Nowe przepisy o specjalnych strefach ekonomicznych w Sejmie. Dzięki nim do Polski mogą napłynąć nowe inwestycje

Nowe przepisy o specjalnych strefach ekonomicznych w Sejmie. Dzięki nim do Polski mogą napłynąć nowe inwestycje 1

Proponowane przepisy o specjalnych strefach ekonomicznych pozwolą stworzyć lepiej płatne i wysokiej jakości miejsca pracy – podkreśla Janusz Michałek, prezes Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Przyznawane inwestorom punkty za współpracę z uczelniami, klastrami czy za działy badań i rozwoju mogą być gwarantem zaawansowanej technologicznie inwestycji. Te zaś mogą przyciągnąć wysoko wykwalifikowanych pracowników, a to ich brak jest największą bolączką inwestorów.  

Zmiany założone w ustawie o wspieraniu nowych inwestycji oznaczają prawdziwą rewolucję dla SSE. Przede wszystkim rozszerza możliwość udzielania ulg podatkowych firmom, które inwestują nie tylko w specjalnych strefach ekonomicznych, lecz także na terenie całego kraju. Nie będzie więc już potrzeby rozszerzania granic stref. Dotychczas obszar objęty SSE wynosił 25 tys. ha, czyli 0,08 proc. powierzchni kraju.

– Nowa ustawa oznacza, że nie będzie już granic. To była wielka bariera. Czasami mieliśmy bardzo dobrą inwestycję, ale ulokowaną w biurowcu poza strefą. Dzisiaj tej bariery nie będzie. Plusem jest na pewno duża liczba kryteriów jakościowych, które mówią, że inwestor dostanie punkty za współpracę z uczelniami, za działy R&D, współpracę z klastrami. To cieszy, bo wtedy wiemy na pewno, że taka inwestycja będzie bardzo mocno zaawansowana technologicznie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Michałek, prezes Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Cenione mają być zwłaszcza te inwestycje, które pozytywnie przełożą się na rozwój gospodarczy kraju i danego regionu. Według ustawy, nad którą pracuje Sejm, projekt inwestycyjny będzie mógł otrzymać maksymalnie 10 punktów jakościowych w obszarze rozwoju naukowego (współpraca z uczelniami, rozwój klastrów, działalność B+R), rozwoju strukturalnego (zatrudnienie kadry ze specjalistycznym wykształceniem, stworzenie wysokopłatnych miejsc pracy), zrównoważonego rozwoju (kluczowe jest miejsce inwestycji, dodatkowe punkty za wsparcie małych firm oraz inwestycje w średnich miastach) oraz rozwoju zasobów ludzkich (dodatkowe benefity dla pracowników).

– Zmienia się sposób myślenia. Już nie wystarczy dobry teren, nawet dobrze przygotowany, z uzbrojeniem, bo inwestor jest bardzo wymagający. Przede wszystkim trzeba stawiać na pracownika, na jego wykształcenie, to dla SSE wielka szansa, ale i wielkie zagrożenie, bo w Polsce bezrobocie jest dziś bardzo niskie. Obecnie nie zależy nam na samych miejscach pracy, ale na tych wysokospecjalistycznych, wysokoinnowacyjnych, przy mocnym zaawansowaniu technologicznym. To staramy się robić w strefach, a nowa ustawa zmierza właśnie ku temu, żeby takie inwestycje przyciągać – podkreśla prezes KSSE.

Nowe przepisy mają przyciągnąć te najbardziej wartościowe inwestycje. Im bardziej zaawansowane technologicznie inwestycje, tym większa szansa na przyciągnięcie najlepszych pracowników. To może stanowić odpowiedź na największą bolączkę inwestorów, czyli brak wykwalifikowanej kadry.

– Ostatni rok był rekordowy dla Katowickiej SSE – 60 zezwoleń i ponad 3,5 mld zł bezpośrednich inwestycji to wynik najlepszy w historii. W tym roku też nie zwalniamy. Mamy już prawie 1 mld zł inwestycji i kilkanaście zezwoleń. Jest trochę obaw, czy nowe przepisy nie spowodują zatrzymania inwestycji bezpośrednich, ale widzimy, że zmienia się jakość miejsc pracy. Z kilku tysięcy miejsc dzisiaj mamy ich kilkaset, ale te miejsca pracy są zdecydowanie lepsze i dobrze płatne – mówi Janusz Michałek.

Fińskie innowacje mogą poprawić efektywność polskiego rolnictwa. Tamtejsze firmy szukają w Polsce partnerów do współpracy

Fińskie innowacje mogą poprawić efektywność polskiego rolnictwa. Tamtejsze firmy szukają w Polsce partnerów do współpracy 2

Fińskie technologie rolnicze znane są na świecie z wysokiej jakości i wydajności. Z jednej strony to efekt warunków klimatycznych, z drugiej – wysokich nakładów tamtejszych firm na badania i rozwój. Nowoczesne technologie z Finlandii mogą zwiększyć także efektywność polskiego rolnictwa. Tamtejsi producenci maszyn i firmy agrotechnologiczne szukają w Polsce partnerów i dystrybutorów.

– Przeprowadziliśmy analizę polskiego rynku i odkryliśmy naprawdę interesujące możliwości biznesowe dla fińskich przedsiębiorstw. Niektóre firmy agrotechnologiczne z Finlandii mają już w Polsce swoje spółki córki albo autoryzowanych dystrybutorów. Wiemy, że jest wielki popyt na fińską technologię na tutejszym rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Elina Puszkarzewicz z Business Finland w Helsinkach, dyrektor programu „Agrotechnology from Finland”.

Fińskie technologie rolnicze słyną na świecie z wysokiej jakości i wydajności. Surowe warunki klimatyczne w Finlandii i krótki okres zbiorów wymuszają na fińskich producentach przykładanie dużej uwagi do utrzymania maszyn i urządzeń, szybkiego serwisu oraz dostępności części zamiennych. Pozwala to minimalizować okresy wyłączenia maszyn z eksploatacji. Fińskie firmy – aby utrzymać niezawodność – przeznaczają duże środki na działalność innowacyjną i badawczo-rozwojową.

– Finlandia słynie z innowacyjności. Większość naszych firm z sektora agrotechnologicznego mocno inwestuje w działania badawczo-rozwojowe. Dla przykładu wielkie marki – takie jak Valtra – inwestują nawet 3 do 5 proc. swoich obrotów w R&D. To jeden z powodów, dla których szukamy możliwości współpracy z polskimi firmami, ponieważ jest to mocny obszar naszej działalności. Chcemy tu przeprowadzić kilka programów pilotażowych z polskimi firmami – mówi Elina Puszkarzewicz.

Producenci maszyn i firmy agrotechnologiczne z Finlandii szukają w Polsce partnerów i dystrybutorów. Zainteresowane współpracą i nawiązywaniem długoterminowych kontraktów są również przedsiębiorstwa z segmentu technologii dla hodowców i przemysłu drzewnego. Skandynawskie innowacje mogą wpłynąć na wzrost efektywności polskiego rolnictwa.

– Koncentrujemy się na działaniach badawczo-rozwojowych, ale opracowujemy również różnego rodzaju rozwiązania sprzyjające zrównoważonemu rozwojowi, dla przykładu systemy energooszczędne. W Finlandii i w całej Skandynawii gorącym tematem jest ostatnio gospodarka obiegu zamkniętego i w tym obszarze również tworzymy interesujące projekty – mówi dyrektor programu Elina Puszkarzewicz.

Program Agrotechnology from Finland – promujący fińskie technologie rolnicze na świecie – zaliczył Polskę do kierunków priorytetowych w 2018 roku. W marcu w Warszawie gościła misja gospodarcza czołowych fińskich dostawców technologii dla rolnictwa, którzy zaprezentowali rozwiązania takie jak modułowe mieszalnie pasz, stacje przetwarzania biomasy rolniczej, automatyczny system wymiany ściółki w gospodarstwach mleczarskich czy mobilne suszarnie do ziarna.

Polskie firmy i podmioty zainteresowane współpracą z fińskimi przedsiębiorstwami mogą się zgłaszać do warszawskiego biura Business Finland, przedstawicielstwa handlowego działającego przy Ambasadzie Finlandii.

– Polska jest jednym z kluczowych rynków docelowych dla naszego programu Agrotechnology from Finland. Ten program dotyczy trzech sektorów: maszyn rolniczych, rozwiązań dla hodowców oraz maszyn dla przemysłu leśnego. Ponieważ Polska jest na pierwszym miejscu pod względem liczby rolników czy firm rolniczych, to dla fińskich przedsiębiorców jest to bardzo interesujący rynek – mówi Elina Puszkarzewicz.

Inflacja w centrum uwagi polskiej gospodarki. W najbliższych miesiącach istotne będzie też przygotowanie budżetu na spadek koniunktury

Inflacja w centrum uwagi polskiej gospodarki. W najbliższych miesiącach istotne będzie też przygotowanie budżetu na spadek koniunktury 3

Zarówno Rada Polityki Pieniężnej, jak i Europejski Bank Centralny nie spieszą się z zaostrzaniem polityki monetarnej. Kwestia inflacji będzie jednak w najbliższym czasie najistotniejszym tematem w polskiej gospodarce. W dalszej perspektywie natomiast liczyć się będzie stabilność budżetu w razie ewentualnego pogorszenia koniunktury. Na to się na razie nie zanosi, bo ekonomiści zgodnie przyznają, że i w tym, i w przyszłym roku wzrost gospodarczy będzie powyżej 4 proc.

Wydaje się, że w najbliższym czasie w polskiej gospodarce dyskusja będzie się skupiała wokół inflacji, czy ona będzie rosła i w jakim tempie. Od tego też będzie potem zależało dalsze nastawienie polskiego banku centralnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Walewski, główny ekonomista BGK. – Na razie mamy bardzo gołębie nastawienie. W marcu Rada Polityki Pieniężnej była jeszcze bardziej gołębia niż do tej pory, w związku z tym jeżeli inflacja nie zacznie odbijać, to możemy się spodziewać kontynuacji tego nastawienia. Jeżeli inflacja zacznie odbijać w górę i pojawi się zagrożenie wyjścia poza cel inflacyjny, to wtedy nastawienie RPP się zmieni, będzie ona coraz bardziej jastrzębia.

Rada Polityki Pieniężnej po raz ostatni zmieniła poziom stóp procentowych ponad trzy lata temu – 5 marca 2015 roku – i była to obniżka. W górę stopy poszły po raz ostatni w maju 2012 roku, a decyzja ta była zaskakująca i krytykowana. Po niej nastąpiła seria dziesięciu obniżek.

Inflacja wróciła na polski rynek w grudniu 2016 roku i od tej pory tylko raz – w listopadzie 2017 roku – zrównała się z celem inflacyjnym, który wynosi 2,5 proc. Według projekcji Narodowego Banku Polskiego średnioroczna inflacja w 2018 roku będzie niewiele wyższa od ubiegłorocznej i wyniesie 2,1 proc. W kolejnym roku ma podskoczyć do 2,7 proc., a w 2020 roku – do 3 proc. To jednak wciąż są wartości pozostające w marginesie odchyleń od celu inflacyjnego (+/- 1 pkt proc.). Raczej nikt nie spodziewa się zatem na razie podwyżki stóp w bieżącym roku, choć ceny na pewno będą wnikliwie obserwowane.

Jeżeli chodzi o dłuższy okres, to tutaj istotną rzeczą dla gospodarki jest sytuacja fiskalna. W tej chwili mamy bardzo dobrą sytuację fiskalną, deficyt budżetowy spada, dochody podatkowe rosną, przede wszystkim dzięki uszczelnieniu luki VAT-owskiej, natomiast pozostaje pytanie, jak sytuacja fiskalna zareaguje na pogorszenie się koniunktury, czy będziemy w stanie utrzymać dobre wyniki, czy one się pogorszą – podkreśla Mateusz Walewski. – Po inflacji drugim tematem w dłuższym horyzoncie będzie stabilność sytuacji fiskalnej, ale w tej chwili wydaje się, że wszystko idzie w dobrym kierunku.

W 2017 roku dochody budżetu państwa wyniosły 350,5 mld zł, o 7,7 proc. więcej niż zakładano. Wpływy z podatków przekroczyły plan o 4,7 proc., przy czym dochody ze wszystkich podatków były wyższe od oczekiwanych z wyjątkiem akcyzy, gdzie odnotowano minimalnie (o 1,1 proc.) niższy poziom. Wydatki budżetu wyniosły niecałe 375,9 mld zł i były niższe od założonych w ustawie budżetowej o 2,3 proc. Deficyt zamknął się kwotą niemal 25,4 mld zł, a to nawet nie połowa wartości założonej w ustawie. Wszystko to jednak odbywa się w warunkach znakomitej koniunktury nie tylko u nas, lecz takżr u naszych partnerów handlowych, głównie w strefie euro.

Wszyscy są dość zgodni, że polskie PKB będzie rosło w tempie powyżej 4 proc. rocznie w tym roku i pewnie w przyszłym, może trochę wolniej, ale też w podobnych granicach i tutaj nasze prognozy się niewiele różnią – przewiduje główny ekonomista BGK. – Oczywiście wzrostowi gospodarczemu w Europie sprzyjać będzie pozostawienie miękkiego nastawienia EBC, więc pewnie powinniśmy się tego spodziewać – im dłużej będzie dobra koniunktura w Europie, tym dłużej będzie ona u nas.

W marcu Europejski Bank Centralny nie zmienił parametrów swojej polityki, jednak obserwatorzy zwrócili uwagę na fakt, że z komunikatu zniknął zapis o gotowości do zwiększania wspomagającego gospodarkę luzowania ilościowego (skupu obligacji) w przyszłości. Słowa prezesa EBC Maria Draghiego złagodziły jednak wydźwięk tego przekazu, podobnie jak prognozy obniżające przewidywaną inflację w strefie euro.

Konstytucja dla Biznesu czeka na podpis prezydenta. Firmy liczą m.in. na ułatwienia w rozstrzyganiu sporów

Konstytucja dla Biznesu czeka na podpis prezydenta. Firmy liczą m.in. na ułatwienia w rozstrzyganiu sporów 4

Przyjęta przez parlament na początku marca tego roku Konstytucja dla Biznesu wprowadza pakiet zmian, które mają nie tylko ułatwić prowadzenie w Polsce działalności gospodarczej, lecz także zbudować całkowicie nowe relacje na linii administracja – biznes. Grupa Arcus liczy, że nowo uchwalone przepisy pomogą jej w rozwiązaniu długoletniego sporu ze spółką Energa-Operator, którego początki sięgają 2011 roku. Firma deklaruje chęć polubownego rozwiązania sporu.

Przejrzystość i jasność prawa jest tym, co pozwala przedsiębiorcom na rozwijanie biznesu. Ułatwienia są istotne, natomiast czytelne zasady gry –najważniejsze. Premier Mateusz Morawiecki doskonale zna realia polskiej przedsiębiorczości, ale zmiany wprowadzone w Konstytucji dla Biznesu mogą niestety zderzyć się z mentalnością urzędników – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Czeredys, prezes zarządu Grupy Arcus.

Pakiet pięciu ustaw, nazywanych Konstytucją dla Biznesu, został ostatecznie przyjęty przez Sejm 6 marca. Teraz czeka na podpis prezydenta. Nowe przepisy, które prawdopodobnie zaczną obowiązywać już w kwietniu, mają ułatwić rozpoczynanie i prowadzenie działalności gospodarczej w Polsce oraz wzmocnić zaufanie biznesu do administracji i odwrotnie. Dotyczą głównie działalności nierejestrowej, ulgi na start dla początkujących przedsiębiorców (zwolnienia ze składek na ubezpieczenie społeczne przez pierwsze pół roku), powołania rzecznika MŚP i osobnych regulacji dla inwestorów zagranicznych.

Nie bez znaczenia jest ułatwienie procedur rozpoczynania działalności dla małych przedsiębiorstw, jak też zredukowanie kontroli, na które dzisiaj narzeka wielu przedsiębiorców. Mam nadzieję, że wprowadzone zmiany ułatwią kontakt między przedsiębiorcą a administracją publiczną i spowodują bardziej partnerskie podejście – mówi Michał Czeredys.

Konstytucja dla Biznesu oznacza największe od 25 lat zmiany w przepisach dotyczących działalności gospodarczej. Wprowadza zasadę: „co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone”, domniemania uczciwości przedsiębiorcy i rozwiązywania wątpliwości na jego korzyść.

Grupa Arcus liczy, że nowo uchwalone przepisy pomogą jej w rozwiązaniu długoletniego sporu spółką Energa-Operator. Jego korzenie sięgają 2011 roku, kiedy oba podmioty zawarły umowę ramową na dostawę inteligentnych liczników energii – wówczas był to największy taki projekt w Polsce i jeden z największych w Europie.

W ramach dwuetapowej współpracy Arcus dostarczył w sumie 420 tys. sztuk inteligentnych liczników zdalnego odczytu energii elektrycznej. W opinii firmy umowa od początku miała mankamenty, przedmiot zamówienia zdecydowanie różnił się od tego, którego Energa-Operator wymagała na początku, a w trakcie współpracy energetyczna spółka w ogóle przestała współpracować. W efekcie grupa Arcus złożyła wniosek o stwierdzenie nieważności umowy. Postępowania sądowe w tej sprawie toczą się już od ponad dwóch lat.

Jesteśmy w długotrwałym sporze. Z naszego punktu widzenia idealnym rozwiązaniem byłoby polubowne zamknięcie tego projektu. Pewne rozstrzygnięcia sądowe w tej kwestii miały miejsce, a są one na niekorzyść Energi-Operator. Dlatego czekamy, zobaczymy, jakie nastąpią zmiany, jak będą do tego podchodzili obecni urzędnicy. My deklarujemy chęć rozmowy i wierzymy w polubowne rozwiązanie tego sporu – podkreśla Michał Czeredys.

Głos kobiet jest coraz lepiej słyszany w biznesie i polityce. W praktyce jednak mniej zarabiają i rzadko zasiadają w zarządach

Głos kobiet jest coraz lepiej słyszany w biznesie i polityce. W praktyce jednak mniej zarabiają i rzadko zasiadają w zarządach 5

Idea Women Power jest coraz silniejsza i widać to dobrze w mediach społecznościowych. To jeden z powodów, dla których głos kobiet staje się coraz bardziej słyszalny w wielu dziedzinach, również w polityce i biznesie. Wciąż jednak w praktyce mają do czynienia ze szklanym sufitem. Paniom, choć często mają wyższe kwalifikacje niż mężczyznom, trudniej jest się przebić na rynku pracy, a dodatkowo są gorzej wynagradzane.

 Empower Women to wzmacnianie kobiet i potencjału kobiet. To szereg kampanii i zróżnicowanych aktywności na rzecz zwiększenia ich ilościowej i jakościowej obecności w polityce, w zarządach firm. To jest nie bez znaczenia dla marek, które dziś szukają na nowo sposobu, w jaki komunikować się ze współczesną kobietą, bo ta ma już zupełnie inny obraz siebie, inne oczekiwania i przede wszystkim żyje zgodnie z ideą Women Not Object. Ma dość tego, że jest uprzedmiotowiana i traktowana stereotypowo. Współczesna kobieta to właśnie Women Power, czyli świadoma swoich potrzeb, oczekiwań i przede wszystkim wykorzystująca możliwości, jakie dają współczesne czasy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Stopyra-Fiedorowicz, autorka Women Power Index.

Women Power ma walczyć ze stereotypami, podkreśla niezależność kobiet i wzmacnia ich głos w publicznej dyskusji. Jak wynika z badania Women Power Index, takie hashtagi jak HASHgirlspower, HASHwomenpower czy HASHgogirl pojawiły się w 2016 roku ponad 16 tys. razy w mediach społecznościowych, zwłaszcza na Instagramie. Pojawiają się one w różnych kontekstach, zarówno przy spotkaniach prywatnych, jak i w publicznej debacie, np. podczas marszów przeciwko planom zaostrzenia przepisów aborcyjnych w Polsce. Towarzyszą także różnym aktywnościom fizycznym, zdrowemu odżywianiu, ale też przedsiębiorczości czy  polityce. Ubiegłoroczny sondaż CBOS na zlecenie agencji ONZ-Kobiety wskazuje, że według dwóch trzecich Polaków głos kobiet powinien być w polityce lepiej słyszany.

– Media społecznościowe są mikrofonem i trampoliną dla kobiet do tego, żeby wskazywały na kwestie dla nich ważne, na to co je boli, co im się nie podoba, na co nie dają zgody – tłumaczy Joanna Stopyra-Fiedorowicz.

To też sprawia, że kobiety stają się coraz istotniejszą grupą konsumentów, choć bardzo niejednorodną. Dlatego marki, które chcą do niej dotrzeć, muszą zmienić sposób myślenia o tej zróżnicowanej i zarazem najsilniejszej grupie konsumentów.

Idea Women Power jest też coraz lepiej rozpoznawana, zarówno wśród pań, jak i panów. Z Woman Power Index wynika, że tyko 20 proc. kobiet nie widzi przejawów tej idei w żadnym aspekcie życia. Najczęściej kojarzy się z feminizmem, siłą i energią kobiet. Mężczyźni wskazują też na inne skojarzenia, m.in. z idealną gospodynią i żoną, z kobietą dążącą do celu bez względu na wszystko, czy z rządami kobiet.

Rozumienie hasła Women Power przez kobiety i mężczyzn w dużej mierze jest zbieżne. Najczęściej badani wskazali właśnie na silną, przedsiębiorczą kobietę, na kobietę, która wie czego chce, natomiast częściej w przypadku mężczyzn niż kobiet zdarza się stereotypowe, a nawet pejoratywne podejście do Women Power, że to jest kobieta, która chce zniszczyć mężczyzn, albo kobieta, która za dużo chce w życiu – mówi Joanna Stopyra-Fiedorowicz.

Jak wskazuje badanie, 36 proc. Polaków uważa, że kobietom w Polsce żyje się tak samo jak mężczyznom. Same kobiety uważają jednak, że jest im trudniej (44 proc.), co trzecia – że tak samo, a co piąta – że łatwiej. Tu opinie mężczyzn są trochę inne – 32 proc. badanych panów wskazało, że kobietom w Polsce żyje się lepiej, ale 41 proc. podkreśla, że nie widzi różnic.

 Współczesna kobieta często jest mamą, partnerką, ogarnia ognisko domowe, odpowiada za budżet, dba o swoje zdrowie i urodę. Standardy w każdym z tych obszarów podniosły się jednak do niebotycznego poziomu, dużo czasu zajmuje nam, żeby jakoś znaleźć złoty środek i dobry pomysł na to, jak tym standardom sprostać, z drugiej strony do naszego kalendarza i naszych obowiązków dołożyłyśmy sobie szalenie dużo dodatkowych aktywności – ocenia Stopyra-Fiedorowicz.

Choć sytuacja kobiet stopniowo się poprawia, wciąż jest wiele do poprawienia. Z ostatniej edycji badania „Women in Business”, które opracowała firma Grant Thornton, wynika, że w Polsce kobiety stanowią 34 proc. wyższej kadry kierowniczej. Eksperci podkreślają, że na tle innych państw Europy czy świata i tak jest to wysoki odsetek.

Statystyki pokazują jednak ogromne dysproporcje w zależności od branży. Z danych Komisji Europejskiej wynika, że z około 7 mln pracowników zatrudnionych w sektorze ICT tylko 30 proc. to kobiety, które są niedostatecznie reprezentowane zwłaszcza wśród kadry zarządzającej – tylko 19 proc. pracowników branży ICT ma kobietę za szefa. Raport „Piękne umysły – rola kobiet w świecie nauki” koncernu kosmetycznego L&HASH39;Oreal z 2016 roku pokazuje, że kobiety zajmują zaledwie ok. 10 proc. najwyższych stanowisk akademickich w UE i 11 proc. najwyższych stopniem naukowców. W ciągu dwóch ostatnich dekad liczba kobiet naukowców wzrosła zaledwie o 3 pkt proc.

Luka płacowa w zarobkach kobiet i mężczyzn sięga w Polsce blisko 20 proc., a dysproporcje w wynagrodzeniach są widoczne na wszystkich szczeblach kariery, niezależne od wielkości przedsiębiorstwa i stażu pracy – wynika z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń na zlecenie Sedlak & Sedlak.

Jest bardzo dużo inicjatyw, które zajmują się poprawianiem jakości funkcjonowania kobiet we współczesnym świecie, przemeblowują trochę ten świat, żeby on był przyjemniejszym miejscem, gdzie jesteśmy bardziej równi niż dotychczas – podkreśla Joanna Stopyra-Fiedorowicz.

Zbliża się termin składania CIT. Firmy inwestujące w innowacje mogą liczyć na coraz wyższą ulgę podatkową

Zbliża się termin składania CIT. Firmy inwestujące w innowacje mogą liczyć na coraz wyższą ulgę podatkową 6

Przedsiębiorstwa, które inwestowały w badania i rozwój w 2017 roku, już wkrótce odliczą do 50 proc. kosztów kwalifikowanych. Tegoroczne inwestycje w innowacje przyniosą firmom jeszcze wyższe oszczędności – 100 proc. odliczenia kosztów kwalifikowanych niezależnie od wielkości firmy i nawet 150 proc. dla centrów badawczo-rozwojowych. Wprowadzone w styczniu zmiany w zasadach odliczeń mają zwiększyć atrakcyjność mało popularnej do tej pory ulgi na działalność badawczo-rozwojową. Nowe przepisy uprościły też zasady rozliczenia kosztów pracowniczych. Do tej pory to właśnie one stanowiły największy problem dla firm rozliczających ulgę na badania i rozwój.

– Z końcem marca upływa termin składania deklaracji rozliczeniowej na podatek dochodowy od osób prawnych. Przedsiębiorcy już od dwóch lat mają prawo i przywilej skorzystania z ulgi na działania badawczo-rozwojowe. Ulga podatkowa to bardzo prosty instrument fiskalny, który polega na tym, że od podstawy opodatkowania podatnik może odpisać koszty, które uznane są przez ustawodawcę jako koszty kwalifikowane – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Burzyńska, dyrektor zarządzająca Ayming Polska.

Ulga na badania i rozwój została wprowadzona w 2016 roku i od tego czasu jest sukcesywnie rozwijana. W 2016 roku wartość odliczenia dla przedsiębiorstw inwestujących w B+R wynosiła 30 proc. kosztów pracowników zatrudnionych w celu realizacji działalności B+R oraz 20 proc. (dla MŚP) lub 10 proc. (dla dużych firm) pozostałych kosztów kwalifikowanych. Dzięki zmianom wprowadzonym pod koniec 2016 roku – w ramach tzw. małej ustawy o innowacyjności – firmy za 2017 rok mogą odliczyć już 50 proc. kosztów pracowników zatrudnionych w celu realizacji działalności B+R oraz 50 proc. (MŚP) lub 30 proc. (duże firmy) pozostałych kosztów kwalifikowanych.

– Trzeba zaznaczyć, że działalność badawczo-rozwojowa może być rozumiana bardzo szeroko. Nie oznacza tylko i wyłącznie bardzo zaawansowanych i skomplikowanych procedur badawczo-rozwojowych. To również każde działanie prowadzone w ramach regularnej, operacyjnej działalności przedsiębiorstwa, które nosi znamiona innowacyjności. Mowa na przykład o ulepszonej recepturze jogurtu, aktualizacji systemu informatycznego czy stworzeniu prototypu nowej maszyny – wyjaśnia Magdalena Burzyńska.

Dyrektor zarządzająca Ayming Polska zwraca uwagę, że do tej pory z ulgi na B+R skorzystała niewielka liczba przedsiębiorstw, ze względu na jej niską atrakcyjność. Sytuację może zmienić tzw. duża ustawa o innowacyjności, która weszła w życie z początkiem tego roku.

 Wprowadza ona bardzo korzystne zmiany dla przedsiębiorstw, które będą mogły łatwiej i w dużo większym zakresie skorzystać z odliczeń podatkowych. Duża ustawa o innowacyjności wprowadza dla przedsiębiorstw dużo hojniejsze odliczenia podatkowe. Przedsiębiorcy będą mogli odliczyć 100 proc. kosztów kwalifikowanych, poniesionych w 2018 roku na działalność badawczo-rozwojową [niezależnie od wielkości firmy – red.]. Dodatkowo, przedsiębiorstwa działające w specjalnych strefach ekonomicznych będą mogły skorzystać również z odliczenia podatkowego w zakresie kosztów, które nie są związane bezpośrednio z działalnością w tych strefach – wyjaśnia Magdalena Burzyńska.

Nowe przepisy wprowadzają jeszcze większe odliczenie dla przedsiębiorstw, które mają status centrum badawczo-rozwojowego. W 2018 roku będą one mogły odliczyć  nawet 150 proc. poniesionych kosztów kwalifikowanych.

– Duża ustawa o innowacyjności znacznie rozszerza katalog kosztów kwalifikowanych, które przedsiębiorca będzie mógł odliczyć od podstawy opodatkowania. Mowa przede wszystkim o specjalistycznym sprzęcie, który nie mógł stanowić środka trwałego i w związku z tym nie mógł być do tej pory amortyzowany. Taki sprzęt, który w praktyce stanowi wyposażenie laboratoriów [naczynia, przybory laboratoryjne, urządzenia pomiarowe wykorzystywane bezpośrednio w pracach badawczo-rozwojowych – red.] będzie kosztem kwalifikowanym, który można odliczyć od podstawy opodatkowania – mówi Magdalena Burzyńska.

Do kosztów kwalifikowanych zaliczone będą również koszty nabycia usługi badań i pomiarów zleconych wyłącznie na potrzeby prowadzonych prac B+R. Dodatkowo duże przedsiębiorstwa zyskają możliwość odliczenia kosztów nabycia i utrzymania patentów i innych praw własności intelektualnej, co do tej pory zarezerwowane było tylko dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Dyrektor zarządzająca Ayming Polska zwraca uwagę, że jedną z ważniejszych zmian wprowadzonych przez dużą ustawę o innowacyjności jest też ułatwienie rozliczania kosztów osobowych pracowników, którzy są zaangażowani w działalność badawczo-rozwojową.

Koszty osobowe stanowią dla wielu przedsiębiorstw największą część wydatków związanych z B+R. Rozliczenie ich stanowiło też największy problem dla przedsiębiorstw, korzystających z ulgi w ubiegłym roku. Firmy, a nawet same organy podatkowe, miały problem z interpretowaniem, na jakiej podstawie zaliczyć do ulgi B+R czas pracownika poświęcony na działalność badawczo-rozwojową.

– Dzisiaj wystarczy ewidencjonowanie czasu pracy pracowników, żeby jasno określić, ile czasu poświęcają na działalność badawczo-rozwojową oraz na inne powierzone im zadania. Dodatkowo za 2018 r. firmy odliczą również koszty współpracowników zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych, pod warunkiem, że zajmują się wyłącznie działaniami B+R – mówi Magdalena Burzyńska.

Wprowadzone zmiany są bardzo korzystne. Nowa ulga na działalność badawczo-rozwojową jest hojniejsza dla przedsiębiorstw, łatwiej jest ją również uzyskać. Ważne, że mogą skorzystać z niej nie tylko duże przedsiębiorstwa o skomplikowanej strukturze, posiadające rozbudowane działy badawczo-rozwojowe, lecz również start-upy i mniejsze przedsiębiorstwa, które chcą inwestować w badania i rozwój, a nie zawsze mogą korzystać z unijnych środków czy innych funduszy wspierających.

Małe i średnie firmy z szansą na znaczą poprawę płynności finansowej. W odzyskiwaniu nieterminowych płatności pomoże im innowacyjne rozwiązanie

Małe i średnie firmy z szansą na znaczą poprawę płynności finansowej. W odzyskiwaniu nieterminowych płatności pomoże im innowacyjne rozwiązanie 7

Na kłopoty z nieterminowym regulowaniem płatności przez kontrahentów skarży się zdecydowana większość firm. Sektor MŚP, w odróżnieniu od dużych firm, ma ograniczone możliwości korzystania z oferty kredytowej czy faktoringu, który pomaga w zachowaniu płynności finansowej. Finiata, która wypełniła rynkową lukę, wprowadzając usługę mikrofaktoringu, w ciągu pierwszego roku zanotowała wzrost liczby klientów o 75 proc. Aktualnie jest jednym z najszybciej rosnących w Polsce fintechów. W tym miesiącu spółka zaczęła też współpracę z jednym z największych w Polsce banków, BGŻ BNP Paribas. 

Rozpoczęliśmy 2018 rok bardzo dynamicznie, w styczniu i w lutym zanotowaliśmy rekordową liczbę obsłużonych klientów. Pod koniec ubiegłego roku mieliśmy ich 9 tys., a obecnie ta liczba wzrosła już do prawie 16 tys. klientów. Jesteśmy najszybciej rozwijającym się fintechem w Polsce, a nasza oferta została bardzo dobrze przyjęta przez rynek – ponad 70 proc. klientów korzysta z naszych usług wielokrotnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Mrotek, menedżer ds. marketingu Finiaty.

Wywodzący się z Niemiec fintech wkroczył na polski rynek w czerwcu ubiegłego roku. W pierwszych miesiącach działalności obsłużył w obu krajach ponad 9 tys. klientów. W grudniu spółka pozyskała finansowanie w wysokości 76 mln zł i grono nowych inwestorów, wśród których jest m.in. Kulczyk Investments. Obecnie na platformie Finiaty zarejestrowanych jest ponad 15,5 tys. klientów. Fintechowa spółka błyskawicznie awansowała w Polsce do pozycji lidera mikrofaktoringu.

– Pomagamy mikroprzedsiębiorcom, dla których niezapłacone faktury lub długoterminowe płatności są problemem znacząco wpływającym na ich kondycję finansową. Finiata oferuje mikrofaktoring cichy, czyli taki, w którym nie kontaktujemy się z kontrahentem w celu zweryfikowania faktury. Współpracujemy z najmniejszymi jednostkami, takimi jak jednoosobowe działalności gospodarcze, które nie są obsługiwane przez banki – wyjaśnia Magdalena Mrotek.

Na kłopoty z nieterminowym regulowaniem płatności przez kontrahentów skarży się zdecydowana większość przedsiębiorstw (85,5 proc. w IV kwartale 2017 r. według „Portfela należności polskich przedsiębiorstw” KRD i BIG). Zatory płatnicze to problem zwłaszcza dla mikro, małych i średnich przedsiębiorstw, ponieważ zagrażają ich płynności finansową. Najczęściej są wynikiem polityki zakupowej dużych firm, które stosują długie terminy płatności wobec podwykonawców.

W okresie pomiędzy wykonaniem zlecenia i wystawieniem faktury a otrzymaniem zapłaty firma musi utrzymać bieżącą płynność, a nie każda jest w stanie sfinansować to ze środków własnych. W odróżnieniu od dużych firm, małe i średnie przedsiębiorstwa często nie spełniają warunków do ubiegania się o kredyt w banku. Z kolei pożyczki pozabankowe są wysoko oprocentowane, a klasyczny faktoring jest skomplikowany i przeważnie niedostępny dla mniejszych firm, zwłaszcza jeśli działają na rynku krócej niż 12 miesięcy. Dodatkowo wymaga on zgody kontrahenta.

Oferta Finiaty skierowana jest do sektora małych i średnich przedsiębiorstw oraz do freelancerów i to właśnie w tym obszarze chcemy dalej rozwijać naszą firmę, ponieważ w ofercie tradycyjnych banków nie ma produktów dedykowanych do problemów naszej grupy docelowej – mówi Magdalena Mrotek.

Finiata wypełniła lukę, wchodząc na rynek z usługą mikrofaktoringu dla MŚP, a nawet jednoosobowych działalności gospodarczych. Finansuje pełną wysokość faktury (zamiast zwyczajowych 80–90 proc.) i zapewnia faktoring w formie cichej, co oznacza że przedsiębiorstwo nie musi martwić się, jak to wpłynie na relacje z kontrahentem. Tylko w pierwszym miesiącu działalności z jej usług skorzystało ponad 2 tys. firm, które uzyskały blisko 2 mln zł na poczet wystawionych faktur.

Finansujemy faktury na 30 lub 60 dni, całkowicie oddzielając daty wymagalności od daty spłaty finansowania. Limity faktoringowe są przyznawane po automatycznej ocenie przez zaawansowany, samouczący się algorytm, który bierze pod uwagę nawet 10 tys. punktów kontrolnych. Nasz system potrzebuje jedynie trzech minut do oceny faktury, a cały proces przyznania gotówki naszemu klientowi trwa trzy godziny – mówi Magdalena Mrotek.

Polska jest kluczowym rynkiem w strategii biznesowej Finiaty. W marcu fintechowa spółka zrobiła kolejny, milowy krok, nawiązując oficjalną współpracę z jednym z największych polskich banków, BGŻ BNP Paribas. W ramach ekosystemu dla nowopowstałych firm bank wprowadził do swojej oferty usługę eMikrofaktoringu, dzięki której klient może zamienić swoje faktury na pieniądze, nie czekając na płatność od kontrahenta.

W 2018 roku Finiata chce rozwiązać 100 tys. problemów mikroprzedsiębiorców. Od naszych klientów wiemy, jakie są ich prawdziwe problemy, czyli płatności za rachunki firmowe, regulowanie należności z dostawcami, wypłaty dla pracowników czy zakup zasobów potrzebnych na zrealizowanie kolejnych zamówień i rozwój firmy – mówi Magdalena Mrotek.

Innowacyjny pomysł na start-up to nie wszystko. Na uruchomienie skutecznej kampanii crowdfundingowej potrzeba nawet 100 tys. zł

Innowacyjny pomysł na start-up to nie wszystko. Na uruchomienie skutecznej kampanii crowdfundingowej potrzeba nawet 100 tys. zł 8

Wprowadzenie nowych pomysłów na rynek z wykorzystaniem środków finansowych zebranych dzięki crowdfundingowi może być dobrym rozwiązaniem dla początkujących przedsiębiorców. Ten sposób staje się coraz bardziej popularny zarówno na świecie, jak i w Polsce. Skuteczna kampania crowdfundingowa wymaga jednak zebrania funduszy jeszcze przed jej uruchomieniem. Eksperci oceniają, że oprócz samego pomysłu na biznes w projekt trzeba już na starcie zainwestować nawet 100 tys. zł.

– Bardzo trudno pozyskać kapitał na sam pomysł, bo najważniejsza jest realizacja. Trzeba przekształcić swój pomysł w coś namacalnego i zrealizować to tak mocno, jak się tylko da z własnych środków. Wtedy, gdy mamy już działający prototyp, który najlepiej ma już pierwszych użytkowników, można uruchomić kampanię crowdfundingową bądź zgłosić się do inwestora i próbować pozyskać środki na dalszy rozwój. Zebranie pieniędzy tylko na sam pomysł jest już praktycznie nierealne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Konik, przedsiębiorca i twórca start-upu Lovely.

Crowdfunding, czyli w dosłownym tłumaczeniu finansowanie przez tłum, to sposób na zebranie potrzebnych funduszy do wprowadzenia opracowanego produktu na rynek. Crowdfunding może być wykorzystany zarówno do przyciągnięcia potencjalnych inwestorów, jak i zainteresowania mediów oraz promocji w internecie.

Kampania crowdfundingowa to według ekspertów optymalna droga do wprowadzania przedsięwzięcia na rynek. Jest tańsza od tradycyjnych metod i pozwala szybciej dotrzeć do odbiorców za pośrednictwem wielu kanałów. Takie kampanie dają również firmom możliwość łatwego poznania reakcji użytkowników na dany pomysł, co często przekłada się na przyszłość projektu. Nie oznacza to jednak, że akcja crowdfundingowa jest całkiem bezpłatna.

– Musimy pamiętać o kosztach przygotowania akcji marketingowej, czyli np. wideo, grafik. Bardzo ważne są też reklamy, które wspierają ruch na takiej kampanii, bo jeśli tego nie reklamujemy, a media nie wspomną o naszej akcji, to nikt się może o niej nie dowiedzieć. Żeby przeprowadzić skuteczną akcję crowdfundingową, trzeba mieć zarezerwowane na ten cel około 100 tys. zł – przekonuje Jakub Konik.

Na rynku działają zarówno kluczowi, międzynarodowi dostawcy, jak i mniejsze, krajowe podmioty. Na świecie do wiodących platform crowdfundingowych możemy zaliczyć m.in. GoFundMe, Indiegogo, Kickstarter, Patreon czy Teespring. W Polsce również działają podobne przedsięwzięcia, takie jak platformy wspieram.to czy PolakPotrafi.pl. Powstają też nowe portale, takie jak Crowdway.pl.

– Chcąc finansować swój start-up, nie musimy się ograniczać tylko do polskich portali crowdfundingowych, aczkolwiek działanie na innych rynkach jest dosyć ryzykowne, jeśli np. nie znamy danego rynku. Crowdfunding społecznościowy bardzo dobrze działa w Wielkiej Brytanii, ale jeśli nie mamy tam wsparcia marketingowego, nie znamy tam rynku, będzie nam trudno. Jeśli ktoś ma start-up w Polsce, to powinien myśleć o polskich platformach crowdfundingowych – przekonuje ekspert.

Sektor finansowania społecznościowego na świecie notuje wzrosty z roku na rok. W najbliższych latach ma rosnąć stabilnie o ok. 17 proc. średniorocznie. W 2021 roku ma osiągnąć wartość ponad 110 mld dol. – wynika z raportu Technavio.

Polskę czeka rewolucja w transporcie publicznym. Samorządy będą kupowały coraz więcej pojazdów zasilanych gazem oraz z napędem elektrycznym

Polskę czeka rewolucja w transporcie publicznym. Samorządy będą kupowały coraz więcej pojazdów zasilanych gazem oraz z napędem elektrycznym 9

W ciągu kolejnych 10 lat Polska ma szansę zostać w Europie liderem nisko- i bezemisyjnego transportu. W tym czasie na ulicach polskich miast pojawi się 3,5 tysiąca autobusów zasilanych paliwami alternatywnymi. Najpopularniejszym jest w tej chwili sprężony gaz ziemny CNG. Zasilane nim autobusy są tańsze od elektrycznych i mają większy zasięg. – Samorządy kupują coraz więcej autobusów gazowych, plany na najbliższe lata pokazują, że ten trend będzie wzrostowy – mówi Henryk Mucha, prezes PGNiG Obrót Detaliczny. Dzięki nowym technologiom pomiarowym zmienić się może także rynek tzw. małego LNG.

– Paliwa alternatywne i transport niskoemisyjny to bardzo ważne elementy walki o poprawę jakości powietrza w Polsce. Przypomnę, że 33 polskie miasta znajdują się na sporządzonej przez WHO liście 50 miast z najbrudniejszym powietrzem w Europie. Im większe miasto, tym większy udział smogu komunikacyjnego. Transport niskoemisyjny i samochody, które poruszają się dzięki paliwom alternatywnym, przyczyniają się do poprawy jakości powietrza – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Woźny, pełnomocnik rządu ds. smogu.

Za problem smogu w Polsce odpowiada głównie niska emisja z kotłów i pieców w gospodarstwach domowych, ale w dużych miastach istotnym źródłem zanieczyszczeń powietrza jest też transport drogowy. Szacuje się, że w Warszawie smog komunikacyjny może odpowiadać nawet za 60–80 proc. zanieczyszczeń. Samorządy walczą o czystsze powietrze, wprowadzając uchwały antysmogowe czy dofinansowując wymianę starych kotłów na nowoczesne źródła ciepła opalane gazem, a przede wszystkim – stawiają na niskoemisyjny transport publiczny.

Jak wynika z opublikowanego w tym tygodniu raportu „Paliwa alternatywne w komunikacji miejskiej”, opracowanego przez Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych (PSPA) – transport publiczny przechodzi rewolucję, a w ciągu najbliższych 10 lat na ulicach polskich miast pojawi się 3,5 tysiąca autobusów zasilanych paliwami alternatywnymi.

– Mamy ustawę o elektromobilności i paliwach alternatywnych, która nakłada na samorządy w Polsce bardzo restrykcyjne wymogi – do 2028 roku już 30 proc. floty mają stanowić bezemisyjne autobusy elektryczne, a uzupełnieniem powinny być inne paliwa alternatywne, jak choćby autobusy na CNG, ponieważ obecnie są to pojazdy o dłuższym zasięgu, a ich cena jest niższa. Transport bezemisyjny staje się polską specjalnością. Musimy jeszcze sprawić, żeby te pozostałe 70 proc. floty było oparte o paliwa alternatywne, a nie konwencjonalne – mówi Maciej Mazur, dyrektor zarządzający PSPA.

Przyjęta w styczniu tego roku ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych zobowiązuje samorządy do rozwijania ekologicznego transportu. Wymagany udział autobusów zeroemisyjnych w miejskich flotach ma wynieść 5 proc. do 2021 roku i 30 proc. do 2028 roku – ten wymóg dotyczy 80 gmin i powiatów o liczbie mieszkańców przekraczającej 50 tys. Obecnie tylko w 40 proc. takich gmin jeżdżą jakiekolwiek pojazdy napędzane paliwami alternatywnymi.

Z raportu „Paliwa alternatywne w komunikacji miejskiej” wynika, że dziś w Polsce eksploatowanych jest ok. 90 autobusów elektrycznych oraz około 350 autobusów na gaz CNG. Kolejnych 180 takich pojazdów zostało już zamówionych. Przetarg na dostawę takich pojazdów ogłosiły właśnie warszawskie MZA, które chcą kupić 110 autobusów zasilanych sprzężonym gazem ziemnym CNG.

– Miasto podjęło decyzję o rozwijaniu bezemisyjnego i niskoemisyjnego transportu. Nie jesteśmy stanie zakupić na początek wszystkich autobusów elektrycznych, więc jedynym autobusowym transportem niskoemisyjnym są pojazdy napędzane gazem. One nie emitują cząstek stałych, związków azotu, więc ich zaletą będzie na pewno będzie ograniczenie smogu w Warszawie – mówi Jan Kuźmiński, prezes warszawskich Miejskich Zakładów Autobusowych.

Najpopularniejszym paliwem alternatywnym w komunikacji miejskiej jest w tej chwili sprężony gaz ziemny CNG. Zasilane nim autobusy są tańsze od elektrycznych i mają większy zasięg (350–400 km). W dużych polskich miastach ok. 420 autobusów napędzanych CNG jest eksploatowanych bądź zostanie włączonych do eksploatacji w najbliższych latach. Będą one stanowić 3,5 proc. wszystkich zarejestrowanych w Polsce autobusów komunikacji miejskiej.

Samorządy, które rozwijają transport publiczny oparty o CNG są poważnym partnerem biznesowym dla Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa. Spółka współpracuje już m.in. z przedsiębiorstwami transportu miejskiego w Rzeszowie, Tychach i Sanoku. Prezes PGNiG Obrót Detaliczny Henryk Mucha podkreśla, że spółka należąca w większości do Skarbu Państwa realizuje politykę rządu dotyczącą rozwijania bezemisyjnego transportu.

– Samorządy kupują coraz więcej autobusów gazowych. Plany na najbliższe lata pokazują, że ten trend będzie wzrostowy, co nas bardzo cieszy. Oferujemy samorządom pełen pakiet, którego elementem jest dobra cena, partnerstwo biznesowe i doradztwo. Trzecim elementem pakietu jest współpraca w obszarze infrastruktury. Tutaj mamy pewne kompetencje, które chcemy wykorzystywać. Wreszcie, będąc spółką Skarbu Państwa, angażujemy się w proces, którego elementem będzie zniesienie akcyzy na gaz CNG przez Ministerstwo Finansów. Mam nadzieję, że to się wydarzy w tym roku – mówi Henryk Mucha, prezes PGNiG Obrót Detaliczny.

Prezes PGNiG OD zwraca uwagę, że duże pole dla rozwoju gazomobilności stwarza przyjęta w styczniu ustawa, która zakłada że do 2020 roku ma powstać w Polsce około 100 stacji tankowania CNG i LNG.

– Gazomobilność jest istotnym elementem tej ustawy. Została w niej bardzo konkretnie potraktowana. Z ustawy wynika, że do 2020 roku powinniśmy mieć w Polsce 70 stacji CNG, a rolą naszej spółki jest realizacja tego celu. W Polsce obserwujemy od dwóch lat bardzo duży potencjał w obszarze gazomobilności, zresztą to słowo wykreowaliśmy w spółce PGNiG Obrót Detaliczny przy okazji naszego zaangażowania w konsultacje społeczne nad ustawą o elektromobilności i paliwach alternatywnych – podkreśla Henryk Mucha.

PGNiG ma też ambicję, żeby w nadchodzących latach zrewolucjonizować w Polsce rynek małego LNG. W tej chwili jest on ograniczony wyłącznie do tych odbiorców, którzy są w stanie odebrać pełny ładunek cysterny. Inżynierowie z Centralnego Laboratorium Pomiarowo-Badawczego PGNiG SA zaprojektowali mobilne stanowisko SMOK, dzięki któremu z autocysterny przewożącej skroplony gaz ziemny można będzie dokładnie odmierzyć żądaną część ładunku.

– Dzięki urządzeniu SMOK jesteśmy w stanie dzisiaj sprawniej dostarczać gaz wielu odbiorcom zainteresowanym LNG, którzy mogą bez żadnego problemu nabyć mniejszy wolumen gazu skroplonego. Z naszych szacunków wynika, że rynek tzw. małego LNG będzie bardzo dynamicznie rósł. Obecnie to ok. 65 tys. ton rocznie, ale w ciągu kilku lat wolumen sprzedaży mógłby urosnąć do co najmniej 200 tys. ton rocznie, a więc ponad trzykrotnie. To są bardzo wstępne szacunki, niemniej porównując te dwie liczby widzimy znaczącą dynamikę rynku – mówi Łukasz Kroplewski, wiceprezes zarządu ds. rozwoju PGNiG.

Urządzenie zaprojektowane przez specjalistów z PGNiG można w każdej chwili przetransportować w dowolne miejsce w kraju, a możliwość dzielenia ładunku cysterny na partie wpłynie na rozwój rynku LNG w Polsce. Do grona odbiorców będą mogły dołączyć nawet osiedla domów jednorodzinnych, szkoły, duże gospodarstwa rolne czy małe zakłady produkcyjne.

Polscy naukowcy opracowują nową formę immunoterapii. Jej celem będzie całkowita eliminacja komórek rakowych

Polscy naukowcy opracowują nową formę immunoterapii. Jej celem będzie całkowita eliminacja komórek rakowych 10

Immunoterapia to przyszłość w leczeniu nowotworów – przekonują eksperci. Ten rodzaj terapii wykorzystuje układ odpornościowy pacjenta do zwalczenia raka. Może pomóc także na etapie zaawansowanej choroby i w przyszłości doprowadzić nawet do całkowitego wyleczenia. Polscy naukowcy opracowują nową formę immunoterapii opartą na cząsteczce OATD-02, która ma odblokować naturalny układ immunologiczny chorego i dzięki temu zwiększyć skuteczność innych leków stosowanych u pacjentów.

– Tzw. immunoterapie, czyli leki, które powodują odblokowanie naszego naturalnego układu immunologicznego do walki z rakiem, są obecnie najbardziej obiecującymi terapiami w onkologii. W tej chwili w rozwoju klinicznym jest kilka czy kilkanaście takich leków, ale cały czas brakuje nowych rozwiązań, które działałyby komplementarnie. Standardowe podejście w immunoonkologii czy innych terapiach przeciwnowotworowych jest takie, że leki się łączy, żeby zwiększyć ich skuteczność i szanse na wyleczenie pacjenta – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Karolina Dzwonek, Dyrektor Działu Biologii w OncoArendi Therapeutics.

Polska firma OncoArendi Therapeutics pracuje nad rozwojem immunoterapii przeciwnowotworowej opartej na cząsteczce OATD-02. To cząsteczką należąca do grupy inhibitorów arginazy, które mają zwiększyć skuteczność innych leków wykorzystywanych w leczeniu części nowotworów, m.in. mózgu, jelita grubego, czy płuc. OATD-02 blokuje enzymy, które hamują naturalną zdolność układu odpornościowego człowieka do zwalczania nowotworu.

– Rozwijamy nową immunoterapię opartą na związkach drobnocząsteczkowych, czyli podawanych w tabletce, co bardzo ułatwia podawanie leku pacjentom. To zupełnie nowe podejście terapeutyczne, które wierzymy, że w połączeniu z obecnie stosowanymi immunoterapiami, znacznie zwiększy skuteczność leczenia i pomoże pacjentom – mówi Karolina Dzwonek.

Tylko w latach 2011–2016 zarejestrowano 68 leków onkologicznych do 22 różnych typów nowotworów, wynika z raportu „Global Oncology Trends 2017”. Są to jednak rejestracje również istniejących leków, ale w dodatkowym wskazaniu. W 2016 r. zarejestrowano tylko cztery zupełnie nowe leki przeciwnowotworowe. Pierwsze badania cząsteczki OATD-02 na zwierzętach potwierdzają jej efekt terapeutyczny oraz zwiększenie skuteczności terapii przy skojarzeniu cząsteczki z lekami już dostępnymi na rynku.

– Działanie naszego układu immunologicznego nie jest zależne od tkanki czy lokalizacji guza, więc mamy nadzieję, że zwiększymy skuteczność obecnych terapii lub stworzymy taką kombinację terapii, która będzie mogła pomóc pacjentom z różnymi typami nowotworów – podkreśla Karolina Dzwonek.

Lek zostanie wprowadzony do badań klinicznych w połowie następnego roku. Obecnie zakończone są już badania farmakologiczne, a naukowcy pracują nad opracowaniem syntezy związku do badań klinicznych na ludziach. O pierwszych efektach będzie można mówić po ok. 1,5 roku od rozpoczęcia terapii. Zanim jednak lek trafi na rynek, minie znacznie więcej czasu.

– Realizujemy cały program toksykologiczny, który pozwoli na dokładną ocenę profilu bezpieczeństwa tego leku, co wymagane jest przed wejściem ze związkiem do badań klinicznych. Zakładamy, że lek wejdzie do praktyki klinicznej za ok. 5–7 lat – prognozuje Stanisław Pikul.

Nowotwory to główna przyczyna śmierci. Jak podaje Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) szacuje, że co roku na raka umiera 8 mln osób. Dla części z nich immunoterapia może być jedyną szansą nie tylko na wydłużenie życia, lecz nawet na wyleczenie.

– Zaczyna istnieć możliwość, że pacjenci będą mogli być wyleczeni całkowicie. To będzie bardzo długi czas zanim dotrzemy do takiego punktu, ale wydaje się, że odpowiednie odblokowanie układu immunologicznego będzie mogło doprowadzić do całkowitej eliminacji komórek rakowych i wyleczenia pacjenta – twierdzi Stanisław Pikul, Dyrektor ds. Rozwoju w OncoArendi Therapeutics.

Z raportu „Global Oncology Trends 2017” wynika, że cały rynek leków stosowanych przy chorobach onkologicznych w 2016 roku wart był 113 mld dol. Do 2021 roku może to być już nawet 177 mld dol.

Szczepan Bentyn: Czy należy bać się kryptowalut?

Dlaczego boimy się kryptowalut? Dlatego, że są czymś nowym. Jednak dla zwykłego użytkownika system ten może okazać się zaskakująco prosty i logiczny. To nowy, wolny rynek, funkcjonujący w obrębie racjonalnych mechanizmów. Znamy je i wokół nich się obracamy.

– Systemu boją się ci, dla których jest on zagrożeniem. Zawsze, kiedy przychodzi jakaś innowacja, sprawia ona, że poprzednia technologia staje się mało istotna – powiedział serwisowi eNewsroom Szczepan Bentyn, prezes Pracowni Nowych Technologii –  Jesteśmy teraz w momencie transformacji infrastrukturalnej. Kiedyś samochody były nowością i jeździły po drodze dla wozów. Z czasem stało się odwrotnie. Jeszcze jakiś czas temu przez Internet dzwoniło się za pomocą telefonu, a teraz telefon dzwoni przez Internet. Obecnie, aby kupić kryptowaluty należy mieć konto w banku. Być może niedługo stare już, kolekcjonerskie waluty, będzie można nabywać właśnie za pomocą kryptowalut – podsumował Bentyn.

Rating Polski. Co nam zrobi Moody’s?

W ostatnich dniach polska waluta traciła, co istotne wobec euro. W piątek o ratingu dla Polski ma wypowiedzieć się międzynarodowa agencja Moody’s. Czy jej decyzja może pogłębić osłabienie złotego?

Złoty wzmacniał się w minionym roku, ale warto pamiętać, że choć w mniejszym stopniu, to jednak również w 2016 r.

– Kilkugroszowe osłabienie złotego w ostanich dniach nie powinno być traktowane jako coś nadzwyczajnego – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB, uznany podczas Kongresu FxCuffs za najlepszego analityka w Polsce. – Osłabienie spowodowane jest wzrostem zmienności na światowych rynkach, co zwykle osłabia waluty rynków wschodzących.

Presja na osłabienie złotego spowodowana jest także tym, że oddalają się w czasie podwyżki stóp procentowych w Polsce. Komunikaty wypływające z NBP są bardzo jednoznaczne.

– Złotemu nie powinna zaszkodzić piątkowa decyzja agencji Moody’s – ocenia dr P.Kwiecień

Dlaczego? Bo nie należy spodziewać się istotnych zmian. W porównaniu do poprzedniego ratingu dane makroekonomiczne o polskiej gospodarce były dobre. I jednocześnie nie pojawiły się nowe zagrożenia.

Konsumenci nie tracą optymizmu

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek
Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, Konfederacja Lewiatan

Sprzedaż detaliczna wzrosła w lutym 2018 r. o 7,7 proc. (r/r; ceny stałe). Wskaźniki ufności konsumenckiej, bieżący i wyprzedzający, są na poziomie odpowiednio (5,4 i 2,9) – podał GUS.

Gospodarstwa domowe, jak widać nie zmieniają swoich preferencji – chcą więcej konsumować. I to nie żywności, a przede wszystkim dóbr trwałego użytku. To dobra informacja dla przedsiębiorstw, bo przynajmniej na razie, nie muszą martwić się o popyt. To także dobra informacja dla gospodarki, bo spożycie indywidualne rośnie (też „jak na razie” w wysokim tempie, porównywalnym do prawie 5 proc. dynamiki w 2017 r.).

Po silnych wzrostach sprzedaży detalicznej w 2017 r., szczególnie dóbr trwałego użytku (meble, sprzęt RTV, AGD, samochody) i mniej trwałego użytku, jak odzież i obuwie czy kosmetyki wydawało się, że nasycenie rynku tymi dobrami jest duże i trudno będzie utrzymać dynamikę ich sprzedaży na zeszłorocznym poziomie. Tymczasem dwa tegoroczne miesiące wskazują, że tak nie jest. Dobra sytuacja na rynku pracy (dla pracowników), powoduje ciągle dużą otwartość gospodarstw domowych na wydawanie pieniędzy na konsumpcję.

Ciekawe jest także to, że jednocześnie cały czas szybko rosną wydatki w sklepach wielkopowierzchniowych, co wskazuje na atrakcyjność ich oferty (sprzedaż żywności rośnie zdecydowanie wolniej). Interesujący z tego punktu widzenia będzie kwiecień, gdy super- oraz hipermarkety oraz dyskonty będą zamknięte 4 niedziele. Jednocześnie koncentracja wydatków świątecznych będzie w marcu. Kwiecień stanie się zatem „testem prawdy” dla ustawowego ograniczenia handlu w niedziele w dużych sklepach.

Wysoką skłonność do konsumpcji w dwóch pierwszych miesiącach 2018 r. potwierdza badanie koniunktury konsumenckiej – bieżący i wyprzedzający wskaźnik ufności konsumenckiej (odpowiednio 5,4 i 2,9). Gospodarstwa domowe bardzo dobrze oceniają swoją sytuację finansową w najbliższych 12 miesiącach. Nie niepokoją się o stan gospodarki, ani o sytuację na rynku pracy, czyli ryzyko wzrostu bezrobocia. Trudno się zatem dziwić, że konsumpcyjny optymizm ich nie opuszcza. Szkoda jednak, że nie myślą o przyszłości i nie bardzo widzą szanse na oszczędzanie. Krótkowzroczność ta i zauroczenie konsumpcją może w przyszłości drogo kosztować. Nie tylko wtedy, gdy w sposób naturalny gospodarka będzie za 2-3 lata zwalniać, ale także za wiele lat, gdy będą przechodzić na emeryturę i okaże się, że ich emerytura wynosić będzie 30 proc. ostatniego wynagrodzenia. A oszczędności, które mogłyby ten emerytalny dochód zasilić nie będzie.

Windykacja przez social media, czyli jak działa presja społeczna

Mateusz Jakóbiak, członek zarządu firmy Vindicat
Mateusz Jakóbiak, członek zarządu firmy Vindicat

– Jak w biznesie? Wszystko w porządku? To może zapłacicie fakturę?– z tego typu wpisami na portalach społecznościowych można spotkać się coraz częściej. Przyczyną nie jest złośliwość, a… poczucie bezradności. Przedsiębiorcy, bezsilni wobec nierzetelnych kontrahentów, chwytają się wszelkich sposobów zmotywowania ich do zapłaty. Z faktem, że social media to dziś potęga nikt już nie dyskutuje i dlatego to właśnie tam coraz częściej szukamy pomocy. Czy tak poważny proces jak windykacja znajduje swoje miejsce w wirtualnym świecie mediów społecznościach? I czy jest to w ogóle legalne? Na te pytania odpowiada Mateusz Jakóbiak, członek zarządu firmy Vindicat, a zarazem baczny obserwator trendów internetowych.

Social media nie posiadają narzędzi dedykowanych odzyskiwaniu należności, ale mają coś, co może znacznie pomóc w przyspieszeniu tego procesu – zasięg. – Dług, niezależnie od tego, z jakiego powodu powstał to sprawa wstydliwa, zwłaszcza w świecie biznesu, dlatego wyciek tego typu informacji na zewnątrz jest wysoce niepożądany. W tym kontekście social media to wprost idealne narzędzie do ścigania opieszałych dłużników, zwłaszcza jeśli są nimi firmy, które mają swój oficjalny profil. Taka firma ma do stracenia naprawdę wiele, jednak kwestia legalności działań windykacyjnych prowadzonych na własną rękę przez Facebook czy Twitter nie jest taka prosta – mówi Mateusz Jakóbiak.

Co może portal społecznościowy

Informacje za pośrednictwem mediów społecznościowych rozchodzą się w tempie błyskawicy. Nie trzeba posiadać znajomych wśród dziennikarzy czy wydawców, żeby news, który chcemy przekazać dotarł do innych natychmiast. Zwłaszcza zły news, bo negatywną opinią z natury dzielimy się z innymi chętniej, niż pochlebną. Profil w social mediach rodzi więc wielkie możliwości w kwestii dochodzenia swoich praw. W ostatnim czasie tę moc wykorzystują zarówno przedsiębiorcy, jak i osoby prywatne. – Reklamacje składane na forum zawsze zadziałają silniej, niż te, które trafiły tylko do informacji firmy. Klienci robią to naturalnie, bo dziś profil firmowy to przede wszystkim nowoczesny kanał komunikacji między marką, a jej targetem. Rozczarowani klienci wykorzystują zasadę presji społecznej, bo sprawa rozgrywająca się na oczach wielu osób nabiera znacznie większej wartości – tłumaczy Jakóbiak. Od dawna więc na porządku dziennym są wpisy niezadowolonych z usług czy produktów klientów na stronach firmowych. Od tego, jak przedsiębiorstwo zareaguje, zależy jego wiarygodność i pozytywna ocena wśród klientów. – Reklamacje to jedno, ale o social mediach mówi się coraz więcej także w kontekście windykacji. To nowy trend w walce z tzw. zatorami płatniczymi, które mogą zniszczyć firmę, zwłaszcza tę z sektora MŚP. Tonący – a tak często należy określić przedsiębiorcę, który nie może odzyskać należnych pieniędzy – brzytwy się chwyta. W tym wypadku brzytwą jest pełny rozgoryczenia i bezsilności wpis na profilu – dodaje Mateusz Jakóbiak.

Plaga niepłacenia

Opóźnienia w płatności za usługi czy towary to zjawisko, które dotyka praktycznie każdej branży. Niewinny przestój w spływaniu należności szybko może przerodzić się w prawdziwy kryzys finansowy firmy, zwłaszcza jeśli przedsiębiorca wcześniej nie zadbał o odpowiednią poduszkę finansową. –Zasięgi, jakie przeciętnemu Kowalskiemu dają media społecznościowe to zupełnie nowa jakość w walce z nieuczciwymi kontrahentami. Trzeba jednak pamiętać, że w Internecie nie jesteśmy wyjęci spod prawa, dlatego z presji społecznej, jaką może wytworzyć wpis na portalu należy korzystać mądrze – mówi Jakóbiak.

Publikacja danych dłużnika – legalna czy nie?

Media społecznościowe nie są miejscem, gdzie możemy publikować poufne dane dłużnika. Luźny wpis o problemach finansowych z daną firmą, który ma na celu zwrócenie na siebie uwagi i wywołanie dyskusji może być bardzo pomocny w odzyskaniu pieniędzy. W ten sposób postąpił jakiś czas temu Łukasz Smoliński – właściciel firmy cukierniczej, która miała problemy z uzyskaniem niewielkiej należności od międzynarodowej firmy. Emocjonalny wpis wraz z oznaczeniem firmy przyniósł skutek i faktura wkrótce została spłacona. Należy jednak pamiętać, że nie wolno publikować poufnych danych, bo może to pociągnąć za sobą konsekwencje prawne. – Zupełnie inaczej sytuacja wygląda, gdy chcemy sprzedać dług. Do tego służy tzw. giełda wierzytelności i jest to rozwiązanie jak najbardziej legalne – mówi ekspert z Vindicat. Giełda wierzytelności to sposób, który dedykowany jest osobom mającym problemy z odzyskaniem należnych środków, a którym brak czasu i energii na prowadzenie samodzielnych działań windykacyjnych. Dzięki sprzedaży długu przedsiębiorca czy osoba prywatna otrzymuje nieco pomniejszoną kwotę od razu, a kwestia odzyskania należności od dłużnika leży do tej pory w gestii odkupującego, którym najczęściej jest kancelaria lub firma windykacyjna. – To skuteczna metoda na odzyskanie pieniędzy, bo poza legalnym upublicznieniem danych dłużnika, możemy jeszcze zadbać o dobre wypozycjonowanie jego nazwy w wyszukiwarce internetowej. To szczególnie cenne w przypadku chęci odzyskania pieniędzy od firmy. Żadne przedsiębiorstwo bowiem nie może przejść obojętnie wobec publicznego zaopiniowania go w sieci, jako nierzetelnej firmy – tłumaczy Jakóbiak, którego firma za pomocą giełdy wierzytelności zlikwidowała dług już na ponad 16 mln zł.

Prewencja pomoże uniknąć kłopotów w firmie

Odzyskiwanie należności nikomu nie sprawia przyjemności – jest to zawsze powodem stresu i obaw o popsucie relacji biznesowych. Warto więc przed podjęciem współpracy z nowym kontrahentem sprawdzić jego ewentualną historię finansową. – Do tego także posłuży nam giełda wierzytelności. Warto prewencyjnie sprawdzić, czy nasz kontrahent nie figuruje w żadnej z nich jako dłużnik. Nie zaszkodzi także wyszukanie nazwy firmy na portalach społecznościowych i sprawdzenie w jakim kontekście się o niej pisze – mówi Jakóbiak. W razie kłopotów warto od razu zwrócić się do firmy windykacyjnej o pomoc – zaoszczędzimy w ten sposób czas i stracone nerwy. W tej chwili cały proces można przeprowadzić online. Takie rozwiązanie oferuje np. platforma Vindicat.pl, która krok po kroku, poprowadzi nas przez meandry skutecznej windykacji. – Ważne jest także powierzenie księgowości naszej firmy osobie doświadczonej i odpowiedzialnej, która z żelazną konsekwencją będzie pilnować terminów wpływów i w razie czego będzie reagować na bieżąco – dodaje Mateusz Jakóbiak.

Media społecznościowe to jak się okazuje potęga nie tylko w kontaktach międzyludzkich, ale także w przepływie informacji. Ich możliwości może wykorzystywać każdy – ważne jednak, by nie przekroczyć granic stawianych przez prawo o ochronie danych osobowych. Dla przedsiębiorców to z kolei jeszcze jeden, nowoczesny, choć nieformalny kanał wspomagający walkę z opieszałością finansową kontrahentów.

Ray Mauritsson (CEO Axis Communications) o przyszłości monitoringu i systemach bezpieczeństwa

Ray Mauritsson – CEO Axis Communications
Ray Mauritsson objął stanowisko dyrektora generalnego Axis Communications w 2003 roku,
z firmą związany jest od 1995 roku, piastując przez lata szereg stanowisk kierowniczych.
Pierwszym zadaniem Raya Mauritssona w Axis było stworzenie nowej kategorii produktów z serwerów Axis. Następnie jako szef działu produktów magazynowych był odpowiedzialny za jego stworzenie, rozwój, sprzedaż oraz marketing. Ponadto, Mauritsson był odpowiedzialny za działalność OEM Axis (Original Equipment Manufacturer), zarządzając zespołem ds. rozwoju biznesu oraz zespołem inżynierów współpracującym z globalnymi klientami, takimi jak Canon, Toshiba i HP.
Mauritsson ma tytuł magistra inżyniera fizyki, jaki uzyskał na uczelni Institute of Technology w Lund oraz Executive MBA z EFL w Lund. Mauritsson jest członkiem zarządu w HMS Industrial Networks od 2007 roku.
  • Jak Pan sobie wyobraża ewolucję systemów bezpieczeństwa i kontroli w najbliższym czasie?

Systemy bezpieczeństwa będą jeszcze bardziej inteligentne i zintegrowane. Są one połączeniem funkcjonalności i wymiany informacji między systemami = zintegrowanymi rozwiązaniami. Standardem będą kamery połączone z innymi czujnikami. Aby efektywniej zarządzać urządzeniami, będziemy musieli być przygotowani na odpieranie cyberataków. Myślę, że będzie to ogólny trend dla kamer i wszelkiego rodzaju czujników podłączanych bezpośrednio do sieci.

  • Czy sztuczna inteligencja zmieni i jak zmieni branżę? (rozpoznawanie np. kobiet ubranych w burki).

Sztuczna inteligencja już zmieniła branżę. Wielkie firmy ochroniarskie, które monitorują obiekty na odległość, chcą osiągać maksimum wydajności i skuteczności, a sztuczna inteligencja jest czymś, co na pewno będą chcieli wdrożyć w przyszłości. Do tego czasu musimy opracować część tych rozwiązań, aby mieć pewność, że nasze platformy umożliwiają stronom trzecim dodanie tego rodzaju informacji do naszych produktów. Wykorzystanie sztucznej inteligencji pomoże zmniejszyć liczbę zatrudnianych osób i zastąpić część z nich automatycznymi rozwiązaniami i technologią.

  • W jakim stopniu technologia zastąpi człowieka – branża ochrony zmienia oblicze i coraz częściej korzysta z rozwiązań monitoringu zastępując fizyczną obecność.

Trudno powiedzieć, jak daleko zajdzie ten proces. Nie posiadam dokładnych danych na temat poziomu automatyzacji, ale nigdy całkowicie nie pozbędziemy się pracy ludzi, ponieważ zawsze musi  być ktoś, kto będzie w stanie ocenić sytuację albo najzwyczajniej pojechać w dane miejsce, by rozwiązać problem. Trudno zautomatyzować wszystko. Podam przykład. Duże firmy ochroniarskie deklarują, że za kilka lat chcą przenieść 20% swoich dochodów obecnie pokrywających koszty wynagrodzenia pracowników ochrony na technologię komórkową. Jednocześnie inne firmy, zamiast ograniczać liczbę pracowników ochrony, wolą dążyć ku większej wydajności pracy.

  • Jaką strategię rozwojową przyjmuje firma na najbliższe lata?

Podstawą naszej strategii jest innowacyjność i swoboda myśli twórczej, jaką dajemy naszym inżynierom. Myślę, że ważne jest również, aby nie wprowadzać innowacji w warunkach laboratoryjnych tylko opracowywać ją w kontekście dogłębnej wiedzy o rynku i potrzebach klientów. W Axis Communications dbamy o klimat, który pozwala ludziom eksperymentować. To moim zdaniem najlepsza metoda inspirująca rozwój. Częścią strategii Axis jest również zwiększenie mocy i wydajności naszych produktów dzięki nowym rozwiązaniom analitycznym, jakie dodajemy na naszych autorskich platformach.

  • Jak branża przygotowuje się do zmian w transporcie? Autonomiczne maszyny itp. Czy jest to szansa rozwoju?

Oczywiście samochody autonomiczne są wyposażone w kamery, ale nie jest to rynek, który znajduje się w centrum naszego zainteresowania, nie jesteśmy aktywni na tym polu.

  • Monitoring na drogach – jak w najbliższej przyszłości będą rozwiązywane kwestie bezpieczeństwa?

Monitoring na drogach jest stosowany z takich samych powodów, jak w każdej innej przestrzeni publicznej, gdzie użytkownicy chcą czuć się bezpiecznie. W tym celu stosowane są kamery w autobusach, pociągach itd. Monitoring na drogach daje też dodatkowe korzyści tj. analiza działania danej linii autobusowej, statystyki dotyczące natężenia ruchu w godzinach szczytu itp.

Przykładem inteligentnego rozwiązania transportowego są działania realizowane przez francuską firmę Citilog, którą niedawno zakupiliśmy. Citilog specjalizuje się w automatycznym wykrywaniu wypadków za pomocą kamer umieszczonych poza ruchem ulicznym. Są one zaprogramowane do rozpoznawania sytuacji, które nie powinny mieć miejsca w ruchu ulicznym. Np. jeśli samochód zatrzymuje się na niewłaściwym pasie lub dochodzi do innego rodzaju zakłócenia, informacja jest przesyłana do centralnego systemu zarządzania ruchem. W tym przypadku kamery nie są wykorzystywane do nadzoru, ale do poprawy efektywności ruchu ulicznego.

  • Czy Axis ma technologię, która rozpozna przy wejściu kto jest pracownikiem a kto gościem w biurze?

Takie rozwiązania są już stosowane i to na dużą skalę. Istnieją programy do rozpoznawania twarzy, a samo rozwiązanie oferuje różne funkcjonalności. Jednak skuteczność nie jest 100%, gdyż wpływają na nią liczne czynniki zewnętrzne tj. zmiana ubioru pracownika, jego gorszy dzień a przez to inny wygląd zewnętrzny, w przypadku kobiet mylący może być mocniejszy makijaż. Upłynie jeszcze trochę czasu, zanim będziemy mogli polegać tylko i wyłącznie na funkcji rozpoznawania twarzy.

Wyrok TSUE o nieproporcjonalności przepisów – kodeks spółek handlowych nie może ograniczać europejskiej zasady swobody przedsiębiorczości

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej uznał, że polskie przepisy, które wymagają dla transgranicznego przekształcenia spółki jej uprzedniej likwidacji na terenie RP, naruszają unijną zasadę swobody przedsiębiorczości. Wyrok Trybunału ma istotne znaczenie dla polskich przedsiębiorców, którzy przenosząc siedzibę – czy to statutową, czy rzeczywistą – za granicę, chcą utrzymać zdolność prawną podmiotu i kontynuować jego działalność. W praktyce to orzeczenie jest przejawem poparcia Unii Europejskiej dla transgranicznych przekształceń spółek dokonywanych wewnątrz Wspólnoty bez konieczności ich likwidacji w kraju macierzystym. Czy takie stanowisko europejskiego Trybunału oznacza konieczność nowelizacji Kodeksu spółek handlowych?

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w składzie 15 sędziów (Wielka Izba) 25 października 2017 r. wydał wyrok dotyczący interpretacji przepisów prawnych w zakresie możliwości przeniesienia siedziby polskiej spółki Polbud – Wykonawstwo sp. z o.o. (sygn. sprawy: C-106/16) do kraju członkowskiego Wspólnoty Europejskiej innego niż Rzeczpospolita Polska. Innymi słowy, dokonał wykładni przepisów prawa unijnego regulujących transgraniczne przekształcenie podmiotu w świetle zasady swobody przedsiębiorczości w Unii Europejskiej.

Zgodnie ze stanowiskiem TSUE wyrażonym w tym orzeczeniu, państwa należące do Unii Europejskiej nie mogą uzależniać wykreślenia podmiotu z krajowego rejestru od przeprowadzenia likwidacji spółki, jeżeli zdecydowała ona o transferze statutowej siedziby do innego państwa członkowskiego.

Stan faktyczny sprawy – spółka nie zgodziła się ze stanowiskiem polskich sądów

Zgromadzenie wspólników Polbud – Wykonawstwo sp. z o.o. we wrześniu 2011 r. podjęło uchwałę o przeniesieniu siedziby do Luksemburga. Po dwóch latach spółka zmieniła również nazwę na „Consoil Geotechnik Sarl” i stała się podmiotem prawa luksemburskiego, po czym została wpisana do rejestru spółek tego państwa. Wystąpiła więc do polskiego sądu rejestrowego z wnioskiem o wykreślenie z Krajowego Rejestru Sądowego. W odpowiedzi firma została zobowiązana do przedstawienia dokumentów zaświadczających rozwiązanie i likwidację spółki. Spółka uznała jednak, że ze względu na przeniesienie siedziby spółki do Luksemburga i kontynuację jej działalności nie jest obowiązana zastosować się do zarządzenia polskiego sądu.

Na etapie postępowania sądowego w Polsce zarówno sąd rejonowy, jak i sąd okręgowy nie podzieliły stanowiska spółki, która nie chciała przeprowadzać postępowania likwidacyjnego z uwagi na to, że w jej przypadku utrzymana została zdolność prawna, majątek spółki nie został podzielony pomiędzy wierzycieli i wspólników oraz że w dalszym ciągu prowadzona jest działalność gospodarcza, tyle że na terenie Luksemburga. Skarga kasacyjna trafiła do Sądu Najwyższego, który powziął wątpliwości interpretacyjne co do przepisów i zdecydował o skorzystaniu z instytucji pytań prejudycjalnych do TSUE.

Czego dotyczyły wątpliwości Sądu Najwyższego?

Sąd Najwyższy zawiesił toczące się postępowanie i przedstawił Trybunałowi pytania związane z rozpoznawaną sprawą. Pierwsze brzmiało: „Czy określona na gruncie art. 49 i 54 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej (Dz.U.2004.90.864/2, dalej jako: „TFUE”) zasada swobody przedsiębiorczości stoi w sprzeczności z regulacjami krajowymi warunkującymi wykreślenie spółki z rejestru od rozwiązania spółki po przeprowadzeniu likwidacji, jeżeli spółka reinkorporowała się w innym państwie członkowskim na podstawie uchwały wspólników o kontynuowaniu osobowości prawnej nabytej w państwie utworzenia?”.

Na wypadek negatywnej odpowiedzi na pierwsze pytanie zadano drugie: „Czy wyrażoną w Unii Europejskiej zasadę swobody przedsiębiorczości można wykładać w taki sposób, że wynikający z przepisów prawa krajowego obowiązek przeprowadzenia postępowania likwidacyjnego spółki, które poprzedza jej rozwiązanie, następujące z chwilą wykreślenia z rejestru, stanowi środek adekwatny, konieczny i proporcjonalny do godnej ochrony interesu publicznego w postaci zabezpieczenia wierzycieli, wspólników mniejszościowych i pracowników spółki migrującej?”.

Pod rozwagę Trybunału zostało przedstawione jeszcze jedno zagadnienie: „Czy traktatową zasadę swobody przedsiębiorczości powinno wykładać się w ten sposób, że ograniczenia swobody przedsiębiorczości obejmują sytuację, w której spółka w celu transgranicznego przekształcenia w podmiot innego prawa członkowskiego, przenosi do niego siedzibę statutową nie zmieniając siedziby głównego przedsiębiorstwa, które pozostaje w państwie utworzenia?”.

Brak polskich regulacji transgranicznego przekształcenia spółki?

Sąd Najwyższy w trakcie rozpatrywania skargi kasacyjnej powziął wątpliwości, jak należy interpretować traktatową zasadę swobody przedsiębiorczości w kontekście Ustawy z dnia 15 września 2000 r. Kodeks spółek handlowych (Dz.U. z 2017 r., poz. 1577, dalej jako: „k.s.h.”). SN dostrzegł wewnętrzną niespójność regulacji, które co prawda dopuszczają możliwość przeniesienia siedziby spółki poza granice, ale tylko pod warunkiem likwidacji działalności gospodarczej podmiotu w Polsce. Jest to rozwiązanie samo w sobie sprzeczne.

Co dokładnie mówią polskie przepisy? Zgodnie z art. 270 pkt 2 k.s.h. „uchwała wspólników o rozwiązaniu spółki albo o przeniesieniu siedziby spółki za granicę, stwierdzona protokołem sporządzonym przez notariusza”, stanowi przesłankę rozwiązania spółki. Powyższe ustawodawca uszczegółowił w art. 272 k.s.h., wskazując, że do rozwiązania spółki niezbędne jest przeprowadzenie jej likwidacji, której zakończenie skutkować będzie wykreśleniem spółki z rejestru. Do właściwego zakończenia bytu podmiotu wymagane jest więc podjęcie czasochłonnych czynności likwidacyjnych wynikających z ustawy, dotyczących m.in. zakończenia bieżących interesów spółki, ściągnięcia wierzytelności, wypełnienia zobowiązania czy upłynnienia majątku spółki (art. 282–288 k.s.h.).

Polskie regulacje nie odpowiadają zatem praktycznym potrzebom spółek, które ulegają przekształceniom w spółki objęte reżimem innego państwa. Przedsiębiorstwom niejednokrotnie zależy bowiem na kontynuowaniu dotychczasowej działalności oraz na utrzymaniu osobowości prawnej, choćby przez wzgląd na historię firmy.

Poza tym zauważalny jest brak harmonizacji polskiej ustawy z unijnym prawodawstwem. Kodeks spółek handlowych jednoznacznie uzależnia rozwiązanie spółki od przeprowadzenia jej likwidacji. Nie zawiera żadnych szczegółowych regulacji dotyczących transgranicznego przekształcenia spółki, czym mogą pochwalić się inne państwa członkowskie Unii Europejskiej. Jest to szczególnie ważne, ponieważ przepisy prawa prywatnego międzynarodowego stanowią o możliwości przeniesienia siedziby spółki do innego państwa członkowskiego i kontynuowania założonej działalności bez jej likwidacji.

Potwierdza to choćby art. 19 ust. 1 Ustawy z dnia 4 lutego 2011 r. Prawo prywatne międzynarodowe (Dz.U. z 2015 r., poz. 1792), który stanowi, że „z chwilą przeniesienia siedziby do innego państwa, osoba prawna podlega prawu tego państwa. Osobowość prawna uzyskana w państwie dotychczasowej siedziby jest zachowana, jeżeli przewiduje to prawo każdego z zainteresowanych państw. Przeniesienie siedziby w obrębie Europejskiego Obszaru Gospodarczego nie prowadzi do utraty osobowości prawnej”. Na znaczenie tego przepisu zwrócił również uwagę TSUE.

TSUE zasadniczo o swobodzie przedsiębiorczości

Trybunał, odpowiadając na trzecie pytanie prejudycjalne zgłoszone przez polski Sąd Najwyższy, uznał, że „art. 49 i 54 TFUE należy interpretować w ten sposób, że swoboda przedsiębiorczości ma zastosowanie do przeniesienia statutowej siedziby spółki utworzonej na mocy prawa jednego państwa członkowskiego na terytorium innego państwa członkowskiego w celu przekształcenia jej w spółkę prawa tego innego państwa członkowskiego”. Istotne jest to, że takie transgraniczne przekształcenie podmiotu musi być zgodne z przesłankami ustanowionymi w przepisach państwa, do którego następuje przeniesienie, choćby nie było ono związane z transferem faktycznego miejsca siedziby spółki, a jedynie z przeniesieniem siedziby statutowej.

W ocenie Trybunału polska spółka na gruncie rozpoznawanej sprawy nie tylko miała prawo dokonać przekształcenia transgranicznego, ale również nie powinna być zobowiązana do przeprowadzenia likwidacji – zgodnie z przyjętą wykładnią europejskiej zasady swobody przedsiębiorczości (podobnie wyrok z dnia 27 września 1998 r., Daily Mail and General Trust, 81/87, EU:C:1988:456, pkt 17). W opinii Trybunału nie stanowi nadużycia umiejscowienie siedziby spółki w innym państwie Wspólnoty nawet jedynie ze względu na to, że podmiot podlega w niej dogodniejszym dla niego regulacjom. Takie stanowisko TSUE ma dużą wartość dla polskich przedsiębiorców, którzy planują przenieść swoją siedzibę do innego państwa członkowskiego w ramach Europejskiego Obszaru Gospodarczego.

Polskie sądy będą orzekały wbrew Kodeksowi spółek handlowych?

TSUE nadał również szczególne znaczenie odpowiedzi na pierwsze i drugie pytanie prejudycjalne, które Trybunał zdecydował się rozpoznać łącznie. Wyraźnie podkreślił, iż regulacje polskiego Kodeksu spółek handlowych stanowią ograniczenie unijnej zasady swobody przedsiębiorczości (art. 49 i 54 TFUE) w zakresie, w jakim w sytuacji transgranicznego przekształcenia podmiotu uzależniają wykreślenie spółki z rejestru od przeprowadzenia przez nią likwidacji. Trybunał argumentował, że może to utrudniać, a nawet uniemożliwiać dokonanie transgranicznego przekształcenia spółki (podobnie wyrok z dnia 16 grudnia 2008 r., Cartesio, C-10/06, EU:C:2008:723, pkt 112, 113).

Polski rząd w trakcie postępowania głównego podnosił, że obowiązujące uregulowania Kodeksu spółek handlowych mają przeciwdziałać nadużyciom wierzycieli i pracowników. TSUE jednoznacznie określił jednak taką ochronę praw jako nieproporcjonalną – zasada swobody przedsiębiorczości może podlegać ograniczeniom, ale tylko w sytuacjach występowania nadrzędnych względów interesu publicznego. Trybunał stanął na stanowisku, że analizowane przez niego regulacje polskiego k.s.h. nie spełniają przesłanki niezbędności ochrony interesu publicznego.

Procedura prejudycjalna pozwala sądom państw członkowskich zwrócić się z zagadnieniem prawnym do Trybunału, który odpowiada na nie, nie rozpoznając jednak sporu krajowego. Powstaje więc szereg pytań. Czy Sąd Najwyższy uzna stanowisko Trybunału za wiążące? Czy w podobnych przypadkach polskie sądy zdecydują się wykreślić spółkę z rejestru z pominięciem kodeksowego obowiązku likwidacji? Czy będą orzekały wbrew przepisom Kodeksu spółek handlowych, mając na uwadze zasadę pierwszeństwa prawa wspólnotowego? Stan niepewności może utrzymać się aż do czasu niezbędnej nowelizacji przepisów k.s.h., która uwzględniać będzie unijną wykładnię transgranicznego przekształcenia spółki bez konieczności jej likwidacji w Polsce.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Plast-Box publikuje wyniki za 2017 r.

Plast-Box, jeden z czołowych producentów opakowań z tworzyw sztucznych w Europie, zamknął rok 2017 zyskiem netto na poziomie skonsolidowanym w wysokości 5,7 mln zł przy stopie wynoszącej 3,5%. Po czterech kwartałach 2017 roku przychody grupy wspięły się do 160,0 mln zł wobec 153,2 mln zł uzyskanych rok wcześniej, rosnąc o 4,4%. Jednocześnie grupa zanotowała wskaźnik EBITDA na poziomie 17,9 mln zł przy stopie EBITDA wynoszącej 11,2%.

Grzegorz Pawlak PTS Plast-Box S.A.Jesteśmy zadowoleni z dalszego zwiększania się sprzedaży choć nie ukrywam, że miniony rok był dla nas kosztowo trudny. Ceny surowców były wyższe i nie tak stabilne jak w roku 2016, znacznie wzrosły również inne koszty, w tym osobowe – stwierdza Grzegorz Pawlak, prezes zarządu Plast-Box S.A. – W roku 2017 zwiększyliśmy nakłady na inwestycje. Na infrastrukturę i podwyższenie mocy produkcyjnych przeznaczyliśmy 16,3 mln zł, a więc ponad dwukrotnie więcej niż w roku ubiegłym – informuje.

Jednostkowe przychody ze sprzedaży spółki matki Plast-Box S.A. podniosły się w 2017 roku do 139,3 mln zł i były wyższe r/r o 2,8%. Jednocześnie słupska spółka wypracowała 3,4 mln zł zysku netto oraz wartość EBITDA na poziomie 11,4 mln zł,

Ukraińska spółka Plast-Box w tym samym okresie odnotowała 300,0 mln UAH przychodów ze sprzedaży tj. o 33,1% więcej niż w roku 2016. Przy tym poziomie przychodów Plast-Box Ukraina podniosła wartość EBITDA o 15,5% r/r do 42,2 mln UAH. Ponadto zwiększyła zysk na działalności operacyjnej o 20,0% r/r z 27,0 mln UAH do 32,4 mln UAH.

– Spółka córka zlokalizowana w Czernichowie wypracowała dobre wyniki  – mówi Krzysztof Pióro, wiceprezes Plast-Box S.A. – Od 2004 roku konsekwentnie realizujemy strategię rozwoju na rynku Ukraińskim. W 2011 roku uruchomiliśmy nową fabrykę. Przetrwaliśmy zawirowania polityczne, a teraz gdy sytuacja rok za rokiem się stabilizuje nasza pozycja się umacnia – informuje.

Plast-Box sprzedaje swoje produkty w większości na rynkach zagranicznych. W 2017 roku eksport stanowił 61,4 % całkowitej sprzedaży grupy. Produkty Plast-Box trafiają do zdecydowanej większości krajów Unii Europejskiej w tym między innymi do Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Austrii, Holandii, Skandynawii oraz na Wschód – głównie na Ukrainę i do Rosji. Spółka systematycznie zwiększa eksport na rynki Unii Europejskiej, gdzie sprzedaż po 12 miesiącach 2017 roku wzrosła o 4,5 % do 57,1 mln zł i stanowiła 35,7 % udziału w przychodach grupy. Udział rynków wschodnich natomiast w skonsolidowanej sprzedaży w 2017 r. wzrósł o 3,1 punktu procentowego i wyniósł 25,3%.

Nasze produkty trafiają do renomowanych producentów sektora spożywczego oraz chemii budowlanej i gospodarstwa domowego na terenie niemal całej Europy. Działamy w branży opakowań z tworzyw sztucznych, a ta branża znajduje się w trendzie wzrostowym, który z pewnością utrzyma się przez kolejne lata. Tworzy to bardzo dobre perspektywy dla spółki Plast-Box  – stwierdza prezes Pawlak.

Nerwowe odliczanie

Na kilkanaście minut przed decyzją FOMC wyczuwalna jest nerwowość na FX. USD nieco oddaje pola po wcześniejszym umocnieniu podsycanym jastrzębimi oczekiwaniami przed Fed, choć nie widać tego po EUR/USD. Rynek akcji czeka w cierpliwości lub szuka kierunku. Dobry raport DoE o zapasach wsparł rajd ropy WTI ponad 65 USD/b.

Odliczanie do decyzji Fed przebiega w nerwowej atmosferze. Środowy handel wstępnie miał znamiona podwyższonej awersji do ryzyka, choć w ostatnich godzinach waluty ryzykowne zaczęły poprawiać swoją pozycję wobec dolara. W G10 AUD, NZD i CAD pokazują siłę, ale już EUR/USD zaliczył nagły spadek z 1,2290 do 1,2260. W serwisach informacyjnych nie widać jednak bezpośredniej przyczyny dla ruchu, co wskazuje na nerwowe pozycjonowanie przed decyzją FOMC.

GBP jest dziś jedną z silniejszych walut po dobrym raporcie z rynku pracy. Dynamika wynagrodzeń przyspieszyła do 2,8 proc. przy oczekiwaniach na poziomie 2,6 proc. Stopa bezrobocia spadła do 4,3 proc. (prog. 4,4 proc.). Dane podsyciły oczekiwania na optymistyczny wydźwięk komunikatu Banku Anglii w czwartek zwiększający szanse na podwyżkę stóp procentowych następnym razem w maju. GBP/USD podchodzi pod 1,4080.
EUR/PLN z rana naciskał na 4,24, ale ostatecznie nastąpił odwrót i teraz kontynuowany jest powolny zjazd do 4,2270. Sprzedaż detaliczna z Polski wypadła lekko poniżej rynkowego konsensusu. Odczyt uplasował się na poziomie 7,9 proc., prog. 8,2 proc., poprzednia wartość 8,2 proc. Złoty był obojętny na odczyt.

W ciągu dnia przejściowym katalizatorem nerwowości był doniesienia WSJ, że Chiny nie pozostaną dłużne USA i ich polityce celne USA i planują przygotować środki odwetowe. W reakcji na tę informację obserwowaliśmy załamanie kursu USD/JPY o 30 pipsów do 106,10, a AUD/USD tracił 15 pipsów do 0,7675.

Na rynku akcji widać fazę szukania kierunku i czekanie na impuls z Fed. Sektor energetyczny starał się wyciągać szerokie indeksy w ślad za rajdem cen ropy naftowej. Mimo to DAX zaliczył marne 0,01 proc., CAC40 stracił 0,24 proc., a FTSE100 zniżkował o 0,32 proc. Za to w Polsce panowały zupełnie inne nastroje. WIG20 zyskał 2,14 proc. z pomocą odbijających banków, choć ponad 5 proc. zyskały też PKN Orlen i Lotos.
Ropa naftowa WTI zapukała do 65 USD/b z pomocą raportu DoE o zapasach. W ubiegłym tygodniu zapasy ropy naftowej w USA skurczyły się o 2,62 mln baryłek, co jest wartością prawie identyczną jak wczorajszy raport API (-2,739 mln baryłek). Oprócz tego spadły również zapasy benzyny i destylatów o odpowiednio 1,69 mln baryłek i 2,02 mln baryłek.
Poza tym spory udział w kształtowaniu sentymentu ma znów geopolityka i doniesienia związane z polityką OPEC. W pierwszym przypadku spekuluje się, że po odejściu Rexa Tillersona z administracji Trumpa porozumienie nuklearne z Iranem jest mocno zagrożone. Punktem mogącym potencjalnie przynieść negatywny przełom jest wizyta Mohammeda Bin Salmana, saudyjskiego księcia w Białym Domu, która ma miejsce w tym tygodniu. Z tego powodu inwestorzy wyceniają podwyższone ryzyko geopolityczne na Bliskim Wschodzie.
W drugim przypadku chodzi o przecieki agencji Bloomberg, które sugerują, że oficjele OPEC uważają, że rynek ropy ulegnie zbilansowaniu w ujęciu globalnym na przełomie 2. i 3. kwartału. Pomimo to trwają prace nad taką zmianą oceny wpływu porozumienia o ograniczeniu wydobycia na rynek surowca, które prowadzić będą musiały do dalszej redukcji zapasów i wymuszą dłuższe obowiązywanie obostrzeń.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

GPW Benchmark powołał Komitet Nadzorczy

  • Komitet Nadzorczy został powołany przez GPW Benchmark w celu zapewnienia nadzoru nad wszystkimi aspektami opracowywania stawek referencyjnych
  • Członków Komitetu Nadzorczego zaproponowały kluczowe instytucje sektora finansowego w tym: Związek Banków Polskich, Stowarzyszenie ACI Polska oraz UOKiK
  • Ministerstwo Finansów oraz Narodowy Bank Polski przyjęły status Obserwatora

Komitet Nadzorczy GPW Benchmark, składający się z sześciu nowo wybranych członków, powstał by zapewnić merytoryczny nadzór nad wszystkimi aspektami opracowywania stawek referencyjnych. Komitet utworzono zgodnie z nową dokumentacją stawek referencyjnych WIBID i WIBOR oraz rozporządzeniem UE o wskaźnikach referencyjnych[1].

– Nadaliśmy Komitetowi Nadzorczemu szerokie uprawnienia zapewniające skuteczny nadzór nad stawkami referencyjnymi i decyzjami podejmowanymi przez Administratora –mówi Rafał Wyszkowski, prezes GPW Benchmark.

Członkowie Komitetu Nadzorczego zostali wskazani przez instytucje reprezentujące interesy szeroko pojętych użytkowników stawek referencyjnych.

Członkami Komitetu Nadzorczego zostali:

  • Jerzy Bańka oraz Norbert Jeziolowicz, zaproponowani przez Związek Banków Polskich,
  • Andrzej Nużyński, zaproponowany przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów,
  • prof. Andrzej Sławiński, zaproponowany przez Stowarzyszenie Rynków Finansowych ACI Polska,
  • Sławomir Panasiuk, zaproponowany przez Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych,
  • dr Paweł Ostrowski, zaproponowany przez Towarową Giełdę Energii.

– Chcemy, aby dyskusja na temat tempa i skali reformy stawek referencyjnych w Polsce toczyła się w atmosferze konsensusu, dlatego zamierzamy angażować i zapraszać do współpracy wiele instytucji i interesariuszy – podkreśla Rafał Wyszkowski. – W związku z tym zdecydowaliśmy się na powołanie funkcji Obserwatora przy Komitecie Nadzorczym, którą mogą przyjąć instytucje, które aktywnie i merytorycznie biorą udział w pracach nad dostosowaniem stawek referencyjnych WIBID i WIBOR do wymogów rozporządzenia unijnego oraz rozwojem oferty wskaźników referencyjnych dla polskiego rynku finansowego – dodaje.

Status Obserwatora przy Komitecie Nadzorczym GPW Benchmark przyjęły Ministerstwo Finansów oraz Narodowy Bank Polski, Związek Banków Polskich, Stowarzyszenie ACI Polska oraz UOKIK.

Szczegółowe informacje dotyczące członków Komitetu Nadzorczego są na stronie internetowej www.gpwbenchmark.pl.

[1] Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/1011 z dnia 8 czerwca 2016 r. w sprawie indeksów stosowanych jako wskaźniki referencyjne w instrumentach finansowych i umowach finansowych lub do pomiaru wyników funduszy inwestycyjnych i zmieniające dyrektywy 2008/48/WE i 2014/17/UE oraz rozporządzenie (UE) nr 596/2014

Ostatnia zmiana czasu?

W nocy z soboty na niedzielę (24-25 marca) zmienimy czas z zimowego na letni, a to oznacza noc krótszą o godzinę i krótszy sen. Negatywnych skutków przestawiania zegarków znajdzie się jednak więcej. Dotykają one wielu dziedzin naszego życia, a nawet zdrowia. Ale jest też dobra wiadomość. Może to już ostania zmiana czasu?

Pierwsze propozycje zmiany czasu padały już w XVIII wieku. Ich pomysłodawca – amerykański polityk i uczony Benjamin Franklin sugerował, by ludzie chodzili spać i wstawali wcześniej, w lepszy sposób wykorzystując światło słoneczne.

W 1907 r. Anglik William Willett opracował i sfinansował broszurę, w której proponował, by w okresie letnim zegary przestawiać o 80 minut. Uzasadniał, że dzięki takiej zmianie oszczędności na oświetleniu mogłyby sięgać nawet 2,5 mln funtów szterlingów rocznie.

Argumenty z milionowymi oszczędnościami trafiły na podatny grunt. Sześć lat po ukazaniu się broszury Willetta zmianę czasu wprowadziły Austro-Węgry oraz Rzesza. Wkrótce po tym na podobne rozwiązanie zdecydowały się władze Anglii.

W Polsce zegary przestawiamy nieprzerwanie od 1977 r., choć pierwsze próby wprowadzenia zmiany przeprowadzono w okresie międzywojennym, a później powtarzano w czasach okupacji hitlerowskiej i okresie powojennym.

Kiedyś chodziło o oszczędności

Głównym powodem wprowadzenia zmiany czasu była oszczędność energii elektrycznej. Po przestawieniu zegarków w zimowych miesiącach fabryki mogły dłużej pracować przy świetle dziennym. I tak rzeczywiście było. Tyle że dziś większość firm niezależnie od pory dnia czy nocy i tak funkcjonuje przy sztucznym oświetleniu. Zatem argument oszczędności stracił znaczenie. Mało tego! Jak wynika z raportu Komisji Europejskiej z 2007 r., wprowadzenie czasu letniego zwiększa zużycie energii na ogrzewanie.

Dziś więcej mówi się o wadach niż o zaletach zmiany czasu. Koleje pasażerskie przy przejściu z czasu letniego na zimowy muszą specjalnie na jedną noc stworzyć nowy, tymczasowy rozkład jazdy. Część pociągów jest wręcz zmuszona do godzinnego postoju.

Mniej komplikacji przysparza przejście z czasu zimowego na letni. W takiej sytuacji część transportów dociera po prostu z godzinnym opóźnieniem.

W raporcie „Zła zmiana – negatywne konsekwencje zmiany czasu” opublikowanym przez Fundację Republikańską i Stowarzyszenie Koliber w październiku 2016 r. przedstawiono również negatywny wpływ zmiany czasu na sektor bankowy.

Banki co pół roku muszą bowiem wprowadzać modyfikacje do swoich systemów, wiąże się to z dodatkowymi kosztami. Część z nich decyduje się na wyłączenie swoich usług na kilka godzin, co z kolei powoduje utrudnienia dla klientów. Niedostępna staje się bankowość elektroniczna i płatności kartami, nie działają niektóre bankomaty, przelewy dochodzą z opóźnieniem.

– Przerwy w dostępie do usług dla instytucji finansowych raczej nigdy nie będą dobre, gdyż mogą się przekładać na niższe przychody i marżę. Rynki finansowe na świecie również działają praktycznie 24 godziny na dobę, więc obecnie ciężko znaleźć jakiekolwiek benefity zmiany czasu. Statystyki wielu instytucji na świecie, w tym rządowych, nie wspierają argumentu o oszczędnościach wynikających ze zmiany czasu. Jest wręcz przeciwnie – zauważa Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Rozterki nocnej zmiany

Zmiana czasu powoduje także problemy dla pracowników i pracodawców. W trakcie przejścia z czasu zimowego na letni nocna zmiana trwa godzinę krócej. Czy w związku z tym pracownicy powinni otrzymać mniejsze wynagrodzenie?

Kodeks Pracy nie reguluje tego bezpośrednio, choć wykształcił się pogląd, według którego pracownikowi przysługuje tzw. wynagrodzenie przestojowe. Krótszy czas pracy nie wynika bowiem z winy pracownika i jest on gotowy do świadczenia pracy w pełnym wymiarze godzin.

Nieco inaczej jest w przypadku zmiany z czasu letniego na zimowy, gdy pracownicy nocni spędzają w pracy godzinę dłużej. Wtedy też przysługuje im dodatkowy czas wolny lub wynagrodzenie za nadgodziny.

Zmiana czasu może też negatywnie oddziaływać na nasze zdrowie, zaburzając wewnętrzny zegar biologiczny i zwiększając poziom stresu.

Badania przeprowadzone przez kilka niezależnych zespołów naukowców (m.in. Inge Kirchberger) wskazują na podwyższone ryzyko zawału serca wśród mężczyzn, szczególnie podczas zmiany czasu z zimowego na letni.

Skoro niewiele dobrego z tego nie wynika, może pora przestać?

Zmiana czasu jest obecnie regulowana przez dyrektywę unijną, która weszła w życie w 2001 r. Jednakże Polska, jak i inne kraje Unii Europejskiej, podjęły działania w celu rezygnacji z tych ustaleń i pozostania przy czasie letnim.

8 lutego br. Parlament Europejski przyjął rezolucję, która wzywa Komisję Europejską do przeanalizowania wspomnianej dyrektywy, co miałoby prowadzić bezpośrednio do likwidacji zmiany czasu.

Niewykluczone zatem, że najbliższe przesunięcie wskazówek z godziny drugiej na trzecią będzie jednym z ostatnich, a kraje Unii Europejskiej pójdą w ślady Rosji, Białorusi i Islandii, które zegarków nie przestawiają.

Złoty w odwrocie

Na wyspach kolejne dane przed posiedzeniem BoE. Wieczorem FOMC zdecyduje o wysokości stóp procentowych w Stanach. Jaka będzie przyszła polityka monetarna za oceanem? Nie najlepiej na złotówce.

Kolejne dane z Wysp

O godzinie 10:30 poznaliśmy serię danych z brytyjskiej gospodarki. Tym razem były to głównie dane z rynku pracy. Są one dość istotne biorąc pod uwagę jutrzejszą decyzję Banku Anglii (BoE) odnośnie stóp procentowych. Analitycy nie spodziewają się jednak jakichkolwiek ruchów na jutrzejszym posiedzeniu, jednak niewykluczone, że kolejne przyniosą nam zmiany. Stopa bezrobocia w Wielkiej Brytanii ku zaskoczeniu analityków zmalała do 4,3%. Również pozytywnie zaskoczyła zmiana średniego wynagrodzenia, które rośnie szybciej niż się spodziewano. Co prawda liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych przekroczyła oczekiwania, ale nie powstrzymało to wzrostu wartości funta. Notowania GBP/USD w kilka chwil po odczycie podskoczyły z okolic poziomu 1,402 do 1,407. W południe czeka nas jeszcze odczyt wskaźnika zamówień. Jeżeli okaże się również pozytywny to brytyjska waluta powinna umocnić się jeszcze bardziej.

Złoty w odwrocie

Inwestorzy pomału odwracają się od polskiej waluty. Nie jest wykluczone, że jest to efekt krótkotrwały spowodowany większa awersją do ryzyka na rynku. Po dzisiejszych publikacjach z Wielkiej Brytanii funt w ciągu kilku minut podrożał o ok. 2 grosze. Aktualnie kosztuje 4,85 zł. Cena franka przekroczyła dziś na moment 3,62 zł. Rośnie wartość wspólnej waluty. Jej cena przebiła już poziom 4,24 zł. W oczekiwaniu na wieczorną decyzję FED dolar oscyluje w okolicy 3,45 zł.

Wieczorem rozstrzygnięcie

Ze względu na wcześniejszą zmianę czasu w Stanach Zjednoczonych decyzja FOMC w sprawie stóp procentowych zostanie ogłoszona o godzinie 19:00, a nie jak to zwykle bywa o godzinie 20:00 czasu polskiego. Inwestorzy są praktycznie pewni co do wzrostu kosztu pieniądza o 25 punktów bazowych. Każda inna decyzja byłaby z pewnością dużym zaskoczeniem dla rynków. Kluczowym zatem będą treści komunikatów, a także treść wystąpienia Jeroma Powella. To w ich przekazie rynki będą doszukiwały się wskazówek odnośnie dalszych działań FED w temacie polityki monetarnej. Jedno jest pewne, wieczorem na notowaniach par dolarowych może wystąpić znaczna zmienność.

Mateusz Wielewicki- dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Inwestorzy czekają na FOMC

Wieczorem decyzyjne ramię Rezerwy Federalnej prawdopodobnie podniesie stopy procentowe o kolejne 25 punktów bazowych.

Marcowa podwyżka stóp w USA jest praktycznie w pełni wyceniana przez rynek, w związku z tym wspomniana decyzja nie powinna mieć większego znaczenia. Dużo istotniejsze będą opublikowane projekcje makroekonomiczne oraz tzw. „dot plot”, czyli graficzne odwzorowanie oczekiwań członków FOMC względem kształtowania się stóp procentowych w kolejnych kwartałach. W związku z kilkoma kwestiami (przede wszystkim przeprowadzeniem reformy podatkowej w USA), prognozy gospodarcze FED i ścieżka oczekiwanych podwyżek w naszej opinii powinny być nieco wyższe niż w grudniu.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek umocnił się o 0,1%, wahając się w widełkach 4,22 – 4,23. Wspólnej walucie wczoraj zdecydowanie nie sprzyjał odczyt indeksu ZEW. Zazwyczaj nie ma on aż tak dużego znaczenia, ale zainteresowanie inwestorów wzbudził silny, niespodziewany spadek, który może sugerować osłabienie ekspansji gospodarczej w przyszłości. Indeks wskazuje, że nastroje dotyczące przyszłych warunków ekonomicznych w Niemczech i strefie euro są najgorsze od końcówki 2016 r.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek umocnił się o 0,7%, wahając się w widełkach 4,80 – 4,84. Wczorajsze dane inflacyjne z Wielkiej Brytanii były gorsze niż zakładano. Dynamika CPI spadła z 3% notowanych w styczniu do 2,7% w lutym, inflacja bazowa również zaliczyła spory spadek i obniżyła się z 2,7% w styczniu do 2,4% rocznie w lutym. Oczekiwano odczytów na poziomie odpowiednio 2,8% i 2,5% rocznie.

Wśród odczytów warto zwrócić szczególną uwagę na wzrost wynagrodzeń z uwzględnieniem bonusów – dynamika wyniosła aż 2,8%, w górę poszły również szacunki z ostatniego miesiąca. Z dynamiką płac wyższą od zeszłomiesięcznej  mieliśmy do czynienia ponad dwa i pół roku temu.  Cieszyć może dodatkowo spadek stopy bezrobocia – obecnie znajduje się ona  na najniższym poziomie od 1975 r. Spadek nastąpił, pomimo lekkiego wzrostu wzrostu liczby osób bezrobotnych (co z nawiązką skompensował większy wzrost osób zatrudnionych). Indeks GBP na dane zareagował umocnieniem, funt zyskiwał się w relacji do pozostałych walut, również złotego.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek umocnił się o 0,9%, wahając się w widełkach 3,42 – 3,46. Amerykańska waluta zyskuje przed oczekiwanym spotkaniem FOMC, w tle cały czas natomiast znajduje się polityka i ostatnie rewelacje, sugerujące, że nałożenie ceł na import stali i aluminium to nie ostatnie protekcjonistyczne działanie ze strony prezydenta USA. Nowe informacje wskazują, że Donald Trump chce “ukarać” Chiny za kradzież własności intelektualnej należącej do amerykańskich firm lub za wymuszanie od nich przekazania know-how w zamian za dostęp do chińskiego rynku. Nowe cła, mające objąć ponad 100 chińskich towarów o łącznej wartości 60 mld dolarów (co stanowi 8% wartości rocznego eksportu Chin do USA) zgodnie z doniesieniami mogą zostać ogłoszone już w piątek.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 15:00 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w lutym
  • 19:00 – publikacja prognoz ekonomicznych, decyzji w sprawie stóp procentowych i oświadczenia FOMC
  • 19:30 – konferencja prasowa FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Szybki wzrost wynagrodzeń problemem polskiej gospodarki

Wynagrodzenia w ostatnich dwóch miesiącach rosną w tempie ok. 7 proc. licząc rok do roku. Wprawdzie inflacja spadła, ale to stan przejściowy. Sytuacja na rynku pracy będzie coraz trudniejsza.

– Tak szybki wzrost wynagrodzeń doprowadzi do wyższej inflacji, a ta w konsekwencji do wzrostu stóp procentowych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej.

Po ostatnim komunikacie NBP można się spodziewać, że stopy procentowe najwcześniej wzrosną w drugiej połowie przyszłego roku.

Płace będą rosły, bo sytuacja na rynku pracy jest trudna. Bezrobocie jest rekordowo niskie, ale bardzo niska jest też stopa aktywizacji zawodowej i tu trudno oczekiwać na poprawę.

– Przy tak dużym deficycie rąk do pracy nie można oczekiwać, że problem rozwiąże napływ pracowników spoza Polski – komentuje Grzegorz Sielewicz.

Ponad dwukrotny wzrost przychodów firm bukmacherskich zarejestrowanych w Polsce

Zwalczanie szarej strefy w zakładach bukmacherskich online okazało się bardzo skuteczne. Legalny rynek wzrósł ponad dwukrotnie. Z 1,6 mld zł w 2016 r., do 3,3 mld zł za miniony rok.

Od 1 kwietnia 2017 r. obowiązują znowelizowane przepisy ustawy o grach hazardowych, na mocy których ustawodawca wprowadził m. in. blokowanie stron internetowych nielegalnie działających bukmacherów. Nieco później, od 1 lipca 2017 r., zaczęły obowiązywać przepisy nakładające na dostawców internetu obowiązek blokowania dostępu do domen wpisanych do rejestru oferujących gry hazardowe niezgodnie z ustawą.

Zgodnie z tymi regulacjami minister finansów podejmuje decyzję o wpisie do rejestru, jeżeli podmiot zarządzający domeną nie ma zezwolenia na prowadzenie gier hazardowych na terytorium kraju, zwłaszcza jeżeli udostępnia strony internetowe w języku polskim i reklamuje je w Polsce.

W konsekwencji, dostawcy internetu są zobowiązani do zablokowania dostępu do takiej strony w ciągu 48 godzin od pojawienia się jej w rejestrze. Wprowadzone rozwiązania spowodowały, że przychody wszystkich bukmacherów zarejestrowanych w Polsce wzrosły w 2017 r.

– Z polskiego rynku wycofało się kilkunastu operatorów, a legalny rynek wzrósł dwukrotnie, z 1,6 mld zł w 2016 r., do 3,3 mld zł w 2017 r. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Konrad Komarczuk, prezes Fortuna online zakłady bukmacherskie sp. z o.o.

Przed wejściem w życie nowelizacji ustawy hazardowej udział nielegalnie działających bukmacherów w polskim rynku szacowany był aż na 90 proc.

Pracownicze Plany Kapitałowe w praktyce. Mniejsza pensja, ale większa emerytura

Efektywność polskiego systemu emerytalnego została wyraźnie osłabiona w ostatnich latach – ocenia FOR i wymienia – Najpierw marginalizacja OFE przez rząd PO-PSL podważyła istnienie filaru kapitałowego oraz uderzyła w dynamizm warszawskiej giełdy. Później obniżenie przez rząd PiS wieku emerytalnego do 60 i 65 lat, co w przypadku kobiet jest najniższym docelowym wiekiem emerytalnym w UE, doprowadziło do sytuacji w której znaczna część ubezpieczonych w przyszłości może liczyć tylko na emerytury minimalne. Czy sytuację uratuje najnowsza propozycja, czyli Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK).

– Potrzebujemy dodatkowych oszczędności emerytalnych ale wprowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych nie zastąpi podnoszenia wieku emerytalnego. Co oznaczają Pracownicze Plany Kapitałowe? Po stronie pracodawcy będą to dodatkowe koszty, po stronie pracownika będzie to niższa płaca netto. Oznacza to, że będziemy dostawać mniej ale będziemy mieli dodatkową emeryturę. W przypadku kobiet nawet ta rezygnacja z części płacy netto nie zrekompensuje negatywnych skutków obniżenia wieku emerytalnego, czyli ich emerytury będą nadal bardzo niskie. W przypadku mężczyzn ten wynik będzie już bardziej zbliżony – mówi newsrm.tv dr Aleksander Łaszek, główny ekonomista FOR i dodaje – Zmiany trzeba rozpatrywać w szerszym kontekście zmian proponowanych przez rząd. Jednocześnie mamy propozycję zniesienia limitu trzydziestokrotności składek ZUS, co oznacza, że ZUS będzie wypłacał bardzo dużo emerytur najniższych, a z drugiej strony będzie wypłacał bardzo wysokie emerytury osobą, które obecnie dobrze zarabiają.

Kredytobiorcy frankowi i ich kredyty

Systematycznie maleje kwota do spłaty z tytułu kredytów mieszkaniowych, zaciągniętych w szwajcarskiej walucie. Na koniec grudnia 2017 r. było to 109,58 mld zł, czyli o 27 mld (19,8%) mniej niż w grudniu 2016 r. Na spadek kwoty zadłużenia – w wysokości 15 mld zł – wpływ miało obniżenie wartości kursu franka w trakcie 2017 r. Pozostałe 12 mld zł ubyło w wyniku spłaty zobowiązań przez frankowiczów. Aktualne całkowite zadłużenie kredytobiorców frankowych z tytułu wszystkich posiadanych produktów kredytowych wynosi 137,13 mld zł, co stanowi wartościowo 23,5% zadłużenia wszystkich kredytobiorców w Polsce. 31.12.2017 r. frank kosztował 3,57 zł, rok wcześniej 4,12 zł, czyli potaniał o 55 gr. i zbliżył się do kursu sprzed uwolnienia franka przez szwajcarski bank centralny. W grudniu 2014 r. wartość franka wynosiła 3,54 zł.

Dane Biura Informacji Kredytowej, zgodnie z przepisami ustawy Prawo bankowe (art. 105 ust.4 ), w oparciu o które działa Biuro, dotyczące wszystkich czynnych zobowiązań klientów banków  potwierdzają obserwację, że liczba kredytobiorców złotowych, obsługujących kredyty mieszkaniowe wzrasta. W okresie styczeń – grudzień 2017 r. liczba kredytobiorców złotowych wzrosła o 152 tys. Z kolei liczba osób obsługujących kredyty frankowe stale zmniejsza się – w tym samym okresie ubyło 47,6 tys. frankowiczów.

Portfel kredytowy Polaków

Kredyty walutowe obecnie występują w ofercie banków w minimalnym stopniu, dotyczy to również zobowiązań w szwajcarskiej walucie. Bazy BIK, zawierające informacje o 15,3 mln kredytobiorców w Polsce, odnotowują obecnie 5,7% udział osób spłacających zobowiązania we frankach. Kwota do spłaty wszystkich kredytobiorców bez względu na walutę wynosi w przeliczeniu na złote 583,63 mld zł, z czego 137,13 mld zł to wartość do spłaty wszystkich rodzajów kredytów posiadanych przez kredytobiorców frankowych. Liczba wszystkich kredytów posiadanych przez frankowiczów wynosi 1,77 mln szt., co stanowi 6,3% spośród 27,98 mln szt. kredytów obsługiwanych przez wszystkich Polaków łącznie. 

Kredytobiorcy frankowi i ich kredyty

Łączna kwota do spłaty z tytułu kredytów mieszkaniowych w CHF to 109,58 mld zł a całkowite aktualne zadłużenie kredytobiorców frankowych z tytułu wszystkich posiadanych produktów kredytowych to 137,13 mld zł. Na tę wartość składają się, oprócz frankowych i zaciągniętych w innych walutach (głównie w zł), kredyty mieszkaniowe na kwotę 126,96 mld zł, kredyty konsumpcyjne o wartości 7,40 mld zł, karty kredytowe na kwotę do spłaty wynoszącą 1,51 mld zł, a także limity z tytułu wykorzystanych linii kredytowych na 1,24 mld zł. 93_infografika_kredytobiorcy_frankowi_aktualizacjamarzec2018_2

– Wśród czynników wpływających na spadek zadłużenia w kredytach spłacanych w szwajcarskiej walucie należy odnotować m.in. najniższą wartość kursu franka szwajcarskiego od „pamiętnego stycznia 2015 r.”- mówi dr Andrzej Topiński, główny ekonomista Biura Informacji Kredytowej. – W tym roku złoty umocnił się już o ponad 12 proc. w stosunku do kursu CHF z tamtego okresu. Warto także zaznaczyć, że wpływ na spadek zadłużenia w mieszkaniowych kredytach zaciągniętych w CHF mają sami frankowicze, którzy terminowo spłacają swoje raty kredytowe, co powoduje spadek zadłużenia – dodaje dr Topiński.

Jakość spłat mieszkaniowych kredytów frankowych

Opóźnienie w spłacie samego kredytu mieszkaniowego udzielonego w walucie CHF, ma 9979 osób – jest to 1,2% osób spośród wszystkich kredytobiorców frankowych.

– BIK, w oparciu o swoje dane, od lat obserwuje bardzo dobrą jakość obsługi kredytów mieszkaniowych zarówno złotowych, jak i walutowych, w tym frankowych. Terminowość obsługi przez rzetelnych kredytobiorców wpływa na bardzo dobrą jakość portfela, który jest odporny na wahania kursowe – mówi dr Topiński. – Na koniec grudnia 2017 r. na ponad 2,3 mln obecnie czynnych kredytów mieszkaniowych tylko w przypadku 32 tys. (1,4%) występuje opóźnienie w spłacie powyżej 90 dni. Można zatem z całą pewnością powiedzieć, że Polacy bardzo dobrze obsługują kredyty mieszkaniowe bez względu na rodzaj waluty, w której zaciągnęli kredyt – dodaje główny ekonomista BIK.

Portret Frankowicza

Udział kobiet i mężczyzn wśród frankowiczów jest niemal parytetowy. Na 860,93 tys. osób, spłacających mieszkanie we franku przypada 50,3% pań w stosunku do 49,7% panów. Najwięcej kredytobiorców posiadających takie zobowiązanie znajduje się w przedziale wiekowym 35 – 44 lat i stanowią ponad połowę (50,7%) wszystkich frankowiczów.

– Jakość spłaty zobowiązań frankowych, zgodnie z oceną punktową BIK, wypada bardzo dobrze – mówi dr Andrzej Topiński.

94_portretfrankowicza_aktualizacjamarzec2018_21marca

Polska i podejście do spłaty kredytów

W podejściu do spłat kredytów oraz w ocenie swojej historii kredytowej zdecydowanie wyróżniają się mieszkańcy regionu południowego. Jak wynika z badania opinii, wykonanego na zlecenie BIK, przez ARC Rynek i Opinia, kredytobiorcy z województw śląskiego i małopolskiego, częściej niż mieszkańcy z regionu wschodniego i południowo-zachodniego (dolnośląskie, opolskie) starają się spłacać zaciągnięte kredyty jak najszybciej, a nawet przed terminem, co potwierdziło 34% respondentów, natomiast aż 65% badanych z tego regionu zadeklarowało terminowe spłacanie rat. Ankietowani z regionu południowego także częściej podkreślają rolę oszczędzania, deklarują również, że kredyty biorą tylko wtedy, gdy mają pewność, że je spłacą. Osoby z tych województw podkreślały, częściej niż inni badani, że na ich stosunek do kredytów i zobowiązań wpływają zarówno wychowanie i wartości wyniesione z domu rodzinnego (60%), jak i możliwość polegania na rodzinie w trudnych sytuacjach, czyli np. pomocy krewnych, w przypadku kłopotów finansowych. 94_aglomeracje_frankowicze_mapa_aktualizacjamarzec2018_19marca

– Analizując liczbę kredytobiorców posiadających kredyt mieszkaniowy we franku szwajcarskim należy podkreślić, że są to mieszkańcy 11 aglomeracji Polski. Stanowią oni aż 55,6% wszystkich osób spłacających kredyty mieszkaniowe zaciągnięte w CHF – mówi dr Topiński z BIK. – Najwięcej, bo 18% osób spłacających taki kredyt mieszka w aglomeracji warszawskiej – dodaje.

* Polacy na rynku kredytowym, ARC Rynek i Opinia dla BIK S.A.,  listopad 2017 r., 18-65 lat, N=1000.

Jastrzębi Fed może osłabić kurs złotego i krajowy rynek długu

Posiedzenie Fed powinno osłabiać krajowy rynek długu. Nasilające się oczekiwania na wzrost dyferencjału stóp procentowych stały za wtorkową przeceną złotego. Nominalnie kurs EURPLN wzrósł do najwyższego poziomu od czterech miesięcy- powyżej 4,23. Jastrzębi Fed powinien podtrzymywać słabość PLN.

Rynek stopy procentowej

Na krajowym rynku stopy procentowej wtorkowa sesja przyniosła silny wzrost rentowności obligacji skarbowych i krzywej IRS (około 6-7 pb.). Zmiany na obu krzywych były właściwie równoległe, stąd asset swap spready pozostały praktycznie bez zmian.

Wtorkowa przecena, już druga z rzędu w tym tygodniu, wynikała w dużej mierze z pogorszenia się nastrojów na rynkach bazowych. Inwestorzy na świecie obawiają się przede wszystkim środowej decyzji Fed, który zapewne podwyższy stopy procentowe o kolejne 25 pb. (decyzję poznamy wieczorem po zakończeniu sesji europejskiej). W efekcie rosną rentowności US Treasuries (notowania 10-letniego UST wzrosły w pobliże 2,89%). Ponadto w strefie euro pojawiają się spekulacje odnośnie rozważanych koncepcji i ścieżek zmiany polityki pieniężnej przez EBC w latach 2018-2019, co dodatkowo osłabia wyceny obligacji w Europie (notowania 10-letniego Bunda wzrosły w okolice 0,60%). Jakby tego było mało, na krajowym rynku dwóch przedstawicieli RPP zaczęło sygnalizować możliwość szybszych podwyżek stóp procentowych niż zakłada to rynek i prezentuje większość członków Rady w swoich wypowiedziach.

Podczas środowej sesji GUS opublikuje dane nt. sprzedaży detalicznej w lutym. Spodziewać się można wysokiej dynamiki wzrostu, która wg PKO może wynieść 8,1% r/r. Mimo tego, że powinny podtrzymywać wiarę w wysoki wzrost gospodarczy w Polsce w I kw. 2018 r., to jednak będę one miały niewielki wpływ na oczekiwania w zakresie przyszłej polityki pieniężnej NBP, a tym samym powinny być neutralne dla wycen instrumentów finansowych. Niemniej warto pamiętać, że rynek zmierzał w ostatnich tygodniach w kierunku dyskontowania scenariusza braku zmian stóp do końca 2019 r., co doprowadziło do bardzo wysokich wycen instrumentów na rynku stopy procentowej. W takiej sytuacji byle powód może doprowadzić do silniejszej korekty. Takim powodem może być szereg mocnych danych z gospodarki, które cały czas napływają na rynek, czy oczekiwania na wyraźniejszy wzrost inflacji w II kw. 2018r., wzmacniające jastrzębi w Radzie.

Krótkoterminowo najważniejszym wydarzeniem będzie jednak środowa decyzja Fed w sprawie stóp procentowych. Większość ekonomistów oczekuje podwyżki stóp o 25 pb., ale rynek wycenił już taki scenariusz. Biorąc to pod uwagę można byłoby spodziewać się neutralnej reakcji na taką decyzję. Niemniej podwyżka stóp dokonana w I kw. zwiększa prawdopodobieństwo scenariusza zakładającego w sumie aż cztery podwyżki w tym roku. I tego mogą obawiać się inwestorzy. Chociaż bank centralny wcale nie musi tego wprost zasygnalizować, to jednak ton komentarza będzie raczej takie obawy podtrzymywać. FOMC może skorygować w górę prognozy PKB, jak również ryzyko wzrostu inflacji, co sygnalizowałoby możliwość ostrzejszej reakcji FOMC w całym roku. Warto też pamiętać, że w Fed nie brakuje zwolenników czterech podwyżek stóp.krzywa rpaAutor / Źródło: Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski

Rynek walutowy

We wtorek złoty względem głównych walut nadal tracił na wartości. Już w pierwszych godzinach handlu kurs EURPLN wzrósł powyżej 4,23. Zmiany na rynku krajowym były przede wszystkim odzwierciedleniem nastrojów na świecie, gdzie uwaga skupiała się już na środowej decyzji amerykańskiej Rezerwy Federalnej i publikacji najnowszej projekcji makroekonomicznej dotyczącej wzrostu gospodarczego, inflacji i poziomu kosztu pieniądza w przyszłości (na podstawie tzw. fedowskich dot plot) w USA.

W oczekiwaniu na jastrzębi Fed, dolar powrócił do wzrostów po tym jak tydzień rozpoczął lekkim osłabieniem w reakcji na nieoficjalne doniesienia z EBC, że dyskusje w banku centralnym zaczynają powoli przesuwać się w stronę rozważań nad „nachyleniem ścieżki stóp procentowych w późniejszym czasie” ze względu na oczekiwane powolne odbijanie inflacji w strefie euro. Jak się okazało, EBC w dużej mierze popiera rynkowe oczekiwania, że do podwyżki stóp w strefie euro może dojść w pierwszej połowie 2019 r., stąd ten poniedziałkowy ruch notowań euro do 1,236 USD.

We wtorek, wspólną walutę osłabiła już publikacja danych z Niemiec pokazująca spadek marcowego indeksu ZEW oczekiwań gospodarczych do poziomu najniższego od 18-miesięcy, do 5,1 pkt. Ostry spadek głównego wskaźnika nastrojów to najprawdopodobniej w dużej mierze wynik wyraźnych spadków na niemieckiej giełdzie, której walory mocno ucierpiały w reakcji na ogłoszenie przez administrację Donalda Trumpa wprowadzenia ceł na import metali do USA. Same taryfy mogą nie mieć silnego bezpośredniego wpływ na gospodarkę Niemiec, ale już ewentualne nałożenie ceł na import samochodów mogłoby „uderzyć” w naszych zachodnich sąsiadów. Wtorkowe osłabienie euro sprowadziło notowania kursu EURUSD do 1,224.

Marcowa podwyżka stóp przez Fed o 25pb wydaje się być już zdyskontowana, stąd ważniejsza dla notowań rynkowych będzie zapewne treści komunikatu oraz wyniki dla nowych projekcji makroekonomicznej. Jeśli prognozy Fed pokażą, że obecnie więcej członków FOMC przewiduje cztery podwyżki stóp w 2018 r., co wydaje się możliwe, dolar powinien zacząć wyraźniej umacniać się wobec euro, z niekorzyścią dla złotego i inne walut EM. Brak perspektyw na podwyżki stóp w Polsce, a co za tym idzie spodziewany rosnący dyferencjał pomiędzy wysokością kosztu pieniądza w kraju i w USA (na korzyść dolara) sprawia, że pomimo solidnych wyników polskiej gospodarki waluta nasza traci w oczach inwestorów. Atrakcyjność PLN spada nie tylko wobec dolara, ale też w stosunku do euro, po tym jak wspominane wcześnie nieoficjalne doniesienia z EBC utwierdziły rynkowe oczekiwania na zacieśnienie polityki monetarnej w strefie euro w 2019 roku.

W tej sytuacji o publikacji środowych danych sprzedażowych GUS można wspomnieć tylko informacyjnie. Oczekiwany przez ekonomistów PKO BP nawet 8,1% roczny wzrost dynamiki w marcu (rynek zakłada 7,6% r/r) z pewnością nie pomoże złotemu, który w osłabieniu wypatrywać będzie zakończenia marcowego posiedzenia Fedu.

indeks zewAutor / Źródło: Joanna Bachert / PKO Bank Polski

Kurs złotego do dolara najniżej od ponad 2 miesięcy

Euro traci do amerykańskiego dolara po znacznie słabszym od oczekiwań odczycie niemieckiego indeksu instytutu ZEW, który obrazuje nastroje analityków i inwestorów instytucjonalnych na temat stanu niemieckiej gospodarki. Indeks wyniósł 5,1 pkt., podczas gdy prognoza mówiła o 13 pkt., a poprzednio było to 17,8 pkt.

Wobec innych walut wartość amerykańskiego dolara zmienia się w stosunkowo niewielkim zakresie, bo dzisiejsza decyzja FOMC w sprawie stóp procentowych została już zdyskontowana. Analitycy oczekują podniesienia stóp o 25 punktów bazowych. Do dolara złotówka jest najsłabsza od ponad 2 miesięcy, a do euro – od 4 miesięcy.

Waluty

W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do euro (+0,57%) i brytyjskiego funta (+0,09%), a traci do dolara kanadyjskiego (-0,41%), dolara australijskiego (-0,02%) oraz japońskiego jena (-0,09%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,227, GBP/USD – 1,403, USD/CAD – 1,302, AUD/USD – 0,77 i USD/JPY – 106,4. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,65%) i kurs EUR/JPY wynosi 130,5, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,875. Złotówka traci do głównych walut światowych. W środę rano dolar kosztuje poniżej 3,45 zł, euro – 4,23 zł, funt – 4,83 zł, a frank szwajcarski –3,61 zł.

Giełdy

Na światowych giełdach lekka przewaga koloru zielonego. We wtorek w Europie londyński indeks FTSE 100 zyskał 0,26%, frankfurcki indeks DAX – 0,74%, a paryski indeks CAC 40 – 0,57%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 wzrósł o 0,15%, meksykański indeks Bolsa spadł o 0,84%, a brazylijski indeks Bovespa podniósł się o 0,3%. W środę w Azji indeks Shanghai Composite obniżył się o 0,29%, a hongkoński indeks Hang Seng – 0,49%.

Ropa i złoto

Po wcześniejszych spadkach ceny ropy naftowej idą w górę. We wtorek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 67,42 USD (+2,03%), a ropy WTI – 63,4 USD (+2,11%). Roczna prognoza ceny baryłki ropy wzrosła o 1 USD do 72 USD. Z kolei złoto po wahaniach kosztuje tyle samo co dobę wcześniej. W środę rano uncję metalu rynek wycenia na 1315 USD.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 10:00 – Polska – Sprzedaż detaliczna (r/r), luty (prognoza 8%)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Stopa bezrobocia, styczeń (prognoza 4,4%)
  • 13:30 – USA – Saldo rachunku bieżącego, IV kw. (prognoza -125 mld USD)
  • 15:00 – USA – Sprzedaż domów na rynku wtórnym, luty (prognoza 5,4 mln)
  • 19:00 – USA – Decyzja FOMC ws. stóp procentowych, marzec (oczekiwania: wzrost)
  • 19:00 – USA – Projekcje makroekonomiczne FOMC
  • 19:30 – USA – Konferencja prasowa po posiedzeniu FOMC
  • 21:00 – Nowa Zelandia – Decyzja RBNZ ws. stóp procentowych, marzec (oczekiwania: bez zmian)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

BioMaxima S.A. zakończyła prace rozwojowe nad nowym analizatorem biochemicznym BM 200. Seryjną produkcję uruchomi w II kwartale.

BioMaxima S.A., notowany na NewConnect polski producent podłoży mikrobiologicznych, a także szerokiej gamy odczynników i aparatury do diagnostyki in vitro, zakończyła prace badawczo-rozwojowe nad nowym analizatorem biochemicznym BM-200. Seryjna produkcja tego aparatu rozpocznie się w zakładzie w Lublinie w drugim kwartale 2018 r.

Spółka zakończyła z sukcesem trwające od ponad dwóch lat prace rozwojowe nowego analizatora biochemicznego BM-200. Trzy prototypy urządzeń były od września 2017 r. testowane w trzech zewnętrznych laboratoriach w Polsce, a przeprowadzone testy wypadły pozytywnie i seryjna produkcja w zakładzie w Lublinie wystartuje w 2 kw. 2018 r. Kompaktowe i nowoczesne analizatory, które posiadają najnowsze rozwiązania w diagnostyce medycznej będą bardzo konkurencyjną ofertą dla średnich i małych laboratoriów w kraju oraz na rynkach zagranicznych. Urządzenia te będą mogły również stanowić doskonałe zabezpieczenie typu „backup” w placówkach o dużej liczbie badań. Cena aparatu dla użytkownika końcowego będzie na poziomie 10 tys. EUR.

„Oprócz rynku krajowego, liczymy także na klientów eksportowych, w tym na rynek OEM. Mogę powiedzieć, że niektórzy z naszych partnerów niecierpliwie czekają na uruchomienie seryjnej produkcji tego analizatora. Nowy analizator zwiększa również nasze możliwości w zakresie sprzedaży odczynników.” – ocenia Łukasz Urban, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.

Analizator BM-200 jest systemem zamkniętym, pracującym wyłącznie z odczynnikami wyprodukowanymi w zakładzie produkcyjnym Spółki w Lublinie, co oznacza, że sprzedaż tego urządzenia będzie istotnie zwiększać popyt na odczynniki wyprodukowane przez BioMaxima S.A. Zainstalowany u klienta analizator rocznie jest w stanie wygenerować sprzedaż odczynników oraz materiałów zużywalnych na poziomie ok. 20 tys. zł. Mocną stroną tego analizatora jest też możliwość oferowania aparatów w systemach OEM, ODM dla zagranicznych dystrybutorów, którzy zechcą wprowadzać aparat pod własną marką, a Spółka prowadzi już negocjacje z potencjalnymi kontrahentami.

BioMaxima S.A. zdefiniowała rynek docelowych odbiorców nowego analizatora BM-200 i zaliczyła do niego m.in. kilkaset medycznych laboratoriów publicznych oraz kilkaset medycznych laboratoriów prywatnych w Polsce. Do tego grona należy również dodać kilkadziesiąt laboratoriów weterynaryjnych w naszym kraju. Spółka bardzo mocno liczy również na zainteresowanie nowym urządzeniem na rynkach zagranicznych. W portfolio jej aktywnych klientów znajdują się podmioty z ponad 60 krajów, w tym także z Rumunii, gdzie BioMaxima S.A. posiada własne spółki handlowe.

Emitent deklaruje, że w nowym Centrum Badawczo – Rozwojowym (CBR) będą prowadzone prace nad kolejnym, lepiej wyposażonym i bardziej wydajnym analizatorem biochemicznym z tej samej rodziny. Planowane zakończenie prac to horyzont ośmiu miesięcy od uruchomienia CBR.

Spółka zakończyła 2017 r. skonsolidowanym zyskiem netto w wysokości 948 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży przekraczających 33 mln zł, notując przy tym 15% wzrost w stosunku do 2016 roku. Poprzez realizację przyjętego programu inwestycyjnego BioMaxima S.A. oczekuje znacznej poprawy wskaźników finansowych począwszy od 4 kw. 2018 r.

Kraków kusi co ósmą firmę. Czym przyciąga inwestorów stolica Małopolski?

Aż 12 proc. przedsiębiorców deklaruje chęć przeniesienia swojego biznesu do Krakowa. Miasto może pochwalić się największą dostępnością wykwalifikowanych pracowników w Polsce oraz drugim co do wielkości rynkiem nowoczesnych powierzchni biurowych. W raporcie „Potencjał inwestycyjny Krakowa” opracowanym przez Antal i CBRE, Kraków otrzymał 7,1 pkt. w 10-stopniowej skali, jako miejsce atrakcyjne inwestycyjnie. Co składa się na pozycję biznesową stolicy Małopolski?

Kraków to dzisiaj kwitnący ośrodek naukowy, kulturalny oraz biznesowy. Władze miasta od kilku lat prowadzą zintensyfikowane działania, mające na celu nie tylko poprawę jakości życia mieszkańców, ale przede wszystkim – tworzenie dobrych warunków dla rozwoju biznesu. Widać to na podstawie badania przeprowadzonego przez Antal, w którym przeanalizowano główne aspekty wpływające na decyzje inwestycyjne firm, a respondentów poproszono o ocenę ich otoczenia biznesowego.

Kraków klasyfikowany jest na najwyższych miejscach w europejskich i ogólnopolskich rankingach, jako miejsce atrakcyjne inwestycyjnie. Dynamiczny rozwój biznesu i duża liczba firm już obecnych na rynku, przekładają się na rosnące zapotrzebowanie kadrowe oraz intensywną eksploatację rynku kandydata. Poza podażą lokalnych absolwentów, zwiększa się zainteresowanie Krakowem ze strony kandydatów z innych części kraju. Ważnym argumentem relokacji jest już nie tylko oferta kulturalna miasta, ale właśnie prężenie rozwijający się rynek pracy – mówi Sebastian Wysocki, menedżer oddziału Antal w Krakowie.

Po najlepszych specjalistów do Krakowa

Kraków jest uznawany za doskonałe miejsce dla międzynarodowego biznesu, przede wszystkim ze względu na dostępność wykwalifikowanych specjalistów. Jak wynika z raportu Antal „Potencjał inwestycyjny Krakowa”, najbardziej korzystnym czynnikiem, wyróżniającym miasto na tle innych jest najwyższy w Polsce potencjał edukacyjny, rozumiany jako dostępność przyszłych pracowników. Respondenci, biorący udział w badaniu Antal, ocenili wskaźnik zaplecza edukacji wyższej w Krakowie na rekordowym poziomie 8,8 pkt. w 10-stopniowej skali. W Małopolsce uczy się ponad 160 tys. studentów. Jednocześnie, każdego roku studia w Krakowie kończy średnio ok. 50 tys. absolwentów, z tego ponad 13 tys. stanowią absolwenci szkół technicznych (dla porównania – w Warszawie ponad 7 tys. osób) – to ogromne zasoby na obecnym rynku pracy, borykającym się z deficytem pracowników. Najwięcej specjalistów kształci się w obszarze finansów, kolejno lingwistyki oraz IT. Na uwagę zasługuję również fakt, że aż 28 proc. specjalistów i menedżerów wskazuje gotowość do relokacji do Krakowa[i].

antal potencjał krakowa

Polskie centrum outsourcingu

Kraków pozostaje niekwestionowanym liderem sektora usług dla biznesu oraz usług IT. W raporcie Antal oceniono potencjał biznesowy miasta na podstawie nasycenia rynku firmami konkurencyjnymi – stolica Małopolski otrzymała 7,3 pkt. w 10-stopniowej skali. Intensywny rozwój sektorów IT/SSC/BPO w ostatnich latach potwierdzają wciąż rosnące liczby nowo otwieranych centrów. Pod tym względem Kraków plasuje się niedaleko za Warszawą z liczbą 157 centrum usług wspólnych dla biznesu. W ciągu roku w stolicy Małopolski powstało prawie dwa razy więcej nowych ośrodków niż w Warszawie. Warto zwrócić również uwagę, że najwyższe przeciętne zatrudnienie w tym sektorze obserwujemy właśnie w Krakowie. Mimo rosnącej konkurencji i ogromnej obecności istniejących już inwestycji, cały czas realizowane są nowe projekty.potencjał biznesowy

Sektor centrów usług biznesowych jest jedną z najważniejszych gałęzi małopolskiej gospodarki. Wpływa na rozwój szeregu innych branż (rynek nieruchomości biurowych i mieszkalnych, rynek usług), wreszcie na rozwój samego miasta, które rozbudowuje kolejne dzielnice. Ma też znaczenie w aspekcie atrakcyjności Krakowa dla młodych ludzi z kraju i z zagranicy, którzy już po studiach, czy nawet jeszcze w ich trakcie, mają szanse na pracę nie tylko dobrze płatną, ale i dającą szanse rozwoju. To głównie dzięki temu Krakowowi przybywa wciąż mieszkańców budujących młode, otwarte, międzynarodowe społeczeństwo – mówi Tomasz Latocha, Wiceprezes Małopolskiej Agencji Rozwoju Regionalnego SA.

Ponad 1 mln m2 nowoczesnych powierzchni biurowych

Od kilku lat Kraków jest liderem na rynku powierzchni biurowej wśród miast regionalnych w Polsce. To również drugi co do wielkości rynek biurowy w kraju. Jak wynika z raportu Antal – dostępność przestrzeni biurowych w Krakowie została oceniona na 7,2 pkt. Uczestnicy badania wyróżnili również wysoką jakość dostępnych powierzchni (7,8 pkt.) oraz łatwy dojazd do biura komunikacją publiczną (7,6 pkt.). Ponadto, różnorodna oferta biurowa odpowiada na całe spektrum potrzeb przedsiębiorców i inwestorów lokujących tu swój biznes. Jak podkreśla Piotr Pikiewicz z CBRE, wynika to z braku wyraźnie zaznaczonych stref biurowych w Krakowie.

Ostatnie lata to intensywny rozwój parków biurowych w Krakowie. Do największych kompleksów należą m.in. O3 Business Campus, Rondo Business Park, Bonarka 4 Business, Quattro Business Park czy Enterprise Park. Po drugie, na mapie stolicy Małopolski pojawiają się coraz bardziej nowoczesne, zaawansowane technologicznie i wpisujące się w trend Wellness biurowce, których przykładem jest Podium Park. Ponadto, ciekawa powierzchnia biurowa w stolicy Małopolski jest również dostępna w ścisłym centrum miasta w zrewitalizowanych kamienicach, które dysponują modułami biurowymi dla mniejszych najemców. Stawki czynszowe obecnie szacowane są średnio na poziomie 13,50-14,00 EUR/mkw./mies. i od lat utrzymują się na podobnym poziomie – mówi Piotr Pikiewicz, Starszy Konsultant, Dział Badań i Analiz Rynku, CBRE.przestrzeń biurowa

Potencjał miasta, jako miejsca do życia

Kraków nadal przede wszystkim kulturą stoi. Respondenci za najważniejszy atut miasta uznali bogatą ofertę kulturalną (8,9 pkt.). Pozytywnie oceniana jest również oferta handlowa, wysoki poziom szkolnictwa oraz poczucie bezpieczeństwa mieszkańców. Całościowa ocena lokalizacji pod kątem zamieszkania wynosi jednak 7,7 pkt., a to ze względu na jakość środowiska naturalnego, która jest coraz ważniejszym czynnikiem dla mieszkańców. Zanieczyszczenie powietrza, smog i słaba polityka pro-ekologiczna są obecnie największą bolączką dużych aglomeracji miejskich.miejsce życia

[i] Raport Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów” 2017 r.

***

Raport „Potencjał inwestycyjny Krakowa” jest szóstą publikacją w ramach projektu badawczego zainicjowanego przez Antal „Business Environment Assessment Study”. Dotychczasowe raporty dotyczyły całej Polski, Łodzi, Trójmiasta, Wrocławia i Poznania i są dostępne na stronie: www.investmentplansreport.eu. Wkrótce pod tym adresem będzie można pobrać kolejne raporty odnoszące się do poszczególnych miast.

Badanie Antal Business Environment Assessment Study zostało przeprowadzone w miesiącach maj – czerwiec 2017 na próbie 489 decydentów w firmach obecnych w Polsce, zajmujących stanowiska prezesów, członków zarządów oraz dyrektorów departamentów. Badanie było prowadzone metodą CATI oraz CAWI. Partnerzy badania: CBRE, BPCC, ASPIRE, Adaptive. Badanie jest prowadzone równolegle na rynku czeskim, słowackim i węgierskim. Raport został uzupełniony danymi Antal, CBRE oraz GUS, Lista 500 Polityka, BISNODE.

 

UNIQA publikuje wyniki za 2017 rok

  • Spółka majątkowa UNIQA w Polsce podwoiła wynik finansowy
  • Towarzystwo majątkowe UNIQA w Polsce odnotowało znaczącą poprawę wyniku technicznego, w pełni odrabiając straty z roku 2016
  • Przypis składki wyniósł 1,12 mld zł, o 0,7 proc. więcej niż rok wcześniej
  • Łączny przypis składki obu spółek wyniósł 1,98 mld zł
  • Spółka rosła we wszystkich rentownych liniach biznesowych
  • UNIQA w Polsce trzeci rok z rzędu otrzymała tytuł Instytucji Roku.

Majątkowe towarzystwo ubezpieczeń UNIQA osiągnęło w 2017 roku przypis składki na poziomie 1,12 mld zł, świadczący o zrównoważonym wzroście w ostatnich latach.  Łącznie zaś obie spółki – majątkowa i życiowa – osiągnęły sprzedaż na poziomie 1,86 mld zł. Szybciej niż przypis składki rósł zysk spółek ubezpieczeniowych. Wynik brutto liczony według międzynarodowych standardów rachunkowości wyniósł 53,09 mln zł, wobec 26,66 mln zł w 2016 roku. Wartość wypłaconych odszkodowań i świadczeń przez obie spółki wyniosła z 1,1 mld zł (wzrost o 29 proc.).

Jarosław Matusiewicz, prezes spółek UNIQA w Polsce
Jarosław Matusiewicz, prezes spółek UNIQA w Polsce

– Największym wydarzeniem 2017 roku na rynku była niewątpliwie stabilizacja cen ubezpieczeń komunikacyjnych. Po raz pierwszy od wielu lat branża zaczęła zarabiać na ubezpieczeniach komunikacyjnych. Po kilku latach wyczerpującej wojny cenowej miało to ogromne znaczenie dla stabilności całego biznesu – komentuje Jarosław Matusiewicz, prezes spółek UNIQA w Polsce. – Miniony rok pokazał także, że zdarzenia wynikające z katastrof naturalnych o masowej skali stały się już w Polsce cykliczne. Powinno to mieć przełożenie na ceny ubezpieczeń majątkowych. A dokładnie na podwyższenie cen w tym segmencie, podobnie jak stało się po powodzi w 2010 roku.

– Miniony rok był kolejnym udanym dla spółek UNIQA w Polsce pod względem osiągniętych wyników finansowych. Wzrósł przypis składki, spadł wskaźnik kosztowy, dwukrotnie zwiększył się zysk  – dodaje Anna Demczenko, wiceprezes ds. finansowych spółek UNIQA w Polsce.

Zwieńczeniem dobrego roku jest przyznany trzeci rok z rzędu tytuł Instytucji Roku. W rankingu portalu MojeBankowanie.pl drugi rok z rzędu otrzymaliśmy ten tytuł w dwóch głównych kategoriach: Najlepsza jakość w placówce oraz Najlepsza jakość obsługi w kanałach zdalnych.

UNIQA Towarzystwo Ubezpieczeń

2,5-krotnie wzrósł zysk brutto spółki majątkowej UNIQA za 2017 rok. Wynik liczony według międzynarodowych standardów rachunkowości (IFRS) wyniósł 48,7 mln zł, wobec 19,4 mln zł rok wcześniej. Zysk netto za dwanaście miesięcy 2017 roku wyniósł z kolei 40,5 mln zł (13,7 mln zł rok wcześniej).

– Osiągnięciem 2017 roku jest dodatni wynik techniczny w kwocie 6,1 mln zł. Rok wcześniej strata techniczna przekroczyła 32 mln zł. Lepszy wynik to efekt poprawy szkodowości ubezpieczeń komunikacyjnych, optymalizacji portfela produktów, w tym m.in. większej sprzedaży rentownych ubezpieczeń majątkowych oraz skutecznej kontroli kosztów – mówi wiceprezes ds. finansowych spółek UNIQA w Polsce.

Łączny przypis składki wyniósł 1,12 mld zł w 2017 roku i był o 0,7 proc. wyższy niż rok wcześniej. Przy czym zmiana przypisu składki zależała od linii biznesowej. Czyszczenie portfela komunikacyjnego z nierentownych ryzyk – głównie ubezpieczeń flotowych – doprowadziło do spadku przypisu w autocasco o 10,1 proc. Z kolei w przypadku OC komunikacyjnego efekt czyszczenia portfela został w znacznej części zniwelowany przez równoczesny wzrost poziomu cen, czego efektem jest wzrost sprzedaży o 2,4 proc.

Warto podkreślić, że w 2017 roku zaczęliśmy zmieniać pakiet komunikacyjny dla klientów. Dotyczy to zarówno klientów flotowych, jak i indywidualnych. Przebudowaliśmy strukturę taryf, wprowadziliśmy zmiany w produktach, zachowując składki adekwatne do rzeczywistego ryzyka. Nowym modelem taryfy komunikacyjnej wpisujemy się w trend rynkowy celowanej taryfikacji.

Jeżeli chodzi o ubezpieczenia majątkowe niekomunikacyjne, UNIQA osiągnęła w roku 2017 wzrost na poziomie 2,6 proc.

Wpływ na to miały wzrosty w:

  • ubezpieczeniach mieszkaniowych, będące wynikiem zarówno rosnącej sprzedaży produktu Twój Dom Plus, jak i ubezpieczenia mieszkania ze składką płatną miesięcznie,
  • ubezpieczeniach technicznych,
  • produktach majątkowych związanych z sektorem mieszkalnictwa (pakiety dla spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych,
  • gwarancjach finansowych,
  • pakiecie Twój Biznes Plus adresowanym do sektora małych i średnich przedsiębiorstw,
  • ubezpieczeniu straty finansowej (GAP), obejmującym ryzyko utraty wartości pojazdu w czasie, które powstało w wyniku wystąpienia szkody całkowitej z AC lub OC oraz kradzieży.

Łączna szkodowość netto UNIQA wyniosła 64,3 proc. i była znacznie niższa od zanotowanej w 2016 roku (72,5 proc.).

UNIQA Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie

Wynik finansowy brutto spółki życiowej za 2017 rok liczony według międzynarodowych standardów rachunkowości wyniósł 4,3 mln zł, wobec 7,2 mln zł w 2016 roku. Wynik po opodatkowaniu to z kolei 2,4 mln zł (5,2 mln rok wcześniej).

– Pogorszenie wyniku finansowego wynika z większej szkodowości w pracowniczych ubezpieczeniach na życie. Zaś na wzrost szkodowości wpływ miało zwiększenie się liczby urodzeń oraz zgonów w minionym roku – mówi Anna Demczenko– Według danych GUS zarówno liczba zgonów, jak i urodzeń przekroczyła 400 tys. Rok wcześniej zarówno zgonów, jak i urodzeń nie było więcej niż po 390 tys.

Łączna wartość składki przypisanej w 2017 roku wyniosła 744,9 mln zł, wobec 329,3 mln zł w 2016 roku. Na osiągnięcie tego wyniku wpływ miał przede wszystkim jeden produkt ze składką jednorazową „UNIQAtowe strategie”. Został on oparty na ubezpieczeniowych funduszach kapitałowych i skonstruowany z zachowaniem najnowszych wytycznych rynkowych w zakresie ochrony interesów ubezpieczonego.

Wartość przypisanej składki regularnej w 2017 roku wyniosła 120,1 mln zł i była o 3 proc. wyższa w porównaniu z analogicznym okresem 2016 roku. Spółka zanotowała 15,7-proc. wzrost w indywidualnych ubezpieczeniach na życie, oraz 7,1-proc. wzrost sprzedaży grupowych ubezpieczeń pracowniczych.

Wypłacalność II

2017 rok stał również pod znakiem zakończenia wdrożenia dyrektywy Solvency II – pierwsze sprawozdania na temat wypłacalności i kondycji finansowej były uwieńczeniem pracy ostatnich lat i przygotowań do wejścia w życie tego reżimu.

Obie spółki UNIQA w Polsce mogą pochwalić się wysokim współczynnikiem wypłacalności SCR we wszystkich kwartałach 2017 roku. W przypadku spółki majątkowej UNIQA Polska wyniósł on 167,6 proc. na koniec grudnia 2017 roku. Dla biznesu życiowego ukształtował się na poziomie 265,7 proc. Oba współczynniki są powyżej ich docelowego poziomu zapisanego w strategii ryzyka – 150 proc. dla spółki majątkowej i 175 proc. dla towarzystwa życiowego.

Roczne sprawozdanie na temat wypłacalności i kondycji finansowej (ang. Solvency Financial Condition Report – SFCR) UNIQA zostanie opublikowane 7 maja.

Eesti Energia rozpoczyna sprzedaż energii elektrycznej w Finlandii

Od dziś wszystkie gospodarstwa domowe w Finlandii mogą podpisywać umowy zakupu energii elektrycznej z Enefit – dynamicznie rozwijającym się sprzedawcą energii w regionie Morza Bałtyckiego. Enefit, który w Finlandii skupi się na usługach mobilnych, jest częścią Eesti Energia, największego wytwórcy energii elektrycznej w krajach bałtyckich. Oferta dla konsumentów Enefit zakłada przede wszystkim zmniejszenie rachunków za prąd poprzez bardziej inteligentne wykorzystanie energii. Korzyści zapewnia monitorowanie danych o jej zużyciu przy pomocy aplikacji mobilnej Spółki.

Według prezesa Zarządu Eesti Energia Hando Suttera, szansę działalność w Finlandii zapewnił wspólny nordycko-bałtycki rynek energii elektrycznej.

– Fiński rynek energii elektrycznej od lat działa bardzo dobrze i stanowił wzór przy otwarciu się rynku estońskiego. Finlandia będzie jednym z pierwszych państw na świecie, obok Estonii, w którym zostanie wdrożony centralny rejestr danych o zużyciu energii. Nowe rozwiązanie pozwoli przyspieszyć i uprościć procesy dla wszystkich uczestników rynku i zapewni im równe szanse przy oferowaniu innowacyjnych usług swoim klientom. Z uwagi na jeden z najwyższych w Europie udziałów odbiorców gotowych na zmianę dostawcy energii, fiński rynek energii elektrycznej jest bardzo interesujący dla nowych graczy. Finowie są otwarci na nowe podmioty wchodzące na rynek, których usługi są bardziej innowacyjne i efektywne – powiedział Hando Sutter.

– Oferta Enefit w Finlandii opiera się na usługach mobilnych. Wiele sektorów fińskiej gospodarki, jak na przykład branża telekomunikacyjna, czy banki, przestawiło się na usługi mobilne. Nasi estońscy klienci są już przyzwyczajeni do zarządzania zużyciem energii elektrycznej z poziomu urządzenia mobilnego, więc Enefit wprowadzi teraz swoje sprawdzone rozwiązania również na rynek fiński – dodał Sutter.

Aplikacja mobilna Enefit pozwala klientom wykorzystać swoje smartfony do lepszego zarządzania zużyciem energii elektrycznej. Dzięki takiemu rozwiązaniu Estończycy zdołali zmniejszyć rachunki za prąd o 15%. Poza usługami cyfrowymi, Enefit zaoferuje łatwy dostęp do nieskomplikowanych usług. Klient będzie mógł wybrać najbardziej odpowiedni dla siebie wariant umowy. Enefit zapewnia możliwość zmniejszenia rachunków za prąd na dwa sposoby – poprzez zakup energii w atrakcyjnej cenie oraz poprzez ograniczenie jej zużycia.

Oferta na rynek fiński

Klienci mogą podpisać umowę w trzech wariantach – na czas określony Enefit Takuu, ze stałą ceną bezpośrednio z Nord Pool Enefit Markinna oraz Enefit Markkina + Turva, w której ceny będą ustalane na podstawie cen Nord Pool, ale z pewnymi ograniczeniami. We wszystkich swoich umowach Enefit oferuje energię ze źródeł odnawialnych.

W przypadku Enefit Takuu cena energii będzie stała, więc zmiany na rynku energii nie będą miały wpływu na rachunki klienta. Ten rodzaj umowy pozwala być przygotowanym na kolejne płatności, których wysokość nie ulegnie zmianie nawet w przypadku zmiany cen energii na rynku.

Zaletą umów opartych na cenach Nord Pool, takich jak Enefit Markinna oraz Enefit Markinna + Turva, jest to, że klient może zakupić energię wtedy, gdy jest to dla niego korzystne finansowo. Zmiany zużycia energii oraz jej cen z godziny na godzinę można monitorować w aplikacji mobilnej Enefit, a korzystanie z energii, gdy jej ceny są najniższe pozwoli obniżyć wysokość rachunku.

W aplikacji Enefit prezentowane są ceny energii elektrycznej obowiązujące z dniu następnym, a użytkownik może zarządzać jej zużyciem tak, aby wykorzystać okresy, w których warunki zakupu są najkorzystniejsze. Na przykład, jeżeli jest bardzo zimno, ludzie będą zużywać więcej energii na ogrzewanie, co spowoduje wzrost cen. Do decyzji konsumenta należy, czy zrobić pranie w ten dzień, czy poczekać do następnego, kiedy temperatury wzrosną, a ceny energii spadną. Mając dostęp do większej ilości informacji, można mieć większy wpływ na wysokość rachunku za prąd.

Rosnąca pozycja w regionie

Wejście na rynek w Finlandii to element strategii Eesti Energia, zakładającej przejście z roli dostawcy energii elektrycznej w krajach bałtyckich do sprzedawcy i dostawcy tych usług w regionie Morza Bałtyckiego. Obecnie Eesti Energia sprzedaje już energię elektryczną w Estonii, na Łotwie i Litwie oraz w Polsce, gdzie od lipca ubiegłego roku oferuje sprzedaż energii elektrycznej i gazu ziemnego klientom z segmentu małych i średnich przedsiębiorstw oraz największym odbiorcom przemysłowym. Zgodnie z planami spółki, wkrótce ma rozpocząć sprzedaż detaliczną również w Szwecji.

Braki kadrowe rosnącym problemem polskiego pielęgniarstwa

Od maja zeszłego roku w Ministerstwie Zdrowia powstaje strategia dla polskiego pielęgniarstwa. Trwają rozmowy na temat podniesienia rangi i prestiżu zawodu pielęgniarki.

– Jedną z kwestii jest zachęcenie młodzieży do studiowania pielęgniarstwa i położnictwa. Ważne jest także, aby po ukończeniu tych kierunków młodzi ludzie chcieli pozostać w kraju i pracować w tych zawodach – powiedziała serwisowi eNewsroom Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych – W tej chwili stanowi to znaczny problem. Wiele zadań jest jeszcze przed zespołem opracowującym strategię. Ważne jest, aby była ona realna i w ciągu 3, 5 czy 10 lat odwróciła sytuację zawodu pielęgniarki, który dziś przechodzi duży kryzys. Do tego potrzeba współpracy wielu stron. Ministerstwo Zdrowia poważnie potraktowało ostatni raport Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych o stanie pielęgniarstwa w Polsce, który podkreśla ogromny już problem kadrowy w tym zawodzie – dodała Małas.

Coraz więcej klientów chce ubezpieczać swój smartfon. Ochroną można objąć również używane telefony

Coraz więcej klientów chce ubezpieczać swój smartfon. Ochroną można objąć również używane telefony 11

Większość Polaków nie wyobraża sobie codziennego funkcjonowania bez smartfona pod ręką. Rośnie też zainteresowanie ubezpieczaniem takich urządzeń przed przypadkowym uszkodzeniem. Do tej pory polisą można było objąć wyłącznie nowy smartfon, kupiony w salonie operatora. Brakowało za to rozwiązań dla telefonów używanych. Grupa Ubezpieczeniowa Europa wprowadziła na rynek aplikację mobilną, za pośrednictwem której można wykupić polisę chroniącą wyświetlacz smartfona. To jedno z pierwszych takich rozwiązań w skali europejskiego rynku.

– Świadomość dotycząca ubezpieczenia sprzętów mobilnych rośnie wśród klientów. Nie jesteśmy w stanie poradzić sobie bez telefonu, więc ważne jest, żeby był sprawny. Dlatego coraz więcej klientów poszukuje takich ubezpieczeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Hanna Kalicińska, zastępca dyrektora Departamentu Partnerów Affinity w Grupie Europa.

W styczniowym badaniu Ipsos na zlecenie Huawei 95 proc. Polaków zadeklarowało, że zabiera ze sobą telefon, wychodząc z domu. Ponad połowa (52 proc.) ma ze sobą telefon co najmniej przez 13 godzin w ciągu doby, natomiast 43 proc. stwierdziło, że wraca po telefon, jeżeli zapomni zabrać go z domu –nawet jeżeli oznacza to spóźnienie do szkoły lub pracy.

Z ubiegłorocznego badania CBOS wynika, że z telefonów komórkowych korzysta już 92 proc. Polaków, z których 57 proc. to posiadacze smartfonów. Mobilne urządzenia zastępują szereg gadżetów, takich jak aparat, kalendarz, nawigacja GPS czy odtwarzacz muzyki. Prawie połowa Polaków (45 proc.) używa ich do przeglądania stron w internecie i portali informacyjnych, co trzeci (29 proc.) obsługuje media społecznościowe albo korzysta z komunikatorów, średnio co piąty (19 proc.) ogląda wideo, a co dziesiąty (12 proc.) – czyta książki na ekranie swojego telefonu.

– Statystyczny Polak ma półtora telefonu, a rocznie sprzedawanych jest około osiem milionów urządzeń. Oprócz tego są jeszcze miliony urządzeń w drugim obiegu – mówi Hanna Kalicińska.

Z danych Grupy Europa wynika, że w 2017 roku w Polsce było aktywnych ponad 52 mln kart SIM, co oznacza, że na jednego Polaka przypada statystycznie 1,4 telefonu. Sprzedaż nowych urządzeń jest z kolei szacowana na około 8,5 mln sztuk rocznie.

Ponieważ większość Polaków nie wyobraża sobie już codziennego funkcjonowania bez smartfona pod ręką, rośnie zainteresowanie ubezpieczaniem takich urządzeń przed przypadkowym uszkodzeniem. Ceny takich polis wahają się od 10 zł w telekomach do 25–30 proc. wartości telefonu w stacjonarnych sieciach sprzedaży.

– Na rynku są ubezpieczenia, które chronią zarówno od uszkodzeń mechanicznych, awarii telefonu, jak i od zalania czy kradzieży. Zalania stanowią marginalne przypadki, ponieważ nowe telefony są w większości wodoszczelne. Mają też blokady antykradzieżowe, więc takich sytuacji klientom też przytrafia się coraz mniej. Z naszych doświadczeń wynika natomiast, że ponad 80 proc. uszkodzeń to właśnie uszkodzenia wyświetlacza – mówi Hanna Kalicińska.

Do tej pory ochroną ubezpieczeniową można było objąć wyłącznie nowy smartfon, kupiony w salonie operatora. Brakowało za to rozwiązań dla telefonów używanych, z drugiej ręki, które stanowią rosnący segment rynku.

– Od pięciu lat zajmujemy się ubezpieczeniami telefonów – zarówno w telekomach, jak i w stacjonarnych sieciach sprzedaży. Widzimy na tym rynku rosnącą sprzedaż i duży potencjał, ale też cały niezagospodarowany segment. Urządzenia sprzedawane przez internet, Allegro i inne portale aukcyjne czy nawet drugi obrót telefonami w komisach – dla tego typu sprzętów z drugiej ręki nie było dotąd żadnych ubezpieczeń. Stąd pomysł na Screenity – aplikację, dzięki której będzie można ubezpieczyć każdy telefon – tłumaczy przedstawicielka Grupy Europa.

Screenity to jedno z pierwszych takich rozwiązań – nie tylko w skali polskiego, lecz także europejskiego rynku. Narzędzie umożliwia ubezpieczenie każdego telefonu – w tym również używanego – w każdym miejscu i o każdej porze. Aplikacja najpierw zdalnie skanuje stan wyświetlacza telefonu. Jeśli nie stwierdzi żadnych uszkodzeń, klient otrzymuje ofertę ubezpieczenia.

– Aplikacja jest bardzo prosta. W dwie minuty jesteśmy w stanie ubezpieczyć swój telefon. Na początku weryfikujemy stan wyświetlacza – czy nie jest on potłuczony, czy jest sprawny. Następnie klient wypełnia bardzo krótki wniosek i płaci za ubezpieczenie z poziomu aplikacji. Można zapłacić jednorazowo albo cyklicznie, a wszystko trwa nie więcej niż dwie minuty – mówi Hanna Kalicińska.

Cena polisy w zależności od opcji zaczyna się od 9,99 zł miesięcznie (lub 108 zł przy płatności jednorazowej), a suma ubezpieczenia wynosi 1000 zł. W przypadku uszkodzenia urządzenia – na przykład wskutek upadku – koszt naprawy smartfona pokrywa ubezpieczyciel. Polisa obejmuje usługę door-to-door – uszkodzony telefon odbiera kurier, który po naprawie zwraca go pod wskazany adres.

Aktualnie Grupa Europa pracuje nad wypuszczeniem wersji Screenity na iPhone’y i system operacyjny iOS, która powinna być dostępna w perspektywie najbliższych dni.

– Przez ostatnich pięć lat ubezpieczyliśmy prawie milion telefonów – to naprawdę bardzo dużo. Liczymy na to, że takie narzędzia jak Screenity, czyli aplikacja do ubezpieczania telefonów, spowoduje wzrost świadomości klientów i dostępności takich ubezpieczeń – mówi Hanna Kalicińska.

Na całym świecie urządzenia mobilne ma ponad pięć miliardów ludzi, a na jednego użytkownika przypada średnio 1,6 numeru telefonicznego – wynika z raportu „Digital in 2017 Global Overview”, przygotowanego przez We Are Social i Hootsuite. Natomiast agencja Zenith („Mobile Advertising Forecasts 2017”) szacuje, że w 2018 roku na świecie liczba posiadaczy smartfonów wzrośnie o kolejne 7 proc., do poziomu 66 proc.

Początek wiosny to dobry moment na poważne zmiany w życiu. Impuls mogą dać również pracodawcy

Początek wiosny to dobry moment na poważne zmiany w życiu. Impuls mogą dać również pracodawcy 12

Wiosna to czas na zmiany i odnowę energetyczną. Wystarczy zmiana sposobu myślenia, obranie sobie celu i konsekwentne dążenie do niego, by poprawić swój dobrostan. Impulsem do działania mogą być również pracodawcy, którzy coraz częściej dbają o dobrostan swoich pracowników. Udostępnienie serwisu rowerowego czy dostawy świeżych owoców mogą zachęcić do zmiany stylu życia na zdrowszy, a akcje wolontariackie skłonić pracowników do zaangażowania na rzecz innych osób. Dobrostan pracowników nie powinien być jednorazową akcją, ale elementem strategii – podkreślają eksperci.

 Początek wiosny to bardzo dobry czas na zmiany. Robimy porządki, odkurzamy, myjemy okna, ale ważne jest, żebyśmy nie zapomnieli o porządkach w głowie. Zima to czas pełen stresu, braku słońca, nie ma czasu na endorfiny, a wiosną możemy odnowić energię życiową, która jest nam bardzo potrzebna. To czas, żeby zostawić samochód i zamienić go na rower, a zamiast fast-foodów wybrać coś zdrowego – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Katarzyna Kulig-Moskwa z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Pierwsze promienie słońca to moment, kiedy większości osób wraca chęć do życia, mają więcej energii i pomysłów. Jak podkreśla ekspertka, im więcej energii życiowej, tym lepsza jakość życia. Pozytywne myślenie wpływa na wiele aspektów życia i na ogólnie rozumiany dobrostan. Dlatego taki stan warto utrzymywać dłużej tak, by zapał do zmian nie okazał się słomiany.

– Żeby zmiana się udała, trzeba postępować konsekwentnie: założyć sobie cel, a następnie konsekwentnie do niego dążyć. Jeżeli cel wydaje się nieosiągalny, trzeba podzielić go na etapy, by można było kontrolować proces zmian. On zachodzi powoli, należy też dać sobie przestrzeń na błędy, ale widzieć ten cel i wizualizować go. To dobry początek zmian – tłumaczy dr Katarzyna Kulig-Moskwa.

Naładowane pozytywnym myśleniem akumulatory mogą jednak nie wystarczyć na długo, jeśli nie zachowamy równowagi między pracą a życiem prywatnym. Zaburzenia w sferze work-life balance mogą się przełożyć na mniejszą motywację do pracy i zniechęcenie w życiu prywatnym. Nieumiejętność radzenia sobie z presją obowiązków może skutkować problemami emocjonalnymi czy agresją. Firmy nie zostawiają z tym pracowników samych sobie. Coraz więcej z nich rozwija obszar wellbeing.

– To przestrzeń w Polsce jeszcze bardzo mało znana, która polega na dbaniu o psychofizyczny dobrostan pracowników. Chodzi o to, żeby patrzeć na człowieka holistycznie w miejscu pracy, z jego mocnymi, słabymi stronami, z jego kondycją psychofizyczną. Wellbeing nie ma jednej definicji, ale staje się przestrzenią bardzo ważną w aspekcie zmian, które zachodzą, chorób cywilizacyjnych, stresu, które stają się bardzo kosztowne dla pracodawców – podkreśla ekspertka WSB we Wrocławiu.

Dobrostan pracowników przekłada się na ich produktywność i zaangażowanie do pracy. Sam pracownik czuje się bardziej lojalny wobec firmy i jest bardziej zmotywowany i kreatywny. Pracodawcy coraz częściej zdają sobie sprawę z tego, że równowaga między życiem prywatnym a zawodowym przynosi firmie określone korzyści. Jak przekonuje ekspertka, wellbeing nie powinien być jednorazową akcją, ale zaplanowaną strategią na lata.

 Wellbeing musi się stać wartością organizacyjną. Powinna być osoba, która będzie za to odpowiedzialna i będzie inicjować zmiany związane z dobrostanem pracowników – taki menadżer ds. szczęścia czy specjalista ds. wellbeing. Na poziomie operacyjnym mogą to być programy prozdrowotne, serwis rowerowy dla pracowników czy postawiony w kuchni obok kawiarki wyciskacz do owoców. To również szukanie sensu w miejscu pracy, czyli np. wolontariat pracowniczy. To także budowanie dobrych relacji i atmosfery w pracy. Ponieważ wellbeing jest stosunkowo nowym obszarem, inspiracji do działania pracodawcy mogą szukać, wymieniając się dobrymi praktykami, okazją będzie chociażby nadchodząca konferencja „Wellbeing w praktyce”, która odbędzie się 12 kwietnia br. we Wrocławiu – wymienia dr Katarzyna Kulig-Moskwa.

Koncepcję wellbeing rozwijają przede wszystkim korporacje. Także Polska idzie śladami krajów zachodnich, co wymusza też sytuacja na rynku pracy. Niskie bezrobocie sprawia, że pracodawcy muszą rozwijać pozapłacowe benefity, a przyjazne miejsce pracy, dbające o dobrostan pracowników, może stanowić istotne kryterium wyboru.

Prawie 90 proc. Polaków zdecydowałoby się na budowę energooszczędnego domu. Oszczędności w rachunkach mogą sięgać nawet kilkuset złotych miesięcznie

Prawie 90 proc. Polaków zdecydowałoby się na budowę energooszczędnego domu. Oszczędności w rachunkach mogą sięgać nawet kilkuset złotych miesięcznie 13

Polacy są świadomi korzyści płynących z zastosowania rozwiązań energooszczędnych przy budowie domu – wynika z raportu „Budownictwo energooszczędne oczami Polaków”. Dziewięciu na dziesięciu z nich chciałoby mieszkać w domu energooszczędnym. Zdecydowaliby się na takie rozwiązania, mimo że budowa takiego domu jest nieco droższa niż tradycyjnego. Jedynie 6 proc. deklaruje, że nie jest zainteresowana budownictwem efektywnym energetycznie.

82 proc. ankietowanych w ramach badania „Budownictwo energooszczędne oczami Polaków” chciałoby mieć własny dom. Zdecydowana większość w procesie inwestycji wzięłaby pod uwagę energooszczędne technologie: „zdecydowanie tak” odpowiedziało 27 proc. pytanych, „raczej tak” – 61 proc.

Najważniejsze dla inwestorów są przede wszystkim koszty budowy domu i późniejszej eksploatacji, ale też bardzo blisko w rankingu jest myślenie energooszczędne, czyli dla Polaków istotne jest to, żeby budynki po wybudowaniu i wykończeniu były budynkami energooszczędnymi. Pojawia się też chęć, żeby budynki były przyjazne dla środowiska, ale nie jest to pierwszy element, o którym myślą Polacy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Janiak, ekspert kampanii „Nie trać energii” z firmy H+H Polska.

Budowę w technologiach energooszczędnych najchętniej rozważają mieszkańcy województw łódzkiego, podkarpackiego, małopolskiego i świętokrzyskiego. Większa świadomość inwestorów jest związana z jakością powietrza i smogiem. Najważniejszym argumentem są jednak koszty eksploatacji budynku – tak deklarowało 48 proc. pytanych. Polacy najczęściej ogrzewają węglem lub korzystają z miejskiego ogrzewania. W prawie połowie polskich domów przeciętny rachunek miesięczny za ogrzewanie wynosi 200–500 zł.

– Budownictwo termooszczędne to po pierwsze oszczędność w portfelu. To zależy od wielu czynników, ale można spokojnie myśleć, że w portfelu zostanie kilkaset złotych rocznie czy w skrajnym przypadku nawet kilkaset złotych miesięcznie. Budownictwo energooszczędne związane jest z tym, że będziemy potrzebować mniej energii, czyli mniej surowców, tzn. gazu, węgla czy innej energii do ogrzania. To oznacza, że z naszych pieców i kotłowni będzie pochodziło mniej pyłów i dzięki temu możemy myśleć o zdrowotnych aspektach – podkreśla Robert Janiak.

Wśród technologii energooszczędnych, które z chęcią zastosowaliby w swoim wymarzonym domu, Polacy wymieniają odnawialne źródła energii (64 proc.), okna energooszczędne (59 proc.), zdalne sterowanie oświetleniem (48 proc.), elektryczne termostaty grzejnikowe (47 proc.) i izolację termiczną z wełny skalnej (42 proc.).

By budynek był energooszczędny, myślenie o konkretnych rozwiązaniach musimy rozpocząć na etapie projektowania inwestycji. Ten proces nie musi być skomplikowany i kosztowny – przekonują eksperci w kampanii „Nie trać energii”.

Myśląc o budynku energooszczędnym, Polacy sądzą, że jest to technologia skomplikowana i aby wybudować taki budynek, będą musieli przemyśleć wiele szczegółów. W kampanii tłumaczymy Polakom, że budownictwo energooszczędne nie musi się wiązać z trudnościami, bo technologie ścian, izolacji termicznej czy okien to są typowe rozwiązania, które już są na rynku polskim – tłumaczy Robert Janiak.

O budynku energooszczędnym trzeba jednak myśleć jak o inwestycji. Takie budynki są na etapie budowy droższe od tradycyjnych o około 10–20 proc.

Polacy często myślą, że koszty będą zdecydowanie większe. Nie do końca jest tak, ponieważ to zależy od skali zastosowania systemów energooszczędnych: czy zaczynamy już od fundamentów płytowych, przez ściany, całą automatykę, więc te koszty mogą być bardzo różne – wyjaśnia Robert Janiak.

Inwestycją jest też termomodernizacja budynków wybudowanych w starszych technologiach. Na ten cel – zgodnie z badaniem – Polacy są skłonni wydać od 10 do 20 tys. zł.

– Oszczędności z takiej modernizacji są uzależnione od tego, jak głęboka ona będzie. Samo zmniejszenie temperatury poprzez przykręcenie głowic termostatycznych o jeden stopień powoduje spadek zapotrzebowania na energię o około 6 proc. W skrajnym przypadku pełna termomodernizacja budynku przyniesie oszczędności kosztowe na poziomie nawet 70 proc. tego, co inwestor płaci aktualnie – przekonuje Robert Janiak

Dziś połowa wszystkich budynków mieszkalnych to budynki jednorodzinne. 70 proc. z nich to budynki wysokoenergochłonne.

Sztuczna inteligencja wykryje problemy z płodnością. Opracowywane specjalne algorytmy pomogą skuteczniej wyznaczyć dni płodne

Sztuczna inteligencja wykryje problemy z płodnością. Opracowywane specjalne algorytmy pomogą skuteczniej wyznaczyć dni płodne 14

Rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji pomogą kobietom jeszcze dokładniej wyznaczać dni płodne, a także na wczesnym etapie wykryją problemy z płodnością. Potrzebne są algorytmy oparte na uczeniu maszynowym, które przetworzą dane setek tysięcy przypadków. Sztuczna inteligencja jest w stanie przeanalizować dużo więcej danych niż człowiek, więc w obszarze ochrony zdrowia pozwala stawiać trafniejsze diagnozy. Nad pierwszym tego typu systemem na świecie pracuje polska firma.

– Planujemy zaprojektować szereg algorytmów opartych na uczeniu maszynowym i sztucznej inteligencji, które jeszcze skuteczniej będą pomagały kobietom zajść w ciążę i jeszcze na wczesnym etapie wykrywać problemy z płodnością. Planujemy również ułatwienie użytkowniczkom wpisywania tych informacji, czyli zrobienie interaktywnego interfejsu – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Joanna Fedorowicz, współzałożycielka i prezes OvuFriend.

Na rynku istnieje już szereg rozwiązań mających za zadanie ułatwić kobietom planowanie rodziny poprzez trafne wyznaczenie dni płodnych. To między innymi inteligentne kalendarze gromadzące dane setek tysięcy kobiet i przetwarzające je w oparciu o zaawansowane algorytmy. Twórcy jednego z takich rozwiązań idą o krok dalej i chcą sprawić, by sztuczna inteligencja nie tylko jeszcze skuteczniej pomagała kobietom analizować cykl miesiączkowy, lecz także na wczesnym etapie wykrywała problemy z płodnością.

Mamy miliony danych dotyczących zdrowia, płodności, cykli i objawów kobiet. To ponad 100 tys. cykli miesiączkowych, które są unikalne na skalę światową. Te dane są idealne do wykorzystania algorytmiki i sztucznej inteligencji. Chcemy być w stanie jeszcze dokładniej pokazywać, kiedy są dni płodne. Co ważne, będzie to wymagało wprowadzania mniejszej liczby danych. System poprawnie zinterpretuje te cykle i wykryje ewentualne problemy z płodnością, a także wstępnie je zakwalifikuje – przekonuje Joanna Fedorowicz.

Niepłodność jest bardzo dużym problemem w skali całego świata. Zgodnie z danymi Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego problem ten dotyczy co roku 1,5 mln polskich par. 20 proc. par starających się o potomstwo nie może zajść w ciążę przez pierwsze dwanaście miesięcy. Taki sam odsetek par na całym świecie diagnozowanych jest z powodu niepłodności. Sztuczna inteligencja może znacząco pomóc w jego rozwiązaniu.

– Algorytmy sztucznej inteligencji są w stanie przetwarzać dużo więcej zróżnicowanych danych niż człowiek. Potrafią również kwalifikować te dane i stawiać często trafniejsze wstępne diagnozy. W ten sposób również w niepłodności jesteśmy w stanie zinterpretować bardzo dużą, zróżnicowaną liczbę danych i wstępnie kwalifikować problemy z płodnością – wyjaśnia ekspertka.

Projekt systemu przewidywania dni płodnych opartego na sztucznej inteligencji zaplanowany jest na 2,5 roku. Twórcy zapowiadają jednak, że przynajmniej część algorytmów powstanie wcześniej.

Na świecie powstają także inne inicjatywy mające na celu rozwiązanie problemu niepłodności. W amerykańskim Boulder w stanie Kolorado toczą się prace nad osobistym czujnikiem temperatury pochwy PriyaRing, łączącym się bezprzewodowo z aplikacją mobilną w telefonie. Dzięki stałej wymianie danych dotyczących temperatury wewnątrz pochwy możliwe będzie monitorowanie subtelnych zmian występujących przed owulacją. Dane o płodności mają być wyświetlane na smartfonie w formie alertu. Rozwiązanie jest aktualnie badane i czeka na fazę testowania.

Światowa Organizacja Zdrowia ocenia niepłodność jako chorobę społeczną. Według szacunkowych statystyk problem ten dotyczy 10–18 proc. populacji na świecie.

Szybciej niż auta elektryczne w Polsce przyjmie się trend współdzielenia samochodów. Liczba aut spadnie nawet o 80 proc.

Szybciej niż auta elektryczne w Polsce przyjmie się trend współdzielenia samochodów. Liczba aut spadnie nawet o 80 proc. 15

W 2017 roku sprzedaż samochodów elektrycznych w Polsce liczona razem z hybrydami typu plug-in przekroczyła raptem tysiąc sztuk, podczas gdy np. w Norwegii czy Niemczech sprzedano ich kilkadziesiąt tysięcy. Mimo przyjętych w nowej ustawie zachęt i spadających cen takich aut, upłynie jeszcze co najmniej kilka lat, zanim elektryki staną się codziennością na polskich drogach. Dużo szybciej może się przyjąć w Polsce trend carsharingu, czyli współdzielenia samochodów. Dzięki temu zapotrzebowanie na własne auta może spaść nawet o 80 proc.

– Na globalnym rynku obserwujemy trendy, które można uznać za kolejne etapy rozwoju motoryzacji. Pierwszym jest elektromobilność, czyli rozwój samochodów z napędem elektrycznym, które będą zastępować te z napędem tradycyjnym. Drugim jest pojawienie się aut w pełni autonomicznych, które zmienią nasze podejście do transportu i współdzielenia samochodów. Jeżeli dojdziemy do etapu, w którym transport będzie traktowany jako usługa, nie będziemy już potrzebowali własnych samochodów. Zapotrzebowanie na nie znacząco spadnie, nawet o 80 proc. – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Radosław Kuczyński, prezes Europejskiego Funduszu Leasingowego.

Samorządy przestają radzić sobie z wyzwaniami, które stwarza rosnąca emisja spalin, brak miejsc parkingowych i korki spowodowane rosnącą liczbą samochodów. Jak wynika z październikowego raportu Zespołu Doradców Gospodarczych TOR oraz Polskiej Organizacji Branży Parkingowej, od lat 90. liczba aut w polskich miastach zwiększyła się czterokrotnie. W Warszawie, którą zamieszkuje 1,74 mln ludzi, jest ponad 1,6 mln zarejestrowanych pojazdów, co oznacza, że na tysiąc mieszkańców przypada ich ponad dziewięćset. W Sopocie czy Olsztynie liczba zarejestrowanych samochodów jest większa niż liczba mieszkańców.

Problem po części ma rozwiązać carsharing, czyli współdzielenie pojazdów. To trend, który wyrósł na bazie modnej w ostatnim czasie ekonomii współdzielenia. System wypożyczania aut jest powszechny w wielu krajach Europy, m.in. w Niemczech, Francji i Danii, natomiast w Polsce wypożyczalnie samochodów mają już m.in. Warszawa, Kraków i Trójmiasto.

– Nasza polska mentalność, czyli przyzwyczajenie do własności, moim zdaniem nie będzie przeszkodą w rozwoju carsharingu, bo dotyczy ona raczej generacji ludzi starszych. Obserwując zachowania młodzieży i ich przyzwyczajenia – łatwość, z jaką posługują się takimi usługami, jak Uber czy wypożyczanie samochodów na minuty – widzimy, że oni nie mają już takiej potrzeby posiadania samochodu – mówi Radosław Kuczyński.

Zmiany w pewnym stopniu wpłyną również na branże leasingową.

– W strukturze finansowania branży będziemy obserwować coraz mniejszy udział samochodów. Z drugiej strony we wszystkich innych branżach będziemy obserwować trend zastępowania człowieka przez maszyny. Zakup tych maszyn ktoś będzie musiał sfinansować – w związku z tym my, jako branża, nie boimy się tych zmian w strukturze finansowania, będzie tam mniej samochodów osobowych, a więcej maszyn i urządzeń – mówi Radosław Kuczyński.

Odpowiedzią na zbyt wysoką emisję zanieczyszczeń są także auta z napędem elektrycznym i rozwój elektromobilności, mocno wspierany w Polsce przez rząd oraz podmioty prywatne (w ubiegłym roku został uchwalony rządowy Plan Rozwoju Elektromobilności, przyjęto nową ustawę w tym zakresie, w toku są też prace nad stworzeniem prototypu polskiego samochodu elektrycznego).

Prezes Europejskiego Funduszu Leasingowego zauważa jednak, że dziś w Polsce wciąż sprzedaje się niewiele samochodów elektrycznych w porównaniu z krajami Europy Zachodniej. W 2017 roku sprzedaż przekroczyła raptem tysiąc elektryków (liczonych z hybrydami plug in), podczas gdy w Norwegii czy Niemczech było to kilkadziesiąt tysięcy. Na polskim rynku udział elektryków i hybryd typu plug-in jest znikomy i oscyluje wokół 0,1 proc

– Jest to przede wszystkim związane z tym, że w Polsce brakuje zachęt do zakupu aut elektrycznych. Wystarczy spojrzeć na to, co się działo na rynkach Europy Zachodniej czy Ameryki. Wszędzie tam, gdzie wystąpiło wsparcie – najczęściej w postaci dofinansowania zakupu aut elektrycznych – były one dużo chętniej kupowane. To jeden z elementów, który na pewno przyspieszyłby w Polsce przejście w kierunku elektromobilności. Musi to być powiązane z rozbudową infrastruktury ładowania, z którą też nie jest u nas najlepiej – mówi Radosław Kuczyński.

W styczniu uchwalona została ustawa o elektromobilności, która wprowadza system zachęt dla nabywców takich aut. Rządowe plany zakładają też, że do końca 2020 roku w całej Polsce ma powstać również sieć 6,4 tys. punktów ładowania energią elektryczną (400 szybkich ładowarek i 6 tys. o normalnej mocy) oraz ponad 100 punktów tankowania gazu CNG/LNG.

Prezes Europejskiego Funduszu Leasingowego zauważa, że na ten moment jedną z barier przy zakupie aut elektrycznych jest również ich stosunkowo wysoka cena. Natomiast zaletą auta elektrycznego jest to, że w użytkowaniu jest ono dużo tańsze niż samochód z napędem spalinowym. Według prognoz Międzynarodowej Agencji Energii, przywołanych w raporcie Cambridge Econometrics i FPPE, pomiędzy 2020 a 2030 rokiem nastąpi wyrównanie całkowitego kosztu posiadania samochodów z silnikiem spalinowym i elektrycznym, biorąc pod uwagę koszt zakupu, serwisu i ich utylizacji.

– Energia elektryczna jest tańsza niż paliwo tradycyjne, a poza tym auta elektryczne są dużo prościej zbudowane. To jest dużo mniej awaryjna konstrukcja. W związku z tym eksploatacja takiego samochodu jest dużo tańsza. Biorąc pod uwagę te dwa czynniki i wykorzystując do sfinansowania takiego zakupu narzędzia typu leasing czy wynajem, okazuje się, że różnica w miesięcznym czynszu za taki samochodu już nie jest tak duża. Takie auto, licząc wszystkie koszty eksploatacji, już w tej chwili nie jest dużo droższe niż auto tradycyjne – mówi Radosław Kuczyński.

Optyczny analizator jedzenia sprawdzi skład produktów spożywczych. Technologia w przyszłości ma być dostępna w smartfonach

Optyczny analizator jedzenia sprawdzi skład produktów spożywczych. Technologia w przyszłości ma być dostępna w smartfonach 16

Sprawdzenie składu danego produktu spożywczego jest możliwe już dzisiaj. Na rynku są produkty pozwalające prześwietlić jedzenie za pomocą np. promieniowania rentgenowskiego. Nowo opracowany optyczny analizator jedzenia wykorzystuje grafen, dzięki któremu rozpoznawanie składu produktu będzie szybsze i dokładniejsze. W przyszłości pozwoli także na zastosowanie technologii w smartfonach. Dzięki temu poznać dokładny skład produktu będzie można już w sklepie. Technologia pomoże przede wszystkim alergikom, których tylko w Europie jest nawet 150 mln.

– Optyczny analizator jedzenia to kamera wyposażona w czujnik z warstwą grafenu, który prześwietla jedzenie pod kątem szkodliwych substancji lub alergenów, czyli czegoś, co potencjalnie może cię zabić. Pokazuje, czy można coś zjeść, czy nie – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Shuchi Gupta z katalońskiego Institute of Photonic Sciences (ICFO).

Opracowany w ramach projektu Graphene Flagship układ składa się z czujnika CMOS, warstwy grafenu i materiału absorbującego. Urządzenie wykorzystuje grafenową kropkę kwantową, potocznie zwaną sztucznym atomem, która pełni rolę znacznika i pozwala szybciej i z większą dokładnością wykrywać poszczególne substancje. Grafen umożliwia analizę całości spektrum optycznego – światła ultrafioletowego, światła widzialnego i podczerwieni –przez jeden układ.

– Urządzenie wykrywa różnego rodzaju molekuły. Może wykryć np. alergeny szkodliwe dla osoby, która jest uczulona na orzechy, i może umrzeć po wypiciu mleka z nawet śladową zawartością orzechów. Można w ten sposób przeskanować każdy produkt spożywczy i stwierdzić, czy nam nie zaszkodzi – tłumaczy naukowiec.

W przyszłości optyczny analizator jedzenia może znaleźć zastosowanie nawet w smartfonach. CMOS jest technologią wytwarzania układów scalonych, powszechnie wykorzystywaną przy produkcji matryc światłoczułych stosowanych, m.in. jako aparat cyfrowy w telefonach. Nie ma zatem przeszkód, by technologia pojawiła się jako nowa funkcja w smartfonach. Potrzebna jest jednak jej miniaturyzacja.

– W tej chwili jest to chip o powierzchni jednego centymetra kwadratowego. W przyszłości chcemy zminiaturyzować go, żeby móc pójść do supermarketu, zeskanować towar za pomocą smartfona i poznać jego skład – zapowiada przedstawicielka ICFO.

Obecnie urządzenie znajduje się w fazie prototypu. Naukowcy szukają inwestorów, którzy pomogą wprowadzić projekt do masowej produkcji. Tymczasem na rynku są już dostępne podobne produkty, które jednak opierają się na zupełnie innej technologii.

Firma Bruker dostarcza spektrometry XRF wykorzystujące metodę fluorescencji rentgenowskiej. Dzięki niej możliwa jest analiza składu pierwiastkowego wszelkiego rodzaju próbek, zarówno stałych, jak i ciekłych. Umożliwia analizy pierwiastków od berylu do uranu. Do analizy żywności przeznaczony jest model S2 Picofox.

Z analiz Europejskiej Akademii Alergologii i Immunologii Klinicznej (EAACI) wynika, że 150 mln Europejczyków cierpi na przewlekłe choroby alergiczne. 17 mln mieszkańców Starego Kontynentu żyje z alergią pokarmową, a u 8 proc. z nich przebiega ona z ryzykiem reakcji anafilaktycznej, która jest potencjalnym zagrożeniem dla życia. W grupie alergików pokarmowych 3,5 mln osób stanowią dzieci. EAACI szacuje, że do 2050 roku problem alergii będzie dotyczył połowy populacji Europy.

Unijny projekt Graphene Flagship jest obecnie największą inicjatywą badawczą Wspólnoty. Zadaniem akademicko-przemysłowego konsorcjum dysponującego budżetem miliarda euro jest skomercjalizowanie w ciągu 10 lat technologii grafenowych. Główne konsorcjum skupia ponad 150 grup badawczych z 23 krajów.

Polska doceniona na forum ONZ. Projekt połączenia szkół szerokopasmowym internetem zdobył w Genewie prestiżową nagrodę

Polska doceniona na forum ONZ. Projekt połączenia szkół szerokopasmowym internetem zdobył w Genewie prestiżową nagrodę 17

Projekt Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, zakładający, że do końca tej dekady wszystkie szkoły w Polsce zostaną podłączone do szybkiego szerokopasmowego internetu, zdobył w Genewie prestiżową nagrodę WSIS Prizes. Organizatorem konkursu jest agenda ONZ – Międzynarodowy Związek Telekomunikacyjny (ITU). Wyróżnienie zostało przyznane dzięki głosom internautów z całego świata. OSE to największa tego typu inicjatywa w Europie, która ma wprowadzić edukację cyfrową do polskich szkół. 

Ogólnopolska Sieć Edukacyjna to największe przedsięwzięcie tego typu w Europie. Nikt jeszcze nie przeprowadził na tak dużą skalę projektu, który będzie spinał w jedną sieć wszystkie szkoły w kraju. Wiemy, że niektóre państwa idą tą drogą i wykorzystują ten pomysł. Jesteśmy bardzo zadowoleni, że zostało to zauważone, docenione i traktujemy to jako swego rodzaju otuchę, żeby nam się udało, bo jest to duże przedsięwzięcie techniczne i logistyczne – mówi agencji Newseria Biznes Marek Zagórski, wiceminister cyfryzacji.

W ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej do końca 2020 roku ponad 30,5 tys. szkół w całej Polsce ma zostać podłączonych do szybkiego internetu o przepustowości minimum 100 Mb/s. Dzięki temu lekcje we wszystkich polskich szkołach będą prowadzone przy wykorzystaniu nowych technologii i internetu, a uczniowie i nauczyciele rozwiną swoje cyfrowe kompetencje. Projekt ma też wyrównać różnice pomiędzy szkołami z obszarów wiejskich, a tymi w dużych miastach.

OSE będzie publiczną siecią telekomunikacyjną, a odpowiedzialny za jej wdrożenie i utrzymanie jest Państwowy Instytut Badawczy NASK, który zapewni również treści edukacyjne dla szkół. Pierwszych 2 tys. placówek – zlokalizowanych w 1,5 tys. punktów adresowych – zostanie podłączonych do szybkiego internetu jeszcze w tym roku. Utrzymanie sieci to wydatek przekraczający 1,3 mld zł, który dzięki staraniom Ministerstwa Edukacji Narodowej ma zapewnione finansowanie z budżetu państwa na najbliższe 10 lat.

 Jestem bardzo szczęśliwa, że wyzwania cywilizacyjne, którym staramy się sprostać, zostały dostrzeżone. Myślę, że zauważono nie tylko zapewnienie powszechnego, szerokopasmowego internetu do szkół, lecz także fakt, że został on wzbogacony innymi elementami. Warto podkreślić tu kwestie wyposażenia sal w sprzęt multimedialny, szkolenia dla nauczycieli, a także zmianę podstaw programowych, dzięki czemu dzieci już w I klasie szkoły podstawowej uczą się programowania. Nasze działania pokazują, że o cyfrowej szkole myślimy kompleksowo, stawiając na rozwój cywilizacyjny – podkreśla Minister Edukacji Narodowej Anna Zalewska.

Inicjatywa OSE została doceniona przez międzynarodowe gremia telekomunikacyjne i wyróżniona prestiżową nagrodą WSIS Prizes, przyznaną w tym tygodniu podczas oficjalnej gali w Genewie.

– Wygranie tak prestiżowego konkursu na najlepsze projekty telekomunikacyjne realizowany przez ITU jest dla nas bardzo dużym wyróżnieniem. To także argument dla tych, którzy wątpili, czy to ma sens. Natomiast dla tych, którzy pracowali nad projektem, to potwierdzenie, że mieliśmy dobry pomysł i dobrze to zaprojektowaliśmy. Już na etapie wcześniejszych dyskusji, spotkań i konferencji słyszeliśmy, że robimy coś niesamowitego. Przedstawiciele niektórych krajów zazdrościli nam, że w ogóle mamy taką ambicję. Byli też tacy, którzy pukali w czoło, twierdząc, że się nam nie uda – mówi Marek Zagórski.

Nagrody WSIS Prizes są przyznawane przez agendę ONZ – Międzynarodowy Związek Telekomunikacyjny (ITU). Dzięki głosom internautów z całego świata Ogólnopolska Sieć Edukacyjna znalazła się w TOP 5 projektów w swojej kategorii – co oznacza, że była jednym z projektów, na które głosowano najczęściej.

 Niezwykle cieszy, że projekt – który dopiero nabiera rumieńców – został już doceniony nie tylko w skali naszego kraju, lecz także w skali światowej organizacji, jaką jest ITU. To wyróżnienie tym cenniejsze, że – aby je uzyskać – musieliśmy zostać wybrani w gronie pięciu projektów z danej kategorii przez internautów z całego świata. Dopiero w obrębie tej piątki została przez profesjonalne jury określona kolejność projektów, które zostały nagrodzone – i tutaj uzyskaliśmy najwyższą ocenę. Nie tylko to jest decyzja ekspertów, lecz także internautów, którzy ocenili go aż tak wysoko, że zostaliśmy zakwalifikowani do finałowej rozgrywki – mówi Wojciech Kamieniecki, dyrektor instytutu badawczego NASK.

Prestiżowa międzynarodowa nagroda WSIS trafiła do Polski po raz drugi – w 2012 roku zdobył ją projekt „Latarnicy Polski Cyfrowej”, w ramach którego lokalni animatorzy z całej Polski zachęcają przedstawicieli pokolenia 50+ do stawiania pierwszych kroków w internecie.