Jakie byłyby skutki ograniczenia liczby aptek przez rząd

Posłowie PiS przygotowali projekt ustawy, która ma ograniczyć liczbę aptek w Polsce. Uzasadnienie projektu ustawy jest zaskakujące, a jej uchwalenie będzie niekorzystne dla konsumentów, bo wzrosną ceny.
Jeżeli ustawa ma przeciwdziałać dominacji na rynku aptek sieciowych, to pomysł jest nietrafiony, ocenia Rafał Trzeciakowski, ekspert FOR. W jego ocenie trudno mówić o dominacji aptek sieciowych nad pozostałymi, ponieważ w Polsce działa aż 380 sieci aptek. I pomimo tak dużej ich ilości, mają one tylko 44 proc. rynku.

– Zmiany ustawowe byłyby niekorzystne dla konsumentów, spowodowałyby wzrost cen – mówi w rozmowie z MarketNews24.

Dla Polski może być korzystniejsze jeżeli wygra Donald Trump

Clinton czy Trump? Czyje zwycięstwo wyborcze w USA może okazać się lepsze dla Polski? Częściej słyszymy, że lepsze będzie zwycięstwo Hilary Clinton. A jednak jeżeli chcielibyśmy zniesienia wiz, to większe są szanse, gdy wygra jej przeciwnik, takiego zdania jest Jakub Stasik, ekspert XTB.
W jego ocenie program wyborczy Clinton jest zgodny z programem Demokratów, tego nie można powiedzieć o Republikanach i ich kandydacie, ale to Trump spotkał się z Polonią w USA i mówił o zniesieniu wiz.
Jednak w kwestiach gospodarczych wynik wyborów będzie raczej neutralny.

Polnord składa kolejny pozew przeciwko MPWiK S.A. i Miastu Stołecznemu Warszawa

25 października spółka złożyła w Sądzie Okręgowym w Warszawie pozew przeciwko MPWiK w m.st. Warszawie S.A. i m.st. Warszawa. Pozew dotyczy odpłatnego przejęcia przez miejską spółkę lub m.st. Warszawa prawa własności kompleksowego Systemu Odprowadzenia Wód Deszczowych w Miasteczku Wilanów („SOWD”), którego Polnord jest właścicielem. Wysokość roszczeń Polnord sięga ok. 52 mln zł brutto.

Sprawne i niezakłócone działanie SOWD służy dobru wspólnemu, gdyż system ten zbiera i odprowadza wody opadowe i roztopowe z silnie zurbanizowanych terenów Miasta, w tym z dróg publicznych. Z systemu SOWD korzystają wszystkie funkcjonujące na terenie tzw. Miasteczka Wilanów inwestycje mieszkaniowe (ok. 30 Wspólnot Mieszkaniowych), Szpital Medicover, Świątynia Opatrzności Bożej, budynek Urzędu Dzielnicy Wilanów m. st. Warszawy, budynek Straży Miejskiej w Dzielnicy Wilanów m. st. Warszawy i inne. Zaniechania w tym obszarze doprowadziłyby do katastrofalnych w skutkach zalań podziemnych kondygnacji i infrastruktury tam posadowionej. Utrzymanie kanalizacji deszczowej należy do zadań własnych gminy, jednakże m.st. Warszawa nie wywiązuje się w tym zakresie ze swoich ustawowych obowiązków.

Zgodnie z „Ustawą o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i zbiorowym odprowadzaniu ścieków” kompleksowy SOWD powinien zatem zostać odpłatnie przejęty przez właściwy podmiot samorządu lokalnego – w tym wypadku przez MPWiK lub m.st. Warszawa.
Polnord od wielu lat stara się o porozumienie z miejską spółką oraz m. st. Warszawa podejmując liczne próby polubownego rozwiązania sytuacji. Niestety nie przyniosły one oczekiwanych rezultatów. MPWiK jak również m.st. Warszawa unikają wywiązywania się ze swoich zobowiązań wynikających z przepisów prawa, to znaczy odmawiają przejęcia infrastruktury SOWD na własność. Dlatego też Polnord  stanął przed koniecznością złożenia przedmiotowego pozwu.

Należy przypomnieć, iż przed Sądem Okręgowym w Warszawie toczą się obecnie jeszcze 2 postępowania z powództwa Polnord przeciwko MPWiK. Przedmiotem jednego z nich jest  roszczenie o odpłatne przejęcie urządzeń sieci wodociągowo – kanalizacyjnej wybudowanej w trakcie prowadzenia inwestycji „Miasteczko Wilanów”, zaś przedmiotem drugiego roszczenie o wynagrodzenia za bezumowne korzystanie z tych urządzeń wodociągowo –  kanalizacyjnych przez MPWiK.

Szaleństwo czy kontrarianizm?

Analitycy na całym świecie ostrzegają, jest drogo, giełdy są przewartościowane, fundusze lewarowane wyprzedają swoje aktywa i stają się niedźwiedziami. Wszyscy czekają na spadki, za rogiem podwyżka stóp procentowych.

Na swoich webinarach już nieraz przedstawiłem obecną sytuację na rynku w Stanach Zjednoczonych – w długim terminie nie wygląda to za dobrze. Sytuacja gospodarcza jest tragiczna, stopa bezrobocia przekłamana, a nowe miejsca pracy są poniżej standardu. Można o tym pisać i pisać. Jednakże w najbliższym terminie, a szczególnie po kolejnej podwyżce stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych spodziewam się dalszych wzrostów na indeksie SP500 – tylko spekulacyjnie, nikt nie mówi o długoterminowych zakupach. Stopy procentowe zostaną podniesione w grudniu, rynek oczekuje takiego posunięcia ze strony Rezerwy Federalnej na 72 procent.

Szaleństwo czy kontrarianizm? 1

Źródło: bloomberg

Poniżej podaje 4 powody, które według mnie spowodują dalsze wzrost na indeksie SP500.

1.Inflacja SP500 i FED stopy procentowe

Stopy procentowe ustalane przez Rezerwę Federalną cały czas znajdują się poniżej inflacji obligacji 10 letnich Stanów Zjednoczonych. W poprzedniej analizie podałem kilka powodów, dlaczego nie możemy patrzeć na stopy procentowe bez inflacji.

Szaleństwo czy kontrarianizm? 2

Źródło: Bloomberg

Rezerwa Federalna musiałaby podnieść stopy procentowe przynajmniej cztery razy po 25 punktów bazowych aby został zrealizowany scenariusz spadkowy.

2.Oprocentowanie pożyczek międzybankowych

Na rynku międzybankowym oprocentowanie dolara amerykańskiego idzie cały czas do góry, jednakże nie widać nic niepokojącego. Długoterminowe pożyczki są oprocentowane wyżej niż krótkoterminowe. Dopiero zanik płynności oraz brak zaufania na rynku międzybankowym powodowały, że krótkoterminowe pożyczki były oprocentowane wyżej niż długoterminowym.

Szaleństwo czy kontrarianizm? 3

Źródło: Bloomberg

Na górnym wykresie widać oprocentowanie pożyczek międzybankowych od 1 do 12 miesięcy. Na dole zobrazowano spread 1M i 12M pożyczek. Jeżeli krótkoterminowe pożyczki są droższe niż długoterminowe, to oznacza kłopoty w sektorze bankowym z płynnością. Na chwile obecną różnica wynosi ponad 100 punktów bazowych.

3.Spada spread obligacji o wysokim ratingu i śmieciowym

Różnica pomiędzy obligacjami o najwyższym ratingu, a tymi śmieciowymi cały czas spada. Inwestorzy nie boją się pożyczać środków przedsiębiorstwom, które w razie problemów mogą zbankrutować.

Szaleństwo czy kontrarianizm? 4

Źródło: fred.stlouisfed.org

4.Wszyscy spodziewają się spadków

Podsumowanie

Obecna analiza została wykonana z miesięcznym wyprzedzeniem. Należy pamiętać, że nie jest to rekomendacja. Jeżeli mają państwo pytania, to zapraszam na najbliższe szkolenie Inwestor, na którym poruszymy niniejszą analizę.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Czy Apple zaraportuje dziś spadek przychodów?

Apple Inc. prawdopodobnie zaraportuje dziś, po zamknięciu amerykańskiej sesji giełdowej, pierwszy od 2001 roku spadek przychodów ze sprzedaży. Tak przewidują analitycy przepytani przez agencję Bloomberg, którzy spodziewają się, iż Apple zaraportuje 47 mld dolarów przychodów ze sprzedaży i osiągnie 1,65 dolara zysku na akcję. Inwestorzy szczególnie skupią swoją uwagę na wynikach z chińskiego rynku, gdzie Apple zmaga się z rosnącą lokalną konkurencją tworzącą coraz bardziej zaawansowane smartfony w przystępnej cenie. Natomiast pozytywnie na wynikach zaważyć może afera z wybuchającymi smartfonami Samsunga.  Inwestorzy obawiają się również co zaraportuje w czwartek Twitter, który planuje zwolnić około 8 proc. pracowników.

Dolar handluje w pobliżu najwyższego od marca poziomu do koszyka głównych walut, po tym jak prezydent Banku Federalnego Chicago – Charles Evans, stwierdził, iż stopy procentowe powinny zostać podniesione 3 razy do końca 2017 roku.  Według niego, Fed powinien bardziej zdecydowanie reagować na napływające dane ekonomiczne. W przypadku, gdy nowy prezydent USA wprowadzi ekspansywną politykę fiskalną, to Fed powinien zacieśniać politykę pieniężną jeszcze szybciej niż obecnie planuje. Po tym wystąpieniu szanse na podwyżkę stóp procentowych na grudniowym posiedzeniu Fed-u wzrosły do 71 proc. z 68 proc. pod koniec zeszłego tygodnia. Para EURUSD traci około 0,2 proc. i handluje w pobliżu poziomu 1,0860, najniżej od marca. Para USDJPY zyskuje około 0,5 proc. i handluje w pobliżu poziomu 104,80 jenów, najwyżej od lipca. Para GBPUSD traci obecnie około 0,8 proc. handlując w pobliżu poziomu 1,2130. Para USDPLN handluje grosz poniżej osiągniętego wczoraj 3-miesięcznego maksimum na poziomie 3,98 zł.

Ceny rudy żelaza wzrosły dziś 6 proc., osiągając dzienne górne widełki cenowe na chińskiej giełdzie metali Dalian Commodity Exchange. Po 3 latach malejących cen rudy żelaza, wywołanych rosnącym wydobyciem oraz zahamowaniem gospodarczym w Chinach, wzrosły one od początku 2016 roku już o 36 proc. Chińscy producenci stali, którzy odpowiadają za połowę światowej produkcji, zwiększyli moce produkcyjne po tym jak wzrost popytu na stal przyczynił się do wzrostu cen i marży producentów. Rosnące ceny stali wpłynęły również na mocne wzrosty cen aluminium i cynku. Cena cynku, używanego do galwanizacji stali wzrosła dziś 2,7 proc., osiągając 5-letnie maksimum na Shanghai Futures Exchange. Ceny węgla koksowego, niezbędnego w produkcji stali, wzrosły do najwyższych w historii poziomów. Ceny miedzi również zyskują dziś ponad 2 proc., handlując powyżej poziomu 2,14 dolarów za funta na Chicago Merchantile Exchange. Ze wzrostów cen miedzi korzysta KGHM, którego akcje rosną dziś 1,7 proc. handlując po 71,80 zł.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Ekoplast planuje debiut na NewConnect

Ekoplast S.A., producent opartych na najnowocześniejszych technologiach systemów okien i drzwi, przed końcem roku planuje zadebiutować na rynku NewConnect.

Początki firmy sięgają 2000 roku. Początkowo zajmowała się sprzedażą i montażem okien z profili PCV. Od lutego 2001 roku, już pod nazwą Ekoplast, rozpoczęto produkcję własnych wyrobów, kierowanych do klientów indywidualnych, instytucjonalnych, a także firm. Spółka podejmuje też współpracę z generalnymi wykonawcami i firmami deweloperskimi. Obecnie w portfolio producenta znajdują się okna PCV i aluminiowe, drzwi PCV, bramy garażowe oraz pełna gama asortymentu dodatkowego, jak rolety zewnętrzne i wewnętrzne, żaluzje, moskitiery, markizy czy osłony przeciwsłoneczne (refleksole).

W Polsce działa ponad dwa tysiące producentów okien. Jest to jedna z najbardziej konkurencyjnych branż i w tym aspekcie mamy silną pozycję w Europie Zachodniej. Także Ekoplast jest marką cenioną i rozpoznawalną przez zagranicznych klientów. Na eksport przeznaczamy niemal 90% naszej produkcji. Nasze okna są obecne przede wszystkim na rynku francuskim – mówi Dariusz Chwastek, Prezes Zarządu Ekoplast S.A.

Z początkiem stycznia b.r. Ekoplast rozpoczął działalność jako spółka akcyjna. Zmiana formy prawnej podyktowana była chęcią realizacji dalszych planów rozwoju. Jeszcze w tym roku Spółka zamierza złożyć wniosek od dopuszczenie na rynek NewConnect.

Chcemy podjąć kolejne przedsięwzięcia, które przyczynią się do dalszego wzmocnienia naszej pozycji i konkurencyjności na rynkach zagranicznych. Strategia Spółki zakłada dalszy rozwój, rozszerzenie skali produkcji oraz portfolio produktowego – komentuje Dariusz Chwastek.

 

Wraz ze zmianą formy prawnej, podjęto prace nad nową organizacją produkcji i sprzedaży, czego efektem było powołanie spółek zależnych, które przejęły zadania związane z produkcją, logistyką i obsługą biurową.

Całość produkcji Ekoplast realizowana jest we własnej hali produkcyjnej w Krakowie, oddanej do użytku w 2010 roku. Na jej wyposażeniu znajduje się szereg specjalistycznych maszyn i urządzeń, umożliwiających przeprowadzenie całego procesu produkcji okien i innych towarów. Zaplecze maszynowe jest stale modernizowane i wzbogacane o nowe rozwiązania.

 Struktura przychodów ze sprzedaży Ekoplast (tys. zł)

tys. zł 2013 2014 2015 I poł 2015 I poł 2016
Przychody ze sprzedaży produktów 27 868,5 33 724,0 36 230,1 16 401,2 20 579,9
Przychody ze sprzedaży usług 27,3 197,9 224,4 0,0 0.0
Przychody ze sprzedaży towarów i materiałów 0,0 26,1 113,9 55,8 45,1
Razem 27 895,8 33 948,0 36 568,4 16 457,0 20 625,0

Źródło: Ekoplast S.A.

Cyfrowa kadrowa. Procesy HR przenoszą się do świata cyfrowego

Nowoczesne technologie trwale zmieniły sposób w jaki funkcjonuje współczesny biznes. Zmiany nie ominęły również procesów HR a zarządzanie zasobami ludzkimi już od dawna nie jest już kojarzone z podbijaniem kart pracowniczych i przygotowywaniem wycinków finansowych. Współcześni kadrowi stają się obecnie doradcami biznesowymi, którzy w cyfrowym świecie wpływają na funkcjonowanie całych przedsiębiorstw.

Rosnąca digitalizacja – w połączeniu ze zmieniającymi się oczekiwaniami użytkowników – wpływa na funkcjonowanie największych na świecie przedsiębiorstw. Współczesny pracownik, przyzwyczajony do użytkowania urządzeń mobilnych oraz chmury obliczeniowej już teraz oczekuje od firm wykorzystania nowoczesnych rozwiązań na kilku płaszczyznach jednocześnie. Zmiany te dostrzegają już zarządzający firmami. Według szacunków Deloitte aż 74 proc. menedżerów stawia wśród priorytetów przeniesienie procesów HR do świata cyfrowego. Wiele firm koncentruje się jednak na wdrożeniu rozwiązań, które wspomagają zarządzanie talentami jedynie na linii pracodawca – pracownik. Już niedługo może okazać się to niewystarczające. Badania Hackett Group dowodzą, iż liderzy HR zdają sobie sprawę, że efektywność całych organizacji w przyszłości zależy od stałego rozwoju technologii ze szczególnym uwzględnieniem analityki[1].

Kluczem do sukcesu dla przedsiębiorców będzie wyjście poza strefę technologicznego komfortu i transformacja nie tylko systemu wspierającego wybrany proces obszaru HR, ale transformacja całego modelu zarządzania kapitałem ludzkimi. Przedsiębiorcy, już teraz prowadzą spersonalizowaną komunikację z pracownikami, jednak zmiany powinny dotyczyć również całego procesu biznesowego, który za nią stoi. Działy HR zmieniają się tym samym w „cyfrowe ośrodki zarządzania”, które administrują systemem wynagrodzeń, zarządzania kompetencjami oraz ich rozwojem czy analizują dane wpisując je w strategię biznesową całej firmy – komentuje Beata Bartkiewicz, HCM Senior Account Executive z SAP Polska.

Również rozwijające się środowisko pracy wymusza zmiany w sposób naturalny. Pracownicy coraz częściej decydują się na elastyczne formy zatrudnienia czy pracę zdalną kosztem tradycyjnego etatu w siedzibie firmy. Rosnąca mobilność zatrudnianych specjalistów sprawia więc, że narzędzia z których korzystają działy HR muszą szybko adaptować się do zmian. Dostrzegają to również sami HR – owcy, którzy wiedzą, że na sukces całej organizacji przekłada się dokładne zrozumienie potrzeb każdego pracownika.

HR jest obecnie jednym z najbardziej ekscytujących obszarów do pracy. Dlaczego? Gdyż dotyka trzech różnych obszarów: człowieka, biznesu oraz IT. Zrozumienie ludzkiej natury oraz tworzenie na tej podstawie praktyk HR to kluczowe wymogi utrzymania zdrowego środowiska pracy, które jest podstawą wdrożenia zasad zarządzania zasobami ludzkimi do strategii biznesowej – komentuje Ernesto Marinelli, SVP, Head of HR SAP EMEA and MEE.

Technologia zmienia tradycyjny HR

Jednak, by daleko idące zmiany w dziedzinie HR mogły przełożyć się na stworzenie biznesowego eldorado, musi stać za nimi zaawansowana technologia wsparta systemami analitycznymi. Tradycyjne modele zarządzania są już niewystarczające, by sprostać administrowaniu ogromną ilością informacji o pracownikach. Dotychczas dane dotyczące zdrowia, zaangażowania, finansów czy wynagrodzeń były wykorzystywane nieefektywnie.

–  Według raportu „Human Capital Trends 2016” aż 77 proc. przebadanych organizacji uczestniczących w badaniu potwierdziło, że analiza danych w HR jest istotna, jednak jedynie kilka firm ma możliwości, by informacje te przekształcić w kompleksowe i użyteczne analizy biznesowe. Oprócz wykorzystania planowania oraz analizy zasobów ludzkich również to sztuczna inteligencja wkracza do HR. Inteligentne usługi, które dostępne są w takich rozwiązaniach, jak SAP SuccessFactors zostały zaprojektowane by dostarczać bardziej spersonalizowane oraz spójne analizy dla pracowników, menedżerów oraz działów HR. Jednocześnie ograniczone zostają wydatki na zarządzanie zasobami ludzkimi poprzez automatyzację standardowych procesów. Dla przykładu, organizacje mogą zredukować koszty administracyjne do 27 proc. kiedy procesy mogą zostać łatwo i szybko zainicjowane przez osoby zarządzające – komentuje Damon O’Neill, Talent Management Evangelist and Head of Cloud Business Development CEE SAP.

Właśnie dlatego współczesny biznes potrzebuje wsparcia w zakresie efektywnego użycia informacji, które pojawiają się w wykorzystywanych systemach. Zbieranie danych musi służyć do budowania lepszej, efektywniejszej organizacji, która w sposób bardziej dynamiczny będzie mogła reagować na zmiany na rynku pracy i odpowiadać na potrzeby już zatrudnionych specjalistów. Dlatego liderzy rynku nowych technologii poświęcają dużo uwagi rozwojowi rozwiązań z obszaru analityki, big data, przy jednoczesnej optymalizacji kosztowej poprzez rozwiązania chmurowe. Firmy zaczynają dostrzegać, że ich rozwój zależy od wiedzy jaką dysponują dzięki procesom HR.

–  Rozwiązania HR, które funkcjonują w otwartym i dynamicznym modelu chmurowym pozwalają przekształcić działy osobowe z administratora danych w proaktywnego partnera biznesu. Takie systemy pozwalają efektywnie zarządzać talentami, karierą oraz efektywnością pracowników – zarówno przez specjalistów HR jak i zewnętrznych konsultantów. Ponadto rozwiązania, jak SuccessFactors stanowią również narzędzie dla samych zatrudnionych, którzy mogą korzystać z ich  funkcji edukacyjnych, społecznościowych oraz angażujących będąc w dowolnym miejscu na świecie – nawet w chmurach. Z takim wyzwaniem zmierzyliśmy się na polskim rynku wdrażając to rozwiązanie w PLL LOT, gdzie z systemu SAP SuccesFactors korzysta już większość pracowników – dodaje Damon O’Neill.

Kluczową sprawą jest jednak cel strategiczny – czyli odpowiedź na pytanie, co firma chce osiągnąć dzięki wdrożeniu oprogramowania, jakie mają być jego wymierne korzyści oraz jakie wskaźniki biznesowe będę o tym świadczyć. Wybór technologii to zaledwie jeden z etapów, który jest konsekwencją przemyślanego planu tworzenia działów HR. A w nim kluczową rolę wciąż odgrywać będą doświadczeni kadrowi.

[1] http://www.thehackettgroup.com/about/research-alerts-press-releases/2016/06092016-hr-to-focus-on-technology-and-analytics-in-2016.jsp

Kongsberg Automotive otwiera nowy zakład produkcyjny w Koluszkach

Fredrik Tangeraas, Director Corporate Communications
Fredrik Tangeraas, Director Corporate Communications

Kongsberg Automotive ogłosił dziś otwarcie nowego zakładu produkcyjnego w Koluszkach, gdzie będzie wytwarzać wysokiej jakości podzespoły dla Klientów produkujących pojazdy użytkowe.

W zakładzie w Koluszkach produkowane będą m.in. stabilizatory przechyłu kabin oraz drążki reakcyjne zawieszeń dla czołowych producentów ciężarówek, takich jak Scania, Volvo, DAF. W zakładzie znajdzie zatrudnienie około 70 pracowników, w procesach takich jak: obróbka skrawaniem, montaż, spęczanie, hartowanie indukcyjne. Nowoczesna fabryka umożliwia też zwiększenie mocy produkcyjnych pod kątem przyszłego rozwoju firmy.

Koluszki to atrakcyjne miejsce na inwestycje i realizację długofalowego wzrostu, zapewniają bowiem konkurencyjne warunki zakładania firm i zatrudniania pracowników. Nowy zakład potwierdza coraz silniejszą obecność i sukcesy biznesowe Grupy w Polsce. 16 lat temu Kongsberg Automotive otworzył swoją pierwszą fabrykę w Pruszkowie, gdzie obecnie zatrudnia ponad 1150 osób i wytwarza systemy komfortu siedzeń dla Klientów segmentu premium.

„Dla firmy globalnej jaką jest Kongsberg Automotive posiadanie optymalnych lokalizacji produkcyjnych dostosowanych do warunków rynkowych i potrzeb Klientów jest bardzo ważne. Ten nowy zakład w Koluszkach pozwoli nam jeszcze lepiej obsługiwać naszych Klientów i rozwijać się wspólnie w Europie w segmencie systemów zawieszeń. Nasza inwestycja potwierdza zaangażowanie Kongsberg Automotive w dalszy rozwój działalności w Polsce” stwierdził Scott Paquette,Vice-Prezes Kongsberg Automotive Driver Control Systems.

Kongsberg Automotive docenia dobrą współpracę i wsparcie ze strony władz lokalnych oraz władz regionalnych. Grupa Kongsberg Automotive wierzy w dalszą owocną współpracę, zapewniającą atrakcyjność regionu i firmy dla wykwalifikowanej kadry, tak by zapewnić dalszy planowany rozwój.

Aplikacje mobilne – wsparcie dla biznesu i funkcjonalność dla użytkowników

Wraz z dynamicznym rozwojem technologii, firmy specjalizujące się tworzeniu aplikacji mobilnych oferują stale ulepszane rozwiązania precyzyjniej trafiające w potrzeby odbiorców, którzy stają się równocześnie coraz bardziej wymagający. Zanim zdecydujemy się na stworzenie własnej aplikacji, warto jednak dokładniej się im przyjrzeć, a przy tym zyskać świadomość pułapek, jakie czyhają na inwestorów.

Era smartfona

Dzięki ogromnemu postępowi technologicznemu, jaki dokonał się w branży IT w ciągu zaledwie kilku ostatnich dekad, dziś niemal każdy mieszkaniec tak zwanego zachodniego świata (i nie tylko) nosi w swojej kieszeni minikomputer o mocy obliczeniowej nieporównywalnie większej od tej, która wystarczyła, by w latach 60. XX wieku wysłać na Księżyc pierwszych ludzi.

W istocie mamy obecnie do czynienia z „erą smartfona”. Nie tylko dlatego, że takie urządzenie posiadają miliardy ludzi na całym świecie, ale również ze względu na jego multifunkcjonalność.

Bez aplikacji ani rusz – zwłaszcza w biznesie

Przedsiębiorcy stanowią zdecydowaną większość wśród klientów, którzy takie oprogramowanie zamawiają. Należą do nich zarówno duże korporacje, jak i indywidualni klienci reprezentujący bardzo szerokie spektrum branż specjalizujących się w oferowaniu różnego rodzaju usług i handlu. Możliwości wykorzystania potencjału aplikacji są bowiem niemal nieograniczone, a ich użytkownikiem w założeniu może być każdy. Owa uniwersalność i powszechna dostępność aplikacji sprawia, że muszą one być jednocześnie wyjątkowe i mieć jak największą tzw. wartość dodaną – bez tego „apka” nie spotka się z zainteresowaniem potencjalnego użytkownika i przepadnie w gąszczu tysięcy innych.

Bartosz Pieślak, ekspert i współwłaściciel firmy itCraft
Bartosz Pieślak, ekspert i współwłaściciel firmy itCraft

Ze względu na przeznaczenie, rozróżnia się aplikacje o charakterze wewnętrznym i zewnętrznym. – Te pierwsze są wykorzystywane w ramach optymalizacji procesów składających się na funkcjonowanie przedsiębiorstw – przykładem takiego rozwiązania jest mobilny skaner dokumentów. Drugi rodzaj jest natomiast dedykowany nie pracownikom, a klientom firm. W tym przypadku, w zależności od tego, co inwestor chce osiągnąć, można rozróżnić podejście wizerunkowe – kiedy aplikacja ma za zadanie zapoznać i związać klienta z marką – oraz nastawione na funkcjonalność, opierające się na udostępnieniu oprogramowania służącego do zakupu usług czy produktów, na przykład w formie mobilnego sklepu – tłumaczy Bartosz Pieślak, ekspert i współwłaściciel firmy itCraft.

Pułapki dla inwestorów, czyli o czym warto wiedzieć

Żeby tego rodzaju inwestycja okazała się korzystna, kluczowe jest, by po pierwsze aplikacja miała jak największą wspomnianą już wartość dodaną, bo jeśli nie okaże się przydatna dla użytkownika, ten ją odinstaluje, a po drugie, by do jej stworzenia wybrać firmę, która posiada duże zaplecze, wiedzę i umiejętności w zakresie projektowania i wdrażania takich rozwiązań. – Tylko odpowiednio wykwalifikowany zespół składający się z programistów różnych specjalizacji, tj. Android, iOS, backend, frontend oraz architekta rozwiązań, analityka, grafika i testera, jest gwarancją powodzenia przedsięwzięcia. Warto więc sprawdzić, czy firma, którą chcemy zatrudnić, jest faktycznym producentem oprogramowania, a nie przedsiębiorstwem, które działa na zasadzie przekazywania zleceń podwykonawcom, bo taki system funkcjonowania potrafi znacząco opóźnić cały proces i cechuje się nieskuteczną komunikacją, co generuje straty – zauważa ekspert itCraft.

Niezaprzeczalna popularność systemów operacyjnych Android i iOS sprawia, że klienci, którzy chcą, by ich aplikacja mobilna była powszechnie wykorzystywana, zazwyczaj mają świadomość konieczności  wdrożenia rozwiązań dedykowanych na obie platformy równolegle. Dużo rzadziej natomiast wiedzą o tym, że nie mniej ważne są także inne komponenty wspierające oprogramowanie. – Należy do nich przede wszystkim tak zwany backend, czyli serwer, który przechowuje dane i umożliwia ich udostępnianie, a także panel administratora – serwis, który pozwala na wgląd i zarządzanie danymi o użytkownikach korzystających z aplikacji, raportami i statystykami, których analiza pozwala wprowadzać zmiany wpływające na bardziej efektywne funkcjonowanie oprogramowania. Wiele dojrzałych przedsiębiorstw, a także tzw. startupowców decyduje się również na stworzenie portalu internetowego, który stanowi dodatek, a zarazem rodzaj wizytówki dla aplikacji, pokaz tego, „co potrafi”. Jego zaletą jest powszechna dostępność, bo można go przeglądać nie tylko na urządzeniach mobilnych, ale także stacjonarnych, które mają dostęp do sieci – wyjaśnia Bartosz Pieślak.

Inną ważną kwestią, o której klienci zamawiający aplikację mobilną bardzo często nie pamiętają lub nie wiedzą, jest konieczność poniesienia dodatkowych kosztów w postaci zakupu odpowiednich licencji, kosztujących niekiedy tysiące euro rocznie. Ze względu na dużą częstotliwość publikowania nowych wersji systemów operacyjnych oraz pojawianie się nowych modeli sprzętu, warto też zawczasu zarezerwować budżet na aktualizacje aplikacji, aby mogły sprawnie działać i „nadążać” za technologicznym postępem.

Błędem równie często popełnianym przez przedsiębiorców inwestujących w dedykowane aplikacje jest brak dbałości o umowę serwisową. Tymczasem jest ona niezwykle ważna, bo stanowi jedyną gwarancję, że firma, która wykonała oprogramowanie, naprawi ewentualne usterki i przystąpi do prac nad stworzeniem potrzebnych rozszerzeń odpowiednio szybko – czas w przypadku wdrażania i funkcjonowania aplikacji mobilnych ma ogromne znaczenie.

Decydując się na stworzenie własnej aplikacji warto również pamiętać, że jej uruchomienie i oddanie do użytku klientom to nie koniec – bardzo istotne jest, by inwestor stale monitorował reakcje użytkowników na jej funkcjonowanie – na przykład w postaci ocen lub komentarzy, by w razie potrzeby móc jak najszybciej zareagować i wprowadzić z pomocą firmy, która wykonała oprogramowanie, ewentualne zmiany, które je usprawnią.

Stanowisko ZPP ws. projektu ustawy o zmianie ustawy prawo farmaceutyczne

Przedstawionego projektu nowelizacji prawa farmaceutycznego nie sposób ocenić inaczej, niż zdecydowanie krytycznie. Zdziwienie budzi nie tylko treść projektu, zakładająca wprowadzenie w życie najbardziej nawet absurdalnych i działających na niekorzyść pacjentów pomysłów samorządu aptekarskiego, ale także przyjęty tryb wypracowania go. Podczas spotkania zespołu ds. regulacji rynku farmaceutycznego, które odbyło się 20 października br., odbyć się miała dyskusja dot. potrzeby wdrożenia działań legislacyjnych zmierzających do powstrzymania zmian na rynku farmaceutycznym. Okazało się jednak, że podczas spotkania zaprezentowany został gotowy projekt ustawy. Jest to tym bardziej niepokojące, że propozycja legislacyjna omawiana była przez przedstawiciela Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego.

Warto zaznaczyć, że kierujący GIF Główny Inspektor Farmaceutyczny, jest powoływany przez Prezesa Rady Ministrów na wniosek ministra właściwego ds. zdrowia i jest centralnym organem administracji.  Nie jest jednak wiadome, w jakim zakresie przedstawiciel GIF był umocowany do reprezentowania i formułowania stanowiska rządu w pracach zespołu. Jest to tym bardziej istotne, że treść projektu jest – z perspektywy aktualnie obowiązującego porządku – wręcz rewolucyjna. Zakłada ona bowiem nie tylko wprowadzenie zasady, zgodnie z którą prawo do uzyskania zezwolenia na prowadzenie apteki ogólnodostępnej miałby tylko farmaceuta prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą albo spółki, w których wspólnikami, partnerami lub komplementariuszami są wyłącznie farmaceuci (tzw. zasada apteki dla aptekarza). Projekt zakłada wprowadzenie jeszcze dalej idącego ograniczenia – zezwolenia na prowadzenie apteki nie wydaje się, jeżeli liczba mieszkańców przypadających na jedną aptekę w danym województwie jest mniejsza, niż 3000. Wyjątkiem od tej zasady jest sytuacja, w której od miejsca planowanej lokalizacji apteki do najbliższej funkcjonującej apteki ogólnodostępnej, liczona w linii prostej, wynosi co najmniej kilometr.

Zawarte w projekcie nowelizacji prawa farmaceutycznego pomysły nie służą nikomu, poza członkami samorządu aptekarskiego, którzy – w myśl tekstu – uzyskać mają monopol na prowadzenie aptek. Przedstawiona w uzasadnieniu projektu argumentacja jest kuriozalna – podnosi się np., że większa liczba i większe zagęszczenie aptek nie powoduje większej dostępności leków, nie podając absolutnie żadnego dowodu przemawiającego za tą – dosyć fantazyjną, trzeba przyznać – tezą. Ze wszystkich dostępnych źródeł wynika bowiem wręcz przeciwny wniosek – wolna konkurencja działa na korzyść klientów (w tym przypadku pacjentów), którzy dzięki niej mogą taniej nabywać towary lepszej jakości oraz oczekiwać wyższej jakości obsługi.

Warto również zwrócić uwagę na tezy przedstawione w stanowisku Naczelnej Rady Aptekarskiej. NRA twierdzi m.in., że przewidziane w projekcie ustawy rozwiązania, wyłączające przecież apteki z regularnej gry rynkowej, opartej o wolną konkurencję, ochronią rynek dystrybucji leków przed monopolizacją. Jest to albo jawna manipulacja faktami, albo wyraz nadzwyczajnego cynizmu, pozwalającego na uzasadnianie swojego stanowiska za pomocą ewidentnie fałszywych argumentów.

Wątpliwości budzić musi również strona formalna związana z procedowaniem dokumentu. Projekt jest bowiem poselski, a zatem wyłączony choćby z obowiązku sporządzenia Oceny Skutków Regulacji. Wydaje się, że tak poważna i doniosła zmiana otoczenia regulacyjnego rynku aptek, powinna odbyć się za pośrednictwem projektu rządowego, poddanego rzetelnemu procesowi konsultacji publicznych i ocenionego pod kątem skutków uchwalanych przepisów. Projekt w aktualnym brzmieniu jest bowiem wprost sprzeczny nie tylko z interesem pacjentów (którzy chcą mieć stosunkowo łatwy dostęp do możliwie najtańszych leków pierwszej potrzeby) i przedsiębiorców (którym analizowany projekt odebrać ma prawo prowadzenia swoich działalności gospodarczych), ale również z ideami wyrażonymi na łamach Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. „Plan Morawieckiego” zakłada bowiem wspieranie polskich małych i średnich przedsiębiorstw, które tylko poprzez regularny wzrost, będą mogły zacząć korzystać z efektu skali, co pozwoliłoby im konkurować z międzynarodowymi firmami. Trzeba pamiętać, że już teraz rynek detalicznej dystrybucji leków w Polsce składa się w przeważającej części (66%) z aptek indywidualnych, w tym mikrosieci (poniżej 5 podmiotów). Zaledwie 4% polskiego rynku to apteki należące do sieci z udziałem kapitału zagranicznego. W świetle tych danych, groźby „monopolizacji rynku przez zagraniczne sieci”, tak często przywoływane w argumentacji samorządu farmaceutycznego, brzmią – delikatnie rzecz ujmując – mało poważnie.

W ocenie ZPP zaprezentowany projekt działa na niekorzyść pacjentów oraz przedsiębiorców funkcjonujących na rynku aptecznym i nie może być w takim brzmieniu zaakceptowany.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców

Co zmieni się na rynku energii w najbliższych latach?

  • Proces zmian technologicznych sektora energetycznego w Polsce przyniesie zwiększenie bezpieczeństwa oraz redukcję emisji CO²
  • Technologie z obszaru smart grid pozwalają na lepsze wykorzystanie energii również przez odbiorców końcowych
  • Dzięki inwestycjom w systemy automatyki budynkowej w obiektach takich jak Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia, wzrasta efektywność energetyczna

Rynek energii w Polsce przechodzi obecnie gruntowne zmiany. Podyktowane one są globalnymi trendami jak i polskimi uwarunkowaniami.  Niezależnie od kierunku zmian jaki został czy zostanie przyjęty, inwestycje w przyszłościowe technologie są konieczne. Co więcej, zmienią one rynek energii nieodwracalnie – mówił Jacek Łukaszewski, prezes Zarządu Schneider Electric Polska, podczas XIII Kongresu Nowego Przemysłu.

Gdzie widoczne będą zmiany

Rewolucja technologiczna w energetyce dokonuje się nie tylko w obszarze elektrowni, ale również sprzedawców energii i ich odbiorców, czyli mieszkańców. To cały łańcuch zmian, którego celem jest całkowite unowocześnienie sposobu wykorzystania energii. W elektrowniach trwa modernizacja infrastruktury, dzięki której będą one bardziej wydajne i mniej emisyjne, w miastach, według zapowiedzi mają pojawić się elektryczne auta, a nasze domy czy biurowce, w których pracujemy, dzięki automatyce budynkowej stają się bardziej inteligentne i efektywne energetycznie. Mamy więc do czynienia z całym procesem zmian technologicznych, które zaczęły dokonywać się w Polsce i muszą dziać się dalej jeśli chcemy mówić o bezpieczeństwie energetycznym oraz efektywnym wykorzystaniu energii, przy sprostaniu wyzwaniom w zakresie redukcji emisji CO² – podkreśla Jacek Łukaszewski, Prezes Zarządu Schneider Electric Polska.

Trzeba jednak zaznaczyć, że aby odbiorcy końcowi mogli w pełni korzystać z efektów tych zmian, w pierwszej kolejności konieczna będzie modernizacja na poziomie infrastruktury. Chodzi tu głównie o modernizację sieci energetycznych i zastosowaniu nowoczesnych rozwiązań smart grid, jak np. systemu Self Healing Grid, który pozwala w bardzo szybki sposób, przywrócić zasilanie w sieci energetycznej. W chwili obecnej takie przerwy w Polsce potrafią trwać nawet do 200 minut, a dzięki rozwiązaniom dostarczanym przez Schneider Electric, mogą skrócić się do 30 sekund. Smart grid pozwoli również lepiej zarządzać popytem i podażą energii, poprzez elastyczny pobór energii nie tylko z elektrowni, ale również z takich źródeł jak farmy wiatrowe. Z kolei dzięki inteligentnym licznikom odbiorca ma możliwość sterowania swoją taryfą i wpływania na koszty energii.

 

Z czego skorzystamy w najbliższym czasie, a na co musimy poczekać

W pierwszej kolejności należy dokonać inwestycji, których nie zauważy zwykły odbiorca. Mowa tu o wspomnianej modernizacji elektrowni i sieci energetycznych. Rozwój technologii energetycznych nie jest jednak w pełni uzależniony od wspomnianych działań. Już dziś deweloperzy czy odbiorcy końcowi, mogą wykorzystać technologie do tego, aby lepiej zarządzać zużyciem energii. Przykładem są tu technologie z zakresu automatyki budynkowej, które pozwalają mierzyć, kontrolować i zarządzać zużyciem energii w dużych obiektach biurowych, czy handlowych, a także dostosowywać komfort do aktualnych potrzeb. Mamy już dostępne systemy do zarządzania komfortem w mieszkaniach, które są coraz tańsze i będą zyskiwać coraz szersze zastosowanie. Co więcej automatyka budynkowa pozwala spełniać również bardzo wygórowane wymagania niektórych obiektów. Takim przykładem jest Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia w Katowicach, która dzięki rozwiązaniom Schneider Electric, zapewnia szczególne warunki środowiskowe i akustyczne oraz zaliczana jest do grona najlepszych obiektów muzycznych na świecie. Projekt uzyskał też wyróżnienie w konkursie „Wzorzec. Efektywny projekt energetyczny”.

Ważnym elementem zmian na rynku energii jest także elektromobilność. Jeśli dojdzie do realizacji rządowego planu rozwoju elektrycznych aut, to będą one miały istotny wpływ na zmiany zachodzące w polskim sektorze energetycznym. Z jednej strony będzie to znaczący postęp technologiczny, z drugiej zaś wyzwanie dla całego systemu energetycznego. Duża liczba aut elektrycznych to konieczność instalacji wielu punktów ładowania. To z kolei wymaga modernizacji sieci energetycznej w miastach, tak by mogła sprostać większemu zapotrzebowaniu na energię jak i moc tej energii. Mając na uwadze zakres prac, które należy wykonać musimy liczyć się z tym, że pojawienie się aut elektrycznych na szeroką skalę w naszym kraju, to dalsza niż bliższa perspektywa czasowa. Nie ulega jednak wątpliwości, że powinniśmy uwzględnić ten fakt, mówiąc o rozwoju sektora energetycznego.

Sektor energetyczny czeka transformacja podobna do tej, która zadziała się na rynku telekomunikacyjnym. Zmianom tym nie należy się opierać, a wykorzystać je, jako szansę na rozwój całego sektora i firm działających na tym rynku.

Pracodawcy mogą się bronić przed roszczeniami pracowników i ich działaniem na szkodę firmy

Pracownicy stanowią podstawę wartości firmy, ale niestety zdarzają się sytuacje, gdy działają na szkodę swojego przedsiębiorstwa lub wysuwają wobec swoich pracodawców bezpodstawne roszczenia. Eksperci D.A.S. Towarzystwa Ubezpieczeń Ochrony Prawnej S.A. przypominają, że pracodawcy może w takich wypadkach pomóc specjalny wariant ubezpieczenia ochrony prawnej dla firm.

Właściciele firm z sektora MŚP w Polsce pracują w tygodniu średnio o 4 godziny więcej niż pracownik na etacie. Co więcej, jak wynika z badania firmy Sage[1], aż 30% prowadzących własny biznes przyznaje, że pracuje jeszcze ciężej, bo ponad 50 godzin tygodniowo. Przy tak dużym obciążeniu nie jest łatwo znaleźć czas na odpoczynek, nie mówiąc już o angażowaniu się w czasochłonne procedury sądowe i skomplikowane spory prawne przed sądem pracy.

Brak czasu na spory prawne z pracownikami może być problemem dla przedsiębiorców, ale eksperci D.A.S zwracają także uwagę na aspekt finansowy takich konfliktów. – To duże zagrożenie przede wszystkim dla małych firm, które nie mają działów prawnych i nie współpracują na stałe z kancelarią prawną. Koszty pomocy prawnej i ewentualnego prowadzenia sprawy w sądzie mogą bowiem poważnie nadwyrężyć finanse przedsiębiorstwa – wskazuje Magdalena Plakwicz, Kierownik Działu Likwidacji Szkód D.A.S. Towarzystwa Ubezpieczeń Ochrony Prawnej S.A. Właściciel firmy może się jednak zawczasu zabezpieczyć przed taką ewentualnością przy pomocy ubezpieczenia ochrony prawnej. Polisa zapewni przedsiębiorcy stały dostęp do porad prawnych, a w razie sprawy sądowej – pokrycie kosztów z nią związanych, w tym z tytułu wynajęcia prawnika lub radcy prawnego. Dodatkowo, polisa ochrony prawnej może także objąć koszt powoływania świadków i biegłych, których udział nierzadko okazuje się kluczowy dla sprawy.

Pracodawca vs. pracownik

Eksperci D.A.S. wskazują też, że spory z pracownikami mogą mieć różne oblicze. Najczęściej dotyczą one sytuacji, w których pracodawca zostaje pozwany o niezasadne wypowiedzenie umowy o pracę na czas nieokreślony. Często problem wynika po prostu z niepoprawnie sformułowanej przyczyny wypowiedzenia takiej umowy. Błąd na tym etapie może być bardzo kosztowny dla pracodawcy, prowadząc do przegrania przez niego sporu i zasądzenia odszkodowania na rzecz pracownika.

Pracownik zatrudniony na umowę o pracę posiada w polskim prawie wiele przywilejów, ale może się ich też pozbawić jeśli umyślnie szkodzi firmie, w której jest zatrudniony. Tego typu sprawy są bardzo trudne, ale jeśli w porę zasięgniemy porady prawnej i zbierzemy niezbędne dowody, to bardzo uprościmy sobie drogę do udowodnienia naszych racji jako pracodawcy – przypomina Magdalena Plakwicz.

Ekspertka D.A.S. podkreśla jednak, że nawet gdy pracodawca uzna, że ma wystarczający powód, aby zwolnić pracownika zatrudnionego na umowę o pracę, to przed taką decyzją warto zawsze zasięgnąć porady prawnej. Dzięki takiemu wsparciu, zatrudniający uzyska pewność co do legalności swoich kroków lub uzyska informację, jakich obowiązków powinien jeszcze dopełnić. – Takie rozwiązanie pozwala pracodawcy uniknąć ewentualnych błędów i związanych z tym problemów prawnych oraz daje pewność co do podejmowanych decyzji kadrowych. Dlatego właśnie bezpłatne porady prawne są tak ważnym elementem ubezpieczenia ochrony prawnej  – przekonuje ekspertka D.A.S.

Pracodawca może walczyć o swoje

Specjaliści D.A.S. wskazują również, że pracodawca może nie tylko bronić się przed nieuczciwością pracowników, ale również uzyskać odszkodowanie za spowodowane przez nich straty. – Przykładowo, jeśli pracownik przywłaszczył sobie mienie firmy, np. kradnąc drogi sprzęt z magazynu, to oprócz zawiadomienia o tym czynie policji, właściciel może dochodzić roszczeń z tego tytułu i starać się o odszkodowanie – podkreśla Magdalena Plakwicz z D.A.S. – Podobnie jest w sytuacji, gdy odchodzący z firmy pracownik zabiera ze sobą część klientów, co jest dużym problemem firm handlowych i usługowych, a często łączy się też z naruszeniem tajemnicy handlowej przedsiębiorstwa – dodaje ekspertka.

[1] Sage, Ponad 60% właścicieli MSP regularnie pracuje ponad 9 godzin dziennie, listopad 2015 r, http://media.sage.com.pl/pr/304117/ponad-60-wlascicieli-msp-regularnie-pracuje-ponad-9-godzin-dziennie.

Odczyty z silnych gospodarek zachodnioeuropejskich zaskakują. Oczekiwanie na dane o PKB

Przemysł i usługi mają się dobrze

Wczorajsze odczyty indeksów PMI dla Niemiec i Francji pozytywnie zaskoczyły analityków. Również późniejsze publikacje zbiorcze dla Strefy Euro okazały się lepsze od prognoz obserwatorów. PMI dla przemysłu wyniósł 53,3 pkt, a dla usług 53,5 pkt. W ślad za dobrymi europejskimi odczytami poszedł amerykański indeks PMI dla przemysłu. Wyniósł on 53,2 pkt wobec oczekiwanych 51,6. Jednakże żadna z walut, ani dolar, ani euro, nie umocniła się. Notowania EUR/USD pozostają od wczoraj praktycznie niezmienne i oscylują w okolicach poziomu 1,087.

Rynki czekają na dalsze dni tygodnia

Wtorkowa karta z kalendarza makroekonomicznego nie zawiera publikacji mogących diametralnie zmienić sentyment na rynkach. Warto jednak będzie zwrócić uwagę na odczyt niemieckiego instytutu Ifo, a także na indeks zaufania konsumentów w USA. W Polsce o godzinie 10:00 Główny Urząd Statystyczny opublikuje stopę bezrobocia. Analitycy przewidują jej spadek o 10 punktów bazowych do poziomu 8,4%.
Kolejne dni tygodnia zapowiadają się znacznie ciekawiej. W czwartek możemy być świadkami zwiększonej zmienności na funcie. Zostanie wtedy ogłoszony wstępny wynik PKB oraz sprzedaży detalicznej.

Z kolei piątek to odczyt PKB w Stanach Zjednoczonych. Jego wynik jest istotny, iż może wpłynąć na decyzje członków FED w sprawie polityki monetarnej. O tyle, ile grudniowa podwyżka stóp procentowych wydaje się być przesądzona to niewiadomym są przyszłoroczne kroki władz monetarnych w Stanach Zjednoczonych.

Początek dnia na złotym

Pomimo braku wyraźnych sygnałów nasza rodzima waluta zyskuje na wartości. We wtorkowy poranek złotówka umocniła się solidarnie wobec głównych walut o jeden grosz. Funt kosztuje 4,84 zł. Za dolara zapłacimy 3,96 zł, za euro 4,30, a cena franka spadła do 3,98 zł.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Fundusz venture capital bValue.vc inwestuje 2,3 mln zł w Jobsquare

Fundusz venture capital bValue.vc inwestuje 2,3 mln zł w Jobsquare, innowacyjną polską aplikację, która rewolucjonizuje sposób poszukiwania pracy tymczasowej. Dzięki wsparciu finansowemu i merytorycznemu ze strony bValue.vc, Jobsquare zamierza umocnić się w Polsce oraz podbić rynki zagraniczne.

Fundusz venture capital bValue.vc został założony przez znanych polskich przedsiębiorców i inwestorów z dużym doświadczeniem biznesowym, popartym sukcesami w wielu branżach. Celem funduszu jest stworzenie polskich czempionów technologicznych, którzy osiągną sukces w kraju i na rynkach zagranicznych.

Jobsquare to nowatorskie narzędzie ułatwiające rekrutację w zawodach nie wymagających dużego doświadczenia, skierowane głównie do młodych ludzi. Misją Jobsquare jest pomoc w znalezieniu pierwszej pracy, a firmom – ułatwienie dotarcia do młodego pokolenia pracowników za pośrednictwem narzędzi, które są dla nich atrakcyjne.

bValue.vc inwestuje w przedsięwzięcia znajdujące się na wczesnym etapie rozwoju, wyróżniające się unikatowym pomysłem, technologią lub modelem biznesowym, ale przede wszystkim – dużym potencjałem wzrostu w Polsce i za granicą. Pomagamy młodym polskim firmom osiągnąć sukces globalny zapewniając nie tylko finansowanie, ale także silne wsparcie merytoryczne ekspertów oraz dostęp do naszych kontaktów biznesowych. Inwestycja w Jobsquare idealnie wpisuje się w naszą strategię – mówi Maciej Balsewicz, prezes bValue.vc.  

Smartfonowa rewolucja w szukaniu pracy

Jobsquare to innowacyjna na skalę światową aplikacja mobilna, pozwalająca szybko i łatwo znaleźć pracę lub pracownika. Skierowana jest przede wszystkich do młodych ludzi, szukających pracy tymczasowej. Jednocześnie Jobsquare to ciekawa propozycja dla pracodawców z sektora małych i średnich przedsiębiorstw, którzy dotąd musieli polegać na czasochłonnej rekrutacji przez ogłoszenia w prasie i internecie, które często nie trafiają do grupy docelowej.

Zasada działania Jobsquare jest prosta, nawiązuje do sprawdzonych wzorców Tindera czy Ubera, choć przenosi je na zupełnie nowy rynek. Pracownik tworzy profil, w którym może opisać swoje preferencje zawodowe, doświadczenie czy oczekiwania finansowe. Z kolei pracodawca na swoim profilu zamieszcza informacje o ofertach pracy. Pracownicy mogą następnie przeglądać w aplikacji propozycje zatrudnienia zgodne z ich preferencjami, a pracodawcy – kandydatów pasujących do oferty. Jeżeli obie strony zadeklarują podczas przeglądania chęć współpracy, aplikacja umożliwia natychmiastowy kontakt na wewnętrznym czacie.

Jobsquare pozwala korzystać pracownikom oraz pracodawcom z tej formy zatrudnienia w zasadzie od ręki i bez kosztów. Tym bardziej, że w Polsce działa zaledwie 5 tys. agencji pracy, a komórkę ma każdy pracodawca i student – szacuje Marcin Fiedziukiewicz, jeden z twórców aplikacji. – Chcemy, żeby Jobsquare stał się kieszonkową agencją pracy w telefonie – dodaje.

Dotychczasowe wyniki są bardzo obiecujące i potwierdzają, że test rynkowy Jobsquare w naszym kraju zakończył się sukcesem. Aplikacja działa od marca 2016 roku, na razie wyłącznie na smartfony z systemem Android. Mimo to, spółka ma już ok. 1000 klientów – pracodawców oraz ok. 20 tysięcy profili pracowników.

Obecnie mamy w Polsce do czynienia wyraźnie z rynkiem pracownika. Brakuje ludzi do pracy w wielu zawodach, stąd napływ pracowników z krajów ościennych. Jednocześnie w grupie wiekowej do 25 lat bezrobocie w Polsce jest wysokie i wynosi 21%. Wejście na rynek pracy jest dla młodych problemem, a pracodawcy często nie potrafią dotrzeć do tej grupy pracowników. Jobsquare świetnie wpisuje się w typowy dla młodych sposób szybkiego i sprawnego działania poprzez aplikację, z użyciem urządzenia mobilnego, z którym młodzi ludzie właściwie się dziś nie rozstają. Wierzymy, że Jobsquare zmienia status quo na rynku pracy tymczasowej i doskonale odpowiada na jego potrzeby – przekonuje Maciej Balsewicz, prezes bValue.vc.

Inwestycja w rozwój

Zgodnie ze strategią bValue.vc, inwestycja nie ograniczy się do zapewnienia finansowania. Równie ważne jest silne wsparcie merytoryczne i doradcze ze strony zespołu funduszu oraz dostęp do sieci kontaktów biznesowych. Warto podkreślić, że wśród przedsiębiorców i ekspertów tworzących zespół bValue.vc, znajdują się Tomasz Misiak i Tomasz Hanczarek, współtwórcy Work Service SA, lidera na rynku usług personalnych w Europe Środkowo-Wschodniej.

Wsparcie ze strony funduszu bValue.vc pomoże Jobsquare urzeczywistnić ambitne plany, zakładające wdrożenie wersji aplikacji na system iOS oraz dalszy szybki rozwój na rynku polskim i ekspansję zagraniczną. Realizacja tych zamierzeń jest dość zaawansowana – już w styczniu 2017 roku ruszą pierwsze testy Jobsquare na rynku amerykańskim. bValue.vc zapowiada przy tym, że możliwości rozwoju Jobsquare są jeszcze większe.

 

W przyszłości Jobsquare może jeszcze bardziej uprościć proces poszukiwania pracowników, stając się dla pracodawców swego rodzaju rekrutacyjnym „one-stop-shop”, w którym za pomocą jednego kliknięcia można pozyskać pracownika, a pracodawca nie musi martwić się o żadne formalności, ponieważ zrobi to za niego Jobsquare. Wystarczy nawiązać współpracę z zewnętrznym partnerem, takim jak chociażby Work Service – mówi Maciej Balsewicz.

Inwestycje bValue

Jobsquare jest już drugą inwestycją funduszu bValue.vc. Wcześniej, w lipcu br., fundusz zainwestował 2 mln zł w krakowski startup CallPage, oferujący system, który umożliwia na stronie internetowej kontakt z potencjalnym klientem w mniej niż 30 sekund. bValue.vc już planuje kolejne inwestycje. Docelowo, w ciągu dwóch lat fundusz zamierza zainwestować 60 milionów złotych w 20-30 obiecujących projektów, przede wszystkim z Polski, ale w części również z regionu Europy Środkowo-Wschodniej.

Tylko 7% kandydatów z branży IT odpowiada oczekiwaniom pracodawcy

Według wielu szacunków polscy pracodawcy zmagają się z deficytem nawet 50 000 specjalistów z branży IT. Tymczasem, tylko kilka procent z kandydatów na stanowiska informatyczne przechodzi kolejne etapy rekrutacji.

Jak wynika z opracowania „Optymalizacja procesu rekrutacji”, przygotowanego przez aplikację FILTTR, w trakcie pierwszego etapu selekcji młodszych programistów (screening telefoniczny), jedynie 60% z nich przechodzi do kolejnego. Drugi etap procesu rekrutacyjnego, polegający na ocenie dopasowania kandydata do potrzeb pracodawcy, pomyślnie przechodzi już tylko 20% kandydatów. Osoby z tej grupy biorą udział w trzecim i zarazem ostatnim etapie, w trakcie którego muszą wykazać się jeszcze odpowiednimi kompetencjami, zarówno miękkimi jak  i twardymi. Wśród nich finalnie zatrudnionych zostaje tylko 7% kandydatów. Są to osoby, które otrzymały propozycję pracy i wyraziły chęć zmiany dotychczasowego pracodawcy.

Tylko 7% kandydatów z branży IT odpowiada oczekiwaniom pracodawcy - brak umiejętności kandydatów czy nieodpowiednio prowadzone rekrutacje?

Z czego wynika tak niski odsetek zatrudnionych?

Powody takiej sytuacji mogą być co najmniej dwa. Pierwszym z nich może być fakt, że bardzo często zdarza się, że do procesów rekrutacyjnych w danej firmie zgłaszają się osoby, które nie posiadają wymaganych przez pracodawcę kwalifikacji. To powoduje, że są one często wykluczane z dalszych procesów. Drugim czynnikiem, który ma decydujące znaczenie jest brak odpowiednich umiejętności rekruterów w zakresie przeprowadzania skutecznych rozmów kwalifikacyjnych.

Wydawałoby się, że każdy rekruter posiada umiejętności, które pozwalają mu przeprowadzić dobrą rozmowę rekrutacyjną, rzetelnie oceniającą możliwości kandydata. Tymczasem wyniki badania przeprowadzonego w trakcie procesów rekrutacyjnych w branży IT pokazują, że wielu pracownikom przydałyby się dodatkowe szkolenia podnoszące ich dotychczasowe kwalifikacje z zakresu podstaw technologii – komentuje Piotr Lemieszek, Head of Growth w FILTTR.

Rozwiązaniem tej sytuacji może być wprowadzenie bardziej ustrukturyzowanego procesu rekrutacji i zmiana sposobu ich prowadzenia. Dzięki temu, wszyscy prowadzący w firmie rozmowy rekrutacyjne zaczynają działać spójnie, dostarczając precyzyjne i szczegółowe informacje na temat kandydatów, potrzebne do podjęcia właściwej decyzji. W takim modelu łatwiej jest też określić obszary, w których istnieje możliwość udoskonalenia procesu.

Przewaga zapotrzebowania na wysokiej klasy specjalistów IT nad dostępnością̨ kandydatów na rynku pracy to wyzwanie dla działów HR. Dlatego w procesie rekrutacji ważne jest nie tylko wyłonienie najlepszego kandydata, ale także sposób realizacji całego procesu, a w szczególności sposób komunikacji z kandydatami. Istotne jest, aby oferta pracy była konkretna, pełnowartościowa, przejrzysta, czytelna i przyjazna, dzięki czemu kandydat łatwiej podejmuje decyzję czy ta oferta jest rzeczywiście dla niego atrakcyjna i czy odpowiada jego oczekiwaniom. W naszej organizacji stawiamy na budowanie pozytywnego candidate experience, dlatego kandydaci mogą̨ liczyć́ na otrzymanie informacji zwrotnej po zakończonym procesie rekrutacji – komentuje Lidia Borkowska, HR Manager w Pro Service Agent Transferowy.

Rok 2017 będzie bardzo trudny dla działających w Polsce banków

Jeszcze parę lat temu Polska była liderem w Europie Środkowej pod względem zyskowności sektora bankowego. Jednak nowe regulacje, w tym wprowadzenie podatku bankowego, a także utrzymujący się na historycznych minimach poziom stóp procentowych, zmieniły tę tendencję. Rentowność kapitału własnego banków spadła w Polsce z 10 proc. w 2014 roku do 6,6 proc. w 2015 roku. W 2017 roku będzie to 3-4 proc. Z kolei w Europie Środkowej rentowność wyniosła 6,7 proc. w stosunku do 4,5 proc. w 2014 roku i w 2018 roku ma osiągnąć wartość 7,8 proc. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte, autorów raportu „CE Banking Outlook. Winning in the Digital Arms Race”, szczególnie trudny dla banków w Polsce będzie rok 2017. Utrzymanie poziomu rentowności możliwe będzie dzięki zintensyfikowaniu procesu cyfryzacji, w którym Polska jest liderem w regionie.

Deloitte poddał analizie osiem najważniejszych rynków bankowych w Europie Środkowej: w Polsce, Czechach, na Słowacji, Węgrzech, w Słowenii, Rumunii, Bułgarii oraz Chorwacji. Pod uwagę brano ogólną sytuację gospodarczą na danym rynku, jak i kondycję poszczególnych graczy.

Ożywienie gospodarcze sprzyja bankom w regionie

Średnioroczna stopa wzrostu PKB w Europie Środkowej w latach 2015-2018 ma wynieść 3 proc. (2,8 proc. w 2016 roku i 2,7-3 proc. w latach 2017-2018), a w Polsce 3,3 proc., podczas gdy w strefie euro będzie to zaledwie 1,5 proc.

– Dzięki wyższej marży odsetkowej zyskowność banków w Europie Środkowej jest lepsza niż w strefie euro. W ubiegłym roku wyniosła ona 6,7 proc., podczas gdy w krajach strefy euro było to 4,8 proc. W bankach środkowoeuropejskich przychód odsetkowy ma wyższy udział w przychodach, sięgający 69 proc., podczas gdy w strefie euro jest to 57 proc. – tłumaczy Grzegorz Cimochowski, Lider Działu Doradztwa Strategicznego dla Sektora Instytucji Finansowych w Europie Środkowej w Deloitte.

Jak wypadają polskie banki na tle konkurentów z Europy Środkowej? Rentowność kapitału własnego spadła w Polsce z 10 proc. w 2014 roku do 6,6 proc. w 2015 roku. W 2017 roku, według przewidywań Deloitte, będzie to 3-4 proc. Z kolei w Europie Środkowej rentowność ta wyniosła 6,7 proc. w stosunku do 4,5 proc. w 2014 roku i w 2018 roku ma osiągnąć wartość 7,8 proc.

Na skutek wprowadzenia podatku bankowego, możliwych kosztów zwrotu spreadów walutowych oraz braku przychodów z transakcji z VISA, największa różnica w tym obszarze pomiędzy Polską, a resztą regionu będzie widoczna w 2017 roku. W 2018 roku rentowność polskiego sektora bankowego wzrośnie według przewidywań ekspertów Deloitte do 8 proc. i w kolejnych latach osiągnie stabilny poziom. Należy zaznaczyć, że w Europie Środkowej zyskowność nadal nie osiągnęła wartości sprzed kryzysu (2008r. – 2009r.) i jej poziom różni się istotnie w zależności od banku, przy czym najlepsze wyniki osiągają gracze z dużym udziałem w rynku.

Kredyty rosną

Jakość aktywów bankowych poprawia się w całym regionie. Wskaźniki NPL (kredyty przeterminowane) spadają niemal we wszystkich krajach Europy Środkowej. W Polsce wskaźnik ten spada od trzech lat i w 2015 roku wyniósł 7,6 proc. Należy spodziewać się, że trend ten będzie kontynuowany. Koszty ryzyka w regionie spadły z 1,7 proc. (portfela kredytowego brutto) w 2012 roku do 1,2 proc. w 2015 roku i oczekuje się, że w 2018 ich poziom obniży się do 0,9 proc. Można również oczekiwać dalszego wzrostu wartości kredytów. – Po tym, jak tempo wzrostu zwiększyło się z 2,3 proc. w 2014 roku do 3,4 proc. w 2015 roku, prognozowany wzrost w 2018 roku ma osiągnąć aż 5 proc. Najszybszego wzrostu oczekuje się na słabszych rynkach, czyli w Słowenii, Chorwacji, Bułgarii, Rumunii i na Węgrzech, natomiast liderzy rynkowi, czyli Polska i Słowacja, odnotują umiarkowany wzrost. W Polsce w 2016 roku ma to być 4-5 proc. ze względu na odroczone inwestycje w przedsiębiorstwach i zaostrzenie kryteriów udzielania kredytów dla klientów indywidualnych – wyjaśnia Grzegorz Cimochowski.

Konsolidacja i mniejsza liczba oddziałów

Od kilku lat elementem charakterystycznym dla środkowoeuropejskiego sektora bankowego jest jego konsolidacja. Wielkość i wartość na rynku fuzji i przejęć nadal kształtuje przede wszystkim Polska, ale poprawa jakości aktywów i zyskowności przyspieszy również proces konsolidacji na rynkach Europy Południowej (w Rumunii, na Węgrzech i w Słowenii). Zauważalne jest również to, że coraz częściej wśród kupujących pojawiają inwestorzy pozabankowi. Jak dotąd w tym roku największą transakcją M&A w środkowoeuropejskim sektorze bankowym był zakup 66 proc. udziałów w banku BPH przez Alior Bank.

Zarówno w Polsce – jak i w całym regionie – banki nadal redukują liczbę oddziałów i zatrudnienie. W Polsce w 2013 roku na 10 tys. mieszkańców przypadały 4 placówki bankowe, dwa lata później było to 3,8. Zatrudnienie w bankach w tym czasie spadło o 5,4 proc., a w całym regionie o 3,4 proc. Można oczekiwać, że ten trend będzie w najbliższych latach kontynuowany. „Na taką sytuację ma wpływ dynamiczny proces cyfryzacji. Banki w Europie Środkowej inwestują w technologie, które umożliwią transformację w przyszłości. Poza koniecznością spełnienia oczekiwań klientów, digitalizacja wiąże się z obniżeniem kosztów obsługi i wyższą efektywnością” – wyjaśnia Daniel A. Majewski, Menedżer w Dziale Doradztwa Strategicznego dla Sektora Instytucji Finansowych Deloitte.

Banki stawiają na cyfryzację

Jak wynika z badania Deloitte aż 95 proc. banków w regionie jest obecnie na etapie wdrażania modelu biznesowego opartego o strategię cyfrową. Potwierdzają to deklaracje w odniesieniu do poziomu inwestycji. Aż 58 proc. podmiotów deklaruje, że są one na poziomie powyżej 10 mln euro. Jak to jednak wygląda w praktyce? W celu zbadania cyfrowego zaawansowania, konsultanci Deloitte otworzyli konta w 76 bankach mających siedzibę w Europie Środkowej (w tym 15 z Polski) i przetestowali ponad 350 funkcjonalności bankowości internetowej i mobilnej. Pod względem dojrzałości cyfrowej i związanej z tym oferty dla klientów, bezkonkurencyjny okazał się słowacki Tatra Banka. Na drugim miejscu znalazł się polski ING, a na trzecim mBank. W pierwszej piątce uplasował się jeszcze jeden bank z Polski – Millennium.

Polski sektor bankowy charakteryzuje się najwyższą dojrzałością cyfrową, zarówno w kanale internetowym, jak i mobilnym. Polskie banki mogą pochwalić się zaawansowanymi metodami zdobywania nowych klientów za pośrednictwem Internetu i aplikacji mobilnych. Nieco gorzej wypada możliwość przeprowadzania przez klientów za pośrednictwem cyfrowych technologii codziennych operacji, takich jak dokonywanie przelewów i płatności, zarządzanie kontem czy posiadanymi przez klienta kartami. Pod tym względem większymi osiągnięciami może pochwalić się słowacki sektor bankowy. „Polska jest numerem jeden pod kątem funkcjonalności wspierających sprzedaż produktów w kanałach cyfrowych. Najbardziej rozwinięta jest sprzedaż kredytów gotówkowych oraz kredytów w rachunku bieżącym. Są banki, które w obu tych produktach oferują pełną automatyzację, w tym w kanałach mobilnych” – mówi Daniel A. Majewski.

– Przy postępującej transformacji cyfrowej banków obszar spójnych doświadczeń w różnych kanałach staje się kluczową przewagą na rynku. W najbliższym czasie dalszy rozwój digitalizacji będzie koncentrował się na kanale mobilnym. Jednak nie tylko posiadanie konkretnych funkcjonalności będzie mieć znaczenie. Kluczowe stanie się dbanie o spójne i przenikające się doświadczenia klientów w różnych kanałach i punktach kontaktu – dodaje Hubert Anyżewski, Dyrektor w Deloitte Digital.

Koniunktura na pracę przełamuje sezonowe czynniki

Jak podał dziś Główny Urząd Statystyczny stopa bezrobocia rejestrowanego we wrześniu wyniosła 8,3%, co oznacza spadek w stosunku do poprzedniego miesiąca o 0,1 pp. Zdaniem eksperta Work Service pomimo nadejścia jesieni na rynku pracy nadal obserwujemy dobrą koniunkturę, która pozwala przełamywać sezonowe czynniki. Dlatego wiodącym wyzwaniem w kolejnych miesiącach będzie nadal pozostawało obsadzenie wakatów, a także zasypywanie różnic pomiędzy zachodnimi i wschodnimi regionami.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że we wrześniu stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła 8,3%, co stanowiło niższy wynik o 0,1 pp. w stosunku do ubiegłego miesiąca i o 1,4 pp. mniejszy niż we wrześniu 2015 (9,7%).

Nadejście jesieni nie zmieniło dobrej koniunktury na rynku pracy. Pomimo zakończenia sezonu wakacyjnego notujemy kolejny spadek bezrobocia, który wyznacza historyczne minima od 25 lat. Co więcej ten trend jest widoczny również na poziomie danych europejskich, z których wynika, że w ciągu roku stopa bezrobocia spadła o 1,3 pp. i wynosi obecnie 5,9%. Jednak wobec rosnącego popytu na kadry i negatywnych zmian demograficznych, coraz bardziej widoczne stają się trudności pracodawców z pozyskaniem kandydatów na rynku. Z badań Grant Thornton International wynika, że 40% polskich firm deklaruje problemy rekrutacyjne i jest to jedno z najwyższych wskazań w całej Europie. To pokazuje, że już nie tylko wkroczyliśmy w rynek pracownika, ale na naszych oczach się on wyraźnie umacnia i staje się jednym z kluczowych wyzwań dla naszej gospodarki – mówi Krzysztof Inglot, Pełnomocnik Zarządu Work Service S.A. – W kolejnych miesiącach możemy się spodziewać stabilizacji sytuacji na rynku pracy przy nieznacznych wzrostach poziomów bezrobocia. W IV kwartale wygaszeniu ulegają prace sezonowe w rolnictwie czy budownictwie, ale ich wpływ jest amortyzowane pojawiającymi się czasowym zatrudnieniem m.in. w okresie świąteczno-noworocznym. Wzmożony popyt na pracowników wykazują wówczas sektory logistyczny, handlowy oraz gastronomia – dodaje Inglot.

Polski rynek pracy ma bardzo niejednolite oblicze. Pomimo bardzo dobrej koniunktury nadal w 7 województwach obserwujemy dwucyfrowe bezrobocie. Na drugim biegunie znajduje się 6 województw, gdzie notujemy wynik na poziomie 7,5% lub niższym. W tych jakże różnych regionach znajdziemy zarówno takie lokalizacje jak Poznań, Sopot czy Katowice gdzie rejestrowane bezrobocie znajduje się poniżej 3%, a także takie miejsca jak powiaty szydłowiecki czy braniewski, gdzie przekracza ono poziomy 24%. Jednak istnieje szansa na zasypywanie tych różnic. Z naszych badań wynika, że na ścianie wschodniej o 10 pp. zwiększył się poziom deklaracji pracodawców, którzy planują utworzyć nowe miejsca pracy jeszcze w tym roku – podsumowuje Krzysztof Inglot. 

Strategie na rynku forex

Gra na rynku forex to ciągłe podejmowanie decyzji dotyczących transakcji w oparciu o własną wiedzę, doświadczenie i obserwację rynku. Każdy gracz może także oprzeć swoje działania o określoną wybraną strategię, którą od dawna stosują już inni użytkownicy.

Strategia to nic innego jak system gry i  sposób indywidualnego podejścia do rynku walutowego. Określa ona między innymi momenty realizacji transakcji. W ramach strategii odpowiemy na pytania kiedy kupić walutę, a kiedy ją sprzedać, czyli jak określać swoją pozycję na rynku. To także zagadnienia związane z zarządzaniem kapitałem.

Indywidualna strategia opiera się na wcześniejszych doświadczeniach gracza i historycznych ruchach rynku. Niezależnie na jakiej strategii oprzemy swoje działania na rynku forex, zawsze trzeba zdawać sobie sprawę z istnienia ryzyka inwestycyjnego. Nawet metoda skuteczna w 99 na 100 przypadków,  może przecież zawieść setnego gracza. Dlatego też zarówno ryzyko, jak i możliwość straty, muszą zostać w nią wkalkulowane.

Wybór strategii zawsze jest kwestią indywidualną. Należy wziąć pod uwagę kilka kwestii, które pozwolą dobrać najbardziej optymalny system, dopasowany do preferencji gracza. Na początku przygody z forexem, warto zasięgnąć wiedzy specjalistów i poznać ich opinie. Brokerzy, jak na przykład Xbulls, udostępniają poradniki i instruktaże wideo, które pomogą w starcie i doborze strategii. Różne opcje można też bez ryzyka przetestować na darmowym koncie demo, gdzie dokonuje się fikcyjnych transakcji, obracając również wirtualnymi środkami. W razie wątpliwości można też zwrócić się do konsultantów, którzy pomogą w doborze metody.

Na wybór strategii wpływ może mieć perspektywa czasowa – to czy patrzymy na forex krótko- czy długoterminowo. Day tradingiem nazywamy inwestowanie w trakcie tego samego dnia, czyli otwarcie i zamknięcie pozycji w ramach jednej sesji. Przykładem może być tu scalping, który ma opinię jednej z najbardziej popularnych strategii. Zakłada wielokrotne dokonywanie bardzo szybkich transakcji kupna i sprzedaży w ramach jednej sesji. Średni czas utrzymania pozycji szacowany jest w tym przypadku na 3 do 5 minut, a czasem jest to zaledwie kilka sekund. Dla porównania inwestowanie w ujęciu długoterminowym zakłada otwieranie pozycji na minimum kilka tygodni. Trzeba jednaj pamiętać, że jest to opcja dla cierpliwych inwestorów, którzy są w stanie poczekać na efekty.

Innym przykładem strategii inwestycyjnej na rynku forex może być Price Action. W tym przypadku decyzje podejmuje się jedynie w oparciu o czysty wykres ceny. Wszystkie pozostałe wskaźniki traktuje się jako pochodne ceny i dlatego nie są brane pod uwagę. Dzięki temu strategia jest prosta, a tym samym odpowiednia dla początkujących, którzy nie mają jeszcze dużego doświadczenia w analizie danych.

Do cen odnosi się także stosowana przez inwestorów teoria fal Elliotta, bazująca na założeniu, że rynki finansowe poruszają się według ściśle określonej liczby szczytów i dołków. Zgodnie z założeniami twórcy teorii, struktura fal składa się z impulsów i fal korygujących, a podstawą decyzji inwestycyjnej jest analiza ruchów cenowych tworzonych przez fale widoczne na wykresie.

Decyzje inwestycyjne można podejmować także na podstawie stref popytu i podażyJest to strategia dla bardziej doświadczonych graczy ponieważ wymaga bardzo trafnej analizy i precyzyjnego wyznaczania stref oraz znajomości rynku.

Przy wyborze strategii należy wziąć pod uwagę naszą dyspozycyjność. Jeśli forex jest dodatkowym zajęciem i nie możemy poświęcić codziennie wielu godzin, zdecydowanie należy postawić na strategie rozgrywane w dłuższej perspektywie czasowej. Są one oceniane jako bezpieczniejsze, ze względu na wyeliminowanie konieczności podejmowania decyzji ad hoc, na szybko i często pod wpływem emocji, które na rynku forex nie są dobrym doradcą.

Na strategie możemy też patrzeć pod kątem tego, czy pozostawiają nam pole do własnej interpretacji i opinii. Część z nich jest bowiem oparta o sztywne reguły i określone ustawienia i nie ma w nich miejsca na zmiany.

Oprac. Dominik Wolski, XBulls.com

EBOiR: 200 mln Euro dla właścicieli domów i mieszkań na efektywność energetyczną

Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju (EBOiR) uruchomił Program Finansowania Efektywności Energetycznej w Budynkach Mieszkalnych w Polsce – PolREFF. Na finansowanie inwestycji przynoszących oszczędność energii dla właścicieli mieszkań, domów i budynków mieszkalnych przeznaczone jest 200 mln Euro. Program jest realizowany za pośrednictwem Banku Zachodniego WBK S.A. i wspierany przez TaiwanBusiness EBRD Technical Cooperation Fund. Na początku 2017 roku, do programu przystąpi również Euro Bank S.A.

Branża mieszkaniowa i remontowa przeżywa obecnie w Polsce okres dynamicznego rozwoju. W 2016 roku prawie 1/3 Polaków planuje wydatki związane z remontem domu czy mieszkania. Do tego coraz więcej osób decydując się na remont mieszkania czy budowę domu stawia na technologie, które nie tylko poprawiają komfort mieszkania, ale też zapewniają konkretne oszczędności energetyczne. Upowszechnienie się tego trendu jest związane z rosnącą świadomością społeczeństwa dotyczącą korzyści z zastosowania technologii efektywnych energetycznie i ekologicznych. Coraz więcej właścicieli mieszkań czy domów zdaje sobie sprawę, że rozwiązania energooszczędne przynoszą po prostu realne oszczędności, nawet takie, które w relatywnie krótkim czasie, pokrywają poniesione nakłady inwestycyjne. Chcąc dalej promować efektywność energetyczną w Polsce, po sukcesie programów PolSEFF oraz PolSEFF Leasing skierowanych do małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce, uruchamiamy program PolREFF dla klientów indywidualnych – właścicieli obiektów mieszkalnych w Polsce. Takie projekty mają ogromne znaczenie dla długoterminowego rozwoju energii zrównoważonej w Polsce – mówi Grzegorz Zieliński, EBOiR, Dyrektor na Polskę i Kraje Bałtyckie.

Pierwsze wnioski o kredyty gotówkowe umożliwiające sfinansowanie modernizacji budynków mieszkalnych lub budowę jednorodzinnych domów energooszczędnych będą przyjmowane już od początku listopada 2016 roku w lokalnych oddziałach Banku Zachodniego WBK.

Kredyty mają być przeznaczone na finansowanie inwestycji przynoszących poprawę komfortu mieszkania przez podniesienie efektywności energetycznej budynków. Są to inwestycje związane przykładowo z wymianą lub modernizacją m.in. okien i drzwi, systemów ogrzewania, w tym wymiany źródeł ciepła, dociepleniem ścian, podłóg i dachów, oświetlenia czy wykorzystaniem energii słonecznej. Ich celem jest obniżenie zużycia i tym samym kosztów energii ponoszonych przez konsumentów oraz zmniejszenie emisji dwutlenku węgla.

Osoby, które zdecydują się na inwestycje w poprawę efektywności energetycznej w swoich budynkach mieszkalnych w ramach programu PolREFF, mogą liczyć na bezpłatne doradztwo ze strony zespołu specjalistów-inżynierów PolREFF w zakresie doboru optymalnych rozwiązań dla indywidualnych warunków i oszacowania ich rezultatu energetycznego. Porady inżynierów udzielane będą za pośrednictwem infolinii oraz dedykowanego adresu email dostępnego na stronie internetowej programu www.polreff.org.

Do dyspozycji osób planujących sfinansowanie inwestycji modernizacyjnych w ramach PolREFF, na stronie internetowej programu dostępny jest również Kalkulator Oszczędności Energii. Przy jego użyciu można samodzielnie oszacować oszczędności osiągnięte po zrealizowaniu modernizacji. Do dyspozycji beneficjentów programu jest również Wirtualny Doradca Technologiczny, umożliwiający wybór konkretnych urządzeń lub materiałów, które zostały zweryfikowane pod kątem energooszczędności przez inżynierów programu PolREFF.

– W trakcie realizacji programów PolSEFF i PolSEFF 2 okazało się, że oprócz przedsiębiorców, do których programy były skierowane, zgłaszało się do nas z zapytaniami wiele osób, które planowały remonty swoich domów, wymianę kotłów grzewczych czy okien. Większość pytań dotyczyła tego, jaki kocioł grzewczy lub jakie okna wybrać, aby rozwiązanie było trwałe i dawało najwyższe oszczędności. Sytuacja ta pokazała, że zapotrzebowanie na porady i wskazówki niezależnych ekspertów jest dość powszechne pośród osób, które zdecydowały się samodzielnie zrealizować projekty modernizacyjne w swoich domach.  Program PolREFF jest najlepszą odpowiedzią na to zapotrzebowanie – mówi Tomasz Ziółkowski, ekspert ds. marketingu programu PolREFF.

PlayWay chce pozyskać nowe zespoły deweloperskie. Ma w tym pomóc 35 mln zł pozyskanych z emisji akcji

Krzysztof Kostowski, prezes PlayWay
PlayWay, jeden z czołowych producentów gier komputerowych i mobilnych w Polsce, chce wejść w nowy segment rynku. W 2017 roku będą miały premierę produkcje przeznaczone na konsole. Grupa dywersyfikuje portfel tytułów gier. W 2016 roku zapowiedziano łącznie 30 premier. 35 mln zł, które firma ma uzyskać z emisji akcji, mają być przeznaczane na marketing i pozyskiwanie nowych zespołów deweloperskich.

Mamy już wydanych ponad 45 tytułów. Pod względem ściągalności najważniejsze będą ilościowo gry mobilne, ale najlepiej zarabiamy na grach pecetowych, które ściągają się mniej, ale są kupowane. Gry mobilne są darmowe w systemie free to play, nie każdy płaci za pobranie. W grach pecetowych praktycznie wszyscy muszą zapłacić i w tym teraz się odnajdujemy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Kostowski, prezes PlayWay.

PlayWay to czołowy producent i wydawca gier komputerowych i mobilnych w Polsce. Grupa buduje swoją pozycję w wielu segmentach rynku gier przeznaczonych zarówno na urządzenia mobilne, jak i komputery PC oraz Mac. W ten sposób dywersyfikuje ryzyko inwestycyjne związane z produkcją pojedynczej gry. Dotychczas wyprodukowane gry zostały sprzedane lub pobrane w liczbie ok. 15 mln egzemplarzy.

Kolejne projekty to ważne gry, czyli Car Mechanic 2017 – nasz flagowy temat, który tym razem wyjdzie nie tylko na PC, jak poprzednie dwie edycje, lecz także jeszcze na konsole. Gra Agony budzi duże zainteresowanie rynku, inne nasze pozycje to kick-starterowe Uboot 911, The Works Of Mercy i kolejne gry – wymienia prezes PlayWay.

Pod koniec września ruszyła publiczna oferta akcji. Z ich emisji spółka planuje pozyskać 35 mln zł. Środki mają zostać przeznaczone na marketing (4–6 mln zł), ok. 15 mln zł trafi na projekty zależnych spółek i dofinansowywanie kolejnych spółek celowych w związku z pozyskaniem nowych zespołów deweloperskich.

Zakładanie dodatkowych nowych zespołów deweloperskich to jeden z celów emisyjnych. Giełda bardzo nam w tym pomogła. Mam nadzieję, że będziemy przez ESPI informować o kolejnych umowach, które uda się podpisać. Do deweloperów poszła informacja, że mamy duże środki. To oznacza, że mogą ruszyć poważne rozmów z niektórymi zespołami, które do tej pory nie ufały, czy podołamy im warunkom finansowym – zapowiada Kostowski.

PlayWay w ostatnich kilku latach 6-krotnie zwiększył liczbę zespołów, z którymi współpracuje przy tworzeniu gier. Obecnie współpracuje z 40 zespołami: od małych (2–3 osobowych) po większe, liczące ok. 25 osób. Dzięki dużej liczbie zespołów na 2016 rok zapowiedziano 30 premier gier. Łącznie grupa pracuje nad przygotowaniem 60 nowych tytułów gier i dodatków.

Nasz model zakłada, że jeśli zaczynamy finansować jakiegoś dewelopera, to przy nieudanej grze nie kończymy współpracy. Cały czas finansujemy, bo wiemy, że pomimo sprawdzenia rynku po prostu nie wyszło, trzeba sprawdzić coś innego. Deweloperzy, tacy jak Car Mechanic czy Agony, którzy już znaleźli ten swój diamencik, zostają z nami. Nie muszą już sprawdzać rynku, z każdą edycją zarabiają więcej – tłumaczy prezes.

Spółka chce przeznaczyć od 3 mln do 4 mln zł na odkup udziałów lub akcji spółek zależnych i 9–10 mln zł na inwestycje w projekty zespołów istniejących w ramach grupy. Jak podkreśla prezes, choć część środków z emisji trafi na dofinansowanie zespołów wewnętrznych, to najważniejszym celem są zespoły deweloperskie.

Rynek już dostrzegł, że to jest ciekawy biznes, a sprawdzanie gier to ciekawy pomysł. Docenili to inwestorzy i fundusze kapitałowe. Mamy pewną pule deweloperów, którzy nie wierzyli, że damy radę ich finansować przez kolejne lata. Mając takie pieniądze na koncie, spokojnie te rozmowy już możemy z powrotem zaczynać – podkreśla Krzysztof Kostowski.

Duży portfel gier i deweloperów przekłada się też na wyniki finansowe, które systematycznie rosną. Przychody grupy w 2015 roku wzrosły o 75 proc. do 13,4 mln zł, a EBITDA i zysk netto wzrosły ponaddwukrotnie do odpowiednio 7,4 mln zł i 5,9 mln zł. Ten rok zapowiada się jeszcze lepiej. Po pierwszym półroczu przychody przekroczyły 8 mln zł (przy 6,3 mln w analogicznym okresie ubiegłego roku).

Pracownicy produkcji pilnie poszukiwani. Administracja nie nadąża z wydawaniem pozwoleń na pracę osobom ze Wschodu

Jan Starzyk, dyrektor generalny IPF Group
Niskie bezrobocie i dobre wskaźniki makroekonomiczne sprawiają, że rośnie zapotrzebowanie na pracowników. Tylko przez pierwsze osiem miesięcy 2016 roku przedsiębiorstwa zajmujące się produkcją odnotowały wzrost zapotrzebowania na kadrę niższego szczebla na poziomie 112 proc. – wynika z wewnętrznych danych IPF Group. Niedobory kadrowe mogliby uzupełnić pracownicy z Ukrainy. Na wydanie pozwolenia na pracę czeka się jednak miesiącami.

– Wedle danych IPF Group wzrost zapotrzebowania na pracowników fizycznych produkcyjnych w ciągu roku wyniósł ok. 112 proc. Historycznie bardzo niskie bezrobocie w Polsce [według resortu pracy 8,4 proc. we wrześniu – red.] i dobre wskaźniki makroekonomiczne gospodarki, zwłaszcza popyt wewnętrzny, powodują, że zapotrzebowanie na pracowników jest bardzo wysokie – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jan Starzyk, dyrektor generalny IPF Group, firmy zajmującej się outsourcingiem pracowników fizycznych.

Z wewnętrznych danych IPF Group wynika, że od stycznia do sierpnia 2016 roku w firmach produkcyjnych procentowy wzrost zapotrzebowania na kadrę niższego szczebla wyniósł 112 proc. rdr. To najwyższa dynamika ze wszystkich sektorów.

– W przemyśle drzewnym widzimy wzrost popytu na pracowników o 18 proc. To wynika z tego, że produkcja przemysłu czy zapotrzebowanie na produkty przemysłu drzewnego w 2016 roku według Ministerstwa Środowiska wyniosą około 38,5 mln metrów sześciennych drewna, czyli o 700 tys. więcej niż w ubiegłym roku – tłumaczy dyrektor generalny IPF Group.

W ostatnim kwartale tego roku to właśnie w przemyśle drzewnym będzie największe zapotrzebowania na pracowników fizycznych. Wzrost osób potrzebnych m.in. do pracy w tartakach, których rekrutacją zajmuje się IPF Group, wynosi obecnie 17 proc. rdr.

Na drugim miejscu pod względem wzrostu zapotrzebowania na kadrę niższego szczebla w ostatnim kwartale 2016 roku znajdują się firmy spożywcze (+14 proc. rdr.). W zestawieniu Banku Zachodniego WBK „50 polskich branż z największą szansą na sukces w eksporcie” 14 pozycji przypada właśnie na sektor rolno-spożywczy. Do sierpnia w firmach spożywczych wzrost zapotrzebowania na kadrę wśród klientów IPF Group wyniósł 32 proc. Filarami wzrostu branży są mleczarstwo, ogrodnictwo oraz drób.

– Inną gałęzią przemysłu, którą obsługujemy, jest przemysł mięsny, głównie zakłady drobiarskie. Z danych makroekonomicznych i informacji od naszych klientów z przemysłu mięsnego, przede wszystkim zakładów drobiarskich, wynika, że eksport tego sektora wzrośnie do około 25 mld euro, o 4–6 proc. My także notujemy wzrost zapotrzebowania na pracowników o ok. 30 proc. – wskazuje Starzyk.

Firmy zajmujące się m.in. spawalnictwem, mechaniką precyzyjną, montażem i konserwacją maszyn produkcyjnych zgłosiły o 29 proc. wyższe zapotrzebowanie na pracowników.

 W zakładach przemysłowych nasi klienci zgłaszają wzrost zapotrzebowania o ok. 32 proc. Wiąże się to z dobrą sytuacją makroekonomiczną i z tym, że nasza gospodarka nie zwalnia – zaznacza ekspert.

Jak podkreśla Starzyk, większego popytu nie można zaspokoić odpowiednią liczbą wykwalifikowanych pracowników. Rynek jest trudny zwłaszcza w miesiącach wakacyjnych, kiedy część osób pracuje na polach, podejmuje prace tymczasowe, sezonowe czy wyjeżdża na wakacje. To istotne, zwłaszcza że w przemyśle drzewnym, produkcji przemysłowej i przemyśle mięsnym można się spodziewać dalszego wzrostu zapotrzebowania na pracowników.

 Mamy duże problemy z załatwianiem kwestii formalnych dla Ukraińców. Pojawiły się bardzo duże opóźnienia w załatwianiu spraw administracyjnych w urzędach wojewódzkich. Czas oczekiwania na pozwolenie dla takiego pracownika sięga nawet do 4 miesięcy. To sytuacja dramatyczna zarówno dla IPF Group, jak i naszych klientów i pracowników – analizuje Jan Starzyk.

W ubiegłym roku w Powiatowych Urzędach Pracy zarejestrowano ponad 782 tys. wniosków o zamiarze powierzenia wykonywania pracy cudzoziemcom. To ponaddwukrotnie więcej niż rok wcześniej. Ponad 97 proc. oświadczeń dotyczyło obywateli Ukrainy. W I półroczu 2016 roku padł kolejny rekord, polscy pracodawcy zgłosili zamiar zatrudnienia ponad 634 tys. pracowników ze Wschodu (ponad połowa więcej niż w 2015 roku).

– Zapotrzebowanie na obsługę administracyjną wzrosło prawie 5-krotnie, ale niestety nie poszły za tym odpowiednie ruchy kadrowe po stronie urzędów wojewódzkich – zauważa dyrektor generalny IPF Group. – Mamy ewidentnie do czynienia ze wzrostem zapotrzebowania i niedostosowaniem liczby pracowników po stronie urzędników. Nikt się nie spodziewał, że będzie aż tak duże zapotrzebowanie na pracowników z Ukrainy.

Polskie meble podbijają świat. Szynaka Meble zakłada wzrost sprzedaży swoich produktów na poziomie 9 proc. do końca tego roku

Polskie meble podbijają świat. Szynaka Meble zakłada wzrost sprzedaży swoich produktów na poziomie 9 proc. do końca tego roku 5
Szynaka Meble zakłada wzrost sprzedaży na poziomie 9 proc. do końca roku – informuje prezes spółki Jan Szynaka. W przyszłym roku branża ma szansę stać się największym wytwórcą mebli w Europie. Wartość eksportu naszych produktów w tym roku może przekroczyć 40 mld zł.

– Tak jak w poprzednich miesiącach założyliśmy, że do końca roku uzyskamy łącznie 8, a nawet 9 proc. wzrostu sprzedaży. To się wiąże ze wzrostem eksportu, bo firma Szynaka Meble osiąga 78 proc. sprzedaży eksportowej, co stanowi naprawdę dosyć dużą wartość w przypadku całego obrotu około 900 mln   mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jan Szynaka, prezes zarządu w firmie Szynaka Meble.

Spółka Szynaka jest krajowym producentem mebli wykonywanych z materiałów najwyższej jakości. Przedsiębiorstwo ma obecnie sześć zakładów produkcyjnych skupionych w Grupie Meblowej (łącznie blisko 94 tys. mkw. powierzchni hal produkcyjnych) w województwach warmińsko-mazurskim oraz wielkopolskim. Wytwarzane przez firmę produkty sprzedawane są w kraju w ponad 350 salonach meblowych i ponad pięćdziesięciu krajach na świecie.

– Obecna sytuacja na rynku meblowym jest podobna do tej, która kiedyś była na Zachodzie, gdzie w dobrej koniunkturze była sprzedaż właśnie drewnianych mebli montowanych – wskazuje Jan Szynaka. – Zachodnie firmy miały z tym problemy, więc powstała przez to luka, którą my wykorzystujemy. Na ostatnich targach letnich i teraz wrześniowych postanowiliśmy, że chcemy ją zapełnić. Po targach w Bad Salzuflen w Niemczech, zebraliśmy bardzo dużo zamówień w różnych strukturach produktów.

Jak wynika z danych Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli (OIGPM), w ubiegłym roku wartość polskiego eksportu mebli wyniosła około 36,6 mld zł. Według OIGPM wszystko wskazuje na to, że tegoroczna wartość eksportu przekroczy 40 mld zł i może osiągnąć przeszło 41 mld zł. Liczba sprzedanych za granicą tego rodzaju produktów w ciągu ostatnich 20 lat wzrosła dziewięciokrotnie.

Głównym odbiorcą polskich mebli od lat pozostają Niemcy, którzy każdego roku wydają na nie ok. 3,2 mld euro. Kolejnymi odbiorcami są Wielka Brytania (ponad 720 mln euro), Francja (522 mln euro) oraz Czechy (485 mln euro). Na wzrost sprzedaży branży meblowej nie miał wpływu spadek wartości eksportu do Rosji, a krajowym producentom udało się znaleźć inne kierunki sprzedaży (między innymi Brazylia i Zjednoczone Emiraty Arabskie). Rosnącym zainteresowaniem krajowe wyroby cieszą się w Stanach Zjednoczonych, Rumunii oraz Słowacji. Sprzedaż tylko do tych trzech krajów wzrosła w 2015 roku aż o 20 proc.

– Poza budową gospodarki typowo meblowej założyliśmy, że musimy pokazać nasze dodatkowe atuty, wartości, które wyróżniają nas na tle innych tzn. wielopokoleniowość, doświadczenie, dbanie o ludzi, współprace ze społecznością lokalną – zapewnia Jan Szynaka. – Przykładem naszych działań niech będzie nowo otwarte centrum konferencyjno-szkoleniowe Pałac Mortęgi – Za honorowy cel wspólnie z żoną Aliną postawiliśmy sobie odtworzenie przedwojennej historii zabytkowego pałacu z końca XIV wieku. Dziś majątek w Mortęgach to nie tylko ostoja spokoju i miejsce fizycznego odpoczynku. To przede wszystkim miejsce duchowej odnowy i równowagi. Jesteśmy dumni, że udało nam się w tak krótkim czasie przywrócić temu miejscu klimat i pokazać w każdym detalu piękno minionej epoki.

Pałac Mortęgi to zabytkowy kompleks, w skład którego wchodzą budynek pałacu, zabudowania folwarczne z czternastego wieku oraz park w stylu angielskim z końca dziewiętnastego wieku. Największe zmiany w nieruchomości zostały przeprowadzone po 1800 roku, gdy z rycerskiego dworu powstała neoklasycystyczna nieruchomość. Całość znajduje się w województwie warmińsko-mazurskim, niedaleko Lubawy, we wsi Mortęgi.

Zalando prognozuje wzrost polskiego e-commerce w 2016 r. o 9 mld zł

Polska branża e-commerce przeżywa prawdziwy rozkwit. Tylko w zeszłym roku jej wartość wyniosła 27 mld zł, a w tym szacowany jest wzrost o 9 mld! Bezpowrotnie minęły więc czasy, kiedy to Polacy obawiali się zakupów online. Teraz kupowanie przez internet jest nie tylko wygodne, lecz także modne.

„Rynek e-commerce rozwija się bardzo szybko, ponieważ zarówno Polacy, jak i inni Europejczycy coraz bardziej przekonują się do tego, że zakupy online są bezpieczne, bardzo wygodne i dają dużo większe możliwości klientom” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Tomasz Ebbig, senior brand marketing manager z firmy Zalando.

Co kupuje polski e-konsument? Najczęściej ubrania i dodatki. Wybiera je aż 72% badanych osób. Dużą grupę produktową stanowią również książki i płyty – te kupuje 68% ankietowanych. Co ciekawe, coraz częściej, robiąc zakupy, korzystamy z urządzeń mobilnych, takich jak telefon czy tablet. Dzięki temu możemy kupować szybciej, niezależnie od tego, gdzie obecnie się znajdujemy.

Jakubiak: Jednolity podatek i wpływy z ZUS zamaskują prawdziwy deficyt budżetowy

Budżet państwa jest w tragicznym stanie. Na pierwszym miejscu jest wydawanie środków z budżetu, a nie pozyskiwanie pieniędzy. Obecnie koncentrujemy się na pozytywnych informacjach przekazywanych przez media, dotyczących poprawienia sytuacji budżetu – np. przez uszczelnienie systemu podatkowego, czy o wpłynięciu większej – nie wiadomo skąd – kwoty do budżetu. Jeżeli budżet nie zostanie uzupełniony, może okazać się, że podatki zostaną znacznie podniesione. Można powiedzieć, że ten proces już się zaczął.

– Deficyt budżetowy będzie jeszcze większy – powiedział agencji eNewsroom.pl Marek Jakubiak, poseł na Sejm RP – Jednak zostanie zamaskowany przez jednolity podatek, bo pieniądze, które wpływały do tej pory do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, będą przychodem Skarbu Państwa – a nie jak do tej pory przychodem ZUS-u. Możemy spodziewać się zatem gwałtownego wzrostu przychodów Skarbu Państwa, dzięki wpływom pobieranym w tej chwili przez ZUS. W tej sytuacji wartość 3% deficytu akceptowalnego przez Unię Europejską stanowczo się zwiększy. Skutki programu 500+ będą miały absolutne znaczenie dla popularności Prawa i Sprawiedliwości – ale może on okazać się gwoździem do trumny PiS-u, gdy nie starczy na niego pieniędzy. PiS powinien trzymać się zasady, że wydaje się gdy wpierw się zarobi – a nie wydaje się pieniędzy, których się nie posiada – ocenił Jakubiak.

„Humanitarne stosowanie leków” w projekcie zmian do Prawa farmaceutycznego

Oprócz zmian w systemie refundacji leków, opublikowany 23 września 2016 r. projekt nowelizacji zawiera również interesujące propozycje zmian w ustawie Prawo farmaceutyczne. Niewątpliwie najważniejszą ze zmian w tym zakresie jest propozycja wprowadzenia do polskiego prawa instytucji tzw. „compassionate use” czyli programów „humanitarnego stosowania leków”, które nie zostały oficjalnie zatwierdzone przez właściwe organy władzy publicznej. Umożliwienie stosowania niezatwierdzonych produktów leczniczych także poza ramami badania klinicznego stanowić może istotny impuls dla poszukiwań nowych terapii.

Ogólne ramy prawne pozwalające na wprowadzenie do krajowych porządków prawnych programów indywidualnego stosowania leków będących w fazie badań lub w stosunku do których toczy się postępowanie o dopuszczenie do obrotu ustanowiło rozporządzenie 726/2004 Parlamentu Europejskiego i Rady ustanawiające wspólnotowe procedury wydawania pozwoleń dla produktów leczniczych stosowanych u ludzi i do celów weterynaryjnych i nadzoru nad nimi oraz ustanawiające Europejską Agencję Leków. Rozporządzenie to pozwala państwom członkowskim na wprowadzenie regulacji, które umożliwiałyby udostępnianie tego rodzaju leków pacjentom cierpiącym m.in. na choroby chroniczne, wycieńczające lub zagrażające życiu. Dodatkowo, dla wspomnianych grup pacjentów nie może być dostępna żadna alternatywna terapia o potwierdzonej skuteczności.

Polskie rozwiązania w zakresie programów indywidualnego stosowania opierać się mają na systemie zgód wydawanych przez ministra zdrowia na wniosek podmiotu odpowiedzialnego (a właściwie podmiotu ubiegającego się o takie pozwolenie) lub sponsora badania klinicznego – w zależności od tego czy dla danego produktu złożono już wniosek o wydanie pozwolenia na dopuszczenie do obrotu. W razie wątpliwości co do skuteczności lub bezpieczeństwa takiej eksperymentalnej terapii, minister uprawniony będzie do wystąpienia o opinię do CHMP (Komitetu ds. Produktów Leczniczych Stosowanych u Ludzi) lub konsultanta z odpowiedniej dziedziny medycyny.

Wniosek o wyrażenie zgody zawierać miałby m.in.:

  1. zobowiązanie do zapewnienia dostępności produktu leczniczego dla docelowej grupy pacjentów wraz z określeniem sposobu realizacji tego zobowiązania,
  2. określenie sposobu finansowania programu indywidualnego stosowania, w tym oszacowanie kosztu podania produktu,
  3. umowę z podmiotem leczniczym na realizację programu (o ile podanie leku wymaga zaangażowania podmiotu leczniczego).

Dodatkowo, zaproponowano, aby wnioskodawca przedstawiał również szczegółowy opis programu indywidualnego stosowania, a w tym:

  1. szczegółowe dane nt. produktu, z uwzględnieniem stosunku korzyści do ryzyka, określeniem warunków podawania i sposobu stosowania, informacje nt. bezpieczeństwa stosowania;
  2. opis grupy docelowej pacjentów wraz z warunkami włączenia oraz wyłączenia z programu;
  3. określenie jednostki chorobowej z uwzględnieniem informacji o braku możliwości zastosowania innego leczenia;
  4. broszurę badacza stosowaną w trwającym lub zakończonym badaniu klinicznym dotyczącym produktu;
  5. projekt przekazywanej pacjentom informacji dotyczącej produktu, spodziewanych korzyści, działań niepożądanych oraz ryzyka;
  6. informację o uzyskaniu analogicznej zgody w innych krajach Unii Europejskiej lub opinii CHMP.

Zgody na realizację programów indywidualnego stosowania wydawane będą na czas oznaczony. Uzyskanie zgody stanowić będzie podstawę do sprowadzenia z zagranicy produktu leczniczego (jeśli będzie to konieczne). O fakcie sprowadzenia produktu leczniczego z zagranicy trzeba będzie także powiadomić ministra zdrowia.

Co istotne, w projekcie wyraźnie zastrzeżono, że otrzymanie zgody ministra zdrowia na prowadzenie programu indywidualnego stosowania nie będzie zwalniać podmiotu odpowiedzialnego albo sponsora od odpowiedzialności karnej lub cywilnej wynikającej z zastosowania niezatwierdzonego produktu.

Autorzy:

  • Bartosz Michalski, Radca prawny, Managing Associate, Deloitte Legal
  • Marcin Fiałka, Aplikant radcowski, Associate, Deloitte Legal

Koszty służby zdrowia może obniżyć szybka diagnostyka i wysoka jakość leczenia. W skali kraju oszczędności mogłyby przekroczyć 10 mld zł rocznie

Koszty służby zdrowia może obniżyć szybka diagnostyka i wysoka jakość leczenia. W skali kraju oszczędności mogłyby przekroczyć 10 mld zł rocznie 6
Choroba pracownika zawsze oznacza koszt pracodawcy. Gdyby osoby pracujące były objęte efektywną opieką zdrowotną, to rocznie na każdej z nich firmy mogłyby zaoszczędzić ponad 600 zł. Przy 16 mln pracujących daje to łącznie ok. 10 mld zł oszczędności – wynika z raportu „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2011–2015” przygotowanego przez Medicover. Kluczowa jest konstrukcja modelu opieki: szybkość uzyskania pomocy medycznej i jej jakość. To zaś wymaga również stałego monitorowania skuteczności i jakości leczenia oraz umiejętnego wykorzystania tych danych.

– Najczęstsze powody zwolnień lekarskich pracowników to problemy związane z ciążą, infekcją górnych dróg oddechowych, przewlekłe choroby układu ruchu, takie jak bóle pleców, choroba zwyrodnieniowa, choroby dużych stawów i urazy – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr n. med. Katarzyna Gorzelak-Kostrzewska, współautorka raportu Medicover „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2011–2015”.

Raport wskazuje, że problemy związane z ciążą stanowią pierwszy co do częstości występowania powód zwolnień lekarskich wystawianych w Medicover (42 proc.). Infekcje oddechowe, głównie infekcje górnych dróg oddechowych, powodują liczne krótkotrwałe zwolnienia lekarskie (25 proc.). Problemy związane z układem ruchu są jednym z najistotniejszych problemów zdrowotnych i odpowiadają za 9 proc. zwolnień (urazy – 7 proc.).

– Choroba zawsze kosztuje pracodawcę. Koszty te można jednak zminimalizować. W raporcie potwierdziliśmy, że oszczędność pracodawcy, jeśli pracownik znajduje się pod opieką Medicover, to 623 zł rocznie na każdego statystycznego pracownika – wskazuje Gorzelak-Kostrzewska. – Gdyby każdy pracownik w Polsce był pod tak skoordynowaną opieką, w której mierzy się efekty leczenia, to przy 16 mln pracujących oszczędność dla państwa wynosiłaby ponad 10 mld zł.

Kluczowy jest sposób skonstruowania modelu opieki, to, czy szybko uzyskamy pomoc medyczną i jaka będzie jej jakość. Wiele zależy od komunikacji lekarza z pacjentem: otwartości na kontakt, dostępności oraz czasu, jaki może on poświęcić pacjentowi. To wszystko będzie decydować o przestrzeganiu przez pacjenta zaleceń lekarza, ryzyku samoleczenia, a w efekcie także długości zwolnienia.

– To, co mogą zrobić odpowiedzialni za zabezpieczenie zdrowia w kraju, to po pierwsze uchronić obywatela przed chorobą poprzez edukację, profilaktykę i promocję właściwego stylu życia. Kiedy pojawiają się problemy ze zdrowiem, możemy właściwie zaplanować reakcję. Mówimy o szybkiej diagnostyce i skutecznym postawieniu diagnozy. To również jak najszybsze i najbardziej efektywne leczenie, aby to zdrowie jak najszybciej odtworzyć – podkreśla dr n. ekon. Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektor Instytutu Ochrony Zdrowia Uczelni Łazarskiego.

Jakość opieki zdrowotnej przekłada się na długość życia osób chorujących przewlekle. Z raportu wynika, że pacjenci Medicover chorujący na nadciśnienie tętnicze, dzięki lepszemu wyrównaniu ciśnienia zyskują łącznie 44 tys. lat życia. Gdyby w całej Polsce pacjenci z nadciśnieniem byli leczeni w modelu opieki, jaki oferuje Medicover, to uratowano by prawie 3,5 mln lat ludzkiego życia.

Na wzrost efektywności leczenia wpływ mają nowatorskie rozwiązania z obszaru ochrony zdrowia.

– Pacjenci oczekują szybkiej porady, która przy tym jest wygodna do uzyskania. Rozwiązania z zakresu telemedycyny, możliwość kontaktu z lekarzem w sposób zdalny, przez telefon czy poprzez bezpieczne połączenie internetowe, doprowadza do tego, że można uzyskać poradę szybko, bez wychodzenia z domu, także po godzinach pracy placówki medycznej – ocenia dr n. med. Piotr Soszyński, dyrektor ds. medycznych, członek zarządu Medicover Polska.

Przy przeziębieniach lub w sytuacjach, kiedy choroba dopiero się rozwija, wizyta lekarska pozwoli rozwiać wątpliwości i określić, czy konieczne jest zwolnienie lekarskie. Szybka diagnostyka często oznacza krótszy okres zwolnienia.

– Przyszłość medycyny będzie polegała na zróżnicowaniu porady i świadczeń w zależności od problemu zdrowotnego. Jeśli problem jest prosty, będzie to pielęgniarka czy fizjoterapeuta. Jeśli problem będzie wymagał wiedzy lekarskiej, to będzie lekarz opieki podstawowej, internista, pediatra czy specjalista medycyny rodzinnej. Jeżeli problem będzie skomplikowany, to będzie wymagał konsultacji czy leczenia szpitalnego, wtedy jest miejsce dla specjalisty – wskazuje dr n. med. Piotr Soszyński.

Wdrażanie długofalowych, wielowymiarowych i dostosowanych do potrzeb zdrowotnych programów profilaktyczno-leczniczych może przynieść pracodawcy wyłącznie korzyści. Zwłaszcza że choroba pracownika nie tylko bezpośrednio przekłada się na koszty, lecz także oznacza również spadek wydajności czy utratę zdolności do wykonywania w pełni swojej pracy ze względu na konieczność zwolnienia lekarskiego czy przejścia na rentę. Dodatkowa opieka medyczna może być także ważnym atutem pracodawcy na rynku pracy.

– Badania przeprowadzone na początku zeszłego roku pokazują, że pracownicy chętnie wybierają pracodawców, którzy oferują dobrą opiekę medyczną. Widzimy, że często nasi klienci chwalą się tym, że oferują swoim pracownikom opiekę właśnie w Medicover. Dzięki temu mają łatwiej z pozyskaniem nowych pracowników, chętniej przychodzą do nich do pracy – mówi Artur Białkowski, dyrektor ds. komercyjnych, wiceprezes zarządu Medicover Polska. – Do tej pory podchodziliśmy do opieki zdrowotnej głównie jako do inwestycji benefitowej. Nasz raport pokazuje, że to jest także dodatkowe narzędzie oszczędności dla pracodawcy.

Od stycznia nowe zasady kontroli podatkowej w małych i średnich firmach. Muszą się one liczyć z dodatkowymi kosztami

Od stycznia nowe zasady kontroli podatkowej w małych i średnich firmach. Muszą się one liczyć z dodatkowymi kosztami 7
Od nowego roku już nie tylko największe firmy, lecz także małe i średnie będą miały obowiązek przekazywania w formie elektronicznej informacji o prowadzonej ewidencji VAT poprzez Jednolity Plik Kontrolny (JPK). Będzie to dotyczyło ok. 140 tys. podmiotów. Po doświadczeniach dużych firm sektorowi MŚP wdrożenie zmian powinno pójść lepiej, ale problemów raczej uniknąć się nie da – ocenia Agnieszka Wasilewska z Independent Tax Advisers Doradztwo Podatkowe. Jej zdaniem JPK został wprowadzony niespodziewanie dla podatników, co oznacza, że nie zostali oni przez resort finansów potraktowani partnersko.

Od 1 lipca duże podmioty gospodarcze mają obowiązek przekazywania najważniejszych ksiąg podatkowych oraz dowodów księgowych fiskusowi w formie Jednolitego Pliku Kontrolnego (JPK). To zbiór danych generowanych z systemów informatycznych firmy przez bezpośredni eksport na temat operacji gospodarczych za dany okres. Dane mają być przesłane za pomocą środków komunikacji elektronicznej w sposób znany obecnie z przekazywania przez internet deklaracji skarbowych.

 Teoretycznie podatnik wysyła specjalny plik stworzony z użyciem oprogramowania zapewnionego przez Ministerstwo Finansów poprzez specjalną bramkę internetową. W praktyce jednak ta bramka internetowa często nie chce akceptować plików generowanych przez podatników. Mam nadzieję, że z czasem to się poprawi – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Wasilewska z Independent Tax Advisers Doradztwo Podatkowe.

W zakres JPK wchodzi siedem szczegółowo opisanych struktur, czyli najważniejszych ksiąg podatkowych oraz dowodów księgowych. Są to księgi rachunkowe, podatkowa księga przychodów i rozchodów, ewidencja przychodów, ewidencje zakupu i sprzedaży VAT, faktury VAT, wyciągi bankowe oraz dokumenty związane z obrotem magazynowym.

– Obecnie podatnicy mają obowiązek składać tylko tzw. JPK rejestry, które prezentują rejestry VAT, zgodne z deklaracjami podatkowymi. Ale w przyszłości będziemy musieli też prezentować inne pliki: magazyny, konta bankowe, księgę przychodów i rozchodów, na żądanie organów. Będzie można je przedstawiać na informatycznych nośnikach, jak pendrive czy płyta CD – tłumaczy Wasilewska.

Jak podkreśla ekspertka, sposób wprowadzenia JPK, z bardzo krótkim vacatio legis, był dla podatników niespodziewany. Niezbyt przyjazny dla firm we wdrożenia nowego obowiązku był również resort finansów. Eksperci PwC zwracają uwagę na to, że ministerstwo bardzo późno udostępniło na swoich stronach internetowych aplikację do składania JPK.

 Kiedy patrzy się na wszystkie daty i wydarzenia związane z wdrożeniem JPK, to trudno jest myśleć o tym inaczej niż jako o zjawisku, które nie powinno mieć miejsca – ocenia Wasilewska. – Dopiero w marcu resort opublikował wymogi w stosunku do struktur JPK. Podatnicy mieli ekstremalnie mało czasu na dostosowanie swoich programów księgowych do JPK i niewątpliwie zostali potraktowani niezbyt partnersko.

Obowiązek przekazywania w formie elektronicznej informacji o prowadzonej ewidencji VAT od lipca dotyczy największych przedsiębiorstw. Od stycznia 2017 roku obowiązkowi temu podlegać będą również mali i średni przedsiębiorcy (mikroprzedsiębiorstwa od stycznia 2018 roku). Jak podkreśla ekspertka, mniejszym firmom może być łatwiej. Od czerwca mogą się przygotowywać do nowych obowiązków poprzez wprowadzenie w plikach 10-znakowego jedynkowego kodu NIP.

– Duzi podatnicy przetarli szlaki. Jest szansa, że dla średnich i małych podatników ten proces będzie prostszy. Wątpliwe natomiast jest to, czy będzie on bezproblemowy, ponieważ wdrożenie JPK, czyli dostosowanie swojego systemu do tego, żeby sprawnie i prawidłowo generował plik wymagany przez MF, wymaga często sporych zmian w programie księgowym. W związku z tym problemów przeważnie jest mnóstwo – podkreśla ekspertka Independent Tax Advisers Doradztwo Podatkowe.

Dla grupy 140 tys. mniejszych przedsiębiorstw przygotowanie się do JPK będzie się wiązać z dodatkowymi kosztami, a przeważnie dysponują oni mniejszymi środkami finansowymi i kadrą niż duże firmy.

– Koszty w dużej mierze będą zależeć od rodzaju oprogramowania, z jakiego korzysta firma, i warunków ustalonych z jego dostawcą. Będzie on musiał objąć nowe funkcje, więc dla niektórych podmiotów koszty te będą znaczące – analizuje Agnieszka Wasilewska.

W 2015 urzędnicy skarbowi skontrolowali 9,4 tys. firm aż 4/5 wykazało nieprawidłowości

Jak wynika z danych Ministerstwa Finansów, aż 82% kontroli skarbowych przeprowadzonych w 2015 r. wykazało nieprawidłowości podatkowe. Łącznie objęły one kwotę 18,5 mld zł. Co powinni robić przedsiębiorcy, aby nie popełniać błędów podczas rozliczania podatków?

W ubiegłym roku przeprowadzono w naszym kraju 9,4 tys. kontroli skarbowych. Najwięcej ustaleń dotyczyło VAT-u (ponad 90%). Zdecydowanie mniej – akcyzy (niecałe 4,3%), CIT-u (3,9%) i PIT-u (blisko 1,4%).

Którzy przedsiębiorcy mogą spodziewać się wizyty inspektorów kontroli skarbowej najbardziej? „Statystyki Ministerstwa pokazują, że do tej pory kontrolowane były głównie branża paliwowa i branża elektroniczna. Jednak tak naprawdę każdy sektor jest narażony na kontrolę” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Maciej Zborowski z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Przeprowadzane kontrole skarbowe często wykazują umyślne wyłudzenia podatkowe. Wykryte nieprawidłowości mogą wynikać jednak także ze zwykłych błędów przedsiębiorców.

Jak unikać tych pomyłek?

„Podatnicy przede wszystkim powinni zdobywać wiedzę na temat potencjalnych nieprawidłowości, jak również – przepisów, uprawnień organów podatkowych i stanowisk sądów administracyjnych w poszczególnych kwestiach. W tym celu można organizować szkolenia kadry zarządzającej i pracowników, uczulać ich na pewne zjawiska czy przeprowadzać audyty” – stwierdza ekspert.

3 listopada okaże się co dalej z kursem funta

Choć dane o brytyjskiej gospodarce nie są złe funt osłabia się nadal. Stracił już 15 proc. wobec większości walut, odkąd ogłoszony został Brexit, a tym samym maleją zarobki Polaków pracujących w Wielkiej Brytanii, transferujących swe dochody do rodzin w Polsce. Kurs funta jest najniższy od ponad stu lat, ale to może się zmienić 3 listopada.

Co dalej będzie się działo z funtem? Wpływ na to mogą mieć decyzje Banku Anglii, czy ten bank centralny będzie bronił funta okaże się 3 listopada. W rozmowie z MarketNews mówi o tym dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB i zwraca uwagę, że wielu inwestorów jak dotąd chciało zarobić na osłabieniu tej waluty.

Dzięki CETA rząd będzie wzmocniony, a inwestorzy osłabieni

Kto zyska, a kto straci na wprowadzeniu CETA? Wbrew temu co najczęściej słyszymy osłabiona zostanie pozycja inwestorów, a wzmocniona pozycja rządów krajów UE, a więc także polskiego rządu, w przypadku międzynarodowego arbitrażu.

Polska ma ponad 60 zawartych międzynarodowych umów o popieraniu i ochronie inwestycji, a cała UE ok. 1 200. Gdy zacznie obowiązywać CETA, te umowy stracą na znaczeniu.

O konsekwencjach podpisania CETA w rozmowie z MarketNews24 mówi dr Marek Jeżewski, partner w kancelarii prawnej Kochański Zięba i Partnerzy (KZP), szef praktyki arbitrażu. KZP została nominowana do tytułu „Kancelaria Roku: Europa Środkowa” przyznawanego przez najbardziej prestiżowy międzynarodowy magazyn prawny „The Lawyer”, w organizowanym corocznie konkursie „The European Awards”.

Firmy stawiają na hybrydy – relacja z targów EkoFlota 2016

Popularność samochodów z napędem hybrydowym stale rośnie. W zeszłym roku Polacy zamówili ponad 5,5 tys. takich pojazdów, a rok 2016 przyniósł kolejne dynamiczne wzrosty. Pierwsze Międzynarodowe Targi Floty Ekologicznej EkoFlota były doskonałą okazją do rozmów z ekspertami, sprawdzenia oferty rynkowej i przetestowania najnowszych modeli samochodów. 

– Zauważamy, że samochody z napędem alternatywnym są coraz bardziej popularne. Coraz więcej firm i odbiorców indywidualnych korzysta z tych rozwiązań, wychodząc z założenia, że takie auta są nie tylko tańsze w eksploatacji, ale również poprawiają wizerunek przedsiębiorstwa – wyjaśnia Piotr Wielgus, organizator targów EkoFlota i redaktor naczelny magazynu „Menadżer Floty”.

Odwiedzający targi EkoFlota mogli nie tylko zapoznać się z ofertą 46 firm, ale również sprawdzić działanie napędów alternatywnych w praktyce. Do dyspozycji oddano 30 pojazdów hybrydowych oraz w pełni elektrycznych. Swoje Miasteczko Testowe przygotowała także Toyota i Lexus, gdzie zaprezentowano pełną gamę samochodów hybrydowych, liczącą obecnie 12 modeli z niemal wszystkich segmentów.

– W przyszłym roku będziemy obchodzili dwudziestolecie wprowadzenia na rynek samochodów z napędem hybrydowym. Cieszy nas, że również w Polsce pojawiły się targi dedykowane pojazdom z napędem alternatywnym – dodaje Mirosław Sochacki, Corporate Sales Manager Toyota Motor Poland. – Cieszy również, że coraz więcej firm ma w swojej ofercie modele z napędem elektrycznym i hybrydowym. W naszym przypadku wprowadziliśmy niedawno do oferty nową Toyotę RAV4 Hybrid i model C-HR”.

Mikołaj Krupiński z Instytutu Transportu Samochodowego zwraca uwagę, że oferta samochodów z niską lub zerową emisją w Polsce jest coraz bogatsza. Samochody hybrydowe są już dziś bardzo popularne wśród klientów flotowych, którzy postrzegają zalety tego napędu przez pryzmat oszczędności i ekologii. Samochody elektryczne nadal stanowią niszę – liczba ich rejestracji jest nadal niewielka. Wynika to m.in. z braku systemu zachęt ze strony państwa oraz wciąż niewystarczającej infrastruktury ładowania akumulatorów. Mimo to widzimy, że polski rynek podąża za przykładem Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych i samochody z alternatywnym napędem stają się coraz bardziej popularne.

Dobrym przykładem jest sieć wypożyczalni Rentis, która już od 6 lat ma w swojej ofercie hybrydowe Priusy.

– Wypożyczamy auta hybrydowe w całej Polsce. Widzimy, że ta technologia bardzo się rozwija i zdobywa wielu zwolenników. Kilka lat temu zdecydowaliśmy się na zakup Priusów. Chcieliśmy zaproponować naszym klientom coś zupełnie nowego, czego w zasadzie nikt inny nie ma – skomentowała Agnieszka Drzymała-Feć, Sales Manager w firmie Rentis SA.

Organizatorzy zapraszają na kolejną edycję Międzynarodowych Targów Floty Ekologicznej w przyszłym roku.

GPW podpisała list intencyjny dotyczący utworzenia Polsko-Białoruskiego Centrum IPO

24 października br. podczas XX Polsko-Białoruskiego Forum Gospodarczego „Dobrosąsiedztwo 2016”, w obecności Wicepremiera  Mateusza Morawieckiego oraz Wicepremiera Republiki Białoruskiej Michaiła Rusego, został podpisany list intencyjny dotyczący utworzenia Polsko-Białoruskiego Centrum IPO. Dokument podpisali przedstawiciele Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, Polsko-Białoruskiej Izby Handlowej i Przemysłowej oraz Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego.

Celem zawartego porozumienia jest budowa profesjonalnego ośrodka edukacji, konsultacji oraz doradztwa prawnego dla białoruskich przedsiębiorców. W zamierzeniu Polsko-Białoruskie Centrum IPO będzie prowadziło działania nakierowane na ułatwianie białoruskim przedsiębiorstwom dostępu do nowoczesnych źródeł finansowania z wykorzystaniem polskiego rynku kapitałowego.

PZWLP i SKFS opracowują z Politechniką Warszawską studia flotowe

Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP) wspólnie ze Stowarzyszeniem Kierowników Flot Samochodowych (SKFS) podpisali z Wydziałem Transportu Politechniki Warszawskiej list intencyjny w sprawie utworzenia pierwszych w Polsce, rozbudowanych programowo, dwusemestralnych studiów podyplomowych z zakresu zarządzania flotami pojazdów. Sygnatariusze listu planują uruchomić studia już w przyszłym roku akademickim, tj. w październiku 2017 r. 

PZWLP i SKFS wspólnie z Wydziałem Transportu Politechniki Warszawskiej pracują nad studiami flotowymiList intencyjny został podpisany 17 października 2016 r. przez Sławomira Wontruckiego, Prezesa Zarządu PZWLP i Prezesa firmy LeasePlan Polska, Nataszę Jarońską – Ignatiuk, Prezesa Stowarzyszenia Kierowników Flot Samochodowych oraz Prof. dr hab. inż. Mariannę  Jacynę, Dziekan Wydziału Transportu Politechniki Warszawskiej. Absolwenci tworzonego kierunku studiów podyplomowych otrzymają dyplom ukończenia studiów na Wydziale Transportu Politechniki Warszawskiej, czyli jednej z najlepszych i największych wyższych uczelni technicznych w kraju. Naukę na nowym kierunku studiów podyplomowych będą mogli rozpocząć absolwenci studiów I i II stopnia.

PZWLP i SKFS wspólnie z Wydziałem Transportu Politechniki Warszawskiej pracują nad studiami flotowymiNaszym priorytetem jest upowszechnianie wiedzy o zarządzaniu flotami samochodowymi dzięki wymianie doświadczeń pomiędzy członkami SKFS. Misję tę realizujemy poprzez organizowanie szkoleń i spotkań oraz tworzenie i wdrażanie programów szkoleniowych dla kierowców poruszających się samochodami służbowymi. Wartością nadrzędną naszego stowarzyszenia jest propagowanie wiedzy zdobytej dzięki doświadczeniu w zarządzaniu flotami. Z tego względu od dłuższego już czasu w środowisku członków Stowarzyszenia mówi się o potrzebie uruchomienia programu studiów przygotowujących Fleet Managerów do pracy – mówi Natasza Jarońska-Ignatiuk, Prezes Zarządu SKFS. – Cieszymy się, że nawiązaliśmy w tej kwestii współpracę – z Politechniką Warszawską – Wydziałem Transportu i PZWLP. Projekt studiów, który znajduje się w przygotowaniu, daje nadzieję na uzyskanie, przez osoby wybierające zawód Fleet Managera, dostępu do szerokiej wiedzy. Do tej pory zdobycie informacji z zakresu zarządzania flotą wymagało tytanicznej pracy, wielu godzin spędzonych na rozmaitych szkoleniach czy na poszukiwaniu potrzebnych wiadomości we własnym zakresie.

Ukończenie studiów będzie gwarantowało zdobycie unikalnej na polskim rynku pracy, specjalistycznej wiedzy na poziomie podstawowym, z zakresu zarządzania flotami pojazdów
w branży wynajmu długoterminowego aut (Car Fleet Management), Rent a Car (wypożyczalnie samochodów), a także w wewnętrznych strukturach firm.

Jednym z najważniejszych celów PZWLP jest edukacja rynku na temat nowoczesnych form finansowania i użytkowania flot samochodów służbowych w Polsce – mówi Sławomir Wontrucki, Prezes Zarządu PZWLP, Prezes LeasePlan Fleet Management Polska. – Projekt studiów podyplomowych, nad którym już od kilku miesięcy pracujemy wspólnie ze Stowarzyszeniem Kierowników Flot Samochodowych oraz kadrą naukową Wydziału Transportu Politechniki Warszawskiej, jest realizacją edukacyjnej misji naszej organizacji w bardzo praktycznym i perspektywicznym wymiarze. Znaczenie rynku flotowego w ostatnich latach w Polsce bardzo urosło – wśród nowych aut wyjeżdzających z salonów, obecnie już 2/3 stanowią samochody nabywane przez firmy, a jeszcze dekadę temu udział ten wynosił ok. 40%. Jednocześnie, dynamicznie rośnie popularność takich sposobów finansowania flot jak tzw. wynajem długoterminowy, czy też bardziej elastyczne formy wynajmu krótko- lub średnioterminowego. Zjawiska te powodują, że na rynku pracy w Polsce powstaje coraz większe zapotrzebowanie na wykwalifikowanych specjalistów w zakresie zarządzania flotami samochodowymi, przy jednoczesnym braku oferty edukacyjnej, zapewniającej kształcenie w tym kierunku. Nasz projekt jest, więc odpowiedzią nie tylko na dynamicznie zmieniające się oblicze rynku flotowego w kraju, ale również narastający na rynku pracy popyt na wykształconych specjalistów w tej dziedzinie.     

Tworzone studia podyplomowe będą skierowane zarówno do osób planujących rozpocząć swoją karierę zawodową w branży flotowej, jak i funkcjonujących już obecnie na tym rynku pracowników, zamierzających zwiększyć swoje kwalifikacje oraz wiedzę.

Celem Wydziału Transportu Politechniki Warszawskiej jest nie tylko zapewnienie najwyższego możliwego poziomu kształcenia przyszłych kadr szeroko pojętej branży transportowej w Polsce, ale również dynamiczne dostosowywanie oferty edukacyjnej do powstających na rynku pracy zjawisk i potrzeb – mówi Prof. dr hab. inż. Marianna Jacyna, Dziekan Wydziału Transportu Politechniki Warszawskiej. – Nasza oferta edukacyjna w zakresie wszystkich oferowanych rodzajów studiów jest starannie dopasowywana zarówno do potrzeb i oczekiwań studentów, jak i funkcjonujących na rynku pracodawców. Przygotowywany we współpracy ze środowiskiem biznesowym nowy kierunek studiów podyplomowych stanowi tego bardzo dobry przykład. Jesteśmy przekonani, że opracowywany właśnie program studiów, stanowiący połączenie teoretycznej wiedzy akademickiej z wiedzą ekspertów i doświadczonych praktyków rynku flotowego, będzie atrakcyjną ofertą dla studentów naszej uczelni.            

Program planowanych studiów jest opracowywany przez zespół doświadczonych ekspertów PZWLP i SKFS oraz kadrę naukową Wydziału Transportu Politechniki Warszawskiej i będzie
w równym stopniu uwzględniał teoretyczne kształcenie technicznej uczelni wyższej, jak
i bardzo specjalistyczną, praktyczną wiedzę branżową. Zajęcia będą prowadzone nie tylko przez wykładowców uczelni, ale także w bardzo dużym zakresie przez ekspertów flotowych organizacji branżowych – PZWLP i SKFS. Prace nad projektem po stronie Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów są koordynowane przez Daniela Trzaskowskiego, Członka Zarządu PZWLP, Dyrektora Sprzedaży Flotowej Volkswagen Leasing, natomiast
w Stowarzyszeniu Kierowników Flot Samochodowych za kwestie te odpowiada Ryszard Windyga, jeden z Członków – założycieli SKFS. Tworzony kierunek studiów będzie stanowił pierwszą w Polsce ofertę kompleksowego, dwusemestralnego kształcenia na poziomie uczelni wyższej w zakresie zarządzania flotami pojazdów.

Rynek nieruchomości w Polsce. Sprzedaż bezpośrednia czy przez agentów nieruchomości?

Wiele osób decydujących się na sprzedaż swojego mieszkania czy domu rozpoczyna poszukiwania potencjalnych kupców od zamieszczenia ogłoszenia o tytule “Sprzedam bezpośrednio”. Liczą oni, że w ten sposób szybko znajdą nabywcę i uzyskają oczekiwaną cenę, jednocześnie oszczędzając na prowizji agenta. Czy rzeczywiście to najskuteczniejsza droga do znalezienia nabywcy oraz recepta na szybką i lukratywną transakcję?

Pomimo tego, że sprzedaż bezpośrednia mieszkania ma swoje plusy, to często okazuje się, że znalezienie nabywcy wymaga cierpliwości, determinacji, umiejętności negocjacji, a przede wszystkim czasu, którego często właścicielom nieruchomości zazwyczaj brakuje. Wobec tego znacząca część właścicieli lokali po pewnym czasie weryfikuje swoje założenia i zwraca się o pomoc do biura nieruchomości. Jednak w wielu przypadkach czas, który upłynął jest bezpowrotnie stracony, a niesprzedana przez wiele miesięcy oferta straciła już na atrakcyjności. Jakie błędy najczęściej popełniają sprzedający, których mogliby uniknąć, gdyby zdecydowali się na współpracę z agentem? Opowiada o tym Agata Stradomska, Manager ds. Marketingu i Szkoleń RE/MAX Polska.

Niewłaściwa cena

Wielu sprzedających bardzo emocjonalnie podchodzi do sprzedawanych nieruchomości – szczególnie, jeżeli wiążą się z nimi istotne wydarzenia i miłe chwile. Swoją decyzję o cenie, za którą wystawią dom lub mieszkanie, podejmują na podstawie ofert znajdujących się na portalach ogłoszeniowych, najczęściej dodając do wyniku końcowego kilka procent „swoich emocji”. Niestety pozycje, które są benchmarkiem nierzadko były wyceniane w podobny sposób i od wielu miesięcy zawyżają tylko średnią cenę ofertową w internecie, pozostając wciąż niesprzedanymi. Kwotę możliwą do uzyskania w danych okolicznościach rynkowych pomogą ustalić agenci nieruchomości, którzy wiedzą jak wyglądają realne ceny transakcyjne oraz jakie są trendy i perspektywy, a także podpowiedzą za jaką kwotę najlepiej zaoferować nieruchomość na sprzedaż, aby nie odstraszyła większości zainteresowanych.

Błędy w promocji

Nieruchomość wystawiona na sprzedaż jest “produktem rynkowym”, dla którego można przygotować właściwą promocję. Istnieje szereg narzędzi i technik pozwalających na wyróżnienie oferty spośród setek jej podobnych. Niestety wielu sprzedających nie ma wiedzy i doświadczenia w marketingu nieruchomościami, dlatego ograniczają oni swoje działania promocyjne do zamieszczenia jednego lub dwóch ogłoszeń na portalach mieszkaniowych. Faktem jest jednak, że im więcej osób zainteresuje się danym lokalem, tym większa szansa na szybszą sprzedaż i uzyskanie atrakcyjniejszej ceny. Znajomość narzędzi umożliwiających efektywne dotarcie do potencjalnych kupców (nie tylko poprzez ogłoszenia na portalach), znajomość rynku czy właściwe określenie grup docelowych ułatwia odpowiednie pozycjonowanie danej oferty.  Taką wiedzę mają agenci nieruchomości i mogą pomóc w skutecznym marketingu.

Błędy przy prezentacji

Kiedy już pojawi się potencjalny kupujący, emocje sprzedającego znów biorą górę. Właścicielowi trudno się powstrzymać przed opowiedzeniem całej historii “życia mieszkania i sąsiadów”, z dokładnym przedstawieniem trudu remontu czy ciekawych wydarzeń z otoczenia. Odnosi to jednak odwrotny efekt od zamierzonego. Zasypywanie oglądających nadmiarem informacji lub wprowadzanie ich w kwestie, które mogą ich zaniepokoić nie sprzyja podjęciu decyzji o zakupie. Agent, który będzie prezentował mieszkanie czy dom nie jest z nim związany emocjonalnie. Wcześniej ustali priorytety potencjalnych kupujących oraz pozna ich preferencje i oczekiwania. Dzięki temu zaprezentuje nieruchomość w sposób odpowiedni do perspektywy kupujących, a nie oczami i emocjami właściciela.

Pominięcie znaczącej części potencjalnych kupujących

Nie wszyscy kupujący szukają ofert samodzielnie, wielu z nich korzysta z usług agentów, którym zleciło poszukiwanie nieruchomości. Z uwagi na to wynajęcie agenta do sprzedaży, który współpracuje z innymi agentami (np. poprzez specjalne systemy wymiany ofert) umożliwi zaoferowanie nieruchomości także tej grupie.

Agenci umożliwiają także szybkie dotarcie do osób poszukujących od jakiegoś czasu mieszkań czy domów w okolicy. Pracując w danym terenie, budują oni swoje bazy kontaktów do potencjalnych kupujących, którzy wcześniej zainteresowani byli innymi, podobnymi ofertami. Teraz mogą ich poinformować o nowej propozycji. Być może zainteresuje ona którąś z tych osób.
Właściciel nieruchomości może, jeśli przeznaczy na to odpowiednio dużo czasu, poznać zasady, którymi kieruje się rynek, zebrać istotne informacje czy nauczyć się marketingu i promocji nieruchomości, aby samodzielnie wdrożyć je w życie, a następnie w profesjonalny sposób przeprowadzić skuteczną kampanię marketingową swojej nieruchomości. Dzięki temu oszczędzi na wynagrodzeniu agenta, które zazwyczaj wynosi kilka procent uzyskanej ceny, co nominalnie może wydawać się wysokim kosztem. Warto jednak zastanowić się, czy mamy wystarczająco dużo czasu, cierpliwości, energii, a także wiedzy o rynku nieruchomości, żeby nie tylko nie stracić na inwestycji, ale nawet na niej zarobić?

Niezapłacone alimenty i kredyty też

Mariusz Hildebrand
`Mariusz Hildebrand

Informacja o zaległym długu alimentacyjnym w rejestrze BIG InfoMonitor potrafi  ograniczyć dostęp do  kredytów. W sytuacji gdy po kredyt sięga prawie co drugi dorosły Polak, wśród zarejestrowanych dłużników alimentacyjnych bankowe finansowanie ma zaledwie co siódmy. I bardzo dobrze, bo rodzice nie płacący na dzieci nie regulują też rat kredytów. Na każde pożyczone 100 zł niesolidni alimenciarze oddają w terminie jedynie niecałe 17 zł, podczas gdy przeciętnie  jest to 92 zł  – wynika z danych BIK.

BIG InfoMonitor i BIK  sprawdziły ilu dłużników alimentacyjnych spłaca kredyty w bankach oraz jakimi są kredytobiorcami.  Wynik analizy okazał się druzgocący. Pokazał, że osoby postępujące nie fair wobec własnych dzieci, nie spłacają też pożyczonych pieniędzy. Statystyki ujawniły  jednocześnie, że  wpis w rejestrze dłużników skutecznie ogranicza dostęp do bankowego finansowania, bo kredyty ma stosunkowo niewielu dłużników alimentacyjnych.

– Wygląda na to, że niepłacenie zobowiązań to dla dłużników alimentacyjnych standard.  Zaczyna się od ukrywania majątku i ucieczki z oficjalnego obiegu gospodarczego, a później  już jest efekt domina. W szarej strefie dłużnicy alimentacyjni nie płacą też podatków i składek ubezpieczeniowych, a z czasem również innych zobowiązań.  Przyzwyczajają się do nowych norm moralnych i niepłacenie zobowiązań staje się stylem życia – mówi Katarzyna Tatar ze  Stowarzyszenia Alimenty to nie prezenty.

 

Dwóch na trzech dłużników alimentacyjnych nie spłaca kredytów

Na dzień przeprowadzania analizy, w BIG InfoMonitor, zgłoszonych było 278 800 dłużników alimentacyjnych i jak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej co najmniej jeden kredyt miały spośród nich  38 133 osoby, czyli jedynie 13,7 proc. To prawie cztery razy mniej od  statystyki dla ogółu Polaków. Kredyty ma obecnie 15,1 mln osób czyli 48 proc. dorosłych obywateli kraju. Na  łączne zadłużenie kredytowe prześwietlanych niesolidnych osób zobowiązanych do płacenia  alimentów złożyło się 534,3 mln zł z tytułu kredytów gotówkowych, kart kredytowych i limitów w rachunku oraz 422,1 mln zł kredytów mieszkaniowych, razem 956,4 mln zł. Z tego z ponad 90 dniowym opóźnieniem spłacane jest 788,1 mln zł, czyli powyżej 82 proc. pożyczonej kwoty. Obsługę kredytów spóźnia o ponad 90 dni dwóch na trzech dłużników alimentacyjnych. Oznacza to jednocześnie, że 31,7 proc. niesolidnych rodziców daje radę spłacać kredyty, ale łożyć na utrzymanie dziecka już nie.

Kredytu mieszkaniowego nie reguluje jeden na trzech, a konsumpcyjnego trzech na czterech

Najlepiej przez osoby z zaległymi alimentami obsługiwane są kredyty mieszkaniowe. Opóźnień w spłacie dopuszcza się tu „jedynie” 36 proc. dysponujących  kredytami zabezpieczonymi  nieruchomością. Ze spłatą zadłużenia na kartach kredytowych problem ma 56 proc. osób posiadających jednocześnie kartę kredytową  i zaległości  alimentacyjne. Z kolei wśród spłacających kredyt konsumpcyjny odsetek klientów z problemami sięga 75 proc. Dla porównania, przeciętnie wśród ogółu wszystkich kredytobiorców, z ponad 90 dniowym opóźnieniem zadłużenie obsługuje  9 proc. osób. Przy czym dla kredytów mieszkaniowych odsetek ten wynosi 1,4 proc., a w przypadku kredytów konsumpcyjnych, czyli gotówkowych i ratalnych  12,3 proc.

kredyty
Źródło: BIK, BIG InfoMonitor

Gdyby wszyscy Polacy obsługiwali swoje kredyty tak źle jak dłużnicy alimentacyjni, banki miałyby spore problemy. Dlatego bardzo dobrze, że obecność dłużnika alimentacyjnego w rejestrze BIG blokuje mu dostęp do kredytów. Wychodzi to na dobre zarówno pożyczającym jak i niealimentowanym dzieciom, bo nie zwiększa zobowiązań rodzica, który i tak nie radzi sobie z płaceniem na potomka – zwraca uwagę Mariusz Hildebrand, wiceprezes BIG InfoMonitor.  Zaznacza jednocześnie, że osoby obecnie znajdujące się w rejestrze z powodu nieregulowania alimentów zgłaszane są głównie przez jednostki samorządu terytorialnego, które wypłacają za tych rodziców świadczenia z Funduszu Alimentacyjnego. W bazie nieliczne są wpisy dłużników dzieci, których opiekunowie mają zbyt wysokie zarobki, aby otrzymać pomoc państwa. W tym przypadku dokonanie wpisu spoczywa na opiekunach niealimentowanego dziecka. – Warto wziąć takie rozwiązanie pod uwagę i ograniczyć  możliwość zaciągania przez dłużnika alimentacyjnego nowych zobowiązań – przekonuje Mariusz Hildebrand.

W rejestrze dłużników BIG InfoMonitor potencjalnych klientów poza bankami sprawdzają również m.in. firmy pożyczkowe, telekomunikacyjne i  operatorzy telewizji kablowej.

Po III kwartale mamy już więcej faktycznych upadłości firm, niż przed rokiem

Problemy dotykają przede wszystkim handlu hurtowego, usług, ale też ostatnio budownictwa. We wrześniu opublikowano informacje o upadłości 86 polskich przedsiębiorstw wobec 47 we wrześniu ub.r.

– My się spodziewaliśmy, że upadłości będą powoli rosnąć, gdyż przez dwa lata one spadały – mówi newsrm.tv Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes i dodaje. – Spodziewaliśmy się, że upadłości będą rosnąć wolniej, myśleliśmy, że wyjdziemy mniej więcej na „zero”, ewentualnie na koniec roku minus jeden procent rok do roku i mały wzrost w przyszłym roku. Tymczasem porównując wrzesień tego roku do poprzedniego mamy niemal dwukrotny wzrost upadłości.

Po trzech kwartałach mamy już więcej faktycznych upadłości, niż przed rokiem (o 15 przypadków – jak na razie daje to +3%). Jak to komentuje Tomasz Starus: – Gwałtowny wzrost upadłości nastąpił wcześniej, niż się tego spodziewaliśmy. Problemy dotykają przede wszystkim handlu hurtowego, usług, ale też ostatnio budownictwa, a wkrótce także zapewne transportu. Klienci usług B2B (np. usług ochrony, sprzątania, doradztwa, obsługi inwestycji etc.) szukają oszczędności, co jest niemożliwe w efekcie wzrostu płacy minimalnej i programu 500+. Usługi korzystały bowiem dotychczas z niskich kosztów pracy, dlatego w tej chwili teoretycznie możliwe są dwa rozwiązania: albo klienci korzystający z tych usług zgodzą się na wyższe ich ceny (mało prawdopodobne – nie są one na tyle specyficzne i łatwo przecież zmienić np. firmę sprzątającą)… albo popyt na te usługi B2B urealni się. Będą one świadczone tylko tam, gdzie to jest rzeczywiście niezbędne (np. dotychczas ochrona służyła wielu podmiotom głównie jako źródło oszczędności na kosztach ubezpieczenia) oraz świadczone będą na wyższym poziomie technologicznym (z jeszcze większym wykorzystaniem urządzeń – np. monitoring etc.). W dłuższym okresie inwestycje w technologie i sprzęt w sektorze usług są niezbędne wobec wzrostu kosztów pracy (ponadto urządzenia są wydajniejsze – nie chorują etc.) – coś, co już mają za sobą m.in. centra logistyczne i magazynowe.

Najczęściej problemy w Polsce południowo-zachodniej przeżywa wciąż sektor produkcyjny (Śląsk) i budowlany (Dolny Śląsk). Widać także przypadki upadłości wielu firm związanych z obsługą sektora wydobywczego, jak i z realizacją inwestycji przemysłowych lub naprawą już działających urządzeń. Pomimo, iż w poprzednich miesiącach podobny profil miały upadłości na wschodzie kraju, to we wrześniu znów o sobie z większym natężeniem przypomniał zamierający ruch graniczny i turystyka zakupowa naszych sąsiadów ze wschodu – w efekcie upadały tam głównie firmy handlowe.

Deloitte o piątkowym ataku na serwisy Amazon, Spotify czy Netflix

Marcin Ludwiszewski, lider obszaru cyberbezpieczeństwa w Deloitte w Polsce
Marcin Ludwiszewski, lider obszaru cyberbezpieczeństwa w Deloitte w Polsce

W piątek, 21 października br., część serwisów takich jak Amazon, Spotify czy Netflix była niedostępna dla użytkowników. Z relacji internetowych wynika, że prawdopodobną przyczyną były m.in. ataki DDOS (ataki powodujące niedostępność usługi lub zasobu) na usługę DNS świadczoną dla powyższych podmiotów przez firmę Dyn. Na tę chwilę nikt nie przyznał się do piątkowego ataku.

DNS zapewnia powiązanie nazw domenowych z adresami IP. Jeśli serwery DNS nie są dostępne lub zawierają nieprawdziwe dane, dla użytkownika oznacza to, że jego przeglądarka nie przekieruje użytkownika na stronę serwisu. Żeby atak DDOS był skuteczny (generował dużą liczbę ruchu sieciowego) niezbędna jest duża liczba urządzeń, które mogą w różnym trybie wyczerpywać zasoby celu.

Coraz powszechniejsze staje się wykorzystanie urządzeń podłączonych do Internetu do realizacji ataków DDOS. Np. we wrześniu tego roku botnet liczący około 145 tysięcy urządzeń był wykorzystywany do ataku na firmę hostingową OVH.  Wynika to z rosnącej liczby urządzeń podłączanych do sieci (według raportu Deloitte Tech Trends 2016 każdego dnia podłączanych jest kolejnych 5,5 miliona urządzeń do infrastruktury sieciowej), coraz większego uzależnienia od urządzeń podłączanych do sieci (sterowniki domowe, telewizory, kamery, wielozadaniowe urządzenia sieciowe itp.) oraz faktu ich słabego zabezpieczenia (np. niezmieniane, słabe albo wprowadzone na stałe hasła fabryczne) lub podatności wynikających np. z niestosowania dobrych praktyk programowania.

Botnety  (sieci przejętych urządzeń) tego typu mogą liczyć po kilkaset tysięcy urządzeń. Do stworzenia botnetu potrzebne jest złośliwe oprogramowanie. Jak wynika z przekazów internetowych, za ostatnimi atakami stało prawdopodobnie oprogramowanie nazwane Mirai, które jest wynikiem ewolucji wcześniej znanych Trojanów występującego pod innymi nazwami. Samo oprogramowanie Mirai jest już znane od jakiegoś czasu – kod źródłowy pojawiał się ostatnio na forach internetowych oraz w serwisie GitHub, a jego próbki były analizowane przez badaczy z MalwareMustDie w sierpniu tego roku.

Firmy od wielu lat zmagają się z atakami DDOS (np. sektor bankowy w Wielkiej Brytanii i Holandii), a rynek usług ochrony w tym zakresie jest dojrzały. Natomiast niewątpliwym zagrożeniem jest rosnąca liczba ataków i ich wolumen, który dziś może spokojnie przekraczać kilkaset gigabitów na sekundę. W uzyskaniu tego typu wyników pomagają również niezabezpieczone urządzenia podłączone do internetu. Dlatego na pewno niezbędne jest uregulowanie podstawowych wymogów bezpieczeństwa dla urządzeń podłączanych do sieci (Internet of Things), tak, aby nie były one łatwym celem ataków narażając na szkodę ich użytkowników, a dodatkowo, by nie były wykorzystywane do innych, bardziej złożonych ataków. Oczywiste jest też, że z punktu widzenia państwa, same usługi DNS należą do najbardziej krytycznych i dlatego niezbędne jest ich należyte zabezpieczenie. Ataki DDoS stanowią jedno z wielu narzędzi, które mogą być wykorzystywane w ofensywnych działaniach w sieci, czy to z punktu widzenia motywacji finansowej przestępców, czy też politycznej – różnych państw.

Autor komentarza: Marcin Ludwiszewski, lider obszaru cyberbezpieczeństwa w Deloitte w Polsce

EY przejmuje MillionYou, lidera rynku crowdsourcingu w Polsce

Firma doradcza EY przejmuje MillionYou, lidera rynku crowdsourcingu w Polsce i rozszerza ofertę usług doradczych. Połączenie wiedzy sektorowej i biznesowej EY z nieograniczoną możliwością generowania innowacyjnych pomysłów w ramach dedykowanych społeczności, którą daje crowdsourcing, stworzy unikalną wartość dodaną dla klientów firmy. EY zyskuje nowe narzędzie, dzięki któremu zaproponuje klientom – przedsiębiorcom czy organizacjom, nowe, niestandardowe i twórcze formy pracy przy poszukiwaniu innowacji, prowadzeniu komunikacji z otoczeniem, czy też przeprowadzaniu procesów zmian w organizacjach.

Crowdsourcing to proces, w którym konkretne zadania powierzane są szerokiej, ale jednocześnie sprecyzowanej grupie ludzi. Przy wykorzystaniu odpowiedniej metodyki oraz technologii, która daje skalę działania, pozwala pozyskać w krótkim czasie nieskończoną liczbę pomysłów z różnych źródeł, tym samym zwiększając szanse na wypracowanie nowych, innowacyjnych pomysłów i przełomowych rozwiązań – właśnie, dzięki zaangażowaniu w ich tworzenie niestandardowych grup konsumentów czy społeczności.

Narzędzia crowdsourcingu pomagają odpowiedzieć na wyzwania, przed którymi stają obecnie firmy, ich marki, ale także samorządy czy społeczności – pomagają w poszukiwaniu niestandardowych, innowacyjnych pomysłów, w procesach NPD (new product development), współtworzeniu komunikacji marki z konsumentami, czy działaniach z zakresu CSR, ale także w tworzeniu społeczności wokół pomysłu czy idei.

– Przedsiębiorstwa poddawane są obecnie nieustannej presji, zarówno ze strony konsumentów oczekujących coraz bardziej indywidualnego podejścia, jak i innowacyjnych start-upów, które poprzez przełomowe pomysły na technologie czy modele biznesowe są w stanie szybciej i lepiej identyfikować potrzeby i znajdować rozwiązania. EY od zawsze pomaga swoim klientom mierzyć się z nowymi wyzwaniami. Dziś zyskuje do tego dodatkowe narzędzie, które pozwoli na pozyskiwanie unikalnych informacji z otoczenia danej organizacji, umożliwiających formułowanie jeszcze trafniejszych rekomendacji w obszarze strategii, taktyki, jak i działań operacyjnych – mówi Jacek Kędzior, Partner Zarządzający EY Polska

Oferta usług crowdsourcingowych EY skierowana będzie przede wszystkim do przedsiębiorstw, samorządów i organizacji, które chcą zmienić tradycyjne podejście do pracy przy realizacji projektów, poprzez bezpośrednie angażowanie swoich interesariuszy – klientów, pracowników i różnych społeczności w tworzenie nowych rozwiązań. Crowdsourcing jest alternatywą dla tradycyjnego modelu szukania rozwiązań dla biznesu, samorządów i organizacji non-profit. To połączenie konsultingu z twórczym wykorzystaniem najnowszych technologii – pomaga właściwie wskazać problemy czy działania i zmierzyć się z nimi w kreatywny sposób.

MillionYou Creative, firma, którą przejmuje EY Polska to pierwsza w Polsce i jedna z najdłużej działających firm w Europie specjalizująca się w zastosowaniu crowdsourcingu, otwartych innowacji i działań z zakresu smart cities – co czyni jej ofertę bardziej kompleksową w porównaniu do innych firm działających w tym obszarze. Do tej pory zrealizowała ponad 100 projektów w różnych branżach – FMCG, finansowej, transportowej, technologicznej, zdrowotnej a także w sektorze publicznym, angażując w swoich projektach i budowanych społecznościach ok. 50.000 osób.

Wraz z przejęciem, EY wzbogacił się o doświadczony zespół ekspertów oraz stał się właścicielem autorskiej platformy crowdsourcingowej MillionYou.

– Połączenie z EY daje nam możliwość przełożenia naszych doświadczeń i know-how na większą skalę. Wspólnymi siłami jesteśmy w stanie zapewnić klientom pełen zakres usług – od opracowania strategii wdrażania innowacji, poprzez współtworzenie pomysłów z interesariuszami wewnątrz i spoza organizacji, po doradztwo w zakresie aplikacji wypracowanych rozwiązań. Dzięki crowdsourcingowi i otwartej innowacji klienci zwiększają swoje szanse na pozyskanie przełomowych rozwiązań, budują relacje z konsumentami, pracownikami i partnerami oraz korzystają z potencjału, know-how i kapitału zgromadzonego wokół organizacji. Wyzwania, na które musimy odpowiedzieć tworząc społeczność dotyczą przede wszystkim tego, w jaki sposób zbudować ją wokół projektu, idei czy zadania. W jaki sposób zmotywować ją do działania i jak sprawić, że w ramach tej społeczności pojawią się pomysły, których nie da się uzyskać bez nowoczesnych technologii. A właśnie taki model działania prowadzi do otwartej innowacji i twórczej wymiany myśli – mówi Jan Kasprzycki-Rosikoń, współzałożyciel MillionYou, Dyrektor EY Crowdsourcing.

Dzięki usługom crowdsourcingowym oferta doradcza EY stanie się kompletna, sprawniej odpowie na potrzeby klientów i wyzwania, z którymi się mierzą.

– W Polsce wiele przedsiębiorstw nie dostrzega jeszcze ogromu korzyści płynących z crowdsourcingu. Według firmy badawczej Gartner, na całym świecie do 2018 roku aż 75% najdynamiczniej rozwijających się przedsiębiorstw będzie korzystać z rozwiązań crowdsourcingowych. Możliwość zbierania i analizowania dużych ilości wartościowych informacji bezpośrednio od klientów, pracowników czy dostawców stwarza szansę na eksperymentowanie ze sposobami identyfikacji drobnych idei, które wdrożone generują znaczące innowacje. Ale też wspierają kreatywne rozwiązywanie problemów, skutkują zwiększeniem efektywności oraz redukują koszty działalności – wyjaśnia Piotr Piela, Partner Zarządzający Działem Doradztwa Biznesowego EY.

Wykorzystanie platformy MillionYou daje szereg możliwości m.in. w obszarze strategicznym, kreatywnym, promocyjnym czy HR-owym, z których od teraz będą mogli korzystać klienci EY.

Czym jest crowdsourcing

Słowo crowdsourcing powstało z połączenia angielskich wyrazów ‘crowd’ (tłum) i ‘outsourcing’ (korzystanie z zasobów zewnętrznych). Crowdsourcing to proces, w którym konkretne zadania powierzane są szerokiej, ale jednocześnie sprecyzowanej grupie ludzi. Obecnie jest on wykorzystywany do odpowiadania na wyzwania, jakie stoją przed globalnymi firmami i markami, np. przy poszukiwaniu innowacyjnych pomysłów, NPD (new product development), współtworzeniu komunikacji marki z konsumentami, czy działaniach z zakresu CSR. Nazywany często ‘mądrością tłumu’, crowdsourcing pozwala przy wykorzystaniu odpowiedniej metodyki oraz technologii, która daje skalę działania, pozyskać w krótkim czasie nieskończoną liczbę pomysłów, zwiększając tym samym szanse marek na wypracowanie przełomowych rozwiązań. Jest to alternatywa dla tradycyjnego modelu szukania rozwiązań dla biznesu, samorządów i organizacji non-profit. Na całym świecie crowdsourcing znalazł już zastosowanie m.in. przy budowie miast, tworzeniu prawa czy w badaniach medycznych.

Wojny to wyniki ludzkich wyborów, błędów i arogancji

– Jedyną rzeczą, której możemy nauczyć się z historii, jest to, że wojny nie są nieuniknione. Są one wynikiem ludzkich wyborów, błędów, głupoty, arogancji itd. Jeżeli zatem spojrzymy na katastrofy z ubiegłego stulecia, wiemy co je wywołało i możemy spróbować unikać błędów w przyszłości. Niestety politycy ciągle potykają się w tych sprawach. Wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się w Syrii czy wcześniej w Iraku. To przykłady głupich interwencji, które tylko pogorszyły sytuację – mówi w rozmowie z MarketNews24 Tom G. Palmer z Atlas Economics Research Foundation. Więcej w materiale wideo.

DM BOŚ wycenił akcje BIK S.A.

Dom Maklerski BOŚ S.A., będący oferującym, dokonał wyceny Biura Inwestycji Kapitałowych S.A. dwoma metodami, zgodnie z którymi wartość akcji spółki rozpoczynającej IPO mieści się w przedziale 25,4 – 28,4 zł.

Dom Maklerski BOŚ S.A. opublikował raport analityczny dotyczący Biura Inwestycji Kapitałowych S.A., które rozpoczyna Ofertę Publiczną. Broker będący jednocześnie oferującym, dokonał wyceny spółki dwoma metodami, zdyskontowanego NAV i porównawczą bazując na wskaźniku C/WK. Wycena metodą zdyskontowanego NAV z końca 2018 roku dała wartość 25,4 zł na akcję, a metoda porównawcza 28,4 zł na akcję.

Według szacunków Macieja Wewiórskiego, autora raportu, Biuro Inwestycji Kapitałowych powinno w 2016 r. osiągnąć 17,4 mln zł przychodów oraz 4,2 mln zł zysku netto. W 2017 r. obroty powinny wzrosnąć do 18 mln zł, a w 2018 r. do 24,8 mln zł. Z kolei w przyszłym roku zysk netto wypracowany przez BIK S.A., zdaniem analityka, powinien być na poziomie 25,7 mln zł, a w 2018 r. czysty zarobek powinien wynieść 10,4 mln zł.

Zgodnie z harmonogramem ostateczna cena emisyjna oraz cena sprzedaży akcji zostanie ustalona 27 października br. Rozpoczęcie Publicznej Oferty oraz przyjmowanie zapisów w Transzy Instytucjonalnej i Transzy Indywidualnej rozpocznie się również 27 października br. Zakończenie przyjmowania zapisów w Transzy Indywidualnej planowane jest na 3 listopada br., a w Transzy Instytucjonalnej jeden dzień później, czyli 4 listopada br. Przydział akcji jest ustalony na 7 listopada br.

Na podstawie Prospektu Emisyjnego, zatwierdzonego przez Komisję Nadzoru Finansowego w dniu 8 grudnia 2015 r., oferowanych jest 1.130.000 nowych akcji serii I oraz sprzedawanych jest do 569.606 istniejących akcji serii H. Biuro Inwestycji Kapitałowych S.A. oczekuje wpływów z emisji akcji serii I na poziomie około 23,7 mln zł brutto. Wpływy netto zostały oszacowane na poziomie ok. 22,5 mln zł. Celem emisyjnym jest rozbudowa Centrum Logistycznego w Sosnowcu, budowa Centrum Logistycznego Kraków III oraz budowa Parku Handlowego w Dzierżoniowie.