Bardzo dobre dane z rynku pracy w USA

Zmiana zatrudnienia w sektorach poza rolnictwem wyniosła w listopadzie 266 tysięcy etatów wobec przyrostu o 156 tysięcy przed miesiącem (po rewizji w górę ze 128 tysięcy szacowanych pierwotnie). Dane te mocno przewyższyły oczekiwania analityków, którzy spodziewali się wzrostu o 180 tysięcy nowych etatów. Duże przyrosty odnotowano w listopadzie w usługach edukacyjnych i medycznych (wzrost o 74 tys. etatów) oraz rozrywkowych (o 45 tys.). Mocny przyrost zatrudnienia w całości gospodarki zepchnął w listopadzie stopę bezrobocia do 3,5%, ponownie wyrównując najniższą wartość od 50 lat. Wzrost płacy godzinowej natomiast minimalnie spowolnił do 3,1% r/r z 3,2% r/r, choć utrzymuje się w pobliżu danych z ostatnich miesięcy. Dane non-farm payrolls potwierdzają wcześniejszy obraz amerykańskiego rynku pracy, gdzie solidny popyt na pracę utrzymuje się w branżach usługowych, nie rośnie znacząco jednak zapotrzebowanie na większą liczbę pracowników w przemyśle i handlu. W takich warunkach najprawdopodobniej Fed będzie utrzymywał dotychczasowego stanowisko, zgodnie z którym polityka pieniężna w USA „znajduje się w dobrym miejscu” i nie zachodzą potrzeby zmian w poziomie stóp procentowych.

Czwarty tydzień z rzędu GPW w Warszawie notuje istotne osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości w ciągu tygodnia 2,62%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły spadek o 3,98%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień następująco: sWIG80 straci na wartości 0,04%, natomiast mWIG40 wzmocnił się o 1,13%.

W nadchodzącym tygodniu uwagę inwestorów będą przykuwać dane napływające z USA. W środę (11.12.2019) poznamy dane o inflacji bazowej CPI oraz decyzję FOMC dotyczącą wysokości stóp procentowych. W czwartek (12.12.2019) poznamy inflacje PPI. Z kolei w piątek (13.12.2019), będą ujawnione dane o sprzedaży detalicznej w USA.

W Polsce nadchodzący tydzień nie będzie aż tak bogaty w dane makroekonomiczne. Jednak w piątek (13.12.2019) zostaną opublikowane ostateczne dane o listopadowej inflacji CPI.

Departament Zarządzania i Analiz, SUPERFUND TFI S.A.

Polacy zadłużają się na coraz wyższe kwoty. 40 proc. kredytów konsumpcyjnych zaciąganych jest na ponad 50 tys. zł

0

Relacja kredytów konsumpcyjnych do polskiego PKB wynosi 8,9 proc. i jest tylko nieznacznie niższa od poziomu sprzed 10 lat, kiedy mieliśmy do czynienia z kryzysem finansowym – wynika z danych Biura Informacji Kredytowej. Choć spłacalność kredytów jest stabilna, to są obszary i trendy, które trzeba uważnie obserwować. Jednym z nich są coraz wyższe kwoty zaciąganych kredytów. W tym roku zobowiązania na kwoty ponad 50 tys. zł stanowiły aż 40 proc. kredytów udzielonych przez banki. Wysokokwotowe zobowiązania charakteryzują się największym ryzykiem – ich szkodowość sięga 12 proc.

Relacja kredytów konsumpcyjnych do polskiego PKB wyniosła w ubiegłym roku 8,9 proc. To trzeci najwyższy wynik w Europie, plasujemy się tuż za Grecją i Bułgarią. Ten wskaźnik ukredytowienia w relacji do PKB jest wysoki i na poziomie zbliżonym do 9 proc. utrzymuje się już od kilku lat. Nieco wyższy obserwowaliśmy w latach 2009–2010, kiedy mieliśmy do czynienia z kryzysem. Dlatego należy obserwować, czy nie przechodzimy do poziomu, który jest już niebezpieczny dla gospodarki – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria dr Mariusz Cholewa, prezes Biura Informacji Kredytowej.

Jak wynika z danych BIK, od początku tego roku do końca października banki i SKOK-i udzieliły 6,054 mln kredytów konsumpcyjnych na łączną kwotę 75,107 mld zł. W porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku ich liczba spadła (o 0,7 proc.), ale wartość zwiększyła się o 6,8 proc.

Biorąc pod uwagę wartość nominalną, wciąż jest jeszcze przestrzeń do spokojnego wzrostu kredytów konsumpcyjnych, szczególnie przy rosnących zarobkach Polaków i rekordowo niskich stopach procentowych. W tej chwili połowa [49 proc. – red.] kredytów gotówkowych jest związana z konsolidacją, co oznacza, że osoba, która ma już jakiś kredyt, powiększa swoje zobowiązania. Dzieje się tak dlatego, że w związku z dobrą sytuacją gospodarczą rośnie zdolność kredytowa i klient może dostać dodatkową gotówkę bez zmiany wysokości miesięcznej raty – mówi Mariusz Cholewa.

Analitycy podkreślają, że w pierwszych 10 miesiącach tego roku 34 proc. nowo udzielanych pożyczek to zobowiązania średnio- (7–20 tys. zł) i wysokokwotowe (powyżej 20 tys. zł). Te w ujęciu wartościowym stanowią już 85,9 proc. wszystkich udzielanych kredytów konsumpcyjnych. Co istotne, jedynie te dwa segmenty zanotowały w pierwszych 10 miesiącach tego roku dodatnią dynamikę wzrostu liczby oraz wartości udzielonych kredytów konsumpcyjnych. W przypadku zobowiązań przekraczających 20 tys. zł wzrost sięgnął 8,6 proc. w ujęciu liczbowym i 8,8 proc. w wartościowym.

– W porównaniu z zeszłym rokiem banki sprzedają wartościowo o kilka procent więcej kredytów konsumpcyjnych właśnie dlatego, że udzielają ich więcej na wysokie kwoty. Największa sprzedaż i największe ryzyko dotyczy zdecydowanie kredytów powyżej 50 tys. zł – mówi Mariusz Cholewa.

Prezes BIK podkreśla, że kredyty wysokokwotowe to obszar potencjalnego ryzyka. Tymczasem w tym roku aż 40 proc. nowo udzielanych przez banki pożyczek stanowiły zobowiązania na kwoty przekraczające 50 tys. zł. Po 3–4 latach od udzielenia takiego kredytu niespłacalność wynosi 12 proc. i jest dwa prawie razy wyższa od kredytów do 4 tys. zł.

Te kredyty są też ściśle powiązane z długim okresem kredytowania. W tej chwili już ponad połowa wszystkich kredytów gotówkowych w polskim sektorze bankowym to zobowiązania na okres powyżej 5 lat – mówi Mariusz Cholewa.

Obecnie 75 proc. kredytów gotówkowych jest udzielanych na ponad 4 lata. Średni okres umowy wynosi 46–47 miesięcy, a rzeczywisty okres spłaty kredytów gotówkowych jest istotnie krótszy od umownego (ok. 23 miesiące).

Często oznacza to, że w połowie umownego okresu spłaty kredyt ten jest już zastępowany nowym kredytem – mówi Mariusz Cholewa. – Póki mamy dobrą sytuację gospodarczą i niskie stopy procentowe, klienci zadłużają się odważnie. Jeśli jednak nastąpi spowolnienie i stopy procentowe wzrosną, kolejny kredyt będzie trudniej spłacać.

Kolejnym czynnikiem ryzyka, który trzeba uwzględnić, jest zbliżające się spowolnienie gospodarcze, które może pociągnąć za sobą podwyżki stóp procentowych. Wtedy raty kredytów prawdopodobnie wzrosną i może zwiększyć się grupa klientów, dla których spłata stanie się problematyczna.

– Jest jeszcze jeden obszar ryzyka, który widzimy na styku sektora bankowego i firm pożyczkowych. Dotyczy on klientów, którzy mają zobowiązania w obu instytucjach – mówi Mariusz Cholewa.

Z danych BIK wynika, że takich klientów firm pożyczkowych, którzy mają jednocześnie kredyt w banku, jest ponad 400 tys. osób. Są zadłużeni na 24,1 mld zł w bankach i na 5,3 mld zł w firmach pożyczkowych. W gronie tych klientów aż 43 proc., czyli ok. 180 tys. osób, ma przynajmniej jeden kredyt bądź pożyczkę przeterminowaną powyżej 90 dni.

Obserwujemy, że wysokie kredyty gotówkowe biorą osoby z wysokimi zarobkami. Jest to logiczne, ponieważ mają wysoką zdolność kredytową. Okazuje się jednak, że osoby z zarobkami powyżej 12 tys. zł chętnie korzystają też z pożyczek – mówi Mariusz Cholewa. – Sprawdziliśmy w badaniu, dlaczego klienci korzystają z takich pożyczek i okazuje się, że ci, którzy najwięcej zarabiają, wydają dodatkowe środki na konsumpcję. Nie jest to związane z tym, że brakuje im do pierwszego.

W Polsce jest obecnie ok. 100 tys. osób tzw. nadmiernie zadłużonych, którzy spłacają 10 lub więcej kredytów i pożyczek w bankach i firmach pożyczkowych.

Autogaz do końca roku może jeszcze lekko drożeć. Wciąż pozostaje atrakcyjną alternatywą dla benzyny

W drugiej połowie listopada ceny autogazu poszły w górę o 10 proc. po długim okresie stagnacji. Choć to jedyne paliwo, które ostatnio wyraźnie podrożało, jego cena wciąż jest atrakcyjnie niska w porównaniu do pozostałych paliw. Zdaniem Jakuba Boguckiego z portalu E-petrol.pl, nie można wykluczyć dalszej zwyżki, jednak dopóki gaz nie przekroczy połowy ceny benzyny Pb95, a na to się nie zanosi, pozostaje dla niej atrakcyjną alternatywą.

Paliwo to jeszcze nie tak dawno kosztowało 1,99 zł i trochę jak zaczarowane stało w miejscu, a kolejne dni zapewne przyniosą dalszy ciąg zmian zwyżkowych. Na niektórych stacjach można się podziewać poziomu 2,40 zł za litr – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Bogucki, analityk rynku paliw, z portalu E-petrol.pl.

W ubiegłym tygodniu średnia cena autogazu na polskich stacjach benzynowych sięgała 2,29 zł, czyli podskoczyła o kolejne 10 groszy. Według analityka portalu E-petrol.pl do końca roku może on zaliczyć kolejny wzrost wartości tej samej wysokości, a spowodowane to jest sytuacją międzynarodową, przede wszystkim u naszych wschodnich kontrahentów, bo to z tego kierunku w największym stopniu importowany jest gaz.

 Część dostaw rosyjskich może być np. przekierowywana do innych krajów i to, co teoretycznie było dla polskich klientów zakontraktowane, może przyjeżdżać z opóźnieniem, a to z kolei wpływa na kształtowanie się cen na naszym rynku. Te zmiany dodatkowo są tak dynamiczne w ostatnim czasie, ponieważ kiedy one już się zaczęły pojawiać na rynku hurtowym czy na rynku dostaw do stacji, nie były jeszcze przenoszone przez stacje, które konsekwentnie chciały utrzymywać możliwie najniższą cenę dla odbiorców. Jednak w którymś momencie stało się to po prostu niemożliwe i cena musiała z dnia na dzień dość mocno skoczyć w górę – wyjaśnia Jakub Bogucki.

Po posiedzeniu państw OPEC i uczestniczących w porozumieniu ograniczającym wydobycie ropy państw niezrzeszonych w kartelu, zwłaszcza Rosji, cena pozostałych paliw także może wzrosnąć. Kraje te podjęły bowiem decyzję o dalszym ograniczeniu wydobycia o kolejne 500 tys. baryłek dziennie, czyli mocniej niż wcześniej zapowiadał minister ropy Iraku. Łącznie limit znalazł się na poziomie 1,7 mln baryłek poniżej punktu wyjściowego. Cena ropy wzrosła po tej decyzji do poziomu niewidzianego od połowy września. Tymczasem już przed tym spotkaniem benzyna Pb95 podrożała o 4 grosze do 4,96 zł. To oznacza, że mimo podwyżek gaz jest wciąż najtańszym paliwem do samochodów.

 Jeśli cena autogazu stanowi mniej więcej połowę ceny benzyny, wtedy transport z użyciem tego paliwa jest opłacalny. Cały czas ten parytet jest spełniony i był wypełniany w ostatnich miesiącach z naddatkiem – ocenia analityk portalu E-petrol. – Warto też podkreślać, że jest to paliwo spełniające wiele kryteriów ekologicznych. Nawet autogaz kosztujący około 2–2,50 zł byłby w stanie konkurować cenowo z benzyną. Jeśli ktoś inwestuje w auto z instalacją autogazową, jest świadom, że nie od razu się to zwraca, ale jednak korzyść długofalowa będzie się utrzymywać. Myślę, że to nie jest kwestia jednej podwyżki, ale nawet kilku podwyżek, które mogą jeszcze nadejść.

Polscy naukowcy z coraz większymi sukcesami na świecie. Mają znaczący wpływ na rozwój nowych leków i sztucznej inteligencji

Fizyka, chemia, informatyka kwantowa, badania nad nowymi materiałami czy analiza matematyczna – to dziedziny, w których polscy naukowcy wiodą prym na świecie. Ich sukcesy napawają optymizmem, ale potrzebne są zmiany, by zatrzymać w kraju zdolnych badaczy i zachęcić do powrotu tych, którzy już wyemigrowali – ocenia prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Za istotny wkład w rozwój nauki i wybitne osiągnięcia FNP po raz 28. przyznała nagrody, które mają opinie najbardziej prestiżowego wyróżnienia naukowego w Polsce. Laureatami została trójka wybitnych badaczy, których prace mogą się przyczyni m.in. do opracowywania nowych terapii i leków, rozwoju kwantowej teorii informacji czy ulepszenia internetowych wyszukiwarek i rozwoju AI.

Zaczynamy tworzyć struktury agend rządowych typu Narodowe Centrum Nauki, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej oraz takich, jak Fundacja na rzecz Nauki Polskiej. Mamy więc różne agencje, od których można uzyskać granty. Nadal jednak brakuje pieniędzy na rzeczywiste inwestycje w naukę. Chcielibyśmy sprowadzić do Polski wielu bardzo utalentowanych uczonych, którzy zrobili kariery naukowe za granicą. Część z nich jest polskiego pochodzenia. Ale oni przyjadą tu tylko wtedy, jeżeli będą funkcjonować centra doskonałości, w których będzie można uprawiać naukę na równym poziomie. Dlatego jedną z głównych rzeczy, którymi się zajmujemy, jest właśnie budowa takich centrów. One mają zapobiec emigracji młodych i zdolnych na Zachód oraz wspomóc tych, którzy chcą wrócić – mówi agencji Newseria Biznes prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Tzw. centra doskonałości powstają w Polsce w ramach programu Międzynarodowe Agendy Badawcze Fundacji na rzecz Nauki Polskiej oraz konkursu Teaming, prowadzonego przez Komisję Europejską jako część programu Horyzont 2020. Obie inicjatywy mają na celu utworzenie wyspecjalizowanych jednostek naukowych, które będą prowadzić interdyscyplinarne badania w międzynarodowych zespołach (we współpracy z wiodącymi instytucjami i agencjami ds. badań w Europie) i komercjalizować wyniki swoich prac.

W tej chwili mamy w Polsce 14 centrów doskonałości, nazywamy je międzynarodowymi agendami badawczymi. Połowa z nich zajmuje się fizyką – i nie jest to przypadek, bo fizyka jest w Polsce najsilniejsza. Dalej mamy nauki o życiu i chemię. To są trzy główne dyscypliny, które rzeczywiście wielu młodych ludzi wybiera jako kierunek studiów, a później – badań naukowych – mówi prof. Maciej Żylicz.

Działające już w Polsce centra doskonałości to m.in. Międzynarodowe Centrum Badań nad Szczepionkami Przeciwnowotworowymi w Gdańsku, które prowadzi kompleksowe badania nad immunoterapeutykami, mogące doprowadzić do stworzenia spersonalizowanych szczepionek przeciwnowotworowych, czy Braincity w Warszawie zajmujące się badaniami dotyczącymi neuroplastyczności mózgu. Koordynowane przez Narodowe Centrum Badań Jądrowych centrum NOMATEN rozwija z kolei materiały odporne na ekstremalne warunki m.in. dla przemysłu jądrowego.

Patrząc na wyniki naukowe, są w Polsce miejsca unikalne w skali światowej. Przykładowo, w Gdańsku i Warszawie mamy rozwiniętą informatykę kwantową. Tam utworzyliśmy zresztą centra doskonałości w tym obszarze, które są na poziomie światowym i są liderami w tej dziedzinie. Jesteśmy też świetni w badaniach nad nowymi materiałami w zakresie tzw. spintroniki, w której też jesteśmy wśród liderów na świecie. Są więc dziedziny, w których polska nauka rzeczywiście ma się czym chwalić, jednak patrząc całościowo, nie jest aż tak dobrze – mówi prof. Maciej Żylicz.

W Polsce nakłady na działalność B+R w wyniosły w ubiegłym roku 1,21 proc. PKB (dane GUS). Mimo że wartościowo w stosunku rocznym były aż o 24,6 proc. wyższe (1,03 proc. w 2017 roku), to i tak Polska wciąż plasuje się pod tym względem poniżej europejskiej średniej, która przekracza 2 proc. PKB.

Jeśli chodzi o polską naukę, ogólnie zajmujemy 24. pozycję na świecie. Jednak w przypadku fizyki cząstek elementarnych jesteśmy na 13.–14. miejscu. Podobnie w biologii strukturalnej i analizie matematycznej jesteśmy na tak samo wysokim poziomie – podkreśla prof. Maciej Żylicz.

Za wybitne osiągnięcia i wkład w rozwój polskiej nauki po raz 28. przyznane zostały właśnie Nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, które mają opinię najważniejszego wyróżnienia naukowego w Polsce. To indywidualne wyróżnienia przyznawane w czterech obszarach: nauk o życiu i o Ziemi, nauk chemicznych i o materiałach, nauk matematyczno-fizycznych i inżynierskich oraz nauk humanistycznych i społecznych. Wysokość nagrody wynosi 200 tys. zł, a laureaci są wyłaniani m.in. na podstawie opinii niezależnych ekspertów i recenzentów, głównie z zagranicy, oceniających ich dorobek.

To najwyższa nagroda, jaką fundacja może przeznaczyć indywidualnej osobie. Aby ją otrzymać, trzeba zostać zgłoszonym do programu przez środowisko naukowe. Później te wnioski są recenzowane, cały proces trwa prawie cały rok, a na samym końcu Rada Fundacji decyduje o przyznaniu nagrody – mówi prof. Maciej Żylicz.

W tym roku laureatami została trójka wybitnych uczonych. Wśród nich jest prof. Marcin Drąg z Wydziału Chemicznego Politechniki Wrocławskiej, który otrzymał nagrodę za opracowanie nowej platformy technologicznej umożliwiającej otrzymywanie związków biologicznie aktywnych, w szczególności inhibitorów enzymów proteolitycznych. Platforma ta może służyć do opracowywania nowych terapii, leków czy metod diagnostycznych.

– Zajmujemy się enzymami proteolitycznymi, których jest u ludzi około 600–650 i które pełnią kluczową rolę w wielu chorobach. Staramy się stworzyć narzędzia do badania aktywności tych enzymów, monitorowania ich poziomu i – co najważniejsze – obrazowania jednego wybranego enzymu. Wtedy będziemy mieć 100-proc. gwarancję, że uczestniczy on w rozwoju danej choroby – mówi prof. Marcin Drąg. – Nasze badania idą dwutorowo. Najważniejsza część to diagnostyka chorób i tutaj widzimy już pierwsze ich zastosowania. Współpracujemy już z firmami pod kątem zastosowania naszych narzędzi w diagnostyce. Druga część to stworzenie struktur, które być może posłużą do zoptymalizowania cząsteczki jakiegoś enzymu, aby w przyszłości stała się lekiem.

W obszarze nauk matematyczno-fizycznych i inżynierskich tegoroczną nagrodę zdobył prof. Andrzej Kossakowski z Instytutu Fizyki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wyróżnienie zostało przyznane za rozwinięcie teorii kwantowych układów otwartych, która stanowi podstawę szybko rozwijającej się obecnie dziedziny naukowej – kwantowej teorii informacji.

Prof. Andrzej Wiśniewski z Wydziału Psychologii i Kognitywistyki Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu otrzymał z kolei wyróżnienie w obszarze nauk humanistycznych i społecznych za opracowanie koncepcji inferencyjnej logiki pytań. Może ona znaleźć zastosowanie m.in. w uczeniu maszynowym, rozwijaniu sztucznej inteligencji czy ulepszaniu internetowych wyszukiwarek.

FNP nie przyznała natomiast w tym roku nagrody w obszarze nauk o życiu i Ziemi. Prestiżowe nagrody Fundacji są wręczane od 1992 roku, a grono laureatów – włącznie z tegorocznymi – liczy już 102 osoby, wśród których są m.in. Timothy Snyder, Jadwiga Staniszkis, Karol Modzelewski, Andrzej Paczkowski, Anna Wierzbicka, Ewa Wipszycka i Karol Myśliwiec. Uroczystość wręczenia nagród odbyła się 4 grudnia br. na Zamku Królewskim w Warszawie.

Prawie 6 mln Polaków nie podejmuje żadnej aktywności fizycznej. Aplikacja zamieniająca liczbę kroków na nagrody ma poprawić te statystyki

0

Zmotywowanie ok. 1 mln Polaków do większej aktywności fizycznej przełożyłoby się na 6 tys. zgonów rocznie mniej i ok. 200 mln zł korzyści budżetowych. Taki właśnie jest cel społeczny Boomerun – polskiej aplikacji, w której dzienna liczba kroków wykonywanych przez użytkownika jest wymienialna na walutę. Można nią płacić w sklepach, np. za książki i gry w Empiku, abonament za Netfliksa, a nawet za nowego iPhona. Aplikacją – która już może się pochwalić bardzo dobrymi wynikami i zdobywa rosnącą popularność – zainteresował się NFZ. Plany jej wykorzystania mają też spółki ubezpieczeniowe i pracodawcy.

– Statystyki na temat aktywności Polaków dobrze o nas świadczą. Te oficjalne mówią, że 40 proc. wszystkich Polaków, czyli od oseska do 105-latka, deklaruje jakąś aktywność fizyczną. Pod tym względem plasujemy się pośrodku europejskiej stawki, ale wciąż mamy jeszcze wiele do zrobienia. Z jednej strony jesteśmy aktywni fizycznie, ale z drugiej jest to nadal niewystarczający poziom, który nie odpowiada wymogom stawianym przez Światową Organizację Zdrowia – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Uściński, prezes zarządu Boomerun.

Aktywność fizyczna pozwala zmniejszyć ryzyko wystąpienia chorób serca, cukrzycy czy nowotworów. Jednak Centre for Economics and Business Research pokazują, że ok. 5,8 mln Polaków nie podejmuje żadnej aktywności fizycznej. Koszty leczenia następstw tej bierności sięgają 219 mln euro rocznie, czyli ok. 940 mln zł. Zmniejszenie liczby osób biernych ruchowo o 20 proc. pozwoliłoby zapobiec 5,8 tys. przedwczesnych zgonów, a jednocześnie przynieść prawie 200 mln zł oszczędności w służbie zdrowia. W tym celu należałoby zmobilizować nieco ponad 1 mln Polaków, którzy dziś nie są aktywni fizycznie.

Taki właśnie cel ma Boomerun – polska aplikacja, w której aktywność fizyczna jest walutą, którą można płacić. Dzienna liczba kroków, wykonanych przez użytkownika, może zostać wymieniona np. na książki w Empiku, abonament do Netfliksa, a nawet nowego iPhona.

– Boomerun działa w bardzo prosty sposób. Wystarczy zainstalować aplikację na telefonie. Działa ona w tle, licząc wykonywane przez nas kroki. Te kroki są przeliczane na punkty, które można wymieniać na nagrody. Korzystając z Boomerun, użytkownik może osiągnąć bardzo konkretne korzyści tylko za to, że chodzi – mówi Tomasz Uściński.

Aplikacja zdobywa coraz większą popularność, ale już w tej chwili może się pochwalić bardzo dobrymi wynikami: na koniec listopada jej użytkownicy wykonali łącznie 219 mln kroków – to tak jakby 5,5 razy okrążyli glob ziemski. Według danych Boomerun umiarkowanie aktywna osoba robi ok. 7 tys. kroków dziennie. To 200 tys. kroków miesięcznie i aż 2,5 miliona rocznie. Taki wynik pozwala zyskać 100 zł i wydać je np. na nowe książki i gry w Empiku.

– Jeżeli użytkownik jest bardzo aktywny albo stawia sobie za cel zwiększenie tej aktywności, te nagrody mogą być o wiele bardziej atrakcyjne. Może zdobyć np. nowy telefon, zegarek sportowy Garmin czy opaskę sportową. Korzyści są tak naprawdę uzależnione od poziomu aktywności fizycznej i tego, czego użytkownik aplikacji sam od siebie oczekuje – mówi Tomasz Uściński.

Nagrody w Boomerun można wybierać z listy 40 dostępnych marek, ale ich lista cały czas się wydłuża, bo projekt ma charakter otwarty. Twórcy aplikacji zapraszają do współpracy wszystkie zainteresowane brandy i instytucje.

Aplikacją stworzona przez Polaków zainteresował się już Narodowy Fundusz Zdrowia. Plany jej wykorzystania mają też spółki ubezpieczeniowe i pracodawcy, którym zależy na motywowaniu swoich pracowników do większej aktywności fizycznej.

 Pamiętając o statystykach dotyczących liczby osób nieaktywnych, naszą ambicją jest zmotywowanie 1 mln Polaków w możliwie krótkim czasie, żeby wstali z kanap, zrezygnowali z samochodu czy autobusu albo wysiedli o jeden przystanek wcześniej i pokonali ten dystans pieszo, dzięki czemu będą zdrowsi – mówi Tomasz Uściński.

W ciągu trzech lat twórcy aplikacji chcą pozyskać ok. 3 mln użytkowników. Projekt aplikacji Boomerun został sfinansowany ze środków prywatnych i publicznych. Kapitał na przeprowadzenie badań rynkowych, stworzenie koncepcji biznesowej przedsięwzięcia, a następnie opracowanie i wdrożenie aplikacji zapewniły m.in. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz fundusze: Rubicon Partners i Spinaker Alfa.

Problem łysienia w Polsce dotyczy połowy społeczeństwa. Wypadanie włosów może świadczyć o poważnej chorobie

Schorzenia skóry głowy i problem wypadania włosów to nie tylko efekt nieprawidłowej pielęgnacji czy chwilowego osłabienia organizmu, ale często objaw wielu chorób. Wszelkie niepokojące sygnały powinny więc być skonsultowane z trychologiem, czyli specjalistą od włosów. – Najlepiej jak najwcześniej, bo często pacjenci zgłaszają się do nas zbyt późno – mówi trycholog Anna Mackojć. Podczas pierwszej wizyty przeprowadzany jest szczegółowy wywiad na temat stosowanych kosmetyków, diety, a także stanu naszego zdrowia z uwzględnieniem zaburzeń hormonalnych. Często do rozwiązania problemu potrzeba współpracy trychologa z lekarzem dermatologiem, ginekologiem czy endokrynologiem.

Problem łysienia w Polsce dotyczy co drugiego mężczyzny i co drugiej kobiety. Jest to związane zarówno z dietą, jak i całym stylem życia, stresem, chorobami cywilizacyjnymi i wewnątrzustrojowymi. Bardzo ważna jest współpraca trychologa z lekarzem, ponieważ dopóki nie usuniemy przyczyny, która powoduje wypadanie włosów bądź zmiany skórne, nie uzyskamy trwałych efektów – mówi agencji Newseria Anna Mackojć trycholog, biotechnolog z Instytutu Trychologii.

Winą za utratę włosów najczęściej obarcza się geny. Czynników powodujących łysienie jest jednak znacznie więcej. Przede wszystkim trzeba pamiętać o tym, że włosy odzwierciedlają kondycję organizmu. Nadmierne ich wypadanie może więc być oznaką zaburzenia jego wewnętrznej równowagi. Czynnikami wywołującymi utratę włosów są na przykład choroby o podłożu autoimmunologicznym (łysienie plackowate), przebyta chemio- lub radioterapia (łysienie anagenowe), wysoka gorączka czy wstrząs pourazowy (łysienie telogenowe), zmiany hormonalne np. po porodzie, ale także stres, dieta uboga w składniki odżywcze czy przyjmowanie niektórych leków.

 Problemy z dietą mogą dotyczyć zarówno niedoborów żelaza, jak i ferrytyny, a także witamin, np. B12. Zbyt duża, intensywna podaż stresu w naszym życiu będzie wypłukiwała niektóre witaminy i podnosiła poziom niektórych hormonów. W tym momencie pacjent musi sam zbilansować swój styl życia i swoją dietę – mówi Anna Mackojć.

Kolejnym problemem jest nieodpowiednia pielęgnacja włosów i skóry głowy. Zarówno produkty stylizacyjne, jak i pielęgnacyjne powinny być dostosowane do indywidualnych potrzeb.

Szampony stosowane do higieny okołomieszkowej muszą być odpowiednio przystosowane do naszej pracy gruczołów łojowych i potowych. Jeżeli więc używamy szamponów przeciwłupieżowych, a nie mamy z łupieżem problemu, wówczas nasza skóra głowy zostanie przesuszona i włosy będą wypadać. Jeżeli myjemy głowę codziennie, powinniśmy używać szamponów do użytku codziennego. Jeżeli chcemy używać masek czy odżywek, one też powinny być o odpowiednim przeznaczeniu, według producenta i według zastosowania – mówi Anna Mackojć.

Najczęściej występuje łysienie androgenowe. Dotyczy ono głównie osób, które mają zwiększoną ilość hormonów męskich – androgenów. Ich nadmiar niekorzystnie wpływa na stan mieszka włosowego, tworząc jego miniaturyzację. Ten typ łysienia występuje zarówno u kobiet, jak i mężczyzn.

Problem gospodarki hormonalnej powinien być rozwiązany odpowiednio przez ginekologa, endokrynologa albo lekarza innej specjalizacji. Jeżeli problem nie zostanie rozwiązany albo przynajmniej ustabilizowany, trycholog nigdy nie uzyska odpowiedniej jakości łodygi wzrostu włosa – mówi Anna Mackojć.

Ekspertka tłumaczy, że pacjenci często zgłaszają się po pomoc z dużym opóźnieniem, kiedy już nic nie da się zrobić. Radzi więc, żeby nie lekceważyć takich objawów, jak wypadające włosy, i zgłaszać się do trychologa.

– Jeżeli zgłosimy się odpowiednio wcześnie, nawet jeśli jest to bardzo duży problem, to jesteśmy go w stanie przynajmniej ustabilizować – mówi Anna Mackojć. – Im wcześniej zaczniemy taką terapię, tym więcej włosów na głowie jesteśmy w stanie zatrzymać. Im szybciej rozpoczniemy, tym łatwiej się z takim pacjentem pracuje, zarówno lekarsko jesteśmy w stanie wcześniej wykryć jakieś zmiany, jak i trychologicznie.

Każda terapia trychologiczna powinna się rozpocząć od konsultacji, czyli od wizyty z dokładnym wywiadem i badaniem.

Wtedy jesteśmy w stanie stwierdzić, jak pracują gruczoły łojowe i potowe, jak się zachowuje higiena okołomieszkowa, czy nie ma nadmiernej krystalizacji, keranityzacji, czyli złuszczania na skórze głowy. Kolejnym krokiem jest wizyta typowo terapeutyczna, czyli zabiegi. Jeden służy do stymulacji podziałów komórkowych, czyli przekazuje nam energię, aby komórki włosa mogły się dzielić. Inną terapią estetyczną jest terapia dedykowana do łysienia plackowatego albo łuszczycy – mówi Anna Mackojć.

Efekty każdej terapii trychologicznej w dużej mierze zależą od zdyscyplinowania pacjenta, od tego, czy jest on systematyczny w swoich działaniach, czy wykonuje w domu wszystkie zalecone czynności, ale przede wszystkim od usunięcia przyczyny, czyli od regularnych wizyt u odpowiednich specjalistów.

 Terapia może trwać od 3 do 6 miesięcy albo nawet kilka lat, w zależności od tego, jakie są problemy i jakie efekty chcemy uzyskać – mówi Anna Mackojć, trycholog, biotechnolog z Instytutu Trychologii.

Kuchnię przejmują innowacyjne urządzenia i roboty. Inteligentny czujnik wyłączy pozostawioną bez kontroli kuchenkę lub piekarnik

Kuchnia staje się coraz inteligentniejsza. Robot sam przygotuje nam ulubioną potrawę, a asystentka Penny zajmie się zastawą stołową i zebraniem brudnych naczyń ze stołu. Innowacyjna lodówka stanie się centrum zarządzania inteligentnego domu, podpowie także, jakich produktów może w niej zabraknąć. Inteligentny ekran z asystentem głosowym zapewni z kolei lekcje gotowania u najbardziej cenionych szefów kuchni oraz zamówi składniki proponowanych przez nich potraw. Na rynku pojawił się także pierwszy na świecie inteligentny czujnik, który kontroluje całą kuchnię. Automatycznie wyłączy piekarnik czy rozpozna i zapamięta nawyki kucharza.

Rynek inteligentnych kuchni rozpędza się. Innowacyjny robot Moley sam przygotuje nam ulubioną potrawę, lodówka sama zamówi brakujące produkty, robot Sally przyrządzi sałatkę, a robot-asystent Penny zajmie się zastawą stołową i zebraniem brudnych naczyń ze stołu. Coraz częściej producenci smart kitchen zwracają jednak uwagę na bezpieczeństwo.

– Do sprzedaży wchodzi pierwszy na świecie inteligentny czujnik kuchenny. Urządzenie podłączamy nad kuchenką, by monitorowało aktywność w jej obrębie. Jest wyposażone we wskaźnik ciepła i miernik zużycia energii, ponieważ może być podłączony do modułu sterowania zasilaniem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Amanda Knahpe z firmy Safera.

Urządzenie ma przede wszystkim zapobiegać pozostawieniu włączonych palników czy piekarnika. Wykorzystuje do swojego działania łączność Wi-Fi i monitorowanie indeksu ciepła. Aplikacja umożliwia też diagnostykę temperatury, wilgotności i jakości powietrza w domu, a także informuje użytkownika o tym, kiedy zwiększyć wentylację pieca czy otworzyć okno.

– Jeśli zadzwoni telefon i użytkownik oddali się od kuchenki, czujnik zarejestruje niebezpieczną sytuację. Wówczas uruchamia się alarm i zostaje wysłane powiadomienie na telefon za pośrednictwem aplikacji Safera. Sygnał również zostaje wysłany do urządzenia. Po takim zdarzeniu wystarczy nacisnąć przycisk OK i kontynuować gotowanie. Jeśli jednak powrót czy naciśnięcie przycisku OK nie jest w danej chwili możliwe, czujnik odetnie zasilanie kuchenki i wyłączy palniki – tłumaczy Amanda Knahpe.

Urządzenie jest pierwszym inteligentnym czujnikiem kuchennym na świecie, który można podpiąć do zwykłej kuchni. Podobne rozwiązania stosowano już w innych sprzętach gospodarstwa domowego. Inteligentny czujnik piekarnika SafeOven również wykrywa, czy kuchenka lub piekarnik pozostały włączone i wyświetla w aplikacji mobilnej alert umożliwiający ich zdalne wyłączenie. Uzupełnieniem rozwiązania oferowanego przez fińską firmę może być jednak specjalna platforma inteligentnego gotowania.

– Kucharze wymieniają się swoimi przepisami i sposobami na przygotowanie dań. Czyli chodzi nie tylko o przepisy, lecz także o czynności wykonywane podczas gotowania, jak zastosowanie odpowiedniej temperatury. Możemy dzielić się tą wiedzą, by pomagać naszym klientom w staniu się doskonałymi kucharzami, jak Jamie Oliver – mówi ekspertka.

Konsorcjum zawiązane przez Amazon i stację telewizyjną Food Network chce stworzyć inteligentny ekran kuchenny, za pomocą którego poprzez Alexę będzie można znaleźć przepisy na ciekawe potrawy. Działający w oparciu o polecenia głosowe ekran pokaże listę zakupów i wyświetli film instruktażowy, który krok po kroku przeprowadzi początkującego kucharza przez proces przyrządzania potrawy. Co więcej, składniki potrzebne do wykonania przepisu można zamówić przez Amazon Fresh, Instacard lub PeaPod. W przyszłym roku aplikacja ma być rozszerzona o funkcję wsparcia całodobowego.

Według Adroit Market Research do 2025 roku rynek inteligentnych urządzeń kuchennych osiągnie wartość niemal 32,5 mld dol.

Ekspert UW: Zostało nam 30 lat na całkowite ograniczenie emisji dwutlenku węgla. Tylko to pozwoli nam się uratować

Temperatura Ziemi wzrosła już o ok. 1°C w porównaniu z epoką przedprzemysłową. Pod koniec tego stulecia wzrost może sięgnąć 4°C. Ilość węgla, jaką możemy jeszcze wprowadzić do atmosfery, jest ograniczona. Tymczasem nadal jesteśmy silnie uzależnieni od węgla, ropy naftowej i gazu ziemnego, a rządy wspierają te formy energii znacznie bardziej niż czystą energię. Jeżeli będziemy szli tą drogą, to świat za 50 lat będzie zupełnie inny, niż potrafimy go sobie wyobrazić – ocenia prof. dr hab. Szymon P. Malinowski, dyrektor Instytutu Geofizyki UW.

– Zmiany klimatyczne są nieodwracalne. Mamy 10 lat, żeby ściąć emisję o połowę, a 30 lat, żeby ściąć ją do zera, żeby się uratować – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. dr hab. Szymon P. Malinowski, dyrektor Instytutu Geofizyki Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak wynika z opublikowanego w listopadzie 2019 roku raportu Programu Środowiskowego Organizacji Narodów Zjednoczonych (UNEP), planowana na 2030 rok produkcja paliw kopalnych przekracza o 50 proc. poziom, który umożliwiałby ograniczenie globalnego ocieplenia do 2°C, i o 120 proc. poziom, który pozwoliłby zatrzymać wzrost temperatur na poziomie 1,5°C. Budżet przekracza przede wszystkim produkcja węgla – nawet o 280 proc. wartości, które zatrzymałyby wzrost średnich temperatur na poziomie 1,5 stopnia Celsjusza.

– Moim zdaniem jest to droga na manowce. Z ostatnich dokumentów Międzynarodowego Funduszu Walutowego wynika, że w skali świata dopłaty pośrednie do paliw kopalnych rosną i w tej chwili już osiągają 7 proc. produktu globalnego brutto. Czyli my płacimy za zniszczenie naszej przyszłości grube pieniądze i tak działa świat, i tak działa nasza ekonomia – wskazuje prof. Szymon P. Malinowski.

Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) ostrzegł już w 2018 roku, że ograniczenie globalnego ocieplenia do 1,5 stopnia Celsjusza do końca wieku wymaga głębokich zmian we wszystkich aspektach społeczeństwa. Już teraz temperatura na Ziemi jest wyższa o ok. 1 stopień Celsjusza niż w epoce przedprzemysłowej i wciąż rośnie. W tym tempie wzrost może do 2100 roku sięgnąć nawet 4 st. Celsjusza.

Raport IPCC opublikowany przez ONZ w 2018 roku wskazał, że najlepszą drogą do ograniczenia wzrostu ocieplenia do 1,5° C do 2100 roku jest ograniczenie emisji netto dwutlenku węgla (CO2) o 45 proc. do 2030 roku, a do 2050 roku obniżenia emisji do zera. Wciąż jednak jesteśmy silnie uzależnieni od węgla, ropy naftowej i gazu ziemnego, a rządy wspierają je bardziej niż zieloną energię.

Większość państw przekracza zadeklarowane przez siebie normy, brakuje woli politycznej. W efekcie Międzynarodowy Fundusz Walutowy ocenia, że przemysł paliw kopalnych tylko w 2016 roku uzyskał 5,2 bln dol., czyli 6,4 proc. światowego PKB.

– Jeżeli będziemy szli tą drogą, to świat za 50 lat będzie zupełnie inny, niż potrafimy go sobie wyobrazić – znacznie mniej ludny i znacznie mniej przyjazny – przekonuje ekspert. – Nie będzie polityki ani ekonomii, całkowicie zmieni się ład.

Jak przekonuje Malinowski, aby uratować Ziemię i zatrzymać zmiany klimatu, konieczna jest zmiana sposobu myślenia. Dopóki wciąż będziemy wykorzystywać już opracowane rozwiązania, sytuacja się nie zmieni.

– Co z tego, że będziemy mieli samochody, które zużywają prąd z paliw kopalnych, czy samochody, które ważą 1,5, 2 czy 3 tony napędzane silnikiem elektrycznym? Nam chodzi o to, żeby przenieść się z miejsca A do miejsca B szybko, bezpiecznie i wygodnie. Wykorzystanie do tego 1,5 tony żelastwa, niezależnie od tego, czym jest napędzane, rozpędzić to i zahamować 30 razy i w ten sposób się przemieścić, nie jest rozsądne. Jeżeli nie będziemy potrafić myśleć w kategoriach rzeczywistych, a nie w kategoriach tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni, tak długo nasze perspektywy będą coraz gorsze – tłumaczy prof. Szymon P. Malinowski.

Shell w Krakowie zatrudnia już ponad 4 tys. osób

Shell Business Operations przekroczyło liczbę 4000 pracowników w Krakowie. Tylko w 2019 r. do zespołu centrum dołączyło blisko 1000 nowych osób. Tym samym Polska stała się dla Shell 3. największym rynkiem w Europie pod względem zatrudnienia. W związku z rozwojem w Krakowie, firma planuje otwarcie w I połowie 2020 r. kolejnego budynku w kompleksie Shell Energy Campus, mieszczącego 1000 pracowników. To kolejny krok umacniający Shell na pozycji jednego z czołowych pracodawców w Małopolsce.

Shell Business Operations jest jednym z 5 centrów operacyjnych Shell na świecie. Zespół działający w Krakowie wspiera globalne operacje koncernu w zakresie m.in. finansów, raportowania, usług IT, obsługi klientów i pracowników, logistyki, zakupów i komunikacji zewnętrznej. W ciągu 13 lat działalności firma osiągnęła pozycję jednego z kluczowych pracodawców nie tylko w stolicy Małopolski, ale i całym regionie.

4 000 talentów na pokładzie

W grudniu zespół Shell w Krakowie osiągnął liczbę 4000 pracowników, pracujących na rzecz 10 linii biznesowych. W 2019 roku do zespołu firmy dołączyło blisko 1000 osób. Tym samym Shell tylko w ciągu minionych 12 miesięcy stworzył w Krakowie blisko 400 nowych miejsc pracy. Centrum przewiduje dalsze inwestycje w rozwój operacji biznesowych prowadzonych w Polsce.

Agnieszka Pocztowska, Dyrektor Generalna Shell Business Operations Kraków
Agnieszka Pocztowska, Dyrektor Generalna Shell Business Operations Kraków

Równie istotny, co skala zatrudnienia, jest dla nas stały wzrost znaczenia Krakowa na globalnej mapie Shell. Z każdym rokiem przyciągamy do Małopolski coraz bardziej zaawansowane projekty. Tylko w 2019 r. stworzyliśmy 75 nowych typów stanowisk. Inaczej mówiąc, intensywnie rekrutujemy specjalistów, którzy przejmują kolejne międzynarodowe zadania w obszarach m.in. raportowania, analizy danych czy zarządzania ryzykiem. Tworzymy przestrzeń do rozwoju dla talentów z Krakowa i ekspertów, którzy się do niego przeprowadzają – mówi Agnieszka Pocztowska, Dyrektor Generalna Shell Business Operations Kraków.

Nowy biurowiec w Krakowie i 70 globalnych menedżerów

Dynamiczny wzrost krakowskiej kadry Shell w ostatnich latach sprawił, że Polska stała się dla firmy trzecim największym rynkiem w Europie pod względem skali zatrudnienia. W I kwartale 2019 roku Shell otworzył w Krakowie biurowiec Topaz, by odpowiedzieć na rosnące dynamicznie rosnącej kadry. W I półroczu 2020 ma do niego dołączyć kolejny budynek, w którego przestrzeni będzie mogło pracować kolejnych 1000 osób.

Rozwój centrum w ostatnich latach dostrzec można nie tylko po rosnącej skali zatrudnienia. Poszerzającą się rolę Shell w Krakowie widać także po dużym znaczeniu i różnorodności zadań menedżerów działających w Krakowie. Obecnie w centrum zlokalizowanych jest 70 stanowisk o globalnym zasięgu. Menedżerowie należący do tej grupy odpowiadają w strukturach Shell m.in. za operacje podatkowe, zamówienia, kontrakty, HR czy procesy IT.

W stronę zrównoważonego biznesu

Jak podkreśla Agnieszka Pocztowska, centrum stawia nie tylko na wzrost kadry i rozwój projektów, ale także działanie zgodne z zasadami zrównoważonego rozwoju biznesu. Oznacza to zaangażowanie zespołu m.in. w inicjatywy proekologiczne czy wsparcie lokalnej społeczności w regionie, m.in. poprzez akcje promujące bezpieczeństwo na drodze czy wspierające osoby w złej sytuacji materialnej.

Ostatnie lata w Krakowie pokazują, że skoordynowane działania władz związane z dbałością o środowisko czy lokalną społeczność to nie mrzonki i przynoszą realne efekty. Cieszy nas to, bo w Shell takie postawy wspieramy od początku działalności w Małopolsce, co doceniają nasi pracownicy. Staramy się dokładać swoją cegiełkę do kształtowania dobrego życia w Krakowie. Dlatego w minionym roku zredukowaliśmy w Shell Business Operations liczbę emitowanego przez naszych pracowników CO2 o 2 tony, o 22% zredukowaliśmy zużycie energii elektrycznej, a o 20% ilość emitowanych odpadów. Było to możliwe mimo dalszego wzrostu kadry – komentuje Agnieszka Pocztowska.

20 języków, 50 narodowości

Międzynarodowa skala działalności Shell w Krakowie odzwierciedla się w jej wielokulturowej i różnorodnej kadrze. Firma zatrudnia w stolicy Małopolski około 700 cudzoziemców, reprezentujących ponad 50 narodowości, a projekty biznesowe realizowane są w 20 językach. Do zespołu w Krakowie należy ponad 30 osób z orzeczeniem niepełnosprawności. Kwestie różnorodności widoczne są także w strukturze menedżerskiej centrum – aż 67% osób zajmujących stanowiska kierownicze w Shell w Krakowie stanowią kobiety.

Anna Papka

Hyperloop: Kto chciałby jeździć pociągiem bez okien? | Wyniki badań

Dla prawie połowy Polaków brak prawdziwych okien w „wagonie” byłby sporą niedogodnością. Konstrukcja kapsuły kolei próżniowej nie pozwoli podziwiać widoków w trakcie podróży, ale rozwiązaniem tego problemu mogą być wirtualne okna wyświetlające nasz „widok” oraz multimedialne panele z dostępem do filmów, muzyki czy gier komputerowych – wynika z badania potencjału wprowadzenia do powszechnego użytku technologii Hyperloop.

Grupa badaczy pod kierownictwem dr Agaty Stasik z Akademii Leona Koźmińskiego zrealizowała badanie ankietowe, w którym wzięło udział 1,5 tys. osób. Ankietowanym zadano pytania dotyczące preferowanych sposobów podróżowania na różnych dystansach. W ramach drugiego etapu badania zorganizowano wywiady grupowe w Warszawie i Łodzi, w których uczestniczyło w sumie 21 badanych. Wyniki opracowane w formie raportu są źródłem wiedzy potrzebnej do określenia potencjału wprowadzenia ultraszybkiej kolei próżniowej.

Polska wielkości Warszawy

Jakby to było, gdybyśmy mogli podróżować z prędkością nawet 1 000 km na godzinę, wygodnie, często i do tego niskim kosztem? – Skutki wprowadzenia technologii Hyperloop jako nowego środka transportu dla uczestników badania oznaczałyby przede wszystkim zmianę samego postrzegania odległości między miastami – mówi dr Agata Stasik z Akademii Leona Koźmińskiego, koordynatorka badania.

Socjolożka powołuje się na jednego z uczestników badania, który zauważył, że w kontekście czasu przejazdów Polska skurczyłaby się do rozmiarów Warszawy. – Mogłoby to skłaniać ludzi do osiedlania się poza granicami dużych miast, a w kwestii podróżowania „dla przyjemności” bądź służbowo – znacząco ułatwić logistykę dalszego wyjazdu i zmniejszyć jego koszty – komentuje Stasik.

Hyperloop – korzyści czy utrudnienia?

Jak pokazują wyniki badania ankietowego, dla potencjalnych pasażerów Hyperloopa największymi zaletami nowego środka transportu byłyby kapsuły odjeżdżające co 5 minut (aż 78,8 proc. respondentów uważa, że podniosłoby to ich komfort podróży), a także konieczność zapięcia pasów – ważna dla 62,4 proc. pytanych. Obawy respondentów budzi przede wszystkim brak okien w kapsułach pasażerskich (43,2 proc. postrzega to jako aspekt obniżający komfort korzystania z Hyperloopa) oraz sterowanie kapsułami przez komputer (21,9 proc. odpowiedzi).

Dla niemal 40 proc. badanych problem braku okien mógłby być rozwiązany poprzez zamontowanie w kapsułach okien wirtualnych, które wyświetlałyby pasażerom „widoki” w wysokiej rozdzielczości. Niemal połowa (47 proc.) ankietowanych chciałaby mieć do dyspozycji podczas podróży multimedialne panele, na których mogliby oglądać filmy, słuchać muzyki albo grać w gry komputerowe.

Badani, którym opowiedziano o technologii Hyperloop, są pozytywnie nastawieni do idei kolei próżniowej (88 proc.). Najwięksi jej zwolennicy to mieszkańcy miast w wieku 18-30 lat. W podziale na grupy zawodowe najbardziej „za” była wyższa kadra zarządzająca i właściciele firm, dla których skrócenie czasu dojazdu na długich, międzymiastowych trasach mogłoby być niezwykle pomocne z przyczyn zawodowych.

Nowy wymiar kolei

Hyperloop to koncepcja nowoczesnego środka transportu przypominającego pociąg. Zgodnie z projektem Elona Muska, twórcy koncepcji ultraszybkiej kolei próżniowej, kapsuły zabierające pasażerów miałyby się poruszać w specjalnych tubach bez tradycyjnych torów i ze znacznie obniżonym ciśnieniem. „Wagony” unosiłyby się dzięki lewitacji magnetycznej, a zmniejszone w ten sposób tarcie i opór powietrza powodowałyby, że Hyperloop mógłby osiągać prędkość nawet 1000 km na godzinę.

Projekt badawczy „Potencjał rozwoju i wdrażania w Polsce technologii kolei próżniowej w kontekście społecznym, technicznym, ekonomicznym i prawnym” jest finansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu Gospostrateg.

Dane z Chin, Czech i USA

Transformacja gospodarki chińskiej z eksportu w stronę produkcji na rynek wewnętrzny trwa. Bilans handlowy nie jest może bliski zrównoważenia, ale ponownie wykonał wyraźny krok w tym kierunku.

Dobre dane z USA

W piątek poznaliśmy dane z amerykańskiego rynku pracy. Bezrobocie niespodziewanie spadło do 3,5% wobec oczekiwanych 3,6%. Płaca godzinowa pokryła się z oczekiwaniami. Powodem spadku bezrobocia była znacznie większa liczba nowych miejsc pracy niż sądzono. W sektorze prywatnym powstało ich aż 254 tysiące wobec oczekiwanych 175 tysięcy. Inwestorzy zareagowali na te dane entuzjastycznie. Dolar zyskiwał w ramach głównych walut, w tym euro. Pół centa zmiany względem euro przełożyło się na wzrost ceny względem złotego o 2 grosze.

Dane z Czech

Dzisiaj poznaliśmy pakiet danych od naszego południowego sąsiada. Produkcja przemysłowa spadła tam o 0,4%. Nadwyżka bilansu handlu zagranicznego spadła mocniej od oczekiwań, z kolei stopa bezrobocia pozostała na niezmienionym poziomie. Teoretycznie są to złe dane. Inwestorzy jednak wyraźnie uważają inaczej, gdyż czeska korona zyskuje na wartości.

Dane z Chin

W weekend poznaliśmy dane z Państwa Środka. Bilans handlu zagranicznego coraz bardziej zbliża się do równowagi. Nadwyżka wynosi zaledwie 38 mld dolarów wobec oczekiwanych 46 miliardów. Powodem tej zmiany jest spadek eksportu o 1,1% przy oczekiwanym wzroście o 1%. Z drugiej strony spodziewano się spadku importu o 1,8%, a wzrósł on o 0,3%. W momencie, kiedy obydwa odczyty pomyliły się o 2%, nie może dziwić, że wynik jest znacząco odmienny. Jest to w dalszym ciągu próba przełożenia gospodarki na konsumpcję wewnętrzną, która, jak widać, udaje się.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

By być stroną postępowania administracyjnego, wystarczy, że dotyczy ono interesu prawnego podmiotu, nie musi być on naruszony

W postępowaniach dotyczących wydania decyzji administracyjnych organy administracji przyznają prawo do bycia ich stroną (poza podmiotami, których decyzja dotyczy) jedynie tym podmiotom, których interes prawny został naruszony. W wyroku z 6 listopada 2019 r. WSA w Poznaniu uznał to stanowisko organów za błędne. Jak orzekł: „…aby być stroną w postępowaniu administracyjnym, wystarczy, że postępowanie dotyczy interesu prawnego danego podmiotu, nie musi być nawet naruszony ten interes” (sygn. akt IV SA/Po 276/19).

Kodeks postępowania administracyjnego (Dz.U. 1960 nr 30 poz. 168, ze zm.) w art. 28 odnoszącym się do stron postępowania administracyjnego stwierdza, że: „Stroną jest każdy, czyjego interesu prawnego lub obowiązku dotyczy postępowanie albo kto żąda czynności organu ze względu na swój interes prawny lub obowiązek”. A regułą postępowania administracyjnego jest, że brak udziału w tym postępowaniu strony spowodowany przyczynami, za które nie ponosi ona winy, stanowi przesłankę do wznowienia postępowania zakończonego decyzją ostateczną (art. 145 § 1 pkt 4).

Brak ponadnormatywnego oddziaływania na środowisko

To na tę właśnie regulację powołał się w 2017 r. właściciel nieruchomości niesąsiadującej nawet z fermą drobiu, na której miała zostać poczyniona inwestycja w postaci budowy kotłowni centralnego ogrzewania. Chciał uchylenia decyzji ostatecznej burmistrza gminy i wznowienia postępowania ws. uwarunkowań środowiskowych dla tej inwestycji.

W 2016 r. na podstawie opinii Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska oraz Państwowego Powiatowego Inspektora Sanitarnego burmistrz zdecydował o braku potrzeby przeprowadzania oceny oddziaływania tej inwestycji na środowisko. Dodatkowo na podstawie § 3 ust. 2 pkt 1 obowiązującego ówcześnie rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 9 listopada 2010 r. w sprawie przedsięwzięć mogących znacząco oddziaływać na środowisko (Dz.U. nr 213 poz. 1397 z 2010 r. ze zm. – zostało uchylone 11 października 2019 r.) zakwalifikowano ją jako przedsięwzięcie mogące potencjalnie znacząco oddziaływać na środowisko, a więc przedsięwzięcie niewymagające obligatoryjnego przeprowadzenia oceny oddziaływania na środowisko. Z uwagi na brak ponadnormatywnego oddziaływania przedsięwzięcia na środowisko inwestor nie został zobowiązany do utworzenia obszaru ograniczonego użytkowania.

Nieruchomość położona w strefie oddziaływania

Wnioskodawca, powołując się na art. 145 § 1 pkt 4 K.p.a., wskazał, że bez własnej winy nie brał udziału w postępowaniu środowiskowym, stąd nie mógł skorzystać z przysługujących stronie praw, przede wszystkim do odwołania się od wydanej w jego toku decyzji. Jak stwierdził, z punktu widzenia materialno-prawnego należy mu się uczestnictwo w postępowaniu na prawach strony, bowiem jego nieruchomość jest w zasięgu oddziaływania fermy, na której poczyniona ma zostać inwestycja.

Burmistrz przeprowadził postępowanie w celu zbadania, czy wnioskodawca może być stroną tego postępowania. Zgodził się z wnioskodawcą, że przy ustalaniu kręgu podmiotów mogących występować w postępowaniu środowiskowym w charakterze strony za podstawę bierze się przepis art. 28 K.p.a. Zgodził się również, że nieruchomość skarżącego znajduje się w zasięgu oddziaływania fermy. Stwierdził jednak, że zważywszy na położenie inwestycji, m.in. w oddaleniu aż 320 m od nieruchomości wnioskodawcy, nie spowoduje ona na tej nieruchomości przekroczenia standardów jakości środowiska. Nie zgodził się tym samym ze skarżącym, że samo położenie jego nieruchomości w strefie oddziaływania planowanej inwestycji byłoby wystarczające do przyznania mu legitymacji do bycia stroną.

Skarżący nie jest nawet sąsiadem

Wydaną przez burmistrza decyzję utrzymało w mocy samorządowe kolegium odwoławcze. Stwierdziło m.in., że skarżący nie jest właścicielem ani posiadaczem ograniczonego prawa rzeczowego nieruchomości objętej przedsięwzięciem. Co więcej, nie posiada nawet takich praw do nieruchomości z nią sąsiadujących. Organ drugiej instancji podzielił stanowisko burmistrza, że planowana inwestycja nie obejmie obszarem negatywnego oddziaływania nieruchomości skarżącego. Dlatego też zdaniem SKO został on słusznie wykluczony z kręgu podmiotów zaliczanych do strony przedmiotowego postępowania środowiskowego.

Interes prawny nie musi być naruszony

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu uznał jednak skargę wnioskodawcy za uzasadnioną. Analizę przesłanek dopuszczenia do bycia stroną postępowania środowiskowego przeprowadził zarówno przez pryzmat przepisu art. 28 K.p.a. mającego zastosowanie w czasie przeprowadzania przedmiotowego postępowania, jak i art. 74 ust. 3a ustawy o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko (Dz.U. 2017 poz. 1405, ze zm., dalej u.i.o.ś.), obowiązującego w tym zakresie od 1 stycznia 2018 r.

Sąd, powołując się na wyrażony w judykaturze pogląd (wyrok NSA z dnia 25 września 2009 r., sygn. akt II OSK 1476/08, wyrok WSA w Krakowie z dnia 20 marca 2012 r., sygn. akt II SA/Kr 1932/11, wyrok WSA w Białymstoku z dnia 13 stycznia 2009 r., sygn. akt II SA/Bk 842/07), wskazał, że dla ustalenia, czy dany podmiot ma interes prawny w postępowaniu środowiskowym, a więc, czy może być w nim stroną, nie ma znaczenia, czy oddziaływanie na jego nieruchomość będzie przekraczać dopuszczalne normy, czy nie. Wystarczy bowiem, że będzie się ona znajdować w zasięgu oddziaływania objętej postępowaniem inwestycji. Przemawia za tym również treść art. 10a Dyrektywy Rady Wspólnot Europejskich z dnia 27 czerwca 1985 r. w sprawie oceny skutków wywieranych przez niektóre przedsięwzięcia publiczne i prywatne na środowisko naturalne (Dz.Urz. UE z 5 lipca 1985 r., L 175), gdzie mowa jest o konieczności zapewnienia członkom zainteresowanej społeczności dostępu do procedury odwoławczej przed sądem lub innym niezależnym i bezstronnym organem, jeśli tylko przedstawiciele tej społeczności mają „wystarczający interes”.

Tak więc, aby być stroną w postępowaniu administracyjnym, wystarczy, że postępowanie dotyczy interesu prawnego danego podmiotu, nie musi być nawet naruszony ten interes. (…) dla ustalenia, czy dany podmiot ma interes prawny w postępowaniu w sprawie wydania decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach i w związku z tym, czy ma przymiot strony w tym postępowaniu, nie ma znaczenia, czy oddziaływanie na jego nieruchomość będzie w granicach dopuszczalnych norm, czy też będzie ponadnormatywne, wystarczy, że nieruchomość znajduje się w zasięgu oddziaływania planowanej inwestycji” (wyrok WSA w Poznaniu z 6 listopada 2019 r., sygn. akt IV SA/Po 276/19).

Właściciel musi mieć prawo do wykazania naruszeń swoich praw

Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 16 sierpnia 2012 r. (sygn. akt II OSK 832/11) wyjaśnił, że interes prawny, o którym mowa w art. 28 k.p.a., może znajdować podstawy także w przepisach innych gałęzi prawa np. w art. 140 Kodeksu cywilnego. Przepis ten stanowi, że właściciel może korzystać ze swojego prawa własności do rzeczy, w tym nieruchomości, zgodnie z jego społeczno-gospodarczym przeznaczeniem. Nie ma więc znaczenia, czy oddziaływanie na jego nieruchomość będzie wykraczać poza normy, czy nie. Na etapie ustalania kręgu podmiotów uprawnionych do bycia stroną postępowania to nie do organów należy ocena znikomości naruszenia interesu podmiotu. Sama bowiem ingerencja w jego prawa zgodnie z niniejszym wyrokiem WSA w Poznaniu legitymuje go do bycia stroną tego postępowania, podczas którego właśnie będzie mógł wykazać, że naruszenie to jest znaczne.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Dariusz Mikołajczak pierwszym polskim prezesem fabryki Toyoty

1 stycznia 2020 roku na stanowisko prezesa Toyota Motor Manufacturing Poland (TMMP) zostanie powołany Dariusz Mikołajczak. To bezprecedensowa sytuacja – nigdy dotąd polski manager nie piastował tak wysokiego stanowiska w światowej strukturze fabryk Toyoty. Obecny prezes Eiji Takeichi kończy swoją czteroletnią misję w Polsce i wraca do centrali koncernu w Japonii (TMC). 

Eiji Takeichi został powołany na stanowisko prezesa TMMP w styczniu 2016 roku. Wcześniej pełnił funkcję wiceprezesa ds. strategicznego planowania produkcji, kontroli produkcji i logistyki w Toyota Motor Europe, centrali koncernu w Europie. W czasie pełnienia przez niego obowiązków doszło do połączenia zakładów w Jelczu-Laskowicach i w Wałbrzychu. W tym czasie polskie fabryki koncernu pozyskały sześć nowych projektów związanych z technologią hybrydową (elektryczne przekładnie hybrydowe e-CVT oraz silniki benzynowe TNGA – Toyota New Global Architecture), które zwiększają zaangażowanie inwestycyjne koncernu w Polsce do ponad 5,5 miliarda złotych i wprowadzają polskie fabryki na drogę ku elektromobilności.

Dariusz Mikołajczak jest absolwentem Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. Ukończył również programy rozwojowe dla kadry zarządzającej organizowane przez Toyota Institute w Japonii oraz University of Pennsylvania w USA.

Od ukończenia studiów związany jest z branżą motoryzacyjną. Pracował między innymi w Volvo Bus Polska. W 2000 roku dołączył do Toyota Motor Manufacturing Poland w Wałbrzychu jako manager produkcji i był odpowiedzialny za uruchomienie od podstaw produkcji przekładni manualnych zgodnie z Toyota Production System.

W 2004 roku został mianowany na stanowisko dyrektora odpowiedzialnego za produkcję, a następnie w 2008 roku awansował na stanowisko dyrektora generalnego odpowiedzialnego za piony inżynierii, jakości i utrzymania ruchu. W 2010 roku został powołany na stanowisko wiceprezesa ds. produkcji.

Od stycznia 2012 roku do grudnia 2013 roku Dariusz Mikołajczak został oddelegowany do pracy w dziale inżynierii produkcji w największym zakładzie produkującym silniki Toyoty – Kamigo. Objął tam stanowisko dyrektora generalnego działu i był odpowiedzialny za uruchomienie nowych linii produkcyjnych w Japonii oraz w fabrykach koncernu poza Japonią.

W styczniu 2014 roku powrócił do TMMP i objął stanowisko wiceprezesa ds. korporacyjnych, odpowiadając za zasoby ludzkie, finanse, IT, logistykę i planowanie produkcji. Po połączeniu polskich fabryk Toyoty w kwietniu 2017 roku został jednocześnie dyrektorem fabryki w Jelczu-Laskowicach.

Jego hobby to: żeglarstwo, biegi (był uczestnikiem dwóch maratonów) i podróże z plecakiem w nieznane. Jest żonaty i ma dwoje dzieci: syna i córkę.

Agility podsumowuje III kwartał – wzrost zysku netto o ponad 8 proc.

Agility podsumowało działalność w III kwartale. Zysk netto wyniósł 21,7 mln KWD* (71,4 mln USD) i wzrósł o 8,4 proc. w porównaniu z III kw. ub.r. Zysk operacyjny (EBITDA) zwiększył się o 20,9 proc. do 47,4 mln KWD (156,07 mln USD). Przychody firmy wzrosły o 1,6 proc. i wyniosły 400,7 mln KWD (1,3 mld USD).

Zysk netto od początku roku osiągnął poziom 63,6 mln KWD (209,4 mln USD) i wzrósł o 7,9 proc., EBITDA zwiększyła się o 24,9 proc. do 42,4 mln KWD (139,6 mln USD), Przychody w pierwszych trzech kwartałach wyniosły 1 175,8 mln KWD (3,8 mld USD), o 2,2 proc. więcej niż rok wcześniej.

„Wyniki za trzeci kwartał są efektem działalności firm z grupy Infrastructure, wszystkie odnotowały wzrosty. Z kolei nasza najważniejsza spółka logistyczna, Global Integrated Logistics (GIL), odczuła negatywne skutki niekorzystnych warunków rynkowych, spowodowanych wojną handlową, która wpłynęła na całą branżę” powiedział Tarek Sultan, CEO i wiceprzewodniczący rady nadzorczej Agility. „Mimo tego GIL nadal dynamicznie się rozwija i wprowadza kolejne rozwiązania cyfrowe, które zwiększają wydajność operacyjną i poprawiają jakość obsługi klientów.”

Tarek Sultan dodaje: „Inwestujemy w rozwój technologiczny tak, by stać się liderem branży w zakresie rozwiązań cyfrowych. Agility Venture współfinansuje innowacyjne start-upy, które przekształcają łańcuchy dostaw w różnych obszarach, od technologii ekologicznych po e-commerce. Jednocześnie prowadzimy prace rozwojowe, dokonujemy przejęć i pozyskujemy partnerów, by doskonalić naszą usługę, cyfrową platformę logistyczną Shipa. Jesteśmy przekonani, że stanie się kluczowym elementem wyróżniającym nas na rynku i będzie dobrym punktem wyjścia dla przyszłego wzrostu”.

Agility Global Integrated Logistics (GIL)

Zysk operacyjny (EBITDA) GIL zmniejszył się o 1 proc. do 7,8 mln KWD (25,6 mln USD). Przyczyną spadku były wyższe koszty operacyjne, związane z uruchomieniem nowych obiektów oraz inwestycje w transformację cyfrową. Przychody brutto wyniosły 285 mln KWD (938,4 mln USD) i spadły o 2,4 proc. (0,7 proc. przy stałych kursach walut), co jest skutkiem coraz większych wyzwań w branży spedycyjnej. Przychody netto GIL osiągnęły poziom 67,3 mln KWD (221,6 mln USD) i wzrosły o 4 proc. (5,3 proc. przy stałych kursach walut) w porównaniu z III kw. ub.r. Zwiększenie przychodów netto to wynik wzrostów we frachcie morskim, logistyce kontraktowej i projektach logistycznych. Ogólna marża netto GIL ukształtowała się na poziomie 23,6 proc. (22,2 proc. w ub.r.).

Wolumen przesyłek lotniczych w III kw. spadł o 15,8 proc (w tonach), na co wpłynęła sytuacja w handlu międzynarodowym i spadek popytu wśród klientów w wielu branżach i regionach na świecie. Zmniejszenie wolumenu częściowo zrównoważył wzrost zyskowności (stosunek przychodu netto do wagi przesyłki) o 15,5 proc. Ostatecznie przychody netto z frachtu lotniczego zmniejszyły się o 2,8 proc. w stosunku do ub.r. Ilość TEU we frachcie morskim spadła o 9,3 proc., ale zyskowność poprawiła się o 13,7 proc. Przychody netto wzrosły o 3,2 proc. Największą zyskowność frachtu morskiego odnotowano w obu Amerykach i Europie. W logistyce kontraktowej Agility zanotowało stabilny wzrost, głównie w USA, Australii, Indiach, Singapurze, Bliskim Wschodzie i Afryce.

Od początku roku, po odliczeniu wpływu IFRS 16, zysk operacyjny (EBITDA) GIL wyniósł 24,5 mln KWD (80,6 mln USD), tyle samo co rok wcześniej. Przychody netto poprawiły się o 2,7 proc., natomiast ogólne przychody spadły o 2,1 proc.

Chcąc poprawić wyniki i wzmocnić pozycję na rynku, GIL wdraża strategię cyfrową. Jej celem jest m.in. usprawnienie komunikacji z klientami i dostawcami, tworzenie innowacyjnych rozwiązań i zwiększenie wydajności procesów operacyjnych.

Grupa Infrastructure (ALP, Tristar, NAS, UPAC, GCS)

W III kw. EBITDA grupy Infrastructure wzrosła o 3,8 proc. do 32,6 mln KWD (107,3 mln USD). Przychody wyniosły 119,7 mln KWD (394,2 mln USD), o 13,4 proc. więcej niż rok wcześniej. W ciągu 9 miesięcy EBITDA zwiększyła się o 8,3 proc., przychody o 14,5 proc.

W III kw. Agility Logistics Parks (ALP) zanotował wzrost przychodów o 14,2 proc. Na tak dobry wynik złożyły się przychody z obiektów oddanych pod koniec 2018 roku i poprawa zyskowności już działających. Teraz motorem wzrostu będą nowe parki logistyczne i obiekty magazynowe w Arabii Saudyjskiej i Afryce, a także optymalizacja firmowego banku ziemi w Kuwejcie. Przychody Tristar, zintegrowanego operatora logistycznego paliw płynnych, wzrosły o 9,6 proc., dzięki zwiększeniu obrotów w transporcie drogowym, operacjach magazynowych i spedycji oraz poszerzeniu zakresu obsługi i pozyskaniu nowych klientów. Przychody National Aviation Services (NAS), po trudnym początku roku, w III kw. zwiększyły się o 8,5 proc. W pierwszej połowie roku wyniki były słabsze od oczekiwanych z powodu nieprzewidzianych wydatków w Kuwejcie, obniżki cen usług na Wybrzeżu Kości Słoniowej i czasowego ograniczenia ruchu lotniczego do/z Afganistanu. NAS spodziewa się poprawy w IV kw. i 2020 roku. Z kolei United Projects for Aviation Services Company (UPAC) zanotowała wzrost przychodów o 1,4 proc. Spółka nadal odczuwa negatywne skutki przeniesienia części lotów pasażerskich do nowych terminali w Międzynarodowym Porcie Lotniczym w Kuwejcie, straty zrównoważyły, m.in. znakomite wyniki zarządzania nieruchomościami komercyjnymi w Kuwejcie. W Abu Zabi trwa budowa centrum handlowego Reem Hall, inwestycji wartej 1,2 mld USD. Specjalizująca się w modernizacji rozwiązań celnych GCS odnotowała wzrost przychodów o 8,2 proc., dzięki uruchomieniu nowych usług celnych i rozwojowi cyfrowej obsługi operacji klientów.

Agility w Polsce

W III kwartale polski oddział Agility Logistics utrzymał stabilne tempo rozwoju. W porównaniu z analogicznym okresem ub.r. zysk operacyjny (EBIDTA) wzrósł o 3 proc.

„Największą dynamikę wzrostu odnotowaliśmy w transporcie lotniczym, dobre wyniki osiągnęliśmy też w obszarze frachtu morskiego, zwłaszcza w eksporcie. Poszerzyliśmy portfolio klientów o firmy z branży przemysłowej i motoryzacyjnej. Zwiększyliśmy też zatrudnienie, wzmacniając działy spedycji drogowej oraz morskiej” mówi Karolina Gasińska-Byczkowska, country manager Agility Logistics w Polsce. „Kluczowe znaczenie mają dla nas inwestycje w rozwój naszego zespołu i zapewnienie przyjaznego miejsca pracy. Teraz wprowadziliśmy cykl szkoleń i warsztatów rozwijających kompetencje pracowników. Skupiamy się głównie na takich obszarach jak komunikacja, sprzedaż, doświadczenie klienta oraz współpraca pomiędzy wszystkimi działami firmy, co pozwoli nam zapewnić klientom jeszcze lepszą i sprawniejszą obsługę”.

*KWD dinar kuwejcki

Darmowy telefon za oglądanie reklam? Ekspert: To bardzo możliwy scenariusz

Wiele wskazuje na to, że producenci smartfonów mogą przymierzać się do wyświetlania reklam na swoich urządzaniach. Coraz głośniej mówi się np. o Samsungu. Gdyby zdecydował się na taki krok, to inni gracze rynkowi pewnie poszliby w jego ślady. W zamian za oglądanie filmów reklamowych klienci dostawaliby darmowe aparaty. Jeżeli taki scenariusz ujrzałby światło dzienne, to przy włączaniu telefonów mogłyby wyświetlać się komunikaty promocyjne. Pytanie brzmi tylko, czy rynek i sami konsumenci są na to przygotowani.

Nowe możliwości

Urządzenia z systemem Android (penetracja blisko 95% wszystkich smartfonów w Polsce, wg StatCounter), w tym także telefony Samsunga (prawie 42% wszystkich używanych komórek w II kwartale tego roku, zgodnie z danymi IDC) mają ogromny zasięg reklamowy. Ich użytkownicy mogliby oglądać na nich reklamy wyświetlane samoczynnie, tj. bez udziału aplikacji. Jednak potrzebne jest rozwiązanie, dzięki któremu taka praktyka byłaby korzystna dla obu stron.

– Gdyby reklamy stanowiły zapłatę za wyprodukowanie telefonu, to tego typu urządzenia stałyby się dużo tańsze dla konsumentów lub byłyby rozdawane zupełnie za darmo. Wystarczy tylko wzorem firmy Amazon pozwolić klientom wybierać, czy w zamian za oglądanie reklam chcą otrzymywać określone bonusy. Oczywiście gratyfikacje musiałby być naprawdę atrakcyjne, aby użytkownicy zgadzali się na takie rozwiązanie. Przekonująca mogłaby być dla nich np. duża zniżka na smartfon lub wartościowa usługa – mówi Norbert Kowalski, Prezes Zarządu spółki Mobiem Polska.

Co ciekawe, podobne rozwiązania już funkcjonują na portalowym rynku w Polsce. W zamian za darmowy dostęp do informacji serwowane są reklamy. Jest też odwrotnie. Jeden ze zaznanych serwisów za odpłatnością nie wyświetla reklam, a także udostępnia użytkownikom bardziej rozbudowane, ciekawsze i pogłębione treści. To wszystko jest również możliwe do realizacji w kanale mobile. Smartfony pozwalają przyciągnąć uwagę użytkownika za pomocą reklam displayowych, czyli np. pełnoekranowych formatów leyerowych lub niewielkich bannerów wyświetlanych u dołu ekranu. I warto to wykorzystać.

– Jeśli taki scenariusz się spełni, to na ekranach smartfonów mogą pojawiać się właśnie takie reklamy, np. przy wybudzaniu telefonów ze stanu czuwania. Takie rozwiązanie jest jak najbardziej pożądane przez reklamodawców. Dane dotyczące użytkowników poszczególnych urządzeń przenośnych pomogłyby w dostosowaniu przekazów reklamowych do wybranych odbiorców. Targetowanie treści byłoby dla nich mniej odczuwalne. Polacy są już przyzwyczajeni do wyświetlania ich w serwisach i aplikacjach – wyjaśnia ekspert.

Jednak ponad 40% użytkowników serwisów internetowych blokuje reklamy przez różnego rodzaju adblocki. Należy się spodziewać, że w kanale mobile również znajdą się rozwiązania, które będą mogły zdecydowanie utrudnić kontakt z reklamami. Dlatego właśnie bardzo ważne są wartościowe bonusy dla odbiorców, aby byli oni otwarci na treści reklamowe.

– Można sobie wyobrazić również taki scenariusz, w którym operatorzy sieci komórkowych rozdadzą telefony ze swoimi abonamentami, a w zamian za to konsumenci podpiszą z nimi swego rodzaju kontrakty. Użytkownicy zgodzą się przez określony czas korzystać z urządzeń wraz z ich dodatkowymi funkcjami, tj. wyświetlającymi się reklamami – twierdzi Prezes Kowalski.

Potencjał na rynku

Przed wprowadzeniem takich rozwiązań każda firma powinna oczywiście przeprowadzić odpowiednio duże badania na wszystkich obsługiwanych rynkach. Należy zwrócić uwagę na to, że w Polsce wrażliwość na przekaz reklamowy jest większa niż w innych krajach. Serwowanie treści przy odblokowywaniu urządzeń mogłoby irytować użytkowników. Dopiero gdyby reklama pojawiała się w momencie włączenia telefonu, np. zamiast logotypu producenta, zdecydowanie zwiększyłaby się jej akceptacja.

– Już teraz Samsung może pochwalić się tym, że zbieranie danych na temat swoich klientów za pośrednictwem telewizorów pozwala na dotarcie do nich z relewantnymi komunikatami marketingowymi. Jednak na rynku wciąż brakuje wyspecjalizowanych agencji, które sprzedają kampanie reklamowe w tym kanale. Same domy mediowe nie mają jeszcze pełnej świadomości o możliwościach związanych z wyświetlaniem reklam i dlatego takich przekazów jest niewiele – tłumaczy ekspert z Mobiem Polska.

Należy dodać, że intruzywność formatów reklamowych w TV i mobile różni się od siebie. Telewizja jest kojarzona z reklamami, bo przez wiele lat widzowie byli do tego przyzwyczajani. I taki przekaz co do zasady jest mniej uciążliwy. Jednak, dzięki zbieraniu danych o użytkownikach telefonów, ludzie otrzymają treści dopasowane do ich potrzeb, zainteresowań i oczekiwań. Komunikaty marketingowe w TV nie są celowane czy też targetowane. W mobile można trafić z właściwym przekazem do konkretnej osoby. I to jest największym atutem tego rozwiązania.

– Producenci smartfonów, tacy jak Samsung, mogliby też stać się konkurentami dla Google’a i Facebooka. Zwiększenie ilości podmiotów jest pożądane dla reklamodawców i konsumentów. Pojawianie się nowych formatów reklamowych w Internecie i kanale mobile oznaczałoby rozwój dla całej branży. Próbowanie nowych rozwiązań jest naturalnym zjawiskiem. Rynek sam zdecyduje, co i jak powinno być wprowadzane. Sytuacja może być dość ciekawa i warto obserwować jej rozwój – podsumowuje Norbert Kowalski.

Kolejny rok stabilnych stóp procentowych za nami

W zeszłym tygodniu poznaliśmy listopadowy odczyt dla wskaźnika PMI. Choć zanotował on lekki wzrost z 45,6 pkt do 46,7 pkt, to jest to drugi najsłabszy wynik od 2009 r. Polski sektor produkcyjny już od ponad roku znajduje się poniżej poziomu 50 pkt. Z drugiej strony, pozytywne jest to, że twarde dane z polskiego przemysłu notują lesze wyniki niż PMI.

W środę odbyło się ostatnie tegoroczne posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej, nie przyniosło ono jednak żadnych niespodzianek. RPP postanowiła utrzymać stopy procentowe na dotychczasowym poziomie. Główna referencyjna stopa procentowa pozostaje na poziomie 1,50% już od prawie pięciu lat (ostatnia korekta stóp została wprowadzona w marcu 2015 r.). Co istotne, Prezes RPP, Adam Glapiński powtórzył, że najbardziej prawdopodobnym scenariuszem pozostaje stabilność stóp do końca jego kadencji, tj. do 2022 r. W ostatnich miesiącach wzrosły oczekiwania rynku finansowego co do obniżenia stóp procentowych w przyszłym roku, w związku ze spowolnieniem wzrostu polskiej gospodarki. Większość przedstawicieli RPP uważa, że przyśpieszenie inflacji na początku przyszłego roku będzie tymczasowe i nie na tyle wysokie, aby uzasadnić korektę stóp procentowych.

W pierwszym tygodniu grudnia stosunek złotego do euro ukształtował się na poziomie 4,28 PLN/EUR, a do dolara 3,85 PLN/USD. Na głównej parze walutowej euro umocniło się, ale tylko nieznacznie, do poziomu 1,11 USD/EUR.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus analityczki AKCENTY

Aktywność zawodowa Polaków rośnie, ale sytuacja jest nadal niezadowalająca

Wskaźnik aktywności zawodowej mamy w Polsce wyjątkowo niski. To negatywnie wpłynie na wysokość emerytur. Obniżając wiek przejścia na emeryturę wybraliśmy, że sytuacja będzie coraz gorsza. I to nie tylko dla emerytów.

W Polsce wskaźnik aktywności zawodowej to 56,1 proc. Tyle właśnie Polaków w wieku 15+ pracuje. Kiepskie perspektywy dla polskiego systemu emerytalnego nie wynikają więc tylko z sytuacji demograficznej w przyszłości.

Niska aktywność zawodowa nie jest jednak tylko jednoznacznie negatywna, bo ze względu na aspiracje zawodowe należymy do wyjątkowych krajów w UE pod względem liczby osób studiujących.

– Jest jednak polską specyfiką, że okres studiów to nie są lata, gdy jednocześnie studiujemy i pracujemy – mówi w rozmowie z MarketNews24 Monika Fedorczuk, ekspert ds. rynku pracy Konfederacji Lewiatan.

W Polsce został obniżony wiek emerytalny. W krajach UE jest podwyższany. Uwzględniając przywileje grupowe dla określonych grup zawodowych mamy emerytów w wieku poniżej 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn. Program 500+ nie spowodował, że rodzice mają więcej dzieci.

– Cały system świadczeń społecznych wymaga zmiany, podjęcie pracy nie powinno powodować pogorszenia dochodów – komentuje M.Fedorczuk. – Wypłacanie dodatkowej premii za pozostanie na rynku pracy po osiągnięciu wieku emerytalnego to pomysł, aby podwyższyć aktywność zawodową.

W krajach skandynawskich, które często są przywoływane jako przykład państwa opiekuńczego, pracuje się dłużej. Wybraliśmy rozwiązania, które są bliższe Rumunii czy Bułgarii.

Jak wykorzystać otwartą bankowość? Najważniejsze zalety rozwiązań open banking

Rozwój platform cyfrowych i ich szybkie przyjęcie przez konsumentów stworzyły znaczące możliwości dla sektora finansowego. Liderzy branży, dzięki inwestycjom w ten kanał dystrybucji, już dziś generują  dzięki niemu dodatkowe przychody. Do udziału w otwartej bankowości zachęcają również regulatorzy – poprzez opracowywanie wytycznych lub przepisów mających na celu zwiększenie konkurencji na rynku usług finansowych. Ponadto tempo innowacji technologicznych obniża barierę wejścia na rynek, co zwiększa zainteresowanie otwartą bankowością zarówno wśród przedsiębiorstw o ugruntowanej pozycji, jak i nowych firm rewolucjonizujących rynek. Poniżej pokazujemy pięć korzyści dla firm, które płyną z otwartej bankowości.

  1. Wyższe przychody

Interfejsy API umożliwiają tworzenie nowych kanałów dystrybucji i kierowanie oferowanych produktów oraz usług do szerszego grona klientów. W ten sposób firmy, wykorzystując open API, mogą wygenerować dodatkowe przychody. Badanie przeprowadzone przez Boston University wykazało, że wdrożenie API generuje wzrost wartości rynkowej firmy o 10,3 proc[1]. Oczekuje się, że do 2025 r[2]. dzięki temu nowemu kanałowi sprzedaży wygenerowane zostanie 30 proc. światowej puli przychodów.

  1. Nowe rynki

Klienci poszukują wygody, dostępu i szybkości w cyfrowym świecie aplikacji, usług czy zakupów. Coraz częściej banki i instytucje finansowe uczestniczą w cyfrowych projektach, takich jak Uber, Airbnb czy Houzz. Otwarta bankowość pozwala bankom rozszerzyć swój zasięg działania poza tradycyjny model działania znany do tej pory.

  1. Szybka reakcja na nowe potrzeby klientów

Otwarta bankowość daje możliwość szybkiego reagowania na potrzeby klientów oraz integracji nowych rozwiązań pochodzących od zewnętrznych dostawców z istniejącą infrastrukturą banku. Instytucje te mogą pozostać konkurencyjne dzięki szybkiemu rozszerzeniu funkcjonalności istniejących aplikacji cyfrowych – bez konieczności samodzielnego tworzenia rozwiązań od podstaw.

  1. Lepsze relacje z klientami

W odpowiedzi na pytanie o najważniejszy czynnik, który pogłębi ich relacje z dotychczasowym bankiem[3], 37% klientów podało personalizację. Udział w transakcjach obejmujących coraz więcej cyfrowych punktów kontaktu może mieć efekt mnożnikowy, przejawiający się w generowaniu większej liczby spersonalizowanych ofert, częstszych interakcjach, większej popularności, możliwości sprzedaży produktów dodatkowych lub produktów wyższej klasy oraz zwiększeniu zadowolenia klientów.

  1. Bycie istotnym elementem w oczach klientów

Dzięki otwartej bankowości instytucje finansowe mogą rozbudować swoją ofertę o usługi dodatkowe, takie jak zarządzanie finansami osobistymi, premie za lojalność i edukacja finansowa. Usługi te pomogą bankom zachować konkurencyjność i zmniejszyć ryzyko, że klienci będą szukać tych usług gdzie indziej.

Budowa strategii otwartej bankowości

Ważnym etapem tworzenia strategii otwartej bankowości jest wybór otwartej platformy, która będzie wspierać elastyczność i innowacje. Nie chodzi tu jednak tylko o to, aby bank zapewnił zewnętrznym firmom techniczny dostęp do swoich wewnętrznych systemów za pomocą interfejsów API. Istotną rolę w wykorzystaniu pełnego potencjału otwartej bankowości odgrywa również budowa społeczności i sieci partnerów.

Największy sukces osiągną banki, które wdrożą platformę technologiczną eliminującą problemy z udostępnianiem oprogramowania i realizującą architekturę mikrousług, a jednocześnie niewymagającą wiązania się z jednym dostawcą. Dzięki temu elastycznie i szybko będą mogły reagować na potrzeby rynku. Taka platforma musi również wykorzystywać możliwości skalowania dostępne w środowisku chmurowym oraz spełniać wymagania operacyjne jak choćby bezpieczeństwo i stabilność.

Autor: Adam Wojtkowski, senior regional manager CEE, Red Hat

[1] Benzell, Scott, LaGuarda, Guillermo, Van Alstyne, Marshall. “The Impact of APIs in Firm Performance.” Boston University. 2017. https://papers.ssrn.com/sol3/papers.cfm?abstract_id=2843326

[2] Atluri, Venkat, Dietz, Miklos, Henke, Nicolaus. “Competing in a world of sectors without borders.” McKinsey Quarterly. 2017. https://www.mckinsey.com/business-functions/mckinsey-analytics/our-insights/competing-in-a-world-of-sectors-without-borders

[3] Marous, Jim. “The Psychology of Personalization in Banking.” The Financial Brand. 2018

https://thefinancialbrand.com/74465/the-psychology-of-personalization-in-banking/

Przed nami bardzo ekscytujący tydzień. Będzie się działo

Przed nami bardzo ekscytujący tydzień, jeśli tydzień liczymy od środy. Przede wszystkim w centrum uwagi są wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii w czwartek. Poza tym interesujących fragmentów będziemy szukać w komunikatach po posiedzeniach Fed, EBC i SNB. W tle będą kluczowe dane z Niemiec i USA. Na froncie negocjacji handlowych USA-Chiny chwilowo przycichło, ale wielkimi krokami zbliża się data wprowadzenia nowych ceł.

Wchodzimy w nowy tydzień w relatywnie pogodnych nastrojach w reakcji na dobre dane z USA przed weekendem. W listopadzie w gospodarce przybyło 266 tys. nowych miejsc pracy, dużo więcej niż zakładane 180 tys., stopa bezrobocia spadła do 3,5 proc., mocna pozostaje dynamika płac. Później raport Uniwersytetu Michigan wskazał na poprawę nastrojów konsumentów. Silny raport z rynku pracy USA przyniósł uspokojenie, że największa gospodarka świata nie jest na równi pochyłej.

To lepsza wiadomość dla generalnego apetytu na ryzyko i wzrostów rynku akcji niż dla samego dolara, gdyż jest nieprawdopodobnym, aby Fed prędko wrócił do dyskusji o podwyżkach stóp procentowych. Ostatnim razem Fed przyrzekł powstrzymanie się od zmian w polityce pieniężnej do końca roku i zakładamy, że na posiedzeniu w tym tygodniu dotrzyma obietnicy. Dodatkowo członkowie FOMC w indywidualnych wystąpieniach podkreślali przejście banku w tryb „wait-nad-see”. Komunikat i konferencja powinny być utrzymane w ostrożnym tonie wskazującym, że w przyszłości obniżki są bardziej prawdopodobne niż podwyżki. Wydźwięk decyzji FOMC raczej nie wyrządzi większych szkód dolarowi, choć ryzyka występują po gołębiej stronie.

Wielkim dniem w tym tygodniu będzie czwartek. W wyborach parlamentarnych w Wielkiej Brytanii największe szanse na zwycięstwo ma Partia Konserwatywna. Ostatnie sondaże z weekendu wskazały na przewagę nad drugą Partią Pracy na poziomie 8-15 pkt. proc. Duża przewaga (20-30 miejsc w Izbie Gmin) zagwarantuje spokojne rządy Borisa Johnsona nawet w przypadku rebelii kilku członków jego partii. To jest scenariusz, który GBP już zaczął wyceniać, choć raczej nie w pełni i zwykle trafne wyniki exit polls w czwartek wieczorem mogą dodać paliwa do wzrostów. Może to być jednak ostatni zryw, zanim sprzedaż faktów weźmie górę, szczególnie że zbliża się przerwa świąteczna.

Także w czwartek odbędą się posiedzenia EBC i SNB. We Frankfurcie będzie to pierwsze posiedzenie Rady EBC z udziałem nowej prezes Christine Lagarde (czw). Nie spodziewamy się zmian w parametrach polityki, a uwaga skupi się na tym, jakie podejście zamierza przyjąć nowa prezes i jak zmieniły się prognozy gospodarcze EBC. Wydaje się za wcześnie, aby Lagarde wprowadzała swój porządek, więc w tym aspekcie niespodzianka może być największa. Z kolei Szwajcarski Bank Narodowy nie jest zmuszony do naganiającego luzowania, biorąc pod uwagę, że od września EUR/CHF pozostaje stabilny pomimo nowej ofensywy monetarnej EBC. Stopa procentowa powinna pozostać na -0,75 proc., a SNB powtórzy mantrę o przewartościowaniu franka.

Ostatnim ważnym czynnikiem ryzyka jest decyzja USA odnośnie ceł na towary importowane z Chin, które mają wejść w życie 15 grudnia. Jest możliwe, że dla dobra toczących się negocjacji, Biały Dom powstrzyma się od nowych opłat, co z pewnością prezydent Trump zakomunikuje osobiście jako akt dobroci. Z drugiej strony taktyka Waszyngtonu w negocjacjach jest ostatnio niespójna i nacisk na Pekin w postaci nowych ceł nie jest do wykluczenia. Im bliżej będziemy końca tygodnia bez komunikatu z Białego Domu, tym rynki będą bardziej przekonane, że cła będą wprowadzone.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Eksmisje w Polsce

Dane Ministerstwa Sprawiedliwości wskazują, że znów spadła liczba wykonywanych eksmisji. Wg portalu RynekPierwotny.pl częste eksmisje lokatorów gminnych mieszkań nadal stanowią jednak problem.

Informacje resortu sprawiedliwości dotyczące 2017 r. sugerowały, że liczba wykonywanych eksmisji z lokali mieszkalnych wyraźnie spadła po raz pierwszy od dłuższego czasu. Po sprawdzeniu nowych danych Ministerstwa Sprawiedliwości okazało się, że w minionym roku spadek liczby eksmitowanych lokatorów był jeszcze większy.

Ta zmiana prawdopodobnie wynika m.in. z lepszej sytuacji finansowej gospodarstw domowych oraz spadku bezrobocia. Warto jednak dodać, że najnowsze dane dotyczące eksmisji nie są do końca pozytywne. Liczba osób eksmitowanych z gminnych lokali nadal pozostaje bardzo dużym problemem.

Liczba wykonywanych eksmisji nadal może spadać …

Coroczna liczba eksmisji po pewnym czasie reaguje na poprawę sytuacji gospodarczej i spadek bezrobocia. Właśnie dlatego można było przypuszczać, że w 2018 r. liczba eksmitowanych Polaków znów spadnie. Duża skala tej zmiany może jednak stanowić zaskoczenie (zobacz poniższy wykres). Konkretniej rzecz ujmując, liczba wykonanych eksmisji spadła z 8368 (2017 r.) do 6724 (2018 r.). Analogiczne wyniki dotyczące poprzednich lat wyglądały następująco:

  • 2008 r. – 7 035 eksmisji
  • 2009 r. – 7 439 eksmisji
  • 2010 r. – 7 014 eksmisji
  • 2011 r. – 7 260 eksmisji
  • 2012 r. – 7 812 eksmisji
  • 2013 r. – 8 665 eksmisji
  • 2014 r. – 8 679 eksmisji
  • 2015 r. – 8 671 eksmisji
  • 2016 r. – 8 744 eksmisje

Powyższe dane oraz informacje z wykresu wskazują, że w latach 2013 – 2016 liczba wykonanych eksmisji utrzymywała się na bardzo stabilnym poziomie. Spadkowy trend widoczny po tym okresie stabilizacji może dotyczyć również 2019 roku. Informacje Ministerstwa Sprawiedliwości mówią bowiem, że w 2017 r. oraz 2018 r. do komorników wpłynęło znacznie mniej nowych spraw związanych z eksmisją niż poprzednio.Eksmisje RP 19 wyk.1

Problem z komunalnymi eksmisjami cały czas narasta

Jeżeli chodzi o eksmisje, to warto przyjrzeć się nie tylko danym resortu sprawiedliwości. Co najmniej tak samo interesujące są informacje GUS-u. Dotyczą one między innymi liczby wykonanych eksmisji z podziałem na rodzaj opróżnionych lokali mieszkalnych. Eksperci RynekPierwotny.pl przy pomocy „GUS-owskich” danych obliczyli, z jakich mieszkań w latach 2007 – 2018 najczęściej eksmitowano lokatorów. Wyniki z poniższej tabeli wskazują, że w 2018 r. aż siedem na dziesięć wykonanych eksmisji dotyczyło gminnych mieszkań. Podobne wyniki notowano również wcześniej (np. w 2015 r. i 2016 r.). Warto jednak zwrócić uwagę, że jeszcze w 2007 r. eksmisje z mieszkań gminnych stanowiły mniej niż połowę wszystkich opróżnień lokali mieszkalnych. To sugeruje, że problem dotyczący niewypłacalności lokatorów gminnych mieszkań narastał przez lata.Eksmisje RP 19 tab.1

Eksmisje z mieszkań gminnych są aż 49 razy częstsze

Można argumentować, że bardzo duża liczba eksmisji dotyczących mieszkań gminnych jest efektem wielkości zasobu takich lokali (około 840 000 mieszkań pod koniec 2018 r.). Jeżeli jednak przeliczymy liczbę wykonanych w 2018 r. eksmisji na 10 000 lokali, to wyniki będą następujące:

  • eksmisje z mieszkań gminnych – 49 eksmisji na 10 000 mieszkań gminnych
  • eksmisje z mieszkań zakładowych – 43 eksmisje na 10 000 mieszkań zakładowych
  • eksmisje z mieszkań Skarbu Państwa – 30 eksmisji na 10 000 mieszkań Skarbu Państwa
  • eksmisje z mieszkań społecznych (TBS) – 12 eksmisji na 10 000 mieszkań z TBS
  • eksmisje z mieszkań spółdzielczych – 4 eksmisje na 10 000 mieszkań spółdzielczych
  • eksmisje z mieszkań własnościowych – 1 eksmisja na 10 000 mieszkań własnościowych (mieszkań osób fizycznych we wspólnotach mieszkaniowych)

Powyższe porównanie wskazuje, że eksmisja z mieszkania gminnego jest aż 49 razy częstsza niż podobna procedura dotycząca własnościowego lokum. Eksmisyjny kłopot dotyczy również mieszkań zakładowych oraz lokali należących do Skarbu Państwa. Takie „M” stanowią jednak mniejszy problem, ponieważ ich liczba pozostaje niewielka. Sytuacja dotyczącą lokali z gminnego zasobu powinna natomiast zwrócić uwagę polityków. Problemu z niewypłacalnymi lokatorami gminnych mieszkań nie można trwale rozwiązać poprzez zaostrzenie zasad eksmisji, które miało miejsce 21 kwietnia 2019 r.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

MedTech to przyszłość świadczenia opieki zdrowotnej i usług medycznych

Nowoczesne rozwiązania technologiczne zmieniają system opieki medycznej i stanowią istotne wsparcie dla lekarzy na całym świecie. Systematycznie rosną też oczekiwania pacjentów – liczy się dostęp do świadczeń w domu lub podróży czy też możliwość śledzenia swojego stanu zdrowia na smartfonie lub innym urządzeniu elektronicznym. Z raportu firmy doradczej Deloitte „Winning in the future of Medtech” wynika, że choć wiele firm z sektora medycznego jest dobrze przygotowanych do zaspokajania zdrowotnych potrzeb klientów w erze cyfrowej, to będą w tym zakresie potrzebować wsparcia. Nawiązanie partnerstwa z uczestnikami rynku technologicznego będzie zaś jednym z warunków utrzymania przez nich konkurencyjności.

Nowoczesna opieka zdrowotna opiera się na cyfryzacji, digitalizacji oraz skutecznej analizie danych. Według autorów badania, aby ulepszyć swoje spektrum świadczonych usług, rynek medtech powinien przejść od stopniowego udoskonalenia urządzeń medycznych do wykorzystania technologii na różnych szczeblach organizacji.

Firmy technologiczne już dziś odgrywają dużą rolę w rozwoju sektora medycznego. Ich zdolność do gromadzenia, przechowywania oraz analizowania ogromnych ilości danych zdrowotnych nie tylko usprawnia obsługę pacjenta, lecz też wpływa na rentowność opieki medycznej. Dodatkowo, technologie pozwalają klientom kontrolować ich stan fizyczny i konsultować go ze specjalistami w dogodny dla nich sposób. Z nawiązania tego typu partnerstwa korzyści będą czerpać obie strony zarówno sektor medyczny, jak i firmy technologiczne mówi Maciej Dalecki, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego, Deloitte.

Medycyna przyszłości, czyli jaka?

Firmy medtech szczególną uwagę zwracają na rozwój sprzętu medycznego. Według ekspertów Deloitte, w ciągu najbliższych lat dane zebrane z tych urządzeń będą bardziej wartościowe niż samo wyposażenie. Zdolność do wykorzystania uzyskanych informacji stanie się czynnikiem wyróżniającym firmy medyczne na tle konkurencji. Umiejętne zarządzanie danymi pozwoli nie tylko poprawić samopoczucie pacjentów, przewidzieć ich problemy zdrowotne, lecz także wspomóc w zmianie zachowań, które już dzisiaj mają wpływ na ich zdrowie.

Zamiast koncentrować się wyłącznie na tym, jak skutecznie leczyć choroby, sektor medyczny skupi się w przyszłości przede wszystkim na ich diagnozowaniu na jak najwcześniejszym etapie. Medycynę przyszłości zdefiniują technologie ery cyfrowej takie jak sztuczna inteligencja i wirtualna rzeczywistość, a także coraz większa ilość możliwych do pozyskania danych oraz współpraca z firmami technologicznymi spoza branży zdrowotnej – mówi Maciej Dalecki.

Sektor ochrony zdrowia niewątpliwie czekają zmiany. Eksperci Deloitte przewidują, że technologie zrewolucjonizują branżę medyczną w trzech obszarach: zarządzaniu danymi, zapewnieniu dobrego samopoczucia i w upowszechnieniu dostępu do opieki zdrowotnej. Pozyskiwane dane będą pochodziły z różnych źródeł i w przyszłości mogą posłużyć do wypracowania narzędzi analitycznych, które ułatwią proces decyzyjny podczas leczenia. Sukces natomiast odniosą te organizacje, które zapewnią dobre samopoczucie i należytą opiekę poprzez zastosowanie nowoczesnych urządzeń ze specjalnym oprogramowaniem do zbierania i analizy danych.

Nowocześni strażnicy zdrowia

Innowacyjność jest jednym z warunków utrzymania konkurencyjności firm medycznych. Wraz ze wzrostem popularności działań profilaktycznych w opiece zdrowotnej rola technologii w tym sektorze będzie się zmieniać. W ramach badania aż 80 proc. ankietowanych ekspertów z rynku medycznego, technologicznego, startupów zadeklarowało, że znaczący wkład w rozwój medycyny przyszłości wniesie sztuczna inteligencja (AI), robotyka – 53 proc. i nanotechnologia – 47 proc. Przy wdrażaniu nowych mechanizmów organizacje te będą jednak potrzebowały pomocy ze strony inwestorów na rynku technologii konsumenckich (consumer tech). Połączenie wiedzy specjalistycznej w zakresie danych i sztucznej inteligencji, jaką posiadają te firmy ze zdolnością organizacji medtech do opracowywania aplikacji i algorytmów medycznych mogą stworzyć potężną ofertę, która poprawi pakiet medyczny. Takie firmy jak Google, Apple, Amazon czy Microsoft są coraz lepiej przygotowane do wdrażania innowacyjnych rozwiązań obarczonych niskim ryzykiem dla pacjentów (np. urządzenia wearables, czyli odzież z funkcją pomiarową). Stanowią one obecnie 35 proc. wszystkich urządzeń medtech, oferując korzyści w zakresie gromadzenia, przechowywania i analizy danych.

Technologie w branży medycznej

Firmy z sektora medtech prawdopodobnie odegrają znaczącą rolę w redukcji kosztów leczenia, optymalizacji pracy chirurgów i poprawie wyników leczenia. Zdaniem 72 proc. badanych, aby zmaksymalizować swój wpływ na całokształt świadczonych usług, firmy z tego obszaru powinny oferować zdalne monitorowanie pacjentów. Z kolei 67 proc. uważa, że wiodącą rolę pełnić będzie przechowywanie i integracja uzyskanych danych. To z kolei umożliwi lekarzom podjęcie świadomych decyzji dotyczących zdrowia badanych. Ponadto, 45 proc. osób stwierdziło, że firmy z sektora medycznego mogą pomóc w osiąganiu lepszych wyników poprzez poprawę wydajności klinicznej.

Zdalne monitorowanie mogłoby dostarczać ostrzeżeń i aktualizacji stanu zdrowia zespołowi opieki zdrowotnej, tym samym zapobiegając postępowi chorób. Zintegrowane dane natomiast mogą pomóc lekarzom w podejmowaniu bardziej świadomych decyzji. Z poprawą wydajności wiążą się zaś możliwości wykorzystania wirtualnej rzeczywistości w szkoleniu lekarzy, pielęgniarek i innych pracowników służby zdrowia. Wszystko to wniesie swój wkład w zbudowanie medycyny przyszłości – mówi Tomasz Borowy, Dyrektor w Dziale Konsultingu, Deloitte.

Przyszłość pod znakiem nowych możliwości

Firmy z sektora medtech powinny zastanowić się również nad rolą, jaką chciałyby odgrywać na rynku medycznym: dostawcy danych i platform, firmy świadczącej usługi zdrowotne, ośrodka opieki czy jednocześnie wszystkich trzech. – W najbliższym czasie powinny one określić kierunki rozwoju, które będą kontynuować. Należą do nich inwestycje w infrastrukturę danych i technologię, budowa potencjału analitycznego i sztucznej inteligencji, rozwój rozwiązań z zakresu zdalnego monitorowania, nawiązanie partnerstwa strategicznego z dostawcami usług oraz lepszego zrozumienia potrzeb klientów. Niezależnie od ścieżki rozwoju, wiele opcji opiera się na możliwości generowania i analizy danych. To z kolei zapewni im partnerstwo z firmami consumer tech, które dysponują zarówno wiedzą technologiczną, jak i zrozumieniem potrzeb konsumenckich – podsumowuje Krzysztof Wilk, Partner Associate w Dziale Doradztwa Podatkowego, Deloitte.

Wyniki finansowe firm budowlanych poprawiają się

Ostatnie miesiące na rynku budowlanym to stopniowe wyhamowanie inwestycji. Osłabienie popytu przyniosło oczekiwaną stabilizację cen i wpłynęło pozytywnie na rentowność realizowanych kontraktów. Wyniki finansowe sektora poprawiają się. Zaległości sektora rosną wolniej niż przed rokiem i w całej gospodarce. W pierwszym półroczu nieopłaconych i opóźnionych zobowiązań firm budowlanych przybyło o ponad 171 mln zł do 4,92 mld zł – wynika z raportu „Sytuacja branży budowlanej. Poprawa kondycji sektora w warunkach umiarkowanego schłodzenia koniunktury”, przygotowanego przez BIG InfoMonitor oraz BIK, we współpracy z Polskim Związkiem Pracodawców Budownictwa.

Według GUS produkcja budowlano-montażowa w październiku była niższa o 4,0 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ub. roku oraz o 3,8 proc. w stosunku do września. Również pierwsze półrocze 2019 upłynęło pod znakiem schłodzenia koniunktury. Spadek liczby realizowanych projektów ustabilizował ceny materiałów, usług i wynagrodzeń na rynku budowlanym, a to przełożyło się na poprawę kondycji finansowej firm. Przedsiębiorcom udało się wypracować niemal dwukrotnie wyższy wynik finansowy i poprawić wskaźniki rentowności w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.

Z danych Rejestru Dłużników Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej wynika, że przeterminowane zaległości firm budowlanych na koniec czerwca 2019 r. wynosiły 4,92 mld zł. Oznacza to, że branża wprawdzie wychodzi na finansową prostą, ale problem zaległych zobowiązań cały czas istnieje. W pierwszej połowie br. przeterminowane zadłużenie wzrosło o 171,1 mln zł, czyli o 3,6 proc. Do powiększenia zaległości przyczyniły się zarówno mniejsze, jak i większe podmioty. Zaległości firm prowadzonych przez osoby fizyczne oraz spółek cywilnych zwiększyły się o 98,6 mln zł (o 6,1 proc.), natomiast relatywnie większych spółek handlowych o 72,4 mln zł (o 2,3 proc.). Warto jednak zauważyć, że w poprzednich kwartałach zaległości dużych firm malały. Średnie przeterminowane zobowiązanie wynosi obecnie 109,5 tys. zł i jest o 3 tys. zł niższe niż pół roku wcześniej.

Problem z terminowym regulowaniem zobowiązań dotyczy w sumie 44 894 przedsiębiorstw budowlanych co stanowi 5,8 proc. firm. z puli firm działających, zawieszonych oraz zamkniętych i znajdujących się w KRS oraz CEiDG. Niesolidnych dłużników jest obecnie o 2195 więcej niż na koniec 2018 r. Choć znacząco przybyło niesolidnych firm, to jednoczesny wzrost liczby przedsiębiorstw działających w sektorze sprawił, że odsetek podmiotów z problemami w płatnościach obniżył się z 5,9 proc. do 5,8 proc.

– Liczba niesolidnych dłużników z sektora budowlanego przedstawia się stosunkowo korzystnie na tle pozostałych sektorów gospodarki. Jest to m.in. zasługa niższego w ostatnich 12 miesiącach przyrostu liczby podmiotów nieregulujących terminowo zobowiązań – o 3 981 (9,7 proc.), podczas gdy wcześniej zdarzały się okresy, w których roczna dynamika wzrostu liczby dłużników przekraczała 20 proc. – mówi Sławomir Grzelczak, Prezes BIG InfoMonitor.Słabnąca koniunktura przynosi poprawę finansów firm budowlanych

Skala problemów zależy od specjalizacji

Największy odsetek niesolidnych płatników ma podsektor zajmujący się budową obiektów inżynierii lądowej i wodnej (8,4 proc.). Drugi jest podsektor odpowiedzialny za wznoszenie budynków (7,2 proc.). Najkorzystniej sytuacja przedstawia się w firmach zajmujących się robotami specjalistycznymi, które stanowią około dwóch trzecich wszystkich przedsiębiorstw na krajowym rynku budowlanym. Wśród nich odsetek nierzetelnych płatników utrzymuje się na poziomie 5,1 proc.

Pod względem liczby niesolidnych dłużników i kwoty przeterminowanego zadłużenia dominuje Mazowsze. Ponad 6,5 tys. firm z woj. mazowieckiego jest zadłużonych na sumę 1,04 mld zł. Ich średnia zaległość (157,9 tys. zł) jest niemal o połowę wyższa od średniego przeterminowanego zadłużenia firm budowlanych w Polsce, które wynosi 109,5 tys. zł.

Drugi pod względem sumy nieuregulowanych zobowiązań wśród firm budowlanych jest woj. dolnośląskie. Pochodzące stąd prawie 4,8 tys. niesolidnych dłużników nie zapłaciło na czas 577 mln zł, a średnie zadłużenie wyniosło 120,6 tys. zł. Na trzecim miejscu jest Wielkopolska z długami na poziomie 513 mln zł wygenerowanymi przez niemal 4,4 tys. firm. Mimo spadku zaległości małopolskich firm o prawie 46 mln zł, województwo to pozostaje na czwartym miejscu pod względem przeterminowanych zobowiązań – 3,3 tys. przedsiębiorstw ma łącznie 418 mln zł długu.Skala problemów zależy od specjalizacji

Podwykonawcy są w lepszej sytuacji

Jeszcze w zeszłym roku gorsze wyniki finansowe firm budowlanych paradoksalnie były spowodowane hossą na rynku. Kumulacja inwestycji doprowadziła do wzrostu cen surowców, materiałów i usług podwykonawczych. Między I kw. 2016 r. a II kw. 2019 r. cena asfaltu wzrosła o 76 proc., betonu o 44 proc., stali zbrojeniowej o 45 proc. Stawki dla pracowników zwiększyły się natomiast o ponad 30 proc. Ostatnie miesiące przyniosły stopniowe wyhamowanie inwestycji, co wpłynęło na oczekiwaną stabilizację cen i przełożyło się na wzrost rentowności realizowanych kontraktów przede wszystkim tych z segmentu infrastruktury transportowej i energetycznej.

Wciąż jednak relatywnie najgorsze wyniki odnotowują właśnie firmy budujące drogi, zwłaszcza duże spółki wykonawcze realizujące kontrakty drogowe podpisane w latach 2015-2017 (czyli w okresie silnego spadku liczby zamówień publicznych współfinansowanych z środków UE). Dopiero ich stopniowa finalizacja i sukcesywne zastępowanie nowymi zleceniami pozyskiwanymi na lepszych warunkach pozwala prognozować poprawę wyników. Trudną sytuację firm realizujących prace w segmencie drogowym i kolejowym widać też w rozliczeniach z bankami i partnerami biznesowymi. Opóźnione płatności ich zobowiązań wzrosły w pierwszej połowie roku w największym stopniu, bo o 13 proc. Zaległości generowane przez przedsiębiorstwa specjalistyczne zwiększyły się o 6 proc. a firm wznoszących budynki jedynie o 1 proc.

Najlepiej wypadają za to małe i średnie spółki, czyli głównie firmy podwykonawcze, którym udało się wykorzystać ograniczone moce wytwórcze dużych wykonawców w okresie kumulacji prac i uzyskać wyższe ceny za świadczone usługi.

– Co prawda średnie i małe firmy podwykonawcze do tej pory osiągały bardzo dobre wyniki, jednak oczekiwana relatywnie mniejsza liczba robót budowlanych w kraju i nasilająca się konkurencja cenowa ze strony innych podmiotów może doprowadzić do pogorszenia ich sytuacji finansowej w przyszłości – komentuje dr Damian KaźmierczakGłówny Ekonomista Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.

– Obecnie obserwujemy pewną stabilizację jeżeli chodzi o ceny w nowych przetargach – nie przekraczają one znacznie przyjętych budżetów, a jednocześnie zamawiający zwiększyli środki na realizację projektów w programach drogowych i kolejowych. Niepokoją nas natomiast problemy budżetowe polskich samorządów. To z pewnością wpłynie niekorzystnie na branżę budowlaną w kolejnych latach, szczególnie na projekty infrastrukturalne, tak ważne dla lokalnych społeczności – mówi Wojciech Trojanowski, Członek Zarządu STRABAG.

– Na szczęście zapoczątkowane w ostatnich miesiącach zmiany pozwalają patrzeć na przyszłą kondycję branży budowlanej z większym optymizmem. Wydaje się, że od feralnego okresu 2016-17, każdy odrobił lekcje i wykonał po swojej stronie parę istotnych ruchów: branża poprzez ostrożniejsze podejście do wycen kontraktów, ustawodawca poprzez uchwalenie nowego Prawa zamówień publicznych czy zabezpieczenie interesu podwykonawców, a także zamawiający reagując w bardziej otwarty sposób niż uprzednio – zwraca uwagę Janusz Władyczak, Prezes Zarządu KUKE. 

– Zagrożeniem interesów inwestorów mogą być agresywne zachowania konkurencji, np. składanie agresywnych cenowo ofert przez podmioty, które często nie mają lokalnego doświadczenia w realizacji trudnych kontraktów. Uważamy, że zamawiający powinni bardziej krytycznie podchodzić do weryfikowania składanych ofert i oceny doświadczenia potencjalnych wykonawców w realizacji projektów budowlanych – przestrzega Dariusz Blocher, Prezes Budimex. 

– Cała polska branża budowlana to prawie pół miliona zatrudnionych osób. Szacuje się, że aktualnie brakuje na rynku 100-150 tys. pracowników. Branża dotkliwie odczuwa brak wysoko wykwalifikowanych robotników, a ich niedobór powoduje dużą rotację, co z kolei skutkuje niechęcią pracodawców do zwiększania nakładów na podnoszenie ich kwalifikacji. To szczególnie niekorzystne sprzężenie zwrotne wymaga pilnej zmiany systemu szkolenia nowych kadr – mówi Przemysław Janiszewski, Wiceprezes Zarządu Polimex Mostostal.

– Nadchodzący rok 2020 będzie szczególnie istotny dla licznych firm budowlanych, które koncentrują swoje działania bądź planują rozwój w ramach kontraktów publicznych. Z początkiem 2021 w życie wchodzi bowiem zupełnie nowa ustawa prawo zamówień publicznych. W kolejnych miesiącach opracowane zostaną aż 23 nowe akty wykonawcze do PZP – mówi Jan Styliński, Prezes zarządu PZPB, Członek Rady Zamówień Publicznych.

Banki nie mogą żądać od frankowiczów opłaty za korzystanie z kapitału

Po ogłoszeniu wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dotyczącego kredytów we frankach banki szukają sposobu, by egzekwować pieniądze od kredytabiorców. Coraz więcej klientów ubiega się drogą sądową o unieważnienie umów frankowych, w których banki przeforsowały nieuczciwe klauzule dotyczące przewalutowania. Ostatnio słyszy się o pomyśle, wedle którego banki miałyby żądać od klientów zapłaty za zarządzanie kapitałem – który po sądowym unieważnieniu umowy do klienta nie należał. To jednak pomysł nie mający żadnego oparcia w prawie. Jedyną formą opłaty za korzystanie z kapitału, którą bank może wymagać od klienta, są odsetki. Jest to jednak opłata ściśle związana z wysokością kapitału i terminem jego spłaty. Prawnicy wskazują na to, że banki nie mają prawa żądać dodatkowych opłat, gdy roszczenie o zwrot kapitału już się przedawniło.

– Roszczenia banków o odsetki ulegają przedawnieniu. Przedawnienie odsetek, zgodnie z orzecznictwem Sądu Najwyższego, musi nastąpić najpóźniej w terminie przedawnienia roszczeń o zwrot kapitału. Ponieważ roszczenia banku w większości przypadków już się przedawniły – konsekwentnie należy uznać, że roszczenie o jakiekolwiek odsetki również się przedawniło – powiedziała serwisowi eNewsroom Barbara Garlacz, radczyni prawna. 

– Banki łamią kolejne zapisy prawne, ubiegając się o dodatkowe opłaty. Artykuł 7 dyrektywy 93/13 przewiduje, że usunięcie z umowy postanowień nieuczciwych i stwierdzenie nieważności tych umów ma mieć charakter odstraszający dla kolejnych nieuczciwych kredytodawców. Banki forsują koncepcję, w której bank proponujący nieuczciwe umowy dostaje takie samo wynagrodzenie za korzystanie z kapitału, co banki uczciwe – nawet, gdy zostanie przyłapany i osądzony. To oznaczałoby, że nieuczciwy przedsiębiorca niczym nie ryzykuje. Gdy bank żąda odsetek za korzystanie z kapitału udostępnionego według unieważnionej umowy, kredytobiorcy mają prawo powołać się również na artykuł 5 z kodeksu cywilnego. Wysuwając takie żądanie bank narusza zasady współżycia społecznego, co prowadzi do nadużycia prawa do żądania odsetek – podpowiada Garlacz.

Do 2025 r. zniknie zapotrzebowanie na pięć popularnych zawodów

Do 2025 roku znacząco zmniejszy się lub praktycznie zniknie zapotrzebowanie na przedstawicieli pięciu popularnych dziś zawodów, prognozuje Kodilla.com. Choć obowiązki, które wykonują, zostaną przejęte przez maszyny, oni sami, zamiast skończyć na bezrobociu, staną się lepiej opłacanymi specjalistami. Bo, jak zbadali eksperci, posiadają umiejętności warte tysiące złotych.

Kiedy w latach 90. XX wieku komputer IBM Deep Blue pokonał w grze w szachy ówczesnego mistrza świata, Garri Kasparowa, ludzie z niedowierzaniem przecierali oczy. Dziś sztuczna inteligencja żyje wokół nas, a technologiczne nowości nikogo już nie zaskakują. Zwróćmy uwagę choćby na samoobsługowe kasy, asystentów głosowych, inteligentne domy czy autonomiczne systemy stosowane w samochodach. Wszystkie te technologie przyjmowane są jako naturalny efekt postępu technologicznego, który ma prowadzić do tego, aby ludziom żyło się wygodniej i bezpieczniej.

Maszyny wygenerują 133 mln nowych miejsc pracy

Dynamicznie postępująca automatyzacja, robotyzacja i AI mają też drugą stronę medalu. Powodują bowiem, że w niektórych czynnościach, szczególnie tych rutynowych i powtarzalnych, praca człowieka staje się zbędna. Z kolei delegowanie obowiązków na maszyny nieuchronnie prowadzi do wygaszania niektórych zawodów, co potwierdzają krajowe i światowe raporty:

  • Jak podaje McKinsey Global Institute, do 2030 roku z koniecznością przebranżowienia się do innego zawodu zmierzy się 800 milionów osób.
  • W raporcie organizacji World Economic Forum czytamy, że do 2022 roku bez pracy w swoim zawodzie zostanie 75 mln księgowych, sekretarek, listonoszy i robotników przemysłowych.
  • Z prognozy ekspertów szkoły programowania online Kodilla.com wynika, że do 2025 roku na polskim rynku pracy znacząco zmniejszy się lub zniknie zapotrzebowanie na przedstawicieli przynajmniej pięciu popularnych dziś zawodów.

Jednocześnie te same maszyny bardzo szybko zrekompensują poniesione straty i to ze znaczną nadwyżką. W miejsce starych miejsc pracy powstaną dziesiątki milionów nowych:

  • World Economic Forum mówi o pojawieniu się w ciągu najbliższych 2 lat 133 mln miejsc pracy dla pracowników wyspecjalizowanych w takich obszarach, jak m.in. programowanie, analityka danych czy wsparcie klienta.
  • Polskie Ministerstwo Cyfryzacji szacuje, że do 2025 roku w Polsce potrzebnych będzie przynajmniej 200 tys. specjalistów tworzących sztuczną inteligencję.
  • Z kolei eksperci z Kodilla.com zbadali predyspozycje osób zagrożonych utratą pracy na rzecz maszyn i wskazali, do jakich zawodów mogą się przebranżowić, aby zapewnić sobie lepsze niż do tej pory warunki pracy i poziom wynagrodzenia.

Księgowy, kasjer, recepcjonista, telemarketer, pracownik biurowy – prognoza przebranżowienia i porównanie zarobków

W Polsce, zgodnie z szacunkami Kodilla.com, na utratę pracy na rzecz maszyn najbardziej narażeni są księgowi, kasjerzy, telemarketerzy, recepcjoniści i pracownicy biurowi. Eksperci prognozują, że w ciągu najbliższych 5 lat zapotrzebowanie na te zawody znacząco zmniejszy się lub zupełnie wygaśnie. Utrata pracy nie oznacza jednak wizji bezrobocia. Analiza predyspozycji przedstawicieli tych zawodów pokazała bowiem, że posiadają oni kompetencje warte tysiące złotych, a gdyby przebranżowili się do pracy na innych stanowiskach, zyskaliby zdecydowanie lepsze warunki zatrudnienia oraz atrakcyjniejszy poziom wynagrodzenia.

Kasjer będzie lepszym programistą

Pierwszy w Polsce sklep Take&Go, oferujący klientom obsługę bez kas, powstał w 2018 roku w Poznaniu. W tym roku w pełni samoobsługowy sklep otworzył też Carrefour. W Warszawie przy ul. Światowida można robić zakupy 24/h przez 7 dni w tygodniu. Zamiast sprzedawców klientów obsługują maszyny vendingowe, które podają wybrane towary za pomocą wind. Wszystkie transakcje prowadzone są w sposób bezgotówkowy. Normą są też kasy samoobsługowe w supermarketach, takich jak np.: Tesco, Auchan. Nawet mniejszy sklep, jakim jest Rossmann, sprzedaje w ten sposób już od 2017 roku, a o wprowadzeniu bezobsługowych kas myślą także liderzy w segmencie dyskontów spożywczych, tj. Biedronka i Lidl. Nic dziwnego, że aż 64 proc. kasjerów ma świadomość, że technologia może pozbawić ich pracy, jak wynika z badania Proxi.cloud i Qpony-Blix.

Tymczasem umiejętności doświadczonego kasjera dają bazę do przebranżowienia się na… programistę. Obok kompetencji miękkich, bardzo pożądanych w branży IT, jak skrupulatność, dokładność, systematyczność, dbałość o szczegóły, posiada on także umiejętności analitycznego myślenia czy zdolności matematyczne (nabyte np. podczas rozliczania codziennego salda i kasy, płatności gotówkowych czy prowadzonych inwentaryzacji).

Choć dla wielu osób wizja kasjera przebranżawiającego się na programistę może brzmieć utopijnie, trzeba tu zapomnieć o stereotypach. Programowania może nauczyć się każdy, nawet osoba nietechniczna, bez żadnego doświadczenia w branży. Oczywiście nauka “od zera” będzie trudniejsza i dłuższa, ale jest to cel jak najbardziej możliwy do osiągnięcia – przekonuje Magdalena Rogóż, ekspertka ds. rynku IT ze szkoły programowania online Kodilla.com, i dodaje: – Ułatwiony start w IT na pewno będą mieli kasjerzy, którzy do tej pory pracowali w instytucjach bankowych, urzędach, sądach, czyli w tzw. “okienkach kasowych” – ze względu na posiadane, rozbudowane kompetencje techniczne, potrzebne do obsługi programów księgowych i innych umożliwiających wprowadzanie wpłat do systemu.

A co z zarobkami? Według serwisu Wynagrodzenia.pl mediana zarobków kasjera to 2,6 tys. zł brutto/m-c. Z kolei średnie wynagrodzenie programisty to 6,9 tys. zł brutto/m-c. Najwięcej zarabiają Java developerzy – średnio 8,2 tys. zł brutto/m-c.

Recepcjonista może testować oprogramowanie

Jeżeli prognozy sprawdzą się, już za kilka lat praca recepcjonisty może zostać całkowicie przejęta przez interaktywne ekrany czy maszynę. Już teraz na rynku można spotkać robota o nazwę Pepper, który potrafi witać gości, rejestrować wizyty, opowiadać o firmie, a nawet odczytywać intencje rozmówcy i udzielać natychmiastowych odpowiedzi. Peppera można spotkać w recepcji w jednej z opolskich firm, a już niedługo będzie obsługiwać gości także w jednym ze znanych hoteli w Bieszczadach.

Recepcjonista, który chciałby zmienić zagrożony wygaszeniem zawód, może próbować swoich sił w IT, na stanowisku testera oprogramowania. W wystartowaniu w branży pomogą mu bardzo pożądane w tym zawodzie umiejętności, które już posiada. Z kompetencji miękkich to m.in. spostrzegawczość, dokładność, komunikatywność i dobra organizacja pracy. To cechy, które są niezbędne, gdy wykonuje się pracę polegającą na szukaniu “dziury w całym”, czyli wyszukiwaniu wszelkiego rodzaju błędów, niedociągnięć i nieintuicyjnych rozwiązań. Poza tym w zawodzie przydadzą się umiejętności interpersonalne recepcjonisty, ponieważ tester ściśle współpracuje z programistami, raportując im znalezione błędy i usterki. Z kompetencji twardych recepcjonisty pomocna będzie z kolei znajomość funkcjonowania oprogramowania do zarządzania obiektami, umiejętności związane z prowadzeniem dokumentacji i rozliczaniem klientów, a także bardzo dobra znajomość języka angielskiego.

Na testera oprogramowania można przebranżowić się “od zera”. Co więcej, w tym zawodzie wcale nie trzeba umieć programować. Zarobki są z kolei zdecydowanie lepsze – średnie wynagrodzenie recepcjonisty to 3 tys. zł brutto/m-c, a testera oprogramowania – 6 tys. zł brutto/m-c.

Telemarketer w roli specjalisty HR

Telemarketer to kolejny zawód, który stopniowo zaczyna być automatyzowany. Docelowo pracownika call center zastąpią roboty i inne skomplikowane programy, które wykorzystują technologię rozpoznawania i rozumienia mowy. Już teraz popularnie są choćby  chatboty, czyli programy, które rozmawiają z człowiekiem wykorzystując sztuczną inteligencję i optymalizację.

Jednak maszyny mają problem z doradztwem personalnym. A w niektórych dziedzinach, np. w przypadku rozmów rekrutacyjnych, kontakt bezpośredni z kandydatem jest nieoceniony. Z pomocą przychodzą więc specjaliści HR i doradcy zawodowi. W tych zawodach umiejętności telemarketera: łatwość w komunikacji, smykałka do sprzedaży, analizowanie, sprawdzą się doskonale.

Za przebranżowieniem recepcjonisty na specjalistę HR przemawiają też zarobki. Średnie wynagrodzenie telemarketera to 3,6 tys. zł brutto/m-c, a specjalisty ds. HR – 4,9 tys. zł brutto/m-c.

Pracownik biurowy przeprojektuje się w UX Designer’a

Już teraz boty mogą wykonywać wiele biurowych czynności, do tej pory realizowanych przez pracownika, takich jak wyodrębnianie danych z dokumentów i tworzenie z nich dokumentów w formie raportów, łączenie danych z wielu źródeł, przeprowadzanie obliczeń i wprowadzanie danych do formularzy. Choć praca biurowa w ciągu kilku lat może zostać całkowicie zastąpiona przez roboty, to kompetencje osoby wykonującej ten zawód można wykorzystać w lepiej płatnej pracy – na stanowisku UX Designer’a. Przydadzą się tu takie umiejętności, jak multitasking, komunikatywność, zmysł estetyczny oraz analityczne myślenie,  bo UX Designer zajmuje się projektowaniem makiet, np. stron internetowych tak, aby były intuicyjne i przyjazne dla odbiorców. Nieocenione będą też kompetencje twarde pracownika biurowego, czyli znajomość bardziej i mniej popularnych programów biurowych (np. MS Office, OfficeWord, FocusWriter, AbiWorld, WordPerfect Office, OpenOffice.org, Microsoft Exel, GS-Calc, Microsoft PowerPoint, Corel Presentation, Impress, DTP Publisher, Microsoft Outlook, Elmo, Eudora, Microsoft Office Acess). Poza tym dobrą bazą do przebranżowienia się na UX Designera jest znajomość programów graficznych, np. Adobe Photoshop, Corel Photo-Paint, Corel Draw, Adobe Illustrator, 3dMax, Blender czy Cinema 4D.

Czy warto zmienić zawód? Średnie wynagrodzenie X Designer’a wynosi o 7,4 tys. zł brutto/m-c. Tymczasem pracownik biurowy zarabia mniej niż połowę z tego, bo ok. 3,3 tys. zł brutto/m-c.

Księgowy zostanie specjalistą od Big Data

Księgowy już nie jest kojarzony ze stosem papierów i kalkulatorem w ręku. Nowoczesne systemy odczytywania faktur, integratory do wyciągów bankowych, elektroniczny obieg dokumentów, systemy do zarządzania czasem pracy – digitalizacja księgowości sprawiają, że zawód ten już od kilku lat przechodzi metamorfozę. W efekcie niedługo może zostać całkowicie zautomatyzowany.

Jednak umiejętność pracy na liczbach i z danymi może księgowemu zapewnić świetlaną przyszłość zawodową na stanowisku analityka Big Data. Wykonywanie tego zawodu polega na pozyskaniu danych przy pomocy odpowiednich narzędzi, analizowaniu ich i raportowaniu. Średnie wynagrodzenie w tym zawodzie wynosi 7 tys. zł brutto/m-c, a najlepsi specjaliści zarabiają ponad 9,9 tys. zł brutto/m-c. Dla porównania średnie zarobki księgowego to 4,2 tys. zł brutto/m-c.

Automatyzacja i robotyzacja jest nieunikniona, jednak to nie rozwój technologii jest problemem na rynku pracy, ale brak kwalifikacji pracowników do wykonywania zawodów, które będą potrzebne w ciągu kilku następnych lat. Oczywiście, z niektórych stanowisk łatwiej jest się przebranżowić, a zmiana innych będzie wymagała gruntownego przekwalifikowania. Posiadając jednak odpowiednie predyspozycje i przede wszystkim motywację do działania, zmiana zawodu na lepszy niż obecny jest na wyciągnięcie ręki dla każdego, niezależnie od wieku, wykształcenia i doświadczenia zawodowego – podsumowuje Magdalena Rogóż.

Źródło: Kodilla.com

Organizacja konferencji – o co warto zadbać organizując takie wydarzenie.

Organizacja konferencji to niezwykle trudne zadanie. Ilość spraw, o jakie należy zadbać jest ogromna, a czasem nawet najdrobniejszy szczegół może zaważyć o sukcesie całego przedsięwzięcia. Bez względu na to, czy organizujemy konferencję biznesową, handlową czy naukową, a może nawet i polityczną, konieczne jest zadbanie o kilka rzeczy,  które naszym zdaniem znacząco wpłyną na wizerunek eventu. Poniżej omówimy te, naszym zdaniem, najważniejsze.

Zanim przejdziemy do meritum, upewnij się że masz przygotowane podstawy swojej konferencji. N tym etapie musisz znać konkretny temat oraz cel organizowanego wydarzenia. Musisz wiedzieć, kiedy je zorganizujesz oraz kogo na nie zaprosisz. Istotne będzie także ustalenie ostatecznego budżetu z zachowanym marginesem błędu. Nie może mieć miejsce sytuacja, że na kluczową sprawę zabraknie Ci później odpowiednich funduszy. Zatem o co należy zadbać, aby konferencja się w pełni udała?konferencja2

Miejsce z odpowiednim zapleczem technicznym w dobrej lokalizacji

Mimo, że ten podpunkt wydaje się oczywistością, na każdym kroku należy podkreślać jak ważne jest odpowiednie miejsce. Obiekt, w którym będziesz organizować swoją konferencję musi posiadać odpowiedniej wielkości sale wyposażone w szereg podstawowych rzeczy takich jak:

  • Nagłośnienie
  • Regulowane oświetlenie
  • Wygodne siedzenia z miejscem do robienia notatek
  • Multimedia: rzutnik, ekran, wskaźniki, tablice do pisania
  • Klimatyzacja

Jeśli któregoś z tych elementów na starcie zabraknie, a menagement obiektu nie jest w stanie zapewnić brakujących rzeczy, nie trać czasu i od razu poszukaj centrum konferencyjnego z prawdziwego zdarzenia.

Dodatkowym atutem będzie dobra lokalizacja obiektu. Wywiezienie gości na przedmieścia lub nawet za miasto, jeśli w okolicy lub w samym budynku nie ma odpowiedniego zaplecza noclegowego, może skutecznie zniechęcić potencjalnych uczestników na starcie.

Catering

Jak to mówi się od wieków, przez żołądek do serca! W obecnych czasach przerwa kawowa oraz lunch to nieodzowny element każdej konferencji. To właśnie w tym czasie uczestnicy mogą ze sobą porozmawiać, poznać się, a także co ważne, nawiązać kontakty biznesowe! Czasem to właśnie w trakcie takich spotkań, w trakcie lunchu czy przy kawie, powstają wspaniałe współprace. Dlatego też catering musisz potraktować niezwykle poważnie i nie możesz na tym oszczędzić. Oczywiście nie wszystko musi być wyjęte rodem z Master Chefa, jednakże wszystko musi być świeże, elegancko wystawione i zaprezentowane i na bieżąco uzupełniane. Korzyści przyjdą same!

Sponsorzy

Dobrym pomysłem będzie poszukanie sponsora konferencji. Pamiętaj jednak, że nie zawsze będziesz mógł liczyć na wsparcie finansowe. Sponsoring takiej imprezy z powodzeniem działa również na zasadach barteru. Np. w zamian za ekspozycję loga, wywieszenie banneru czy dodanie informacji o sponsorze w materiałach prasowych, możesz liczyć na gadżety czy upominki, którymi później obdarujesz swoich gości. A skoro o tym mowa…

Gadżety oraz upominki

Prezenty w postaci gadżetów dla uczestników nie są koniecznością, ale zawsze taka praktyka jest w dobrym guście i pozytywnie wpływa na wizerunek organizatora. Jeden sposób na pozyskanie prezentów dla uczestników już podaliśmy. Wymiana barterowa ze sponsorem to naprawdę bardzo dobre rozwiązanie. Ty nic nie tracisz, a zyskujesz coś, co z pewnością będzie dobrze odebrane, czyli upominki.

Ten wydatek możesz również wpisać w budżet całego eventu. Wszystko zależy od skali i zasięgu Twojej konferencji. Z pewnością jest też coś, co Twoja firma może zaoferować gościom, a nie będzie kosztować majątku.

Atrakcje

Zadbaj o swoich gości w czasie wolnym! Jeśli Twoja konferencja trwa kilka dni, pomyśl o dodatkowych atrakcjach dla uczestników. Gry i zabawy integracyjne, które z powodzeniem zamkną się w dwóch, maksymalnie trzech godzinach pozwolą na chwilę wytchnienia, pozwolą na rozluźnienie się i przyczynia się do bliższego poznania się zgromadzonych. Na wieczór warto zaplanować także imprezę tematyczną lub mini bankiet.

Materiały konferencyjne

Każdy uczestnik Twojej konferencji powinien otrzymać broszury informacyjne co, gdzie i kiedy się odbywa. Zawrzyj tam także skrótowe biografie prelegentów, opis swojej firmy, mapkę itp. Obiekt, w którym odbywać się będzie wydarzenie należy także odpowiednio oznakować. Nie chcesz przecież, aby goście snuli się po korytarzach szukając w ciemno właściwej sali, prawa?

Materiał powstał we współpracy z agencją Argentum Event. Jeśli organizujesz konferencję lub podobny event i chciałbyś spać spokojnie nie martwiąc się o powodzenie swojego przedsięwzięcia, sprawdź  ofertę Argentum: https://www.argentum-event.pl/oferta/konferencje-i-kongresy/

Wzrasta poziom oszczędności Polaków. Nadal odkładamy jednak dużo mniej niż Czesi czy Niemcy

Oszczędności Polaków rosną, obecnie posiada je już blisko 70 proc. To głównie efekt dobrej koniunktury w gospodarce, wzrostu wynagrodzeń i rządowych programów socjalnych jak choćby 500+. Jednak w dalszym ciągu stopa oszczędności, czyli relacja odkładanej kwoty do wysokości wynagrodzeń brutto, jest w Polsce bardzo niska i wynosi 2,5 proc. Dla porównania, w sąsiednich Czechach jest dwukrotnie większa. – Niższe oszczędności to przede wszystkim wina konsumpcjonizmu i błędnego przekonania, że dobra koniunktura będzie trwać cały czas – wskazuje dr Joanna Wieprow z wrocławskiej WSB.

Statystyki potwierdzają jednoznacznie, że poziom oszczędności Polaków wzrasta. Według badań Open Finance posiada je blisko 70 proc. Polaków, a przeciętne gospodarstwo domowe dysponuje w tym roku o około 1/3 większym budżetem niż jeszcze trzy lata temu. Jak pokazują dane GUS, jeszcze w 2017 roku Polacy odkładali miesięcznie średnio 422 zł, w ubiegłym ta kwota wzrosła już do 506 zł miesięcznie. O pozytywnym trendzie świadczy też kwota odłożona przez Polaków w bankach. Według NBP na koniec września br. wynosiła ona 871 mld zł, co oznacza 11-proc. wzrost w ujęciu rocznym.

– Wynika to przede wszystkim z dobrego stanu gospodarki – mamy rosnące PKB, różne programy społeczne, niskie bezrobocie i niską inflację, a nasze wynagrodzenia rosną – mówi agencji Newseria Biznes ekonomistka dr Joanna Wieprow, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Jednak w Polsce nadal stopa oszczędności (relacja kwoty, którą oszczędzamy do wysokości wynagrodzeń brutto) jest bardzo niska i wynosi 2,5 proc. Dla porównania, w Niemczech sięga 10 proc., w Czechach – 5,5 proc., a w Szwecji – aż 16 proc. (dane Związku Banków Polskich).

– Niższy poziom oszczędności w porównaniu do innych krajów europejskich wynika z kilku przyczyn. Pierwszą jest konsumpcjonizm, czyli spirala zakupów. Kupujemy rzeczy, które nie mieszczą się w naszym budżecie domowym, często pod wpływem emocji. To powoduje, że oszczędności nam topnieją. Drugim elementem jest myślenie krótkoterminowe. Zakładamy, że skoro teraz jest dobra sytuacja, to tak będzie cały czas. Tymczasem gospodarka jest zmienna, cykliczna i po okresie dobrej koniunktury może przyjść kryzys. Ostatni element to niski poziom edukacji ekonomicznej. Badania potwierdzają, że Polacy po prostu nie znają form oszczędzania, nie znają instrumentów finansowych – mówi dr Joanna Wieprow.

Jak podkreśla, oszczędności zapewniają poczucie bezpieczeństwa i komfort finansowy, który daje pewność, że poradzimy sobie w przypadku sytuacji awaryjnej. Według ekspertów minimalny poziom rezerwy finansowej powinien być takiej wysokości, żeby można było pokryć z niego koszty życia i bieżące potrzeby przez ok. 6 miesięcy.

– Dla przeciętnego Polaka komfort finansowy zapewnia kwota ok. 25–30 tys. zł – mówi dr Joanna Wieprow. – Aby zapewnić sobie taki komfort, musimy oszczędzać regularnie. Zaleca się, żeby poziom oszczędności wynosił 10 proc. naszych miesięcznych dochodów. To zapewni poczucie finansowego komfortu, ale nie naruszy znacząco naszego domowego budżetu.

Jak wynika z tegorocznego „Finansowego Barometru ING”, obecnie 50 proc. Polaków posiadających oszczędności deklaruje, że poziom odłożonych środków daje im poczucie komfortu. To o 16 pkt proc. więcej niż jeszcze w 2017 roku.

Segment przesyłek międzynarodowych notuje rekordowy wzrost. Przed świętami Polacy wysyłają do bliskich za granicą dwa razy więcej paczek

W ostatnich latach segment przesyłek międzynarodowych notuje wzrost sięgający aż 40 proc. rocznie. To efekt rosnącej popularności polskich e-sklepów wśród klientów z zagranicy, ale także rosnącej liczby przesyłek od klientów indywidualnych w Polsce, którzy – zwłaszcza w okresie przedświątecznym – chętnie wysyłają paczki do bliskich mieszkających w innych krajach UE. W tym roku DHL uruchomił narzędzie, które pozwala nadać taką paczkę online, przy pomocy telefonu bądź komputera. Operator podkreśla, że w ostatnim roku zanotował aż 70-proc. wzrost przesyłek nadawanych tym kanałem.

– Przesyłki wysyłane z Polski za granicę w okresie przedświątecznym rosną dwa razy szybciej niż w każdym innym miesiącu roku. Te wzrosty w ostatnich latach w ogóle są bardzo duże, bo ponad 40-procentowe – mówi agencji Newseria Biznes Anna Kania-Okieńczyc, dyrektor marketingu w DHL Parcel Polska.

Jak podkreśla, jest to spowodowane dwoma czynnikami. Pierwszy to rosnąca popularność polskich e-sklepów wśród klientów z zagranicy, głównie z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Czech i Słowacji.

– Klienci z tych państw chętnie kupują w polskich sklepach internetowych. Te są dla nich coraz bardziej atrakcyjne – dobrze odpowiadają na potrzeby zagranicznych klientów jakością oferty, ale również procesu zakupowego, konstrukcji sklepu internetowego czy integracji płatności. Jest to również związane z faktem, że my – jako dostawcy przesyłek – bardzo dobrze odpowiadamy na oczekiwania klientów zagranicznych. Integracja z uznanym w Europie dostawcą przesyłek podnosi wiarygodność takiego sklepu. To wszystko sprawia, że ten segment bardzo dobrze się rozwija – mówi Anna Kania-Okieńczyc.

Głównym partnerem dla polskich e-sklepów są Niemcy. Jak wynika z danych Ecommerce Foundation, tamtejszy rynek e-commerce był w ubiegłym roku wart 58,5 mld euro i odnotował 9-proc. dynamikę wzrostu. Niemieccy klienci chętnie robią zakupy online – również w polskich sklepach – i przeznaczają na nie coraz wyższe kwoty. Równie istotna jest Wielka Brytania, niekwestionowany lider europejskiego e-commerce, z rynkiem wartym już blisko 200 mld euro. Według danych za ubiegły rok Brytyjczycy na zakupy w sieci przeznaczają średnio 3,2 tys. euro rocznie, co czyni z nich pożądanych klientów również dla polskich e-sklepów.

Motorem napędowym dla segmentu przesyłek międzynarodowych w Polsce są również klienci indywidualni, którzy – zwłaszcza w sezonie przedświątecznym – wysyłają paczki do swoich bliskich mieszkających i pracujących za granicą. Te trafiają głównie do Wielkiej Brytanii i Niemiec, gdzie rezyduje największa Polonia. Według danych GUS jest to odpowiednio 793 tys. i 703 tys. osób. Spory wolumen przesyłek trafia także do Holandii, Włoch i Francji.

– Akurat ten segment rośnie przed świętami bardzo szybko. Polaków za granicą jest już ponad 2,5 mln, a to jest czas wyjątkowy, kiedy chcemy dzielić się z bliskimi – mówi Anna Kania-Okieńczyc.

Dyrektor marketingu w DHL Parcel Polska podkreśla, że w segmencie biznesowym, czyli po stronie sklepów internetowych, wszystkie przesyłki są generowane online. Z kolei klienci indywidualni do tej pory mogli nadać paczkę tradycyjnie bądź przez internet. Ten drugi kanał cieszy się rosnącą popularnością, dlatego firma już w ubiegłym roku uruchomiła aplikację „DHL dla Ciebie”, która pozwala przy pomocy telefonu, komputera lub tabletu nadać paczkę w mniej niż 3 minuty, bez konieczności wychodzenia z domu. Do tej pory taka możliwość istniała tylko dla przesyłek krajowych. W tym roku – w odpowiedzi na duże zainteresowanie – DHL Parcel rozszerza usługę także o przesyłki międzynarodowe.

– W tym roku umożliwiliśmy wysyłanie paczek również za granicę, do wszystkich krajów Unii Europejskiej. Widzimy, że nasi klienci bardzo chętnie korzystają z tego narzędzia, lubią je i wracają. 70-proc. wzrost zamówień w segmencie klientów indywidualnych jest wyjątkowy, więc cieszy nas, że udało się odpowiedzieć na ich oczekiwania – mówi Anna Kania-Okieńczyc.

Aplikacja „DHL dla Ciebie” pozwala obecnie nadać paczkę do dowolnego kraju Unii Europejskiej w kilku krokach. W tym celu należy wprowadzić dane, opłacić przesyłkę w dowolnej formie i utworzyć online etykietę paczki. Następnie trzeba nadać ją w jednym z punktów sieci partnerskiej, która liczy już blisko 8 tys. jednostek.

Małe auta na prąd mogą podbić polskie miasta. Pomogą dopłaty od państwa

Użytkowanie małych samochodów elektrycznych nie powoduje pogorszenia jakości powietrza, a dzięki niewielkim rozmiarom ułatwiają one poruszanie się po wąskich ulicach miast. Dlatego miejskie samochody na prąd są coraz częściej brane pod uwagę przy wyborach konsumentów, ale też stawiają na nie niektóre koncerny motoryzacyjne. MINI – brytyjska marka wyspecjalizowana w miejskiej mobilności segmentu premium – w marcu wypuści na rynek swoje pierwsze w pełni elektryczne auto. Marka pracuje nad tym, żeby w Polsce zarówno producenci flotowi, jak i indywidualni mogli przy jego zakupie skorzystać z rządowej dopłaty.

Elektromobilność to w tej chwili jeden z głównych trendów w motoryzacji. Eksperci firmy doradczej EY i ING Banku Śląskiego (raport „Samochody elektryczne. Którym pasem zamierzamy jechać?”) prognozują, że najpóźniej do 2030 roku zniknie już większość barier dla elektryków, które do tego czasu będą odpowiadać za ok. 6 proc. całkowitej sprzedaży aut. Z kolei według McKinsey Center for Future Mobility w globalnej skali około 60 proc. podróży samochodami to przejazdy na dystansie krótszym niż 8 km, co oznacza, że duża ich część mogłaby się odbywać właśnie z wykorzystaniem rozwiązań mikromobilności.

Zasięg elektryków waha się pomiędzy 200 a 400 kilometrów, co spokojnie wystarcza na poruszanie się po mieście, bo dziennie przejeżdżamy średnio 30–40 km. Natomiast w sytuacji, kiedy podróżujemy poza miasto, wyjeżdżamy na weekend, dobrym rozwiązaniem są samochody hybrydowe, które na co dzień pozwalają poruszać się w trybie bezemisyjnym na dystansie 50–60 km. Z kolei podczas dłuższych wyjazdów mamy do dyspozycji silniki spalinowy i elektryczny, które dają jeszcze większy zasięg – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Znyk, dyrektor MINI Polska.

Według McKinsey’a potencjał rynku mikromobilności w samej Europie sięga 100–150 mld dol. Z kolei według ubiegłorocznego badania PSPA i firmy doradczej PwC producenci samochodów elektrycznych w bieżącym i 2020 roku prognozują 100-proc. wzrost dynamiki sprzedaży rok do roku.

Pierwszy elektryk MINI pojawi się w sprzedaży w marcu 2020 roku. Będzie pierwszym małym samochodem z napędem elektrycznym w segmencie premium. Model jest wyposażony w silnik elektryczny o mocy 184 KM i akumulator litowo-jonowy zapewniający zasięg od 235 do 270 km.

Pierwszy w pełni elektryczny MINI Cooper SE jest samochodem typowo miejskim. Pozwala przemieszczać się po mieście do 270 km na jednym ładowaniu baterii. Jest to auto nadające się nawet dla małej rodziny, ponieważ jego funkcjonalność jest taka sama, jak w samochodzie z silnikiem spalinowym. Dzięki bateriom pod podłogą samochodu zachowaliśmy jego pełną funkcjonalność, pojemność bagażnika i ilość miejsca w środku, poprawiły się też właściwości jezdne, ponieważ środek ciężkości tego auta jest niżej. Frajda z jazdy tym samochodem jest jeszcze większa, ponieważ jest bezemisyjny – przekonuje Rafał Znyk.

Jak podkreśla Rafał Znyk, na polskim rynku MINI skupi się na zagwarantowaniu jak najlepszej oferty klientom flotowym i korporacyjnym, których w późniejszym terminie obejmie rządowy program dopłat dla elektryków. Jak na razie, od 19 listopada zostały nim objęte osoby fizyczne (klienci indywidualni), które mogą uzyskać dofinansowanie w wysokości 30 proc. (ale nie więcej niż 37,5 tys. zł) do zakupu elektrycznego samochodu, którego cena nie przekracza 125 tys. zł.

Co trzeci Polak kupi świąteczne prezenty w internecie. Zdecydowana większość wybierze płatność online

Chociaż to w sklepach stacjonarnych wydamy większość świątecznych budżetów, to udział zakupów online rośnie z roku na rok o ok. 5 proc. – wynika z badania Deloitte nt. gwiazdkowych wydatków. Co trzeci badany zamierza kupić prezenty przez internet, płacąc głównie kartą lub cyfrowymi portfelami. W tym roku mogą paść kolejne rekordy transakcyjne, co pokazał już ruch w e-sklepach podczas Black Friday. W systemie Paybynet średnia płatność wynosiła tego dnia 225 zł, czyli o 19 proc. więcej niż w październiku, a łączna wartość transakcji była prawie o połowę większa niż przed rokiem.

  W 2018 roku w Black Friday wzięło udział 59 proc. Polaków, natomiast w tym roku szacuje, że ta liczba dobiła już do 68 proc. Szacuje się, że wydaliśmy w ciągu tego dnia ponad 2 mld zł. To przekłada się również na dane z naszego systemu płatności internetowych Paybynet, ponieważ średnia wartość koszyka wynosiła ponad 225 zł i była ona wyższa o 19 proc. niż w przypadku innych dni, które poprzedzały okres gorących wyprzedaży [189 zł – red.] – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Soboń, dyrektor linii biznesowej płatności internetowe w Krajowej Izbie Rozliczeniowej.

Z danych platformy Picodi wynika, że w czarnopiątkowych wyprzedażach przodują kobiety – aż 77 proc. deklarowało, że skorzysta z niższych cen (przy 65 proc. mężczyzn). Choć panie kupują nieco więcej niż panowie (odpowiednio 3,9 i 3,4 produktów), to mężczyźni wydają w Black Friday dwukrotnie więcej niż kobiety. Przeciętna Polka jest gotowa wydać 476 zł, natomiast Polak – 877 zł. Wynika to przede wszystkim z rodzaju zakupów. Mężczyźni najchętniej kupują elektronikę, a kobiety – odzież i buty.

 Black Friday to nie jest jedyna okazja do tego, abyśmy mogli dokonać zakupów na preferencyjnych warunkach cenowych. Obecnie sprzedawcy oferują swoje produkty już często dzień czy dwa dni przed umownym Czarnym Piątkiem i trwają one przeważnie kilka dni. Mamy również Cyber Monday, a potem również dodatkowe wyprzedaże, które związane są z okresem przedświątecznym – zauważa Przemysław Soboń.

W ubiegłym roku promocje związane z Czarnym Piątkiem zdecydowanie bardziej zachęcały Polaków do zakupów niż przeceny oferowane w Cyber Monday. W ubiegłym roku w czasie wyprzedażowego poniedziałku wydaliśmy średnio 160 zł, w tym 208 zł – to wzrost o 30 proc.

Analitycy Picodi wskazują, że choć piątkowa wyprzedaż nie jest jedyną listopadową promocją (wyprzedaże 11 listopada, czyli Dzień Singla), to wśród osób, które miały zamiar z nich skorzystać, 86 proc. wskazało na Black Friday. Niemal połowa badanych (47 proc.) zakupy podczas piątkowej wyprzedaży robi przez internet.

– Obecna technologia pozwala na przygotowanie systemów płatności na bardzo dużą wydajność klientów. Wszyscy operatorzy, którzy oferują takie rozwiązanie na rynku, nauczeni doświadczeniem lat poprzednich, są przygotowani na takie sytuacje. Dziś obsługa tak dużego ruchu nie stanowi najmniejszego problemu dla tak wydajnych systemów informatycznych, jakie posiadamy – mówi Soboń.

Z raportu „E-commerce w Polsce. Gemius dla e-Commerce Polska” wynika, że 62 proc. internautów kupuje online. To o 6 pkt proc. więcej niż jeszcze w 2018 roku. Jako zalety e-zakupów Polacy wskazują możliwość kupowania w każdym momencie (75 proc.), brak konieczności jechania do sklepu (72 proc.) oraz nieograniczony czas wyboru (68 proc.). Według internautów e-sklepy dają coraz większe możliwości wyboru produktów niż sklepy tradycyjne. E-zakupy są też wygodniejsze, łatwiejsze i często tańsze.

– Wartość rynku e-commerce szacuje się na ok. 51 mld zł, a liczbę osób korzystających z różnych zakupów na ponad 28 mln. Płatności nie dokonujemy już wyłącznie przez stronę internetową, kupujemy również przez aplikacje na naszych smartfonach, media społecznościowe. Przekłada się to również na wzrost liczby transakcji. Porównując rok 2018 do 2019, liczba transakcji w systemie Paybynet wzrosła o ponad 28 proc., natomiast ich wartość o ponad 44 proc. – wylicza Przemysław Soboń.

Paybynet to system płatności internetowych dostępny 24 godziny na dobę, dzięki któremu płatności przekazywane są bezpośrednio z konta klienta na konto e-sklepu.

W Polsce ok. 180 tys. osób jest leczonych na schizofrenię. Prawie połowa z nich całkiem wycofuje się z życia społecznego

0

Schizofrenia to jedna z najcięższych i najbardziej stygmatyzujących chorób z obszaru zdrowia psychicznego. W Polsce ok. 180 tys. pacjentów jest leczonych z jej powodu, choć faktyczna liczba chorych może być dużo wyższa. Stereotypowy obraz schizofrenii to osoba z urojeniami i omami, często nieprzewidywalna i nadmiernie pobudzona. Dotyczy to jednak tylko około połowy chorych. Druga połowa cierpi na schizofrenię z przeważającymi objawami negatywnymi. Osoby te całkiem wycofują się z życia zawodowego i społecznego, są aspołeczne, wycofane emocjonalnie i obojętne na świat zewnętrzny. Lekarze podkreślają, że w poprawie jakości życia tej grupy pacjentów ważna jest świadomość występowania objawów negatywnych, ich odpowiednia diagnoza i terapia.

W Polsce ze schizofrenią żyje około 250 tys. osób, spośród których ok. 180 tys. jest leczonych farmakologicznie i korzysta ze świadczeń opieki zdrowotnej. Jednak ze względu na osoby niezdiagnozowane i niekorzystające z pomocy medycznej rzeczywista liczba chorych może sięgać nawet 400 tys. – wynika z raportu społecznego „Schizofrenia z objawami negatywnymi. Obciążenie chorobą pacjentów i ich bliskich”, objętego patronatem przez Polskie Towarzystwo Psychiatryczne.

W tej grupie pacjentów [180 tys. osób – przyp. red.] około połowa wykazuje dość intensywne objawy negatywne, czyli m.in. wycofanie społeczne, apatię, izolację – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Agata Szulc z Kliniki Psychiatrycznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i Mazowieckiego Specjalistycznego Centrum Zdrowia w Pruszkowie.

Objawy schizofrenii dzieli się na dwie grupy: pozytywne (wytwórcze) i negatywne (ubytkowe). Objawy pozytywne to m.in. urojenia czy omamy, niemające odzwierciedlenia w rzeczywistości. Te są łatwiejsze do zdiagnozowania i bardziej zauważalne, bo pacjent z objawami psychotycznymi bardziej zwraca na siebie uwagę.

Przeważające objawy negatywne w schizofrenii to m.in. awolicja, czyli niezdolność do działania, apatia czy asocjalność, która powoduje, że pacjent wycofuje się z życia społecznego, zamyka się w sobie, nie ma potrzeby pełnienia ról społecznych. Następną jest anhedonia, czyli niezdolność do przeżywania przyjemności. O ile w innych jednostkach chorobowych, np. w depresji, jest to cecha przemijająca, o tyle w schizofrenii z dominującymi objawami negatywnymi może trwać przez całe życie – mówi prof. dr hab. n. med. Jerzy Samochowiec z Katedry i Kliniki Psychiatrii Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie.

Pacjenci z objawami negatywnymi w schizofrenii wycofują się zupełnie z życia społecznego: nie wychodzą z domu, wypadają z ról społecznych, wycofują się z życia towarzyskiego.

Występuje niezdolność do okazywania afektu, mówieniu o swoich odczuciach: czyli „nie przeżywam, nie pokazuję emocji na zewnątrz”. Inna osoba, rozmawiając z chorym na schizofrenię z dominującymi objawami afektywnymi, będzie mieć poczucie, że on/ona go w ogóle nie słucha, nie jest zainteresowany/a albo nie jest w stanie zrozumieć, o czym jest rozmowa – mówi prof. Jerzy Samochowiec. – Wśród negatywnych objawów występuje też alogia, czyli niezdolność do logicznego budowania zdań, niezdolność do mówienia o pewnych rzeczach, wynikająca m.in. z mniejszego zasobu słów u pacjenta w toku choroby.

Osoby, które zachorowały w młodości, nie mając wyrobionej rutyny samodzielnego funkcjonowania, nie skończą studiów, nie rozpoczną pracy zawodowej i nie nawiążą żadnych bliskich relacji z drugim człowiekiem. Potrzebują stałej mobilizacji, zachęty i wsparcia w wykonywaniu codziennych czynności, jak choćby higiena osobista czy przygotowanie posiłków. Co istotne, schizofrenia z objawami negatywnymi jest trudniejsza do zdiagnozowania, bo jej symptomy są często bagatelizowane przez otoczenie i utożsamiane np. z lenistwem pacjenta.

Schizofrenia z ostrymi objawami przebiega bardzo burzliwie, ale też się cofa i wtedy pacjent może funkcjonować normalnie, wchodząc w swoje role zawodowe i społeczne. Natomiast w przypadku objawów negatywnych takiego happy endu nie ma – mówi prof. Jerzy Samochowiec – Jeżeli tej choroby się nie leczy, nie rehabilituje, te objawy powoli narastają, narastają dysfunkcje poznawcze, pojawiają się objawy rezydualne. Lekarze mogą jednak powiedzieć, że tę grupę pacjentów ciężko się leczy, ponieważ nie przychodzą na umówione wizyty, więc trudno o efekty i powstaje błędne koło niemożności.

Jak wynika z raportu „Schizofrenia z objawami negatywnymi. Obciążenie chorobą pacjentów i ich bliskich”, ponad 80 proc. chorych z objawami negatywnymi mieszka z opiekunami, a jeżeli zabraknie bliskich, mogą zostać dotknięci bezdomnością. Wśród całej populacji pacjentów cierpiących na schizofrenię około 20,5 tys. osób spełnia ścisłe kryteria przeważających i przetrwałych objawów negatywnych, czyli z wyraźnie zaznaczonymi objawami negatywnymi, które utrzymują się od co najmniej sześciu miesięcy. Zakres samodzielności takich pacjentów jest niewielki – tylko 21 proc. jest aktywnych zawodowo (z czego 9 proc. w ramach pracy chronionej) i jedynie co trzeci jest w stanie samodzielnie chodzić na wizyty do lekarza psychiatry.

Oczywiście statystyki mówią, że ok. 20 proc. takich pacjentów mieszka samodzielnie, co trzeci idzie sam do lekarza, natomiast jest to olbrzymia praca rodziny i cierpliwego, pokornego terapeuty. Rokowania są lepsze, gdy pacjenci uczęszczają stale na terapie i mają opiekunów, którzy pilnują stałego przyjmowania leków – podkreśla prof. Jerzy Samochowiec.

Najlepsze wyniki leczenia osiąga się, łącząc farmakoterapię z rehabilitacją i leczeniem środowiskowym – mówi prof. Agata Szulc. – O ile farmakologicznie nieźle radzimy sobie z ostrymi objawami psychozy, o tyle objawy negatywne są trudne do leczenia. W tej chwili leczenie farmakologiczne nie jest satysfakcjonujące i nie spełnia wszystkich potrzeb. A ono jest potrzebne po to, żeby pacjent mógł skorzystać z rehabilitacji. On musi na nią przyjść, być zainteresowany, chcieć przynajmniej trochę współpracować, a właśnie pacjenci z objawami negatywnymi rzadko takie chęci wykazują. To jest główny problem.

Jednak – jak podkreśla konsultant krajowy w dziedzinie psychiatrii prof. dr hab. n. med. Piotr Gałecki – zmiany wdrażane od roku w ramach Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego wpisują się w potrzeby chorych na schizofrenię z przeważającymi i przetrwałymi objawami negatywnymi.

Po roku funkcjonowania Centrów Zdrowia Psychicznego (CZP) wiemy już, że znacząco wzrosła liczba porad ambulatoryjnych, porad w Zespole Leczenia Środowiskowego, a spadła liczba i długość hospitalizacji. CZP wychodzą naprzeciw potrzebom pacjentów z negatywnymi objawami schizofrenii. Taki pacjent jest aspołeczny, wycofany, apatyczny, najchętniej przebywałby w domu sam, bez potrzeby interakcji społecznej, i nagle pojawia się u niego lekarz, pielęgniarka środowiskowa czy terapeuta, którzy rozpoznają jego potrzeby, rozpoznają, jakie leczenie jest niezbędne, żeby mu pomóc. Koordynator leczenia w CZP decyduje o tym, jak często pojawia się u niego ktoś z zespołu leczenia środowiskowego – mówi prof. Piotr Gałecki.

Lekarze podkreślają, że dla poprawy jakości życia tej grupy pacjentów ważna jest przede wszystkim większa świadomość występowania objawów negatywnych w schizofrenii i tego, że choroba może mieć również drugie oblicze – pacjenta wycofanego, obojętnego na świat zewnętrzny.

Potrzebna jest ściślejsza współpraca z opieką społeczną i przede wszystkim – większa świadomość społeczna. Przez jej brak pacjenci, którzy cierpią na schizofrenię z objawami negatywnymi, znacząco później mają pierwszy kontakt z lekarzem psychiatrą niż pacjenci ze schizofrenią bez takich objawów – mówi prof. Piotr Gałecki.

Wideo 360 stopni to już standard na rynku. Kamery VR mogą być przyszłością kinematografii, a sztuczna inteligencja pozwoli błyskawicznie montować filmy nawet na smartfonie

Rynek kamer sportowych, nieruchomości czy amatorskiego fotografowania przeszedł już na filmowanie w 360 stopniach. Rejestrowanie obrazu dookoła pozwala na immersyjne przeżycia i zanurzenie się w przekazywanej treści. Handlowcom pomaga to przenieść klienta do oferowanej inwestycji, nawet jeśli nie zostały jeszcze wylane pod nią fundamenty. W tej chwili producenci skupiają się przede wszystkim na ułatwianiu obsługi coraz bardziej zaawansowanych kamer, w czym pomaga m.in. sztuczna inteligencja. Kamery VR mogą być z kolei przyszłością kinematografii.

– Magia kamer o kącie widzenia 360 stopni polega na tym, że mogą uchwycić wszystko. Łącząc taką kamerę z funkcjami najwyższej jakości stabilizacji oraz niewidzialnego selfie sticka, można wykonywać niezwykle efektowne zdjęcia i filmiki. Kamery sportowe powinny umożliwiać ich użytkownikom filmowanie dowolnych chwil z życia, pozwalając na cieszenie się nimi, uprawianie sportów w najlepszy możliwy sposób bez martwienia się o kwestie techniczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Max Richter, dyrektor marketingu Insta360.

Na rynku fotografowanie w 360 stopniach staje się standardem. Pojawia się coraz więcej zaawansowanych urządzeń, potrafiących rejestrować obraz dookoła. Nacisk kładziony jest przede wszystkim na prostotę użytkowania. Firma Ricoh już w 2015 roku wprowadziła na rynek pierwsze urządzenie z linii Theta, a w tym roku wypuściła jego najnowszą odsłonę – Theta SC2. Sprzęt ten opracowano z myślą o fotografach-amatorach i wyposażono w dwa obiektywy 180° rejestrujące obraz w rozdzielczości 4K. Obsługa kamery ogranicza się do wciśnięcia przycisku rejestracji obrazu, cały proces montażu odbywa się automatycznie, Theta SC2 sama składa ujęcia z dwóch matryc w jeden obraz sferyczny.

Potencjał tej technologii doceniła również firma GoPro. Najnowsze GoPro MAX, łączy zalety typowych kamer sferycznych oraz sportowych. W jednym urządzeniu otrzymujemy sprzęt zdolny do rejestracji obrazu sferycznego przy wykorzystaniu dwóch szerokokątnych obiektywów, zaawansowany stabilizator oraz narzędzie do automatycznego łączenia obrazów i edycji nagrań sferycznych. Użytkownik przy tym ma możliwość zaawansowanej obróbki materiału za pośrednictwem aplikacji mobilnej. Oprogramowanie umożliwia przeprowadzenie postprodukcji na smartfonie i błyskawiczne udostępnienie materiału w najpopularniejszych serwisach społecznościowych.

Producenci zaczynają już eksperymentować ze sztuczną inteligencją właśnie na poziomie zarówno samych kamer, jak również oprogramowania.

– Obecnie łatwiej jest wykonać właściwe ujęcie niż podzielić się nim z przyjaciółmi. Dlatego wkładamy wiele wysiłku w tworzenie technologii sztucznej inteligencji do edycji obrazu oraz odpowiednich algorytmów, dzięki czemu użytkownik nie musi trudzić się kwestiami edycji czy doboru odpowiednich ujęć, ponieważ SI wykona te zadania za niego – tłumaczy ekspert Insta360.

Kamery sferyczne coraz chętniej wykorzystywane są także przez profesjonalnych filmowców. Insta360 Titan rejestruje materiały w rozdzielczości 11K. Dzięki wykorzystaniu ośmiu obiektywów szerokokątnych twórcy mogą nagrywać filmy sferyczne w wysokiej, kinowej jakości.

– Insta360 Titan o rozdzielczości 11K jest najwyższej jakości sprzętem na potrzeby produkcji filmów i zdjęć VR. Jej odbiorcami są zatem specjaliści. Znajdują one również zastosowanie np. w produkcjach hollywoodzkich, na potrzeby których wykorzystuje się kamery VR do modyfikacji ujęć lub wykonywania zdjęć pod kątami niemożliwymi do uzyskania przy pomocy tradycyjnych kamer. W Chinach i Korei popularne są również transmisje na żywo w technologii 5G, co jest niezwykle ekscytujące – mówi Max Richter.

Kolejnym rynkiem, na którym kamery 360 stopni mogą się wkrótce zadomowić są wideokonferencje. Inżynierowie Katai zaprojektowali wideokonferencyjną kamerę dookolną BlueJay zintegrowaną z systemem rozpoznawania twarzy. Oprogramowanie automatycznie identyfikuje osoby, które znajdują się w zasięgu obiektywu, po czym wyświetla na całym ekranie wyłącznie uczestników spotkania. System działa w czasie rzeczywistym, dzięki czemu automatycznie przycina kadry i dodaje do streamu kolejne osoby, które wejdą w zasięg kamery. Zastosowań jest znacznie więcej.

– Mamy również profesjonalne kamery VR, które są używane na potrzeby profesjonalistów, np. z branży nieruchomości, do organizacji wirtualnych wizyt na terenie nieruchomości. Nasze produkty znajdują również profesjonalne zastosowanie w oświacie – twierdzi ekspert.

Według analityków z firmy badawczej Research Nester do końca 2024 roku wartość rynku kamer sferycznych wzrośnie do 19 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 34,3 proc.

Przenośne ładowarki w kształcie karty płatniczej pozwalają wydłużyć życie baterii w podróży. Rośnie liczba gadżetów ułatwiających życie poza domem

Miniaturowe pralki, żelazka i odkurzacze, urządzenia utrzymujące łączność nawet przy niedostępnej sieci, namioty drzewne – to tylko przykłady nowych rozwiązań dla podróżników. Specjalna butelka pozwoli oczyścić każdą wodę, nadmuchiwana lampa wytworzy do 16 godzin światła LED, a przenośny hotspot oferuje nieograniczoną usługę LTE w ponad 130 krajach. Główny nacisk kładziony jest jednak ciągle na bycie online, a co za tym idzie – posiadanie przy sobie odpowiednich źródeł zasilania dla smartfona, który stał się centrum naszego życia, nie tylko w podróży.

– Budujemy narzędzia dla współczesnych nomadów, a w XXI wieku telefon znalazł się w centrum naszego życia. Jest czymś więcej niż tylko przyrządem do wykonywania połączeń telefonicznych – pełni funkcję aparatu fotograficznego,  komputera osobistego czy kalendarza, więc utrzymanie odpowiedniego poziomu naładowania jest bardzo istotne. Tworzymy rozwiązania do ładowania telefonu dopasowane do stylu życia użytkownika. Można z nich korzystać w razie potrzeby i nie stanowią obciążenia, kiedy przestają być potrzebne – mówi agencji Newseria Innowacje Noah Dentzel, prezes Nomad Goods.

Na rynku nie brakuje nowoczesnych urządzeń, które ułatwią życie podróżnikom. Mini-podróżne żelazko parowe z 420-watowym silnikiem ma rozmiar myszy komputerowej. Torba Scrubba to kieszonkowa torba, która dzięki zaledwie 2 litrom wody i odrobinie płynu pomoże zrobić pranie w dowolnym miejscu. VAGO to automatyczna pompa próżniowa, która usuwa całe powietrze z walizki, zagęszczając ubrania do połowy ich wielkości.

Przenośne butelki w 15 sekund oczyszczą każdą wodę, nadmuchiwana lampa LuminAID po 6-7 godzinach ładowania na słońcu wytwarza do 16 godzin światła LED, ważąc przy tym zaledwie 56 gramów. Skyroam Solis, czyli mobilny hotspot oferuje z kolei nieograniczony internet 4G w ponad 130 krajach na świecie.

Wszystkie te urządzenia, zwłaszcza w podróży, potrzebują jednak źródła zasilania. Dlatego nie brakuje gadżetów, które przedłużają życie baterii.

– Stale rośnie liczba osób, które prowadzą cyfrowy styl życia, będąc w ruchu. Nasze telefony stają się tym samym coraz ważniejsze, więc musimy chronić je przed rozładowaniem. Ponieważ takie urządzenia zużywają coraz więcej energii, zawsze przyda się kolejne narzędzie do ich ładowania – przekonuje Noah Dentzel.

Nomad Goods produkuje akcesoria dla elektroniki użytkowej – m.in. przewody do ładowania, przenośne zestawy akumulatorów i ładowarki. ChargeCard to super cienka ładowarka USB, która zmieści się w każdym portfelu.  Chargekey ma z kolei rozmiar klucza domowego, więc pasuje do niemal każdego pęku kluczy. Działa podobnie jak standardowy kabel USB do ładowania smartfona z dowolnego portu USB. Stacja bazowa Pro, dzięki zintegrowanemu bezprzewodowemu ładowaniu Air FreePower, umożliwia łatwe ładowanie. Algorytmy FreePower szybko lokalizują urządzenie i ładują do 3 urządzeń w jednym momencie.

– Praca staje się w coraz większym stopniu częścią naszego życia. Niezależnie od tego, czy chodzi o sprawy zawodowe, czy osobiste, telefon daje nam możliwość pozostawania w kontakcie, np. odbieranie maili czy zachowanie kontaktu z dziećmi podczas podróży biznesowej, dlatego posiadanie stale naładowanego telefonu jest kluczowe, jeśli chodzi o życie pełnią życia – wskazuje Noah Dentzel.

Pomoc dla zadłużonych – gdzie jej szukać?

Spirala zadłużenia to stan, w którym sięgamy po kolejne pożyczki na spłatę poprzednich. Gdzie w takiej sytuacji szukać pomocy dla zadłużonych? Warto pomyśleć o pożyczce od rodziny. Nie niesie ona ze sobą żadnych opłat. Możemy również sięgnąć po chwilówki bez BIK i KRD, a także pożyczkę ratalną. Pamiętajmy jednak, że przy niekorzystnej historii finansowej będzie od nas wymagane zabezpieczenie transakcji. Jakie może mieć formy?

Spirala zadłużenia – najczęstsze przyczyny

Coraz więcej osób decyduje się na wzięcie pożyczki, aby zrealizować swoje marzenia czy pokryć niespodziewane wydatki. Niestety istnieją osoby, które nie wywiązują się z podpisanej z pożyczkodawcą umowy i nie spłacają w terminie zobowiązań finansowych. Zaciągając kolejne pożyczki na spłatę poprzednich wpadają w spiralę zadłużenia. Jakie są jej najczęstsze przyczyny?

  • podpisywanie umów bez zapoznania się z jej treścią;
  • zgoda na warunki, które trudno będzie klientowi spełnić;
  • wzięcie pożyczki w kwocie przewyższającej możliwości finansowe;
  • nieterminowe regulowanie płatności za pożyczkę;
  • brak kontaktu z pożyczkodawcą w trakcie problemów ze spłatą pożyczki;
  • utrata pracy i niepoinformowanie o tym pożyczkodawcy;
  • wybór kosztownego zobowiązania.

Kumulacja zobowiązań i brak możliwości ich uregulowania sprawiają, że czujemy się upokorzeni i nie chcemy dzielić się problemem z innymi. Często jest to jednak jedyna droga wyjścia z trudnej sytuacji.

Pomoc finansowa dla zadłużonych

Jeśli nie chcemy, aby nasi bliscy dowiedzieli się o naszych problemach finansowych, możemy skorzystać z szybkich pożyczek online dla osób zadłużonych. Gdzie szukać pomocy finansowej online? Wystarczy znaleźć w sieci ranking pożyczek bez BIK i KRD i znaleźć ofertę odpowiadającą naszym możliwościom. Możemy wybrać szybką chwilówkę, która udzielana jest bez zaświadczeń. Pożyczkodawca nie sprawdzi więc dokładnego miejsca naszej pracy oraz wysokości dochodu. Jego wartość musimy jednak podać w specjalnym oświadczeniu. Chwilówki przyznawane są od 18 roku życia. Często wypłata pieniędzy następuje nawet w kilkanaście minut po rozpatrzeniu wniosku pożyczkowego. Zastrzyk gotówki możemy więc mieć na koncie nawet tego samego dnia. Pomocą dla zadłużonych może być także pożyczka ratalna dostępna np. w https://askredyt.pl/. Nie dostaniemy jej jednak w momencie, gdy nasza historia finansowa wygląda fatalnie. W takiej sytuacji nasz wniosek zostanie odrzucony lub zostaniemy poproszeni o zabezpieczenie transakcji. Najczęściej stosowaną formą ochrony finansów jest ich ubezpieczenie, zastaw wartościowej rzeczy lub poręczenie wypłacalności klienta przez osobę trzecią. Musimy jednak pamiętać, że wzięcie kolejnej pożyczki to powiększenie naszego długu. Jeśli nie mamy pewności co do jego terminowej spłaty, nie warto ryzykować. Ważne: bank nie udzieli nam kredytu ze złą zdolnością finansową. Warto więc jeszcze przed złożeniem wniosku wiedzieć, jakie warunki należy spełnić, aby otrzymać kredyt w tej instytucji.

Pożyczka od rodziny – sposób na wyjście z długów

Jeśli nie chcemy wiązać się kolejną umową, warto pomyśleć o pożyczce od rodziny. Bliscy z pewnością mają odłożone pieniądze na czarną godzinę i pomogą nam wyjść ze spirali zadłużenia. Pamiętajmy jednak, że tylko pożyczka do kwoty 9637 zł będzie całkowicie darmowa. Pożyczając na wyjście z długów powyżej tej kwoty, będziemy musieli zapłacić podatek. Zwolnieni z opłaty będziemy w momencie, gdy transakcja następuje między osobami należącymi do pierwszej grupy podatkowej. Należą do niej:

  • rodzeństwo;
  • zięciowie;
  • teściowie;
  • synowe;
  • małżonkowie;
  • zstępni;
  • wstępni;
  • macochy;
  • ojczymowie;
  • pasierbowie.

Często wyjście z długów możliwe jest tylko dzięki naszym bliskim, dlatego warto skorzystać z ich pomocy.

Biuro Rzecznika Praw Dłużnika – pomoc dla zadłużonych z komornikiem

Pomoc dla zadłużonych z komornikiem niesie również Biuro Rzecznika Praw Dłużnika. Osoby, które mają na swoim koncie zadłużenie, mogą skontaktować się z pracownikami instytucji i zaczerpnąć darmowej porady finansowej. Co oferuje Biuro Rzecznika Praw Dłużnika?

  • bezpłatną pomoc dla osób zadłużonych;
  • porady finansowe udzielane przez fachowców;
  • anonimowość i indywidualne podejście do sprawy;
  • bezpłatną infolinię.

Biuro Rzecznika Praw Dłużnika może nam pomóc podjąć ważne kroki w związku z aktualnymi zobowiązaniami finansowymi. Aby skontaktować się z przedstawicielami instytucji, wystarczy zadzwonić pod numer: 800 889 988.

Jak nie wpaść w pętlę zadłużenia?

Pożyczki nie oznaczają długów, jeśli po dodatkowe pieniądze sięgamy odpowiedzialnie. Poniżej znajduje się kilka wskazówek, dzięki którym nie wpadniemy w pętlę zadłużenia.

    1. Wybierz ofertę dopasowaną do swoich możliwości finansowych – w ten sposób nie obciążysz domowego budżetu;
    2. Pilnuj terminu spłaty zadłużenia – dzięki temu nie zostaną Ci naliczone odsetki;
    3. W razie problemów ze spłatą skontaktuj się z pożyczkodawcą – wspólnie możecie znaleźć rozwiązanie niekorzystnej sytuacji;
    4. Nie pożyczaj, jeśli wiesz, że nie uregulujesz na czas pożyczki – pomoże Ci to uniknąć ewentualnych kłopotów finansowych.

Co w sytuacji, gdy jesteśmy już posiadaczami pożyczki? Warto wtedy pomyśleć o dodatkowym dochodzie, który pozwoli nam spłacić zadłużenie. Możemy również wnioskować w pracy o podwyżkę lub pójść na ugodę z pożyczkodawcą. W ten sposób zyskamy dodatkowy czas na regulację płatności.

Komentarz PKN ORLEN do artykułu Gazety Wyborczej „Orlen chce wchłonąć Energę. Opozycja: „Fatalna wiadomość dla Pomorza”

Informujemy, że nie są prawdziwe wypowiedzi polityków zawarte w artykule pt. „Orlen chce wchłonąć Energę. Opozycja: „Fatalna wiadomość dla Pomorza” autorstwa red. Michała Tokarczyka, który ukazał się na łamach portalu trójmiasto.wyborcza.pl w dniu 06.12.2019 r.

W odniesieniu do stwierdzenia cytowanej w publikacji Pani Agnieszki Pomaski że „Wykorzystywanie spółki do celów politycznych jest niedopuszczalne!” pragniemy przypomnieć, że PKN ORLEN jest spółką prawa handlowego z udziałem Skarbu Państwa, która prowadzi działalność na rzecz Akcjonariuszy i przed nimi odpowiada. PKN ORLEN obowiązują takie same prawa i obowiązki, jak inne spółki akcyjne.

Nie jest też prawdą stwierdzenie zawarte w cytacie Pani Agnieszki Pomaski, że „Orlen (…) nie przedstawił żadnych analiz, które uzasadniałyby takie posunięcie”.

Wezwanie do sprzedaży 100 proc. akcji Grupy ENERGA poprzedziły szczegółowe analizy, dotyczące  zarówno synergii, jak i ryzyk związanych z transakcją. Korzyści wynikające z transakcji zostały przedstawione mediom i opinii publicznej w prezentacji, która jest dostępna na stronie internetowej spółki: https://www.orlen.pl/PL/BiuroPrasowe/Strony/ORLEN-og%C5%82osi%C5%82-wezwanie-na-akcje-Grupy-ENERGA.aspx

Ponadto szczegółowe warunki i założenia transakcji zostały zaprezentowane podczas konferencji prasowych zorganizowanych w Warszawie i Gdańsku. W dniu 06.12.2019 r. odbyło się także spotkanie Daniela Obajtka, Prezesa Zarządu PKN ORLEN z przedstawicielami Związków Zawodowych Grupy ENERGA, które przebiegało w dobrej i konstruktywnej atmosferze.

Nie jest również prawdą stwierdzenie Pani Agnieszki Pomaski, że „(…)to nie jest decyzja korzysta dla Pomorza. Rząd wyprowadza z Gdańska dużą spółkę, która płaci tutaj podatki.”
Transakcja jest wyłącznie decyzją biznesową i jest korzystna, zarówno dla PKN ORLEN, Grupy ENERGA, jak i ich Akcjonariuszy i Konsumentów. Z punktu widzenia podatkowego, Grupa ENERGA zachowa pełną odrębność. To oznacza dalsze wpływy do regionalnego budżetu na identycznych zasadach jak to się dzieje dzisiaj. Wystarczy spojrzeć na historię przejęć Grupy ORLEN w ostatnich latach. Zarówno wykupiony przez PKN ORLEN włocławski ANWIL, jak i czeski Unipetrol zachowały swoją odrębność. Co więcej są konsekwentnie rozwijane, a realizowane inwestycje znacząco wzmacniają ich rynkową pozycję.
Przejęcie kapitałowe Grupy ENERGA przez PKN ORLEN to także szansa dla pracowników gdańskiej spółki.  Zwiększą się bowiem ich możliwości rozwojowe, dzięki zatrudnieniu w silnej, zdywersyfikowanej, międzynarodowej Grupie. PKN ORLEN jest jedną z niewielu o tak szerokiej obecności międzynarodowej, rozpoznawalnej marce oraz potencjale inwestycyjnym.

Wejście do zintegrowanej Grupy to olbrzymia szansa rozwojowa dla Grupy ENERGA. Tworzenie koncernów multi-utility wpisuje się w megatrendy i działania realizowane przez inne, międzynarodowe koncerny z branży paliwowej. Dywersyfikacja źródeł przychodów zwiększa bowiem odporność spółki na wahania rynkowe i zmiany w otoczeniu makroekonomicznym. W ten sposób budowana jest dodatkowa wartość dla Klientów i Akcjonariuszy. W tym kierunku swoją działalność biznesową rozwijają od lat  regionalni gracze – konkurenci Grupy ORLEN, jak MOL, OMV, Repsol, a także światowi giganci, jak BP, Shell czy Total.

Z kolei cytowana w publikacji Pani Jolanta Banach twierdzi, że „budowa kolejnych farm nie wymaga konsolidacji dwóch dużych spółek”. Połączenie potencjału inwestycyjnego oraz wspólnych kompetencji PKN ORLEN i Grupy ENERGA umożliwią realizację projektów w ramach źródeł odnawialnych na zdecydowanie szerszą skalę. Grupa ENERGA będzie mogła połączyć kompetencje w budowie i eksploatacji farm wiatrowych z opisanym potencjałem PKN ORLEN. Należy też pamiętać, że inwestycja w morską energetykę wiatrową to koszty rzędu kilkunastu miliardów złotych. Grupa ENERGA takich pieniędzy nie posiada, a dzięki tej transakcji będzie mogła uczestniczyć w budowie tak znaczącego przedsięwzięcia.

Czytelników wprowadza również w błąd stwierdzenie Pani Jolanty Banach, że w transakcji  „Chodzi tylko o jedno – wsparcie nierentownej Elektrowni Ostrołęka, której udziałowcem jest Energa. Z jednej strony prezes Obajtek mówi o kolejnych inwestycjach w OZE, a z drugiej – zamierza inwestować w szkodliwą dla środowiska energetykę węglową. To nieszczere intencje.” To nieprawda. Jak poinformował PKN ORLEN podczas spotkań z mediami i przedstawicielami Związków Zawodowych Grupy ENERGA, decyzje dotyczące wszystkich strategicznych projektów Grupy ENERGA, w tym dalszego rozwoju projektu „Ostrołęka C” podjęte zostaną po finalizacji transakcji i przeprowadzeniu szczegółowej analizy projektu.

Nie są również prawdą stwierdzenia zawarte w wypowiedzi Pana Tadeusza Aziewicza, że „Wezwanie Orlenu uderza w jeden z fundamentów pomorskiej gospodarki, bo suwerenność Energi, podobnie jak Lotosu, jest dla rozwoju naszego regionu absolutnie kluczowa.” PKN ORLEN wielokrotnie podkreślał, że jednym z głównych beneficjentów procesu przejęcia Grupy LOTOS będzie Pomorze i jego mieszkańcy. Dzięki wzmocnieniu LOTOSU wzrośnie liczba i skala zamówień, firma wejdzie w nowe obszary działalności i jeszcze bardziej będzie rozwijać te, w których jest już aktywna, m.in. elektromobliność i wydobycie. Siedziba spółki pozostanie w Gdańsku i tu, na takich samych zasadach jak dzisiaj, trafiać będzie część podatków CIT. Budynki Grupy LOTOS wciąż będą użytkowane, więc wpływy z podatków od nieruchomości pozostaną w Gdańsku. Podobnie będzie z redystrybucją dochodów z PIT pracowników do lokalnego samorządu. W przypadku Grupy ENERGA przewidywany jest taki sam scenariusz w odniesieniu do kwestii podatkowych i inwestycji rozwojowych. Zupełnie chybione są też tezy o utracie suwerenności. Przypominamy, że kontrolującym akcjonariuszem PKN ORLEN, LOTOSU oraz Grupy ENERGA jest Skarb Państwa. Budowa czempionów narodowych jest w interesie zarówno Skarbu Państwa jak i lokalnych społeczności, które zyskują dzięki znaczącemu rozwojowi tych podmiotów. Historia PKN ORLEN to historia akwizycji i wieloletniej budowy wartości i międzynarodowej obecności. Dzięki realizowanym akwizycjom zarówno LOTOS, jak i Grupa ENERGA będą brać czynny udział w realizacji strategii budowanego Koncernu mogącego skutecznie rywalizować na arenie międzynarodowej w wielu sektorach gospodarki od petrochemii po źródła odnawialne. To też szansa na trwały wzrost wartości wszystkich podmiotów.

W związku z tym, iż  artykuł pt. „Orlen chce wchłonąć Energę. Opozycja: „Fatalna wiadomość dla Pomorza” zawiera wiele niepopartych faktami spekulacji,  sugestii i insynuacji uderzających w dobre imię, wizerunek oraz renomę PKN ORLEN.

Jaki napływ kapitału na GPW jest możliwy dzięki PPK?

Warszawska giełda jest od 2010 r. nieszczęściem dla inwestorów. Teraz mają ją wzmocnić pieniądze z PPK, ale ich napływ na GPW będzie mniejszy niż początkowo myślał rząd. Nie tylko z powodu słabszego zainteresowania PPK ze strony pracowników.

– Dla wielu inwestorów ostatnia dekada na GPW była koszmarna, od kilku lat nie mamy nawet namiastki hossy – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Jeżeli popatrzymy na to, co dzieje się na Wall Street, to można mieć dużo wewnętrznego żalu. Dziś relacja WIG-20 do indeksu S&P 500 to jest zaledwie ok. 40 proc. tej relacji z 2010 r.

Jedną z istotnych przyczyn jest to, że w indeksie WIG-20 mamy dużo banków i państwowych spółek energetycznych. Inną, odpływ kapitału powiązanego z systemem emerytalnym.

Mogą to zmienić inwestycje Pracowniczych Planów Kapitałowych na GPW. Na giełdę może trafić ok. 60 proc. kapitału PPK.

– Według naszych szacunków dużego napływu kapitału na giełdę należy się spodziewać od 2021 r. – ocenia ekspert XTB. – Wtedy na GPW może napłynąć 6-7 mld zł.

Ta kwota będzie systematycznie rosła, do wysokości 8,5-9 mld zł. w 2025 r.

Największą niewiadomą jest stopa partycypacji w programie. Wiadomo już, że będzie dużo niższa niż zakładał to rząd.

Ale konstrukcja systemu emerytalnego jest te taka, że będzie następował odpływ kapitału z GPW, który XTB szacuje na 3 mld zł rocznie.

GPW Benchmark złożyła wniosek w zakresie WIBID i WIBOR

  • 6 grudnia 2019 r. GPW Benchmark złożyła do Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) wniosek o udzielenie zezwolenia na pełnienie funkcji administratora w zakresie Stawek Referencyjnych WIBID i WIBOR.
  • Wskaźnik WIBOR, z uwagi na systemowe znaczenie dla rynku finansowego, znajduje się na liście kluczowych wskaźników referencyjnych prowadzonej przez Komisję Europejską, obok wskaźników LIBOR, EURIBOR, EONIA i STIBOR

6 grudnia 2019 r. GPW Benchmark, zgodnie z harmonogramem, złożyła do KNF wniosek o udzielenie zezwolenia na pełnienie funkcji administratora wskaźników referencyjnych stopy procentowej, w tym kluczowego wskaźnika referencyjnego. Do wniosku została załączona pełna dokumentacja Stawek Referencyjnych WIBID i WIBOR, dostosowana do Rozporządzenia o Wskaźnikach Referencyjnych.

– Złożenie do KNF dostosowanej do Rozporządzenia BMR dokumentacji dotyczącej wskaźników WIBID i WIBOR jest efektem prac prowadzonych przez GPW Benchmark w ścisłej współpracy z sektorem bankowym i w konsultacji z instytucjami publicznymi, od chwili przejęcia kontroli nad opracowywaniem stawek, czyli od 30 czerwca 2017 r. – mówi Aleksandra Bluj, Wiceprezes Zarządu GPW Benchmark.

Stawki referencyjne WIBID i WIBOR obecnie korzystają z okresu przejściowego, który trwa do momentu wydania przez KNF decyzji o udzieleniu zezwolenia, pod warunkiem złożenia wniosku przed 1 stycznia 2020 r. Dzięki temu zostanie zachowana ciągłość możliwości stosowania stawek WIBID i WIBOR przez podmioty nadzorowane w umowach i instrumentach finansowych, zarówno zawartych przed 1 stycznia 2020 r., jak i tych, które będą zawierane po tej dacie.

– Dziękujemy wszystkim zaangażowanym w ten wymagający etap procesu dostosowywania Stawek Referencyjnych WIBID i WIBOR. Złożenie wniosku nie kończy procesu dostosowania. Przed nami etap postępowania administracyjnego, składania ewentualnych uzupełnień i wyjaśnień w jego toku oraz dokonywania zmian na żądanie organu nadzoru. Równolegle będzie się toczyć faza wdrożeniowa wymogów nowej dokumentacji tak w GPW Benchmark, jak i u Uczestników Fixingu. Przed podjęciem decyzji organ nadzoru musi się upewnić, czy wszystko w praktyce działa tak, jak zostało opisane w dokumentach. Rok 2020 będzie zatem czasem jeszcze bardziej wytężonej pracy – dodaje Aleksandra Bluj.

Uczestnikami Fixingu Stawek Referencyjnych WIBID i WIBOR są: Bank Gospodarstwa Krajowego, Bank Handlowy w Warszawie, Bank Millennium, Bank Polska Kasa Opieki, BNP Paribas Bank Polska, Deutsche Bank Polska, ING Bank Śląski, mBank, PKO Bank Polski, Santander Bank Polska.

GPW od samego początku udziela GPW Benchmark szerokiego wsparcia w tym ważnym dla polskiego rynku finansowego procesie. WIBID i WIBOR są dla nas priorytetowe. Cieszymy się, że prace realizowane są terminowo. GPW będzie aktywnie wspierać inicjatywy mające na celu wzmocnienie rynku pieniężnego – mówi Jacek Fotek, Wiceprezes GPW.

Po uzyskaniu zezwolenia w zakresie kluczowego wskaźnika stopy procentowej, jakim jest WIBOR, GPW Benchmark będzie mogła dostarczać rynkowi inne wskaźniki stopy procentowej.

Na stronie www.gpwbenchmark.pl dostępne są niektóre dokumenty dotyczące złożonego wniosku, a także prezentowane są tam już kalkulowane indeksy stopy procentowej, które mogą stać się wskaźnikami alternatywnymi.

Przyszła pora na MIŚ-ie

  • sWIG – indeks małych i średnich spółek odrabia straty
  • Zmiany kadrowe w Pekao S.A. zachwiały kursem banku
  • WIG20 pod kreską

Początek grudnia na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie nie jest satysfakcjonujący dla inwestorów. Polska giełda, w tym roku,  jest jedną z najsłabszych w Europie.

Na WIG20 dominują spadki. Powodem słabej kondycji tego indeksu jest przecena sektora bankowego. Po stanowisku TSUE polskie sądy wydają więcej pozytywnych orzeczeń dla kredytobiorców. Coraz więcej umów może być „odfrankowionych”. Dodatkowo w ubiegłym tygodniu Sąd Najwyższy stwierdził, że kredyt frankowy może zostać przewalutowany i zachować referencyjną wysokość oprocentowania LIBOR. Inwestorzy szybko zareagowali na te decyzję, w związku z czym część banków zaczęła mocno tracić na wartości. Najwięcej straciły PKO BP, Millenium i Santander. Dodatkowo na wycenę sektora bankowego negatywnie wpłynęła również decyzja TSUE w sprawie prowizji pobieranych przy gotówkowych kredytach konsumenckich. Zdaniem Trybunału kredytobiorcy, który spłacili kredyt przed czasem, powinni otrzymać zwrot części opłat i prowizji.

Kolejnym istotnym czynnikiem, który negatywnie odbił się na sektorze finansowym, była niedawna informacja o rezygnacji prezesa Pekao S.A Michała Krupińskiego, oraz dwóch członków zarządu banku: Michała Lehmanna i Piotra Wetmańskiego z pełnionych stanowisk. Przetasowania kadrowe zaskoczyły inwestorów i znacząco odbiły się na kursie spółki.

Dobre wiadomości płyną natomiast z sWIGu, notowania indeksu wzrosły. Wpływ na to mogło mieć kilka czynników. Po pierwsze, zakończył się sezon wyników za trzeci kwartał br. Wiele spółek opublikowało wyniki lepsze od oczekiwanych. Po drugie, możemy mówić o pewnym zjawisku sezonowym, kiedy to na przełomie roku rosną notowania małych i średnich spółek. Wspierająco na notowania wpłynęła również dodatnia projekcja salda kupna i sprzedaży akcji przez OFE,  oraz ruszająca w styczniu kolejna tura PPK.

Szum informacyjny nie pomaga rynkom

  • Brexit już nie straszny, kurs funta umacnia się
  • Spór wokół sytuacji w Honkongu i Sinciang nie wpływa na postęp negocjacji
  • Wskaźniki makroekonomiczne dla strefy euro notują wzrosty

W listopadzie na giełdach dominowały nastroje „risk-on”. Indeksy akcji poszły w górę. Wciąż głównym czynnikiem wpływającym na decyzje inwestorów jest wojna handlowa pomiędzy Pekinem a Waszyngtonem. Inwestorzy otrzymują sprzeczne sygnały dotyczące postępów w negocjacjach. Jednego dnia dowiadujemy się, że strony konfliktu doszły do porozumienia w kluczowych kwestiach, następnego czytamy tweet Prezydenta Donalda Trumpa, że podoba mu się pomysł, aby z umową poczekać do wyborów w przyszłym roku.

Przełomową datą w negocjacjach może okazać się 15 grudnia, kiedy to zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami powinna zakończyć się I faza rozmów. Po tym terminie mają wejść w życie kolejne podwyżki ceł na chińskie towary. Czy tak się stanie, dowiemy są za tydzień. W tej chwili możliwe są dwa scenariusze. Pierwszy to przesunięcie sankcji z połowy grudnia na początek przyszłego roku. Drugi scenariusz przewiduje podpisanie pierwszej fazy porozumienia przed terminem. Oba warianty są realne.

Negocjacje dodatkowo komplikują działania Chin w Hongkongu i Sinciangu. Postępowanie Państwa Środka potępiła Izba Reprezentantów USA, która przyjęła we wtorek ustawę krytykującą działania władz w Pekinie. Chińczycy odpowiedzieli notą dyplomatyczną Ministerstwa Spraw Zagranicznych, oskarżając Stany Zjednoczone o wtrącanie się w wewnętrzne sprawy Chin. Pomimo tego incydentu rozmowy dotyczące zakończenia wojny handlowej są kontynuowane. Wszystko wskazuje jednak na to, że na finał rozmów przyjdzie nam jeszcze poczekać.

Przeciągający się konflikt handlowy nie wpłynął negatywnie na nowojorski indeks S&P500, który w tym roku wzrósł już o 25 proc. Jednoznacznie pozytywnie na stopę zwrotu wpływają działania banków centralnych, które prowadzą ekspansywną politykę monetarną.

W Europie uwagę inwestorów zwracają dwa wydarzenia polityczne. Pierwsze to przedterminowe wybory w Wielkiej Brytanii, które zadecydują o kształcie brexitu. Partia premiera Borisa Johnsona wygrywa w sondażach i wygląda na to, że torysi mogą wygrać wybory. Jeśli te prognozy się potwierdzą, to brexit za porozumieniem stron jest realny. Sondaże, dające zwycięstwo Partii Konserwatywnej, pozytywnie wpłynęły na umocnienie kurs funta

Wskaźniki makroekonomiczne dla strefy euro notują delikatne wzrosty. Drobne odbicie w sektorze przemysłowym widać też w niemieckiej gospodarce. Pojawiają się nawet pierwsze głosy, że widmo recesji mamy już za sobą.

Odejście od bezdeficytowego budżetu w Niemczech?

  • RPP: stopy procentowe pozostaną bez zmian
  • Tempo wzrostu w Polsce zgodne z projekcją
  • Wraca temat stymulusa fiskalnego w Niemczech

Na ostatnim w tym roku posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej podjęto decyzję o utrzymaniu wysokości stóp procentowych na dotychczasowych poziomach. Stopa referencyjna NBP wynosi nadal 1,5 proc. Prof. Adam Glapiński powtórzył, że do końca trwania jego kadencji, czyli do kwietnia 2022 roku, stopy procentowe pozostaną bez zmian. Prezes NBP uważa, że lekkie spowolnienie gospodarcze i wzrost inflacji są przejściowe. Tym samym — jego zdaniem – tempo wzrostu PKB w 2020 roku będzie zgodne z listopadową projekcją i zostanie na poziomie 3,5-4 proc. r/r.

Warto jednak zwrócić uwagę na gołębie nastawienie dwóch członków Rady, profesorów Eryka Łona i Jerzego Żyżyńskiego, którzy nie wykluczają obniżki stóp. Prof. Żyżyński podkreśla, że jeśli osłabienie PKB będzie istotne (poniżej 3 proc.), to pomimo wysokiej inflacji, jest miejsce na obniżkę o 50 pb. Rynek zaczyna ją powoli wyceniać, jednak najbardziej prawdopodobny konsensus, dotyczący oczekiwań co do stóp procentowych sugeruje, że będą one bez zmian w przyszłym i prawdopodobnie w 2021 roku.

Możemy spodziewać się, że w I kw. 2020 roku inflacja przekroczy 3 proc. Najświeższe prognozy są już nawet na poziomie 3,3 proc. – czyli w górnym pasie przedziału celu inflacyjnego RPP.

Inwestorzy zagraniczni zmniejszają pozycję w polskich obligacjach skarbowych

Inwestorzy zagraniczni wciąż sprzedają polskie papiery skarbowe. Od  2018 roku sprzedali już 55 mld obligacji – ok. 10 proc całości obligacji na rynku. Nie wpłynęło to znacząco na rynek długu, ponieważ podaż spotkała się z popytem. Obligacje skarbowe kupiły krajowe banki. Dzisiaj w rękach inwestorów zagranicznych jest 23 proc. wszystkich polskich obligacji na kwotę  155 mld.

Powraca temat luzowania polityki fiskalnej w Niemczech

U naszych zachodnich sąsiadów odbyły się wewnętrzne wybory w partii SPD (Socjaldemokratyczna Partia Niemiec), która rządzi w koalicji z chadeckim blokiem CDU/CSU. Priorytetem działań nowego zarządu partii jest odejście od polityki oszczędności i utrzymywania zrównoważonego budżetu. Nowe władze są też zwolennikami wprowadzenia pakietu klimatycznego oraz silnej podwyżki płacy minimalnej. Koalicjanci CDU/CSU są przeciwni tym zmianom. Reakcją na wygraną lewicowych polityków i napięcie wewnątrz wielkiej koalicji był poniedziałkowy wstrząs niemieckich obligacji. Mamy do czynienia ze spowolnieniem i część analityków uważa, że gospodarka niemiecka powinna wprowadzić stymulus fiskalny. Rośnie również grupa zwolenników postulujących odejście w Niemczech od bezdeficytowego budżetu.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 9.12 – 13.12

Rynki w większości przypadków kontynuują konsolidację, a inwestorzy zachowują ostrożną postawę. Wciąż pozostajemy bez rozstrzygnięć w sporze handlowym, ale z nadziejami na pozytywny finał. Dane makro sugerują odbijanie od dna, ale tempo poprawy nie jest zadowalające. Odczyty w kolejnych dniach przypomną o wyzwaniach czekających w 2020 r. Posiedzenia Fed i EBC nie powinny przynieść zmiany retoryki. Po wyborach w Wielkiej Brytanii oczekuje się zwycięstwa Borisa Johnsona i przyspieszenia prac nad wdrożeniem brexitu.

Przyszły tydzień: FOMC, CPI/sprzedaż z USA, ZEW, EBC, wybory w Wlk. Brytanii, SNB, indeksy zaufania konsumentów i biznesu z Australii

USA

Ostatnim razem Fed przyrzekł powstrzymanie się od zmian w polityce pieniężnej do końca roku i zakładamy, że na najbliższym posiedzeniu (wt-śr) dotrzyma obietnicy. W ujęciu netto od ostatniego razu warunki ekonomiczne uległy nieznacznej zmianie. Silny rynek pracy i poprawa w twardych danych z przemysłu spotkała się z oznakami chwiejności w indeksach koniunktury. Dodatkowo członkowie FOMC w indywidualnych wystąpieniach podkreślali przejście banku w tryb „wait-nad-see”. W związku z powyższym spodziewalibyśmy się niewielkich zmian w prognozach makroekonomicznych, podczas gdy projekcja ścieżki stóp procentowych powinna implikować brak zmian w 2020 r. z utrzymaniem wzrostowego nachylenia w kolejnych latach. Komunikat i konferencja powinny być utrzymane w ostrożnym tonie wskazującym, że w przyszłości obniżki są bardziej prawdopodobne niż podwyżki. Z raportów CPI (śr) i sprzedaż detaliczna (pt) będą najbardziej interesujące, choć w tygodniu z posiedzeniem FOMC tracą na znaczeniu. Wydaje się mało prawdopodobne, aby wydźwięk decyzji FOMC mógł zaszkodzić dolarowi.

Strefa euro

Jeśli wierzyć optymizmu odzwierciedlonemu w notowaniach DAX, indeks ZEW (wt) powinien pokazać dalszą poprawę oczekiwań inwestorów i analityków. Mimo to bez podobnej poprawy w twardych danych makro, wpływ na EUR może być marginalny. Grudzień przyniesie pierwsze posiedzenie Rady EBC z udziałem nowej prezes Christine Lagarde (czw). Nie spodziewamy się zmian w parametrach polityki, a uwaga skupi się na tym, jakie podejście zamierza przyjąć nowa prezes i jak zmieniły się prognozy gospodarcze EBC. Wydaje się za wcześnie, aby Lagarde wprowadzała swój porządek, więc w tym aspekcie niespodzianka może być największa.

Wielka Brytania

W czwartek Brytyjczycy idą do wyborów, które mogą mieć kluczowy wpływ na przyszłość brexitu. Sondaże dają wyraźną przewagę Partii Konserwatywnej i przejęcie kontroli nad parlamentem przez Borisa Johnsona powinno przyspieszyć prace nad opuszczeniem UE do końca stycznia 2020 r. Pod tym kątem zwycięstwo torysów oznacza impuls do wstępnego rajdu funta, choć rozwód z Unią to tylko jedno z wielu trudnych zadań przed nowym rządem, a zatem sprzedaż faktów jest ryzykiem dla notowań GBP nim dobrniemy do weekendu. Wynik implikujący rząd mniejszościowy podniesie ryzyko kolejnego odroczenia brexitu.

Szwajcaria

Ponieważ EUR/CHF od września pozostaje stabilny pomimo nowej ofensywy monetarnej EBC, Szwajcarski Bank Narodowy nie jest zmuszony do naganiającego luzowania. Po grudniowym posiedzeniu (czw) stopy procentowa powinna pozostać na -0,75 proc., a SNB powtórzy mantrę o przewartościowaniu franka.

Polska

Najbliższe dni nie przynoszą odczytów z Polski i złoty pozostanie na pastwie czynników zewnętrznych. Póki utrzymuje się ślepa nadzieja na pozytywne rozstrzygnięcia w sporze handlowych USA-Chiny, aktywa rynków wschodzących są chronione przed presją wyprzedaży. Sądzimy jednak, że z obecnego położenia złoty ma więcej do stracenia niż zyskania, szczególnie jeśli zbliżanie się do świątecznej przerwy będzie skłaniać inwestorów od domykania pozycji.

Australia

W Australii gorszy od oczekiwań odczyt sprzedaży detalicznej i rozczarowujący wkład konsumpcji prywatnej w PKB w III kw. przerzucają uwagę na postawę konsumenta. Pod tym kątem indeks zaufania konsumentów (śr), ale też indeks zaufania biznesu (wt) będą istotne dla notowań AUD w najbliższym czasie. AUD ma za sobą dobre kilka dni, więc jego wrażliwość na słabe dane będzie większa.

Kanada

Zapowiada się ubogi w wydarzenia kalendarz z Kanady (dane z rynku mieszkaniowego – pon), co da czas na porządki po ostatnich zawirowaniach. Neutralne stanowisko Banku Kanady dało impuls do umocnienia CAD, ale fatalny raport z rynku pracy przywrócił dyskusję o złagodzeniu polityki. W krótkim terminie narastanie pesymizmu wobec waluty powinno dominować.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.