Kurs funta poniżej 5 zł

Marcin Kiepas, analityk rynków finansowych
Marcin Kiepas

Piątkowe decyzje agencji ratingowych nie mają większego przełożenia na notowania złotego. Dużo więcej emocji budzą obecnie spekulacje ws. BREXIT-u oraz oczekiwanie na publikowaną w tym tygodniu serię danych makroekonomicznych z polskiej gospodarki.

W poniedziałek złoty umacnia się do euro i szwajcarskiego franka oraz wyraźnie do brytyjskiego funta, jednocześnie tracąc do dolara. O godzinie 12:54 kurs EUR/PLN testował poziom 4,3750 zł, CHF/PLN 4,0790 zł, GBP/PLN 4,98 zł, a USD/PLN 4,1290 zł.

Istotnego przełożenia na notowania nie mają piątkowe decyzje agencji ws. ratingów Polski. Fitch, zgodnie z tym czego powszechnie oczekiwano, podtrzymał rating na poziomie A- z perspektywą stabilną, tnąc jednocześnie prognozę dynamiki polskiego PKB do 3% w tym roku i 3,2% w roku 2018 z odpowiednio 3,2% i 3,3% szacowanych jeszcze w październiku. Moody’s natomiast nie zaktualizował ratingu. Kolejny przegląd ratingu przez Moody’s zaplanowany jest na 12 maja, a przez Fitch na 7 lipca br.

W poniedziałek wśród polskich par wyróżnia się GBP/PLN. Notowania funta spadają o 4 gr w stosunku do zamknięcia poprzedniego tygodnia, tym samym przełamując barierę 5 zł. To reakcja na globalną przecenę funta, jaka ma miejsce na fali medialnych spekulacji, że podczas wtorkowego wystąpienia premier Wielkiej Brytanii Theresa May, które ma przedstawić priorytety negocjacji ws. BREXIT-u, opowie się za tzw. twardym BREXIT-em.

W kolejnych godzinach handel na złotym, ale też na wielu innych walutach, może przebiegać pod znakiem spokojnego handlu. Dzień wolny w USA, gdzie świętowany jest Dzień Martina Luthera Kinga, a także brak ważnych publikacji makroekonomicznych z innych dużych gospodarek, będzie bowiem wpływał na ograniczenie zmienności.

We wtorek, oprócz wspomnianego wystąpienia brytyjskiej premier, w centrum uwagi globalnych rynków znajdzie się jeszcze publikacja indeksu instytutu ZEW dla Niemiec, a także na dobre wystartuje sezon publikacji wyników na Wall Street oraz rozpocznie się Światowe Forum Ekonomiczne w Davos.

W środę uwaga rynków będzie koncentrować się tylko i wyłącznie na doniesieniach z USA, gdzie zostaną opublikowane raporty nt. inflacji konsumenckiej, produkcji przemysłowej oraz Beżowa Księga, czyli raport o stanie amerykańskiej gospodarki.

Tematem numer jeden w czwartek będzie posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego (ECB), który wprawdzie nie zmieni polityki monetarnej, ale interesujące będą komentarze Mario Draghiego do ostatnich lepszych danych z Europy. W tym głównie do obserwowanego w końcówce roku przyspieszenia inflacji.

Finał tygodnia stanowić będą zaś publikowane w piątek dane nt. dynamiki chińskiego PKB za IV kwartał 2016 roku oraz zaplanowane na ten sam dzień zaprzysiężenie Donalda Trumpa na prezydenta USA.

Dziś istotnego wpływu na notowania złotego nie będą miały publikowane o godzinie 14:00 dane nt. inflacji bazowej w Polsce (prognoza: 0,0% R/R). Rozpoczynający się tydzień będzie jednakże obfitował w publikacje z rodzimej gospodarki, a część z nich może determinować wahania polskiej waluty. I tak w środę zostaną opublikowane dane o płacach i zatrudnieniu w przedsiębiorstwach w grudniu. Dzień później światło dzienne ujrzą, również grudniowe, raporty o produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej i cenach produkcji. W piątek zaś zostaną opublikowane styczniowe dane o koniunkturze konsumenckiej i gospodarczej w Polsce.

Marcin Kiepas, niezależny analityk 

Internet Rzeczy pomoże w walce ze smogiem

Technologia może skutecznie wesprzeć proces tworzenia mapy zanieczyszczeń powietrza w Polsce – twierdzi Maciej Kocięcki, dyrektor rozwoju IoT w Orange Polska. Zdaniem eksperta w walce ze smogiem przydatne mogą okazać się inteligentne sensory montowane np. na latarniach miejskich. Pozyskiwane w ten sposób dane dostarczą wiarygodnych informacji o jakości powietrza  i ułatwią lokalizowanie źródeł zanieczyszczeń.

To tańsza alternatywa do budowania nowych stacji pomiarowych. Nie są w stanie ich całkiem zastąpić, ale są szansą dla tych gmin, które chcą badać jakość powietrza w swoim regionie, a nie stać ich na inwestycje we własną stację.

Dziś wiedzę o jakości powietrza czerpiemy z konkretnych miejsc, gdzie zostały umieszczone stacje badawcze. To stanowczo za mało, aby stworzyć wiarygodną mapę zanieczyszczeń Polski. Brakuje nam wiedzy obszarowej, którą mogą dostarczyć inteligentne czujniki, bazujące na technologii Internetu Rzeczy – mówi Maciej Kocięcki.

Zdalnie zarządzane sensory mają pełnić nie tylko funkcję informacyjną, ale też weryfikacyjną. Można je wykorzystywać do lokalizowania miejsc, które są największym generatorem pyłów i metali ciężkich.

Jeśli pozyskane informacje połączymy z danymi pogodowymi jak siła wiatru, temperatura czy ciśnienie, jesteśmy w stanie w zależności od rozmieszczenia czujników, wykazać, gdzie znajduje się główne źródło zanieczyszczenia – dodaje ekspert z Orange Polska.

W ostatnim czasie w wielu miastach Polski normy jakości powietrza zostały przekroczone nawet o kilkaset procent.  Rząd ogłosił rozpoczęcie prac nad projektem, który ma polepszyć sytuacje. Niektóry samorządy już przygotowują uchwały antysmogowe. Nowoczesne technologie mogą być dodatkowym narzędziem w walce o zdrowie obywateli.

Gdzie Polacy bedą podróżować w 2017 roku

Polacy coraz chętniej decydują się na poznawanie egzotycznych krajów. Dziś nikogo nie dziwi wybór Japonii, Wietnamu czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich na wakacyjny wypoczynek czy jesienną bądź zimową wycieczkę. Chociaż Polacy wciąż uwielbiają znaną im doskonale Grecję i Chorwację, w tym roku jeszcze większą popularność zyskają odległe destynacje. Gdzie najchętniej polecimy w 2017 roku?

Co ważne, nie tylko Polacy coraz chętniej podróżują do odległych krajów, lecz także z roku na rok rośnie liczba turystów odwiedzających Polskę. Do kraju nad Wisłą najchętniej przyjeżdżali w ostatnim czasie: Niemcy, Hiszpanie, Włosi, Brytyjczycy i Japończycy.

Sieć hoteli AccorHotels przygotowała zestawienie 6 kierunków, które będą cieszyć się w tym roku największym powodzeniem.  

NorwegiaNorwegia – białe noce i malownicze widoki  

Do Norwegii warto udać się latem, aby podziwiać niezachodzące przez całą noc słońce, imponujące widoki i połączenie zielonych lasów z błękitem fiordów. Polacy coraz częściej za cel podróży wybierają kraje skandynawskie, największy entuzjazm wzbudza zaś Norwegia. Dzika przyroda, białe noce, zorza polarna, szereg atrakcji turystycznych, muzea oraz imponująca architektura – taka kombinacja spodoba się zarówno miłośnikom przyrody, jak i osobom doceniającym miejskie życie.

KubaCzym kusi Kuba?

Wycieczki na Kubę zyskują popularność nie tylko ze względu na atrakcyjne ceny biletów lotniczych, lecz także przez wzgląd na średnią roczną temperaturę, która wynosi około 25 stopni Celsjusza. W 2016 roku zainteresowanie tym kierunkiem wzrosło niemal dwukrotnie, natomiast w 2017 roku Kuba będzie jednym z najchętniej wybieranych egzotycznych punktów wakacyjnych. Roztańczona w rytm salsy Hawana, cudowne uliczki, zamki, kościoły, pyszna lokalna kuchnia, cygara, słynny na całym świecie napój, czyli rum z colą – to tylko najbardziej znane atrakcje przyciągające Polaków na Kubę.

IslandiaIslandia – modny kierunek dla miłośników podróży  

Polacy chętnie odkrywają uroki Islandii, dotychczas uchodzącej za nieco mroczną wyspę. Malownicze zdjęcia islandzkiej przyrody oraz ułatwiona podróż z Trójmiasta sprawiły, że już w 2016 roku chętnie odwiedzaliśmy Islandię. To doskonały kierunek przede wszystkim dla osób ceniących piesze wędrówki z plecakiem, imponujące widoki i dziką przyrodę. Gejzery, jeziora, wodospady, klimatyczne rybackie miejscowości, kaniony, domki pokryte trawą i miejsca, których nie ma w tradycyjnych przewodnikach, rzeczywiście robią ogromne wrażenie. Nie brakuje osób ogłaszających Islandię istnym rajem na ziemi.

GruzjaGruzja – chaczapuri, chinkali i wyśmienite wina

Zainteresowanie wycieczkami do Gruzji jest niezmiennie ogromne. Od blisko trzech lat to jeden z ulubionych kierunków polskich turystów – zarówno tych, którzy uwielbiają podróże z plecakiem, jak i miłośników miejskich spacerów. Południowy Kaukaz również w 2017 roku będzie cieszył się sporym powodzeniem. Polacy wybierają tę destynację na długie weekendy i wakacje, a część z nich wraca do kraju wina i róż co roku. Gościnność Gruzinów, doskonała kuchnia i bogata historia przyciągają do tego kraju tysiące turystów również poza sezonem.

DubajZjednoczone Emiraty Arabskie – bajeczne bogactwo  

Jeszcze niedawno wycieczki do Nowego Jorku, Sydney czy serca Zjednoczonych Emiratów Arabskich, czyli Dubaju, wydawały się nieosiągalne. W tym roku – między innymi ze względu na atrakcyjne ceny przelotów – Dubaj stanie się jednym z najczęściej wybieranych przez Polaków wakacyjnych kierunków. Bajeczne bogactwo i przepych miasta, imponujące centra handlowe i błękit morza, siedem różnorodnych emiratów, raj dla zakupoholików i miłośników architektury… To wszystko sprawia, że każdy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich znajdzie coś dla siebie.

TajlandiaTajlandia, czyli… raj

Tajlandia to jeden z najpopularniejszych kierunków wśród tych, którzy wakacje planują jesienią lub zimą. Tętniący życiem azjatycki kraj ma do zaoferowania naprawdę wiele: rajskie plaże, doskonałą kuchnię, łatwość podróżowania i imponujące zabytki. Punktem obowiązkowym wycieczki do Tajlandii jest oczywiście Bangkok, imponująca północna część kraju i rajskie plaże na południu. Na tajlandzką wyprawę warto przeznaczyć przynajmniej dwa tygodnie i dobrze się do niej przygotować. W ostatnim kwartale 2016 roku Tajlandia była jednym z najczęściej wybieranych przez polskich turystów egzotycznych kierunków. Co więcej, w 2017 roku do Azji najpewniej wybierze się o wiele więcej osób z kraju nad Wisłą.

Zestawienie zostało przygotowane przez sieć hoteli AccorHotels.

Badanie: Jak Polacy oceniają rok 2016

Ranking osobistych sukcesów Polaków w 2016 r. wygrały osiągnięcia w życiu zawodowym. Wśród sukcesów finansowych – górą oszczędzanie, które wyprzedziło m.in. podwyżkę wynagrodzenia i premię. Z poczuciem odniesionego sukcesu zakończyło miniony rok dwie trzecie Polaków – wynika z badania „Sukcesy i porażki Polaków 2016 r.”, wykonanego na zlecenie BIG InfoMonitor i BIK.

W badaniu „Sukcesy i porażki Polaków 2016 r.”*, przeprowadzonym przez Instytut ARC Rynek i Opinia na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK, spytaliśmy rodaków czy odnieśli w zeszłym roku jakiś sukces, również w obszarze finansów. Okazało się, że zdecydowanie największą satysfakcję w 2016 r. sprawiły Polakom osiągnięcia związane z pracą zawodową, na drugim miejscu znalazły się sukcesy w życiu prywatnym, a na trzecim osiągnięcia edukacyjne. Kolejnymi źródłami sukcesu były styl życia oraz realizacja poważnych życiowych wydatków. Badanie pokazało też, że wysoko cenimy sobie zdrowie.

Sukcesy i porażki Polaków 2016 r

Zmiana pracy to jest to

Na pytanie: „Co uznałbyś za największy osobisty sukces 2016 r.?” – największa grupa badanych, aż 7 proc., wymieniła znalezienie nowej pracy, kolejnych 5 proc. sukcesy zawodowe w dotychczasowym miejscu zatrudnienia, a 3 proc. posiadanie satysfakcjonującej i przynoszącej dochód pracy. Takim opiniom wyjątkowo sprzyjała sytuacja na rynku pracy, bezrobocie w ciągu roku spadło z 10,3 proc. do 8,3 proc. do granic najniższych od 25 lat, w górę poszła płaca minimalna oraz przeciętne wynagrodzenia w przedsiębiorstwach. Co setny badany (1 proc.) przywołał również na liście sukcesów założenie w 2016 r. własnej firmy. W efekcie w czołówce Polaków odczuwających, że udało się w zeszłym roku odnieść sukces są osoby wiążące go z życiem zawodowym, łącznie 16 proc., czyli co szósty ankietowany.

Najbardziej ucieszyły narodziny dziecka, ale również pokonanie choroby i utrata wagi

Lista powodów do odczuwania dumy z dokonań w minionym roku nie ogranicza się jednak do pracy. W otwartym pytaniu, w którym badani sami wymieniali osiągnięte sukcesy, liczne są także wydarzenia z życia prywatnego. Wysoko z 4 proc. udziałem w ogólnej licznie wskazań znalazły się narodziny dziecka, 3 proc. zdobyło posiadanie rodziny, 2 proc. znalezienie idealnego partnera, a 1 proc. zawarcie związku małżeńskiego. Razem 10 proc. wskazań.

Kolejnym ważnym punktem – budującym poczucie sukcesu jest też wykształcenie – osiągnięcia naukowe, zdanie matury, rozpoczęcie studiów, ich ukończenie, przejście rozwijających szkoleń czy kursów. Na ten element wskazało 6 proc. ankietowanych, a kolejne 2 proc. było z siebie dumnych po tym jak udało im się zdobyć prawo jazdy.

Znaczącym źródłem sukcesu jest również możliwość prowadzenia pożądanego stylu życia: podróżowanie, uprawienie hobby z sukcesami i możliwość życia „po swojemu”, łącznie elementy te dały 7 proc. wskazań.

Jak wynika z badań, satysfakcjonującą sprawą jest także dla wielu umiejętność zrealizowania znaczących wydatków wiążących się z poważnymi życiowymi decyzjami. Jak np. zakup mieszkania i budowa domu (łącznie 1 proc.), zakup samochodu – 2 proc., remont posiadanego lokum (2 proc.) oraz przeprowadzka (1 proc.). Są to wydarzenia, które mądrze przeprowadzone potrafią dać mnóstwo zadowolenia.

Ostatnia kategoria sukcesów to sukcesy związane ze zdrowiem. Zdobyły całkiem sporo, bo 4 proc. głosów ankietowanych. Polacy wymienili tu w pierwszej kolejności – pokonanie choroby, następnie – sukcesy w odchudzaniu, posiadanie dobrego stanu zdrowia oraz wyjście z nałogu.

Co trzeci Polak bez osiągnięć w minionym roku

Jedna trzecia Polaków podsumowując 2016 r. nie ma jednak się czym pochwalić – wynika z badania BIG InfoMonitor i BIK. 16 proc. ma kłopot aby cokolwiek sobie przypomnieć, a 18 proc. mówi wprost, że żadne sukcesy w 2016 r. im się nie zdarzyły. Albo więc nie udało im się z powodzeniem zrealizować planów, albo nie postawili sobie żadnych celów, których osiągnięcie przyniosłaby satysfakcję.

Badanie pokazało, że szczególnie trudno coś pozytywnego przytoczyć osobom pomiędzy 55 a 65 rokiem życia. W tej grupie wiekowej niemal połowa (49 proc.) ankietowanych podsumowując 2016 r. nie wymienia słowa sukces. Po przeciwnej stronie jest grupa 18-24 latków, w której poczucie odniesionego sukcesu ma aż trzy czwarte ankietowanych.

Co oczywiste osiągane sukcesy to w dużym stopniu zależą od etapu życiowego. 25-39 latkowie dominują wśród deklarujących powodzenie w znalezieniu nowej pracy i czerpiących radość z narodzin dziecka. Osiągnięcia związane z edukacją w głównej mierze są udziałem 18-24 latków. 18-24 latkowie jednocześnie na równi z 40-54 latkami wysoko oceniają posiadanie satysfakcjonującej przynoszącej dochód pracy jak i zadowolenie z posiadanego hobby. Kategoria wiekowa od 55 do 65 lat najbardziej zauważalna jest gdy przywoływana jest satysfakcja z podróżowania.

Człowiek sukcesu potrafi oszczędzać

Co może zaskakiwać, w dzisiejszej konsumpcyjnejrzeczywistości, na liście 20. najczęściej wymienianych źródeł sukcesu nie ma wprost mowy o pieniądzach. Bo sukces finansowy i sukces w ogóle to dla 78 proc. Polaków zupełnie co innego – wynika z badania Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK. Gdy już pojawia się mowa o sukcesie finansowym w 2016 r., bezapelacyjnie na 1. pozycję wysuwa się oszczędzanie. „Udało mi się oszczędzić!” stwierdziło z radością 35 proc. ankietowanych.

finansowe sukcesy Polaków 2016 rok

 

Na kolejną pozycję listy sukcesów finansowych trafiło zadowolenie wynikające z wyższych niż oczekiwane zarobków – 26 proc. O sukcesie w postaci podwyżki wspomina 18 proc. badanych, o wygranej nagrodzie 17 proc. Jest też radość z udanych inwestycji i korzystnych transakcji oraz otrzymanej premii.

Tak jak za wyczyn Polacy poczytują oszczędzanie, tak brak oszczędności równa się finansowej porażce, taką opinię ma po 2016 r. aż 26 proc. respondentów, kolejnych 19 proc. ze smutkiem stwierdza, że oszczędziło mniej niż planowało również poczytując to sobie za klęskę. Trzecim punktem rankingu porażek finansowych 2016 r. jest dokonanie zakupu po zawyżonej cenie – 16 proc. oraz znów kłopoty z oszczędnościami, a konkretnie konieczność ich uszczuplenia – 14 proc. Po 13 proc. wskazań zdobyły też kłopoty ze spłatą kredytu oraz niższe od oczekiwanych zarobki. Dla co dziesiątej osoby dotkliwy okazał się brak podwyżki, a dla co dwunastej brak premii.

finansowe porażki Polaków 2016 rok

Bilans sukcesów i porażek finansowych minionego roku wychodzi jednak zdecydowanie na plus. Więcej jest osób, którym udało się zaoszczędzić, zarobić ponad oczekiwania, otrzymać podwyżkę i premię niż tych którym się tych celów osiągnąć nie udało.

Optymistyczny jest również fakt, że z poczuciem spełnienia, przynajmniej w jednym z kilku ważnych obszarów życia, przeszło z 2016 r. do 2017 r. dwóch na trzech rodaków.

*Badanie ARC Rynek i Opinia wykonane metodą Computer Assisted Web Interview, na panelu internetowym, na reprezentatywnej próbie Polaków w wieku od 18 do 65 roku życia, N= 1000, grudzień 2016 r.

Na zimowy urlop wyjedzie niecałe 20 proc. Polaków

Podczas ferii będziemy wypoczywać przede wszystkim w kraju. Jedynie 35 proc. wyjeżdżających Polaków uda się za granicę. Zdecydowana większość przedstawicieli tej grupy (niemal 80 proc.) zamierza ubezpieczyć się z tytułu zagranicznej podróży.

Jak wynika z badania Diners Club, w tegorocznym sezonie zimowym na urlop wyjedzie niecałe 20 proc. Polaków. Ci, którzy się na to zdecydują, będą wypoczywać przede wszystkim w kraju. Spośród wyjeżdżających tylko 35 proc. zaplanowało urlop za granicą – przy czym zdecydowana większość jako destynację wybierze jedno z państw członkowskich Unii Europejskiej. Poza Europę uda się tylko niecałe 5 proc. ogółu wyjeżdżających.

Czy planuje Pan/Pani wyjazd na urlop w sezonie zimowym?ferie 2017

Polacy częściej wyjeżdżają latem niż zimą. Letni wakacyjny urlop poza miejscem zamieszkania planowało około 60 proc. badanych, a więc trzy razy więcej niż w sezonie zimowym. Jeśli już decydujemy się na wyjazd świąteczny czy ferie zimowe, to wybieramy przede wszystkim krajowe ośrodki. Z badania Diners Club wynika, że tej zimy w Polsce wypoczywać będzie 65 proc. urlopowiczów. W wakacje odsetek osób udających się wyłącznie na wyjazdy krajowe był mniejszy i wynosił 37 proc. – mówi Katarzyna Fatyga, prezes Diners Club Polska.

Jak zamierza Pan/Pani spędzić urlop zimowy?

plany na ferie 2017

W podróż w zimę wybiorą się przede wszystkim ludzie młodzi (deklaruje to co trzecia osoba między 18 a 34 rokiem życia). Również w tej grupie wiekowej jest największy odsetek osób, które spędzą urlop za granicą (ponad 44 proc.). Najmniej zimowych wyjazdów planują seniorzy (osoby po 65 roku życia) – tylko 8 proc. W dalsze podróże – poza Europę – udadzą się jedynie reprezentanci grup wiekowych 45-54 i 55-64 lata.

Jak zamierza Pan/Pani spędzić zimowy urlop?

analiza ferie 2017

Zimą bardziej przezorni

Niemal 80 proc. Polaków planujących w nadchodzącym sezonie zimowym zagraniczną podróż zamierza ubezpieczyć się z tego tytułu. To o 15 punktów procentowych więcej niż latem, kiedy ubezpieczenie zagranicznej podróży planowało wykupić tylko 65 proc. badanych. Bez względu na porę roku, dla około 10 proc. Polaków na wyjeździe zagranicznym jedyną formą ubezpieczenia jest karta EKUZ (Europejska Karta Ubezpieczenia Zagranicznego). Bez żadnego zabezpieczenia na zimowe ferie wyjedzie niecałe 11 proc. Polaków, wobec 22 proc. latem.

O tej porze roku wyjeżdżamy przede wszystkim po to by uprawiać sporty zimowe. Ponieważ wiążą się one z urazami fizycznymi, rośnie świadomość potrzeby zapewnienia sobie i bliskim kompleksowej opieki w razie wypadku. Latem wielu z nas niestety stara się zaoszczędzić na ubezpieczeniu. To zrozumiałe, że wyjeżdżając niechętnie ponosimy dodatkowe wydatki, jednak rezygnując z ubezpieczenia możemy ściągnąć na siebie niespodziewane, wysokie koszty np. związane z leczeniem za granicą – mówi Katarzyna Fatyga z Diners Club.

W nadchodzącym sezonie zimowym z oferty ubezpieczyciela zamierza skorzystać ponad połowa osób wyjeżdżających za granicę (wobec 28 proc. latem). 17 proc. ankietowanych wykupi natomiast standardowe ubezpieczenie w biurze podróży. Z innej formy ubezpieczenia, np. zawartego w karcie kredytowej skorzysta 7 proc. respondentów.

 

– Zanim wykupimy dodatkową polisę upewnijmy się czy odpowiedniej ochrony nie zapewnia już ubezpieczenie zawarte w używanych przez nas produktach finansowych, np. kartach płatniczych. Na rynku są dostępne karty kredytowe, które zawierają kompleksowy pakiet ubezpieczenia podróży zagranicznej, obejmujący m.in. koszty leczenia, zakupu lekarstw i transportu do kraju. Warto również pamiętać, że standardowe ubezpieczenia oferowane przez biura podróży bywają mocno okrojone i zawierają wiele wyłączeń – mówi Katarzyna Fatyga z Diners Club Polska.

Wybierając polisę powinniśmy zatem w pierwszej kolejności przeanalizować dostępną na rynku ofertę – zakres świadczeń, sumę gwarantowanego ubezpieczenia i listę wyłączeń – czyli zdarzeń i chorób, których ubezpieczenie nie obejmuje.

Wartość polisy powinna być dopasowana do miejsca, w które się wybieramy, bo koszty opieki medycznej różnią się w poszczególnych krajach. Np. koszt leczenia związanego
z wypadkiem narciarskim w Szwajcarii może przekroczyć nawet 20 tys. euro
. Warto, więc dowiedzieć się jakie są ceny wizyty u lekarza i leczenia ambulatoryjnego w miejscu, do którego się udajemy. Koszt transportu medycznego jest wprost proporcjonalny do odległości. Wybierając się w dalsze zakątki świata jesteśmy zatem narażeni na większy koszt awaryjnego powrotu do kraju – mówi Katarzyna Fatyga.

Czy podczas zagranicznych wyjazdów wykupuje Pan/Pani ubezpieczenie z tego tytułu?

ubezpieczenia ferie 2017

Jeśli zamierzamy spędzić ferie aktywnie, należy sprawdzić czy nasze ubezpieczenie obejmuje uprawiane sporty.

W przypadku niektórych polis wykluczeniem bywają objęte nawet najbardziej popularne zimą sporty, takie jak narciarstwo. Pamiętajmy też, że wydawana przez NFZ karta EKUZ, choć potrzebna, gwarantuje tylko podstawową opiekę zdrowotną, z której możemy korzystać wyłącznie w krajach europejskich, i to płatną w większości państw. Warto zatem uzupełnić ją o odpowiednie ubezpieczenie i uruchomić np. polisę zawartą w naszej karcie kredytowej – dodaje Katarzyna Fatyga.

Nota metodologiczna:

Badanie zrealizowane przez Instytut Badań Rynkowych i Społecznych IBRiS na zlecenie Diners Club Polska, w dniach 16 i 17 grudnia 2016 r. na reprezentatywnej grupie 1100 osób, metodą telefonicznych, standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI).

Kurs funta i strach o „twardy Brexit”

GBP/USD nurkuje do 1,20, gdyż obawy o „twardy Brexit” uderzają w funta. Ryzyko polityczne buduje awersję do ryzyka w dniu, który przez święto w USA mógłby być raczej spokojny. Złoty jest stabilny przy zgodnych z oczekiwaniami decyzjach agencji ratingowych.

W poniedziałek rano na głównym planie znalazł się funt brytyjski, gdyż strach o „twardy Brexit” rozpędza się po tym, jak w zeszłym tygodniu został przebudzony.

Według doniesień The Sunday Times, wtorkowe przemówienie premier Wielkiej Brytanii Theresy May ma przypomnieć, że głównymi celami negocjacji z UE są kontrola imigracji i wyzwolenie się spod wpływu Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Twarde stanowisko w tych sprawach jest równoznaczne z utratą dostępu Wielkiej Brytanii do jednolitego rynku europejskiego, co będzie poważnym ciosem gospodarczym. Tak właśnie objawia się nagła eskalacja ryzyka politycznego, przed którą przestrzegaliśmy jeszcze pod koniec ubiegłego roku. GBP/USD tąpnął z 1,22 w piątek do 1,20 na starcie poniedziałkowego handlu. Kurs osiągnął cel naszej krótkiej pozycji zawartej przed dwoma tygodniami, ale nie wykluczamy dalszej presji na funta. Dane CFTC o pozycjach inwestorów spekulacyjnych pokazują, że ekspozycja w krótkich pozycjach w funcie nie jest tak duża, jak była chociażby w październiku, a zatem rynek ma potencjał do silniejszego ruchu w dół. Magia okrągłego poziomu 1,20 sugeruje, że do przyspieszenia wyprzedaży przyda się świeży impuls. Oprócz jutrzejszego przemówienia May dziś mamy wystąpienie prezesa Banku Anglii Carneya, który ostatnio nie przejawia optymizmu w odniesieniu do gospodarki. W oczekiwaniu na wystąpienia warto jednak uważać na korekcyjne domykanie luk, w czym rynek FX szczególnie się lubuje.

Fitch utrzymał rating Polski na A minus z perspektywą stabilną, a Moody’s powstrzymał się do rewizji oceny, dalej przyznając A2 z negatywną perspektywą. Fitch w rewizji wskazuje na solidne fundamenty makroekonomiczne Polski, stabilny system bankowy oraz właściwą politykę pieniężną. Jednocześnie zwrócił uwagę, że pogorszeniu uległy klimat polityczny i przewidywalność posunięć rządu. Ogólnie jednak wydźwięk piątkowych decyzji pozostaje neutralny. Decyzja zgodna z oczekiwaniami oznacza, że poza oddaniem piątkowej nerwowości, trudno będzie o wyraźniejszy rajd ulgi złotego. W tym tygodniu ważne mogą być dane z Polski, przede wszystkim z przemysłu i handlu. Jeśli na status quo w wykonaniu Fitch i Moody’s miałyby się nałożyć sygnały poprawy w danych, byłaby to dobra pożywka dla umocnienia złotego poniżej 4,35 za euro. Z drugiej strony awersja do ryzyka na początku tygodnia (przez Brexit) nakazuje ostrożność.

Awersja do ryzyka może być tematem handlu w poniedziałek i pierwsze oznaki pokazuje na USD/JPY, który w nocy zszedł do 113,60. Reszta zależy od przebiegu sesji na rynku akcji w Europie, ale z każdą godziną aktywność rynków będzie wygasać z uwagi na święto w USA. W kalendarzu oprócz inflacji bazowej z Polski i wspomnianego wcześniej Carneya jest jeszcze kilka przemówień przedstawicieli ECB. Będą one preludium do wydarzenia tygodnia – decyzji ECB w czwartek. Nie oczekujemy zmian w parametrach polityki pieniężnej, choć ostatnia poprawa w danych makro (inflacja, PMI) może skłaniać bank do bardziej optymistycznej oceny perspektywy rozwoju. Mimo to jest jeszcze o wiele za wcześnie, by oczekiwać zmiany retoryki w stronę odchodzenia od gołębiego nastawienia. Stąd wątpimy, aby konferencja Draghiego przyniosła impuls do wyraźnego umocnienia EUR. Podtrzymujemy nasze negatywne nastawienie w średnim terminie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Mirosław Pasieka nowym prezesem LS Tech-Homes S.A.

Rada Nadzorcza LS Tech-Homes S.A., Spółki notowanej na rynku NewConnect, podjęła Uchwałę o odwołaniu dotychczasowego Prezesa Zarządu Pana Leszka Surowca i powołaniu na to stanowisko z dniem 12.01.2017 r. Pana Mirosława Pasiekę. Pan Leszek Surowiec będzie obecnie pełnił funkcję V-ce Prezesa Zarządu Spółki w miejsce Pana Leszka Biernackiego.

W dniu 11.01.2017 r. do Emitenta wpłynęła rezygnacja z członkostwa w jego Zarządzie od V-ce Prezesa Pana Leszka Biernackiego. Rada Nadzorcza LS Tech-Homes S.A. odwołała ze stanowiska Prezesa Zarządu Pana Leszka Surowca i powierzyła mu jednocześnie pełnienie obowiązków V-ce Prezesa Zarządu. Jednocześnie Rada Nadzorcza Spółki powołała z dniem 12.01.2017 r. na stanowisko Prezesa Zarządu Pana Mirosława Pasiekę, który złożył rezygnację z członkostwa w Radzie Nadzorczej Emitenta. Nowo powołany Prezes Zarządu LS Tech-Homes S.A. będzie odpowiedzialny za przygotowanie nowej strategii rozwoju, której realizacja powinna pozwolić na efektywne wykorzystanie potencjału Spółki i dalszy wzrost jej wartości.

„Z bardzo dużym optymizmem podchodzę do dalszego rozwoju Spółki i wykorzystania jej olbrzymiego potencjału. Głównym celem Zarządu będzie przygotowanie w najbliższym czasie nowej strategii rozwoju LS Tech-Homes S.A., w oparciu o którą chcemy budować wartość Spółki. Jestem przekonany, że prowadzone przez nas działania przyniosą wymierne rezultaty.” – ocenia Mirosław Pasieka, Prezes Zarządu Spółki LS Tech-Homes S.A.

W grudniu 2016 r. Spółka podpisała z niemieckim kontrahentem umowę na wybudowanie budynków mieszkalnych w Holandii o wartości 18,8 mln EUR, czyli ok. 82,7 mln zł. Z kolei w październiku ub. roku LS Tech-Homes S.A. pozyskała kontrakt z innym niemieckim podmiotem, który będzie realizowany w formule generalnego wykonawstwa i obejmuje budowę 246 modułów mieszkalnych o łącznej powierzchni użytkowej sięgającej 7.100 m2. Całkowita wartość tego projektu wynosi 9,5 mln EUR, czyli ok. 41,8 mln zł. Dzięki nowym umowom portfel zamówień Emitenta na lata 2017-2018 przekracza obecnie kwotę 124 mln zł. Ich realizacja przybliży Spółkę do wypełnienia jej głównego celu na najbliższe lata, jakim jest zapewnienie pełnego wykorzystania mocy produkcyjnych we wszystkich czterech posiadanych zakładach produkcyjnych w Koniecwałdzie, Czechowicach-Dziedzicach oraz w Studzienicach.

LS Tech-Homes S.A. przeprowadzi emisję akcji serii K z zachowaniem prawa poboru dla dotychczasowych Akcjonariuszy. Dzień prawa poboru przypadał na 31.12.2016 r., a Akcjonariuszom przysługuje 1 prawo poboru na każdą 1 posiadaną akcję, które uprawnia do objęcia 1 akcji serii K po cenie emisyjnej wynoszącej 0,50 zł.

Arendarski: 3% wzrostu PKB realne w 2017 roku

W 2017 roku czeka nas wiele niewiadomych. Nie wiemy czy nowy prezydent Stanów Zjednoczonych zamierza kontynuować politykę poprzednika czy wprowadzi politykę konfrontacyjną.

Przywództwo amerykańskie jest niekwestionowane, a od kierunku polityki USA zależy gospodarka światowa. Kolejną niewiadomą jest kierunek w którym zmierza Europa. Wybory w Holandii i Francji rodzą pytania o partnerstwie – również dla Polski – w Unii Europejskiej. Sytuację gospodarczą Włoch pogarszają niepokojące informacje z sektora finansowego. Włochy są jednym z potężniejszych „graczy” wśród europejskich gospodarek, które nagle potrzebują 60 mld euro na ratowanie systemu bankowego.

W przypadku braku efektu możemy liczyć na efekt domina, który pociągnie inne kraje. Zasobność Europejskiego Banku Centralnego oraz Federalnego Banku Niemiec nie jest nieograniczona. Wspomniane niewiadome będą miały duży wpływ na rzeczywistość polityczną i gospodarczą Terroryzm wzmaga niepewność oraz zawiesza inwestycje i może również zaburzać normalny bieg gospodarczy.

– Nowy rok w Polsce nie będzie łatwy ze względu na daleko idące potrzeby wydatkowe – powiedział agencji eNewsroom.pl Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej – Rząd będzie musiał znaleźć pieniądze – mówi się, że z uszczelnienia systemu podatkowego. Wszyscy popieramy uszczelnienie systemu i eliminację nadużyć prawa. Jeżeli nie powiedzie się pozyskanie funduszy w ten sposób, trzeba będzie sięgnąć po pieniądze podatników. Zastanawiam się nad spokojem społecznym w tym roku. W tym roku dojdą do głosu bardzo silne grupy niezadowolonych, tj. nauczyciele – głosujący nad strajkiem powszechnym – czy studenci.

Trudno określić, czy rządowi uda się porozumieć z tymi grupami. Bardzo bym sobie tego życzył ze względu na niekorzystny wpływ ulicznych konfrontacji ludzi z policją na gospodarkę. Mam nadzieję, że w 2017 roku sprawniej będzie przebiegał proces legislacyjny i nie będziemy straszeni podatkiem jednolitym czy – drastycznie podwyższającym ceny i podważającym konkurencyjność polskich firm – prawem wodnym. Biznes lubi pracować w spokoju i przewidywalnych warunkach. Jeżeli to nie zostanie stworzone, to trudno liczyć realizację ambitnych planów gospodarczych.

Jestem optymistą, który liczy na przyśpieszenie rozwoju gospodarczego pod koniec obecnego roku – może nie na tak optymistyczny jak przewiduje Ustawa Budżetowa, ale ponad 3% wzrostu jest możliwe do odnotowania – powiedział Arendarski.

Eksport w 2017 r.: będzie odbicie i wzrost +5,0 proc.

Po niełatwym dla eksporterów roku 2016, ekonomiści Banku Zachodniego WBK przewidują, że kolejne dwanaście miesięcy przyniesie stopniowe odbicie wyników polskiej sprzedaży zagranicznej. Zgodnie z prognozami, wzrost eksportu w 2017 r. powinien sięgnąć +5,0 proc. vs. +1,5 proc. w 2016[1]. Poprawy dynamiki wzrostu eksportu należy spodziewać się już w I kw. 2017 r., a największe wzrosty powinny pojawić się w drugiej połowie roku.

Piotr Dylak, dyrektor ds. finansowania Banku Zachodniego WBK
Piotr Dylak, Bank Zachodni WBK

Ekonomiści Banku Zachodniego WBK wskazują, że znaczące osłabienie tempa wzrostu sprzedaży zagranicznej krajowych firm w minionym roku – głównie w ostatnich jego miesiącach – to przede wszystkim pokłosie analogicznego zjawiska w Niemczech, które odbierają  ponad 27 proc. polskiego eksportu. Efekt? W okresie I-X 2016 r. eksport do Niemiec zwiększył się wartościowo jedynie o 1,7 proc. r/r., podczas gdy w tym samym okresie rok wcześniej było to 10,1 proc. r/r. – W zeszłym roku wzrost PKB w całej Europie Zachodniej opierał się głównie na silnej konsumpcji, a nie na inwestycjach czy eksporcie. Nie była to optymalna sytuacja dla Polski, która sprzedaje części, dobra pośrednie i komponenty dla zachodniego przemysłu – podkreśla Maciej Reluga, główny ekonomista Banku Zachodniego WBK.

W 2017 r. będzie lepiej

Rok 2017 ma przynieść poprawę sytuacji w eksporcie. Ekonomiści Banku Zachodniego WBK przewidują odbicie tempa wzrostu sprzedaży zagranicznej za sprawą dwóch czynników. Po pierwsze, dzięki ożywieniu w handlu światowym a po drugie, w wyniku zmiany akcentów w czynnikach wzrostu w gospodarce strefy euro. W krajach unijnych wzrost napędzany konsumpcją powinien przechodzić we wzrost wspierany inwestycjami i eksportem. Dodatkowo, znaczne osłabienie krajowej waluty z ostatnich miesięcy wzmocni eksport w wyniku poprawy konkurencyjności cenowej towarów z Polski.

Partner handlowy Prognoza wzrostu PKB Partnera handlowego* Prognoza wzrostu eksportu z Polski na rynek Partnera handlowego*
Niemcy 2,1 (1,4) 4,8 (2,9)
Czechy       (2,6)      (4,4)
Wielka Brytania 0,9 (1,1) 3,0 (3,2)
Francja 1,5 (1,2) 4,6 (2,7)
Włochy 1,3 (0,8) 4,4 (3,1)
Holandia      (1,6)      (3,5)
* Prognozy ekonomistów Banku Zachodniego WBK, w (nawiasach) konsensus rynkowy; ujęcie w EUR

Wśród istotnych ryzyk na następne miesiące (nie tylko dla eksportu, ale też dla działalności krajowej firm) eksperci Banku Zachodniego WBK wymieniają nie tyle czynniki gospodarcze, co przede wszystkim społeczno-polityczne. – Zwiększony poziom niepewności u naszych ważnych partnerów handlowych szkodzi wzrostowi: utrudnia przedsiębiorcom planowanie i przekuwanie planów w inwestycje. W kontekście handlu zagranicznego bolesne są też występujące w takich momentach wahania kursów walut. Eksporterzy będą musieli poświęcić w 2017 roku dużo uwagi zabezpieczeniu ryzyka walutowego – wskazuje Piotr Dylak, dyrektor ds. finansowania handlu Banku Zachodniego WBK.

W przyszłym roku kluczowymi momentami mogą okazać się wybory federalne w Niemczech oraz prezydenckie we Francji. Istotne będą także faktyczne założenia polityki (nie tylko handlowej) Stanów Zjednoczonych podczas prezydentury Donalda Trumpa. Eksporterom mogą zaszkodzić skutki Brexitu, bo Wielka Brytania to jeden z naszych głównych partnerów a potencjalne spowolnienie gospodarcze na Wyspach oraz osłabienie funta mogą mieć negatywne przełożenie na popyt na polskie towary.

Eksport warty Zachodu… oraz Azji i Ameryki Łacińskiej

Analiza eksportu pod kątem geograficznym pokazuje, że choć w 2016 r. dynamika eksportu do głównych partnerów handlowych w strefie euro mocno spadła, to np. sprzedaż do Azji dalekowschodniej i Ameryki Północnej wciąż solidnie rosła. – Od kiedy prowadzimy Program Rozwoju Eksportu, namawiamy polskie firmy, aby interesowały się rynkami pozaeuropejskimi. Przykładowo, Chiny mogą być cennym odbiorcą polskich słodyczy czy mleka. Eksporterzy produktów ze zbóż powinni docenić potencjał Afryki Północnej, a części i podzespoły dla branż automotive i lotniczej mogą być polskim hitem eksportowym w Meksyku czy Brazylii. Na pewno obok cieszących się szybkim wzrostem gospodarczym krajów Azji, warto zwrócić uwagę na rosnące gospodarki afrykańskie oraz wracające na ścieżkę wzrostu kraje Ameryki Łacińskiej – mówi Piotr Dylak.

Możliwe „ale”: protekcjonizm

Ekonomiści Banku Zachodniego WBK zwracają uwagę, że na globalną wymianę międzynarodową w kolejnym roku będzie wpływać jeszcze jedno zjawisko. – W minionym roku spowolnienie eksportu było zjawiskiem globalnym wobec stagnacji wolumenu światowej wymiany handlowej, co było związane z niską aktywnością inwestycyjną. Jest szansa na przynajmniej częściowe odwrócenie tych tendencji w 2017 roku. Jednocześnie ryzykiem jest utrzymywanie polityk protekcjonistycznych, obniżających wolumeny handlu międzynarodowego – mówi Maciej Reluga.

Jak wskazują dane Światowej Organizacji Handlu (WTO), państwa G20 utrzymują wysokie tempo wprowadzania barier w handlu międzynarodowym, a jednocześnie coraz mniej chętnie decydują się na środki, które ten handel ułatwiają[2]. Od połowy maja do połowy października 2016 roku kraje te wprowadziły 85 rozwiązań utrudniających handel międzynarodowy, czyli średnio 17 miesięcznie. W tym samym czasie zastosowano wyraźnie mniej, bo 66 środków ułatwiających handel (przeciętnie 13 miesięcznie). Dla porównania, w całym roku 2015 kraje G20 wprowadzały miesięcznie średnio aż 19 rozwiązań ułatwiających wymianę handlową[3].

W jesiennym raporcie Międzynarodowy Fundusz Walutowy[4] zwrócił uwagę, że od momentu wybuchu kryzysu finansowego rola zwiększonego protekcjonizmu z pewnością nie była pomijalna w wytłumaczeniu spadku globalnych obrotów handlowych. Z względu na wynik referendum w Wielkiej Brytanii oraz wyniki wyborów w USA, istnieje ryzyko, że zjawisko to się nasili. Donald Trump zapowiadał zerwanie niektórych umów handlowych czy zakazanie importu pewnych dóbr. Wydaje się jednak, że przynajmniej część tych zapowiedzi z kampanii wyborczej nie zostanie zrealizowana. Skala protekcjonizmu nie musi wcale przybrać na sile aż tak mocno, jak niektórzy się tego obawiają – podkreśla Maciej Reluga.

[1] Prognoza i szacunek Ekonomistów Banku Zachodniego WBK, ujęcie w EUR

[2] World Trade Organization, WTO Report on G-20 Trade Measures, str. 2-4 https://www.wto.org/english/news_e/news16_e/g20_wto_report_november16_e.pdf

[3] Jak wyżej

[4]  IMF World Economic Outlook October 2016: http://www.imf.org/external/pubs/ft/weo/2016/02/pdf/c2.pdf

Agencje ratingowe bez zmian. Wraca temat frankowy

Fitch nie zmieniła ani ratingu ani oczekiwań wobec niego dla Polski. Moody’s nawet nie opublikowała ratingu. NBP zamierza zachęcać banki do dobrowolnego dogadywania się z klientami frankowymi.

Z dużej chmury mały deszcze

Hasło to dobrze podsumowuje ilość medialnego szumu jaki miał miejsce w sprawie publikacji ocen agencji ratingowych. Fitch nie zmieniła nic, utrzymując ocenę A- oraz dotychczasową stabilną ocenę. Moody’s z kolei nie dokonała aktualizacji w ogóle. Na rynku widać było trochę nerwowości w piątkowe popołudnie kiedy to złotówka straciła w stabilnym ruchu około grosza. Ruch ten jednak został skorygowany po publikacji. Dlaczego rynki się bały tych decyzji? Są one publikowane w bardzo niekorzystnym momencie. Piątkowe wieczory to moment gdzie na rynku panuje mniejszy ruch a część inwestorów rozpoczyna już weekend. W rezultacie szczególnie wieczorne odczyty padają na znacznie mniej płynny rynek i taka sama wiadomość może mieć znacznie większy wpływ. Biorąc pod uwagę zadymy polityczne w naszym kraju dobrze, że agencje nie analizują za bardzo tego aspektu. Mogłoby to spowodować obniżki ratingu, kiedy to z gospodarką pomimo spowolnienia wzrostu PKB wcale źle nie jest.

Kredyty frankowe wracają

Adam Glapiński prezes NBP zapowiedział, że do końca marca powstaną regulację skłaniające banki do samodzielnego i dobrowolnego ustalania z kredytobiorcami warunków przewalutowania i spłaty zadłużenia. W jednym trzeba się zgodzić. Kredyty frankowe mogą stanowić problem dla gospodarki. Warto natomiast zastanowić się nad tym co się kryje pod tymi zapowiedziami. Wątpliwym jest by państwo zaoferowało dotację lub ulgi dla banków w zamian za redukowanie portfela kredytów frankowych. Zdaniem analityków banki będą motywowane raczej unikaniem dodatkowych opłat. W rezultacie zanosi się na model przymusowy, gdzie przymus nie będzie podany wprost. No chyba, że to model obustronnie dobrowolny czyli lipa.

Dobre dane z Niemiec

W piątek poznaliśmy dane makroekonomiczne z USA. Sprzedaż detaliczna rośnie o 0,6%. Oczekiwania wynosiły 0,7% czyli nie jest to duża różnica. Ważne w tych danych jest to, że tak mały spadek jest zasługą znacznie większej od oczekiwań sprzedaży nowych aut. Gdyby nie to sprzedaż detaliczna rosłaby zaledwie o 0,2%. Wydawać by się mogło, że takie dane zachwieją dolarem. Okazało się wręcz odwrotnie. Z jakiegoś powodu inwestorzy uznali, że dolar jest już wystarczająco przeceniony (był blisko miesięczny minimów względem euro) i postanowili wykorzystać moment by go podkupić.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

A. Lis (Altus TFI): Największym ryzykiem dla wzrostu akcji spółek jest niepewność stóp procentowych i rentowności obligacji

A. Lis (Altus TFI): Największym ryzykiem dla wzrostu akcji spółek jest niepewność stóp procentowych i rentowności obligacji 1

Pozytywny grudzień i początek stycznia na warszawskiej giełdzie rozbudziły oczekiwania na dalsze wzrosty kursów akcji. Według Andrzeja Lisa z Altus TFI przepływ kapitału z bezpiecznych aktywów do bardziej ryzykownych potrwa jeszcze kilka miesięcy, ale zbyt szybki wzrost rentowności obligacji, może zdaniem ekspertów, zaszkodzić zarówno gospodarkom, jak i samym spółkom i przełożyć się na ich wyceny.

– Każda strategia domów maklerskich czy banków inwestycyjnych, która wychodzi teraz, mówi, że 2017 rok to będzie cały czas dobry okres, rotacja aktywów ze spółek defensywnych do spółek bardziej ryzykownych, cyklicznych, będzie nadal trwała, że obligacje będą pod presją i że 2017 rok zakończymy na poziomach wyższych, niż teraz jesteśmy w zasadzie na wszystkich indeksach akcji – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Lis, zarządzający portfelem akcyjnym Altus TFI. – Ale jak dobrze wiemy, konsensus rzadko kiedy się sprawdza w całej okazałości.

Wygrana Donalda Trumpa, zapowiedź i realizacja podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych oraz perspektywa trzech kolejnych w 2017 roku podsyciły apetyt inwestorów do inwestowania w akcje. Zdaniem Andrzeja Lisa trend ten będzie podtrzymywany i przepływ kapitału z bezpiecznych aktywów pieniężnych i obligacyjnych do akcyjnych będzie postępował, jednak możliwe, że sytuacja ta nie będzie trwała przez cały rok.

– Ta rotacja następuje bardzo szybko. Widzieliśmy po brexicie, że inwestorzy dwa tygodnie czekali zanim indeksy wybiły poziomy sprzed referendum w Wielkiej Brytanii – przypomina. – Po wyborach w Stanach Zjednoczonych trwało to kilka godzin w zasadzie, a referendum we Włoszech w zasadzie nie wywołało żadnej reakcji. Oczekuję, że to, co będzie miało miejsce w 2017 roku, odbędzie się bardzo szybko, może w I kw., może w I półroczu.

W grudniu 2016 roku, który dźwignął WIG20 ponad poziom z końca poprzedniego roku, odnotowano odpływ środków z funduszy obligacyjnych oraz gotówkowych i pieniężnych (odpowiednio o 1,1 oraz 1,0 proc.). Fundusze akcyjne natomiast odnotowały wzrost aktywów miesiąc do miesiąca o 3 proc. Większy procentowo napływ nastąpił tylko do funduszy rynku surowców, absolutnej stopy zwrotu i ochrony kapitału. Tym samym udział funduszy akcyjnych w całości aktywów zgromadzonych w TFI wzrósł do 10,9 proc. z 10,3 proc. w listopadzie.

– Największe ryzyko, które widzę w 2017 roku, to prawdopodobnie będą stopy procentowe i rentowność obligacji, bo ona zaczęła rosnąć od lipca tego roku i to trochę napędziło tę rotację, o której tutaj mówimy –  wyjaśnia Lis. – Natomiast jeżeli te rentowności wzrosną zbyt szybko, to inwestorzy zaczną znowu bać się ich wpływu na wzrost gospodarczy, na wyniki spółek i na wyceny spółek i myślę, że to będzie największe zagrożenie, o którym powoli niektórzy makroekonomiści zaczynają już mówić.

Rentowność polskich 10-letnich obligacji skarbowych w ciągu ostatnich trzech miesięcy wzrosła o ponad jedną trzecią i jest niemal dwukrotnie wyższa niż dwa lata temu. Jeszcze wyższy wzrost miał miejsce na analogicznych papierach amerykańskich (ponad 37 proc.) czy niemieckich, które od wartości ujemnych notowanych jeszcze w październiku przeszły do 0,34 proc.

W przypadku rynku polskiego czynnikami, które będą miały wpływ na zachowanie akcji na parkiecie, są jeszcze czynniki polityczne oraz tempo wzrostu gospodarczego, które mocno wyhamowało w 2016 roku.

W Polsce dwie najważniejsze rzeczy, na które rynek powinien zwracać uwagę, to oczywiście polityka i decyzje polityczne związane z rynkiem kapitałowym, czy z gospodarką ogólnie, bo widać, że one w ostatnich kwartałach miały wpływ na poszczególne sektory na warszawskiej giełdzie – zwraca uwagę Andrzej Lis. – A druga sprawa to wzrost gospodarczy, który widać, że w końcówce 2016 roku zaczął trochę spowalniać, głównie przez malejące inwestycje. Pytanie, czy to przejściowe spowolnienie rzeczywiście było przejściowe i od II półrocza inwestycje znowu ruszą, i całe PKB zacznie znowu rosnąć, czy mamy jakiś większy problem, którego główną przyczyną są właśnie malejące inwestycje w polskiej gospodarce. Myślę, że to może mieć duży wpływ na sporo spółek na warszawskiej giełdzie.

W. Wojciechowski (Plus Bank): Dla dalszych losów notowań na warszawskiej giełdzie najważniejsze będą rozstrzygnięcia ws. OFE

W. Wojciechowski (Plus Bank): Dla dalszych losów notowań na warszawskiej giełdzie najważniejsze będą rozstrzygnięcia ws. OFE 2

Warszawska giełda ma za sobą lekko wzrostowy rok i kilka wyraźnie wzrostowych tygodni, określanych jako „rajd św. Mikołaja”. Mimo tych dobrych nastrojów daleko jej do rekordowych poziomów sprzed kryzysu, podczas gdy najważniejsze światowe indeksy są blisko swoich szczytów. Zdaniem Wiktora Wojciechowskiego z Plus Banku inwestorzy czekają na rozstrzygnięcia dalszych losów OFE i to od ich przyszłości uzależniony będzie ich apetyt na kupowanie akcji.

– Jeśli porównamy notowania, poziom indeksów w Polsce i koniunkturę na warszawskim parkiecie z tym, co się dzieje za granicą, to właściwie można powiedzieć, że są to dwa inne światy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Plus Banku. – O ile w przypadku Stanów Zjednoczonych czy giełd nawet zachodnioeuropejskich niskie stopy procentowe sprzyjały wysokim notowaniom cen akcji, o tyle w Polsce mieliśmy dokładnie odwrotną sytuację, można powiedzieć, że trochę taką niepodręcznikową.

Nawet mimo ostatnich wzrostów z grudnia i początku stycznia ani WIG, ani WIG20 nie powróciły jeszcze do poziomów z maja 2015 roku, gdy rozpoczęły się spadki. Od rekordów z października 2007 roku są odległe odpowiednio o niemal 20 proc. i ponad 40 proc. Tymczasem amerykański S&P 500 krąży wokół szczytów i już w tym roku pobił kolejny rekord zamknięcia, podobnie jak brytyjski FTSE, zaś niemieckiemu DAX-owi brakuje już tylko 7 proc. do rekordu sprzed niespełna dwóch lat. Zdaniem ekonomisty problemy GPW zaczęły się od demontażu OFE i właśnie niepewność związana z ich dalszymi losami powoduje, że trudno o trwałe i solidne odbicie.

– Pierwszym czynnikiem, który zdecydował o takim tąpnięciu strukturalnym na giełdzie, jest kwestia związana z otwartymi funduszami emerytalnymi. Nie tyle to, że zabrano im tę część obligacyjną, ale przykręcono kurek z pieniędzmi, za które one nabywały nie tylko obligacje, lecz także akcje – przypomina Wojciechowski.

Reforma OFE rozpoczęła się w maju 2011 roku, gdy rząd zdecydował o ograniczeniu przekazywanej do OFE składki z dotychczasowych 7,3 proc. wynagrodzenia do 2,3 proc. (w kolejnych latach stawka mała lekko rosnąć). Następnie w 2014 roku zarządzono przekazanie części obligacyjnej do ZUS-u oraz przeniesienie III filara na specjalne subkonta w ZUS, o ile ktoś nie zgłosi woli pozostania w OFE. Z możliwości tej skorzystało 2,5 mln ubezpieczonych z przeszło 16 mln. W efekcie strumień pieniędzy napływających do OFE znacząco się skurczył. O ile jeszcze w I kw. 2011 roku (ostatnim przed pierwszą fazą zmian) ZUS przekazał do OFE wraz z odsetkami 6,5 mld zł (z czego w akcje fundusze mogły zainwestować maksymalnie 2,6 mld zł), o tyle w III kw. tego samego roku – pierwszym pełnym po zmianach – już tylko 2,2 mld zł, zaś w III kw. 2016 roku zaledwie 780 mln zł (dane KNF). Co więcej, wszystko wskazuje na to, że OFE w ogóle znikną z rynku.

– Drugim czynnikiem, który trzyma te wyceny akcji na niskim poziomie, jest to, że cały czas nie wiemy, co się z drugą częścią OFE stanie. Wicepremier Mateusz Morawiecki zapowiedział, że 1/4 tego portfela, który pozostał w OFE, będzie przeniesiona do Funduszu Rezerwy Demograficznej, co oznacza tak naprawdę zapowiedź dużej podaży akcji na giełdzie i to oczywiście zniechęca inwestorów do tego, aby inwestować w akcje – mówi główny ekonomista Plus Banku.

Na koniec grudnia aktywa OFE wynosiły nieco ponad 153 mld zł. Zgodnie z zapowiedziami rządu jedna czwarta tej kwoty ma zostać przekazana do Funduszu Rezerwy Demograficznej. Reszta ma trafić do nowych funduszy inwestycyjnych, które będą nimi zamiast OFE. Te z kolei mają zniknąć od przyszłego roku. Dokładny kształt reformy dopiero powstaje i dopóki rynek nie pozna szczegółów, dopóty inwestorzy mogą zachowywać ostrożność mimo wciąż dobrych fundamentów polskiej gospodarki.

– Słabość giełdy wcale nie odzwierciedla jakichś bardzo złych perspektyw krótkoterminowych dla polskiej gospodarki. Bo pomimo tego, że od III kw. notujemy silne wyhamowanie tempa wzrostu, które jeszcze może się przeciągnąć nawet do połowy 2017 roku, to jednak przynajmniej te fundamenty gospodarcze wciąż są silne – uważa Wiktor Wojciechowski. – I jeżeli środki unijne rzeczywiście zaczną już płynąć do gospodarki, to nastąpi odbicie inwestycji i przyspieszenie tempa wzrostu. natomiast tak długo, jak utrzyma się niepewność odnośnie do tego, co stanie się z akcyjną częścią OFE, tak długo oczekuję, że tutaj nie będzie jakichś istotnych ruchów w wycenie akcji na warszawskiej giełdzie.

Funt brytyjski może się okazać czarnym koniem rynku walutowego. Szczególnie jeśli UE będzie musiała pójść na ustępstwa ws. brexitu

Funt brytyjski może się okazać czarnym koniem rynku walutowego. Szczególnie jeśli UE będzie musiała pójść na ustępstwa ws. brexitu 3

Po pełnym niespodziewanych rozstrzygnięć 2016 roku nadszedł czas dalszego umacniania dolara oraz euro. Czarnym koniem rynku walutowego może się okazać funt, zwłaszcza gdyby Unia Europejska musiała pójść na ustępstwa w umowie ws. brexitu.

– Wydaje się, że pierwsze miesiące 2017 roku będą dalej miesiącami dolara amerykańskiego, oczywiście będzie tutaj pokusa dojścia, a nawet przebicia poziomu jeden do euro, czyli tzw. parytetu – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Kiedrowicz, dyrektor operacyjny KOI Capital. – Wydaje się, że chwilowo ten poziom będzie pokonany, czyli nastanie przynajmniej na pewien okres czas mocniejszego dolara względem euro.

Już tylko dolara i sześć centów trzeba zapłacić za jedno euro – najmniej od końca 2002 roku. Ostatnie trzy lata były czasem osłabiania się europejskiej waluty do dolara, choć gros spadku przypadło na 2014 rok. Podobnie było ze złotym: jeszcze dwa i pół roku temu polska waluta była słabsza od dolara trzykrotnie. Obecnie trzeba za niego zapłacić 4,11 zł. Tylko od początku 2016 roku dolar umocnił się do złotego o przeszło 7 proc. Zdaniem Andrzeja Kiedrowicza wiele wskazuje na to, że przynajmniej na początku 2017 roku trend ten się utrzyma.

– Później wszystko będzie zależało od tego, czy plany Fedu mówiące o trzech podwyżkach stóp procentowych w nowym roku nie zostaną przypadkiem tak jak rok wcześniej zrewidowane w dół. Wtedy skończyć się może np. na jednej czy dwóch podwyżkach –  komentuje. – W takim scenariuszu oczywiście w późniejszych miesiącach, prawdopodobnie w II połowie roku, euro zaczęłoby nadrabiać i znowu by było mocniejsze do dolara amerykańskiego.

Scenariusz ten może się wydarzyć, podobnie jak miało to miejsce w 2016 roku. Po podwyżce stóp w grudniu 2015 r. rynek zakładał najpierw cztery, potem już tylko dwie podwyżki stóp. W końcu stało się jasne, że czasu starczy tylko na jedną, grudniową, która w istocie nastąpiła. W przyszłym roku nie zabraknie jednak czynników, które będą mogły osłabić zarówno euro, jak i waluty rynków wschodzących.

– Oprócz planowanych podwyżek Fedu, na które będą spoglądać inwestorzy, ja bym tutaj zwrócił uwagę ponownie na wydarzenia natury politycznej –zauważa Kiedrowicz. – Mamy tzw. czynniki ryzyka, czyli wybory w Niemczech, we Francji i Holandii. Jeżeliby doszły do władzy populistyczne ruchy, to można by się spodziewać dodatkowego osłabienia euro względem innych walut.

Inwestorzy grający na Foreksie mogą mieć szansę na zarobek na kursie brytyjskiego funta. Choć na razie Unia stawia Brytyjczykom twarde warunki i raczej zanosi się na pełny brexit, czyli z wykluczeniem Wielkiej Brytanii ze wspólnego rynku, to zdaniem Andrzeja Kiedrowicza władze w Brukseli będą musiały złagodzić swoje stanowisko, co może zaowocować umocnieniem brytyjskiej waluty.

– Mamy również przed sobą formalne rozpoczęcie procedury brexitu i tutaj w początkowej fazie negocjacji można się spodziewać dalszego osłabienia funta brytyjskiego względem innych walut – uważa dyrektor generalny KOI Capital. – Natomiast wydaje mi się, że europejscy politycy będą musieli trochę ustąpić Wielkiej Brytanii i w dłuższym okresie to jednak funt zacznie być walutą, która będzie wygrywać na kształtującym się porozumieniu.

Branża PR w Polsce szybko się rozwija. Presja na obniżenie kosztów i duża rotacja w agencjach mogą wpłynąć na tempo rozwoju

Branża PR w Polsce szybko się rozwija. Presja na obniżenie kosztów i duża rotacja w agencjach mogą wpłynąć na tempo rozwoju 4

Polski rynek PR rośnie w tempie ok. 9 proc. rocznie. To trzykrotnie szybciej niż średni wzrost na świecie. Wzrasta również zapotrzebowanie na usługi PR, a polskie agencje coraz częściej są doceniane w globalnych konkursach na najlepsze kampanie. Zagrożeniem dla branży mogą być rosnąca presja cenowa i coraz większe zaangażowanie w przetargi ze strony działów zakupów. To sprawia, że część projektów staje się dla agencji nieopłacalna. Wyzwaniem dla branży jest również znalezienie odpowiedniej kadry.

– Opierając się na danych The Holmes Report analizującego przychody 250 największych globalnych agencji PR, można powiedzieć, że branża public relations zanotowała w ciągu 2015 roku blisko 3-proc. wzrost, a jej wartość wynosi ok. 11 mld dol. W tym samym okresie polski rynek PR rósł szybciej niż światowy. Bazując na raporcie opracowywanym przez Polski Związek Firm Public Relations (ZFPR), w 2015 r. dochód największych firm w branży zwiększył się o blisko 9 proc., a jego wartość osiągnęła ponad 115 mln zł – mówi agencji Newseria Biznes Klara Banaszewska, dyrektor generalna Grayling Poland.

Z raportu Związku Firm Public Relations wynika, że rynek PR w naszym kraju na przestrzeni kilku ostatnich lat ustabilizował się, a perspektywy dla całej branży są dobre. Jeszcze w 2013 roku przychody z honorariów dla pierwszych 20 agencji wyniosły nieco ponad 93 mln zł. W 2014 roku było to już 105,6 mln, a rok później 115,3 mln zł. Trend wzrostowy wynosi ok. 9 proc., podobnych wyników należy też – jak ocenia Klara Banaszewska – spodziewać się za 2016 rok.

Chociaż w 2016 roku dostawaliśmy więcej zapytań ofertowych niż rok wcześniej, to nie możemy zapominać o czynnikach zewnętrznych, takich jak np. spowolnienie wzrostu PKB, sytuacja na giełdzie czy zmiany w spółkach Skarbu Państwa, które prędzej czy później z pewnością mogą się przełożyć również na naszą branżę – analizuje Klara Banaszewska.

Polskie agencje PR niczym nie ustępują podmiotom z największych rynków, czego dowodem są nagrody otrzymywane za najlepsze kampanie. W konkursie SABRE Awards EMEA zostały wyróżnione Hill+Knowlton Strategies za projekt „HASHOcalksiazki” zrealizowany dla Polskiej Izby Książki (najlepsza kampania w rejonie Baltic) i Maurent PR za kampanię „Przemiana: rozwój Grupy Azoty z polskiego narodowego championa do europejskiego lidera” przygotowaną dla Grupy Azoty (kategoria Przemysł i chemikalia).

– Jako Grayling prowadzimy wiele projektów jednocześnie w kilkunastu krajach – wspomnę tu chociażby o realizowanej na 16 rynkach kampanii na rzecz Chorwackiej Wspólnoty Turystycznej. Dzięki temu na bieżąco mamy podgląd na to, jak kształtuje się branża PR i jakie narzędzia sprawdzają się w poszczególnych państwach. Na podstawie tych obserwacji, a także rozmów z kolegami z biur Grayling w innych krajach mogę dzisiaj śmiało powiedzieć, że moim zdaniem nie ma znaczących różnic pomiędzy tym, co oferuje branża PR w Polsce i za granicą – zaznacza Klara Banaszewska.

Mimo stosunkowo dobrych perspektyw sektor PR mierzy się jednak z kilkoma problemami. Jednym z nich są braki kadrowe. Zapotrzebowanie na specjalistów PR jest coraz większe, a tych jest nie tylko trudno znaleźć, lecz także utrzymać w firmie.

– W branży PR poszukuje się osób, które z jednej strony dobrze rozumieją biznes i są w stanie odpowiedzieć na jego potrzeby, a z drugiej – świetnie piszą,  czują nowe technologie i media społecznościowe, a jednocześnie są świadomi zmian zachodzących w mediach tradycyjnych. Coraz trudniej znaleźć i utrzymać takich ludzi. Dlatego w Grayling bardzo dbamy o naszych pracowników – ocenia Klara Banaszewska.

Branża PR jest jedną z bardziej rotacyjnych na rynku. Z badania PRoto.pl z 2015 roku wynika, że 44 proc. pracowników w ciągu minionych 12 miesięcy zmieniło pracodawcę, blisko 25 proc. deklarowało zaś, że w dotychczasowej pracy nie pozostanie dłużej niż rok.

Innym z problemów jest presja cenowa, która wynika m.in. z tego, że w decyzjach dotyczących przetargów na zakup usług PR coraz większą rolę odgrywają działy zakupów.

– W przetargach, gdzie decydentami są osoby z działów zakupów, kluczowe znaczenie ma zazwyczaj cena. To powoduje, że czasami musimy zrezygnować z podejmowania się projektów, które choć bardzo ciekawe, są dla nas po prostu nierentowne. W ramach Grayling z założenia nie angażujemy się bowiem w inicjatywy, w których ze względu na niską stawkę nie będziemy w stanie zagwarantować obsługi ze strony odpowiednich i wykwalifikowanych konsultantów – tłumaczy dyrektor generalna Grayling Poland.

Problemem w branży są także nieuczciwe praktyki w przetargach. Zdarza się, że firmy organizują je po to, aby porównać ceny albo zebrać jak najwięcej pomysłów, które są później wykorzystywane. Jak wynika z ubiegłorocznej ankiety przeprowadzonej przez agencję Monday PR, Związek Firm Public Relations oraz redakcję PRoto.pl, 78 proc. PR-owców zetknęło się z tego typu działaniami. Połowa spotkała się z wykorzystaniem przez firmę pomysłów zawartych w ofercie przetargowej.

Artyści i fotografowie coraz częściej wchodzą na drogę sądową. Chcą walczyć z nielegalnym wykorzystywaniem ich utworów

Artyści i fotografowie coraz częściej wchodzą na drogę sądową. Chcą walczyć z nielegalnym wykorzystywaniem ich utworów 5

Korzystanie z twórczości innej osoby może naruszać jej prawa majątkowe i osobiste. Plagiat jest zjawiskiem stosunkowo częstym w szkolnictwie, zwłaszcza wyższym. Coraz większa jest jednak świadomość konieczności walki z tym zjawiskiem na uczelniach. Rośnie liczba spraw dotyczących naruszeń praw osobistych i majątkowych w przypadku artystów czy fotografów, których dzieła są nielegalnie wykorzystywane w sieci.

– Plagiat to temat dosyć skomplikowany, bo ustawodawca nie zapewnił legalnej definicji tego pojęcia. Trudno powiedzieć, w którym momencie mamy do czynienia z plagiatem. Niemniej jednak są przyjęte definicje przez orzecznictwo i doktrynę – przyjmuje się, że plagiatem jest przywłaszczenie autorstwa całości lub części cudzego utworu poprzez umieszczenie go we własnym utworze i nieopatrzenie źródłem ani nieopisaniem autora – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Przemysław Lech, radca prawny w Antyplagiat24 – Kancelarii Radcy Prawnego Przemysław Lech.

W Polsce plagiat jest zjawiskiem powszechnie spotykanym w szkolnictwie, również wyższym. Jak wskazuje Lech, pokusa skorzystania z już gotowych prac jest bardzo duża, zwłaszcza że nie brakuje ich w internecie. Plagiatem określane jest nie tylko skorzystanie z już napisanych prac lub niewłaściwe wykorzystanie źródeł, lecz także zlecenie przygotowania pracy osobie trzeciej.

 W tym wypadku często mamy do czynienia z sankcją karną do trzech lat pozbawienia wolności, gdy student wykorzystuje taką pracę celem uzyskania tytułu zawodowego. Tym samym wprowadza w błąd osobę upoważnioną do wydania w imieniu dyplomu uczelni i wyłudza poświadczenie nieprawdy, czyli to jest naruszenie dyspozycji art. 272 Kodeksu karnego – zaznacza radca prawny.

Sytuacja jednak powoli się zmienia. Choć wciąż dochodzi do plagiatów, to większa jest świadomość zjawiska i konieczności walki z nim. Część uczelni stosuje programy antyplagiatowe, od roku akademickiego 2018/2019 będzie to już obligatoryjne. Resort nauki zapowiada wprowadzenie Jednolitego Systemu Antyplagiatowego.

 Właśnie poprzez stosowanie takich obligatoryjnych rozwiązań zalecanych przez ministerstwo, poprzez działania prewencyjne, dochodzi do wyeliminowania sytuacji, w której studenci celowo wykorzystują cudzą twórczość, żeby uzyskać tytuł zawodowy. W tym kontekście skala jest coraz niższa – zauważa ekspert.

Plagiat to jednak nie tylko domena szkolnictwa. Do naruszeń przy korzystaniu z cudzej twórczości dochodzi w życiu codziennym, często jednak nieświadomie, bo wynika to nie tyle ze złej woli, ile z niewiedzy. Brak cytatu czy umieszczenie elementów utworów graficznych we własnej twórczości to naruszenie praw osobistych i majątkowych.

– Aby legalnie wykorzystać takie źródło w zależności od tego, w jakim celu chcemy to zrobić, istotne jest zastosowanie właściwych przepisów dotyczących prawa autorskiego. Możemy się powoływać na dozwolony użytek, zarówno prywatny, jak i publiczny. Z tym że tutaj jest sporo ograniczeń z tym związanych, każdy przypadek wymaga indywidualnego traktowania – mówi Lech.

Dozwolony użytek daje możliwość korzystania z chronionego utworu bez zgody uprawnionego, jednak pod licznymi warunkami. O ile dozwolone jest np. pobranie pliku z muzyką, skserowanie książki na potrzeby własne i znajomych czy pożyczenie książki, to udostępnianie plików większej grupie osób, w tym użytkownikom internetu, narusza już prawa osobiste i majątkowe twórców.

 Dlatego artyści, wykonawcy, fotografowie coraz częściej decydują się na dochodzenie swoich praw również na drodze sądowej. Obecnie bardzo dużo treści jest wykorzystywanych w internecie w sposób nieautoryzowany i nielegalny. Takich przypadków jest sporo, można je jednak łatwo wykryć, istnieją narzędzia, które to ułatwiają – różnego typu systemy antyplagiatowe czy monitoringi. Dzięki nim takie treści możemy wyszukać, następnie trafić do naruszycieli i dochodzić od nich stosownej zapłaty – podkreśla Przemysław Lech.

Sprzedaż detaliczna rośnie. Korzystają na tym dyskontowe sieci odzieżowe

Sprzedaż detaliczna rośnie. Korzystają na tym dyskontowe sieci odzieżowe 6

W ostatnich miesiącach ubiegłego roku sprzedaż detaliczna w Polsce dynamicznie rosła głównie za sprawą programu Rodzina 500 plus. Korzysta na nim rynek handlu odzieżą i obuwiem, a szczególnie segment dyskontów. Zarówno pod względem liczby sklepów, jak i sprzedaży segment ten dynamicznie rośnie, znacznie szybciej niż cały rynek. Ta tendencja powinna się utrzymać.

Rynek odzieżowy jest jednym z najbardziej dynamicznie rozwijających się w ostatnich latach – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Lech Przemieniecki, prezes zarządu w spółce TXM. – Natomiast istotne jest to, że w ramach całej branży bardzo dynamicznie rośnie rynek odzieży dyskontowej.

Jak wynika z raportu PMR, w marcu 2016 roku liczba sklepów sieci odzieżowych wzrosła o 5 proc. w ujęciu rocznym. Na tym tle segment dyskontowych sieci odzieżowych wypada znacznie lepiej. Dynamika wzrostu w tym segmencie jest wyższa zarówno w zakresie liczby sklepów, jak i sprzedaży. Dane z ostatnich lat pokazują, że ta tendencja się utrzymuje. W latach 2012–2016 rynek rósł w przedziale między 15,3 proc. a 27,8 proc. rocznie. W kolejnych latach – jak szacują eksperci PMR – segment dyskontowy będzie rósł o ok. 20 proc. rocznie.

Wzrostowi rynku sprzyjają dobre nastroje konsumentów. Według danych GUS w okresie od stycznia do listopada 2016 roku sprzedaż detaliczna była o 5,6 proc. wyższa niż w analogicznym okresie 2015 roku. W dziale tekstylia, odzież, obuwie wzrost wyniósł blisko 16 proc. Popyt wewnętrzny napędzał w ubiegłym roku program Rodzina 500 plus.

W ubiegłym roku szczególny wpływ programu Rodzina 500 plus na rynek jednak nie był zauważalny czy odczuwalny – precyzuje Lech Przemieniecki. – Liczymy jednak, że po pierwszej fali, gdy konsumenci przeznaczali środki przede wszystkim na spłaty kredytów i zadłużeń, w 2017 roku boom konsumpcyjny będzie znacznie większy.

Sektor sprzedaży odzieży i obuwia charakteryzuje się wysokim stopniem konkurencji oraz znacznym rozdrobnieniem. Wskaźnik konsolidacji jest stosunkowo niski. W 2015 roku dziesięć największych firm odzieżowych (LPP, H&M, Inditex, Pepco Poland, C&A Polska, Tesco, Grupa Redan, w tym TXM SA, TJX Poland, New Yorker Polska, Ordipol) odpowiadało za około 41 proc. sprzedaży. Z roku na rok segment podlega dalszej konsolidacji, co umacnia pozycję największych przedsiębiorstw kosztem mniejszych marek. Z kolei w segmencie dyskontów ugruntowaną pozycję ma trzech graczy (Pepco, TXM, KiK).

Rynek jest trudno mierzalny, bo definicja dyskontu jest trochę ulotna – mówi Lech Przemieniecki. – W tej chwili jesteśmy graczem numer dwa o ponadregionalnym zasięgu. Jesteśmy firmą, która jest pierwszym przedstawicielem tego sektora debiutującym na giełdzie. Myślę, że w obszarze dyskontów mamy obecnie około 15 proc. wartości.

Środki z debiutu, jak deklarował zarząd TXM, mają być przeznaczone na rozwój sieci sklepów stacjonarnych w kraju, ekspansję zagraniczną, rozwój kanału e-commerce oraz dostosowanie zaplecza logistycznego do rozwoju sieci handlowej.

Od innych spółek odzieżowych funkcjonujących na GPW odróżnia nas przede wszystkim unikalny i bardzo dobrze sprawdzający się model biznesowy – podkreśla Lech Przemieniecki. – Nasza oferta w dużym stopniu jest polska, kupujemy ją na bieżąco. Nie mamy kolekcji produkowanych i planowanych z dużym wyprzedzeniem na Zachodzie. W związku z tym możemy szybko reagować na zmieniający się popyt, warunki pogodowe i trendy rynkowe.

Jak wynika z prospektu emisyjnego spółki, do roku 2018 przedsiębiorstwo chce mieć w Polsce około 382 sklepów o łącznej powierzchni sprzedaży ok. 98 tys. mkw. (obecnie krajowa sieć składa się z blisko 360 placówek).

Zaczynaliśmy od małych miast, budując sklepy o średniej powierzchni około 200 mkw. w miejscowościach Polski powiatowej do ok. 100 tys. mieszkańców. Obecnie pokrywamy całą Polskę. Mniej więcej od roku zaczęliśmy uruchamiać sklepy w większym formacie, o średniej powierzchni ok. 400 mkw. To są nowoczesne placówki, które z powodzeniem mogą konkurować w dużych galeriach nawet ze sklepami modowymi. Zaczynamy się plasować w galeriach na terenie dużych ośrodków miejskich – mówi Lech Przemieniecki.

Liczba sklepów zagranicznych powinna w kolejnych latach wzrosnąć do około setki (większość w Rumunii, pozostałe na Słowacji i w Czechach).

Rynki w Polsce i Europie są dość zbliżone, choć rynki Europy Zachodniej bywają jednak bardziej konkurencyjne – ocenia Lech Przemieniecki. – My cieszymy się szczególnie z tych obszarów, na których już jesteśmy obecni. Duże nadzieje wiążemy z Rumunią, która jest świeżym, nienasyconym, wyjątkowo chłonnym rynkiem. Chcemy tam zdobyć pozycję jednego z wiodących graczy.

Polskie miasta czekają gigantyczne wydatki inwestycyjne. Potrzebują przede wszystkim inteligentnych rozwiązań

Polskie miasta czekają gigantyczne wydatki inwestycyjne. Potrzebują przede wszystkim inteligentnych rozwiązań 7

Idea inteligentnych miast, które z pomocą nowych technologii odpowiadają na potrzeby mieszkańców, zyskuje na popularności. Inwestycje z zakresu smart city realizuje coraz więcej polskich miast i samorządów. Ich potencjał nie jest jednak w pełni wykorzystywany, dlatego polskie miasta są w ogonie państw europejskich. Jeżeli samorządy zmienią sposób myślenia i dostrzegą konieczność wypracowania spójnej strategii rozwoju, to mogą szybko dogonić metropolie Europy Zachodniej – ocenia Tomasz Turczynowicz z firmy Qumak.

– Polskie miasta nie są jeszcze smart. Brakuje projektów, które integrowałyby różne grupy interesariuszy. Zwykle są to projekty dla pojedynczego wydziału, jednostki czy spółki. Do momentu, kiedy nie będą to projekty interdyscyplinarne, nie powinniśmy ich traktować jako projektów z zakresu smart city – mówi agencji Newseria Tomasz Turczynowicz, dyrektor działu Smart City w firmie informatyczno-technologicznej Qumak.

Według szacunków ONZ do 2050 roku dwie trzecie światowej populacji będzie zamieszkiwać małe i duże miasta. Zarówno obecnie, jak i w nadchodzących dekadach miasta będą musiały się zmierzyć nie tylko z dynamicznym przyrostem liczby mieszkańców, lecz także z problemami takimi jak zanieczyszczenie powietrza, wzrost zapotrzebowania na wodę i energię, wzrost przestępczości czy niedostatek mieszkań. Metropolie, które szukają nowoczesnych rozwiązań tych problemów, wdrażają coraz więcej innowacyjnych rozwiązań z zakresu nowych technologii i IT.

Miasta, które dzięki innowacjom odpowiadają na potrzeby społeczne i ekonomiczne mieszkańców oraz realizują koncepcję zrównoważonego rozwoju, określa się mianem „inteligentnych”. Nowe technologie sprawiają nie tylko, że miasta stają się bardziej przyjazne i wygodne dla mieszkańców, lecz także przekładają się na obniżenie kosztów utrzymania i zwiększenie wydajności infrastruktury miejskiej.

Modelowym przykładem smart city są europejskie metropolie takie jak Kopenhaga, Barcelona czy Londyn. W ostatnich latach skokowo rośnie jednak liczba projektów odpowiadających tej koncepcji, które wdrażają polskie miasta.

W Szczecinie oraz Krakowie dużą część lamp ulicznych zastąpiło oświetlenie LED, które w skali roku pozwoli zmniejszyć zużycie energii i przyniesie oszczędności sięgające nawet 700 tys. zł. W Lublinie ruchem transportowym kieruje inteligentny system ITS, który pozwala kierowcom w czasie rzeczywistym sprawdzać czas dojazdu do wybranego punktu i dowiadywać się, w których częściach miasta są korki, roboty czy inne utrudnienia. Z badań firmy Integrated Solutions wynika, że ponad 50 proc. polskich samorządów w kolejnych latach zamierza wdrażać systemy usprawniające miejski transport.

Zdaniem eksperta firmy Qumak, polskie samorządy wciąż nie do końca rozumieją jednak ideę smart city i to stanowi główną barierę ich rozwoju w tym obszarze. W efekcie potencjał realizowanych projektów jest wykorzystywany tylko w części.

– Tak naprawdę samorządy realizowały inwestycje z zakresu inteligentnych miast jeszcze zanim pojawiło się to określenie. Miasta wdrażały projekty z obszaru oświetlenia, bezpieczeństwa czy inteligentnego transportu. Były to jednak projekty odseparowane, nie łączyły wielu grup interesariuszy i w związku z tym nie miały zbyt dużego znaczenia w skali całego miasta. Przykładowo, w obszarze bezpieczeństwa nie chodzi tylko o zainstalowanie systemu monitoringu, lecz także o współdziałanie wielu jednostek takich jak policja czy straż miejska, które powinny korzystać z danych generowanych przez ten system – mówi Tomasz Turczynowicz.

Eksperci podkreślają, że polskie miasta muszą zmierzyć się z gigantycznymi wydatkami na inwestycje. Największym wyzwaniem jest przede wszystkim infrastruktura mieszkaniowa, transportowa i społeczna.

– Polskie miasta potrzebują po pierwsze inteligentnych rozwiązań transportowych, ponieważ to najszybciej odczują wszyscy mieszkańcy. Po drugie to muszą zainwestować w systemy poprawiające bezpieczeństwo w mieście i po trzecie – szeroko rozumiane e-usługi, aby mieszkańcy, przedsiębiorcy czy inwestorzy mogli realizować zadania z domu czy biura, bez konieczności odwiedzania urzędów – mówi Tomasz Turczynowicz.

W ubiegłym roku samorządy nie realizowały żadnych znaczących projektów z zakresu inteligentnej infrastruktury miejskiej. 2017 rok powinien jednak przynieść oczekiwaną poprawę. Zwłaszcza że perspektywa 2014–2020 jest dla samorządów ostatnim momentem na pozyskanie funduszy europejskich dla projektów inwestycyjnych w ramach koncepcji smart city.

Wartość całego segmentu szacowana jest na kilkaset milionów złotych rocznie. Samorządy mogą wydawać te pieniądze na projekty związane z szeroko rozumianym inteligentnym miastem. W skali globalnej wartość rynku inteligentnych miast do 2020 roku będzie wynosić około 1,5 biliona dolarów – wynika z raportu „Inteligentny Rozwój Miast” firmy Integrated Solutions zajmującej się wdrażaniem inteligentnych rozwiązań dla samorządów.

– Warto podkreślić, że nie mówimy tylko o dużych miastach. Projekty z obszaru smart city mogą realizować również małe miejscowości, gminy czy powiaty. Wielkość nie ma znaczenia. Istotne jest to, co można zaoferować mieszkańcom i przedsiębiorcom. Nawet małe starostwa i miasteczka mogą realizować projekty za setki tysięcy złotych, które odpowiedzą na lokalne potrzeby. W zeszłym roku bardzo mało działo się w tym obszarze, ale liczymy na to, że w tym roku rynek się otworzy – mówi Tomasz Turczynowicz.

Polskie samorządy ustępują europejskim metropoliom skalą realizowanych projektów, ale zdaniem eksperta firmy Qumak mają szansę bardzo szybko pokonać bariery i w ciągu kilku lat trafić do europejskiej czołówki inteligentnych miast. Potrzebna jest jednak większa świadomość włodarzy miast i wypracowanie spójnej strategii rozwoju.

– Jeżeli uzmysłowimy włodarzom potrzebę integracji projektów i wypracowania spójnej strategii, którą trzeba konsekwentnie realizować, to możemy w ciągu 23 lat znaleźć się czołówce europejskiej. Jeśli powstaną projekty interdyscyplinarne na poziomie województwa, gdzie przykładowo mielibyśmy możliwość kupienia biletu do państwowej komunikacji zbiorowej i prywatnej albo na pociąg, to mieszkańcy szybko odczują poprawę – mówi Tomasz Turczynowicz.

Z raportu Integrated Solutions wynika, że w 2025 roku na świecie będzie już ponad 100 w pełni inteligentnych miast, a działania w tym kierunku będzie podejmowała większość metropolii.

Działalność gospodarczą można już zarejestrować przez telefon. Resort rozwoju wprowadza nowe ułatwienia dla przedsiębiorców

Działalność gospodarczą można już zarejestrować przez telefon. Resort rozwoju wprowadza nowe ułatwienia dla przedsiębiorców 8

Resort rozwoju wprowadził usługę, która umożliwia zarejestrowanie działalności gospodarczej przez telefon. W trakcie rozmowy konsultant przyjmuje niezbędne dane i wypełnia wniosek, a procedurę można zakończyć, składając podpis przez internet lub w urzędzie gminy. Pod specjalnym numerem telefonu przedsiębiorcy mogą też skorzystać z opcji telefonicznych powiadomień dotyczących na przykład ważnych zmian w przepisach. Resort podkreśla, że to pionierska usługa w skali administracji publicznej.

Wprowadzamy możliwość zarejestrowania działalności gospodarczej przez telefon. Dotychczas wniosek można było wypełnić w urzędzie albo przez internet, teraz rozszerzamy tę możliwość o kolejny kanał – mówi agencji Newseria Tadeusz Kościński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Do założenia działalności gospodarczej niezbędny jest wpis w Centralnej Ewidencji i Identyfikacji Działalności Gospodarczej (CEIDG). Zgodnie z ustawą o swobodzie działalności gospodarczej wniosek do CEIDG jest wolny od opłat. System odsyła wnioskodawcy potwierdzenie, a cała procedura jest stosunkowo prosta i zajmuje niewiele czasu.

Teraz założenie firmy ma być jeszcze prostsze, ponieważ resort rozwoju wprowadza właśnie możliwość zarejestrowania działalności gospodarczej przez telefon. W trakcie rozmowy telefonicznej konsultant przyjmuje dane potrzebne do wypełnienia wniosku i wprowadza je do systemu CEIDG. W kolejnym kroku wnioskodawca otrzymuje wiadomość SMS z numerem wniosku. Musi okazać go w dowolnym urzędzie gminy, gdzie urzędnik wydrukuje wniosek do podpisu. Procedurę można dokończyć również elektronicznie, za pomocą podpisu elektronicznego.

Przedsiębiorca może zadzwonić i bezpośrednio z domu porozmawiać z konsultantem, wypełnić wniosek i wyjaśnić ewentualne niejasności. Na zakończenie konsultant prześle SMS-em numer wniosku, z którym należy się udać do urzędu i złożyć podpis. Jeżeli przedsiębiorca ma już podpis kwalifikowany, może też zarejestrować się na naszych stronach i formalnie się podpisać – wyjaśnia Tadeusz Kościński.

Telefoniczna rejestracja działalności gospodarczej jest już dostępna pod numerem 801 055 088. Przedsiębiorcy mogą pod tym numerem skorzystać również z innych usług, na przykład z opcji telefonicznych powiadomień o zbliżających się ważnych terminach oraz istotnych zmianach w przepisach.

To duże udogodnienie, ponieważ przez telefon można nie tylko zarejestrować działalność gospodarczą, lecz także zmienić dane we wniosku, zawiesić albo zlikwidować działalność. Przedsiębiorcy mogą też liczyć na informacje zwrotne, ponieważ my również będziemy się z nimi kontaktować, na przykład żeby przypomnieć o zbliżających się ważnych zdarzeniach – mówi Tadeusz Kościński.

Nowa usługa jest realizowana przez Centrum Pomocy Przedsiębiorcy, które działa przy resorcie rozwoju. Zdaniem Tadeusz Kościńskiego będzie to duże ułatwienie zwłaszcza dla osób, które nie mają czasu na wizytę w urzędzie albo mają kłopot z obsługą internetowej wersji serwisu dla przedsiębiorców.

Niektórzy przedsiębiorcy wolą iść do urzędu, część chce wypełnić cały wniosek przez internet, a jeszcze inni obawiają się internetu albo nie mają do niego dostępu. Jeżeli chcą na bieżąco coś wyjaśnić albo dla własnego komfortu wolą rozmawiać bezpośrednio z innym człowiekiem, to kanał telefoniczny im to umożliwi – mówi podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Ministerstwo Rozwoju podkreśla, że usługa umożliwiająca założenie firmy przez telefon to pionierskie rozwiązanie w skali całej administracji publicznej. Resort zapowiada, że jest to kolejny krok w kierunku nowoczesnej e-administracji, a w planach jest pakiet podobnych rozwiązań.

To część całego pakietu, który chcemy wdrożyć. Przez ostatni miesiąc prowadziliśmy alpha testing, a teraz uruchamiamy beta testing. To wciąż jeszcze usługa pilotażowa, ale na dużą skalę. Spodziewamy się, że już pod koniec miesiąca będzie masowo wykorzystywana – mówi Tadeusz Kościński.

Ekologiczny styl jazdy pozwala zaoszczędzić nawet 1,5 l paliwa na 100 km

Ekologiczny styl jazdy pozwala zaoszczędzić nawet 1,5 l paliwa na 100 km 9

Nawet 1,5 litra mniej paliwa na dystansie 100 kilometrów może spalać samochód, kiedy kierowca jeździ zgodnie z ideą ecodrivingu. Przede wszystkim chodzi o unikanie gwałtownego przyspieszania i hamowania, tak by jazda była jak najbardziej płynna. Nie musimy też jeździć bardzo wolno i unikać włączania radia czy klimatyzacji – zapewnia Marcin Grzebieluch ze Szkoły Bezpiecznej Jazdy Carevent.pl.

 Ecodriving wpisuje się idealnie w taktykę jazdy – to przewidywanie ciągu zdarzeń, płynność jazdy, przyspieszania, stała prędkość, odpowiednio wczesne hamowanie, także silnikiem – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Grzebieluch ze Szkoły Bezpiecznej Jazdy Carevent.pl. – Prowadząc auto w sposób ekologiczny, można oszczędzić paliwo, a jednocześnie poprawić bezpieczeństwo. Wszystkich namawiam do takiej jazdy.

Ekonomiczność i niskie spalanie to jedne z najważniejszych czynników branych pod uwagę przez Polaków przy zakupie samochodu – wynika z badania „AUTOwybory Polaków” instytutu Millward Brown dla Exact Systems. Wskazało tak 42 proc. kierowców. Znacznie mniej, bo 29 proc., zadeklarowało, że kieruje się przy zakupie ceną auta. Zakup oszczędnego samochodu przełoży się w przyszłości na niższe koszty eksploatacji, jednak dla portfela kierowcy korzystny wpływ może mieć także odpowiedni styl jazdy.

– Jeżeli ecodriving jest mądrze stosowany, czyli nie prowadzi do tego, że auto jedzie z prędkością 30 km/h na piątym biegu, tylko kierowca faktycznie planuje jazdę, odpowiednio wcześniej przewiduje manewry, to w zasadzie minusów tego rodzaju jazdy nie ma – twierdzi Marcin Grzebieluch. – Można bowiem poruszać się sprawnie, jednocześnie bardzo płynnie i w rezultacie komfortowo oszczędzać paliwo.

Zdaniem Marcina Grzebielucha ekologiczny styl jazdy pozwala zaoszczędzić nawet 1,5 litra benzyny lub oleju napędowego na każde przejechane 100 kilometrów. Ale korzyścią jest także wzrost bezpieczeństwa, bo kierowca uczy się hamowania silnikiem, po drodze porusza się płynniej i jeździ ostrożniej.

– Ecodriving to jak najbardziej słuszna idea, ale też temat wielu nadużyć – wskazuje Marcin Grzebieluch. – Nie chodzi wcale o to, jak wiele osób sądzi, by jeździć bardzo wolno lub wyłączyć wszystkie odbiorniki prądu, bo po to w samochodzie jest choćby radio, żeby z niego korzystać. To przede wszystkim przewidywanie zdarzeń i prowadzenie, które polega na przykład na zaniechaniu napędzania auta tylko po to, żeby za chwilę hamować. Rzecz jest raczej w płynnej jeździe, dzięki której samochód faktycznie mniej zużywa paliwa.

Zdaniem eksperta coraz więcej kierowców zwraca uwagę na oszczędny sposób prowadzenia samochodu. W dalszym ciągu panuje jednak przeświadczenie, że aby zaoszczędzić paliwo, wystarczy wrzucić na luz. Nowocześniejsze auta wymagają jednak innego stylu jazdy niż te produkowane kilkanaście lat temu.

– Do ecodrivingu nie są konieczne specjalne umiejętności, wystarczy myśleć, bo to są bardzo proste rzeczy – zauważa Marcin Grzebieluch.

Agencja Fitch podtrzymała ocenę wiarygodności kredytowej Polski

Agencja Fitch w komunikacie prasowym potwierdziła utrzymanie dotychczasowej oceny ratingowej na poziomie A-/F2 odpowiednio dla długo i krótkoterminowych zobowiązań w walucie zagranicznej oraz A-/F1 odpowiednio dla długo i krótkoterminowych zobowiązań w walucie krajowej. 

Polska gospodarka ma solidne fundamenty. Nowe propozycje rozwiązań w sprawie kredytów walutowych znacząco osłabiły ryzyko dla sektora bankowego.

W komunikacie przedstawione zostały szacunki agencji dotyczące dynamiki PKB na najbliższe lata. Agencja prognozuje przyspieszenie wzrostu z 2,7% w 2016 r. do 3% w 2017 r. i 3,2% w 2018 r. Analitycy agencji oczekują przyspieszenia tempa wzrostu gospodarczego wskutek wzrostu wykorzystania środków unijnych, spadku stopy bezrobocia oraz wsparcia finansowego dla rodzin (Program Rodzina 500+).

Agencja ratingowa Fitch przewiduje wzrost deficytu budżetowego w bieżącym roku do 3% z szacowanego 2,5% w 2016 r. Wartości długu publicznego w kolejnych latach, prognozowane przez Fitch, są niższe niż projekcje MF zawarte w Strategii Zarządzania Długiem Sektora Finansów Publicznych na lata 2017-2020.

Podniesienie oceny ratingowej Polski wg agencji możliwe jest w przypadku utrzymania wysokiego tempa wzrostu PKB lub dalszego ograniczania zadłużenia zagranicznego wskutek poprawy bilansu obrotów bieżących i napływu kapitału. Z drugiej strony obniżenie ratingu jest możliwe w przypadku pogorszenia sytuacji finansów publicznych (wzrostu relacji długu publicznego do PKB w średnim horyzoncie lub wzrostu deficytu budżetowego powyżej 3%) a także w przypadku pogorszenia sytuacji makroekonomicznej (pogorszenia klimatu inwestycyjnego, niestabilnej sytuacji makroekonomicznej lub spadku PKB).

Agencja Moody’s nie dokonała aktualizacji ratingu oraz nie opublikowała raportu kredytowego nt. Polski. Tym samym ocena ratingowa Polski pozostała niezmieniona na poziomie A2/P-1 odpowiednio dla długo i krótkoterminowych zobowiązań w walucie zagranicznej i krajowej z perspektywą negatywną.

W przygotowanym przez MarketNews24 materiale wideo o konsekwencjach tych mówi dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB: Te ratingi są neutralne dla kursu złotego i dla obligacji rządowych, czyli zagrożenia istnieją i są dobrze znane.

Rodziny, firmy i budżet beneficjentami programu 500+

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w grudniu 2016 r. o 0,8 proc. r/r, a w stosunku do listopada o 0,7 proc. – podał GUS.

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek
Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek

Dwa lata, a właściwie więcej, bo 28 miesięcy deflacji za nami. W 2015 r. ceny spadły w skali roku o 0,9 proc. r/r, w 2016 r. – o 0,6 proc. (w 2014 r. ceny nie zmieniły się r/r). Na tym tle zmiany cen dóbr i usług konsumpcyjnych w grudniu są spektakularne, bowiem wzrosły one o 0,8 proc. r/r.

Patrząc na strukturę zmian cen w grudniu można postawić tezę, że wszyscy postanowili być beneficjentami programu Rodzina 500+. To, że są nimi wszystkie rodziny z co najmniej dwójką dzieci oraz rodziny o niskich dochodach z jednym dzieckiem, to oczywiste. Teraz wyraźnie widać, że do grupy beneficjentów postanowili dołączyć przedsiębiorcy oraz rząd. Przedsiębiorcy to przede wszystkim producenci i sprzedawcy produktów żywnościowych i napojów bezalkoholowych. Ceny żywności wzrosły bowiem w ostatnim miesiącu 2016 r. o 2,7 proc. r/r. Tak silnego wzrostu tej grupy produktów nie obserwowaliśmy od stycznia 2013 r. Ceny żywności rosły już co prawda od października 2015 r., ale w żadnym momencie tych 15 miesięcy wzrost cen nie przekroczył 1,4 proc. Najwidoczniej w grudniu uznano, biorąc pod uwagę także okres świąteczny i zwyczajowo wyższe wydatki Polaków na konsumpcję, że jest to dobry moment do odważniejszego podnoszenia cen.

Dlaczego ceny żywności? Są to dobra podstawowe, które charakteryzują się niską cenową elastycznością popytu, czyli wzrost ich cen wpływa w niewielkim stopniu na spadek popytu na te dobra.

W grudniu 2016 r. zobaczyliśmy zatem w praktyce, co może się wydarzyć, gdy wejdzie w życie podatek od sprzedaży detalicznej, którego wprowadzenie zatrzymała (do wyjaśnienia, czy jest on zgodny z prawem UE), Komisja Europejska. Handel przynajmniej część tego dodatkowego obciążenia podatkowego przerzuci na konsumentów, i to konsumentów dóbr podstawowych. A należy pamiętać, że w koszyku dóbr kupowanych przez gospodarstwa domowe o niskich dochodach udział żywności jest znacznie większy niż w koszyku dóbr kupowanych przez rodziny o wyższych dochodach. I to te słabsze dochodowo gospodarstwa domowe będą płacić, przynajmniej w części, podatek od sprzedaży detalicznej.

Drugim „dodatkowym” beneficjentem programu Rodzina 500+ jest budżet państwa, czyli rząd. Wyższe ceny to bowiem także wyższe wpływy z podatku VAT. GUS podał, że w 2016 r. cukier podrożał o prawie 27 proc. Oznacza to, że tylko z VAT od sprzedaży cukru do budżetu państwa wypłynęło dodatkowo ok. 85 mln zł. Do tego wyższe wpływ z VAT zapewniła m.in. konsumpcja owoców i warzyw, mięsa wieprzowego, wołowego i cielęcego, pieczywa, makaronów, herbaty, kawy, soków owocowych. Sądząc po poziomie wzrostu cen żywności w grudniu 2016 r., wpływy z VAT do budżetu państwa w ostatnim miesiącu ubr. powinny być wysokie.Należy zakładać, że tendencja ta, tj. wzrostu cen żywności, utrzyma się w 2017 r.

W grudniu bardzo silnie wzrosły również ceny paliw. W tym przypadku mieliśmy do czynienia z połączonym efektem – wzrostu cen ropy naftowej na rynkach światowych oraz większym popytem wynikającym z wyższych dochodów ludności (większe zatrudnienie, wyższe wynagrodzenia, ale także dochody z programu 500+, które wielu rodzinom umożliwiły kupno samochodów, głównie używanych). Producenci paliwa oraz jego dystrybutorzy skorzystali z rosnących cen ropy na rynku globalnym i postanowili zapewne podnieść ceny paliwa nieco bardziej niż to wynikało ze zmiany cen ropy na świecie. Tu także przedsiębiorcy – producenci i dystrybutorzy paliwa, a także budżet państwa stali się pośrednio beneficjentami programu Rodzina 500+.

Nie ma wątpliwości, że proces wzrostu cen rozpoczął się. Do jakiego poziomu wzrosną one w 2017 r. trudno w tej chwili prognozować. Rząd założył w budżecie wzrost CPI o 1,3 proc. Jeszcze niedawno wszystko wskazywało, że poziom ten trudno będzie osiągnąć i wzrost cen nie przekroczy 1,0-1,1 proc. w skali roku. Siła wzrostu cen żywności w końcu 2016 r. wskazuje, że przedsiębiorcy mogą być zdeterminowani, aby podnosić ceny także innych dóbr. Szczególnie, że badania pokazują, że w 2017 r. planują wyższe wzrosty wynagrodzeń dla pracowników niż było to w 2016 r. (nominalnie o 4 proc. a realnie o ponad 4,5 proc.). A to oznacza wyższe koszty działalności.
Drugi czynnik, który może wpływać na inflację w 2017 r. to ceny paliwa. Nie należy spodziewać się istotnego wzrostu cen ropy na rynku światowym, ale baza z 2016 r. jest bardzo niska, i to efekt niskiej bazy może nakręcać inflację.

Możemy zatem mieć w 2017 r. inflację tak na poziomie 1,0-1,1 proc., jak i na poziomie powyżej założonych w budżecie państwa 1,3 proc.

Konfederacja Lewiatan

Tygodniowy przegląd walutowy

Miesiąc miodowy po „zaślubinach” inwestorów z wizją prezydentury Trumpa dobiegł końca, a szara rzeczywistość przywołuje wątpliwości, czy pierwsze zauroczenie nie było fałszywe. Mijający tydzień to podróż USD po wyboistej drodze przy coraz większych rozterkach, co faktycznie przyniesie polityka Trumpa – szybszy rozwój USA, czy szereg międzynarodowych konfliktów handlowych?

Zmienność na początku roku jest spora, a dla inwestorów ciężarem są reminiscencje sytuacji z początku ubiegłego roku, kiedy awersja do ryzyka uderzyła pełną mocą. USD jest obecnie zakładnikiem przesadnego optymizmu, który napędzał jego rajd w listopadzie i grudniu. Teraz najmniejsze wątpliwości mogą być kamyczkiem, który inicjuje lawinę redukcji długich pozycji. W tym zamieszaniu ginie niestety fakt, że nawet bez zapowiadanym pomysłom ekspansji fiskalnej, gospodarka USA radzi sobie dobrze, a Fed dąży do podwyżek niezależnie od tego, jakie będą decyzje gospodarcze w Białym Domu.

Są to równie ważne motory, które finalnie będą pchać rentowności obligacji skarbowych USA w górę, a zatem wesprą dolara.

Przyszły tydzień: CPI z USA, ECB, BoC, rynek pracy Australii, PKB z Chin
Kalendarz wydarzeń z USA startuje z poślizgiem w związku z obchodami Dnia Martina Luthera Kinga w poniedziałek. Dalej CPI będzie w centrum uwagi (śr) z oczekiwaniami rozbudzonymi przez oznaki globalnego przyspieszenia tempa wzrostu cen. Inflacja bazowa ma utrzymać się na 2,1 proc. r/r, ale wzrost cen paliw ma pociągnąć ogólny CPI z 1,7 proc. do 2,1 proc. Ruch w górę inflacji bazowej może mieć istotny wpływ na USD, gdyż wzmocni presję na szybszą reakcję Fed. Pod tym kątem śledzić należy wystąpienia przedstawicieli Fed. Dudley przemawia dwa razy we wtorek, w środę usłyszymy od Williamsa, Kashkariego i Yellen. Prezes Fed drugi raz wystąpi w piątek, a oprócz niej tego dnia pojawia się komentarze od Harkera i Williamsa.

Z pozostałych danych produkcja przemysłowa ma odreagować listopadowy spadek (śr, 0,6 proc. m/m, poprz. -0,4 proc.); podobne odbicie ma dotyczyć rynku budownictwa mieszkaniowego (czw). Na koniec rynki będą śledzić inaugurację Trumpa i jego przemówienie pod kątem sygnalizowania bodźców fiskalnych, których brakowało na konferencji prasowej w tym tygodniu.

W strefie euro wydarzeniem tygodnia jest decyzja ECB (czw). Nie oczekujemy zmian w parametrach polityki pieniężnej, choć ostatnia poprawa w danych makro (inflacja, PMI) może skłaniać bank do bardziej optymistycznej oceny perspektywy rozwoju. Mimo to jest jeszcze o wiele za wcześnie, by oczekiwać zmiany retoryki w stronę odchodzenia od gołębiego nastawienia. Stąd wątpimy, aby konferencja Draghiego przyniosła impuls do wyraźnego umocnienia EUR. Podtrzymujemy nasze negatywne nastawienie w średnim terminie.

Kalendarz dla funta otwiera wystąpienie prezesa BoE Carneya w London School of Economics (pon). W wystąpieniu 11 stycznia Carney podtrzymał ostrożny ton wskazując na jeszcze nie w pełni ujawnione zagrożenia dla wzrostu płynące z Brexitu, choć ich skala wydaje się teraz mniejsza niż się wcześniej obawiano. Podobnie może być w przyszłym tygodniu, co będzie generować dodatkową presję na funta. Spośród danych, od rynku pracy (śr) i sprzedaży detalicznej (pt) ważniejsze będą dane o CPI (wt). Silniejsze przyspieszenie inflacji może wzmocnić spekulacje o zacieśnianiu polityki BoE, co przejściowo może wzmacniać funta. Ogólnie jednak widzimy dominujące nastawienie uczestników rynku, by odbicia GBP wykorzystywać pod odnowienie sprzedaży. W przyszłym tygodniu nic ciekawego nie dzieje się w odniesieniu do SEK i NOK. Podtrzymujemy pozytywne nastawienie względem szwedzkiej korony.

Z Polski otrzymamy uzupełnienie zestawu danych za grudzień: inflacja bazowa (pon), rynek pracy (śr), produkcja i handel (czw). Najważniejsze będą dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej, gdzie widzimy jednak potencjał do słabszych odczytów na bazie odreagowania solidnych wartości w listopadzie. Interpretacja danych będzie warunkowa w zależności od decyzji agencji ratingowych w sprawie Polski wieczorem w piątek 13 stycznia. Jeśli status quo w wykonaniu Fitch i Moody’s miałby się nałożyć na sygnały poprawy w danych, byłaby to dobra pożywka dla umocnienia złotego poniżej 4,35 za euro.
W Japonii zamówienia na maszyny (pon) i produkcja przemysłowa (wt) nie są odczytami istotnymi dla jena. USD/JPY pozostaje w ścisłej korelacji z rentownościami obligacji skarbowych USA i tutaj należy szukać wskazań kierunku. Dopóki rynek będzie utrzymywał wątpliwości o zasadność rajdu dolara w oparciu o kredyt zaufania do polityki prezydenta-elekta Trumpa, podwyższone pozostaje ryzyko dalszego redukowania krótkich pozycji w obligacjach i długich pozycji w USD/JPY.

Przyszyły tydzień zapowiada się interesująco dla CAD. W środę Bank Kanady podejmuje decyzję w sprawie stóp procentowych wraz z publikacją Raportu Polityki Monetarnej. Obniżka jest mało prawdopodobna, biorąc pod uwagę grudniową pasywność BoC, poprawę perspektyw gospodarki USA (główny partner handlowy) i odbicie cen ropy naftowej. Mimo to ryzyka leżą w pesymistycznym wydźwięku Raportu. Ponadto w piątek otrzymamy dane o inflacji CPI i sprzedaży detalicznej. Widzimy niewiele powodów, by oczekiwać siły CAD w kolejnych tygodniach.

W Australii kalendarz oferuje oczekiwania inflacyjne (pon), nastroje konsumentów (śr) i raport z rynku pracy (czw). Główna uwaga będzie na tym ostatnim, gdyż dane za listopad zaskoczyły mocno pozytywnie, więc teraz ryzyko leży po stronie odreagowania. Mimo to AUD ostatnio znajduje wsparcie w poprawie sentymentu względem sytuacji w chińskiej gospodarce oraz dobrej postawie surowców przemysłowych i rynku akcji. Jeśli odczyt PKB z Chin za IV kw. nie rozczaruje (pt, prog. 6,7 proc. r/r), AUD prezentuje się jako jeden z solidniejszych reprezentantów segmentu G10 (głównych walut). W przypadku NZD nastawienie inwestorów jest zbliżone, choć widzimy mniejszą wrażliwość na wzrost apetytu na ryzyko, stąd gorszą pozycję w porównaniu do AUD. Kalendarz z Nowej Zelandii nie zawiera kluczowych pozycji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Spokojny początek roku na rynku walutowym

W ostatnim czasie jesteśmy świadkami niewielkich wahań kursów i stabilnego rozwoju sytuacji na rynku walutowym. Wyjątkowego spokoju nie zmąciło nawet posiedzenie RPP, które odbyło się we wtorek i środę (10 i 11.01).

Rada Polityki Pieniężnej wyraziła zadowolenie z aktualnej sytuacji ekonomicznej oraz oczekuje osiągnięcia w przyszłym roku celu inflacyjnego. Nie jest to jednak nowa wiadomość. Wszystko wskazuje na to, że w bieżącym roku RPP, będzie wpływać na kurs złotego raczej słowną retoryką niż zmianami w polityce monetarnej. Obniżanie stóp procentowych, w czasie gdy gospodarka się rozwija, mija się bowiem z celem. Z drugiej strony podnoszenie stóp wchodzi w rachubę dopiero gdy zostanie osiągnięty cel inflacyjny. W związku z tym analitycy będą przede wszystkim zwracać uwagę na rozwój realnej gospodarki.

Według prognoz polska gospodarka powinna nadal się rozwijać. Od początku roku publikowane są bardzo pozytywne dane ekonomiczne z całego świata, i to włącznie z danymi z Europy. Na przykład w tym tygodniu poznaliśmy wyniki przemysłu w Niemczech i strefie euro. U naszych zachodnich sąsiadów produkcja przemysłowa w ujęciu międzyrocznym wzrosła o 2,2%, a w strefie euro nawet o 3,2%.

Złoty w tygodniu nieznacznie stracił na wartości, ale można to zinterpretować bardziej jako korektę po wyraźnym umocnieniu polskiej waluty w ostatnich tygodniach. Aktualnie kurs EUR/PLN oscyluje wokół 4,37. Kurs EUR/USD w piątek rano znajdował się na poziomie 1,06.

Akcenta

Raport EY: Czy zarządzający firmami są świadomi cyberzagrożeń?

Globalne organizacje przyznają dziś, że nie są w stanie przewidzieć i odeprzeć skomplikowanego cyberataku oraz skutecznie przeciwdziałać cyberzagrożeniom XXI wieku. Dodatkowo, zbyt małe budżety, a co za tym idzie – niewystarczające inwestycje w bezpieczeństwo – stanowią dla nich największe wyzwanie. Takie wnioski płyną z 19. Światowego Badania Bezpieczeństwa Informacji firmy doradczej EY „Droga do cyberbezpieczeństwa: wykrywaj, chroń, reaguj”, w którym udział wzięło 1735 firm z całego świata. Jako największe cyberzagrożenia ankietowani w tegorocznej edycji raportu wskazali złośliwe oprogramowanie i phishing.

Z jednej strony cyfrowe innowacje, internet rzeczy, zmiany regulacyjne, kryzysy finansowe oraz gwałtowny rozwój cyberprzestępczości spowodowały, że organizacje nauczyły się, w jaki sposób bronić się i jak lepiej odpowiadać na pojawiające się wyzwania i zagrożenia. Połowa z 1735 ankietowanych przez EY firm stwierdziła bowiem, że może wykryć nawet bardzo skomplikowany cyberatak. To najwyższy odsetek takich odpowiedzi od 2013 roku. Przekonanie to wynika z inwestycji w mechanizmy zapobiegające cyberatakom, monitorujące zagrożenia operacyjne zespoły operacji bezpieczeństwa IT (SOC – Security Operations Center). Mimo tych inwestycji, aż 86% ankietowanych uważa, że ich kompetencje w obszarze cyberbezpieczeństwa nie do końca spełniają potrzeby organizacji, w której pracują.

– Zdecydowana większość badanych przez EY członków zarządów oraz najwyższego managementu, wskazuje na brak zaufania dla poziomu cyberbezpieczeństwa swoich organizacji. Firmy skupiają się bowiem na bieżącej ochronie. I przede wszystkim na to skierowana jest uwaga zarządów i inwestycje w cyberbezpieczeństwo. Natomiast na spójne podejście do bezpieczeństwa systemów informatycznych składa się triada: wykrywanie, ochrona i reagowanie. Stąd podtytuł naszego tegorocznego raportu – wykrywaj, chroń, reaguj – wyjaśnia Michał Kurek, Dyrektor w Dziale Zarządzania Ryzykiem Informatycznym EY.

Wyzwania związane z wykrywaniem ataków i ochrony systemów

Jedynie połowa respondentów uważa, że jest w stanie wykryć zaawansowany atak. Z kolei aż 64% organizacji wciąż nie wdrożyło lub posiada tylko nieformalny, nieuregulowany procedurami, program wymiany informacji o zagrożeniach. Jeśli chodzi o określenie słabych punktów wewnątrz to 55% firm nie posiada lub posiada nieformalny proces identyfikacji słabości bezpieczeństwa, a 44% przyznaje, że nie dysponuje zespołem SOC do ciągłego monitorowania potencjalnych cyberataków. Równocześnie ponad połowa (57%) respondentów przyznała, że w ostatnim czasie doświadczyła znaczącego incydentu bezpieczeństwa. A niemalże połowa (48%), wymieniła przestarzałe mechanizmy bezpieczeństwa informacji i architekturę bezpieczeństwa jako swój słaby punkt – to znaczący wzrost z 34% w poprzedniej edycji badania.Wyzwania związane z wykrywaniem ataków i ochrony systemów

– Przedsiębiorstwa przeszły w ostatnich latach długą drogę, żeby dobrze przygotować się do ewentualnych ataków hakerskich. Niestety, w tym samym czasie cyberprzestępcy wymyślili kolejne sposoby i wciąż są o krok do przodu. Dlatego organizacje muszą ciągle wyostrzać zmysły i zwiększać swoją odporność na zagrożenia. A w razie ewentualnego ataku, mieć konkretny plan obrony i być przygotowanym na szybką reakcję tak, aby nie narażać klientów, pracowników, kontrahentów i swojej przyszłości na ryzyko – komentuje Aleksander Ludynia, Starszy Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem Informatycznym EY.

Podatności i zagrożenia

Beztroska lub brak świadomości pracownika to zdaniem ponad połowy respondentów (55% wobec 44% w 2015 roku) najpoważniejsze słabości bezpieczeństwa. Wysoko znalazły się również nieaktualne zabezpieczenia, które nie chronią przed nowymi rodzajami ataków (48%). To, co stoi na przeszkodzie w zapewnieniu bezpieczeństwa organizacji, to ograniczenia budżetowe (61%), brak specjalistów (56%) i brak świadomości lub wsparcia ze strony zarządu (32%). Zdaniem ankietowanych, do największych cyberzagrożeń należy obecnie złośliwe oprogramowanie (52%) i phishing (51%). Z kolei kradzież informacji finansowych i własności intelektualnej zanotowały największy wzrost w ujęciu rocznym.

Podatności i zagrożenia

Warto zaznaczyć, że ciągłość prowadzenia biznesu i szybki powrót do normalności po cyberataku to główne priorytety według 57% badanych. Taki sam odsetek wskazał zapobieganie wyciekowi i utracie danych. Ponadto 39% firm jest skłonnych do ogłoszenia informacji o incydencie w mediach pomimo tego, że 42% nie ma ustalonej strategii komunikacyjnej albo planu na wypadek znaczącego ataku. Jednak więcej, bo blisko połowa (48%) ankietowanych nie poinformowałaby w ciągu pierwszego tygodnia klientów, którzy zostali dotknięci skutkami ataku.

Cyfrowe otoczenie i połączone urządzenia źródłem wyzwań

Otaczający świat staje się coraz bardziej połączony i cyfrowy. Mimo to 62% ankietowanych odpowiedziało, że ich zdaniem jest mało prawdopodobne, by po niegroźnym dla ich organizacji cyberataku, w ich firmie zwiększono wydatki na cyberbezpieczeństwo. Zdaniem 58% atak na bezpośredniego konkurenta a według 68% na dostawcę także nie byłby powodem zwiększenia budżetu.

– Wnioski z tegorocznego raportu EY dowodzą, że z roku na rok organizacje robią postępy w wykrywaniu i odpieraniu coraz powszechniejszych cyberataków. Jednak wyniki naszego badania potwierdzają również konieczność dalszej poprawy podejścia firm do tych zagrożeń. Zwłaszcza, kiedy chcą zachować pełną operacyjność w świecie coraz bardziej połączonym globalnymi relacjami, świecie coraz bardziej podatnym na zagrożenia mogące mieć druzgocący wpływ na biznes – podsumowuje Michał Kurek.

O badaniu

Raport „Światowe Badanie Bezpieczeństwa Informacji” (Global Information Security Survey) przygotowywany jest przez EY od 19 lat. W najnowszej edycji wzięli udział przedstawiciele 1735 firm z całego świata, w tym z Polski. To ludzie odpowiedzialni za technologie informatyczne lub bezpieczeństwo IT z 23 sektorów gospodarki. 19. edycja badania została przeprowadzone między czerwcem a sierpniem 2016 roku.

Rosnąca popularność IT Contracting

Wciąż niewystarczająca liczba specjalistów IT uczy firmy nowego podejścia do pracowników, zaś tych drugich skłania do większych roszczeń względem potencjalnych pracodawców.

Wg najnowszego raportu „Pracuj w IT 2016”, opracowanego przez serwis Pracuj.pl, początkujący pracownicy w branży IT mogą otrzymać przeciętne, miesięczne wynagrodzenie w kwocie wyższej niż 2500 zł netto (dla stanowisk związanych z bezpieczeństwem IT, audytem IT, rozwojem oprogramowania, badaniami i rozwojem) lub 3500 zł netto (dla stanowisk z obszarów finansów, IT, analiz biznesowych oraz finansowych). Z kolei ubiegłoroczny „Raport płacowy” Sedlak&Sedlak dla branży IT pokazał, że doświadczeni przedstawiciele branży IT otrzymywali najwyższe pensje w kraju – ich mediana wynosiła 6625 zł, w porównaniu do 5700 zł w 2015 r. Wg szacunków, w kraju brakuje obecnie ok. 50 tys. specjalistów, a luka ta nieustannie się powiększa. Badania Komisji Europejskiej pokazują, że do 2020 r. w Europie może brakować nawet 800 tys. specjalistów IT. Firmy starają się więc na wszelkie sposoby znaleźć najlepszych pracowników.

Pieniędzmi mnie nie kupisz

Swego czasu naukowcy z Woodrow Wilson School Uniwersytetu Princeton stwierdzili na podstawie badań, że roczne wynagrodzenie na poziomie 75 tys. dolarów (ok. 310 tys. zł) to maksymalna kwota, która może dać pracownikowi szczęście. Po jej przekroczeniu dla pracowników inne rzeczy stają się ważne. Wspomniane wcześniej badanie Sedlak&Sedlak potwierdza to wnioskiem, że dla pracowników branży IT istotnym czynnikiem są pozapłacowe formy wynagradzania. Przykładem takich form może być udział w szkoleniach oraz w popularnych konferencjach branżowych m.in. PLNOG, CONFidence, czy InfraXstructure. Z kolei dla ponad 40 proc. badanych istotna jest świadomość bycia docenianym i szanowanym w miejscu pracy. Równie ważne są także perspektywy rozwoju oraz uczestnictwo w ciekawych projektach. Przy wyborze pracodawcy zwracają oni szczególną uwagę na formę zatrudnienia. Wg badania firmy Regus aż 68 proc. respondentów potwierdza, że czynnik ten pozwala zatrzymać najlepszych pracowników w firmie. Z kolei 58 proc. badanych pozostałoby dłużej na poprzednim stanowisku pracy, gdyby firma zaoferowała im elastyczną formę współpracy. Pole do popisu mu więc w tej kwestii IT Contracting, który w Polsce rozwija się coraz dynamiczniej.

Czym jest IT contracting?

Contracting to rodzaj elastycznej formy współpracy pomiędzy firmą a przedstawicielem branży np. specjalistą IT, która jasno określa czas trwania i realizację powierzonych zadań. Cechą znamienną tej formy współpracy jest umowa. Pracownik nie podpisuje jej bezpośrednio z firmą, w której będzie pracować, a z agencją zajmującą się outsourcingiem kadr – na okres trwania danego projektu. Zwykle taki projekt trwa od kilku do kilkunastu miesięcy. Po jego upływie firma zatrudniająca zgłasza się do pracownika celem utrzymania ciągłości zatrudnienia lub też przedstawia mu nowe ścieżki rozwoju, przy uwzględnieniu jego nowego doświadczenia oraz oczekiwań względem własnego rozwoju, jak i pracodawcy. Jest to niewątpliwie ogromna korzyść dla osób młodych, które dopiero zaczynają swoją karierę w branży IT. Dodatkowo, zaletą takiej formy zatrudnia jest możliwość dotarcia swoją kandydaturą do szerokiego grona pracodawców, a także zdobycie dużego doświadczenia w różnorodnych organizacjach.

Co przyniesie rok 2017?

Już teraz możemy dostrzec, że w obliczu braku specjalistów nie tylko pracodawcy zmieniają swoje podejście do branży, ale również uczelnie wyższe, które już teraz starają się sprostać wymaganiom rynku i kształcić młodych specjalistów w tzw. branżach przyszłości. W 2017 r. wciąż poszukiwanymi stanowiskami będą wszelkie specjalizacje programistyczne, dostrzega się też rosnące znaczenie algorytmiki i matematyki. Z kolei firmy, poza rozbudową własnego zespołu ekspertów i specjalistów, coraz częściej będą wybierać możliwość czasowego kontraktowania pracowników. Wszystko wskazuje na to, że również i 2017 rok przyniesie rosnące zapotrzebowanie na specjalistów niemal z wszystkich specjalizacji IT. Rynek nie wyklucza, że do projektów typu IT Contracting będzie się poszukiwać pracowników poza granicami Polski.

Źródło: PROIDEA

Mediacje w sporach branżowych na rynku nieruchomości

Do grona akredytowanych mediatorów RICS dołączyli eksperci z Polski. Będą mogli odtąd, wskazani przez RICS, mediować w sporach branżowych, łącząc wiedzę z zakresu negocjacji z konkretnym doświadczeniem i praktyką w obszarze budownictwa, nieruchomości i infrastruktury.

Mediacja to skuteczne narzędzie w rękach uczestników rynku, które może mieć zastosowanie do szerokiego wachlarza zagadnień z obszaru budownictwa, infrastruktury i nieruchomości. Usługi RICS w zakresie mediacji, świadczone w ramach autorskiego programu ACRE™, obejmują pojednawczą rolę odpowiednio wyszkolonej, neutralnej osoby trzeciej, która ma pomóc stronom w osiągnięciu porozumienia i zarządzaniu procesem rozstrzygania dzielącego je sporu.

Mediator pomaga wyjaśnić i ustalić kluczowe priorytety, krystalizuje potrzeby, weryfikuje fakty i wspiera strony w poszukiwaniu rozwiązań. Pełni rolę moderatora, który prowadzi strony konfliktu i zarządza nimi w ramach kontrolowanych negocjacji dla uniknięcia eskalacji konfliktu.

Jak informuje Monika Dębska-Pastakia FRICS, akredytowany mediator RICS, prezes i partner Knight Frank:

Monika Dębska-Pastakia FRICS, Knight Frank Polska
Monika Dębska-Pastakia FRICS, Knight Frank Polska

Zastosowanie mediacji w Polsce rośnie jako metody, dzięki której spory pomiędzy dwiema lub więcej stronami można rozwiązać szybko i przy niskich kosztach. Jednocześnie zwiększa się profesjonalizacja usług samych mediatorów i mam tu przede wszystkim na myśli mediacje inicjowane przez same strony. W przypadku mediacji ze skierowania sądu często niestety zdarza się, że spór trafia do mediatora, który nie ma wystarczającej wiedzy z zakresu nieruchomości komercyjnych. To zniechęca strony do samych mediacji, zupełnie niesłusznie, gdyż profesjonalnie poprowadzony proces mediacji może przynieść stronom obopólne korzyści.

Mediacja pozwala uczestnikom konfliktu osiągnąć porozumienie, które niekoniecznie podyktowane jest względami prawnymi, ale może być źródłem praktycznych i korzystnych biznesowo rozwiązań, w tym utrzymania, a w niektórych przypadkach, nawet wzmocnienia relacji pomiędzy zaangażowanymi stronami.

W ramach usług w zakresie polubownego rozwiązywania sporów, RICS oferuje możliwość zaangażowania certyfikowanego mediatora, specjalizującego się w danym obszarze rynku nieruchomości. Podjęcie się mediacji przez osobę będącą specjalistą w danej dziedzinie zwiększa zaufanie stron do mediacji, a tym samym szanse na jej pomyślne zakończenie”.

Zalety mediacji

Mediacja to dobrowolny, niewiążący i niepubliczny proces, w którym neutralna osoba trzecia pomaga stronom w osiągnięciu wynegocjowanej ugody. To zwykle znacznie szybsza i tańsza alternatywa dla postępowania przed sądem, w której strony przejmują kontrolę nad wynikiem sporu. Z tego powodu mediacja jest silnie wspierana w sądownictwie. Taki był m. in. cel wprowadzenia z początkiem minionego roku „Ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku ze wspieraniem polubownych metod rozwiązywania sporów”.

Mediacja może poprawić komunikację między stronami, umocnić negocjacje i doprowadzić do konsensusu. Proces mediacji jest poufny, dobrowolny, elastyczny i w przeciwieństwie do sądu nie mamy tu do czynienia z narzuceniem stronom jakiejkolwiek decyzji: do samego końca zachowują własność i odpowiedzialność za wszelkie rozstrzygnięcia, które uda im się osiągnąć.

Czym jest mediacja ACRE™ RICS?

W oparciu o ponad 40 lat praktyki w zakresie polubownego rozwiązywania sporów RICS opracował własne, innowacyjne podejście do mediacji znane jako ACRE™ (od pierwszych liter angielskich słów Analytical, Commercial, Restorative, Expert).

Dwa zasadnicze elementy tego podejścia, to: po pierwsze, mediatorzy RICS są przeszkoleni i akredytowani zgodnie z uznanymi międzynarodowo standardami; po drugie, są doświadczonymi i wykwalifikowanymi specjalistami w sektorze budownictwa, nieruchomości i infrastruktury.

Usługi RICS w ramach mediacji ACRE™ to solidny i praktyczny proces, w którym mediatorzy wykorzystują swoją wiedzę i doświadczenie aby pomóc stronom w przeanalizowaniu, w oparciu o konkretne realia, sił i słabości własnych stanowisk. Celem mediacji RICS jest osiągnięcie ugody lub przynajmniej wypracowanie jasnego zrozumienia wyzwań stojących przed stronami w sądzie lub w ramach arbitrażu, pozwalające na zawężenie spornych kwestii.

Skorzystanie z usług neutralnej trzeciej strony może wnieść nową energię do zablokowanych negocjacji. Mediator zbada w jakim zakresie strony są gotowe opuścić utrwalone pozycje poprzez identyfikację rzeczywistych problemów między nimi, ich obaw i potrzeb.

Dlaczego warto wybrać mediatora RICS?

Skorzystanie z usług mediatora wyznaczonego przez RICS umożliwia stronom przejęcie kontroli nad wynikiem sporu i uniknięcie konieczności jego narzucenia. Proces ten nie może rozpocząć się i nie może być kontynuowany bez zgody którejkolwiek ze stron co oznacza, że każda z nich może kontrolować koszty i wycofać się z procesu w dowolnym momencie bez wiążącej dla niej decyzji.

Mediator RICS nie dostarczy żadnej ze stron oceny stanowiska czy opinii chyba, że wszyscy uczestnicy konfliktu wyraźnie zadeklarują, że tego właśnie od niego oczekują. Podobnie nie będzie doradzać w sprawie zasadności jakiegokolwiek rozstrzygnięcia sporu. Będzie natomiast przewodzić i zarządzać procesem mediacji, nadzorować i zarządzać negocjacjami między stronami.

W tradycyjnym podejściu do mediacji mediator stara się ułatwić stronom znalezienie własnego rozwiązania sporu. Wyszkolony w negocjacjach i posiadający niezbędne umiejętności miękkie, m. in. w zakresie komunikacji werbalnej i niewerbalnej, niekoniecznie będzie ekspertem w dziedzinie, której dotyczy spór. Takie podejście jest odpowiednie dla sporów dotyczących spraw rodzinnych, miejsca pracy i czy kwestii społecznych ale w przypadku sporów wynikłych na gruncie nieruchomości i infrastruktury konieczne jest bardziej zdecydowane podejście.

Zgłoszenie wniosku o wyznaczenie mediatora przez RICS pozwoli zaoszczędzić czas związany z koniecznością badania rynku i da pewność, że wskazany mediator będzie odpowiednio przeszkolonym i specjalizującym się w sektorze budownictwa, nieruchomości i infrastruktury profesjonalistą, który ma doświadczenie w przedmiocie sporu. Wyznaczony mediator będzie neutralny i nie będzie miał związku z żadną ze stron konfliktu czy jakikolwiek interes w wyniku rozstrzygnięcia sporu.

Zarejestrowani w rejestrze/panelu mediatorzy RICS przeszli intensywny program szkoleniowy i spełniają wymagania RICS w zakresie oceny kwalifikacji i doskonalenia zawodowego. Ponadto mediatorzy z rejestru/panelu RICS są nieustannie monitorowani przez RICS w celu zapewnienia, że ​​spełniają wymogi Rady ds. Mediacji Cywilnych.

Koniec drogiego dolara?

Marcin Kiepas, analityk rynków finansowych
Marcin Kiepas

Wczoraj kurs EUR/USD wzrósł do 1,0684 i był najwyższy od ponad miesiąca. Wszystko za sprawą prezydenta-elekta Donalda Trumpa, który dolara przecenił, oraz Europejskiego Banku Centralnego (ECB), który wsparł euro. Realizacja zysków na EUR/USD może być kontynuowana w kolejnych dniach i wywindować kurs powyżej 1,08. Później jednak wrócą spadki.

Paliwo do umocnienia dolara skończyło się.

Takie wnioski można wysnuć po analizie zachowania rynku walutowego w tym tygodniu. Przynajmniej jeżeli chodzi o paliwo, jakiego w ostatnich dwóch miesiącach dostarczył Trump. Dokładnie to wiara w to, że polityka nowego prezydenta USA będzie bazowała na mocnej stymulacji fiskalnej tamtejszej gospodarki, co w konsekwencji nie tylko ją wesprze, ale też doprowadzi do inflacji i wzrostu stóp procentowych.

Ten brak paliwa widać było w ostatnią środę, gdy dolar zareagował przeceną tylko na to, że podczas konferencji prasowej prezydent-elekt Donald Trump praktycznie nie zająknął się na tematy gospodarcze. Inwestorzy nie uwzględnili tego, że z punktu widzenia Trumpa istotniejsze było omówienie podczas tej konferencji innych, znacznie ważniejszych dla niego, politycznych tematów.

Taka reakcja rynku walutowego na konferencję Trumpa, w zestawieniu z wcześniejszymi problemami EUR/USD z przebiciem strefy 1,0340-1,3070 sugeruje, że teraz inwestorzy potrzebują już twardych faktów. Mianowicie zapowiedzi konkretnych działań ze strony administracji Trumpa lub też mocnych danych makroekonomicznych z USA, które uwiarygodniałby tezę o systematycznym wzroście stóp procentowych.

Jednak nawet spełnienie tych powyższych warunków nie musi jeszcze oznaczać, że notowania EUR/USD ponownie cofną się do 1,04, żeby docelowo zaatakować poziom parytetu (1,00). Konieczna jest jeszcze jedno ważne założenie. Mianowicie, że istotnie nie zmieni się spojrzenie na politykę monetarną Europejskiego Banku Centralnego (ECB). A tu powoli coś się zmienia.

Obserwowane przyspieszenie wzrostu gospodarczego w Europie w końcówce 2016 roku, co prowadzi do dynamicznego skoku inflacji w niektórych europejskich państwach (np. Niemczech), już zaczyna wpływać na zmianę spojrzenia na politykę monetarną. Nawet w samym ECB. Jak wynika z opublikowanych w czwartek tzw. „minutek” z grudniowego posiedzenia, podjęta wówczas decyzja o wydłużeniu programu skupu aktywów do końca 2017 roku (z jego częściową redukcją od kwietnia), spotkała się ze sprzeciwem części członków. To może sugerować, że w kolejnych miesiącach, gdy presja inflacyjna będzie rosnąć, a wzrost gospodarczy przyspieszać, ten sprzeciw będzie coraz głośniej słyszalny. To istotne, gdyż wizja wychodzenia z ultraluźnej polityki monetarnej wystarczy do wyraźnego umocnienia euro.

W piątkowe południe kurs EUR/USD testował poziom 1,0643, rosnąc trzeci kolejny dzień. Po południu inwestorzy dostaną twarde dane z USA jakich obecnie oczekują. Dowiedzą się, jak w grudniu kształtowała się sprzedaż detaliczna (godz. 14:30; prognoza: 0,7% M/M) i inflacja producencka (godz. 14:30; prognoza: 1,6% R/R) oraz poznają styczniową wartość indeksu Uniwersytetu Michigan (godz. 16:00; prognoza: 98,5 pkt.), który opisuje sytuację amerykańskich gospodarstw domowych.

Lepsze od oczekiwań dane mogą przerwać wzrostową korektę na EUR/USD. Gorsze ją przyspieszą. Należy mieć jednakże na uwadze, że EUR/USD jest obecnie w takiej fazie, że zdecydowanie łatwiej reaguje na impulsy podnoszące notowania niż je obniżające.

W przyszłym tygodniu inwestorzy dostaną jeszcze więcej twardych danych z USA.

Będą to m.in. raporty o inflacji CPI, produkcji przemysłowej oraz indeksy Fed z Filadelfii i NY Empire State. Tyle tylko, że pierwszoplanową rolę będzie wówczas odgrywał Europejski Bank Centralny, którego posiedzenie zaplanowane jest na najbliższy czwartek. Dzień później natomiast będzie mieć miejsce zaprzysiężenie Donalda Trumpa.

Wydaje się, że  ECB mocno będzie bronił swojej decyzji z grudnia o wydłużeniu programu skupu aktywów i wskazywał, że ostatnie dane wpisują się w przyjęty wówczas scenariusz. Stąd też, o ile notowania EUR/USD mogą rosnąć przed posiedzeniem, kontynuując obecne odbicie, to na samo posiedzenie powinny zareagować spadkiem. Spadek ten następnie pogłębi Trump, prawdopodobnie przedstawiając swoje wizje wspierania amerykańskiej gospodarki.

W dłuższym horyzoncie czasu oczekuje, że najpierw kurs EUR/USD spadnie w okolice parytetu (w perspektywie 2-3 miesięcy), żeby na koniec roku wzrosnąć do 1,15. Ten scenariusz jest prawdopodobny niezależnie od tego, czy założymy iż globalna gospodarka wyraźnie przyspieszy w tym roku, czy rozpocznie się kryzys długu na rynkach wschodzących.

Marcin Kiepas, niezależny analityk 

Świąteczne kredytobranie w 2016 r. Spadła liczba kredytów, ale wzrosła ich wartość

BIK przeanalizował skalę zaciągania przez Polaków kredytów konsumpcyjnych (ratalnych i gotówkowych) w okresie przedświątecznym (od 1 grudnia do 24 grudnia). W okresie przedświątecznym 2016 r. banki i SKOK-i udzieliły łącznie 556,4 tys. kredytów na kwotę 5,7 mld zł. W porównaniu do analogicznego okresu roku 2015, o 12% spadła liczba udzielonych kredytów natomiast o 4% wzrosła ich wartość.

Jak informował grudniowy odczyt BIK Indeksu Popytu na Kredyty Konsumpcyjne, wartość wniosków o kredyty konsumpcyjne, w przeliczeniu na dzień roboczy, była wyraźnie wyższa od analogicznego okresu roku ubiegłego (+10,9% XII.2016 r.). W związku z tym spodziewany był pozytywny wynik sprzedaży tych kredytów szczególnie w segmencie sprzedaży ratalnej, związanej z zakupami świątecznymi.

Wpływ na wzrost wartości udzielonych kredytów konsumpcyjnych miał niewątpliwie przyrost średniej kwoty zaciągniętego kredytu w bankach w okresie przedświątecznym 2016 r., który wynosił 10280 zł i wzrósł o 18% w porównaniu do analogicznego okresu roku 2015 r.

Ugruntowuje się obserwowany od kilku lat trend przesuwania się finansowania niskokwotowego, do 4 tys. zł do firm pożyczkowych, a wysokokwotowego do banków – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk kredytowy BIK.

średnia wartość kredytu na święta

W okresie od 1 grudnia do 24 grudnia 2016 r. firmy pożyczkowe raportujące do BIK-u, udzieliły prawie 141 tys. pożyczek na wartość 270,9 mln zł. Jest to wzrost o 6% w stosunku do roku 2015 r. zarówno liczbie, jak i w wartości – o 29%. Wzrosła również średnia wartość udzielonej pożyczki z 1583 zł na 1923 (+21% r/r).

średnia wartość pożyczki na święta

Niemcy obniżają podatki. Polska czeka na wyrok agencji ratingowych

Dzisiaj odczyty agencji ratingowych. Swoje noty poda zarówno Moody’s jak i Fitch. Niemcy po wyborach będą obniżać podatki. Inflacja w Polsce powinna rosnąć.

Wyroki agencji ratingowych

Dzisiaj poznamy decyzję dwóch z trzech największych agencji ratingowych na temat Polski. Mowa tutaj o Fitch i Moody’s. Piątek trzynastego ma w Polsce nie najlepsze skojarzenia, ale jakby na magię liczb spojrzeć, to i tak lepiej w ostatnich latach niż 15 stycznia. W tym roku na szczęście jest to niedziela. W 2015 roku była to decyzja Szwajcarskiego Narodowego Banku o uwolnieniu kursu franka, a w 2016 roku decyzja S&P o obniżce ratingu. Miejmy nadzieję, że w tym roku środek stycznia będzie dla nas łaskawszy. Biorąc pod uwagę optymizm rządu i fakt, że zgodnie z prawem musi on znać dzień werdykt wcześniej, można zakładać, że najgorzej nie będzie. Z drugiej strony biorąc pod uwagę umocnienie złotego z ostatnich dni to w scenariuszu gdy premier w swoich wypowiedziach robiłaby tylko dobrą minę do złej gry czekałaby nas poważna przecena gdyby informacje były złe. Warto zwrócić uwagę, że agencje prezentujące dzisiaj ratingi już mają wyższą notę niż trzecia z największych, czyli S&P. W przypadku Moody’s jest to aż o dwa poziomy. W rezultacie analitycy oceniają wzrost jako mniej prawdopodobny. Najpopularniejszy scenariusz to brak zmian, ewentualnie pozytywne korekty nastawianie na przyszłość. Takie rozwiązanie nie powinno powodować większych zmian kursu złotego.

Niemcy obniżają podatki

W 2016 roku budżet Niemiec zamknął się nadwyżką. W takiej sytuacji można zrobić kilka kroków. Najpopularniejszym i najczęściej stosowanym przez polityków jest wzrost wydatków. Można jednak pójść tą samą drogą co minister finansów Niemiec. Skoro w budżecie dochody przewyższają wydatki to można po prostu mniej zabierać obywatelom. Zmiana ma wejść co prawda dopiero po wyborach i nie będzie zbyt duża, tak by nie spowodować zbyt silnych negatywnych skutków dla budżetu. Jeżeli zgodnie z oczekiwaniami obniżenie podatków, w szczególności tych dla firm, przełoży się na wzrost gospodarczy powinno to w długim okresie przekładać się korzystnie na notowania słabego ostatnio euro.

Dobre dane z Niemiec

BIEC (Bureau for Investments and Economic Cycles) przedstawiło przewidywany wskaźnik przyszłej inflacji. Jeżeli okaże się on prawdziwy czeka nas zerwanie na stałe z deflacją. Powodem wzrostu cen jest przedłużająca się niska inflacja oraz wzrost cen surowców.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – sprzedaż detaliczna,

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Trendy dla mikro i małych przedsiębiorstw na 2017 r.

Obecnie w Polsce już blisko 10 tys. firm korzysta z faktoringu, a 1/5 przedsiębiorców wybiera wynajem długoterminowy do swojej firmy. Nie słabnie także zainteresowanie dotacjami z UE. Polscy przedsiębiorcy są coraz bardziej otwarci na nowe formy finansowania i nie boją się z nich korzystać. Czy ten trend utrzyma się także w 2017 r.?

Według danych Barometru EFL na IV kwartał 2016 r. wynika, że nadal podstawowym źródłem finansowania przedsiębiorstw są środki własne – tak podało 87% respondentów. Na drugim miejscu znalazł się leasing, który wyprzedził w ostatnim kwartale roku nawet kredyty (51% vs. 46%). Jednak z takiego sposobu finansowania najczęściej korzystają firmy większe, które funkcjonują na rynku od dłuższego czasu. Mikro i małe przedsiębiorstwa natomiast coraz częściej korzystają z innych metod.

Stałe miesięczne koszty lub opłata za przejechane kilometry

Zgodnie z danymi opublikowanymi przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP), tempo wzrostu branży wynajmu długoterminowego samochodów w Polsce było w drugim kwartale 2016 r. wyższe niż w pierwszych trzech miesiącach roku i wyniosło 9,4% r/r. Natomiast według danych Carefleet S.A., kolejne 25% przedsiębiorców rozważa skorzystanie z wynajmu w przyszłości.

Przy prowadzeniu firmy bardzo ważne jest planowanie wydatków. Dlatego tak atrakcyjnym dla przedsiębiorców jest wynajem długoterminowy, przy którym znamy stałą miesięczną kwotę usługi i nie musimy obawiać się niespodziewanych wydatków związanych z użytkowaniem auta – za naprawy i ubezpieczenie płaci firma użyczająca samochód. Niedawno na rynku pojawiła się także opcja płacenia tylko za przejechane kilometry. Jest to idealna opcja dla przedsiębiorców, którzy używają auta rzadko lub na krótkich dystansach – tłumaczy Paweł Mazur z ANG Biznes.

Wynajmem długoterminowym szczególnie zaineresowane są firmy, w których samochody są bardzo eksploatowane. W branży restauracyjnej czy cateringu, firma musi mieć stały dostęp do sprawnych samochodów, dlatego przedsiębiorcy z branży interesują się takim sposobem na budowanie swojej floty – w razie kłopotów z autem, to na firmie udostępniającej samochody ciąży obowiązek jego naprawy i zorganizowanie pojazdu zastępczego.

Odroczone płatności barierą dla połowy polskich przedsiębiorców

Brak punktualnych wpłat od kontrahentów to problem szczególnie dla małych i średnich przedsiębiorstw. Dla niektórych firm nawet jedna niezapłacona na czas faktura to być lub nie być na rynku. Jest to także problem dla młodych przedsiębiorstw, które nie mają długiej historii w banku i nie mogą liczyć na kredyt. Inaczej jest w przypadku faktoringu. Faktorzy wymagają zazwyczaj dodatniego bilansu kapitału własnego i zysku operacyjnego z działalności. Przekazują przedsiębiorcy pieniądze, które ten de facto już zarobił, wymagania co do zabezpieczeń są więc niższe. Dla faktora wartością są wystawione i niekwestionowane faktury, dlatego wymagania odnośnie przedsiębiorcy  mogą być niższe niż przy ocenie kredytowej. W 2017 r. można spodziewać się coraz większej popularności tego sposobu finansowania. Obroty po 1 Q 2016 roku były wyższe o 15,4% w porównaniu do ubiegłego roku, a faktorzy sfinansowali w tym czasie ponad 1,6 miliona faktur (1,4 miliona w 1Q 2015 r.). W rzeczywistości liczby są jeszcze większe, bo nie obejmują faktorów niezrzeszonych w Polskim Związku Faktorów.

316 możliwości skorzystania z środków unijnych

Jak podaje Portal Funduszy Europejskich, w latach 2014 – 2020 przedsiębiorcy będą największymi obok samorządów beneficjentami funduszy europejskich. Na rozwój przedsiębiorstw przeznaczone zostanie 20 mld euro. Mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa będą mogły skorzystać przede wszystkim z programów regionalnych. Obecnie dostępnych jest 316 programów dotyczących różnorodnych dziedzin, jednak największe szanse na dotacje mają inwestycje z dziedziny badań i rozwoju, inteligentnych specjalizacji, technologii informacyjno-komunikacyjnych, ochrony środowiska, ekspansji zagranicznej oraz szkoleń.

Jeżeli jednak nie uda nam się skorzystać z dotacji unijnych, bo na przykład nie wpisujemy się w założenia konkursu, to zawsze możemy ubiegać się o kredyt lub pożyczkę z Unii, na preferencyjnych warunkach. Oprocentowanie takich kredytów jest znacznie niższe, łatwiej jest także uzyskać zdolność kredytową. Jeśli jednak mamy wątpliwości, która opcja będzie najlepsza dla naszego przedsiębiorstwa, to warto skorzystać z usług doradcy finansowego, który indywidualnie przyjrzy się finansom firmy i pomoże znaleźć najlepsze rozwiązanie – dodaje Paweł Mazur z ANG Biznes.

Problemy tureckiej liry

Zarówno amerykańskie jak i wcześniej polskie indeksy giełdowe, zakończyły wczorajszy dzień na niewielkim minusie. Ponownie rosły ceny ropy naftowej, a wśród walut królował jen.

Japońska waluta należała wczoraj do tych, które cechowała największa zmienność. Jen umacniał się zarówno względem dolara amerykańskiego jak też euro oraz funta. To właśnie para GBP/JPY straciła wczoraj najwięcej na wartości, bo niemal 1%. Z publikowanych danych dowiedzieliśmy się, iż produkcja przemysłowa w strefie euro wzrosła o 1.5% Dobre dane napłynęły też z USA, gdzie ilość nowych wniosków o zasiłki dla bezrobotnych spadła w ostatnim tygodniu do poziomu 247 tysięcy.

Dziś napłynie na rynek całkiem sporo wyników publikacji makroekonomicznych. Warto pamiętać, iż w poniedziałek mamy w USA Dzień Martina Luthera Kinga, a tym samym dzień wolny na rynkach finansowych. Można więc założyć, że już dziś inwestorzy będą chcieli zamykać swoje pozycje, aby nie zostawać z nimi aż do wtorku. Tymczasem rynek polski będzie żył decyzjami dwóch agencji ratingowych – Fitch oraz Moody’s.

usdtry13012017r

Polski złoty zachowuje się dziś stabilnie, więc wrócimy do wykresu pary USD/TRY. Nie widać tu końca wzrostów dolara. Rynek poszybował w okolice 3.90. Choć jest już mocno wykupiony(negatywna dywergencja na wskaźniku RSI), to jednak o zmianie trendu nie ma co mówić. Najbliższe poważne wsparcie jest dopiero przy 3.55 i można spodziewać się konsolidacji na obecnych poziomach aniżeli mocnych spadków. Wsparcie na 3.75 również może zadziałać jako wyznacznik osi konsolidacji.

Sylwester Majewski

Forex-Desk

Jakie faktury przedsiębiorcy najczęściej zgłaszają do faktoringu?

Najczęściej finansowane przez faktoring faktury, to nie te z maksymalnie 30-dniowym terminem zapłaty, choć jest ich najwięcej na rynku. Nie są to też te najbardziej uciążliwe, z terminem zapłaty wyznaczonym na ponad 90 dni. Największy udział faktorowanych zobowiązań jest z przedziału 61-90 dni zapłaty.

Terminy faktur, które zgłaszane są do finansowania faktoringowego i ich ilość w poszczególnych przedziałach czasowych sprawdzili eksperci eFaktor S. A. Chociaż najwięcej w obrocie na rynku jest faktur z terminem nie większym niż 30 dni (a średni termin płatności to 24 dni od daty wystawienia – Barometr praktyk płatniczych Atradius 2015) to nie one najczęściej zgłaszane są do faktorów. Takie najkrótsze zobowiązania stanowią tylko nieco więcej niż co piątą (21,7%) przekazywaną do faktora. Faktur z terminem płatności określonym na 14 dni jest zaś zaledwie 2,6%.

– Faktury z terminami płatności do 14 dni do faktorów trafiają rzadko. Dwa tygodnie to w biznesie bardzo krótki czas, należność od kontrahenta spływa bardzo szybko. Faktoring zazwyczaj nie jest w takich rozliczeniach potrzebny, ewentualnie w przypadku, kiedy ma miejsce cesja globalna, a przez faktora przechodzi 100% obrotu danej firmy, w tym również te z szybkim terminem zapłaty – wyjaśnia Joanna Rembelska Dyrektor ds. Ryzyka i Audytu Wewnętrznego eFaktor S.A.

Jeśli płacą za dwa miesiące nie warto czekać

Zobowiązania z bardziej odległym terminem zapłaty towarzyszą częściej stałej współpracy pomiędzy dwoma przedsiębiorstwami, a odległe terminy wymagają specjalnych ustaleń tego dotyczących. Wykonawcy usług czy producenci niechętnie godzą się na takie rozwiązanie, czasem jednak nie mają wyjścia. Wtedy często wspierają się zewnętrznym finansowaniem. 28,5% zobowiązań obsługiwanych przez eFaktor jest z przedziału 31-60 dni. Dwa miesiące to już dosyć długi czas oczekiwania na wpływ zarobionych pieniędzy. Jednak najwięcej faktur (prawie co trzecia) zgłaszanych do finansowania za pomocą faktoringu jest z terminem płatności pomiędzy 61 a 90 dni.

– Trzymiesięczny okres oczekiwania na przelew oznacza, że za pracę wykonaną np. na początku grudnia przedsiębiorstwo zapłatę otrzyma na początku marca. To szmat czasu, nic dziwnego, że nie każda firma może sobie pozwolić na tak długie oczekiwanie. Zablokowana gotówka nie przynosi żadnego pożytku – nie można jej zainwestować w rozwój, nie można dokupić sprzętu, zatankować pojazdów, powiększyć biura czy zakładu. W skrajnych przypadkach nie pozwala to nawet podjąć nowego zlecenia, bo przedsiębiorcy może brakować środków na zakup materiału czy zapłatę pracownikom. Finansowanie zewnętrzne jest odpowiedzią na takie realia biznesowe, a współpraca z faktorem to wyraz dojrzałości przedsiębiorcy nie godzącego się na wielomiesięczną blokadę własnych, już zarobionych pieniędzy – mówi Joanna Rembelska z eFaktor.

Zobowiązań z terminem zapłaty wyznaczonym na 91 – 120 dni jest już tylko 6,5%, a tych z ponad 120 dniami tylko 3,5%. To zazwyczaj dość kłopotliwe zobowiązania, także dla faktorów. Fakturę z zapłatą za 4 miesiące trudno jest kontrolować, stwarza większe zagrożenie dla wykonawcy usługi czy dostawcy towaru. W dodatku tak długie terminy najczęściej spotyka się w trudnych branżach jak górnictwo czy budownictwo drogowe. Osobną kategorią są inne wykupy realizowane na podstawie indywidualnych ustaleń. Wg danych eFaktor jest ich około 6,3%.

Chociaż według ekspertów faktoring jest narzędziem, które bardzo dobrze sprawdza się w czasach hossy i dobrej sytuacji gospodarczej, w najbliższym czasie przedsiębiorcy być może będą musieli docenić jednak jego zalety podczas recesji. Jak podają analitycy Barometru EFL wśród przedsiębiorców pod koniec roku 2016 przeważały słabe nastroje, a ponad połowa z nich przyznawała, że nie wie, czego się spodziewać. Odczyt „Barometru EFL” notował spadek trzeci kwartał z rzędu. Na taki wynik decydujący wpływ miało istotne pogorszenie się nastrojów dotyczących planowanych inwestycji, sprzedaży produktów i usług oraz płynności finansowej. Ponad połowa zapytanych osób nie wiedziała, co ich może czekać w najbliższej przyszłości.

Amerykańscy rolnicy zasadzili najmniej pszenicy ozimej od ponad wieku

Amerykańscy rolnicy zasadzili najmniej pszenicy ozimej od ponad wieku, podczas gdy zapasy tego ziarna znajdują się na 29-letnich szczytach. W efekcie cena amerykańskiej pszenicy wzrosła o niemal 2 proc.

Wczorajszy raport Departamentu Rolnictwa Stanów Zjednoczonych (USDA) wykazał, iż areał zasiewów pszenicy ozimej wyniósł 32,383 mln akrów w stosunku do 36,137 mln rok wcześniej. Analitycy spodziewali się zasiewu areału na poziomie 34,139 mln. Jednocześnie podano informację o nieco wyższych zapasach pszenicy – 2,073 mld buszli wobec oczekiwanych 1,746 mld. To największy poziom zapasów od 1987 roku.

Spadające przez ostatnie cztery lata z rzędu ceny pszenicy, spowodowały zmianę w strukturze upraw w kluczowych obszarach produkcyjnych w USA.

USDA obniżył również swoją prognozę produkcji kukurydzy w Stanach Zjednoczonych na sezon 2016/17 do 15,148 mld buszli wobec prognoz 15,226 mld buszli. Średnie plony kukurydzy zostały obniżone do 174,6 buszli z 175 buszli na akr.

W przypadku soi, prognozuje się produkcję na poziomie 4,307 mld buszli w porównaniu z poprzednimi szacunkami rzędu 4,361 mld buszli, a średnie plony zostały obniżone do 52,1 buszli na akr z 52,5.

Jakość pszenicy jest jeszcze stosunkowo wysoka, ale dalsze problemy pogodowe mogą ją obniżyć i końcowo doprowadzić do spadku opłacalności zbiorów. Problemem może okazać się anomalia pogodowa o nazwie La Niña, polegająca na utrzymywaniu się ponadprzeciętnie niskiej temperatury na powierzchni wody. Występuje ona we wschodniej części tropikalnego Pacyfiku (szczególnie u wybrzeży Ameryki Południowej). Zwykle spadek jakości pszenicy widziany jest w okolicach lutego oraz marca.

Pszenica znajduje się od dłuższego czasu w konsolidacji przy niskich poziomach, dlatego spadek areałów oraz problemy z jakością zbiorów mogą spowodować wzrost cen nawet do 440 centów za buszel. Obecnie pszenica notowana na giełdzie w Chicago wyceniana jest na poziomie 425 centów za buszel.

Maciej Boruc
Manager w KOI Capital

Tomasz Starzyk podsumowuje upadłości konsumenckie w 2016 r.

Więcej Polaków bankrutuje. W rok aż o 85 proc. wzrosła liczba ogłoszonych upadłości konsumenckich w sądach gospodarczych. Najczęściej decydują się na to kobiety, osoby w wieku od 40 do 49 lat. Najwięcej upadłości było w w województwie mazowieckim.

– W 2016 roku w sądach gospodarczych ogłoszono 4300 upadłości konsumenckich. W porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego stanowi to wzrost o 85 proc. Wówczas, w 2015 roku, ogłoszono ponad 2300 upadłości Polaków – mówi newsrm.tv Tomasz Starzyk, specjalista ds. Public Relations, Bisnode Polska.

Na ogłoszenie niewypłacalności częściej decydują się kobiety. W 2016 roku na ogłoszenie upadłości zdecydowało się 2416 Pań, wobec 1872 mężczyzn. To więcej o 544. W 2016 roku upadłość ogłosiło 2416 kobiet, w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego stanowi to wzrost o 82 proc. W 2015 roku sądy ogłosiły upadłość wobec 1321 kobiet. W przypadku mężczyzn w 2016 roku na ogłoszenie bankructwa zdecydowało się 1872 panów, wobec 985 rok wcześniej, co stanowi wzrost o 90 proc.

Kobiety częściej decydują się na ogłoszenie upadłości. To efekt cech kobiet, które dążą to szybszego rozwiązania własnych problemów. Nie unikają trudnych decyzji, i nie mają kłopotu z tym aby trudne decyzje podejmować. Nie chowają głowy w piasek. Częściej interesują się możliwościami rozwiązania kłopotu przez co rośnie ich świadomość.

Upadłość konsumencką najczęściej ogłaszane są względem osób w wieku produkcyjnym. Od 30 do 70 lat. W tym najwięcej notuje się w przedziale od 40 do 49 lat. Tych łącznie w 2016 roku w sądach ogłoszono 1080. W porównaniu do roku ubiegłego stanowi to wzrost o ponad 90 proc. Niewiele mniej ogłoszonych upadłości odnosiło się do trzydziestolatków.

Tych zbankrutowało w 2016 roku 984, co w porównaniu do 2015 roku stanowi wzrost o niemal 100 proc. Warto podkreślić, że trzy cyfrowo wzrosła liczba upadłości Polaków w podeszłym wieku, 70. i 80.-latków. Odpowiednio o 114 proc. i 110 proc.

 

  2015 rok 2016 rok ↓↑ %
od 10 do  19 1 4 300,00%
od 20 do  29 87 214 145,98%
od 30 do  39 493 984 99,59%
od 40 do  49 568 1080 90,14%
od 50 do  59 452 889 96,68%
od 60 do  69 427 765 79,16%
od 70 do  79 124 266 114,52%
od 80 do  89 20 42 110,00%
od 90 do  99 0 2

 

Największą liczbę upadłości notuje się w województwach dużych i gęsto zaludnionych. Tym samym najwięcej bankructw ogłaszanych jest w województwie mazowieckim – 866, śląskim – 485 i wielkopolskim – 394. Najmniejszą w opolskim – 73, lubelskim – 86 i lubuskim – 104. Jednak to właśnie na Podlasiu najbardziej dynamicznie wzrosła liczba upadłości, o ponad 290 proc. Dalej: w województwie małopolskim o blisko 190 proc., i opolskim o 180 proc. Najmniejszą dynamikę wzrostową odnotowano w województwie lubelskim o 28 proc. łódzkim – 36 proc. i dolnośląskim – 53 proc. Spadku nie odnotowano w żadnym województwie.

  2015 rok 2016 rok ↓↑ %
DOLNOŚLĄSKIE 169 259 53,25%
KUJAWSKO-POMORSKIE 178 367 106,18%
LUBELSKIE 67 86 28,36%
LUBUSKIE 55 104 89,09%
ŁÓDZKIE 183 250 36,61%
MAŁOPOLSKIE 129 374 189,92%
MAZOWIECKIE 554 866 56,32%
OPOLSKIE 26 73 180,77%
PODKARPACKIE 85 189 122,35%
PODLASKIE 27 106 292,59%
POMORSKIE 98 193 96,94%
ŚLĄSKIE 242 485 100,41%
ŚWIĘTOKRZYSKIE 66 139 110,61%
WARMIŃSKO-MAZURSKIE 60 128 113,33%
WIELKOPOLSKIE 217 394 81,57%
ZACHODNIOPOMORSKIE 150 220 46,67%

Decyzje Fitch i Moody’s w sprawie ratingu Polski. Obraz rynku USD

Odbicie rentowności obligacji skarbowych USA na koniec czwartkowego handlu przyniosło ulgę dla USD, ale stabilizacja wciąż jest oparta na kruchych podstawach. Punktem zwrotnym przed weekendem mogą być dane o sprzedaży detalicznej z USA, wobec których oczekiwania są wysokie. Na krajowym podwórku złoty w spokoju czeka na decyzje Fitch i Moody’s w sprawie ratingu Polski.

Obraz rynku USD pozostaje mętny. Od strony fundamentalnej wszystko jest na miejscu: dane makro z USA wypadają lepiej od prognoz, perspektywy polityki fiskalnej pozostają obiecujące, a zakładana ścieżka podwyżek stóp procentowych Fed wyróżnia się na tle gołębiego nastawienia innych banków centralnych. Przeszkadza jednak wątpliwość, na ile te argumenty są już w cenach i czy rynek nie zapędził się za daleko. Pozycjonowanie inwestorów może być bardzo łatwo wystraszone, co prowadzi do gwałtownego odwrotu.

Wystarczy mała iskra, by zainicjować nową falę wyprzedaży USD, tak samo jak łatwo będzie obudzić przekonanie do siły ożywienia USA, wzrostu inflacji, a w dalszej kolejności podbicia rentowności obligacji USA oraz wartości dolara. Jak na razie w piątek przemówienie Janet Yellen z nocy nie wniosło nic nowego do debaty, gdyż prezes Fed nie zawierało wzmianek nt. polityki gospodarczej i perspektyw polityki monetarnej. Kolejnym testem sentymentu będą dane o grudniowej sprzedaży detalicznej z USA. Dane za listopad były wypadły słabo (pomimo wyprzedaży z Czarnego Piątku), choć wynik częściowo tłumaczą silne odczyty za poprzednie dwa miesiące. Teraz solidne prognozy (0,7 proc. m/m) opierają się na rekordowych wskazaniach zaufania konsumentów oraz silnych wynikach raportu z rynku pracy, który wskazał na wyższy od oczekiwań wzrost płac. Wysoki odczyt w dzisiejszym raporcie powinien wlać optymizm w USD, choć poprzeczka jest zawieszona dość wysoko.

Dziś po zamknięciu lokalnych rynków w Polsce agencje Fitch i Moody’s mają opublikować rewizje ratingów Polski. Moody’s utrzymuje długoterminową ocenę kredytową Polski na A2, najwyżej z spośród wszystkich trzech agencji. Stopień niżej (A minus) ocenia Polskę Fitch, a kolejny poziom niżej znajduje się ocena S&P (BBB minus). Choć uważamy, że agencje zdecydują o utrzymaniu dotychczasowej oceny, ryzyko obniżenia ratingu nie jest zerowe.

Szczególnie Decyzja Moody’s niesie ze sobą więcej zagrożeń. W maju 2016 r. agencja obniżyła perspektywę polskiego ratingu ze stabilnej do negatywnej, powołując się na wzrost ryzyk fiskalnych i pogorszenie klimatu inwestycyjnego w związku z nieprzewidywalnością polityki rządu. W pierwszym elemencie sytuacja uległa poprawie, jednak niewiadomą jest ocena przyszłej kondycji finansów publicznych w oparciu o przeprowadzane reformy, m.in. Rodzina 500+ i obniżenie wieku emerytalnego. Jeśli Moody’s wykaże sceptycyzm wobec planów finansowania wydatków budżetowych, może to być argument za obniżeniem perspektywy, a nawet ratingu. Mimo to Moody’s nie ma podparcia dla negatywnej rewizji w pozostałych elementach. Klimat inwestycyjny uległ pogorszeniu 2016 r., jednak w ostatnich miesiącach sytuacja przeszła w stabilizację. Ostatnia presja na złotego i polskie obligacje skarbowe nie była związana ze zmianą postrzegania polskiej polityki gospodarczej, a wynikała z globalnej zmiany nastawienia do rynków wschodzących. Dodatkowo prognozy gospodarcze na 2017 r. wskazują na przyspieszenie ożywienia, odbicie inwestycji i polepszenie wskaźników fiskalnych, czego Moody’s nie może zignorować. Złoty pozostaje stabilny w tym tygodniu, nie wykazując nerwowości przed zaplanowanymi na dziś rewizjami ratingów Polski przez Fitch i Moody’s. Wydaje się zatem, że rynek nie obawia się czarnego scenariusza.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

BGK: w 2017 r. kurs dolara może zaskoczyć, złotówka się umocni

W 2017 roku sporą niespodzianką będzie para euro / dolar. Pod wpływem ostatnich rozstrzygnięć wyborczych w Stanach Zjednoczonych oraz zapowiedzi nowej administracji tego kraju, wszyscy upatrują bardzo silnego umocnienia dolara. Mówi się nawet, że euro ma być warte mniej niż dolar. Czy czeka nas niespodzianka? To kwestia percepcji. W USA do siły dolara wliczono wszystkie aspekty pozytywne, a zadziwiająco mało analizuje się potencjalnych przykrych niespodzianek. Z drugiej strony w Europie jest tak dużo negatywnego sentymentu i nastrojów, że nikt nie wierzy w rozwiązanie problemów.

– W naszej ocenie czekają nas pozytywne niespodzianki, które umocnią euro i euro / dolara – powiedział agencji eNewsroom.pl Tomasz Kaczor, główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego – Niestety lub na szczęście – do tego może się przyczynić zmiana polityki monetarnej przez EBC. Póki co stanowisko EBC dotyczące polityki monetarnej jest luźne, co powoduje osłabienie euro. Myślę, że nie doceniamy potencjału wzrostowego inflacji i EBC będzie musiało się zmierzyć w drugiej połowie przyszłego roku z inflacją wyższą niż oczekiwana. Będzie to miało konsekwencje dla względnej siły euro i dolara. Dla polskiego złotego wzrost gospodarczy będzie oznaczał umocnienie. Polska waluta 2016 roku do udanych nie zaliczy, a 2017 rok będzie odkręcaniem zamieszania politycznego oraz pogorszenia percepcji perspektyw gospodarczych. Dla nas nie będzie zdziwieniem euro na poziomie 4,30 zł – obecnie wynosi 4,40 zł. Umiarkowane – lecz zauważalne – umocnienie złotego także nas nie zaskoczy. Polityka monetarna w obszarze franka szwajcarski prawdopodobnie będzie podążać europejskim śladem i nie powinno dojść do niespodzianek. Wypada nam się przyzwyczaić – niestety – do ceny franka w okolicach 4 zł – przewiduje Kaczor.

S. Kozłowski (Raiffeisen Polbank): w tym roku WIG20 ma szansę na wzrosty

S. Kozłowski (Raiffeisen Polbank): w tym roku WIG20 ma szansę na wzrosty 10

Sentyment inwestorów do rynków wschodzących, w tym także Polski, powinien się poprawić w 2017 roku. Zdaniem Sobiesława Kozłowskiego z Domu Maklerskiego Raiffeisen Polbank indeks największych spółek WIG20 ma szansę na wzrosty. Także wybrane spółki wchodzące w skład mWIG40 powinny zwiększać swoją wartość. Po fuzji Pekao SA warto zwrócić uwagę na PZU, które będzie walczyć o wysoką dywidendę z przejmowanego banku.

– Wydaje się, że w nowym roku na warszawskiej giełdzie może nastąpić pewna zmiana w postaci powrotu siły do WIG20 – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Sobiesław Kozłowski, koordynator ds. analiz giełdowych Domu Maklerskiego Raiffeisen Polbank. – Byłoby to konsekwencją poprawy sentymentu do rynków rozwijających się i stanowiło szansę na umocnienie złotówki. Byłby to skutek prawdopodobnego wzrostu cen surowców, który zazwyczaj pozytywnie przekłada się na sentyment do rynków wschodzących takich jak Polska.

2016 rok dla indeksu WIG20, najlepiej obrazującego stan całej polskiej gospodarki, nie był specjalnie łaskawy. W styczniu jego wartość wynosiła około 1900 punktów, mniej więcej tyle samo, co tuż przed świętami Bożego Narodzenia (1933 pkt.).

– Jest szansa na to, że wybrane spółki z mWIG40 będą się zachowywać pozytywnie, większą niewiadomą jest sWIG80 – uważa Sobiesław Kozłowski. – Jeżeli kilkutygodniowy przebłysk koniunktury, który aktualnie obserwujemy, utrzymałby się dłużej, to jest szansa na to, że wzrosłyby obroty na całym rynku, co pozytywnie wpłynęłoby na sytuację najmniejszych przedsiębiorstw. Ale w tej chwili trudno jednoznacznie określić perspektywy sWIG80.

Oba te indeksy w minionym roku zachowywały się znacznie lepiej niż WIG20. Obejmujący czterdzieści spółek średniej wielkości notowanych na rynku głównym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie mWIG40 na początku stycznia 2016 roku miał wartość około 3800 pkt. W ostatnich dniach przed przerwą świąteczną notowany był natomiast na poziomach bliskich 4165 pkt., a więc o około jedną czwartą (25 proc.) wyższych (łączna, początkowa kapitalizacja wchodzących w jego skład przedsiębiorstw wynosi prawie 23,4 mld zł).

Skupiający osiemdziesiąt najmniejszych spółek sWIG 80, obliczany od grudnia 1994 roku, dwanaście miesięcy 2016 roku rozpoczął od wartości w okolicach 13290 pkt., by podczas ostatnich, przedświątecznych notowań osiągnąć poziom zbliżony do 14100 pkt. (wzrost o około 14 proc.).

– W ślad za druga podwyżką Rezerwy Federalnej, która najprawdopodobniej nastąpi w grudniu, może się poprawić sentyment do banków – wskazuje Sobiesław Kozłowski. – Fed, a w ślad za nim z pewnym opóźnieniem także Rada Polityki Pieniężnej będą raczej podwyższać stopy procentowe, co zwykle wywołuje lepszy sentyment do banków. W Polsce wyższe ich notowania mogą wynikać także z powrotu zainteresowania inwestorów spółkami wzrostowymi, cyklicznymi.

Na początku grudnia br. PZU, największe towarzystwo ubezpieczeniowe w Polsce i jedno z najbardziej istotnych w Europie Środkowo-Wschodniej, podpisało razem z Polskim Funduszem Rozwoju umowę kupna od włoskiego banku UniCredit 32,8 proc. akcji banku Pekao SA. Wartość transakcji, która stanowiła istotne posunięcie w zakresie zapowiadanej wcześniej przez rząd tzw. repolonizacji krajowego sektora bankowego, wyniosła przeszło 10 mld zł.

– Obecnie PZU jest także ciekawą spółką z punktu widzenia inwestorów giełdowych, bo zadeklarowało, że będzie chciało uzyskać maksymalnie wysokie dywidendy z Pekao SA – zauważa Sobiesław Kozłowski. – Dotychczas konsensus rynkowy zakładał, że w następnych czy kolejnych latach osiągną one wysokość 6 proc. z kawałkiem, czyli wyraźnie więcej niż nieco ponad 3 proc. z portfela obligacji. Ze średnich spółek wydaje mi się, że ciekawą opcją są Azoty Tarnów, a z małych – Quercus oraz LiveChat. Wydaje się, że ich walory warto na pewno rozważyć w perspektywie całego roku.

Taki portfel – zdaniem Sobiesława Kozłowskiego – w 2017 roku może zwiększyć swoją wartość nawet o przeszło 10 proc.

– Sądzę, że jest na to szansa – twierdzi Sobiesław Kozłowski. – Wysokość nadwyżki ponad 10 proc. będzie zależała od tego, czy poprawa nastrojów, którą widzimy w ostatnich tygodniach, okaże się trwała.

W ciągu roku liczba polskich firm biotechnologicznych wzrosła o 27 proc. Polska ma się szansę stać jednym z liderów tego sektora

W ciągu roku liczba polskich firm biotechnologicznych wzrosła o 27 proc. Polska ma się szansę stać jednym z liderów tego sektora 11

Z danych GUS wynika, że działalność w obszarze biotechnologii prowadzi zaledwie 160 przedsiębiorstw. Ich liczba rośnie jednak skokowo i w ciągu roku zwiększyła się o 27 proc. Polska ma dobre zaplecze naukowe, aby stać się w przyszłości jednym z liderów tego sektora, jednak przedstawiciele firm biotechnologicznych zwracają uwagę na to, że główną barierą pozostaje dostęp do kapitału i otoczenie regulacyjne.

– Sektor life science jest bardzo rozwojowy, ale istotną rolę odgrywa w nim regulator, którym jest państwo i instytucje państwowe. Może on zarówno bardzo pomóc w rozwoju tego rynku, jak i stworzyć przeszkody prawne nie do pokonania. Dlatego trzeba przyłożyć dużą uwagę do kwestii regulacyjnych, którymi otoczony jest sektor life science i które rzutują na każde przedsięwzięcie – mówi Paweł Hincz, radca prawny i partner w Kancelarii WKB Wierciński, Kwieciński, Baehr.

Life science to projekty z pogranicza medycyny, farmacji, diagnostyki i telemedycyny oraz nowych technologii i IT. W skali globalnej rynek ten rozwija się bardzo szybko, a sprzyja temu, zdaniem ekspertów, starzejące się społeczeństwa, rosnące nakłady na wydatki zdrowotne i rozwój technologiczny. Jak podaje firma doradcza Deloitte, do 2019 roku cały sektor biotechnologiczny ma szansę rosnąć w 9-proc. tempie, a jego łączne przychody mogą sięgnąć 444,9 mld dol.

Na polskim rynku life science dopiero raczkuje, a według danych GUS w 2015 roku działalność w obszarze biotechnologii prowadziło zaledwie 160 spółek. Wzrost jest jednak skokowy, ponieważ ich liczba w porównaniu z rokiem poprzednim zwiększyła się o 27 proc. Wewnętrzne nakłady poniesione przez przedsiębiorstwa na działalność w dziedzinie biotechnologii przekroczyły 989 mln zł (wzrost o 22,4 proc. rok do roku).

Jak podaje PAIiIZ, life science i biotechnologia mają w Polsce doskonałe zaplecze do rozwoju, które tworzy sieć 110 instytucji naukowych, 2,8 tys. naukowców zajmujących się biotechnologią, 6 dojrzałych klastrów biotechnologicznych (największy Life Science Kraków) oraz możliwość ubiegania się o granty i unijne dofinansowania.

Jednak z badania Deloitte „Biotechnologia w Polsce. Branżowy punkt widzenia” wynika, że jedynie 29 proc. firm biotechnologicznych uznaje warunki gospodarcze w Polsce za dobre lub bardzo dobre dla rozwoju działalności. Dwie trzecie jako główną barierę wskazuje skomplikowany dostęp do finansowania. Przedstawiciele firm biotechnologicznych zwracają również uwagę na otoczenie regulacyjne (zwłaszcza przepisy podatkowe). Według 71,4 proc. obowiązujące w Polsce przepisy są zaledwie umiarkowanie korzystne i tylko niecałe 30 proc. spodziewa się zmian na lepsze.

Zdaniem radcy prawnego Pawła Hincza przepisy mogą zarówno stanowić barierę dla rozwoju life science, jak i przyczynić się do jego rozwoju. Ten sektor jest jednak bardzo rozległy, dlatego regulacje prawne muszą uwzględniać specyfikę różnych obszarów.

– Specyfika obszaru regulacyjnego jest inna w zależności od rodzaju przedsięwzięcia z dziedziny life science. Inne przepisy prawne obowiązują w przypadku wyrobów medycznych, produktów leczniczych, a jeszcze inne w przypadku unikatowych terapii. Dlatego trudno mówić o jednym zbiorze wspólnych wymogów regulacyjnych w obszarze life science, którym trzeba sprostać. Każdy przypadek jest inny i dostosowanie wymogów prawnych przypomina trochę szycie garnituru na miarę – zaznacza Paweł Hincz.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, 71,4 proc. przedstawicieli firm biotechnologicznych wiąże swoje oczekiwania dotyczące finansowania kapitałowego z polskimi i zagranicznymi funduszami typu private equity i venture capital. Paweł Hincz, radca prawny z Kancelarii WKB Wierciński, Kwieciński, Baehr, podkreśla jednak, że współpraca pomiędzy pomysłodawcą czy start-upem biotechnologicznym a inwestorem wymaga nie tylko ustalenia ram prawnych, lecz także wyważenia ryzyka, które ponoszą w takim przypadku obie strony.

Z jednej strony całe ryzyko finansowe skupia się bowiem na inwestorze, a z drugiej – pomysłodawca również chce się zabezpieczyć, aby jego pomysł nie został przejęty i wykorzystany ze szkodą. Dlatego przy nawiązywaniu współpracy zachodzi konieczność wyważenia ryzyka, które ponoszą obie strony i znalezienia kompromisowego rozwiązania, które zapewni komfort zarówno inwestorowi, który dostarcza kapitał, jak i pomysłodawcy, który wnosi know-how.

– Prawo przychodzi tutaj w sukurs, dostarczając rozwiązań, które mają zapewnić komfort obu stronom. Są to odpowiednie umowy o zaufaniu poufności, umowy inwestycyjne z odpowiednimi ścieżkami rozwoju całego przedsięwzięcia i ewentualnych problemów, które mogą się zrodzić w jego trakcie. Zwierają one ustalenia dotyczące wyjścia z inwestycji zarówno pomysłodawcy, jak i dostarczyciela kapitału oraz rozwiązania prawne z zakresu własności przemysłowej, które mają tutaj niebagatelne znaczenie – mówi Paweł Hincz.

Komercjalizacja odkryć naukowych, rządowe wsparcie dla innowacyjnych przedsięwzięć oraz regulacje prawne dotyczące współpracy inwestorów i start-upów były jednymi z tematów poruszanych podczas listopadowej konferencji Galien Summit, której celem jest łącznie innowacji z biznesem. Paweł Hincz z Kancelarii WKB Wierciński, Kwieciński, Baehr podkreśla, że w ostatnim czasie w tematykę innowacyjnych przedsięwzięć mocno angażuje się Ministerstwo Rozwoju, co stwarza szansę na realne wsparcie dla przedsiębiorców.

– Słowa „innowacja” i „start-up” są w tej chwili niezmiernie modne i odmieniane przez wszystkie przypadki. Każdy jednak zdaje sobie sprawę z tego, że jeżeli gospodarka danego państwa nie będzie oparta na innowacjach, to będzie odtwórcza i pozostanie w erze industrialnej. Dlatego szczególnie cieszy postawa Ministerstwa Rozwoju, które mocno zaangażowało się w projekty innowacyjne. To daje nadzieję, że resort chce pomagać przedsiębiorcom w tym, aby ich innowacyjne rozwiązania i pomysły były realizowane na szerszą skalę – mówi Paweł Hincz.

Frank Hatheway: wejście na Nasdaq to dla firm prestiż i szansa na pozyskanie znacznego kapitału. Równie istotny jest jednak lokalny rynek

Frank Hatheway: wejście na Nasdaq to dla firm prestiż i szansa na pozyskanie znacznego kapitału. Równie istotny jest jednak lokalny rynek 12

Wejście na Nasdaq to element polityki wizerunkowej i sygnał, że firma chce działać na amerykańskim rynku – podkreśla Frank Hatheway, główny ekonomista Nasdaq w Waszyngtonie. Obecność na giełdzie Nasdaq daje spółce prestiż i szanse na znaczne podniesienie kapitału. Największe szanse na zaistnienie na rynku amerykańskim mają firmy biotechnologiczne. Jak wskazuje Hatheway, istotne jest jednak znalezienie kapitału tam, gdzie jest największy popyt ze strony inwestorów, przede wszystkim na rynku lokalnym.

– Polska gospodarka ostatnio nieco zwolniła, ale Europa moim zdaniem nabiera rozpędu. Dlatego mój ogląd firm w regionie CEE i w Polsce jest pozytywny – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Frank Hatheway, główny ekonomista w Nasdaq w Waszyngtonie.

Instytut Ekonomiczny wskazuje, że mimo słabnącego wzrostu gospodarczego na świecie ożywienie w krajach Europy Środkowo-Wschodniej przyspieszyło. W 2015 roku tempo wzrostu PKB w Polsce sięgnęło 3,6 proc., podobnie jak w Słowacji. Rośnie też popyt i nakłady inwestycyjne. Firmy powstające w rejonie CEE notują nie stopniowy, a skokowy wzrost. Rośnie też liczba start-upów. Tylko w Polsce jest ich już 2,7 tys. (raport „Polskie start-upy”). Największą barierą dla firm jest utrudniony dostęp do zewnętrznego finansowania (35 proc. według badania Deutsche Banku). Sposobem na pozyskanie dodatkowego kapitału jest emisja akcji. Dlatego coraz więcej start-upów decyduje się szukać kapitału na giełdzie, nie tylko na polskiej.

– Europejskie firmy rozmawiały już z nami o debiucie w Europie albo w Stanach Zjednoczonych. Z punktu widzenia spółki najlepszym miejscem jest to, w którym popyt ze strony inwestorów jest najwyższy. W Stanach Zjednoczonych jest obecnie wielkie zainteresowanie spółkami biotechnologicznymi. Jeżeli spółka z innej branży ma mocną markę, także spotka się z popytem ze strony amerykańskich inwestorów – podkreśla Hatheway.

Zainteresowanie innowacjami biotechnologicznymi to szansa dla polskich start-upów, które pracują nad nowymi lekami czy opracowują unikalne urządzenia telemedyczne. Obecnie na rynku NewConnect notowanych jest kilkanaście innowacyjnych spółek z obszaru biotechnologii, których kapitalizacja jest liczona w dziesiątkach milionów złotych. Część z nich wychodzi na rynki zagraniczne i pozyskuje dużych inwestorów, a wejście na giełdę Nasdaq zwiększa szansę na odniesienie sukcesu.

– Jeżeli firma wchodzi na Nasdaq, to znaczy, że chce zmienić branżę. To element polityki wizerunkowej. Sygnał, że dana firma chce działać na skalę międzynarodową, a debiut w Stanach Zjednoczonych, na Nasdaq, wzmacnia przekaz – przekonuje ekonomista.

Obecnie na giełdzie Nasadq działa kilka tysięcy firm, polskie przedsiębiorstwa stanowią niewielki odsetek. Jak jednak przekonuje Hatheway, z punktu widzenia firmy najważniejszy powinien być popyt na daną technologię i zainteresowanie inwestorów. Tylko w ten sposób będą mogły uzyskać finansowanie, które umożliwi dalszy rozwój.

– Warto poszukać kapitału na rynku lokalnym. Firmy powinny rozważyć pozyskiwanie kapitału na rynku europejskim albo lokalnym. Wszystko zależy od tego, gdzie inwestorzy zamierzają ulokować pieniądze – przekonuje Frank Hatheway.

Warszawski Służewiec przekształca się z dzielnicy biurowej w mieszkalną

Warszawski Służewiec przekształca się z dzielnicy biurowej w mieszkalną 13

Warszawski Służewiec to już nie tylko zagłębie biurowców. Powstaje tu coraz więcej budynków mieszkalnych. Dzielnica biurowa może się stać dobrym miejscem do życia, jak pokazują przykłady z Amsterdamu, Barcelony czy Londynu. Wymaga jednak to dużo pracy – przekonuje Karina Koziej ze Stowarzyszenia HASHLepszy Służewiec. Jak podkreśla, problemem jest niewystarczająco dobra komunikacja i brak infrastruktury społecznej.

Służewiec to największa dzielnica biurowa w Polsce, blisko lotniska i sieci kolejowej, jest dobrze skomunikowana, wciąż jednak niewystarczająco dobrze – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Karina Koziej ze Stowarzyszenia HASHLepszy Służewiec.

Znajduje się tu ok. 80 biurowców, a powierzchnia biurowa przekroczyła 1,3 mln mkw. JLL szacuje, że w kolejnych pięciu latach przybędzie ok. 300 tys. mkw. nowych biur. Do pracy tam już dziś dojeżdża 83 tys. osób. Oblicze Służewca jednak powoli się zmienia i powstaje tu coraz więcej budynków mieszkalnych – w najbliższych latach przybędzie 1,5 tys. nowych lokali.

Największą bolączką Służewca jest komunikacja. 80 tys. osób próbuje się tam codziennie dostać do pracy. Nie ma takiej możliwości, aby tyle osób przyjechało samochodem, więc potrzebna jest dobra komunikacja publiczna – wskazuje Koziej.

Z raportu JLL wynika, że każdego dnia na obszar Służewca wjeżdża ok. 30 tys. samochodów. Codzienna rzeczywistość to ogromne korki i problemy z parkowaniem.

W 2016 roku największym wyzwaniem było zaplanowanie optymalnego dojazdu na czas remontu głównej ulicy Marynarskiej. Stowarzyszeniu HASHLepszy Służewiec, dzięki zorganizowanemu Okrągłemu Stołowi z przedstawicielami władz, ZTM, inwestora, wykonawcy i mieszkańców, udało się przekonać miasto do kluczowych rozwiązań. Utrzymana została przejezdność ulicy Postępu, wprowadzono ronda turbinowe, zwiększono częstotliwość kursowania autobusów i tramwajów oraz uruchomiono dodatkowe kursy Szybkiej Kolei Miejskiej do stacji PKP Służewiec.

W 2017 roku będziemy nadal borykali się z remontem ul. Marynarskiej. Wyzwaniem jest na pewno to, aby ten remont przebiegał jak najmniej dotkliwie. Jako stowarzyszenie cały czas jesteśmy w ścisłej współpracy z urzędem miasta, opiniujemy organizację ruchu, wprowadzamy nasze drobne poprawki i jak do tej pory udaje nam się remont przetrwać – zaznacza przedstawicielka stowarzyszenia.

Jak wynika ankiety przeprowadzonej przez Biuro Drogownictwa i Komunikacji oraz Stowarzyszenie HASHLepszy Służewiec, blisko połowa podróżujących do pracy autem mogłaby się przesiąść do transportu publicznego, gdyby istniało bezpośrednie połączenie między ich miejscem zamieszkania a Służewcem. W komunikacji publicznej jednak sytuacja nie jest lepsza.

Poprawić dostępność dzielnicy ma program „Służewiec na szóstkę”. Stowarzyszenie HASHLepszy Służewiec wspiera pilną budowę linii tramwajowej od Metra Wilanowska na Służewiec, przedłużenie ulicy Suwak, lepszy dostęp do stacji PKP Służewiec, uporządkowanie kwestii parkowania, usprawnienie komunikacji publicznej oraz rozwój infrastruktury pieszej i rowerowej

Coraz więcej osób rezygnuje z samochodów, natomiast trzeba dla nich stworzyć jeszcze więcej zachęt, aby korzystali z komunikacji publicznej i rowerów. Coraz więcej osób wybiera mieszkania blisko swoich miejsc pracy, więc może dotrzeć do biura na piechotę. Brakuje jednak chodników, jeżeli ktoś chciałby przejść Służewiec biurowy na piechotę, to czasem ma problem i grzęźnie w błocie – wymienia Koziej. – PKP Służewiec to świetna stacja, ale ludzie skaczą przez tory, aby dostać się do pociągu.

Komunikacja to nie jest jedyna bolączka Służewca. Brakuje też przestrzeni publicznej i zieleni. Dlatego po godzinie 17 i w weekendy biurowy ruch w dzielnicy praktycznie zamiera.

Brakuje infrastruktury społecznej, czyli szkół, przedszkoli, infrastruktury sportowej, ale także zieleni. Nie ma zwykłego placu miejskiego czy miejsca rekreacji. W tym momencie to dzielnica typowo monofunkcyjna, przeznaczona na biura – podkreśla ekspertka. – Chcemy, aby miasto zastanowiło się nad tym, w jaki sposób zagospodarować przestrzeń tak, aby była lepiej wykorzystana i bardziej przydatna dla mieszkańców i pracowników.

Przykłady innych europejskich miast pokazują, że dzielnice stricte biurowe mogą z sukcesem ewoluować w kierunku wielofunkcyjnego obszaru, przyjaznego także mieszkańcom, oferującego możliwości spędzania czasu wolnego. To m.in. Canary Wharf czy 22@Barcelona.

– Naszym ulubionym przykładem, który przyświecał stworzeniu Stowarzyszenia Lepszy Służewiec, jest holenderska dzielnica Zuidas. Jest bardzo podobna pod względem wielkość i struktury, znajduje się blisko lotniska, nieco poza miastem, ale jest dużo lepiej skomunikowana i jest w niej coraz więcej mieszkańców dzięki staraniom miasta – wskazuje Karina Koziej.