Czy czeka nas przyszłość bez fizycznego pieniądza?

Każdy chyba kiedyś oglądał firm, w którym przestępcy planują zuchwałą kradzież pieniędzy z banku lub konwoju. Już w niedalekiej przyszłości podobne historie mogą nie mieć potwierdzenia w rzeczywistości, gdyż transakcje za pomocą gotówki i monet znikną zupełnie. W wielu krajach, a w szczególności w Skandynawii, coraz mocniej rozwijana jest idea „cash-less society” zakładająca całkowite wyeliminowanie z obrotu fizycznego pieniądza. W Polsce odsetek płatności bez użycia fizycznej waluty wciąż jest w mniejszości, lecz dynamicznie rośnie z roku na rok.

Od barteru do wirtualu

Pieniądz w postaci jaką znamy obecnie nie istniał w ludzkiej świadomości przez bardzo długi czas. Przedstawiając jego historię w pigułce, warto wspomnieć, że początkowo powszechnym sposobem nabywania towarów była wymiana produktów za inne produkty. Następnie środkiem płatniczym w dobie postępu cywilizacyjnego stały się m.in. metale szlachetne. Z czasem jednak zaczęto emitować kwity, które nie miały pokrycia w kruszcu, a wprowadzane były do obiegu jako zadłużenie wobec bankierów. Kolejnym etapem było upaństwowienie i scentralizowanie całej jego produkcji, w rezultacie czego w każdym kraju kompetencje w tym zakresie należały jedynie do państwowych banków emisyjnych. Pojawienie się papierowego pieniądza w Europie datuje się na XVII stulecie.

Pod koniec XX wieku upowszechnił się obrót bezgotówkowy, a co za tym idzie stosowanie pieniędzy wirtualnych. Na przykładzie Polski widać, jak duże tempo wzrostu miało miejsce to zjawisko. Na początku lat dziewięćdziesiątych w naszym kraju znajdowało się 91 bankomatów oraz 50 tys. wydanych kart płatniczych. W roku ubiegłym natomiast oba te wskaźniki osiągnęły odpowiednio poziomy 22 504 maszyn[1] i 36,3 mln kart[2] – pokrywając się z niemal całą populacją naszego kraju. Dodatkowym bodźcem obrotu wirtualną walutą był rozwój metod płatności. Od założenia pierwszego konta internetowego w 1998 roku do 2016 roku przybyło ich już aż 31,5 mln[3], a więc jesteśmy świadkami masowego napływu nowych e-rachunków.

Szacuje się, że pieniądze w obiegu fizycznym, w postaci monet i banknotów, stanowią równowartość 7,6 biliona dolarów. Suma wirtualnych zapisów, tj. zgromadzonych na kontach bankowych, rachunkach oszczędnościowych, lokatach, depozytach itp. stanowi natomiast kwotę ok. 90,4 bilionów dolarów. Pieniądz w postaci namacalnej gotówki stanowi niewielką część kwoty krążącej w światowej gospodarce
– w przybliżeniu tylko 8%, a pozostałe 92% widnieje jako zapis cyfrowy na kontach bankowych[4].

Społeczeństwo bezgotówkowe w Polsce

Powszechność transakcji bez użycia gotówki wciąż rośnie w wielu krajach, niemal wypierając tradycyjny obrót. W rezultacie dochodzi do sytuacji takich jak np. w Szwecji, gdzie ponad 80% obrotu dokonuje się przy wykorzystaniu waluty elektronicznej. Co ciekawe przeprowadzanie, w tym kraju, transakcji za pomocą zwykłej gotówki budzi podejrzliwość i obawy, że osoba realizująca płatność chce coś ukryć. Według danych Europejskiego Banku Centralnego w 2015 roku w Europie wykonanych zostało ponad 112 miliardów transakcji bezgotówkowych. Co więcej liczba ta wzrosła w kolejnym roku o 8,5% i osiągnęła poziom 122 miliardów dokonanych płatności bez wykorzystania fizycznego pieniądza[5].

W przypadku Polski odsetek transakcji bezgotówkowych oscyluje na poziomie 41% wskaźnika IKOB, który określa intensywność prowadzenia obrotu bezgotówkowego[6]. W jego skład zalicza się zarówno korzystanie z kart, kont bankowych, jak również płatności za rachunki bez użycia fizycznych pieniędzy. Warta zauważenia jest wyraźna tendencja wzrostowa między kolejnymi pomiarami, co wskazuje na coraz większą powszechność tego typu transakcji w Polsce.

Z tego samego badania wynika również, że odsetek osób korzystających z zakupów w internecie wzrasta rok do roku i osiągnął poziom ponad 63% w 2016. Z badań Gemius wynika natomiast, że niemal 80% populacji Polski korzysta obecnie z internetu, co stanowi 26,5 mln ludzi. Z tej grupy ponad połowa, tj. 54% korzystało kiedyś z zakupów w sklepach online[7], przy czym niemal 9 z 10 użytkowników skorzystało przy okazji robienia zakupów w internecie z możliwości płacenia przelewem[8]. Dane te nie mogą dziwić, patrząc na rozwój technologii związanych z sektorem fintech oraz inwestycji w innowacje podnoszące bezpieczeństwo korzystania z nich. Przykładem może tu być, metoda płatności „Przelew.” (znana dawniej pod marką SOFORT), który podobnie jak banki, oferuje najwyższy obecnie dostępny powszechnie standard szyfrowania przesyłu danych (SSL) oraz bardzo wygodną, maksymalną automatyzacje transakcji. Ponadto nie wymaga zakładania żadnych zewnętrznych kont, ponieważ jest on w pełni zharmonizowany z internetowym kontem bankowym użytkownika.

Zalety wirtualnej waluty

Płatności bezgotówkowe, w szczególności te wykonywane przez internet, posiadają wiele zalet i w niedalekiej przyszłości mogą zupełnie wyprzeć z użycia tradycyjną formę płatności. Przede wszystkim ograniczają one możliwości kradzieży pieniędzy, gdyż potencjalni złodzieje nie mają możliwości ich zagrabienia w sklepie czy punkcie usługowym. W rezultacie w krajach, gdzie obrót bezgotówkowy jest powszechny zauważono spadek liczby napadów z bronią, jak w przypadku Szwecji. Jedynie osoby o wysokich kwalifikacjach informatycznych (hackerzy) mogą próbować przywłaszczyć sobie tego typu walutę, jednakże również i dla nich ten proceder nie jest prosty do wykonania — ze względu na najwyższe środki bezpieczeństwa używane przez banki i dostawców metod płatności.

Kolejnym pozytywnym aspektem jest ograniczenie wydatków związane z obsługą fizycznej waluty. Koszty jej przewozu i przechowywania jak również samej produkcji są znaczne, a dzięki wdrożeniu idei bezgotówkowego społeczeństwa, zostają dodatkowo ograniczone, zarówno dla instytucji finansowych, jak i sprzedawców. W wielu sklepach czy punktach usługowych całkowite wyparcie gotówki pozwala na rezygnację z kas fiskalnych oraz kosztów związanych z przewozem zgromadzonych w nich środków, poprawiając przy tym bezpieczeństwo.

Każda transakcja bezgotówkowa jest rejestrowana, dzięki czemu ograniczone zostaje ryzyko przestępstw finansowych, w tym „prania brudnych pieniędzy”. W efekcie rosną wpływy poszczególnych państw z tytułu podatków i ograniczenia szarej strefy. Również możliwość wykorzystania fałszywych pieniędzy w przypadku transakcji wirtualną walutą spada niemal do zera. Skutkiem czego nie dość, że zoptymalizowane są koszty obsługi pieniędzy, to dodatkowo wirtualna waluta pozwala na ograniczenie negatywnych zjawisk związanych z nieuczciwymi procederami, m.in. szarą strefę.

Teoria a praktyka

W finansach osobistych Polaków, wciąż jednak przeważa gotówka, a co więcej 21% dorosłych Polaków nie posiada jeszcze konta w banku – w grupie tej większość stanowią osoby starsze[9]. Różnica jednakże pomiędzy gotówkowym a bezgotówkowym obrotem z roku na rok maleje. W sklepach stacjonarnych w 2013 r. gotówką płacono w przypadku ponad 81% ogółu transakcji, a już trzy lata później odsetek ten spadł do poziomu 63%. Z kolei, na przestrzeni tego okresu, naturalnie wzrosło użycie kart i przelewów (odpowiednio 33 i 4%)[10].

Inaczej wygląda sytuacja w przypadku transakcji dokonywanych za zakupy w sklepach internetowych. Z najnowszego badania E-commerce w Polsce firmy Gemius wynika, że 62% klientów zachęca do zakupów możliwość płatności przy pomocy szybkiego przelewu. Przykładem tej popularnej metody może być m.in. „Przelew.” (przelew bankowy online dostarczany przez Sofort GmbH, spółkę Grupy Klarna). Kolejne miejsca na podium zajmują już gotówkowe metody płatności, tj. wysyłka za pobraniem (płatność gotówką przy odbiorze) – 39% i płatność gotówką przy odbiorze osobistym u kuriera
– 36%[11].

Rozwój techniki

Gotówka wciąż jest najważniejszym środkiem płatniczym w wielu krajach, jednakże warto odnotować zjawiska zachodzące w krajach skandynawskich, gdzie realizowana jest idea „cash-less society” oznaczająca społeczeństwo płatności elektronicznych, w których papierowy pieniądz używany jest marginalnie lub wcale. Trend ten staje się popularny, w tym również w Polsce, przez co można zaobserwować coraz więcej transakcji przebiegających bezgotówkowo. W przyszłości związany on będzie z faktem popularyzacji tego kanału płatności wśród ludzi młodych, ceniących elektroniczne nowinki i ułatwienia. Przedstawiciele pokolenia Z są „zaprzyjaźnieni” z nowymi technologiami i nie boją się ich używać, także w kontekście płatności. Również rozbudowa infrastruktury umożliwiająca płacenie bez konieczności zastosowania tradycyjnego pieniądza przyczyni się do stopniowego wypierania gotówki z obiegu. Z kolei rozwój technologii pozwala, liderom rynku fintech, dostarczać rozwiązania płatnicze dostosowane do oczekiwań odbiorców oraz rozbudowywać już istniejące produkty i tworzyć nowe. Coraz więcej konsumentów docenia zalety e-zakupów, takie jak wygoda, bezpieczeństwo, łatwość i oszczędność czasu, co potwierdza m.in. wspomniane wcześniej badanie rynku e-commerce.

W Polsce prowadzone są też różne akcje promujące obrót bezgotówkowy jak np. działalność fundacji Polska Bezgotówkowa, która zachęca przedsiębiorców do montażu terminali w zamian za przeniesienie kosztów ich użytkowania na fundację. Transakcje bez użycia bilonu będą stawały się coraz bardziej wygodne, a już powoli do użytku powszechnego wchodzą nowoczesne metody wykorzystujące biometrię jako metodę weryfikacji.

Czy zatem kończy się era fizycznego pieniądza? Przyszłość raczej będzie należeć do impulsów elektronicznych niż banknotów i monet. Stąd, rozwój płatności bezgotówkowych jest potrzebny i będzie podążał w trendzie wzrostowym. Co więcej, postępująca cyfryzacja wpływa na zachowania i preferencje e-konsumentów, którzy stają się coraz bardziej świadomi i wymagający. Branża e-commerce, podąża za dynamicznymi zmianami technologicznymi, stale udoskonalając doświadczenia klienta na każdym etapie procesu zakupowego, również w trakcie dokonywania płatności – tak aby przebiegała ona bezproblemowo, szybko i bezpiecznie, bez względu na urządzenie czy wykorzystywany kanał. Dlatego przyszłość rynku e-commerce należy do innowacyjnych firm, które inwestują w rozwój najnowszych technologii i wprowadzają pionierskie modele biznesowe, ciągle zaskakując nowymi rozwiązaniami – z czego wszyscy korzystamy.

Marcin Rybka, Senior Account Manager, Sofort GmbH

[1] Narodowy Bank Polski, Liczba bankomatów oraz liczba i wartość transakcji przeprowadzanych w bankomatach

[2] Narodowy Bank Polski, Informacja o kartach płatniczych, III kwartał 2016 r., grudzień 2016.

[3] Narodowy Bank Polski, NetB@nk – Raport bankowość internetowa i płatności bezgotówkowe, II kwartał 2016.

[4] Money.visualcapitalist.com, All of the World’s Money and Markets in One Visualization, październik 2017 [online: http://money.visualcapitalist.com/all-of-the-worlds-money-and-markets-in-one-visualization/, dostęp: 22.10.2017].

[5] Europejski Bank Centralny, Payments statistics for 2015, Wrzesień 2016 i Europejski Bank Centralny, Payments statistics for 2016, Wrzesień 2017.

[6] Narodowy Bank Polski, Postawy Polaków wobec obrotu bezgotówkowego, Warszawa 2017 [online: http://www.nbp.pl/systemplatniczy/obrot_bezgotowkowy/obrot-bezgotowkowy-2016.pdf, dostęp: 19.10.2017].

[7] Gemius Polska i Izba Gospodarki Elektronicznej e-commerce Polska, E-commerce w Polsce 2017, wrzesień 2017 [online: https://www.gemius.pl/wszystkie-artykuly-aktualnosci/najnowsze-dane-o-polskim-e-commerce-juz-dostepne.html, dostęp: 19.10.2017].

[8] Narodowy Bank Polski, Postawy Polaków wobec obrotu bezgotówkowego, Warszawa 2017 [online: http://www.nbp.pl/systemplatniczy/obrot_bezgotowkowy/obrot-bezgotowkowy-2016.pdf, dostęp 19.10.2017].

[9] Tomasz Koźliński, Narodowy Bank Polski, Departament Systemu Płatniczego, Wybrane wyniki badania Polaków nt. korzystania z usług bankowych i opłacania rachunków w 2016 r., grudzień 2016 r.

[10] Tomasz Koźliński, Narodowy Bank Polski, Departament Systemu Płatniczego, Zwyczaje płatnicze Polaków, Warszawa, maj 2013 r. i Tomasz Koźliński, Narodowy Bank Polski, Departament Systemu Płatniczego, Wybrane wyniki badania Polaków nt. korzystania z usług bankowych i opłacania rachunków w 2016 r., grudzień 2016 r.

[11] Gemius Polska i Izba Gospodarki Elektronicznej e-commerce Polska, E-commerce w Polsce 2017, wrzesień 2017 [online: https://www.gemius.pl/wszystkie-artykuly-aktualnosci/najnowsze-dane-o-polskim-e-commerce-juz-dostepne.html, dostęp: 19.10.2017].

Zbliża się posiedzenie FED. Bitcoin prawie za 10 000 USD

12-13 grudnia odbędzie się posiedzenie FED, na którym zgodnie z obecnymi prognozami dojdzie do wzrostu stóp procentowych. Problemy na linii USA-Turcja rzutują negatywnie na lirę. Szaleństwo na kryptowalutach trwa w najlepsze.

Co ze stopami procentowymi w USA?

Podobnie jak w zeszłym roku rynki oczekują na grudniowe posiedzenie Rezerwy Federalnej. Jest jeszcze jedno podobieństwo. Podobnie jak w zeszłym roku analitycy są zgodni, że dojdzie do wzrostu stóp procentowych. Warto zwrócić uwagę, że dotychczas przeważnie rozważano, czy dojdzie czy nie dojdzie do podwyżki stóp. Obecnie zastanawiamy się czy dojdzie do podwyżki o 0,25% czy o 0,5% od razu. Wzrost o 0,25% wydaje się być już niemal w całości uwzględniony w cenach. Jeżeli zatem na rynku nie pojawią się sygnały przemawiające za 0,5% lub za zapowiedzią większej liczby podwyżek w 2018 roku możemy oglądać dość nietypową sytuację osłabiania się waluty po podwyżce stóp procentowych.

Co dzieje się w Turcji?

Waluta tego państwa w ciągu dwóch miesięcy straciła względem zarówno euro jak i dolara 15% na wartości. Co spowodowało tak silną ucieczkę od tureckiej waluty? Kraj ten zmaga się z poważnym problemem w relacjach z USA. Spowodowane jest to braniem poważnego udziału w procederze obchodzenia sankcji nałożonych na Iran. Sprawa ponownie wyszła na jaw, gdyż na początku grudnia rusza proces biznesmena będącego bardzo ważnym ogniwem łańcucha. Wątpliwym jest by doszło do zmian u władzy w Turcji. Pozycja prezydenta po ostatnich czystkach jest bardzo mocna i raczej niekwestionowalna. Rynki obawiają się natomiast pogorszenia relacji na linii Ankara-Waszyngton. To właśnie to powoduje, że wycofują się z inwestycji w Turcji przez co waluta wyraźnie traci na wartości.

Dobry weekend dla bitcoina

W weekend bitcoin zyskał na wartości ponad 15% przekraczając 9500 USD. Do końca nie wiadomo co spowodowało tak gwałtowny wzrost tego aktywu. Wśród wymienianych powodów nagłego wzrostu pojawia się przede wszystkim wątek Chicago Mercantile Exchange i zapowiadanego otwarcia kontraktów terminowych na tą kryptowalutę. Drugim elementem jest wchodzenie na rynek inwestorów instytucjonalnych. To właśnie pieniądze od nich mają powodować tak znaczne wzrosty. Warto natomiast zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt. Tak duże wzrosty powodują, że mało kto chce sprzedawać. W związku z czym relatywnie bardzo duże wzrosty spowodowane są pojawianiem się wcale nie tak dużych środków. Nie bez znaczenia jest też brak centralnej giełdy. Wielu analityków przewiduje poważną korektę. Prognoza ta ma jednak jedną podstawową wadę. Nie wiadomo dlaczego ktoś miałby realizować zyski już teraz skoro cały czas pojawiają się nowi inwestorzy podbijający cenę.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

16:00 – USA – sprzedaż nowych domów,

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Uproszczone wezwanie do sprzedaży akcji Euler Hermes

W dniu 26 listopada 2017 r.  została zwołana Rada Nadzorcza Euler Hermes w celu dokonania przeglądu oferty uproszczonego wezwania do sprzedaży (nazywanej dalej „Ofertą”), którą Allianz, akcjonariusz większościowy, zamierza złożyć po cenie 122 euro za akcję Euler Hermes.

Rada Nadzorcza podczas swojego posiedzenia z zadowoleniem przyjęła zasady oferty Allianz.

Jak zauważono:

  • cena zaproponowana przez Allianz zapewni płynność finansową akcjonariuszom mniejszościowym zgodnie z warunkami oznaczającymi premię w wysokości 20,7% powyżej ostatniej ceny zamknięcia Euler Hermes[1] oraz 22,9%, 22,2% i 30,8% powyżej średniego kursu z okresu trzech, sześciu i dwunastu miesięcy[2], a także przekracza ceny docelowe analityków zajmujących się wyceną spółki;
  • Allianz zapewnił już sobie zakup 11,34% kapitału zakładowego Euler Hermes po tej samej cenie wynoszącej 122 euro za akcję Euler Hermes w drodze umów zakupu udziałów zawartych w dniu 24 listopada 2017 roku;
  • Oferta nie wpłynie na skład Rady Nadzorczej Euler Hermes ani na jej strategię i model działania poza zwykłym tokiem działań biznesowych.

Rada Nadzorcza Euler Hermes w drodze jednogłośnego głosowania niezależnych członków postanowiła powołać Finexsi, reprezentowaną przez Oliviera Péronneta, jako niezależnego eksperta, w celu sporządzenia sprawozdania dotyczącego warunków finansowych Oferty i przymusowego wykupu, do jakiego może dojść zgodnie z artykułem 261-1 i nast. Regulaminu Ogólnego „Autorité des marchés financiers” AMF (przyp. – regulator rynku finansowego we Francji, gdzie notowany jest Euler Hermes).

Ponadto Rada Nadzorcza podjęła decyzję o powołaniu ad hoc komitetu składającego się z trzech niezależnych członków Rady Nadzorczej. Zadaniem podkomitetu będzie monitorowanie misji niezależnego eksperta oraz wydawanie rekomendacji dla Rady Nadzorczej w sprawie Oferty.

Zgodnie z obowiązującymi przepisami Rada Nadzorcza, po zapoznaniu się z raportem niezależnego eksperta i rekomendacją wydaną przez komitet ad hoc, odbędzie ponowne posiedzenie w celu wydania formalnej opinii („avis motivé”) w sprawie Oferty. Taka formalna opinia mogłaby zostać wydana w ostatnich dniach grudnia 2017 r.

Euler Hermes zorganizował konferencję telefoniczną na temat Oferty dla analityków o godzinie 10.00 w Paryżu.

Zastrzeżenie:

Niniejsza informacja prasowa nie stanowi oferty zakupu papierów wartościowych. Oferta zostanie złożona wyłącznie na podstawie dokumentacji ofertowej, która będzie zawierała pełne warunki oferty. Dokumentacja oferty zostanie poddana przeglądowi przez AMF, a oferta zostanie otwarta dopiero po zatwierdzeniu jej przez AMF. Wszelkie decyzje dotyczące oferty należy podejmować wyłącznie na podstawie informacji zawartych w takiej dokumentacji oferty.

Niniejsza informacja  prasowa została przygotowany wyłącznie w celach informacyjnych. Rozpowszechnianie niniejszego komunikatu prasowego, oferty i jej przyjęcia mogą podlegać szczególnym przepisom lub ograniczeniom w niektórych krajach. Oferta nie jest skierowana do osób podlegających takim ograniczeniom, ani bezpośrednio, ani pośrednio, i nie może być w żaden sposób przyjęta z kraju, w którym oferta podlegałaby takim ograniczeniom. W związku z tym osoby będące w posiadaniu niniejszego komunikatu prasowego będą powinny sprawdzić ewentualne ograniczenia lokalne i stosować się do nich.

Euler Hermes wyklucza wszelką odpowiedzialność w przypadku jakiegokolwiek naruszenia obowiązujących ograniczeń prawnych przez jakąkolwiek osobę.

[1] Cena z zamknięcia notowań akcji Euler Hermes w dniu 24 listopada 2017.

[2] Premia ponad średnią ważoną wolumenem cenę akcji Euler Hermes.

Czy RBA podwyższy stopy procentowe?

Ostatnie posiedzenia banku centralnego Australii nie sugerują żadnych podwyżek stóp procentowych. Na tle historycznym RBA przyzwyczaiło nas, że utrzymuje koszt pieniądza na o wiele wyższym poziomie niż pozostałe gospodarki rozwinięte, ale tym razem może być inaczej.

RBA stopy procentowe

Jeszcze w 2008 roku krótkoterminowe stopy ustalane przez RBA były powyżej 7 procent. W trakcie kryzysu zostały obniżone do 3 procent, co i tak było dobrym wynikiem na tle pozostałych państw rozwiniętych. Razem z odbiciem na rynku surowców bank Australii rozpoczął zacieśnianie monetarne, które trwało 3 lata. Z kolei od 2011 roku surowce znalazły się w trendzie spadkowym, tak samo jak stopy procentowe. Z poziomu 4.75 proc. spadły do 1.50 procenta i prawdopodobnie nie zostaną podniesione na przestrzeni następnych 6 miesięcy.

Nawet jeżeli bank centralny zdecyduje się na podwyżkę stóp procentowych, to prawdopodobnie nigdy nie wrócimy w okolicę 2011 roku. Głównym powodem tego stwierdzenia jest rynek nieruchomości, na którym opiera się cały sektor bankowy Australii.

Rynek w Australii

Rynek nieruchomości w Australii jest cztery razy większy niż PKB kraju. Według Philipa Lowe bank centralny ma związane ręce. Przez ostatnie cztery lata koszt kredytu hipotecznego wzrósł o 6.5 procenta podczas gdy dochód gospodarstw domowych wzrósł jedynie o 3.5 procenta. Ponadto średni wzrost dochodu jest najmniejszy w historii. Zatem wzrost kosztu obsługi kredytu nie jest rekompensowany przez wyższy dochód. Konsumenci mają coraz mniej pieniędzy na konsumpcję. Jeżeli bank centralny odważyłby się na kilka podwyżek stóp procentowych, to Australia może przeżyć prawdziwą bessę na rynku nieruchomości, co byłoby bardzo niebezpieczne dla pożyczkodawców.

Zaangazowanie bankow w kredyty

Według Bloomberga portfele australijskich pożyczkodawców w ponad 60 procentach składają się z kredytów hipotecznych. Spadek cen nieruchomości jest dużym zagrożeniem dla banków, które posiadają zbyt małą dywersyfikację kredytową.

Co dalej?

Zagrożenie jest spore, ale dopóki sytuacja globalna jest stabilna oraz bank centralny nie podwyższa stóp procentowych nie ma powodu do obaw. Zagrożenie wzrośnie gdy Stany Zjednoczone pogrążą się w recesji. Według banku inwestycyjnego Goldman Sachs prawdopodobieństwo recesji w USA wzrosło do 69 procent.

AUDUSD – analiza techniczna

Dokładna sytuacja na rynku kosztu pieniądza została omówiona tutaj. Pęknięcie bańki na rynku nieruchomości z pewnością doprowadziłoby do osłabienia dolara australijskiego, jednak na chwile obecną rynek tego nie wycenia. Według analizy technicznej mamy większe prawdopodobieństwo zakończenia ostatnich spadków i wzrosty, ale przed tym musi zostać pokonana mocna strefa oporu 0.765-0.771. Główną przesłanką do wzrostu są surowce oraz oscylator stochastyczny, który wskazuje na bardzo mocne wyprzedanie rynku.

Notowania AUDUSD, interwał tygodniowy

Notowania AUDUSD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Dział Analiz Admiral Markets

Risk-on na długu. Inwestorzy znów kupują obligacje

  • Protokół z posiedzenia amerykańskiej Rezerwy Federalnej (Fed), która decyduje o stopach procentowych, wsparł rynki obligacji.
  • Globalni inwestorzy chętnie kupują obligacje i waluty krajów wschodzących, na czym korzysta także Polska.
  • Oczekujemy, że na grudniowym posiedzeniu Fed podniesie stopy procentowe, ale wyrazi łagodne stanowisko co do przyszłej polityki pieniężnej w USA.
Tomasz Pawluć, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI
Tomasz Pawluć, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI

O ile grudniowa podwyżka stóp procentowych w USA jest właściwie pewna, to znacząco spadło prawdopodobieństwo aż trzech podwyżek stóp procentowych w 2018 roku. W rezultacie osłabił się dolar, a globalni inwestorzy ponownie zaczęli kupować obligacje i waluty krajów wschodzących. Apetyt na ryzyko widzimy także w Europie Środkowo-Wschodniej, gdzie kupowane są praktycznie wszystkie obligacje, może za wyjątkiem rumuńskich. Przypadek Rumunii jest jednak specyficzny, bo tamtejsza gospodarka wykazuje oznaki przegrzania, a płace wymykają się spod kontroli, co może stanowić potężny impuls inflacyjny.

Polski dług ponownie na celowniku inwestorów

Na fali dobrego sentymentu także polskie obligacje zyskują na wartości. To duża zmiana względem ostatnich tygodni, kiedy inwestorzy zagraniczni stronili od polskiego długu skarbowego, a popytem (głównie ze strony krajowych inwestorów) cieszyły się głównie obligacje krótkoterminowe. Ujawniony protokół z posiedzenia Fed stworzył sprzyjające środowisko i dał paliwo do wzrostów cen polskich obligacji także o długim terminie zapadalności.

Popyt na polskie skarbówki jest tak ogromny, że inwestorzy masowo kupują je zarówno na rynku, jak i na przetargach. Na ostatniej aukcji Ministerstwo Finansów zaoferowało papiery o łącznej wartości 4 mld zł, podczas gdy inwestorzy zgłosili oferty na około 14 mld zł. Już bardzo dawno nie było w Polsce tak udanego przetargu obligacji, na którym popyt aż 3,5-krotnie przekroczyłby podaż.

Oprócz niskiej podaży, ceny polskich obligacji wspiera także stabilna inflacja (brak presji na podwyżki stóp przez Radę Polityki Pieniężnej), dobre wykonanie budżetu, a ostatnio także waluta. Złoty umocnił się do głównych walut, w tym dolara i euro. Nie widać też przesłanek, żeby w najbliższym czasie nasza waluta się osłabiła. A to dobra informacja – silny złoty oznacza wyższe zyski dla zagranicznych inwestorów i zachęca ich do kupowania polskich skarbówek.

„Gołębi” komunikat po grudniowej podwyżce

Polityka pieniężna prowadzona przez Fed jest nastawiona na stabilny wzrost inflacji, aż do osiągnięcia 2-proc. celu. W świetle ostatnich odczytów wzrasta prawdopodobieństwo, że poziom cen w amerykańskiej gospodarce utrzyma się poniżej oczekiwań bankierów centralnych dłużej, niż dotąd zakładali.

A skoro inflacja w USA gwałtownie nie rośnie, nie ma potrzeby ani uzasadnienia dla szybkiego podnoszenia stóp procentowych. Dlatego po grudniowym posiedzeniu Fed oczekuję (oprócz dyskontowanej już od dłuższego czasu podwyżki) „gołębiego”, czyli łagodnego, komunikatu co do polityki amerykańskiego banku centralnego w 2018 r. Z ust Janet Yellen, która w lutym ustąpi z fotela szefowej Fed, usłyszymy zapewne, że dopóki inflacja nie wejdzie na ścieżkę trwałego wzrostu, dopóty ścieżka podwyżek stóp w USA pozostanie łagodna.

„Gołębi” komunikat Fed powinien pozytywnie wpłynąć na rynki obligacji, powodując lekki spadek rentowności obligacji na długim końcu krzywej. A jeśli tak się stanie, beneficjentem tego trendu będzie także Polska.

GK IMMOBILE S.A. zamyka III kwartał z prawie 2-krotnym wzrostem zysku operacyjnego

Grupa Kapitałowa IMMOBILE S.A. podsumowała trzy kwartały 2017 r. podwajając zyski i notując skonsolidowane przychody na poziomie 185,2 mln zł (155% wzrost r/r), oraz wynik EBITDA w wysokości 17,3 mln zł (17% wzrost r/r).

W III kwartale 2017 r. Grupa IMMOBILE kontynuowała bardzo dobre wyniki finansowe. Przychody wyniosły 72,9 mln zł, wobec 25,8 mln zł w III kwartale 2016 r., co oznacza, że były prawie 3-krotnie wyższe. Wynik EBITDA Grupy w III kwartale br. osiągnął poziom 8,8 mln zł i był o 74% wyższy wobec analogicznego okresu ubiegłego roku. Wynik netto ukształtował się na poziomie 3,56 mln zł wobec 1,37 mln zł.

Przychody Grupy IMMOBILE narastająco w trzech kwartałach 2017 r. ukształtowały się na poziomie 185,2 mln zł i były 2,5-krotnie wyższe niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Wynik EBITDA wyniósł 17,3 mln zł, co oznacza poprawę o 17% w stosunku do wyniku wypracowanego w trzech kwartałach 2016 r. Zysk operacyjny osiągnięty w trzech kwartałach 2017 r. wyniósł 10,7 mln zł, wobec 5,8 mln zł w dziewięciu miesiącach 2016 r.

Rafał Jerzy GK IMMOBILE
Rafał Jerzy, prezes zarządu GK IMMOBILE

„Osiągnęliśmy bardzo dobre wyniki finansowe. Wzrosty w Grupie zawdzięczamy szczególnie segmentowi przemysłowemu, dzięki któremu sprzedaż zagraniczna wzrosła prawie 9,5-krotnie. Cieszą nas również wzrosty segmentu hotelarskiego i zwiększanie rozpoznawalności sieci Focus Hotel. Jesteśmy bardzo zadowoleni z poziomu przedsprzedaży Etapu I Platanowego Parku oraz z postępów w budowie biurowca IMMOBILE K3.” – powiedział Rafał Jerzy, prezes zarządu GK IMMOBILE.

W trzech kwartałach 2017 r. Grupa zanotowała wzrost sprzedaży w większości segmentów operacyjnych. W segmencie przemysłowym przychody wzrosły prawie 6-krotnie do poziomu 123,6 mln zł. Zysk operacyjny w tym segmencie ukształtował się na poziomie 2,9 mln zł wobec straty 3 mln zł. w dziewięciu miesiącach 2016 r. Taka poprawa była głównie spowodowana objęciem kontroli nad PROJPRZEM S.A. Segment hotelarstwo wniósł do przychodów za trzy kwartały br. 32,8 mln zł (26% wzrost w porównaniu do analogicznego okresu 2016 r.). Wzrost segmentu hotelarskiego, poza czynnikami organicznymi, wynika z włączenia do zasobów sieci w 2017 r. 4-gwiazdkowego Hotelu Pod Orłem w Bydgoszczy. Segment najmu aktywów osiągnął przychody w wysokości 6,9 mln zł (wzrost o 17% r/r). W segmencie developingu przychody wyniosły 7,7 mln zł i jest to jedyny segment który nie odnotował wzrostu, co wynika z etapowania głównej inwestycji deweloperskiej spółki – osiedla Platanowy Park.

W segmencie przemysłowym dokonano szeregu zmian, które mają wpływać na dalszy wzrost skali i rentowności biznesu. Zarząd PROJPRZEM S.A. przeprowadził analizy, z których wynika, że przy zachowaniu aktualnego profilu produkcji zakładu konstrukcji stalowych w Sępólnie Krajeńskim, w obecnym otoczeniu rynkowym, uzyskanie trwałej rentowności w perspektywie najbliższych lat byłoby niemożliwe. W związku z tym podjęto decyzję o sprzedaży fabryki i 29 września br. podpisał umowę sprzedaży z Eggersmann Polska za kwotę ok. 16 mln zł.

Dodatkowo Zarząd PROJPRZEM wskazał, że w działalności przemysłowej wyraźnie widoczne są synergie produktowe związane z jednej strony z produkcją systemów przeładunkowych PROM i parkingów automatycznych MODULO oraz produktów wytwarzanych przez PROJPRZEM S.A. i MAKRUM Project Management Sp. z o.o. W sierpniu br. Zarząd PROJPRZEM S.A. poinformował o zamiarze połączenia spółek, co zaaprobowało wrześniowe Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy. Podstawowym celem połączenia jest uproszczenie organizacji Grupy Kapitałowej PROJPRZEM S.A. w kierunku budowy silnego przedsiębiorstwa produkcyjnego, oferującego szeroką gamę produktów własnych. Możliwości produkcyjne mają być wsparte silną siecią dystrybucji i serwisu na terenie Polski jak i zagranicą.

We wrześniu i październiku br. Spółka PROJPRZEM poinformowała o podpisaniu umów na generalne wykonawstwo hal produkcyjno-magazynowych za kwotę ponad 50 mln zł.

Efekty procesów reorganizacji spółek PROJPRZEM i PROMStahl powinny być ciągle widoczne w wynikach nadchodzących okresów. W segmencie przemysłowym są świetne perspektywy dla segmentu przeładunków, z uwagi na dynamicznie rosnący rynek e-commerce i zwiększone zapotrzebowanie na powierzchnie magazynową w Europie. Spółka zauważa też spory wzrost zainteresowania automatycznymi systemami parkingowymi, związany z boomem na rynku deweloperskim.

Z początkiem września 2017 r. spółka Focus Hotel otworzyła biuro w Bukareszcie, którego zadaniem jest rozwój sieci hotelowej w Rumunii poprzez zakup oraz dzierżawę hoteli. W listopadzie 2017 r. zakończył się proces inkorporacji rumuńskiej spółki zależnej wobec Focus Hotels S.A., w ramach której będą prowadzone działania mające na celu pozyskanie projektów hotelowych w Rumunii. W chwili obecnej trwają prace budowlane oraz wykończeniowe związane z zaplanowanymi na rok 2018 otwarciami hoteli Focus. W kwietniu 2018 r. planowane jest otwarcie hotelu w Sopocie, w czerwcu 2018 r. w Poznaniu oraz w grudniu 2018 r. – w Lublinie. Spółce prawdopodobnie uda się również zrealizować założenie ekspansji zagranicznej i otworzyć pierwsze obiekty zagranicą.

Grupa IMMOBILE prężnie rozwija również segment deweloperski. Zakończenie kolejnego etapu („I”) osiedla Platanowy Park planowana jest na koniec roku 2017. W przedsprzedaży zawarto już umowy na 46% mieszkań i ponad 38% powierzchni użytkowej. Większość osiągniętego przychodu przypadnie na kolejne okresy. Na przełomie roku spółka planuje rozpocząć budowę kolejnego etapu. W ramach tej budowy będzie realizowanych 195 mieszkań o łącznej powierzchni 11 249 m2, 5 lokali usługowych o łącznej powierzchni 219,5 m2 oraz 217 miejsca postojowe w garażu podziemnym. Zakończenie inwestycji planowane jest na III kwartał 2019 r. Dalsze etapowanie największej inwestycji deweloperskiej w Bydgoszczy powinno zapewnić stabilny przychód na kolejne lata, powiększony o kolejne projekty, które Grupa planuje podjąć (kolejna inwestycja w Bydgoszczy oraz nowe inwestycje w innych miastach). Aktualnie analizowany jest sposób wykorzystania posiadanej przez Grupę działki budowlanej w Bydgoszczy przy ulicy Bydgoskich Olimpijczyków (w dzielnicy FORDON), pozyskanej w wyniku objęcia kontroli nad PROJPRZEM S.A.

Akcjonariusze GK IMMOBILE S.A. 30 czerwca br. zdecydowali o wypłacie dywidendy. Zgodnie z rekomendacją Zarządu, 30 września br. Spółka wypłaciła 4,52 mln zł, co oznacza, że dywidenda na jedną akcję wyniosła 0,06 zł. To druga z rzędu dywidenda w giełdowej historii Spółki. Zarząd rozważa wprowadzenie polityki dywidendowej.

Zarząd planuje również wprowadzenie na rynek główny GPW sieci hoteli Focus oraz spółki deweloperskiej CDI Konsultanci Budowlani, aby GK IMMOBILE mogła stać się jeszcze bardziej transparentna i łatwiej wycenialna.

Polscy milionerzy inwestują bezpiecznie, ale wciąż daleko im do filantropii Billa Gatesa

Nieruchomości, obligacje i udziały prywatnych firmach – to najchętniej wybierane formy lokowania kapitału wśród polskich milionerów. Bogaty Polak inwestuje ostrożniej niż milionerzy w innych krajach i znacznie rzadziej bywa filantropem, wynika z „Globalnego Raportu Przedsiębiorczości BNP Paribas 2018”, przeprowadzonego przez BNP Paribas Wealth Management.

To już czwarta edycja „Globalnego Raportu Przedsiębiorczości BNP Paribas 2018”, w którym przeanalizowano cechy i motywy inwestycyjne przedsiębiorców, którzy osiągnęli największy sukces. Łącznie przepytano ponad 2700 osób z 22 krajów Azji, Stanów Zjednoczonych i Bliskiego Wschodu i Europy, w tym kilkadziesiąt osób z Polski. Przeciętny majątek polskiego milionera biorącego udział w badaniu to ok. 10,8 mln dolarów, podczas gdy średnia w badaniu to 13,4 mln dol.

19 proc. ankietowanych polskich milionerów wskazało, że najchętniej lokuje swój majątek w nieruchomości. To wynik o 5 punktów procentowych wyższy niż średnia dla wszystkich ankietowanych przedsiębiorców w 22 krajach. Polscy milionerzy chętniej inwestują również w instrumenty zapewniające stały dochód. Ten rodzaj inwestycji w Polsce wybiera 16 proc. badanych podczas gdy średnia to 12 proc. Większym zainteresowaniem cieszą się również inwestycje w udziały prywatnych spółek – w Polsce tego typu inwestycję wybiera 15 proc. ankietowanych przedsiębiorców, zaś średnia dla całego badania to 9 proc. Gotówkę na koncie najchętniej trzyma 13 proc. spośród ankietowanych w Polsce – co jest wynikiem zbliżonym do średniej z całego badania.

– Wyniki badań przeprowadzonych na dojrzałych rynkach mają dla nas szczególną wartość. Widzimy trendy, które z dużym prawdopodobieństwem mogą pojawiać się w Polsce. Różnice kulturowe i szczególna historia polskiej przedsiębiorczości sprawiają, że polscy milionerzy mają większą skłonność do inwestowania nadwyżek w instrumenty dające choćby częściowe poczucie ochrony zainwestowanego kapitału. Duża część majątku naszych zamożnych klientów to wartość przedsiębiorstw, którymi zarządzają i gdzie ponoszą największe ryzyko – mówi Andrzej Ząbek, dyrektor Departamentu Bankowości Prywatnej Banku BGŻ BNP Paribas.

Z „Globalnego Raportu Przedsiębiorczości BNP Paribas” wynika, że polscy najbogatsi przedsiębiorcy bardzo często inwestują za pośrednictwem funduszy o charakterze private equity – dotyczy to aż 57 proc. ankietowanych. Około 20 proc. z nich wybiera jednostki otwartych funduszy inwestycyjnych, tyle samo osób lokuje swój majątek za pośrednictwem funduszy venture capital. Mniej chętnie inwestują bezpośrednio w akcje. Ten rodzaj aktywów wybiera tylko 7 proc. badanych, podczas gdy średnia jest na poziomie 11 proc. Polacy także wyraźnie rzadziej przeznaczają środki na działalność tzw. aniołów biznesu (2 proc. wobec 5 proc. średniego wyniku) czy filantropię (3 proc. wobec 6 proc. badanych). – Wraz z nieuchronną zmianą pokoleniową w polskich prywatnych firmach z czasem może przybywać filantropów i pojawiać się będzie więcej aniołów biznesu. Obserwujemy bogacące się młode pokolenie, które dziedziczy po rodzicach gen przedsiębiorczości, ale ma odmienne podejście do biznesu i inwestowania – dodaje Andrzej Ząbek.

Społecznie zaangażowani milionerzy

Wśród ankietowanych w tym roku osób na całym świecie 55 proc. zadeklarowało, że zaangażowało część swojego majątku na cele odpowiedzialne społecznie. 80 proc. badanych uważa, że przedsiębiorczość jest najlepszą drogą by mieć wpływ na globalną i lokalną rzeczywistość.

W Polsce odpowiedzialność społeczną deklaruje 54 proc. ankietowanych. Wśród pytanych o to, co rozumieją pod odpowiedzialnymi społecznie inwestycjami 39 proc. deklaruje chęć wsparcia rozwoju energii odnawialnej, 32 proc. myśli o tworzeniu nowych miejsc pracy, a 25 proc. o ochronie środowiska naturalnego.

„Millenialsi” i ultraprzedsiębiorcy

Raport prezentuje pięć profili przedsiębiorców z elitarnego grona:

  • ultra przedsiębiorcy (ultrapreneurs) – posiadają środki na inwestycje przekraczające 25 mln dolarów, ich firmy zarabiają średnio 2 razy więcej niż pozostałych ankietowanych, a 75 proc. odnotowało w 2016 r. wzrost zysku. Polscy ultraprzedsiębiorcy najchętniej trzymają gotówkę na koncie lub inwestują w nieruchomości.
  • seryjni przedsiębiorcy (serialpreneurs) – posiadający bądź założyciele co najmniej czterech aktualnie działających firm. Przeciętny „seryjny” przedsiębiorca ma majątek przekraczający 20 mln dolarów i prowadził już 8 różnych biznesów. 83 proc. polskich „seryjnych” wierzy, że świat w przyszłości będzie lepszym miejscem, tylu samo wierzy, że przedsiębiorczość to najlepszy sposób wpływania na zmiany na świecie.
  • przedsiębiorcy milenijni (millennipreneurs) – urodzeni pomiędzy 1980 a 2000 rokiem, w wieku do 35 lat). Średni majątek takiego przedsiębiorcy to 15,6 mln dolarów. Chcą mieć duży wpływ na otoczenie dlatego zdecydowana większość inwestuje w przedsięwzięcia odpowiedzialne społecznie. Polscy millenialsi działają w większości w sektorze transportu i infrastruktury, co wiąże się z ich wykształceniem.
  • kobiety przedsiębiorcy (women entrepreneurs) – nieco bogatsze od średniej (14,1 vs 13,4 mln dolarów), karierę biznesową rozpoczynały zwykle w wieku 28 lat. 55 proc. z nich jest wyczulona na inwestycje odpowiedzialne społecznie, to dwa razy częściej niż mężczyźni. Średnie obroty firmy kierowanej przez szefa-kobietę w Polsce wyniosły w 2016 r. 23,5 mln dolarów.
  • przedsiębiorcy z pokolenia wyżu demograficznego (baby boomers) – prowadzą własny biznes średnio od 19 lat. Najchętniej ze wszystkich grup korzystają z doradztwa inwestycyjnego lub w całości powierzają swój majątek w zarządzanie innym (19 proc.). Polscy „baby boomers” wyraźnie częściej szukają porad w zakresie nowych produktów lub usług, które mogą oferować (46 proc. vs 28 proc. średnia w badaniu).

 Profil elitarnego polskiego przedsiębiorcy

W Polsce badaniem objętych zostało 54 właścicieli firm. Wartość ich prywatnego majątku to średnio 10,9 mln dolarów, a przychody firm, którymi zarządzają oszacowane zostały średnio na 22,9 mln dolarów rocznie. Ankietowani przedstawiciele polskiego biznesu zatrudniają blisko 60 pracowników i wcześniej kierowali co najmniej 2 przedsiębiorstwami. Swoją działalność prowadzą przede wszystkim w segmencie handlu detalicznego, budownictwa i usług finansowych.

Koalicjant na horyzoncie

W piątek – po raz pierwszy od 2 miesięcy – euro przebiło psychologiczną granicę 1,19 USD i utrzymuje ten poziom w poniedziałek. Wspólna europejska waluta zyskuje na wartości dzięki dobremu odczytowi niemieckiego indeksu instytutu Ifo za listopad, który wyniósł 117,5 pkt., podczas gdy prognozy mówiły o 116,5 pkt., a poprzednia wartość sięgała 116,8 pkt. Walucie eurolandu pomógł także fakt, że na horyzoncie pojawił się potencjalny koalicjant rządowy dla zwycięskiej w niemieckich wyborach partii kanclerz Angeli Merkel. To socjaldemokraci, którzy jednak już na wstępie stawiają socjalne warunki rozpoczęcia negocjacji. Ich wprowadzenie może być niekorzystne dla niemieckiej gospodarki.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do japońskiego jena (-0,11%), a zyskuje do euro (+0,1 %), brytyjskiego funta (+0,17%), dolara kanadyjskiego (+0,07%) oraz dolara australijskiego (+0,15%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,192, GBP/USD – 1,331, USD/CAD – 1,271, AUD/USD – 0,761 i USD/JPY – 111,4. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,19%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,8, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,895. Złotówka nadal zyskuje do głównych walut światowych. W poniedziałek rano dolar kosztuje 3,53 zł, euro – poniżej 4,21 zł, funt – 4,7 zł, a frank szwajcarski – 3,6 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach przewaga koloru czerwonego. W piątek londyński indeks FTSE 100 stracił 0,1%, frankfurcki indeks DAX wzrósł o 0,39%, a paryski indeks CAC 40 zyskał 0,2%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 podniósł się o 0,21%, meksykański indeks Bolsa obniżył się o 0,4%, a brazylijski indeks Bovespa stracił 0,44%. W poniedziałek w Azji tokijski indeks Nikkei spadł o 0,24%, chiński indeks Shanghai Composite – o 0,94%, a hongkoński indeks Hang Seng – o 0,59%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej idą w górę. Baryłka ropy Brent kosztuje 63,86 USD (+0,85%), a ropy WTI – 58,95 USD (+1,58%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wzrosła do 67 USD. Z kolei cena złota pozostaje na tym samym poziomie co przed weekendem. W poniedziałek rano uncję metalu rynek wycenia na 1290 USD.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 16:00 – USA – Sprzedaż nowych domów, październik (prognoza 625 tys.)
  • 16:30 – USA – Indeks Dallas Fed dla przemysłu, listopad (poprzednia wartość 27,6 pkt.)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Przedsiębiorcy liczą na karanie dłużników wyższym podatkiem

60 proc. przedsiębiorców jest przekonanych, że nowe regulacje wymierzone w firmy opóźniające płatności zadziałają mobilizująco i ograniczą problem zatorów płatniczych – wynika z badania BIG InfoMonitor. Projekt ustawy Ministerstwa Rozwoju i Finansów mówiący o podwyższonych podatkach dla dłużników i ulgach dla wierzycieli oczekujących na płatność 120 dni od wyznaczonego terminu jest już po konsultacjach społecznych.

„Projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu wprowadzenia uproszczeń dla przedsiębiorców w prawie podatkowym i gospodarczym” Ministerstwa Rozwoju i Finansów jest już po konsultacjach społecznych. Przewiduje on m.in., że firma, która w ciągu 120 dni od terminu wyznaczonego w umowie lub na fakturze nie otrzyma płatności, i w tym czasie nie sprzeda wierzytelności, będzie miała możliwość pomniejszenia podstawy opodatkowania o zaległą kwotę. Dzięki temu zapłaci niższy podatek dochodowy. Natomiast niesolidnego dłużnika spotkają sankcje dwojakiego rodzaju. Przede wszystkim nie będzie mógł wliczyć w koszty niezapłaconej faktury, a dodatkowo będzie musiał zwiększyć swoją podstawę opodatkowania i tym samym zapłacić wyższy podatek dochodowy.

Przedsiębiorcy liczą na karanie dłużników wyższym podatkiem

Źródło: BIG InfoMonitor, badanie Instytutu Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research

W opinii ponad 61 proc. mikro, małych i średnich firm kierunek w jakim idą prace Ministerstwa Rozwoju i Finansów dyscyplinujące nierzetelnych kontrahentów poprawią sytuację w gospodarce – pokazuje badanie* wykonywane dla BIG InfoMonitor, przez Instytutu Keralla Research. Ponad 34 proc. firm sądzi, że proponowany mechanizm raczej poprawi sytuację, kolejnych blisko 27 proc. jest zdecydowanie pewna, że tak się stanie. Sceptycznie do pomysłu podchodzi 22 proc. firm., a co szósty przedsiębiorca (17,4 proc.) nie podejmuje się oceny wpływu nowych regulacji na upowszechnienie problemu opóźnień we wzajemnych płatnościach przedsiębiorstw.

– Już sam fakt, że wierzyciele będą mieli prawo pomniejszyć swój dochód do opodatkowania, jeżeli dłużnik im nie zapłaci jest korzystną zmianą. Dodatkowo nałożenie na dłużników obowiązku korekty kosztów o niezapłacone faktury i tym samym zwiększenie podstawy opodatkowania i zapłacenie wyższego podatku, może okazać się dla nich skutecznym bodźcem do bieżącego regulowania płatności. Choć może warto zastanowić się nad krótszym okresem niż 120 dni opóźnienia dla uruchomienia takiej możliwości – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

W badaniach BIG InfoMonitor przeprowadzonych przed rokiem, właśnie na temat takiego rozwiązania większość firm popierała karanie niesolidnych kontrahentów już w momencie, gdy przekraczają 30-dniowy termin opóźnienia. 52 proc. ankietowanych mikro, małych i średnich przedsiębiorstw uważało, że firmy dłużnicy nie powinny mieć możliwości uznawania faktury za koszt podatkowy i nie mogły na jej podstawie odliczać VAT, czy też obniżać podatku dochodowego już po 30 dniach zwłoki.

Przedsiębiorcy liczą na karanie dłużników wyższym podatkiem 2

Źródło: Badanie Millward Brown na zlecenie BIG InfoMonitor

Bez względu na liczbę dni po których wierzyciel mógłby odzyskać podatek od nieopłaconej transakcji i tak byłaby to spora zmiana. Dziś, wierzyciel nawet jeśli nie dostaje pieniędzy, to po wystawieniu faktury musi zapłacić podatki. W przypadku VAT może go sobie odebrać jeśli kontrahent nie zapłacił w ciągu 150 dni, ale podatku dochodowego już nie. Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor i zwraca też uwagę, że w projekcie zaproponowano w końcu zbliżenie dwóch systemów rozliczeń, poprzez adaptację w podatku dochodowym rozwiązania przyjętego w podatku od towarów i usług, z jednoczesnym uwzględnieniem różnic wynikających z odrębności cech tych dwóch podatków.

Na koniec III kwartału 52 proc. mikro, małych i średnich przedsiębiorstw sygnalizowało problem z opóźnieniami płatności od kontrahentów (ponad 60 dni opóźnienia w odzyskiwaniu należności, w ostatnich 6 miesiącach) – wynika z danych BIG InfoMonitor.

*Badanie przeprowadzone przez Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research, na próbie 500 firm, techniką wywiadów telefonicznych, październik 2017r.

Dziś Cyber Monday

Coś, co na co dzień kosztuje zbyt drogo, dziś może okazać się tańsze. Cyber Monday, który w tym roku przypada 27 listopada, w e-handlu stał się świętem obniżek cen i nadzwyczajnych obrotów.

Sklepy internetowe właśnie dziś przyciągają klientów rabatami. Robią to skutecznie. Amerykanie, którym świat zawdzięcza zwyczaj Cyber Monday, liczą obroty w miliardach dolarów. Już dwa lata temu sprzedaż w USA osiągnęła wartość 2,98 mld USD.

Inna rzecz, że handlowcy często przeciągają listopadowe wyprzedaże z jednego do kilku dni. Zakupowa gonitwa zaczyna się już w Black Friday – to także amerykański pomysł, tyle że bardziej znany, starszy i odnoszący się do sklepów stacjonarnych. Datę czarnego piątku wyznacza Dzień Dziękczynienia. Narodowe święto Amerykanie obchodzą dorocznie w czwarty czwartek listopada. Nazajutrz po Dniu Dziękczynienia biorą urlopy, by sprawić sobie tzw. długi weekend i wtedy centra handlowe w USA wabiły i nadal wabią ich dużymi upustami. Wyścig o tanie produkty kończył się czasem dramatycznie. W ścisku i przepychankach pod drzwiami sklepów doszło nawet do kilku wypadków śmiertelnych…

W Europie mix dwóch okazji

Na szczęście fizyczne starcia zakupowiczów ostatnio zleżały. Ludzie coraz częściej decydują się wszak na zakupy przez internet i nie docierają do sklepów stacjonarnych. M.in. dlatego w 2005 roku narodził się młodszy brat czarnego piątku – Cyber Monday, czyli dzień wyprzedaży w internecie. Odrębną drogą poszli w tym względzie Chińczycy, którzy największy ruch handlu w sieci kumulują 11 listopada – w dniu osób samotnych. W Europie przyjął się zwyczaj z Ameryki. Sklepy internetowe także polują na klientów u schyłku listopada, jednak częściej pod hasłem Black Friday niż Cyber Monday, często też łączą okres promocji na okres od piątku do poniedziałku.

Sprzęt RTV, narzędzia, ubrania, buty, perfumy, zabawki itp. można w tym okresie upolować – jeśli zaufać reklamom – nawet o 70 procent taniej. Internetowe sklepy i platformy handlowe w wielu państwach Europy szykują specjalne propozycje na Cyber Monday. Jeżeli nie proponują zniżek, to zachęcają opcją okazjonalnej darmowej przesyłki.

Zagranica dziś kusi bardziej niż przed rokiem

Amazon.de, gdzie obowiązują ceny w euro, zaprasza na cały tydzień rabatów, zastrzegając jednak, że nie wszystkie oferowane artykuły dostarcza do Polski. Przeceny wydają się spore, np. 55-calowy “inteligentny” telewizor można jeszcze dziś kupić o blisko 600 euro taniej. Konsole Xbox One S (500 GB) kosztują tam, z uwzględnieniem rabatów, ok. 210 euro, a to wg kursu serwisu wymiany walut Cinkciarz.pl z 27 listopada 2017 r. ok. 886 zł. Brytyjski ebay na czołówce głównej strony także nakłania do skorzystania z okazji, których “nie można przegapić”, a 30-procentowe zniżki pozostaną aktualne do poniedziałkowej północy.

Klientom pozostaje rozstrzygnąć, czy bardziej opłaca się skorzystać z ofert w kraju, czy też rozejrzeć się po zagranicznych witrynach, gdzie czasami trzeba uwzględnić wyższy koszt przesyłki i dłuższy czas oczekiwania na dostawę.

Jednak ogólnie kurs złotego w relacji do euro, funta czy USD sprzyja dziś polskim klientom. – Zakupy w Cyber Monday mogą okazać się o wiele bardziej opłacalne niż przed rokiem. Przez ostatnie miesiące obserwowaliśmy umacnianie się złotego. Przyczyniły się do tego zarówno czynniki zewnętrzne, np. globalny spadek wartości dolara czy bardzo dobra kondycja gospodarki strefy euro, jak i wewnętrzne. Polska gospodarka w każdym z dotychczasowych kwartałów 2017 r. rozwijała się w tempie powyżej 4 proc. w skali roku. W trzecim kwartale tempo wzrostu PKB osiągnęło nawet 5 proc – tłumaczy Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl. – Obserwowaliśmy również stopniowy wzrost poziomu cen oraz wyraźną poprawę na rynku pracy. Czynniki te przyczyniły się do tego, iż w porównaniu do ub.r. euro jest teraz tańsze o ok. 4,5 proc., funt o 8 proc., a dolar aż o 14 proc. Zwiększa to atrakcyjność dokonywania zakupów za granicą, pomimo wyższych kosztów przesyłki. W tym roku zatem przeceny na Cyber Monday w zagranicznych sklepach mogą okazać się jeszcze bardziej kuszące – ocenia analityk Cinkciarz.pl.

Kurs dolara do euro rośnie w kierunku 1,20

Rynek akcji w Azji rozpoczął tydzień w ponurych nastrojach, które mogą się przelać na Europę. Ropa naftowa odczuwa piętno awersji do ryzyka, podobnie AUD i NZD. Kalendarz w poniedziałek jest niemal pusty, więc nie będzie przeszkadzał w kształtowniku się nastrojów.

Jeśli koniec listopada ma przynieść rozkręcenie się awersji do ryzyka, to japoński jen powinien błyszczeć. Spadki na indeksach azjatyckich dotyczyć będą też tokijskiej giełdy, co źle wróży korelacji USD/JPY z Nikkei225. Dodajmy do tego zeszłotygodniowe brutalne przełamanie w dół USD/JPY przez średnie 100- i 200-sesyjną (okolice 111,70) i coraz większa staje się presja na posiadaczy krótkich pozycji w jenie. A tych jest sporo, gdyż jak pokazują ostatnie dane CFTC, długa pozycja netto w USD/JPY jest największa od prawie czterech lat. Kapitulacja będzie idealnym paliwem dla rozkręcenia spadków.

Czynniki po stronie dolara mają małe szanse, by poprawić jego pozycję. Wyraźna wyprzedaż przed Świętem Dziękczynienia dodatkowo posiłkowała się gołębim odbiorem minutek FOMC. Z ważniejszych publikacji, rewizja PKB, PCE Core i ISM dla przemysłu, są dopiero w drugiej części tygodnia. Także nie wcześniej dojdzie do głosowania w Senacie USA and ustawą podatkową, a okres do głosowania może obfitować w informacje o problemy z zebraniem wystarczającego poparcia.

EUR/USD dziś rano rośnie w kierunku 1,20. Seria imponujących danych o aktywności gospodarczej w Eurolandzie jest dobrym podkładem dla wzrostów. Rynek otrzepał się też po potencjalnym ryzyku politycznym w Niemczech, gdyż widmo powtórzonych wyborów zostało oddalone, za to rosną szanse na powtórzenie „Wielkiej Koalicji”. Jedyną przeszkodą dla złamania 1,20 jest ECB, który tej jesieni kilka razy uaktywniał się, gdy kurs wędrował tak wysoko. Kontrolowane „przecieki” o niezadowoleniu członków ECB ze zbytniej siły EUR mogą trafić na rynek w każdej chwili i podłożyć nogę kupującym.

W Polsce w tym tygodniu otrzymamy dane o PKB za III kw. (czwartek) i wstępny odczyt listopadowej inflacji CPI (czwartek). Szybki szacunek PKB zaskoczył w górę na 4,7 proc., ale dopiero teraz poznamy dane o komponentach. Słaba dynamika w inwestycjach prywatnych może być łyżką dziegciu, ale nie stanowi to zagrożenia dla złotego. CPI prawdopodobnie przyspieszył do 2,3 proc. na wzroście cen paliw – żaden to argument dla RPP. Od jakości zewnętrznego sentymentu rynkowego zależeć będzie, czy EUR/PLN złamie 4,20.

Ropa naftowa zaczyna tydzień od spadków z WTI tracącą 0,8 proc. pod 58,5 USD/b. W czwartek 30 listopada OPEC oraz producenci ropy spoza kartelu odbędą spotkanie, na który prawdopodobnie zostanie podjęta decyzja o przedłużeniu ograniczenia wydobycia ropy naftowej do końca 2018 r. Obecne porozumienie obowiązuje do końca marca 2018 r. i przewiduje ścięcie realizowanego wydobycia o 1,8 mln baryłek/dzień. Celem ograniczeń jest obniżenie globalnej nadpodaży ropy naftowej do 5-letniej średniej, jednak po roku obowiązywania paktu, państwa-sygnatariusze są dopiero w połowie drogi. Do wygaśnięcia obecnego porozumienia wciąż pozostały cztery miesiące, a od prędkiego podejmowania decyzji producentów mogą powstrzymywać wysokie ceny ropy naftowej – Brent na poziomach powyżej 60 USD/b jest najwyżej do dwóch lat. Rynek jest silnie spozycjonowany pod wydłużenie porozumienia o 9 miesięcy. Gdyby OPEC i reszta nie spełnili oczekiwań rynkowych, przecena ropy naftowej może być znaczna. Jednak nawet w przypadku realizacji bazowego scenariusza przedłużenia porozumienia o 9 miesięcy cena ropy naftowej będzie wrażliwa na korektę pod wpływem „sprzedaży faktów”. W efekcie widzimy podwyższone ryzyko, że niezależnie od wyniku szczytu OPEC, spadki cen ropy są bardziej prawdopodobne.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Bez pracowników motoryzacja wyhamuje. Aż 44% firm z branży chce zwiększać zatrudnienie

Automotive to koło zamachowe polskiej gospodarki, które aby utrzymać tendencję wzrostową, potrzebuje nowych rąk do pracy. I choć tegoroczny odsetek przedstawicieli motobranży planujących zatrudniać więcej pracowników spadł w porównaniu do ubiegłego roku, to i tak utrzymuje się na wysokim poziomie. 44% zapytanych zakłada w najbliższych miesiącach wzrost liczby etatów w swoich fabrykach – wynika z najnowszego raportu Exact Systems „MotoBarometr 2017. Nastroje w automotive”. Problemy kadrowe mogą mieć także nasi sąsiedzi – aż 67% rosyjskich oraz 48% słowackich producentów sygnalizuje wzrost zatrudnienia w swoich zakładach.

– Motobranża prężnie się rozwija – wzrosty produkcji, rekordowe wartości eksportu w kolejnych miesiącach tego roku, sygnały dotyczące nowych inwestycji m.in. z pola elektromobilności. Wiele wskazuje na to, że rozpędu, który nabrało automotive, w najbliższym czasie nic nie zatrzyma. Hamulcem może jednak okazać się ograniczony dostęp do wykwalifikowanej kadry, której wciąż potrzebuje wiele zakładów w Polsce. Z naszego tegorocznego raportu wynika, że ponad 40% przedstawicieli motobranży w Polsce planuje wzrost zatrudnienia. W tym niełatwym dla pracodawców otoczeniu istotna będzie dywersyfikacja kanałów poszukiwania kandydatów i wyjście poza utarte schematy, czyli oferowanie czegoś więcej niż samo wynagrodzenie. Mam tutaj na myśli m.in. szkolenia,  atrakcyjne projekty do realizacji czy możliwość łączenia pracy z nauką – mówi Jacek Opala, członek zarządu Exact Systems S.A.

Polscy producenci chcą zwiększyć zatrudnienie…

Z tegorocznej edycji raportu „MotoBarometr 2017” wynika, że odsetek polskich firm, które chcą rekrutować nowych pracowników w najbliższych miesiącach, wynosi 44%. Jest to wynik o 16 p.p. niższy w porównaniu do ubiegłorocznego badania, co spowodowane jest m.in. mniejszym optymizmem produkcyjnym w sektorze automotive. W 2016 roku aż 68% ankietowanych prognozowało wzrost produkcji, w tym roku wskaźnik spadł do 36%.zatrudnienie aUTOMOTIVE

Rosnące zamówienia na części i podzespoły samochodowe przekładają się bezpośrednio na  zwiększenie zatrudnienia. Widać to zwłaszcza po krajach, w których odnotowano najwyższe wzrosty produkcji jak Rosja i Słowacja. O planowanym utworzeniu nowych etatów mówi dwie trzecie rosyjskich i niemal połowa słowackich pracodawców. Oznaki stagnacji branży motoryzacyjnej można dostrzec w Rumunii, gdzie aż 69% respondentów przewiduje, że poziom zatrudnienia pozostanie w ich zakładach bez zmian.

Czy są przesłanki do mniejszego optymizmu? – Przed branżą piętrzą się niewiadome. Nie wiemy jak skończy się proces BREXIT-u. Patrząc na słabe postępy w negocjacjach, ta niepewność nie zostanie szybko rozwiązana, a perturbacje na kluczowym rynku europejskim nie mogą zostać zlekceważone w procesie planowania zatrudnienia. Nie wiemy też jak zakończy się proces uzgadniania celów wskaźnikowych dla emisji dwutlenku węgla po 2020 roku. Branża obserwuje też bezprecedensową debatę na temat zakazu używania samochodów z silnikiem diesla czy planowanych zakazów rejestracji samochodów spalinowych. Niepewność co do regulacji i technologii przyszłości nie będzie pozytywnie wpływać na skłonność do zwiększania zatrudnienia. Obserwujemy w naszym kraju również zmniejszoną podaż siły roboczej przy rosnącym popycie. Powoduje to wzrost kosztów pracy, co przy konkurencji w krajach o tańszej sile roboczej, może skutkować przeniesieniem produkcji. Ale, ta z pozoru zła wiadomość może oznaczać pozytywną tendencję, gdyż powoduje zmiany jakościowe w zatrudnieniu w polskim przemyśle motoryzacyjnym i zwiększenie popytu na pracowników o wysokich kwalifikacjach – mówi Paweł Wideł, prezes Związku Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych.

…ale mają problem ze znalezieniem pracowników

To brzmi jak mantra, ale niedobór pracowników jest coraz poważniejszą barierą w rozwoju branży motoryzacyjnej w Polsce. Luki kadrowe dotykają wszystkich sektorów naszej gospodarki, ale w automotive szczególnie odczuwalny jest brak kierunkowo wykwalifikowanego personelu. Sygnalizuje to aż 36% firm. Mała liczba kandydatów i umocnienie się rynku pracownika w Polsce skutkuje wzrostem oczekiwań finansowych, co odczuwa 29% pracodawców. Warto podkreślić, że przedsiębiorstwa motoryzacyjne rozważające potencjalne lokalizacje nowych fabryk czy zwiększenie produkcji w już istniejących, podejmują decyzje także w oparciu o dane z rynku pracy. Dlatego, jeśli będzie brakować siły roboczej, branża może wyhamować.

Firma Delphi (wkrótce Aptiv), aby zapewnić wsparcie dla bieżących oraz przyszłych projektów swoich klientów, cały czas rozszerza zakres prac badawczo-rozwojowych w Centrum Technicznym w Krakowie. – Od początku 2016 roku zatrudnienie w naszym oddziale w Krakowie zwiększyło się o ponad 400 pracowników. Obecnie jest nas prawie 2 tysiące, w tym 1300 inżynierów pracujących nad technologiami do aut przyszłości w zakresie elektroniki, oprogramowania i bezpieczeństwa oraz architektury elektryczno-elektronicznej. Regularnie staże odbywa u nas też ponad 200 studentów – mówi Tomasz Miśniakiewicz, dyrektor krajowy Delphi Poland S.A.

zatrudnienie aUTOMOTIVE 2Zdaniem ankietowanych najlepszym sposobem na rozwiązanie problemu braków kadrowych jest rozwój edukacji kierunkowej dla młodych ludzi, którzy dopiero będą zaczynać swoją zawodową karierę. Łącznie wskazało tak 57% osób, z czego 35% opowiada się za uruchamianiem profili motoryzacyjnych w szkołach zawodowych, zaś 22% kierunków przygotowujących do pracy w motobranży na uczelniach wyższych. 39% pracodawców twierdzi, iż należy na bieżąco podnosić kwalifikacje już zatrudnionego personelu poprzez organizowanie dodatkowych szkoleń. Na przykład wśród sprawdzonych sposobów zarówno Exact Systems jak i Delphi Poland jest bieżąca współpraca z uczelniami technicznymi, m.in. z Akademią Górniczo-Hutniczą, Politechniką Śląską czy Politechniką Częstochowską. – W ramach tej ścieżki staramy się podpowiadać, w jakim kierunku powinno iść kształcenie, by spełniać wymogi rynku. Z perspektywy czasu zauważamy, iż zastosowanie tych wskazówek powoduje lepsze dostosowanie wiedzy absolwentów do oczekiwań pracodawcy – dodaje Tomasz Miśniakiewicz z Delphi Poland S.A.

Metodologia badania

Badanie „MotoBarometr 2017. Nastroje w automotive. Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Rumunia, Słowacja” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora automotive będących klientami Exact Systems. Wśród nich znajdują się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczki, szyby samochodowe, dachy, kolumny kierownicze czy elementy bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 429 respondentów z 6 państw (Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Rumunia, Słowacja).

Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI), ankiet online oraz ankiet indywidualnych od kwietnia do lipca 2017 roku.

Coraz trudniej o Ukraińca, a potrzebuje go co piąta firma w Polsce

19% firm w Polsce zamierza poszukiwać pracowników z Ukrainy w najbliższym czasie. Wśród dużych przedsiębiorstw ten odsetek jest znacznie wyższy i wynosi aż 42% – wynika z pierwszej edycji raportu „Barometr Imigracji Zarobkowej” przygotowanego przez Personnel Service. Co więcej, 17% pracodawców jest zdania, że o kadrę ze Wschodu jest teraz trudniej niż w przeszłości. Największą barierą w rekrutacji Ukraińców są formalności administracyjne, na które wskazuje co trzecia firma. Eksperci Personnel Service zwracają uwagę, że dla rozwoju polskich firm kluczowe jest dalsze upraszczanie procedur oraz wydłużenie czasu, jaki mogą spędzać u nas pracownicy z Ukrainy.

W styczniu przyszłego roku wejdą nowe przepisy, które wprowadzą nową kategorię pracownika sezonowego. Na ich podstawie pracodawca w Polsce będzie mógł zatrudnić m.in. obywatela Ukrainy na 9 miesięcy w ciągu roku. Zatem o 3 miesiące dłużej niż obecnie. Nadal jednak jest to za krótki czas, aby mówić o stałej, a nie doraźnej pomocy. Zwłaszcza uwzględniając skalę zjawiska. Już co piąta firma w Polsce chce wspomagać się pracownikami z Ukrainy. Z punktu widzenia przedsiębiorców, optymalny czas, na jaki powinni osiedlać się w Polsce Ukraińcy, to 2-3 lata bez zbędnej przerwy. Do tego należy dążyć. Przepisy powinny zostać opracowane w taki sposób, aby wydłużyć czas pracy Ukraińca i maksymalnie uprościć formalności. Obecnie, mimo że obowiązuje uproszczona procedura zatrudniania Ukraińców, pracodawcy nadal wskazują, że to dla nich najbardziej obciążające – mówi Krzysztof Inglot, prezes zarządu Personnel Service.

Duże i produkcyjne firmy najbardziej potrzebują pomocy Ukraińców

Co piąta firma w Polsce swoje ogłoszenie o pracy mogłaby napisać w języku ukraińskim, bo właśnie taki odsetek respondentów deklaruje poszukiwanie kadry ze Wschodu w najbliższym czasie. W dużych przedsiębiorstwach ten wynik jest zdecydowanie wyższy i wynosi 42%. W średnich firmach – 23%, a w małych firmach – 17%. Jeśli spojrzymy na sektory, najczęściej po Ukraińców chcą sięgać firmy produkcyjne – już co trzecia planuje poszukiwać obywateli Ukrainy do pracy, w branży usługowej ten odsetek wynosi 22%, a w handlowej 10%.

W naszej firmie pracowników z Ukrainy zatrudniamy nieprzerwanie od 2014 roku. Już teraz kadra ze Wschodu stanowi ponad 20% naszej załogi i w najbliższych latach będziemy się starali utrzymać ten poziom. Warto też podkreślić, że spora część zatrudnionych przez nas Ukraińców zostaje z nami na dłużej niż tylko kilka miesięcy. Jeżeli widzimy, że współpraca z daną osobą układa się prawidłowo, po około trzech miesiącach pracy w ramach uproszczonej procedury, występujemy o kartę czasowego pobytu. Dzięki temu ograniczamy rotację, która mimo to i tak wśród Ukraińców jest większa niż wśród Polaków – mówi Olgierd Bałtaki, dyrektor Samsung Electronics Poland Manufacturing.

Po Ukraińca do agencji zatrudnienia

Prawie połowa firm poszukujących pracowników z Ukrainy zgłasza się do agencji zatrudnienia w celu rekrutacji, dzięki czemu kwestie formalne są po stronie dostawcy usługi. Drugim najpopularniejszym kanałem dotarcia do osób z Ukrainy są polskie Urzędy Pracy (38%), a trzecim rodzina i znajomi Ukraińców, którzy są już w Polsce (35%). Pracodawcy wykorzystują również internetowe serwisy z ogłoszeniami o pracę na Ukrainie (23%), Urzędy Pracy na Ukrainie (15%) oraz media społecznościowe (10%).

Ciekawy jest dosyć niski odsetek firm, które zgłaszają się do Urzędów Pracy na Ukrainie. To pokazuje, że współpraca na tym polu między Polską a Ukrainą nie jest jeszcze zbyt ścisła. Tę lukę wypełniają częściowo agencje zatrudnienia, które najczęściej mają swoje oddziały na u naszych wschodnich sąsiadów. Na przykład Personnel Service takich oddziałów posiada aż osiem – wskazuje Krzysztof Inglot.

O Ukraińca coraz trudniej

17% pracodawców uważa, że rekrutacja pracowników z Ukrainy jest teraz trudniejsza niż była w przeszłości. Co trzeci twierdzi, że nic w tym zakresie się nie zmieniło. Firmy, które zgłaszają trudności w rekrutacji obywateli Ukrainy, na pierwszym miejscu wymieniają formalności administracyjne (36%), na drugim barierę językową (25%), a na trzecim maksymalny 6-miesięczny okres pracy w ciągu roku. Co dziesiąty pracodawca zwraca uwagę na trudności związane z asymilacją z polskimi pracownikami. Natomiast 8% obawia się skutków zniesienia wiz na terenie całej Unii Europejskiej dla obywateli Ukrainy. Warto jednak pamiętać, że zniesiony 11 czerwca br. obowiązek posiadania wizy przez obywateli Ukrainy podróżujących do UE, nie daje im możliwości podjęcia legalnej pracy.

– W związku z tym, że coraz więcej polskich firm jest zainteresowanych zatrudnianiem Ukraińców, konkurencja się zaostrza. O pracownika ze Wschodu jest trudniej, jest on też bardziej świadomy. Dlatego w naszej firmie przy zatrudnianiu Ukraińców stawiamy z jednej strony na sprawdzonego partnera, który wspiera nasz proces rekrutacji. Z drugiej strony, dbamy stale o atrakcyjność oferowanych przez nas warunków zatrudnienia, bo to one stają się języczkiem u wagi w procesie przyciągania Ukraińców – podsumowuje Olgierd Bałtaki, dyrektor Samsung Electronics Poland Manufacturing.

Metodologia badania:

Dane prezentowane w raporcie „Barometr Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2017” zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Personnel Service S.A. przez instytut Kantar Millward Brown. Badanie zostało podzielone na dwie kategorie:

  • Pracodawców – badanie pracodawców zostało przeprowadzone metodą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych w ramach dedykowanego badania CATI Ad Hoc. Próbę pracodawców N=300 dobrano w kwotach dla wielkości zatrudnienia, po 100 wywiadów dla firm małych (10-49 pracowników), średnich (50-249 pracowników) oraz dużych (250+ pracowników), z uwzględnieniem województwa – miejsca prowadzenia działalności oraz branży firmy. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby N=300 to +/- 4,2%, a dla klas wielkości zatrudnienia N=100 +/- 10,2%. Wywiady z pracodawcami zostały zrealizowane w lipcu 2017 r.
  • Pracowników – badanie pracowników zostało przeprowadzone metodą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych w ramach badania syndykatowego CATIBUS. Badanie zrealizowano na 515 osobach, które dobrano z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków (18+ lat) N=1000. Próba bazowa odpowiadała strukturze populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania – dzięki losowo-kwotowemu doborowi badanych oraz ważeniu wyników. Dokładność wyników zależy od liczebności analizowanej grupy i odsetka odpowiedzi. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących N=515 to +/-4,4%. Wywiady z pracownikami zostały zrealizowane w lipcu 2017 roku.

Wysokie Ifo dla Niemiec wsparło kurs euro do dolara

Od kilku dni handel na rynku walutowym przynosi utrzymanie mocnego złotego w relacji do euro. Notując w zeszłym tygodniu okolice 4,202 waluta nasza wsparcie otrzymywała zarówno w postaci czynników globalnych, regionalnych jak i lokalnych. Globalnie obserwujemy słabszego dolara amerykańskiego, co zwyczajowo wspiera notowania walut EM. W ostatnich dniach kurs EURUSD osiągnął najwyższe poziomy od sześciu tygodni. Kurs EURUSD wzrósł już do 1,194 wspierany dobrymi europejskimi danymi oraz ujawnionymi w minutes Fed z listopadowego posiedzenia obawami o niski poziom amerykańskiej inflacji.

Po solidnych odczytach europejskich wskaźników PMI dla przemysłu, w piątek rewelacyjne dane pokazał niemiecki instytut IFO. W listopadzie, przygotowywany przez niego wskaźnik Ifo klimatu inwestycyjnego wzrósł do poziomu 117,5 pkt osiągając jeszcze nigdy nienotowany w przeszłości poziom. Historycznie wysoka wartość indeksu podtrzymała apetyt na ryzyko wspierając waluty EM, w tym złotego, szczególnie, że na horyzoncie pojawiła się możliwość rozwiązania konfliktu politycznego w Niemczech. W zeszłym tygodniu Martin Schulz poinformował, że otwarty jest wspierać rząd mniejszościowy CDU/CSU, nie uczestnicząc jednocześnie w tworzeniu administracji i nie biorąc za nią odpowiedzialności. Choć ostatnie dane mogą wzmacniać apele o szybsze zaostrzenie polityki przez EBC, niż wynika to z obecnych planów, jednakże przy wciąż niewiele rosnącej inflacji wydaje się, że bank centralny strefy euro będzie trzymać się przyjętych założeń i jeszcze długo koszt pieniądza w EBC pozostanie na historycznie niskim poziomie. W średnim terminie oznacza to silniejszego wobec obecnych notowań dolara i słabszego złotego.

Regionalnie po ostatnich działaniach Banku Węgier (NHB) złoty korzysta na rosnącym spreadzie na rynku obligacji, co wskazuje na polaryzację oczekiwań, co do ścieżki monetarnej w obydwu państwach, wyraźnie osłabiającą węgierskiego forinta. W Polsce trwa wyczekiwanie na sygnał ze strony RPP realizacji oczekiwanego przez rynek scenariusza zakładającego możliwą podwyżkę stóp NBP pod koniec przyszłego roku, podczas gdy bank centralny Węgier nadal kontynuuje niestandardowe luzowanie. W zeszłym tygodniu zachowując stopy procentowe bez zmian, do prowadzonej obecnie już bardzo gołębiej polityki monetarnej wprowadził nowe narzędzia w postaci programów interwencji na rynkach IRS oraz skupu listów zastawnych w celu obniżenia rentowności długoterminowych obligacji rządowych i zachęcenia do nabywana kredytów mieszkaniowych o stałej stopie procentowej. NHB mocniej przecenił forinta, a złoty skorzystał z jego słabości.

Natomiast lokalnie, w piątek złotego wspierały opublikowane, kolejne solidne raporty dot. polskiej gospodarki. Po danych realnych oraz raportach dot. zatrudnienia i wynagrodzenia w przedsiębiorstwach, poznaliśmy dane o stopie bezrobocia, które w październiku pokazały spadek do poziomu 6,6%, ponownie potwierdzając bardzo dobrą obecnie kondycję polskiej gospodarki. Warto jest jednak pamiętać, że taki wynik w dużej mierze był efektem obniżenia wieku emerytalnego w Polsce, który spowodował wykreślenie z rejestru bezrobotnych kobiet powyżej 60 roku życia oraz mężczyzn powyżej 65 roku. Potwierdza to faktyczny skokowy miesięczny spadek liczby bezrobotnych.

W tym tygodniu w centrum uwagi rynków znajdzie się publikacja inflacji PCE z USA oraz wystąpienie J. Yellen przed Komitetem Ekonomicznym w Waszyngtonie. Biorąc pod uwagę ostatnie zmiany cen importu oraz wskaźnika CPI można oczekiwać silniejszych odczytów PCE, wzmacniających zaufanie rynków do perspektyw wzrostu stóp w USA, a tym samym umacniających dolara. Przy rosnących cenach również środowe wystąpienie prezes Fed powinno brzmieć bardziej jastrzębio niż opublikowane w zeszłym tygodniu minutes z listopadowego posiedzenia FOMC i dodatkowo wspierać USD. Jeśli do tego piątkowy odczyt PMI dla chińskiej gospodarki rozczaruje (czego nie można wykluczyć biorąc pod uwagę ostatnie słabe publikacje docierające z Państwa Środka) złoty i inne waluty EM mogą znaleźć się pod presją spadkową, częściowo redukując zeszłotygodniowe umocnienie.

Historycznie wysokie Ifo dla Niemiec wsparło euro do dolara

Autor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski

Smog a zainteresowanie markami w social media

Wraz ze zbliżającą się zimą zbliża się smog, a wraz ze smogiem alerty w mediach społecznościowych i podwyższony poziom dyskusji na temat zanieczyszczenia powietrza. Postanowiliśmy sprawdzić, od kiedy temat ten stał się przedmiotem debaty publicznej, kim są najbardziej aktywni uczestnicy dyskusji oraz jakie marki w tym kontekście są najbardziej popularne wśród internautów. 

Smog w social media

Problem zanieczyszczenia powietrza w Polsce dotyczy przede wszystkim dwóch rodzajów pyłów: PM 2.5 i PM 10. Choć w Polsce wysokie stężenie tych pyłów – szczególnie w okresie zimowym – utrzymuje się od wielu lat, do debaty publicznej w dużym nasileniu temat ten przedostał się w styczniu 2017. Od początku października obserwujemy ponowny wzrost zainteresowania tematem smogu. Porównując go do analogicznych miesięcy w latach poprzednich –jest on jeszcze wyższy. Najwięcej publikacji na temat smogu pojawia się na Facebooku (55%) – głównie na fapage’ach lokalnych Alert Smogowy –  oraz Twitterze (30%).

smog

Maski antysmogowe w social media

Równolegle ze wzrostem tego tematu wzrasta zainteresowanie maskami antysmogowymi i oczyszczaczami powietrza. Wśród masek najwięcej wypowiedzi dotyczyło marki Respro (64% spośród analizowanych marek) i Dragon Mask (11%). Respro i Dragon miały także w październiku 2017 roku najwięcej odwiedzin ich stron internetowych. W przypadku obu marek największy ruch na stronie pochodził z searchu. Markę Ozone wyróżniał najwyższy udział platform social media, a markę Emaska – wejść bezpośrednich.

maski2

Oczyszczacze powietrza w social media

W dyskusjach na temat oczyszczaczy powietrza dominują dwie marki: Sharp i Philips. Dyskusje o nich stanowiły ponad połowę udziału wypowiedzi na temat analizowanych marek. Sharpa wyróżnia wysoki udział poleceń na forach (35%), które stanowią główną przestrzeń wypowiedzi na temat marki. Wśród forów najwięcej treści pojawiło się na kafeteria.pl i mamzdrowie.pl. Większość treści to polecenia produktu w różnorodnych tematycznie wątkach. Większość z nich prowadzi do sklepu internetowego goodair.pl. Dwie główne przestrzenie dyskusji na temat Philipsa to Facebook (26%) i Fora (25%). Wśród forów dominują e-konkursy.info, gdzie Philips był przede wszystkim wzmiankowany w wątku Ambasador Innowacji. Marka była też mocno obecna w prasie, w artykułach nawiązujących do zdrowego powietrza, alergii i smogu.

oczyszczacze

 

Źródło: IRCenter.com

 

Wolne niedziele, ale nie dla wszystkich

Kończy się debata na temat zakazu handlu w niedziele. Projekt jednak nie objął wszystkich osób – wolne będą mieli zatrudnieni w handlu, ale nie restauratorzy, pracownicy basenów, kwiaciarni itd.

– Na początku będą obowiązywały dwie niedziele z zakazem handlu w miesiącu, w 2020 roku już wszystkie niedziele będą wolne. Dni te będzie można spędzać z rodziną. Niestety nie został wprowadzony zakaz handlu internetowego. Na razie nie skorzystają więc pracownicy zatrudnieni w tej branży. Zapewne można liczyć na nowelizację ustawy w niedalekiej przyszłości i obejmie ona także ten sektor – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej – Przez nowe regulacje, ok. 20-30 tys. pracowników straci posadę, jednak obecnie w Polsce rynek pracy jest bardzo chłonny. Teoretycznie będą oni mogli znaleźć zatrudnienie w innych dziedzinach. Być może nowe zmiany sprawią, że Polacy będą bardziej zrelaksowani, chętniejsi do podejmowania pracy – dodał Arendarski.

Konsumenci mogą być spokojni. Tegoroczne święta nie będą droższe przez wzrost cen paliw

Niektórzy eksperci alarmują, że cena litra 95-oktanowej benzyny i oleju napędowego wkrótce przekroczy 5 zł. Z kolei zwiększone koszty dostaw produktów do sklepów sprawią, że zdrożeje też żywność. Analityk Krzysztof Michrowski uspokaja, że przed świętami średnia cena „bezołowiówki” może wynieść maksymalnie 4,78 zł. Podrożeje więc o ok. 5 gr. Natomiast cena litra oleju napędowego również nie powinna być wyższa, niż o 4-5 gr. To znaczy, że osiągnęłaby poziom 4,65 zł. Dodatkowo Andrzej Wojciechowicz, ekspert rynku detalicznego i Komisji Europejskiej, przekonuje, że sieci handlowe są przygotowane nawet na większe wzrosty cen paliw. Ponadto muszą one dbać o swoją konkurencyjność. Dlatego też nie odważyłyby się na wprowadzenie odczuwalnych podwyżek w swoich placówkach, akurat w tak ważnym dla Polaków czasie. 

Jak podaje analityk z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office, od czerwca 2017 roku ceny ropy naftowej na świecie wzrosły w sumie o ponad 30%. Najważniejsze czynniki ryzyka, które w tym roku mogły przełożyć się na cenę paliw, już się zmaterializowały. To jest m.in. rywalizacja między Arabią Saudyjską a Iranem o wpływy w Jemenie i Libanie. Duże znaczenie miały też uwarunkowania pogodowe za oceanem. Huragan Harvey nawiedził wschodnie wybrzeża Stanów Zjednoczonych i Zatokę Meksykańską. A właśnie tam znajduje się ponad 40% mocy przerobowych przetwórstwa ropy naftowej w USA. W związku z powyższym, ekspert prognozuje, że w okresie świątecznym koszt litra benzyny bezołowiowej wzrośnie niewiele ponad obecną, średnią cenę.

– Nawet, jeżeli założymy czarny scenariusz, że ceny paliw podniosą się o 20 groszy, to również będzie miało niewielki wpływ na wydatki konsumentów na artykuły z kategorii FMCG. Warto wiedzieć o tym, że są one determinowane przez trzy kryteria. Pierwszym z nich jest cena zakupu towaru od producenta. Drugi to równowaga między podażą i popytem, z zachowaniem przez sprzedawców konkurencyjności. Trzeci, czyli koszty operacyjne, faktycznie mają niewielki związek z cenami paliw. Zwykle sieci handlowe zawierają kontrakty na usługi w okresach rocznych i przewidują różnorakie podwyżki – mówi Andrzej Wojciechowicz.

Jednak zdaniem Krzysztofa Michrowskiego, teraz trzeba uważniej obserwować rynek. Dla cen paliw kluczowa będzie decyzja na szczycie państw OPEC o poziomie wydobycia ropy naftowej. Ma ona zapaść już 30 listopada w Wiedniu. Według eksperta, najbardziej prawdopodobne jest utrzymanie obecnego stanu. Ponadto istotne są również deklaracje Ministerstwa Energii Arabii Saudyjskiej w kwestii ograniczenia eksportu ropy naftowej. Jednak ekspert uważa, że ten czynnik nie wpłynie w istotny sposób na cenę paliw Polsce.

– Trzeba przyznać, że produkty masowe o niskiej cenie jednostkowej w stosunku do wolumenu są bardzo czułe na koszty transportu i wytwarzania. To nie są tylko takie trwałe towary, jak np. woda, cukier czy mąka. Ceny paliw oczywiście przekładają się też na koszty logistyki i produkcji artykułów rolnych. Uprawianie ich oraz zbieranie jest przecież coraz bardziej umaszynowione. Jednak wzrost  wartości rynkowej paliw musiałby być długoterminowym trendem, żeby konsument to odpowiednio odczuł – wyjaśnia Andrzej Wojciechowicz.

Według Krzysztofa Michrowskiego, niektóre artykuły spożywcze z powodu zwiększonego popytu powinny jednak podrożeć na święta. Natomiast nie będzie to akurat wypadkowa wzrostu cen paliw. Podniesienie wartości ropy naftowej łagodzi umacniający się złoty. Warto przypomnieć, że w okresie ostatnich kilku tygodni zyskał on na wartości ok. 20 gr. w stosunku do dolara amerykańskiego. Jest to dosyć znaczna aprecjacja dla naszej waluty. A to właśnie w USD jest wyrażany koszt surowca.

– Zarówno sieci handlowe, jak i producenci stale obserwują ceny surowców i usług, m.in. transportowych, żeby właściwie zarządzać swoimi przedsiębiorstwami. Co więcej, muszą nieustannie śledzić i przewidywać trendy rynkowe. Wszyscy są więc dobrze przygotowani na ewentualne pogorszenie warunków ekonomicznych. Krótkie wzrosty czy spadki cen paliw lub też chwilowe załamanie się koniunktury na ogół jest wliczone w ryzyko biznesowe – stwierdza Andrzej Wojciechowicz.

Tymczasem Krzysztof Michrowski wskazuje na wzrost produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej w Polsce. Ekspert zaznacza również, że ostatnio Ministerstwo Rozwoju podało bardzo optymistyczne prognozy produktu krajowego brutto na 2018 rok. Ma on bowiem przekroczyć 4,3%. To dodatkowo umocni złotego, jak również wyhamuje niekorzystne działanie czynników, które mogłyby podnosić wartość rynkową ropy naftowej.

– Przypomnijmy sobie wysokość cen paliw sprzed kilku lat, kiedy szybowały do 6 zł za litr. Podniósł się wtedy wielki szum, że to będzie miało bardzo duży wpływ na koszty usług transportowych i wszystko podrożeje. Natomiast rynek zachował się dość spokojnie, bo przewidział to odpowiednio wcześniej. W efekcie masowe towary rzeczywiście zdrożały, ale ich wzrost był niezauważalny dla konsumentów. Przeszliśmy przez to zawirowanie cen stosunkowo łagodnie – podsumowuje Andrzej Wojciechowicz.

Pułapka w brodzie św. Mikołaja: jak hakerzy mogli wykorzystać luki AliExpress

Broda Świętego Mikołaja jest zwykle biała, ma kolor czystości i niewinności. Jednak cyberprzestępcy, którzy atakują kupujących w Internecie w okresie poprzedzającym Czarny Piątek i Święta Bożego Narodzenia, mogą próbować wykorzystać tę niewinność.

Badacze z Check Point niedawno odkryli, że przestępcy mają nowy sposób na oszukiwanie kupujących prezenty za pośrednictwem popularnego portalu sprzedażowego AliExpress. Posiadając ponad 100 milionów klientów i 23 miliardów dolarów przychodów na całym świecie, AliExpress, część grupy AliBaba, jest jednym z najpopularniejszych stron dedykowanych zakupom online.AliExpress-Coupon-2

Po wykryciu luki, badacze z firmy Check Point natychmiast poinformowali AliExpress, który ze względu na bardzo poważne podejście do cyberbezpieczeństwa, podjął szybkie działania i naprawił je w ciągu dwóch dni od powiadomienia. Jest to bardzo godne pochwały i stanowi przykład dla innych portali tego typu.

Nowa luka umożliwiała przestępcom namierzanie użytkowników AliExpress, wysyłając im link do strony internetowej AliExpress zawierającej złośliwy kod JavaScript. Po otwarciu strony kod był uruchamiany w przeglądarce użytkownika, tym samym omijając ochronę AliExpress przed atakami z wykorzystaniem skryptów cross-site przy użyciu luki w zabezpieczeniach na stronie internetowej.

Teoretycznie cyberprzestępcy mogli zainicjować ten atak poprzez e-mailową kampanię phishingową, wykorzystując regularną podróż klienta (ang. customer journey) AliExpress, bez sygnalizowania użytkownikowi, że dzieje się coś niezwykłego lub niecodziennego. W związku z tym jest mało prawdopodobne, aby użytkownik w ogóle zauważył cokolwiek podejrzanego.

Atakujący mogli następnie za pomocą okienka pop-up wyświetlić ofertę kuponu na ekranie głównym – działającym pod domeną podrzędną AliExpress – prosząc klientów o podanie danych karty kredytowej, aby umożliwić płynniejsze i bardziej wydajne zakupy. Atakujący kontrolowali tylko to okno pop-up, zbierając dane dotyczące wszystkich kart kredytowych, które w tym wypadku przesłane zostały bezpośrednio do nich, a nie do witryny zakupowej.

Z ostatnich doniesień wynika, że cyberataki na sprzedawców online podwoiły się od 2016 r., dlatego kupujący powinni mieć świadomość, że broda Świętego Mikołaja nie zawsze jest tak biała, jak się wydaje i zachowywać czujność podczas robienia zakupów online w dowolnym miejscu w tym sezonie świątecznym.

Co siódmy przedsiębiorca korzysta z faktoringu

Już ponad 14 proc. przedsiębiorców z sektora MŚP korzysta z usług usług faktoringowych. Jest to najwyższy odczyt „Barometru EFL”[1] od momentu prowadzenia badania. Na rosnącą rolę faktoringu wskazują również najnowsze dane sprzedażowe. W ciągu trzech kwartałów 2017 r. firmy faktoringowe zrzeszone w Polskim Związku Faktorów (PZF) sfinansowały wierzytelności o łącznej wartości 132,1 mld zł. To aż o 17,3 proc. więcej niż przed rokiem.

„Prowadzone od 2015 roku przez EFL cykliczne badania „Barometru EFL” wskazują na rosnącą rolę faktoringu jako źródła zewnętrznego finansowania, po które sięgają małe i średnie przedsiębiorstwa. Faktoring, obok kredytu bankowego, powoli staje się jedną z podstawowych form pozyskania środków finansowych w przedsiębiorstwach. Dla porównania przytoczę wyniki « Barometru EFL » liczone rok do roku. I tak w IV kw. 2015 z usług faktoringowych korzystało 4,3 proc. przedsiębiorców, w IV kw. 2016 – 6,4 proc. Dziś co siódmy przedsiębiorca deklaruje korzystanie z oferowanch przez branżę faktoringową usług – komentuje Stanisław Atanasow prezes zarządu Eurofactor Polska SA.

Im większa firma, tym częściej korzysta z faktoringu

Z badania wynika, że po faktoring najczęściej sięgają firmy średnie. W firmach zatrudniachacych od 50 do 249 pracowników kredytem posiłkuje się 81,7 proc. przedsiębiorców, leasingiem niemal 73,3 proc., a po faktoring sięga aż 22,5 proc. firm. Małe firmy (10-49 pracowników) nadal finansują się głównie środkami własnymi. Korzystanie z tego instrumentu dekalruje blisko 79% badanych. Z kredytu i leasingu korzysta odpowiednio 68,2 pro. i 61,1 proc. przedsiębiorców, a po faktoring sięga blisko 15 proc. z nich.

W przypadku mikro firm (1-9 pracowników) z fakroringu korzysta 9% przedsiębiorców (w IV kw 2016 – 2,5 proc.), z kredytu 38 proc., a po leasing sięga 29 proc. z nich. Ponad 90 proc. inwstycji mikro firm finansowanych jest ze środków własnych.

Hotele i restauracje działają w faktoringu

Z faktoringu najczęściej korzystają firmy z branyży hotelarsko-gastronomicznej – blisko 24 proc. i przemysłowej – ok. 20 proc. Duże zainteresowanie obserwujemy w branży transpotrowej i usługach –po 14 proc. oraz handlowej – 10 proc. Najrzadziej po faktoring sięgają firmy z branży budowlanej. Tylko nieco ponda 6 proc. przedstawiecieli tej branży deklaruje wykorzystanie faktoringu do poprawy płynności firmy. To pokazuję, że rynek usług faktoringowych ma duży potencjał i kolejne lata powinny być dlaszym okresem dynamicznego rozwoju faktoringu w Polsce.

Kupowanie w sieci żywności i produktów finansowych budzi największe obawy

Aż 45 proc. Polaków, planując świąteczne wydatki, będzie się kierować przede wszystkim ceną, starając się kupić możliwie najtaniej wszystkie potrzebne produkty. Wiele atrakcyjnych okazji pojawia się w Internecie, jednak jeszcze nie wszyscy przekonali się do tej formy zakupów. Dominuje tu młodsze pokolenie, ale i ono podchodzi z rezerwą do kupowania online niektórych produktów – takie wnioski płyną z badania przeprowadzonego przez PBS dla Provident Polska.

Powszechny dostęp do Internetu to jedna z najbardziej zauważalnych zmian, która wpłynęła na nasze życie na przestrzeni ostatnich dekad. Obecnie dostęp do sieci w domu ma ok. 78 proc. Polaków, podczas gdy 20 lat temu był to niespełna 1 proc. Provident Polska w badaniu „Finanse Polaków” zrealizowanym z okazji 20-lecia działalności firmy sprawdził, jak Polacy podchodzą do zakupów przez Internet oraz jak w najbliższych latach może się to zmienić.

E-sklepy dla zabieganych

Wszystko wskazuje na to, że w tym roku tradycyjne, stacjonarne markety spożywcze będą jak co roku przed Świętami bardzo oblegane, bowiem na razie tylko 4 proc. Polaków deklaruje, że kupuje żywność przez Internet. Kolejne 15 proc. nie kupuje, ale nie wyklucza, że zacznie to robić w przyszłości, co oznaczałoby dla tej kategorii bardzo duży wzrost. Jednak trzech na czterech Polaków twierdzi, że nie zamierza robić zakupów spożywczych online, gdyż obawia się kupować tego typu produkty właśnie w ten sposób.

– Zakupy spożywcze w sieci najczęściej robią osoby w wieku 24-39 lat – w tej grupie jest to 7 proc. Są to osoby, które życiowo pełnią wiele ról, są zabiegane, mają małe dzieci, dodatkowe obowiązki, ale też na tyle dobrą sytuację finansową, by nie kierować się przy wyborze wyłącznie ceną, ale też np. wygodą i szybkością zakupu – mówi Anna Karasińska, ekspert ds. badań rynkowych w Provident Polska. – To również w tej grupie wiekowej respondenci najczęściej deklarowali, że na Święta nie będą kupować wyłącznie najtańszych produktów (44 proc.) bądź wręcz, że nie będą zwracali uwagi na koszty (11 proc.).

Wpływ wysokości dochodów na skłonność do robienia zakupów online ma największe znaczenie właśnie w przypadku produktów spożywczych.

– W innych kategoriach, jak np. odzież, elektronika czy książki również widoczna jest korelacja wyższych zarobków z częstszym kupowaniem przez Internet. Należy jednak pamiętać, że osoby mniej zamożne często w ogóle rezygnują z zakupu produktów, które nie są tymi pierwszej potrzeby. Gdybyśmy tę grupę wykluczyli i spojrzeli jedynie na osoby, które kupują produkty tego typu, to okaże się, że wysokość dochodów nie ma znaczącego wpływu na to, czy korzystamy ze sklepów online czy offline – zauważa Karasińska.

Cena ma znaczenie

E-sklepy oferujące elektronikę, odzież czy książki oraz płyty z pewnością mogą się nastawiać na okres żniw przed Świętami. Po pierwsze, produkty te należą do najbardziej pożądanych gwiazdkowych prezentów, a po drugie, to właśnie w sieci często można upolować bardzo korzystne okazje cenowe. Dlatego także osoby mniej zamożne chętnie korzystają z oferty e-sklepów.

– W grupie osób poniżej 25. roku życia już co druga osoba kupuje odzież w sieci, w starszej i jednocześnie dysponującej większym budżetem grupie 25-39 lat też jest to spory odsetek wynoszący 37 proc. Na zakup książek czy płyt przez Internet decyduje się już ponad 40 proc. badanych z obu tych grup wiekowych, a w przypadku elektroniki wynosi on blisko 30 proc. – mówi Anna Karasińska.

Co więcej, to właśnie w tych kategoriach wciąż drzemie spory potencjał, bowiem kolejne kilkanaście procent respondentów deklaruje, że choć nie kupuje obecnie przez internet takich rzeczy jak ubrania, książki czy sprzęt elektroniczny, to nie wyklucza tego w przyszłości. Tylko co trzeci ankietowany deklarował, że obawia się kupować odzież czy elektronikę przez internet, w dużej mierze byli to seniorzy, którzy najrzadziej korzystają z e-sklepów.

Święta bez pożyczania

Z badania przeprowadzonego dla Provident Polska wynika, że wśród produktów, których zakup w sieci wciąż budzi spore obawy, są produkty finansowe, takie jak pożyczki czy ubezpieczenia. Tylko 7 proc. respondentów zadeklarowało, że kupuje je przez internet. Kolejne 12 proc. nie kupuje, ale nie wyklucza tego w przyszłości. Natomiast 40 proc. przyznaje, że się tego obawia i taka sama grupa twierdzi, że w ogóle z takich produktów nie ma potrzeby korzystać. To pokazuje, że w świecie finansów wciąż wiele osób nie czuje się pewnie i woli podjąć decyzję po kontakcie z doradcą. Dlatego rola bezpośredniej obsługi w tym sektorze jeszcze długo będzie miała kluczowe znaczenie, choć równolegle – jak w większości branż – będzie rozwijał się rynek online.

– Planując przedświąteczne wydatki, większość Polaków deklaruje, że zamierza sfinansować je z bieżących dochodów oraz oszczędności. Nieliczni planują sięgnąć po pożyczki (ok. 2-3 proc.). Mimo to przy planowaniu świątecznych wydatków dla większości Polaków wciąż kluczową rolę będzie odgrywała cena – podsumowuje Karasińska.

Przeprowadzone niedawno badanie Barometr Povidenta pokazuje, że tylko 8 proc. Polaków nie musi się liczyć z kosztami, planując Święta. Kolejne 35 proc. kupi wszystko, czego potrzebuje, nie ograniczając się do najtańszych produktów. Największa grupa (45 proc.) deklaruje jednak, że kupi wszystko, co niezbędne, ale będą to możliwie najtańsze produkty. Co ósmy Polak (13 proc.) przyznaje, że nie będzie mógł pozwolić sobie na zakup wszystkich niezbędnych, tradycyjnych produktów. Na przygotowanie Świąt i zakup prezentów wydamy w tym roku średnio 720 zł, tyle, co przed rokiem.

O badaniu „Finanse Polaków”

Badanie „Finanse Polaków” powstało z okazji 20-lecia działalności firmy Provident Polska. Ma ono na celu pokazanie, jak zmieniła się sytuacja finansowa Polaków oraz ich zwyczaje konsumenckie na przestrzeni ostatnich lat oraz jakie są ich oczekiwania na przyszłość. Badanie zrealizował PBS w dniach 12-14.05.2017 r. na ogólnopolskiej próbie n=1000 Polaków w wieku 15+.

Instytut Jagielloński: Polska potrzebuje niezawodnych okrętów podwodnych odstraszających przeciwnika. Nie wszystkie stocznie mogą je zaoferować

Instytut Jagielloński: Polska potrzebuje niezawodnych okrętów podwodnych odstraszających przeciwnika. Nie wszystkie stocznie mogą je zaoferować 1

Decyzja w sprawie wyboru jednego współproducenta okrętów podwodnych dla Marynarki Wojennej, z którym dalej prowadzone będą negocjacje, może zapaść jeszcze w tym roku – uważa ekspert do spraw bezpieczeństwa Instytutu Jagiellońskiego dr Łukasz Kister. Podkreśla też, że resort musi bardzo dokładnie przeanalizować propozycje wszystkich oferentów, oceniając ich możliwości wywiązania się z takiego kontraktu. Poza samym zakupem większym wyzwaniem będzie późniejsza eksploatacja jednostek, naprawy, modernizacje i utrzymywanie ich w gotowości bojowej. 

 Od kilkunastu lat czekamy na decyzję, która rozpocznie proces zakupu okrętów podwodnych. Dotychczasowe zapowiedzi były wyłącznie medialnymi gestami. Od obecnego ministra obrony wszyscy oczekują, że wreszcie swoim podpisem rozpocznie rzeczywisty proces budowy okrętów podwodnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Łukasz Kister, ekspert do spraw bezpieczeństwa Instytutu Jagiellońskiego.

MON ma dokonać wyboru między ofertą francuskiego koncernu Naval Group (dawniej DCNS), który zaproponował okręty Scorpene uzbrojone w pociski rakietowe MBDA, szwedzkiego koncernu Saab oferującego okręty typu A26, lub niemieckiego TKMS (ThyssenKrupp Marine Systems) z okrętami 212A i 214.

Tymczasem, jak donoszą niemieckie media, żaden z dostarczonych przez stocznię TKMS sześciu okrętów podwodnych niemieckiej marynarki wojennej nie jest obecnie gotowy do służby operacyjnej, po tym jak jedna z jednostek uległa uszkodzeniu w pobliżu Norwegii. Doniesienia te potwierdził cytowany przez agencję AP rzecznik niemieckiego ministerstwa obrony.

Dodatkowo pion koncernu ThyssenKrupp specjalizujący się w budowie okrętów podwodnych ma poważne problemy z honorowaniem zawartych kontraktów. Jak poinformował 23 listopada br. niemiecki dziennik „Handelsblatt”, brak inwestycji w technologię produkcji okrętów podwodnych spowodował, że wszystkie obecne kontrakty kilońskiej stoczni TKMS przynoszą straty, a terminy dostaw są opóźnione. Za opóźnienia naliczane są przez klientów kary, które sięgać mogą dziesiątek milionów euro. Według cytowanych przez niemiecki dziennik pracowników kilońskiej stoczni przestarzałe procesy produkcyjne odbywają się w niej częściowo z wykorzystaniem dokumentacji technicznej tworzonej ręcznie na papierze. Powoduje to liczne niezgodności w produkcji i pogłębia opóźnienia w dostawach okrętów podwodnych.

Innym problemem stoczni TKMS, jak donosi Handelsblatt, jest składanie niemożliwych do zrealizowania obietnic przez dział handlowy firmy. Ich realizacja staje się potem kłopotem dla niemieckich inżynierów na etapie budowy okrętów, opóźniając ich dostawę i zwiększając koszty, jeśli oczywiście okażą się w ogóle możliwe do spełnienia.

Niemieckie okręty mają potężne problemy techniczne. Marynarka Wojenna Niemiec nie ma dzisiaj żadnego sprawnego okrętu tej klasy, który próbuje nam zaoferować. Wynika to z braku zdolności do przeprowadzenia codziennych, normalnych eksploatacyjnych remontów i realizacji zadań związanych z modernizacją tych okrętów, tak aby mogły one realizować cele operacyjne na morzach i oceanach – mówi  Łukasz Kister.

Ekspert Instytutu Jagiellońskiego do spraw bezpieczeństwa podkreśla, że wielkim wyzwaniem dla MON będzie nie tylko zakup okrętów podwodnych, ale także późniejsza eksploatacja i utrzymanie ich w gotowości bojowej.

– W przetargu na zakup okrętów podwodnych powinniśmy rozważać udział wszystkich oferentów, którzy spełniają wymagania formalne. Jednak musimy rozpatrywać oferty bardzo szczegółowo, oceniając możliwości wywiązania się z takiego kontraktu i wynikających z niego elementów, takich jak późniejsza modernizacje, naprawy. Wszystkie te elementy powinny być brane pod uwagę przy decyzji o zakupie okrętu podwodnego – podkreśla dr Łukasz Kister.

Także uzbrojenie w rakiety manewrujące jest kluczowym dla MON parametrem w wyborze nowych okrętów. Zdaniem ministra Antoniego Macierewicza jest to „warunek sine qua non”, tzn. że okręty nie zostaną zakupione bez rakiet.

– Polska flota nie potrzebuje wielkich okrętów, zdolnych do realizacji strategicznych celów na dużych akwenach. Musimy skupić się na Bałtyku i – w aktualnej sytuacji geopolitycznej, w której znajduje się Polska – być w stanie odstraszyć potencjalnego przeciwnika. W przypadku konfliktu zbrojnego musimy go odstraszyć albo zadać mu taki cios, który wydłuży czas oczekiwania na pomoc ze strony sojuszników. Tutaj niezbędne są pociski manewrujące – precyzyjna broń, która okrętom podwodnym nada jakikolwiek sens funkcjonowania na Bałtyku – mówi dr Łukasz Kister.

Zdaniem eksperta decyzja w sprawie wyboru producenta okrętów podwodnych do dalszych negocjacji przez stronę polską może zapaść jeszcze w tym roku.

Zmiany w ustawie hazardowej poprawiły wyniki legalnych bukmacherów o kilkaset procent. Do Polski wkracza największy gracz z rumuńskiego rynku

Zmiany w ustawie hazardowej poprawiły wyniki legalnych bukmacherów o kilkaset procent. Do Polski wkracza największy gracz z rumuńskiego rynku 2

Ostatnia nowelizacja ustawy hazardowej spowodowała zmniejszenie szarej strefy i przejęcie dużej części rynku przez legalnie działających bukmacherów. Wzrost względem ubiegłego roku sięga nawet 250 proc. Zachęciło to do wejścia na polski rynek największego, rumuńskiego bukmachera. Superbet oficjalnie rozpoczął działalność w tym tygodniu i w krótkim czasie chce pozyskać blisko 100 tys. aktywnych graczy. Sukces w Polsce ma być dla spółki przepustką do ekspansji na kolejne rynki środkowoeuropejskie.

– Efektem ostatnich zmian w prawie i wycofania się bet365 z polskiego rynku jest zwiększenie liczby zakładów u legalnych operatorów. Szacujemy, że w tej chwili wzrost na przejętych zakładach wzajemnych oscyluje w granicach 200–250 proc. względem ubiegłego roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleš Dobeš, prezes zarządu Superbet Zakłady Bukmacherskie.

Nowelizacja ustawy hazardowej miała za zadanie ograniczyć szarą strefę i chronić graczy, a przy tym zwiększyć wpływy do budżetu państwa. Większość jej zapisów weszła w życie z początkiem kwietnia tego roku. Trzy miesiące później zaczęły obowiązywać pozostałe jej przepisy, które dotyczą blokowania dostępu do domen hazardowych zarejestrowanych poza Polską, nielegalnych bukmacherów i kasyn działających online.

Od tego momentu dostawcy internetu pod karą grzywny do 250 tys. zł mają obowiązek blokowania takich stron w sieci. Blokada następuje w oparciu o ogólnodostępny rejestr nielegalnych serwisów hazardowych, który prowadzi Ministerstwo Finansów (Rejestr Domen Służących do Oferowania Gier Hazardowych Niezgodnych z Ustawą). Przepisy dotyczą też operatorów płatności, którzy pod groźbą kary finansowej muszą blokować możliwość dokonywania transakcji na rzecz nielegalnych domen hazardowych.

– To istotna zmiana na tym rynku. Państwo przejęło się sytuacją, w której 90 proc. zakładów online jest zawieranych w szarej strefie, i wprowadziło przepisy, które już wcześniej zaadaptowały inne kraje UE. Bardzo dobrze, że wprowadzono możliwość blokowania adresów IP i przelewów finansowych nielegalnych operatorów. Kombinacja tych dwóch elementów spowodowała, że część operatorów sama zdecydowała się odejść z tego rynku już w marcu, część została zmuszona do wycofania się przez państwo – mówi Aleš Dobeš.

Celem nowelizacji było ograniczenie szarej strefy i zwiększenie wpływów do budżetu państwa. Zmiana przepisów miała skłonić internetowych graczy do korzystania tylko z legalnej oferty. Zanim jeszcze weszła w życie nowelizacja ustawy hazardowej skłoniła do wycofania się z Polski wielu globalnych marek bukmacherskich. W marcu tego roku zdecydował się na to bet365 (jeden z największych na świecie e-bukmacherów), a w jego ślady poszło kilkunastu innych graczy.

Prezes Superbet w Polsce zauważa, że to spowodowało przejęcie dużej części rynku przez legalnie działających operatorów i zmniejszenie szarej strefy. W tej chwili w Polsce działa siedmiu legalnych bukmacherów online. Jednak w sumie obsługują oni zaledwie ok. 10 proc. całego rynku (biorąc pod uwagę obroty), którego wartość szacowana jest na około 5 mld zł.

 Opierając się na wyliczeniach Roland Berger oraz Deloitte, wielkość offshore’owego rynku jest szacowana na poziomie 7 mld zł. Biorąc pod uwagę biznes regulowany w wysokości ok. 1,2 mld zł i przeliczając to na polskie warunki, myślę, że w tej chwili wartość tutejszego rynku jest na pograniczu 4–5 mld zł –mówi Aleš Dobeš.

– Polski rynek bukmacherski cały czas się rozwija. Produkty i oferta są zaawansowane, a standardy wyśrubowane. Dodatkowo rynek jest bardzo ściśle uregulowany, co odbieramy pozytywnie. To oznacza, że jeżeli robi się wszystko zgodnie z prawem, to zyskuje się bardzo solidne podstawy, na których można budować biznes. Restrykcyjne, ale zarazem przejrzyste uregulowania prawne to pozytywna rzecz. Taką sytuację mamy w Rumunii i w Polsce. Wierzymy, że na tym fundamencie możemy się rozwijać i rosnąć – dodaje Vlad Ardeleanu, dyrektor generalny Superbet Romania.

Superbet jest największym w Rumunii bukmacherem, który w tym tygodniu oficjalnie wkroczył na polski rynek. Chce tu pozyskać około 100 tys. aktywnych graczy i jeszcze przed końcem tego roku otworzyć ok. 50 punktów przyjmowania zakładów. Do mistrzostw świata w piłce nożnej w 2018 roku ma ich być już około setki. W drugiej połowie przyszłego roku spółka chce uruchomić zakłady online.

 Chcemy przenieść na polski rynek doświadczenie, które nasi udziałowcy zyskali w Rumunii. Głównie chodzi o atrakcyjność i lokalizację punktów, opiekę nad klientami i stabilność oferty. Będziemy rozwijać nowe produkty, mamy zespół w Anglii, który pracuje nad nową platformą – to rozwiązanie chcielibyśmy w przyszłości stuprocentowo adaptować na biznes online. Będziemy o to wnioskować tak jak w przypadku retail – zapowiada Aleš Dobeš.

Największy w Rumunii bukmacher na początku zaoferuje graczom tę samą ofertę, która sprawdziła się wcześniej na rodzimym rynku. Sukces w Polsce ma stanowić dla bukmachera przepustkę do ekspansji do innych krajów środkowej Europy.

Polska to nie jest przypadkowy wybór dla Superbet. To część długoterminowej strategii. Z Rumunii chcemy wyjść na rynek środkowoeuropejski. W ramach tej strategii wybraliśmy Polskę, bo jest w tym regionie najważniejszym rynkiem, na który możemy wyeksportować naszą ofertę z Rumunii. Jeżeli powiedzie nam się w Polsce, gdzie obowiązują najwyższe standardy, to uda nam się odnieść sukces na wszystkich innych rynkach środkowoeuropejskich – mówi Vlad Ardeleanu, dyrektor Superbet Romania.

Ambasadorem Superbet na polskim rynku został Jerzy Dudek. Były bramkarz Realu Madryt ocenia, że zakłady bukmacherskie cieszą się niesłabnącą popularnością, a Polacy coraz bardziej lubią się zakładać i przewidywać wyniki. Kluczem do wygranej jest zarówno śledzenie sportowych tabel, jak i zdrowy rozsądek.

– Bardzo często chcąc kogoś przekonać do swojej racji, po prostu się z nim zakładamy. W Polsce, tak jak w innych krajach, szczególnie w Anglii, gdzie kibice są szaleni na tym punkcie, jest to częścią kultury i cieszy się popularnością. Klucz do sukcesu to śledzić, co się dzieje, przewidywać, analizować i obstawiać ze szczęściem, ale też zachować do tego trochę dystansu i nie dać się zwariować – mówi Jerzy Dudek.

Co trzecia innowacyjna firma w Polsce zakładana jest przez kobietę. Potencjał kobiet w branży technologicznej jest zagospodarowany tylko w niewielkim stopniu

Co trzecia innowacyjna firma w Polsce zakładana jest przez kobietę. Potencjał kobiet w branży technologicznej jest zagospodarowany tylko w niewielkim stopniu 3

Prawie co trzeci start-up w Polsce ma wśród założycieli kobietę. Tylko niewielka część z nich tworzy go w obszarze technologicznym czy naukowym. Dodatkowo co piąta studentka uczelni technicznej nie wie, czym jest start-up technologiczny. Te dane wskazują na to, że potencjał technologicznej przedsiębiorczości kobiet jest tylko w niewielkim stopniu zagospodarowany. Wsparcie pań związanych z tym obszarem to priorytet programu Girls go start-up! Academy, do którego aplikować można do 24 listopada. Inicjatorzy chcą tworzyć w Polsce Kobiecą Dolinę Krzemową.

Kobiety mają problem z uwierzeniem w siebie, stoją z boku, obserwują, wykonują role mniej frontowe. Mężczyźni łatwiej idą do przodu. Poza tym mniej kobiet niż mężczyzn jest na politechnikach, na kierunkach ścisłych. Start-upy to firmy innowacyjne, a innowacje obracają się wokół technologii. Wiele czynników sprawia, że udział kobiet w tej branży jest mniejszy niż mężczyzn, chociaż trzeba zwrócić uwagę na to, że o ile w start-upach technologicznych jest sporo mężczyzn, o tyle w start-upach, które dotyczą innowacji społecznych, jest więcej kobiet – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Danuta Dobrzyńska-Schimmer, project manager New Europe 100.

Z raportu „Polskie startupy. Raport 2017” fundacji Startup Poland wynika, że prawie co trzeci start-up ma kobietę wśród założycieli. Z kolei raport Fundacji Edukacyjnej Perspektywy i Siemens „Potencjał kobiet dla branży technologicznej” wskazuje, że tylko 3,8 proc. start-upów założonych przez panie przeżywa więcej niż 3,5 roku (przy 9,2 proc. start-upów, gdzie właścicielem jest mężczyzna). Zdaniem twórców raportu potencjał kobiet w branży technologicznej jest zagospodarowany tylko w niewielkim stopniu.

– Kobiety są lepsze od mężczyzn w umiejętnościach miękkich, lepiej współpracują, nawiązują i utrzymują przyjaźnie, są lepsze w kontaktach z ludźmi. Jeżeli kobieta zakłada start-up, to ma duże szanse, że będzie on miał prawidłowo zbudowany zespół, z prawidłowymi relacjami, że start-up będzie się prawidłowo rozwijał i budował swój network. To wielka siła kobiet, z której one same rzadko jednak korzystają albo z której rzadko zdają sobie sprawę – przekonuje Dobrzyńska-Schimmer.

Wsparcie kobiet związanych z obszarem STEM (Science, Technology, Engineering, Mathematics) w zdobywaniu wiedzy i umiejętności w tworzeniu oraz prowadzeniu start-upów to idea, która przyświeca programowi Girls go start-up! Academy, stworzonemu przez Fundację Edukacyjną Perspektywy oraz Stowarzyszenie TOP500 Innovators. Jego uczestniczki będą mogły przez dwananście miesięcy korzystać ze wsparcia mentorek.

– Jest wiele programów, które pomagają kobietom stanąć na własnych nogach. Girls go start-up! Academy to jeden z nich. Mentorki, które przez cały rok będą wpierać kobiety, pochodzą z różnych środowisk. Są wśród nich osoby, które uczą pitchować, czyli przekonywać innych do wsparcia start-upu, prawniczki, mentorki, które pomogą założyć i prowadzić własny biznes. Są także kobiety z obszarów technologicznych, które pomogą zalegalizować patenty i wprowadzić projekty na rynek – wymienia Dobrzyńska-Schimmer.

W efekcie rocznego programu wsparcia powstaną seed-upy, czyli zaawansowane pomysły na własną działalność, oraz start-upy. Najlepsze, wyłonione w konkursie „Shesnnovation”, zostaną zaprezentowane podczas międzynarodowego prestiżowego wydarzenia „Lean in Stem Conference”, które będzie miało miejsce w listopadzie 2018 roku. W pierwszej edycji do programu zgłosiło się trzysta kobiet, a w rezultacie powstało osiemnaście start-upów STEM. Wśród nich są m.in. fabryka nanoproszków, czujnik glutenu czy nowoczesne ortezy dla osób cierpiących na przewlekłe bóle stawów nadgarstka.

Coraz więcej kobiet jest zainteresowanych wchodzeniem na rynek start-upów i zakładaniem własnych firm. Ogłosiliśmy listę New Europe 100 – to projekt skupiający innowatorów z całej Europy Środkowo-Wschodniej. W tym roku też mamy bardzo dużo kobiet, co pokazuje, że jest presja ze strony rynku oraz samych kobiet, które chcą się rozwijać i chcą na ten rynek wchodzić. Girls go start-up! Academy to dla nich wielka szansa – podkreśla Danuta Dobrzyńska-Schimmer.

Udział w projekcie mogą wziąć maturzystki, studentki, doktorantki, absolwentki kierunków technologicznych, choć to akurat nie jest warunkiem koniecznym. Zgłaszane projekty powinny obejmować takie obszary jak IT, BIO, Nano, Energy, Creative industries i wykorzystywać potencjał interdyscyplinarności.

Do 24 listopada można się rejestrować w programie – na stronie internetowej należy wybrać mentorkę, z którą chce się pracować cały rok, zaaplikować i czekać na decyzję. W dniach 7–8 grudnia odbędzie się wielkie spotkanie w Warszawie, a potem czeka nas cały rok wyzwań – mówi Danuta Dobrzyńska-Schimmer.

Cyfrowa rewolucja w dokumentach. Wszystkie plastikowe dokumenty zastąpi smartfon

Cyfrowa rewolucja w dokumentach. Wszystkie plastikowe dokumenty zastąpi smartfon 4

W ministerstwie cyfryzacji trwają prace nad projektem mObywatel. Docelowo wszystkie plastikowe dokumenty zastąpi smartfon. W kontakcie z urzędnikiem wystarczy podać numer telefonu, by potwierdzić tożsamość. Do końca roku pilotaż trwa w kilku urzędach w kraju. Aplikacja ma duży potencjał także dla biznesu. Do końca 2017 roku ma zostać ukończona aplikacja dla akceptantów. Do aplikacji mObywatel niezbędny jest telefon z oprogramowaniem Android, z którego korzysta 90 proc. Polaków mających smartfon. W styczniu 2018 roku ma ruszyć wersja dostępna na urządzenia z oprogramowaniem iOS firmy Apple.

Usługa mDokumenty pozwala na użycie telefonu komórkowego zamiast zwykłych dokumentów. Obecnie w ramach usługi można korzystać z dwóch aplikacji: mDowodu Osobistego (do końca 2017 roku trwa pilotaż w czterech urzędach: w Łodzi, Koszalinie, Ełku i Nowym Wiśniczu) oraz mTożsamości w kontaktach z innymi obywatelami. Na tym nie koniec. Kolejno będą też udostępniane nowe mDokumenty.

Do końca 2017 roku będzie można złożyć wniosek online o wydanie prawa jazdy, zameldowanie, wydanie aktu stanu cywilnego czy zarejestrować nowo narodzone dziecko. W drugiej połowie 2018 roku w aplikacji mDokumenty znajdą się zaś wszystkie dokumenty kierowcy i pojazdu. W tej chwili Ministerstwo Cyfryzacji skupia się przede wszystkim na przygotowaniu biznesowej wersji mDokumentów.

– Jeszcze przed końcem roku chcemy skończyć aplikację dla akceptantów, czyli dla biznesu, który będzie korzystał z mDokumentów, z dowodu osobistego w szczególności, w swojej działalności biznesowej – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Anna Streżyńska, minister cyfryzacji.

Usługa mDokumenty przeznaczona będzie dla akceptantów, czyli banków, telekomów, Poczty Polskiej, które chciałyby w pełni korzystać z aplikacji i sprawdzać tożsamość klienta, który okazuje mObywatela jako swój dowód osobisty.

– Chodzi o to, żeby w sposób wiarygodny każdy bank, operator telekomunikacyjny, Poczta Polska czy Koleje Państwowe mogły potwierdzić, że dokument mobilny, którym legitymuje się obywatel, jest autentycznym dokumentem. Aplikacja dla akceptantów jest potrzebna do tego, żeby ta interakcja była dwustronna – tłumaczy minister Anna Streżyńska.

Aplikację mobilną mObywatel można pobrać ze sklepu Google Play. Obecnie do aplikacji niezbędny jest telefon z oprogramowaniem Android w wersji 6.0 lub nowszym. Z takiego oprogramowania korzysta ok. 90 proc. Polaków mających smartfon. Aplikacja została udostępniona 29 października. W styczniu 2018 roku ma być gotowa wersja dostępna na urządzenia z oprogramowaniem iOS firmy Apple.

– Skupiamy się na bardzo pożądanej aplikacji na iOS, bo te 7 proc. użytkowników, którzy korzystają z urządzeń Apple, są niezwykle aktywni, nowocześni i żądni nowinek technicznych – wskazuje Anna Streżyńska.

Zakażenia układu moczowego są drugą najczęstszą infekcją bakteryjną u dzieci. Występuje 50 razy częściej u dziewczynek niż u chłopców

Zakażenia układu moczowego są drugą najczęstszą infekcją bakteryjną u dzieci. Występuje 50 razy częściej u dziewczynek niż u chłopców 5

Szacuje się, że objawy zakażenia układu moczowego pojawiają się u około 8 proc. dziewczynek i 2 proc. chłopców do siódmego roku życia. Za około 80–95 proc. przypadków zachorowań u dzieci odpowiedzialna jest bakteria Escherichia coli. Infekcje te najczęściej objawiają się gorączką, bolesnym oddawaniem moczu, częstomoczem lub bolesnością w okolicy lędźwiowej. Specjaliści podkreślają, że dynamiczny rozwój antybiotykoterapii znacznie ułatwia prawidłowe leczenie infekcji.

Zakażenie układu moczowego (ZUM) występuje częściej u kobiet niż u mężczyzn, mają one bowiem znacznie krótszą i szerszą cewkę moczową, która w dodatku znajduje się w bliskim sąsiedztwie odbytu. To sprawia, że bardzo ważna staje się higiena układu moczowo-płciowego. 10 proc. kobiet cierpi na takie infekcje raz w roku, a 60 proc. co najmniej raz w życiu.

– Zakażenia układu moczowego to jedna z najczęstszych przyczyn interwencji lekarskiej. Stanowią one około 40 proc. wszystkich zakażeń szpitalnych i w granicach 10–20 proc. zakażeń pozaszpitalnych. W populacji pediatrycznej ZUM stanowi około 10 proc. zakażeń. Z wyjątkiem niemowląt, zdecydowanie częściej, bo około 50 razy częściej, występuje u dziewczynek i kobiet. Ryzyko wystąpienia ZUM do 14 roku życia szacujemy na 3 proc. u chłopców, 10 proc. u dziewczynek i do 13 proc. u gorączkujących niemowląt – mówi agencji Newseria Marek Dąbrowa, kierownik Działu Rozwoju Projektów Medycznych w Aflofarm.

Rocznie na świecie notuje się w granicach 150 milionów przypadków zachorowań na zakażenie układu moczowego. Zapadalność w Polsce jest na podobnym poziomie, jak w innych krajach Europy.

– Najczęstszą przyczyną ZUM są gram-ujemne pałeczki jelitowe z rodziny Enterobacteriaceae. W niepowikłanych przypadkach dominuje Escherichia coli, która jest odpowiedzialna za około 80–95 proc. pierwszych przypadków ZUM i powyżej 90 proc. ZUM u kobiet. W zakażeniach powikłanych traci ona na znaczeniu na korzyść takich bakterii jak Proteus czy Klebsiella – tłumaczy Marek Dąbrowa.

Objawy ZUM uzależnione są od zajętego odcinka. W przypadku zakażenia dolnych dróg moczowych mamy do czynienia z utrudnionym i bolesnym oddawaniem moczu, z częstomoczem, z moczeniem nocnym, mimowolnym oddawaniem moczu oraz bólami w okolicy nadłonowej. W zakażeniach górnych dróg moczowych do tych dolegliwości dochodzą także stany podgorączkowe, gorączka, osłabienie organizmu, wymioty oraz bóle brzucha.

– U dzieci do 2 roku życia, co szczególnie ważne, objawy są bardzo niespecyficzne. Zaliczamy do nich gorączkę, niechęć do jedzenia, brak przyrostu masy ciała, senność, płaczliwość przy oddawaniu moczu, rozdrażnienie, bóle brzucha oraz wymioty. Ze względu na brak precyzyjnych objawów każda niezdiagnozowana gorączka w tym wieku powinna być traktowana jako podejrzenie ZUM – wyjaśnia Marek Dąbrowa.

Ze względu na obecność skutecznych leków powikłania ZUM występują stosunkowo rzadko, natomiast są one poważne.

– Zaliczamy do nich blizny w nerkach, które występują w trakcie nawracalności ZUM,  białkomocz, postępującą utratę funkcji nerek i rozwój nadciśnienia tętniczego. Powikłaniem odmiedniczkowego zapalenia nerek może być sepsa, która jest jedną z najczęstszych przyczyn zgonów na oddziałach intensywnej terapii – mówi Marek Dąbrowa.

Zakażenie układu moczowego to powszechny problem, jednak dzięki coraz lepszym produktom dostępnym bez recepty dla dorosłych można samemu zawalczyć o zdrowy układ moczowy.

– Leki pierwszego wyboru zalecane w leczeniu zakażeń dolnego odcinka dróg moczowych to m.in. pochodne nitrofurantoiny, do których zaliczamy furazydynę (furaginę), od niedawna dostępną w Polsce w formie pediatrycznej oraz nitrofurantoinę. Furagina w formie zawiesiny doustnej to pierwszy taki lek na świecie. Dotychczas ordynowanie furaginy u dzieci wiązało się ze stosowaniem dostępnych na rynku tabletek, co wymagało czasochłonnego i uciążliwego dzielenia, kruszenia oraz zawieszania powstałego w ten sposób proszku w płynie. Dzieci nie tolerowały takiej formy podania leku, co ważniejsze zachodziła obawa czy cała dawka leku została przyjęta – podkreśla Marek Dąbrowa.

Dlatego też została opracowana innowacyjna, pediatryczna forma tego skutecznego i bezpiecznego leku. Wydawany jest on z przepisu lekarza i może być stosowany u dzieci powyżej trzeciego miesiąca życia.

– Na etapie badań rozwojowych rozmawialiśmy z lekarzami oraz z rodzicami pacjentów, którzy byli pozytywnie nastawieni do takiej formy terapii. Został stworzony lek, który umożliwia precyzyjne i bezpieczne dawkowanie furaginy w populacji pediatrycznej – mówi Marek Dąbrowa.

Warto również wspomnieć o profilaktyce ZUM, która obejmuje m.in. przyjmowanie przynajmniej dwóch litrów płynów dziennie, częste oddawanie moczu, szczególnie przed snem, wyprzedzające oddawanie moczu, unikanie zaparć poprzez stosowanie właściwej diety, właściwą higienę osobistą, picie soku z żurawiny oraz stosowanie probiotyków. Jeśli to nie wystarczy, wtedy należy rozważyć zastosowanie leku przeciwbakteryjnego.

10 tys. godzin praktyki oraz talent to za mało. Młodzi muzycy inwestują w budowanie własnego wizerunku

10 tys. godzin praktyki oraz talent to za mało. Młodzi muzycy inwestują w budowanie własnego wizerunku 6

Kariera muzyka to przede wszystkim talent i nawet kilkanaście tysięcy godzin spędzonych na szkoleniu umiejętności gry na wybranym instrumencie. Za wysiłkiem z tym związanym stoją też finanse. Oprócz szkoły muzycznej i indywidualnych lekcji trzeba opłacić udział w konkursach, książki i nuty. Na odniesienie sukcesu wpływa też budowanie już na wczesnym etapie silnej sieci kontaktów i sprawny marketing, w tym głównie kształtowanie własnego wizerunku.

Młodzi muzycy kształcą się w systemie mistrz uczeń. To najdroższy system kształcenia. Mimo że mamy w kraju wiele szkół muzycznych i powstaje coraz więcej szkół prywatnych, to nadal dostęp do tej wiedzy jest bardzo ograniczony. To bardzo podnosi i tak już wysokie koszty nauczania, ponieważ zajęcia prowadzone są w systemie jedna osoba i jeden nauczyciel. Tylko tak można wychwycić błędy podczas kształcenia. Do tego dochodzą koszty związane z wyjazdami na różne kursy i konkursy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Filip Czarnecki, project manager Fundacji MyWay.

Z raportu „Making Music” przygotowanego przez ABRMS wynika, że 64 proc. nauczycieli wskazuje finanse jako jedną z największych barier w stawianiu pierwszych kroków na drodze do kariery muzycznej. Wpływ na wysokie koszty ma przede wszystkim nauka indywidualna, bo tylko taka ma sens przy doskonaleniu umiejętności na danym instrumencie. Podczas takich lekcji nauczyciel może wyłapać błędy i poprawić technikę ucznia. Dodatkowo naukę trzeba rozpocząć wcześnie – niekiedy nawet niespełna trzyletnie dzieci zaczynają naukę gry m.in. na skrzypcach.

W kompleksowym rozwoju kariery muzyka oprócz doskonalenia umiejętności gry na instrumencie, ważne jest również budowanie relacji z osobami mogącymi wspomóc ich karierę. Możliwość spotkania z wirtuozami jest kluczowa, z czego zdaje sobie sprawę ponad trzystu młodych muzyków, którzy wzięli udział w tegorocznej Akademii Santander Orchestra.

Młodzi muzycy w naszym projekcie realizowanym z Bankiem Zachodnim WBK mają możliwość spotkania się z tutorami, którzy grają w najlepszych polskich orkiestrach symfonicznych, w NOSPR, w Filharmonii Narodowej czy Sinfonii Varsovii. To muzycy najwyższej klasy, którzy przekazują młodym muzykom swoją wiedzę i wszystkie umiejętności, które posiedli w trakcie swojego życia zawodowego – wskazuje Filip Czarnecki.

W edukacji rola tutora jest nie do przecenienia. W dążeniu do muzycznej doskonałości mistrz jest niezbędny, nie tylko ze względu na wiedzę i doświadczenie, lecz także ze względu na znajomości niezbędne, aby wprowadzić młodego muzyka do odpowiedniego kręgu.

W ramach Akademii Santander Orchestra oprócz zajęć indywidualnych, lekcji mistrzowskich, które dotyczą gry na instrumentach, takich jak skrzypce, wiolonczela, altówki, kontrabasy, obój, flet, klarnet i wszystkie pozostałe instrumenty orkiestry symfonicznej, młodzi artyści mogą również liczyć na zajęcia m.in. z public relations, prawa autorskiego, social media oraz z autoprezentacji. To elementy, o których mało kto myśli, a które są bardzo pomocne i wręcz niezbędne do tego, aby prowadzić karierę muzyczną – wymienia przedstawiciel Fundacji MyWay.

Kariera muzyka wymaga kompleksowych działań. Oprócz nauki i doskonalenia gry na instrumencie niezbędna jest też umiejętność budowania swojego scenicznego wizerunku, prowadzenia kariery czy wykorzystania możliwości mediów społecznościowych w kreowaniu własnej marki. Dlatego również na ten aspekt kładzie nacisk projekt Akademia Santander Orchestra, który jest prowadzony od trzech lat przez Bank Zachodni WBK. To jeden z elementów zaangażowania banku w promocję nauki, kultury i sztuki.

Pomysłodawcami stworzenia Akademii Santander Orchestra są Bank Zachodni WBK i Fundacja MyWay, które działają przy wsparciu Europejskiego Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego.

Inwestycje w ciepłownictwo pomogą w walce ze smogiem. PGE umacnia się w tym sektorze

Inwestycje w ciepłownictwo pomogą w walce ze smogiem. PGE umacnia się w tym sektorze 7

Grupa PGE finalnie przejęła w połowie listopada aktywa ciepłownicze wystawione wcześniej na sprzedaż przez francuski koncern EDF. Za kwotę 4,27 mld zł spółka nabyła osiem elektrociepłowni, trzy sieci ciepłownicze oraz Elektrownię Rybnik. To jedna z największych tego typu akwizycji na skalę europejską. Dalsze inwestycje w sektorze ciepłowniczym uzależnione są od wsparcia dla kogeneracji. Nie ma skuteczniejszej metody na smog – podkreśla Jerzy Kurella.

– Kogeneracja jest bardzo istotnym elementem kształtowania rynku energetycznego. Z drugiej strony jest też elementem spełniania przez Polskę rygorystycznych kryteriów środowiskowych. Nie ma lepszej metody walki ze smogiem i zanieczyszczeniem powietrza niż prowadzenie biznesu energetycznego w formie kogeneracji – mówi agencji Newseria Biznes Jerzy Kurella, ekspert ds. energetyki Instytutu Staszica, były prezes zarządu PGNiG i Tauronu.

Kogeneracja jest procesem technologicznym, który polega na jednoczesnym wytwarzaniu w elektrociepłowni energii elektrycznej i ciepła użytkowego. To jedna z najbardziej efektywnych metod przetwarzania energii pierwotnej, zapewniająca ponad 10-proc. oszczędności w porównaniu z wytwarzaniem energii i ciepła w systemie rozdzielonym. Dodatkowo jest bardziej ekologiczna i przyczynia się do ograniczania emisji CO2, dlatego wsparcie kogeneracji jest narzędziem polityki energetycznej Polski i UE.

Rządowe wsparcie dla kogeneracji napędza kolejne inwestycje w ciepłownictwie, więc korzyści są dwustronne – zarówno dla środowiska, jak i dla całej energetyki. W obecnym kształcie system wsparcia będzie obowiązywał do końca 2018 roku.

W Polsce wciąż jest bardzo duży potencjał dla rozwoju sektora ciepłowniczego. Ponad sto miast średniej wielkości nie ma jeszcze elektrociepłowni, a w wielu aglomeracjach sieć ciepłownicza wymaga gruntownej modernizacji. W ten potencjał chce inwestować PGE. W połowie listopada spółka oficjalnie przejęła aktywa ciepłownicze wystawione na sprzedaż przez francuski koncern PDF Polska.

– Akwizycja aktywów EDF Polska jest ważnym zdarzeniem dla Polskiej Grupy Energetycznej. Dzięki niej PGE uzyskała znaczące i dobre aktywa ciepłownicze – do grupy kapitałowej będzie należało osiem elektrociepłowni i trzy sieci ciepłownicze w istotnych miastach Polski. PGE otrzymuje dostęp do nowych klientów, do których może dotrzeć z nową ofertą, zarówno sprzedaży ciepła, jak i prądu. Z drugiej strony klienci mogą oczekiwać lepszej oferty produktowej, ponieważ może to być oferta skojarzona tych dwóch produktów – wskazuje Jerzy Kurella.

Finalne podpisanie umowy nabycia przez PGE aktywów ciepłowniczych należących do EDF Polska miało miejsce 13 listopada. To jedna z największych tego typu akwizycji w Europie w ostatnich latach, jej wartość wyniosła 4,27 mld zł (wartość samych aktywów wyceniono na 2,45 mld zł).

– Dzięki nabyciu dobrze zarządzanych aktywów grupa PGE pozyskała dobrze ułożony i regulowany biznes, co oznacza, że będzie mogła lepiej bilansować swoją strukturę wewnętrzną również w zakresie finansowym. Niewątpliwie wpłynie to na dalsze polepszenie standingu finansowego i operacyjnego spółki –ocenia Jerzy Kurella.

Dzięki listopadowej transakcji grupa PGE zwiększyła swoje zainstalowane moce cieplne o ponad 100 proc. i zyskała 15-proc. udział w krajowym rynku ciepła. O 25 proc. zwiększyła też swoje moce elektryczne, co umocniło jej pozycję lidera na polskim rynku energetycznym. Przejęcie aktywów od EDF Polska pozwoli też spółce na dalszą ekspansję i pozyskanie nowych rynków zbytu.

– Wydaje się, że sama transakcja nie powinna mieć negatywnego wpływu na kształtowanie się taryf w ciepłownictwie, które są w zdecydowanej części uzależnione raczej od cen węgla. Natomiast dalszy rozwój ciepła systemowego będzie wymagał kolejnych inwestycji, stąd nie można wykluczyć jakichś ruchów cenowych na taryfach, Jednak na ten moment nie oczekiwałbym żadnych istotnych zmian w tym zakresie – mówi Jerzy Kurella.

Ekspert Instytutu Staszica zauważa, że listopadowa transakcja PGE jest również istotna dla społeczności lokalnych i miast, w których spółka przejęła aktywa. Te mogą się spodziewać znaczących inwestycji w infrastrukturę.

 Za tą transakcją stoi bardzo silny podmiot, jakim jest grupa PGE. Miasta, w których są usytuowane przejęte aktywa, mogą być pewne, że będzie następować dalsza modernizacja i kolejne inwestycje w elektrociepłownie czy systemy kogeneracyjne oraz dalszy rozwój sieci ciepłowniczej – wskazuje Jerzy Kurella.

Polski łazik marsjański może być używany także na Ziemi. Może ratować ludzi np. w zawalonych budynkach

Polski łazik marsjański może być używany także na Ziemi. Może ratować ludzi np. w zawalonych budynkach 8

W Polsce istnieje kilka grup naukowych zajmujących się pracami nad łazikami marsjańskimi. Polacy odnoszą na tym polu wiele sukcesów, wygrywają prestiżowe konkursy. Jednym z takich pojazdów jest Kalman, na którego rozwój AGH Space Systems właśnie otrzymało dofinansowanie. Łazik planetarny ma posłużyć nie tylko astronautom do pomocy w kosmicznych misjach, lecz także na Ziemi. Tego typu roboty mogą ratować ludzkie życie, np. szukając ocalałych pod gruzami zawalonych budynków.

Łazik planetarny Kalman zbudowany jest z aluminiowej ramy. Porusza się na zaprojektowanych w AGH i wydrukowanych w technologii 3D kołach, specjalnie przystosowanych do pokonywania przeszkód podczas zawodów łazikowych. Ponadto wyposażony jest w szereg podzespołów elektronicznych, które służą do wykonywania przez niego zadań konkursowych oraz do mapowania terenu.

– Jest zaprojektowany tak, aby móc autonomicznie poruszać się po okolicy i aby móc pomagać astronaucie w wykonywanych przez niego zadaniach – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Weronika Mrozińska, przewodnicząca Koła Naukowego AGH Space Systems.

W październiku 2017 r. AGH podpisała umowę z krakowskim lotniskiem w sprawie współpracy z Kołem Naukowym AGH Space Systems. Umowa pozwoli studentom rozwijać projekt łazika planetarnego Kalman m.in. poprzez zakup specjalistycznego sprzętu.

Prace nad łazikami planetarnymi mogą się przydać także na Ziemi. Autonomiczne pojazdy poruszające się w trudnych warunkach terenowych i zdolne do wykonywania różnych prac mogą zastąpić ludzi tam, gdzie praca jest zbyt niebezpieczna lub wręcz niemożliwa dla człowieka.

– Jest to łazik wykorzystywany do symulacji eksploracji obcej planety, natomiast technologia jest skalowalna, można ją stosować w inny sposób. Można byłoby używać go do pomocy w przypadku wypadków lotniczych, do szukania zaginionych osób, przenoszenia ciężkich obiektów, także jak najbardziej tego typu technologie mogą być wykorzystywane w przemyśle lotniczym, jak i na lotniskach – wyjaśnia Weronika Mrozińska.

Naukowcy z Uniwersytetu Technicznego w Tallinie już kilka lat temu zaprojektowali robota żółwia, który pomaga archeologom w badaniu wraków. Z kolei w Stanach Zjednoczonych rozwijany jest projekt SAFFIR, w ramach którego stworzono humanoidalnego robota walczącego z pożarami na statkach i okrętach.

Po katastrofach naturalnych, szczególnie trzęsieniach ziemi, coraz częściej używa się niewielkich łazików, zdolnych do penetrowania ruin budynków w celu odnalezienia ludzi pod gruzami. Prace nad Kalmanem posłużą zatem także do pomagania ludziom na naszej planecie.

– Taka platforma robotyczna to dla nas pole testowe, możemy zobaczyć, jakie technologie mogą być implementowane, dla jakich zadań. Możemy próbować przekładać to na zadania, które są potrzebne na Ziemi, np. dostęp do miejsc, w które niekoniecznie chcielibyśmy posłać ludzi, wykonywanie zadań niebezpiecznych, trudno dostępnych – wyjaśnia Weronika Mrozińska.

Najbardziej zaawansowanym łazikiem pracującym na Marsie jest obecnie Curiosity. Jego całkowita masa to 899 kilogramów, w tym 80 kilogramów samych instrumentów naukowych. Źródłem energii dla łazika jest radioizotopowy generator termoelektryczny, który zasila pojazd oraz jego liczne instrumenty naukowe. Na Curiosity znajdują się polskie detektory na podczerwień MCT, wykonane przez firmę VIGO System z Ożarowa Mazowieckiego. Łazik wraz z wyposażeniem kosztował niemal 2,5 mld dolarów.

W Polsce istnieje co najmniej kilka grup zajmujących się tworzeniem łazików. Poza AGH Space Systems swojego łazika zbudowała także drużyna Legendary Rover Team z Politechniki Rzeszowskiej. Dwa razy z rzędu ich łazik wygrał zawody łazików marsjańskich University Rover Challenge w Stanach Zjednoczonych, pokonując międzynarodową konkurencję. W 2017 r. w pierwszej piątce konkursu URC znalazły się aż trzy ekipy z Polski.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

W przyszłym tygodniu w kalendarzu danych wyróżniają się raporty inflacyjne ze strefy euro i USA. Wydarzeniem tygodnia może zostać jednak szczyt OPEC, szczególnie jeśli podjęte tam postanowienia nie spełnią wygórowanych oczekiwań rynkowych. Koniec tygodnia to raporty o aktywności przemysłu z Polski, Wielkiej Brytanii i USA.

Przyszły tydzień: OPEC, podatki, Powell, PCE Core/PKB z USA, HICP z Eurolandu, PMI/ISM dla przemysłu, PKB z Polski, CAPEX z Australii, rynek pracy z Kanady

W czwartek 30 listopada OPEC oraz producenci ropy spoza kartelu odbędą spotkanie, na który prawdopodobnie zostanie podjęta decyzja o przedłużeniu ograniczenia wydobycia ropy naftowej do końca 2018 r. Obecne porozumienie obowiązuje do końca marca 2018 r. i przewiduje ścięcie realizowanego wydobycia o 1,8 mln baryłek/dzień. Celem ograniczeń jest obniżenie globalnej nadpodaży ropy naftowej do 5-letniej średniej, jednak po roku obowiązywania paktu, państwa-sygnatariusze są dopiero w połowie drogi. Do wygaśnięcia obecnego porozumienia wciąż pozostały cztery miesiące, a od prędkiego podejmowania decyzji producentów mogą powstrzymywać wysokie ceny ropy naftowej – Brent na poziomach powyżej 60 USD/b jest najwyżej do dwóch lat. Rynek jest silnie spozycjonowany pod wydłużenie porozumienia o 9 miesięcy. Gdyby OPEC i reszta nie spełnili oczekiwań rynkowych, przecena ropy naftowej może być znaczna. Jednak nawet w przypadku realizacji bazowego scenariusza przedłużenia porozumienia o 9 miesięcy cena ropy naftowej będzie wrażliwa na korektę pod wpływem „sprzedaży faktów”. W efekcie widzimy podwyższone ryzyko, że niezależnie od wyniku szczytu OPEC, spadki cen ropy są bardziej prawdopodobne.

Z USA w przyszłym tygodniu mamy indeks zaufania konsumentów (wt), rewizję PKB (śr), PCE Core (czw) i ISM dla przemysłu (pt). Wskaźnik nastrojów wyraźnie skoczył w październiku do najwyższego poziomu do 2000 r., a zdrowy rynek pracy i niska inflacja mogą podtrzymywać optymizm. W danych PKB za III kw. oczekiwana jest korekta w górę do 3,2 proc. w oparciu o poznane w międzyczasie dane o inwestycjach i zapasach. Pomimo ataków huraganów gospodarka podtrzymała solidne tempo ożywienia, co dobrze rokuje także dla czwartego kwartału. Wzrost PCE Core o 0,2 proc. m/m byłby w zgodzie ze wskazaniami CPI i nie będzie impulsem do zmiany nastawienia Fed. Po indeksie ISM oczekuje się skromnej korekty w dół, gdyż październikowe wskazania były sztucznie podbite wpływem huraganów na opóźnienia dostaw. Mimo to odczyt ponad 58 będzie podkreślał siłę sektora.

Pomimo pozytywnego obrazu rysowanego przez wskaźniki ekonomiczne, USD prawdopodobnie wszystkie zignoruje, a uwaga będzie na polityce fiskalnej i monetarnej. Senat USA ma głosować nad swoją wersją reformy podatkowej, a Republikanie mają niewielką przewagę dwóch głosów (i to do końca niepewnych). Nominowany na nowego prezesa Fed Jerome Powell będzie przesłuchiwany przed Komisją Bankową (wt) i każde sugestie odmiennego zdania od Janet Yellen będą odnotowane.

W strefie euro najbardziej interesujące będą dane o listopadowej inflacji HICP (czw). Przygotowania do okresu świątecznego mogą podbić inflację do 1,6 proc. z 1,4 proc. w październiku, jednak inflacja bazowa ma wzrosnąć tylko o 0,1 pp do 1, proc. Ledwo widoczne oznaki nasilenia presji inflacyjnej argumentują za utrzymaniem nastawienia przez EBC na posiedzeniu w grudniu. Sygnały silnego ożywienia gospodarczego są lepszym paliwem do podtrzymania siły EUR.

W Wielkiej Brytanii będzie potrzeba poczekać aż do piątku na PMI dla przemysłu. Od wiosny wskaźnik pozostaje względnie stabilny w pobliżu 56 pkt. Dobre noty z Francji i Niemiec w tym tygodniu przemawiają za wzrostami także na Wyspach. Wyciszenie tematów politycznych (Brexit, kłopoty rządu May) mogą dać moment wytchnienia dla funta w relacji do USD i waluty surowcowych.

W Polsce otrzymamy dane o PKB za III kw. (czw) i wstępny odczyt listopadowej inflacji CPI (czw). Szybki szacunek PKB zaskoczył w górę na 4,7 proc., ale dopiero teraz poznamy dane o komponentach. Słaba dynamika w inwestycjach prywatnych może być łyżką dziegciu, ale nie stanowi to zagrożenia dla złotego. CPI prawdopodobnie przyspieszył do 2,3 proc. na wzroście cen paliw – żaden to argument dla RPP. Od jakości zewnętrznego sentymentu rynkowego zależeć będzie, czy EUR/PLN złamie 4,20.

Jen tradycyjnie zignoruje odczyty z japońskiej gospodarki: w przyszłym tygodniu opublikowane będą sprzedaż detaliczna (śr), produkcja przemysłowa (czw), stopa bezrobocia i inflacja CPI (pt). Nawis krótkich pozycji spekulacyjnych w JPY jest pod ryzykiem domykania przy ostatniej słabości dolara. Stanowi to główny czynnik mogący w najbliższych dniach ściągać USD/JPY niżej.

W Australii na pierwszym planie będą kwartalne szacunki wydatków inwestycyjnych przedsiębiorstw (czw). Oczekiwania przeważają na rzecz mocniejszych danych potwierdzających solidne tempo ożywienia i mogą dać AUD chwilę oddechu po słabszej serii z ostatnich tygodni. W Nowej Zelandii pozwolenia na budowę domów (śr) są drugorzędną publikacją. Trzymamy się zdania, że wyprzedaż NZD z pobudek politycznych (plany nowego rządu) była przesadzona, a w obliczu słabości USD może być łatwiej o odreagowanie kiwi.

W Kanadzie w piątek mamy kwartale PKB oraz listopadowy raport z rynku pracy. W październiku dane o zatrudnieniu były wyjątkowo dobre, więc teraz rośnie ryzyko odreagowania. CAD musi też martwić o zachowanie ropy naftowej po szczycie OPEC, a jak wspominaliśmy na początku, widzimy więcej powodów do pesymizmu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Firmy outsourcują średnio do 3 funkcji biznesu i IT. Biznes przekonuje się do modelu usługowego

Firmy outsourcują średnio dwie do trzech funkcji IT i tyle samo biznesowych. Rozwiązania udostępniane jako usługa konsekwentnie przekonują do siebie biznes

Te warte podkreślenia wnioski pochodzą z najnowszej publikacji Tech Pro Research „Everything as a Service: Why companies are making the switch to SaaS, IaaS, PaaS nad more”. Przedstawia ona aktualne trendy światowe związane z usługami IT typu XaaS (wszystko jako usługa).

Twórcy raportu postanowili zestawić wskazywane przez użytkowników usług XaaS pozytywne i negatywne doświadczenia dotyczące wykorzystania rozwiązań dostarczanych w tym modelu. Bilans szans i zagrożeń zdecydowanie przemawia na korzyść tych pierwszych. Jedynie nieco ponad 20% firm zgłosiło problemy związane z obsługą klienta, wyraziło zaniepokojenie częstymi zmianami personalnymi po stronie dostawcy czy zauważalnym wzrostem cen usług. Jeżeli chodzi o benefity 55% przedsiębiorstw podkreśliło brak konieczności zajmowania się obsługą techniczną infrastruktury, a 36% przyznało, że dostawcy są w stanie rozwiązywać problemy niemożliwe do rozwiązania przez własny personel. Dla 35% główną przewagą związaną z outsourcingiem w modelu usługowym jest gwarancja nieprzerwanego dostępu do danych dzięki rozwiązaniu Disaster Recovery. Tyle samo ankietowanych nie kryło faktu, że budowanie zarządzania procesami organizacji na bazie różnych usług typu XaaS przynosi wymierne oszczędności.

Głównym powodem, dla którego firmy przechodzą od utrzymywania wewnętrznego środowiska IT do zakupu usług wspierających poszczególne obszary IT i biznesu, jest automatyzacja zarządzania wszystkimi systemami i narzędziami – na ten aspekt wskazała połowa uczestników badania. Nie bez znaczenia jest także kwestia optymalizacji kosztów i czas potrzebny do uruchomienia w pełni funkcjonalnej infrastruktury.

E-mail wciąż na szczycie

Analitycy Tech Pro Research wyszczególnili trzy najczęściej wybierane przez przedsiębiorstwa funkcje w modelu XaaS, określane jako biznesowe. Na szczycie uplasowały się usługi poczty elektronicznej (61%), drugie miejsce przypadło aplikacjom wykorzystywanym w pracy biurowej, w tym arkuszom kalkulacyjnym i edytorom tekstu (35%), a podium zamykają rozwiązania obsługujące wideokonferencje (31%).

Usługi centrodanowe numerem 1

W obszarze IT firmy najczęściej korzystają z wynajmu zasobów i zakupu mocy obliczeniowej w ośrodkach data center (36%) oraz rozwiązań wspierających utrzymanie ciągłości biznesowej z zakresu Backup/Disaster Recovery (35%). Trzecie miejsce najchętniej wybieranych obszarów outsourcingu IT (29%) dzielą natomiast ex aequo sprzęt i oprogramowanie tworzące infrastrukturę sieciową oraz bazy danych.

– IT w modelu usługowym odgrywa coraz większe znaczenie, głównie dzięki przewagom tego typu rozwiązań względem klasycznego środowiska teleinformatycznego w modelu in-house. Wskazują na nie same firmy korzystające z tych rozwiązań. Dla połowy z nich kluczowym czynnikiem przemawiającym za usługami XaaS jest rezygnacja z konieczności własnoręcznego zarządzania systemami czy aplikacjami i oddanie ich pod opiekę dostawcy usług. 45% respondentów wskazuje także na niższe koszty utrzymania personelu technicznego czy cyklicznej wymiany sprzętu i aktualizacji oprogramowania. Tyle samo uczestników badania zwróciło uwagę na znacznie krótszy czas uruchomienia wynajmowanej infrastruktury – dostępnej niemal od zaraz – w porównaniu do czasochłonnego budowania własnego środowiska IT i koniecznością spełnienia szeregu procedur – dodaje Adam Dzielnicki z Atmana, lidera polskiego rynku data center.

Boom teraz, eksplozja euro później

Dowody silnego ożywienia w strefie euro są już teraz, ale minie jeszcze trochę czasu, nim gołębie z ECB się im poddadzą. Dziś PMI z USA także powinny być silne (choć nie tak, jak w Europie), ale Fed potrzebuje przyspieszenia inflacji. Zanosi się na handel na pół gwizdka po Święcie Dziękczynienia.

Europejski biznes przeżywa boom. Wczoraj PMI Composite dla strefy euro wskazał na najszybsze tempo ekspansji od 2011 r. Z cząstkowych danych otrzymaliśmy tylko informacje z Francji i Niemiec (dane wstępne), ale w obu przypadkach odnotowano pozytywne niespodzianki. Dwie największe gospodarki bloku pozostają na pełnych obrotach i sugerują, że wzrost PKB strefy euro w całym IV kw. może wynieść 0,8 proc. k/k. Byłoby to powyżej prognoz ECB, ale też oczekiwań obecnie dyskontowanych przez rynek. Szybsze tempo rozwoju może oznaczać domykanie luki popytowej i narastanie presji płacowej, a dalej – inflacyjnej. To byłaby dobra wiadomość dla jastrzębi w Radzie Prezesów ECB, gdyż mogliby forsować swój o postulat a zamknięciu programu skupu aktywów już we wrześniu 2018 r. Jednak po opublikowanych wczoraj zapiskach dyskusji na ostatnim posiedzeniu ECB wiemy, że jastrzębie są w mniejszości. Dalej dominuje przekonanie, że rynkowi nie możne przedwcześnie dawać wskazówek o kresie jednego z kluczowych projektów ekspansji monetarnej, gdyż doprowadziłoby to do wyprzedzającego i niechcianego zacieśniania warunków kredytowych. W oparciu o tak dobre dane z gospodarki jest bardziej prawdopodobne, że ECB będzie zmuszony do modyfikacji swojego forward guidance na rzecz szybszej normalizacji. Ale bank centralny ma to jeszcze czas, a obawy gołębi raczej będą ich powstrzymywać od zmiany komunikacji jeszcze przez dobre kilka miesięcy. Między innymi z tego powodu oczekujemy wzrostu EUR/USD w przyszłym roku do 1,24, jednocześnie pozostając przy neutralnym poglądzie do końca bieżącego roku.

Dziś dostaniemy wstępne szacunki listopadowych PMI z przemysłu i usług USA i choć są pewne szanse na pozytywne zaskoczenia, wątpliwe, aby rynek wyciągał z nich silne wnioski dla polityki pieniężnej Fed. Ożywienie w USA pozostaje silne, o czym wiadomo od jakiegoś czasu. Tak samo znany jest fakt, że inflacja nie chce wyraźnie przyspieszyć, co niepokoi gołębi w Fed. Pewna podwyżka stóp procentowych na najbliższym posiedzeniu w grudniu nikt się już nie przejmuje. USD potrzebuje mocnej inflacji (lub wystrzału płac w listopadowym raporcie NFP), by rozgrzać dyskusję podwyżkach w 2018 r. Dziś się to nie uda.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Złoty coraz silniejszy

W czwartek amerykański dolar był na najniższych poziomach od około miesiąca, podczas gdy euro zyskiwało dzięki dobrym danym napływającym z gospodarek strefy euro. Lepsze od oczekiwań analityków okazały się takie odczyty za listopad, jak indeks PMI dla przemysłu w Niemczech (62,5 pkt.), indeksy PMI dla przemysłu (57,5 pkt.) i usług (60,2 pkt.) we Francji oraz indeksy PMI dla przemysłu (60 pkt.) i usług (56,2 pkt.) w całej strefie euro. Z kolei słaby dolar oraz coraz większe prawdopodobieństwo działań RPP kierunku zaostrzania polityki pieniężnej wspierało polską walutę. Koszyk złotego osiągnął najwyższe poziomy od maja 2015 r.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do euro (-0,13 %), a zyskuje do brytyjskiego funta (+0,15%), dolara kanadyjskiego (+0,19%), dolara australijskiego (+0,02%) oraz japońskiego jena (+0,23%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,185, GBP/USD – 1,329, USD/CAD – 1,272, AUD/USD – 0,762 i USD/JPY – 111,5. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,31%) i kurs EUR/JPY wynosi 132, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,891. Złotówka zyskuje do głównych walut światowych. W piątek rano dolar kosztuje 3,55 zł, euro – poniżej 4,21 zł, funt – 4,72 zł, a frank szwajcarski – poniżej 3,62 zł.

Giełdy: Po wcześniejszych spadkach, na światowych giełdach mieszanka koloru czerwonego i zielonego. W czwartek londyński indeks FTSE 100 stracił 0,02%, frankfurcki indeks DAX spadł o 0,05%, a paryski indeks CAC 40 zyskał 0,5%. W Amerykach meksykański indeks Bolsa obniżył się o 0,13%, a brazylijski indeks Bovespa – o 0,04%. W piątek w Azji tokijski indeks Nikkei wzrósł o 0,12%, chiński indeks Shanghai Composite – o 0,06%, a hongkoński indeks Hang Seng – o 0,51%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych wzrostach w piątek rano ceny ropy naftowej idą w dół. Baryłka ropy Brent kosztuje 63,05 USD (-0,03%), a ropy WTI – 58,36 USD (-0,19%). Z kolei cena złota minimalnie rośnie. Uncję metalu rynek wycenia na 1290 USD. To 1 USD więcej (+0,08%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 1:30 – Japonia – Indeks PMI dla przemysłu, listopad – 53,8% (prognoza 52,6%)
  • 10:00 – Polska – Stopa bezrobocia, październik (prognoza 6,6%)
  • 10:00 – Niemcy – Indeks instytutu Ifo, listopad (prognoza 116,5 pkt.)
  • 15:45 – USA – Indeks PMI dla usług, listopad (prognoza 55,5 pkt.)
  • 15:45 – USA – Indeks PMI dla przemysłu, listopad (prognoza 54,9 pkt.)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Bezrobocie znowu w dół. Rekordowy indeks w Niemczech

Stopa bezrobocia w Polsce dalej osłabia, ale nie umacnia złotówki. Dobre dane z Wielkiej Brytanii na temat sprzedaży detalicznej. Indeks Koniunktury niemieckiego biznesu na rekordowych poziomach pomimo kryzysu w polityce.

Bezrobocie w dół

W październiku stopa bezrobocia w Polsce spadła do 6,6%. W dalszym ciągu jest to najlpszy wynik od przemian ustrojowych przełomu lat 80 i 90. Analitycy spodziewali się dokładnie takiego poziomu. Ciekawa była reakcja rynków. Tuż po decyzji złoty delikatnie się umacniał. Osiągnął minimum na poziomie niemal 4,20 zł względem euro po czym odbił na 4,21 zł. Ruch ten był najprawdopodobniej efektem dużej ilości zleceń kupna czekających przed okrągłym poziomem 4,20 zł. Ostatnie dni to powolne umacnianie się złotego. Widać natomiast, że wspomniany okrągły poziom nie będzie łatwy do sforsowania.

Dane z Wielkiej Brytanii

Wczoraj poznaliśmy informacje na temat wzrostu PKB i sprzedaży detalicznej z wysp. Wzrost PKB był rewizją poprzednich danych szacunkowych. Zmiana względem wstępnego odczytu w ujęciu rocznym nie wystąpiła. Ciekawiej natomiast wypadła sprzedaż detaliczna. Indeks CBI wyniósł 26 pkt wobec oczekiwanych 5 pkt. Rynek jednak zignorował te dane i kontynuował ruch osłabiający funta względem pozostałych walut.

Indeks koniunktury w Niemczech na rekordowym poziomie

Impas wyborczy nie wpłynął na nastroje w biznesie. Indeks Instytutu IFO osiągnął wynik 117,5 pkt to o 1 pkt powyżej oczekiwań. Jest to kolejny impuls w ostatnich dniach, który popycha do góry kurs euro względem dolara amerykańskiego. Euro pomimo wciąż nie stworzonego rządu w Niemczech jest najmocniejsze od września. W rezultacie obserwujemy wyjątkowo taniego dolara, gdyż efekt ten został pogłębiony przez silną złotówkę.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

W październiku 22% wzrost liczby niewypłacalności polskich firm

Euler Hermes, wiodący globalny ubezpieczyciel należności handlowych, zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. W październiku w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informacje o 80 przypadkach niewypłacalności przedsiębiorstw wobec 66 w październiku 2016 r. Od początku opublikowanych niewypłacalności polskich firm było 753 wobec 655 w analogicznym okresie ubiegłego roku (wzrost o 15%).

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Kluczowe wnioski:

  • Ponowny wzrost niewypłacalności – w ciągu 10 miesięcy br. tylko w dwóch z nich było ich mniej niż przed rokiem. Do końca roku powinien utrzymać się trend 15% wzrostu ich liczby r/r
  • W październiku, w odróżnieniu od minionych miesięcy, wzrost niewypłacalności miał miejsce w handlu (hurtowym) oraz w usługach
  • Budownictwo – w trakcie sezonu problemy mają mniejsze firmy ogólnobudowlane, nie mające wystarczającej siły przebicia do egzekwowania rentownych cen, tak jak większe podmioty czy firmy robót specjalistycznych
  • Niewypłacalności producentów mebli, firm kurierskich czy oprogramowania IT – pomimo popytu na ich produkty/usługi, kluczowa była więc niska rentowność
  • Ponowny wzrost niewypłacalności w uprzemysłowionych województwach południowo-zachodniej Polski, ponadto największy wzrost ich liczby na Mazowszu

wzrost liczby niewypłacalności polskich firmŹródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Obecne tempo wzrostu liczby niewypłacalności utrzyma się do końca bieżącego roku – dopiero w przyszłym roku za sprawą m.in. efektu statystycznego (wyższej bazy w roku bieżącym) i wzrostu inwestycji może ono ulec zmniejszeniu.

Hurt – problemy dystrybutorów wszystkich kategorii wyrobów, nie tylko spożywczych

Wśród niewypłacalnych hurtowni dużo było tych niewyspecjalizowanych (w październiku 8 podmiotów), czyli o bardzo szerokim asortymencie. I tak jest też generalnie – problemy mają nie tylko hurtownie art. spożywczych czy szerzej konsumenckich, ale ze wszystkich branż, także wyrobów plastikowych, elektrycznych, farmaceutyków (aż 3 przypadki), IT, wyposażenia wnętrz, kosmetyków, art. Budowlanych.

Hurtownie, które znikają miały zasięg lokalny, były generalnie raczej co najwyżej średnie pod względem skali działalności. Wynika to z faktu, że ich rynek się skurczył. Małe, niezależne sklepy znikają albo szukając oszczędności dołączają do różnego rodzaju grup zakupowych czy programów afiliacyjnych największych graczy. Małe hurtownie, które przeżywały rozkwit w latach 90-ych nie są w stanie konkurować ceną z największymi podmiotami. I nie tylko ceną – więksi gracze inwestują w nowoczesne rozwiązania informatyczne, magazynowe i dystrybucyjne, dzięki czemu klient ma do nich „bliżej” niż do lokalnej hurtowni. Ma to miejsce w każdej praktycznie branży, nie tylko spożywczej” – zauważa Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiadający za ocenę ryzyka.wzrost liczby niewypłacalności polskich firm 2

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Problemy firm usługowych również wiążą się z rentownością, a nie tylko z kwestiami popytowymi

Wśród aż 28 firm usługowych, których niewypłacalność opublikowano w październiku, były firmy z bardzo wielu sektorów: turystycznego, związanego z obsługą nieruchomości i procesów inwestycyjnych, ochrony zdrowia, agencje reklamowe, firmy doradztwa i obsługi finansowej. Warto zwrócić uwagę, że w tym gronie są też firmy znikające z rynku nie z tylko z powodu spadającego popytu, ale nawet wbrew ogólnie dobrej koniunkturze panującej w ich branżach. Przykładem są chociażby firmy programistyczne czy kurierskie.

Działalność związana z oprogramowaniem również może być ryzykowna, o czym świadczy aż 5 przypadków niewypłacalności w samym tylko październiku, mimo iż IT to przyszłość” – zauważa Tomasz Starus. – Jeśli na bieżąco nie ma wielu kontraktów zlecanych przez instytucje centralne, to realizujące je dotychczas największe podmioty na rynku sięgają w większym stopniu po zlecenia z rynku prywatnego, konkurując skutecznie z ich dotychczasowymi wykonawcami. Dotychczas bowiem wiodący dostawcy oprogramowania największe przychody czerpali z kontraktów państwowych, a ci mniejsi – z rynku prywatnego. Także w tym sektorze może dochodzić do koncentracji, pomimo ogólnie rosnącej wartości rynku – podobnie jak w handlu.”

Inny przykład to problemy firm na rynku kurierskim, mimo rozwoju handlu przez internet i w ślad za tym – popytu na te usługi. Firmy problemy mają więc także z powodu błędów w zarządzaniu, jak np. nadmiernego zwiększania sprzedaży kosztem marży.

Możliwe, że zacieśnianie podatkowe i regulacyjne zbiera (także pozytywne) żniwo?

Nie można wykluczyć, że kwestia kontroli podatkowych (ale też nowych regulacji rynku farmaceutycznego czy przewozu i obrotu paliwami) skutkuje tym, że m.in. w obrocie paliwami, elektroniką, wspomnianymi farmaceutykami, ale również żywnością trudniej jest obecnie przeprowadzać bardzo zyskowne do niedawna operacje reeksportu, tj. nielegalnego równoległego eksportu etc. Mające niewiele wspólnego z podstawową działalnością, z jaką kojarzyć można firmy o tym profilu, a przede wszystkim – psujące rynek, stanowiące nieuczciwą konkurencję wobec podmiotów nieuciekających się do tego typu działań wbrew lub obok obowiązującego prawa. Oczyszczanie rynku z takich podmiotów sprzyja uczciwej konkurencji. Oszustwa podatkowe – w tym fikcyjny reeksport nie ograniczały się bowiem tylko do handlu stalą czy częściami komputerowymi, miały miejsce także chociażby w handlu żywnością!

Różny charakter, podobny efekt – wzrost liczby niewypłacalności w najbardziej rozwiniętych gospodarczo województwach

W województwie dolnośląskim największa część październikowych niewypłacalności, bo ponad połowa (8 z 14) dotyczyła firm usługowych. Z kolei w województwie śląskim w statystyce niewypłacalności ubiegłego miesiąca najbardziej widoczna była grupa firm handlowych (5), przed firmami produkcyjnymi (3) i budowlanymi (2). W Wielkopolsce dominowały firmy produkcyjne (5 z 8 przypadków). Największy wzrost liczby niewypłacalności miał miejsce w woj. mazowieckim – było ich tam 19, o 11 więcej niż w październiku ubiegłego roku. W największej części za sprawą firm usługowych (9). Po 5 przypadków niewypłacalności dołożyły firmy produkcyjne i handlowe.

wzrost liczby niewypłacalności polskich firm 3

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Rośnie rynek i sprzedaż samochodów elektrycznych w Europie

Rynek samochodów elektrycznych rozwija się bardzo dynamicznie – zarówno europejski,  jak i polski. Dynamika to jednak procenty, a nie wolumen. Ten nadal pozostaje na niskim poziomie. W ciągu trzech kwartałów w 2017 roku sprzedano w Polsce zaledwie 300 samochodów elektrycznych.

– To wynik o 200 proc. lepszy niż w ubiegłym roku – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Drzewiecki, prezes IBRM Samar – Wzrost wiąże się z cenami, które ostatnio poszły w dół. To także większe zainteresowanie oraz medialny szum wokół tego typu aut. Wynik pozostaje jednak nadal niski. W Unii Europejskiej w pierwszym półroczu 2017 roku sprzedano ponad 110 tys. takich pojazdów. W stosunku do polskiego rynku to ogromna liczba. Wzrost jest jednak mniejszy, bo na poziomie 40 proc. W skali całej branży, w porównaniu do samochodów z napędami klasycznymi, to imponujący wynik. Jednym z najpopularniejszych modeli na rynku europejskim, ale i na polskim jest Nissan Leaf. Marka ta od lat dostarcza samochody elektryczne do Europy. Model ten zyskał dużą popularność i cieszy się zaufaniem klientów. Zajmował już pierwsze miejsce na liście rankingowej w Norwegii, gdzie rynek pojazdów elektrycznych rozwija się najbardziej dynamicznie – dodał Drzewiecki.

Nowe technologie pozwalają precyzyjnie zbadać reakcje mózgu na bodźce dotykowe. Dzięki temu operacje będą bezpieczniejsze dla pacjenta

Nowe technologie pozwalają precyzyjnie zbadać reakcje mózgu na bodźce dotykowe. Dzięki temu operacje będą bezpieczniejsze dla pacjenta 9

W chirurgii oraz diagnostyce coraz częściej wykorzystane są nowe technologie, takie jak wirtualna i rozszerzona rzeczywistość. Jedną z nich jest stymulator części kory mózgowej odpowiedzialnej za czucie, który pozwala precyzyjnie określić okolicę mózgu związaną z konkretnym bodźcem czuciowym. Dzięki temu rozwiązaniu operacje mózgu pozwolą uratować pełną sprawność pacjenta po operacji i zaplanować proces rehabilitacji. Wartość globalnego rynku rozwiązań VR i AR w medycynie szacuje się na 568,7 milionów dolarów. Do 2025 roku ma to być już 5 miliardów dolarów.

– Stymulator Kory Somatosensorycznej to urządzenie, które pozwala na precyzyjne badanie reakcji mózgu na bodźce dotykowe. W momencie gdy chcemy zbadać tego typu reakcje, możemy osobie badanej zaprezentować pewne symbole, prezentowane poprzez dotykowy interfejs dostępny w skanerze rezonansu magnetycznego – wyjaśnia agencji informacyjnej Newseria Innowacje Krzysztof Malej, kierownik działu sprzedaży Neuro Device Group.

Narzędzie do diagnostyki przedoperacyjnej rezonansu magnetycznego daje lekarzom nowe możliwości i uzupełnia lukę w badaniach lokalizacyjnych w neurologii i neurochirurgii, przy których zazwyczaj stosuje się fingertapping, czyli metodę polegającą na ręcznym sprawdzaniu czucia palców rąk.

– Dotychczas lekarze nie mieli do dyspozycji technologii, która umożliwiałaby im precyzyjne zmapowanie obszarów mózgu odpowiedzialnych za ruch oraz czucie. Lekarz w trakcie zabiegu neurochirurgicznego musiał pracować intuicyjnie, zwykła operacja usunięcia guza mózgu mogła się dla pacjenta skończyć utratą władzy w kończynie bądź utratą czucia – przekonuje ekspert.

Dotychczas przed zabiegiem chirurgicznym (np. wycięciem guza z mózgu) badało się pacjenta, by zlokalizować obszary odpowiedzialne za czucie i ruchy kończyn. Niekiedy spotykanym efektem jest współaktywacja. Stymulator sprawdza się w diagnostyce w przedoperacyjnej lokalizacji ośrodków czuciowych palców ręki, a także w badaniach ośrodków czuciowych dowolnej części ciała.

– Tego typu technologia, kompatybilna z rezonansem magnetycznym, pozwala dokładnie przed operacją zaplanować, które obszary mózgu mają zostać usunięte. Dzięki temu jesteśmy w stanie precyzyjnie uratować pełną sprawność pacjenta i precyzyjniej zaplanować proces rehabilitacji po zabiegu – twierdzi Krzysztof Malej.

Stymulator został zaprojektowany w dwóch wersjach interfejsu: stymulacji dotykowej (TactileInterface) lub prezentującego ciąg czterech znaków alfabetu Braille’a (BrailleInterface). Sam interfejs to płytka z odpowiednio umieszczonymi otworami, z których wysuwają się tępo zakończone igiełki, wszystko zostało wykonane ze specjalnego stopu metalu, pokrytego chromem technicznym. Każdą igiełką można sterować indywidualnie. Igiełki wysuwając się i wsuwając w ustalonych sekwencjach, stymulują skórę i jednocześnie wywołują aktywację mózgu w odpowiedniej okolicy czuciowej. Stymulator jest też jedynym obecnie urządzeniem na rynku, które umożliwia badanie pacjentów z niedowładami.

– Urządzenie ma zastosowanie nie tylko w badaniach naukowych, lecz także w diagnostyce, np. w przedoperacyjnym mapowaniu mózgu. Możemy wykorzystać fakt możliwości zbadania czucia głębokiego do oceny stanu mózgu i późniejszej rehabilitacji, terapii osób z zaburzeniami czucia głębokiego, które może stwarzać poważne problemy w życiu codziennym – mówi Krzysztof Malej.

Grand View Research szacuje wartość globalnego rynku rozwiązań VR i AR w medycynie na ponad 568 milionów dolarów. Co roku jego wartość rośnie średnio o ok. 29 proc. W 2025 r. może sięgnąć 5 miliardów dolarów.

Samochody z autopilotem wkrótce pojawią się na drogach. Badania w zakresie ich kontrolowania przez człowieka prowadzą Polacy

Samochody z autopilotem wkrótce pojawią się na drogach. Badania w zakresie ich kontrolowania przez człowieka prowadzą Polacy 10

W ciągu kilku najbliższych lat na drogach mogą się pojawić pierwsze samochody z autopilotem. Samochody półautonomiczne będą wymagały nadzoru przez człowieka. Badaniem nad momentem, w którym kierowca oddaje lub przejmuje kontrolę nad takim pojazdem, zajmują się Polacy. W Instytucie Transportu Samochodowego prowadzony jest projekt badawczy aDrive, w ramach którego badane jest oddziaływanie systemów automatyzujących jazdę na kierowcę.

– Badamy, w jaki sposób systemy automatyzujące jazdę oddziałują na kierowcę. Jest to bardzo ważny aspekt związany z tym, że coraz więcej tego rodzaju systemów się pojawia na drogach. W różnego rodzaju samochodach dostępne są m.in. aktywne tempomaty, asystent pasa ruchu, różnego rodzaju systemy typu AEB, czyli aktywne hamowanie w korku czy bardziej zaawansowane na drogach szybkiego ruchu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Arkadiusz Matysiak z Centrum Telematyki Transportu Instytutu Transportu Samochodowego.

Ludzie mają trudności z nadzorowaniem systemów, które rzadko zawodzą. Ludzki mózg poszukuje stymulacji, a jeśli jej nie otrzyma, znajdzie zastępstwo. Im bardziej system, który kierowca będzie musiał nadzorować, będzie niezawodny, tym mniejsze skupienie uwagi kierowcy. Badania prowadzone przez prof. Mary Cummings z Duke University dowodzą, że osoby prowadzące półautonomiczne pojazdy podejmują katastrofalne decyzje, a poleganie na człowieku, który miałby podjąć działanie w czasie krótszym niż kilkanaście sekund, doprowadzi do większej liczby wypadków.

– Było kilka przykładów, w których kierowcy niezbyt przykładali się do utrzymywania uwagi na drodze i kilka spektakularnych przypadków, które kończyły się powszechnymi w odbiorze dochodzeniami na amerykańskich i europejskich drogach. Celem naszego projektu jest zbadanie tzw. transferu kontroli, czyli momentu, w którym kierowca będzie musiał tę kontrolę oddawać albo z powrotem przejmować od pojazdu, kiedy pojazd wykryje, że sytuacja drogowa jest zbyt skomplikowana na to, żeby samemu poradzić sobie na drodze – tłumaczy Arkadiusz Matysiak.

Przyszłość z autonomicznymi samochodami na drogach jest jednak nieunikniona. Początkowo rynek zostanie zdominowany przez pojazdy półautonomiczne, potrafiące samodzielnie jeździć tylko w dobrych warunkach po dobrze oznakowanych drogach. Wraz z rozwojem technologicznym coraz większą część rynku będą zdobywały prawdziwie autonomiczne pojazdy.

Analitycy Boston Consulting Group przewidują, że do 2035 roku roczna sprzedaż w pełni autonomicznych pojazdów sięgnie 12 mln, a pojazdów półautonomicznych – 18 mln egzemplarzy. Zdaniem analityków Research and Markets średnioroczna wartość rynku samochodów autonomicznych będzie rosła o 39,6 proc., by w 2027 roku wynieść 126,8 mld dolarów.

– Autonomizacja transportu drogowego będzie niosła za sobą bardzo poważne skutki nie tylko jeśli chodzi o sam transport. Ona będzie oddziaływała na bardzo wiele obszarów zarówno gospodarki, jak i życia społecznego. W grę wejdzie zmiana myślenia o ubezpieczeniach, trzeba będzie pomyśleć o tym, kto będzie odpowiedzialny za wypadek, w momencie kiedy nie będziemy mieli kierowcy, a będziemy mieli operatora samochodu bądź nawet kogoś, kto porusza się tym samochodem, ale nie jest odpowiedzialny za to, w jaki sposób ten pojazd jedzie po drodze – zauważa ekspert.

W niektórych krajach trwają już prace nad objęciem ramami prawnymi autonomicznych samochodów. Prawodawcy muszą rozwiązać kwestie ubezpieczeń oraz odpowiedzialności za wykroczenia i wypadki. Wyzwaniem jest kwestia odpowiedzialności właściciela samochodu za wypadek spowodowany przez pojazd z nieaktualną wersją oprogramowania czy kwestia szybkości instalowania aktualizacji oprogramowania w samochodzie. Konieczne jest też określenie warunków, jakie muszą spełniać pojazdy, by zostać dopuszczone do ruchu.

– Zmiana będzie polegała na przejściu od modelu własnościowego, który w tym momencie jest powszechny, do modeli bardziej przypominających car sharing, samochody autonomiczne będą na to pozwalały z tego względu, że indywidualnie użytkowany samochód jest średnio użytkowany mniej więcej dwie godziny dziennie, natomiast samochód autonomiczny, który będzie mógł sam się poruszać, będzie mógł być cały czas w ruchu, w związku z tym będzie to mocno oddziaływało na zwiększenie mobilności wśród społeczeństwa, ale z prozaicznego punktu widzenia również na korki, które być może będą zniwelowane – twierdzi Arkadiusz Matysiak.

Przybywa nieruchomości wynajmowanych na krótki czas. Taki najem może dać zarobić więcej niż długoterminowy

Przybywa nieruchomości wynajmowanych na krótki czas. Taki najem może dać zarobić więcej niż długoterminowy 11

Krótkoterminowy wynajem lokali turystom może być znacznie bardziej opłacalny niż wynajem na dłuższy czas. Zwłaszcza że taka forma noclegu zyskuje na popularności. Najem krótkoterminowy sprawdzi się w największych miastach i kurortach turystycznych. Jest jednak zdecydowanie bardziej absorbujący niż wynajęcie mieszkania na kilka miesięcy czy nawet lat. Szybko rośnie też liczba apartamentów inwestycyjnych w systemie condohotelowym. To połączenie bloku mieszkalnego z funkcją hotelu, którym zwykle zarządza pośrednia firma. 

Wynajem krótkoterminowy jest alternatywą dla mieszkania w hotelu, czyli dla pobytów krótkoterminowych, gdy służbowo lub prywatnie udajemy się w inne miejsce. Zamiast zamawiać pokój w hotelu czy pensjonacie, wynajmujemy mieszkanie w bloku, apartamentowcu lub kamienicy, która jest przystosowana do krótkoterminowych pobytów. Osoby, które korzystają z najmu krótkoterminowego, mają dostępność do kuchni i większą prywatność, ale też mogą oszczędzić, jeżeli w większą liczbę osób zamieszkają w jednym mieszkaniu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agata Stradomska, manager ds. szkoleń i marketingu w RE/MAX Polska.

W Polsce przybywa osób, które decydują się na takie źródło przychodu, konkurencja jest więc silna. Rośnie jednak także popyt. Wiąże się to z coraz bardziej świadomym podróżowaniem. Wielu turystów zamiast wyjazdów z biurem podróży decyduje się na samodzielną organizację wakacji, a co za tym idzie – częściej szukają apartamentów, które są zwykle tańsze niż pokój w hotelu, a także dają większą swobodę.

Z takich opcji często korzystają turyści podczas city breaków, czyli krótkich wypadów do miast. W Polsce rośnie liczba turystów, dlatego przybywa osób, które inwestują w nieruchomości właśnie na najem krótkoterminowy dla tej grupy klientów. Z danych GUS wynika, że tylko w I połowie 2017 roku turystycznych obiektów noclegowych skorzystało 14,2 mln turystów (wzrost o 6,7 proc. w ciągu roku).

– Najem krótkoterminowy jest definiowany w dniach, czasami tygodniach. Pozwala więcej zarobić, natomiast trzeba wziąć pod uwagę, że kwestie organizacyjne i logistyczne zajmują więcej czasu. To sprawy związane z marketingiem, obsługą gości, przekazaniem kluczy, sprzątaniem czy drobnymi naprawami – tłumaczy Agata Stradomska. – Szacuje się, że mieszkanie w dobrej lokalizacji jest wynajmowane przez 40–60 proc. czasu, jest więc bardzo dużo wolnych okresów. Możemy zająć się najmem osobiście albo zlecić go firmie, która profesjonalnie tym zarządza, ale wówczas pomniejszamy nasze przychody o 20 proc. lub więcej.

Najem długoterminowy, choć przynosi nieco mniejsze zyski, jest pewniejszy. Z raportu „Property Index. Overview of European Residential Markets” przygotowanego przez Deloitte wynika, że zysk z wynajmu mieszkania w Warszawie w 2016 roku wyniósł średnio 6 proc., w Krakowie – 6,6 proc., w Łodzi – 7,2 proc., a we Wrocławiu – 7,4 proc. Ponadto osoby szukające mieszkania na dłuższy okres są mniej wymagające jeśli chodzi o warunki. Najczęściej liczy się atrakcyjna cena i lokalizacja. Mniejszą wagę przywiązują za to do wyposażenia, a często sami decydują się na zakup niektórych sprzętów. Przy najmie krótkoterminowym liczy się dobra lokalizacja, bliskość do atrakcji turystycznych, ale i sam wygląd mieszkania.

Najem krótkoterminowy będzie ciekawą alternatywą w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu czy Gdańsku, natomiast w mniejszych miejscowościach albo na obrzeżach miast nie będzie zbyt wielu chętnych – przekonuje ekspertka.

Według danych serwisu Accommodation dzienne ceny wynajmu od prywatnych osób w Warszawie sięgają od 150 zł do 5 tys. zł za apartament, od 100 zł do 1,5 tys. zł za mieszkanie i od 40 zł do 550 zł za pokój. Najtaniej jest w Gdańsku, gdzie za apartament trzeba zapłacić od 100 zł do 1 tys. zł, od 30 zł do 800 zł za mieszkanie, natomiast za pokój maksymalnie 200 zł. Ceny rosną jednak w zależności od terminu, np. w sezonie, w okolicy sylwestra, organizowanych w pobliżu miast imprez masowych lub ważnych wydarzeń.

Wynajem krótkoterminowy, choć bardziej absorbujący, przy odpowiednim zarządzaniu może przynieść znacznie większy zysk niż dłuższy najem.

Mieszkanie w Warszawie można wynająć już od 150 zł za dobę, natomiast przeciętne mieszkanie dla 2–4 osób, będzie dostępne za 200–400 złotych za dobę. Gdybyśmy przeliczyli takie mieszkanie na wynajem długoterminowy, to miesięcznie moglibyśmy pobrać 2,5–2,7 tys. zł – wskazuje ekspertka RE/MAX Polska.

Dobrym rozwiązaniem może być też zakup mieszkania w condohotelu, czyli inwestycji, która łączy blok mieszkalny z hotelem. Wybór odpowiedniej lokalizacji może zagwarantować odpowiednie obłożenie i zyski przez cały rok.

Często najem krótkoterminowy to nowe inwestycje, gdzie wręcz całe piętro jest przeznaczone na wynajem krótkoterminowy, a zarządza tym lokalna firma, która opiekuje się wszystkimi mieszkaniami – mówi Agata Stradomska.

Na leczenie nowotworów piersi przeznacza się w Polsce prawie 500 mln zł. Tylko niewielka ich część trafia na leczenie zaawansowanego nowotworu

Na leczenie nowotworów piersi przeznacza się w Polsce prawie 500 mln zł. Tylko niewielka ich część trafia na leczenie zaawansowanego nowotworu 12

W Polsce rak piersi odpowiada za blisko 22 proc. zachorowań na nowotwory wśród kobiet. Rocznie 17 tys. pacjentek poddawanych jest leczeniu, często bardzo inwazyjnemu, a 6 tys. z nich umiera. W skali roku na leczenie raka piersi z budżetu państwa wydaje się prawie 500 mln zł – wynika z raportu „Zalecenia dla polityki państwa w zakresie zaawansowanego raka piersi”, który powstał na zlecenie Fundacji „Żyjmy Zdrowo”. Choć rośnie liczba terapii i leków, to pacjentki z zaawansowaną postacią tej choroby nie doczekały się jeszcze refundacji nowych metod leczenia.

W Polsce rak piersi do postaci zaawansowanej rozwija się u ok. 30 proc. chorych. U 5–10 proc. rozpoznawany jest, gdy choroba daje już przerzuty do innych organów. Taka diagnoza nie musi jednak być wyrokiem śmierci. Dzięki szybkiej diagnostyce i nowoczesnym terapiom rak coraz częściej jest chorobą przewlekłą.

 Leczenie nowoczesne to leczenie oparte na charakterystyce genetycznej, molekularnej, leczenie nie na oślep, nie nalot dywanowy, ale skoncentrowane na tym, co odpowiada za nowotwór – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Maciej Krzakowski, konsultant krajowy ds. onkologii klinicznej.

W przypadku raka piersi sposób leczenia zależy od stopnia zaawansowania choroby, przerzutów, wyników badań molekularnych czy wieku pacjentki. W onkologii coraz częściej stosuje się wielodyscyplinarne leczenie skojarzone, w tym także leczenie miejscowe.

Rocznie na leczenie chorych na raka piersi w Polsce wydaje się 500 mln zł, jednak tylko niewielka część tych pieniędzy zostaje przeznaczona na leczenie zaawansowanego nowotworu. Większość pacjentek wciąż czeka na refundację nowoczesnych terapii, zwłaszcza chore z hormonozależnym HER2-ujemnym typem raka piersi, który – według American Society of Clinical Oncology – stanowi  ok. 75 proc. wszystkich nowotworów piersi. W Polsce chore na ten nowotwór mogą liczyć tylko na leczenie paliatywne, choć jak pokazuje doświadczenie innych krajów, są już leki, które pozwalają skutecznie walczyć z tą chorobą.

Pierwsze leki ukierunkowane na cele molekularne zaczęto stosować na przełomie XX i XXI wieku, dotyczy to również raka piersi. Przykładem jest leczenie anty-HER2. Kiedyś najgorzej rokująca grupa nowotworów teraz już taką nie jest. Leki anty-HER2 można stosować w leczeniu uzupełniającym adjuwantowym, pooperacyjnym czy paliatywnym. W każdym przypadku powodują one zasadniczą zmianę rokowania – podkreśla prof. Maciej Krzakowski.

W obecnym programie lekowym dla osób chorych na zaawansowanego raka piersi dostępne są trzy leki, jednak dla pacjentek z receptorami HER2 dodatnimi. Został też złożony jeden wniosek o objęcie refundacją dla pacjentek z hormonozależnym HER2 ujemnym typem nowotworu.

Raport „Zalecenia dla polityki państwa w zakresie zaawansowanego raka piersi”, przygotowany przez Instytut Ochrony Zdrowia na zlecenie Fundacji „Żyjmy Zdrowo”, wskazuje, że do 2025 roku mediana czasu przeżycia chorych na zaawansowanego raka piersi powinna się podwoić do min. 4 lat. Lepsza ma być też m.in. opieka nad chorymi obejmująca nie tylko leczenie, lecz także wsparcie psychologiczne.

W Ministerstwie Zdrowia trwają prace nad stworzeniem tzw. Breast Cancer Unitów, czyli wyspecjalizowanych ośrodków, które kompleksowo będą leczyć raka piersi, od radioterapii i chemioterapii po rehabilitację i pomoc psychologiczną. To będą wyspecjalizowane ośrodki, gdzie kobieta chora na raka piersi otrzyma kompleksową opiekę i pomoc. Oprócz tego staramy się na listę leków refundowanych wciągnąć jak najwięcej leków, dzięki którym leczenie raka piersi będzie jeszcze bardziej skuteczne i mniej inwazyjne – podkreśla Katarzyna Głowala, wiceminister zdrowia.

Zgodnie z rekomendacją UE każdy kraj członkowski powinien stworzyć sieć wyspecjalizowanych placówek Breast Cancer Unit. Ich funkcjonowanie w znacznym stopniu wpływa na czas przeżycia pacjentów i zwiększa komfort ich życia. Taką sieć zamierza stworzyć także Polska. Obecnie działają trzy takie placówki: w Kielcach, Szczecinie i Krakowie. Zgodnie z unijnymi zaleceniami powinno być ich jednak około siedemdziesiąt, czyli jedna na pół miliona osób.

– Pierwszy krok już uczyniliśmy. W związku ze specustawą zdobyliśmy pieniądze na wyposażenie szesnastu Breast Cancer Unitów w sprzęt potrzebny do leczenia. Myślę, że niedługo zostanie wykonany kolejny krok – zapowiada Katarzyna Głowala.

Leczenie raka piersi w wyspecjalizowanych centrach ma obejmować diagnostykę wstępną i pogłębioną, leczenie chirurgiczne, radioterapię, brachyterapię czy chirurgię plastyczną. Pacjentki będą też mieć zapewnioną rehabilitację wtórną, a stan ich zdrowia będzie monitorowany przez pięć lat po zakończeniu leczenia. Resort zdrowia zapowiada, że podobne centra zostaną stworzone także dla pacjentów z innymi nowotworami.

Statystycznie każdego dnia raka piersi diagnozuje się u czterdziestu siedmiu kobiet. Według prognoz w 2025 roku liczba zachorowań na raka piersi będzie o połowę wyższa niż jeszcze kilkanaście lat temu. Problemem chorych często jest wykluczenie społeczne – nie pracują, czują się niepotrzebne. Dlatego autorzy raportu „Zalecenia dla polityki państwa w zakresie zaawansowanego raka piersi” podkreślają znaczenie prawa do zatrudnienia pacjentów z zaawansowanym rakiem piersi. Obecnie koszty związane z nieobecnością w pracy pacjentek chorych na raka piersi szacuje się na blisko 527 mln zł (przy 360 mln zł w 2010 roku).

– Chore to w pełni wartościowe kobiety, które pracując, funkcjonując w społeczeństwie, w rodzinach dużo z siebie dają i są pożyteczne dla społeczeństwa. Oczywiście wymagają leczenia, ale też zrozumienia, pewnej elastyczności w zakresie obowiązków zawodowych. Nie należy ich skazywać na ostracyzm, na bycie po prostu chorymi – one są wśród nas i należy im to umożliwić – podkreśla Elżbieta Senkus-Konefka, onkolog kliniczny z Katedry i Kliniki Onkologii i Radioterapii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Boeing: Polski przemysł lotniczy ważnym partnerem dla koncernów zbrojeniowych. Wśród największych zalet wykwalifikowani pracownicy i terminowość dostaw

Boeing: Polski przemysł lotniczy ważnym partnerem dla koncernów zbrojeniowych. Wśród największych zalet wykwalifikowani pracownicy i terminowość dostaw 13

Boeing Defense, Space & Security, jedna z trzech największych firm zbrojeniowych na świecie chce zacieśniać współpracę z polskimi firmami z przemysłu obronnego i lotniczego. Ma ona dotyczyć nie tylko lotnictwa, lecz także systemów kosmicznych i satelitarnych. Wśród największych zalet krajowego przemysłu są zaangażowani i wykwalifikowani pracownicy oraz terminowość dostaw. Polskie firmy powinny się skoncentrować na długoterminowym wsparciu serwisowym dostarczanego przez siebie sprzętu – przekonuje Gene Cunningham z Boeing Defense, Space & Security.

Jak podaje Ministerstwo Obrony Narodowej, zgodnie ze Strategicznym Przeglądem Obronnym konieczność modernizacji polskiej armii będzie w ciągu 14 lat wymagać ponad 550 mld zł. Polskie wojsko chce wymienić przestarzałe uzbrojenie, które w dużej mierze pochodzi jeszcze z lat 60. Zapowiadanymi przez MON przetargami interesują się największe światowe koncerny, wśród nich jest Boeing Defense, Space & Security.

Na przestrzeni ostatnich trzech lat poświęciliśmy wiele czasu na spotkania ze spółkami z Polskiej Grupy Zbrojeniowej i innymi przedsiębiorstwami polskiego przemysłu obronnego i lotniczego w związku z możliwościami współpracy dotyczącymi produkcji na potrzeby wojska i nie tylko. Widzimy wiele szans na tego rodzaju współpracę, tym bardziej że wiele polskich przedsiębiorstw uzyskało odpowiednie dopuszczenia, certyfikaty, które zapewniają im współpracę z najlepszymi w branży – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Gene Cunningham, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w Boeing Defense, Space & Security.

W 2016 roku firma podpisała z Polską Grupą Zbrojeniową list intencyjny w sprawie nawiązania współpracy w ramach przedsięwzięć dotyczących m.in. projektowania i produkcji. PGZ i Boeing rozwijają możliwości biznesowe obejmujące integrację systemów łączności, broni, wsparcie długoterminowe, szkolenia lotnicze, rozwój badań i technologii oraz łańcucha dostaw.

Polski przemysł lotniczy ma duży potencjał. Potrzebne są pewne udoskonalenia stanu istniejącego, jeśli chodzi o procesy zarządzania, o procesy specjalne stosowane w tym przemyśle. Należy jednak pochwalić polski przemysł obronny za zaangażowanych i wysoko wykwalifikowanych pracowników oraz terminowość dostaw, co wcale nie jest powszechne w skali globalnej – wskazuje Gene Cunningham.

W opinii eksperta polski przemysł lotniczy ma duże możliwości rozwoju, od projektowania po wsparcie eksploatacyjne dostarczanego sprzętu. To właśnie na długoterminowe wsparcie powinny postawić jego zdaniem krajowe firmy, zwłaszcza w świetle kosztów, jakie ono generuje.

Obecnie 30–35 proc. kosztów pozyskania sprzętu lotniczego to koszt prac projektowych i koszt zakupu, a cała reszta to wsparcie eksploatacji sprzętu. Dlatego polski przemysł lotniczy i obronny powinny się koncentrować na rozwoju w zakresie długoterminowego wsparcia eksploatacyjnego dostarczanego przez siebie sprzętu zarówno dla polskich sił zbrojnych, jak i dla sił zbrojnych innych krajów – przekonuje przedstawiciel Boeing Defense, Space & Security.

Współpraca PGZ z amerykańskim gigantem ma dotyczyć m.in. śmigłowców szturmowych AH-64 Apache, ciężkiego śmigłowca transportowego CH-47 Chinook, zmiennopłata wielozadaniowego V-22 Osprey, wywiadu lotniczego, programów obserwacji oraz rozpoznania, ale i systemów kosmicznych i satelitarnych.

Boeing jest firmą o bardzo zróżnicowanej gamie produktów, od różnego rodzaju małych urządzeń po największe samoloty, w tym również po urządzenia z zakresu techniki kosmicznej. Możliwości współpracy są ogromne, podobnie jak korzyści, które mogą wypływać z tej współpracy. Polski przemysł lotniczy powinien zrozumieć, jakie są możliwości włączenia się w łańcuch zaopatrzenia Boeinga, jakie są najkorzystniejsze dla niego obszary współpracy, a tych obszarów jest bardzo wiele ze względu na kompleksowość produkcji tego koncernu – zaznacza Gene Cunningham.