Najnowsze, oficjalne wyniki funduszy pokazują, że nowym liderem w grupie mieszane polskie aktywnej alokacji został Zolkiewicz & Partners Inwestycji w Wartość FIZ. Fundusz pod przewodnictwem Piotra Żółkiewicza może się pochwalić najlepszą stopą zwrotu przy podsumowaniu trzech kwartałów 2016 r. (14,37%). To jednocześnie wynik lepszy od głównych polskich funduszy akcji. Rekordowe stopy zwrotu osiągnięte przez Zolkiewicz & Partners czynią go jedną z najlepszych inwestycji w 2016 r. Towarzystwo zarządzające funduszem to Copernicus Capital TFI S.A.
Wyniki opublikowane 5 października i potwierdzone przez mBank S.A. wskazują na czołową pozycję Zolkiewicz & Partners Inwestycji w Wartość FIZ na polskim rynku inwestycyjnym. Podmiot od początku swojego istnienia znajdował się w czołówce grupy mieszane polskie aktywnej alokacji, by po tegorocznym podsumowaniu trzech kwartałów wyjść na pozycję zdecydowanego lidera zarówno w swojej kategorii produktowej, jak i w przekroju całego rynku produktów finansowych w Polsce.
Wartość jednego certyfikatu wyniosła na dzień 30 września 2016 roku 119,47 zł. Stopa zwrotu po trzech kwartałach 2016 r. osiągnęła wynik 14,37%. Była więc wyższa o 4,92 punktu procentowego od wyniku drugiego funduszu w zestawieniu i aż o 12,83 punktu procentowego od średniego wyniku grupy mieszanych funduszy aktywnej alokacji.
Źródło: Analizy Online S.A., www.analizy.pl, data dostępu 5.10.2016
„To bardzo dobry rok dla naszego funduszu. Mimo niepewności na giełdach i faktu, iż WIG20 spadał w pierwszych trzech kwartałach tego roku, odnotowaliśmy rewelacyjne wyniki – nie tylko w swojej kategorii produktowej, ale również w zestawieniu z resztą rynku inwestycyjnego. Świetny wynik nie jest spowodowany tzw. jednym „strzałem” i wybitnie udaną inwestycją, ale bardzo dobrym zachowaniem większości naszych inwestycji. Spośród dziesięciu największych pozycji w naszym portfelu aż dziewięć wykazuje znaczący zysk. Zdrowe podstawy i trafne założenia inwestycyjne w krótkim czasie doprowadziły nas na branżowy szczyt. Warto tutaj podkreślić strategię i jej elementarną część jaką jest inwestowanie w wartość i rozwój firm a nie oglądanie się na politykę władz monetarnych czy zachowanie giełd. To właśnie ten czynnik, w mojej ocenie, przełożył się na tak dobry rezultat naszej pracy. Należy też zaznaczyć, ze nasz fundusz zarządza aktywami wielokrotnie większymi niż większość funduszy w naszej grupie, co dodatkowo utrudnia zadanie” – komentuje Piotr Żółkiewicz, Przewodniczący Komitetu Inwestycyjnego.
Biorąc pod uwagę organizację i strategię inwestycyjną Zolkiewicz & Partners to unikat na polskim rynku inwestycyjnym. To pierwszy w Polsce fundusz inwestycyjny oparty na filozofii inwestycyjnej Warrena Buffeta. Zespół, w tym analitycy inwestycyjni, pracują na wyłączność na rzecz Komitetu Inwestycyjnego. Dzięki temu fundusz bazuje wyłącznie na własnych, niezależnych analizach rynkowych. Dodatkowo, zarządzający inwestują w certyfikaty większość swojego prywatnego majątku. Funduszu nie wiąże benchmark, nie ma też sztywnej polityki inwestycyjnej
– pełna elastyczność w tej kwestii pozwala na zachowanie racjonalności w każdych warunkach rynkowych. Fundusz inwestuje w akcje, gdy można je nabyć poniżej ich rzeczywistej wartości oraz w obligacje, gdy nie widzi atrakcyjnego celu na rynku akcji. Fundusz pozyskał zaufanie wielu zamożnych inwestorów z Polski oraz ze Stanów Zjednoczonych. Współtwórca funduszu, Piotr Żółkiewicz, wcześniej osiągał spektakularne sukcesy na rynku kapitałowym współtworząc spółkę Medicalgorithmics S.A.
W pierwszych trzech kwartałach 2016r. Grupa Kapitałowa Banku Zachodniego WBK wypracowała zysk należny akcjonariuszom w wysokości 1,706 mln zł, tj. 17% niższy r/r. Wyłączając jednorazowe zyski oraz obciążenia ustawowe (tj. podatek bankowy w wysokości 278 mln zł), zysk należny akcjonariuszom wzrósł o 6% r/r.
W pierwszych dziewięciu miesiącach 2016 r. Bank rozwijał się zgodnie z oczekiwaniami. Baza lojalnych klientów oraz poziom ich aktywności transakcyjnej cały czas rosną, co pozwoliło wypracować zadowalający, 6 proc. wzrost zysku w ujęciu r/r. Wartość zysku należnego akcjonariuszom osiągnęła poziom 1,706 mln zł. Cały czas działamy w otoczeniu pełnym wyzwań, na które składają się m.in. niskie stopy procentowe, obciążenie w postaci podatku bankowego, jak również niepewność co do ustawowego rozwiązania kwestii kredytów frankowych. W tych warunkach Bank Zachodni WBK koncentruje się na doskonaleniu oferty poprzez upraszczanie procesów, wdrożenie wielokanałowego modelu obsługi oraz nacisk na jakość obsługi i satysfakcji klientów. – Gerry Byrne, Pełniący funkcję Prezesa Zarządu, Przewodniczący Rady Nadzorczej Banku Zachodniego WBK
KLIENCI Wartość kredytów brutto wzrosła o 9% r/r (1% k/k) do poz. 106,5 mld zł. Całkowita wartość depozytów oraz aktywów netto funduszy inwestycyjnych wyniosła 120 mld zł, co oznacza wzrost o 11% r/r oraz 1% k/k.
WYNIKI
Wysoki wzrost wyniku z tytułu odsetek o 10% r/r
Stabilne dochody ogółem +3% r/r z wyłączeniem zysków jednorazowych odnotowanych w I kw. 2015 r. oraz II kw. 2016 r.
Zanualizowany koszt ryzyka obniżony do 80pb przy odpisach z tytułu utraty wartości należności kredytowych na poziomie 565 mln. zł
Ścisła kontrola kosztów ze wskaźnikiem kosztów do dochodów na poziomie 46,5%
Dywidenda w wys. 95 mln PLN wypłacona przez spółki AVIVA,+5% r/r
Realizacja zysków z zarządzania aktywami i pasywami (ALM) w wysokości 84 mln zł, co oznacza spadek
o 68% r/r
Wyniki uwzględniają podatek bankowy za osiem miesięcy br. na poziomie 278 mln zł
KAPITAŁY Wskaźnik adekwatności kapitałowej Grupy wyniósł 15,30%, a współczynnik kapitału podstawowego CET1 14,88%.
TRANSFORMACJA CYFROWA Na początku 2016 r. bank wdrożył program transformacji cyfrowej, w projekcie w III kw. zostały określone nowe inicjatywy. Mają one zostać wdrożone do połowy 2017 r. W III kwartale 2016 r. 2 miliony klientów Banku aktywnie korzystało z kanałów elektronicznych, co stanowi wzrost na poziomie 7% r/r. Liczba transakcji
w kanałach mobilnych w III kw. wzrosła o 93% r/r. Ponadto bank rozwija przyjazne dla klienta strefy samoobsługowe
w oddziałach.
LINIE BIZNESOWE Preferencje klientów przesuwają się w kierunku bankowości elektronicznej oraz szerszego wykorzystania kanałów zdalnych. Bank kontynuuje prace nad podwyższaniem jakości oferty dla klientów i ich zadowolenia z jakości świadczonych usług poprzez optymalizację i upraszczanie procesów.
Przez trzy kwartały 2016 r. Grupa Kapitałowa Banku Zachodniego WBK wypracowała zysk należny akcjonariuszom w wys. 1,706 mln zł, co oznacza 17% spadek w porównaniu z tym samym okresem 2015 r. Spadek ten wynika z wprowadzenia podatku bankowego w lutym 2016 roku, niższych zysków jednorazowych ujętych w 2016 r oraz utrzymywania się niskiego poziomu stóp procentowych. Bank odnotował wzrost należności oraz zobowiązań wobec klientów o, odpowiednio, 9% r/r i 11% r/r. Poprawie wyników w zakresie przychodów oraz działalności biznesowej towarzyszył postęp w realizacji transformacji biznesowej Grupy, w szczególności wzrost liczby lojalnych klientów. Liczba klientów aktywnie korzystających z bankowości elektronicznej zwiększyła się o 7%, a liczba klientów mobilnych wzrosła
o 32% do 809 tys.
Kluczowe rezultaty osiągnięte w 3 kwartałach 2016r.
WYNIKI
W ciągu trzech kwartałów 2016 r. dochody ogółem Grupy Banku Zachodniego WBK wyniosły ogółem 5.745,9 mln zł,
tj. były o 0,9% niższe R/R. W ujęciu porównywalnym (z wyłączeniem jednorazowych transakcji powstałych w 2015 r.
i 2016 r.), dochody ogółem były o 2,9% wyższe r/r. Generalnie, przychody ogółem wzrosły pod wpływem wyższych przychodów z działalności komercyjnej, głównie dochodów odsetkowych oraz wyniku na pozostałych instrumentach finansowych. Grupa zanotowała wzrost pozycji „wynik na pozostałych instrumentach finansowych” dzięki ujętym
w II kw. br. zyskom z transakcji dotyczącej VISA.
Wynik z tytułu odsetek osiągnął poziom 3.495,6 mln zł, tj. zwiększył się o 10% r/r. Marża odsetkowa netto Grupy ukształtowała się na poz. 3,73% w III kw. (wzrost o 6bp k/k) i wynosiła średnio 3,65% przez trzy kwartały.
W ciągu trzech kwartałów 2016r. wynik z tyt. opłat i prowizji ukształtował się na poziomie 1.430,8 mln zł, i był niższy
o 1% r/r. i wyższy o 3% w ujęciu k/k.
W 1 poł. 2016 Grupa Banku Zachodniego WBK otrzymała dywidendę w wys. 95 mln zł od spółki Aviva oraz odnotowała jednorazowy zysk w wysokości 316 mln zł z transakcji dotyczącej VISA. Finansowy skutek obu zdarzeń ujęto
w I półroczu.
Koszty operacyjne wyniosły 2.527,4 mln zł, tj. wzrosły o 2% r/r (-2% k/k). Wzrost kosztów wynika z wprowadzenia nowych technologii w Grupie, rosnącej skali działalności oraz opłat wprowadzonych przez regulatora. Wskaźnik koszty/dochody na poziomie 46,5%. Grupa Banku Zachodniego WBK zapłaciła podatek bankowy w wysokości w 278 mln zł obejmujący 8 miesięcy 2016 r. i liczony na podstawie wartości aktywów wg. miesięcznej stawki 0,0366%.
Odpisy aktualizacyjne z tyt. kredytów oraz pożyczek wyniosły 565 mln zł (2%więcej r/r), a roczny koszt ryzyka osiągnął poziom 80pb i był znacznie niższy r/r (0,89% w 3 kw. 2015 r.), co odzwierciedla poprawę jakości portfela kredytowego (wskaźnik kredytów niepracujących na poz. 6,84%; wobec 8,12% w III kw.2015 r. oraz realizowaną przez Grupę politykę proaktywnego zarządzania ryzykiem w sprzyjających warunkach ekonomicznych.
W maju 2016 r. BZ WBK wypłacił dywidendę w wysokości 1,290 mln zł (13 zł na akcję).
Bankowość detaliczna w III kw. 2016 r.:
Ciągła koncentracja na upraszczaniu procesów obsługi klientów i oferty m.in. wnioskowanie o kredyty konsumenckie dla kwot do 4 tys. zł., oferta depozytowa, oferta kart płatniczych.
Realizacja projektu tokenizacji kart we współpracy z organizacjami płatniczymi. Dzięki temu wszystkie karty BZWBK będzie można użytkować w portfelach cyfrowych takich jak Android Pay czy Samsung Pay
Wzrost sprzedaż produktów kredytowych w kanałach zdalnych (mobile, internet, contact center) o 18% r/r
(70 tys. w III kwartale).
Wzrost liczby transakcji mobilnych o 93% r/r, ponad 3,5 mln transakcji w III kwartale.
Wzrost sprzedaży kont zakładanych przez internet o 197% r/r (25 000 sztuk w III kwartale).
Sprzedaż kredytów gotówkowych wzrosła w III kwartale o 7% r/r., w tym w kanałach zdalnych o 51% r/r
Rozwój stref samoobsługowych – rozszerzenie sieci urządzeń dualnych z funkcja wpłat i wypłat
Bardzo dobre wyniki sprzedaży kredytów hipotecznych w ujęciu kwartalnym, na poziomie 1,45 mld zł
i wyższe o26,2% r/r. Narastająco na poziomie 4,36 mld zł, wyższe o39,6% r/r
Wzrost wartość depozytów klientów detalicznych o 8% r/r.
Wzrost wartość kredytów klientów detalicznych o 8% r/r.
MŚP w III kw. 2016 r.:
Ponad 8,7 tys. nowych klientów, 62% to klienci aktywni
Wzrost wartości portfela kredytowego MŚP o 10% r/r
Wprowadzenie kont w walutach niestandardowych – CNY, MXN, RON, RUB,TRY
Rozwój strategii pozafinansowego wspierania firm – nowy program stażowy dla klientów, warsztaty edukacyjne, szkolenia on-line dla pracowników klientów.
II edycja programu „Firmowe Ewolucje” realizująca ideę wsparcia pozafinansowego dla firm, będących klientami banku
VIII edycja „Akademii Przedsiębiorcy”, której tematem przewodnim jest wykorzystanie technologii w rozwoju firmy.
Bankowość Biznesowa i Korporacyjna w III kw. 2016 r.:
Ciągła dywersyfikacja bazy klientów, portfela kredytowego i powiązanych źródeł przychodu.
Wzrost wyniku odsetkowego netto z tyt. kredytów o 29% r/r, osiągnięty dzięki większemu wolumenowi portfela
Wzrost dochodów z handlu zagranicznego: akredytywy +29% r/r. factoring międzynarodowy +28%, gwarancje międzynarodowe +138% r/r.
Digitalizacja m.in. rozwój strefy samoobsługowej – ponad 60% wniosków o wystawienie gwarancji jest wysyłane
i podpisywane elektronicznie w iBiznes24.
Bankowość mobilna dla firm.
Globalna Bankowość Korporacyjna w III kw. 2016 r.:
Zawarcie kilku znaczących transakcji finansowania spółek, m.in. z sektora telekomunikacyjnego, nieruchomości
i finansowego.
Sfinalizowana transakcja przejęcia dla spółek z sektora hutniczego i handlowego oraz usługowego
Wzrost wolumenu transakcji handlowych
Sprzedaż produktów rynku finansowego przy wysokim popycie klientów
Znaczne przyrosty wolumenów wygenerowane przez produkty trade finance przy zachowaniu kontroli nad wzrostem RWA
Poszerzanie kanałów dystrybucji produktów skarbowych i rozwój narzędzi e-commerce
Udoskonalona oferta usług zarządzana gotówką z wykorzystaniem nowych technologii
Leasing w III kw. 2016 r.:
Do końca września 2016 r. BZ WBK Leasing sfinansował ruchomości o łącznej wartości netto ponad 2,8 mld zł,
o +10% r/r., odnotowując istotne wzrosty sprzedaży na rynkach pozarolniczych (+26% r/r), m.in. dzięki rekordowym wzrostom w finansowania pojazdów (+40% r/r).
Na koniec 3Q 2016 wartość portfela leasingowego BZ WBK Leasing przekroczyła 6,4 mld zł, tj. o +19% r/r utrzymując wysoką jakość.
Faktoring w III kwartale 2016 r.:
Obroty spółki faktoringowej wyniosły 13,50 mld zł i były wyższe o 9% r/r
Portfel kredytów wzrósł o 14% r/r i osiągnął poziom 3 mld zł.
Spółka zajęła drugą pozycję na rynku, z udziałem na poziomie 12%.
Santander Consumer Bank w III kw. 2016 r.:
Zysk brutto wyniósł 479 mln zł
Emisja obligacji o wartości nominalnej 432 mln zł w ciągu trzech kwartałów 2016 r..
Portfel kredytowy wzrósł o 3% r/r i wyniósł 14,5 mld zł., a wartość depozytów wzrosła o 18% do 8 mld zł.
Poznaliśmy wizerunkowych liderów branż wyłonionych w rankingu Top Marka 2016. To już dziewiąta edycja prestiżowego badania, przygotowanego przez miesięcznik „Press” i „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów”. W tym roku w analizie zadebiutowała Farmacja, a badanie uwzględniło także popularność brandów na Instagramie.
Raport objął doniesienia medialne, które ukazały się od 1 lipca 2015 roku do 30 czerwca 2016 roku i dotyczyły najczęściej opisywanych branż: Motoryzacji, Energetyki, Telewizji, Banków, Stacji paliw, Telekomunikacji, Ubezpieczeń, Sieci handlowych, Radia, Artykułów spożywczych oraz Farmacji. W badaniu przeanalizowano prawie 18 mln publikacji, w tym 307 tys. tekstów prasowych, 1,7 mln materiałów internetowych oraz 15,6 mln wpisów i komentarzy z social media.
– Po raz drugi badanie Top Marka analizuje wzmianki, które pojawiły się w wybranych serwisach społecznościowych: na Facebooku, Twitterze, YouTube i po raz pierwszy z Instagrama. Wzrost znaczenia social media nie pozostaje bez wpływu na rozwój badania, dzięki czemu raport obejmuje z roku na rok coraz większą część rynku mediów – tłumaczy Marcin Szczupak, kierownik działu raportów medialnych PRESS-SERVICE Monitoring Mediów.
Prasa, tak jak w poprzednich latach, najwięcej uwagi poświęciła motoryzacji. Z kolei w internecie oraz mediach społecznościowych prym wiodły marki telewizyjne.
W branży motoryzacyjnej układ miejsc na podium się nie zmienił. Miano wizerunkowego lidera nadal dzierży Volkswagen. Na kolejnych lokatach uplasowały się marki Mercedes i Ford. Afera spalinowa zdominowała przekaz medialny branży motoryzacyjnej i sprawiła, że dystans pomiędzy VW a kolejnym brandem zmalał z 10 do 5 punktów. Jednak dzięki znacznej przewadze Volkswagena pod względem liczby publikacji, marce udało się utrzymać pierwszą pozycję. Natomiast w social media największą popularnością wśród internautów cieszyło się BMW, a następnie Audi.
– Zawirowania w świecie wokół, nawet jeżeli nie dotykają bezpośrednio marek, zawsze wybijają je z rytmu realizacji własnych strategii, a przecież sama rynkowa koniunktura jest wystarczająco nieprzewidywalna. Choć doświadczenie Top Marki pokazuje, że silne brandy nie ulegają chwilowym tarapatom – stwierdza Agnieszka Olbrot – redaktor prowadząca Top Markę 2016.
W zestawieniu branży energetycznej pierwszego miejsca nie oddała po raz kolejny marka PGE. Wyprzedziła Tauron Polska Energia i Energa. Na czwartej pozycji znalazło się EDF. Piątym brandem, o którym głównie informowały portale ekonomiczne, została Enea.
Do przetasowań doszło w branży telewizyjnej. Na czele rankingu niezmiennie od początku badania znajduje się TVN, a na kolejnym Polsat. Jednak ostatnie miejsce na podium w tym roku należało do TVN 24 – stacja wyprzedziła TVP 2. Marka była najczęściej przywoływanym brandem w publikacjach online oraz social media. Topową piątkę zamyka Polsat Sport.
PKO Bank Polski po raz kolejny okazał się najbardziej medialną marką w sektorze bankowym. Brand zyskał najwięcej punktów za liczbę publikacji i zasięg. Najwyższe noty za wydźwięk informacji zdobył Bank Zachodni WBK, który znalazł się na drugiej pozycji w ogólnym zestawieniu i odebrał specjalne wyróżnienie dla najbardziej pozytywnej marki w dziewięciu edycjach badania. Bank Pekao spadł z trzeciego na czwarte miejsce, a jego pozycję na podium zajął mBank. Stawkę zamknął Deutsche Bank. W mediach społecznościowych w TOP 5 znalazły się także marki Bank BPH oraz BNP Paribas.
Niespodzianek nie dostarczyła branża stacji paliw. Niekwestionowanym liderem sektora została marka Orlen, która zdobyła 41 punktów przewagi nad Lotosem. Na trzecie miejsce wysunął się Shell, a za nim uplasowały się BP i Statoil. Sponsoring i zaangażowanie w sport mają swoje przełożenie na popularność stacji paliw – użytkownicy social media uwielbiają bowiem komentować wydarzenia sportowe. Dlatego m.in. Orlen inwestuje w drużynę rajdową Orlen Team, organizuje Warsaw Marathon, a Lotos finansuje Lotos Rally Team.
Ubiegłorocznego triumfatora w sektorze telekomunikacyjnym – T-Mobile, zastąpił Orange. Dzięki największej liczbie punktów przyznanych za zasięg oraz wydźwięk marka pokonała brandy Plus i T-Mobile. Zupełnie inaczej wygląda zestawienie w mediach społecznościowych. W socialach pozycja lidera należała do T-Mobile, a kolejne miejsca zajęły Play, Plus, Orange i Heyah.
PZU nadal pozostaje liderem badania. Marka zostawiła rywali daleko w tyle, osiągając ponad dwukrotnie wyższą sumę punktów niż Ergo Hestia i Aviva. Liczba wzmianek w mediach społecznościowych potwierdza dominację PZU.
Palmy pierwszeństwa po raz kolejny nie oddała marka Biedronka. Oczko niżej znalazło się Tesco, a za nim Carrefour. W social media liderem zostało Tesco. Przewaga sieci handlowej w tym medium jest miażdżąca – odnotowała ponad dwa razy więcej publikacji niż Lidl oraz ponad trzy razy więcej niż Biedronka.
RMF ponownie został nr. 1 w kategorii radio. Choć dystans pomiędzy liderem i wiceliderem się zmniejszył, to RMF nadal ma znaczną przewagę nad drugim w zestawieniu Radiem Zet. Trzecia lokata przypadła Radiowej Trójce.
W branży artykułów spożywczych przewodzi ponownie Coca-Cola. Dzięki wysokiej liczbie punktów za wydźwięk drugą lokatę zajęła marka Nestle, a następne E.Wedel, Red Bull i Indykpol.
Wśród producentów leków błyszczy Polpharma, która została liderem pierwszego w historii Top Marki rankingu najczęściej i najlepiej ocenianych marek tej branży. Brand uzyskał także najwyższe noty za zasięg. Za nim uplasował się Polfarmex, a podium zamknął GSK. Wśród pięciu najbardziej medialnych brandów farmaceutycznych znalazł się także Bayer i Biofarm.
Nie tylko osoby prywatne, szpitale czy samorządy zadłużają się w firmach pożyczkowych, z danych BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że kłopot z obsługą długów od niebankowych pożyczkodawców ma blisko 5800 osób prowadzących działalność gospodarczą i spółek. Ich zaległe zadłużenie przekracza 44 mln zł.
Wśród niemal 130 tys. przedsiębiorstw-dłużników znajdujących się w bazie BIG InfoMonitor oraz wśród licznych klientów firm pożyczkowych zarejestrowanych w Biurze Informacji Kredytowej 5710 osób fizycznych prowadzących mikrofirmy oraz 46 spółek prawa handlowego ma przeterminowane zadłużenie u niebankowych pożyczkodawców. Ich łączne zaległości sięgają 44,2 mln zł. Odnosząc tę kwotę do całości nieuregulowanych płatności firm wpisanych do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor jest to mniej niż 1,5 proc. – Niewiele, jednak samo zjawisko finansowania działalności gospodarczej pożyczkami, których koszt znacząco przewyższa koszty bankowych kredytów, może wydawać się zaskakujące – zwraca uwagę Mariusz Hildebrand, wiceprezes BIG InfoMonitor.
Wśród przedsiębiorstw-dłużników firm pożyczkowych, zgłoszonych do BIG InfoMonitor dominują przedstawiciele handlu detalicznego i hurtowego, przetwórstwa przemysłowego oraz budownictwa. Jak widać po statystykach od finansowania w firmach pożyczkowych nie stronią również producenci żywności, lokale gastronomiczne, transport, edukacja, biura projektowe, architektoniczne i badawcze oraz firmy oferujące usługi związane z nieruchomościami.
Największy dłużnik firmy pożyczkowej prowadzi działalność w zakresie architektury, pochodzi z Mazowsza i pozostało mu do oddania blisko 990 tys. zł pożyczki. Kolejny dłużnik z kujawsko-pomorskiego zajmuje się sprzedażą paliw i winny jest jeszcze firmie pożyczkowej 273 tys. zł. Ze zwrotem prawie 260 tys. zł nie radzi sobie przedsiębiorstwo serwisujące pojazdy w woj. zachodniopomorskim. 205 tys. zł dłużna jest firma transportowa ze Śląska. Na kolejnych pozycjach z długiem w granicach 200 tys. zł można znaleźć m.in. kolejne zakłady naprawy pojazdów, szkołę językową, usługi maklerskie, architektów zieleni, biuro księgowe, hurtownię, pensjonat, sprzedaż materiałów budowalnych, działalność ochroniarską, a także restauracje.
Jak wynika z naszych analiz w opisywanych przedsiębiorstwach dominują zaległości wobec instytucji i firm pożyczkowych. Na ponad 44 mln zł niespłaconych długów pożyczkowych, przypada jedynie około 10 mln zł dodatkowych zaległości wobec innych niebankowych wierzycieli.
Ustawę o udostępnianiu informacji gospodarczych i wymianie danych gospodarczych przyjmuje, przechowuje i udostępnia informacje gospodarcze o przeterminowanym zadłużeniu osób i firm. BIG InfoMonitor umożliwia dostęp do baz: Biura Informacji Kredytowej i Związku Banków Polskich, dzięki czemu stanowi platformę wymiany informacji pomiędzy sektorem bankowym i pozostałymi sektorami gospodarki. Oferuje również sektorowi bankowemu i przedsiębiorcom narzędzia do weryfikowania wiarygodności płatniczej klientów i kontrahentów oraz wspiera ich w odzyskiwaniu zaległych należności. BIG InfoMonitor jest spółką zależną sektora bankowego – poprzez Biuro Informacji Kredytowej – swojego głównego akcjonariusza.
Zapewne każda osoba pracująca w branży IT zastanawiała się nie raz, gdzie warto podjąć pracę, czy nie marnuje swojego talentu, czy wyciąga wszystko z rynku pracy, albo czy oferta z innego segmentu branży nie ma przypadkiem ukrytych ryzyk. O tym jak znaleźć odpowiedź na te pytania mówi Bartłomiej Łatka, Dyrektor Centrum Kompetencyjnego Professional Services w firmie Qumak.
Na rynku pracodawców IT w Polsce istnieje pewna systematyka, według której możemy podzielić potencjalnych pracodawców. Mamy więc integratorów, producentów oprogramowania, huby IT międzynarodowych koncernów, duże firmy konsultingowe, firmy outsourcingowe, działy IT dużych firm, małe i średnie firmy z Polski, dostawców i dystrybutorów sprzętu. Podział ten umożliwia w miarę sensowne porównywanie firm między sobą, w ramach każdej kategorii. Dodatkowo z punktu widzenia pracownika i jego rozwoju każda z tych grup oferuje trochę inne możliwości rozwoju osobistego.
Integratorzy zapewniają możliwość realizacji ogromnych projektów, pozostawiając sporo miejsca na kreatywność i rozwój zawodowy. Duże projekty pomagają w szybkim tempie budować sieć kontaktów biznesowych, tak cennych w dzisiejszych czasach. Współpraca z integratorem wiąże się z projektowym trybem pracy, co przy dużych projektach może wiązać się z nadgodzinami. Ważne jest również zwrócenie uwagi na możliwość pracy na różnych projektach, co pozwala poszerzać horyzonty i doświadczenie zawodowe.
Gdy mówimy o producentach oprogramowania to często oferują oni ciekawą przygodę, możliwości rozwoju kompetencji technicznych, luźną atmosferę pracy, dostęp do najnowszych technologii i gadżetów. Dodatkowym plusem dla specjalisty jest fakt, że buduje coś namacalnego, co jest bezpośrednio użyteczne dla klienta. Można się tym również pochwalić na konferencji lub w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej. Z drugiej strony istnieje ryzyko utknięcia w konkretnej technologii (produkty rynkowe zwykle dość wolno ewoluują technologicznie ze względu na ryzyko biznesowe) oraz pozyskiwania niższych zarobków. Niestety, im lepszy brand pracodawcy, tym więcej kandydatów do pracy godzi się na pracę poniżej średniej rynkowej na danym stanowisku.
Praca w hubie IT zależy mocno od jego charakteru. Na rynku mamy zarówno huby o charakterze rozwojowym jak i utrzymaniowym. Niewątpliwie hub daje nam zachodnioeuropejskie standardy pracy, stabilność zatrudnienia, możliwość codziennej pracy w środowisku międzynarodowym oraz wpisania znanej marki do CV. Coś co w ostatnich latach również zyskało na znaczeniu to szansa łatwej relokacji w ramach firmy do innego kraju. Część hubów zatrudnia bezpośrednio, część korzysta z podwykonawców outsourcingowych, a najwięcej wykorzystuje model mieszany. Poziom zarobków kształtuje się na dobrym poziomie. Wadą pracy w hubie jest często ograniczona możliwość awansu, bardzo kategoryczne widełki płacowe oraz ryzyko zakonserwowania się w konkretnym obszarze technologicznym. Dokuczać też mogą międzynarodowe, sztywne procedury, których nie da się zmienić.
Duże firmy konsultingowe dają na pewno intensywny rozwój oraz pewien blichtr marki, którą za sobą niosą. Nie jest tajemnicą, że większość zarządzających dużymi firmami ma za sobą doświadczenie w takich właśnie dużych firmach. Do legend przeszły już restrykcyjne przepisy dotyczące dress code, polityka awansu “up or out” czy niebotyczne zarobki partnerów poprzedzone błyskotliwą karierą. Doświadczenia wyniesione z pracy w takich firmach pozwalają otworzyć szerzej drzwi do międzynarodowego rynku pracy. Dodatkowo pracę w dużych firmach konsultingowych charakteryzuje wyraźna możliwość rozwoju kariery zarówno wewnątrz firmy, jak i w innych jej oddziałach. Odwodzić od pracy w takiej firmie może niskie wynagrodzenie na początku pracy, większa konkurencja w rozwoju kariery zawodowej oraz niekiedy przepracowanie.
Szczególnym rodzajem firmy, których w Polsce jest coraz więcej są firmy outsourcingowe. Są to w dużym stopniu pośrednicy, od których inżynier dostaje stabilność zatrudnienia, rynkowe stawki, dobre rozeznanie rynku pracy, poszukiwanie projektu zanim skończy się poprzedni, elastyczność formy zatrudnienia. Jest jeszcze jedna, nieoczywista zaleta pracy poprzez outsourcera: brak nadgodzin. Powód jest prosty: firma outsourcingowa zwykle każe klientowi płacić za nadgodziny, a to najczęściej nie jest możliwe ze względu na ograniczenia budżetowe. Ponadto, ze względu na ostrą konkurencję na tym rynku, firmy prześcigają się w benefitach, imprezach integracyjnych oraz wysokich standardach HR. Gdy programista czy inżynier jest sfrustrowany bieżącym projektem, można poprosić o zmianę. Cieniem pracy w firmie outsourcingowej jest zwykle kiepska oferta szkoleń, większe trudności z awansem oraz brak możliwości pochwalenia się marką firmy outsourcingowej w CV.
Na końcu zostają jeszcze działy IT dużych korporacji, które stają się najczęściej bardzo dobrym adresem na dwa-trzy lata. Zarobki w takich firmach są trochę poniżej średniej jednak praca jest bardzo spokojna, a szkolenia łatwo dostępne. Zagrożeniem jest fakt szybkiego zatrzymania rozwoju kariery zawodowej. Jednak to, co może motywować to dość dobrze rozwinięta polityka prorodzinna w której rodzic może korzystać z wielu przywilejów.
Osobną grupą są małe i średnie firmy z Polski. Trudno jest ująć je w ramy. Warto jednak zwrócić uwagę na pewne dość częste problemy. Po pierwsze, nasze rodzime firmy często balansują na granicy płynności. Oznacza to, że oszczędzają na wynagrodzeniach, szkoleniach, inwestycjach, infrastrukturze. Po drugie, często ich spoiwem wewnętrznym są relacje rodzinne lub kapitałowe – co kończy się tym, że kluczowe osoby niekoniecznie są rzeczywistymi liderami czy kompetentnymi menedżerami.
Zdarza się też, że biznesy te kończą się w momencie, kiedy założyciele takiej firmy pogrążają się w konsumpcji krótkoterminowo wygenerowanych zysków. Z drugiej strony mamy także startupy, które, choć wiąże się to ze sporym ryzykiem, oferują często niesamowite możliwości: błyskotliwą karierę, udziały w firmie, najnowsze technologie, kontakty z wielkim światem IT. Na pewno nie jest łatwo rozpoznać na pierwszy rzut oka, czy interesujący nas pociąg okaże się TGV, Pendolino czy też podmiejskim wagonikiem, ale na pewno warto próbować! Warto również wypytać wcześniej, jak jest w konkretnym przypadku.
Wachlarz możliwości, jakie oferuje specjaliście IT dzisiejszy rynek pracy w Polsce, jest duży. To od niego zależy, którą z dostępnych opcji wybierze, a będzie to podyktowane jego aktualnymi potrzebami.
Zakupy w Internecie zdobywają coraz większy udział w sprzedaży detalicznej ogółem. Ponad połowa internautów w Polsce robi zakupy online, a wartość rodzimego rynku e-commerce ma do końca tego roku wynieść nawet 36 mld złotych. Firmy poszukują więc sposobu na dotarcie do klienta oraz efektywną komunikację i coraz częściej sięgają po narzędzia mobilne: SMS-y, e-maile oraz aplikacje.
Rynek e-commerce w Polsce
Z raportu firmy badawczej PwC wynika, że 55% internautów w Polsce robi zakupy online. Nie można pomijać też grupy, która przed zakupem produktu lub usługi dokonuje gruntownego researchu online (ROPO – research online, purchase offline) – najczęściej w sklepach internetowych lub za pomocą porównywarek cen.
Wartość polskiego rynku e-commerce, wedle raportu firmy PMR, to 32 mld złotych w 2015 roku. Według prognoz do końca 2016 roku będzie to już 36 mld złotych. Dla porównania w 2011 roku, czyli ledwie pięć lat temu, było to dokładnie dwa razy mniej. Rosną też udziały e-commerce w ogólnej wartości handlu detalicznego w Polsce. Obecnie jest to 5%, a eksperci szacują, że do końca obecnej dekady będzie to już 10%.
Komunikacja mobilna w e-commerce
Jednym z ważnych sposobów na dotarcie do klienta jest współcześnie komunikacja skierowana na urządzenia mobilne. W branży od dawna mówi się o „roku mobile”, ale czy słusznie? –Zamiast co roku mówić o kolejnym „roku mobile”, lepiej podsumować tak całą dekadę – zwraca uwagę Grzegorz Łysiuk, CEO SMSAPI, platformy do masowej wysyłki wiadomości SMS.
Biorąc pod uwagę, że w połowie bieżącego roku w Polsce było ponad 57 milionów aktywnych kart SIM, a na smartfonie można nie tylko odbierać SMS, ale także e-maile, komunikacja z klientem na urządzenia mobilne jest koniecznością. Ponadto mobile to nie tylko maile i SMS-y. Za pomocą przeglądarki klienci sprawdzają opinie o produktach, korzystają z porównywarek cen, pobierają kupony rabatowe, skanują QR kody, korzystają z aplikacji mobilnych udostępnianych przez sklepy. Posiadacz smartfona ma naprawdę wiele różnych narzędzi, za pomocą których może uzyskać interesujące go informacje lub zniżki. Dzięki temu jest w stanie zmieścić w telefonie całą galerię handlową – i to niekoniecznie polską.
Jest to naturalna konsekwencja przenoszenia kolejnych codziennych aktywności do Internetu – w tym oczywiście zakupów. Skoro ponad połowa Polaków robi zakupy online, a coraz więcej czasu spędza łącząc się z Internetem za pomocą urządzeń mobilnych, to marketerzy muszą ułatwiać im ten proces.
E-commerce zwiększa nakłady na mobile
Przedsiębiorstwa e-commerce w naturalny sposób podążają za zmianami i przeznaczają coraz więcej środków na komunikację mobilną. Z badania „Komunikacja mobilna w biznesie 2016”, które Ipsos Polska przeprowadził dla SMSAPI.pl, wynika, że w 2015 roku aż 41% firm e-commerce zwiększyło budżet na komunikację mobilną w porównaniu do roku poprzedniego. Przeciętny wzrost wyniósł aż 69% i najczęściej wystąpił w firmach zatrudniających 10-49 pracowników. Aż 78% firm e-commerce deklarowało, że wydatki na komunikację mobilną stanowią część ich budżetu marketingowego – przeciętnie 30,1%. Prawie dwukrotnie więcej niż w przypadku sklepów stacjonarnych (17,1% budżetu marketingowego to wydatki na komunikację mobilną).
Dlaczego warto komunikować się mobilnie?
Najprostsza odpowiedź może brzmieć: aby mieć pewność, że dotrzesz do klienta. Według badań 99% SMS-ów jest odczytywanych przez odbiorców w ciągu trzech minut od wysłania. Co więcej, przeciętny użytkownik smartfona sięga po niego aż 150 razy dziennie, a link wysłany SMS-em jest kliknięty średnio w ciągu 45 sekund.
Taką formę komunikowania się wymusza też styl życia. Coraz więcej czasu spędzamy korzystając ze smartfona lub tableta niż z komputera stacjonarnego. Markom łatwiej komunikować się z nami w taki sposób.
Firmy e-commerce jako główny cel komunikacji mobilnej typują pozyskanie nowych klientów – wskazała tak niemal połowa z nich. W dalszej kolejności wymieniane były: zwiększenie lojalności obecnych klientów, podwyższenie wartości paragonu oraz usprawnienie operacyjnej komunikacji z klientem w trakcie realizacji zamówienia. Należy pamiętać, że komunikowanie ma sens tylko wtedy, gdy druga strona chce słuchać. Dlatego w komunikacji mobilnej bardzo ważne jest respektowanie zasad permission marketingu.
Jakich narzędzi używa e-commerce?
– W erze mobile niemożliwe jest niestosowanie narzędzi do komunikacji mobilnej. O ile oczywiście naszym celem jest dotarcie do klienta, a nie prowadzenie biznesu dla samej przyjemności bez zysków – zwraca uwagę Grzegorz Błażewicz, CEO SALESmanago.
Z raportu SMSAPI wynika, że e-commerce najczęściej komunikuje się za pomocą e-maili, social mediów, SMS-ów oraz aplikacji mobilnych. Z e-maila kiedykolwiek skorzystało 96% badanych firm, profil w mediach społecznościowych założyło 89% z nich, a komunikację SMS stosowało 72%. Obecnie, przynajmniej od czasu do czasu, 94% firm wysyła e-maile, 84% kontaktuje się z klientami za pomocą mediów społecznościowych, a 63% wysyła SMS-y. Warto zwrócić uwagę na stosunkowo niewielką popularność aplikacji mobilnych – obecnie korzysta z nich 22% przedsiębiorstw e-commerce.
Oferty i nie tylko – co e-commerce chce przekazać klientom?
Co ciekawe, firmy e-commerce znacznie częściej wysyłają do klientów różnego rodzaju powiadomienia (w trakcie realizacji zamówienia lub rozpatrywania zgłoszenia) niż oferty. Co jeszcze ciekawsze, tylko połowa firm e-commerce wykorzystuje e-maile do wysyłania spersonalizowanych ofert handlowych do własnej bazy. Za pomocą SMS-a robi to jedynie 22% firm. Ogólne oferty do własnej bazy za pomocą e-maila wysyła niespełna 63% firm, a za pomocą SMS-a – tylko 17,5%.
Zaskakiwać może fakt, że to sklepy stacjonarne częściej wysyłają oferty do swojej bazy. Za pomocą maila 67% rozsyła oferty spersonalizowane, a 80% – oferty ogólne. Za pomocą SMS-a: 47% wysyła spersonalizowane oferty, a 62% – oferty ogólne. – Sklepy internetowe mają trochę do nadrobienia w kwestii komunikacji z klientami. Kiedy czytam, jak duży ich odsetek wysyła spersonalizowane oferty handlowe, włosy stają mi dęba. Przecież porządnie dopasowana oferta napędza cały krwiobieg firmy! – uważa Paweł Tkaczyk, prezes agencji reklamowej Midea. – Stawiam wniosek, że wśród sklepów internetowych jest bardzo dużo amatorów, którzy zaniżają statystyki. Za brak skutecznej komunikacji zapłacą… zamknięciem sklepu.
Dobra wiadomość dla marketerów
Obecnie co trzeci Polak powyżej 15. roku życia otrzymuje oferty handlowe na telefon komórkowy. Badania pokazują, że jesteśmy pozytywnie nastawieni do otrzymywania tą drogą różnego rodzaju komunikatów od marek. Najchętniej otrzymywalibyśmy oferty za pomocą SMS-a, w dalszej kolejności: e-maila i za pośrednictwem aplikacji na smartfonie.
Jaki z tego płynie wniosek? Komunikacja mobilna ma przed sobą szerokie perspektywy rozwoju. Dla marketerów to dobra wiadomość, ale też wyzwanie – głównie polegające na tym, aby dostosować komunikat do odbiorcy. Ważne jest więc stosowanie w komunikacji zasad permission marketingu, a więc kierowania przekazu do tych osób, które sobie wcześniej tego zażyczyły, i – co równie ważne – prowadzenie tego procesu tak, aby nie zniechęcić do siebie klientów.
Jak wynika z danych Urzędu Regulacji Energetyki, coraz więcej odbiorców decyduje się na zmianę sprzedawcy gazu. Polacy powoli dostrzegają potencjał tego rynku i możliwości związane z oszczędnościami wynikającymi ze zmiany sprzedawcy.
Przełom na rynku nastąpił pod koniec 2014 roku, kiedy to wraz z uwolnieniem wynku gazu nowi sprzedawcy zaproponowali oferty cenowe budzące zainteresowanie wśród klientów. Dzisiaj w Polsce sprzedawcę gazu zmieniło prawie 50 tys. osób i choć liczba ta stale rośnie to nadal świadomość na temat możliwości zmian w tym obszarze jest niewielka. W tym roku na zmianę sprzedawcy zdecydowało się ponad 17 tys. odbiorców. Tymczasem oszczędności wynikające ze zmiany sprzedawcy mogą sięgać nawet 10%, a przy ostatecznym wyborze oferty powinna się liczyć nie tylko cena ale też jakość oferowanych usług.
Wiele osób nadal zwyczajnie nie wie o tym, że ma prawo zmienić sprzedawcę gazu i że jest to procedura bezpłatna i podobna, jak przy zmianie operatora komórkowego – potwierdza Damian Lindner z Energetycznego Centrum SA. Rynek gazu i energii w Polsce ma ogromny potencjał i nie jest jeszcze w pełni zagospodarowany. Działania informacyjne i edukacyjne nakierowane na klientów to zadanie stojące przed niezależnymi sprzedawcami, czyli firmami takimi jak nasza – dodaje ekspert.
Możliwość zmainy sprzedawcy gazu, to szansa na wyższą jakosć obsługi i niższe koszty błękitnego paliwa. Urząd Regulacji Energetyki wskazuje, że na koniec drugiego kwartału 2016 roku, odnotowano ponad 48 tys. zmian sprzedawcy gazu. Liczba ta rośnie i szacuje się, że na koniec tego roku liczba zmian wyniesie blisko 80 tys. Aż 8 na 10 klientów indywidualnych, którzy do tej pory zmienili sprzedawcę wybrało Energetyczne Centrum SA.
Zaufanie klientów jest dla nas największym wyróżnieniem. Konkurujemy nie tylko ceną ale również bezpieczeństwem całego procesu. Zmiana sprzedawcy jest bardzo prosta. Nasz doradca może przyjechać we wskazane miejsce i wytłumaczyć na czym polega proces. Po naszej stronie są wszystkie formalności, a oferty skalkulowane są tak aby przez cały okres trwania umowy zapewnić klientom ochronę np. przed niespodziewanym wzrostem cen gazu – tłumaczy Lindner.
Ceny tego paliwa są zalezne od zdarzeń geopolitycznych i innych czynników, na które wpływ ma ogólna sytuacja na rynku światowym. Niezaleznie od tego okres, który upłynął od uwolnienia rynku paliwa gazowego pokazuje, że tak jak w innych przypadkach konkurencja to jedyna droga do zdrowych zachowań rynkowych, kształtujących relacje konsument – sprzedawca gazu.
Odbiorca końcowy ma możliwość wyboru oferty spośród działających na rynku kilkunastu podmiotów sprzedających gaz ziemny. Zmiany w tym obszarze nie wiążą się z koniecznoscią jakichkolwiek zmian instalacji czy urządzeń, a wszystkie firmy oferujące błękitne paliwo korzystają z tej samej sieci zaarządzanej przez Polską Spółkę Gazownictwa, która tym samym odpowiada za przesył.
Co sądzą Polacy o reklamie alkoholu, sprzedaży w Internecie lub reglamentacji obszarów jego sprzedaży? Ogólnopolskie badania opinii społecznej na temat opinii Polaków o promocji i sprzedaży alkoholu* oraz najnowsze doniesienia z branży winiarskiej zostały przedstawione na corocznej konferencji prasowej ZP Polska Rada Winiarstwa pt.: „Głos Polaków w sprawie wina”. Wydarzenie odbyło się 26 października br. w restauracji Winosfera w centrum Warszawy i zgromadziło grono znamienitych gości takich jak: przedstawiciele Ministerstw i organów administracji publicznej, Paula Wojciechowskiego – Ambasadora Australii oraz dziennikarzy i blogerów. Gospodarzami spotkania były władze i Członkowie ZP Polska Rada Winiarstwa.
Paul Wojciechowski, Ambasador Australii, Michał Siegieda, dziennikarz fot. Piotr Gilarski
Jerzy Kwaśniewski, Prezes ZP PRW na konferencji Głos Polaków w sprawie wina 26.10.16r fot. Piotr Gilarski
konferencja ZP PRW Głos Polaków w sprawie wina, 26.10.16r. fot. Piotr Gilarski
stoiska degustacyjne Członków ZP PRW, konferencja Głos Polaków w sprawie wina fot. Piotr Gilarski
Oprócz badań opinii społecznej podczas konferencji prasowej poruszono kluczowe dla branży winiarskiej zagadnienia, związane z regulacjami prawnymi oraz ustawowymi. Przedstawiono też sukcesy Członków Rady i ich osiągnięcia z ostatniego roku. Zgromadzeni goście mieli też okazję wysłuchać prezentacji dr Doroty Dias-Lewandowskiej z Centrum Dziedzictwa Kulinarnego UMK w Toruniu na temat tradycji konsumpcji napojów fermentowanych w Polsce oraz spróbować sztandarowych produktów Członków ZP Polska Rada Winiarska w czasie przeprowadzonej degustacji. – To wyjątkowe dla nas spotkanie – powiedział Jerzy Kwaśniewski, Prezes ZP Polska Rada Winiarstwa. – po raz pierwszy mamy przyjemność zaprezentowania ogólnopolskich badań opinii społecznej w ważnych dla nas kwestiach. To kolejny krok na drodze rozwoju Rady.
Wyniki badań opinii społecznej były zaskakujące. Respondenci ogólnie opowiedzieli się za możliwością reklamy i promocji alkoholi (przy zachowaniu odpowiednich warunków). Badane osoby najchętniej (aż 62 proc. pytanych) przychylały się do możliwości reklamy wyrobów winiarskich takich jak wino i miód pitny, w dalszej kolejności pojawiła się ich zgoda na promocję cydrów (60,6%), a na samym końcu dopiero piwa (55,8%). Na reklamę tego napoju zezwalaliby częściej mężczyźni niż kobiety oraz respondenci z najmłodszej grupy wiekowej. Co ciekawe, respondenci przychylają się więc częściej do możliwości reklamy alkoholi do tej pory ustawowo zabronionych (wina i napoje winiarskie, cydry), a dopiero w dalszej kolejności do możliwości promocji piwa, czyli napoju, którego reklama jest obecnie prawnie dozwolona pod pewnymi warunkami.
Na pytanie o to, czy prawo, pod pewnymi warunkami, powinno zezwalać na promocję w mediach kultury spożycia alkoholu oraz wiedzy o kulturze winiarskiej, w połączeniu z prezentacją konkretnych produktów respondenci odpowiedzieli w większości też twierdząco, przy czym kobiety okazały się bardziej optymistycznie nastawione do tego pomysłu niż mężczyźni. Dodatkowo grupy skrajne, zdecydowanych zwolenników i przeciwników, były tak samo liczne.
– Dobra renoma wina i wyrobów winiarskich wiąże się z ich trwałym, kulturowym powiązaniem z elegancją i umiarkowaniem, w czym wyróżniają się na tle innych wyrobów alkoholowych. – podsumował te wyniki prezes ZP Polska Rada Winiarstwa – Argumenty, które piętnaście lat temu doprowadziły do prawnej dopuszczalności reklamy piwa, w tym wsparcie dla kultury spożycia alkoholi słabszych niż wódka, dzisiaj przemawiają za otwarciem mediów na promocję wyrobów winiarskich. Liczymy, że głos ten zostanie dostrzeżony również przez polityków.
Okazało się, że Polacy są przeciwnikami sprzedaży alkoholu przez internet. Wprowadzeniu takiego rozwiązania zdecydowanie przeciwna jest prawie co druga osoba. Trzeba jednak zwrócić uwagę na wyższe poparcie dla tej metody sprzedaży alkoholu wśród osób poniżej 45 roku życia. Ta grupa wiekowa częściej przeprowadza transakcje za pośrednictwem Internetu niż starsi ankietowani. Ujawniony w badaniu sprzeciw jest powiązany z minimalnym doświadczeniem Polaków w zakupie alkoholu on-line. Wśród badanych jedynie 2,7% respondentów miało doświadczenie w tym zakresie.
W kwestii reglamentacji punktów sprzedaży alkoholu respondenci byli podzieleni, jednak większość z nich popiera przyznanie gminom uprawnień do ograniczania liczby punktów sprzedaży alkoholi. Odpowiedzi na to pytanie są mocno skorelowane z wiekiem ankietowanych, młodsi badani są częściej przeciwni takim regulacjom. Dodatkowo więcej niż czterech na dziesięciu pytanych zdecydowanie przychyla się do rozwiązania mającego na celu wprowadzenie obszarów objętych zakazem sprzedaży alkoholu. Z kolei w kwestii sprzedaży alkoholu na stacjach benzynowych przeważają głosy przeciwne ingerencji w aktualny stan rzeczy, łączny odsetek odpowiedzi negatywnych wyniósł aż 56,2 proc. Jedynie co czwarty badany uznał, że taki zakaz powinien zostać wprowadzony.
Na zakończenie konferencji szczególne podziękowania zostały złożone dla patronów medialnych tego wydarzenia, którymi byli: Dziennik Rzeczpospolita, Magazyn Wino, Miesięcznik Rynki Alkoholowe oraz portal swiatrolnika.tv. Spotkanie prowadził Michał Siegieda, dziennikarz telewizyjny.
*Badania zostały przeprowadzone przez instytut badań rynkowych i społecznych IBRIS w październiku 2016 r. na reprezentatywnej grupie Polaków. Badanie zrealizowano metodą bezpośrednich standaryzowanych telefonicznych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI).
Do korzystania z promocji przyznaje się aż 97% Polaków, a 44% z nich to Promo Hunters, czyli osoby aktywnie poszukujące korzystnych ofert – wynika z 1. edycji raportu „Promo Hunters. Polacy w pogoni za korzystnymi ofertami” przygotowanego na zlecenie MyShop.mobi, dostawcy aplikacji mobilnej łączącej sklepy z klientami i umożliwiającej wygodne poszukiwanie i zarządzanie promocjami. W zależności od kategorii zakupowej, na Polaków działają inne rodzaje promocji. W kategorii „Moda” najwięcej klientów reaguje na wyprzedaże sezonowe (35%), w branży „Elektronika” najbardziej działają programy lojalnościowe (37%), a w przypadku zakupów spożywczych – obniżki cen (35%).
– Zakupy to nieodłączny element codziennego życia. Większości żywności nie wytwarzamy, a kupujemy. Podobnie jest z naszymi ubraniami, kosmetykami czy sprzętem elektronicznym. Z przeprowadzonego przez nas badania wynika, że co czwartemu Polakowi zakupy sprawiają przyjemność, a co piąty lubi je, gdy może skorzystać z promocji. Widać zatem, że spora grupa podchodzi do zakupów z dużą sympatią, a atrakcyjne oferty tylko zwiększają odczuwaną przyjemność kupowania.Pewnie dlatego niemal każdy Polak przyznaje się do korzystania z promocji i to niezależnie od kategorii zakupowej. Jednak, aby sklep ze swoją ofertą trafił do klientów, musi wziąć pod uwagę, że każdy z nich jest inny i w inny sposób kupuje. Z raportu „mShopper 2.0” dowiadujemy się, że są tzw. „smart shoppers”, którzy kupują analitycznie, „now shoppers” kupujący pod wpływem chwili oraz „social shoppers”, dla których zakupy to cały proces społeczny. Dotarcie do każdego z nich to obecnie spore wyzwanie dla handlu – mówi Maciej Tygielski, CEO, MyShop.mobi.
Więcej niż cena
Z badania „Promo Hunters. Polacy w pogoni za korzystnymi ofertami” wynika, że tylko 3% Polaków nie korzysta z promocji, a w przypadku elektroniki wszyscy kupujący przyznają się do promocyjnych zakupów. W kategorii „Moda” i „Uroda” z promocyjnych ofert korzysta 93% klientów, w restauracjach 92%, a sportowe produkty kupuje promocyjnie 87% Polaków. Respondenci zapytani o ich stosunek do promocji najczęściej odpowiadali, że lubią kupować sprytnie, szczególnie jeśli sklep proponuje oferty dla lojalnych klientów (22%), aktywnie szukają promocji (22%) oraz śledzą wyprzedaże i chętnie z nich korzystają (21%). Co trzeci Polak ma negatywne spojrzenie na promocje, z czego 18% ma do nich ograniczone zaufanie, a 16% uważa je za powtarzające się i nieoryginalne.
Blisko połowa klientów (44%) to tzw. Promo Hunters, czyli osoby aktywnie poszukujące okazji zakupowych. Jednak nie są to osoby korzystające z każdej przeceny, ale konsumenci analityczni i aktywnie śledzący oferty. W procesie zakupowym biorą pod uwagę wiele czynników, nie tylko cenę, ale też jakość czy opinie o produktach lub usługach.
Promocje nie są domeną kobiet
Stereotypowo przyjęło się, że to przede wszystkim kobiety polują na atrakcyjne oferty cenowe. Ze zrealizowanego badania wynika jednak, że nie jest tak do końca. Co prawda, aktywnie poszukują promocji nieco częściej kobiety niż mężczyźni (19% vs. 14%), ale już zakupy „smart”, czyli sprytne, interesują tak samo konsumentów obu płci (po 17% wskazań). Również wyprzedaże nie są domeną tylko kobiet. 18% pań śledzi, kiedy zaczynają się wyprzedaże i chętnie z nich korzysta, podczas gdy w przypadku panów ten współczynnik jest tylko 2 p.p. niższy.
Rodzaj promocji różny w różnych kategoriach zakupowych
Form promocji jest wiele, a każda z nich rządzi w innej kategorii. W przypadku produktów modowych takich jak odzież, obuwie czy biżuteria, największą popularnością cieszą się wyprzedaże sezonowe (35%), a także promocje cenowe na drugi i kolejne produkty (27%). W branży elektronicznej królują zniżki w ramach programu lojalnościowego, które premiują wartość zakupów (37%) oraz gratisy (34%). Podczas zakupów spożywczych najwięcej klientów przyciągają czasowe obniżki cen (35%) oraz niższa cena za większą ilość zakupionych produktów (33%). W kategorii „Uroda” co trzeci klient korzysta z czasowych obniżek cen produktów (32%) i promocyjnych cen na drugi i kolejne produkty (29%). W restauracji natomiast najchętniej Polacy ulegają pokusie promocji w postaci atrakcyjnego cenowo zestawu dla dwojga lub rodzinnego (25%).
Różne źródła informacji, wśród nich coraz popularniejsze smartfony
Polacy średnio szukają promocji w ponad 2 typach źródeł i są one różne w zależności od kategorii zakupowej. O atrakcyjnych ofertach produktów spożywczych Polacy najczęściej dowiadują się z gazetek promocyjnych (34%), sklepów online (16%) i aplikacji mobilnych grupujących różne oferty (16%). Gazetki promocyjne są również najpopularniejsze w przypadku zakupów produktów z kategorii „Uroda” (37% wskazań), ale w tym przypadku liczą się także media społecznościowe (27%). Informacje o promocjach sprzętu elektronicznego docierają do klientów najczęściej w postaci klasycznych reklam w tv, radiu i prasie (26%), ale coraz częściej także podczas eventów marek (23%) i przy pomocy aplikacji mobilnych (20%).
Jak podkreśla Maciej Tygielski, respektowanie tych preferencji z jednej strony zapewnia dotarcie do większej grupy konsumentów, z drugiej jednak należy pamiętać, że młodzi konsumenci obecnie są otwarci przede wszystkim na nowe media i kanały mobilne.
– W naszym kraju działa już ponad 20 mln smartfonów, a większość ich użytkowników wykonuje na nich czynności okołozakupowe. Poszukują inspiracji zakupowych, informacji o produktach, porównują oferty czy dzielą się opiniami czy w końcu po prostu kupują. To w konsekwencji przekłada się na korzystanie z promocji. Okazuje się na przykład, że użytkownicy smartfonów częściej niż użytkownicy komputerów stacjonarnych szukają atrakcyjnych okazji zakupowych (68% vs. 59%) – mówi Maciej Tygielski, CEO, MyShop.mobi.
Metodologia badania:
Raport „Promo Hunters. Polacy w pogoni za korzystnymi ofertami” powstał na podstawie badania ilościowego zrealizowanego przez Mobile Institute na zlecenie MyShop.mobi. Liczba respondentów wyniosła n=1801 Polaków. Badanie zostało zrealizowane metodą responsywnych ankiet CAWI w okresie 22 – 27 maja 2016 roku. Struktura próby została skorygowana przy użyciu wagi analitycznej i odpowiada strukturze polskich internautów w wieku 15 i więcej lat pod względem płci, wieku i wielkości miejsca zamieszkania.
W wypowiedziach prasowych przedstawiciele rządu zapowiadają wprowadzenie podatku jednolitego. Pomimo braku oficjalnego dokumentu w tej sprawie, braku założeń proponowanej reformy, a także sprzecznych ze sobą wypowiedzi przedstawicieli rządu, postanowiliśmy zabrać głos w tej sprawie, gdyż może ona zadecydować o rozwoju Polski w najbliższej dekadzie.
Polski system podatkowy jest chory, zły i wymaga zmian – jest to zgodna opinia przedsiębiorców, ekspertów a także niezależnych instytucji międzynarodowych. Jest również bardzo niesprawiedliwy – w sposób drastyczny opodatkowuje najniższe wynagrodzenia oraz najmniejszą działalność gospodarczą.
Jednak przedstawiane w mediach rozwiązania budzą niepokój – pomysł sfinansowania wyższej kwoty wolnej od podatku poprzez wyższe, drastyczne opodatkowanie niższej klasy średniej jest bardzo szkodliwy. Spowoduje dalszą ucieczkę młodzieży z Polski (tym razem już z dużych miast, wcześniej wyjeżdżała młodzież z małych miast), a kierowane przez rząd wezwania do powrotu do Polaków na Zachodzie trafią do kabaretów.
Ograniczenie opodatkowania najniższych wynagrodzeń można w Polsce w sposób nieszkodliwy sfinansować z opodatkowania międzynarodowych korporacji, z których ponad 60% nie płaci w Polsce żadnych podatków. Obiecywaliście to w kampanii wyborczej, a jak przyszło co do czego, położyliście grzecznie po sobie uszy i tradycyjnie chcecie się zabrać za drenaż własnych obywateli. Dodatkowo jeszcze z naszych podatków fundujecie tym korporacjom wielomilionowe granty za „tworzenie miejsc pracy”, w kraju w którym bezrobocie jest w zaniku!
Jeszcze bardziej szkodliwy dla Polski jest pomysł likwidacji proporcjonalnej stawki podatku PIT dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Wraz z jej wprowadzeniem – przypomnimy – wpływy do budżetu państwa wzrosły z 21,5 do 28,1 mld PLN. Jeśli to zrobicie – spadną o co najmniej 10 miliardów i będziecie musieli się z tego wycofać. W arkuszu kalkulacyjnym można podnosić podatki, których nie da się obejść – np. podatek rolny: nie da się ukryć hektara ziemi. Podatki dochodowe PIT czy CIT są to podatki, które obejść bardzo łatwo. Powrócą patologie dobrze znane z lat 90.: „koszty kupię”, „zadłużoną spółkę kupię”, „na fakturę nie robię”, „bez faktury 20% taniej” i inne. Ponadto – w odróżnieniu od lat 90-tych – jesteśmy w Unii Europejskiej ze swobodą przepływu ludzi, kapitału, towarów i częściowo usług – jeśli wdrożycie te zapowiedzi w życie z Polski ucieknie od 500 tysięcy do 1 miliona młodych i bardzo trudna do oszacowania liczba firm, głównie internetowych i innowacyjnych – to już się dzieje. Rozszerzy się szara strefa.
Wszystko to wspierane jest retoryką szczucia na polską klasę średnią, która jest nie do zaakceptowania dla przyzwoitych ludzi i której efekty będziecie za pewien czas zbierać.
Apelujemy do Was, żebyście wypełnili swoje obietnice wyborcze i nawet najsłuszniejsze postulaty finansowali z uszczelniania VAT i opodatkowania korporacji – jak obiecywaliście. Tam są pieniądze: VAT wg NIK – 90 mld, CIT wg Komisji Europejskiej – 45 mld złotych. Nie natomiast, wzorem poprzedników, grabili polską klasę średnią i polski mały i średni biznes – biorąc jako swój rabunkowy pomysł zniszczenia klasy średniej przygotowany w końcówce rządów PO.
W Polsce można i trzeba uprościć system podatkowy. Można to zrobić w sposób nawet tak daleki, że wszyscy pracujący mogą otrzymać podwyżkę o 25% (przedsiębiorca zapłaciłby mniej rządowi – więcej pracownikowi, dla firmy koszt byłby taki sam jak obecnie). Warunkiem jest opodatkowanie korporacji, do czego wyraźnie brakuje Wam odwagi.
Prezentowaliśmy projekt naszego systemu opartego na pomysłach Ś.P. Krzysztofa Dzierżawskiego -wielokrotnie. Nikt nie zakwestionował naszych wyliczeń. W jego ramach rząd otrzyma tyle samo co obecnie. Proponujemy podatki: (1) proste, które każdy może sobie sam obliczyć, (2) bezsporne – można ich nie płacić wyłącznie popełniając przestępstwo, (3) tanie w poborze i (4) takie, których nie da się uniknąć i obejść.
Oto – po raz kolejny – główne założenia:
PIT – powszechny podatek od Funduszu Płac w wysokości 25% od sumy wypłaconych wynagrodzeń, niezależnie od tytułu, opłacany przez pracodawców (model oparty na tzw. Podatku Belki),
CIT – 1,49% od przychodów spółek kapitałowych. Banki i instytucje finansowe – 0,49% od przychodów,
Działalność gospodarcza – 550 zł miesięcznie i ryczałt ewidencjonowany od obrotu na obecnych zasadach – średnio 3,59% (różna stawka dla różnych branż),
VAT – jedna stawka 16,25% – neutralny, wpływy takie jak obecnie ale uniemożliwi grę na stawkach VAT i bardzo uprości system VAT i możliwości oszustw i malwersacji,
Podwyżka dla wszystkich pracowników o 25% (Przy wypłacie do ręki 3000 zł, pracodawca odprowadza do rządu dodatkowo 2000 zł. Po zmianie płaciłby pracownikowi 3750 zł do ręki, a dla rządu 1250 zł).
Należy również zlikwidować „Specjalne Strefy Ekonomiczne”, które obecnie służą już tylko i wyłącznie celowi optymalizacji podatkowej. Da to budżetowi państwa dodatkowe 2 mld złotych rocznie. Odbiurokratyzujmy gospodarkę, wprowadźmy proste prawo i proste podatki i przekształćmy Polskę w jedną, wielką specjalną strefę ekonomiczną!
Mamy nadzieję, że przy reformie systemu podatkowego – nasze zdanie zostanie wzięte pod uwagę, a rząd zmieni prowadzoną od 25 lat politykę i sięgnie do bogatych kieszeni korporacji, z których większość nie płaci w Polsce podatków, a nie tradycyjnie do kieszeni Polaków i małych firm. Szczegóły naszego projektu w załączeniu.
W USA większość społeczeństwa podziela liberalne poglądy i popiera ograniczenie władzy rządu. Rośnie jednak w siłę autorytarny populizm. To dzieje się także w Europie, powracają idee z lat 30. i 40. XX wieku, twierdzi autor książek o polityce i wolnym rynku, Tom Palmer.
– Niestety w wyborach w USA rywalizuje dwoje najbardziej nielubianych kandydatów w historii USA – mówi w rozmowie z MarketNews24 Tom G. Palmer z Atlas Economics Research Foundation.
Mówi też o rosnącym w sile autorytarnym populiźmie. To dotyczy także Europy: – Odradzają się idee z lat 30. i 40. minionego wieku, choć spodziewałem się, że nigdy więcej nie powrócą.
Odbiorcy energii elektrycznej w Polsce mogli się ostatnio zdziwić, gdy zostali obciążeni rachunkami od nowej, nieznanej im niemieckiej firmy Innogy.
Innogy to spółka, wyodrębniona z RWE. Ma najlepiej rokujące aktywa RWE: elektrownie wykorzystujące energię odnawialną (OZE), dystrybucję energii elektrycznej i gazu oraz sprzedaż odbiorcom końcowym. W samej RWE pozostały kopalnie, elektrownie węglowe, gazowe i likwidowane elektrownie atomowe oraz handel hurtowy energią elektryczną i gazem.
Wydzielenie części biznesu do osobnej spółki opłaciło się niemieckiemu gigantowi energetycznemu RWE. Już przy debiucie giełdowym, przed kilkunastoma dniami, Innogy była warta 20 mld euro – ponad dwa razy więcej, niż sam koncern matka.
-RWE było dotąd znane z dużych elektrowni węglowych, Innogy z węglem nie chce być kojarzona – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapiecie.pl. – Po debiucie giełdowym, na którym spółka zarobiła 5 mld euro, mamy potwierdzenie w jakie technologie inwestorzy chcą inwestować. Nie są one związane z węglem kamiennym.
Rozczarowujące wyniki kwartalne największych światowych korporacji,w tym Apple Inc. oraz Lloyds Banking Group Inc., wywołują dziś spadki na giełdach. Apple – najbardziej wartościowa firma na świecie, zaraportowała pierwszy od 2001 roku roczny spadek przychodów ze sprzedaży. Szczególnie ucierpiały przychody z Chin, gdzie sprzedaż spadła o 17 proc. w tym roku fiskalnym. Również prognozy sprzedaży na IV kwartał 2016 roku rozczarowały inwestorów, gdyż nie uwzględniają one dodatkowej sprzedaży powiązanej z wycofaniem ze sprzedaży flagowego, wadliwego smartfona Samsunga. Akcje Apple tracą na przedsesyjnym handlu ponad 3 proc. Akcje banku Lloyds, największego angielskiego pożyczkodawcy, także tracą po tym jak zaraportował on spadek zysków ze sprzedaży kredytów hipotecznych. Gorsze wyniki kwartalne zaraportowały również inne europejskie koncerny, takie jak Bayer AG, Heineken NV czy Daimler AG. Natomiast lepsze od oczekiwań kwartalne zyski zaraportowały takie knocerny jak Boeing Co oraz Coca-Cola Co.
Gorsze wyniki kwartalne spółek oraz niższe ceny ropy naftowej wpływają negatywnie na dzisiejsze notowania europejskich indeksów. Niemiecki DAX traci obecnie około 0,9 proc. handlując w pobliżu poziomu 10660 punktów, francuski CAC40 traci około 0,5 proc. handlując w pobliżu 4520 punktów, a brytyjski FTSE 100 traci już ponad 1 proc. handlując w pobliżu 6900 punktów. Kontrakty futures wskazują również na negatywne, około 0,3 proc. na minusie, otwarcie na amerykańskich parkietach giełdowych. Rodzimy WIG 20 także nie odstaje od szeregu indeksów i traci obecnie około 0,6 proc. handlując poniżej poziomu 1780 punktów.
Dolar australijski zyskuje około 0,5 proc. do dolara amerykańskiego po publikacji danych które pokazały, iż w III kwartale inflacja CPI wzrosła o 1,3 proc. rok do roku, w porównaniu z 1 proc. wzrostem kwartał wcześniej. Po publikacji tych danych prawdopodobieństwo, iż bank centralny Australii obniży stopy procentowe do końca I połowy 2017 roku spadło do 27 proc., z 37 proc. przed ich publikacją. Meksykańskie peso traci około 0,7 proc. do dolara, po tym jak najnowszy sondaż agencji Bloomberg pokazał przewagę republikańskiego kandydata na prezydenta Donalda Trumpa nad Hilary Clinton w stanie Floryda, będącym kluczowym wśród należących do niezdecydowanych stanów, nazywanych „swing states”.
Ropa naftowa WTI traci 0,6 proc., kontynuując wczorajsze spadki wywołane wzrostem amerykańskich zapasów o 4,75 mln baryłek wg. instytutu API. Można spodziewać się dalszych spadków cen ropy, jeśli dzisiejsze rządowe dane odnośnie amerykańskich zapasów potwierdzą wczorajsze prywatne wyliczenia. Dodatkowo Rosja ogłosiła, iż nie ma zamiaru uczestniczyć w cięciu produkcji, planowanym przez członków grupy OPEC. Obecnie ropa WTI handluje w pobliżu poziomu 49 dolarów za baryłkę, natomiast ropa Brent traci już około 1 proc. handlując już poniżej psychologicznego poziomu 50 dolarów za baryłkę. Ceny gazu ziemnego spadły do 7-tygodniowego minimum przed nadchodzącymi w czwartek danymi EIA, które najprawdopodobniej wskażą na dalszy wzrost zapasów tego paliwa. Prognozy pogody przewidują cieplejszy od normy początek listopada w USA, co mogłoby wpłynąć negatywnie na popyt na ten surowiec, używany do ogrzewania domów.
Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital
W III kwartale 2016 r. bank zarobił 230,5 mln zł. Przychody ponownie przekroczyły 1 mld zł w kwartale, a liczba klientów wzrosła o kolejne 100 tysięcy.
Wyniki Grupy mBanku za III kwartał 2016 roku odzwierciedlają trudne warunki operacyjne, które są wyzwaniem dla polskich instytucji finansowych. Historycznie niskie stopy procentowe, ograniczony popyt ze strony przedsiębiorstw na kredyty inwestycyjne, negatywny sentyment wobec giełdy, wysokie wymogi kapitałowe i wreszcie podatek bankowy to tylko niektóre czynniki negatywnie oddziałujące na rentowność sektora. Pozytywnym zjawiskiem, mającym wpływ na gospodarkę i banki, było przyspieszenie dynamiki dochodów gospodarstw domowych w związku ze wzrostem płac.
W III kwartale 2016 r. dochody podstawowe Grupy mBanku osiągnęły rekordowy poziom i wyniosły 953,1 mln zł. Wzrost w porównaniu do poprzedniego kwartału wynikał z pozytywnych trendów zarówno w wyniku odsetkowym, który zwiększył się o 5,0 proc., jak i prowizyjnym, który był wyższy o 11,8 proc.
Na wynik banku wpłynęły także wyższe koszty działalności, które wyniosły 499,9 mln zł (wzrost o 1,9 proc. w porównaniu do poprzedniego kwartału) oraz odpisy z tytułu utraty wartości kredytów i pożyczek, które wzrosły do 139,5 mln zł. Koszty ryzyka w III kwartale 2016 roku ukształtowały się na poziomie 69 punktów bazowych w porównaniu do 59 punktów bazowych kwartał wcześniej. Z kolei podatek bankowy pozostał na podobnym poziomie co w poprzednim okresie – bank zapłacił z tego tytułu 89,8 mln zł.
Zysk netto przypadający na akcjonariuszy mBanku wyniósł 230,5 mln zł. Oznacza to spadek o 41 proc. w porównaniu do II kwartału. Należy jednak pamiętać, że w poprzednim okresie bank zanotował jednorazowy przychód z rozliczenia transakcji przejęcia Visa Europe przez Visa Inc.
Poziom wskaźników kapitałowych Grupy mBanku wzrósł w konsekwencji zaliczenia zysku wypracowanego w II kwartale do kapitału podstawowego Tier 1. Łączny współczynnik kapitałowy na koniec września 2016 roku wyniósł 18,6 proc., a współczynnik kapitału podstawowego Tier 1 15,9 proc.
III kwartał 2016 r. był jednocześnie okresem kontynuacji wzrostu organicznego mBanku. Liczba klientów indywidualnych wzrosła o 104 tys. i na koniec września wyniosła 5,25 mln. mBank pozyskał również 475 nowych klientów korporacyjnych.
W ostatnich miesiącach bank rozwijał usługi bankowości mobilnej. Klienci indywidualni zyskali dostęp do asystenta płatności w aplikacji mobilnej. W ramach usługi bank na podstawie dotychczasowych transakcji klienta automatycznie przygotowuje propozycje kolejnych przelewów do realizacji. Aby zapłacić rachunek, nie trzeba już o nim pamiętać.
Warto wspomnieć, że dzięki wysokiej jakości obsługi oraz przyjaznej ofercie, mBank zwyciężył w kategorii bankowości mobilnej w piętnastej edycji rankingu „Przyjazny Bank Newsweeka”. Otrzymał też tytuł „Najlepszego banku dla firm” w plebiscycie miesięcznika Forbes. Nagrody wręczono we wrześniu br.
Reorganizacja rządu polega na zwiększeniu kompetencji wicepremiera Morawieckiego, który staje się jednocześnie ministrem finansów. W Ministerstwie Rozwoju od pół roku leży gotowa propozycja zapobiegająca likwidacji dziesiątek tysięcy miejsc pracy w Polsce, które są wynikiem np. nagłej śmierci przedsiębiorcy kierującego własną działalnością jednoosobową.
– W takiej sytuacji jego NIP jest wygaszany, a przedsiębiorstwo musi z mocy prawa ulec likwidacji, co powoduje wyrzucenie na bruk wszystkich zatrudnionych – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha – Jeżeli do tej pory, mający tyle kompetencji i władzy, Minister Finansów nie był w stanie zmienić tych przepisów, to powstaje pytanie czy kolejne kompetencje Ministra Morawieckiego mogą cokolwiek zmienić? Dotychczas nie korzystano z władzy na tyle, aby zlikwidować te szkodliwe sytuacje. Na nic 10 tysięcy miejsc pracy obiecanych przez wicepremiera po przyjeździe z Londynu, skoro codziennie w Polsce te miejsca są likwidowane w wyniku braku odpowiednich przepisów.
Najważniejszą sprawą w jakimkolwiek planie rozwoju kraju jest usunięcie tych gigantycznych przeszkód, które kolejne rządy tworzyły przez ostatnie lata. Należy zlikwidować tysiące przepisów powodujących, że przedsiębiorca rezygnuje ze wspólnego czasu z rodziną lub nie poświęca go na rozwój firmy, tylko musi spędzać prawie 2 miesiące swojego życia na obsłudze administracji rządowej i samorządowej. W innych krajach ten problem nie występuje.
Polscy rządzący zapominają, że zwiększanie ciężarów i regulacji będzie mało skuteczne w momencie, kiedy polski przedsiębiorca nie ma już statusu chłopa pańszczyźnianego przypisanego do ziemi. W każdej chwili może wybrać Czechy, Słowację lub inny kraj, nie mający tak agresywnej postawy administracji wobec przedsiębiorcy. Takie kraje z otwartymi ramionami czekają na „uchodźców” z Polski, którzy będą prowadzić działalność gospodarczą na terenie i warunkach przez nich zaproponowanych – ocenia Sadowski.
Transport zbiorowy w polskich miastach zmieni się najszybciej. Zgodnie ze strategią rządu jego rozwój będzie związany z wykorzystaniem energii elektrycznej. Popularne w Lublinie trolejbusy, to także pomysł na rozwój transportu w innych miastach.
-Elektromobilność zakłada rozwój transportu z wykorzystaniem energii elektrycznej jako paliwa, strategia polskiego rządu uwzględnia globalne trendy – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Jakóbik z Instytutu Jagiellońskiego, red.nacz. BiznesAlert.
Jest to trend, który może okazać się korzystny dla polskich producentów autobusów.
Sondaże znają już zwycięzcę wyborów z USA. Pytanie czy na końcu kampanii jakieś gwałtowne wydarzenie nie odwróci jej losów. Austria sprzedała obligacje z datą wykupu na 2068 rok. Rafał Sura kandydatem PiS do RPP.
Sytuacja w USA coraz bardziej klarowna
Sondaże wyborcze wciąż dają przewagę Hillary Clinton przed Donaldem Trumpem. Rynki uspakajają się będąc coraz bardziej przekonane, że wynik wyborów jest już przesądzony. Drugim ważnym elementem kształtującym wartość dolara jest grudniowe posiedzenie FED. Jeszcze niedawno rynki oceniały szansę na grudniową podwyżkę na 70%, dzisiaj jest już to niemal 80%. Te dwa czynniki powodują, że dolar umacnia się wobec innych walut. Z polskiego punktu widzenia najważniejszym efektem tej zmiany jest osłabianie się euro wobec dolara. Jak to często bywa w takiej sytuacji wraz z euro osłabia się złoty. Dlatego też oglądamy obecnie euro po 4,32 zł, a frank po raz kolejny atakuje poziom 4 zł.
Na jaki okres można sprzedać obligacje
Trzy tygodnie temu Włosi sprzedali 50-letnie obligacje skarbowe. Takie same obligacje emitowały już Francja i Hiszpania. Jest to szczególnie dziwne, gdyż sytuacja przede wszystkim Włoch powinna budzić pewien niepokój. Kraj ten w końcu zadłużony jest wyraźnie powyżej 100% PKB. Nie zmienia to faktu, że inwestorzy bardzo przychylnie potraktowali te emisje, oczekując relatywnie niskiej marży. Wczoraj do grona państw emitujących długoterminowe obligacje dołączyła Austria z papierami 70 letnimi. Po tych działaniach widać, że inwestorzy spodziewają się jeszcze wielu lat słabej koniunktury w strefie euro. Oczekiwanie to jest sprzeczne z zapowiedziami normalizacji polityki przez EBC.
Znamy nowego członka RPP
Nowy szef KNF, po tym jak uprzednio zrezygnował ze stanowiska w RPP pozostawił po sobie wolne miejsce. Kandydatem Senatu zgłoszonym przez PiS, czyli o ile nie wydarzy się nic niespodziewanego nowym członkiem Rady, ma zostać Rafał Sura. Głosowanie, będące obecnie tylko formalnością odbędzie się za trzy tygodnie. Kim jest Rafał Sura? Jest doktorem habilitowanym, profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, ale co najważniejsze specjalizuje się w prawie finansowym i administracyjnym. Zajmował się zagadnieniami zarówno nadzoru nad rynkami finansowymi, jak i podmiotów stojących na straży bezpieczeństwa finansowego państwa. Nie zmienia to faktu, że nie znamy poglądów Sury na politykę monetarną kraju, a to w ten sposób Rada ma największy wpływ na rynki.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Od czasu referendum w Wielkiej Brytanii, w którym Brytyjczycy opowiedzieli się za wyjściem z Unii Europejskiej minęły już 4 miesiące. Po początkowym spadku wskaźników makroekonomicznych świadczących o negatywnych konsekwencjach Brexitu, sytuacja poprawiła się, dając nadzieję na podtrzymanie koniunktury gospodarczej na Wyspach. Utrzymująca się jednak niepewność związana z Brexitem zaszkodzi nie tylko brytyjskim przedsiębiorstwom, ale także ich kontrahentom, w tym polskim firmom, dla których Wielka Brytania jest jednym z głównych rynków eksportowych.
Grzegorz SIELEWICZ, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej
Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej: Pomimo, że Brexit był zawarty w scenariuszach możliwych wydarzeń na rynkach europejskich, to niepewność istotnie wzrosła po wyniku brytyjskiego referendum pod koniec czerwca tego roku. Jednocześnie pogorszeniu uległy wskaźniki obrazujące optymizm sektora prywatnego. Konsumenci już nie tak pewnie oceniają swoją przyszłą sytuację, a inwestycje sektora przedsiębiorstw stanęły pod znakiem zapytania. Wskaźnik PMI, obrazujący koniunkturę w biznesie, spadł do poziomu 48,2 wskazując spowolnienie gospodarcze. Jednak odbicie do poziomów przedreferendalnych nie zajęło dużo czasu, a ostatni odczyt PMI na poziomie 55,4 skutecznie oddalił wizję recesji w gospodarce.
Osłabienie funta sprzyja dodatkowo konkurencyjności brytyjskiego eksportu, jednak zwiększa koszt dóbr importowanych. Polscy eksporterzy notują obniżenie wolumenu eksportu na Wyspy, a ryzyko na tym kierunku wymiany handlowej będzie wzrastać. Już w tym roku tempo wzrostu gospodarczego Wielkiej Brytanii zwolni do 1,9 proc., a w przyszłym roku sięgnie 0,9 proc. Prognozujemy, że upadłości firm brytyjskich zaczną wzrastać w 2017 roku, a wyższe prawdopodobieństwo niewypłacalności spowoduje wzrost ryzyka sektora przedsiębiorstw w Wielkiej Brytanii. W ramach ostatniej rewizji ocen ryzyka krajów opracowywanych przez Coface, ocena Wielkiej Brytanii została obniżona do poziomu A3.
Jeszcze na koniec zeszłego roku Wielka Brytania była drugim, największym odbiorcą polskiego eksportu. Spowalniające tempo rozwoju brytyjskiej gospodarki i rosnące ryzyko po stronie mikroekonomicznej to zagrożenie dla firm działających na tym rynku, jednak Brexit spowodował podwyższenie niepewności nie tylko na Wyspach, ale także na innych rynkach europejskich. Utrata tak znacznego kraju członkowskiego Unii Europejskiej oraz jednego z większych płatników netto budżetu unijnego, niejasność uregulowań dalszej wymiany handlowej z UE to jedne z kilku czynników, które uniemożliwiają spadek niepewności w Europie. Słabnącemu impetowi polskiego eksportu towarzyszy obniżające się tempo globalnej wymiany handlowej, którego dynamika jest wolniejsza niż, i tak słaby, globalny wzrost gospodarczy.
Akademia Leona Koźmińskiego w Warszawie – uczelnia zaliczana przez Financial Times do grona najlepszych na świecie w zakresie zarządzania – rozpoczęła współpracę z firmą Accenture Operations – globalnym liderem w dziedzinie doradztwa, technologii i rozwiązań dla biznesu. W ramach współpracy eksperci firmy będą m.in. prowadzić zajęcia dla studentów finansów i rachunkowości oraz z zarządzania w środowisku wirtualnym. Na najlepszych studentów czekają staże. Ta współpraca to dobry przykład rosnącego znaczenia relacji B2U (ang. Business to University) na polskim rynku pracy.
Uczelnie wyższe coraz częściej podejmują wspólne działania z biznesem, pomagając młodym ludziom wejść na rynek pracy. Trend ten widać choćby w sektorze usług biznesowych, zatrudniającym w Polsce już ponad 212 000 specjalistów. Szkoły wyższe współpracują już z 87% centrów biznesowych działających w tym sektorze. Trend do współpracy z uczelniami silnie odznacza się także w branży IT, która stale poszukuje nowych rąk do pracy. Jak wynika z raportu ABSL „Rynek usług IT w Polsce”, w 78% przypadków kooperacja graczy rynku technologicznego z uczelniami jest dyktowana rekrutacją przyszłych pracowników.
Obie strony są świadome, ze taka współpraca przynosi wymierne i długofalowe korzyści, a w konsekwencji pozyskiwani są lepiej wykształceni pracownicy. Z kolei z perspektywy uczelni współpraca B2U (ang. Business to University) to przede wszystkim korzyści w postaci dodatkowych środków na prowadzenie badań naukowych czy podniesienia poziomu dydaktyki dzięki kontaktom z ludźmi biznesu. Umowy podpisywane z prestiżowymi firmami to także ważny argument za wyborem uczelni dla wielu kandydatów. Coraz więcej firm bowiem deklaruje, że zdecydowana większość uczestników programów stażowych po zakończeniu praktyki otrzymuje stałe zatrudnienie.
Wzorowa współpraca
Ogłoszona właśnie współpraca Accenture Services z Akademią Leona Koźmińskiego ma na celu kształcenie przyszłych specjalistów, gotowych do podjęcia pracy w firmach operujących w sektorach finansów czy technologii. Wspólne działania dotyczyć będą przede wszystkim uczestnictwa menedżerów firmy w Radzie Programowej uczelni oraz w gościnnych wykładach i seminariach.
– W Accenture staramy się nieustannie wypracowywać i oferować naszym klientom rewolucyjne rozwiązania, pomóc im uwolnić potencjał rozwoju i umacniać strategiczną pozycję. Nasz sukces budują zaangażowane zespoły profesjonalistów, które dzięki proaktywnemu podejściu, kształtują przyszłość najbardziej innowacyjnych przedsięwzięć. Partnerstwo z Akademią Leona Koźmińskiego to integralny element kierunku, w którym się rozwijamy. To także doskonała okazja, aby zachęcić do współpracy z nami najbardziej elastycznych i zorientowanych na praktyczną naukę potencjalnych członków zespołów – komentuje Edyta Gałaszewska-Bogusz, Dyrektor Accenture Operations Polska.
Akademia Leona Koźmińskiego nieustannie dąży do połączenia wiedzy teoretycznej z praktyką. Zacieśnianie współpracy z sektorem korporacyjnym jest jednym z podstawowych priorytetów uczelni. Tego typu działania podejmują również inne instytucje, m.in. Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie, Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu czy Uniwersytet Jagielloński.
Już od stycznia 2017 roku wszystkie Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych (TFI) w Polsce, mające w swojej ofercie Fundusze Inwestycyjne Zamknięte (FIZ) i Specjalistyczne Fundusze Inwestycyjne Otwarte (SFIO), będą miały obowiązek rozszerzonego raportowania danych na temat zarządzanych przez nich alternatywnych funduszy inwestycyjnych. W dostosowaniu się do nowych przepisów pomoże im aplikacja OnReporting od Onwelo, które automatyzuje cały proces.
OnReporting to dedykowane rozwiązanie do zarządzania procesem generowania raportów ZAFI/AFI w formacie XML. Wymóg takiego raportowania nakładają na TFI wytyczne Komisji Nadzoru Finansowego (KNF), dotyczące zmian w ustawie o funduszach inwestycyjnych i zarządzaniu alternatywnymi funduszami inwestycyjnymi. Nowe przepisy zostały wprowadzone, aby dostosować polskie prawo do rozporządzenia Komisji Europejskiej nr 231/2013. Nałożyło ono na Zarządzających Alternatywnymi Funduszami Inwestycyjnymi (ZAFI) we wszystkich krajach UE obowiązek okresowego raportowania, co ma zwiększyć monitoring ryzyka oraz transparentność inwestycji tych funduszy.
„Raport AFI to plik z ponad 300 informacjami do uzupełnienia, w kilkudziesięciu możliwych wersjach, np. w zależności od typu funduszu, polityki inwestycyjnej. Z kolei raport ZAFI to 38 różnych informacji do zebrania na podstawie zagregowanych danych z raportów AFI. Aby wypełnić cały raport, należy udzielić odpowiedzi na ponad 40 pytań, które wymagają dokładnej analizy i wykonania obliczeń. To bardzo czasochłonny proces i dlatego warto go zautomatyzować” – mówi Bartosz Czyż, odpowiedzialny za zarządzaniem działem rozwoju aplikacji OnReporting w Onwelo.
TFI mogą skorzystać z kilku opcji, np. wykorzystać aplikację OnReporting Converter do importu samodzielnie wypełnionych raportów ZAFI i AFI, sprawdzania poprawności technicznej wstawionych tam danych, a także do ich konwersji do formatu XML, zgodnego ze specyfikacją ESMA. Aby w pełni zautomatyzować cały proces raportowania, należy dodatkowo zintegrować aplikację z systemami TFI, które stanowią źródło danych do generowania raportów. Taką funkcjonalność zapewnia moduł o nazwie OnReporting Creator.
Onwelo oferuje wraz ze swoim oprogramowaniem usługę, która polega na kompleksowej analizie danych oraz przygotowaniu gotowych raportów AFI/ZAFI. Jest ona świadczona przez zespół specjalistów Onwelo z dużym doświadczeniem w tworzeniu rozwiązań i obsłudze firm z branży finansowej. Wszyscy klienci korzystający z aplikacji OnReporting zyskują także dostęp do wsparcia serwisowego oraz usługi bieżącego dostosowania oprogramowania do przepisów prawa.
OnReporting można zainstalować albo na serwerze w ramach infrastruktury sprzętowej TFI, albo korzystać z niej w modelu usługowym (SaaS). Warto wspomnieć, że specjaliści Onwelo zapewniają także dodatkowe usługi, np. audyty bezpieczeństwa po wdrożeniu wytycznych KNF, audyty okresowe oraz usługi zarządzania całą infrastrukturą sprzętową i programową klienta.
OnReporting jest częścią platformy OnFinance, która jest kompleksowym rozwiązaniem Onwelo do automatyzacji procesów raportowania finansowego i zarządczego. Oprócz raportowania TFI według nowych przepisów, może ona także zautomatyzować takie obszary, jak np. raportowanie podatkowe, w postaci pliku JPK.
Intuicyjnie wydawać się może, że im ktoś ma więcej pieniędzy, tym ważniejsze w jakim banku je trzyma i na ile oprocentowany jest jego depozyt. Tymczasem jak pokazują dane Narodowego Banku Polskiego, im ktoś bardziej zamożny, tym mniejszą część pieniędzy ma ulokowanych w tzw. aktywa finansowe. Akcje, obligacje i lokaty stanowią zaledwie 3,5 proc. majątku tej grupy. Depozyty bankowe, najpopularniejsza forma oszczędzania, to przeciętnie 11,4 proc. wartości majątku najuboższych i już tylko 2,3 proc. wartości majątku osób o najwyższych dochodach. Najważniejsze składniki majątku Polaków niezależnie od zamożności stanowią nieruchomości
i samochody.
Im mniejszy majątek Kowalskiego, tym większe znacznie dla jego ogólnej wartości mają paramenty finansowe depozytu lub konta oszczędnościowego, a wybór najlepszej oferty na rynku w sposób bardziej istotny wpływa na stan majątku – taki wniosek można wysnuć z analizy danych NBP o udziale poszczególnych kategorii aktywów w majątku Polaków, przeanalizowanych przez ekspertów BGŻOptima.
Po pierwsze nieruchomości
Własny dach nad głową, czyli dom lub mieszkanie na własność, ma 76,4 proc. społeczeństwa. Według najnowszych dostępnych danych NBP szacujących wartość naszych majątków, 63 proc. dorosłych mieszkańców porusza się własnym pojazdem. Łącznie ruchomości, nieruchomości i inne aktywa przeciętnego Polaka mają wartość ćwierć miliona złotych. To oczywiście czysta teoria, bo większość kapitału jest zamrożona w dobrach mało płynnych, jak dom czy mieszkanie. Aktywa dostępne od ręki są znacznie skromniejsze, ponieważ oszczędności przeciętnego gospodarstwa domowego NBP ocenia na 8,6 tys. zł. Większość, bo aż 81,9 proc. oszczędzających, trzyma pieniądze w różnego rodzaju produktach depozytowych w bankach.
– Po przeanalizowaniu dostępnych danych okazało się, że poziom zamożności jest ściśle związany ze sposobem lokowania kapitału. Im jest on niższy, tym większe znaczenie aktywów finansowych – mówi Konrad Grzelec, ekspert BGŻOptima. – Policzyliśmy, że udział depozytów, akcji, obligacji, pożyczek w majątku spada wraz ze wzrostem wartości netto majątku. Najbogatsi Polacy trzymają w aktywach finansowych zaledwie 3,5 proc. wartości swojego majątku – dodaje.
Na potrzeby analizy BGŻOptima wyodrębnił trzy kategorie Polaków: osoby o niskiej zamożności, średnio zamożne i bogate, a następnie zbadał, jakie każda z tych grup ma aktywa rzeczowe oraz finansowe. – Pierwszym ciekawym spostrzeżeniem jest fakt, że własne lokum najwięcej waży w majątku klasy średniej – odpowiada za 80,6 proc. całości zgromadzonych aktywów – mówi Konrad Grzelec. Jak dalej wylicza, w portfelu Polaków niezamożnych udział nieruchomości to 61,2 proc. U ludzi bogatych własny dom/mieszkanie stanowi 52,8 proc. majątku. Do tego trzeba dodać kolejne 14,7 proc. z tytułu posiadania drugiej nieruchomości. Polacy średnio zamożni ulokowali w dodatkowym mieszkaniu 6,4 proc. kapitału.
Z kolei w przypadku osób mało zamożnych, duży udział w aktywach trwałych ma samochód – aż 10 proc. W grupie „średniaków” pojazd odpowiada za 3,7 proc. majątku, a wśród najbogatszych – 2 proc. Kosztowności i przedmioty wartościowe też stosunkowo niewiele ważą w portfelu zamożnych, według szacunków ich udział w majątku to zaledwie 0,2 proc. Przeciętnie majętni w precjozach trzymają 0,6 proc. kapitału. Stosunkowo największy udział mają one w aktywach najsłabiej uposażonych – 2,7 proc.
Kto ma mało, więcej inwestuje
Spójrzmy teraz na finansowe aktywa Polaków. Ludzie bogaci ani nie chomikują pieniędzy, ani specjalnie nimi nie obracają. Na depozytach mają tylko 2,3 proc. kapitału. Ledwie 0,5 proc. majątku zainwestowali w fundusze inwestycyjne, 0,1 proc. pieniędzy trzymają w akcjach i tyle samo w obligacjach. Tyle też pożyczyli innym na procent.
Na drugim biegunie są osoby najsłabiej uposażone. Aż 11,4 proc. kapitału trzymają na depozytach, a tylko 0,3 proc. ulokowali w funduszach. – Oczywiście kwota tych oszczędności jest zdecydowanie większa dla osób zamożnych, nawet przy niższym udziale depozytów w całym majątku. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że z perspektywy osoby niezamożnej to, na jaki procent ulokowała ona swoje oszczędności w danym banku ma zdecydowanie większe znaczenie, z perspektywy powiększania jej majątku, niż w przypadku osoby zamożnej – komentuje Konrad Grzelec.
I kolejne zaskoczenie: ludzie mniej zamożni mają największą skłonność do bardziej ryzykownych inwestycji. Proporcjonalnie najwięcej wśród wszystkich trzech analizowanych grup majątkowych, bo 0,3 proc. kapitału zainwestowali w akcje. Nie posiadają natomiast obligacji. Za to 1,3 proc. kapitału przeznaczyli na pożyczki dla innych – to znowu najwyższy odsetek.
Co ciekawe 12,4 proc. majątku najmniej zamożnych przypada na dobrowolne programy emerytalne i polisy życiowe. To bez porównania więcej niż w pozostałych dwóch grupach. Bogaci odłożyli na przyszłość, w instrumentach emerytalnych i ubezpieczeniowych, 0,3 proc. majątku, a średnio zamożni 1,2 proc. Generalnie klasa średnia, jak pokazują dane, nie dysponuje specjalne dużym kapitałem obrotowym. I być może dlatego ma mocno zachowawcze podejście do inwestycji. Na depozytach średnio zamożni Polacy trzymają 4 proc. majątku, w funduszach inwestycyjnych 0,2 proc., w akcjach 0,2 proc. i 0,1 proc. w obligacjach. Tyle samo przeznaczyli na pożyczki dla innych.
Zmienność jest nierozerwalnie związana z rynkami finansowymi, a inwestycje w okresach zwiększonej niestabilności mają swoje dobre i złe strony. Dobre, ponieważ znaczne wahania cen stanowią okazję do zarobku, a złe, ponieważ niestabilność może przyjąć ekstremalne formy i zwiększyć ryzyko znacznych strat. Czy można przygotować się na nagłe zmiany rynkowe, aby w tym czasie nie być stratnym?
W historii rynków finansowych mieliśmy już okresy zarówno względnego spokoju, jak i dużej zmienności i niestabilności. Najlepszym tego przykładem jest ostatni globalny kryzys finansowy, który miał miejsce w latach 2007-2009. W tym czasie niejeden inwestor stracił większość swojego majątku. Po kryzysie rozpoczęła się hossa, która pomimo perturbacji, związanych z kryzysem zadłużenia krajów strefy euro, trwa do dzisiaj, a wiele światowych indeksów znajduje się blisko rekordowo wysokich poziomów. Historia pokazuje, iż kolejne globalne kryzysy finansowe pojawiały się co 7-10 lat, można zatem wnioskować, że obecnie jesteśmy w przededniu kolejnego z nich.
Psychologia odpowiedzią na niestabilność – poznaj rynek i zaplanuj swoje inwestycje
Niestabilność rynków może wpłynąć na błędną ocenę sytuacji przez inwestora, prowadząc do irracjonalnych decyzji. „Jeszcze zanim zaczniemy inwestować, warto sporządzić plan i twardo się go trzymać. Powinien on zawierać poziomy wejścia i wyjścia z rynku, reguły dotyczące zarządzania ryzykiem i wyznaczone poziomy zleceń Stop Loss oraz zleceń Take Profit. Dodatkowo, w okresie ekstremalnej niestabilności rynku warto zaostrzyć reguły zleceń Stop Loss, aby ograniczyć ryzyko związane z dużymi wahaniami cen. Poziomy zleceń Take Profit również muszą zostać dostosowane do warunków rynkowych i w przypadku dużej zmienności powinny zostać podniesione, aby wykorzystać zwiększone wahania cenowe do realizacji większych zysków” – mówi Andrzej Kiedrowicz, Chief Operating Officer w KOI Capital.
W okresie niestabilności rynkowej niezwykle ważne jest poznanie kluczowych czynników, które wpływają na taką sytuację. W tym czasie powinniśmy rzetelnie śledzić: wiadomości ekonomiczne, wydarzenia geopolityczne, politykę i działania banku centralnego, a nawet plotki oraz sentyment panujący na danym rynku. Równie ważne jest zestawianie oczekiwań doświadczonych analityków z rzeczywistością. Wszystkie te działania pomogą nam w określeniu potencjalnych zysków i strat, a także w przygotowaniu planu inwestowania, bez którego nie powinniśmy inwestować.
Określ trend rynku i zminimalizuj ryzyko
Inwestując w okresie niestabilności rynkowej należy określić trend wybranego przez nas rynku. Są trzy rodzaje trendu: wzrostowy, spadkowy i boczny, który charakteryzuje się ograniczonym zakresem wahań. „Wybierając wyraźne trendy najlepiej przyjąć zasadę: „trend jest moim przyjacielem”, co oznacza, że powinniśmy inwestować zgodnie z panującym obecnie trendem. W przypadku trendu wzrostowego otwieramy więc pozycję długą, czyli kupujemy dany instrument, natomiast w przypadku trendu spadkowego otwieramy pozycję krótką, czyli sprzedajemy dany instrument. W tych przypadkach jednak należy być przygotowanym na późniejszą modyfikację strategii, w zależności od zmieniających się warunków rynkowych, co jest sytuacją częstą w przypadku niestabilnych rynków. Jeśli chcemy inwestować w trendzie bocznym to powinniśmy otwierać pozycję długą, w pobliżu dołków kanału trendu, natomiast pozycję krótką przy szczytach kanału trendu” – radzi Kiedrowicz z KOI Capital.
Niezwykle ważne jest zrozumienie, jak używać odpowiedniej dźwigni i jak zmniejszyć wolumen handlu. Podczas skrajnej niestabilności rynku warto zmniejszyć dźwignię, co pozwoli obniżyć ryzyko. Dywersyfikacja pozycji i inwestowanie na różnych klasach instrumentów finansowych również mogą wpłynąć na zmniejszenie ryzyka. Dzięki różnorodności oferowanych instrumentów CFD (kontrakty na różnicę kursową), obecnie mamy ułatwiony dostęp do instrumentów z rynku walutowego, surowcowego, indeksów, obligacji czy zagranicznych akcji. Odpowiednie wyszukiwanie okazji inwestycyjnych na różnych rynkach i otwieranie mniejszych wolumenowo, licznych pozycji, pozwoli zmniejszyć ryzyko strat na niestabilnych rynkach.
Zachowanie dyscypliny to klucz do inwestowania na niestabilnych rynkach. Jeśli jednak nie rozumiemy danego ruchu cenowego, lepiej wyjść z rynku i poczekać na następną okazję. Pomocna może okazać się także kilkudniowa przerwa w inwestowaniu, która jest najlepszym sposobem na zdystansowanie się do sytuacji. Świeże podejście pomoże dostrzec nam nowe, atrakcyjne okazje inwestycjne.
Polska branża fitness ma duży potencjał wzrostu – uważa Tony Cowen, założyciel ToneZone. Pod koniec października otwarto należący do niej, pierwszy w Europie fitness multipleks. Strategia firmy zakłada szybką ekspansję: w ciągu następnych pięciu lat ma powstać 70 takich obiektów pod szyldem ToneZone w największych europejskich miastach.
– Myślimy o Genewie, Paryżu, Londynie i Frankfurcie, ale także o miastach w Polsce. Tutaj chcemy stworzyć trzy lub cztery kluby w ciągu najbliższych kilku lat. Myślę, że tutejszy rynek będzie się rozwijał – uważa Tony Cowen, założyciel pierwszego w Europie fitness multipleksu ToneZone, wcześniej odpowiedzialny m.in. za międzynarodowy sukces takich gigantów, jak Pure JATOMI i Fitness First.
Pod koniec października w gdańskiej galerii Metropolia został otwarty pierwszy obiekt należący do marki ToneZone. Na 1700 mkw. powierzchni znajduje się m.in. osiem stref treningowych podzielonych na sekcje tematyczne, kawiarnia i żłobek. Koszt inwestycji wyniósł około 10 mln zł, z czego prawie 4 mln zł przeznaczono na sprzęt sportowy.
– Centrum handlowe w Gdańsku-Wrzeszczu to świetna lokalizacja, która daje duże możliwości. Klub będzie tuż obok stacji kolejowej, więc jest łatwo dostępny. To dobre miejsce, by zacząć rozwijać nowy format – ocenia Tony Cowen.
ToneZone to nowy koncept nie tylko w skali polskiego rynku. Gdański fitness multipleks jest jak na razie jedynym tego typu obiektem w Europie i jednym z niewielu na świecie.
– Coś podobnego istnieje w Australii, ale my chcemy być lepsi. Trochę przypomina to kinowy multipleks, ale zamiast filmów w poszczególnych salach dostępne są różne typy treningów. Są między innymi strefy treningu na rowerach, zajęcia dla ciała i umysłu, jak joga czy pilates, bardziej aktywne formy ćwiczeń, jak boot camp, a także zajęcia taneczne, np. zumba – wylicza Tony Cowen.
W opinii założyciela marki ToneZone popularność klubów fitness wzrasta z roku na rok, a branża ewoluuje i potrzebuje nowych rozwiązań, co doskonale widać na przykładzie Polski. Dlatego marka debiutuje właśnie na rynku polskim, jednak w planach ma intensywną ekspansję w krajach europejskich. Zgodnie z przyjętą strategią w ciągu najbliższych pięciu lat w największych miastach Europy ma powstać 70 fitness multipleksów pod szyldem ToneZone.
– Z moją poprzednią firmą Pure JATOMI także wystartowałem w Polsce, a następnie weszliśmy na inne rynki. Potencjał polskiego rynku jest ogromny – podkreśla Tony Cowen.
Z raportu „The European Health & Fitness Market 2016” przygotowanego przez Deloitte wynika, że z usług fitness klubów korzysta regularnie 2,77 mln Polaków, co stanowi ok. 7 proc. społeczeństwa. Dla porównania w Szwecji odsetek ten wynosi 16 proc., a w Norwegii sięga 20 proc. Przychody polskiej branży fitness rosną: w 2015 roku wyniosły 3,65 mld zł, czyli o 50 mln zł więcej niż jeszcze rok wcześniej. Pod koniec ubiegłego roku w Polsce działało około 2,5 tys. klubów fitness.
Eksperci Deloitte zwracają uwagę na to, że rynek dopiero się stabilizuje: w ciągu ostatniego roku powstało wiele nowych klubów fitness, ale podobna ich liczba zamknęła działalność. Cechuje go również duża segmentacja, a z danych Polskiego Związku Pracodawców Fitness wynika, że najwięcej jest tzw. mid-market, czyli klubów z szerokim wachlarzem usług kierowanych do dużego grona klientów.
– Rynek fitness klubów jest podzielony na segmenty. Mamy sieci tańszych klubów, jak McFit czy Cityfit, oraz sieci premium, jak Holmes Place. W każdym z tych segmentów jest miejsce na kolejne kluby – zaznacza Tony Cowen.
Spółka Macro Games planuje w przyszłym roku wydać autorską grę mobilną. Prowadzi też negocjacje z jednym z telekomów w zakresie jej dystrybucji. W ciągu kolejnych miesięcy strategia spółki skupi się na tworzeniu nowych oraz rozwijaniu już istniejących portali i budowaniu wokół nich społeczności graczy.
– Strategia spółki zakłada przede wszystkim rozwój portali i kontentu, które już istnieją, ale również tworzenie nowych portali, budowanie społeczności wokół nowych tytułów gier. W przyszłym roku najprawdopodobniej pojawią się nasze własne tytuły, zajmiemy się również ich dystrybucją. Zamierzamy też rozwinąć biznes, który jest w tej chwili istotną częścią spółki pod względem generowanych przychodów, czyli dystrybucję kluczy. To trzy główne obszary, w których widzimy potencjał wzrostu i rozwoju w przyszłym roku – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Madler, dyrektor operacyjny Macro Games SA.
Pod koniec września spółka Macro Games poinformowała, że rozpoczęła negocjacje dotyczące współpracy w zakresie dystrybucji własnej gry mobilnej z wiodącym na rynku operatorem sieci telekomunikacyjnym. Wykonanie gry powierzyła firmie Big Blue Marble Incorporation z USA, w której zakupiła 49 proc. udziałów. Spółka zaznaczyła, że grę cechuje pionierski charakter w porównaniu z innymi grami tego typu na rynku, przede wszystkim ze względu na połączenie elementów social, rywalizacji i fizycznej lokalizacji oraz elementów angażujących zarówno dzieci, jak i ich rodziców. Macro Games szacuje, że wypuszczenie na rynek autorskiej gry i współpraca z telekomem w zakresie dystrybucji znacząco przyczynią się do zwiększenia przychodów.
– W pierwszym półroczu tego roku mieliśmy obroty na poziomie 2,5 mln zł, a zysk z działalności operacyjnej przekroczył 900 tys. zł. Jednak rozwijamy się. Mamy ambitne plany i liczymy na to, że te wyniki będą znacząco lepsze w 2017 roku – przewiduje Paweł Madler.
W połowie lipca spółka Macro Games uruchomiła nową odsłonę CSCenter.pl, jednego z najstarszych portali dla społeczności graczy i fanów gry Counter Strike: Global Offensive. Zgodnie z przyjętą strategią, CSCenter.pl, będzie funkcjonować jako zintegrowana platforma e-sportowa działająca na zasadzie all-in-one. Oznacza to, że gracze i fani tytułu znajdą wszystkie interesujące ich informacje w jednym miejscu. Wraz ze startem odświeżonej platformy CSCenter.pl, spółka uruchomiła jednocześnie największą w polskim internecie ligę CS: GO CSCenter League.
Jak poinformowała spółka w raporcie za II kwartał 2016 roku, celem tych działań jest zwiększenie zasięgu w bardzo atrakcyjnej społeczności konsumenckiej. Zasięg szacowany na koniec tego roku to 300 tys. unikalnych użytkowników związanych na stałe z CSCenter.pl. W 2017 roku Macro Games planuje podwoić tę liczbę oraz wyjść z formatem ligi na rynki zagraniczne.
– W tej chwili jesteśmy właścicielem dwóch portali. Pierwszy to MyCraft, który zrzesza fanów gry Minecraft, a drugi portal to CSCenter.pl i zrzesza z kolei fanów gry Counter-Strike. Mamy tutaj do czynienia z dość różnymi grupami, co bardzo nas cieszy, ponieważ jesteśmy w stanie z naszymi portalami docierać do bardzo szerokich grup społecznych – mówi Paweł Madler.
MyCraft.pl to największy i najstarszy w Polsce portal poświęcony graczom i fanom Minecrafta. Na początku roku spółka Macro Games zainwestowała 500 tys. zł w nową odsłonę portalu i podpisała umowę o współpracy z technologicznym gigantem Microsoft, który wykupił prawa do gry.
Macro Games to spółka z segmentu gier, nowych technologii i rozrywki elektronicznej notowana na NewConnect od 2012 roku.
Wstępne odczyty wskaźników dotyczących sytuacji w sektorze przemysłowym i usługowym Niemiec potwierdzają, że tamtejsza gospodarka jest w dobrej kondycji. To dobra wiadomość dla krajowych eksporterów, bo Polska do Niemiec kieruje około jednej czwartej swojej sprzedaży zagranicznej. Zdaniem Rafała Sadocha, analityka Domu Maklerskiego mBanku, w przypadku krajowej gospodarki obecnie znacznie bardziej niepokojący jest zastój w inwestycjach, który może się utrzymać.
– Najnowsze wskaźniki koniunktury gospodarczej krajów unii walutowej napawają optymizmem – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Rafał Sadoch, analityk Domu Maklerskiego mBanku. – Znaczące odbicie w największej europejskiej gospodarce, niemieckiej, widzimy zarówno w sektorze usługowym, jak i przemyśle. Wskazuje ono, że końcówka tego roku dla tamtejszej gospodarki, ale i całego Eurolandu, może być najlepsza w 2016 roku. To dobry prognostyk na przyszły rok.
Opublikowany ostatnio wstępny, październikowy, niemiecki odczyt Indeksu PMI dla sektora usług ukształtował się na wysokim poziomie 54,1 punktów (prognoza 51,5). Dla przemysłu osiągnął wartość 55,1 pkt (prognoza 54,3). Z kolei wskaźnik nastrojów niemieckich przedsiębiorców publikowany przez instytut Ifo wyniósł 110,5 pkt (prognoza 109,5).
– Takie poziomy wskazują, że ożywienie, które w ostatnich kwartałach było dość rachityczne, nabiera tempa w końcówce br., co jest dobrą informacją z punktu widzenia rynków akcyjnych – ocenia Rafał Sadoch. – Z jednej strony będziemy mieć do czynienia z poprawiającą się koniunkturą, z drugiej – Europejski Bank Centralny zapowiada, że będzie utrzymywał luźną politykę monetarną, która zapewne zostanie jeszcze wsparta niskimi cenami ropy naftowej. Taka sytuacja jest pożywką dla bardziej ryzykownych aktywów, głównie z europejskich parkietów.
Ożywienie za zachodnią granicą jest dobrą informacją dla krajowych eksporterów, którzy wysyłają do Niemiec około 25 proc. całej sprzedaży zagranicznej. Na wszystkie rynki wewnątrz wspólnotowe (Unii Europejskiej) trafia natomiast prawie trzy czwarte krajowego eksportu. Lepsza koniunktura w Niemczech oznacza zatem większe zakupy, a więc także rosnące przychody polskich przedsiębiorstw sprzedających produkty i usługi na tym rynku.
– To, co się dzieje w Eurolandzie, bez wątpienia jest ważne dla krajowych eksporterów – potwierdza Rafał Sadoch. – Jeśli natomiast chodzi o kondycję krajowego rynku, nieco większe obawy budzi m.in. w dalszym ciągu niski poziom inwestycji. Jest ryzyko, że nakłady, które w pierwszej połowie roku były na minusie, w końcówce roku nie wzrosną, dlatego dynamika PKB być może już w trzecim kwartale spadła poniżej trzech proc. To ważny próg, który nie jest wykluczone, przesądzi o tym, co będzie się działo ze złotym w dalszej części roku, oraz tym, jakie nastawienie do procesów gospodarczych będzie mieć Rada Polityki Pieniężnej.
Coraz więcej obcokrajowców nabywa w Polsce nieruchomości. W ubiegłym roku kupili oni grunty o powierzchni prawie 3,9 tys. ha i lokale o powierzchni przeszło 861 tys. m2. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji (MSWiA) chce mieć na te transakcje oko i zamierza wprowadzić system gromadzący informacje o nieruchomościach kupionych w naszym kraju przez cudzoziemców. Pytanie tylko po co.
„Na dzisiaj obywatele Unii Europejskiej mogą kupować nieruchomości na tych samych zasadach co obywatele Polski. Nieruchomości te nie są jednak rejestrowane” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Konrad Płochocki, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich. Mamy natomiast system monitorujący nabywanie nieruchomości przez obywateli krajów spoza Unii. Każda taka transakcja wymaga zgody MSWiA. Odpowiednie dane są więc już zbierane.
Czy wprowadzenie kolejnego systemu gromadzącego informacje o nieruchomościach nabytych przez osoby z zagranicy jest zatem potrzebne? „Wyłapywanie nieruchomości, które są lokalami mieszkalnymi czy lokalami użytkowymi, chyba mija się z celem i nie ma potrzeby wydawać pieniędzy na taki system. Ewentualnie powinno się monitorować nabywanie dużych areałów ziemi, powyżej kilku hektarów” – uważa ekspert.
Przyjęty przez rząd budżet państwa na 2017 r. jest jak cienka, wysoko zawieszona lina, po której trzeba będzie przejść. I to nie będzie bezpieczne.
Budżet zakłada deficyt bliski 3 proc. PKB, a przekroczenie tej granicy oznaczałoby rozpoczęcie procedury ograniczania nadmiernego deficytu, przewidzianej przez UE. Już raz to przechodziliśmy i to było bolesne.
Polska gospodarka ma się całkiem nieźle, dlatego deficyt budżetowy powinien wynosić raczej 2 proc. PKB, uważa dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB: – Nasza sytuacja byłaby wtedy bezpieczniejsza.
Przy tak wysokim założonym deficycie nie będzie można zamortyzować skutków wydarzeń gospodarczych na świecie, a zwłaszcza tego co może się zdarzyć w Chinach. Kłopoty Chin odbiją się negatywnie zwłaszcza na niemieckiej gospodarce, z którą najbardziej związany jest polski eksport.
– Gdyby założony deficyt wynosił 2 proc. PKB, to skutki takich wydarzeń rząd mógłby zamortyzować zwiększając deficyt. Przy deficycie bliskim 3 proc. nie będzie mógł tego zrobić.
Posłowie PiS przygotowali projekt ustawy, która ma ograniczyć liczbę aptek w Polsce. Uzasadnienie projektu ustawy jest zaskakujące, a jej uchwalenie będzie niekorzystne dla konsumentów, bo wzrosną ceny.
Jeżeli ustawa ma przeciwdziałać dominacji na rynku aptek sieciowych, to pomysł jest nietrafiony, ocenia Rafał Trzeciakowski, ekspert FOR. W jego ocenie trudno mówić o dominacji aptek sieciowych nad pozostałymi, ponieważ w Polsce działa aż 380 sieci aptek. I pomimo tak dużej ich ilości, mają one tylko 44 proc. rynku.
– Zmiany ustawowe byłyby niekorzystne dla konsumentów, spowodowałyby wzrost cen – mówi w rozmowie z MarketNews24.
Clinton czy Trump? Czyje zwycięstwo wyborcze w USA może okazać się lepsze dla Polski? Częściej słyszymy, że lepsze będzie zwycięstwo Hilary Clinton. A jednak jeżeli chcielibyśmy zniesienia wiz, to większe są szanse, gdy wygra jej przeciwnik, takiego zdania jest Jakub Stasik, ekspert XTB.
W jego ocenie program wyborczy Clinton jest zgodny z programem Demokratów, tego nie można powiedzieć o Republikanach i ich kandydacie, ale to Trump spotkał się z Polonią w USA i mówił o zniesieniu wiz. Jednak w kwestiach gospodarczych wynik wyborów będzie raczej neutralny.
Świąteczne dekoracje tworzą w sklepach specjalny nastrój i wpływają na decyzje konsumenckie – twierdzą specjaliści od marketingu. Dlatego w połowie października pojawiają się w witrynach motywy halloweenowe, a na początku listopada – choinki i bożonarodzeniowe światełka. Choć z jednej strony przedwczesne świętowanie konsumentów śmieszy, a czasem irytuje, to jednak nie wyobrażają sobie, że mogłoby tych dekoracji zabraknąć.
– Konsumenci zdają sobie sprawę z tego, że dekoracje wpływają na ich nastrój, mają ich zachęcić do zakupów. Jednocześnie obserwacje dowodzą, że jeżeli któryś sklep w okresie bożonarodzeniowym nie ma tej dekoracji, to klienci mają wątpliwości: może coś z tym sklepem jest nie tak, może ma jakiś zepsuty towar, a może są tam złej jakości produkty. Okazuje się, że klienci nie chcą wchodzić do sklepów, w których brakuje tego typu dekoracji – mówi agencji Newseria Lifestyle dr Marek Borowiński, specjalista ds. visual merchandisingu i psychologii koloru Shop Doctor.
Ozdoby w witrynach sklepowych niewątpliwie przybliżają magię świąt. W Polsce handlowcy rozpoczynają bożonarodzeniowy sezon na początku listopada. To wcześnie, ale i tak znacznie później niż Amerykanie. Za oceanem niektóre sklepy już w lipcu kusiły choinkami i mikołajami.
– Na miejscu handlowców nie przesadzałbym z dekoracjami, dlatego że i tak najważniejszy jest typ i rodzaj towaru oraz jego dostępność. Klienci przychodzą ze swoimi potrzebami, a naszą rolą jako sklepów jest je spełnić. Ja wolę sklepy, które sprzedają, niż te, które są ładne – mówi dr Marek Borowiński.
Święta w centrach handlowych co roku stają się coraz bardziej komercyjne. Wiele marek już całkowicie zrezygnowało z symboli religijnych. Wyznacznikiem świąt stał się mikołaj, złote dzwonki, światełka, czerwone wstążki i błyszczące girlandy. Poza świątecznymi dekoracjami nastrój w sklepach tworzy też muzyka. Dlatego też w ostatnich miesiącach roku z głośników sączą się polskie i zagraniczne przeboje świąteczne.
– Czasami mamy tego dźwięku za dużo, a z drugiej strony tak naprawdę czekamy na „Last Christmas” i chcemy tego słuchać ze względu na dobre skojarzenia. Muzyka na nas działa i bardzo chcemy takiego uroku. Proszę sobie wyobrazić galerie czy sklepy, z których by nagle w tym okresie zniknęły świąteczna muzyka i ozdoby. Myślę, że bylibyśmy rozczarowani takimi świętami w sklepach – mówi dr Marek Borowiński.
Zdania o tym, kiedy w sklepach przychodzi właściwa pora na świąteczne ozdoby i kolędy są podzielone, jednak większość konsumentów twierdzi, że pojawiają się one zdecydowanie za wcześnie.
Rozwój niszowych technologii kosmicznych daje szanse włączenia się polskiego przemysłu do projektów europejskich. Niezagospodarowaną niszą na rynku są mikrosatelity o wadze nieprzekraczającej 150 kg. W tym obszarze Polska ma duże szanse – ocenia Grzegorz Brona, prezes Creotech Instruments. W przyszłości właśnie dzięki miniaturyzacji uda się w tej niszy osiągnąć sukces związany z obrazowaniem, komunikacją czy nawigacją.
– Jednym z założeń Polskiej Strategii Kosmicznej jest koncentracja na niewielkich obiektach kosmicznych, na niszy, która bardzo szybko rośnie, za kilka lat przestanie być niszą, a zacznie być wiodącą gałęzią gospodarki kosmicznej. W założeniach do strategii widać, że rząd rzeczywiście dostrzegł tę niszę i zamierza na niej skoncentrować szereg działań. Mówimy tutaj przede wszystkim o obiektach np. satelitarnych, których masa wynosi pomiędzy 10 a 150 kg, czyli o tzw. mikrosatelitach – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Brona, prezes Creotech Instruments.
Polska Strategia Kosmiczna zakłada, że polskie firmy powinny się szczególnie zainteresować małymi satelitami i nanosatelitami. Ich koszt jest niższy od dużych (ok. 30–50 mln dol., przy 150 mln dol. dużego satelity). Na rynku małych i mikrosatelit o wartości 90 mld dol. konkuruje 110 podmiotów. Rynek nanosatelitów (do 10 kg) jest rozdrobniony, za blisko połowę satelitów umieszczanych na orbicie odpowiada 10 największych graczy.
– W Polsce mamy doskonałe doświadczenia z nanosatelitami, satelitami studenckimi, jak PW-Sat1. W przyszłym roku drugi satelita, PW-Sat2, ma zostać wysłany na orbitę okołoziemską. Od strony technicznej mamy więc opracowane podejście. Ale aby rzeczywiście móc wykorzystać pewne dane z tych satelitów, należy je przeskalować w górę, nie wystarczą satelity jedno- czy dwukilogramowe, trzeba iść w kierunku satelitów mikro, rzędu 10, 20, może 50 kg. To wciąż niezagospodarowana nisza na rynku – tłumaczy Brona.
Największy potencjał dla komercyjnego wykorzystania mają nanosatelity umieszczane na niskiej orbicie, wykorzystywanej przede wszystkim do obrazowania obszarów Ziemi. Ministerstwo Rozwoju wskazuje, że Polska ma duży potencjał do zbudowania nanosatelitów, stworzenia ich konstelacji oraz systemu operowania. Satelity mogłyby służyć nie tylko do obserwowania naszej planety, lecz także miałyby zastosowanie militarne, edukacyjne, służyłyby do badań naukowych i technologicznych eksperymentów.
Obecnie w Polsce na zlecenie Europejskiej Agencji Kosmicznej realizowany jest projekt pierwszego polskiego satelity użytkowego SAT-AIS-PL.
– To pierwszy projekt, który daje nam know-how. Bazując na nim, będziemy mogli pójść w inne projekty w obszarze mikrosatelitów. Dostrzegliśmy taki potencjał na rynku już kilka lat temu, bardzo się cieszymy z tego, że strategia idzie w tym kierunku, i będzie popierać tego typu projekty – mówi Brona.
Satelitę buduje konsorcjum złożone z polskich firm (Creotech Instruments, Hertz Systems, Atos Polska, Śląskie Centrum Naukowo-Technologiczne Przemysłu Lotniczego) oraz instytucje naukowe: Centrum Badań Kosmicznych PAN, Instytut Łączności – Państwowy Instytut Badawczy i Akademia Morska w Gdyni.
– Satelita jest planowany do wystrzelenia ok. 2020 roku. Sam projekt składa się z kilku faz. Na początku przyszłego roku zostanie zakończona pierwsza faza związana z ustaleniem szczegółów misji. Następnie rozpocznie się faza projektowania, a od 2018 roku – faza produkcji elementów satelity, a następnie integracji – tłumaczy prezes Creotech.
Zadaniem SAT-AIS-PL ma być zbieranie informacji z automatycznego systemu identyfikacji statków (AIS) na potrzeby bezpieczeństwa ruchu morskiego. Ma odbierać sygnały nadawane przez statki i w ten sposób określać ich położenie czy dane o przewożonym ładunku. System AIS jest obowiązkowy dla wszystkich statków o wyporności od 300 ton wzwyż pływających na wodach międzynarodowych, statków towarowych o wyporności od 500 ton wzwyż pływających po wodach lokalnych oraz wszystkich jednostek pasażerskich.
– Strategia kosmiczna wskazuje, że dane satelitarne są istotne, należy je wykorzystywać jak najszerzej – podkreśla Grzegorz Brona.
Obecnie na orbicie okołoziemskiej znajduje się ok. 1,4 tys. aktywnych satelitów, które wspomagają światowe systemy informacyjne. Rozwój niewielkich platform satelitarnych, które zakłada Polska Strategia Kosmiczna, mogą pozwolić Polsce w ciągu 5–10 lat osiągnąć światowy poziom. Jak jednak zaznacza Brona, warunkiem jest stabilne finansowanie.
– Na razie mamy w zasadzie zarysy strategii. Za nią powinno stać również finansowanie. Co z tego, że wymyślimy, że będziemy mieć takie czy inne satelity albo rakiety, jeżeli za strategią nie będzie szło finansowanie. Warto więc dobrać odpowiednie środki finansowe czy procedury finansowania odpowiednich dużych projektów – podkreśla Grzegorz Brona.
Projekt nowelizacji ustawy, który zakłada utworzenie sieci szpitali, będzie sprzyjał największym szpitalom. Szanse na kontrakty z płatnikiem stracą mniejsze i prywatne placówki. Bez prywatnego kapitału państwo nie poradzi sobie z ochroną zdrowia – przestrzegają eksperci Pracodawców RP.
– Jeżeli jakość w ochronie zdrowia nie ma znaczenia, jeżeli miejsce pacjenta nie ma znaczenia, jeżeli chcemy odrzucić sektor prywatny, a mówi się o tym już bardzo jednoznacznie, to naprawdę zbliżamy się do sytuacji, kiedy pacjent zostanie pozostawiony sam sobie – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Mądrala, wiceprezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Szpitali Prywatnych, wiceprezydent Pracodawców RP.
Do konsultacji społecznych zostały przekazane projekty ustaw dotyczące sieci szpitali, podstawowej opieki zdrowotnej oraz ratownictwa medycznego. Ministerstwo Zdrowia zakłada utworzenie sieci szpitali, w ramach której placówki miałyby zagwarantowane finansowanie ze środków publicznych. Sposób finansowania miałby zależeć od grupy, do której zostanie przypisany konkretny szpital, to zaś będzie zależeć od liczby oddziałów. Eksperci alarmują, że projekt sieci sprzyja największym placówkom, więc poszkodowane będą te mniejsze. Niewykluczone, że część placówek, aby zbilansować budżet, będzie musiała ograniczyć liczbę przyjmowanych pacjentów. Nie wiadomo też, co stanie się z prywatnymi szpitalami, które prawdopodobnie nie wejdą do sieci szpitali.
Uczestnicy panelu dyskusyjnego „System ochrony zdrowia – publiczny czy prywatny?”, który odbył się w ramach I Kongresu Zdrowia Pracodawców RP podkreślali, że powrót do finansowania budżetowego spowoduje spadek jakości świadczeń, a państwo nie poradzi sobie w kwestii ochrony zdrowia bez prywatnego kapitału.
– Bogaty pacjent da sobie radę, pójdzie do prywatnych szpitali, zapłaci za leczenie. Ale jesteśmy niezbyt bogatym narodem, jest wiele rodzin, których na to nie stać – przestrzega Mądrala.
– Bardzo nam zależy na tym, żeby sektor prywatny był partnerem całego systemu i dopełnieniem sektora publicznego. Tym bardziej że dorobek prywatnych podmiotów jest znaczący. 1/3 wszystkich wydatków na ochronę zdrowia to są wydatki prywatne. W latach 2010–2014 wszystkie wydatki inwestycyjne wyniosły 30 mld zł, z czego 10 mld pochodziło z sektora prywatnego. Polski nie stać na zaprzepaszczenie tych inwestycji i rezygnację z kolejnych. Jeżeli rzeczywiście chcemy, żeby pacjent był w centrum uwagi, to w sferze ochrony zdrowia musi być konkurencja, która wspiera innowacje i podnoszenie jakości opieki. Bez współistnienia i współpracy obu sektorów będzie to bardzo trudne, o ile w ogóle osiągalne – ocenia Anna Rulkiewicz, prezes Medycyny Prywatnej, wiceprezydent Pracodawców RP.
Obecnie co trzecia złotówka przekazywana świadczeniodawcom przez NFZ trafia do prywatnych jednostek. Roczne wydatki na zdrowie w Polsce to ok. 118 mld zł. Ponad połowa pacjentów (63 proc.) korzysta zarówno z publicznej, jak i z prywatnej służby zdrowia.
Do 2025 r. do grupy osób w wieku 75+ wejdzie powojenny wyż demograficzny, co spowoduje istotny wzrost kosztów leczenia.
– To w naszym przekonaniu niemożliwe, żeby państwo poradziło sobie ze wszystkimi problemami zdrowotnymi i wzięło na siebie pełną odpowiedzialność za zdrowie Polaków w sytuacji starzejącego się społeczeństwa, ogromnego niedoboru personelu medycznego i mocno ograniczonego budżetu. Jesteśmy krajem na dorobku, dlatego konieczne jest współdziałanie obu sektorów i silna ręka regulatora, który będzie wyznaczał właściwe ramy działalności i publicznych, i prywatnych podmiotów – przekonuje Anna Rulkiewicz.
Sektor prywatny może też pełnić istotną rolę w zmianie zakresu medycyny pracy. Obecnie obejmuje ona wyłącznie zatrudnionych na umowę o pracę, tymczasem osoby aktywne zawodowo to również te pracujące na podstawie umów cywilnoprawnych. Gdyby medycyna pracy swoim zasięgiem objęła wszystkich aktywnych zawodowo Polaków, czyli ok. 16 mln osób, miałaby istotne znaczenie dla zdrowia publicznego.
– Medycynę pracy należy wykorzystać do celów profilaktycznych, a nie jak obecnie wyłącznie do stwierdzania przydatności do pracy. Musi ona być zorientowana przede wszystkim na ochronę przed chorobami, zwłaszcza cywilizacyjnymi, czyli na utrzymywanie pracowników w zdrowiu. Medycyna pracy powinna odgrywać rolę doradczą i docelowo objąć opieką wszystkich pracujących, a nie tylko osoby zatrudnione na umowę o pracę. Demografia jest nieubłagana i jeżeli polska gospodarka ma się długofalowo rozwijać, to musimy móc dłużej pracować. Dlatego obok pracodawców także państwo powinno wziąć na siebie odpowiedzialność za zdrowie osób pracujących. To zresztą zaprocentuje w wielu wymiarach. Chociażby w tym, że będziemy mieć mniejsze wydatki na leczenie pracujących i zdrowszych emerytów – podkreśla Anna Rulkiewicz.
Receptą na poprawę sytuacji polskiej ochrony zdrowia może być również koordynowana ochrona zdrowia. Jednak także i w tym wypadku konieczna byłaby współpraca sektora publicznego z prywatnym.
– Idealną formą współpracy byłoby konsorcjum koordynowanej ochrony zdrowia. To kosztowo najbardziej efektywna metoda organizacji ochrony zdrowia – mówi Jarosław Fedorowski, prezes Polskiej Federacji Szpitali.
Księga Rekomendacji, przekazana ministrowi zdrowia przez naukowców, lekarzy i ekonomistów po I Kongresie Zdrowia Pracodawców RP, wskazuje, że w opiece koordynowanej konieczne jest opracowanie nowego modelu dysponowania budżetem, wprowadzenie zachęt do wdrażania pojedynczych technik koordynacji czy zwiększenie transparentności informacji o działaniu systemu opieki. Celem opieki jest zapewnienie pacjentowi leczenia z uwzględnieniem prewencji i diagnostyki oraz płynne przechodzenie od podstawowej opieki do szpitalnej. To zaś mogą zapewnić koordynatorzy opieki.
– Powinien być nim odpowiednio przeszkolony koordynator, ale nie szukajmy wśród lekarzy czy pielęgniarek, których jest zbyt mało i są przeciążeni swoimi zadaniami. To powinni być absolwenci studiów z zakresu zdrowia publicznego, więc wcale niemała grupa. To ogromny potencjał niewykorzystany w naszym systemie – podkreśla Jarosław Fedorowski.
Działania zmierzające do unieważnienia prywatyzacji PKP Energetyka mogą być przez inwestorów zagranicznych postrzegane jako próba wywierania nacisku na właściciela, fundusz CVC Capital Partners – podkreślają eksperci Instytutu Staszica. To z kolei źle wpłynie na klimat inwestycyjny w kraju. W połowie września do sądu trafił wniosek o stwierdzenie nieważności prywatyzacji, mimo że wcześniej zarówno prokuratura, jak i Najwyższa Izba Kontroli nie stwierdziły zastrzeżeń do tej transakcji.
– Wynik procesu sądowego, który miałby na celu unieważnienie transakcji sprzedaży PKP Energetyka inwestorowi zagranicznemu, jest bardzo niepewny. Trzeba pamiętać, że inwestorzy podlegają ochronie prawnej. Przepisy prawa międzynarodowego [umowy BIT, czyli bilateral investment treaty – red.]chronią takie transakcje inwestycyjne i bardzo często państwa przegrywają w sądach arbitrażowych różne spory z kapitałem prywatnym. W wyniku takiego rozstrzygnięcia Polska musiałaby płacić odszkodowania, czego oczywiście nikt by nie chciał – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Agnieszka Domańska, ekspertka Instytutu Staszica, Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie i warszawskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.
Jak podkreśla, zamieszanie wokół prywatyzacji PKP Energetyki, a w szczególności spór sądowy, będą miały również wpływ na straty wizerunkowe Polski. To z kolei może odbić się w długiej perspektywie na kondycji gospodarki.
– Jakiekolwiek próby podważania tych decyzji inwestycyjnych, tym bardziej, jeżeli one miałyby przybrać charakter procesu sądowego, stanowią dosyć poważne zagrożenie dla wizerunku gospodarki Polski jako kraju stabilnego, przyjaznego inwestorom zagranicznym, kraju, w którym decyzje są przewidywalne. Te kwestie są brane pod uwagę przez inwestorów zagranicznych przy wchodzeniu na nasz rynek – mówi dr hab. Agnieszka Domańska.
W ocenie ekspertów Instytutu Staszica sporne kwestie wokół prywatyzacji spółki powinny zostać wyjaśnione i rozwiązane na drodze rozmów i negocjacji, bez ryzyka sądowej porażki, która może negatywnie wpłynąć na wizerunek Polski.
W połowie września Grupa PKP poinformowała, że do sądu trafił wniosek o stwierdzenie nieważności transakcji sprzedaży PKP Energetyki prywatnemu inwestorowi. Według opinii zespołu, który przygotował wniosek, transakcja ta była niezgodna z prawem i doszło przy niej do karygodnych uchybień. Jak podkreślają eksperci Instytutu Staszica, nie ma jednak żadnej upublicznionej opinii instytucji rządowej, która by na to wskazywała.
– Nie wydaje się, żeby PKP Energetyka w rękach prywatnych była jakimkolwiek zagrożeniem dla kolei. Jak wiemy w Europie Zachodniej istnieją bardzo różne rozwiązania, jeśli chodzi o strukturę przedmiotową i podmiotową tego rynku energetycznego. Częściowo jest ono w rękach państwa, częściowo w rękach prywatnych – mówi dr hab. Agnieszka Domańska.
Wcześniej Urząd Transportu Kolejowego rozpoczął procedurę cofnięcia certyfikatu spółce, co w konsekwencji uniemożliwiłoby jej działalność. Zdaniem Domańskiej jakiekolwiek działania, które mogłyby doprowadzić do unieważnienia transakcji, będą uznane za działania o charakterze politycznym.
– Inwestorzy uznają, że jest zbyt duży wpływ sfery polityki na sferę działalności gospodarczej, która ze swojej natury winna być swobodna, podejmowana w warunkach pewności i bezpieczeństwa – podkreśla ekspertka Instytutu Staszica.
W czerwcu głos w sprawie PKP Energetyki zabrała Najwyższa Izba Kontroli. Kontrolerzy Izby nie zgłosili żadnych zastrzeżeń co do legalności prywatyzacji. Jako czynnik ryzyka określili jednak fakt, że nabywcą jest inwestor finansowy, a nie branżowy, czyli może niedługo wystawić spółkę na sprzedaż. Eksperci Instytutu Staszica wskazują jednak, że wątpliwości NIK zostały rozwiązane poprzez wpisanie PKP Energetyka na listę podmiotów chronionych, tworzonej zgodnie z ustawą o kontroli niektórych inwestycji. Dzięki temu rząd będzie miał możliwość zapobiec np. wrogiemu przejęciu.
– Branża energetyczna jest jedną ze strategicznych branż dla każdej gospodarki. Niezwykle istotna jest rola państwa w zapewnieniu stabilności i bezpieczeństwa jej funkcjonowania. Jest to związane z zapewnieniem stałych dostaw prądu i stabilnych cen energii elektrycznej dla gospodarstw domowych i przemysłu. Państwo z całą pewnością powinno mieć w tej kwestii dużo do powiedzenia – mówi dr Agnieszka Domańska.
Prywatyzacja PKP Energetyki zakończyła się w ubiegłym roku. Nowy właściciel – fundusz CVC Capital Partners – zapłacił za spółkę ponad 1,4 mld zł. Wątpliwości co do prywatyzacji spowodowane są faktem, że spółka jest naturalnym monopolistą w dystrybucji energii elektrycznej do sieci trakcyjnej PKP i jedynym właścicielem sieci dystrybucyjnej zasilającej trakcję elektryczną linii kolejowych.
W ubiegłym roku ciężarówki brały udział w 3377 wypadkach drogowych na polskich drogach. W 2006 roku tego typu zdarzeń był ponad 7,6 tys. – wynika z raportu opracowanego na potrzeby akcji „Profesjonalni kierowcy”. To znaczący spadek, mimo że aut ciężarowych jest na drogach coraz więcej. Kierowcy ciężarówek odpowiadali w 2015 roku za niespełna 5 proc. wszystkich wypadków w Polsce.
– Spadek liczby wypadków w ciągu 10 lat wynosi 54 proc. Co najciekawsze, za liczbę wypadków coraz rzadziej odpowiadają sami kierowcy, czyli coraz mniej mamy wypadków, w których kierowca ciężarówki jest odpowiedzialny za spowodowanie wypadku. Ten spadek jest jeszcze większy niż spadek liczby wypadków ogólnie [o 60 proc. – red.] – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Proc z Volvo Trucks Polska, partnera akcji „Profesjonalni kierowcy”.
W ubiegłym roku kierowcy samochodów ciężarowych odpowiadali za niespełna 5 proc. wypadków na polskich drogach. W 2006 roku było to prawie 9 proc. Mniejsza liczba takich wypadków przekłada się także na statystyki dotyczące liczby rannych i zabitych. Z przytoczonych przez przedstawicieli akcji danych Komendy Głównej Policji wynika, że w 2006 roku w wypadkach z winy kierowców ciężarówek zginęło 496 osób, a w 2015 było ich niemal trzy razy mniej – 176.
Statystyki są coraz lepsze mimo że ciężarówek na drogach przybywa. Z przytaczanych danych GUS wynika, że w 2006 roku było w Polsce ponad 2,1 mln ciężarówek, a w 2014 roku już ponad 3 mln.
– Największy wpływ na statystyki, poza coraz lepszą infrastrukturą w Polsce, ma przygotowanie pojazdu, czyli to, jak pojazd jest wyposażony, jakie ma systemy bezpieczeństwa, które pomagają kierowcom uniknąć wypadku. Oczywiście nie bez znaczenia są też umiejętności kierowcy, bo tak naprawdę to one decydują o tym, jak pojazd zachowuje się na drodze i im jest lepiej wyedukowany i przeszkolony, tym mamy mniej wypadków i tym firmy transportowe osiągają większe zyski – zaznacza Proc.
Firmy transportowe zaczynają kłaść bardzo duży nacisk nie tylko na ekonomię przewozów, lecz także na pełną edukację związaną z bezpieczeństwem ruchu drogowego. Coraz częściej organizują swoim kierowcom szkolenia, na których bezpieczeństwo jest głównym tematem.
Także producenci pojazdów ciężarowych produkują coraz bardziej bezpieczne pojazdy.
– Dlatego trend spadku liczby wypadków będzie się na pewno utrzymywał. Rozwój dróg też będzie na to wpływał. W przyszłości możemy liczyć na to, że tych wypadków będzie coraz mniej – mówi przedstawiciel Volvo Trucks Polska.
W podnoszenie kwalifikacji kierowców zawodowych angażują się firmy z branży motoryzacyjnej. Przykładem jest trwająca od maja tego roku ogólnopolska akcja „Profesjonalni kierowcy” zorganizowana przez czterech liderów rynku: Volvo Trucks, Renault Trucks, Wielton, Michelin. W jej ramach młodzi kierowcy ciężarówek, którzy nie mają jeszcze doświadczenia, mogą bezpłatnie doskonalić swoje umiejętności, poznają m.in., jak w realnym ruchu zachowuje się ciężarówka.
Zapotrzebowanie na takie szkolenia rośnie. Deficyt kierowców jest bowiem jednym z najważniejszych wyzwań stojących przed rynkiem. Eksperci szacują, że co roku potrzeba ok. 24–26 tys. kierowców, którzy mogliby zastąpić odchodzące z zawodu osoby (np. ze względu na wiek). Kolejne 11–12 tys. potrzebnych jest ze względu na stale rozwijający się park samochodowy firm transportowych.
Wygrana Donalda Trumpa podbije ceny złota, umocni jena i pogrąży rynki akcji. Przewaga Clinton wesprze indeksy giełdowe i meksykańską walutę. Wahania tych aktywów pozwolą inwestorom zarobić w miarę napływu wyników z tych stanów, w których wynik wyborów wciąż jest niewiadomą.
– To nie będzie tak, że inwestorzy będą czekać, aż zostaną oficjalnie ogłoszone ostateczne wyniki i wtedy dopiero podejmą jakieś decyzje – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista X-Trade Brokers DM. – Rynek zawsze reaguje już na pierwsze doniesienia, na pierwsze sondaże, więc dlatego to śledzenie exit polls, tych pierwszych stanów, gdzie rozstrzygają się wybory, będzie determinowało reakcję rynku, to się będzie działo w nocy naszego czasu. I jeśli będzie wahadełko przechylało się w kierunku Hillary Clinton, to będzie to pozytywna reakcja rynków akcji, jeśli w kierunku Donalda Trumpa, to raczej będzie to nerwowa reakcja, rynki akcji będą tracić.
8 listopada odbędą się wybory prezydenckie w USA. Choć na razie więcej wskazuje na wygraną Hilary Clinton, to losy kolejnej prezydentury wciąż nie są przesądzone. W zależności od doniesień odnośnie do sondaży w „niepewnych” stanach, poszczególne aktywa będą zyskiwać lub tracić. Spośród 11 niezdecydowanych stanów najwcześniej głosowanie zakończy się w Karolinie Północnej i Wirginii – o 1:00 w nocy naszego czasu, pół godziny później w Ohio, a po kolejnych 30 minutach w Pensylwanii, na Florydzie i w Georgii.
– Rynkiem, który najbardziej emocjonalnie reaguje na tę kampanię, nie jest rynek akcji, nie jest też rynek dolara w takim szerszym znaczeniu, a jest rynek meksykańskiego peso – zwraca uwagę Kwiecień. – To jest ciekawostka, ale warto o tym wspomnieć, bo Donald Trump przyjął wyjątkowo agresywną retorykę wobec Meksyku, powodując bardzo duże osłabienie waluty tego kraju z tego względu, że gdyby został prezydentem i faktycznie zrealizował swoje zapowiedzi, to odbiłoby się to na pewno bardzo niekorzystnie na Meksyku.
Kandydat republikanów zapowiada m.in. budowę muru na granicy z Meksykiem, wprowadzenie wysokich ceł na produkty z Meksyku i ograniczenie napływu siły roboczej zza południowej granicy. W ciągu roku meksykańska waluta straciła do dolara ponad 12 proc., a tylko od początku roku – niemal 8 proc. Choć ostatni miesiąc i zwrot sondaży na korzyść Hilary Clinton przyniosły ponadsześcioprocentowe umocnienie peso.
– Stąd też właśnie meksykańskie peso nam się może wydawać, że to jest waluta egzotyczna, ale peso pełni dużą rolę na rynkach finansowych, to jest mniej więcej taki polski złoty Ameryki Łacińskiej, więc to jest znaczący rynek i tam będziemy niewątpliwie obserwować najbardziej żywiołowe reakcje – przestrzega główny ekonomista XTB DM. – Tam już widzieliśmy, że te straty były odrabiane po debatach telewizyjnych, które nie wypadły dla Trumpa korzystnie i tam też na pewno będzie najmocniejsza reakcja na pierwsze sondaże z najważniejszych stanów.
Jeśli Hilary Clinton wygra w Karolinie Północnej, Wirginii i Ohio, zwycięstwo będzie miała niemal w kieszeni. W USA bowiem choćby minimalne zwycięstwo w danym stanie daje wszystkie głosy elektorskie przypisane do tego stanu. W przypadku wyżej wymienionych daje to 46 głosów; w połączeniu z niemal pewnymi 220 głosami kandydatki demokratów ze stanów jej przychylnych, zbraknie jej już tylko 4 głosów do pewnego triumfu. W przypadku uzyskania przewagi przez Donalda Trumpa reakcje rynku mogą być mocniejsze, bo jest ona mniej oczekiwana. Zyskałyby przede wszystkim bezpieczne przystanie, takie jak złoto, szwajcarski frank, jen.
– Na wygranej Trumpa na pewno zyskałyby aktywa postrzegane jako bezpieczna przystań w czasach niepewności, czyli np. złoto w tej pierwszej reakcji mogłoby zyskać, bo wzrosłaby rynkowa niepewność – mówi Przemysław Kwiecień. – Wygrana Trumpa to dla rynków niestabilność, niepewność przynajmniej przez pierwszych kilka tygodni, być może miesięcy. Tutaj mamy spadki na rynku akcji, mamy przecenę właśnie tego meksykańskiego peso, natomiast zyskiwałoby złoto, być może zyskiwałby japoński jen względem dolara, dlatego że jest to też waluta, która dobrze sobie radzi w momencie, kiedy rośnie nerwowość rynków finansowych.
Włączenie wszystkich pracowników, bez względu na tytuł zatrudnienia, do systemu ubezpieczeń społecznych, ułatwiłoby jego finansowanie, a grupie do tej pory z niego wykluczonej umożliwiłoby gromadzenie składek na emerytury – mówi prof. Radosław Pacud z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. Problem w tym, że dzisiejsze funkcjonowanie systemu budzi u wielu osób obawy o wysokość przyszłych świadczeń i poziom życia na emeryturze.
– Jeżeli system ubezpieczeń społecznych będzie miał mechanizmy nakazujące zachowanie równowagi finansów ubezpieczeń społecznych, a ludzie będą przekonani, że na pewno otrzymają emerytury, to będzie rosła akceptacja płacenia składek. Problem w tym, że obecny system rodzi niechęć do płacenia składek w wielu osobach, które obawiają się, że nie otrzymają emerytur w takiej wysokości, jaka by ich satysfakcjonowała – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Radosław Pacud z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach.
Od tego roku, oprócz osób zatrudnionych na podstawie umów o pracę, istnieje obowiązek odprowadzania składek do ZUS od wszystkich umów zleceń do wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę. Umowy o dzieło wciąż jeszcze nie podlegają oskładkowaniu, choć według zapowiedzi w najbliższych latach może się to zmienić.
– Uważam, że wprowadzenie obowiązku ubezpieczenia społecznego od każdego tytułu zatrudnienia, nieważne, czy to jest umowa o pracę, umowa zlecenie czy umowa o dzieło sprawi, że grupa osób, która do tej pory była poza systemem ochrony ubezpieczeniowej, będzie w nią włączona – ocenia prof. Pacud.
Obecnie do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych dokłada się ok. 14 mln płatników. Co roku na wypłaty z ubezpieczeń społecznych ZUS wydaje ok. 200 mld zł. Wydatki obejmują świadczenia dla ponad 5 mln emerytów, dodatkowo 1 mln rencistów niezdolnych do pracy, 1,2 mln osób pobierających renty po zmarłym członku rodziny i 300 tys. renty socjalne. W ubiegłym roku deficyt sięgnął 46 mld zł.
– Przy obecnej sytuacji na rynku pracy, niskim i wciąż spadającym bezrobociu, wprowadzenie równych i przejrzystych reguł spowoduje, że ludzie zaczną odkładać składki na swoich kontach emerytalnych w ZUS – przekonuje ekspert.
Jak podkreśla, ułatwi to w pewnym stopniu finansowanie systemu ubezpieczeń społecznych, ale także umożliwi wszystkim pracownikom gromadzenie składek na kontach emerytalnych ZUS.
– Niestety lata zaniedbań, kiedy np. ktoś przez kilkanaście lat nie płacił składek, bo pracował na umowę o dzieło, spowodują, że my wszyscy będziemy musieli tym osobom dopłacać do emerytur. Każdy, kto będzie miał 22 czy 25 lat składkowych, będzie dostawać minimalną emeryturę . Czyli osoby, które nie odprowadziły składek i tak dostaną emeryturę minimalną, jeżeli będą zgłoszone do ubezpieczeń społecznych na minimalny okres – mówi prof. Pacud.
Z danych ZUS wynika, że obecnie najniższe świadczenie emerytalne pobierane w pełnym wymiarze (po spełnieniu wymogu stażu – 22 lat dla kobiety i 25 lat dla mężczyzny) wynosi nieco ponad 882 zł brutto. Emerytury pobierane w tej wysokości stanowią ok. 3,7 proc. ogółu emerytur.
W sektorze nowoczesnych usług dla biznesu postępuje automatyzacja prostych procesów księgowo-finansowych. Rośnie też zapotrzebowanie na wysokospecjalistyczną wiedzę z zakresu compliance oraz znajomości lokalnych regulacji i uwarunkowań prawnych. Polska przyciąga kolejne inwestycje z sektora BPO i SSC, m.in. dzięki wykwalifikowanej w tych obszarach kadrze.
– W centrach usług wspólnych, które specjalizują się w usługach księgowych czy finansowo-księgowych, zachodzi szereg powtarzalnych procesów, które są przejmowane przez roboty. W najbliższych latach ta automatyzacja zajdzie m.in. w procesie zakupowym, księgowaniu i rejestrowaniu faktur zakupowych, w gospodarce magazynowej czy w uzgodnieniach rozliczeń bankowych. Wiele jest takich transakcji, które mogą być ustandaryzowane i przejęte przez maszyny – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Beata Ławecka, biegły rewident, senior manager w Dziale Usług Księgowych i Outsourcingowych Mazars Polska.
Postępująca automatyzacja nie obejmie jednak docelowo całej branży. Zastąpienie pracy ludzi nie będzie możliwe przy bardziej zaawansowanych usługach, które wymagają specjalistycznej wiedzy na temat lokalnego prawa czy podatków.
– W wymogach lokalnych prawodawstw zachodzą istotne różnice, dlatego wartość tzw. accounting compliance jest nie do przecenienia. Myślę, że w tym tkwi przyszłość biznesowa wyspecjalizowanych firm doradczych i outsourcingowych – podkreśla Ławecka.
System zapewniania zgodności działań firmy z regulacjami i wymogami prawnymi, czyli tzw. compliance, to stosunkowo nowy w Polsce termin. Coraz więcej dużych firm i korporacji zaczyna doceniać jego znaczenie w zarządzaniu ryzykiem prawnym i biznesowym, dlatego tworzy wyspecjalizowane departamenty, których zadaniem jest wdrożenie systemu compliance. Znaczenie usług wymagających znajomości polskich regulacji i prawodawstwa rośnie także w sektorze nowoczesnych usług dla biznesu i outsourcingu.
– Mówimy tu w szczególności o compliance podatkowym, czyli wszystkich aspektach związanych z obsługą VAT i CIT, czyli podatku od osób prawnych, payroll oraz o compliance księgowym, czyli przygotowywaniu sprawozdań finansowych na potrzeby lokalne i obsługi lokalnego audytu – wyjaśnia Dorota Piwowarczyk, biegły rewident i menadżer w Dziale Outsourcingu Mazars Polska. – W Polsce rozwija się bardzo dużo centrów usług wspólnych, więc wykorzystanie lokalnych ekspertów i zapotrzebowanie na dobrą, lokalną ekspertyzę będzie coraz większe. Przede wszystkim przekłada się to na bezpieczeństwo klientów obsługiwanych przez te centra.
Według danych Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych ABSL w połowie 2016 roku działało w Polsce już 936 centrów usług wspólnych. Branża rozwija się skokowo, a w ciągu kolejnych czterech lat zatrudnienie w sektorze BPO i SSC znajdzie nawet 300 tys. osób. Największe centra outsourcingu ulokowane są m.in. w Krakowie, Warszawie, Katowicach, Łodzi, Wrocławiu i Poznaniu, a główny zakres świadczonych przez nie usług to zarówno proste świadczenia z zakresu obsługi klienta i IT, jak i zaawansowane procesy księgowo-finansowe.
Pod względem dynamiki rozwoju sektora usług dla biznesu Polska zajmuje pierwsze miejsce w Europie i wciąż pozostaje najbardziej atrakcyjną lokalizacją dla potencjalnych inwestorów. Zdaniem Beaty Ławeckiej przewagę w wyścigu o nowe inwestycje zapewnia Polsce aspekt kulturowy, spójny z zachodnioeuropejskim.
– Polska ze swoim potencjałem i wykwalifikowaną kadrą to przyszłościowa lokalizacja dla tego typu centrów. W porównaniu z innymi, pozaeuropejskimi lokalizacjami dla BPO i SSC, jakimi są np. Filipiny czy Indie, wydaje się naturalne, że z racji aspektu kulturowego i edukacyjnego mamy właściwe zasoby ludzi, którzy mogą skutecznie i z powodzeniem realizować takie usługi – mówi Beata Ławecka.
O lokalnych aspektach compliance w outsourcingu oraz rozwoju sektora nowoczesnych usług biznesowych specjaliści i przedstawiciele branży BPO i SSC rozmawiali w dniach 6–7 października podczas konferencji „Mazars CEE Business Forum” zorganizowanej przez międzynarodową firmę audytorsko-badawczą Mazars. W trakcie prezentacji i paneli dyskusyjnych zaproszeni goście z całej Europy omawiali nowe trendy, potencjał rozwoju oraz możliwości utworzenia w Polsce nowych inwestycji w tym sektorze.
Polska stoi u progu transformacji cyfrowej, mając atuty, które pozwalają na odegranie istotnej roli w wymiarze globalnym. Krajowe firmy zwiększają potencjał swojej ekspansji zagranicznej dzięki wdrażanym innowacjom cyfrowym. Pomagają im w tym polscy programiści, którzy umacniają swoją wysoką pozycję na świecie. Globalne koncerny wiążą z nimi coraz większe nadzieje. Jednym z nich jest SAP, który swój oddział w Gliwicach wyniósł do prestiżowej rangi Lab. Jednocześnie koncern chce wspierać polskie przedsiębiorstwa w cyfrowej erze biznesu.
– Z jednej strony Polska to największy rynek Europy Środkowo-Wschodniej i z punktu widzenia sprzedażowego mamy bardzo duże oczekiwania. Z drugiej strony nasz rynek nie jest jeszcze mocno eksplorowany, jest wiele obszarów i branż, które wymagają dużych inwestycji i innowacji i tutaj upatrujemy swoją szansę – mówi agencji informacyjnej Newseria Tomasz Niebylski, dyrektor ds. wsparcia sprzedaży w regionie Europy Środkowo-Wschodniej w SAP.
To jeden z powodów, dla których gliwickie centrum SAP Hybris dołączyło do grona SAP Labs Network, czyli globalnej sieci łączącej centra rozwoju oprogramowania koncernu. Projektowane i budowane w Gliwicach rozwiązania są dystrybuowane na całym świecie. Jak podkreśla Niebylski, duża w tym zasługa polskich specjalistów IT. Dziś w centrum pracuje ponad 250 osób, a zatrudnienie ma dynamicznie rosnąć.
– Widziałem rankingi, w których polscy deweloperzy są zaraz za Chińczykami i Rosjanami postrzegani jako najbardziej wartościowy zasób dla takich centrów rozwojowych – mówi przedstawiciel SAP.
Analitycy HackerRank, firmy specjalizującej się w organizowaniu zawodów programistycznych, przeanalizowali wyniki 1,4 mln testów i na tej podstawie stworzyli ranking krajów z najlepszymi programistami. Polacy zajęli trzecie miejsce na świecie.
– Polskie kształcenie ludzi o technologicznych umiejętnościach i zdolnościach to jest nasz kapitał i powinniśmy to wykorzystać. Fakt, że SAP inwestuje w Polsce i tworzy tu jeden z 19 ośrodków rozwojowych w całej organizacji, to nie jest przypadek. Mamy utalentowanych ludzi, a poza tym jesteśmy częścią zjednoczonej Europy, więc biznes tu jest bezpieczny – wymienia Niebylski. – W moim odczuciu przez kolejne lata to będzie w Polsce bardzo dobrze funkcjonować. Mamy bardzo dobry klimat do tego, żeby innowacyjność nie tylko wdrażać, lecz także żeby ją tworzyć i rozprzestrzeniać na cały świat.
Według analiz firmy konsultingowej McKinsey polska gospodarka wykorzystuje dotychczas 8 proc. potencjału cyfrowego. Wskaźnik dla Europy Zachodniej to 12 proc., a dla gospodarki amerykańskiej – 18 proc. To pokazuje, że na świecie cyfryzacja dopiero się rozpoczyna. McKinsey stwierdza, że polska gospodarka ma doskonałe warunki, aby uczestniczyć w cyfrowej rewolucji.
– W Polsce dokonał się duży postęp w zakresie zwiększenia efektywności pracy, ale wciąż nie jesteśmy tam, gdzie zachodnia Europa. To jest kwestia czasu. Za pięć lat pewnie uda nam się doskoczyć do tych najlepszych, biorąc pod uwagę to, jaką mamy dynamikę zmian – stwierdza dyrektor ds. wsparcia sprzedaży SAP w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.
Cyfrowa transformacja to przede wszystkim wdrażanie nowych technologii, wśród nich rozwiązań chmurowych. Z tym segmentem SAP wiąże duże nadzieje.
– Jest wiele firm, które już na taki model używania rozwiązań software’owych się zdecydowały, ale wciąż jeszcze daleko nam do takich rynków jak USA, gdzie chmura jest powszechna. Cały czas jesteśmy jeszcze przed finalnym krokiem wejścia w chmurę – mówi Niebylski. – Drugi obszar, na który stawiamy, to wsparcie procesów transformacji cyfrowej.
Jak podkreśla, oferta SAP dla firm nie ogranicza się do sprzedania gotowego rozwiązania. Koncern stawia przede wszystkim na współpracę z klientami przy budowie modelu biznesowego, a następnie dopasowuje do tego technologię.
Od początku swojej działalności w Polsce koncern SAP był dostawcą oprogramowania przede wszystkim dla dużych firm, szczególnie z branż energetycznej, gazowej, przemysłu chemicznego, wydobywczego.
– Tu naturalnie będziemy się rozwijać. Ale druga część to są firmy mniejsze. Głównymi branżami, w których widzimy bardzo duży potencjał, jest wytwórstwo i handel. Większość to firmy lokalne, które urosły z małych do często bardzo poważnych firm o miliardowych obrotach i które potrzebują wsparcia, nie tylko technologicznego, lecz także biznesowego know-how dotyczącego tego, jak te firmy wprowadzić w przyszłość – zapowiada Niebylski.
Podkreśla ponadto, że obok handlu transformacja cyfrowa może zdynamizować wszystkie branże, które mają kontakt z masowym klientem, np. bankowość, telekomunikację, ubezpieczenia.
Na koniec II kwartału stopa bezrobocia w grupie wiekowej 25–34 lata wyniosła 17 proc. Chociaż sytuacja młodych na rynku pracy stopniowo się poprawia, dla 74 proc. studentów największą barierą w podjęciu zatrudnienia jest brak doświadczenia, a dla 42 proc. – zbyt mała liczba staży i praktyk. Zdecydowana większość z nich uważa, że uczelnie wyższe powinny w większym stopniu współpracować z przedsiębiorstwami. Dzięki temu wzrośnie liczba staży oraz ich przydatność w rozwoju kariery młodych ludzi.
– Problem bezrobocia przed młodymi ludźmi raczej będzie się zmniejszał, może nawet do zera – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karol Leszczyński, dyrektor programu „Start na rynku pracy”. – Rysuje się przed nimi bardzo dobra perspektywa, aczkolwiek ważne jest to, żeby młodzi pracownicy byli jak najlepiej przygotowani do rynku pracy. Zatrudnienie znajdzie się na pewno, ale nie zawsze dobre. Ważne jest, aby zajęcie było związane z jak największą wartością dodaną, żeby nie byli niewykwalifikowanymi robotnikami, tylko najwyższej klasy specjalistami.
Według Głównego Urzędu Statystycznego stopa bezrobocia Polaków w wieku 15–24 lata w drugim kwartale br. wyniosła 17 proc., o blisko 3 pkt proc. mniej niż w pierwszym kwartale. Stanowią oni 13,4 proc. ogólnej liczby bezrobotnych. Dla porównania osoby w przedziale wiekowym 25–34 to blisko 28 proc.
– W porównaniu do innych państw Unii Europejskiej Polska nie wypada najgorzej. Sytuacja młodych ludzi w krajach starej Unii, zwłaszcza południa, jest wręcz dramatyczna. Warto jednak porównywać się do najlepszych w Europie. W niektórych krajach bezrobocie jest znacznie niższe, bo młodzi ludzie są dużo lepiej przygotowani do konkretnego rynku pracy – podkreśla Karol Leszczyński.
Dane Eurostatu wskazują, że w grupie poniżej 25 roku życia w Grecji bezrobocie przekracza 47 proc., a w Hiszpanii – 45 proc. Duże problemy na rynku pracy mają też młodzi Włosi (stopa bezrobocia wynosi 36 proc.) i Portugalczycy (27 proc.).
Jak wynika z raportu „Start na rynku pracy”, przygotowanego przez Fundację Inicjatyw Młodzieżowych i Parlament Studentów RP, największą barierą w podjęciu zatrudnienia zdaniem studentów jest brak doświadczenia (74 proc.). Podkreślają oni też, że uczelnie wyższe nie są zbyt skuteczne w przygotowywaniu do wejścia na rynek pracy. Tylko 24 proc. ankietowanych pozytywnie oceniło pod tym względem placówkę, a 57 proc. – ambiwalentnie. Ponad 90 proc. polskich studentów uważa, że należy rozwijać praktyczną współpracę pomiędzy uczelniami a światem biznesu.
– Państwo mogłoby poprawić sytuację młodych ludzi wchodzących na rynek pracy głównie poprzez zmianę praktyk na uczelniach – wskazuje Karol Leszczyński. – Niewielu pracodawców chce mieć pracownika, któremu potrzebne jest wsparcie w procesie szukania jakiegokolwiek zatrudnienia. Można by wymusić w nowej ustawie o szkolnictwie wyższym, którą zapowiada wicepremier Jarosław Gowin, zmianę systemu nauczania, tak aby możliwe było wprowadzenie ułatwień dla uczelni w nawiązywaniu współpracy z pracodawcami. Młodzi ludzie mogliby wtedy zdobywać już w czasie studiów praktykę w tym, co będą wykonywać później.
Dziś połowa studentów ocenia pozytywnie swoje szanse na znalezienie pracy po studiach.
– Posiadane wykształcenie po wyjściu z uczelni, niestety, często nie wiąże się z praktycznymi umiejętnościami, przez co pracodawcy muszą takiego pracownika przyuczać do zawodu, co często owocuje tym, że prawdziwe wykonywanie swoich obowiązków można rozpocząć kilka miesięcy po rozpoczęciu pracy – mówi Karol Leszczyński.
SeedHouse, czyli białostocki akcelerator biznesu, powstał pod koniec ubiegłego roku. Przez ten czas jego twórcom udało się zebrać liczną grupę doświadczonych mentorów, pomagających młodym firmom w odniesieniu sukcesu. Niedawno ruszyła realizacja kolejnych projektów. Wszystkie oparte są o innowacyjne rozwiązania internetowe. Obecnie trwa też rekrutacja nowych pomysłodawców.
Pierwszym z podmiotów korzystających dziś ze wsparcia, jakie daje jedyny tego typu inkubator w tej części kraju, jest digiMORE – firma projektująca wizualną „twarz” firmy i tworząca nowoczesne strony internetowe.
Na działalności w sieci oparte są także kolejne z realizowanych w SeedHouse pomysłów – jeden związany z branżą gier komputerowych, drugi zaś mający formę sklepu internetowego, w którym aktualnie opracowywany jest najskuteczniejszy model sprzedaży.
Obecnie trwa również rekrutacja kolejnych pomysłodawców, którzy być może już niebawem objęci zostaną wsparciem akceleratora. Jak jednak wyjaśnia Łukasz Bazarewicz – prezes zarządu SeedHouse, przedsiębiorca działający na wielu rynkach – choć „moce przerobowe” w SeedHouse są znaczne, zgodnie z przyjętą strategią zebrani pod jego sztandarami przedsiębiorcy pracować będą jednocześnie z ograniczoną liczbą przedsięwzięć.
– Przede wszystkim zależy nam na tym, by podmioty korzystające z naszej pomocy jak najszybciej pojawiły się na rynku i zaczęły przynosić realne zyski – mówi. I właśnie to w głównej mierze odróżnia SeedHouse od działających już od dłuższego czasu innych inkubatorów przedsiębiorczości.
Oczywiście, akcelerator również oferuję opiekę w fazie preinkubacji firmy, użyczając osobowości prawnej i umożliwiając nisko kosztowe prowadzenie działalności. Jednocześnie jego twórcy dokładają wszelkich starań, by okres ten trwał jak najkrócej, a podmiot szybko uzyskał pełną samodzielność. Stąd też szeroka oferta, obejmująca wsparcie nie tylko na etapie startu, ale i później.
– Jesteśmy przekonani, że kluczem w tym wypadku jest pełne zaangażowanie – i to zarówno ze strony pomysłodawcy, jak i nas samych. A jeśli jednocześnie pracowalibyśmy nad nawet kilkunastoma projektami, siłą rzeczy nie starczyłoby nam czasu, by każdemu z nich udzielić wsparcia na odpowiednim poziomie – dodaje Bazarewicz.
Co istotne, na pomoc SeedHouse mogą liczyć przede wszystkim przedsięwzięcia z dużym potencjałem. Jeśli bowiem konieczność opłacenia składek ZUS, podatków czy pełnej księgowości na dłuższą metę decyduje o rentowności biznesu, to de facto mamy tu do czynienia z samozatrudnieniem, a nie pomysłem z szansą na rynkowy sukces.
A o tym, jak ważne jest wsparcie, szczególnie dla młodych ludzi, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Zatem pomimo, iż drzwi akceleratora są otwarte dla każdego, z usług akceleratora korzystają obecnie głównie studenci i świeżo upieczeni absolwenci.
Podstawą, na którą mogą liczyć, jest bogate doświadczenie opiekujących się nimi mentorów, którzy na własnej skórze zdążyli się już przekonać chociażby o tym, jaki model przychodowy sprawdzi się w praktyce, a który w danym przypadku okaże się totalną klapą.
Równie istotna jednak jest wiara we własne umiejętności:
– Problemem, który często napotykamy, jest całkowity brak pewności siebie. Niestety żadna szkoła w Polsce tego nie uczy, a wiele świetnych pomysłów nigdy nie doczekało się realizacji właśnie przez niskie poczucie własnej wartości – diagnozuje przedstawiciel SeedHouse.
Z tego powodu istotnym elementem współpracy w ramach inkubatora są pełne motywacji i pozytywnej energii spotkania. Nieporównywalnie łatwiej jest bowiem młodym ludziom uwierzyć w siebie i swoje przedsięwzięcie otrzymawszy wcześniej pozytywny feedback ze strony doświadczonych przedsiębiorców.
A dodając do tego m. in. możliwość korzystania ze wsparcia księgowego, prawnego i marketingowego czy wypracowanych na przestrzeni lat kontaktów biznesowych, szybko okazuje się, że odniesienie sukcesu może być łatwiejsze, niż się początkowo wydawało.