie lecimy około 3 godzin. Zwracajmy też uwagę na udogodnienia dla dzieci – mówi Klaudyna Mortka.
Włochy są ważnym partnerem gospodarczym, handlowym i biznesowym Polski. W naszym kraju obecnych jest ponad 1,3 tys. firm z udziałem włoskiego kapitału, zatrudniających ok. 90 tys. pracowników. W 2013 roku Włochy były szóstym co do wielkości inwestorem bezpośrednim w Polsce, z wartością inwestycji przekraczającą 38 mld zł. Zdaniem włoskich inwestorów Polska jest najatrakcyjniejszym krajem inwestycyjnym w regionie, a w przyszłości jej atrakcyjność będzie rosła. Aż 98% badanych przedsiębiorstw ostatnie 20 lat polsko-włoskiej współpracy gospodarczej i biznesowej ocenia pozytywnie.
Włoskie firmy są istotnym zagranicznym pracodawcą w Polsce, szczególnie w branży motoryzacyjnej
W 2013 roku działalność w Polsce prowadziło ponad 1,3 tys. firm z udziałem kapitału włoskiego. Razem zatrudniają one ok. 90 tys. pracowników. Większość przedsiębiorstw (67% w 2013 roku) stanowią mikrofirmy, czyli podmioty zatrudniające do 9 pracowników. W tej grupie obserwowany jest także największy przyrost liczby firm z udziałem kapitału włoskiego w Polsce (wzrost średnio 6% rocznie).
Największe zaangażowanie włoskich przedsiębiorstw w Polsce zauważalne jest w przemyśle motoryzacyjnym. Blisko 20 firm z branży motoryzacyjnej zatrudnia około 15 tys. osób, co stanowi 17% łącznego zatrudnienia firm z włoskim kapitałem działających w naszym kraju . – mówi Jacek Bajger, partner w dziale doradztwa podatkowego, zespół Italian Desk w KPMG w Polsce.
Firmy włoskie jako jedne z pierwszych dostrzegły potencjał polskiej gospodarki już na początku lat dziewięćdziesiątych, a w niektórych przypadkach inwestowały tu jeszcze zanim Polska przyjęła ustrój demokratyczny i gospodarkę rynkową. Rezultaty tych działań, przedstawione w niniejszym raporcie, są bardzo zadowalające. Aktualnie jesteśmy jednym z największych inwestorów, a nasze firmy i marki cieszą się bardzo silną pozycją na rynku towarów dla konsumentów, pośredników i inwestorów. Ponadto aktywnie uczestniczymy w wielu projektach infrastrukturalnych przyjętych przez polski rząd. Zarówno duże spółki jak i MŚP znajdują tutaj dobry klimat dla biznesu – mówi Alessandro De Pedys, Ambasador Włoch w Polsce.
Liczba i struktura firm z udziałem kapitału włoskiego w Polsce
Źródło: Raport KPMG w Polsce pt.”Kierunek rozwój! Polsko-włoska współpraca gospodarcza i biznesowa”, przygotowany we współpracy z ambasadą Włoch w Polsce i pod honorowym patronatem Ministerstwa Gospodarki
Włochy są 6. największym bezpośrednim inwestorem zagranicznym w Polsce
Od momentu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej bezpośrednie inwestycje włoskie w Polsce znacznie wzrosły, przekraczając w 2013 roku 38 mld zł. Z takim wynikiem Włochy plasują się na 6. miejscu pod względem wielkości bezpośrednich inwestycji w Polsce, tuż za Niemcami (114 mld zł), Holandią (107 mld zł), Francją (79 mld zł), Luksemburgiem (64 mld zł) i Hiszpanią (43 mld zł).
Najwięcej inwestycji włoskich ulokowano w sektorze finansowym i ubezpieczeniowym (24 mld zł) oraz w przetwórstwie przemysłowym (11 mld zł).
Polska jest atrakcyjnym i stabilnym partnerem gospodarczym. Tworzymy dobre warunki do rozwoju przedsiębiorczości, dzięki czemu odnotowujemy wzrost eksportu i przyciągamy do kraju nowe inwestycje. Doceniają nas zagraniczne firmy, w tym także włoskie, które decydują się na lokowanie swoich projektów właśnie u nas .
– mówi Janusz Piechociński, wicepremier, minister gospodarki.
Struktura bezpośrednich inwestycji włoskich w Polsce (2013)
Źródło: Raport KPMG w Polsce pt.”Kierunek rozwój! Polsko-włoska współpraca gospodarcza i biznesowa”, przygotowany we współpracy z ambasadą Włoch w Polsce i pod patronatem Ministerstwa Gospodarki
Polska w oczach włoskich przedsiębiorców jest numerem 1 w regionie Europy Środkowo-Wschodniej
W 5-stopniowej skali (gdzie 1 – bardzo nieatrakcyjny, 5 – bardzo atrakcyjny), włoscy inwestorzy ocenili atrakcyjność inwestycyjną Polski na 3,9. Była to najlepsza ocena spośród wybranych krajów regionu. Nieznacznie niżej oceniana jest atrakcyjność południowych sąsiadów Polski – Czech (3,6) i Słowacji (3,2). Szczególnie korzystnie oceniony został stan polskiej gospodarki – 71% badanych ocenia go pozytywnie lub bardzo pozytywnie.
Silna polska gospodarka i solidne podstawy jej dalszego rozwoju gwarantują opłacalność inwestycji w naszym kraju. Na tle innych państw Unii Europejskiej nasze wyniki prezentują się bardzo dobrze, lokując nas w gronie europejskich liderów wzrostu. Dlatego też światowe koncerny chętnie wybierają Polskę, jako lokalizację swoich nowych inwestycji w Europie.
– mówi Janusz Piechociński, wicepremier, minister gospodarki.
Ocena atrakcyjności poszczególnych obszarów Polski
Źródło: Raport KPMG w Polsce pt.”Kierunek rozwój! Polsko-włoska współpraca gospodarcza i biznesowa”, przygotowany we współpracy z ambasadą Włoch w Polsce i pod patronatem Ministerstwa Gospodarki
Warto zwrócić uwagę na wzajemną otwartość Włochów i Polaków, która umożliwia utrzymywanie dobrych relacji biznesowych i stopniowe zwiększanie zakresu współpracy. Niewątpliwie potwierdzeniem pomyślnych kontaktów biznesowych jest deklaracja aż 94% włoskich respondentów, że poleciliby Polskę firmom zagranicznym, które dotąd nie zdecydowały się rozpocząć tu swojej działalności, jako atrakcyjne miejsce w regionie na inwestycje. – mówi Andrea De Gaspari, menedżer w dziale usług doradczych, zespół Italian Desk w KPMG w Polsce.
Włochy są 4. największym dostawcą towarów do Polski i 5. co do wielkości odbiorcą polskich produktów
Po trzech pierwszych latach obecności Polski w Unii Europejskiej obroty towarów między Polską a Włochami wyraźnie wzrosły. Także w czasie panującego w Europie kryzysu finansowego Polska zgłaszała stabilny popyt na włoskie produkty – od 2007 roku utrzymuje się on na poziomie powyżej 30 mld zł.
Polsko-włoska wymiana towarów (mld zł)
Źródło: Raport KPMG w Polsce pt.”Kierunek rozwój! Polsko-włoska współpraca gospodarcza i biznesowa”, przygotowany we współpracy z ambasadą Włoch w Polsce i pod patronatem Ministerstwa Gospodarki
Jednym z ważnym elementów polsko-włoskiej wymiany handlowej są produkty spożywcze. W 2014 roku Polska zakupiła z Włoch produkty spożywcze warte ponad 2 mld zł. W tej kategorii największy udział miały owoce i orzechy (445 mln zł) oraz napoje alkoholowe, bezalkoholowe i ocet (262 mln zł). Co ciekawe, Polska eksportuje do Włoch więcej produktów spożywczych niż ich importuje. W 2014 roku polski eksport do Włoch był wart 3,6 mld zł, z czego najwięcej stanowiły mięso i podroby (1,6 mld zł) oraz produkty mleczarskie, jaja i miód (0,7 mld zł).
Włosi słyną na świecie z produkcji najwyższej jakości dóbr luksusowych. Spośród obecnych w Polsce marek luksusowych najwięcej (22%) stanowią właśnie marki włoskie. Włoskie samochody luksusowe cieszą się w Polsce coraz większą popularnością – w 2014 roku aż 68% rejestracji samochodów luksusowych w Polsce stanowiły marki włoskie. – mówi Andrea De Gaspari, menedżer w dziale usług doradczych, zespół Italian Desk w KPMG w Polsce.
Włoscy inwestorzy są zadowoleni z dotychczasowej współpracy i planują dalsze inwestycje
Aż 98% badanych włoskich inwestorów pozytywnie ocenia ostatnie 20 lat polsko-włoskiej współpracy gospodarczej i biznesowej. Co więcej, aż 60% z nich zamierza w ciągu najbliższych 3 lat zwiększyć zaangażowanie kapitału w Polsce. W większości (65%) plany inwestycyjne obejmują zwiększanie mocy produkcyjnej.
Do pięciu najbardziej perspektywicznych obszarów, w których zdaniem włoskich inwestorów współpraca polsko-włoska rozwinie się w ciągu najbliższych 10 lat, należą: branża spożywcza (57% wskazań), motoryzacja (52%), rynek dóbr luksusowych (44%), branża odzieżowa i obuwnicza (34%) oraz hotelarstwo, turystyka i rekreacja (25%).
W dłuższym okresie włoscy inwestorzy nie zamierzają opuszczać polskiego rynku. Każdy z badanych zadeklarował, że w perspektywie 10 lat będzie prowadzić działalność w Polsce, a tylko 3% chce przenieść istotny element działalności poza Polskę w ciągu 5 lat. Jednakże, aby efektywnie realizować planowane inwestycje, firmy oczekują większego wsparcia ze strony sektora publicznego – przede wszystkim uproszczenia dostępu do pomocy publicznej i ograniczenia biurokracji. – mówi Jacek Bajger, partner w dziale doradztwa podatkowego, zespół Italian Desk w KPMG w Polsce.
Włoskie firmy bardzo pozytywnie oceniają otoczenie biznesowe w Polsce, chociaż naturalnie od czasu do czasu pojawiają się pewne problemy, głównie związane z odmienną kulturą biznesu, czy różnicami w procedurach prawno-administracyjnych. W takich przypadkach z pozytywnym zwykle skutkiem można skorzystać z pomocy Ambasady. Posiadamy bogatą sieć kontaktów z wieloma oddziałami administracji publicznej i innych instytucji. Chcąc wzmocnić swą obecność na rynku, włoskie firmy mogą też liczyć na wsparcie Włoskiej Agencji ds. Handlu (Italian Trade Agency) i Włoskiej Izby Handlowej. – mówi Alessandro De Pedys, Ambasador Włoch w Polsce.
W 2014 r. największym zainteresowaniem inwestorów na rynku nieruchomości cieszył się segment powierzchni biurowych i handlowych, w którym łączne inwestycje osiągnęły 7,7 mld euro. Polska pozostaje najpopularniejszym celem inwestycji na rynku nieruchomości wśród krajów Europy Środkowo-Wschodniej.
Poza powierzchniami biurowymi i handlowymi znaczące inwestycje zaobserwowaliśmy również w sektorze przemysłowym oraz logistycznym. Dotyczy to w szczególności budowy hal magazynowych. Trend ten utrzyma się także w 2015 roku, głównie za sprawą rozwoju e-handlu. Coraz więcej osób robi zakupy w internecie, co stawia duże wyzwania przed firmami logistycznymi i zmusza je do nowych inwestycji. Inwestorzy będą również kierować swoją uwagę w kierunku centów handlowych typu convenience zgodnie z trendami występującymi w Stanach Zjednoczonych – mówi Honorata Green, partner w KPMG w Polsce.
W regionie Europy Środkowo-Wschodniej najpopularniejszym celem inwestycji na rynku nieruchomości jest Polska oraz Czechy. Zaraz na nimi znajduje się Rumunia, Słowacja i Węgry.
Obecnie już 9,1 mld urządzeń na świecie podłączonych jest do Internetu, a według prognoz International Data Corporation (IDC) do 2020 r. ich liczba może wzrosnąć trzykrotnie. Polska również odważnie wkroczyła w świat technologii. Analitycy firmy IDC szacują, że wydatki na Internet Rzeczy do 2018 r. mogą zostać w Polsce podwojone, sięgając 3,1 mld dolarów.
Do globalnej sieci podpięte są nie tylko komputery, smartfony, czy tablety, ale coraz częściej sprzęt AGD, samochody, czy odzież. Smart rewolucja nie ominęła naszych domów, w tym kuchni. Prognozuje się, że najszybsze tempo rozwoju – jeśli chodzi o wykorzystanie potencjału Internetu Rzeczy – nastąpi m.in. właśnie w obszarze urządzeń gospodarstwa domowego. W przypadku rynku AGD, lata 2014-2018 mogą przynieść wzrost rocznej stopy wydatków na poziomie 46 procent.Andrzej Sas, Wiceprezes Zarządu ds. Handlu i Marketingu
Już teraz nasze domy zaczynają być smart, a będzie coraz lepiej. Do 2020 r. typowy dom może być wypełniony ponad 500 inteligentnymi urządzeniami. Zainteresowanie konsumentów będzie dotyczyło różnorodnych kategorii produktów AGD i RTV, począwszy od telewizorów i sprzętu grającego, poprzez pralki, suszarki, skończywszy na dużym
i drobnym sprzęcie używanym w kuchni: lodówkach, piekarnikach, okapach, kuchenkach[1].
Idea smart home polega na łatwym kontrolowaniu, monitorowaniu i zabezpieczeniu domu z dowolnego miejsca. Kontrolę można sprawować dzięki podłączeniu urządzeń do internetu (za pomocą Wi-Fi czy Bluetooth) i komunikowaniu się z nimi za pomocą dedykowanej aplikacji. Zakres możliwości zdalnego nadzoru będzie dynamicznie się poszerzał i dotyczył coraz większej liczby różnorodnych urządzeń, w tym sprzętów AGD.
Żyjemy w świecie technologii i tego rozpędzonego pociągu nie da się już zatrzymać, z pewnością zaś warto do niego wsiąść. Rozwiązania technologiczne stosowane w urządzeniach AGD, jak choćby możliwość zdalnej kontroli nad urządzeniami, to dziś innowacja, która jutro stanie się standardem, sprzyjającym wygodzie, sprawności i bezpieczeństwu codziennego funkcjonowania w domowej przestrzeni. –komentuje Andrzej Sas, Wiceprezes Zarządu ds. Handlu i Marketingu Amica Wronki S.A. Rynek urządzeń AGD jest wymagający pod tym względem, że pierwsze skrzypce zawsze będzie grać użyteczność urządzeń, a technologiczne rozwiązania mają być urozmaiceniem, a nie zamiennikiem. Nie sztuką jest wyposażyć sprzęt w liczne funkcje, które w praktyce mogą nie znaleźć uznania w oczach użytkownika (lodówka, która sama zamawia w sklepie mleko) i zniechęcić, jeśli ich obsługa będzie zbyt skomplikowana, mało intuicyjna. Wyzwaniem jest tak wykorzystać możliwości jakie kryje w sobie Internet Rzeczy, aby technologia umożliwiła spełnienie autentycznych potrzeb człowieka. Nam się to udało – dodaje Sas.
W połowie maja Amica Wronki S.A. stanęła do wyścigu o konsumenta, sprawnie poruszającego się w świecie technologii, wypuszczając na polski rynek nowoczesną linię Amica IN., w skład której wchodzą: piekarnik, będący sercem całej linii, lodówka, płyta grzejna, okap, zmywarka oraz mały sprzęt AGD.
Urządzenia z nowej linii Amica IN. tworzą inteligentny ekosystem inspirowany Internetem Rzeczy. Poszczególne sprzęty podłączone są do sieci i mogą komunikować się ze sobą bezprzewodowo. W praktyce wygląda to tak, że płyta grzejna współpracuje z okapem, bez absorbowania uwagi użytkownika. Płyta, po uruchomieniu, wysyła sygnał do okapu, który włącza się i automatycznie dostosowuje moc zasysania powietrza do ustawień płyty. Kuchennym centrum dowodzenia jest piekarnik, który można obsługiwać zdalnie z dowolnego miejsca za pomocą smartfona i mobilnej aplikacji. Obsługa jest prosta i intuicyjna. Zdalne sterowanie daje możliwość stałego monitorowania parametrów pracy piekarnika: włączenia i wyłączenia urządzenia, wyboru rodzaju grzania, temperatury czy czasu pracy. Na czytelnym wyświetlaczu, dzięki połączeniu z internetem, można przeglądać przepisy, wgrywać własne, czy przesyłać je dalej, a także sprawdzić aktualny stan pogody. Zamiast przepisów, na ekranie mogą pojawić się zdjęcia najbliższych, wyświetlane w trybie pokazu slajdów. Dzięki wbudowanym w piekarnik głośnikom bluetooth może stać się on prawdziwym centrum rozrywki, komunikując się z tabletem lub smartfonem.
Inteligentne urządzenia coraz odważniej wkraczają w nasz świat i powoli stają się jego nieodłącznym elementem. Wyścig o uwagę konsumenta trwa, a innowacyjne rozwiązania, tworzone dla komfortu i wygody, jeszcze niejednym nas zaskoczą.
[1] Gartner Special Report “Digital Business Technologies”
Zakup nowego mieszkania to poważny wydatek, dlatego większość z nas wspiera się tu zwykle kredytem hipotecznym. To jednak dopiero początek wydatków, wszak nowe lokum trzeba jeszcze odpowiednio urządzić. Skąd wziąć na to pieniądze? Podpowiadamy – tego typu koszty także można ująć w kredycie mieszkaniowym.
Tylko nieliczni wiedzą, że środki na wykończenie nowego mieszkania lub remont mieszkania „z drugiej ręki” można pozyskać właśnie w ramach kredytu hipotecznego. Większość banków gotowa jest wówczas „dorzucić” dodatkowe 10 procent wartości zakupionego lokum, za które to pieniądze możemy przygotować lokal do zamieszkania. Dla przykładu, kupując mieszkanie za 240 000 zł, możemy liczyć na dodatkowe 24 tysiące zł na właśnie ten cel.
Damian Muzyk, doradca kredytowy firmy Alex T. Great Doradcy Finansowi
Warto dodać, że z pomocą doświadczonego doradcy finansowego możliwe jest solidne podniesienie tego limitu. Jak to zrobić? – Rozwiązaniem jest operat szacunkowy przygotowany przez rzeczoznawcę majątkowego wpisanego na listę rzeczoznawców akceptowanych przez bank. I choć koszt opracowania takiego dokumentu to zwykle wydatek 450-550 zł, zapewniam, że z dobrze przygotowanym operatem znacznie łatwiej jest wnioskować o wyższą kwotę dla kredytu remontowego – wyjaśnia Damian Muzyk, doradca kredytowy firmy Alex T. Great Doradcy Finansowi.
Bywa, że banki określają poziom możliwej wysokości kredytu na wykończenie stawką wyliczaną dla jednego metra kwadratowego, zwykle jest to kwota 1000-1500 zł na 1 m2. W przypadku 40-metrowego mieszkania o wartości 240 tys. zł oznacza to dodatkowy kredyt wykończeniowo-remontowy na poziomie od 40 do 60 tys. zł. Jest też grupa banków, która limitów nie określa wcale – wysokość kredytu remontowego ustalają na podstawie średniej. W tym wypadku łączna cena zakupu mieszkania w raz z jego remontem nie powinna odbiegać od przeciętnych cen mieszkań o podobnym metrażu i standardzie znajdujących się w okolicy.
Co ważne, taki „podwójny” kredyt jest dziś najtańszym kredytem na rynku! Mówiąc wprost – chcąc wyposażyć nowo zakupione mieszkanie z pomocą dodatkowej pożyczki, zapłacimy w sumie znacznie więcej, niż w sytuacji, gdy „wpiszemy” koszt zakupu mieszkania wraz z jego wyremontowaniem w jeden duży kredyt mieszkaniowo-wykończeniowy.
A co właściwie można zrobić za te pieniądze? Odpowiadamy – bardzo wiele! To m.in. środki na zakup podłóg, kafli, paneli, wyposażenia łazienki lub kuchni (łącznie z zabudową kuchenną) czy kupno i montaż mebli w zabudowie. Można za nie także dokonać zmian w układzie instalacji elektrycznej, odmalować mieszkanie, wygładzić ściany czy wykonać biały montaż. I to miejsce na jedyną złą informację: na kredyt remontowy nie mogą niestety liczyć nabywcy mieszkań, którzy skorzystali z rządowego programu MdM.
Jak zdobyć kredyt „wykończeniowy”? Odpowiadamy – niezbędny będzie tu kosztorys prac budowlanych, który należy dołączyć do „głównego” wniosku kredytowego. Trzeba tylko pamiętać, że bank skredytuje wyłącznie te zakupy i prace remontowe, które dotyczą stałych elementów lokalu, nie możemy zatem ująć w kosztorysie kupna nowego lustra, łóżka czy sprzętu RTV.
Gdy bank pozytywnie zaakceptuje nasz wniosek kredytowy na zakup mieszkania wraz z jego wykończeniem lub remontem, należna kwota zostaje podzielona i wypłacona w dwóch transzach. – W przypadku zakupu mieszkania na rynku wtórnym, pierwsza część środków, związana z samym zakupem lokalu, trafia na konto zbywcy, czyli osoby, u której kupujemy mieszkanie. Pozostała część kredytu, związana ściśle z jego wyremontowaniem, przekazana zostaje z kolei na konto nowego właściciela. Trzeba przy tym zaznaczyć, że obie transze uruchomione zostają dopiero po dostarczeniu aktu notarialnego zakupu mieszkania – tłumaczy Damian Muzyk z Alex T. Great.
Nieco inaczej sprawa ma się w przypadku zakupu lokalu na rynku pierwotnym – tu pierwsza część kredytu (na zakup mieszkania) zostaje „rozbita” na mniejsze części, zgodnie z zapisami umowy zawartej między klientem a deweloperem. A co z pieniędzmi na wyposażenie mieszkania? Trafiają one do rąk klienta dopiero z chwilą całkowitego rozliczenia z deweloperem. Mamy jednak dobrą informację dla wszystkich tych, którzy, już po zakupie, wciąż słono płacą za wynajem mieszkania w oczekiwaniu na własne „M” – bank chętnie przekaże wam pieniądze na „wykończeniówkę”, gdy tylko otrzyma protokół odbioru lokalu. Oznacza to, że z pierwszymi pracami budowlanymi nie trzeba czekać aż do dnia podpisania aktu notarialnego – można je zacząć znacznie wcześniej, jeszcze przed podpisaniem takiego dokumentu.
Jak widać, jest z tym wszystkim trochę formalności, ale nie ma co kryć – gra jest warta „świeczki”. A po pomoc można poprosić doradcę finansowego – zna dobrze wszelkie bankowe procedury i wie, gdzie najłatwiej zdobyć upragnione pieniądze. – Chętnie służymy pomocą w rzeczowym i fachowym opracowaniu profesjonalnego kosztorysu, który ułatwi pozyskanie kredytu na naprawdę dobrych warunkach – dodaje Damian Muzyk.
Opracował: Tomasz Kulpa, Alex T. Great Doradcy Finansowi
Ceny nowych samochodów (indeks ważony udziałami w sprzedaży) w Polsce spadły w maju 2015 r. średnio o 5% m/m, ale spadek ten nastąpił po uprzednim wzroście cen w kwietniu o 4,4% m/m. W ujęciu rocznym ceny samochodów wzrosły w maju 2015 r. średnio o 1,9% r/r i oznacza to lekkie spowolnienie w porównaniu z dynamiką z kwietnia (2,4% r/r). Maj był czwartym miesiącem z rzędu relatywnie niewielkich zmian (wysokie wzrosty w ujęciu rocznym miały miejsce między październikiem 2014 r. a styczniem 2015 r.).
W przeciwieństwie do innych dóbr konsumpcyjnych, roczne dynamiki Samar DNB indeks cen auto moto wykazują dość dużą zmienność, która wynika ze struktury komponentów indeksu – cen wszystkich nowych aut sprzedawanych na rynku krajowym, co pokazane zostało w postaci zagregowanej do 8 koncernów motoryzacyjnych. Jednak pomimo tak znacznej zmienności, długoterminowy trend wskazuje na wzrost indeksu o około 2% r/r.
Tendencje w sprzedaży poszczególnych koncernów motoryzacyjnych są mocno zróżnicowane. Analizie poddano 8 koncernów, które odpowiadają za 91% sprzedaży w Polsce, tj. Volkswagen, PSA, Toyota, Renault, Opel, Nissan, Hyundai oraz Ford. Spośród wspomnianych koncernów, najsilniej rosły ceny aut Volkswagena (10,9% r/r), co i tak stanowi znaczne spowolnienie w porównaniu z dynamiką odnotowaną w kwietniu br. (21,3% r/r). Znaczny wzrost miał również miejsce w przypadku Toyoty (9,1% r/r). Ceny samochodów koncernów PSA, Renault i Ford rosły w tempie umiarkowanym 1-2,5%. Wśród pozostałych wyróżnionych koncernów motoryzacyjnych obserwowaliśmy spadek cen (Opel: -5,2% r/r, Hyundai: -6,9% r/r, Nissan: -9,8% r/r), podobnie jak w pozostałych segmentach rynku motoryzacyjnego (-10,7% r/r). Ze względu na swoją dużą wagę w sprzedaży (27%) to właśnie podwyżki cen koncernu Volkswagena wpłynęły na wzrost ogólnego indeksu w maju b.r.
Średnie ceny samochodów w salonach są w ostatnich latach dość niezależne od indeksu cen towarów i usług konsumpcyjnych CPI, a jednocześnie wykazują dość silny związek z dynamiką przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw – można zatem stwierdzić, że koncerny motoryzacyjne sprzedają samochody, na jakie nas stać.
Porównanie indeksu skumulowanego cen aut i dynamiki płac (przy poziomie w roku 2014 = 100) pokazuje, że po okresie relatywnie dynamicznych wzrostów cen samochodów w latach 2004-2007, a potem znacznych przecen w okresie kryzysu, od roku 2010 średnie ceny aut podążają niemal dokładnie za dynamiką płac. W maju 2015 r. skumulowany indeks dla cen aut wyniósł 168,5 (a więc ceny były o 68,5% wyższe niż średnio w 2004 r.), zaś dla płac – 172,1 (o 72,1% wyższe). Przy czym, największy skumulowany wzrost cen miał miejsce w przypadku aut koncernu Hyundai (o 110,5%), Volkswagen (o 90%) i Toyota (o 81,5%) a najniższy wzrost koncernu Renault (o 18,2%) i PSA (22,2%). Zwraca natomiast uwagę skumulowany spadek cen aut koncernu Nissan o 7,5% od 2004 r.
Różne strategie cenowe koncernów motoryzacyjnych w przeciągu znaczącego odcinka okresu można badać przez doszukiwanie się korelacji (dodatnich lub ujemnych). W przypadku rynku motoryzacyjnego w Polsce występuje tylko jeden dodatni związek cen koncernów Nissan i Hyundai oraz znacznie liczniejsze negatywne związki cen aut koncernów: Peugeot i Hyundai, Toyota i Nissan oraz Volkswagen i Peugeot. Wynika to zapewne ze strategii koncernów, które mogą sprzedać na każdym rynku ograniczoną liczbę aut.
Pierwszy w Polsce wskaźnik zmian cen nowych samochodów
SAMAR DNB indeks cen auto-moto to wspólne przedsięwzięcie DNB Bank Polska i Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR. Firma doradcza Deloitte jest autorem metodologii indeksu i jego kalkulacji. Jest to pierwszy sektorowy wskaźnik oparty na pełnych, a nie częściowych, danych zbieranych na krajowym rynku motoryzacyjnym, a co za tym idzie – precyzyjnie pokazuje tempo zmian całego rynku motoryzacyjnego w Polsce. Indeks będzie wyliczany i publikowany co miesiąc (pod koniec miesiąca) – na podstawie dostarczanych cyklicznie przez SAMAR danych dotyczących wielkości sprzedaży i cen jednostkowych (w tym cen promocyjnych) wszystkich dostępnych marek samochodów osobowych i dostawczych.
– Motoryzacja to dla nas jeden z sektorów strategicznych – specjalizujemy się w obsłudze przedsiębiorstw z tej branży. Dlatego chcemy stworzyć rzetelny i w pełni obiektywny wskaźnik, który mierzył będzie sytuację na rynku nowych samochodów w Polsce. Stąd też pomysł na współpracę z Instytutem SAMAR, który jest w stanie dostarczyć pełne i rzetelne dane. Jestem przekonany, że zarówno dla banku, jak i naszych klientów z sektora motoryzacyjnego, a także mediów i opinii publicznej taka zobiektywizowana miara będzie cennym źródłem informacji o koniunkturze na rynku auto-moto w Polsce, powiedział Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska.
– Celem naszego wspólnego projektu było stworzenie indeksu i wprowadzenie go na rynek jako jednego z indeksów gospodarczych. Dane, które gromadzimy od ponad 20 lat, pozwalają na rzetelne badanie istniejących trendów i szukanie powiązań pomiędzy wskaźnikami opracowanymi dla rynku motoryzacyjnego a gospodarką.Ich znajomość może ułatwić podmiotom działającym na rynku podejmowanie decyzji dotyczących przyszłego rozwoju,powiedział Wojciech Drzewiecki, prezes Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR.
– Indeks jest pierwszym sektorowym wskaźnikiem zmian cen opartym na pełnych statystycznych, a nie częściowych lub ankietowych danych, przez co charakteryzuje się nieporównywalną precyzją w kwestii transparentności i pewności źródeł danych. To prawdziwy barometr bieżącego stanu branży motoryzacyjnej – dodaje Rafał Antczak, Członek Zarządu Deloitte Consulting.
30 czerwca Sygnity zawarło umowę znaczącą z Państwowym Funduszem Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON), której wartość nie przekroczy maksymalnej kwoty 52,89 mln PLN. Umowa obowiązuje do 20 grudnia 2018 roku.
Przedmiotem umowy jest przeniesienie autorskich praw majątkowych do Systemu SODiR służącego obsłudze dofinansowania i refundacji oraz wydanie PFRON aktualnych kodów źródłowych, świadczenie usług opracowania i przekazania dokumentacji systemu, jego modyfikacji oraz utrzymania.
Janusz R. Guy, prezes zarządu Sygnity S.A.
Rynek publiczny ewoluuje i otwiera się na nowy model współpracy z partnerami komercyjnymi. Klienci świadomi potrzeby zmiany inwestują w zaawansowane rozwiązania informatyczne i oczekują od partnerów dodatkowych usług, praw do zakupionego rozwiązania oraz współdziałania na wszystkich etapach wdrożenia. To podejście zmienia dotychczasowe zasady współpracy, wymaga otwartego i partnerskiego podejścia. Sygnity, dzięki głębokiej wiedzy i doświadczeniu doskonale to rozumie. Jesteśmy dla swoich klientów doradcą i przewodnikiem wspierającym ich na każdym etapie procesu – od analizy biznesowej, poprzez wdrożenie, kończąc na serwisie – komentuje Janusz R. Guy, Prezes Zarządu Sygnity S.A.
Umowa pomiędzy Sygnity a PFRON jest przykładem właściwie rozumianego partnerstwa pomiędzy klientem z sektora publicznego a komercyjnym wykonawcą. PFRON zyskuje pełną kontrolę nad systemem, poczucie bezpieczeństwa ciągłości działań związanych z wymogami prawa i dostęp do know-how. Sygnity zyskuje kontynuację współpracy w istotnym biznesowo obszarze, a model współpracy wypracowany dzięki temu projektowi może zastosować u innych klientów rynku publicznego.
Na podstawie analizy opublikowanych danych o stanie gospodarki w maju oraz zapotrzebowania na usługi Korporacji w zakresie ochrony transakcji eksportowych szacujemy, że w maju eksport z Polski wyniósł 14,037 mld euro. Był więc o 3,1% mniejszy niż w kwietniu i jednocześnie o 8,6% większy niż w maju 2014 r. Liczony w złotych eksport wyniósł 57,301 mld tj. o 1,8% mniej niż w kwietniu i równocześnie o 6,1% więcej niż przed dwunastoma miesiącami.
Majowy spadek obrotów jest zjawiskiem typowym. Po słabszym początku roku i marcu przynoszącym zazwyczaj silne odreagowanie w górę, sprzedaż kolejno w kwietniu i maju ulega ograniczeniu. Szczyt zaopatrzenia okołoświątecznego mamy już za sobą i handel w kolejnych dwóch miesiącach zbywa raczej wcześniej nagromadzone zapasy. Również w przypadku przedsiębiorstw dopasowywanie stanów magazynowych do portfela zamówień na okres wiosny i lata przypada raczej na marzec, w kolejnych zaś miesiącach – w miarę zbliżania się okresu wakacyjnego – intensywność zakupów ulega ograniczeniu. Korekta majowa okazała się najprawdopodobniej zbliżona do notowanej przed rokiem. Wskazują na to wyniki przemysłu i dane o obrotach handlu hurtowego. W konsekwencji roczna dynamika eksportu mogła okazać się jedynie minimalnie niższa od notowanej w kwietniu (w miejsce 8,7% pojawi się w statystykach 8,6%).
Wyniki eksportu z pierwszych czterech miesięcy roku bieżącego, systematycznie okazywały się lepsze od oczekiwanych. Według statystyk Narodowego Banku Polskiego eksport w okresie I – IV 2015 wyniósł 56.954 mln euro, okazując się o 9,6% większym niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Uwagę zwraca wciąż wyższy niż w ostatnich latach stosunek eksportu do produkcji sprzedanej przemysłu. Ma on miejsce w sytuacji wciąż wątłego wzrostu gospodarczego u naszych najważniejszych partnerów z Unii oraz głębokiego regresu sprzedaży na rynki krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Wciąż sprzyja nam wzrost wyceny dolara wobec euro na światowych rynkach. Słabnące euro poprawiło bowiem pozycję konkurencyjną wielu wytwórców z Unii Europejskiej. Wraz ze wzrostem tamtejszej produkcji eksportowej, zwiększył się popyt na dostawy dóbr zaopatrzeniowych realizowanych z Polski. W tym samym czasie nasze dobra zaopatrzeniowe i konsumpcyjne istotnie zyskały na konkurencyjności w stosunku do sprowadzanych z dalekiego wschodu – zwłaszcza z Chin.
Korporacja oczekuje, że w okresie V – VII 2015 r. eksport okaże się większy niż przed rokiem o 10,7% w euro, a w wymiarze złotowym o 10,0%. Aktualne szacunki potencjału gospodarczego polskich wytwórców oraz zmian w popycie na nasze towary w roku 2015 pozwalają oczekiwać wzrostu eksportu do kwoty 176,6 mld euro, co stanowić będzie wynik o 12,2% wyższy niż w roku 2014. W ujęciu złotowym eksport w roku bieżącym powinien zamknąć się kwotą 727,6 mld, co odpowiadać będzie wzrostowi o 10,4% w stosunku do wyników wypracowanych w roku 2014. Dalsze zwiększenie dynamiki eksportu opierać się będzie na postępującej poprawie koniunktury na rynku europejskim oraz w drugiej połowie roku na długo oczekiwanej normalizacji sytuacji u naszych wschodnich partnerów. Wspomniane czynniki jeszcze silniej oddziaływać będą w roku 2016 – ich wpływ będzie bowiem widoczny w statystykach wszystkich miesięcy. W związku z tym dynamika eksportu, mimo wyjątkowo wysokiej bazy z roku 2015, wciąż pozostawać będzie wysoka na poziomie 10,2% w statystykach prowadzonych w euro. Oznaczać to będzie wypracowanie sprzedaży zagranicznej sięgającej 194,6 mld euro. W statystykach złotowych eksport w roku 2016 prognozowany jest na 778,5 mld, co oznaczać będzie wynik o 7,0% wyższy niż w roku 2015.
Prognozy Korporacji dotyczące wyników eksportu w latach 2015 – 2016 wskazujące na wzrost eksportu ogółem odpowiednio o 12,2% i 10,2% są wynikiem następujących prognozowanych zmian wolumenu eksportu na podstawowych dla naszej gospodarki rynkach:
Niemcy – wzrost eksportu o 13,9% i 9,4%
Pozostałe kraje strefy euro o 13,0% i 9,1%
Pozostałe kraje UE o 13,9% i 9,5%
Pozostałe kraje rozwinięte o 12,9% i 7,6%
Kraje Europy Środkowo – Wschodniej spadek o -15,8% i wzrost o 13,0%
Kraje rozwijające się o 23,0% i 18,0%
Znowelizowana ustawa Prawo zamówień publicznych miała skutecznie naprawić bardzo istotną część polskiego rynku pracy. Cele był jasne: stabilizacja zatrudnienia, zwiększenie bezpieczeństwa pracowników oraz wybór najkorzystniejszej – a nie najtańszej oferty. Niestety – mimo tego, że sytuacja na rynku zamówień publicznych uległa poprawie, nadal nie brakuje przetargów niosących znamiona patologii. Sposób wyboru Wykonawcy, który będzie odpowiadał za ochronę obiektów Urzędu Wojewódzkiego w Łodzi pokazuje, że wiele decyzji Zamawiających nie wypełnia intencji Ustawodawcy oraz postulatów przedsiębiorców i związków zawodowych.
Niejednokrotnie zwracali oni uwagę na absolutną konieczność kształtowania budżetów w taki sposób, by w pełni uwzględniały koszty pracy – zwłaszcza, że od 1 stycznia 2016 roku obowiązkową składką ZUS zostaną objęte umowy zlecenia. Jak więc wytłumaczyć, że w przetargach publicznych akceptuje się stawkę ustaloną znacznie poniżej płacy minimalnej wynoszącej 13 złotych za roboczogodzinę i nie stosuje się klauzul społecznych gwarantujących zatrudnienie pracowników na etacie?
W przytoczonym przypadku Zamawiający – Wojewoda Łódzki – zdecydował się na podpisanie umowy z podmiotem, który ochronę obiektów Łódzkiego Urzędu Wojewódzkiego w Łodzi oraz konwojowania przesyłek wycenił – w przeliczeniu na roboczogodzinę zatrudnionego pracownika – na 7,97 złotych. To skandalicznie niska cena biorąc pod uwagę, że płaca minimalna osoby zatrudnionej na umowę o pracę wynosi około 13 złotych za roboczogodzinę, a w 2016 roku wzrośnie do niemal 14 zł. Nie ma to zatem nic wspólnego z intencją Ustawodawcy, który dokonując nowelizacji Ustawy Pzp oraz wprowadzając obowiązkową składkę ZUS we wszystkich umowach cywilnoprawnych, dążył do zwiększenia bezpieczeństwa pracowników – zapewnienia im lepszych warunków pracy oraz pewniejszych etatów.
Tymczasem w zaproponowanej w przetargu cenie Wykonawca musiał zawrzeć nie tylko koszt wynagrodzenia, ale również wydatki m.in. na: wyposażenie, umundurowanie oraz zapewnienie działania minimum dwóch grup interwencyjnych. Co więcej, Zamawiający zastrzegł w SIWZ, że zamówienie może być realizowane tylko przez podmiot, który zagwarantuje pracowników posiadających poświadczenia bezpieczeństwa uprawniające do przetwarzania informacji niejawnych o klauzuli „poufne”, a dodatkowo dwóch pracowników kwalifikowanych (szef ochrony i zastępca szefa ochrony) oraz czterech pracowników kwalifikowanych z uprawnieniami do posiadania broni (odrębne wymogi zostały postawione wobec konwojentów). Nietrudno przewidzieć, że wynagrodzenia osób posiadających dodatkowe umiejętności i doświadczenie są zdecydowanie wyższe, a ich wartość istotnie odbiega od warunków, jakie zostały zaproponowane w przetargu.
Zamawiający nie zawarł w SIWZ wymogu zatrudnienia pracowników na umowę o pracę, choć z treści Specyfikacji i opisu przedmiotu zamówienia wynika jednoznacznie, że czynności realizowane przez pracowników ochrony nosić będą znamiona stosunku pracy.Świadczy o tym m.in.: wymóg nadzoru nad wykonywanymi przez pracowników zadaniami przez przedstawiciela Wykonawcy (szefa ochrony), czy choćby zapisy §8 umowy – dotyczące dyscypliny pracy (charakterystyczne dla stosunku pracy i szczegółowo opisane w Kodeksie pracy).
To jeszcze bardziej uwypukla ułomność zasad przetargu zaproponowanego przez Wojewodę Łódzkiego.
„Konfederacja LEWIATAN, rynkowi eksperci oraz przedstawiciele związków zawodowych i pracodawców wielokrotnie zwracali uwagę na konieczność zwalczania patologii na rynku zamówień publicznych. Wszystkie instytucje w szczególności podkreślały problem wyboru przez instytucje państwowe ofert ze stawkami o rażąco niskiej cenie. Nie można w jakikolwiek sposób racjonalnie uzasadnić praktyki, w której Zamawiający akceptuje stawkę godzinową o ponad 5 złotych niższą niż płaca minimalna – co daje każdemu pracownikowi o ponad 800 zł brutto mniej w skali miesiąca. Zwłaszcza, że na stanowiskach zostaną zatrudnione osoby posiadające dodaktowe kwalifikacje, wiedzę i umiejętności. Ustawodawca wyraźnie wskazał swoje zalecenia – absolutną konieczność uwzględnienia – zarówno w nowych, jak i istniejących już umowach, pełnych kosztów pracy. Niestety, przykład Wojewody Łódzkiego pokazuje, że nadal wielu Zamawiających nie respektuje tych zaleceń i w ten sposób szkodzi wszystkim uczestnikom rynku – w szczególności pracownikom” – komentuje Marek Kowalski, Przewodniczący Rady Zamówień Publicznych przy Konfederacji Lewiatan.
Usługi ochrony stanowią istotny element zamówień zarówno w sferze publicznej, jak i na rzecz sektora prywatnego. Wojsko Polskie, Policja czy samorządy korzystają w swoich obiektach z usług zewnętrznych i certyfikowanych firm. Wieloletnie kontrakty pozwalają m.in. na właściwe zabezpieczenie nieruchomości i ruchomości przez profesjonalnie przygotowane służby. Na outsourcing usług zapewniających czystość, a tym samym także bezpieczeństwo obiektów, bardzo często decydują się z kolei szpitale czy galerie handlowe i supermarkety.
Wszystkie nowe przetargi powinny zatem uwzględniać właściwie skalkulowane stawki za roboczogodzinę, a w przypadkach uzasadnionych także klauzule społeczne, które gwarantują pracownikom zatrudnienie na etacie. Z kolei w odniesieniu do kontraktów w toku instytucje publiczne czy samorządowe, a także uczestnicy sektora prywatnego powinni przeprowadzić przegląd budżetów na usługi oraz rozpocząć negocjacje z Wykonawcami, by zabezpieczyć pracowników – szczególnie tych najmniej zarabiających – przed ewentualną utratą pracy, zepchnięciem do szarej strefy i tym samym wykluczeniem społecznym.
Renegocjacje budżetów przewiduje art. 142 ust. 5 znowelizowanej ustawy Prawo zamówień publicznych. Intencją Ustawodawcy było zabezpieczenie usługodawcy – w tym także pracowników – w przypadku nieprzewidzianych zmian w prawie. Zmiany zasady podlegania ubezpieczeniom społecznym czy wysokości płacy minimalnej – które wejdą w życie od 2016 roku – zobowiązują do waloryzacji trwających kontraktów długoterminowych.
Jedynym sposobem na zabezpieczenie interesu każdej ze stron jest jak najszybsza waloryzacja długoterminowych kontraktów – jeszcze przed końcem 2015 roku.
Warto podkreślić, że Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej – wraz z OPZZ i Konfederacją LEWIATAN zwróciły się z apelem do organów administracji o stosowanie klauzul społecznych w przetargach publicznych w zakresie usług dla administracji oraz o odejście od kryterium najniższej ceny w wyborze najkorzystniejszej oferty. Konfederacja LEWIATAN opracowała także zestaw dobrych praktyk i wzorcowych dokumentów, które pozwolą właściwie wypełnić intencje ustawodawcy w tym zakresie.
Po międzynarodowym sukcesie Bouncing Ball game-developerzy ze studia Cloud Technologies poszli za ciosem i stworzyli grę Arrow. Już teraz jest ona numerem 1. na rynku w USA. Tamtejsi gracze pobierają ją chętniej niż takie hity jak Jurassic World czy Fallout. Koszty produkcji gry zwróciły się w dwa dni.
Gigant z Cupertino wyróżnił polską grę mobilną tytułem „polecane przez Apple”, zarezerwowanym dla najlepszych produkcji w App Store. To drugi z rzędu tytuł i sukces warszawskich programistów.
Nowy, odświeżony, polski snejk. Tak w skrócie można opisać Arrow, najnowszą grę mobilną firmowaną przez Cloud Technologies. Arrow to przykład zręcznościówki i nowej interpretacji klasyka doskonale znanego graczom mobilnym. Głównym bohaterem gry jest tytułowa strzałka, której pomagamy pokonywać zawiły labirynt. Gra rozchodzi się jak świeże bułeczki zwłaszcza na rynku amerykańskim, gdzie według badań eMarketera w gry mobilne gra co drugi posiadacz smartfona.
– Postawiliśmy na maksymalnie uproszczony gameplay. Do obsługi gry Arrow wystarczy jeden palec. Dotykając nim ekranu skręcamy strzałką w lewo, zaś puszczając palec strzałka sama odbija w drugą stronę – tłumaczy zasady gry Maciej Weiss, game-developer w Cloud Technologies – Zadaniem gracza jest przeprowadzenie strzałki przez labirynt i zebranie jak największej liczby kryształków po drodze. Każdy zebrany kryształ podczepia się do strzałki i ją wydłuża, tworząc ciągnący się za nią ogon. Część z kryształów rozmieszczonych na planszy to diamenty, które gracze mogą później wymienić na modyfikację wyglądu strzałki, np. zastąpić ją głową węża, żyrafy czy kaczki – dodaje Maciej Weiss.
Polskie gry w milionach
Arrow to druga z kolei produkcja ze stajni Cloud Technologies, warszawskiej spółki zajmującej się analityką danych i największą platformą Big Data w tej części Europy. Pierwszą grą była Bouncing Ball, która również okazała się międzynarodowym hitem. W nieco ponad dwa miesiące po premierze pobrano ją jak dotąd blisko 5 mln razy. Jednak twórcy Arrow spodziewają się, że nowa gra przebije popularnością i liczbą pobrań swoją poprzedniczkę. Od momentu swojej premiery Arrow notuje większą liczbę pobrań niż jej starsza siostra w analogicznym okresie.
Cloud Technologies tworzy gry w modelu freemium. Gracze mogą je pobierać ze sklepów iOS oraz Android zupełnie za darmo. Produkcje zarabiają na siebie poprzez dodatkowo płatne pakiety (In-App Purchase) rozbudowujące rozgrywkę oraz dyskretne, spersonalizowane reklamy, wyświetlane użytkownikom poza obszarem rozgrywki i nie przeszkadzające w grze. Można je wyłączyć uiszczając drobną opłatę.
– W skład naszego studia developerskiego wchodzi raptem kilka osób, jednak pomysłowością i efektywnością dorównują spokojnie nawet stuosobowym teamom game-developerów. Wyniki pobrań mówią zresztą same za siebie: jesteśmy numerem 1. w USA i wyprzedzamy tak markowe produkcje, jak Jurassic World czy Fallout. Koszty produkcji naszej gry zwróciły nam się już w dwa dni – mówi Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies.
Boom na polskie produkcje
W ostatnim czasie mamy do czynienia z prawdziwym boomem gamingowym, w którym główne role odgrywają właśnie polscy twórcy gier. Wystarczy wspomnieć o gigantycznym sukcesie studia CD Projekt i Wiedźmina na konsolach nowej generacji oraz pecetach, czy świetnych wynikach Vivid Games na komórki.
– Cieszymy się, że powoli również i nas zalicza się do grona game-developerów, na których gry czeka się z wypiekami na twarzy i które rozchodzą się w mgnieniu oka. Dziękujemy graczom za zaufanie – mówi Piotr Prajsnar.
Produkcja gier na smartfony to element szerszego filaru strategii biznesowej Cloud Technologies, jakim jest rozwijanie analityki danych wytwarzanych przez urządzenia mobilne. Spółka chce wykorzystać fakt, że smartfony z roku na rok zwiększają swój udział w globalnym rynku danych. To posunięcie ma pomóc spółce w szybszej globalizacji oraz pozwolić na dywersyfikację źródeł przychodów.
– Dziennie użytkownicy smartfonów generują już około 5,2 PB (Petabajtów) danych, a szczególnie aktywni są właśnie gracze. Stąd też wziął się pomysł, aby ożenić ze sobą analitykę Big Data oraz gry mobilne. Rynek mobilny stanie się kluczowym obszarem analityki danych już w ciągu kilku najbliższych lat, wyprzedzając nawet desktopową analitykę danych – tłumaczy prezes Cloud Technologies – Przygotowujemy się na ten moment. Dlatego działalność w sektorze analityki danych mobilnych traktujemy jako strategiczną z punktu widzenia rozwoju naszej spółki – dodaje Piotr Prajsnar.
Według analiz Newzoo ten rok będzie przełomowym momentem w historii rynku gier mobilnych. Do końca roku wygeneruje on około 30,3 mld USD przychodów. To o ponad 5 mld USD więcej niż w ubiegłym roku. Oznacza to, że produkcje mobilne wyprzedzą nawet rynek gier konsolowych, w przypadku którego tegoroczne przychody szacowane są na poziomie 26,5 mld USD. W ten sposób gry mobilne staną się najbardziej dochodowym segmentem rynku gamingowego na świecie.
Program „Mieszkanie dla młodych” przejdzie poważny lifting. Jedną z najważniejszych zmian jest planowane wprowadzenie dopłat do zakupu mieszkań na rynku wtórnym. Zainteresowanie dofinansowaniem może jednak okazać się niższe od oczekiwań z powodu limitów cenowych. Z analizy Bankier.pl wynika, że w Warszawie graniczna cena może być zbliżona do 5,4 tys. zł za metr kwadratowy.
Projekt ustawy zmieniającej zasady systemu dopłat przewiduje wprowadzenie innego przelicznika dla rynku wtórnego niż dla rynku pierwotnego. Będzie on niższy, a to pociągnie za sobą proporcjonalne obniżenie limitów cenowych, kwalifikujących nieruchomość do dopłaty. Z analiz Bankier.pl wynika, że przyjmując obecne stawki obowiązujące w programie, limit dla Warszawy wyniósłby 5,4 tys. zł, dla Krakowa – 4,1 tys. zł, a dla Gdańska – 4,2 tys. zł.
– W miastach wojewódzkich limity cenowe dla rynku wtórnego byłyby na tak niskim poziomie, że w większości miejscowości kredytobiorcy skazani byliby na poszukiwanie lokali o niskim standardzie lub nadających się do poważnego remontu. Trudno spodziewać się zatem rewolucji – dopłaty trafią raczej do wąskiego grona kupujących – komentuje Michał Kisiel, analityk Bankier.pl.
Wprowadzenie dopłat do zakupu mieszkań na rynku wtórnym mogą jednak wyraźniej odczuć mieszkańcy mniejszych miejscowości. Do tej pory byli oni w znacznie gorszym położeniu – deweloperzy rzadko realizują większe inwestycje poza głównymi ośrodkami miejskimi.
– To zdecydowanie dobra wiadomość dla osób zamieszkujących w okolicach wielkich aglomeracji oraz w mniejszych miejscowościach. Dopłata do wkładu własnego pozwoli starającym się o kredyt spełnić obowiązujące dziś wymogi narzucone przez nadzór finansowy – wskazuje Michał Kisiel.
Zainteresowanie dopłatami może się także zwiększyć wśród rodzin wychowujących co najmniej troje dzieci.
– Względem takich kredytobiorców zniesiony ma być wymóg pierwszego mieszkania, czy limit wieku mówiący o tym, że najmłodszy z kredytobiorców nie może mieć ukończonych 35 lat. Istotnie zwiększyć się ma również kwota przyznanego im dofinansowania – z obecnych 15 procent, tzw. wartości odtworzeniowej, do 30 procent. Dla rodzin 2+3 i więcej nowe przepisy przewidują też zwiększenie powierzchni mieszkaniowej, od której będzie liczona dopłata – z obecnych 50 mkw do 65 mkw. – wskazuje Katarzyna Wojewoda-Leśniewicz, ekspert Bankier.pl.
Firmy podpisały list intencyjny, dotyczący wspólnej realizacji strategii zapewniającej optymalny sposób zwiększania mocy odnawialnych i finansowania transakcji nabycia aktywów wiatrowych. Zarówno strategia Enei jak i Taurona zakłada rozwój odnawialnych źródeł energii, w szczególności farm wiatrowych.
Podpisany 2 lipca list intencyjny zakłada powołanie zespołów roboczych, których zadaniem będzie opracowanie założeń dotyczących współpracy, w tym w szczególności harmonogramu działań oraz modelu finansowego korzystnego dla obu stron. Jakiekolwiek decyzje biznesowe zostaną podjęte dopiero na podstawie wyników pracy zespołów roboczych.
Krzysztof Zamasz, prezes Enei
– Wola współdziałania z Tauronem wpisuje się w naszą strategię korporacyjną, która zakłada rozwój źródeł odnawialnych, zwłaszcza farm wiatrowych. Intensywnie poszukujemy okazji rynkowych, by docelowo zwiększyć udział OZE w naszym portfelu – podkreśla Krzysztof Zamasz, prezes Enei.
Wcześniej TAURON podjął decyzję o rezygnacji z kontynuowania negocjacji z inwestorami w sprawie sprzedaży praw do części aktywów wiatrowych należących do Grupy. Przyczyną tej decyzji jest bardzo istotna zmiana warunków rynkowych transakcji, a w szczególności niski bieżący poziom cen tzw. zielonych certyfikatów i energii elektrycznej oraz przewidywania co do wysokości tych cen w przyszłości.
– Projekt jest dla nas istotny, dlatego przystępujemy do negocjacji z nowym partnerem w oparciu o zasadniczo odmienne od poprzednich założenia transakcji. Rozważymy z pewnością różne warianty współpracy, w oparciu o symetryczny podział ryzyka pomiędzy partnerami – mówi Dariusz Lubera, prezes zarządu TAURON Polska Energia.
Z raportu o stanie rynku telekomunikacyjnego w 2014 roku przedstawionego przez Urząd Komunikacji Elektronicznej wynika, że Polacy w ubiegłym roku wysłali 51,9 mld SMS-ów, czyli 0,6% mniej, niż rok wcześniej. Mniejsza liczba wysłanych wiadomości tekstowych dotyczy przede wszystkim ruchu SMS-ów między użytkownikami smartfonów, którzy coraz częściej korzystają z komunikatorów internetowych. W dalszym ciągu jednak rośnie ruch wiadomości SMS generowanych przez systemy informatyczne (np. systemy bankowe, systemy zakupowe) i urządzenia.
Liczba wysłanych wiadomości SMS w polskich sieciach komórkowych od 2012 roku zachowuje tendencję spadkową. W ubiegłym roku Polacy wysłali 51, 9 wiadomości tekstowych co oznacza, że na jednego mieszkańca przypadło średnio 1349 wiadomości rocznie. W porównaniu z 2013 rokiem każdy z nich wysłał średnio 6 SMS-ów mniej. Mniejsza liczba wysłanych wiadomości tekstowych przełożyła się na spadek przychodów polskich operatorów telekomunikacyjnych ze świadczenia usług SMS o 16,1% względem roku 2013. Spośród czterech dominujących operatorów największy – przekraczający 30%, udział w przychodach z wysyłania wiadomości SMS posiadał Orange, natomiast najmniejszy – T-Mobile Polska.
Raport UKE wskazuje zwiększającą się każdego roku łączną liczbę wysłanych wiadomości SMS w roamingu międzynarodowym. W 2014 r. zostało wysłanych około 570 milionów wiadomości tekstowych, wobec 539 milionów SMS-ów w poprzednim roku. Znaczący wzrost liczby wysłanych wiadomości ma związek z obniżeniem w 2014 roku stawek roamingowych za usługi telekomunikacyjne w Unii Europejskiej. Wzrost liczby wysłanych SMS-ów w roamingu nie przyniósł jednak wzrostu przychodów z tej usługi, które w trzecim kwartale 2014 roku osiągnęły wartość 8,9 mln EUR i dla porównania były o 4,9 mln EUR niższe, niż w trzecim kwartale 2011 roku.
Spadek przychodów z SMS-ów w roamingu rekompensuje operatorom m.in. coraz szybciej rosnący ruch wiadomości tekstowych w obszarze komunikacji marketingowej. Według szacunków firmy Infobip wartość tego rynku w Polsce w 2014 roku wyniosła ponad 75 mln złotych.
„Raport Urzędu Komunikacji Elektronicznej wyraźnie wskazuje na rosnącą popularność nowoczesnych narzędzi komunikacji opartych o media społecznościowe. Coraz częściej rolę krótkich wiadomości tekstowych przejmują aplikacje oraz komunikatory, takie jak Facebook Messneger, WhatsUp, Snapchat oraz Skype dostępne m.in. na smartfonach i tabletach, których sprzedaż w Polsce rośnie bardzo szybko.Warto jednak zwrócić uwagę na rosnącą liczbę SMS-ów generowanych w modelu A2P, czyli wiadomości wysyłanych poprzez systemy informatyczne. Duży ruch wiadomości SMS napędzają np. systemy bankowe czy też systemy zakupowe. Liczba SMS-ów wysyłanych przez przedsiębiorstwa będzie rosnąć. Spodziewam się, że rynek SMS-ów marketingowych będzie w dalszym ciągu rósł, ponieważ wiadomości tekstowe w marketingu to wciąż najlepsze narzędzie dotarcia do klienta: skuteczne, nie liczone jako spam, dobrze widziane przez odbiorców. Zakładamy, że liczba SMS-ów między ludźmi będzie maleć, natomiast wiadomości od firm i instytucji – rosnąć.” – powiedział Marcin Papiński, Dyrektor ds. Rozwoju w firmie Infobip.
Z danych firmy analitycznej Analysys Mason wynika, że Polska znalazła się drugi rok z rzędu powyżej średniej dla wybranych państw Unii Europejskiej. Przeciętny użytkownik w kraju wysłał 918 wiadomości, wobec średniej unijnej – 845. Więcej SMS-ów od Polaków w Unii Europejskiej wysyłają jedynie Francuzi, Belgowie, Portugalczycy, Irlandczycy, Duńczycy i Słoweńcy. Najmniejszą popularnością wiadomości tekstowe cieszą się w Bułgarii (106), Holandii (207) oraz w Niemczech (220).
Urząd Komunikacji Elektronicznej w swoim raporcie wskazuje na systematyczny wzrost liczby wysłanych wiadomości MMS. W 2014 r. użytkownicy sieci mobilnych wysłali łącznie ponad 527 mln MMS, tj. o 82 mln więcej niż w roku poprzednim. Na statycznego mieszkańca kraju w 2014 r. przypadło 14 wiadomości MMS, czyli o 2 więcej niż w roku 2013. Oznacza to wzrost rok do roku o 18,4%.
Większość polskich eksporterów i importerów boryka się z problemem ryzyka
kursowego. Istnieją jednak sposoby zabezpieczenia się przed niekorzystnymi
warunkami panującymi na rynku, które mają wpływ na Twoje przedsiębiorstwo. Od czego zacząć? Najlepiej od dokładnego zrozumienia z jakimi wyzwaniami mamy do czynienia.
Przez ostatnie lata na rynkach walutowych panował względny spokój, a wahania były nieznaczne. Jednak sytuacja na szwajcarskim franku oraz grecki kryzys pokazał wszystkim prowadzącym biznes na zagranicznych rynkach, jak ważne jest odpowiednie zarządzanie ryzykiem kursowym. Wpływ na zmieniający się kurs waluty ma kilka czynników, m.in. wydarzenia ekonomiczne i polityczne, które dzieją się na naszych oczach.
Szczególnie narażone na ryzyko kursowe są przedsiębiorstwa, które handlują walutami gospodarek wschodzących (które najczęściej doświadczają zawirowań) oraz odległych, egzotycznych dla nas krajów. To właśnie na tych parach walutowych spread, czyli różnica pomiędzy kursem kupna i sprzedaży, jest często największy. Dodatkowo, firmy często muszą ponosić dodatkowe koszty związane z przeprowadzeniem samej transakcji.
Ponieważ wiele instytucji finansowych nie oferuje możliwości przeprowadzania transakcji walutowych w lokalnej walucie, przedsiębiorcy często używają do rozliczeń dolara, co oczywiście generuje dodatkowe koszty dla ich kontrahenta. Chcąc zabezpieczyć swoją marżę, kontrahent często podnosi koszt towaru. Bardzo dobrym przykładem takiej sytuacji są Chiny, które według danych GUS są jednym z najważniejszych partnerów handlowych polskich przedsiębiorców, szczególnie w kontekście importu. A tam, coraz popularniejsze stają się rozliczenia w lokalnej walucie – chińskim yuanie. Wiele firm trafia jednak na barierę związaną z wymianą waluty i finalnie wybiera transakcje w amerykańskim dolarze, tracąc tym samym na wymianie. Także znajomość lokalnego systemu rozliczeniowego często znajduje swoje odzwierciedlenie w portfelu przedsiębiorcy.
Ryzyko kursowe można jednak bardzo skutecznie zminimalizować poprzez stosowanie dedykowanych narzędzi np. użycie kontaktu forward – czyli sprzedaż waluty konkretnego dnia w przyszłości, po ustalonym z góry kursie. Każda z takich umów pozwala na uzgodnienie raty kursu wymiany nawet do trzech lat w przód. Transakcja ta oferuje również stabilną formę handlu i pozwala ominąć ryzyko związane z negatywnymi trendami na rynkach. Kontrakt forward często pozwala firmom także wynegocjować bardziej korzystny kurs, a także uzgodnić lepsze ceny za towary które muszą sprowadzić.
Narzędzi jest jednak wiele, podobnie jak sposobów ich wykorzystania, a przedsiębiorstwom brakuje często czasu i możliwości na opracowanie oraz wdrażanie strategii. Kluczowym aspektem staje się więc dobór odpowiednich – profesjonalnych i doświadczonych – partnerów w tym obszarze. Po głębokiej i rzetelnej ekspertyzie są w stanie nie tylko poznać potrzeby eksporterów i importerów, ale także bardzo precyzyjnie na nie odpowiedzieć. Specjaliści, którzy posiadają wiedzę oraz doświadczenie, potrafią ocenić ryzyko teraz i w przyszłości oraz zaproponować odpowiednią strategię zarządzania ryzykiem walutowym. Co więcej, w przypadku przelewów zagranicznych dobry usługodawca jest w stanie dokonać transferu poprzez sieć pośredniczących banków tak, aby pieniądze dotarły na czas i bez dodatkowych opłat transakcyjnych. Warto dodać, że bez względu na wykonywane transakcje, na pierwszym miejscu powinno być zawsze bezpieczeństwo kapitału. Po czym poznać partnera godnego zaufania? Przede wszystkim powinien być poddany nadzorowi odpowiednich urzędów, takich jak Komisja Nadzoru Finansowego bądź jej zagraniczne odpowiedniki, a dane firmy muszą pozostać poufne.
Obserwujemy, że w Polsce coraz więcej importerów i eksporterów przywiązuje dużą wagę do efektywnego zarządzania ryzykiem kursowym. To bardzo pozytywny trend – ci przedsiębiorcy, którzy będą sprawnie i profesjonalnie zarządzać ryzykiem kursowym z pewnością odniosą korzyści finansowe oraz znaczącą przewagę nad konkurentami oraz pozostałymi uczestnikami rynku.
Od 1 lipca przedsiębiorcy w Polsce zyskali długo oczekiwaną możliwość odliczania podatku VAT od paliwa zakupionego do aut służbowych. Pomimo, że odliczeniu podlega tylko 50% należnego podatku, to oszczędności w kosztach użytkowania floty, jakie dzięki takiemu rozwiązaniu zyskają firmy, będą znaczące. Ich wielkość będzie uzależniona od spalania samochodu i w przypadku dużych flot pojazdów może wynosić nawet od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych rocznie. Zgodnie z kalkulacjami ekspertów PZWLP, w przypadku typowych aut miejskich, zużywających zazwyczaj stosunkowo małe ilości paliwa, przedsiębiorca zaoszczędzi w skali roku na eksploatacji tylko jednego tego typu samochodu ponad 500 zł. Użytkując natomiast bardzo popularne w polskich flotach samochody klasy kompakt (segment C), wyposażone w najczęściej spotykane w ich przypadku wersje silnikowe, firmy zaoszczędzą ponad 630 zł rocznie w stosunku do jednego samochodu.
Możliwość odliczania przez przedsiębiorców 50% podatku VAT od paliwa, nabywanego do użytkowanych przez nich aut służbowych, została zapisana w obowiązującej od 1 kwietnia 2014 ustawie o VAT. Zgodnie z przepisami przejściowymi do tej ustawy, wprowadzony został jednak zakaz odliczania przez przedsiębiorców podatku od paliw silnikowych (benzyny, oleju napędowego i gazu) do dnia 1 lipca 2015r. Zakaz ten dotyczył firm wykorzystujących samochody służbowe w celach mieszanych tj. nie tylko w związku z prowadzoną działalnością gospodarczą, ale również do celów prywatnych. W praktyce oznaczało to, że większość firm w Polsce nie posiadała prawa do odliczania podatku VAT od paliw. Obecnie auta służbowe w naszym kraju są bowiem coraz częściej traktowane nie tylko jako narzędzie pracy, ale również jako element dodatkowego, motywacyjnego wynagrodzenia dla pracownika. W związku z tym, pracodawcy bardzo często udostępniają auta firmowe zatrudnionym osobom także do użytku po godzinach pracy.
1 lipca 2015r., po wejściu w życie nowych przepisów, prawo do odliczenia połowy naliczonego podatku VAT od paliwa przysługuje każdemu przedsiębiorcy i firmie, która wykorzystuje samochody służbowe zarówno do celów związanych z działalnością gospodarczą, jak i do celów prywatnych.
Od 1 lipca 2015 r., w odniesieniu do odliczenia VAT związanego z zakupem paliwa do pojazdów samochodowych, jest stosowana zasada ogólna z art. 86a ustawy o VAT, zgodnie z którą przedsiębiorcom przysługuje prawo do odliczenia 50% kwoty podatku naliczonego z tytułu zakupu towarów i usług, dotyczących pojazdów samochodowych, w tym paliw silnikowych, oleju napędowego i gazu, wykorzystywanych do napędu tych pojazdów – wyjaśnia Agnieszka Piasecka, Ekspert PZWLP, Kierownik Działu Prawnego Alphabet Polska Fleet Management. – Nieodliczona kwota podatku VAT będzie stanowiła koszt uzyskania przychodów dla celów PIT i CIT, na zasadach ogólnych. Możliwość odliczenia VAT od paliwa nie wiąże się dla przedsiębiorców z żadnymi dodatkowymi czynnościami formalnymi, czy administracyjnymi np. składaniem oświadczeń lub wniosków urzędowych. Podstawą do odliczenia będą faktury VAT dokumentujące zakup paliwa.
Znaczące oszczędności w kosztach eksploatacji aut służbowych
Nowe przepisy oznaczają dla firm i przedsiębiorców użytkujących w naszym kraju floty znaczące oszczędności. Za każdy litr paliwa do samochodu firmowego przedsiębiorcy zapłacą o ok. 50 groszy mniej niż dotychczas. Co to oznacza w praktyce, w momencie gdy obniżone dzięki odliczeniu VAT koszty paliwa, zostaną zestawione z konkretnymi samochodami użytkowanymi w polskich flotach?
Eksperci PZWLP przygotowali przykładową kalkulację w tym zakresie, uwzględniającą popularne w Polsce auta służbowe, napędzane silnikami diesla o najczęściej spotykanej dla tych modeli mocy i pojemności jednostki napędowej oraz wielkości spalania. Dla celów kalkulacji przyjęta została cena 1 litra ON na poziomie 5zł (brutto) oraz roczny przebieg pokonywany przez auta, wynoszący 30 tys. km. Z przeprowadzonych w ten sposób analiz PZWLP wynika, że w przypadku niewielkich aut miejskich z segmentu B, z 75-konnym silnikiem dieslowskim o pojemności 1,5l, firmy zaoszczędzą w ciągu roku na kosztach paliwa tylko dla 1 takiego samochodu ponad 500 zł. Paliwo do najpopularniejszych w Polsce aut użytkowanych przez firmy, czyli samochodów klasy kompakt (segment C), będzie według przyjętych przez PZWLP założeń kosztować rocznie ponad 630 zł mniej.
Oszczędności w kosztach ponoszonych przez firmy na paliwo w stosunku do pojedynczego samochodu będą rosły proporcjonalnie w stosunku do wielkości spalania konkretnego pojazdu. Należy przy tym pamiętać, że ilość spalanego przez auto paliwa jest uzależniona od bardzo wielu czynników, związanych nie tylko z parametrami technicznymi samochodu, czyli np. mocą i rozwiązaniami technologicznymi zastosowanymi w silniku, ale również od stylu jazdy kierowcy, tras na jakich jest użytkowany pojazd (np. ruch w mieście lub poza miastem), czy też od warunków atmosferycznych.
Tabela. Kalkulacja wysokości możliwego do odliczenia podatku VAT od paliwa na przykładzie wybranych aut , wyposażonych w popularne w polskich flotach wersje silnikowe
* Wielkość spalania dla trybu mieszanego (ruch w mieście i poza miastem). ** Koszt 1 litra ON 5zł brutto, przebieg roczny 30 tys. km.
Zmniejszanie w Polsce obciążeń fiskalnych dla przedsiębiorców, związanych z samochodami służbowymi to jeden z ważniejszych czynników stabilnego rozwoju branży flotowej – mówi Marek Małachowski, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Zarządzający ALD Automotive Polska. – Dzięki możliwości odliczania podatku VAT od zakupionego paliwa do aut osobowych i lekkich dostawczych, użytkowanych nie tylko na potrzeby prowadzonej działalności gospodarczej, ale także do celów prywatnych, każdy przedsiębiorca w Polsce będzie mógł w sposób zauważalny obniżyć koszty eksploatacji swoich samochodów służbowych. W przypadku dużych flot, składających się w Polsce
w niektórych przypadkach z kilkuset pojazdów, oszczędności w kosztach paliw będą sięgały nawet kilkuset tysięcy złotych rocznie.
Odliczanie VAT od paliwa przez firmy – jak było do tej pory?
Przez ostatnie blisko półtora roku, a więc od momentu wejścia w życie znowelizowanej ustawy o VAT 1 kwietnia 2014 r., firmy mogły odliczać 100% podatku VAT od paliwa, ale wyłącznie w bardzo restrykcyjnie określonych przypadkach.
Do 30 czerwca 2015 r. jedyną metodą na odliczenie VAT od zakupu paliw do samochodów osobowych było złożenie przez przedsiębiorcę w urzędzie skarbowym formularza VAT-26 i zadeklarowanie, że pojazd wykorzystywany jest wyłącznie dla celów działalności gospodarczej – mówi Agnieszka Piasecka, Ekspert PZWLP, Kierownik Działu Prawnego Alphabet Polska Fleet Management. – Jednocześnie, obowiązkowe było prowadzenie dodatkowej i bardzo szczegółowej ewidencji przebiegu pojazdu dla celów VAT. Dla podatników wykorzystujących samochody osobowe wyłącznie dla celów działalności gospodarczej, utrata mocy dotychczas obowiązujących przepisów przejściowych, nakładających ograniczenia na firmy użytkujące auta w sposób mieszany, nie będzie miała wpływu na ich odliczenia podatku VAT od zakupu paliwa.
Możliwość odliczania 100% podatku VAT od paliwa istniała już do tej pory również w przypadku określonej w ustawie grupy samochodów specjalnych, o konstrukcji wykluczającej możliwość ich wykorzystania do celów innych niż służbowe. Są to na przykład pojazdy inne niż samochody osobowe, posiadające jeden rząd siedzeń, który jest oddzielony od części przeznaczonej do przewozu ładunków trwałą przegrodą czy ścianą. Ponadto do grupy tego typu pojazdów zaliczane są pojazdy inne niż samochody osobowe, posiadające kabinę kierowcy z jednym rzędem siedzeń i nadwozie przeznaczone do przewozu ładunków, jako konstrukcyjnie oddzielne elementy samochodu. Pełne odliczenie VAT przysługuje również w przypadku pojazdów specjalnych, np. koparek, ładowarek, czy spycharek.
Gdyby wybory parlamentarne miały odbyć się w czerwcu, to wzięłoby w nich udział 64 proc. dorosłych Polaków. Najwięcej głosów otrzymałoby Prawo i Sprawiedliwość z Solidarną Polską i Polską Razem (43 proc.) oraz Platforma Obywatelska (29 proc.) – wyniki czerwcowej fali badania* GfK na temat preferencji partyjnych Polaków.W porównaniu z majową falą badania notowania PiS+SP+PR wzrosły o 6,7 punktu proc. do 43,1 proc., a notowania PO spadły o 11,4 punktu proc. do 28,8 proc. Ponad progiem wyborczym znalazło się jeszcze ugrupowanie Pawła Kukiza (15,1 proc., pierwszy raz ujęte w badaniu).
Poza parlamentem znalazłyby się: Polskie Stronnictwo Ludowe (3,2 proc., spadek o -2,7 punktu proc.), Sojusz Lewicy Demokratycznej (2,6 proc., spadek o -0,7 punktu proc.), NowoczesnaPL Ryszarda Petru (2,1 proc., pierwszy raz ujęta w badaniu), Korwin (2 proc., spadek o 2,2 punktu proc.), Twój Ruch (0,3 proc., wynik bez zmian), Krajowa Partia Emerytów i Rencistów (0,2 proc.), Ruch Narodowy z Unią Polityki Realnej (0,1 proc.), Partia Kobiet (0,1 proc.), Stronnictwo Demokratyczne (0,1 proc.).
Powyższy procentowy rozkład głosów uwzględnia także kategorię „inna partia”, na którą wskazało 2,2 proc. respondentów. Prezentowane wyniki preferencji wyborczych obliczono na podstawie połączonych dwóch kategorii respondentów, którzy zadeklarowali swój udział w wyborach – tych, którzy wskazali jakąś partię oraz tych, którzy jeszcze się wahają, na jakie ugrupowanie głosować (wynik imputowany**).
Frekwencja
W czerwcu 64 proc. respondentów deklaruje, że wzięłoby udział w wyborach (28 proc. zdecydowanie tak; 36 proc. raczej tak). W wyborach nie wzięłoby udziału 30 proc. respondentów (22 proc. zdecydowanie nie; 8 proc. raczej nie). 6 proc. Polaków nie jest pewnych udziału w wyborach.
Wyborcy niezdecydowani
Wśród respondentów, którzy deklarują chęć udziału w wyborach, niemal 15 proc. jest niezdecydowanych, na którą partię głosować. W porównaniu z badaniem majowym odsetek wyborców wahających się spadł w czerwcu o 4 punkty proc.
W poniższej tabeli przedstawiono wyniki preferencji wyborczych Polaków, w których w podstawie procentowania uwzględniono odsetek respondentów niezdecydowanych (14,6 proc.). W takim ujęciu najwięcej głosów otrzymałyby PiS+SP+PR (34,3 proc.) oraz PO (21,4 proc.).
Do Sejmu weszłoby jeszcze ugrupowanie Pawła Kukiza (15,1 proc.), a pod progiem znalazłyby się: Polskie Stronnictwo Ludowe (2,1 proc.), NowoczesnaPL Ryszarda Petru (1,9 proc.), Sojusz Lewicy Demokratycznej (1,8 proc.), Korwin (1,5 proc.), Twój Ruch (0,3 proc.), Krajowa Partia Emerytów i Rencistów (0,2 proc.), Ruch Narodowy z Unią Polityki Realnej (0,1 proc.), Partia Kobiet (0,1 proc.).
Preferencje wyborcze Polaków **
Czerwiec 2015
Prawo i Sprawiedliwość z Solidarną Polską i Polską Razem
34,3
Platforma Obywatelska
21,4
Ugrupowanie Pawła Kukiza
15,1
Polskie Stronnictwo Ludowe
2,1
NowoczesnaPL Ryszarda Petru
1,9
Sojusz Lewicy Demokratycznej
1,8
Korwin
1,5
Twój Ruch
0,3
Krajowa Partia Emerytów i Rencistów
0,2
Ruch Narodowy (z Unią Polityki Realnej)
0,1
Partia Kobiet
0,1
Nie wiem
14,6
Inna partia
1,6
Odmowa odpowiedzi
5
Prognoza rozkładu głosów wśród osób niezdecydowanych**
Prognozowany rozkład głosów wśród wyborców niezdecydowanych na podstawie imputacji pod względem cech społeczno-demograficznych
Prawo i Sprawiedliwość z Solidarną Polską i Polską Razem
45
Platforma Obywatelska
37,7
Polskie Stronnictwo Ludowe
5,7
Sojusz Lewicy Demokratycznej
4,1
Korwin
2,6
NowoczesnaPL Ryszarda Petru
1
Stronnictwo Demokratyczne
0,6
Inna
3,3
Prognoza rozkładu głosów wśród osób niezdecydowanych wskazuje, iż obecnie większość ich głosów otrzymałyby PiS+SP+PR (45 proc.) oraz PO (37,7 proc.). Polskie Stronnictwo Ludowe otrzymałoby 5,7 proc. głosów, Sojusz Lewicy Demokratycznej 4,1 proc., Korwin 2,6 proc., NowoczesnaPL Ryszarda Petru 1 proc., Stronnictwo Demokratyczne (0,6 proc.).
Dodatkowe informacje o badaniu
Badanie zachowań i preferencji wyborczych jest prowadzone przez instytut GfK Polonia od 2005 roku na potrzeby partii politycznych, organizacji społecznych, administracji publicznej i rządowej.* czerwcowa fala badania została przeprowadzona w dniach 11-14 czerwca 2015 r. metodą wywiadów bezpośrednich w domach respondentów w ramach badania omnibus CAPI na podstawie reprezentatywnej imiennej próby pełnoletnich Polaków wylosowanej z bazy PESEL. Osoby celowe zostały wybrane w oparciu o dwustopniowy stratyfikowany schemat losowania z całkowitą liczbą realizowanych wywiadów n=1020.
** Rozkład głosów oddanych na partie dla osób niezdecydowanych, rejestrowany w pytaniu o preferowaną partię, został zaimputowany (odtworzony) za pomocą wielomianowego modelu regresji logistycznej, oszacowanego w oparciu o szczegółowe cechy społeczno-demograficzne badanego respondenta.
Przedziały ufności
Badanie preferencji wyborczych to estymacja przedziałowa, której wynikiem nie jest ocena punktowa, czyli konkretna wartość, ale pewien przedział, do którego z określonym prawdopodobieństwem (zwykle 95 proc.) należy szacowana wartość parametru (w tym przypadku głosowanie na konkretną partię). Podstawowym pojęciem estymacji przedziałowej jest przedział ufności. Prezentowane przedziały ufności zostały obliczone w oparciu o nieparametryczną metodę estymacji bootstrap uwzględniającą dwustopniowy schemat konstrukcji próby (w przypadku złożonych schematów losowania, a takie stosuje się w tym i podobnych badaniach typu face-to-face, klasyczne metody obliczania przedziałów ufności oparte na Centralnym Twierdzeniu Granicznym byłyby niepoprawne).
Ilość replikacji została ustalona na poziomie i=1000.
Przedziały ufności dla wyników preferencji partyjnych
Ugrupowania partyjne z możliwym wynikiem powyżej progu wyborczego (czerwiec 2015)
Polnord sprzedał w pierwszej połowie 2015 r. 833 lokale, wobec 625 mieszkań sprzedanych w tym samym okresie ubiegłego roku. Tak wysoka liczba podpisanych umów plasuje Spółkę w ścisłej czołówce największych giełdowych deweloperów na rynku mieszkaniowym. Zdecydowana większość zakontraktowanych lokali pochodzi z projektów realizowanych przez Polnord w Warszawie oraz w Trójmieście.
Bardzo dobre wyniki sprzedaży Spółka zanotowała w II kwartale br., podpisując łącznie 487 umów netto, wobec 318 umów zawartych w II kw. ubiegłego roku.
Piotr Wesołowski, Prezes Zarządu Polnord SA
– Osiągnięte wyniki sprzedaży stanowią dla nas powód do satysfakcji potwierdzając zaufanie Klientów do marki Polnord oraz skuteczność przyjętej strategii działania. Tak jak zapowiadaliśmy planujemy osiągnąć w całym 2015r kontraktację na poziomie ok 1500 lokali. W tym celu do oferty są wprowadzane systematycznie nowe projekty, dopasowane do aktualnych potrzeb Klientów – mówi Piotr Wesołowski, Prezes Zarządu Polnordu.
Od początku roku deweloper wprowadził do sprzedaży kolejne budynki w ramach cieszących się dużym zainteresowaniem Klientów projektów w Warszawie (Ostoja Wilanów), Łodzi (City Park), Szczecinie (Ku Słońcu) oraz w Redzie (Aquasfera). Ponadto do oferty wprowadzona została nowa inwestycja w warszawskim Wilanowie – Brzozowy Zakątek (etap I).
W III i IV kwartale bieżącego roku Polnord planuje wprowadzić na rynek ok 1,7 tys. lokali a cała nowa oferta dewelopera w 2015 r. ma liczyć ok. 2,5 tysiąca lokali.
– Tylko w najbliższym czasie uruchomimy sprzedaż kolejnego etapu osiedla Neptun w podwarszawskich Ząbkach, Stacji Kazimierz na warszawskiej Woli a także osiedla Brama Sopocka w Gdyni i Tęczowy Las w Olsztynie – wylicza Piotr Wesołowski.
Polnord realizuje projekty deweloperskie przez spółki celowe, które zawiązuje samodzielnie lub z partnerami. Na koniec II kwartału 2015 r. deweloper był w trakcie realizacji 19 inwestycji, w Trójmieście, Redzie, Szczecinie, Olsztynie, Łodzi, Warszawie, Wrocławiu i Ząbkach, w ramach których powstanie ok. 2,7 tys. lokali.
Polnord w całym 2014 r. podpisał 1252 umowy netto, a w 2013 r. zakontraktował 1094 lokali.
A przynajmniej tak wynika z ich deklaracji – spośród 22 krajów objętych badaniem to właśnie Amerykanie, Kanadyjczycy i Brytyjczycy są najbardziej zadowoleni z ilości czasu wolnego, jakim dysponują.
Pomimo, iż Amerykanie korzystają z niewielu wolnych dni w roku, na tle innych społeczeństw ich zadowolenie z ilości czasu wolnego jest najwyższe – około siedmiu na dziesięciu (69 proc.) z nich twierdzi, że są w pełni lub raczej zadowoleni z ilości wolnego czasu, który mają. Tuż za nimi plasują się Brytyjczycy i Kanadyjczycy (po 67 proc.), Belgowie i Niemcy (po 66 proc.).
Wyniki dla wszystkich krajów łącznie pokazują, iż pomimo ogólnego narzekania na zawrotne tempo życia, niemal 58 proc. respondentów deklaruje zadowolenie, bądź umiarkowane zadowolenie, z ilości wolnego czasu, którym dysponują. W 22 krajach objętych badaniem 16 proc. obywateli jest w pełni zadowolonych z ilości wolnego czasu, którym mogą dysponować, 42 proc. jest umiarkowanie zadowolonych.
Niezadowolonych jest w sumie 18 proc. respondentów. Najniższy poziom zadowolenia z ilości czasu wolnego deklarują mieszkańcy Rosji, gdzie prawie jedna trzecia (31 proc.) jest z tej ilości zupełnie niezadowolona lub raczej niezadowolona. Kolejne miejsce w rankingu niezadowolenia zajmuje Japonia (30 proc.) oraz Brazylia (28 proc.). Łącznie 24 proc. respondentów nie ma na ten temat zdania.
Wiek nie różnicuje
Wśród wszystkich grup wiekowych najwyższy odsetek osób zadowolonych z przypadającego im wolego czasu występuje wśród osób po 60 roku życia (niemal jedna trzecia jest w pełni zadowolona, a nieco poniżej połowy respondentów jest raczej zadowolonych). Co warte podkreślenia wśród pozostałych grup wiekowych proporcje odsetków osób zadowolonych do niezadowolonych wyraźnie się nie różnicują. Poziom deklaracji umiarkowanej satysfakcji z ilości czasu wolnego waha się od 40 do 43 procent. Jedynie poziom tych najbardziej zadowolonych z ilości czasu wolnego jest zdecydowanie wyższy wśród osób najstarszych (31proc.), w stosunku do innych grup wiekowych (13-19 proc.).
Polacy w grupie niezadowolonych
Jedynie 13 proc. Polaków jest w pełni zadowolonych z ilości czasu wolnego, jakim dysponują i w tym względzie jest nam zdecydowanie bliżej do grupy społeczeństw niezadowolonych, w których odsetek respondentów o podobnych poglądach jest zbliżony lub nawet spada poniżej 10 proc. (Rosja i kraje azjatyckie).
Najbardziej zapracowaną grupą wiekową w Polsce są osoby pomiędzy 30 a 40 rokiem życia (tylko 5 proc. zadowolonych z ilości czasu wolnego).Zarówno wśród Polek, jak i wśród Polaków, występuje niemal identyczny odsetek respondentów zadowolonych z ilości czasu na odpoczynek – odpowiednio 50 i 49 proc. Natomiast jest pomiędzy nimi różnica, biorąc pod uwagę odsetki osób niezadowolonych – wśród kobiet wynosi on 26 proc., wśród mężczyzn 21 proc.
Informacje o badaniu
Interpretacja pojęcia „czasu wolnego” jest zróżnicowana w zależności od kraju, lokalnej kultury, indywidualnie. Zatem określenie „zadowolenie z ilości wolnego czasu” pozwala uzyskać porównywalne wyniki pomiędzy krajami.
Powyższe badanie przeprowadzono w czerwcu i lipcu 2014 roku w 22 krajach metodą CAWI (CAPI na Ukrainie). Wzięło w nim udział 22 tys. respondentów w wieku 15+. Kraje objęte badaniem: Argentyna, Australia, Belgia, Brazylia, Kanada, Chiny, Francja, Niemcy, Hong Kong, Włochy, Japonia, Meksyk, Polska, Rosja, Korea Południowa, Hiszpania, Szwecja, Tajwan, Turcja, Wielka Brytania, Ukraina i Stany Zjednoczone.
Narodowy Bank Polski opublikował dane o liczbie kart płatniczych po I kwartale 2015 roku. W ciągu pierwszych trzech miesięcy tego roku rynek kart skurczył się o pół miliona. Tym razem jednak za spadki odpowiadają głównie karty debetowe. Niewykluczone, że to efekt przeprowadzonych przez banki podwyżek.
Co kwartał bank centralny publikuje informacje o liczbie kart płatniczych znajdujących się w obiegu. Na koniec marca Polacy mieli w swoich portfelach 35,5 mln plastików. W porównaniu do danych opublikowanych pod koniec roku jest to spadek o 500 tys. kart. Do tej pory ze spadkami mieliśmy do czynienia głównie w segmencie kart kredytowych. Jednak tym razem ubyło przede wszystkim kart debetowych powiązanych z kontami osobistymi. Po pierwszym kwartale 2015 r. mieliśmy ich 29,3 mln, czyli mniej aż o 440 tys. w porównaniu do danych prezentowanych pod koniec grudnia 2014.
Ubyło także kart w pozostałych segmentach. Rynek kart kredytowych skurczył się o 70 tys. sztuk do poziomu 5,97 mln, a kart obciążeniowych o 4 tys. do poziomu 278 tys. W tych segmentach spadki jednak nie dziwią, bo trwają już od wielu kwartałów. Przypomnijmy, że jeszcze pod koniec 2009 roku mieliśmy w portfelach blisko 11 mln kart kredytowych. Dziś mamy ich mniej więcej tyle, ile mieliśmy w 2006 roku.
Z kolei karty obciążeniowe to już zanikający gatunek. Większość banków zmigrowała ten rodzaj plastików na zwykłe karty kredytowe. Zasadnicza różnica między tymi rodzajami kart dotyczy mechanizmu spłaty zadłużenia. W przypadku kart obciążeniowych należy spłacić całość zadłużenia w ciągu 30 dni od zakończenia cyklu rozliczeniowego. W kartach kredytowych wymagana jest tylko spłata określonej kwoty minimalnej, na przykład 5 proc.
Liczba kart debetowych po I kwartale 2015 r.
Spadek liczby kart debetowych to rzadziej obserwowane zjawisko. Karty debetowe wydawane są do rachunków osobistych, a jak wynika z raportów PRNews.pl, kont stale przybywa. Dane NBP za kolejne kwartały pokażą czy jest to jednorazowy spadek, czy początek nowego trendu. Jest bowiem wielce prawdopodobne, że to efekt przeprowadzanych przez banki w ostatnich latach podwyżek opłat za karty płatnicze.
Dziś zdecydowana większość banków wymaga od klientów, by aktywnie używali kart debetowych. W tym celu wprowadzono opłaty warunkowe. Jeśli klient nie dokona w danym miesiącu określonej liczby transakcji bezgotówkowych lub transakcji na podaną kwotę minimalną, naliczana jest kilkuzłotowa opłata za nieużywanie plastiku. Tymczasem jeszcze kilka lat temu większość banków oferowała do bezpłatnych kont karty bez dodatkowych opłat. Sprzyjało to zjawisku otwierania przez klientów rachunków drugiego wyboru, czyli kont z których korzystali sporadycznie. Dziś na skutek wysokich cen utrzymywanie kilku rachunków z aktywnymi kartami staje się nieopłacalne. Spadek liczby kart debetowych może być sygnałem świadczącym o tym, że klienci rezygnują z kart debetowych i zamykają konta. Z drugiej strony także banki czyszczą swoje bazy z martwych i nieużywanych rachunków.
Zmiany w cennikach banki wprowadziły na skutek kolejnych obniżek opłaty interchange. Jeszcze do niedawna punkty akceptujące karty płatnicze płaciły od każdej transakcji kartą prowizję na rzecz banku w wysokości średnio 1,6 proc. Dziś handlowcy płacą 0,2 proc. jeśli klient zapłaci kartą debetową i 0,3 proc. jeśli użyje karty kredytowej. Dla banków jest to spadek dochodów z tego tytułu o setki milionów złotych. Dlatego starają się zachęcić klientów do częstszego używania kart. Trzeba też pamiętać, że dla banku wydanie i wysłanie klientowi karty to dodatkowy koszt. Jeśli nie będzie jej używał, jest to wydatek ponoszony niepotrzebnie.
Wartość nominalna portfela wierzytelności nabytych przez Pragma 1 Fundusz Inwestycyjny Zamknięty Niestandaryzowany Fundusz Sekurytyzacyjny osiągnęła wartość 748,3 mln zł! Wartość nominalna portfeli wierzytelności nabytych przez fundusz Pragma 1 w samym II kwartale r. wyniosła 519,4 mln zł. Cena portfeli nabytych w tym okresie to 26,4 mln zł.
Całość portfela Funduszu stanowią – zgodnie z wieloletnią specjalizacją Pragma Inkaso – wierzytelności o charakterze gospodarczym (przede wszystkim należności nabywane od banków w stosunku do przedsiębiorców z sektora MSP), w tym należności zabezpieczone rzeczowo (głównie hipotecznie).
Wartość kontraktacji (w tys. zł)
Wyszczególnienie
II kw. 2015
Wartość nominalna nabytych portfeli
519 410*
Cena nabytych portfeli
26 437*
*w tym transakcja nabycia portfela, w której termin zapłaty ceny przypada po 30 czerwca br.
Tomasz Boduszek, Prezes Zarządu Pragma Inkaso SA
Rozwój funduszu Pragma 1 jest kluczowym elementem strategii Grupy. Zgodnie z założeniami zwiększamy swój udział w rynku windykacji biznesowych portfeli bankowych. Planujemy w tym roku osiągnąć w nim udział na poziomie przekraczającym 20% – komentuje Tomasz Boduszek, Prezes Zarządu Pragma Inkaso SA.
Strategia Grupy Kapitałowej Pragma Inkaso zakłada nabywanie wyłącznie portfeli o charakterze biznesowym. Ten segment rynku w ocenie Zarządu ma duży potencjał rozwoju z uwagi na dotychczas stosunkowo niski poziom podaży biznesowych portfeli bankowych wobec bardziej dojrzałego rynku portfeli detalicznych oraz mniejszą konkurencję.
Pragma Inkaso S.A. posiada wyjątkowe predyspozycje, by znaleźć się wśród liderów tego rynku. Wyróżnia nas wysoka specjalizacja w zakresie obrotu gospodarczego, postępowania egzekucyjnego, poszukiwania majątku, doświadczenie kadr oraz wypracowany przez lata know-how – dodaje Tomasz Boduszek.
Pragma Inkaso S.A. posiadała na dzień 30 czerwca 2015 r. 68 certyfikatów Pragma 1 FIZ Niestandaryzowanego Funduszu Sekurytyzacyjnego o łącznej wartości 24.470 tys. zł.