Polacy wśród internautów najczęściej blokujących reklamy. To poważne zagrożenie dla branży reklamowej

Polacy wśród internautów najczęściej blokujących reklamy. To poważne zagrożenie dla branży reklamowej 1

Na całym świecie ponad 200 mln internautów blokuje reklamy w przeglądarkach. Pod tym względem polscy internauci przodują w międzynarodowych rankingach. Reklamy blokowane są wraz z co drugą odsłoną strony – wynika z raportu OnAudience. Adblocki uważane są za poważne zagrożenie dla branży reklamowej, jednak ich rosnąca popularność wynika ze zbyt inwazyjnych i masowo stosowanych reklam. Wydawcy powinni więc postawić na treści dopasowane do odbiorców, co dzięki rozwojowi narzędzi do analizy danych staje się coraz łatwiejsze. 

W Polsce 42 proc. wszystkich wyświetlanych reklam w internecie jest blokowanych. To nas stawia na pierwszym miejscu w całym rankingu, który został przeprowadzony przez OnAudience.com. Na kolejnych miejscach znalazły się Norwegia i Wielka Brytania, które schodzą poniżej 40 proc. – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Sawa, chief commercial officer w Cloud Technologies, firmie specjalizującej się w big data marketingu i personalizacji reklamy internetowej.

W Polsce reklamę blokuje 38 proc., czyli ok. 7 mln internautów. Na całym świecie blokujących jest ponad 200 mln. Tylko popularna aplikacja Adblock Plus ma ok. 100 mln aktywnych użytkowników. Jak podkreśla Sawa, reklamodawcy po części są sami sobie winni. Z przytaczanych przez Cloud Technologies wyliczeń comScore wynika, że w ciągu miesiąca statystycznemu internaucie wyświetla się ponad 1,7 tys. masowych banerów reklamowych w przeglądarce.

Taka sytuacja nie jest korzystna ani dla internautów, ani wydawców, ani reklamodawców.

Wydawcy, którzy de facto czerpią swoje największe przychody z reklam, mają problem. Użytkownicy, którzy odwiedzają ich serwisy w nadziei na jakościowe treści, nie płacą za te treści, ponieważ nie oglądają reklam. Wydawcy z kolei mają mniejsze przychody, więc mają mniejsze budżety na to, żeby te jakościowe treści tworzyć – wyjaśnia Maciej Sawa. W Stanach Zjednoczonych odsetek użytkowników, którzy używają wtyczek blokujących reklamy, jest o połowę mniejszy, więc wydawcy mają więcej przychodów i mogą sobie łatwiej radzić z tworzeniem jakościowych treści.

W badaniu domu mediowego OMD masowe banery zostały przez Polaków uznane za najbardziej irytującą formę reklamy, wyprzedzając m.in. automatycznie uruchamiane wideo. Eksperci podkreślają, że kliknięcia w takie banery są zwykle przypadkowe. Taka reklama nie jest więc tylko nieskuteczna, ale nawet odstraszająca potencjalnych klientów.

– Utrata potencjalnych przychodów wydawców szacowana jest na ok. 27 mld dol., więc samo zagrożenie dla branży reklamowej jest bardzo istotne. Ponad 65 proc. członków Association of Online Publishers, czyli organizacji zrzeszającej wydawców w Wielkiej Brytanii, stwierdziło, że to jest największe zagrożenie dla branży reklamowej w przyszłości. Trzeba więc dokładnie się temu zjawisku przyglądać – podkreśla Maciej Sawa.

W miejsce utraconych przychodów z reklam część wydawców decyduje się na wprowadzenie opłat za treści, na czym z kolei cierpią internauci.

Zdaniem eksperta Cloud Technologies reklamodawcy i wydawcy powinni wziąć pod uwagę to, że internauta zwykle szuka w sieci konkretnych produktów i usług i do jego potrzeb dostosować treści reklamowe. Trzeba też pamiętać o płci internauty, jego wieku, miejscu zamieszkania czy zainteresowaniach.

Rekomendujemy, żeby wydawcy sięgali po lepsze narzędzia do optymalizacji reklam, żeby treści były lepiej dopasowane i mniej nachalne – mówi Sawa. – Ostatecznie chodzi jednak o to, by reklama była skuteczna i zwiększała ruch w internecie. Idąc tym tropem, doszliśmy do stworzenia technologii UnBlock, która pozwala wydawcom mierzyć i monetyzować tego typu powierzchnie, które są blokowane przez użytkowników.

UnBlock potrafi wykryć i unieszkodliwić wtyczki blokujące reklamy w przeglądarkach. W ten sposób umożliwi wyświetlenie wcześniej zablokowanej reklamy. Firma chce jednak promować reklamy nieinwazyjne, spersonalizowane do potrzeb konkretnego internauty.

Personalizacja reklam jest możliwa dzięki wykorzystaniu big data, czyli danych na temat zachowań i zainteresowań anonimowych użytkowników sieci. Eksperci Cloud Technologies oceniają, że do 2020 roku na statystycznego internautę przypadać będzie ponad 5 GB cyfrowych informacji, które będzie można wykorzystywać, aby lepiej dopasować reklamę do jego potrzeb. Dalszy rozwój narzędzi służących do analizy danych spowoduje, że reklama masowa będzie stopniowo znikać z internetu.

Wirtualna reputacja wpływa na przychody firmy. Na internetowy hejt narażeni m.in. producenci żywności i deweloperzy

Wirtualna reputacja wpływa na przychody firmy. Na internetowy hejt narażeni m.in. producenci żywności i deweloperzy 2

Deweloperzy, producenci żywności i zakłady, gdzie jest duża rotacja pracowników to firmy szczególnie narażone na internetowy hejt. Negatywne opinie w internecie, fałszywe wpisy w mediach społecznościowych albo w serwisach tematycznych mogą zaszkodzić nie tylko wizerunkowi firmy, lecz także odbić się na jej finansach. Dlatego firmy powinny zadbać o wirtualną reputację, na bieżąco monitorując informacje w internecie i reagując na negatywne komentarze w wyważony sposób.

Są dwa etapy ochrony przed hejtem. Pierwszy polega na monitorowaniu sieci. Polskie firmy zajmujące się monitoringiem internetu mają dużą, międzynarodową renomę. Natomiast jeżeli już monitorujemy internet, to drugą ważną rzeczą jest święty spokój i analizowanie sytuacji. Trzeba pamiętać, że jedna negatywna opinia nie oznacza hejtu. Należy sprawdzić, czy jest to zorganizowana akcja i jaki jest jej zasięg. Do każdej takiej sytuacji trzeba podchodzić na chłodno – mówi agencji Newseria Biznes Michał Fedorowicz z firmy Apostołowie Opinii, która zajmuje się kompleksową ochroną wizerunku w internecie.

Wirtualna reputacja jest obecnie jednym z kluczowych elementów budowania wizerunku przedsiębiorstwa. Anonimowy hejt w internecie może się odbić nie tylko na opinii o firmie, lecz także na jej wynikach finansowych. Najbardziej zagrożony jest sektor B2C, który współpracuje bezpośrednio z odbiorcą końcowym, czyli klientem. Dotyczy to zwłaszcza deweloperów, producentów chemii i żywności. Na hejt w serwisach tematycznych szczególnie narażeni są również lekarze i przedstawiciele służby zdrowia oraz zakłady pracy, które charakteryzują się dużą rotacją pracowników.

W tym przypadku ważne są fora z opiniami na temat stosunków w pracy czy sytuacji w danej firmie. Obserwacja i monitoring tych źródeł mogą pokazać, czy danej firmie coś w sieci zagraża – mówi Michał Fedorowicz. – Nie da się w stu procentach wyeliminować hejtu w sieci, to jest pewnego rodzaju VAT od sukcesu.

Współzałożyciel agencji Apostołowie Opinii zwraca uwagę na to, że im większa jest firma, im więcej zatrudnia pracowników i im większe odnosi sukcesy, tym bardziej narażona jest na internetowy hejt. Dlatego należy monitorować opinie w sieci i mediach społecznościowych na bieżąco, a w razie pojawienia się negatywnych komentarzy, reagować na nie, ale w przemyślany sposób.

Podejmowanie natychmiastowych działań może się źle skończyć, bo zazwyczaj firma straszy prawnikami albo natychmiast usuwa wszystkie opinie ze swojego walla. Przede wszystkim należy zadać proste pytanie: co złego może spotkać firmę w internecie od strony wizerunkowej? Na tej podstawie trzeba przygotować zarys planu działania i zastosować go, kiedy pojawi się awaryjna sytuacja – mówi Michał Fedorowicz.

Zdaniem eksperta polskie regulacje prawne zapewniają wystarczające narzędzia do walki z hejtem i mową nienawiści w internecie. Problemem jest natomiast ich efektywne wykorzystanie. Sądy i organy ścigania mają problem z identyfikacją sprawców, a w praktyce hejter musi sam się przyznać, żeby sąd z braku innych dowodów mógł wymierzyć karę.

Trudno jest udowodnić, że konkretna osoba dokonała czynności na danym komputerze. Chyba że po prostu się do tego przyzna. W przeciwnym wypadku identyfikacja hejtera jest bardzo trudna i to jest dziś główny problem w walce z hejtem. Usuwanie fejkowych i kłamliwych informacji nie jest trudne, natomiast kwestia późniejszego ścigania sprawców to już duża zabawa logistyczna, w której trudno odnieść sukces – mówi Michał Fedorowicz.

Zaledwie 3,5 proc. specjalistów i menadżerów jest bez pracy. Najlepsi kandydaci otrzymują nawet 20 ofert zatrudnienia rocznie

Zaledwie 3,5 proc. specjalistów i menadżerów jest bez pracy. Najlepsi kandydaci otrzymują nawet 20 ofert zatrudnienia rocznie 3

Bezrobocie w Polsce na koniec roku wyniosło 8,3 proc. – wynika z szacunków resortu pracy. Wśród specjalistów i menadżerów poziom ten jest znacznie niższy – ok. 3,5 proc. Najlepsi kandydaci w tej grupie otrzymują blisko 20 ofert zatrudnienia rocznie. Taka sytuacja na rynku pracy sprawia, że pracodawcy muszą oferować kandydatom znacznie więcej niż atrakcyjne wynagrodzenie czy opieka medyczna. W ubiegłym roku firmy intensywnie inwestowały w swój wizerunek pracodawcy.

 Rynek rekrutacyjny ma się bardzo dobrze, na co bezpośredni wpływ ma zmniejszające się bezrobocie – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Skiba, prezes Antal Polska i wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia. – Ma to bezpośredni wpływ na liczbę pojawiających się ofert dla kandydatów. Rekordziści wśród specjalistów i menadżerów, na przykład w branży IT, otrzymują nawet 18–19 propozycji w ciągu roku, a średnia oscyluje wokół sześciu. To pokazuje, jak silny jest obecnie rynek pracownika. Propozycji dla dobrych kandydatów jest dużo więcej niż dobrych kandydatów.

Według Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec listopada ubiegłego roku liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy ukształtowała się na poziomie 1 313 000 osób, tj. nieznacznie zwiększyła się w porównaniu z poprzednim miesiącem (o 0,4 proc., czyli o 5,7 tys.), ale obniżyła w porównaniu z tym samym miesiącem rok wcześniej (o 14,2 proc., czyli o 217 tys.). Ogólny wskaźnik bezrobocia ukształtował się na poziomie 8,2 proc. Na koniec roku – jak wynika z oceny Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej – był on nieznacznie wyższy (8,3 proc.).

– To powoduje, że przed pracodawcami stoją coraz większe wyzwania związane z pozyskaniem i zatrzymaniem pracowników. Firmy coraz częściej muszą oferować już nie tylko wysokie wynagrodzenia, bo zaczynają one odgrywać coraz mniejszą rolę, lecz także profity pozafinansowe – zauważa Artur Skiba. – Nie mówię o banalnych elementach jak karta medyczna czy MultiSport. Dla wielu osób ważna się staje atmosfera pracy, wyzwania, jakie przed nim stoją, czy prestiż firmy. To wszystko sprawia, że w ubiegłym roku firmy musiały bardzo mocno inwestować w tzw. employer branding.

Zdaniem Artura Skiby zarządzający coraz częściej zdają sobie sprawę z tego, że proces rekrutacyjny nie rozpoczyna się w momencie wystąpienia w firmie wakatów, ale dużo wcześniej. W związku z tym firma cały czas musi kreować swój pozytywny wizerunek pracodawcy.

To szczególnie ważne w kontekście oczekiwań pokolenia Y wobec pracodawców i wykonywanej pracy. Dlatego w tym roku na znaczeniu zyskiwać będzie zasada 3xZ, czyli zdobądź, zapłać, zatrzymaj.

– Utrzymanie w zespole dobrych fachowców staje się dla pracodawców równie trudne jak ich znalezienie i zatrudnienie – przekonuje Artur Skiba. – Kandydaci bardzo szybko, czasami po kilku miesiącach, nudzą się i szukają nowych wyzwań, zwłaszcza pokolenie Y. Dlatego ta zasada w wielu branżach staje się wręcz obowiązkowa.

Według Artura Skiby ten rok nadal będzie bogaty w oferty dla informatyków, ale także dla specjalistów z branży centrów usług wspólnych i outsourcingowych. W coraz większej liczbie sektorów można już mówić o rynku pracownika, a nie pracodawcy.

– To np. rynek pracy prawników, gdzie jeszcze dwa lata temu karty rozdawali pracodawcy, a w tym momencie z miesiąca na miesiąc ofert pracy jest coraz więcej – twierdzi Artur Skiba. – Jedynym sektorem, gdzie na razie utrzymuje się rynek pracodawcy i nic nie wskazuje na to, żeby to się zmieniło, zwłaszcza w kontekście fuzji i przejęć, jest bankowość. Tam specjaliści i menadżerowie nierzadko szukają pracy nawet przez kilka miesięcy. To raczej mało pozytywny wyjątek na polskim rynku pracy.

Jak podkreśla Skiba, wzrost wynagrodzeń nieco wyhamowuje. Nie wynika to jednak z niechęci pracodawców do podwyżek, a raczej z bardzo dynamicznych wzrostów płac specjalistów i menadżerów w ostatnich dwóch latach. To pozwoliło nam zniwelować w pewnym stopniu dystans wobec krajów Europy Zachodniej.

– Na większości stanowisk pensje są jeszcze dużo niższe. Ale pamiętajmy, że kilka lat zarabialiśmy 20 proc. tego, co w Europie Zachodniej. Teraz w większości branż jest to 40–50 proc., a są wyjątki, gdzie pensja jest taka sama jak w Europie. Najlepsi specjaliści IT na przykład zarabiają już 90, a czasami 100 proc. tego, ile dostaliby na Zachodzie – komentuje Artur Skiba.

Jego zdaniem w kolejnych latach wynagrodzenia będą rosły w tempie 3–5 proc.

Rynek audytu i doradztwa ma się otworzyć na polskie firmy. Nowa ustawa ograniczy dominację wielkiej czwórki firm audytorskich

Rynek audytu i doradztwa ma się otworzyć na polskie firmy. Nowa ustawa ograniczy dominację wielkiej czwórki firm audytorskich 4

Polski rynek audytu i doradztwa zdominowały firmy globalne z tzw. wielkiej czwórki. Z ich usług korzystają wszystkie spółki giełdowe skupione w WIG20 oraz większość jednostek zainteresowania publicznego. UOKiK wskazuje, że rynek ma cechy oligopolu i dochodzi na nim do patologii, takich jak jednoczesne świadczenie doradztwa podatkowego i prowadzenia audytu sprawozdań finansowych. Dlatego w Sejmie trwają prace nad nową ustawą, która ma otworzyć rynek dla polskich firm audytorskich, oddzielić audyt od doradztwa i wprowadzić ściślejszą kontrolę państwa.  ​ 

Firmy doradcze z wielkiej czwórki niemal w całości opanowały rynek badań ksiąg i doradztwa dla firm notowanych na giełdzie. W praktyce oznacza to, że bariera wejścia dla polskich firm audytorskich jest zbyt wysoka i mamy do czynienia ze złą sytuacją dla rynku – mówi agencji Newseria Artur Soboń, poseł Prawa i Sprawiedliwości, zwolennik wprowadzenia nowych przepisów.

Rynek audytu w Polsce jest silnie skoncentrowany i podzielony między globalnych liderów: PwC, EY, Deloitte i KPMG (tzw. wielka czwórka) – wynika z raportu UOKIK, który szczegółowo zbadał krajowy segment usług audytu finansowego, doradztwa i usług konsultingowych.

Urząd w 2015 roku skontrolował w szczególności usługi audytu finansowego świadczone na rzecz spółek notowanych na głównym parkiecie warszawskiej GPW. W objętych badaniem latach 2008–2013 wartość tego rynku kształtowała się na poziomie 39–53 mln zł.  Ponad trzy czwarte przychodów ze sprzedaży w tym segmencie wygenerowały właśnie firmy z wielkiej czwórki, które mają w nim 80-proc. udział. UOKiK wskazał, że rynek audytu spółek giełdowych ma cechy oligopolu. Przemawia za tym fakt, że sprawozdania finansowe spółek z głównego indeksu WIG20 badała w tym czasie wyłącznie wielka czwórka.

Spółki notowane na warszawskim parkiecie chętnie wybierają audytorów z wielkiej czwórki (najczęściej w trybie zapytania ofertowego, rzadziej w przetargu) ze względu na ich prestiż i reputację. Większość (60 proc.) z nich deklaruje, że zatrudnienie firmy audytorskiej o dobrej reputacji pozwala osobom decyzyjnym uniknąć krytyki udziałowców czy zarządu. Także Komisja Europejska, pracując nad nowymi regulacjami rynku audytorskiego, wskazała, że działalność wielkiej czwórki opiera się w dużej mierzy na ich dobrej marce i reputacji.

UOKiK przyjrzał się również temu, jak świadczone są usługi audytu ustawowego na rzecz jednostek zainteresowania publicznego. Są to m.in. banki krajowe, SKOK-i, fundusze inwestycyjne, zakłady ubezpieczeń i otwarte fundusze emerytalne. Również w tym segmencie wielka czwórka ma 80-proc. udział. 

Raport UOKiK wskazuje na oligopol i dominację firm z wielkiej czwórki na rynku audytorskim. W tej sytuacji warto zastosować instrumenty w postaci interwencji państwa i odpowiednich regulacji, które otworzą ten rynek również dla polskich firm audytorskich – mówi Artur Soboń.

Według prawa audyt ustawowy ma charakter szczególny. Biegli rewidenci – jako przedstawiciele zawodu zaufania publicznego – badają sprawozdania finansowe instytucji takich jak banki czy spółki giełdowe po to, aby inwestorzy, regulatorzy rynku i opinia publiczna mieli pewność informacji w nich zawartych. Dlatego przepisy zobowiązują rewidentów do zachowania staranności, rzetelności i obiektywizmu.

Światowy kryzys finansowy pokazał jednak, że wiarygodność i rzetelność nie jest standardem, zwłaszcza w przypadku audytu instytucji finansowych. Branża audytorska nie ujawniła w porę wpływu „toksycznych” portfeli na wypłacalność instytucji finansowych, stwarzając ryzyko dla systemu finansowego i całej gospodarki. To spowodowało, że w 2014 roku Parlament Europejski uchwalił dyrektywę, która reguluje rynek audytorski. Nowe przepisy mają m.in. zapewnić większą niezależność rewidentów, zmniejszyć koncentrację rynku i otworzyć go dla mniejszych podmiotów.

Regulacja ma również wyeliminować równoległe świadczenie usług audytorskich i doradczych.

Jeżeli ten sam podmiot bada księgi i co do zasady ma być rzetelny i obiektywny, ale jednocześnie doradza tej samej firmie, jak unikać podatków, to jest sytuacja, która rodzi patologie. One w Polsce nie miały takiej skali jak w Stanach Zjednoczonych czy w Europie, ale musimy wziąć pod uwagę to, że działamy na globalnym rynku – podkreśla poseł Artur Soboń. – Wdrażamy rozwiązania, które inne kraje już przerobiły, aby uchronić polski rynek przed kreatywną księgowością i wprowadzając konkretne ograniczenia dla tego typu praktyk.

Unijną dyrektywę, która reguluje rynek audytorski, poparła większość państw UE. Polska miała obowiązek dostosować się do jej wytycznych do czerwca ubiegłego roku, ale nie zdążyła dotrzymać tego terminu. Obecnie prace nad wdrożeniem jej do polskiego porządku prawnego są prowadzone w sejmowej podkomisji, której przewodniczącym jest poseł Artur Soboń (PiS).

Pracujemy nad tym, aby z jednej stron otworzyć rynek dla polskich firm, a z drugiej strony wyeliminować patologie, takie jak sprzedawanie przez biegłych rewidentów usług w imieniu firmy, dla której pracują. Chcemy wdrożyć dyrektywę i rozporządzenie unijne, które powstało w wyniku refleksji po wydarzeniach w Stanach Zjednoczonych i w Europie. Te rozwiązania funkcjonują już w praktyce w większości państw Europy Zachodniej. Jesteśmy do tyłu, więc musimy jak najszybciej wdrożyć je do polskiego sytemu prawnego – mówi Artur Soboń.

Każde z państw członkowskich miało dużą elastyczność we wdrażaniu unijnej dyrektywy. Polska również może dość swobodnie decydować o szczegółowych rozwiązaniach, które obejmą rynek audytorski.

Rządowy projekt, który trafił do Sejmu pod koniec listopada, ma przede wszystkim rozdzielić audyt od usług doradczych. Zakłada on, że za złamanie zakazu będzie grozić kara finansowa w wysokości do 250 tys. zł. Wprowadza również instytucję Komisji Nadzoru Audytowego, która ma nadzorować przestrzeganie zapisów nowej ustawy. Projekt zakłada też obowiązkową rotację firm audytorskich (maksymalnie co 5 lat), która bada jednostki zainteresowania publicznego i ograniczenie wynagrodzenia za usługi inne niż badania.

– Ustawa o biegłych rewidentach, audycie i nadzorze publicznym ma na celu ograniczenie możliwości doradzania i jednocześnie badania ksiąg poprzez odpowiednie sankcje, limity, nadzór KNA, wreszcie poprzez rozdzielenie tych dwóch zadań, które są ze sobą sprzeczne. Czym innym jest bowiem doradzanie w biznesie, a czym innym kontrolowanie ksiąg rachunkowych. Jeżeli ta sama osoba kontroluje coś, w czym przed chwilą doradzała, to jest to niebezpieczne dla rynku – mówi Artur Soboń.

Jednym z plusów nowej ustawy ma być także umożliwienie polskim firmom skutecznego konkurowania na rynku audytorskim. Przewodniczący sejmowej podkomisji, która pracuje nad projektem ustawy, zaznacza, że aby przepisy był należycie egzekwowane, muszą być precyzyjne.

– Musimy je precyzyjnie zdefiniować, aby nie można było łatwo ominąć tych zapisów. Na pewno dyskusję wywoła okres rotacji, kary finansowe, definicja jednostek zainteresowania publicznego, oraz to, w jaki sposób rozdzielimy czarną listę zakazanych usług doradczych dla tych, którzy jednocześnie badają księgi rachunkowe. To będzie przedmiotem naszej pracy i jestem wielkim zwolennikiem, abyśmy zrobili to na tyle sztywno, na ile jest to tylko możliwe – mówi poseł Artur Soboń.

NFOŚiGW przeznacza 10 mld zł na poprawę jakości powietrza w Polsce. W walce ze smogiem i niską emisją kluczowa jest rola samorządów

NFOŚiGW przeznacza 10 mld zł na poprawę jakości powietrza w Polsce. W walce ze smogiem i niską emisją kluczowa jest rola samorządów 5

W ostatnich tygodniach dopuszczalnie limity zanieczyszczeń w wielu polskich miastach zostały znacznie przekroczone. Według ONZ i WHO Polska znajduje się w europejskim ogonie pod względem jakości powietrza, a zanieczyszczeniami oddycha 90 proc. mieszkańców kraju. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w ramach różnych programów i działań unijnych przeznacza na poprawę jakości powietrza 10 mld zł. W walce ze smogiem i niską emisją kluczowe jest zaangażowanie samorządów i władz regionalnych.

Mamy szereg programów obliczonych na poprawę jakości powietrza w Polsce, których wartość wynosi 10 mld zł. Są to zarówno środki krajowe, jak i unijne – mówi agencji Newseria Biznes Artur Michalski, zastępca prezesa zarządu Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

Jak wynika z opublikowanego kilka miesięcy temu raportu ONZ Global Compact, Polska znajduje się w niechlubnej czołówce państw Europy, w których poziom zanieczyszczenia powietrza jest najwyższy i wielokrotnie przekracza dopuszczalne normy. Potwierdzają to również dane Światowej Organizacji Zdrowia.

Szacunki mówią, że co roku z powodu chorób wywołanych zanieczyszczeniem powietrza – takich jak astma, obturacyjne zapalenie płuc, niewydolność oddechowa czy choroby układu krążenia – umiera w Polsce około 45 tys. ludzi. Dopuszczalny poziom stężenia szkodliwego pyłu PM10 i rakotwórczego benzoapirenu według ONZ przekroczony na większości obszarów, a szkodliwe substancje na co dzień wdycha 90 proc. mieszkańców Polski.

Problem z jakością powietrza zaostrzył się w ostatnim miesiącu, kiedy stężenie pyłu zawieszonego w powietrzu wielokrotnie wzrosło, głównie na skutek niskiej emisji ze źródeł komunalnych, a wiele polskich miast zmagało się z uciążliwym smogiem.

Poprawa jakości powietrza w Polsce jest jednym z priorytetów NFOŚiGW, który w ramach kilkunastu działań i programów operacyjnych dysponuje funduszami na podejmowanie działań inwestycyjnych i edukacyjnych, które wpisują się w starania o ograniczenie niskiej emisji i poprawę jakości powietrza.

W ramach programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko mamy szereg działań na dostosowanie do norm środowiskowych dużych przedsiębiorstw, dużych jednostek spalania czy samorządów. Mamy również środki przeznaczone na termomodernizację i efektywność energetyczną. Pozwalają one zmniejszyć zapotrzebowanie na energię cieplną poprzez docieplenie lub inne formy modernizacji budynków tak, aby były bardziej energooszczędne i zużywały mniej energii. To przełoży się też na zmniejszenie zużycia paliwa – mówi Artur Michalski.

W ramach POIŚ 2014–2020 zrealizowano już 6 konkursów i 3 nabory ciągłe. Do funduszu wpłynęło dotychczas ponad 380 wniosków. Na początku grudnia ogłoszony został kolejny, siódmy konkurs, którego budżet wynosi 210 mln zł. To środki przeznaczone na wspieranie wytwarzania i dystrybucji energii z OZE.

W  działaniu 1.3 POIŚ przewidziany jest ponad 1 mld zł na budynki użyteczności publicznej. Zużycie energii przez te budynki zmniejszy się o ok. 60 proc., co przełoży się również na niższe zużycie paliw. Oczywiście w związku z tym emisja będzie mniejsza. To jest program skierowany na efektywność energetyczną, czyli na oszczędność energii – mówi Artur Michalski.

Na działanie 1.5 „Efektywna dystrybucja ciepła i chłodu” zaplanowano łącznie 66,8 mln zł w formie dotacji (nabór pozakonkursowy to ponad 1,2 mld zł). Dotychczas na konkurs wpłynęło 8 wniosków (i 43 pozakonkursowo).

– W programie rozwijania, modernizacji i przebudowy sieci ciepłowniczych i chłodniczych przewidziana jest likwidacja większej liczby pojedynczych źródeł spalania. To przełoży się na zmniejszenie emisji w miejscach, gdzie jest ona największa, czyli w gospodarstwach domowych, gdzie spalane są węgiel, a czasami niestety gorsze rzeczy. Mamy nadzieję, że przyczyni się to do wyeliminowania tego procederu. Są na to przewidziane potężne środki w wysokości 2–3 mld zł – mówi Artur Michalski.

W ramach wszystkich unijnych działań NFOŚiGW będzie ogłaszać kolejne nabory, które zostaną otwarte w pierwszej połowie tego roku.

Dodatkowo, fundusz koordynuje program oszczędzania energii i promowania OZE, który jest finansowany ze środków Mechanizmu Finansowego EOG oraz Norweskiego Mechanizmu Finansowego. Jego celem jest termomodernizacja budynków i wymiana przestarzałych źródeł energii na nowoczesne, wykorzystujące energię ze źródeł odnawialnych (OZE), redukcja emisji gazów cieplarnianych i zanieczyszczeń powietrza oraz zwiększenie wykorzystania energii pochodzącej z OZE.

Również programy priorytetowe NFOŚiGW, na które zaplanowano 5,8 mld zł ze środków krajowych, mają na celu walkę o lepszą jakość powietrza. Jeden z nich, nowy program „Region”, przewiduje szczególne preferencje dla tego typu działań. Będzie on wdrażany za pośrednictwem wojewódzkich funduszy ochrony środowiska i gospodarki wodnej. Będą one miały możliwość kształtowania oferty preferencyjnych pożyczek dla osób fizycznych. Środki w regionach mają być dostępne jeszcze w tym kwartale.

Z kolei w ramach programu „Poprawa jakości powietrza” przeznaczono po 500 mln zł na wsparcie energetycznego wykorzystania zasobów geotermalnych oraz na zmniejszenie zużycia energii w budownictwie.

Mateusz Juroszek (Atal) – o prognozach dotyczących rynku nieruchomości

Potrzeby lokalowe Polaków ciągle pozostają niezaspokojone, dlatego popyt na mieszkania cały czas jest duży. Dodatkowo mamy obecnie niskie stopy procentowe. Deweloperzy mogą więc patrzeć w przyszłość ze spokojem. Najbliższe lata na rynku nieruchomości powinny być tak samo dobre jak rok ubiegły.

„Oczywiście branżę czekają wyzwania. Rosną koszty budowy. Surowce były przez ostatnie dwa lata bardzo tanie. Teraz i ropa, i inne surowce będą coraz droższe. Wzrastają również koszty pracy. Polacy chcą zarabiać więcej. Zobaczymy też, co się będzie działo w samorządach przed wyborami i po wyborach. Takie sprawy mają bardzo duży wpływ na to, jak deweloperzy funkcjonują na rynku” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Mateusz Juroszek, wiceprezes firmy ATAL.

Optymizmem napawa branżę zwłaszcza sytuacja na rynku mieszkaniowym. Niskie stopy procentowe powodują, że zdolność kredytowa Polaków jest duża. Mieszkania, czy to dla siebie, czy to na wynajem, kupujemy więc chętnie. Pozytywne skutki dla deweloperów ma także program Rodzina 500+, który sprawia, że coraz częściej decydujemy się na dzieci, a co za tym idzie – potrzebujemy coraz większych mieszkań.

Nieco mniej korzystna wydaje się natomiast sytuacja na rynku biurowym. Zależy ona przede wszystkim od perspektyw biznesowych w danym kraju. „Jeżeli gospodarka się rozwija, rozwijają się firmy i trzeba więcej biur” – zauważa ekspert. Tymczasem wzrost PKB w Polsce nie jest ostatnio zbyt zadowalający.

Branże z największą liczbą upadłości i restrukturyzacji w 2016 r.

W branży produkcji artykułów spożywczych liczba bankructw w 2016 r. wzrosła aż o 38 proc. Drugą branżą niemal równie ryzykowną jest działalność związana z obsługą rynku nieruchomości, tu odnotowano 35 proc. wzrost. Szczególna jest sytuacja w handlu, czyli w branży, w której działa wiele firm. Tu wzrost był 13 proc., ale procesami upadłości i restrukturyzacji objęto aż 192 firmy.

  • Szczególna jest sytuacja właśnie w branży handlowej, ponieważ jest tu wiele upadłości, a rząd planuje wprowadzenie podatku od sprzedaży detalicznej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Regionu Europy Centralnej w Coface.

Specyficzna jest sytuacja w branży budowlanej, która nadal jest ponadprzeciętnie ryzykowna, choć tu liczba upadłości spadła o 16 proc.

W materiale wideo także o branży, w której liczba upadłości i restrukturyzacji spadła najbardziej w 2016 r.

Nowe rozporządzenie w sprawie dokonywania i rozpatrywania zgłoszeń znaków towarowych

Przemysław Walasek, adwokat, partner w kancelarii Taylor Wessing
Przemysław Walasek, adwokat, partner w kancelarii Taylor Wessing

Nowe rozporządzenie dopasowuje procedurę zgłaszania i rozpatrywania znaków towarowych do nowych ram prawnych obowiązujących w związku z ostatnią, bardzo istotną nowelizacją przepisów prawa własności przemysłowej, która wprowadziła zasadnicze zmiany w systemie ochrony znaków towarowych, w tym w szczególności w zakresie zasad wnoszenia sprzeciwu. Regulacja rozporządzenia, jakkolwiek mająca raczej techniczny charakter, w sposób praktyczny przełoży się na sytuację przedsiębiorców poszukujących ochrony prawnej  dla swych marek lub też chcących chronić swe znaki towarowe przed rejestracją podobnych oznaczeń. Bez wątpienia krokiem w dobrym kierunku jest jednoznaczne uregulowanie kwestii ujawniania informacji o dokonywanych zgłoszeniach w bazach danych Urzędu Patentowego, które w obowiązującym stanie prawnym będą miały jeszcze większe znaczenie niż dotychczas.

W dniu 24 grudnia 2016 roku weszło w życie rozporządzenie Prezesa Rady Ministrów z dnia 8 grudnia 2016 roku w sprawie dokonywania i rozpatrywania zgłoszeń znaków towarowych, które zastąpiło dotychczasowe, obowiązujące przez ponad 14 lat rozporządzenie o tej samej nazwie. Celem nowego aktu jest dostosowanie poprzedniej regulacji do nowelizacji  ustawy z dnia 30 czerwca 2000 roku – Prawo własności przemysłowej, która wprowadziła zasadnicze zmiany w systemie ochrony znaków towarowych, w tym w szczególności w zakresie rozpatrywania zgłoszenia przez Urząd Patentowy jak również zasad  wnoszenia sprzeciwu.

W nowym stanie prawnym sprzeciw może zostać wniesiony w ciągu 3 miesięcy od ogłoszenia o zgłoszeniu znaku towarowego.  W rezultacie uzyskanie (z odpowiednim wyprzedzeniem) wiedzy o dokonaniu zgłoszenia, które może kolidować ze starszym prawem, w szczególności wcześniejszą rejestracją nabrało jeszcze większego znaczenia. Zgodnie ze znowelizowanymi przepisami prawa własności przemysłowej Urząd Patentowy ujawnia – jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem w „Biuletynie Urzędu Patentowego”, nie później niż w ciągu 2 miesięcy od zgłoszenia –  podstawowe informacje o zgłoszeniu. § 12 nowego rozporządzenia doprecyzowuje praktyczne kwestie związane z techniczną stroną tej czynności wskazując, że ujawnienie dokonywane jest w publicznie dostępnej bazie danych na stronie internetowej urzędu (wg komunikatu dostępnego na stronach urzędu jest to baza Register+) jak również określając zakres danych polegających ujawnieniu. Niezależnie od ogłoszenia w „Biuletynie Urzędu Patentowego” w bazie danych ujawnia się także informację o wniesionym sprzeciwie. Tym samym przepisy rozporządzenia sankcjonują dotychczasową praktykę stwarzając w tym zakresie jednoznaczną podstawę normatywną pod funkcjonujące już bazy danych Urzędu Patentowego.

Ponadto nowe rozporządzenie określa również szczegółowe zasady odnoszące się do przedstawiania lub wyrażania znaku towarowego, sporządzania wykazów towarów (m.in. w § 8 ust. 1 omawianego aktu jednoznacznie dopuszczono możliwość używania nagłówków klasyfikacyjnych Porozumienia nicejskiego lub innych ogólnych terminów, pod warunkiem, że są one wystarczająco jasne i precyzyjne, ze skutkiem uwzględnienia w wykazie wszystkich towarów objętych dosłownym znaczeniem danego określenia bądź terminu), języka samego zgłoszenia oraz załączanych do niego dokumentów jak również zasady postępowania w sprawie uznawania na terytorium Polski ochrony międzynarodowych znaków towarowych.

Autor: Przemysław Walasek, adwokat, partner w kancelarii Taylor Wessing

Rozczarowanie wystąpieniem Donalda Trumpa ciąży na dolarze i amerykańskich indeksach giełdowych

Indeks dolarowy, przedstawiający wycenę amerykańskiej waluty wobec 10 głównych walut, traci 0,6 proc. ze względu na rozczarowanie wystąpieniem prezydenta elekta Stanów Zjednoczonych. Konferencja prasowa Donalda Trumpa pozostawiła inwestorów z brakiem odpowiedzi na kluczowe pytania odnośnie szczegółów i kalendarza planowanych wydatków infrastrukturalnych umów handlowych. Dolar zyskiwał od czasu amerykańskich wyborów na prowzrostowych zapowiedziach Trumpa, które miałyby wywołać presję inflacyjną i skłonić Fed do szybszego zacieśniania polityki pieniężnej. Z braku konkretów odnośnie tej polityki, inwestorzy zaczęli wycofywać się z długich pozycji na USD. Para EURUSD zyskuje 0,6 proc. handlując w pobliżu poziomu 1,0650. Para USDJPY traci ponad 1 proc. handlując w pobliżu poziomu 114,20. Dolar traci też ok. 0,7 proc. do złotówki, a para USDPLN handluje już w pobliżu poziomu 4,10.

Turecka lira zyskuje dziś aż 2,6 proc. do dolara, po tym jak centralny bank Turcji wprowadził mechanizmy, mające na celu zmuszenie banków komercyjnych do pożyczania po wyższej stopie. Kolejną walutą, która mocno zyskuje do dolara jest południowoafrykański rand, który handluje już 1,9 proc. drożej niż wczoraj.

Amerykańskie indeksy handlują dziś pod kreską, rozczarowane wczorajszym wystąpieniem Donalda Trumpa. Indeks S&P500 traci 0,6 proc., Dow Jones 0,8 proc., a technologiczny NASDAQ 0,8 proc. Również niemiecki DAX traci 1 proc., po tym jak wczoraj osiągnął półtoraroczne maksimum na poziomie 11692 punktów. Nawet brytyjski FTSE100 przerwał serie 12 wzrostowych sesji pod rząd i handluje 0,4 proc. poniżej osiągniętego wczoraj historycznego maksimum na poziomie 7262 punktów. WIG20 jak na razie opiera się spadkom na zachodnich parkietach i handluje neutralnie w pobliżu poziomu 2030 punktów.

Złoto zyskuje dziś ponad 1,1 proc. i handluje powyżej poziomu 1200 dolarów za uncję pierwszy raz od listopada. Miedź zyskuje dziś aż 2,4 proc. i handluje w pobliżu poziomu 2,66 dolarów za funta, po tym jak Indonezja potwierdziła wstrzymanie eksportu koncentratu miedzi. Ropa naftowa zyskuje ponad 1 proc., po tym jak rządowe dane potwierdziły rekordowy przerób ropy przez amerykańskie rafinerie. Za baryłkę ropy WTI należy już zapłacić 53 dolary, natomiast za baryłkę ropy Brent należy zapłacić niecałe 56 dolarów.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Polska wraca do łask

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Ostatnie półtora roku to generalnie okres posuchy na krajowym rynku finansowym, który rozpoczął się obawami natury politycznej, a skończył niepewnością związaną z kondycją gospodarczą.

Pewnym punktem kulminacyjnym były słabe dane odnośnie tempa wzrostu gospodarczego za III kw. minionego roku, które nasiliły ogólny pesymizm prowadzący między innymi do negatywnych rewizji prognoz gospodarczych. W grudniu sytuacja się jednak zaczęła zmieniać.

Słaby złoty w połączeniu z niskimi wycenami blue chipów skusił inwestorów zagranicznych do inwestycji w naszym kraju. W sukurs przyszła im już pamiętna pozytywna rekomendacja wydana przez Goldman Sachs oraz niespodziewany ruch ze strony agencji S&P, która podwyższyła perspektywę ratingu z negatywnej do stabilnej. Co prawda napięcie na scenie politycznej wcale nie znikło, ale poprawiły się oczekiwania co do kondycji gospodarczej.

Zakończył się okres negatywnych rewizji, a rozpoczął czas oczekiwania na odbicie inwestycji, co ma w tym roku być pozytywnym czynnikiem nie tylko w Polsce, ale w całym regionie. Nałożyło się na to dobre wykonanie zeszłorocznego budżetu i wyraźne zmniejszenie obaw co do tegorocznego grafika fiskalnego. Ponownie pojawi się bowiem korzystny czynnik jednorazowy w postaci potężnego zysku NBP, który de facto ucina dyskusję o napięciu budżetowym. W konsekwencji nie będzie potrzeby nakładania ewentualnych nowych danin sektorowych. Tym samym od początku grudnia krajowe aktywa, w postaci akcji blue chipów, waluty, czy do pewnego stopnia również obligacji, znalazły się na fali wznoszącej. Wzmacnia ją ważny trend natury globalnej, który będzie nam towarzyszyć przez dłuższy czas. Chodzi o powrót presji inflacyjnej.

Po długim okresie ryzyk natury deflacyjnej przyszedł bowiem czas na uaktywnienie się sił o zupełnie odmiennej naturze. Z kolei wyższa inflacja jest wsparciem dla dwóch bardzo ważnych sektorów naszej giełdy: surowcowego i bankowego. Trudno przejść obojętnie wobec tylu pozytywnych sił, co zrodziło obserwowany na wykresie indeksu WIG20 widok „odjeżdżającego pociągu”, do którego trudno jest wsiąść z uwagi na brak przystanków. Jeszcze miesiąc temu mało kto zapatrywał się pozytywnie na spektrum krajowych blue chipów, co prowadziło do powszechnego niedoważenia tego segmentu. Teraz przyszedł czas na rewizję swych oczekiwań, w ramach których łaskawszym okiem trzeba spojrzeć na największe spółki. Tradycyjnie w tego typu momentach główne zagrożenie jest natury zewnętrznej i związane jest z początkiem prezydentury Donalda Trumpa. Inwestorzy chętnie „kupowali plotki” z nią związane i teraz może przyjść czas „sprzedaży faktów”.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

RRSO a rzeczywisty koszt kredytu. Kto wie, ile kosztuje pożyczka?

Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce
Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce

Zwolennicy zaostrzenia regulacji na rynku pożyczkowym argumentują, że cena, za jaką cały sektor instytucji pożyczkowych w Polsce udziela pożyczek konsumenckich, jest nadmiernie wysoka. Bardzo często koronnym argumentem bywa nominalnie niezwykle wysoki wskaźnik RRSO – Rzeczywista Roczna Stopa Oprocentowania. Parametr ten, którego stosowanie w praktyce wymusza prawo, jest trudny do interpretacji i nazbyt często mylony z rzeczywistym kosztem kredytu konsumenckiego, poniesionym przez kredytobiorcę w związku z zawarciem przez niego konkretnej umowy kredytu.

Interpretacja wskazań stopy procentowej w odniesieniu do pożyczki może sprawiać wielu osobom problemy. Nie wszyscy zdają sobie bowiem sprawę, że na wysokość oprocentowania pożyczki ogromny wpływ ma okres czasu, na jaki została udzielona.

Gdy pożyczając od znajomego 100 złotych postanowimy zrewanżować się mu zaproszeniem na kawę, która kosztuje 10 złotych, to – w zależności od tego, jak długi czas upłynie od momentu zaciągnięcia pożyczki do momentu, kiedy na tę kawę wreszcie zaprosimy pożyczkodawcę – możemy spodziewać się znaczących różnic w poziomie stopy procentowej. Jeżeli zaproszenie na kawę pożyczkodawca przyjmie po roku od zaciągnięcia pożyczki, to oczywiście stopa procentowa wyniesie 10%. Jeśli jednak postanowimy o  zrewanżowaniu się po miesiącu, to stopa procentowa wyniesie już 214%. Zwykła matematyka spowoduje, że jeśli zrobimy to następnego dnia, to wyniesie ona w przybliżeniu 1 283 310 000 000 000%, czyli ponad jeden trylion procent. Z czego wynikają tak duże różnice? Dla ekonomistów to proste: są one bezpośrednią konsekwencją zastosowania matematycznej formuły, w której zasadniczym elementem jest tzw. procent składany. Oznacza to, że jeżeli za pierwszym razem zwracamy o 10% więcej, to pożyczając kolejny raz musimy też oddać o 10% więcej, ale od kwoty już powiększonej o wcześniej uzyskane wynagrodzenie w wysokości 10% itd.

Można więc zadać retoryczne pytanie: czy bardziej uczciwe, rewanżując się za pożyczkę w takiej samej kwocie (100 zł) jest zaproszenie na kawę za 10 zł po jednym tygodniu (14 104%), czy też na bardzo drogi obiad za 500 zł po pół roku (3 500%)?

Patrząc tylko na wysokość tzw. procentów – bardziej uczciwe wydaje się jest zażądać od pożyczkobiorcy, by zapłacił za drogi obiad, niż za tanią kawę… O ile w obu przypadkach stopy procentowe są astronomiczne, to w odbiorze społecznym zaproszenie na kawę za 10 złotych będzie jednak zdecydowanie bardziej akceptowalne, niż „tańsze” zaproszenie na drogi obiad, którego cena pięciokrotnie przewyższa wartość pożyczki i 50-krotnie koszt wspomnianej kawy – stwierdza dr hab. Piotr Białowolski z SGH, ekspert rynku kredytu dla gospodarstw domowych.

Należy pamiętać, że wysokość stopy procentowej podawana jest w skali roku. Jednak jej rzeczywista wysokość wynika z czasu, który upłynął od momentu wzięcia pożyczki. Licząc tzw. RRSO, na rynku legalnie udzielanych pożyczek, w przypadku kredytów konsumenckich udzielanych na krótkie okresy, możemy mieć do czynienia z wysokimi stopami procentowymi. Jednak pożyczając 100 zł na miesiąc, przy RRSO na poziomie 214%, do zwrócenia po tym okresie będziemy mieli jedynie 110 zł, nie zaś 100 zł pożyczki i 214 zł odsetek i innych kosztów. Wiele osób, komentując zdarzenia z rynku kredytu konsumenckiego w Polsce, takiej zależności jednak nie zauważa lub ją pomija.

Przygotowany przez Ministerstwo Sprawiedliwości projekt zmian do ustawy o kredycie konsumenckim rekomenduje między innymi wprowadzenie nowych, znacznie niższych niż obecnie limity kosztów kredytów konsumenckich, które w głównej mierze wykluczą najkrótsze pożyczki z rynku. Czy rzeczywiście jest do tego podstawa? Jeśli jest ona uzasadniona głównie bardzo wysokim RRSO, to warto dokonać przeglądu sytuacji oraz uzasadnienia tych zmian ponownie, w sposób pogłębiony – podsumowuje Andrzej Roter, Prezes Zarządu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce.

Specjaliści od nielegalnego oprogramowania podsumowują 2016 r.

1.5 mln zł tytułem odszkodowań w 2016 roku za korzystanie z nielegalnego oprogramowania w Polsce i 100% wzrost liczby zgłoszeń przypadków piractwa do BSA.

Oprócz ugód na łączną kwotę niemal 1 mln zł zawartych z firmami wykorzystującymi nielicencjonowane oprogramowanie, w ubiegłym roku sądy w Polsce zasądziły na rzecz producentów zrzeszonych w BSA blisko 500 tys. zł tytułem naprawienia szkód za bezprawne uzyskanie oprogramowania w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub jego bezprawne rozpowszechnianie.

W latach 2012-15 łączna wysokość odszkodowań, które firmy i osoby prywatne zobowiązały się zapłacić na mocy ugód i wyroków sądowych, wyniosła 8.7 mln zł. Razem z tegorocznym wyliczeniem, na przestrzeni ostatnich 5 lat suma wszystkich odszkodowań w Polsce wyniosła ponad 10 mln zł.

Do BSA, organizacji zrzeszającej czołowych producentów oprogramowania i zajmującej się ochroną ich praw autorskich, trafiają co roku tysiące zgłoszeń dotyczących przypadków korzystania z nielegalnego oprogramowania w firmach na całym świecie. W 2016 roku zgłoszeń z Polski było 909, co stanowi – w porównaniu do 2015 roku (454) – niemal 100% wzrost.

Wzrost liczby zgłoszeń, ale też ich rosnąca jakość cieszy, tym bardziej, że od kilku lat jest to stała tendencja. Oznacza to, że przyzwolenie na kradzież własności intelektualnej konsekwentnie spada, a korzystanie przez firmy z nielegalnego oprogramowania coraz częściej postrzegane jest jako przejaw nieuczciwej konkurencji. Część z otrzymanych przez BSA zgłoszeń inicjuje proces, którego zwieńczeniem jest ugoda pozasądowa lub wyrok sądu – powiedział Bartłomiej Witucki, przedstawiciel BSA | The Software Alliance w Polsce.

W 2017 roku BSA będzie także kontynuować działania mające na celu przeciwdziałanie przypadkom dystrybucji nielicencjonowanego oprogramowania za pośrednictwem portali aukcyjnych.

Zatrzymanie przez Policję na początku grudnia mieszkańca Ełku to jeden z licznych przykładów działalności przestępczej prowadzonej za pomocą portali aukcyjnych1. Właściciel firmy sprzedawał na portalu aukcyjnym oprogramowanie pochodzące z nielegalnego źródła, którego wartość oszacowano na ponad 200 tys. zł. Równie istotnym problemem jest to, że nielicencjonowane oprogramowanie jest oferowane i nabywane w przetargach w ramach postępowań o zamówienia publiczne. Takie przypadki także niestety nie należą do rzadkości. BSA będzie starało się pomóc jednostkom administracji publicznej unikać takich sytuacji lub maksymalnie ograniczyć podobne ryzyko – dodaje Witucki.

Działania edukacyjne BSA w Polsce

Oprócz działań prawnych, BSA prowadzi na całym świecie, w tym w Polsce, działania edukacyjne mające na celu promowanie najlepszych praktyk zarządzania oprogramowaniem SAM (Software Asset Management).

W ramach działań lokalnych, w 2016 roku BSA zorganizowała m.in. konferencję szkoleniową poświęconą zarządzaniu zasobami informatycznymi w kontekście cyberprzestępczości. Redukcja zagrożeń bezpieczeństwa informatycznego to, obok optymalizacji kosztów uzyskania licencji do oprogramowania, największa korzyść płynąca z wdrożenia najlepszych praktyk SAM. Podczas konferencji swoimi doświadczeniami podzielili się przedstawiciele liderów bezpieczeństwa informatycznego (Symantec, Microsoft), jak i funkcjonariusze wydziałów dw. z cyberprzestępczością KGP i KWP we Wrocławiu oraz przedstawiciele Departamentu Cyberbezpieczeństwa Ministerstwa Cyfryzacji.

W odpowiedzi na duże zainteresowanie tematyką konferencji, BSA udostępniła pod adresem sam-advantage.pl wystąpienia wszystkich prelegentów, jak również debatę pt. „Czy można się uchronić przed atakiem hackerskim?”. W serwisie można znaleźć też informacje na temat szkolenia online SAM Advantage, włącznie z możliwością rejestracji udziału. Jest to jedyne na świecie szkolenie, które w wyczerpujący sposób pozwala przyswoić wymagania normy ISO/IEC 19770-1.

Skala piractwa w Polsce

Z opublikowanego w 2016 roku badania BSA Global Software Survey2 wynika, że 48% oprogramowania w Polsce używa się bez wymaganych licencji. Pomimo, że na przestrzeni ostatnich sześciu lat skala nielicencjonowanego oprogramowania w Polsce zmniejszyła się o 6%, to nadal jest wysoka w porównaniu ze średnią światową na poziomie 39%, czy średnią w UE wynoszącą 29%.

Brakuje porozumienia z Rządem w sprawie wynagrodzeń minimalnych w szpitalach

Pracownicy zatrudniani przez firmy zewnętrzne i szpitale, którzy wykonują tzw. prace pomocnicze, powinni być w sposób godny wynagradzani. Trudne jest ustalenie jednej stawki i normy, ze względu na zróżnicowanie szpitali i zakresów działalności. Pierwsze próby mogące unormować kwestie najniższych wynagrodzeń zarówno pracowników medycznych, jak i niemedycznych, są przez związki zawodowe podejmowane wraz z pracodawcami i Ministerstwem Zdrowia w tzw. dialogu społecznym.

– O ile łatwiej porozumieć się z pracodawcami w kluczowych sprawach, tak brakuje nam porozumienia z trzecią stroną, czyli rządem – powiedziała agencji eNewsroom.pl Maria Ochman, przewodnicząca Krajowego Sekretariatu Ochrony Zdrowia NSZZ „Solidarność” – Zwłaszcza z Ministerstwem Finansów brakuje porozumienia, ponieważ – jak wiemy wszyscy z doświadczenia – podwyżki są rzeczą bardzo mile widzianą, tylko należałoby wskazać źródło ich finansowania.

Sytuacja ta występuje w wielu zakresach działalności leczniczej. Nasze stanowisko jest takie, że trzeba problem uregulować określając przynajmniej minimalne, zasadnicze wynagrodzenia. Minimalne wynagrodzenie ma zwiększyć chęci przychodzenia pracowników do pracy i wyzbycia się u nich poczucia bycia pracownikiem drugiej kategorii.

Wszyscy wiemy, że struktura wynagrodzeń w szpitalach jest niesprawiedliwa. Nie jest kwestionowana tutaj najważniejsza rola pełniona przez lekarzy, natomiast przyglądając się udziałowi kosztów wynagrodzenia – zwłaszcza najniżej uposażonych pracowników – wynoszą one niewiele.

Największe koszty generuje wąska grupa osób, bez których szpital nie funkcjonowałby. Niemniej jednak, każdy zarządzający placówką medyczną powinien pamiętać o wszystkich pracownikach, którzy oprócz zarobków, powinni mieć zagwarantowaną umowę o pracę. Zarządzający często idą drogą na skróty, korzystając z tej okazji na niewielkie oszczędności, jednocześnie trwonią gigantyczne pieniądze w innych obszarach – podkreśla Ochman.

Christopher Rose dołącza do Dentons

Christopher Rose dołączył do Dentons jako Szef Grupy Doradztwa dla Spółek Technologicznych i Startupów w Europie; partner praktyk Prawa Spółek oraz Fuzji i Przejęć. Swój czas dzielić będzie pomiędzy Londynem, Warszawą a Moskwą.

Wcześniej Christoper Rose był partnerem w kancelarii Squire Patton Boggs, gdzie kierował Grupą Private Equity na Rynkach Rozwijających się. Specjalizuje się w doradztwie dla międzynarodowych funduszy private equity i venture capital, zarówno pod kątem inwestycji, jak i wyjść kapitałowych. Jest prawnikiem transakcyjnym i łącznie ma za sobą doradztwo przy ponad 200 transakcjach dla wiodących inwestorów private equity i venture capital.

W 2016 r. Christopher Rose otrzymał od Best Lawyers wyróżnienie “Prawnika Roku w kategorii Private Equity” w Rosji. Chambers Europe od sześciu lat wskazuje go w pierwszej grupie najlepszych prawników w sektorze private equity, zaznaczając, że jest „wiodącą postacią na rynku od lat”, „jednym z najbardziej widocznych i szanowanych praktyków prawa w zakresie private equity na rynku rosyjskim”. Jest także wyróżniony w rankingach Chambers Europe 2016 i Chambers Global 2016 („najwyższe umiejętności eksperckie”) oraz The Legal 500 w dziedzinach prawa spółek i obsługi transakcyjnej.

Chris jest rozpoznawalny jako jeden z najlepszych prawników private equity w Europie Środkowo-Wschodniej i Rosji, więc naturalnie jesteśmy zachwyceni, że prawnik takiego formatu dołącza do naszego zespołu” – powiedział Rob Irving, współkierujący europejską Grupą Private Equity w Dentons.

Christopher Rose wspiera firmy z sektora rozwijających się technologii, a także inwestorów w przedsięwzięciach typu venture i przy transakcjach kapitałowych związanych z rozwojem przedsiębiorstw. Jako specjalista od rynków rozwijających się prowadzi sprawy klientów w Rosji, Europie Środkowo-Wschodniej, na Bliskim Wschodzie, w Afryce i Azji.

Nasi klienci z sektora nowych technologii i startupów w Europie i globalnie skorzystają z dogłębnej wiedzy Christophera o sektorze, a także uzyskają dostęp do jego kontaktów w ekosystemie private equity i venture capital. Christopher dołącza do globalnego zespołu, który rozwija się intensywnie i skupia się na innowacjach. Szczególnie godna zauważenia jest nasza zdolność kojarzenia przedsiębiorców-enterprenerów i inwestorów z kluczowymi partnerami biznesowymi  w Silicon Valley i w innych ośrodkach na świecie” – powiedział Victor H. Boyajian, Globalny Szef Grupy Doradztwa dla Spółek Technologicznych i Startupów.

Od kilku lat Dentons jako firma prawnicza realizuje na rynku ekscytujące projekty. Moim celem jest pełna pomoc w rozwoju praktyk Doradztwa dla Spółek Technologicznych oraz Private Equity w Europie i na świecie, a przez to wzmocnienie wiodącej pozycji rynkowej Dentons” – powiedział Christopher Rose.

Europejski rynek nieruchomości komercyjnych w 2017 r.

  • Wobec spadku cen obligacji inwestorzy poszukują bezpiecznych inwestycji umożliwiających wzrost
  • Czynsze wzrosną o 2-3% a wolumen transakcji inwestycyjnych o 6%
  • Azja wyprzedzi Amerykę Północną pod względem wolumenu kapitału zainwestowanego w Europie

Z najnowszej analizy przedstawionej przez dział Europejskich Rynków Kapitałowych międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield wynika, że w 2017 roku aktywność inwestycyjna na rynku nieruchomości komercyjnych w Europie utrzyma się na wysokim poziomie ze względu na spadek cen obligacji i zainteresowanie inwestorów bezpiecznymi inwestycjami, które gwarantują wzrost.

Według ekspertów firmy Cushman & Wakefield stopy kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości w Europie Zachodniej zmniejszą się o 30-40 punktów bazowych, czynsze wzrosną o 2-3%, a wolumen transakcji inwestycyjnych w skali całego kontynentu wzrośnie o 6%. Ponadto w 2017 r. Azja może wyprzedzić Amerykę Północną pod względem wielkości kapitału zainwestowanego na rynku europejskim, aczkolwiek inwestorzy europejscy nie pozostaną daleko w tyle i także będą poszukiwać okazji inwestycyjnych na nowych rynkach w celu zapewnienia sobie najlepszych możliwości wzrostu i stabilności.

Z opublikowanego raportu wynika, że w 2017 r. utrzyma się atmosfera niepewności politycznej i ekonomicznej – wyniki brytyjskiego referendum w sprawie członkostwa Wielkiej Brytanii w EU i wyborów prezydenckich w USA zaczną przekładać się decyzje polityczne i w większym stopniu wpływać na rynki. Sytuacja sektora bankowego w Europie jest nadal niestabilna, a problem ten może wkrótce dotyczyć także Chin. Ponadto najbliższe wybory we Francji, w Niemczech i Holandii mogą zaważyć na przyszłości Unii Europejskiej.

David Hutchings - Cushman & Wakefield
David Hutchings – Cushman & Wakefield

David Hutchings, dyrektor ds. strategii inwestycyjnych w dziale Rynków Kapitałowych EMEA w firmie Cushman & Wakefield, powiedział: „Przewidujemy, że bieżący rok upłynie pod znakiem wyraźnego podziału na inwestorów zainteresowanych głównymi miastami z dużymi węzłami komunikacyjnymi oraz tych, którzy poszukują okazji inwestycyjnych na mniejszych rynkach. Wobec awersji do ryzyka makro będą nadal koncentrować się na krajach oferujących większą stabilność ekonomiczną”.

Autorzy raportu wskazują, że najlepsze perspektywy zrównoważonego wzrostu oferują przede wszystkim Niemcy (głównie Berlin), kraje nordyckie, a także Hiszpania – zwłaszcza Barcelona i Madryt. W kręgu zainteresowań inwestorów pozostaną również Paryż i Londyn, a także niektóre miasta regionalne w Wielkiej Brytanii.

Europa Środkowo-Wschodnia również zasługuje na większą uwagę inwestorów, ponieważ region ten oferuje atrakcyjne stopy kapitalizacji i możliwości szybszego wzrostu. Ożywienie gospodarcze przekłada się na rosnące czynsze w tej części Europy oraz atrakcyjne wyceny w głównych miastach. Z kolei wyższy wzrost konsumpcji w Europie Środkowo-Wschodniej niż w innych krajach kontynentu pobudza popyt i przyczynia się do wzrostu czynszów we wszystkich sektorach, który w przypadku Rumunii, Bułgarii i Węgier przekroczy średnią dla całej Europy.

Soren Rodian Olsen, Partner w Cushman & Wakefield Polska
Soren Rodian Olsen, Partner w Cushman & Wakefield Polska

Soren Rodian Olsen, Partner w Cushman & Wakefield Polska, powiedział: “Przewidujemy, że w Polsce w 2017 roku utrzyma się presja zniżkowa na stopy kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości we wszystkich kategoriach aktywów. Głównym celem inwestorów core będą budynki biurowe w warszawskim COB oferujące czynsze na stabilnym poziomie, duże obiekty handlowe i centra logistyczne gwarantujące bezpieczne źródło dochodów w dłuższej perspektywie. Największym zainteresowaniem będą cieszyć się aktywa, które mogą zapewnić najemcom korporacyjnym najwyższą wartość dodaną. Utrzyma się duży popyt na nieruchomości biurowe, które oferują możliwości podniesienia ich wartości, aczkolwiek podaż produktów inwestycyjnych w dobrych lokalizacjach jest ograniczona”.

David Hutchings powiedział: „Ryzyko niestabilności w strefie euro może spowodować dalszy wzrost rentowności obligacji, co zwiększy zainteresowanie nieruchomościami, które postrzegane są jako stabilne aktywa oferujące wyższe zyski i potencjał wzrostu.

Najemcy będą poszukiwać obiektów, które będą stanowić wartość dodaną w prowadzonej przez nich działalności. Inwestorzy mogą odnieść sukces monitorując trendy na rynkach najmu i zwiększając wartość poprzez tworzenie efektywnej powierzchni oferowanej po przystępnej cenie”.

Świat recyklingu w przyszłości

Wydobycie surowców ze składowisk, wykorzystanie na większą skalę robotów w procesie recyklingu oraz ograniczenie zbiórki do trzech frakcji odpadów to tylko niektóre z prognoz dot. gospodarowania odpadami. Przyszłość recyklingu nakreśla Christer Forsgren, Dyrektor ds. technicznych i środowiskowych w Stena Recycling International.

Jak wskazuje Forsgren w gospodarce o obiegu zamkniętym będziemy wytwarzać mniej odpadów oraz kupować usługi i funkcje, a nie produkty. Z uwagi na to, że wielu producentów potrzebuje odzyskiwać swoje produkty zgodnie ze zaktualizowanymi wymogami Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta,  produkty te projektowane są tak, aby ich elementy mogły być ponownie wykorzystywane, a także niewielkim kosztem naprawiane. Ze względu na wciąż zyskujący na popularności trend dzielenia się            z innymi osobami urządzeniami, których rzadko używamy, takimi jak samochody, kosiarki i narzędzia, ilość odpadów na osobę w przyszłości zmniejszy się.

  W ciągu ostatnich 20-30 lat zdaliśmy sobie sprawę z tego, że prawie wszystkie zasoby surowców są już na wyczerpaniu. Na szczycie listy znajdują się czysta woda i węglowodory. Z powodu zapotrzebowania na surowce i energię, recykling musi wzrosnąć. Wszystkie materiały oprócz rtęci, azbestu, arsenu i kilku innych zawsze powinny być poddawane temu procesowi – mówi ekspert Stena Recycling.

Ponad 99% tego, co obecnie znajduje się na składowiskach, to materiał, którego potrzebujemy, jednak koszt recyklingu jest obecnie wyższy niż koszt posłużenia się materiałem pierwotnym. Już za niespełna   10 lat wydobywanie surowców ze składowisk stanie się dziedziną biznesu, ponieważ zawartość pierwiastków, takich jak miedź czy złoto na starych składowiskach odpadów jest wyższa niż w wydobywanej aktualnie rudzie.

Christer Forsgren zwraca też uwagę, że w przyszłości mobilność będzie wymagała projektowania lżejszych pojazdów. Współczesny samochód waży powyżej 1000 kg, a rzadko przewozi ładunek cięższy niż 100 kg, co oznacza, że w praktyce transportuje się nim ładunek stanowiący mniej niż 10% jego masy. Projekty o lekkiej konstrukcji, np. konstrukcje warstwowe czy materiały i laminaty wykonane z długich włókien termoutwardzalnych, są bardzo trudne do recyklingu.

W przypadku materiałów o składzie opartym na węglowodorach, takich jak guma, włókna termoutwardzalne i laminaty, spalanie odpadów z nich wykonanych zostanie zastąpione przez gazyfikację, ponieważ wyprodukowany w ten sposób gaz syntezowy może zastąpić węgiel, ropę naftową czy gaz ziemny. Gaz syntezowy, tlenek węgla i wodór gazowy można przekształcać w metanol, który jest paliwem łatwym do przechowywania. Przy zastosowaniu tej technologii będzie można również odzyskiwać wszystkie metale znajdujące się we frakcji odpadów organicznych, które obecnie tracimy z uwagi na ich utlenianie się lub wymieszanie z osadami – opowiada ekspert Stena Recycling.

Forsgren wskazuje również na możliwość wykorzystania robotów w branży gospodarki odpadami. Zastosowanie ich w dziedzinie recyklingu jest nadal bardzo ograniczone. Jeżeli zmniejszą się koszty i zwiększy skala przetwarzania, stosowanie robotów do demontażu stanie się bardziej powszechne. Stało się ono już faktem w przypadku odpadów budowlanych i pochodzących z wyburzania.

Do oddzielania surowców z odpadów komunalnych w gospodarstwach domowych potrzeba miejsca i zaangażowanych obywateli. Przetwarzanie zmieszanych odpadów przez zakłady recyklingu odpadów materiałowych (ang. MRF) pozwoli zbierać tylko trzy frakcje: odpady do recyklingu, odpady biologiczne oraz odpady służące do wytwarzania energii. Odpady do recyklingu mogą zostać posortowane na żelazo, aluminium, PET, polietylen, papier itp. przy użyciu współczesnej technologii maszyn sortujących w połączeniu z bardziej zaawansowanymi robotami.

Big Data? To przeżytek. Dziś liczy się Fast Data

O tym, że biznes kładzie dzisiaj coraz większy nacisk na szybkość analizowania danych, świadczy najnowsza inicjatywa sprzedażowego giganta Amazona, który postanowił transportować ogromne ilości danych… ciężarówką. Mobilne centrum danych jest w stanie jednorazowo zabrać „na pokład” sto pettabajtów (100 mln GB) danych ulokowanych w niemal czternastometrowym kontenerze. Zdaniem ekspertów firmy przesyłanie informacji za pośrednictwem sieci jest szybką metodą transferu danych z przedsiębiorstw do chmury, lecz ta jest jeszcze szybsza i pozwala na skrócenie czasu wymaganego do pozyskania cennych wniosków biznesowych z analityki.

130 mld dolarów – tyle wydadzą w tym roku firmy na rozwiązania Big Data. Bynajmniej nie w Polsce, gdzie, jak wynika z danych IDC, zaledwie 8% firm analizuje ogromne zbiory danych. Wbrew pozorom to jednak dobra informacja, bo na analitykę wiele firm nie jest jeszcze gotowych – zgodnie z raportem Capgemini Big & Fast Data jedynie 27% badanych przedsiębiorstw uznało wdrożone projekty Big Data za udane.

Dlaczego? Jednym z powodów jest to, że firmy przetwarzają nieaktualne informacje. Obecnie ponad 60% przechowywanych danych stanowią kopie przestarzałych rekordów. Tymczasem decyzje, niezależnie od branży, muszą być podejmowane w czasie rzeczywistym: firma odzieżowa powinna wiedzieć w jakim tempie sprzedaje się jej najnowsza kolekcja, pracownicy opieki zdrowotnej muszą możliwe najszybciej zidentyfikować ognisko choroby zakaźnej, by zapobiec jej dalszemu rozprzestrzenianiu, banki powinny na bieżąco śledzić sytuację geopolityczną, by trafnie podejmować działania inwestycyjne w skali makro, natomiast przedsiębiorstwo produkcyjne dzięki odpowiednio szybkiemu wykryciu wady zareagować w mgnieniu oka tak, by kolejny produkt trafiający na taśmę montażową był jej pozbawiony. Do tego potrzebne są jak najświeższe dane.

Dane z datą ważności

Największe korporacje zdają się mieć tego świadomość, czego przykład może stanowić handlowy gigant – sieć sklepów Walmart, zatrudniająca obecnie ponad 2 mln pracowników. Analitycy danych firmy podjęli ostatnio decyzję, że będą brali pod uwagę jedynie informacje wygenerowane maksymalnie kilka tygodni temu – wszystkie starsze i tzw. historyczne dane, ich zdaniem, nie mają żadnej wartości dla przygotowywania prognoz rynkowych i planowania działalności operacyjnej.

– To dobra decyzja, bo przechowywanie danych kosztuje. Z naszych analiz wynika, że utrzymanie we własnym zakresie 3 szaf serwerowych na przestrzeni 20 lat oznacza wydatki na poziomie 36,6 mln zł. Kolokacja będzie w tym przypadku wprawdzie o niemal 20 mln tańsza, ale koszty można jeszcze bardziej ograniczyć, rezygnując z utrzymania i przetwarzania nieprzydatnych danych – zwraca uwagę Robert Mikołajski z Atmana, lidera polskiego rynku data center.

Podobnie jak Walmart do kwestii analityki podchodzi sektor finansowy – HDFC Bank czy OCBC Bank dobierają ofertę i specjalne promocje pod kątem stylu życia i aktualnych wydarzeń zaczerpniętych bezpośrednio z życia klientów, którymi ci dzielą się w mediach społecznościowych. Aktywni użytkownicy social media udostępniają nawet kilkadziesiąt postów dziennie, analitycy muszą więc szybko pozyskać istotne dla nich informacje i zrobić z nich użytek, zanim te znikną w gąszczu pozostałych danych. American Express dokonuje bieżącej analizy operacji finansowych swoich klientów z uwzględnieniem aż 115 zmiennych, by możliwie dokładnie przewidzieć moment ich rezygnacji. Dzięki temu jest w stanie zidentyfikować 24% kont, które prawdopodobnie zostaną zamknięte w ciągu najbliższych czterech miesięcy, i podjąć wobec ich właścicieli działania zapobiegające takiej decyzji.

Jeden z banków uwzględnianych w rankingu Fortune 500 przetwarza ponad bilion dolarów w funduszach każdego dnia. Kilka razy dziennie jest zobowiązany do uzgadniania swoich ogromnych ksiąg rachunkowych z regulacjami Systemu Rezerwy Federalnej. Bank dzięki analizowaniu wszystkich transakcji na bieżąco jest w stanie przetwarzać je w kolejności priorytetowej – niektóre mogą być opóźnione, podczas gdy inne ze względu na swoją wartość muszą być zgłoszone do FED natychmiast. Brak zachowania zgodności przy takiej skali operacji finansowych miałby bardzo niekorzystny wpływ na sytuację ekonomiczną banku.

Outsourcingowy pit stop

Zdaniem ponad połowy (54%) respondentów badania Capgemini Big & Fast Data: The Rise of Insight-Driven Business, wykorzystanie potencjału Fast Data jest bardziej istotne dla efektywności biznesowej przedsiębiorstwa niż sama analityka dużych zbiorów danych. Eksperci zwracają jednak uwagę, że wyzwań związanych z analizą informacji stale przybywa, co utrudnia szybkie pozyskanie wartościowych wniosków. Szacuje się, że 90% wszystkich istniejących w dzisiejszej cyberprzestrzeni danych zostało wygenerowanych w ciągu ostatnich dwóch lat, a do 2020 roku każdy użytkownik sieci będzie już wytwarzał 1,7 MB informacji na sekundę. To oznacza, że liczba danych sięgnie 44 trylionów gigabajtów. – W takiej sytuacji coraz większe znaczenie odgrywać będzie elastyczność – możliwość zwiększenia mocy obliczeniowej i pojemności serwerów na żądanie. Serwery dedykowane i chmura będą wykorzystywane częściej, bo budowanie infrastruktury na własność jest opłacalne i sensowne tylko w szczególnych przypadkach – przekonuje Robert Mikołajski z Atmana.

Trump zawiódł analityków. NBP ratuje budżet

Oczekiwania wobec konferencji Donalda Trumpa były olbrzymie. Rezerwy NBP osiągnęły rekordowy poziom, co za tym idzie są też duże oczekiwania wobec zysku z nich. Niemiecka gospodarka rośnie szybciej niż sądzono.

Konferencja Donalda Trumpa

Wczoraj o godzinie 17:00  prezydent elekt miał swoją konferencję prasową. Media branżowe stworzyły przekonanie, że poznamy podczas niej ważne szczegóły polityki gospodarczej, w tym nawet detale zmian podatkowych. Nic takiego nie miało miejsca. Było dużo ogólnych wypowiedzi i zwyczajowa niechęć do tańszej siły roboczej w Meksyku. Padła nawet propozycja cła na produkty amerykańskich firm wytwarzanych za południową granicą. Od początku dnia dolar umacniał się w oczekiwaniach na tą konferencję. Skoro inwestorzy spodziewali się konkretów a okazało się, że ich po prostu nie ma, rozpoczęli realizować zyski z umocnienia. Dolar do euro stracił 1,5 centa. To tak jakby złotówka osłabiła się względem euro lub dolara o 6 groszy. Co ważne, pomimo początkowej korekty ruch ten utrzymał się. Jak nietrudno się domyślić więcej działo się na meksykańskim peso. Ruch jako taki nie był wcale tak duży, ale kurs skakał w krótkim czasie o 1% w górę lub w dół.

Zysk NBP

Poznaliśmy wysokość rezerw walutowych NBP. Ze względu na sprzyjające okoliczności mamy rekordowo wysoki poziom. Powodów jest kilka. Po pierwsze słabnący złoty spowodował, że waluty które są na stanie są po prostu droższe. Po drugie 40% trzymanych było w dolarze. Waluta ta nie tylko bardzo dużo zyskała, ale również warto zwrócić uwagę, że w górę szły obligacje amerykańskie, a to w nich przechowywane były dolary. W rezultacie można spodziewać się potężnego zastrzyku gotówki z zysku NBP. Bank nie może przelać wzrostu wartości rezerw, ale przychody odsetkowe od papierów wartościowych już tak. W rezultacie analitycy spodziewają się, że do budżetu trafi kwota około 10 miliardów złotych. Patrząc na potrzeby pożyczkowe państwa jest to bardzo dobry prezent dla ministra finansów.

Dobre dane z Niemiec

Szacunki rocznej dynamiki wzrostu gospodarczego w Niemczech wyniosły 1,9%. To wynik lepszy od oczekiwań, aczkolwiek o zaledwie 0,1%. Dane te prezentowane były równolegle z lepszym od oczekiwań wzrostem produkcji przemysłowej we Włoszech. Inwestorzy jednak skupieni byli na ostatnich rewelacjach z USA i nie było widać wyraźnej reakcji na te dane.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:30 – Unia Europejska – protokół z posiedzenia EBC,
  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Zasada „Apteka dla aptekarza” zahamuje rozwój polskich firm

Posłowie, w nowelizacji Prawa farmaceutycznego, proponują wprowadzenie zasady „Apteka dla aptekarza”, która przewiduje możliwość prowadzenia aptek wyłącznie przez farmaceutów lub wybrane spółki osobowe farmaceutów. To rozwiązanie ograniczy wolność gospodarczą, pogłębi dysproporcje w rozmieszczeniu aptek, utrudni dostęp do usług farmaceutycznych i zahamuje rozwój polskich firm – uważa Konfederacja Lewiatan.

Zakłada się, że od dnia wejścia w życie zmian jedynym podmiotem, który będzie mógł złożyć wniosek o wydanie zezwolenia na prowadzenie apteki będzie farmaceuta bądź spółka jawna /spółka partnerska, której przedmiotem działalności jest wyłącznie prowadzenie aptek, a wspólnikami / partnerami są farmaceuci.

Dobrawa Biadun
Dobrawa Biadun

– W ten sposób projektodawcy wyłączają z grona właścicieli dzisiejsze podmioty posiadające apteki, którymi są przede wszystkim przedsiębiorcy niebędący farmaceutami. Jest to nieuzasadnione ograniczenie wolności gospodarczej i nieuzasadniona dyskryminacja – mówi dr Dobrawa Biadun, radca prawny, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Dodatkowo zmiany oprócz ograniczeń demograficznych (apteka nie może być otwarta, jeżeli na dzień składania wniosku na jedną przypada, co najmniej 3000 mieszkańców) i ograniczeń geograficznych (apteka nie może być otwarta, jeżeli odległość do najbliższej apteki wynosi mniej niż 500 metrów) wprowadzają rozwiązania naruszające ochronę praw własności i prawa dziedziczenia.

Podmiot będzie mógł zbyć swoją aptekę wyłącznie farmaceucie. W przypadku śmierci właściciela apteka również będzie mogła być przekazana wyłącznie farmaceucie. Jeżeli w gronie spadkobierców nie znajdzie się żadna osoba posiadająca takie kwalifikacje zawodowe, będą oni mieli 12 miesięcy na dokonanie zbycia apteki na rzecz osoby mającej takie kwalifikacje. Po tym czasie zezwolenie wygaśnie z mocy prawa.

Naruszone zostanie zatem fundamentalne prawo dziedziczenia rozumiane jako przejście na spadkobierców całości praw i obowiązków majątkowych i niemajątkowych, wyłącza się swobodę rozporządzania własnością i prawami majątkowymi na wypadek śmierci.

Efektem wprowadzenia proponowanych przepisów będzie:

1) pogłębienie dysproporcji w rozmieszczeniu aptek wskutek zmniejszenia liczby aptek ogólnodostępnych (ogólna liczba aptek spadnie wskutek ograniczeń w otwieraniu nowych, wygaszania dotychczasowych aptek prowadzonych przez spółki kapitałowe przy jednoczesnym braku zachęt do otwierania nowych aptek przez indywidualnych farmaceutów tam, gdzie aptek obecnie brakuje. Możliwość otwierania aptek w tych lokalizacjach istnieje już teraz i mimo braku jakiejkolwiek konkurencji na tych obszarach, farmaceuci nie otwierają tam aptek, co prowadzi do wniosku, że konieczne są dodatkowe zachęty ze strony ustawodawcy do otwierania placówek w tych lokalizacjach, których projekt nie przewiduje);

2) ograniczenie dostępu do usług farmaceutycznych wskutek wzrostu cen leków i preparatów dostępnych w aptekach (wzrost cen nastąpi w wyniku rozdrobnienia aptek działających na rynku, tj. ograniczenia do maksymalnie 4 aptek w rękach jednego właściciela, co spowoduje znaczne osłabienie pozycji negocjacyjnej aptek względem hurtowni farmaceutycznych i producentów, a w konsekwencji wzrost cen oraz wzmocnienie ogólnej pozycji rynkowej;

3) utrwalenie nieprawidłowości występujących na rynku usług farmaceutycznych poprzez brak jakichkolwiek narzędzi przeciwdziałających nielegalnym praktykom nieuczciwych aptekarzy oraz ich negatywnym następstwom (źródłem istniejących nieprawidłowości nie jest ani forma własności apteki, ani liczba aptek, ani miejsce jej prowadzenia, ani też liczba mieszkańców w gminie, lecz nieuczciwość konkretnych osób oraz nieskuteczność nadzoru państwa w ich wykrywaniu i zwalczaniu).

– Wejście w życie nowych przepisów uniemożliwi rozwój polskim firmom. Wprowadzenie – obok obecnie funkcjonujących ograniczeń o charakterze finansowym – nowych ograniczeń w postaci braku możliwości prowadzenia apteki w wybranej lokalizacji oraz w formie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością faktycznie uniemożliwi otwarcie apteki dla farmaceutów nieposiadających obecnie apteki, szczególnie młodych – dodaje dr Dobrawa Biadun.

Konfederacja Lewiatan

E-commerce w branży budowlanej – podsumowanie i prognozy

Bartosz Pilch, Dyrektor E-commerce w firmie SIG
Bartosz Pilch, Dyrektor E-commerce w firmie SIG

Społeczeństwo poddało się rozwojowi technologicznemu i chętnie korzysta z udogodnień, wprowadzanych na rynek przez firmy handlowe. Platformy e-commerce cieszą się coraz większym powodzeniem – z roku na rok rośnie zainteresowanie taką formą zakupów. Dla branży sprzedawców materiałów budowlanych jest to również szansa na wzrost poziomu sprzedaży.

E-commerce oznacza dla klientów dostęp z dowolnego miejsca i wygodny sposób składania zamówień, szczególnie gdy te powtarzają się cyklicznie. Możliwość stałego podglądu poprzednich dyspozycji i dostawa towarów w wyznaczone miejsce zagwarantowały platformom e-commerce duży udział w rynku. W Polsce obserwujemy ciągle rosnące zainteresowanie tym kanałem sprzedaży. Dobre warunki do jego rozwoju w maju zapewnił również rząd, nie obejmując e-handlu podatkiem od sprzedaży. Rynek materiałów budowlanych dopiero zaczął korzystać z tego modelu, ale już może pochwalić się znaczącymi zyskami.

Zeszły rok był dla branży dobrym zwiastunem i obiecującą prognozą na przyszłość. Dzięki dedykowanym rozwiązaniom, widzimy rosnące zainteresowanie zarówno wśród małych firm, jak i dużych przedsiębiorstw budowlanych. Dla nich, współpraca z firmą z 50 oddziałami stacjonarnymi i nowoczesnym systemem e-commerce to bardzo duże udogodnienie. Sprzedaż internetowa umożliwia nie tylko zakupy 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, ale także wiele innych udogodnień, jak ponowienie zamówienia jednym kliknięciem – mówi Bartosz Pilch, Dyrektor E-commerce w firmie SIG.

Miniony rok był czasem dynamicznego rozwoju platform e-commerce w Polsce. Sprzedaż internetowa odnotowała przyrost na poziomie od 15 do 19%, w zależności od źródeł. Jest to duży postęp, w porównaniu do reszty gałęzi gospodarki. Był to też przełomowy okres dla branży budowlanej, która stawiała swoje pierwsze kroki na rynku e-commerce. Pierwsze rozwiązania e-commerce w tej dziedzinie SIG zapoczątkował latem 2016 roku, inicjując pilotażowy system, by w listopadzie wystartować z pełną platformą, dedykowaną klientom biznesowym.

Już po pierwszych miesiącach od wdrożenia w naszej firmie systemu e-commerce widzimy, że polski rynek sprzedaży materiałów budowlanych potrzebował tego typu narzędzia. Dostrzegamy wyraźny trend wzrostu sprzedaży tych produktów właśnie tym kanałem – dodaje Bartosz Pilch.

Prognozy dla rynku materiałów budowlanych w ciągu 2-3 lat zapowiadają duży wzrost zakupów dokonywanych przez internet. W wielu firmach przez ten czas nastąpi też zmiana pokoleń. Dla tego młodszego, zakupy internetowe są naturalnym elementem codziennego życia, a także dużym ułatwieniem. Jednak osoby nie mające do tej pory styczności z taką formą, zachęcone jej popularnością, coraz chętniej będą z niej korzystać. Przewiduje się, że również zakupy m-commerce, czyli z wykorzystaniem urządzeń mobilnych, staną się w kolejnych latach bardziej popularne, niż te robione za pomocą komputerów czy laptopów.

Prowadzenie handlu omnichannel, czyli wielokanałowego, jest obecnie bardziej opłacalne, choć stawia wyzwania związane z zauważaniem potrzeb klientów oraz z korzyściami, jakie należy stworzyć kupującym. Firmy muszą również rozwiązać problemy logistyczne związane z dostarczeniem usługi do klienta oraz ze zwrotami towarów. Droga do sukcesu nie jest łatwa i wymaga wielu dodatkowych działań i przewidywań odnośnie zwrotu poniesionych kosztów.

Prognozy na najbliższy czas kształtują się obiecująco. Będzie to bardzo ważny okres dla e-commerce w branży budowlanej.

Czy wyrok Trybunału Konstytucyjnego to faktycznie ulga dla branży transportowej?

Po wyroku Trybunału Konstytucyjnego przedsiębiorcy transportowi odetchnęli z ulgą, a widmo wypłat miliardowych odszkodowań dla kierowców zostało oddalone. Eksperci zwracają jednak uwagę, że nadal nie jest wiadome, w jaki dokładnie sposób należy rozliczać zwrot kosztów za podróż służbową kierowcy. Pojawia się uzasadniona potrzeba szerszej dyskusji, aby możliwe było wypracowanie rozwiązania sytuacji.

W dniu 29.12.2016 r. w Dzienniku Ustaw został opublikowany wyrok Trybunału Konstytucyjnego z dnia 24 listopada 2016 r. w sprawie dotyczącej ryczałtów noclegowych kierowców w zagranicznej podróży służbowej. Dyskusja w tej kwestii rozpoczęła się już w 2009 roku, a przybrała na sile 5 lat później, kiedy to w uchwale z 12 czerwca 2014 r. (II PZP 1/14), Sąd Najwyższy uznał, że zapewnienie kierowcy samochodu ciężarowego miejsca do spania w kabinie pojazdu, podczas wykonywania przewozów międzynarodowych, nie stanowi bezpłatnego noclegu w rozumieniu powyższego rozporządzenia. Wyrok SN otworzył drogę kierowcom do domagania się rekompensat od firm transportowych za niewypłacone ryczałty noclegowe. Szacowano, że kwoty odszkodowań mogą sięgać nawet 2 mld złotych, co miałoby katastrofalne skutki dla całej branży transportowej. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego zamknął sprawę, a sądom nie pozostało nic innego, jak oddalenie wszystkich pozwów o odszkodowania złożonych we wszystkich tego typu postępowaniach.

Jak się okazuje, kwestia rozliczania ryczałtów noclegowych będzie wymagała od branży zastosowania dodatkowych rozwiązań.

„Wyrok Trybunału z jednej strony rozwiązuje problem, który powstał po wyroku 7 Sędziów Sądu Najwyższego, a groźba olbrzymich roszczeń kierowców dotyczących ryczałtów została oddalona. Jednak opublikowanie wyroku może nieść za sobą kolejne konsekwencje. W tej chwili znów pojawia się niepewność w branży. Nikt nie jest w stanie w 100 procentach odpowiedzieć na pytanie, w jaki dokładnie sposób należy rozliczać zwrot kosztów za podróż służbową, a pamiętajmy, że jest to znaczna część wynagrodzenia kierowcy. Na ten moment, przedsiębiorcy nie mają gwarancji i pewności, w jaki sposób te składniki należy wypłacać. 18 stycznia w Ministerstwie Infrastruktury i Budownictwa ma się odbyć spotkanie, które być może zapoczątkuje wyjaśnienie sytuacji.” – mówi Bartosz Najman, prezes Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

W ocenie Trybunału Konstytucyjnego, uregulowanie należności na pokrycie kosztów związanych z wykonywaniem przez kierowców podróży służbowej wymaga stworzenia odrębnych przepisów dla tej grupy pracowników, uwzględniającej specyfikę ich pracy, dlatego w tym roku można się spodziewać zmian w sposobie rozliczania podróży służbowych kierowców. W tej chwili, nie ma jednak informacji o terminie wprowadzania nowych rozporządzeń w tym zakresie.

Biała Księga ZPP: Wpływ nowych propozycji na rynek pożyczek konsumenckich

Projekt ustawy o zmianie ustawy Kodeks karny oraz niektórych innych ustaw z dnia 7 grudnia 2016 roku miał w założeniu służyć przeciwdziałaniu tzw. „lichwie”, w tym w sposób szczególny udzielaniu pożyczek prywatnych osobom fizycznym przez osoby fizyczne, często o niewspółmiernym zabezpieczeniu, np. pod zastaw nieruchomości, a wśród nich pożyczek poświadczanych notarialnie. Wiele takich podmiotów działa na granicy prawa. Problem faktycznie istnieje, stąd też intencję, by go rozwiązać, należy ocenić pozytywnie. O uregulowanie rynku w tym zakresie apelowało od dawna m.in. środowisko firm pożyczkowych z sektora pozabankowego. Niestety, zmiany prawa wpłyną negatywnie na sektor legalnie działających podmiotów pożyczkowych, mimo tego, że ich funkcjonowanie zostało szczegółowo określone poprzez niedawną zmianę prawa z marca 2016 roku, powodując ograniczenie dostępności do legalnego pożyczania pieniędzy w źródłach objętych nadzorem m.in. Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Projektowana ustawa zakłada wejście w życie rygorystycznych limitów – całkowite koszty udzielenia świadczenia pieniężnego nie mogą, w myśl przepisów, przekroczyć równowartości odsetek maksymalnych i maksymalnych odsetek za opóźnienie. Koszty pozaodsetkowe mają być obniżone z 55 proc. do 20 proc., a całkowita suma kosztów ma ulec drastycznemu obniżeniu aż o 25 punktów procentowych.

Z usług firm pożyczkowych korzysta półtora miliona Polaków, a samych podmiotów jest na rynku kilkadziesiąt. Wszystkie te podmioty podlegają określonym ścisłym regulacjom prawnym, m.in. w zakresie maksymalnej wysokości opłat. Firmy pożyczkowe zatrudniają łącznie około 20 tysięcy osób i współpracują z około 10 tysiącami osób m.in. z sieci agencyjno-brokerskich. Odprowadzają do budżetu około miliard złotych rocznie z tytułu płaconych podatków. Pożyczki udzielane przez firmy z sektora pozabankowego trafiają najczęściej do klientów „podwyższonego ryzyka”, tj. takich, którzy nie mają szans na zaciągniecie zobowiązania z banku. Tym samym pełnią one w polskim systemie bardzo istotną rolę, zapewniając grupie potencjalnie wykluczonej finansowo zewnętrzne źródło pozyskiwania dodatkowych środków przeznaczanych na bieżące potrzeby.

Zaproponowane zmiany prawne będą miały negatywny wpływ na firmy reprezentujące cały sektor pożyczkowy – większość z nich będzie zmuszona do ograniczenia swojej działalności i zakresu świadczonych usług, co w konsekwencji – w dłuższej perspektywie czasowej – może oznaczać decyzję o wycofaniu się ich całkowicie z rynku.

Proponowane zmiany w prawie będą miały znaczący wpływ na codzienne życie Polaków, ograniczając im dostęp do legalnych pożyczek. Dotyczy to przede wszystkim grupy klientów o niższych dochodach, którym pieniądze często potrzebne są w bardzo krótkim czasie, bez konieczności dopełniania dodatkowych formalności. Ograniczenie oferty przez firmy pożyczkowe oznacza konieczność podwyższenia minimalnego progu dochodów. Szacuje się, że dostęp do finansowania zewnętrznego dla osób zarabiających poniżej 2 tysięcy złotych miesięcznie może spaść nawet o ok. 83 proc. Oznacza to znaczny wzrost kwoty miesięcznych zarobków przeciętnego klienta firm pożyczkowych – o ile aktualnie jest nim człowiek zarabiający średnio ok. 2,5 tysiąca złotych, o tyle po wejściu w życie nowych przepisów będzie to już osoba zarabiająca powyżej 3 tysięcy złotych. Oferta sektora pozabankowego, poprzez brak możliwości finansowego skompensowania wyższego ryzyka ponoszonego przy udzielaniu pożyczek, będzie zatem kierowana do innej grupy klientów. W rezultacie osoby najniżej uposażone, bez historii kredytowej, pozostaną de facto pozbawione legalnych źródeł finansowania.

Po znowelizowaniu przepisów, popyt na pożyczki będzie w dalszym ciągu istniał, co wynika ze struktury ekonomicznej ludności Polski. Jedyna różnica polegać będzie na tym, że zamiast do legalnie działających firm, monitorowanych przez UOKiK, duża część ludzi będzie zmuszona udać się do lombardu i zastawiać cenne przedmioty za ułamek wartości, ewentualnie korzystać z „usług” nie tyle podmiotów z szarej strefy, co grup przestępczych. Dokona się zatem pewna reminiscencja lat 90., gdy w mniejszych miasteczkach częstym źródłem zewnętrznego finansowania były osoby ze świata przestępczego, skłonne do naruszania zdrowia i życia ludzi, którzy spóźniali się z płatnością.

Rekomendacje

  • Należy wycofać się ze szkodliwych regulacji uderzających w sektor funkcjonujących zgodnie z prawem firm pożyczkowych, a zająć się problemem szkodliwych, udzielanych na warunkach sprzecznych z prawem, pożyczek prywatnych, w tym poświadczanych u notariusza. W tej chwili Polacy mają zapewnioną możliwość zgłoszenia się do legalnej, działającej pod nadzorem firmy, której warunki funkcjonowania określa ustawa z marca 2016 r. Po wprowadzeniu nowego prawa, w dłuższej perspektywie czasowej, takich firm może już nie być, ponieważ ustawa zwiększy koszty ich funkcjonowania. Jeśli Polacy nie otrzymają pożyczki w legalnie funkcjonujących firmach pożyczkowych, zwrócą się do lombardów i innych lichwiarskich podmiotów. Doprowadzi to więc do zmniejszenia bezpieczeństwa pożyczania pieniędzy dla przeciętnego Polaka.
  • Podstawowym celem państwa powinno być monitorowanie legalnie działającego rynku,nie wprowadzanie dodatkowych restrykcji. Łatwiej jest sprawować kontrolę nad zarejestrowanymi podmiotami objętymi nadzorem UOKiK, niż ścigać grupy przestępcze zajmujące się udzielaniem lichwiarskich pożyczek. Nieliczne firmy, które nie przestrzegają funkcjonujących obecnie limitów opłat, nie zaczną nagle tego robić po zaostrzeniu tych limitów. Należy się więc skupić na udoskonaleniu monitoringu oraz egzekwowaniu obowiązującego prawa przez wszystkie firmy z sektora (narzędzia ku temu zostały wprowadzone m.in. poprzez ustawę z marca 2016 roku i należy je wykorzystać). Proponowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości zmiany nie poprawią rynku, ale doprowadzą do likwidacji legalnie działających firm, na czym straci skarb państwa (brak płaconych przez te firmy podatków, wzrost bezrobocia) oraz statystyczny Kowalski, zwłaszcza ten o niższych dochodach, który gdy będzie potrzebował gotówki będzie zmuszony pozyskać ją z nielegalnych źródeł.
  • Działania państwa w zakresie regulowania rynku pożyczek powinny być – tak jak zresztą w każdym innym przypadku – skoordynowane. Podejmowanie przez różne resorty, w bardzo krótkim czasie, kilku prób dokonywania legislacyjnych przewrotów jest szkodliwe i negatywnie wpływa na pewność prawa oraz poczucie bezpieczeństwa prawnego legalnie działających podmiotów.
  • Należy dokładnie monitorować skutki prawne ustawy regulującej rynek pożyczkowy, która weszła w życie 11 marca 2016 r. Nie powinno się wprowadzać nowych regulacji, jeśli nie znane są jeszcze kompleksowe wyniki wprowadzenia wcześniejszych zmian w prawie, wypracowanych i zaopiniowanych wspólnie przez instytucje ważne dla tego rynku.

Charakterystyka polskiego rynku pożyczkowego

Żeby móc odpowiednio omówić wpływ projektowanych właśnie regulacji na rynek pożyczkowy, czyli zarówno na firmy, jak i na ich klientów, należy w pierwszej kolejności przyjrzeć się samemu rynkowi. W 2015 roku wartość polskiego rynku pożyczkowego oszacowano na ok. 146,5 miliarda złotych.

Działające na nim podmioty można podzielić na trzy główne kategorie:

  • banki (w tym banki spółdzielcze), stanowiące najistotniejszą, jeżeli chodzi o całkowitą kwotę udzielanych pożyczek, grupę graczy na rynku (93 proc. udział w rynku),
  • SKOK-i (4 proc.)
  • i firmy pożyczkowe (3 proc.).

Zarówno banki, jak i SKOK-i, udzielają kredytów i przyjmują depozyty. Firmy pożyczkowe nie mogą przyjmować depozytów od klientów, skąd częściowo wynika inna właściwość rynku: banki udzielają przede wszystkim pożyczek wysoko kwotowych (kilkaset i kilkadziesiąt tysięcy złotych), SKOKi wysoko- i średnio kwotowych, a firmy pożyczkowe nisko kwotowych (średnia wartość pożyczki wynosi 2000 zł). Sama branża pożyczkowa również jest zróżnicowana wewnętrznie. Na rynku funkcjonują podmioty oferujące wyłącznie mikropożyczki ratalne, inne firmy specjalizują się jedynie w chwilówkach, ale są i takie, które oferują obydwa rodzaje produktów.

Legalnie funkcjonujące firmy pożyczkowe dokonują w przypadku wszystkich klientów scoringu – współpracują one w tej kwestii m.in. z Biurem Informacji Gospodarczej.

Wymienione grupy podmiotów oferują bardzo różne produkty, zarówno pod względem wartości pożyczki, jak i grupy, do której są one kierowane. Banki oferują pożyczki wysoko kwotowe, z długim terminem spłacalności. Bank, udzielając takiej pożyczki, wymaga od klienta spełnienia wielu formalności, stąd też proces udzielania samej pożyczki trwa dłużej. Firmy pożyczkowe oferujące chwilówki kierują ofertę do osób, które w krótkim czasie będą w stanie jednorazowo uregulować należność, co dla niektórych klientów może być trudne. Dlatego w ofertach wybranych firm znalazły się mikropożyczki ratalne – skierowane do osób, które potrzebują zastrzyku gotówki natychmiast, jednak spłata w ich przypadku rozłożona jest na odpowiednio dostosowane raty, by pożyczkobiorca mógł je łatwiej spłacić.

Legalnie funkcjonujące firmy pożyczkowe dokonują w przypadku wszystkich klientów scoringu – współpracują one w tej kwestii m.in. z Biurem Informacji Gospodarczej i używają złożonych algorytmów oceny wiarygodności kredytowej klienta. Oznacza to, że tylko osoba, która pozytywnie przejdzie tę weryfikację dostanie w takich firmach pożyczkę.

Z założenia zaciągnięcie pożyczki w firmie pożyczkowej objęte jest znacznie mniejszą liczbą formalności, niż zaciągnięcie pożyczki w banku. Dzięki temu pożyczki udzielane są
w ciągu 1-2 dni, a decyzja o przyznaniu pożyczki, jeśli klient jest już firmie znany, zapada dosłownie w przeciągu kilkunastu minut.

Całkowite koszty pożyczek w firmach pożyczkowych są często wyższe niż w bankach, co wprost wynika z kalkulacji ryzyka i terminu „dostarczenia” gotówki do klienta. Koszt jest tym wyższy, im szybciej możemy otrzymać gotówkę. Dodatkowo wyższe odsetki wynikają także z braku możliwości gromadzenia depozytów, tak jak to jest w przypadku banków. Poza tym wyższe koszty całkowite firm pożyczkowych związane są z samym profilem klienta – często udzielają one pożyczek osobom, które nie otrzymałyby pożyczki w banku, ze względu na niższe dochody – stąd grupa ta objęta jest większym ryzykiem niespłacenia pożyczki.

Firmy pożyczkowe zatrudniają w Polsce ok. 20 tysięcy osób, a także współpracują
z około 10 tysiącami osób z sieci agencyjno-brokerskich i firmami windykacyjnym. Odprowadzają do budżetu ok. miliard złotych rocznie z tytułu płaconych podatków. Łącznie w naszym kraju działa kilkadziesiąt przedsiębiorstw w sektorze pożyczkowym, z czego prawie 40 zrzesza Związek Firm Pożyczkowych.

Na polskim rynku pożyczkowym funkcjonuje kilka dużych grup podmiotów, które ze sobą nie walczą, ponieważ kierują swoje oferty do innych rodzajów klientów. Konkurencja naturalnie ma miejsce wewnątrz tych segmentów, co jest oczywiście zjawiskiem pozytywnym i dobrym dla konsumentów.

Alarmujące doniesienia medialne o ogromnej wadze zjawiska zaciągania pożyczek w sektorze pozabankowym nie są do końca prawdą, biorąc pod uwagę statystyki – firmy pożyczkowe mają istotnie mniejszy udział w sumie udzielanych w naszym kraju pożyczek, w porównaniu z podmiotami z innych grup. Według danych Domu Maklerskiego NWAI, w 2015 roku z oferty firm pożyczkowych korzystało półtora miliona osób, które łącznie pożyczyły pięć miliardów złotych. Z raportu Diagnoza Społeczna 2015, przygotowanego pod redakcją prof. Janusza Czapińskiego, wynika że prawie 34 proc. gospodarstw domowych zadeklarowało w marcu/czerwcu 2015 roku korzystanie z pożyczek i kredytów. Według tych danych, dla większości z nich źródłem zewnętrznego finansowania były banki, a dla ponad 5 proc. – tzw. parabanki. Niewielki odsetek, bo nieco ponad 4 proc. gospodarstw domowych, był zadłużony u osób prywatnych. Gospodarstwa domowe z reguły przeznaczały na spłatę zadłużenia między 10 a 20 proc. swoich miesięcznych dochodów.

Firmy pożyczkowe obsługują bardzo istotną z punktu widzenia gospodarki grupę klientów. Są to głównie osoby, które nie mają szans na zaciągnięcie zobowiązania w banku, często z powodu zbyt niskich dochodów. Zapewniając im źródło dodatkowego finansowania, firmy pożyczkowe często ratują tych ludzi przed wykluczeniem finansowym, pozwalając na bieżąco zaspakajać potrzeby niemożliwe do sfinansowania z ich własnych środków. Do firm pożyczkowych zgłaszają się osoby, które potrzebują natychmiastowej gotówki na opłacenie np. operacji bliskiej osoby czy sfinansowanie naprawy lub zakupu sprzętu domowego (pralki, lodówki etc.).

Jeśli chodzi o bardzo często dramatyczne historie konkretnych osób, których sytuacja życiowa znacznie się pogorszyła w wyniku wzięcia pożyczki, to w większości przypadków dotyczą one firm spoza sektora, reprezentujących tzw. „lichwę”, czyli nie objętych żadnym nadzorem, ogłaszających się jako podmioty oferujące pożyczki „bez BIK, BIG itp.”, stosujące zabezpieczenia np. w postaci nieruchomości, działające często na granicy prawa.

Firmy pożyczkowe z sektora pozabankowego są monitorowane przez UOKiK oraz działają według ściśle określonych aktów prawnych (które zostaną omówione w kolejnym rozdziale), oferując produkty skonstruowane zgodnie z określonymi przepisami.

Istota zmian zaproponowanych w projekcie ustawy o zmianie ustawy Kodeks karny oraz niektórych innych ustaw z dnia 7 grudnia 2016 roku

Pod koniec ubiegłego roku na stronie Rządowego Centrum Legislacji pojawił się projekt ustawy o zmianie ustawy Kodeks karny oraz niektórych innych ustaw z dnia 7 grudnia 2016 roku.

Projekt ten wprowadza regulacje obejmujące polski rynek pożyczkowy – zakres wprowadzanych regulacji jest kluczowy dla branżowych realiów, co przekłada się na sytuację ich klientów.

W założeniu autorów projekt miał służyć przeciwdziałaniu lichwie, w tym przede wszystkim udzielaniu pożyczek na bardzo nieuczciwych warunkach osobom fizycznym przez osoby fizyczne. W tym zakresie zamiary ustawodawcy dotyczące uregulowania rynku są słuszne. Faktycznie, w obrębie pożyczek prywatnych (z których korzysta 4 proc. gospodarstw domowych) mamy do czynienia z poważnymi nieprawidłowościami, często daleko posuniętą nieuczciwością, a czasami zwykłymi przestępstwami. Głównym problemem, który nowa ustawa ma docelowo rozwiązywać, jest obarczanie pożyczkobiorców kosztami nieodpowiadającymi wysokości pożyczki, tj. znacznie, do poziomu absurdu, przewyższającymi jej wartość. Bulwersujące sprawy opisujące mechanizmy takiej działalności często opisywane są w mediach. Modelową sytuacją jest taka, w której poszkodowani w wyniku pożyczki zaciągniętej na kwotę kilkudziesięciu tysięcy złotych tracą nawet mieszkania, sprzedawane następnie przez oszustów za ułamek ich wartości . Jest to oczywiście skandal i należy z całą stanowczością takie działania zwalczać.

Propozycja legislacyjna Ministerstwa Sprawiedliwości wprowadza zmiany w prawie karnym, proponując wprowadzenie kary pozbawienia wolności do lat 10, w zamian za dotychczasowe 3 lata, oraz usunięcie wymogu udowodnienia wykorzystania przymusowego położenia innej osoby fizycznej przy nakładaniu na nią obowiązku świadczenia niewspółmiernego ze świadczeniem wzajemnym, jako wymagania do udowodnienia przestępstwa), co należy uznać za wszech miar słuszne.

Jednak nowe prawo ma objąć również zmiany w prawie konsumenckim. Projekt wprowadza definicję całkowitych kosztów udzielenia świadczenia pieniężnego, które nie mogłyby przekroczyć równowartości odsetek maksymalnych i odsetek maksymalnych za opóźnienie. Limit kosztów pozaodsetkowych ma zostać obniżony aż o 35 punktów procentowych, zaś całkowita suma kosztów o 25 punktów procentowych. Projekt ogranicza maksymalne koszty kredytu, także długoterminowego, udzielanego przez banki, ze 100 proc. do 75 proc. kwoty kapitału. Limit całkowitych pozaodsetkowych kosztów kredytu ma nie przekraczać 20 proc. kwoty kredytu w skali roku. W przypadku niewypłacenia kredytu, przedsiębiorcy z branży mają obowiązek zwrócenia konsumentowi wszelkich opłat.

W tym miejscu wątpliwości budzi wprowadzanie nowych regulacji w prawie konsumenckim, które nie wywrą żadnego wpływu na firmy generujące problem,
a ograniczą jedynie działalność legalnie funkcjonujących firm pożyczkowych.

O ile istnieje konieczność przeciwdziałania przestępstwom na rynku pożyczkowym (co podkreśla między innymi Związek Firm Pożyczkowych – w swoim stanowisku do ustawy wyraźnie zaznaczył, że zdecydowane uderzenie w lichwę, w którą bardzo często zaangażowane są osoby ze świata przestępczego, budzi zrozumienie i w zakresie konieczności podjęcia takich działań nie ma żadnego sporu ), o tyle wprowadzanie nowych regulacji w prawie konsumenckim budzi wątpliwości. Działalność firm pożyczkowych została dodatkowo uregulowana niecały rok temu – poprzez nowelizację ustawy o kredycie konsumenckim (uchwaloną w ramach ustawy z dnia 5 sierpnia 2015 roku o zmianie ustawy o nadzorze finansowym oraz niektórych innych ustaw). Nowe zmiany (wprowadzające ograniczenia pozaodsetkowych kosztów kredytu) weszły w życie 11 marca 2016 roku.

Istotne zmiany wprowadzono również w ustawie z dnia 5 sierpnia 2015 roku o rozpatrywaniu reklamacji przez podmioty rynku finansowego i o Rzeczniku Finansowym oraz ustawie z dnia 5 sierpnia 2015 roku o zmianie ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów oraz niektórych innych ustaw, w ramach której dodatkowe kompetencje nadano Urzędowi Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK zresztą regularnie monitoruje rynek firm pożyczkowych ).

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Związek Firm Pożyczkowych ponad 40 proc. przedsiębiorstw z branży stwierdziło, że ich sytuacja finansowa wskutek wejścia w życie tych zmian uległa pogorszeniu. Szacuje się, że z rynku zniknęło ok. 18 proc. firm pożyczkowych. Co trzeci badany uznał, że spadł popyt na pożyczki krótkoterminowe do 30 dni . Oznacza to, że wprowadzone zmiany zdecydowanie nie były dla sektora neutralne – przeciwnie, miały duży wpływ na jego kondycję. W tym kontekście zdziwienie budzi podjęcie kolejnej próby regulowania rynku, podczas gdy skutki wprowadzenia poprzednich regulacji nie są jeszcze do końca znane.

Kontrowersje budzi również ograniczenie sumy zabezpieczenia roszczeń związanych z udzieleniem świadczenia pieniężnego – ma ona odpowiadać co najwyżej kwocie wartości świadczenia powiększonego o odsetki maksymalne obliczone za okres przewidziany w umowie i wydłużony o sześć miesięcy. Przekroczenie tak ustanowionego limitu ma być zagrożone karą pozbawienia wolności od trzech miesięcy do pięciu lat. Już samo to powoduje, że działalność firm pożyczkowych – z zasady oferujących swoje produkty klientom „wyższego ryzyka”, w przeciwieństwie do banków – zostanie poważnie zachwiana.

Warto zaznaczyć, że 1 stycznia b.r. weszła w życie ustawa o kredycie hipotecznym oraz o nadzorze nad pośrednikami kredytu hipotecznego i agentami, w której znajdują się również zmiany ustawy o kredycie konsumenckim. W nowym art. 59aa ustanowiono przepis, zgodnie z którym instytucja pożyczkowa może rozpocząć działalność dopiero po uzyskaniu wpisu do rejestru instytucji pożyczkowych, prowadzonego przez Komisję Nadzoru Finansowego. Oznacza to, że w krótkim czasie uchwalane są trzy bardzo istotne dla branży akty prawne, co więcej – napisane w różnych ministerstwach. Wydaje się zatem, że działania państwa wobec firm pożyczkowych, w kontekście rzekomego przeciwdziałania lichwie, są całkowicie nieskoordynowane, przez co potencjalnie jeszcze groźniejsze dla sektora.

Wątpliwości budzi również fakt, że konsultacje społeczne dotyczące ustawy o zmianie ustawy Kodeks karny oraz niektórych innych ustaw przeprowadzone zostały w błyskawicznym tempie, z udziałem jedynie dziewięciu instytucji, przy wyłączeniu z tego grona jakiegokolwiek podmiotu zrzeszającego same firmy pożyczkowe.

Branża mogła odnieść się do projektu jedynie przez wysyłkę opinii. Ponadto załączona do projektu ustawy Ocena Skutków Regulacji całkowicie ignoruje jakiekolwiek ekonomiczne skutki wprowadzanych w życie przepisów, zarówno dla konsumentów, jak i dla firm działających na rynku.

Ocena skutków regulacji dołączona do projektu nowego prawa została przygotowana w pośpiechu, bez dokładnego przeanalizowania wpływu proponowanych regulacji zarówno na pożyczkobiorców, jak i na rynek. W tabelach służących do opisu wpływu regulacji
na różne grupy podmiotów, w ujęciu pieniężnym, zaznaczono „brak danych” przy każdej możliwej pozycji. Skutki niepieniężne również nie zostały skonkretyzowane i opisane.
OSR nie zawiera zarówno próby oceny skutków na warunki działania firm z branży,
jak i refleksji nad sytuacją konsumentów korzystających z firm pożyczkowych, jako źródła zewnętrznego finansowania.

Wpływ propozycji Ministerstwa Sprawiedliwości na rynek pożyczkowy w Polsce

Skutki wejścia w życie projektowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości regulacji odczują przede wszystkim klienci firm pożyczkowych, zwłaszcza ci o najniższych dochodach. Rezultatem omawianych propozycji będzie pozbawienie znacznej części Polaków dostępu do finansowania zewnętrznego pochodzącego od legalnie działających firm, znajdujących się pod bacznym nadzorem państwa.

Wprowadzenie nowych regulacji nie sprawi, że zniknie popyt na mikropożyczki. O tym,
że Polacy potrzebują dostępu do mikropożyczek świadczą badania. 38 proc. uczestników badania firmy doradczej PwC potwierdziło, że nawet ograniczenie dostępności pożyczek
nie odwiedzie ich od zadłużania się w nawet najmniej chronionych częściach rynku
np. w lombardach lub u innych osób prywatnych.

Szacuje się, że dostęp do finansowania zewnętrznego dla ludzi zarabiających mniej niż 2 tysiące złotych miesięcznie, może spaść nawet o ok. 83 proc.

Według danych GUS, co drugie gospodarstwo domowe w Polsce nie jest w stanie pokryć z własnych środków nagłego wydatku w wysokości tysiąca złotych . W 2014 roku aż 7 milionów Polaków nie mogło liczyć na otrzymanie kredytu bankowego . Można podejrzewać – wziąwszy pod uwagę powyższe informacje z GUS – że są oni potencjalnymi klientami firm pożyczkowych. W sytuacji, w której działalność tych podmiotów stanie się w znacznym stopniu utrudniona mogą oni pozostać bez dostępu do legalnych źródeł finansowania.

Czym to będzie skutkowało? Wydaje się, że kluczowe będą trzy rezultaty:

  • Po pierwsze, skutek o charakterze makroekonomicznym – część osób ograniczy swoje wydatki do absolutnego minimum i zrezygnuje z zakupu lub naprawy niektórych sprzętów, znacznie obniżając jakość swojego życia. Spowoduje to naturalnie spadek konsumpcji, co z kolei wpłynie na dynamikę PKB. Pierwszy skutek ma zatem charakter makroekonomiczny.
  • Po drugie, pewien odsetek pozostałych osób zdecyduje się skorzystać z usług lombardów, wyprzedając w razie potrzeby swój majątek za niewielką część jego wartości. Ten skutek ma w pewnym sensie charakter społeczny, ponieważ monetyzowanie kosztowności nie jest raczej pożądanym przez ustawodawcę źródłem finansowania bieżących potrzeb znacznej części społeczeństwa.
  • Po trzecie – i w tym należy upatrywać największe zagrożenie wypływające z projektowanych aktualnie przepisów – pozostali, tj. ci, którzy nie będą mogli zrezygnować z zakupów,
    a jednocześnie nie dysponują majątkiem lub nie będą mogli pozbyć się jego części, będą zmuszeni do skorzystania z „usług” oferowanych przez podmioty działające nielegalnie,
    a w dużej części przypadków zwyczajne grupy przestępcze. Z informacji podawanych przez CBŚ wynika, że od wybuchu ostatniego kryzysu finansowego nastąpił gwałtowny rozrost czarnego rynku pożyczek[1]. W tych przypadkach, jako że działalność prowadzona jest
    w sposób nielegalny, nie jest respektowany nawet art. 482 kodeksu cywilnego, w którym ustanowiony został zakaz anatocyzmu, czyli naliczania odsetek od zaległych odsetek. Żeby przekonać się, że popyt na takie „usługi” istnieje już w tej chwili, wystarczy przejrzeć fora
    o kredytach i pożyczkach. Korzystając z jakiejkolwiek wyszukiwarki można z łatwością znaleźć tematy takie jak: „Gdzie pożyczyć pieniądze od mafii?”, „Mafia namiar szukam”, „Kredyt od mafii”. Naturalnie, używanie ogólnodostępnej platformy do takich celów może wydawać się naiwne, jednak jasno obrazuje to pewien fakt – istnieje grupa ludzi, która już
    w aktualnych warunkach jest skłonna zaciągać pożyczki u grup przestępczych. Należy zastanowić się, co stanie się w momencie, w którym np. rozłożenie spłaty pożyczki na odpowiadającą pożyczkobiorcy liczbę rat okaże się niemożliwe, ponieważ zsumowana ich wartość nie zmieści się w pułapie przewidzianym w ustawie?

Z dostępnych analiz wynika, że projektowane rozwiązania dotkną przede wszystkim grupę konsumentów o najniższych dochodach, bez historii kredytowej. Szacuje się, że dostęp do finansowania zewnętrznego dla ludzi zarabiających mniej niż 2 tysiące złotych miesięcznie, może spaść nawet o ok. 83 proc. Oznacza to znaczny wzrost kwoty miesięcznych zarobków przeciętnego klienta firm pożyczkowych – o ile aktualnie jest nim człowiek zarabiający średnio ok. 2,5 tysiąca złotych, o tyle po wejściu w życie nowych przepisów będzie to już osoba zarabiająca powyżej 3 tysięcy złotych. Oferta sektora pozabankowego, przez brak możliwości finansowego skompensowania wyższego ryzyka ponoszonego przy udzielaniu pożyczek, będzie zatem kierowana do innej grupy klientów. W rezultacie osoby najniżej uposażone, bez historii kredytowej, pozostaną de facto pozbawione legalnych źródeł finansowania, co w prostej linii doprowadza do skutków wymienionych powyżej.

 

Dla wielu osób, poza konsekwencjami czysto ekonomicznymi, taka sytuacja niesie za sobą szereg negatywnych rezultatów społecznych. Wśród nich można wymienić przede wszystkim zwiększenie poziomu wykluczenia finansowego, które – jak się powszechnie przyjmuje – jest pochodną wykluczenia społecznego, i które można zdefiniować jako niezdolność określonej grupy społecznej do korzystania z podstawowych usług finansowych[2]. W bieżących realiach ekonomicznych, w dalszej kolejności konsekwencją jest wzrost poziomu ubóstwa i nędzy, ponieważ elementarne potrzeby życiowe, mieszkaniowe i sprzętowe – w obliczu braku źródeł finansowania – pozostają niespełnione. Procedowany w tej chwili projekt przyczyni się do pogłębienia tego stanu rzeczy, czyli pogorszenia sytuacji życiowej znacznej części społeczeństwa.

Warto przy tej okazji wspomnieć o doświadczeniach zagranicznych w tej kwestii. We Francji, na której rozwiązania powołuje się ustawodawca, z przeprowadzonych badań wprost wynika, że efektem wprowadzonych regulacji jest m.in. wysokie prawdopodobieństwo całkowitego załamania finansowego pożyczkobiorców, których dotknęły kłopoty ze spłatą zobowiązania[3]. Zgodnie z oczekiwaniami, rozwinął się tam również rynek nielegalnych pożyczek udzielanych przez grupy przestępcze. Dla porównania – w Wielkiej Brytanii
do korzystania z pożyczek pochodzących z szarej strefy przyznaje się 3 proc. osób o niskich dochodach, we Francji ten odsetek sięga 7 proc.[4].

Nowe przepisy będą miały wpływ również na przedsiębiorców działających na rynku pożyczkowym, którego działalność została stosunkowo niedawno uregulowana poprzez przepisy wprowadzone w marcu ubiegłego roku.

W tej chwili, mimo niedawnych zmian w prawie, o które postulowało wiele firm pożyczkowym, by ucywilizować rynek i uczynić go przejrzystym i transparentnym, regulacje idą znacznie dalej, „wrzucając” niejako do jednej kategorii zarówno legalnie funkcjonujące podmioty objęte nadzorem, jak i balansujące na granicy prawa lub wręcz działające wbrew niemu firmy z szarej strefy.

Potencjalne rezultaty nowego prawa, zwłaszcza ograniczenie maksymalnego poziomu pozaodsetkowych kosztów pożyczek, są co prawda teraz ciężkie do przewidzenia co do skali, ale łatwo prognozować, że negatywnie wpłyną one na kondycję firm pożyczkowych.

Te najmniejsze mogą stanąć przed widmem bankructwa albo daleko idącej redukcji etatów, natomiast najwięksi gracze na rynku nagle zaczną funkcjonować w bardzo surowych warunkach regulacyjnych, co z pewnością utrudni im prowadzenie działalności w dotychczasowym zakresie. Trzeba pamiętać, że mowa jest tu o 20 tysiącach pracowników i miliardzie złotych wpływających do budżetu państwa każdego roku z tytułu płaconych podatków oraz dużej grupie pośredników – brokerów oraz przedstawicieli firm egzekwujących niespłacone należności.

Podsumowanie

  • Ustawa ogranicza dostęp do legalnych pożyczek zwykłym Polakom. Gdy potrzebujemy pożyczki i możemy na nią poczekać – pójdziemy do banku. Jeśli jednak potrzebujemy pieniędzy na już – zgłosimy się do firmy pożyczkowej. Teraz istnieje możliwość zgłoszenia się do legalnej, działającej pod nadzorem UOKiK firmy, której warunki funkcjonowania określa ustawa z marca 2016 r. Po wprowadzeniu nowego prawa takich firm może już nie być, ponieważ ustawa zwiększy koszty funkcjonowania firm pożyczkowych.
  • Intencja walki z nieuczciwymi, działającymi na granicy prawa lub wręcz bezprawnie podmiotami jest ze wszech miar słuszna. Problemem są m.in. pożyczki udzielane przez z reguły prywatne osoby, które dodatkowo są potwierdzane notarialnie i z nimi oczywiście trzeba walczyć. Ale ta walka nie może być skierowana przeciwko legalnie działającym firmom.
  • Jeśli Polacy nie otrzymają pożyczki w legalnie funkcjonujących firmach pożyczkowych, zwrócą się do lombardów i innych lichwiarskich firm albo będą korzystać z pożyczek prywatnych osób, w tym poświadczanych notarialnie, co jest dużym problemem. Doprowadzi to do zmniejszenia bezpieczeństwa pożyczania pieniędzy dla przeciętnego Polaka.
  • Dalsze obniżanie limitów RRSO (Rzeczywistej Rocznej Stopy Oprocentowania) spowoduje, że firma, w przypadku klienta mającego problemy ze spłatą zobowiązania, nie będzie mogła dla niego rozłożyć pożyczki na większą liczbę rat lub zmniejszyć ich wysokości. Takie rozwiązania podnoszą bowiem całkowity koszt pożyczki (ze wszystkimi odsetkami). W ten sposób odcinamy grupę ludzi od finansowania, ponieważ zsumowana wartość odsetek nie zmieści się w pułapie przewidzianym w ustawie.
  • Legalnie działające firmy pożyczkowe nie znikną z rynku, ale znacznie utrudni im się działanie. Oznacza to, że będą oferować mniej pożyczek, mniejszej liczbie klientów.
  • Ograniczanie podaży pożyczek nie sprawi, że zniknie na nie popyt. Polacy potrzebują dostępu do mikropożyczek, bo w takich realiach żyjemy. Wszyscy chcielibyśmy mieć zawsze tyle pieniędzy ile nam potrzeba, ale nie jest to możliwe i każdemu może się zdarzyć sytuacja, w której będzie potrzebował szybkiego dostępu do gotówki. Jeśli Polacy nie będą mieli możliwości zaspokojenia pilnej potrzeby w postaci uzyskania gotówki, gdy jest im ona potrzebna, zwrócą się tam, gdzie będą mogli ją uzyskać, czyli do szarej strefy.
  • Wprowadzanie kolejnych ograniczeń nie sprawi, że będą one przestrzegane, jeśli nikt nie zadba o przestrzeganie poprzednio wprowadzonego prawa.

Związek Przedsiębiorców I Pracodawców

  • Ustawa regulująca rynek pożyczkowy weszła w życie 11 marca 2016 r. Nie znamy jeszcze kompleksowych wyników jej wprowadzenia, a już proponowana jest kolejna.

[1]   http://www.nowosci.com.pl/archiwum/a/pozyczka-od-gangstera-moze-skonczyc-sie-tragedia,11080022/

[2]   http://orka.sejm.gov.pl/wydbas.nsf/0/BDFCBE7F6F8C1A99C1257E9A0034730A/$File/Szelagowska.pdf.

[3]   https://www.policis.com/pdf/credit/Effect%20of%20interest%20rate%20controls.pdf.

[4]   Ibidem.

Nowe prawo zniszczy sektor legalnych pożyczek, wzmocni mafię i wyłudzenia majątków

Cezary Kaźmierczak – Prezes ZPP
Cezary Kaźmierczak

Pozbawienie możliwości legalnego pożyczania pieniędzy dla co najmniej 1,5 mln Polaków związane z ograniczeniem działalności kilkudziesięciu zarejestrowanych firm, a w konsekwencji groźba utraty pracy przez ok. 20 tys. pracowników  – to główne negatywne skutki propozycji Ministerstwa Sprawiedliwości, które w Białej Księdze przedstawili eksperci Związku Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP). Według nich nowe prawo w zaproponowanym kształcie nie będzie przeciwdziałać „lichwie”, lecz uderzy w podmioty legalnie działające na rynku pożyczek konsumenckich oraz w samych konsumentów.

Biała Księga pn. „Wpływ nowych propozycji Ministerstwa Sprawiedliwości na rynek pożyczek konsumenckich. Analiza zmian z perspektywy przedsiębiorców oraz klientów” jest próbą oszacowania podstawowych skutków przygotowanego przez Ministerstwo Sprawiedliwości projektu ustawy o zmianie ustawy Kodeks karny oraz niektórych innych ustaw z dnia 7 grudnia 2016 roku. Projektowana ustawa zakłada wejście w życie rygorystycznych limitów całkowitych kosztów udzielania świadczeń pieniężnych – w myśl nowych przepisów koszty pozaodsetkowe mają być obniżone z 55 do 20 proc., a całkowita ich suma ma ulec drastycznemu obniżeniu – aż o 25 pkt. proc.

Projekt oceniamy negatywnie. W założeniu miał on służyć przeciwdziałaniu tzw. „lichwie”, co jest inicjatywą ze wszech miar słuszną, ale w praktyce uderza w sektor firm pożyczkowych, a w konsekwencji w samych pożyczkobiorców. Jeśli wejdzie w życie, istnieje duża obawa, że Polacy zostaną pozbawieni źródeł legalnego finansowania – komentuje Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP. – Część z nich nie będzie miała wyjścia i zdecyduje się na pożyczanie pieniędzy od przedstawicieli grup przestępczych – dodaje.

Eksperci z ZPP podkreślają, że samą intencję walki z „lichwą”, czyli  z pożyczkami udzielanymi przede wszystkim osobom prywatnym przez osoby prywatne, często na granicy prawa, z potwierdzonym notarialnie zabezpieczeniem np. w postaci nieruchomości, której wartość jest niewspółmiernie wyższa od pożyczonej kwoty, należy ocenić pozytywnie .

Działania pozwalające na skuteczne ukrócenie procederu wyłudzania majątku są bardzo potrzebne. Ale prawo, które ma jednocześnie „osłabić” firmy legalnie działające na rynku, które podlegają konkretnym regulacjom, wcale temu nie służy – powiedział Cezary Kaźmierczak.

Według wyliczeń przedstawionych w Białej Księdze z usług firm pożyczkowych korzysta półtora miliona Polaków, a samych podmiotów jest na rynku kilkadziesiąt. Wszystkie te podmioty podlegają określonym, ścisłym regulacjom prawnym m.in. w zakresie maksymalnej wysokości opłat. Firmy pożyczkowe zatrudniają łącznie około 20 tysięcy osób,  współpracują z około 10 tysiącami osób m.in. z sieci agencyjno-brokerskich. Odprowadzają do budżetu około miliard złotych rocznie z tytułu płaconych podatków.  Nowe prawo wprowadza regulacje w tym samym obszarze,  co ustawa z marca 2016 roku, której skutki nie są jeszcze do końca znane, a same podmioty podlegają nadzorowi m.in. Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Zaproponowane zmiany prawne będą miały negatywny wpływ na firmy reprezentujące cały sektor pożyczkowy – większość z tych firm będzie zmuszona do ograniczenia swojej działalności i zakresu świadczonych usług, co w  dłuższej perspektywie czasowej może oznaczać decyzję o ich całkowitym wycofaniu się z rynku. To natomiast oznacza utratę pracy oraz mniejsze wpływy do budżetu państwa.

Proponowane zmiany w prawie będą miały znaczący wpływ przede wszystkim na codzienne życie Polaków, ograniczając im dostęp do legalnych pożyczek. Dotyczy to przede wszystkim grupy klientów o niższych dochodach, dla których pieniądze często potrzebne są na koncie w bardzo krótkim czasie, bez konieczności dopełniania dodatkowych formalności – podkreśla Marcin Nowacki, Wiceprezes ZPP.

Ograniczenie oferty przez firmy pożyczkowe oznacza konieczność podwyższenia minimalnego progu dochodów. Szacuje się, że dostęp do finansowania zewnętrznego dla ludzi zarabiających mniej niż 2 tysiące złotych miesięcznie, może spaść nawet o ok. 83%. Oznacza to znaczny wzrost minimalnej kwoty miesięcznych zarobków umożliwiającej zaciągnięcie pożyczki – o ile aktualnie jest nim człowiek zarabiający średnio ok. 2,5 tysiąca złotych, o tyle po wejściu w życie nowych przepisów będzie to już osoba zarabiająca powyżej 3 tysięcy złotych. Oferta sektora pozabankowego, przez brak możliwości finansowego skompensowania wyższego ryzyka ponoszonego przy udzielaniu pożyczek, będzie zatem kierowana do innej grupy klientów. W rezultacie, osoby najniżej uposażone, bez historii kredytowej, pozostaną de facto pozbawione legalnych źródeł finansowania.

Eksperci z ZPP rekomendują, by projekt nowego prawa w obecnym kształcie został odrzucony. Według nich, podstawowym celem państwa powinno być monitorowanie legalnie działającego rynku, a nie wprowadzanie dodatkowych restrykcji. Łatwiej jest sprawować kontrolę nad zarejestrowanymi podmiotami objętymi nadzorem UOKiK, niż ścigać grupy przestępcze zajmujące się udzielaniem lichwiarskich pożyczek. Należy skupić się na konsekwentnym ściganiu nielegalnych źródeł finansowania oraz egzekwowaniu obowiązującego prawa przez wszystkie zarejestrowane firmy z sektora (narzędzia ku temu zostały wprowadzone m.in. poprzez ustawę z marca 2016 roku i trzeba je wykorzystać). Proponowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości zmiany nie poprawią rynku, ale doprowadzą do ograniczenia jego legalnej części, na czym straci skarb państwa (brak płaconych podatków przez te firmy, wzrost bezrobocia) oraz statystyczny Kowalski, zwłaszcza ten o niższych dochodach, który i tak będzie potrzebował gotówki i tak będzie zmuszony pozyskać ją od mafii.

9 porad, jak skutecznie motywować zespół

Stworzenie zespołu pracującego z zapałem i na najwyższych obrotach jest zadaniem trudnym i pracochłonnym. To rolą szefa jest wydobycie ze swoich ludzi, tego, co w nich najlepsze.

Oczywiście nie dzieje się to z dnia na dzień. Prowadzenie pracowników tak, by utrzymywali wysoką efektywność to niewątpliwie długotrwały proces, w którym niezbędne jest podjęcie określonych działań. Podpowiadamy, jak zacząć korzystnie wpływać na zespół i jego pracę.

  1. Poszukaj pozytywnej energii w sobie 

Jeśli szef nie ma w sobie odpowiedniego nastawienia, nie będzie go także w zespole – zauważa Joanna Żukowska ekspert międzynarodowego serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl.  Niezmotywowany przełożony, nie będzie w stanie nakłonić ludzi do wytężonej pracy – dodaje.  Pozytywna energia oraz postawa lidera są kluczowe w zarządzaniu zespołem, dlatego trzeba nad nimi pracować. Wzbudzanie w sobie optymizmu i zapału do wykonywanych zadań powinno być elementem codziennego dbania o siebie. Tak, jak pilnujemy zdrowej diety czy regularnych ćwiczeń, powinniśmy dbać o swoje pozytywne nastawienie do pracy. Szef powinien zarażać zespół entuzjazmem i być skupiony na wspólnym celu.

  1. Nie wystarczy być trenerem, trzeba kibicować 

Zdarza się, że pracownicy nie wykorzystują w pełni swoich możliwości, bo brakuje im wiary w siebie. Bywa też, że nie zdają sobie sprawy z tego, co są w stanie osiągnąć. Prawdziwi liderzy powinni znać swój zespół i wiedzieć kogo, na co stać. Lider, jak prawdziwy kibic, powinien zarażać wiarą w zespół. To niezmiernie ważne, by umieć wzmocnić swoich ludzi. Muszą wiedzieć, że wierzymy, iż poradzą sobie z nowym projektem czy klientem. Nasza wiara może się przełożyć na ich pewność siebie.

  1. Empatia się sprawdza 

Stara szkoła zarządzania radziła sięgać po negatywne wzmocnienia, by osiągać wyniki. To podejście okazało się nieefektywne. Nie dość, że nie poprawia osiągnięć, to wprowadza niezdrową atmosferę. To, co naprawdę procentuje to budowanie silnej relacji z zespołem, opartej na wzajemnym zrozumieniu. Do tego trzeba empatii i okazywania wsparcia. Pracownicy, którzy czują się rozumiani, dają z siebie więcej.

  1. Ich zdrowie to priorytet 

Zdrowsi pracownicy pracują ciężej, realizują więcej zadań, a dodatkowo czują się szczęśliwsi. Warto o nich zadbać. Wystarczą małe udogodnienia – np. zdrowe przekąski w firmowej kuchni czy dłuższa przerwa. Jeśli pozwala na to budżet firmy, warto pomyśleć o dofinansowaniu pracownikom karnetu na siłownię, basen czy zajęcia fitness.

  1. Dużo dobrych słów

Nigdy za wiele pozytywnej informacji zwrotnej – przekazujemy ją, kiedy tylko mamy okazję, w dużych i drobnych sprawach. Większość szefów zwraca się do pracowników tylko wtedy, kiedy ma do zakomunikowania coś negatywnego lub, kiedy chce skorygować czyjąś pracę. Nie chwalą nawet w połowie tak często, jak im się wydaje. Warto dawać przynajmniej trzy pozytywne uwagi na każdą negatywną.

  1. Czasem warto usunąć się w cień  

Zostawmy zespół sam sobie. To może brzmieć, jak sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i intuicją, ale jest naprawdę skuteczne. Wycofywanie się to rzadko używane narzędzie motywowania ludzi. Najlepsi pracownicy potrzebują czasem przestrzeni, by rozwinąć skrzydła. Czują, że szef darzy ich zaufaniem i dają z siebie wszystko.

  1. Dobre maniery zawsze w cenie 

Mówienie „proszę” i „dziękuję” to podstawa, także w słowniku lidera. Zwykłe „dziękuję” jest najprostszym sposobem pokazania zespołowi, że wiemy, jak dużo wysiłku wkłada w to, żeby wykonać swoje zadania. Komunikujemy im tym samym, że cenimy ich pracę. Doceniani pracownicy czują dumę z tego, co robią.

  1. Drzwi zawsze otwarte 

Szef powinien być zawsze gotowy, by wesprzeć zespół. Mimo tego, że mamy napięty grafik, powinniśmy być otwarci na każdą, nawet niezapowiedzianą potrzebę rozmowy w cztery oczy z pracownikiem. Pilnujmy, by zasada otwartych drzwi nie była pustą deklaracją.

  1. Każdy musi czuć się ważny 

Pracownicy powinni mieć jasność, jakie są cele firmy. Dzięki temu będą wiedzieć, jak układać swoją pracę, by nie marnować czasu na mniej istotne, drugorzędne działania. Ponadto, będą czuli się ważną częścią większej całość. Lider musi zadbać o to, żeby wiedzieli, że ich praca przekłada się na osiągnięcie wspólnego celu.

Tomasz Pachoł o tym jak dyscyplinować pracowników

Takich rozmów nikt nie lubi. Zdarza się jednak, że pracownik nie wywiązuje się ze swoich obowiązków, popełnia rażące błędy lub to co robi, nie przynosi oczekiwanych efektów. Wówczas przysłowiowe „wezwanie na dywanik” staje się dla przełożonego koniecznością.

W nowocześnie zarządzanej firmie szef nie musi mieć już klasycznego gabinetu z dywanem, na krańcu którego ustawione zostało biurko, za którym siedzi groźny szef. Obecnie relacje między menedżerami a pracownikami są często znacznie bardziej partnerskie i przebiegają w przyjaznej atmosferze. Wydawać się więc może, że dziś nikt już nie musi być „wzywany na dywanik”, a pisanie o dyscyplinowaniu pracowników ma w sobie coś archaicznego.

A jednak – trudno całkowicie uniknąć sytuacji, w których przełożony musi zakomunikować pracownikowi swoje uwagi. W czasach, kiedy tak wiele mówi się o partnerskich relacjach, przeprowadzanie rozmów, podczas których trzeba wyrazić krytykę, wielu menedżerom przychodzi z wielkim trudem.

– Menedżerowie często skarżą się, że nie są w stanie zdyscyplinować swoich pracowników, ale bardzo częstą to oni sami są temu winni – mówi Tomasz Pachoł, trener  w firmie szkoleniowej Effect Group. – Szefowie bardzo często zastanawiają się, w jaki sposób postępować z pracownikami, aby ci nie zarzucili im nieuzasadnionej krytyki, ataku personalnego, stronniczości, czy braku wsparcia. Tymczasem rozwiązanie jest dość proste, choć wymaga żelaznej konsekwencji – podkreśla.

Jeśli menedżer chce, aby podwładni wykonywali swoją pracę w ustalony sposób lub pragnie wyeliminować określone postawy, musi stale podkreślać, co w organizacji jest zachowaniem pożądanym, a co nie będzie tolerowane. Od ustalonych reguł nie powinno być wyjątków, a na pewno nie może do nich dochodzić nagminnie, ponieważ brak konsekwencji doprowadzi do utraty autorytetu menedżera i – co gorsza – do podważania również innych zasad panujących w firmie.

Narzędziem, które dobrze sprawdza się w sytuacjach, gdy pracownicy nie do końca spełniają pokładane w nich oczekiwania, jest 4-etapowy model rozmów kompetencyjnych. Przeprowadzając rozmowy zgodnie z tym modelem, pracownik nie tylko otrzymuje jasną informację zwrotną na temat oczekiwań, jakie ma wobec niego przełożony, ale też zyskuje należną każdemu pracownikowi uwagę oraz wsparcie w dochodzeniu do wspólnie ustalonych celów.

– Zgodnie z nazwą, model ten składa się z serii czterech spotkań. Najlepiej, jeśli odbywają się one w odstępach około jednego miesiąca. Jeśli jednak problem tego wymaga, mogą być one wspierane przez dodatkowe, krótkie spotkania informacyjne, odbywające się np. raz w tygodniu – podpowiada Tomasz Pachoł.

Rozmowa (analiza problemu i działania korygujące)

Celem pierwszej rozmowy jest przede wszystkim diagnoza zaistniałej sytuacji. Podczas tego spotkania menedżer wprost mówi podwładnemu o uwagach, jakie ma wobec jego pracy lub zachowania. Jeśli uwagi te opierają się na relacjach innych pracowników (lub np. klientów), przełożony powinien sprawdzić, czy znany mu opis sytuacji pokrywa się z relacją pracownika. Chodzi o upewnienie się, że dokonane obserwacje są rzetelne i że pracownik nie uzna ich za niesłuszne lub krzywdzące.

Po ustaleniu stanu faktycznego, menedżer wspólnie z pracownikiem powinien uzgodnić dalszą ścieżkę rozwojową. Będzie to swoisty „plan naprawczy”, którego celem powinno być wyeliminowanie problemów i osiągnięcie celów wyznaczonych podczas rozmowy.

Rozmowa + podsumowanie postępów pracownika

Najpóźniej miesiąc później menedżer powinien przeprowadzić ponowną, tym razem już kontrolną rozmowę z podwładnym. Ten etap ma na celu upewnienie się, czy pracownik faktycznie dąży do wyznaczonych celów.  Niezwykle ważne dla podwładnego będą informacje zwrotne od menedżera – szczególnie, jeśli cele mają dotyczyć kompetencji miękkich, nie poddających się łatwej samoobserwacji.

– Często jest tak, że po pierwszej rozmowie pracownik chce dokonać zmian, ale zaraz potem wciągany jest do swojej starej strefy komfortu. W takiej sytuacji wsparcie ze strony przełożonego jest konieczne – podkreśla trener Effect Group.

Rozmowa + zapowiedź konsekwencji

Trzecia rozmowa przebiega w sposób podobny do wcześniejszej. Menedżer daje pracownikowi informację zwrotną, a jeśli wcześniejsze ustalenia nie zostały zrealizowane, bada przyczyny takiej sytuacji oraz proponuje kolejne działania korygujące.

Na tym jednak nie koniec. Jeśli przełożony zauważy, że pracownik lekceważy wcześniejsze ustalenia, tym razem powinien zapowiedzieć konsekwencje, do jakich doprowadzi dalsze lekceważenie wspólnie ustalonego „programu naprawczego”. Pracownik powinien mieć świadomość, że to od niego zależy, czy ustalenia zostaną zrealizowane i ewentualnie, do jakich skutków doprowadzi brak zmian.

Ważne, aby zapowiadane konsekwencje były faktycznie możliwe do wprowadzenia. Nie powinny to być zapowiedzi bez pokrycia, tzn. takie, z których menedżer miałby się później wycofać.

Rozmowa + wyciągnięcie konsekwencji

Ta rozmowa może być po prostu podsumowaniem przebiegającym w doskonałej atmosferze i zakończonym serdecznym uściskiem dłoni. Stanie się tak, jeśli wcześniejsze etapy doprowadziły do oczekiwanych zmian.

Jeśli jednak zakładany program nie został zrealizowany, przełożony powinien upewnić się co do przyczyn tego stanu rzeczy. Dopiero mając pewność, że odpowiedzialność ponosi sam pracownik, menedżer powinien wprost poinformować go o – zgodnych z wcześniejszymi zapowiedziami – konsekwencjach.

Taka sytuacja będzie z pewnością trudna dla obydwu rozmówców, stanowi jednak logiczne i uczciwe zakończenie całego procesu. Pracownik nie został zaskoczony przykrymi konsekwencjami, ale był na nie przygotowywany i mógł im zapobiec, w związku z czym nie powinien odczuwać tego kroku jako formy ataku, czy też niesprawiedliwego traktowania.

– Praktyka menedżerska pokazuje, że taki model, o ile jest stosowany cyklicznie, wyrabia u pracowników przekonanie, że przełożony jest konsekwentny, zdeterminowany, ale również obiektywny, a przy tym pozytywnie ustosunkowany wobec podwładnego – mówi Tomasz Pachoł.

4-etapowy model rozmów kompetencyjnych pozwala reagować na trudne sytuacje w sposób spokojny i budujący wzajemne zaufanie. Ale jednocześnie nie odsuwa w nieskończoność konsekwencji wobec osób, które nie zamierzają przestrzegać zasad panujących w przedsiębiorstwie.

Model ten daje pracownikowi szansę oraz czas potrzebny na wprowadzenie zmian do swojego zachowania lub sposobu pracy, a menedżera skłania do wspólnej z podwładnym pracy nad rozwiązywaniem pojawiających się problemów. W takim ujęciu rozmowa dyscyplinująca przestaje więc być jałową krytyką, a staje się konstruktywną pracą skoncentrowaną na rozwoju kompetencji pracownika.

Decyzja agencji ratingowych nie zachwieje kursem złotego

Marcin Lipka
Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

W piątek 13. stycznia dwie wiodące agencje ratingowe podejmą decyzją o ocenie wiarygodności kredytowej Polski. Tym razem jednak wiele wskazuje na to, że reakcja rynku walutowego będzie dość spokojna niezależnie od komunikatów z Fitch oraz Moody’s – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Rok temu informacja o obcięciu ratingu Polski przez S&P z poziomu A- do BBB+ oraz rewizji perspektywy z pozytywnej na negatywną spowodowały paniczną reakcję na rynku. Złoty momentalnie osłabił się o ok. 2 proc. do podstawowych walut, a euro poszybowało z 4.41 do 4.49 zł. Silnie zareagował również rynek obligacji, gdzie rentowności na 10-letnich instrumentach dłużnych podniosły się o 0.2 pkt procentowego, zwiększając obawy o koszty finansowania polskiego długu.

Po ok. miesiącu kurs euro powrócił do poprzednich poziomów, chociaż częściowo było to spowodowane bardziej sprzyjającym dla rynków wschodzących klimatem inwestycyjnym. Słabość polskiej waluty była widoczna jednak np. w relacji do forinta praktycznie przez cały rok. Również pierwszy raz od dekady koszty finansowania polskiego długu są wyższe niż węgierskiego.

Gorszą ocenę kredytową naszego kraju dobrze pokazuje także porównanie rentowności 5-letnich obligacji Polski i Niemiec denominowanych w euro. Przez drugą połowę 2015 r. różnica (spread) pomiędzy ich rentownościami wahała się w przedziale od 0.5 do 0.8 pkt proc. (średnio 0.65 pkt proc.). W 2016 r. było to już od 0.64 pkt proc. do 1.1 pkt proc. przy średnim poziomie 0.85 proc. Obecnie jest to 0.93 pkt proc., co jednak paradoksalnie może sugerować, że nawet jeżeli doszłoby do obniżenia parametrów ratingu, to reakcja będzie względnie ograniczona, gdyż już obecne wyceny są dość pesymistycznie.

Jaka może być decyzja Moody’s?

W połowie maja 2016 r. Moody’s obniżyła perspektywę polskiego ratingu ze stabilnej na negatywną. Agencja jako powód tej decyzji wymieniała ryzyka fiskalne związane ze wzrostem wydatków (np. 23 mld zł na program 500 plus w 2017 r.), intencje obniżenia wieku emerytalnego, podwyższenie kwoty wolnej od podatku, pogorszenie się klimatu inwestycyjnego oraz przewalutowanie kredytów we frankach.

Moody’s w późniejszych komunikatach najczęściej zwracała uwagę na zagrożenia związane z niższym wiekiem emerytalnym. Jednak np. w oświadczeniu z 29. września podkreślała, że przygląda się, czy nowe wpływy zrównoważą niektóre nowe wydatki”. To może sugerować, że agencja poczeka jeszcze kilka miesięcy, aby ocenić, czy w planach na 2018 r. pojawią się dodatkowe wpływy (np. oskładkowanie umów o dzieło).

Jeżeli spojrzymy jeszcze na majowy komunikat, to jako możliwe powody przyszłego obniżenia ratingu Moody’s wymieniała „pogorszenie się sytuacji fiskalnej rządu i/lub istotne osłabienie się klimatu inwestycyjnego po wdrożeniu przez rząd proponowanych zmian”.

W roku 2016 deficyt sektora finansów publicznych będzie jednak prawdopodobnie znacznie niższy niż wcześniejsze szacunki, co nie spełnia definicji „pogorszenia się sytuacji fiskalnej”. Inwestycje rzeczywiście obniżyły się, ale w znacznej części wynika to z ograniczenia projektów unijnych i jest obserwowane również w innych krajach regionu.

Podsumowując, Moody’s prawdopodobnie nie obniży w piątek ratingu. Jest jednak duża szansa, że utrzyma jego negatywną perspektywę, w której jasno będą zaznaczone ryzyka związane z obniżeniem wieku emerytalnego i koniecznością znalezienia dodatkowych dochodów, które zrównoważą związane z nią wydatki.

Co zrobi Fitch?

Lipcowa decyzja Fitch pozostawiła rating i jego perspektywę na niezmienionych poziomach. W komunikacie wyraźnie widać jednak, że agencja przede wszystkim skupia się na elementach mogących zagrozić przekroczeniu 3-procentowej granicy deficytu sektora finansów publicznych w relacji do PKB.

Argumentem do obniżenia ratingu według Fitch byłby „jakikolwiek sygnał, że znaczenie kryterium unijnego deficytu w relacji do PKB osłabia się jako kotwica budżetowa, bądź nastąpi brak zaostrzenia polityki fiskalnej w celu ustabilizowania długu do PKB w średnim terminie” oraz „przewalutowanie kredytów narażające stabilność finansów na ryzyko”.

Na razie przedstawione przez Fitch zagrożenia się nie materializują. Dodatkowo w depeszy PAP z 17. listopada w odniesieniu do obniżenia wieku emerytalnego agencja napisała: „Uważamy, że unijne kryterium deficytu pozostaje silną kotwicą dla polityki fiskalnej i spodziewamy się, że rząd podejmie działania dostosowawcze, by zapewnić utrzymanie deficytu poniżej 3 proc. PKB”.

Decyzja z niewielkim wpływem na złotego

Można ocenić, że zarówno sugestie Fitch, jak i Moody’s są podobne. Agencje czekają na to, w jaki sposób rząd zapewni finansowanie dla nowych wydatków. W związku z tym podstawowe parametry ratingu pozostaną prawdopodobnie niezmienione. Powinno to spowodować niewielkie wzmocnienie złotego (o 1-2 grosze), jeżeli warunki globalne będą neutralne.

Z drugiej strony gdyby jednak agencja Moody’s obcięła rating lub Fitch zmieniła perspektywę na negatywną, reakcja na polskiej walucie byłaby także dość ograniczona. Rynek już od roku wycenia niższą wiarygodność kredytową Polski po decyzji S&P. Niewielka korekta ratingu przez pozostałe dwie agencje nie powinna dramatycznie pogorszyć sytuacji, a ograniczone osłabienie się złotego po takim komunikacie szybko zniknęłoby w gąszczu codziennych ruchów na rynku walutowym.

Amerykanie chcą inwestować w Polsce. Czekają na stabilizację

Tonny Housh, prezes Rady Dyrektorów Amerykańskiej Izby Handlowej
Tonny Housh, prezes Rady Dyrektorów Amerykańskiej Izby Handlowej

Amerykańskie firmy są zainteresowane Polską. Każdego roku liczba inwestycji rośnie – ocenia Amerykańska Izba Handlowa. A jak będzie w 2017?

Klimat do inwestycji w Polsce jest bardzo dobry w 2017 roku. Oczywiście zawsze mogłoby być lepiej. Są pytania o kilka sektorów – mówi newsrm.tv Tonny Housh, prezes Rady Dyrektorów Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce. – Jest kilka uwag jak np. przemysł ciężki i produkcje. Ważna jest rynek energetyczny, pewność i stabilność ceny energii są bardzo ważne. W innych sektorach jak informatyka czy outsourcing sytuacja jest bardzo dobra.

Amerykańskie firmy najczęściej zainteresowane są inwestycjami w obszarze np. informatyki, biotechnologii oraz w sektorze lotniczym.

Koszty czy ekologia? Jak Polacy ogrzewają swoje mieszkania i domy

Chociaż Polacy są zainteresowani ekologicznymi sposobami ogrzewania domu, to zamawiając opał, kierują się przede wszystkim kosztami – wynika z raportu opracowanego przez serwis Oferteo.pl. Niestety, często brakuje nam wiedzy na temat pozyskiwania ekologicznej energii, do czego sami się przyznajemy.

Ekogroszek najpopularniejszy…

Rodzaj opału zakupionego w ostatnim roku

Według badania Oferteo.pl, serwisu łączącego w czasie rzeczywistym poszukujących towarów z ich dostawcami, najczęściej poszukiwanym paliwem jest ekogroszek. Zainteresowanie nim zadeklarowało 42% ankietowanych przez serwis. Na ekologiczny pellet drzewny wskazało 22% respondentów, po 10% było zainteresowanych tradycyjnym węglem kamiennym i drewnem, a 9% – drewnem kominkowym.

… pompy ciepła najbardziej pożądane

Jeżeli miałbyś możliwość wyboru dowolnego rodzaju ogrzewania, byłoby to

Ankietowani przez Oferteo.pl na pytanie o preferowany sposób ogrzewania domu najczęściej wskazywali na pompy ciepła – 28%.

Pompy ciepła są to urządzenia wykorzystywane zarówno do ogrzewania pomieszczeń, jak i do podgrzewania wody użytkowej. Przypominają one rozmiarem niewielką lodówkę, a dzięki przemianom termodynamicznym, które w nich zachodzą, przekazują ciepło ze źródła dolnego (powietrza, gruntu, wody) do górnego (wody, która krąży w instalacji centralnego ogrzewania).

Nieco mniej ankietowanych było zainteresowanych ogrzewaniem gazowym (24%), piecem na węgiel lub inne paliwa (20%) lub ogrzewaniem z sieci miejskiej (19%). Tylko 3% badanych zadeklarowało wybór ogrzewania elektrycznego.

Koszty najważniejsze

Uczestnicy badania, pytani o najważniejsze czynniki wpływające na decyzję o wyborze rodzaju opału, na pierwszym miejscu wymienili koszty ogrzania domu – 33%. Wpływ paliwa na środowisko był ważny dla 18% ankietowanych. Ponadto wskazywane czynniki to m.in. możliwość dostawy (16%) i łatwość przechowywania (11%).

Zamawiając towar przez Internet, możemy w prosty i wygodny sposób wybrać opcję z dostawą. To istotne z punktu widzenia zwłaszcza indywidualnego odbiorcy, który nie musi martwić się o przetransportowanie ładunku o znacznym tonażu. Warto też brać pod uwagę, że niektóre paliwa, jak ekogroszek, pakowane są w wygodne worki, co znacznie ułatwia składowanie – zauważa Karol Grygiel, członek zarządu Oferteo.pl.Koszt ogrzania mieszkania lub domu w ciągu roku

Jakie są zatem koszty ogrzania domu według ankietowanych przez Oferteo.pl? Niemal połowa badanych (44%) wskazała, że koszty przekraczają 3000 złotych w skali roku, natomiast dla 38% badanych koszty mieściły się w przedziale 2001-3000 złotych. Tylko 4% odpowiedziało, że ogrzanie domu bądź mieszkania kosztuje ich rocznie mniej niż 1000 złotych.

Zapłacimy więcej, aby być bardziej „eko”?Czy jesteś skłonny zapłacić więcej za bardziej ekologiczny sposób ogrzewania

Odpowiedzi badanych na pytanie, czy byliby skłonni zapłacić więcej za ekologiczny sposób ogrzewania, były mocno podzielone: 35% ankietowanych odpowiedziało twierdząco, ale 37% stwierdziło, że nie chciałoby ponosić wyższych kosztów. Z kolei 22% badanych odpowiedziało, że nie ma wystarczającej wiedzy na temat ekologicznych sposobów ogrzewania.O ile więcej możesz zapłacić za ekologiczny sposób ogrzewania

Ponad połowa ankietowanych, którzy zadeklarowali gotowość do płacenia więcej za bardziej ekologiczne ogrzewanie, wskazała, że jest w stanie zapłacić do 10% więcej. Natomiast 46% badanych wskazało, że może zapłacić o 11 do 25% więcej. Więcej niż 26% mogłoby zapłacić 4% uczestników badania.

Metodologia badań

Przedstawione dane pochodzą z badania ankietowego przeprowadzonego przez Oferteo.pl w listopadzie i grudniu 2016 roku wśród osób, które w ciągu ostatniego roku były zainteresowane zakupem opału.

Jakim typem osobowości finansowej jesteś?

43 proc. konsumentów, to finansowi sceptycy, którzy wykazują postawę nieufną wobec instytucji finansowych – wynika z badania Wonga. Z kolei co trzeci badany to klient lojalny, dla którego liczy się przede wszystkim bezpieczeństwo i wzajemne zaufanie. Jak sprawdzić, jakim typem konsumenta jesteśmy i jak osobowość wpływa na stan naszych finansów? Podpowiadają eksperci Wonga.

Finansowy lekkoduch, sceptyk, klient lojalny czy taki, któremu zależy przede wszystkim na czasie? Wonga zbadała postawy Polaków wobec zaciągania zobowiązań finansowych. W tym celu wyodrębniła cztery główne typy zachowań kredytobiorców, do których respondenci mogli się przyporządkować. Mimo że ankietowani mogli wybrać więcej niż jeden profil, zazwyczaj decydowali się na jeden.

– Nie każdy zdaje sobie sprawę, że osobowość ma kluczowe znaczenie dla sposobu zarządzania pieniędzmi i podejmowania związanych z nimi decyzji. Najważniejsze to mieć świadomość tego, co faktycznie wpływa na nasze zachowanie i stosunek do pieniędzy. Aby sprawdzić, jakim typem osobowości jesteśmy oraz nad którymi przyzwyczajeniami powinniśmy popracować, by poprawić stan naszych finansów, warto rozwiązać profesjonalny test osobowości finansowej dostępny na platformie edukacyjnej Kapitalni.org – mówi Tomasz Jaroszek, ekspert Wonga.

Finansowy sceptyk

Jak pokazało badanie, 43 proc. Polaków to finansowi sceptycy. Z zasady nie pożyczają pieniędzy, robią to tylko, gdy znajdą się „pod ścianą”. Finansowych sceptyków wyróżnia rozwaga. Z natury są ostrożni i unikają podejmowania nadmiernego ryzyka. Jeżeli już mają zamiar zaciągnąć zobowiązanie, najpierw szukają pożyczkodawcy, którego zasady są proste, a umowa czytelna.

– To postawa godna naśladowania. Nie powinniśmy zaciągać pożyczki w pierwszej lepszej firmie oferującej takie usługi, ani zdawać się jedynie na zapewnienia pracownika banku czy firmy pożyczkowej. Dodatkowo, zapisy umowy powinny być dla nas jasne. Jeśli znajdziemy jakiekolwiek sformułowania, które budzą nasze wątpliwości, powinniśmy poprosić o ich wyjaśnienie lub zrezygnować z podpisywania umowy – tłumaczy Zuzanna Kopaczyńska-Grabiec, dyrektor departamentu prawnego i regulacyjnego Wonga w Polsce.

Ankietowani, którzy przyporządkowali się do tej grupy, często nie ufają instytucjom finansowym. Mają poczucie, że w każdej umowie są ukryte, jakieś niekorzystne warunki lub dodatkowe koszty.

– Postawę nieufną możemy ocenić jako pozytywną o tyle, że konsument zachowuje ostrożność i zanim zdecyduje się na jakiś produkt, sprawdzi jego warunki, a także firmę, która go oferuje.  Jest rozważny i podejmuje ważne decyzje z głową, w sposób przemyślany. Niestety, niepokój i sceptycyzm konsumentów może wynikać również z braku wiedzy. Jak wynika z badania Kapitalni.org blisko co piąty Polak swoją wiedzę o finansach ocenia nisko, a 47 proc. – średnio – mówi Łukasz Głowacki, kierownik ds. badań Wonga w Polsce.

Wierny idealista

Przeszło co trzeci Polak, wybierając firmę, w której chce zaciągnąć zobowiązanie finansowe, wykazuje postawę lojalną. Klient oddany nie szuka najtańszej dostępnej na rynku okazji, stawiając przede wszystkim na dotychczasowe doświadczenia. Jeśli zaufanie takiego konsumenta zostanie zdobyte, będzie wierny danej instytucji. Takich klientów można też nazwać „wiernymi idealistami”, którzy stawiają na długofalową relacje z pożyczkodawcą. Ważna jest dla nich uczciwa i pomocna obsługa klienta, do której mają łatwy dostęp.

– Oczywiście zaufanie i bezpieczeństwo są istotne przy podejmowaniu decyzji finansowych. Ważne jednak, aby nasza długofalowa współpraca z daną firmą procentowała i przynosiła benefity przede wszystkim nam jako konsumentom. Niektóre instytucje, jak np. Wonga, nagradzają solidnych i wiernych klientów, którzy dodatkowo chcą pogłębiać swoją wiedzę o finansach. Klient, który spłaci pożyczkę na czas, a także zaangażuje się w edukację na platformie Kapitalni.org, zyska dostęp do dodatkowych korzyści, m.in. bonusów i rabatów – mówi Agnieszka Szczepanik, kierownik projektu Kapitalni.org w Wonga w Polsce.

„Ekspresowy” pragmatyk

Błyskawicznie, tanio i prosto – te cechy w przypadku wyboru pożyczki lub kredytu liczą się dla 23 proc. Polaków. Badanych, którzy przyporządkowali się do tej grupy, cechuje brak przywiązania do jednej firmy. Gdy chcą zaciągnąć zobowiązanie finansowe, zawsze szukają najtańszych rozwiązań. Ważna jest dla nich cena, a także to, aby pieniądze otrzymać jak najszybciej i bez zbędnych formalności. Chcą móc zaciągnąć zobowiązanie bez problemu i najlepiej bez wychodzenia z domu. Odwiedzanie placówek danej firmy, w celu zdobycia finansowania, to nie jest ich domena.

Co ciekawe, takich szybkich rozwiązań częściej szukają mężczyźni (28 proc. wobec 19 proc. kobiet). Z badania Wonga wynika również, że znaczenie natychmiastowego dostępu do finansowania spada wraz z wiekiem. Na ten czynnik wskazało blisko 30 proc. respondentów z grup wiekowych 20-24 i 25-34, podczas gdy w grupie 45-55 – odpowiedziało tak tylko 13 proc. Czas uzyskania finansowania jest zatem szczególnie ważny na początkowym etapie życia.

– Konsumenci z tej grupy to osoby z reguły twardo stąpające po ziemi. Wiedzą, czego chcą i szukają rozwiązań, które sprostają ich wymaganiom. Nie boją się korzystać z nowoczesnych produktów. Dbają o swój czas, dlatego chętnie korzystają z usług świadczonych online – mówi Tomasz Jaroszek. – Niepokoi jednak fakt, że konsumenci z tej grupy wykorzystują szybkie pożyczki jako źródło finansowania kolejnych produktów i usług finansowych – które traktują jako inwestycje. To alarmująca postawa. Zobowiązanie finansowe powinniśmy zaciągać tylko, gdy jest ono nam niezbędne. Inwestować i pomnażać należy tylko nasze oszczędności, a nie środki z kredytu, ponieważ nigdy nie mamy pewności, że dana inwestycja przyniesie oczekiwany zysk – dodaje Tomasz Jaroszek.

Król życia

Nie boi się brania kredytów, pożycza pieniądze przede wszystkim na przyjemności, zaspokajanie swoich potrzeb – to profil lekkoducha, który wskazało 6 proc. Polaków ankietowanych przez Kapitalni.org. Ci konsumenci wyznają zasadę „carpe diem”. Uważają, że ich potrzeby są ważne, dlatego pieniądze na ich zaspokojenie muszą się znaleźć. Nie oszczędzają, wolą żyć chwilą. Według tej grupy pożyczkobiorców, nie warto odkładać przyjemności w czasie, do momentu w którym zbierzemy potrzebne środki. Lepiej zaciągnąć zobowiązanie finansowe, aby cieszyć się życiem. Lekkoduch pożyczkę traktuje jak krótkotrwałe wsparcie, ale co ważne – nigdy nie ma kłopotu z jej spłatą.

– Spontaniczność to słowo, które najlepiej opisuje ten typ pożyczkobiorców. Nie boją się pożyczek, traktują je jak „codzienny” instrument finansowy. Łatwo wydają pieniądze. Tacy konsumenci nie myślą długofalowo i nie planują swoich finansów. Nie oszczędzają i nie stawiają sobie celów. Liczy się dla nich tu i teraz. To niestety zgubna postawa, która w efekcie może prowadzić do problemów z budżetem domowym – ostrzega Łukasz Głowacki.

W 2017 bank PKO BP może dać zarobić inwestorom giełdowym

PKO BP największy polski bank ma szanse na wzrosty. Polityka gospodarcza rządu zaczyna się stabilizować, do tego zaczynamy obserwować odbijającą inflację, co jest korzystne dla banków, bo w konsekwencji oznaczać może wzrost stóp procentowych i tym samym wyższe marże. Co jeszcze przemawia za możliwymi wzrostami notowań PKO BP? Więcej na ten temat w materiale wideo opowie Jakub Stasik z XTB.

Czy w piątek 13-go agencje Moody’s i Fitch obniżą rating Polski?

Temat ratingu i wiarygodności kredytowej Polski jest już z nami od roku. W styczniu ubiegłego roku zaczęło się od obniżenia ratingu Polski przez agencję S&P. – Znajdujemy się odrobinę wyżej od tzw. ratingu śmieciowego. W porównywalnej sytuacji jest np. Turcja. Inwestorzy patrzą na rating dominujący – wyjaśnia w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień.

Jutro tj. w piątek 13 stycznia będziemy czekać na decyzje agencji ratingowych Moody’s i Fitch ws naszego ratingu. Dla przesądnych już sama data jest powodem do niepokoju. Największym argumentem i czynnikiem ryzyka dla ratingu Polski jest obniżenie wieku emerytalnego, które wielokrotnie było negatywnie oceniane przez analityków agencji ratingowych. Czy jednak do tego dojdzie? Więcej w materiale wideo.

USD/JPY w drodze na południe

Środowy handel zakończył się finalnie niewielkimi zmianami na rynkach finansowych. Dolar ostatecznie stracił na wartości, podczas gdy parkiety akcyjne zyskiwały na sile. Duże wzrosty miały miejsce na rynku ropy.

Niewielkie zmiany na koniec wczorajszego dnia nie powinny nikogo zmylić. W ciągu dnia na rynku walutowym było jednak bardzo nerwowo. Wszystko za sprawą prezydenta Donalda Trumpa. Choć jego konferencja miała miejsce dopiero po 17:00 polskiego czasu, już rano dało się wyczuć duży sentyment do dolara. Początkowe jego umocnienie szybko jednak przerodziło się w spadki. Eurodolar ostatecznie zyskał na koniec dnia 0.25%, a ropa WTI ponad 3%.

Tymczasem w Polsce Rada Polityki Pieniężnej pozostawiła główną stopę procentową na niezmienionym poziomie 1.5%. Prezes NBP, Adam Glapiński, uważa, iż inflacja będzie obecnie przyspieszać i w tym roku dotknie dolnej granicy celu inflacyjnego, tj. 1,5% r/r, natomiast nie sięgnie samego celu, tj. 2,5%. Dziś kolejne dane ze świata – ilość nowych wniosków o zasiłki w USA a wcześniej raport z ostatniego posiedzenia EBC.

usdjpy12012017r

Tymczasem rynek USD/JPY odbił się od górnego ograniczenia kanału wzrostowego i wyznaczonego oporu na 118. Teoretycznie dolar powinien zmierzać teraz w kierunku środkowej linii wspomnianego kanału. Tym bardziej, iż wskaźnik RSI pokonał linię wzrostową, nie zostawiając bykom nadziei na nowe szczyty. Można zatem oczekiwać, iż czeka nas test poziomu 112. Tam też kryje się wsparcie wyznaczone na szczycie z maja 2016.

Sylwester Majewski


Forex-Desk

2 mld złotych zostaną w branży transportowej. Wyrok TK ws. ryczałtów noclegowych

Bartosz Najman, prezes Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców
Bartosz Najman, prezes Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców

Przedsiębiorcy transportowi odetchnęli z ulgą, a widmo wypłat miliardowych odszkodowań dla kierowców zostało oddalone – to efekt wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie dotyczącej ryczałtów noclegowych kierowców w zagranicznej podróży służbowej. Eksperci zwracają jednak uwagę, że nadal nie jest wiadome, w jaki dokładnie sposób należy rozliczać zwrot kosztów za podróż służbową kierowcy.

– Komplikuje nam się sprawa zwrotu kosztów za podróż służbową. Z całą pewnością wyrok wprowadza niepewność dla branży. Ok. 4-5 tys. zł netto miesięcznie to jest zwrot kosztów na jednego kierowcę. Jeżeli w tym momencie mamy niepewność co do sposobu wypłaty tak dużych kwot to na pewno dla branży jest to problematyczna sytuacja – mówi newsrm.tv Bartosz Najman, prezes Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

W dniu 29.12.2016 r. w Dzienniku Ustaw został opublikowany wyrok Trybunału Konstytucyjnego z dnia 24 listopada 2016 r. w sprawie dotyczącej ryczałtów noclegowych kierowców w zagranicznej podróży służbowej. Dyskusja w tej kwestii rozpoczęła się już w 2009 roku, a przybrała na sile 5 lat później, kiedy to w uchwale z 12 czerwca 2014 r. (II PZP 1/14), Sąd Najwyższy uznał, że zapewnienie kierowcy samochodu ciężarowego miejsca do spania w kabinie pojazdu, podczas wykonywania przewozów międzynarodowych, nie stanowi bezpłatnego noclegu w rozumieniu powyższego rozporządzenia. Wyrok SN otworzył drogę kierowcom do domagania się rekompensat od firm transportowych za niewypłacone ryczałty noclegowe. Szacowano, że kwoty odszkodowań mogą sięgać nawet 2 mld złotych, co miałoby katastrofalne skutki dla całej branży transportowej. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego zamknął sprawę, a sądom nie pozostało nic innego, jak oddalenie wszystkich pozwów o odszkodowania złożonych we wszystkich tego typu postępowaniach.

Jak się okazuje, kwestia rozliczania ryczałtów noclegowych będzie wymagała od branży zastosowania dodatkowych rozwiązań.

– Wyrok Trybunału z jednej strony rozwiązuje problem, który powstał po wyroku 7 Sędziów Sądu Najwyższego, a groźba olbrzymich roszczeń kierowców dotyczących ryczałtów została oddalona. Jednak opublikowanie wyroku może nieść za sobą kolejne konsekwencje. W tej chwili znów pojawia się niepewność w branży. Nikt nie jest w stanie w 100 procentach odpowiedzieć na pytanie, w jaki dokładnie sposób należy rozliczać zwrot kosztów za podróż służbową, a pamiętajmy, że jest to znaczna część wynagrodzenia kierowcy. Na ten moment, przedsiębiorcy nie mają gwarancji i pewności, w jaki sposób te składniki należy wypłacać. 18 stycznia w Ministerstwie Finansów i Infrastruktury ma się odbyć spotkanie, które być może zapoczątkuje wyjaśnienie sytuacji – mówi Bartosz Najman.

W ocenie Trybunału Konstytucyjnego, uregulowanie należności na pokrycie kosztów związanych z wykonywaniem przez kierowców podróży służbowej wymaga stworzenia odrębnych przepisów dla tej grupy pracowników, uwzględniającej specyfikę ich pracy, dlatego w tym roku można się spodziewać zmian w sposobie rozliczania podróży służbowych kierowców. W tej chwili, nie ma jednak informacji o terminie wprowadzania nowych rozporządzeń w tym zakresie.

Trump nie ujawnia szczegółów na temat polityki gospodarczej

Dolar amerykański przeszedł do defensywy po długo oczekiwanej środowej konferencji z udziałem prezydenta elekta Donalda Trumpa. W zasadzie nie powiedział on nic na temat swoich obietnic odnośnie zwiększania wydatków budżetowych i cięcia podatków.

Trump, który obejmie urząd prezydenta 20 stycznia, nie przedstawił szczegółów na temat polityki gospodarczej. Zamiast tego, skupił się na firmach farmaceutycznych oraz na amerykańskich agencjach wywiadowczych. Wywołało to osłabienie USD w stosunku do większości walut.

Sesja azjatycka przynosi pogłębienie tego ruchu. Indeks dolara, który śledzi siłę dolara amerykańskiego wobec koszyka sześciu głównych walut świata traci obecnie 0,5 proc. i jest handlowany w pobliżu poziomu 101,20, najniższego od 3 tygodni. Indeks ten wzrósł na początku stycznia do najwyższego poziomu od 2002 roku, gdyż inwestorzy oczekiwali spełnienia obietnic wyborczych Trumpa w postaci ekspansji fiskalnej, pobudzenia wzrostu gospodarczego i inflacji, co skłoniłoby Rezerwę Federalną do szybszego tempa podwyżek stóp procentowych i mocniejszego dolara.

Para walutowa EURUSD jest handlowana obecnie w pobliżu 1,0640, a przed konferencją była jeszcze na poziomie 1,0450. Podobnie sytuacja wygląda na GBPUSD, gdzie funt coraz śmielej odzyskuje wigor. Para ta jest handlowana obecnie w pobliżu 1,2275. Para USDJPY zalicza obecnie najniższy od miesiąca poziom 114. Widać odejście inwestorów od dolara na rzecz innych walut.

Ceny ropy, mimo mocno negatywnego raportu DoE nt. zapasów ropy naftowej w USA, nie zanurkowały w dół (wzrost o 4,097 mln baryłek wobec prognoz wzrostu o 1,162 mln). Warto zaznaczyć, że wcześniejsze szacunki API sugerowały wzrost zapasów i najprawdopodobniej rynek zdążył już przetrawić te informacje. Ropa WTI na ten moment jest notowana w pobliżu 52,30 USD za baryłkę, natomiast Brent 55,30 USD.

Słabszy dolar jest pozytywnym czynnikiem zarówno dla cen złota, jak i ropy. Złoto znajduje się obecnie na 7-tygodniowym maksimum, przy równym poziomie 1200 USD za uncję. Jest to ważna sesja dla cen złota. Jeśli świeca dzienna zamknie się powyżej poziomu 1200 USD za uncję, będzie to wyraźny sygnał dla byków do dalszych wzrostów.

Maciej Boruc
Manager w KOI Capital

Marketingowcom, za przetwarzanie danych bez zgody konsumenta, grozi grzywna, a nawet więzienie

Łukasz Zegarek, Kancelaria Prawna Lex Artist. Fot. serwis agencyjny MondayNews™
Łukasz Zegarek, Kancelaria Prawna Lex Artist. Fot. serwis agencyjny MondayNews™

Konsultant, dzwoniąc z ofertą handlową, bez podania źródła numeru telefonu, popełnia przestępstwo. GIODO ma prawo wydać nakaz, aby usunął uchybienie. Niewykonanie go to koszt nawet 50 tys. zł. UOKiK nakłada kary do 10% rocznego obrotu, zaś UKE do 3% przychodu. Sąd może skazać na rok pozbawienia wolności lub grzywnę. 

Nasze personalia znajdują się w bazach wielu instytucji państwowych, firm, organizacji pozarządowych i osób fizycznych. Raz na pół roku przysługuje nam prawo sprawdzenia tego, kto i w jakim celu je zebrał oraz gromadzi. Możemy nawet określić podmioty, którym były one udostępniane bez naszego udziału. Tę możliwość zapewnia obywatelom tzw. obowiązek informacyjny, zapisany w art. 24 oraz 25 ustawy o ochronie danych osobowych.

– Aby sprawdzić, w jaki sposób uzyskano dostęp do naszych personaliów, należy odszukać tzw. administratora danych osobowych. Może nim być przedsiębiorstwo przesyłające albo zlecające wysyłanie informacji handlowych. Jego nazwa i adres powinny znajdować się na końcu wiadomości, otrzymanej przez nas drogą elektroniczną. Jeżeli tego brakuje lub oferta jest składana przez telefon, ustalimy podmiot przetwarzający nasze dane osobowe, zwracając się do firmy, której usługi są reklamowane – Łukasz Zegarek z Kancelarii Prawnej Lex Artist.

Zgodnie z obowiązkiem informacyjnym, administrator danych osobowych (ADO) powinien posiadać pełną dokumentację na temat przetwarzanych treści, tj. cel, zakres i podmioty, którym były przekazywane dane konsumenta. Możemy zwrócić się do niego z pisemnym wnioskiem o przedstawienie tych szczegółów. Administrator ma obowiązek udzielić nam odpowiedzi w ciągu 30 dni, a jeśli tego zażądamy, musi to uczynić w formie pisemnej. Bezpłatnie mamy możliwość również ustalić, kto szukał o nas informacji, na podstawie numeru PESEL, w Krajowym Rejestrze Długów.

– Obowiązek informacyjny dotyczy każdej instytucji państwowej i prywatnej. Podmiot, który się od niego uchyla, ewidentnie łamie obecne przepisy. Jeżeli, np. dzwoni do nas osoba z call center z propozycją przedstawienia niezamawianej oferty, mamy prawo zapytać ją o to, skąd ma informacje na nasz temat. Jeśli nie odpowie, to popełnia przestępstwo z art. 54 ustawy o ochronie danych osobowych. Jest ono zagrożone grzywną, a także karą ograniczenia lub pozbawienia wolności do roku – zaznacza ekspert.

Podmiot, który zbiera dane osobowe, ma obowiązek poinformować ich właściciela, w jakim celu będą przetwarzane, komu udostępniane i kto jest ich administratorem. Jeżeli ustalimy, że nasze personalia są bezprawnie wykorzystywane, czyli wykryjemy przestępstwo z art. 49 ustawy o ochronie danych osobowych, możemy je zgłosić aż kilku instytucjom. Ekspert zaleca, aby w pierwszej kolejności złożyć skargę do Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych (GIODO). Wydaje on decyzje administracyjną, nakazującą usunięcie konkretnych uchybień. W przypadku ich niewykonania, kara pieniężna wynosi maksymalnie 10 tys. zł od osoby fizycznej i 50 tys. zł w stosunku do osób prawnych.

– W zależności od rodzaju sprawy, warto zwrócić się też do innych organów, nadzorujących wysyłanie informacji handlowych drogą elektroniczną. Jeden z nich to Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który reprezentuje zbiorowe interesy nabywców towarów oraz usług. Przyznaje on kary finansowe w wysokości do 10% obrotu firmy w roku obrotowym, poprzedzającym nałożenie danej sankcji. Kolejną instytucją jest Urząd Komunikacji Elektronicznej. Kontroluje systemy i usługi telekomunikacyjne. UKE może nałożyć karę w wysokości do 3% przychodu osiągniętego w poprzednim roku kalendarzowym – tłumaczy ekspert z Kancelarii Lex Artist.

Łukasz Zegarek przypomina, że możemy również skierować sprawę do prokuratury, w oparciu o art. 49 oraz art. 54 ustawy o ochronie danych osobowych. Mamy także prawo dochodzenia swych roszczeń przed sądem powszechnym. Dodatkowo chroni nas art. 51 tego aktu prawnego, który zakazuje nawet umożliwianie dostępu do danych osobowych osobom nieupoważnionym. Specjalista radzi jednak, aby z wystąpieniem na drogę sądową, poczekać na decyzję GIODO, UOKiK lub UKE. Jeżeli te instytucje stwierdzą, że doszło do popełnienia przestępstwa, same z urzędu powinny zwrócić się do prokuratury.

– Osoby, które nie chcą otrzymywać telefonów lub e-maili z ofertami promocyjnymi, mogą wpisać się na tzw. Listę Robinsonów. Dzięki temu, mają pewność, że nie otrzymają niezamówionej informacji handlowej od firm, które są członkami Stowarzyszenia Marketingu Bezpośredniego. Do tej organizacji należy obecnie 59 podmiotów. Większość z nich to agencje reklamowe i marketingu bezpośredniego oraz firmy telemarketingowe. Wszystkie zobowiązały się do tego, by nie przesyłać treści reklamowych konsumentom, którzy znajdują się w powyższym wykazie – podsumowuje Łukasz Zegarek.

Bluetooth 5.0 wywoła rewolucję. Nastąpi przełom w handlu detalicznym i usługach bezpośrednich

Wkrótce obiekty handlowe i lokale usługowe będą mogły wysyłać oferty do klientów oddalonych nawet do 400 metrów. Ale od dystansu ważniejsza okaże się możliwość przesyłania większej ilości danych, np. zdjęć. Co więcej, komunikaty reklamowe w końcu zaczną odpowiadać na indywidualne i zmieniające się potrzeby konsumentów. W 2013 r. powstał Bluetooth 4.0, a wraz z nim beacony, które za pomocą fal radiowych, emitują informacje do naszych smartfonów. Zdaniem Krzysztofa Łuczaka z firmy technologicznej Sensorberg, to właśnie zapoczątkowało marketing zbliżeniowy. Potrzeba było jednak kilku lat, aby nowa technologia upowszechniła się.

Wkrótce szersze zastosowanie zapewni jej Bluetooth 5.0, dzięki czterokrotnie dłuższemu zasięgowi i dwukrotnie większej przepustowości transmisji danych. Na zwiększonym potencjale sygnału zyskają też beacony. Najnowsza specyfikacja została zaakceptowana przez Bluetooth Special Interest Group, czyli główne ciało zarządzające standardem Bluetooth, w grudniu ub. roku. W kolejnych miesiącach pojawią się na rynku urządzenia, które będą ją wykorzystywały.

– Dziś jeszcze wydaje się dziesiątki milionów złotych na reklamy kierowane do niewłaściwych grup docelowych. Ale w wyniku rozwoju marketingu zbliżeniowego, przestrzeń publiczna zostanie w końcu oczyszczona z niepotrzebnych komunikatów. Klient zacznie otrzymywać na telefon spersonalizowaną komunikację, wyłącznie taką, na jaką będzie się godzić. Z kolei, sieć handlowa zyska wirtualną powierzchnię reklamową, na której zacznie sporo zarabiać, gdyż będzie ona nieograniczonym polem informacji. Szybko okaże się też efektywniejsza w generowaniu sprzedaży, niż tradycyjna przestrzeń reklamowa. A za kilka lat może być jedyną, jaką konsument będzie akceptował – przewiduje Łuczak.

W Polsce sieci handlowe dopiero zaczynają inwestować w beacony. Informacje o nadchodzących możliwościach utwierdzą w przekonaniu ich właścicieli, że wybrali właściwy kierunek. Jak zapowiada ekspert, w przyszłości pojawią się aplikacje mobilne marek i sieci detalicznych, które samoczynnie, choć oczywiście za wcześniejszą zgodą użytkownika telefonu, będą wchodziły z nim w interakcje. Zaczną m.in. przyznawać punkty za lojalność, przesyłać spersonalizowane kupony rabatowe oraz prezentować nowe towary i usługi. Wystarczy, że człowiek będzie miał komórkę w kieszeni lub w torebce. Klient zyska sprecyzowaną komunikację marketingową. Będzie oceniać jakość obsługi, przy użyciu smartfona. Stracą na tym pośrednicy, a zarobią te marki, które nawiążą trwałe relacje z nabywcami.

Zanik barier

– Obecnie w galeriach handlowych beacony umożliwiają komunikację sprzedawców z klientami na obszarze kilkudziesięciu metrów. Co ciekawe, są montowane na wysokości około 3 metrów nad ziemią, tylko po to, aby emisji fal radiowych nie tłumiła woda, z której w ok. 70% składa się ludzki organizm. Poza tłumem ludzi spacerujących w centrach handlowych, jest też wiele innych przeszkód, które powodują zakłócenia na drodze emitowanego sygnału. Należą do nich m.in. metal, beton, tynk, cegły, szkło, a także drewno – wyjaśnia Krzysztof Łuczak.

Oprócz galerii handlowych, urządzenia, wyposażone w technologię Bluetooth, znajdują się też w kinach, restauracjach, a także na dworcach czy lotniskach. Wcześniej w zamkniętej przestrzeni trzeba było montować beacony co 20 metrów. Wkrótce w tym samym celu wystarczy mniejsza ilość tego typu nadajników, gdyż ich realny zasięg zwiększy się do 100 m. Wprawdzie jego maksymalna długość, w przypadku Bluetooth 5.0, wyniesie 400 metrów, ale tylko na obszarze pozbawionym jakichkolwiek przeszkód. Każdy sklep, który zainstaluje beacony, rozpocznie komunikację z klientami na większą, niż dotąd, odległość. Inwestycja ta okaże się też mniej kosztowna, ponieważ będzie wymagać mniejszej ilości nadajników. Jeden zastąpi kilka dotychczasowych i spełni swoją funkcję na większym obszarze.

– Od dystansu, ważniejsza jednak będzie zwiększona ilość emitowanych danych. Dotychczas, przy użyciu technologii Bluetooth, można było wysyłać, co najwyżej linki do stron internetowych. Wkrótce możliwe stanie się przesyłanie większych plików, np. multimedialnych. Znajdą się wśród nich zdjęcia i filmy wideo. Beacony zaczną też komunikować się między sobą. Wystarczy, że jeden z nich będzie podłączony do Internetu, aby reszta mogła przesyłać dane w swoim obiegu. Specjaliści od reklamy nie są jeszcze gotowi na takie zmiany. Dlatego, powinni już teraz kształcić się w kierunku nowych możliwości technologicznych. Inaczej, nie będą mieli przyszłości na rynku – zaznacza ekspert.

(Nie)chciane reklamy

Ważne jest, aby dostarczać klientowi wartość, która idzie razem z przekazem reklamowym. Jak twierdzi Krzysztof Łuczak, beacony posłużą raczej tłumieniu szumu marketingowego, niż jego „rozdmuchaniu”. Nie będziemy więc atakowani niechcianymi reklamami, podobnie jak nie dostajemy 50 SMS-ów dziennie z komunikatami marketingowymi. Nowa technologia sprawi, że w określonych lokalizacjach otrzymamy tylko takie informacje, które będą relewantne do danej godziny, a także naszego nastroju. Już teraz to się dzieje. Podczas wydarzeń sportowych wysyłane są kontekstowe notyfikacje reklamowe. Dla przykładu, po strzelonej bramce FC Barcelony, kibice otrzymują do wykorzystania rabat na zakup gadżetów swojego klubu. W tym kierunku będzie zmierzać komunikacja marek z klientami.

– Większy zasięg mógłby sprawić, że do konsumentów docierałyby niechciane reklamy. Nie ma jednak takiej obawy. Nowa technologia odrzuci te komunikaty, które nie będą powiązane z kontekstem lokalizacji. Po prostu telefon ich nie wyświetli. Porównałbym to do Twittera czy Facebooka, gdzie obserwujemy tylko wybranych przez siebie ludzi. Tak samo będzie z przesyłaniem informacji za pośrednictwem beaconów. Marketerzy dotrą z nimi tylko do osób, które wyrażą zgodę opt-in na ich otrzymanie, za pośrednictwem używanej aplikacji mobilnej – wyjaśnia Krzysztof Łuczak.

W miejscach o dużym zagęszczeniu infrastrukturalnym może być aż kilkanaście różnych sygnałów. To jednak nie zaburzy funkcjonowania telefonów. Poprzez zainstalowane aplikacje na swoim urządzeniu mobilnym, konsument będzie wybierał reklamy, które zechce otrzymywać. W związku z tym, smartfon znajdujący się w zasięgu nawet 20 beaconów, dostanie, np. jedno powiadomienie, podobnie jak w przypadku radia ustawionego na odbieranie danej fali. Doświadczenie, które zyskały firmy montujące nadajniki, pozwoli w przyszłości na umiejętne ich wykorzystanie w celu zwiększania przychodów. Jest to unikalna i specjalistyczna wiedza z zakresu marketingu zbliżeniowego.

Potencjał rynku

Jak zauważa Krzysztof Łuczak, głównymi użytkownikami technologii Bluetooth są ludzie młodzi, tzw. millenialsi (osoby urodzone w latach 1982-2004). Ta grupa konsumentów nie ma żadnych obaw przed nowymi rozwiązaniami technologicznymi. Bardzo chętnie korzysta również z możliwości porównywania cen i produktów, jakie oferuje tzw. smart shopping. Kampanie marketingu zbliżeniowego powinny być kierowane zatem do tej warstwy społecznej, której zasobność portfela rośnie najszybciej. Są to przede wszystkim osoby aktualnie wchodzące na szczyt swojej zawodowej kariery.

– Szerszy zasięg Bluetooth 5.0 powinien przynieść konsumentom wiele korzyści, dlatego może szybko się upowszechnić. Użytkownicy smartwatchów, odchodząc nawet kilkaset metrów od smartfonów, wciąż będą informowani o połączeniach i wiadomościach. Przesyłanie plików, za pomocą tej technologii, stanie się dużo szybsze, niż obecnie jest to możliwe. Ponadto, przechodzenie z jednego pomieszczenia do drugiego, z telefonem w ręku, nie przerwie łączności z głośnikiem bezprzewodowym, nadającym np. muzykę w innym pokoju lub sali. To z pewnością zainteresuje młodych ludzi – zapowiada Łuczak.
Marketing zbliżeniowy może wyjątkowo szybko upowszechnić się w Polsce, ze względu na dynamiczny rozwój sieci beaconów, a także działających podobnie do nich, lecz na większą skalę, usług geofencingu. Od kilku lat w naszym kraju tworzone są zarówno nadajniki, jak i aplikacje mobilne, wykorzystujące kontekst lokalizacji użytkownika. Zdaniem eksperta, te przedsiębiorstwa, które jako pierwsze nauczą się umiejętnie stosować nową technologię, zyskają strategiczną przewagę, w stosunku do swoich konkurentów. Beacony pozwolą im bowiem na celowanie z reklamą w użytkowników znajdujących się w konkretnym sklepie. Dlatego firmy, otwarte na innowacje, pokładają duże nadzieje w Bluetooth 5.0. Rynek ostatecznie zweryfikuje powyższe prognozy.

Jedna piąta smartfonów sprzedanych w 2017 roku, będzie miała wbudowane elementy „sztucznej inteligencji”

Ponad trzysta milionów smartfonów sprzedanych w 2017 roku będzie wyposażona w tzw. systemy samouczące się, czyli algorytmy uczenia maszynowego, potocznie zwane elementami „sztucznej inteligencji” – przewiduje szesnasta edycja raportu Global TMT Predictions, przygotowana przez firmę doradczą Deloitte. Jednocześnie już na początku tego roku liczba aktywnych urządzeń wyposażonych w biometryczne czytniki linii papilarnych, powinna po raz pierwszy przekroczyć poziom miliarda sztuk. Każdy z takich czujników będzie używany średnio 30 razy dziennie. Deloitte spodziewa się też ważnych zmian w motoryzacji. W ciągu najbliższych pięciu lat, dzięki upowszechnieniu i udoskonaleniu niezależnych od kierowców systemów awaryjnego hamowania, liczba wypadków śmiertelnych w samych tylko Stanach Zjednoczonych spadnie o 16 proc.

Raport „Global TMT Predictions” prezentuje główne trendy z dziedziny technologii, mediów i telekomunikacji, które mogą wywrzeć istotny wpływ na rynek w perspektywie najbliższych pięciu lat.

Ponad 300 milionów smartfonów lub też ponad jedna piąta wszystkich urządzeń tego typu sprzedanych w 2017 roku będzie mieć wbudowane systemy uczące się. „Urządzenia mobilne będą w stanie wykorzystywać efektywnie algorytmy uczenia maszynowego, potocznie zwane elementami „sztucznej inteligencji”. Fakt ten wywrze znaczący wpływ na to, jak wkrótce będziemy korzystać z nowoczesnych technologii. Z czasem systemy samouczące się w trybie offline, pojawią się w dziesiątkach milionów dronów, tabletów, samochodów, urządzeń ze sfery rzeczywistości wirtualnej i rozszerzonej czy Internetu Rzeczy (IoT), urządzeń medycznych oraz w innych, opracowywanych obecnie technologiach” – mówi Tomasz Grabowski, Partner, Lider sektora TMT w Polsce, Deloitte. Mobilne systemy samouczące będą również w coraz większym stopniu przyczyniać się do usprawniania mechanizmów reagowania w sytuacjach kryzysowych, a także dzięki pojazdom autonomicznym, ograniczania liczby wypadków śmiertelnych. Takie systemy będą również stanowić istotny element obrony przed cyberatakami.

Kolejnym innowacyjnym rozwiązaniem, które może odmienić otaczający nas świat są automatyczne systemy awaryjnego hamowania (AEB). Deloitte prognozuje, że do 2022 roku w samych Stanach Zjednoczonych liczba śmiertelnych wypadków samochodowych spadnie o sześć tysięcy, czyli o 16 proc. Prawdopodobnie przyczyni się do tego przede wszystkim szersze zastosowanie technologii AEB, w którą w Stanach Zjednoczonych do tego czasu będzie wyposażona jedna szósta aut osobowych i mniejszych ciężarówek. „Technologie AEB, które pozwalają pojazdowi zareagować na jakąkolwiek przeszkodę nawet w ciągu 1-2 milisekund, w ciągu najbliższych kilku lat staną się coraz bardziej powszechne, stanieją i będą na tyle efektywne, że mogą nawet spowodować spowolnienie popularyzacji samochodów autonomicznych” – mówi Tomasz Grabowski.

Rozwój nowych technologii, jak również sposób i tempo, w jakim wkraczają one do naszego życia wpływa na to jak pracujemy i funkcjonujemy na co dzień. Jak przewiduje raport Deloitte do końca 2018 roku wydatki związane na obsługę informatyczną w modelu IT-as-a-Service (przeznaczone na centra danych, oprogramowanie i inne usługi) osiągną wartość niemal 550 miliardów dolarów, w porównaniu z 361 miliardami dolarów w 2016 roku. Elastyczne modele biznesowe oparte na modelu „As-a-Service” spowodują, że w 2018 roku firmy przeznaczą na nie ponad jedną trzecią wszystkich wydatków informatycznych (35 proc.). Inwestycje w nie mogą przekroczyć w sumie pół biliona dolarów i będą szybko rosnąć. Tendencja ta wpłynie w znacznym stopniu na modele biznesowe wykorzystywane przez branżę IT przy wprowadzaniu na rynek nowych technologii.

Dodatkowe wybrane prognozy TMT na rok 2017:

  • Cyberataki w erze Terabitów

W 2017 roku forma cyberataku znana pod nazwą DDoS (Distributed Denial-of-Service) będzie stosowana częściej, na większą skalę i trudniej będzie ją opanować. Według przewidywań, miesięcznie wystąpi średnio jeden atak o przepustowości 1 terabita na sekundę (Tbit/s), a łączna liczba ataków DDOS powinna przekroczyć 10 milionów – przy średniej jednostkowej skali wynoszącej 1,25 – 1,5 gigabitów na sekundę (Gbit/s). Wzrost zagrożeń DDoS wynika przede wszystkim z rosnącej liczby urządzeń z obszaru Internetu Rzeczy, dostępności w sieci złośliwego oprogramowania, które umożliwia stosunkowo niedoświadczonym hakerom dostęp do niezabezpieczonych urządzeń IoT oraz wykorzystanie ich w kolejnych atakach, a także wzrost przepustowości łączy telekomunikacyjnych.

  • Zabezpieczenia biometryczne obecne już w ponad miliardzie urządzeń

Na początku 2017 roku liczba aktywnych urządzeń, wyposażonych w czytniki linii papilarnych prawdopodobnie przekroczy wartość miliarda. Każdy z takich czujników będzie używany średnio 30 razy dziennie, co łącznie przełoży się na ponad 10 bilionów dotknięć na świecie w ciągu roku. Tempo, w jakim rośnie dostęp do technologii biometrycznych i ich popularność wśród klientów sprawiają, że wyzwaniem staje się poszukiwanie kolejnych zastosowań dla tej formy szybkiego i bezpiecznego uwierzytelniania.

  • Czy sprzedaż tabletów osiągnęła już swoją najwyższą wartość?

Sprzedaż tabletów w 2017 roku prawdopodobnie wyniesie mniej niż 165 milionów urządzeń, co przekłada się na spadek o ok. 10 procent, z wartości 182 milionów w 2016 roku. Taka tendencja sugeruje, że szczyt popytu na tablety mamy już za sobą. Choć dane liczbowe różnią się w zależności od kraju, w chwili obecnej trzy inne urządzenia (telewizory, smartfony i komputery) znacznie wyprzedzają popularność tabletów, jeśli chodzi o preferencje klientów.

  • Wartość sprzedaż winyli bliska miliarda dolarów

Z kolei płyty winylowe, które niedawno powróciły do łask, nadal będą w 2017 roku zyskiwać na popularności, a całkowite przychody z ich sprzedaży (oraz powiązanych z nimi urządzeń) po raz pierwszy w tym stuleciu osiągną wartość miliarda dolarów w skali globalnej. Przychody ze sprzedaży nowych płyt winylowych w tym roku prawdopodobnie będą odpowiadać za 6 proc. przewidywanych przychodów branży muzycznej na świecie, które w najbliższych 12 miesiącach wyniosą ok. 15 miliardów dolarów amerykańskich. Jednak przyszłość dystrybucji muzyki nadal przede wszystkim będzie należała do kanałów cyfrowych.

  • 5G: Rewolucja w ewolucji, nawet jeszcze w 2017 roku

Na 2017 rok spodziewane są istotne kroki zmierzające do uruchomienia 5G – sieci mobilnej piątej generacji. Planowane modernizacje sieci związane z technologią 4G oraz wprowadzenie (póki co wciąż
w bardzo ograniczonym zakresie) technologii 5G powinno oswoić użytkowników i operatorów z kilkoma najważniejszymi cechami sieci 5G, takimi jak: znacznie większe prędkości przesyłania danych, niższy poziom opóźnień oraz wsparcie dla czujników i urządzeń IoT o niskim zużyciu prądu i małej szybkości transmisji.

  • Przychody z reklam telewizyjnych w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy pozostaną na poziomie z zeszłego roku

Chociaż oczekuje się, że przychody z reklam telewizyjnych w USA utrzymają się na poziomie z roku 2016, jest to prognoza bardzo optymistyczna biorąc pod uwagę, że nie brakuje opinii, że sektor reklam telewizyjnych traci na znaczeniu. Utrzymanie przychodów na tym samym poziomie stanowi więc swoisty sukces. Wydatki na reklamę nie zmienią się z kilku powodów, między innymi dlatego, że nadal oglądalność telewizji pozostaje wysoka, możliwości omijania reklam są ograniczone, starsze pokolenie Amerykanów ogląda telewizję nieco częściej, a z perspektywy niektórych reklamodawców, streamingowi online ciągle brak masowości, która cechuje tradycyjną telewizję.

Szesnasta odsłona raportu Deloitte – Global TMT Predictions prezentuje główne trendy z dziedziny technologii, mediów

i telekomunikacji, które mogą wywrzeć istotny wpływ na rynek w perspektywie najbliższych pięciu lat. Szczegółowe informacje na temat raportu można znaleźć pod adresem: www.deloitte.com/pl/tmtpredictions2017

Raport TMT Predictions opiera się na badaniach przeprowadzonych na całym świecie oraz pogłębionych wywiadach i wiedzy pochodzącej od klientów firm członkowskich Deloitte, analityków branżowych firmy, osób zajmujących kierownicze stanowiska w departamentach obsługi branży TMT oraz tysięcy konsultantów sieci Deloitte zajmujących się dziedziną TMT w praktyce. Kwestie, na które raport kładzie szczególny nacisk zmieniają się z roku na rok, ale jeden temat wydaje się być wszechobecny: coraz silniejszy wpływ branży TMT na nasze życie.

DM mBank: Rynek pracy napędza polską gospodarkę. W 2017 roku spodziewany jest dalszy spadek bezrobocia przy wyższych wynagrodzeniach

DM mBank: Rynek pracy napędza polską gospodarkę. W 2017 roku spodziewany jest dalszy spadek bezrobocia przy wyższych wynagrodzeniach 6

Rok 2016 upłynął pod znakiem dobrej sytuacji na rynku pracy. Najniższa od 25 lat stopa bezrobocia, wyższe płace i rosnące zatrudnienie sprawiały, że w Polsce mamy do czynienia z rynkiem pracownika. Podobnie powinno być również w tym roku, eksperci przewidują dalszy spadek bezrobocia. Dobra sytuacja na rynku pracy będzie wpływała na poprawę aktywności gospodarczej – wskazuje Rafał Sadoch z Domu Maklerskiego mBanku.

– Rynek pracy to ten element, który wygląda najlepiej w polskiej gospodarce – podkreśla Rafał Sadoch, analityk Domu Maklerskiego mBanku. – Stopa bezrobocia spada, jest na najniższych poziomach w ciągu ostatnich 25 lat. Należy oczekiwać dalszego spadku bezrobocia. Wydaje się, że w kolejnych kwartałach, eliminując czynniki sezonowe, końcówka 2017 roku powinna być zdecydowanie lepsza pod względem stopy bezrobocia, oczekiwany jest dalszy spadek – prognozuje.

W 2016 roku bezrobocie systematycznie spadało. W listopadzie, podobnie jak w październiku, wyniosło 8,2 proc. (przy 9,6 proc. w listopadzie 2015 roku). To najlepszy wynik od 25 lat. Jednocześnie w części kraju jest bezrobocie naturalne, tzn. pracują wszystkie osoby, które chcą pracować. W niektórych branżach brakuje zaś rąk do pracy. Raport Manpower Group wskazuje, że blisko połowa pracodawców ma problemy ze znalezieniem odpowiedniej kadry. Obecnie na rynku nieobsadzonych jest ok. 100 tys. miejsc.

– Nowe miejsca pracy kreowane są w bardzo przyzwoitym tempie. Na niską stopę bezrobocia będzie stopniowo oddziaływał efekt coraz mniejszej liczby rąk do pracy. Pojawia się problem, jeśli chodzi o podaż pracy. Wszystko wskazuje na to, że rynek pracy staje się rynkiem pracownika i w najbliższym czasie nie widać elementu, który mógłby zmienić tę sytuację. Wszystko będzie prowadzić do tego, że stopa bezrobocia będzie coraz niższa, a pracownicy będą oczekiwali szybszego wzrostu wynagrodzeń, który również będzie wynikiem przyspieszenia inflacji – analizuje Sadoch.

Średnia pensja w gospodarce narodowej w III kw. 2016 roku wyniosła nieco ponad 4 tys. zł. W skali roku to wzrost o ok. 160 zł, czyli ponad 4 proc. Rzeczywiście jednak wzrost jest większy, biorąc pod uwagę utrzymującą się przez niemal cały rok deflację (oprócz grudnia). Po uwzględnieniu deflacji wzrost sięgnął 5 proc. Przy ujemnej inflacji dynamika realnego funduszu płac kształtuje się na poziomie ok. 10 proc. w skali roku. Ostatnio takie dane notowano w 2008 roku. W 2017 roku można się spodziewać dalszego wzrostu średnich płac. NBP szacuje, że średnie wynagrodzenia wzrosną o 5 proc.

– Rynek pracy będzie jednym z elementów, który przyczyni się do poprawy aktywności gospodarczej. Gdy na wzrost płac nałożymy wzrost zatrudnienia, to mamy do czynienia z sytuacją, w której realny fundusz płac, czyli to, co mają do dyspozycji osoby pracujące w sektorze przedsiębiorstw, jest większy o 10 proc. niż w 2015 roku. To jeden z elementów, oprócz programu Rodzina 500 plus, który będzie oddziaływał na przyspieszenie konsumpcji, polskie gospodarstwa domowe będą wydawały po prostu coraz więcej – tłumaczy Rafał Sadoch.

Prof. Chojna-Duch: W 2017 roku deficyt budżetowy może nie przekroczyć 3 proc. Będzie miała na to wpływ przede wszystkim ściągalność podatków i jakość legislacji

Prof. Chojna-Duch: W 2017 roku deficyt budżetowy może nie przekroczyć 3 proc. Będzie miała na to wpływ przede wszystkim ściągalność podatków i jakość legislacji 7

Rok 2017 będzie pomyślny dla polskiej gospodarki – ocenia prof. Elżbieta Chojna-Duch, była członkini Rady Polityki Pieniężnej. Ekspertka ocenia, że dzięki zwiększonym wpływom do budżetu, przede wszystkim z podatków, deficyt może być mniejszy niż 3 proc. Dużo będzie też zależeć od sytuacji politycznej na świecie. W tym roku będzie też dominowała konserwatywna polityka pieniężna. Dopiero przy wzroście gospodarczym znacznie przekraczającym oczekiwania można się spodziewać podwyżki stóp procentowych.

– Rok 2017 będzie wciąż jeszcze rokiem pomyślnym dla gospodarki. Poziomy będą jednak nieco niższe niż te optymistycznie zaplanowane w budżecie. Na pewno nastąpi pobudzenie wzrostu związane z inflacją, a to oznacza wyższe dochody do budżetu. Również polityka fiskalna jest prowadzona roztropnie, rząd dąży do zwiększenia puli dochodów różnymi możliwymi regulacjami prawnymi – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor prof. Elżbieta Chojna-Duch, była członkini Rady Polityki Pieniężnej.

W Polsce po raz pierwszy od ponad 2 lat pojawiła się inflacja (0,8 proc. w grudniu 2016 roku). W 2017 roku NBP prognozuje, że roczna dynamika cen znajdzie się z 50-proc. prawdopodobieństwem w przedziale od 0,5–2,0 proc. Zdaniem analityków średnia wyniesie ok. 1,5 proc.

Wyższe mają też być wpływy z podatków. Tylko w od stycznia do listopada 2016 roku dochody budżetu państwa były wyższe o 11,6 proc. w porównaniu z tym samym okresem rok wcześniej. Dochody podatkowe wzrosły w tym okresie o 7,4 proc. rdr., w tym z podatku VAT o ponad 7 proc. (ok. 8,4 mld zł), z podatku akcyzowego i podatku od gier o 5 proc. (2,9 mld zł), z podatku PIT o ponad 7 proc. (ok. 3 mld zł).

– Dlatego moim zdaniem deficyt będzie niższy, niż zaplanowano, zdecydowanie niższy niż 3 proc., czyli niższy od deficytu, który stanowi limit Maastricht. Może wynieść lekko powyżej 2 proc., co jest dużym osiągnięciem i będzie dobrze postrzegane za granicą. Zależy to od jakości legislacji i pracy służb skarbowych oraz przede wszystkim od ściągalności podatku VAT – prognozuje ekspertka.

Wedle zapowiedzi resortu finansów dochody zaplanowane w projekcie budżetu z głównych podatków, dochodów niepodatkowych oraz wpływów z zysku wyniosą ponad 306 mld zł, czyli o 6,9 proc. więcej niż w 2016 roku. Największy wzrost jest przewidywany w podatku od gier (o 123,6 proc.), przede wszystkim dzięki nowelizacji ustawy hazardowej, która wprowadza m.in. monopol państwa na gry hazardowe.

– Powstają różne ważne ustawy i szereg innego rodzaju pociągnięć, może mało widocznych, ale z perspektywy ekonomisty takich, które stanowią wzrost rzędu kilku miliardów złotych. Liczę, że przyczynią się do tego wpływy z zysku Narodowego Banku Polskiego – wskazuje Chojna-Duch.

Za 2015 rok NBP odnotował zysk w wysokości ponad 8 mld zł, z czego zgodnie z ustawą 95 proc. zostało przekazane do budżetu państwa. W tym roku opłata z zysku NBP uwzględniona w projekcie ustawy budżetowej na 2017 rok to 627,5 mln zł.

– Także złoty wydaje się względnie stabilny. Oczywiście będzie to zależało od podwyżek stóp w Stanach Zjednoczonych, bo te z pewnością będą, i ich częstotliwości oraz ewentualnych niepokojów na rynkach zewnętrznych. Sądzę, że w kraju sytuacja polityczna w jakiś sposób wyhamuje niepokoje, z którymi mieliśmy ostatnio do czynienia – ocenia była członkini Rady Polityki Pieniężnej.

Zdaniem ekspertki w tym roku nie powinniśmy się spodziewać podniesienia stóp procentowych.

– Rada wydaje się konserwatywna, co jest dobrym postępowaniem w sytuacji niepokojów zewnętrznych. Sądzę, że taka polityka będzie dominowała również w 2017 roku. Jeżeli wzrost przyspieszy ponad oczekiwania rynkowe i plany ministra finansów, to z pewnością RPP będzie się zastanawiała nad możliwościami podwyżek stóp procentowych, czyli normalizacją polityki pieniężnej – wskazuje prof. Elżbieta Chojna-Duch.

Rośnie popularność usług coachingowych w Polsce. Rynek czekają wzrosty

Rośnie popularność usług coachingowych w Polsce. Rynek czekają wzrosty 8

U blisko 80 proc. osób, które skorzystały z coachingu, wzrosła pewność siebie. Niewiele mniej zadeklarowało poprawę relacji interpersonalnych. Coaching wspomaga również życie zawodowe. W Polsce tego typu usługi dopiero zdobywają popularność. Wartość rynku szacuje się na 40 mln zł. Obecnie to najskuteczniejsza forma wsparcia drugiego człowieka – przekonuje Irena Sowińska, dyrektor Szkoły Coachów Prosperity.

 Zainteresowanie usługami coachingowymi dynamicznie rośnie. W ostatnich latach Polacy przekonali się, że jest to bardzo pomocna i skuteczna forma rozwoju i osiągania sukcesu. Dlatego przyszłość przed dobrym coachingiem jest naprawdę jasna – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Irena Sowińska, ekspert coachingu nowej generacji i dyrektor Szkoły Coachów Prosperity.

Coaching w Polsce jest zjawiskiem wciąż młodym. Zainteresowanie tego typem usług jest zdecydowanie mniejsze niż na Zachodzie, jednak systematycznie rośnie. Szacuje się, że wartość rynku może sięgać 40 mln zł. Jak wskazuje Sowińska, większe zainteresowanie coachingiem wiąże się z rosnącą świadomością korzyści, jakie z niego płyną, i wiedzą na ten temat.

 Polacy pracują w międzynarodowych firmach, mają kontakt ze światem i widzą, że dzięki dobremu coachingowi ludzie osiągają zupełnie inne rezultaty, niż pracując sami ze sobą czy polegając wyłącznie na szkoleniach. To obecnie najskuteczniejsza forma pracy i wsparcia drugiego człowieka – tłumaczy ekspertka.

Statystyki Międzynarodowej Federacji Coachingu wskazują, że coaching może się przyczynić do podwyższenia osiągnięć zawodowych o 71 proc. Wspomaga zarządzanie biznesem i poprawia skuteczność zespołu. Jednocześnie 80 proc. osób, które skorzystały z coachingu, podwyższyło pewność siebie, ponad 70 proc. poprawiło swoje relacje interpersonalne i zmieniło nawyki komunikacyjne, a 67 proc. zmieniło na lepsze proporcje pomiędzy życiem zawodowym a osobistym.

– Największym zainteresowaniem cieszy się business oraz life coaching, choć trudno to tak naprawdę rozdzielić. To, kim jesteśmy i jak się rozwijamy, wpływa na wszystkie nasze role życiowe. Człowiek mający wysokie poczucie wartości potrafi być dobrym liderem i rodzicem – przekonuje dyrektor Szkoły Coachów Prosperity.

Badania Chartered Institute of Personnel and Development w Wielkiej Brytanii wskazują, że 78 proc. firm stosuje coaching jako część systemu podnoszenia kwalifikacji pracowniczych. W połowie firm jest to dominujący element szkoleń. Podobnie jest w większości krajów zachodnich. Takie tendencje powoli widać również w Polsce.

– Coaching zmierza w dobrym kierunku, rozwija się, kształcimy wielu dobrych coachów, mamy coraz lepsze programy szkoleń – ocenia Sowińska. – Ludzie, którzy gdzieś utknęli, mają problemy w relacjach osobistych czy w pracy, przychodzą do nas, żeby ruszyć do przodu. To najbardziej skuteczna i efektywna metoda pracy rozwojowej, pracy z ludźmi, ze sobą, dlatego myślę, że przyszłość należy do nas – podkreśla.

Jak wskazuje ekspertka, coaching nie jest produktem, a procesem. Choć już po 2–3 sesjach widać pierwsze rezultaty, konieczna jest zmiana sposobu myślenia i nastawienia, do tego zaś konieczne jest większe poczucie własnej wartości i wyższa samoocena.

– To proces, który musi trwać co najmniej trzy miesiące, albo i więcej, tak, żeby człowiek mógł zbudować nowe nawyki, zaczął po nowemu funkcjonować. Wówczas ta zmiana może być trwała. Czasami po dwóch sesjach zdarzają się cudowne rzeczy, ale ważne jest, żeby ugruntować zmiany, a nowa jakość życia była odczuwalna na stałe. W naszej metodologii Coachingu Prosperity mamy 15 sesji, spotykamy się regularnie i wtedy te efekty są trwałe – podkreśla Irena Sowińska.