Qumak z nową strategią na lata 2017-2020

Tomasz Laudy, Prezes Zarządu Qumak S.A.
Tomasz Laudy, Prezes Zarządu Qumak S.A.

Qumak przedstawił strategię Grupy na lata 2017-2020. Przez najbliższe cztery lata spółka skoncentruje się na innowacyjnych produktach i usługach własnych, rozwoju outsourcingu oraz ekspansji zagranicznej w oparciu o nową, skoncentrowaną na rynek i bardziej elastyczną organizację.

Zgodnie z założeniami nowej strategii, Qumak postawi między innymi na intensywną komercjalizację swoich produktów, takich jak symulatory dla rynku transportowego, aplikacje dla obszaru inteligentnych miast czy magazyn energii zarówno dla branży energetycznej jak i klientów biznesowych. Jednocześnie, spółka planuje rozwijać swoje portfolio o kolejne innowacyjne rozwiązania i usługi własne w oparciu o nowe centra kompetencyjne. Jak zapowiedział Tomasz Laudy, Prezes Zarządu Qumak S.A. następstwem lokalnej komercjalizacji produktów i usług, będzie ekspansja zagraniczna. Docelowo, jedna piąta wypracowywanych przychodów Grupy ma pochodzić spoza rynku polskiego.

Chcemy budować biznes zdywersyfikowany rynkowo. Dlatego, skoncentrujemy się na obszarach działalności, w których mamy najsilniejsze i unikatowe kompetencje i w nich będziemy opracowywać nowe rozwiązania oraz usługi adresujące rynkowe  trendy i potrzeby naszych klientów – tłumaczy Tomasz Laudy. Naszą ambicją jest uzyskanie większej powtarzalności sprzedaży i przewidywalności biznesu. Dlatego, jednym z priorytetów strategicznych  i motorem naszego wzrostu w najbliższych latach, będzie rozwój usług outsourcingowych – dodaje.

Spółka zapowiedziała również realizację inwestycji rozwojowych, na które do 2019 roku przeznaczy ok. 7 mln złotych. W ramach działalności IT Qumak będzie rozwijać swoją ofertę produktowo-usługową w zakresie zarządzania majątkiem, cyberbezpieczeństwa, profesjonalnych usług IT oraz inteligentnych miast. Grupa zapowiedziała również inwestycje prorozwojowe w obszarze inteligentnej infrastruktury, obejmujące automatykę budynkową, centra danych, multimedia, magazyny energii oraz symulatory.

Inteligentna infrastruktura to obszar, w którym widzimy ogromny potencjał, w szczególności w takich sektorach jak wojsko, kolej, energetyka, czy też inteligentne miasta. Według prognoz, w sektorze kolejowym w samym 2017 r. na inwestycje zostanie przeznaczonych ok. 6 mld zł., natomiast wydatki w zakresie modernizacji wojskowej infrastruktury lotniskowej oszacowano na ok. 1 mld zł w ciągu najbliższych dwóch lat. Dużej dynamiki rozwoju spodziewamy się także w obszarze energetycznym – magazyny energii, inteligentnych miast i e-administracji. W tych perspektywicznych obszarach planujemy podnosić konkurencyjność naszej oferty i stale uzupełniać ją o innowacyjne produkty i usługi. Oczekujemy, że w ciągu najbliższych czterech lat te inwestycje przyniosą spółce 100 mln zł dodatkowych przychodów – mówi Tomasz Laudy.

W ramach nowej strategii Qumak zapowiedział również partnerstwa technologiczne z innowacyjnymi dostawcami rozwiązań ICT i firmami komplementarnymi, w obszarach takich jak:  efektywność energetyczna, systemy Business Intelligence, wirtualizacja i przetwarzanie w chmurze czy cyberbezpieczeństwo.

Słaby weekend funta. Problemy polskich banków

Dane z Japonii zgodne z oczekiwaniami, ale wzmacniają jena. Problemy funta. – jednej strony inflacja, z drugiej Brexit. Rozwiązania kredytów frankowych mogą uderzyć rykoszetem.

Dane ze świata

W nocy poznaliśmy odczyt wzrostu produkcji przemysłowej w Japonii. Był zgodny z oczekiwaniami analityków i wyniósł 4,6% w skali roku. Inwestorzy potraktowali go jako dobrą informację i okazję do dokupienia jenów. Najwyraźniej, biorąc pod uwagę to jak często dane z kraju kwitnącej wiśni wypadały poniżej oczekiwań, potraktowali to jako dobrą monetę. O godzinie 10:30 poznaliśmy dane na temat zmian cen w Wielkiej Brytanii. Z jednej strony ceny dla konsumentów rosną szybciej niż oczekiwano. W ciągu roku było to 1,6% względem oczekiwanych 1,4%. Z drugiej strony poznaliśmy zmiany cen producentów. Rosły one o 2,7% wobec oczekiwanych 2,9%. Dane te pokazują spadającą opłacalność produkcji co w długim okresie nie wróży dobrze funtowi.

Weekendowe problemy funta

W weekend doszło do gwałtownej przeceny funta. W piątek wieczór na zamknięciu funt kosztował około 5 zł, w poniedziałek na otwarciu niemal 5 groszy mniej. Powodem są znowu strachy związane z Brexitem. W dalszym ciągu nie wiadomo na jakich warunkach przyjdzie Wielkiej Brytanii opuścić struktury unijne. Znowu pojawiły się spekulacje na temat twardego Brexitu i utraty dostępu do wspólnego rynku. Politycy brytyjscy oczywiście uspokajają mówiąc o zaledwie krótkoterminowych stratach oraz budowie nowego modelu ekonomicznego. Ciężko jednak nie zauważyć, że taki scenariusz o ile oczywiście do niego dojdzie będzie olbrzymim problemem.

Atrapa rozwiązania frankowego

Pierwszy element nakłaniania banków do zawierania dobrowolnych umów jest znany. Jest to podniesienie wagi ryzyka kredytów walutowych na nieruchomości. Rezultat takich działań może być jednak zgoła odmienny niż oczekiwano. Bank ma dwie możliwości zgodzić się na stratę lub udzielać mniej nowych kredytów. W rezultacie istnieje duża szansa, że właśnie zamiast rozwiązać problemy lokalowe osób, które zadłużyły się we franku stworzono takie problemy dla nowych kredytobiorców.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 11:00 – Niemcy – indeks instytutu ZEW,
  • 14:30 – USA – index NEW York Empire State.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Czy Moody’s i Fitch słusznie utrzymały rating dla Polski i co z obligacjami?

Dariusz Lasek, dyrektor inwestycyjny ds. papierów dłużnych Union Investment TFI
Dariusz Lasek, dyrektor inwestycyjny ds. papierów dłużnych Union Investment TFI

W piątek wieczorem poznaliśmy decyzję Fitch Ratings w sprawie ratingu dla Polski. Obyło się bez niespodzianek. Agencje putrzymały ocenę dla naszego kraju. Fitch na poziomie „A-” z perspektywą stabilną, a Moody’s na poziomie „A2” z perspektywą negatywną.

Czy decyzje Moody’s i Fitch wpłyną w najbliższych miesiącach na polskie obligacje skarbowe?

Jeśli tak, to w minimalnym stopniu. Dużo ważniejsza będzie dynamika wzrostu inflacji w Polsce. Najbardziej prawdopodobne jest to, że już w okolicach marca inflacja przekroczy 1,5%, a następnie się ustabilizuje. W takim scenariuszu na koniec 2017 roku rentowność 10-letnich obligacji polskich nie powinna wzrosnąć bardziej niż do ok. 4,0%.W międzyczasie natomiast spodziewamy się okresowych spadków rentowności, na których da się zarobić.

Wróćmy do ratingu. Dlaczego utrzymanie oceny przez agencje Moody’s i Fitch jest, naszym zdaniem, uzasadnione?

  • Wykonanie budżetu: W 2016 roku wykonanie budżetu państwa okazało się bardzo dobre – dużo lepsze od planu zakładanego przez rząd. Deficyt budżetowy w relacji do PKB udało się utrzymać na poziomie ok. 2% (dla państw Unii Europejskiej dopuszczalny limit wynosi 3% PKB). To efekt lepszej ściągalności podatków, aukcji częstotliwości telefonii komórkowej oraz przesuniętych wpływów budżetowych z 2015 roku.

Kluczowe jest to, czy w 2017 roku deficyt finansów publicznych przekroczy 3%. Na plus dla budżetu państwa przemawia rosnąca inflacja, która zwiększy jego przychody. Pewien problem może natomiast stanowić niższa od zakładanej przez rząd dynamika wzrostu PKB.

  • Wzrost gospodarczy: Obie agencje ratingowe (i nie tylko one) obniżyły prognozy wzrostu PKB w Polsce na ten rok. Również naszym zdaniem 2017 rok będzie pod pewnymi względami trudny dla polskiej gospodarki. Oczekujemy jednak, że wzrost gospodarczy zrównoważą niskie stopy procentowe oraz słabszy złoty. W drugim półroczu powinny też przyspieszyć inwestycje (m.in. ze środków unijnych). Naszym zdaniem, w 2017 roku PKB Polski wzrośnie maksymalnie o 3%.
  • Popyt na obligacje: Przy wystawianiu ocen agencje ratingowe biorą pod uwagę kondycję finansową państwa i jego zdolność do realizacji zobowiązań w dłuższym okresie. Na korzyść Polski przemawia to, że część potrzeb pożyczkowych na ten rok została już sfinansowana. O ile rentowności obligacji na świecie (np. niemieckich bundów) gwałtownie nie wzrosną, popyt na polskie obligacje powinien się utrzymać.
  • Ryzyko dla budżetu to program 500+: Według założeń do budżetu, w 2017 roku koszt programu „Rodzina 500 plus” zwiększy się do 23 mld zł, co stanowi w przybliżeniu 1,2% PKB. Tak naprawdę kluczowe będzie jednak to, czy program zostanie przedłużony. A jeśli tak, to w jakiej formie.

Bariery w internetowym handlu transgranicznym

Dzięki rewolucji informacyjnej oraz zacieśnianiu relacji gospodarczych państw europejskich w ramach Unii, handel przez Internet staje się coraz ważniejszą składową gospodarek. W Polsce ten sektor jest już odpowiedzialny za kilka procent PKB, a przy dynamicznym wzroście popularności e-handlu, należy spodziewać się, że udział ten będzie stale wzrastać. W tym względzie wciąż niewykorzystaną szansą jest ekspansja polskiego e-commerce na rynki zagraniczne. Przyczyn tego stanu rzeczy można się doszukiwać co najmniej kilku.

2015 rok był historyczny dla polskiej gospodarki. Wtedy to udało się uzyskać nadwyżkę w handlu zagranicznym – po raz pierwszy w III RP. Niestety wydaje się, że jeśli w ogólnym rozrachunku należy uznać e-commerce jako jeden z istotnych współczesnych składowych gospodarki, to tego nie widać właśnie w relacjach handlowych z innymi państwami. Według aktualnych danych[1] co dziesiąty polski internauta kupił kiedykolwiek coś w zagranicznym sklepie internetowym. Z kolei tylko 3% rodzimych firm oferuje w sieci swoje towary i usługi poza Polską[2] (średnia unijna wynosi 8%).

– Polska rzeczywiście pod tym względem wypada słabiej niż większość państw UE. To, przy zdecydowanie bardzo dobrym tempie rozwoju tej branży w Polsce, wskaźnik, który można, a nawet należałoby poprawić. Szczególnie, że istniejące bariery, a tych jest kilka, dotyczą w tym samym stopniu wszystkich firm działających w krajach Wspólnot – powiedziała Dagmara Sobańska, Country Manager SOFORT GmbH w Polsce.

Główne bariery

Czynników stanowiących przeszkodę do otwierania działalności e-commerce za granicą rzeczywiście jest sporo. Accenture w swoim raporcie[3] zwraca uwagę na istotne bariery, na które napotykają się przedsiębiorcy chcący rozwijać swoją działalność na rynkach zagranicznych. Pierwszą i absolutnie naturalną jest samo wejście na inny rynek. Pod tym względem rozumiane są przede wszystkim koszty związane z budowaniem świadomości marki wśród potencjalnych klientów i parterów biznesowych. Najprościej można określić tę barierę, jak konieczność przechodzenia procesu budowania swojego biznesu trochę od początku. Jest to ściśle związane z kolejną istotną barierą wymienianą w raporcie – różnicami prawnymi podatkowymi.

Działalność w nowym otoczeniu wymaga przyswojenia zasad i reguł jakie w nim panują. Wbrew pozorom często może być to bardzo uciążliwe, gdyż różnice mogą dotyczyć najróżniejszych kwestii – od samego zakładania firmy po stosowanie odpowiednich oznaczeń przesyłek. Przede wszystkim do najistotniejszych obszarów należą tu prawa konsumenckie i inne istotne z punktu widzenia funkcjonowania sklepu kwestie jak: zwroty towaru, jego oznaczenie, przechowywanie etc. To tym bardziej istotne jeśli sklep za granicą miałby funkcjonować jedynie wirtualnie. W tym względzie istotny jest również system podatkowy. Pomijając różne wysokości stawek, należy zwrócić uwagę, że w stosunku do Polski na innym rynku pewne daniny nie występują, ale przedsiębiorcy są zobligowani do płacenia za coś, co w Polsce nie jest opodatkowane w żaden sposób. Stąd oprócz dogłębnego zapoznania się z samym rynkiem, otoczeniem konkurencyjnym, preferencjami i oczekiwanymi potencjalnych klientów, jedną z najważniejszych, ale również bardziej wymagających rzeczy jest – przyswojenie lokalnych zasad funkcjonowania przedsiębiorstwa i umiejętność dostosowania się do tych reguł.

Kolejna istotna bariera to szerokorozumiana logistyka. Generalnie im większy obszar funkcjonowania sklepu tym występuje więcej ryzyk, że finalnie klient nie będzie w pełni zadowolony ze współpracy ze sklepem. Jest to powiązane z pojawiającymi się ograniczeniami w śledzeniu przesyłek i zarządzaniu nimi (np. ze względu na korzystanie z usług kilku firm pocztowych, aby dostarczyć jeden towar do finalnego adresata). Przede wszystkim może dojść do opóźnienia dostarczenia przesyłki, na co klienci są bardzo wyczuleni. To ryzyko można niwelować poprzez dobrze rozbudowaną sieć magazynów, lecz przy dużych kosztach tego typu infrastruktury większość firm, szczególnie na początku działalności na nowym rynku nie może sobie pozwolić. Podobnie sytuacja wygląda z ewentualnymi zwrotami – w sytuacji kiedy nasz klient jest daleko od nas, należy się liczyć z dużymi kosztami i bardziej skomplikowanym przebiegiem całego procesu.

Zawsze także dodatkową komplikacją może być sam język. I nie chodzi nawet o dostosowanie strony www dla klientów z innych państwa (choć to oczywiście dodatkowy koszt i pracochłonne przedsięwzięcie, co wymaga również stałej pielęgnacji). Wbrew pozorom nagle mogą pojawić się bariery wynikające z różnic kulturowych, zwyczajów przyjętych na innym rynku czy po prostu zwykłe nieporozumienia. Za ciekawy przykład mogą służyć chociażby popularne metody płatności. Konsumenci w poszczególnych krajach posiadają własne preferencje co do tego w jaki sposób zwykle uiszczają swoje zobowiązania. Generalnie nadal najpopularniejsze są karty kredytowe czy płatnicze, lecz można zauważyć też wyraźne różnice. W Holandii unikalnym rozwiązaniem jest iDEAL (metoda bezpośrednich przelewów), w krajach nordyckich – Klarna (płatności odroczone), a w Rosji – QiWi (rodzaj e-portmonetki). Z drugiej strony, w krajach niemieckojęzycznych bardzo popularnym rozwiązaniem jest SOFORT. Jest to jedna z najbardziej rozwiniętych i nowoczesnych, która jednocześnie gwarantuje maksymalne bezpieczeństwo i automatyzuje proces płatności. To rozwiązanie staje się także coraz bardziej popularne w Polsce, gdzie konsumenci są nadal bardziej konserwatywni w kwestii płatności, w porównaniu do innych państw. Więc, zanim firma zdecyduje się na wejście ze sklepem internetowym na dany rynek, należy najpierw poznać regionalne preferencje i cechy charakterystyczne.

Z perspektywy polskiego sklepu nie można również zapominać o konieczności dostosowania do operowania w różnych walutach. Po pierwsze oznacza to konieczność dokonania zmian technicznych w samym sklepie, co wiąże się z koniecznością doinwestowania platformy w rozwiązania wspierające płatności nie tylko w złotych. Ponadto należy się także liczyć ze zmianami kursów. To broń obosieczna, gdyż raz relacja interesującej nas pary może grać na naszą korzyść, w innym okresie wręcz przeciwnie sprawiając, że nasz sprzedaż towaru na rynku, gdzie np. obowiązuje euro, staje się mało rentowne. Może być to problematyczne, tym bardziej, że nie ma się na to żadnego wpływu.

W przypadku samych cen, rentowności i marż, próba zaistnienia poza granicami Polski może być też związana z koniecznością konkurowania z podmiotami zdecydowanie większymi i silniejszymi od naszego sklepu. Międzynarodowe sieci często są w stanie zaoferować szerszy asortyment, często w lepszej cenie. Oznacza to, że mniejszy gracz musi włożyć większy wysiłek nie tylko na samym początku (np. poprzez bardzo intensywną i kosztowną działalność marketingową), ale także stale zmagać się w otoczeniu bardziej rozwiniętym, rozbudowanym i ukształtowanym niż polski rynek e-commerce.

Perspektywa zmiany

Wobec przedstawionych przeszkód i danych odpowiednie kroki podejmują władze UE. Między innymi są one bardzo skoncentrowane na wdrożeniu strategii jednolitego powszechnego rynku cyfrowego (Digital Single Market[4]). W swoim założeniu jest to dążenie do niwelacji większości istniejących barier, co nie tylko ułatwi funkcjonowanie przedsiębiorcom w skali całej UE, ale także przyczyni się do znacznego ożywienia gospodarczego w krajach wspólnotowych.

– Digital Single Market to bardzo ważny unijny projekt dla całej branży e-commerce. Według szacunków KE jego wdrożenie może przyczynić się do wzrostu wartości europejskiego e-commerce do 415 mld euro, tylko dzięki niwelacji istniejących obecnie barier w handlu cyfrowym. Dlatego tym bardziej ważnej jest, aby polskie firmy starały się w większym stopniu operować na innych rynkach. W perspektywie będzie to łatwiejsze i tańsze, ale w tym czasie można już ugruntować swoją pozycję i wypracować realną przewagę nad konkurencją – twierdzi Dagmara Sobańska, Country Manager SOFORT GmbH w Polsce.

Wchodząc w szczegół strategia DSM ma objąć liczne obszary. Między innymi polepszeniu dostępu do produktów i usług internetowych. W tym obszarze przede wszystkim są prowadzone prace, aby zharmonizować obowiązujące w poszczególnych krajach członkowskich przepisy dot. zakupu treści cyfrowych (w tym likwidacja występujących gdzieniegdzie geoblokad). Wiązałoby się to również z poszerzeniem praw konsumenckich, a także nawet ze stworzeniem specjalnych praw odnoszących się do handlu transgranicznego. Planowo uporządkowana ma zostać też kwestia regulacji i cen przesyłek międzynarodowych. Ciekawie się zapowiada także ujednolicenie formalności związanych z podatkami i mechanizmami elektronicznej rejestracji płatności (mówi się nawet o jednolitej stawce VAT).

– Z całą pewnością należy liczyć się, że z czasem warunki do działalności biznesowej w e-commerce na innych rynkach w Europie będą coraz przyjaźniejsze – celem w końcu jest pełna integracja i zniesienie praktycznie wszelkich barier. Stąd co najmniej solidne przygotowanie się na te zmiany jest koniecznością, choć zdecydowanie lepiej na to patrzeć jak na szansę – kończy Dagmara Sobańska, Country Manager SOFORT GmbH w Polsce.

[1] Gemius, Raport „E-commerce w Polsce 2016”, 2016

[2] Laboratorium Gospodarki Cyfrowej DELab UW, „Analiza mechanizmu geoblokowania w kontekście potencjalnego zakazu stosowania mechanizmu różnicowania cen w Unii Europejskiej w polskim transgranicznym handlu elektronicznym”, 2016

[3] Accenture, “Cross-Border Ecommerce”, 2016

[4] Więcej informacji: https://ec.europa.eu/priorities/digital-single-market_en

Próba ratunku funta

Pod nieobecność amerykańskich inwestorów polska giełda zyskiwała na sile. Nieznacznie zyskiwał też dolar amerykański. Ogólnie zmiany na rynku były- zgodnie z prognozami – niewielkie.

Wczorajszy dzień tak właśnie się zapowiadał. W USA obchodzono Dzień Martina Luthera Kinga – tym samym rynki finansowe były zamknięte. Wiele z rynków towarowych zamknięto wcześniej, a na rynku forex pojawił się marazm w godzinach popołudniowych. W tak sennej atmosferze za najciekawsze wydarzenie uznano chyba wypowiedź prezydenta Trumpa, którą odczytano jako krytykę obecnego stanu NATO oraz pozycji Niemiec w Unii Europejskiej. Tymczasem IMF podwyższył perspektywy wzrostu gospodarczego w USA, do 2.3% w 2017 i 2.5% w 2018.

Najmocniej z głównych walut tracił funt brytyjski. Dziś przemawiać będzie premier Theresa May ws. BREXIT-u. Jest to o tyle istotne, iż już wczoraj funt mocno się osłabił, spadając względem dolara do najniższego poziomu od październikowego „flash crash”. Dziś znaczących publikacji makroekonomicznych nie będzie- może z wyjątkiem publikacji Indeksu ZEW w Niemczech. Już natomiast w środę decyzja Banku Kanady w sprawie wysokości stopy procentowej.

gbpusd17012017r

Dziś od rana funt brytyjski zyskuje na sile – po wczorajszej wyprzedaży nie ma śladu. Przynajmniej na chwilę obecną. Kluczowym wsparciem jest poziom 1.20. Jeśli jednak podaż miałaby zaatakować ponownie, to możliwe byłoby zejście nawet na 1.17. Do uniknięcia najgorszego scenariusza potrzebny jest powrót ponad 1.25.

Sylwester Majewski

 

Forex-Desk

Presja płacowa rośnie. Ponad połowa Polaków oczekuje podwyżki

56% Polaków spodziewa się premii, a aż 51% respondentów oczekiwałoby z nowym rokiem podwyżki wynagrodzenia. Polscy pracodawcy już od kilku lat nie przeżywali takiej presji płacowej – wynika z badania „Monitor Rynku Pracy”, prowadzonego przez Randstad.

– To co obserwujemy w tej chwili w wynikach naszego badania to największy od czterech lat wskaźnik osób, które oczekują na początku roku zwiększenia wynagrodzenia – mówi newsrm.tv Katarzyna Gurszyńska, Communications and Content Marketing Manager Randstad Polska – Jeżeli spojrzymy na wszystkie kraje europejskie, to jesteśmy jednym z dominujących krajów jeżeli chodzi o oczekiwania finansowe.

Ostanie miesiące minęły w Polsce pod znakiem kolejnych rekordów minimalnej stopy bezrobocia. Porównując rok do roku to już trzy i pół roku spadku tego wskaźnika. Te twarde dane odciskają swoje piętno na subiektywnej ocenie pracowników ich pozycji na rynku pracy, którą ilustruje nam badanie „Monitor Rynku Pracy”. Najmocniej ten wpływ jest odczuwalny w ocenie szans znalezienia innej pracy w przypadku, gdyby pracownik odszedł lub został zwolniony przez poprzedniego pracodawcę. 83% respondentów znad Wisły deklarowało, że w ciągu półrocza byłaby w stanie znaleźć nowe miejsce zatrudnienia, a ponad 3/4 – że byłaby to praca nie gorsza niż obecna. To wyniki nie spotykane w liczącej już 6,5 roku historii badania w Polsce. A przy tym pobiliśmy wszystkie kraje europejskie, i to zarówno w przypadku dostępności jakiejkolwiek pracy (tu na podium znalazły się jeszcze Czechy i Austria), jak i pracy zbliżonej do poprzedniej (Czechy i Szwecja).

Ta dostępność pracy nie wpłynęła jednak istotnie na poprawę poczucia bezpieczeństwa ekonomicznego. Polska mimo, że spadła o jedno miejsce w rankingu krajów, w których największa część kadr obawia się zwolnienia, jednak ciągle w zestawieniu krajów ze starego kontynentu znajdowała się w czołówce – niemal 1/3 badanych deklarowała taki niepokój. Większy odsetek zarejestrowano w Grecji (40%), Włoszech (35%), Wielkiej Brytanii i Hiszpanii (po 33%), a średnia europejska wynosiła 28%. Warto przy tym zwrócić uwagę, że pod względem silnej obawy o utratę pracy nasz kraj z odsetkiem aż 10% respondentów znajdował się na drugim miejscu pośród europejskich państw – ustępując tylko Grecji (12%).

Jak wskazuje Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan: „Optymizm pracowników co do możliwości znalezienia nowego zatrudnienia rośnie w Polsce od czterech lat i osiągnął  poziom najwyższy w UE. Jest to uzasadnione, ponieważ zapotrzebowanie na pracowników rośnie. Jednocześnie Polacy wyrażają silniejszą niż średnio w UE obawę przed utratą pracy. Obawa o utratę pracy a jednocześnie przekonanie o możliwości znalezienia nowego zatrudnienia są uzasadnione, ponieważ polska gospodarka transformuje się szybciej niż większość gospodarek europejskich, a to wymaga większej mobilności pracowników. W Polsce obawia się utraty pracy 32% pracowników, podczas gdy w Czechach zaledwie 19%. Ale za to w ciągu 25 lat transformacji PKB na mieszkańca w Polsce wzrósł o 212%, a w Czechach tylko o 144%. Indeks mobilności pracowników w Polsce nieco się obniżył, ale nadal jest wyższy od średniej europejskiej. Niestety, wysokiej mobilności osób pracujących towarzyszy bardzo niski wskaźnik aktywności zawodowej. Zaledwie 51% dorosłych Polaków pracuje zawodowo, a obniżenie wieku emerytalnego jeszcze ten wskaźnik obniży.”

Polscy pracownicy są ruchliwi, bo niejako muszą tacy być, biorąc pod uwagę specyfikę naszego rynku pracy. Pokazuje to dobrze wskaźnik rotacji, czyli odsetek deklaracji badanych o tym, że w ciągu ostatniego półrocza faktycznie zmienili pracodawcę lub stanowisko u dotychczasowego pracodawcy. Nasz kraj od kilku lat znajduje się w ścisłej czołówce, a w ostatniej edycji – z wynikiem na poziomie 24% – znowu ustąpił jedynie Wielkiej Brytanii (27%). Rok temu wskaźnik ten w naszym kraju miał identyczną wartość, a dwa lata temu był o 1 punkt procentowy wyższy.

Wskaźnik rotacji spada jednak w naszym kraju już drugi kwartał z rzędu, a dodatkowo najniższy od trzech lat jest wskaźnik mobilności – wynosił w najnowszej edycji jedynie 105 punktów. Było to ciągle wyraźnie więcej niż średnia dla całej Europy (100 pkt), ale kwartał temu było to 111 punktów, a kwartał wstecz – 110 punktów.

Jak wskazuje Monika Hryniszyn, Członek Zarządu i Dyrektor Personalna Randstad: „Spadek indeksu mobilności oznacza kurczenie się grupy osób sygnalizujących swoją gotowość do zmiany firmy, w której są zatrudnieni. Faktem jest jednak, że tego rodzaju zmiana ma miejsce na całym kontynencie – europejski wskaźnik jeszcze pół roku temu szacowano na 102 punkty – teraz ma 100. Co może stać za tymi spadkami w naszym kraju? Z jednej strony intensywne transfery pracowników między firmami trwają już co najmniej od początku 2016 roku i częściowo już ta potrzeba zmiany się nasyciła. Z drugiej strony widzimy, że oczekiwania finansowe kandydatów są wyższe i część firm nie może im podołać – w efekcie kandydaci nie mając oczekiwanej oferty nie zmieniają pracy i ma to odbicie o ograniczeniu rotacji.”

Początek roku to oczywiście czas oceny ubiegłych miesięcy i prognozowania przyszłości. W 34 krajach, w których Randstad przeprowadza to badanie, rok temu 58% respondentów przewidywało, że 2016 rok będzie lepszy niż poprzedni, a w najnowszej edycji 52% przewidywało, że 2017 rok będzie lepszy niż 2016. W Europie te wskaźniki wynosiły odpowiednio 56% i 46%, a w Polsce – 52% i 46%. Oznacza to, że z punktu widzenia pracowników – nie mamy jasności dotyczącej przyszłości gospodarczej kraju i jesteśmy wszyscy bardziej ostrożni niż rok temu.

Jednak bliższa ciału koszula, a pracownicy lepiej znają swoje własne firmy niż mieszające się wpływy w makroekonomii. Globalnie 61% respondentów oceniało, że ich pracodawca radził sobie lepiej w 2016 roku, niż w roku 2015, a 68% oczekuje, że 2017 będzie jeszcze lepszy. W Europie wskaźniki te wyglądały odpowiednio 62% i 66%, natomiast w Polsce – 65% i 72%. W bardziej różowych barwach przyszłość swoich pracodawców oceniali w UE tylko Szwedzi, Włosi i Hiszpanie. Można się więc spodziewać, że zdaniem respondentów w ich firmach będzie się działo raczej lepiej niż rok temu – i ten optymizm rósł, ale cała lokalna gospodarka będzie raczej w stagnacji – i tu oceny ulegały pogorszeniu.

„Żyjemy w erze chaosu informacyjnego, z którego wybijają się informacje o najsilniejszym zabarwieniu emocjonalnym. Łatwiej zapamiętać nam fakty i komentarze, które napawają nas lękiem – dlatego przyszłość wydaje się nam zwykle bardziej niepokojąca niż faktyczny zestaw danych, jaki możemy wykorzystać do prognoz. Tymczasem nasze najbliższe otoczenie znamy całkiem dobrze i koniunkturę w naszej branży oraz naszym przedsiębiorstwie wyczuwamy na podstawie setek szczegółów – dlatego paradoksalnie ocena z takiej bardziej ograniczonej perspektywy może być mniej myląca niż prognoza pracowników dotycząca całej gospodarki” – zauważa Łukasz Komuda, ekspert ds. rynku pracy w Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych i redaktor portalu Rynekpracy.org.

Pozytywne spojrzenie w przyszłość ma zarówno plusy, jak i minusy. Optymizm przekłada się na decyzje konsumpcyjne, ale i na presję płacową. Pod koniec 2016 roku aż 51% badanych polskich pracowników spodziewa się podwyżki, a niezależnie od tego 56% oczekiwało premii. Pod względem wzrostu pensji większe apetyty mieli w Europie tylko Szwedzi (65%) i Brytyjczycy (59%), a jeśli chodzi o premie – tylko Węgrzy (57%).

Takiej presji płacowej pracodawcy nie czuli od czterech lat, gdy na podwyżki liczyło 59% badanych, a na premie – 46%. W końcu 2013 roku podwyżki miesięcznych wynagrodzeń spodziewało się 36% polskich badanych, w 2014 roku – 40%, a w 2015 roku – 49%. W przypadku premii było to odpowiednio 43%, 50% i 54%. Trzeba jednak pamiętać, że były to życzenia czy też oczekiwania, a nie faktycznie realizowane zwiększenie wynagrodzeń. Dla wielu pracowników pragnienia te nie ziściły się, a jedynie kumulowały z upływającym czasem.

Prof. Stanisław Gomułka: Otoczenie zewnętrzne w ubiegłym roku sprzyjało Polsce. Kraje wysoko rozwinięte notowały wzrost gospodarczy

Prof. Stanisław Gomułka: Otoczenie zewnętrzne w ubiegłym roku sprzyjało Polsce. Kraje wysoko rozwinięte notowały wzrost gospodarczy 1

Wzrost gospodarczy w krajach rozwijających się sprzyjał rozwojowi Polski w 2016 roku. Nie było żadnej poważniejszej recesji, poza Rosją. Także Chiny i Indie rozwijały się w dość szybkim tempie – ocenia prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Center Club. Ekspert zaznacza, że po obu stronach Atlantyku pojawia się presja inflacyjna, dlatego można się spodziewać podniesienia stóp procentowych. W Stanach Zjednoczonych zapowiadane są trzy podwyżki w 2017 roku. W strefie euro stopy procentowe mogą pójść w górę dopiero w 2018 roku.

– W gospodarce światowej w 2016 roku mieliśmy właściwie spokój, nie było poważniejszej recesji. Były obawy co do Chin, ale się nie sprawdziły. Chiny i Indie rozwijają się nadal w bardzo wysokim tempie. Również w strefie euro, ogólnie w całej Unii Europejskiej mamy sytuację pod kontrolą – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Center Club.

Rok 2016 upłynął pod znakiem stabilnej sytuacji gospodarczej. Także w Chinach, których wzrost gospodarczy znacznie spowolnił (w latach 2006–2015 średnie tempo wzrostu wyniosło 9,6 proc.), ustabilizował się na poziomie 6–7 proc. W podobnym tempie rozwijały się Indie (6-8 proc.). Znacznie słabszy wzrost zanotowała strefa euro i cała Unia Europejska. W ujęciu rocznym w III kw. 2016 roku PKB wzrósł o 1,7 proc. w strefie euro i o 1,9 proc. w Unii Europejskiej.

– W niektórych krajach stopa bezrobocia jest jeszcze wysoka, ale nawet w bardzo trudnych krajach jak Grecja czy Włochy, Portugalia nie ma pogorszenia, jest raczej polepszenie, choć jeszcze stosunkowo niewielkie – zaznacza ekonomista BCC.

Wedle danych Eurostatu stopa bezrobocia w całej Unii wyniosła 8,3 proc. (w październiku 2016 roku), a w strefie euro 9,8 proc. Najwyższe bezrobocie zanotowano w Grecji (blisko 25 proc.), w Hiszpanii nieco ponad 19 proc., we Włoszech ok. 11,5 proc.

– Stopy procentowe po obu stronach Atlantyku i w Japonii są w dalszym ciągu bardzo niskie, bliskie zera, ale inflacja również jest bliska zera. Ponieważ pojawia się problem presji inflacyjnej, bo stopa bezrobocia spadła do tak niskiego poziomu, że zaczynają pojawiać się obawy, czy nie będzie wzrostu inflacji, oczekujemy stopniowego podnoszenia stóp procentowych najpierw w Stanach Zjednoczonych, później w strefie euro, choć tu prawdopodobnie może to jeszcze nie nastąpić w 2017 roku – ocenia Gomułka.

W Stanach Zjednoczonych w grudniu Fed podniósł stopy procentowe. Dobra sytuacja na rynku pracy i rosnący popyt wewnętrzny sprawiają, że w 2017 roku planowane są trzy, zamiast wcześniej planowanych dwóch podwyżek stóp procentowych. W strefie euro stopy procentowe wedle zapowiedzi miały wzrosnąć w 2017 roku, większość ekonomistów ma jednak wątpliwości, czy do tego rzeczywiście dojdzie.

– Otoczenie zewnętrzne jest w zasadzie sprzyjające dla Polski. Mamy wzrost gospodarczy w krajach wysoko rozwiniętych. Jedyny kraj, gdzie mamy recesję w bliskim otoczeniu, to Rosja z racji spadków cen ropy naftowej i gazu, co przełożyło się na bardzo trudną sytuację budżetową Rosji i silny spadek wartości rubla – wskazuje ekspert.

W 2015 roku w Rosji zanotowano ujemny przyrost PKB o 3,7 proc. i spadek realnych dochodów ludności o kolejne 10 proc. Jednocześnie jednak roczny wskaźnik inflacji sięgnął 7,5 proc. (jeden z niższych wskaźników w ostatnich latach). Stosunkowo wysoka inflacja doprowadziła do podniesienia stóp procentowych.

– Różne obostrzenia i wojna handlowa spowodowały, że dopływ inwestycji zagranicznych mocno zmalał, co spowodowało spadek dochodu narodowego, a w szczególności spadek siły nabywczej gospodarstw domowych i wzrost bezrobocia. Sytuacja Rosji jest dość trudna, choć nie jest to recesja na wielką skalę. To spadek PKB gdzieś w granicach 3–4 proc. Gospodarka rosyjska jest pod poważną presją i prawdopodobnie pozostanie przez najbliższe lata, chociaż niekoniecznie pod tak dużą jak w ciągu ostatnich dwóch lat – prognozuje prof. Stanisław Gomułka.

J. Nikorowski (BM BGŻ BNP Paribas): Nie spodziewam się w następnych kwartałach obniżania stóp procentowych w Polsce

J. Nikorowski (BM BGŻ BNP Paribas): Nie spodziewam się w następnych kwartałach obniżania stóp procentowych w Polsce 2

Mimo osłabienia tempa wzrostu gospodarczego i osłabienia inwestycji Rada Polityki Pieniężnej nie zdecyduje się prawdopodobnie na obniżkę stóp. Jest mało prawdopodobne, by taki ruch pobudził inwestycje mimo obniżenia kosztu pieniądza, a era deflacji właśnie się zakończyła.

– Możliwości decyzyjne Narodowego Banku Polskiego są dosyć ograniczone, ponieważ z doświadczenia wiemy, że obniżanie stopy referencyjnej ma niewielkie przełożenie na dynamikę kredytową czy skłonność do pożyczania przez banki, które są obecnie w Polsce w bardzo trudnej sytuacji bilansowej, legislacyjnej, oraz skłonność przedsiębiorstw do generowania inwestycji, które w większym stopniu są uzależnione od przejrzystości i stabilizacji sytuacji politycznej czy legislacyjnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jerzy Nikorowski, kierownik zespołu ds. doradztwa inwestycyjnego Biura Maklerskiego Banku BGŻ BNP Paribas.

Eksperci twierdzą. że teoretycznie Rada Polityki Pieniężnej mogłaby w reakcji na zaskakująco niski odczyt wzrostu PKB w III kwartale 2016 roku zareagować obniżką stóp procentowych. Stopa referencyjna wynosi 1,5 proc., więc możliwości obniżki jeszcze są. Mogłoby to zachęcić przedsiębiorców do zaciągania kredytów, które powinny potanieć. Jak wynika jednak z opublikowanego tuż przed świętami Bożego Narodzenia raportu NBP o sytuacji przedsiębiorstw, to nie brak dostępu do kredytów hamuje inwestycje. Coraz więcej firm rezygnuje z finansowania kredytem zarówno ze względu na wcześniejsze wstrzymanie inwestycji i dysponowanie środkami własnymi, jak i coraz śmielsze korzystanie z leasingu. Tańszy kredyt nie wpłynąłby więc – a w każdym razie nie znacząco – na wzrost inwestycji. Niższe stopy procentowe mogłyby natomiast dodatkowo osłabić i tak słabego złotego.

– Jeśli chodzi o polską politykę monetarną, to z jednej strony rzeczywiście w reakcji na spowolnienie gospodarcze w sposób książkowy można byłoby się spodziewać obniżania kosztu pieniądza – przyznaje Nikorowski. – Natomiast biorąc pod uwagę to, że ten niższy koszt pieniądza może mieć wpływ na dalszą deprecjację złotego oraz ewentualne wyższe ryzyko destabilizacji systemu finansowego, nie spodziewałbym się w następnych kwartałach obniżania stopy referencyjnej w Polsce.

Dodatkowym czynnikiem zniechęcającym do ewentualnej obniżki stóp jest fakt, że w listopadzie skończyła się w Polsce deflacja w ujęciu rocznym i ekonomiści spodziewają się od grudnia odczytów na plusie, po raz pierwszy od niemal dwóch i pół roku. I choć ekonomiści i członkowie RPP w swoich wypowiedziach zapewniają, że inflacja nie powinna gwałtownie przyspieszyć, a o podwyżkach nie ma co myśleć, dopóki nie ma realnych prognoz osiągnięcia celu inflacyjnego (2,5 proc. z pasmem wahań +/- 1 pkt proc.), to zarówno czynniki światowe, jak i wewnętrzne w postaci wyższych dochodów konsumentów i zwiększania wydatków konsumenckich będą powodowały wzrost cen.

– Z kolei kolejne kwartały i kolejne lata będą się cechowały najprawdopodobniej rosnącym tempem inflacji, ponieważ w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z bardzo niskimi cenami surowców i teraz obserwujemy sytuację nieco odwrotną, kiedy tendencje na rynkach surowcowych, szczególnie na rynkach surowców energetycznych, się odwracają – zauważa szef doradztwa inwestycyjnego BM BGŻ BNP Paribas. – Więc biorąc pod uwagę zjawisko bazy statystycznej i niskich cen surowców w poprzednich latach, można się spodziewać, że w kolejnych latach inflacja w Polsce będzie rosnąca.

Jeszcze pod koniec ubiegłego roku za ropę naftową WTI trzeba było zapłacić blisko 55 dolarów za baryłkę, najwięcej od półtora roku. To był efekt porozumienia w sprawie cięcia produkcji zarówno wśród krajów OPEC, jak i producentów nienależących do organizacji. Łącznie od stycznia wydobycie ma spaść o 1,7 mln baryłek dziennie. Ekonomiści przewidują jednak, że w efekcie liczbę odwiertów zwiększą znów Amerykanie, co zwiększy z kolei podaż ropy. Obecnie baryłka ropy WTI kosztuje 52,28 dol.

Toyota w pierwszej dziesiątce najbardziej innowacyjnych firm świata według The Boston Consulting Group

Według raportu The Boston Consulting Group Toyota należy do pierwszej dziesiątki najbardziej innowacyjnych firm świata. Japoński producent powtórzył ten sukces już po raz czwarty. Toyota zajęła 8. miejsce, dystansując głównych konkurentów z branży motoryzacyjnej, takich jak BMW (#14), Daimler (#16), General Motors (#27), Renault (#38) i Honda (#48).

W raporcie „The Most Innovative Companies 2016” firmy Boston Consulting Group Toyota zajęła 8. miejsce. Dystans pomiędzy japońską firmą a następnym na liście koncernem motoryzacyjnym – BMW zwiększył się z jednej pozycji w 2015 roku (Toyota #6, BMW #7) do sześciu pozycji w 2016 roku (Toyota #8, BMW #14). Wyniki uzyskane przez analityków amerykańskiej firmy konsultingowej znajdują potwierdzenie w ogromnych inwestycjach Toyoty w badania nad nowoczesnymi technologiami, przede wszystkim w dziedzinie ekologicznych napędów i systemów automatycznego wspierania kierowców.

Toyota zainwestowała w 2016 roku miliard dolarów w badania nad sztuczną inteligencją, robotyką i autonomicznymi samochodami. Japoński koncern stworzył do tego celu firmę badawczą Toyota Research Institute (TRI), w którym zatrudnił wybitnych specjalistów i naukowców.  TRI prowadzi badania w trzech ośrodkach usytuowanych w pobliżu uczelni, z którymi ściśle współpracuje – Massachusetts Institute of Technology (MIT), Uniwersytetu Stanforda i Uniwersytetu Michigan.

Równocześnie Toyota we współpracy z firmą Microsoft powołała spółkę Toyota Connected, której zadaniem jest stworzenie systemu automatycznej komunikacji między pojazdami z wykorzystaniem technologii chmury. Rozwiązanie to oparte na chmurze Microsoft Azure  radykalnie poprawi bezpieczeństwo na drogach i przyczyni się do szybszego udoskonalania samochodów. Przyspieszy także rozwój systemów multimedialnych, które już niedługo otrzymają własne połączenie z internetem oraz znacznie rozszerzą ofertę aplikacji i funkcji.

Ogromnym przełomem w dziedzinie bezpieczeństwa na drodze było rozpoczęcie komercjalizacji technologii ITS Connect, opierającej swoje działanie na komunikacji między samochodami oraz między samochodami a infrastrukturą drogową. Japonia jest pierwszym krajem, w którym uruchomiono ten projekt, a Toyota jako pierwszy producent samochodów zaczęła wprowadzać ITS Connect do swoich modeli.

W 2016 roku Toyota wprowadziła na rynek 4. generację napędu hybrydowego. Jednocześnie firma kładzie duży nacisk na rozwój technologii wodorowych ogniw paliwowych. Pierwszym masowo produkowanym samochodem wykorzystującym to rozwiązanie jest Toyota Mirai wprowadzona na japoński rynek pod koniec 2014 roku. W 2016 roku Mirai zadebiutował w 3 kolejnych europejskich krajach oraz otrzymał nagrodę World Green Car of the Year. Obecnie jest dostępny w Japonii, USA, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Danii, Belgii i Norwegii.

Producenci samochodów prowadzą intensywne prace nad wieloma rewolucyjnymi rozwiązaniami, które w najbliższych latach zmienią oblicze motoryzacji. Najważniejsze innowacje to system autonomicznego prowadzenia i napędy nieemitującymi spalin. Mimo to przyspieszony rozwój największych koncernów z dziedziny nowych technologii mobilnych i internetowych, takich jak Apple, Google, Microsoft, Amazon, Samsung czy Netflix powoduje, że branża motoryzacyjna jest w coraz mniejszym stopniu reprezentowana na liście Top 50 najbardziej innowacyjnych firm świata Boston Consulting Group. W ciągu 3 lat od 2013 roku liczba koncernów motoryzacyjnych w rankingu spadła z 14 do 7. W 2016 roku w pierwszej dziesiątce znalazły się tylko Tesla oraz Toyota. Pozostałych 5 producentów samochodów zajęło dalsze pozycje. Nieprzerwana obecność Toyoty w pierwszej dziesiątce rankingu kilku kolejnych edycji jest potwierdzeniem wiodącej roli firmy w przemyśle motoryzacyjnym.

Czy deweloperzy będą podnosić ceny mieszkań?

Czy mieszkania będą droższe? Od czego deweloperzy uzależniają taką decyzję? Sondę przedstawia serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Polityka cenowa uzależniona jest od zakładanego tempa sprzedaży, wielkości inwestycji oraz zaawansowania prac budowlanych. Na bieżąco monitorujemy sprzedaż, wprowadzając stosowne korekty cen, tak aby możliwie najlepiej wykorzystać obecną sytuację na rynku. Trudno na chwilę obecną powiedzieć, jak będzie kształtować się rynek w 2017 roku, niemniej nie można wykluczyć podwyżek cen mieszkań, między innymi z uwagi na wysokie ceny gruntów oraz rosnące koszty budowy.

Michał Sapota, prezes zarządu Murapol S.A.

Obecnie mamy do czynienia ze względnie stabilnym środowiskiem makroekonomicznym i nie widzimy przesłanek do prognozowania istotnych zmian cen mieszkań w 2017 roku.

Wioletta Kleniewska, dyrektor marketingu i sprzedaży w Polnord S.A.

Od kilkunastu kwartałów obserwujemy na rynku mieszkaniowym w miarę stabilne ceny z lekką tendencją wzrostową w największych aglomeracjach. Spodziewamy się, że taka sytuacja, przy niezmienionym otoczeniu gospodarczym, ma szansę utrzymać się jeszcze w kolejnych okresach. Będziemy uważnie analizować sygnały rynkowe i kształtować politykę cenową, tak by ceny odpowiadały realiom rynkowym.

Adrian Potoczek, dyrektor sprzedaży w Wawel Service

W tym roku nie planujemy podwyżek cen mieszkań w projektach realizowanych przez naszą firmę.

Teresa Witkowska, dyrektor sprzedaży Red Real Estate Development

Cena mieszkania zarówno w segmencie popularnym, jak i premium zawsze musi być realna, dostosowana do możliwości klientów. Wśród klientów rynku popularnego cena wciąż pozostaje jednym z kluczowych kryteriów podczas poszukiwania mieszkania. Wynika to przede wszystkim z faktu, że zdecydowana większość nabywców korzysta z kredytu hipotecznego. Ceny apartamentów i soft loftów we Wrocławiu podyktowane są przede wszystkim lokalizacją w centrum miasta, a także loftowym charakterem inwestycji i częściowym wykończeniem apartamentów.

Krzysztof Foder, dyrektor ds. sprzedaży Bouygues Immobilier Polska

W 2016 roku nasze ceny były stabilne. W niektórych projektach znaleźliśmy nawet przestrzeń by podwyższyć rentowność o 2-5 proc. W tym roku nasza polityka nie zakłada wzrostów. Chcemy utrzymać ceny, które zakładaliśmy jeszcze na etapie przygotowania projektów, przed wprowadzeniem ofert do sprzedaży.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Zgodnie z polityką przyjętą przez Home Invest, ewentualne decyzje o podwyżkach cen są podejmowane w zależności od tempa sprzedaży danej inwestycji. Jeśli mieszkania w konkretnym projekcie cieszą się dużym zainteresowaniem, wzrasta ich sprzedaż, wtedy ceny mogą zostać podniesione w celu uzyskaniu satysfakcjonującej marży.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

Jeśli chodzi o ceny, to ich ustaleniu poświęcamy wiele pracy na etapie wprowadzania inwestycji do sprzedaży. Staramy się opracować je w taki sposób, by zachować możliwie stabilną cenowo ofertę przez cały okres budowy. Nie planujemy istotnych zmian w cennikach mieszkań znajdujących się aktualnie w ofercie.

Yael Rothschild, prokurent Mill-Yon Gdańsk

Jedyne od czego można uzależniać decyzję o podwyżce cen to popyt. A ten zawsze rośnie w miarę postępu prac budowlanych. Nie planujemy wzrostu cen. W gdańskiej inwestycji Aura Gdańsk tempo sprzedaży jest wyjątkowo szybkie, dlatego rozpoczęliśmy rezerwacje mieszkań w trzecim etapie. W okresie rezerwacji warunki zakupu są wyjątkowo korzystne, takie ceny z pewnością nie będą dostępne po uruchomieniu regularnej sprzedaży.

Katarzyna Ziomek, reprezentująca Invest House S.A.

Nie przewidujemy podwyżek cen. W naszych inwestycjach, w których oferujemy przede wszystkim domy, ceny uzależnione są od lokalizacji, powierzchni działki i dodatkowych instalacji.

Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.

Obserwujemy zarówno sytuację na rynku mieszkaniowym, jak i dostępność finansowania, z którego mogą korzystać nasi klienci i na bieżąco dostosowujemy swoje propozycje. W ostatnich kwartałach ceny mieszkań nieznacznie wzrosły, spodziewamy się, że ten trend zostanie utrzymany. Będziemy elastycznie reagować na sytuację na rynku.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor pionu marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

W inwestycjach J.W. Construction staramy się nie podwyższać cen, choć czasami jest to konieczne z powodu wzrostu kosztów budowy. Zawsze na początku sprzedaży ceny mieszkań są niższe, a w miarę zaawansowania prac budowlanych nieznacznie rosną. W zamian klient otrzymuje krótszy czas oczekiwania na odbiór własnego lokalu.

Michał Świderski, dyrektor sprzedaży i marketingu w Marvipol Development

Polityka cenowa Marvipol zakłada dostosowywanie cen mieszkań w projektach do stopnia ich realizacji. Upraszczając, klienci kupujący mieszkania na wcześniejszym etapie realizacji mogą liczyć na atrakcyjniejsze warunki finansowe. Obecnie realizujemy cztery duże projekty lub etapy inwestycji, wobec których ta polityka będzie stosowana.

Przemysław Bednarczyk, wiceprezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Nie przewidujemy znacznych zmian cen mieszkań w naszych projektach. Podobnie, jak to miało miejsce w ostatnich kilku kwartałach, będą to ewentualnie kosmetyczne korekty. Zawsze, przygotowując i planując poszczególne etapy projektów oraz ceny, bardzo dokładnie analizujemy przede wszystkim całkowity budżet inwestycji oraz specyfikę projektu i jego otoczenie. Nie bez znaczenia są również uwarunkowania konkurencji, a także oczekiwania klientów względem standardu wykończenia i lokalizacji. Połączenie tych wszystkich czynników w znacznej mierze wpływa na poziom cen oferowanych przez nas mieszkań.

Zuzanna Kordzi, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Cena lokali wprowadzanych na rynek prawdopodobnie będzie nieco wyższa. Nie planujemy jednak drastycznych podwyżek. Zauważyliśmy natomiast, że mimo braku podwyżek cen ofertowych, ceny transakcyjne wzrosły, ponieważ klienci są bardziej zmotywowani do zakupów i akceptują niższe upusty.

Opracowanie:

Kamil Niedźwiedzki, analityk serwisu Dompress.pl

Pokolenie millenialsów wymusi zmiany na rynku nieruchomości biurowych

Do 2020 r. Generacja Y (pokolenie millenialsów) będzie stanowić 50% siły roboczej.

Przy tworzeniu strategii działań na rynku nieruchomości organizacje działające na globalną skalę stoją przed bezprecedensowymi wyzwaniami, gdzie kwestie polityczne, gospodarcze oraz prawne zyskują na coraz większym znaczeniu.

W zmieniającym się i niepewnym świecie kluczowe jest określenie podstaw swoich działań. Dla wiodących organizacji oznacza to pozyskanie maksymalnej wartości z dwóch najważniejszych inwestycji: ludzi i nieruchomości.

Podstawowe wymagania w tym zakresie nie zmieniają się i są nimi kontrola kosztów i ryzyka, zabezpieczenie na przyszłość, efektywność i produktywność, zadowolenie pracowników oraz renoma marki. Jednakże w biurach przyszłości najemcy będą zmuszeni do uzyskania równowagi pomiędzy tymi potrzebami a tempem zmian napędzanych nowymi technologiami oraz zmianami demograficznymi, tak aby możliwe było stworzenie optymalnego środowiska pracy.

Prowadzone przez nas badania oraz praca w charakterze doradców na rzecz wiodących organizacji europejskich pozwoliła nam na pozyskanie niepowtarzalnego wglądu w panujące w zakresie środowiska pracy trendy, które muszą być brane pod uwagę przez najemców. Środowisko pracy przyszłości zdominowane będzie przez cztery powiązane ze sobą trendy: wymiana pokoleniowa, gdzie tzw. pokolenie millenialsów zdominuje siłę roboczą; technologie cyfrowe, tzw. big data i chmura będące czynnikami kluczowymi dla sukcesu współczesnych organizacji; biuro w charakterze ekosystemu, który umożliwia funkcjonowanie kultury udostępniania wyników własnej pracy oraz współpracy; a także biuro jako centrum działań, gdzie praca może być wykonywana zdalnie, w trybie współużytkowania biurek czy telepracy.

Trendy te są już teraz w sposób praktyczny wdrażane w miejscach pracy i w roku 2017 będą one o krok bliżej do „bycia normą”. Wszystkie wiodące organizacje powinny wziąć pod rozwagę wpływ powyższych trendów na podstawowe obszary własnej działalności i zastanowić się, co to będzie oznaczać dla organizacji z punktu widzenia użytkowania nieruchomości, bez względu na branżę, z której się organizacja się wywodzi.

Oczekuje się, iż do roku 2020 tzw. pokolenie millenialsów lub pokolenie Y stanowić będzie ponad 50% siły roboczej. Jak zatrzymać pracowników u siebie, kiedy jest to pokolenie dorastające w czasach, kiedy normą jest regularne zmienianie pracy?

Jest to pierwsze pokolenie od najwcześniejszych lat życia na co dzień mające styczność z technologiami cyfrowymi, które dorastało wraz internetem i technologiami mobilnymi. Wiele osób z tego pokolenia ma silne poczucie, iż praca powinna być opłacalna ze społecznego lub towarzyskiego punktu widzenia, a także dobrze płatna, że bycie w pracy powinno być wartościowym doświadczeniem, a referencje przedstawiane przez ich pracodawcę w zakresie praktyk etycznych nie są bez znaczenia.

Wszystkie te czynniki wpłyną na kształtowanie strategii działań na rynku nieruchomości, począwszy od znalezienia przestrzeni dla elastycznych sposobów pracy, przez tworzenie „eksperymentalnych” środowisk pracy, a kończąc na zarządzaniu oddziaływaniem na środowisko.

Ponadto budynki inteligentne szybko przejdą przemianę z bycia biurami przyszłości na bycie minimalnym, wymaganym przez organizacje, standardem, jako że firmy poszukiwać będą nowych sposobów zarządzania ich zrównoważonym rozwojem, a także zarządzania danymi, bezpieczeństwem i produktywnością.

Świadczenie usług także będzie musiało ulec pewnej ewolucji mającej na celu napędzanie dobrego samopoczucia pracowników, przyciąganie i zatrzymywanie talentów, a także zwiększenie produktywności i wydajności.

Powyższe zjawiska dzielą się na dwie kategorie: te odnoszące się od najemców i przyczyniające się pozytywnie do wzrostu dobrego samopoczucia pracowników oraz ich wydajności, a także te związane z samymi budynkami, których celem jest optymalizacja ich wykorzystania i efektywności. Przy czym obydwie kategorie wymagają dostosowania do indywidualnych potrzeb danej organizacji i budynku.

Jakiego rodzaju usługi są poszukiwane? Odpowiedzi tutaj będą oczywiście różne, jednakże najprawdopodobniej obejmować będą usługi gastronomiczne na dobrym poziomie, wydajne przestrzenie przeznaczone do przeprowadzania spotkań, dobre samopoczucie, rozwój pracowników, zdrowie, życie codzienne oraz transport.

Zadowolenie i zdrowie pracowników utrzymywane na wysokim poziomie przyczyniają się do wzrostu wydajności, a to w efekcie wywiera wpływ na wyniki finansowe organizacji. Dlatego też oferowanie usług obejmujących swoim zasięgiem wszystkie aspekty równowagi pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym powinno być postrzegane jako inwestycja w wydajność organizacji, a nie jako koszt. W dłuższym horyzoncie czasowym organizacje, które akceptują takie podejście, odniosą większy sukces.

W takim przypadku najefektywniejszym podejściem będzie skorzystanie z usług partnera, którego działania będą miały charakter naturalnego rozszerzenia podstawowej działalności organizacji, co umożliwi najemcy skoncentrowanie się na dążeniu do osiągnięcia jego wytyczonych celów: zadowolony i wydajny zespół, a także mocny rachunek zysków i strat, gdzie w tym samym czasie partner nieruchomościowy zadbać może o szczegóły związane z nieruchomościami i miejscem pracy.

Autor: Jonathan Steel

Head of Global Corporate Solutions

Dział Globalnych Rozwiązań Korporacyjnych BNP Paribas Real Estate

Madkom chce zwiększać aktywność na rynku szkoleń dla administracji i firm. Portfel zamówień w połowie roku może wynieść około 8 mln zł

Madkom chce zwiększać aktywność na rynku szkoleń dla administracji i firm. Portfel zamówień w połowie roku może wynieść około 8 mln zł 3

Ministerstwo Cyfryzacji naciska urzędy na zwiększanie kompetencji informatycznych pracowników. Spółka Madkom chce zwiększyć swoją aktywność na rynku szkoleń z IT dla administracji publicznej, samorządów oraz firm. Jak informuje Grzegorz Szczechowiak, prezes zarządu, tegoroczny portfel zamówień jest wart obecnie około 3,5 mln zł. W połowie roku powinien wynieść blisko 8 mln zł.

– W tej chwili dosyć mocno zaznaczamy swoją pozycję na rynku szkoleń profesjonalnych w zakresie usług i wszystkiego co się z tym łączy – informuje w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Grzegorz Szczechowiak, prezes zarządu w spółce Madkom. – Sądzę, że w najbliższym czasie zbudujemy nowy biznes, chcemy rozwijać rynek szkoleń.

Madkom jest dostawcą i integratorem autorskiego oprogramowania do zarządzania dokumentami, informacją i procesami w administracji publicznej. Firma specjalizuje się w znajomości prawa regulującego funkcjonowanie urzędów administracji publicznej co pozwalają oferować produkty zgodne w pełni z aktualnymi przepisami. Przedsiębiorstwo obecnie czeka, jak zauważa Grzegorz Szczechowiak, na uruchomienie zamówień publicznych związanych między innymi z nową, rozpoczynającą się ze sporym poślizgiem, unijną perspektywą finansową.

– Na razie samych ogłoszeń na 2017 jeszcze nie ma, ale mam nadzieję, że pojawią się w najbliższych dniach, gdy urzędy obudzą się wreszcie po świątecznym zastoju – prognozuje Grzegorz Szczechowiak. – Myślę, że w tym roku będzie absolutna kumulacja tego, co nie wyszło bądź opóźniało się w zeszłym roku. Powinno to nawet skumulować się podwójnie bądź potrójnie.

Wraz z dostawą produktów IT i urządzeń firma świadczy także usługi szkoleniowe i wdrożeniowe w zakresie tego rodzaju systemów dla administracji publicznej oraz firm.

– Chcielibyśmy mieć ułamek, jakiś procent tego w udziale, będziemy walczyć o swój kawałek tortu i to bardzo mocno – zapowiada Grzegorz Szczechowiak. – Przez ostatnie szesnaście miesięcy rynek bardzo nam się skurczył w zakresie firm, z którymi możemy konkurować. Dokonały one dużych redukcji, kilka w ogóle zniknęło z rynku. Mamy więc duże szanse.

Dzięki wdrożeniu wielu własnych rozwiązań informatycznych wspierających zarządzanie dokumentami oraz funkcjonowanie samorządów spółka ma doświadczenie w sektorze administracji publicznej. Współpracuje z ekspertami i praktykami w dziedzinie przepisów prawa administracyjnego oraz budżetu jednostek samorządu terytorialnego (JST), co, zdaniem Grzegorza Szczechowiaka, powinno pomóc w zdobyciu miejsca na rynku szkoleń.

– Podmioty publiczne zaczęły zwracać uwagę na szkolenia w zakresie e-usług – przypomina Grzegorz Szczechowiak. – Ministerstwo Cyfryzacji chce, żeby były one bardziej dostępne i lepiej zauważane przez interesantów. Dlatego urzędy chętnie podnoszą swoje kompetencje w tym zakresie.

Po trzech kwartałach ubiegłego roku przychody przedsiębiorstwa wyniosły nieco ponad trzy mln zł. Spółka odnotowała w tym czasie stratę (netto) na poziomie blisko 1,7 mln zł. Jak wynika z informacji udostępnionej inwestorom była ona spowodowana przede wszystkim opóźnieniem finansowania z funduszy strukturalnych Unii Europejskiej.

– Powinniśmy zapomnieć o tym, co działo się w zeszłym roku i skupić na tym, jakie będą nowe kontrakty, które powoli zaczynają nam wychodzić – podsumowuje Grzegorz Szczechowiak. – Na razie backlog (portfel zamówień – red.) na 2017 rok wynosi 3,5 mln zł. Liczymy na to, że w ciągu najbliższych dwóch, trzech, może czterech miesięcy powinien urosnąć do około ośmiu, bo kolejne kontrakty w najbliższym czasie będą dalej komunikowane. Najbliższe, dotyczące już pozyskanych zamówień, opublikujemy za około siedem dni. Od półtora miesiąca praktycznie raz w tygodniu wypuszczamy informację o nowej umowie. Pay plain budujemy powoli tak, żeby osiągnąć cel określony w strategii.

Pod koniec października ubiegłego roku spółka przedstawiła zaktualizowaną strategię rozwoju w latach 2015-2020 opierającą się głównie na podniesieniu jakości produktów oraz wejściu w nowe obszary IT. Zarząd zapowiedział w niej dążenie do corocznego zwiększania przychodów, tak aby ich dynamika wzrosła do 35 proc. (w ujęciu rocznym).

– Marże na każdym oprogramowaniu, jego sprzedaży i usług są bardzo wysokie – wyjaśnia Grzegorz Szczechowiak. – To nie jest handel nisko rentownym sprzętem komputerowym, tylko wysoko profesjonalizowanymi usługami informatycznymi i wiedzą. To bardzo dochodowy rynek.

Co dalej z kursem funta? Rynki nie lubią niepewności

Przebudzony strach o twardy Brexit oraz obawy o politykę protekcjonizmu prezydenta-elekta Trumpa wybijają się na czołowe tematy dla rynku, wzniecając awersję do ryzyka. Bezpieczne przystanie czują się mocne, rynek akcji czuję presję, a nagromadzone długie pozycje w USD czynią go podatnym na ucieczkę inwestorów.

Uruchomienie rynków w USA przynosi spadek rentowności 10-letnich obligacji skarbowych o 5 pb do 2,345 proc. (handel na rynku długu trwa całą dobę) i stanowi sznur u szyi dolara.

Wzrost popytu na bezpieczne aktywa bierze się ze wzrostu niepewności, które podsycają dwie osoby: Donald Trump i Theresa May. W pierwszej kwestii uwagę rano skupia artykuł Wall Street Journal, według którego Trump krytycznie odnosi się do republikańskiego projektu podatku korporacyjnego. Projekt ten ma być alternatywą dla proponowanych przez Trumpa ceł importowych, jednak prezydent-elekt uznaje go za zbyt skomplikowany, ale co ważniejsze, zwraca uwagę na USD jako „już zbyt silnego”, podczas gdy gwałtowna deprecjacja chińskiego juana ma miejsce tylko dlatego, że „oni nie chcą byśmy się zdenerwowali”. Pierwsze odniesienia prezydenta-elekta do dolara powodują nerwowość wśród inwestorów, którzy liczyli na wspierające bodźce ze strony Białego Domu. Teraz sprawa nie wygląda już tak jednoznacznie, co czyni długie pozycje w USD zagrożone kolejną falą kapitulacji.

Wydarzeniem dnia jest przemówienie premier Wielkiej Brytanii Theresy May, które ma rozpocząć się o 12:45.

May ma poruszyć 12 punktów dotyczących Brexitu, choć główna uwaga skupi się na stanowisku dotyczącym kontroli imigracji, podlegania pod prawo unijne oraz dostępu do jednolitego rynku europejskiego. Nacisk na to pierwsze z poświeceniem ostatniego jest równoznaczne z „twardym Brexitem”, co jest odbierane jako najbardziej szkodliwy scenariusz dla brytyjskiej gospodarki. Dla funta jest to cios w krótkim terminie, zanim nastąpi odreagowanie, gdy rynek uzyska więcej dowodów, że przejściowy okres negocjacji jest sumiennie wykorzystywany do nawiązania nowych umów handlowych z resztą świata. W krótkim terminie przemówienie May dalej może zaszkodzić funtowi, choć poranne wzrosty GBP sugerują, że rynek rozważa, na ile wczorajszym tąpnięciem zdyskontował cały „strach”. Dodatkowo zaburzenie może przynieść odczyt inflacji z Wielkiej Brytanii. Konsensus zakłada przyspieszenie CPI do 1,4 proc. r/r z 1,2 proc. i stabilny odczyt inflacji bazowej na 1,4 proc. Silniejsze przyspieszenie inflacji może wzmocnić spekulacje o zacieśnianiu polityki BoE, co przejściowo może wzmacniać funta.

Z pozostałych wydarzeń, indeks ZEW z Niemiec raczej przejdzie bez echa, choć oczekiwane są pozytywne wyniki. Z USA otrzymamy indeks NY Empire State, gdzie oczekiwana jest stabilizacja po ostatnich wzrostach. USD będzie bardziej wrażliwy na rozczarowanie w odczycie. W kalendarzu widnieje też przemówienie Williama Dudleya z Fed w Nowym Jorku. Jest on członkiem FOMC ze stałym prawem głosu i będzie mówił o zachowaniu konsumentów, choć wzmianki o kształcie polityki monetarnej nie są wykluczone. W nocy wystąpi John Williams z Fed w San Francisco, które prawo głosu uzyska w 2018 r. Jego poglądy są neutralne.

Ponadto dziś startuje konferencja w Davos z główną uwagą na prezydenta Chin Xi Jingpinga. Jest to pierwsza wizyta przedstawiciela chińskich władz na konferencji, co ma silne znaczenie symboliczne i ma osłabić pozycje USA jako supermocarstwa. Wśród tematów rozmów zapewne będzie się wybijać promocja wolnego handlu – kolejny przytyk w ostatnie komentarze ze strony Donalda Trumpa.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Smartfon coraz ważniejszy dla handlu. Mobile przerósł Internet

Nadal aż 90% zakupów odbywa się offline. Dlatego, gracze e-commerce coraz mocniej walczą o obecność w sklepach stacjonarnych, w czasie dokonywanych przez klientów transakcji, za pośrednictwem urządzeń mobilnych. Zdaniem ekspertów, właściwe wykorzystanie m-commerce zapewni sieciom handlowym dodatkowe źródło dochodu.

Dzisiejszy konsument jest atakowany ze wszystkich stron reklamami, co powoduje efekt tzw. „ślepoty reklamowej”, czyli niedostrzegania ofert. Jego uwagę skupia głównie telefon, który dostarcza użytkownikowi spersonalizowany komunikat w sposób, jaki on sam akceptuje, a przede wszystkim zauważa. W związku z tym, kanał mobilny stał się lepszy w odbiorze od innych. Jak zapewnia Krzysztof Łuczak z firmy technologicznej Sensorberg, rosnące znaczenie segmentu reklamy mobilnej jest obecnie jednym z wiodących trendów na rynku.

– Warto zauważyć, że polscy konsumenci należą do jednych z najbardziej otwartych na innowacje na Starym Kontynencie. Statystyczny Polak korzysta z telefonu 1,3 godziny dziennie, czyli o połowę krócej, niż np. typowy Amerykanin. Jednak można przypuszczać, że za kilka lat nasze wyniki będą porównywalne z tendencjami panującymi w USA, ponieważ dynamika zmian jest w Polsce bardzo wysoka – ocenia Krzysztof Łuczak.

Mobile przerósł Internet

Jak podkreśla ekspert, telefon coraz mocniej wpływa na sposób, w jaki konsument pracuje, odpoczywa, komunikuje się i dokonuje zakupów. Choć w Polsce wzrasta liczba użytkowników komputerów, to jednak ze smartfonów korzystamy dużo częściej. Wielokrotnie rezygnujemy z włączenia stacjonarnego sprzętu, gdyż tę samą czynność, np. przelew z konta bankowego, wykonamy szybciej za pomocą urządzenia mobilnego. Jego dostępność w każdym miejscu i czasie ułatwia reklamodawcy nawiązanie interakcji z potencjalnym klientem.

– Chcąc zrozumieć potencjał B2C e-commerce, należy poznać czynniki jego sukcesu, czyli dostępność, wygodę i szybkość dostawy. Kanał mobilny znacząco zwiększył te trzy elementy. Dlatego, e-commerce w Polsce będzie musiał skupić się na m-commerce. Ten ostatni choć nie jest niczym nowym, stwarza większe możliwości dla handlu. Konsumenci mogą kupować właściwe produkty szybciej i z mniejszym wysiłkiem – mówi Viktor Riemer z Information Resources Inc. (IRi), globalnej firmy badawczej.

Pomoc w zakupach offline

Według niemieckiego eksperta, właściwe wykorzystanie m-commerce przez sieci handlowe oznacza oferowanie klientom odpowiednich towarów, poprzez gromadzenie danych na temat użytkowników urządzeń mobilnych. W tym procesie ważne jest poznawanie zachowań konsumentów. Ponadto skuteczne zarządzanie kanałem mobilnym polega na tym, że sprzedawcy zapewniają pełną wygodę osobom kupującym ich produkty.

– Obecnie nowoczesne sklepy stacjonarne na całym świecie stwarzają różnego rodzaju udogodnienia. Należy do nich np. osobisty odbiór zapakowanych towarów w sklepie lub zamówienie dostawy zakupów pod wskazany adres, otrzymanie wybranych produktów w terminie kilku dni bądź nawet w ciągu paru godzin. Im więcej wyborów ma klient, tym bardziej może być zadowolony z obsługi – zauważa Viktor Riemer.

Dzięki m-commerce, usługi powinny być realizowane szybciej, niż w tradycyjnym procesie zakupowym, a także w sprzedaży online. Użytkownicy telefonów mogą zamówić produkty, np. jadąc autobusem lub siedząc w fotelu u fryzjera. Jak podkreśla ekspert z Information Resources Inc., konsumenci zyskują w ten sposób czas oraz spokój. Nie czekają bowiem w kolejce do sklepowej kasy, jak inne, często poirytowane osoby, które nie korzystają z udogodnień technologicznych.

Lokalizowanie klienta

W marketingu powszechnie stosuje się geolokalizację. Dotyczy to reklam typu AdWords, które polegają na pokazywaniu linków sponsorowanych w wynikach wyszukiwarki Google, a także komunikatów wyświetlanych na kontach społecznościowych i dobieranych na podstawie pozycji GPS użytkownika. Z kolei, banery często używają tzw. geotrapping, czyli narzędzie kreatywnego wykorzystania informacji o wizycie klienta w danym obszarze. Jednak te popularne technologie są mało dokładne w określaniu lokalizacji użytkownika w zamkniętych pomieszczeniach, co czyni je nieefektywnymi w galeriach handlowych.

Jak informuje Krzysztof Łuczak, najwięksi gracze e-commerce dostrzegają, że konsumenci nadal 90% swoich zakupów dokonują offline. Dlatego, chcą być coraz bardziej obecni w galeriach i na półkach sklepowych. Starają się tym samym idealnie uchwycić moment zakupowy, gdy klient znajduje się w sklepie stacjonarnym. W związku z tym, użytkownik, wchodzący do punku sprzedaży i szukający np. pralki, powinien od razu zobaczyć na ekranie swojego smartfona oferty tego sprzętu.

– W Europe Zachodniej sklepy stacjonarne zaczynają wdrażać systemy nawigacji, działające wewnątrz sklepów na urządzeniach mobilnych. Mają one pomagać klientom w odnajdywaniu konkretnych produktów. Wpisując do telefonu swoją listę zakupów, użytkownik otrzyma całą ścieżkę, zaznaczoną od wejścia do placówki, poprzez regały półkowe, aż do kasy. Dzięki temu, nie straci czasu na poszukiwanie artykułów, znajdujących się w różnych częściach marketu – zapewnia Viktor Riemer.

Zbieranie informacji

Gromadzenie informacji na temat konsumenta działa na podobnej zasadzie, jak w przypadku ciasteczek cookies. Ich rola we współczesnym handlu jest doskonale znana. To samo wkrótce stanie się w fizycznej lokalizacji. Przeglądarki internetowe, tj. Chrome, zaczynają już bezpośrednio komunikować się z beaconami. Dlatego, użytkownik nawet nie musi mieć zainstalowanej specjalnej aplikacji mobilnej, aby dostarczać dane, wykorzystywane w późniejszych analizach.

2017: programy socjalne, inwestycje, pracownicy z Ukrainy, stagflacja

Prawdopodobnie w 2017 roku pożegnamy deflację, a wzrost gospodarczy – mimo wyhamowania pod koniec 2016 roku – będzie przyzwoity. W połączeniu z impulsem inflacyjnym powinien wrócić do poziomów zapowiadanych 2,5-3%. Wynika to nie tylko z zapowiedzi rządowych. Będziemy odczuwali wzrost cen, na które wpłynie wzrost wartości surowców energetycznych. Nie grozi nam stagflacja, czyli deflacja połączona z brakiem wzrostu gospodarczego – sytuacja najbardziej niepokojąca ekonomistów.

– Polski rząd może liczyć na 2-3 duże impulsy z programów społecznych, które wesprą budżet – powiedział agencji eNewsroom.pl Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego

– Program 500+ zaczął już działać, a do tego dochodzą inne socjalne i społeczne programy, np. Mieszkanie+, leki dla seniora, itd. Można uznać działania rządu za próbę wywarcia impulsu demograficznego, który w dłuższej perspektywie jest bardzo istotny ze względu na wyludnianie się Polski. Kluczowe będzie też w jaki sposób rząd poradzi sobie z pracownikami z Ukrainy i Białorusi, którzy przyjeżdżają do Polski w liczbach powyżej miliona osób. Zastępują Polaków, którzy wyjechali do pracy za granicę. W Europie panuje świadomość, że obcokrajowcy przyjeżdżający pracować – na ogół w mniej wymagających zawodach – będą dobrze się asymilowali.

Polska jest w wyjątkowej sytuacji, ponieważ mamy duży impuls imigracyjny cudzoziemców dobrze się czujących w naszym kraju, bliskich kulturowo i nie wywołujących problemów – jak osoby przyjeżdżające do Francji czy Niemiec. Znaczenie będą miały też inwestycje, które w połowie i pod koniec zeszłego roku wyhamowały, zwłaszcza te konsumujące budżety unijne – podsumował Roszkowski.

W 2016 roku Polacy kupili najwięcej nowych aut osobowych w tym stuleciu

Z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów ACEA wynika, że Unia Europejska sprzedaż nowych samochodów osobowych zamyka trzeci rok z rzędu na plusie. Europejczycy kupili ponad 14,6 mln osobówek, czyli o blisko 7% więcej niż rok wcześniej. Polska natomiast zanotowała wzrost rejestracji już czwarty rok z rzędu przekraczając po raz pierwszy w XXI wieku próg 400 tys. (dokładnie 416 123 sztuk, +17,2% r/r). Zdaniem ekspertów Exact Systems, firmy kontrolującej części motoryzacyjne, w 2017 roku możemy pobić kolejny rekord, a coraz większą rolę będą odgrywały hybrydy i marki premium.

Zgodnie z naszymi prognozami, krajowy rynek sprzedaży nowych osobówek odbudowuje się i notuje wzrost kolejny rok z rzędu. W ubiegłym roku wypracowaliśmy rekord tego stulecia, co oczywiście napawa optymizmem. Jednak o takim urodzaju wolumenowym jak w niemieckich, brytyjskich czy nawet hiszpańskich salonach nie ma mowy. Ale jeśli spojrzymy na dynamikę rok do roku, na tle pozostałych członków UE, wypadamy bardzo przyzwoicie. Wewnętrzny popyt na nowe samochody rośnie, co pozwala spodziewać się, że w całym 2017 roku przekroczymy kolejną granicę wyznaczoną w 2000 roku, kiedy w Polsce w sumie zostało sprzedanych 479 tys. nowych osobówek. Na pobicie rekordu Polski z 1999 roku – 640 tys. sztuk – musimy jednak poczekać trochę dłużej – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems.

Warto jednak podkreślić, że od wejścia Polski do Unii Europejskiej Polacy decydują się zdecydowanie częściej na auta używane, które są kilkakrotnie tańsze niż te z salonu. Tylko w ubiegłym roku z zagranicy sprowadziliśmy ok. miliona aut. Dla porównania w 1999 roku zostało zarejestrowanych 110 tys. używanych aut – dodaje Paweł Gos.

Próg 400 tys. nowych aut przekroczony

W ciągu dwunastu miesięcy ubiegłego roku, jak wynika z danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, Polacy zarejestrowali 416 123 nowe samochody osobowe[1]. Wynik, zgodnie z prognozami Exact Systems, okazał się o ponad 17% lepszy niż w całym 2015 roku. Jeśli spojrzymy na strukturę kupujących to zobaczymy, że ponad dwie trzecie to firmy (67,7%), a tylko 32,3% nabywców to klienci indywidualni. Na podjęcie decyzji o zakupie nowych czterech kółek z pewnością wpłynęły informacje o nowych przepisach dotyczących akcyzy oraz trwające wyprzedaże roczników, które rozpoczęły się na kilka miesięcy przed końcem roku.

Najchętniej kupowaną marką samochodową wśród firm w minionym roku w Polsce była Skoda. Drugą pozycję zajął Volkswagen, a trzecią Toyota. Klienci indywidualni najchętniej wybierali Toyotę, a w drugiej i trzeciej kolejności odpowiednio Opla i Skodę.

Marki popularne zajmują aż 87,5% rynku (wzrost r/r: +15,7%) i to one dyktują tempo wzrostu całej grupie samochodów osobowych. – Warto jednak zwrócić uwagę na segment premium, którego dynamika sprzedaży w 2016 roku była na poziomie ponadrynkowym (+29,5% r/r). Wśród 20 najpopularniejszych marek samochodów osobowych, 5 zanotowało ponad 30% wzrost r/r, z czego 3 to Mercedes, Audi i BMW. Powoli rośnie także rynek hybryd i samochodów elektrycznych – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems. W 2016 roku Polacy kupili 9 849 hybryd (+76,4%) oraz 556 samochodów z napędem elektrycznym lub hybrydowym plug-in (+65%.).

Trzeci rok z rzędu wzrost w Unii Europejskiej

Wzrosty utrzymują się nie tylko w Polsce, ale w prawie całej Europie. W 2016 roku Europejczycy kupili ponad 14,6 mln nowych osobówek (+6,8% r/r).[2] Ożywienie w europejskich salonach trwa już trzeci rok z rządu i wszystko wskazuje na to, że będzie kontynuowane także w tym roku. Najchętniej kupowaną marką w całym 2016 roku pozostał Volkswagen, który zanotował delikatny spadek (-0,5%). – Volkswagen utrzymujący się na pozycji lidera może dziwić, gdy weźmiemy pod uwagę aferę spalinową. Po jej wybuchu wielu wróżyło kryzys niemieckiego producenta „samochodów dla ludu”. Kryzysu może nie odnotowaliśmy, ale Volkswagen zaczyna tracić w porównaniu do pozostałych marek i miniony rok nie może zaliczyć do najbardziej udanych – twierdzi Jacek Opala.

W minionym roku na zielono możemy zaznaczyć wszystkie najważniejsze rynki europejskie takie jak Niemcy (3,35 mln, +4,5%), Wielka Brytania (2,7 mln, +2%), Francja (2 mln, +5%) oraz Włochy (1,8 mln, +16%) i Hiszpania (1,15 mln, +11%).

– Prognozując ten rok, chciałabym życzyć Polakom, aby coraz więcej z nich mogło pozwolić sobie chociaż raz na kilka lat na zakup nowego samochodu tak jak teraz mogą kupić komputer czy telewizor. W uzyskaniu przynajmniej takiej dynamiki sprzedaży nowych osobówek jak w minionym roku powinien sprzyjać rosnący popyt konsumpcyjny, wzmacniany od kilku miesięcy programem rządowym 500+ – mówi Paweł Gos z Exact Systems.

[1] Źródło: http://www.pzpm.org.pl/Rynek-motoryzacyjny/Rejestracje-samochody-osobowe-i-dostawcze/Grudzien-2016r

[2] Dane obejmujące państwa członkowskie Unii Europejskiej.

Zbliża się termin rejestracji kart SIM. Co się zmieni?

Od 25 lipca ubiegłego roku nie można już kupić karty SIM bez podania swoich danych osobowych, natomiast właściciele kart zakupionych przed tą datą, muszą je zarejestrować do 1 lutego 2017 roku, w innym przypadku niezarejestrowane numery zostaną dezaktywowane. Czasu na rejestrację nie zostało dużo, a a znając upodobanie Polaków do zostawiania wszystkiego na ostatnią chwilę, można się spodziewać długich kolejek do salonów operatorów komórkowych. Tym bardziej, że według danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej na rynku znajduje się 18 mln aktywnych kart przedpłaconych. Pojawiają się także pierwsze efekty wprowadzenia obowiązkowej rejestracji kart pre-paid, m.in. kwitnie handel już zarejestrowanymi kartami SIM.

Wprowadzona w lipcu 2016 roku ustawa antyterrorystyczna nakłada posiadaczom pre-paidowych kart SIM obowiązek rejestracji numeru do dnia 1 lutego. Rejestracja polega na podaniu imienia, nazwiska, numeru PESEL i (lub paszportu) oraz złożeniu podpisu. Osoby, które nie zarejestrują swojej karty przedpłaconej nie będą mogły z niej korzystać. Anonimowe numery zostaną dezaktywowane. Obowiązkiem rejestracji kart SIM objęta zostanie całkiem spora grupa Polaków, według danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej na polskim rynku jest dostępnych ponad 56,2 mln kart SIM, z czego 27,6 mln to karty pre-paid. Liczba aktywnych kart przedpłaconych jest trochę mniejsza i wynosi 18,8 mln, nie mniej biorąc pod uwagę tendencję Polaków do zostawiania wszystkiego na ostatnią chwilę, pod koniec stycznia możemy się spodziewać olbrzymich kolejek do salonów operatorów komórkowych.

Obowiązek rejestracji kart pre-paid funkcjonuje już z różnym skutkiem w kilku krajach europejskich. Takie rozwiązanie zastosowano w 10 z 28 krajów Unii Europejskiej, m.in. w Niemczech, Włoszech, Francji czy Hiszpanii. Po za UE bez podania danych osobowych nie kupimy karty telefonicznej w Rosji, Turcji czy Australii. Co ciekawe, w Meksyku obowiązkową identyfikację użytkowników pre-paidowych kart telefonicznych wprowadzono już w 2009 roku, ale po trzech latach Meksykanie wycofali się z tego przepisu.

„Głównym powodem wprowadzenia takiej regulacji są względy bezpieczeństwa. Nie sądzę jednak, by obowiązek rejestracji kart pre-paid był skutecznym narzędziem wpływającym na jego poprawę. Kwitnący obecnie na szeroką skalę na polskim rynku handel zarejestrowanymi kartami telefonicznymi pokazuje słabość tego rozwiązania. Kto będzie chciał, taką legalnie działającą kartę kupi. To pokazuje również, jak wielkim problemem będzie aktualizacja bazy danych zarejestrowanych użytkowników, która w takim przypadku bardzo szybko straci swoje pierwotne założenie. W Niemczech czy Francji zastosowano obowiązek rejestracji kart przedpłaconych i te kraje niestety nie ustrzegły się zamachów. Z punktu widzenia rynku telekomunikacyjnego wprowadzenie wymogu rejestracji kart pre-paid może przełożyć się na spadek liczby wysyłanych SMS-ów z uwagi na prawdopodobnie mniejszą liczbę kart będących w użyciu. Czy tak się stanie zobaczymy w przyszłym roku, gdy dostępne będą raporty UKE i GUS dotyczące analizy rynku telekomunikacyjnego. Firmy i instytucje aktywnie korzystające z masowej wysyłki SMS powinny więcej uwagi poświęcić analizie, czy numery telefonów w wykorzystywanych przez nich bazach są aktywne, pomóc może im w tym usługa HLR. ” – powiedział Marcin Papiński, Dyrektor ds. Rozwoju w firmie Infobip.

Procedura rejestracji kart telefonicznych z pewnością będzie sporym utrudnieniem dla turystów przyjeżdżających do naszego kraju, którzy by uniknąć wysokich stawek w roamingu, chętnie kupowali lokalne karty SIM. Konieczność rejestracji dla gości z zagranicy będzie sporym problemem. Z kolei przedsiębiorczy Polacy już zwietrzyli biznes i zarejestrowane karty pre-paid stały się cennym towarem. W internecie z dnia na dzień przybywa ofert sprzedaży takich zarejestrowanych kart telefonicznych. Nieaktywny starter można kupić w cenie 5 zł, by po załatwieniu formalności związanych z rejestracją karty, sprzedać ją z kilkukrotnym przebiciem.

Największe zyski, największe straty 2016 r.

Brazylijska Bovespa i real, rosyjski rubel i KASA z Kazachstanu to najlepsze inwestycje minionego roku. Po drugiej stronie mamy giełdę w Nigerii i egipskiego funta. Brytyjski funt to również nie była dobra lokata w 2016 r.

Ciężki rok dla funtów

Od czerwca 2016 r. świat z uwagą śledził zachowanie funta brytyjskiego, którego kurs po przegranym referendum unijnym runął w dół. Skala przeceny była niższa niż prognozowali pesymiści, wieszcząc 25-procentowy spadek GBP, ale też niewiele się pomylili. Funt stracił w 2016 r. aż 17,08 proc. i należał do najsłabszych walut na świecie. Jeszcze gorzej radził sobie jego egipski imiennik. Po tym jak władze w Kairze zdecydowały się uwolnić kurs krajowej waluty funt egipski zanurkował, tracąc na wartości 58,8 proc. Generalnie afrykańskie waluty mają za sobą ciężki rok. Przykładowo w Surinamie dolar stracił na wartości 46,6 proc., nigeryjska naira 36,6 proc., a  new metical w Mozambiku 33,2 proc.

Ale nie jest to wcale zasada, bo kilka afrykańskich rynków skończyło 2016 r. na zielono. Dolar namibiański, loti z Lesotho, rand z RPA i zambijska kwacha zyskały w ubiegłym roku 11 proc. Najsilniejszą walutą 2016 r. dość niespodziewanie okazał się rubel. Po słabym 2015 r. rosyjska waluta zakończyła 2016 r. wzrostem kursu o 21,1 proc. Nieznacznie mniej, bo 20 proc. zyskał brazylijski real.

Inwestycyjny karnawał

Brazylia okazała się krajem, który zapewnił ponadprzeciętne zyski w 2016 r. I to pomimo ciągnącego się miesiącami kryzysu politycznego, zakończonego usunięciem urzędującej pani prezydent. Inwestorzy najwyraźniej uwierzyli, że nowy szef państwa Mechel Temer, przeprowadzi liberalne reformy kraju. Na fali optymizmu indeks Bovespa zyskał w ubiegłym roku 63,3 proc. zajmując pierwsze miejsce na liście najbardziej zyskownych giełd. Na drugim miejscu jest kazachski KASE, który o włos wyprzedził peruwiański S&P/BVL (odpowiednio 59,9 proc. i 59,1 proc.). Sporo zarobili inwestorzy obecni na moskiewskiej giełdzie. RTS zyskał w ubiegłym roku 50 proc. Dalej mamy parkiet pakistański. Kilka miesięcy temu analitycy BGŻOptima przeglądając egzotyczne rynki w poszukiwaniu interesujących okazji inwestycyjnych, wskazywali właśnie na duży potencjał indeksu KARACHI. W 2016 r. zyskał on 43 proc.

Wysoko uplasował się Budapeszt, którego główny wskaźnik znalazł się o 29,8 proc. na plusie. Na drugim biegunie, w strefie ostrej czerwieni mamy głównie egzotyczne rynki. Ale nie tylko. Głęboko w strefie spadków jest włoski FTSE MIB (-13,2 proc.). OMX w Kopenhadze zanurkował jeszcze bardziej – do -16,4 proc. Najgorszą giełdą AD 2016 r. był parkiet w Nigerii, który odnotował 41,4 proc. straty rok do roku. Na drugim miejscu jest egipski EGX 30 ze stratą 27,6 proc.

Srebro lepsze od złota

Na rynku metali 2016 r. należał do… palladu. Chociaż bohaterem ubiegłego roku było złoto, o którym bardzo dużo pisano i mówiono, to żółty kruszec, choć dał zarobić, znalazł się w ogonie szlachetnych surowców. Najwięcej w ubiegłym roku na wartości zyskał pallad – 20,2 proc. Na drugim miejscu znalazło się srebro. Kto na początku 2016 r. kupił uncję szarego metalu, 12 miesięcy później mógł ją spieniężyć z 14-procentowym zyskiem. Cena złota na koniec ubiegłego roku była natomiast o 7,1 proc. wyższa niż na początku 2016 r. Spośród metali szlachetnych najmniej w ciągu roku zyskała na wartości platyna.

– Może wyniki GPW w Warszawie na tle najbardziej zyskownych giełd na świecie prezentują się skromnie, niemniej miniony rok był dla inwestorów zdecydowanie lepszy niż 2014 i 2015. Kto zdecydował się ulokować środki w segmencie małych spółek skupionych w indeksie mWIG40 zarobił 19 proc. Indeks szerokiego rynku WIG przyniósł 14,5 proc. natomiast WIG20 zyskał 8 proc. Jak widać, 2016 rok dał zarobić również na krajowym rynku – mówi Konrad Grzelec, ekspert BGŻOptima. – Zróżnicowane wyniki poszczególnych indeksów wskazują, że należy dywersyfikować swój portfel. W poszukiwaniu wyższych zysków warto zainteresować się egzotycznymi rynkami, w których wzrostach można partycypować dzięki zagranicznym funduszom inwestycyjnym, dostępnym również w Polsce – dodaje.

Rekrutacja na unikatowy staż dla polskich studentów

Już 5.01 ruszył nabór do drugiej edycji programu Transatlantic Future Leaders Forum. Kilkoro najlepszych polskich studentów dostanie szansę na odbycie stażu w Kongresie Stanów Zjednoczonych i Parlamencie Zjednoczonego Królestwa. 

Transatlantic Future Leaders Forum (TFLF) to organizacja powołana by umożliwić najzdolniejszym polskim studentom odbycie stażu w biurach prominentnych przedstawicieli władzy ustawodawczej w Waszyngtonie i Londynie. Program został powołany do życia przez absolwentów podobnych praktyk organizowanych przez US-EU Government Initiatives (USEUGI) – instytucji działającej w latach 2004-2014 praktycznie dzięki wysiłkom jednej osoby – p. Marka Podhoreckiego. Program zawieszono po śmierci założyciela w 2014 roku. Grupa absolwentów tego programu zebrała się jednak pod koniec 2015 roku i postanowiła kontynuować tamtą inicjatywę, powołując do życia TFLF.

W 2016 roku odbyła się pierwsza edycja nowego programu. Trójka stażystów udała się w sierpniu 2016r. na staże do Waszyngtonu, a dwóch studentów zostało przyjętych na praktyki w Wielkiej Brytanii.  Jako organizacja TFLF zorganizowało także stażystom kilkanaście spotkań okołostażowych. Waszyngtońscy stażyści odwiedzili m.in fabrykę Boeinga w Charleston oraz Departament Stanu USA, odbyli również spotkania m.in z prof. Josephem Stiglitzem w Banku Światowym, Ianem Brzezinskim w Atlantic Council czy byłym Ambasadorem RP w USA – Ryszardem Schnepfem. Stażyści londyńscy odbyli spotkania z czołowymi przedstawicielami takich instytucji i przedsiębiorstw jak Barclays, Wells Fargo, APCO Worldwide czy Institute of Directors. – Udział w programie pozwolił mi doświadczyć miejsca, gdzie zapadają najważniejsze polityczne decyzje Ameryki. Poza zdobytą wiedzą i poznanymi ludźmi, pozwolił mi spojrzeć na moje plany zawodowe z dużo szerszej perspektywy – stwierdza Wiktor Rybicki, absolwent pierwszej edycji programu.

Po sukcesie pierwszej edycji partnerem programu została Ambasada USA w Polsce. Ambasada USA przyznała również grant, który pozwoli wybranym w procesie rekrutacji stażystom na pokrycie części kosztów takich jak bilet lotniczy czy koszty zakwaterowania w Waszyngtonie, a także pomoże zorganizować stażystom TFLF spotkania z przedstawicielami administracji rządowej USA.

W kolejnych latach założyciele TFLF planują stopniowo rozwijać program stażowy, by dać szansę skorzystania z niego jak największej liczbie wybitnych Polskich studentów.

Już teraz obywatele polscy studiujący na krajowych i zagranicznych uczelniach mogą zgłaszać swój udział w drugiej edycji programu, która odbędzie się latem. Aplikacje przyjmowane są wyłącznie poprzez formularz umieszczony na stronie TFLF (http://transatlanticforum.org/). Idealni kandydaci powinni być proaktywni i zaangażowani w działalność zarówno studencką, jak i dodatkową. Doświadczenie w sektorze NGO będzie uznane za dodatkowy atut kandydata. Wybrani do drugiego etapu kandydaci będą mieli szansę zaprezentować się w czasie egzaminu ustnego w Warszawie w dniach 7-8 kwietnia br. Profile najlepszych kandydatów zostaną polecone przez komisję selekcyjną osobom nadzorującym staże w biurach poszczególnych Partnerów programu w Waszygntonie i Londynie.

Bankowa samowola i bezradne państwo. Jak upadają polskie firmy – przypadek Atlantic

Logika ustanowiona ustawą prawo restrukturyzacyjne, zgodnie z którą preferowane jest zachowanie możliwości kontynuowania działalności przedsiębiorstwa, powinna być podtrzymana i umacniania. Należy również wprowadzić mechanizmy zabezpieczające firmy przed nieuzasadnionym pozbawianiem majątku w drodze postępowania likwidacyjnego – takie wnioski płyną z Raportu ZPP pn. Bankowa samowola i bezradne państwo. Jak upadają polskie firmy – przypadek Atlantica”.

Z dniem 1 stycznia 2016 roku w Polsce uchwalona została nowelizacja prawa upadłościowego i naprawczego. W efekcie tych działań wyodrębniono ustawę prawo upadłościowe, regulującą kwestie z zakresu upadłości likwidacyjnych oraz ustawę prawo restrukturyzacyjne. Głównym założeniem prawa restrukturyzacyjnego jest uniknięcie upadłości dłużnika i umożliwienie  poprawy stanu finansów w firmach niewypłacalnych lub zagrożonych niewypłacalnością.

Zmianę w zakresie postępowania restrukturyzacyjnego oceniamy pozytywnie. Ryzyko to nieodzowny element prowadzenia działalności gospodarczej. Naturalną konsekwencją tego ryzyka mogą być np. kłopoty finansowe firmy. Liczą się z tym zarówno przedsiębiorcy, jak i wierzyciele, którzy często są gotowi na polubowne załatwienie sprawy. W naszej opinii umożliwienie przedsiębiorcom restrukturyzacji firm, połączonej z szybką i regularną spłatą zobowiązań jest dużo lepszym rozwiązaniem niż wszczęcie postępowania likwidacyjnego – powiedział Marcin Nowacki, wiceprezes ZPP. – Likwidacja wiąże się z koniecznością sprzedaży majątku, a zatem z upadkiem działalności firmy – dodał.

Do końca grudnia 2015 roku polskie przepisy wyróżniały dwa rodzaje upadłości: likwidacyjną oraz układową z możliwością zawarcia układu z wierzycielami. W ramach drugiego rodzaju upadłości, na skutek zawarcia układu z wierzycielami, możliwe było ratowanie przedsiębiorstwa i kontynuowanie działalności gospodarczej.

Ogólnodostępne dane nie pozostawiają jednak złudzeń, w Polsce, w okresie przed nowelizacją prawa upadłościowego i naprawczego, dominowała upadłość likwidacyjna. Dla przykładu, w latach 2004-2012 upadłość została ogłoszona wobec 6519 podmiotów, tylko w 1164 przypadkach była to upadłość z możliwością zawarcia układu. W tym kontekście na uwagę zasługuje przypadek znanej polskiej spółki Atlantic S.A., która w wyniku działania banku oraz błędów popełnionych przez Tymczasowego Nadzorcę Sądowego została objęta upadłością likwidacyjną, mimo, iż wierzyciele dysponujący większością wierzytelności wyrazili zainteresowanie propozycjami układowymi.

Na skutek napiętej sytuacji na rynkach wschodnich, po wybuchu protestu na Majdanie, zetknęliśmy się z zapaścią ekonomiczną i gwałtownym spadkiem sprzedaży w firmie.  Nie chcąc występować po pomoc publiczną podjęliśmy zatem działania restrukturyzacyjne. Niestety, nieuzasadnione w naszej opinii wypowiedzenie umowy leasingu nieruchomości przez bank BNP Paribas, doprowadziło do powstania obowiązku podatkowego wobec Urzędu Skarbowego w kwocie ponad 4,5 mln złotych. Ponadto Tymczasowy Nadzorca Sądowy  uznał, że spółka posiada zobowiązanie wobec banku z tytułu przedterminowego rozwiązania umowy, które opiewać miało na kwotę 18 mln zł – powiedział Wojciech Morawski, założyciel i b. prezes Atlantic S.A.

Problem upadłości w Polsce, jeszcze do niedawna, był bardzo poważny. Na przestrzeni lat
2008-2013 liczba upadłości wzrosła z 411 do 883 podmiotów, a zatem dwukrotnie. W roku 2014 nastąpił pierwszy przełom – liczba upadłości zmniejszyła się o 7 proc., do 823. W tym samym roku rozpoczęły się problemy finansowe spółki Atlantic.

To klasyczny przykład niszczenia polskich firm, dobrze prosperujących nie tylko w kraju, ale także za granicą. Działanie zagranicznego banku doprowadziło spółkę do upadłości, a brak elastyczności polskiego sądu ją przypieczętował.   Jeśli dłużnik ma realne szanse na poprawę swojej sytuacji należy mu to umożliwić. Często racjonalne zarządzanie przedsiębiorstwem i regularna spłata zobowiązań, może uchronić przed całkowitą likwidacją biznesu – komentuje Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP.

W związku z powyższym Związek Przedsiębiorców i Pracodawców przedstawił następujące rekomendacje, które mogą przyczynić się do zmniejszenia patologii gospodarczych:

  • podtrzymywanie i umacnianie zachowania możliwości kontynuowania działalności przedsiębiorstwa powinno być praktykowane w codziennym życiu gospodarczym – nowelizacja prawa restrukturyzacyjnego z dnia 1 stycznia 2016 r. stanowi krok w dobrym kierunku,
  • instytucje państwa powinny reagować, w sytuacji podejmowania przez jedną ze stron działań niezgodnych z treścią kontraktu,
  • praca Tymczasowych Nadzorców Sądowych i jej efekty w postaci sprawozdań powinny być weryfikowane i sprawdzane,
  • rozszerzanie możliwości kasowego rozliczania podatków VAT i PIT ułatwiłoby zachowanie płynności finansowej w obliczu przejściowych kłopotów,
  • instytucje państwowe powinny wnikliwie kontrolować i egzekwować treści umów zawieranych przez instytucje finansowe,
  • zasadne jest prowadzenie szkoleń dla sędziów orzekających w sprawach gospodarczych i prowadzenie działań podnoszących ich kwalifikacje ekonomiczne,
  • należy wprowadzić mechanizmy zabezpieczające przedsiębiorców przed nieuzasadnionym pozbawianiem majątku w związki z domniemanymi oszustwami podatkowymi,
  • zabezpieczenie majątku przedsiębiorcy powinno być ograniczone w czasie i realizowane w sposób pozwalający na dalsze prowadzenie działalności gospodarczej.

Postępowanie restrukturyzacyjne w firmie dotkniętej przez kłopoty finansowe jest istotne nie tylko z punktu widzenia przedsiębiorcy – właściciela biznesu, ale korzystne również w skali makro. Prosperująca na rynku firma generuje dochody, od których odprowadzane są podatki, popyt konsumpcyjny nakręca nową produkcję i co szczególnie ważne, uchronienie firmy przed likwidacją pozwala na utrzymanie dotychczasowych miejsc pracy, a w dalszej perspektywie na tworzenie nowych – podsumował Marcin Nowacki z ZPP.

Jak zmniejszyć koszty tłumaczenia?

Vasilijs Ragacevics
Vasilijs Ragacevics, Skrivanek sp. z o.o. – Agencja tłumaczeń i szkoła językowa

Każdego dnia jesteśmy bombardowani coraz większą liczbą informacji. Mimo przewidywań, że pewnego dnia światową komunikację zdominuje jeden globalny język, jak na razie konsumenci wolą kupować towary, o których mogą dowiedzieć się czegoś w języku ojczystym. Co jednak w sytuacji, gdy nasz budżet na tłumaczenie/lokalizację informacji produktowych jest niewystarczający? Jak zmniejszyć koszty tłumaczenia? Choć na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi, warto przyjrzeć się temu zagadnieniu.

Pieniądze da się zaoszczędzić, jeśli starannie i obiektywnie ocenimy:

1) Co musi zostać przetłumaczone i w jakim celu?

Tak postawione pytanie wydaje się proste, jednak odpowiedź na nie, tj. krytyczna ocena potrzeb tłumaczeniowych, to najważniejszy element na etapie przygotowawczym. W wielu przypadkach, przekazując dokumenty do tłumaczenia, nie zastanawiamy się, kto będzie ich odbiorcą i w jakich okolicznościach. Na przykład: jeśli tłumaczymy materiały marketingowe, czy będą one interesujące i ważne dla odbiorców w innym kraju? Może skuteczniej będzie przygotować, od razu w języku docelowym, dopasowany komunikat dotyczący produktu, który znajdzie oddźwięk na innym rynku i przemówi do odmiennej niż w naszym kraju grupy klientów?

Z innej strony: jeśli nasze materiały przeznaczone są jedynie do użytku wewnątrz firmowego lub interesuje nas tylko ogólny sens tekstu, warto poinformować o tym zleceniobiorcę (tłumacza indywidualnego lub biuro). Wycena zlecenia powinna wówczas być niższa, gdyż teksty takie mogą obejść się bez korekty.

2) Co, jak i kiedy uwzględniać przy analizie ofert na tłumaczenie?

Cenę tłumaczenia oblicza się na podstawie stawki za znak, słowo, wiersz, stronę lub arkusz. Kalkulacja może dotyczyć tekstu w języku źródłowym lub docelowym.

Prawdziwym wyzwaniem jest ocena ofert wykonawców z zastosowaniem jednolitych kryteriów. Cena może dotyczyć samego tłumaczenia lub tłumaczenia z korektą. Jeśli cenę określono na podstawie liczby znaków, należy upewnić się, że w rozliczeniu uwzględniane są spacje (przeważnie są, ponieważ spacje to też znaki i ich brak sprawiłby, że tekst stałby się nieczytelny). Jeśli zleceniobiorca określił cenę za stronę, ile znaków lub słów ma się mieścić na takiej stronie (przeważnie 1800 znaków [zawsze 1125 znaków w przypadku tłumaczeń przysięgłych] lub 250 słów)?

Warto również ustalić, czy zleceniobiorca stosuje kryterium minimalnej wielkości zlecenia (płacimy za minimalną wielkość zlecenia, nawet gdy faktycznie tekst jest krótszy). Jeśli na przykład minimalna liczba słów to 125 lub 250, warto zbierać krótkie teksty i przesyłać je razem.

Warto z tekstu do tłumaczenia usunąć wszelkie zbędne informacje. Zwykle w języku docelowym obowiązuje ta sama zasada: im bardziej zwięzły tekst, tym lepiej.

Jeśli odpowiadamy za grupę autorów, warto wyznaczyć limit długości tekstów. Na przykład: etykieta może zawierać do 150 wyrazów, opis produktu do 500, instrukcja do 2500.

3) Jaka opcja będzie najtańsza: skorzystanie z usług biura, tłumacza firmowego, a może znajomego? A może sami możemy pokusić się o tłumaczenie?

Jeśli dana firma regularnie potrzebuje tłumaczeń niewymagających pilnej realizacji w jednej parze językowej, np. z angielskiego na polski i z polskiego na angielski, warto rozważyć zatrudnienie tłumacza na stałe. Należy jednak wziąć pod uwagę ilość pracy – profesjonalny tłumacz przekłada średnio 8 stron (2000 słów) dziennie. Trzeba także pamiętać, że tłumacz etatowy może zachorować, bierze urlopy i potrzebuje miejsca do pracy.

Jeśli zdecydujemy się powierzyć nasz tekst znajomemu, warto podejść do sprawy ostrożnie i spróbować z mało ważnym dokumentem, a następnie przesłać tłumaczenie do oceny niezależnemu specjaliście lub agencji tłumaczeniowej. Jeżeli ocena wypadnie pomyślnie, uda nam się zaoszczędzić, znajomy może jednak tłumaczyć dla wielu firm lub wykonywać inną pracę, co oznacza problemy z dostępnością. Co więcej, tłumacz radzi sobie zwykle dobrze w jednej, maksymalnie dwóch parach językowych. Ponadto zdarza się, że nie widzi własnych błędów, a co za tym idzie, nie jest w stanie w pełni skorygować swojej pracy. Gdy tłumaczenie znajomego okaże się jednak błędne, konsekwencje mogą być bardzo przykre: brak sformalizowania współpracy oznacza również brak ubezpieczenia OC.

Biuro tłumaczeń warto wybrać w wówczas, gdy potrzebujemy tłumaczeń w trybie ekspresowym lub jeśli teksty do tłumaczenia pojawiają się nieregularnie, a także wtedy, gdy nasze materiały występują w kilku parach językowych, nasze dokumenty są duże, skomplikowane, różnorodne lub bardzo ważne. Pamiętajmy, że agencja tłumaczeniowa może również pomóc w obsłudze tłumaczeń uwierzytelnionych. Mimo że czasem współpraca z biurem może nie być najtańszym rozwiązaniem, należy pamiętać, że jest to opcja najmniej ryzykowna. Są sytuacje, gdy to właśnie oszczędność będzie nas kosztować najwięcej. Dobry dostawca usług językowych to nie tylko wykonawca tłumaczenia: agencja pilnuje budżetu klienta i jest w stanie zaproponować rozwiązania zmniejszające koszty, w tym specjalne rozwiązania technologiczne.

Jeśli jesteśmy dostatecznie przygotowani i mamy czas, możemy spróbować przetłumaczyć tekst samodzielnie. Jeśli się uda, może warto rozważyć zmianę pracy – dobrzy tłumacze są zawsze poszukiwani!

4) Czy format ma znaczenie?

Format dokumentu wpływa na koszt i czas realizacji tłumaczenia. Jeśli mamy materiał w postaci nieedytowalnej i chcemy otrzymać tłumaczenie idealnie odzwierciedlające wygląd oryginału, musimy zapłacić zarówno za tłumaczenie, jak i obróbkę graficzną (usługę DTP). Nawet jeśli tłumaczony materiał jest w postaci edytowalnej, ale zawiera np. tabele i grafiki, czas realizacji się wydłuży, a koszty zwiększą. Bardzo złożone graficznie pliki w nietypowych formatach mogą częściowo lub całkowicie uniemożliwić zastosowanie narzędzi opartych na pamięci tłumaczeniowej, a tym samym wykluczyć oszczędności związane z ewentualnymi powtórzeniami w tekście.

5) Współpraca przy pojedynczych projektach, czy długofalowa relacja?

Na pytanie to nie ma jednej odpowiedzi, jednak w obu przypadkach – jeśli chcemy oszczędzić sobie rozczarowań – należy ustalić warunki współpracy. Warto, aby zleceniobiorca wyznaczył do kontaktu z nami jedną osobę odpowiedzialną za współpracę. Wyznaczenie takiego pracownika jest niezmiernie ważne z punktu widzenia obsługi procesu tłumaczenia i jego kosztów. Osoba taka zbiera wszelkie zalecenia lub zastrzeżenia od współpracowników, zapewnia spójność przekładu, koordynując terminologię, czy udostępniając wcześniejsze tłumaczenia i inne materiały referencyjne. Osoba do kontaktu omawia także z klientem cele i wytyczne dotyczące tłumaczenia oraz synchronizuje wykorzystanie różnorodnych rozwiązań i technologii.

Jeśli poszukujemy wykonawcy tłumaczeń i chcemy, aby na naszą ofertę odpowiedziało wiele odpowiednich podmiotów, musimy uwzględnić kryterium scentralizowanego podejścia do zasobów wiedzy i terminologii oraz kwestię dostępności jednej osoby odpowiedzialnej za współpracę z nami. Tylko doświadczeni dostawcy mogą zagwarantować spójność. Natomiast jej brak w przygotowywanych lub drukowanych materiałach może generować olbrzymie koszty związane z ponowną weryfikacją, edycją, wprowadzaniem poprawek, a nawet powtórnym drukiem.

6) Czy tempo realizacji ma znaczenie?

Koszty zleceń realizowanych w trybie pilnym będą zawsze podwyższone, gdyż takie zlecenia wymagają ponadstandardowych rozwiązań. Czy w takim przypadku oszczędności są w ogóle możliwe? Jedynie do pewnego stopnia i to pod warunkiem, że gdy tekst źródłowy jeszcze powstaje, jesteśmy w stanie oszacować, kiedy będzie gotowy do tłumaczenia i jaką będzie miał objętość oraz sprecyzować nasze oczekiwania względem zleceniobiorcy, a następnie przekażemy takie informacje z wyprzedzeniem. Dzięki nim dostawca będzie mógł przeorganizować swoje procesy w taki sposób, aby zapewnić jak najbardziej bezproblemową obsługę projektu za niewiele wyższą cenę.

Należy unikać przesyłania do tłumaczenia niegotowego dokumentu – konieczność wprowadzania poprawek lub uzupełnień będzie wymagać dodatkowej pracy, co wygeneruje dodatkowe koszty.

Najbardziej optymalnym, choć nie zawsze dostępnym rozwiązaniem będzie takie zorganizowanie pracy, aby teksty do tłumaczenia przekazywane były systematycznie i terminowo.

7) Tłumaczenia maszynowe czy narzędzia oparte na pamięci tłumaczeniowej?

Technologie stosowane w branży językowej pozwalają uzyskać znaczne oszczędności na tłumaczeniach w przypadku powtarzalnych i dużych projektów. Programy bazujące na pamięci tłumaczeniowej to element codziennej pracy każdego profesjonalnego tłumacza i dostawcy usług językowych. Dzięki nim koszty tłumaczenia mogą być obniżone, ponieważ narzędzia te pozwalają korzystać z bazy wcześniejszych tłumaczeń wykonanych dla danego klienta. Same takie programy oczywiście kosztują, warto jednak przedyskutować z partnerami możliwości i ograniczenia wiążące się z ich stosowaniem.

Obserwujemy intensywny rozwój narzędzi do tłumaczenia maszynowego, w związku z czym wielu dostawców usług językowych, szczególnie w krajach, w których używa się najpopularniejszych na świecie języków, coraz częściej stosuje je przy dużych objętościowo tekstach technicznych. Agencje nie korzystają jednak z podstawowych programów, takich jak Google Translate, ale z zaawansowanych, profesjonalnych narzędzi ze specjalnie zaprogramowanymi silnikami. W branży językowej tłumaczenia maszynowe przechodzą proces tzw. post-edycji wykonywanej przez profesjonalnych tłumaczy i korektorów, często z użyciem programów opartych na pamięci tłumaczeniowej. Dzięki takiej weryfikacji, tj. porównaniu tłumaczenia z oryginałem, jego sprawdzeniu i wprowadzeniu odpowiednich poprawek, tłumaczenie maszynowe zyskuje swoją ostateczną, udoskonaloną postać.

Autor: Vasilijs Ragacevics, Skrivanek sp. z o.o. – Agencja tłumaczeń i szkoła językowa

Praca podczas zwolnienia lekarskiego może skutkować odebraniem prawa do zasiłku. Może też uzasadniać zwolnienie dyscyplinarne

Praca podczas zwolnienia lekarskiego może skutkować odebraniem prawa do zasiłku. Może też uzasadniać zwolnienie dyscyplinarne 4

Pracownik ma prawo do wynagrodzenia albo zasiłku chorobowego za czas choroby. Zwolnienie lekarskie powinno służyć jak najszybszemu powrotowi do zdrowia, dlatego nie powinno się wówczas wykonywać żadnej pracy. Praca podczas zwolnienia to podstawa do odebrania zasiłku. Może też uzasadniać zwolnienie dyscyplinarne.

– Za 33 dni niezdolności do pracy z powodu choroby pracownicy mają prawo do wynagrodzenia. Dotyczy to również osób wykonujących pracę nakładczą oraz odbywających służbę zastępczą. Gdy liczymy 33 dni niezdolności do pracy, bierzemy pod uwagę wszystkie zwolnienia w ciągu roku kalendarzowego. Od 34. dnia niezdolności do pracy przysługuje zasiłek chorobowy – przypomina Adam Kostuch z Departamentu Zasiłków w Centrali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Przez pierwsze 33 dni choroby w roku kalendarzowym płaci pracodawca. Jeśli niezdolność do pracy się wydłuża, to ten obowiązek przechodzi na ZUS.

Pracownik ma obowiązek w ciągu 7 dni dostarczyć zwolnienie lekarskie wystawione w formie papierowej pracodawcy. Osoby prowadzące własną działalność muszą w tym terminie przekazać zwolnienie papierowe do ZUS. W razie przekroczenia terminu zasiłek jest obniżany do 25 proc. (za okres od 8 dnia orzeczonej niezdolności do pracy do dnia dostarczenia zaświadczenia). W III kwartale 2016 roku obniżono wypłaty zasiłków o 1 016,6 tys. zł (16,7 tys. osób), a w okresie styczeń–wrzesień 2016 roku o 3 185,1 tys. zł (53,8 tys. osób).

Od stycznia 2016 r. lekarze mogą też wystawiać elektroniczne zwolnienia lekarskie.

 Zwolnienie elektroniczne trafia automatycznie do pracodawcy, który ma profil na Platformie Usług Elektronicznych. Pracownik nie musi go nigdzie nosić. Podobnie jest w przypadku osób prowadzących działalność gospodarczą, które nie muszą dostarczać zwolnienia elektronicznego do ZUS-u. Jeżeli pracodawca nie ma profilu na PUE, lekarz wręcza wydruk zaświadczenia lekarskiego wystawionego w formie elektronicznej, który pracownik dostarcza do pracodawcy – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria ekspert ZUS.

Pracodawcy, którzy wypłacają zasiłki oraz ZUS, mogą kontrolować, czy zwolnienia od pracy są wykorzystywane zgodnie z ich celem. Sprawdzane jest przede wszystkim to, czy chory pracownik wykorzystuje czas zgodnie z zaleceniami lekarza. Jeśli wykonuje pracę zarobkową w okresie niezdolności do pracy lub wykorzystuje zwolnienie od pracy w sposób niezgodny z jego celem, to traci prawo do zasiłku chorobowego.

– Lekarze orzecznicy ZUS mogą też skontrolować prawidłowość wystawianych zwolnień lekarskich. Po analizie dokumentacji medycznej i badaniu ubezpieczonego lekarz orzecznik może stwierdzić, że niezdolność do pracy ustała wcześniej, niż określono to w zwolnieniu lekarskim. Od tej daty zasiłek chorobowy nie przysługuje – podkreśla Adam Kostuch.

W III kwartale 2016 roku ZUS przeprowadził 133,9 tys. kontroli osób mających zaświadczenie o czasowej niezdolności do pracy (w okresie styczeń–wrzesień br. – 431,5 tys.). ZUS wydał 5,4 tys. decyzji wstrzymujących dalszą wypłatę zasiłków chorobowych (w okresie styczeń–wrzesień br. – 17,1 tys.). Kwota wstrzymanych z tego tytułu zasiłków w III kwartale  2016  r. wyniosła 4 602,1 tys. zł (między styczniem a wrześniem – 12 704,7 tys.).

 Zasada jest taka, że pracownik nie może wykonywać pracy podczas zwolnienia lekarskiego. To wynika z istoty zwolnienia lekarskiego. Zarówno przepisy, jak i orzecznictwo podkreślają, że czas zwolnienia trzeba wykorzystać na rekonwalescencję, powrót do zdrowia – wskazuje Rafał Wyziński, adwokat w RK Legal.

Co istotne, chory może w tym czasie odmówić wykonywania pracy także własnemu przełożonemu. Konsekwencje podejmowania pracy podczas zwolnienia mogą być bardzo poważne, przede wszystkim na gruncie przepisów o ubezpieczeniach społecznych. Tu przepisy wskazują jasno, że wykonywanie pracy zarobkowej podczas pobierania zasiłków skutkuje utratą prawa do zasiłku za cały okres zwolnienia.

– W skrajnych przypadkach można zwolnić dyscyplinarnie pracownika z powodu naruszenia obowiązków pracowniczych za to, że wykonuje pracę podczas zwolnienia chorobowego, bo nie dba o interes pracodawcy. Uważam jednak, że trzeba to stosować bardzo ostrożnie i dyscyplinarka jest rozwiązaniem skrajnym – przekonuje adwokat.

Orzecznictwo sądów wskazuje jednak, że zdarzają się sytuacje, w których dozwolone jest podejmowanie pracy podczas zwolnień lekarskich. Wówczas nie powinno to być traktowane jako ciężkie naruszenie obowiązków pracowniczych.

 Każdą taką sytuację trzeba analizować indywidualnie. Natomiast są okoliczności, które usprawiedliwiają wykonywanie niektórych czynności zawodowych na zwolnieniu lekarskim – podsumowuje Rafał Wyziński.

Polscy producenci wołowiny stawiają na ekologię i zrównoważone rolnictwo. To może procentować na rynkach zagranicznych

Polscy producenci wołowiny stawiają na ekologię i zrównoważone rolnictwo. To może procentować na rynkach zagranicznych 5

Ekologia i zrównoważone rolnictwo to w krajach Europy Zachodniej rosnący trend. Rynek ekożywności wciąż zyskuje na wartości, a konsumenci coraz chętniej wybierają takie produkty. W tym kierunku powinni zmierzać również polscy producenci wołowiny – podkreśla prezes Polskiego Zrzeszenia Producentów Bydła Mięsnego. Mięso wołowe z ekoetykietą cieszy się rosnącą popularnością wśród konsumentów w Chinach, a jest to drugi po USA rynek ekologicznej żywności.

– Już ponad 50 proc. produkcji wołowiny w Irlandii odbywa się z gwarancją niższej emisji gazów cieplarnianych. U nas dopiero zaczyna się o tym mówić, tam robią to już od dawna. Są na świecie rynki, które zaczynają płacić za certyfikację ekologiczną. To są wyzwania dla polskiego sektora wołowiny i w tym kierunku powinniśmy działać – mówi agencji Newseria Biznes Jerzy Wierzbicki, prezes Polskiego Zrzeszenia Producentów Bydła Mięsnego.

Rolnictwo, zwłaszcza hodowlę bydła, uważa się za jedną z głównych przyczyn emisji gazów cieplarnianych, które przyczyniają się do globalnego ocieplenia klimatu. W przewodzie pokarmowym zwierząt wytwarzany jest metan, gaz o dużej zdolności zatrzymywania ciepła w atmosferze. Według różnych szacunków hodowla bydła odpowiada za kilkanaście procent całkowitej emisji gazów cieplarnianych do atmosfery.

Dodatkowo produkcja nawozów i pasz przyczynia się do emisji szkodliwych azotanów, a grunty pod uprawę i hodowlę pozyskuje się w dużej mierze poprzez wycinkę lasów. Dlatego ponad rok temu Unia Europejska wprowadziła restrykcyjne limity emisji szkodliwych substancji do atmosfery, które państwa członkowskie muszą wprowadzić do 2030 roku. Dyrektywa NEC (National Emission Ceilings) nakazuje zredukowanie m.in. poziomu metanu i amoniaku m,in. w sektorze rolnictwa. Dla polskich hodowców i producentów wołowiny może to oznaczać konieczność wypracowania metod bardziej zrównoważonej produkcji.

Są wyzwania związane z precyzyjnym rolnictwem, które musimy wdrażać do produkcji wołowiny. To lepsza genetyka, lepsze żywienie, lepsze warunki środowiskowe i większa efektywność. Przyzwyczailiśmy się do tego, że ekstensyfikacja produkcji jest dobra. Natomiast dzisiaj, w dobie wyzwań zrównoważonego rolnictwa, mówi się o zrównoważonej intensyfikacji. Niektóre technologie produkcji powodują oszczędniejsze gospodarowanie zasobami – mówi Jerzy Wierzbicki.

Prezes Polskiego Zrzeszenia Producentów Bydła Mięsnego zauważa, że produkty rolnictwa ekologicznego i zrównoważonego są cenione i coraz bardziej poszukiwane przez konsumentów. Na dynamiczny rozwój polskiego ekorynku wpływa rosnąca świadomość konsumentów. Według Gfk Polonia 67 proc. z nich uważa, że naturalne walory żywności są ważniejsze niż prozdrowotne składniki poszczególnych wyrobów. Według Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi wartość rynku żywności ekologicznej może w tym roku przekroczyć miliard złotych.

Aspekt ekologii jest mocno ceniony przez konsumentów na rynku chińskim. Etykieta zrównoważonego rolnictwa w Chinach jest równoważna ekologicznej etykiecie, a jest to w tej chwili drugi rynek na świecie po Stanach Zjednoczonych – mówi Jerzy Wierzbicki.

Statystyczny Polak zjada niewielkie ilości mięsa wołowego (poniżej 2 kg rocznie na osobę). To kilkukrotnie mniej, niż wynosi średnie spożycie w innych państwach Europy. Dlatego większość wyprodukowanej w Polsce wołowiny trafia na eksport do krajów UE. W ostatnich latach sprzedaż za granicę dynamicznie rosła. Dla polskich producentów bardzo perspektywiczny jest również rynek chiński, który może się otworzyć jeszcze w tym roku.

Szansą na rozwój całej branży ma być porozumienie Polska Wołowina 2022. Jej celem jest wypracowanie i wdrożenie jednolitej strategii dla polskich hodowców i producentów wołowiny, która przełoży się na korzyści dla całego sektora. 5-letnie porozumienie o współpracy podpisało dotychczas sześć branżowych organizacji.

– To krok w dobrym kierunku, bo obserwując naszych konkurentów z Australii, Francji czy Wielkiej Brytanii, widzimy, że oni pracują wspólnie. Mają wiele organizacji, które współpracują ze sobą i opracowują plany strategiczne. Są partnerem dla rządu i dla siebie nawzajem i pracują intensywnie nad marketingowymi strategiami, nad efektywnością, nad rozwojem branży. My również tak powinniśmy współpracować – mówi prezes Polskiego Zrzeszenia Producentów Bydła Mięsnego.

W czerwcu rozpocznie się EXPO w Kazachstanie. Polska będzie promować krajową gospodarkę poprzez energetykę

W czerwcu rozpocznie się EXPO w Kazachstanie. Polska będzie promować krajową gospodarkę poprzez energetykę 6

Za niecałe pół roku rozpocznie się Wystawa Światowa EXPO 2017, której tegorocznym gospodarzem jest Kazachstan. W wydarzeniu weźmie udział ponad setka państw i organizacji, a niektóre z nich już rozpoczęły budowę narodowych pawilonów. Nie zabraknie również polskiej ekspozycji, która ma promować krajową gospodarkę poprzez energetykę, wpisując się w temat przewodni wystawy „Energia przyszłości”.

– Wystawa EXPO 2017, która odbędzie się w Astanie, ma olbrzymie znaczenie. To wielki krok w rozwoju innowacji i modernizacji całej gospodarki. Już teraz swój udział w wystawie oficjalnie potwierdziło 112 państw. Pawilony są już w końcowej fazie budowy, a niektóre państwa rozpoczęły już rozbudowę swoich narodowych obiektów – mówi agencji Newseria Biznes Ałtaj Abibułłajew, ambasador Republiki Kazachstanu.

Wystawa Światowa EXPO 2017, która odbędzie się w stolicy Kazachstanu, Astanie, rozpocznie się 10 czerwca i potrwa równo trzy miesiące, do 10 września br. Organizatorzy szacują, że w tym czasie odwiedzi ją około 5 mln gości nie tylko z Europy, lecz także z całego świata. Na przestrzeni wystawienniczej o powierzchni ponad 174 ha zaprezentuje się ponad sto państw i organizacji. Tematem przewodnim tegorocznej wystawy jest „Energia przyszłości”, dlatego obok ekspozycji narodowych ma powstać również platforma najlepszych praktyk energetycznych.

– Kazachstan wybrał tematykę energii przyszłości i alternatywnych źródeł energii, takich jak wiatr, słońce i woda, mimo że pod względem tradycyjnych zasobów energetycznych jest to bardzo bogate państwo – mówi ambasador Ałtaj Abibułłajew.

Organizatorzy tegorocznej wystawy światowej wskazują, że energia ma kluczowe znaczenie dla gospodarki i zrównoważonego rozwoju. Dlatego w dyskusjach w trakcie EXPO pojawią się zagadnienia dotyczące efektywności i bezpieczeństwa energetycznego, ograniczonych zasobów naturalnych, ale i ocieplenia klimatu oraz wykorzystania alternatywnych źródeł energii.

Polska podpisała umowę uczestnictwa w wystawie światowej już w maju ubiegłego roku. Na Komisarza Generalnego ds. EXPO 2017 rząd wyznaczył Andrzeja Stefańskiego, który pełni również funkcję dyrektora Polsko-Kazachstańskiej Izby Handlowo-Przemysłowej. Polski pawilon ma zająć powierzchnię ok. 400 mkw., a jednym z celów ekspozycji będzie promowanie krajowej gospodarki poprzez energetykę i zaprezentowanie odkryć naukowych oraz technologii, które mają szansę stać się wizytówką polskiego sektora energetycznego. Obok multimedialnych instalacji planowany jest program gospodarczy dla polskich przedsiębiorców, w ramach którego organizatorzy zaplanowali konferencje i misje gospodarcze.

– Bardzo się cieszymy, że Polska weźmie udział w wystawie. Z mojej wiedzy wynika, że wiele polskich firm chce uczestniczyć w tegorocznym EXPO. Mamy nadzieję, że wezmą w nim udział również oficjalni, wysocy przedstawiciele Polski – mówi Ałtaj Abibułłajew.

Walne Zgromadzenie Biura Wystaw Światowych cztery lata temu przyznało organizację tegorocznego EXPO Kazachstanowi, który w głosowaniu dużą różnicą głosów pokonał belgijskie Liege. Tę kandydaturę poparła również Polska (wbrew zasadzie solidarności unijnej). Kazachstan uważany jest za najprężniej rozwijające się państwo regionu środkowoazjatyckiego. EXPO 2017 roku będzie pierwszą wystawą, której gospodarzem jest państwo byłego Związku Radzieckiego.

– EXPO to szansa na podwyższenie standardu i dywersyfikację struktury rozwoju gospodarki nie tylko Kazachstanu, lecz także całego regionu. Po raz pierwszy wystawa jest organizowana w tym regionie, w części posowieckiej – mówi ambasador Ałtaj Abibułłajew.

Jednym z celów uczestnictwa Polski w EXPO 2017 jest wzmocnienie kontaktów gospodarczych z Kazachstanem. Chodzi w szczególności o wspieranie polskich firm w poszukiwaniu nowych rynków zbytu i zwiększaniu wymiany handlowej, a także o wspieranie współpracy naukowej w takich obszarach, jak energetyka tradycyjna, czyste technologie węglowe, wychwytywanie, składowanie i utylizacja dwutlenku węgla, odnawialne źródła energii czy rewitalizacja terenów poprzemysłowych. Polska chce także promować kandydaturę Łodzi do organizacji EXPO w 2022 roku.

Resort sprawiedliwości chce podnieść prestiż zawodu komornika. Branża: nowe przepisy to mniejsza ściągalność długów

Andrzej Roter, prezes zarządu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych

Trwają prace nad nowelizacją przepisów o kosztach komorniczych i komornikach sądowych. Ministerstwo Sprawiedliwości, które jest autorem obu projektów, chce zwiększyć zaufanie społeczne do zawodu komornika i nadzór nad tą profesją. Zdaniem branży kierunek zmian jest słuszny. W obecnym kształcie mogą one jednak spowodować, że wielu komorników odejdzie z zawodu, a część kancelarii upadnie, bo ich działalność przestanie się bilansować. W efekcie dostęp do usług, skuteczność postępowań komorniczych i ściągalność długów spadną.

Intencją obu projektów jest to, aby zwiększyć skuteczność komorników i podnieść prestiż tego zawodu. Natomiast z analiz wynika, że dobre intencje nie przełożą się na realizację tych celów. Skutki będą raczej odwrotne – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Roter, prezes zarządu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych.

W końcówce ubiegłego roku Ministerstwo Sprawiedliwości przedstawiło dwa projekty ustaw o kosztach komorniczych oraz komornikach sądowych. Pierwszy z nich zakłada obniżenie stawek pobieranych przez kancelarie komornicze. Wprowadza jednolitą stawkę w wysokości 10 proc. egzekwowanego długu (zastąpi dwie obecnie obowiązujące stawki w wysokości 8 i 15 proc.). W przypadku, w którym dłużnik dokona dobrowolnej spłaty, komornik będzie mógł pobrać 3 lub 5 proc. wyegzekwowanej należności (w zależności od tego, czy została uiszczona w wyznaczonym terminie czy po jego przekroczeniu). Zgodnie z propozycją resortu maksymalna opłata egzekucyjna nie będzie mogła przekroczyć 50 tys. zł.

Projekt ustawy o komornikach sądowych zakłada, że komornik będzie mógł dokonać zajęciawyłącznie wtedy, gdy z dokumentów będzie jasno wynikało, że majątek stanowi własność dłużnika, a wszystkie czynności egzekucyjne w terenie mają być nagrywane i rejestrowane. Komornicy będą ponosili odpowiedzialność, również odszkodowawczą, za działania asesorów. Działalność kancelarii komorniczych ma być poddawana kontroli, w tym finansowej, przynajmniej raz na dwa lata. Minister sprawiedliwości będzie mógł odwołać ze stanowiska komornika, który naruszy prawo. Głównym celem nowych przepisów jest przywrócenie zaufania i szacunku do zawodu komornika i większy nadzór nad tą profesją.

Prezes Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych Andrzej Roter podkreśla, że intencje ustawodawcy są słuszne, ponieważ w interesie publicznym leży zwiększenie zarówno zaufania do zawodu komornika, jak i skuteczności postępowań egzekucyjnych. Przekłada się ona bowiem na korzyści ekonomiczne dla konsumentów, przedsiębiorców i Skarbu Państwa.

Z badań wynika, że polscy przedsiębiorcy wydają około 170 mld zł na radzenie sobie z problemem odzyskiwania zaległych należności. Skuteczność pracy komorników ma więc kapitalny wymiar gospodarczy z punktu widzenia każdego przedsiębiorcy, który ryzykuje płynność finansową swojej firmy i miejsca pracy. Nie mówiąc już o tym, co dzieje się z potencjałem zakupowym i zdolnością finansową gospodarstw domowych – mówi Andrzej Roter.

Z danych KRD BIG i Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych wynika, że koszty własne, które przedsiębiorcy ponoszą z tytułu odzyskiwania i zarządzania wierzytelnościami, sięgają 5,4 proc. całkowitych kosztów prowadzenia przez nie działalności gospodarczej. Daje to łącznie kwotę ok. 170 mld zł. Jednocześnie rośnie grupa firm, w przypadku których nieterminowe płatności zagrażają stabilności całego biznesu. Egzekucja komornicza często jest dla przedsiębiorstwa ostatnią szansą na odzyskanie należności.

Skuteczność egzekucji komorniczych już teraz jest na bardzo niskim poziomie. Z danych Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości za 2015 rok wynika, że wynosi ona około 20,8 proc. Oznacza to, że z każdych 100 zł egzekwowanych przez komornika prawie 80 zł to strata wierzycieli.

Tego sobie nie uświadamiamy i mam wrażenie, że na potrzebę zmian patrzymy w głównej mierze poprzez pryzmat emocji i kilku czy kilkunastu spośród tysiąca komorników, których praktyki były naganne – mówi Andrzej Roter.

Branża komornicza ostrzega przed negatywnymi skutkami obu konsultowanych obecnie projektów ustaw. Wskazuje m.in. na to, że proponowane zmiany są nieprecyzyjne i mogą doprowadzić do tego, że miejsce komorników sądowych na rynku zajmą nieprofesjonalne firmy windykacyjne działające na pograniczu prawa, a część kancelarii komorniczych będzie zmuszona ogłosić upadłość.

Z analiz samorządu komorniczego wynika, że działalność wielu kancelarii przestanie być opłacalna. Te, które zatrudniają powyżej 8 pracowników i prowadzą ok. 2,5 tys. spraw rocznie, mają niewielkie szanse na utrzymanie płynności finansowej. Przeciętna strata netto kancelarii komorniczej wyniesie natomiast od 5,9 do 7,5 tys. zł.

Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych wskazuje, że dochody komorników zmaleją drastycznie, przez co część z nich zniknie z rynku. To spowoduje, że dostęp do usług będzie utrudniony, a ściągalność długów spadnie. Nowelizacja miałaby być najbardziej dotkliwa dla młodych komorników z krótszym stażem pracy.

Wątpliwości branży budzi również zapis w projekcie mówiący o tym, że komornik musi prowadzić egzekucję osobiście i nie może zastąpić go w tym asesor. Czynności zlecane asesorom mogą mieć wyłącznie charakter szkoleniowy.

Obecnie czynności egzekucyjne prowadzą asesorzy, którzy są najczęściej wykształconymi prawnikami. Trudno się doszukać uzasadnienia materialnego, prawnego czy społecznego, aby to zmieniać. Jeżeli założymy, że w kancelarii komorniczej pracuje dwóch asesorów, którzy w jej imieniu prowadzą czynności egzekucyjne, to po odebraniu im tego prawa skuteczność spadnie trzykrotnie – mówi Andrzej Roter.

Prezes Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych wskazuje, że proponowana nowelizacja to całkowita zmiana modelu funkcjonowania komorników i modelu finansowania ich działalności. Tymczasem nie minęło jeszcze wiele czasu od wprowadzenia w listopadzie 2015 roku poprzednich regulacji i wciąż trudno oszacować ich wpływ na branżę.

Organizacja podkreśla też, że zmiany w branży powinny iść w kierunku większej digitalizacji, o której mówi się obecnie w kontekście całej gospodarki. Digitalizacja wierzytelności przełożyłaby się na obniżenie kosztów wszystkich czynności i usług oraz zwiększenie dostępu do informacji. Projekty ustaw autorstwa Ministerstwa Sprawiedliwości w obecnym kształcie powinny być natomiast tylko punktem wyjścia do dalszych prac i konsultacji.

Tym, do czego doprowadzimy, będą małe kancelarie o bardzo niskich dochodach, zatrudniające pojedyncze osoby. Komornicy będą musieli wykonywać osobiście wszystkie czynności, w związku z czym o skuteczności i efektywności będziemy mogli zapomnieć – mówi Andrzej Roter.

Coraz więcej firm z sektora energetycznego inwestuje w rozwiązania informatyczne. Bez tych narzędzi trudno im będzie wygrać z konkurentami

Coraz więcej firm z sektora energetycznego inwestuje w rozwiązania informatyczne. Bez tych narzędzi trudno im będzie wygrać z konkurentami 7

W sektorze energetycznym postępuje informatyzacja. Bez narzędzi IT firmy nie będą w stanie sprostać nowym wyzwaniom rynku – ocenia Jacek Piotrowski, dyrektor zarządzający sektora utilities w firmie Sygnity. Zdaniem eksperta najlepiej sprawdzają się rozwiązania, które pozwalają na automatyzację wszelkich procesów związanych z zarządzaniem majątkiem i skuteczną obsługą klienta. A przy tym ze względu na efektywność kosztową oraz szybkość wdrożenia coraz więcej małych i średnich firm decyduje się na usługi chmurowe.

 Informatyzacja w sektorze energetycznym zdecydowanie postępuje. Zwiększa się też rola narzędzi informatycznych w tym biznesie. Myślę, że branża już wie, że bez nich nie będzie w stanie sprostać nowym wyzwaniom rynku energetycznego, w związku z tym jest to coraz bardziej w kręgu zainteresowania decydentów, a nie tylko służb IT – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Piotrowski, dyrektor zarządzający sektora utilities w Sygnity.

Firmy energetyczne coraz częściej inwestują w rozwiązania informatyczne, zwiększają też wydatki na ten cel. Rozwiązania i narzędzia IT wspierają elektroenergetykę w zakresie produkcji i sprzedaży energii, rozliczania obrotu energią, a także zarządzania danymi pomiarowymi, świadczenia usługi dystrybucyjnej, obsługi klientów czy zarządzania majątkiem sieciowym.

– W tej branży najlepiej sprawdzają się rozwiązania, które odpowiadają na to, co klienci chcą zrobić. Dlatego ważne ze strony dostawców jest to, żeby słuchali, jaki efekt klient chce osiągnąć. Dzisiaj bolączką jest obsługa klienta i dostępność możliwie największej liczby kanałów do tej obsługi. Dla firm energetycznych, które mają majątek sieciowy, istotne jest panowanie nad kosztami jego utrzymania. Te dwa elementy, tzn. szeroko rozumiana obsługa klienta i obsługa sieci energetycznej rozumiana jako ewidencja i optymalizacja kosztów oraz prawidłowość eksploatacji, są najbardziej istotne – wskazuje ekspert Sygnity.

Dzięki odpowiednim narzędziom informatycznym firmy mogą budować swoją przewagę konkurencyjną. To o tyle istotne, że rynek energetyczny jest bardzo rozproszony. Jeszcze kilka lat temu na rynku było zaledwie kilku dużych graczy. Dziś działa na nim prawie 130 podmiotów, które sprzedają energię, a ich liczba stale rośnie.

– Dla decydentów biznesowych coraz ważniejsze jest to, czy jesteśmy w stanie reagować elastycznie na zmieniające się wyzwania. Poza tym, ważna jest też dla nich terminowość realizacji projektu i pomysłu oraz budżet – zaznacza Jacek Piotrowski.

Potrzeby te rozkładają się różnie w zależności od branży w sektorze energetycznym. Dla operatorów sieci dystrybucyjnej istotny jest termin realizacji zadań, skupiają się więc na narzędziach wspomagających zarządzanie systemem dystrybucyjnym czy rozliczaniem usług. Dla sprzedawców energii najważniejsze jest pozyskanie i utrzymanie klienta, dlatego szukają rozwiązań, które mogą zwiększyć jego satysfakcję.

– Firmy, które mają majątek sieciowy i podlegają taryfowaniu inaczej planują swoje wydatki i je rozliczają. Są one gotowe ponosić koszty inwestycyjne, dlatego odmiennie wygląda ich finansowanie. Natomiast sprzedawcy, którzy muszą upłynniać swoją działalność i są poddani silnej konkurencji, szukają bardziej elastycznych rozwiązań również dla finansowania, takich, które pozwalają inaczej zarządzać pieniędzmi. Dzięki temu takie firmy są bardziej otwarte na usługi chmurowe – przekonuje przedstawiciel Sygnity.

Dla firm z sektora małych i średnich przedsiębiorstw lepszym rozwiązaniem jest chmura publiczna, gdzie funkcjonalności są łatwo dostępne przy stosunkowo niskich nakładach na budowę infrastruktury. Jak mówi Jacek Piotrowski, oprócz braku konieczności inwestowania w sprzęt, przejście do chmury daje też inne korzyści.

– Oszczędza się również czas, bo chmurę można uruchomić bardzo szybko, bez inwestycji w infrastrukturę sprzętową. Inną korzyścią jest duża elastyczność w dopasowaniu do skali biznesu. Ryzyko niedopasowania wielkości chmury do tego, co firmie jest potrzebne, jest naprawdę niewielkie. W chmurze łatwiej jest regulować to, co się zamawia. do tego, czego faktycznie potrzeba. Kupując sprzęt, infrastrukturę sieciową, bazy danych, trzeba kupić coś na zapas. Chmurę można zaś elastycznie dopasowywać do skali biznesu – tłumaczy Jacek Piotrowski.

Środowisko chmurowe jest stosunkowo łatwe w użytkowaniu i mniej podatne na błąd ludzki. Mimo to wciąż część firm obawia się utraty danych.

– Wśród klientów energetycznych zrealizowaliśmy kilka projektów opartych o chmurę w systemach obsługi klienta. Wszystkie elementy bezpieczeństwa zostały w tych projektach sprawdzone. Dlatego obiektywnie rzecz biorąc, przeszkód do wdrożenia tych rozwiązań nie ma. Jedyną może być kwestia kategoryzacji kosztu chmury. Trzeba bowiem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to jest koszt inwestycyjny, operacyjny czy może wchodzi w grę kwestia innego rozliczenia kosztów przez regulatora dla firm, które mają obowiązek taryfowania – mówi Jacek Piotrowski.

Programowanie – sprint, maraton a może sztafeta? Rady dla młodych programistów

Dlaczego stwierdzenie „u mnie działa” to niestety nadal trochę za mało, jaka jest różnica pomiędzy profesjonalnym i amatorskim programowaniem, co daje holistyczna praca nad produktem oraz jak ważna jest edytowalność kodu? Zaczynając przygodę z programowaniem, młodzi adepci prawdopodobnie nie wiedzą, jak długa droga ich czeka, zanim zostaną profesjonalnymi programistami. Aby mogli jak najlepiej przygotować się do tego wyzwania, powinni posłuchać, co radzą im doświadczeni „wyjadacze”. Jak zatem zostać programistą profesjonalnym? Zapraszam do przeczytania małego poradnika.

Nie bójmy się stwierdzenia, że istotnym elementem dzisiejszego świata IT jest ciągła weryfikacja pisanych programów. One nigdy nie stoją w miejscu, nieustannie muszą być testowane i rozwijane, nad czym pracuje nieraz cały zespół.  Pierwszym krokiem w tym procesie jest monitorowanie tworzonej lub aktualizowanej aplikacji. Dotyczy ono wpływu zmian w kodzie na wynikowy produkt, a często nawet na skuteczność całej usługi, której jest częścią. Należy pamiętać, że jej rozwój nie powinien upośledzać wydajności innych składników środowiska, w którym działa. Monitorowanie służy w tej sytuacji jako punkt odniesienia, bez którego ciężko jest przecież stwierdzić, czy projektowana aplikacja po wprowadzonych zmianach działa wolniej, czy szybciej. Subiektywne odczucia w tej sytuacji nie wystarczą. Oczywiście najpierw trzeba sprawdzić, czy program w ogóle pracuje. Dobry programista musi zadać sobie pytanie – jak coś działa, czy jest skuteczne, czy spełnia oczekiwania, a co najważniejsze – czy rzeczywiście rozwiązuje problem, który postawiliśmy sobie, gdy rozpoczynaliśmy pracę nad projektem.

U mnie działa

Bardzo częstą wymówką młodych programistów na błędy zgłoszone przez użytkownika jest stwierdzenie „ale u mnie działa”. To dopiero wierzchołek góry lodowej – początek pracy, którą należy włożyć w ukończenie całego projektu. Pokazuje, że przed rozpoczęciem pracy nad programem niedostatecznie zdefiniowaliśmy warunki, w jakich kod będzie działał, a zatem nie przetestowaliśmy go w sytuacjach, w których będzie używany przez odbiorcę.

Jaka jest różnica między profesjonalnym a amatorskim podejściem do programowania? Chodzi przede wszystkim o cel, jaki chcemy osiągnąć. W trakcie studiów jest nim po prostu zdobycie zaliczenia – stworzenie programu i pokazanie, że działa. Czy rzeczywiście tak jest, a nasz program działa poprawnie we wszystkich założonych sytuacjach? To zazwyczaj zostaje pozostawione subiektywnej opinii osoby prowadzącej zajęcia. Celem dojrzałego programisty jest napisanie kodu, który będzie rozwiązywał problemy zdefiniowane na początku projektu, który będzie realizowany w zmiennych warunkach oraz rozwijany i aktualizowany przez wiele lat. Taki finał daje poczucie satysfakcji, będącej najbardziej oczywistym motywatorem do dalszej pracy. Warto pamiętać, iż tylko wiara w swój produkt może spowodować, że uda się go sprzedać. Pieniądze to w rzeczywistości tylko motywacja zastępcza. Nie wiedząc, dlaczego tak naprawdę coś robimy, nie widząc celu naszego działania lub mając w głowie jedynie cele pośrednie, nie będziemy w stanie zainteresować naszym produktem odbiorcy i nigdy nie wciągniemy go do świata naszej idei.

Cel. I co dalej?

Gdy ma się już wyznaczony cel, warto zadać sobie pytanie o to, jak go zrealizować? Tu również zauważymy różnice między amatorem i profesjonalistą. Ten pierwszy zazwyczaj oczekuje szybkich efektów. Jego marzeniem jest natychmiastowe napisanie czegoś własnego. Nie zawraca sobie zbytnio głowy użytym językiem, czy architekturą całego kodu. Niecierpliwość jest domeną osób początkujących. Profesjonalista zaś najwięcej czasu poświęca na analizę i projektowanie rozwiązania, antycypując przyszłe warunki i sytuacje, w których ma działać. Musi przewidzieć i przygotować program na to, że być może w przyszłości będzie musiał działać w dużo większej skali albo w bardziej złożonym środowisku. Sukces może ogłosić wtedy, kiedy program w wyżej wymienionych sytuacjach się nie zawali i nie będzie wymagał bardzo kosztownego przepisania.

Pamiętać należy, że dopiero końcową i nierzadko najkrótszą częścią  pracy zawodowca jest napisanie kodu, który “w praniu” często okazuje się dużo prostszy niż było zakładane przy starcie projektowania. Profesjonalny kod jest bowiem bardziej czytelny dla programisty, a dzięki temu prostszy w rozwijaniu i utrzymaniu. Warto wiedzieć, że to właśnie koszty wprowadzania zmian mają dużo większe znaczenie niż koszt stworzenia pierwszej wersji.

Złożony i gotowy na zmiany

Oprogramowanie można porównać do budowli z klocków Lego. Każdy, kto kiedykolwiek ich używał, wie, że im mniejsze są elementy, tym stabilniejsza budowla, ale również trudniej jest wymienić któryś klocek, gdy coś pójdzie nie tak. Podobnie jest z softwarem. Wymiana niektórych elementów może doprowadzić do całkowitego rozsypania się systemu. Z drugiej strony pozostawienie uszkodzonego fragmentu ze strachu przed zniszczeniem całości to najgorsze możliwe rozwiązanie. Może mieć ono identyczne skutki jak nieumiejętnie wprowadzona zmiana. Dlatego przy modyfikacjach istotne są procedury, które pozwalają na elastyczność i ułatwiają przeprowadzenie całego procesu.

Aplikacja jak Nowy Jork

Złożone aplikacje można porównać również do Nowego Jorku, który jest cały czas w budowie. Jako organizm miejski jest wydajny i spełnia swoje zadania, jednocześnie będąc nieustannie poddawanym zmianom i naprawom, które mają dostosować go do nowych wyzwań. Wszyscy, którzy byli w tym mieście, wiedzą, że prawie przy każdym skrzyżowaniu stoją rusztowania i dźwigi. Nikogo to nie dziwi – tętniące życiem miasto wymaga ciągłej modyfikacji i ulepszeń. Tak samo jest w programowaniu – programista musi być nastawiony na nieustające zmiany i umieć zostawiać sobie przestrzeń na ich wprowadzanie w takim zakresie, by jednocześnie zminimalizować ich ilość do niezbędnej. Każda zmiana nieuchronnie niesie ze sobą nowe błędy w kodzie, stąd zawsze należy ocenić, czy rzeczywiście podnosi jakość aplikacji, czy też przepisuje wcześniejszą funkcjonalność. Zatem największym sukcesem nie jest samo napisanie perfekcyjnego programu. Jest nim to, że po wielu latach można go wciąż szybko modyfikować. Mimo tego pozostaje stabilny i dobrze sobie radzi z błędami, które są izolowane i nie degradują jego działania. Do tego potrzebny jest całościowy wgląd w jego tworzenie i budowę.

Jak to wszystko ma się do codziennej pracy programistów? Mogą oni skupiać się na przykład jedynie na fragmencie produktu. W taki sposób zazwyczaj pracują ludzie w korporacjach i dużych firmach IT. Mogą też pracować nad kompletnymi modułami programu, ucząc się analizy i projektowania dobrego kodu od podstaw, tak jak to ma miejsce w krakowskiej firmie AdRem Software. Być może spróbowanie swoich sił właśnie w takich mniejszych projektach to właściwy sposób na zostanie profesjonalnym programistą.

Autor: Tomasz Kunicki, prezes AdRem Software

Do internetu trafia 30 proc. wydatków reklamowych firm. Na znaczeniu zyskują wideorelacje na żywo

Do internetu trafia 30 proc. wydatków reklamowych firm. Na znaczeniu zyskują wideorelacje na żywo 8

Reklama internetowa rośnie w siłę. Szacuje się, że w ciągu pięciu lat rynek wzrósł o 50 proc. Udział internetu w łącznych wydatkach reklamowych w Polsce w tym roku sięgnie zaś 30 proc. Choć wciąż jeszcze dominuje reklama graficzna, to coraz większą rolę odgrywają media społecznościowe i wideo, w tym GIF-y. Większe znaczenie będzie też odgrywać content marketing – ocenia Filip Cyprowski, główny analityk Sotrender.

– Rynek reklamy online dynamicznie rośnie. Aktualnie stanowi ok. 30 proc. wszystkich wydatków na reklamę w Polsce i możemy się spodziewać dalszego wzrostu w najbliższych latach kosztem telewizji i innych tradycyjnych mediów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Filip Cyprowski, główny analityk Sotrender.

Z badania IAB Polska/PwC AdEx wynika, że w 2015 roku wartość rynku reklamowego online wyniosła 3,2 mld zł po wzroście na poziomie 20 proc. W 2016 roku może to być 3,6–3,7 mld zł. Agencja Starcom wskazuje, że wartość netto rynku reklamy internetowej, czyli przychody ze sprzedaży podstawowych formatów reklamy online, wzrosła w ciągu 5 lat o połowę do 1,8 mld zł w 2015 roku. W tym samym czasie rynek reklamy telewizyjnej wzrósł o niewiele ponad 3 proc. Reklama online coraz częściej przenosi się do kanałów społecznościowych.

– Social media wciąż jeszcze są niewielkim segmentem tej reklamy, natomiast dynamicznie rosną – analizuje ekspert Sotrender. – W skali roku spodziewamy się wzrostu o ok. 15 proc., może nawet więcej.

Media społecznościowe wprowadzają nowe funkcjonalności, które mają pomóc przyciągnąć firmy. Instagram coraz częściej jest postrzegany jako platforma sprzedaży. Snapchat wprowadził zaś rozwiązania, które pozwalają śledzić wyniki reklam, w ten sposób otwierając się na kampanie reklamowe. Również Facebook, aby zwiększyć efektywność profili firmowych, wprowadza opcje wyboru szablonu stron dla niektórych profili marek.

– Facebook pozostanie na pozycji lidera, choć dużo ludzi mówiło o jego śmierci. Na pewno będziemy obserwować wzrost znaczenia takich narzędzi jak Instagram i Snapchat. Instagram w klasycznej reklamie displayowej, np. w branży modowej, jest bardzo popularny, zwłaszcza odkąd wprowadzono możliwość promocji treści. Kanały takie jak Snapchat i YouTube, czyli kanały wykorzystujące influencerów, cały czas rosną – podkreśla Filip Cyprowski.

Ewoluuje także forma reklamy. Choć jak zaznacza analityk Sotrender, wciąż dominują reklamy graficzne, to ich udział stopniowo się zmniejsza (dziś to ok. 60 proc., podczas gdy w 2012 był to 80 proc.). Nie oznacza to jednak, że tradycyjne formy, np. bannery, tapety czy toplayery, tracą na znaczeniu. Spadek udziału spowodowany jest raczej szybszymi wzrostami w pozostałych działach – w social media i wideo.

– Format wideo bardzo zyskuje na popularności. Nie tylko tradycyjny format, lecz także GIF-y i wideo live będą miały największe znaczenie dla marketerów w przyszłości. Na pewno można się też spodziewać wzrostu znaczenia content marketingu, czyli współpracy z influencerami i blogerami – prognozuje ekspert.

W związku z coraz szerszym wykorzystywaniem mediów społecznościowych w kampaniach reklamowych na wartości zaczął zyskiwać content marketing. W centrum zainteresowania marketerów znajdą się treści nie tylko dopasowane do konkretnej grupy odbiorców, lecz także do określonego kanału.

– Mamy tendencje do wykorzystywania narzędzi, które na bieżąco łączą nas ze światem, czyli live wideo, interaktywne wideo, narzędzia takie jak Snapchat, które będą wykorzystywane do komunikacji przez influencerów i marki. W tych rejonach możemy się spodziewać zwiększonych wydatków. Trudno jednak przewidzieć, jakie będą nowe narzędzia social media, bo ten segment cały czas się rozwija – przekonuje Filip Cyprowski.

Marcin Matyja w Mobile Rockets

Marcin Matyja
Marcin Matyja

Do zespołu agencji mobile marketingowej Mobile Rockets dołączył Marcin Matyja, który objął stanowisko Sales Director.

W agencji Mobile Rockets Matyja jest odpowiedzialny za pozyskiwanie nowych klientów oraz rozbudowę i zarządzanie zespołem sprzedaży.

Cieszę się, że Marcin dołączył do naszej firmy. Jego doświadczenie i wiedza o reklamie internetowej, w tym przede wszystkim w mobile, bardzo nas wzmacnia i otwiera drzwi do wielu nowych klientów– komentuje Bartosz Drozdowski, CEO Mobile Rockets.

Matyja w ostatnim czasie był związany z Selectivv, gdzie zajmował stanowisko Business Development Managera oraz odpowiadał za rozwój biznesu oraz utrzymanie relacji z klientami firmy w Polsce. W sprzedaży pracuje od 5 lat. Doświadczenie zawodowe zdobywał również w Media Impact Polska i SkyConcept.

Matyja jest absolwentem politologii oraz psychologii i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie. Prywatnie wielki fan Formuły 1 i zwycięzca kilku amatorskich zawodów kartingowych.

IV edycja raportu “Hotel Marketing & Technology Trends”

Rok 2017 zapowiada się bardzo dobrze dla branży hotelarskiej w Polsce. Czekają ją kolejne wzrosty na wielu płaszczyznach, a zwłaszcza w sprzedaży online, gdzie przewidywany jest przyrost mogący przekroczyć nawet 20 proc. W przyszłym roku hotelarze zwrócą większą uwagę na niezwykle ważną w kontekście budowania silnej marki sprzedaż bezpośrednią, a także na kwestię zrównoważonego rozwoju i wykorzystanie nowoczesnych technologii do optymalizacji zysku. Powyższe prognozy znajdują się w IV edycji raportu “Hotel Marketing & Technology Trends”, przygotowywanej przez ekspertów Profitroom przy współpracy z partnerem – firmą doradczą Deloitte.

Tegoroczny raport wskazuje na 13 trendów z zakresu technologii, marketingu i sprzedaży, które będą miały bezpośredni wpływ na funkcjonowanie obiektów hotelarskich w 2017 roku. Wśród nich znajdziemy między innymi technologię VR, coraz bardziej popularny livestreaming czy istotne dla komunikacji marketingowej zastosowanie emocji w przekazach do konsumentów. Wykorzystanie tych trendów pomoże hotelarzom w atrakcyjny sposób zaprezentować swój obiekt na tle konkurencji i zachęcić potencjalnych gości do wizyty właśnie w nim.

Podobnie jak w ostatnich 12 miesiącach, w 2017 roku wzrośnie sprzedaż usług hotelarskich przez internetowe kanały sprzedaży. Hotelarze w Polsce będą podejmować działania zmierzające do zwiększenia udziału w sprzedaży tzw. “direct bookingu”, czyli bezpośrednich rezerwacji przez stronę internetową obiektu. Są one korzystne nie tylko z ekonomicznego punktu widzenia, ale także ze względu na wizerunek marki, której siła stanowi swoistą polisę ubezpieczeniową dla hotelu.

Czego jeszcze powinni spodziewać się hotelarze w najbliższej przyszłości? – “Po kolejnym rekordowym roku każdy przedsiębiorca naturalnie zastanawia się nad tym, czy jest to już szczyt koniunktury i czy przypadkiem nie czekają go spadki. W Profitroom jesteśmy w tym zakresie optymistami. Silny popyt powinien utrzymać się jeszcze przez dłuższy czas. Natomiast w tak niepewnych czasach warto zabezpieczać swój biznes. Inwestycja we własną markę może być swoistą polisą ubezpieczeniową hoteli, zapewniającą przychody, gdy popyt globalny okaże się niewystarczający, by obłożyć wszystkie obiekty” – przekonuje Marcin Dragan, Dyrektor Zarządzający w Profitroom.

Planując działania marketingowe w 2017 roku warto także pamiętać o zmianach technologicznych. Rynek jest dziś zdominowany przez urządzenia mobilne. Jak czytamy w Hotel Marketing & Technology Trends, aż 51 proc. stron internetowych w 2016 roku zostało wyświetlonych na tabletach i smartfonach. – “Wyniki te potwierdzają, że posiadanie strony internetowej dostosowanej do urządzeń mobilnych jest w dzisiejszych czasach niezbędne. Dla internautów bardzo ważne jest, by strona WWW szybko się ładowała, była czytelna, przyjazna oraz wygodna w przeglądaniu na małych ekranach. Są to bardzo istotne kwestie potwierdzone badaniami Profitroom, które wykazały, że jeśli mobilna witryna internetowa nie działa prawidłowo na urządzeniach o mniejszych rozdzielczościach to aż 40 proc. użytkowników jest w stanie przerwać jej oglądanie i przejść do innego serwisu” – podkreśla Magdalena Majchrzak, Project Manager w Profitroom.

Eksperci Deloitte zwracają z kolei uwagę na rosnące znaczenie modelu działania opartego o tzw. gospodarkę o obiegu zamkniętym na branżę hotelarską. Jej idea w głównej mierze kojarzy się z łańcuchem produkcyjnym, ale może się ona odnosić również do sektora usług, w tym hotelarstwa. Model gospodarki o obiegu zamkniętym obejmuje szereg działań, które pozwalają zwiększyć efektywność wykorzystania zasobów, wydłużyć czas użytkowania produktów, uniknąć tworzenia zbędnych odpadów oraz wpłynąć na rozwój innowacji.

Przykładem takich działań w branży hotelarskiej mogłoby być korzystanie ze źródeł energii odnawialnej czy implementacja efektywnej strategii zarządzania odpadami, ze szczególnym naciskiem na minimalizację odpadów spożywczych oraz ich wtórne wykorzystanie do produkcji energii. W Polsce funkcjonuje już kilka hoteli działających zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju. – „Gospodarka o obiegu zamkniętym jest wyzwaniem, ale i ogromną szansą dla biznesu hotelarskiego. Poprzez zastosowanie takiej strategii hotele mogą wyróżnić się na tle konkurencji oraz wykazać swoje zaangażowanie w kwestie zrównoważonego rozwoju, na które współcześni konsumenci są coraz bardziej wrażliwi i które, coraz częściej uwzględniają w swoich wyborach” – mówi Julia Patorska, Senior Manager w zespole Sustainability Consulting Central Europe, Deloitte.

Tegoroczna publikacja “Hotel Marketing & Technology Trends” została wzbogacona o konkretne wskazówki wyjaśniające w jaki sposób hotelarze mogą zastosować nadchodzące trendy w swoich obiektach.

Raport jest dostępny na stronie www.profitroom.pl/trends już od 17 stycznia.

Od 1 stycznia 2017 zmiana warunków technicznych dla nowych budynków

Efektywność energetyczna to jeden z najważniejszych obszarów obecnej polityki energetyczno-klimatycznej Unii Europejskiej. Zgodnie z Dyrektywą nr 2010/31/UE, od początku 2021 r. wszystkie oddawane do użytkowania nowo wybudowane obiekty w krajach UE będą musiały być budynkami niezużywającymi więcej niż 70 kWh/(m2.rok). Od 2017 roku standard dla wskaźnika energii pierwotnej (EP) w przypadku domów jednorodzinnych wynosi 95 kWh/m2. Natomiast już od 2019 roku obowiązek minimalizacji zużycia energii dotyczyć będzie nowych budynków użyteczności publicznej oraz będących własnością władz publicznych. To może oznaczać wzrost kosztów budowy, ale prowadzi do obniżenia zewnętrznych kosztów zużycia energii.

Tegoroczny brak wsparcia TVP nie przeszkodził WOŚP w zyskaniu medialnego rozgłosu

62 miliony złotych, 120 tys. wolontariuszy, 1700 sztabów oraz olbrzymie wsparcie mediów. W ciągu ostatnich trzech dni o WOŚP pojawiło się ponad 10 tysięcy wzmianek o wartości 28,5 mln złotych. Tegoroczny brak wsparcia TVP najwyraźniej nie przeszkodził Orkiestrze w zyskaniu medialnego rozgłosu – wynika z raportu PRESS-SERVICE Monitoring Mediów.

Analiza medialna dotyczy obecności 25. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Pod uwagę wzięto publikacje od soboty 14.01 do poniedziałku 16.01 do godz. 12:00.

ORKIESTRA ZAGRAŁA REKORDOWO. TAKŻE W MEDIACH
Wykres 1. Liczba publikacji na temat WOŚP w poszczególnych kanałach przekazu (14-16.01.2017)

Zainteresowanie mediów było ogromne. W prasie, internecie oraz radiu i telewizji o WOŚP wzmiankowano ponad 10 tysięcy razy. Większość materiałów ukazała się na portalach internetowych, a 284 wyemitowano w RTV. Co prawda w kanałach Telewizji  Polskiej (w tym regionalnych) o WOŚP wzmiankowano zaledwie 40 razy. Jednak w rozgłosie wydarzenia pomogły inne media, w tym oczywiście TVN. Łącznie  w TVN, TVN24 i TVN BiŚ o Wielkiej Orkiestrze mówiono w ponad 500 różnych wejściach. Bardzo duża była także aktywność stacji radiowych, zarówno ogólnopolskich, jak i regionalnych, które szczególnie często informowały o tym, co dzieje się w poszczególnych regionach Polski. Zdecydowanie dominowały TOK FM i Radio Zet.

Liczba publikacji w najaktywniejszych tytułach w podziale na typ medium
Liczba publikacji w najaktywniejszych tytułach w podziale na typ medium

Prasa opisywała wydarzenia związane z Finałem w 246 artykułach. Większość z nich stanowiły tytuły regionalne. W dziennikach ogólnopolskich ukazały się 23 materiały, z czego niemal połowa (9 publikacji) na łamach „Gazety Wyborczej”.

W internecie na temat WOŚP najczęściej pisano na regionalnym portalu Wielkopolskie.naszemiasto.pl. W ścisłej czołówce znalazły się także Kulturadostepna.pl i Najnowsze-wiadomosci.eu.

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to wydarzenie odbywające się jednocześnie w wielkich miastach, ale także mniejszych miejscowościach w całej Polsce. Znajduje to odbicie w ogromnym zaangażowaniu mediów regionalnych. Dotyczy to zarówno lokalnych wydań dzienników, portali internetowych o regionalnej tematyce, jak i regionalnych stacji radiowych. W najmniejszym stopniu stacji telewizyjnych, głównie z powodu tegorocznego braku zaangażowania TVP.

W źródłach lokalnych zamieszczono 7636 materiałów, czyli zdecydowaną większość.

Udział procentowy publikacji na temat WOŚP w mediach ogólnopolskich i regionalnych
Udział procentowy publikacji na temat WOŚP w mediach ogólnopolskich i regionalnych

Całość tego zestawienia można podsumować jeszcze jedną imponującą liczbą – wartością ekwiwalentu reklamowego. AVE publikacji, które się ukazały w  ciągu trzech analizowanych osiągnęło wartość 28,5 mln zł.

Źródło: PRESS-SERVICE Monitoring Mediów

Funt najtańszy od października przed jutrzejszym wystąpieniem premier May

Kurs funta poniżej 5 PLN. Możliwe, że to nie koniec spadków. Dziennikarze Sunday Times uważają, że jutrzejsze wystąpienie premier May może wywołać dalszą „korektę na rynku”.

Para GBPUSD handlowała dziś rano poniżej poziomu 1,20, po raz pierwszy od października zeszłego roku, po tym jak Sunday Times napisał, iż premier May przygotowuje się do wycofania się ze strefy wolnego handlu z Unią Europejską w zamian za uzyskanie pełnej swobody w polityce imigracyjnej i ustalaniu umów handlowych z innymi krajami świata.

Dodatkowo inwestorzy obawiają się jutrzejszego, oficjalnego wystąpienia premier odnośnie planów dotyczących Brexitu. Tym bardziej, iż dziennikarze Sunday Times uważają, że to wystąpienie może wywołać dalszą „korektę na rynku”, co usłyszeli nieoficjalnie od rządowych oficjeli. Dodatkowej nerwowości daje nadchodząca decyzja brytyjskiego Sądu Najwyższego, ustalająca czy rząd, czy parlament ma prawo zainicjować formalną procedurę wyjścia Wielkiej Brytanii Z Unii Europejskiej. Wydaje się więc, iż tzw. hard Brexit nie jest jeszcze w pełni wyceniany przez inwestorów i jego potwierdzenie może wywołać kolejną falę wyprzedaży brytyjskiej waluty. 

W reakcji na weekendowe rewelacje brytyjskiego tygodnika, para GBPUSD osiągnęła w godzinach porannych poziom 1,1988, a para EURGBP 0,8850, czyli poziomy widziane ostatnio w październiku pod czas tzw. „flash crashu”.

Również za funta płaciło się jedynie 4,95 zł. Obecnie funt odrabia straty i handluje ponownie powyżej poziomu 1,20 dolara, po tym jak brytyjski Departament Skarbu ogłosił stworzenie planów mających na celu przeciwdziałanie ewentualnym, negatywnym skutkom jutrzejszego wystąpienia premier. Również prezydent elekt Donald Trump zapowiedział zapewnienie Brytyjczykom „uczciwych” umów handlowych. Ok. godziny 19:30 będzie przemawiał dziś jeszcze prezes Banku Anglii Mark Carney, a jutro poznamy dane odnośnie grudniowej inflacji. Nagły wzrost presji inflacyjnej może również wpłynąć negatywnie na wycenę brytyjskiej waluty, gdyż spowodowałby zejście oprocentowania realnych stóp procentowych (skorygowanych o inflację) jeszcze głębiej poniżej zera.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Wątpliwości pracodawców do ustawy o biegłych rewidentach

0

Adrian Karkoszka

– Okres rotacji firm audytorskich dla jednostek zainteresowania publicznego powinien być wydłużony do 10 lat, badanie wspólne sprawozdań finansowych w określonych jednostkach, tzw. joint audit, nie powinno być obligatoryjne, a zakaz świadczenia innych usług niż badanie sprawozdań finansowych przez firmy audytorskie oraz jednostki z nimi powiązane będzie barierę dla rozwoju sektora MŚP – uważają we wspólnym stanowisku do projektu ustawy o biegłych rewidentach, firmach audytorskich oraz nadzorze publicznym Konfederacja Lewiatan oraz Pracodawcy RP.

Największe kontrowersje wzbudza przyjęta przez Komitet Stały Rady Ministrów poprawka do projektu skracająca okres rotacji firm audytorskich do 5 lat dla jednostek zainteresowania publicznego, czyli największych spółek publicznych jak i instytucji finansowych.

– Jest to najkrótszy okres rotacji dla JZP w całej Unii Europejskiej. Większość krajów skłoniła się ku propozycji 10 lat zawartej w implementowanym tą ustawą Rozporządzeniu Parlamentu Europejskiego nr 537/2014 – zauważa Adrian Karkoszka, ekspert departamentu prawnego Konfederacji Lewiatan.

Skrócenie okresu rotacji jest o tyle zaskakujące, że jeszcze w 2015 roku wicepremier Mateusz Morawiecki w toku konsultacji międzyresortowych w piśmie do ówczesnego ministra finansów Pawła Szałamachy zwracał uwagę, że krótsza niż zaproponowana w Rozporządzeniu PE 10-letnia rotacja może negatywnie wpłynąć na konkurencyjność polskich firm audytorskich w stosunku do podmiotów zagranicznych, działających w dziesięcioletnim systemie rotacji.

Lewiatan i Pracodawcy RP odnoszą się także w stanowisku do propozycji wprowadzenia obowiązkowego wspólnego badania sprawozdań finansowych w określonych jednostkach (tzw. joint audit). Rozważana propozycja jest obecnie stosowana tylko w jednym kraju UE – Francji. W ocenie przedsiębiorców wprowadzenie obowiązkowego badania wspólnego znacząco zwiększyłoby łączną cenę za badanie i zmniejszyłoby jego efektywność szczególnie w dużych podmiotach, ponieważ większą część czasu audytorzy poświęcaliby na koordynację swoich prac i podział zakresu obowiązków.

Organizacje pracodawców zwracają uwagę także na propozycje zakazu świadczenia usług innych niż badanie przez firmy audytorskie. Zdaniem Konfederacji Lewiatan i Pracodawców RP takie rozwiązanie będzie stanowić barierę dla rozwoju sektora małych i średnich przedsiębiorstw, dla których firmy audytorskie są często jedynym źródłem doradztwa, pomagając w ten sposób zachować konkurencyjną pozycję zarówno w trudnych warunkach ekonomicznych jak i w okresie gospodarczego wzrostu. Firmy audytorskie są bowiem w stanie zaoferować wysokiej jakości usługi na konkurencyjnych warunkach z uwagi na znajomość jednostki i jej otoczenia uzyskaną w trakcie badania. Ponadto przeprowadzane są one z zachowaniem obowiązujących wymogów niezależności. Co więcej, nowe przepisy zawierają już szeroka listę usług zakazanych których nie można świadczyć, co wynika bezpośrednio z Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego.

Konfederacja Lewiatan

Premier May może zatrząść rynkiem walut. Kurs funta poniżej 5

Kiepski sentyment na rynkach blokuje umocnienie złotówki. Korzystna decyzja agencji ratingowych póki co bez wpływu na złotówkę. USD/PLN może rosnąć pod wpływem ruchu w dół na głównej parze walutowej świata. GBP/PLN łamie kolejne wsparcia. Potwierdzenie “twardego brexitu” odbije się niekorzystnie na kredytobiorcach frankowych.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 01.12-16.01.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,3550 4,0650 4,1020 4,9600
Maksimum 4,5040 4,1770 4,2735 5,3730

Kurs EUR/PLN

eurNa wykresie EUR/PLN cały czas widoczny jest układ spadkowy. Niemniej jednak jesteśmy kilka groszy wyżej od ostatniego minimum. Od kilku dni pozostajemy w okolicach poziomu 4,38. Pogorszył się nieco sentyment na rynkach po informacjach z Wielkiej Brytanii, i przemówieniach premier May. Wrócił temat tzw. twardego brexitu co oczywiście skutkuje zmniejszeniem apetytu na ryzyko. Mimo tego polska waluta nie traci a jest to konsekwencją podtrzymania ratingów przez dwie największe agencje. Oczywiście złoty mógł na tym bardziej skorzystać i kilka groszy się umocnić ale trafił na złą sytuację na szerokim rynku i efekt jest taki, że pozostajemy w konsolidacji. Niemniej jednak inwestorzy powinni o tym pamiętać i gdy otoczenie będzie bardziej sprzyjać bardzo możliwe jest umocnienie krajowej waluty. Patrząc jednak na to co się dzieje wokół Wielkiej Brytanii raczej w najbliższych dniach należy spoglądać w górę i szukać lokalnych oporów. Takim będzie z pewnością 4,39 a dalej 4,41. Szczególnie jeśli jutro premier May potwierdzi spekulacje mediów i temat twardego brexitu wróci na dobre a można powiedzieć więcej stanie się jeszcze bardziej realny.

Kurs CHF/PLN

chf

Identyczną sytuację mamy na parze CHF/PLN. Pozytywny klimat wokół polskiej waluty jaki się wytworzył pod koniec roku dał sporą ulgę kredytobiorcą frankowym. Ale jak to bywa w sytuacjach niepewnych waluty uważane za bezpieczne rosną w siłę. Chodzi oczywiście o jutrzejsze wystąpienie premier Wielkiej Brytanii, i dlatego już jesteśmy kilka groszy wyżej od ostatniego minimum. Niewykluczony jest nawet jeszcze dzisiaj test górnego ograniczenia kanału spadkowego na poziomie 4,10. Co może się stać po jutrzejszej konferencji Theresy May? No trudno powiedzieć by nagle została zmieniona ostra retoryka, gdy zostaną podtrzymane głosy o rezygnacji ze wspólnego rynku z pewnością CHF/PLN podąży na północ. Po pokonaniu oporu w postaci 4,10 kolejnym tak naprawdę będzie dopiero ostatni max na poziomie 4,17 więc kredytobiorcy mają się czego obawiać.

Kurs USD/PLN

usd

Na USD/PLN mamy również trend spadkowy. Dolar ostatnio jest nieco słabszy na szerokim rynku. W oczekiwaniu na pierwsze wystąpienie Donalda Trumpa nieco zwyżkował. Samo wystąpienie jednak bardzo zawiodło inwestorów w efekcie na EUR/USD dotarliśmy ponad granice 1,0650. Skutkiem tego było zejście na USD/PLN do poziomu 4,10. Dalszy ruch zwyżkowy na EUR/USD nie nastąpił, a nawet dolar nieco odrobił dlatego na USD/PLN również jesteśmy kilka groszy wyżej. W najbliższych dniach możliwy jest jednak wzrost na głównej parze w efekcie słabości europejskiej waluty. Szczególnie jeśli “twardy brexit” zostanie jutro potwierdzony. Ważnym oporem będzie 4,19 czyli górne ograniczenie kanału spadkowego.

Kurs GBP/PLN

gbp

Na GBP/PLN mamy cały czas trend spadkowy. W ostatnich dniach ruch ten nabrał siły w efekcie słabości funta brytyjskiego na szerokim rynku. Tym samym nie było większego problemu z przebiciem psychologicznej wartości 5,00. Ruch ten zatrzymał się na dolnym ograniczeniu kanału spadkowego. Teraz wszystko zależy od Pani premier May jeśli jutro pokaże nastawienie eurosceptyczne a tego spodziewa się większość analityków to słabość funta będzie jeszcze bardziej widoczna. A wsparcie po wybiciu dołem z kanału mamy tak naprawdę dopiero na 4,75. Ważne też będzie czy poznamy konkretną datę rozpoczęcia procedury wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Spekuluje się, że może to być koniec marca tego roku. Rozpoczęcie trudnych negocjacji z UE może być również kulą u nogi dla europejskiej waluty, która może tracić szczególnie do dolara. Już dzisiaj widać spadek poniżej 1,06 na głównej parze.

Krzysztof Pawlak- dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Rok 2017 okiem stolarza. Co czeka branżę?

Wzrost liczby zamówień, rozwój rynku materiałów i akcesoriów oraz klienci, których coraz trudniej zaskoczyć technicznymi nowinkami. Rozpoczynający się rok zapowiada się dla branży stolarskiej naprawdę ciekawie.

W 2017 roku stolarzom nie powinno brakować powodów do zadowolenia – choć najwięksi gracze na rynku opanowali sypialnię oraz salon, meble do kuchni i szafy wnękowe wciąż chętnie zamawiane są w rzemieślniczych zakładach. Jak wygląda najbliższa przyszłość branży? Więcej zamówień, jeszcze bardziej wymagający klient i konieczność ciągłej edukacji – konkurencja nie zaczeka.

Zleceń będzie przybywać

Wzrost tempa rozwoju gospodarczego i dobra sytuacja na rynku pracy sprawiają, że Polacy chętniej wydają pieniądze. Również na meble, czego efektem będzie rosnąca liczba zamówień. Zmienia się klient docelowy – coraz więcej zleceń dotyczyć będzie małych metraży w nowym budownictwie, ubędzie realizacji w domach jednorodzinnych i „wielkiej płycie”. Nowi klienci to coraz częściej młode małżeństwa i single, sprawnie funkcjonujący w Internecie i znający najnowsze trendy wnętrzarskie. Takiego klienta coraz trudniej czymś zaskoczyć, więc ciągła edukacja na temat rynkowych nowości okazuje się niezbędna. – Młodzi klienci chcą mieszkać nowocześnie i modnie, dlatego rozwiązania takie jak szuflady z pełnym wysuwem, carga, wysuwane półki narożne, podnośniki klap czy oświetlenie LED są obowiązkowymi elementami dzisiejszych wnętrz – mówi Jakub Malinowski, ekspert ds. okuć meblowych w firmie Häfele. O czym jeszcze trzeba pamiętać?

Klient zdobyty jakością

Kluczem do utrzymania lub wzmocnienia rynkowej pozycji stolarza jest z jednej strony wspomniana edukacja, z drugiej natomiast dbanie o wysoką jakość usług. – Już dziś ok. 80% zamówień to zlecenia z polecenia, wynikające z indywidualnego podejścia do klienta i jego potrzeb. Nie stosujące się do tego firmy rynek skutecznie zweryfikuje – mówi Julian Przynoga z pracowni Julo Mebel w Kiekrzu. Wysoka jakość obsługi i materiałów zdają się kluczem do pozyskania kolejnych klientów – szczególnie, że rozwijający się rynek akcesoriów i materiałów sprawia, że produkty do tej pory przypisywane meblom z górnej półki są już dostępne dla „przeciętnego użytkownika”. – Da się zauważyć dominację litego drewna, inspirowanych naturą materiałów, rozwiązania takie jak bezuchwytowe otwieranie czy też ciekawe detale jak oryginalne klamki i uchwyty – dodaje Julian Przynoga. Wygląda więc na to, że dla stolarzy rok 2017 zapowiada się jako wielka szansa – kto ją wykorzysta, może skutecznie ugruntować swoją pozycję na kolejne lata. Okazji do wykazania się na pewno nie zabraknie.

Pragma Faktoring S.A.: wyniki dotyczące wartości sprzedaży w IV kw 2016 r.

Pragma Faktoring S.A. 12.01.2017 r. opublikowała dane o kontraktacji i portfelu należności za czwarty kwartał 2016 r.

W IV kwartale 2016 roku łączna wartość kontraktacji Pragma Faktoring S.A. wyniosła 180,4 mln zł. Widoczne jest zwiększenie kontraktacji w ramach usługi faktoringu o 29% r/r. Znaczy wzrost można zauważyć w ramach usługi faktoringu ubezpieczonego z regresem o 36% w stosunku r/r oraz faktoringu z regresem o 41% r/r.

WARTOŚĆ KONTRAKTACJI W IV KWARTALE 2016 ROKU
  IV kwartał 2016 IV kwartał 2015 r/r
Faktoring z regresem 67 584 47 860 141%
Faktoring ubezpieczony 79 042 58 204 136%
z regresem
Faktoring bez regresu 314  –
Faktoring ubezpieczony bez regresu 630 7 8491%
Faktoring eksportowy  w tym:* 19 141 23 113 83%
– z regresem 1 488 5 919 25%
-ubezpieczony z regresem 17 653 17 195 103%
FAKTORING RAZEM 166 711 129 185 129%
POŻYCZKI 13 718 1 266 1084%
RAZEM 180 429 130 450 138%

* faktoring nominowany w walucie obcej, należności z regresem, w większości przypadków także ubezpieczone

W IV kwartale 2016 roku Pragma Faktoring S.A. podpisała umowy z 56 nowymi Klientami. W 2016 Spółka pozyskała do współpracy łącznie 183 nowych Klientów.

„W 2016 roku łączna wartość kontraktacji Pragma Faktoring S.A. wyniosła 579,8 mln zł, co stanowi wzrost o 9% w stosunku do 2015 roku. Zgodnie z realizowaną strategią widoczne jest zwiększenie kontraktacji w ramach usługi faktoringu o 12% r/r oraz zmniejszenie wartości kontraktacji usług pożyczkowych. Znaczy wzrost można zauważyć w ramach usługi faktoringu ubezpieczonego z regresem o 41% w stosunku r/r. „ –  komentuje Tomasz Boduszek, Prezes Zarządu Pragma Faktoring S.A.

Pragma Faktoring S.A. na dzień 31.12.2016 r. posiadała wierzytelności o łącznej wartości 116 401 mln zł, co stanowi 30 procentowy wzrost r/r. Portfel faktoringowy zwiększył się o  35 % r/r, a pożyczkowy uległ zmniejszeniu (o 3 % w stosunku do wartości na dzień 31.12.2015 r.).

„Portfel faktoringowy uzyskał wzrost o 29% względem IV kwartału 2015 r. i utrzymywał bardzo wysoki poziom dywersyfikacji, co w istotny sposób sprzyja jego bezpieczeństwu i niskiej szkodliwości” –  podsumowuje Tomasz Boduszek.

Zmiany w prawie i ochrona wynikająca z indywidualnych interpretacji podatkowych

1 stycznia 2017 r. zmodyfikowano zakres ochrony przysługujący podatnikom, którym wydano indywidualną interpretację przepisów prawa podatkowego. Wcześniej, gdy przedsiębiorca miał wątpliwości co do interpretacji przepisów mógł wystąpić do fiskusa o interpretację prawną. Teraz taka interpretacja nie będzie już go chronić, chyba, że dodatkowo zapłaci ministrowi finansów.

Co ważne od 1 stycznia 2017 r. wyłączenie ochrony prawnej, wynikającej z interpretacji indywidualnej, ma zastosowanie również do interpretacji indywidualnych wydanych przed dniem wejścia w życie ustawy zmieniającej, jeżeli korzyść podatkowa wynikająca ze stanu faktycznego lub zdarzenia przyszłego, który jest przedmiotem interpretacji indywidualnej, została uzyskana od 1 stycznia 2017 r.

– Aby się zabezpieczyć trzeba teraz wykupić interpretację ministra finansów, płacąc 20 tys. zł, na co nie będzie stać większości małych firm – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Baran z kancelarii prawniczej Baran&Pluta. – To bardzo niekorzystna zmiana, wręcz złośliwa ze strony fiskusa.

Droga do cyberbezpieczeństwa: wykrywaj, chroń, reaguj

Aż 86% członków zarządów firm oraz osób z najwyższego managementu nie ma zaufania do systemów bezpieczeństwa swoich organizacji – wynika z 19. Światowego Badania Bezpieczeństwa Informacji „Droga do cyberbezpieczeństwa: wykrywaj, chroń, reaguj”. Mimo tego tylko 53% respondentów zwiększyło w ostatnim roku swój budżet na bezpieczeństwo. Jakie wyzwania związane z cyberprzestępczością stoją obecnie przed firmami?

Część z nich dotyczy wykrywania cyberzagrożeń. Co ważne, organizacje są świadome swoich braków w tym zakresie. Tylko połowa badanych uważa, że jest w stanie wykryć zaawansowany atak cyberprzestępczy. Niemal tyle samo respondentów (48%) zdaje sobie zaś sprawę z tego, że wykorzystywane w ich organizacjach mechanizmy bezpieczeństwa informacji są przestarzałe. Ten obszar na pewno wymaga dużej poprawy.

Nie mniej ważna od wykrywania cyberataków jest ochrona przed nimi. Niestety firmy napotykają na różne bariery uniemożliwiające im rozwijanie swoich systemów bezpieczeństwa. Badani wskazują głównie na ograniczenia budżetowe (61%) i brak pracowników o określonych kompetencjach (56%). Te i inne bariery powodują, że organizacje są poważnie narażone na różne niebezpieczeństwa. Zdaniem respondentów w ostatnim czasie szczególnie nasiliły się zagrożenia związane ze złośliwym oprogramowaniem (52%) i phishingiem (51%).

Jak stwierdza w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Michał Kurek, dyrektor w Dziale Zarządzania Ryzykiem Informatycznym EY: „Bardzo dużym błędem, który obserwuję również wśród klientów w Polsce, jest myślenie, że samo wydanie dużej ilości pieniędzy na najnowsze rozwiązania w zakresie bezpieczeństwa przyniesie pożądany efekt. Jeżeli zapomnimy o odpowiedniej inwestycji w ludzi, niestety te działania będą totalnie nietrafione”.

Trzecia grupa wyzwań, którym muszą sprostać firmy, dotyczy reagowania na cyberataki. Dla 57% badanych szybkie poradzenie sobie ze skutkami wywołanymi przez cyberprzestępców i powrót do normalności, a także ochrona danych przed wyciekiem to kwestie priorytetowe. Niestety tylko 39% respondentów jest gotowych poinformować media, że padło ofiarą hakerów, a 48% – nie powiedziałoby o tym w ciągu pierwszego tygodnia od zdarzenia swoim klientom, którzy wskutek tego ataku ucierpieli.

Rok 2017 nie zapowiada dużych zmian na rynku nieruchomości

Rok 2016 był kolejnym dobrym rokiem na rynku nieruchomości. Sprzedaż mieszkań od deweloperów w wielu przypadkach była jeszcze lepsza niż w bardzo dobrze ocenianym 2015 roku. Specjaliści prognozują, że hossa na rynku mieszkaniowym utrzyma się również w tym roku.

Według danych przedstawionych przez GUS w roku 2016 wydano w całej Polsce pozwolenia na budowę lub dokonano zgłoszenia na budowę ponad 190 tys. mieszkań. To o 11% lepszy wynik niż w roku 2015. Jednym z głównych rynków inwestowania była oczywiście Warszawa. – Warszawa wciąż przyciąga nowych ludzi, dzięki czemu sprzedaż mieszkań na rynku pierwotnym z roku na rok utrzymuje się na stabilnym poziomie – podkreśla Paweł Putkowski, prezes Oddziału Warszawskiego Polskiego Związku Firm Deweloperskich. – Choć wielu określało rok 2015 jako ten z rekordową sprzedażą, w 2016 okazało się, że sprzedaż ta może jeszcze wzrosnąć. Kolejne dobre prognozy dotyczą dopiero rozpoczętego roku 2017 – dodaje Putkowski.

Równowaga pomiędzy popytem na mieszkania, a podażą w 2016 roku sprawiła, że ceny nieruchomości były na stabilnym poziomie, a niewielkie wahania widoczne w III i IV kwartale mogły być spowodowane uzupełnieniem oferty deweloperów o mieszkania z wyższego segmentu niż segment mieszkań popularnych.

– Duży wpływ na wysoką sprzedaż mieszkań z rynku pierwotnego w roku ubiegłym miały niskie stopy procentowe, ale także fakt, że oferty deweloperów są coraz lepiej dostosowane do potrzeb klientów – zaznacza Paweł Putkowski. To ważne, żeby jak najlepiej odpowiadać na zapotrzebowanie przyszłych mieszkańców, bo dobrze przygotowana oferta, to w dużej mierze gwarancja sukcesu. Dużą popularnością w roku ubiegłym cieszyły się mniejsze lokale – kawalerki czy dwa pokoje. To właśnie sytuacja na rynku sprawiła, że warto było kupować mieszkania z przeznaczeniem na wynajem. Dlatego też coraz częściej w ofercie deweloperów pojawiały się inwestycje, w których metraż mieszkań nie przekraczał 60 m2.

– Nie można zapomnieć, że rok 2017 przyniósł wzrost wymaganego wkładu własnego z 15 do 20%, stąd też wiele osób śpieszyło się z finalizacją zakupu własnego mieszkania do końca roku 2016 – dodaje Putkowski. Zdaniem ekspertów zmiana ta nie wpłynie znacząco na popyt na mieszkania z rynku pierwotnego. Informacje o wzroście pojawiały się od dawna, nie są więc zaskoczeniem. Poza tym nie wszystkie banki zdecydowały się na wprowadzenie zmiany. Niekorzystne zmiany mogą się jednak pojawić w końcówce roku z powodu wyczerpania się środków z programu MdM i mniejszej atrakcyjności zakupów inwestycyjnych w związku z oczekiwaną podwyżką stóp procentowych.

W Warszawie dużo buduje się na Woli, Bemowie, Mokotowie i Targówku. W 2017 nie powinno to ulec zmianie. Zyskają zwłaszcza Wola i Targówek, gdzie ruszyła budowa stacji Metra oraz Bemowo w rejonie Chrzanowa, gdzie planowana jest dalsza rozbudowa metra. Rozwija się także Praga – tu nowych inwestycji wciąż przybywa. Tak szeroka oferta to zdecydowanie odpowiedź na wciąż rosnący popyt.