Jednakowa stawka diety dla kierowców międzynarodowych. Ile po zmianach wyniesie kwota wolna od pobytu za granicą?

Szykują się zmiany w kwotach wolnych od podatku dla kierowców pracujących w transporcie międzynarodowym. Oprócz standardowej kwoty wolnej wynikającej ze skali podatkowej, czyli 30 000 zł rocznie, kierowcy mogą uwzględnić w podstawie wyliczenia podatku dodatkowe kwoty związane z dietą za każdy dzień pobytu za granicą. Stawka możliwa do odliczenia wynosiła dotychczas 30 proc. wartości diety w danym kraju. Wprowadzane zmiany zrównują tę kwotę do 20 euro, niezależnie od kraju, w którym przebywa kierowca.

Obecnie stawki diety, od których można odliczyć kwotę wolną, różnią się w konkretnych państwach. Planowane są zmiany mające wprowadzić jedną stawkę dla wszystkich krajów. Przykładowo: jeśli kierowca przebywał w Niemczech, gdzie dieta wynosi 49 euro, to 30 proc. tej wartości, czyli kwota wolna, wynosi 14,70 euro za każdy dzień pobytu w tym kraju. W Czechach kwota diety wynosi 41 euro, a we Francji 50 euro. Aktualnie 30 proc. tych kwot to dla Czech 12,30 euro, a dla Francji 15 euro.

Nie wszyscy zyskają na zmianie

Planowane zmiany zrównują kwotę diety do 20 euro, niezależnie od państwa, w którym kierowca się znajduje. Oznacza to, że dla niektórych państw, jak choćby Czechy i Niemcy, kwota wolna wzrośnie. Są jednak państwa, w których kwota wolna po wyliczeniu 30 proc. wynosi więcej niż 20 euro i w tych krajach po zmianach ta kwota zmaleje – podkreśla Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w firmie inFakt.

Na przykład, w Izraelu dieta za całą dobę wynosi 70 euro, a 30 proc. tej wartości to 21 euro. Natomiast dla kierowców podróżujących do Szwajcarii, gdzie dieta za cały dzień wynosi 88 franków szwajcarskich, przeliczając tę kwotę na euro i po wyliczeniu 30 proc., otrzymamy ponad 27 euro za każdy dzień pobytu. Proponowane obecnie zmiany oznaczają zmniejszenie kwoty wolnej m.in. dla tych dwóch państw. – Warto zastanowić się, czy ustalona kwota wolna w wysokości 20 euro nie jest zbyt niska i czy nie powinna zostać podniesiona, co najmniej do 27 euro, aby pracownicy nie byli stratni w porównaniu do obecnego systemu obliczania kwoty wolnej – wskazuje Piotr Juszczyk.

Kolejna zmiana dotyczy kwoty wolnej od składek ZUS dla osób osiągających przychód większy od przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia. W przypadku pobytu za granicą kwota wolna od składek ZUS wynosiłaby 60 euro za każdy dzień pobytu. Warto również rozważyć podniesienie wartości kwoty wolnej od podatku dochodowego.

Ukłon w stronę księgowych i osób na zleceniach

Wprowadzone zmiany będą ułatwieniem przede wszystkim dla księgowych, którzy nie będą musieli weryfikować kwoty diety w różnych państwach. Nowe przepisy sprawią również, że z kwoty wolnej będzie mogło skorzystać więcej osób. Dotychczasowe zasady dotyczyły tylko kierowców międzynarodowych na umowach o pracę, a teraz skorzystają z nich także osoby na umowach zlecenie – tłumaczy Piotr Juszczyk.

Z pewnością wprowadzone zmiany ułatwią obliczenia podatkowe, jednakże sama wartość kwoty budzi wątpliwości, ponieważ w niektórych przypadkach kierowcy międzynarodowi stracą.

Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w firmie inFakt

FertigHy nowym graczem na europejskim rynku niskoemisyjnych nawozów

FertigHy wykorzysta zielony wodór w celu dekarbonizacji europejskiego sektora nawozów rolniczych. Spółka powstała jako konsorcjum z udziałem m.in. EIT InnoEnergy, RIC Energy, MAIRE, Siemens Financial Services, InVivo i HEINEKEN. Budowa pierwszego zakładu produkcyjnego o mocy ponad 1 mln ton metrycznych nawozów azotowych rocznie planowana jest w 2025 roku.

FertigHy – spółka założona przez EIT InnoEnergy, RIC Energy, MAIRE, Siemens Financial Services, InVivo i HEINEKEN – rozpoczyna pionierską transformację europejskiego sektora nawozowego. Celem FertigHy jest produkcja przystępnych cenowo i niskoemisyjnych nawozów dla europejskich rolników. To odpowiedź na europejskie i globalne wyzwania w obszarze bezpieczeństwa żywnościowego, związane m.in. z przerwanymi łańcuchami dostaw i zakłóceniami w dostawach gazu ziemnego.

FertigHy planuje realizację szeroko zakrojonych, niskoemisyjnych inwestycji nawozowych. Pierwszy zakład produkcyjny powstanie w Hiszpanii, a następne – w oparciu o podobny projekt – będą inicjowane w kolejnych europejskich krajach. Zakład będzie produkował rocznie ponad milion ton metrycznych niskoemisyjnych nawozów azotowych wyłącznie w oparciu o energię pochodzącą z odnawialnych źródeł i zielony wodór. Rozpoczęcie budowy zakładu planowane jest w 2025 roku. Na stanowisko prezesa FertigHy został powołany José Antonio de las Heras, który ma ponad 25 lat doświadczenia na menedżerskich stanowiskach w obszarze zielonego wodoru, odnawialnych źródeł energii i gazu ziemnego.

Rolnictwo odpowiada za 13 proc. emisji gazów cieplarnianych w UE. Europejscy rolnicy stosują rocznie ponad 11 mln ton nawozów azotowych (w przeliczeniu na składniki odżywcze). W ubiegłym roku Komisja Europejska określiła ten sektor jako krytyczny i  zapowiedziała wsparcie w rozwoju niskoemisyjnych nawozów. FertigHy będzie inwestować w celu dalszej dekarbonizacji europejskiego rolnictwa i całej gospodarki.

– Europa stoi przed historycznym zadaniem, jakim jest dekarbonizacja i odzyskanie pozycji w produkcji nawozów. Liczne wyzwania, przed jakimi stoimy w 2023 roku, sprawiają, że musimy tworzyć bardziej ekologiczny i samowystarczalny przemysł. Działalność FertigHy pozwoli nam stawić czoło przerwanym łańcuchom dostaw, wspierać rodzimą produkcję i zapewnić bezpieczeństwo dostaw poprzez przyśpieszenie dekarbonizacji całego łańcucha dostaw w rolnictwie – podkreśla José Antonio de las Heras, prezes FertigHy.

Rozpoczęcie działalności przez FertigHy ma związek z reakcją Komisji Europejskiej na amerykańską ustawę o zmniejszeniu inflacji (Inflation Reduction Act – IRA). Działając w Europie, FertigHy będzie odpowiadać na wyzwania stojące przed UE i dążyć do uzyskania pozycji lidera w sektorze niskoemisyjnych nawozów. Celem FertigHy jest rozszerzenie działalności na całą Europę i redukcja emisji nawet o 2 mln ton CO2 w przeliczeniu na jeden zakład rocznie.

– Cele, jakie chce osiągnąć FertigHy, są zgodne z założeniami pakietu Fit for 55, REPowerEU i Europejskim Zielonym Ładem. To pokazuje, że Europa jest zdolna do budowy konkurencyjnego, zeroemisyjnego przemysłu. Ta inwestycja, realizowana we współpracy z EGHAC, jest kolejnym wyrazem zaangażowania EIT InnoEnergy w rozwój kluczowych dla naszej przyszłości branż – dodaje Jacob Ruiter, dyrektor zarządzający European Green Hydrogen Acceleration Center.

FertigHy zostało założone przez inwestorów działających w różnych łańcuchach wartości. Pomysłodawcą spółki jest EIT InnoEnergy, będący siłą napędową w obszarze zrównoważonej energii. Działając na rzecz rozwoju FertigHy, EIT InnoEnergy będzie ściśle współpracować z European Green Hydrogen Acceleration Center (EGHAC), które wykorzysta swoje doświadczenie w budowie innowacyjnych firm przemysłowych. RIC Energy, wiodący deweloper elektrowni odnawialnych, wniesie do spółki swoją wiedzę na temat sektora fotowoltaiki i rynku energii. MAIRE wniesie swoje unikatowe doświadczenie w rozwoju projektów, jako dostawca technologii i wykonawca instalacji amoniaku i nawozów sztucznych. Siemens Financial Services, który jest udziałowcem EIT InnoEnergy od 2021 roku, dołącza do konsorcjum, aby wnieść swoje doświadczenie w finansowaniu wielkoskalowych projektów przemysłowych ukierunkowanych na zrównoważony rozwój i ułatwić dostosowanie do całego ekosystemu Grupy Siemens, oferując rozwiązania obejmujące cyfryzację zakładów, automatyzację i elektryfikację. InViVo będzie oferować skup i dystrybucję nawozów do 300 tys. rolników reprezentujących ponad 200 spółdzielni. HEINEKEN, największy europejski browar, ma na celu osiągnięcie zeroemisyjności w całym łańcuchu wartości. Realizacja tego celu wiąże się z popytem na nawozy niskoemisyjne i pozwoli zmniejszyć ślad węglowy produkcji jęczmienia i innych upraw. HEINEKEN testuje różne rozwiązania związane z dekarbonizacją na dużą skalę. To jedna z wielu inicjatyw zrównoważonego rolnictwa, której będzie pilotować.

Rosnące koszty życia paradoksalnie przyspieszają wdrożenie koncepcji zrównoważonego rozwoju

Wciąż uważamy, że zrównoważone produkty i usługi są zbyt drogie, ale mniejsza siła nabywcza złotego sprawia, że Polacy de facto realizują rozwiązania ESG wybierając wyłącznie te, które przysparzają im oszczędności. 92 proc. osób stara się nie marnować jedzenia i oszczędza wodę, 86 proc. poddaje produkty recyclingowi lub wykorzystuje je ponownie, 84 proc. chce ograniczyć emisję zanieczyszczeń, a 78 proc. respondentów raczej naprawia sprzęty domowego użytku niż wymienia je na nowe – wynika z polskiej edycji badania EY Future Consumer Index 2023.

Badanie EY Future Consumer Index 2023 pokazuje, że kwestie zrównoważonego rozwoju – w znaczącym stopniu – coraz częściej znajdują zastosowanie w polskich domach. Bez mała jedna trzecia (30 proc.) respondentów nie pije już wody butelkowanej i choć 23 proc. ograniczyło spożycie mięsa oraz produktów mlecznych to 29 proc. deklaruje, że nigdy nie planuje całkowitej rezygnacji ze spożywania tego typu jedzenia. Z kolei 24 proc. nie kupuje paczkowanej żywności, a 38 proc. zaprzestało zamawiania do domu artykułów, które są dostępne w sklepach. Aż 91 proc. ankietowanych podczas robienia zakupów korzysta natomiast z własnych toreb jednorazowego użytku, niemal tyle samo (93 proc.) stara się oszczędzać wodę i nie marnować jedzenia (92 proc.), niewiele mniej (84 proc.) chce ograniczyć emisję zanieczyszczeń, a 86 proc. poddaje produkty recyclingowi lub wykorzystuje je ponownie. Z kolei 78 proc. stara się raczej naprawiać sprzęty domowego użytku niż wymieniać je na nowe.

esg

Paradoksalnie ogromny wzrost zainteresowania kwestiami związanymi ze zrównoważonym rozwojem został wymuszony w dużej mierze przez oszczędności spowodowane rosnącymi od dawna cenami niemal wszystkich produktów i usług. Tegoroczne badanie najdobitniej ze wszystkich w jego historii obrazuje, że gros konsumentów z jednej strony deklaruje, że dbałość o środowisko naturalne jest ich priorytetem, z drugiej jednak w znikomym stopniu przekłada się to na ich zachowania zakupowe w praktyce. Ludzie niezmiennie nie chcą po prostu płacić więcej za produkty przyjazne środowisku chyba, że wiąże się to z możliwością zaoszczędzenia wydawanych przez nich pieniędzy – mówi Jarosław Wajer, Partner EY Polska, Lider Działu Energetyki w regionie CESA.

Deklaracje odmienne niż rzeczywistość

Z cyklicznego badania EY wynika, że nie tylko w czasach spowolnienia gospodarczego cena jest kluczowym kryterium zakupu, a względy środowiskowe i etyczne w momencie decyzji zakupowej schodzą na dalszy plan. Ponad połowa respondentów (60 proc) jest skłonna – co prawda – zapłacić więcej za produkt, jeśli został on wytworzony w bardziej zrównoważony sposób, ale 47 proc. tylko czasami podejmuje decyzje o zakupie w oparciu o wpływ produktu lub usługi na środowisko naturalne. Niewiele mniej (44 proc.) – z kolei – czyni tak z powodu znanych im etycznych zachowań producentów lub usługodawców.

Zdecydowana większość (82 proc.) respondentów uważa, że zakupy realizowane zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju kosztują zbyt wiele, a 65 proc. zniechęca to do nabywania tego typu produktów lub usług. 80 proc. przyznaje wprost, że podejmuje działania na rzecz środowiska głównie, gdy pozwalają im one zaoszczędzić pieniądze. Aż 86 proc. deklaruje z kolei, że w przyszłości zwróci większą uwagę na stosunek jakości do ceny. W tym samym jednak czasie, aż 83 proc. ankietowanych chce zwracać większą uwagę na wpływ społeczny tego co konsumuje, a 68 proc. utrzymuje, że zrównoważone zakupy i zachowanie to główna zasada, którą kierują się w codziennym życiu. Podobny dysonans powstaje, gdy weźmiemy pod uwagę czynniki zniechęcające konsumentów do zakupu produktów zgodnych z zasadami zrównoważonego rozwoju. Są nimi głównie niska jakość i wysoka cena. Tak wskazuje odpowiednio po 65 proc. respondentów.

esg

Kwestie zrównoważonego rozwoju obejmują też sposób w jaki się przemieszczamy. Prawie połowa uczestników badania (45 proc.) zrezygnowała z krótkich podróży samochodami, a 18 proc. z nich zadeklarowało, że zamierza tak uczynić w najbliższych trzech latach podczas, gdy co dziesiąty ma to w planach w dłuższej perspektywie czasu. 13 proc. ankietowanych w ogóle nie zamierza nigdy podejmować takiego działania. Tylko 6 proc. respondentów zastąpiło tradycyjny samochód pojazdem napędzanym energią odnawialną, ale prawie połowa (47 proc.) chce tak zrobić w następnych latach. Z kolei 16 proc. nie ma w ogóle takich planów.

Ewolucja następująca w podejściu klientów do kupowania produktów i usług powoduje, że przedsiębiorcy poddawani są konsumenckiej presji związanej z koniecznością dostosowania się do nowych trendów poprzez zmianę swoich strategii i modeli biznesowych. Z badania EY wynika, że 86 proc. nabywców oczekuje, że firmy będą liderem zmian zapewnianiającym zrównoważoną przyszłość. Tyle samo (85 proc.) twierdzi, iż wytwórcy muszą zapewnić, że ich dostawcy spełniają wysokie standardy w zakresie praktyk społecznych i środowiskowych. Jednocześnie jednak, aż 60 proc. wierzy wciąż, że produkty zostałyby zakazane, gdyby ich wpływ był negatywny dla środowiska naturalnego lub funkcjonowania społeczeństwa. 71 proc. respondentów uważa natomiast, że to konsumenci powinni stosować presję na firmy, aby wymóc osiąganie lepszych rezultatów w tym zakresie. Ponad połowa (55 proc.) z nich nie zawsze ufa bowiem – pod tym względem – firmom i konkretnym markom, niewiele mniej (45 proc.) jest zdezorientowana deklaracjami przedsiębiorców na ten temat, a aż 82 proc. potrzebuje więcej informacji, które pomogą dokonywać bardziej zrównoważonych wyborów.

esg

Rosnąca z roku na rok presja konsumencka wywierana na przedsiębiorców w kwestiach związanych z ESG zmusza ich do praktycznej realizacji koncepcji zrównoważonego rozwoju poprzez włączenie jej jako istotnego elementu realizowanej strategii oraz zespolenie z całym procesem decyzyjnym w firmach. Staje się to nieodzowne również dlatego, że w coraz większym stopniu wpływa to na ich zyskowność oraz jest coraz bardziej istotnym elementem wynagradzania pracowników – mówi Jarosław Wajer.

O badaniu
Szósta edycja polskiego badania EY Future Consumer Index 2023 została przeprowadzona w Polsce w marcu 2023 r. na próbie 1 tys. osób w wieku 18-65 lat. Swoim szerokim zasięgiem objęło ono obszar całego kraju oraz wszystkie grupy społeczne. W skali globalnej badanie to uwzględnia opinie 21 tysięcy konsumentów z 27 krajów.

Od 1 lipca zmiany dla pracowników i pracodawców zatrudniających cudzoziemców

1 lipca br. zostanie odwołany stan zagrożenia epidemicznego w Polsce. Konsekwencją prawną tego będą zmiany szeregu regulacji oraz ważności niektórych dokumentów. Dotyczą one zarówno pracowników, jak i pracodawców.

Co się zmieni?

Koniec stanu zagrożenia epidemicznego w Polsce to już fakt. Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 14 czerwca br. w tej sprawie zostało opublikowane w Dzienniku Ustaw 16 czerwca i weszło w życie z dniem ogłoszenia. Stan epidemii, a potem stan zagrożenia epidemicznego, wprowadzone w związku z zakażeniami wirusem SARS-CoV-2, wymusiły wiele zmian w działaniu firm – zrewidowanie strategii biznesowych, dostosowanie przepisów regulujących pracę w covidowej rzeczywistości czy przyspieszoną cyfryzację, która obejmuje coraz to nowe obszary naszego życia i pracy. Czy teraz czeka nas kolejna duża zmiana na rynku pracy?

Nie przewiduję, że odwołanie stanu zagrożenia epidemicznego będzie miało wpływ na gospodarkę czy rynek pracy. Natomiast pewne jest, że rynek pracy po zniesieniu zagrożenia epidemicznego nie jest już taki, jak przed pandemią. Pandemia bezpowrotnie zmieniła sposoby pracy i podniosła elastyczność (praca zdalna i hybrydowa ostatnio uprawomocnione przez legislatora w nowelizacji Kodeksu pracy). W wielu zawodach wymusiła podniesienie poziomu kompetencji cyfrowych pracowników, zarówno w sektorze prywatnym, jak i publicznym. Transformacja cyfrowa sprawiła, że wiele procesów, które wykonywane były dotąd osobiście przeniosło się do środowiska cyfrowego – cyfrowe podpisywanie umów, cyfrowe systemy pracy czy cyfrowe załatwianie spraw w urzędach, a głoszony od lat postulat redukcji papieru w biurach stał się faktem. – mówi Wojciech Ratajczyk, Wiceprezes Polskiego Forum HR, CEO agencji zatrudnienia Trenkwalder.

Chociaż odwołanie stanu zagrożenia epidemicznego możemy potraktować jako formalność, bo od wielu miesięcy polska gospodarka funkcjonuje normalnie, to nie obędzie się bez zmian. Przestanie bowiem obowiązywać szereg regulacji wprowadzonych w ramach tzw. tarczy antycovidowej – ustawy z dnia 2 marca 2020 roku o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych czy ustawy z dnia 31 marca 2020 r. o zmianie niektórych ustaw w zakresie systemu ochrony zdrowia związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19. Chociaż ustawodawca przewidział w wielu kwestiach przepisy przejściowe, które dają czas na przygotowanie się do tych zmian, pracodawcy nie powinni czekać do ostatniej chwili z ich wprowadzeniem.

Legalność pobytu i zatrudnienia cudzoziemców

Krótki termin przejściowy dotyczy zwłaszcza pracodawców zatrudniających cudzoziemców i samych cudzoziemców, których legalność pobytu i zatrudnienia była przedłużona dzięki ustawie covidowej.

Konsekwencją prawną zniesienia stanu zagrożenia epidemicznego będzie utrata ważności dokumentów legalizujących pobyt i pracę cudzoziemców, którzy dotychczas przebywali i pracowali w Polsce na podstawie tzw. ustawy covidowej. Dotyczy to zarówno pracowników z Ukrainy, którzy wjechali do Polski przed 24 lutego 2022 r., jak i pozostałych cudzoziemców spoza UE. Będą mieli tylko 30 dni na przedłużenie swojego legalnego pobytu. Natomiast pracodawcy będą mieli tylko 30 dni na przedłużenie ich pozwoleń na pracę. – zaznacza Daniel Sola, Dyrektor Projektów Międzynarodowych w agencji zatrudnienia Trenkwalder.

Zdaniem Daniela Soli, w przypadku cudzoziemców przebywających i pracujących dotychczas w Polsce na podstawie oświadczenia o powierzeniu pracy, procedura rejestracji oświadczenia w powiatowym urzędzie pracy zajmuje obecnie około tygodnia. Natomiast w przypadku zezwoleń na pracę, które rozpatrywane są przez urząd wojewódzki, termin rozpatrywania wniosków to 2-3 miesiące. Pracodawcy, którzy nie zadbali o to wcześniej, muszą się liczyć, więc z przerwą w pracy cudzoziemca, bo po upływie 30 dniowego okresu przejściowego, jeszcze przez 1-2 miesiące będą musieli poczekać na wystawienie takiego zezwolenia.

Odwołanie stanu zagrożenia epidemicznego nie zmienia natomiast nic w statusie obywateli Ukrainy, którzy wjechali do Polski po 24 lutego 2022 r. i ich pobyt został uregulowany na podstawie specustawy wojennej.

TABELA – WAŻNOŚĆ DOKUMENTÓW POBYTOWYCH CUDZOZIEMCÓW W POLSCE

Obywatele Ukrainy
  Dokumenty pobytowe skończyły się przed 24 lutego 2022 r. Dokumenty pobytowe kończące się po 24 lutego 2022 r.
Biometria 2023-07-31 – dla cudzoziemca, który skorzystał z warunkowego legalnego pobytu i złożył wniosek o zezwolenie na pobyt w przedłużonym terminie 04.03.2024
Wiza 31.07.2023
Zezwolenie na pobyt
Bez dokumentów n/d
Obywatele krajów trzecich
Biometria 2023-07-31 – dla cudzoziemca, który skorzystał z warunkowego legalnego pobytu i złożył wniosek o zezwolenie na pobyt w przedłużonym terminie
Wiza 31.07.2023
Zezwolenie na pobyt
Dokumenty legalizujące pracę, których ważność skończyła się po 14 marca 2020 r.
Oświadczenie o powierzeniu pracy 31.07.2023
Zezwolenia na pracę
Zezwolenia sezonowe
Zezwolenia na pobyt i pracę
Dokumenty legalizujące pracę na podstawie specustawy o pomocy Obywatelom Ukrainy
Powiadomienie 04.03.2024

Opracowanie – Trenkwalder

Stare/nowe obowiązki

Po odwołaniu stanu zagrożenia epidemicznego, pracownicy będą musieli udać się na badania, także te zaległe. Pracodawcy będą mieli 180 dni na skierowanie pracowników na zaległe badania okresowe i 60 dni na realizację zaległych szkoleń okresowych BHP. Wszystkie wstępne szkolenia BHP będą natomiast musiały być w formie stacjonarnej (nie dotyczy to osób przyjmowanych do pracy zdalnej na stanowiska administracyjno-biurowe).

Kolejne zmiany od 1 lipca br. to m.in.:

  • pracodawcy stracą uprawnienie do jednostronnego wysłania pracownika na zaległy urlop wypoczynkowy w wymiarze do 30 dni
  • rozpocznie swój bieg 14-dniowy termin, po upływie którego rozwiązaniu ulegną umowy wszystkich pracowników, którzy nie odebrali pism przez ostatnie 3 lata – dla pracodawców oznacza to przygotowanie świadectw pracy, zgłoszenie odpowiednich dokumentów do ZUS i wypłata ekwiwalentu za niewykorzystany urlop
  • zwalnianym pracownikom przysługiwać będą wyższe odprawy i odszkodowania – zakończenie stanu zagrożenia epidemicznego usuwa ograniczenia w ich wysokości (do tej pory wynosiły do dziesięciokrotności minimalnego wynagrodzenia za pracę)
  • pracodawcy będą zobligowani wrócić do wyższej kwoty odpisu na ZFŚS, ustalonego w układach zbiorowych pracy lub regulaminach wynagradzania (o ile została obniżona w okresie stanu zagrożenia epidemicznego, np. z powodu spadku obrotów gospodarczych firmy)

Bio Planet z kolejnymi dobrymi wynikami- informacja prasowa

Bio Planet S.A. kontynuuje dobrą passę. Lider wśród dostawców żywności ekologicznej w Polsce w maju osiągnął sprzedaż na poziomie 21,5 mln złotych, co oznacza wzrost o 34 % w stosunku do maja 2022 roku, kiedy to sprzedaż wynosiła 16,0 mln zł. Zdaniem zarządu dobre wyniki sprzedażowe są konsekwencją zarówno poszerzenia oferty sprzedażowej, wzmocnienia Departamentu Sprzedaży a przede wszystkim konsolidacji rynku. Spółka zapewnia, że posiada potencjał logistyczny i operacyjny do kontynuacji wzrostów w kolejnych miesiącach.

Dobre wyniki sprzedaży w maju są konsekwencją wielu czynników, a za najistotniejszy z nich możemy uznać udaną konsolidację rynku. Przejęcie części aktywów dwóch spółek – NaturaVena oraz Smak Natury, pozwoliło nam na poszerzenie oferty oraz dotarcie do nowych klientów. W maju nasi klienci mogli wybierać spośród 8.000 produktów, czyli około 1.000 więcej niż w maju zeszłego roku. Przygotowując nową ofertę staraliśmy się wziąć pod uwagę zmieniające się trendy i oczekiwania klientów, stąd szeroka gama produktów dedykowanych dla osób stosujących dietę keto. Warto również podkreślić, że nie sprawdziły się pesymistyczne prognozy dotyczące podaży produktów. Pomimo trwającej wojny nie mamy problemu z zaopatrywaniem się w kluczowe produkty” – mówi Sylwester Strużyna, Prezes Bio Planet S.A.

Wzrost sprzedaży jest zgodny z oczekiwaniami spółki i długoterminowymi prognozami w związku z konsolidacją rynku. W ostatnim czasie spółka podjęła działania, które odbiły się również pozytywnym echem. „Wzmocniliśmy Departament Sprzedaży, co umożliwia zapewnienie lepszej obsługi rynku. Obecnie mamy 18 handlowców w terenie w stosunku do 13 handlowców w roku poprzednim. Doskonalimy również współpracę z sieciami handlu nowoczesnego poprzez nowych kierowników ds. kluczowych klientów, co również przekłada się na dobre wyniki ostatnich miesięcy” – mówi Prezes Bio Planet S.A.

Sprzedaż narastająco po 5 miesiącach 2023 roku osiągnęła 111,5 mln złotych i jest wyższa o 25 % w stosunku do sprzedaży po pierwszych 5 miesiącach 2022 roku, która wynosiła 89,0 mln zł. Spółka liczy na kontynuację trendu wzrostowego między innymi dzięki rozwojowi usług dropshippingowych dla sklepów internetowych oraz dalszemu rozwojowi eksportu. „Do grona naszych rynków zagranicznych w ostatnim czasie dołączył Katar, mamy nadzieję na dalszy rozrój eksportu do tego i innych krajów” – podkreśla Sylwester Strużyna.

Bio Planet S.A. jest obecnie liderem wśród dostawców żywności ekologicznej w Polsce. Działalność spółki koncentruje się na konfekcjonowaniu oraz dystrybucji żywności ekologicznej. W ofercie posiada ok. 8,0 tys. indeksów sprzedażowych obejmujących produkty trwałe oraz produkty świeże. Od 2007 roku produkty Bio Planet S.A. posiadają certyfikat AGRO BIO TEST, który jest podstawą kwalifikowania żywności oferowanej przez Spółkę jako żywności ekologicznej (żywności bio).

W oczekiwaniu na dane inflacyjne

Chociaż trudno nam to sobie wyobrazić, to inflacja powoli przynosi też pozytywne niespodzianki (niestety z dalekiego rejonu). Kolejne dane z Niemiec potwierdzają, że motor napędowy UE funkcjonuje na niskich obrotach. Poranny pozytywny giełdowy sentyment nie znajduje przełożenia na rynek walutowy.

Australijska niespodzianka

W oczekiwaniu na bliższe nam geograficznie dane inflacyjne (w piątek Polska i strefa euro) możemy spojrzeć na drugą stronę globu. Australia zadziwiła dziś analityków i inwestorów. Oczekiwano spadku wskaźnika CPI (w maju wyniósł on 6,8%), ale zasięg tego ruchu był zdecydowanie większy od prognozowanego. Tym samym dynamika cen w czerwcu w ujęciu rocznym wyniosła 5,6%. Stanowi to najniższy rezultat od kwietnia 2022 roku. Tego typu niespodzianka od razu rozpaliła oczekiwania co do wstrzymania przez Bank Rezerwy Australii cyklu podwyżek stóp procentowych (posiedzenie już w przyszłym tygodniu). W tej chwili główna stopa wynosi 4,1%. Możliwa pauza w cyklu monetarnym natychmiastowo osłabiła pozycję dolara australijskiego. Kurs AUD/USD spadł do 0,663, czyli najniższych poziomów od 5 czerwca. Sytuacja ma również swoje przełożenie na parę AUD/PLN, która jest już blisko 2,70 zł. Tym samym kurs dolara australijskiego wybił ostatnie dołki i zszedł do wartości widzianych ostatnio w sierpniu 2020 roku (!).

Bez niespodzianki za Odrą

Kolejne dane zza naszej zachodniej granicy potwierdzają, że motor napędowy UE funkcjonuje (i w nadchodzących miesiącach będzie funkcjonował) na niskich obrotach. Wiemy już, że niemiecka gospodarka znajduje się w technicznej recesji (dwa spadkowe kwartały PKB z rzędu). W piątek wskaźnik wyprzedzający PMI dla przemysłu znalazł się na najniższym poziomie (41 pkt) od trzech lat. Natomiast opublikowany dziś najnowszy indeks zaufania konsumentów GfK wykazał -25,4 pkt. Tym samym po 8 miesiącach odbicia także on wraca do spadków. Coraz wyraźniej widać, że proces wychodzenia z wysokiej inflacji będzie miał swoją gospodarczą cenę. Liczni obserwatorzy wciąż wierzą, że uda się przejść suchą stopą przez ten kryzys. Niewykluczone jednak, że niezbędne będą do tego kalosze.

Niespodzianka z Portugalii?

W środowy poranek handel przebiega w mieszanych nastrojach. Już na azjatyckich giełdach było widać brak przekonania do kierunku. Świetnie poradził sobie tokijski Nikkei, który zamknął się 2% wyżej, ale za to Szanghaj zakończył notowania płasko. Otwarcie na europejskich parkietach wyglądało pozytywnie, wszystkie najważniejszy indeksy idą w górę. Do tego peletonu dołącza Warszawa, gdzie WIG20 po godz. 10 zyskuje 1%. O wiele gorsze humory mają za to inwestorzy na rynku ropy, gdzie cena baryłki Brent nie może odejść od dwutygodniowych dołków przy 72,5$. Brak zdecydowania wyraźnie widać w wielu miejscach FX, na czele z główną parą walutową. Kurs EUR/USD trwa w konsolidacji przy 1.095$. Coraz trudniej wykrzesać pozytywny impuls złotemu. Kurs euro znajduje się blisko 4,45 zł, a kurs dolara nie odchodzi daleko od 4,06 zł. Zmienność mogą dziś jeszcze przynieść bankierzy centralni, którzy spotykają się w portugalskiej Sintrze.

Adam Fuchs – analityk walutowy InternetowyKantor.pl

Branża hotelarska odrobiła większość pandemicznych strat. Boryka się jednak z rosnącymi kosztami

W 2022 roku o 1,3% r/r wzrosła liczba obiektów hotelowych w największych polskich miastach i głównych rejonach turystycznych. Wynik był też o 5,4% lepszy w porównaniu z przedpandemicznym rokiem 2019, pokazuje coroczny raport Emmerson Evaluation – „Rynek hoteli i condohoteli w Polsce”. Branża hotelarska zdołała już odrobić większość start z czasów koronawirusa, ale ma nowe wyzwania na horyzoncie – mniejszą liczbę zagranicznych turystów, brak finansowania na rozwój oraz przede wszystkim duże koszty utrzymania, które „zjadają” ich rentowność oraz podwyższają cenę pobytu dla gości.

Ostatnie 3 lata stanowiły wyzwanie dla polskiego rynku hotelarskiego. Na początku 2022 roku obowiązywały jeszcze restrykcje nałożone z uwagi na pandemię Covid-19, niedługo potem wybuchła wojna w Ukrainie i rozpędziła się inflacja. Mimo to rok 2022, w porównaniu z 2021, był lepszy dla polskiego hotelarstwa, a uzyskane wskaźniki w większości analizowanych lokalizacji były zbliżone do tych z przedpandemicznego 2019 roku.

Przez pierwsze miesiące 2022 roku hotele w największych miastach Polski odnotowywały wysokie obłożenie ze względu na wybuch wojny w Ukrainie. Okres wakacyjny również był pracowity dla rynku hotelowego, w związku z dużą liczbą turystów korzystających z urlopu w ojczyźnie. Drugie półrocze minionego roku przyniosło dobre wyniki ze względu na zwiększoną liczbę spotkań biznesowych. Należy jednak pamiętać o wyższych kosztach ponoszonych przez hotelarzy, będących wynikiem wysokiej inflacji, które obniżały ich realne zyski. Nie tylko istniejące obiekty, ale również nowe inwestycje sektora hotelowego doświadczają trudności. Rosnące koszty budowy oraz problemy w pozyskaniu finansowania bankowego sprawiły, że duża liczba projektów pozostaje wstrzymana – wskazuje Robert Korczyński, członek Zarządu Emmerson Evaluation.

Zgodnie z danymi GUS przeanalizowanymi w raporcie Emmerson Evaluation, w lipcu 2022 roku w Polsce funkcjonowało 2 569 obiektów hotelowych, co stanowi wzrost o 1,9% w porównaniu do analogicznego okresu w 2021 roku. W tym czasie największy wzrost liczby hoteli odnotowano w województwie: wielkopolskim (5,4%), łódzkim (4,9%) i w zachodniopomorskim (3,8%). Przyrost w wysokości od 0,8% do 3,6% wystąpił w województwie: lubelskim, dolnośląskim, podlaskim, świętokrzyskim, małopolskim, kujawsko-pomorskim, śląskim i mazowieckim. Spadek liczby hoteli zanotowano w województwach: opolskim (-5,6%), lubuskim (-3,2%), warmińsko-mazurskim (-2,7%) i pomorskim (-0,9%). Na przestrzeni analizowanego roku liczba hoteli nie uległa zmianie w województwie podkarpackim.Branża hotelarska

Rynek odradza się nierównomiernie

W swoim raporcie Emmerson Evaluation dokonuje też szczegółowej analizy rynków hotelarskich w największych polskich miastach i rejonach turystycznych na podstawie danych gromadzony w bazie Evaluer. W tym ujęciu najwyższy wzrost liczby obiektów hotelowych w całym 2022 roku nastąpił w Łodzi (5,6% r/r), Szczecinie (4,2% r/r) i Poznaniu (3,1% r/r). Przybyło ich też w Trójmieście, miejscowościach zaliczanych do grupy pasa górskiego (Zakopane, Karpacz, Beskidy – Wisła, Szczyrk, Ustroń), Wrocławiu i Warszawie (na poziomie między 1-1,7%). W Krakowie, Katowicach oraz miejscowościach z pasa nadmorskiego (Kołobrzeg, Świnoujście, Płw. Helski – Chałupy, Jastarnia, Jurata) liczba hoteli pozostała na niezmienionym poziomie. W stolicy małopolski zaszły zmiany w strukturze podaży – zamknęły się m.in. dwa 3-gwiazdkowe hotele, ale w ich miejsce pojawiły się inne, o wyższym standardzie, w tym dwa 5-gwiazdkowe.

zmiana liczby hoteli

W analizowanych w raporcie głównych rynkach hotelarskich w 2022 roku eksperci Emmerson Evaluation odnotowali wzrost liczby obiektów hotelowych o 1,3% względem 2021 roku i o 5,4% porównując do przedpandemicznego roku 2019. Zestawienie z ostatnim rokiem przed koronawirusem, pokazuje zwiększenie podaży hoteli w minionym roku w: Szczecinie (19%), pasie nadmorskim (13,2%), Warszawie (8,9%), Łodzi (8,6%), Wrocławiu (5,8%), pasie górskim (4,5%), Katowicach (4,3%), Krakowie (3,7%), Trójmieście (3,1%). Branża nie zdołała się jeszcze w pełni odbudować jedynie w Poznaniu (-1,5%).

W gronie najważniejszych lokalizacji dla rynku hotelowego największy stopień wykorzystania pokoi hotelowych w 2022 roku osiągnęły: Warszawa (53,9%), Kraków (46,8%) i Trójmiasto (46,3%). Porównując wielkość obłożenia w 2022 roku do roku 2021, największy wzrost wystąpił w stolicach województwa mazowieckiego (+23,4 p.p), małopolskiego (+17,1 p.p) oraz łódzkiego (+14,1 p.p). Z kolei najniższy odnotowano w Szczecinie (+7,9 p.p.). W zestawieniu 2022 roku z 2019 roku tylko Łódź i Warszawa wygenerowały wzrost. Najdalej od osiągnięcia lepszych wyników był Kraków i Katowice. Uzyskany w minionym roku poziom obłożenia w tych miastach był niższy względem 2019 o odpowiednio 7,1 p.p i 6,5 p.p.

Wojna odstrasza zagranicznych gości

Według danych GUS, przywołanych w raporcie Emmerson Evaluation, w całym 2022 roku z turystycznych obiektów noclegowych skorzystało 34,2 mln turystów. Wynik ten jest wyższy o 54,3%, niż w roku 2021, jednak nadal o 4% niższy niż w roku 2019. W minionym roku udzielono prawie 90 mln noclegów, czyli o 43,2% więcej niż w roku poprzednim i o 3,6% mniej, niż w 2019. W porównaniu z analogicznym okresem w 2021 roku zwiększył się również stopień wykorzystania miejsc noclegowych – z 32,3% do 40,4%. Duży wzrost tych wartości wynika między innymi z faktu, że w roku 2022 pandemiczne obostrzenia dotyczące limitu osób w obiektach hotelowych po pierwszych dwóch miesiącach zostały zniesione. Wpływ na ten wynik miał również wybuch wojny w Ukrainie. Przez pierwsze miesiące konfliktu uchodźcy w dużej mierze nocowali właśnie w hotelach, wskazują autorzy raportu.

Jak podaje GUS, w 2022 roku z hoteli skorzystało 23 780 177 osób. 79,7% tej grupy stanowią turyści z Polski, natomiast 20,3% – z zagranicy. Łącznie liczba gości wzrosła o 65,6% w porównaniu do roku 2021. Liczba osób korzystających z hoteli w zeszłym roku była również wyższa względem 2019 roku (o 1,1%). Wciąż jednak nie odbudował się popyt ze strony zagranicznych turystów. Zestawiając liczbę obywateli innych krajów korzystających z hoteli w 2022 roku do wyników z 2019 roku nadal widoczny jest spadek (-19,8%). Mniejsza liczba turystów zagranicznych wynika z postrzegania Polski jako kraju o zagrożonym bezpieczeństwie ze względu na sąsiedztwo Ukrainy, gdzie toczą się działania wojenne. Liczba ta mogłaby być jeszcze niższa, gdyby nie uchodźcy, którzy w pierwszych miesiącach konfliktu licznie korzystali z hoteli, wskazują autorzy raportu.Wojna odstrasza zagranicznych gości

W hotelach większy ruch, ale niekoniecznie zyski

Sytuację na rynku hotelowym dobrze odzwierciedla też wskaźnik RevPAR szacujący przychód z jednego pokoju. Najwyższą jego wartość w 2022 roku charakteryzowała Warszawę i wyniosła 278 zł. Wynik ten jest wyższy o 84,3% od tego z 2021 roku (151 zł), wskazują eksperci Emmerson Evaluation. Drugie miejsce zajęło Trójmiasto, w którym wskaźnik RevPAR wyniósł 263 zł. Na kolejnych pozycjach uplasował się Kraków z kwotą 177zł, Wrocław z wynikiem 176 zł i Poznań z 161 zł. Najwyższy przyrost wskaźnika RevPAR (o 102,3%) w porównaniu do 2021 roku wypracował Kraków. Nadal był on jednak niższy (o 25,8%) niż przed pandemią. Stolica Małopolski przed pojawieniem się COVID-19 była destynacją najczęściej odwiedzaną przez turystów zagranicznych. Trudności w odbudowywaniu się krakowskiego rynku hotelowego wynikają przede wszystkim z obaw dotyczących odwiedzin tej części Polski, związanych z bliskością pogrążonej w wojnie Ukrainy.

Ruch w 2022 roku generowany był przede wszystkim przez polskich turystów wypoczywających z rodzinami. Pod względem przychodów zeszły rok był najlepszy od wielu lat i spora część hoteli osiągnęła wyższe wyniki niż przed pandemią. Biorąc pod uwagę obłożenie, hotele zamknęły rok 2022 na poziomie zbliżonym do 2019 roku. Popyt na usługi hotelowe nadal jest wysoki, jednak rosnące koszty budowy i niepewne zyski skutecznie blokują hotelarzy przed podejmowaniem decyzji o realizacji nowych obiektów.

Pierwsze miesiące 2023 roku napawają entuzjazmem patrząc zarówno na dane dotyczące obłożenia, jak i średnich przychodów z jednego pokoju. Wzrost cen noclegów nie jest jednak równoznaczny z wyższymi zyskami w branży. Hotele nadal nie osiągnęły marż sprzed pandemii. Podwyżka cen za pobyty jest ściśle związana z rosnącymi kosztami działalności. Wzrosty widoczne są tylko w ujęciu nominalnym. Po uwzględnieniu kosztów i inflacji wyniki nadal są niższe niż te osiągane przed pojawienia się koronawirusa, a więc rentowność branży spada – zauważa ekspert Emmerson Evalaution.

Przed hotelarzami dużo wyzwań

W przyszłość hotelarze patrzą z delikatnym optymizmem. Hotelarstwo oswoiło się już faktem trwania wojny w Ukrainie i zdobyło cenne doświadczenie z zakresu zarządzania w trudnych warunkach. Hotelarze nauczyli się dobrze kontrolować koszty.

W 2023 roku koszt pobytu w hotelach będzie droższy, czego skutkiem będzie skracanie wyjazdów i rezerwowanie ich na ostatnią chwilę. Konieczność podnoszenia cen przez hotelarzy wynika z rosnących wynagrodzeń pracowników oraz kosztów utrzymania obiektu. W związku z tym sukces odniosą tylko ci, którzy trafnie pokierują strukturą przychodów i kosztów. Jak do tej pory hotelarze przenoszą rosnące wydatki na klientów, podwyższając stale ceny pobytów. Nie można spodziewać się jednak, że coraz wyższe koszty noclegów będą stale akceptowalne przez turystów – podkreśla Robert Korczyński.

Jak wskazują autorzy raportu, obecny rok będzie nadal niestabilny dla rynku hotelowego – przede wszystkim przez wysoki poziom inflacji, coraz wyższe koszty utrzymania oraz toczącą się za wschodnią granicą wojnę. Będzie również znacznie mniej otwarć hoteli. Wyraźnie widać wstrzymanie planowania nowych projektów, co może być związane z trudnościami z finansowaniem oraz obawami jakie generują wysokie koszty budowy i zarządzania, a także niestabilna sytuacja gospodarcza. Branża hotelarska nadal wyczekuje na zwiększone możliwości finansowania w bankach.

Raport „Rynek hoteli i condohoteli w Polsce”:

https://www.emmerson-evaluation.pl/wp-content/uploads/2023/06/raport-rynek-hoteli-oraz-condohoteli-w-polsce-2023.pdf?fid=1055.

Polscy inwestorzy indywidualni bardziej boją się recesji niż inflacji

  • Polscy inwestorzy indywidualni mniej obawiają się inflacji, ale strach przed recesją znacznie wzrósł w ostatnim kwartale
  • Przewidują, że stabilna hossa rozpocznie się w pierwszej połowie 2024 r.
  • Do końca roku będą skupieni na sektorze technologicznym, a najmniej atrakcyjnymi sektorami będą dobra konsumpcyjne i komunikacja

Polscy inwestorzy indywidualni zdecydowanie mniej obawiają się inflacji, ale strach przed recesją znacznie wzrósł w ciągu ostatniego kwartału – wynika z najnowszych danych z kwartalnego badania Puls Inwestora Indywidualnego platformy inwestycyjnej eToro, obejmującego odpowiedzi 10 000 inwestorów indywidualnych z 13 krajów.

Liczby mówią, że w ciągu zaledwie jednego kwartału, odsetek inwestorów uważających inflację za największe ryzyko zewnętrzne spadł z 27 proc. do zaledwie 7 proc. Jest to znacząca zmiana sentymentu i możliwy dowód na to, że na tym etapie, polscy inwestorzy zdążyli przyzwyczaić się do wroga. Co zaskakujące, w ujęciu kwartał do kwartału spadły obawy o wpływ konfliktów międzynarodowych (z 22 proc. do 7 proc.), a także obawy o stan globalnej gospodarki (z 14 proc. do 8 proc.).

Co istotne, odsetek inwestorów obawiających się o stan polskiej gospodarki wzrósł z 8 proc. do aż 36 proc. Może to być spowodowane ogólnym sceptycyzmem wobec polityki NBP i RPP, a także obecną niestabilnością rządu, w tym zbliżającymi się wyborami, co potwierdza, że Polacy bardziej obawiają się recesji niż inflacji.

Komentując dane, Paweł Majtkowski, analityk rynków eToro, powiedział: Wyraźnie widać, że inwestorzy obecnie najbardziej boją się recesji. I to właśnie osłabienie gospodarcze w Polsce i na świecie może w najwyższym stopniu wpłynąć na ich portfele inwestycyjne w najbliższych miesiącach. Znacznie spadła natomiast obawa dotycząca inflacji, mimo faktu, że ta cały czas utrzymuje się na poziomie 13 proc. Jednak inwestorzy widzą, że od jej spadku nie ma już odwrotu i w ciągu kilku miesięcy osiągnie jednocyfrowy poziom. Coraz bardziej powszednieje nam wojna, która trwa już prawie 1,5 roku, dlatego spada obawa dotycząca międzynarodowego konfliktu.

Większość polskich inwestorów indywidualni postrzega ostatnie wzrosty na rynkach akcji jako falstart, a tylko jeden na dziesięciu (8 proc.) uważa, że weszliśmy w nową hossę. Jednak 23 proc. uważa, że dotrze ona do nas do końca roku, a 24 proc. podejrzewa, że hossa może rozpocząć się wraz z początkiem 2024 roku.

Ustalenia te wynikają z niedawnej dynamiki na rynkach akcji, napędzanej głównie przez zainteresowanie sztuczną inteligencją i ożywienie w szerszym sektorze technologicznym. Pomimo wzrostów, inwestorzy indywidualni są jednak bardziej ostrożni i mniej optymistyczni niż trzy miesiące temu, co może być wynikiem dużej zmienności.

Wskaźniki zaufania Pulsu Inwestora Indywidualnego wskazują, że 74 proc. Polaków nadal czuje się pewnie w kwestii bezpieczeństwa pracy (75 proc. w 1. kwartale 2023 r.), a 70 proc. pozostało optymistycznie nastawionych do swoich inwestycji, w porównaniu do 76 proc. w 1. kwartale 2023 r. Nastroje dotyczące szerszej perspektywy uległy niewielkiej zmianie – odsetek inwestorów czujących się stabilnie w odniesieniu do polskiej gospodarki spadł z 49 proc. w ubiegłym kwartale do 40 proc. obecnie, a 38 proc. czuje się stabilnie w kwestii do gospodarki światowej, w porównaniu do 51 proc. w ostatnim kwartale. Spadek może być spowodowany ograniczonym zaufaniem do FED po ostatnich decyzjach.

Chociaż nastroje spadły, wielu respondentów badania eToro nadal inwestuje na rynkach. Dane pokazują, że 40 proc. respondentów zwiększyło kwotę pieniędzy w swoim portfelu inwestycyjnym, podczas gdy tylko 10 proc. zdecydowało się ją zmniejszyć. Co więcej, w ciągu najbliższych 3 miesięcy 38 proc. planuje zwiększyć kwotę pieniędzy, którą regularnie wpłaca do swojego portfela, podczas gdy tylko 8 proc. zamierza zmniejszyć swoje wpłaty. Ponad połowa polskich respondentów zamierza pozostać przy tej samej kwocie (54 proc.).

Polscy inwestorzy indywidualni są również optymistycznie nastawieni do niektórych sektorów, z technologią na czele. Na pytanie, w którym sektorze najprawdopodobniej zwiększą swoje inwestycje do końca 2023 r., 16 proc. wskazało technologię, a 14 proc. wybrało sektor sztucznej inteligencji. Około 18 proc. rozważa wzrost inwestycji w nieruchomości, 15 proc. – usługi finansowe, a 14 proc. – energetykę. Najmniej atrakcyjne dla inwestorów sektory to podstawowe dobra konsumpcyjne (2 proc.) i komunikacja (2 proc.).

Paweł Majtkowski, analityk rynków eToro, dodaje: Polscy inwestorzy mocno wspierają spółki technologiczne, tak było w latach poprzednich, tak jest i teraz. Dzięki temu nie ominęła ich wieloletnia hossa na tych spółkach. Mocno wierzymy także w AI, co dało naszym inwestorom znaczne zyski w tym roku. Jednak widzimy także odwrotne podejście, skupiające się na spółkach z rynku nieruchomości, finansowych i energetycznych, które w tym roku radziły sobie najgorzej. Jeśli sytuacja gospodarcza pozostanie odporna i nie pojawi się recesja, a wkrótce pojawią się pierwsze obniżki stóp, taka strategia także może przynieść zyski.

Rynek medycyny prywatnej będzie rósł, ceny usług również

“Wydatki na prywatną opiekę medyczną będą przyrastały o ponad 10-15% rocznie w ciągu najbliższych 4 lat z uwagi na niewystarczające finansowanie publiczne oraz to, że niższą jakość usług publicznych napędzają prywatne wydatki na opiekę zdrowotną w Polsce. Ekspansja prywatnych sieci przychodni doprowadziła do szybkiego wzrostu wydatków „pośrednich”, czyli głównie produktów firm abonamentowych i w mniejszym stopniu ubezpieczeń medycznych. Nawet jeżeli niewielka część społeczeństwa ma dostęp do abonamentów medycznych i prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych to pacjenci wydają ponad 20 mld złotych rocznie na prywatną opiekę opłacaną per usługa” – mówi Arkadiusz Kramza, partner PwC Polska.

Rynek medycyny prywatnej będzie rósł dzięki trzem fundamentalnym czynnikom. Ceny usług wzrosną o 11-13% z uwagi na to, że inflacja medyczna jest wysoka i łatwo transferowalna na klienta poprzez zapisy w umowach o wzroście opłaty zgodnie ze wzrostem przeciętnych wynagrodzeń w gospodarce w sektorze ochrona zdrowia i pomoc społeczna. Dane za 2021 rok pokazują zwyżkę o 17,2%, a w 2023 roku inflacja ma osiągnąć swój szczyt i ma zacząć spadać. Jednakże ze względu na wysoki popyt i ograniczoną podaż specjalistów inflacja “medyczna” będzie o około 5% powyżej przeciętnej inflacji. Baza klientów wzrośnie o 5-7%. Dla porównania wzrost liczby klientów w latach 2016-20 wyniósł blisko 10%.

W 2016 roku 6% badanych przez GUS deklarowało nabycie abonamentu lub ubezpieczenia medycznego, z czego blisko 50% przełożyło się na nabycia i wygenerowało 10% wzrost rok do roku.

W 2020 r. deklarowane potencjalne nabycia abonamentu lub ubezpieczenia medycznego wzrosło z 6% do 8,2%, co przy założeniu spadku konwersji do 30% przełoży się na średnioroczny wzrost liczby klientów na poziomie 6,1% rok do roku. Jednocześnie można spodziewać się nowych produktów, generujących na rynku nowe strumienie przychodów dokładając dodatkowo 1-3% wzrostu. Gracze mocno inwestują w rozszerzenie oferty w zakresie ubezpieczeń szpitalnych, ubezpieczeń komplementarnych, finansowania leków.

“Około 70% firm nie kupuje opieki zdrowotnej dla swoich pracowników. Brak zainteresowania pracowników wynika z tego, że będą musieli to finansować lub dofinansować we własnym zakresie. Obecnie 47% badanych firm nie partycypuje w kosztach świadczeń zdrowotnych, a dla 19% respondentów programy te są współfinansowane – pracodawcy płacą około połowy ceny. Pod względem formy świadczenia (abonament medyczny wobec ubezpieczenie zdrowotne) nie ma silnej preferencji – rodzaj produktu nie ma dużego znaczenia dla firm. Chcą po prostu dobrej opieki dla pracowników” – mówi Michał Dubno, dyrektor PwC Polska.

W specjalizacjach dziecięcych w 2022 roku było tylko 695 miejsc rezydenckich. Dzieci w Polsce (7 mln osób) to 18% populacji. Dodatkowo rodzice chcą otoczyć dzieci jak najlepszą opieką i często odwiedzają pediatrów czy specjalistów dziecięcych. Pomimo tego jedynie 695 miejsc rezydenckich to specjalizacje dziecięce (11,1%). Do tego dochodzą lekarze rodzinni (570 rezydentur), którzy dzielą swój czas między dorosłych i dzieci. Spojrzenie na specjalistkę dziecięcą po wyłączeniu lekarzy rodzinnych i pediatrów jest jeszcze bardziej niepokojące, bo to tylko 316 miejsc. Co roku wchodzi na rynek 2,5 tysiąca pielęgniarek – cztery razy mniej niż 20 lat temu. Do czasu wejścia Polski do Unii Europejskiej, pielęgniarki były kształcone na poziomie szkoły średniej. Co roku wchodziło do zawodu około 10 tysięcy pielęgniarek, obecnie, od wejścia do UE w Polsce kształci się około 2,5 tysiąca pielęgniarek rocznie.

Brak personelu wymaga inwestycji w rozwiązania informatyczne poprawiające efektywność ich pracy. Wsparcie w zakresie umawiania się do lekarzy można osiągnąć poprzez integrację placówek współpracujących z ubezpieczycielami, szerokie informacje na temat lekarzy ich specjalizacji doświadczenia i specyfiki wykonywanych zabiegów oraz możliwość oceny jakości pracy lekarza – rankingi itp. Dzięki modelom koordynującym pacjentów ograniczymy niepotrzebne wizyty – pacjent trafia od razu do właściwego specjalisty medycznego (m.in. pielęgniarka, fizjoterapeuta, internista, lekarz specjalista), pacjent przyjdzie na wizytę z wykonanymi badaniami a tzw. symptom checker – pozwoli ocenić symptomy choroby i zadecydować o dalszych krokach.

W jaki sposób szybko zlokalizować telefon?

Możliwość zlokalizowania smartfona lub innego urządzenia mobilnego jest nieoceniona w wielu momentach. Nieważne, czy sprzęt zostanie zgubiony lub skradziony – możesz spróbować go namierzyć. Taki zabieg sprawdza się także w biznesie – m.in. umożliwia większą kontrolę nad telefonami służbowymi. Sprawdź, jak zlokalizować dowolne urządzenie mobilne należące do Twojej firmy.

Jak zlokalizować telefon służbowy?

Szukasz sposobu, aby szybko i łatwo namierzyć konkretny telefon służbowy lub inny sprzęt wyposażony w kartę SIM? Lokalizacja urządzeń mobilnych w firmie staje się prostsza z usługą dla biznesu dostępną w Plusie. Bez względu na to, ile osób zatrudniasz oraz ile urządzeń służbowych znajduje się w zasobach firmy – możesz śledzić dowolną liczbę kart SIM, pod warunkiem, że Twój numer jest w sieci Plus.

Sprawdź zatem, jak działa Usługa Lokalizacji Urządzeń Mobilnych w praktyce. Dostęp do wszystkich funkcji otrzymujesz z poziomu przeglądarki internetowej – warunkiem jest aktywne połączenie z Internetem.

Jakie funkcje oferuje usługa Lokalizacji Urządzeń Mobilnych?

Usługa Lokalizacji Urządzeń Mobilnych ma szereg bardzo praktycznych funkcjonalności. Oczywiście kluczową z nich jest ustalanie położenia smartfonów i pozostałych urządzeń wyposażonych w kartę SIM – co za tym idzie możesz poznać lokalizację swoich pracowników oraz zasobów firmowych. Możesz również definiować częstotliwość sprawdzania lokalizacji urządzeń w zależności od Twoich potrzeb.

Z poziomu usługi możesz zdefiniować obszary lokalizacji, zdarzenia lokalizacyjne oraz odbiorców ich powiadomień. W praktyce oznacza to, że jeśli dany pracownik opuści wyznaczoną strefę pracy, to otrzymujesz powiadomienie w postaci SMS-a wysłanego na Twój smartfon. Jednocześnie sam możesz wysyłać bezpłatne wiadomości SMS na monitorowane urządzenia. Bardzo praktyczna jest również funkcja raportowania, która zawiera historię położeń i zdarzeń każdego ze sprzętów.

Zastosowanie usługi Lokalizacji Urządzeń Mobilnych sprawdza się również pod kątem monitorowania czasu pracy Twojego zespołu. Jak to działa w praktyce? W ten sposób monitorujesz nie tylko aktualne położenie Urządzenia Mobilnego, ale sprawdzasz, czy pracownik wykonywał swoje obowiązki w godzinach pracy. 

W jakiej branży lokalizacja smartfonów i tabletów będzie bezcenna?

Zastanawiasz się czy w Twoim biznesie sprawdzi się usługa Lokalizacji Urządzeń Mobilnych od sieci Plus? Jej korzyści zauważysz na wielu płaszczyznach. W końcu nie tylko ustalasz aktualne położenie swoich pracowników, ale również dbasz o bezpieczeństwo zasobów firmy oraz bezpieczeństwo samych pracowników. Usługę warto wdrożyć w takich branżach jak handel oraz transport i logistyka. Zyskaj kontrolę nad aktualnym położeniem swoich pracowników czy firmowych dostaw oraz pojazdów. Dodatkowo możesz monitorować czas pracy np. przedstawicieli handlowych z każdej branży m.in. medycyny oraz szeroko rozumianych usług. Jest to również praktyczne rozwiązanie w przypadku weryfikowania czasu oraz miejsca pracy zdalnych współpracowników.

Bain & Co.: W kryzysie na rynku towarów luksusowych najmocniej rośnie sprzedaż zegarków i biżuterii

Po rekordowym 2022 roku rynek osobistych dóbr luksusowych utrzymał wysoką dynamikę sprzedaży, odnotowując 9-11 proc. wzrost w I kwartale tego roku, wynika z raportu firmy doradczej Bain & Company. Zegarki i biżuteria zajęły pierwsze miejsca na liście najlepiej sprzedających się produktów. Nadzieje dalszych wzrostów rynek wiąże ze zwiększeniem ruchu turystycznego i zniesieniem restrykcji pandemicznych w Chinach.

Mimo niepewnego otoczenia ekonomicznego rynek dóbr luksusowych wzrósł w 2022 roku o 19 proc. i osiągnął wartość 345 mld euro. Wzrost w pierwszych miesiącach tego roku związany jest głównie ze stopniowym ograniczaniem tempa inflacji, poprawą nastrojów konsumenckich w Europie, zniesieniem restrykcji covidowych w Chinach, a także rosnącym ruchem turystycznym w regionie Azji Południowo-Wschodniej i Japonii.

W całym 2023 roku analitycy Bain & Company i mediolańskiej Fondazione Altagamma, monitorującej rynek luksusowej odzieży, biżuterii i kosmetyków, prognozują wzrost sprzedaży o 5-12 proc. do 360-380 mld euro. Analitycy podtrzymali wcześniejszą prognozę wartości rynku na poziomie 530-570 mld euro w 2030 roku, co oznacza ponad dwukrotny wzrost w ciągu tej dekady.

Scenariusze dla rynku w 2023 roku zależą przede wszystkim od rozwoju sytuacji w Chinach mówi Katarzyna Wal, starszy menadżer w Bain & Company. Zniesienie obostrzeń covidowych i ograniczeń dla podróżujących będzie miało ogromne znaczenie lokalnie – po długim okresie zakupowej posuchy, mieszkańcy Państwa Środka są gotowi na „luksusową wiosnę”. Doprowadzi to do wzrostu sprzedaży również w Europie – tutejszy rynek dóbr luksusowych jest w dużej mierze zależny od turystów z Azji, którzy podczas wojaży zaopatrują się w towary topowych marek.

Większa ostrożność w decyzjach zakupowych widoczna jest jednak w USA, gdzie z powodu obaw o rozwój sytuacji gospodarczej część klientów ogranicza wydatki na towary luksusowe lub dokonuje zakupów za granicą z powodu pogłębiających się różnic cenowych.

Niepewność otoczenia ekonomicznego przekłada się również na wybory konsumenckie. Najlepsze wyniki sprzedaży osiągnęły w tym roku kategorie zegarków i biżuterii – klienci kupują mniej, ale produkty o większej wartości. Liderami wzrostów są ikoniczne marki z kategorii superluksusowych („uber-lux”). Również torebki najbardziej znanych marek nieustająco postrzegane są jako dobra lokata kapitału.

Według najnowszych danych największe luksusowe marki biżuteryjne jak Cartier czy Tiffany osiągnęły około 20% wzrost sprzedaży w ujęciu rocznym mówi Katarzyna Wal Z kolei niekwestionowanym liderem w sprzedaży zegarków pozostaje Rolex, który przygotowuje się do otwarcia trzech tymczasowych fabryk w szwajcarskim kantonie Fryburg jako odpowiedz na niesłabnący popyt na swoje luksusowe produkty.

Sprzedaż butów rośnie najszybciej w Azji, natomiast w sektorze beauty najszybciej rozwija się rynek perfum wsparty stopniowym powrotem wolumenów sprzedaży w segmencie duty-free oraz rosnącym znaczeniem marek niszowych.

Wśród wyzwań na przyszłość autorzy raportu wymieniają rosnącą presję na producentów i detalistów dóbr luksusowych związaną z dekarbonizacją łańcucha dostaw. Na rynek mają również wpływ przełomowe innowacje technologiczne. Zdaniem analityków Bain & Company generatywna sztuczna inteligencja zmieni wszystkie etapy tworzenia i dystrybucji dóbr luksusowych, podobnie jak dzieje się to w innych dziedzinach gospodarki.

Dobrą kondycję i nieustające dwucyfrowe wzrosty, osiągane mimo zawirowań ekonomicznych i geopolitycznych, producenci dóbr luksusowych zawdzięczają umiejętności dostosowania się do potrzeb i oczekiwań społecznych dodaje Katarzyna Wal. Dzięki temu nie tylko poszerzają bazę klientów o niezwykle aktywnych i perspektywicznych klientów z młodszego pokolenia, ale też rozwijają się, integrując tradycyjne i online’owe kanały sprzedaży. Przykładem jest LVMH, który niedawno rozpoczął współpracę z Epic Games (twórca Fortnite). Tempo rozwoju tego rynku w przyszłości będzie zależało też od tego, jak marki zmierzą się z rosnącymi wymogami zrównoważonego rozwoju i wdrażaniem nowych rozwiązań technologicznych.

Raport nt. rynku dóbr luksusowych dostępny jest na stronie:

https://www.bain.com/about/media-center/press-releases/2023/global-luxury-goods-market-accelerated-after-record-2022-and-is-set-for-further-growth–despite-slowing-momentum-on-economic-warning-signs/

Metanol i generatory metanolowe jako Klucz do Zielonej Przebudowy

Ponieważ świat zmaga się z realiami zmian klimatu, przejście na zielone źródła energii jest bardziej konieczne niż kiedykolwiek. Coraz większa liczba osób, firm i narodów mobilizuje się, by walczyć z tym egzystencjalnym zagrożeniem. Wśród wielu frontów tej walki przejście na odnawialne źródła energii jest podstawowym krokiem i jest uznawane na całym świecie za najskuteczniejszy sposób na zmniejszenie naszego śladu węglowego. Wykorzystanie energii wiatrowej, słonecznej i wodnej może zmniejszyć ilość dwutlenku węgla emitowanego do atmosfery, znacznie łagodząc efekt globalnego ocieplenia.

Istnieje jednak istotne zastrzeżenie dotyczące tego rozwiązania. Produkcja zielonej energii elektrycznej i magazynowanie energii to dwa zupełnie różne wyzwania. Słońce nie zawsze świeci, wiatr nie zawsze wieje, a rzeki nie zawsze płyną, co sprawia, że magazynowanie energii jest kwestią krytyczną. Chociaż poczyniliśmy znaczne postępy w produkcji energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych, przechowywanie tej energii w sposób przyjazny dla środowiska i praktyczny pozostaje przeszkodą.

Obecnie świat koncentruje się głównie na dwóch głównych koncepcjach magazynowania energii: bateriach i wodorze. Technologia baterii, choć zaawansowana, w dużej mierze opiera się na metalach ziem rzadkich, które nie są wszędzie równomiernie dostępne. To prowadzi do braku bezpieczeństwa energetycznego, ponieważ narody stają się zależne od kilku miejsc, które są w te materiały obfite. Ponadto utylizacja i recykling zużytych baterii są same w sobie rosnącym problemem środowiskowym, stwarzającym potencjalne zagrożenie zarówno dla środowiska, jak i zdrowia ludzkiego.

Z drugiej strony wodór stanowi przekonujący przypadek. Może być produkowany z wody, zasobu powszechnie dostępnego na całym świecie, co czyni go obiecującym kandydatem do magazynowania energii. Dodatkowo nie generuje szkodliwych odpadów, co czyni go rozwiązaniem wyjątkowo przyjaznym dla środowiska. Jednak wodór nie jest pozbawiony wad. Jest wysoce wybuchowy, magazynowanie i transport wodoru zmagają się z jego wyciekami prowadząc do znacznych strat energii, i ma tendencję do degradowania wszystkich metali powodując ich nieszczelność, co prowadzi do potencjalnych problemów z infrastrukturą. Ponadto praktyczne przechowywanie wodoru wymaga sprężenia go do około 700 barów – właściwości wodoru i potrzeba przechowywania go w tak wysokich ciśnienia przenosi się na kosztowność i energochłonność procesu sprężania.

Mając więc na uwadze te problemy, pojawia się pytanie: czy istnieje lepsze rozwiązanie niż wodór? – Metanol

Unia Europejska podjęła niedawno przełomową decyzję, wprowadzając od 2035 r. zakaz sprzedaży nowych samochodów z silnikami spalinowymi i po kampanii prowadzonej przez Niemcy, opowiedziała się za wykorzystaniem e-paliw jako alternatywy dla baterii i wodoru, przy czym zielony metanol został wyróżniony ze względu na swój potencjał.

Metanol oferuje bardziej praktyczną, bezpieczniejszą i przyjazną dla środowiska alternatywę w porównaniu do wodoru i akumulatorów, omijając wiele związanych z tymi rozwiązaniami wyzwań.

Otwiera to nowy rozdział w naszych poszukiwaniach energii odnawialnej, kierując rozmowę na korzyści i wyzwania związane z magazynowaniem i wykorzystaniem energii na bazie metanolu.

Metanol jako nośnik wodoru

Metanol, znany również jako alkohol metylowy, jest prostym alkoholem o wzorze chemicznym CH3OH. Ta bezbarwna ciecz ma różnorodne zastosowania, w tym w środkach przeciw zamarzaniu, rozpuszczalnikach i paliwie. Jednak najbardziej intrygującym aspektem naszej dyskusji jest potencjał metanolu jako wyjątkowego nośnika wodoru – aspekt, który zapewnia przewagę objętościową i wagową nad sprężonym wodorem.

Aby zrozumieć przewagę metanolu, jeden litr metanolu może uwolnić około 148 gramów wodoru. Z kolei jeden litr gazowego wodoru, nawet sprężony do znacznego ciśnienia 700 barów, stanowi ok. 61 gramów wodoru. Mówiąc prościej, metanol może przechowywać około 2,5 razy więcej wodoru objętościowo niż sprężony wodór gazowy. Ta cecha umożliwia magazynowanie 2.5 razy większej ilości energii w tej samej przestrzeni, skutecznie rozwiązując jedno z głównych wyzwań związanych z magazynowaniem wodoru.

Pod względem wagowym, metanol po raz kolejny okazuje się lepszy od sprężonego wodoru. Na podstawie danych o dostępnych na rynku magazynach wodoru, zbiornik mieszczący 185 litrów gazowego wodoru pod ciśnieniem 700 barów waży około 117 kg i mieści około 7,4 kg wodoru, według danych producenta. Całkowita waga wraz ze zbiornikiem i wodorem wynosi około 124,4 kg.

Rozważmy teraz metanol. Plastikowy zbiornik o wadze 10 kg, napełniony 114,4 kg metanolu, waży również 124.4 kg, ale może dostarczyć około 23 kg wodoru po reformingu. Oznacza to, że pełny zbiornik metanolu może zmagazynować ok. 3 razy więcej wodoru niż zbiornik wodoru o ciśnieniu 700 bar, a to z kolei oznacza 3 razy więcej energii.

Oprócz tych imponujących zalet w zakresie masy i objętości, metanol zapewnia dodatkowe korzyści w porównaniu z wodorem. Jest mniej podatny na wybuchy i nie sprawia tak dużych problemów z wyciekami jak wodór, ponieważ metanol nie wymaga magazynowania pod wysokim ciśnieniem, co dodatkowo prowadzi do oszczędności energii i kosztów. Jego kompatybilność z istniejącą infrastrukturą transportową i magazynową upraszcza jego wdrożenie.

Z tych nieodpartych powodów Unia Europejska kładzie duży nacisk na metanol w swoim programie dotyczącym zielonej energii. Blok postrzega to jako kamień węgielny ich przyszłości w zakresie energii odnawialnej, szczególnie w świetle ich planów po 2035 roku. Ponieważ w coraz większym stopniu polegamy na zrównoważonych źródłach energii, rola metanolu jako wydajnego i ekologicznego nośnika wodoru niewątpliwie staje się coraz ważniejsza.

Zielony metanol

Zielony metanol, często określany również jako odnawialny metanol, e-metanol lub biometanol, jest ekscytującym osiągnięciem w świecie czystej energii. Zielony pseudonim wywodzi się z procesu produkcji, który obejmuje zasoby odnawialne i zrównoważone metody. Zamiast być produkowany z gazu ziemnego lub węgla, jak konwencjonalny metanol, zielony metanol jest uzyskiwany z biomasy lub bezpośrednio z dwutlenku węgla i wodoru.

Proces produkcji zielonego metanolu rozpoczyna się od wytworzenia energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych, zazwyczaj z energii wiatrowej lub słonecznej. Ta energia odnawialna jest następnie wykorzystywana do zasilania jednostek elektrolizy, które rozkładają wodę na jej elementy składowe – wodór i tlen. Jednocześnie dwutlenek węgla (CO2) jest wychwytywany z atmosfery lub przemysłowych gazów odlotowych. Wychwycony CO2 jest następnie łączony z wytworzonym wodorem w celu syntezy zielonego metanolu.

Tym, co wyróżnia zielony metanol, jest zerowa emisja netto dwutlenku węgla. Kiedy metanol jest przetwarzany na wodór, faktycznie uwalnia CO2, tak jak konwencjonalne paliwa, jednakże, ponieważ CO2 użyty do jego produkcji został początkowo wychwytywany z atmosfery, cały proces nie powoduje dodatkowej emisji węgla do atmosfery – stąd emisje „zerowe netto”. Ten zamknięty obieg węgla sprawia, że zielony metanol jest paliwem zrównoważonym i przyjaznym dla środowiska.

Firmy na całym świecie dostrzegają potencjał zielonego metanolu i już wykorzystują go do zrównoważonych rozwiązań energetycznych. Doskonałym przykładem jest Wärtsilä, fińska korporacja, która oferuje rozwiązania oparte na metanolu przekształcając istniejące statki w celu wykorzystania metanolu jako paliwa.

Dania, lider w dziedzinie energii odnawialnej, odnotowała ostatnio znaczne inwestycje w produkcję zielonego metanolu. Duński deweloper energii odnawialnej, European Energy, zabezpieczył 53 miliony euro z Duńskiego Funduszu Zielonych Inwestycji na swój przyszły zakład Power-to-X w Kassø, który będzie największym zakładem produkcji e-metanolu na świecie. Elektrownia będzie wykorzystywać energię odnawialną z pobliskiego parku słonecznego Kassø o mocy 300 MW. Projekt postrzegany jest jako kluczowy krok w kierunku skalowania technologii Power-to-X i zaspokojenia rosnącego zapotrzebowania na metanol. Wytworzony e-metanol będzie wykorzystywany przez firmy takie jak gigant żeglugowy Maersk i sprzedawca paliw Circle K.

W międzyczasie firma Siemens Energy została wybrana przez European Energy do zaprojektowania, dostarczenia i uruchomienia elektrolizera o mocy 50 MW dla planowanej instalacji e-metanolu. System elektrolizy firmy Siemens będzie odgrywał kluczową rolę w produkcji zielonego metanolu.

Na froncie motoryzacyjnym niemiecki producent samochodów Porsche ogłosił niedawno swoje plany pionierskiego wykorzystania odnawialnego metanolu jako paliwa do swoich pojazdów. Zainteresowanie Porsche wynika z faktu, że zielony metanol ma odegrać kluczową rolę w przejściu na zrównoważoną, bezemisyjną przyszłość. Jego produkcja i wykorzystanie ilustrują obiecujący kierunek w walce ze zmianami klimatycznymi i brakiem bezpieczeństwa energetycznego.

E-metanol w Polsce

W Polsce główny nacisk w narodowej strategii energetycznej położono na wodór jako nośnik energii, przy czym do tej pory niewiele uwagi poświęcono metanolowi. Obecnie w kraju nie ma działających producentów zielonego metanolu. Istnieje jednak kilka projektów, które mają rozpocząć produkcję e-metanolu do 2025 r., wykazując oznaki zmiany w krajobrazie energetycznym.

Zainicjowany przez Unię Europejską program REPowerEU również odgrywa kluczową rolę w tym zmieniającym się środowisku. Inicjatywa ta zobowiązuje każdego członka UE do zwiększenia swoich możliwości produkcji biogazu w kierunku, który mógłby pośrednio zwiększyć produkcję metanolu. Biogaz zazwyczaj zawiera około 50% CO2, kluczowego składnika do produkcji metanolu. Ten CO2 można łatwo przekształcić w metanol za pomocą prostej reakcji katalitycznej z wodorem.

Obecnie w Polsce działa około 128 biogazowni, podczas gdy w Niemczech jest ich 9706. Jednak według Strategii Energetycznej Polski do 2030 roku w Polsce będzie działać aż ok. 2500 biogazowni. Ten imponujący wzrost z pewnością zwiększy możliwości produkcji zielonego metanolu w kraju.

Znaczenie zielonego metanolu nie ogranicza się tylko do jego wykorzystania jako nośnika energii. Obecnie Polska importuje około 400 000 ton metanolu rocznie do zastosowań przemysłowych. Wraz ze wzrostem globalnego nacisku na ochronę środowiska, branże na całym świecie, w tym w Polsce, odczuwają presję, aby przejść na bardziej zielone rozwiązania. Ta zielona transformacja wymaga zielonej energii elektrycznej, zielonego ciepła i zielonych komponentów, materiałów, substratów i zielonych chemikaliów.

Ponieważ wkrótce każdy element produkcji przemysłowej będzie spełniać nowe normy środowiskowe, przewiduje się, że zapotrzebowanie na zielony metanol gwałtownie wzrośnie.

Ogniwa paliwowe zasilane metanolem – mGen

Na rynku energetycznym istnieją różne typy ogniw paliwowych, ale obecnie najczęściej stosowanym i dostępnym na rynku typem jest ogniwo paliwowe z membraną do wymiany protonów (proton exchange membrane – PEM). Ogniwo paliwowe PEM działa w oparciu o zasadę elektrochemii z udziałem polimerowej membrany PEM, która jest  przepuszczalna dla protonów, ale nie dla elektronów.  W typowym ogniwie paliwowym PEM wodór jest dostarczany do ogniwa, gdzie jest rozkładany na protony i elektrony. PEM umożliwia przechodzenie protonów, jednocześnie zmuszając elektrony do przemieszczania się wzdłuż obwodu zewnętrznego, wytwarzając prąd elektryczny. Bardzo ważnym atutem ogniw paliwowych jest brak emisji NOx i SOx, typowych dla silników spalinowych oraz brak wibracji i hałasu.

Metanol, dzięki swoim unikalnym właściwościom, takim jak bezpieczeństwo obsługi, łatwość przechowywania i transportu okazał się pożądaną alternatywą dla wodoru. Dodatkowo jak wspominaliśmy wyżej, Jeden litr metanolu może wytworzyć 2,5 razy więcej energii niż litr wodoru sprężonego do 700 barów, oraz 1 kilogram jednostki magazynującej metanol może dostarczyć 3 razy więcej energii niż 1 kilogram jednostki magazynującej wodór.

Rozwój ogniw paliwowych zasilanych metanolem oznacza nadejście rozwiązań energetycznych nowej generacji. Te ogniwa paliwowe charakteryzują się optymalnymi właściwościami wodorowych ogniw paliwowych, rozwiązując jednocześnie problemy techniczne związane z magazynowaniem wodoru, gdzie metanol służy jako skuteczny nośnik wodoru. mGen – ogniwo paliwowe zasilane metanolem, wykorzystuje proces dwuetapowy. W pierwszym etapie metanol w wyniku reakcji katalitycznej jest przetwarzany na wodór. Wodór, teraz uwolniony z metanolu, jest wykorzystywany do wytwarzania energii elektrycznej w drugim etapie przy użyciu PEM przekształcając wodór i tlen atmosferyczny w energię elektryczną, ciepło i wodę.

Zastosowania ogniw paliwowych zasilanych metanolem są różnorodne i rozległe. Są lekkie i kompaktowe, dzięki czemu nadają się do szerokiego zakresu zastosowań, od stacjonarnego wytwarzania energii po przenośne rozwiązania zasilania. Mogą być wykorzystywane jako zasilanie awaryjne (UPS), dla serwerowni czy szpitali. Ich zdolność do działania niezależnie od sieci sprawia, że idealnie nadają się dla odległych lokalizacji, wież telekomunikacyjnych, a nawet jako pomocnicze źródło zasilania jednostek pływający i pojazdów ciężarowych. Operacje wojskowe mogą również korzystać z niezawodności tych ogniw paliwowych w sytuacjach awaryjnych. Ponadto mogą pełnić funkcję źródła zasilania mobilnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych (EV). Takie mobilne stacje zapewniają kilka korzyści, w tym łatwość konfiguracji, mniejsze przeszkody administracyjne ze względu na brak wymagań dotyczących połączenia z siecią oraz możliwość rozmieszczenia w dowolnym miejscu, zaspokajając szereg potrzeb związanych z ładowaniem pojazdów EV. Co ważne, modułowa konstrukcja mGen pozwala na łatwą skalowalność, dostosowując się do potrzeb energetycznych różnych aplikacji.

Ogniwa paliwowe mGen zostały już pomyślnie wdrożone, przetestowane w terenie i obecnie zasilają aplikacje klientów na największym rynku technologii wodorowych, czyli w Azji Południowo-Wschodniej. Jako taki, mGen jest gotowym do użycia produktem z udokumentowanymi osiągnięciami, wyznaczając, że hiPower Europe przenosi tę pionierską technologię z Tajwanu do Europy, zapoczątkowując nową erę rozwiązań w zakresie czystej energii i ugruntowując swoją pozycję jako lider w gospodarce metanolu. Wszechstronność i wydajność naszych produktów podkreśla nasze zaangażowanie w zrównoważone, niezawodne rozwiązania energetyczne na przyszłość. Zasadniczo ogniwa paliwowe zasilane metanolem reprezentują zmianę paradygmatu w zrównoważonych rozwiązaniach energetycznych. Oferują niezliczone korzyści w porównaniu z tradycyjnymi ogniwami paliwowymi, obiecując bardziej ekologiczną i wydajniejszą energię w przyszłości.

Podsumowując, impet stopniowo przesuwa się w kierunku metanolu. Jego zalety w zakresie magazynowania, transportu i produkcji, w połączeniu z rosnącym zapotrzebowaniem na ekologiczne rozwiązania, pozycjonują go jako kluczowy element w zrównoważonym krajobrazie energetycznym. Metanol to nie tylko współczesny nośnik energii; jest to rzeczywiście nośnik energii przyszłości.

Generatory metanolowe (np. mGen) vs. generatory diesel’a  jako niezależne źródło zasilania

Pojawienie się czystych, zielonych technologii zmieniło krajobraz wytwarzania energii. Ogniwa paliwowe, zwłaszcza zasilane metanolem, takie jak mGen, stoją na czele tej transformacji. Pomimo ciągłego stosowania tradycyjnych generatorów prądu z silnikiem Diesla, mGen jest realnym, przyjaznym dla środowiska konkurentem. Oferując niezwykłą redukcję emisji CO2 i niższe koszty produkcji energii elektrycznej, ogniwa paliwowe mGen okazują się zrównoważonym i ekonomicznym rozwiązaniem zaspokajającym zapotrzebowanie na energię w różnych warunkach, od awaryjnych zasilaczy UPS, po źródła zasilania w odległych lub niezależnych energetycznie lokalizacjach.

Pomimo tego, że generatory prądu na diesla to jednostki nie są przyjazne środowisku ze względu na emisję CO2, NOx, SOx i wielu innych substancji, utrzymują znaczny udział w rynku. Ogólna tendencja do odchodzenia od paliw kopalnych w połączeniu z naciskami legislacyjnymi na przyjęcie ekologicznych rozwiązań energetycznych podkreśla potencjał ogniw paliwowych.

Centralnym zaletą mGen w stosunku do generatorów diesla jest zielony metanol, paliwo neutralne pod względem emisji dwutlenku węgla. Zastosowanie zielonego metanolu skutkuje wyłącznie emisją pary wodnej oraz zerową emisją CO2 netto, co czyni generator mGen mistrzowskim przyjaznym rozwiązaniem dla środowiska. Ale zasługi mGen nie kończą się na odpowiedzialności za środowisko; obejmują one również efektywność ekonomiczną. Obecna cena rynkowa metanolu wynosi około 0,4 EUR za litr, a biorąc pod uwagę wydajność naszych ogniw paliwowych, koszt produkcji energii elektrycznej wynosi 0,2 EUR za kWh. W przypadku diesla, cena oleju napędowego oscyluje obecnie wokół 1,58 euro za litr, co sprawia, że koszt wytworzenia 1 kWh za pomocą generatora diesla wynosi około 0,76 euro. Liczby te sprawiają, że mGen jest czterokrotnie bardziej ekonomiczny pod względem produkcji energii elektrycznej, oferując wyraźną przewagę kosztową. Co więcej, generatory mGen mają dodatkową zaletę: mogą skutecznie wykorzystać generowaną energię cieplną. W pełni wykorzystana energia cieplna i elektryczna umożliwia obniżenie kosztu za kWh energii do oszałamiającej kwoty 0,11 EUR, znacząco przebijając ceny produkcji prądu z generatorów diesla.

Gdy wkraczamy dalej w XXI wiek, wybór jest jasny. Przechodząc na zrównoważone, opłacalne rozwiązania, takie jak mGen, możemy przejść na bardziej odpowiedzialne podejście do wytwarzania energii. Z każdą wyprodukowaną kWh mGen nie tylko wytwarza energię – tworzy bardziej zrównoważoną przyszłość.

  hiPower Europe

mGen-10

Przykładowy generator prądu diesla (np. Hyundai Diesel Generator

LDG12S-3

Moc 9-10 kW prądu

+7-8 kW ciepła

całkowicie 16-18 kW energii

10-11 kW prądu
CO2 emisja 0.64 kg/kW

netto zerowa emisja CO2

1.06 kg/kW
Inne emisje ·         para wodna: H2O ·         tlenek węgla: CO

·         tlenki azotu: NOx

·         tlenki siarki: SOx

·         cząstki stałe

·         lotne związki organiczne: LZO

·         wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne: WWA

paliwo metanol + woda olej napędowy
cena paliwa 0.4 EUR / L 1.58 EUR / L
komsupcja paliwa 0.51 L metanolu / kWh prądu

0.2 L metanol / kWh prąd + ciepło

0.48 L disela / kWh prądu
koszty energii 0.20 EUR/kWh prądu

0.11 EUR/kWh prąd + ciepło

3 razy niższy koszt energii

0.76 EUR/kWh prądu
wbudowany zbiornik paliwa 80 L 53 L
waga 355 kg 318 kg
rozmiar 145 x 103 x 57 cm 120 x 80 x 116 cm

Tabela. Porównanie efektywności energetycznej generatorów zasilanych metanolem i disel’em

Autor: dr. Jacek Gliniak jest ekspertem w dziedzinie zielonej energii. Posiada tytuł magistra chemii Politechniki Wrocławskiej oraz stopień doktora nauk chemicznych w fotokatalitycznym wytwarzaniu wodoru z National Chiao Tung University. Jako współzałożyciel hiPower HydrogenTech na Tajwanie odegrał kluczową rolę w rozwoju technologii recyklingu wodoru, przyczyniając się do trzech patentów związanych z innowacyjnymi rozwiązaniami hiPower. Więcej informacji na hiPower Europe

Ostateczne rozstanie z rosyjskimi surowcami

Porzucenie surowców rosyjskich nie jest problemem dla gospodarki zachodniej, ale wręcz jej wybawieniem. Zależność od surowców rosyjskich skończyła się głębokim kryzysem energetycznym w Niemczech.

Błędem było założenie, że konkurencyjność gospodarki będzie budowana tanim gazem rosyjskim, który miał wiecznie płynąć. W 2022 roku okazało się, że wcale nie musi płynąć – a wysokie koszty ekonomiczne liczone w dziesiątkach miliardów euro subsydiów musiały zostać zapisane na konto obywateli niemieckich. Teraz oni finansują przetrwanie sektora gazowego, który miał polegać na gazie rosyjskim. Podobnie stało się w Polsce. Porzucenie gazu rosyjskiego i tak było zaplanowane na koniec 2022 roku. Musieliśmy przyspieszyć plany, bo rosyjski Gazprom w ramach podsycania kryzysu energetycznego postanowił zakręcić kurek wcześniej. Także w odniesieniu do ropy naftowej Polska miała plan zakończenia importu do 2023 roku.

– Tak się niestety nie stało. Nie zerwaliśmy ostatniego kontraktu z rosyjskim dostawcą. PKN Orlen nie zdecydował się na ten ruch m.in. ze względu na to, że nie chciał pozostawiać bez dostaw odbiorców w Czechach. Oni także odbierają jego ropę i nie mają realnej alternatywy – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny BiznesAlert. – Natomiast Rosjanie sami zakręcili kurek i wiosną 2023 roku postanowili przestać dostarczać ropę do PKN Orlen w ramach umowy. Ostatecznie była to podstawa do zakwestionowania umowy i jej zakończenia przez stronę polską. I w tym momencie Polska nie musi sprowadzać ani gazu, ani ropy z Rosji i jest to korzyść ekonomiczna z tego względu, że żaden kryzys energetyczny nie wywróci nam gospodarki. Jesteśmy lepiej impregnowany na takie zagrożenie – nawet jeżeli czasami gaz lub ropa z innych kierunków jest droższa. Często okazuje się, że w wielu przypadkach gaz i ropa spoza Rosji mogą być tańsze i śmiało mogą konkurować z ofertą Rosjan, którzy na własne życzenie tracą rynek zachodni – potwierdza Jakóbik.

Euro zapomniało już o słabych danych PMI

W Sintrze jak na razie brak przełomu. Rynek nie otrzymał żadnych nowych informacji na temat polityki monetarnej EBC. Przedstawiciele tej instytucji wykorzystują jednak ten „event” do tego, żeby potwierdzić swoje dotychczasowe stanowisko. Christine Lagarde podkreśliła, że europejska instytucja jest jeszcze daleka od ogłoszenia końca cyklu zacieśniania monetarnego. Euro z dnia na dzień jest silniejsze. Kurs EUR/USD osiągnął wczoraj maksima na 1,0976. Cały ruch spadkowy z ubiegłego tygodnia, wywołany słabszymi danymi PMI, został już z nawiązką zniwelowany.

Oprócz „jastrzębich” słów Lagarde otrzymaliśmy również podobnie brzmiące wypowiedzi od Martina Kazaksa – prezesa łotewskiego banki centralnego. Zasygnalizował on, że pierwsze cięcia stóp są możliwe ale dopiero wówczas, kiedy inflacja spadnie poniżej 2 proc. .

Wczorajsza reakcja na komentarze z EBC pokazuje, że rynek uważa ten bank za jedną z bardziej restrykcyjnych instytucji na świecie. Eurodolar zbliża się do 1,10 a ponowne przetestowanie szczytów z końca kwietnia/początku maja (1,1090) wydaje się jedynie kwestią czasu. Rentowność Niemiecki obligacji zdołała wczoraj urosnąć osiągając poziom powyżej 2,36. Dziś rano wzrosty są kontynuowane.

Dziś w centrum uwagi znajdzie się panel dyskusyjny w Sintrze, w którym wezmą udział szefowie głównych banków centralnych na świecie (Fed, EBC, BoE oraz BoJ). Poza tym interesująco zapowiadają się piątkowe publikacje na temat inflacji ze strefy euro. Pewne wskazówki na temat kształtowania się cen mogą dostarczyć czwartkowe publikacje CPI z Niemiec i Hiszpanii. Jeśli w te dwa dni dane zaskoczą na plus, wówczas otrzymamy potwierdzenie restrykcyjnego podejścia EBC a euro pozostanie mocne.

Łukasz Zembik, Oanda TMS Brokers

ORLEN uruchomi produkcję z kolejnych złóż w Norwegii

Grupa ORLEN wraz z partnerami koncesyjnymi dostała zgodę na zagospodarowanie złóż Ørn i Alve Nord na Norweskim Szelfie Kontynentalnym, które zapewnią koncernowi ok. 0,4 mld m sześc. gazu ziemnego rocznie w szczytowym okresie produkcji. Wydobycie ze złóż będzie charakteryzować się niskim śladem węglowym – ponad 3-krotnie mniejszym od globalnej średniej.  To kolejne zgody na uruchomienie wydobycia pozyskane przez Grupę ORLEN w czerwcu 2023 r. – wcześniej norweskie władze zaakceptowały plany produkcyjne dla złóż Fenris i Tyrving oraz obszaru Yggdrasil.

– Zagospodarowanie złóż Ørn, Alve Nord, Fenris oraz obszaru Yggdrasil zapewni Grupie ORLEN 9 mld m sześc. gazu ziemnego w całym okresie eksploatacji. To kluczowe inwestycje, które zapewnią nam utrzymanie stabilnego, wysokiego wydobycia gazu ziemnego w perspektywie kolejnych lat. Chcemy, aby jak największa część surowca przesyłanego do Polski rurociągiem Baltic Pipe pochodziła z własnego wydobycia Grupy na Norweskim Szelfie Kontynentalnym. Zagwarantuje to nie tylko efektywną realizację celów biznesowych koncernu, ale także wzmocni bezpieczeństwo energetyczne kraju i całego regionu – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu ORLEN.

Ørn i Alve Nord położone są na morzu Norweskim w pobliżu obszaru Skarv, który stanowi centrum działalności wydobywczej PGNiG Upstream Norway z Grupy ORLEN. Spółka eksploatuje tam 6 złóż: Skarv, Ærfugl, Ærfugl Nord, Idun, Tilje i Gråsel. Plan zagospodarowania Ørn i Alve Nord zakłada wykonanie dwóch odwiertów na każdym ze złóż, które następnie zostaną podłączone rurociągiem biegnącym po dnie morza od pływającej jednostki produkcyjno-magazynującej (FPSO) Skarv. Wykorzystanie istniejącej infrastruktury zdecydowanie zmniejszy nakłady inwestycyjne potrzebne do rozpoczęcia produkcji, a tym samym przełoży się na większą rentowność eksploatacji. Dodatkowo pozwoli skrócić czas zagospodarowania oraz zmniejszy związane z tym emisje CO2. Początek wydobycia zaplanowano na II połowę 2027 roku.

Zasoby Alve Nord i Ørn to przede wszystkim gaz ziemny. W obu występuje również kondensat a w Alve Nord takża ropa naftowa. Łączne zasoby wydobywalne przypadające na Grupę ORLEN szacowane są na ponad 27 mln baryłek ekwiwalentu ropy naftowej (boe). PGNiG Upstream Norway posiada 40 proc. udziałów w Ørn, pozostałe należą do Aker BP (operator) i Equinor – po 30 proc. Udział spółki z Grupy ORLEN w Alve Nord to 11,9 proc. a jej partnerami koncesyjnymi są Aker BP (operator, 68 proc.) oraz Wintershall Dea Norge (20 proc.).

Na początku czerwca władze Norwegii zaakceptowały również plan zagospodarowania złoża Fenris (dawniej King Lear) położonego na Morzu Północnym. Jego zasoby będą eksploatowane za pomocą bezzałogowej platformy, która zostanie podłączona do infrastruktury sąsiedniego złoża Valhall, przyczyniając się do optymalizacji zarówno procesu zagospodarowania, jak i samej eksploatacji.

Prace zmierzające do uruchomienia wydobycia z Fenris zostały już rozpoczęte a zakończą się w 2027 r. Grupa ORLEN posiada 22,2 proc. udziałów w złożu, co zapewni jej możliwość wydobycia ponad 3 mld m sześc., gazu ziemnego i prawie 19 mln boe ropy naftowej i kondensatu. Przypadająca na PGNiG Upstream Norway produkcja gazu wyniesie w szczytowym okresie wyniesie 0,33 mld m sześć. gazu ziemnego rocznie. Drugim udziałowcem złoża jest Aker BP, który pełni na nim rolę operatora.

Projekt Yggdrasil, także zaakceptowany w czerwcu, to jedno z największych przedsięwzięć wydobywczych realizowanych obecnie na Norweskim Szelfie Kontynentalnym. Grupa ORLEN posiada w nim ponad 12 proc. udziałów w ośmiu złożach, co przekłada się na łączne zasoby wydobywalne ponad  40 mln boe, w tym 2 mld m sześc. gazu ziemnego. Wiercenia rozpoczną się w 2025 r. a uruchomienie wydobycia zaplanowano na początku 2027 roku. Pozostałymi udziałowcami – w różnych proporcjach na poszczególnych koncesjach – są Equinor i Aker BP, który jest operatorem całego projektu.

Również w czerwcu norweska administracja naftowa zaakceptowała plan zagospodarowania wydobycia ze złoża Tyrving, w którym PGNiG Upstream Norway posiada 12 proc. udziałów. To złoże ropne o zasobach wydobywalnych szacowanych na 25 mln baryłek ekwiwalentu ropy naftowej, z czego na Grupę ORLEN przypada ok. 3 mln baryłek. Do zagospodarowania złoża zostanie wykorzystana infrastruktura wydobywcza obszaru Alvheim, w tym pływająca jednostka produkcyjno-magazynująca Alvheim. Pozwoli to m.in. radykalnie ograniczyć emisje CO2 związane z uruchomieniem i prowadzaniem wydobycia. Szacowane emisje wyniosą zaledwie 0,3 kg CO2 na baryłkę wydobytej ropy, podczas gdy średnia światowa to 15 kg CO2 na baryłkę. Pozostałymi udziałowcami złoża są Aker BP (operator, 61 proc. udziałów) oraz Petoro (27 proc.).

Obecnie Grupa ORLEN posiada udziały w 98 koncesjach na Norweskim Szelfie Kontynentalnym. Zasoby wydobywalne, jakimi dysponuje Grupa, to 346,6 mln baryłek ekwiwalentu ropy naftowej, co daje jej miejsce w pierwszej 10. największych graczy prowadzących poszukiwania i wydobycie węglowodorów w Norwegii. Wydobycie koncernu na Norweskim Szelfie Kontynentalnym wyniosło w ubiegłym roku ponad 88 tys. boe dziennie i było prowadzone z 18 złóż.

Deloitte: Co piąty Polak nie wyjedzie w te wakacje na urlop

Stan portfela znacząco wpływa na decyzje Polaków w sprawie wyjazdu na wakacje. Cztery na pięć osób rezygnujących z wczasów robi to właśnie ze względu na brak pieniędzy, wynika z najnowszej edycji badania Global State of the Consumer Tracker, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. W kwestii finansów osobistych Polaków widać poprawę nastrojów w porównaniu z początkiem roku. Coraz rzadziej martwimy się też o poziom naszych oszczędności – obawy takie wskazuje 37 proc. ankietowanych, o 2 pkt. procentowe mniej w porównaniu ze styczniową edycją badania.

Wyniki 43. edycji badania Deloitte Global State of Consumer Tracker, przeprowadzonego w maju 2023 roku pokazują, że kwestie finansowe mają największy wpływ na to, czy wybierzemy się na urlop w trakcie najbliższych miesięcy. Chociaż czterech na pięciu badanych planuje wyjazd wypoczynkowy, to wśród osób rezygnujących z wczasów główną przyczyną takiej decyzji jest brak możliwości finansowych. Co trzeci planujący urlop Polak ogranicza swoje plany podróżnicze, aby zaoszczędzić, aczkolwiek na koniec 2022 r. odsetek ten był o 9 p.p. większy.

Chociaż wśród udzielonych odpowiedzi widać poprawę nastrojów związanych ze stanem finansów osobistych i generalną skłonność do wydawania pieniędzy na wczasach, to podwyższone ceny nie pozostają bez wpływu na decyzje konsumenckie. I tak 35 proc. ankietowanych stwierdziło, że planuje w najbliższym czasie ograniczyć wizyty w restauracjach. To o 5 punktów procentowych mniej niż pod koniec grudnia minionego roku. Jednocześnie, dla 27 proc. z ankietowanych Polaków kluczowe jest doświadczanie nowych aktywności podczas urlopu, niezależnie od ich ceny.

Polski turysta chętnie wykorzystuje możliwości ograniczenia wydatków – przykładowo, w przypadku podróży samolotem, podobnie jak sześć miesięcy temu, co drugi z nas korzysta z oferty tanich linii lotniczych. Niemal 50 proc. ankietowanych decyduje się na wypoczynek z dala od domu, natomiast najchętniej wybieranym środkiem transportu w wakacje jest pociąg. W miejscu wypoczynku wybieramy zakwaterowanie znajdujące się jak najbliżej miejsca, w którym planujemy spędzać wolny czas (np. plaży)., co wskazało 52 proc. ankietowanych (+ 3p.p. niż sześć miesięcy temu). Jednocześnie chętniej decydujemy się na tańsze zakwaterowanie (34 proc., -2 p.p.) niż wybieramy miejsca o wyższym standardzie (21 proc., -2 p.p.). Chociaż rzadziej niż na początku roku decydujemy się na wyjazd wtedy, gdy znajdziemy atrakcyjną ofertę, to nadal 23 proc. ankietowanych właśnie w taki sposób planuje swój urlop.

Niedawno rozpoczęte wakacje są dla większości z nas sygnałem, że przyszedł czas na urlop. Co trzecia osoba planująca wypoczynek zamierza odpoczywać właśnie latem, aczkolwiek co czwarta robi to już poza szczytowym sezonem. Wakacyjna atmosfera oraz rosnący optymizm w stosunku do finansów osobistych sprawiają, że na wczasach jesteśmy też bardziej skłonni wydawać pieniądze na przyjemności takie jak jedzenie w restauracjach czy wizyty w lokalnych miejscach kultury. Takie podejście może stanowić nadzieję dla branży turystycznej, która cały czas stara się nadrobić lata dotknięte pandemią koronawirusa – mówi Bartosz Bobczyński, partner, lider Consumer Industry, Deloitte.

Letni optymizm

Odsetek Polaków przewidujących dalsze zmiany poziomu cen produktów wynosi 58 proc., czyli nieznacznie mniej niż na początku 2023 r. Trzech na czterech badanych prognozuje wzrost cen żywności, jest to jednak mniej (spadek o 10 p.p.) niż w badaniu przeprowadzonym na przełomie roku. Prawie 70 proc. ankietowanych zakłada podwyżkę opłat za prąd czy gaz, a 60 proc. spodziewa się wzrostu cen benzyny. To o odpowiednio 16 i 21 p.p. mniej niż sześć miesięcy temu.

Niestabilna sytuacja gospodarcza oraz inflacja mają przełożenie na nastroje również w innych krajach. Największą niepewnością co do poziomu cen cechują się mieszkańcy Wielkiej Brytanii (75 proc.), Australii (75 proc.) oraz RPA (74 proc.).

W porównaniu z początkiem 2023 r. Polacy nieco lepiej oceniają swoje zdolności do odkładania pieniędzy na koniec miesiąca. Dotyczy to obecnie 48 proc. ankietowanych (czyli + 1 p.p.). Ta umiejętność może się okazać kluczowa w tworzeniu funduszu na nieprzewidziane wydatki, na które może sobie pozwolić 29 proc. Polaków – co stanowi aż o 5 p.p. więcej niż 6 miesięcy temu. Mniejszy niż pół roku temu odsetek osób ocenia swoją sytuację gorzej w stosunku do roku poprzedniego. Obecnie z tym stwierdzeniem zgadza się nadal aż 54 proc. badanych, podczas gdy na koniec 2022 r. odsetek ten wynosił 60 p.p.

Na przestrzeni ostatniego półrocza o 6 punktów procentowych do poziomu 49 proc. wzrósł odsetek osób deklarujących brak problemów z regulowaniem nadchodzących płatności. Z kolei 48 proc. badanych odkłada poważniejsze wydatki w czasie, o 2 p.p. mniej niż sześć miesięcy temu. Coraz więcej Polaków jest w stanie sobie pozwolić na kupno tego, co sprawia im przyjemność – obecnie taką możliwość deklaruje 36 proc. ankietowanych (+ 3 p.p.). z kolei 44 proc. (-2 p.p.) badanych wciąż nie widzi takiej możliwości.

W deklaracjach ankietowanych zaczyna pobrzmiewać pewien optymizm. 45 proc. badanych twierdzi, że w przyszłym roku ich pensja będzie taka sama lub wyższa, podczas gdy sześć miesięcy temu uważało tak jedynie 42 proc. ankietowanych. Zmniejszył się odsetek osób spodziewających się pogorszenia osobistej sytuacji finansowej – osoby widzące stan swojego portfela w czarnych barwach stanowią 38 proc. wszystkich badanych vs. 44 proc. pół roku temu.

Na półmetku 2023 roku możemy stwierdzić, że nastroje Polaków dotyczące finansów osobistych uległy poprawie, co również pokazuje, że do pewnego stopnia przyzwyczailiśmy się do wyższych kosztów życia. Choć wskaźniki te są nadal wysokie, coraz więcej z nas zaczyna wierzyć, że w najbliższej przyszłości będzie zarabiać więcej oraz że nasze oszczędności mogą rosnąć. Nieznacznie zmniejszył się odsetek osób przewidujących dalsze wzrosty cen, aczkolwiek nadal uważa tak niemal sześciu na dziesięciu Polaków. Wskaźniki te mogą skłaniać do konsumpcji, co ma negatywny wpływ na skuteczność dalszej walki z inflacją. To może oznaczać, że wyższe koszty życia prawdopodobnie pozostaną z nami na dłużej – mówi Anna Rączkowska, partnerka, liderka Consumer Industry, Deloitte.

O badaniu

Najnowsza fala badania została przeprowadzona pod koniec maja 2023 r. Była to 43. edycja przeprowadzona globalnie i 36., w której wzięli udział konsumenci z Polski. W sumie eksperci Deloitte przebadali mieszkańców 24 krajów, oprócz Polski, byli to obywatele: Arabii Saudyjskiej, Australii, Belgii, Brazylii, Kanady, Chin, Danii, Holandii, Hiszpanii, Francji, Niemiec, Indii, Irlandii, Japonii, Meksyku, Norwegii, RPA, Korei Południowej, Szwecji, Włoch, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Branża rolno-spożywcza zebrała 760 mln zł długów

Mocny wzrost cen żywności, rosnące koszty surowców, nawozów i transportu oraz nadmiar zboża zza wschodniej granicy nie pomagają branży rolno-spożywczej w polepszeniu kondycji finansowej. Wprawdzie jej zadłużenie w ciągu ostatniego roku zmniejszyło się o 15,4 mln zł i wynosi obecnie 759,6 mln zł, ale nie oznacza to, że sektor ten wyszedł na prostą po pandemii. Jego bieżące problemy znajdą odzwierciedlenie w bazie danych Krajowego Rejestru Długów w najbliższych miesiącach.

Branża rolno-spożywcza to jeden z najważniejszych sektorów polskiej gospodarki, wytwarzający ok. 6 proc. PKB i eksportujący dużo towarów na rynki zagraniczne. Tworzą ją producenci rolni, przetwórcy żywności, producenci napojów i wyrobów tytoniowych, a także firmy handlowe wyspecjalizowane w dystrybucji żywności i napojów.

Podczas kryzysu związanego z pandemią branża rolno-spożywcza okazała się jedną z najbardziej odpornych na trudną sytuację. Szok wywołany epidemią koronawirusa wymagał jednak wprowadzenia działań zaradczych, a także przyspieszył rozwój negatywnych zjawisk zaobserwowanych już wcześniej w tym sektorze, jak niedobór wykwalifikowanych pracowników czy konkurencyjna presja cenowa.

Falowanie i spadanie – sinusoida długów

Zadłużenie segmentu rolno-spożywczego było największe w czerwcu 2021 r., a więc właśnie w trakcie pandemii. Miał on wówczas do spłaty aż 933,8 mln zł. Następnie ulegało fluktuacji, aby w lipcu 2022 r. spaść do najniższej wartości 697,2 mln zł.

Od tego czasu zadłużenie ponownie rośnie, choć porównując czerwiec minionego roku do czerwca tego roku widać spadek o 15,4 mln zł do poziomu niecałych 760 mln zł. W Krajowym Rejestrze Długów wpisanych jest 13,2 tys. firm z tego sektora. Średnie zadłużenie przypadające na jedno przedsiębiorstwo rolno-spożywcze sięga 57,2 tys. zł.

Branża zmaga się obecnie z wieloma wyzwaniami, które kształtują jej sytuację finansową, jak wysokie ceny źródeł żywności, drogie nawozy i rosnące koszty energii. Segment rolno-spożywczy odczuwa również wzrost kosztów transportu oraz produkcji opakowań. Oceniając jego finanse, trzeba wziąć pod uwagę, że bieżące problemy przedsiębiorstw uwidocznią się w naszej bazie danych z pewnym opóźnieniem, gdyż wierzyciele zazwyczaj wpisują dłużników do rejestru dopiero po monitach w sprawie zapłaty – wyjaśnia Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Dodatkowym czynnikiem zwiększającym ceny w branży rolno-spożywczej są ostatnie zmiany podatkowe, jak modyfikacja ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów – tzw. opłata cukrowa. Na kondycję sektora oddziałuje także nadmiar ukraińskiego zboża na rynku. Eksperci szacują, że potrzeba co najmniej pół roku, by opróżnić polskie magazyny z zalegającego ziarna, a już wkrótce zaczynają się żniwa.

W czerwcu ruszyły dopłaty do nawozów, które mogą poprawić sytuację rolników w najbliższym czasie. Jest to wsparcie finansowe mające zrekompensować wzrost cen nawozów i innych kosztów ponoszonych w gospodarstwie.

Handel wytargował największe zaległości

Gros długów, bo 329,2 mln zł, przypada na przedsiębiorstwa zajmujące się hurtową i detaliczną sprzedażą artykułów spożywczych. Z kolei 269 mln zł to przeterminowane zobowiązania finansowe gospodarstw specjalizujących się w uprawach rolnych, hodowli zwierząt oraz łowiectwie. W tej grupie jest największe przeciętne zadłużenie, które sięga 73,6 tys. zł. Przedsiębiorstwa trudniące się przetwórstwem przemysłowym mają natomiast do oddania 161,3 mln zł.

W ostatnim czasie Instytut Rozwoju Gospodarczego opublikował informację dotyczącą koniunktury w polskim rolnictwie w II kwartale 2023 r. Badanie wykazało, że sytuacja w branży jest najgorsza od 15 lat. W kwietniu i maju, bo taki okres na razie obejmuje analiza, swoje perspektywy ekonomiczne „z ufnością” oceniło tylko 11,3 proc. badanych gospodarzy – niewiele więcej, niż w IV kwartale 2022 r., gdy ten odsetek był rekordowo niski i wyniósł 9,8 proc. Większość z nich liczy, że III kwartał 2023 przyniesie poprawę sytuacji finansowej, jednak mimo to nastroje są pesymistyczne.

Według badania IRG wśród rolników wzrosły wydatki na obrotowe środki produkcji, jednak wzrost ma charakter sezonowy. Wydatki te pociągnęły za sobą redukcję inwestycji, gdyż wskaźnik odpowiadający za wielkość nakładów na zakup maszyn i urządzeń jest najniższy od ponad 20 lat, a z kolei ten dotyczący inwestowania w budynki ma drugą najniższą wartość od 2000 roku. Rolnicy, którzy prowadzą gospodarstwa, mając ograniczone zasoby finansowe, prawdopodobnie będą zmuszeni do zwiększania swoich zobowiązań, by móc utrzymać dotychczasową produkcję i uruchomić nową. Ratunkiem mogą być planowane dopłaty z Unii Europejskiej, ale nie ma na razie informacji, kiedy to nastąpi – mówi Adam Łącki.

Największymi wierzycielami przedsiębiorstw rolno-spożywczych są banki, towarzystwa ubezpieczeniowe, firmy leasingowe i faktoringowe oraz fundusze sekurytyzacyjne. Czekają one na zapłatę 429,6 mln zł. Niemałą sumę zadłużone przedsiębiorstwa rolno-spożywcze – 125,1 mln zł – powinny uregulować wobec podmiotów handlowych. Trzecie w kolejce po zapłatę są firmy przetwórstwa przemysłowego – 70,1 mln zł.

Pierwsze miejsce na podium zadłużenia zajmują firmy z województwa mazowieckiego z kwotą 159,5 mln zł. Za nimi lokują się przedsiębiorcy z woj. wielkopolskiego, którzy są winni wierzycielom 114,5 mln zł. Trzecia pozycja należy do podmiotów z województwa łódzkiego – ich kontrahenci czekają na zwrot prawie 59 mln zł.

Rekordzista ma do oddania aż 12,9 mln zł. To hurtowania spożywcza z województwa wielkopolskiego. Większość sumy – 10,2 mln zł – stanowi nieuregulowane zobowiązanie wobec firmy z branży mięsnej. Pozostała kwota to należności, które powinny trafić na konto firm leasingowej, faktoringowej i budowlanej.

Rolnik rolnikowi wilkiem

Ale firmy rolno-spożywcze same też są poszkodowane w rozliczeniach biznesowych. Kontrahenci są im winni 245,9 mln zł. To 1/3 wartości całego zadłużenia tej branży. Z tego 96,6 mln zł to faktury niezapłacone przez hurtownie i sklepy. Znaczna kwota – 55,2 mln zł – została zamrożona u partnerów zajmujących się rolnictwem i hodowlą zwierząt. Natomiast 32,7 mln zł wynoszą zaległości firm przetwórstwa przemysłowego. Dane te pokazują, że w branży rolno-spożywczej panuje hermetyczny obieg pieniędzy. Jedna firma nie płaci drugiej, a ta kolejnej. Wszystko zamyka się w wąskim kręgu.

Z doświadczenia w odzyskiwaniu należności wiemy, że firmy ściśle współpracujące ze sobą od wielu lat często bardzo długo wstrzymują się z działaniami windykacyjnymi wobec kontrahentów. Obawiają się ich reakcji i wolą podtrzymywać relacje handlowe, sprzedając kolejne partie towarów bez gwarancji zapłaty. Bieżącą pomocą dla rolników mają być rekompensaty z Unii Europejskiej za nadmierny import zboża z Ukrainy i problemy z tranzytem do unijnych krajów. Właśnie zapadła decyzja o wypłaceniu polskim rolnikom 40 milionów euro na pokrycie strat, jakie powstały w wyniku tej sytuacji. Powinno to zmniejszyć lukę w ich finansach i zwiększyć zdolność do regulowania zobowiązań płatniczych – zauważa Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Ratunkiem dla branży rolno-spożywczej jest sprzedaż towarów za granicę. Polska od wielu lat należy do ścisłej czołówki unijnych eksporterów żywności. Pod względem wartości łącznej sprzedaży zagranicznej zajmuje 7. pozycję w Unii Europejskiej, z dużą przewagą nad 8. w tym zestawianiu Danią. W 2022 r. ożywiony popyt na międzynarodowych rynkach stanowił wsparcie dla produkcji artykułów spożywczych w polskich zakładach przetwórczych.

Nie tylko uchodźcy – długa droga obcokrajowców do polskiego rynku pracy

Przeszło 13,5 mln osób z ponad 67 krajów wjechało do Polski w ubiegłym roku, wynika z danych straży granicznej. Wiele z nich zostało u nas na dłużej – rozpoczęło studia lub pracę. Ułożenie sobie życia nad Wisłą to dla obcokrajowców nie lada wyzwanie, szczególnie dla tych z odległych kierunków. Samo załatwienie wszelkich formalności i uzyskanie wymaganych urzędowo pozwoleń na pobyt i pracę – jeśli dana osoba nie mieszka w Polsce – trwa od 3 do 6 miesięcy, czasem nawet dłużej. Mimo skomplikowania i czasochłonności procedur wiele firm jest gotowych zatrudniać obcokrajowców również tych z odległych kierunków – w najbliższym czasie takie plany ma 55 proc. przełożonych, wynika z badania Grupy Progres.

  • Kilkumiesięczne procedury legalizujące pobyt i pracę nie zniechęcają obcokrajowców, również tych z odległych kierunków, do zarabiania w Polsce. Chętnych do przyjazdu nie brakuje.
  • Szacunkowo, w przypadku krajów Ameryki Płd., Afryki czy Filipin, wszystko trwa ok. 3-4 miesięcy, trochę dłużej, bo ok.5-6 miesięcy, jeśli chodzi o Indie, Nepal, Bangladesz, Turkmenistan, Kazachstan czy Uzbekistan.
  • Na mocy wydanych w 2022 r. decyzji o udzielenie zezwolenia na pracę, aktywność zawodową w naszym kraju mogłaby rozpocząć grupa osób dorównująca liczebnością populacji Szczecina.
  • I chociaż w 2022 r. zaobserwowano zmniejszenie liczby dokumentów dopuszczających cudzoziemców do polskiego rynku zatrudnienia, to według Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej jest kilka istotnych przyczyn tego zjawiska, a spadek liczby wydanych dokumentów umożliwiających zatrudnienie w Polsce nie oznacza, że mniej osób z zagranicy jest w naszym kraju aktywnych zawodowo.

Chętnych do objęcia etatu w Polsce nie brakuje. Tylko w 2022 r. krajowi urzędnicy wydali w sumie 466 722 decyzji o udzielenie zezwolenia na pracę. Tę pozytywną otrzymało 365 490 wnioskodawców, 5 102 usłyszało odmowy, 16 376 to umorzenia, a 79 754 przypadków dot. uchyleń. Na mocy wydanych decyzji pracę w naszym kraju mogłaby rozpocząć grupa osób dorównująca liczebnością populacji Szczecina.

I chociaż w 2022 r. zaobserwowano zmniejszenie liczby dokumentów dopuszczających cudzoziemców do polskiego rynku zatrudnienia, to według Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej jest kilka istotnych przyczyn tego zjawiska. Spowodowane jest ono m.in.: wojną za naszą wschodnią granicą i wprowadzeniem rozwiązań prawnych umożliwiających obywatelom Ukrainy podejmowanie pracy w Polsce na podstawie powiadomienia o powierzeniu wykonywania pracy na mocy przepisów ustawy z dn. 12 marca 2022 r. (o pomocy obywatelom Ukrainy w związku z konfliktem zbrojnym na terytorium tego państwa) – pierwszych rejestracji dokonano 15 marca 2022 roku. Innym z czynników, jak podaje resort, jest wydłużenie okresu wykonywania obowiązków zawodowych przez ludzi z innych krajów na podstawie oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi do 24 miesięcy (przepisy wprowadzone 29 stycznia 2022 roku). Kolejny to wykluczenie z możliwości korzystania z procedury uproszczonej obywateli Rosji w dniu 27 października 2022 r.

Spadek liczby wydanych dokumentów umożliwiających zatrudnienie w Polsce nie oznacza, że mniej osób z zagranicy jest w naszym kraju aktywnych zawodowo. W danych ZUS widoczny jest znaczy wzrost grupy cudzoziemców zgłoszonych do ubezpieczenia, która na koniec 2022 r. sięgnęła 1 miliona 63 tys. i był to wynik o około 188 tys. wyższy niż na początku ubiegłego roku.

Zgoda urzędu na pobyt i rozpoczęcie aktywności zarobkowej to jednak dopiero początek długiej drogi. Zanim obcokrajowcy rozpoczną pracę, trzeba wykonać szereg działań polegających nie tylko na przeprowadzaniu procesu rekrutacji, ale również podpisaniu właściwej umowy zgodnej z obowiązującymi przepisami, dopełnieniu wszelkich formalności związanych z legalizacją pobytu i zatrudnienia, przeprowadzeniu badań oraz szkoleń, ubezpieczeniu pracownika, zapewnieniu zakwaterowania, benefitów czy wynagrodzeń wypłacanych na czas. Jednak gra jest warta świeczki.

Napływ imigrantów zarobkowych jest zjawiskiem korzystnym dla polskiej gospodarki. Nasz kraj od wielu lat boryka się z ujemnym przyrostem naturalnym, jak i ze starzejącym się społeczeństwem, co w efekcie powoduje duże braki ludności w wieku produkcyjnym – do 2035 roku ta grupa zmniejszy się o 2 mln ludzi. Co więcej, według prognoz do 2050 r. ubędzie prawie 5 mln osób – ok. 12 proc. populacji, 1/3 ogólnej liczby obywateli będzie w wieku 65+, a jedynie co piąty mieszkaniec naszego kraju będzie miał nie więcej niż 24 lata.

Cudzoziemcy przyjeżdżający do Polski mogą w znaczącym stopniu przyczynić się do jeszcze szybszego rozwoju krajowego biznesu, ale wykorzystanie całego kompetencyjnego potencjału cudzoziemców będzie wymagało wielu działańmówi Natalia Myskova, dyrektor ds. rekrutacji międzynarodowej w Grupie Progres. – Najważniejsze z nich to m.in. zwiększenie liczby krajów wchodzących w skład procedury uproszczonej, które ze strategicznego punktu widzenia są kluczowe dla Polskiej gospodarki, rozbudowanie polityki adaptacyjnej dedykowanej obcokrajowcom, zmiany organizacjach potencjalnie zainteresowanych kadrą międzynarodową i większa otwartość na cudzoziemców, kursy językowe dla emigrantów zarobkowych, skrócenie czasu wydawania dokumentów uprawniających do pracy w Polsce oraz uproszczona nostryfikacja dyplomów i innych dokumentów potwierdzających posiadane kwalifikacjedodaje Natalia Myskova.

Utrudnieniem może być też czasochłonności procesu zatrudnienia kandydatów z odległych kierunków.  Jeżeli dana osoba nie mieszka jeszcze w Polsce, a dopiero planuje przyjechać nad Wisłę w celach zarobkowych, to czas oczekiwania wynosi kilka miesięcy i jest uzależniony od wielu procedur, przez które musi przejść każdy obcokrajowiec i agencja, żeby móc zacząć ze sobą legalnie współpracować. Szacunkowo, w przypadku krajów Ameryki Płd., Afryki czy Filipin, wszystko trwa ok. 3-4 miesięcy, trochę dłużej, bo ok.5-6 miesięcy, jeśli chodzi o Indie, Nepal, Bangladesz, Turkmenistan, Kazachstan czy Uzbekistan.

Wydaje się jednak, że czas oczekiwania i potencjale koszty takich kadrowych inwestycji nie będą tak wysokie, jak zyski, które przyniosą. Rozumie to rosnąca liczba przedsiębiorców, którzy chcą się rozwijać. Żeby to zrobić, potrzebują odpowiedniej liczby ludzi, również tych z odległych kierunków. Obecnie według danych Grupy Progres nad Wisłą pracę tymczasową wykonują osoby reprezentujące ponad 50 narodowości. Tylko w przypadku pracowników z Azji – zapotrzebowanie na kandydatów z tego kontynentu w Polsce wzrosło o 29 proc. Co więcej, biorąc pod uwagę wszystkie narodowości, to wzrost zapotrzebowania wynosi 33 proc. (porównując maj br. do maja 2022). Jak się okazuje chętnych do osiedlenia się nad Wisłą i rozpoczęcia pracy nie brakuje, co potwierdzają m.in. statystyki ZUS. Na koniec pierwszego kwartału 2023 r. liczba cudzoziemców w ubezpieczeniu emerytalnym wyniosła 1,07 mln osób. To o 10 tys. więcej niż w lutym tego roku oraz o 403 tys. wobec lutego 2020 r., a w ubezpieczeniu zdrowotnym wyniosła 1,15 mln osób (wzrost o 11 tys. m/m oraz o 448 tys. wobec lutego 2020 r.).

Wyzwaniem w tworzeniu zespołów wielonarodowościowych jest z pewnością przełamywanie stereotypowego myślenia o kulturze osób z innego kraju. Niektórzy pracodawcy boją się, że właśnie różnice kulturowe mogą przeszkadzać we współpracy. Tymczasem w zespołach, które tworzą różne narodowości, nie obserwujemy konfliktów na tle kulturowym, ani religijnym, ale dostrzegamy stereotypowe myślenie, czasem zdarzają się też śmieszne pomyłki wynikające z braku wiedzy nt. zwyczajów w danym kraju. Powszechnym przekonaniem, które obserwujemy w badanych firmach i wśród pracujących Polaków jest to, że osoby pochodzące z odmiennego kręgu kulturowego są innej wiary i będą potrzebowały dodatkowych dni wolnych czy specjalnych przerw w ciągu dnia pracy w związku z obrzędami religijnymi. Jest wręcz przeciwnie. Większość nie oczekuje żadnych przywilejów czy szczególnego traktowania – zaznacza Natalia Myskova, dyrektor ds. rekrutacji międzynarodowej w Grupie Progres.

Badanie Grupy Progres wskazało, że obcokrajowcy aktywni zawodowo nad Wisłą i pochodzący z Azji, Afryki lub Ameryki Południowej, deklarują, że są katolikami (28 proc. badanych), muzułmanami (25 proc.), wyznawcy hinduizmu stanowią 17 proc., a protestanci – 11 proc. Najmniej pracujących w Polsce cudzoziemców z innego kontynentu przestrzega wiary prawosławnej (8 proc.) i buddyzmu (6 proc.), pozostali (ok. 5 proc.) nie określają, czy w coś wierzą.

Kampanie obalające stereotypowe myślenie o obcokrajowcach i dostosowana do zachodzących zamian polityka migracyjna Polski z pewnością zachęcą kolejnych pracodawców do zatrudniania cudzoziemców, a ich z kolei do podejmowania pracy w Polsce. Część zostanie u nas na dłużej, jednak większość deklaruje, że chce pracować nad Wisłą i wróci do domu, gdy odłoży odpowiednią ilość pieniędzy. Bez względu na plany przyjezdnych trzeba zadbać o wszelkie aspekty, które są kluczowe, by ich pobyt w Polsce przynosił wszystkim jedynie pozytywne efekty, np. o bezpieczeństwo. Na szczęście jego poziom do tej pory nie pogorszył się, mimo znacznego wzrostu liczby cudzoziemców w naszym kraju.

Sektor PRS wciąż z wiatrem

Mierzący się z wieloma wyzwaniami sektor PRS nie zwalnia tempa wzrostu. Aktywność w tym zakresie wykazują zarówno deweloperzy, jak i inwestorzy. Tylko w I kwartale roku na rynek trafiło ponad 1 700 nowych lokali na wynajem.

Rozwinięte sektory nieruchomości komercyjnych w pierwszym kwartale roku odnotowały spowolnienie, czego nie można powiedzieć o sektorze PRS, który sukcesywnie umacnia się w tej strukturze.

„Mimo faktu, że deweloperzy działający na rynku PRS mierzą się z podobnymi wyzwaniami, co inni gracze w branży budowalnej, tj. wysoka inflacja, ciężkie do przewidzenia, ponieważ wciąż rosnące koszty budowy czy ograniczony dostęp do finansowania, w dalszym ciągu obserwujemy rozwój tego sektora. Tylko w I kwartale 2023 roku do użytku oddano 1 700 lokali na wynajem, z czego około 37% dotyczyło rynku poznańskiego,” – komentuje Bożena Garbarczyk, associate director w dziale badań rynku w Knight Frank.

Na koniec marca 2023 roku zasoby lokalowe w ramach sektora PRS szacowano na ponad 13 800 mieszkań. Liderem pod względem udziału w rynku pozostała Warszawa, gdzie zlokalizowane jest około 5 100 mieszkań na wynajem, co stanowi 42% całkowitych zasobów w Polsce.

„Szacuje się, że na koniec I kwartału w budowie znajdowało się ponad 7 300 mieszkań ulokowanych w 29 projektach. Jeżeli deweloperom uda się dotrzymać założonych planów, to 21 projektów zostanie oddanych do końca tego roku. W rezultacie na rynek trafiłoby 5 500 mieszkań na wynajem, co byłoby wynikiem blisko dwukrotnie większym w porównaniu do 2022 roku. Największa nowa podaż spodziewana jest w Warszawie, Łodzi i Wrocławiu,” – dodaje Bożena Garbarczyk.

Sektor PRS w Polsce przyciąga zarówno polskich, jak zagranicznych operatorów. Na koniec I kwartału największy udział w istniejących zasobach miało Echo Investment (28%), które na swojej platformie Resi4Rent oferuje prawie 3 400 mieszkań w 12 projektach. Do innych kluczowych graczy na rynku należy zaliczyć również TAG Immobilien (2 200 apartamentów w ramach 9 inwestycji na platformie Vantage Rent) oraz Fundusz Mieszkań na Wynajem (ponad 2 000 lokali na wynajem w 19 projektach). Dodatkowo, TAG Immobilien nabył 100% udziałów w Grupie Robyg, zabezpieczając grunty pod około 16 500 mieszkań w ramach 14 inwestycji.

„Obserwowana obecnie sytuacja gospodarcza w Polsce sprzyja rozwojowi sektora PRS. Wiążą się z tym wysokie ceny mieszkań i spekulacje, że koszty zakupu własnego mieszkania w najbliższych miesiącach będą dalej rosnąć. Utrzymujące się na wysokim poziomie stopy procentowe również nie sprzyjają zakupom mieszkaniowym. Co więcej, zmiana pokoleniowa, która dzieje się na naszych oczach, wpływa na mniejszą chęć lub wręcz jej unikanie do zaciągania długoterminowych zobowiązań. Może to się wiązać ze zmianą proporcji między zakupem a wynajmem. Warto przy tej okazji wspomnieć, że za przewagą projektów PRS przemawia często lokalizacja w atrakcyjnych częściach miast,” – wyjaśnia Sylwia Jankowska, investment broker w dziale rynków kapitałowych Knight Frank.

Zainteresowanie najemców mieszkaniami na wynajem ma przełożenie na wyjątkowo niski wskaźnik pustostanów w sektorze PRS, który na koniec marca 2023 roku szacowny był na blisko 4%, czyli o 1 pp. więcej w porównaniu z końcem 2022 roku. Sektor charakteryzuje się również szybkim tempem komercjalizacji, a w wielu przypadkach mieszkania znajdują najemców jeszcze przez ukończeniem projektu.

Po znaczącym wzroście czynszów w sektorze PRS w 2022 roku, stawki za wynajem w Warszawie w I kwartale br. utrzymały się na stabilnym poziomie. W miastach regionalnych, mimo wyższych kosztów finansowania nowych inwestycji i rosnących kosztów budowy, czynsze spadły średnio o 6-9% w porównaniu do wartości z 2022 roku.

Inflacja uderza nie tylko w portfele. Polacy mają coraz większy problem ze zdrowiem psychicznym

Już niemal połowa Polaków twierdzi, że przez wysoką inflację traci zdrowie psychiczne. Takich osób jest więcej niż tych, które nie doświadczają tego typu problemów. A rok temu sytuacja wyglądała zupełnie odwrotnie. Obecnie o niekorzystnych zmianach mówią głównie seniorzy, ale warto też zwrócić uwagę na pokolenie Z. Eksperci przy okazji komentowania wyników badania szacują, że przez ww. stan gospodarka traci nawet kilkanaście mld zł rocznie. I dodają, że problem od dłuższego czasu rósł, ale najgorsze jest to, że wcale nie tak łatwo będzie się go pozbyć. Do tego zwracają uwagę na to, że sytuacja może dalej się pogarszać, nawet mimo faktu, że inflacja zaczęła wyraźnie spadać. Eksperci prognozują też, że kryzys szybko nie zniknie z naszej przestrzeni i jako społeczeństwo będziemy musieli ponieść tego konsekwencje.

Znowu alarmujące wyniki

Obecnie blisko 49% Polaków doświadcza pogorszenia własnego zdrowia psychicznego, kondycji psychicznej, samopoczucia bądź funkcjonowania psychicznego w związku z wysoką inflacją. W ten sposób społeczeństwo reaguje na wzrost cen w sklepach i spadek wartości dochodów. Z kolei niecałe 42% nie odczuwa tego, a nieco ponad 9% nie ma zdania w tej kwestii. Tak wynika z cyklicznego raportu  pt. „Zdrowie psychiczne Polaków w czasach wysokiej inflacji”, opracowanego na podstawie badania, które zostało przeprowadzone przez UCE RESEARCH i platformę ePsycholodzy.pl w pierwszej połowie czerwca br. na reprezentatywnej próbie ponad tysiąca dorosłych Polaków.

– W dużym skrócie można powiedzieć, że blisko 15 mln Polaków może doświadczać pogorszenia własnego zdrowia psychicznego, kondycji psychicznej, samopoczucia bądź funkcjonowania psychicznego w związku z wysoką inflacją. Najczęstszym objawem jest stres, na który skarży się – według naszych wyliczeń – ok. 7,5 mln rodaków. Wyniki oczywiście są alarmujące. Inflacja odcisnęła trwałe piętno na Polakach – komentuje Michał Pajdak z platformy ePsycholodzy.pl.

W porównaniu z lipcem ub.r. widać też wyraźne zmiany. Wówczas niecałe 44% respondentów doświadczało ww. pogorszenia (teraz – blisko 49%). Przeciwnego zdania było przeszło 44% (obecnie – niecałe 42%), a trochę ponad 12% nie miało wyrobionej opinii w tym zakresie (w tej chwili – przeszło 9%). Jak stwierdza ekonomista Marek Zuber, badanie z ub.r. pokazuje sytuację, w której inflacja była bardzo wysoka, ale jej szczyt przypadł na początek 2023 r. A zatem odczucia z nią związane są ostrzejsze i jeszcze bardziej je widać. Ponadto ludzie coraz dłużej doświadczają jej oddziaływania, czyli mocniej ją czują. Jak podkreśla ekspert, skumulowany wzrost cen za ostatnie 2 lata to już wielkości grubo powyżej 25%, a w niektórych grupach towarowych, jak żywność, nawet znacznie więcej. Ponadto spada realne wynagrodzenie.

– W 2022 roku więcej osób mogło jeszcze sądzić, że wysoka inflacja będzie krótkotrwała. Na początku ludziom wydawało się, że sobie z tym poradzą, a sytuacja potrwa np. 2-3 miesiące. Rząd i bank centralny komunikowały przecież, że to zjawisko szybko minie. Jednak coraz więcej Polaków zaczyna poważnie odczuwać wzrost cen jako zagrożenie dla swojego stylu życia. Już rok temu wielu rodaków odczuwało pogorszenie zdrowia psychicznego. Teraz doszli ci, którzy poprzednio uważali, że wysoka inflacja potrwa krótko albo łatwo sobie z nią poradzą – analizuje prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce.

Najbardziej narażone grupy

Częściej ww. problemów doświadczają kobiety niż mężczyźni. Patrząc na grupy wiekowe, widać, że o pogorszeniu zdrowia psychicznego mówią przede wszystkim osoby mające 75-80 lat. Dalej są respondenci w wieku 18-24 lat oraz 35-44 lat. Z kolei uwzględniając deklarowane dochody miesięczne netto ankietowanych, można stwierdzić, że o niekorzystnych zmianach informują głównie ludzie uzyskujący 5000-6999 zł. Dalej są osoby zarabiające 3000-4999 zł oraz 1000-2999 zł. Z kolei na końcu zestawienia znajdują się rodacy, którzy nie mówią o wysokości dochodów lub zarabiają poniżej 1000 zł.

– Respondenci z dochodami w wysokości 5000-6999 zł to typowa tzw. średnia klasa. Ludzie, którzy mogli w ostatnich latach coraz mocniej korzystać z efektów swojej pracy. W obecnej sytuacji zmuszeni są oszczędzać, czego zasadniczo od lat nie doświadczali. Jednak problemem jest nie tylko wzrost inflacji, ale związany z nim zresztą spadek realnych dochodów. W przypadku zdecydowanie wyższych zarobków inflacja nie ogranicza możliwości zakupowych, a przy najniższych pensjach sytuacja już wcześniej była bardzo trudna – stwierdza Marek Zuber.

Problemy ze zdrowiem psychicznym dostrzegają przede wszystkim osoby ze średnim wykształceniem. Dalej są Polacy z wyższym, podstawowym, gimnazjalnym lub zasadniczym zawodowym wykształceniem. Z kolei patrząc na wielkość miejscowości zamieszkania, widać, że o tym zjawisku mówią głównie respondenci z ośrodków liczących od 50 tys. do 99 tys. mieszkańców. Dalej są rodacy z co najmniej 500-tysięcznych miast. Natomiast na końcu zestawienia są osoby z lokalizacji mających od 200 tys. do 499 tys. ludności, a także ze wsi i z miejscowości liczących do 5 tys. mieszkańców.

– Myślę, że ludzie ze średnim wykształceniem i z niewielkich miejscowości to również część społeczeństwa uważająca się za tzw. klasę średnią. Oni mają pewne aspiracje życiowe, z których nie chcą rezygnować. Oczywiście, im nie zabraknie pieniędzy na jedzenie, nie umrą z głodu. Natomiast pojawia się zagrożenie dla pewnego modelu życia, niekiedy utożsamianego z sukcesem życiowym. Teraz trzeba np. zamienić dwutygodniowe wakacje w Turcji na tygodniowe i to w dodatku w kraju, bo nie starczy środków na inne wydatki. To może być dużym obciążeniem psychicznym dla takich osób – podkreśla prof. Orłowski.

Wielomiliardowe uderzenie w gospodarkę

Rodzą się też pytania o to, ile nasza gospodarka traci ze względu na gorsze zdrowie psychiczne Polaków. Zdaniem prof. Orłowskiego, to jest bardzo trudne do precyzyjnej oceny. Generalnie złe nastroje szkodliwie wpływają na ekonomię. Choćby ludzie, którzy boją się inflacji, starają się ograniczyć zakupy. To się przekłada na koniunkturę, więc z pewnością efekt jest negatywny dla rynku. Ekspert zaznacza, że jest to pierwszy tak wyraźny i długotrwały wzrost inflacji, jaki odnotowujemy w najnowszej historii Polski. Wprawdzie w latach 90. XX wieku był wysoki wskaźnik, ale on stopniowo spadał. Teraz jest zupełnie nowa sytuacja dla ludzi, którzy przez ostatnich 20 lat odzwyczaili się od tego zjawiska. Natomiast na szacowanie takich finalnych kosztów jest jeszcze za wcześnie. Jednak częściowo autorzy raportu podjęli się tego zadania.

– Biorąc jedynie pod uwagę absencję w pracy osób ubezpieczonych z powodu zaburzeń psychicznych i zachowań, koszt dla gospodarki można szacować na wartość od 7,4 do 9,2 mld zł. rocznie. Dotyczy to 23,8 mln dni absencji chorobowej w ub.r. Należy też wziąć pod uwagę koszty zastępstwa nieobecnych pracowników, a więc ich rekrutację, szkolenie itd. Do tego dochodzą koszty wynikające z opóźnionej lub niewykonanej należycie pracy, utraconych klientów, a także obciążenia wynikające z infrastruktury służby zdrowia i prywatnej opieki medycznej pracowników. Jednak ww. kwota to tylko jeden z kilku wprost wyliczalnych składników. Pozostałe mogą być dodatkowo kilkukrotną tego wartością i wynosić nawet kilkadziesiąt miliardów zł rocznie – wskazuje Michał Pajdak.

Jak zaznacza Marek Zuber, mniejsza chęć do pracy i wydajność, ale też bardziej ograniczona konsumpcja to możliwe skutki tej sytuacji. Zdaniem eksperta, wpływ na gospodarkę nie powinien być jednak poważny. To nie są procesy, które w istotny sposób obniżą wzrost gospodarczy, ale będą w niej widocznym ogniwem. Z kolei prof. Orłowski podkreśla, że ludzie z reguły odczuwają inflację silniej, niż wskazuje pomiar statystyczny. Ekspert zwraca uwagę na prognozy prezesa NBP. Wynika z nich, że wskaźnik spadnie do 2-3%. Natomiast główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce uważa, że jesienią inflacja wyniesie 9-10%. Ale to wcale nie musi oznaczać jakiejś poprawy odczuć ludzi na ten temat.

Najgorsze dopiero przed nami?

– Inflacja zrobiła sporą wyrwę finansową wśród Polaków, która będzie odczuwalna jeszcze w przyszłości. Mówimy tutaj chociażby o osobach, które mają zadłużenie w opłatach za mieszkanie czy dom. Zaległości będą narastały, bo przecież są też bieżące opłaty. Osobiście prognozuję, że jeżeli dwucyfrowa inflacja zostanie z nami do końca roku i wówczas powtórzymy badanie, to wyniki znów się pogorszą. W grudniu br. nawet ok. 60-70% respondentów może stwierdzić, że doświadcza pogorszenia własnego zdrowia psychicznego. Do tego sama hamująca inflacja też nie jest gwarancją, że temat zniknie, bo problem długo się zbierał i w pewnym sensie się nawarstwił – przekonuje Michał Pajdak.

Jak tłumaczą eksperci z platformy ePsycholodzy.pl, z reguły Polacy mają poczucie, że inflacja jest sporo wyższa niż oficjalnie podawana przez GUS. A tego typu myślenie dodatkowo pogarsza ich stan. To prosta droga do różnego rodzaju zaburzeń i schorzeń, w tym tych najgroźniejszych dla życia i zdrowia, a także do kolejnych strat dla gospodarki. – Często komunikowana przez polityków tzw. malejąca inflacja wcale nie oznacza spadku cen towarów i usług, a jedynie mniejszą dynamikę ich wzrostu. Ale podejrzewam, że sporo konsumentów nie rozumie tego w ten sposób, co później przy sklepowej kasie bądź półce objawia się szokiem bądź nawet frustracją – zaznacza Pajdak.

Ponadto Polacy mogą od dłuższego czasu doświadczyć inflacji na własnej skórze, nie tylko rozumianej jako wzrost cen, ale także bezpośrednich tego skutków, np. zwolnień, ograniczenia pracy czy braku perspektyw. To wpływa na pogorszenie zdrowia psychicznego. – Na szczególną uwagę zasługuje tzw. pokolenie Z. W grupie tych młodych Polaków notowane są m.in. największe wskaźniki wypalenia zawodowego. Osoby wchodzące na rynek pracy z takimi problemami często są mało efektywne. I jeśli nie poddadzą się terapii, to wówczas taki stan będzie trwał kolejne lata. Dla pracodawców to wyjątkowo niebezpieczny trend – ostrzega ekspert.

Jednak, zdaniem ekspertów, to wszystko nie powinno nikogo dziwić – Ostatni okres to właściwie epicentrum szalejącej inflacji i emocje do tego zbierają się w Polakach. Najgorsze jest to, że tego nawarstwienia wcale nie tak łatwo będzie się pozbyć. Problem się rozlał i będziemy musieli ponieść tego konsekwencje. A spadająca inflacja wcale nie musi wpływać na poprawę kondycji psychicznej Polaków – podsumowuje Michał Pajdak z platformy ePsycholodzy.pl.

Pensjonaty i wille nad morzem na sprzedaż. Wiele nie wytrzymuje konkurencji aparthoteli i pięciogwiazdkowych obiektów

Dziwnów, Rewal, Ustronie Morskie, Sianożęty, Międzywodzie, Mielno – pensjonaty, wille i małe hotele z tych miejscowości znalazły się w ofertach „na sprzedaż” na popularnych portalach internetowych w ostatnim miesiącu. Do ekspertów rynku nieruchomości zgłasza się coraz większa ilość przedsiębiorców sektora hotelarskiego, którzy chcą sprzedać swoje nieruchomości.  – Dominują obiekty średniej wielkości, budowane ok. 10-20 lat temu, w miejscowościach nadmorskich, ale nie tak topowych jak np. Międzyzdroje czy Kołobrzeg. Widzimy tutaj pewną niepokojącą tendencję – mówi Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości. – Na rynku robi się ciasno dla „średniaków” – dodaje. – Klienci wybierają albo luksusowe i naszpikowane atrakcjami hotele albo aparthotele, gdzie płacą mniej za niższy standard – mówi ekspert.

Małe pensjonaty, hoteliki i wille przegrywają walkę o klientów. „Wybierają wielkie hotele naszpikowane atrakcjami albo tańsze aparthotele”

Mirosław Król przyznaje, że ilość ofert nieruchomości hotelowych na sprzedaż była ostatnio tak duża latem 2020, gdy sektor hotelarski przyduszany był pandemią i wracającymi lockdownami. Tym razem jednak zmiana wynika z ewolucji na rynku turystycznym. Zmieniają się nawyki konsumentów i niektórzy przedsiębiorcy nie mogą za tym nadążyć.

– Ofert na sprzedaże pensjonatów, willi i małych hoteli w mniej prestiżowych miejscowościach nadmorskich jest bardzo dużo. Wynika to z wielu czynników. Turystyka się zmienia, to efekt inflacji, ale i zupełnie innych oczekiwań od miejsca, gdzie się zatrzymujemy. Przedsiębiorcy, którzy od lat prowadzą działalność w taki sam sposób, te same pokoje hotelowe, ten sam standard, brak atrakcyjnych nowości, muszą się liczyć z odpływem klientów – mówi Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości.

– Mamy klincz, który zostawia coraz mniej miejsca dla średnich obiektów, a mają one wysokie koszty działania. Turysta wybiera albo pięciogwiazdkowy, luksusowy hotel ze SPA, zabawami dla dzieci i mocą atrakcji albo aparthotele, gdzie wszystko organizuje sobie sam, łącznie z posiłkami, ale płaci odpowiednio mniej. Średnie obiekty nie mają wielu atrakcji, a jednocześnie są droższe, bo prowadzą kuchnie, recepcje i większość zadań standardowego hotelu – mówi Mirosław Król. – Takie obiekty często przegapiły ten moment, gdy trzeba było się zmienić. Czasem nawet są nieobecne na bookingu i mają stare strony internetowe i małą aktywność w mediach społecznościowych – dodaje ekspert.

Hotel na sprzedaż. Niska cena metra kwadratowego

Czy jest wielu zainteresowanych zakupem średnich obiektów nad morzem? Mirosław Król przyznaje, że pytań od potencjalnych inwestorów jest wielu. Wszystko zależy od lokalizacji, ceny i stanu obiektu.

– Klienci mogą być zaskoczeni, jak wielki jest rozstrzał cen metra kwadratowego hotelu czy pensjonatu nad morzem. Przykładowo ośmiopokojowy pensjonat w Wisełce można kupić już za 1,5 miliona złotych, czyli niecałe 6 tysięcy złotych za metr kwadratowy. Pensjonat w Rewalu, który oferuje 50 miejsc noclegowych można nabyć za niecałe 4 miliony złotych, co daje kwotę nieco ponad 5,5 tysiąca złotych za metr kwadratowy. Lokal do generalnego remontu będzie jeszcze tańszy – mówi Mirosław Król.

Ekspert dodaje jednak, że tego typu inwestycja wymaga odpowiedniego przygotowania.

– To nie jest inwestycja dla każdego. Pensjonat to może być żyła złota, ale i kamień u nogi. Taką inwestycją powinien zająć się ktoś, kto czuje ten biznes i ma na niego pomysł. Klientów nad morzem nie brakuje, ale wstrzelenie się w oczekiwania klienta, który z jednej strony oczekuje jakości i atrakcji, a z drugiej odpowiedniej ceny, powoduje, że konkurowanie z dużymi obiektami dla małych staje się wyzwaniem często nie do pokonania – dodaje ekspert.

Jeszcze wyższe składki dla przedsiębiorców – czy polski biznes to wytrzyma?

Przedsiębiorców czeka kolejna podwyżka kosztów prowadzenia działalności. Ci, którzy korzystają z preferencyjnego ZUS-u, będą musieli zapłacić dużo więcej. Wzrosną także składki na ubezpieczenia społeczne dla osób niekorzystających z preferencji. Czy polski biznes to wytrzyma?

Irracjonalne podwyżki płacy minimalnej

Od 1 lipca br. przedsiębiorców czeka kolejna podwyżka składek ZUS, która wynika z kolejnego wzrostu płacy minimalnej. W stosunku do 2022 roku składki wzrosną aż o 19,6%. Rekordowy wzrost składek ZUS w 2023 r. najmocniej odczują nowo utworzone przedsiębiorstwa, będące jeszcze w fazie rozruchu i korzystające z preferencyjnych warunków (tzw. Mały ZUS).

W 2024 przedsiębiorców czekają kolejne niekorzystne zmiany. Przyjęty przez rząd Wieloletni Plan Finansowy 2023-2026 zakłada kolejny wzrost składek ZUS w 2024 roku, w wyniku wzrostu przeciętnego wynagrodzenia o 9,6%. W kolejnym roku najniższe wynagrodzenie za pracę ma wzrosnąć dwukrotnie. Od 1 stycznia – wyniesie 4242 zł, a od lipca – 4300 zł. To będzie szok dla ok. 2 mln polskich przedsiębiorców.

W obecnych ciężkich czasach gospodarczych, mimo obciążeń jakie przyniosła pandemia oraz wojna w sąsiednim kraju, ciągłe podwyżki obowiązkowych opłat bardzo mocno i skutecznie zniechęcają Polaków do podejmowania przedsiębiorczych inicjatyw. Aktualna sytuacja sprzyja „szarej strefie”, która na rynku pracy istnieje, rośnie i będzie rosła. – mówi Anna Maria Dukat, ekspertka BCC ds. niepełnosprawności i polityki senioralnej.

Rząd rzuca kłody pod nogi osobom z niepełnosprawnościami

W najgorszej sytuacji są seniorzy i mikroprzedsiębiorcy z niepełnosprawnościami, którzy – mimo wieku czy ograniczeń zdrowotnych – prowadzą własną działalność gospodarczą, aby dostosować warunki pracy do swoich możliwości psycho- fizycznych. Takim przedsiębiorcom ograniczenia stwarza – obok ich zdrowia rząd, który „rzuca kłody”, uniemożliwiając zarobkowanie i usamodzielnianie się. Wysokość wypłacanych świadczeń rentowych i emerytalnych bardzo często nie pozwala na zapewnienie godnego życia. – dodaje Maria Dukat.

Monopol

W Polsce mamy niezdrowy i przestarzały system ubezpieczeń społecznych. Zabezpieczenie społeczne możliwe jest jedynie w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych, gdzie prowadzona jest polityka monopolistyczna.

W Niemczech ubezpieczenie socjalne jest obowiązkowe, ale kasa chorych jest do dobrowolnego wyboru. We Francji przynależność do danego systemu ubezpieczeń społecznych zależy od statusu zawodowego ubezpieczonego. W Szwecji system zabezpieczenia społecznego nadzoruje Ministerstwo Zdrowia i Spraw Społecznych, ale poszczególne działy są prowadzone przez różne Agencje.

W poszczególnych państwach mamy różne sytuacje gospodarcze i inne problemy społeczne. Warto jednak przemyśleć i przeanalizować sytuację zaistniałą w naszym kraju. Czy podwyższenie poziomu składek ZUS zapewni bezpieczeństwo obywateli? Czym kierować się przy podejmowaniu decyzji o możliwości zabezpieczenia społecznego? – pyta retorycznie ekspertka BCC.

Polski Creotech Instruments w projekcie tworzenia nowych standardów dla infrastruktury kosmicznej wojsk UE

Projekt „REACTS: Responsive European Architecture for Space”, którego konsorcjantem jest Creotech Instruments, został wybrany 26 czerwca 2023 roku do finansowania w ramach Europejskiego Funduszu Obrony. Celem tego przedsięwzięcia jest przygotowanie europejskiego systemu zapewniającego uruchomienie nowych satelitów na orbicie w czasie krótszym niż 72 godziny od zaistnienia sytuacji kryzysowej. Koordynatorem całego projektu jest Niemiecka Agencja Kosmiczna, a uczestniczy w nim łącznie aż 38 europejskich podmiotów. Całkowita wartość projektu wynosi 19,3 mln EUR, w tym na Creotech Instruments przypada ok. 1,1 mln EUR. Spółka jest koordynatorem jego kluczowej części – analiz segmentu kosmicznego, w tym misji kosmicznych, platform satelitarnych oraz inżynierii systemowej. Projekt potrwa 21 miesięcy, a jego rozpoczęcie planowane jest na styczeń 2024 roku. Po jego zakończeniu wojska krajów UE w obszarze satelitarnym będą miały do dyspozycji kilka standardów, w tym autorski HyperSat od Creotech Instruments.

Creotech Instruments odegra kluczową rolę w projekcie „REACTS”, który istotnie podniesie zdolności obronne wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej. Co istotne, powierzono nam cześć budowy standardu dla małych satelitów, w których jesteśmy postrzegani jako europejscy eksperci, gdzie będziemy koordynować prace 12 podmiotów, w tym największych graczy, tj. Airbus Defence And Space czy DLR. Projekt ma na celu przygotowanie standardów na poziomie całej UE dla dostarczenia funkcjonalnych satelitów na orbitę w czasie krótszym niż 72 godziny od zaistnienia sytuacji kryzysowej. Wykorzystanie konstelacji satelitów do odtworzenia pełni zdolności operacyjnych, w tym komunikacji, obrazowania czy nawigacji, jest strategicznym projektem dla bezpieczeństwa Europy, a po zrealizowaniu projektu – jednym ze standardów do dyspozycji UE będzie nasza autorska platforma satelitarna HyperSat. Krótkie, 72 godzinne okno, nie daje przestrzeni na rozpoczęcie budowy satelitów, projekt będzie musiał zakładać, że te urządzenia zostaną wcześniej zbudowane, rozlokowane w europejskich portach kosmicznych i pozostaną w gotowości do szybkiego wystrzelenia na orbitę w razie zaistnienia takiej konieczności komentuje dr hab. Grzegorz Brona, Prezes Zarządu Creotech Instruments S.A.

Europejski Fundusz Obrony jest inicjatywą Unii Europejskiej mającą na celu wzmocnienie zdolności obronnych państw członkowskich oraz promowanie współpracy obronnej w Europie. Projekt „REACTS: Responsive European Architecture for Space” jest koordynowany przez Niemiecką Agencję Kosmiczną (DLR), a do konsorcjantów należą największe podmioty w Europie m.in. Airbus Defence And Space (niemiecki, francuski, hiszpański), ArianeGroup, OHB System, Kongsberg Defence & AeroSpace, Telespazio czy Safran. Creotech Instruments powierzono koordynację budowy standardu dla małych satelitów, który w przyszłości ma zostać zaimplementowany w ramach pozyskiwanej zdolności obronnej na poziomie UE. Spółka koordynuje pracę 12 podmiotów, w tym: Airbus Defence And Space, DLR, TNO, EnduroSat, NanoAvionics czy OHB System.

Projekt „REACTS” polega na dogłębnej analizie możliwości technologicznych europejskich podmiotów branży kosmicznej, celem zaproponowania architektury i koncepcji operacyjnej pozwalającej na dostarczenie funkcjonalnych satelitów na orbitę w czasie krótszym niż 72 godziny od zaistnienia sytuacji kryzysowej. W ciągu 21 miesięcy od rozpoczęcia prac zaplanowanych na styczeń 2024 roku, powstanie architektura systemu, która zapewni europejskim państwom członkowskim zwiększoną zdolność obronną, opartą na współpracy: odpornej i skalowalnej sieci responsywnych systemów kosmicznych (satelitarnych), czyli w pełni interoperacyjnej zdolności do wystrzelenia satelitów i rozpoczęcia dostarczania przez nie danych w czasie krótszym niż 3 doby. Część satelitarną projektu koordynuje Creotech Instruments, a po jego zakończeniu wojska krajów UE w obszarze satelitarnym będą miały do dyspozycji kilka standardów, w tym autorską platformę HyperSat rozwijaną przez Spółkę.

Creotech Instruments jest firmą działającą w obszarze systemów satelitarnych i zaawansowanej elektroniki m.in do zastosowań kwantowych. Jako jedyna firma w Polsce osiągnęła zdolność do budowy mikrosatelitów, czyli satelitów o wadze od 10 kg do kilkudziesięciu kg. Krokiem milowym w rozwoju Spółki jest projekt satelity EagleEye do obserwacji Ziemi w paśmie widzialnym budowanego na autorskiej platformie mikrosatelitarnej HyperSat. Platforma ta pozwala na realizację różnego rodzaju misji, od technologicznych i naukowych, poprzez misje obserwacyjne i telekomunikacyjne, aż po misje w daleki kosmos. Jej modułowa konstrukcja zapewnia pełną skalowalność satelitów w zakresie 10-60 kg, a w przyszłości także ponad 100 kg. Wyniesienie satelity EagleEye na orbitę okołoziemską planowane jest w 2024 roku na rakiecie amerykańskiej firmy SpaceX. Spółka jest też współrealizatorem projektu PIAST, w ramach którego planuje umieścić na orbicie konstelację trzech małych satelitów obserwacyjnych w 2025 roku, także opartych na platformie HyperSat.

K2 Holding zmieni się w Fabrity Holding, Walne Zgromadzenie zatwierdziło 6 zł dywidendy na akcję

Akcjonariusze K2 Holding zdecydowali o zmianie firmy spółki na Fabrity Holding w związku z wiodącym udziałem biznesu software oraz przeglądem opcji strategicznych spółek marketingowych. Walne Zgromadzenie przychyliło się również do rekomendacji Zarządu co do podziału zysku roku 2022 i wypłaty łącznie 6 zł dywidendy na akcję (14,5 mln zł).

Zgodnie z przyjętą uchwałą, ustalenie prawa do dywidendy nastąpi 4 lipca, a jej wypłata 4 października. Biorąc pod uwagę wypłatę 2 zł dywidendy zaliczkowej w październiku, do akcjonariuszy trafi jeszcze 4 zł dywidendy na akcję.

Łącznie dywidendy za lata 2021-2022 to 12,4 zł na akcję, czyli około 50% kapitalizacji spółki z początku zeszłego roku. Rekordowe dywidendy mają oczywiście związek z transakcją sprzedaży chmurowej spółki Oktawave, ale również bieżąca działalność biznesowa Grupy tworzy potencjał wypłaty rosnących dywidendkomentuje Paweł Wujec, Prezes Zarządu K2 Holding.

W ślad za ewolucją Grupy K2 na przestrzeni ostatnich lat, akcjonariusze obecni na Walnym Zgromadzeniu zdecydowali o zmianie firmy spółki na Fabrity Holding SA.

Software house Fabrity to obecnie nasz motor rozwoju, największy i najbardziej zyskowny biznes. Dlatego zależy nam, aby nazwa całej grupy notowanej na GPW odzwierciedlała dominującą rolę Fabrity. Co ważne, spółki marketingowe (K2 Create i K2 Precise) dalej funkcjonować będą pod szyldem K2 – znanym i cenionym w swojej branżywskazuje Prezes Paweł Wujec.

Zmiana firmy spółki holdingowej notowanej na GPW na Fabrity Holding S.A. stanie się skuteczna wraz z wpisem tejże zmiany w KRS.

Inwestorzy spekulacyjni wyrzuceni z rynku mieszkaniowego? Ich oferta może być kusząca, ale…

Od 1 lipca 2023 r. ukrócony zostanie handel cesjami umów rezerwacyjnych i umów deweloperskich na rynku mieszkaniowym. Eksperci portali GetHome.pl i RynekPierwotny.pl przestrzegają tych, którzy przymierzają się do zakupu mieszkania za „Bezpieczny kredyt 2%”, by omijali szerokim łukiem tego typu „oferty”.

–  Nasz rynek mieszkaniowy był do tej pory prawdziwą żyłą złota dla spekulantów. Pół biedy, że zarabiają oni na wzroście ceny mieszkań. Gorzej, że w jakimś stopniu przyczyniają się do jej wzrostu, a w efekcie do spadku dostępności mieszkań dla tych, którzy kupują je na własne potrzeby – mówi Marek Wielgo, ekspert portali GetHome.pl i RynekPierwotny.pl.

Przypomina historię bańki cenowej po przystąpieniu naszego kraju do Unii Europejskiej. Bardzo gwałtownie wzrósł wówczas popyt na nieruchomości. I to nie tylko dlatego, że radykalnie poprawiła się dostępność kredytów mieszkaniowych (szczególnie w walutach obcych). Mieszkania zaczęli kupować również inwestorzy spekulacyjni z Zachodniej Europy, m.in. Wielkiej Brytanii, Irlandii, Hiszpanii i Włoch, którzy dostrzegli możliwość zarobku. Niektórzy kupowali całe pakiety lokali, które odsprzedawali z zyskiem jeszcze przed zakończeniem budowy. W efekcie deweloperzy nie nadążali z podażą. Nawet, gdy inwestycja była na etapie projektu, przed ich biurami ustawiały się kolejki chętnych. W Warszawie średnia cena m kw. wzrosła o blisko 150% w okresie pięciu lat. Tylko w 2007 r. podwyżka sięgała 57%, zaś przeciętne zarobki mieszkańców stolicy wzrosły „tylko” o niespełna 11%. W efekcie gwałtownie pogorszyła się ich siła nabywcza na rynku mieszkaniowym. Podobnie było w innych aglomeracjach.

–  Kryzys finansowy w 2008 r. wymiótł z Polski zagranicznych inwestorów spekulacyjnych, ale pojawili się krajowi amatorzy szybkiego zysku. Ich aktywność nasiliła się po 2018 r.  W pamięci zapisze się szczególnie rok 2021. Mieszkania sprzedawały się jak świeże bułeczki, bo działał dopalacz w postaci niskich stóp procentowych. Ceny mieszkań poszły więc ostro w górę – wspomina Marek Wielgo.Wyk. 1 - Średnia cena mieszkań w ofercie firm deweloperksich

I tym razem firmy deweloperskie nie nadążały z produkcją mieszkań, a ich oferta kurczyła się w zastraszającym tempie. Ekspert portali GetHome.pl i RynekPierwotny.pl przyznaje, że skala zakupów spekulacyjnych, ani ich wpływ na ceny, nie były jednak tak wielkie jak przed 2008 r. Eksperci szacują, że w zależności od miasta handel cesjami umów deweloperskich dotyczył od kilku do kilkunastu procent wszystkich mieszkań, które wprowadzali na rynek deweloperzy.

–  Spadek popytu na mieszkania na skutek zapaści na rynku kredytów w 2022 r. z pewnością odstraszył amatorów bogacenia się na handlu cesjami umów deweloperskich. W tym roku pojawiły się za to sygnały, że skutkiem zapowiedzi programu „Bezpieczny Kredyt 2%” są spekulacyjne rezerwacje mieszkań – mówi Marek Wielgo.

Jeśli to prawda, to tacy inwestorzy najpewniej liczą, że znajdą na nie chętnych, bo wiele osób będzie chciało skorzystać z preferencyjnego kredytu na zakup pierwszego mieszkania lub domu. Dodajmy, że na rynku są też wciąż oferowane cesje umów deweloperskich. Niektórzy inwestorzy kuszą nawet nieco niższą ceną od aktualnej oferty deweloperów, która na dodatek mocno się w tym roku skurczyła.Wyk. 2 - Mieszkania w ofercie deweloperów na koniec miesiąca

Należy zwrócić uwagę na pułapkę w przepisach, które wejdą życie najpewniej od 1 lipca 2023 r. Mogą w nią wpaść kupujący cesję umowy rezerwacyjnej lub deweloperskiej. Stracą oni wówczas możliwość ubiegania się o dotowany przez państwo „Bezpieczny Kredyt 2%” oraz o kredyt z gwarantowanym przez państwo wkładem własnym. Wybór ograniczy się do standardowych kredytów hipotecznych, które są droższe.

Równocześnie rząd przeforsował rozwiązania, które mają ukrócić proceder handlu cesjami umów rezerwacyjnych i umów deweloperskich na rynku mieszkaniowym. Rzecz jasna tylko tych zawieranych od 1 lipca. Cesji tych pierwszych w ogóle nie będzie można sprzedać. Ustawa przewiduje tylko jeden wyjątek: przeniesienie wierzytelności wynikających z umowy rezerwacyjnej na członka rodziny.

Natomiast w przypadku umów deweloperskich dopuszczalna będzie tylko jedna cesja, a i to pod warunkiem, że sprzedający nie zawierał już tego typu transakcji w ciągu ostatnich trzech lat. Będzie on musiał złożyć w tej sprawie specjalne oświadczenie pod rygorem odpowiedzialności karnej. Oczywiście to ograniczenie nie obejmie członków rodziny, gdyby cesja była dokonywana na ich rzecz. Władze będą miały pod kontrolą handel cesjami umów deweloperskich, gdyż każda taka transakcja będzie wymagała obecności notariusza.

Nowe rozporządzenie UE: Baterie do pojazdów mają być trwalsze, wydajniejsze i prostsze w recyklingu

Baterie wysokiego napięcia do pojazdów będą trwalsze, wydajniejsze i prostsze w recyklingu – wynika z rozporządzenia uchylającego dyrektywę nr 2006/66/WE i zmieniającego rozporządzenie UE nr 2019/1020. To kolejny etap zmian dążących do polityki zrównoważonego rozwoju oraz kolejna szansa dla Polski.

Uzyskane porozumienie przez Parlament Europejski oraz Radę Unii Europejskiej to jasny krok w stronę polityki zrównoważonego transportu, promowanego przez Unię Europejską. „Według wyliczeń Światowego Forum Ekonomicznego należy dziewiętnastokrotnie zwiększyć światową produkcję baterii, aby przyspieszyć przejście na gospodarkę niskoemisyjną” – wskazała Komisja Europejska (KE) w uzasadnieniu do nowego rozporządzenia.

Jest to kolejna elektromobilna szansa dla Polski. Zgodnie z prognozami nawet 8-krotnie wzrosną globalne moce produkcyjne baterii litowo-jonowych w ciągu najbliższych 5 lat. Jest to odpowiedź na zwiększającą się sprzedaż pojazdów z napędem elektrycznym. Przewiduje się, że w 2022 roku światowa sprzedaż samochodów z napędem elektrycznym osiągnęła poziom 10,5 mln szt., co oznacza wzrost o 55% w porównaniu z 2021 r. Jak przewidują analitycy Goldman Sachs, w 2030 r. auta na prąd mają już stanowić jedną trzecią światowej sprzedaży, a pięć lat później ich rynkowy udział wzrośnie do 50%.

Według prognoz BNEF globalne moce produkcyjne akumulatorów litowo-jonowych mają wzrosnąć ośmiokrotnie do 2027 r., osiągając poziom 8945 gigawatogodzin (GWh). Coraz ważniejszą rolę w sektorze bateryjnym odgrywa Europa, która odpowiadała za 14% światowych mocy produkcyjnych w 2022 r. Do europejskich liderów w tym obszarze należą niektóre państwa regionu Europy Środkowo-Wschodniej, w szczególności Polska i Węgry odpowiadające aż za 9% światowych mocy produkcyjnych – wylicza Maria Majewska, New Mobility Expert PSPA. – Najbliższe lata będą stanowiły ogromne wyzwanie dla całej branży aby prawidłowo zrozumieć i zinterpretować przepisy opisane w rozporządzeniu bateryjnym a następnie z sukcesem wdrożyć je w swoje procesy biznesowe, projektowe oraz produkcyjne. W ramach prac m.in. Komitetu Bateryjnego, który prowadzimy w Polskim Stowarzyszeniu Paliw Alternatywnych, dogłębnie analizujemy rozporządzenie i działamy na rzecz poszerzania wiedzy całego zainteresowanego środowiska na temat przyszłych obowiązków spoczywających na wszystkich interesariuszach tego rynku zapraszając naturalnie różne organy i instytucje do dyskusji – dodaje Majewska

Z początkiem roku, w Europie ogłoszono prawie 50 projektów wdrożeniowych, które do 2030 r. przyczynią się do dostarczenia ogniw o łącznej mocy do 1800 GWh. Polska odgrywa wiodącą rolę w łańcuchu dostaw baterii, będąc drugim, największym producentem na świecie. Akumulatory litowo-jonowe stanowią już ponad 2,4% całego polskiego eksportu. Wartość tego sektora wzrosła 38-krotnie w ciągu ostatnich sześciu lat z około 1 mld zł w 2017 r. do ponad 38 mld zł w 2022 r. Oprócz LG Energy Solutions, w naszym kraju inwestują także inne czołowe firmy z sektora akumulatorowego, takie jak Northvolt, Umicore, SK Innovation, Capchem, Guotai Huarong, BMZ czy Mercedes-Benz Manufacturing Poland.

Baterie pod kontrolą

Nowe regulacje dotyczące baterii znajdą zastosowanie do wszystkich rodzajów akumulatorów. Oznacza to, że przyjęte rozporządzenie nie dotyczy tylko wysokonapięciowych baterii do pojazdów, ale również tych do zasilania m.in. komputerów, telefonów czy przemysłowych wykorzystywanych do magazynowania energii. Wprowadzona zostanie także nowa kategoria baterii – zasilających tzw. lekkie środki transportu, czyli coraz bardziej popularne elektryczne rowery i hulajnogi.

Co więcej już od 1 lipca 2024 r. każdej nowej baterii przemysłowej albo akumulatorowi będzie musiała towarzyszyć dokumentacja o pozostawianym śladzie węglowym w cyklu całego ich życia. Nie będzie mógł on przekroczyć norm ustanowionych przez KE w osobnym akcie prawnym.

Parlament Europejski i Rada Unii Europejskiej osiągnęły wstępne porozumienie w sprawie przeglądu unijnych przepisów dotyczących baterii i akumulatorów. To kluczowa zmiana na rynku baterii. Prawdopodobnie w tym roku zostanie przyjęte tzw. rozporządzenie bateryjne, a zatem regulacja mająca zastosowanie do całego cyklu życia baterii. Przepisy dotyczyć będą wszystkich rodzajów baterii sprzedawanych w UE (przenośne, do lekkich środków transportu, samochodów czy przemysłowe i in.). Kluczowe zapisy dotyczą celów w zakresie zbierania zużytych baterii przenośnych (63% do końca 2027 r. i 73% do końca 2030 r.) oraz zużytych baterii do lekkich środków transportu (51% do końca 2028 r. i 61% do końca 2031 r.). Kraje członkowskie nie będą musiały transponować przepisów, ponieważ te zaczną obowiązywać bezpośrednio po publikacji rozporządzenia w europejskim dzienniku ustaw i w kolejnych latach (zgodnie z datami opisanymi w rozporządzeniu) – komentuje dr Katarzyna Barańska, reprezentująca Osborne Clarke.

W ślad za nowymi regulacjami, obowiązkowe staną się etykiety dla baterii pojazdów elektrycznych (EV), transportów lekkich (LMT, jak np. elektryczne hulajnogi) i baterii przemysłowych o pojemności do 2kWh. Te etykiety będą deklarować ślad węglowy, czyli wpływ danego produktu na środowisko oraz cyfrowy paszport – przekazujący wszystkie informacje o wymaganiach zrównoważonego rozwoju i cyklu życia baterii. Dla konsumenta oznacza to wprowadzenie obowiązku, aby takie baterie były dla każdego łatwo dostępne i wymienne w urządzeniach, w tym w telefonach czy tabletach.

Recykling to przyszłość

Warto podkreślić, że inicjatywa UE jest blisko związana z Europejskim Zielonym Ładem, Planem działania na rzecz gospodarki o obiegu zamkniętym oraz Nowej Strategii Przemysłowej. Nowe przepisy ominą jedynie małych i średnich przedsiębiorców. Zaostrzone będą cele gromadzenia odpadów i minimalne poziomy odzysku materiałów – np. lit, kluczowy do produkcji akumulatorów, ma docelowo 2031 roku być odzyskiwany w 95 proc. Pierwsze regulacje wejdą w życie 2027 roku, lit ma być wtedy w 50 proc. możliwy do recyklingu z elektrośmieci. – Pierwszy raz mamy przepisy dotyczące gospodarki o obiegu zamkniętym, które obejmują cały cykl życia produktu – podejście korzystne zarówno dla środowiska, jak i gospodarki – czytamy w komunikacie prasowym wypowiedź Achille Variatiego, posła Parlamentu Europejskiego.

Poprzez zwiększenie skali recyklingu akumulatorów litowo-jonowych branża bateryjna w Unii Europejskiej może w znacznym stopniu ograniczyć uzależnienie od importu surowców pierwotnych. Aktualnie w Europie funkcjonuje ponad 70 firm, które są bezpośrednio związane lub wspierają działania na rzecz wtórnego wykorzystania baterii, jednak rozwój elektromobilności na skalę masową wymaga pilnego uruchomienia kolejnych inwestycji w tym obszarze.

Kolejnym bodźcem będzie przyjęte prawo, w którym wyznaczono również minimalny poziom zawartości surowców wtórnych w przyszłościowych produktach. W efekcie osiem lat po wejściu w życie przepisów – 16 proc. kobaltu, 85 proc. ołowiu, 6 proc. litu i 6 proc. niklu; trzynaście lat po wejściu w życie przepisów – 26 proc. kobaltu, 85 proc. ołowiu, 12 proc. litu i 15 proc. niklu.

Biorąc pod uwagę zmieniające się prawo oraz wdrażane regulacje, rynek bateryjny ma szanse na jeszcze szybszy rozwój. W tym sektorze Polska może okazać się liderem, jeżeli dobrze wykorzystamy naszą szansę. Pozycja w produkcji baterii wypracowaliśmy już pozycję tylko musimy ją utrzymać. Przed nami walka o recyklingową dominację.

Autor: Elektromobilni.pl

FPP: Państwa członkowskie powinny mieć ostateczny głos w kształcie podatku akcyzowego

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) pozytywnie odbiera niedawną deklarację ze strony Wiceministra Finansów, Artura Sobonia, który wskazał, że to państwa członkowskie Unii Europejskiej mają ostateczny głos w kwestii kształtowania unijnej polityki w zakresie opodatkowania akcyzą. W Polsce realizowana jest mapa drogowa podatku akcyzowego z perspektywą sięgającą roku 2027. Nie ulega wątpliwości, że krajowe plany w tym zakresie będą musiały wpisać się w szersze regulacje wynikające z nowej unijnej dyrektywy tytoniowej – jednak nowe rozwiązania powinny zostać wypracowane w ramach standardowych procedur, zachowujących możliwość pełnego przedstawienia stanowiska i wymiany opinii ze strony Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego oraz poszczególnych państw członkowskich.

Istotnym elementem planowanych dyskusji w ramach spotkania państw-sygnatariuszy Konwencji Ramowej WHO o Ograniczeniu Użycia Tytoniu, które odbędzie się w listopadzie br. w Panamie, będzie kwestia polityki akcyzowej dotyczącej wyrobów tytoniowych. Z dostępnych informacji wynika, że celem spotkania będzie ustalenie konkretnych stawek opodatkowania papierosów oraz pokrewnych wyrobów i ich zamienników, które miałyby zastosowanie na obszarze całej Unii Europejskiej.

„Nie ulega wątpliwości, że niezbędne są dyskusje specjalistów ds. zdrowia publicznego na poziomie międzynarodowym na temat rekomendowanych kierunków zmian polityki regulacyjnej państwa w odniesieniu do uzależnień, a także prowadzenie analiz i dyskusji na temat wpływu poziomu akcyzy na konsumpcję papierosów oraz możliwą do osiągnięcia redukcję szkód zdrowotnych i społecznych związanych z paleniem. Ustalanie samych stawek akcyzy w ramach takiego gremium byłoby jednak działaniem zbyt daleko idącym. Przy podejmowaniu takich decyzji konieczne jest uwzględnienie całego szeregu czynników, związanych również z polityką fiskalną poszczególnych państw, ryzyka przemytu i szarej strefy, jak również uwarunkowanych specyfiką lokalną. Tryb dyskusji prowadzonych w Panamie nie gwarantuje uwzględnienia tych wszystkich czynników” – mówi Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP).

Oznaki ożywienia na rynku cen gazu ziemnego

Spadki cen gazu ziemnego na świecie to jeden z powodów spadku inflacji na świecie. Po ogromnym wzroście cen w następstwie wybuchu wojny w Ukrainie, ceny znacznie w tym roku spadły do poziomów dwa razy wyższych niż przed wybuchem wojny. Teraz, po okresie spadków, widać ożywienie na rynku. Ceny pozostają niestabilne, co utrudnia obniżanie cen dla konsumentów.

Ceny gazu ziemnego zarówno w Europie, jak i USA wykazały ostatnio oznaki ożywienia po bardzo silnym spadku w tym roku. To przypomina inwestorom, że ceny gazu wykazują bardzo duży poziom zmienności i niestabilności, a znaczne spadki cen nie powinny być brane za pewnik. Duża zmienność powoduje też trudności w obniżaniu cen gazu dla firm i odbiorców detalicznych w poszczególnych krajach. W Polsce, mimo dużych spadków cen gazu na świecie, wzrost cen od początku roku wynosi 17 proc. (według danych GUS).

Ceny gazu są jednym z najważniejszych czynników obniżających inflację w wielu krajach. Jednak ceny gazu ziemnego nadal dwukrotnie przekraczają poziomy sprzed wojny w Ukrainie. Ceny w USA odbiły się od kluczowego poziomu 2,00 dolarów za 1 milion BTU (brytyjska jednostka cieplna) wraz z wejściem w sezon letni. Globalna podaż gazu wzrośnie w tym roku tylko o 4 proc., a rosyjski eksport może zostać jeszcze bardziej ograniczony. Najbardziej rośnie popyt na gaz w Azji, z powodu otwarcia gospodarki chińskiej i ożywienia gospodarczego w Japonii. Niepewność na rynku wzmaga zjawisko wysokich temperatur w strefie równikowej, zwane El Niño, które z jednej strony powoduje zmniejszenie zapotrzebowanie na gaz do ogrzewania (choć zwiększa zapotrzebowanie na gaz zasilający klimatyzację), a z drugiej, może wywoływać huragany, które dezorganizują wydobycie gazu w USA.

W Europie, ceny gazu ziemnego TTF rosną – ostatnio podwoiły w stosunku do swoich najniższych poziomów. Dzieje się tak za sprawą ograniczeń podaży, ponieważ największy producent w Europie – Norwegia przedłużyła letnie przestoje konserwacyjne, a producent nr 2, czyli Holandia, przyspieszył zamknięcie swojego ogromnego pola gazowego – Groningen. Z tego powodu, największe spadki cen mogą być już za nami. Poziom zapasów gazu w UE wynosi 74 proc., i nie powinno być żadnego problemu z osiągnięciem poziomu 90 proc. przed listopadowym rozpoczęciem sezonu zimowego.

Największym producentem gazu ziemnego na świecie (25 proc. całkowitej produkcji) są USA. Są także drugim największym eksporterem, po Rosji, a przed krajami Bliskiego Wschodu. Podobnie jak w Europie, większość spadku cen gazu ziemnego może być już za nami. Spadek aktywności wiertniczej i produkcji utrzymuje ceny powyżej historycznie kluczowego poziomu 2,0 USD/MMBtu.

Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Spadek bezrobocia w Polsce, pesymizm w niemieckiej gospodarce, odbicie Bitcoina

Spadek bezrobocia, mimo że o tej porze roku jest dość standardowy, zawsze cieszy. W tle pesymizm z niemieckiej gospodarki oraz kolejne odbicie w górę cyfrowego pieniądza, który pomimo inflacji odbił się od dołków z początku roku.

Bezrobocie w Polsce

Wczoraj poznaliśmy stopę bezrobocia w Polsce. Obyło się bez niespodzianek. Zgodnie z oczekiwaniami spadła ona do 5,1%. Co ciekawe w 2023 roku od stycznia uzyskujemy dokładnie takie same rezultaty jak w 2022 roku. Pokazuje to dokładnie, że napływ emigrantów z terytorium Ukrainy wbrew głosom pewnych formacji wcale nie wpłynął dewastująco na polski rynek pracy. Biorąc pod uwagę nadchodzący sezon wakacyjny oraz prace w rolnictwie w kolejnych miesiącach powinniśmy spaść poniżej progu 5%. Dane te jako zgodne z oczekiwaniami nie miały większego wpływu na zachowanie kursów walut. Inwestorzy byli bowiem gotowi na poprawę wyniku względem danych za kwiecień.

Pesymizmu w Niemczech ciąg dalszy

Wczorajsze dane od naszego zachodniego sąsiada nie napawają optymizmem. Indeks Instytutu IFO wskazuje coraz niższe wyniki. Badania ankietowe pokazują poziom optymizmu respondentów. Ponieważ badanie prowadzone jest wśród przedsiębiorców z branż przetwórczej oraz budownictwa i handlu, ich nastawienie jest w pewnym sensie samospełniającą się przepowiednią. Jeżeli będą tak jak teraz oczekiwać spowolnienia gospodarczego, to będą redukować zapasy, tym samym pogarszając koniunkturę w dalszych częściach łańcucha dostaw. To właśnie dlatego takiego typu indeksy są tak chętnie obserwowane przez analityków. Często pozwalają one pewne ostrzegawcze sygnały wychwycić dużo szybciej niż twarde dane w rodzaju zmian PKB.

Bitcoin znów zyskuje

Ostatnie dni przyniosły nam kolejne wzrosty wyceny na najpopularniejszej kryptowalucie świata. Przekroczyła ona nieznacznie 30 000 dolarów, ale również przebiła kwietniowe szczyty. Tym samym cena jest najwyższa od ponad roku, a konkretnie od pierwszej połowy 2022 roku. Co powoduje wzrosty cen? Ciężko wskazać jakiś konkretny sygnał. Kapitał zasadniczo szuka dobrych stóp zwrotu, a rynek kryptowalut ze swoją zmiennością potrafi takie zapewnić. Podobnie jak zresztą potencjalne straty. Na korzyść tych inwestycji przemawia sytuacja techniczna na wykresach, która zdaniem analityków technicznych sprzyja obecnie bardziej wzrostowi. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że bitcoin nie płaci odsetek jak obligacje. Co nie zmienia faktu, że jego cena jest wyrażona w dolarach, więc inflację i tak trzeba uwzględniać.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – zamówienia na dobra.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat

Euro i dolar biją rekordy względem liry tureckiej. WIG-Banki osiąga nowe maksima

Amerykański rynek akcji kontynuował w poniedziałek korektę ostatnich wzrostów (S&P 500 -0,45 proc., DJIA –0,04 proc., Nasdaq 100 -1,36 proc.). Dziś rano japoński Nikkei nadal cofał się ze swych osiągniętych niedawno najwyższych od 1990 roku poziomów, ale na pozostałych giełdach Azji i Oceanii przeważały zwyżki. W Europie DAX i CAC 40 próbowały korygować trwającą od ok. 1,5 tygodnia zniżkę (DAX +0,15 proc., CAC 40 +0,23 proc. ok. godz. 9:40).

Lekko słabł dziś ok. godz. 9:55 WIG-20 (-0,22 proc.). Wśród indeksów sektorowych swój nowy najwyższy od ponad roku poziom zaliczył WIG-Banki. Swe nowe cykliczne maksima zanotowały kursy akcji spółek Alior Bank, mBank i Grupa Kęty. Wśród składników mWIG-u 40 najwyższy poziom od roku zaliczył kurs banku Millennium. O ok. 15 proc. wzrosła dziś rano do najwyższego poziomu od 2015 roku cena akcji Mostostalu Zabrze (4,44 zł ok. godz. 9:50). Spółka poinformowała wczoraj, że przeprowadzi operację skupu 590 tys. własnych akcji po 6,5 zł za sztukę. Swe nowe cykliczne maksima osiągnęły dziś rano również ceny akcji spółek Pakabex i AB PL.

Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych Stanów Zjednoczonych trzymała się w okolicach dolnego ograniczenia swej konsolidacji z okresu prawie 3 tygodni (3,727 proc.). Rentowność 10-latek polskiego rządu wróciła powyżej poziomu 5,8 proc.

„Tradycyjnie” swe nowe historyczne maksima ustanowiły dziś euro i amerykański dolar względem tureckiej liry, ale ta zwyżka została powstrzymana i ok. godz. 9:15 turecka waluta się lekko umacniała. Najwyższy poziom od 2008 roku osiągnął dziś kurs EUR/JPY. Kurs EUR/USD kontynuował korektę spadków z czwartku i piątku minionego tygodnia (+0,32 proc. ok. godz. 9:15).

Lekko umacniał się dziś rano polski zloty (EUR/PLN -0,18 proc., USD/PLN –0,49 proc.).

Kurs Bitcoina względem amerykańskiego dolara nadal trzymał się powyżej poziomu 30000 USD (+0,7 proc. ok. godz. 9:20).

Cena kontraktów na kakao na ICE zaliczyła dziś swój najwyższy poziom od 2015 roku. Drożały dziś rano próbując się odbić od swoich przynajmniej kilkumiesięcznych minimów (w przypadku palladu kilkuletnich) metale szlachetne (ok. godz. 9:30 złoto +0,24 proc., srebro +0,97 proc., platyna +0,76 proc, pallad +1,02 proc.) oraz miedź (+0,81 proc.). Próbowały również się odbijać w górę ceny kontraktów na ropę naftową (ok. godz. 9:35 WTI +0,48 proc., Brent +0,42 proc.). Cena kontraktów na gaz ziemny na NYMEX, która wczoraj osiągnęła najwyższy poziom od początku marca br. lekko się korygowała (-0,55 proc. ok. godz. 9:40).

Autor Wojciech Białek, OANDA TMS Brokers

Avallon MBO inwestuje w S’portofino

  • Avallon MBO – fundusz private equity specjalizujący się w wykupach menedżerskich nabędzie większościowy pakiet udziałów w SAT sp. z o.o., rozwijającej markę S’portofino. To już 7. transakcja w ramach funduszu Avallon MBO Fund III, a druga w ciągu zaledwie miesiąca.
  • SAT znany jest z marki sklepów i e-sklepów S’portofino, obecnej w Polsce i na 8 rynkach zagranicznych. To także działający od ponad 30 lat dystrybutor i przedstawiciel marek sportowych premium, specjalizujący się m.in. w ofercie związanej z narciarstwem, bieganiem, jazdą na rowerze oraz grą w golfa. W 2022 r. spółka zanotowała 152 mln zł przychodów.
  • SAT obsługuje kilkaset tysięcy klientów i cały czas dynamicznie się rozwija. Całość sprzedaży B2C prowadzona jest w formule Firma posiada 7 stacjonarnych sklepów w Polsce i prowadzi sprzedaż online na 8 rynkach zagranicznych. Istotną część działalności SAT stanowi również sprzedaż hurtowa.

Fundusz private equity Avallon MBO zgłosił właśnie do UOKiK zamiar przejęcia większościowego pakietu udziałów w SAT sp. z o.o. z siedzibą w Poznaniu. To już siódma transakcja w ramach Avallon MBO Fund III, a druga w ciągu ostatniego miesiąca. SAT działa od 1990 r., pierwotnie jako dystrybutor oraz przedstawiciel marek sportowych premium, specjalizujący się w ofercie związanej z narciarstwem. W kolejnych latach spółka zbudowała i rozwinęła na skalę europejską własną markę sklepów pod nazwą S’portofino. Jest ona obecna na rynku polskim, a także na rynkach zagranicznych, funkcjonując jako koncept łączący sport oraz modę. To starannie wyselekcjonowany i dobrany dla wymagającego klienta portfel ponad 110 marek premium oraz mocna strona e-commerce, czyli sportofino.com.

Spółka stawia na sprzedaż omnichannel w oparciu o sieć 7 flagowych sklepów zlokalizowanych w prestiżowych lokalizacjach na terenie Polski, a po wejściu na rynki zagraniczne w 2018 r. odnotowuje również szybkie wzrosty w kanale online w Europie.

Obserwowaliśmy tę rodzinną, poznańską spółkę już od jakiegoś czasu, prowadząc równocześnie coraz bardziej zaawansowane rozmowy z właścicielami. Spółka świetnie sobie radziła w ostatnich latach, zwiększając w szybkim tempie skalę swojego biznesu. Dostrzegamy jednak wciąż bardzo duży potencjał do dalszej, dynamicznej ekspansji, przede wszystkim na rynkach zagranicznych. Spółka ma zamiar wejść do kolejnych 4 krajów europejskich z ofertą S’portofino. Pomoc w realizacji tego planu jest naszym priorytetem – mówi Krzysztof Kuźbik, partner w Avallon odpowiedzialny za transakcję.

Na części z nowych rynków planowane jest powtórzenie modelu omnichannelowego, który sprawdził się w przypadku sklepów S’portofino w Polsce. Otwierane będą kolejne flagowe sklepy stacjonarne w dobrych, prestiżowych lokalizacjach, ale ich zadaniem będzie przede wszystkim wykorzystanie potencjału S’portofino i zaprezentowanie marek sprzedawanych w sklepie internetowym.

Zdecydowaliśmy się na podpisanie umowy z Avallon MBO teraz, ale rozmowy trwały już od pewnego czasu. Doceniliśmy wieloletnie doświadczenie funduszu we współpracy z menedżerami i właścicielami, jego know-how w kontekście nowych rynków. My zaś – pozostając w spółce – dajemy nasze „czucie” tego niełatwego rynku, gdzie kluczowa jest świetna znajomość marek, trendów i rozumienie specyficznych potrzeb klienta, do którego kierujemy naszą ofertę. Równocześnie fundusz może zapewnić nam niezbędne know-how ułatwiające zmiany organizacyjne i pełną profesjonalizację bieżących działań spółki. To dla nas kluczowy aspekt w kontekście nadchodzących kwartałówtłumaczy Bożena Ślęzak, współzałożycielka i prezes zarządu SAT.

Według prognoz Statisty w latach 2022- 2026 wartość przychodów całego rynku odzieży w Europie odnotuje istotny wzrost w wysokości 4,2 proc. średnio rocznie, osiągając poziom 447,7 mld euro na koniec tego okresu. Inne wyliczenia analityków Statisty pokazują, że w 2021 r. 34,5 proc. przychodów ze sprzedaży odzieży w Polsce pochodziło ze sklepów online (30 proc. na rynku unijnym), a do 2025 r. prognozowany jest istotny wzrost tego udziału do 47,8 proc. w 2025 r. w Polsce (43,3 proc. w UE).

Spółka SAT dołączy do pozostałych spółek portfelowych funduszy Avallon. W portfelach funduszu znajduje się jeszcze 9 innych spółek: Wosana i Hortimex – z branży spożywczej, spółka marketingowa EDC Expert, platforma zakupowa B2B Marketplanet, TES – producent maszyn i komponentów elektrycznych stosowanych w energetyce, Clovin – przedsiębiorstwo zajmujące się produkcją środków czystości, producent wysokiej jakości sprzętu oświetleniowego i odlewów aluminiowych – Norlys, Globema, czyli dostawca oprogramowania geoprzestrzennego, a także producent domów mobilnych klasy premium – firma Letniskowo. Równolegle Avallon aktywnie poszukuje kolejnych inwestycji. W ramach funduszu Avallon MBO III zgromadzono 137 mln EUR na ten cel.

Od lipca Mały ZUS Plus będzie niższy niż Mały ZUS. Ile zapłacą przedsiębiorcy?

Przedsiębiorcy, którzy rozpoczynają prowadzenie działalności gospodarczej, mogą skorzystać z preferencji w ZUS, takich jak ulga na start czy Mały ZUS. Po tym okresie co do zasady powinni przejść na duży ZUS lub wybrać Mały ZUS Plus. Natomiast w związku ze zmianami wprowadzonymi w płacy minimalnej może się okazać, że od lipca przedsiębiorcy zapłacą mniej składek na Małym ZUS Plus niż na Małym ZUS.

Od stycznia 2023 r. przedsiębiorcy za duży ZUS wraz ze składką chorobową płacą 1418,48 zł. Inną opcją, dla nowych przedsiębiorców, jest tzw. Mały ZUS, czyli preferencja polegająca na obniżeniu podstawy składek, a co za tym idzie – samych składek. Podstawa małego ZUS-u to 30% minimalnego wynagrodzenia, które od lipca wzrośnie z 3490 zł do 3600 zł. W związku z tym za okres od stycznia do czerwca składki wynoszą 331,26 zł, a za okres lipiec – grudzień przedsiębiorcy zapłacą 341,72 zł.

Dla kogo Mały ZUS Plus?

Przedsiębiorcy, których dochód w roku 2022 nie przekroczył 120 tysięcy złotych, mają możliwość skorzystania z Małego ZUS Plus po wykorzystaniu Małego ZUS, co pozwala nadal opłacać obniżone składki. Ta preferencja dotyczy wyłącznie danin na ubezpieczenie społeczne i Fundusz Pracy, a składkę zdrowotną należy już płacić w pełnej kwocie. Jeśli przedsiębiorca prowadził działalność gospodarczą przez okres krótszy niż rok, limit dochodu jest obliczany proporcjonalnie do liczby dni prowadzenia firmy. Jednak z ulgi mogą skorzystać tylko ci, którzy prowadzili działalność przez co najmniej 60 dni w roku 2022.

Zgłoszenia do Małego ZUS Plus na dany rok można dokonać do końca stycznia. Przedsiębiorca powinien wyrejestrować się z ZUS-u poprzez druk ZUS ZWUA z kodem, z którym jest obecnie zarejestrowany. Następnie powinien ponownie dokonać zgłoszenia poprzez złożenie dokumentu ZUS ZUA z kodem 05 90 albo 05 92, a później do 20 lutego wraz z DRA/RCA wysłać DRA II /RCA II, gdzie należy uzupełnić odpowiednie pola i ustalić podstawę składek na cały rok.

Jak wyliczyć składki?

Podstawę składek na ubezpieczenie społeczne i Fundusz Pracy oblicza się na podstawie dochodu. Dla przedsiębiorców opodatkowanych ryczałtem dochód stanowi połowę przychodu. Podstawa składek dla Małego ZUS Plus nie może być niższa niż 30% minimalnego wynagrodzenia obowiązującego w styczniu danego roku. W styczniu 2023 roku było to 3490 zł, co oznacza, że minimalna podstawa dla MZ+ wyniosła 1047 zł. Jednak w przeciwieństwie do Małego ZUS, podstawa ta nie zmienia się przez cały rok.

Przepisy w tym zakresie są niespójne. Dla Małego ZUS mówi się o minimalnym wynagrodzeniu obowiązującym w danym okresie, a nie o stałej podstawie na cały rok. W rezultacie minimalna podstawa MZ+ może być niższa niż preferencyjna podstawa ZUS. Dla przedsiębiorców z minimalną podstawą oznacza to, że od lipca nadal będą płacić ZUS w wysokości 331,26 zł (z uwzględnieniem składki chorobowej) i nie będą dotknięci podwyżką minimalnego wynagrodzenia od lipca.Mały ZUS Plus Mały ZUS Plus

Mały ZUS + dostępny w ciągu roku podatkowego

Co istotne, z MZ+ można skorzystać w trakcie trwania roku podatkowego, jeśli w tym czasie skończy się czas na korzystanie z małego ZUS-u lub przedsiębiorca wraca do prowadzenia działalności po jej wcześniejszym zawieszeniu i ponownie zgłasza się do ubezpieczeń. Wówczas od następnego miesiąca lub dnia odwieszenia może skorzystać z MZ+. Jeśli stanie się to w drugiej połowie roku, to może się okazać, że przedsiębiorca nawet obniży swoje składki. Warto pamiętać, że na zgłoszenie w trakcie roku mamy tylko 7 dni od dnia odwieszenia działalności lub skończenia okresu małego ZUS-u.

Należy też zaznaczyć, że osoby, które korzystały do tej pory z Małego ZUS Plus, mogą go kontynuować pod zwykłymi warunkami, jeżeli w poprzednim roku ich przychód nie przekroczył 120 tysięcy złotych oraz prowadzili działalność gospodarczą przez co najmniej 60 dni. Z MZ+ przedsiębiorca może korzystać maksymalnie przez 36 miesięcy w ciągu ostatnich 60 miesięcy, w czasie których prowadził działalność gospodarczą. Obecne trwają pracę nad zmianami, które mają wydłużyć ten okres.

Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w firmie inFakt

Nowe regulacje europejskie o recyklingu

Obecnie w Unii Europejskiej toczą się prace dotyczące nowej dyrektywy, która wkrótce stanie się rozporządzeniem w zakresie gospodarowania opakowaniami i odpadami. W ramach dyrektywy wprowadzone zostaną obligatoryjne systemy kaucji dla państw, które nie są w stanie zebrać 90% opakowań po napojach. Zbiórka opakowań wielorazowego użytku pozwala zaoszczędzić surowce i zamyka pętlę recyklingu. Takie systemy powinny funkcjonować w całej Europie do 2029 roku. Wprowadzenie dyrektywy ma na celu wyznaczenie nowych trendów w zakresie gospodarowania opakowaniami. Właśnie przez wprowadzenie obowiązkowych systemów kaucyjnych, państwa członkowskie będą musiały podejść do gospodarowania opakowaniami w sposób bardziej odpowiedzialny.

– Celem wprowadzenia nowych systemów jest zwiększenie skuteczności gospodarowania opakowaniami, co pozwoli na oszczędność surowców oraz zwiększenie poziomu recyklingu – powiedziała serwisowi eNewsroom.pl Anna Sapota, Vice President Public Affairs Eastern Europe North, TOMRA. – W perspektywie wprowadzenia nowych systemów państwa członkowskie będą musiały stawić czoła wyzwaniom związanym z gospodarką opakowaniami i zapewnić, że ich systemy są zgodne z wymaganiami nowej dyrektywy. Wprowadzenie nowej dyrektywy opakowań jest krokiem w kierunku bardziej zrównoważonej gospodarki. W konsekwencji wzrosną oszczędności surowców i poziomy recyklingu. Systemy kaucyjne powinny funkcjonować w całej Europie już w 2027 – 2029 roku, a wcześniej pojawią się cele dotyczące zbiórki oraz zawartości odzyskanego surowca w każdym opakowaniu. Oznacza to obowiązek wykorzystywania tworzywa pochodzącego z recyklingu do produkcji nowych butelek – podkreśla Sapota.

Pożyczki pozabankowe w maju 2023 r.

W maju 2023 r. firmy pożyczkowe udzieliły łącznie 500,1 tys. nowych pożyczek o wartości 1,029 mld zł. W maju 2023 r., w porównaniu do maja 2022 r. w ujęciu wartościowym firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły pożyczek na kwotę wyższą o (+32,1%). Natomiast w ujęciu liczbowym udzielono ich o (+58,2%) więcej.

Majowe wzrosty są częściowo następstwem wejścia w życie Ustawy o zmianie ustaw w celu przeciwdziałania lichwie, w wyniku której z dniem 18 maja br. zaraportowały transakcje firmy, które rozpoczęły współpracę z BIK. Równocześnie, firmy dotychczas współpracujące z BIK, przekazały transakcje wcześniej nieraportowane.

W maju 2023 r. 41,3% wartości nowo udzielonych pożyczek firmy pożyczkowe przyznały na kwoty powyżej 5 tys. zł, które w ujęciu liczbowym stanowiły jednak tylko 8,7%. W ujęciu liczbowym dominowały pożyczki do kwoty 1 tys. zł, które stanowiły 57% liczby przyznanego finansowania. W ujęciu wartościowym pożyczki na kwoty do 1 tys. zł miały jedynie 14,5% udział w sprzedaży.

Średnia wartość nowo udzielonej w maju 2023 r. pożyczki pozabankowej wyniosła 1 832 zł i była o 19,8% niższa od średniej wartości pożyczki udzielonej w maju 2022 r.

W pierwszych pięciu miesiącach br. firmy pożyczkowe udzieliły łącznie 1 574,2 tys. pożyczek na kwotę 4,132 mld zł. Oznacza to wzrost o 10,5% liczby udzielonych pożyczek i wartości o 17,9% w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku.

Prawie 20 proc. Polaków chce, żeby państwo systemowo zmusiło banki do zawierania ugód z frankowiczami

Niemal co piąty ankietowany opowiada się za tym, aby państwo w sytuacji obecnego kryzysu na rynku kredytów mieszkaniowych we frankach szwajcarskich zmusiło banki do zawierania ugód. Tylko nieznacznie mniej badanych nie ma wyrobionej opinii w tej kwestii. Z kolei blisko 13% uczestników sondażu uważa, że państwo nie powinno się w to w ogóle wtrącać, bo to problem banków i ich klientów. Spośród konkretnych rozwiązań, zaproponowanych przez autorów badania, najrzadziej preferowane było zwiększenie liczby sędziów orzekających w sprawach frankowych. Niewiele większe poparcie uzyskała sugestia, że bankom trzeba systemowo pomóc, np. przez dofinasowanie sektora bankowego z budżetu państwa.

Przymusić do ugody

Problem sektora bankowego ciągnie się od lat. I jak widać w praktyce, na razie nie zapowiada się na jego zakończenie. Wygląda nawet na to, że po ostatnim wyroku TSUE dot. korzystania z kapitału po unieważnieniu umowy kredytowej, banki jeszcze bardziej zaostrzą swoją narrację. Natomiast z najnowszego badania opinii publicznej, wykonanego przez UCE RESEARCH dla portalu Wyborcza.biz na reprezentatywnej próbie ponad tysiąca osób w wieku 18-80 lat, wiadomo, jakiej postawy rządu oczekują teraz Polacy. Spośród dziesięciu możliwych opcji, 18,2% ankietowanych, czyli najwięcej osób, wskazało, że państwo powinno zmusić banki do zawierania ugód.

– Zawierając ugodę, banki nadal zarabiają, tylko mniej niż przy nieuczciwej umowie kredytowej. W tej odpowiedzi widoczny jest też sentyment do naprawiania sytuacji przez państwo. Nie jestem zwolennikiem takiego podejścia, gdyż uzależnia rozwiązanie od nastawienia osób decydujących. Premier to przecież były prezes banku udzielającego właśnie kredyty walutowe. Wolę, żeby sprawy były rozstrzygane przez licznych sędziów, w oparciu o znane prawo, w tym chroniące zwykłych ludzi regulacje Unii Europejskiej, niż na podstawie uznania kilku czy kilkunastu osób z kręgów władzy. To może odbywać się nawet powoli czy w sposób niedoskonały, ale tak będzie lepiej – komentuje adwokat Jakub Bartosiak z Kancelarii MBM Legal.

Ponadto radca prawny Adrian Goska z Kancelarii SubiGo uważa, że ugoda polegająca na unieważnieniu kredytu jest najrozsądniejszym rozwiązaniem, gdyż pozwala na uniknięcie procesu. Jednak w sprawach frankowych jest mocno spóźniona. Ekspert przekonuje, że nie można zmusić kredytodawców do zawarcia ugody, choć pewne narzędzia istniały od dawna, aby zapobiec fali pozwów. Banki ewidentnie nie doceniły wagi i skali problemu, a nawet go zlekceważyły. W efekcie będą musiały uporać się z olbrzymią ilością spraw, które z góry są dla nich raczej przegrane.

– Oczywiście to najczęstsza odpowiedź, ale niecałe 20% to nie jest dużo. Na tej podstawie trudno stawiać tezę, że Polacy chcą takiego rozwiązania. Można jedynie powiedzieć, że jedna piąta rodaków chce rozwiązania ustawowego wymuszającego zawieranie ugód. Nie jest wcale pewne, że byłyby one gorsze dla banków niż przegrane procesy. Według mnie, jest wręcz odwrotnie – mówi Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych z Domu Inwestycyjnego Xelion.

To jest ich problem…

18% respondentów nie wie, jakie rozwiązanie byłoby najlepsze. Trudno im to ocenić. Jak zaznacza Piotr Kuczyński, bardzo niewielu Polaków ma kredyt we frankach. W szczycie było 470 tys. takich zobowiązań, a obecnie jest ich nieco ponad 300 tys. Natomiast aż ponad 2 mln ma kredyty złotowe. Zdaniem eksperta, nic więc dziwnego, że większość rodaków tym tematem się nie zajmuje. Jednak niesłusznie jest się tym nie przejmować, bo uderzenie w banki będzie bolesne dla wszystkich ich klientów. Natomiast 12,9% ankietowanych uważa, że państwo nie powinno się w to w ogóle wtrącać, bo to problem banków i kredytobiorców frankowych.

– Banki, prowadząc działalność gospodarczą, mają obowiązek przestrzegać obowiązujące prawo, w tym przepisy dotyczące ochrony konsumentów. Dlatego nie jest zasadne twierdzenie, że relacje pomiędzy bankami i ich klientami objęte są nieograniczoną swobodą kontraktową. Takie podejście jest w sposób oczywisty sprzeczne z obowiązującym prawem. A w ujęciu ad absurdum dawałoby bankom możliwość wszystkich działań, które są lub mogą naruszać interesy konsumentów. Z tego wynika konieczność wyznaczenia wyraźniej granicy swobody kontraktowej – podkreśla prof. Stanisław Mazur, rektor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.

Według Jakuba Bartosiaka, na obecnym etapie, przy ponad 100 tys. toczących się już spraw, jest to właściwe podejście. Państwo nie zdołało zapobiec problemowi, gdy on powstawał w latach 2005-2010, ani go rozwiązać w latach 2017-2020, kiedy zaczynał być widoczny. Nie ma więc potrzeby szczególnej ingerencji teraz. Powoli, ale konsekwentnie, spór jest rozwiązywany na drodze sądowej. Po wielu latach został wypracowany model rozwiązywania tych spraw. Nie jest oczywiście idealny, ale można go uznać za wystarczająco dobry. Z kolei 10,6% badanych odpowiada, że powyższy temat ich w ogóle nie interesuje. Za to 10,2% respondentów uważa, że państwo powinno lepiej pomagać w zakresie mediacji pomiędzy frankowiczami i bankami.

– Mediacja to jedno z alternatywnych rozwiązywań i dość dobre narzędzie. Pozwala na uniknięcie sprawy sądowej oraz niepewnego orzeczenia. Dlatego też jest tak cenione w państwach, w których kultura rozstrzygania sporów pozostaje na wyższym poziomie niż u nas. Państwo powinno zatem systemowo wspierać tę drogę, zachętami do wybierania jej. Jednak warunkiem jest wola takiego wyboru przez obie strony konfliktu. Do tej pory banki odmawiały zawierania takich ugód, ale pomału zmieniają zdanie, bo zostały do tego trochę przymuszone – analizuje radca prawny Adrian Goska.

Inne opcje na stole

Natomiast 8,5% respondentów stwierdza, że państwo powinno rekompensować klientom banków koszty związane z procesami sądowymi. Według Adriana Goski, do rekompensaty zobowiązany jest podmiot, który doprowadził do szkody. W tym przypadku odpowiedzialność spoczywa wyłącznie na bankach. One muszą udźwignąć ciężar wszystkich szkód wywołanych wprowadzeniem do obrotu prawnego umów, które mogły doprowadzić wiele rodzin do bankructwa.

– Cały czas opieramy się na stwierdzeniu, że państwo coś powinno. Warto jednak podkreślić rolę wszystkich obywateli. Przecież nie każdego stać na kredyt hipoteczny w tym kraju, a w wyniku ostatnich wydarzeń okazuje się, że całe społeczeństwo będzie spłacało kredyty frankowe. Dochodzimy do takich rozwiązań, że osoba, która zaciągała kredyt frankowy, otrzyma za darmo pieniądze od banku. A za pomoc państwa finalnie zapłaciłby każdy Polak – w podatkach lub w innych daninach – zaznacza prof. Stanisław Mazur.

Do tego widać, że 7,8% ankietowanych uważa, iż państwo powinno pomóc bankom w rozwiązaniu problemu (np. przez dofinasowanie sektora bankowego z budżetu państwa). 7,2% badanych jest zdania, że trzeba zostawić te sprawy wyłącznie do rozpoznania sądom. Z kolei 5,1% respondentów stwierdza, że należy zwiększyć liczbę sędziów, którzy zajmują się kredytami frankowymi. Natomiast 1,5% uczestników sondażu ma przekonanie, że państwo powinno zachować się inaczej, niż wskazali to autorzy badania.

– Osoby postronne mogą nie mieć wiedzy na temat obłożenia sędziów sprawami. W Warszawie w tzw. wydziale frankowym prowadzą oni po kilkaset lub nawet ponad 1000 spraw. Obok większej liczby sędziów potrzeba także wsparcia administracyjnego, stałości zatrudnienia pracowników sądów i stabilności przepisów proceduralnych. Jako pełnomocnicy mamy oczywiście zastrzeżenia do sposobu pracy poszczególnych sędziów, ale dostrzegamy systemowy problem związany z nadmierną liczbą spraw. W jego rozwiązaniu może pomóc kierowanie pozwów do sądów w całej Polsce, a nie tylko w Warszawie. Dzieje się to już od kwietnia tego roku. Niedługo powinny być widoczne efekty tej zmiany – podsumowuje adwokat z Kancelarii MBM Legal.

Rośnie sprzedaż danych Cloud Technologies

Kolejny wysoki wzrost sprzedaży danych Cloud Technologies. Spółka rośnie organicznie, osiągając w kwietniu 52-procentowy wzrost.

Sprzedaż danych cyfrowych Cloud Technologies do kluczowych klientów wzrosła w kwietniu br. o 52% r/r, co jest najwyższym wzrostem od początku bieżącego roku. Spółka dostarczająca dane do targetowania reklamy internetowej, które zasilają kampanie największych marek na świecie, zgodnie z przyjętą strategią rozwoju kontynuuje dynamiczny wzrost sprzedaży w strategicznym dla siebie segmencie. W perspektywie do 2025 r. Cloud Technologies będzie się również rozwijać w nowych obszarach o dużym potencjale wzrostu, takich jak na przykład wykorzystanie danych w sektorze sztucznej inteligencji.

– W nowej strategii rozwoju na lata 2023-2025 naszym priorytetem jest rozwój organiczny. Bardzo dobre wyniki sprzedaży pokazują, że efektywnie wykorzystujemy naszą autorską technologię DMP i wciąż mamy potencjał do dalszego wzrostu. Sprzyja nam przy tym rosnący rynek reklamy, który dodatkowo stymulowany jest w wyniku przenoszenia budżetów marketingowych do kanałów on-line. Kluczowe znaczenie odgrywa rynek USA, który obecnie generuje ponad 80% naszych przychodów. O atrakcyjności globalnego rynku reklamy świadczy fakt, że w 2025 roku globalne wydatki na reklamę mają sięgnąć 1 biliona USD – komentuje Piotr Prajsnar, prezes zarządu Cloud Technologies. 

Raportowany wskaźnik szacunkowej miesięcznej dynamiki sprzedaży danych obejmuje kluczowych klientów Cloud Technologies. Około 80% przychodów ze sprzedaży danych Cloud Technologies pochodzi z największego rynku reklamowego świata, czyli z USA, który jest jednym z najbardziej wymagających i konkurencyjnych rynków reklamy na świecie. Notowana na głównym parkiecie GPW Cloud Technologies od lat pozyskuje dane i wykorzystuje algorytmy AI, między innymi w celu zaawansowanego klasyfikowania treści. Spółka zasila danymi algorytmy maszynowego uczenia największych platform odpowiedzialnych za emitowanie reklam internetowych. W wyniku właściwego targetowania reklamodawcy osiągają lepsze wyniki oraz tym samym zwrot z inwestycji.

W ramach realizacji nowej strategii Cloud Technologies zamierza przeznaczyć do 100 mln PLN w latach 20232025. Szczegółowy plan zakłada przeznaczenie do 60 mln PLN na potencjalne akwizycje i inwestycje, około 10 mln PLN na prace badawczo-rozwojowe, a także około 30 mln PLN na skup 250 000 akcji w ramach programu motywacyjnego dla pracowników. Dodatkowo, zarząd Cloud Technologies przedstawił propozycję wprowadzenia polityki dywidendowej, rekomendując wypłatę dywidendy w wysokości około 20% oczyszczonego wyniku EBITDA. Celem strategicznym Cloud Technologies w perspektywie 2023-2025 jest dalszy dynamiczny rozwój sprzedaży danych w obecnych i nowych obszarach o dużym potencjale wzrostu.

Cloud Technologies osiągnęło wszystkie cele założone w strategii na lata 2021-2023. Przychody z wysokomarżowego segmentu sprzedaży danych w 2022 roku wzrosły do poziomu 38,5 mln PLN (+53% r/r), a spółka stała się jednym z wiodących dostawców na globalnym rynku danych. W lipcu 2022 r. Cloud Technologies dokonało akwizycji hiszpańskiej spółki TL1 za 1,9 mln EUR, a w grudniu spółka przeszła z rynku NewConnect na Główny Rynek GPW, zaliczając udany debiut. Z kolei w lutym br. spółka sfinalizowała proces zakupu kodów źródłowych do platformy DSP, co zwiększa niezależność w funkcjonowaniu grupy kapitałowej na rynku reklamy internetowej. W ramach realizacji poprzedniej strategii (2021-2023) Cloud Technologies przeprowadziło skup akcji własnych na potrzeby programu motywacyjnego, skupując łącznie 250 000 akcji za 11,2 mln PLN oraz z powodzeniem zrealizowało projekty B+R o wartości 3,3 mln zł.

Nie możemy pogrzebać epokowej szansy w regulacjach. Eksperci o polskiej strategii dla sztucznej inteligencji

Sztucznej inteligencji nie należy się obawiać, lecz korzystać z niej w sposób odpowiedzialny. Krajowa strategia dla SI musi uwzględniać konkretny plan ścieżki wdrożeń i na każdym etapie powstawać z myślą nie tylko o etyce, ale też o biznesie i możliwościach gospodarczych. Konieczne są nie tylko regulacje, ale także szeroko zakrojona edukacja społeczna oraz inwestycje i współpraca międzysektorowa – to wnioski z debaty o polskiej strategii dla sztucznej inteligencji (AI) zorganizowanej podczas festiwalu Rethink Digital Fest.

Przedstawiciele władz, eksperci z branży cyfrowej i naukowcy dyskutowali o tym, jak powinna wyglądać polska strategia dla AI, na jakie wyzwania powinna odpowiadać oraz jakie narzędzia prawne i technologiczne mamy dziś do dyspozycji, by ją realizować.

Strategia konieczna, by wykorzystać szansę na wzrost

Uczestnicy dyskusji w Łodzi wyrazili oczekiwania wobec strategii dla SI i wskazywali, że jest konieczna, by wykorzystać gospodarczy potencjał nowych technologii. – Stoimy przed epokową szansą. W dziedzinie SI rozmiar przedsiębiorstwa ma coraz mniejsze znaczenie. Mikro, małe i średnie firmy, które są trzonem naszej gospodarki już dziś tworzą wyjątkowe usługi oparte o SI dla logistyki, transportu czy sektora ochrony zdrowia – mówił Michał Kanownik, prezes Związku Cyfrowa Polska. – Przede wszystkim należy jasno wskazać, kto w Polsce odpowiada za przygotowanie i wdrożenie strategii dla SI. Ważne, aby strategia ta na każdym etapie powstawała z myślą o etyce, ale także o biznesie i możliwościach gospodarczych, jakie niesie sztuczna inteligencja. Chciałbym, aby strategia taka była kompleksowym, ale przejrzystym poradnikiem dla administracji publicznej i biznesu nt. tego jak wdrażać i rozwijać SI w kraju. Dlatego też powinna powstać przy udziale administracji, sektora prywatnego i środowiska naukowego – dodał Kanownik.

W czasie rozmowy podkreślono potrzebę współpracy pomiędzy sektorami w sferze SI. – Musimy budować mosty pomiędzy biznesem i środowiskiem akademickim, by pogłębiać ich współpracę na rzecz rozwoju sztucznej inteligencji, postępu wdrożeń rozwiązań SI oraz przygotowania i implementacji krajowej strategii – mówiła dr Dominika Kaczorowska-Spychalska z Uniwersytetu Łódzkiego, Lider podgrupy ds. Badań, Innowacyjności i Wdrożeń Grupy Roboczej ds. Sztucznej Inteligencji przy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

Uczestnicy dyskusji komentowali także wyrażane w debacie publicznej obawy związane z rozwojem SI. – W rozmowie o sztucznej inteligencji musimy znaleźć równowagę. Technologia daje nam ogrom nowych możliwości, lecz jak każde inne narzędzie pociąga za sobą szereg wyzwań i zagrożeń. Na pewno jesteśmy w stanie ich uniknąć i nie należy popadać w panikę – mówiła dr Dominika Kaczorowska-Spychalska. – SI należy traktować przede wszystkim jako narzędzie. Musimy w sposób świadomy i odpowiedzialny definiować cele, które ma ona dla nas realizować. To od nas w dużej mierze zależy, na ile realne jest ryzyko związane z rozwojem SI – wskazał Jan Oleksiewicz, Zastępca Dyrektora Departamentu Gospodarki Cyfrowej w Ministerstwie Rozwoju i Technologii.

Regulacje, kompetencje i fundusze

Zdaniem panelistów kluczowymi wyzwaniami na drodze rozwoju SI są bariery regulacyjne oraz niedostateczny poziom kompetencji i świadomości, ale również częste problemy podmiotów sektora prywatnego i publicznego z finansowaniem wdrożeń nowych technologii. – Choć potrzeba uregulowania sztucznej inteligencji jest jasna, to nie wolno nam stawiać regulacyjnych barier przed postępem technologicznym i gospodarczym. Obecny projekt unijnego Aktu ws. SI niesie ryzyko dla ograniczenia innowacyjności w UE. Jak najszybciej powinien powstać także fundusz inwestycyjny dedykowany SI, wspierający polskie firmy chcące tworzyć i wdrażać produkty i usługi oparte o SI – stwierdził Michał Kanownik.

– Nie osiągniemy naszych celów bez budowy świadomości, umiejętności i kompetencji wśród obywateli, administracji i biznesu. Edukacja w dziedzinie SI jest niezbędna, by wykorzystać potencjał nowych technologii – mówiła dr Dominika Kaczorowska-Spychalska

Festiwal Rethink Digital Fest poświęcony holistycznemu i biznesowemu spojrzeniu na nowoczesne technologie i transformację cyfrową został zorganizowany przez Łódzką Specjalną Strefę Ekonomiczną, partnera głównego wydarzenia Związek Cyfrowa Polska oraz partnera wspierającego ElektroEko S.A. i trwał od 20 do 21 czerwca 2023 r. w Łodzi.

Słabe dane uderzają w EUR/USD; złoty trzyma się mocno

W ubiegłym tygodniu pogorszył się globalny sentyment do ryzyka, aktywa ryzykowne nie radziły więc sobie najlepiej. Odpornością wykazał się jednak złoty, który w minionych dniach sięgnął kolejnych szczytów względem euro i dolara.

Wskaźniki PMI aktywności biznesowej, prawdopodobnie najbardziej bieżące mierniki aktywności gospodarczej, zaskoczyły w dół – szczególnie w strefie euro, co ponownie obudziło obawy dotyczące recesji. W okresach niepewności i odwrotu od ryzyka dolar zazwyczaj zyskuje, a zeszły tydzień nie był pod tym względem wyjątkiem. Amerykańska waluta umocniła się w stosunku do wszystkich pozostałych głównych walut z wyjątkiem dolara kanadyjskiego. Najgorzej radziła sobie ponownie lira turecka – rynki zareagowały na rozczarowująco niską podwyżkę stóp procentowych, sprowadzając walutę do nowych minimów.

W tym tygodniu nie otrzymamy wielu istotnych odczytów makroekonomicznych. Uwaga rynku powinna skupić się w dużej mierze na dwóch wydarzeniach. Pierwszym z nich jest konferencja EBC dla bankierów centralnych w Sintrze (26-28.06), podczas której odbędą się m.in. przemówienia prezeski EBC Christine Lagarde i prezesa Fedu Jerome’a Powella. Uczestnicy rynku będą im się uważnie przysłuchiwać, by wyłapać wszelkie wskazówki dotyczące przyszłych ruchów banków. Tydzień zakończą wstępne dane o inflacji w strefie euro w czerwcu (30.06), z których szczególnie interesujące będą dla nas te dotyczące bardziej uporczywej miary bazowej. Tego samego dnia poznamy także dane dotyczące dynamiki cen w Polsce.

PLN

W ubiegłym tygodniu siła złotego powróciła. Złoty osiągnął kolejne lokalne maksima względem euro i dolara amerykańskiego – w czwartek (22.06) kurs EUR/PLN spadł do 4,42, z kolei USD/PLN do 4,02. Stało się to mimo niesprzyjających w dużej mierze wieści gospodarczych i siły dolara, która przeważnie nie jest dla złotego korzystna. W tym tygodniu skupimy się na piątkowym (30.06) wstępnym odczycie inflacji – oczekuje się, że również w czerwcu wykaże on istotny spadek. Słabość danych dotyczących aktywności gospodarczej i znacznie niższa od oczekiwań, wpisująca się w szerszy trend, majowa inflacja PPI dają dodatkową nadzieję na normalizację presji cenowej w Polsce.

Próba puczu – lub coś, co ją przypominało – w sobotę w Rosji nie wpłynęła istotnie na złotego. Informacje stamtąd płynące mogą mieć jednak wpływ na sentyment do waluty, zwłaszcza jeśli bylibyśmy świadkami kolejnej nagłej zmiany. Najprawdopodobniej wzrosłaby wtedy zmienność, a awersja do ryzyka doprowadziłaby do presji na osłabienie złotego. Pojawienie się możliwości, że to krok w kierunku zakończenia wojny w Ukrainie, mógłoby jednak w dalszej perspektywie wzmocnić polską walutę.

EUR

Ubiegłotygodniowe kiepskie odczyty PMI zakończyły trend zwyżkowy EUR/USD. Są one zgodne z silnym kurczeniem się sektora przemysłowego, niespodziewanego spadku doświadczył jednak również indeks dla usług. Indeks zbiorczy oscyluje wokół poziomu 50 pkt, oddzielającego ekspansję od kurczenia się, i zdaje się wskazywać na stagnację gospodarki.

Europejski Bank Centralny znalazł się między młotem a kowadłem, stając w obliczu stagflacji. Mimo spowolnienia gospodarczego oczekuje się, że inflacja bazowa w czerwcu wzrośnie z majowych 5,3%. Dane poznamy w piątek 30.06. Oczekujemy, że EBC wywiąże się z obietnicy i skoncentruje swoje wysiłki na walce z inflacją. Niemniej, możliwe jest, że dalsze zyski euro nastąpią dopiero po jasnych sygnałach, że gospodarka strefy euro kroczy ścieżką wzrostu.

USD

W niezwykle spokojnym pod względem wieści i odczytów z USA tygodniu kurs dolara zależał głównie od informacji z zewnątrz, szczególnie od opublikowanych w piątek (23.06) słabych danych PMI ze strefy euro. Dolarowi sprzyjają spowolnienie w globalnej gospodarce, rosnąca awersja do ryzyka i Rezerwa Federalna, która nie zakończyła jeszcze zacieśniania. Copółroczne sprawozdanie Powella przed Kongresem nie przyniosło wielu istotnych informacji – podkreślił on jednak ponownie, że daleko do obniżek stóp procentowych Fedu, a w międzyczasie może nastąpić jeszcze parę podwyżek.

Pozostaje czekać na to, czy twarde dane potwierdzą spowolnienie widoczne we wskaźnikach PMI. Dolar może wkraczać jednak w okres pewnego wyciszenia, kiedy to inwestorzy będą czekać na kolejne raporty inflacyjne i komunikaty Fedu, by ocenić, ile jeszcze podwyżek stóp procentowych przed nami w trwającym cyklu.

GBP

Był to intensywny tydzień dla brytyjskich rynków finansowych. Raport o inflacji w maju (21.06) zaskoczył negatywnie zarówno pod względem miary głównej, jak i bazowej, która ponownie wzrosła do najwyższego od 30 lat poziomu. Był to sygnał alarmowy dla Banku Anglii (BoE), który kolejnego dnia zaskoczył rynki podwyżką stóp procentowych do 5,0% – o 50 pb. zamiast oczekiwanych 25 pb.

Od miesięcy uważamy, że wzrost stóp powyżej 6% jest w Wielkiej Brytanii realną możliwością, a po ostatnich działaniach banku centralnego rynki w końcu zaczęły podzielać nasz pogląd, także wyceniając ten najwyższy wśród rozwiniętych gospodarek poziom. Funt nie zyskał jednak na jastrzębich sygnałach – prawdopodobnie przez zwiększone obawy dotyczące recesji oraz niepewność uczestników rynku w kontekście przyszłych decyzji podejmowanych przez BoE. Waluta pozostaje w wąskim przedziale względem euro i dolara.

CHF

Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) znalazł się w ubiegłym tygodniu w centrum uwagi. Zgodnie z oczekiwaniami podniósł referencyjną stopę procentową o 25 pb., do 1,75%. Brzmiał również jastrzębio, potwierdzając, że jest gotowy do interwencji na rynku walutowym (koncentrując się wciąż na sprzedaży walut obcych) i że może ponownie podnieść stopy procentowe. Prognoza inflacji również została zmieniona w sposób sugerujący, że możemy być świadkami dalszego zacieśniania polityki – krótkoterminowe prognozy zostały obniżone, średnioterminowe natomiast podwyższone. Biorąc to pod uwagę, zakładamy obecnie, że we wrześniu prawdopodobna jest kolejna podwyżka o 25 pb.

Poniekąd wbrew intuicji frank po ogłoszeniu decyzji doświadczył wyprzedaży, przy czym zdołał później odrobić straty, kończąc tydzień na mniej więcej niezmienionym poziomie w stosunku do euro i blisko szczytu zestawienia wyników walut G10. W tym tygodniu uwaga powinna być podzielona po równo między politykę monetarną (parę wystąpień przedstawicieli SNB w poniedziałek), dane ekonomiczne (piątkowe dane o sprzedaży detalicznej i wskaźnik wiodący KOF) oraz wiadomości ze świata. W zależności od rozwoju sytuacji w Rosji będziemy mogli zaobserwować zwiększoną zmienność na franku ze względu na jego status bezpiecznej przystani. Jak dotąd weekendowa próba puczu nie miała jednak wyraźnego wpływu na kurs waluty.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, Itsaso Apezteguia, Michał Jóźwiak – analitycy Ebury

Dobra kondycja sektora handlowego po I kwartale 2023 roku

Aktywność deweloperów na rynku handlowym w I kwartale roku zakończyła się oddaniem do użytku pond 100 000 m kw. powierzchni, co jest wynikiem dwukrotnie wyższym niż średnioroczna wartość z ostatnich 5 lat. Inwestorzy również wykazali swoje zainteresowanie, lokując w obiekty handlowe blisko 32% zainwestowane w polskie nieruchomości komercyjne kapitału.

Zasoby biurowe nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce na koniec marca 2023 roku szacowane były na niemal 12,7 mln m kw. Nieznacznie ponad połowa zlokalizowana była w ośmiu największych aglomeracjach, a pozostała powierzchnia rozkładała się równomiernie na miasta średniej wielkości (100 000 – 400 000 mieszkańców) oraz małe miasta (poniżej 100 000 mieszkańców).

„Początek 2023 roku okazał się bardzo dobry pod względem oddanej do użytku powierzchni handlowej. W I kwartale rynek zasiliło ponad 100 000 m kw. Porównując analogiczne okresy z 5 ostatnich lat, wynik ten jest ponad dwukrotnie wyższy. W poprzednich latach deweloperzy chętniej wybierali mniejsze ośrodki miejskie z uwagi na nasycenie dużych miast. Z kolei, wyniki w pierwszym kwartale pokazują, że na rynek największych aglomeracji trafiła niemal połowa nowej podaży w Polsce,” – komentuje Bożena Garbarczyk, associate director w dziale badań rynku.

„Inwestorzy również wykazali swoje zainteresowanie obiektami handlowymi, lokując w nie blisko 32% całkowitego kapitału zainwestowanego w polskie nieruchomości komercyjne. Dzięki temu sektor handlowy uplasował się na drugim miejscu pod względem udziału w całkowitym wolumenie,” – dodaje Małgorzata Krzystek, dyrektor działu wycen nieruchomości i doradztwa w Knight Frank. 

Na koniec marca w budowie pozostawał wciąż duży wolumen powierzchni handlowej, który szacowano na około 300 000 m kw.

„W dalszym ciągu deweloperzy najchętniej realizują parki handlowe, a na lokalizacje swoich inwestycji wybierają średniej wielkości miasta (27% realizowanych obecnie projektów) oraz małe miasta (65% projektów w budowie),” – wyjaśnia Bożena Garbarczyk.

W ostatnich sześciu miesiącach rośnie wskaźnik ufności konsumenckiej, co wskazuje na zapowiedź poprawy nastrojów Polaków dotyczących zakupów. Wskaźnik pozwala ocenić tendencję  konsumpcji indywidualnej poprzez analizę sytuacji ekonomicznej i finansowej gospodarstw domowych. W kwietniu br. wskaźnik ufności konsumenckiej wyniósł -32,2 i był o 3,4 pp. wyższy w stosunku do poprzedniego miesiąca, a w porównaniu z wynikiem sprzed sześciu miesięcy, tj. październikiem 2022, wzrósł aż do 23,3 pp.

Zainfekowany pendrive doprowadził do ataku na szpital. W tle chińscy hakerzy

  • Nowa wersja chińskiego oprogramowania szpiegowskiego zainfekowała sieć jednego ze szpitali za sprawą dysku USB – złośliwe oprogramowanie wykryli analitycy Check Point Research, którzy badali źródło i konsekwencje ataku
  • Dysk został podpięty do komputera znajdującego się w sieci szpitala, co doprowadziło do infekcji. Wcześniej pendrive był używany w Azji podczas jednej z branżowych konferencji.
  • Za infekcją stoi najprawdopodobniej chińska grupa hakerska Camaro Dragon, która niedawno przeprowadziła głośny atak na routery TP Link.

Nowa wersja chińskiego oprogramowania szpiegowskiego zainfekowała sieć jednego ze szpitali za sprawą dysku USB. Złośliwe oprogramowanie wykryli analitycy Check Point Research, którzy badali źródło i konsekwencje ataku. Za infekcją stoi najprawdopodobniej chińska grupa hakerska Camaro Dragon.

Zespół Check Point Research badał w ostatnich tygodniach atak hakerski przeprowadzony na jeden z europejskich szpitali. Śledztwo ujawniło, że dostęp do sieci został uzyskany przy użyciu zainfekowanego dysku USB. Pracownik, który brał udział w jednej z konferencji medycznych w Azji, podobno podzielił się swoją prezentacją za pomocą dysku USB, który w konsekwencji został zainfekowany.

Dalsza analiza ujawniła, że za oprogramowaniem stoi najprawdopodobniej Camaro Dragon, chińska grupa APT znana również jako Mustang Panda czy LuminousMoth, która niedawno przeprowadziła głośny atak na routery TP Link.

Jeszcze do niedawna chińscy cyberprzestępcy koncentrowali się na atakowaniu instytucji z krajów Azji Południowo-Wschodniej. Dziś wiadomo, że ugrupowanie rozszerzyło swoją działalność na praktycznie cały świat, komentują sprawę specjaliści z Check Point Research.

Jak doszło do infekcji?

Po powrocie z azjatyckiej konferencji, jeden z pracowników szpitala użył wspomnianą pamięć USB na jednym ze służbowych komputerów, co doprowadziło do rozprzestrzenienia się infekcji na całą sieć szpitala.

Złośliwe oprogramowanie jest częścią zestawu narzędzi o nazwie „SSE”, który został opisany pod koniec 2022 r. – Konsekwencje pomyślnej infekcji są dwojakie: złośliwe oprogramowanie nie tylko tworzy backdoora na zaatakowanej maszynie, ale także rozprzestrzenia się na nowo podłączone dyski wymienne — ostrzegają eksperci Check Point Research na swoim blogu.

Główny wariant ładunku, nazwany WispRider, posiadał funkcję backdoora oraz możliwości rozprzestrzeniania się przez USB za pomocą programu uruchamiającego HopperTick. Program zawiera również dodatkowe funkcje, takie jak np. obejście SmadAV, popularnego w Azji rozwiązania antywirusowego. Szkodliwe oprogramowanie ładuje również biblioteki DLL przy użyciu komponentów oprogramowania zabezpieczającego, takiego jak G-DATA Total Security oraz dwóch głównych firm zajmujących się grami (Electronic Arts i Riot Games).

To podejście nie tylko umożliwia infiltrację potencjalnie odizolowanych systemów, ale także zapewnia i utrzymuje dostęp do szerokiej gamy podmiotów, nawet tych, które nie są głównym celem – dodają przedstawiciele Check Pointa.